Bolesne wspomnienia Bey Tschubaschek. Opowiadanie psychodeliczne.

Bea Tschubaschek westchnęła ciężko. Wszystko przestało jej się podobać, sala konferencyjna, miasto i samo Bractwo Kontynentalne. Uczestniczyła w spotkaniach już kilkanaście dni i nikt jeszcze jej nie zauważył. A przecież bywała tu wcześniej i to ważnej roli. Teraz podchodzili do niej różni ludzie, patrzyli pytająco, wyciągali rękę na powitanie i przedstawiali się, jakby nigdy nie widzieli jej na oczy. Mówili coś niezrozumiale. Jakieś guten morgen, bonjour toujour, good morning. Domyśliła się, że to po niemiecku. Dziwne było tylko, że nikt do niej nie powiedział „Frau Tschubaschek”. Lubiła te słowa.

– Ci ludzie zachowują się po prostu okropnie. Uśmiechają się, ale jakoś tak półgębkiem. Niby uprzejmi, a w rzeczywistości jacyś obcy – pomyślała. Rozejrzała się po sali konferencyjnej. Była wielka jak boisko. Na żadnej ścianie nie było krzyża! To ją zszokowało.

– Nienormalni ludzie. Istna wieża Babel. Jakieś niereligijne niemoty, czy co? Nikt nie mówi ludzkim językiem. To okropne – żaliła się w duchu. Z braku towarzystwa rozmawiała sama ze sobą.

Po południu, kiedy doszło do głosowania, aby ustalić, kto co będzie robić, za każdym razem głosowano przeciwko niej. W przerwie przed głosowaniem chodziła i mówiła po kolei każdemu delegatowi, wręczając plastikową torebkę z upominkiem w postaci makatki ludowej:

– Hej! To ja, Bea Tschubaschek, prawa ręka Naczelnika Kukuły. No, Ptacha! Teraz to chyba przypominasz mnie sobie!

Wieczorem, w apartamencie hotelowym, Bea pomyślała, że nikt jej nie poznaje, ponieważ bardzo się zmieniła. Wstała z krzesła i przeszła do sypialni, aby przejrzeć się w dużym lustrze. Zobaczyła wściekłą kobietę z wykrzywionymi ustami i prawą dłonią zaciśniętą w pięść. Z trudem poznała siebie.

W głębi lustra dostrzegła rozmazane postacie. Była to cała procesja. Na przodzie szedł mężczyzna. Poznała go natychmiast. To był Rudy, wróg Ptacha. Przyglądał jej się dziwnym wzrokiem. Na szczęście oddalił się szybko. Następny był młody człowiek, stał przy samochodzie z migającymi światłami. Po nim pojawili się chłopcy na wózkach inwalidzkich. Na końcu ktoś wniósł flagę Bractwa Kontynentalnego przypominającą kształtem usta wykrzywione sardonicznym śmiechem. Zdenerwowało ją to, ten cały korowód absurdalnych postaci i zdarzeń. Dobrze wszystko pamiętała. Aby zatrzeć niemiłe wrażenie, znowu popatrzyła na siebie.

– Ależ ja się zmieniłam. Strasznie utyłam! To dlatego tak na mnie patrzyli. Tak, to tłumaczy całą sytuację – pomyślała.

Potrzebowała porozmawiać z kimś bliskim. Zadzwoniła do Namiestnika Kukuły.

– Już wiesz, Ptachu?

– Tak, odrzucili cię – wybuchł Ptachu. – To dranie. On cię nienawidzą, Jesteś pobożną kobietą, chrześcijanką i katoliczką, chodzisz regularnie do kościoła, modlisz się gorąco, a oni takich nie lubią. Znasz trzydzieści modlitw na każdą okazję. Pamiętasz, jak modliłaś się o obfity deszcz? Spadł jeszcze tej samej nocy! Nie to, co ci ludzie, oni nie wierzą nawet we własną kieszeń. To odmieńcy, bezbożnicy i zaprzańcy. Nie to co my, ty i ja. Dlatego nas nienawidzą.

– Co robić?

– Próbuj aż do skutku. Jest Bóg na niebie, może on coś wymyśli.

Rozmowa z Ptachu nie uspokoiła jej. Liczyła na niego. Zawsze umiał coś wymyśleć, zaradzić. Była przecież jego prawą ręką. Przypomniała sobie uroczystość powitania na lotnisku. Wróciła właśnie z meczu i utonęła w kwiatach, jakie na nią czekały. Zapach był tak odurzający, że musiano ją cucić. Mało co nie umarła. Przypomniała sobie późniejszą uroczystość, nieformalną, w gabinecie Namiestnika. Wręczył jej nagrodę za niezłomną postawę, za przeciwstawienie się Rudemu.

– To jest odlew mojej prawej ręki – powiedział wzruszony.

Kiedy to sobie przypomniała, sięgnęła do walizki, częściowo tylko rozpakowanej, stojącej na dnie szafy i po chwili trzymała odlew w ręku. Położyła go na stoliku i przyglądała się. Był piękny, idealnie oddawał kształt mocnych palców Ptacha. Artysta doskonale odtworzył też złoty pierścień na palcu prawej ręki. Zrobiło jej się smutno.

– Tutaj nie mają dla mnie uznania, za to co zrobiłam i osiągnęłam, za moje oddanie sprawie. Mam za sobą przeszłość, której ta dzicz nie akceptuje.

Zrozumiała, że jej przeszłość nie pasuje do atmosfery i oczekiwań Bractwa Kontynentalnego. Zastanawiała się, co robić. Wyciągnęła z szuflady nuty, teksty pieśni i piosenek, i z tęsknoty za ponowną akceptacją i kwiatami zaczęła ćwiczyć chwyty na gitarę. Zapragnęła znowu doznać uczucia słodkiej duszności jak na lotnisku w chwili największej chwały.

0Shares

Ptachu ujawnia swoją tożsamość. Opowiadanie psychodeliczne

Wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Ptachu udzielił wywiadu telewizyjnego, w jedynej stacji, która filtruje wiadomości i oddziela dobre od złych. Dziennikarz prowadzący wywiad przedstawił go krótko i podał kilka danych biograficznych: Leon Krzepki-Kukuła. Namiestnik. Swoją karierę zawodową zaczynał od stanowiska Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych.

Ptachu był w dobrym nastroju, rozgadał się i nie patrzył na zegarek, wyjaśniając początki swojej kariery.

– Tory kolejowe normalnie należą do kolei, ale akurat pewien ich odcinek razem ze stacją kolejową, budką dróżnika, szlabanem i ubikacją wskutek zmian administracyjnych znalazł się na terenie wioski. To był tak mały fragment majątku kolei, że dyrekcja nawet nie zauważyła, że przeszedł pod naszą administrację. Kiedy się zorientowali, przysłali mi list wyrażając wdzięczność za zaoszczędzenie im kosztów.

Namiestnik mówił dłużej, lecz nie zdołałem wiele zapamiętać z wyjątkiem tego, że wcześniej był dyrektorem cyrku.

– Pasjonowałem się wtedy tresurą, przede wszystkim niedźwiedzi, małp i koni. Niedźwiedzi uczyłem chodzić w wyprostowanej postawie, kiedy palił im się grunt pod nogami, małpy uczyłem wykonywania na komendę nagłych zwrotów w lewo, w prawo i do tyłu, inaczej mówiąc ekwilibrystyki użytkowej, konie zaś przysposabiałem chodzić w równym szeregu i nie wydawać z siebie głosu, kiedy głośno trzaskałem z bata. Jestem wdzięczny losowi, że dał mi okazję nabycia solidnej wiedzy na temat tresury. Teraz wykorzystuję ją do szkolenia kadr kierowniczych.

Prośbę o przedstawienie czegoś więcej na interesujące tematy Ptachu zbył krótkim gestem mówiącym – jak to zinterpretowała tłumaczka wywiadu na język Braille’a – „powiem o tym więcej, ale kiedy indziej, bo teraz już jestem za bardzo zmęczony i nie dam się wciągnąć głupimi pytaniami w niepotrzebną dyskusję”.

Postanowiłem czekać na inną sposobność poznania jego zamysłów, pragnień i planów. Wciągnęło mnie to do głębi. Chciałem też poznać jego hobby, zainteresowania i pasje, podejrzewając, że jest człowiekiem namiętnym. Sugerował to jego rześki sposób poruszania się, mówienia i gestykulacji, zwłaszcza kiedy opowiadał żarty. Był człowiekiem pełnym wylewnego humoru. U ludzi tego pokroju pasja jest równie pewna jak kradzież pieniędzy z tacy zapomnianej w lesie przez roztargnionego kleryka.

Takie zdarzenie miało rzeczywiście miejsce. Duchowny tłumaczył się potem, że zapomniał o tacy, ponieważ szukał ważnego obiektu, który miał poświęcić, nie mógł go znaleźć, w dodatku po drodze zapodziało mu się gdzieś kropidło. Kiedy ze zmartwienia się zachwiał, zaczepił nogą o korzeń, upadł i wtedy zgubił tacę z datkami oraz wylał całą święconą wodę.

Historia ta wydała mi się mało prawdopodobna. W rozmowie z rodziną i przyjaciółmi uznałem jednak, że w kraju zachodzi tyle zmian, że jest to jak najbardziej możliwe. Napisałem o tym tylko dlatego, że Namiestnik Kukuła kojarzy się powszechnie z wiarą, kościołem, hierarchią i pobożnością. Potwierdził to mój siostrzeniec, uważny obserwator życia religijnego.

– Krzepki-Kukuła jest tak pobożny, że dostrzeże bliźniego nawet w chomiku. On by każdemu nieba przychylił, nie tylko kobietom w ciąży i kobietom rokującym nadzieję, że zasilą kraj w nowe pokolenia, ale także matkom karmiącym i rodzinom wielodzietnym, nawet jeśli przewodzą im ojcowie alkoholicy. Do kościoła Namiestnik chodzi tak często, że wydeptuje posadzkę i musi regularnie przydzielać dotacje na remont kościoła. Proboszcz z wdzięczności udostępnia mu ambonę, kiedy on z kolei potrzebuje wygłosić przemówienie patriotyczne.

W wywiadzie z Namiestnikiem wyszło na jaw, że on sam hoduje w domu chomika i uważa go za ósmy cud świata. Określenie „cud świata” w odniesieniu do chomika był to oczywiście żart z jego strony, podobno tak dobry, że wizytująca go grupa aktywistów partyjnych śmiała się serdecznie przez pół godziny.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania

0Shares

Zacząłem obserwować Ptacha. Opowiadanie psychodeliczne, zaktualizowane.

Najpierw przedstawię się.

Jestem skromnym urzędnikiem, dawniej zwanym skrybą, umiejącym trzymać pióro w garści i widelec w ręku. Urodziłem się w rodzinie kancelistki i magazyniera cenionego przez zwierzchników za posłuszeństwo. Były to czasy państwa opiekuńczego i popędliwego alkoholizmu, transparentów krzyczących – podobnie jak dzisiaj – Partia z Narodem i Naród z Partią, na których nieznani sprawcy dopisywali „Jeśli Bóg tak zechce”, także bonów na pralkę i lodówkę oraz cebuli dostarczanej w workach bezpośrednio na stanowisko pracy. Partia, Bóg, Kościół, to były hasła, jakie zapamiętałem szczególnie mocno.

Z natury jestem introwertykiem psychodelicznym, poszukującym wzorca, jak żyć, co myśleć i dokąd zmierzać. Wszystkie ważne cechy osobowe, edukację w czasach państwa opiekuńczego, samogonu, uwielbienia władzy centralnej i kościoła, sloganów piękniejszych niż jeleń na rykowisku, cichej psychodelii oraz skromnej siwizny, śmiało dzielę dzisiaj z Ptachem, urodzonym i edukowanym w tych samych okolicach czasowych. To one zbliżyły mnie do niego.

Dotychczasowy wpływ Ptacha na moje życie, człowieka spokojnie żeglującego z prądem czasu i zdarzeń, nie tak, jak ci młodzi i piękni od ambicji, smartfonów, szybkich samochodów i nowych mieszkań, był mało widoczny. A może po prostu jestem mało spostrzegawczy? Nie jestem tego pewien. Mam na myśli to, że nie wszystko, co się dzieje dookoła, rozumiem, zwłaszcza zaś szybkości działań władz, nocnego pośpiechu, pracy do godziny drugiej rano oraz zawiłości strategicznego myślenia Ptacha. Pocieszam się, że pragnie on w swoim pędzie do gwiazd uczynić nasz naród jeszcze doskonalszym i jeszcze dumniejszym, choć dumą i ambicją przerastamy od dawna inne dumne nacje. Podziwiam go za to, że należąc do kategorii dojrzałych emerytów, umysł ma bardziej giętki niż nowy skórzany bat na leniwego pracownika. Ptachu imponuje także swoją wrażliwością społeczną i chęcią pomocy.

Jeśli używam wobec niego nazwy „Ptachu”, a nie imienia i nazwiska lub stanowiska, jakie zasłużenie zajmuje, to tylko dlatego, że jest ona powszechna i wygodna w użyciu. Nie bez znaczenia jest również, że kojarzy mi się ona z Garudą, boską krzyżówką człowieka i orła, krótko mówiąc z ptakiem.

Ostatecznego olśnienia wielkością i złożonością Ptacha doznałem u lekarza. Wizytę miałem wyznaczoną na godzinę dziesiątą piętnaście. Kiedy wchodziłem do jego gabinetu zbliżała się godzina czternasta. Był to już okres upiększania rzeczywistości, dlatego nie zdziwiło mnie to, co ujrzałem. Gabinet był bogato zdobiony, każda ściana miała inny kolor, u sufitu wisiał rozsądnych rozmiarów kandelabr wzbogacony wisiorkami z kryształu górskiego mieniącego się kolorami tęczy. Biurko lekarza odnalazłem za dwoma kształtnymi filarami połączonymi jedwabną zasłoną z wizerunkami słoni indyjskich. Lekarz siedział na rzeźbionym krześle ubrany w biały fartuch o kroju kimona. Był to mężczyzna w pełni rozkwitu, podobnie jak Ptachu i ja. To skojarzenie mnie wzmocniło. Lekarz wstał, kiedy wszedłem, podał mi rękę i przeprosił za trud czekania. Widocznie zauważył, jak długo czekałem albo po prostu chciał się zwierzyć.

– Ptachu, ten nasz kochany Ptachu, pomaga nam finansowo jak tylko może, ale to wciąż jest za mało, dlatego upiększamy rzeczywistość we własnym zakresie jak kto umie i lubi. Mimo to ludzie się skarżą na niego i na rząd, czego zupełnie nie rozumiem. Jeśli pan mówi, że wyznaczono panu termin prześwietlenia nogi za trzy miesiące, to znaczy, że pan kłamie podobnie jak inni pacjenci.

Popatrzyłem na niego zdumiony, ponieważ nikt nigdy tak bezkompromisowo nie potraktował moich słów co do terminu badania. Równocześnie zauważyłem, że „Ptachu, ten nasz ukochany Ptachu”, jest ulubioną formułą uwielbieniową lekarza. Postanowiłem ją zapamiętać.

– Minister Zdrowia mówi, że kolejki się zmniejszają, a ja jako lekarz, muszę wierzyć jemu a nie pacjentom, którzy często utrudniają nam życie przychodząc zbyt często z problemami, jakich powinni zdecydowanie unikać, aby nie komplikować życia sobie i innym.

– Ptachu ma w sobie tyle dobroci. – Podjął medyk i zamyślił się. – Szerokim gestem rozdaje pieniądze obywatelom najbardziej potrzebującym, sponsoruje dzieci narodzone i nienarodzone, rodziny wielodzietne, matki opuszczone i samotne z własnej woli, kobiety przy nadziei. Nie żałuje też pieniędzy rzeszom bogobojnych członków aparatu państwowego, przyznając im wysokie stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych, aby przysparzali im sukcesów a narodowi chwały.

Jego wypowiedź wydała mi się cyniczna, ale powstrzymałem się od krytyki, tym bardziej, że podjęliśmy ciekawą dyskusję, czy pacjent-cukrzyk nie powinien sam dokonywać amputacji swojej nogi z powodu gangreny, kiedy szpital wyznacza mu odległy kilkumiesięczny termin operacji. Powołując się na literaturę piękną i bogatą w fakty, głównie „Chłopów” Reymonta, byłem zdania, że tak.

– Potrzeba jest matką wynalazków. – Podsumowałem.

Lekarz rozwinął wątek samoleczenia, dokładniej definiując wyzwanie i przedstawiając szczegóły.

– Jest to kwestia decyzji medyczno-życiowej, wyważenia plusów i minusów, czy zrobić to teraz, bez zwłoki, stosując proste narzędzie chirurgiczne w postaci siekiery ze znieczuleniem ogólnym czy też później, dużo później, stosując nowoczesne narzędzie w postaci elektrycznej piły tarczowej o ostrzu schładzanym wodą, aby uniknąć przegrzania ciętego materiału. Widzę korzyści pierwszego rozwiązania: taniość. szybkość, prostota rozwiązania.

Kiedy lekarz snuł swoje wyjaśnienia przyszło mi na myśl, miałem takie wrażenie, że jest on filozofem niepozbawionym umiejętności trafnego i lapidarnego opisu rzeczywistości cierpliwie budowanej przez władzę.

Pod koniec szczęśliwego dnia postanowiłem śledzić losy Ptacha, rejestrować jego decyzje oraz analizować problemy, z jakimi się boryka, jak również notować jego marzenia. Pragnąłem wspomagać go na tyle, na ile ten szlachetny starzec zechce skorzystać z mojej pomocy. Myślałem o pracy wolontariusza przy rozwieszaniu ulotek w okresach gorących potrzeb reklamy władzy, rąbaniu drewna na zimę na ogrzewanie jego daczy, a nawet o głośnym wyrażaniu aplauzu, kiedy będzie przemawiać publicznie.

To pragnienie stało się dla mnie objawieniem. Patrzę teraz w przyszłość z ufnością, wręcz radośnie.

0Shares

Podobieństwo Ptacha do Garudy. Opowiadanie psychodeliczne.

Ptachu okazał się jednostką wybitną, większego pokroju niż myślano, symboliczną, przerastającą zwyczajnych ludzi podobnie jak maszt telewizyjny przewyższa zwykły domek. Miał imię i nazwisko, lecz powszechnie zwano go Ptachu, co brzmiało poręczniej, było bardziej ludzkie, bliższe szaremu obywatelowi. Na obrazach przedstawiano go w formie dostojnika poważnego na obliczu i w ubiorze, w świątecznym, ciemnym garniturze w paski, płaskim kaszkiecie i elegancko wypastowanych pantoflach zawiązywanych na sznurówki. Opozycja szydziła z niego twierdząc, że wygląda jak szczęśliwy ślusarz na kościelnej procesji w intencji obfitego deszczu.

Wkrótce` po ogłoszeniu zwycięstwa Ptacha naukowcy odkryli jego podobieństwo do Garudy, mitycznego ptaka, bóstwa znanego w hinduizmie i buddyzmie tybetańskim, przedstawianego jako złoty lub czerwony orzeł o ciele człowieka.

– Ptachu to mityczny Garuda. Nie miejmy co do tego wątpliwości. – Taki tytuł ukazał się w czołowej gazecie.

Odkrycie, czy raczej jego opis, tak serdecznie ujęły obywateli, że pojawiły się poważne propozycje, aby od dnia dojścia Ptacha do władzy liczyć czas, pozmieniać kalendarze i inaczej patrzeć na życie. Okazało się to niepraktyczne.

– Wielu zwolenników Ptacha umie czytać i pisać, ale trudno jest im zrozumieć – prawdopodobnie z głębokiego wzruszenia – teksty historyczne traktujące o naturze bóstw i ludzi. Jest ona całkowicie odmienna. To, co można odnieść do Garudy, istoty nie z tej ziemi, nie można przykleić do Ptacha, istoty przypisanej do ziemi podobnie jak pień drzewa, roślina czy zwierzę. – Tłumaczył psycholog społeczny.

Podobieństwo odkrył zespół specjalistów zatrudnionych w Ministerstwie Masowej Edukacji przeszukując archiwa historyczno-geograficzne. Odkrycie przypadło do gustu zwolennikom Ptacha przede wszystkim dlatego, że Garuda miał śmiertelnych wrogów, Nagów.

– Każda wybitna jednostka musi mieć wrogów. Tak też jest w przypadku Ptacha. Jego wrogiem jest Rudy. To demon. To podobieństwo przemawia do nas najsilniej.

Kiedy naukowcy wyjaśnili, że w hinduizmie Garuda jest wierzchowcem boga Wisznu, bratem Aruny, woźnicy Surji, boga słońca, symbolizuje nauki tajemne Wed i jest malezyjską odmianą Feniksa, na widowni wybuchły oklaski i okrzyki.

– To cudownie się zgadza. Ta mistyka, tajemniczość, skrzydlatość, krzyżówka człowieka i orła. To on, nasz Ptachu!

Opozycja zdewastowana przegraną twierdziła, że odkrycie podobieństwa Ptacha do Garudy chyba padło ludziom na umysły, skoro uwierzyli w boskość zwykłego wybrańca losu na Loterii Państwowej.

Zwykli ludzie nie zgadzali się z tym. Argumentowali, że Ptachu jest jedynym przywódcą, który ich rozumie i umie wskazać, kto jest winien ich niepowodzeń i życiowych nieszczęść.

– To przyniosło nam wielką ulgę. – Twierdzili zgodnie, odmawiając odpowiedzi na pytania, dlaczego tak sądzą.

Zwycięstwo Ptacha i jego boskie parantele głęboko zmieniły naród. Ludzie uświadomili sobie, że Ptachu nie jest zwykłym obywatelem, ale kimś niepomiernie większym, jest symbolem wielkości narodu. Przypisywano mu różne atrybuty, na jego cześć fundowano wotywa, idealizowano go, nazywano Słoneczkiem, Pasterzem Tysięcy Ociemniałych i Patronem Złotego Runa.

0Shares

Poezje własne ze zbioru do publikacji „Oniemiałość”

Anioł miłości 

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Ten wiersz to klasyk mojej twórczości, wyraz czystej poezji. Bardzo go lubię. Łączy wiarę w Boga z młodością, namiętnością i miłością. Nawiązuje do zjawisk i miejsc trwale zadomowionych w mojej pamięci – nasturcji nad Suchym Potokiem (Dry Creek) w Adelajdzie i zakrętu kamienistej drogi prowadzącej do Parque Arqueológico de San Agustín w Departamencie Huila (wedle Wikipedii „uno de los más importantes espacios arqueológicos de Colombia”).

Nasturcje posadziłem sobie w ogrodzie za domem. Podlewane, wspaniale się rozrosły, sięgając szczytu płotu. Miały liście wielkości dwóch dużych męskich dłoni i kwiaty w kolorach żółci, pomarańczy i czerwieni.

Bałkany 

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Wiersz powstał w okresie wojny domowej w Bośni i Hercegowinie toczącej się w latach 1991–1995. Opisy jej okrucieństw mnie prześladowały. Był to najbardziej krwawy konflikt w Europie od zakończenia II wojny światowej. Niezależni obserwatorzy podają od 97 000 do nawet 200 000. ofiar śmiertelnych, z czego 65% stanowili Bośniacy, 25% Serbowie, 8% Chorwaci, a 2% inni. W samym Sarajewie zginęło 10 000 ludzi, a 35 000 zostało rannych. Liczbę osób, które opuściły swoje domy w wyniku obu tych wojen, szacuje się na 3,5 miliona osób. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy kobiet zostało zgwałconych. Wszystkie strony konfliktu prowadziły politykę tzw. „czystek etnicznych”, które sprowadzały się do wysiedleń lub masowych morderstw przedstawicieli przeciwnych nacji. Za czystki etniczne powszechnie oskarża się Serbów. Zgodnie z raportem CIA, są oni odpowiedzialni za 90% zbrodni wojennych podczas wojny w Bośni. Źr: Wikipedia.

Poezje opublikowane M Tequila: Klęczy cisza niezmącona http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Poezje własne: „A ja cię błagam” i „Alegorie”

Drodzy Czytelnicy,

Dla rozrywki dwa moje wiersze z przygotowywanego do publikacji drugiego zbioru poezji Michael Tequila: „Oniemiałość”. W sprzedaży jest już od trzech lat mój pierwszy zbiór o tytule „Klęczy cisza niezmącona”. 

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila 

Pieter Pourbus : Allegory of true love.

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Sacconi: Allegory of poetry

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

0Shares

Rzeczywistość w przededniu zmian. Opowiadanie psychodeliczne.

Rozbuchany indywidualizm zaskoczył wszystkich. Nikt, z wyjątkiem proroków, rozpoznających znaki czasu z dużym wyprzedzeniem, nie spodziewał się takiego wysypu wybitnych jednostek. Nie potrzeba było zresztą wielu, wystarczyłaby jedna, dostatecznie duża i uduchowiona, wódz nad wodze, aby uszczęśliwić masę ludzi. Okazał się nim mąż opatrznościowy znany powszechnie pod imieniem Ptachu. Z twarzy i charakteru był podobny do orła, stąd ta nazwa. Jego pojawienie się było kwestią czasu, a ten pędził do przodu. 

*****

Do chwili objęcia władzy przez Ptachu obowiązywała przeciętność, rządziło bylejactwo, można by nawet powiedzieć pospólstwo, prostactwo, arogancja i gruboskórność. Były to czasy rządów Ottara Nepomucena, który wkrótce zbiegł do ciepłych krajów, aby pławić się w luksusie i szkodzić własnemu krajowi. 

Masę społeczną czasów Nepomucena urozmaicali ludzie bez znaczenia, delikatni jak podmuch letniej bryzy, powszechnie zwani delikatesami. Trzymając się na uboczu wielkich wydarzeń, nurzali się w czystym intelekcie, dyskutowali i przedstawiali projekty naprawy świata, myśląc o gwiazdach, niebieskich migdałach, filozofii, dobroci i porozumieniu. Umieli tylko organizować demonstracje.

Byli to ludzie wyobcowani, sieroty po wybitnych jednostkach przeszłości, kryjące się po bibliotekach, muzeach, filharmoniach i kawiarniach. Pojawiali się także w salonach i na bulwarach spacerowych, poruszając się po cichu, w skupieniu, z nazwiskami geniuszy, Leonardo da Vinci, William Szekspir, Platon, Arystoteles, Wolfgang Amadeusz Mozart i podobnymi na swoich inteligenckich ustach przypominających kolorem zwiędłą różę.

Nic dziwnego, że żyjąc w atmosferze zastoju i martwoty naród oczekiwał cudu. Obywatele wychodzili przed domy, patrzyli w niebo, bili się w piersi, przysięgając, że są uczciwi, pracowici i mobilni, co miało uzasadnić, że zasługują na pozytywną, radosną i wszechobejmującą zmianę. Męczyli się, wciąż pamiętając dawniejsze dobre czasy, kiedy krajem rządzili władcy zapewniający im stabilne zatrudnienie, cebulę w workach dostarczaną w miejscu pracy, oraz vouchery na wczasy, pralki i samochody, których sam widok pod oknem bloku już człowieka cieszył.

Taka była rzeczywistość w przededniu wielkich zmian, jakie miały odmienić kraj.

0Shares

Czas i ludzie. Opowiadanie psychodeliczne.

Nikt nie miał czasu. Było to widoczne jak na dłoni, nawet tej porośniętej kaktusem. Zegarki były coraz większe, żeby łatwiej było obserwować godziny i minuty. Biedniejsi musieli oszczędzać czas, aby starczyło go na wszystko. W niezamożnych rodzinach kobiety udzielały mężom prostych zleceń.

– Idź do supermarketu, kup sobie dobre piwo, mnie tusz do rzęs, ten najczarniejszy, marki Sigmund VII, a Zuzi ciasto marcepanowe.

Mąż wracał i mówił:

– Nie wystarczyło mi czasu. Spiesząc się kupiłem sobie pierwsze z brzegu tanie piwo, tobie tusz do rzęs marki Specific, a Zuzi słodką bułeczkę.

Bogaci mieli lepiej, stać ich było, aby nabywać tony czasu. Gromadzili go gdzie się dało, w piwnicach, hangarach i szopach, aby tylko był pod dachem. Wtedy mniej korodował, dłużej można było go użytkować.

Był też czas sztuczny, najmniej wartościowy, ponieważ zaśmiecał pamięć i rozum. Produkowano go z niezliczonych momentów bezmyślności powstałych, kiedy użytkownicy smartfonów czytali dyrdymały lub prowadzili drętwe rozmowy. Niektórzy z nich oglądali w dodatku w telewizji cudne romanse o tym, jak to dojrzałe małżeństwa nagle odkrywają, że mają dzieci, o których nigdy nie słyszały, staruszkowie wskutek upadku odzyskują dawno utraconą pamięć, a pewna matrona odkrywa w lesie książkę z instrukcjami, jak przeprowadzić dietę odchudzającą „Pogrom cellulitu”.

Jedna z teorii mówiła, że najbardziej kradły ludziom czas pustosłowie i przekleństwa. Mało kto w to wierzył. Mało kto wierzył w cokolwiek.

Doba się skurczyła. Nominalnie wciąż miała dwadzieścia cztery godziny, w rzeczywistości zaś … Otóż to. Rzeczywistość też się zmieniła, zindywidualizowała się. Dla jednej osoby doba miała dwadzieścia cztery godziny, dla innej dwadzieścia trzy godziny i trzydzieści minut, jeszcze dla kogoś innego tylko szesnaście godzin. Poniżej szesnastu godzin nikt nie schodził, to było minimum. Związki zawodowe stanęły okoniem i zażądały nie więcej niż osiem godzin na pracę i nie mniej niż osiem godzin na sen. To minimum/maksimum gwarantowała także konstytucja, gwarancja była jednak coraz mniej pewna.

– Dawniej była ona żelazna, potem brązowa, teraz chyba nawet robią ją ze słomy. – Powiedział mi sąsiad w zaufaniu.

– Tej, co im z butów wyszła? Zapytałem, bo nie byłem pewny.

– O to, to. Lecę. Nie mam czasu. Muszę być w domu, zanim zapadnie zmrok. -Wyjaśnił mi kierując się do drzwi.

– Gdzie pan się tak śpieszy? Przecież to w drugiej klatce piersiowej.

Sąsiad popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Natychmiast zreflektowałem się. Omyliłem się. Miałem na myśli klatkę schodową. Nie miałem już czasu mu wyjaśnić, bo wyszedł.

– Szczęściarz. – Pomyślałem. – Ma tak gęste włosy. Nie miał czasu, aby wyłysieć, bo jest zajęty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak to jest możliwe, Bóg raczy wiedzieć.

Na śmietnikach pojawiało się coraz więcej odpadów czasu, mimo że ludziom go brakowało. Odpady te włączono do recyklingu poszerzając segregację śmieci: szkło, metal i plastik, odpady zielone do przemiału na nawóz, pozostałe resztki, na końcu czas. Pojemnik na czas zamknięty był na kłódkę, aby ludzie nie kradli zawartości. Niepotrzebny i zużyty czas darto na mniejsze kawałki, maksimum był to kwadrans, i wrzucano przez otwór do pojemnika. Pojemnik na odpady czasu wydzielał niemiły zapach, przypominający tęsknotę za czymś minionym, poprzednim ustrojem, może nawet za aktualną władzą.

Wszyscy za czymś tęsknili, a czas kurczył się lub uciekał. Taka to była ludzka tęsknota i filozofia czasu. Jedno zazębiało się z drugim, tworząc chmury na horyzoncie. Te zmiany nic dobrego nie wróżyły.

– Jestem pesymistą. – Pomyślałem i zamilkłem, bo czas na dzisiaj mi się skończył.

0Shares

Kochaj dobrą władzę! Fakty.

Dobra władza ciągnie zakutego w łańcuchy mordercę na jednej nodze. To daje ci gwarancję, że zbrodnia zniknie z powierzchni ziemi. Tylko rzecznik praw obywatelskich w to nie wierzy. Kochaj dobrą władzę!

Dobra władza sztorcuje rzecznika praw obywatelskich. Kiedy przyjdzie czas, nie zapomnij, jak głosować, aby zapewnić sobie i dzieciom kolorowe kwiaty w sądzie i wysokie ceny warzyw na rynku. Szanuj dobrą władzę!

Dobra władza budowała dwa wieżowce typu Abu Dhabi dla chwały Wielkości i zapomniała zapłacić rachunki za papę i gwoździe. Nie poszła z tego tytułu do sądu. Doceń charakter i odwagę dobrej władzy! I ty nie płać rachunków!

0Shares

Instrukcja rysowania słonia oraz zapowiedź zmian na blogu.

Drodzy Czytelnicy!

Zmuszony jestem zawiesić pisanie powieści „Cezarea”. Mam zbyt wiele obowiązków. Najważniejsze to znalezienie wydawcy dla moich dwóch powieści („Laboratorium szyfrowanych koni” oraz „Cztery portrety cudze i jeden własny”), które ukończyłem już kilka miesięcy temu, i ich przygotowanie do wydania (korekty, edycja, projekt okładki, skład, druk itp.) To mój priorytet. W tej sytuacji będę mógł tylko od czasu do czasu dokonać jakiegoś wpisu na blogu. Tematy mogą być różne. Dzisiaj jest nim „Instrukcja rysowania słonia”.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Instrukcja jest stosowna dla rodziców, których dziecko pragnie narysować słonia. Przedstawia ona uporządkowany sposób tłumaczenia dziecku, jak powinno postępować, aby osiągnąć pożądany efekt. Ważne są też walory wychowawcze. 

  1. Pomyśl, co chcesz zrobić.
  2. Jeżeli wiesz, że chcesz narysować słonia, skoncentruj się, wyjmij ołówek i dużą kartkę papieru lub arkusz brystolu. Połóż je przed sobą.
  3. Zamknij oczy i wyobraź sobie całego słonia. Postaraj się zachować ten obraz w pamięci co najmniej przez kilka minut.
  4. Potem wyobraź sobie słonia w szczegółach. Zastanów się nad każdym szczegółem. Postaraj się jak najwięcej z nich zapamiętać.
  5. Weź ołówek do prawej ręki, jeśli jesteś praworęczny, lub do lewej, jeśli jesteś leworęczny. To już powinieneś wiedzieć. Jeśli jesteś niepewny, zapytaj mnie, to ci podpowiem.
  6. Jeszcze raz się zastanów, czy naprawdę chcesz narysować słonia. Rozważ trzy możliwości: „Tak – chcę”, „Nie – nie chcę”, oraz „Nie wiem”.
  7. Jeśli nie wiesz, to zostaw sobie czas do namysłu. Tylko nie myśl za długo. Jeśli po namyśle nadal nie wiesz, czy chcesz narysować słonia, schowaj papier i ołówek i zajmij się swoim smartfonem. Albo idź na podwórko, aby się pobawić z innymi dziećmi. Tylko pamiętaj, żeby się nie spocić lub pobrudzić.
  8. Jeśli twoja odpowiedź jest „tak – chcę”, zastanów się, czy naprawdę jest ci to potrzebne. W tym celu zadaj sobie pytania: – Po co mi słoń? – Czy ktoś inny rysował przede mną słonia? Jeśli tak, to jakie odniósł z tego korzyści? – Czy narysowanie słonia da mi jakieś korzyści? Konkretnie jakie? Jakie ryzyka wiążą się z narysowaniem słonia? Co będzie, jeśli stanie mi na nogę? Albo wejdzie do składu porcelany i narobi szkód? Kto za nie zapłaci? Zadaj sobie też inne ważne pytania: Jakie koszty wiążą się z utrzymaniem słonia? Co z klatką, wybiegiem, wyżywieniem i higieną? Kto będzie się nim zajmować?
  9. Jeśli twoja decyzja jest nadal na tak, nie przeciągaj sprawy w nieskończoność i narysuj wreszcie tego słonia, bo mnie szlag trafi! Ileż można tłumaczyć, jak narysować słonia!?

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 14: Premier Chudy spotyka się z Przyziemiem

Propozycją Przyziemia było spotkanie na neutralnym gruncie w sali konferencyjnej hotelu Ducko, znajdującego się w połowie drogi między Urzędem Premiera a siedzibą zarządu Przyziemia. Doradcy tłumaczyli Premierowi, że nie jest to miejsce dostatecznie reprezentacyjne na tak ważne spotkanie.

– Jest pan osobą na topie w naszym kraju. W rzeczywistości ma pan znacznie większą władzę i prerogatywy niż głowa państwa, która jest niesamowicie ważna, ale nie tak wpływowa jak pan, panie Premierze. Dlatego nie może spotykać się pan w tak skromnym miejscu jak hotel Ducko. Co to za hotel? Co to za nazwa? Brzmi prawie obraźliwie. Jest mało znana, zagraniczna, sam hotel wygląda jak obcięty ogon wyżła. To będzie się społeczeństwu źle kojarzyć.

Padły inne propozycje miejsc spotkania. Ostatecznie wybrano stadion narodowy. Przewodniczący Przyziemia, doświadczony kierowca wozu asenizacyjnego, zaakceptował propozycję.

– To przesada spotykać się na roboczą naradę na stadionie narodowym. Skoro oni jednak tak chcą, to się zgodzimy. Miejsce nie gra roli, ważne jest spotkanie i negocjacje.

Na spotkanie z Przyziemiem Premier przyleciał opancerzonym helikopterem z wizerunkiem wężowatego smoka.

Premier miał na sobie paradny mundur pułkownika lotnictwa, zgrabnie opinający jego smukłą sylwetkę. Na kołnierzu i mankietach munduru widniały wężyki premierowskie. Ich wzór ustalił kilka dni wcześniej sam Premier specjalnym dekretem parafowanym przez Plenipotenta, który nie odmawiał drobnych przysług Namiestnikowi Kukule i ludziom przez niego rekomendowanym.

– Mundurek jest cacy i leży na panu jak na modelce. Co ważne, ukrywa pańskie sterczące łopatki. – Chwalili Premiera doradcy już po pierwszej przymiarce. Byli szczerzy; w sprawach ubioru premier pozwalał im na szczerość, nie znosił tylko zuchwałej poufałości.

Po wylądowaniu helikoptera podbiegł do premiera jego zastępca i małą szczoteczką oczyścił ramiona z drobinek kurzu.

Do sali spotkań zbudowanej w ekspresowym tempie na środku stadionu Premier wchodził w otoczeniu ochroniarzy i najbliższych współpracowników. Towarzyszył mu dyrektor protokołu dyplomatycznego.

Premier posuwał się do przodu bez pośpiechu, ani za szybko, ani za wolno, godnie wyprostowany, uśmiechając się na prawo i lewo i przesyłając życzliwe spojrzenia. Zachowywał się uprzejmie, okazując w ten sposób szacunek przedstawicielom świata pracy.

Przy okrągłym stole podszedł do Premiera jego sekretarz osobisty, pulchny mężczyzna z owalną twarzą i oczkami skradającego się lisa, i wręczył mu teczkę. Premier ostrożnie położył ją na stole, otworzył szyfrowany zamek i wyjął trzy kartki: pierwszą z przemówieniem powitalnym, drugą z propozycjami dla Przyziemia i trzecią z mową pożegnalną i podziękowaniami. Potem sięgnął do bocznej kieszeni teczki, nabrzmiałej jak ślepa kiszka przed pęknięciem, i wyjął z niej pęk długopisów z wytłoczonymi złotymi literami „Od Premiera Jeremiego Chudego na pamiątkę spotkania na Stadionie Narodowym”. Pod napisem nie umieszczono daty, ponieważ w dniu jego tłoczenia nie była jeszcze znana.

Sekretarz szepnął coś do ucha Premiera, ten wstał i obchodząc z uśmiechem okrągły stół wręczał po kolei każdemu delegatowi Przyziemia długopis, ściskał rękę, gratulował, na zakończenie lekko pochylał głowę. Sekretarz towarzyszył premierowi z prawej strony nieco z tyłu, podobnie jak osoba towarzysząca głowie państwa przy składaniu wieńca na grobie zasłużonej osobistości. Z boku przesuwali się jak cienie trzej ochroniarze w okularach doskonale maskujących wzrok wyczulony nawet na silniejszy podmuch wiatru.

Po powrocie na swoje miejsce Premier wygłosił krótką mowę.

– Mam nadzieję, że będzie to spotkanie niezwykle udane i znaczące dla naszego ukochanego kraju, bez którego nie wyobrażam sobie mojego życia, nawet gdyby mi zaoferowano pałac na Wyspach Karaibskich, gdzie dojrzewają banany a owoce mango mają najcudowniejszy smak na świecie, o jakim nieprzerwanie marzyłem w dzieciństwie. Potem, kiedy dojrzałem, nadal marzyłem o takim pałacu, lecz zamieszkałym przez piękne kobiety grające na harfach i śpiewające patriotyczne pieśni i kanzony. – Premier lubić cytować historię, literaturę i opowiadać krotochwile.  

Pierwsi podchwycili żart Premiera jego najbliżsi współpracownicy. Z okrzykami „Przedni żart”, „Coś tak znakomitego dawno nie słyszałem” i podobnymi, wybuchnęli gromkim śmiechem, a zaraz za nimi ochroniarze, następnie służba porządkowa szkolona także w kwestiach savoir vivre i kultury politycznej. W końcu śmieli się prawie wszyscy obecni przy okrągłym stole z wyjątkiem przywódcy Przyziemia i kilku osób z jego otoczenia.

0Shares

Powieść”Cezarea”. Odc. 13: Premie, jego zastępczyni oraz minister Pakuła przemawiają do narodu

Wieczorem Premier obejrzał swoje wystąpienia publiczne z ostatnich dni. Regularnie je nagrywano. Na podstawie tych nagrań Premier oceniał swój wizerunek publiczny, pracę oraz postępy w uszczęśliwianiu narodu. Wyłapywał błędy i niedociągnięcia, doskonalił swoje zachowania. Kiedy pozwalał mu czas, ćwiczył postawę i ruchy przed lustrem. Był perfekcjonistą w najdrobniejszym szczególe. Wszyscy przyznawali, że trzymał się wyjątkowo prosto i elegancko.

Premier przyznał, że nie spotyka się ze zbuntowanymi członkami Przyziemia, choć go wielokrotnie zapraszali, ponieważ ostrzegano go regularnie, że są niebezpieczni.

– Z uwagi na bezpieczeństwo państwa, kontynuował Premier, które opiera się jedną z swoich trzech nóg na mnie jak na filarze, mimo gorącego pragnienia nieprzerwanego obcowania z całym narodem, nie spotykałem się jeszcze z przedstawicielami Przyziemia. Gdybym to uczynił i pogadał z nimi choćby chwilę, okazując im serce, powiedzieliby, że chcę im wręczyć jałmużnę. To ludzie nieodpowiedzialni, swarliwi i roszczeniowi do trzeciej potęgi.

Kiedy Premier skończył, na scenie pojawiła się tęga niewiasta. Przedstawiła się jako prawa ręka Premiera. Patrzyła w kamerę telewizyjną, jakby chciała dokładnie rozpoznać słuchaczy telewizyjnych. Oprócz szamerowanej złotem bluzki, miała na sobie także białą spódnicę oraz brązowe pantofle skrzące się od ozdób. Premier przypominał ją sobie przez mgłę, ponieważ była ciągle w delegacjach służbowych. Ona też nie miała pogodnych wspomnień o nim. Źle jej się kojarzył, bo był podobny do jej męża.

Zastępczyni Premiera nie miała wiele do powiedzenia. Wyjawiła tylko spokojnym głosem, że oczekuje przybycia delegacji Przyziemia i podpisania umowy już podpisanej przez Grupę Przyziemia Solidaryzującą się z Rządem. Zakończyła podsumowaniem.

– Solidarność jest najwyższą formą istnienia państwa, prawa i obywateli, nie wspominając nawet zwierząt domowych, gospodarstw rolnych oraz dzieci w przedszkolach. Osoby pragnące wiedzieć coś więcej na ten temat odsyłam do moich wcześniejszych wypowiedzi, wypowiedzi pana Premiera oraz pana Namiestnika. Niech im Bóg błogosławi.  

*****

Kolejna osoba występująca przed narodem – zgodnie z rejestrem prowadzonym przez Wirgila Tarantę, uważnie obserwującym przebieg zdarzeń – była niejaka Pakuła, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi. Stała na czele nowego ministerstwa mającego wprowadzić społeczeństwo Cezarei w wiek XXII przeskakując wiek XXI.

– Zaoszczędzimy na tym masę pieniędzy. – Argumentowała, co ogromnie podobało się funkcjonariuszom państwowym otrzymującym wysokie pensje za osiągnięcia w zarządzaniu majątkiem państwowym bez posiadania dostatecznych kwalifikacji. Te osoby również pragnęły przeskoczyć od razu do wieku XXII.

– Po jaka cholerę potrzebny jest nam wiek XXI, skoro i tak już nam namotał zwariowanymi cenami ropy naftowej, węglem, zanieczyszczeniami środowiska, dzikami afrykańskimi roznoszącymi zarazę, emerytami, nauczycielami, lekarzami i podobnymi wyzwaniami dla logiki, rozumu i rozwagi.

Ze skromniejszym uśmiechem niż Premier Jeremi Chudy, co było jak najbardziej słuszne zważywszy na hierarchię służbową, Minister Pakuła uspokajała tłumy zebrane na placach i skwerach całego kraju, że wszystko jest w idealnym porządku. Kilkakrotnie wyciągała przed siebie białą jak śnieg rękę powtarzając:

– Wszystko mamy gotowe. Logika, rozum i rozwaga plus nowoczesne technologie uratują nas przed nieszczęściem, gotowym spaść na nas jak amen w pacierzu. Dzięki nim będziemy rozwiązywać wszystkie nasze problemy taniej, szybciej i prościej. Egzaminujemy już, kogo trzeba. W ogóle to jest w dechę.

Ludzie znający Minister Pakułę podejrzewali, że z samego rana trochę za dużo wypiła albo wzięła za dużo prochów. Mówili to dlatego, być może niesłusznie, że na jej służbowym Rolls-Royce’u naklejone były ogłoszenia o taniej marihuanie zwanej leczniczą, zdolnej powstrzymać każdego człowieka od drgawek, szumu w głowie, osłabienia miesiączkowego a nawet jazdy hulajnogą elektryczną po ruchliwych ulicach miasta. Rząd premiera Chudego upowszechniał marihuanę jako skuteczny sposób dochodzenia społeczeństwa do zdrowia po załamaniu się pogody nastrojów społecznych. 

W końcu Minister zaprosiła zbuntowanych nauczycieli Podziemia do współpracy proponując podpisanie umowy już podpisanej z rządem przez Związek Nauczycieli-Patriotów. Minister poinformowała, że przygotowuje się do długiej i wyczerpującej podróży na Zachód, gdzie zamierza poprawić sposób myślenia o Cezarei stosując najnowsze metody logiki, rozwagi i rozumu oraz wiedzę o marihuanie zwanej leczniczą.

– Mam jeszcze kilkanaście waliz do spakowania. To nie jest mój bagaż osobisty, tylko materiał do prezentacji poglądów Namiestnika Krzepkiego Kukuły oraz Premiera Jeremiego Chudego w lobby zachodnim, które zamierzamy przenieść od razu w wiek XXII korzystając z naszych nadzwyczajnych doświadczeń, osiągnięć oraz metod, zwłaszcza rozwagi finansowej. Są to rzeczy bardzo ważne szczególnie w rodzinach degeneratów, alkoholików i komunach wielodzietnych.

– Dobrze je poznałam wędrując po kraju w poszukiwaniu szczęścia. Tak czy inaczej, nie zapomnę o was, kiedy już znajdę się na Zachodzie. Będę was dobrze reprezentować, jak tylko poduczę się języka angielskiego, który już doskonale znam w wersji migowej. Zamierzam otrzaskać się z angielskim lepiej niż ta ich Teresa z Kalkuty, przepraszam, Święta Teresa z Londynu, ich premier.

Ludzie, którzy osobiście znali Minister Pakułę jeszcze mocniej krzyczeli, że jest niewyspana lub przyjęła z herbatą poranną prochy zamiast aspartamu. Na pytanie człowieka z tłumu, jak długo będzie na Zachodzie, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi odpowiedziała, że nie wie, po czym zapewniła: – Na pewno o was nie zapomnę. Niech wam Bóg błogosławi, pociesza kolorowa tęcza oraz wspiera radą i dobrymi uczynkami pan Namiestnik Krzepki-Kukuła oraz pan Premier Chudy.

W tłumie były trzy osoby, które z własnej woli zeznały potem w prokuraturze, że słyszały, jak Minister Pakuła pochyliła się do swojego doradcy i pytała, czy premier jest rzeczywiście chudy czy tylko tak jej się wydaje.

– Skoro mówi, że jest chudy, to jest. – Odpowiedział po namyśle doradca.

Minister Pakuła zdecydowała, że będzie to pierwsza radosna nowina jak będzie rozpowszechniać na Zachodzie w ramach rozwoju stosunków dobrosąsiedzkich z Cezareą.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 12: Rząd składa propozycję negocjacji przy okrągłym stole

Rząd przygotowywał się do negocjacji. Wymagało to czasu. Wobec agresywności strony przeciwnej premier stosował taktykę zwodów i opóźnień. Wyjaśniał trudną sytuację państwa, jednocześnie dodawał otuchy:

– Nie mamy pieniędzy, ale będziemy mieli.

Dla udokumentowania prawdy premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni w czasie telewizyjnego wystąpienia. Wypadły tylko dwa spinacze, grzebyk i książeczka do nabożeństwa.

Przemówiło to do wyobraźni zwłaszcza osób starszych, pamiętających czasy pustych półek, naparstka, nożyczek oraz drobnej naprawy odzieży. Niektórzy wzruszyli się nawet do tego stopnia, że wysyłali pieniądze na wsparcie bezdomnych.

Premier zapewnił, że jego rząd będzie ściśle współpracować z Przyziemiem, aby wyprowadzić kraj na prostą.

W następnych dniach rząd zaskakiwał wszystkich niezwykłą energią i pomysłami. Strajkującym zaproponowano wspólną pracę nad reformowaniem gospodarki.

– Chodzi nam o rzeczywistą reformę, pełną, bez żadnych ulg dla kogokolwiek. Począwszy od programów usprawnień zarządzania koleją, przez ekologię, loty kosmiczne, aż do gaszenia pożarów wysypisk śmieci.

Za każdym wystąpieniem premier przedstawiał nowe propozycje: reformy całkowite i cząstkowe, poprawa jakości myślenia obywatelskiego, podwyższenie smaku produktów rolnych, lepsza łączność z Chinami, edukacja seksualna młodzieży. W końcu premier zaproponował negocjacje przy wspólnym stole.

Strajkujący odpowiedzieli okrzykami sprzeciwu.

– Nie ma takiego stołu, który pomieściłby nas wszystkich.

W odpowiedzi premier polecił wyświetlić animację negocjacji. Miały się odbyć na błoniach podmiejskich, gdzie zarezerwowano pięć hektarów terenu. Stół był okrągły i miał średnicę stu metrów.

Wokół niego stały dziesiątki mniejszych kwadratowych stołów. Przy głównym stole, przyciętym z jednej strony, aby nie miał krągłości (nie znosił jej Namiestnik Kukuła), siedział sam Namiestnik, Premier Chudy, jego ministrowie, przewodniczący organizacji społecznych, dyrektorzy wielkich koncernów, przedstawiciele mediów krajowych i zagranicznych. Drony unosiły nad nimi wielkie wachlarze. To poruszyło wyobraźnię. Strony szybko doszły do porozumienia w sprawie negocjacji już po wakacjach.

– Tak będzie najlepiej. – Podsumował premier, zacierając dyskretnie ręce. – Cieszył się, miał ambitne plany.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 11: Premier tłumaczy w TV brak pieniędzy

Wieczorem Premier wyjaśniał w telewizji sytuację finansową państwa.

– Wszyscy boleśnie odczuwamy niedobór pieniędzy w kasie państwowej. To nie są pieniądze rządu, to są nasze wspólne pieniądze. Moje, pana Namiestnika, państwa. I to w takiej niekorzystnej dla nas wszystkich sytuacji grupa zdeprawowanych ludzi rozpoczyna strajk stawiając żądania niemożliwe do spełnienia. To desperaci, ludzie zmanipulowani i nieszczęśliwi. Czego chcą, zapytacie. – Powiedział Premier i rozejrzał się dookoła.

Było to pytanie retoryczne, ponieważ nikt nie zamierzał o nic pytać. Premier wykorzystał czas, aby wytrzeć twarz chusteczką w ciemne grochy i przygotować wyjaśnienie.

– Drodzy rodacy! Nie robimy nic na chybcika. Potrzebujemy czasu i rozwagi. Wkrótce mamy obchody wielkiego święta państwowego, Dnia Odrodzenia Nadziei na Radosną Przyszłość. Przygotowujemy się do niego. Będzie wielka parada, grill i kiełbaski na gorąco. Pan Namiestnik będzie przemawiać z wysokiej trybuny, ja będę jechać wozem pancernym, a pan Plenipotent ukaże się na białym koniu. I to w takiej sytuacji ci ludzie ogłaszają strajk. To czysta podłość! – Zdenerwował się Premier. – Oni chcą zniszczyć naszą ojczyznę, podważyć dobrobyt, jaki stworzyła nasza partia, nie bez powodu zwana Partią Powszechnego Dobrobytu.  

Przed telewizorami wybuchły oklaski obywateli popierających rząd. Premier słyszał je przez mikroskopijny aparat ukryty w lewym uchu. Czekał, aż ustaną, po czym zaczął rozpływać się w opisach niezwykłego szczęścia, jakie stworzył jego rząd za sprawą i zachętą Leona Krzepkiego-Kukuły.

– Jesteśmy krajem małym ale jędrnym, mlekiem i miodem płynącym. -Powiedział Premier i uśmiechnął się skrycie, ale i tak wszyscy to zauważyli. Dwaj komentatorzy opozycji śledzący wyznania Premiera uważali, że to nie kraj, tylko paranoja.

Na szczęście nikt ich nie słuchał, gdyż większość obywateli myślała o jedzeniu, piciu i pieniądzach. Niektórym z tego powodu nie chciało się nawet myśleć.

Kobieta przekładająca przemówienie Premiera na język migowy zawahała się przy słowie „jędrny” po czym pokazała pięść. Następnie pokazała bańkę na mleko i ul z brzęczącymi pszczołami. Wyglądało to bardzo pięknie i podobało się ludziom.

Premier zakończył słowami pojednania.

– Strajkujący! Nie możemy dać wam teraz pieniędzy, na jakie zasługujecie od lat, ale chcemy uzgodnić z wami warunki dalszej współpracy dla dobra ojczyzny. Bądźmy dobrej myśli! Idźmy razem! I to równym krokiem, jak trzeba!

Zwolennicy Kukuły i Chudego przyjęli propozycję okrzykami radości.

Strajkujący mieli inne zdanie. – Chudy i Kukuła chcą nas wykołować, może nawet wycyckać. Nie pozwolimy na to. Będziemy kontynuować strajk, aby w końcu zaczęli z nami rozmawiać. Teraz tylko przemawiają z balkonu i w telewizji, obiecują święto, paradę, białego konia, czołg i kiełbaski na gorąco. Nam to nie wystarczy.

0Shares

Przyczaiłem się w lesie przytłaczających wydarzeń

W obliczu wydarzeń górujących nad krajem jak smok wawelski nad Krakowem albo rachunek polityczny nad rozumem zatrzymałem się w rozwoju literackim.

Nie ma co się dziwić. Dzisiaj na przykład, w dniu niezwykłych tajemnic, o których nie wolno mówić, pisać ani nawet mruczeć, wykonałem, co miałem wykonać, byłem, gdzie miałem być i zaznaczyłem, co miałem zaznaczyć. Po powrocie z tajnej misji, po wypiciu dwóch kaw, jednej wzmocnionej herbaty i dwóch litrów filtrowanej wody, ożywiłem się w stopniu pozwalającym mi pisać a nie tylko przeklinać. Zaletą dojrzałego wieku jest zdolność budzenia się po wchłonięciu dużej ilości płynów, a nie tylko w nocy, kiedy rozpiera człowieka chuć potężna jak pragnienie sławy utalentowanego wynalazcy-samobójcy.  

Po południu idę na spotkanie w Empiku z udziałem pani Arlety Szpura, ekoeksperta, autorki książki „Jak uratować świat”, aktywnej w obszarze wykorzystywania zasobów środowiska w branżach takich jak żywność, kosmetyki czy fashion (jak to się dzisiaj mówi), jeśli chodzi o marki wspierające etyczną modę.

Też mam swój dorobek proekologiczny i to wcześniejszy niż wiek XXI, na dowód czego zamieszczam dwa wiersze z mojego zbioru poezji: „Klęczy cisza niezmącona”.

Gdzie są olszyny nadbrzeżne

Gdzie są olszyny nadbrzeżne, wysepki szuwarów,
łachy piasków i łąki nadrzecznych oparów?
Dzikich brzegów zakola, czar nurtu urzekał,
gdzie teraz kamieniem cembrowana rzeka.

Czy w kamieniu jaskółka gniazdo uwije,
zwinna wydra nocą wśród wykrotów uśnie,
dzika kaczka za rybą zanurzy wdzięczną szyję
albo człek znużony rozmarzy się gnuśnie?

Miast się roztańczyć dźwięcznym ptaków śpiewem
ja płaczę, płaczę żalem i rozpaczam gniewem,
bo mnie piękno prawdziwe wolnością urzeka,
a nie kajdany rzece kute przez człowieka!

Busselton, Australia, 11 listopada 1996

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Opinie o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 9: Przyziemie konsoliduje się i pokazuje siłę

Na wielkim spotkaniu zjednoczeniowym członkowie Przyziemia ocenili swoje położenie. Głos zabierali po kolei przedstawiciele głównych nurtów.

– Nasza praca ma podwójnie przyziemny charakter. Po pierwsze, pracujemy blisko ziemi, po drugie, nikt nas nie dostrzega. Dlatego jesteśmy Przyziemiem, a nie czymś bardziej wzniosłym. – W wypowiedziach była pogarda dla losu i bunt. Ta zawziętość ich nakręcała.

Zjednoczenie sił Przyziemia podziałało zaraźliwie na iobywateli Cezarei. Buntowały się kolejne grupy zawodowe i społeczne. Ludzie identyfikowali się z Przyziemiem, kiedy czuli, że ich praca jest niedoceniana przez władzę.

Niby masywna czarna dziura Przyziemie wchłaniało w siebie coraz więcej organizacji, firm i ludzi. Lista objęła wkrótce recykling i surowce wtórne, edukację ekologiczną, służby kanalizacyjne i zalesianie. Następne w kolejności były stacje epidemiologiczne, dostawcy wody źródlanej i mineralnej, oczyszczalnie mechaniczne i biologiczne, hodowcy grzybów ekologicznych, wysypiska śmieci importowanych i krajowych, strażacy a nawet służby meteorologiczne i ośrodki zarządzania kryzysowego. Ci ostatni przyszli na mityng poznawczy z transparentem „Jesteśmy z wami, bo nie chcemy, aby na głowę spadały wam nieszczęścia”.

Zaraz potem do ruchu przyłączyli się freeganie, zbierający nadającą się do spożycia żywność wyrzucaną bezmyślnie do śmietników oraz ludzie bezdomni, dla których ziemia była domem. Ostatnie dołączyły instytucje planowania przestrzennego, widzące w Przyziemiu szansę uporządkowania zabagnionych spraw środowiska. Niezadowolenie strajkujących wylewało się na społeczeństwo jak brudna woda z uszkodzonej balii.

*****

Rząd przyglądał się temu, co dzieje się w Przyziemiu, ale nie reagował. Namiestnik i Premier czekali, licząc na to, że ruch wygaśnie w sposób naturalny. Zawiedli się. Ruch nie tylko nie wygasł, ale skonsolidował się. Powstała Konfederacja Ludzi Przyziemia. Podjęto ważne ustalenia.

– Będziemy używać nazwy KLUP oraz identyfikować się jako Przyziemcy. To brzmi lepiej niż Przyziemni, którzy kojarzą się z ludźmi upodlonymi przez własną głupotę. W naszym przypadku chodzi o władzę, która nas ignoruje i nie docenia. Każdy z nas ma własną godność i chce ją nosić otwarcie na piersi a nie trzymać w ukryciu w kieszeni.

Wzrost siły Przyziemia wywołał wizję licznych zagrożeń: epidemii, zapchanej kanalizacji, gór śmieci, płonących wysypisk, powodzi i pożarów, brudu i smrodu, upadku edukacji ekologicznej, szczurów, ton żywności gnijącej na śmietnikach, lasów zaśmieconych do nieprzyzwoitości, plastiku unoszącego się na powierzchni jezior i oceanów, w końcu niedouczonej młodzieży i obywateli bez zaangażowania społecznego.

Najważniejszą sprawą stało się nauczenie społeczeństwa lepszego rozumienia rzeczywistości, nowego myślenia i szybkiego podejmowania kroków naprawczych. Pierwszym wyzwaniem była gospodarka śmieciami. Podjęto ważne decyzje, jak lepiej segregować i utylizować śmieci oraz jak przygotować młodzież do egzaminów z tematów związanych z działalnością Przyziemia.

– Będziemy walczyć o coś więcej niż podwyżki płac i poprawę warunków pracy. – Ta propozycja spotkała się z powszechna akceptacją.

Na transparentach pojawiły się hasła: 

– Uporządkujmy nasze życie. Precz z górami śmieci! Precz z dewastacją środowiska naturalnego! Na pohybel niewiedzy i głupocie! Najważniejsza jest ekologia i nauczanie, jak żyć. Żądamy głębokiej reformy edukacji.

*****

W nocy, pod Gabinetem Premiera Chudego, gdzie zbiegały się wszystkie nici niepokoju i żądań, pojawił się tłum milczących ludzi. Wszyscy byli ubrani na czarno, twarze były mroczne i nieprzeniknione.

Kiedy pojawił się opancerzony samochód premiera, demonstranci wyciągnęli w górę ręce z zaciśniętymi w pięść dłońmi ubranymi w czarne rękawiczki. Był tylko jeden transparent:

– Żądamy widzenia się z Namiestnikiem i Premierem.

Jeremi Chudy i jego świta poczuli zimne ciarki na plecach.

– O kurwa! To nie przelewki! – wyszeptał Premier do ochroniarza. – To kryzys państwa.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 7: Bunt Przyziemia

Nic nie zwiastowało nieszczęścia. Do kraju zawitała wiosna, panoszyło się łagodne, słoneczne ciepło i zieleniły drzewa. Meteopaci i reumatycy poczuli się docenieni przez naturę. Można by powiedzieć, że nastały warunki do ogólnego entuzjazmu, gdyby nie pojawiające się komunikaty, że jest zbyt sucho. Mało kto zwracał na nie uwagę.

– A bo to rzadko bywa sucho? – Pytał leśnik Czupurny. Suszę oceniał na poziomie nie więcej niż dziesięciu procent wilgoci w ściółce leśnej.

Mężczyzna słabował na pamięci od czasu ciężkiego zatrucia się muchomorem łudząco przypominającym podgrzybek. Kiedy cierpiąc poszedł się wyrzygać, nie zauważył, że w pobliżu trwa wyrąb lasu, przywaliło go drzewo. To go ostatecznie dobiło.

Susza była lontem zapalnym. W kraju mnożyły się pożary trawy, przenosząc się na zarośla i lasy. Nastąpiła eskalacja wydarzeń. Jedno zdarzenie popychało drugie. Wkrótce ilość pożarów wzrosła do dwustu dziennie. Było dużo podpaleń. We wsiach szeptano, że kiedy ludziom upał pada na głowę to podpalają z przekonania, że pożar przyniesie deszcz i ochłodzenie. Strażacy mieli na głowie niekończące ściganie się z czasem i czerwonym kurem. Zajęte pożarami sztaby kryzysowe nie zauważyły, że w miastach zgromadziły się góry śmieci większe niż w odległym Neapolu; wydając coraz ostrzejszą woń. Wywóz cuchnących śmieci stał się tak uciążliwy, że z pracy odeszła w ciągu jednego dnia jedna czwarta pracowników. Miasta przestały sobie radzić z górami odpadów.

Władze samorządowe rozpaczliwie poszukiwały pomocy. Do rządu słano petycje, posłańców, w końcu delegacje. Urzędnicy milczeli, bo przygotowywali się do wakacji. Nie byli w stanie nikomu pomóc.

Namiestnik i premier nie mieli pojęcia, przez co przechodzi Podziemie, Nikt ich o tym nie powiadomił, aby nie przysparzać im troski. Żyli w niewiedzy, jakby ich w ogóle nie interesowało życie pracowników sektora. To robiło złą krew.

W końcu władze dowiedziały się o problemie i petycjach. Premier wystąpił publicznie aż trzy razy, aby zapewnić poszkodowanych, że rząd ich rozumie i im sprzyja.

– Mówię to szczerze. Wynikły względy obiektywne, trochę wyprztykaliśmy się z pieniędzy, przedawkowaliśmy pewne inwestycje w ubóstwo i biedne dzieci. Nie mogę wam pomoc inaczej jak udzielając słów pociechy. Czynię to z samego serca!

Widać było, że człowiek cierpi. Był blady, miał skrzywioną twarz. Rzeczniczka rządu wyjaśniła, że premier ma okropne bóle żołądka, tak strasznie się przejmuje, a ostatnio to nawet rozbolały go zęby.

– Pan Premier chciałby potrzebującym nieba przychylić i zrobi to z całą pewnością, absolutnie, bez pudła, ale później, nie teraz. Może jesienią? – Mówiąc to patrzyła w dal, jakby oczekując pierwszych symptomów jesieni.

Próby porozumienia się tylko zaostrzyły sytuacje. Nasiliły się wzajemne oskarżenia o brak zainteresowania, złe intencje i nieudolność. Pracownicy oczyszczania czuli się coraz podlej. Zaczęli porównywać się z innymi zawodami i to ich dobiło. Po względem obciążenia pracą i wysokości uposażeń byli na szarym końcu. Z warunkami pracy i higieny było jeszcze gorzej. Po prostu beznadziejnie. Wszystko śmierdziało, nawet własny dom, meble i krzesła, na których siedzieli, nie mówiąc o porannej kawie, śniadaniu, włosach i skórze. Dzieci odwracały się do nich bokiem, małżonkowie odmawiali nawet skromnego przytulenia się. O intensywniejszych pieszczotach czy miłości nie było mowy.

– Co ty sobie wyobrażasz? Że będę kochać się ze śmierdzącym śmietnikiem? Sam sobie spenetruj tę głębię rozkoszy. – Odzywały się zdesperowane żony.

Nawet psy nie chciały wychodzić z nimi na spacer, tylko wyły nocą wołając o pomoc.

*****

Pracownicy Przyziemia zdali sobie ostatecznie sprawę, jak ciężką i śmierdzącą mają pracę, jak liche zarobki i przestarzałą technologię. Także, że mają dodatkowe obowiązki, za które nikt im nie płaci. Nie tylko wywozili śmieci, ale również je segregowali i edukowali obywateli, jak to robić. 

– Więźniom w tym kraju dzieje się lepiej niż nam! – Krzyczeli gryząc do bólu palce, aby choć na moment zapomnieć o ciężkim losie.

Nastąpiło nieuchronne, czyli eksplozja uczuć. Kiedy Podziemie zbuntowało się, w ciągu jednego dnia strajk ogarnął cały kraj. Wkrótce dołączyły inne służby i zawody. Pierwsi byli pracownicy usuwający płynne nieczystości z dołów kloacznych i wywożący je beczkowozami na pola asenizacyjne.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 6: Kronikarz Taranta pomyślnie kończy zebranie

W końcu spotkania, kiedy wydawało się, że nie pozostało już nic interesującego do omówienia, pojawił się temat darów dla ludzi w potrzebie. Pierwszy wspomniał o nich Namiestnik. Wsparli go Premier i Plenipotent. Dyskutowano wielkość darów, w jakiej miałyby być postaci oraz komu je dawać. Postanowiono, że będą to dary pieniężne.

– To najbardziej praktyczne rozwiązanie. Pieniądze nie psują się nawet wtedy, gdy się je zostawi w wilgotnej szufladzie. Wilgoć w szufladzie albo w szafie to nic szczególnego w tropiku. – Zawołał stojący z boku mężczyzna. W szarej marynarce z kwiatem w butonierce wyglądał jak zubożały inteligent. – Jestem tego pewien, sam to przeżyłem. – Dokończył.

Ktoś inny dodał:

– Popieram przedmówcę. Pieniądze to najlepszy dar. Można za nie kupić nie tylko pieluchy, ale i wódkę.

– Po co wódkę? Dlaczego pan żartuje? – Zaoponowała młoda kobieta z wydatnym brzuchem i małą dziewczynką tulącą się do jej boku.

– A jakżeż to? – Odpowiedział poważnie zapytany. – Kiedy ma się chrzciny, dzień urodzin, imienin albo bierzmowania, nie można nie wypić. Nie może pani odrzucić tradycji ani sprzeciwić się historii. To byłoby podłe. Ja jestem za.

Odezwały się liczne głosy poparcia i protestu.

– Mamy także inne propozycje. – Oświadczył Namiestnik, patrząc na Premiera i Plenipotenta, aby zachęcić ich do zabrania głosu. – Pragniemy złożyć obietnice. To nawet cenniejsze niż same dary. – Kontynuował Namiestnik.

– Nie samym chlebem człowiek żyje! – Entuzjastycznie wyrwał się Wirgil. Był wdzięczny Namiestnikowi, że zabrał głos w kłopotliwym momencie.

– No właśnie! – Odkrzyknęli zgodnie trzej mężczyźni. – Nie samym chlebem człowiek żyje!

*****

Słońce wyszło zza chmur i oświetliło plac zebrań. Nie było chłodno, ale atmosfera jakby ocieplała. Ludziom rozjaśniły się twarze. Zrobiło się inaczej, bardziej uroczyście.

Namiestnik wyprostował się, podniósł prawą rękę do góry w charakterystycznym geście pozdrowienia i wypowiedział tylko dwa zdania:

–  Błogosławię was, obywatele Cezarei i okolic. Błogosławieni niech będę ubodzy duchem, albowiem tylko oni dożyją powszechnego dobrobytu.

Taranta nie wierzył własnym uszom. Wyglądało to jak teatr.

– Pierwsza osoba Cezarei zachowuje się jak prorok. Pasuje to do sytuacji jak pięść do nosa. To jakiś gruby żart. – Pomyślał z niesmakiem.

Jeśli był to żart, to był bardzo trafiony. Obywateli zebranych na placu opanował entuzjazm. Głośno wiwatowali, rzucając w górę czapki, Cieszyli się jak dzieci. Kilka osób popadło w konwulsje nieopanowanej radości. Trzęśli się jak nawiedzeni.

– To my! – Krzyczeli, – To my! On mówi o nas, obywatelach Cezarei. Niech żyje Naczelnik Krzepki-Kukuła! Niech żyje Partia Powszechnego Dobrobytu!

Kronikarz wrócił do domu w stanie radosnego podniecenia. Miał za sobą pierwsze publiczne wystąpienie. Cieszył się, że prowadzi Kronikę Cezarei i Okolic. To dzięki niej spotkało go tyle zaszczytów. Najpierw szopka wielkanocno – bożonarodzeniowa. potem pojawienie się Trzech Królów, którzy okazali się ludźmi władzy w przebraniu. Potem spotkanie, które sam zorganizował i prowadził. I jego efekt: propozycje, deklaracje, dary i obietnice. W końcu rzesza ludzi nabożnie słuchających głosicieli dobrej nowiny i ich entuzjazm. W głowie mu szumiało. Nie wszystko rozumiał, ale wszystko go cieszyło.

Wieczorem wypił trzy kieliszki szampana na szczęście. Był to najlepszy dzień w jego życiu. Co do tego był pewien. Miał dziwne poczucie, że to tylko początek czegoś wielkiego.

0Shares