Biblioteka 48 Opowiadań. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy! 

Mam na warsztacie kolejne, długie opowiadanie. Jest to “Ja, Herkules”, projekt trudniejszy, bardziej ambitny. Prawdopodobnie będę potrzebować kilku a może nawet kilkunastu odcinków, aby się rozkręcić i wpaść we właściwy ton narracji. 

W najbliższych dniach planuję zmienić układ i szatę graficzną strony autorskiej przenosząc ją na serwer Hosting WordPress SSD, szybszy i bardziej pewny. Wolałbym, aby nie wywołało to żadnych komplikacji.

Jeśli  Państwu podoba się moje pisarstwo, proszę zachęcać znajomych i przyjaciół, aby zaglądali na tę stronę. Nic tak nie mobilizuje autora, jak to, że jest czytany. 
Pozdrawiam, 
Michael Tequila

Ja, Herkules. Powieść. Odc. 10/80. Aktualizacja 01 03 2021 (poniedziałek) godz. 08.55. https://michaeltequila.com/?p=16741

Nowość. Poezje refleksyjne “Oniemiałość”. Już w sprzedaży. Pod linkiem kilka wierszy dla zachęty.  https://michaeltequila.com/?m=20200520  

Życzę przyjemnej lektury, 
Michael Tequila  

Biblioteka zawiera już 48 pozycji moich ułożonych alfabetycznie utworów. Aby czytać, wystarczy kliknąć na link poniżej wybranego tytułu. Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. Utwory udostępniam na zasadzie dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje. Zachęcam do komentowania opowiadań. Może jakieś sugestie? Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl.

Aforyzmy i myśli.  https://michaeltequila.com/?m=20200604  
Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200322  
Automat. Opowiadanie. O człowieku bez poczucia czasu i woli. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. Opowiadanie. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683  
Buntownik Opowiadanie. O człowieku i przyrodzie. 1550 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=16008  
Carajo. Krótkie opowiadanie. 267 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15396  
Cień wielkiego sztukmistrza. Nowe opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=16578  
Domek nad jeziorem. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=15263  
Dyktator. Opowiadanie. Odc. 1- 34. Przejściowo zawieszam jego pisanie. https://michaeltequila.com/?p=14681  
Dzień weselny.  https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Epidemia i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie. Odc. 1 – 25. https://michaeltequila.com/?m=20200601 
Gabriel Garcia Marquez. Refleksje pisarza na temat własnych opowiadań. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie. Całość. 58 odcinków. https://michaeltequila.com/?p=15345  
Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe. 1250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15008
Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320  
Kat. Opowiadanie. O nietypowych urodzinach i relacjach rodzinnych. 3230 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=15730
Koniec świata. Opowiadanie. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407  
Kronika mniej więcej osobista. Obserwacje i notatki (aktualizowane okazyjnie).https://michaeltequila.com/?p=13782
Miniatura z kolibrem. Opowiadanie. O pocieszeniu w codziennym życiu. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. Opowiadanie. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym i podstępie. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. Opowiadanie. O miłości i ludzkich postawach.  3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka.  Opowiadanie. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. Groteska.
1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie. 2920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. Opowiadanie. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień.
Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. Opowiadanie. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. Opowiadanie. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Polowanie. Opowiadanie. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Pracowita noc malarza Sapiehy.  2540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14447  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy
. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429   
Recydywa. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14355   
Sierżant Baba. Opowiadanie. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Stadny instynkt. Opowiadanie kompletne, uzupełnione i poprawione. https://michaeltequila.com/?p=14856   
Święty Słoń. Bajka dla dzieci i dla dorosłych. https://michaeltequila.com/?p=15775   
Świrus. Opowiadanie. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości.  https://michaeltequila.com/?p=13918
Walec drogowy. Opowiadanie. 5930 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14612  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. Opowiadanie. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Zimowy las. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14400  
Znak pokoju. Opowiadanie. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522   

Video “Niezwykłe rzeźby”. Aby powiększyć do rozmiaru pełnoekranowego, kliknij ikonkę w prawym dolnym rogu.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Ja, Herkules. Powieść. Odc. 10/80

 

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

Odc. 9 Przed konferencją

– Czuję się dzisiaj jak na własnej stypie – premier podzielił się tą opinią ze swoją asystentką, Julią, dojrzałą blondyną, przyglądającą mu się przez nowe okulary z dużymi szkłami. Długo je wybierała, aby dobrze wyglądać. Z lekko upudrowanymi policzkami jej twarz przypominała pięknego motyla o skrzydłach obrzeżonych kołami połyskliwego bursztynu. Bardzo jej się to podobało, przywołując dobre skojarzenia: dzieciństwo, zielona łąka, wczesne lato, zapachy kwiatów i dwa motyle fruwające nad nią leżącą na plecach ze wzrokiem utkwionym w niebo.

Pragnęła podobać się premierowi, doceniającemu piękno świata. Tak go odbierała, ciesząc się, że należy do mężczyzn umiejących docenić wygląd dbającej o siebie kobiety. Była szczęśliwa; od roku łączył ich romans. Oprócz erotycznej ekscytacji, upominków i pochwał za osiągnięcia w pracy oznaczało to również regularne podwyżki pensji.

Domyślała się, skąd bierze się jego marne samopoczucie, oprócz incydentu z ministrem zdrowia. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, na której premier miał zapowiedzieć nadzwyczajny ogólnokrajowy konkurs na Człowieka Roku. Nie zachwycało go to w najmniejszym stopniu, ponieważ sam miał ambicję zostać Człowiekiem Roku, a wiadome było, że będzie to kto inny. Liczył na ten tytuł, uważał, że sobie na niego zasłużył.

Kilka godzin później Jonasz Chudy szedł już do sali konferencyjnej znajdującej się na końcu korytarza prześlizgując się wzrokiem po portretach poprzednich premierów. Zanim wszedł do środka, popatrzył na zegarek i przeżegnał się. Był blady i nadmiernie się pocił, co tylko pogarszało sytuację, ponieważ sam nie znosił ludzi spoconych. To go dodatkowo denerwowało. Pomyślał sobie, że wygląda jak zdziwiony grabarz, któremu rodzina zmarłego w ostatniej chwili oddała na przechowanie wielki złoty pierścień zamiast włożyć go do trumny.

Nie było mu łatwo. Po wystąpieniu konferencyjnym, na którym zapowiedział wielki konkurs i odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy, premier rozmawiał z sekretarką i asystentką. Były tego samego zdania, że rzeczywiście jest niedobry czas, paranoiczny a nawet paranoidalny, kiedy wszystko się wali, wirus i epidemia poszerzają stan posiadania, ciągłe wahania i zawirowania, a to w dół a to w górę. Padały słowa przykre i przygnębiające: ofiary śmiertelne, szpitale, łóżka, tematyka można śmiało powiedzieć pogrzebowa. Poza tym także bezrobocie, gniew, samotność i zmęczenie. Zdali sobie sprawę, że cała ich trójka obecna w gabinecie ma niezdrowe skojarzenia. Jedyne, co im zostało to – padały propozycje – nie ustępować, zacisnąć zęby, wziąć się w karby, podnieść głowę i iść przed siebie z otwartymi oczami.

– Epidemia w końcu ustąpi i nadejdą jasne, słoneczne dni. Najważniejsze to nie dać się – zakończył premier zaskoczony własną determinacją pokonywania wszelkich przeszkód. Pomógł mu w tym widok zasobnych piersi Julii odsłoniętych śmielszą niż zawsze bluzeczką w kremowym kolorze.

W mieście pojawiły się czarne ptaki a obok nich białe ulotkidoniosła prasa poranna. Nad samym ranem, jak tylko się rozjaśniło, przechodnie znaleźli pięć martwych ptaków przy ulicy biegnącej wzdłuż parku nad rzeką. Dwa z nich przynieśli do redakcji Kuriera Narodowego. Nie ulegało wątpliwości, że coś symbolizują. Na obrzeżach ulotek wyraźne były ślady pazurów, do krawędzi papieru przykleiły się fragmenty ptasich piór. Zmobilizowano epidemiologów, zbadano ptaki i ulotki, czy nie jest to próba rozprzestrzenienia ptasiej grypy, choroby dziesiątkującej najpierw ptaki, a potem ludzi.

Zdarzenie potraktowano jako złą wróżbę, zapowiedź czegoś niedobrego, jakiejś katastrofy, choć byli tacy, co pytali, czy nie jest to zapowiedź czegoś przeciwnego, miłego i pożytecznego, na przykład urodzaju. Po konsultacjach z trzema wróżbiarzami było już mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Dwoje z nich uważało, że ptaki i ulotki były zapowiedzią przewrotu i przejęcia władzy w kraju przez wojsko. Trzecia osoba wróżąca, kobieta, nie była tego pewna, aczkolwiek nie odcinała się od takiej interpretacji. Wywołało to pogłoski, że władzę w kraju usiłuje przechwycić tajna organizacja mafijna ukrywająca się pod nazwą „Siła Nieczysta”.

– To nie jest ani aktualna ani kompletna informacja – oświadczyłem Erazmowi, z którym odbywałem co najmniej dwie dłuższe, poważne rozmowy każdego tygodnia. Siły nieczyste to nic innego jak sekty religijne zastępujące wiarę w Boga wiarą w Szatana, pisanego z dużej litery. Władza w Bangolu, jak dobrze wiesz, od dawna jest w rękach Partii Powszechnego Dobrobytu, pierwszej w historii kraju sprywatyzowanej organizacji politycznej zależnej od jednego człowieka. Jej właścicielem jest Leon Sawiłło-Kukuła, dawny dyrektor cyrku Abrakadabra, aktualnie multimilioner.

Kukułę zawsze podejrzewałem o najgorsze. Był to człowiek skryty, przebiegły i rozważny jak mało kto uwikłany w politykę. Sprawował władzę, także w swoim imperium przemysłowym, z tylnego siedzenia, dyskretnie i bardzo skutecznie. Oficjalnie był milionerem, z inwestycjami w przemyśle, transporcie, handlu oraz szpitalnictwie, szczególnie psychiatrycznym. Angażował się także na wielką skalę w działalność dobroczynną. Był z tego znany. Mało kto słyszał o innych jego działaniach. Była to wiedza, która nie dzieliłem się z nikim. To byłoby nieostrożne.

Odc. 10 Niepokoje władzy

Z Erazmem od dłuższego czasu nie rozmawiałem. Brak mi było tego kontaktu, bo nie o wszystkim mogłem konwersować z moimi zwolennikami i przedstawicielami mediów społecznych. Ucieszyłem się więc, kiedy wieczorem nieoczekiwanie połączył się ze mną na Skajpie.

Czas nie był łaskawy dla Bangolu. Nie martwiłem się tyle o teraźniejszość kraju, ile o jego przyszłość. Sprawy nie szły w dobrym kierunku; wirus szalał nieprzerwanie, gospodarka tkwiła w stanie niepewności i zagrożenia. Pojawiły się przewidywania bliskiego kryzysu władzy oraz pogłoski o możliwość zamachu stanu i przewrotu, który nie wiadomo dokąd mógłby doprowadzić kraj. Zagrożenie widziałem, a może bardziej czułem niż widziałem, w Leonie Sawiłło-Kukule, skutecznie strząsającym z siebie wszystkie negatywne posądzenia o nieczyste praktyki. Formalnie niczym nie rządził, nawet swoim majątkiem, powierzając jego zarząd rodzinie, wyznaczonym ludziom i firmom, nie był też w sposób widoczny zaangażowany politycznie. Najchętniej występował w roli dobroczyńcy i filantropa, ciesząc się z tego tytułu pozytywną opinią wśród wielu obywateli. Tylko ci, co znali go bliżej, mieli o nim negatywną opinię, lecz zgodnie milczeli. Ludzie bali się go, nawet ci, którzy mu się wysługiwali. Zupełnie jak strażnicy z wietnamskiego więzienia z czasów Pol Pota, którym dawano wielką władzę do ręki ale i okrutnie karano za przewinienia a nawet błędy w postępowaniu. Taka jest moja opinia – powiedziałem Erazmowi na koniec rozmowy. – Dzielę się nią tylko z tobą.

Nie byłem pewny, czy nie powiedziałem mu za dużo.

Myśli o przyszłości wracały do mnie z męcząca częstotliwością. W końcu udało mi się wyrzucić je z pamięci. Ale i tak tam zostały, ponieważ pamięć przechowuje wszystko bez wyjątku, co najwyżej sprawy kłopotliwe ukrywa zręcznie w jakimś zakamarku, między neuronami, pomniejsza, zmienia dla niepoznaki, a nawet deformuje. Ale niczego nie gubi.

W sprawach władzy i polityki Erazm reprezentował niezmienną, jednoznaczną opinię. Obnosił się z nią jak kura ze złotym jajem w przekonaniu, że jest to jedyna rozsądna i możliwa ocena.

– Każda władza to jedna wielka sitwa ludzi, którzy dobrali się jak w korcu maku. W Bangolu jest to szczególnie wyraźne. Najważniejsza jest dla nich zasada: ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Normy moralne czy refleksje wyrzucają przez okno lub do sedesu, w zależności od tego, co jest bliżej. Wiem, że gdzie indziej, w krajach demokratycznych, może nie jest doskonale, ale jest chyba lepiej.

Nie była to opinia odosobniona. Wiele osób krzywo patrzyło na władze. Premier starał się ignorować takie opnie, podobnie jak i jego przyjaciele i koledzy. Nie zawsze mu się to udawało.

Kiedy rano wchodził do budynku parlamentu, dobre samopoczucie zepsuli mu dziennikarze, którzy dopadli go na korytarzu, aby zadawać mu kłopotliwe pytania. Na dwa z nich odpowiedział, pozostałe zignorował. Nie był z tego powodu szczęśliwy. Przypomniał mu się minister zdrowia. Tego dnia sam czuł się podobnie. Przechodząc przez sekretariat w drodze do swego gabinetu pozdrowił niemrawo Julię, asystentkę osobistą, która nie omieszkała zauważyć:

– Niedobrze pan wygląda, panie premierze. Czy coś panu dolega? – zapytała, domyślając się, że wciąż boli go sprawa człowieka roku.

– Czuję się tak, jakbym tonę węgla wrzucił do piwnicy używając tylko szufelki. Jest to tym dziwniejsze, że sezon grzewczy już minął, a do nowego jeszcze daleko.

– Ale węglem nie opala pan już mieszkania od wielu lat – zauważyła uprzejmie sekretarka. Słowa premiera wydały jej się dziwne.

– No właśnie. Po prostu o tym zapomniałem. Za dużo rzeczy mam na głowie. Wirus, epidemia, szpitale, szczepienia, konferencje, gospodarka, człowiek roku. Źle przez to wszystko sypiam. Wczoraj w nocy nad domem widziałem wielką czarną chmurę, która wznosiła się i opadała. Potem zrobił się z niej wielki wir, wciągnął dom, ale nie wiem, co się dalej działo, bo się przebudziłem.

– To był tylko sen – powtórzyłem sobie kilka razy.

0Shares

Cykl opowiadań: Wspomnienia z przyszłości.

Opowiadanie 1: Cień wielkiego sztukmistrza. Kompletne. 

Wszyscy pragnęli choćby raz z życiu zobaczyć cień Leona Witusa, zwanego powszechnie Sztukmistrzem, ukazujący się dwa razy w tygodniu na ścianie parlamentu Abstrakcji. Od czasu odejścia na emeryturę Witus pojawiał się tam regularnie w formie cienia.

– To mój dar dla potomnych – powiedział, zanim po raz ostatni zacisnął usta w parlamencie, jak miał we zwyczaju, kiedy pytano go o coś, o czym nie miał chęci mówić. Był pod tym względem powściągliwy jak i konsekwentny. 

Leon Witus od lat udzielał się w parlamencie. Na życzenie większości parlamentarnej prezentował tam własny program cyrkowy. Był dyrektorem cyrku oraz znakomitym treserem. Tresował głównie konie, psy i małpy oraz ekwilibrystów cyrkowych, pragnących nauczyć się utrzymywania równowagi w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Był to człowiek wyjątkowo utalentowany. Ludzie znający jego metody i osiągnięcia przypisywali mu cechy wręcz demoniczne.

– On potrafi ugnieść człowieka jak plastelinę – Wyznał kiedyś jego bliski współpracownik, zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla branży cyrkowej, z której się wywodzili.  

W dniach obrad parlamentarnych Sztukmistrz siedział spokojnie i przysłuchiwał się dyskusjom. Czasem zagłębiał się w ekran iPada, smartfonu lub czytał książkę. Miał swoje hobby i słabości. Był bezpośredni i uczciwy i nie krył się z nimi. Nikt nie miał mu tego za złe, ponieważ był powszechnie lubiany, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Z czasem stał się  wpływowym działaczem parlamentarnym oraz wzorem uczciwości i dobroczynności dla dużej części społeczeństwa. Z tego względu nazywano go także Prawdziwym Człowiekiem. Kiedy odszedł na emeryturę, przyjęto to jakby odszedł na zawsze.

– Został po nim wspaniały dorobek duchowy i wspomnienia – pocieszali się przewodnicy wycieczek, gromadzący się z rana w małej grupie obok długiej kolejki ludzi pragnących zwiedzić parlament. Ich rolą było oprowadzać wycieczek po parlamencie.

Odejście Wielkiego Sztukmistrza na emeryturę pociągnęło za sobą zmiany w parlamencie. Tę część budynku, gdzie spędził większość swego pracowitego życia służąc narodowi i sprawie, przemieniono na Mauzoleum Wielkiego Sztukmistrza a miejsca na korytarzach, którędy się poruszał, odgrodzono barierkami. Kuratorem mauzoleum został najbliższy współpracownik Sztukmistrza, popularnie zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla pracowników branży cyrkowej.

Na zlecenie minister kultury, ślady w podłodze, gdzie Wielki Sztukmistrz klęczał i wstawał z kolan, odlano w złocie i przekazano do Muzeum Narodowego. Licencję na produkcję podobizn jego twarzy, miniaturek śladów klęczenia oraz na powielanie jego słów otrzymała firma Agara. Już po dwóch miesiącach podobizny i miniaturki trafiły do kiosków z pamiątkami rozsianymi po całym kraju. Produkcja akcesoriów upamiętniających Sztukmistrza dopiero po roku dogoniła popyt.

Rząd Abstrakcji pragnął, aby postać Wielkiego Sztukmistrza znalazła się także w Muzeum Figur Woskowych w Londynie. Premier Cichy wystosował w tej sprawie pismo do muzeum. Nie było to udane przedsięwzięcie. Najpierw odesłano pismo z adnotacją, że adresat jest nieznany. Po zbadaniu sprawy okazało się, że zamiast do Muzeum Figur Woskowych zaadresowano je do Muzeum Figur Wojskowych. List błąkał się przez dwa miesiące po Ministerstwie Obrony Narodowej w Londynie, zanim udzielono odpowiedzi.

Zaadresowany już poprawnie drugi list premiera dotarł we właściwe miejsce. Ku rozczarowaniu obywateli Abstrakcji dyrekcja muzeum odmówiła wystawienia u siebie podobizny Wielkiego Sztukmistrza. Jej dyrektor odpisał, że postać jest im mało znana. W Abstrakcji wywołało to wielkie oburzenie, kiedy dodatkowo ujawniono, że w rozmowie telefonicznej pracownika gabinetu premiera Cichego z Muzeum Figur Woskowych jego urzędnik miał powiedzieć:

– Who the hell is that bloke?! Nobody here has ever heard about him! Do diabła, kim jest ten facet?! Nikt nigdy o nim tutaj nie słyszał!

W odpowiedzi rząd Abstrakcji powołał Fundację Wielkiego Sztukmistrza, aby uwiecznić jego imię i osiągnięcia.

Kiedy na ścianie mauzoleum ukazywał się cień Witusa milkły głosy a oczy zwiedzających zachodziły mgłą wzruszenia. Cień nadchodził z reguły z prawej strony korytarza i posuwał się naprzód spokojnym, równym krokiem, pozostając w środku kolumny ochroniarzy. Przed nim, z przodu, z boku i z tyłu, milcząco osłaniali go solidnie zbudowani mężczyźni. Czasem tylko towarzyszył mu jakiś dygnitarz.

– Wielki Sztukmistrz jest dobrze pilnowany, ponieważ jest skarbem narodowym – zwykła wyjaśniać dziennikarzom minister kultury na konferencjach prasowych.

– Leon Witus jest wielkim człowiekiem mimo nienadzwyczajnej postury – skomentował kiedyś w artykule prasowym znany z nietuzinkowych obserwacji dziennikarz prasy niezależnej.

Wiele osób miało mu to za złe, twierdząc, że taka ocena nie jest uczciwa, ponieważ Wielki Sztukmistrz jest w istocie rzeczy dobrze zbudowanym mężczyzną. Niektórzy porównywali go nawet z Napoleonem. Wkrótce opisujący Witusa dziennikarz odszedł z pracy. Jak się okazało na własne życzenie. Wyjaśnił to:

– Zrozumiałem niestosowność tego sformułowania i przyznaję się do błędu.

Nie uczynił tego od razu. W decyzji pomógł mu prawdopodobnie pożar jego nowego samochodu, gdzie w skrytce mały trzymał laptop i aparat fotograficzny. Miał w związku z tym wyrzuty sumienia, że coś chyba zawinił, skoro los tak podle go potraktował. Pożar samochodu dziennikarz zgłosił na policji, ta zaś przekazała sprawę do prokuratury.

– Nie wiedziałem, że dochodzenie w sprawie, kto wywołał pożar samochodu i w jakim celu, nie miało naprawdę sensu – żalił się dziennikarz przyjacielowi.

Sprawa trafiła do prokuratora, który wezwał poszkodowanego, aby go przesłuchać i w końcu mu zakomunikować:

– Widzimy małą szkodliwość społeczną czynu. Tylko pan został poszkodowany. Jedna osoba to jeszcze nie społeczeństwo. Chyba pan się z tym zgodzi.

– Przy okazji, czy pański samochód był ubezpieczony? – zapytała  siedząca obok prokuratora urzędniczka, oferując gościowi spokojny uśmiech pocieszenia.

– Tak, oczywiście.

– No widzi pan. Czyli nic pan na pożarze nie stracił. To tylko powinno umocnić pana w przekonaniu, że był to czyn o znikomej szkodliwości społecznej.

Dziennikarz opowiedział swoją historię przyjacielowi, żyjącemu wspomnieniami o Wielkim Sztukmistrzu. Ten mu odpowiedział:

– Jesteś okropnym pesymistą. Ja nie mam takich problemów. Prokuratura zawsze mi pomaga, kiedy moja sprawa do nich trafia.

Leon Witus, którego cień pojawiał się regularnie co najmniej dwa razy w tygodniu na ścianie mauzoleum, z każdym dniem był coraz pełniejszy. Widać to było po jego brzuchu.

– Nie jest to zjawisko pozytywne – krytykowali Sztukmistrza przeciwnicy parlamentarni, nie tylko zresztą oni. – Za granicą ludzie na tak wysokich stanowiskach bardziej dbają o siebie, ćwiczą, biegają. Sztukmistrz wyraźnie się zaniedbał. Można by pomyśleć, że jest abnegatem.

Oprócz powiększającego się brzucha, kojarzącego się coraz wyraźniej z chorobliwą opuchlizną, w jego sylwetce niewiele się zmieniało. Nadal dumnie obnosił się swoją dużą głowę, oszronioną na szczycie pogłębiająca się siwizną. Jego sylwetka wywoływała coraz liczniejsze komentarze a nawet okazyjne dyskusje; nikt jednak z niego nie żartował. Pytany o coś przez dziennikarzy, mistrz sztuki cyrkowej rzadko się odzywał..

– Ma zasznurowane usta. I to sznurówkami najlepszej jakości – czasem ktoś rzucił niewybredny żart, kryjąc się za plecami tłumu. Na ogół unikano żartów w jego towarzystwie. Skomentował to kiedyś sekretarz osobisty Witusa.

– Żartowanie w towarzystwie Mistrza ma sensu. I tak wiadomo, że nikt nie dorówna mu humorem. Ma on ogromne poczucie humoru, ale rzadko je okazuje.

– Dlaczego?

– Bo jest to człowiek znacznie poważniejszy od nas wszystkich. Żal mu czasu na żarty. On myśli o wszystkich obywatelach, nie tylko o sobie.

– Całkowicie się z tym zgadzam – poparła sekretarza stojąca niedaleko starsza niewiasta, o siwych, opadających na ramiona włosach.

– On zawsze jest taki sam, poważny i odpowiedzialny. Zupełnie jak pan Bóg. Jest też skromny i nienarzucający się: czarny garnitur i czarne pantofle, ciemny płaszcz i ciemna czapka. Przeważnie jest zamyślony, rzadko się uśmiecha. To dlatego, że nieprzerwanie myśli o nas wszystkich i za nas wszystkich. O ojczyźnie, rodzinie, dobrobycie, bezpieczeństwie. Codziennie dziękuję Bogu za to, bo sama nie udźwignęłabym takiego ciężaru. Wystarczy mi, że go posłucham i już wiem wszystko, i jestem szczęśliwa.

Na zamknięcie letniego sezonu wspomnień o Wielkim Sztukmistrzu, Janina Kokoszka, minister kultury wygłosiła przemówienie okolicznościowe.

– Leon Witus jest nie tylko wspaniałym sztukmistrzem, ale i wielkim człowiekiem. Przeszedł na emeryturę, ale jego dorobek i jego postać pozostały i weszły na zawsze do naszego dziedzictwa narodowego. Dzięki niemu dziś wiemy lepiej, kogo kochać, a kogo nienawidzić, komu ufać, a komu nie. Mamy nowoczesne więzienia i obozy kondycyjne dla młodzieży, służące przygotowaniu ich do wielkich czynów na rzecz ojczyzny. Osobiście wspominam go najlepiej jak tylko można. To wielki patriota. To on mnie mianował na to stanowisko, abym pomnażała i sławiła bogactwa naszej kultury. Nie szczędził też pieniędzy na kulturę, zawsze popierał nasze projekty przedstawiane pod obrady rządu. Dzięki niemu mamy to, co najcenniejsze: kulturę narodową bez naleciałości, oznaczoną setkami pomników i tysiącem ulic z nazwiskami naszych bohaterów.

-Będzie co burzyć, kiedy przyjdzie czas zmian – szeptali między sobą kryjący się w cieniu konspiratorzy, na których nikt nie zwracał uwagi.

Były to czasy tak wielkiej niepewności, że nawet Albert Kozło, znany wróżbiarz i jasnowidz, zachowywał ostrożność snując przepowiednie co do losów ludzi i kraju. W czasie wywiadów telewizyjnych na stoliku obok siebie umieszczał wypchanego lelka kozodoja. Był to rzadki eksponat – nocny ptak o szerokiej paszczy sięgającej aż poza oko, otoczonej wieńcem sztywnej szczeciny, ułatwiającej łapanie owadów w czasie lotu. Oprócz pustułki, był to jedyny ptak, potrafiący zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Z jego kształtu, barwy upierzenia i niezwykłości zachowań, wyciągano wniosek, że los niekoniecznie będzie sprzyjać Wielkiemu Sztukmistrzowi.

 

0Shares

Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Życzenia i Orędzie Noworoczne 2021

Motto: Obyśmy zdrowi byli na ciele i umyśle

Drodzy Rodacy! Szanowni Państwo!

W Nowy Rok wkraczamy z podniesioną przyłbicą, otwartym czołem i odłożonymi na bok klapkami, czystymi biurkami oraz porządkiem w naszych domach i sumieniach. Ja także z wyostrzonym wzrokiem, piórem i pragnieniem wszystkiego, co gustowne i w dobrym tonie, czego i Państwu życzę.

W naszym życiu przeprowadziliśmy gruntowne porządki. Wiemy, gdzie co jest. Przede wszystkim, gdzie jesteśmy my sami, nasze głowy, okulary i klucze oraz oczywiście dzieci, które są przyszłością narodu. W kraju mamy ład i porządek więc nie musimy o tym myśleć. Wiemy doskonale, że jest dobrze jak jest i gdyby było lepiej, to byłoby gorzej. O miłości bliźniego nie muszę wspominać, widzę ją i słyszę o niej na każdym kroku, czego i Państwu życzę.

Na Nowy Rok nie miejmy obaw, tylko nadzieje. Nie obawiajmy się, że rządowi na głowę spadnie sufit i przygniecie plany, których jeszcze nie ma, jak zwalczyć skutecznie koronawirusa i ratować społeczeństwo i gospodarkę. Miejmy też nadzieję, że w sprawach wiary, cnoty i moralności rząd nasz uratuje przed utonięciem Unię Europejską, a może i świat. To w związku z niekorzystnymi zmianami klimatu, w których zwalczanie zaangażowaliśmy się rękami i nogami, czego i Państwu życzę.

Liczmy na nasz Sejm, który pod światłym kierunkiem drobnej kobietki w dużych okularach będzie dokonywać częściej reasumpcji głosowania. Uważam to za ważne osiągnięcie. Nie idzie nam głosowanie dobrze, robimy nowe i głosujemy tak długo, dopóki wynik nie jest doskonały. W ten sposób unikniemy niewłaściwych rezolucji i ustaw oraz niepotrzebnego angażowania do podpisu lewej ręki pana prezydenta, który musi zachować energię dla dobra kraju.

Ja osobiście liczę także na Pana Prezydenta, że będzie nadal głową rodziny, choć już nie całego państwa. Poprosiłem go, aby mnie wyłączył ze swojej podopieczności. Wyraził na to zgodę. Obiecał mi, że kiedy będzie wygłaszać credo „Mówię to w imieniu całego narodu”, będzie dodawać „z wyłączeniem Michaela Tequili, który ma własny rozum i dobrze się z nim czuje”. Pan prezydent będzie też  dodawać „Mamy ostatecznie demokrację oraz zasadę, szczep się lub nie”, czego i Państwu życzę.

Zawsze byliśmy wdzięczni osobom wskazującym nam palcem i cierpliwie wyjaśniającym, kiedy popełniamy błędy, jakie to są błędy, na czym one polegają i dlaczego nie powinniśmy ich popełniać. Również w Nowym Roku bądźmy im wdzięczni za tę pomoc. Sam też będę pomagać innym przypomnieniami w rodzaju: „Uważaj jak chodzisz, bo masz krótszą nogę” zwłaszcza wtedy, kiedy ten ktoś wie, że ma krótszą nogę. Jest to szlachetne przypomnienie. Życzę Państwu, abyście takiej bezinteresownej pomoc także udzielali.

Drodzy Rodacy! Szanowni Państwo!

Jesteśmy wspaniali. Mamy powody do dumy. Francuzi znani są z perfum, sera i wina, że nie wspomnę o frymuśnej miłości francuskiej. Niemcy znani są dobrych samochodów, formuły „Ordnung muss sein” oraz kanclerz Merkel. My jesteśmy od jednych i od drugich o niebo lepsi, w tym co wiemy, co mamy i co czynimy. To my, a nie oni, jesteśmy znani na świecie z twardego veto, słynnego prezesa, genialnego ministra edukacji i nauki, strajkujących kobiet, kościoła bez pedofilów, szans udanego wyjścia z Unii, podziału kraju na mądrych „tak” i mądrych „inaczej”, kochającej władzy i totalnej opozycji, niechęci do szczepień oraz przywiązania do teorii spiskowych. Mamy więcej cnót i osiągnięć niż inni. Dzięki małej ilości testów mamy też niski wskaźnik zachorowań na koronawirusa i to nam się chwali. Co tu mówić, jesteśmy lepsi od wszystkich, czego i Państwu życzę.

Podjąłem postanowienia noworoczne. Robię je pod koniec roku, spisuję je i nie dotrzymuję. To dobra tradycja. Postanowiłem, że w Nowym Roku nie będę popełniać błędów. Uczyniłem to zauważywszy, że obłędne niepopełnianie błędów jest ważną cnotą w naszym patriotycznym kraju, który w momentach szczególnych wzruszeń nazywamy Ojczyzną. Błędów popełniamy mniej niż inne narody. Jesteśmy prawie bezbłędni i czuję, że tacy pozostaniemy, czego i Państwu życzę. 

Ze składaniem życzeń noworocznych poszło bardzo sprawnie. Uczyniłem to szybko, bez wahań i namysłu. Tak właśnie powinniśmy postępować wszyscy w Nowym Roku 2021. Życzmy sobie, aby wreszcie przyszedł i był pełen radości, szczęśliwy i upojny, choć bez Sylwestra, i abyśmy byli lepsi nawet od siebie samych, czyli tacy, jacy byliśmy, jesteśmy i będziemy, czego sobie i Państwu serdecznie życzę.

Z noworocznym I love You
Michael Tequila

0Shares

Święty Słoń. Bajka świąteczna dla dzieci i dla dorosłych.

 

Dzieci były bardzo grzeczne. Pod nieobecność rodziców, którzy wyszli na spacer, aby spokojnie omówić przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, cała czwórka oglądała telewizję w sypialni. Kiedy wróciły do salonu, na kanapie siedział kolorowo ubrany słoń i przyglądał się choince migocącej światełkami. U jego stóp leżał wielki worek z egzotycznymi naklejkami i zielonymi symbolami w kształcie choinki. Dzieci nie zdziwiły się tym specjalnie, ponieważ Mamusia i Tatuś mówili im o Świętym Mikołaju, który tego dnia miał przynieść upominki.

– Fajną choinkę macie, dzieciaczki. Też chciałbym taką mieć. Siedziałbym przed nią i śpiewał kolędy. Strasznie je lubię – odezwał się słoń. Miał spokojny, ciepły głos, poważne oczy i uśmiechał się łagodnie. To dodało im otuchy.

– My też lubimy. Możemy razem zaśpiewać, bo robimy to razem z Mamusią i Tatusiem.

Śpiewając spoglądały z ciekawością na worek z upominkami, o nic jednak nie pytały, bo Mamusia wyjaśniła im wcześniej, że upominki otwiera się dopiero wieczorem, kiedy zapali się na niebie pierwsza gwiazdka. Po kolędach długo rozmawiały ze słoniem i była to bardzo miła rozmowa. W końcu musiały go przeprosić, aby wyjść do kuchni i zjeść kolację, którą przygotowała im Mamusia. Jadły w pośpiechu, ponieważ chciały jeszcze porozmawiać ze słoniem. Jak tylko usłyszały skrzyp otwieranych drzwi wejściowych, popędziły gromadką, aby przywitać rodziców i podzielić się wiadomościami.

– Mamusiu! Tatusiu! Przyszedł do nas Święty Słoń i przyniósł wielki worek upominków. Powiedział, że wszystkie są dla nas i on nam je da, ale trochę później – krzyczały na wyścigi.

– I nawet nie pytał, czy byliśmy grzeczni – przypomniał sobie Adaś. 

– Co wy opowiadacie? To niemożliwe, nie ma przecież świętych słoni!

– A Święci Mikołaje są? – zapytała odważnie Jola. – Wydało jej się dziwne, że Mamusia nie słyszała o Świętych Słoniach.

– Oczywiście, że są, kochanie!

– To samo nam powiedział Święty Słoń. Powiedział, że jeśli jest Święty Mikołaj to jest także Święty Słoń – odparła rezolutnie dziewczynka i popatrzyła na siostrę i braci, którzy potwierdzili jej słowa zgodnie potakując głowami.

– Czy to możliwe? – zapytała Mamusia spoglądając wymownie w kierunku Tatusia.

– Tak! Tak! – rozkrzyczały się dzieci. – To prawda. Święty Słoń wyjaśnił nam wszystko – inicjatywę znowu przejęła Jolunia, starsza z dziewczynek. Powiedział tak: U was w grudniu jest bardzo zimno, dlatego upominki roznosi Święty Mikołaj, bo on ma ciepły kożuch, wysokie skórzane buty i wielką czapkę z wełny. Tam, gdzie ja mieszkam, czyli w Indiach, jest ciepło i nikt nie nosi kożuchów. Dlatego u nas nie ma Świętego Mikołaja tylko jest Święty Słoń.

– Mieszkasz tak daleko, Święty Słoniu, to jak nas znalazłeś? – zapytał Romuś, najstarszy z rodzeństwa i najbardziej dociekliwy.

– Zabłądziłem. Długo chodziłem po drogach, polach i lasach, dwa razy zgubiłem się we mgle na wielkiej łące nad rzeką, w końcu trafiłem do was. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo mam dla was piękne upominki.

– Mamo, to nie był zwyczajny Święty Słoń – wtrąciła energicznie Jola – to był Słoń Mikołaj. Długo z nim rozmawialiśmy. I on nam powiedział, że możemy go nazywać Słoń Mikołaj albo Święty Słoń. Nazywajcie mnie tak, jak wam wygodnie. Tak powiedział. I to nawet dwa razy.

– I on przyniósł wielki worek upominków. Romuś mówił nawet, że to wór, a nie worek. Taki wielki jak namiot – włączył się Adaś i rozkładając rączki na boki pokazał, jak wielki był ten wór. – Był pięć razy większy niż worek tego Mikołaja, którego w zeszłym roku zaprosiliście do naszego domu.

– Mu nie chcemy tamtego Mikołaja. On był taki słaby. Trzeba było mu pomagać siąść na krześle. W dodatku śmierdziało od niego piwskiem – odezwała się Kasia, najmłodsza z rodzeństwa. 

– Jak to „śmierdziało piwskiem”? – zaniepokoiła się Mamusia.

– Tak, piwskiem, albo nawet i gorzej, bo wódą. Tak mi powiedział Tatuś. W tajemnicy oczywiście. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale Tatuś nie pozwolił. Wyjaśnił mi, że to nieładnie skarżyć na Świętego Mikołaja. Tatuś wtedy mrugał do niego jednym okiem ale nie wiem dlaczego.

Mamusia popatrzyła znacząco na Tatusia lecz nie odezwała się słowem. Coś tylko zamruczała pod nosem. 

– Ten wór to nie jest pięć razy tylko siedem razy większy – wrócił do tematu Adaś. – Możemy zmierzyć, bo ja już umiem liczyć i mierzyć do dwudziestu.

– Nie ma o co się kłócić, dzieci. Im więcej upominków, tym lepiej. Ale z tym Świętym Słoniem to wam się śniło, prawda? Albo oglądaliście coś w telewizji? – Mamusia chciała zakończyć już temat.

– Mamusia nie wierzy, że to był Święty Słoń i on nam przyniósł upominki – najmłodsza ze wszystkich Kasia rozszlochała się. Łzy padały na parkiet i zaczynały zbierać się w małą kałużę. Mamusia przestraszyła się, że parkiet się wypaczy. 

– No dobrze. Zgadzam się, że to był Święty Słoń. Czy on wam coś mówił albo o coś pytał? – Mamusia pochyliła się w kierunku Tatusia i szepnęła zaniepokojona: – Bóg raczy wiedzieć, czy dzieci nie widziały jakiegoś oszusta.

– A tak! – Wyrwał się Romuś, przybierając poważny wyraz twarzy. – Rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach, bo Święty Słoń pytał nas, kim chcielibyśmy być.

– Opowiedz, jak to było. O co dokładnie was pytał? – zainteresował się Tatuś.

– No właśnie. Ja chciałem być żołnierzem a Jola kierowniczką w przedszkolu. Takim kolorowym, jakiego u nas jeszcze nie ma. Adaś chciał być dyrektorem domu towarowego z zabawkami, a Kasia nauczycielką, taką, co uczy grać na trąbce i w orkiestrze, i cienko śpiewać. I kiedy ja mu powiedziałem, że chciałbym być żołnierzem, to on zapytał nas, czy my wierzymy w Boga i czy jesteśmy patriotami. Wtedy my powiedzieliśmy – to znaczy powiedziałem ja i Adaś potwierdził, bo on także chciał już być żołnierzem albo strażakiem – że wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami.

– I jak na to zareagował ten słoń? Przepraszam, Święty Słoń?  – kontynuował Tatuś.

– To on wtedy powiedział, że jeśli wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami, i kochamy naszą ojczyznę, to będziemy dobrymi terrorystami. I powiedział jeszcze „terrorystami pełną gębą”, ale ja nie wiedziałem, co to znaczy.

Wyraz niepokoju pojawił się na twarzach Tatusia i Mamusi. Mamusia dała znak ręką Tatusiowi, aby przyniósł krzesło dla niej i dla siebie.

– Musimy z nimi poważnie porozmawiać. Niepokoi mnie to wszystko, bo nie rozumiem, o co tu chodzi.

– No i jak było dalej? – zapytał Tatuś, kiedy już usiadł na krześle.

Dzieci popatrzyły po sobie a potem na Adasia, aby wyjaśnił.

– I on wtedy powiedział, to znaczy Święty Słoń, że on nas może nauczyć.

– Nauczyć czego? – zniecierpliwiła się Mamusia.

Adaś popatrzył na Romusia licząc na braterskie wsparcie, po czym wyrzucił z siebie z pełnym zdecydowaniem.

– To znaczy nauczyć mnie i Romusia walczyć, bo my jesteśmy mężczyznami. Najpierw rzucać nożem do tarczy. Takiej dużej, na której narysowany jest człowiek. To jest najłatwiejsze, od tego trzeba zacząć – tak powiedział Święty Słoń. – I wcale się nie uśmiechał, bo rozmawialiśmy bardzo poważnie. A potem dodał, że musimy także nauczyć się uzbrajać ładunki wybuchowe.

– To znaczy on powiedział „ładunki wybuchowe”, a potem wyjaśnił, że to będą granaty i miny, takie jak do czołgów – włączył się ożywiony Romuś. – To mi się bardzo podobało, bo ja wtedy sobie przypomniałem, że chcę być też inżynierem, takim od wagonów, czołgów i samolotów. I to by mi bardzo odpowiadało.

– Czego jeszcze chciał Święty Słoń was nauczyć? – Pytanie zadał Tatuś po przyniesieniu sobie butelki piwa z lodówki. – Język mi przysechł do podniebienia w czasie rozmowy – wyjaśnił Mamusi, przyglądającej mu się z dezaprobatą.

– Na końcu on powiedział – kontynuował Romuś – że jeśli jeszcze nauczymy się wrzucać takie małe pigułeczki do herbaty, aby nikt nie widział, i używać szeroki nóż jak ten do ciachania upieczonej kaczki – tak powiedział – to będziemy znakomitymi terrorystami. I on nas tego wszystkiego nauczy, że hej – powiedział.

– O! O! Właśnie – włączyła się milcząca od pewnego czasu Jola. – On na końcu mówił właśnie „że hej”. Mnie to się bardzo podobało. Sama będę tak mówić.

– Kochane moje serduszka – Mamusia zebrała się w sobie. – Czuję zamieszanie w głowie. Wy tego wszystkiego nasłuchaliście się chyba w telewizji, prawda?

Nie czekając na reakcję dzieci, odwróciła się w kierunku Tatusia. – Co to za kretyński program dzieci oglądały? To twoja wina, że nie zablokowałeś tych dwóch kanałów telewizyjnych, gdzie nieprzerwanie mówią o Bogu, patriotyzmie, tradycji oraz walce ze złem używając takich słów i wygłaszając takie poglądy, że nie tylko dzieci ich nie rozumieją! – Po przekazaniu mężowi szorstkich oskarżeń odwróciła się do dzieci.

– Moje serduszka! Bardzo mi przykro, ale to jakieś nieprozumienie. Tu nie było ani nie ma żadnego słonia. Słonie nigdy nie chodziły przebrane za Mikołaja. Tak było za moich czasów, kiedy byłam dzieckiem i tak jest teraz. Może na tym dzisiaj skończymy, dobrze? Kolację już zjedliście, bo wam przygotowałam, to teraz idźcie się umyć …i do łózia.

– My chcemy Świętego Słonia na własność – energicznie oświadczyła najmłodsza latorośl, Kasia. On jest najlepszy i ja go kocham. Ma najwięcej upominków i nauczy walczyć Romusia i Adasia. Nie to, co ten czerwony, od którego śmierdziało piwskiem. Nie pójdziemy spać jak nam nie obiecacie Świętego Słonia. Prawda dzieci? – zwróciła się do rodzeństwa. Cała trójka przytaknęła energicznie, nie pozostawiając wątpliwości, że będą walczyć do upadłego.

– Jeśli się nie zgodzicie, to my nie pójdziemy spać – potwierdził energicznie Romuś.

– To ja was nie utulę do snu i nie opowiem wam bajki – odpowiedziała zdenerwowana już Mamusia.

– Ja nie chcę żadnej bajki. Ja chcę Świętego Słonia! A nawet jak pójdziemy spać, to będziemy płakać całą noc. Prawda dzieci! – żałośnie odezwała się Kasia. W jej oczach znowu pojawiły się łzy.

– A jak zaśniemy to i tak będą nam się śnić potwory. A ja to nawet mogę zesikać się w majtki – zapewnił z przekonaniem Romuś. – To się każdemu zdarza, nawet ludziom dorosłym, kiedy są bardzo zdenerwowani.

Rodzice patrzyli na siebie zaskoczeni. Zastanawiali się, co robić.

– Co to za dziwaczna historia z tym Świętym Słoniem? – niepewnie zapytała Mamusia zwracając głowę w kierunku pana domu.

– Ten Święty Słoń to nie jest żaden wymyślony, Mamusiu! – zapewnił ją pocieszająco Adaś. Pozostałe dzieci mu zawtórowały, krzycząc jedno przez drugie:

– Sama możesz go zobaczyć. Jest w salonie. Chcieliśmy wam to powiedzieć wcześniej, ale wy ciągle pytacie nas o coś!

Rodzice rzucili się w kierunku salonu. Mamusia była najbliżej, pierwsza otworzyła drzwi i stanęła w progu.

Na kanapie siedział Święty Słoń. Spostrzegłszy dzieci, domyślił się, że dwójka dorosłych to ich rodzice. Unosząc się nieco z kanapy, aby było go lepiej widać, odezwał się uśmiechając się dostojnie.

– Miło mi poznać rodziców tak wspaniałych, inteligentnych i rozmownych dzieci. Na pewno wspomniały państwu o upominkach. Mam oczywiście podarki także dla pani i dla pana. Będę zachwycony, jeśli zechcecie państwo je przyjąć. To drobiazgi: kolia z naturalnych pereł dla pani i zloty sygnet z turkusem dla pana. U nas, w Indiach, nie zapomina się o rodzicach.

Mamusia przyglądała mu się uważnie, kiedy mówił. Święty Słoń miał na sobie wspaniały odświętny strój. Jego szyję zdobił szal z brokatu, zasłaniając część uszu, a czoło przysłaniał wzorzysty materiał w kwiaty. Kły pokryte były płatkami złota i srebrnymi bransoletami. Na grzbiecie Święty Słoń miał królewską kapę obrzeżoną czarnym pasem ze złotymi frędzlami, a na stopach srebrne dzwoneczki.

– To musi być jakiś maharadża – pomyślała Mamusia i całkiem już uspokojona odpowiedziała:

– To miło, że pan nas odwiedził, Święty Słoniu. Dzieci opowiedziały nam tyle cudowności o panu. Jest pan nadzwyczajny. Proszę tylko uważać, Święty Słoniu, aby przypadkiem nie zrzucił pan łokciem tej różowej doniczki z parapetu. Będę panu za to szczerze wdzięczna, bo to mój ulubiony kwiat – odpowiedziała Mamusia i chciała jeszcze coś dodać, lecz przeszkodziły jej dzieci.

– Musimy już iść spać, Święty Słoniu. Ale zobaczymy się jutro – wołały jedno przez drugie.

– My też się musimy pożegnać, bo zrobiło się późno – powiedziała Mamusia. – Zapytam jeszcze tylko czy woli pan, aby zwracać się do pana Święty Słoniu czy Słoniu Mikołaju?

– Jak pani sobie życzy, madame. Odpowiadają mi obydwie formy. 

– Wobec tego proszę spokojnie odpoczywać. Gdyby pan życzył sobie coś do picia, to tu obok stoi karafka z wodą źródlaną oraz szklanka. Pijemy tylko ekologiczną wodę źródlaną lub mineralną. I oczywiście serdecznie dziękujemy, Święty Słoniu, za wspaniałe upominki.

– Naprawdę nie ma za co. My, Święte Słonie, lubimy dawać upominki. W Indiach to bardzo długa i piękna tradycja.

Ostatni wychodził Tatuś. Odwrócił się na moment i wyszeptał:

– Wpadnę do Pana, Słoniu Mikołaju, za kilka minut, to porozmawiamy. Chciałbym się zapisać na to szkolenie wojskowe. Potrzebuję więcej ruchu i motywacji do czynienia dobra. Oczywiście wierzę w Boga i jestem patriotą. Doskonale rozumiem, że to konieczne. Mam nadzieję, że lubi pan zimny browarek?

– Owszem, dziękuję, z przyjemnością – odpowiedział poważnie Święty Słoń i oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Michael Tequila
Gdańsk, 28 grudnia 2020

0Shares

Kat. Opowiadanie.

To już całe opowiadanie. Wreszcie je dopracowałem. Proszę mi wierzyć, to masa roboty. Mam nadzieję, że się Państwu podoba.
Pozdrawiam serdecznie,
Autor

Na sześćdziesiąte urodziny swojej babki, Katarzyny Kaszmir, Maurycy zaprosił kata. O zaproszeniu tej jednej osoby nic nikomu nie powiedział, przede wszystkim samej zainteresowanej. 

Maurycy od początku nie był entuzjastą organizacji tych urodzin. Do zaangażowania się trzeba było go przekonać. Największą rolę odegrała w tym jego cioteczna babka, Karolina, siostra Katarzyny. Stać ją było na to, aby – nie przejmując się wrażliwością krewniaka – wyrazić swoją prośbę w bardzo bezpośredni sposób.

– Maurycy! Masz dwadzieścia pięć lat, umiesz pisać i czytać, nie masz nic do roboty. Zamiast obijać się po mieście, pić piwo i podrywać mężatki, zajmij się lepiej organizacją urodzin swojej babki. Masz ją tylko jedną a rocznica jest wyjątkowa. Jej organizacja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji. Nie chodzi o gastronomię ani o przygotowanie pomieszczeń, tylko o sporządzenie listy gości i wysłanie im zaproszeń. No i zorganizowanie jakichś atrakcji. Musisz wymyśleć jakiś program. Jestem przekonana, że potrafisz zrobić to wszystko, tym bardziej, że niezwykłych pomysłów nigdy ci nie brakowało.

Zaproszenie prawdziwego kata, pracującego lub kiedyś wykonującego  ten zawód, miało być niespodzianką, dobrze przemyślaną i oryginalną rozrywką. Katarzyna Kaszmir była zawodową aktorką i grywała także w sztukach dramatycznych opartych na różnych scenariuszach. Lubiła też literaturę kryminalną i detektywistyczną. Obecność kata, odpowiednio ubranego i wyposażonego w symbol władzy katowskiej, nie powinno jej niemile zaskoczyć – rozumował Maurycy. Miał w tym także swój własny plan.

Zaproszeni byli ludźmi z kręgów towarzyskich, w jakich babka obracała się przez swoje długie zawodowe życie: miłośnicy teatru, literatury i bibliotek, autorzy, krytycy, recenzenci, wydawcy i kilka innych postaci określanych mianem celebrytów.

– Razem z tym swoim doborowym towarzystwem babcia Kasia zasługuje na nietypowe potraktowanie – mruknął do siebie Maurycy, zaklejając kopertę z zaproszeniem dla kata.

Kat nazywał się Patryk Radwan. Nie pracował już w zawodzie, był na emeryturze. Zanim Maurycy go zaangażował, zebrał o nim informacje z różnych źródeł. Nie chciał popełnić błędu włączenia do ważnej imprezy niewłaściwego człowieka. Mając już podstawowe dane w ręku, umówił się Radwanem, aby przeprowadzić z nim rozmowę, która uzupełniłaby luki i wyjaśniła szczegóły dotyczące jego kariery zawodowej.

Kat Radwan okazał się zwalistym, wysokim mężczyzną o rumianej twarzy wieśniaka i sumiastych wąsach starodawnego szlachcica. Spotkali się w barze hotelu „Nepot”. Po zamówieniu czegoś do picia, Maurycy poprosił gościa, aby w krótkich słowach powiedział coś o sobie.

– W charakterze kata pracowałem w Stanach Zjednoczonych przez dziesięć lat. Było to w stanie Virginia. Wykonałem egzekucję czterdziestu czterech osób. Na początku więzienie korzystało z krzesła elektrycznego, potem były już zastrzyki trucizny. Stosowaliśmy głównie tiopental. Takie jest najkrótsze streszczenie mojej kariery w tym zawodzie.

Maurycy pomyślał, że była to odpowiedź w iście katowskim stylu, raz a dobrze. Wywnioskował, że Radwan ma szczególne poczucie humoru, kiedy ten mu powiedział z całą powagą, że skazańcy, na których miał dokonać egzekucji go lubili podczas gdy on ich nienawidził.

– Skąd pan wie, że pana lubili? I dlaczego miał ich pan nienawidzić?

– Nienawidziłem ich, bo byli to bezwzględni przestępcy i z ich powodu miałem niekiedy wyrzuty sumienia.

– Ale przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, że to pan będzie dokonywać na nim egzekucji. Takich informacji nie udostępnia się osobom skazanym na karę śmierci.

– Oficjalnie nie, ale i tak wszyscy oni dowiadują się o tym przed egzekucją. Nie wiem po co to robią, ani co to im daje.

W trakcie rozmowy ustalili szczegóły wystąpienia kata na urodzinach. Miał on odegrać w nich ważną aczkolwiek nietypową rolę.

Partię gości spoza miasta przywiózł ze stacji kolejowej wynajęty mikrobus. Pod dom solenizantki podjechał punktualnie, dwadzieścia minut po przyjeździe pociągu. Maurycy obserwował wysiadających. Kata poznał od razu, jak tylko wyszedł z mikrobusu. Był ubrany w szary flanelowy garnitur w paski i miał przy sobie wielki topór. W głowie Maurycego kotłowało się. Myślał o tym, co miało się zdarzyć, martwiąc się, czy plan się powiedzie i impreza się uda. Wróciły dawne niespokojne wspomnienia. Aby oderwać się od nich, skoncentrował się na Radwanie.

– Przyjechał kacisko i przywiózł ze sobą wielki topór. Błyszczy z daleka, nie sposób go nie zauważyć. Zatłucze tę gadzinę, moją babkę. Tak obrzydziła życie memu ojcu, że nie miał czasu ani siły, aby mnie wychować.

Maurycy przypomniał sobie szczegóły swojego dzieciństwa. Babka Katarzyna przez wiele lat maksymalnie wykorzystywała Jana, jego ojca. Maurycy miał bardzo jasny pogląd na ten temat. Babka przekazała ojcu do prowadzenia, a właściwie to kazała mu prowadzić dużą firmę odzieżową, stanowiącą od pokoleń własność rodziny. Sama nie była w stanie – jak mówiła – sprostać wszystkim obowiązkom domu, pracy w teatrze i biznesu, albo po prostu nie miała już chęci osobiście zarządzać firmą. Ojciec był dla Maurycego dobry ale nie miał dla niego czasu, zaniedbał go. Matka Maurycego sama nie umiała sobie poradzić z synem. Po kilku aresztowaniach i dwóch krótkich pobytach w więzieniu Maurycy nabrał głębokiego przekonania, że ojciec zmarnował mu życie. Nie mogąc zapewnić mu właściwego wychowania, widząc jak się wykoleja, ojciec popełnił samobójstwo.

– To przez babkę Katarzynę się zabił, a ja się zmarnowałem. Przepuściłem wszystkie pieniądze, jakie ojciec mi zostawił, i teraz muszę żyć na garnuszku tej wiedźmy.

Maurycy nie znosił babki, lecz skrzętnie to ukrywał. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć, ona sama najmniej. Jeśli rozmawiał z kimś o niej, to jedynie z przyjacielem ze szkoły, Cezarym, z którym się spotykał, aby razem pić do upadłego. Czasem rozmawiał na głos sam ze sobą. Treść była ta sama.

– Jest brzydka, choć wszyscy mówią, że to nieprawda, że ma oryginalną urodę. Ja tej urody nie widzę, mimo że staram się rozumieć innych ludzi. Jeśli mówią, że babka jest urodziwa, to chciałbym wiedzieć, w czym się to wyraża.

Maurycy widział tylko jej brzydotę. Zmarszczki pod oczami, pypeć na lewym policzku, jak to nazywał. Inni uznawali to za uroczy pieprzyk.

Solenizantka uznała obecność kata za oryginalny i zabawny pomysł. Jak tylko przedstawiono jej Patryka Radwana, podjęła z nim rozmowę. Pytała o szczegóły. Jak wykonywał egzekucje, jak się do nich przymierzał, także o wyrzuty sumienia. Odpowiadał szczerze, w sposób dla niego typowy, krótki i szarmancki.

– Wyrzuty sumienia to na pewno nie. Miałem je tylko na początku, potem mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłem, że uśmiercam tylko morderców, podżegaczy do zbrodni i podobnych łajdaków.

W trakcie rozmowy z katem, ktoś podszedł do Katarzyny. Miała jeszcze inne obowiązki, była panią domu. Nie mogła dłużej z nim rozmawiać, wyjaśniła mu, że musi odejść. Aby nie pozostawiać gościa samego poprosiła siostrę, Karolinę, aby w jej miejsce kontynuowała rozmowę z Radwanem. Pomyślała, że to szansa dla niej, aby poznać kogoś nowego i interesującego. Karolina była tak krótko mężatką, że wiele osób wciąż uważało ją za starą pannę.

– Nie dziw, że nikt jej nie chce. Jest zbyt podobna do Katarzyny. Ta sama krew – pomyślał Maurycy, uważnie obserwujący wszystko, co dzieje się na sali. Starał się kontrolować rozwój sytuacji.

Karolina i Patryk Radwan rozmawiali z ożywieniem najpierw w salonie, nieco na uboczu, pod wielkim oknem, potem udali się na przechadzkę po parku okalającym dom z dwóch stron.

Po dłuższym czasie nieobecności z parku wrócił tylko kat. Nie skierował się do sali ogólnej, gdzie przebywali goście, tylko na taras z boku budynku, gdzie przebywała Katarzyna Kaszmir razem z Maurycym. Kat trzymał w prawej ręce za włosy ludzką głowę. Była to głowa Karoliny; z szyi kapała jeszcze krew. Maurycy omówił tę scenę wcześniej bardzo dokładnie z Radwanem. Rekwizyt był przygotowany w umówionym miejscu w parku.

Maska twarzy Karoliny była wykonana w sposób idealny. Kosztowało to charakteryzatora masę pracy. Był to podstawowy rekwizyt przedstawienia granego przez kata.

Efekt był bardziej przerażający niż to przewidział Maurycy. Chciał tylko babkę przerazić, ukarać ją za to, co zrobiła z jego ojcem. Był przekonany, że zareaguje spokojniej, była przecież zawodową aktorką, osobą przyzwyczajoną do niezwykłych inscenizacji.

Na widok głowy siostry Katarzyna upadła na taras, dostała drgawek, po czym znieruchomiała.

– To zawał serca – po krótkim badaniu stwierdził lekarz przybyły z salonu razem z innymi gośćmi, kiedy Maurycy zaczął wzywać pomocy. Maurycy przypomniał sobie, że sam umieścił nazwisko lekarza na liście zaproszeń sugerując się opinią babki, że był on wielbicielem jej talentu i oglądał wszystkie jej wystąpienia teatralne. Lekarz natychmiast wezwał karetkę pogotowia ratunkowego. Jak tylko przyjechała, powiedział rozkazująco:

– Proszę się rozejść. Nic państwo tu nie pomożecie. Chodzi o natychmiastową pomoc. Ja się tym zajmę, pojadę z nimi, pomogę ją reanimować w drodze do szpitala. Proszę pozostać na miejscu. Możliwe, że przyjedzie tu policja. Mam obowiązek ich zawiadomić o takim zdarzeniu.

Kilka godzin później Maurycy otrzymał telefon ze szpitala. Dzwonił lekarz.

– Pańskiej babci nie udało się uratować. Bardzo mi przykro z tego powodu.

Maurycy zastanawiał się, co czuje. Był zdezorientowany. Tłumaczył sobie:

– To nie była moja wina. Nikt tego nie mógł przewidzieć.

Odczuł ulgę, kiedy wyjaśnił sobie, że tak musiało być, że śmierć ojca została pomszczona i była to jego zemsta zza grobu.

Rozprawa odbywała się w dużej, staromodnie zabudowanej sali sądowej. Maurycy uczestniczył w niej w charakterze oskarżonego o usiłowanie spowodowania śmierci. Po ustaleniu podstawowych faktów i przesłuchaniu dwóch świadków, sędzia zażądała od prokuratury dokładniejszego zbadania okoliczności związanych z pożarem domu.

Maurycy uznał, że rozprawa nie poszła we właściwym kierunku. Spodziewał się, że dochodzenie zatrzyma się w miejscu z braku dowodów wskazujących, kto konkretnie wywołał pożar, i całe zdarzenie rozejdzie się po kościach. Tłumaczył się, że zorganizował wszystko za wiedzą i aprobatą babki. Patryk Radwan twierdził natomiast, że miał pewne obawy co do sceny z obciętą głową, ale zleceniodawca uspokoił go zapewniając, że zna dobrze swoją babkę i jej stan zdrowia, i wszystko będzie w porządku.

– To, czego oczekiwał ode mnie pan Maurycy Kaszmir, było tak niezwykłe, że z obawy o konsekwencje mimo jego zapewnień poprosiłem go o potwierdzenie zlecenia na piśmie. Mam je przy sobie.

Na życzenie sądu pokazał pismo sędzi; ta, po przeczytaniu go, poleciła włączyć je do akt. Sąd nie dopatrzył się w dokumencie niczego nadzwyczajnego.

Dwa dni po rozprawie Maurycy otrzymał list.

– Maurycy, o mało co mnie nie wykończyłeś. Nigdy bym cię nie posądziła o taką wyobraźnię i takie postępowanie. To była gruba przesada, jeśli chodzi o rozrywkę. To, co uczyniłeś, było okropne. Uznałam, że miałeś nieudany dzień i skłonna jestem ci wybaczyć. Ty zagrałeś „va bank”, ja również, dlatego upozorowałam własną śmierć. Moja przyjaciółka obserwowała spacer kata Patryka z moją siostrą. Poszła za nimi i widziała wszystko. Zdążyła ostrzec mnie w porę.

– Ten wypadek był wyrokiem losu – pomyślał Maurycy i czytał dalej.

– Chyba zawsze posądzałeś mnie, że zrujnowałam życie twojego ojca. Teraz sprawa jest jasna. Chciałeś mnie przetestować, dać mi nauczkę. Martwię się o twój stan psychiczny. Być może to nic poważnego, ale powinieneś skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Musisz się zmienić. Jeśli tego nie zrozumiałeś, to powiem się ostrzej:  musisz się leczyć. Stawiam to jako warunek naszego porozumienia. Jeśli tego nie uczynisz, wydziedziczę cię, bo nie będziesz się nadawać nawet na parobka do sprzątania nawozu ze stajni. Chociaż nie! Może koń cię kopnie i wbije ci do głowy trochę rozumu. To może być jednak niebezpieczne, bo równie dobrze może skończyć twój nędzny żywot!

Maurycy przyjął list z ulgą. Babka żyła i to było najważniejsze. Tym razem to ona go przechytrzyła. Miał jeszcze nadzieję, że wróci do jej łask. Nie przekreśliła go całkowicie. Swoją przebiegłością i porównaniem go do parobka zraniła go bardziej niż sugestią wydziedziczenia. Bardzo go to zabolało.

Cztery tygodnie później w nocy spłonął dom Katarzyny Kaszmir. Była wewnątrz budynku. Maurycy nie miał co do tego wątpliwości; obserwował babkę od pewnego czasu, aby dokładnie poznać jej zwyczaje. Oglądał też pożar z oddali i słyszał kobiece krzyki.

Zaraz po straży pożarnej przyjechała policja. Skutki były tragiczne. W pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało kobiety.

– Katarzyna Kaszmir zginęła tragicznie. Tym razem naprawdę. – Lokalna prasa rozpisywała się obszernie o pożarze i jego ofierze przez kilka dni. 

Wkrótce rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W kręgu podejrzanych znalazła się służba pani domu, przede wszystkim kucharz zwolniony przez nią kilka tygodni wcześniej, oraz Maurycy. Policji nie udało się niczego mu udowodnić. Już po pierwszym przesłuchaniu był przekonany, że tak właśnie będzie. Dom podpalił nie pozostawiając śladów mogących doprowadzić śledczych i prokuratora do sprawcy pożaru. Był jedną z wielu osób przebywających w domu lub w jego pobliżu w ciągu ostatniego miesiąca. Kilka dni przed pożarem podłożył specjalny zapalnik, którego obudowa stopniała i wyparowała pod wpływem wysokiej temperatury.

Czekał na uspokojenie się sytuacji. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko się stabilizowało. Był też pewien, że do dnia pożaru babka nie zdążyła zmienić testamentu. Nie zrobił niczego, co mogłoby ją nastawić negatywnie do niego. Wręcz przeciwnie, starał się prowadzić jak najbardziej przykładne życie. Zaczął nawet poszukiwać pracy. Zadbał o to, aby ta wiadomość dotarła do babki Katarzyny, co prawdopodobnie podniosło jego notowania. W przypadku pozytywnego rozwoju wydarzeń, planował kilkutygodniową wycieczkę zagraniczną. Przemyślał nawet, jak to zrobi. Pieniądze na nią pożyczyłby z banku, później spłaciłby ze swojego udziału w spadku.

Niecały tydzień później, z samego rana, do drzwi mieszkania Maurycego zapukał oficer policji.

– Wygląda na generała, tyle ma odznaczeń – pomyślał Maurycy zaskoczony nietypową wizytą. Za oficerem stał drugi policjant, młodszy i niższej rangi. Mężczyzna stojący za progiem przedstawił się:

– Podinspektor policji Damian Narożny. A to jest detektyw policyjny sierżant Józef Paliwoda.

Z wszystkiego, co usłyszał, Maurycy zapamiętał tylko nazwisko Paliwoda. Szumiało mu w uszach, czuł ssanie w żołądku. Nie rozumiał tego, ponieważ nigdy wcześniej, nawet w najbardziej opresyjnych sytuacjach nic takiego nie odczuwał. Znający go ludzie mówili o nim, że ma skórę słonia.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem podpalenia domu pani Katarzyny Kaszmir i usiłowania jej zabójstwa.

Maurycy domyślił się, że coś poszło zdecydowanie nie tak, jak zaplanował, ale nie upadł na duchu. Postanowił walczyć.

– Nie mam pojęcia o co chodzi – odpowiedział zdecydowanym tonem.

– Nie szkodzi. Nie musi pan wiedzieć. Mam nakaz aresztowania. Tam, gdzie pana zabierzemy, będzie się mógł pan wytłumaczyć ze swojej niewiedzy.

– Co mam ze sobą zabrać? – zapytał zrezygnowany Maurycy, gotów udać się od razu w głąb mieszkania, aby zebrać i włożyć do plecaka niezbędne rzeczy.

– To, co pan chce, ale tylko rzeczy osobiste. Zrobi pan to w asyście sierżanta Paliwody. Tylko bez żadnych wygłupów, bo w razie jakichkolwiek wątpliwości sierżant natychmiast obezwładni pana, a to może być bolesne.

Po opuszczeniu domu i zamknięciu drzwi na klucz, Maurycy zajrzał do skrytki pocztowej. Był tam tylko jeden list. Zabrał go ze sobą, nie sprawdzając nawet, kto był nadawcą. W samochodzie usiadł na tylnym siedzeniu obok sierżanta. Jadąc siedział nieruchomo i gapił się w milczeniu przez okno. Podinspektor popatrzył na niego przekręcając głowę z przedniego siedzenia.

– Ma pan teraz czas. Może pan spokojnie przeczytać ten swój list.

Maurycy otworzył kopertę obrywając jej boczną krawędź palcami. Serce w nim zadrżało, kiedy rozpoznał charakter pisma. Zaczął czytać.

– Nie wiem jak się do Ciebie zwracać, bo na pewno nie „Drogi Maurycy”. Wiedz, że mam prawo serdecznie cię nienawidzić po tylu udrękach, jakie na mnie sprowadziłeś. Tym razem wyeliminowałeś się sam. Domyśliłam się, że twój stan psychiczny nie polepszył się i nie popuścisz, dopóki nie uczynisz czegoś okropnego. Nie miałam pojęcia, co to mogłoby być. Pomyślałam, że zechcesz zrobić coś, aby mnie postraszyć bardziej niż za pierwszym razem.  Dlatego kazałam cię śledzić. Cały czas chodził za tobą detektyw. Byłeś zbyt pewny siebie i chyba także zbyt głupi, abyś to zauważył. Nawet nie spostrzegłeś, że wokół domu poleciłam zainstalować kamery. Nie sądziłam jednak, że stać cię na taką podłość, że spalisz dom, aby mnie ostatecznie unicestwić. Na szczęście byłam nieobecna, musiałam wyjechać na kilka dni do rodziny. Podpalając dom, niczego nie osiągnąłeś. Wewnątrz była tylko gosposia, która zdążyła uciec. Uratowała się cudem. Informacja o ludzkich szczątkach znalezionych wewnątrz służyła tylko uśpieniu twojej czujności. Nie był to mój pomysł. Dom był ubezpieczony, w związku z czym nic nie straciłam. Mam jego plany i mogę go odbudować w takiej samej postaci. Lubię teatr dramatyczny, ale to, co zrobiłeś, przerasta ludzkie wyobrażenie. Wydarzenia wywołane przez ciebie uznałam za najbardziej tragiczne chwile mojego życia.

Przebywając w areszcie śledczym Maurycy otrzymywał listy. Wszystkie pochodziły od babki Katarzyny. Uznał, że go prześladuje, choć nic prześladowczego w nich nie było. Pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Odrzucał je od siebie. Babkę wciąż nazywał starą, podłą klępą oraz dręczycielką. Potem nachodziły go myśli, że ona w ogóle nie istnieje, że ją sobie wymyślił, że wychowywał się bez ojca a nawet go nie znał.

Katarzyna Kaszmir była zawsze kilka kroków do przodu. Pisała mu co się zdarzyło, w końcu także o tym, co się zdarzy.

Tydzień przed procesem otrzymał list w żółtej kopercie. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiej przesyłki. Ucieszył się, że to nie od babki. Pomylił się. Tym razem napisała mu o zbliżającej się rozprawie sądowej, przewidując jaki zapadnie wyrok. Było tak, jak zapowiedziała. Sąd skierował go na badania do szpitala psychiatrycznego.

– To tylko badania – pocieszał się. Miał pojechać tam prosto z aresztu.

Zaraz po zakończeniu rozprawy sądowej, otrzymał kolejny list. Koperta była bez znaczka. Wyglądało na to, że ktoś specjalnie przyjechał do aresztu sądowego, aby go doręczyć adresatowi w odpowiednim czasie.

– Cieszę się, że wreszcie otrzymałeś zaproszenie na stały pobyt tam, gdzie zawsze było twoje miejsce. Nie martw się. Będę cię regularnie odwiedzać. Będziesz paradować w białym mundurku z rękawami zapinanymi na plecach na klipsy, a ja będę mieć na sobie moją najlepszą garsonkę, tę, w której najbardziej mnie nienawidziłeś. Możesz liczyć na mnie, będę ci służyć w formie wyrzutów sumienia. Ilekroć mnie zobaczysz, będziesz żałować swojej głupoty i okrucieństwa. Obudziłeś w sobie najgorsze duchy naszej rodziny. Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka; nie zgadniesz jaka, ja ci też tego nie zdradzę. Niespodzianka to niespodzianka.

Samochód z podsądnym zatrzymał się na placyku przed wejściem do szpitala. Najpierw wysiadł strażnik więzienny, potem Maurycy. Wśród trzech osób, które czekały na niego, był także …. Tego się nie spodziewał. Zrozumiał, co babka miała na myśli pisząc o niespodziance. To był Patryk Radwan, masywne chłopisko ze swoim nieodłącznym towarzyszem – wielkim katowskim toporem. Stał spokojnie i czekał, aż Maurycy podejdzie bliżej. Przywitał się z nim jak z dobrym znajomym. Nie rozmawiali długo.

– Będę czekać na ciebie. Skontaktuj się ze mną po południu, to pogadamy. Mam tu pokój gościnny. To numer 13, przynoszący szczęście. Dziś wieczorem wygłaszam tutaj prelekcję. Będę opowiadać o moim zawodzie, o występach w roli kata. Wyobraź sobie, ci ludzie tutaj w większości biorą mnie za prawdziwego kata, podobnie jak ty, choć byłem tylko aktorem charakterystycznym grającym takie role. Przyjdź, przypomnisz sobie swoją własną przeszłość i zlecenie, jakiego mi udzieliłeś. Musisz wiedzieć, że kiedy to uczyniłeś, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, gdzie pracowałem i co robiłem w ostatnich latach, byłeś już przegrany. Twoja babka Katarzyna to moja koleżanka ze sceny. Przyjaźniliśmy się. Powiedziałem jej o wszystkim. Nie grałeś nigdy w teatrze, byłeś amatorem i to jest twoja największa słabość. Dobry byłeś tylko w jednym; wspaniale udawałeś osobę zaburzoną psychicznie, aby wykończyć Katarzynę i przejąć majątek rodzinny, którym dysponuje. Teraz musisz dokonać poważnego wyboru, najpoważniejszego w twoim życiu. Pierwsza możliwość jest taka, że nadal będziesz grać osobę psychicznie niezrównoważoną, niebezpieczną dla otoczenia … i wtedy pozostaniesz tu na stałe. Druga możliwość, przyznasz się do świadomie popełnionych przestępstw i wtedy dostaniesz dożywocie za podpalenie domu i usiłowanie dwóch zabójstw z premedytacją. Masz na koncie też kilka szantaży i dwie krótkie odsiadki w więzieniu. W średniowieczu ktoś taki jak ja musiałby skrócić cię o głowę.

Masz jeszcze trzecie wyjście. Skończyć ze sobą. Ale nie życzę, ani nawet nie rekomenduję ci tego. Gdybyś się jednak na to zdecydował, doradzę ci, jaka trucizna jest najłagodniejsza w rozstaniu się ze światem. Jeśli mnie oczywiście poprosisz o radę. My, zawodowi aktorzy, niczego nie robimy na siłę, w odróżnieniu od amatorów, takich jak ty, którzy ubarwiają fikcję, myśląc, że dokonują czegoś realnego. Życie to wielki teatr, w którym trzeba umieć grać.

Michael Tequila,
Gdańsk, 27 grudnia 2020

0Shares

Carajo. Opowiastka.

Dzisiaj stać mnie było tylko na coś nieprzyzwoicie krótkiego.

– Wyobraź sobie, hombre, człowieka młodego, przystojnego, aspirującego do wielkiej kariery i bogactwa, niespotykanej inteligencji, wyobraź go sobie jako własnego dziadka. Jest we mnie taka dojrzałość, że mógłbym zostać moim własnym dziadkiem – rzucił w przestrzeń Alfredo Sombra, powszechnie znany jako Carajo, usiłując podnieść się z kolan. – Kiedy myślę o dziadku, płaczę. Nie mogę inaczej. Jestem nieszczęśliwy, ponieważ miałem tylko pół dziadka i to tylko ze strony mamy. Dlaczego pół, moglibyście zapytać, ale oczywiście nie zapytacie. Wyjaśniam. Widziałem go tak rzadko, że mogę powiedzieć śmiało, że była to tylko połowa.

– A ze strony ojca? Co z dziadkiem ze strony ojca? – nieznany głos brzmiał wpół drwiąco, wpół współczująco.

Carajo nawet nie starał się podnieść głowy, aby dojrzeć mężczyznę. Kontynuował swoją opowieść.

– Wyobrażam sobie siebie w roli mego własnego dziadka: dystyngowany, siwy, prosty jak trzcina, taki do zabawy i do napadu na bank. Chyba tak to się mówi? Taki, co to trzaska z bata sprawniej niż kowboj i patrzy z góry na wszystko i na wszystkich. To jestem ja, kombinacja dziadka i wnuka, zintegrowana dojrzałość i młodość, mądrość i świeżość.

– Co się z tobą stało, Carajo? Nigdy tak nie mówiłeś.

– Ale mówię. Kiedy tchórz wydusił mi wszystkie kury, jastrząb porwał mego najlepszego gołębia, zdradziecko rozmontowano i wyniesiono ceglany piec z mojej piekarni i odeszła ode mnie żona, postanowiłem się zmienić, osiągnąć dojrzałość. Co mi zostało? Ja sam, ale dojrzalszy. Taki jestem i taki zawsze będę, dumny Alfredo Sombra, znany powszechnie jako Carajo! – krzyknął mężczyzna, kiedy strażnicy miejscy wciągali go do samochodu, aby zawieźć na izbę wytrzeźwień.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 grudnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie. Odc. 58/58 (ostatni).

Odc. 1 Marzenia

Podróż do Indii była dla Piotra Praktyka potrzebą serca, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową świątynię duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mozaika religii mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, a skończywszy na chrześcijaństwie. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Piotr Praktyk zobaczył to we śnie, barwny, wijący się jak wąż korowód osobliwości: brodaci guru, wychudli fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, w końcu szalone bogactwa nababów i niewiarygodną nędzę mas. W jego pamięci pozostał bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego. Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska, w zależności od nastroju. Praktyk zapamiętał atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Wyobrażeń było znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem miłośnik Indii znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, także reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, wielkie, pracowite i spokojne zwierzęta pociągowe, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii i pogodzenie się z samym sobą. Praktyk widział go na video jak materializował z niczego, z pustej dłoni, białawy w kolorze święty popiół, którym posypywał głowy wiernych. W marzeniach podróżnika była jeszcze joga i praktyki duchowo-fizyczne, pozwalające ludziom dokonywać cudu – obywać się bez pokarmu, czerpiąc czystą energię z kosmosu. Był także zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na wielkich stosach drewna i zrzucania ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której codziennie dla zdrowia zanurzały się rzesze wiernych. Na liście zainteresowań Indiami znalazł się także Mahatma Gandhi, który oporem milczenia pokonał potężne imperium brytyjskie.

Najbardziej wyobraźnię Praktyka rozpalił jednak Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o głębokiej wierze i niewiarygodnej wytrzymałości. Praktyk kilkakrotnie oglądał go na filmie nie wierząc własnym oczom. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka wyznawców przygrywająca mu dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka odporność imponowała Praktykowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie potrafił dotrzymać.

Późną jesienią Piotr Praktyk oderwał się od marzeń i wykupił wreszcie wycieczkę w biurze podróży. W programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc. Niewiele to dało. Wygodnie uznał wtedy, że aby coś wspaniałego zapamiętać, trzeba to najpierw zobaczyć na własne oczy i przeżyć. Przed wyjazdem wynotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki.

Podróż rozpoczynała się na lotnisku międzynarodowym stolicy Nomadii. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury i dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspresowy miał go zabrać do stolicy, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Na peronie nie słuchał już zapowiedzi dotyczącej ustawienia wagonów. Było oczywiste, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że na początku były wagony numer sześć, siedem i osiem, a wagony jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć w ogólne nie było. Przeklinając, Praktyk pokonał dystans biegiem zdenerwowany i zażenowany, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg bezpośrednio na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił.

– W kolejce dojazdowej nie kupi pan biletu. Pozostaje panu tylko automat biletowy – życzliwe podsunął mu starszy podróżny, widząc go nerwowo rozglądającego się przy kasie.

Znalezienie automatu nie było proste, ale udało się w końcu. Kupując bilet dla siebie, Piotr Praktyk, kierując się współczuciem, kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który mu towarzyszył w poszukiwaniu kasy automatycznej.

– Jestem umówiony na lotnisku z przyjacielem i zabrakło mi pieniędzy. Przyjechałem tu do pracy i wyrzucili mnie po dwóch tygodniach. Nie wiem co robić. Wstyd mi wracać do siebie. Czy pan mógłby mi pomóc?

Zanim decyzja została podjęta Praktyk ocenił petenta rzutem oka: młody człowiek, słabo ubrany jak na zimową porę roku, zmęczony i nieogolony. Mówił z nieznacznym obcym akcentem. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie Praktyk bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób. To go trochę zdenerwowało, bo miał tego nie robić. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się na myśleniu o Indiach. Przed oczami stanął mu Lotan Baba, toczący się święty, zwykły, brodaty, skąpo odziany mężczyzna o niezwykłej sile ducha.

Odc. 2 Stambuł

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule. Tłum ludzi na lotnisku oddzielił Piotra Praktyka od jego grupy. Wkrótce znalazł się razem z innymi pasażerami w autobusie mającym ich dowieźć do samolotu odlatującego do New Delhi. Autobus nie ruszał, mimo że był pełny. Otoczony ciasno dziwnym tłumem Praktyk poczuł się nieswojo. Określił to w myśli jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Obok niego, z boku po lewej stronie, stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Sądząc po wyglądzie był to Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej czupryny Praktyka; odczuł to jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały srebrne obrączki, z tyłu wygolonej czaszki świeciły blado dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Wyglądały elegancko. Piotr Praktyk zadał sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Praktyka znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami. Na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na strój głowy Praktyk uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało go jego spojrzenie, wyrozumiała łagodność jak u Karola, dawnego przyjaciela Piotra, który wyjechał do Sydney.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Obserwator domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku zupełnie przypadkiem.

Trzecim obiektem zainteresowania Praktyka była kobieta. Stała tak blisko, że fizycznie czuł jej obecność. Wyróżniała ją twarz o połyskliwej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskich żądz. Podróżnik zobaczył w niej obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Spekulując swobodnie uznał, że wydatny biust nie tyle określa walory kobiety, ile podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne niewiasty co najmniej dwie miary kobiecości. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nie można było nic ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie czerwonym telefonem komórkowym, aby chwilę później przeglądać je w skupieniu, nie zwracając uwagi, że stojący za nią dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym był ciekawszy niż ona sama.

Po kilku minutach obserwacji Piotr Praktyk uświadomił sobie, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem i krwią. Przestał o tym myśleć, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka gdzieś z głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy płacz. Słysząc go Piotr Praktyk poczuł się niezręcznie nie mogąc nic pomóc. Uznał się za niewydarzonego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

W samolocie przypadło mu miejsce przy oknie. Zaraz po nim przyszła kobieta. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ani ona jego. Dopiero kiedy zaczęli rozmawiać, okazało się, że są z tej samej grupy wycieczkowej.

– Nie rozpoznaliśmy się, ponieważ widzieliśmy się zbyt krótko na odprawie przed odlotem z krajowego lotniska. Wszyscy patrzyli na zegarki, aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie – wyjaśniła kobieta. Popatrzyła na Praktyka i dodała:

– Mam na imię Maria. Mówmy sobie po imieniu, będziemy w tej samej grupie przez dwa tygodnie. A jak ty masz na imię? – zapytała, jakby znali się od dawna.

Przed podaniem swojego imienia, Piotr przyjrzał jej się uważnie. Miała podłużną twarz, blond włosy i marzące oczy. Rozmowa potoczyła się szybciej. Kiedy Maria zapytała go, czy mogliby się zamienić miejscami, zgodził się bez wahania.

– To mi nawet odpowiada. W samolocie jest za mało miejsca, abym mógł wyprostować nogi. Siedząc przy przejściu będzie mi łatwiej wstać i trochę pochodzić, aby się rozruszać.  

Zanim samolot wystartował zapadła noc. Oboje patrzyli przez okno na wielką przestrzeń w dole, kiedy samolot opuszczał lotnisko. Powietrze było wyjątkowo przejrzyste.

– Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku miasta nocą. Te pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Czyż nie jest to zachwycające? – Piotr zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Większość świateł jest jakby różowa a wielopiętrowe budynki wyglądają jak białe pionowe ramy.

Pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła na dole zgasły jak na komendę. Piotr pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej.

– To tylko gęste chmury, w które wleciał samolot – wyjaśniła uprzejmie Maria. – Teraz już nic nie będziemy widzieć.

Piotr poczuł się rozczarowany. Aby zmienić nastrój zapytał:

– Lubisz latać samolotem?

– Bardzo. Nie odczuwam strachu jak niektórzy pasażerowie.

– Ja też lubię, z wyjątkiem tych momentów, kiedy samolot wpada w komin powietrzny. Pamiętam, jak raz spadał tak gwałtownie, że skrzydła wygięły się do góry. Zatrzymał się dopiero dwieście metrów nad lasem. Kapitan nam to powiedział. Byliśmy tak nisko, że widzieliśmy grzybiarzy machających do nas rękami.

Maria popatrzyła na sąsiada przestraszona, po czym zaśmiała się.

– Mam nadzieję, że będzie to bardzo udana wycieczka. Wiele sobie po niej obiecuję.

– Ja też. Myślę o zmianie wiary, chcę zostać buddystą. Oni są tacy spokojni, chodzą lekko ubrani i nie muszą pracować. A ty, Mario, nie myślałaś o zmianie religii? Kobiety podobno lubią zmiany. To nie byłby zresztą wielki przełom, bo Bóg podobno jest tylko jeden. W Indiach jest taki zestaw religii, że jest z czego wybierać. Na przykład hinduizm. Byłoby mi raźniej.

Maria zastanawiała się chwilę nad propozycją.

– Może następnym razem. Nie zabrałam ze sobą odpowiedniego stroju i nie znam języka hindi. Żaden z ich bogów by mnie nie zrozumiał. 

Odc. 3 New Delhi

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się w hotelu Gautam Deluxe grupa ruszyła w miasto. Wstępne informacje były proste: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid, Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii oraz świątynię Sikhów Gurudwara Bangla Sahib. Był to intensywny dzień: przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Piotr Praktyk czuł się jak na obozie wojskowym. Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie zaoferowało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i choćby popatrzyć na Hindusów lub na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane oceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna stały grupy uczennic.

Przyciągnęły jego uwagę; pierwszy raz widział dzieci hinduskie, zupełnie odmienne od jego wyobrażeń. Oczekiwał biedy, a zobaczył ład i porządek: dobrze utrzymane dzieci, jednolite mundurki szkolne w kolorze czerwono-białym, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów.

Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią zdjęcia z nami, traktując nas jak maskotki – skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokażą je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i powiedzą: O, popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka!

Wieczorem poszli się przejść w kilka osób, aby zwiedzić okolicę hotelu. Bardzo szybko i niespodziewanie dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo obszerny; wewnątrz było co najmniej dwadzieścia osób personelu oraz dwóch strażników z wysłużonymi karabinami.

– Broń chyba jeszcze z okresu imperium brytyjskiego – mruknął Praktyk na ich widok.

Rozeszli się po wielkiej sali, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota i szlachetnych kamieni. Na zewnątrz sklepu jubilerskiego przewalały się tłumy ludzi; stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło w pamięć Praktyka, lecz chodniki uliczne wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej wyjechać autobusem na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed pobudką Praktyk zszedł do recepcji, aby zrobić parę zdjęć na pamiątkę jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno, na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można by usiąść.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Naprzeciwko był wielki plac z samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął do siebie, rozglądając się wokół i starając się wchłonąć jak najwięcej egzotyki.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik przecięty był poprzecznym wałem betonu wysokości dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Ordynarna, prostacka robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi! Jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami korzystają.

Po powrocie do pokoju uznał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy wyczerpuje to całą prawdę. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Praktyk postanowił czekać na dalsze wrażenia.

Odc. 4 Postacie

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Piotra Praktyka wyzwanie od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało mu z pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Praktyk zapamiętał trwale imiona dwóch uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Taka pamięć psu na budę się zdała – zżymał się wtedy, ulegając chwilowemu przygnębieniu.

Czasem zapominał coś tak trywialnego, że ogarniał go strach, czy nie dopadła go demencja lub coś jeszcze gorszego. Robił wtedy test polegający na przypomnieniu sobie kilku najświeższych zdarzeń. Jeśli nie miał z tym problemów, pocieszał sobie:

– Nie jest źle, nie martw się niepotrzebnie.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył w myśli wszystkich uczestników wycieczki pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Skuteczne posługiwanie się ksywami zależało od ich akceptacji przez zainteresowanych; bez tego ich używanie mogło być niezręczne. Praktyk zorganizował w związku z tym dyskusję, aby się upowszechnić ksywy i zyskać zgodę na ich używanie. Przyjęły się one łatwiej niż się spodziewał; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Od tej pory Piotr Praktyk przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Porywczy, Fotograf, Darczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Wizażystka, Szczepan, Proteza i Półgębek. To ostatnia ksywa odnosiła się do mężczyzny w średnim wieku, który uśmiechał się połową twarzy.

Proteza jako ksywa człowieka ze sztuczną nogą w pierwszej chwili wzbudziła kontrowersję. Została jednak przyjęta, ponieważ sam zainteresowany nie tylko nie zaprotestował, ale poczuł się wyróżniony.

– To, że mam sztuczną nogę, tylko mnie nobilituje. Mogę biegać szybciej niż inni, bo to specjalna konstrukcja. W najmniejszym stopniu mnie nie szpeci, a kopa mam potężniejszego niż koń, który mnie kiedyś zrzucił. Do dzisiaj tego żałuje – oświadczył z dumą Proteza.

Uzgadniając komu i jaka ksywa przysługuje, Nomadowie starali się, aby nie uwłaczała ona ludzkiej godności. Uderzali w wysokie tony a ich dyskusję przenikały określenia takie jak szacunek, przywilej, dyskryminacja. Kiedy ktoś sugerował niestosowny pseudonim podchodzili do sprawy spokojnie, wyjaśniając bez pouczania czy karcenia, że propozycja nie jest w dobrym tonie. To był właśnie charakter ich dyskusji; rzeczowy i poważny, ale bez przesady.

Samego siebie Piotr Praktyk oznaczył kryptonimem Śnięty. Nikt jednak nie używał tej ksywy, ponieważ grupa doszła do wniosku, że jego nazwisko doskonale brzmi w naturalnej formie i jest łatwe do zachowania w pamięci. Tak też go zapamiętano i tak się do niego zwracano od tej chwili. Uczestnicy grupy widzieli jego słabość do przysypiania, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też ulegali temu nawykowi w czasie jazdy autobusem. Było oczywiste, że Praktyk kocha sen i zasypia jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Praktyk. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Najważniejszą osobą w grupie był przewodnik. Podał wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać, bo nie były łatwe. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko, kiedy była mowa o różnych przewodnikach, mówiono Przewo 13. Był to numer ich grupy wycieczkowej nadany przez agencję turystyczną.

Dla Praktyka trzynastka była zawsze szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Szczerze w nią wierzył i dzielił się swoim przekonaniem, podając rozliczne przykłady z biblii, życia, kabały, powołując się na źródła historyczne, przyjaciół oraz znajomych. Wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy też nie mógł być lepszy. Był dobrze zorganizowany, chętny do pomocy i umiał przewidzieć najbardziej dziwaczne życzenia uczestników wycieczki. Co najważniejsze, o Indiach i Nepalu wiedział chyba wszystko.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – po kilku dniach stwierdził Inżynier.

Przewo, jak się okazało, od długiego czasu mieszkał w Indiach. Był żonaty z obywatelką Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm. Była to osoba majętna, z wyższym wykształceniem; nie była jednak urodziwa. Przewo pokazywał uczestnikom Trzynastki jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną. Nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niejedna kobieta tutaj uważa męża za istotę wyższą i tak go traktuje. Tak było też ze mną. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię. Zapamiętałem jej słowa, była w nich poezja.

– Nie musisz płynąć pod prąd kobiecych przekonań, że mężczyzna jest istotą bliższą ideału niż kobieta.

Korzystając z pozycji społecznej żony Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się łącznikiem między skromną duchowością Nomadów a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki niemu uczestnicy wycieczki mieli szansę lepiej poznać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy zgodnie stwierdzali każdego dnia, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go z Półgębkiem, jak w przerwie na odpoczynek siedzieli w cieniu drzewa na ławce i konwersowali, podobni do braci syjamskich, oddając się poważnej wymianie słów, gestów i znaczeń.

Odc. 5 Nomadowie

Trzynastka rozkręcała się z dnia na dzień. Pochłonęła ich pasja poznawania Indii i zgłębiania jej historii i duchowości. W pierwszych dniach poświęcali temu całą swoją energię biegając, słuchając i oglądając wszystko z otwartymi oczami, nie zapominając o zdjęciach. Z czasem jednak, kiedy poznali się już trochę wzajemnie, życie towarzyskie zaczęło odgrywać większą rolę. Wpływało na to rosnące zmęczenie regularnym wstawaniem rano, widokami, przejazdami z hotelu do hotelu oraz męcząca monotonność intensywnego zwiedzania.

Nazwa „Trzynastka” nie utrwaliła się do końca. Pojawiły się głosy zwątpienia, czy był to dobry pomysł. Praktyk nie kupował tej sugestii, wierzył, że jest to syndrom psucia tego, co dobre. Padły propozycje innych nazw: Turyści, Wędrowcy, Podróżnicy, Włóczykije, Globtroterzy, Obieżyświaty, Urlopowicze, Koczownicy, Tułacze i Włóczykije.  

Decyzja w końcu zapadła: Nomadowie. Uzasadnienie było praktycznie niepotrzebne.

– Skoro pochodzimy z Nomadii, kraju stworzonego przez Nomadów, to dlaczego nie mielibyśmy używać tej nazwy w Indiach i Nepalu? Nie musimy silić się na oryginalność. Jest ona pożądana w relacjach damsko-męskich, ale niekoniecznie w opisie rzeczywistości podróżnej – Wysoka z Kokiem jak zwykle nie umiała powstrzymać się od skojarzeń erotycznych. Niektórzy Nomadowie podejrzewali ją, że jest mitomanką.

W miarę jak rosła zażyłość między nimi coraz mniej krępowali się o tym mówić. Indie stymulowały ich w tym kierunku. Były wolne, swobodne, pełne erotyki i seksualności, nawet frywolne. Na każdym kroku wiedzieli symbole erotyczne: w religii, rzeźbach, literaturze, poezji, legendach i świątyniach. Działało to na nich.

Tego dnia po kolacji wypili więcej niż powinni. Darczyńca i Kindżał szarpnęli się i na stołach znalazło się kilka butelek alkoholu. Chyba sami już wcześniej spróbowali, bo zaczęli błaznować. Nikt nie miał im tego za złe. Wszyscy odczuwali potrzebę odprężenia, zrzucenia z siebie pyłu i kurzu dnia, zapomnienia o zabytkach; murach, warowniach, budynkach i pomnikach wystawionych dla uczczenia zwycięstwa kogoś sławnego nad kimś jeszcze bardziej sławnym lub odwrotnie.

– To lokalna okowita – oświadczył Kindżał. – Kupiliśmy ją po drodze w supermarkecie. Sprzedawca zaklinał się, że to najlepsza marka w całych Indiach. Kupują ją nawet ludzie niepijący alkoholu, aby spróbować tego specjału.

Rozmowa szybko zeszła na temat seksu i erotyki, który w Nomadii był publicznym tabu. Podróżnicy poczuli się wolni od okowów przyzwoitości obowiązujących w kraju. Zaczęło się od krótkich wypowiedzi, potem była to już lawina. Każdy miał jakąś cegiełkę do dorzucenia. Wspierali się nawzajem jak grupa alkoholików anonimowych czy grupa psychoterapeutyczna. Prześcigali się w wypowiedziach.

– Seks w Indiach zawsze był ważną częścią życia, bo oznacza radość. Każdy z nas to wie, tylko o tym nie mówi.

– Jest źródłem życia, sprawą ważną, pozytywną i godną podziwu.

– Ludzie garną się do dyskusji o seksie i erotyce. A co my? My, w Nomadii, we własnym kraju, od niej uciekamy jak od zarazy, nazywamy bezwstydem. Rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi na temat seksualności ani dzieci z rodzicami. W głowie mamy bociany, kapustę, motylki i schowki, które nazywamy oknami życia, gdzie można wrzucić po kryjomu dziecko zrodzone z pożądania lub miłości, zamiast publicznie przyznać, że pragnie się je oddać do adopcji. Wstyd!

– Dlatego Hindusi tolerują homoseksualistów, lesbijki i trzecią płeć, a my tych ludzi nienawidzimy. Tylko z tego powodu, że się kochają inaczej. Odmienność seksualna zawsze była, jest i będzie, bo jest produktem ewolucji.

– U nas może nie jest całkiem źle, ale trzymamy to na uwięzi, w zamrażarce albo w konfesjonale, tak jakby wyłącznie księża mieli przywilej słuchania o niepokojach, osiągnięciach i wpadkach seksualnych. Potem nazywają to grzechem i potępiają.

Kiedy się już rozchodzili, Wysoka z Kokiem, chyba pod wpływem dyskusji wyznała, że jest po prostu niewyżyta seksualnie.

– To ta historia z moim mężem tak mnie dobiła. Byliśmy bardzo młodzi. Nie wiedziałam, że był nałogowcem, hazardzistą. Ukrywał to skutecznie przede mną. Przegrał w karty cały majątek, jaki w posagu wniosłam do małżeństwa. Musiałam się z nim rozstać. Stało się to w najgorszym czasie, bo zaczęliśmy już snuć cudowne fantazje erotyczne, otwieraliśmy się na nową rzeczywistość. To mnie załamało uczuciowo.

Odc. 6 Nepal i buddyzm

Po przebudzeniu się Praktyk wykąpał się, ogolił i umył zęby korzystając z wody z kranu. Zdenerwował się i zaklął, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Przewo, aby nie brać do ust wody z kranu nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Miał trochę w metalowej piersiówce. Dusił się dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu. Wtedy sobie przypomniał, że był to spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką. Była w bardzo dobrym gatunku, lubił jej smak.

Rano starał się zachowywać jak najciszej, aby nie zbudzić Kindżała. Mieszkali razem w jednym pokoju. Wycieczka na całej trasie korzystała w hotelach tylko z pokoi dwuosobowych, z wyjątkiem osób, które za dodatkową opłatą wykupiły pokoje tylko dla siebie. Wieczorem pierwszego dnia pobytu w Indiach Przewo zorganizował losowanie, kto z kim będzie mieszkać w pokoju. Praktykowi i Kindżałowi wypadło mieszkać razem.

Tego dnia Nomadowie mieli lecieć samolotem do Katmandu. Praktyk mając jeszcze trochę czasu do śniadania, wyciągnął notatnik i zaczął pisać.

– New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą – zapisał pierwsze zdanie.  

Myślał o ludziach najuboższych. Nie miał pomysłu, co pisać dalej, wszystko wydało mu się bez sensu. Z zamyślenia wyrwał go głos Kindżała.

– Co się z tobą dzieje? Wyglądasz jakby żaba zajrzała ci w oczy i postraszyła, że cię opluje.

– Żaba żabą – skwitował Praktyk – ja myślę o Hindusach, tych najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach. Wielu z nich to analfabeci, ludzie zagubieni i biedni jak mysz kościelna. Los zdegradował ich kompletnie przez sam fakt ich urodzenia się na samym dole, w piwnicy hierarchii społecznej. Walczą o przeżycie każdego dnia, często nie wiedząc, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle przypadnie im w udziale jakiś posiłek.

– Ale się nakręciłeś! – Oczy Kindżała zwęziły się i twarz mu stężała. Kiedy myślał o tych ludziach wpadał w zły nastrój. Współczując im, nie był w stanie im pomóc w jakikolwiek sposób.

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu Praktykowi drętwiały stopy. Było to tak męczące, że co jakiś czas wstawał i chodził przejściem między rzędami foteli w jedną i drugą stronę. Na szczęście lot nie trwał zbyt długo. Po przylocie do Katmandu, stolicy Nepalu, i odprawie paszportowej, Nomadowie udali się wynajętym autobusem do hotelu Tibet. Przewo taki przejazd nazywał transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek. W notatkach Praktyka ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko jedno zdanie, że na kolację pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Nie rozumiał tego.

Był to piąty dzień grudnia, idealnej pory na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, słońce często wychodziło zza chmur. Tylko noce były chłodne a w górnych regionach Nepalu wręcz zimne. Praktyk był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew wcześniejszym obserwacjom, Praktyk uznał, że ma do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą przed odlotem z Nomadii, nie miał możliwości poznać ich bliżej. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami: dwóch par małżeńskich oraz kilku singli, znających się już wcześniej.

Praktyk hołubił w sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda dotycząca tylko kilku osób, pozostali Nomadowie mieli o niebo więcej doświadczenia.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy, gdzie się urodził, nauczał i medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat.

Praktyk zetknął się z buddyzmem wielokrotnie. Były to przeżycia intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał go za ważny także dla siebie. Mówił o tym innym uczestnikom wycieczki zagłębiając się w szczegóły, kiedy tylko wykazali zainteresowanie. Po kilku dniach wszyscy wiedzieli, że Praktyk przyjechał do Indii i Nepalu przede wszystkim po to, aby odwiedzić miejsca i zobaczyć zabytki poświęcone Buddzie, przede wszystkim rzeźby, stupy i świątynie buddyjskie.

 

Odc. 7 Budda

Wychowanemu w tradycji chrześcijańskiej Praktykowi, Budda, jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie życia Praktyk przeżył tragedię rodzinną; myślał wtedy o samobójstwie. Z pomocą przyszła mu książka “Budda i jego nauczanie”, zaczynająca się od stwierdzenia, że życie jest cierpieniem. 

W czasie podróży autobusem, traktowanym przez Praktyka jak dom kultury na kółkach, a przez innych jak przytulna karczma służąca zabawie, pytano go, czy Budda był cierpiętnikiem. Praktykowi nie podobało się to pytanie. Uznał je za wywołane przez alkohol lub skłonność do grubych żartów. Aby zakończyć temat, odpowiedział po prostu:

– Bzdura. Kto ci to powiedział? 

Po chwili zreflektował się, że Budda – bez żadnych wątpliwości – przez kilka lat świadomie poddawał się cierpieniu, medytując i głodząc się, aby zrozumieć naturę wyrzeczeń przyjemności ciała i ducha. Wyjaśnił to pytającemu, podsumowując na końcu: 

– Był to ważny fragment jego życia. Poznał naturę tych zjawisk i to wystarczyło, aby sformułował myśl, że ani nadmierne pobłażanie sobie, ani całkowita abnegacja nie służą człowiekowi, ponieważ prowadzą do cierpienia. Według Buddy cierpienie jest wszechobecne. Człowiek cierpi, kiedy się rodzi, choruje, doznaje niepowodzeń, starzeje się i umiera. Także wtedy, gdy jest oddalony od tego, co kocha, lub jest blisko tego, co jest dla niego przykre lub wrogie.

Swoją wiedzą buddyjską Praktyk dzielił się szczerze z innymi, ale tylko wtedy, kiedy wykazywali szczere zainteresowanie. Nie zdarzało się to często. Praktyk tłumaczył sobie, że ludzie reprezentują różne poziomy otwartości i zainteresowania światem. Były to zbyt poważne sprawy, aby można było je wyjaśnić w kilku prostych słowach, dlatego Praktyk unikał przypadkowych, miałkich dyskusji.

Nomadowie wyczuwali jego słabość do buddyzmu. Niektórzy prowokowali go zadając mu dziwaczne pytania lub świadomie kwestionując jego poglądy. Czasem robili to z ciekawości, czy nie wyprowadzą go z równowagi, innym razem, aby zobaczyć jego entuzjazm. Praktyk rzeczywiście potrafił cieszyć się jak dziecko. Kiedy Inżynier zwrócił mu na to uwagę, Praktyk wyjaśnił:

– Nie przeszkadza mi, że ktoś myśli, że entuzjazmuję się jak dziecko. To wielka rzecz zachować sobie jak najdłużej świeżość i ciekawość świata, jakie ma w sobie dziecko. W zachowaniu dziecka jest naturalność i prawda, w zachowaniu osoby dorosłej dużo wyrachowania i kłamstwa. Ja staram się być jak najczęściej po tej pierwszej stronie.

Z akceptacją poglądów i przekonań Praktyka bywało różnie. Na ogół towarzysze podróży byli życzliwie do niego ustosunkowani. Byli jednak i tacy, którzy traktowali jego głębokie zainteresowanie buddyzmem jako odstępstwo od wiary chrześcijańskiej. Kindżał, Darczyńca i Szczepan lojalnie ostrzegali go o niechęci innych osób. 

Któregoś dnia, w przerwie podróży autobusem, Darczyńca poprosił Praktyka na bok i powiedział.

– Piotrze, zachowujesz się jak mnich buddyjski.

W głowie masz ciągle Buddę. Niektórzy z naszego towarzystwa śmieją się z ciebie. Uważają cię za zarozumialca. Przytoczę słowa Protezy, tego z chromą nogą:

– Ostatnio odmówił wypicia z nimi dzióbasa alkoholu. To nie wypada. Nie traktuje nas przyzwoicie. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Bez względu na to, czy ktoś jest rzezimieszkiem, właścicielką trzech kotów czy rzeźnikiem, który sam nie je wieprzowiny, bo jest wegetarianinem.

Praktyk przyjrzał się uważnie Darczyńcy. Tknęła go podejrzliwość. Nie zauważył jednak nic szczególnego; ta sama krępa sylwetka, spodenki sięgające kolan, kieszenie wypchane cukierkami, kolorowa koszulka. Wydawało się, że widzi w jego oczach iskierki życzliwości, dlatego postanowił odpowiedzieć jak najszczerzej.

– Ci ludzie musieliby się wgłębić do końca, tak jak ja, w buddyzm. Dopiero wtedy zrozumieliby, że każdy może być Buddą. Budda po prostu oznacza człowieka, który doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę życia. Dla mnie buddyzm to filozofia życia, a nie religia.

Odc. 8 Na trasie

Szaleństwo Praktyka coraz wyraźniej rzucało się w oczy przyjaciołom, szczególnie Kindżałowi, z którym dzielił pokój w hotelach, gdzie nocowali. Także Darczyńcy, z którym najczęściej konwersował oraz Szczepanowi, lubiącemu żartować i opowiadać kawały. Martwili się o niego. Widzieli, jak coraz częściej odpływa, oddając się myślom o buddyzmie.

– Jest z nim coraz gorzej. W autobusie mało co się odzywa. Albo przysypia, albo mówi od rzeczy. Coraz mniej w nim normalności, chyba chłop dziczeje. Ostatnio dwa razy odmówił wypicia z nami kieliszka lokalnej wódki. Tłumaczył się, że wódka wywołuje w nim mdłości.

– Nie znoszę anyżku. Smakuje jak czosnek roztarty z cukrem i kapustą. Okropne świństwo.

W czasie podróży autobusem Praktyk oddawał się wspomnieniom. Zamykał oczy i wyobrażał sobie kobiety, które były jego ideałem piękna i dobra. Była w tym tęsknota za kimś bliskim i ciepłym. Niewiasty, jakie ukazywały mu się w marzeniach, miały pełne kształty, krągłe ramiona i śmiejące się oczy, najczęściej czarne i figlarne. Nie znosił nadmiernie chudych kobiet. Wzdrygnął się, kiedy przypomniał sobie grupę słynnych modelek, które na pokazie mody kompletnie nagie przedefilowały przed widzami. Ich szczupłość zszokowała go. Była chorobliwa.

Kiedy senne mary znikały, wracał do buddyzmu. Historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani za inną, wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela. Miał uczniów oraz zwolenników, uznających go za także za mędrca. W 253 roku przed naszą erą Cesarz Aśoka edyktem upowszechnił buddyzm w Indiach i dopiero wtedy Budda znalazł się ołtarzu. Dla Praktyka był on odkryciem, które zmieniło jego duchowość. Kiedy mówił o Buddzie, dramatyzował, aby przesłanie trafiło także do jednostek opornych, za jakie uważał ludzi zamykających się w jednej religii z pominięciem innych. Rozmawiał o tym z Darczyńcą.

 – Filozofia buddyjska oferuje szczęście i radość. A wiesz gdzie? Tutaj, na tym padole gorzkich łez i nieczęstej radości, a nie w zaświatach, jak czynią to inne religie. Stamtąd nikt nie prześle ci nawet marnego SMS-a, aby cię pocieszyć, że coś tam istnieje. Kiedy jesteś buddystą, nie martwisz się, że umrzesz, bo koncentrujesz się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Słysząc te słowa, Darczyńca popatrzył na Praktyka, jakby widział go po raz pierwszy.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś. Będę miał o czym myśleć. Poczytam też sobie trochę na temat Buddy.

Praktyk zobaczył go później, jak stojąc przed autobusem tłumaczył komuś: – Indie to Indie. Tu trzeba myśleć transcendentalnie. Buddyzm to nie ceremonia klękania i modlenia się, ale rzetelnej medytacji i panowania nad sobą.

Zakupiwszy u kierowcy autobusu dwie butelki chłodnej wody mineralnej, Praktyk usiadł na swoim stałym miejscu i powiedział siedzącemu obok Kindżałowi:

– Darczyńca wyraża swoje myśli nieco chaotycznie, ale poważnie traktuje buddyzm. Mam nadzieję, że w końcu pójdzie tą samą drogą co niegdyś Budda a teraz ja.

– Czyli? – rzucił Kindżał, majstrując coś przy zdobnej rękojeści świeżo nabytego sztyletu.

– Widzieć rzeczywistość, taka jaka ona jest, a nie taką, jak nam się wydaje. To kwestia realizmu. Podam ci przykład. Ktoś mówi ci w twarz, ty złodzieju, łajdaku, oszuście, a ty przyjmujesz to spokojnie, ponieważ w głębi serca wiesz doskonale, że jesteś uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Co więcej, zamiast okazać agresorowi nienawiść i gniew, współczujesz mu, że zjadają go tak negatywne uczucia.

– To jest oczywiście ideał, do jakiego dążysz? – sugerował Kindżał, nadal pozorując majstrowanie przy sztylecie.

Praktyk popatrzył na niego z uwagą.

– Tak, zgadza się.

Pod koniec podróży autobusem Praktyk dla odmiany zajął się sprawami bieżącymi. Dla porządku stworzył sobie w głowie listę najbardziej czasochłonnych czynności dnia: pakowanie się rano i rozpakowywanie wieczorem, transfery z jednego hotelu do drugiego, zbieranie się razem i wspólna droga do ważnych zabytków, zwiedzanie ich, pilnowanie się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchanie Przewo i robienie zdjęć. Zdał sobie sprawę, że był nieprzerwanie w ruchu, a ożywiał się najbardziej wtedy, kiedy Przewo mówił o jakimś miejscu lub pamiątce związanej z Buddą, jego wyznawcami i jego nauczaniem. Było tego niemało, choć w sumie nie więcej niż wiadro wody w wielkiej beczce w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

Kraj wciągał go coraz mocniej; do tego stopnia, że zaczął z obawą myśleć, czy nie dzieje się z nim coś niedobrego.

Odc. 9 Nad rzeką Bagmati

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati, stanowiącym nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi nad Gangesem, uznawanego za święte miasto. Dla wyznawców hinduizmu to najbardziej dostojne miejsce żegnania zmarłych poprzez spalenie ich na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczki Nomadowie udali się pieszo nad Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosach drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, głównie importowane z Chin, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem.

Antyczność miejsca i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów oraz towarów na wystawach sklepowych, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się ujrzeć w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Praktyk zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba by myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starożytne żarno do mielenia ziarna jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień Przewo. Słońce świeciło prosto w oczy Praktyka, więc je przymknął. Słowa mówiącego brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Praktyk skoncentrował się. Widział i słyszał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą oraz kolorowymi paznokciami i biodrami kobiety nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, drodzy państwo, płynie z wysokich gór i jest jednym z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim Europejczycy nawet nie marzą. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet palenie tutaj, na ghatach Bagmati, naszych zmarłych.

Praktyk zauważył, że brodaty przewodnik przyciszył głos, aby nie płoszyć nastroju świętości miejsc kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień brodacz skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji miejsc kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący dni roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Praktyka. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na własną walutę. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była niższa niż koszt śniadania w restauracji „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Zadowolony pracowniku przyjął zamówienie i z uśmiechem zaoferował bezpłatne dwa miejsca dla krewnych i przyjaciół na stypie pogrzebowej. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi serwowanych na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją nazwał przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”.

Odc. 10 Ławka, ludzie i zwierzęta

Siedząc na ławce Praktyk widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, wyróżniający się oryginalnym plecionym warkoczem spływającym mu na plecy z czubka głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Praktykowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech skórzanych paskach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył, odwrócił się więc z powrotem w kierunku rzeki. Woda w niej była tak czysta, że pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby gasić pragnienie.

Praktyk postanowił też jej spróbować. Zszedł w dół po schodkach przylegających do ghaty, nachylił się nad wodą i zaczerpnął jej do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest ożywcza w smaku.

– Jaki ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez celowo skonstruowane, oszukańcze przekazy internetowe. Postanowił zapisać swoje odkrycia. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola.

Ostatnią informację kilka minut wcześniej przeczytał na tablicy informacyjnej. Zastanawiał się, co jeszcze powinien zanotować. Nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył w górę rzeki, skąd było słychać krzyki małp. W oddali widniały zielone rozłożyste drzewa z tak płaskimi wierzchołkami, jakby je celowo przycięto. Postanowił przejść się w tamtym kierunku. Uszedł zaledwie kilka kroków, kiedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawili się przed nim dwaj mężczyźni w białych fartuchach Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Trzymali w rękach transparent z napisem „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”. Byli młodzi i podobnie jak pracownik na ghacie mieli na głowach plecione warkocze opadające im na plecy. Praktyk zatrzymał się, aby się przyjrzeć i zrobić im zdjęcie.

Wkrótce dołączyła do niego reszta wycieczki. Stanęli grupą naprzeciwko drugiej ghaty, na której właśnie podpalono stos drewna. Był chyba wcześniej polany benzyną albo umieszczono w nim jakiś materiał łatwopalny, ponieważ w ciągu minuty płomienie rozhulały się jak wielki pożar. Obok pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego i czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Kiedy zwracali się do siebie, składali razem dłonie i pochylali nieznacznie głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja słyszałem, że oni na pogrzebach stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Inżynier skierował te słowa do stojącego obok Fotografa ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne krótkie spodnie i sandały, i trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach Przewo dał znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się w górę rzeki wzdłuż jej lewego brzegu wypatrując zabiedzonego psa i wychudłej rudej małpy, które stanowiły atrakcję turystyczną. Zobaczyli zwierzęta minutę później; były dobrze odkarmione i spoczywały nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Pies, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok niego stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie kochają zwierzęta i dbają o nie – Praktyk nie miał co do tego wątpliwości. Wyraził to głośno przekonany, że pozostali uczestnicy wycieczki nie wiedzieli o tym.

Odc. 11 Płonące ghaty

Obudziło go łomotanie blachy o coś bardzo twardego, cała seria dźwięków. Praktyk przetarł oczy i popatrzył w kierunku rzeki. Był zły na siebie, że przysnął. Pamiętał jeszcze trzy sceny niezwykłego snu: sylwetki spokojnych pracowników z Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów, czyste wody Bagmati i zadbane zwierzęta. 

Na drugim brzegu rzeki, na daszku osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Mężczyzna przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć swojej szalonej rozrywki, przeniósł wzrok na rzekę. Zauważył, że całkowicie się zmieniła; stanowiła teraz jeden wielki bury ściek. Wody w niej było tak mało, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna, wokół których prześwitywały plamy brudnego piachu. Była rozlazła i wyglądała nieświeżo jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Praktyk żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki, aby przyjrzeć się im z brutalną dokładnością.

Patrząc ukośnie przez rzekę na przeciwległy brzeg rzeki, zauważył dogorywające płomienie stosu kremacyjnego na ghacie numer dwa położonej poniżej budynku przypominjącego zaniedbaną świątynię. Za chwilę ogień już tylko tlił się. Mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Pracowali systematycznie, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości, głośno sycząc i buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby wróciwszy polać nią rozgrzaną powierzchnię betonowej płyty. Wywoływało to natychmiast ogromną, syczącą chmurę pary wodnej. Zanurzeni w szarym obłoku kończyli pracę ścierając ghatę szerokimi szczotkami umocowanymi na długich kijach. W powietrzu roznosił się odpychający zapach spalenizny drażniąc nos, oczy i usta. Zafascynowany sceną sprzątania ghaty podszedł bliżej, aby przypatrzeć się pracownikom. Obydwaj byli dobrze zbudowani i krępi. Pochodzili z najniższej kasty sprzątaczy brudów i czyścicieli. Z tyłu głowy mieli rzadkie i zaniedbane kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Teren za ghatą wznosił się lekko w górę. Przy długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Praktyk domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani spokojnie rozmawiali ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Praktyk razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby odbyć spacer w górę rzeki. Wkrótce napotkali braminów siedzących w kucki na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką. Towarzyszy im dwie zwyczajnie ubrane osoby. Obydwaj bramini mieli na sobie kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Siedząc w kucki, odprawiali ciche modły razem z rodziną zmarłego. Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mniej jest religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie – Inżynier, uważny obserwator rzeczywistości, nie powstrzymał się od komentarza. Nikt nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; milczenie grupy Inżynier przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu Praktyk dokonał krótkiego wpisu w swoim notatniku podróżnym:

– Palenie zwłok na rzecznych ghatach to ważna część tradycji także Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati płynąca przez miasto Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Praktyk otrzymał nieoczekiwaną propozycję od Kindżała, miłośnika i zbieracza inkrustowanych sztyletów i noży, aby udać się do pokoju czterysta dwadzieścia.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej pod tytułem „No, to teraz chłopcy po małym dzióbasie”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Wskazany pokój mieścił się na czwartym piętrze hotelu, w którym mieli nocować. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób. Był to pokój Darczyńcy. Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, uświęcone wielowiekową tradycją miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się tylko dwie kremacje.

Odc. 12 Patan i Bhatapur 

Na ulicach miasta Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały, ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził. Przejazdy osób, w ilości do czterech, odbywały się na motocyklach. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była wysoka forma ekwilibrystyki. Nomadowie zatrzymywali się przy krawężniku, patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, rykszach nożnych i motorowych wyposażonych w terkoczący i śmierdzący silniczek, wózkach ciągniętych przez człowieka-kulisa oraz wózkach ciągniętych przez konie lub wielbłądy.

System obsługi technicznej transportu był zdumiewająco prosty i przejrzysty. Nie było problemu, kiedy coś się zepsuło. Jadąc autobusem przez miasto Nomadowie co raz to mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku, szopę lub otwarty garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawy i konserwacji urządzeń technicznych.

Praktyk jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tutaj to tylko ludzie i samochody reprezentują współczesność, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Najwspanialsze były zabytki historyczne. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane. Praktyk tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował imperium. Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju; walczący najczęściej reprezentowali tą samą kulturę i tą samą religię.

Praktykowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość Nomadów uwieczniała oglądane zabytki w mieście robiąc zdjęcia aparatem fotograficznym, smartfonem lub nagrywając sceny i widoki kamerą video. Czyniono to w pośpiechu, każdy się spieszył. W trakcie zwiedzania Inżynierowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Właściciel sprzętu gorzko złorzeczył, niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem Nomadowie oglądali misy lecznicze zwane „singing bowls”  czyli śpiewającymi misami, ręcznie kute ze stopu siedmiu metali. Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niezwykle długi, pulsujący i przejmujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, okrążanie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką wywoływało burzenie się wody. Tworzyła ona żywe rozpryski prawie przelewając się na zewnątrz.

Wieczorem w hotelu Nomadowie oceniali, jak przeżyli dzień. Rozpierały ich pozytywne uczucia, żartowali.

– Zmęczyło nas to zwiedzanie. Stanowimy kwiat dojrzałości, który, jak wiadomo, ma skłonność do więdnięcia, także na świeżym powietrzu.

Najgorzej wypadł Kantyna, który słaniał się jak podtruty.

– Każdemu może uderzyć do głowy świeże górskie powietrze – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu przy ozdobnym kominku.

Twierdził, że usiadł dla relaksu. Na początku wszyscy myśleli, że mówi prawdę, ponieważ wyglądał blado, co sam interpretował jako oznakę powagi. Proteza uznał, że jego niezwykła bladość, którą nazwał organiczną – mają się do siebie jak pięść do nosa. Wierzono mu, ponieważ miał za sobą bliżej nieokreślone wykształcenie medyczne. Inni woleli interpretować zdarzenie na korzyść Kantyny.

– Nie można być krytycznym wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród tubylców, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnięciem cywilizacji. To niepatriotyczne zachowanie – były to słowa Wysokiej z Kokiem. Przyjęto je jako wyrzuty sumienia kobiety, która regularnie krytykowała Kantynę.

Jego zachowanie się w obcym kraju, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, było problematyczne. Na skrzydłach niepewności wyrosła dyskusja o moralności, alkoholu, miłości bliźniego oraz paleniu na stosie. Niektórym Nomadom nadużywanie alkoholu kojarzyło się z Inkwizycją. Był to dla nich temat szczególnie bolesny w Nepalu, kraju, gdzie społeczeństwo jest tolerancyjne i bez kłopotów respektuje odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać – Praktyk zdobył się na ubogie podsumowanie. – Czuję się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań – usiłował ratować się wykazując skruchę. Aby zakończyć mroczny temat pijaństwa i Inkwizycji przedstawił poemat zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Odc. 13 Wracające wspomnienia

Alkohol wypity na czwartym piętrze sprowokował wspomnienia. Tematem było pierwsze spotkanie na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Kiedy przedstawiciel agencji turystycznej powiedział, że grupa trzynasta liczy równe trzydzieści osób, intuicja szepnęła Praktykowi do ucha, że ma to ukryte znaczenie. Nie miał czasu zastanawiać się nad tym, ponieważ zaabsorbował go skład wiekowy grupy. Podzielił ją na proste kategorie statystyczne. Liczenie, dzielenie, komponowanie i dekomponowanie było nawykiem, z którym bezskutecznie walczył. Faktem było, że był mocny w statystyce i lubił liczby. Miał też swoje argumenty. Uważał, że liczby kwantyfikują rozumienie rzeczywistości, ułatwiając jej dokładniejsze poznanie. Jeszcze przed odlotem, kiedy już się trochę rozkręcili, wdał się w dyskusję na ten temat.

– Mówimy przykładowo, że większość Nomadów to ludzie wierzący. Co w tym wypadku znaczy „większość”? Równie dobrze jest to pięćdziesiąt jeden procent jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że osoby wierzące stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to dopiero wtedy wiesz, na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Nie uzyskał szerszego uznania, nie mówiąc o poparciu. Większość Nomadów wierzyła, że ludzie używają statystyki dla udowodnienia jakiejś prawdy, która jest im na rękę. Wezwanie do wchodzenia na pokład samolotu uniemożliwiło dalszą rozmowę.

W samolocie przypadło mu miejsce obok kobiety należącej do grupy trzynastej. Zwrócił na nią uwagę już na lotnisku. Jej kruczoczarne włosy były upięte na szczycie głowy w wymyślny kok. Wyglądała z nim ekscentrycznie. Nazwał ją w duchu czarną blondyną, kiedy siedząc obok zauważył, że jej włosy u samej podstawy były bardzo jasne. Była naturalną blondyną. Pomyślał wtedy, że jest barwionym lisem i ma podwójną osobowość, jedną na pokaz i drugą ukrytą.

Kilka dni Praktyk później dowiedział się, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Uznał to za plotkę, bo nie wyobrażał sobie, w jaki sposób żona może zagłodzić męża we współczesnym małżeństwie. Tak czy inaczej, jej mąż już nie żył, nie było więc możliwości sprawdzenia, jaka była prawda.

Od czasu jak wystąpiła w jego obronie w czasie głośnej dyskusji, pamiętał jej imię: Anita. Był jej to winien.

– W trakcie tej dyskusji, kiedy uznano, że nie mam racji, a Wysoka z Kokiem ujęła się za mną, moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. Zapamiętałem jej imię i to chyba na zawsze. To jeszcze jeden przykład jak mózg kojarzy imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą połączenia neuronowe w mózgu – Praktyk wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę.

Nie miał szczęścia. Kolekcjoner zdobnych sztyletów tak był pochłonięty oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku, że nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zdegustowany brakiem zainteresowania, Praktyk pomyślał, że nigdy nie wiadomo, co tkwi w głowach ludzi połączonych przez los wspólną wyprawą do Indii.

– Ludzie to bajarze, zmyślacze i zwariowani kolekcjonerzy – powiedział Kindżałowi i ten się zgodził.

Wobec milczenia przyjaciela w sprawie Wysokiej z Kokiem, Praktyk wrócił do podziału statystycznego Trzynastki. Najliczniejszą kategorię stanowiły osoby między czterdziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Było ich dwadzieścia trzy.

– Czyżby tylko ludzie w wieku średnim i przedemerytalnym byli ciekawi świata? – Praktyk zastanawiał się głośno, jak to jest możliwe.

W kategorii powyżej sześćdziesięciu pięciu lat było tylko pięć osób. Poza trym były dwie nieprzyzwoicie młode osoby, para kochanków poniżej trzydziestki. Praktyk uznał, że społeczeństwo potraktowało tę dwójkę jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Odc. 14 Przewo i grupa

Nomadowie szybko zadomowili się w grupie i chętnie utrzymywali ze sobą kontakty.

– Chyba dlatego, że nie muszą spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni – ocena Kantyny była nie tylko cyniczna ale i śmierdziała alkoholem.

Mogła być w tym cząstka prawdy. Atmosfera w grupie była jednak pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Nie wszystko ich jednak łączyło. Oprócz dobrych chęci, przywieźli ze sobą także sporą dawkę nieżyczliwości i niezrozumiałej obcości. Lubili krytykować; ta skłonność pojawiała się niejednokrotnie. Niektórzy wycieczkowicze twierdzili, że jest to wada narodowa. Mówili to czasem takim tonem, jakby nie miało to dla nich znaczenia.

Krytykując innych, Praktyk nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży Rasputina, ważniejsze niż zwiedzanie zabytków jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń i świętości, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, a nawet większego słupa ogłoszeniowego. On nawet nie słucha niezwykłych historii opowiadanych przez Przewo – oznajmił Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnym pokojem hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu mężczyznom zachować spokój ducha.

Każdego dnia rano, przed wyjazdem autobusem na zwiedzanie zabytków lub w dalszą podróż , Przewo z powagą sprawdzał listę obecności.

Osoba, której nazwisko wyczytywał, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”. Czasem zniecierpliwiony uczestnik wycieczki odpowiadał pytaniem: „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”.

Praktykowi przyszło na myśl, że w Indiach poddańcze oświadczenie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej „Do usług” stanowi część spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł nieznaną psychiczną toksyną.

Co do sprawdzania obecności przez Przewo, opinie Nomadów były takie, że czynił to nawyku albo z potrzeby serca. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna, wręcz bolesna.

– Woli dmuchać na zimne – oznajmił Inżynier zza pleców innych osób w czasie porannego rytuału odliczania.

Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił się i odnalazł dopiero po dwóch latach, tak bardzo odmieniony, że nie poznał go nikt z rodziny ani przyjaciół. Historię ze szczegółami znał Inżynier. Wedle jego wyjaśnień, zaginiony mężczyzna zgubił się wskutek upojenia alkoholowego i długi okres nieobecności spędził w północnych Indiach na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą.

– Najciekawsze było to, co stało się później – podsumował Inżynier. – Po krótkim pobycie w kraju ojczystym ten człowiek wrócił do Indii, przedstawiając doprawdy oryginalne wyjaśnienie:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

Odc. 15 Widok na Himalaje

Nagarkot to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Jej nepalska nazwa na tablicy informacyjnej wyglądała tak egzotycznie i skomplikowanie, że niejeden turysta dziwił się, jak można nauczyć się takiego języka.

Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewo twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby nacieszyć oczy najpiękniejszymi widokami gór. W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot najmocniej wiązała piękne widoki ze wschodem słońca.

Do Nagarkot Nomadowie dotarli po męczącej podróży autobusem wąską, przeważnie marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich pokoi w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, zachęcany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu jego adres.

W światłach nocy hotel, murowany surowy budynek na stoku góry, wyglądał jak nowa szopa na sprzęt rolniczy. Mieli szczęście, w końcu, nie bez trudu znaleźni odpowiednią ilość wolnych łóżek. Kolację zjedli w restauracji „Kosmiczna Góra”, po czym udali się do wyznaczonych pokoi.

Panowało w nich wyjątkowe zimno. Łóżko Praktyka okazało się twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Praktyk robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu podróżnik ułożył się w zielonej koszuli z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca, mający nastąpić pół godziny później. Miało być rewelacyjnie. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im zapowiedziano. Droga ku wschodowi słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już w punkcie obserwacyjnym. Był to dach w formie tarasu z barierkami zdolny pomieścić kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście, siedzieli więc lub stali i czekali.

Wschód słońca okazał się niewypałem. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, ponieważ niebo cały czas było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później Nomadowie jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Kantynie drugi kufel piwa o pojemności trzy czwarte litra. Dla łatwiejszej identyfikacji określił go jako „ chudego faceta z wiecznie zamglonymi oczami”.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel – Praktykowi łatwo przyszły perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się nimi z innymi osobami z wyjątkiem Kindżała. – Jestem surowy i okrutny – pomyślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Kantyna obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był „intoxicated” jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Kilka dni wcześniej zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Dla Przewo był jak ból głowy po przepiciu, a dla grupy był źródłem niepokoju. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Nagarkot Praktyk opuszczał pod wrażeniem, że budynki, wnętrza, wyposażenie i cała atmosfera tej miejscowości są wyjątkowo siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające je zimne szczyty Himalajów. Kiedy czekali na autobus, rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadaje się dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowa dziecka jest golona a na nim samym dokonuje się ceremoniału karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętuje „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawia się ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymują wtedy gratulacje i upominki.

Odc. 16 Fantazje i Park Narodowy Chitwan

Wracając trzęsącym autobusem z wysokich partii Himalajów Praktyk oddał się rozważaniom egzystencjalno-filozoficznym. Zimno i niepowodzenia nocne przyprawiły go o chandrę. Chodziło mu o wolny czas. Do głowy przyszły mu porównania bycia wolnym: dorosły człowiek bez obowiązków, dziecko bawiące się na placu zabaw oraz zwierzę pasące się na pastwisku.

Dla Grupy 13 czas wolny właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc. Z pokoju hotelowego Nomadowie udawali się do restauracji lub baru na śniadanie, wracali do pokoju, zabierali bagaże i schodzili lub zjeżdżali windą do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem następnego. Wczesnym popołudniem korzystali z przerwy na posiłek, po czym udawali się zwiedzać kolejny obiekt i tak do późnego popołudnia lub wieczora, kiedy wyjeżdżali do innego hotelu najczęściej w innej miejscowości. Przybywszy na miejsce, po zagospodarowaniu się w pokojach, zostawał im jedynie czas na obiadokolację, rzadziej na wyjście na zewnątrz i włóczenie się po ulicach.

Wieczorem, jeśli miał szczęście, Praktyk zdążył napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami oraz połączyć się przez Skype na kilka minut z rodziną. Po powrocie do pokoju kolejność działań nie mogła być prostsza: prysznic, lulu i sen, a od rana nowa rutyna dzienna.

Praktyk nie lubił myśleć o nocy i śnie. Nie była to czynność, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu nieszczęśników cierpiących na całym świecie na bezsenność. Uczciwiej byłoby powiedzieć, że źle sypiał, co odrabiał drzemiąc w autobusie w trakcie licznych przejazdów. Nie był w tym wyjątkiem.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy mieli spędzić dwa dni. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO i urzekał naturalnym pięknem dziewiczej przyrody. Położony między dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych powierzchni. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, utrzymując w dobrej kondycji bagna i mokradła. Większość parku porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała różnorodność gatunków bambusa.

Pierwszym punktem zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu. Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Płynąc kajakiem przez park wycieczkowicze komentowali kształty drzew, krzewów i skał. Niektórych mężczyzn ogarnął stan dziwnego podniecenia: bambusy kojarzyły im się seksualnie. Kobiety rozważnie milczały na ten temat. Żartownisie przerzucali się słówkami i przysłowiami ponad głowami towarzystwa, odkrywając podobieństwa natury do organizmu ludzkiego.

– Bambus swoją prostotą kojarzy mi się mniej z męskością a więcej ze zwierzęcością. Kiedy nachodzą mnie chwile jędrności, mówiąc to myślę o czymś bardziej wymownym niż bicie kogoś po pysku, to czuję wnikające we mnie zwierzę. Znaczy się samca, który odmawia opuszczenia mego wnętrza dopóki nie nasyci się zabawą na aksamitnej łące kobiecości. Najczęściej jest to tygrys, rzadziej dzik, najrzadziej mocarny słoń. Ale i to się zdarza – intensywnie improwizował Rasputin, rozglądając się po okolicy rozkojarzonym wzrokiem.

Kiedy wygłosił zaskakującą tyradę, mężczyźni obrzucili go spojrzeniami pełnymi zdumienia i podziwu. Był to moment powszechnego zrozumienia, dlaczego nosił takie imię.

– Ty to chyba często masz takie zwierzęce myśli, Rasputinie. Że też nie przejrzałam cię wcześniej – odezwała się Wysoka patrząc nad jego głową w dal, w kierunku zakola rzeki, gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. – Zastanawiam się, skąd bierze się w tobie tyle energii. Chyba jesz dużo słodkiego ciasta albo makaronu, produktów bardzo energetyzujących. Nie zrozum nie źle. Mówię to poważnie, absolutnie nie jestem krytyczna, wręcz przeciwnie, bo i ja lubię słodycze oraz makaron ciągnący się długimi nitkami. W takich momentach, po najedzeniu się, wzruszam się i też oddaje się podobnym marzeniom, z tym że we mnie wstępuje łania. Myślę wtedy o uległości, dziwnej nieco, ponieważ czasem chciałoby mi się skubnąć to i owo, schwytać a nawet zerwać, jakiś kwiat lub ziele, a nawet dotknąć czegoś serdecznie gorącego. Oddycham wtedy szaleńczo, pełnymi piersiami, czując bardziej niż wiedząc, że jest to efekt działania hormonów: dużej dawki estrogenu i małej dawki testosteronu. Każda kobieta ma to w sobie. I dzięki Bogu. Po wypaleniu się w ogniu namiętności zagłębiam się, jeśli tyko mam chęć, w fantazje ero. Niemało też czytałam na ten temat.

Nomadzi bez wyjątku przyjęli życzliwie spontaniczny wybuch fantazji kobiety, o której wiedzieli, że przez kilka lat poważnie zaniedbywał ją mąż-hazardzista. Kiedy przegrał w karty jej posag małżeński, miara jej cierpienia przebrała się i kobieta usunęła go raz na zawsze ze swego życia.

– Wysoka! – odezwała się siedząca z nią w jednej łodzi Wizażystka. – Jak ja ci zazdroszczę tak bogatych choć trudnych przeżyć. Ja od roku nie mam nikogo, kto by mnie zdradzał z kasynem, ręcznym bandytą, zielonym stolikiem karcianym, pokerem, czy nawet bukmacherem na wyścigach konnych. Tak mi brakuje tej serdeczności, poczucia bycia z mężczyzną nieobliczalnym, kochającym hazard, konie, ryzyko, przestrzeń i pieniądze. – Wizażystka przestała poruszać wiosłami i odchyliła się do tyłu. – Przepraszam, rozmarzyłam się do szaleństwa. Nie jestem w stanie wiosłować. Jak to dobrze, że płyniemy z biegiem rzeki.

Wypowiedź obydwu kobiet, zwłaszcza Wizażystki, rzadko odzywającej się publicznie, zachwyciła mężczyzn. Przyglądali jej się, niektórzy dopiero teraz zauważyli jej imponująco przemyślny makijaż, z mikroskopijnymi widoczkami drzew pod oczami i na policzkach oraz takimiż figurkami zwierząt na paznokciach. 

Po zakończeniu spływu kajakowego Rasputin, Wysoka i Wizażystka wrócili do poezji wspominkowo – erotycznej dochodząc do wniosku, że musieli być pod wpływem narkotyku.

– Niemożliwe jest wyrzucić z siebie taki ładunek emocji bez udziału jakiegoś barbituratu – głośno i z przekonaniem obwieścił Rasputin. – Jesteśmy w regionie, gdzie erotyka – aż prosi się to tak ująć – kwitnie na drzewach. Wspomnę tylko Kamasutrę.

Pytaniem było, co to był za narkotyk oraz kto i jak im go zaaplikował. W głowach Nomadów rodziły się podejrzenia, które ujawniły się one dopiero wieczorem przy kolacji.

Odc. 17 Oskarżenia i zwiedzanie

Po kolacji dyskusja o nietypowych zdarzeniach na spływie kajakowym rozgorzała na nowo. Najwięcej podejrzeń padło na Darczyńcę. Okazało się, że przed spływem częstował on innych uczestników cukierkami o dziwnym smaku. Zapytany o to nie zaprzeczał, tłumaczył się jednak niezrozumiale.

– Nie pamiętam co się działo, co robiłem i czego nie robiłem. Miałem chyba udar słoneczny, ponieważ często zdejmowałem kapelusz, aby się ochłodzić siedząc w kajaku w pełnym słońcu.

– Ale ty rozdawałeś swoje narkomańskie cukierki wcześniej, przed rozpoczęciem przygody kajakowej – logiczne spostrzeżenie Inżyniera nie wywołały u oskarżonego żadnego komentarza.

Następnego dnia znowu zwiedzali Park Narodowy Chitwan. Cała grupa z samego rana została zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Praktyk dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Praktykowi ten niezwykły teren zdał się być wielką, naturalną arką Noego, jako ze gościł sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski; w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt. Była to największa chluba administracji parku. Drugim źródłem jej dumy były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie. Zagrożone wyginięciem były też inne gatunki zwierząt żyjące w parku: to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

Nazwy żyjących w parku zwierząt podawano turystom tylko w języku angielskim. Praktyk notował je sobie i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis-czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny.

Siedząc pod dachem na tarasie hotelu czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone szufle. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie zamokły ci sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Praktyk.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze wyprawę na słoniach, dumnie zwaną safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Praktyk zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy bawół był wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, poganiał go, lekko dotykając końcem bata jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, to jedno zawsze pozostawało z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez jakiejkolwiek znajomości języków obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Praktyk, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, będący jego właścicielem, opiekunem i poganiaczem. Praktyk nie potrzebował wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy, głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Kindżał nigdy nie reagował w taki sposób, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź ucięła rozmowę niby ostry sztylet. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Odc. 18 Safari w Parku Narodowym Chitwan

Na równym terenie jazda na grzbiecie słonia przypominała huśtanie się. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz słonia zwany kornakiem demonstrował niezwykłe zdolności zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego podopieczny go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę widzi w pobliżu – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło nie tyle o gatunek zwierzęcia, ile o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, nawet większe zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia słonia kierującego się instynktem.

-– O! Teraz na przykład Kudu, była to nazwa słonia, na którym jechali, sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem podróżnicy zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Wyjaśnienia poganiacza słonia, a zarazem jego opiekuna i przewodnika czwórki pasażerów wycieczki, stwarzały liczne okazje przyjrzenia mu się dokładniej. Na imię miał Sumen. Był drobnym mężczyzną o szczupłej, omalże wychudłej twarzy, i ogorzałej cerze mieszkańca gór przebywającego dużo na słońcu i świeżym powietrzu. Czarna czupryna, skromne wąsy i niepielęgnowana broda oraz wyraz spokoju na twarzy stwarzały wrażenie człowieka na luzie, szczęśliwego z tym co ma i kim jest. Sumen cierpliwie cmokał na słonia i coś do niego mówił od czasu do czasu, na co zwierzę strzygło wielkimi uszami, jakby potwierdzając, że słyszało i przyjmuje słowa do wiadomości.

Historiami o zachowaniu i umiejętnościach słonia czwórka Nomadów dzieliła się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu.

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je niezwykle delikatnie koniuszkiem trąby i podniósł na wysokość mojej twarzy.

Mówiący zastanawiał się, co dalej powiedzieć, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Wziąłem okulary do lewej ręki i prawą ręką wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę. I wtedy słoń zaskoczył mnie całkowicie. Wyjął ją z mojej ręki i przetarł soczewki okularów trzymanych przeze mnie w palcach lewej dłoni. Dosłownie zbaraniałem. To było niesamowite – prawie krzyknął, po czym kontynuował opowiadanie pełen entuzjazmu i wiary w nadzwyczajne umiejętności zwierzęcia. Po zaoczeniu jego relacji, zapadło milczenie. Przerwał je kobiecy głos.

– E, tam! Opowiadasz bajki!

Historia skończyłaby się prawdopodobnie poczuciem niewiary w słonia, poganiacza i Kindżała, gdyby nie pozostała trójka podróżników. Jednomyślnie potwierdzili słowa Kindżała z takim ferworem, że nikt nie mógł nie uwierzyć w ich prawdziwość. Na dwóch lub trzech obliczach błąkały się cienie wątpliwości, nikt jednak nie śmiał wypowiedzieć się sceptycznie z obawy o wyśmianie lub krytykę za niedowiarstwo.

W trakcie wypraw po parku i okolicach Praktyk z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne i ciekawe, aby powierzyć je pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu i mechanicznych konstrukcji cywilizacji. Nazwy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Mimo dojrzałego wieku Praktyk lubił bawić się podobnie jak dziecko. Tłumaczył to żartobliwe naturalną skłonnością człowieka do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym coś głębszego, przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą szybko i bezpowrotnie traci ucząc się manipulacji i kłamstw od osób dorosłych.

Odc. 19 Inżynier Uniwersalny

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, grupa wyruszyła późnym popołudniem w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długiej, aby wszyscy czuli się zmęczeni.  

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą coś do picia: kawę, herbatę, sok lub jakiś koktajl bezalkoholowy. Tylko Kantyna, Darczyńca i Kindżał mieli przed sobą dzióbasy. Pytani, co w nich jest, odpowiadali zgodnie, że nektar. Wzrok Kantyny był jeszcze niezmęczony wpatrywaniem się w kieliszek.

– Widok, jaki mam przed sobą, przypomina mi relaks sybarytów po sesji obżarstwa – Praktyk dobierał słowa próbując zaimponować zebranym oryginalną obserwacją.

Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a czarnobrodym Rasputinem, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło najmocniej krzaczaste bogactwo twarzy oraz ekscytacje erotyczne.

– Dał chłop popis ostatnim razem na kajakach – pomyślał Praktyk, usiłując ponownie zebrać myśli.

Rozglądając się po sali restauracyjnej, zauważył, że wszystko było określone trójkowo: trzy okna w ścianach, trójka kelnerów żywo coś dyskutujących na końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do restauracji. Także towarzystwo po drugiej stronie stołu prowadzące ożywioną rozmowę zawierało w sobie podobne aspekty geometryczne. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Praktyk bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To Inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go także Ateistą. Słyszałem, jak sam mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem – zakończył Kindżał, po czym obrócił się do Darczyńcy siedzącego po prawej stronie, aby poprosić o podanie cukiernicy.

Praktyk przyglądał się Inżynierowi. Męczyła go jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę toczącą się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem. Własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Praktyk pomyślał, że jest to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano, i że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację. No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Inżynier przerwał, aby pyknąć z fajki chwilę wcześniej włożonej w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych tubylców, jeden w białym fartuchu i czepku kucharskim, drugi w kelnerskiej liberii i trzeci w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Praktyk pomyślał, że czekają wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył Inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy ludzie mają problemy z samochodem, klimatyzacją, pralką, zatkanym zlewem, lodówką czy budową domu, walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No … Może nie z wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny Inżynier. – Z całą pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i sporo mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone jak u wisielca. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących w pobliżu, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym – wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, prostackim ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnie.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco łatwe. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania.

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co się wywnętrzać dalej przed laikami, istotami człekokształtnymi o prostszej niż jego konstrukcji intelektualnej oraz skromniejszych i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Praktyk widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielkiej, że wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund. Inżynier palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

Odc. 20 Kantyna

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał połyskliwe niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa człowieka, ale rzuca złe światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje.

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim dla recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali. Druga ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać – Wysoka z Kokiem miała prawo być negatywna, ponieważ poprzedniego dnia Alkoholik popchnął ją na schodach i to tak bardzo, że prawie upadła. Przepraszał ja potem zawstydzony, że jego zachowanie wynikało z przepicia a nie ze zwykłego potknięcia się na schodach.

Ktoś zaproponował nazwę Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Zaczęła się dyskusja; większość uczestników zgodziła się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Inżyniera, o tyle nietypowy, że sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną. Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już następnego dnia Kantyna zjawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami przyciągając uwagę gości hotelowych i obsługi. Po zakończonym posiłku, kiedy Nomadowie wyszli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na swoich gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już zrozumieli, że potrafi trwać w stanie upojenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezmordowany – dodawali, kiwając z niechęcią głowami, lokatorzy sąsiednich pokoi hotelowych, którzy widywali go najczęściej.

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia agencji turystycznej, organizatora wycieczki do Indii i Nepalu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna stał się przekleństwem Nomadów. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj, że członkowie grupy wzajemnie się pilnowali, aby się nie spóźnić lub nie zagubić.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak nie za bardzo mu się to udawało. Porywczy, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne zdolności, twierdząc, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy sztukmistrz; potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust długą, cienką rurkę wychodzącą ze szpary w podłodze i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Mroczna sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu i nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz – Porywczy miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego i zaprzyjaźnić, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś podobnego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Sam mi to powiedział, kiedy wydawało się, że jesteśmy już przyjaciółmi.

Na prośbę grupy Porywczy zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat przyjaciela ze studiów, który mieszkał w tej samej miejscowości co Kantyna z żoną. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę. Miała dobre wytłumaczenie.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze wydaje je na alkohol. Już o godzinie szóstej rano ten rabbi, niespokojna dusza, krząta się po kuchni, sprząta, słyszę jak szura nogami i coś przestawia. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami. To prawdziwe skaranie boskie.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam niemały oryginał, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Nie powinniśmy tak mówić o Kantynie.

Odc. 21 Zakupy

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był wyjątkowo bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju „international”, „imperial”, „gigantic” i „futuristic”. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, właściciel wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna była bliższa absolutu niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, ubrany w garnitur z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skrywającymi usta i dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce. Rozdawał ulotki i rozmawiał z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę Ditto dla upamiętnienia czasów, kiedy Anglicy w ramach Imperium Brytyjskiego zatrudniali Hindusów w roli służących.

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł pojawić się na półce jeśli nie był dostępny co najmniej w trzech odmianach.

Nomadowie szybko uzyskali cenną wiadomość, że w południowym skrzydle na czwartym piętrze, jest niesamowity wybór herbat, także ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Większość wycieczkowiczów skorzystała z okazji i zaopatrzyła się w większą ilość herbat przeznaczonych na upominki dla rodziny i przyjaciół. Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część Nomadów wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, że nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Słychać było przekleństwa.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Darczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wyciągu z jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy trunek na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Darczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji. To, co usłyszałem, tak mnie poruszyło, że nabyłem trzy butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji „Nepali Chudo” w hotelu „Northcrop”. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

Odc. 22 Abstrakcja i historia

Następnego dnia zrobiło się zimniej, wzrosło ciśnienie atmosferyczne, rozjaśnił się błękit nieba i inaczej pachniało powietrze. Wydawało się, że czas ruszył z kopyta i sprawy toczą się szybciej. Odczuł to nawet Kantyna, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj poruszam się szybciej i jestem bardziej przytomny?

– Ja to zauważyłam. Jesteś żwawy jak brykający źrebak i w oczach masz ogień zamiast mgły – zagadkowo odpowiedziała Wysoka z Kokiem.

Grupie Trzynastej udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby bardziej ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz to odczuli, jakby się właśnie obudzili i przejrzeli na oczy. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Zniknął porządek. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły. Nadal kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko męczący zaduch. Ludzie koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Katmandu stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie mieszkańcy toczyli nieprzerwanie walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Darczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem społeczności tubylczych i lokalnych, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, rzeki, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. Taka jest ich prawda. To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to też nie jest pewne, bo ludzie w biedzie obojętnieją. To okropne!

Rozmawiali na luzie jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki oraz choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia.

Po przerwie na lunch znowu ruszyli w drogę. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– Katmandu ma już swój wiek. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń różnych religii i wyznań. Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– Czyli że my, nomadzka Grupa Trzynaście, stanowimy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier Uniwersalny usiłował wtrącić swoje trzy grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – wyrwało mu się, kiedy zauważył Kantynę usiłującego dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że zdolny jest przyjąć tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomroczności również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów rzeczywistości.

Powaga turystyczna wróciła do nich, kiedy zwiedzali zabytki starych dzielnic Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka, Patarn Durbar Square, Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath. Stupa znana była także jako Świątynia Małp; wiele z nich żyło w jej północno-zachodniej części. Przewo wyjaśnił, że stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić. Spotkało go milczenie.

Odc. 23 Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Praktyk zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Reinkarnacja”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej bez wyjątku wszystkich ludzi: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy. Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się Nomada.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go nawet zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej.

Nomadowie chodzili po mieście przyglądając się budynkom, ludziom, zwierzętom i rzece. Wszędzie widzieli atrybuty wiary w bogów, ich wcielenia i namiastki: figury, figurki, świątynie duże i małe, rzeźby i obrazy, a także gałązki, kwiaty i liście roślin, reprezentujących symbolikę religijną. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Przez kilka minut Nomadowie podziwiali w świątyńce ulicznej obraz Kamadewy zwanego także Kamą, boga miłości w hinduizmie. Miał on postać dorodnego młodzieńca, wyposażonego w łuk z trzciny cukrowej z cięciwą z pszczół oraz w strzały wykonane z kwiatów. Towarzyszyły mu święte ptaki, kukułka i papuga.

– Jak na mój gust, to on ma kobiece biodra, podobnie jak i uda. Twarz też ma jakąś taką pełną; przypomina mi ona moją teściową, kiedy była młoda.  – odezwał się Rasputin. Żaden z Nomadów nie poparł go w obserwacji szczegółów anatomicznych boga miłości, nikt też nie zaprzeczył ich trafności.   

Ze zdjęć własnych wykonanych w Varanasi Praktykowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia, kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego.

W Varanasi bogaty duch hinduizmu przemieszczał się wraz z tłumem Hindusów po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W różnorodności wyznań i postaw prawda mieszała się z fałszem. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, jedni autentyczni w swej wierze i praktyce religijnej, drudzy pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, mistykami karmiącymi się energią kosmosu, szukającymi wewnętrznej doskonałości i jedności z duchem wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj żywych manekinów wystawowych wyciągających ręce po datki, podróbek świętych mężów odzianych w kolorowe szaty i sprzedających turystom swój wizerunek za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetną ciekawością zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka miasto było święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pośpiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie, byli symbolami z tryptyku małpek, co mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia dla organizmu. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji. Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za prawo do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury odwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja wielowiekowej tradycji unicestwiały przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Nomadowie w swoim zarozumialstwie obcokrajowców widzieli to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem. Co było dla niej do zniesienia kilkaset lat wcześniej, stało się hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcom, akceptowała u tubylców, nie wywołując większych szkód w ich organizmach.

– Chyba jesteśmy zboczeńcami – wymieniali się uwagami Nomadowie. – Nie dostrzegamy szlachetności płonącego stosu, lecz widzimy rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Praktyk też to źle odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się kolorowym leniwie przesuwającym się tłumem, dziwnymi zapachami, wieczornym ceremoniałem religijnym w wykonaniu kilkunastu braminów, wąskimi uliczkami, ludźmi siedzącymi w kucki na progach domów, świętymi krowami na skrawkach zieleni oraz niekończącymi się schodami nadrzecznych ghat. Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 24 Kult religijny

Na kolację Przewo przyniósł kilka akcesoriów związanych z religiami hinduistycznymi: figurki, grę oraz lampkę religijną i położył na stole, aby każdy mógł wziąć je do ręki i dokładnie im się przyjrzeć. Kiedy opowiadał o nich, zebrani brali je w ręce, dotykali i przyglądali im się z bliska, aby poznać szczegóły. Niektóre przedmioty także wąchali, ponieważ wydzielały przyjemne dla nosa zapachy.

Największą niespodziankę Przewo zachował na koniec. Były to fragmenty świętych roślin,  uważanych także za magiczne i lecznicze, stanowiących ważną część kultów religijnych Indii. Stanowiły je głównie liście, ale także gałązki, owoce i kwiaty. Wszystkie związane były z jakimś bogiem lub bóstwem.

Pokaz objął pięć rodzajów świętych liści. Przewo zaimponował grupie podając z pamięci ich nazwy i opowiadając związane z nimi historie.

– Ten pierwszy liść należy do rośliny zwanej „Amla”, wyrosłej z łez Brahmy. Tak wierzą Hindusi. Druga, równie egzotycznie brzmiąca nazwa „Dźuhi” jest niczym innym jak nazwą kwiatu jaśminu, oferowanego wszystkim bogom i boginiom. „Padma” z kolei, to gatunek lotosu, symbol czystości, ponieważ nie przywiera do niej brud. „Gańdźa” to konopie indyjskie, rytualnie palone przez sadhu, ascetów i mędrców hinduskich. Ostatnia roślina to „Haldi”, inaczej mówiąc kurkuma. Wyrabia się z niej pastę do nacierania posągów bóstw. – To tylko niektóre ze świętych roślin hinduskich.

Oczy Kantyny rozbłysły dziwnym blaskiem.

– Czy któraś z tych roślin poprawia samopoczucie człowieka – zapytał.

Przewo popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– W sensie wiary religijnej – tak. Co do innych odczuć – zawahał się – to bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia.

Kantyna był rozczarowany, widać było, jak zgarbił się i oklapł na krześle.

– Żal na niego patrzeć – szepnęła Wysoka do Wizażystki skrzywiając usta. – Człowiek szukał nadziei, a otrzymał uderzenie młotkiem.

– Na szczęście drewnianym i nie w głowę, tylko w palec – Wizażystka starała się żartem złagodzić napięcie. 

Pokój hotelowy Praktyka i Kindżała był wyjątkowo nijaki. Ściany, meble i urządzenia były tego samego nudnego, plastikowego koloru, podobnie jak podłoga, która w dodatku skrzypiała. Aby oderwać się od męczącego wystroju pomieszczenia, Piotr Praktyk zaczął zastanawiać się, skąd w Nomadach jest tyle luzu. Jak zwykle podzielił się swoimi myślami z Kindżałem.

Kindżał był inżynierem-biologiem z zawodu, niezwykle pracowitym, praktycznym i odpowiedzialnym biznesmenem; prowadził w życiu wiele przedsięwzięć. Chętnie zmieniał każde z nich na inne, jak tylko odkrył jakąś nową lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Na wycieczce pokazał swoją odmienność. Był innym człowiekiem; ciekawym świata turystą, entuzjastą broni krótkiej i ostrej, lubił wypić i pożartować, czasem cieszył się  jak dziecko.

Praktyk przedstawił mu swoje przemyślenia.

– Normalnie w kraju jesteśmy – z grubsza rzecz biorąc – sztywni, oficjalni i poprawni w zachowaniach i reakcjach. Teraz, na wycieczce, jesteśmy inni: bardziej wyraziści, swobodni, entuzjazmujemy się jak dzieci, wymyślamy sobie ksywy, pokazujemy nasze głębsze ja, nawet fantazjujemy jak członkowie tajnego towarzystwa rozbuchanej seksualności. Aby to zrozumieć trzeba psychologa głębi i seksuologa.

– Nie mam kwalifikacji – zaczął Kindżał – o jakich mówisz, ale chyba znam wytłumaczenie. Wyrwaliśmy się z dyscypliny społecznej, ocen przełożonych, bacznego oka współmałżonka i rodzeństwa, dzieci, rodziców oraz opinii publicznej. Tu jesteśmy panami sytuacji. Dzikie zachowanie nikogo nie szokuje. Ośmielamy się być sobą wobec niewielkiej grupy ludzi, którzy rozjadą się do swoich domów jak tylko przekroczymy granicę w drodze powrotnej. Wycieczka to efemeryda, teatrzyk eksperymentalny, gdzie gramy role wedle improwizowanych, odręcznie wymyślanych scenariuszy. Ułatwia nam to odmienność tego kraju. Nasze problemy są myszką Miki w porównaniu z problemami Hindusów. Nasza duchowa wyobraźnia jest dzidziusiem w stosunku do bogactwa ich religii i wyobrażeń. Oni są w tym niesamowici. To nas zmienia, pokazuje, jacy i my możemy być, daje nam poczucie luzu i swobody, a zatem i szczęścia. Powtórzę, nasze niezwykłe zachowania w Indiach i Nepalu, oczywiście bez jakichś idiotycznych ekscesów, nie szokują nas ani nikogo innego.

Tej nocy Praktyk zasnął z poczuciem wyjątkowości w pokoju kolorystycznej nijakości, o której wiedział, że przeminie, jak tylko opuści hotel rankiem następnego dnia.

Odc. 25 Małpy i elephantiasis

Piotr Praktyk zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie tego, co przeżył, będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł Praktyka do bankomatu, jaki był najbliżej hotelu. Sprawa była prosta, chodziło o podjęcie pieniędzy. Bankomat był zainstalowany w ścianie małego budyneczku przypominającego kiosk. W kolejce stało już dwóch Hindusów. Nomada dołączył do nich i spokojnie czekał. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, drugi ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany przez Praktyka, dlaczego tego nie zrobi, wskazał głową małpy siedzące na dachu tuż obok bankomatu. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż pozostali członkowie stada. Wyglądał groźnie, on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Praktyka obracając się do tyłu.

Nomada popatrzył na przewodnika stada i zauważył, że ten go obserwuje i przygląda mu się przenikliwie, zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo bardziej płaskiego kształtu, upodobniła się do ludzkiej twarzy. Podróżnik poczuł się nieswojo, przeszły go ciarki. Zobaczył nagle przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć z pewnym wzburzeniem. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. W całej sytuacji była groźba i tajemnica.

Praktyk przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o bohaterskim Hanumanie, Bogu-Małpie, repezentującym odwagę, nadzieję i mądrość, najbardziej oddanym bogowi Ramie. Był to niezwykły przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Przyglądając się osobnikom siedzącym na dachu kiosku, Praktyk zauważył moment, kiedy samiec uspokoił się, przybierając normalny wygląd. Wydało mu się, że spokojny już samiec nie różnił się za bardzo wyglądem i zachowaniem od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny, jakby głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

Jeszcze tego samego dnia Praktyk wraz z grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Okazali się wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Nomadowie stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na placu autobusowym.

Piotr zastosował wypróbowaną już technikę postępowania: wyłączył się, nie reagował na składane mu propozycje zakupu, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego kilkunastoletni Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał póługiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Widok był tak szokujący, że Nomada odwrócił wzrok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet jej deformacje na zdjęciach, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Praktyk dyskretnie obserwował chłopca. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jak z filmu, stała się dla niego symbolem ludzkiego losu na kontynencie indyjskim.

Pragnąc wyłączyć się, Piotr zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. W wyobraźni zobaczył piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole odwróconej do góry nogami piramidy stała jedna osoba, nad nią już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział napięcie na ich twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy – parodię wolności. Nomada zadał sobie pytanie, jaka jest wartość bycia wolnym człowiekiem, jeśli nie ma się środków na utrzymanie, nie mówiąc o leczeniu okropnej choroby.

W nagrzanym słońcem autobusie Praktyk przysnął. Jego wyobraźnia produkowała nowe obrazy. Najpierw pojawiła się machina umocowań; przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy brudnej ulicy, ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, a nad tym wszystkim gęsta atmosfera zapomnienia o bliźnich. Była to machina społeczna Indii. Stała w miejscu zablokowana wielowiekową tradycją niemocy. Obraz nieszczęść był nie do wytrzymania; machina zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli swoją kukiełkowatość i wyszczerzyli zęby w szyderczych uśmiechach, ukazując szczerby, plomby i luki między zębami. Na końcu, jakby na pocieszenie, pojawił się rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną i skoki do wody. Niektórzy wtykali między słoniowate palce nóg kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Praktyk. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

– Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał, starając się oderwać od przykrej wizji. Zanim obudził się z szalonego snu, dwa razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 26 Fort Amber

W Fort Amber koło Dżajpuru Piotr Praktyk zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów i dzieł sztuki. To tutaj Cesarz Akbar z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy.

Praktyk rozglądał się po pustym pomieszczeniu szukając wzrokiem sprzętów, mebli i wyposażenia, które nadawałyby sens istnieniu takiego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli, sprzętów, strojów, biżuterii ze szlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Piotr prawie z nienawiścią zdefiniował pozostawione przez historię dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Cesarza Akbara Wielkiego przedstawiano kiedyś jako dziwadło, osobnika ni w pięć ni w dziesięć, analfabetę nieumiejącego czytać ani pisać. Prawda była taka, że prawdopodobnie był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie wielu dzieciom, która dziś daje się leczyć. Mimo tego cesarz był jednym z najlepiej wykształconych władców tamtych czasów. Miał wspaniałą pamięć; codziennie czytano mu sprawozdania, z których czerpał wiedzę o państwie i świecie. Był miłośnikiem poezji perskiej oraz znawcą i patronem muzyki, malarstwa i architektury.

Stojąc w pustej sali, bez oszklonych okien, bez drzwi, półek, dywanów i miejsc do siedzenia, Praktyk wyobraził sobie bibliotekę z kilku tysiącami tomów. Był to widok imponujący: okna zasłonięte półprzezroczystą materią, na podłodze wspaniałe dywany, wokół sali półki, stoły i skrzynie z książkami. Wyobraził sobie cesarza; widział go kiedyś na rycinie. Szczupły, czarnowłosy, z ostrymi rysami twarzy, był władcą surowym, a równocześnie pełnym wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. Wiadome było o nim, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji władza wyraża się w postanowieniach regulujących szczegóły życia obywateli, poruszania się, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także pewne słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń – na rozkaz cesarza- rozdeptywał głowę skazańca nie tylko po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Praktyk zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by taką śmierć porównać – pochylając się nad kamieniem, Piotr pozwolił sobie na swobodną spekulację wobec Kindżała i Darczyńcy – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Tego samego dnia, podróżnik zwiedził jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy. Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Praktyk, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, który wewnątrz był niczym innych jak piramidalnym nagromadzeniem pustych pomieszczeń, drzwi, schodów i krótkich korytarzy.

Odc. 27 Hierarchia wiary

Na zakończenie dnia Grupa 13 udała się do kawiarni „Psycho”, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk „Luri”. Wiedzieli, że jest mocny, byli jednak przekonani, że nie jest zabójczy. Przed skutkami jego użycia ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu „Cal Moria”, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Nomadowie zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na wąskich metalowych rurach, Nomadowie obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia oraz obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia. 

Piotr Praktyk czuł się całkiem dobrze jeszcze kiedy wychodził z innymi grupowiczami z kawiarni. Trwało to tylko do czasu, kiedy wrócił do pokoju w hotelu. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Piotr najpierw zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe niż padły z przejedzenia bawół indyjski zwany także arnim. Zaraz potem przygniotła go ściana; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił kilkoma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie; był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, i pulsowały srebrnie w chemiczno-fizycznych niciach myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund. Trans trwał. Wokół niego falowały obrazy pól, lasów, jezior i nieba, dźwięki nabierały barw a kolory zapachów. Kiedy Piotr zanurzył się w gąszcz przeżyć, zobaczył Boga, który pojawiał się, poruszał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Piotr nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Kiedy zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Najwyższy ma brwi gęste jak krzaki, zreflektował się, że był to podszept szatana i od razu porzucił niedorzeczną myśl.

Budząc się, Piotr czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki obracającego się kalejdoskopu.

Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jedną z głównych religii kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szli hinduiści powiewając imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął do siebie Piotr.

Zmartwił się. Buddyzm, jego ukochana religia, był wyznaniem zagubionym, o którym słyszeli tylko ludzie czytający co najmniej jedną książkę rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 28 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Kolejna męcząca podróż autobusem przyniosła skutki, jakich Praktyk się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że się przebudziłem. Było to bolesne, ale na pewno bardzo potrzebne – skomentował to w gronie Nomadów.

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Piotr patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet oraz nad wyraz poważni brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Piotr.

Kiedy tkwił w chwili zamyślenia, z naprzeciwka nadjechał wielki kolorowy autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Piotr Praktyk. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Piotr poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie autobusów, którego nawet nie zauważyli.

W nagłym rozbłysku świadomości Praktyk zrozumiał błąd swój i towarzyszy. Zamiast koncentrować się na zwiedzaniu zabytków, poznawaniu i przeżywaniu miejsc i czas, koncentrowali się na przemieszczaniu się, na sobie i na Kantynie, wymagającym nieprzerwanej uwagi, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Zdał sobie sprawę, jak fatalnie on i inni Nomadowie pobłądzili, jakiemu zaciemnieniu uległy ich umysły.

Osaczyły go zajadłe ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że stał się bezwolnym manekinem, obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym bogactw historii i współczesności. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół zabytki historii z trzech tysięcy lat oraz miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu oni i Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze na odurzanie się, i sprawiający wszystkim problemy. Narosła w nim taka fala protestu, że krzykiem obudził śpiącego obok Kindżała, aby zadać mu gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, kiedy się gubi oraz martwić się ciągle o to, że gdzieś polezie i coś sobie zrobi!? Ten typ blokuje naszą uwagę, kradnie nam czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z tymi biedakami na ulicach? Czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc? A co z nami samymi?

Zaspany Kindżał nie otwierając oczu odezwał się filozoficznie:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Prawdziwe życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 29 Konkurs

Wieczorem grupka Nomadów siadła przy stolikach na zewnątrz hotelu i konwersując piła to, co sobie każdy zamówił, przeważnie była to kawa. Inżynier Uniwersalny jak zwykle przechwalał się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym niektórzy doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Oświadczył Kindżał, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Praktyk miał wrażenie jakby przestrzeń wokół coraz bardziej zamykał się i coraz trudniej jest my oddychać. Poczuł się nieswojo. Uznał, że powodem jest obecność Inżyniera wyzwalającego w ludziach niedobre uczucia.

– Też ulegam jego wpływowi. Zabieram głos, aby powiedzieć coś o sobie, zupełnie niepotrzebnie pokazując moje osiągnięcia, zdobycze czy inny dorobek – pomyślał.

Zastanawiał się, czy nie powinien od razu wstać od stołu i udać się na spacer lub wrócić do pokoju hotelowego. Miał sobie za złe, że nie potrafił wykorzenić w sobie nawyku mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad tym. Był człowiekiem ciekawskim, chciwym wiedzy i świata, ciągle doskonalącym się i lubił to w sobie. Postanowił zmienić to egocentryczne nastawienie, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Byłby to najlepszy moment, bo kiedyś trzeba przecież zacząć.

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najstosowniej byłoby zasnąć, bo mieli przed sobą długą trasę. Większość to uczyniła. Kiedy obudzili się, uznali, że pozostały czas trzeba jakoś zagospodarować. Po kilku godzinach podróży mieli już dosyć snu. Padł pomysł: – Zorganizować konkurs z nagrodami za największe osiągnięcia podróżnicze, włączając w to szacunek i dobroć okazywaną mieszkańcom odwiedzanych krajów.

Rozpoczęto przygotowania nie stroniąc oczywiście od alkoholu, który Darczyńca już wcześniej zaczął roznosić w słynnych dzióbasach. Jego inicjatywę uznano za pozytywną i zgodną z tradycjami Nomadii.

– Kto odbył najwięcej podróży i okazał najwięcej serca tubylcom, oto jest pytanie – wyrwał się Kantyna. Był jeszcze w miarę dobrym stanie i oczy świeciły mu się naturalnym blaskiem.

Analizy osiągnięć i wybór zwycięzcy dokonało jury w osobach Nomadów, którzy wyrazili chęć uczestniczyć w ocenie. Pierwsze miejsce i złoty medal przypadły Darczyńcy. Był szczęśliwy, tym bardziej, że poprzedniego dnia ogłoszono go Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

W obydwu przypadkach Darczyńca otrzymał masę braw i okrzyków poparcia. Było widoczne, że decyzja jury była trafna. Kiedy wstał z fotela, aby podziękować, zaprezentował w pełni swój podróżniczy profil.

– Rozważnie niski, dosyć tęgawy osobnik, w obszernych spodenkach, z których sterczą z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch – szeptem opisała go Wysoka z Kokiem przybliżając usta do ucha Wizażystki. 

Okolicznościowe przemówienie wygłosił Kindżał. Było tego tyle, co kot napłakał.

– Darczyńca to osobnik bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata. Dlatego okazuje miłość dzieciom, czyli małym ludziom podobnie potraktowanym przez życie – zdecydowanie zawyrokowała Wysoka z Kokiem.

Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dyskusję, czy w przypadku Darczyńcy jest to prawdą czy nie, za jałową wobec braku bliższych informacji o jego dzieciństwie. Sam zainteresowany milczał, uśmiechając się niepewnie. Wyglądało na to, że rozmowa na jego temat go nie cieszyła, ale też nie sprawiała mu przykrości.

Dwuznaczną sytuację przerwał Kindżał, pragnący dokończyć mowę pochwalną.

– Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepada, że przywiózł im z kraju dziesięć kilogramów cukierków. Ponieważ szybko się skończyły, dokupował je kilka razy w sklepach po drodze. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał im chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać łakocie.

Po Kindżale zabierali głos inni. Podkreślano, że zwycięzcy jak najbardziej należy się złoty medal także za wielką siłę zachęty do czynienia dobrych uczynków.

– Jest w nim obfitość uczuć, czułość i użyteczna rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju – włączył się Praktyk.

Odc. 30 Darczyńca

O głos poprosił Kantyna, aby – jak to wyjaśnił na wstępie – dokonać ważnego uzupełnienia biografii Darczyńcy. Zaczął bardzo przytomnie, zaskakując nawet te osoby, które za nim nie przepadały.

– Znam przyczyny dobrego serca Darczyńcy. To człowiek, który rozumie krzywdę, jaką wyrządzają dziecku dorośli. Opowiedział mi o traumie jaką sam przeżył. Kochał chałwę, mógłby jeść ją kilogramami, ale rodzice nie pozwalali mu na to. Byli to dziwni rodzice, ale ważne, że go kochali i on kochał ich takimi jacy byli. Marzył o tym, aby wreszcie najeść się chałwy do syta. Nigdy to nie nastąpiło. Dlaczego tak się stało, nie wiem, nie powiedział mi tego. Chodziło o niezaspokojenie ważnych potrzeb, głód tego, co lubi się najbardziej, czego się pragnie, o czym się marzy. Dlatego jubilat tak bardzo lubi pomagać dzieciom, którym brakuje słodyczy i miłości.

Kantyna ogarnął wzrokiem słuchaczy i kontynuował.

– Wiem o czym mówię, bo sam przeżywam taki głód od lat. Dlatego rozumiem i cenię Darczyńcę. Ja bym jednak dzieciakom cukierków z alkoholem nie dawał. To mnie różni od Darczyńcy. Dlatego nie dziwię się, że to on został wyróżniony za pomoc najmłodszym na w czasie swoich licznych podróży misjonarskich, a nie ja. Też chciałem być misjonarzem, ale kiedy mi uświadomiono, że będę musiał chodzić w tej samej ciepłej sutannie w upalne lato jak i w mroźną zimę i powstrzymywać się od jedzenia mięsa w dni świąteczne oraz picia alkoholu we wszystkie dni, powiedziałem sobie: Basta!

Dalsze przemówienie Kantyny przerwały okrzyki. Jedni krzyczeli zachęcająco: – Dać mu wódki, niech mówi, bo mówi rozsądnie, inni: – Nie zawstydzajmy człowieka. To nie po chrześcijańsku.

– W tym, że chciał być misjonarzem, nie ma nic śmiesznego. Sam o tym marzyłem, tylko rodzice woleli, abym zdobył wykształcenie techniczne, bo jak się samochód zepsuje lub zlew w domu zapcha to taka wiedza jest na wagę złota – przemówił Inżynier, zaskakując towarzystwo krótkością swojej wypowiedzi.

Na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze Kantyna, aby dokończyć swoje wystąpienie rozgoryczonym głosem: – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota skórka, nie dla ciebie moczymordo wojewody córka. Wiwat, wiwat, wszystkie stany. Napijmy się, aby rozładować ból lat dziecięcych, za niewłaściwe traktowanie potomstwa przez rodziców a mężów przez żony.

Po występie Kantyny Mistrz Ceremonii Kindżał poprosił o zabranie głosu zwycięzcę konkursu. Wyróżniony złotym medalem Darczyńca był wzruszony. Na ogół nie lubił mówić o sobie, tym razem był w wyjątkowo dobrym nastroju. Przemawiając opierał się o fotel prawą ręką, w drugiej trzymał słynnego dzióbasa, z którego ostrożnie popijał. Kilka razy oblizywał usta wznosząc kieliszek do góry.

– Wychowałem się w środowisku narodowo-patriotycznym, wśród ludzi wrogich wszelkim odmieńcom. Moi rodzice byli homoseksualistami i im się też dostało. Dlatego nie jest mi łatwo teraz przemawiać, ale okazja jest tak ważna, a ja jestem tak szczęśliwy, że uczynię to z przyjemnością. Historia mojej rodziny i dzieciństwa jest nietypowa, lecz pełna miłości i poezji.

– Najważniejsze, homo czy nie homo, jest to, że rodzice bardzo mnie kochali, powiedziałbym nawet, że do szaleństwa. Zresztą wszyscy wiemy, że homo brzmi bardzo podobnie jak dom po angielsku, a dom znaczy wszystko, co najlepsze. Nie będę cenzurować rodziców za to, kim byli, bo darzyli mnie najlepszymi uczuciami. Teraz, będąc dorosłym człowiekiem, lepiej rozumiem labirynty uczuć. Ludzie są różni a miłość jest jak ekwilibrystyka cyrkowa. Każdy cyrkowiec robi swoje sztuczki inaczej. Jeden na leżąco, na brzuchu lub na plecach, inny na siedząco lub stojąco, jeszcze inni na boku, w zwisie lub w układzie piramidalnym. Tu, w Indiach, możemy sobie śmiało powiedzieć, że Kamasutra i miłość są dla wszystkich, bo żyjemy w demokracji. Nasze Pismo Święte mówi też wyraźnie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Wśród bliźnich nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, mądrych i głupich czy dobrych i złych. Nie jest ważne, jakiej płci jest bliźni, mamy święty obowiązek go kochać. Zresztą niejednej kobiecie jest na imię Marzanna, a niejednemu mężczyźnie na imię Teofil, a wszyscy wiemy, że to są dobre imiona podobnie jak tysiące innych. Nie możemy nikogo dyskryminować. Dlatego ja kocham dzieci, bo one są niewinne niezależnie od rodziców, którzy mogą być tacy lub inni, a przy okazji dziękuję Bogu za złoty medal.

Po toastach na cześć medalisty towarzystwo rozruszało się, niektórzy mieli prośby o wyjaśnienie jakichś szczegółów przemówienia Darczyńcy, powagę mieszano z żartami a tematy ważne z niepoważnymi. Bawiono się, aby zapomnieć o przeszłości, trudnym dzieciństwie, przeciągającej się podróży, upale panującym na zewnątrz, zmęczeniu, tuszując, kiedy trzeba, zgrabnym słowem, żartem lub uśmiechem niezręczne sytuacje, jakie zdarzają się między ludźmi, nawet w najlepszym towarzystwie.

Odc. 31 Kindżał

Impreza tak się podobała, że Nomadowie postanowili organizować podobne konkursy przy każdej, mającej sens, okazji. Sensu dopatrywano się w czasie przejazdu, który musiał być dostatecznie długi, oraz w dostępności alkoholu uznanego za najlepszy środek stymulowania wyobraźni i dobrego nastroju.

– Nie ma nic lepszego nad alkohol w podróży, także w życiu. Ja stosuję go leczniczo od lat i jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – Kantyna złożył deklarację miłości do używki z takim przekonaniem, że aż wzbudził sprzeciw.

– Nie przesadzaj! – prawie krzyknęła Wizażystka. – Nie widać tego po tobie, ze reprezentujesz szczęście na tym padole łez i nieudanych makijaży.

Siedzący w pobliżu Nomadowie popatrzyli na nią. Mieli wrażenie, że krzyknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz promieniała oryginalnymi motywami kwietnymi, wzorami liści i kwiatów roślin pokazywanych kilka dni wcześniej przez Przewo. Były to miniaturki ułożone w pasmo kolorowych bukiecików artystycznie wymalowanych pod oczami, tworzących panoramę przerwaną pośrodku pionowym fragmentem nosa. Było to tak oryginalne i zachwycające, że kilka osób poprosiło, aby pozowała im do zdjęcia. Przystała na to z radością, jaką odczuwa twórca dający innym okazję do przeżywania głębokich wzruszeń artystycznych. 

Następnego dnia, w Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym, poświęconym upowszechnianiu piękna i artyzmu w sztuce, pierwsze miejsce i złoty medal zdobył Kindżał. Był najlepszy w artystycznych pomysłach rozrywkowych, konkretnie w umiłowaniu i upowszednianiu szlachetnej broni. Był bezkonkurencyjny. Wszyscy na niego głosowali. Chodziło o białą broń, noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W Nomadii Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. W życiu zawodowym prowadził kilka przedsiębiorstw, wykazując wielką inicjatywę i przedsiębiorczość. Bez wahania zmieniał prowadzony biznes na inny, jak tylko odkrył ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Można było mieć wrażenie, że po powrocie do kraju pasja artystyczna pogrąży jego miłość do biznesu.

Zdobywca złotego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem – jak to wyjaśnił w wywiadzie udzielonym na gorąco między dwoma rzędami foteli w autobusie – że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrza, nie trójkątne, czyli w kształcie, którego organicznie nie znosił.

W Indiach i w Nepalu wszyscy sprzedawcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni chyba na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że grupa handlarzy czekała na autobus, którym podróżował. Zanim pojazd zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały tłum. Podbiegli do Kindżała z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilkanaście metrów dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na prowizorycznych stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakiego eksponatu poszukuje danego dnia i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajne kindżały, jakie jeszcze na oczy nie widział” i podobne niezwykłości.

Kiedy ogarniał go amok kupowania, Kindżał był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się jednak, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia, trzydzieści a nawet pięćdziesiąt dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny okaz jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego obrzydliwie nachalni, mimo to usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nieprzerwanej aktywności, natarczywości i napastliwości, podejmowania wszelkich prób sprzedaży. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu.

Chyba wyczuwali jego odporność na agresywny marketing, ponieważ zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty.

– O! Ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu dużo bardziej niż inne i jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten z kolei ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat! – podpowiadał z boku z przekonaniem cichy wspólnik sprzedającego.

Jambiya dagger with pistol-shaped hilt. India Mughal dynasty.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum Kindżał uzasadniał w prosty sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam zamordować. Nie będę też otwierać rzeźni uboju rytualnego.

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej nie było. Piotr spekulował po cichu, że przyjaciel prowadzi albo zamierza prowadzić ekskluzywny sklep z orientalną białą bronią dla bogatej klienteli.

Odc. 32 Tajemnica Kindżała

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał kilka przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci liczeniem upominków a jeszcze bardziej oglądaniem ich zdobień. Ich głowy były zaprzątnięte podejrzeniami przemytu kamieni szlachetnych i złota. Po badaniu przez eksperta zdobienia okazywały się sztuczne; imitacje kamieni i złota były tak doskonałe, że trzeba było niemałej wiedzy i doświadczenia, aby odróżnić je od naturalnych.

Dopiero kilka miesięcy po powrocie z Indii Kindżał przyznał się Piotrowi, a właściwe tylko napomknął, kiedy się bezpośrednio spotkali, co było jego prawdziwą pasją. Piotr słyszał o nim potem niejednokrotnie, że stał się bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. Miał obsesję na punkcie złota. W miejscowości, gdzie miał letnią rezydencję, nazywano go Krezusem.

W dniu, kiedy Praktyk dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się, co w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za stan przejściowego upośledzenia umysłowego. Rano poczuł się już znacznie lepiej.

W Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym była jeszcze druga nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów. Cieszył się z drugiego miejsca w konkursie i srebrnego medalu, ale dalece mniej entuzjastycznie jak Kindżał.

– Zachowuje się tak, jakby codziennie wręczano mu srebrny medal i przy okazji całowano po rękach. Zarozumialec! – Wysoka z Kokiem miała chyba do niego jakieś uprzedzenia, może z racji jego postawy, ponieważ był znacznie od niej wyższy i chodził w głową uniesioną do góry.

Przewo był jedyną osobą nie przywiązującą do konkursów autobusowych większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się prości turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursów. Swój pogląd wyraził bardzo prosto:

– Wasze konkursy pod pozorami rozrywki trywializują sprawy naprawdę ważne.

Pod koniec wycieczki Przewo odsunął się nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać, a nie sobie samej. Starał się jej pomóc jak mógł, objaśniając i uświadamiając Nomadom, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Praktyk nagrywał na dyktafonie fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem zapisywał i wykasowywał, aby zdobyć miejsce na dalsze nagrania. Zapadła mu w pamięć ostatnia wypowiedź Przewo zarejestrowaną na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, że masy ludzi żyją w Indiach jak porzucone na pastwę losu dzieci, a obywatele innych państw, obcokrajowcy tacy jak my, przyjeżdżają do Indii aby oglądać ich nędzę i jak najszybciej o niej zapomnieć.

Spokojny przebieg wycieczki zakłócił incydent związany z Piotrem Praktykiem, który w niewytłumaczalny sposób zniknął na dwa dni z życia grupy. Wszystko zaczęło się w momencie wejścia Nomadów do autobusu mającego ich zawieźć do Dżajpuru. To był początek jego niebytu. Sam mało co pamiętał, wszystko musieli mu przypominać towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo, całe dwa dni. Nikt ciebie nie widział.

Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego zatopione w przestrzeni oczy, niemy świadek bezmiaru zagubienia. Był to najdziwniejszy epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni. Wkrótce o tym wszyscy zapomnieli.

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiadali do niego popołudniową porą, było wciąż gorąco, wewnątrz panował jednak przyjemny chłód. Wnętrze autobusu było urządzone jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie. Darczyńca zaproponował rozluźnić się odrobiną alkoholu.

– Wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie podróży w Dżajpur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy przy serwowaniu alkoholu. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Podawał alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butelki. Robił to szybko i sprawnie. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolał. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się, o co chodzi. Wkrótce wszyscy posnęli. Tylko Praktyk czuwał mając problemy ze snem. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Wszystkie okna w autobusie miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Odc. 33 Głowa

Kiedy u sufitu autobusu zapaliły się rozjaśniające mrok małe lampki, Piotr Praktyk poczuł, że nastąpiła jakaś niezrozumiała i tajemnicza zmiana. Skoncentrował się i obserwował, co się dzieje. Popatrzył na śpiących. Leżeli oparci plecami o fotele, przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrza gardeł jak u lekarza. Ich twarze były pogodne, niektóre uśmiechnięte, kontrastując z tułowiem, pełnym sennej dojrzałości i powagi. Praktyk wytężył uwagę i wyobraźnię starając się dostrzec coś więcej. Przypatrzył się uważniej śpiącym, określając ich zachowanie jako zawadiackie.

Głowy podróżujących sprawiały wrażenie jakby były przyklejone do oparcia foteli. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się lekko i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Rzucane na boki spojrzenia i uśmiechy zatrzymywały się na zasłonach okiennych, odcinających ich od świata zewnętrznego, który przesuwał się z szybkością ruchu autobusu. Czasem zasłona okienna uchyliła się z boku i wtedy Piotr widział migające drobne postacie rikszarzy, pedałujących w pośpiechu, aby zarobić na posiłek i szybszy powrót do domu. Piotr pomyślał o głodzie i poczuł w ustach smak placka naan świeżo upieczonego na rozgrzanej płycie. Jeden z rykszarzy wiózł tak wielką gorę paczek i pakunków, że można by jej użyć dla demonstracji, jak na przestrzeni wieków wybrzuszały się Himalaje.

Około północy nad przejściem między przednimi i środkowymi drzwiami autobusu pojawiła się samotna ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami. Była pozbawiona tułowia, zawieszona w łagodnym mroku nad przejściem na wysokości ramion dorosłego mężczyzny. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – odruchowo pomyślał Piotr i żachnął się, uznając to za nonsens.

Przyglądał się Głowie. Nikt inny jej nie zauważył. Był pewien, że współpasażerowie pozostawali w uśpieniu, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Zniżała się powoli, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć dziwaczny taniec, taczając się do przodu i do tyłu w zależności od tego, czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się i znowu znieruchomiała na wysokości górnych półek autobusu.

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co zdarzyło się w autobusie. Piotr nie odzywał się do nich, nie zwracał im na nic uwagi, obserwował tylko ich reakcje. Zawieszona w powietrzu Głowa wywoływała różne uczucia i zachowania. Jej widok przestraszył kobiety; mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Piotr nie dziwił się temu, gdyż mogli być także pod wpływem alkoholu.

Głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panie i panowie! Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z przypomnienia sobie, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Rasputin. Chyba dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Mimo głośnej rozmowy i śmiechu pasażerów Głowa pozostawała nieruchoma. Dopiero teraz Piotr zauważył, że jest smutna. Jej smutek i samotność wywoływały stopniowo coraz większe współczucie w obserwujących ją ludziach. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Darczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Darczyńca opowiedział głośno, kiedy się uspokoił.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku, z jej ust wysunął się język a oczy zamrugały filuternie. Domyśliłem się, o co jej chodzi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymam słodycze dla dzieci. Dałem jej lizaka a ona złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania, po czym zniknęła w mroku. Czułem, że jest wciąż w autobusie, ale jej nie widziałem.

Odc. 34 Kierowca Rashid i Głowa

Kiedy Głowa ukazała się ponownie, Piotr zauważył zniknięcie kierowcy autobusu. Wyglądało to jak sztuczka prestidigitatora: jeden obiekt pojawia się, drugi znika. Zaniepokojony, że autobusem nikt nie kieruje, wstał z siedzenia i przeszedł kilka kroków w kierunku kierowcy. Już z dala widział, że w kabinie kierowcy nie ma nikogo, więc zawołał:

– Rashid, gdzie jesteś?

Nie było to imię kierowcy, ale kiedy Nomadowie mówili do niego Rashid, reagował bardzo pozytywnie, czasem ciesząc się wręcz jak dziecko. Prawdziwe imię kierowcy było nie do wymówienia ani zapamiętania. Kierowca z zasady nie odzywał się do nikogo, ale kiedyś powiedział Wizażystce:

– Prawidłowo wymawiasz to imię, masz dobry akcent.

Przewo mówił im potem, że kierowca, prawdziwy Hindus, ma bardzo pozytywne usposobienie, jest pogodny i życzliwy. Imię Rashid bardzo lubił bo było to imię słynnego aktora hinduskiego Rashida Khana, grającego w filmie Czarny Bazar. Kierowca oglądał ten film piętnaście razy.

Piotr zawołał ponownie:

– Rashid, gdzie jesteś? ale nikt się nie pojawił ani nie odezwał, Piotr wrócił więc zrezygnowany na swoje miejsce.

Potem, już po zatrzymaniu się autobusu, kierowca tłumaczył się, że cały czas był w kabinie i tylko się schylił, aby podnieść coś z podłogi. Komuś innemu mówił natomiast, że wyszedł do toalety i drzwi się zablokowały, ale nic się nie stało bo był to długi i prosty odcinek drogi a autobus ma tempomat utrzymujący stały kierunek jazdy. Były to dziwne tłumaczenia. W trakcie rozmowy z kierowcą, Piotr Praktyk przyjrzał mu się dokładnie. Był to szczupły i niezbyt wysoki mężczyzna, w nieokreślonym wieku między trzydzieści pięć a pięćdziesiąt lat. Czarne wąsy nadawały mu powagę a obfita czupryna odmładzający wygląd. Na wysokości uszu włosy były nieco dłuższe. Piotra ogarnęło wrażenie, że Rashid jest aktorem i to, co miał na sobie, było tylko charakteryzacją.

Nieprawdopodobne zdarzenia dały początek spekulacjom wycieczkowiczów, że zarówno kierowca jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistych, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie potrafili ani nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem ducha kraju, po którym podróżowali.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – głowa znowu się ukazała, jakby była tam zawsze. Na wyścigi starali się okazać jej dowody życzliwości i wsparcia. Darczyńca wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył go Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę bo szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła niezręczna cisza. Sytuację usiłował ratować Rasputin; odważnie stanął obok Głowy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie i odwrócić w ten sposób uwagę od niemiłej sytuacji.

Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe, ponieważ pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły Głowę w cieniu. Ktoś zaproponował wtedy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Darczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Okazały się tak udane, że wszyscy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na pięćdziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawimy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo – był to głos Darczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w Nomadów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Zapanował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie o romans z Głową. Właśnie dlatego piję, że jest taka nienormalna.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złotym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Alkohol ożywiał ich działając jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat marzeń i miłych urojeń.

Po wyjściu z autobusu, jak zwykle policzyli się. Nikogo nie brakowało.

– A gdzie Głowa? – krzyknął zrozpaczony Darczyńca.

Głowa zniknęła. Przeszukali cały autobus, sprawdzając także czy ktoś jej nie widział na zewnątrz, poza pojazdem. Towarzystwo poczuło się nieswojo, niektórzy Nomadowie rozglądali się niespokojnie na boki. Przewo nieświadomie dołożył do ogólnego zdenerwowania swoją cegiełkę, opowiadając historię zdarzenia mającego w tle dziewczynę na cmentarzu o północy. Skończył wyjaśnieniem:

– To była bardzo odważna osoba. Nie bała się być na cmentarzu nawet o północy. Przechodziła tamtędy w nocy kilka razy, bo była to dla niej najkrótsza droga do domu ze stacji kolejowej. Ale kiedy ją przestraszyli, padła martwa na ziemię. Po prostu zmarła na serce.

Odc. 35 Lustrzana Sala Wyobrażeń

Dzień przed zwiedzaniem Sali Wyobrażeń Przewo powiedział, że można się w niej zgubić.

– Lustrzana Sala Wyobrażeń jest przedziwnym miejscem. Jest małym fragmentem wielkiego kompleksu pałacowego lecz tworzy poczucie, jakby go wypełniała. Ma kilka ścian wewnętrznych, każda ma swoją nazwę i wywołuje w zwiedzających inne odczucia i emocje. Wskutek milionowych odbić w lustrach ułożonych pod różnym kątem na ścianach, suficie i podłodze ma się wrażenie przebywania w labiryncie. Można się tam naprawdę zagubić.

– To chyba niemożliwe – zaoponował słabo Kantyna. Jego przekrwione z przepicia oczy i zmęczona twarz sugerowały, że odzywa się, aby utrzymać się w stanie przytomności.

Przewo popatrzył na niego i kontynuował.

– Kiedyś, dopiero po trzech dniach, odnaleziono w niej turystę. Siedział w rogu sali skulony ze strachu, głodu i zimna. Lustra tak pomniejszyły i zdeformowały jego postać, że nie zauważyli go nawet strażnicy. Skończyłby się na amen, gdyby przypadkowo nie potknęła się o niego turystka zagraniczna i nie zaczęła głośno wzywać pomocy. Pracownicy szpitala, gdzie trafił, opowiadali, że po kilku dniach bez jedzenia i picia skóra mu dosłownie poszarzała a on sam wychudł. Kiedy doszedł do siebie wyjaśnił, że przetrwał zlizując wilgoć spływającą ze ścian pod koniec nocy, kiedy powietrze jest najchłodniejsze.

Uczestnicy wycieczki uznali, że Przewo ich straszy lub sobie z nich dworuje. Nie wierzyli mu, ponieważ poważnemu tonowi głosu i spokojnej mimice twarzy przeczyły żywe gesty rąk i błyski w oczach. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Niezrażony kontynuował wyjaśnienia.

– Po zwiedzaniu trwającym zazwyczaj kilka godzin, ludzie opuszczają Lustrzaną Salę Wyobrażeń pobudzeni duchowo. Sporo osób czuje, że się zmieniło, że stali się lepsi. Mało kto twierdzi inaczej, ponieważ takie jednostki uważane są za oszustów ukrywających prawdziwe uczucia, markujących, że nic się nie zmieniło i wszystko jest w porządku. Ludzie naprawdę się zmieniają. Pewna zakochana kobieta, pamiętam, że była to młoda, rudowłosa Angielka o imieniu Jane, zobaczyła się w lustrze w objęciach innego mężczyzny i uznała, że jest rozpustna. Upierała się przy tym mimo tego, że ci którzy ja dobrze znali, twierdzili, że to czyste urojenie z jej strony. Jej ukochany po pewnym czasie zapadł w depresję i przestał się do niej odzywać. Nawet jej się nie przyznał, że i on zobaczył siebie w objęciach innej kobiety. Oboje byli głęboko rozczarowani sami sobą i partnerem. Kobieta straciła wdzięk, atrakcyjność i czułość, on zaś popęd seksualny i chęć do życia. Tłumaczono im, że były to tylko fałszywe odbicia jakichś głębszych, nieuporządkowanych myśli, lecz nic to nie zmieniło. To tylko przykład ryzyka zwiedzania Lustrzanej Sali Wyobrażeń.

Przed wejściem do sali stały dwa potężne wykonane z miedzi kotły, każdy o pojemności pięciu tysięcy litrów. Od strony frontowej na ich powierzchni widniał obraz masywnej twarzy z wąsami. Legenda głosiła, że byli to poddani cesarza Akbara, którzy zwątpili w potęgę jego władzy. Cesarzowi wpadł w gniew, kazał ich przetopić razem z miedzią i umieścić ich wizerunki na kotłach dla przestrogi innych. Tuż obok kotłów, na wystawie eleganckiego małego sklepu, pyszniły się manekiny w strojach maharadżów i radżów oraz ich kobiet, zdobnych w historyczne stroje i oszałamiającą biżuterię. Ich twarze wyglądały jak po ospie, dziurawe i pręgowate. Tworzyło to atmosferę niepokoju jeszcze przed wejściem do sali. Przewo przypomniał grupie, że to są tylko manekiny, ale i tak wkraczali do sali z duszą na ramieniu. Nastrój udzielił się wszystkim, tym bardziej, że i w recepcji hotelu nie szczędzono im ostrzeżeń.

Piotr Praktyk poczuł się nieswojo, jak tylko znalazł się wewnątrz. W pierwszym odruchu uznał pomieszczenie za dziwaczne muzeum z przeszłości, w którym ludzie grają rolę eksponatów. Najbardziej zaskoczyło go, że lustra otaczały go ze wszystkich stron jak gęste zasłony, wypełniając ściany, sufit, podłogi jak i fragmenty wewnętrznych przestrzeni sali. Nawet klamki i okucia okienne błyszczały odbiciami ludzkich postaci. Czuł się osaczony, miał wrażenie, że lustra krzyczą coś do niego niemymi ustami. Nawet po kilkunastu minutach zwiedzania nie oswoił się jeszcze z niezwykłym otoczeniem. Rozglądał się, ale nie widział nikogo z towarzyszy wycieczki, jakby rozmyli się we w mgle. Był sam. Potem się okazało, że inni znaleźli się w tej samej sytuacji, czując się osamotnieni.

Odc. 36 Piotr w Sali Luster

Ogrom Sali Lustrzanych Wyobrażeń poraził Praktyka. Nie wiadomo, co powodowało, że pomieszczenie, sięgając gdzieś w nieskończoną dal, wydawało się nie mieć ścian ani krawędzi. Czuł się jak na pustyni oświetlonej rozsypanymi w pył promieniami słońca. Strażnicy napotykani po drodze wyjaśniali zwiedzającym, że poruszają się w sali jak po spirali, stąd wydaje się im bezgranicznie wielka. Słyszał ich głosy, ale ich nie widział.

Na ścianie wschodniej zobaczył napis wygrawerowany na srebrnej tabliczce: „W tej sali Bogini Kali, dawczyni życia, zagubiła się na cztery wieki zanim odnalazła się nad brzegiem Gangesu”.

Piotr przemierzał salę przez pół dnia, widząc tylko obcych ludzi, zanim dotarł do jej środka. Nie miał pojęcia jak tam trafił, ponieważ nigdzie nie było tabliczek wskazujących kierunek. Nikt też nie umiał wyjaśnić, którędy iść. O kierunek zwiedzania pytał przypadkowo napotkanych strażników i kobietę w średnim wieku, blondynkę, wyglądającą na Europejkę, ale nie zrozumiał tego, co mówili.

– Tego się nie da określić. To kwestia intuicji tak jak szukanie drogi w labiryncie – wytłumaczył mu chwilę później po angielsku starszy Hindus. Powiedział, że ma sto dziewięć lat i nazywa się Arya Patil. Był rzeczywiście bardzo stary. Miał chude ramiona, pomarszczoną jak pergamin twarz, rozwichrzone rzadkie siwe włosy na głowie oraz wyjątkowo krzaczaste brwi. Razem z białą brodą i bokobrodami jego twarz sprawiała wrażenie maski aktorskiej. O wieku mężczyzny świadczyły długie przypominające szpony paznokcie.

– Śmierć o mnie zapomniała – skarżył się starczym, gardłowym głosem – i tak się błąkam po tym świecie. Byłem balwierzem i pracowałem do setnego roku życia. Teraz jestem sam, nie mam nawet rodziny. Utrzymuję się z datków dobrych ludzi.

Piotr dał mu dwadzieścia rupii i ruszył dalej nie oglądając się za siebie, aby nie prowokować starca do dalszej rozmowy.

Sam środek sali był oznaczony. Stał tam drogowskaz z kierunkami stron świata oraz opisem, jak dotrzeć do Ściany Pięciu Żywiołów reprezentowanych przez ziemię, wodę, ogień, powietrze i dźwięk, Ściany Czterech Stron Świata oraz Ściany Proroctw, gdzie w lustrach można było czytać proroctwa, przepowiednie i kabały. Były też jeszcze Ściana Luster Bez Dna oraz Ściana Mądrości i Głupoty.

Ściana Luster Bez Dna była przerażająca, ponieważ można było zobaczyć na niej siebie samego w szczegółach anatomicznych i ocenić stan swojej śledziony, wątroby a nawet stan umysłu, choroby czy szaleństwa. Wszystko to było tak szokujące, że niektórzy zwiedzający nie wytrzymywali i uciekali. Zdarzały się też omdlenia i zasłabnięcia, kiedy ludzie tracili przytomność lub wpadali w dziwną ekstazę. Na miejscu był lekarz i pielęgniarka, aby w razie potrzeby udzielić pomocy. Najczęściej wyjaśniali ofierze, że nastąpiła autohipnoza i pomagali jej odzyskać naturalną interpretację rzeczywistości. Cięższe przypadki kierowali do karetki pogotowia ratunkowego, stojącej za ukrytymi w lustrze drzwiami, która odwoziła ofiarę do szpitala.

Przewo wyjaśnił potem Nomadom, że niezwykłe zachowania ludzi w Sali Lustrzanych Wyobrażeń nie były przypadkowe. Nie bez znaczenia były napoje sprzedawane w lokalnym sklepie, aromatyzowane a nierzadko narkotyzowane. Władze wiedziały o wszystkim; procederu sprzedaży napojów jednak nie likwidowano. Przewo znał przyczynę. Powołał się na słowa gubernatora prowincji Radżastan, któremu zarzucano tolerowanie niewłaściwych praktyk handlowych.

– Nie zabijemy przecież kury znoszącej złote jaja. Jeśli zwiedzający pragną popaść w ekstazę lub dręczyć się swoim nędznym wyglądem, to dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać?

Droga do Ściany Luster Bez Dna była najbardziej wydeptana. Tłumaczono to tym, że nie ma niczego bardziej pasjonującego i szokującego dla człowieka jak poznanie prawdy o sobie.

Piotrowi Praktyce najbardziej podobała się Ściana Mądrości i Głupoty. Stał przed nią najdłużej, przypatrując się lustrzanej powierzchni wielkości frontu małego domu. Figurowała na niej połyskliwa naga para Mądrości i Głupoty, splecionych w serdecznym uścisku. Przewo, wiedzący chyba wszystko o Lustrzanej Sali Wyobrażeń, wyjaśnił symbolikę ściany:

– To, co jednym wydaje się mądre, dla drugich jest głupie. Dzisiejsze czasy pokazują to szczególnie wyraźnie. Przykładami mogą służyć: szalona miłość, wyścig szczurów, nienawiść, szczepienia przeciwko epidemii, naga prawda oraz niektóre książki i filmy. Jeden ci powie o powieści „Zachwyciła mnie. Nie ma chyba nic piękniejszego i mądrzejszego w literaturze”, drugi zaś „Gorszej chały nie czytałem, jej autor to wyjątkowe beztalencie”.

Na nierzucającej się w oczy małej ścianie obok Ściany Mądrości i Głupoty, Piotr Praktyk znalazł krótkie przesłanie kobiety dojrzałej do dojrzałego mężczyzny pochodzące ze starohinduskiej Księgi Mądrości Limitowanych. Kobieta napisała:

„Witaj Mężczyzno! Nie możemy spotkać się jutro. Mam kilka ważnych spraw osobistych, które muszę pilnie załatwić, ponieważ ich odwlekanie może zaciążyć na losach wielu ludzi. Dotyczą one przyszłości, tych pokoleń, które już są i tych, które przyjdą. Mam nadzieję, że zrozumiesz to przesłanie. Pozdrawiam Cię przyjaźnie, Kobieta”

Piotr zastanawiał się dłużej nad tekstem starając się zrozumieć, jakie było dokładnie przesłanie kobiety. Aby nie psuć sobie samopoczucia uznał, że tekst nie jest w jego stylu i dlatego nie przemawia do niego.

– Sam mówię i piszę jaśniej, mniej poetycko, nie tak tajemniczo i skrótowo. Może kobiety coś z tego zrozumieją, bo ja nie potrafię – powiedział w kierunku mikrofonu służącego do nagrywania wypowiedzi gości.

Odc. 37 Fatehpur Sikri

Przy wyjściu z Lustrzanej Sali Wyobrażeń, już po zewnętrznej stronie drzwi, wyłożona była księga pamiątkowa. O niezwykłości miejsca świadczyły wpisy wybitnych gości, przywódców państw, prezydentów i premierów, dygnitarzy krajowych i zagranicznych, naukowców, generałów, prezesów wielkich korporacji oraz celebrytów i podobnych osób.

– Brakuje tylko wpisów oczytanych przewodniczących stowarzyszeń alkoholików anonimowych, właścicieli księgozbiorów o mądrości ludowej oraz kutych na cztery nogi studentów – ironizował Kantyna, czekając – w stanie wyjątkowej trzeźwości – razem ze Szczepanem i Inżynierem na pozostałych członków grupy.

Wieczorem Nomadowie rozmawiali o wrażeniach wyniesionych z Lustrzanej Sali Wyobrażeń. Szukali we wcześniejszych wspomnieniach czegoś równie imponującego i tajemniczego. Niemile zaskoczył wszystkich Proteza. Mówił tak, jakby chciał wyrządzić im przykrość wspomnieniami z przeszłości.

– Byłem kiedyś w moim miasteczku w sklepie meblowym, gdzie pod ścianą stały obok siebie trzy szafy z lustrzanymi drzwiami. To było dla mnie największe przeżycie. Potem jeszcze widziałem siebie w krzywym zwierciadle. Był to jednak tak nędzny i wynaturzony obraz, że odwróciłem się tyłu, aby nie widzieć wstydu w moich oczach. Pomyślcie! Tacy Hindusi, niby prosty naród w porównaniu z nami, dumnymi Nomadami, już kilkaset lat temu stworzyli Lustrzaną Salę Wyobrażeń, gdzie człowiek może się rozświetlić i nasączyć duszę miliardem świetlanych odbić . A co my wynaleźliśmy w tym czasie? Szafę z lustrami, w której można było tylko przechowywać ubrania i to koniecznie w naftalinie, aby je mole nie zjadły. Taka szafa nie dość, że nie emitowała milionów odbić, to jeszcze miała przykry dla człowieka zapach. Jacy my jesteśmy mierni w stosunku do Wschodu! Nie wiem, czy coś się w tym kiedykolwiek zmieni. Może u nas jest tylko czyściej i małpy nie chodzą po ulicach. Eh, do licha!

Tego wieczora nie rozmawiali już więcej, oprócz przypominania sobie nawzajem, o której godzinie mają się spotkać rano przed hotelem, aby wyruszyć w dalszą podróż.

Spotkanie po śniadaniu przed wyjazdem na zwiedzanie miasta Fatehpur Sikri rozpoczęło się od wyjaśnień Przewo. Z tej okazji, że był to już dziesiąty dzień wycieczki, uczestnicy już wcześniej ustalili, że nadadzą mu honorowy tytuł Prześwietny Przewo. Na początku Przewo podszedł do tego nieufnie, podejrzewając chęć zemsty za jakieś nieokreślone niedociągnięcia z jego strony, ale mu wytłumaczono, że powód nominacji jest szczery i uczciwy.

Plan dnia obejmował zwiedzanie Fatehpur Sikri zwanego Miastem Duchów. Przewo zaimponował grupie, posługując się mapami i slajdami wyświetlanymi na przenośnym ekranie. 

– Fatehpur Sikri, zwane Miastem Duchów, to ogromny kompleks forteczno-pałacowy dawnej stolicy Wielkich Mogołów. Leży w stanie Uttar Pradesz sto osiemdziesiąt kilometrów na południe od Delhi i trzydzieści siedem kilometrów na zachód od Agry. To niezwykłe miejsce. Zobaczymy tam grobowiec Szejka Salim Chisti, arcydzieło architektury tamtych czasów czyli szesnastego wieku. Także grobowiec cesarza Indii z dynastii Wielkich Mogołów, Akbara, miłośnika literatury, architektury i sztuki, który – jak podaje część źródeł historycznych – nie umiał czytać. Prawda jest taka, że był dyslektykiem. To on założył królewskie miasto Fatehpur Sikri, dziś wspaniały zabytek architektoniczny chroniony przez UNESCO.

Aby ułatwić zapamiętanie ważniejszych informacji, Przewo wyciągnął z torby podróżnej kolorową rycinę z wizerunkiem cesarza Akbara oraz zdjęcia pokazujące kluczowe obiekty Fatehpur Sikri. Piotr Praktyk był mu za to wdzięczny. Swoimi wspomnieniami podzielił się ze stojącym obok Kindżałem.

– Ilekroć zwiedzałem jakieś imponujące miejsce za granicą, przewodnicy pędzili nas jak stado zwierząt do wodopoju, abyśmy jak najszybciej nasączyli się życiodajnymi widokami zabytków w oprawie ich wyuczonych słów.

Przewo dawkował im informacje, pokazując ryciny, zdjęcia oraz wyświetlając plan miasta na ścianie muru, przy którym się zatrzymali w celu odbycia szkolenia.

Odc. 38 Zabytki Fatehpur Sikri

Na miejscu, już wewnątrz kompleksu pałacowego, Przewo podjął dalsze wyjaśnienia. Nie były one odbierane jak zawsze, z uwagą i zrozumieniem. Czy to z powodu gorąca, czy też tego dnia uczestnicy poczęstowali się czymś stymulującym, przerywali mu często, aby dorzucić coś od siebie lub choćby skomentować jego słowa. Przewo miał wrażenie, że usiłują pokazać swoją wiedzę, czymś się wykazać. Starając się zapomnieć o utrudnieniach, kontynuował.

– Początkowo Cesarz Akbar za stolicę państwa obrał Agrę, a swoją siedzibę ustanowił w Czerwonym Forcie. Wkrótce, podobnie jak inni władcy indyjscy, postanowił założyć nową stolicę, nazywając ją Fatehpur Sikri. Zbudował w tym celu imponujące miasto, którego rozmach architektoniczny można podziwiać do dziś i to …

– Nowe miasto wybudowane zostało na miejscu wioski Sikri, a powstanie stolicy zostało ogłoszone w roku 1571 – przerwał mu Kantyna, czym wszystkich zadziwił jak i zdenerwował, prowokując komentarze.

– Jak on zdobył się na tak monstrualny wysiłek intelektualny, tego nie zrozumiem do końca życia – odezwała się Wysoka z Kokiem.

– Ta kobieta potrafi być okrutna jak mało kto, ale też nie można powiedzieć, że nie ma racji – pomyślał Praktyk.

– No właśnie – podjął Przewo, dokonujący cudów na niwie przywracania spokoju i uwagi wobec licznych interwencji słownych uczestników wyprawy.

– Zbudowane w owym roku miasto zostało opuszczone zaledwie czternaście lat później. Nastąpiło to prawdopodobnie z powodu niedostatku wody pitnej. W ten sposób przeszło do historii jako miasto-widmo.

Zabytków do zwiedzania w Fatehpur Sikri i Dżajpurze była taka masa, że Nomadom prawie się w głowach kotłowało. Piotr Praktyk zapamiętał cztery najważniejsze: Wielki Meczet, Brama Zwycięstwa, Pałac Wiatrów oraz Sala Audiencji Prywatnych. Robił mało zdjęć, aby nie tracić czasu, sporządzał tylko notatki, gdzie był i co zwiedzał tego dnia. Po powrocie do domu łatwiej mu było przypomnieć sobie, co to za obiekt czy miejsce, ponieważ zdjęcia były automatycznie oznaczane datą i godziną wykonania.

Po zakończeniu zwiedzania jak zwykle posilali się w restauracji i rozmawiali. Była to restauracja Putnia przy Bypass Crossing, oferująca dania azjatyckie i hinduskie, przyjazna dla wegetarian, wegan i dzieci. Piotr jadł tego dnia niewiele. Brakowało mu apetytu. Było bardzo gorąco, co mogło wyjaśniać jego zachowanie, on jednak tłumaczył przyjaciołom przy stole, że nie musi jeść wiele, ponieważ upaja się egzotycznymi nazwami. Miał je zapisane, niektóre pamiętał: Wielki Meczet czyli Jama Masjid, Brama Zwycięstwa – Buland Darwaza, Pałac Wiatrów – Hawa Mahal oraz Sala Audiencji Prywatnych czyli Diwan-i-Khas.

Nastrój podsumował poetycko Szczepan, w ostatnich dniach mniej aktywny. Martwiono się o niego, ponieważ zazwyczaj był duszą towarzystwa. Szczepan zaskoczył Nomadów stając na krześle i recytując z głowy, jak zapowiedział, fragment znanej ballady hinduskiej. Może była to nawet jego własna improwizacja, lecz nikt tego nie dochodził, bo uwagę zebranych wypełniły brawa.

– W promieniach słońca tańczącego na ścianie razem z drobnymi jak dziecięcy palec jaszczureczkami, w powietrzu pachnącym zielonolistną herbatą, poczuliśmy na podniebieniach dźwięczne nazwy zabytków przeszłości ubranych w ciepłe kolory Orientu.

– Zwróćcie uwagę, jak bardzo budowle Fatehpur Sikri wykonane z takiego samego rodzaju kamienia różniły się od siebie kolorystycznie – dodał Przewo, przerywając posiłek.

–  Kocham kolory – rozmarzyła się Wysoka z Kokiem. Pochyliła się do siedzącej obok Wizażystki i szeptała jej do ucha najciszej jak potrafiła, ale tak, aby sąsiedzi też słyszeli.

– Uwielbiam nosić bieliznę w kolorach intymności. Dzisiaj na przykład mam na sobie łososiowe majteczki, jasnobłękitną haleczkę i – jak widać – czerwoną sukienkę w grochy symbolizujące grzech pierworodny. Takie stroje doprowadzają mężczyzn do ekstazy, pod warunkiem stworzenia odpowiedniej atmosfery. Jeśli chcesz, powiem ci później, jakiej marki jest ta bielizna i gdzie można ją kupić. Tutaj zamierzam wzbogacić ją lokalnymi wyrobami delikatnymi w dotyku jak puch łabędzi. Jutro będziemy zwiedzać sklep przy fabryce, gdzie produkują takie wyroby sprzedając je po atrakcyjnych cenach. Najbardziej interesują mnie wyroby jedwabne. Z prawdziwego, a nie sztucznego jedwabiu.

– Krótko mówiąc, my to gadu-gadu, a ciało stygnie – odpowiedziała tajemniczo Wizażystka, z powiekami ciężkimi od wizerunków ptaków Indii.

– No właśnie – westchnęła Wysoka z Kokiem, puszczając perskie oko w kierunku Kindżała, najprzystojniejszego mężczyzny Grupy Trzynastej.

Odc. 39 Cesarz Mogołów

Do prezentacji długiej i bogatej historii cesarza Akbara Wielkiego Przewo wynajął lokalną siłę. Była to dziewczyna po studiach, mówiąca dobrze po angielsku, ubrana w tradycyjny strój północnej części Indii. Stanowiło go banarasi sari wykonane ze złoto-srebrnego brokatu z misternie przeplatającymi się motywami kwiatowymi i liściastymi kalga i bel, między którymi migotały metalicznie figurki kobiet wykonane z drobniutkich cekinów.

Kiedy przewodniczka opowiadała historie miłości Akbara Wielkiego i jego następców, w szczególności cesarza Szahdżahana, który wzniósł w Agrze słynne mauzoleum Tadż Mahal dla upamiętnienia najukochańszej, przedwcześnie zmarłej żony, Mumtaz Mahal, Praktykowi wydało się, że kobieta ma łzy w oczach. Inni Nomadowie też to zauważyli. Uważali to za niepotrzebną przesadę w zachowaniu Hinduski, dopóki nie zrozumieli źródła jej wzruszenia.

– Cesarz Akbar i jego następcy z dynastii Wielkich Mogołów mieli cudowne marzenia, które udało im się zrealizować. Mnie się nie powiodło. Też miałam takie marzenia. Przepraszam, że to mówię, ale pozwalam sobie na wzruszenie wyłącznie wobec turystów z Europy. Jesteście państwo ludźmi o większej wrażliwości niż nasza, kraju, gdzie ciężkie warunki życia oduczyły serdeczności znaczną część społeczeństwa. Dla wielu naszych obywateli życie to walka o byt podobnie jak w dżungli. Ale nie o tym chciałam mówić.

– Akbar został władcą i cesarzem Wielkich Mogołów w wieku czternastu lat, kiedy przedwcześnie zmarł jego ojciec, Humajun. Imię Akbara jest w istocie całkiem długie: Dżalal ad-Din Muhammad Akbar. W kulturze europejskiej, z wyjątkiem Hiszpanii, nie używa się tak rozbudowach imion i nazwisk.

Po dniu pełnym wrażeń Grupa Trzynasta udała się do restauracji hotelowej na wspólną kolację.  Uzgodniono, że tym razem będzie to wyłącznie tradycyjna kuchnia hinduska.

– Umawiamy się, że nie robimy żadnych wyjątków. Wszyscy jemy to samo, abyśmy mogli potem wymienić się obserwacjami. Chociaż raz skonsumujemy coś lokalnego, a nie zieloną sałatę, podsmażane kartofelki i fasolkę z kiełbasą, podlane na zakończenie czarną kawą. Musimy zachować się choć raz przyzwoicie! – entuzjazmował się Darczyńca, energicznie gestykulując rękami, jakby trzymał w nich nóż i widelec, którymi kroił i przebijał opisywane przez siebie składniki posiłku.

Kelnerzy byli szczupli, wąsaci i sympatycznie uśmiechnięci. W różowych turbanach na głowie, czerwonych kamizelkach i nienagannych białych dhoti podali najpierw przekąskę: gorące pierożki samosy z warzywami, gobi tikka czyli marynowany kalafior oraz różne sosy i dipy do cienkich chlebków chapati i grubszych placków naan. Danie główne było inspirowane kuchnią arabską: słynne biryani z baraniny i jagnięciny, serwowane z łagodniejszą wersją curry. Niektórzy Nomadzi jedli swoje dania rękami posiłkując się chlebkami chapati jako sztućcami. Po posiłku głównym na stole pojawiły się dobrze schłodzony, słodki napój lassi z mango oraz aromatyczna herbata z kardamonem.

Po kolacji wrócił temat długiego imienia cesarza Dżalala ad-Din Muhammada Akbara.

Sprowokował go zapewne niesłusznie Kantyna, niezrozumiale powstrzymujący się od alkoholu w ostatnich dniach. Dyskusja na początkowym etapie była bardziej burzliwa niż twórcza. Zainicjowała ją Wysoka z Kokiem wygłaszając krótką tyradę pod adresem przejściowego abstynenta.

– Twoja spostrzegawczość, Kantyno, zaskoczyła mnie – zaczęła Wysoka. – Widziałam, że to, co mówiła hinduska przewodniczka w boskim banarasi sari w ogóle cię nie interesowało. Wolałeś oglądać się za piersiastymi blondynami, turystycznymi eksponatami prosto ze Szwecji. Dopiero kiedy przewodniczka wymawiała długie imię Akbara, przytomność ci powróciła. Czyżbyś usłyszał szelest jedwabiu przyprawionego lukrem z czerwonego szafranu i cukru trzcinowego z dużym dodatkiem rumu?

Kantyna zastygł przy stole ze szklanką lassi z mango. Upłynęła dłuższa chwila, zanim ochłonął. Odstawił szklankę na stół i zebrał się w sobie jakby miał się rzucić w kierunku Wysokiej z Kokiem.

– Usłyszałem raczej twardy gruchot zatrutych migdałów przygotowanych na kolację przez zawistną kobietę, na których łatwiej połamać sobie zęby niż na kawałku drewna dębowego – wypalił Kantyna, tłumacząc potem swoje zachowanie tym, że został bezczelnie, w dodatku niesłusznie, zaatakowany.

Wymiana słów była tak nieoczekiwana i brutalna, że pozostałym Nomadom przeszła chęć zgadzania się lub niezgadzania w sprawie długiego imienia Akbara. Trzeźwy Kantyna, sprowokowany obserwacjami Wysokiej z Kokiem, wpadł w tak awanturniczy nastrój, że grupa przestraszyła się, że w burdzie dostanie się także innym osobom a nie tylko mówczyni o niewyparzonej gębie.

Odc. 40 Akbar, ciąg dalszy

Sytuację uratował Przewo, wykazując znakomity refleks. Głośno zwrócił uwagę biesiadników na złożoną osobowość Cesarza Akbara i poprosił, aby każdy określił jedną, najbardziej frapującą, cechę jego charakteru, i podzielił się swoimi obserwacjami. Dla zatarcia niesmaku po awanturze między Wysoką a Kantyną, grupowicze skwapliwie dzielili się obserwacjami i odczuciami. Na początku używali skrótów myślowych.

– Walczący! Mecenas sztuki! Religijny a zarazem tolerancyjny! Kochający! Okrutny ale także pojednawczy i łagodny! Rodzinny!

Zagłębili się w niuanse. Dla sprawniejszej i bardziej kulturalnej dyskusji, Przewo poprosił, aby każdy pojedynczy wątek omawiał ktoś inny.

– W ten sposób dochowamy wierności zasadom demokracji i współudziału. Każdy powinien mieć swoje pięć minut. Ja będę czuwać nad całością. Pozwólcie, że zacznę pierwszy. Czułbym się bez tego bezrobotny. Akbar stoczył wiele walk, podporządkowując sobie lokalnych możnowładców tak skutecznie, że udało mu się zjednoczyć wielką część Indii. Był suwerenem sprawującym władzę autokratyczną. Wprowadził ład administracyjny ustanawiając prowincje zarządzane przez wicekrólów. Wobec oponentów potrafił być bezwzględny. Po bitwie pod Chitor kazał wmurować głowy swoich wrogów w wieżę wzniesioną ku upamiętnieniu zwycięstwa. Najchętniej jednak jednoczył kraj posługując się mediacjami. Niejedną prowincję przyłączył do cesarstwa poprzez traktaty i małżeństwa.

W sprawie wiary i tolerancji Akbara wypowiedział się Inżynier. Jak się okazało, był on niegdyś klerykiem. Znający go bliżej Rasputin określił go szeptem jako „niedorobionego księdza i niespełnionego kaznodzieję”.

– Akbar był władcą oświeconym, mecenasem nauki i sztuki. Lubił dyskutować i mimo że nigdy nie nauczył się czytać, zgromadził ogromną bibliotekę. Był kochliwy, miał cztery żony. Aby dowieść, że jest tolerancyjny wybrał sobie kobiety różnych wyznań: pierwsza była hinduską, druga chrześcijanką, trzecia muzułmanką, ostatnia żydówką. Był wyrozumiały dla misjonarzy przybywających z Portugalii. Musimy pamiętać, że w Europie był to czas krwawych wojen na tle religijnym, kiedy władcy siłą zmuszali poddanych do przyjmowania wiary. Mimo, że jego ród wyznawał islam, Akbar odnosił się z szacunkiem do innych religii. Na początku był gorącym wyznawcą islamu, potem rura mu zmiękła i złagodniał. Wprowadził nawet ustawę o tolerancji religijnej. Coraz bardziej sceptyczny wobec islamu, stworzył nowe wyznanie o nazwie Din-i-Ilahi. Była to konstrukcja ciekawsza niż niejeden mechanizm techniczny; nowa religia łączyła w sobie islam, zoroastryzm i inne wierzenia.

Niefortunne nawiązanie do rury i porównanie religii do konstrukcji mechanicznej w przemówieniu Inżyniera nie podobały się grupie. Musieli się jednak pogodzić, że z człowieka o zainteresowaniach technicznych nie da się usunąć pewnego automatyzmu podejścia do języka.

– Mówi, jakby naprawiał zlew w domu pijanej i zdegustowanej samotnością babci – podsumowała Wysoka z Kokiem.

– Erotyczne podeście do ocen innych ludzi to jej wyraźna słabość – zawyrokował po cichu Piotr Praktyk, zwracając się do siedzącego obok Kindżała. – Nikt nie ucieka od erotyki, ale każdy stara się być w miarę wrażliwy i nie wywlekać rodzinnych słabości na światło dzienne.

Przewo jak zwykle zareagował pojednawczo wobec stron szykujących nową awanturę. Natychmiast wynalazł temat zastępczy, którym skutecznie odwrócił uwagę i zmniejszył napięcie.

– Powiem teraz coś od siebie. Nie mogę siedzieć bezczynnie słuchając jak się wywnętrzacie, bo w końcu odmówicie mi zapłaty za przewodnictwo. Na pewno słyszeliście o sati, samospalaniu się na stosie wdowy po zmarłym władcy.

Akbar wydał zarządzenie zakazujące sati, zgodnie z którym żadna kobieta nie mogła dokonać ceremonii samospalenia bez zgody szefa lokalnej policji. Cesarz nakazał im, aby odwlekali jak najdłużej takie decyzje. Kobiecie myślącej o samospaleniu oferowano pobyt w pensjonacie, upominki i rehabilitację psychiczną w celu zniechęcenia do samobójczego odejścia w zaświaty razem z mężem.

– To wstyd, aby kobieta umierała razem z mężem! To przypomina sytuację z aborcją. Umrzyj, ale wytrwaj – Wysoka z Kokiem po raz kolejny usiłowała rozpętać awanturę.

Głos zabrał natychmiast Kantyna, jednakże w zupełnie innym tonie. Swoją przytomnością zaskoczył chyba także siebie samego. Słuchano go z uwagą.

– Nie mogę zgodzić się z argumentami cesarza Akbara. Mając na uwadze moją sytuację rodzinną, uważam, że żona powinna odejść razem z mężem w krainę wiecznych czarów. Ja w ogień, to i ona w ogień. Mówię to z przekonaniem, bo każdy szanujący się mąż może mieć dosyć życia pod nieprzerwaną kuratelą i presją niepicia alkoholu!

Dyskusję zakończył Przewo opowiadając o niezwykłym proroctwie.

– We wsi Fatehpur Sikri Akbar spotkał sufickiego pustelnika Selima Ćisti, który mu przepowiedział urodziny syna; cesarz czekał na to niecierpliwie od wielu lat. Historia mówi, że Ćisti zabił własnego półrocznego syna, aby jego dusza inkarnowała się w syna cesarza, spełniając w ten sposób przepowiednię. Akbar wierzył głęboko, że to dzięki Ćistiemu urodził mu się pierworodny syn, przyszły cesarz Dżahangir. Spotkania z pustelnikiem były rzeczywiście owocne; cesarzowi urodzili się wkrótce trzej kolejni synowie. Pragnąc uhonorować Ćistiego, Akbar zbudował mu w Fatehpur Sikri grobowiec z białego marmuru.

Odc. 41 Poranny pejzaż

Nad ranem autobus wjechał do strefy handlowo-przemysłowej jakiegoś nieznanego miasta. Rozsunięte zasłony na oknach ukazały zupełnie nowy pejzaż: ulice zaśmiecone i zastawione setkami środków transportu i urządzeń. Przed oczami podróżnych przesuwały się skupiska ludzi, motocykli, rowerów i ryksz oraz budki z żywnością, dymiące podręczne kuchnie, stragany warzyw i owoców oraz stosy rur plastykowych i góry śmieci.

– Te sterty śmieci i odpadów chronią ziemię przed przegrzaniem. Hindusi są lepiej przygotowani niż Europejczycy do zmian klimatycznych – Praktyk po zbudzeniu się z przypisanej mu genetycznie drzemki autobusowej, z łapczywością obserwował i komentował świat przesuwający się za oknem autobusu.

Śmieci stały się na krótko głównym tematem rozmów.

Sceneria powtarzających się obrazów ulicznych wkrótce znużyła podróżnych. Niektórzy z nich powstawali z foteli, aby przenieść się do tyłu, gdzie Banda Sześciorga raczyła się alkoholem rozlewanym do metalowych kieliszeczków. Do bandy zaliczano dowolny zestaw sześciu osób oddających się wspólnej degustacji alkoholu.

– Naczynia, w jakich pijemy alkohol, też są ważne – stwierdził Inżynier, biolog z zawodu, przedstawiający się za granicą jako „bilogical engineer”.

Z rozmowy o naczyniach Banda Sześciorga przeszła do dyskusji o planie Kindżała stworzenia w Nomadii stałej ekspozycji kindżałów, sztyletów i noży bojowych. Właściciel nie zamierzał ich sprzedawać. Myśl ta była dla niego tak niemiła, że aż wstrząsał nim dreszcz, kiedy ktoś o tym wspominał. On sam nie mówił o tym, przyjaciele domyślali się jednak, że w jego sercu kwitnie pragnienie imponowania ludziom niezwykłą kolekcją.

– Co tu mówić! Kindżał jest seksualnym obsesjonatem, że nie powiem zboczeńcem; biała broń zastąpiła mu kobietę. On marzy tylko o tym, aby mieć ją własność, pieścić wzrokiem i dotykać do woli. Tym niemniej, ktoś, kto przywozi z wycieczki do Azji kilkanaście egzemplarzy cudownie inkrustowanych kindżałów bojowych i ceremonialnych, zasługuje na szacunek – powiedział Inżynier chętnie kojarzący białą broń z ludzką godnością.

Kindżał lekceważąco przysłuchiwał się dyskusji. Nie marnując czasu, uważnie rozlewał whisky o przewrotnej nazwie Indian Rye Vodka do metalowych kieliszeczków. Ich zestaw nosił zawsze ze sobą. Nazywał je dzióbasami. W gotowości do ich użycia nic nie było w stanie go zaskoczyć; ani burza, ani gęsty pył z pustyni, ani natrętni uliczni sprzedawcy, ani niespokojne makaki.

W okolicach, po których podróżowali, małpy były wszędzie, gdzie rosło choćby pojedyncze drzewo lub kępka krzaków. W niektórych miastach przejęły na własny użytek świątynie powszechnie zwane „monkey temples”.

Ożywieni alkoholem podróżnicy doszli do przekonania, że makaki były szczególnie ciekawe europejskich twarzy i zwyczajów. W momencie pojawienia się tematu małpich zainteresowań, do dyskusji włączył się Kindżał. Siedział na fotelu autobusowym, odpoczywając, ze wzrokiem znieruchomiałym na górnej krawędzi okna, po którym poruszały się trzy muchy. Sączył powoli słowa wyrażając coś w rodzaju życzenia.

– Gdybym w tym towarzystwie poczęstował makaki alkoholem w zgrabnych dzióbasach, to by się rozpiły na amen. Uwierzcie mi, mnie każdy ulega. Powiem wam dlaczego. Po prostu daję się lubić. Jestem popularny szczególnie wśród sprzedawców ulicznych. Admirują mnie. Jakimś sposobem wyczuwają moją pasję kolekcjonerską i kiedy zjawiam się na ulicy, wciskają mi w ręce sztylety i noże bojowe, choćbym był już nimi obwieszony jak choinka Alibaby.

Widząc zaskoczone oblicza przyjaciół, domyślił się, o co chodzi.

– Nie wiecie jakiego Alibaby!? Tego od czterdziestu rozbójników. Ale co tam rozbójnicy. Porozmawiajmy o tym wspaniałym narodzie, który nas gości nie szczędząc sił i środków. Niech żyją Hindusi!

Po wyjęciu z mdlejącej dłoni butelki z whisky towarzystwo ułożyło Kindżała wygodnie na fotelu i z pełnymi dzióbasami w dłoniach podjęło dyskusję o złożonych losach milionów Hindusów. Rolę rozlewającego alkohol przejął Darczyńca.

– Ich świat jest zagubiony w wiekach średnich mimo nowoczesnych, choć mocno poobijanych, pojazdów mechanicznych.

– Zachowują się nieobliczalnie na ulicy jako kierowcy i przechodnie. Jedni wpadają na drugich jakby ich jedynym celem było łamanie przepisów ruchu drogowego, aby w końcu popełnić samobójstwo – rzucił półgębkiem Darczyńca z trudem poruszając językiem ścierpłym od alkoholu.

W trakcie dyskusji miłośnicy Indian Rye Vodka wpatrywali się w butelkę. Wyglądała, jakby była gorąca od serdecznego nastroju oraz pieszczot i uścisków, jakimi ją obdarzano. Podniecenie alkoholowe wywoływało  coraz bardziej intymne wspomnienia i wyznania.

– Mnie jeden makak chciał wyrwać z ręki aparat fotograficzny!

– A mnie odgryźć banana przy samych ustach. O mało mnie kłem nie zahaczył – rzuciła przyciszonym głosem Wizażystka. Jej oczy zwilgotniały a na twarzy pojawiły się oznaki przestrachu. Przetarła twarz chusteczką, sytuując się wygodniej w fotelu.

– Przyznam się, że dobrze się czuję po tym alkoholu. Jest jak masaż rozluźniający mięśnie pleców, pośladków i nóg. Odkryłam to dopiero w Indiach podróżując często autobusem – wyjaśniła, wysuwając do przodu dłoń z kieliszkiem, kiedy Kindżał spojrzał na nią niepewnie, czy ma dolać alkoholu.

Odc. 42 Żarty i pieśni

Po uzupełnieniu wszystkich kieliszków, towarzystwo zgromadzone wokół Darczyńcy pełniącego teraz rolę mistrza ceremonii, zaczęło opowiadać żarty i kawały. Wizażystka przyjmowała rozmowy coraz bardziej milcząco. Czasem tylko bolesny grymas wykrzywiał jej starannie pomalowane usta. Jej wargi miały przedziwny kształt spłaszczonego serca przebitego strzałą stojącego w rogu ust mikroskopijnego Erosa. Podziwiano ją za niezwykłą precyzję malarską, która wydawała się wręcz nieludzka w doskonałości odtwarzania detali. Podejrzewano ją, że makijażowi poświęcała większość czasu, kiedy była sama. Znająca ja bliżej Wysoka z Kokiem twierdziła, że nie zajmowała się niczym innym.

– To kobieta opętana malowaniem ust. Tak ją można najkrócej scharakteryzować – podsumowała, uśmiechając się tajemniczo, jakby sama była w zmowie z diabłem, ojcem wszelkiego opętania.

W opowiadaniu kawałów najlepszy był Szczepan. Znał nieprawdopodobne historie z wszystkich kontynentów. Słuchano go z uwagą, ponieważ miał dar opowiadania. Również dlatego, że był człowiekiem poszukującym w tych historiach prawdy o świecie i o sobie.

– Szukam prawdy przede wszystkim w kawałach, przypowieściach i wspomnieniach, ponieważ jest to prawda najprostsza, radosna i najłatwiejsza do przyswojenia. Po to Bóg dał nam, ludziom, poczucie humoru, abyśmy wyraźniej odróżnili się od zwierząt, którymi w istocie jesteśmy. Czyste człowieczeństwo nie istnieje, to tylko niezdrowa iluzja – wyjaśniał, kiedy nachodził go bardziej filozoficzny nastrój.

W gronie jego słuchaczy był także Kantyna, wciąż daleki od alkoholowego upojenia. Męczyło go to, ponieważ kochał stan wniebowzięcia, jak to nazywał.

– To jedyna kondycja, kiedy jestem szczęśliwy, kiedy nie męczy mnie sam fakt istnienia.

W dążeniu do swojej, niezrozumiałej dla innych doskonałości, przeprosił Bandę Sześciorga, że ją opuszcza i ruszył w podróż po autobusie w poszukiwaniu głębszych wrażeń.

Pod koniec trasy Kindżał budził się co jakiś czas z letargicznego snu i samotnie nucił na przemian dwie melodie. Raz była to rzewna szanta żeglarska o bosmanie-gwałcicielu, który popełnił haniebny czyn i po powrocie bezecnie sczezł na pokładzie statku, drugi raz smutna pieśń zaczynająca się od słów „Tu leży ręka, tam leży głowa, to jest robota Paramonowa”. Śpiewając ją Kindżał wykonywał ruchy dłonią imitujące uderzenia młotkiem w coś, czego zapewne serdecznie nienawidził, ponieważ krzywił się przy tym niemiłosiernie. Kilka razy zaczynał przyśpiewkę „Olaboga, nie wytsymom, inne mają a ja ni mom”, lecz szybko ją kończył, ponieważ nie mógł przypomnieć sobie dalszych słów. 

Po wielogodzinnej podróży autobus w końcu dotarł do celu. Było już ciemno. Nomadowie byli tak zmęczeni, że z wyjątkiem Przewo nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują. Wychodzili po kolei z autobusu, pomagając sobie nawzajem przy zejściu z wysokiego schodka pojazdu. Po wyjściu na zewnątrz zgromadzili się w jednym miejscu i obliczyli. Wszystko było w porządku, rachunek się zgadzał.

Nocleg mieli zarezerwowany w trzygwiazdowym hotelu Grand Chakya. Nazwę hotelu zobaczyli z daleka. Na ścianie przedsionka prowadzącego do hallu głównego, gdzie mieściła się recepcja, jaszczurki polujące na insekty ułożyły się na ścianie w kształt ludzkiej głowy. Nomadów ciarki przeszły po plecach. Pracownicy recepcji starali się zbagatelizować niezwykłe odkrycie. Zachęcali, aby się nim nie przejmować, gdyż jaszczurki mogą znaleźć się także pokojach.

– Są całkowicie nieszkodliwe i bardzo użyteczne, ponieważ polują na insekty. Nie stanowią najmniejszego zagrożenia – uspokajali, uśmiechając się z wyrozumiałością.

Szczepan, podróżujący z żoną, zastanawiał się, czy zamiast w pokoju nie powinni spędzić nocy w hallu. Zapytał o to w recepcji. Recepcjonista popatrzył na niego zdziwiony.

– W nocy w hallu zawsze świeci się lampa – powiedział jakby na potwierdzenie, że jeśli z powodu kilku jaszczurek na ścianie ktoś woli męczyć się skurczony w ubraniu na fotelu zamiast swobodnie rozciągnąć się w piżamie w czystej pościeli, to on nie będzie go odwodził od tak szalonego pomysłu.

Podróżnik zmienił zdanie, kiedy wraz z żoną znaleźli się w pokoju numer sto trzynaście. Lubił trzynastkę, nie był przesądny. Było to wygodne i czyste pomieszczenie w odcieniach zieleni i brązu, z małym biurkiem, barkiem, telefonem, klimatyzacją a nawet podręcznym sejfem na pieniądze i dokumenty. W nocy dokuczał im tylko klimatyzator; jakakolwiek temperaturę nie nastawili, było albo zbyt zimno, albo zbyt gorąco.

Odc. 43 Studnia Chand Baori

Kolejny dzień minął Nomadom na zwiedzaniu jakiejś niewielkiej miejscowości, do której zawiózł ich Przewo, a której nazwy nikt nie zapamiętał. Przypomnieli ją sobie dopiero po powrocie do hotelu, kiedy opadł z nich kurz podróży i odpoczęli. Chodziło o studnię Chand Baori w wiosce Abhaneri położonej około stu kilometrów od Dżajpuru. Studnia powstała w IX wieku i stwarzała niesamowite wrażenie: potężny lej sięgający w głąb ziemi, w którym można by umieścić trzynastopiętrowy budynek.

Stojąc na powierzchni czuło się chłód płynący z jej wnętrza. Zejście na dno studni wymagało pokonania 3500 wąskich stopni. Na górnych poziomach studni w ścianach mieściły się pomieszczenia mieszkalne.

Zaskakujące było samo miejsce. Szary, płaski, pustynny teren, uboga wieś, aż dziw brał, kto mógł mieszkać w takim miejscu.

Naprzeciwko studni Chand Baori po drugiej stronie ulicy znajdowała się świątynia Harshat Mata, poświęcona bogini szczęścia i radości, a w niej rzeźba męskiego członka zwanego lingam, bezwstydny symbol płodności.

Po kolacji, kiedy już otrząsnęli się z wrażeń dnia, Przewo zebrał grupę, aby porozmawiać o dotychczasowych przeżyciach. Był to już jedenasty dzień podróży, mieli więc co wspominać.

Rozmawiali szczerze, z wyjątkiem Kantyny, uciekającego na boki przygaszonym wzrokiem, w którym mieszały się uczucia nostalgii i zagubienia w sprawach doczesności. Na początku Praktyk nie miał chęci nic mówić; czuł gorycz w ustach i nieokreślone ssanie w żołądku; tłumaczył to sobie nadmierną ilością kawy wypitej w ciągu dnia. Tylko on jeden nie rwał się, aby podzielić się z innymi, jak się czuje po tylu dniach podróży, wszystkich tych zwiedzaniach, przejazdach, przeprowadzkach z hotelu do hotelu, rozmowach i wieczornych spacerach po mieście w małych grupach.

Każdy się wypowiedział. Przewo wyjaśnił, że ludzie przyjeżdżają do Indii najczęściej po to, aby odświeżyć swoją duchowość, zobaczyć niezwykłe świątynie różnych religii, święte krowy, przepełnione po brzegi miasta, życie na ulicach i Bóg wie jeszcze co.

– W rzeczywistości turyści odkrywają coś, czego nie da się przeczytać w żadnym przewodniku, żadnej książce, obejrzeć na ekranie, a nawet przyśnić. Są to niezwykłe zabytki historii. Oglądają także na własne oczy nędzę współczesności, o jakiej nie mieli pojęcia. Taką, przy której ubóstwo wygląda jak wypasiona kura, zwyciężczyni trzech wystaw, na tle dogorywającego z głodu kurczaka.

– Każdy obywatel cywilizowanego świata jest bogaczem w Indiach, chyba, że zabraknie mu wyobraźni lub uczciwości – obudził się nagle Piotr.

U siebie w kraju Nomadowie należeli do klasy średniej, może niższej średniej, może średniej-średniej, a może nawet i wyższej średniej. W Indiach każdy z nich czuł się jak nabab, wybraniec losu, człowiek o niezmierzonym bogactwie. Indie przywróciły im świadomość, jak wiele każdy z nich posiada i jak stabilne jest ich życie: mieszkanie, samochód, biurko, często z komputerem, regularny dochód oraz prawie całkowita pewność, że będzie jeść obiad następnego dnia.

– W Nomadii jesteśmy trwałymi elementami ludzkiego pejzażu, a nie żywymi tłumokami leżącymi na chodniku, pozostawionymi samym sobie jak kawałek bezużytecznego drewna – Mówiąc to Przewo odwrócił głowę, aby ukryć współczucie dla biedaków i zadowolenie z własnego losu.

Odc. 44 Teatrzyk uliczny 

Następnego dnia, po śniadaniu w restauracji hotelowej, Nomadowie mieli trochę czasu dla siebie. Praktyk nie mógł sobie potem przypomnieć, jak znalazł się wraz z dwójką przyjaciół, Darczyńcą i Wysoką z Kokiem, w bocznej, raczej pustej uliczce położonej naprzeciw jakiegoś skromnego parku. Stali rozmawiając i przyglądając się rachitycznym drzewom, kiedy obok pojawił się – jakby wyszedł spod ziemi – teatrzyk uliczny, pełen kolorowych akcesoriów i wyjątkowo poprawnej mowy aktorów w języku angielskim.

Była ich trójka, kobieta i dwaj mężczyźni. Przedstawili się; mieli imiona i nazwiska tak egzotyczne, że rozmyły się w przestrzeni zanim dotarły do uszu Nomadów. Role aktorów wyjaśnił najstarszy mężczyzna.

– Ja jestem narratorem. Ona jest oblubienicą, a on jest oblubieńcem.

Mówiąc „ona” i „on” narrator wskazywał na postać ręką chyba tylko z nawyku, bo nie było żadnych wątpliwości, kogo ma na myśli.

Kiedy skończył prezentację dopiero wtedy Nomadowie odczuli wyjątkowość wieczoru. Powietrze było przesycone słodko-gorzkim zapachem białych kwiatów rosnących za wysokim płotem parku, pod którym teatrzyk rozłożył swoje rekwizyty, niską przenośną scenę, zasłony, maski, lalki, kołatki.

Trójkę Nomadów zaproszono do obejrzenia spektaklu żądając śmiesznie niskiej opłaty, jakby sam udział zagranicznych gości miał dostatecznie wynagrodzić artystów. Kiedy dwaj mężczyźni rozkładali przenośną scenę i kurtynę, kobieta przygotowywała herbatę na małym samowarze, aby poczęstować gości.

– Taki jest nasz rytuał od wieków. Wymaga tego gościnność – cierpliwie wyjaśniała, nie dając się przekonać, że jest to niepotrzebne.

Napój był bardzo aromatyczny, poszedł im do głowy. Pijąc, nie zdawali sobie z tego sprawy. Myśleli, że było to zauroczenie, a nawet odurzenie niezwykłością spotkania.

Spektakl, przedstawiający historię szalonej miłości wysokiego urzędnika do tancerki kabaretowej, trwał blisko godzinę. Widzów zachwycił kunszt artystyczny aktorów. Ich gra była tak fantastyczna, że Wysoka, Darczyńca i Praktyk całkowicie utożsamili się z postaciami bohaterów spektaklu.

Po jego zakończeniu rozmawiali o miłości. O tym, że aktorzy właściwie nie grali, tylko byli zakochani i postępowali naturalnie jak kochające się osoby zachowują się w życiu, kiedy są sami.

– Nie było żadnego udawania. Oni po prostu byli sobą, ubrali to w formę teatru prawdopodobnie tylko dlatego, że w ich środowisku lub w ich rodzinach nie akceptowano ich miłości. W spektaklu, który właściwie nie był teatrem, tylko fragmentem ich życia, byli autentyczni: naturalni, szczerzy, bezpretensjonalni, otwarci, tolerancyjni, życzliwi. Niczego nie udawali.

– Mieli także w sobie cierpliwość, której nam, Europejczykom czy też ludziom zachodu często brakuje. Była to autentyczna miłość – podsumował Darczyńca, odwracając głowę od rozmówców, jakby wstydził się uczuć malujących się na jego okrągłej twarzy.

To były także ich miłości, ponieważ sami w życiu nie zaznali prawdziwego uczucia, o jakim marzą wszyscy mężczyźni i kobiety. Tak wspaniała, głęboka i intensywna miłość, jaką zobaczyli w teatrzyku, nie była im znana nawet z literatury.

– A przecież czytaliśmy i widzieliśmy niemało – przypominali sobie nawzajem, zachwycając się talentem wykonawców, kiedy wracali do hotelu.

Śpieszyli się, bo musieli się jeszcze spakować.

Odc. 45 Pociąg do Agry

W podróż pociągiem wyruszyli wieczorem, aby jadąc przez całą noc dotrzeć nad ranem do Agry. Ich celem było słynne na cały świat mauzoleum Taj Mahal.

Wsiadając do wagonu Piotr Praktyk poczuł mdlący zapach ubikacji. Minął ją i po przejściu kilku metrów, odnalazł swój przedział. Były w nim już dwie osoby, Hindus i Hinduska. Prawdopodobnie nie znali się, ponieważ siedzieli po dwóch stronach przedziału i nie rozmawiali ze sobą. W przedziale było wciąż gorąco mimo chłodu płynącego z sufitowych nawiewników. Wagon w ciągu dnia nagrzał się na trasach palącego słońca Wielkiej Pustyni Thar i nadejście nocy niewiele zmieniło w temperaturze wnętrza.

Piotr rozejrzał się, położył swoją walizkę i plecak na półce i usiadł. Miał zarezerwowane miejsce przy oknie.

Razem z ludźmi pociągiem podróżowały karaluchy, niezbyt duże i nie w oszałamiającej ilości. Po kilkuminutowej obserwacji Piotr uznał, że są dyskretne i nie narzucają się. Zmienił zdanie, kiedy jeden z nich pojawił się nagle przy oknie, tuż przed nim, na krawędzi stolika. Uznał go za agresora, z którym należało się rozprawić. Insekt siedział nieruchomo, dając myśliwemu czas na przygotowanie się i wyprowadzenie śmiertelnego ciosu. Piotr osłonił dłoń papierową serwetką i nagłym ruchem przycisnął karalucha do stolika. Tak mu się tylko wydawało, gdyż insekt w ułamku sekundy zniknął w szparze między stolikiem a ścianą wagonu.

Zapowiadała się męcząca noc. Leżąc na górnym łóżku, Nomada nie mógł zasnąć. Po godzinie oddychał z trudem z powodu kataru, który pojawił się nie wiadomo kiedy. Ofiara niewygody, duchoty i strumienia zimnego powietrza przewracała się z boku na bok, aby znaleźć sobie odpowiednią pozycję. Nie mogąc zasnąć przez dłuższy czas, Piotr wyszedł na korytarz. Było tam odrobinę chłodniej. Wychodził i wracał kilka razy. Nad ranem postanowił zostać na korytarzu, aby doczekać przyjazdu do Agry.

Schodząc z drabinki – po przebraniu się na łóżku w codzienne ubranie – zauważył, że na kuszetce umocowanej wzdłuż ściany korytarza naprzeciw jego kabiny leży męska czapka. Jej właściciel zniknął. Wrócił dziesięć minut później i zmierzył Nomadę swymi dużymi czarnymi oczami. Był to dobrze zbudowany Hindus, nie starszy niż trzydzieści pięć lat, czarnowłosy, wąsaty, z gładko wygolonymi różowymi policzkami.

– Wygląda na przekarmionego lekkoatletę, utrzymującego się w formie piekarza lub niedożywionego kowala – pomyślał Piotr, nie odwracając wzroku od obiektu obserwacji. Ucieszył się, że trudna noc nie zabiła w nim wyobraźni.

Po nałożeniu czapki na głowę, przybysz zasunął zasłonę nad łóżkiem i odszedł w głąb wagonu.

Pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie na trasie. Było zbyt ciemno, aby można było cokolwiek widzieć na zewnątrz. W końcu pociąg stanął na jakieś większej stacji kolejowej, zatłoczonej i dobrze oświetlonej. Po peronie przesuwały się niemrawo tłumy podróżnych. Byli to sami Hindusi. Piotr przerwał obserwację ludzi, kiedy po drugiej stronie peronu dokładnie naprzeciwko jego okna pojawił się szczur. Zdezorientowany zatrzymał się na chwilę, aby rozejrzeć się uważnie wokół. Po chwili przebiegł w poprzek peronu, zeskoczył na tory i zniknął w mroku.

Piotr przypomniał sobie, że najbardziej popularnym gatunkiem tego gryzonia jest szczur wędrowny. Pamiętał nawet jego dziwną łacińską nazwę „Rattus norvegicus”. Ten którego widział, nie był zbyt duży. Długość ciała największych szczurów sięgała dwadzieścia pięć centymetrów, nieco mniej niż długość linijki szkolnej. Ich ogony były dłuższe niż ciało. Nomada nie czuł obrzydzenia do gryzonia, raczej dziwną solidarność, bo był to jeden z najstarszych żyjących ssaków świata, o wyjątkowej inteligencji i zdolności dostosowania się. Przypomniał sobie krótki film na YouTube o niezwykłej pomysłowości tych zwierząt: szczur zrzucający kurze jajka z półki w spiżarni na grzbiet czekających na podłodze towarzyszy, którzy amortyzowali upadek nie dopuszczając do rozbicia delikatnych opakowań ulubionego pożywienia.

– A to sprytne sukinsyny! – Obserwator był pełen podziwu dla inteligencji zwierząt.

Odc. 46 Nocna rozmowa

Czekanie w stojącym na dworcu pociągu dłużyło się Piotrowi. Kiedy w końcu ruszyli, pociąg toczył się ślimaczo wzdłuż niekończącego się peronu wypełnionego podróżnymi. W mroku nocy rozjaśnianym co kilkadziesiąt metrów słabymi lampami widać było Hindusów stojących, siedzących i leżących, gdzie kto znalazł kawałek wolnego miejsca, na peronie, na ławkach, na walizkach i tobołkach. Znieruchomiali przypominali modele pozujące malarzowi w smętnym atelier bez dachu i ścian bocznych. Wielu podróżnych spało bezpośrednio na betonowej płycie peronu, najczęściej leżeli przykryci wraz z głową jakimś kocem lub płaszczem. Sceny dworcowe ciągnęły się i ciągnęły, jakby nigdy nie miały się skończyć.

Myśląc o niemrawym przemijaniu czasu Piotr popatrzył z rezygnacją na zegarek. Dochodziła już godzina druga w nocy; poczuł się bardzo zmęczony. Chciał usiąść, ale nie miał na czym. Wycofał się więc w głąb wagonu i oparł plecami o ściankę działową. Pociąg nabrał już rozpędu i łomotał na złączach szyn pędząc przez noc wypełnioną duchami drzew. Koła dudniły rzucając wagonami na boki. Piotr przeszły ciarki; przez moment miał wrażenie, że lada chwila wagon rozsypie się lub wypadnie z szyn. Na korytarzu nie było żywego ducha; wszyscy pasażerowie spali. Podróżnik poczuł się jak hinduski parias wpleciony w koło niekończącej się dharmy bez perspektyw zmiany losu na lepszy. Narastała w nim głucha frustracja. Poczuł się jak koń na pogrzebie, któremu ubrany na czarno woźnica ściąga cugle, aby okiełznać rozpierającą go energię.

Zmęczony i niewyspany potrzebował bodźca, aby poczuć, że żyje. Ożywił się, kiedy obok przy oknie pojawiło się młode małżeństwo hinduskie z dzieckiem. Zainteresował się nimi, ponieważ chłopczyk zwracał się do swego ojca mówiąc „papa”.

Piotr pierwszy zaczął rozmowę. Pochwalił chłopca za dziewczęco piękne czarne oczy i zapytał rodziców czy jadą do Agry. Jechali dalej, do miasta Gangapur, gdzie jest stacja kolejowa najbliższa świątyni jaką mieli odwiedzić, aby wziąć udział w festiwalu religijnym. Była to świątynia Kaila Devi w dystrykcie Karauli. Hindus chętnie wdał się w rozmowę dotyczącą świątyni i wiary.

– To jest nasza trzecia podróż do świątyni poświęconej bogini Kaila Devi Ji. Ma ona dwa miliony wyznawców i jest ucieleśnieniem bardzo popularnej w Indiach bogini Durga. Nie wyobrażamy sobie, abyśmy odwiedzili inną świątynię Kaila Devi Ji, nawet gdyby była bliżej. Dla mego ojca było to święte miejsce.

Piotr przyjrzał się uważniej rozmówcy. Mężczyzna miał na sobie dhoti, tradycyjny hinduski strój męski, składający się z upiętego w pasie białego materiału bawełnianego o długości kilku metrów i szerokości jednego metra.

Ciekawie rozwijająca się rozmowa zakończyła się nagle, kiedy Przewo głośno zapowiedział na korytarzu:

– Jest godzina szósta dwanaście. Za dziesięć minut wysiadamy na Agra Cantt, głównej stacji kolejowej Agry. Spotykamy się na peronie bezpośrednio przy pociągu. Proszę nie rozchodzić się.

W drodze do Tadż Mahal Piotr dzielił się z przyjaciółmi swoimi nocnymi przeżyciami, ubarwiając je co nieco dla nadania im żywości. Czuł się jak bohater filmu relacjonujący niezwykłe przeżycia.

– Pociąg opuścił stację i jechał tak wolno, że myślałem, że się zatrzyma. Zniecierpliwiłem się. Nie wytrzymałem i wyskoczyłem z wagonu i szedłem obok peronem wymijając pakunki, skrzynie, budki z żywością i Bóg wie co jeszcze. Poruszałem się wymijając ludzi przywiązanych do podróży jak starzec do skurczów nóg i biegania do łazienki w celu pogodzenia się z pęcherzem. Hindusi patrzyli na mnie jak na dziwoląga, różowego ibisa z dwoma dziobami rodzącego się raz na sto lat. Pozdrawiałem ich uniesioną dłonią ze złączonymi razem kciukiem i palcem wskazującym jak dłoń Buddy. I oni i ja byliśmy niewolnikami losu, to nas łączyło. Żałujcie, że was tam nie było. To było przeżycie. Sam na sam w niekończącym się tłumie hinduskich pielgrzymów. Kiedy pociąg zaczął przyspieszać, wskoczyłem do wagonu. Przez okno zauważyłem jeszcze stos wielkich skrzyń ułożonych jedna na drugiej. Za nimi, na końcu peronu, gdzie była już ubita ziemia, stało kilku mężczyzn. Obróceni w kierunku pociągu rozmawiali z ożywieniem, sikając sobie spokojnie jakby byli w lesie.

– Oczywiście niczym się nie przejmowali, może nawet celowo demonstrowali swoje instrumenty anatomiczne, aby popisać się przed pasażerami pociągu. Mężczyźni to świnie -warknęła Wysoka z Kokiem. Po chwili, uznając, że przesadziła, dodała sarkastycznie.

– Oczywiście nie wszyscy. Słyszałam o jednym lub dwóch, którzy nie zachowywali się tak bezwstydnie jak większość samców rodzaju ludzkiego.

Kantyna, jak zawsze dziwnym trafem znajdujący się w pobliżu, gdzie coś się działo, otwierał już usta, aby odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. Na szczęście Przewo podszedł do niego z boku i dyskretnie szepnął:

-Daj spokój, Kantyno. Wykaż męską wyższość nad niemęską swarliwością. To kobieta nieszczęśliwa, która nie zaznała szczęścia w objęciach mężczyzny. Wręcz przeciwnie, spotkało ją upokorzenie, bo mąż przez kilka lat zdradzał ją z hazardem w kasynie przepuszczając pieniądze. Mieć wiano ślubne i nie mieć wiana ślubnego i to, jak rozumiem, dużej wartości, każdego wyprowadziłoby z równowagi.

Odc. 47 Powrót do kraju

Temat zachowań w miejscach publicznych wrócił kilka minut później, kiedy się zatrzymali dla zdjęcia obuwia przed wejściem do mauzoleum Tadż Mahal. Temat podjął Przewo, znający najlepiej rzeczywistość Indii.

– Prawda wyzwań natury jest jednoznaczna. Tam gdzie są setki mężczyzn i nie ma toalet, albo jest ich niezwykle mało, mężczyźni będą załatwiać swoje potrzeby w przypadkowych miejscach i niefortunnym czasie. Są takie miejsca w Indiach, gdzie pasażerowie jadący rannym pociągiem kiedy jest już jasno mogą widzie dziesiątki mieszkańców wsi siedzących w kucki na wolnym kawałku ziemi w pobliżu torów i załatwiający swoje potrzeby naturalne.

– W Indiach, raczej niż odzwyczaić się od alkoholu, na co liczyła moja żona, chyba jeszcze więcej będę pić. Wystarczy, że sobie wyobrażę, że urodziłem się tutaj i nie mam w domu łazienki ani sedesu – posępność twarzy Kantyny potwierdziła szczerość jego wypowiedzi.

Nomadowie uznali, że przesadził biorąc na barki ciężar ludzkiego losu, uważając, że ma w sobie ducha nieszczęsnego Hindusa pozbawionego podstawowych urządzeń sanitarnych.

Dla złagodzenia niepokoju Szczepan dodał filozoficznie:

– Z pęcherzem nikt jeszcze nie wygrał.

– Z wyjątkiem ryb, które z powodzeniem używają pęcherz pławny dla poruszania się w wodzie – wtórował mu Kindżał, biolog z wykształcenia.

Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Angaria w Gabaro, stolicy Nomadii, członkowie Grupy Trzynastej pośpieszyli do hali przylotów, aby zabrać swoje bagaże i załatwić formalności celne i paszportowe. Pół godziny później spotkali się w punkcie zbiorczym lotniska, tak jak się umówili, aby pożegnać się przed udaniem do swoich domów.

– Być może spotykamy się po raz ostatni w życiu, bo nic nie trwa wiecznie – żartowali, choć nie było im do śmiechu.

– Zróbmy sobie wspólne zdjęcie – zaproponował Przewo. Poparli go Proteza, Praktykant i Uśmiechnięta, potem ktoś jeszcze. Ostatecznie propozycja została zaakceptowana przez wszystkich, mimo że niektórzy bardzo się śpieszyli.

– Tak rodzi się solidarność społeczna. Moglibyśmy wywołać w ten sposób rewolucję, zmieniając świat. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego w Indiach – rzucił Kindżał, chwytając do ręki nóż o inkrustowanej rękojeści przypominający bagnet.

– Też żałuję, bo przy okazji rozdałbym jeszcze kilogram cukierków, które znalazłem na dnie walizki. Zupełnie o nich zapomniałem – dodał niepocieszony Darczyńca.

– Wkrótce Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – podjął Przewo. – Jeśli zrobimy sobie wspólne zdjęcie pod tą wielką choinką, to będziemy mieli co pokazywać rodzinie i przyjaciołom. Możemy nawet ponazywać się imionami postaci z szopki noworocznej.

– Nie warto – włączyła się Wysoka z Kokiem – bo się pokłócimy, kto będzie królem, kto dzieciątkiem, kto osiołkiem a kto żłóbkiem.

Do zdjęcia stanęli obładowani upominkami nabytymi w Indiach i Nepalu. Była tego prawdziwa obfitość: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne oraz niezliczona ilość produktów spożywczych. Praktyk trzymał w ręku odręcznie sporządzony plakat z kartonu „Nomadowie po powrocie z Indii”. Nastrój był radosny. Wszyscy byli prowizorycznie ucharakteryzowani i mieli na sobie stroje nabyte w Indiach i Nepalu.

Przewo, przebrany w bogate hinduskie dhoti, przeliczył uczestników. Nikogo nie brakowało. Kindżał, ucharakteryzowany na dostojnego, starszego wojownika Sikha w turbanie, demonstrował sztylet inkrustowany szlachetnymi kamieniami. Wysoki osobnik, którego w przebraniu nie można było rozpoznać, bo przypominał spłoszonego woźnego ze świątyni małp, prawdopodobnie był to Szczepan, opowiadał sąsiadce dykteryjkę o babie u lekarza. Ktoś inny rozwijał jedwabny dywan wypełniony wzorami liści, dojrzałych owoców i kolorowych ptaków. Darczyńca wyciągał do przodu ręce oferując garście pełne cukierków. Trzech mężczyzn, Fotograf, Inżynier i Proteza oraz dwie panie, Uśmiechnięta i Wysoka z Kokiem, pozorowali grupę rozmawiających ze sobą Hindusów i Hindusek.

Po wykonaniu zdjęć, nie jednego ale kilku, przemówił Przewo. Był wzruszony.

– Wszystkim Nomadom, uczestnikom zimowej wycieczki do Indii i Nepalu, oraz ich rodzinom, życzę radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku. Namaste!

Wiedzieli, że „Namaste” to tradycyjne indyjskie pozdrowienie znaczące „Pokłon tobie”. Wypowiadając go Przewo wykonał andźali czyli półukłon z dłońmi złożonymi razem na wysokości serca, uważanego w Indiach za siedzibę boskości w człowieku, i palcami wskazującymi do góry. Mógł wykonać ten gest nie odzywając się, miałoby to takie samo znaczenie jak wypowiedzenie słów pozdrowienia.

Słowa życzeń zabrzmiały w ustach Przewo dziwnie metalicznie. Dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że nie był to jego głos.

– Przypomnijcie sobie państwo, że jeszcze przed odlotem z Indii Przewo zapowiedział, że tam zostanie, bo przecież tam mieszka – wyjaśnił mężczyzna łudząco podobny do niego z sylwetki i idealnie ucharakteryzowany. Jak się okazało, był to aktor teatralny, którego Przewo zatrudnił telefonicznie kilka dni wcześniej.

– Moja nieobecność nie powinna was dziwić, ponieważ wracacie z kraju, gdzie cudów jest więcej niż rzeczywistości, a przywidzenia i omamy czają się na turystów na każdym rogu ulicy – był to autentyczny głos Przewo.

Słuchający go podróżnicy pomyśleli, że sobowtór Przewo odtwarza nagranie z doskonałego dyktafonu lub jest utalentowanym brzuchomówcą.

Odc. 48 Powrót do domu

Z lotniska Piotr Praktyk wracał do domu cztery razy, za każdym razem inaczej, za każdym razem odkrywając nową rzeczywistość. Zauważył to dopiero po kilku miesiącach, przeglądając notatnik, gdzie rejestrował ważniejsze zdarzenia. Nie umiał sobie wytłumaczyć, jak to się stało. Czuł tylko, że nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był przed wyjazdem do Indii. Ta wyprawa go odmieniła; nie poznawał sam siebie. Przyznał się do tego Kindżałowi w rozmowie telefonicznej.

– Wyobraź sobie, że ludzie, których znam od lat, moi znajomi i przyjaciele, nie poznają mnie. Pytają mnie:

– Piotrze, to ty?

Dla mnie było to też dziwne, ponieważ sami byli mało widoczni, jakby ukrywali się za grubą warstwą mgły. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, pomyślałem, że dopadła mnie amnezja lub nie daj Boże demencja. Przeraziłem się. W końcu domyśliłem się jednak jaka mogła być przyczyna takich ich zachowań i mojego dziwnego samopoczucia. To nie podróż do Indii to wywołała. Po prostu strasznie przemarzłem w czasie jazdy pociągiem z lotniska do domu i poważnie się rozchorowałem. Przed laty miałem też wypadek motocyklowy i to wszystko chyba się skumulowało. Prawdziwy miszmasz.

– Jeździsz motocyklem? – zdziwienie Kindżała było uzasadnione, ponieważ Piotr był ignorantem w sprawach mechaniki. Sam mu to powiedział jednego wieczoru w hotelu w Indiach:

– Mam dwie lewe ręce do mechaniki. Żadnego talentu, żadnego drygu do tych spraw. Jestem jak pusta beczka po piwie, nic tam nie ma. Tak jest od dzieciństwa i nic na to nie poradzę.

Pierwszy raz Piotr wracał ze stolicy do domu pociągiem. Była to końcówka grudnia i w wagonie było bardzo zimno z powodu awarii ogrzewania. Przewiało go, rozchorował się, wywiązały się komplikacje. Przez jakiś czas był w szpitalu. W końcu wyzdrowiał, ale drogo to go kosztowało. Jego pamięć wskutek choroby tak się pogorszyła, że stracił masę wspomnień z pobytu w Indiach i Nepalu.

– To było straszne, kiedy próbowałem odtworzyć moje przeżycia z tej podróży. Miałem wrażenie, że moja pamięć zapadła się pod ziemię. Coś okropnego. Nic nie pamiętałem; wycieczka do Indii i Nepalu znikła, wyparowała, uległa kondensacji podobnie jak para wodna, która z wielkiej chmury przekształca się w krople deszczu, nietrwałe w swojej egzystencji.

Po powrocie ze szpitala do domu koncentracja, pamięć i świadomość Piotra Praktyka były tak nędzne, że wydało mu się, już po wejściu do domu i rozebraniu się, że jeszcze nie otworzył drzwi wejściowych i szukał klucza, aby to uczynić. Otrząsnął się dopiero kilka godzin później, kiedy zaczęły docierać do niego domowe i rodzinne dźwięki zamiast dziwnych głosów zrodzonych w głowie przez chorobę. W dodatku w domu nie było nikogo. Piotr poczuł się też zawiedziony czystością panującą w domu, tym mrocznym bezosobowym stanem ducha, jakim zima karze ludzi w krajach bliższych bieguna północnego. Miał poczucie, że już tylko fizycznie jest podobny do pierwowzoru, który wyjechał do Indii.

Następnego dnia postanowił uporządkować notatki, opisać zdjęcia i choćby fragmentarycznie na ich podstawie podzielić się wrażeniami z podróży z rodziną i przyjaciółmi. Nawet to było utrudnione, ponieważ w rozwirowanym świecie każdy pędził w innym kierunku lub oglądał swój film w telewizji.

Tej nocy Piotr przeżył pierwszy po powrocie z Indii i Nepalu kolorowy sen. Potem miał ich więcej, często powtarzały się też ich fragmenty.

– Właściwie to ja nic nie robię, tylko śnię nieprzerwanie – skarżył się Kindżałowi jak dziecko. Miał wrażenie, że zaraził się jakimś okropnym szaleństwem w Indiach, bezskutecznie usiłując przypomnieć sobie kiedy lub w jakich okolicznościach. Najmocniej z kolorowym śnieniem kojarzył mu się autobus i ostatni, wyjątkowo długi przejazd, kiedy pojawiła się głowa.

Nocne przeżycia denerwowały go i męczyły. Kiedy już udało mu się zasnąć mimo pokus czuwania, spał skąpiutko i niepewnie jak wróbel indyjski, z otwartymi oczami, zachowując pełną czujność zupełnie jak za dnia. Wczuwał się w niego, a po pewnym czasie wręcz się z nim utożsamił do tego stopnia, że musiał uważać, aby nie spaść z gałęzi poruszającej się pod wpływem wiatru. Przekonał się o tym, kiedy gałąź, na której spał czując się ptakiem, załamała się pod nim, tak że wylądował na ziemi. Nie byłby tego pewien, gdyby nie siniaki widoczne na siedzeniu i na łokciach.

W nocy wstawał z łóżka i chodził po mieszkaniu, przeklinając ciemność, bezsenność, ptaki, drzewa, siebie oraz podróże, których wspomnienia rujnowały mu życie. Nachodziły go dziwne myśli.

Aby się ratować rozmawiał ze sobą. Uważał, że działa to terapeutycznie. Przyznał się samemu sobie, że jest sobie droższy niż wszystkie pieniądze, jakie posiadał. Był to niemały majątek. Zdobył go inwestując przez lata na giełdzie papierów wartościowych. Rodzina ceniła go za to. Uważał to za bardzo egoistyczne z ich strony.

W miarę upływu czasu myślał coraz więcej o Indiach i Nepalu, o wierze ich mieszkańców w dziesiątki bogów i ich wcieleniach, powtarzających się kąpielach w Gangesie, a nawet o kremacji nad wodą. Jeszcze głębiej zdał sobie sprawę, jak bardzo walka o byt codzienny absorbuje tam ludzi.

– Zajmuje im nieporównywalnie więcej uwagi i czasu niż ludziom ambitnym myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Kiedy już oswoił się z utratą wspomnień i samotnością, rozmawiał częściej z przyjaciółmi poznanymi na wycieczce. Usiłując odnaleźć się, szukał także w Internecie i w bibliotekach, a nawet na ulicy. I nic. Sam od siebie nie był w stanie niczego odtworzyć z czasów podróży. Tak jakby wszystkie wspomnienia wywiał silny huragan. Pozostały mu tylko notatki, zdjęcia i nagrania dyktafonu, rezerwuary konkretnej wiedzy i wspomnień. Nic więcej nie pamiętał. To było straszne.

Przy okazji rozmów telefonicznych odkrył, że towarzysze podróży to jego dodatkowa pamięć zastępcza w razie potrzeby. Niektórych z nich uznał za współczesnych Kolumbów i Vasco da Gamów, tak bardzo imponowały mu ich rozliczne podróże. Zawsze miał wyobrażenie, że dużo podróżował i dużo widział, ale przy Szczepanie, Darczyńcy a nawet Kindżale czuł się zwykłym parweniuszem, który może jedynie zazdrościć bogaczom ich zasobów materialnych i duchowych.

Odc. 49 Kolejny powrót do domu

Drugi raz Piotr wrócił ze stołecznego lotniska Angaria do rodzinnego domu taksówką. Nie tak planował wracać, ale wyszło inaczej. Chyba bardzo się śpieszył lub coś mu się pokręciło w głowie. Zamiast udać się z lotniska bezpośrednio na dworzec kolejowy, pchając przed sobą wózek z bagażem poszedł prosto na przystanek taksówek, aby negocjować sensowną stawkę za kurs do domu. Pomysł powrotu taksówką do domu był szalony, bo koszt był astronomiczny. Była to odległość kilkuset kilometrów.

Jadąc, zaraz po opuszczeniu miasta miał wrażenie, jakby już raz jechał w tym samym kierunku, tylko innym środkiem lokomocji. Był to pociąg. Przypomniał sobie nawet wagon, otwarty, bez przedziałów, z siedzeniami ustawionymi w tym samym kierunku. Było to déjà vu, sytuacja jaka się zdarza, kiedy człowiek o czymś intensywnie myśli i odradzają się w nim wspomnienia, że już tu był lub to widział.

Powrót do domu rozczarował Piotra, ponieważ zima nieoczekiwanym mrozem i kopnym śniegiem przez kilka dni dewastowała jego pragnienie spędzania czasu na świeżym powietrzu. Pierwsza noc w domu też nie była przyjemna, inna niż oczekiwał.

Zanim położył się spać, zjadł solidną kolację, nie żałując sobie wina ulubionej marki. Nie chciał się do tego przyznać, ale się upił. Kiedy dowlókł się do łóżka, zasnął w ubraniu. Miał szalony sen. Na początku wydawało mu się, że jest koniem, a potem to już tylko jeźdźcem, i to doskonałym. Służył w kawalerii i nosił szablę u boku. Wyglądał godnie i groźnie. To chyba dlatego Kindżał, który się wkrótce zjawił w domu Piotra, rzucał w niego sztyletem. Kindżał był już wtedy znaną osobistością, prawie celebrytą. Zaraz na wstępnie wyznał Piotrowi:

– Nie masz pojęcia, ile otrzymuję ofert zatrudnienia. Ostatnio to w cyrku, w ośrodku szkolenia komandosów, w klubie wojskowym, gdzie ćwiczą walkę białą bronią oraz w filmie, gdzie zaproponowano mi przygotowanie kaskaderów do posługiwania się sztyletem.

Nieco wcześniej Kindżał został odznaczony złotym krzyżem zasługi przez prezydenta Nomadii za wybitne osiągnięcia kolekcjonerskie broni białej. Przyjaciel opowiadał mu to tak plastycznie, że Piotr zobaczył wszystko jak na dłoni. Zapamiętał nawet szczegóły; mógł do nich wrócić w każdej chwili, jakby wrosły w sieć neuronów w jego mózgu. Uroczystość odznaczenia krzyżem zasługi odbyła w wielkiej sali bankietowej pałacu prezydenckiego. Prezydent i Kindżał pozowali do wspólnego zdjęcia. Kindżał pokazał mu je na ekranie smartfona.

Prezydent wyglądał na zdjęciu jak głupawy księgowy; śmiał się dziko obwieszony sztyletami i nożami bojowymi z kolekcji Kindżała. Kindżał powiedział prezydentowi, że zdjęcie jest tak fantastyczne, że można je sobie powiększyć, oprawić i nosić na piersi. Godzinę później instruował już prezydenta w jego prywatnej strzelnicy na tyłach pałacu jak rzucać sztyletem do tarczy. Nie była to typowa tarcza; figurował na niej  naturalnej wielkości obraz samego prezydenta. Kindżał oczywiście nie rzucał, natomiast prezydent wręcz wył z rozkoszy, kiedy to czynił. Był chyba mocno pijany, bo twarz miał czerwoną jak po chorobie. To wycie obudziło Piotra. Okazało się, że był to wóz strażacki jadący do pożaru na drugi koniec miasta. Szczegółów gaszenia pożaru dowiedział się następnego dnia z gazety miejskiej.

Po oswojeniu się z domem, snem i pogodą, Praktyk podjął wędrówki po rodzinnym mieście, po miejscach znanych mu jak pięć palców własnej ręki. Tak mu się wydawało. Chodził po mieście, ale nie poznawał ulic, placów ani budynków.

Musiał podzielić się z kimś tą wiadomością. Tym razem zadzwonił do Wysokiej z Kokiem. Jej numer telefonu znalazł przypadkiem w swoim smartfonie; aż zdziwił się, bo w ogóle nie pamiętał, aby go otrzymał i zanotował.

W pierwszym momencie Wysoka go nie poznała, kiedy się przedstawił. Musiał powtórzyć swoje imię i nazwisko. Dodatkowo, na wszelki wypadek, podał hasła dla łatwiejszego skojarzenia: wycieczka do Indii. grupa trzynasta, Przewo. Ucieszyła się. Zwracała się do niego „Piotrze”, a nie „Praktyku”, jak mieli we zwyczaju w Indiach. Niepytana poinformowała go, że wyszła ponownie za mąż i jest bardzo szczęśliwa. Kiedy skończyła mówić o sobie, przedstawił jej swoją sytuację. Nic się nie odzywała, tylko słuchała.

– Brak mi Indii. Chodzę po moim rodzinnym mieście i cierpię, bo wszędzie widzę Indie. Wydają mi się rajem, krainą płynącą miodem i mlekiem.

Chyba musiał powiedzieć coś takiego, co kobietę wyprowadziło z równowagi, bo nagle zmieniła front. Wróciła dawna Wysoka z Kokiem, oschła, uszczypliwa a nawet złośliwa.

– Z przykrością ciebie słucham, Praktyku. Jest zima, a ty chciałbyś lato. Chyba coś ci się we łbie przestawiło. Może nadużywasz trunków podobnie jak Darczyńca i Kindżał. Podejrzewam was nawet o używanie narkotyków. Jesteście bezwstydnymi degeneratami, zupełnie jak ten alkoholik Kantyna. Niech was … Przestała mówić, ale nie odłożyła telefonu. Piotr usłyszał odgłosy kłótni, ktoś głośno krzyczał. Pomyślał wtedy:

– Nie jest u niej lepiej niż u mnie.

Zreflektował się a nawet ucieszył, że nie tylko jemu jest ciężko w życiu. To go tak rozbawiło, że wybuchł śmiechem na ulicy. Ludzie omijali go, wydało mu się nawet, że słyszy ostrzeżenia:

– To jaki wariat. Lepiej obejść go z daleka.

To go wprowadziło w jeszcze lepszy nastrój. Znowu poczuł się jak za dawnych, dobrych czasów.

Odc. 50 Zmiana pogody

Po dwóch dniach Piotr Praktyk zobaczył przez szybę promień słońca, najpierw jeden, potem drugi, w końcu całą wiązkę. Buszowały w przestrzeni jak sztuczne ognie na choince ożywione nadzieją kolorowych upominków. Poprawa pogody zachęciła go do wyjścia na miasto.

Było inne niż dawniej. Na ulicach panowała cisza i pustka, coś zupełnie odmiennego, do czego przywykł w Indiach. Zatęsknił za tym krajem. Nikt do niego nie podbiegał, aby zaoferować mu choćby skromną, kolorową torebkę z bawełny na upominek dla dziecka, figurkę słonika, rozkładaną książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który mógłby mu posłużyć za ozdobę ścienną. Zaskoczyła go czystość na ulicach i brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi oraz śpiących między straganami. Straganów też mu brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, na których coś wrzało, gotowało się lub smażyło. Poczuł się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry.

Z poczucia zagubienia i tęsknoty za Indiami, Piotr wstąpił do pubu, zamówił grzane piwo, jedno drugie i trzecie. Po kilku dalszych stracił rachunek. Pił do upadłego.

– Mam taką fantazję – wyjawił barmance, pytającą go po dwóch godzinach, czy nie powinien iść już do domu.

Kiedy wychodził z pubu, była jeszcze dosyć wczesna pora. Było jasno i ciepło.

– Wszystko się zmieniło – pomyślał.

Cieszył się, rozpoznając miejsca, których od dawna nie widział. Pomyślał, że to pogoda wszystko odmieniła. Podążał śmiało, z rozmachem, długimi krokami, maszerując kwietnymi ulicami, przez skwery, place i mosty. Wszyscy byli szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok ławki nad rzeką zobaczył dwie łaciate krowy z chustami przewiązanymi przez szyję, jak obgryzały gałęzie wielkiego świerka obwieszonego bombkami i światełkami. Na pierwszym piętrze budynku za nimi biegały skrzecząc małpy, pod nogami leżały śpiące psy. Otaczali go tubylcy w malowanych rykszach, słychać było klaksony i dzwonki rowerowe. W końcu zobaczył ciężarówkę wiozącą górę paczek ułożonych jedna na drugiej. W powietrzu oprócz spalin czuć było słodkawy dym z ghat płonących nad rzeką. Czuł jak bije od nich ciepło i pomyślał, że to efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia zaścielających ziemię w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Na miasto wychodził coraz częściej, Zbliżała się wiosna, było coraz cieplej. Spacerując, Piotr przypominał sobie kolejne szczegóły: pustynię Thar, żywe jak iskra jaszczurki, makaki o czerwonych pyskach grasujące po balkonach i dachach, czarnożółte ptaki dziobiące wielkie opony autobusu, ospałe wielbłądy. Wszystko to go cieszyło. Chciało mu się tańczyć na ulicy.

Napisał list do Kindżała na komputerze i wydrukował. Włożył do koperty i wysyłał. Trzy dni później Kindżał zadzwonił.

– Coś się w tobie zmieniło, Piotrze, tylko nie wiem co. Chyba odmłodniałeś albo oddaje ci się jakaś fajna dziewucha ze słodkimi melonami zamiast piersi. Ty to masz szczęście. Nie to co ja. Miałem piękną kolekcję sztyletów i noży bojowych i skradziono mi kilka najcenniejszych okazów. W dodatku ktoś usiłował podpalić mi dom. Na dobitkę dostałem wezwanie do sądu. Wznawiają sprawę przemytu narkotyków, w której rzekomo jestem uwikłany. To domniemane przestępstwo oczywiście, bo nikt inny, oprócz policji i prokuratury nie wierzy, że przemycałem narkotyki.

Los Kindżała nie zaskoczył Piotra i niespecjalnie zasmucił. Żył już własnym życiem, wracała mu pamięć i to go izolowało od niepowodzeń innych ludzi. Nie wiedział nawet jak i kiedy nastąpiła ta przemiana.

Wychodził teraz regularnie na miasto. Wszędzie widział Indie, nie żadne urojone, ale prawdziwe, słoneczne, hałaśliwe i brudne. Widział tłumy ludzi i grupki zwierząt. Pokochał je, kiedy przez dwa tygodnie pobytu w Indiach i Nepalu cieszyły jego oko. Była to prawdziwa oranżeria: słonie, krowy, kozy, psy, małpy i małpki, świnie, kury, kilka dorodnych pawi a także sześć wielbłądów czekających cierpliwie w asyście poganiaczy na turystów w pobliżu przystanku autobusowego gdzieś na trasie.

Do domu wróciła żona razem z dwójką dzieci. Kiedy pojawiła się w drzwiach Piotr przypomniał sobie wszystko. Była na feriach zimowo-wiosennych u swojej matki. Zaczął im opowiadać swoje przeżycia, co i gdzie oglądał każdego dnia po przyjeździe do kraju. Wyraźnie poczuł, że żona jest po jego stronie. Nie przerywała mu a nawet słuchała go z uwagą. Podobnie zachowywały się dzieci. Od czasu do czasu któreś z nich potwierdzało swój życzliwy stosunek do ojca: „To fantastyczne!” albo „To super ciekawe!”. W pewnym momencie Piotr pomyślał, że przesadzają w swoim entuzjazmie, bo fragment, który właśnie opowiedział nie wydawał mu się ciekawy.

Odc. 51 Czas pomyślności

Dla Piotra Praktyka nastał czas pomyślności. Modlił się, aby trwał jak najdłużej. Był to okres częstych porównań własnego kraju i miasta z Indiami, w nieco mniejszym stopniu także Nepalem. Włócząc się po mieście zobaczył konia, co go zachęciło do snucia porównań Nomadii z Indiami.

– Niby nic nadzwyczajnego, a jednak … – zaczął myśl i nie skończył.

Najczęściej przypominały mu się słonie. Co najmniej dwa razy odbywał na nich przejażdżkę; raz wjeżdżając do fortu Amber w Indiach, drugi raz zwiedzając Park Narodowy Chitwan na południu Nepalu.

– Jazda na słoniu jest jak ujeżdżanie skórzanej góry – słowa te wypowiedziała Wizażystka. Przejażdżka i związane z nią doznania stały się dla niej inspiracją do niekończących się wariacji makijażu wokół oczu. Słonie nasunęły jej pomysł ukrywania zmarszczek wokół oczu pod miniaturowymi obrazkami tych zwierząt.

Wracając wspomnieniami do Parku Narodowego Chitwan, Piotr zorientował się, że myśli o słoniach jak o ludziach. Pamiętał swoje słowa skierowane do Kindżała i Darczyńcy:

– Te zwierzęta są tak mądre, że gdyby dać im wybór, to wybrałyby spokój Parku Narodowego Chitwan nad luksusy wielkich zamków i pałaców.

Kindżał przywrócił go do równowagi zaskakującym, nieco dziwacznym komentarzem.

– W miłości do przyrody i niechęci do pałaców, Piotrze, sam jesteś jak ten słoń, inteligentny i solidny środek transportu, a w razie potrzeby także narzędzie zbrodni.

Wspominając zbrodnię przyjaciel miał na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy kilka wieków wcześniej nierozważnie postanowili nie zgodzić się z rządzącym wówczas cesarzem z dynastii Wielkich Mogołów.

Wracając z Indii do rzeczywistości rodzinnego miasta, Piotr uświadomił sobie fakt kompletnego braku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk oraz zwariowanych , ciężarówek, półciężarówek i autobusów. Pamiętał, jak niezwykle umiejętnie i szarmancko wymijały one przechodniów w odległości nie większej niż dziesięć centymetrów, tak jakby chciały sprawić im przyjemność lub zaimponować bliskością góry metalu, spalin i pędu.

Kiedy to opowiadał rodzinie, w oczach młodszej córki dostrzegł łzy radości. Ucieszył się podwójnie, kiedy mu wyznała:

– Znowu jesteś sobą, tato. A już myślałyśmy, że nie wyjdziesz z depresji. Lubię cię słuchać, jak opowiadasz te wszystkie szalone historyjki o Indiach i Nepalu. Mam wtedy wrażenie, że jak wyjdę na ulicę, to za chwilę podejdzie do mnie wielki słoń, który mnie zawiezie do kina.

Piotr poczuł się niepewny, czy córka mówi to poważnie, czy też żartując delikatnie daje mu znak, aby nie przekraczał linii oddzielającej zwykłej normalności od chorobliwego fantazjowania. Zrozumiał wtedy, jak bardzo jego wahania nastroju mogą wpływać na córki i żonę. Postanowił pilnować się bardziej.

Tylko raz wyszedł do miasta wieczorem. Nie lubił nocy. W jej mrocznej – mimo świateł ulicznych – atmosferze, szczególnie mocno odczuwał brak towarzyszy wycieczki, osób prawie bez wyjątku przemiłych, z takim dorobkiem podróży po świecie, że Piotr wpadał w zachwyt – jak mówił- większy niż dziury w hinduskich jezdniach i chodnikach.

Jednego z przyjaciół, Szczepana, bogatego w doświadczenia globtrotera, prawdziwego Krezusa podróży, zapytał, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Rozmówca, mężczyzna postawniejszy i dostojniejszy niż większość szlachetnych mędrzec sadhu, wyznał z żalem, że są jeszcze trzy takie kraje. Odmówił jednak podania, co to są za kraje; uczynił to chyba ze wstydu.

Piotr wyznał wtedy Szczepanowi:

– Tak jak ty wstydzisz się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydzę się przed samym sobą, że dopiero w fazie późnej dojrzałości odwiedziłem Indie i Nepal, gdzie płyną źródła niezwykle skutecznych terapii leczących z poczucia niemocy i pesymizmu.

Odc. 52 Trzeci powrót do domu

Trzeci raz Piotr Praktyk wracał ze stołecznego lotniska do rodzinnego miasta samolotem krajowych linii lotniczych Adana. Rzadko podróżował tak małym samolotem, nie był przyzwyczajony do ciasnoty. Siedział przy oknie i patrzył w dół. Najpierw zobaczył linię kolejową a potem autostradę biegnącą na północ. W miejscu, gdzie się krzyżowały, stał szlaban i budka strażnika. Pamiętał je z pociągu i z taksówki. Były bardzo charakterystyczne, bo budka stała równiutko na przedłużeniu szlabanu i miała nietypowo okrągły dach. Pomyślał, że wygląda jak daszek osłony przed słońcem na plaży w tropikach. Wtedy już był pewny, że jest to déjà vu, że wracając z Indii dwukrotnie już podróżował w tym samym kierunku, tylko pociągiem i samochodem osobowym.

Po kilku minutach poczuł się potwornie senny. Nie znosił tego, uważając, że taki sen to tylko marnotrawstwo życia. Postanowił walczyć z bezsennością. Wypił mocną kawę, potem poprosił o drugą i trzecią. Do każdej dolewał alkoholu, aby ją wzmocnić i przedłużyć jej działanie. Prawdopodobnie, chyba nieświadomie, zamówił i wypił czwartą. Tak pomyślał, kiedy znalazł w schowku przed sobą cztery chusteczki ze śladami kawy. Odciśnięcia ust były tak wyraźne, że wyglądały omalże jak płaskorzeźby.

W efekcie kilka razy musiał wstawać z fotela, aby udać się do toalety. Powtarzające się wychodzenie i powracanie uznał za rytuał. Wyobraził go sobie w postaci komend:

– Odepnij pas bezpieczeństwa, przeproś pasażera siedzącego obok, wstań, wyjdź na przejście między fotelami, przejdź do toalety, poczekaj, aż użytkownik toalety wyjdzie, otwórz drzwi, wejdź, odpowietrz się, spuść wodę, umyj ręce, odśwież się wodą kolońską.

Resztę działań załatwił krótką instrukcją:

– Wróć na miejsce powtarzając czynności w odwrotnej kolejności.

Kiedy samolot leciał w chmurach i nic nie było widać za oknem oprócz białej piany, Piotr rozmyślał o wcześniejszych doświadczeniach dnia. Były doprawdy niezwykłe. Im bardziej zagłębiał się w szczegóły, tym bardziej czuł się skołowany, ponieważ niektóre były dziwne czy wręcz dziwaczne. Postanowił je zapamiętać.

Na początku koła samolotu przymarzły do płyty lotniska i kapitan – nie mogąc uzyskać natychmiastowej pomocy z zarządu lotniska – poprosił pasażerów, aby pomogli pchać samolot na pas startowy. Kapitan miał basowy głos, łopoczący w ciasnym wnętrzu jak zerwany żagiel na silnym wietrze. Dużo wyjaśniał i zachęcał, mobilizując pasażerów do działania.

– Rozgrzejecie się państwo. Nie ma co się lenić. To nie są tłuste Indie. Ojczyzna jest w potrzebie.

Nie wiadomo dlaczego nazwał Indie tłustymi. Kiedy Piotr zapytał go o to, ten coś odpowiedział, lecz Piotr niewiele z tego zrozumiał. Mógł się tylko domyślać. Kapitan mówił żargonem technicznym i Piotr zrozumiał tylko „kąt natarcia śmigła”. Słowa kapitana „Ojczyzna jest w potrzebie” wywołały reakcję pasażerów.

– Jak to ojczyzna? – krzyknął jakiś rudzielec w zielonym swetrze, siedzący dwa rzędy przed Praktykiem.

Piotr popatrzył na niego z niechęcią. Nidy nie lubił rudych ani łysych, choć sam już stracił dużo włosów. Łysienie wydawało mu się jednak łagodniejszą formą degeneracji mężczyzny niż rudość. Uspokoił się dopiero, kiedy kapitan wyjaśnił.

– Oczywiście, że w grę wchodzi ojczyzna. Linie lotnicze to własność państwa, naszego narodu, czyli właścicielem samolotu jest nasza ojczyzna. Proszę nie wyważać otwartych drzwi lub walczyć z wiatrakami!

Po takim dictum, mężczyzna usiadł i nie odzywał się już do końca lotu.

Kiedy samolot znalazł się na stanowisku startowym, czekali na rozkręcenie śmigieł. Nie szło to dobrze. Silnik dyszał i gasł, dyszał i gasł. Kapitan zdenerwował się, wybrał dwóch osiłków spośród pasażerów i poprosił stewardesę, aby – zanim zaczną robotę – dała im podwójny posiłek i trochę alkoholu, jeśli zechcą.

– To was będzie kosztować sporo wysiłku, ale dacie sobie radę. Jestem tego pewien.

Aby ich zachęcić, kapitan kazał im zginać ramiona, dotykał ich bicepsy i chwalił. Na końcu – widać było po jego oczach, że wyznanie nie przyszło mu łatwo – powiedział:

– Mnie się tak nie powiodło w rozwoju muskulatury. A ćwiczyłem niemało z dużym poświęceniem. Siłownia stała się dla mnie czymś tak bliskim jak pokój w domu rodzinnym. Starłem tam kilka par podeszew sportowego obuwia.

Kiedy już wszystko zostało załatwione, samolot wystartował. Po kilkunastu minutach do Piotra podszedł kapitan i wyjaśnił, dlaczego mówił o Indiach, że są tłuste. Było to co najmniej dziwne tłumaczenie. Również dlatego, że kapitan stał nad nim jak kat. Miał czerwoną twarz i ciężko dyszał jakby miał astmę.

– To jakaś zwariowana inscenizacja – pomyślał Piotr. – Ten człowiek to szaleniec!

– Miałem kiedyś kobietę, Hinduskę. Było to oczywiście w Indiach. Konkretnie, w Hajdarabadzie. Zna pan może to miasto? – zapytał kapitan.

Piotr odpowiedział przecząco. Kapitan rozgadał się na temat swojego pobytu w Hajdarabadzie i Hinduski.

– A co z pilotowaniem? Kiedy pan rozmawia tutaj ze mną, to kto prowadzi samolot? – zaniepokoił się Piotr.

– Lecimy na pilocie automatycznym. W razie czego stewardessa będzie interweniować. Zrobiła kurs obsługi pilotów automatycznych w samolotach pasażerskich. Możemy być o to spokojni. Lecimy bezpiecznie.

Odc. 53 W samolocie

Piotr zdenerwował się. Serce mu łomotało i pociły się ręce. Tłumaczenie dowódcy załogi nie podobało mu się.

– Niech pan mnie nie czaruje, panie kapitanie! Powinien się pan wstydzić takiego zachowania. Jest pan dowódcą statku powietrznego a nie papierowej łódeczki z dwoma wygłodzonymi chudzielcami na pokładzie! – mówił te słowa nie rozumiejąc za bardzo ich sensu. Były jakieś napuszone, co tylko pogłębiło jego zdenerwowanie.

– Proszę się uspokoić – odrzekł kapitan. – Samolot i tak jest najbardziej najbezpieczniejszym środkiem lokomocji, prawdopodobieństwo, że stanie się coś niedobrego jest zupełnie znikome. Chcę skończyć tylko historię mojej miłości z Hajdarabadu. Miała ona na imię Patil i bardzo długie i skomplikowane nazwisko. Brzmiało to Deepakbhimarajusanga lub bardzo podobnie. Jako pilot mam wyostrzony wzrok i nie mogąc zapamiętać nazwiska wpatrywałem się w niego tak długo, aż go w końcu zapamiętałem. Patil była Hinduską, jak już chyba wspominałem, profesorką archeologii. Ciągle mówiła o wykopaliskach, ale mnie to nie przeszkadzało. Kochaliśmy się przez trzy lata. Równiutkie trzy lata. Nie, nie trzy lata, ale dwa lata i trzysta sześćdziesiąt jeden dni i … – Kapitan liczył dni w pamięci z oczami wzniesionymi w górę. Coś mu się chyba myliło, bo zaczynał od nowa.

Piotr poczuł się oszukiwany przez dowódcę załogi i to nie wiadomo w jakim celu. Tak go to rozeźliło, że mu przerwał.

– Proszę nie kołować wokół tematu jak samolot z wykrzywionym kołem i oponą wygryzioną przez bobra tylko wyjaśnić mi w czym rzecz z tą tłustością Indii.

– Patil była bardzo tłusta, ale bynajmniej nie była tęga. Była rozkoszna. Kiedy wracałem zmęczony z rejsu, przeżywałem z nią chwile rozkoszy. Nurzałem się w jej pachnącym ziołami sari a potem w zagłębieniach szyi, ramion, piersi, brzucha … – Kapitan rozmarzył się.

Jego zdumiewające wyznania przerwała informacja z głośnika, że jest pilnie potrzebny w kabinie pilotów. Skoncentrował się, powiedział „przepraszam pana ale obowiązki mnie wzywają” i odszedł.

Wkrótce słońce wyszło zza chmur i w samolocie rozjaśniło się. Pasażerom poprawiły się humory. Również dlatego, że stewardesy zaczęły roznosić jedzenie. Zapowiedziano je jako „lekki posiłek, coś do przegryzienia”. Wkrótce Piotr otrzymał kanapeczkę maciupcią jak dla wróbelka. Była to bułeczka z masłem i szpinakiem tak mała, że musiał ją schwycić w dwa palce, aby nie wypadła. Pilnował się, ponieważ samolot poważnie huśtał. Mocniejsze szarpnięcie kadłuba samolotu wyprostowało go na siedzeniu. Nie był pewny, co się z nim działo, czy był na jawie czy też właśnie budził się ze snu. Rozejrzał się po samolocie; pasażerowie przypominali śnięte ryby, ni to żywe, ni to martwe. Niektórzy spali z rozchylonymi ustami, inni poruszali niespokojnie nogami, jeszcze inni jęczeli cicho przez sen. Ktoś czytał, ktoś inny oglądał film na ekranie.

Piotr pomyślał, że chyba przysnął uspokojony jednostajnym warkotem silników i szumem śmigieł samolotu. Kiedy patrzył na nie przez okno, nie widział ich kształtu, ale był pewien ich podobieństwa do wioseł, jakich sam kiedyś używał na spływie kajakowym.

Przelot samolotem źle wpłynął na Piotra. W nocy, zamiast spać jak suseł zmordowany długą podróżą kosmiczną przez krainę zimowych słońc, śnił pijacką orgię w autobusie. Uczestniczył w rozpasaniu, gestykulował, przeklinał i zachowywał się tak wulgarnie, jakby chciał wymazać z pamięci wszystkie momenty skromności i umiaru całego życia. W ręku trzymał wielką butelkę Indian Rye Vodka i pił alkohol bezpośrednio z gwinta. Panie z wycieczki rozebrały się do naga, osłaniając ciała tylko kolorowymi przepaskami zamocowanymi na gumce na wysokości pępka, i tańczyły nostalgicznie w przejściu między fotelami odsuniętymi pod ściany autobusu jakby to były krzesła.

– Miejsca mamy teraz jak na stadionie w gabinecie lekarskim wujka Cyryla i Metodego – niezrozumiale ryczał Szczepan, zawsze najbardziej spokojny i wyważony w zachowaniu uczestnik wycieczki. Wlewając w siebie alkohol bez umiaru, wszyscy regularnie odwiedzali toaletę w końcu autobusu. Najgorsze było to, że Piotr nie mógł sobie przypomnieć, że w autobusie w ogóle była toaleta. Wymiotował dwa razy, pogłębiając w sobie przekonanie, że rozwija się w nim marskość wątroby. Pod koniec  ponurego spektaklu rzucił opróżnioną butelkę w tył autobusu wywołując czyjś bolesny krzyk. Był to przełomowy moment. Piotr przysiągł sobie nie wziąć do ust nawet kropli alkoholu tylko dzielić się sobą jak opłatkiem z innymi opowiadając swoje przeżycia i historię przyjaźni z Hindusami. Pamiętał jeszcze tylko, że pytał w autobusie:

– Tylko gdzie ja ich znajdę i jak poznam, że są to prawdziwi Hindusi, a nie osoby podstawione?

Odc. 54 Rozmowa o prezydencie

W ciągu kilku dni zima złagodniała i odpuściła, zrobiło się prawie wiosennie.

– To efekt zmian klimatu – wyjaśniano w telewizji.

– Pojawiła się ciepła wiosna, idzie lato – cieszył się Piotr. Byłby to dla niego czas prawdziwie wiosenny, gdyby nie niedobre sny. Zwalczał je, budząc w sobie entuzjazm i aktywność.

Zachęcony poprawą pogody odbywał spotkania w klubach podróżnika, bibliotekach, zakładach pracy, raz nawet w więzieniu. Potem także w domach kultury, w końcu a klubach młodych emerytów. Nie wiedział nawet, że taki istnieją. Gromadzili się tam emeryci i emerytki, nalegający, aby nazywać ich początkującymi seniorami. Piotr postanawia przyswoić sobie nowy język. Seniorzy, senior, seniorka, senioralność, senioralny. Brzmiało to szlachetniej niż skojarzenia z emeryturą i rentą, garbieniem się i smutkiem samotności.

Raz lub dwa razy Piotr rozmawiał na temat spotkań, swojej nowej pasji, z Kindżałem, ale ten nie miał zbyt wiele czasu. Ostatnim razem zaskoczył Piotra dziwnym, żarliwym wyznaniem.

– Życie układa mi się teraz, drogi Piotrusiu, wprost rewelacyjnie. Pomysły i Idee rodzą się we mnie z szybkością karabinu maszynowego, aż mi się głowa grzeje. Mierzę codzienne temperaturę, aby nie dopuść do jakiegoś schorzenia wskutek przegrzania. To moje jedyne zmartwienie – nie dać się chorobie. Poza tym radzę sobie doskonale. Odzyskałem skradzione eksponaty, pilnuję ich teraz jak oka w głowie. Nie dość, że zainstalowałem podwójny alarm, z podłączeniem do agencji ochrony mienia oraz do policji, to często pozostaję na noc w sali wystawowej, aby z dwururką w ręku pilnować moich skarbów. Mogę ci nawet powiedzieć, jakiej marki jest ta broń, jeśli tylko chcesz.

Słuchając potoku słów wprost tryskających z szybkostrzelnych ust przyjaciela, Piotr nie miał wątpliwości, że jest on mocno wstawiony albo pod wpływem narkotyków. Nie wahał się i szczerze mu to powiedział. Kindżał zaśmiał się serdecznie.

– Mój drogi! Co ty gadasz!?Masz przed sobą, to znaczy po drugiej stronie połączenia telefonicznego, człowieka szczęśliwego, który może myśleć, co chce. mówić, co chce i robić co chce. To jest wolność. Widzę wprawdzie zakusy na naszą wolność obywatelską, ale nie damy się podporządkować tym triumfatorom spod ciemnej gwiazdy.

Drugi fragment rozmowy nie tylko nie wyzwoli Piotra z podejrzeń co do stanu zdrowia Kindżała, ale wręcz go umocnił. Chciał mu to powiedzieć i ostrzec przed konsekwencjami, lecz Kindżał go uprzedził.

– Nie mogę z tobą dłużej rozmawiać, bo mam teraz wiele spraw na głowie. Podam ci tylko numer telefonu do Darczyńcy. Dopytywał się o ciebie, chętnie z tobą porozmawia. Masz coś do pisania?

– Tak.

– Dobrze. Wobec tego notuj.

Zanim Piotr skończył pisać, Kindżał odezwał się ponownie.

– Życzę ci powodzenia w spotkaniach z ludźmi, których największym osiągnięciem jest przekroczenie dojrzałego wieku i uzyskanie emerytury. Powiedz im, aby wzorowali się na mnie, człowieku sukcesu, podróżniku i kolekcjonerze, celebrycie, z którym sam prezydent obcuje na co dzień dzieląc się wspomnieniami. Powiem Ci szczerze, Piotrze, ostatnio dzwoni do mnie prawie codziennie, ale nie poświęcam mu więcej niż pięć, góra dziesięć minut. Moje obowiązki nie pozwalają mi na więcej. Ani zdrowy rozsądek, bo ten człowiek stał się jakiś dziwny. Jest po prostu chorobliwie uzależniony od opinii publicznej. Powtarza mi regularnie, aż do znudzenia:

– Codziennie sprawdzam sondaże poparcia dla mnie. Bez tego żaden szanujący się prezydent nie przeżyje. Od sondaży uzależniam wszystkie moje decyzje. Ponieważ nikt nie sporządza tak często sondaży, sam muszę je zlecać. A to mnie tyle kosztuje, że chyba kupię sobie własną sondażownię i nie tylko będę prowadzić badania opinii dla własnych potrzeb, ale także zarabiać przyjmując zlecenia od instytucji, firm i osób prywatnych. Prawo mi tego nie zabrania. Na przyszłość jak znalazł.

Wtedy ja mu mówię:

– Panie prezydencie! Po co panu taki biznes? Przecież ma pan przed sobą po zakończeniu kadencji perspektywy międzynarodowej kariery i to prawdopodobnie nie jednej.

Wyobraź sobie, że on normalnie przyjmował takie fałszywe komplementy jak najlepszy podarunek. Całowałby mnie po rękach, gdybym był w pobliżu. Ale ostatnim razem zaprotestował.

– Nie ma szans – powiedział. – Zbyt wielu obywateli psy na mnie wiesza, uważa, że jestem bezwolny, leniwy, nic nie robię z wyjątkiem głupich min, że gadam od rzeczy, w końcu, że jestem przesądny, bo sprawdzam horoskopy oraz że jestem uzależniony od alkoholu. Skąd oni wiedzą o tym wszystkim, nie mam pojęcia. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że nikt mi o tym nie mówi, tylko sondaże. Przynajmniej wiem, jak mnie widzą ludzie. Musi być w tym jakaś prawda, bo przecież nie wszyscy kłamią.

– Ten protest z jego strony to był jedyny ludzki odruch, jaki w nim ostatnio zauważyłem. Uznałem, że jest jeszcze nadzieja na jego powrót do normalności, że pozostało w nim jeszcze trochę rozumu i sumienia.

– Czy to wszystko, co pan mi przedstawił, to prawda? Jeśli tak, to dlaczego pan mi to mówi? Przecież nikt takich rzeczy nie opowiada o sobie – powiedziałem to bardzo szczerze.

– I wtedy on ciebie zaskoczył, oświadczając, że mówi ci to dlatego, że ma do ciebie wyjątkowe zaufanie – podsunął Piotr Kindżałowi.

Zapadło milczenie. Piotr wiedział, że trafił w sedno.

– Skąd wiesz, że tak mi właśnie odpowiedział? – odezwał się niepewnie Kindżał.

– Bo wy, celebryci, należycie wprawdzie do tej samej kasty narcyzów i plotkarzy, ale czasem okazujecie się ludźmi przyzwoitymi, umiejącymi dochować tajemnicy, godnymi zaufania.

– No wiesz … Nie za bardzo mi się to udało. Powiedziałem ci o prezydencie coś, czego nie powinienem mówić, skoro obdarza mnie zaufaniem.

– Nie musisz się martwić, Kindżale. Ja dochowuję tajemnicy. Znasz mnie przecież – składając tę deklarację Piotr poczuł się człowiekiem pełnowymiarowym, godnym szacunku. 

Odc. 55 Czwarty powrót 

Zanim Piotr rozkręcił swoje spotkania, uporządkował najpierw materiały niezbędne do ich prowadzenia, głównie notatki oraz zdjęcia. Notatki porządkował sam, nie potrzebował nikogo do pomocy. Zdjęcia stanowiły większe wyzwanie, było ich wiele, różnej jakości i nie były uporządkowane tematycznie.

Przeglądu zdjęć z wycieczki dokonał razem z rodziną. Najpierw oglądali zdjęcia z Nepalu. Na lotnisku w Katmandu z nudów fotografował siebie i innych podróżnych siedzących z opuszczonymi ze znużenia głowami lub rozciągniętych we śnie na ławkach i na podłodze. Były to sceny pełne uspokojenia i bezruchu: dwie turystki śpiące obok siebie na ławce jak zrośnięte głowami siostry syjamskie, mężczyzna z głową opartą o dużego psa leżącego przy jego boku na ławce oraz kobieta śpiąca z malutkim kotem pod pachą, przypominającym kłębek brązowo-białej włóczki zakończony wypustką różowego języka. Widoki te kontrastowały z pełnymi ruchu zdjęciami wykonanymi w centrum miasta, przed świątyniami, na rynku i na stacjach autobusowych.

Kiedy młodsza córka zapytała go, kim jest ten Hindus o jaśniejszej cerze, który pokazał się na kilku zdjęciach, Piotr zdał sobie sprawę, jak bardzo się zmienił w ciągu jednej egzotycznej podróży. Nie umiał sobie wytłumaczyć przemiany Europejczyka w Hindusa o smagłej cerze, nieco bardziej owalnej twarzy i większych, ciemnych oczach, w których czaiło się coś w rodzaju niepokoju.

Na spotkaniach w bibliotekach, szkołach, klubach podróżnika i podobnych miejscach zainteresowań egzotycznymi ludźmi i kulturami, opowiadał prawdziwe historie zdarzeń, jakich sam doświadczył oraz i scen, jakie widział, choć niektórzy uczestnicy spotkań uważali, że nie był ich bezpośrednim świadkiem. Tłumaczył to sobie tym, że chyba opowiadał o swoich przeżyciach w sposób sprawiający wrażenie, jakby relacjonował historie zaczerpnięte z życiorysów innych ludzi. W Klubie Świadomego Podróżnika spotkał się z takim sprzeciwem, że sam zwątpił w jedną ze swoich relacji. Było to zupełnie bezpodstawnie, ponieważ to, o czym mówił, miał wciąż jak żywe przed oczami: widoki, zapachy i kolory, ludzi,  małpkę na tle kamiennego postumentu, psa z żółtą plamą ma grzbiecie oraz krowę z kolorową chustą przewiązaną przez wychudłą szyję.

– Czego najbardziej panu brakowało w czasie podróży do Indii? – W Klubie Świadomego Podróżnika zapytano go po zakończeniu pokazu slajdów.

– Najbardziej to obrazów Indii współczesnych, bajecznie bogatego pałacu maharadży, wypełnionego luksusem, jego samego otulonego pozłacanym płaszczem, jego żon obwieszonych koliami klejnotów o wszystkich kolorach tęczy oraz bajecznych sal jego pałacu. Tego mi zabrakło. Zabrakło mi także bogatego dnia dzisiejszych Indii. Dzisiaj Hindusi nie mają na pokaz bogactwa, chwalą się tylko nędzą i deformacjami ciała i ducha.

– To prawda! – Piotr gotów był wykrzyknąć a następnie zaklinać się na Boga, nawet bić się z oponentami, gdyby ktokolwiek zakwestionował ten punkt widzenia na jego Indie a w pewnym stopniu także jego Nepal.

Wracając po raz czwarty do domu Piotr zachowywał się jak człowiek nieprzytomny, usilnie starając się zrozumieć, co się z nim dzieje oraz przypomnieć sobie, skąd przyjechał i dokąd zmierza. W głowie mu szumiało. Pamiętał, że na lotnisku ktoś go częstował napojem przywiezionym z Indii. Kiedy wyszedł przed budynek lotniska i  zastanawiał się, gdzie jest przystanek taksówek, usłyszał głos tuż obok siebie.

– Piotrze, jadę w tym samym kierunku. Mogę cię podrzucić. Była to kobieta z jego grupy, ale nie był w stanie rozpoznać która.

Jadąc z nią przeżywał znowu déjà vu. Pamiętał szczegóły poprzednich powrotów. Pierwszy raz były to koła pociągu a konkretnie lokomotywy, drugi raz koła taksówki i twarz taksówkarza, trzeci raz koła samolotu i pierwszy pilot, kapitan lotnictwa.

– Zawsze te cholerne koła i niewiele więcej – pomyślał zagubiony.

– Fortuna kołem się toczy – usłyszał głos kobiety za kierownicą. Uznał, że odczytuje jego myśli, lecz za nic nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Było mu głupio. Aby choć trochę rozładować niepokój, zadał najprostsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Dokąd my właściwie jedziemy?

– Do twego domu – odpowiedziała jak tylko można najkrócej.

– Dlaczego mówisz tak zwięźle, właściwie skrótami? – nie zamierzał zadać tego pytania, bo stawiało go w niekorzystnym świetle, ponadto było nieuprzejme a nawet obcesowe. Tym niemniej je zadał.

– Trzeba oszczędzać energię – wyjaśniła nieznajoma. – Jest zima a energia jest coraz droższa.

Kiedy to usłyszał, poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. 

Odc. 56 Miłosne sny 

Znalazłszy się w domu po kilku godzinach podróży, Piotr wrócił do przytomności. Tak mu się tylko wydawało, bo życie niby przewrotny chirurg siedzący gdzieś we wnętrzu głowy dokonywało zaskakujących korekt. Chodziło o erotyczne sny rodem z Indii i Nepalu, niezwykłe jak przepaści i szczyty Himalajów, jakie oglądał w czasie wycieczki z wynajętej awionetki.

Życie Piotra biegło teraz dwutorowo: w dzień spotykał się ze słuchaczami w bibliotekach i innych miejscach, by dzielić się niezwykłymi przeżyciami i wspomnieniami, w nocy zaś w skrytości sypialni prywatnie oddawał się czynom bezwstydnym i rozwiązłym. Były to orgie z udziałem przyjaciół z Grupy Trzynastej, postaci z Kamasutry oraz żywych rzeźb ze świątyń w Karadżaho. Aktorzy nocnego teatru wyginali się w erotycznym tańcu wykonując ruchy pełne lubieżności, wyuzdania i rozpusty.

Na początku coś powstrzymywało Piotra przed poddaniem się nęcącym słodkim szeptom, gestom i widokom ponętnych ciał. Dezorientowała go niepewność, jest czy nie jest żonaty, a kiedy przypomniał sobie, że jest, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Szczególnie wyraźnie zapamiętał scenę, kiedy w korowodzie kompletnej nagości w żółtoczerwonym autobusie pojawili się wszyscy uczestnicy wycieczki. Natychmiast rozpoznał towarzyszki podróży: Uśmiechniętą z ciałem bogini i oczami rozjaśnionymi płomieniem pożądania, Wizażystkę z powiekami zdobionymi miniaturkami złotobłękitnozielonych piór pawia, przypominających oczy, Wysoką z Kokiem, odważnie prężącą alabastrowe piersi i biodra.

Za kobietami pojawili się mężczyźni, wszyscy bez wyjątku obnoszący się dumnie ze swoją męskością: wysoki Szczepan z rozchylonymi na boki fałdami szlafroka, Kindżał trzymający w ręku wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet, Proteza dumnie prezentujący dwie zdrowe nogi, szokująco tłusty Inżynier, nagi jak osesek Fotograf z aparatem fotograficznym  w ręce, Darczyńca z emblematem Mistrza Różnych Ceremonii wymalowanym na włochatych piersiach, w końcu Rasputin z wielkim zdjęciem złączonych w miłosnym uścisku postaci z Pałacu Miłości w Karadżaho. 

Piotr poczuł się wyróżniony, kiedy rozbawione towarzystwo zaczęło podrzucać go do góry na prześcieradle, śpiewając mu „Sto lat miłości” i wykonując lubieżne, a zarazem pieszczotliwe i miłe gesty i ruchy. Nie było w tym nic niemiłego czy odrażającego; wręcz przeciwnie, wszystko sprawiało mu wielką radość.

Na początku myślał, że był to tylko sen. O tym, że był to fakt, a nie czczy wymysł wyposzczonego seksualnie organizmu, świadczyło prześcieradło. Rano było tak pomięte, jakby dla miłosnej wygody nieprzerwanie podkładano je pod plecy, głowę lub pośladki. Był jeszcze drugi niezbity dowód autentyczności przeżyć; kiedy się budził, niezwykle wyraźnie słyszał w uszach energiczny głos Przewo intonującego „Sto lat miłości”.

Nurzając się nocą w oparach wybujałej erotyki, każdego kolejnego ranka Piotr czuł się coraz bardziej zmęczony, uświadamiając sobie, że wszystko ma swoje granice, nawet najprzyjemniejsza perwersja. Trwało to dostatecznie długo, aby w końcu zapragnął otrząsnąć się z szalonej zabawy w Kamasutrę w towarzystwie przyjaciół z wycieczki.

Wieczorem położył się spać z postanowieniem, że nic mu się nie przyśni z wycieczkowo-hinduskiej erotyki. Dla pewności wcześniej przewietrzył pokój, nic nie jadł w ostatnich godzinach przed snem, nie oglądał telewizji i nie pracował przy komputerze. Tej nocy nic mu się nie śniło. Piotr odetchnął z ulgą.

– Udało się – pomyślał, wypoczęty i odświeżony, nie bez nutki żalu, że przeminęło coś, co jest niezwykle ulotne i piękne. Pocieszył się:

– Mam nadzieję, że jest to stan przejściowy, bo kto nie lubi głębokiej i satysfakcjonującej miłości.

Odc. 57 Pracowitość

Było to najbardziej pracowite lato w życiu Piotra Praktyka. Dwoił się i troił, jakby miał to już być koniec świata. Miał spotkania w dziesiątkach miejsc. Najpierw opowiadał o Indiach i Nepalu, ale w miarę upływu czasu coraz więcej o hinduskich bogach, bóstwach i ich wcieleniach. Stał się wziętym mówcą. Nie oznaczało to tylko przyjemności.

Któregoś dnia zatrzymał go na ulicy ksiądz katecheta, pamiętający go z czasów nauczania religii w szkole. Piotr nie kojarzył go sobie z nikim ani z niczym. Pomyślał, że ludzie w dojrzałym wieku starzeją się szybciej niż młodzi, w związku z czym księdzu było łatwiej zapamiętać Piotra niż jemu księdza.

– Co cię opętało, Piotrze? Jakiś egzotyczny szał religijny? Ty, umiarkowany bezbożnik, niespodziewanie podejmujesz się głoszenia chwały stwórcy świata. Ale jakim prawem mówisz o wyższości bogów hinduskich nad naszym Bogiem? Czy nie wydaje ci się to absurdem nie wspominając bezbożności?

Piotr – nie bez oporu zaciągnął katechetę do kawiarni, aby porozmawiać. Zaproponował mu drinka. Duchowny wzdragał się wypić, lecz niezbyt długo. Piotr zaoferował mu drugiego a następnie trzeciego drinka, co zostało przyjęte. Dostrzegając wyraz relaksu na rumianej twarzy rozmówcy Piotr uznał, że jest to najlepszy czas na laicki wykład na temat Boga.

– Bóg jest uniwersalny, ani krajowy ani hinduski. Istnieje w wielu postaciach. Nie w jednej ani w trzech, ale w setkach a może i tysiącach postaci. Gdyby ktoś zapytał księdza, ilu bogów tworzyło świat, ksiądz odpowiedziałby oczywiście, że jeden.

– Tylko jeden? – Zapytaliby Hindusi. – To niemożliwe!

Nastąpiła ożywiona dyskusja. Ksiądz otworzył się jak kwiat na wiosnę, mówił, był ożywiony. Zgodził się z kilkoma poglądami Piotra, większość krytykował i odrzucał. Zgodzili się tylko co do tego, że religijność społeczeństwa Nomadii schodzi na psy.

– Nomada w kościele przysięga ze łzami, że kocha bliźniego, ale kiedy wyjdzie na ulicę, to gotów niejednemu wbić nóż w plecy, a przynajmniej skopać – Piotr nie wahał się użyć mocnych słów, aby wyrazić swoja niechęć to takich postaw.

 – Przesadzasz, Piotrze, ale generalnie zgodzę się z tobą, że w kościele co drugi wierny mówi „tak, oczywiście wierzę w dobro, prawdę i miłość”, ale w domu, w pracy i na ulicy mówi „nie wierzę” a w najlepszym przypadku „Chciałbym w to wierzyć”. Nie wiem do czego zmierzamy jako społeczeństwo – Powiedziawszy to duchowny zasmucił się, po czym zamówił sobie drinka aby się pocieszyć.

Dyskusja toczyła nieprzerwanie cztery godziny, z przerwami na picie, chodzenie do toalety i raz na większy posiłek, przy którym katecheta miał więcej możliwości wyłożenia swoich poglądów. Ich rozmowa zakończyła się dopiero wtedy, kiedy już zamykano lokal. Na ogół dominował Piotr. Swoją ulubioną tezę powtórzył co najmniej pięć razy:

– Bóg jest uniwersalny a nie krajowy czy hinduski. Jest wielki, ale wielopostaciowy. Nie jeden i nie w trzech osobach, ale w tysiącach postaci.

Od dnia potkania z katecheta Piotr coraz bardziej rozkręcał się prowadząc prelekcje i pogadanki o wierze, bogach i religiach. Stały się one tak popularne, że po kilku tygodniach terminy spotkań były ustalane już z wyprzedzeniem kilku miesięcy. Piotr przygotowywał się do nich solidnie, starając się, aby nie robić tego z przesadą. Traktował je mniej jak wykłady czy uporządkowane prelekcje a więcej jak rozważania, dywagacje i wspomnienia na temat wiary w Boga i religii.

Przygotowując się do nich dużo ćwiczył, rozmawiał sam ze sobą, inscenizował sceny i symulował przebieg spotkań, obsadzając się w zależności od potrzeby w roli słuchacza, prelegenta lub osoby prowadzącej spotkanie. Zadawał sobie wówczas pytania, odpowiadał na nie, zaprzeczał, a nawet kluczył i gubił się na bagnach ignorancji lub niepewności, jak to się zdarza uczestnikom dyskusji na poważne tematy.

Był również przygotowany na najbardziej niewiarygodne scenariusze wydarzeń. Kiedy musiał ratować się przed wpadką, że czegoś ważnego nie wie lub nie pamięta, co najlepszemu mówcy może się zdarzyć, opowiadał kawał o świętym Antonim i lotniku, któremu spadochron się nie otworzył i który salwował się modlitwą do świętego o ratunek. Historia ta miała w sobie tyle dynamiki, że skutecznie odwracała uwagę słuchaczy.

– Tak samo jest z bogami w Indiach – przekonywał – kiedy ludzie zaskakują ich swoimi nieodpowiedzialnymi a często i szalonymi pomysłami, decyzjami i czynami. Duchowość Indii jest inna, jest nieporównanie bogatsza niż nasza. Ich bogowie są żywi, dynamiczni, bywają w dobrym lub złym nastroju. W hinduizmie bogowie i boginie mają wiele wspólnych cech z człowiekiem, co świadczy o wzajemnej bliskości.  

Wypowiadając te słowa Piotr pokazywał wielką tablicę przedstawiającą panteon najważniejszych hinduskich bogów, bogiń, bóstw oraz dobrych i złych demonów. Na szczycie piramidy stała trójka bogów: Brahma, Wisznu i Śiwa. Po chwili Piotr wygłaszał zaskakujący argument.

– Jesteśmy odmienni duchowo od Hindusów, ale jesteśmy tacy sami jeśli chodzi o konstrukcję serca i umysłu, prawdy i fałszu, dobra i zła. Jesteśmy Hindusami, podobnie jak oni są Nomadami.

Odc. 58 Spotkanie w sali wystawowej

Następnego roku lato w Nomadii zakończyła potężna burza, która skutecznie choć krótkotrwale oczyściła powietrze, nasyciła je ozonem i natchnęła ludzi energią. W sferze jej energetyzującego wpływu znalazł się także Piotr Praktyk. Poczuwszy nagły dopływ energii uznał, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozliczyć się z podróżą do Indii i Nepalu i wszystkim, co się z nią wiązało i kojarzyło. Wcześniej myślał, aby uczynić to jesienią, kiedy z drzew opadną liście i pejzaż będzie mu przypominać pustynię Thar w Radżastanie.

Z Grupą Trzynastą Piotr spotkał się najpierw na Skajpie. Zaaranżował to spotkanie, aby wzajemnie przypomnieć się sobie, zapytać, co słychać oraz umówić się na spotkanie w realu.

Spotkali się dwa tygodnie później w domu Kindżała, w sali mieszczącej ekspozycję sztyletów i noży bojowych. Wystrój pomieszczenia był typowy dla aranżacji wnętrz sprzed dwudziestu lat. Uwagę zwracał kasetonowy drewniany sufit oraz tynkowane ściany pokryte fakturą w stylu „ostrego baranka”. W każdym kasetonie mieściła się mroczna figurka świętego o twarzy znudzonego męczennika, co kontrastowało z ekspozycją jasno oświetlonych eksponatów białej broni.

Po pojawieniu się pierwszych pięciu członków Grupy Trzynastej, kiedy rozglądali się po sali, Kindżał, nie czekając na pozostałych, rozkładając zapraszająco ramiona wyjaśnił:

– Jest to moja najnowsza i najbogatsza ekspozycja broni białej. Dokupiłem kilka fantastycznych egzemplarzy. Łącznie jest ich tutaj trzydzieści sztuk. Teraz na wystawie są sztylety, kordziki, mizerykordie, puginały oraz noże bojowe.

– Masz tu tyle broni, że mógłbyś wyposażyć oddział desantowy do walki wręcz z terrorystami grożącymi wysadzeniem w powietrze nocnego pociągu pancernego.

Autorem tych słów był Darczyńca. Kindżał popatrzył na niego z uwagą i widocznie dojrzał w jego twarzy objawy pobudzenia alkoholowego lub narkotycznego, ponieważ zaśmiał się i odpowiedział:

– Masz rację. Jeśli zgodzisz się, to zaproponuję ciebie dowódcy oddziału jako nocnego przewodnika.

Kiedy już wszyscy się zebrali, na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo grupa się skurczyła i jak nierówno zmienili się jej członkowie. Po kilku latach niektórzy wyglądali jak świeżo ścięte gerbery, inni jak przeleżałe w ciemnicy bochenki chleba boleśnie pogryzione przez myszy. 

Nie o wszystkich było wiadome, co się z nimi stało. Niektórzy szukali szczęścia za granicą. Inżynier wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby tam ćwiczyć umiejętności zdalnej manipulacji hydrauliką w ramach nowatorskiego projektu „New Plumbing Virtual Reality”. Największą niespodziankę dostarczył przybyłym na zjazd Trzynastki Kantyna. Od kilku miesięcy przebywał w Indiach w Bangalurze, prowadził tam koło alkoholików anonimowych. Wszystko układało mu się bardzo dobrze, od czasu kiedy wyrwał się ze zgubnego nałogu, niszczącego wątrobę i gryzącego duszę, a stało się to dopiero po uzyskaniu rozwodu z żoną.

Wiadomość tę przekazał Darczyńca, jeszcze tęższy i niższy niż za czasów wyprawy do Indii i Nepalu. Na brzuchu miał torbę ze słodyczami, wyglądał jak podstarzały kangur dokarmiający dzikie wielbłądy na pustyni.

– Z Kantyną rozmawiałem telefonicznie. Sam zadzwonił do mnie. Przekazywał pozdrowienia dla wszystkich. Rozmawialiśmy o tym, jak udało mu się wyjść z nałogu. Mówił głównie o swojej żonie. Powiedział mi:

– Nie była to zła kobieta, lecz nękała mnie swoim ciągłym piłowaniem: Nie pij! Nie pij! Nie pij! Było to głupie, bo oboje wiedzieliśmy, że taka pomoc niczego nie załatwi, ponieważ nikt z rodziny nie może być psychoterapeutą dla drugiego członka rodziny. W moim przypadku to tylko dolewało oliwy do ognia zagubienia się w i tak już ognistym napoju.

– Co my wiemy o tym mieście? Tym Bangalurze? – zapytała Wysoka z Kokiem, jakby miało to jakiś sens. Wyglądała jakby była spokojniejsza, bardziej wyciszona, mniej bojowa, ale pozostała w niej dawna nieokiełznana wścibskość.

– Pies drapał Bangalur – mruknął pod nosem Kindżał, ale nie podjął tematu.

Piotr już wcześniej dokonał wstępnego rozrachunku z Indiami, Nepalem, Grupą Trzynastą i samym sobą. Chciał oderwać się od tych wspomnień, zapomnieć o nich. Zbyt często do niego wracały, tak jakby w nich koncentrowało się całe jego życie. Na spotkaniu dokonał ostatecznego podsumowania, jak buchalter, któremu wreszcie dodają się liczby w pionie i poziomie arkusza kalkulacyjnego. Wyznał szczerze dawnym towarzyszom podróży:

– Chcę o tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, zapomnieć, bo to mnie strasznie męczy, śni mi się po nocach. Najlepiej podróżować, kiedy jest się młodym, ponieważ wtedy w pełni odczuwa się temperaturę zdarzeń, serdeczniej odbiera otoczenie i patrzy na świat szeroko otwartymi oczami, żywo i świeżo jak dziecko. Z wiekiem oczy zwężają się zupełnie jak żyły i wzrok staje się bardziej niemrawy a umysł ponury, podobnie jak usposobienie i duch człowieka.

– To coś w rodzaju spowiedzi na łożu boleści, kiedy za oknem latają już nietoperze-wampiry, aby wyssać krew z umierającego – rzucił nonszalancko Kindżał, bawiąc się sztyletem przerzucanym z jednej dłoni do drugiej.

Wszyscy entuzjastycznie zgodzili się z Piotrem, zaprzeczając niejako jego przekonaniu, że z wiekiem duch w człowieku marnieje i zamiera, a co najmniej flaczeje.

Wspominając oczy dziecka, Piotr przypomniał sobie ciekawostkę, szczegół geograficzny. Żyjący w skórzanych jurtach Mongołowie uznają duże oczy kobiet z innych części świata za brzydkie, porównują je nawet do wyłupiastych oczu krowy. W cenie u mieszkańców tej surowej krajobrazowo i klimatycznie krainy są tylko oczy zwężone i ukośne. Jedynie te są dla nich piękne. Piotr powiedział to zebranym. Chwilę rozmawiali na ten temat.

– Niby jesteśmy tacy sami, a jakżeż jesteśmy różni – podsumowała Wizażystka.

– Kurwa mać! – głośno zaklął Kindżał. – A niech to nagła krew zaleje! Znowu się skaleczyłem. Zgadzam się z przedmówcą. Chyba rzeczywiście i ja dziadzieję.

Darczyńca uznał, że jest to koniec spotkania i wyciągnął z torby na brzuchu sławetne dzióbasy, aby rozlać do nich Indian Rye Vodka, koniak hinduski, który przewrotnie oznaczano na naklejce nazwą Hinduska Wódka Żytnia.

– To zmniejsza koszty cła – wyjaśnił Darczyńca, kiedy Rasputin zakwestionował sens takiej nazwy.

Sącząc alkohol, Piotr wciąż myślał o kobiecych oczach. Oczy stanowiły dla niego ważny atrybut jak i kryterium oceny piękna kobiety, jej twarzy i ciała, niezależnie od innych powabów. Myślenie o pięknie uspokoiło go na tyle, że tego dnia nie wrócił już do wspomnień nadzwyczajnej krótkości wyprawy do Indii i Nepalu, nawiedzającej go amnezji oraz prowadzących donikąd dyskusji o istotach wyższych, których nikt nie rozumiał i nie zrozumie.

Michael Tequila
Gdańsk, 19 lutego 2021

0Shares

Dyktator. Powieść. Odc. 1- 34.

Odc. 1

Towarzystwo Różańcowe Dnia Powszedniego zanotowało w swoim rejestrze nowe osoby. Pod numerami 1215 i 1216 zapisano po raz pierwszy w jego historii dwóch mężczyzn. Prosili, aby nie ujawniać ich nazwisk.

– To zmiana pokoleniowa i obyczajowa i wolimy poczekać, aby dokonała się w pełni. Jeśli ogłosicie teraz nasze nazwiska to będziemy regularnie obrzucani błotem i wyzywani od degeneratów. Wielu mieszkańców naszego miasteczka jest wciąż przeciwnych, aby mężczyźni wchodzili w tradycyjne role kobiet. To nie jest dobrze widziane.

Idąca z tyłu przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, zwana Czarną Izabellą, zauważyła, że nowi członkowie czule ścisnęli sobie dłonie w wąskim przejściu korytarza prowadzącego do kaplicy, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie z ich udziałem. Nie podzieliła się tym z nikim, ponieważ i jej zdarzało się szukać pieszczoty dłoni innej kobiety w dyskrecji zaciemnionego korytarza, samotni leśnej, a nawet sypialni. Wspominała te momenty z rozrzewnieniem. 

Lista członków Towarzystwa Różańcowego była długa; figurowały w niej  także nazwiska członków niegdysiejszych, dawno już zmarłych, jak i tych, co opuścili miasteczko w poszukiwaniu lepszego życia.

– Przywiązanie do tradycji jest obok pobożności, szczerej modlitwy, śpiewu i poczucia bliskości Boga naszą najmocniejszą cechą – Czarna Iza lubiła podkreślać więzi łączące organizację prowadzoną przez nią od piętnastu lat.

Czas towarzystwa różańcowego wypełniony był pracą na rzecz kobiet, które pobłądziły; niezamężnych matek z dziećmi, alkoholiczek, narkomanek, kobiet bezdomnych. Dla ich wspomożenia codziennie odmawiały dodatkowe dziesięciolecie różańca. Dwa razy w roku panie różańcowe prowadziły sprzedaż wypieków na wspomożenie kościoła. Ojciec Adalbert, opiekun świątyni, był im za to szczerze wdzięczny, gdyż parafia należała do biedniejszych w diecezji.

Odc. 2

Burmistrz Piotr Rafael przebywał w domu na przymusowym odwyku zarządzonym przez żonę, kiedy dopadł go wirus Quagga. Jak to się stało, że się zaraził przebywając w odosobnieniu, przerastało wyobrażenie doktora Brosa. Stan zakaźny burmistrza doktor odkrył podczas rutynowego badania w domu pacjenta.

Rafael miał dużo wolnego czasu i czuł się na tyle dobrze, aby zainteresować się wirusem. Dotychczas go ignorował wypowiadając się sceptycznie o epidemii, jej przyczynach i skutkach. Uważał, że pierwotnym źródłem zakażeń jest niedostatek higieny.

– Brud jest źródłem zła tak powszechnym, że możemy spokojnie uznać go również za przyczynę wirusa. Osobiście nie wierzę w bakcyle i zarazki, bo ich nigdy nie widziałem na oczy, i nie zamierzam nosić maseczki czy rękawiczek ochronnych.

Pierwszej lekcji o wirusie i epidemii dziesiątkującej mieszkańców miasta  udzielił mu doktor Bros. Wiedział więcej niż inni lekarze. Śledził najnowsze osiągnięcia naukowe i utrzymywał szerokie kontakty w świecie medycyny. 

– Wirus i wywołana przez niego epidemia to poważna sprawa. Nazwa wirusa pochodzi od ukrytej w dżungli Afryki Równikowej wsi Quagga, gdzie pojawił się on po raz pierwszy. O istnieniu samej miejscowości, a przy okazji o tajnym laboratorium medycznym, które tam istnieje, świat nigdy by się nie dowiedział, gdyby wirus – dotychczas uśpiony na  okolicznych bagnach – nie rozprzestrzenił się. Prawdopodobnie przeniosły go łopaty wirnika helikoptera dostarczającego do laboratorium pocztę, sprzęt, materiały zaopatrzeniowe i ludzi na wymianę. Są podejrzenia, że wirus powstał w laboratorium.

Na wiadomość o zakażeniu burmistrza wirusem, notable miasteczka przysłali mu telegramy z wyrazami współczucia, życząc szybkiego powrotu do zdrowia. Życzeniami zaskoczył go Cukor, zwany Cezarem, niezwykle wpływowy obywatel miasteczka, o którym było wiadome, że nie przepada za burmistrzem. Zorientowany w sekretnych sprawach  społeczności Ojciec Albert powiedział swojej gospodyni:

– Cezar korzysta z usług burmistrza, ale uważa go na osobę niepewną i niezrównoważoną emocjonalnie. Takie jest życie.

– Ojciec wie to najlepiej, bo jest spowiednikiem i zna ludzi od podszewki – odpowiedziała gosposia, przygotowując na obiad kukurydziane arepas, ulubione danie duchownego, zaspokajające głód i łagodzące pragnienie. Rzadko to czyniła, ponieważ Ojciec Albert lubił sam sobie gotować. 

Na stoliku w sypialni burmistrza leżał otwarty telegram; doktor Bros mimo woli przeczytał jego treść, kiedy burmistrz wyszedł do kuchni po szklankę wody. 

– Życzę Panu, Drogi Burmistrzu, szybkiego i skutecznego wyzbycia się tej zarazy, a przy okazji długich lat życia oraz wielu błogosławieństw bożych. Z poważaniem, Leon Cukor.

Po powrocie do domu doktor podzielił się z żoną swoimi wątpliwościami.

– Nie wiem, czy Cezar życzył burmistrzowi wyjścia z alkoholizmu czy też z zakażenia wirusem. Tak czy inaczej, nie były to miłe życzenia. Nie jestem także pewien, czy burmistrz zrozumiał aluzję nadawcy. Czasem wydaje mi się, że nie jest zbyt lotny. Nie jestem też pewien, czy nie jest to typ  służalca, co lgnie do ludzi wpływowych. Z wdzięczności za poparcie w wyborach na stanowisko burmistrza gotów byłby wejść Cezarowi w …. – Doktor nie zdążył dokończyć zdania; silniejszy powiew zbliżającej się burzy rozwarł drzwi mieszkania na oścież zmuszając go do interwencji.

– Wysoka wilgotność i nasilający się wiatr to symptomy zbliżającej się pory mokrej. Znowu ludzie pogrążą się w smutku a ja będę mieć więcej roboty.  – mruknął z niechęcią doktor, zapominając o telegramie, burmistrzu i Cezarze.

Pora wilgotna miała dać się we znaki nie tylko jemu. Wszyscy mieszkańcy miasteczka myśleli z niepokojem o powodzi i epidemii wirusa Quagga.

Odc. 3

Wirus niezmordowanie zbierał żniwo. Tuż po rozpoczęciu roku szkolnego odszedł nagle pryncypał szkoły średniej. Poszukiwano następcy. Spośród kandydatów na stanowisko wyróżniał się Igor Makara, mężczyzna o mocnym karku i smutnym obliczu świętego, jakie widuje się na obrazach w kruchtach kościelnych. Wychowany przez siostry zakonne miał surowe poglądy.

– Ale wyważone i sprawiedliwe – podkreślali jego zwolennicy. – Takich ludzi jest bardzo mało, tym bardziej należy go cenić a nie krytykować.

Kandydat Makara koncentrował się sprawach ważnych dla edukacji, szkoły i miasteczka: dzieciach, matkach, wychowaniu, obowiązkach rodzicielskich i patriotycznych. Jego kandydaturę przedstawił Cezar a poparły czołowe osobistości miasteczka. Dwa dni później magistrat zatwierdził kandydata i wyznaczył dzień jego uroczystego zaprzysiężenia. Zanim to nastąpiło, Makara przemówił do mieszkańców miasteczka zebranych przed szkołą na ulicy Przyleśnej. Mówił wyraźnie i zdecydowanie, powołując się na Boga i moralne obowiązki, jakie nałożył on na ludzkość, szczególnie na kobiety.

– Miejsce niewiasty jest w domu. Jej główną powinnością jest zawarcie związku małżeńskiego i wydawanie na świat dzieci. Im wcześniej tym lepiej. W krajach arabskich dziewczynki wychodzą za mąż już w wieku czternastu lat. U nas niestety później. 

Kobiety nazywał ukochanymi matkami i siostrami, dawał przykłady męstwa Joanny d’Arc, w końcu przywołał historyczny przykład niewiasty kobiety, która urodziła ponad sześćdziesięcioro dzieci.

– To nie jest możliwe – krzyczano.

– Jest możliwe, bo były to także ciąże mnogie – na dowód czego kandydat zacytował źródło historii medycyny.

Przed trybuną, skąd przemawiał, falował niespokojnie tłum przeciwników jego nominacji.

– Popierasz tych, co chcą mówić nam, jak mamy żyć. Niedoczekanie wasze! – krzyczano ze wszystkich stron. – Nie możecie decydować o wszystkim. Uzurpujecie sobie prawo do naszej przyszłości. Nadajesz się na woziwodę, a nie na pryncypała szkoły. Tu chodzi o nasze dzieci i naszą przyszłość. Taki pryncypał to tragedia dla edukacji. Nie może być na to naszej zgody!

W obronie dyrektora wystąpiły – oprócz Cukora i innych znanych osobistości  – także Koło Pobożnych Matron i Loża Masońska. Ojciec Albert zorganizował nabożeństwo w intencji nowego dyrektora, na które zaprosił także przedstawicieli innych religii, życzliwych kandydaturze Makary. Na nabożeństwie stali w pierwszym rzędzie razem z Cezarem i innymi osobistości miasta. Kobiet było niewiele. Wyróżniała się Czarna Iza, przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, ubrana w długą suknię z czarnej koronki.

– Wygląda jak wdowa po mężu, na którego śmierć czekała już od zamążpójścia – szepnęła Sandra, żona burmistrza, do stojącej obok przyjaciółki. 

Mężczyźni byli w ciemnych garniturach i w krawatach, z wyczyszczonymi na połysk butami, niektórzy z odznaczeniami na piersiach. Ojciec Albert wypowiadał się z szacunkiem i życzliwie za kandydatem, nie nachalnie, ale z przekonaniem, przedstawiając w tle zdarzenia i postacie biblijne. Mówił o Arce Noego, przerwanej płodności żony Lota, którą Bóg zamienił w słup soli za karę, że nie poszła z mężem do sypialni, tak jak prosił, tylko oglądała się za siebie.

Ojciec Albert przewodził procesji. Miał na sobie odświętną szatę w złotozielone wzory aniołów ze złotymi trąbkami. Szedł powoli pod baldachimem niesionym na zmianę przez Cezara, burmistrza, komendanta, plenipotenta, doktora Brosa, pocztmistrza i kilka innych, pomniejszych osobistości. W procesji uczestniczył także Henry Penryt, Hindus, reprezentujący mniejszość etniczną, poza tym dentysta oraz właściciel Telewizji Tuba. 

Kandydat nie zdążył podjąć obowiązków. W nocy przed zaprzysiężeniem przez burmistrza, mającym mu wręczyć symboliczne oznaki władzy szkolnej, rózgę, pióro i książkę, okazało się, że został ukąszony przez komara roznoszącego wirusy Quagga. To go przykuło go do łoża boleści.

Odc. 4

Od nadejścia pory deszczowej epidemia wirusa Quagga zabierała coraz więcej ofiar. Wielkie karawany pogrzebowe woziły ciała na cmentarz nocą. Ale ludzie i tak je widzieli. Kłopoty miasteczka nawarstwiały się tworząc łańcuchy i piramidy nieszczęść. Ludzie przestali myśleć o najbliższym otoczeniu, jakby straciło ono dla nich jakąkolwiek wartość. Cierpiały na tym zieleńce, parki miejskie, rzeka oraz okoliczne lasy i jeziora.

– To już nie jest zaśmiecanie, to morderstwo natury. Aż wstyd, że robią to nasi sąsiedzi, znajomi a może nawet rodzina, egoiści, którym brud moralny wychodzi z butów szybciej niż słoma, na jakiej się urodzili. Nasze lasy i rzeka są coraz bardziej zaświnione.

Były to słowa Trinity, gospodyni Ojca. Zdziwiły go, bo nie były do niej podobne. Nigdy nie używała takich słów ani nie była tak radykalna. Domyślał się, że ktoś ją nakręcił.

W obronie środowiska naturalnego demonstrowała już tylko młodzież i organizacje zielonych. Ich oburzenie nikogo nie interesowało. Tak to czuli. Dlatego szukali sprzymierzeńców i pomocy. Ich delegacja spotkała się drugi raz z Ojcem Albertem. Wierzyli, że im pomoże, choć był osobą bardzo konserwatywną. Chcieli go prosić, aby interweniował. Był kapłanem i znał wszystkich, jego słowa znaczyły więcej.

Przemówił Aleks, krewki młodzieniec o żywych, dziecięcych oczach, sypiącym się wąsie i włosach opadających na ramiona. Przypominał dużego nieopierzonego kurczaka.

– Niech Ojciec przemówi ludziom, tym brudasom, do sumienia. Przecież roślinność, woda, zwierzęta, ptaki i cała masa innych istot żywych to twory boskie, nie ludzkie. Może zrozumieją.

Ojciec Albert wysłuchał petycji z uwagą. Sprawa była poważniejsza niż myślał. Wypomniano mu, że on też o tym wiedział i nic nie zrobił, aby wykorzenić zło. W duchu przyznawał im rację. Chodziło nie tylko o zanieczyszczanie środowiska. Ludzie wycinali bez pozwolenia drzewa i budowali domy bez urzędowych zezwoleń. Było w tym przekupstwo, nadużywanie władzy i korzystanie z nienależnych przywilejów. Najgorsze było to, że winni byli ludzie Cezara, człowieka wyjątkowo wpływowego. Miał wielki majątek i mógł każdemu załatwić lukratywną pracę, korumpując ludzi, aby sprzeniewierzyli się własnemu sumieniu. Wielu mieszkańców wiedziało o nadużyciach, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos, gdyż chodziło o ludzi najbardziej wpływowych. Ojciec Albert znał ich wszystkich, chrzcił ich dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach ich bliskich oraz w rodzinnych uroczystościach.

Zdecydował się zabrać publicznie głos dopiero wtedy, kiedy Alex mruknął do swoich towarzyszy.

– Będziemy musieli coś podpalić. Jak spłonie dom lub kilka samochodów, może wtedy coś zrozumieją.

Potakiwano mu głowami. Dla Ojca Alberta był to znak, że żarząca się w nich anarchia ujawni się w czynach, jeśli on ich nie powstrzyma.

– Dobrze – powiedział mocniejszym głosem niż zamierzał. Zrozumiał, że jeśli nic się nie zmieni, w miasteczku wybuchną niepokoje. Przypomniał sobie czasy wojny domowej, kiedy ludzie stojący po przeciwnej stronie barykady ideologicznej wyrzynali się nawzajem.

W kościele były dwie ambony. Ta z lepszym nagłośnieniem była ładniejsza i wygodniejsza ale niska. Elektryk mieszkający w sąsiedztwie kościoła przemontował nagłośnienie na wyższą. Był zadowolony ze swojej roboty.

– Teraz będzie Ojciec przemawiać jak Mojżesz z Góry Synaj, w wielką mocą.

W niedzielę Ojciec Albert, sześćdziesięcioletni mężczyzna o radośnie okrągłym obliczu i charakterze umiarkowanego choleryka, przemówił. Zgromadzeni w kościele nie poznali go, jego niezwykłej kaznodziejskiej perswazji.

– Moje słowa kieruję do grzeszników, naszych współbraci, którzy błądzą okazując pogardę temu, co Bóg stworzył dla wszystkich żywych istot. Idea miłości bliźniego upadła na pysk. Nawet ludzie bogaci, może i ci najbogatsi, których stać dziesięciokrotnie na zapłacenie za wywóz śmieci, wyrzucają do lasu i do rzeki nie tylko butelki ale i stare opony, sedesy, meble, kafelki podłogowe i gruz budowlany. A przecież w lasach i wodach żyją zwierzęta i ptaki, nasi bracia mniejsi! Mówił o tym wielokrotnie Święty Franciszek z Asyżu, ale wy o tym zapomnieliście. A może nie zapomnieliście, tylko ignorujecie Świętego Franciszka, patrona naszego miasteczka? Zapominacie go, oraz przykazania boskie, bliskie jego sercu. To co jest dla was świętością?

Po nabraniu oddechu kapłan kontynuował.

– To nie wszystko. Chodzi też o łamanie prawa, korupcję i nadużycia władzy. Pohamujcie się, bracia i siostry, od zła, jakie czynicie. Mamy trudne czasy, epidemię wirusa i prawdziwe powodzie, i nie musimy dodawać do nieszczęścia podłych czynów.

– Wyszedł z ojca prawdziwy kaznodzieja – gratulowali mu wierni po zakończeniu nabożeństwa. – Tak trzeba było; przemówić z sercem do robaczywych sumień.

Gotowość naprawy społeczeństwa przetrwała kilkanaście dni; nie można było nic zrobić, gdyż z nieba nieprzerwanie padał deszcz. Kiedy zza chmur pojawiło się słońce, ludzie żartowali:

– To tylko po to, abyśmy wyraźniej widzieli klęskę.

Woda wypełniła koryto rzeki, okoliczne zalewiska, połowę piwnic i wszystkie dziury w mieście. Czekano na jej opadnięcie.

Kiedy przebrzmiały echa kaznodziejskiego zrywu, Ojciec Albert patrzył już na zło łagodniej, z pewną dozą optymizmu.

– Pan Bóg nie zapomniał nas, po prostu tylko przejściowo nas przeklął zsyłając wirusa i obfite deszcze – lamentował, kiedy spotkał doktora Brosa, mającego akurat chęć i czas, aby wysłuchać tyrady na temat czasów i moralności.

Narzekanie na upadek obyczajów najlepiej wychodziło mu rano, kiedy otwierał drzwi kościoła pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, i wieczorem, kiedy je zamykał. Był to rytuał, którego nie złamał w ciągu wieloletniej posługi, nawet w czasie choroby. Gorączka o mało co nie zabiła go wtedy rzucając na drzwi świątyni bogato zdobione miedzianymi ćwiekami.

Doktor Bros, ubrany w biały uniform lekarski, o nieokreślonej twarzy pozostającej w cieniu pokaźnego nosa, alfa i omega zdrowia publicznego, słuchał Ojca Alberta z uwagą. Uważał go za dobrego obserwatora,  człowieka zorientowanego w zawiłościach ludzkich losów.

– Ludzie przestali myśleć o bliźnich, nawet o sobie. Stali się egoistami prowadzącymi życie bez korzyści dla kogokolwiek. Zamożność i postęp stępiły ich wrażliwość. Mężczyźni myślą teraz jak kobiety, a kobiety jak mężczyźni. Nie wróży to nic dobrego. Nie dziwi mnie to jednak, gdyż wiem, że wyroki boskie są niezbadane – niejednoznacznie zakończył Ojciec Albert, jedyny człowiek łączący ludzi wszystkich wyznań, włącznie z klarobaptystami i cichowiercami.

Odc. 5

W pierwszej dekadzie października wykresy zachorowań, wyzdrowień i zgonów z powodu wirusa Quagga nieprzerwanie szły w górę. Oczekiwane przesilenie nie następowało. Nocą słychać było syreny pogotowia ratunkowego.

– Dlaczego oni używają syren nocą? Przecież o tej porze nie ma ruchu na ulicach! Chciałbym wypocząć po tygodniu ciężkiej pracy – denerwował się Józef Egipski, właściciel supermarketu z artykułami pierwszej potrzeby, aptekarz z zawodu. Był zmęczony po tygodniu wyczerpującej pracy. Najwięcej zajęcia miał w dziale sprzedaży artykułów farmaceutycznych, nie wymagających recepty, oraz drogeryjnych, związanych z ochroną przeciwwirusową. 

W niedzielę po południu burmistrz zadzwonił do żony. Wciąż był w magistracie, pracował. Czuł się rozdarty między obowiązkami męża a urzędowymi. Martwił się też oskarżeniami, że przedwcześnie zapowiedział zwycięstwo nad wirusem. Myślał o sytuacji, kiedy będzie musiał przyznać się do tego i przeprosić mieszkańców miasta. Żądali tego głośno jego przeciwnicy i część mediów. 

– Przepraszam cię, Sandro, ale dzisiaj będę nocować w pokoju gościnnym w magistracie. Mamy huk pracy i muszę…

– Co wy tam robicie w niedzielę? – przerwała niecierpliwie żona. Jego coraz częstsza nieobecność w domu wywoływała w niej podejrzenia, że ma kochankę. Nie miała jednak dowodów, że tak jest w istocie. Nie pozostawało to bez wpływu na jej samopoczucie. Od czasu wybuchu epidemii przybrała na wadze do tego stopnia, że koleżanki sobie z niej dworowały.

– Jakoś tak wyładniałaś, Sandro. Ta czerwona sukienka leży na tobie bez najmniejszej zmarszczki. Doskonale w niej wyglądasz, a na pewno jeszcze lepiej bez sukienki. Jak na obrazie „Maja naga” Francisco Goji.

Dla niej nie był to temat do żartów. Jej rozmyślania przerwał głos męża. Brzmiał trochę ochryple, tak że pomyślała, że pił alkohol.

– Uczestniczę w naradach i dyskusjach. Analizujemy przyczyny nagłego wzrostu zachorowań epidemicznych i szukamy rozwiązań – wyjaśniał cierpliwie. – Pracy jest taka masa, że po prostu nie daję rady. Dlatego do pomocy zaprosiłem doktora Brosa. Wyobraź sobie, że odmówił. Powiedział, że ma aż nadto obowiązków. Musiałem go przekonywać. Dopiero kiedy zaapelowałem do jego sumienia i patriotyzmu, zgodził się.

– Ty i ten twój dobroczyńca Cezar to tylko wciąż o wierze, tradycji i patriotyzmie! Na mózg wam padło. To nie jest tylko moja opinia, ale połowy miasta. Moglibyście wreszcie nabrać umiaru. Jeśli nie wy wszyscy, to przynajmniej ty.

Burmistrz nie sprzeciwiał się krytyce żony. Był zadowolony, że nie oponowała, że pozostanie w magistracie na noc. Zanim pożegnał się, dodał:

– Wierz mi, że ja i mój gabinet robimy bokami, aby wreszcie stłumić tę parszywą epidemię. Dwa razy dziennie występuję w telewizji i ogłaszam nowe instrukcje, wytyczne i inicjatywy rządu.

– Może dlatego, że zafajdaliście sprawę nie robiąc dostatecznie dużo lub robiąc rzeczy niewłaściwe. Mnie nie musisz wciskać propagandy, bo obracam się wśród ludzi i wiem, jak was oceniają. Znam wasze hasła: Mamy wielkie osiągnięcia! W innych miastach jest gorzej! Popatrzcie na statystykę! Zwiększamy ilość łóżek w szpitalach zakaźnych. Pamiętajcie o kwarantannie. Będziemy karać za nienoszenie maseczek. Ogłaszamy strefy zagrożeń; pokoloruj je sobie, jeśli chcesz. Chyba to wystarczy?

Burmistrz ucieszył się, że żona wyrzuciła z siebie tyle złej energii. Bał się, że zacznie się domyślać się, że znalazł sobie kochankę, z którą spotykał się wieczorem w swoim gabinecie.

Mimo zachęt ze strony magistratu do ograniczenia kontaktów towarzyskich i rodzinnych oraz ostrzeżeń doktora Brosa i innych lekarzy, jak niebezpieczny jest wirus Quagga, mieszkańcy miasta nie zmieniali trybu życia, spotykali się towarzysko, odwiedzali restauracje i bawili.

Doktor interweniował przemawiając do rozumu, ilekroć był świadkiem niestosownych zachowań.

– Skaranie boskie z wami. Jesteście młodzi i silni. Wielu was dobrze znam, niektórych przyjmowałem nawet na świat od waszych świętych matek. Niby inteligentni i rozsądni, ogłupieliście i gromadzicie się stadnie jak zwierzęta. Dotykacie się, obejmujecie, rozmawiacie, śpiewacie i krzyczycie do siebie, jakby zwykle słowa nie wystarczały.

Doktor wszedł do gabinetu burmistrza bez czapki, z rozwichrzonymi włosami i rozchylonym płaszczem. Pantofle nieczyszczone od kilku dni pokrywała warstwa szarego kurzu i błota, widoczny pod płaszczem biały fartuch wyraźnie stracił świeżość. Odezwał się już w progu.

– Ci młodzi ludzie chyba oszaleli. Spacerują po ulicach i gromadzą się w miejscach publicznych jakby to był czas niefrasobliwych wakacji. Maseczki najczęściej nie noszą, w najlepszym wypadku trzymają ją w kieszeni, w najgorszym wyrzucają do kosza lub w krzaki. Kiedy wychodzą z psami na spacer, te rozpoznają je po zapachu, wyciągają i roznoszą po parku. Ci ludzie nie rozumieją, że kiedy krzyczą lub śpiewają, wirus rozchodzi się znacznie dalej. W takim wypadku dystans społeczny nawet pięciu metrów nie wystarczy. Do ich obnażonych i spoconych rąk oraz twarzy wirusy kleją się jak błoto do karoserii samochodu. Im to nie przeszkadza. Sami nie chorują, tylko zarażają osoby starsze, własnych rodziców i dziadków. Co to za młodzież!

Tego dnia doktor niewiele pomógł burmistrzowi. Po kilku minutach oświadczył:

– Co ja będę panu i pańskim ludziom tłumaczyć, jak wy i tak to wszystko wiecie. Tu trzeba przykręcić śrubę mieszkańcom. Karać za nieprzestrzeganie zaleceń i wsadzać do więzienia. Wiem co to jest epidemia, dlatego chętnie kazałbym nawet rozstrzeliwać! – doktor popadł w nastrój niezdrowego podniecenia.

– Jest zmęczony albo pijany. Albo nie mógł wytrzymać napięcia i się narkotyzuje – pomyślał burmistrz. Nacisnął przycisk na biurku wzywając strażnika pilnującego wejścia do biura. Wyszedł mu naprzeciw, aby udzielić instrukcji.

– Niech pan pomoże doktorowi wyjść na świeże powietrze. Poczuł się słabo chyba z wyczerpania. I proszę wezwać do mnie tę nową sekretarkę i nie wpuszczać nikogo do mojego gabinetu. Muszę jej podyktować ważne komunikaty do przygotowania. W końcu musimy zwalczyć tę epidemię.

Po odejściu strażnika burmistrz wyjął telefon komórkowy i wykręcił numer Cezara. Przedstawił mu krótki raport o sytuacji epidemiologicznej.

– Musimy się spotkać i ustalić strategię postępowania. Inaczej wirus pogrzebie nas wszystkich. Szpitale zapełniają się stopniowo. Wkrótce pacjenci będą rywalizować o miejsca, respiratory i usługi lekarzy. To będzie pandemonium.

Głos z drugiej strony wyjaśniał coś przez minutę. Kiedy skończył, burmistrz zastanowił się, po czym odpowiedział.

 – Proszę mnie zawiadomić, kiedy będzie pan gotowy. Jestem na pańskie polecenia. Przyjadę, jak tylko pan mnie wezwie.

Od czasu wyboru burmistrza, decyzje magistratu zapadały w gabinecie Cezara. Była to cicha ale skuteczna współpraca. Zaczęła się znacznie wcześniej.

Odc 6

Wraz z porą deszczową nadeszła nowa fala epidemii. Rzeka i wirus jakby się zmówiły, pojawiając się razem, aby gnębić ludzi.

Pamiętny dzień rozpoczął się tak zwyczajnie, jakby było to wpisane w porządek świata.  Ranek był dżdżysty, potem rozpadało się na dobre, w końcu przyszła ulewa, która przerodziła się w oberwanie chmury. Niebo zwaliło się na ziemię miliardami ton wody. Jak zanotowały punkty pomiarowe lokalnej stacji meteorologicznej na każdy metr kwadratowy spadła tona deszczu. To wyjątkowe zdarzenie pozostało w pamięci mieszkańców miasta jako Dzień Wielkiej Wody.

W pierwszej kolejności fala powodziowa zmyła barki, łodzie i domy pływające zakotwiczone w porcie rzecznym, pędząc je jak bydło w dół rzeki, ku oceanowi. Większość jednostek znikła bezpowrotnie; poszła na dno albo zbłądziła gdzieś w chaszcze, aby zgnić w mrocznej samotności, albo została rozkradziona.

W miarę podnoszenia się poziomu wody w rzece, ludzie przenosili się z dobytkiem na wyżej położone obszary. Władze miasta udostępniły nieszczęśnikom teren kempingu, dostarczając także namioty i obiecując podłączyć „jak tylko można najszybciej” wodę i instalacje sanitarne. Rozmiar i gwałtowność powodzi zaskoczyły wszystkich, najbardziej zaś geometrę. Kiedy ludzie budowali domy i on wykonywał pomiary, robił z właścicielami działek zakłady, rodzaj ubezpieczenia, do jakiego poziomu powódź nigdy nie dojdzie. Chodziło o to, aby czuli się bezpieczni.

Nad wzbierającą rzeką zbierały się grupki ludzi. Zachowywali się różnie; niektórzy pomstowali, inni milczeli lub odchodzili, aby nie być świadkami rodzącej się klęski.

– Przeklinanie nic nie da. Rzeka i ludzki los nie zależą od człowieka. To kara boska za nasze grzechy. Nadchodzi niespodziewanie jak grom z jasnego nieba.

Komentarz Ojca Alberta nie we wszystkich wzbudził entuzjazm, mimo życzliwości, jaką go darzyli.

W przeddzień powodzi otwarto klub Ero. Była to instytucja prywatna, zastrzeżona wyłącznie dla mężczyzn. Jak się potem okazało, także dla kobiet, chociaż tych było bardzo mało. Zdarzenie od początku otoczone było tajemnicą. Było to miejsce wyłącznie dla wybrańców, którzy otrzymali zaproszenia na jego otwarcie. Kto to był imiennie nie było wiadome. Obowiązywała tajemnica; nikt zresztą nie spodziewał się niczego innego zważywszy na nazwę klubu.

Budynek klubu, kolumnami na froncie przypominający wiejską rezydencję z okolic Neapolu, był usytuowany w północnej, górnej części miasta. Były to dzielnice zamieszkałe przez osoby uprzywilejowane przez los, właścicieli fabryk, majątków ziemskich, odziedziczonych fortun jak i posiadłości zdobytych ciężką pracą. Większość notabli miasta miała tu swoje domy, z wyjątkiem tych, którzy dopiero rozpoczynali karierę zawodową, aby się dorobić.

Zaproszeni na otwarcie „Ero” zjawili się w maseczkach i ubiorach stylizowanych na postacie historyczne i nie tylko. Każdy z uczestników miał przypiętą na piersi złotą przywieszkę identyfikacyjną. Niektóre nazwy brzmiały raczej pretensjonalnie, sugerując dużo więcej niż postura i zachowanie osoby noszącej maseczkę i przywieszkę. W oczy rzucała się Mała Dama. W istocie rzeczy była to postać raczej rosła, proporcjonalnie zbudowana, posturą przypominająca lekkoatletę. Głos dochodzący zza maseczki był trudny do określenia, zbyt chrapliwy jak na kobietę i zbyt wysoki jak na mężczyznę. Większość gości sądziła, że to niewiasta, dopóki nie podciągnęła ona sukienki i nie podrapała się po goleni porośniętej gęstym męskim włosem.

– Aksamitny mężczyzna – skomentował jeden z gości. Po mocnym, przepitym głosie rozpoznano, że był to doktor Bros.

O Małej Damie szybko zapomniano z nadmiaru wrażeń. Dostarczyły ich wykwintna kolacja z szampanem, wyśmienite lody i napoje na deser, w końcu sztuczne ognie. Cały czas zebranym towarzyszyła muzyka kameralna w wykonaniu nieznanego zespołu.

Następnego dnia w mieście, jeszcze przed ujawnieniem się w pełni mocy powodzi, na temat klubu krążyły już pogłoski, plotki i domysły, bo nikt nie znał prawdy. Ci co ją prawdopodobnie znali, trzymali język za zębami. Wszyscy pracownicy klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy.

W rozmowach i dyskusjach było więcej pytań niż odpowiedzi. Co do jednego panowała zgodność, że członkami klubu jest mała grupa uprzywilejowanych mieszkańców miasta. Dyskutujący nie powstrzymali się od złośliwości. Przez niejednego przemawiała zazdrość.

– To chyba klub erotyczny?

– A może to klub samotnych serc? Albo gorzej, klub samca!

– Chyba raczej klub samotnych mężczyzn. Takich u nas nie brakuje, bo ludzie dzisiaj chętniej się rozwodzą niż żenią czy wychodzą za mąż – komentowały między sobą panie z Koła Pobożnych Matron, nie szczędząc języka na opisanie Sodomy i Gomory, jaka miała ogarnąć miasto.

Odc 7 

Najlepiej zorientowani w sprawach Klubu „Ero” wydawali się być taksówkarze dowożący gości, był jednak problem z ich wiarygodnością. Ojciec Albert, spowiednik i powiernik setek wiernych, zazwyczaj dobrze wtajemniczony w intymne sprawy miasta, tym razem wiedział mniej niż organista.

– Taksówkarze, dziś nimi są głównie obcokrajowcy, to naciągacze i donosiciele. Obwiozą cię dwa razy dłuższą drogą, zanim się zorientujesz, gdzie jesteś. Najgorsi są ci z Indii. Ja bym im nie ufał. 

Fakty dotyczące pierwszego dnia Klubu „Ero” zweryfikowano dopiero po kilku dniach. Ojciec Albert dowiedział się szczegółów z samego rana, kiedy otwierał drzwi kościoła. Informacji udzielił mu pocztmistrz, kierujący urzędem pocztowym usytuowanym kilka przecznic dalej. Jak wyjaśnił, był na spacerze. Zobaczywszy księdza, zatrzymał się, aby porozmawiać. Ojcu Albertowi wydało się, że nie znalazł się tam przypadkiem, ponieważ nigdy wcześniej go nie widział spacerującego w okolicy w dodatku o tak wczesnej porze.

– Na ceremonii otwarcia obecny był sam Cezar. Na twarzy miał maseczkę, poza tym ubrany był jak zawsze w ciemny garnitur. Żadnych tam strojów historycznych. Był bardzo krótko. Jak meteor przeleciał przez parkiet sali głównej pozdrawiając dyskretnie wybranych gości. Pokazywano go sobie nazywając Szarą Eminencją. Wielu nawet nie wiedziało, o kogo chodzi.

Lista innych ważnych uczestników przedstawiona przez pocztmistrza obejmowała także doktora, plenipotenta, komendanta i burmistrza oraz właściciela Telewizji Tuba. Było oczywiście więcej osób, ale ci byli najważniejsi.

Konwersując, poczmistrz przyglądał się rozmówcy, jakby usiłował go przeniknąć. Wiedział, że też ma swoje tajemnice, ale nie dzieli się nimi z nikim. Kilka dni przed otwarciem Klubu „Ero” Ojciec Albert pobłogosławił w tajemnicy przed ludźmi pomieszczenia klubowe. Sam nie zamierzał brać udziału w uroczystości otwarcia klubu, nie lubił takich miejsc. Jak mówił, odczuwał niechęć do wszystkich miejsc, gdzie ludzie są zachęcani do picia alkoholu. Miał wątpliwości moralne, wzdragał się też przed poświęceniem tego miejsca. Mówiono, że uległ w rozmowie z Cezarem. Obydwaj mężczyźni znali się dobrze, choć się nie przyjaźnili i rzadko pokazywali razem publicznie. Najczęściej było to w kościele pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, gdzie Cezar w każdą niedziele uczestniczył w mszy celebrowanej przez księdza. Siedział zawsze w pierwszym rzędzie.

Pocztmistrz wiedział o tym dobrze. Kilka dni wcześniej powiedział doktorowi Brosowi, do którego miał zaufanie:

– Cezar to jastrząb wierzący w Boga i wspierający gołębia Ojca Alberta solidnymi datkami na kościół. Oni są jak ptaki połączone wspólną wiarą i pieniędzmi.

O Klubie „Ero” krążyły wieści tak dziwne i niezrozumiałe, że mało kto w nie wierzył. Z czasem ludzie przełamywali swoje uprzedzenia wobec tych pogłosek. Członkowie klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy i uparcie trzymali język za zębami. Mówiono, że ktoś raz chlapnął, powiedział coś niewłaściwego czy za dużo, i po prostu zniknął. Znaleziono go martwego trzy dni później. Jak się okazało, popełnił samobójstwo. Zmarłego pochowano na cmentarzu, gdzie nigdy wcześniej żaden samobójca nie spoczął. Mowę pogrzebową wygłaszał Ojciec Albert; musiał wiedzieć więcej na ten temat, ale uparcie milczał. Zdarzały się także utonięcia, rzadziej nieznana choroba, po której ciało puchło do granic możliwości, siniało i śmierdziało już następnego dnia.

Pytany o te sprawy doktor Bros nie unikał odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, mówił chętnie a nawet więcej, niż to, o co go pytano, tak jakby miał w tym jakiś interes.

– Owszem, w mojej praktyce lekarskiej zdarzały się takie zgony, ale to o niczym nie świadczy. To, że ktoś wpadł pod samochód, nie znaczy, że ten samochód znalazł się celowo w jego pobliżu, aby ten ktoś mógł popełnić samobójstwo. Śmierć człowieka w takich okolicznościach to najczęściej przypadek a nie efekt czyjegoś celowego działania. Ludzie często zachowują się niezrozumiale. Miałem pacjenta, który umyślnie zaraził się wirusem Quagga, aby przekonać się, czy jest to poważna choroba, bo nie wierzył w żadne epidemie i szczepienia. Czy to był samobójca? Nie wiem. Raczej wariat, bo umarł w męczarniach.

Aktywny tryb życia mężczyzn pogłębiał samotność żon, które nie pracowały zajmując się domem. Mając więcej czasu, prowadziły życie bardziej towarzyskie, częściej się spotykały.

Teresa Bros, żona doktora, w rozmowie z aptekarzową Marleną, nie krępowała się nazywać rzeczy po imieniu. Nie było potrzeby; obydwie wychowywały się razem i od lat przyjaźniły, mimo że ich mężowie nie przepadali za sobą.

– Pal diabli Klub „Ero” i jego sekrety! Tu chodzi o zachowanie w tajemnicy życia elity, ludzi popierających się nawzajem. Czerpią z tego korzyści. Oni to wszystko pichcą we własnym sosie dla własnych potrzeb. Jeśli chodzi o te rzekome czy rzeczywiste samobójstwa, to orzeczenia zgonu wystawia doktor, poświadcza komendant policji i potwierdza oficjalnie burmistrz swoją pieczęcią. Czasem w tym uczestniczy Plenipotent, kiedy w grę wchodzi spadek. Możesz uśmiercić kogoś wbijając mu nóż w piersi, a z dokumentów będzie wynikać, że to samobójca. Władza to najbardziej elitarny klub w naszym mieście.

– Całe szczęście, że nasi mężowie należą do elity, bo nie wiadomo, co by się z nami stało w razie nieszczęścia.

– Największe nieszczęście to ubóstwo. Nie daj, Boże, być biedakiem – filozoficznie zauważyła Teresa. Wiedziała, co mówi, gdyż pochodziła z biednej rodziny. Oboje z mężem nigdy nie podejmowali tego tematu.

Życie wyższych sfer otaczało się coraz wyższym murem tajemnicy.

– Człowiek kulturalny nie rozmawia o własnych wpadkach ani seksie z własną żoną. – Tak miał powiedzieć kiedyś Cezar.

Ojciec Albert nie miał wątpliwości, że to nie Cezar był autorem powiedzenia, ponieważ nigdy nie był żonaty ani dzieciaty. Była to dziwna postać. Kapłan zamyślił się, przypominając sobie szczegóły jego życiorysu. Niektóre poznał osobiście, o innych słyszał od parafian lub czytał w prasie. Z Cezarem łączyły go relacje bliskości i oddalenia. Nie rozmawiał o tym z nikim, nie lubił nawet o tym myśleć. Problem tkwił w tym, że obydwaj lubili dominować.

Odc. 8

Miasto przeżywało kryzys. Wielka powódź, wzrost zachorowań na wirusa,  upadające firmy, zwolnienia pracowników, zapełniające się szpitale. Ludzie tracili dochody i nadzieję. Wszyscy obawiali się o przyszłość. Co gorsze, w mieście pojawiły się plotki, graffiti i anonimowe donosy szkalujące poważnych ludzi.

W ratuszu od rana obradował miejski sztab kryzysowy. Narada nie szła najlepiej. Brakowało kilku ważnych zaproszonych osób oraz dwóch stałych członków sztabu. Nieobecność uzasadniali chorobą lub innymi ważnymi obowiązkami. Burmistrz, prowadzący naradę, denerwował się. Było to najbardziej jałowe spotkanie, jakie mógł sobie wyobrazić. W pewnym momencie, wyprowadzony z równowagi brakiem najnowszych danych o liczbie zakażeń na wirusa, warknął do siebie: 

– Kurwa mać! Idzie nam jak krew z nosa.

Wieczorem zadzwonił do niego Cesarz. Wiedział już o niepowodzeniu posiedzenia sztabu kryzysowego. Także o donosach i graffiti .

– To wredna sprawa. Dotyczy nas wszystkich. Zaprosiłem na jutro do siebie kilka prominentnych osób, aby o tym porozmawiać. Razem stworzymy taki mały think-tank. Coś trzeba z tym zrobić. Chcę zaprosić także pana, powinniśmy spotykać się razem. To jak, przyjdzie pan? Jutro o godzinie piątej po południu.

Burmistrz zastanawiał się nad odpowiedzią, kiedy głos w telefonie odezwał się znowu.

– Nie musi pan podejmować natychmiast decyzji. Proszę się nad tym zastanowić. Niech pan zadzwoni do mnie jutro. O dowolnej porze, jestem dostępny od rana do południa. Ale nie później, bo będę zajęty.

Słuchając Cezara burmistrz wyobrażał sobie, co on naprawdę myślał.

„Chcę stworzyć własny sztab kryzysowy do zarządzania miastem. Mam odpowiednie warunki, no i przede wszystkim środki. Nie znaczy to, że będę proponować likwidację miejskiego sztabu kryzysowego. Niech sobie nadal istnieje. Ja po prostu nie wierzę, że oni mogą osiągnąć jakiekolwiek sukcesy. Do tego trzeba umiejętności, determinacji i środków. Ja tym wszystkim dysponuję w odróżnieniu od tego wolnomyśliciela burmistrza”.

Cezar rozłączył się tak szybko, że burmistrz nie zdążył nawet powiedzieć mu “do widzenia”. Był zły na niego, że zakończył rozmowę tak bezceremonialnie.

W nocy w sypialni wrócił myślą do rozmowy. Zastanawiał się głośno w obecności żony.  – Co ten typ ma na myśli? Co on knuje? – rzucił w przestrzeń pytanie. Zapadła cisza, jakby słowa rozmazały się w chłodnym powietrzu płynącym z uchylonego okna. 

– Może on chce ci pomóc? Nie idzie ci zbyt dobrze. Ale to nie twoja wina, masz masę problemów. Wirus, epidemia, sektor biznesu w opałach, szpitale, szkoły. Musisz nad tym wszystkim panować, a to prawie niemożliwe.

– Myślę, że bardziej niż mi pomóc, on chce mnie wysadzić z siodła i na stanowisko wstawić któregoś ze swoich pociotków. Wszędzie ich umieszcza, nie tylko w swoich firmach.

– Dziwisz się, że chciałaby zastąpić cię kimś innym? Nie masz najlepszej opinii w mieście. Ktoś pisze na ciebie anonimy i rozsyła do wszystkich, co chcą je czytać.

– Na przykład do kogo?

– Na przykład do prokuratora, sądu i na policję. To są najnowsze wiadomości. Wiem to od żony komendanta, powiedziała mi to w zaufaniu. A co było wczoraj?! Ten napis czerwoną farbą na ścianie naszego domu: „Burmistrz to złodziej”! – To straszne. Pojawiły się także graffiti w mieście. Nie tylko przeciwko tobie, ale i innym znanym ludziom. Kilka domów dalej na ścianie budynku ktoś namalował obsceniczny obraz i podpisał: Burdel Mama. Obrzydliwość. Nie znam tej kobiety, ale jej współczuję. Szczują nas jeden na drugiego. Kto to może być?

Następnego dnia jadąc samochodem do rezydencji Cezara burmistrz zastanawiał się nad jego propozycją. Pogrążony w myślach, nie zwrócił uwagi na ludzi gromadzących się przy ulicy i czekającą z boku policję. Szykowała się jakaś manifestacja.

– Dlaczego nie? Ten pomysł ma ręce i nogi. Warto mieć takiego krezusa po swojej stronie, a przynajmniej wiedzieć, co knuje. Nikt nie wątpi, że facet nie tylko śpi na pieniądzach ale ma też łeb na karku. Umie sobie radzić. Bez tego nie zgromadziłby takiego majątku. 

Dojazd zajął mu więcej czasu niż myślał. Rezydencja Cezara mieściła się na wzgórzu, skąd roztaczał się widok na miasto i rzekę. Na spotkanie przybyło kilkanaście osób. Wydawało się, że są tam wszyscy wpływowi ludzie w mieście. Kiedy burmistrz ich zobaczył, poczuł ukłucie zazdrości. Oprócz Cezara i jego przystojnego sekretarza, z którym się nie rozstawał, obecni byli już doktor, komendant policji, dyrektor szkoły, aptekarz i kilku biznesmenów, których znał.

Spotkanie odbywało się w małej sali konferencyjnej. Wokół stołu z przekąskami stały skórzane fotele. Na stole nie było żadnego alkoholu, nawet piwa, tylko kawa, herbata, napoje gazowane, soki. Burmistrz mruknął do stojącego obok doktora, który mu doradzał w sprawach medycznych. Znali się bardzo dobrze.  

– Pan domu sam nie pije, to i innym nie pozwoli nawet ust zamoczyć. To jest dyscyplina!

– Mój drogi! Przyjechaliśmy tutaj pracować, a nie pić. To chyba dobrze, bo ja do dzisiaj nie mogę jeszcze uspokoić się po ostatnim pijaństwie imieninowym. Ta epidemia mnie dobije.

Nie czekając na spóźnialskich, o godzinie siedemnastej gospodarz  rozpoczął spotkanie. Ubrany był jak zwykle w ciemny garnitur w paski.

– Koszula, krawat, pantofle i skarpetki – to chyba wszystko, co ma na jeszcze sobie. Wygląda jak stróż pilnujący dobytku mojej babci – pomyślał niechętnie burmistrz. 

Cezar przedstawił cel spotkania i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wirus i epidemia, sytuacja gospodarcza, rosnące bezrobocie oraz graffiti i donosy. Tak widzę najważniejsze problemy miasta. Chciałbym, abyśmy się zastanowili, dokąd to wszystko zmierza i co możemy wspólnie zrobić, aby poprawić sytuację.

Za oknami zaczęły ujadać wściekle psy. Zrobił się harmider, nie sposób było spokojnie słuchać.

– Przepraszam za to zakłócenie. Lubię zwierzęta, ale czasem przeszkadzają.

Cezar odwrócił głowę w kierunku sekretarza, dając mu znak niewidzialnym dla gości ruchem dłoni. Ten skinął głową i wyszedł z sali. Kiedy przechodził koło burmistrza i doktora, obywaj zauważyli jego smukłą, wysportowaną sylwetkę i obcisłe spodnie. Poczuli mocny, słodki  zapach perfum. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Cezar nie był najlepszym mówcą. Mówił spokojnie, czasem się jednak powtarzał, używał obcych słów oraz wyrażeń nadających posmak sztuczności temu, co mówił. Obserwowano go uważnie. Aptekarz zastanawiał się, jak spożytkuje korzyści z uczestnictwa w naradzie. Chciał rozwinąć swój biznes na większą skalę, marzył o dominacji na rynku. Był już największym dystrybutorem artykułów farmaceutycznych, drogeryjnych i suplementów diety. Czekał na dyskusję na temat donosów i graffiti. Czuł się również zagrożony, na niego też pisano. Ktoś wiedział o nim więcej, niż mógł się spodziewać. Podejrzewał urząd podatkowy.

– Tam musi być ktoś, kto działa w porozumieniu albo za zgodą mojej konkurencji. A może maczał w tym palce sam burmistrz lub Cezar? Też mają wszędzie swoich ludzi i ambicje zrobienia dużych pieniędzy. Myślał o tym już wcześniej.

Odc. 9 

Doktora Brosa bardziej niż cokolwiek interesowały motywy i intencje kierujące Cezarem. Chcąc je zrozumieć, słuchał go uważnie, obserwując równocześnie, jak inni reagują na jego słowa.

Cezar wyglądał inaczej niż zwykle. Stracił nieco na wadze i jakby wyładniał. Ostatnie skojarzenie tak rozbawiło doktora, że o mało co a zaśmiałby się głośno. To go otrzeźwiło. Skoncentrował się, aby nic nie stracić z przemówienia Cezara. Analizował jego słowa. Znał się na tym, robił to codziennie rozmawiając z pacjentami, którzy nie zawsze umieli wyrazić, co im dolega. Cezar nie uśmiechał się, tak jakby nie umiał. Było w nim coś kobiecego. Jego sylwetka była zaokrąglona, a policzki mimo zmarszczek gładsze niż u mężczyzny.

– Chyba był u kosmetyczki – pomyślał doktor i skierował wzrok na jego nogi. Cezar nosił długie spodnie, szersze niż inni mężczyźni. Kiedy podniósł nogę, aby zrobić krok do przodu, doktor zauważył jego pantofle. Miały damski krój, były nieco węższe i delikatniejsze, też eleganckie ale w inny sposób niż męskie obuwie.

To zastanowiło Brusa, choć nie całkiem zdziwiło. Już wcześniej słyszał od pacjentów, że Cezar nie jest mężczyzną ale kobietą w przebraniu mężczyzny. Doktor odrzucał te plotki jako wyraz ludzkiej bezmyślności. Teraz sam nabrał wątpliwości.

Starał się skoncentrować na tym, co mówił gospodarz.

– Nastroje w mieście są bliskie eksplozji. Wszyscy wiemy dlaczego. Epidemia to zjawisko naturalne, ale za jej skutki społeczeństwo będzie obarczać władze, ale nie tylko. Także wielu z nas. Jeśli coś pójdzie nie tak jak trzeba, ludzie będą szukać winnych. I będą winić nas wszystkich, tak jak tu siedzimy. Burmistrza za wzrost bezrobocia, doktora za pogarszające się warunki w szpitalach, bo jest koordynatorem ich pracy, aptekarza za brak szczepionek, maseczek ochronnych lub przyłbic. Mógłbym się tym nie przejmować, bo żyję trochę na uboczu, ale jestem człowiekiem aktywnym i postanowiłem się włączyć. Indywidualnie możemy niewiele znaczyć, ale razem stanowimy siłę, czy to się komuś podoba czy nie. Musimy to wykorzystać, aby uspokoić sytuację.

Cezar mówił w sposób, który zaniepokoił zebranych. Mówił nie na temat. Nie o problemach i jak je rozwiązać, ale o przyszłości, kiedy już ich nie będzie. Mówił o pragnieniach i marzeniach. W końcu zaskoczył wszystkich zadając pytanie:

– Czego pragną zwykli obywatele? O czym marzą? Każdy z nas ma jakieś pragnienia i marzenia.

Zapadło milczenie. Nikt nie kwapił się z odpowiedzią.

– Chcą lepszego życia. Przekonania, że będą żyć lepiej niż obecnie, że łatwej będzie o pracę, będę lepiej zarabiać, że wszytko będzie się układać. To jest ich wizja przyszłości.

Doktor uświadomił sobie, że Cezar mówi skrótami. Zapamiętał niektóre z nich.

W czasie przerwy nalał sobie kawy i podszedł do burmistrza. Mówił ciszej, aby go inni nie słyszeli.

– Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę. Nasz wymowny hegemon używa pewnych słów, aby wywołać w głowach pozytywne skojarzenia. Manna z nieba. Mleko i miód. Świeże pieczywo na śniadanie. Dzieci. Kobiety rodzą dzieci. Żadnej nagości i wulgarności na ulicach. Lojalność wobec władzy. Sądy orzekają szybko i bezstronnie. Praca dla wszystkich. Liczy się czas i czyn. To fenomenalne, co ten stary cwaniak wymyślił. Jako lekarz wiem, że ludzie lubią słuchać o rzeczach pozytywnych, a nie negatywnych. Nawet kiedy te pierwsze są naciągane, a te drugie prawdziwe i ważne. Taka jest natura ludzka. Chętnie opowiedziałbym ci o pewnej pacjentce, kiedy byłem młody i nie znałem kobiet, ale nie mamy czasu. Już wołają na salę.

Po drodze na salę doktor zdołał jeszcze dodać:

– Cezar powinien mówić o patriotyzmie i tradycji, bo to wszyscy znają. Ludzie nadużywają tych słów tak, że są już wyświechtane. Te słowa były zbyteczne.

W dyskusji burmistrz pierwszy zabrał głos.

– Przecież to nie ma sensu – zaoponował. – To, co pan powiedział, to zbiór luźnych haseł, dobrych w filmie propagandowym o tym, jak zdobywać władzę w wyborach na prezesa klubu wioślarskiego. A nie dla naszego miasta. Jak pan to wytłumaczy?

Jego wypowiedź zaskoczyła wszystkich gwałtownością i bezkompromisowością wobec Cezara.

– Aha! Burmistrz poszedł na konfrontację – pomyślał doktor Brus. – Po co on to robi?

Gospodarz spotkania zamiast się zdenerwować, popatrzył uważnie na pytającego. Milczał, jakby oczekując, aż uspokoją się psy. Znowu szczekały, choć ciszej niż poprzednio. Po chwili się uspokoiły.

– Trafił pan, burmistrzu, w samo sedno. Ja wcale nie uważam, że musimy to realizować. To jest tylko wizja, a to, co mówiłem, to tylko słowa, które mają przekonać do nas ludzi. Jesteśmy ludźmi wpływowymi i powinniśmy to wykorzystać dla dobra miasta. Możemy pokierować losami miasta. Burmistrz sam nie jest w stanie tego zrobić.

W drodze do domu burmistrz był pewny, że wszyscy uczestnicy spotkania myśleli o tym samym, co on, o wizji Cezara. Chodziło o coś w rodzaju raju na ziemi. Cezar dał mu nawet nazwę: Ziemia Obiecana. Dla burmistrza była to mrzonka, fatamorgana, narkotyk dla naiwnych. Na jego zarzuty Cezar odpowiedział:

– Nie przeszkadza mi to tak długo, dopóki ludzie wierzą mnie, a nie moim przeciwnikom.

Burmistrz poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.

Odc. 10 

Oddanie każdego kapłana wierze i kościołowi ma swoje granice. W przypadku Ojca Alberta wytyczały je sprawy prozaiczne, z pozoru mało ważne, określające jego codzienne życie. Najgorsze w nim było to, że po posiłkach natychmiast zasypiał. Następowało to niezależnie od okoliczności, czy było ciepło czy gorąco, czy pod głową miał poduszkę czy też twarde oparcie ławki kościelnej lub drewnianej ścianki konfesjonału. Była to jawna i wyjątkowo deprymująca słabość. Doktor Chyra, profesjonalista wtajemniczony w problem, podejrzewał, że przysypianie Ojca Alberta mogło mieć związek z jego dziedzictwem genetycznym. Było to tym boleśniejsze dla duchownego, że spanie w ciągu dnia uważał za marnotrawstwo czasu, jaki przeznaczył mu Stwórca na realizację ważnych zadań. Walcząc z nałogiem zasypiania, Ojciec Albert pił wodę w niezwykłych ilościach, aby pęcherz nie pozwolił mu zasnąć, ale wtedy musiał z kolei raz po raz pędzić do toalety. To go tak męczyło, że coraz częściej zdarzało mu się przekląć, co było jawnym grzechem.

Na początku, nie mając własnego spowiednika, nie korzystał w ogóle z sakramentu spowiedzi. Zapytany przez Trinity, dlaczego nie pojedzie do innej parafii, aby się wyspowiadać, odpowiadał:

– Byłoby to wielkim marnotrawstwem czasu, który muszę poświęcać parafii i parafianom. Ponadto spowiadam się z moich grzesznych czynów i myśli bezpośrednio panu Bogu i jest nam z tym dobrze.

Trinity nie zgadzała się z nim, tłumacząc mu, że uczył ją zupełnie czego innego.

– Sam mi ksiądz powtarzał i przypominał, że człowiek grzeszny musi korzystać z pomocy kapłana, ponieważ tylko taka spowiedź jest ważna. Tylko spowiednik jest w stanie dopytać penitenta o sprawy, które ten mógłby chcieć ukryć lub nie dopowiedzieć, oraz ustalić, jak bardzo żałuje on za grzechy, aby zadać mu odpowiednią pokutę. Spowiedź bezpośrednia wobec pana Boga, jak to praktykują inne religie, to tylko oszukiwanie siebie samego.

Odpowiadał wtedy Trinity:  

– Gdybym miał zaufanego spowiednika, jakim sam jestem, natychmiast poszedłbym do spowiedzi. Ale go nie mam, bo w parafii od dłuższego czasu nie mamy drugiego kapłana. Dlatego występuję w podwójnej roli, spowiednika i penitenta. Nic innego w tej sytuacji nie mogę zrobić. 

Z biegiem czasu Ojciec Albert zmienił zdanie. Bycie jednocześnie spowiednikiem i penitentem przerażało go. Tym mocniej bił się wtedy w piersi i tym głośniej wyrażał żal za grzechy. Trinity i organista, szczerze zatroskani o Ojca, którego uważali za świętego, widząc go w takim stanie cierpieli razem z nim. Zamykali wtedy w pośpiechu kościół, aby nikt postronny nie był świadkiem jego niezwykłego upokorzenia.

Drugą słabością Ojca Alberta było jego hobby – prowadzenie kroniki kościoła i parafii. Pożerało to jego czas i zużywało jego energię, ponieważ Ojciec nie tylko przedstawiał w kronice historię ale też snuł plany na przyszłość. Z czasem nabył skłonności do fantazjowania, tworzenia wizji i snucia marzeń na temat parafii, parafian i ich życia duchowego. Ze swoim naukowym zacięciem, przez dłuższy czas zbierał też informacje na temat Arki Noego, wnikając w jej historię. Była ona o tyle ciekawa, że wykopaliska archeologiczne potwierdziły prawdziwość opisu biblijnego. Zachwycało to kapłana, ponieważ nauka i doktryna kościelna na ogół rozmijały się ze sobą, co go bolało.

Trzecia słabość Ojca Alberta miała zupełnie inny charakter, nie przystający do zawodu duchownego. Była to słabość do techniki, w szczególności do pojazdów mechanicznych. Z tej pasji Ojciec czerpał dużo radości, ale też i niemało cierpienia, które niesie ze sobą każdy postęp techniczny.

– To dlatego, że w odróżnieniu od wszystkiego, co żyje, będąc tworem boskim, technika jest tylko tworem ludzkim, z konieczności więc niedoskonałym – tłumaczył wiernym kapłan.

Najbardziej leżał mu na sercu dar od parafianina, Jana Zadry, który na łożu śmierci zapisał mu w testamencie samochód. Nie był to pojazd nowy, ale w doskonałym stanie. W pierwszym momencie Ojciec Albert odrzucił propozycję tak kosztownego daru i zasugerował, aby darczyńca przekazał pojazd parafii. Jego właściciel nie zgodził się.

– Podaruję parafii samochód, dorobek mego życia, a biskup przeniesie ojca do innej parafii i dar przepadnie. Z czymś takim nie mogę się zgodzić. Bóg by się na mnie obraził i pokarał wiecznym potępieniem, bo Ojcu ten samochód należy się bardziej niż komukolwiek innemu. Zresztą Ojciec też nie będzie żyć wiecznie, wobec czego prędzej czy później, wołałbym aby później, mój dar i tak przypadnie w udziale parafii.

Odc 11

Ojciec Albert miał prawo myśleć, że dar parafianina może mu przynieść niepokój i kłopoty. Siedząc w konfesjonale spowiadał się po cichu.

– Boże, czemu nie skorzystałem z twojej łaski i popadłem w pychę myślenia, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Czemu usiłowałem zwodzić siebie, że to niemożliwe.

Tego dnia Ojciec Albert nie zjadł obiadu. Była to pokuta, jaką sam sobie zadał, za grzech ukrywania prawdy. Cierpiał, tym bardziej, że Trinity pogniewał się na niego.

– Przepraszam Ojca, ale to są jakieś fanaberie. To ja gotuję ulubione dania Ojca, a Ojciec odrzuca je jakby to była trucizna. Mnie to nie przekonuje, że to dobra pokuta. Ojciec oszukuje sam siebie.

Następnego dnia przystąpiła do spowiedzi, aby przeprosić Ojca Alberta na słowa krytyki.

– Trinity, oboje zgrzeszyliśmy. Wybacz mi, tak jak ja wybaczam tobie.

Oboje poczuli się lepiej. Nie rozwiązało to jednak sprawy donosu o kradzieży samochodu.

Ojciec Albert martwił się darem parafianina, tym bardziej, ze samochód bardzo przypadł mu do serca. Miał duże drzwi, fotele obciągnięte prawdziwą skórą oraz kierownice, którą można było obracać w czasie jazdy jednym palcem, tak lekko prowadził się.

Złą passę zdarzeń w mieście pogłębił donos, jaki otrzymał komendant. Wśród masy różnych anonimów trafiających ostatnio do policji, kierowanych przeciwko znanym i mniej znanym mieszkańcom miasta, pojawił się również i ten, że Ojciec Albert jeździ kradzionym samochodem, w dodatku bardzo luksusowym. Oskarżenie było tak absurdalne, że komendant wybuchnął śmiechem. Kiedy o tym myślał, przypomniał sobie rozmowę z żoną w sypialni.

– Ty nawet nie masz wyobrażenia, jak wielkie są potrzeby kościoła i jak skromne są jego środki. To nie jest duża parafia. W dodatku ludzie skąpią na kościół. Ojciec Albert wszystkiego sobie odmawia. To święty człowiek.

– Jaki kościół i jaka parafia? – zdenerwował się komendant. Żona często zaskakiwała go mętnymi tłumaczeniami.

– Jak to jaki kościół i jaka parafia? Co ty zadajesz głupie pytania? Parafia Świętego Franciszka z Asyżu, którą prowadzi Ojciec Albert, najuczciwszy z duchownych jakich spotkałam w życiu. Powinieneś pójść raz, bezbożniku, ze mną w niedzielę do kościoła, aby wiedzieć takie podstawowe rzeczy. Kościół wymaga poważnego remontu dachu i wymiany części instalacji klimatyzacyjnej, a co najmniej naprawy. Zaniedbany jest także z braku środków cmentarz przy kościele. Ma wartość historyczną.

Komendant uznał, że donos tym bardziej wymaga wyjaśnienia. Wracając po południu do domu, zatrzymał się kilkaset metrów przed kościołem. Postanowił się przejść. Nie zapowiedział się z wizytą proboszczowi. Lubił zaskakiwać ludzi, podobnie jak swoich pracowników. Uważał, że daje to dobre efekty. Dzięki temu wiedział, kto naprawdę pracuje, a kto pozoruje. Nawyk tak bardzo wszedł mu w krew, że nawet nie pomyślał, że będzie to nieuprzejme wobec szanowanego duchownego, inicjatora i opiekuna wielu szlachetnych przedsięwzięć.

Ojciec Albert nie pokazał po sobie zaskoczenia. Zaprosił gościa na patio wewnętrze plebanii przyległej do budynku kościoła, gdzie po chwili Trinity przyniosła napoje i świeżo upieczone ciasto.

– Co pana sprowadza do mnie, panie burmistrzu? Czyżby chciał się pan nawrócić?

Pytanie było zgoła żartobliwe, burmistrz jednak z jakiegoś powodu wziął je sobie do serca.

– Podobno parafia księdza jest jedną z najbiedniejszych w diecezji. Czy to prawda?

Zapytany popatrzył na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się.

– Może nie najbiedniejsza, ale też nie najbogatsza. Borykamy się z wieloma problemami wobec ogromu potrzeb. Proszę rozejrzeć się dokoła.

– Ale samochodem to Ojciec jeździ solidnym. Na pewno niemało kosztuje. „Samariteri” to doskonała marka.

– Nie zastanawiałem się nad tym. To dar od parafianina. Zapisał mi go w testamencie. Nazywaliśmy go dobrym samarytaninem, bo był bardzo uczynnym człowiekiem. Nazywał się Jan Zadra. Może pan słyszał o nim? Był innej wiary. Jakiś czas temu zmienił nazwisko i przeszedł do naszego kościoła. Pomagałem mu załatwić wszystkie formalności. Dawniej nazywał się Aram Aramie. To był naprawdę dobry samarytanin.

– Jak to się stało, że podarował ojcu tak kosztowny samochód. To wypasiona bryka. Chyba to jakoś wyjaśnił, zanim odszedł z tej ziemi.

– Powiedział mi: To za wieloletnią posługę Ojca w tej parafii. Ktoś musiał to docenić skoro nawet pan Bóg nie dostrzegł zasług Ojca. – Nie bluźnij synu. Nie bluźnij! – ostrzegłem go wtedy. To dobry człowiek, samarytanin – Ojciec Albert powtórzył w zamyśleniu. Jego siwa głowa przechyliła się na bok, jakby dziwiła się słowom swego właściciela.

– Oto cudowna różnorodność gatunku ludzkiego! Głowa mówi co innego niż usta – pomyślał komendant.

– Czy moglibyśmy razem obejrzeć ten samochód?

– Nie jest to możliwe w tej chwili, bo jest w naprawie. To niewielkie uszkodzenie. Najechałem na kamień. Na szczęście nic poważnego.

Komendant postanowił wrócić innego dnia. Donos wymagał wyjaśnienia. W grę wchodziło zarówno oskarżenie o korzystanie z kradzionego dobra jak i być może nadużycia podatkowe. Na odchodnym zapytał od niechcenia:

– Co Ojciec sądzi o Cezarze?

– Którym? W historii świata było wielu cezarów.

– Aha. No tak. Jego prawdziwe nazwisko to Leon Cukor, o ile sobie dobrze przypominam. Ojciec zapewne o nim słyszał. Ludzie nazywają go Cezarem.

– Nazywają go także Dyktatorem, choć to nie ma najmniejszego sensu, bo to spokojny i pobożny człowiek. Pan Cukor jest moim parafianinem, regularnie uczestniczy w wieczornych mszach świętych. Celebruję je regularnie raz w miesiącu. Pan Cukor przyjeżdża na nie razem z rodziną i przyjaciółmi.  

– Każdego z nas jakoś nazywają. Czy zasługujemy na to czy nie – filozoficznie zauważył komendant. Zadarł głowę do góry i przyglądając się wieży kościoła zastanawiał się, czy dar Ojca Alberta nie mógł pochodzić od kogoś znacznie bogatszego niż zwykły parafianin.

Odc 12 

Rosnąca ilość zakażeń wirusem Quagga wywołała niedowierzanie, przerażenie, a nawet przekonanie, że jest to manipulacja. Od rana przed ratuszem, siedzibą burmistrza, gdzie mieściły się jego biura i administracja miasta, gromadził się tłum. O godzinie dziewiątej rozpoczęły się protesty.

– Nie wierzymy w wirusa Quagga. Nie ma żadnej epidemii. Nikt nie widział go na oczy, a przecież to żywy organizm. Nie musimy się szczepić ani nosić maseczek na twarzy i rękawiczek ochronnych. Ludzie duszą się w maseczkach. Sam burmistrz ostatnio przemawiał i nie miał maseczki na twarzy.

– Czy wyście oszaleli? To w szpitalach ludzie umierają zakażeni wirusem, duszą się z braku tlenu, wysokiej gorączki i ogólnej niewydolności organizmu, a wy mówicie, że nie ma żadnego wirusa? – doktor Brus nie wytrzymał. Znalazł się w tym miejscu przypadkowo, idąc z pobliskiego parkingu do ciężko chorego pacjenta.

– Ludzie zawsze umierali, teraz tym bardziej, kiedy nieprzerwanie padają deszcze i robi się coraz zimniej. To grypa, a nie żaden wirus. Chcecie nam odebrać wolność, prawo do demonstracji, stłamsić i podporządkować. To co burmistrz i jemu podobni głoszą w mediach, to podły spisek albo zwykła głupota. Wirusa nie ma. Nabijacie tylko kieszenie wielkich firm farmaceutycznych, które zarabiają na szczepionkach. To ich robota. To oni wymyślili tego wirusa i płacą pseudonaukowcom, aby fałszowali badania, pokazując, jakie to korzystne szczepić się przeciwko wirusowi. Taka sama mądrość jak globalne ocieplenie!

Kiedy doktor słuchał wypowiedzi antyszczepionkowców, był bliski załamania. Zaczepił kobietę biegnącą z aparatem fotograficznym w ręce i torbą przewieszoną przez ramię.

– Czy pani notuje i pokazuje to, co ci szaleńcy krzyczą? To trzeba publicznie napiętnować!

– Nie moją rolą jest oceniać, ale pokazać argumenty obydwu stron. Protestujących i tych pozostałych, takich jak pan, przede wszystkim zaś policji. Oni mają tu najwięcej do powiedzenia.

Na miejscu dziennikarze i reporterzy robili zdjęcia, wywiady i sporządzali notatki. Robiło się coraz niespokojniej. Burmistrz zadzwonił do komendanta i poprosił, aby wzmocnił niewielką grupkę policjantów, który już byli na miejscu. Wkrótce przybyły posiłki. Ich dowódca usiłował przekonać zebranych do zaprzestania manifestacji.

– To jest nielegalna demonstracja, nie macie zezwolenia. Musicie się rozejść.

Policjanci zaczęli legitymować uczestników zgromadzenia, co tylko powiększyło zamieszanie. Dwóch najbardziej aktywnych policjanci usiłowali zabrać do samochodu, aby przewieźć na komisariat. W trakcie szamotaniny ktoś podpalił nieoznaczony samochód osobowy. Nastąpiły starcia i aresztowania. W końcu policja użyła armatek wodnych, aby rozpędzić demonstrację.

– Musimy ich w końcu uspokoić, to się rozejdą.

– To niebezpieczne, jest za zimno. Pochorują się na zapalenie płuc. A szpitale są coraz pełniejsze – jeden z policjantów wyraził ostrożny sprzeciw.

– Jeśli chcesz pozostać w pracy, to lepiej nie myśl o tym, co robisz. Masz wykonywać polecenia, a nie zastanawiać się nad ich sensem – skarcił go dowódca.

Wieczorem policja oskarżyła o podpalenie demonstrantów, ci upierali się, że podpalenie było prowokacją i pokazali w telewizji nagranie video, na którym rozpoznali tajnego pracownika policji.

– Za wszystko odpowiedzialny jest komendant policji. Demonstracja była pokojowa i policja nie miał prawa interweniować. Mieliśmy zezwolenie. Nie ma to zresztą znaczenia, bo wolność słowa i zgromadzeń zapewnia nam konstytucja – przekonywał Aleks, żywy młodzieniec, aktywista Zielonych występujący teraz w roli obrońcy praw człowieka. Kiedy poruszał głową, jego długie włosy rozsypywały się na ramiona.

Pod koniec telewizyjnej dyskusji przemówił profesor Zybe, doradca burmistrza. Był to starszy mężczyzna. Ubrany w brązową tweedową marynarkę i szare spodnie, z kilkudniowym zarostem, wyglądał nijako. Mówił mocnym głosem z metalicznym akcentem.

– Ludzie dzielą się na mądrych i głupich. Wiara antyszczepionkowców oparta jest na ignorancji i jeszcze raz na ignorancji. Zrobiono im pranie mózgów, a teraz oni chcą nam zrobić to samo. Niedoczekanie ich. Ich poglądy są wyświechtane jak stare buty. Już w 1802 roku przeciwnicy szczepień wyobrażali sobie ludzi z krowimi cechami, które ich zdaniem pojawiały się po przyjęciu szczepionki na prawdziwą ospę.

Wypowiedź profesora oburzyła wielu mieszkańców miasta. Profesor upierał się, że jego słowa wyrwano z kontekstu, że wcale tak nie myślał, jak mu zarzucano. Powołał się nawet na wywiad sprzed trzech miesięcy, w którym twierdził, że jest odwrotnie, że mieszkańcy miasta podciągają się w wiedzy o gospodarce, edukacji, technologii i zdrowiu.

– Jest dużo inicjatyw społecznych. Społeczeństwo się uczy, wie coraz więcej. Nie mam obłędnych poglądów, jak mi się zarzuca, niektórzy mnie po prostu niewłaściwie zinterpretowali. To tylko wskazuje, że wszyscy musimy nieprzerwanie się uczyć.

– Komendant nienawidzi zwyczajnych ludzi, dlatego policja zachowuje się tak brutalnie. A burmistrz, pański szef, to toleruje, sprzyjając przemocy i nadużyciom władzy – usłyszał w odpowiedzi. .

Burmistrz nie uniknął skojarzenia Zybego ze swoją osobą i urzędem. Był wściekły.

– Nie tylko sam wychyliłem się z niepożądaną opinią, to jeszcze dołożył mi Zybe swoją bezkompromisową wypowiedzią. Był zły na Cukora, który zasugerował mu zatrudnienie profesora jako eksperta.

Skruszony przyznał publicznie, że jego zachęta do zapomnienia o wirusie i opinia o jego ustępowaniu, były przedwczesne. Żałował tego.

W domu żona nie odzywała się do niego, kiedy wrócił z pracy. Myślał, że spotkała ją jakaś przykrość i zapytał o przyczynę. Wtedy wybuchła. 

– Ośmieszasz także mnie i rodzinę swoimi wypowiedziami. Jesteś po prostu niepoważny. Ludzie uważają cię za moczymordę nieodpowiedzialnego w słowach. Oczywiście twoi poplecznicy usiłują cię tłumaczyć. Upierają się, że nie to miałeś na myśli, że twoje słowa zostały wyrwane z kontekstu … No właśnie! To wasze ulubione stwierdzenie „wyrwane z kontekstu” …Można się od tego porzygać!

– Aby zyskać przebaczenie chyba będę musiał biczować się publicznie, a przynajmniej leżeć krzyżem w kościele twojego świątobliwego Ojca Alfreda!

– Lepiej tego nie rób, bo i tak ci nikt nie uwierzy. Tylko pogorszyłbyś swoją sytuację. Musisz wypić piwo, którego naważyłeś.

– Masz rację – odezwał się burmistrz pojednawczo. – To tylko może się pogorszyć. Jedni będą mówić tak, drudzy inaczej. Atmosfera już jest bagienna.

Późnym wieczorem do domu burmistrza ktoś zapukał. Burmistrz popatrzył przez judasza, było zbyt ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Postać wyglądała jak człowiek w kapturze na głowie. Burmistrz krzyknął „chwileczkę”, wrócił do pokoju i włożył rewolwer do kieszeni szlafroka. Za drzwiami stał mężczyzna. Był to posłaniec, ubłocony, zmęczony, prawie słaniał się na nogach. Odezwał się po chwili, kiedy ochłonął.

– Jestem sekretarzem pana Leona Cukora. Samochód mi się zepsuł, dlatego przyjeżdżam tak późno. Nie mogłem dodzwonić się do pana. Mam wiadomość. Pan Cukor prosi pana o przyjazd do niego do domu w bardzo ważnej sprawie. Dzwonił do pana, ale nikt nie odbierał. Dlatego mnie wysłał.

Burmistrz w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi. W głowie mu szumiało i czuł mdłości w żołądku.

– Kiedy miałbym przyjechać? Chyba nie teraz. Nie w taką pogodę!

– Pan Cukor prosił, aby pan do niego zadzwonił i umówił się. To wszystko, co mam do przekazania. Muszę już wracać. Dobranoc.

Odc. 13

Burmistrz postanowił swoją aktywnością przekonać do siebie mieszkańców miasta. Pierwszą decyzją było częściej organizować narady robocze.

– To, co dotychczas zrobiliśmy i robimy, nie wystarcza – zaczął spotkanie z pracownikami. – Musimy pracować wydajniej i mądrzej, aby ludzie byli bardziej zadowoleni.

Przed naradą z pracownikami rozmawiał telefonicznie z doktorem Brusem, który służył mu jako doradca i konsultant medyczny. Normalnie doktor pracował we własnej przychodni, którą nazywał kliniką. Pół godziny później burmistrz otrzymał od niego email. 

– Chodzi o naszą rozmowę. Przestań myśleć o seksie, zaostrz przepisy dotyczących zachowania się ludzi w miejscach publicznych. To jest najważniejsze. Epidemia nasila się, a większości ludzi wydaje się, że to wciąż gra w kulki. Trzeba ich zdyscyplinować. 

Burmistrz uśmiechnął się. Na szczęście email został wysłany na jego konto prywatne, a nie służbowe. Odpowiedział  SMS-em: –  Dzięki. Wpadnij do mnie pod koniec pracy, jeśli możesz. 

Na naradzie uzgodniono nowe przepisy, określając gdzie, kiedy i na jakich zasadach będą obowiązywać. Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem. Sekretarka zawiadomiła go wkrótce o przybyciu doktora Brusa. Burmistrz polecił jej udać się do domu. Kiedy wyszła, zaprosił doktora do swego gabinetu, zamknął gabinet od środka i wyjął butelkę koniaku z barku.

– Mogę przynieść ci lodu z lodówki w kuchni, jeśli będziesz pić coś, co potrzebuje schłodzenia. Ja napiję się koniaku, bez dodatków. Mam tu ulubiony Hennessy X.O. Czy znasz jego historię? Jest naprawdę ciekawa.

Doktor kiwnął potakująco głową, bez specjalnego entuzjazmu, Myślał o problemach swojej przychodni. Pacjenci bali się przychodzić na konsultacje.

Burmistrz podjął przerwany wątek.

– W wieku dwudziestu lat niejaki Richard Hennessy opuścił rodzinny dom w Ballymacmoy w Irlandii, aby udać się do Francji, gdzie wstąpił do armii Króla Ludwika XV. Był ranny w bitwie pod Fontenoy in 1745, w której Brygada Irlandzka walcząca po francuskiej stronie poniosła wielkie straty. Po bitwie Hennessy osiadł w majątku nad rzeką Charente w departamencie Cognac i zajął się destylowaniem wina i produkcją koniaku. Biznes kontynuował jego syn James. W roku 1800 zawarł umowy z dystrybutorami alkoholi w Londynie i Nowym Jorku, budując stopniowo międzynarodową markę swojego koniaku. Dzisiaj sprzedają sześćdziesiąt milionów butelek. To prawdziwe imperium. Taki jest irlandzki początek historii słynnego francuskiego koniaku. Oni może nawet nie wiedzą, co mu zawdzięczają. My też prawdopodobnie nie doceniamy obcokrajowców w naszej historii.

– Pozwól, że wrócę do innego tematu. Wydałeś przepisy, ale wciąż wiele osób ich nie przestrzega. Co z tego, że noszą maseczki na twarzy, jeśli nos jest odsłonięty albo maseczka jest wykonana z tak cienkiego materiału, że eskadra wirusów może przelecieć między włóknami. Poza tym mamy tych szalonych antyszczepionkowców, twierdzących, że jeśli nie ma wirusa i nie ma epidemii, to i szczepienia są niepotrzebne.

– To prawdziwa zaraza – żachnął się burmistrz. – Mam na myśli nie wirusa, tylko tych ludzi. 

– Powinno się ich rozstrzeliwać, gdyby tylko prawo pozwalało na to. To brzmi okrutnie, ale w takich czasach jak dzisiaj, kiedy wirus jest w stanie nas zdziesiątkować, Hipokrates ze swoją przysięgą idzie do kosza. To wzór na lepsze czasy.

– Jeśli nie do kosza, to na pewno do piekła – burmistrz popatrzył na gościa, po czym przyciągnął sobie fotel, aby wygodnie usiąść i ułożyć nogi na biurku. Czuł potrzebę relaksu.

– No właśnie. Masz rację. Może nawet i do piekła, jeśli tylko ono istnieje. Powinniśmy o to zapytać Ojca Alberta, starego wygę od spraw nieba, piekła i czyśćca.

Burmistrz zastanawiał, dlaczego Brus nie lubi księdza. Postanowił nie ruszać tego tematu.

– Istnieje, istnieje! Jeśli nie na tamtym świecie, to tutaj na ziemi. To, co ostatnio dzieje się w mieście, jest po prostu niewiarygodne. Same nieszczęścia. Powódź, wirus, epidemia, zapaść gospodarcza, rosnące bezrobocie. I ja na tym cierpię. Mam na myśli moją reputację. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nawet Sandra, bo publicznie chlapnąłem, że wirusa Quagga widziałem za rogiem ratusza, jak uciekał w popłochu. Nawet pożartować nie można. Niepotrzebnie to powiedziałem.

– Dobrze, że na świecie są jeszcze kobiety gotowe poświęcić czas i na pocieszenie skołatanego męskiego serca i zmęczonego ciała. Doktor patrzył rozmarzony przez okno na rynek główny miasta, gdzie stała grupka kobiet w różnym wieku. Rozmawiały ze sobą. Widział je bardzo wyraźnie, ich sylwetki, twarze i gesty. Czy ty myślisz czasami o klubie Ero? Czy jego członkami są też kobiety? Chyba regulamin klubu tego nie zakazuje? Od czasu jego otwarcia jeszcze tam nie byłem. W motelu są podobno wygodne pokoje, ładnie wyposażone i przytulne. To idealne miejsce do wypoczynku dla nas, tubylców, i przyjezdnych gości. Czy wiesz, kto jest jego właścicielem?

– Jakżeż miałbym nie wiedzieć? Oczywiście. Nasz wspólny przyjaciel, przedsiębiorczy Leon Cukor. On chyba śpi na forsie. Burmistrza od dawna dręczyło pytanie, jak wielki jest majątek Dyktatora.

– Ciekawi mnie, po co on zbudował ten motel i założył klub. To jakoś nie pasuje mi do niego. Co to za typ właściwe? Znam go dobrze ale tylko z widzenia, z działalności charytatywnej i tego ostatniego spotkania. Wiem, że ma swojego zaufanego lekarza, nawet nie z naszego miasta. Trzyma się z dala od nas wszystkich, lokalnych lekarzy. Słyszałem od kolegów, że ten jego medyk to jakiś mruk.

– Albo trzyma język za zębami, żeby się z czymś nie wygadać. – Burmistrz odłożył kieliszek z koniakiem na biurko i wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa. – To on zajmuje się Cukorem i zapewne wie o nim wszystko.

– Ile Cukor ma lat, to nie jest tajemnica. Chyba wszyscy to wiedzą. Ale poza tym niewiele o nim jest wiadome. To bardzo skryty człowiek. Dlatego jest tyle plotek i domysłów. Mówią, że to kobieta pozująca na mężczyznę. Mówią też, że jest odwrotnie. Podobno nigdy nie widziano go, aby wchodził do męskiej toalety. Czy w ogóle wchodził do toalety. To bardzo skryty człowiek – powtórzył doktor w zamyśleniu.

– Może on w ogóle jest na bakier ze swoją tożsamością seksualną? Taki typ “ani w tę ani w tamtą stronę” – burmistrz ziewnął, kontynuując rozmowę z wyraźną niechęcią.

– Medycyna zna takie przypadki. To nie jest nic nadzwyczajnego.

– Tym bardziej zastanawia mnie, po co ufundował Klub Ero, skoro te tematy nie są mu bliskie w żaden sposób. Mam na ten temat pewną teorię. Nawet dwie. Burmistrz ożywił się.

– Pierwsza to możliwość organizacji miłych i dyskretnych spotkań. Można je nawet komuś zafundować w darze. Okazja zawsze się znajdzie. To sposób zyskania życzliwości a nawet lojalności. Mam na myśli głównie młodszych mężczyzn, w których żyłach namiętność krąży szybciej niż samochód po torze wyścigowym. Różne są sposoby kupowania ludzi.

– A ta druga teoria?

– Też nic skomplikowanego. Motel na uboczu to idealne miejsce schadzek i dyskretnych spotkań. Wprost wymarzone także do nagrywania gości ukrytą kamerą. Mówił mi znajomy policjant, że sam nigdy by tam nie poszedł.

– Może pan wejść tam nawet z własną żoną, lub przyjaciółką, jeśli nie jest pan żonaty, i wyjść jako człowiek szantażowany. Nawet jeśli jest się policjantem i wie się to i owo o nowych technologiach, to nie sposób jest sprawdzić, czy w pokoju nie ma ukrytej kamery. Dzisiaj nie można nikomu całkowicie ufać. Takie czasy.

– Po co właściciel klubu i motelu miałby to robić? – zapytał doktor, szykując się do wyjścia. Otrzymał SMS, miał coś pilnego do załatwienia.  Rozglądał się wokół, czy nie zostawił niczego w pokoju.

– Tego to nie wiem. Sam się nad tym zastanawiałem kilka razy. Dobrze byłoby to wiedzieć.

Odc. 14

– Uważasz, że Dyktator mógłby to robić?

– Z pewnością nie sam i nie bezpośrednio. To rola dla kogoś, kto jest na liście jego dłużników lub na liście płac. Cukor przez wielu jest uważany za dobroczyńcę, zapewniającego pracę ludziom w potrzebie. Ma tyle firm, że stanowisk nie brakuje. Można być dobroczyńcą, mecenasem sztuki, sponsorem a równocześnie prowadzić brzydkie interesy. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie twierdzę, że to on jest tą osobą, ale jak to mówi Szekspir „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. 

Burmistrz Rafael od dawna miał swoją teorię na temat orientacji seksualnych. Był tolerancyjny.

– Skłonności seksualne innych ludzi mało mnie interesują. Rozumiem, że homoseksualność jest cechą wrodzoną i nikogo nie da się przekonać, aby był gejem, jeśli nie ma już w sobie tej skłonności. Homoseksualiści istnieją od tak dawna, jak istnieje ludzkość. Tych, którzy zatrudnieni są w ratuszu, traktuję tak samo jak inne osoby tak długo, jak długo są dobrymi pracownikami.

Burmistrz bez większych wahań wydawał zgodę na publiczne manifestacje osób o innej orientacji seksualnej, z którą kojarzył przede wszystkim gejów, lesbijki i transwestytów. Nie podobało się to wielu obywatelom.

– Jest pan bardzo liberalny w swoich poglądach, panie burmistrzu. Może za bardzo?– zapytał go Leon Cukor. Było to na uroczystości otwarcia miejskiego muzeum sztuki współczesnej. Leon Cukor był jednym ze sponsorów.

– Moje poglądy to moja osobista sprawa, jeśli pozwoli mi pan tak to sformułować. Podobnie jak pańskie są także pańską osobistą sprawą. To, jak pan się ubiera, z kim się pan spotyka, kogo pan u siebie zatrudnia, jakiej jest pan wiary, co pan lubi a co nie.

Dyktator zastanawiał się nad słowami burmistrza. Zazwyczaj nie odzywał się, dopóki nie rozważył opinii drugiej strony. Rzadko wpadał w rozdrażnienie lub gniew.

– Może z czasem pan zrozumie, panie burmistrzu, że nasze prywatne poglądy i zapatrywania nie są obojętne dla innych ludzi, zwłaszcza jeśli pełni się publiczną funkcję i podejmuje publiczne decyzje.

Burmistrz miał już odpowiedzieć Cukorowi, kiedy podszedł do nich kurator muzeum i włączył się do rozmowy. Ucieszyło to go, bo miał na języku złośliwą odpowiedź. Nie lubił psuć sobie stosunków z wpływowymi ludźmi, ale też i nie pozwalał nikomu chodzić sobie po głowie.

Po kilku dniach przypominania i karania mandatami za nienoszenie maseczek na twarzy, wciąż sporo mieszkańców miasta ignorowało prawo. 

– Policja nie może w nieskończoność karać i kierować do sądu wszystkich tych osób – przekonywał burmistrza komendant. Przyjechał do ratusza, aby rozmawiać o roli policji w zwalczaniu epidemii. Kiedy miał już wychodzić, obrócił się do burmistrza z błyskiem w oku.

– Mam pomysł, jak to rozwiązać. Chyba dobry. Wypróbujemy go najpierw, a potem panu opowiem, jak nam poszło.

Burmistrz popatrzył na niego pytająco.

– Nie mogę nic więcej panu powiedzieć, dopóki nie spróbuję. To nic nadzwyczajnego, proszę się nie martwić. Kierujemy się zawsze prawem. W czwartek wpadnę do pana, aby powiedzieć, jak nam poszło. Mam nadzieję, że znajdzie pan czas dla mnie.

Kiedy gość znalazł się w progu, burmistrz miał wrażenie, że odwraca się, aby go pożegnać zdejmując z głowy pióropusz i zamiatając nim podłogę w szerokim pokłonie muszkietera. Obydwaj uśmiechnęli się w tym samym momencie.

Komendant zjawił się zaledwie Rafel przekroczył próg swojego gabinetu. Pomyślał, że policja obserwuje, gdzie jest w danym momencie i co robi. Kilka razy już się zdarzyło, że komendant wpadł na niego w mieście w najmniej oczekiwanym momencie.

– Pewnie i mnie śledzi – pomyślał, patrząc z ukosa na gościa. Komendant zareagował szerokim uśmiechem.

– Wygląda jak rozbawiony dzieciak w mundurze. Tylko mu brakuje orlego pióra przy czapce – burmistrz mimo woli wpadł w lepszy nastrój.

– Rozwiązanie jest proste choć niekonwencjonalne. Moi ludzie, ubrani po cywilnemu, kiedy zauważą kogoś bez maseczki, nie zwracają delikwentowi uwagi, tylko z niewielkiej odległości, z tyłu lub z boku, krzyczą przez megafon.

– Noś maseczkę! Myj ręce! Zachowaj dystans!

Totalne zaskoczenie, nawet szok, ale bardzo skuteczne. Starsi mieszkańcy nas bardzo chwalą. Podoba im się to. Mówią:

– Wreszcie coś do nich przemawia. Niektórzy młodzi ludzie jakby zapomnieli, że chorują na wirusa bezobjawowo i ignorują fakt, że to my zarażamy się od nich i umieramy w cierpieniu. 

Odc 15

– To dosyć agresywne. To zachowanie z tymi megafonami.

– Agresywne, nie agresywne. Może niemiłe, ale skuteczne. Ludzie aż skaczą w górę, kiedy niespodziewanie usłyszą mocny głos dochodzący z boku albo zza pleców. Czasem się denerwują. Jeśli mają pretensję, wyjaśniamy, że nie możemy inaczej. Tłumaczymy, że gdyby wszyscy nosili maseczki i rękawiczki zgodnie z przepisami, nie byłoby potrzeby zwracania uwagi. Musieliśmy robić to często i często bez skutku. Teraz to się zmienia. Cokolwiek byśmy nie powiedzieć, burmistrzu, megafon to najlepsza forma perswazji. Przez zaskoczenie. Niech mi pan wierzy, to poprawi dyscyplinę mieszkańców miasta. Będzie pan zadowolony.

– Będziemy wszyscy zadowoleni, kiedy ilość zachorowań będzie spadać.

Ojciec Albert Grana nie spodziewał się takiego wyznania młodego mężczyzny na spowiedzi. Pamiętał, że miał jakieś dziwne imię. Znał dobrze jego rodziców. Byli to zwyczajni ludzie, ciężko pracujący Syryjczycy, chrześcijanie, od lat mieszkający w mieście. Prowadzili nad rzeką punkt sprzedaży kebabów. Jego matka była z zawodu nauczycielką fizyki, ojciec miał na imię Yasser i brakowało mu kciuka u lewej ręki. Na początku nosił shirwal, szerokie luźne spodnie z elastycznego materiału, potem ubierał się jak wszyscy inni mieszkańcy miasta.

– Biegałem jak zwykle, zaczynając przed świtem, bo wcześnie rozpoczynam pracę. Przy ścieżce nad rzeką zobaczyłem trzy martwe wrony. Dwie leżały do góry brzuchami, trzecia była przekrzywiona na bok jakby podpierała się skrzydłem. Skojarzyło mi się to ze szczudłem. Wyglądały dziwnie. Zgłosiłem ten fakt do punktu sanitarnego. Poprosili, abym poczekał, żeby nie musieli szukać tego miejsca i żeby nikt nie dotykał ptaków. Od razu przyjechali i zabrali do laboratorium. Boją się rozpowszechnienia zarazy. Mówili, że mógł je zaatakować wirus Quagga.

– Coś niepokojącego wisi w powietrzu – pomyślał duchowny. – Nie jestem zabobonny, ale nie podoba mi się to wszystko. Nie ma powodu, aby mu nie wierzyć, choć wyglądało to na wymysł.

Zaraz po spowiedzi Ojciec Albert zadzwonił do kogoś. Czekał dosyć długo na połączenie nie okazując zniecierpliwienia. Mówił cicho, jakby bał się, że Trinity go usłyszy.

– To rzuca nowe światło na rozpowszechnianie się wirusa. Musi pan podjąć jakieś działania. Tylko pan jest naszą nadzieją. Burmistrz sam nie da rady.

Słuchał jeszcze jakichś wyjaśnień lub poleceń, bo dopiero po dłuższej chwili, kiwając potakująco głową, zakończył połączenie i schował telefon do kieszeni sutanny.

– Świat kręci się coraz szybciej – mruknął nie wiadomo czy do siebie czy do Trinity, kiedy przechodził obok niej. Popatrzył na nią, a ona na niego. Oboje nie odezwali się słowem,  nawet nie wymienili zwyczajowego uśmiechu.

– Jakbyśmy w ogóle się nie znali – Trinity obejrzała się za Ojcem Graną, po czym skierowała się ku nawie bocznej kościoła, gdzie miała wymienić kwiaty.

Kolejne dni wraz z szybko rosnącą liczbą zakażeń przyniosły pogorszenie nastrojów w mieście. Burmistrz wiedział o tym z raportów, rozmów telefonicznych i spotkań z pracownikami. Kiedy zadzwonił do niego doktor Brus, poczuł ulgę, że może oderwać się od rzeczywistości. Jego również męczyło chodzenie w maseczce ochronnej i ciągłe pilnowanie się, brak towarzystwa, niemożność pójścia tam, gdzie się chce i kiedy się chce. Na szczęście nie męczyła go ciasnota pomieszczeń. Był za to wdzięczny losowi.

– W domach częściej wybuchają kłótnie i niesnaski. Ludzie czują się osaczeni. Zmęczenie, jakie wspomniałeś, daje się odczuć także w sypialni. Ludzie tracą apetyt na seks. To nie jest dobra wiadomość, bo każda miłość jest oznaką zdrowia. Jako lekarz wiem to najlepiej.

– Nie wszyscy tak to odczuwają. Ja na przykład jestem inny. Dobrze się czuję w sypialni.

– Ty jesteś wyjątkiem oczywiście. Gdybym ja był taki duży i przystojny, też zachowywałbym się jak szalony hegemon w łóżku. Mnie ta atmosfera się udziela i tracę wigor. Wiem nawet dlaczego. Mam nieprzerwanie do czynienia z ludźmi chorymi i cierpiącymi, a nie tak jak ty, ze zdrowymi. To nie uodparnia na złe samopoczucie, tak jak szczepionka na wirusa.

Burmistrz obudził się w nocy. Nad głową słyszał brzęczenie komara. Postanowił go zignorować. Nie mogąc zasnąć, cierpliwie leżał i myślał. Nie wiedział dlaczego się obudził; normalnie spał jak kłoda, zwłaszcza gdy był zmęczony. Obok niego leżała żona przykryta lekką kołdrą aż po szyję, miarowo oddychając przez półotwarte usta. Przez chwilę jej zazdrościł. Za oknem słyszał syrenę karetki pogotowia, taki sam dźwięk jak kiedyś, przed epidemią, ale bardziej przeraźliwy i długotrwały.

Rano spikerka Radia Broma komentowała zdarzenia minionej doby głosem tak beznamiętnym, jakby chodziło o sprawę zamykania na klucz śmietnika osiedlowego. 

– W mieście zanotowano dwa przypadki braku łóżek i respiratorów w szpitalach. Szpitale osiągnęły już granicę swoich możliwości. Pacjenci szpitalni będą niedługo walczyć o dostęp do lekarza, bo to najbardziej deficytowy towar dzisiaj. Łóżko można kupić szybko i łatwo, wykształcenie lekarza to całe lata. Tu pojawią się najpoważniejsze problemy.

– Oto zapowiedź nadchodzącej przyszłości – przeleciało przez myśl burmistrzowi. Wyobraził sobie, jaki ciężar spadnie na niego.

Odcinek 16 

Doktor Brus zjadł kolację z żoną i przyjaciółmi w restauracji Nova. To była ich ostatnia szansa, bo restauracja miała być wkrótce zamknięta. Wybrał sobie zupę „Frutti di mare”. Kiedy z ostrożności zapytał o świeżość składników, kelner zawahał się. To powinno go ostrzec. On jednak nie zrozumiał ostrzeżenia. Po wyjściu z restauracji chodził jeszcze po mieście i obserwował, co się dzieje. Niepokoił się, bo na ulicach było dziwnie spokojnie. Tylko karetka pogotowia jeździła tam i z powrotem z włączoną syreną.

Chyba rzeczywiście się zatruł lub wypił za dużo, gdyż w nocy męczył go ciężki sen. Ubrany jak grabarz burmistrz stał nad nim i ostrzegał:

– Pamiętaj, że będzie jeszcze gorzej! Wirus nie czeka. To będzie katastrofa. Przygotuj się więc zawczasu na jej nadejście, bo mocno bekniesz za to co nastąpi.

– Jak to? Przecież to odpowiedzialność magistratu! Kto utrzymuje i finansuje szpitale?

– Nie udawaj, ze zapomniałeś – burmistrz pogroził mu łopatą .- Jesteś koordynatorem walki z wirusem. Odpowiadasz na stan zdrowia mieszkańców miasta.

Doktor zdenerwował się i wyskoczył w piżamie z łóżka, podbiegł do drzwi i wyszedł na ulicę. Poczuł ulgę, że jest już sam. Szedł przed siebie, kiedy wpadł na niego pędzący dokądś mężczyzna. Był młody i miał rozwichrzone włosy, a w oczach niepokój. Dyszał ciężko.

– Strasznie się spieszę. Nie wie pan, czy jest tu w pobliżu jakiś szpital, gdzie by przyjęli mojego ojca. Jego stan jest pogarsza się z każdą chwilą. On chyba umiera. Przyjechaliśmy do szpitala, ale tam nie ma wolnych miejsce.

– A co mu jest? – odruchowo zapytał doktor.

– Wysoka gorączka, ból w piersiach, kaszel, duszności. Prawie nie może już mówić!

Opis choroby wskazywał na zakażenie wirusem Quagga. Mężczyzna zniknął, kiedy dotarli do szpitala Przemienienia. Tu też stały karetki, wszystkie z włączonymi syrenami, że aż szarpało za serce. Szpital nie przyjmował już pacjentów. Ani zakażonych wirusem Quagga ani żadnych innych, nawet ciężko chorych. Doktor postanowił upewnić się, o co chodzi.

– Nie przyjmujemy już nikogo. – dyżurna recepcjonistka miała niepewny, starczo gęgający głos i podkrążone oczy. Zdziwiło go to, bo była młoda i zgrabna. Na włosach z przodu miała kolorową opaskę.

Doktor odruchowo przedstawił się.

– Dlaczego tu jest taki tłok!? Przecież jeszcze przedwczoraj…

– To było bardzo dawno, panie doktorze. Ale dobrze, że pan jest – usta kobiety skrzywiły się w dziwnie cynicznym uśmiechu.

Doktor usłyszał jej chichot zza maseczki w kolorowe ciapki.

– Co jej jest? – zastanawiał się, kiedy mu obcesowo przerwała. – Co jest z panem, doktorze? Jest pan rozlazłym cywilem, czy zdyscyplinowanym wojskowym lekarzem? Tu nie ma czasu na myślenie. Mamy przygotowany dla pana strój ochronny, maseczkę, hełm, obuwie. Wszystko, czego pan potrzebuje i o co zresztą sam pan prosił. Może kombinezon i hełm są trochę za duże, ale niczego innego nie mieliśmy. Musi pan sobie poradzić. O, tutaj mam nawet przywieszkę z pańskim imieniem i nazwiskiem. Proszę przebrać się w strój ochronny w tej bocznej salce a ja zaraz wrócę i zaprowadzę pana, gdzie trzeba.

– Tu nie ma nadziei na cokolwiek. Mają tu cholerny bałagan! – pomyślał doktor.

– Od razu zaprowadzę pana do sali operacyjnej – dokończyła recepcjonistka. – Brakuje nam anestezjologa i chirurga. Pan będzie musiał za nich dwóch pracować. Dr Zabiega, ten rudy, łysy, pański serdeczny kolega, nasz najlepszy chirurg, sam jest teraz pacjentem szpitala.

– Zaraził się wirusem? Jak to się stało?

– Nie. Zupełnie coś innego. Najpierw się skaleczył lancetem w czasie operacji, ale dociągnął jakoś do końca. A potem usiłował popełnić samobójstwo. Wisiał głową w dół, kiedy go zdjęliśmy. Mówił już wcześniej, że nie wytrzyma tego napięcia, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy to mówią. Tylko telewizja Tuba jest pozytywna. Twierdzą, że nie ma żadnego stanu epidemicznego. To jest oczywiście bzdura na resorach, bo to telewizja kościelna i ma obowiązek mówić dobrze, wzbudzać wiarę. Pokazują tłumy ludzi, przede wszystkim młodych, które wyszli na zewnątrz, aby pospacerować i nałykać się świeżego powietrza w naturalnym środowisku. Ścieżki spacerowe w lasach i nad jeziorami są pełne ludzi. Nawet plaża nad rzeką jest już pełna, chociaż synoptyk zapowiada, że lato zacznie się dopiero jutro. Ma być gorąco jak w piekle. Może niech pan lepiej przebierze się do operacji w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Zawsze to wygodniej. A ja pana spryskam wodą kolońską.

Odc. 17

Przekraczając wysoki próg domu Aptekarza doktor Chyra potknął się. Na szczęście utrzymał równowagę opierając się ręką o ścianę korytarza. Przypomniała mu się rozmowa z Ojcem Albertem. Spotkali się na Rynku Głównym w pełni minionego lata, rozpalonego czerwonymi połyskami słońca w ciągu dnia i rozleniwiającego pod wieczór niosący powiew chłodniejszego powietrza. Doktor żartował, że w taki dzień soki życia krążą nawet w martwej wiewiórce. Ludzie poruszali się żwawo z podniesionymi głowami. Nikomu nie przyszłaby wówczas do głowy nawet przypadkowa myśl, że kiedyś tę sielankę skutecznie zniweczy wirus i jego matka epidemia. Doktor pamiętał, że w ogóle się nie śpieszyli, choć obydwaj utrzymywali, że mają mało czasu. Czas się nie liczył.

– Ten człowiek, Aptekarz, ten … jak mu tam …Benjamin Czucha, którego chodzi pan leczyć, to diabeł, twórca czystego zła – zaczął Ojciec Albert z taką śmiałością, jakby chciał przekonać doktora, aby porzucił zamysł pomocy potworowi. – Moi parafianie twierdzą, że wyrządził on wielu ludziom wiele krzywd przekazując o nich nieprawdziwe informacje innym osobom.

– Jakie informacje i jakim osobom? – zapytał doktor. Nie zamierzał ustąpić pola plotkom i insynuacjom. Potrzebował prawdy.

– Aby ocenić to, co Ojciec mówi, dobrze byłoby znać jakieś konkrety. Obydwaj je lubimy, bo na nich osadza się prawda. Tylko taka wiedza się liczy.

– No właśnie – niezwłocznie podchwycił duchowny. – Sam chciałbym to wiedzieć.

Ojciec Albert wyglądał na ucieszonego, że mógł podzielić się z doktorem swoim niepokojem.

– Tego mi nie wyjaśniono. Wiem tylko z całkowitą pewnością, że były to informacje poufne. Moi parafianie wspominali też, że ten człowiek, czy też raczej diabeł wcielony, robi potajemnie intymne zdjęcia, które potem sprzedaje.

– Może to jakiś mąż zlecił mu śledzenie żony, podejrzewając ją o niewierność, albo żona, która wierzyła, że to on zdradza ją z kochanką i chciała mieć dowody – spekulował doktor. Był pewien, że ma rację, gdyż podobnie jak kapłan miał dostęp do szczerych wyznań swoich klientów.

– To się zdarza i na pewno jest nieprzyjemne dla zainteresowanych stron, czyli osoby śledzonej i zlecającej śledztwo. Ale Ojca nie powinno to dziwić. Czasem takie ujawnienie prawdy działa oczyszczająco, podobnie jak spowiedź. Szkoda tylko, że w momencie dokumentowania zdrady małżeńskiej nie ma spowiednika, który udzieliłby pokuty. Nie sądzi Ojciec?

Ojciec Grana popatrzył na pytającego z niechęcią, lecz nie odezwał się. Rękawem sutanny starł pot gromadzący się pod okiem na policzku i machnął ręką, opędzając się od drobnych muszek atakujących oczy. Zanim się rozstali, nachylił się do ucha doktora i szepnął:

– Wie pan, doktorze, ten pański podopieczny potrafi robić zdjęcia i nakręcać intymne sceny łóżkowe ukrytą kamerą nawet przez ścianę budynku. Bo jak można to zrobić inaczej? I to gdzie?! W motelu przy klubie Ero. To nieczysta sprawa. Chciałbym, aby to się kiedyś skończyło, bo będziemy się zawsze nurzać w bagnie niepewności. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzkiej duszy! – westchnął kapłan, po raz drugi podnosząc rękaw sutanny do twarzy, aby zetrzeć krople potu z policzka. Gest wydał się doktorowi bezsensowny, kiedy w rękawie kapłana dostrzegł dużą, kremowobiałą chusteczkę.

Rozmowa dostarczyła doktorowi pożywki do myślenia na kilka dni. Lubił takie zagadki. Ich rozwiązywanie sprawiało mu przyjemność. Już w szkole i na studiach znany był z zamiłowania do rebusów, szarad i łamigłówek; układał także kalambury do studenckiej gazetki.

W domu wspomniał żonie o spotkaniu z Ojcem Albertem. Nie podzielił się jednak rewelacjami księdza na temat Aptekarza z żoną. Nie mówił Teresie wszystkiego, denerwowała się niepotrzebnie.

– Po tej rozmowie doszedłem do wniosku, że moja praca to właściwie jeden ciąg zagadek i zgadywania. Na jaką chorobę wskazują symptomy? Jakie są jej przyczyny? Jak pomóc choremu? Jak go leczyć?

– A jaki to ma związek z twoją rozmową z Ojcem Albertem?

– Dlaczego ma mieć związek? Tak sobie tylko pomyślałem, że właściwie praca lekarza to ciągłe poszukiwanie wyjścia z labiryntu, jaki tworzą dolegliwości i choroby.

Odc. 18

Doktor odwiedzał aptekarza Benjamina Czuchę z regularnością dyktowaną jego dziwnymi zatruciami pokarmowymi. Aptekarz skarżył się na bóle brzucha, gorączkę, ból głowy, często wymiotował. Czasem męczyła go biegunka. W sumie była to dolegliwość mało znacząca, nie zagrażająca zdrowiu. Zatrucia zdarzały się tak często, że medyk zastanawiał się, czy są one rzeczywiście całkiem przypadkowe. Był przekonany, że jego wizyty nie są konieczne. Nie potrafił jednak odmówić, kiedy pacjent prosił go o wizytę w domu i w dodatku dobrze płacił.

Aptekarz czekał na kozetce w salonie. Doktor przywitał go z dala dłonią uniesioną w górę i uśmiechem przyzwoitości, szukając wzrokiem krzesła. Potrzebował je, aby położyć na nie torbę lekarską z narzędziami w sposób ułatwiający sięgniecie do jej wnętrza. Rozejrzał po salonie. Nigdy wcześniej tutaj nie był.

Było to nowocześnie urządzone obszerne pomieszczenie z wielkim oknem od strony północnej. Wszystko tu było nowe: sześć oprawionych w ramy obrazów na ścianie, świece, fotel uszak, stolik kawowy, sofa w stylu skandynawskim i beżowy dywan na podłodze. Jasne powierzchnie mebli odbijały światło wpadające przez okno i jeszcze bardziej rozjaśniały wnętrze. Kształty i kolory mebli, a także ich ilość, podziałały na lekarza przytłaczająco. Nie lubił takich mebli w takich kolorach. Biel biła go po oczach swoją żarłoczną intensywnością. Atłasowy połysk wykładziny mebli przypomniał mu białą materię wyściełającą trumnę wuja zmarłego trzy lata wcześniej. Przez długi czas śniła mu się po nocach jego pośmiertna woskowa maska.

Oprócz lampy w suficie, stojącej lampy podłogowej z abażurem i lampki stołowej, pomieszczenie było wyposażono także w kinkiety ścienne. Doktorowi nie podobały się duże skrzyniowe meble, komoda, regał i szafka, wszystkie w kolorze białym. Tylko wypoczynkowa sofa i fotel były w kolorze grafitu. Wyglądały jak dwa czarne jaguary wpuszczone do klatki z białymi jagniętami. Wnętrze pokoju ożywiały kolorowe dodatki w barwach różu i błękitu umieszczone na poduszkach i dekoracjach.

– Pan chyba szalenie lubi lampy i biały kolor? Jasne kolory… – poprawił się po chwili.

Aptekarz nie zauważył krytycznych spojrzeń gościa ani uszczypliwości w jego głosie. Widział tylko, że jest pod wrażeniem aranżacji salonu.

– Otrzymałem ostatnio anonim, że niechybnie pójdę do piekła, chciałem więc zawczasu nacieszyć się światłem i jasnością. – Na obolałej twarzy leżącego pojawił się nieporadny uśmiech.

– Robi dobrą minę do złej gry. Wszystko tu jest popieprzone, włącznie z nim samym – zirytował się lekarz. Myślał, aby jak najszybciej zakończyć wizytę. – Jak się pan czuje? –zadał pytanie nie nastawiając się na wysłuchanie odpowiedzi. Wiedział, co mu powie pacjent.

– Jak zawsze w takim przypadku. Nudności, wymioty, gorączka, bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, trochę bóle mięśniowe. Od wczoraj nic nie jadłem, czuję się osłabiony.

– Wiemy już, co wywołuje pańskie niedyspozycje. Badanie laboratoryjne ujawniło winowajcę. To rotawirus. U dorosłych do zakażenia dochodzi drogą kropelkową lub pokarmową. Podejrzewam to drugie. Nie wiem, jak się pan odżywia. Mógł pan połknąć wirusa z nieprzegotowaną wodą, niemytym owocem lub sałatką warzywną. A może ma pan w rodzinie małe dzieci, którym często zdarzają się zatrucia pokarmowe. Mógł się pan od nich zarazić.

Mężczyzna na kanapie poruszył się niespokojnie. Podniósł głowę i popatrzył uważnie na lekarza.

– Przyszło mi do głowy, że ktoś chciał mi zaszkodzić. Ostatnio dwa razy zamawiałem pizzę, po której czułem się bardzo źle. Zatrułem się. Dopiero teraz, kiedy pan zapytał, przyszło mi to do głowy.

– Niech się pan pilnuje. Nie jest pan aniołem. Może nadepnął pan komuś na bolący palec, i ten ktoś nie może panu wybaczyć. Ostatnio miałem dwa zgony, właśnie z powodu zatrucia pokarmowego. Ludzi tych po prostu otruto. Ustaliło to analiza laboratoryjna. Była to zemsta, jakieś porachunki osobiste. Nie mówię tego, aby pana straszyć.

Popatrzył na aptekarza i zobaczył jak blednie. Nie zamierzał dochodzić, dlaczego twarz pacjenta poszarzała nagle. Po mieście krążyły plotki na jego temat. – Jak sobie pościele, tak się wyśpi – pomyślał.

– Musimy nawodnić pański organizm. Zrobię panu kroplówkę. W momencie, kiedy miał już przebić skórę igłą, aptekarz zawahał się i wycofał rękę. Patrzył z niepokojem na lekarza. Ten zaśmiał się szorstko.

– Niech się pan uspokoi. Nie jestem mordercą. Choć kto wie… Zorientował się natychmiast, że żart był nietrafiony. Poczuł się bardzo niezręcznie i przeprosił Aptekarza.

W drodze powrotnej do kliniki doktor nie mógł sobie wybaczyć swojego zachowania. Było naganne. Tak to go męczyło, że zatrzymał samochód na końcu przystanku autobusowego, aby zadzwonić do żony. Rozmowa była bardzo lakoniczna.

– Nie przejmuj się. Jeśli ten palant przyjął to jako groźbę, to zasłużył sobie na to.

Aha – pomyślał doktor. – Teresa coś wie o nim, albo sama ma coś na sumieniu. Postanowił zakończyć rozmowę.

Odc. 19

Wraz ze wzrostem zachorowań na wirusa nasiliła się fala donosów. Coś trzeba było z tym zrobić. Ludzie oglądali się na burmistrza i na komendanta policji.

– Powinieneś coś przedsięwziąć. Wszyscy na to czekają – Sandra zaatakowała męża z samego rana zanim wszedł do łazienki.

Starał się zachować spokój, śpieszył się. Miał tego tematu i takich oczekiwań po uszy.

– Dlaczego właśnie ja? To nie ja je piszę i rozpowszechniam. I nie ja je wrzucam do skrzynek i piszę obrzydliwości na murach.

– Piotrze, co ty mówisz? Ty tu jesteś władzą. To do czegoś zobowiązuje.

Burmistrz nie podjął wyzwania, zdobył się tylko na komentarz.

– To prawdziwa plaga. Wprost niewiarygodne. Ludzie przestali już chyba czytać prasę i oglądać telewizję; o wszystkim dowiadują się z donosów. Ciekaw jestem, kto je wrzuca do skrzynek i maże graffiti po murach?

– Chyba połowa miasta. Każdy raptem ma pretensję do każdego, coś mu zrzuca, coś podejrzewa. Ludzie robią to to także z zawiści. Jeśli ci się dobrze powodzi, to powód aby cię oskarżyć o złodziejstwo. Ja wiem tylko jedno: ludzie są wściekli, bo kończą się miejsca w szpitalach i karetki już jeżdżą po kilka godzin po ulicach. To ich przeraża. Szczerze mówiąc, mnie również. Gdzieś lub na kimś muszą rozładować swój niepokój i niezadowolenie. Mają do dyspozycji manifestacje lub donosy. Te drugie są po prostu bezpieczniejsze.

Burmistrz zwołał sztab kryzysowy. W spotkaniu uczestniczyli także doktor, komendant i aptekarz. Zaprosił ich, aby przypomnieć im ich odpowiedzialność: za koordynacje pracy szpitali, za porządek publiczny i za zaopatrzenie w materiały niezbędne do obrony przed wirusem. Takie  ustalenia podjęli już wcześniej. 

Wspólnie zastanawiali się, co zrobić. Wniosków i sugestii było sporo, ale nic z tego nie wynikało. Każdy starał się wnieść coś od siebie. Jedna sprawa była bezsporna. Najbardziej aktywny był anonim podpisujący się “Kret”. Był najbardziej aktywny i agresywny. Oskarżał i szkalował nawet najspokojniejszych ludzi, tworząc atmosferę nienawiści. W jego działaniach była pewna prawidłowość: atakował tylko władze i kobiety.

– To jakiś maniak seksualny, zboczeniec. Nie znosi kobiet. Te ciągle oskarżenia o łajdactwa. – Odezwa się przedstawicielka organizacji kobiecych. Burmistrz zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Podobała mu się.

Nic nie odpowiedział tylko słuchał. Miał swoje podejrzenia. Patrzył na komendanta, który zdawał się być obojętny. Siedział sztywno na krześle, eksponując jak na wystawie swoją okrągłą twarz i byczy kark i tylko raz lub dwa razy zabrał głos, niewiele wnosząc do dyskusji.

–  To jakiś epidemia. Trzeba poczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie. Do mnie na komisariat trafia najwięcej anonimów. Mam wrażenie, że to jakaś moda na wywnętrzanie się i wietrzenie złych uczuć. Wydaje się, że każdy ma komuś coś do zarzucenia i ludzie robią to chętnie, choć im nikt za to nie płaci.

Po zebraniu burmistrz Rafael zatrzymał komendanta w drzwiach. Chciał porozmawiać z nim w cztery oczy.

– Ma pan swoich ludzi wszędzie. Niech się pan ustali, kto to jest ten Kret. Kogo on może reprezentować i dlaczego tak nienawidzi kobiet. Może to rzeczywiście jakiś maniak seksualny?

Okrągła twarz komendanta pozostała nieporuszona. Nie powiedział tak, ani nie, wyglądał, jakby się namyślał czy przyjąć żądanie burmistrza do wiadomości czy nie.

Rafaelowi przyszła do głowy dziwna myśl. Przypomniał sobie, jak często natykał się na komendanta w dziwnych miejscach i czasie.  Postanowił mieć się na baczności i patrzeć mu na ręce.

Tego dnia burmistrz jadł obiad w domu. Czekając na zupę, którą żona przygotowywała w kuchni, zastanawiał się, czy warto podjąć z nią męczący go temat. Sandra nie znosiła dyskusji przy stole. Wchodząc do jadalni stąpała ostrożnie niosąc w prawej i lewej ręce talerz z błękitnym wężykiem sięgającym aż po zielonoszarą krawędź zupy ogórkowej. Była to jego ulubiona zupa. Kiedy poczuł jej zapach, prawie zapomniał, o czym chciał mówić. Czekał, aż żona postawi talerze na stole. Sięgną ręką, aby przyciągnąć swój bliżej krawędzi stołu. Wziął łyżkę do ręki i otworzył usta, pragnąc zacząć rozmowę. Uprzedziła go.

– Co tam u ciebie słychać w pracy? Wszyscy teraz mówią o donosach i o niczym więcej. Szalone czasy, zwariowane miasto. Nie wiem już komu można wierzyć, a komu nie. Ja to ja, ale ty to na pewno masz z tym urwanie głowy. Z każdym musisz współpracować.

Odc 20

– Po dzisiejszym spotkaniu w moim biurze mam przeczucie, że jest w to w jakiś sposób umoczony nasz ukochany Leoś Cukor. To najbardziej wpływowy człowiek w mieście. Wszystko wydaje się kręcić wokół niego, ma rozległe kontakty i każdemu chętnie oferuje pomoc. Dla mnie ta jego życzliwość jest podejrzana.

Sandra zaśmiała się. Coś jej się przypomniało, bo pokiwała głową, jakby się dziwiła.

– Chyba to prawda. Im bardziej ktoś jest pobożny, tym dalej jest od Boga. Znam takich ludzi. Lepiej pilnuj się i miej go na oku, aby coś nie zmajstrował przeciwko tobie.

– Dlaczego tak mówisz?

– Dwa dni temu, kiedy bawiłeś się z tym swoim sztabem kryzysowym, byłam na wieczornym nabożeństwie. Widziałam go tam. Był z całą rodziną. Nie! Nie! Co ja mówię. On nie ma rodziny. Był jak zawsze ze swoim towarzystwem; to chyba jego wspólnicy i pracownicy. Ten jego sekretarz to prawdziwy laluś, odstawiony jak radosna mężatka po odejściu kochanka. Byli też z nim ludzie, których nie znam. Z ciekawości zapytałam o nich Ojca Alberta. Lubi mnie i chyba ma do mnie zaufanie, ale powiedział mi tylko, że to bardzo pobożny człowiek i chętnie wspomaga kościół. Okazuje się, że naprawa dachu na wieży kościelnej i klimatyzacji to też jego zasługa. Znaczy się, jego pieniądze. Może księdza łączą z tym krezusem jakieś bliższe stosunki?

– Tego nie wiem, ale nie mogę wykluczyć, że klecha nie siedzi u niego w kieszeni. Ten jego Samariteri to prawdziwa zagadka. Wypasiona, luksusowa limuzyna. Nie pamiętam, czy mówiłem ci o niej?

– Wspomniałeś tylko, że mógł być kradziony. Ale to tylko spekulacja. Nie masz żadnych dowodów przeciwko księdzu.

– Nie będę dochodzić, czy ten samochód był kradziony czy nie, jak podano w anonimie, bo w to nie wierzę. Ojciec Grana jest zbyt inteligentny i rozważny, aby robić takie sztuczki. Na pewno ma dobrych doradców. Ale gdyby otrzymał to cacko w darze od Dyktatora i przyjął je, to by znaczyło, że jest od niego zależny. Kto daje takie upominki, nie robi tego za darmo. Musi mieć jakieś oczekiwania. To zresztą nie musi być dar bezpośrednio od niego. Na pewno ma jakąś fundację dobroczynności, która mogła to zrobić za niego.

– Co Cykor by na tym zyskał?

– Życzliwość wpływowego duchownego i jego kościoła. A bo to pierwszy raz takie rzeczy się dzieją? Rzecz nie jest bez znaczenia, bo ludzie wierzący mają szacunek dla Ojca Grany. Jakbyś dowiedziała się coś więcej, podziel się tym ze mną. Bardzo mnie to interesuje.

– Dlaczego? Chcesz wszcząć dochodzenie przeciwko księdzu? – Zaniepokojona Sandra zatrzymała się w połowie drogi do kuchni.

– Nie przesadzaj! Lubię po prostu wiedzieć, jak się świat kręci, zwłaszcza teraz, kiedy mamy same nieszczęścia: powódź, jakiej nie było od lat, wirusa Quagga, epidemię, niepokoje społeczne i na dodatek te cholerne anonimy.

– Ty chyba bardzo nie lubisz Leona Cykora?

– Tak, to prawda. Chyba z wzajemnością. Czuję przez skórę, że chce mnie wysadzić z siodła. Nie podoba mi się jego nadęta pobożność i niezwykła chęć pomagania wszystkim, uzależnianie ludzi od siebie. Dyktator z łaski bożej. Ktoś mi powiedział: – Kiedy Cukor był na wycieczce w Afryce, kazał się obszyć skórą słonia, ale to nie znaczy, że jest gruboskórny. Jest tylko odporny na krytykę i ma pamięć jak słoń”. 

To facet o wielkich umiejętnościach dyplomatycznych, lokalny Machiavelli. Muszę to docenić.

Odc .21

Benjamin Czucha zwany Aptekarzem miał złą passę. Najpierw otrzymał donos z oskarżeniami, potem kolejne, później nastąpiły dziwne telefony. Wprawdzie mu nie grożono, ale oskarżano o czyny, których nie popełnił. Tak to odbierał. Były to przeważnie oszczerstwa, ale były też krótkie złośliwości każde zakończone wykrzyknikiem: Łajdak! Sługus i donosiciel na niewinnych ludzi! Chciwy szpieg! Ty draniu, zrobisz każdą podłość, kiedy ktoś ci zapłaci! Trujesz ludzi w swoim supermarkecie sprzedając towar z przemytu! Żona cię zdradza i to z kim!? Zęby ci wypadną, jak się dowiesz!

Ktoś wrzucał je do skrytki pocztowej razem ze zwykłymi przesyłkami. Donosy czytał lecz nie pozbywał się ich. Pocieszał się tym, że w pewien sposób świadczą o jego popularności.

Najsilniejszy był nurt oskarżeń o donosicielstwo. Podejrzewano go o niecne sprawy i sprawki: szpiegowanie, podsłuchiwanie rozmów, filmowanie scen intymnych, a nawet rzucanie złego uroku.

Myślał o tym intensywnie. Wprawdzie nie miał uprawnień detektywa, ale prowadził coś w rodzaju nieoficjalnej agencji detektywistycznej. Cieszył się sławą człowieka potrafiącego zdobyć każdą informację. Miał dar przenikania ludzi, jak mówiono. Wierzył w to.

Swoimi niepokojami podzielił się z doktorem przy okazji kolejnej wizyty domowej. Był przekonany, że Julian Bros już to wie albo się domyśla, czym Aptekarz zajmuje się poza prowadzeniem supermarketu. Znał wielu ludzi i bywał w niejednym domu. Był osobą zaufania publicznego. Miał takie przekonanie, tymczasem ktoś usiłował mu to odebrać.

– Świadczę usługi detektywistyczne tylko ludziom zaufanym. Pan wie, doktorze, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Coś dla takiego zrobisz, natrudzisz się, naszarpiesz, narażając się na ryzyko, znajdziesz poszukiwane informacje, a potem ten ktoś ma do ciebie pretensje. A ile razy miała do mnie pretensje osoba śledzona, chociaż to nie ja zdecydowałem, aby ją śledzić, a czasem i fotografować in flagranti. Kobiety też nie są lepsze, choć to one częściej zlecają mi taką robotę.

Zapytany o jeden czy drugi szczegół przez doktora, śmiał się niepewnie i zaprzeczał, zagadywał albo wekslował sprawę na tor boczny.

Po rozmowie z Aptekarzem, doktor Bros zaczął kojarzyć sobie fakty. Czucha był obserwatorem ptaków biegłym w podglądaniu, robieniu zdjęć i nagrywaniu głosów ptaków na dużą odległość, miał też doskonały sprzęt. To było jego hobby. Pierwszy raz opowiedział mu o tym latem. Padał wtedy tak intensywny deszcz, że doktor nie mógł przejść nawet stu metrów do swojego samochodu. Przesiedział u Aptekarza co najmniej godzinę. Nie mając nic lepszego do roboty rozmawiali. Kiedy wreszcie zdecydował się pójść do samochodu, odnalazł go pięćdziesiąt metrów dalej, przesunięty w dół ulicy. Stał w zagłębieniu terenu zanurzony w wodzie aż po kierownicę.

Aptekarz chodził po supermarkecie Diva sprawdzając, czy towar jest należycie rozłożony i czy nie należałoby czegoś uzupełnić. Nie musiał się martwić, personel zadbał o wszystko. Był zadowolony. W biurze spotkał żonę. Zdziwił się, że zjawiła się tak wcześnie. Normalnie mógł spodziewać się jej godzinę później. Wpadła, aby porozmawiać z dala od domu, dzieci i telefonów. Miała na sobie jasnoniebieską sukienkę. Od razu zwrócił na nią uwagę. Lubił ten kolor i oryginalny wzór przypominający ptasie oczy. Zaprosił ją do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz, aby nikt im nie przeszkadzał. Podzielił się z nią wiadomościami o donosach. Nie zamierzał wszystkiego powiedzieć. Były też i dobre wiadomości, w innych sprawach. Marlena zasugerowała mu, aby skupił się na nich.

Czucha miał powody do zadowolenia.

– Rośnie niepewność. Ludzie wykupują towary i tworzą zapasy. Sprzedaż w supermarkecie idzie nam wyjątkowo dobrze. Z półek szybko znikają płyny dezynfekujące i antywirusowe, maseczki, rękawiczki i inne związane z walką z wirusem i higieną osobistą.

Aptekarz tak się rozgadał, że żona zaczęła mu się przyglądać, czy czasem po cichu nie wypił kilku piw. Był jednak trzeźwy.

– Towary wykupione w hurtowniach, tylko w części pojawiły się w sklepach detalicznych, na rynku i na bazarach. Resztę zmagazynowano. To czysta spekulacja. Ktoś liczy na duży zarobek, kiedy przyjdzie prawdziwy kryzys wywołany epidemią i zacznie brakować artykułów pierwszej potrzeby.

Aptekarz rozmawiał o tym ze szwagrem, bratem Marleny, prowadzącym hurtownię mrożonek.

– Wprawdzie mrożonki to delikatny towar, łatwo psujący się, ale można go trzymać miesiącami w zamrażarkach. Teraz jest czas na podnoszenie cen. Mało kto protestuje, bo wiadomo, że koszty hurtowników rosną a ludzie mniej kupują i sprzedający muszą podnosić marże zysku, aby utrzymać się na rynku. Ja na to nie liczę, dla zachęty obniżam nawet niektóre ceny i sprzedaję jak można najwięcej. Spekulantom wydaje się, że w przyszłości ceny będą wyższe. To wcale nie jest pewne. Można się przejechać.

Marlena Czucha patrzyła na męża i zastanawiała się, jak sobie radzi w nowej sytuacji; z jednej strony podłe donosy, z drugiej sukcesy handlowe. Właśnie zakończył swoje przemówienie.

– Jestem zadowolony. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu.

Popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. W pokoju była kanapa. Uchwyciła jego wzrok, domyśliła się, o co chodzi. Jeszcze raz popatrzył na kanapę, wstał z krzesła i podszedł do żony. Zaczął delikatnie wodzić ręką po jej szyi i całować po twarzy. Uznała to za dobry moment. Zapragnęła się zrelaksować, mieć trochę przyjemności. Wirus dawał się jej we znaki, bała się go. Wstała, podeszła do kanapy i pomogła mężowi rozpiąć i zdjąć  sukienkę. Potem uklękła kolanami na kanapie, oparła się rękami o jej grzbiet i wypięła pośladki. Zanim zaczęli się kochać, poprosiła o włączenie radia.

– Nastaw jakąś muzykę. Aby tylko nie było za głośno. I sprawdź przy okazji, czy drzwi są dobrze zamknięte.

Albert Czucha zapomniał o supermarkecie, donosach i osiągnięciach w pracy detektywistycznej.

Odc. 22 

Nieszczęście nadeszło wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał z wyjątkiem czarnowidzów i katastrofistów. W ciągu trzech dni gwałtownie wzrosła ilość zachorowań. Opinie wirusologów były jednoznaczne.

– Wchodzimy na szczyt epidemii. Może to już nawet pandemia.

Burmistrz połączył się z doktorem Brusem Śpieszył się.

– Jak mogło do tego dojść? Mam na myśli to gwałtowne przyśpieszenie epidemii.

– Mamy tylko teorię. Sprawdzamy ją w badaniach laboratoryjnych. Wirus zmutował i podłącza się do pyłów i zanieczyszczeń obecnych w powietrzu, tak jakby się podklejał. Powstają w ten sposób niewidoczne dla oka skupiska, gdzie nie sposób się nie zarazić.

– Coś takiego jak zaraźliwa chmura.

– No właśnie. Dobre porównanie.

– Czy to już szczyt epidemii?

– Bóg jeden wie? Może być ich kilka. Tak długo jak nie mamy szczepionki, jesteśmy na łasce Quaggi. Nie wiadomo czy będzie ona dalej mutować. A jeśli będzie, to jak? To, co się dzieje, to zresztą wielka nowa mutacja.

– A jak w twojej ocenie wygląda sytuacja w szpitalach?

– Szpitale są przepełnione. Ludzie umierają w karetkach pogotowia stojących na ulicy. A także już w domach, bo nie ma ich kto przewieźć, ani dokąd. Niektóre szpitale nie przyjmują już pacjentów, bo jedna trzecia personelu jest na kwarantannie. Taka jest prawda i nie da się ona zaprzeczyć. Zupełnie jak na wojnie. Każdy chce przeżyć, a szpitale nie dają rady.

Burmistrz otrzymywał także doniesienia, którymi się z nikim nie dzielił, aby nie powiększać chaosu. Miał zawsze uzasadnienie, że musi je sprawdzić. W służbie zdrowia notowano pierwsze przypadki przekupstwa, a nawet szantażu i wymuszeń.

– Pieniądz stał się panem – pomyślał. To go przeraziło tak bardzo, że zrobił sobie przerwę, aby napić się alkoholu. – Lepiej być pijanym niż dać się zwariować – pomyślał. . Kiedy upił pół szklanki, był tak zmęczony, że zapadł w krótkotrwałą drzemkę. Chciał coś powiedzieć, kiedy usłyszał szept do ucha. – Już wróciłam do łóżka, kochanie. Mam dzisiaj chęć na ciebie. Choć pobaraszkujemy.

Zadzwonił telefon. Był to komendant Eliasz Prokura.

– Podobno jakąś karetkę zatrzymali w drodze do szpitala fałszywi policjanci, aby podmienić pacjenta. Nie wierzę w to, ale muszę sprawdzić. Cuda dzieją się na ziemi. Chyba przestanę wierzyć w Boga!

Przed szpitalem „Przemienienia” zorganizowano zapisy kolejkowe. Panował nastrój rezygnacji, niechęci i pełzającej wrogości. Młoda, grubo ubrana kobieta w kapturze naciągniętym na oczy, z plecakiem w prawej ręce, zapytała, dlaczego tyle osób stoi w kolejce i po co sam kolejka, skoro nie ma już wolnych miejsc.

– Rodziny osób w karetkach płacą innym za stanie w kolejce, aby czekali, aż coś się zwolni. Prawdziwa Sodoma i Gomora! – odpowiedział podniesionym głosem starszy, byle jak ubrany mężczyzna.

– Skrzypi jak zdezelowana szafa – pomyślała kobieta przekładając plecak do drugiej ręki, aby wyjąć z niego smartfon.

– Słyszała pani chyba o Sodomie i Gomorze?

– Adresatka pytania obruszyła się, ale nic nie odpowiedziała.

Sztab kryzysowy w ostatnich dniach pracował prawie bez przerwy. Ludzie byli wyczerpani. Dla zachowania ciągłości ustalono, że będą przychodzić na zmiany.

– Połowa tutaj, połowa w domu, aby wypocząć. Inaczej nie wytrzymamy – mówiąc to burmistrz poczuł się bezsilny. Miał wrażenie, że wszyscy mają do niego pretensje o to, co się dzieje w szpitalach i na ulicach. Zbuntowali się dyrektorzy trzech dużych szpitali miejskich. Odmówili przyjmowania pacjentów zakażonych wirusem oraz poleceń sztabu kryzysowego, sugerujących usprawnienia w systemie przyjmowania pacjentów.

W dyskusji burmistrz unosił w górę to jedną, to drugą rękę, jakby ważąc to, co mówi. Jego słowa komunikowały mniej niż ciało, pokazujące brak przekonania.

– Nie możemy nic im zrobić. Sytuacja jest tragiczna. Nie wyrzucę ich, bo to doskonali fachowcy, a innych i tak nie mamy. Burmistrz nastawił swój smartfon na głośne owinie i położył na stole, aby wszyscy słyszeli. To ordynator szpital Przemienienia – wyjaśnił. – Posłuchajcie.

– Nie możemy pracować dwadzieścia godzin na dobę. Potrzebujemy odpoczynku. Bez niego sami padniemy, zanim zdążymy dojść do łóżka pacjenta. Wczoraj zmarła na wirusa nasza koleżanka z pracy. Była anestezjologiem, osobą, bez której nie może się odbyć żadna operacja. Jeden z chirurgów dostał ataku szału i pobił sanitariusza, który spiesząc się do karetki odmówił mu pomocy w przeniesieniu respiratora do innej sali. Musieliśmy dać obydwu środki odkażające… Widzi pan, mnie też to się udziela. Zamiast uspokajające, powiedziałem odkażające. – Panie burmistrzu! Nie możemy przyjmować poleceń pańskich ani sztabu kryzysowego. Nie możemy dokonywać teraz żadnych zmian, bo nie mają one sensu. Szpitale są zatkane i nic nie jest w stanie nam pomoc. Chyba, że otworzy pan nowy szpital.

Odc. 23 

Przed szpitalem „Przemienienia” pojawiły się kobiety w większości w czarno-czerwonych strojach. Były to żony i matki męskiego personelu szpitala. Zamknięto go poprzedniego dnia, kiedy okazało się, że połowa pracowników zaraziła się wirusem. Wszyscy zostali poddani kwarantannie na terenie szpitala. O zakażenie oskarżono dyrektora, który zaniechał wprowadzenia żądanych przez załogę dodatkowych środków bezpieczeństwa. Z powodu wyłączenia dużej liczby pracowników, dyrektor nałożył dodatkowe obowiązki na pozostałych.

Komendant Eliasz Prokura połączył się krótkofalówką z burmistrzem.

– Wysyłam policjantów przed szpital Przemienienia, gdzie trwa wielka demonstracja. Manifestują głównie kobiety niezadowolone z zamknięcia szpitala i braku kontaktu z mężczyznami. Żądają kwarantanny w domu a nie w szpitalu oraz skrócenia ich dyżurów. Są wściekłe, niektóre wyglądają na zdesperowane. Otrzymałem informację, że są tam również ludzie wyposażeni w petardy, prawdopodobnie chuligani lub prowokatorzy. Obawiam się aktów przemocy i wandalizmu.

– Kto będzie dowodzić pańskimi ludźmi?

– Sam będę dowodzić oddziałem. Nie mogę dopuścić do zagrożenia życia i mienia. W razie potrzeby użyjemy gazów łzawiących, moi ludzie są także przygotowani do strzelania gumowymi kulami, ale to ostateczność. .

Dochodzący z zewnątrz ratusza hałas był coraz większy. Burmistrz podszedł do okna. Na rynku zebrał się tłum z transparentami. Ludzie okrzyki patrząc w kierunku ratusza.

– Za oknem też mam manifestację. Głównie kobiety. Mają transparenty i krzyczą. Chyba pod moim adresem, bo patrzą w okna ratusza.

– Tak, wiem o tym. Niedawno uzyskałem ostrzeżenie o tej demonstracji. Dlatego przydzieliłem panu dwóch ochroniarzy dla bezpieczeństwa. Może już nawet czekają w pańskim sekretariacie.

– Dotychczas obywałem się bez ochrony.

– Jest pan najważniejszym urzędnikiem miasta. Bóg jeden wie, co może się wydarzyć. Nie chcę mieć pana na sumieniu a prokuratora na karku. Przy okazji powiem, że otrzymujemy coraz więcej donosów. Piszą też na pana. Jak zwykle oskarżenia o malwersacje, nadużycia władzy, także jakieś sprawy prywatne. Same brudy.

– Piszą praktycznie na każdego, kto nosi imię i nazwisko i ma adres zamieszkania. Oszczędzają tylko chyba ludzi bezdomnych. Dobrze byłoby wiedzieć, kto to robi. Czy pan już znalazł albo przynajmniej ma jakieś namiary na tego Kreta?

– Nie. Na razie bez rezultatu. Mam zaufanych ludzi, już węszą. Nie podoba mi się to wszystko. Miasto coraz bardziej przypomina dżunglę, gdzie ludzie polują na siebie jak zwierzęta. Wygląda to dosyć prymitywnie.

Po południu ulica przed szpitalem była zblokowana z jednej strony przez ludzi, z drugiej przez kolumnę samochodów z włączonymi klaksonami. Dwaj młodzi mężczyźni i jedna kobieta stali na dachu samochodu dostawczego z zapalonymi pochodniami w rękach. Z wnętrza pojazdu dobiegała głośna muzyka. Tłum skandował w takt muzyki hasła podawane przez megafon. Pod adresem dyrekcji szpitala padały wyzwiska i żądania. Z chodników rozlegały się okrzyki zarówno zachęty dla demonstrujących jak i potępienia.

– Co ta policja tu robi? Po co oni są w ogóle potrzebni? Aby tylko prowokować!

– Ta manifa to przegięcie, cała ta gadka o sytuacji w szpitalu. I te klaksony samochodowe, tylko aby zakłócać spokój w mieście. 

– To lekceważenie, ośmieszanie, hipokryzja i żenada! Burmistrz nie jest w stanie zapewnić porządku w spokojny sposób. Nieudacznik!

Przed budynkiem szpitala stał wóz transmisyjny telewizji Tuba. Reporter z mikrofonem w ręku patrzył w ekran kamery.

 – Jesteśmy naprzeciwko szpitala Przemienienia. Policja, którą dowodzi komendant Eliasz Prokura, zachowuje się brutalnie i agresywnie. I to mimo tego, że demonstranci zachowują się spokojnie, wyrażając swój niepokój o to, co dzieje się w szpitalu. Nie widzę agresji z ich strony. Mamy informację, że nieco dalej, na ulicy Parkowej, policjanci strzelali gumowymi kulami, aby rozpędzić tłum. Zachowują się jakby byli pod wpływem narkotyków lub innych środków stymulujących. To okropne i zupełnie niezrozumiałe postępowanie.

Odc. 24 

W nocy dotychczas czyste ściany szpitali pokryły graffiti. Z niektórych znikły stare murale. Na ścianie frontowej szpitala Przemienienia pojawił się nowy mural z podpisem: „Kura na resorach. Patrzcie, jak będziecie wyglądać po wirusie.”

– Uaktywnił się Kret lub ktoś, kto się za niego podaje. Tak czasami bywa, że na fali popularności przestępcy ktoś inny chce wypłynąć, podszywając się pod niego – Komendant coraz głębiej wnikał w nowe formy komunikacji społecznej.

Autor donosów podpisywanych ksywą “Krt” był wciąż nieznany. Burmistrz wyznaczył nagrodę pieniężną, oczekując, to naprowadzi policję na ślad przestępcy. Kolejne dni nie przyniosły postępu w śledztwie. Nadal nie było wiadome, kto to może być.

– To jakiś dziwnie nieuchwytny człowiek? Chyba że … – Piotr Rafael powstrzymał się od komentarza. Przyszło mu na myśl, że może jest to ktoś z komisariatu policji lub z jego własnego otoczenia. Tracił zaufanie do ludzi, gotów był podejrzewać każdego.

Większość donosów kierowana była przeciwko niemu. Zastanawiał się, czy ktoś celowo nie podsyca czy wręcz nie inspiruje tej nagonki.

– Pomówieni i oszczerstwa idą w dwóch kierunkach, twoim i Cukora. Nie jesteś osamotniony. – Słowa żony stanowiły dla burmistrza marne pocieszenie. Siedzieli pod dachem na werandzie z tyłu domu i rozmawiali. Burmistrz słyszał telefon dzwoniący z wnętrza domu lecz nie reagował.

– Nie odbierzesz? – Głos Sandry był spokojny; udzielił jej się pogodny nastrój popołudnia, zastój wiszący w powietrzu i nieznany zapach przypominający podgrzany majeranek.

– Nie zamierzam. Należy mi się trochę spokoju, bo to pada mi już na rozum. Stałem się nerwowy i przewrażliwiony, zachowuję się jak mimoza. Robię, co mogę, aby sprawy miasta i jego mieszkańców układały się jak najlepiej. Pracuję prawie dzień i noc, ale nikt tego nie docenia; skoro donosy wymierzone są głównie we mnie. Dobrze chociaż, że komendant zapewnił mi ochronę policyjną. Przynajmniej jakaś przypadkowa cegła nie spadnie mi na głowę i nie zostanę napadnięty i pobity, wykonując czynności służbowe. Czuję, że ktoś chce mnie wyeliminować z konkurencji.

– Leon Cukor jest też obiektem ataków donosicielskich. Chyba nie mniej niż ty – Sandra usiłowała pocieszyć męża.

– Komendant zwrócił mi uwagę, że donosy na Dyktatora mają inny ton. Zauważył to psycholog policyjny. Też mają najczęściej charakter oskarżycielski, ale w sposób nieokreślony. Co innego, kiedy ktoś oskarża cię o złodziejstwo i sugeruje, co i kiedy ukradłeś, a co innego, kiedy mówi o tym w sposób ogólny „Jesteś złodziejem”. Na pewno też Dyktator otrzymuje dużo mniej donosów, bo jego skrytek pocztowych pilnują wynajęci strażnicy. Sam jest chyba nieobecny. bo nie pojawia się w miejscach publicznych.

– To po co utrzymuje armię ochroniarzy.

– Stać go na to – głos burmistrza był cierpki.

– Ale to może być niebezpieczne. Uzbrojeni i wyszkoleni ludzie na służbie jednego człowieka, w dodatku potentata.

– Dotychczas nie zrobili nic złego.

– To dobrze, ale musicie go obserwować. To może być niebezpieczne. Prywatna armia jak za Średniowiecza.

– To prawda. Tym bardziej, że krążą pogłoski, że to początki walki o władzę. Za kilka miesięcy odbędą się wybory nowego burmistrza. Kończy się moja kadencja – Rafael uznał, że było to wszystko, co miał do powiedzenia. Popadł w milczenie. Siedział i patrzył w przestrzeń. 

Dla Leona Cukora nastały ciężkie dni, donosy nie przestały napływać mimo zablokowania dostępu do skrytek pocztowych osobom postronnym. W dodatku, na kolacji z przyjaciółmi, świętując zakończenie budowy nowej fabryki paneli słonecznych, przejadł się. Tak powiedział swojemu sekretarzowi Alanowi, który nieostrożne – mimo zakazu mówienia czegokolwiek o życiu prywatnym pryncypała – wygadał się przed swoim bratem.   

Rano Dyktator obudził się mokry od potu i drżący z zimna. Był rozebrany do naga, leżał na kanapie, nie na łóżku. Miał straszny sen. Na początku nic nie pamiętał, potem przypomniał sobie nocne przeżycia fragment po fragmencie, jak klatki taśmy filmowej. Zdarzenia wracały do niego jakby chciały go jeszcze raz udręczyć. Burmistrza widział już z daleka przez okno, jak zbliżał się do domu i machał mu przyjaźnie ręką. Kiedy wszedł do środka, pozdrowił go i podszedł bliżej. Zapytał Leona jak się czuje i kiedy ten miał mu odpowiedzieć, burmistrz rzucił się na niego bez ostrzeżenia, zwalisty, szeroki w barach, bezwzględny, wprost zwierzęcy. Dysząc mu w twarz wykręcił mu prawą rękę, aby nie mógł się ruszać. 

– Leon, ty sukinsynu – powiedział twardym głosem – nic cię już nie ochroni przed ujawnieniem twojej skrzętnie ukrywanej tajemnicy. Za chwilę ją odkryję, ty szczwany kameleonie!

Napastnik powalił go na dywan, ściągnął mu spodnie i usiłował rozewrzeć zaciśnięte uda. Leon wołał na pomoc Alana, swego sekretarza, ale ten  chyba go nie słyszał, bo się nie zjawił.  Napadnięty wyrywał się, bił pięściami na oślep. Burmistrz tylko śmiał się złowrogo. Koszula rozchyliła mu się na piersiach i Leon zobaczył włosy, gęste i czarne, odrażające, twarde jak druty. Burmistrz był bliski odkrycia tajemnicy i upokorzenia Leona. Udałoby mu się to, gdyby nie psy. Leon słyszał je ujadające, usiłował nawet je zawołać, ale język, suchy z wysiłku i zdenerwowania, odmówił mu posłuszeństwa. Psy wpadły do pokoju w ostatniej chwili i uratowały go, budząc z potwornego snu głośnym ujadaniem.

Następnego dnia z wdzięczności Leon kupił im nowe smycze i kagańce. Uczynił to, mimo iż wiedział, że był to tylko sen. Postanowił jednak, że nie będzie ich zakładać. Starał się zapomnieć straszne przeżycie, nie był jednak w stanie. 

Był to początek dziwnych zachowań i zdarzeń w życiu Leona Cukora. Miał przeczucie, że będzie ich więcej. Było to dla niego niezrozumiałe. Kojarzył je sobie ze swoim dzieciństwem, swoim wzrostem oraz pobytem w szpitalu. Starał się o nich zapomnieć angażując się w sprawy miasta, pomagając innym ludziom. Jak sobie przypominał, zawsze miał ambicje naprawy otaczającej go rzeczywistości. Był wdzięczny Ojcu Albertowi, swojemu spowiednikowi, że sekundował mu w tym dyskretnie, nie narzucając się ani niczego nie oczekując w zamian. O Ojcu Granie Leon Cukor wiedział już wcześniej, że chętnie pomagał ludziom wierzącym w Boga i utrzymującym kontakt ze świętymi. Wspieranie ludzi pobożnych obydwaj uważali za szczególną cnotę. 

Odc. 25 

Burmistrz Rafael czuł się podle. Przed sobą widział tylko przeszkody: niezmordowany wirus Quagga w doniesieniach medialnych, niezakończona walka ze skutkami powodzi, przepełnione szpitale, demonstracje, donosy, zdezorientowani i niepewni przyszłości mieszkańcy miasta. Poparcie dla niego wciąż spadało. Autorzy anonimów tworzyli mu opinię złodzieja i malwersanta środków publicznych.

– Łatwo jest rzucać oskarżenia, nie sposób bronić się przed nimi. Ta myśl go męczyła.

Na drzwiach ratusza pojawił się w nocy rysunek szubienicy z wisielcem. Skojarzenie było wyraźne. Widać było, że robotę wykonał fachowiec.

– Chyba miał moją fotografię przed oczami. Gdybym tylko mógł dorwać tego drania! – dla burmistrza było to coś więcej niż marzenie.

W ciągu dnia obraz został powielony w prasie i na portalach informacyjnych, skomentowany w radio i pokazany w telewizji. Znajomi i przyjaciel dzwonili do Rafaela w ciągu dnia, aby mu o tym powiedzieć albo go pocieszyć. Wiedział, że niektóre osoby dzwoniły, bo miały w tym przyjemność. Mógł im obiecać tylko zemstę w duchu. Nie mogąc się skoncentrować, wezwał do siebie Lucynę, sekretarkę, aby zamienić z nią kilka słów, oderwać się od niepokojących spraw i wydać polecenia.

Nawet nie słyszał, kiedy weszła do gabinetu. Patrzył na nią z przyjemnością; była niezbyt ładna, ale zgrabna, miła i dyskretna. Nigdy się na nic nie skarżyła, mimo ze miała w domu problemy rodzinne. 

– Dobrze, że już jesteś. Mam już tego wszystkiego dosyć. Ostatnio w ogólne nie mamy dobrych wiadomości. Do tego, co przekazują media, można by dołożyć jeszcze depresję i problemy psychiczne zwłaszcza dzieci i młodzieży oraz samobójstwa. Nazbierało się tego trochę. Dodałabyś jeszcze coś do tego?

– Tak – odpowiedziała bez wahania jakby wiedziała, o co będzie pytana. – Przemoc w rodzinie. Na ulicy także, ale to już w mniejszym stopniu. W końcu ktoś kogoś zabije i nie będzie to pojedynczy przypadek.

Piotr Rafael domyślił się, że dziewczyna sama doświadczyła agresji w domu, lecz nie czuł się na siłach pytać ją o to. Współczuł jej, ale nie umiałby jej pomoc.

– Dobrze, że mi o tym przypomniałaś. To temat na spotkanie sztabu kryzysowego. Miasto musi zapewnić więcej pomocy kobietom maltretowanym przez mężów i partnerów. Chyba o to chodzi najbardziej?

Lucyna skinęła głową potakująco.

– Czy mam panu podać, panie burmistrzu, whisky z lodem czy coś innego?

Pomyślał, że zrobiła to z wdzięczności. Nigdy wcześniej nie zadawała mu takich pytań. Zawsze to on prosił o alkohol.

– Dzięki. Daj mi whisky. Proszę cię także, abyś nie łączyła nikogo ze mną, z wyjątkiem mojej żony. Wszyscy mówią mi to samo, stało się to nudne. Nie ma potrzeby marnować czasu na takie rozmowy.

W domu burmistrz starał się jak najmniej mówić o swojej pracy i problemach, mimo że żona nie miała mu tego za złe. Znajdował w niej oparcie, trochę mniej w synu i córce, którzy żyli bardziej we własnym świecie.

Kiedy rozebrał się, umysł ręce i wyszedł z łazienki, Sandra popatrzyła na niego z uwagą.

– Wyglądasz jak cień dawnego burmistrza. Ubranie wisi na tobie jakby przepuszczono cię przez pralkę automatyczną.

Nie miał jej tego porównania za złe. Wiedział, że mówi to z troski o niego. Wolał jednak inne tematy.

Nad ranem w komisariacie zadzwonił telefon. Blisko dworca kolejowego w bocznej uliczce znaleziono zakrwawione ciało. Mężczyzna dzwoniący w tej sprawie miał niewyraźny głos jakby był pijany lub mówił z oddali przez chusteczkę. Odmówił podania imienia i nazwiska.

Komendant zarządził dochodzenie. Wysłał na miejsce detektywa, lekarza i technika śledczego. Po zebraniu informacji zadzwonił do burmistrza.

– Podejrzewamy, że ten, kto dzwonił, mógł sam zabić. Ale to tylko podejrzenie. Zmarły to mężczyzna w wieku czterdziestu dwóch lat. Na piersi miał przyklejoną kartkę z napisem „Kret”. Jakoś to dziwnie pogmatwane, ponieważ ofiarą jest bezdomny, a Kret wydaje się być nadal aktywny. Przeprowadziliśmy wywiady. Zamordowany to bardzo spokojny człowiek, były technik drukarski, lubiący zaglądać do kieliszka, prawdopodobnie niezbyt rozgarnięty. Zakłuto go nożem. Znaleziono przy nim dwa anonimy podpisane Kret. Być może był to Kret, być może nie, nieskutecznie poszukiwany przez nas mimo znacznej nagrody, jaką pan wyznaczył za jego wskazanie.

– To znaczy, że teraz pod szyldem Kreta, żywego czy martwego, może działać ktoś inny. Może nawet więcej niż jedna osoba – wtrącił burmistrz.

– Zgadza się. Pomylona ofiara, to nie jest takie rzadkie w świecie narkomanów, przestępców i ludzi zagubionych, opętanych manią prześladowcą lub po prostu nienawiścią.

Odc. 26

Statystyki zakażeń wirusem i hospitalizacji chorych z uporem Syzyfa pięły się w górę. Powszechnie je dyskutowano, porównywano z wynikami ostatnich dni i tygodni i komentowano.

Doktor Brus zatopiony w myślach przecinał na ukos Rynek Główny miasta, kiedy dogonił go burmistrz. W rozpiętym ciemnym płaszczu z rozchylającymi się na boki połami przypominał czarnego łabędzia z przetrąconymi skrzydłami.

– Miło pana widzieć, doktorze. Ja też zmierzam do pracy. Czy nie sądzi pan, że pasja dyskutowania statystyk wirusa przez naszych współobywateli to jakaś paranoja? Ludzie zapominają o maseczkach na twarzy, rękawiczkach ochronnych i myciu rąk, ale nie o statystykach. Oni mówią o tym chyba przez sen a nawet w łóżku!

Jeśli pytanie zaskoczyło lekarza, to nie dał tego poznać po sobie. Obrócił twarz w kierunku burmistrza.

– Tak. Mogę się tylko zgodzić z panem. Myślę, że jesteśmy na granicy jakiegoś wykoślawienia cywilizacyjnego. Ludzie tracą perspektywę tego, co ważne. W telewizji ma dziś wystąpić jakiś nowy Nostradamus przepowiadający przyszłość. Powinien pan poświęcić więcej czasu i pieniędzy na edukację mieszkańców, bo całkiem zejdziemy na psy i zdziwaczejemy.

– Mam wrażenie, że nie jest pan dzisiaj w dobrym humorze.

– Faktycznie, nie jestem. Jestem lekarzem i widzę, że ludzie koncentrują się nie na tym, co trzeba. Poświęcają uwagę statystykom i manifestowaniu na ulicach swoich niepokojów, a nie pilnowaniu, aby nie zarażać się nawzajem.

– Czy sądzi pan, że to może być groźniejsze niż sama epidemia, bo powiększa ilość zachorowań? – Burmistrz usiłował zbagatelizować problem. Spodziewał się, że lekarz zaprotestuje przeciwko takiemu uproszczeniu.

– Jeszcze nie teraz, ale wkrótce. Niech pan się pilnuje, panie burmistrzu, i nie lekceważy znaczenia ludzkich zachowań. Epidemia wirusa jest czymś naturalnym, ale to my przyczyniamy się swoim zachowaniem do jej upowszechnienia lub zaniku. Chciałbym, aby w mieście pozostało jeszcze kilka normalnych osób, z którymi można porozmawiać, bo nie znoszę konwersacji tylko z papugą i psem.

Szczęśliwym trafem tego dnia nagrzane słońcem powietrze spowolniło rozpowszechnianie się wirusa.

Niepokój zrodził popyt na wiedzę o przyszłości epidemii. W mediach pojawiały się wywiady z każdym, kto miał coś do powiedzenia na ten temat, głównie jasnowidzami i wróżbiarzami, mniej z lekarzami i naukowcami.

– Co oni mogą wiedzieć? Siedzą zamknięci jak szczury w swoich laboratoriach i usiłują dojrzeć pod mikroskopem coś, co nie istnieje – zwolennicy ruchu antyszczepionkowego ze szczególną lubością negowali naukową wiedzę na temat wirusa Quagga.

W kolejnym dniu rosnących statystyk zachorowań wystąpił w telewizji jasnowidz Lon Benzi, noszący wcześniej pseudonim Galaxy. Jego publiczne pojawienie się wywołało wielkie zainteresowanie. Był znany już wcześniej, ale od kilku lat nikt go nie widział. Pytany o przyszłość, poprosił, aby dać mu chwilę czasu na skoncentrowanie się i wprowadzenie w trans.

– Tak jest mi łatwiej dostrzec to, co się stanie.

Miał damski głos i okrągłą twarz z obwisłymi policzkami. Kiedy zamknął oczy, aby się skoncentrować, przybrał wygląd istoty nieobecnej duchowo. Zbliżenie kamery pokazało, jak twarz mu szarzeje i oczy uciekają w głąb czaszki. Atmosferę napięcia pogłębiał jego matowy, pełen niepokoju głos dobywający się jakby z czeluści.

– Widzę nad miastem chmurę o kształcie ogromnego podłużnego balona w kolorach szarości i czerni. Jest wypełniony dziwną substancją, wyglądającą jak miliardy drobnych punkcików zawieszonych w gęstym płynie. Widzę wirusy łączące się z cząsteczkami zanieczyszczeń powietrza, pyłów, spalin i dymu a nawet mgły. Ten balon wisi nad wzgórzami i przesuwa się w kierunku miasta. Jeśli pęknie, będzie o to koniec naszej cywilizacji. Na razie nic na to nie wskazuje, bo jego powłoka jest gruba i mocna.

Odc. 27

W studio telewizyjnym zrobiło się cicho, słychać było tylko pełny napięcia głos wizjonera. Stwarzał wrażenie, jakby był to szelest przesuwających się w powietrzu milardow mikroskopijnych, różnoskrzydłych istot.

Po chwili milczenia, glos wizjonera zabrzmiał mocnej i groźniej.

– Epidemia żąda ofiar jako odkupienia za nasze grzechy. To ludzie wyzwolili wirusa swoimi niecnymi postępkami i pseudonaukowymi eksperymentami. Pan Bóg odwrócił się od nas, jest nieobecny. Zostaliśmy na łasce losu. Kiedy wymrze trzydzieści procent ludności, społeczeństwo uodporni się na wirusa i dopiero wtedy sytuacja się uspokoi. Ludzie wrócą do pracy i zacznie się nowa era. Wszyscy przypomną sobie, że są braćmi, będą pomagać sobie wzajemnie i współpracować dla dobra ogółu. Sami się zorganizują. Politycy staną się zbyteczni. Nastaną czasy powszechnej radości i szczęścia.

Kiedy Lon Benzi wychodził z budynku telewizji, czekał na niego tłum. Ze wszystkich stron rozlegały się okrzyki, trudno było jednak zrozumieć, o co im chodzi. Osoby towarzyszące wizjonerowi domyślały się, że ludzie proszą o autografy. Były to jednak okrzyki nienawiści. Policja musiała wezwać posiłki, aby zaprowadzić porządek z obawy o wizjonera. Pomoc przybyła za późno, ciężko pobitego mężczyznę przewieziono karetką do szpitala.

Burmistrz miał wyłączony telefon i dowiedział się o tragicznym zajściu następnego dnia rano. Po rozmowie z komendantem, lekarzem ze szpitala, gdzie trafił Lon Benzi, oraz swoim ekspertem do spraw bezpieczeństwa, był jeszcze bardziej zdezorientowany, jak doszło do pobicia. Okazało się, że wystąpienie wizjonera w telewizji było wcześniej dyskutowane na forach dyskusyjnych. Burmistrza zastanowiły słowa specjalisty od public relations.

– To była manipulacja. Ktoś tym sterował, wykorzystując trolle i fora dyskusyjne. Agresywny tłum czekał na niego przed budynkiem telewizji. Świadkowie zdarzenia mówili, że go pobito, ponieważ ludziom nie podobała się jego wizja przyszłości. Sam przyznaję, że była przerażająca. Ale to nie był powód linczu.

Ojciec Albert zorganizował modlitwy w intencji przywrócenia pokoju między ludźmi. Wirus podzielił ich; jedni byli przerażeni, inni lekceważyli niebezpieczeństwo zarażenia się.

– Dokąd to wszystko zmierza, Ojcze Albercie? – Zapytała z niepokojem Trinity. – Martwię się, że mniej ludzi przychodzi teraz do kościoła, bo się boją. Tym starszym, rodzicom i dziadkom, dzieci i wnuki zabraniają wychodzić z domu.

Ksiądz popatrzył na swoją gospodynię. Trinity wydała się mu jeszcze mniejsza i drobniejsza niż była.

– Wiesz dobrze, Trinity, że nie jestem bezbożnikiem, ale obawiam się, że nawet pan Bóg tego nie wie. To za trudne pytanie. Zmierzamy ku niepewnej przyszłości, kiedy ludzie będą jeszcze bardziej zagubieni i niepewni, co czynić.

W prasie ukazała się notatka „Trzy wrony Quagga” rozpatrująca możliwość roznoszenia wirusa przez ptaki. – Gdyby się okazało, że ptactwo, dzikie czy domowe, jest w stanie rozpowszechniać tę zarazę, będziemy mieli pandemonium, jakiego nikt jeszcze nie znał – zakończyła autorka.

Ojciec Albert, po przeczytaniu tekstu, powiedział krótko:

– Módlmy się, aby tak nie było.

Od pewnego czasu Leon Cukor nie pokazywał się publicznie. Pojawiły się pogłoski, że podjął nadzwyczajne środki ostrożności, zwiększył liczbę ochroniarzy i kryje się w domu przed wirusem za przezroczystymi ścianami z pleksiglasu. Ponieważ odmawiał wywiadów dziennikarze podejrzewali, że zaraził się wirusem i jest poważnie chory a nawet, że odjęło mu mowę.

Odc. 28 

U szczytu epidemii donosy nasiliły się. Można było mieć wrażenie, że stały się równie popularne jak raporty o jej skutkach. Wydawało się, że wszyscy je piszą i nie ma sprawy, której nie można by przedstawić jako insynuacji, pomówienia, oszczerstwa czy choćby zwykłej złośliwości. Burmistrz był zaniepokojony i rozdrażniony zachowaniem mieszkańców miasta.

Z doktorem Brusem spotkał się po kilku dniach przy okazji zebrania miejskiego sztabu kryzysowego. Wyglądał mizernie, policzki mu się zapadły, na twarzy widoczne było zmęczenie. Mieli jeszcze kilka minut czasu; burmistrz skorzystał z okazji i zaprosił go do swego gabinetu. Rozmawiali to tym, co najbardziej aktualne.

– Te anonimy to czyste szaleństwo. Ludzie piszą je z taką namiętnością i w takich ilościach jakby nie mieli kompletnie nic innego do roboty. Naprawdę już nie wiem, co o tym sądzić!

– To nie szaleństwo, ale odreagowywanie napięcia. Pisząc donosy ludzie przestają myśleć o zagrożeniu wirusem, kwarantannie, ograniczeniach i samotności. Wirus Quagga to najprawdziwsza zaraza, klęska żywiołowa na niespotykaną skalę, niebezpieczeństwo, którego rozmiar nie sposób określić. Boją się, a strach nie zna granic. W pisaniu anonimów jest więc jakaś racjonalność. To forma ucieczki, ale dla nas to mało pocieszające. Obydwaj na tym cierpimy.

Po wejściu do gabinetu, komendant Eliasz Prokura z obrzydzeniem popatrzył na stos kopert i luźnych kartek rozrzuconych na biurku.

– Co to za śmiecie? – warknął gniewnie. – Nie macie nic lepszego do roboty jak tylko się wygłupiać. Usuńcie je natychmiast.

– To są donosy z końca weekendu, panie komendancie. Nie otwieraliśmy ich zgodnie z pana poleceniem.

Kiedy dyżurny policjant podszedł do biurka, aby je sprzątnąć, komendant powstrzymał go gestem ręki. Zasady postępowań z anonimami określały wytyczne: skoro prawo nie wymaga ich rejestracji i wykorzystania, należy je zlikwidować. To go zwalniało z odpowiedzialności.

– Poczekaj. Zabierzesz to za chwilę, rzucę tylko okiem. Jest tego tyle, że nie da się nawet z grubsza przejrzeć. Nie ma zresztą po co. I tak wiem, co tam jest.

Wbrew deklaracji niechęci, komendant przeglądał powoli stos papierzysk. Donosy w kopertach otwierał nożykiem do papieru, a potem czytał je jeden po drugim. Było tam wszystko: oskarżenia o nadużywanie władzy, wyłudzenia pożyczek świadczeń emerytalnych, zdrady małżeńskie, pobicia, kradzieże, oszustwa, opisy dokonań seksualnych, a nawet informacja o wypasionym samochodzie Ojca Alberta.

Po namyśle Prokura odłożył na bok trzy anonimy, w tym jeden zarzucający mu nadużywanie władzy razem z groźbą ujawnienia szczegółów. Kusiło go wziąć więcej, bał się jednak, że stworzy to podejrzenie, że zbiera haki na ludzi. Zatrzymane zaniósł do swego gabinetu na piętrze i starannie zamknął w sejfie. Uczynił to tak, aby inni policjanci tego nie widzieli. Pozostałe donosy polecił przepuścić przez niszczarkę papieru. Stał obok i obserwował jak znikają jeden po drugim.

Miał problem. Większość anonimów pochodziła z tego samego źródła. Musiał znaleźć jakiś trop, który by go doprowadził do osoby lub osób piszących je. Burmistrz przypominał mu to kilkakrotnie. Sztab kryzysowy domagał się, aby coś z tym zrobić. Pamiętał te słowa.

– W końcu dojdzie do wojny wszystkich z wszystkimi i jeszcze bardziej pogorszy i tak już trudną sytuację.

Sprawa donosów przycichła chwilowo, kiedy pojawiła się wiadomość, że Leon Cukor jest zarażony wirusem, jest w szpitalu i ma wielkie trudności z oddychaniem. Komentarze były współczujące jak i nieżyczliwe.

– Żal człowieka, tym bardziej, że nie jest już taki młody. Nie może wydobyć powietrza z płuc? Czy to nie dlatego, że za dużo mówi i obiecuje? Sam ponosi odpowiedzialność za tą sytuację, po co wtyka nos w nie swoje sprawy.

Kiedy okazało się, że była to tylko plotka, komendant zastanawiał się, kto i w jakim celu stworzył całe zamieszanie.

W nabożeństwie wieczornym rzadko kiedy uczestniczyło tyle osób. Kościół był przepełniony. Leon Cukor, klęczący w pierwszym rzędzie wiernych, z trudem wstał z kolan i otrzepał spodnie. Odwracając głowę na boki przyglądał się dyskretnie osobom siedzącym w pierwszym rzędzie.

– To moi wyznawcy i zwolennicy – pomyślał i prawie się zaśmiał. Przyszło mu na myśl, że w kościele to on ma wyznawców a nie pan Bóg. Czasem nachodziło go uczucie, że traktuje Boga po macoszemu. Pocieszał się myślą, że Najwyższy darzy go tak wielką miłością, że wszystko mu wybaczy.

Odc. 29

Cukor obserwował pierwszy szereg wiernych zatrzymując się wzrokiem na niektórych postaciach. Szukał kandydata na stanowisko burmistrza w zbliżających się wyborach. Myślał o urzędującym burmistrzu Piotrze Rafaelu. Przyjrzał mu się: wysoki, masywny, z pierwszymi oznakami otyłości na twarzy. Zastanawiał się czy dałby się przeciągnąć na jego stronę. Potrzebował własnego kandydata. Teraz, kiedy patrzył na niego, czuł przez skórę, że w wyborach będzie jego przeciwnikiem. Kilka metrów dalej stał notariusz Rafał Mortana powszechnie zwany Plenipotentem. Różanolicy, wyprostowany, w dobrze skrojonym garniturze, ze wzrokiem utkwionym wysoko nad Ojcem Albertem wyglądał jak świeży nabytek muzeum figur woskowych. Nazywano go także Skarbonką, ponieważ miał łatwość przyciągania ludzi z pieniędzmi. Pieniądze kleiły się do niego.

– Może i byłby to dobry kandydat na burmistrza. Wystarczyłoby, abym go poparł. Potem by mi się za to odwdzięczył – pomyślał. Rozważał wybór rozmawiając ze sobą w duchu.

– Nie jest zbyt inteligentny, ale jest sprawny i energiczny. Trochę też bufonowaty. W sumie radzi sobie całkiem nieźle, pomagając także siostrze prowadzącej z mężem firmę developerską. Jest podatny na wpływy innych ludzi. Podobno żona nim kieruje. Oczywiście będzie trochę brykać na początku, ostatecznie jednak moje poparcie i zdobyta władza powinny go uspokoić.

Dyktator zamyślił się i nie zauważył, że stojący obok ludzie byli już na klęczkach. Ukląkł w pośpiechu postanawiając się pilnować.

Po powrocie do domu, wezwał Alana, swego ulubionego sekretarza.

– Podjąłem decyzję. Moim kandydatem na stanowisko burmistrza będzie Plenipotent. Muszę z nim porozmawiać. Połącz mnie z nim.

– Ale czy on się zgodzi? – sekretarz miał wątpliwości. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji, że rozmówca odrzuci prośbę szefa. Darzył Cukora zbyt wielkim uczuciem, to byłoby także jego niepowodzenie.

Cukor nie odpowiedział. Z przyjemnością przyglądał się swemu sekretarzowi, oceniając jego muskularną sylwetkę.

Po południowej mszy Ojciec Albert udał się do zakrystii. Mijając po drodze Trinity prawie nieuprzejmie burknął:

– Dopilnuj, Trinity, aby mi nie przeszkadzano przez piętnaście minut. Chcę być sam, aby się skoncentrować i pomodlić. Mogę to zrobić tylko tutaj, nie w kościele, bo tam ciągle wchodzą i wychodzą ludzie. Sprzątając kościół Trinity słyszała jak rozmawiał z kimś przyciszonym głosem. Kiedy w drzwiach kościoła pojawił się organista, pośpieszyła podzielić się z nim wiadomością.

– To musiała być ważna rozmowa, bo głos Ojca Alberta był jakiś zmieniony. Mówił ciszej niż zwykle.

– Tak, to rzeczywiście dziwne, bo proboszcz jest już trochę przygłuchy i mówi głośniej niż kiedyś.

– Z kim on tak konferuje?

Organista zastanawiał się chwilę patrząc na wielki obraz z wizerunkiem patrona parafii Św. Franciszka z Asyżu. Niechętnie odpowiedział.

– Z tym samym człowiekiem, co zawsze. Nie domyślasz się? Nie słyszałaś, kogo Ojciec Albert ostatnio bardzo chwalił za regularne uczestniczenie w nabożeństwie i szczodre datki na tacę. Chwalił go z takim przekonaniem, że pomyślałem, że chce abyśmy i my dawali więcej na tacę.

Leon Cukor miał być zajęty cały dzień. Z rana zadzwonił telefon. Sekretarz wypuścił na chwilę smycze, na których trzymał dwa dobermany pana domu, aby wyjść z nimi na spacer, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę. Odpowiedział mechanicznym głosem:

– Pan Cukor jest nieobecny i nie wiadomo kiedy będzie z powrotem w biurze. Załatwia bardzo ważne sprawy dla nas wszystkich. Jeśli pani sobie życzy, proszę zostawić numer swojego telefonu. Przekażę mu, kiedy wróci, że pani dzwoniła.

Odc. 30

Alan, sekretarz i pierwszy asystent Cukora, wpadł do gabinetu bez pukania. Był tak wzburzony, że z trudem wydobywał z siebie słowa.

– Czy wiesz, co się dzieje!? Szpitale są przepełnione. To straszne! Nie daj, Boże, abyśmy tam kiedykolwiek trafili.

Cukor spojrzał na niego zaskoczony i otworzył usta, chcąc powiedzieć coś uspokajającego. Nie miał jednak szansy wobec żywego monologu. Zdecydował się czekać, aż sekretarz nieco ochłonie.

Przyglądał mu się z przyjemnością: przystojny i zadbany młody mężczyzna, pachnący męską wodą kolońską. Dyktator wciągnął głębiej powietrze, zastanawiając się, co to za zapach.

Alan dbał o wygląd. Miał na sobie dopasowaną koszulę marki Lacoste nieznacznie poszerzającą go w ramionach oraz spodnie z bawełnianej tkaniny w kolorze grafitowym. Miały prosty fason, jaki sam lubił podobnie jak i kolor. Strój uzupełniały pantofle firmy Gucci. Od czasu, kiedy Alan został jego sekretarzem, nosił tylko markowe ubrania i to w najlepszym gatunku. Cukor płacił za nie traktując je jako ubiór służbowy.

– Znajomy przysłał mi nagranie video. Lżej chorzy leżą na korytarzach w prymitywnych warunkach. Ludzie umierają w karetkach pogotowia czekających przed szpitalem na zwolnienie łóżka lub respiratora, także w domach a nawet na ulicy! To straszne!

 – Kochany Alanie! O to nie musisz się martwić. Nas to nie dotyczy. Mieć pieniądze, mam na myśli duże pieniądze, lub mieć władzę, oznacza mieć przywileje. Jest to prawdziwe nawet w najbardziej sprawiedliwym systemie społecznym. Dlatego nie musisz martwić się o to, co się stanie, gdyby któryś z nas zachorował. 

Po wyjściu sekretarza, Dyktator zabrał się do pracy. Przed sobą miał listę osób przygotowaną poprzedniego dnia. Dzwonił ze swojego telefonu komórkowego wybierając po kolei nazwiska z listy. Kiedy zyskał pierwsze połączenie, ściszył głos. Alan zatrzymał się za lekko uchylonymi drzwiami gabinetu, aby przysłuchać się rozmowie. Chciał wiedzieć, co się dzieje, o czym Leon rozmawia. Był rozgoryczony. Już kilka razy usiłował mu to zakomunikować. Przypomniał sobie rozmowę.

– Musisz mnie informować o tym, co się dzieje. Mimo twoich słów i obietnic, czuję się wyłączony. Jestem ostatecznie twoim sekretarzem osobistym i asystentem, twoją prawą ręką. Beze mnie sobie nie poradzisz.

– Tak, tak, oczywiście – usłyszał w odpowiedzi, ale to go tylko rozdrażniło. Denerwował się w takich wypadkach nawet wtedy, kiedy Cukor patrzył na niego ciepłym wzrokiem opiekuna i wielbiciela.

– Przepraszam cię, Alanie, ale niektóre sprawy muszę załatwiać osobiście. Nie wszystko da się wytłumaczyć, to jest zbyt skomplikowane. Mamy wrogów. Gdybym bezpośrednio nie prowadził niektórych spraw, to by mnie … to by nas… zadeptali. Ja wiem, jak to załatwiać. Ty byś tego nie zrobił, bo nie masz dostatecznej odporności na ludzką nienawiść i agresję. Ponadto jesteś zbyt delikatny.

Aby nie dopuścić do roztrząsania niuansów, od razu zmienił temat.

– Wybory burmistrza zbliżają się coraz bardziej, w związku z czym zarządzam mobilizację naszych zwolenników. Liczę na ciebie, że się aktywnie włączysz. Musimy wspierać się wzajemnie, działając na rzecz przyszłości i dla dobra mieszkańców miasta. To jest dewiza, którą ludzie lubią: „Działamy dla dobra publicznego”. Musimy być aktywni. Nie wiadomo, co by się stało w mieście bez naszego udziału. Obecny burmistrz Piotr Rafael sobie nie radzi. Wszystko może się zawalić. Rób tylko to, co ustaliliśmy, a będzie dobrze.

– Uparty dobroczyńca – mruknął pod nosem sekretarz, rozżalony i niepewny, co powinien odczuwać w tym momencie. Była w nim czułość jak i niechęć do Leona, wynikająca z jego tajemniczości i przekonania o własnej nieomylności, także strachu przed niepowodzeniem, gdyby powierzył więcej spraw innym.

Znali się od trzech lat, byli ze sobą nieco krócej. Łączyły ich szczególne uczucia: mistrza i ucznia, a jednocześnie kochanków. Ufali sobie. Oprócz uczuć łączyły ich wspólne ideały: naprawy społeczeństwa, pomocy ludziom. Dużo rozmawiali o nich na początku, potem coraz mniej i to martwiło Alana, bo coraz częściej nie mogli dojść do porozumienia. 

– Ty jesteś idealistą, ja jestem bardziej krytyczny i przyziemny. A wiesz dlaczego? Bo lepiej znam naturę ludzką – powtarzał Leon, kiedy poróżniła ich ocena czyjegoś postępowania lub zdarzenia. – Życie jest pełne niuansów i ja to rozumiem lepiej niż ty. Jestem po prostu starszy i mam więcej doświadczenia.

– A władza? Co sądzisz o władzy? Masz już jej tak wiele i wciąż chcesz jeszcze więcej.

– To trudny ale pasjonujący temat. – Tak! Chcę więcej władzy. Czuję się wtedy lepiej, czuję się spełniony.

– A spełnienie przez miłość? To się nie liczy?

– Jedno i drugie jest ważne. I te dwie sprawy nie stoją w sprzeczności ze sobą. Można mieć miłość i można mieć też władzę.

Alana męczyło niezwykłe zaabsorbowanie Leona sprawami miasta i jego mieszkańców. Pochłaniało go. Alan nie mógł tego zrozumieć ani zaakceptować. Cieszyło go, że Leon był pełen energii, podziwiał go za to, ale martwiło, że czasem był nieczuły na jego prośby i potrzebę bliskości, nie tylko intymnej, ale również w działalności publicznej i zarządzaniu firmami, stanowiącymi jego majątek. Chciał być bardziej pomocny, a nie mógł.

Kiedy rozmawiali o uczuciach, Leon chętnie nawiązywał do starożytnej Grecji, do przypadków serdecznej, opiekuńczej miłości dojrzałego mężczyzny, często arystokraty, do młodzieńca, wkraczającego dopiero w życie bez większych środków i doświadczenia. Kierował się tymi wzorami. Przyjął Alana o do własnego domu i szczodrze wyposażył. Zapewnił mu edukację na najwyższym poziomie, dbał o niego, interesował się i cieszył postępami w studiach. W zamian – nie rozmawiali o ty, ale Alan to czuł – oczekiwał zrozumienia, lojalności i miłości. Nie było mu łatwo, musiał kryć się ze swoimi uczuciami. Na zewnątrz widział tylko zimny świat, niewyrozumiały dla ludzkiej odmienności. Czasem miał wrażenie, że dla Leona ważne jest tylko, aby nikt nie wiedział o ich bliskiej zażyłości.

Odc. 31

Julia, sekretarka burmistrza, miała na sobie szary żakiet ze spódnicą, pod żakietem bluzkę koszulową, rajstopy i pantofle z zakrytymi palcami i piętami. Apaszka na szyi dopełniała całości. Była zadowolona ze swojego wyglądu, nigdy nie ubierała się tak starannie do pracy.

– Wygląda jak z żurnala mody – pomyślał burmistrz z zadowoleniem. Chciał powiedzieć jakiś komplement, lecz go ubiegła.

– Od kilku dni dobija się do pana ten mężczyzna z propozycją pisania kroniki miejskiej, o którym panu wspominałam. Dzwonił już kilka razy, dwa razy był tu nawet osobiście. Siedzi teraz na korytarzu i czeka. Proszę go przyjąć, bo on mnie zamęczy. Upiera się, że koniecznie musi porozmawiać z panem, bo to sprawa ważna dla miasta. Powiedziałam mu, że w trudnych czasach jest wiele spraw ważniejszych niż kronika.

– Tym bardziej potrzebujecie kroniki – odpowiedział, a potem tak się rozgadał, że nie mogłam mu nawet przerwać.

– Kronika miasta może nie tylko opisywać i ilustrować to, co się zdarzyło, ale też ukierunkowywać myślenie mieszkańców. To zależy wyłącznie od tego, co się w niej pisze. Ja myślę o kronice przyszłości, a nie tylko przeszłości. O weselu i pogrzebie trzeba powiadamiać ludzi przed faktem, a nie po fakcie, kiedy dania weselne i nieboszczyk całkiem już wystygły. Wtedy to już nie jest żadna wiadomość, ale przypomnienie czegoś, o czym wszyscy dobrze już wiedzą.

– Nie wiem, co o nim myśleć. To jakiś dziwak, ale na pewno nie wariat czy szaleniec. Nie wpuściłabym go do pańskiego gabinetu. Wygląda rozsądnie.

Burmistrz usiadł w fotelu przy biurku, włączył komputer i rozglądał się po pokoju, kiedy zapukała sekretarka. Po usłyszeniu „Proszę wejść” otworzyła drzwi i szybko zamknęła je za sobą, jakby obawiała się nagłej i niepożądanej interwencji. Podeszła do biurka i szeptem poinformowała burmistrza.

– On już tu jest. Czeka za drzwiami. Ten, co to chce pisać kronikę. Nazywa się Jan Teolog, ale wymienił też jakiś pseudonim. Mówił mi tyle o sobie, że miałam już go dosyć. Umówiłam go z panem za pół godziny. Czy tak będzie w porządku? Czy może zechce go pan przyjąć teraz? Miałabym go wtedy z głowy, bo znowu zacznie mi coś tłumaczyć. Widać, że facet lubi mówić.

Burmistrz patrzył na sekretarkę oceniając jej ramiona i piersi, udając, że się zastanawia.

– Niech wejdzie. Oboje będziemy mieć go z głowy. To nie powinno zająć więcej niż piętnaście minut.

Przybysz był ubrany w brązową marynarkę, opadającą na krawędziach ramion, oraz w łagodnie różową koszulę bez krawata. W lewej ręce trzymał cienką skórzaną teczkę. Burmistrz ocenił go jednym rzutem oka. Nogawki luźnych, ciemnoszarych spodni, zakończone były mankietami opadającymi na niezbyt nowe, ale wyczyszczone do połysku czarne pantofle. Był szczupły, słusznego wzrostu; wyróżniała go lekko zmierzwiona, siwiejąca broda i okulary w cienkich oprawkach zasłaniające podkrążone oczy. Przypominał zmęczonego lub przepracowanego urzędnika biurowego.

Rafael wstał zza biurka. Zanim podszedł do gościa przyjrzał mu się uważnie, po czym podał mu rękę i zaprosił do zajęcia miejsca na krześle po drugiej stronie stolika stojącego z boku biurka. Z bliższa widoczne były zmarszczki okalające ciemnobrązowe oczy; tliły się w nich iskierki wyrażające skłonność do żartów.

Mężczyzna potwierdził powitanie skinieniem głowy.

Odc. 32

– Dziękuję panu za spotkanie. Nazywam się Jan Teolog. Proszę nie sugerować się nazwiskiem, bo z teologią mam niewiele wspólnego. Jestem kronikarzem i używam pseudonimu Skryba. Określę moją pozycję z pewną przesadą. Kronikarstwo kojarzy mi się z biblią i ze średniowiecznym cierpliwym skrybą aspirującym do wielkości, lecz ciągle nieopierzonym sławą. Mam wrażenie, że idzie ona za mną jak cień i łudzę się, że nadejdzie czas, kiedy opromieni mnie jak słońce. Zanim to nastąpi, chciałbym być pańskim kronikarzem. Mam na myśli, chciałbym pisać kronikę miasta. Mam w tym pewną wprawę i na pewno ambicję wykonania solidnej roboty. Człowiek bez ambicji niewiele dziś znaczy.

– Czym się pan zajmuje? Czym się pan zajmował dotychczas? – Burmistrz postanowił szybko zakończyć sprawę.

– Zbieram okruchy prawdy, jakie pojawiają się w gorącej przestrzeni informacyjnej naszego miasta. W dzisiejszych czasach prawda to kwiaty, które czasem trudno jest odróżnić od chwastów pleniących się w ogrodach bogaczy jak i ogródkach ludzi mniej majętnych. Mam na myśli donosy, materię samą w sobie obrzydliwą, mimo że zawiera czasem prawdę. Moje sumienie, raczej niż Bóg, którym chętnie wspierają się ludzie pragnący usprawiedliwić swoje niecne intencje, natchnęło mnie pragnieniem upowszechniania prawdy. Stąd moja chęć prowadzenia kroniki miasta. Wszyscy modlimy się o deszcz, aby zrosił glebę, na której obficie rośnie prawda i miłość.

Burmistrz postanowił przyśpieszyć bieg wydarzeń.

– A tak bardziej konkretnie, to czym się pan zajmuje?

– Analizuję wydarzenia w mieście i w kraju, śledzę kierunki rozwoju sytuacji, stawiam diagnozy i staram się zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. Usiłuję, podobnie jak pan, rozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Robię to z ciekawości i z obywatelskiego obowiązku. Mam też w tym przyjemność.

– To wielkie wyzwanie – rozumieć rzeczywistość. A sam temat jest niezwykle obszerny – Piotr Rafel wpadł w dobry nastrój. Podobały mu się swobodne i kwieciste ale nie pozbawione sensu wypowiedzi gościa. Słuchając go, umocnił się w przekonaniu, że to ekscentryk bardziej niż dziwak. Postanowił to sprawdzić.

– Ciekaw jestem, jak pan analizuje zdarzenia, jakie mają miejsce w życiu naszego miasta. Ma pan jakąś metodę, jakieś specjalne narzędzia?

– Zbieram informacje na konkretny temat, tworzę sobie model myślowy, upraszczam, co da się uprościć i wyciągam wnioski. Rzeczywistość, podobnie jak przysłowiowy kij, ma dwa końce. Jeden to przeszłość, odkrycia geograficzne, zagadki przyrody, postępy cywilizacji. Wszystko to, co mamy zasadniczo za sobą. Drugi koniec to tajemnice dnia dzisiejszego i rodzącej się przyszłości: nowoczesne technologie, inżynieria genetyczna, automaty i roboty, nowe zagrożenia społeczne, choćby przykładowo epidemia wirusa Quagga, zmieniające się zachowania ludzi. Mamy nowe tajemnice do odkrycia. Nie wiemy, dokąd świat zmierza w sensie technologii, rozwoju demograficznego, chorób i ich leczenia, klimatu, różnorodności biologicznej. Kto wie, czy nie zmierzamy ku katastrofie. Odnosi się to również do miasta, tylko w innej skali.

Burmistrz przyglądał się rozmówcy, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Kronika miasta wydaje się sensownym pomysłem, ale nie jestem pewien, czy teraz jest odpowiedni czas, aby o tym myśleć. Wiem, że inne miasta prowadzą takie kroniki. Krótko mówiąc, muszę się zastanowić nad pańską propozycją. Mam w tej chwili wiele innych spraw na głowie. Domyśla się pan, że nie brakuje mi zmartwień.

Przez głowę burmistrza przelatywały myśli: dodatkowy wydatek, dodatkowy obowiązek, niejasne korzyści. Miał poczucie, że prawie w ogóle nie zna człowieka. Skryba! Postać historyczna, prawie biblijna! Pomyślał, że ktoś taki jak on, entuzjasta o szerokich i niebanalnych zainteresowaniach, może być użyteczny. Jego kadencja się kończyła, zbliżały się wybory nowego burmistrza. Postanowił zebrać więcej informacji o Skrybie. Mógł naprawdę się przydać.

Odc. 33 

Informacje o Skrybie nadeszły z kilku źródeł. Piotr Rafael nie spodziewał się tego. Myślał, że niewiele się dowie, tymczasem dotarło do niego całkiem sporo. Najpierw była to sekretarka Julia, potem żona, w końcu doktor Brus.

Julia wiedziała, gdzie mieszka i jakie prowadzi życie.

– Jest samotnikiem. Jeśli ma rodzinę, to się nią nie chwali. Może nawet ją ukrywa. Moja znajoma mówiła mi, że Skryba w rzeczywistości nazywa się Jan Teolog i przez długi czas był nieobecny. Mieszkał gdzieś w odosobnieniu. Powiedziała mi, że najprawdopodobniej był w więzieniu, bo długo nie było o nim słychać a on sam na ten temat nie chciał nic mówić. Była prawie pewna, że chodziło o więzienie.

– Skąd ona to wie?

– Jej matka sąsiadowała ze Skrybą. Teraz mieszka u niej, znaczy się u córki.

 – A ta historia z więzieniem? Czy jest prawdziwa? To byłaby ważna informacja.

– Nie mam pojęcia. Znajoma powiedziała mi coś w tym rodzaju:

– Ten Skryba to więzienie ma wypisane na twarzy. Broda, którą zahodował, bo dawniej nie nosił brody, to kamuflaż, za którym się kryje jakaś zbrodnia.

Nie wierzę jej, bo to plotkara i potrafi zmyślać.

Informacje żony Rafaela, Sandry, pochodziły głównie z kościoła.  

– Ojciec Albert wyraźnie go nie lubi. Nazwał go odszczepieńcem, który porzucił wiarę i Boga. Zdaje się, że jest to wzajemna niechęć. Okazuje się, że ten Jan Teolog był kiedyś w zakonie lecz porzucił życie zakonne po kilku latach razem z innym zakonnikiem, niejakim bratem Erazmem. Do dzisiaj utrzymują ze sobą kontakty. Podobno nawet się przyjaźnią. Erazm nie mieszka w naszym mieście ale to niczemu nie przeszkadza. Rozmawiają ze sobą telefonicznie i korespondują, korzystając z poczty elektronicznej i ze Skajpa. Wiem jeszcze tylko tyle, że zorganizowali swoją pracę i życie na wzór zakonny. Podobno w zakonie wszystko im się podobało z wyjątkiem ślepego posłuszeństwa.

– Ten nieudacznik zakonny koncentrował się na nauce, a nie na Bogu. Dlatego musiał opuścić zakon – tak to określił nasz proboszcz.

– Skąd on to wszystko wie? Czy on ma jakąś kopalnię wiedzy?

– Niee! Jest po prostu dobrym księdzem i odwiedza ludzi w domach w czasie ich choroby, pociesza i pomaga. Ludzie mu ufają i opowiadają mu wszystko o sobie i znajomych. Nie zapominaj też, że jest spowiednikiem, a spowiadający się – o ile wiem – lubią mówić o innych. To, co ci przekazałam, to na pewno nie są informacje, które można by traktować jako tajemnicę spowiedzi.

Doktor Brus zadzwonił do burmistrza wieczorem.

– Na temat tego ekscentryka, którego wspomniałeś, mam trochę informacji od mojego pacjenta. To technik komputerowy. Pomagał kiedyś Teologowi w przywróceniu jego komputera do użytku i odzyskaniu danych po awarii prądu. Niewiele tego jest, ale może ci się przyda. Skryba to człowiek o zainteresowaniach naukowych. Był nauczycielem, może nawet nadal jest, filozofii i logiki. Prowadził też zajęcia z młodzieżą z zakresu nauki o społeczeństwie. Ma przyjaciela, z którym utrzymuje bliskie kontakty. Mają te same zainteresowania. Używają pseudonimy. Mój pacjent dziwił się po co im potrzebne pseudonimy. Uważał, że to zwyczaj ludzi ze świata przestępczego, sportowców, celebrytów i części młodzieży. Co najważniejsze, Teolog powiedział mu:

– Interesują mnie zmiany zachodzące w otaczającej nas rzeczywistości.  Mało ludzi myśli o tym, jak wygląda dzień dzisiejszy, a już z pewnością nie zastanawia się głębiej, jak będzie wyglądało jutro.

Pytania, jakie interesowały Skrybę to na przykład: „Co się zmienia w otaczającej nas rzeczywistości” albo, „Co nas zmienia” lub „Co napędza te zmiany?”.

Według informatyka, ten twój ekscentryk to jakiś futurysta.

Odc. 34

Po rozmowie z burmistrzem Teologowi śniła się wielka sala gimnastyczna. Właściwie to wyobraził ją sobie, kiedy siedząc przed komputerem zbierał się do sprawdzenia poczty elektronicznej. Zobaczył siebie pośrodku sali a wokół morze ludzkich twarzy. Było to miejsce, gdzie pod jego kierownictwem miała odbyć się dyskusja nad przyszłością Santarosy. Widzowie patrzyli na niego i czekali aż otworzy usta i coś powie. Drugi raz zobaczył salę w nocy we śnie jako wyobrażenie tego, co ma się zdarzyć. Pomieszczenie było przybrane pachnącymi gałązkami świerka, tworząc atmosferę wieczoru Bożego Narodzenia. To go dobrze nastroiło. Nabrał nadziei, że w końcu coś zacznie się zmieniać na lepsze i on będzie mieć w tym znaczący udział. Zawsze tego pragnął, być aktywnym, dobrym obywatelem, a najbardziej wzorem lidera niosącego kaganek oświaty. Był zmęczony wirusem, epidemią, niepokojem społecznym, buntującymi się demonstrantami, perspektywą trafienia do szpitala. Pragnął zmiany.

Od dnia rozmowy z burmistrzem, kiedy zrodziła się nadzieja prowadzenia kroniki miasta, szukał możliwości uczestnictwa w walce o sprawy ważne dla mieszkańców. Chciał się sprawdzać, nie raz, nie dwa, ale nieprzerwanie. Przygotowując się do wystąpień studiował kazuistykę, sztukę dyskusji, rozumianej jako umiejętność wyprowadzania przeciwnika w pole. To go tak poruszyło, że musiał podzielić się swoim entuzjazmem z Erazmem, przyjacielem z zakonu.

– Co sądzisz o kazuistyce, Erazmie? Uważam, że jest nieunikniona w czasach, kiedy nie chodzi o dojście do prawdy lub osiągnięcie porozumienia, ale o przekonanie słuchaczy lub widzów, że ma się rację. Ludzie władzy mają tylko jeden instrument działania – język. Ręce pełnią rolę uzupełniającą, wspomagają wyrażanie uczuć. Przykładem jest ramię zgięte w łokciu, wysunięty palec wskazujący lub uniesiony w górę palec środkowy. To są nowe narzędzia komunikacji ze społeczeństwem. Nie upieram się, że mi się podobają, ale trzeba je rozumieć i umieć stosować. Jeśli ktoś wychodzi na ciebie z pałką lub kastetem, nie możesz mu oferować słów pojednania czy miłości, bo cię wdepcze w ziemię.

– Do czego ty zmierzasz, Janie? Zupełnie ciebie nie rozumiem. Jesteś typem analityka, naukowca, a nie politykierem. To, o czym mówisz, to czysty rozbój.

– W obronie słusznej sprawy muszę wkroczyć na twardy grunt rzeczywistości, bo wiem z kim mamy do czynienia. Polityka nigdy nie była czysta, a wczasach takich jak obecne, wirusa, epidemii i wrednych donosów, stała się bagnem. Mam na myśli ludzi, którzy używając frazesów o demokracji i miłości bliźniego, gotowi są stosować przemoc.

– Przecież ty się zajmujesz analizą otaczającej nas rzeczywistości a nie żadną polityką, zwłaszcza w barbarzyńskim wydaniu.

– To nie jest tak, jak mówisz. Przejrzałem na oczy. Wszystko jest polityką. Cokolwiek robisz, jest regulowane przez władze. Nawet jak kupujesz papier toaletowy, to wiedziesz, że czas otwarcia sklepu jest określany odgórnie, podobnie jak akcyza czy VAT, także minimalne wynagrodzenie sprzedawcy, który cię obsługuje, instytucja, która ma stanąć w twojej obronie jako konsumenta czy koszt użycia spłuczki klozetowej. Polityka dotyczy każdego aspektu życia. Nie ma w niej równowagi czy idealnej sprawiedliwości, kiedy wszyscy jednakowo zyskują lub tracą, jest tylko nakazowa decyzja i co najwyżej chaos. Co gorsza, grożą nam politycy wypaczeni żądzą stworzenia społeczeństwa na wzór i podobieństwo swoje, a nie boskie. Wy tu sobie gadu-gadu, a my wam powyrywamy paznokcie, jeśli nie zechcecie się podporządkować, tylko najpierw ogłupimy was naszą propagandą! Rzecz się ma podobnie jak z dzikimi królikami; zalały Australię i wyżarły do cna wszystko, co przypominało zieleń. To co pozostało, wypaliła susza, pioruny i podpalacze.

– Co ty mówisz, Janie? Nie poznaję cię. Chyba oszalałeś! Lepiej przerwijmy rozmowę, bo nie dojdziemy do niczego sensownego.

Skryba zgodził się bez dalszych zachęt, uznając, że się zapędził. Przyszedł mu do głowy pomysł zrobienia czegoś znaczącego dla miasta. Musiał porozmawiać o tym z burmistrzem. Piotr Rafael stał się dla niego Mekką, miejscem, gdzie ulokował swoje twórcze pragnienia. Doskwierała mu samotność, szczególnie uciążliwa w smutnym czasie epidemii i szalejących donosów i musiał coś z tym zrobić.

0Shares

Domek nad jeziorem

Przez życie Alleny Aleksiejewy przewaliły się wszystkie fale nieszczęść i radości. Nieszczęścia bardziej czuła niż pamiętała, bo było to bardzo dawno. Czasami widziała je jak za mgłą a czasem wyraźnie jakby stały jej przed oczami: susze, powodzie, wojny, wybuch bomby atomowej, wirus i epidemia oraz małe i wielkie grupy okropnie krzyczących ludzi.

Allena Aleksiejewa była już starszą panią. Tak ją określano. Czasem ktoś zwracał się do niej inaczej, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Kiedyś była naczelniczką poczty, oddaną pracy i obowiązkową jak mało kto. Bardzo ją ceniono. Zawsze taka była, już od dziecka. W szkole nauczyciele chwalili ją za dokładność, pracowitość i wzorowe zachowanie. W domu miała dwa odznaczenia za wzorową pracę na poczcie i wiele dyplomów.

Zwolniono ją, kiedy w krótkim czasie trzy razy zgubiła klucze od urzędu pocztowego. Dwa razy odnalazła je sama, za trzecim razem ktoś je znalazł i odniósł, bo miały metalową przywieszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i telefonem. Być może nic by z tego nie wynikło, gdyby urzędu nie okradziono. Brak śladów włamania przesądził sprawę. Wszyscy wiedzieli, że to nie ona, ale na żądanie prokuratora jej dom został przeszukany. To było bardzo przykre. Płakała wtedy kilka razy. Wszystko to pamiętała tylko do czasu. Potem niedobre wspomnienia zblakły i zostały tylko te lepsze, głównie z dzieciństwa.

Po wszystkich złych i dobrych przeżyciach została sama. Miała domek nad brzegiem jeziora. To był dorobek całego jej życia. Miała go, bo się zadłużyła w banku i długo spłacała, dorabiając wieczorną pracą w sklepie. Latem, kiedy siedziała na tarasie, ktoś powiedział:

– Takie miejsce. Żyć nie umierać!

Nie pamiętała już kto to był. Nie miało to zresztą znaczenia, bo miała swój świat i nic innego się nie liczyło.

Mieszkała sama i jakoś sobie radziła, choć zimą nie było łatwo. Najtrudniej było kiedy mróz barwił okna warstwą siwego szronu w gwiazdy, gałązki, koła i kwadraty. Chodziła wtedy grubo ubrana i była dobrej myśli.

Najbardziej nie lubiła samotności. Dokuczała jej coraz mocniej. Tak bardzo, że postanowiła uporządkować swoje życie, aby było jej lżej.

W gęstwinie drzew i krzewów otaczających domek odkryła kilka gniazd, a w nich ptaki. Upatrzyła sobie dwa z nich. Złapała pierwszego, był to gil lub czyżyk, nie była pewna. Potem okazało się, że jest to gil. Poznawała go po ubarwieniu i po śpiewie. Włożyła go do małej klatki znalezionej na poddaszu domu, nakarmiła i napoiła. Klatkę umieściła wśród drzew przed domem po lewej stronie. Zrobiła to wtedy, kiedy w pobliżu nie było kota. Nie chciała, aby to widział, bo był niebezpieczny. Wieczorem chodziła nakręcać gila, aby śpiewał. Nastawiała czas porannego śpiewu: godzina siódma rano. Przy okazji sprawdzała miniaturowy głośniczek oraz bateryjkę, taki paluszek, ile w niej było energii. Jeśli bateryjka była ciepła, to znaczyło, że ma dużo energii. Jeśli była zimna, wtedy ją wymieniała. Nie martwiła się o nią, bo miała w domu w szufladzie jeszcze inne bateryjki w zapasie.

Od pewnego czasu bateryjka ją dziwiła. Zawsze była bardzo ciepła, prawie gorąca.

– Jak to może być, zadawała sobie pytanie, że ptak śpiewa a bateryjka jest stale pełna energii. To ją niepokoiło. Jak tylko przestawała o tym myśleć, niepokój znikał. Było to tak wygodne, że w końcu w ogóle o bateryjce zapomniała.

Potem był czyżyk, mogła to być też zięba. Nigdy nie udało jej się wyjaśnić tego do końca. Umieściła go w drugim końcu pasma drzew przed domem po prawej stronie. Postępowała z nim tak samo jak z gilem, z tym, że czyżyk, czy też zięba, rozpoczynał śpiew dwadzieścia minut później. Słyszała ich trele przez cały dzień.

– Jeden kończy, drugi zaczyna. Zupełnie jak dyżur na poczcie – mówiła sobie. Czuła się z tym szczęśliwa.

Kilka razy, kiedy wychodziła z domu, aby odwiedzić ptaszki, zagubiła się. Błąkała się wtedy po lesie wśród chaszczy i po nierównej plaży nad jeziorem, szukając drogi do domu. Nie mogła jej odnaleźć. Najgorzej było, kiedy zapominała czego szuka. Było to bardzo niemiłe. Na szczęście teren był ogrodzony i w końcu odnajdywała dom. Czasem nawet ktoś jej pomagał ale nie wiedziała kto. Pamiętała tylko, że ta osoba miała ciepłe ręce i miły głos.

Raz Allena bardzo zmarzła, bo padał deszcz i cała przemokła. Kiedy wróciła do domu, w kuchni czekała już gorąca herbata i pigułki na przeziębienie. Zdziwiła się, bo nie pamiętała, kiedy je tam położyła.

Po ptaszkach przyszły zwierzęta. Odczuwała ich brak i często o nich myślała. Musiała coś sobie wybrać.

– Pies ani kot nie, bo jedzą mięso. To niezdrowe. A ponadto, skąd tu wziąć mięso? Ponieważ sama była wegetarianką, więc mięso wykluczyła. Krowy nie chciała, choć lubiła mleko, bo była za duża. Po prostu bała się jej. Koza? To była następna możliwość.

– Tak! – starsza pani uznała, że to dobre rozwiązanie.

Kiedy zwierzę pojawiło się przy domu, Allena Aleksiejewa była zdziwiona skąd się wzięło. Najważniejsze, że koza podobała jej się. Była brązowo-biała i miała bródkę. Była bardzo przyjazna, wręcz sympatyczna. Beczała nie za często, więc nazwała ją Istria. Myślała o imieniu Mećka, było jednak zbyt pospolite, aby nadać je zwierzęciu domowemu mieszkającemu tak jak ona nad jeziorem. Kiedy Allena miała już własne towarzystwo, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Ogólnie rzecz biorąc, nie przyjmowała gości, ale kiedy przychodzili, zapraszała ich bez wahania na werandę, bo tam było najwygodniej. Wpadali do niej niezapowiedziani, bo jej telefon nie działał. Sama nie dzwoniła, ponieważ po drugiej stronie linii nigdy nikogo nie było. Ponadto nie miała do kogo dzwonić.

Gościom przynosiła ciasto, zawsze miała jakieś w zapasie, i od razu proponowała kawę lub herbatę. Do jej naparzania używała dużego imbryka. Pamiętała nawet, kiedy i gdzie go kupiła. Podobał jej się, bo był biały w czerwone kropki, przez co był dobrze widoczny.

Goście dużo rozmawiali. Byli młodzi i lubili mówić a ona słuchała. Czasem do niej mówili “mamo” lub “babciu”, ale nie za bardzo to rozumiała.

– Młodzi jesteście, to musicie się wygadać. Ja już się w życiu dosyć nagadałam – tłumaczyła im.

Kiedyś przyjechała karetka pogotowia. Allena nie miała pojęcia, kto ją wezwał i po co. Lekarz badał ją bardzo starannie zadając pytania. Na koniec powiedział do siebie albo do swojego pomocnika:

– Starsza pani ma zaniki pamięci ale na szczęście jakoś sobie radzi. Dzielna kobieta.

Powiedział to głośno i Allena Aleksiejewa to zrozumiała. Coś jeszcze mówił, ale to już do niej nie dotarło, bo myślała o czymś innym. Potem zapytał się:

– Czy pani czuje się tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała, że tak i od razu zapomniała. On to chyba rozumiał, bo się ucieszył, że w domku nad jeziorem była szczęśliwa. Nie znała innego świata.

– Czy można było czegoś innego się spodziewać?

Odpowiadając na pytanie tłumaczyła sobie.

– Sami to zrobiliśmy. Te powodzie, susze, bomba atomowa i ci ludzie przechodzący z miejsca w miejsce.

Zanim odjechali, obwieźli ją dookoła jeziora i przywieźli z powrotem. Wkrótce karetka odjechała. Przed odjazdem Allena poprosiła doktora, aby kupił jej wełny.

– Kolor czerwony, cztery kłębki i kolor szary … Zawahała się. – Też cztery kłębki. Będę robić sweter dla brata.

– A jeśli brat nie zechce go nosić? – Zapytał lekarz, uśmiechając się tajemniczo.

Patrzyła na niego, ale nie widziała, aby otwierał usta. Domyśliła się, że był sztucznym tworem. Był dziwnie ubrany; nosił luźny biały strój i miał czarną brodę.

– To wtedy dam tym sportowcom, co tu biegają rano. Temu najchudszemu, bo jemu jest najzimniej.

Nie słuchała jego odpowiedzi. Wróciła do domku, obeszła wszystkie pomieszczenia i roześmiała się. Był to ten sam dom. Wkrótce pojawiła się koza. Allena Aleksiejewa zobaczyła ją przez okno i wyszła, aby pogłaskać zwierzaka. Chyba była zmęczona, bo usiadła na krawędzi tarasu i długo patrzyła na jezioro. Patrzyła i patrzyła, aż w końcu obraz rozmazał jej się przed oczami i wtedy zrobiło jej się bardzo smutno. Było to dziwne, bo zachód słońca był przepiękny. Do domu wróciła dopiero wtedy, jak zrobiło się ciemno i zimno. Była też już głodna.

Następnego dnia, jak tylko obudziła się, opuściła nogi na podłogę i włączyła radio. Wydawało jej się, że kiedyś wyrzuciła je na śmietnik. Chwilę słuchała muzyki lecz bez większej przyjemności. Potem popatrzyła przez duże oszklone drzwi prowadzące na taras. Stały tam kwiaty i uśmiechały się do niej. Odpowiedziała im uśmiechem. Nie śpieszyła się nigdzie, miała dużo czasu.

Michael Tequila

Gdańsk, 23 listopada 2020

P.S. Opowiadanie przedstawia literackie wyobrażenie życia osoby z chorobą Alzheimera (w jej łagodnej wersji). Moim zamysłem było, aby w sposób życzliwy dla osób cierpiących na te chorobę ale i realistyczny przedstawiało obraz ich życia.

Jeśli ktoś z Państwa zechciałby podzielić się ze mną uwagami i sugestiami na temat tego opowiadania, zwłaszcza co można by w nim uzupełnić, poprawić lub zmienić, byłbym wdzięczny. Osobiście nigdy nie miałem do czynienia z osobą chorą na Alzheimera, ale sporo o tej chorobie czytałem. To bardzo poważny społecznie temat. Mój adres email: Michael.Tequila@anciano.pl

0Shares

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Fragmenty opowiadań 1-4/14.

Drodzy Czytelnicy!

Nastały trudne czasy dla wszystkich. Sam niekiedy czuję się zagubiony. Na szczęście nie na tyle, aby przestać odbywać codziennie intensywny spacer po lesie lub zaniechać pisania. Bezpośrednio nie spotykam się z nikim, rzadko w ogóle wychodzę z domu, przeważnie po zakupy albo do apteki. Niekiedy brakuje mi jednak możliwości, aby zdążyć na czas z kolejnym odcinkiem powieści lub opowiadania, jaki akurat mam na warsztacie. Dlatego postanowiłem udostępniać Państwu dla rozrywki większe fragmenty (około 1000 słów) moich książek.

Zaczynam od 14 utworów literackich z książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Oto kolejne fragmenty.

Opowiadanie 1: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco 

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości
z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Opowiadanie 2: Konio

Nie mam pojęcia, jak on wszedł do budynku. Drzwi wejściowe są automatycznie zamykane, potrzebny jest klucz albo znajomość kodu wejściowego. Możliwe jest, że ktoś go wpuścił, kiedy zadzwonił domofon. Ja tego w każdym razie nie zrobiłem. Kiedy usłyszałem stukanie do drzwi, a była już godzina dwudziesta, zadałem sobie pytanie: „Kto, do diabła, stuka do drzwi o tej porze?”. Kiedyś zrobił to przedstawiciel firmy usług medialnych, ale go skląłem na czym świat stoi.

– Kto tam? – Zapytałem właściwie bez potrzeby, ponieważ i tak otwierałem już drzwi. Pytam, kto jest za drzwiami, ale nie czekam na odpowiedź. Nie patrzyłem przez judasza, ponieważ źle mi się kojarzy. Jestem człowiekiem religijnym i nie znoszę Judasza ani srebrników. Brzydzę się brudem moralnym i chętnie skopałbym dupę każdemu łajdakowi, który zdradził swego przyjaciela i mistrza.

Przed drzwiami stał koń. Nie mogę powiedzieć, co mnie zaskoczyło bardziej: on czy jego łeb, bo ten był naprawdę imponujący. Przypominał eksponat muzealny, zdjęty z najbardziej dorodnego osobnika: wypucowany, ciemnobrązowy, w błyszczącymi wypukłymi oczami
i grzywką niedbale dominującą na wierzchu. Patrzyłem na łeb z podziwem. Przypomniał mi słowa szeptane z uznaniem o koledze ze studiów: Alek, ten to ma łeb jak koń!

Z Alkiem mieliśmy frajdę. Kiedy wchodziło się do sali telewizyjnej, panował tam mrok. Trzeba było przejść między rzędami krzeseł, aby dotrzeć do wolnego miejsca pod oknem. Ciemno było choć oko wykol. Aby osiągnąć cel, kierowaliśmy się punktami orientacyjnymi. Dotykaliśmy ramion i głów osób siedzących po prawej stronie przejścia. Po lewej stronie były tylko kolana. Dzisiaj na kolana można położyć laptop, wtedy można było położyć tylko rękę. Nie każdy to lubi. Szliśmy po omacku, dotykając głów i ramion, aby sprawdzić, czy posuwamy się we właściwym kierunku. W ciszy dawały się słyszeć słowa trafnego rozpoznania i ulgi: „A, to ty, Aluś. Przepraszam cię, tutaj jest tak ciemno”.

Końskie indywiduum przed progiem spojrzało na mnie z góry, łypnęło wielkimi oczami, po czym odezwało się, wydymając chrapy:

– Pardon, monsieur, że przeszkadzam o tak późnej porze.

Nie zdziwiłem się, że mówi, chrapiąc z lekka, bo i mnie zdarza się to robić we śnie. Zaskoczyła mnie jednak wytworność słów rodem znad Sekwany.

Przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Gość miał klapki na oczach. Pomyślałem, że jest chyba ograniczony i nie dostrzega niczego innego poza końcem własnego pyska. „Cholera, zupełnie jak człowiek” – myśl tę skomponowałem w wewnętrznej ciszy, aby słowa niepotrzebnie nie wydostały się na zewnątrz. Na szczęście głowę mam szczelną. Bałem się, że konie mają słuch równie dobry jak żony i kochanki i nie lubią porównań z ludźmi. Podobnie zachowują się ludzie, tylko vice versa.

– Pozwoli pan, że się przedstawię, monsieur. Nazywam się Konio.

Tym razem rżenie było wyraźniejsze. Dobrze zrozumiałem nazwisko. Uśmiechnąłem się uprzejmie. Musiało to ośmielić przybysza, gdyż dodał szybko:

– Mów mi Konio, monsieur.

To z kolei mnie ośmieliło do towarzyskiej zachęty:

– Mów mi Michu, monsieur – Zaproponowałem otwarcie i szczerze. Musiałem zademonstrować, że w moim domu obowiązuje „noblesse oblige”, a ja, jako gospodarz nie wyskoczyłem francuskiej sroce spod ogona. Obustronna prezentacja wypadła korzystnie, gdyż uśmiechnęliśmy się z subtelną wytwornością.

Zaprosiłem Koniego do środka i zaproponowałem krzesło przy stole. Podziękował, odsunął je na bok i usiadł na zadzie. Oczy mi się otworzyły szeroko ze zdumienia.

– Chyba pracowałeś w cyrku, Konio? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Niesamowita sztuczka.

Popatrzył na mnie od niechcenia i spokojnie wyjaśnił:

– Żadna sztuczka, tylko lata ćwiczeń. To nasza joga, siad w pozycji końskiego lotosu.

– Musiałeś być kiedyś w Indiach! – Stwierdziłem podekscytowany odkryciem i dodałem wyjaśniająco: – Sam nie byłem, ale bardzo chciałbym tam pojechać. Wiem, że są tam święte krowy.

– Daj spokój krowom. To zwykłe bydło. Rozmawiajmy o czymś szlachetniejszym. Tematy bydlęce mnie nie interesują.

Dialog rozwijał się składnie i elegancko jak debata publiczna w parlamencie. Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”, choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.

– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący. – Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.

– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.

– Czyli od źrebaka.

– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie nieoczekiwanie.

– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?

– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.

– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.

– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?

– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.

– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?

Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.

– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.

– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja.

Opowiadanie nr 3: Dry Creek Story (całe opowiadanie)

Maszerując wzdłuż potoku, Lou instynktownie szukał obrazów, kolorów, świateł i cieni. Tego dnia malarzowi wszystko rozmazywało się w oczach. Jego mózg nie rejestrował niczego godnego uwagi. Wilgoć wisiała nad potokiem. Od czasu do czasu padał prawie niezauważalny drobniutki deszcz. Dry Creek wypełniały spienione, bulgoczące smugi ciemnej wody obijającej się o kamienne bloki, które kilkanaście metrów dalej zbliżały się ku sobie, tworząc podłużne mroczne jeziorko. Chmury omotały potok i tarzały się po zielonych zboczach niby obżarte, powolne krowy. Lou prawie zasypiał, mimo iż starał się iść raźnym krokiem. Zdradziecka senność, której nie zwalczyły dwie poranne filiżanki kawy
i wymuszone tempo marszu, była przekleństwem. Ławki napotykane po drodze zachęcały do odpoczynku. Lou odwracał od nich oczy, aby nie dać się skusić.

Na ubitym szlaku wijącym się wzdłuż strumienia nie było żywej duszy. Zazwyczaj uczęszczali tędy samotni, dziwnie śpieszący się rowerzyści, zamyśleni spacerowicze, kobieta uprawiająca jogging. Czasem można było spotkać młodą parę z rudym psem.

– Chyba wszyscy wymarli – pomyślał Lou, przyśpieszając kroku, aby szybciej pokonać dystans dzielący go od miejsca, skąd roztaczał się widok na długi zakręt strumienia. Malarz upodobał sobie ten fragment pejzażu, gdzie woda grubą krechą oddzielała wysoki brzeg od nisko położonej piaszczysto-żwirowej łachy.

Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł
i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni.

Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego. Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.

– Co za cudo! – Wyrwało mu się z gardła. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że nie uniknie spotkania z bestią. Przeraził się. Na ucieczkę nie było już czasu, nie miał też gdzie uciekać.

Zwierzę i człowiek przypatrywali się sobie niby rycerze, którzy oceniają swoje siły przed śmiertelnym starciem. Byk ruszył pierwszy, bez pośpiechu, ale też bez ociągania się. Być może drażnił go człowiek przypatrujący się z oddali, a może chciał sprawdzić, co to za dziwna istota śmie stanąć mu na drodze. Lou na początku trwał w bezruchu jak ptak zahipnotyzowany przez węża, lecz wkrótce podjął marsz w kierunku przeciwnika. Myślał gorączkowo, jak wybrnąć z opresji. Pomysł, który przyszedł mu do głowy, to wcielić się
w matadora wymachującego czerwoną muletą przed pędzącym bykiem. Lou nie miał niczego przypominającego muletę, zaczął więc ściągać z siebie granatową bluzę, której podszewka zbliżona była kolorem do czerwieni.

– „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę
i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia” – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę.

Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił
z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach.

Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika.

– To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby
i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.

Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:

– Ty skurczybyku!

Kopnął je wściekle z całej siły. Przejmujący ból przeszył mu nogę. Zaskoczony i przerażony byk raptownie przyśpieszył i zniknął za zakrętem.

Kilka sekund później, oprócz bólu w nodze Lou odczuł nagą twardość pod siedzeniem. Było mu zimno. Był przemoknięty, na sobie miał tylko koszulę. Bluza leżała na ziemi krok od niego. Wstał z ławki, mając wciąż w pamięci przerażające sceny, jakie dopiero co rozegrały się w tym miejscu. Przetarł oczy, pozbierał się i na zdrętwiałych nogach postąpił kilka kroków. Za chwilę kontynuował drogę wzdłuż strumienia, zauważając, że znowu zaczyna pociągać nogami. Drobniutki deszczyk opuszczał zasłonę wilgoci na szlak i człowieka, wygaszając jego urojenia.

Na drodze krople deszczu powoli, jakby z rozmysłem, rozmywały ślady wielkich racic.

Opowiadanie 4: Hanuman Bóg-Małpa

Wyprawa Eduardo Fuentesa do Indii i Nepalu nie była planowana, lecz okazała się niezwykła. Tak bardzo, że w opowiadaniach mogłaby obrosnąć legendą podobnie jak zatopiony statek obrasta glonami w ciepłych wodach oceanu obmywającego plaże południowych Indii. Ta historia nie jest jednak legendą. Jest prawdziwa jak samo życie.

Eduardo Fuentes, przez przyjaciół zwany Gordo, to znaczy Tłuścioch, nie czuł się szczęśliwy. Jego niezasłużona chłopięca otyłość wywoływała śmiech i drwiny kolegów oraz brak zainteresowania ze strony koleżanek. Tolerowały go, zachowywały się nawet uprzejmie, ale nie przepadały za nim. Domyślał się, że akceptują go tylko dlatego, że pomaga im w nauce
i podrzuca ściągi. Miał wrażenie, że tylko z tego powodu interesują się nim.

Obserwując z zazdrością szczupłych chłopców, Gordo zaczął ćwiczyć, aby poprawić sylwetkę i nabrać muskulatury. Na początku służyła mu do tego szczotka do butów, którą podnosił do góry każdego dnia prawą i lewą ręką po sto razy. Czytał kiedyś, że każde ćwiczenie daje efekty, ale tylko wtedy, kiedy powtarza się je wielką ilość razy. Koledzy wyśmiali go publicznie za ćwiczenie drewnianą szczotka, nazywając go naiwnym drewniakiem i głupolem. Płakał wtedy nocą z bezsilności i rozpaczy.

Kiedy już doszedł do siebie, zaczął ćwiczyć skłony i męczące pompki, ale wyśmiano go, że robi to nieudolnie. Wtedy kupił sobie hantle; pachnące nowością wręcz zachęcały do ćwiczeń. Był to bardzo profesjonalny sprzęt, który musiał w opinii sprzedawcy przynieść efekty. Bardzo na nie liczył. Ponieważ nic to mu nie pomogło, popadł w jeszcze większe przygnębienie, a z czasem w depresję. Zmartwieni rodzice uspokajali go, że z wiekiem nabierze tężyzny i zrzuci warstwę tłuszczu, a także sugerowali, a potem nawet prosili, aby dał sobie więcej czasu.

Ponawiane przez lata wysiłki nic nie dały; chłopiec nie mógł poradzić sobie z apetytem, który go nie opuszczał, nawet po dobrym posiłku. Co mu zostało, to podziwianie dobrze zbudowanych mężczyzn; w domu Gordo wyklejał sobie ściany zdjęciami znanych kulturystów. Z ich autobiografii dowiedział się, że wszyscy oni, bez wyjątku, doszli do sukcesów dzięki wytrwałości w ćwiczeniu ciała, co oznaczało także ćwiczenie ducha. Jego wzorem stał się mężczyzna muskularny, osiągający sukcesy życiowe i powodzenie u kobiet.

Mijały lata, Gordo skończył szkołę i podjął pracę. Czekając na sukces, ćwiczył, jak umiał najlepiej, ale wciąż przybierał na wadze i coraz bardziej zniechęcał się. Dużo czytał. Była to rekompensata za niepowodzenia, jakich doznawał. Szczególnie lubił historie bogów, herosów i ich nadzwyczajnych czynów. Był na szczęście realistą; mitologia nie zaburzała jego ducha ani umysłu.

Do Indii i Nepalu trafił przypadkowo. Nie miał specjalnych planów na okres zbliżającego się właśnie urlopu zimowego, chciał tylko gdzieś wyjechać. W biurze podróży zaproponowano mu wycieczkę do Indii i Nepalu. Przeczytał jej opis, obejrzał zdjęcia egzotycznych postaci, między innymi Boga-Małpy Hanumana. To go poruszyło.

– To oferta last minute bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo taniej wycieczki. Prawdziwa okazja! – Pracownik biura podróży mówił to z przekonaniem. Gordo zdecydował się.

Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie, w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną.

W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.

Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.

Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.

Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy. Do tego doszła jeszcze mocno zarysowana broda, ciemne włosy, cała twarz jakby żywcem wyjęta z fotografii. Zaskoczyło go to, choć niespecjalnie zdziwiło. Ogarnęła go refleksja: „Kim ja właściwe jestem?”.
W rozciągającej się daleko wstędze przeszłości nazywano go różnymi imionami, czasem nawet małpą, ale nie brał tego poważnie. Hanuman, to było coś innego, głębszego.

Bóg-Małpa zmarszczył zwierzęco-ludzkim gestem czerwony pysk. „A może twarz?” Gordo nie był pewien, które określenie lepiej pasowało do sytuacji. Odpowiedział podobnym gestem, czując w sobie przypływ przymilnej zwierzęcości. To przełamało lody. Hanuman gestem ręki przywołał hojnego darczyńcę, aby podszedł bliżej, wdał się z nim w konwersację. Znał dostatecznie dobrze język Gordo, aby opowiedzieć mu swoją historię i tajemnicę swojego sukces. Spotkanie, bliskość i serdeczność Boga-Małpy podziałały na Eduardo niezwykle ożywczo. Poczuł w sobie nieznaną moc, pojawiło się w nim przeczucie odległego, lecz konkretnego sukcesu.

W pokoju hotelowym Gordo rozebrał się kompletnie, do naga. Stanął przed lustrem, aby w pełni ocenić swoje podobieństwo do Hanumana, istoty wyższej, niewątpliwego wzoru męskości. Przyglądając się sobie uważnie, nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Nic nie zwróciło jego uwagi, ani wymiary ciała, ani poszczególnych członków, ich kształt, długość, szerokość, wysokość czy nawet owłosienie. Odczuwał niepokój i niedosyt obserwacji.

Recenzje książki:

Recenzja 1 (Joanna Żelazny)

Przyznam szczerze, że niejednokrotnie zdarzyło mi się zastanawiać, czy zbiór (opowiadań) powstał dzięki fantastycznej wyobraźni i inteligencji, czy może poprzez jakieś fantazyjne wspomagacze, ponieważ wiele elementów wychodziło poza wszelkie wyobrażenia! Oczywiście nie jest to żaden przytyk, raczej słowa uwielbienia skierowane w stronę człowieka, który szturmem wykracza poza granice komfortu, prowokuje, daje do myślenia i bawi jednocześnie. Chapeau bas za niezwykłą grę słów, porządną dawkę końskiego (i nie tylko) humoru oraz przekomiczne spojrzenie na wszystkie zagwozdki ludzkości, które oprócz kontrowersji, wywołują niepotrzebne spory. Pełna recenzja: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania/opinia/39982631#opinia39982631 

Recenzja 2 (Izabela Wyszomirska)  Nie pamiętam, kiedy coś takiego czytałam. To przyjemna odskocznia od tego, co na co dzień czytuję W opowiadaniach tych znajdziemy karykaturę, ironię, groteskę, komizm sytuacyjny, parodię czy absurd. Dzieją się w nich takie rzeczy, które niekiedy trudno było mi je sobie wyobrazić. Podsumowując, niniejszą lekturę uważam za udaną. To coś innego, nowego, zachęcam każdego do zmierzenia się z taką literaturą. Pełna recenzja: http://sza-terazczytam.blogspot.com/2017/05/niezwyka-decyzja-abuelo-caduco.html 

0Shares

Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe.

Leon Zguba był hurtownikiem. Umiał handlować. Pracując wytrwale przez lata zdobył fortunę i stworzył największą hurtownię wnętrz dla kobiet w Europie. Prowadził ją pod hasłami: „Poprawiamy stare wnętrza i oferujemy nowe”, „Jakość dożywotnio gwarantowana”, „Murowana satysfakcja”. Nikt nie negował niezwykłych osiągnięć Zguby. Był znany, ponieważ pomagał ludziom, prowadząc także rozległą działalność charytatywną, choć sam żył skromnie.

Jego wielkość miała dwie strony: w starszych klientkach wzbudzał wielką miłość, ale były też takie, głównie młode niewiasty, co odczuwały do niego niechęć. Było to już nowe pokolenie, nazywające siebie kobietami a nie niewiastami, wykształcone i przedsiębiorcze, bardzo zróżnicowane. Były wśród nich istoty o ciemnych kolorach włosów lecz jasnych poglądach, muskułach ćwiczonych na siłowni, jeżdżące na wrotkach i zajmujące wysokie stanowiska w biznesie, kobiety-naukowcy, adwokatki, robotnice i pracownice rolne.

Prowadzenie hurtowni wnętrz i oferowanie najlepszych usług było pasją właściciela. Miał on klarowne i zdecydowane poglądy na rzeczywistość. Stał mocno na ziemi dwiema nogami. Ogarniał wszystko i uprzedzał zdarzenia. Jego poglądy i umiejętności były tak cenne, że wydawał się wielu osobom być z żelaza. Poza hurtownią generalnie unikał ludzi, chowając się w cienistych wnętrzach budynków państwowych, kościołów i muzeów. Kochał takie wnętrza. Był samotnikiem i trzymał się z dala od ludzi.

– Jest ostatecznie najlepszym hurtownikiem wnętrz w kraju – bronili go przyjaciele, kiedy go oskarżano o brak słońca w życiu i w charakterze. – Wielkim ludziom wiele się wybacza.

Pewnego dnia Zguba wyszedł na świeże powietrze. Ujawnił się, jak to mówiono. Nie wiadomo czy przez zapomnienie czy celowo, zmieszał się z tłumem klientów, głównie młodych kobiet i towarzyszących ich mężczyzn. Było także trochę starszych osób, matek i ojców, a nawet dziadków. Wszyscy oni przybyli do jego hurtowni, aby obejrzeć towary. Skorzystał z tej okazji, wyszedł na podest, który mu zbudowano, aby był bardziej widoczny, i przemówił. W krótkich słowach wyjawił, że chce zmienić ich wnętrza, ponieważ wie najlepiej, jak ludzie powinni czuć się wewnątrz, co myśleć i jak postępować.

– Chodzi tylko o wnętrza. To co na zewnątrz jest bez znaczenia, to tylko ubranie. We wnętrzu natomiast rodzi się sedno sprawy, idea życia, miłość. Wnętrze ma wymiar boski i jest najważniejsze. I ja chcę zmienić je wam na lepsze. I nie o zmianę indywidualną tu chodzi ale o hurtową, powszechną. W skali kraju, a nawet całej Europy.

– Jak to? – pytano.

– Tak. W skali całego kontynentu, ponieważ dobre przykłady podchwytywane są przez inne narody. To, co dobre, upowszechnia się lotem jaskółki. Wierzcie mi, będziecie dużo lepsze i szczęśliwsze. Ochronię was przed wami samymi, waszym samolubstwem, wygodą, chciwością – przekonywał i zapewniał.

Kobiety tłumaczyły mu, że nie potrzebują zmiany. Podjęły dyskusję.

– My myślimy i czujemy inaczej. Chcemy być sobą, niedoskonałymi istotami, po prostu takimi, jakie jesteśmy, prostymi w naszej ludzkiej złożoności. Nie narzucaj nam swoich przekonań. Daj nam spokój – prosiły.

Hurtownik miał chyba wadę słuchu, gdyż ich nie usłyszał albo nie zrozumiał. Albo miał w sobie wizję, której one nie rozumiały.

– To wy dajcie spokój. Żyję dużo dłużej niż wy i wiem to najlepiej. Jestem człowiekiem w pełni dojrzałym. Mam swoje lata, nawet kilka razy więcej od niejednej z was. Co wy możecie wiedzieć o życiu? – zapytał. Ponadto daję wam dobre warunki. Oferuję nowoczesne wnętrza na niezwykle korzystnych zasadach.

– Ma rację. Tylko on to wie. To samotnik, który miał czas wszystko zrozumieć i przemyśleć – powiedział starszy siwy mężczyzna. Poparła go stateczna matrona w czarnej sukni. Nie tylko oni popierali Zgubę, ale masa innych ludzi myślących hurtowo tak jak on.

Spór o idealne wnętrze narastał przez kilka lat. Nie sposób było rozstrzygnąć, kto ma rację. Czas płynął. Klientela hurtowni wnętrz była coraz młodsza, jej właściciela coraz bardziej pokrywała patyna czasu.

Jesienią, kiedy liście opadły z drzew i żarły je bakterie i wirusy, zagrażające nawet ludziom, Leon Zguba zdecydował, że jest to czas, aby ostatecznie dokonać zmiany ludzkich wnętrz. Wsparli go w tym patriarchowie, poważni mężczyźni, pobożni i stateczni, utrzymujący regularną łączność z Bogiem. Mieszkali w pałacach, których nie sprzątali sami, a tylko zaszczycali swoją nobliwą obecnością, gdyż większość czasu spędzali na rozmyślaniach i modlitwach w świątyniach, większych niż cokolwiek, co stworzył człowiek.

– Tak – powiedzieli. – Leon Zguba ma rację. Wnętrze kobiety trzeba zmienić. Bo jest to wnętrze z zasady doskonałe i takie powinno zostać, nienaruszone interwencją człowieka. Znaczy się, dziewicze, a nie takie, jak to wyobrażają sobie ich właścicielki.

Kiedy wieść o decyzji i determinacji Leona Zguby rozniosła się, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jedni nazywali to cudem, inni przewrotną podłością. Na placach i ulicach miast zebrały się młode kobiety w wielkich masach, wyszły na światło dnia i posuwając się ławą, śpiewały i krzyczały.

– Daj nam spokój, Leonie Zgubo! Nie chcemy twoich doskonałych hurtowych wnętrz. Chcemy pozostawić je takimi, jakie są, ukształtowanymi w sposób indywidualny, a nie zbiorowy. Nasze wnętrza nie zawsze są idealne. Czasem ulegają deformacji z niewiadomych przyczyn i to jest bardzo bolesne. I wtedy my, wspomagane przez naszych mężów, rodziny i przyjaciół, musimy podjąć decyzję, co z tym zrobić. Nikt inny nie może tego za nas uczynić.

Wtedy stał się drugi cud, zupełnie jak w Biblii. Zguba wyszedł z hurtowni i śmiało wkroczył w sam środek zgromadzenia kobiet, aby je przekonać do swojej prawdy. Mówił z pasją, bardzo sugestywnie, oferując jeszcze lepsze warunki. To tylko rozwścieczyło kobiety. Tłum wokół niego zawrzał żalem, rozpaczą i gniewem, słychać było straszne krzyki.

Po chwili nastąpiła głucha eksplozja i zapadła cisza. Stało się to w jednej chwili. Policja, która pojawiła się na miejscu prawie natychmiast, zastała na ziemi tylko kształt przypominający manekina. Obrysowano go białą kredą i przeprowadzono śledztwo. Szczątki sfotografowano i sporządzono ich dokładną ewidencję. Znalazły się wśród nich fragmenty ubrania, kępka siwych włosów, metalowe guziki i maska przypominająca ludzką twarz z ohydnie wykrzywionymi ustami. W miejscu, gdzie zwykle jest serce, znaleziono trochę zapiekłego czarnego osadu.

– To prawdopodobnie jest Golem, sztuczna istota stworzona z gliny i przypominająca człowieka, ale pozbawionego duszy – sugerował mężczyzna z bokobrodami, który w towarzystwie dwóch kobiet stał na boku i przyglądał się pracy policji.

Policjant prowadzący śledztwo obrócił się w jego kierunku.

– Bardziej mi to wygląda na humanoidalnego robota, automatycznie wykonującego ustalone zadania. Po niemiecku nazywa się to Maschinenmensch. Prawdopodobnie eksplodował z nadmiaru energii.

Wszyscy się dziwili, jak łatwo wielki hurtownik uległ unicestwieniu. Przedstawiano różne oceny zdarzenia. Bardzo radykalna była ocena organizatorki demonstracji kobiet, Aldony Zygadło. Przybyła na miejsce kilka minut później. Mówiła wyraźnie patrząc prosto w ekran kamery telewizyjnej.

– Leona Zgubę rozerwała niezwykła gorliwość uszczęśliwiania kobiet na siłę. Sam sobie zafundował taki los kierując się obłędnym przekonaniem, że to wie najlepiej, czego Bóg oczekuje od kobiety.

Zwolennicy Leona Zguby, hurtownika wnętrz, postawili mu na centralnym placu miasta masywny pomnik ze spiżu, aby stał tam dając dowód niezłomności i wiary w nieskazitelne ludzkie wnętrze. Potem zbudowano drugi i trzeci pomnik poświęcony jego pamięci. W sumie powstało ich co najmniej kilkanaście.

Następnego roku, w rocznicę tragicznego zdarzenia, w centrum miasta zgromadziła się wielka manifestacja. Czekano na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Zawiał wiatr, nie był to nawet mocny powiew, i na oczach osób stojących na placu pomnik od ognia zwykłej świeczki zapalił się jak wiązka wysuszonej trawy i spłonął w ciągu kilku minut.

– To niemożliwe – mówili świadkowie, przecierając oczy ze zdumienia.

Najgorsze miało nadejść. W ciągu kilku tygodni spłonęły wszystkie pozostałe pomniki Wielkiego Leona Zguby, jak go nazywano od dnia dziwnego zniknięcia.

Mimo intensywnych dochodzeń, policji nie udało się wyjaśnić, jak to się stało, że wszystkie pomniki wystawione na cześć wielkiego hurtownika wnętrz, okazały się również wykonane z dykty. Podejrzewano, że maczały w tym palce kobiety uczestniczące w manifestacji przed hurtownią, nie było na to jednak żadnych dowodów.

Michael Tequila
Gdańsk, 29 października 2020

0Shares

Stadny instynkt. Opowiadanie.

Siedzieli na ławce na dziedzińcu więzienia-szpitala psychiatrycznego w miejscowości Raena leżącej na granicy pustyni. Byli spokojni. Dawano im chyba brom, staromodny, ale sprawdzony i skuteczny środek. Władze więzienia nie chciały, aby męczył ich nadmiar energii. Aby się pobudzić, więźniowie jedli w ciągu dnia drobinki mielonej kawy pozostałej na dnie kubków. Było to powolne i mało skuteczne, ale i tak nie mieli niczego innego do roboty, oprócz spania, czytania i dyskusji. Niektórzy z nich szlifowali język. Nie wszyscy oczywiście, tylko ci uważający się za bardziej rozumnych, którym pozostały w głowie resztki dobrych nawyków z okresu nauki szkolnej.

Czy więzienie-szpital psychiatryczny było położone przy pustyni Atakama, jak im mówiono, tego nie wiedzieli. Nie miało to zresztą znaczenia. Było to więzienie psychiatryczne dla morderców z symptomami zbrodniczej osobliwości. W każdym z nich miała odmienną formę. Kiedy Zafra spytał o położenie więzienia kapitana Karmę, psychiatrę pełniącego rolę strażnika i opiekuna, odpowiedział mu wzruszeniem ramion.

Było zbyt gorąco, aby się ruszali. Taki upał zabiłby nawet lisa pustynnego odpornego na wysokie temperatury. Ale on był inny niż człowiek: uzupełniał płyny z ciała upolowanych zwierząt, był niewielkich rozmiarów, miał puszyste futro, spowolnioną przemianę materii, wysokie pH moczu oraz duże uszy, przez które zrzucał nadmiar ciepła. Dowiedzieli się tego od współwięźnia Alfa, biologa, stanowiącego dla więźniów  rodzaj encyklopedii przyrody. Sam był niezwykłym okazem; podobnie jak oni miał sumienie skażone okropnym morderstwem .

Oprócz Alfa, psychoterapeutów w roli strażników i opiekunów, więźniowie mieli jeszcze dostęp do kapelana  o nazwisku Runo, odwiedzającego skazanych przynajmniej raz w tygodniu. Miał pogodne usposobienie i nie był ułomkiem. Czasem ćwiczył z więźniami na siłowni.

– Po co osobie duchownej siła fizyczna? – zapytano go kiedyś.

– To na wypadek, gdyby ktoś usiłował mnie przekonać, że nie mam racji wierząc w Boga i miłość w takim miejscu jak więzienie na pustyni. W takim miejscu jak Raena nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo go tu nie ma. Upał by go zabił.

Było ich dziesięciu. Już od godziny tkwili nie ruszając się z miejsca na ławce pod drzewem w piekielnym upale i rozmawiali. Obok Zafry siedzieli, po lewej stronie Lago, a po prawej Rusy. Był to już okres, kiedy klimat się wyostrzył; w tamtym rejonie był jeszcze bardziej suchy i gorący.

– Fenomenalnie wściekły – mawiali.

Nie nudzili się. Właściwie to słuchali wyłącznie Dzieciątka Rebelde, który ze swadą opowiadał im swoje niesamowite przeżycia. Rebelde był ich bohaterem numer jeden, bo popełnił największą ilość zbrodni, wszystkie elegancko udokumentowane, i cierpiał na te same zaburzenia, co oni. Nikt z nich nie miał tak bogatej przeszłości.

Historię zbrodniczej osobliwości tłumaczyli im na indywidualnych spotkaniach strażnicy-psychoterapeuci, ich bezpośredni opiekunowie. Twierdzili, że zasadniczo chodziło o proporcje tego, co określa się jako zło i dobro, normalność i nienormalność. Strażników było wielu bo człowiek nie jest w stanie wytrzymać takiego obciążenia psychicznego, z jakim mieli do czynienia. Wszyscy mieli kwalifikacje policyjne i psychoterapeutyczne, niektórzy w cywilu byli psychologami i psychiatrami.

Strażnik – psychoterapeuta regularnie odbywający rozmowy z Zafrą był w stopniu kapitana. W pustynnym uniformie wyglądał doskonale, każdemu by zaimponował. Na pamiątkę Zafra zwędził mu przywieszkę identyfikacyjną: Kapitan Jan Józef Karma, strażnik-psychoterapeuta.

Na czwartkowej sesji indywidulanej powiedział Zafrze, kiedy ten już się rozkręcił:

– Człowieku, każdy z nas strażników-psychoterapeutów by tu zwariował, gdyby nie było nas wielu i nie wymienialibyśmy się regularnie w pracy.

Mówił do Zafry “Człowieku”, bo zgodził się na to w trakcie wcześniejszych sesji terapeutycznych. Obowiązywały tu zasady, że formy zwracania się do więźniów-pacjentów były ustalane już początku ich pobytu i dla porządku nagrywane. Każdy wywiad, rozmowa, kontakt słowny był rejestrowany, aby potem nie było wątpliwości, co kto powiedział.

– Trzy razy w tygodniu pańscy adwokaci kierowaliby do sądu sprawę przeciwko mnie lub któremuś z moich kolegów o nadużywanie władzy lub inne naruszenie regulaminu więzienia psychiatrycznego gdyby nie te nagrania – powiedział kapitan Karma, strażnik-psychoterapeuta. Wyglądał, jakby był dumny z tego regulaminu.

Strażników były dwie kategorie: strażnik-psychoterapeuta oraz psychoterapeuta-strażnik. Zafra na początku nie za bardzo orientował się w zawiłościach słownych, ale szybko aktualizował wiedzę, zwłaszcza od czasu, kiedy w więzieniu wprowadzono metodę przyśpieszonego uczenia się i komunikacji.

Sprawę strażników objaśnił mu kapitan Karma w prosty sposób.

– Tytuł zawodowy zależy od proporcji. Ja jestem strażnikiem-psychiatrą, bo mam więcej obowiązków strażnika, tych związanych z administracją więzienną niż z psychiatrią. Mój przyjaciel jest psychiatrą-strażnikiem, bo ponosi więcej odpowiedzialności za wasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Obowiązki jednego i drugiego strażnika nie są łatwe, proszę mi wierzyć.

Zafra wierzył mu, bo kapitan był przyzwoitym człowiekiem. Rozmawiał z nim szczerze, odpowiadał na jego pytania, nie okazywał mu pogardy. Nie przyszło to łatwo ani jednemu, ani drugiemu, bo obydwaj byli nieufni w stosunku do innych. Zafra podejrzewał, nawet w stosunku do siebie samych. Jego myślenie miało ręce i nogi, bo był już po drugim przesileniu, co znaczyło, że dwa razy usiłował popełnić samobójstwo. Wyjście z dwóch prób samounicestwienia się było dowodem, że jakoś sobie radzi, a może nawet wraca do normalności. Był to dowód niezbyt mocny, bo podejrzewano go także o symulowanie, ale jednak. Pozytywne myślenie mu pomagało.

Wracając do zbrodniczej osobliwości, kapitan Karma wytłumaczył Zafrze, że każdy z więźniów-pacjentów ma na sumieniu zarówno prawdziwe jak i urojone zbrodnie.

– Inaczej nie można sobie tego wytłumaczyć – wyjaśnił.

Kiedy kapitan milczał, słuchając Zafrę lub patrząc w nieokreślonym kierunku, jego usta poruszały się jakby nadal mówiły. Był to dziwny spektakl, jakby zakłopotania, że on, ceniony strażnik-psychoterapeuta, nie umie znaleźć wytłumaczenia zachowań ludzi, jakimi się osobiście zajmował.

– W niektórych przypadkach nie sposób jest ustalić, kto popełnił zabójstwo, bo jest kilku podejrzanych i każdy z nich składa podobne zeznanie. To zupełnie nowe zjawisko. Na podstawie ich zeznań, zeznań osób trzecich, świadków przestępstwa, analizy śladów i innych dowodów, policja ustala szczegóły i okoliczności popełnienia przestępstwa. Kiedy porównuje się te informacje z zeznaniami innych podejrzanych, okazuje się, że są one prawie takie same. Wygląda to tak, jakby każdy z nich był sprawcą zabójstwa. Najbardziej kłopotliwe dla nas psychiatrów jest to, że nie wiemy, jak to się dzieje, że wszyscy oni posiadają tę samą wiedzę o morderstwie i ofierze. Nie wiemy, czy w grę wchodzi telepatia, zdalna teletransmisja danych czy też jakiś inny sposób wymiany wiedzy miedzy rzeczywistym a domniemanym mordercą. W jednym przypadku aż trzy osoby przyznały się do tego samego czynu. Prokuratura niebyła w stanie ustalić, który z podejrzanych jest prawdziwym mordercą, a który nie, który mówi prawdę, a który łże jak rudy pies.

Po tych słowach kapitan Karma przerwał, popatrzył na Zafrę jakoś smętnie i powiedział:

– Nie powinienem użyć określenia „rudy pies” w negatywnym sensie, bo jest to źle odbierane przez więźniów, szczególnie tych lubiących zwierzęta.

– Ponieważ sugeruje to zwierzęcość ludzkiej natury, nieprawdaż? – wymądrzył się Zafra, stojąc na gruncie odkryć naukowych. – Jesteśmy zwierzętami z ludzkimi odruchami, takimi jak na przykład dręczenie ofiary. Bo żadne zwierzę tego nie robi.

– No właśnie – powiedział kapitan z półprzymkniętymi oczami, jakby zasypiał. Była to maska. Zafra był pewny, że strażnik był świadomy, co robi i mówi, ponieważ dyskretnie poprawił kaburę rewolweru jakby przygotowując się do odparcia ataku.

– Byłem w kajdankach przymocowanych do metalowej poręczy przed biurkiem, ale raz się zdarzyło, że więzień wyswobodził się i zdrowo poharatał strażnika mimo, że ten zdążył jeszcze włączyć alarm. Mnie kapitan nie powinien się obawiać – tłumaczył swoim kompanom z celi. – Jestem spokojnym człowiekiem i rozumiem go aż nadto dobrze, bo sam kiedyś wykonywałem ten zawód. To znaczy nie strażnika-psychoterapeuty ale po prostu psychiatry.

To, że był psychiatrą, było faktem. Z dumą przyznawał się do tego, pokazując swój dyplom wszystkim, którzy mieli a nawet nie mieli wątpliwości.

– Dyplom należał mi się, ponieważ ukończyłem pięć lat studiów na wydziale psychiatrii Uniwersytetu Leonardo Da Vinci. Nie mogłem tego udowodnić, gdyż moja dokumentacja uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Był to wielki pożar. Na dodatek spłonął również serwer, na którym przechowywano elektroniczne zapisy dokumentów.

– To jak to wykombinowałeś z tym dyplomem? – zapytał Zupak Psycho, młodszy więzień.

Zafra odmówił wyjaśnień. Poczuł się urażony nieufnością współwięźnia.

Zupak Psycho miał dziwną ksywę i domagał się, aby go tylko tak nazywać. Więźniowie przestrzegali tej zasady, ponieważ był silny i nieobliczalny. Większość czasu spędzał w karcerze. Wśród więźniów panowała wówczas zasada „Strzeż się innych wariatów, bo mogą być gorsi od ciebie”.

– Jeśli znałeś ludzi tak dobrze jak siebie samego, to wiedziałeś, że nie jest to czcze gadanie. Strażnicy-psychiatrzy zwracali się do nas przez pan, a zbiorowo przez panowie. Dziwiłem się, że mieli do nas tyle szacunku, bo my często gardziliśmy sobą jak wściekłe psy, albo i gorzej – wyjaśnił Zafra. Na chwilę wstał z ławki, na której siedzieli, aby wyprostować nogi.

Kapitan Karma wyjaśnił Zafrze, że dziwne zdolności morderców zaobserwowano dopiero po drugiej fali epidemii grypy typu Alfa. Można się było przeciwko niej zaszczepić. W użyciu była wówczas szczepionka skuteczna na kilka odmian grypy, nie tylko Alfa. Po trzech latach okazało się, że szczepionka zmieniała psychikę osób, które używały równocześnie leki zawierające składniki modyfikowane genetycznie.

– W ludziach ujawniły się instynkty stadne polowania i zabijania z odległej przeszłości, kiedy komunikowali się bez słów. Taka jest hipoteza. Tak to tłumaczą naukowcy.

Kiedy Karma przerwał swój wykład, Zafra nic nie odpowiedział. Siedział i czekał na ciąg dalszy. Chciał wszystko powtórzyć innym więźniom.

– Przypadło wam żyć w czasach, kiedy szczepionki przeciw grypie i leki modyfikowane genetycznie wywołują zmiany w sieciach neuronowych mózgu i sposobach komunikacji między ludźmi o podobnej osobowości. Będąc mordercami, jesteście panowie także ofiarami – podsumował  Karma. Był idolem Zafry. Więzień zazdrościł mu pozycji zawodowej, tytułu naukowego oraz możliwości pomocy ludziom o niezwykłej przeszłości, bogatej wyobraźni i ostrej jak brzytwa pamięci do szczegółów.

Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19 października 2020

0Shares

Walec drogowy. Opowiadanie.

Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy budowy dróg i mostów Technobud, nie trafił na parking maszyn budowlanych przypadkiem. Zachodził tam regularnie, ilekroć znalazł się w pobliżu. Lubił to miejsce, odosobnione, w pobliżu lasu. Najbardziej oczywiście lubił maszyny, był ich pasjonatem.

Z daleka zauważył drobną postać, stojącą przy walcu drogowym „Niezwyciężony”. Odwrócona była tyłem do bramy. Pomyślał, że to któryś z robotników skrócił sobie drogę na teren budowy znajdujący się tuż za lasem, aby przy okazji popatrzeć na imponujące cuda techniki budowlanej.

Była to młoda kobieta, ubrana w strój roboczy okryty kamizelką ostrzegawczą w kolorze żółtym, podobną do używanych przez pracowników firmy. Kiedy się odwróciła, przypomniała mu siostrzenicę: szczupła sylwetka, miła buzia, łagodnie uśmiechnięte, melancholijnie ciemne oczy. Godzina była wczesna i chłód dawał się jeszcze we znaki. Lubił tę porę dnia i taką pogodę.

Przedstawił się.

– Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy Technobud.

Nie czekając na odpowiedź, zapytał:

– Co pani tu robi? Młoda, ładna kobieta w stroju robociarza w miejscu gdzie panuje hałas, brud i kurz?

– Nazywam się Agnieszka Zena i jestem specjalistką do spraw relacji międzyludzkich. Pracuję w tej samej firmie, co pan. Zatrudniono mnie, że tak powiem, aby łagodzić obyczaje.

Dyrektor był przekonany, że kobieta żartuje. Pomyślał, że została zatrudniona przez dział personalny na polecenie dyrekcji, nie powiadamiając go o tym. Jeszcze raz przyjrzał się nieznajomej: kurtka robocza, kamizelka w żółte pasy, drelichowe spodnie, buty, które można by nazwać buciorami, roboczy hełm na głowie. Męski, roboczy strój nie tylko nie raził, ale nadawał jej jeszcze uroku, podkreślając delikatne rysy twarzy i drobną sylwetkę. Pasował na zasadzie kontrastu. Kiedy szedł w jej kierunku, przyglądała się z uwagą walcowi drogowemu. Wśród maszyn stojących na placu był to prawdziwy olbrzym, wyglądający jakby służył w filmie do rozjeżdżania transporterów opancerzonych.

Preminger doskonale znał tę maszynę. Używano ją do utwardzania dużych powierzchni podlegających znacznym obciążeniom. Z boku maszyny widniała marka „Sanetra” oraz nazwa „Invincible”, „Niezwyciężony”. Nieco niżej umieszczone były numer inwentaryzacyjny i tabliczka znamionowa. Oglądał maszynę zawsze z przyjemnością i tak często, że mógł ją opisać w szczegółach z pamięci. Stała teraz ustawiona bokiem do krawędzi placu parkingowego czekając na wyjazd na miejsce budowy. 

– Co pani tu robi? Nie ma tutaj nikogo, z kim można by rozmawiać o relacjach międzyludzkich!

– Wpadłam tu przekonana, że znajdę kogoś, aby porozmawiać. Zajmuję się usprawnieniami komunikacji i współpracy między pracownikami, dbam o to, aby ludzie byli bardziej zadowoleni i szczęśliwsi. Ponieważ nikogo nie zastałam, przyglądałam się walcowi drogowemu „Invincible”. Wspaniała maszyna.

Po krótkiej rozmowie okazało się, że łączy ich zainteresowanie maszynami budowlanymi.

– Mój ojciec prowadził firmę wynajmu takich maszyn. To on mnie zaraził miłością do tych kolosów. Pokazywał mi je, opowiadał, a nawet woził po placu parkingowym walcem podobnym do „Niezwyciężonego”, tylko trochę mniejszym. Sprawiało mi to wielką frajdę.

Kobieta zdawała się wiedzieć wszystko o walcach, wierzyła w ich niezwykłe możliwości. Jej wiedza zaimponowała dyrektorowi. Po kilku minutach popatrzył na zegarek i z żalem wyznał:

– Muszę panią przeprosić, ale się śpieszę. Z przyjemnością kontynuowałbym rozmowę. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

Nie myślał o tym poważnie. To było zupełnie przypadkowe spotkanie. Agnieszka też wiedziała, że to niemożliwe. Za kilka tygodni kończyła pracę w firmie i wyjeżdżała na drugi koniec kraju, aby rozpocząć studia na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej. Ich przedmiotem była sztuczna inteligencja i jej zastosowania w maszynach i urządzeniach technicznych. 

Nauka szła jej dobrze. Po ojcu odziedziczyła miłość do maszyn i maszynerii. To ją motywowało. Była właściwie samoukiem łatwo wchłaniającym wiedzę. Aktywnie uczestniczyła w obowiązkowych zajęciach, przede wszystkim w ćwiczeniach laboratoryjnych, rzadko chodziła jednak na wykłady.

– Ty się w chyba w ogóle nie musisz uczyć? Wiedza sama pcha ci się do głowy. Nie to co ja – skarżyła się przyjaciółka.

Przez okres studiów mieszkały razem w jednym pokoju w akademiku. Nawet się nie spostrzegły, kiedy minęły cztery lata. Po studiach Agnieszka została na uczelni. Zaproponowano jej pracę naukową. Pięć lat później była już doktorem nauk technicznych, zdecydowana kontynuować karierę naukową.

– Jesteś taka młoda, Agnieszko, że kiedy zostaniesz profesorką, nikt w to nie uwierzy. Będziesz musiała pokazywać postanowienie prezydenta w sprawie nadania tytułu profesora – żartował promotor na seminarium doktorskim.

Jadąc pociągiem do rodzinnego domu Agnieszka wróciła wspomnieniami do ojca. Pamiętała początki jego biznesu, kiedy kupił pierwszy, używany walec drogowy, założył firmę i zaczął go wynajmować. Z czasem przybywało maszyn. Nadawał im ciepłe, kobiece imiona, a swoim dzieciom opowiadał niesamowite historie. Wierzyły mu. Czasem zabierał ją na plac parkingowy, sadzał w kabinie walca drogowego i wiózł sto metrów do końca placu i z powrotem. Opowiadał wiele historii prawdziwych, niektóre zmyślał. Dobrze pamiętała jedną z nich.

– Ta maszyna to najlepszy walec drogowy. Może wyrównać wszystko. Jest tak precyzyjna, że rozprostuje tonę zmiętego papieru i to tak dokładnie, że stanie się on idealnie płaski. Wymaga to tylko umiejętności kierowania maszyną.

Córka testowała go:

– Ziemia nie jest płaska. Czy rozwalcowałbyś na płasko wszystkie nierówności, pagórki i wzniesienia, gdyby ktoś cię poprosił?

– Zgadza się. Uparłbym się, pracowałbym nieprzerwanie dwa a nawet trzy tygodnie, dopóki nie wyrównałbym wszystkiego aż po horyzont.

Kiedy Agnieszka podjęła studia, Zena myślał, że w przyszłości poprowadzi jego biznes. Chciał, aby przejęła jego dorobek i rozwinęła firmę w coś naprawdę wielkiego. Miał marzenia. Ją interesowała jednak sztuczna inteligencja i jej zastosowania. Także w maszynach drogowych. To łączyło ich światy wspomnień, marzeń i przyszłości.

Z dyplomem doktorskim w kieszeni, Agnieszka odwiedziła rodziców. Musiała się pochwalić. Przyjechała w środę wieczorem. Następnego dnia rano wyszła na spacer w znane jej okolice. Wróciła dopiero po południu, kiedy popsuła się pogoda. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Czuła się nieswojo, bolała ją głowa, nie miała chęci rozmawiać nawet z rodzicami.

– Może dam ci coś na ból głowy? – zaproponowała matka.

Agnieszka przyjęła tabletki przeciwbólowe i o nieprzyzwoicie wczesnej porze położyła się spać.

Tego samego dnia, był to czwartek, zaginął dyrektor Otto Preminger. Po prostu zniknął bez śladu, jakby nigdy nie było go na świecie. Kiedy nie wrócił z pracy i nie można było do niego się dodzwonić, jego żona, Józefa Preminger obdzwoniła znajomych i wszystkie miejsca, gdzie bywał, pytając, czy nie ma go tam przypadkiem. Potem zadzwoniła do dwóch najbliższych szpitali i na policję, aby dowiedzieć się czy nie zdarzył się jakiś wypadek drogowy z udziałem starszego mężczyzny. Zadzwoniła do jego firmy, ale było już za późno. Odpowiedział strażnik, wyjaśniając niezbyt uprzejmie, że on jest tylko od pilnowania. Potem zadzwoniła jeszcze raz na policję, aby zgłosić zaginięcie męża, nic jednak nie załatwiła.

– Przyjmujemy takie zgłoszenia dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin. Najczęściej ludzie odnajdują się w ciągu tego czasu. Rozumiemy pani sytuację, ale bardzo prosimy o cierpliwość. Dopiero jak osoba zaginiona nie znajdzie się w ciągu dwudziestu czterech godzin, możemy przyjąć zgłoszenie.

Sprawa tajemniczego zniknięcia Otto Premingera nabrała rozgłosu dwa dni później, kiedy policja podjęła śledztwo. O wydarzeniu pisała lokalna prasa i bębniono w telewizji. Pojawiły się podejrzenia i plotki, gdyż był to okres, kiedy w północnej części kraju grasował mężczyzna mordujący samotne osoby. To, że jego ofiarami były kobiety, jakoś nikogo nie powstrzymywało od spekulacji.

Policja zbadała okoliczności związane z zaginięciem dyrektora Premingera, szczegół po szczególe, począwszy od momentu, kiedy wyjechał rano do pracy. Odtworzono bieg zdarzeń. Ostatnia widziała dyrektora jego sekretarka, Julia. Było to w biurze, w budynku dyrekcyjnym.

– Pojechał stąd na budowę. Nie wiem dokładnie na którą, bo mamy trzy place budów – poinformowała sekretarka. – Powiedział mi tylko, że jedzie na budowę. Było to około godziny dziewiątej dwadzieścia. Dyrektor najczęściej odwiedzał za jednym zamachem wszystkie trzy budowy. Czasem jeździł lub chodził, bo to niedaleko stąd, na plac parkingowy maszyn budowlanych. Robił tam ich przegląd lub rozmawiał z operatorem, który wyjeżdżał maszyną do pracy lub właśnie wrócił z roboty. Może pan dyrektor zajechał gdzieś po drodze? Czasem miał różne sprawy do załatwienia.

Wkrótce okazało się, że samochód dyrektora Premingera stał zaparkowany pod drzewami z tyłu budynku dyrekcji. Konkluzja policjanta prowadzącego śledztwo była prosta.

– Coś się z nim stało tutaj, ale nie wiemy co i gdzie. Mógł też wyjść z biura i udać się gdzieś pieszo, na przykład na przystanek autobusowy, albo ktoś go zabrał stąd swoim samochodem.

Policjant zmienił zdanie, kiedy okazało się, że stojący z tyłu budynku pojazd to samochód służbowy dyrektora, który przywieziono z warsztatu po przeglądzie technicznym. Żona dyrektora potwierdziła, że krytycznego dnia mąż pojechał do pracy samochodem prywatnym.

Inspekcja trzech miejsc budowy nic nie przyniosła. Dyrektor Preminger w ogóle nie pojawił się tego dnia w żadnym z nich. Nikt z pracowników go nie widział. Nie kontaktował się też z nikim telefonicznie od czasu rozmowy z sekretarką Julią w budynku dyrekcji, co miało miejsce około godziny dziesiątej piętnaście. Później nie był już osiągalny telefonicznie, bo jego komórka nie odpowiadał. Kiedy ktoś dzwonił do jego biura, sekretarka informowała, że przekaże dyrektorowi wiadomość jak tylko zjawi się on w firmie.

W dalszej kolejności policja przeprowadziła inspekcję placu parkowania maszyn drogowych. Detektyw Marian Cichy sporządził szkic terenu i zrobił notatki. Miejsce było raczej odludne; z trzech stron las i wjazd z mało uczęszczanej ulicy. Każdy mógł wejść na parking, jeśli tylko chciał. Brama była wprawdzie zamknięta i na skoblu wisiała kłódka, ale nie zamknięto jej na klucz. Policja klucza nie znalazła. Na placu odkryto prywatny samochód dyrektora. Stał spokojnie na uboczu. Poza tym nic nie wskazywało, że dyrektor Preminger był tam krytycznego dnia. Nie było żadnych innych śladów. Nie było też kamery przemysłowej zainstalowanej na maszcie przy wejściu na plac. Kamera zniknęła. To sugerowało, że ktoś mógł usiłować coś ukryć.

W ciągu następnych dwóch dni policja prowadziła wywiady z osobami przechodzącymi lub przejeżdżającymi samochodem, motocyklem lub rowerem ulicą, skąd odchodziła droga dojazdowa na parking. Jedynym znaczącym świadkiem był mężczyzna uprawiający jogging. Krytycznego dnia około południa widział kobietę w pobliżu placu maszyn budowlanych. Przepytywany przez detektywa usiłował przypomnieć sobie wszystko, co mogło mieć znaczenie. Było tego niewiele.

– Kobieta wyglądała zwyczajnie. Niczym się nie wyróżniała; średniego wzrostu, szczupła, młoda. Była ubrana w jakąś lekką kurtkę i chyba spódnicę. Co miała na nogach, nie widziałem. Tylko tyle pamiętam.

Policja dała ogłoszenia w prasie i w lokalnej telewizji. Pokazano zdjęcia dyrektora Premingera. Przeprowadzono też wywiady z rodziną, sąsiadami, pracownikami firmy i znajomymi. Mimo starań śledztwo nie posunęło się naprzód.

– Człowiek przepadł jak kamień w wodzie – detektyw odpowiadał lakonicznie. Był zły, kiedy pytano go o postępy. – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

Nie usprawiedliwiało to policji. Dziennikarze oczekiwali konkretów.

Nagłe zaginięcie dyrektora znanej firmy budowlanej na obrzeżu dużego miasta nie dawała nikomu spokoju. Przypominały o tym media i komentowali zwykli obywatele.

– Ni z tego, ni z owego, w biały dzień w mieście znika bez śladu człowiek. Tak jakby wyparował. Dorosły mężczyzna to nie piesek, który komuś tak się podoba, że zabiera go do torby, wkłada do samochodu i wywozi w nieznane – z oburzeniem żaliła sie sąsiadka Premingerów. Dobrze znała dyrektora, dlatego chętnie udzielała wywiadów.

Łukasz Nikanor od pięciu miesięcy pracował w charakterze wolontariusza. Sam już niemłody, zgłosił się do pomocy osobom starszym. Do pani Preminger trafił, ponieważ potrzebowała pomocy przy domu. Znał jej sytuację z telewizji i gazet, bo sprawa była głośna.

Przyjechał z samego rana, tak jak go umówiono. Pani Preminger zaprosiła go do salonu i zaproponowała coś do picia. Wahał się.

– Napijmy się czegoś. Może kawy lub herbaty. Łatwiej będzie rozmawiać. Tak czy inaczej ja o tej porze robię sobie herbatę lub kawę.

Oboje wybrali kawę.

Ściany salonu zawieszone były zdjęciami, obrazami, na półkach stały miniaturowe figurki maszyn budowlanych. Pani Preminger opowiedziała Nikanorowi historię zaginięcia męża. Mimo upływu kilku tygodni, wciąż była przygnębiona.

– Nie znaleziono żadnych śladów. Nie mogę pogodzić się z tym. Nic. Kompletna tajemnica. – W głosie kobiety dawało się wyczuć rozgoryczenie.

Łukasz Nikanor zainteresował się jej relacją. Nie śpieszyli się. Poprosił gospodynię, aby opowiedziała mu więcej. Chętnie zgodziła się, mówienie przynosiło jej ulgę. Gość zadawał pytania. Dużo już wiedział z mediów. W rozmowie najbardziej zapadło mu w pamięć to, że Otto Preminger był nie tylko miłośnikiem maszyn budowlanych, ale wręcz ich pasjonatem, a parking, gdzie one stały, był ulubionym miejscem jego odwiedzin.

– Ta pasja cię zgubi. – Gospodyni przeżywała słowa, jakby rozmawiała z mężem.

– Mówiłam mu to wiele razy ale do niego to nie docierało. Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia. Nie miał wrogów. Ja przynajmniej nie przypominam sobie nikogo takiego. Wiem, że miały miejsce jakieś nieprozumienia w pracy, kiedy zbeształ pracownika, ale to rzadko się zdarzało. Policja zresztą wyjaśniła to wszystko. Dla mnie najgorsze było jego zacietrzewienie, jeśli chodzi o maszyny budowalne, kiedy o nich dyskutował. Miałam wrażenie, że ta jego pasja go ogłupia jakby był dzieckiem.

Józefę Preminger zmęczyły wspomnienia i mówienie. Łukasz skorzystał z okazji.

– Czy moglibyśmy odwiedzić to miejsce?

Gospodyni odpowiedziała na pytanie niemym spojrzeniem.

– Mam na myśli ten parking, gdzie pani mąż lubił oglądać swoje maszyny.

Pani Preminger po raz pierwszy od złożenia zeznań wyraziła gotowość obejrzenia miejsca źle jej się kojarzącego. Pojechali razem samochodem Łukasza Nikanora. Po drodze zajechali do dyrekcji Technobudu, aby wypożyczyć klucz do bramy. Pani Preminger dzwoniła wcześniej w tej sprawie. Sekretarce wytłumaczyła, że coś sobie przypomniała, co mogło mieć znaczenie dla policji. Kiedy sekretarka zapytała, o co dokładnie chodzi i czy potrzebuje pomocy, aby tam dojechać, zbyła ją.

– To tylko intuicja, wspomnienie. Co do pomocy, to pomaga mi pan przysłany przez Ośrodek Pomocy Społecznej.

Klucz okazał się niepotrzebny, wymagany był kod dostępu do bramy wejściowej. Po krótkiej konsultacji z kimś w dziale administracji sekretarka podała kod dostępu.

– Zmienimy go, jak tylko pani opuści parking. Takie mamy zasady. Proszę mnie tylko powiadomić, kiedy już wyjedziecie stamtąd.

Wjazd na parking ciężkich maszyn zmienił się nie do poznania. Po uzyskaniu protokołu policji, w którym ujawniono słabości organizacji i funkcjonowaniu parkingu oraz kradzież kamery przemysłowej, Technobud zainstalował nową rozsuwaną bramę.

Kiedy podeszli do rzędu maszyn, pani Preminger zatrzymała się przed walcem z rzucającym się w oczy napisem „Invincible”.

– Ten napis znaczy „Niezwyciężony”. To była jego najukochańsza maszyna. Powiedziano mi w dyrekcji, że od czasu zaginięcia męża nie była używana. Podobno nie było takiej potrzeby. Mnie się wydaje, że to ze względu na pamięć mego męża.

Łukasz Nikanor oglądał maszyny z wielkim zainteresowaniem. Wyobraził sobie szalone upodobanie dyrektora do wielkiego walca drogowego. Intensywność jego zainteresowania wydała mu się dziwaczna. Na wielkim kole przednim „Niezwyciężonego” zauważył skrawek materiału żółtego koloru. Był to drobny fragment plastiku lub płótna, prawie niezauważalny.

– Jak był ubrany pani mąż? Mam na myśli jego ubranie robocze.

– Chodził ubrany jak robotnik, w drelichu. Nie chciał się wyróżniać. Na wierzchu, bez względu na pogodę, latem i zimą, podobnie jak inni pracownicy nosił kamizelkę ostrzegawczą koloru żółtego, tak jak inni pracownicy na budowie. Dzięki temu lepiej jest ich widać.

Iwan Iwanowicz pokazał pani Preminger kawałek żółtej materii.

– To może nic nie oznaczać, ale warto spróbować. To może być jakiś ślad. Zabierzemy to i przekażemy policji. Nie wolno tylko dotykać tego rękami. Zrobię to ostrożnie. Czy może pani poczekać tutaj na mnie? Podjadę samochodem do najbliższego supermarketu, aby kupić plastikową torebkę. W pobliżu widziałem jakiś ośrodek handlowy. Chyba wiem, jak dojechać.

– Pojadę z panem, pokażę panu drogę. Nie chcę pozostawać tutaj ze swoimi wspomnieniami.

W sklepie były tylko duże opakowania torebek plastikowych.

– Nie kupię całego opakowania. Po co marnować taką ilość? Wezmę po prostu plastikową torebkę do pakowania warzyw i owoców. Nawet dwie na wszelki wypadek. To nie jest kradzież – usprawiedliwiał się niepotrzebnie.

Po powrocie na plac parkingowy Nikanor wyjął z plecaka, służącego za podręczną torbę, scyzoryk i końcem ostrza zebrał do torebki plastikowej fragment żółtego materiału z powierzchni walca. Razem z panią Preminger zawiózł próbkę na posterunek policji. Dyżurnej policjantce wytłumaczyli, o co chodzi. Zadzwoniła do detektywa Cichego, który polecił przyjąć materiał.

– Zaraz przyjadę do was, sam go opiszę i oddam do badania laboratoryjnego. Proszę tylko zanotować numery telefonów pani Preminger i tego mężczyzny, który zebrał próbkę.

Policjantce nie podobał się sposób pobrania materiału.

– Lepiej byłoby, aby zrobił to fachowiec. Próbki pobiera się w sterylnych rękawiczkach do sterylnego pojemnika – mruknęła niechętnie pod nosem, dostatecznie głośno, aby ją słyszano.

Pani Preminger poruszyła się niecierpliwie i podniosła głowę.

– Mogliście to sami zrobić, ale na to nie wpadliście.

Detektyw zadzwonił do Józefy Preminger po dziesięciu dniach.

– Mamy potwierdzenie, że materiał pobrany z walca zawiera mikroślady DNA pani męża. Przepraszam, że ustalenie tego zajęło tak dużo czasu. Wznawiamy śledztwo.

Policja jeszcze raz przeszukała plac parkingowy, walec drogowy „Niezwyciężony” oraz teren wokół niego. Tym razem zrobiono to z całą drobiazgowością, dokumentując wszystko, co na to zasługiwało. Szczególnie gruntownie sprawdzono maszynę i wnętrze kabiny. Wewnątrz znaleziono dwa włosy, fragment niedopałka papierosa oraz włókna nieznanego pochodzenia. Przeprowadzono analizę włosów i ustalono DNA. Nie wiadomo do kogo one należały, bo takiego zapisu DNA nie było w policyjnej bazie danych. Poza tym w kabinie ani na poręczach wejściowych nic nie znaleziono, oprócz licznych rysów i zadrapań wynikających z normalnej eksploatacji. Nie było żadnych śladów linii papilarnych, ponieważ zostały usunięte przy użyciu rozpuszczalnika.

Jedyny ślad prowadził do kobiety opisanej przez mężczyznę uprawiającego jogging. Policja podjęła poszukiwania.

– Zakładamy, że była to osoba dorosła w jakiś sposób związana lub kojarząca się z maszynami budowlanymi, operator, ktoś zajmujący się ich handlem, wynajmem lub naprawą, osoba zainteresowana kupnem takiej maszyny, fotografik, ktoś zatrudniony w firmie Technobud, gdzie pracował dyrektor Preminger, osoba ciekawska, w końcu, ktoś zupełnie przypadkowy.

Ponownie przeprowadzono wywiady z pracownikami firmy, którzy dobrze znali ofiarę.

– Czy dyrektor Preminger kiedykolwiek wspomniał kogoś interesującego się maszynami budowlanymi, w szczególności walcem drogowym „Niezwyciężony”? Mogła to być kobieta lub mężczyzna.

Julia, sekretarka dyrektora Premingera, przypomniała sobie dawne zdarzenie.

– Kilka lat temu szef powiedział mi, że spotkał jakąś kobietę, naszą pracownicę, na parkingu maszyn budowlanych. Przeprowadził z nią bardzo ciekawą rozmowę na ich temat. Jej ojciec podobno zajmował się wynajmem takich maszyn. Dyrektor zachwycał się tą kobietą, jej zainteresowaniami i wiedzą techniczną. Pomyślałam sobie wtedy, że dał się oczarować jakieś dziewczynie tylko dlatego, że powiedziała mu, że ją również pasjonują maszyny drogowe. Starszy mężczyzna i młoda kobieta – temat stary jak świat.

Był to interesujący wątek śledczy. Detektyw poszedł jego śladem, choć bez przekonania.

Badając walec maszyny i podłoże policja znalazła więcej śladów tkanki organicznej, zwłaszcza na podłożu. Rozkuto zbitą powierzchniową warstwę szutru i na jaw wyszła potworna prawda. Laboratoryjne badanie próbek nie pozostawiało wątpliwości: szczątki wprasowane w asfalt to było ciało dyrektora Premingera.

Dla śledztwa były to przełomowe odkrycia. Były one tylko z pozoru proste i oczywiste. Wszystkim, czym dysponowała policja, to było ciało ofiary jako dowód makabrycznej zbrodni oraz sporo mniej konkretnych dowodów przestępstwa. Nie było niczego, co mogłoby sugerować, kto mógł być sprawcą zabójstwa oraz jakie motywy nim kierowały.

W międzyczasie zbadano dokumenty archiwalne firmy dotyczące pracowników zatrudnionych w okresie, kiedy dyrektor Preminger wspomniał sekretarce o kobiecie interesującej się maszynami budowlanymi. W końcu trafiono do dokumentacji Agnieszki Zena. Wywiad środowiskowy potwierdził, że jej ojciec rzeczywiście prowadził firmę wynajmu maszyn drogowych.

Agnieszkę Zena przesłuchiwano kilkakrotnie. Psycholożka policyjna obserwowała podejrzaną uważnie przez lustro weneckie w czasie zeznań, które nagrywano także kamerą. Podejrzana nie wydała jej się specjalnie zaskoczona przesłuchiwaniami, ale za to niezwykle ostrożna w tym, co mówiła i jak reagowała w śledztwie. W czasie pierwszego przesłuchania przyznała, że była w okolicy parkingu tego dnia.

– Wybrałam się na spacer i przechodziłam obok placu parkingowego. To najprostsza droga prowadząca do lasu i nad jezioro. Wielokrotnie tamtędy chodziłam. To moje ulubione miejsce spacerów.

Wszystkie wskazywało na to, że jej obecność w okolicy parkingu była zupełnie przypadkowa.

Kiedy zapytano ją, czy może udostępnić policji fragment włosa lub paznokcia do analizy, zaniemówiła na chwilę. Cień niepokoju przemknął przez jej twarz. Zgodziła się z pewnym wahaniem.

Analiza porównawcza DNA włosa znalezionego w kabinie i uzyskanego od podejrzanej potwierdziły przypuszczenia policji; obydwa włosy pochodziły od tej samej osoby. Pod presją pytań i faktów Zena przyznała się, że nie powiedziała od razu całej prawdy. Tłumaczyła się, że bała się powiązania jej z potworną zbrodnią, o której dowiedziała się potem z telewizji.

– Byłam wtedy na parkingu maszyn budowlanych i rozmawiałam z dyrektorem Premingerem. Poznałam go kilka lat wcześniej, w tym samym miejscu. Pracowałam wtedy w Technobudzie.

– To już przeszłość. Proszę opowiedzieć o pani ostatnim spotkaniu z dyrektorem – szorstko przerwał detektyw Cichy. Nie silił się nawet na uprzejmość od chwili, kiedy nabrał przekonania, że to Zena uśmierciła dyrektora. To, że policja nie miała przekonujących dowodów, aby ją oficjalnie oskarżyć, tylko pogłębiło jego niechęć do oskarżonej.

– To była bardzo konkretna i miła rozmowa. Dyrektor pokazał mi maszynę także wewnątrz, jak wygląda w kabinie. Nawet ją uruchomił, aby zademonstrować pracę silnika. Opowiadał mi, jak doskonałe jest to urządzenie. Nie byłam za bardzo ciekawa, ale nie wypadało mi przerywać. Zbierało się na deszcz, a ja chciałam jeszcze przejść się po lesie więc go przeprosiłam, podziękowałam za ciekawą rozmowę i demonstrację maszyny i wyszłam z parkingu. Dyrektor Preminger został przy walcu. To było wszystko.

Proces sądowy odbył się osiem miesięcy później. Prasa pisała o nim, że jest mocno poszlakowy. Obrońcą Agnieszki był znany adwokat, mecenas Tadeusz Karpiński, doświadczony w prowadzeniu spraw kryminalnych.

– Moja klientka w zeznaniach niczego nie ukrywała, nie kluczyła. Pierwszy raz nie ujawniła wszystkiego, bo bała się publicznego skojarzenia jej z tą ohydną zbrodnią. To byłoby fatalnym obciążeniem dla każdego. Na całe życie. Prokurator nie udowodnił jednego, najważniejszego. Tego mianowicie, że nie ma żadnego związku między pobytem mojej klientki na miejscu zbrodni a popełnieniem tej zbrodni. Tego nie można udowodnić, bo to nie jest możliwe, ponieważ moja klientka zostawiła dyrektora Premingera w doskonałym zdrowiu. Morderstwa dokonał ktoś inny. I tego winnego policja musi znaleźć. Moja klientka jest niewinna. – podsumował adwokat w mowie obrończej.

Sąd debatował wiele godzin. To była trudna sprawa. Wyrok okazał się uniewinniający.

– Oprócz udowodnienia, że oskarżona była na miejscu zbrodni, prokurator nie przedstawił żadnych dowodów, że to ona zabiła dyrektora Premingera i ukryła ciało – sędzia wolno i jakby z niechęcią kończyła odczytywanie wyroku.

Przez rodzinę i przyjaciół Agnieszka została powitana jak bohaterka, osoba niesłusznie oskarżona o potworną zbrodnię. Nie wszyscy obserwatorzy procesu wierzyli jednak w jej niewinność. Sprawa była bardzo głośna, opinie były podzielone.

Agnieszka wyjechała z miasta z postanowieniem nigdy do niego nie wracać. Proces był dla niej nad wyraz bolesnym przeżyciem. Rodzina zgodziła się z jej decyzją bez zastrzeżeń, choć nie bez żalu.

– Podjęłam decyzję wyjazdu nie tylko z miasta, ale i z kraju, za granicę. Z moimi kwalifikacjami znajdę tam pracę, jestem o tym przekonana. Już wcześniej otrzymałam jedną propozycję, ale nie byłam nią zainteresowana. Teraz patrzę na to inaczej.  

– Nigdy nie zaznałabyś tutaj spokoju. My jakoś sobie poradzimy. Nie mamy wyboru. Starych drzew się nie przesadza – pani Zena ze łzami w oczach objęła córkę, tak jakby miała ją stracić na zawsze.

W samolocie Agnieszka Zena usiłowała zabić czas czymkolwiek, aby tylko nie wracać myślą do procesu sądowego. Nie udało jej się to. Przypominała sobie wszystko, krok po kroku.

Na spacer wyszła przed południem. Piękna pogoda zaczynała się powoli psuć. Jeszcze nie padało, lecz słońce zachodziło już za chmury. Szła zamyślona. Kiedy trafiła na parking maszyn budowlanych przy lesie, przypomniała sobie wszystko.

– Niewiele się tutaj zmieniło – pomyślała, zatrzymując się, aby przyjrzeć się stojącym za metalową siatką maszynom. Część stanowiły te same maszyny, które widziała cztery lata wcześniej, kiedy wybierała się na studia. Było też kilka nowych, wszystkie potężne i imponujące. Podeszła bliżej bramy, była uchylona. Nie zastanawiając się weszła do środka i dopiero wtedy zauważyła mężczyznę. Poznała go z daleka. Pamiętała nawet jego nazwisko, Preminger, nietypowe, bo obco brzmiące. Nie wypadał się już wycofać. Podeszła bliżej.

– Dzień dobry, panie dyrektorze. Znowu się spotykamy i to w tym samym miejscu.

Otto Preminger nie poznał Agnieszki. Przypomniała mu się wspominając poprzednie spotkanie i rozmowę. Kiedy ją sobie skojarzył, ucieszył się, uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął:

– Co za spotkanie! Co u pani słychać?

Wyjaśniła, że skończyła studia i jest inżynierem magistrem ze specjalnością zastosowań sztucznej inteligencji w automatach, robotach i maszynach.

To mu zaimponowało. Powiedział jej to. Zaczęli rozmawiać o maszynach drogowych, jak przed kilku laty. Był szczęśliwy, że znowu ją spotkał, osobę nietuzinkową, mającą te same zainteresowania.

Rozmowa zeszła na walec „Invincible”. Preminger szczycił się nowym nabytkiem.

– To lepsza wersja tego, co pani widziała kilka lat temu. Nie jest ona najnowsza, ale zmodernizowana. Ma usprawniony, rewelacyjny system sterowania. Maszyna jest wyposażona z tyłu i z przodu w czujniki bezpieczeństwa oparte na module sztucznej inteligencji. To coś z pani działki.

– Na czym ta rewelacja polega? – Agnieszka była autentycznie ciekawa, o jakie rozwiązanie chodzi.

– To nowa generacja czujników bezpieczeństwa maszyn budowlanych. Dzięki sztucznej inteligencji walec jest pod pewnym względem inteligentniejszy niż kierujący nią człowiek. „Invincible” rozpoznaje istoty żywe: człowieka, dziecko, psa a nawet ptaka, i w razie zbytniego zbliżenia się podejmuje decyzję zatrzymania się. Nawet operator nie jest w stanie zmienić tej decyzji i uruchomić maszyny dopóki nie zniknie przeszkoda. Martwy przedmiot, pudełko kartonowe czy kamień nie zatrzymają walca drogowego automatycznie.

– To niemożliwe. Mam na myśli zdolność reakcji maszyny wyposażonej w sztuczną inteligencję na ludzki czy zwierzęcy organizm – zaoponował Agnieszka. Była pewna swej wiedzy; pod koniec studiów na seminarium analizowali możliwości i ograniczenia sztucznej inteligencji. Także temat, co wyposażona w nią maszyna może a czego nie może zrobić.

Otto Preminger upierał się przy swoim.

– W tym walcu jest inaczej. Jego moduł sterowania wspomagany sztuczną inteligencją działa tak, jak powiedziałem; jest niezawodny. Sprawdzaliśmy to nie jeden raz, ale wiele razy. Maszyna zatrzymuje się samoczynnie najpóźniej na metr przed przeszkodą, którą stanowi żywa istota. Może zatrzymać się wcześniej, ale nie później. Sprawdzałem to sam co najmniej dwa razy stając przed jadącym w moim kierunku walcem. Zawsze zatrzymywał się samoczynnie.

Po wyrażeniu zdecydowanej opinii, dyrektor zaśmiał się serdecznie. Był w tym wyraz triumfu, przewagi, że powiedział coś, czego nie wiedziała rozmówczyni.

Agnieszka Zena nie przyjęła dyrektorskich rewelacji do wiadomości. Wiedziała, że elementy sterowania oparte na sztucznej inteligencji nie są niezawodne. Starała się przekazać to dyrektorowi jak najbardziej spokojnie i rzeczowo, aby nie poczuł się urażony.  

– To czysty rachunek prawdopodobieństwa. System sztucznej inteligencji zainstalowany w dowolnym urządzeniu mechanicznym, elektrycznym czy hydraulicznym nie jest niezawodny, podobnie jak nawet najlepszy komputer. Przyczyny mogą być różne. Zastanawiała się chwilę marszcząc czoło. – Na przykład brak prądu, awaria jakiejś części, nieuwaga człowieka, błąd w sztuce, zakłócenie magnetyczne. Cokolwiek.

Preminger nie ustępował.

– Awaria jakiegokolwiek podzespołu wyłącza silnik napędowy walca. Maszyna jest tak ciężka i jedzie tak wolno, że zatrzymuje się prawie w miejscu.

– Zawsze istnieje jakieś choćby mikroskopijne prawdopodobieństwo, że system zawiedzie nawet jeśli jest nafaszerowany najlepszą technologią. Sztuczna inteligencja nie stanowi panaceum na wszystko – upierała się przy swoim, wiedząc, że jest to prawda naukowa, a nie przekonanie człowieka oparte głównie na własnym doświadczeniu i obserwacji. 

Oboje odczuwali rosnącą niechęć do siebie, nie okazując jej. Preminger uznał Agnieszkę Zena za zarozumiałą. Myślał o niej z rosnącą irytacją i niechęcią. – Mówi z taką swadą, jakby wszystkie rozumy zjadła.

Szukając porozumienia powiedział:

– Nie w tej maszynie. Nie jest trudno to sprawdzić. Oto kluczyki. Proszę usiąść za kierownicą i ruszyć do przodu. Ja stanę na drodze. Niech pani jedzie prosto na mnie. Nie ryzykowałbym, gdybym nie był w stu procentach pewny. Maszyna reaguje na człowieka. Na każdy żywy organizm, nawet na ptaka.

– Jak pan to rozumie: „nawet na ptaka”?

– Kiedyś przed walcem znalazł się gołąb. Był chyba ranny albo chory, bo nie był w stanie uciekać. I maszyna się zatrzymała, bo to był żywy organizm. Na martwy obiekt tej wielkości nie zareagowałaby. Gdyby tak się działo, to zatrzymywałaby się co kilkanaście sekund przy każdym krawężniku czy studzience ulicznej.

Agnieszka wahała się, czy zgodzić się na jego propozycję. Sprawa musiała być rozstrzygnięta. Zdecydowała się, kiedy dyrektor zdenerwował ją obcesowym pytaniem.

– O co pani chodzi? W ostateczności po prostu zatrzyma pani ten walec. Jedzie strasznie wolno. Albo ja wcześniej uskoczę. Tu nie ma żadnego ryzyka. Mogę założyć się z panią o każde pieniądze!

Przyjęła zakład, ale nie o pieniądze. To była sprawa honoru. Jej wiedza i jego wiedza. Wzięła klucze z jego ręki, weszła do kabiny, siadła za kierownicą, uruchomiła walec i ruszyła. Jechała prosto na dyrektora. Stał jak żywa tarcza, spokojny i pewny siebie. Miał to już przetestowane. Widziała jego nadętą, zarozumiałą twarz jak stoi przed maszyną. Nagle usłyszała jakiś stuk w silniku, kierownica zaczęła drżeć.

– Jakaś awaria – pomyślała natychmiast. W jednej chwili ręce jej zwilgotniały ze strachu. Opuściła wzrok i wyciągnęła lewą rękę w kierunku wyłącznika, aby natychmiast zatrzymać walec. Siedziała trochę za daleko. Spocona dłoń przesunęła się po metalu i ześliznęła z obudowy panelu sterującego. W tym momencie usłyszała krzyk, który przeszedł w krótki przerażający charkot. Kiedy walec się zatrzymał, nie widziała już nikogo. Natychmiast wyskoczyła z kabiny i pobiegła do przodu maszyny. Preminger leżał martwy na ziemi z nogami i częścią bioder pod ciężkim kołem walca. Przeraziła ją twarz zdeformowana bólem, sinopurpurowa, z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami. Przed oczami Agnieszki pojawił się obraz osoby zmasakrowanej przez potwora z filmu science-fiction, który niedawno oglądała.

Myśli kotłowały jej się w głowie.

– Przerażający wypadek, a ja jestem jego sprawcą. Ale jak do tego doszło!? Ten stary głupiec przecież mógł uskoczyć, tak jak mówił! – Była wściekła na Premingera.

Rozejrzała się wokół. Zadziałała adrenalina, myślała szybko i sprawnie. Miejsce było odludne. Kamera! Na placu przy maszynach nie było widać żadnej kamery. Zobaczyła ją w oddali przy wejściu na parking, była skierowana na bramę wjazdową. Poczuła ulgę. 

Uspokajała się powoli, wciąż analizując sytuację. Instynkt samozachowawczy kazał jej skoncentrować się. Musiała ukryć wszystkie ślady obecności. To była jej jedyna szansa. Jeszcze raz rozejrzała się wokół, tym razem wolniej i uważniej. Przede wszystkim trzeba było ukryć trupa. Kilkanaście metrów od walca zauważyła rozrzucone deski a obok górkę szutru używanego do utwardzania jezdni przed położeniem asfaltu. Materiał leżał usypany w stożek na złożonej w czworo starej plandece. Przypomniała sobie, że w kabinie „Niezwyciężonego” widziała w bocznej wnęce grube skórzane rękawice robocze.

– Najważniejsze, nie zostawić żadnych śladów po sobie. – Głośno myślała. – Zajmę się tym później, najpierw muszę usunąć nieboszczyka.

Wróciła do maszyny i uruchomiła silnik. Przejechała tam i z powrotem kilka razy słysząc tylko zgrzyt ciężkiego walca. Na ziemi została mokra plama z fragmentami ubrania wprasowanymi w podłoże, jawny dowód zbrodni. Rękami uzbrojonymi w rękawice zsunęła większą część szutru leżącego na plandece, pozostawiając tylko tyle, ile mogła przeciągnąć w kierunku walca. Ładunek rozsypała po mokrej plamie i przejechała walcem. Zrobiła to jeszcze kilka razy, każdorazowo posypując miejsce szutrem przed każdym przejazdem. Miejsce tragicznego wypadku przybrało w końcu naturalny wygląd. Ciało zniknęło bez najmniejszego śladu na ubitej walcem powierzchni. Na zakończenie operacji ustawiła walec w takim położeniu, aby zakrywał miejsce, gdzie w ziemi ukryte były szczątki człowieka.

Wróciła do kabiny. Potrzebny był jakiś płyn zmywający brud lub dezynfekujący. Przy wjeździe na parking znalazła butelkę z fioletowym płynem oraz pusty litrowy pojemnik po środku czyszczącym. Stały w drewnianym skrzynce po bananach pozostawionej przy ścianie prowizorycznej stróżówki. Otworzyła butelkę i powąchała. Był to rozpuszczalnik. Miała szczęście, obok leżało jeszcze kilka szmat. Skropiła je obficie i starannie wytarła wszystkie powierzchnie, jakich dotykała gołymi rękami. Nie było tego wiele: uchwyty wejściowe do kabiny, sama kabina, a właściwie tylko siedzenie z oparciem, kierownica i przyciski.

Rozejrzała się wokoło zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniała. Wszystko wydawało się być w porządku. Przy wjeździe na parking stała prymitywna drabina oparta o dach prowizorycznej stróżówki. Weszła na nią i usunęła kamerę, brutalnie wykręcając ją z podstawy. Cały czas miała na rękach rękawice. Modliła się, aby nagranie nie zostało zarejestrowane gdzieś w biurze głównym firmy.

Skierowała się do bramy, aby jak najszybciej opuścić tragiczne miejsce, pamiętając o kamerze, rękawicach, butelce plastikowej z niewielką ilością rozpuszczalnika oraz szmatach. Zmoczyła je rozpuszczalnikiem i przetarła nimi bramę w miejscach, których dotykała ręką. Resztę płynu rozlała na ziemi na wypadek, gdyby policja chciała użyć psa do tropienia śladów. Wszystko włożyła do torby plastikowej, którą na wszelki wypadek zawsze nosiła ze sobą, ponieważ prawie nie zajmowała miejsca.

Parking przypominał miejsce opuszczone, jakby nikt się nim nie interesował. Pomyślała o walcu.

– Kto będzie kradł wielką maszynę budowlaną? Zresztą jest ona ubezpieczona – przypomniała sobie słowa ojca, który nigdy nie zainstalował żadnej kamery na otwartym placu za domem, gdzie trzymał cały swój dorobek.

Agnieszka Zena nie pojawiła się więcej w rodzinnym mieście. Pozostało dla niej miejscem na zawsze przeklętym. Nie czuła, że to ona była winna śmierci człowieka. To Preminger ją sprowokował, a potem nastąpiła awaria, Czysty przypadek losu.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 października 2020

0Shares

Pracowita noc malarza Sapiehy. Opowiadanie.

Grudniowa noc była wyjątkowo zimna. W czasie nieszporów Napoleon Sapieha stał pod amboną i słuchał kazania kanonika Leona Karnego o początku świata i stworzeniu pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Rozglądał się po kościele, pocieszając się widokiem ciepło ubranych świętych na obrazach. Był malarzem, widział niejeden obraz i był przekonany, że postacie świętych nie grzeszą nadmiarem ubioru, a tu takie zaskoczenie! Byli ubrani wyjątkowo solidnie, okutani szubami z naturalnego futra lisów i gronostajów. Zazdrościł im, bo sam odczuwał dojmujący chłód ciągnący od kamiennej podłogi, od którego stopy marzły w butach.

Do kościoła Sapieha chodził rzadko, głównie aby się wyspowiadać i pomodlić, aby wszyscy święci pomogli mu sprzedawać obrazy, źródło jego pasji i utrzymania. Z czasem zaprzyjaźnił się ze spowiednikiem, kanonikiem Leonem Karnym. W duchu nazywał go klechą. Nie było to negatywne określenie. No, może trochę. Kilka razy rozmawiali w zakrystii. Kiedy już malarz poczuł się swobodniej, powiedział mu:

– Nie za bardzo wierzę w spowiedź.

Klecha nie zdziwił się.

– To akt symboliczny. Słucham cię w zastępstwie pana Boga. Niektórych grzeszników taka spowiedź skłania do większej szczerości. A jeśli zadam im pokutę, także do większego żalu za grzechy i gorętszej chęci poprawy. To jedyny sens spowiedzi i pokuty.

Napoleon przypomniał sobie swoje obrazy. Od kilku tygodni były eksponowane w dwóch galeriach w mieście i nie sprzedawały się. Dotychczas nie znalazł się kupiec. Oprócz tego miał jeszcze do zbycia grafiki i rysunki. Prezentował je na własnej stronie internetowej, kilka także na wystawie Ośrodka Kultury Miejskiej „Bufor”.

– Obrazy wyjątkowo trudno się sprzedają. Może to z powodu ciężkiej zimy, bo ludziom nie chce się nigdzie chodzić, nawet jeśli jest to galeria obrazów położona kilkaset metrów dalej.

Wyobraźnia przeniosła go na zewnątrz, gdzie padał śnieg, a wcześniej zapowiedziano zamieć.

Z zamyślenia wyrwał go mocny głos kaznodziei.

– Ta dwójka zapoczątkowała ludzki ród, z którego wyłoniło się wiele ras ludzkich. Wy, drodzy parafianie, tak samo jak ja, też od nich pochodzimy. Ponieważ rasy mieszały się ze sobą, mamy w sobie domieszki różnej krwi. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. Nie zapominajmy o tym, aby nie wynosić się nad innych ludzi, odmiennych od nas kolorem skóry, wyglądem czy zachowaniem.

Mimo zaawansowanego wieku kanonik trzymał się prosto. Był tak stary, że pamiętał nawet dziadka Napoleona Sapiehy, tego ze strony matki. Nazywał się Grzegorz Orda i był złośliwym karłem, który po wzbogaceniu się na handlu kradzionym drewnem, został filantropem i dobroczyńcą. Stał się tak bogaty, że mimo wyraźnej ułomności, ożenił się niezwykle udanie, biorąc za żonę najładniejszą dziewczynę we wsi.

Więcej szczęścia miał Napoleon do matki, mądrej i urodziwej kobiety. Co najważniejsze, była normalnego wzrostu i rozsądnej wagi, choć pod koniec życia trochę utyła. Miała jedną słabość; była melancholiczką. To po niej Napoleon odziedziczył obezwładniający smutek. Nie miał pojęcia o tej przypadłości, dopóki nie skończył trzydziestego roku życia, kiedy melancholia objawiła się w całej krasie. Dowiedział się o niej od lekarza. Zgłosił się do niego, skarżąc się na złe samopoczucie. Ataki melancholii pojawiały się i męczyły Napoleona głównie w dni, kiedy środki masowego przekazu pokazywały ciężkie wypadki drogowe, katastrofy, pożary i powodzie, w których masowo ginęli ludzie i zwierzęta.

Wierni opuszczali kościół tak powoli, jakby nie było im zimno. Padał drobny śnieg i panoszył się siwy mróz. W drodze do domu Napoleon przemarzł jeszcze bardziej. Po przybyciu na miejsce, natychmiast zaparzył sobie duży kubek gorącej herbaty. Sączył ją powoli, myśląc o niesprzedanych obrazach wystawionych w galeriach miejskich. Zamierzał położyć się już spać, kiedy usłyszał dzwonek u drzwi. Zaniepokoił się. Zastanawiał się, kto mógłby chcieć odwiedzić go tak późno w taką pogodę. Był to syn Rafał z żoną i dwójką dzieci.

– Przepraszam, że nie powiadomiłem cię o naszym przyjeździe. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Przyjechaliśmy na weekend, aby cię trochę rozerwać. Najbardziej pragnęły cię widzieć Paweł i Karolinka. Nie musisz o nic się martwić, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Mamy nawet własną pościel, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zanim Napoleon znalazł się w łóżku, była już jedenasta. Zmęczony, zasnął od razu. W nocy na przemian budził się i zasypiał. Na początku jak zwykle miał krótki sen. Odwiedził go dziadek po kądzieli, karzeł, któremu się poszczęściło, oraz matka, urodziwa i mądra kobieta, po której odziedziczył melancholię. Potem zobaczył siebie samego w uścisku głębokiego smutku; patrzył w milczeniu przed siebie, nic nie widząc. Chwilę później straszliwie przeklinał, nie mogąc się wyrwać z potwornego nastroju.

Napoleon nigdy nie potrafił określić, jaki będzie przebieg nocy, kiedy będzie ona bezsenna, a kiedy coś będzie mu się śniło. Nie wiedział, od czego to wszystko zależało. W grę mogła wchodzić kawa, którą chętnie i często pił, ciśnienie atmosferyczne, nieobliczalne w swoich wahaniach, hormony wydzielane przez organizm, hamujące lub stymulujące delikatne połączenia nerwów w mózgu. Myślał także o działaniu leków, choć nie brał ich za dużo.

Po śnie o przodkach i melancholii, naszedł go upiór bezsenności. Kształtem przypominał niewyrosłego chłopca, ubranego w siną opończę z kapturem, z maską w miejscu twarzy, w której świeciły otwory na oczy. Po figurze i oczach Napoleon rozpoznał dziadka Ordę. Mieszkańcy wsi nazywali go złośliwym karłem. Napoleon miał go teraz przed sobą. Dziadek przypatrywał mu się uważnie, po czym wyciągnął rękę szarpnął go za ramię. To go zabolało, zacisnął więc zęby. Napoleon zacisnął zęby. Milczał, nie będąc stanie wykonać najmniejszego ruchu. Karzeł – trzymając go wciąż za ramię – drugą ręką wyciągnął zza pleców przedmiot przypominający małe widły i zaczął go żgać. Napoleon usiłował wyrwać się i uciec. Po kolejnym bolesnym pchnięciu wiedział, że musi zrobić coś drastycznego. Zaangażował w to całą siłę woli. Podjął decyzję. Zwarł się w sobie i kiedy oprawca nieznacznie się obrócił, skoczył mu na plecy, aby go okiełznać jak dzikiego mustanga i zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń.

– Będziesz posłusznie zmieniać moje nieudolne obrazy w użyteczne  przedmioty, które ludzie będą kupować – krzyknął dziadkowi do ucha. Na wszelki wypadek powtórzył polecenie, lecz usłyszał tylko szept. To go tak zaniepokoiło, że się obudził.

Wstając z łóżka, popatrzył na duży zegar ścienny rozjaśniony bladym światłem księżyca. Była godzina pierwsza piętnaście. Poczuł ucisk w dole brzucha i pomyślał, że pęcherz jest bardziej regularny niż budzik. Pierwszą potrzebę wyjścia do toalety odczuwał zawsze o tej samej godzinie.

Po powrocie z łazienki Napoleon nie kładł się już spać. Był przekonany, że nie zaśnie. Za bardzo się ożywił. Postanowił zająć się swoim biznesem. Nie był to pierwszy raz, kiedy zdecydował się pracować po nocy.

Najpierw włączył komputer i sprawdził pocztę elektroniczną. Ucieszył się; czekało na niego kilka emaili w sprawie grafik wiszących w galerii „Bufor” w centrum miasta. Miał kupców na trzy z nich. Były jeszcze emaile od osób pytających, czy mogą liczyć na rabat kupując większą ilość gadżetów z nadrukami jego grafik wystawionych na aukcji.

Siedząc wygodnie w fotelu pomyślał, że dobre wieści warto uczcić kieliszkiem wina. Podszedł do barku i wyjął kieliszek i butelkę. Przypatrywał się jej przez chwilę, po czym uznał plan za nieprzyzwoity. Przypomniał sobie zasadę, że nie pije przy pracy. Wrócił do biurka i zabrał się do roboty.

Miał szczęście, bo pracowało mu się bardzo dobrze. Nocna praca stała się normalną praktyką. W dzień malował obrazy, wykonywał grafiki i rysunki, głównie ilustracje książek, noc zaś poświęcał na ich promocję, sprzedaż oraz obsługę klienta. Robił to głównie przez Internet korzystając z poczty elektronicznej, rzadziej Skype’a. Z telefonu starał się korzystać jak najmniej; rozmowy telefoniczne uważał za stratę czasu.

Po udzieleniu odpowiedzi osobom zainteresowanym kupnem grafik, Napoleon podsumował wartość prac sprzedanych w ostatnim tygodniu  oraz sprawdził, ile pieniędzy ma na koncie w banku. Teraz miał czas na przyjemności.

W ciągu niecałej godziny opracował „dobową teorię życia artysty”. Wydała mu się niebanalna, ponieważ porządkowała działania twórcy sztuki w ciągu doby, co robił, o której godzinie i po co. Teoria miała sens praktyczny; była odpowiedzią na wyzwania i niepokoje codziennego życia. Pomysł chodził mu po głowie od dwóch miesięcy. Był to projekt natury prawie naukowej. W akademii sztuk pięknych, gdzie studiował malarstwo, nachodziły go ciągoty, aby zostać naukowcem. Myśląc o tym, zapisał tytuł i streszczenie teorii. Ostateczny tekst postanowił opracować w późniejszym czasie. Kiedy skończył, od razu zadzwonił do Erazma, wieloletniego przyjaciela, podobnie jak on aktywnego nocą. Chciał pochwalić się nietypowym osiągnięciem i usłyszeć jego opinię.

Prezentując teorię Sapieha nie dopuścił przyjaciela do głosu. Zrobił to celowo. Mówił tak, aby Erazm mógł się wypowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poznał całą treść. Był przygotowany na krytyczne uwagi przyjaciela, którego uważał za osobę mądrą i wyjątkowo zrównoważoną. Na ogół były one pozytywne. Tym razem Erazm zaskoczył go dosadnym i kwiecistym wezwaniem.

– Napoleonie! Doskonale wiesz, jak bardzo jestem ci życzliwy i dlatego boli mnie to, co muszę ci powiedzieć. Nie podoba mi się twoja teoria. Jest dobra dla biologa albo lekarza. Nie widzę czemu miałaby służyć. Nie widzę też rzesz artystów, którzy mieliby się nią entuzjazmować. Co innego twoje obrazy, rysunki i grafiki. W tym jesteś naprawdę dobry, osiągasz sukcesy, masz przed sobą perspektywy, których większość malarzy, grafików i rysowników mogłaby ci pozazdrościć. Jesteś doskonałym artystą, ale marnym teoretykiem. Teoria to nie jest twoja działka do uprawy.

Po zakończeniu rozmowy, Napoleon jeszcze raz uważnie przeczytał „dobową teorię życia artysty”. Uznał ją za niepotrzebny wybryk, nawet wygłup. Dziwił się sobie, że wcześniej myślał zupełnie inaczej. Wydrukowaną kartkę złożył w zamyśleniu w czworokąt, a potem jeszcze dwa razy przylegające do siebie trójkąty. To mu przypomniało Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę pojęć punktu, prostej, płaszczyzny, twierdzenia i teorii. Kiedy przypomniał sobie, że miało to miejsce w szóstym wieku przed Chrystusem i było niezwykle odkrywcze, wyrzucił kartkę z zapisem teorii do kosza na śmieci. Pomyślał o nim, że jest to pojemnik zużytych myśli i poronionych wyobrażeń.

Po odrzuceniu zbędnego balastu, Napoleon wrócił do łóżka. Ułożył się wygodnie i od razu zasnął. Nie spał jednak długo. Organizm zasilony wodą mineralną w czasie pracy przypomniał mu o sobie. Malarz po raz kolejny udał się do toalety.

Ponowny powrót do łóżka okazał się przyjemniejszy niż się spodziewał. Zapadł w głęboki sen. Otoczyła go obfitość dziwnych rekwizytów teatralnych. Najpierw były to figury geometryczne, co go nie zdziwiło. Zaraz po nich pojawiły się damskie figi i stringi w ciapki, sztuczny członek męski średnich rozmiarów oraz szczegóły damskiej anatomii ukryte w cieniu rudego uwłosienia. Był to prawdopodobnie efekt teorii Freuda i jego kontynuatorów, którymi Napoleon delektował się w chwilach, kiedy znajdował czas na czytanie dla przyjemności. Większość akcesoriów kojarzyła mu się jednak z teatrzykiem szkolnym, w którym występował jego jedyny wnuk, pięciolatek Pawełek.

Teatralia nie były największym zmartwieniem Napoleona, gdyż chwilę później napadła go nocna zmora. Nie wyglądało to na przywidzenie, ale zwyczajną, brutalną rzeczywistość. Zjawa hipnotyzowała go oczami bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Czując jej ciężki oddech na sobie, Napoleon stawiał opór, aby nie dać się sprowadzić do parteru jak w zapasach. Napięcie było tak wielkie, że z gardła wyrwał mu się okrzyk.

– Tym razem, zakało, skuję ci mordę!

Chwilę potem Napoleon był już górą; założył potworowi nelsoński chwyt i go dusił. Cieszył się słysząc, jak charczał. Było to przerażające przeżycie.

Zbudziło go łomotanie do drzwi. Kiedy otworzył oczy, w pokoju paliło się światło. W progu obszernej sypialni, służącej mu także za gabinet i atelier malarskie, stał przerażony Rafał.

– Usłyszałem potworne krzyki! Co się stało? Czy wezwać pogotowie?

Napoleon uspokoił się. Patrząc na bladego jak ściana syna, zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie mógł wywołać wśród domowników krzycząc przeraźliwie po nocy. Uspokoił syna i przeprosił. Po jego wyjściu z pokoju, zasnął po raz kolejny, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć.

Rano rodzina spotkała się przy śniadaniu. Napoleon Sapieha wyglądał na zmęczonego, oczy miał podkrążone a twarz oblekał mu wyraz znużenia. Pawełek, ukochany wnuczek, patrzył na niego spod oka kilka razy zanim się odezwał.

– Dziadek się zmienił. To nie jest ten sam dziadek. Bardziej podobał mi się ten poprzedni. Ktoś go nam podmienił w nocy – dzieciak był tak poruszony, że się rozpłakał i nie sposób było go uspokoić.

Rafał nie dostrzegł w ojcu żadnej zmiany, podobnie jak synowa. Dla nich był tym samym Napoleonem Sapiehą, człowiekiem, którego dręczą potworne sny i prześladuje mania pracy nocą.

Syn był niewyspany i zły. Miał pretensje do ojca.

– Ty mnie wykończysz swoim nocnym życiem. Zachowujesz się jak nietoperz. Z tym, że nietoperz porusza się cicho, ty natomiast robisz raban. To jest nie do zniesienia – skarżył się głośno. – Cały czas chodzisz po nocy, przestawiasz meble, prowadzisz z kimś rozmowy. Nad ranem, słyszałem to wyraźnie, rozmawiałeś przez drzwi wejściowe z listonoszem. Powiedziałeś mu, żeby zostawił listy w skrytce pocztowej przy furtce. Tato! Co się z tobą dzieje?

– Opowiadasz dziwactwa. To nie było tak – zaprotestował senior. – To ty musiałeś mieć jakieś niedobre sny. Ja pracowałem, robiąc wszystko po cichu. Nie było mowy, abym mógł kogokolwiek zbudzić. Owszem, otrzymałem i wysłałem kilka emaili, ale nie telefonowałem i nie odbierałem od nikogo żadnej przesyłki, ani z nikim nie rozmawiałem przez drzwi wejściowe. Wydrukowałem sobie natomiast założenia pewnej teorii. Można to sprawdzić, bo kartkę wyrzuciłem do kosza na śmieci.

Odpowiedź ojca jeszcze bardziej rozdrażniła Rafała. Uznał, że czas wyjaśnić ostatecznie jego nienormalne zachowania, to, co robi po nocy. Zastanawiał się chwilę, układając plan działań. Włożył buty i wyszedł na zewnątrz, przed dom. Na ścieżce prowadzącej z domu do furtki wyjściowej na ulicę nie było widać żadnych śladów, które by wskazywały, że ktoś nad ranem tamtędy chodził. Rafał popatrzył na skrytkę pocztową umocowaną przy furtce wejściowej. Tknęło go przeczucie. Wrócił do domu i zabrał klucz do skrytki. Wewnątrz nie było żadnych listów. Po powrocie do domu sprawdził kosz na śmieci w pokoju ojca. Znalazł tam złożoną kartkę papieru z opisem jakiejś dziwacznej teorii. Ojciec był skrupulantem i dokładnie oznaczał dokumenty datą i godziną ich aktualizacji, aby nie myliły mu się kolejne wersje.

Po nieudanej ponownej rozmowie, Rafał miał wszystkiego dość. Wytłumaczył żonie i dzieciom, że muszą natychmiast wracać do domu, bo zapomniał, że ma ważną pracę do wykonania na poniedziałek.

– Przypomniano mi to telefoniczne. To bardzo ważne. Przepraszam was za to, że zapomniałem.

Jadąc samochodem razem z żoną i dziećmi, Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co zaszło w nocy. Czuł, że coś jest nie w porządku i to niekoniecznie z ojcem. Przypomniał sobie, co mówiła mu przed laty nieżyjąca już sąsiadka, która znała Grzegorza Ordę.

– Pański pradziadek pod koniec życia miał problemy z głową. Zdziwaczał, stał się odludkiem, w dodatku nerwowym i wybuchowym. Męczyła go mania prześladowcza. Wpadał we wściekłość. Nie można było do niego podejść, bo chyba by człowieka rozszarpał na kawałki. Zdawało mu się, że ludzie go śledzą i robią mu na złość, że ktoś go nachodzi nad ranem, nawet w niedzielę. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił na głos, bo ludzie się go bali. Starsi ludzie pamiętali, że taki sam był jego dziadek czy też pradziadek. Bezpieczna była tylko jego żona, pańska babka, oraz pańska matka. Ten karzeł kochał je do szaleństwa.

Rafał przejechał kilkaset metrów i zatrzymał samochód. Przypomniał sobie, jak kilkakrotnie wpadał we wściekłość na jadącego przed nim kierowcę, który zwalniał przed zakrętami blokując mu drogę. Myślał wtedy, aby go wyprzedzić i gwałtownie zahamować. Raz nawet to zrobił. Zakończyło się to na szczęście tylko stłuczką i przekleństwami poszkodowanego właściciela samochodu. Raz pomyślał nawet, aby zjechać na przeciwny pas jezdni i zderzyć się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem.

Żona i dzieci siedzieli spokojnie czekając, aż im powie, dlaczego się zatrzymał.

– Wyjdę na chwilkę, aby się przewietrzyć. Nie czuję się dobrze po wczorajszej nocy. Ojciec mnie przeraża. Pobyt u niego źle na mnie wpłynął.

Popatrzył na żonę.

– Przesiądź się, Adrianno, na siedzenie kierowcy, zanim wrócę. Wolę, abyś ty prowadziła.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, sierpień 2020

0Shares

Zimowy las. Opowiadanie.

Wypełniała go fantazja. Płynęła w nim strumieniem źródlanej wody, przezroczystej i ożywczej, z którego mógł czerpać do woli, aby gasić pragnienia żyjące w każdym człowieku. Zamiast pozwolić jej ujawnić się w pełni, tłumił ją, wzbraniał się przed nią, przyglądał jej się niezdecydowanie, bez pewności sukcesu, na jaki zasługiwała. Zamiast wyjąć sztalugi i płótno, i malować cudowne pejzaże, łamał pędzle i wylewał farby, zamiast pisać poezję, upijał się niepewnością i dusił w sobie wzruszające słowa.

Fantazja pojawiła się w nim znacznie wcześniej niż wszystkie małe i duże psy, które uwielbiał, chyba z wzajemnością, ponieważ łasiły się do niego i prosiły głośnym ujadaniem, aby rzucał im patyk w powietrze, daleko. Kiedy to czynił, biegły jak szalone, chwytały go w pysk, przynosiły, aby zaraz potem żartobliwie warcząc odmawiać wydania zdobyczy,  równocześnie jakby prosząc, aby ją siłą odebrał i znowu rzucił.

W zabawie niezmordowana była suczka. Nazywała się Cezarea, miała krótką sierść i śmieszny pysk bokserki i zwyczaj wbiegania na zmarzniętą taflę lodu i drapania, prosząc szczekaniem, aby pękł i pozwolił bawić się z nią ukrytej pod nim wodzie.

Działo się to zimą, w lesie zaklętym w ciszy i śniegu, puszystym i skrzącym z mrozu, zaludnionym kwiczołami. Siedziały nieruchomo na gałęziach, jeden obok drugiego, niepłochliwe, ubrane w grube futra piór, milczące, czekające na zbawienie. Miały je otrzymać od słonecznych promieni schowanych za górą, które niby złote strzały wytrwale wspinały się po stromym stoku, ściśle porośniętym lasem podobnie jak ptaki piórami.

Tam właśnie mężczyzna z plecakiem, nałożonym na grubą kurtkę, spotkał kobietę ukrywającą przed światem czar i wdzięk dojrzałości. Ubrana była w duże buty i szorstkie spodnie, i karmiła dwa psy, śmiejąc się do nich i opowiadając o nich niebywałe historie. Nosiła ciemne okulary; chroniły ją przed promieniami słońca odbitymi od zimowego puchu, stworzonego przez Boga dla zabawy, a naprawdę to dla ukrycia prawdy o kobiecości i męskości. Promieniowało od niej łagodne ciepło, prawie niewyczuwalne w mroźnym powietrzu, miłe dla ucha wdziękiem słów i treścią opowiadań.

W momentach, kiedy się śmiała, śnieg topił się wokół niej, pojawiały się strumyczki wody i rosły, spływając w dół drogi, zaraz potem dzieląc się na warkocze, nad którymi zakwitały intensywnie żółte kaczeńce. Pochodziły one ze wspomnień mężczyzny z plecakiem, z odległego rowu przekopanego przez łąkę, odprowadzającego wiosną nadmiar wody ze stawiku z malutkimi karasiami, linami i płotkami. Dobrze pamiętał ten stawik, bo to nad nim siadł mu kiedyś na ramieniu kolorowy ptak i milcząco zastanawiał się, czy warto lecieć dalej, a jeśli tak, to dokąd.

Wszystko to słyszały i widziały psy, albo czuły przez skórę, ponieważ cieszyły się jak szalone, biegając po głębokim śniegu i strasząc ujadaniem, że go zjedzą. Ciemniejszy z nich, o imieniu Salazar, był już poważnym seniorem. Nie przyznawał się jednak do tego, nie pokazywał swojego wieku ani też go nie ukrywał, tak jak ludzie, tylko bawił się buszując w śniegu w poszukiwaniu myszy. Zagłębiał się w chaszcze i węszył, wynurzając od czasu do czasu nos obsypany białym puchem. Rozradowany swoim niby to polowaniem, niby zabawą, zapominał o bożym świecie i kompletnie ignorował przyzywające go okrzyki i gwizdy właścicielki.

Jak tylko nadeszła wiosna niezwykła poezja zimy, ptaków, psów i ludzi rozpuściła się w leśnych wspomnieniach, jak wszystko, co przynoszą i zabierają ze sobą kolejne pory roku.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 08 2020

0Shares

Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, s