Michael Tequila, próbki poezji, zbiór: „Klęczy cisza niezmącona”

Wiersz „Bunyeroo Gorge”: Bloki kamienia pną się ostrym skosem, wulkaniczny powalił je cios; nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem, co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Wiersz „Ballada o bohaterze”: Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu, cień się otula czarniejszym cieniem i w dół go spycha z potwornego dachu, dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Wiersz tytułowy „Klęczy cisza niezmącona”: Klęczy cisza niezmącona, czerwonych wzgórz cierpliwa żona, pełna pokory, lecz bez lęku, karmi się każdą kroplą dźwięku./Klęczy samotna i bez końca, wzrusza cieniami wstającego słońca, czasem zapomni się w przestworzu i pieści wiatrem wydartym morzu.

Dziś najtaniej w:  www.znak.com.pl 

 

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Rząd pędzi do przodu, a my razem z nim. Tylko opozycja odstaje. Coś jej się pomyliło z projektami ustaw o aborcji, zdaje się, że zapomnieli o kobietach.

– To letarg zimowy – wyjaśniali. Aby nie dać się zagonić w kozi róg, wymyślili szybko hasło „byle do wiosny” jako środek leczniczy przed kolejnym atakiem zimowej depresji.

Naród wciąż żyje zmianami w rządzie. Nie ma już Antoniego Macierewicza, co mnie zasmuciło, bo znikła szansa Polski na sławę jako oszczędnościowej potęgi militarnej, bez generałów i helikopterów. Sam były minister spoważniał, nosi teraz bardziej zdecydowane oblicze i bardziej zmierzwioną brodę. Chętnie odpowiedział na pytanie reportera TV co do swej przyszłości:

– Jest pan niezwykle uprzejmy. Jestem wdzięczny za pytanie, ale bardzo się spieszę. Niech Bóg pana błogosławi.

Najbardziej odejściem ministra Macierewicza zmartwili się wojskowi; generałowie chodzili ze zwieszonymi głowami, we wszystkich koszarach pojawiło się serdeczne, żołnierskie hasło: „Wojsko bez Macierewicza, to jak baba bez cyca”. Żołnierze umieją wyrazić głębokie uczucia tęsknoty.

Pan premier też nie zasypiał gruszek w popiele. Odwiedził Fabrykę Proszków Mlecznych oraz wzorowe gospodarstwo hodowlane. W oborze premier wyróżnił Krasulę głaskając ją po łbie, po czym wyjawił: „Byłem kiedyś wprawny w fachu dojenia krówek”. Mówił chyba o krówkach mlecznych, bo zaraz potem wzniósł toast mlekiem. Towarzyszący mu minister, mężczyzna o dobrze odżywionej twarzy, która widziała w życiu niejedno morze alkoholu, zapowiedział, że Polska będzie produkować szampan mleczny, unikalny w skali Unii Europejskiej. Oświadczył krótko:

– Jesteśmy bardzo nowocześni, a będziemy jeszcze bardziej. Znowu pozytywnie zaskoczymy Unię Europejską.

W drodze powrotnej premier zastanawiał się, jakby umiejętnie wykorzystać umiejętność dojenia w celu zasilenia gospodarki w fundusze niezbędne do realizacji wielkich celów: lotnisk, kopalń i fabryk, oraz jakie źródła dochodów budżetu można by uznać za dojne krowy. Wprawdzie rozwiązania nie znalazł, cieszył się jednak, że ma w głowie dwa pomysły godne uwagi.

Nic narodu tak nie cieszy jak pomysłowy rząd oraz dobre pomysły na przyszłość – pomyślał premier, wysiadając z samochodu.

Michael Tequila w księgarniach: "Sędzia od Świętego Jerzego", "Klęczy cisza niezmącona", "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco". Recenzje książek na górym pasku menu na tej stronie.

Komisja Wenecka jest po naszej stronie

W opublikowanej we wtorek opinii Komisja Wenecka poinformowała, że przeprowadzona w marcu 2016 roku zmiana w systemie sprawiedliwości w Polsce to tylko nic nie znaczące przywrócenie unii personalnej ministra sprawiedliwości i szefa prokuratury.

– To był tylko drobiazg, rzecz zupełnie bez znaczenia. Cieszymy się ogromnie i gratulujemy. Przeszliśmy na waszą stronę. Macie absolutną rację. Po informacjach przekazanych UE przez Premiera Morawieckiego zrozumieliśmy nasze błędy, za które serdecznie przepraszamy. Byliśmy niedoinformowani, nieuważni, jest nam wstyd za brak obiektywności. Ustaliliśmy, że Polski parlament nie jest fasadowy, prezydent nie jest marionetką, a sędziowie i sądy nie zależą od woli jednego człowieka. Mówimy to publicznie, tak myślimy i serdecznie wam gratulujemy. – Przewodniczący Komisji rozpływał się z radości. Zrobił sobie nawet selfie smartfonem, aby zachować radosny wyraz twarzy. – Nigdy się tak nie cieszyłem – powiedział. – Co więcej, prokuratorowi generalnemu nie zwiększono w ogóle uprawnień i nie przyznano możliwości interweniowania i wpływania na bieg indywidualnych spraw, np. przez wydawanie wiążących poleceń podwładnym. – Uważamy to za wyraz wspaniałej wstrzemięźliwości – podkreślił.

– Prokuratorzy nie są też szykanowani postępowaniami dyscyplinarnymi i karnymi z powodu krytycznych uwag wobec zmian wprowadzanych przez ministra Ziobrę.

– Cieszą nas ogromnie nagrody przyznawane im przez pana ministra. – Zbig Ziobro, he is wonderful. – Zachwycał się przewodniczący podając, że od listopada 2016 do kwietnia 2017 wyróżniono premiami 30 śledczych z Prokuratury Krajowej, w tym samego Prokuratora Generalnego Święczkowskiego i jego zastępców. Kwota nagród dla prokuratorów w ostatnim półroczu 2017 wyniosła około 941.000 zł, a najwyższa nagroda 15.000 zł.

Przewodniczący cytował też słowa prokuratora Święczkowskiego z wystąpienia w telewizji www.wPolsce.pl w październiku 2016 roku: „W czasach, gdy była tzw. niezależna Prokuratura Generalna, nie było (…) w prokuraturze systemu nagradzania. Wyróżniający się prokuratorzy w żaden sposób nie byli promowani. Teraz mamy system nagród, system awansów, który pozwala nam wybierać tych najlepszych prokuratorów, najbardziej zaangażowanych, i ich nagradzać. Bo nie może być tylko metoda kija. Musi być też marchewka”.

– Kluczowi śledczy z zespołu smoleńskiego nie dostali żadnych awansów. Absolutnie żadnych! Wręcz przeciwnie, obniżono ich pensje. Nie awansował szef grupy Marek Kuczyński ani jego zastępca Krzysztof Schwartz. Awansu nie dostali także Robert Bednarczyk i Jerzy Gajewski. – Przewodniczący Komisji Weneckiej przedstawiał nazwiska usprawiedliwiając się: – I am sorry, the Polish language is so wonderful, but the names are so difficult!

W końcu przewodniczący podsumował: – W Polsce – wbrew pogłoskom – nie dzieje się nic niedobrego, praworządność jest umacniana, róbcie tak dalej, a osiągnięcie wielki sukces. Prokuratura nie musi być apolityczna. Dobrze, że jest polityczna. To standard, który za waszym przykładem rekomendujemy teraz wszystkim krajom Unii Europejskiej. Boże jacy wy jesteście cudowni! Popiera was teraz 27 krajów Unii Europejskiej, no może z wyjątkiem Węgier, ale oni wynegocjują wam z Rosją tanią ropę naftową, gaz ziemny i nową elektrownię atomową.

Przewodniczący i sędziowie Komisji Weneckiej byli tak wzruszeni, że klękali przed świętymi obrazami i dziękowali w imieniu wolnego świata, że w całej Unii Europejskiej tylko w Polsce sytuacja rozwija się korzystnie.

O czym tu pisać jak nie o przysłowiowej babie, rozmowach i polityce?

Przyszedłem do Sowy, tego od ciast, tortów i gorącej czekolady, wszystkiego, co rujnuje ludzie zdrowie, bo takiej koncentracji rafinowanego cukru i przetworzonego tłuszczu nie ma nigdzie indziej, czyli w przyrodzie, która jest długa i szeroka. Zastałem kolejkę, a na jej końcu kobietę, wiek rzędu 35 lat, z dwiema ciężkimi torbami. Kolejka przesuwała się do przodu, chciałem pomóc. Powiedziałem, pomogę pani, i schwyciłem jedną z toreb, aby przesunąć ją do przodu.

Kobieta obruszyła się. Nie podobała jej się chęć pomocy z mojej strony. Rozpocząłem konwersację wyjaśniającą.

– Trzeba najpierw zapytać – taka była jej odpowiedź.

Wyraziłem opinię, że chyba nie podejrzewa mnie o to, że chciałem jej ukraść torbę.

– To nigdy nie wiadomo.

Ciarki przeszły mi po plecach jak batalion uzbrojonych, pijanych mrówek. Usiłowałem wyjaśnić, że zamierzałem tylko wyświadczyć drobną uprzejmość. Nie doszliśmy do porozumienia. Po chwili dotarło do mnie, że mogło to być trudne. Kobieta zapytała ekspedientkę:

– Na ile jest to ciasto?

Ekspedientka też miała pytanie:

– Ma pani na myśli, ile ono waży?

– Nie. Na jaką jest cenę.

Mówiąc tym samym językiem mówiliśmy różnymi językami. Taka sobie współczesna wieża Babel. Zupełnie jak w wielkiej polityce. Wszyscy chcą dobrze, a tu ciągłe kolizje.

W ostatniej sprawie zrobiliśmy modernizację. Rząd się zmodernizował, inaczej mówiąc nowy premier przemeblował sobie gabinet, choć niektórzy twierdzą, że gabinet został mu umeblowany przez czynnik wyższy, czyli dysponenta opinii czterdziestu procent społeczeństwa.

Zobaczymy, jak to wypadnie w Unii Europejskiej. Moim zdaniem dla UE jest to bez znaczenia, jeśli okaże się, że za zmienioną fasadą gabinetu stoją te same poglądy i postawy.

Konwersacja może przebiegać podobnie, mniej więcej, nie tak znowu odmiennie, z grubsza rzecz biorąc, jak u Sowy.

– Na ile jest akceptacja odstępstw od konstytucji, wymiany sędziów złych na jeszcze lepszych, układnego prezydenta, nowiutkiego trybunału konstytucyjnego?

– Ma pan na myśli, czy jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że w organizacji, która liczy 28 członków możecie ustalać sobie własne reguły gry?

– Nie. Moje pytanie jest: Na jaką cenę jest ta akceptacja?

Mocarz czyli fenomen fenomenologiczny

W trakcie dziennika telewizyjnego na ekranie telewizora skoncentrowały się głosy fachowców, różnych profesorów od zdrowia i siedmiu boleści, ekspertów, spin doktorów, a także – dla równowagi – ludzi bez wykształcenia, których nadzwyczajną siłą jest ślepa wiara w cuda i przywódców. Mówiono o Antonim Macierewiczu.

I wtedy stało się coś nadzwyczajnego. Pojawił się sam zainteresowany i zaczął wypełniać ekran, przytłaczając inne postacie: pana prezesa, który zesznurował usta tak mocno, że widać było tylko błyszczące sznuróweczki, i pana prezydenta, który skarżył się bardzo boleśnie, że mu chowają do szafy ulubionego generała i on nie wie co robić, i społeczeństwo podzielone na pół, jedna połowa z ustami wypełnionymi bogobojnymi pochwałami i zachwytami, a druga z zębami zaciśniętymi, do których przykleiły się przekleństwa.

Kiedy ekran wypełnił się całkowicie postacią mocarza i zaczął on wychodzić na zewnątrz, przeraziłem się i wyłączyłem telewizor, i dopiero wtedy, pod wpływem szoku, zdałem sobie sprawę, że jest to fenomen fenomenologiczny, taki, który potrafi wybić medal ulubionemu Misiowi i spokojnie skopać tyłki dziewięćdziesięciu generałom, i lekką ręką pokerzysty odrzucić helikoptery francuskie potrzebne chyba na złom, bo obronność mamy mocną jak stal a może i jeszcze mocniejszą.

Tak to sobie napisałem w ramach oszczędności miejsca w głowie, która jest mi potrzebna na inne myśli i bajkę o normalności, jaka śni mi się po nocach od długiego już czasu.

Dzisiaj dowiedziałem się, że dla dobra sprawy mocarz dobrowolnie zrezygnował z przewodniczenia siłom lądowym, morskim, lotniczym i leśnym, które pożegnał bardzo długim i serdecznym przemówieniem o patriotyzmie, umocnieniu, wzroście, poprawie, szczęściu i bezpieczeństwie, którego ja akurat nie zauważyłem, ale ucieszyłem się, że on je widzi i żegna.

Rysio. Portret artysty w sosie własnym.

Rysio jest w dobrej formie. Jest aktorem. Robota słowna pali mu się w rękach. Najpierw zajął się rękaw, potem kabacik, ale udało się zagasić. Sam to zrobił. Śliną, którą przechowuje w ustach. Normalnie używa jej do sączenia słow. Czasem łagodnych, czasem zatrutych prawdą, bo jest człowiekiem teatru. Taki zawsze był. Nie znaczy to, że nie jest. Jest i czuje się dobrze, tylko trochę zaokrąglił się na twarzy.

– To od mówienia. Powiększyłem się, bo wciąż rosnę. Dużo mówię. Właściwie to intepretuję rzeczywistość. Jestem wiceprzewodniczącym dużej organizacji.

Dalej Rysio wyjaśnia, dlaczego mówi o niej źle.

– Nienawidzę jej, ale tylko dlatego, że kocham inną organizację. Taki już jestem. Trwały w uczuciach. Po prostu kocham i nie umiem przestać. Zawsze byłem mocny uczuciowo, nawet jak jeździłem rowerem.

Rysio rozczula się. Twarz zaokrągla mu się uśmiechem. Wyjaśnia, że tak naprawdę to kocha osobę stojącą wysoko nad tą organizacją. To mężczyzna. Piękna postać. Gotów jest za nią skoczyć do ognia. Pyta niecierpliwie, czy w pobliżu coś się nie pali.

– Dajcie mi pożar, aby udowodnił moją miłość! – krzyczy dramatycznie.

Rysio jest dobrym aktorem. Chce zmienić zawód, bo mało zarabia, a ma talent. Zdecydował się zostać chińską primabaleriną. Wyjaśnił to w wywiadzie.  

– Muszę jeszcze tylko dopracować jeden piruet słowny –  wyjaśnia. – Przygotowałem już plakat i transparent: Rysio Czarnecki, Lew Salonowy, Złotousty Podnóżek.

– To po chińsku – mówi i kłania się skromnie, jak to on, i dziękuje obficie: merci beaucoup et merci bien, vielen Dank und danke schön, thank you very much, indeed, hasta luego, molto grazie e grazie mille! Twarz przysłania mu kurtyna tajemniczego uśmiechu.

Publikacje autora blogu: "Sędzia od Świętego Jerzego" (powieść), "Klęczy cisza niezmącona" (poezje), "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco" (opowiadania).  

Poranek noworoczny 2018, refleksje, cytaty i życzenia

Pierwszym moim postanowieniem w Nowym Roku 2018 było wstać, zrobić sobie kawę i napisać ten blog. I oto jestem, mam nadzieję złotousty przez cały rok, aby wychwalać życie i rzeczywistość.

W końcówce Starego Roku ukochałem, a właściwie skutecznie odgrzałem moją dawną literacką miłość – Georga Orwella. Mam teraz trzech pisarzy, których mogę uwielbiać równie gorąco jak Ty swoją ukochaną partię lub twórcze milczenie. Są to: Gabriel Garcia Marquez, Friedrich Dürrenmatt i George Orwell. Dla mnie to geniusze; tym gorączkowym przekonaniem pragnę zarazić wszystkich, którzy nie brali szczepionki przeciw literaturze.

Pisarze współcześni wydają mi się wobec tej trójki, piszę to drżącą ręką, jak brudny palec wobec zbrojnej pięści, którą nasz dzielny rząd trzyma przed nosem Unii Europejskiej, aby nauczyć ją, co to znaczy godność, patriotyzm i szacunek dla wartości.

Tematu politycznego nie udało mi się uniknąć, co mnie nie dziwi, ponieważ nie ma niczego w rzeczywistości, co nie podlega polityce. Wszystko jest regulowane, określone i sterowane politycznie: choroba (kolejki w przychodniach i rezydenci), miłość (nie każdy rodzaj miłości jest dopuszczalny w legalnym związku małżeńskim), żarcie (co można dodać, a co ująć z kiełbasy, aby było w niej więcej mięsa niż albuminy), pogoda (w jakim piecu diabeł pali, a w jakim obywatel, który oprócz miału węglowego ma jeszcze stare gumiaki do spalenia), sąd i prokuratura (który sędzia i prokurator jest/będzie życzliwy dla obywatela, a który dla władzy). Jednym słowem w polityce jesteśmy umoczeni jak śledź w solance lub brzoskwinia w sosie własnym, to znaczy całkowicie i bezwarunkowo.

Teraz, tytułem refleksji, co było, co jest i co może być, czyli kilka cytatów z Orwella (za Wikicytaty):

  • „Polityka została wymyślona po to, aby kłamstwo brzmiało jak prawda”.
  • „W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym”.
  • „Ważniejsze od przetrwania jest zachowanie swojego człowieczeństwa”.
  • Nacjonalizm zakłada, że „ludzi można klasyfikować jak owady, i że całe miliony czy dziesiątki milionów ludzi można śmiało oznakować jako „dobrych” lub „złych”.
  • „Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”.

Więcej zbrodni nie zamierzam dzisiaj popełniać. Idę pomodlić się za psy, które ogłuchły w nocy od petard strzelanych przez ich właścicieli w dowód miłości do braci młodszych. Mam też jeszcze szampan do wypicia.

W Nowym Roku 2018 życzę Ci pełni zdrowia, radosnych figlów i rozkoszy oraz cierpliwości dla otaczającej nas rzeczywistości.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego już na początku Nowego Roku, to podaruj sobie lub komuś jedną z książek: https://tinyurl.com/yct8ocpp lub https://tinyurl.com/ycbhdedn

Co mamy i co mieć będziemy. 2017 v. 2018.

Piszę po Świętach Bożego Narodzenia, czyli na trzeźwo, bez widoku krzywej mordy karpia. Dzięki temu wyraźniej widzę przyszłość. Jest różowa.

Mijający rok oceniam dobrze. Mamy osiągnięcia. Mnie najbardziej podobało się zwolnienie 90 generałów, niezakupione helikoptery oraz dotacje na wyrąb Puszczy Białowieskiej, jakie Unia nam obiecała. Ileż to zaoszczędzonych pieniędzy! Nie dziw, że nasza gospodarka rozwija się tak szybko. Jeśli chodzi o tempo rozwoju, to jesteśmy podobno na 14 miejscu w Europie. To nieźle, bo jakiś szczupły medalista w okularach straszył mnie w telewizji, że rozwijamy się najszybciej w Europie. To byłoby niebezpieczne.

W prasie znalazłem tekst o Japonii, który wezbrał we mnie uczuciem patriotycznej radości. Cytuję: „ … honorowy kodeks bushido, koncentrat konfuncjanizmu, zen i szinto, który niczym samurajski miecz ciosał dusze Japończyków całe dziesięć wieków i do dziś jest ich moralnym i mentalnym kompasem. Uczciwość, grzeczność, czystość, skromność, pracowitość, solidarność i lojalność – cnoty bushido są cechami Japończyków”.

– To tak jak i u nas – pomyślałem. Teraz wiem, dlaczego tęskniliśmy za drugą Japonią. Jesteśmy zdumiewająco podobni do nich. Nie wiem tylko, czy oni też mają tyle dumy narodowej i tak nie lubią być na kolanach jak my. 

Rok 2018 według horoskopu chińskiego to rok Psa, żywiołu Ziemi. Cytuję: „Rok Psa jest czasem przyjaźni oraz zacieśniania kontaktów międzyludzkich. To także czas współpracy i okazywania większej tolerancji sobie nawzajem. Teraz staniemy się bardziej wrażliwi, dzięki czemu wiele dotychczasowych nieporozumień oraz konfliktów może zostać zażegnanych. Wystarczy jedynie odrobina dobrej woli”.

Brzmi to bardzo zachęcająco. Liczę na rok Psa.

Podsumowując, jest nieźle, będzie jeszcze nieźlej, może nawet jeszcze lepiej. Tego oczekuję od losu, czyli łaski pańskiej, która – jak mówi przysłowie – na pstrym koniu jeździ. Ponieważ u nas dysponentem łaski pańskiej jest rząd, rok 2018 napawa mnie optymizmem.

Może jeszcze coś na ten temat napiszę. Radości nigdy za dużo.

Pierwszy dzień świąt. Ale jakich?

Zadaję pytanie w tytule i piszę nieco chaotycznie, aby dać wyraz mojemu rozczarowaniu, że tak właśnie piszę. Mam na to uzasadnienie.

Kilka razy wznosiłem dziś, pierwszego dnia świąt, toasty, choć to podobno raczej nie wypada, ale były one bardzo skromne, kieliszeczkami, góra 25 milimetrów wysokości, najpierw za zdrowie pań, potem za zdrowie rodziny, wśród której w dyskusji wyróżniały się dzieci, niezwykle skutecznie zabierające głos. Podejrzewam, że śledzą one z pasją debaty prowadzone w Sejmie przez miłosiernie panującą nam partię, w szczególności zaś wypowiedzi posła Suskiego, który mówi wolno, dostojnie i z błyskiem zęba mądrości. Otóż ten błysk zauważyłem u jednego z dzieciątek rodzinnych, śledzących – jak wspomniałem – dyskusje w Sejmie, na które opozycja otrzymała regularny przydział jednej minuty na osobę.

Kończąc sprawę toastów, ostatni mój toast był „Za zdrowie szampana”, imienia nie wymienię, bo było zagraniczne, czyli obce, co nie jest miłe.

Pierwszy dzień świąt był niezwykle udany. Były to najsmaczniejsze święta mojego życia: zupa grzybowa, karp smażony, tak dobry, że go ucałowałem z radości w wyimaginowany pysk, zanim go zjadłem, różne pierożki, sałaty i inne frykasy. Obserwując siebie uważnie przy stole zauważyłem, że cieszę się niezmiernie, że inni Polacy też się cieszą, że rząd się cieszy, ponieważ pierwszy dostrzegł światła naszej wspólnej wspaniałej przyszłości opartej na współpracy i serdeczności.

– Trzeba mieć oczy jak reflektory, aby je zauważyć – dziwnie zauważył Iwan Iwanowicz, mój sąsiad z osiedla, przewodniczący Komitetu Narad przy Krawężniku.

Z rzeczy mniej miłych, na które musimy być przygotowani, choć życie układa nam się jak po różach, bez kolców, wymienię informację, że pewien obcokrajowiec (co dobrze wiedzieć), niejaki Gene Sharp, napisał książkę po tytułem „Od dyktatury do demokracji”, którą można pobrać bezpłatnie ze strony http://www.aeinstein.org/free-resources/free-publications/polski/ (Albert Einstein Insititution). Nie wiem, po co komu taka książka, skoro na świecie, w Europie, nie mówiąc o naszym kraju, jest przecież bajecznie i nigdy nie było tak dobrze, mimo marnej pogody, i nie ma potrzeby myśleć o przechodzeniu stamtąd dotąd.

Uzupełnię jeszcze moje wcześniejsze życzenia świąteczne życząc Panu Prezesowi Kaczyńskiemu dużej podaży sensownych w cenie premierów do wymiany, zaś Panu Ministrowi Macierewiczowi świeżutkiego szampana „Russkoje Igristoje”, który nie tylko że jest smaczny, ale i głowa po nim nie boli.

Nowa gra, przemówienia, życzenia świąteczne i inne ciekawostki

Trwa przesilenie zimowe. Od jutra dni się wydłużają, ciemności ustępują i nadciąga superksiężyc. Tyle mówi proroctwo.

Gra, która się toczy wokoło, jest super, ponieważ jej reguły dają się zmieniać przez Rozgrywającego. Jego celem jest zdobyć władzę, jak najwięcej władzy i to w taki sposób, aby jego zwolennicy i adoratorzy dali się ująć uczuciom nieskończonej godności i szczęścia.

W telewizji przedstawiciele Rozgrywającego najpierw witali telewidzów, nazywali ich Drogimi, Szanownymi lub Szanownym Państwem, a potem kubłami argumentów wyjaśniali, że Wielki Brat Ruro grubo się myli, ponieważ jest super, rewelacyjnie, dużo dużo lepiej niż poprzednio, a będzie jeszcze lepiej. Mówili też: weryfikujemy i zamieniamy ludzi podłych, tych z przeszłości, na nowych ludzi, szlachetniejszych, których sami wybieramy zwracając uwagę na nieposzlakowany charakter i uczciwy wyraz twarzy.

W dzień Rozgrywający uczestniczy w pochodach, demonstracjach i w świątyniach, pokazując, jak jest poważny, jak ubrany w garnitury klęka, modli się i patrzy w kierunku ambony, znowu się modli i znowu klęka.

W ciągu dnia napłynęły dalsze życzenia. Życzono:

– Funkcjonariuszom i zwolennikom Rozgrywającego – pięknych pomników na każdym rogu ulicy i nazw upamiętniających właściwych bohaterów i świętych;

– Ministrowi M – worka teorii spiskowych pod choinką, kolorowych snów o odzyskaniu wraku, dziesiątek generałów do dymisji oraz nowego puszystego Misia-Aptekarza;

– Ojcu R – jeszcze gorętszych wód geotermalnych, bajecznych samochodów, kolejnych dotacji na walkę ze złem oraz wszelkich innych łask pieniężnych;

– Hierarchii – łaski zrozumienia, że Bóg nie mieszka w Toruniu ani na ulicy Nowogrodzkiej tylko w niebie i jest nieskończonej dobroci, ale niekoniecznie cierpliwości.

Niezwykłe zwycięstwo i strumień życzeń gorących jak lawa

Iwan Iwanowicz opowiedział mi dziwną historię. Przysnął w fotelu i śniło mu się, że ze szpitala psychiatrycznego po zażyciu narkotyków uciekła razem grupa pielęgniarzy i pacjentów, jednostek bardzo różnych, wierzących i niewierzących, wykształconych i po zawodówce, którzy odurzeni narkotykami mieli wizję, że wszyscy ludzie wokół, bez wyjątków, są nieszczęśliwi i oni muszą ich koniecznie uszczęśliwić.

Kiedy się obudził z dziwnego snu podawano w telewizji, że w grach zespołowych reprezentujemy poziom światowy i po dwóch latach ostrej rywalizacji nasza reprezentacja narodowa odniosła niesamowity sukces wygrywając z Wielkim Bratem Ruro, pokazując światu naszą dumę, odwagę i mądrość sportową. W uznaniu tego osiągnięcia Wielki Brat obiecał naszej reprezentacji cenne sankcje oferując dodatkowo trzy miesiące na doprowadzenie się do pełnej formy w rozgrywkach finalnych. Zwycięstwo naszej reprezentacji było tej miary, że rozpisała się o nim cała prasa światowa, a Amerykanie wysłali nawet grupę specjalnych obserwatorów do Warszawy.

Potem Dziennik TV podał, że do najwyższych władz szerokim strumieniem płyną życzenia świąteczne i noworoczne. Są one tak gorące, że strumień nie zamarza mimo ujemnych temperatur. Niektóre życzenia były bardzo egzotyczne:

  • Naszemu Wspaniałemu Premierowi – z okazji inauguracji nowiutkiego gabinetu – wielkiego powodzenia w Kochanej Europie, ocieplenia wizerunku, skutecznej akcji rechrystianizacji oraz wielu serdeczności ze strony Ministra Z i Ministra M;
  • Panu Prezydentowi – długich i udanych szusów narciarskich w dół, w kierunku palm i plaż tropikalnych, gdzie można wspaniale wypocząć, orderu za Prawdę i Niezłomność oraz serdecznych żołnierskich uścisków od Ministra M;
  • Rysiowi C z Brukseli – kolorowej, puchowej poduszki z wyszytymi na niej gorącymi ustami jego Ukochanego Bohatera, aby wygodnie trzymał na niej nocą swoją pracowitą siwą głowę, oraz szybkiego zimowego roweru do lotnego pokonywania dystansów Bruksela – Warszawa – Strasburg;
  • Zwolennikom i adoratorom partii rządzącej – pomyślności w załatwianiu spraw w sądach, coraz szybszych i sprawiedliwszych, w przychodniach lekarskich, coraz wygodniejszych i sprawniejszych, oraz w ZUS-e, nieskończonym źródle szybszych i tańszych emerytur.

Życzeń było tak dużo, że tego dnia telewizja nie mogła przedstawić ich więcej, mimo że była to telewizja publiczna o wielkiej przepustowości i obiektywności.

Dzień 20 grudnia. Świat opanowała gorączka.

Sytuacja jest skomplikowana. Toczy się wielka gra, tu i tam, w szerszym i węższym kontekście. Szerszy kontekst to trzy imperia: Zachodnie, Wschodnie i Dalekowschodnie. Pierwsze jest najbogatsze, drugie najbardziej agresywne, trzecie rośnie szybko w siłę i ma za sobą moc Ideologii. Niektórzy naukowcy nazywają ten okres Wielką Deformacją. Czy nazwa się utrzyma nie wiadomo, bo zasady gry są ustalone minioną tradycją, ale niestabilne. W ostatnich miesiącach na Dalekim Wschodzie pojawił się dodatkowy agent destabilizujący, tym bardziej niebezpieczny, że ma potężną broń zdolną napromieniować pół świata. Jest to państwo jednoosobowe.

Imperium Zachodnie zadeklarowało wczoraj nowe zasady gry. Pierwsza z nich brzmi: Pokój tak, a jeśli nie, to ustalimy go siłą. Na czele Imperium stoi stary człowiek z rudą brodą, która przesuwa się w górę, kiedy mu robią zdjęcie lub pokazują w telewizji. Jest to prawdopodobnie hazardzista. Nikt nie wie dokładnie, jak bardzo.

W kraju z samego rana cisza. To normalne, bo mróz. Pod pokrywką wielkiego gara przemian cały czas utrzymuje się ciśnienie. W nocy do rządowej sortowni poczty zwanej Kancelarią nadeszły życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku.

Pierwsze było w ozdobnej kopercie: Przyszłemu Imperatorowi życzymy najserdeczniej nieprzerwanej podaży premierów, coraz lepszych i mądrzejszych, z coraz większą ilością języków i perspektyw rozwoju, oraz wielu pomysłów na odbudowę imperium z ruiny. Prywatnie także puszystych tygrysków, działających uspokajająco w trakcie głaskania. Podpisano: Naród. Pod podpisem figurują miliony paraf.

Sortownicy domyślają się, że nie wszyscy obywatele są szczerzy w tych życzeniach, wolą jednak trzymać język za zębami. Kierują się zasadą „Morda w kubeł”, która milcząco uwidacznia się w coraz większej ilości miejsc. 

W drugiej kopercie życzenia są bardziej uczuciowe. Koperta jest koloru intensywnie żółtego i wygląda jak kubraczek. Pani Ex-Premier życzymy od serca wypoczynku od minionych ciężkich obowiązków i oby jak najszybciej wyszła igła z worka, kto był lepszym premierem; Ona, zasłużona i wierna przyszłemu Imperatorowi, czy ten Nowy, któremu przyszły Imperator umeblował gabinet.

Problem z identyfikacją podpisu jest ten sam, co poprzednio. Nie wiadomo, kto podpisał szczerze, a kto z obowiązku.

Gra trwa.

Z 19 na 20 grudnia. Pierwsza noc. Gra o Przyszłość.

Temperatura nocą spada poniżej zera. W południe wymieniono gabinet. Nikt nie mówi czyj, ale wszyscy to wiedzą, jak i to, że stoi za tym przyszły Imperator. Nie widziano go od tygodnia.

W kącie budynku rządowego znaleziono pajęczynę. To zły znak. Ludzie szepczą o zbliżających się prześladowaniach. W powietrzu wisi zapach spalenizny. Nad ranem przychodzi smog i pogłębia swąd.

Na czele Komitetu Wykonawczego nowego rządu staje Perukarz, osobnik rosły i ociężały, z pozoru misiowaty. Mówi tak, że nikt go nie rozumie. Na nogach ma ciężkie buty. Podobno kiedy spotyka się z ludźmi, niby niechcąco nadeptuje na stopę tym, którzy mu się nie podobają, aż wyją z bólu. Ludzi trzymają się od niego z daleka.

Premier oferuje Wielkiemu Bratu Ruro pokój pod warunkiem, że ustąpi w kilku sprawach. Chodzi przede wszystkim o to, aby Wielki Brat Ruro dał spokój ze swoimi niedorzecznymi podejrzeniami. Wielki Brat milczy, potrzebuje czasu na przemyślenie.

Sytuacja jest dwuznaczna. Trwa czas domysłów i zgadywania, co dalej. 

Najkrótszy dzień roku i Święta Bożego Narodzenia

Najkrótszy dzień w roku na bliskiej perspektywie cieszy mnie, ponieważ potem wszystko idzie z górki, dni stają się coraz dłuższe, mogę też sobie wyobrazić, że coraz bardziej słoneczne. Zdaję sobie sprawę, że tworzę w ten sposób wyobrażenie, które ułatwia mi przetrwanie dni zimowych, ponurych, męczących i przygnębiających, jak obecna polityka.

Polityka i władza mnie znużyły; konsekwentnie ciągną nas w dół, w nieznanym kierunku; mam złe przeczucia, ponieważ kłamstwo zbyt często rozdziobuje prawdę, a duża część społeczeństwa jakby tego nie dostrzegała zachowując się tak, jakby kasza manna padała z nieba. Mojemu rozczarowaniu daję wyraz tweetując na Twitterze, którzy stał się dla mnie głównym forum wypowiedzi.

Przygotowałem sobie kilka wpisów z Twittera, głównie o charakterze aforyzmów, na jutrzejsze spotkanie autorskie o godzinie 18.30 w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. Miejsce i czas spotkania przypominam także sobie, ponieważ jest to dla mnie ważne spotkanie. Myślę o nim od kilkunastu dni, zamierzam przedstawić fragmenty mojej twórczości, poezji, powieści, opowiadań, aforyzmów, blogów i tweetów, twórczości dosyć rozrzuconej gatunkowo, częściowo publikowanej, częściowo niepublikowanej.

Skończyłem właśnie czytać książkę Mariusza Szczygła: „Projekt prawda”, nietypową pod względem zawartości. Obok tekstów autora w książce zawarta jest powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, wyróżniona nieco ciemniejszym kolorem kart, wydana pierwotnie w roku 1959, której autora porównywano – jak podaje M Szczygieł – do takich znakomitości jak Camus, Beckett, Sartre i Proust. Pierwsza część Stanucha podobała mi się, nawet bardzo, druga pisana techniką „strumienia świadomości” już nie. Obydwie części, ta stanuchowa i ta szczygłowa, godne są uwagi, przynajmniej częściowo.

Część szczygłowa zawiera krótkie opowiadana, rodzaj wspomnień i refleksji, każda na temat jakiejś lub czyjejś prawdy, człowieka, zdarzenia lub miejsca. Literatura zawsze sprawia mi przyjemność, ponieważ czytam teraz mniej, za to uważniej i rzeczy, o których jestem przekonany, że warto je przeczytać.

W świecie dzieje się tyle rzeczy.

W świecie dzieje się tyle ważnych i ciekawych rzeczy, a ja stoję w miejscu. Może dlatego, że stoję przy biurku i piszę. Mam biurko z ruchomym blatem.

Nasz dzielny premier Morawiecki szybko wyjechał i jeszcze szybciej wrócił z Brukseli. Miał ważne rzeczy do załatwienia. Mogę mu tylko zazdrościć; ma tylko ważne rzeczy –  przed sobą, za sobą i obok siebie. Może dlatego to zamożny człowiek. W telewizji podano, że kiedy był prezesem banku zarabiał 5000 zł. Dziennie. Też nieźle.

Przewiduję, że osiągnie ogromny sukces w Brukseli. Teraz UE będzie akceptować wszystko, co pan premier powie i napisze. Bardzo go tam lubią. Mówi biegle po angielsku i jeszcze jakimiś językami. W Polce również językiem swojej partii. To trudny język, nie zawsze go rozumiem.

W Sejmie jest bardzo dobrze. Ustawy, które PiS będzie głosować, Marszałek Karczewski określa jako uszczęśliwiające naród. Ja też się cieszę, niesamowicie, po prostu umieram z radości.

W Rosji też nie jest źle. Władza jest mocna jak tur, podobnie jak u nas. To każdego cieszy. Prezydent Putin będzie nadal rządzić, wiem to, choć jeszcze nie znam wyników wyborów. Wystarczy, że znam człowieka. Tam go wszyscy kochają, mimo że sportowcy rosyjscy używali środków dopingujących. Nie tak znowu dużo, spożywali je tylko zamiast śniadania. Podobno tylko dlatego, że raz bardzo ich pochwalił. Co ja piszę?! Nie używali żadnych środków dopingujących, nigdy, przenigdy, absolutnie! Czasem prawda jest ta podobna do nieprawdy, że trudno się połapać.

Przygotowuję się do spotkania autorskiego (poniedziałek godz. 18.30 Instytut Kultury Miejskiej Gdańsk, ul Długi Targ 39). Planuję przedstawić tam fragment mojej najnowszej powieści, nad którą pracuję od miesięcy.

Dzisiaj tylko krótki fragment (dla rozgrzewki umysłu).  

„Mistrz zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Izabellę i Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś od niego chcieli. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił mu się przed oczami plan radykalnego uporządkowania swojego życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia.

Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar bezpłatnego natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Izabella i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Eduardo zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Izabellą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer”.

Rechrystianizacja – ceny koni idą ostro w górę.

Ważne wydarzenie zawróciło mi w głowie do tego stopnia, że tylko o nim myślę. Chodzi o marzenie Premiera Morawieckiego o rechrystianizacji Europy. Sprawdziłem w Wikipedii. Jest tylko chrystianizacja, czyli proces wypierania pogańskich wierzeń przez wiarę chrześcijańską, zastępowanie oznak rodzimej wiary niechrześcijańskiej chrześcijańskimi symbolami, wznoszenie kościołów w miejscu świętych gajów i świątyń, ustalanie świąt kościelnych w dniach, w których obchodzono uroczystości religijne, zastępowanie lokalnych bóstw kultem świętych chrześcijańskich itp. Teraz, jak rozumiem, musimy dokonać powtórki chrystianizacji i rechrystianizować to, co wymaga odnowienia w duchu postępowego chrześcijaństwa Premiera Morawieckiego, jego rządu i partii.

Nie wiem jeszcze, jak to będzie wyglądać w szczegółach, ale chyba szykuje się krucjata, ponieważ ceny koni poszły ostro w górę. Co do mnie, to już zdecydowałem: będę Premierowi pomagać. Przygotowuję się, nabywając pośpiesznie brakujących mi umiejętności. Na koniu jeździć umiem, czyli wsiadać i zsiadać, popędzić i zatrzymać, oraz – o czym nie mogę za żadne skarby zapomnieć – jechać i to do przodu, nie do tyłu, bo taki jest kierunek rządowych działań. Gorzej jest ze spadaniem, bo i na to muszę być przygotowany, kiedy na przykład przyjdzie mi dobić osobnika uparcie opierającego się rechrystianizacji, czego nie można wykluczyć.

Muszę też nauczyć się rozpoznawać innowierców, ponieważ obawiam się, że jakbym natknął się gdzieś w Europie na Rysia Czarneckiego, to nie wiem, czy nie wziąłbym go za Turka, z tym jego okrągłym obliczem, szarawarami i orientalną mową. Myślę o nim, ponieważ nie jestem pewien, czy on jest prawdziwym chrześcijaninem, czy też udaje, bo złapałem go na kłamstwie. Na szczęście tylko raz, ale Bóg jeden wie, co w Rysiu siedzi. To straszne, jak poganie i innowiercy potrafią udawać!

Tak czy inaczej temat rechrystianizacji jest ważny. Nie będę jednak przygotowany do krucjaty przed Bożym Narodzeniem, ponieważ zbyt wolno myślę i chyba nie zdążę załapać się na pierwszą krucjatę. Zdaje się, że Premier Morawiecki jeszcze w tym tygodniu jedzie do Brukseli, aby zbadać grunt pod rechrystianizację. To dobrze. Życzę my wszystkiego najlepszego kończąc słowami: Boże dopomóż w zbożnym dziele!

Jakżeż ja się cieszę, że jesteśmy prawdziwie chrześcijańskim narodem!

Zaproszenie:

Serdecznie zapraszam na moje spotkanie autorskie w dniu 18 grudnia br. (poniedziałek), godz. 18.30, Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, ul. Długi Targ 39/40.

Przyjaźń w poczuciu jesiennego relaksu

Spotkałem dzisiaj Iwana Iwanowicza na osiedlu. Prawie zderzyliśmy się ze sobą, tak było ciemno. Ucieszeni, że do wypadku nie doszło, wymieniliśmy uprzejmości. Ludzie wymieniają je zdawkowo, poszliśmy w ich ślady.

– Dlaczego młodsi mają naśladować starszych, a nie odwrotnie? – Zapytał Iwan Iwanowicz, na co ja zawtórowałem głosem poparcia. Przy okazji przyjrzałem się przyjacielowi uważnie i zdumiałem się, choć znam go od dawna. Jest bardzo podobny do mnie. On chyba zrobił to samo, ponieważ doszedł do tego samego wniosku, że jest podobny do siebie. Jego zręczna uwaga rozbawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłem uczynić go bohaterem mojej powieści, jaką piszę w wielkim bólu tworzenia. Zgodził się, choć nie bez oporów. Bał się, że ludzie zaczną powszechnie czytać moją powieść i on, jej bohater, stanie się sławniejszy od autora. Zapewniłem go, że nie powinien się martwić, bo sława jest wyjątkowo powolna i skąpa w moim przypadku.

– To dlatego, że nie piszesz o sprawach nieprzyzwoitych, grubiańskich, morderstwach, sensacjach, spiskach i pedofilach, tylko o polityce i podobnych miłostkach. Napisz coś nieprzyzwoitego, rzuć kilka razy macią, dołóż seksu i zobaczysz, jak twoi czytelnicy się rozhulają.

Obiecałem zastanowić się nad jego propozycją. – Jest dobra, ale chyba zbyt mocna, może nawet i wulgarna. – Wyjaśniłem.

– No i co z tego? – Replikował przyjaciel. – Popatrz na otaczający cię świat. Kto tu jest przyzwoity? Dzisiaj nawet małe dzieci, wręcz dziateczki, w wieku dwóch – trzech lat, są agresywne fizycznie i słownie, krótko mówiąc przeklinają. Mówiła mi to pewna przedszkolanka. Nie jest to oczywiście ich zasługą, tylko rodziców. Dziecko uczy się manier od kogoś, bo przecież nie od premiera, który chodzi na palcach, mówi aksamitnym językiem i pieści słowami.

– Ani też od psa, który w najlepszym wypadku umie rozróżniać liczby od jednego do dziesięciu. Widziałem to w telewizji. – Uzupełniłem.

Iwan Iwanowicz zgodził się. Wydało mi się to podejrzane, bo starsi ludzie mają fatalne charaktery. Wiem to po sobie, kiedy patrzę w lutro i widzę czarne podniebienie i język rozdwojony kłamstwem.

– Ja jestem taki sam. – Odpowiedział szczerze przyjaciel, po czym padliśmy sobie w objęcia. – Tuś mi brat! – krzyczeliśmy z taką ochotą, że ludzie pootwierali okna, aby zobaczyć, kto hałasuje. Uspokoiliśmy się dopiero wtedy, kiedy jakaś kobieta wychyliła się nadmiernie i wypadła na zewnątrz.

Rozchodząc się, obiecałem Iwanowi Iwanowiczowi, że będę publikować fragmenty mojej nowej powieści, aby oswoić czytelników z arcydziełem, w którym i on będzie mieć niemałą rolę do odegrania.

Michael Tequila – fragment powieści w pisaniu: 

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie mrocznego tunelu, bez jakiegokolwiek oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesna gospodarka i sprawne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo dobre. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym krajom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze za półdarmo kupić przepyszne lody Maraska i soczyste owoce liu-tsi w likierowej polewie. 

 

 

Czas nie sprzyja normalności

Przypomniano mi, że zaniedbałem się w pisaniu blogów. Przyznaję to i biję się w piersi. Może nawet słyszycie to dudnienie. Jeśli nie, to czynię to niedostatecznie szczerze.

Zima jest podła. Kiedy wchodzę do mojego pokoju, aby popracować, coś napisać, czuję się jak samobójca szukający sznura. Pokój jest od strony północnej, jest ciemny. Przeklinam ludzi, którzy skrócili dzień po południu, kiedy najbardziej potrzeba człowiekowi światła. Co mi ze światła z samego rana, kiedy śpię?!

Wczoraj pojechałem PKM-em do Kartuz. Dla przyjemności. Miasto wydało mi się bardziej zaniedbane niż jakiekolwiek inne. Zwiedziłem Muzeum Kaszubskie im Franciszka Tredera. Bogactwo zbiorów, są ciekawe, ale i smutne. Eksponaty pokazują, jak ubogie było życie na tym terenie, jaki był też stan umysłowości. Motyczka z drewnianą rączką tak sękatą i nierówną ,jakby ktoś ją wymyślił specjalnie dla niewygody użytkownika. Lemiesz wykonany z drewna zamiast z metalu, jakby nie znano w ogóle żelaza ani nie było kowala. Konstrukcje żenująco proste i byle jakie. To nie jest krytyka, tylko uświadomienie sobie, jak nędzne było życie w minionych dwustu latach na tamtym terenie, stan możliwości, niemożliwości, ale i umysłowości. Na ścianach muzeum są listy z wykazem przedmiotów w pomieszczeniu, ale brak jest oznaczeń, który eksponat odnosi się do którego opisu. Wystarczyłoby doczepić malutki kawałek kartoniku z numerem do eksponatu, aby zwiedzający nie musiał zgadywać, co jest co.

– Myślimy nad tym – odpowiedziała mi panienka w biurze muzeum. – Jak długo trzeba myśleć? Muzeum ma już ponad 100 lat.

Kiedy wracałem, nad miastem wisiał śmierdzący smog. Na 50 miast UE z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem, 35 jest w Polsce. Co robi obecny rząd? Czy to zmieni, czy też powoła się na niedoróbki i zaniedbania poprzedniego rządu. Zawsze mi to brzmi okropnie, powoływanie się na  łajdactwa i podłości poprzednika jako wytłumaczenie własnej nieporadności czy zaniedbania.

Na zakończenie coś pozytywnego, jasnego jak słońce. Kupiłem sobie lampę zwaną antydepresyjną Lumie Arabica. Emituje światło zbliżone do naturalnego światła słonecznego. Wystarczą dwie sesje półgodzinne – jednogodzinne dziennie, aby poczuć się lepiej po kilku dniach. Zaczynam jej używać. Lamp tego rodzaju jest dużo, trzeba umieć jednak wybrać: moc co najmniej 10.000 luksów, wielkość i kształt lampy, barwa świata, cena, oceny użytkowników. Mnie to zajęło co najmniej 8 godzin, cały dzień. Kupić coś tańszego byłoby błędem.

Moja nadzieja jest w świetle. Patrzę w tamtą stronę, Czekam wiosny, od 21 grudnia dzień jest coraz dłuższy. Oby do wiosny, kiedy najpiękniej kwitnie demokracja! 

Kilku wspaniałych i inne opowiadania

Dzisiaj słońce zaświeciło tak mocno, że w moim sercu rozśpiewały się skowronki, co mnie przekonało, że jednak mam serce. Dla równowagi skarciłem się, że od dwóch tygodni nie zamieściłem żadnego wpisu na blogu. Życie toczy się tak szybko, że mi wstyd, bo nie nadążam, tym bardziej, że w Polsce życie toczy się szybciej do tyłu niż do przodu, co jest fenomenem na wielką skalę.

Jesteśmy teraz popularni w Europie, na świecie też. Wszyscy o nas debatują, rozważają, przyglądają się. Ładnie maszerujemy, rzucamy petardy, wznosimy okrzyki, białasy do rządu, czarni do worka, czy coś w tym rodzaju, prezentujemy kukiełki z teatrzyku Ku Klux Klan i historyczne swastyczki. To wszystkich zadziwia, zachwyca i frapuje, bo nikt nie ma tak mocnego teatru ulicznego jak my.

– Polak potrafi – mówią ludzie za granicą cmokając z zachwytu. Może nie każdy Polak, ale rząd na pewno, bo tak zdolnego rządu od dawna już nie mieliśmy. Jest moim faworytem.

W Europarlamencie odbyła się ciekawa debata zakończona rezolucją na temat Polski. Z lokalnych mówców najbardziej podobali mi się Rysio Czarnecki i Rysio Legutko, kojarzący mi się z Kogutkiem, bardzo nastroszonym i czupurnym.

Posłuchałem posła Legutko. Był oburzony, tylko nie za bardzo zrozumiałem na kogo. Mówił o łajdactwie i zdradzie, i to bardzo przekonywująco. Zanotowałem jego wypowiedzi wyrywając je oczywiście z kontekstu, bo mówił dużo i tupał przy tym głosem do taktu, co mi się podobało. Cytuję: „Nie mogę dojść do siebie”, „to nie jest dialog, żadna debata”, „to jest pokaz siły”. Zrozumiałem, że to on pokazuje tę siłę i to mnie podbudowało, bo dawno nie pokazaliśmy w Unii, kto w niej rządzi. Potem pomyślałem, że brzuch go rozbolał, ponieważ natychmiast po wypróżnieniu się słownym wyszedł z sali, chyba do toalety, aby poprawić makijaż.

Przed wyjściem, na sam koniec powiedział (cytuję): „Tu nie chodzi o praworządność, o wartości, tu chodzi o władzę”. Mówiąc to popatrzył do góry, skąd spoglądał na niego jego ukochany zwierzchnik, który mu przytaknął. Zgodziłem się z nimi, mają absolutnie rację.

 

Szybka autostrada w kierunku Turcji

Mgła była tak gęsta, że zadusiła dwóch robotników. Wkrótce się okazało, że to nie robotnicy, tylko lekarze, nauczyciele, sędziowie i prokuratorzy, i nie dwóch, tylko dwa tysiące, i nie zadusiła mgła, tylko zwolnił rząd. Zwalniani usprawiedliwiali się jak mogli: rozumiemy bardzo dobrze, reforma musi iść naprzód, my jesteśmy słabiutcy jak pijane niemowlę, ci co przyjdą w nasze miejsce będą naprawdę dobrzy.

Sam fakt zwolnień bardzo dobrze robi narodowi, gdyż tworzy motywację, wszyscy stają się szczęśliwi i pracują jak wiatraki. Dobrze, że rząd reformuje służbę zdrowia, edukację, sądy i prokuraturę, bo były już nie do zniesienia. Oprócz samoobsługowych pułapek na myszy, nic tam nie działało, nawet proste w obsłudze drewniane schody ruchome.

Mamy silny rząd. Jakakolwiek ustawę uchwali, prezydent ją bez zwłoki akceptuje, (pod warunkiem, że ma prawo do współudziału), Trybunał Konstytucyjny od razu zaklepuje jako legalną i oddala ewentualne skargi. Jest to najprostsza droga, aby silny rząd stał się jeszcze silniejszy. I o to właśnie chodzi, gdyż coraz szybciej pędzimy do tyłu i zbliżamy się już do Turcji, gdzie wymienia się wszystko i wszystkich, od razu z imienia i z nazwiska, w dodatku prosto do więzienia, aby w kraju było więcej przestrzeni dla ludzi pracy.

W UE udało się pani premier załatwić sprawę wynagrodzeń pracowników delegowanych, „może nie wszystko, ale obroniliśmy się przed najgorszym”. Fantastycznie powiedziane: załatwiliśmy wiele, ale najważniejsze, że obroniliśmy się przed najgorszym. Rząd zna wszystkie przysłowia.

To, co teraz napiszę, to prawdziwa bomba. Forbes ogłosił, że premier Szydło jest dziesiatą najbardziej wpływową kobietą na świecie, dwa rzuty kajakiem za królową Elżbietą II (miejsce 8). Siła oddziaływania pani premier wzmocniła mnie na duchu. Poczułem się tak bardzo w sobie, że zamiast sześciu kaw wypiłem pięć. Cieszy mnie także to, że to zaszczytne miejsce zajmuje pani Premier (jest to sprawa tylko między nami Polakami) ex aequo z Jarosławem Kaczyńskim. Można by powiedzieć, że jest to niezwykle udana szyfrowana kombinacja otwartej decyzyjnie pani premier i ukrytego decyzyjnie Jarosława Kaczyńskiego.

Nie wiem, dlaczego tak dobry rząd ma być wymieniany. Chyba na jeszcze lepszy i to będzie fantastyczne, bo już jest doskonały. Świadczy o tym niezwykła wpływowość pani premier na świecie.

Obyśmy tylko zdrowi byli.