Hrabina de Polo / fragment opowiadania

„…Po zakończonych podróżach zapragnąłem odwiedzić panią Hrabinę. Zachowałem ją we wdzięcznej pamięci czciciela kobiet dojrzałych ciałem i cnotą. Była wiosna i pani Hrabina zaoferowała mi gościnę w pokoiku w swoim obszernym domu przy ulicy Via Caccia 17 w Wiecznym Mieście.
Pierwszego dnia rozmawialiśmy dużo i szczegółowo o podróżach, moich i arystokracji za czasów młodości pani Hrabiny. Drugiego dnia do rozmowy, która odbyła się w kawiarni, zaproszona została Inez, aby – pani Hrabina ujęła to bardzo zgrabnie – otarła się o świat wielkich podróży i idei. Stało się wtedy coś niezwykłego. Wyjątkowo ciepły zmierzch zbudził do lotu zaspane do nieprzytomności nietoperze, a te, trzepocząc błoniastymi skrzydłami, musiały chyba zbudzić natchnienie Inez do wyznań. Dziewczyna otworzyła się jak kielich kwiatu, aby opowiedzieć o sobie. Mówiła z taką szczerością, że aż prawie zwątpiłem w szczerość samej szczerości, którą przecież można udawać, jak to czynią aktorzy w teatrze, gdzie pozór jawi się prawdą, a prawda pozorem.
– Z natury jestem osobą zamkniętą – Inez przyznała to po pewnym wahaniu wyrażającym się w odpychaniu rękami niewidzialnej przeszkody- z zadatkami na staropanieństwo, co nie jest skłonnością szczególnie miłą, ale też i nie obciążeniem. Młode istoty, takie jak ja, nie powinny wstydzić się mówić o swym głęboko ludzkim zagubieniu, kiedy nadejdzie godzina szczerości.

– Chyba pod wrażeniem uroczystej spowiedzi Inez kilka razy nabierała powietrza w usta, aby dotlenić płuca i odświeżyć pamięć.
– Czasami mam wrażenie, tak jak dzisiaj, że jestem uduchowioną Cyganką, zdolną do intuicyjnego przeniknięcia istoty człowieczeństwa i przepowiadania przyszłości. Jest to domena osób o wyższej niż przeciętna wrażliwości, do której skromnie zaliczam także siebie.
– Powiedziawszy to, Inez zapragnęła złagodzić wrażenie zarozumialstwa wywołane nietypową autoprezentacją, i zażartowała. – To chyba wpływ kombinacji słodkiej bułeczki i gorzkiej herbaty Ulung Tabuki. – Wymawiając z łatwością chińskie słowa, uśmiechnęła się kącikami ust i dołeczkami w policzkach. – Nadzwyczajny smak potraw i nastrój wieczoru skłaniają mnie do powiedzenia o sobie więcej i szerzej. Byłam dzieckiem delikatnym i drobnym, szaleńczo kochanym, wręcz ubóstwianym, przez rodziców i to pozostawiło we mnie ślad w postaci podwyższonej wrażliwości.
– W czym wyraża się pani wrażliwość, droga Inez? – Zapragnęła wiedzieć Hrabina, osoba również wrażliwa, lecz wychowana w warunkach rządów despotycznych, kiedy nauczycieli, wychowawców, opiekunów, rodziców i generalnie zwierzchników osób młodocianych i młodych obowiązywała rzeczowa i zimna bezpośredniość.
– Wyraża się ona, szanowna pani Hrabino, w trójkącie równoramiennym. Proszę mi wybaczyć, że posłużę się figurą geometryczną, której bokami są dokładność, higiena i delikatność. Lubię pieścić się rzeczami, które trzymam w ręku oraz tymi, które pozostają w mym bezpośrednim zasięgu. Jeśli obieram jabłko to bardzo grubo, co nie jest objawem niedokładności, ale wrogością wobec zarazków, które są niebezpieczne. Tak, więc gotowa jestem wyrzucić jabłko, choćby było niezauważalnie nadgniłe. Jeśli zmywam naczynia ręcznie, co czynię chętnie, to wykonuję to dłużej niż inni, ponieważ powierzchnia naczynia musi lśnić jak lustro odzwierciedlające dokładność kobiecej natury i umiłowanie czystości.
Jest to czynność, którą wykonuję attentivement et proprement, czyli uważnie i starannie. Nie lubię ani nie umiem czynić niczego łapu-capu, choćby okoliczności nawet wymagały tego ode mnie. Widzę w tym mądrość i piękno życia. …”

– Cóż może pani, droga Inez, wiedzieć o życiu, w tak młodym wieku? – Hrabina westchnęła na wspomnienie przeszłości podnosząc brwi w pełnym zdumienia oczekiwaniu, co może powiedzieć o brutalnym spektaklu życia osoba wychowana w ustroju obdarzającym kobietę pieszczotami nieporównywalnie częściej niż kuksańcami.
– W życiu nie lubię się śpieszyć. Bardzo mi odpowiada przysłowie festina lente, którego wyuczyłam się na pamięć i przypominam sobie w myślach. Śpiesz się powoli – wyjaśniła Inez, delektując się słowami. – Na wszystko potrzebuję więcej czasu niż inni, na przykład na ubieranie się, czynność ważną dla niewiasty w każdym wieku. Osobiście przepadam za przebieraniem się, ponieważ lubię wyglądać dobrze, widzieć siebie jako kobietę zadbaną.

Powyższy fragment pochodzi ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

Konio / opowiadanie-fragmenty

„…  Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”,choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.
– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący.
– Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej
wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.
– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym
zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.
– Czyli od źrebaka.
– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie  nieoczekiwanie.
– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?
– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.
– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.
– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?
– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.
– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?
Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.
– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.
– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja. „

„ …Była to dobra okazja, aby zaproponować coś do wypicia dla poprawy nastroju. Konio odmówił alkoholu, więc zaproponowałem mu szklankę wody. Źródlanej, niefiltrowanej – zaznaczyłem w nadziei, że doceni postawę proekologiczną.
– Koń by się uśmiał! – Jego rżenie przybrało formę drwiny. – Czyś ty oszalał? Chcesz, abym umarł ze śmiechu. Szklanka wody! To dla królika czy dla kota? Ja piję z wiadra! Słyszysz? A bucket of water, please. – Przeszedł na angielski równie łatwo jak z trawy na koniczynę.
– Nie przesadzaj, Konio. – Udzieliłem mu życzliwej rady. – Lekarze i weterynarze zalecają picie dużej ilości wody, ale nie dziesięć litrów za jednym zamachem! Od tego żaby mogą ci się zalęgnąć w brzuchu. – Stwierdziłem w nadziei, że perspektywa śliskiego płaza w żołądku powstrzyma Koniego przed spożyciem nadmiernej ilości płynu. – Zupełnie jak człowiek. Pije na umór. – Po raz nie wiadomo który zdałem sobie sprawę z fatalnego nawyku nadużywania płynów. – On postępuje podobnie jak alkoholik, który nie zna umiaru i pije na umór, a potem siada za kierownicą. Moja wyobraźnia produkowana koszmarne epizody pasujące tylko do filmów z horrorem.
Efekt wchłonięcia wiadra wody przegryzionej bochenkiem suchego chleba, gdyż tylko taki miałem w domu, nie dał na siebie długo czekać. Konio rozejrzał się najpierw na boki, jakby strach go ogarnął, a następnie zapytał szeptem, czy mógłby pójść do łazienki.
– Odczuwam pilną potrzebę przejrzenia się w lustrze! – dodał usprawiedliwiająco.”

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 197: Celibat, pokuta i nowe inicjatywy rządu

Nie chcąc uronić nawet kropli energii z decyzji, jaką podjął, Czarna Eminencja wrócił do swojego pokoju, ubrał się cieplej i zszedł na dół do kaplicy dla dopełnienia pokuty. Na podłodze leżał tak długo, aż zasnął ze znużenia. Wcześniej położył sobie poduszeczkę pod głowę, aby nie spoczywała na zakurzonej podłodze. Pomyślał, że zgrzeszył nadmiernym folgowaniem sobie, choć z drugiej strony miał prawo, a nawet powinność dbać o higienę. Ponadto nigdy nie słyszał ani nie czytał, że korzystanie z poduszeczki w trakcie leżenia krzyżem było sprzeczne z zasadami wiary.

W trakcie snu przez głowę arcybiskupa przewinęła się długa historia celibatu. Najpierw pojawił prorok Jeremiasz i esseńczycy ze Starego Testamentu, potem postacie Jezusa, Jana Chrzciciela, Jana Ewangelisty, Pawła, Tytusa i Tymoteusza dających przykłady życia w stanie bezżenności. W końcu ukazały mu się zapisy Synodów w Elwirze w roku 300, Ancyrze w roku 314, Kartaginie w roku 390, po drodze zaś Sobór Nicejski z roku 325. W jedenastym wieku celibat został usankcjonowany przez papieża Grzegorza VII w ramach reformy gregoriańskiej i ostatecznie ugruntowany przez Sobór Trydencki z listopada 1563 roku.

Po dwóch dniach rozmyślań i pokuty Czarna Eminencja uspokoił się; wiedział już, jaką decyzję podejmie dla dobra kościoła, państwa i społeczeństwa. Ostatecznie zadecydowało o tym jedno zdanie podsumowujące sens bycia duchownym: całkowicie poświęcić siebie Bogu i ludziom.

*****

Miała to być zwyczajna narada robocza, jedna z wielu organizowanych każdego miesiąca. Chodziło o pozycję rządu koalicyjnego w oczach społeczeństwa, jak jest odbierany i jakie to stwarza możliwości. Rząd potrzebował niebudzącego wątpliwości autorytetu społecznego. Gubernator i Czarna Eminencja byli zgodni, że rząd powinien plasować się znacznie wyżej w opinii społecznej. Szczególnie mocno nalegał na to arcybiskup.

– Bóg i naród nie są byle kim, aby służyli mu zwyczajni ludzie. Bóg jest królem, władcą, sublimacją arystokracji siły i ducha. Władza pochodzi z nadania boskiego i w Nomadii my ją stanowimy.

Gubernatorowi słowa arcybiskupa wydały się bardzo wzniosłe; przez moment myślał nawet, czy nie za bardzo. Wątpliwość prawie natychmiast go opuściła, kiedy arcybiskup przypomniał, że już Święty Paweł z Tarsu nie miał wątpliwości, że wszelka władza pochodzi od Boga. Powtórzył to po łacinie: Non est potestas nisi a Deo. Bóg to nie jest byle kto! W dyskusji mężczyźni przytaczali i powtarzali argumenty tak długo, że nie pozostawiły one żadnych wątpliwości: władza, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jest uprzywilejowana przez Boga i zasługuje na najwyższy szacunek.

*****

Anemiczna reakcja społeczeństwa na kolejne wezwania rządu do prokreacji dała gubernatorowi i Eminencji wiele do myślenia. Wniknęli głębiej w przyczyny. Okazało się, że w wyniku Apokalipsy wielu obywateli straciło pewność siebie i skapitulowało. Rząd i kościół dostrzegli w tym nową szansę.

– Masy społeczne oczekują, że będziemy za nich myśleć i wskazywać im drogę. Ludzie pragną, aby nimi sterowano, bo tak jest im łatwiej żyć. –  Gubernator i Eminencja postanowili wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

Wśród osób najbardziej potrzebujących przewodnictwa zidentyfikowano analfabetów, ludzi z minimalnym wykształceniem, osoby zagubione w rzeczywistości, bez własnych poglądów i opinii, ignorantów. alkoholików, wyrobników o niskich kwalifikacjach i zarobkach, jednostki o niskim wskaźniku inteligencji, także niektórych bigotów i dewotów, zagubionych w drobiazgowej pobożności. Jak się wkrótce okazało, była to definicja zawężająca, ponieważ wśród potrzebujących przewodnictwa było sporo osób wykształconych. Jedynie artyści i ludzie wolnych zawodów okazali się odporni na wpływy rządzących, egoistycznie preferując własne sumienia i poglądy. Rząd uznał, że w sytuacji masowego zagrożenia, wolność jednostki musi być dawkowana, ponieważ może naruszać interes ogółu.

– Jeśli chodzi o wolność w sprawach prokreacji, to obywatele muszą dopiero nauczyć się z niej korzystać. – Czarna Eminencja zgodził się bez wahania z tym oświadczeniem gubernatora.

Czytaj Michaela Tequilę. Książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 195: Karty kredytowe i kaznodzieje

Kiedy okazało się, że siłą nie da się przekonać ludzi do prokreacji, policja opracowała i przetestowała kilka form perswazji. Najbardziej obiecująca okazała się pomoc finansowa, rzecz niekontrowersyjna sama w sobie, praktykowana na przestrzeni wieków.

Wytypowanym osobom rząd oferował bezpłatne karty kredytowe. Jak przekonywały ogłoszenia reklamowe, były one tak nadziane gotówką, że mogły nie mieścić się w portfelu. Karty wydawał wytypowany przez rząd bank. Krążyły o nim pogłoski, że jest pralnią brudnych pieniędzy. Oczywiście nikt nie brał tego poważnie, ponieważ nikt nigdy nie słyszał o pralni rozdającej gratis karty kredytowe. Karty były łatwe do identyfikacji: karta brązowa za pierwsze dziecko, srebrna za drugie i złota za trzecie. W przypadku nienarodzenia się dziecka w ciągu dwunastu miesięcy od otrzymania karty, beneficjent miał obowiązek zwrócić kartę bankowi oddając tylko połowę środków na niej zdeponowanych. Była to forma zachęty do zapoznania się z systemem. Rząd przewidywał wydanie kart diamentowych, wstrzymywał się jednak z decyzją do czasu sprawdzenia, jakie efekty przyniosły trzy pierwsze karty. 

„Kredytowy system perswazyjny”, jako go nazywano, obliczony był na ludzką chciwość. Oczywiście nikt nie mówił o tym głośno. Mając coraz więcej dzieci obywatele byli w stanie nie tylko poprawić swoją sytuację, ale i dorobić się, stać się ludźmi majętnymi, a przy kilkunastu dzieciach wręcz bogaczami.

Mimo niewątpliwych korzyści i intensywnej reklamy ludzie nie przyjmowali kart, bojąc się powtórki Apokalipsy, a jeszcze bardziej uzależnienia od banku. Nie miał on dobrej opinii. Wiele osób uważało, że został założony przez oszustów, aby naciągnąć klienta na kredyt lub pożyczkę i zlicytować go przy pierwszej niemożności spłaty, przejąć jego mienie i wypluć na bruk w charakterze bezdomnego nieudacznika.

Otrzymywane pocztą karty ludzie palili często nie zastanawiając, czy nie warto byłoby podjąć z nich choćby trochę gotówki. Karty były wykonane z tworzywa sztucznego i przy spalaniu wydzielały charakterystyczny dym i swąd.

Drony potajemnie wysyłane przez policję wykrywały nietypowy dym i zapach. Był to znak sugerujący, że osobnik niszczący kartę jest przeciwnikiem prokreacji. Korzystając z organizacji  prania brudnych pieniędzy, głównie pochodzących z handlu narkotykami, rząd dysponował już wtedy worami pieniędzy i mógł pozwolić sobie na supernowoczesne techniki i technologie, o jakich zwykli śmiertelnicy nie mieli nawet pojęcia.

*****

Najbardziej oddani sprawie ratowania społeczeństwa byli kaznodzieje. Byli niezwykle aktywni; gromili przeciwników prokreacji oraz tłumaczyli, wyjaśniali i nawracali zgodnie z posłaniem „Idźcie i rozmnażajcie się”. Kościół opłacał ich sowicie, aby bez codziennej troski o utrzymanie mogli głosić prawdy boże. Zdarzały się przypadki, że kaznodzieja miał nawet kilkoro dzieci. Nie wpływało to najlepiej na reputację kościoła, gdyż ludzie mu niechętni nazywali ich dzieciorobami żerującymi na łatwowierności społeczeństwa. Kościół ich nie bronił, ale też nie ganił, mając na uwadze demograficzne korzyści ich postępowania.

Kaznodzieje byli niezwykle skuteczni, ponieważ – w odróżnieniu od księży – trafiali przede wszystkim do osób, które nie przychodziły do kościoła. Zjawiali się wszędzie tam, gdzie było dużo ludzi. Ulubionym miejscem ich wystąpień były ośrodki handlowe, place przed supermarketami i dużymi sklepami, szkoły, a nawet więzienia. Ustawiali tam przenośne regały z broszurami promującymi wiarę i prokreację. Głosząc kazania nawiązywali do najlepszych tradycji krasomówstwa z czasów średniowiecza, które cechowała głęboka religijność. Po pewnym czasie do zawodu kaznodziei – z uwagi na tragiczną sytuację demograficzną – dopuszczano także kobiety.

Sytuacja Kościoła Hierarchicznego była mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Wielu obywateli doznało tak wielkich cierpień w okresie Apokalipsy, że odwrócili się od Boga obarczając go winą za nieszczęścia. Niektórzy zhardzieli do tego stopnia, że nie wierzyli już nawet kościołowi mimo jego szczerego zaangażowania w niesienie pomocy ofiarom żywiołów. Wskutek przebytych cierpień ludzie stali się cyniczni nawet wobec przyjaciół, modlących się o pomoc do Boga w tragicznych momentach. Pytali i szydzili:

– I co? Wymodliliście coś w czasie Apokalipsy? Jakiś ratunek lub pomoc otrzymaliście, choćby ulgę w rozpaczy?

Z okazji Dnia Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet, Dnia Wiosny oraz Dnia Miłosnych Uniesień, składam Wszystkim Paniom najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Paniom smutnym życzę radości, radosnym, aby takie pozostały, a wszystkim bez wyjątku życzę miłości, dzieci pięknych i mądrych, mężów i partnerów wiernych jak pingwin, czułych jak rybka i bogatych jak szejk arabski, także egzotycznych wycieczek

oraz uposażeń na poziomie dyrektorek departamentów Narodowego Banku Polskiego.

Do życzeń dołączam wiersz i wielkie, kwieciste Alleluja.
Michael Tequila

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Australia, Morphett Vale, 24 luty 1996
(Ze zbioru: Michael Tequila: „Oniemiałość”, przewidzianego do publikacji w 2019)

PS „wiernych jak pingwin, czułych jak rybka” to zapożyczenie z GS24.pl.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 194: Kult fallusa

Niemożność poradzenia sobie z prezerwatywami męczyła gubernatora, dopóki nie wpadł na przewrotny pomysł. Nikomu w gabinecie nie ujawnił go z obawy o kompromitację. Swój plan powierzył jedynie skromnej urzędniczce rządowej, o której nikt nie pomyślałby nawet, że może być łączniczką z tajną policją. Już po kilku dniach Babochłop miał swoich ludzi w trzech zakładach produkujących prezerwatywy, zatrudnionych na stanowiskach pakowaczy, majstrów, brygadzistów oraz kontrolerów jakości produkcji. Mieli ważną rolę do spełnienia: przebijać prezerwatywy przed zapakowaniem. Jeśli musieli je rozpakować, aby to zrobić, co z reguły miało miejsce nocą, wkładali je w opakowania zastępcze. Ponieważ popyt produkt był duży, nikt nie zwracał uwagi na opakowanie. Był to czysty sabotaż. Gubernator nie był w stanie ocenić, jakie skutki on przynosił, wyobrażał sobie jednak, że zadał przeciwnikom potężny cios.

Kościół sprzeciwiał się praktyce sabotażu, uznając ją za nieetyczną. Eminencja przez długi czas o niczym nie wiedział, przynajmniej nie przyznawał się do takiej wiedzy. Dowiedział się o wszystkim od jednego z księży, który spowiadał strażnika z zakładu wyrobów gumowych, zatrudnionego tam przez tajną policję w celu przekłuwania prezerwatyw. Miał on wyrzuty sumienia, że uszkodzone wyroby mogą przyczyniać się do przenoszenia chorób wenerycznych. Eminencję męczyło to dodatkowe zagrożenie społeczeństwa, mającego już za sobą wielką dawkę cierpień, trudno mu było jednak określić, czy przekłuwanie prezerwatyw w sytuacji kraju jest grzechem czy nie. Długo roztrząsał to w swoim sumieniu, może nawet nie dlatego, że tak bardzo go to męczyło, po prostu drobiazgowy i lubił rozwiązywać zagadki logiczne.

– Z jednej strony jest to grzech, z drugiej strony nie, bo sprzyja wywiązywaniu się ludzi z obowiązków nałożonych przez Stwórcę – doszedł do wniosku. Swoją niepewność nosił w sumieniu przez kilka dni, po czym zapomniał o wszystkim. Jeśli mu się przypomniała, to na krótko. Był zadowolony, że w końcu jego sumienie oczyściło się z męczącego natręctwa.

*****

Determinacja gubernatora i arcybiskupa rosła. Rząd gotów był podjąć najbardziej ryzykowne i drastyczne środki i działania, aby tylko ratować kraj przed nieszczęściem. Wiedzieli o tym przedstawicie dyplomatyczni wszystkich krajów akredytowani w Nomadii.

Ambasador Nubuku Kirudze, licząc na wzbudzenie zainteresowania gubernatora Blawatsky’ego kulturą Japonii, wspomniał mu na dorocznym przyjęciu dla korpusu dyplomatycznego o kulcie fallusa obchodzonym w jego kraju jako święto płodności pod nazwą Kanamara Matsuri. Wzmianka o płodności trafiła na podatny grunt. Gubernator zaprosił ambasadora do siebie na rozmowę. Przyjął go serdecznie w swoim gabinecie już następnego dnia. Rozmowa o kulturze japońskiej była tylko pretekstem, który ambasador, doświadczony dyplomata, potraktował z wielkim szacunkiem. Mężczyźni spędzili blisko godzinę rozmawiając o szczegółach.

Wieczorem gubernator i Czarna Eminencja spotkali się we dwójkę, aby omówić niełatwy temat. Mieli poważne obawy. Wymienili się informacjami na tematem kultu fallusa w ujęciu historycznym i geograficznym, gdyż temat wykraczał poza granice Japonii. Rozmowa w części rozwiała ich obawy. Temat fallusa, waginy i płodności był obecny we wszystkich krajach od początków cywilizacji ludzkiej. Wedle mitologii egipskiej starożytny bóg Atum stworzył świat poprzez masturbację. Cechy fallocentryczne miała także biblijna opowieść o przymierzu z narodem wybranym, przypieczętowanym obrzezaniem, co oznaczało, że penis stał się symbolem związku między Izraelitami a Stwórcą.

Dwaj przywódcy byli zgodni co do jednego: dla dobra kraju muszą zaryzykować eksperyment zwiększający zainteresowanie płodnością i prokreacją. Duchowny okazał się większym optymistą niż gubernator:

– Dlaczego ta impreza nie miałaby być udana, skoro udaje się każdego roku Japończykom? Czy my jesteśmy od nich gorsi? Mniej otwarci lub mniej odważni?

Przy udziale ambasadora Nubuku Kirudze i jego attaché kulturalnego odbył się wkrótce w Afarze happening. Było to zdarzenie na pograniczu sztuki, kultury, religii i teatru ulicznego. Przez Plac Centralny przemaszerowała procesja. Na jej czele szli mężczyźni i kobiety ciągnący na lawecie z drewnianymi kołami wizerunek fallusa grubości jednego metra i długości trzech metrów wykonanego z drzewa cedrowego. Lawetę popychało osiem skąpo ubranych kobiet w wieku od osiemnastu do osiemdziesięciu ośmiu lat. Uroczystość odbywała się pod hasłami „Zdrowie i płodność dla rodziny i narodu”.

Japoński festiwal fallusa Kanamara_Matsuri

Demonstracja kultu fallicznego, umocniona wywiadem z ambasadorem Nubuku Kirudze, wywołała wielkie zainteresowanie Japonią i jej kulturą. Biura turystyczne nie mogły nadążyć ze sprzedażą i obsługą wycieczek do tego kraju. Nie trwało to jednak długo. Ktoś zaczął rozpuszczać plotki, prawdopodobnie stowarzyszenie Pobożnych Matron, że wycieczki do Japonii w celu poznania jej kultury i zwyczajów to jedno wielkie kłamstwo, oszustwo i naciąganie naiwnych na bezsensowne wydatki.

Zainteresowanie Nomadyjczyków kultem fallusa i płodności utrzymywało się przez jakiś czas. Odważniejsze kobiety spały z symbolem fallusa pod poduszką, aby spełniły się ich marzenia zajścia w ciążę. W mieście powstawały koła czcicielek świadomego macierzyństwa, marzycielek o dziecku, akademie płodności i macierzyństwa. Pojawili się też anonimowi darczyńcy, prawdopodobnie zagraniczni, importujący z całego świata obrazy, symbole i artefakty związane z kultem płodności i prokreacji.

Po okresie zainteresowania, pojawili się krytycy kultu. Ich krytyka stawała się coraz bardziej agresywna. Gubernator Blawatsky uznał, że dalsze lansowanie płodności poprzez oddawanie czci męskiemu członkowi, powszechnie już nazywanego fallusem, nie ma sensu. Po konsultacjach ze zwolennikami i przeciwnikami kultu podjął decyzję. Miał obawy, że jeśli szybko nie zareaguje, nie usunie z miasta męskiego symbolu płodności i nie zakaże dalszych jego pokazów, to środowiska bigoterii i dewocji oskarżą go o fetyszyzm, wyuzdanie i rozpustę.

– Może nawet o zboczenie seksualne. – Przeszło mu przez myśl.

Możliwość posądzenia go o perwersję wydała mu się szczególnie nieprzyjemna, nawet niebezpieczna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 193: Artyści włączają się do walki o prokreację

Rząd potrzebował specjalistów do przygotowania materiałów edukacyjnych i propagandowych. Tajna policja szybko ustaliła nazwiska artystów grafików, ilustratorów, malarzy, rzeźbiarzy i plastyków uczestniczących w manifestacjach i wezwała ich do wyjaśnienia swego udziału w antypaństwowych demonstracjach.

Protestowali twierdząc, że nie były to wystąpienia antypaństwowe, tylko zwykły protest obywatelski. Niewiele im to pomogło. Argumentacja policji była silniejsza. Mieli zdjęcia, nagrania, świadków. Wybrane osoby skierowano do Ministerstwa Kultury, gdzie przeprowadzono z nimi szczegółowe wywiady. Pytano ich, jak widzą swoją rolę jako artyści i jako obywatele. Wyjaśniano im, czego oczekuje od nich państwo. Większość wywiadów kończyła się umowami na tworzenie sztuki na potrzeby programu prokreacji.

*****

W warsztatach artystów rozpoczęła się intensywna praca. Malowano, rzeźbiono i tworzono na dziesiątki innych sposobów wizerunki gasnącej demografii, prezentując ją jako nową Apokalipsę, monstrualną klęskę, jaką przeciwnicy prokreacji ściągają na naród.

Poszukując nowych form wyrazu zwolennicy symboliki w sztuce powołali do życia Ruch Artystyczny Nomen Omen. Wykorzystywał on tajemnicze znaki i symbole, aby tworzyć wyobrażenia matek i ojców jako zbawicieli narodu. Przeciwników prokreacji prezentowano jako jego wrogów, nowoczesne kołtuństwo, skansen zabójczej przeszłości. Krytycy sztuki Nomen Omen nazywali jej wyznawców służalcami i propagandzistami rządu i zakłócali ich pracę, tak że musiała interweniować policja.

Maszyna propagandy artystycznej pracowała pełną parą, wymyślano nowe hasła i slogany. Rząd straszył obywateli statystyką czarnej przyszłości tak skutecznie, że masowo wykupowali miejsca na cmentarzach. Ludzie wierzyli propagandzie, nie zastanawiając się, czy dane są prawdziwe czy nie. Oddziaływanie nowego ruchu było coraz szersze, obejmując w końcu malarstwo, rzeźbę, literaturę, film, teatr i sztuki plastyczne.

Artyści prześcigali się w pomysłach, przedstawiając coraz bardziej oryginalne a czasem nawet szokujące idee i rozwiązania. Nie odrzucano niczego, co stwarzałoby choćby cień nadziei na wzrost prokreacji. Galeria sztuk wizualnych „Razem” pokazała obrazy mężczyzn wiążących sobie kokardki na członkach oraz kobiety ondulujące włosy łonowe i zdobiące je w finezyjny sposób, aby tylko wywołać pożądanie płci przeciwnej.

*****

Gubernator zdziwił się, kiedy w trakcie spotkania ze środowiskiem artystycznym nieznany malarz wręczył mu obraz olejny zatytułowany „Palący ogień Apokalipsy”.

– Namalowałem go specjalnie dla pana jako formę inspiracji do dalszych działań, ponieważ też czuję niepokój związany z pytaniem, co dalej.

Obraz miał charakter katastroficzny. Przedstawiał wybuch wulkanu, strumienie lawy, płonący las i ludzi kurczących się w ogniu oraz znikających za krawędzią horyzontu. Dominowały w nim cztery kolory: czerń, biel, zieleń i czerwień, ostro kontrastujące ze sobą. Kompozycja tak bardzo przemawiała do wyobraźni, że gubernator nie mógł oderwać od niej wzroku studiując szczegóły.

Obraz rzeczywiście był inspirujący, skoro następnego ranka, po zdumiewająco dobrze przespanej nocy, przyszło gubernatorowi do głowy malowidło przedstawiające ludzi i organizacje, sprzyjające i wrogie programowi prokreacji. Było to wyobrażenie tak namacalne, że gubernator w wielkim pośpiechu zapisał na kartce wszystkie nazwiska i nazwy, jakie tylko zapamiętał. Notatki okazały się niezwykle użyteczne.

Temat żywiołów pojawiał się jeszcze niejednokrotnie w dziełach rządowych propagandzistów. Ich autorzy twierdzili, że nieszczęścia doznane przez społeczeństwo mogą paradoksalnie stać się niewyczerpalnym źródłem inspiracji twórczej. Autor obrazu „Palący ogień Apokalipsy” wyjaśnił, że ogrom nieszczęść tak go osaczył, że nie musiał modlić się o natchnienie.

*****

Na drodze rozwoju prokreacji pojawiały się przeszkody częściej niż czarny kot na drodze przesądnego księdza. Rząd musiał usuwać je po kolei i to szybko, bo czas naglił. Na wniosek stowarzyszenia Pobożne Matrony gubernator wydał walkę prezerwatywom, które w sposób bezpośredni i oczywisty blokowały przyrost naturalny. Chciał je całkowicie wyeliminować, podobnie jak i inne środki antykoncepcyjne. Ustawa o zakazie produkcji nie przeszła jednak w parlamencie; lobby producenckie okazało się silniejsze. Niektórzy członkowie Konserwy, a nawet rządu, mieli swoje udziały w produkcji środków antykoncepcyjnych. Był to biznes tak dochodowy, że jego lobbyści zyskali poparcie po obydwu stronach parlamentu.

Król Kacyk I zabiera głos mocny jak dzwon

Król Kacyk I, milczący od kilku tygodni, zabrał głos. Stało się to w nocy o godzinie czwartej czterdzieści, kiedy zapiał kur prasowy, może nawet wcześniej. Mówił gromkim głosem, ale ponieważ mówił pod wiatr, nikt go nie słyszał. Jego słowa zanotowała jednak sekretarka, śpiąca nocą przy biurku jak zając z otwartymi oczami i widząca wszystko, nawet to, co w trawie piszczy.

Król mówił od serca, jak to zwykle on.

– Rodacy Indianie! Dzisiaj każdy może bełkotać do woli jak pijany szczur, albo i gorzej, jak schlany do nieprzytomności królik. My jesteśmy inni. Mam na myśli siebie, waszego ukochanego wodza, i moją drużynę, z którą rozgrywamy sprytne partyjki z wami jak i z drużynami zagranicznymi. To my, ja i moja drużyna, mieliśmy tyle inwencji, aby zmienić nasze rolnictwo nie do poznania: zamiast kukurydzy i buraków cukrowych zaczęliśmy siać zamęt i zamieszanie. To ważny dla kraju płodozmian.

Wszystko dzisiaj jest inne niż kilka lat wcześniej. Jesteśmy inni. Ja jestem inny. Wy jesteście inni. Wynika to z niestrawności, jaka ogarnęła świat. Widzę ją w oczach i umysłach naszej wielkiej rodziny indiańskiej, Ungarów, Italianów, LePen Maryjnych oraz Starszego Brata ze Wschodu, do której i my należymy.

Być politykiem znaczy dzisiaj mówić w taki sposób, żeby rozumieli przede wszystkim Bracia Indianie słuchający szumu Fal I, II i III, dobrych choć wysłużonych jak warzecha do zjełczałej zupy. Fale te stanowią naszą tubę prawdy. Przekażą one także moje serdeczne słowa i pozdrowienia.

Mamy wielkie osiągnięcia. Ja sam, wasz wódz, znam pewnego człowieka, syna kurtyzany i obszarnika, prowadzącego gospodarstwo jednohektarowe, gdzie hoduje dziki na potrzeby pijanych myśliwych, strzelających do zwierząt nowocześnie, z pistoletów maszynowych. Dziki nie są już nam potrzebne. Sama kurtyzana, rozumie się Japonka z krwi i kości, oryginalna jak Origami, jest wielką damą, panią na moim dworze. Pomagała mi i wciąż pomaga w realizacji wizji, jacy to jesteśmy mądrzy, dobrzy i sprawiedliwi, i jak dzielnie idziemy wciąż do przodu.

Jak wiecie, jestem człowiekiem spokojnym, wytrawnym politykiem, z dużym wyczuciem, co jest co, a co nie jest, umiejącym nakręcać i odkręcać ludzi, opinie i sytuacje. Jestem człowiekiem …. co ja mówię …jestem politykiem, a nie człowiekiem, eleganckim, zupełnie innym niż mój poprzednik, Czarna Stopa. Powiem wam całą prawdę o nim: najchętniej odżywiał się on, szczerze mówiąc, żarł – co zostało skrzętnie udokumentowane na filmie – słynne frutti di mare, zamiast naszego rodzimego indiańskiego kapuśniaku i ziemniaków ze słoniną. U niego cała para szła w gwizdek, u mnie natomiast cały gwizdek idzie w parę. To wielka i zasadnicza różnica. O Czarnej Stopie dodam jeszcze tylko, że jest podstępny, bo zwiódł mnie i uciekł na wielbłądzie na Wielkie Prerie, aby tam kopać dołki i mnie jak i wam szkodzić.

Aby poprawić wam samopoczucie, Drodzy Indiańscy Krajanie, przytoczę przykłady naszych osiągnięć. Mamy najczystsze miasta w Europie, najbielszy węgiel, najwięcej dzików, najgęstsze puszcze, najniżej płatnych dyrektorów firm państwowych oraz największą głowę państwa, która, mimo że jest tworem nowoczesnej technologii, przemawia jak żywa, a nawet obraca się automatycznie w kierunku, skąd wieje wiatr. Przypomniałem też sobie, że za czasów Czarnej Stopy mieliśmy wielkie i luksusowe hodowle koni, które kupowali jedynie nadziani ropą szejkowie. Teraz mamy hodowle małe i tak tanie, że każdy Indianin może kupić sobie konia prawie za bezcen. To nasze wielkie osiągnięcie na drodze realizacji idei równości, wolności, braterstwa oraz wyższych uposażeń dla Braci Nepotów, w czym wyraża się najdostojniej idea powszechnej sprawiedliwości.

Alby wam ulżyć, chciałem zbudować dwa wielkie wigwamy, większe niż Góry Abu Dhabi, abyście mogli patrzeć z ich szczytów na świat z rozjaśnionymi oczami, ale niestety rzucono mi kłody pod nogi. Nie jestem więc pewien zakończenia tej budowy, co mnie martwi tak bardzo, że stopy mi cierpną nawet wtedy, kiedy stoję w kolejce po ogórki małosolne.

W tej sytuacji postanowiłem, Drodzy Bracia Indianie, uszczęśliwić was czymś innym. Jako jednostka szczodra nad miarę, obiecuję wam złote góry, inaczej mówiąc góry złota, w postaci brzęczącej mamony: na dzieci, na wnuki, na starość, na co chcecie. Rzucam wam masę złota pod stopy, abyście do końca życia mogli jeść do woli słodkiej chałwy i marcepanu oraz pić, ile tylko zapragniecie, płynnego miodu i mleka oraz czarnej kawy. Kawę sam piję, bo dzięki niej mam jaśniejszy obraz rzeczywistości, który dla żartu chowam czasami za plecami.  

Kiedy już nasycicie się do woli moimi darami, będziecie błagać mnie na kolanach, abym dał wam więcej. I ja to zrobię, bo cenię was jak mało kto, szczególnie wasze umiłowanie dobrej władzy i pieniędzy. Zrobię to! Zapożyczę się, na trzy pokolenia do przodu, i sypnę wam złota jak lodu, jak szarańczy na pustyni, ile tylko zmieści się w waszych rodzinnych sakwach i emeryckich kieszeniach. Do tego dorzucę samochody elektryczne, po jednym na mieszkańca i po dwa dla osób najbardziej zasłużonych. Jeśli trzeba będzie, złożę wam jeszcze więcej obietnic. Taki już jestem, szczodry i kochający. Pamiętajcie tylko, aby na mnie głosować.

Szczerze Wam oddany,
Król Kacyk I,
pseudonim Złota Rączka

Czytaj Michaela Tequilęhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 192: Rządowy program prokreacji nabiera rozpędu

Organizacje patriotyczne organizowały lotne oddziały vigilanti, patrolujące ulice i place miast i miasteczek.

Tworzyli je obywatele zatroskani o przyszłość kraju, identyfikujący się z rządem gubernatora Blawatsky’ego i jego polityką. Ich cichym zawołaniem stało się „Bić dewianta”. Atakowały one znienacka kluby i zgromadzenia oraz rozpędzały spotkania przeciwników prokreacji.

Patriotycznie nastawieni obywatele byli życzliwie do nich nastawieni. Kiedy przybywała policja, nie było świadków zdarzenia. Ofiary napaści twierdziły, że nie wiedzą, kto ich napadł, ponieważ napastnicy nosili maski na twarzach. Były to zeznania tak nieskładne i wzajemnie ze sobą sprzeczne, że policja podejrzewała ich o prowokację, wzajemne napady na siebie oraz samookaleczenia.

– Mówią tak dziwne rzeczy, że trudno w to uwierzyć. Że też ludziom chce się organizować takie hucpy. Zamiast pójść z dziećmi do kina lub do teatru, spotykają się, aby organizować happeningi udając, że biją. Nie dziw, że któryś z nich upadnie, uderzy się głową o krawężnik, dozna wstrząsu mózgu, a potem nie wie, co mówi. Bardzo im współczuję. – Wyjaśniał dowódca patrolu dziennikarzom przybyłym na miejsce.

Abraham Diepraam: Peasants brawling

Pytany o inne szczegóły zajścia rozwijał wyjaśnienia.

– Rozumiem doskonale taką sytuację, bo sam ćwiczę taekwondo i czasem zdarzy mi się boleśnie upaść na matę. Przyzwyczaiłem się do tego. Raz nawet uderzyłem głową o krzesło, które kolega przysunął do maty, aby lepiej widzieć przebieg ćwiczenia. Uderzyć się o coś ostrego, to żadna historia. Ludzie nieprzerwanie to robią. Czasem nawet myślę, że jest to forma rozrywki.

Media prorządowe nazywały zdarzenia pozorowanego pobicia happeningami i podejrzewały, że uczestniczyli w nich ludzie o niespełnionych ambicjach aktorskich.

Na ekranach kin pojawiły się filmy dokumentalne i fabularne ambitnych reżyserów pokazujące czyny patriotyczne minionych okresów historii, palenia heretyków na stosie, zwalczania fałszywych bohaterów narodowych, budowy pomników większych niż wieżowce oraz nawracania nimfomanów i nimfomanek na drogę umiarkowania i szacunku dla rządu i kościoła, w miejsce ślepego wpatrywania się w siebie jako ósmego cudu świata.

*****

Kilka dni później gubernator uzyskał kolejny dowód wsparcia dla swojej polityki. Na Plaza Central zgromadził się wielki tłum ludzi, przerastający liczebnością wszystkie demonstracje, jakie kiedykolwiek miały tam miejsce od czasów historycznych. Uczestnicy nieśli ogromne transparenty i plakaty oraz wznosili okrzyki „Precz z wrogami prokreacji”. Nikt nie wiedział, kto organizował to masowe wystąpienie. Nie udało się tego ustalić nawet policji.

– Ktoś, kto wpadł na pomysł organizacji tak wielkiej imprezy, wykonał kawał solidnej roboty i z tego tytułu należy mu się wyróżnienie. Wiemy, że uczestnicy otrzymywali informacje i zaproszenia pocztą elektroniczną, poprzez Facebook, portale informacyjne i tematyczne, nie sposób było jednak ustalić, kto był ich autorem lub inicjatorem. To sztuczka Internetu, podstępna anonimowość, której nie znoszę – w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych Babochłop nie krył rozczarowania.

Wkrótce policja zdobyła jednak dokładniejsze informacje. Demonstracja na Plaza Central była wspólną inicjatywą organizacji „Rycerze Przeszłości” oraz zgromadzenia „Pobożnych Matron” reprezentujących środowiska bigotek uczęszczających do kościoła z regularnością zegarka. Ich zlot nagłośniły media i serwisy internetowe, oglądane masowo przez obywateli szczerze wierzących, że umieją odróżnić dobro od zła. Pewną role odegrali także artyści szukający nowych inspiracji.

Były to potężne zastrzyki wsparcia dla rządu. Gubernator wyobraził sobie, jak stojąc na trybunie razem z Czarną Eminencją, ogląda tłum skandujący ich nazwiska i składający im hołd zniżając sztandary i salutując.

*****

Nowy rządowy program edukacji prokreacyjnej był niezwykle ambitny. Jego celem była pełna reedukacja społeczeństwa w sprawach prokreacji, potomstwa i patriotyzmu, determinującego motywację obywateli. Prokreacja znalazła się we wszystkich programach edukacji. Na zajęciach plastycznych uczniowie ćwiczyli wyobraźnię i wrażliwość na bodźce stymulujące ciało, głównie dotykowe. Program nawiązywał do pięciu zmysłów człowieka ze szczególnym uwzględnieniem dotyku, do których dodano także intuicję.

Zanim to nastąpiło, naukowcy zweryfikowali słownictwo i definicje oraz opracowali nowe hasła promocji prokreacji. Pierwsze kroki były proste. Odrzucono termin „członek”, ponieważ kojarzył się z przynależnością do organizacji. Zastąpiły go określenia „penis” i „prącie”, a w edukacji dzieci – siusiak i kuśka. Założenia programu określała ustawa „O edukacji społeczeństwa w duchu wiary i prokreacji”.

W sferze prokreacji interesy rządu i kościoła były zbieżne. Wspólnie ustalono hasła: „Seks dla prokreacji – tak, seks dla przyjemności – nie!” oraz „Obowiązek przed przyjemnością”. Wolny seks został zakazany do czasu, aż rząd opracuje ustawę regulującą tę sferę życia. Walkę z seksem prowadzono pokazując jego zgubne skutki: straszne choroby weneryczne, monstrualne członki męskie porażone elefantiazą, trąd wyniszczający. Spodziewano się wielkiego oporu ze strony wyuzdanej, chciwej bogactwa i zagubionej mentalnie części społeczeństwa, włącznie z opozycją, zawsze torpedującej inicjatywy rządu bez względu na ich cel, charakter i znaczenie.

Opozycja była jak zwykle krytyczna.

– Proponowane środki nic nie dadzą, ponieważ ten beznadziejny rząd angażuje edukatorów niemających własnych doświadczeń i znających się na prokreacji jak Manemunes na gęsich jajach. Stoją oni bliżej dewiantów seksualnych i religijnych niż ludzi rozwiniętych etycznie i estetycznie.

Wszystkim nauczycielom przydzielono odpowiedni fragment nauki o prokreacji. Koordynatorami nauczania byli wychowawcy. W nauczania uczuć i emocji korzystali oni z pomocy psychologów, wrażliwości prokreacyjnej – poetów i pisarzy, języka – nauczycieli literatury, organów i funkcji organizmu – biologów, położników i ginekologów, historii prokreacji – historyków a duchowości – księży, katechetów i biblistów.

Nieoczekiwanym wyzwaniem okazało się słownictwo. Do języka wkradło się mnóstwo wulgaryzmów i uproszczeń, odwracających uwagę od piękna i znaczenia aktu prokreacji. Korektę wypaczeń powierzono nauczycielom, obarczając ich częściowo winą za zaniedbania. Ich nową rolą było upowszechnienie słownictwa stymulującego wyobraźnię w kierunku prokreacji.

W sensie historycznym chodziło o pokazanie jej roli w ewolucji człowieka i rozwoju cywilizacji. Brzmiało to bardzo naukowo i dlatego rząd doszedł do wniosku, że konieczne jest jej powiązanie z patriotyzmem, motywującym ludzi do działania na rzecz społeczeństwa, narodu i kraju. Na początku było niejasne, czy rząd i kościół nie będą dublować wysiłków w promocji prokreacji, ustalono więc, że kościół będzie koncentrować się na sprawach duchowości, rząd natomiast na aspektach cielesnych oraz motywacji. Dla łatwiejszej identyfikacji ustalono, że rząd odpowiada za edukację obywatela od pasa w dół, kościół – od pasa w górę.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 191: Nowe inicjatywy rządu i kościoła.

Nie było pomysłu, którego rząd nie wziąłby pod uwagę, ani kamienia, którego by nie przewrócił, aby zachęcić kobiety i mężczyzn do prokreacji. Obszarem zainteresowania rządu stała się moda, ważna szczególnie dla kobiet. Ku zaskoczeniu gubernatora pierwszy na to wpadł kościół, zachęcając wiernych do zmiany strojów nocnych na koncentrujące się wyłącznie na prokreacji. Zgodnie z informacją Czarnej Eminencji sięgnięto po wzorce średniowieczne, koszule nocne z wycięciami na genitalia.

Chloé, par Jules Joseph Lefebvre

– Nagość to pojęcie trudne do oceny moralnej, drogi Barrasie. Sama w sobie jest przyzwoita, skoro tak zostaliśmy stworzeni przez pana Boga, a równocześnie nieprzyzwoita, skoro publicznie jej nie demonstrujemy. Koszule nocne propagowane przez nas to dawny wzorzec z czasów, kiedy obyczaje i prawo były bardziej skoncentrowane na potrzebach państwa i społeczeństwa niż na zaspokajaniu żądz cielesnych, nie wspominając demona rozbuchanego seksu i wulgarnej chuci. Dzisiaj potrzebujemy zmiany.

*****

Nowe środki podjęte przez rząd nie przyniosły rezultatów. Sytuacja stała się patowa. Żadna ze stron nie była w stanie uzyskać przewagi. Rząd zastanawiał się nad podjęciem drastycznych środków, które doprowadziłyby do przełomu w zachowaniach obywateli.

Babochłop rozmawiał o tym z gubernatorem i Eminencją. Było to tajne spotkanie. Mężczyźni ukryci za kotarami, nie widzieli siebie nawzajem. W razie wpadki mogli z przekonaniem twierdzić, że na oczy się nie widzieli. Był to pomysł Babochłopa. Gubernator zaakceptował go od razu, Eminencja z pewnym wahaniem, gdyż pomysł wydał mu się prześmiewczy w stosunku do konfesjonału, gdzie spowiednik i spowiadający się też pozorują, że się nie widzą.

Był tylko jeden temat rozmowy. Przedstawił go Czarna Eminencja.

– Nasze formy walki z odmieńcami są jałowe. Nic albo bardzo niewiele wskóramy stosując dotychczasowe metody. Palenie na stosie, inkwizycja i podobne brutalne metody – to nie na dzisiejsze czasy. Nie zmienimy ich przekonań w ten sposób. Musimy wynaleźć i spróbować coś innego. Przede wszystkim musimy zdobyć pełniejszą wiedzę o naszych oponentach, o ich sposobie myślenia i naturze, wiedzieć więcej o nich niż oni sami o sobie.

Uzgodniono, że policja podejmie próby przeciwstawienia odmieńcom ich naturalnych wrogów, środowiska antygejowskie, aby zdyskredytować przeciwników prokreacji.

– Ich trzeba nawrócić, bo większość z nich to ludzie zagubieni w swoich przekonaniach i w życiu. – Wygłaszając ten pogląd, Eminencja zaoferował usługi swoich najlepszych kaznodziejów. Przywódcy zdali sobie sprawę, że muszą uzbroić się w cierpliwość, że walka będzie dłuższa i trudniejsza niż przewidywali.

*****

Kościół generalnie niechętny odszczepieńcom na początku w ogóle ich nie krytykował ani nie dyskryminował, wręcz przeciwnie – domagał się dla nich wyrozumiałości i miłości.

– Sama skłonność mężczyzny do mężczyzny to nie grzech. W praktyce rodzi jednak grzeszny czyn, które jest już złem i dlatego wymaga potępienia – wyjaśnił Eminencja przy głośnym poklasku zgromadzonych księży.

Jakiś czas później, Eminencja zmienił stanowisko.

– Demokracja ma skłonność, zupełnie niezrozumiałą, do równania praw dewiantów z prawami uczciwych ludzi. Kościół zawsze potępiał odmienne orientacje seksualne i dlatego my też nie będziemy ich tolerować. Ich styl życia jest całkowicie sprzeczny z naturalnym popędem prokreacji, ich związki nic nie wnoszą, są jałowe. Oni nie tylko nie płodzą potomstwa, ale jeszcze gorszą bogobojnych obywateli.

Stanowisko kościoła poparły patriotyczne organizacje, zrzeszenia matron i dewotek, koła nowoczesnych gospodyń i podobne. Nowy duch ożywił rząd, kościół i postępową część społeczeństwa zatroskaną o przyszłość kraju.

*****

Na prośbę rządu, do walki z przeciwnikami prokreacji władze Afary uruchomiły lustra na Plaza Central. Wieczorami ukazywały się na nich zdeformowane postacie dewiantów, wyzwolonych kobiet oraz miłośników cyberseksu, szermujących hasłami wolności osobistej i sumienia. Występowali oni w różnych rolach: uczestników manifestacji publicznych, mówców na zebraniach lokalnych społeczności, nauczycieli, a nawet członków opozycji przemawiających w parlamencie.

W kościołach, na ulicach i na placach targowych pojawili się kaznodzieje z ognistymi wystąpieniami. Kiedy przemawiali, słuchaczom wydawało się, że ogień prawdy płynie z ich ust i wypala kłamstwa wszystkich zboczeń i zboczeńców. Słuchano ich chętnie, ponieważ mówili szczerze, umieli przekonywać, ceniono ich zapał. Ich energia udzielała się zwłaszcza ludziom wątpiącym i zdezorientowanym poglądami, że wszyscy są sobie równi a tolerancja jest cnotą.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 190: Biblia i nowa ofensywa rządowa przeciw zboczeńcom

Kolejne spotkanie gabinetu poświęcono homoseksualizmowi i homoseksualistom. Prowadził je Czarna Eminencja, który na wstępie zwięźle podsumował sytuację:

– Homoseksualizm od początku był potępiony przez Biblię, ponieważ zachowania homoseksualistów są sprzeczne z naturą człowieka. Nie po to Bóg stworzył Adama i Ewę, protoplastów ludzkiego rodu, aby ich dzieło zniweczyli zboczeńcy, dla których prokreacja jest równie obca jak szachrajstwo dla praworządnego człowieka.

Eminencja przedstawił historię walki z homoseksualizmem, po czym poprosił swego asystenta o prezentację filmu dokumentalnego „Sodoma i Gomora” opracowanego na podstawie przekazów biblijnych. Pokazywał on degenerację i rozpustę mieszkańców dwóch miast biblijnych, Sodomy i Gomory, ich pogardę dla praw boskich i ludzkich. Eminencja kilka razy robił komentarze, przerywając projekcję.

– Zostali za to ukarani śmiercią. Ich miasta dotknęła zagłada. Biblia i historia nie pozostawiają wątpliwości, że zboczenia należy zwalczać w sposób bezwzględny. W średniowieczu wiele państw i miast w Europie surowo karało homoseksualistów. Nie było dla nich wybaczenia ani litości. Święty Paweł, święty Augustyn i inni ojcowie kościoła potępiali ich, ponieważ rozwiązłość jest przeciwna prokreacji.

Pietro_della_Vecchia: Ojcowie Kościoła

W 390 roku Cesarstwo Rzymskie, gdzie chrześcijaństwo stało się religią państwową, ustaliło karę śmierci za homoseksualizm przez spalenie na stosie. Potwierdził ją i utrzymał sobór laterański w 1179 roku.

Wszyscy zauważyli ostry ton wypowiedzi Eminencji, sprzeczny z jego powszechnie znaną łagodną naturą opartą na wyrozumiałości i wybaczeniu.

Kiedy gabinet zebrał się na kolejną naradę, oparty o ścianę gabinetu czekał na nich wielki płaski przedmiot zakryty płótnem. Arcybiskup odsłonił go osobiście. Był to obraz „Zniszczenie Sodomy i Gomory” Pietera Schoubroecka.

Wszyscy studiowali go uważnie; rozpoczęła się żywa dyskusja. Członkowie rządu jakby przebudzili się; ich determinacja rozprawy z przeciwnikami prokreacji stała się oczywista. Mimo to zachowywali się wstrzemięźliwie w okazywaniu swoich uczuć. W najgorszym wypadku nazywali homoseksualistów pederastami, dewiantami lub odmieńcami, nie było w tym jednak pogardy dla człowieka.

– Uważam, że taki język jest dopuszczalny. Mam na myśli zachowanie wielu obywateli Nomadii, niekiedy bardzo znamienitych, którzy wyrażają się o homoseksualistach nieporównywalnie ostrzej, nawet wulgarnie, nazywając ich degeneratami, pedałami i ciotami. – Czarna Eminencja przypomniał, że Kościół Hierarchiczny nie popiera wulgarności, sytuację zagrożenia doskonale jednak rozumie i jest zdecydowanie przeciwny homoseksualizmowi, jawnie odrzucającemu świętą powinność opisaną w Biblii słowami „Idźcie i rozmnażajcie się”.

*****

Departament Walki z Odmiennością Seksualną powstał w niespodziewanie krótkim czasie. Na jego czele stanęła kobieta, która w wojsku doszła do stopnia pułkownika. Była zajadła wobec wszelkiej dewiacji od czasu, kiedy jej syn trafił do sekty – jej członków nazywała popaprańcami – i uległ deprawacji zostając homoseksualistą. Pułkownik miała wielkie nadzieje wobec syna i w żaden sposób nie mogła pogodzić się z nieszczęściem. Ogromnie pragnęła mieć wnuki. Wciekłość w niej aż kipiała i gubernator postanowił to wykorzystać. Ale i ona ze swą zaciętością a nawet furią niewiele wskórała. Wyszło to na jak już po miesiącu.

– Można ich aresztować, wsadzić do więzienia, zlinczować, nawet unicestwić, ale nie można ich zmienić. To jest absolutnie niemożliwe. – Wyjaśniła na pożegnalnym spotkaniu. Niepowodzenie przeżywała tak bardzo, że usiłowała popełnić samobójstwo. Po rozmowie z gubernatorem zrezygnowała ze stanowiska.

*****

Nie zmniejszyło to determinacji rządu, który ze zwiększoną siłą ponowił natarcie na odmieńców, cyberseksiarzy i kobiety wyzwolone. Już wcześniej Babochłop w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych wyraził gotowość podjęcia takiej ofensywy. Czekał tylko na sygnał, jakąś formę aprobaty, przytaknięcia jego planom, rozumiejąc, że rząd krępuje się oficjalnie zaakceptować drastyczne środki. Otrzymał taki znak.

Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści i lesbijki, najliczniejsza grupa społeczna. Wkrótce rozpoczęły się procesy o organizację nielegalnych pochodów i spotkań oraz deprawację młodzieży. Nie wszystko odbywało się w świetle dnia. Nieznani sprawcy demolowali wnętrza domów najbardziej aktywnych homoseksualistów, podpalano ich samochody, upokarzano i zastraszano. Były też porwania i zniknięcia. Ofiary, którym udało się przeżyć, odmawiały udzielania informacji, gdzie były i co robiły, jakby zapomniały o swoich przeżyciach. Media donosiły o podpaleniach klubów homoseksualistów zwanych dla niepoznaki domami kawalerskich spotkań.

Rząd miał w zanadrzu plan przywrócenia podatku kawalerskiego zwanego bykowym, wymierzonego mężczyzn, niemających potomstwa. Zastanawiano się nad tym, czy wprowadzenie podatku nie doprowadzi do wylania dziecka razem kąpielą, ponieważ wielu samotnych mężczyzn nie będąc homoseksualistami popierało rząd w walce o ratowanie kraju przed zagładą demograficzną.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 187: Rząd państwowo-kościelny, oceny i perspektywy.

 Nadzieja.

Gubernator stał przy oknie i patrzył na rzekę. Jej brzegi coraz bardziej przypominały dziką dżunglę. W dali widoczny był most pochodzący jeszcze z czasów kolonialnych. Rzeka imponowała swoją wielkością i niewzruszonością, od czasu Apokalipsy także nieobliczalnością. Zamknął oczy, aby się skoncentrować. Nie czuł się już osamotniony, stał z nim teraz ramię w ramię arcybiskup Czarna Eminencja. Oczywiście gubernator mógł także wcześniej liczyć na wsparcie organizacji kościelnych i religijnych Pobożne Matrony, Związek Dewotów, Krucjata Przeciw Dewiantom czy różne towarzystwa różańcowe, ale to było za mało. Teraz miał potężnego sojusznika, Kościół Hierarchiczny.

Powstanie państwowo-kościelnego rządu ogłoszono dwukrotnie, prawie równocześnie: z ambony katedralnej oraz w parlamencie bezpośrednio po orędziu gubernatora o stanie państwa. Przemówienia transmitowały wszystkie stacje i kanały telewizyjne. Decyzję porozumienia gubernator podsumował wskazując synergię, wzajemne uzupełnianie się.

– Siłą rządu są środki materialne i finansowe oraz aparat administracyjny, siłą kościoła jest wiara w jedynego Boga.

Nie wszystkim obywatelom Nomadii podobała się idea takiej współpracy. Zadawano pytania, o co chodzi, o państwo religijne czy o kościół sprawujący rządy w kraju. Opinia publiczna opowiedziała się jednak w większości za wspólnym rządem. Zwolennicy państwa świeckiego zostali zepchnięci do defensywy. Zarzucono im defetyzm, wrogość wobec własnego narodu, faszyzm, wszystko, co najgorsze. Idea jedności państwa i kościoła zakwitła niby ogród rajski, źródło wiecznego szczęścia. Po świątyniach i na korytarzach budynków rządowych szeptano nawet o bliskiej symbiozie państwa i kościoła.

Sefardi Baroka nie bez rozterki doszedł do przekonania, że współpraca dwóch potężnych instytucji jest konieczna. I jemu udzielił się pozytywny nastrój większości społeczeństwa.

Nowy rząd wywołał najwięcej nadziei w kręgach biznesu najbardziej zagrożonych zanikiem prokreacji: producentów łóżeczek dziecięcych, wózków i wyprawek dla dzieci, sukni ślubnych, mebli dla młodych małżeństw, nie wspominając o parafiach, proboszczach i wikariuszach, dla których spadek zainteresowania ślubami i chrztami stanowił ciężki cios. Umiarkowana radość zapanowała, nie wiadomo dlaczego, także w kręgach wydawców magazynów pornograficznych, właścicieli domów schadzek, producentów skąpej bielizny i akcesoriów używanych do zabaw miłosnych, a nawet producentów prezerwatyw.

Bliskiej współpracy państwo-kościół nie poparły tylko partie opozycyjne.

– Nie przyłożymy ręki do matactw rządu, który najpierw rujnuje kraj beznadziejną polityką i zaniedbaniami, a potem udaje, że chce go ratować – oświadczył przywódca największej partii opozycyjnej, Sven Halabarda, o twarzy okraszonej uśmiechem spłoszonego zająca.

Nie przyniosło to korzyści opozycji. Jej popularność spadała na łeb na szyję, pogłębiając niepokój jej członków i zwolenników.

*****

Do pracy w rządzie Eminencja oddelegował dwóch pracowników ze swojego biura, zwalniając ich czasowo z obowiązków kościelnych. Otrzymali od niego instrukcję. Oprócz walki o prokreację ich powinnością było pilnować interesu kościoła, patrzeć na ręce współrządzącym, być przytomnym. Wytyczne wydały im się zbyt lakoniczne.

– Jak dla harcerzy. I to tych początkujących. – Ocenili szeptem między sobą. Oczekiwali czegoś bogatszego, przesłania zawierającego w sobie głębię słowa bożego Starego i Nowego Testamentu, nie śmieli jednak podejmować dyskusji z Eminencją. 

Rząd partyjno-kościelny był rozwiązaniem tak innowacyjnym, że naukowcy zaczęli szperać w historii poszukując wcześniejszych przykładów więzi sacrum i profanum oraz skutków ich działania. Znaleźli niewiele takich przypadków, wszystkie wydały im się prostsze niż nowatorski rząd Nomadii.

Nowy rząd ożywił w szczególności nadzieję tej części społeczeństwa, której na sercu leżało dobro ogólne. Wkrótce ujawniły się organizacje obywatelskie oferujące pomoc rządowi. Akcję pomocy sponsorował po cichu sam gubernator. Korzystając z pomocy policji doprowadził do tego, że dawni przeciwnicy podawali sobie ręce, aby wspomóc rząd. Wkrótce organizacje prorządowe zjednoczyły się tworząc Front Prokreacyjny. Jego członkowie rwali się do pracy, organizowano zespoły wolontariuszy, każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Spotkania i narady odbywały się jedna za drugą. Pierwsze spotkania Frontu Prokreacyjnego przebiegały dość chaotycznie, niektóre były wręcz burzliwie, tak różne były punkty widzenia. Czasem nie sposób było ustalić wspólnego stanowiska. 

*****

Współpracując na co dzień z Eminencją, gubernator stawał się coraz bardziej religijny. Rosło w nim poczucie, że im bardziej ulega wierze, tym silniejszy staje się jego rząd, ponieważ wiara w Boga była głębiej zakorzeniona w człowieku niż pragnienie dobrej władzy. Wkrótce procedurę posiedzeń gabinetu uzupełnił elementami praktyki kościelnej. Członkowie rządu modlili się przed każdym posiedzeniem, a kiedy nie mogli osiągnąć porozumienia wychodzili na zewnątrz, aby patrząc w niebo i śpiewając nabożne pieśni, trzymać się za ręce w poszukiwaniu znaku jedności i pojednania.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 186: Czarna Eminencja i gubernator rozwijają współpracę

W końcu korytarza pojawiła się postać Czarnej Eminencji. Dziennikarz czekający w okrągłym saloniku Pałacu Biskupiego inaczej go sobie wyobrażał. Mężczyzna w habicie był pulchny, wyglądał na zniewieściałego. Zmienił opinię, kiedy duchowny energicznie uścisnął mu rękę i zaprosił do swojego gabinetu. Tematem wywiadu była prokreacja.

Eminencja był osobą wyjątkową, kaznodzieją niezmordowanym w głoszeniu chwały bożej i czynieniu dobra. W życiu i pracy kierował się Biblią, stanowiącą dlań najwyższe źródło prawdy. Był bezpośredni w kontaktach, miał ciepły głos i łatwo trafiał do serc. Uwielbiano go powszechnie, zwłaszcza ludzie starsi, którym okazywał najwięcej zrozumienia i pomocy. Lubili go słuchać nawet wtedy, kiedy ich opuszczał słuch i zawodziła pamięć, ponieważ docierało do nich wszystko, co mówił, zwłaszcza kiedy obiecywał im królestwo boże, a nawet jak go nie obiecywał, to przybliżał. Bardzo im to odpowiadało, jakby rozumieli, że żadne królestwo nie jest pojęciem jednoznacznym. Mówiono o nim nawet, że pewnego razu usłyszeli go i zrozumieli głuchoniemi, co zakrawało na cud. Z wdzięczności, że dotarł do nich z wzruszającą homilią, wpłacili poważną kwotę pieniędzy na odbudowę kolegiaty, gdzie głosił kazania. 

Eminencja był obecny wszędzie i zawsze, kiedy go potrzebowano.

– Zupełnie jak Bóg – mówili wierni, wpatrzeni w niego, kiedy łagodnie uśmiechając się opowiadał o życiu, śmierci i wieczności. Słuchali go tym chętniej, że potrafił skutecznie zwalczać diabły i demony, te z Biblii jak i żyjące na ziemi, czyniące największe zło.

Życzliwy dla wszystkich, Eminencja nie przepadał jedynie za poprzednim rządem, składającym się z głównie osób niewierzących. Rzadko ich widywał na niedzielnej mszy, klęczących, modlących się, pozdrawiających księży, wszystkich świętych i pana Boga. Oni też się Eminencją nie zachwycali. Wyrażali się o nim niepochlebnie, czasem nazywali go jakby przez roztargnienie Czarnym Upiorem zamiast Czarną Eminencją. Uznawał to za przesadę, ale wybaczał im to zachowanie.

– Nie każdy musi mnie lubić – mawiał. Tę niezrozumiałą pobłażliwość mieli mu za złe podwładni lepiej znający się na ludzkich charakterach.

Wierni uwielbiali go i gotowi byli rzucić się za niego w ogień. Porównywali go ze świętym Prokopem z Ustiuga, jurodiwym, szaleńcem bożym. Nie było to całkiem trafne porównanie, gdyż w odróżnieniu od Prokopa Eminencja nie jadł kiełbasy w post i nie tańczył z prostytutkami. Mówiono o nim jednak, że wzorował się na Prokopie, który „przez ascezę jurodstwa osiągnął głębię mądrości i na lekkich skrzydłach odleciał od burzliwego świata”.

 

*****

Po zakończeniu wywiadu Czarna Eminencja udał się do swego gabinetu, aby zrelaksować się chwilę w swoim ulubionym skórzanym fotelu. Czując, że może zasnąć, wstał i podszedł do podręcznego barku, gdzie stało wino mszalne i kilka butelek najlepszych alkoholi przeznaczonych dla gości. Nalał sobie kieliszek wina i wrócił do fotela, aby porozmyślać. Pozostawał chyba w telepatycznej łączności z gubernatorem, gdyż zobaczył jego twarz przed sobą. Wpatrywali się wzajemnie w siebie w milczeniu. Co najmniej w jednym byli podobni do siebie; obydwaj byli ambitnymi przywódcami.

Wieczorem rozmawiali ze sobą telefonicznie, a dwa dni później spotkali się, aby w cztery oczy dokończyć rozmowę. Obydwaj czuli, że połączenie sił umocniłoby ich pozycje, zwiększając równocześnie możliwości kształtowania rzeczywistości. Czarnej Eminencji marzyło się państwo hierarchiczne, którego rząd kieruje się naukami kościoła.

Spotkali się w domu parafialnym w cichej, leżącej na uboczu miejscowości, przytulonej do krawędzi mieszanego lasu, gdzie rzadko kto zaglądał. Gubernator dotarł na miejsce służbowym samochodem, wysiadł, wyprostował się i rozejrzał. Wielki stary kościół, budynek parafialny nieproporcjonalnie duży jak na skromną parafię, z boku ściana lasu. Wokół pustka, tylko wiatr szumiał w drzewach. Było cicho i tajemniczo, jakby z gęstwiny drzew i krzewów miały wyjść duchy i zacząć tańce.

Przywódcy zgodnie doszli do wniosku, że zbliżenie państwa i kościoła przyniesie krajowi niezaprzeczalne korzyści. Postanowili kontynuować prace nad szczegółami porozumienia. Na pożegnanie podali sobie ręce. Gubernator poczuł ciepłą, lecz mocną w uścisku dłoń. Zdziwił się, gdyż obydwaj poświęcali czas i energię sprawom służbowym, nie mieli więc czasu na pielęgnowanie kondycji fizycznej.

Zanim gubernator ostatecznie zaproponował Czarnej Eminencji stworzenie wspólnego rządu, myślał o współpracy na zasadzie eksperymentalnej „A nuż się uda! Zobaczymy ja to się ułoży!”. Rozmowy przebiegały tak pomyślnie, że pierwszy wyraził chęć puszczenia w niepamięć przeszłych nieprozumień.

– Jest to nasz wspólny interes, ponieważ mamy do czynienia z tymi samymi ludźmi: dla kościoła są to wierni, dla rządu są to obywatele.

Propozycja rządu została życzliwie przyjęta przez kościół.

– Ustalmy na zakończenie pewne zasady. – Zaproponował gubernator, starając się przewodzić od początku. – Spotykajmy się regularnie co najmniej raz na kwartał dla oceny sytuacji w kraju i uzgodnienia stanowisk wobec wyzwań. Niech to będzie nasze minimum.

Arcybiskup zgodził się. Był zadowolony z negocjacji i ustaleń. Uznał spotkanie za osiągnięcie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 185: Droga do współpracy państwa i kościoła.

Kiedy najlepszy katecheta Kościoła Hierarchicznego oficjalnie złożył rezygnację z pracy, Eminencja zaprosił go do siebie na rozmowę. Wyjaśnienia księdza zaskoczyły go.

– Zgłosili się do mnie dwaj ojcowie. Byli bardzo zdenerwowani. Jeden był ojcem dziewczyny, drugi ojcem chłopca z tej samej klasy. Ich dzieci spotykały się regularnie i zakochały się w sobie. Mężczyźni zapytali mnie, czego uczę ich dzieci. Zdziwiłem się, że zadają mi takie pytanie, ale wyjaśniłem: Uczę ich tego, czego naucza kościół od wieków. Przygotowania do życia w rodzinie. Zaprotestowali.

– Ksiądz ich uczy seksu dla przyjemności, a nie seksu dla prokreacji, aby mieli dzieci.

– Jednego nie da się oddzielić od drugiego – wyjaśniłem, na co oni powiedzieli, że to nie jest odpowiedź, bo ich dzieci bardzo się kochają, ale nie zamierzają mieć potomstwa.

– Do diabła z dziećmi. – Tak mi odpowiedziała córka. – Nie chcę zachodzić w ciążę. – To była odpowiedź jej ojca.

– A mój syn jest jeszcze bardziej przeciwny dzieciom. – To była odpowiedź drugiego ojca.

Mężczyźni trochę przestraszyli się tym, co mi powiedzieli i prosili mnie, abym nikomu nie wspominał o ich wizycie i rozmowie, bo wystawiliby się na krytykę i pośmiewisko.

– Rozmowa o dzieciach jest dzisiaj źle odbierana. Nikt nie chce mieć dzieci – wyjaśnił mi ojciec dziewczyny.

Potem mi grozili, że namówią do tego także innych rodziców, abym zrezygnował z uczenia o życiu w rodzinie, jeśli nie umiem zachęcić młodych ludzi do miłości, której skutkiem jest potomstwo, a nie fizyczna ekscytacja. Skończyło się tym, że odmówili posyłania swoich dzieci na moje lekcje katechezy twierdząc, że kościół swoim nauczaniem tylko sprowadza młodzież na manowce.

Eminencja po raz pierwszy w życiu nie wiedział, jak zareagować. Poprosił księdza, aby wstrzymał się ze swoją decyzją i dał mu czas do namysłu. Już w tym momencie wiedział, że jest to największe wyzwanie: Jak zachęcać obywateli do prokreacji, a nie do traktowania seksu jedynie jako źródła przyjemności. Postanowił naradzić się w tej sprawie z gubernatorem.

Gubernator okazał się bezsilny, nie miał żadnego pomysłu, co można zrobić. Wobec dramatycznej sytuacji demograficznej obydwaj przywódcy myśleli nawet o zastosowaniu przymusu, nie miało to jednak sensu.

*****

Gubernator i Eminencja obdarzali się grzecznościami niby bukietami kwiatów, starając się wzajemnie ocenić możliwości współpracą. Przychodziło im to tym łatwiej, że obydwaj byli dyplomatami, przeczuwali wspólny interes i rozumieli intuicyjnie więcej niuansów i zawiłości życia niż przeciętny obywatel.

Do przełomowego spotkania doszło przypadkowo. Czarna Eminencja spowiadał tego dnia wiernych w konfesjonale katedralnym. Nie było widoczne, kto siedzi w konfesjonale. Przejeżdżając w pobliżu, gubernator postanowił wpaść do kościoła, aby się pomodlić. Wewnątrz było pusto i cicho. Pomyślał, że jest to okazja, aby się wyspowiadać i podszedł do konfesjonału. Kiedy się zorientował, że po drugiej stronie konfesjonału siedzi Czarna Eminencja, pomyślał, że los stworzył mu wyjątkową okazję przeprowadzenia rozmowy. Sprzyjała jej atmosfera odosobnienia i niezwykłego spokoju, jaki zapewniają grube mury świątyni i bliskość opatrzności.

*****

O współpracy z kościołem gubernator myślał coraz bardziej serdecznie. Wyobrażał ją sobie w formie zbliżenia przywódców, podających sobie ręce ponad podziałami ideologicznymi, wzbogacającego liturgię kościelną odwołaniami do państwa oraz państwo modlitwą i ceremoniałem zbliżającymi je do Boga. Mogło to się wyrażać słowami wypowiadanymi w czasie mszy o znaczeniu państwa, władzy i ojczyzny. Brzmiało to pięknie w liturgii łacińskiej, rzadko już praktykowanej: Patria, Poder, Iglesia. Tak mu się to podobało, że pewnego dnia, kiedy zachodzące słońce ułożyło na niebie kolory flagi narodowej, usiadł na tarasie, aby delektować się szepcąc te słowa do siebie. Przenikały go, dostarczając tajemniczego przeżycia, nigdy wcześniej nie doznanego, o jakim mógł tylko czytać w jakiejś nadzwyczajnej powieści lub obejrzeć w osobliwym śnie.

Aby nie zapomnieć wspaniałości tych chwil zlecił namalowanie dwóch obrazów. Na pierwszym trzymał za ręce stojącego naprzeciw przywódcę Kościoła Hierarchicznego. Obydwie postacie ubrane były w zdobne złotem szaty władców średniowiecznego wschodu, ich twarze promieniowały radością. Na drugim stojący obok niego Czarna Eminencja wypowiadał nabożne słowa „Ojczyzna”, „Władza”, „Kościół”, ulatujące z jego ust chmurkami przypominającymi białe gołębice.

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p