Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy!

Biblioteka zawiera już ponad 40 pozycji ułożonych alfabetycznie. Aby czytać, wystarczy kliknąć na link poniżej wybranego tytułu. Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. Moje utwory udostępniam na zasadach dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje. Zachęcam do komentowania opowiadań. Może jakieś sugestie? Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl  

Życzę miłej lektury,
Michael Tequila

Pracuję nad dużym opowiadaniem. W międzyczasie pokaz video “Niezwykłe rzeźby”. Aby powiększyć do rozmiaru pełnoekranowego, kliknij ikonkę w prawym dolnym rogu.

Dyktator. Powieść. Odc. 1- 32. Aktualizacja 28 11 2020 (sobota) godz. 08.50  https://michaeltequila.com/?p=14681  

Kronika mniej więcej osobista. Obserwacje i notatki. Aktualizacja 28 11 2020 (sobota) godz. 07.05 – Short story prosto z Australii.   https://michaeltequila.com/?p=13782  

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Fragmenty 4 opowiadań. Aktualizacja 2020 11 22 (niedziela) godz. 08.55 https://michaeltequila.com/?p=15168 

Aforyzmy i myśli.  https://michaeltequila.com/?m=20200604  
Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200322  
Automat. Opowiadanie. O człowieku bez poczucia czasu i woli. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. Opowiadanie. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683  
Domek nad jeziorem. Nowe opowiadanie. Opublikowane 2020 11 23 godz. 13.55.  https://michaeltequila.com/?p=15263  
Dzień weselny.  https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Epidemia i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie. Odc. 1 – 25. https://michaeltequila.com/?m=20200601 
Gabriel Garcia Marquez. Refleksje pisarza na temat własnych opowiadań. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe. 1250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15008  
Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320 
Koniec świata. Opowiadanie. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407 
Miniatura z kolibrem. Opowiadanie. O pocieszeniu w codziennym życiu. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. Opowiadanie. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym i podstępie. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. Opowiadanie. O miłości i ludzkich postawach.  3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka.  Opowiadanie. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. Groteska. 1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie. 2920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. Opowiadanie. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień. Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. Opowiadanie. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. Opowiadanie. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Poezje refleksyjne “Oniemiałość”. https://michaeltequila.com/?m=20200520  
Polowanie. Opowiadanie. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Pracowita noc malarza Sapiehy.  2540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14447  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429   
Recydywa. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14355   
Sierżant Baba. Opowiadanie. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Stadny instynkt. Opowiadanie kompletne, uzupełnione i poprawione. https://michaeltequila.com/?p=14856   
Świrus. Opowiadanie. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości.  https://michaeltequila.com/?p=13918
Walec drogowy. Opowiadanie. 5930 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14612  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. Opowiadanie. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Zimowy las. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14400  
Znak pokoju. Opowiadanie. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522  

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Domek nad jeziorem

Przez życie Alleny Aleksiejewy przewaliły się wszystkie fale nieszczęść i radości. Nieszczęścia bardziej czuła niż pamiętała, bo było to bardzo dawno. Czasami widziała je jak za mgłą a czasem wyraźnie jakby stały jej przed oczami: susze, powodzie, wojny, wybuch bomby atomowej, wirus i epidemia oraz małe i wielkie grupy okropnie krzyczących ludzi.

Allena Aleksiejewa była już starszą panią. Tak ją określano. Czasem ktoś zwracał się do niej inaczej, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Kiedyś była naczelniczką poczty, oddaną pracy i obowiązkową jak mało kto. Bardzo ją ceniono. Zawsze taka była, już od dziecka. W szkole nauczyciele chwalili ją za dokładność, pracowitość i wzorowe zachowanie. W domu miała dwa odznaczenia za wzorową pracę na poczcie i wiele dyplomów.

Zwolniono ją, kiedy w krótkim czasie trzy razy zgubiła klucze od urzędu pocztowego. Dwa razy odnalazła je sama, za trzecim razem ktoś je znalazł i odniósł, bo miały metalową przywieszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i telefonem. Być może nic by z tego nie wynikło, gdyby urzędu nie okradziono. Brak śladów włamania przesądził sprawę. Wszyscy wiedzieli, że to nie ona, ale na żądanie prokuratora jej dom został przeszukany. To było bardzo przykre. Płakała wtedy kilka razy. Wszystko to pamiętała tylko do czasu. Potem niedobre wspomnienia zblakły i zostały tylko te lepsze, głównie z dzieciństwa.

Po wszystkich złych i dobrych przeżyciach została sama. Miała domek nad brzegiem jeziora. To był dorobek całego jej życia. Miała go, bo się zadłużyła w banku i długo spłacała, dorabiając wieczorną pracą w sklepie. Latem, kiedy siedziała na tarasie, ktoś powiedział:

– Takie miejsce. Żyć nie umierać!

Nie pamiętała już kto to był. Nie miało to zresztą znaczenia, bo miała swój świat i nic innego się nie liczyło.

Mieszkała sama i jakoś sobie radziła, choć zimą nie było łatwo. Najtrudniej było kiedy mróz barwił okna warstwą siwego szronu w gwiazdy, gałązki, koła i kwadraty. Chodziła wtedy grubo ubrana i była dobrej myśli.

Najbardziej nie lubiła samotności. Dokuczała jej coraz mocniej. Tak bardzo, że postanowiła uporządkować swoje życie, aby było jej lżej.

W gęstwinie drzew i krzewów otaczających domek odkryła kilka gniazd, a w nich ptaki. Upatrzyła sobie dwa z nich. Złapała pierwszego, był to gil lub czyżyk, nie była pewna. Potem okazało się, że jest to gil. Poznawała go po ubarwieniu i po śpiewie. Włożyła go do małej klatki znalezionej na poddaszu domu, nakarmiła i napoiła. Klatkę umieściła wśród drzew przed domem po lewej stronie. Zrobiła to wtedy, kiedy w pobliżu nie było kota. Nie chciała, aby to widział, bo był niebezpieczny. Wieczorem chodziła nakręcać gila, aby śpiewał. Nastawiała czas porannego śpiewu: godzina siódma rano. Przy okazji sprawdzała miniaturowy głośniczek oraz bateryjkę, taki paluszek, ile w niej było energii. Jeśli bateryjka była ciepła, to znaczyło, że ma dużo energii. Jeśli była zimna, wtedy ją wymieniała. Nie martwiła się o nią, bo miała w domu w szufladzie jeszcze inne bateryjki w zapasie.

Od pewnego czasu bateryjka ją dziwiła. Zawsze była bardzo ciepła, prawie gorąca.

– Jak to może być, zadawała sobie pytanie, że ptak śpiewa a bateryjka jest stale pełna energii. To ją niepokoiło. Jak tylko przestawała o tym myśleć, niepokój znikał. Było to tak wygodne, że w końcu w ogóle o bateryjce zapomniała.

Potem był czyżyk, mogła to być też zięba. Nigdy nie udało jej się wyjaśnić tego do końca. Umieściła go w drugim końcu pasma drzew przed domem po prawej stronie. Postępowała z nim tak samo jak z gilem, z tym, że czyżyk, czy też zięba, rozpoczynał śpiew dwadzieścia minut później. Słyszała ich trele przez cały dzień.

– Jeden kończy, drugi zaczyna. Zupełnie jak dyżur na poczcie – mówiła sobie. Czuła się z tym szczęśliwa.

Kilka razy, kiedy wychodziła z domu, aby odwiedzić ptaszki, zagubiła się. Błąkała się wtedy po lesie wśród chaszczy i po nierównej plaży nad jeziorem, szukając drogi do domu. Nie mogła jej odnaleźć. Najgorzej było, kiedy zapominała czego szuka. Było to bardzo niemiłe. Na szczęście teren był ogrodzony i w końcu odnajdywała dom. Czasem nawet ktoś jej pomagał ale nie wiedziała kto. Pamiętała tylko, że ta osoba miała ciepłe ręce i miły głos.

Raz Allena bardzo zmarzła, bo padał deszcz i cała przemokła. Kiedy wróciła do domu, w kuchni czekała już gorąca herbata i pigułki na przeziębienie. Zdziwiła się, bo nie pamiętała, kiedy je tam położyła.

Po ptaszkach przyszły zwierzęta. Odczuwała ich brak i często o nich myślała. Musiała coś sobie wybrać.

– Pies ani kot nie, bo jedzą mięso. To niezdrowe. A ponadto, skąd tu wziąć mięso? Ponieważ sama była wegetarianką, więc mięso wykluczyła. Krowy nie chciała, choć lubiła mleko, bo była za duża. Po prostu bała się jej. Koza? To była następna możliwość.

– Tak! – starsza pani uznała, że to dobre rozwiązanie.

Kiedy zwierzę pojawiło się przy domu, Allena Aleksiejewa była zdziwiona skąd się wzięło. Najważniejsze, że koza podobała jej się. Była brązowo-biała i miała bródkę. Była bardzo przyjazna, wręcz sympatyczna. Beczała nie za często, więc nazwała ją Istria. Myślała o imieniu Mećka, było jednak zbyt pospolite, aby nadać je zwierzęciu domowemu mieszkającemu tak jak ona nad jeziorem. Kiedy Allena miała już własne towarzystwo, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Ogólnie rzecz biorąc, nie przyjmowała gości, ale kiedy przychodzili, zapraszała ich bez wahania na werandę, bo tam było najwygodniej. Wpadali do niej niezapowiedziani, bo jej telefon nie działał. Sama nie dzwoniła, ponieważ po drugiej stronie linii nigdy nikogo nie było. Ponadto nie miała do kogo dzwonić.

Gościom przynosiła ciasto, zawsze miała jakieś w zapasie, i od razu proponowała kawę lub herbatę. Do jej naparzania używała dużego imbryka. Pamiętała nawet, kiedy i gdzie go kupiła. Podobał jej się, bo był biały w czerwone kropki, przez co był dobrze widoczny.

Goście dużo rozmawiali. Byli młodzi i lubili mówić a ona słuchała. Czasem do niej mówili “mamo” lub “babciu”, ale nie za bardzo to rozumiała.

– Młodzi jesteście, to musicie się wygadać. Ja już się w życiu dosyć nagadałam – tłumaczyła im.

Kiedyś przyjechała karetka pogotowia. Allena nie miała pojęcia, kto ją wezwał i po co. Lekarz badał ją bardzo starannie zadając pytania. Na koniec powiedział do siebie albo do swojego pomocnika:

– Starsza pani ma zaniki pamięci ale na szczęście jakoś sobie radzi. Dzielna kobieta.

Powiedział to głośno i Allena Aleksiejewa to zrozumiała. Coś jeszcze mówił, ale to już do niej nie dotarło, bo myślała o czymś innym. Potem zapytał się:

– Czy pani czuje się tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała, że tak i od razu zapomniała. On to chyba rozumiał, bo się ucieszył, że w domku nad jeziorem była szczęśliwa. Nie znała innego świata.

– Czy można było czegoś innego się spodziewać?

Odpowiadając na pytanie tłumaczyła sobie.

– Sami to zrobiliśmy. Te powodzie, susze, bomba atomowa i ci ludzie przechodzący z miejsca w miejsce.

Zanim odjechali, obwieźli ją dookoła jeziora i przywieźli z powrotem. Wkrótce karetka odjechała. Przed odjazdem Allena poprosiła doktora, aby kupił jej wełny.

– Kolor czerwony, cztery kłębki i kolor szary … Zawahała się. – Też cztery kłębki. Będę robić sweter dla brata.

– A jeśli brat nie zechce go nosić? – Zapytał lekarz, uśmiechając się tajemniczo.

Patrzyła na niego, ale nie widziała, aby otwierał usta. Domyśliła się, że był sztucznym tworem. Był dziwnie ubrany; nosił luźny biały strój i miał czarną brodę.

– To wtedy dam tym sportowcom, co tu biegają rano. Temu najchudszemu, bo jemu jest najzimniej.

Nie słuchała jego odpowiedzi. Wróciła do domku, obeszła wszystkie pomieszczenia i roześmiała się. Był to ten sam dom. Wkrótce pojawiła się koza. Allena Aleksiejewa zobaczyła ją przez okno i wyszła, aby pogłaskać zwierzaka. Chyba była zmęczona, bo usiadła na krawędzi tarasu i długo patrzyła na jezioro. Patrzyła i patrzyła, aż w końcu obraz rozmazał jej się przed oczami i wtedy zrobiło jej się bardzo smutno. Było to dziwne, bo zachód słońca był przepiękny. Do domu wróciła dopiero wtedy, jak zrobiło się ciemno i zimno. Była też już głodna.

Następnego dnia, jak tylko obudziła się, opuściła nogi na podłogę i włączyła radio. Wydawało jej się, że kiedyś wyrzuciła je na śmietnik. Chwilę słuchała muzyki lecz bez większej przyjemności. Potem popatrzyła przez duże oszklone drzwi prowadzące na taras. Stały tam kwiaty i uśmiechały się do niej. Odpowiedziała im uśmiechem. Nie śpieszyła się nigdzie, miała dużo czasu.

Michael Tequila

Gdańsk, 23 listopada 2020

P.S. Opowiadanie przedstawia literackie wyobrażenie życia osoby z chorobą Alzheimera (w jej łagodnej wersji). Moim zamysłem było, aby w sposób życzliwy dla osób cierpiących na te chorobę ale i realistyczny przedstawiało obraz ich życia.

Jeśli ktoś z Państwa zechciałby podzielić się ze mną uwagami i sugestiami na temat tego opowiadania, zwłaszcza co można by w nim uzupełnić, poprawić lub zmienić, byłbym wdzięczny. Osobiście nigdy nie miałem do czynienia z osobą chorą na Alzheimera, ale sporo o tej chorobie czytałem. To bardzo poważny społecznie temat. Mój adres email: Michael.Tequila@anciano.pl

0Shares

Dyktator. Powieść. Odc. 1- 32.

Odc. 1

Towarzystwo Różańcowe Dnia Powszedniego zanotowało w swoim rejestrze nowe osoby. Pod numerami 1215 i 1216 zapisano po raz pierwszy w jego historii dwóch mężczyzn. Prosili, aby nie ujawniać ich nazwisk.

– To zmiana pokoleniowa i obyczajowa i wolimy poczekać, aby dokonała się w pełni. Jeśli ogłosicie teraz nasze nazwiska to będziemy regularnie obrzucani błotem i wyzywani od degeneratów. Wielu mieszkańców naszego miasteczka jest wciąż przeciwnych, aby mężczyźni wchodzili w tradycyjne role kobiet. To nie jest dobrze widziane.

Idąca z tyłu przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, zwana Czarną Izabellą, zauważyła, że nowi członkowie czule ścisnęli sobie dłonie w wąskim przejściu korytarza prowadzącego do kaplicy, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie z ich udziałem. Nie podzieliła się tym z nikim, ponieważ i jej zdarzało się szukać pieszczoty dłoni innej kobiety w dyskrecji zaciemnionego korytarza, samotni leśnej, a nawet sypialni. Wspominała te momenty z rozrzewnieniem. 

Lista członków Towarzystwa Różańcowego była długa; figurowały w niej  także nazwiska członków niegdysiejszych, dawno już zmarłych, jak i tych, co opuścili miasteczko w poszukiwaniu lepszego życia.

– Przywiązanie do tradycji jest obok pobożności, szczerej modlitwy, śpiewu i poczucia bliskości Boga naszą najmocniejszą cechą – Czarna Iza lubiła podkreślać więzi łączące organizację prowadzoną przez nią od piętnastu lat.

Czas towarzystwa różańcowego wypełniony był pracą na rzecz kobiet, które pobłądziły; niezamężnych matek z dziećmi, alkoholiczek, narkomanek, kobiet bezdomnych. Dla ich wspomożenia codziennie odmawiały dodatkowe dziesięciolecie różańca. Dwa razy w roku panie różańcowe prowadziły sprzedaż wypieków na wspomożenie kościoła. Ojciec Adalbert, opiekun świątyni, był im za to szczerze wdzięczny, gdyż parafia należała do biedniejszych w diecezji.

Odc. 2

Burmistrz Piotr Rafael przebywał w domu na przymusowym odwyku zarządzonym przez żonę, kiedy dopadł go wirus Quagga. Jak to się stało, że się zaraził przebywając w odosobnieniu, przerastało wyobrażenie doktora Brosa. Stan zakaźny burmistrza doktor odkrył podczas rutynowego badania w domu pacjenta.

Rafael miał dużo wolnego czasu i czuł się na tyle dobrze, aby zainteresować się wirusem. Dotychczas go ignorował wypowiadając się sceptycznie o epidemii, jej przyczynach i skutkach. Uważał, że pierwotnym źródłem zakażeń jest niedostatek higieny.

– Brud jest źródłem zła tak powszechnym, że możemy spokojnie uznać go również za przyczynę wirusa. Osobiście nie wierzę w bakcyle i zarazki, bo ich nigdy nie widziałem na oczy, i nie zamierzam nosić maseczki czy rękawiczek ochronnych.

Pierwszej lekcji o wirusie i epidemii dziesiątkującej mieszkańców miasta  udzielił mu doktor Bros. Wiedział więcej niż inni lekarze. Śledził najnowsze osiągnięcia naukowe i utrzymywał szerokie kontakty w świecie medycyny. 

– Wirus i wywołana przez niego epidemia to poważna sprawa. Nazwa wirusa pochodzi od ukrytej w dżungli Afryki Równikowej wsi Quagga, gdzie pojawił się on po raz pierwszy. O istnieniu samej miejscowości, a przy okazji o tajnym laboratorium medycznym, które tam istnieje, świat nigdy by się nie dowiedział, gdyby wirus – dotychczas uśpiony na  okolicznych bagnach – nie rozprzestrzenił się. Prawdopodobnie przeniosły go łopaty wirnika helikoptera dostarczającego do laboratorium pocztę, sprzęt, materiały zaopatrzeniowe i ludzi na wymianę. Są podejrzenia, że wirus powstał w laboratorium.

Na wiadomość o zakażeniu burmistrza wirusem, notable miasteczka przysłali mu telegramy z wyrazami współczucia, życząc szybkiego powrotu do zdrowia. Życzeniami zaskoczył go Cukor, zwany Cezarem, niezwykle wpływowy obywatel miasteczka, o którym było wiadome, że nie przepada za burmistrzem. Zorientowany w sekretnych sprawach  społeczności Ojciec Albert powiedział swojej gospodyni:

– Cezar korzysta z usług burmistrza, ale uważa go na osobę niepewną i niezrównoważoną emocjonalnie. Takie jest życie.

– Ojciec wie to najlepiej, bo jest spowiednikiem i zna ludzi od podszewki – odpowiedziała gosposia, przygotowując na obiad kukurydziane arepas, ulubione danie duchownego, zaspokajające głód i łagodzące pragnienie. Rzadko to czyniła, ponieważ Ojciec Albert lubił sam sobie gotować. 

Na stoliku w sypialni burmistrza leżał otwarty telegram; doktor Bros mimo woli przeczytał jego treść, kiedy burmistrz wyszedł do kuchni po szklankę wody. 

– Życzę Panu, Drogi Burmistrzu, szybkiego i skutecznego wyzbycia się tej zarazy, a przy okazji długich lat życia oraz wielu błogosławieństw bożych. Z poważaniem, Leon Cukor.

Po powrocie do domu doktor podzielił się z żoną swoimi wątpliwościami.

– Nie wiem, czy Cezar życzył burmistrzowi wyjścia z alkoholizmu czy też z zakażenia wirusem. Tak czy inaczej, nie były to miłe życzenia. Nie jestem także pewien, czy burmistrz zrozumiał aluzję nadawcy. Czasem wydaje mi się, że nie jest zbyt lotny. Nie jestem też pewien, czy nie jest to typ  służalca, co lgnie do ludzi wpływowych. Z wdzięczności za poparcie w wyborach na stanowisko burmistrza gotów byłby wejść Cezarowi w …. – Doktor nie zdążył dokończyć zdania; silniejszy powiew zbliżającej się burzy rozwarł drzwi mieszkania na oścież zmuszając go do interwencji.

– Wysoka wilgotność i nasilający się wiatr to symptomy zbliżającej się pory mokrej. Znowu ludzie pogrążą się w smutku a ja będę mieć więcej roboty.  – mruknął z niechęcią doktor, zapominając o telegramie, burmistrzu i Cezarze.

Pora wilgotna miała dać się we znaki nie tylko jemu. Wszyscy mieszkańcy miasteczka myśleli z niepokojem o powodzi i epidemii wirusa Quagga.

Odc. 3

Wirus niezmordowanie zbierał żniwo. Tuż po rozpoczęciu roku szkolnego odszedł nagle pryncypał szkoły średniej. Poszukiwano następcy. Spośród kandydatów na stanowisko wyróżniał się Igor Makara, mężczyzna o mocnym karku i smutnym obliczu świętego, jakie widuje się na obrazach w kruchtach kościelnych. Wychowany przez siostry zakonne miał surowe poglądy.

– Ale wyważone i sprawiedliwe – podkreślali jego zwolennicy. – Takich ludzi jest bardzo mało, tym bardziej należy go cenić a nie krytykować.

Kandydat Makara koncentrował się sprawach ważnych dla edukacji, szkoły i miasteczka: dzieciach, matkach, wychowaniu, obowiązkach rodzicielskich i patriotycznych. Jego kandydaturę przedstawił Cezar a poparły czołowe osobistości miasteczka. Dwa dni później magistrat zatwierdził kandydata i wyznaczył dzień jego uroczystego zaprzysiężenia. Zanim to nastąpiło, Makara przemówił do mieszkańców miasteczka zebranych przed szkołą na ulicy Przyleśnej. Mówił wyraźnie i zdecydowanie, powołując się na Boga i moralne obowiązki, jakie nałożył on na ludzkość, szczególnie na kobiety.

– Miejsce niewiasty jest w domu. Jej główną powinnością jest zawarcie związku małżeńskiego i wydawanie na świat dzieci. Im wcześniej tym lepiej. W krajach arabskich dziewczynki wychodzą za mąż już w wieku czternastu lat. U nas niestety później. 

Kobiety nazywał ukochanymi matkami i siostrami, dawał przykłady męstwa Joanny d’Arc, w końcu przywołał historyczny przykład niewiasty kobiety, która urodziła ponad sześćdziesięcioro dzieci.

– To nie jest możliwe – krzyczano.

– Jest możliwe, bo były to także ciąże mnogie – na dowód czego kandydat zacytował źródło historii medycyny.

Przed trybuną, skąd przemawiał, falował niespokojnie tłum przeciwników jego nominacji.

– Popierasz tych, co chcą mówić nam, jak mamy żyć. Niedoczekanie wasze! – krzyczano ze wszystkich stron. – Nie możecie decydować o wszystkim. Uzurpujecie sobie prawo do naszej przyszłości. Nadajesz się na woziwodę, a nie na pryncypała szkoły. Tu chodzi o nasze dzieci i naszą przyszłość. Taki pryncypał to tragedia dla edukacji. Nie może być na to naszej zgody!

W obronie dyrektora wystąpiły – oprócz Cukora i innych znanych osobistości  – także Koło Pobożnych Matron i Loża Masońska. Ojciec Albert zorganizował nabożeństwo w intencji nowego dyrektora, na które zaprosił także przedstawicieli innych religii, życzliwych kandydaturze Makary. Na nabożeństwie stali w pierwszym rzędzie razem z Cezarem i innymi osobistości miasta. Kobiet było niewiele. Wyróżniała się Czarna Iza, przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, ubrana w długą suknię z czarnej koronki.

– Wygląda jak wdowa po mężu, na którego śmierć czekała już od zamążpójścia – szepnęła Sandra, żona burmistrza, do stojącej obok przyjaciółki. 

Mężczyźni byli w ciemnych garniturach i w krawatach, z wyczyszczonymi na połysk butami, niektórzy z odznaczeniami na piersiach. Ojciec Albert wypowiadał się z szacunkiem i życzliwie za kandydatem, nie nachalnie, ale z przekonaniem, przedstawiając w tle zdarzenia i postacie biblijne. Mówił o Arce Noego, przerwanej płodności żony Lota, którą Bóg zamienił w słup soli za karę, że nie poszła z mężem do sypialni, tak jak prosił, tylko oglądała się za siebie.

Ojciec Albert przewodził procesji. Miał na sobie odświętną szatę w złotozielone wzory aniołów ze złotymi trąbkami. Szedł powoli pod baldachimem niesionym na zmianę przez Cezara, burmistrza, komendanta, plenipotenta, doktora Brosa, pocztmistrza i kilka innych, pomniejszych osobistości. W procesji uczestniczył także Henry Penryt, Hindus, reprezentujący mniejszość etniczną, poza tym dentysta oraz właściciel Telewizji Tuba. 

Kandydat nie zdążył podjąć obowiązków. W nocy przed zaprzysiężeniem przez burmistrza, mającym mu wręczyć symboliczne oznaki władzy szkolnej, rózgę, pióro i książkę, okazało się, że został ukąszony przez komara roznoszącego wirusy Quagga. To go przykuło go do łoża boleści.

Odc. 4

Od nadejścia pory deszczowej epidemia wirusa Quagga zabierała coraz więcej ofiar. Wielkie karawany pogrzebowe woziły ciała na cmentarz nocą. Ale ludzie i tak je widzieli. Kłopoty miasteczka nawarstwiały się tworząc łańcuchy i piramidy nieszczęść. Ludzie przestali myśleć o najbliższym otoczeniu, jakby straciło ono dla nich jakąkolwiek wartość. Cierpiały na tym zieleńce, parki miejskie, rzeka oraz okoliczne lasy i jeziora.

– To już nie jest zaśmiecanie, to morderstwo natury. Aż wstyd, że robią to nasi sąsiedzi, znajomi a może nawet rodzina, egoiści, którym brud moralny wychodzi z butów szybciej niż słoma, na jakiej się urodzili. Nasze lasy i rzeka są coraz bardziej zaświnione.

Były to słowa Trinity, gospodyni Ojca. Zdziwiły go, bo nie były do niej podobne. Nigdy nie używała takich słów ani nie była tak radykalna. Domyślał się, że ktoś ją nakręcił.

W obronie środowiska naturalnego demonstrowała już tylko młodzież i organizacje zielonych. Ich oburzenie nikogo nie interesowało. Tak to czuli. Dlatego szukali sprzymierzeńców i pomocy. Ich delegacja spotkała się drugi raz z Ojcem Albertem. Wierzyli, że im pomoże, choć był osobą bardzo konserwatywną. Chcieli go prosić, aby interweniował. Był kapłanem i znał wszystkich, jego słowa znaczyły więcej.

Przemówił Aleks, krewki młodzieniec o żywych, dziecięcych oczach, sypiącym się wąsie i włosach opadających na ramiona. Przypominał dużego nieopierzonego kurczaka.

– Niech Ojciec przemówi ludziom, tym brudasom, do sumienia. Przecież roślinność, woda, zwierzęta, ptaki i cała masa innych istot żywych to twory boskie, nie ludzkie. Może zrozumieją.

Ojciec Albert wysłuchał petycji z uwagą. Sprawa była poważniejsza niż myślał. Wypomniano mu, że on też o tym wiedział i nic nie zrobił, aby wykorzenić zło. W duchu przyznawał im rację. Chodziło nie tylko o zanieczyszczanie środowiska. Ludzie wycinali bez pozwolenia drzewa i budowali domy bez urzędowych zezwoleń. Było w tym przekupstwo, nadużywanie władzy i korzystanie z nienależnych przywilejów. Najgorsze było to, że winni byli ludzie Cezara, człowieka wyjątkowo wpływowego. Miał wielki majątek i mógł każdemu załatwić lukratywną pracę, korumpując ludzi, aby sprzeniewierzyli się własnemu sumieniu. Wielu mieszkańców wiedziało o nadużyciach, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos, gdyż chodziło o ludzi najbardziej wpływowych. Ojciec Albert znał ich wszystkich, chrzcił ich dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach ich bliskich oraz w rodzinnych uroczystościach.

Zdecydował się zabrać publicznie głos dopiero wtedy, kiedy Alex mruknął do swoich towarzyszy.

– Będziemy musieli coś podpalić. Jak spłonie dom lub kilka samochodów, może wtedy coś zrozumieją.

Potakiwano mu głowami. Dla Ojca Alberta był to znak, że żarząca się w nich anarchia ujawni się w czynach, jeśli on ich nie powstrzyma.

– Dobrze – powiedział mocniejszym głosem niż zamierzał. Zrozumiał, że jeśli nic się nie zmieni, w miasteczku wybuchną niepokoje. Przypomniał sobie czasy wojny domowej, kiedy ludzie stojący po przeciwnej stronie barykady ideologicznej wyrzynali się nawzajem.

W kościele były dwie ambony. Ta z lepszym nagłośnieniem była ładniejsza i wygodniejsza ale niska. Elektryk mieszkający w sąsiedztwie kościoła przemontował nagłośnienie na wyższą. Był zadowolony ze swojej roboty.

– Teraz będzie Ojciec przemawiać jak Mojżesz z Góry Synaj, w wielką mocą.

W niedzielę Ojciec Albert, sześćdziesięcioletni mężczyzna o radośnie okrągłym obliczu i charakterze umiarkowanego choleryka, przemówił. Zgromadzeni w kościele nie poznali go, jego niezwykłej kaznodziejskiej perswazji.

– Moje słowa kieruję do grzeszników, naszych współbraci, którzy błądzą okazując pogardę temu, co Bóg stworzył dla wszystkich żywych istot. Idea miłości bliźniego upadła na pysk. Nawet ludzie bogaci, może i ci najbogatsi, których stać dziesięciokrotnie na zapłacenie za wywóz śmieci, wyrzucają do lasu i do rzeki nie tylko butelki ale i stare opony, sedesy, meble, kafelki podłogowe i gruz budowlany. A przecież w lasach i wodach żyją zwierzęta i ptaki, nasi bracia mniejsi! Mówił o tym wielokrotnie Święty Franciszek z Asyżu, ale wy o tym zapomnieliście. A może nie zapomnieliście, tylko ignorujecie Świętego Franciszka, patrona naszego miasteczka? Zapominacie go, oraz przykazania boskie, bliskie jego sercu. To co jest dla was świętością?

Po nabraniu oddechu kapłan kontynuował.

– To nie wszystko. Chodzi też o łamanie prawa, korupcję i nadużycia władzy. Pohamujcie się, bracia i siostry, od zła, jakie czynicie. Mamy trudne czasy, epidemię wirusa i prawdziwe powodzie, i nie musimy dodawać do nieszczęścia podłych czynów.

– Wyszedł z ojca prawdziwy kaznodzieja – gratulowali mu wierni po zakończeniu nabożeństwa. – Tak trzeba było; przemówić z sercem do robaczywych sumień.

Gotowość naprawy społeczeństwa przetrwała kilkanaście dni; nie można było nic zrobić, gdyż z nieba nieprzerwanie padał deszcz. Kiedy zza chmur pojawiło się słońce, ludzie żartowali:

– To tylko po to, abyśmy wyraźniej widzieli klęskę.

Woda wypełniła koryto rzeki, okoliczne zalewiska, połowę piwnic i wszystkie dziury w mieście. Czekano na jej opadnięcie.

Kiedy przebrzmiały echa kaznodziejskiego zrywu, Ojciec Albert patrzył już na zło łagodniej, z pewną dozą optymizmu.

– Pan Bóg nie zapomniał nas, po prostu tylko przejściowo nas przeklął zsyłając wirusa i obfite deszcze – lamentował, kiedy spotkał doktora Brosa, mającego akurat chęć i czas, aby wysłuchać tyrady na temat czasów i moralności.

Narzekanie na upadek obyczajów najlepiej wychodziło mu rano, kiedy otwierał drzwi kościoła pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, i wieczorem, kiedy je zamykał. Był to rytuał, którego nie złamał w ciągu wieloletniej posługi, nawet w czasie choroby. Gorączka o mało co nie zabiła go wtedy rzucając na drzwi świątyni bogato zdobione miedzianymi ćwiekami.

Doktor Bros, ubrany w biały uniform lekarski, o nieokreślonej twarzy pozostającej w cieniu pokaźnego nosa, alfa i omega zdrowia publicznego, słuchał Ojca Alberta z uwagą. Uważał go za dobrego obserwatora,  człowieka zorientowanego w zawiłościach ludzkich losów.

– Ludzie przestali myśleć o bliźnich, nawet o sobie. Stali się egoistami prowadzącymi życie bez korzyści dla kogokolwiek. Zamożność i postęp stępiły ich wrażliwość. Mężczyźni myślą teraz jak kobiety, a kobiety jak mężczyźni. Nie wróży to nic dobrego. Nie dziwi mnie to jednak, gdyż wiem, że wyroki boskie są niezbadane – niejednoznacznie zakończył Ojciec Albert, jedyny człowiek łączący ludzi wszystkich wyznań, włącznie z klarobaptystami i cichowiercami.

Odc. 5

W pierwszej dekadzie października wykresy zachorowań, wyzdrowień i zgonów z powodu wirusa Quagga nieprzerwanie szły w górę. Oczekiwane przesilenie nie następowało. Nocą słychać było syreny pogotowia ratunkowego.

– Dlaczego oni używają syren nocą? Przecież o tej porze nie ma ruchu na ulicach! Chciałbym wypocząć po tygodniu ciężkiej pracy – denerwował się Józef Egipski, właściciel supermarketu z artykułami pierwszej potrzeby, aptekarz z zawodu. Był zmęczony po tygodniu wyczerpującej pracy. Najwięcej zajęcia miał w dziale sprzedaży artykułów farmaceutycznych, nie wymagających recepty, oraz drogeryjnych, związanych z ochroną przeciwwirusową. 

W niedzielę po południu burmistrz zadzwonił do żony. Wciąż był w magistracie, pracował. Czuł się rozdarty między obowiązkami męża a urzędowymi. Martwił się też oskarżeniami, że przedwcześnie zapowiedział zwycięstwo nad wirusem. Myślał o sytuacji, kiedy będzie musiał przyznać się do tego i przeprosić mieszkańców miasta. Żądali tego głośno jego przeciwnicy i część mediów. 

– Przepraszam cię, Sandro, ale dzisiaj będę nocować w pokoju gościnnym w magistracie. Mamy huk pracy i muszę…

– Co wy tam robicie w niedzielę? – przerwała niecierpliwie żona. Jego coraz częstsza nieobecność w domu wywoływała w niej podejrzenia, że ma kochankę. Nie miała jednak dowodów, że tak jest w istocie. Nie pozostawało to bez wpływu na jej samopoczucie. Od czasu wybuchu epidemii przybrała na wadze do tego stopnia, że koleżanki sobie z niej dworowały.

– Jakoś tak wyładniałaś, Sandro. Ta czerwona sukienka leży na tobie bez najmniejszej zmarszczki. Doskonale w niej wyglądasz, a na pewno jeszcze lepiej bez sukienki. Jak na obrazie „Maja naga” Francisco Goji.

Dla niej nie był to temat do żartów. Jej rozmyślania przerwał głos męża. Brzmiał trochę ochryple, tak że pomyślała, że pił alkohol.

– Uczestniczę w naradach i dyskusjach. Analizujemy przyczyny nagłego wzrostu zachorowań epidemicznych i szukamy rozwiązań – wyjaśniał cierpliwie. – Pracy jest taka masa, że po prostu nie daję rady. Dlatego do pomocy zaprosiłem doktora Brosa. Wyobraź sobie, że odmówił. Powiedział, że ma aż nadto obowiązków. Musiałem go przekonywać. Dopiero kiedy zaapelowałem do jego sumienia i patriotyzmu, zgodził się.

– Ty i ten twój dobroczyńca Cezar to tylko wciąż o wierze, tradycji i patriotyzmie! Na mózg wam padło. To nie jest tylko moja opinia, ale połowy miasta. Moglibyście wreszcie nabrać umiaru. Jeśli nie wy wszyscy, to przynajmniej ty.

Burmistrz nie sprzeciwiał się krytyce żony. Był zadowolony, że nie oponowała, że pozostanie w magistracie na noc. Zanim pożegnał się, dodał:

– Wierz mi, że ja i mój gabinet robimy bokami, aby wreszcie stłumić tę parszywą epidemię. Dwa razy dziennie występuję w telewizji i ogłaszam nowe instrukcje, wytyczne i inicjatywy rządu.

– Może dlatego, że zafajdaliście sprawę nie robiąc dostatecznie dużo lub robiąc rzeczy niewłaściwe. Mnie nie musisz wciskać propagandy, bo obracam się wśród ludzi i wiem, jak was oceniają. Znam wasze hasła: Mamy wielkie osiągnięcia! W innych miastach jest gorzej! Popatrzcie na statystykę! Zwiększamy ilość łóżek w szpitalach zakaźnych. Pamiętajcie o kwarantannie. Będziemy karać za nienoszenie maseczek. Ogłaszamy strefy zagrożeń; pokoloruj je sobie, jeśli chcesz. Chyba to wystarczy?

Burmistrz ucieszył się, że żona wyrzuciła z siebie tyle złej energii. Bał się, że zacznie się domyślać się, że znalazł sobie kochankę, z którą spotykał się wieczorem w swoim gabinecie.

Mimo zachęt ze strony magistratu do ograniczenia kontaktów towarzyskich i rodzinnych oraz ostrzeżeń doktora Brosa i innych lekarzy, jak niebezpieczny jest wirus Quagga, mieszkańcy miasta nie zmieniali trybu życia, spotykali się towarzysko, odwiedzali restauracje i bawili.

Doktor interweniował przemawiając do rozumu, ilekroć był świadkiem niestosownych zachowań.

– Skaranie boskie z wami. Jesteście młodzi i silni. Wielu was dobrze znam, niektórych przyjmowałem nawet na świat od waszych świętych matek. Niby inteligentni i rozsądni, ogłupieliście i gromadzicie się stadnie jak zwierzęta. Dotykacie się, obejmujecie, rozmawiacie, śpiewacie i krzyczycie do siebie, jakby zwykle słowa nie wystarczały.

Doktor wszedł do gabinetu burmistrza bez czapki, z rozwichrzonymi włosami i rozchylonym płaszczem. Pantofle nieczyszczone od kilku dni pokrywała warstwa szarego kurzu i błota, widoczny pod płaszczem biały fartuch wyraźnie stracił świeżość. Odezwał się już w progu.

– Ci młodzi ludzie chyba oszaleli. Spacerują po ulicach i gromadzą się w miejscach publicznych jakby to był czas niefrasobliwych wakacji. Maseczki najczęściej nie noszą, w najlepszym wypadku trzymają ją w kieszeni, w najgorszym wyrzucają do kosza lub w krzaki. Kiedy wychodzą z psami na spacer, te rozpoznają je po zapachu, wyciągają i roznoszą po parku. Ci ludzie nie rozumieją, że kiedy krzyczą lub śpiewają, wirus rozchodzi się znacznie dalej. W takim wypadku dystans społeczny nawet pięciu metrów nie wystarczy. Do ich obnażonych i spoconych rąk oraz twarzy wirusy kleją się jak błoto do karoserii samochodu. Im to nie przeszkadza. Sami nie chorują, tylko zarażają osoby starsze, własnych rodziców i dziadków. Co to za młodzież!

Tego dnia doktor niewiele pomógł burmistrzowi. Po kilku minutach oświadczył:

– Co ja będę panu i pańskim ludziom tłumaczyć, jak wy i tak to wszystko wiecie. Tu trzeba przykręcić śrubę mieszkańcom. Karać za nieprzestrzeganie zaleceń i wsadzać do więzienia. Wiem co to jest epidemia, dlatego chętnie kazałbym nawet rozstrzeliwać! – doktor popadł w nastrój niezdrowego podniecenia.

– Jest zmęczony albo pijany. Albo nie mógł wytrzymać napięcia i się narkotyzuje – pomyślał burmistrz. Nacisnął przycisk na biurku wzywając strażnika pilnującego wejścia do biura. Wyszedł mu naprzeciw, aby udzielić instrukcji.

– Niech pan pomoże doktorowi wyjść na świeże powietrze. Poczuł się słabo chyba z wyczerpania. I proszę wezwać do mnie tę nową sekretarkę i nie wpuszczać nikogo do mojego gabinetu. Muszę jej podyktować ważne komunikaty do przygotowania. W końcu musimy zwalczyć tę epidemię.

Po odejściu strażnika burmistrz wyjął telefon komórkowy i wykręcił numer Cezara. Przedstawił mu krótki raport o sytuacji epidemiologicznej.

– Musimy się spotkać i ustalić strategię postępowania. Inaczej wirus pogrzebie nas wszystkich. Szpitale zapełniają się stopniowo. Wkrótce pacjenci będą rywalizować o miejsca, respiratory i usługi lekarzy. To będzie pandemonium.

Głos z drugiej strony wyjaśniał coś przez minutę. Kiedy skończył, burmistrz zastanowił się, po czym odpowiedział.

 – Proszę mnie zawiadomić, kiedy będzie pan gotowy. Jestem na pańskie polecenia. Przyjadę, jak tylko pan mnie wezwie.

Od czasu wyboru burmistrza, decyzje magistratu zapadały w gabinecie Cezara. Była to cicha ale skuteczna współpraca. Zaczęła się znacznie wcześniej.

Odc 6

Wraz z porą deszczową nadeszła nowa fala epidemii. Rzeka i wirus jakby się zmówiły, pojawiając się razem, aby gnębić ludzi.

Pamiętny dzień rozpoczął się tak zwyczajnie, jakby było to wpisane w porządek świata.  Ranek był dżdżysty, potem rozpadało się na dobre, w końcu przyszła ulewa, która przerodziła się w oberwanie chmury. Niebo zwaliło się na ziemię miliardami ton wody. Jak zanotowały punkty pomiarowe lokalnej stacji meteorologicznej na każdy metr kwadratowy spadła tona deszczu. To wyjątkowe zdarzenie pozostało w pamięci mieszkańców miasta jako Dzień Wielkiej Wody.

W pierwszej kolejności fala powodziowa zmyła barki, łodzie i domy pływające zakotwiczone w porcie rzecznym, pędząc je jak bydło w dół rzeki, ku oceanowi. Większość jednostek znikła bezpowrotnie; poszła na dno albo zbłądziła gdzieś w chaszcze, aby zgnić w mrocznej samotności, albo została rozkradziona.

W miarę podnoszenia się poziomu wody w rzece, ludzie przenosili się z dobytkiem na wyżej położone obszary. Władze miasta udostępniły nieszczęśnikom teren kempingu, dostarczając także namioty i obiecując podłączyć „jak tylko można najszybciej” wodę i instalacje sanitarne. Rozmiar i gwałtowność powodzi zaskoczyły wszystkich, najbardziej zaś geometrę. Kiedy ludzie budowali domy i on wykonywał pomiary, robił z właścicielami działek zakłady, rodzaj ubezpieczenia, do jakiego poziomu powódź nigdy nie dojdzie. Chodziło o to, aby czuli się bezpieczni.

Nad wzbierającą rzeką zbierały się grupki ludzi. Zachowywali się różnie; niektórzy pomstowali, inni milczeli lub odchodzili, aby nie być świadkami rodzącej się klęski.

– Przeklinanie nic nie da. Rzeka i ludzki los nie zależą od człowieka. To kara boska za nasze grzechy. Nadchodzi niespodziewanie jak grom z jasnego nieba.

Komentarz Ojca Alberta nie we wszystkich wzbudził entuzjazm, mimo życzliwości, jaką go darzyli.

W przeddzień powodzi otwarto klub Ero. Była to instytucja prywatna, zastrzeżona wyłącznie dla mężczyzn. Jak się potem okazało, także dla kobiet, chociaż tych było bardzo mało. Zdarzenie od początku otoczone było tajemnicą. Było to miejsce wyłącznie dla wybrańców, którzy otrzymali zaproszenia na jego otwarcie. Kto to był imiennie nie było wiadome. Obowiązywała tajemnica; nikt zresztą nie spodziewał się niczego innego zważywszy na nazwę klubu.

Budynek klubu, kolumnami na froncie przypominający wiejską rezydencję z okolic Neapolu, był usytuowany w północnej, górnej części miasta. Były to dzielnice zamieszkałe przez osoby uprzywilejowane przez los, właścicieli fabryk, majątków ziemskich, odziedziczonych fortun jak i posiadłości zdobytych ciężką pracą. Większość notabli miasta miała tu swoje domy, z wyjątkiem tych, którzy dopiero rozpoczynali karierę zawodową, aby się dorobić.

Zaproszeni na otwarcie „Ero” zjawili się w maseczkach i ubiorach stylizowanych na postacie historyczne i nie tylko. Każdy z uczestników miał przypiętą na piersi złotą przywieszkę identyfikacyjną. Niektóre nazwy brzmiały raczej pretensjonalnie, sugerując dużo więcej niż postura i zachowanie osoby noszącej maseczkę i przywieszkę. W oczy rzucała się Mała Dama. W istocie rzeczy była to postać raczej rosła, proporcjonalnie zbudowana, posturą przypominająca lekkoatletę. Głos dochodzący zza maseczki był trudny do określenia, zbyt chrapliwy jak na kobietę i zbyt wysoki jak na mężczyznę. Większość gości sądziła, że to niewiasta, dopóki nie podciągnęła ona sukienki i nie podrapała się po goleni porośniętej gęstym męskim włosem.

– Aksamitny mężczyzna – skomentował jeden z gości. Po mocnym, przepitym głosie rozpoznano, że był to doktor Bros.

O Małej Damie szybko zapomniano z nadmiaru wrażeń. Dostarczyły ich wykwintna kolacja z szampanem, wyśmienite lody i napoje na deser, w końcu sztuczne ognie. Cały czas zebranym towarzyszyła muzyka kameralna w wykonaniu nieznanego zespołu.

Następnego dnia w mieście, jeszcze przed ujawnieniem się w pełni mocy powodzi, na temat klubu krążyły już pogłoski, plotki i domysły, bo nikt nie znał prawdy. Ci co ją prawdopodobnie znali, trzymali język za zębami. Wszyscy pracownicy klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy.

W rozmowach i dyskusjach było więcej pytań niż odpowiedzi. Co do jednego panowała zgodność, że członkami klubu jest mała grupa uprzywilejowanych mieszkańców miasta. Dyskutujący nie powstrzymali się od złośliwości. Przez niejednego przemawiała zazdrość.

– To chyba klub erotyczny?

– A może to klub samotnych serc? Albo gorzej, klub samca!

– Chyba raczej klub samotnych mężczyzn. Takich u nas nie brakuje, bo ludzie dzisiaj chętniej się rozwodzą niż żenią czy wychodzą za mąż – komentowały między sobą panie z Koła Pobożnych Matron, nie szczędząc języka na opisanie Sodomy i Gomory, jaka miała ogarnąć miasto.

Odc 7 

Najlepiej zorientowani w sprawach Klubu „Ero” wydawali się być taksówkarze dowożący gości, był jednak problem z ich wiarygodnością. Ojciec Albert, spowiednik i powiernik setek wiernych, zazwyczaj dobrze wtajemniczony w intymne sprawy miasta, tym razem wiedział mniej niż organista.

– Taksówkarze, dziś nimi są głównie obcokrajowcy, to naciągacze i donosiciele. Obwiozą cię dwa razy dłuższą drogą, zanim się zorientujesz, gdzie jesteś. Najgorsi są ci z Indii. Ja bym im nie ufał. 

Fakty dotyczące pierwszego dnia Klubu „Ero” zweryfikowano dopiero po kilku dniach. Ojciec Albert dowiedział się szczegółów z samego rana, kiedy otwierał drzwi kościoła. Informacji udzielił mu pocztmistrz, kierujący urzędem pocztowym usytuowanym kilka przecznic dalej. Jak wyjaśnił, był na spacerze. Zobaczywszy księdza, zatrzymał się, aby porozmawiać. Ojcu Albertowi wydało się, że nie znalazł się tam przypadkiem, ponieważ nigdy wcześniej go nie widział spacerującego w okolicy w dodatku o tak wczesnej porze.

– Na ceremonii otwarcia obecny był sam Cezar. Na twarzy miał maseczkę, poza tym ubrany był jak zawsze w ciemny garnitur. Żadnych tam strojów historycznych. Był bardzo krótko. Jak meteor przeleciał przez parkiet sali głównej pozdrawiając dyskretnie wybranych gości. Pokazywano go sobie nazywając Szarą Eminencją. Wielu nawet nie wiedziało, o kogo chodzi.

Lista innych ważnych uczestników przedstawiona przez pocztmistrza obejmowała także doktora, plenipotenta, komendanta i burmistrza oraz właściciela Telewizji Tuba. Było oczywiście więcej osób, ale ci byli najważniejsi.

Konwersując, poczmistrz przyglądał się rozmówcy, jakby usiłował go przeniknąć. Wiedział, że też ma swoje tajemnice, ale nie dzieli się nimi z nikim. Kilka dni przed otwarciem Klubu „Ero” Ojciec Albert pobłogosławił w tajemnicy przed ludźmi pomieszczenia klubowe. Sam nie zamierzał brać udziału w uroczystości otwarcia klubu, nie lubił takich miejsc. Jak mówił, odczuwał niechęć do wszystkich miejsc, gdzie ludzie są zachęcani do picia alkoholu. Miał wątpliwości moralne, wzdragał się też przed poświęceniem tego miejsca. Mówiono, że uległ w rozmowie z Cezarem. Obydwaj mężczyźni znali się dobrze, choć się nie przyjaźnili i rzadko pokazywali razem publicznie. Najczęściej było to w kościele pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, gdzie Cezar w każdą niedziele uczestniczył w mszy celebrowanej przez księdza. Siedział zawsze w pierwszym rzędzie.

Pocztmistrz wiedział o tym dobrze. Kilka dni wcześniej powiedział doktorowi Brosowi, do którego miał zaufanie:

– Cezar to jastrząb wierzący w Boga i wspierający gołębia Ojca Alberta solidnymi datkami na kościół. Oni są jak ptaki połączone wspólną wiarą i pieniędzmi.

O Klubie „Ero” krążyły wieści tak dziwne i niezrozumiałe, że mało kto w nie wierzył. Z czasem ludzie przełamywali swoje uprzedzenia wobec tych pogłosek. Członkowie klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy i uparcie trzymali język za zębami. Mówiono, że ktoś raz chlapnął, powiedział coś niewłaściwego czy za dużo, i po prostu zniknął. Znaleziono go martwego trzy dni później. Jak się okazało, popełnił samobójstwo. Zmarłego pochowano na cmentarzu, gdzie nigdy wcześniej żaden samobójca nie spoczął. Mowę pogrzebową wygłaszał Ojciec Albert; musiał wiedzieć więcej na ten temat, ale uparcie milczał. Zdarzały się także utonięcia, rzadziej nieznana choroba, po której ciało puchło do granic możliwości, siniało i śmierdziało już następnego dnia.

Pytany o te sprawy doktor Bros nie unikał odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, mówił chętnie a nawet więcej, niż to, o co go pytano, tak jakby miał w tym jakiś interes.

– Owszem, w mojej praktyce lekarskiej zdarzały się takie zgony, ale to o niczym nie świadczy. To, że ktoś wpadł pod samochód, nie znaczy, że ten samochód znalazł się celowo w jego pobliżu, aby ten ktoś mógł popełnić samobójstwo. Śmierć człowieka w takich okolicznościach to najczęściej przypadek a nie efekt czyjegoś celowego działania. Ludzie często zachowują się niezrozumiale. Miałem pacjenta, który umyślnie zaraził się wirusem Quagga, aby przekonać się, czy jest to poważna choroba, bo nie wierzył w żadne epidemie i szczepienia. Czy to był samobójca? Nie wiem. Raczej wariat, bo umarł w męczarniach.

Aktywny tryb życia mężczyzn pogłębiał samotność żon, które nie pracowały zajmując się domem. Mając więcej czasu, prowadziły życie bardziej towarzyskie, częściej się spotykały.

Teresa Bros, żona doktora, w rozmowie z aptekarzową Marleną, nie krępowała się nazywać rzeczy po imieniu. Nie było potrzeby; obydwie wychowywały się razem i od lat przyjaźniły, mimo że ich mężowie nie przepadali za sobą.

– Pal diabli Klub „Ero” i jego sekrety! Tu chodzi o zachowanie w tajemnicy życia elity, ludzi popierających się nawzajem. Czerpią z tego korzyści. Oni to wszystko pichcą we własnym sosie dla własnych potrzeb. Jeśli chodzi o te rzekome czy rzeczywiste samobójstwa, to orzeczenia zgonu wystawia doktor, poświadcza komendant policji i potwierdza oficjalnie burmistrz swoją pieczęcią. Czasem w tym uczestniczy Plenipotent, kiedy w grę wchodzi spadek. Możesz uśmiercić kogoś wbijając mu nóż w piersi, a z dokumentów będzie wynikać, że to samobójca. Władza to najbardziej elitarny klub w naszym mieście.

– Całe szczęście, że nasi mężowie należą do elity, bo nie wiadomo, co by się z nami stało w razie nieszczęścia.

– Największe nieszczęście to ubóstwo. Nie daj, Boże, być biedakiem – filozoficznie zauważyła Teresa. Wiedziała, co mówi, gdyż pochodziła z biednej rodziny. Oboje z mężem nigdy nie podejmowali tego tematu.

Życie wyższych sfer otaczało się coraz wyższym murem tajemnicy.

– Człowiek kulturalny nie rozmawia o własnych wpadkach ani seksie z własną żoną. – Tak miał powiedzieć kiedyś Cezar.

Ojciec Albert nie miał wątpliwości, że to nie Cezar był autorem powiedzenia, ponieważ nigdy nie był żonaty ani dzieciaty. Była to dziwna postać. Kapłan zamyślił się, przypominając sobie szczegóły jego życiorysu. Niektóre poznał osobiście, o innych słyszał od parafian lub czytał w prasie. Z Cezarem łączyły go relacje bliskości i oddalenia. Nie rozmawiał o tym z nikim, nie lubił nawet o tym myśleć. Problem tkwił w tym, że obydwaj lubili dominować.

Odc. 8

Miasto przeżywało kryzys. Wielka powódź, wzrost zachorowań na wirusa,  upadające firmy, zwolnienia pracowników, zapełniające się szpitale. Ludzie tracili dochody i nadzieję. Wszyscy obawiali się o przyszłość. Co gorsze, w mieście pojawiły się plotki, graffiti i anonimowe donosy szkalujące poważnych ludzi.

W ratuszu od rana obradował miejski sztab kryzysowy. Narada nie szła najlepiej. Brakowało kilku ważnych zaproszonych osób oraz dwóch stałych członków sztabu. Nieobecność uzasadniali chorobą lub innymi ważnymi obowiązkami. Burmistrz, prowadzący naradę, denerwował się. Było to najbardziej jałowe spotkanie, jakie mógł sobie wyobrazić. W pewnym momencie, wyprowadzony z równowagi brakiem najnowszych danych o liczbie zakażeń na wirusa, warknął do siebie: 

– Kurwa mać! Idzie nam jak krew z nosa.

Wieczorem zadzwonił do niego Cesarz. Wiedział już o niepowodzeniu posiedzenia sztabu kryzysowego. Także o donosach i graffiti .

– To wredna sprawa. Dotyczy nas wszystkich. Zaprosiłem na jutro do siebie kilka prominentnych osób, aby o tym porozmawiać. Razem stworzymy taki mały think-tank. Coś trzeba z tym zrobić. Chcę zaprosić także pana, powinniśmy spotykać się razem. To jak, przyjdzie pan? Jutro o godzinie piątej po południu.

Burmistrz zastanawiał się nad odpowiedzią, kiedy głos w telefonie odezwał się znowu.

– Nie musi pan podejmować natychmiast decyzji. Proszę się nad tym zastanowić. Niech pan zadzwoni do mnie jutro. O dowolnej porze, jestem dostępny od rana do południa. Ale nie później, bo będę zajęty.

Słuchając Cezara burmistrz wyobrażał sobie, co on naprawdę myślał.

„Chcę stworzyć własny sztab kryzysowy do zarządzania miastem. Mam odpowiednie warunki, no i przede wszystkim środki. Nie znaczy to, że będę proponować likwidację miejskiego sztabu kryzysowego. Niech sobie nadal istnieje. Ja po prostu nie wierzę, że oni mogą osiągnąć jakiekolwiek sukcesy. Do tego trzeba umiejętności, determinacji i środków. Ja tym wszystkim dysponuję w odróżnieniu od tego wolnomyśliciela burmistrza”.

Cezar rozłączył się tak szybko, że burmistrz nie zdążył nawet powiedzieć mu “do widzenia”. Był zły na niego, że zakończył rozmowę tak bezceremonialnie.

W nocy w sypialni wrócił myślą do rozmowy. Zastanawiał się głośno w obecności żony.  – Co ten typ ma na myśli? Co on knuje? – rzucił w przestrzeń pytanie. Zapadła cisza, jakby słowa rozmazały się w chłodnym powietrzu płynącym z uchylonego okna. 

– Może on chce ci pomóc? Nie idzie ci zbyt dobrze. Ale to nie twoja wina, masz masę problemów. Wirus, epidemia, sektor biznesu w opałach, szpitale, szkoły. Musisz nad tym wszystkim panować, a to prawie niemożliwe.

– Myślę, że bardziej niż mi pomóc, on chce mnie wysadzić z siodła i na stanowisko wstawić któregoś ze swoich pociotków. Wszędzie ich umieszcza, nie tylko w swoich firmach.

– Dziwisz się, że chciałaby zastąpić cię kimś innym? Nie masz najlepszej opinii w mieście. Ktoś pisze na ciebie anonimy i rozsyła do wszystkich, co chcą je czytać.

– Na przykład do kogo?

– Na przykład do prokuratora, sądu i na policję. To są najnowsze wiadomości. Wiem to od żony komendanta, powiedziała mi to w zaufaniu. A co było wczoraj?! Ten napis czerwoną farbą na ścianie naszego domu: „Burmistrz to złodziej”! – To straszne. Pojawiły się także graffiti w mieście. Nie tylko przeciwko tobie, ale i innym znanym ludziom. Kilka domów dalej na ścianie budynku ktoś namalował obsceniczny obraz i podpisał: Burdel Mama. Obrzydliwość. Nie znam tej kobiety, ale jej współczuję. Szczują nas jeden na drugiego. Kto to może być?

Następnego dnia jadąc samochodem do rezydencji Cezara burmistrz zastanawiał się nad jego propozycją. Pogrążony w myślach, nie zwrócił uwagi na ludzi gromadzących się przy ulicy i czekającą z boku policję. Szykowała się jakaś manifestacja.

– Dlaczego nie? Ten pomysł ma ręce i nogi. Warto mieć takiego krezusa po swojej stronie, a przynajmniej wiedzieć, co knuje. Nikt nie wątpi, że facet nie tylko śpi na pieniądzach ale ma też łeb na karku. Umie sobie radzić. Bez tego nie zgromadziłby takiego majątku. 

Dojazd zajął mu więcej czasu niż myślał. Rezydencja Cezara mieściła się na wzgórzu, skąd roztaczał się widok na miasto i rzekę. Na spotkanie przybyło kilkanaście osób. Wydawało się, że są tam wszyscy wpływowi ludzie w mieście. Kiedy burmistrz ich zobaczył, poczuł ukłucie zazdrości. Oprócz Cezara i jego przystojnego sekretarza, z którym się nie rozstawał, obecni byli już doktor, komendant policji, dyrektor szkoły, aptekarz i kilku biznesmenów, których znał.

Spotkanie odbywało się w małej sali konferencyjnej. Wokół stołu z przekąskami stały skórzane fotele. Na stole nie było żadnego alkoholu, nawet piwa, tylko kawa, herbata, napoje gazowane, soki. Burmistrz mruknął do stojącego obok doktora, który mu doradzał w sprawach medycznych. Znali się bardzo dobrze.  

– Pan domu sam nie pije, to i innym nie pozwoli nawet ust zamoczyć. To jest dyscyplina!

– Mój drogi! Przyjechaliśmy tutaj pracować, a nie pić. To chyba dobrze, bo ja do dzisiaj nie mogę jeszcze uspokoić się po ostatnim pijaństwie imieninowym. Ta epidemia mnie dobije.

Nie czekając na spóźnialskich, o godzinie siedemnastej gospodarz  rozpoczął spotkanie. Ubrany był jak zwykle w ciemny garnitur w paski.

– Koszula, krawat, pantofle i skarpetki – to chyba wszystko, co ma na jeszcze sobie. Wygląda jak stróż pilnujący dobytku mojej babci – pomyślał niechętnie burmistrz. 

Cezar przedstawił cel spotkania i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wirus i epidemia, sytuacja gospodarcza, rosnące bezrobocie oraz graffiti i donosy. Tak widzę najważniejsze problemy miasta. Chciałbym, abyśmy się zastanowili, dokąd to wszystko zmierza i co możemy wspólnie zrobić, aby poprawić sytuację.

Za oknami zaczęły ujadać wściekle psy. Zrobił się harmider, nie sposób było spokojnie słuchać.

– Przepraszam za to zakłócenie. Lubię zwierzęta, ale czasem przeszkadzają.

Cezar odwrócił głowę w kierunku sekretarza, dając mu znak niewidzialnym dla gości ruchem dłoni. Ten skinął głową i wyszedł z sali. Kiedy przechodził koło burmistrza i doktora, obywaj zauważyli jego smukłą, wysportowaną sylwetkę i obcisłe spodnie. Poczuli mocny, słodki  zapach perfum. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Cezar nie był najlepszym mówcą. Mówił spokojnie, czasem się jednak powtarzał, używał obcych słów oraz wyrażeń nadających posmak sztuczności temu, co mówił. Obserwowano go uważnie. Aptekarz zastanawiał się, jak spożytkuje korzyści z uczestnictwa w naradzie. Chciał rozwinąć swój biznes na większą skalę, marzył o dominacji na rynku. Był już największym dystrybutorem artykułów farmaceutycznych, drogeryjnych i suplementów diety. Czekał na dyskusję na temat donosów i graffiti. Czuł się również zagrożony, na niego też pisano. Ktoś wiedział o nim więcej, niż mógł się spodziewać. Podejrzewał urząd podatkowy.

– Tam musi być ktoś, kto działa w porozumieniu albo za zgodą mojej konkurencji. A może maczał w tym palce sam burmistrz lub Cezar? Też mają wszędzie swoich ludzi i ambicje zrobienia dużych pieniędzy. Myślał o tym już wcześniej.

Odc. 9 

Doktora Brosa bardziej niż cokolwiek interesowały motywy i intencje kierujące Cezarem. Chcąc je zrozumieć, słuchał go uważnie, obserwując równocześnie, jak inni reagują na jego słowa.

Cezar wyglądał inaczej niż zwykle. Stracił nieco na wadze i jakby wyładniał. Ostatnie skojarzenie tak rozbawiło doktora, że o mało co a zaśmiałby się głośno. To go otrzeźwiło. Skoncentrował się, aby nic nie stracić z przemówienia Cezara. Analizował jego słowa. Znał się na tym, robił to codziennie rozmawiając z pacjentami, którzy nie zawsze umieli wyrazić, co im dolega. Cezar nie uśmiechał się, tak jakby nie umiał. Było w nim coś kobiecego. Jego sylwetka była zaokrąglona, a policzki mimo zmarszczek gładsze niż u mężczyzny.

– Chyba był u kosmetyczki – pomyślał doktor i skierował wzrok na jego nogi. Cezar nosił długie spodnie, szersze niż inni mężczyźni. Kiedy podniósł nogę, aby zrobić krok do przodu, doktor zauważył jego pantofle. Miały damski krój, były nieco węższe i delikatniejsze, też eleganckie ale w inny sposób niż męskie obuwie.

To zastanowiło Brusa, choć nie całkiem zdziwiło. Już wcześniej słyszał od pacjentów, że Cezar nie jest mężczyzną ale kobietą w przebraniu mężczyzny. Doktor odrzucał te plotki jako wyraz ludzkiej bezmyślności. Teraz sam nabrał wątpliwości.

Starał się skoncentrować na tym, co mówił gospodarz.

– Nastroje w mieście są bliskie eksplozji. Wszyscy wiemy dlaczego. Epidemia to zjawisko naturalne, ale za jej skutki społeczeństwo będzie obarczać władze, ale nie tylko. Także wielu z nas. Jeśli coś pójdzie nie tak jak trzeba, ludzie będą szukać winnych. I będą winić nas wszystkich, tak jak tu siedzimy. Burmistrza za wzrost bezrobocia, doktora za pogarszające się warunki w szpitalach, bo jest koordynatorem ich pracy, aptekarza za brak szczepionek, maseczek ochronnych lub przyłbic. Mógłbym się tym nie przejmować, bo żyję trochę na uboczu, ale jestem człowiekiem aktywnym i postanowiłem się włączyć. Indywidualnie możemy niewiele znaczyć, ale razem stanowimy siłę, czy to się komuś podoba czy nie. Musimy to wykorzystać, aby uspokoić sytuację.

Cezar mówił w sposób, który zaniepokoił zebranych. Mówił nie na temat. Nie o problemach i jak je rozwiązać, ale o przyszłości, kiedy już ich nie będzie. Mówił o pragnieniach i marzeniach. W końcu zaskoczył wszystkich zadając pytanie:

– Czego pragną zwykli obywatele? O czym marzą? Każdy z nas ma jakieś pragnienia i marzenia.

Zapadło milczenie. Nikt nie kwapił się z odpowiedzią.

– Chcą lepszego życia. Przekonania, że będą żyć lepiej niż obecnie, że łatwej będzie o pracę, będę lepiej zarabiać, że wszytko będzie się układać. To jest ich wizja przyszłości.

Doktor uświadomił sobie, że Cezar mówi skrótami. Zapamiętał niektóre z nich.

W czasie przerwy nalał sobie kawy i podszedł do burmistrza. Mówił ciszej, aby go inni nie słyszeli.

– Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę. Nasz wymowny hegemon używa pewnych słów, aby wywołać w głowach pozytywne skojarzenia. Manna z nieba. Mleko i miód. Świeże pieczywo na śniadanie. Dzieci. Kobiety rodzą dzieci. Żadnej nagości i wulgarności na ulicach. Lojalność wobec władzy. Sądy orzekają szybko i bezstronnie. Praca dla wszystkich. Liczy się czas i czyn. To fenomenalne, co ten stary cwaniak wymyślił. Jako lekarz wiem, że ludzie lubią słuchać o rzeczach pozytywnych, a nie negatywnych. Nawet kiedy te pierwsze są naciągane, a te drugie prawdziwe i ważne. Taka jest natura ludzka. Chętnie opowiedziałbym ci o pewnej pacjentce, kiedy byłem młody i nie znałem kobiet, ale nie mamy czasu. Już wołają na salę.

Po drodze na salę doktor zdołał jeszcze dodać:

– Cezar powinien mówić o patriotyzmie i tradycji, bo to wszyscy znają. Ludzie nadużywają tych słów tak, że są już wyświechtane. Te słowa były zbyteczne.

W dyskusji burmistrz pierwszy zabrał głos.

– Przecież to nie ma sensu – zaoponował. – To, co pan powiedział, to zbiór luźnych haseł, dobrych w filmie propagandowym o tym, jak zdobywać władzę w wyborach na prezesa klubu wioślarskiego. A nie dla naszego miasta. Jak pan to wytłumaczy?

Jego wypowiedź zaskoczyła wszystkich gwałtownością i bezkompromisowością wobec Cezara.

– Aha! Burmistrz poszedł na konfrontację – pomyślał doktor Brus. – Po co on to robi?

Gospodarz spotkania zamiast się zdenerwować, popatrzył uważnie na pytającego. Milczał, jakby oczekując, aż uspokoją się psy. Znowu szczekały, choć ciszej niż poprzednio. Po chwili się uspokoiły.

– Trafił pan, burmistrzu, w samo sedno. Ja wcale nie uważam, że musimy to realizować. To jest tylko wizja, a to, co mówiłem, to tylko słowa, które mają przekonać do nas ludzi. Jesteśmy ludźmi wpływowymi i powinniśmy to wykorzystać dla dobra miasta. Możemy pokierować losami miasta. Burmistrz sam nie jest w stanie tego zrobić.

W drodze do domu burmistrz był pewny, że wszyscy uczestnicy spotkania myśleli o tym samym, co on, o wizji Cezara. Chodziło o coś w rodzaju raju na ziemi. Cezar dał mu nawet nazwę: Ziemia Obiecana. Dla burmistrza była to mrzonka, fatamorgana, narkotyk dla naiwnych. Na jego zarzuty Cezar odpowiedział:

– Nie przeszkadza mi to tak długo, dopóki ludzie wierzą mnie, a nie moim przeciwnikom.

Burmistrz poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.

Odc. 10 

Oddanie każdego kapłana wierze i kościołowi ma swoje granice. W przypadku Ojca Alberta wytyczały je sprawy prozaiczne, z pozoru mało ważne, określające jego codzienne życie. Najgorsze w nim było to, że po posiłkach natychmiast zasypiał. Następowało to niezależnie od okoliczności, czy było ciepło czy gorąco, czy pod głową miał poduszkę czy też twarde oparcie ławki kościelnej lub drewnianej ścianki konfesjonału. Była to jawna i wyjątkowo deprymująca słabość. Doktor Chyra, profesjonalista wtajemniczony w problem, podejrzewał, że przysypianie Ojca Alberta mogło mieć związek z jego dziedzictwem genetycznym. Było to tym boleśniejsze dla duchownego, że spanie w ciągu dnia uważał za marnotrawstwo czasu, jaki przeznaczył mu Stwórca na realizację ważnych zadań. Walcząc z nałogiem zasypiania, Ojciec Albert pił wodę w niezwykłych ilościach, aby pęcherz nie pozwolił mu zasnąć, ale wtedy musiał z kolei raz po raz pędzić do toalety. To go tak męczyło, że coraz częściej zdarzało mu się przekląć, co było jawnym grzechem.

Na początku, nie mając własnego spowiednika, nie korzystał w ogóle z sakramentu spowiedzi. Zapytany przez Trinity, dlaczego nie pojedzie do innej parafii, aby się wyspowiadać, odpowiadał:

– Byłoby to wielkim marnotrawstwem czasu, który muszę poświęcać parafii i parafianom. Ponadto spowiadam się z moich grzesznych czynów i myśli bezpośrednio panu Bogu i jest nam z tym dobrze.

Trinity nie zgadzała się z nim, tłumacząc mu, że uczył ją zupełnie czego innego.

– Sam mi ksiądz powtarzał i przypominał, że człowiek grzeszny musi korzystać z pomocy kapłana, ponieważ tylko taka spowiedź jest ważna. Tylko spowiednik jest w stanie dopytać penitenta o sprawy, które ten mógłby chcieć ukryć lub nie dopowiedzieć, oraz ustalić, jak bardzo żałuje on za grzechy, aby zadać mu odpowiednią pokutę. Spowiedź bezpośrednia wobec pana Boga, jak to praktykują inne religie, to tylko oszukiwanie siebie samego.

Odpowiadał wtedy Trinity:  

– Gdybym miał zaufanego spowiednika, jakim sam jestem, natychmiast poszedłbym do spowiedzi. Ale go nie mam, bo w parafii od dłuższego czasu nie mamy drugiego kapłana. Dlatego występuję w podwójnej roli, spowiednika i penitenta. Nic innego w tej sytuacji nie mogę zrobić. 

Z biegiem czasu Ojciec Albert zmienił zdanie. Bycie jednocześnie spowiednikiem i penitentem przerażało go. Tym mocniej bił się wtedy w piersi i tym głośniej wyrażał żal za grzechy. Trinity i organista, szczerze zatroskani o Ojca, którego uważali za świętego, widząc go w takim stanie cierpieli razem z nim. Zamykali wtedy w pośpiechu kościół, aby nikt postronny nie był świadkiem jego niezwykłego upokorzenia.

Drugą słabością Ojca Alberta było jego hobby – prowadzenie kroniki kościoła i parafii. Pożerało to jego czas i zużywało jego energię, ponieważ Ojciec nie tylko przedstawiał w kronice historię ale też snuł plany na przyszłość. Z czasem nabył skłonności do fantazjowania, tworzenia wizji i snucia marzeń na temat parafii, parafian i ich życia duchowego. Ze swoim naukowym zacięciem, przez dłuższy czas zbierał też informacje na temat Arki Noego, wnikając w jej historię. Była ona o tyle ciekawa, że wykopaliska archeologiczne potwierdziły prawdziwość opisu biblijnego. Zachwycało to kapłana, ponieważ nauka i doktryna kościelna na ogół rozmijały się ze sobą, co go bolało.

Trzecia słabość Ojca Alberta miała zupełnie inny charakter, nie przystający do zawodu duchownego. Była to słabość do techniki, w szczególności do pojazdów mechanicznych. Z tej pasji Ojciec czerpał dużo radości, ale też i niemało cierpienia, które niesie ze sobą każdy postęp techniczny.

– To dlatego, że w odróżnieniu od wszystkiego, co żyje, będąc tworem boskim, technika jest tylko tworem ludzkim, z konieczności więc niedoskonałym – tłumaczył wiernym kapłan.

Najbardziej leżał mu na sercu dar od parafianina, Jana Zadry, który na łożu śmierci zapisał mu w testamencie samochód. Nie był to pojazd nowy, ale w doskonałym stanie. W pierwszym momencie Ojciec Albert odrzucił propozycję tak kosztownego daru i zasugerował, aby darczyńca przekazał pojazd parafii. Jego właściciel nie zgodził się.

– Podaruję parafii samochód, dorobek mego życia, a biskup przeniesie ojca do innej parafii i dar przepadnie. Z czymś takim nie mogę się zgodzić. Bóg by się na mnie obraził i pokarał wiecznym potępieniem, bo Ojcu ten samochód należy się bardziej niż komukolwiek innemu. Zresztą Ojciec też nie będzie żyć wiecznie, wobec czego prędzej czy później, wołałbym aby później, mój dar i tak przypadnie w udziale parafii.

Odc 11

Ojciec Albert miał prawo myśleć, że dar parafianina może mu przynieść niepokój i kłopoty. Siedząc w konfesjonale spowiadał się po cichu.

– Boże, czemu nie skorzystałem z twojej łaski i popadłem w pychę myślenia, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Czemu usiłowałem zwodzić siebie, że to niemożliwe.

Tego dnia Ojciec Albert nie zjadł obiadu. Była to pokuta, jaką sam sobie zadał, za grzech ukrywania prawdy. Cierpiał, tym bardziej, że Trinity pogniewał się na niego.

– Przepraszam Ojca, ale to są jakieś fanaberie. To ja gotuję ulubione dania Ojca, a Ojciec odrzuca je jakby to była trucizna. Mnie to nie przekonuje, że to dobra pokuta. Ojciec oszukuje sam siebie.

Następnego dnia przystąpiła do spowiedzi, aby przeprosić Ojca Alberta na słowa krytyki.

– Trinity, oboje zgrzeszyliśmy. Wybacz mi, tak jak ja wybaczam tobie.

Oboje poczuli się lepiej. Nie rozwiązało to jednak sprawy donosu o kradzieży samochodu.

Ojciec Albert martwił się darem parafianina, tym bardziej, ze samochód bardzo przypadł mu do serca. Miał duże drzwi, fotele obciągnięte prawdziwą skórą oraz kierownice, którą można było obracać w czasie jazdy jednym palcem, tak lekko prowadził się.

Złą passę zdarzeń w mieście pogłębił donos, jaki otrzymał komendant. Wśród masy różnych anonimów trafiających ostatnio do policji, kierowanych przeciwko znanym i mniej znanym mieszkańcom miasta, pojawił się również i ten, że Ojciec Albert jeździ kradzionym samochodem, w dodatku bardzo luksusowym. Oskarżenie było tak absurdalne, że komendant wybuchnął śmiechem. Kiedy o tym myślał, przypomniał sobie rozmowę z żoną w sypialni.

– Ty nawet nie masz wyobrażenia, jak wielkie są potrzeby kościoła i jak skromne są jego środki. To nie jest duża parafia. W dodatku ludzie skąpią na kościół. Ojciec Albert wszystkiego sobie odmawia. To święty człowiek.

– Jaki kościół i jaka parafia? – zdenerwował się komendant. Żona często zaskakiwała go mętnymi tłumaczeniami.

– Jak to jaki kościół i jaka parafia? Co ty zadajesz głupie pytania? Parafia Świętego Franciszka z Asyżu, którą prowadzi Ojciec Albert, najuczciwszy z duchownych jakich spotkałam w życiu. Powinieneś pójść raz, bezbożniku, ze mną w niedzielę do kościoła, aby wiedzieć takie podstawowe rzeczy. Kościół wymaga poważnego remontu dachu i wymiany części instalacji klimatyzacyjnej, a co najmniej naprawy. Zaniedbany jest także z braku środków cmentarz przy kościele. Ma wartość historyczną.

Komendant uznał, że donos tym bardziej wymaga wyjaśnienia. Wracając po południu do domu, zatrzymał się kilkaset metrów przed kościołem. Postanowił się przejść. Nie zapowiedział się z wizytą proboszczowi. Lubił zaskakiwać ludzi, podobnie jak swoich pracowników. Uważał, że daje to dobre efekty. Dzięki temu wiedział, kto naprawdę pracuje, a kto pozoruje. Nawyk tak bardzo wszedł mu w krew, że nawet nie pomyślał, że będzie to nieuprzejme wobec szanowanego duchownego, inicjatora i opiekuna wielu szlachetnych przedsięwzięć.

Ojciec Albert nie pokazał po sobie zaskoczenia. Zaprosił gościa na patio wewnętrze plebanii przyległej do budynku kościoła, gdzie po chwili Trinity przyniosła napoje i świeżo upieczone ciasto.

– Co pana sprowadza do mnie, panie burmistrzu? Czyżby chciał się pan nawrócić?

Pytanie było zgoła żartobliwe, burmistrz jednak z jakiegoś powodu wziął je sobie do serca.

– Podobno parafia księdza jest jedną z najbiedniejszych w diecezji. Czy to prawda?

Zapytany popatrzył na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się.

– Może nie najbiedniejsza, ale też nie najbogatsza. Borykamy się z wieloma problemami wobec ogromu potrzeb. Proszę rozejrzeć się dokoła.

– Ale samochodem to Ojciec jeździ solidnym. Na pewno niemało kosztuje. „Samariteri” to doskonała marka.

– Nie zastanawiałem się nad tym. To dar od parafianina. Zapisał mi go w testamencie. Nazywaliśmy go dobrym samarytaninem, bo był bardzo uczynnym człowiekiem. Nazywał się Jan Zadra. Może pan słyszał o nim? Był innej wiary. Jakiś czas temu zmienił nazwisko i przeszedł do naszego kościoła. Pomagałem mu załatwić wszystkie formalności. Dawniej nazywał się Aram Aramie. To był naprawdę dobry samarytanin.

– Jak to się stało, że podarował ojcu tak kosztowny samochód. To wypasiona bryka. Chyba to jakoś wyjaśnił, zanim odszedł z tej ziemi.

– Powiedział mi: To za wieloletnią posługę Ojca w tej parafii. Ktoś musiał to docenić skoro nawet pan Bóg nie dostrzegł zasług Ojca. – Nie bluźnij synu. Nie bluźnij! – ostrzegłem go wtedy. To dobry człowiek, samarytanin – Ojciec Albert powtórzył w zamyśleniu. Jego siwa głowa przechyliła się na bok, jakby dziwiła się słowom swego właściciela.

– Oto cudowna różnorodność gatunku ludzkiego! Głowa mówi co innego niż usta – pomyślał komendant.

– Czy moglibyśmy razem obejrzeć ten samochód?

– Nie jest to możliwe w tej chwili, bo jest w naprawie. To niewielkie uszkodzenie. Najechałem na kamień. Na szczęście nic poważnego.

Komendant postanowił wrócić innego dnia. Donos wymagał wyjaśnienia. W grę wchodziło zarówno oskarżenie o korzystanie z kradzionego dobra jak i być może nadużycia podatkowe. Na odchodnym zapytał od niechcenia:

– Co Ojciec sądzi o Cezarze?

– Którym? W historii świata było wielu cezarów.

– Aha. No tak. Jego prawdziwe nazwisko to Leon Cukor, o ile sobie dobrze przypominam. Ojciec zapewne o nim słyszał. Ludzie nazywają go Cezarem.

– Nazywają go także Dyktatorem, choć to nie ma najmniejszego sensu, bo to spokojny i pobożny człowiek. Pan Cukor jest moim parafianinem, regularnie uczestniczy w wieczornych mszach świętych. Celebruję je regularnie raz w miesiącu. Pan Cukor przyjeżdża na nie razem z rodziną i przyjaciółmi.  

– Każdego z nas jakoś nazywają. Czy zasługujemy na to czy nie – filozoficznie zauważył komendant. Zadarł głowę do góry i przyglądając się wieży kościoła zastanawiał się, czy dar Ojca Alberta nie mógł pochodzić od kogoś znacznie bogatszego niż zwykły parafianin.

Odc 12 

Rosnąca ilość zakażeń wirusem Quagga wywołała niedowierzanie, przerażenie, a nawet przekonanie, że jest to manipulacja. Od rana przed ratuszem, siedzibą burmistrza, gdzie mieściły się jego biura i administracja miasta, gromadził się tłum. O godzinie dziewiątej rozpoczęły się protesty.

– Nie wierzymy w wirusa Quagga. Nie ma żadnej epidemii. Nikt nie widział go na oczy, a przecież to żywy organizm. Nie musimy się szczepić ani nosić maseczek na twarzy i rękawiczek ochronnych. Ludzie duszą się w maseczkach. Sam burmistrz ostatnio przemawiał i nie miał maseczki na twarzy.

– Czy wyście oszaleli? To w szpitalach ludzie umierają zakażeni wirusem, duszą się z braku tlenu, wysokiej gorączki i ogólnej niewydolności organizmu, a wy mówicie, że nie ma żadnego wirusa? – doktor Brus nie wytrzymał. Znalazł się w tym miejscu przypadkowo, idąc z pobliskiego parkingu do ciężko chorego pacjenta.

– Ludzie zawsze umierali, teraz tym bardziej, kiedy nieprzerwanie padają deszcze i robi się coraz zimniej. To grypa, a nie żaden wirus. Chcecie nam odebrać wolność, prawo do demonstracji, stłamsić i podporządkować. To co burmistrz i jemu podobni głoszą w mediach, to podły spisek albo zwykła głupota. Wirusa nie ma. Nabijacie tylko kieszenie wielkich firm farmaceutycznych, które zarabiają na szczepionkach. To ich robota. To oni wymyślili tego wirusa i płacą pseudonaukowcom, aby fałszowali badania, pokazując, jakie to korzystne szczepić się przeciwko wirusowi. Taka sama mądrość jak globalne ocieplenie!

Kiedy doktor słuchał wypowiedzi antyszczepionkowców, był bliski załamania. Zaczepił kobietę biegnącą z aparatem fotograficznym w ręce i torbą przewieszoną przez ramię.

– Czy pani notuje i pokazuje to, co ci szaleńcy krzyczą? To trzeba publicznie napiętnować!

– Nie moją rolą jest oceniać, ale pokazać argumenty obydwu stron. Protestujących i tych pozostałych, takich jak pan, przede wszystkim zaś policji. Oni mają tu najwięcej do powiedzenia.

Na miejscu dziennikarze i reporterzy robili zdjęcia, wywiady i sporządzali notatki. Robiło się coraz niespokojniej. Burmistrz zadzwonił do komendanta i poprosił, aby wzmocnił niewielką grupkę policjantów, który już byli na miejscu. Wkrótce przybyły posiłki. Ich dowódca usiłował przekonać zebranych do zaprzestania manifestacji.

– To jest nielegalna demonstracja, nie macie zezwolenia. Musicie się rozejść.

Policjanci zaczęli legitymować uczestników zgromadzenia, co tylko powiększyło zamieszanie. Dwóch najbardziej aktywnych policjanci usiłowali zabrać do samochodu, aby przewieźć na komisariat. W trakcie szamotaniny ktoś podpalił nieoznaczony samochód osobowy. Nastąpiły starcia i aresztowania. W końcu policja użyła armatek wodnych, aby rozpędzić demonstrację.

– Musimy ich w końcu uspokoić, to się rozejdą.

– To niebezpieczne, jest za zimno. Pochorują się na zapalenie płuc. A szpitale są coraz pełniejsze – jeden z policjantów wyraził ostrożny sprzeciw.

– Jeśli chcesz pozostać w pracy, to lepiej nie myśl o tym, co robisz. Masz wykonywać polecenia, a nie zastanawiać się nad ich sensem – skarcił go dowódca.

Wieczorem policja oskarżyła o podpalenie demonstrantów, ci upierali się, że podpalenie było prowokacją i pokazali w telewizji nagranie video, na którym rozpoznali tajnego pracownika policji.

– Za wszystko odpowiedzialny jest komendant policji. Demonstracja była pokojowa i policja nie miał prawa interweniować. Mieliśmy zezwolenie. Nie ma to zresztą znaczenia, bo wolność słowa i zgromadzeń zapewnia nam konstytucja – przekonywał Aleks, żywy młodzieniec, aktywista Zielonych występujący teraz w roli obrońcy praw człowieka. Kiedy poruszał głową, jego długie włosy rozsypywały się na ramiona.

Pod koniec telewizyjnej dyskusji przemówił profesor Zybe, doradca burmistrza. Był to starszy mężczyzna. Ubrany w brązową tweedową marynarkę i szare spodnie, z kilkudniowym zarostem, wyglądał nijako. Mówił mocnym głosem z metalicznym akcentem.

– Ludzie dzielą się na mądrych i głupich. Wiara antyszczepionkowców oparta jest na ignorancji i jeszcze raz na ignorancji. Zrobiono im pranie mózgów, a teraz oni chcą nam zrobić to samo. Niedoczekanie ich. Ich poglądy są wyświechtane jak stare buty. Już w 1802 roku przeciwnicy szczepień wyobrażali sobie ludzi z krowimi cechami, które ich zdaniem pojawiały się po przyjęciu szczepionki na prawdziwą ospę.

Wypowiedź profesora oburzyła wielu mieszkańców miasta. Profesor upierał się, że jego słowa wyrwano z kontekstu, że wcale tak nie myślał, jak mu zarzucano. Powołał się nawet na wywiad sprzed trzech miesięcy, w którym twierdził, że jest odwrotnie, że mieszkańcy miasta podciągają się w wiedzy o gospodarce, edukacji, technologii i zdrowiu.

– Jest dużo inicjatyw społecznych. Społeczeństwo się uczy, wie coraz więcej. Nie mam obłędnych poglądów, jak mi się zarzuca, niektórzy mnie po prostu niewłaściwie zinterpretowali. To tylko wskazuje, że wszyscy musimy nieprzerwanie się uczyć.

– Komendant nienawidzi zwyczajnych ludzi, dlatego policja zachowuje się tak brutalnie. A burmistrz, pański szef, to toleruje, sprzyjając przemocy i nadużyciom władzy – usłyszał w odpowiedzi. .

Burmistrz nie uniknął skojarzenia Zybego ze swoją osobą i urzędem. Był wściekły.

– Nie tylko sam wychyliłem się z niepożądaną opinią, to jeszcze dołożył mi Zybe swoją bezkompromisową wypowiedzią. Był zły na Cukora, który zasugerował mu zatrudnienie profesora jako eksperta.

Skruszony przyznał publicznie, że jego zachęta do zapomnienia o wirusie i opinia o jego ustępowaniu, były przedwczesne. Żałował tego.

W domu żona nie odzywała się do niego, kiedy wrócił z pracy. Myślał, że spotkała ją jakaś przykrość i zapytał o przyczynę. Wtedy wybuchła. 

– Ośmieszasz także mnie i rodzinę swoimi wypowiedziami. Jesteś po prostu niepoważny. Ludzie uważają cię za moczymordę nieodpowiedzialnego w słowach. Oczywiście twoi poplecznicy usiłują cię tłumaczyć. Upierają się, że nie to miałeś na myśli, że twoje słowa zostały wyrwane z kontekstu … No właśnie! To wasze ulubione stwierdzenie „wyrwane z kontekstu” …Można się od tego porzygać!

– Aby zyskać przebaczenie chyba będę musiał biczować się publicznie, a przynajmniej leżeć krzyżem w kościele twojego świątobliwego Ojca Alfreda!

– Lepiej tego nie rób, bo i tak ci nikt nie uwierzy. Tylko pogorszyłbyś swoją sytuację. Musisz wypić piwo, którego naważyłeś.

– Masz rację – odezwał się burmistrz pojednawczo. – To tylko może się pogorszyć. Jedni będą mówić tak, drudzy inaczej. Atmosfera już jest bagienna.

Późnym wieczorem do domu burmistrza ktoś zapukał. Burmistrz popatrzył przez judasza, było zbyt ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Postać wyglądała jak człowiek w kapturze na głowie. Burmistrz krzyknął „chwileczkę”, wrócił do pokoju i włożył rewolwer do kieszeni szlafroka. Za drzwiami stał mężczyzna. Był to posłaniec, ubłocony, zmęczony, prawie słaniał się na nogach. Odezwał się po chwili, kiedy ochłonął.

– Jestem sekretarzem pana Leona Cukora. Samochód mi się zepsuł, dlatego przyjeżdżam tak późno. Nie mogłem dodzwonić się do pana. Mam wiadomość. Pan Cukor prosi pana o przyjazd do niego do domu w bardzo ważnej sprawie. Dzwonił do pana, ale nikt nie odbierał. Dlatego mnie wysłał.

Burmistrz w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi. W głowie mu szumiało i czuł mdłości w żołądku.

– Kiedy miałbym przyjechać? Chyba nie teraz. Nie w taką pogodę!

– Pan Cukor prosił, aby pan do niego zadzwonił i umówił się. To wszystko, co mam do przekazania. Muszę już wracać. Dobranoc.

Odc. 13

Burmistrz postanowił swoją aktywnością przekonać do siebie mieszkańców miasta. Pierwszą decyzją było częściej organizować narady robocze.

– To, co dotychczas zrobiliśmy i robimy, nie wystarcza – zaczął spotkanie z pracownikami. – Musimy pracować wydajniej i mądrzej, aby ludzie byli bardziej zadowoleni.

Przed naradą z pracownikami rozmawiał telefonicznie z doktorem Brusem, który służył mu jako doradca i konsultant medyczny. Normalnie doktor pracował we własnej przychodni, którą nazywał kliniką. Pół godziny później burmistrz otrzymał od niego email. 

– Chodzi o naszą rozmowę. Przestań myśleć o seksie, zaostrz przepisy dotyczących zachowania się ludzi w miejscach publicznych. To jest najważniejsze. Epidemia nasila się, a większości ludzi wydaje się, że to wciąż gra w kulki. Trzeba ich zdyscyplinować. 

Burmistrz uśmiechnął się. Na szczęście email został wysłany na jego konto prywatne, a nie służbowe. Odpowiedział  SMS-em: –  Dzięki. Wpadnij do mnie pod koniec pracy, jeśli możesz. 

Na naradzie uzgodniono nowe przepisy, określając gdzie, kiedy i na jakich zasadach będą obowiązywać. Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem. Sekretarka zawiadomiła go wkrótce o przybyciu doktora Brusa. Burmistrz polecił jej udać się do domu. Kiedy wyszła, zaprosił doktora do swego gabinetu, zamknął gabinet od środka i wyjął butelkę koniaku z barku.

– Mogę przynieść ci lodu z lodówki w kuchni, jeśli będziesz pić coś, co potrzebuje schłodzenia. Ja napiję się koniaku, bez dodatków. Mam tu ulubiony Hennessy X.O. Czy znasz jego historię? Jest naprawdę ciekawa.

Doktor kiwnął potakująco głową, bez specjalnego entuzjazmu, Myślał o problemach swojej przychodni. Pacjenci bali się przychodzić na konsultacje.

Burmistrz podjął przerwany wątek.

– W wieku dwudziestu lat niejaki Richard Hennessy opuścił rodzinny dom w Ballymacmoy w Irlandii, aby udać się do Francji, gdzie wstąpił do armii Króla Ludwika XV. Był ranny w bitwie pod Fontenoy in 1745, w której Brygada Irlandzka walcząca po francuskiej stronie poniosła wielkie straty. Po bitwie Hennessy osiadł w majątku nad rzeką Charente w departamencie Cognac i zajął się destylowaniem wina i produkcją koniaku. Biznes kontynuował jego syn James. W roku 1800 zawarł umowy z dystrybutorami alkoholi w Londynie i Nowym Jorku, budując stopniowo międzynarodową markę swojego koniaku. Dzisiaj sprzedają sześćdziesiąt milionów butelek. To prawdziwe imperium. Taki jest irlandzki początek historii słynnego francuskiego koniaku. Oni może nawet nie wiedzą, co mu zawdzięczają. My też prawdopodobnie nie doceniamy obcokrajowców w naszej historii.

– Pozwól, że wrócę do innego tematu. Wydałeś przepisy, ale wciąż wiele osób ich nie przestrzega. Co z tego, że noszą maseczki na twarzy, jeśli nos jest odsłonięty albo maseczka jest wykonana z tak cienkiego materiału, że eskadra wirusów może przelecieć między włóknami. Poza tym mamy tych szalonych antyszczepionkowców, twierdzących, że jeśli nie ma wirusa i nie ma epidemii, to i szczepienia są niepotrzebne.

– To prawdziwa zaraza – żachnął się burmistrz. – Mam na myśli nie wirusa, tylko tych ludzi. 

– Powinno się ich rozstrzeliwać, gdyby tylko prawo pozwalało na to. To brzmi okrutnie, ale w takich czasach jak dzisiaj, kiedy wirus jest w stanie nas zdziesiątkować, Hipokrates ze swoją przysięgą idzie do kosza. To wzór na lepsze czasy.

– Jeśli nie do kosza, to na pewno do piekła – burmistrz popatrzył na gościa, po czym przyciągnął sobie fotel, aby wygodnie usiąść i ułożyć nogi na biurku. Czuł potrzebę relaksu.

– No właśnie. Masz rację. Może nawet i do piekła, jeśli tylko ono istnieje. Powinniśmy o to zapytać Ojca Alberta, starego wygę od spraw nieba, piekła i czyśćca.

Burmistrz zastanawiał, dlaczego Brus nie lubi księdza. Postanowił nie ruszać tego tematu.

– Istnieje, istnieje! Jeśli nie na tamtym świecie, to tutaj na ziemi. To, co ostatnio dzieje się w mieście, jest po prostu niewiarygodne. Same nieszczęścia. Powódź, wirus, epidemia, zapaść gospodarcza, rosnące bezrobocie. I ja na tym cierpię. Mam na myśli moją reputację. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nawet Sandra, bo publicznie chlapnąłem, że wirusa Quagga widziałem za rogiem ratusza, jak uciekał w popłochu. Nawet pożartować nie można. Niepotrzebnie to powiedziałem.

– Dobrze, że na świecie są jeszcze kobiety gotowe poświęcić czas i na pocieszenie skołatanego męskiego serca i zmęczonego ciała. Doktor patrzył rozmarzony przez okno na rynek główny miasta, gdzie stała grupka kobiet w różnym wieku. Rozmawiały ze sobą. Widział je bardzo wyraźnie, ich sylwetki, twarze i gesty. Czy ty myślisz czasami o klubie Ero? Czy jego członkami są też kobiety? Chyba regulamin klubu tego nie zakazuje? Od czasu jego otwarcia jeszcze tam nie byłem. W motelu są podobno wygodne pokoje, ładnie wyposażone i przytulne. To idealne miejsce do wypoczynku dla nas, tubylców, i przyjezdnych gości. Czy wiesz, kto jest jego właścicielem?

– Jakżeż miałbym nie wiedzieć? Oczywiście. Nasz wspólny przyjaciel, przedsiębiorczy Leon Cukor. On chyba śpi na forsie. Burmistrza od dawna dręczyło pytanie, jak wielki jest majątek Dyktatora.

– Ciekawi mnie, po co on zbudował ten motel i założył klub. To jakoś nie pasuje mi do niego. Co to za typ właściwe? Znam go dobrze ale tylko z widzenia, z działalności charytatywnej i tego ostatniego spotkania. Wiem, że ma swojego zaufanego lekarza, nawet nie z naszego miasta. Trzyma się z dala od nas wszystkich, lokalnych lekarzy. Słyszałem od kolegów, że ten jego medyk to jakiś mruk.

– Albo trzyma język za zębami, żeby się z czymś nie wygadać. – Burmistrz odłożył kieliszek z koniakiem na biurko i wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa. – To on zajmuje się Cukorem i zapewne wie o nim wszystko.

– Ile Cukor ma lat, to nie jest tajemnica. Chyba wszyscy to wiedzą. Ale poza tym niewiele o nim jest wiadome. To bardzo skryty człowiek. Dlatego jest tyle plotek i domysłów. Mówią, że to kobieta pozująca na mężczyznę. Mówią też, że jest odwrotnie. Podobno nigdy nie widziano go, aby wchodził do męskiej toalety. Czy w ogóle wchodził do toalety. To bardzo skryty człowiek – powtórzył doktor w zamyśleniu.

– Może on w ogóle jest na bakier ze swoją tożsamością seksualną? Taki typ “ani w tę ani w tamtą stronę” – burmistrz ziewnął, kontynuując rozmowę z wyraźną niechęcią.

– Medycyna zna takie przypadki. To nie jest nic nadzwyczajnego.

– Tym bardziej zastanawia mnie, po co ufundował Klub Ero, skoro te tematy nie są mu bliskie w żaden sposób. Mam na ten temat pewną teorię. Nawet dwie. Burmistrz ożywił się.

– Pierwsza to możliwość organizacji miłych i dyskretnych spotkań. Można je nawet komuś zafundować w darze. Okazja zawsze się znajdzie. To sposób zyskania życzliwości a nawet lojalności. Mam na myśli głównie młodszych mężczyzn, w których żyłach namiętność krąży szybciej niż samochód po torze wyścigowym. Różne są sposoby kupowania ludzi.

– A ta druga teoria?

– Też nic skomplikowanego. Motel na uboczu to idealne miejsce schadzek i dyskretnych spotkań. Wprost wymarzone także do nagrywania gości ukrytą kamerą. Mówił mi znajomy policjant, że sam nigdy by tam nie poszedł.

– Może pan wejść tam nawet z własną żoną, lub przyjaciółką, jeśli nie jest pan żonaty, i wyjść jako człowiek szantażowany. Nawet jeśli jest się policjantem i wie się to i owo o nowych technologiach, to nie sposób jest sprawdzić, czy w pokoju nie ma ukrytej kamery. Dzisiaj nie można nikomu całkowicie ufać. Takie czasy.

– Po co właściciel klubu i motelu miałby to robić? – zapytał doktor, szykując się do wyjścia. Otrzymał SMS, miał coś pilnego do załatwienia.  Rozglądał się wokół, czy nie zostawił niczego w pokoju.

– Tego to nie wiem. Sam się nad tym zastanawiałem kilka razy. Dobrze byłoby to wiedzieć.

Odc. 14

– Uważasz, że Dyktator mógłby to robić?

– Z pewnością nie sam i nie bezpośrednio. To rola dla kogoś, kto jest na liście jego dłużników lub na liście płac. Cukor przez wielu jest uważany za dobroczyńcę, zapewniającego pracę ludziom w potrzebie. Ma tyle firm, że stanowisk nie brakuje. Można być dobroczyńcą, mecenasem sztuki, sponsorem a równocześnie prowadzić brzydkie interesy. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie twierdzę, że to on jest tą osobą, ale jak to mówi Szekspir „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. 

Burmistrz Rafael od dawna miał swoją teorię na temat orientacji seksualnych. Był tolerancyjny.

– Skłonności seksualne innych ludzi mało mnie interesują. Rozumiem, że homoseksualność jest cechą wrodzoną i nikogo nie da się przekonać, aby był gejem, jeśli nie ma już w sobie tej skłonności. Homoseksualiści istnieją od tak dawna, jak istnieje ludzkość. Tych, którzy zatrudnieni są w ratuszu, traktuję tak samo jak inne osoby tak długo, jak długo są dobrymi pracownikami.

Burmistrz bez większych wahań wydawał zgodę na publiczne manifestacje osób o innej orientacji seksualnej, z którą kojarzył przede wszystkim gejów, lesbijki i transwestytów. Nie podobało się to wielu obywatelom.

– Jest pan bardzo liberalny w swoich poglądach, panie burmistrzu. Może za bardzo?– zapytał go Leon Cukor. Było to na uroczystości otwarcia miejskiego muzeum sztuki współczesnej. Leon Cukor był jednym ze sponsorów.

– Moje poglądy to moja osobista sprawa, jeśli pozwoli mi pan tak to sformułować. Podobnie jak pańskie są także pańską osobistą sprawą. To, jak pan się ubiera, z kim się pan spotyka, kogo pan u siebie zatrudnia, jakiej jest pan wiary, co pan lubi a co nie.

Dyktator zastanawiał się nad słowami burmistrza. Zazwyczaj nie odzywał się, dopóki nie rozważył opinii drugiej strony. Rzadko wpadał w rozdrażnienie lub gniew.

– Może z czasem pan zrozumie, panie burmistrzu, że nasze prywatne poglądy i zapatrywania nie są obojętne dla innych ludzi, zwłaszcza jeśli pełni się publiczną funkcję i podejmuje publiczne decyzje.

Burmistrz miał już odpowiedzieć Cukorowi, kiedy podszedł do nich kurator muzeum i włączył się do rozmowy. Ucieszyło to go, bo miał na języku złośliwą odpowiedź. Nie lubił psuć sobie stosunków z wpływowymi ludźmi, ale też i nie pozwalał nikomu chodzić sobie po głowie.

Po kilku dniach przypominania i karania mandatami za nienoszenie maseczek na twarzy, wciąż sporo mieszkańców miasta ignorowało prawo. 

– Policja nie może w nieskończoność karać i kierować do sądu wszystkich tych osób – przekonywał burmistrza komendant. Przyjechał do ratusza, aby rozmawiać o roli policji w zwalczaniu epidemii. Kiedy miał już wychodzić, obrócił się do burmistrza z błyskiem w oku.

– Mam pomysł, jak to rozwiązać. Chyba dobry. Wypróbujemy go najpierw, a potem panu opowiem, jak nam poszło.

Burmistrz popatrzył na niego pytająco.

– Nie mogę nic więcej panu powiedzieć, dopóki nie spróbuję. To nic nadzwyczajnego, proszę się nie martwić. Kierujemy się zawsze prawem. W czwartek wpadnę do pana, aby powiedzieć, jak nam poszło. Mam nadzieję, że znajdzie pan czas dla mnie.

Kiedy gość znalazł się w progu, burmistrz miał wrażenie, że odwraca się, aby go pożegnać zdejmując z głowy pióropusz i zamiatając nim podłogę w szerokim pokłonie muszkietera. Obydwaj uśmiechnęli się w tym samym momencie.

Komendant zjawił się zaledwie Rafel przekroczył próg swojego gabinetu. Pomyślał, że policja obserwuje, gdzie jest w danym momencie i co robi. Kilka razy już się zdarzyło, że komendant wpadł na niego w mieście w najmniej oczekiwanym momencie.

– Pewnie i mnie śledzi – pomyślał, patrząc z ukosa na gościa. Komendant zareagował szerokim uśmiechem.

– Wygląda jak rozbawiony dzieciak w mundurze. Tylko mu brakuje orlego pióra przy czapce – burmistrz mimo woli wpadł w lepszy nastrój.

– Rozwiązanie jest proste choć niekonwencjonalne. Moi ludzie, ubrani po cywilnemu, kiedy zauważą kogoś bez maseczki, nie zwracają delikwentowi uwagi, tylko z niewielkiej odległości, z tyłu lub z boku, krzyczą przez megafon.

– Noś maseczkę! Myj ręce! Zachowaj dystans!

Totalne zaskoczenie, nawet szok, ale bardzo skuteczne. Starsi mieszkańcy nas bardzo chwalą. Podoba im się to. Mówią:

– Wreszcie coś do nich przemawia. Niektórzy młodzi ludzie jakby zapomnieli, że chorują na wirusa bezobjawowo i ignorują fakt, że to my zarażamy się od nich i umieramy w cierpieniu. 

Odc 15

– To dosyć agresywne. To zachowanie z tymi megafonami.

– Agresywne, nie agresywne. Może niemiłe, ale skuteczne. Ludzie aż skaczą w górę, kiedy niespodziewanie usłyszą mocny głos dochodzący z boku albo zza pleców. Czasem się denerwują. Jeśli mają pretensję, wyjaśniamy, że nie możemy inaczej. Tłumaczymy, że gdyby wszyscy nosili maseczki i rękawiczki zgodnie z przepisami, nie byłoby potrzeby zwracania uwagi. Musieliśmy robić to często i często bez skutku. Teraz to się zmienia. Cokolwiek byśmy nie powiedzieć, burmistrzu, megafon to najlepsza forma perswazji. Przez zaskoczenie. Niech mi pan wierzy, to poprawi dyscyplinę mieszkańców miasta. Będzie pan zadowolony.

– Będziemy wszyscy zadowoleni, kiedy ilość zachorowań będzie spadać.

Ojciec Albert Grana nie spodziewał się takiego wyznania młodego mężczyzny na spowiedzi. Pamiętał, że miał jakieś dziwne imię. Znał dobrze jego rodziców. Byli to zwyczajni ludzie, ciężko pracujący Syryjczycy, chrześcijanie, od lat mieszkający w mieście. Prowadzili nad rzeką punkt sprzedaży kebabów. Jego matka była z zawodu nauczycielką fizyki, ojciec miał na imię Yasser i brakowało mu kciuka u lewej ręki. Na początku nosił shirwal, szerokie luźne spodnie z elastycznego materiału, potem ubierał się jak wszyscy inni mieszkańcy miasta.

– Biegałem jak zwykle, zaczynając przed świtem, bo wcześnie rozpoczynam pracę. Przy ścieżce nad rzeką zobaczyłem trzy martwe wrony. Dwie leżały do góry brzuchami, trzecia była przekrzywiona na bok jakby podpierała się skrzydłem. Skojarzyło mi się to ze szczudłem. Wyglądały dziwnie. Zgłosiłem ten fakt do punktu sanitarnego. Poprosili, abym poczekał, żeby nie musieli szukać tego miejsca i żeby nikt nie dotykał ptaków. Od razu przyjechali i zabrali do laboratorium. Boją się rozpowszechnienia zarazy. Mówili, że mógł je zaatakować wirus Quagga.

– Coś niepokojącego wisi w powietrzu – pomyślał duchowny. – Nie jestem zabobonny, ale nie podoba mi się to wszystko. Nie ma powodu, aby mu nie wierzyć, choć wyglądało to na wymysł.

Zaraz po spowiedzi Ojciec Albert zadzwonił do kogoś. Czekał dosyć długo na połączenie nie okazując zniecierpliwienia. Mówił cicho, jakby bał się, że Trinity go usłyszy.

– To rzuca nowe światło na rozpowszechnianie się wirusa. Musi pan podjąć jakieś działania. Tylko pan jest naszą nadzieją. Burmistrz sam nie da rady.

Słuchał jeszcze jakichś wyjaśnień lub poleceń, bo dopiero po dłuższej chwili, kiwając potakująco głową, zakończył połączenie i schował telefon do kieszeni sutanny.

– Świat kręci się coraz szybciej – mruknął nie wiadomo czy do siebie czy do Trinity, kiedy przechodził obok niej. Popatrzył na nią, a ona na niego. Oboje nie odezwali się słowem,  nawet nie wymienili zwyczajowego uśmiechu.

– Jakbyśmy w ogóle się nie znali – Trinity obejrzała się za Ojcem Graną, po czym skierowała się ku nawie bocznej kościoła, gdzie miała wymienić kwiaty.

Kolejne dni wraz z szybko rosnącą liczbą zakażeń przyniosły pogorszenie nastrojów w mieście. Burmistrz wiedział o tym z raportów, rozmów telefonicznych i spotkań z pracownikami. Kiedy zadzwonił do niego doktor Brus, poczuł ulgę, że może oderwać się od rzeczywistości. Jego również męczyło chodzenie w maseczce ochronnej i ciągłe pilnowanie się, brak towarzystwa, niemożność pójścia tam, gdzie się chce i kiedy się chce. Na szczęście nie męczyła go ciasnota pomieszczeń. Był za to wdzięczny losowi.

– W domach częściej wybuchają kłótnie i niesnaski. Ludzie czują się osaczeni. Zmęczenie, jakie wspomniałeś, daje się odczuć także w sypialni. Ludzie tracą apetyt na seks. To nie jest dobra wiadomość, bo każda miłość jest oznaką zdrowia. Jako lekarz wiem to najlepiej.

– Nie wszyscy tak to odczuwają. Ja na przykład jestem inny. Dobrze się czuję w sypialni.

– Ty jesteś wyjątkiem oczywiście. Gdybym ja był taki duży i przystojny, też zachowywałbym się jak szalony hegemon w łóżku. Mnie ta atmosfera się udziela i tracę wigor. Wiem nawet dlaczego. Mam nieprzerwanie do czynienia z ludźmi chorymi i cierpiącymi, a nie tak jak ty, ze zdrowymi. To nie uodparnia na złe samopoczucie, tak jak szczepionka na wirusa.

Burmistrz obudził się w nocy. Nad głową słyszał brzęczenie komara. Postanowił go zignorować. Nie mogąc zasnąć, cierpliwie leżał i myślał. Nie wiedział dlaczego się obudził; normalnie spał jak kłoda, zwłaszcza gdy był zmęczony. Obok niego leżała żona przykryta lekką kołdrą aż po szyję, miarowo oddychając przez półotwarte usta. Przez chwilę jej zazdrościł. Za oknem słyszał syrenę karetki pogotowia, taki sam dźwięk jak kiedyś, przed epidemią, ale bardziej przeraźliwy i długotrwały.

Rano spikerka Radia Broma komentowała zdarzenia minionej doby głosem tak beznamiętnym, jakby chodziło o sprawę zamykania na klucz śmietnika osiedlowego. 

– W mieście zanotowano dwa przypadki braku łóżek i respiratorów w szpitalach. Szpitale osiągnęły już granicę swoich możliwości. Pacjenci szpitalni będą niedługo walczyć o dostęp do lekarza, bo to najbardziej deficytowy towar dzisiaj. Łóżko można kupić szybko i łatwo, wykształcenie lekarza to całe lata. Tu pojawią się najpoważniejsze problemy.

– Oto zapowiedź nadchodzącej przyszłości – przeleciało przez myśl burmistrzowi. Wyobraził sobie, jaki ciężar spadnie na niego.

Odcinek 16 

Doktor Brus zjadł kolację z żoną i przyjaciółmi w restauracji Nova. To była ich ostatnia szansa, bo restauracja miała być wkrótce zamknięta. Wybrał sobie zupę „Frutti di mare”. Kiedy z ostrożności zapytał o świeżość składników, kelner zawahał się. To powinno go ostrzec. On jednak nie zrozumiał ostrzeżenia. Po wyjściu z restauracji chodził jeszcze po mieście i obserwował, co się dzieje. Niepokoił się, bo na ulicach było dziwnie spokojnie. Tylko karetka pogotowia jeździła tam i z powrotem z włączoną syreną.

Chyba rzeczywiście się zatruł lub wypił za dużo, gdyż w nocy męczył go ciężki sen. Ubrany jak grabarz burmistrz stał nad nim i ostrzegał:

– Pamiętaj, że będzie jeszcze gorzej! Wirus nie czeka. To będzie katastrofa. Przygotuj się więc zawczasu na jej nadejście, bo mocno bekniesz za to co nastąpi.

– Jak to? Przecież to odpowiedzialność magistratu! Kto utrzymuje i finansuje szpitale?

– Nie udawaj, ze zapomniałeś – burmistrz pogroził mu łopatą .- Jesteś koordynatorem walki z wirusem. Odpowiadasz na stan zdrowia mieszkańców miasta.

Doktor zdenerwował się i wyskoczył w piżamie z łóżka, podbiegł do drzwi i wyszedł na ulicę. Poczuł ulgę, że jest już sam. Szedł przed siebie, kiedy wpadł na niego pędzący dokądś mężczyzna. Był młody i miał rozwichrzone włosy, a w oczach niepokój. Dyszał ciężko.

– Strasznie się spieszę. Nie wie pan, czy jest tu w pobliżu jakiś szpital, gdzie by przyjęli mojego ojca. Jego stan jest pogarsza się z każdą chwilą. On chyba umiera. Przyjechaliśmy do szpitala, ale tam nie ma wolnych miejsce.

– A co mu jest? – odruchowo zapytał doktor.

– Wysoka gorączka, ból w piersiach, kaszel, duszności. Prawie nie może już mówić!

Opis choroby wskazywał na zakażenie wirusem Quagga. Mężczyzna zniknął, kiedy dotarli do szpitala Przemienienia. Tu też stały karetki, wszystkie z włączonymi syrenami, że aż szarpało za serce. Szpital nie przyjmował już pacjentów. Ani zakażonych wirusem Quagga ani żadnych innych, nawet ciężko chorych. Doktor postanowił upewnić się, o co chodzi.

– Nie przyjmujemy już nikogo. – dyżurna recepcjonistka miała niepewny, starczo gęgający głos i podkrążone oczy. Zdziwiło go to, bo była młoda i zgrabna. Na włosach z przodu miała kolorową opaskę.

Doktor odruchowo przedstawił się.

– Dlaczego tu jest taki tłok!? Przecież jeszcze przedwczoraj…

– To było bardzo dawno, panie doktorze. Ale dobrze, że pan jest – usta kobiety skrzywiły się w dziwnie cynicznym uśmiechu.

Doktor usłyszał jej chichot zza maseczki w kolorowe ciapki.

– Co jej jest? – zastanawiał się, kiedy mu obcesowo przerwała. – Co jest z panem, doktorze? Jest pan rozlazłym cywilem, czy zdyscyplinowanym wojskowym lekarzem? Tu nie ma czasu na myślenie. Mamy przygotowany dla pana strój ochronny, maseczkę, hełm, obuwie. Wszystko, czego pan potrzebuje i o co zresztą sam pan prosił. Może kombinezon i hełm są trochę za duże, ale niczego innego nie mieliśmy. Musi pan sobie poradzić. O, tutaj mam nawet przywieszkę z pańskim imieniem i nazwiskiem. Proszę przebrać się w strój ochronny w tej bocznej salce a ja zaraz wrócę i zaprowadzę pana, gdzie trzeba.

– Tu nie ma nadziei na cokolwiek. Mają tu cholerny bałagan! – pomyślał doktor.

– Od razu zaprowadzę pana do sali operacyjnej – dokończyła recepcjonistka. – Brakuje nam anestezjologa i chirurga. Pan będzie musiał za nich dwóch pracować. Dr Zabiega, ten rudy, łysy, pański serdeczny kolega, nasz najlepszy chirurg, sam jest teraz pacjentem szpitala.

– Zaraził się wirusem? Jak to się stało?

– Nie. Zupełnie coś innego. Najpierw się skaleczył lancetem w czasie operacji, ale dociągnął jakoś do końca. A potem usiłował popełnić samobójstwo. Wisiał głową w dół, kiedy go zdjęliśmy. Mówił już wcześniej, że nie wytrzyma tego napięcia, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy to mówią. Tylko telewizja Tuba jest pozytywna. Twierdzą, że nie ma żadnego stanu epidemicznego. To jest oczywiście bzdura na resorach, bo to telewizja kościelna i ma obowiązek mówić dobrze, wzbudzać wiarę. Pokazują tłumy ludzi, przede wszystkim młodych, które wyszli na zewnątrz, aby pospacerować i nałykać się świeżego powietrza w naturalnym środowisku. Ścieżki spacerowe w lasach i nad jeziorami są pełne ludzi. Nawet plaża nad rzeką jest już pełna, chociaż synoptyk zapowiada, że lato zacznie się dopiero jutro. Ma być gorąco jak w piekle. Może niech pan lepiej przebierze się do operacji w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Zawsze to wygodniej. A ja pana spryskam wodą kolońską.

Odc. 17

Przekraczając wysoki próg domu Aptekarza doktor Chyra potknął się. Na szczęście utrzymał równowagę opierając się ręką o ścianę korytarza. Przypomniała mu się rozmowa z Ojcem Albertem. Spotkali się na Rynku Głównym w pełni minionego lata, rozpalonego czerwonymi połyskami słońca w ciągu dnia i rozleniwiającego pod wieczór niosący powiew chłodniejszego powietrza. Doktor żartował, że w taki dzień soki życia krążą nawet w martwej wiewiórce. Ludzie poruszali się żwawo z podniesionymi głowami. Nikomu nie przyszłaby wówczas do głowy nawet przypadkowa myśl, że kiedyś tę sielankę skutecznie zniweczy wirus i jego matka epidemia. Doktor pamiętał, że w ogóle się nie śpieszyli, choć obydwaj utrzymywali, że mają mało czasu. Czas się nie liczył.

– Ten człowiek, Aptekarz, ten … jak mu tam …Benjamin Czucha, którego chodzi pan leczyć, to diabeł, twórca czystego zła – zaczął Ojciec Albert z taką śmiałością, jakby chciał przekonać doktora, aby porzucił zamysł pomocy potworowi. – Moi parafianie twierdzą, że wyrządził on wielu ludziom wiele krzywd przekazując o nich nieprawdziwe informacje innym osobom.

– Jakie informacje i jakim osobom? – zapytał doktor. Nie zamierzał ustąpić pola plotkom i insynuacjom. Potrzebował prawdy.

– Aby ocenić to, co Ojciec mówi, dobrze byłoby znać jakieś konkrety. Obydwaj je lubimy, bo na nich osadza się prawda. Tylko taka wiedza się liczy.

– No właśnie – niezwłocznie podchwycił duchowny. – Sam chciałbym to wiedzieć.

Ojciec Albert wyglądał na ucieszonego, że mógł podzielić się z doktorem swoim niepokojem.

– Tego mi nie wyjaśniono. Wiem tylko z całkowitą pewnością, że były to informacje poufne. Moi parafianie wspominali też, że ten człowiek, czy też raczej diabeł wcielony, robi potajemnie intymne zdjęcia, które potem sprzedaje.

– Może to jakiś mąż zlecił mu śledzenie żony, podejrzewając ją o niewierność, albo żona, która wierzyła, że to on zdradza ją z kochanką i chciała mieć dowody – spekulował doktor. Był pewien, że ma rację, gdyż podobnie jak kapłan miał dostęp do szczerych wyznań swoich klientów.

– To się zdarza i na pewno jest nieprzyjemne dla zainteresowanych stron, czyli osoby śledzonej i zlecającej śledztwo. Ale Ojca nie powinno to dziwić. Czasem takie ujawnienie prawdy działa oczyszczająco, podobnie jak spowiedź. Szkoda tylko, że w momencie dokumentowania zdrady małżeńskiej nie ma spowiednika, który udzieliłby pokuty. Nie sądzi Ojciec?

Ojciec Grana popatrzył na pytającego z niechęcią, lecz nie odezwał się. Rękawem sutanny starł pot gromadzący się pod okiem na policzku i machnął ręką, opędzając się od drobnych muszek atakujących oczy. Zanim się rozstali, nachylił się do ucha doktora i szepnął:

– Wie pan, doktorze, ten pański podopieczny potrafi robić zdjęcia i nakręcać intymne sceny łóżkowe ukrytą kamerą nawet przez ścianę budynku. Bo jak można to zrobić inaczej? I to gdzie?! W motelu przy klubie Ero. To nieczysta sprawa. Chciałbym, aby to się kiedyś skończyło, bo będziemy się zawsze nurzać w bagnie niepewności. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzkiej duszy! – westchnął kapłan, po raz drugi podnosząc rękaw sutanny do twarzy, aby zetrzeć krople potu z policzka. Gest wydał się doktorowi bezsensowny, kiedy w rękawie kapłana dostrzegł dużą, kremowobiałą chusteczkę.

Rozmowa dostarczyła doktorowi pożywki do myślenia na kilka dni. Lubił takie zagadki. Ich rozwiązywanie sprawiało mu przyjemność. Już w szkole i na studiach znany był z zamiłowania do rebusów, szarad i łamigłówek; układał także kalambury do studenckiej gazetki.

W domu wspomniał żonie o spotkaniu z Ojcem Albertem. Nie podzielił się jednak rewelacjami księdza na temat Aptekarza z żoną. Nie mówił Teresie wszystkiego, denerwowała się niepotrzebnie.

– Po tej rozmowie doszedłem do wniosku, że moja praca to właściwie jeden ciąg zagadek i zgadywania. Na jaką chorobę wskazują symptomy? Jakie są jej przyczyny? Jak pomóc choremu? Jak go leczyć?

– A jaki to ma związek z twoją rozmową z Ojcem Albertem?

– Dlaczego ma mieć związek? Tak sobie tylko pomyślałem, że właściwie praca lekarza to ciągłe poszukiwanie wyjścia z labiryntu, jaki tworzą dolegliwości i choroby.

Odc. 18

Doktor odwiedzał aptekarza Benjamina Czuchę z regularnością dyktowaną jego dziwnymi zatruciami pokarmowymi. Aptekarz skarżył się na bóle brzucha, gorączkę, ból głowy, często wymiotował. Czasem męczyła go biegunka. W sumie była to dolegliwość mało znacząca, nie zagrażająca zdrowiu. Zatrucia zdarzały się tak często, że medyk zastanawiał się, czy są one rzeczywiście całkiem przypadkowe. Był przekonany, że jego wizyty nie są konieczne. Nie potrafił jednak odmówić, kiedy pacjent prosił go o wizytę w domu i w dodatku dobrze płacił.

Aptekarz czekał na kozetce w salonie. Doktor przywitał go z dala dłonią uniesioną w górę i uśmiechem przyzwoitości, szukając wzrokiem krzesła. Potrzebował je, aby położyć na nie torbę lekarską z narzędziami w sposób ułatwiający sięgniecie do jej wnętrza. Rozejrzał po salonie. Nigdy wcześniej tutaj nie był.

Było to nowocześnie urządzone obszerne pomieszczenie z wielkim oknem od strony północnej. Wszystko tu było nowe: sześć oprawionych w ramy obrazów na ścianie, świece, fotel uszak, stolik kawowy, sofa w stylu skandynawskim i beżowy dywan na podłodze. Jasne powierzchnie mebli odbijały światło wpadające przez okno i jeszcze bardziej rozjaśniały wnętrze. Kształty i kolory mebli, a także ich ilość, podziałały na lekarza przytłaczająco. Nie lubił takich mebli w takich kolorach. Biel biła go po oczach swoją żarłoczną intensywnością. Atłasowy połysk wykładziny mebli przypomniał mu białą materię wyściełającą trumnę wuja zmarłego trzy lata wcześniej. Przez długi czas śniła mu się po nocach jego pośmiertna woskowa maska.

Oprócz lampy w suficie, stojącej lampy podłogowej z abażurem i lampki stołowej, pomieszczenie było wyposażono także w kinkiety ścienne. Doktorowi nie podobały się duże skrzyniowe meble, komoda, regał i szafka, wszystkie w kolorze białym. Tylko wypoczynkowa sofa i fotel były w kolorze grafitu. Wyglądały jak dwa czarne jaguary wpuszczone do klatki z białymi jagniętami. Wnętrze pokoju ożywiały kolorowe dodatki w barwach różu i błękitu umieszczone na poduszkach i dekoracjach.

– Pan chyba szalenie lubi lampy i biały kolor? Jasne kolory… – poprawił się po chwili.

Aptekarz nie zauważył krytycznych spojrzeń gościa ani uszczypliwości w jego głosie. Widział tylko, że jest pod wrażeniem aranżacji salonu.

– Otrzymałem ostatnio anonim, że niechybnie pójdę do piekła, chciałem więc zawczasu nacieszyć się światłem i jasnością. – Na obolałej twarzy leżącego pojawił się nieporadny uśmiech.

– Robi dobrą minę do złej gry. Wszystko tu jest popieprzone, włącznie z nim samym – zirytował się lekarz. Myślał, aby jak najszybciej zakończyć wizytę. – Jak się pan czuje? –zadał pytanie nie nastawiając się na wysłuchanie odpowiedzi. Wiedział, co mu powie pacjent.

– Jak zawsze w takim przypadku. Nudności, wymioty, gorączka, bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, trochę bóle mięśniowe. Od wczoraj nic nie jadłem, czuję się osłabiony.

– Wiemy już, co wywołuje pańskie niedyspozycje. Badanie laboratoryjne ujawniło winowajcę. To rotawirus. U dorosłych do zakażenia dochodzi drogą kropelkową lub pokarmową. Podejrzewam to drugie. Nie wiem, jak się pan odżywia. Mógł pan połknąć wirusa z nieprzegotowaną wodą, niemytym owocem lub sałatką warzywną. A może ma pan w rodzinie małe dzieci, którym często zdarzają się zatrucia pokarmowe. Mógł się pan od nich zarazić.

Mężczyzna na kanapie poruszył się niespokojnie. Podniósł głowę i popatrzył uważnie na lekarza.

– Przyszło mi do głowy, że ktoś chciał mi zaszkodzić. Ostatnio dwa razy zamawiałem pizzę, po której czułem się bardzo źle. Zatrułem się. Dopiero teraz, kiedy pan zapytał, przyszło mi to do głowy.

– Niech się pan pilnuje. Nie jest pan aniołem. Może nadepnął pan komuś na bolący palec, i ten ktoś nie może panu wybaczyć. Ostatnio miałem dwa zgony, właśnie z powodu zatrucia pokarmowego. Ludzi tych po prostu otruto. Ustaliło to analiza laboratoryjna. Była to zemsta, jakieś porachunki osobiste. Nie mówię tego, aby pana straszyć.

Popatrzył na aptekarza i zobaczył jak blednie. Nie zamierzał dochodzić, dlaczego twarz pacjenta poszarzała nagle. Po mieście krążyły plotki na jego temat. – Jak sobie pościele, tak się wyśpi – pomyślał.

– Musimy nawodnić pański organizm. Zrobię panu kroplówkę. W momencie, kiedy miał już przebić skórę igłą, aptekarz zawahał się i wycofał rękę. Patrzył z niepokojem na lekarza. Ten zaśmiał się szorstko.

– Niech się pan uspokoi. Nie jestem mordercą. Choć kto wie… Zorientował się natychmiast, że żart był nietrafiony. Poczuł się bardzo niezręcznie i przeprosił Aptekarza.

W drodze powrotnej do kliniki doktor nie mógł sobie wybaczyć swojego zachowania. Było naganne. Tak to go męczyło, że zatrzymał samochód na końcu przystanku autobusowego, aby zadzwonić do żony. Rozmowa była bardzo lakoniczna.

– Nie przejmuj się. Jeśli ten palant przyjął to jako groźbę, to zasłużył sobie na to.

Aha – pomyślał doktor. – Teresa coś wie o nim, albo sama ma coś na sumieniu. Postanowił zakończyć rozmowę.

Odc. 19

Wraz ze wzrostem zachorowań na wirusa nasiliła się fala donosów. Coś trzeba było z tym zrobić. Ludzie oglądali się na burmistrza i na komendanta policji.

– Powinieneś coś przedsięwziąć. Wszyscy na to czekają – Sandra zaatakowała męża z samego rana zanim wszedł do łazienki.

Starał się zachować spokój, śpieszył się. Miał tego tematu i takich oczekiwań po uszy.

– Dlaczego właśnie ja? To nie ja je piszę i rozpowszechniam. I nie ja je wrzucam do skrzynek i piszę obrzydliwości na murach.

– Piotrze, co ty mówisz? Ty tu jesteś władzą. To do czegoś zobowiązuje.

Burmistrz nie podjął wyzwania, zdobył się tylko na komentarz.

– To prawdziwa plaga. Wprost niewiarygodne. Ludzie przestali już chyba czytać prasę i oglądać telewizję; o wszystkim dowiadują się z donosów. Ciekaw jestem, kto je wrzuca do skrzynek i maże graffiti po murach?

– Chyba połowa miasta. Każdy raptem ma pretensję do każdego, coś mu zrzuca, coś podejrzewa. Ludzie robią to to także z zawiści. Jeśli ci się dobrze powodzi, to powód aby cię oskarżyć o złodziejstwo. Ja wiem tylko jedno: ludzie są wściekli, bo kończą się miejsca w szpitalach i karetki już jeżdżą po kilka godzin po ulicach. To ich przeraża. Szczerze mówiąc, mnie również. Gdzieś lub na kimś muszą rozładować swój niepokój i niezadowolenie. Mają do dyspozycji manifestacje lub donosy. Te drugie są po prostu bezpieczniejsze.

Burmistrz zwołał sztab kryzysowy. W spotkaniu uczestniczyli także doktor, komendant i aptekarz. Zaprosił ich, aby przypomnieć im ich odpowiedzialność: za koordynacje pracy szpitali, za porządek publiczny i za zaopatrzenie w materiały niezbędne do obrony przed wirusem. Takie  ustalenia podjęli już wcześniej. 

Wspólnie zastanawiali się, co zrobić. Wniosków i sugestii było sporo, ale nic z tego nie wynikało. Każdy starał się wnieść coś od siebie. Jedna sprawa była bezsporna. Najbardziej aktywny był anonim podpisujący się “Kret”. Był najbardziej aktywny i agresywny. Oskarżał i szkalował nawet najspokojniejszych ludzi, tworząc atmosferę nienawiści. W jego działaniach była pewna prawidłowość: atakował tylko władze i kobiety.

– To jakiś maniak seksualny, zboczeniec. Nie znosi kobiet. Te ciągle oskarżenia o łajdactwa. – Odezwa się przedstawicielka organizacji kobiecych. Burmistrz zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Podobała mu się.

Nic nie odpowiedział tylko słuchał. Miał swoje podejrzenia. Patrzył na komendanta, który zdawał się być obojętny. Siedział sztywno na krześle, eksponując jak na wystawie swoją okrągłą twarz i byczy kark i tylko raz lub dwa razy zabrał głos, niewiele wnosząc do dyskusji.

–  To jakiś epidemia. Trzeba poczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie. Do mnie na komisariat trafia najwięcej anonimów. Mam wrażenie, że to jakaś moda na wywnętrzanie się i wietrzenie złych uczuć. Wydaje się, że każdy ma komuś coś do zarzucenia i ludzie robią to chętnie, choć im nikt za to nie płaci.

Po zebraniu burmistrz Rafael zatrzymał komendanta w drzwiach. Chciał porozmawiać z nim w cztery oczy.

– Ma pan swoich ludzi wszędzie. Niech się pan ustali, kto to jest ten Kret. Kogo on może reprezentować i dlaczego tak nienawidzi kobiet. Może to rzeczywiście jakiś maniak seksualny?

Okrągła twarz komendanta pozostała nieporuszona. Nie powiedział tak, ani nie, wyglądał, jakby się namyślał czy przyjąć żądanie burmistrza do wiadomości czy nie.

Rafaelowi przyszła do głowy dziwna myśl. Przypomniał sobie, jak często natykał się na komendanta w dziwnych miejscach i czasie.  Postanowił mieć się na baczności i patrzeć mu na ręce.

Tego dnia burmistrz jadł obiad w domu. Czekając na zupę, którą żona przygotowywała w kuchni, zastanawiał się, czy warto podjąć z nią męczący go temat. Sandra nie znosiła dyskusji przy stole. Wchodząc do jadalni stąpała ostrożnie niosąc w prawej i lewej ręce talerz z błękitnym wężykiem sięgającym aż po zielonoszarą krawędź zupy ogórkowej. Była to jego ulubiona zupa. Kiedy poczuł jej zapach, prawie zapomniał, o czym chciał mówić. Czekał, aż żona postawi talerze na stole. Sięgną ręką, aby przyciągnąć swój bliżej krawędzi stołu. Wziął łyżkę do ręki i otworzył usta, pragnąc zacząć rozmowę. Uprzedziła go.

– Co tam u ciebie słychać w pracy? Wszyscy teraz mówią o donosach i o niczym więcej. Szalone czasy, zwariowane miasto. Nie wiem już komu można wierzyć, a komu nie. Ja to ja, ale ty to na pewno masz z tym urwanie głowy. Z każdym musisz współpracować.

Odc 20

– Po dzisiejszym spotkaniu w moim biurze mam przeczucie, że jest w to w jakiś sposób umoczony nasz ukochany Leoś Cukor. To najbardziej wpływowy człowiek w mieście. Wszystko wydaje się kręcić wokół niego, ma rozległe kontakty i każdemu chętnie oferuje pomoc. Dla mnie ta jego życzliwość jest podejrzana.

Sandra zaśmiała się. Coś jej się przypomniało, bo pokiwała głową, jakby się dziwiła.

– Chyba to prawda. Im bardziej ktoś jest pobożny, tym dalej jest od Boga. Znam takich ludzi. Lepiej pilnuj się i miej go na oku, aby coś nie zmajstrował przeciwko tobie.

– Dlaczego tak mówisz?

– Dwa dni temu, kiedy bawiłeś się z tym swoim sztabem kryzysowym, byłam na wieczornym nabożeństwie. Widziałam go tam. Był z całą rodziną. Nie! Nie! Co ja mówię. On nie ma rodziny. Był jak zawsze ze swoim towarzystwem; to chyba jego wspólnicy i pracownicy. Ten jego sekretarz to prawdziwy laluś, odstawiony jak radosna mężatka po odejściu kochanka. Byli też z nim ludzie, których nie znam. Z ciekawości zapytałam o nich Ojca Alberta. Lubi mnie i chyba ma do mnie zaufanie, ale powiedział mi tylko, że to bardzo pobożny człowiek i chętnie wspomaga kościół. Okazuje się, że naprawa dachu na wieży kościelnej i klimatyzacji to też jego zasługa. Znaczy się, jego pieniądze. Może księdza łączą z tym krezusem jakieś bliższe stosunki?

– Tego nie wiem, ale nie mogę wykluczyć, że klecha nie siedzi u niego w kieszeni. Ten jego Samariteri to prawdziwa zagadka. Wypasiona, luksusowa limuzyna. Nie pamiętam, czy mówiłem ci o niej?

– Wspomniałeś tylko, że mógł być kradziony. Ale to tylko spekulacja. Nie masz żadnych dowodów przeciwko księdzu.

– Nie będę dochodzić, czy ten samochód był kradziony czy nie, jak podano w anonimie, bo w to nie wierzę. Ojciec Grana jest zbyt inteligentny i rozważny, aby robić takie sztuczki. Na pewno ma dobrych doradców. Ale gdyby otrzymał to cacko w darze od Dyktatora i przyjął je, to by znaczyło, że jest od niego zależny. Kto daje takie upominki, nie robi tego za darmo. Musi mieć jakieś oczekiwania. To zresztą nie musi być dar bezpośrednio od niego. Na pewno ma jakąś fundację dobroczynności, która mogła to zrobić za niego.

– Co Cykor by na tym zyskał?

– Życzliwość wpływowego duchownego i jego kościoła. A bo to pierwszy raz takie rzeczy się dzieją? Rzecz nie jest bez znaczenia, bo ludzie wierzący mają szacunek dla Ojca Grany. Jakbyś dowiedziała się coś więcej, podziel się tym ze mną. Bardzo mnie to interesuje.

– Dlaczego? Chcesz wszcząć dochodzenie przeciwko księdzu? – Zaniepokojona Sandra zatrzymała się w połowie drogi do kuchni.

– Nie przesadzaj! Lubię po prostu wiedzieć, jak się świat kręci, zwłaszcza teraz, kiedy mamy same nieszczęścia: powódź, jakiej nie było od lat, wirusa Quagga, epidemię, niepokoje społeczne i na dodatek te cholerne anonimy.

– Ty chyba bardzo nie lubisz Leona Cykora?

– Tak, to prawda. Chyba z wzajemnością. Czuję przez skórę, że chce mnie wysadzić z siodła. Nie podoba mi się jego nadęta pobożność i niezwykła chęć pomagania wszystkim, uzależnianie ludzi od siebie. Dyktator z łaski bożej. Ktoś mi powiedział: – Kiedy Cukor był na wycieczce w Afryce, kazał się obszyć skórą słonia, ale to nie znaczy, że jest gruboskórny. Jest tylko odporny na krytykę i ma pamięć jak słoń”. 

To facet o wielkich umiejętnościach dyplomatycznych, lokalny Machiavelli. Muszę to docenić.

Odc .21

Benjamin Czucha zwany Aptekarzem miał złą passę. Najpierw otrzymał donos z oskarżeniami, potem kolejne, później nastąpiły dziwne telefony. Wprawdzie mu nie grożono, ale oskarżano o czyny, których nie popełnił. Tak to odbierał. Były to przeważnie oszczerstwa, ale były też krótkie złośliwości każde zakończone wykrzyknikiem: Łajdak! Sługus i donosiciel na niewinnych ludzi! Chciwy szpieg! Ty draniu, zrobisz każdą podłość, kiedy ktoś ci zapłaci! Trujesz ludzi w swoim supermarkecie sprzedając towar z przemytu! Żona cię zdradza i to z kim!? Zęby ci wypadną, jak się dowiesz!

Ktoś wrzucał je do skrytki pocztowej razem ze zwykłymi przesyłkami. Donosy czytał lecz nie pozbywał się ich. Pocieszał się tym, że w pewien sposób świadczą o jego popularności.

Najsilniejszy był nurt oskarżeń o donosicielstwo. Podejrzewano go o niecne sprawy i sprawki: szpiegowanie, podsłuchiwanie rozmów, filmowanie scen intymnych, a nawet rzucanie złego uroku.

Myślał o tym intensywnie. Wprawdzie nie miał uprawnień detektywa, ale prowadził coś w rodzaju nieoficjalnej agencji detektywistycznej. Cieszył się sławą człowieka potrafiącego zdobyć każdą informację. Miał dar przenikania ludzi, jak mówiono. Wierzył w to.

Swoimi niepokojami podzielił się z doktorem przy okazji kolejnej wizyty domowej. Był przekonany, że Julian Bros już to wie albo się domyśla, czym Aptekarz zajmuje się poza prowadzeniem supermarketu. Znał wielu ludzi i bywał w niejednym domu. Był osobą zaufania publicznego. Miał takie przekonanie, tymczasem ktoś usiłował mu to odebrać.

– Świadczę usługi detektywistyczne tylko ludziom zaufanym. Pan wie, doktorze, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Coś dla takiego zrobisz, natrudzisz się, naszarpiesz, narażając się na ryzyko, znajdziesz poszukiwane informacje, a potem ten ktoś ma do ciebie pretensje. A ile razy miała do mnie pretensje osoba śledzona, chociaż to nie ja zdecydowałem, aby ją śledzić, a czasem i fotografować in flagranti. Kobiety też nie są lepsze, choć to one częściej zlecają mi taką robotę.

Zapytany o jeden czy drugi szczegół przez doktora, śmiał się niepewnie i zaprzeczał, zagadywał albo wekslował sprawę na tor boczny.

Po rozmowie z Aptekarzem, doktor Bros zaczął kojarzyć sobie fakty. Czucha był obserwatorem ptaków biegłym w podglądaniu, robieniu zdjęć i nagrywaniu głosów ptaków na dużą odległość, miał też doskonały sprzęt. To było jego hobby. Pierwszy raz opowiedział mu o tym latem. Padał wtedy tak intensywny deszcz, że doktor nie mógł przejść nawet stu metrów do swojego samochodu. Przesiedział u Aptekarza co najmniej godzinę. Nie mając nic lepszego do roboty rozmawiali. Kiedy wreszcie zdecydował się pójść do samochodu, odnalazł go pięćdziesiąt metrów dalej, przesunięty w dół ulicy. Stał w zagłębieniu terenu zanurzony w wodzie aż po kierownicę.

Aptekarz chodził po supermarkecie Diva sprawdzając, czy towar jest należycie rozłożony i czy nie należałoby czegoś uzupełnić. Nie musiał się martwić, personel zadbał o wszystko. Był zadowolony. W biurze spotkał żonę. Zdziwił się, że zjawiła się tak wcześnie. Normalnie mógł spodziewać się jej godzinę później. Wpadła, aby porozmawiać z dala od domu, dzieci i telefonów. Miała na sobie jasnoniebieską sukienkę. Od razu zwrócił na nią uwagę. Lubił ten kolor i oryginalny wzór przypominający ptasie oczy. Zaprosił ją do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz, aby nikt im nie przeszkadzał. Podzielił się z nią wiadomościami o donosach. Nie zamierzał wszystkiego powiedzieć. Były też i dobre wiadomości, w innych sprawach. Marlena zasugerowała mu, aby skupił się na nich.

Czucha miał powody do zadowolenia.

– Rośnie niepewność. Ludzie wykupują towary i tworzą zapasy. Sprzedaż w supermarkecie idzie nam wyjątkowo dobrze. Z półek szybko znikają płyny dezynfekujące i antywirusowe, maseczki, rękawiczki i inne związane z walką z wirusem i higieną osobistą.

Aptekarz tak się rozgadał, że żona zaczęła mu się przyglądać, czy czasem po cichu nie wypił kilku piw. Był jednak trzeźwy.

– Towary wykupione w hurtowniach, tylko w części pojawiły się w sklepach detalicznych, na rynku i na bazarach. Resztę zmagazynowano. To czysta spekulacja. Ktoś liczy na duży zarobek, kiedy przyjdzie prawdziwy kryzys wywołany epidemią i zacznie brakować artykułów pierwszej potrzeby.

Aptekarz rozmawiał o tym ze szwagrem, bratem Marleny, prowadzącym hurtownię mrożonek.

– Wprawdzie mrożonki to delikatny towar, łatwo psujący się, ale można go trzymać miesiącami w zamrażarkach. Teraz jest czas na podnoszenie cen. Mało kto protestuje, bo wiadomo, że koszty hurtowników rosną a ludzie mniej kupują i sprzedający muszą podnosić marże zysku, aby utrzymać się na rynku. Ja na to nie liczę, dla zachęty obniżam nawet niektóre ceny i sprzedaję jak można najwięcej. Spekulantom wydaje się, że w przyszłości ceny będą wyższe. To wcale nie jest pewne. Można się przejechać.

Marlena Czucha patrzyła na męża i zastanawiała się, jak sobie radzi w nowej sytuacji; z jednej strony podłe donosy, z drugiej sukcesy handlowe. Właśnie zakończył swoje przemówienie.

– Jestem zadowolony. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu.

Popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. W pokoju była kanapa. Uchwyciła jego wzrok, domyśliła się, o co chodzi. Jeszcze raz popatrzył na kanapę, wstał z krzesła i podszedł do żony. Zaczął delikatnie wodzić ręką po jej szyi i całować po twarzy. Uznała to za dobry moment. Zapragnęła się zrelaksować, mieć trochę przyjemności. Wirus dawał się jej we znaki, bała się go. Wstała, podeszła do kanapy i pomogła mężowi rozpiąć i zdjąć  sukienkę. Potem uklękła kolanami na kanapie, oparła się rękami o jej grzbiet i wypięła pośladki. Zanim zaczęli się kochać, poprosiła o włączenie radia.

– Nastaw jakąś muzykę. Aby tylko nie było za głośno. I sprawdź przy okazji, czy drzwi są dobrze zamknięte.

Albert Czucha zapomniał o supermarkecie, donosach i osiągnięciach w pracy detektywistycznej.

Odc. 22 

Nieszczęście nadeszło wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał z wyjątkiem czarnowidzów i katastrofistów. W ciągu trzech dni gwałtownie wzrosła ilość zachorowań. Opinie wirusologów były jednoznaczne.

– Wchodzimy na szczyt epidemii. Może to już nawet pandemia.

Burmistrz połączył się z doktorem Brusem Śpieszył się.

– Jak mogło do tego dojść? Mam na myśli to gwałtowne przyśpieszenie epidemii.

– Mamy tylko teorię. Sprawdzamy ją w badaniach laboratoryjnych. Wirus zmutował i podłącza się do pyłów i zanieczyszczeń obecnych w powietrzu, tak jakby się podklejał. Powstają w ten sposób niewidoczne dla oka skupiska, gdzie nie sposób się nie zarazić.

– Coś takiego jak zaraźliwa chmura.

– No właśnie. Dobre porównanie.

– Czy to już szczyt epidemii?

– Bóg jeden wie? Może być ich kilka. Tak długo jak nie mamy szczepionki, jesteśmy na łasce Quaggi. Nie wiadomo czy będzie ona dalej mutować. A jeśli będzie, to jak? To, co się dzieje, to zresztą wielka nowa mutacja.

– A jak w twojej ocenie wygląda sytuacja w szpitalach?

– Szpitale są przepełnione. Ludzie umierają w karetkach pogotowia stojących na ulicy. A także już w domach, bo nie ma ich kto przewieźć, ani dokąd. Niektóre szpitale nie przyjmują już pacjentów, bo jedna trzecia personelu jest na kwarantannie. Taka jest prawda i nie da się ona zaprzeczyć. Zupełnie jak na wojnie. Każdy chce przeżyć, a szpitale nie dają rady.

Burmistrz otrzymywał także doniesienia, którymi się z nikim nie dzielił, aby nie powiększać chaosu. Miał zawsze uzasadnienie, że musi je sprawdzić. W służbie zdrowia notowano pierwsze przypadki przekupstwa, a nawet szantażu i wymuszeń.

– Pieniądz stał się panem – pomyślał. To go przeraziło tak bardzo, że zrobił sobie przerwę, aby napić się alkoholu. – Lepiej być pijanym niż dać się zwariować – pomyślał. . Kiedy upił pół szklanki, był tak zmęczony, że zapadł w krótkotrwałą drzemkę. Chciał coś powiedzieć, kiedy usłyszał szept do ucha. – Już wróciłam do łóżka, kochanie. Mam dzisiaj chęć na ciebie. Choć pobaraszkujemy.

Zadzwonił telefon. Był to komendant Eliasz Prokura.

– Podobno jakąś karetkę zatrzymali w drodze do szpitala fałszywi policjanci, aby podmienić pacjenta. Nie wierzę w to, ale muszę sprawdzić. Cuda dzieją się na ziemi. Chyba przestanę wierzyć w Boga!

Przed szpitalem „Przemienienia” zorganizowano zapisy kolejkowe. Panował nastrój rezygnacji, niechęci i pełzającej wrogości. Młoda, grubo ubrana kobieta w kapturze naciągniętym na oczy, z plecakiem w prawej ręce, zapytała, dlaczego tyle osób stoi w kolejce i po co sam kolejka, skoro nie ma już wolnych miejsc.

– Rodziny osób w karetkach płacą innym za stanie w kolejce, aby czekali, aż coś się zwolni. Prawdziwa Sodoma i Gomora! – odpowiedział podniesionym głosem starszy, byle jak ubrany mężczyzna.

– Skrzypi jak zdezelowana szafa – pomyślała kobieta przekładając plecak do drugiej ręki, aby wyjąć z niego smartfon.

– Słyszała pani chyba o Sodomie i Gomorze?

– Adresatka pytania obruszyła się, ale nic nie odpowiedziała.

Sztab kryzysowy w ostatnich dniach pracował prawie bez przerwy. Ludzie byli wyczerpani. Dla zachowania ciągłości ustalono, że będą przychodzić na zmiany.

– Połowa tutaj, połowa w domu, aby wypocząć. Inaczej nie wytrzymamy – mówiąc to burmistrz poczuł się bezsilny. Miał wrażenie, że wszyscy mają do niego pretensje o to, co się dzieje w szpitalach i na ulicach. Zbuntowali się dyrektorzy trzech dużych szpitali miejskich. Odmówili przyjmowania pacjentów zakażonych wirusem oraz poleceń sztabu kryzysowego, sugerujących usprawnienia w systemie przyjmowania pacjentów.

W dyskusji burmistrz unosił w górę to jedną, to drugą rękę, jakby ważąc to, co mówi. Jego słowa komunikowały mniej niż ciało, pokazujące brak przekonania.

– Nie możemy nic im zrobić. Sytuacja jest tragiczna. Nie wyrzucę ich, bo to doskonali fachowcy, a innych i tak nie mamy. Burmistrz nastawił swój smartfon na głośne owinie i położył na stole, aby wszyscy słyszeli. To ordynator szpital Przemienienia – wyjaśnił. – Posłuchajcie.

– Nie możemy pracować dwadzieścia godzin na dobę. Potrzebujemy odpoczynku. Bez niego sami padniemy, zanim zdążymy dojść do łóżka pacjenta. Wczoraj zmarła na wirusa nasza koleżanka z pracy. Była anestezjologiem, osobą, bez której nie może się odbyć żadna operacja. Jeden z chirurgów dostał ataku szału i pobił sanitariusza, który spiesząc się do karetki odmówił mu pomocy w przeniesieniu respiratora do innej sali. Musieliśmy dać obydwu środki odkażające… Widzi pan, mnie też to się udziela. Zamiast uspokajające, powiedziałem odkażające. – Panie burmistrzu! Nie możemy przyjmować poleceń pańskich ani sztabu kryzysowego. Nie możemy dokonywać teraz żadnych zmian, bo nie mają one sensu. Szpitale są zatkane i nic nie jest w stanie nam pomoc. Chyba, że otworzy pan nowy szpital.

Odc. 23 

Przed szpitalem „Przemienienia” pojawiły się kobiety w większości w czarno-czerwonych strojach. Były to żony i matki męskiego personelu szpitala. Zamknięto go poprzedniego dnia, kiedy okazało się, że połowa pracowników zaraziła się wirusem. Wszyscy zostali poddani kwarantannie na terenie szpitala. O zakażenie oskarżono dyrektora, który zaniechał wprowadzenia żądanych przez załogę dodatkowych środków bezpieczeństwa. Z powodu wyłączenia dużej liczby pracowników, dyrektor nałożył dodatkowe obowiązki na pozostałych.

Komendant Eliasz Prokura połączył się krótkofalówką z burmistrzem.

– Wysyłam policjantów przed szpital Przemienienia, gdzie trwa wielka demonstracja. Manifestują głównie kobiety niezadowolone z zamknięcia szpitala i braku kontaktu z mężczyznami. Żądają kwarantanny w domu a nie w szpitalu oraz skrócenia ich dyżurów. Są wściekłe, niektóre wyglądają na zdesperowane. Otrzymałem informację, że są tam również ludzie wyposażeni w petardy, prawdopodobnie chuligani lub prowokatorzy. Obawiam się aktów przemocy i wandalizmu.

– Kto będzie dowodzić pańskimi ludźmi?

– Sam będę dowodzić oddziałem. Nie mogę dopuścić do zagrożenia życia i mienia. W razie potrzeby użyjemy gazów łzawiących, moi ludzie są także przygotowani do strzelania gumowymi kulami, ale to ostateczność. .

Dochodzący z zewnątrz ratusza hałas był coraz większy. Burmistrz podszedł do okna. Na rynku zebrał się tłum z transparentami. Ludzie okrzyki patrząc w kierunku ratusza.

– Za oknem też mam manifestację. Głównie kobiety. Mają transparenty i krzyczą. Chyba pod moim adresem, bo patrzą w okna ratusza.

– Tak, wiem o tym. Niedawno uzyskałem ostrzeżenie o tej demonstracji. Dlatego przydzieliłem panu dwóch ochroniarzy dla bezpieczeństwa. Może już nawet czekają w pańskim sekretariacie.

– Dotychczas obywałem się bez ochrony.

– Jest pan najważniejszym urzędnikiem miasta. Bóg jeden wie, co może się wydarzyć. Nie chcę mieć pana na sumieniu a prokuratora na karku. Przy okazji powiem, że otrzymujemy coraz więcej donosów. Piszą też na pana. Jak zwykle oskarżenia o malwersacje, nadużycia władzy, także jakieś sprawy prywatne. Same brudy.

– Piszą praktycznie na każdego, kto nosi imię i nazwisko i ma adres zamieszkania. Oszczędzają tylko chyba ludzi bezdomnych. Dobrze byłoby wiedzieć, kto to robi. Czy pan już znalazł albo przynajmniej ma jakieś namiary na tego Kreta?

– Nie. Na razie bez rezultatu. Mam zaufanych ludzi, już węszą. Nie podoba mi się to wszystko. Miasto coraz bardziej przypomina dżunglę, gdzie ludzie polują na siebie jak zwierzęta. Wygląda to dosyć prymitywnie.

Po południu ulica przed szpitalem była zblokowana z jednej strony przez ludzi, z drugiej przez kolumnę samochodów z włączonymi klaksonami. Dwaj młodzi mężczyźni i jedna kobieta stali na dachu samochodu dostawczego z zapalonymi pochodniami w rękach. Z wnętrza pojazdu dobiegała głośna muzyka. Tłum skandował w takt muzyki hasła podawane przez megafon. Pod adresem dyrekcji szpitala padały wyzwiska i żądania. Z chodników rozlegały się okrzyki zarówno zachęty dla demonstrujących jak i potępienia.

– Co ta policja tu robi? Po co oni są w ogóle potrzebni? Aby tylko prowokować!

– Ta manifa to przegięcie, cała ta gadka o sytuacji w szpitalu. I te klaksony samochodowe, tylko aby zakłócać spokój w mieście. 

– To lekceważenie, ośmieszanie, hipokryzja i żenada! Burmistrz nie jest w stanie zapewnić porządku w spokojny sposób. Nieudacznik!

Przed budynkiem szpitala stał wóz transmisyjny telewizji Tuba. Reporter z mikrofonem w ręku patrzył w ekran kamery.

 – Jesteśmy naprzeciwko szpitala Przemienienia. Policja, którą dowodzi komendant Eliasz Prokura, zachowuje się brutalnie i agresywnie. I to mimo tego, że demonstranci zachowują się spokojnie, wyrażając swój niepokój o to, co dzieje się w szpitalu. Nie widzę agresji z ich strony. Mamy informację, że nieco dalej, na ulicy Parkowej, policjanci strzelali gumowymi kulami, aby rozpędzić tłum. Zachowują się jakby byli pod wpływem narkotyków lub innych środków stymulujących. To okropne i zupełnie niezrozumiałe postępowanie.

Odc. 24 

W nocy dotychczas czyste ściany szpitali pokryły graffiti. Z niektórych znikły stare murale. Na ścianie frontowej szpitala Przemienienia pojawił się nowy mural z podpisem: „Kura na resorach. Patrzcie, jak będziecie wyglądać po wirusie.”

– Uaktywnił się Kret lub ktoś, kto się za niego podaje. Tak czasami bywa, że na fali popularności przestępcy ktoś inny chce wypłynąć, podszywając się pod niego – Komendant coraz głębiej wnikał w nowe formy komunikacji społecznej.

Autor donosów podpisywanych ksywą “Krt” był wciąż nieznany. Burmistrz wyznaczył nagrodę pieniężną, oczekując, to naprowadzi policję na ślad przestępcy. Kolejne dni nie przyniosły postępu w śledztwie. Nadal nie było wiadome, kto to może być.

– To jakiś dziwnie nieuchwytny człowiek? Chyba że … – Piotr Rafael powstrzymał się od komentarza. Przyszło mu na myśl, że może jest to ktoś z komisariatu policji lub z jego własnego otoczenia. Tracił zaufanie do ludzi, gotów był podejrzewać każdego.

Większość donosów kierowana była przeciwko niemu. Zastanawiał się, czy ktoś celowo nie podsyca czy wręcz nie inspiruje tej nagonki.

– Pomówieni i oszczerstwa idą w dwóch kierunkach, twoim i Cukora. Nie jesteś osamotniony. – Słowa żony stanowiły dla burmistrza marne pocieszenie. Siedzieli pod dachem na werandzie z tyłu domu i rozmawiali. Burmistrz słyszał telefon dzwoniący z wnętrza domu lecz nie reagował.

– Nie odbierzesz? – Głos Sandry był spokojny; udzielił jej się pogodny nastrój popołudnia, zastój wiszący w powietrzu i nieznany zapach przypominający podgrzany majeranek.

– Nie zamierzam. Należy mi się trochę spokoju, bo to pada mi już na rozum. Stałem się nerwowy i przewrażliwiony, zachowuję się jak mimoza. Robię, co mogę, aby sprawy miasta i jego mieszkańców układały się jak najlepiej. Pracuję prawie dzień i noc, ale nikt tego nie docenia; skoro donosy wymierzone są głównie we mnie. Dobrze chociaż, że komendant zapewnił mi ochronę policyjną. Przynajmniej jakaś przypadkowa cegła nie spadnie mi na głowę i nie zostanę napadnięty i pobity, wykonując czynności służbowe. Czuję, że ktoś chce mnie wyeliminować z konkurencji.

– Leon Cukor jest też obiektem ataków donosicielskich. Chyba nie mniej niż ty – Sandra usiłowała pocieszyć męża.

– Komendant zwrócił mi uwagę, że donosy na Dyktatora mają inny ton. Zauważył to psycholog policyjny. Też mają najczęściej charakter oskarżycielski, ale w sposób nieokreślony. Co innego, kiedy ktoś oskarża cię o złodziejstwo i sugeruje, co i kiedy ukradłeś, a co innego, kiedy mówi o tym w sposób ogólny „Jesteś złodziejem”. Na pewno też Dyktator otrzymuje dużo mniej donosów, bo jego skrytek pocztowych pilnują wynajęci strażnicy. Sam jest chyba nieobecny. bo nie pojawia się w miejscach publicznych.

– To po co utrzymuje armię ochroniarzy.

– Stać go na to – głos burmistrza był cierpki.

– Ale to może być niebezpieczne. Uzbrojeni i wyszkoleni ludzie na służbie jednego człowieka, w dodatku potentata.

– Dotychczas nie zrobili nic złego.

– To dobrze, ale musicie go obserwować. To może być niebezpieczne. Prywatna armia jak za Średniowiecza.

– To prawda. Tym bardziej, że krążą pogłoski, że to początki walki o władzę. Za kilka miesięcy odbędą się wybory nowego burmistrza. Kończy się moja kadencja – Rafael uznał, że było to wszystko, co miał do powiedzenia. Popadł w milczenie. Siedział i patrzył w przestrzeń. 

Dla Leona Cukora nastały ciężkie dni, donosy nie przestały napływać mimo zablokowania dostępu do skrytek pocztowych osobom postronnym. W dodatku, na kolacji z przyjaciółmi, świętując zakończenie budowy nowej fabryki paneli słonecznych, przejadł się. Tak powiedział swojemu sekretarzowi Alanowi, który nieostrożne – mimo zakazu mówienia czegokolwiek o życiu prywatnym pryncypała – wygadał się przed swoim bratem.   

Rano Dyktator obudził się mokry od potu i drżący z zimna. Był rozebrany do naga, leżał na kanapie, nie na łóżku. Miał straszny sen. Na początku nic nie pamiętał, potem przypomniał sobie nocne przeżycia fragment po fragmencie, jak klatki taśmy filmowej. Zdarzenia wracały do niego jakby chciały go jeszcze raz udręczyć. Burmistrza widział już z daleka przez okno, jak zbliżał się do domu i machał mu przyjaźnie ręką. Kiedy wszedł do środka, pozdrowił go i podszedł bliżej. Zapytał Leona jak się czuje i kiedy ten miał mu odpowiedzieć, burmistrz rzucił się na niego bez ostrzeżenia, zwalisty, szeroki w barach, bezwzględny, wprost zwierzęcy. Dysząc mu w twarz wykręcił mu prawą rękę, aby nie mógł się ruszać. 

– Leon, ty sukinsynu – powiedział twardym głosem – nic cię już nie ochroni przed ujawnieniem twojej skrzętnie ukrywanej tajemnicy. Za chwilę ją odkryję, ty szczwany kameleonie!

Napastnik powalił go na dywan, ściągnął mu spodnie i usiłował rozewrzeć zaciśnięte uda. Leon wołał na pomoc Alana, swego sekretarza, ale ten  chyba go nie słyszał, bo się nie zjawił.  Napadnięty wyrywał się, bił pięściami na oślep. Burmistrz tylko śmiał się złowrogo. Koszula rozchyliła mu się na piersiach i Leon zobaczył włosy, gęste i czarne, odrażające, twarde jak druty. Burmistrz był bliski odkrycia tajemnicy i upokorzenia Leona. Udałoby mu się to, gdyby nie psy. Leon słyszał je ujadające, usiłował nawet je zawołać, ale język, suchy z wysiłku i zdenerwowania, odmówił mu posłuszeństwa. Psy wpadły do pokoju w ostatniej chwili i uratowały go, budząc z potwornego snu głośnym ujadaniem.

Następnego dnia z wdzięczności Leon kupił im nowe smycze i kagańce. Uczynił to, mimo iż wiedział, że był to tylko sen. Postanowił jednak, że nie będzie ich zakładać. Starał się zapomnieć straszne przeżycie, nie był jednak w stanie. 

Był to początek dziwnych zachowań i zdarzeń w życiu Leona Cukora. Miał przeczucie, że będzie ich więcej. Było to dla niego niezrozumiałe. Kojarzył je sobie ze swoim dzieciństwem, swoim wzrostem oraz pobytem w szpitalu. Starał się o nich zapomnieć angażując się w sprawy miasta, pomagając innym ludziom. Jak sobie przypominał, zawsze miał ambicje naprawy otaczającej go rzeczywistości. Był wdzięczny Ojcu Albertowi, swojemu spowiednikowi, że sekundował mu w tym dyskretnie, nie narzucając się ani niczego nie oczekując w zamian. O Ojcu Granie Leon Cukor wiedział już wcześniej, że chętnie pomagał ludziom wierzącym w Boga i utrzymującym kontakt ze świętymi. Wspieranie ludzi pobożnych obydwaj uważali za szczególną cnotę. 

Odc. 25 

Burmistrz Rafael czuł się podle. Przed sobą widział tylko przeszkody: niezmordowany wirus Quagga w doniesieniach medialnych, niezakończona walka ze skutkami powodzi, przepełnione szpitale, demonstracje, donosy, zdezorientowani i niepewni przyszłości mieszkańcy miasta. Poparcie dla niego wciąż spadało. Autorzy anonimów tworzyli mu opinię złodzieja i malwersanta środków publicznych.

– Łatwo jest rzucać oskarżenia, nie sposób bronić się przed nimi. Ta myśl go męczyła.

Na drzwiach ratusza pojawił się w nocy rysunek szubienicy z wisielcem. Skojarzenie było wyraźne. Widać było, że robotę wykonał fachowiec.

– Chyba miał moją fotografię przed oczami. Gdybym tylko mógł dorwać tego drania! – dla burmistrza było to coś więcej niż marzenie.

W ciągu dnia obraz został powielony w prasie i na portalach informacyjnych, skomentowany w radio i pokazany w telewizji. Znajomi i przyjaciel dzwonili do Rafaela w ciągu dnia, aby mu o tym powiedzieć albo go pocieszyć. Wiedział, że niektóre osoby dzwoniły, bo miały w tym przyjemność. Mógł im obiecać tylko zemstę w duchu. Nie mogąc się skoncentrować, wezwał do siebie Lucynę, sekretarkę, aby zamienić z nią kilka słów, oderwać się od niepokojących spraw i wydać polecenia.

Nawet nie słyszał, kiedy weszła do gabinetu. Patrzył na nią z przyjemnością; była niezbyt ładna, ale zgrabna, miła i dyskretna. Nigdy się na nic nie skarżyła, mimo ze miała w domu problemy rodzinne. 

– Dobrze, że już jesteś. Mam już tego wszystkiego dosyć. Ostatnio w ogólne nie mamy dobrych wiadomości. Do tego, co przekazują media, można by dołożyć jeszcze depresję i problemy psychiczne zwłaszcza dzieci i młodzieży oraz samobójstwa. Nazbierało się tego trochę. Dodałabyś jeszcze coś do tego?

– Tak – odpowiedziała bez wahania jakby wiedziała, o co będzie pytana. – Przemoc w rodzinie. Na ulicy także, ale to już w mniejszym stopniu. W końcu ktoś kogoś zabije i nie będzie to pojedynczy przypadek.

Piotr Rafael domyślił się, że dziewczyna sama doświadczyła agresji w domu, lecz nie czuł się na siłach pytać ją o to. Współczuł jej, ale nie umiałby jej pomoc.

– Dobrze, że mi o tym przypomniałaś. To temat na spotkanie sztabu kryzysowego. Miasto musi zapewnić więcej pomocy kobietom maltretowanym przez mężów i partnerów. Chyba o to chodzi najbardziej?

Lucyna skinęła głową potakująco.

– Czy mam panu podać, panie burmistrzu, whisky z lodem czy coś innego?

Pomyślał, że zrobiła to z wdzięczności. Nigdy wcześniej nie zadawała mu takich pytań. Zawsze to on prosił o alkohol.

– Dzięki. Daj mi whisky. Proszę cię także, abyś nie łączyła nikogo ze mną, z wyjątkiem mojej żony. Wszyscy mówią mi to samo, stało się to nudne. Nie ma potrzeby marnować czasu na takie rozmowy.

W domu burmistrz starał się jak najmniej mówić o swojej pracy i problemach, mimo że żona nie miała mu tego za złe. Znajdował w niej oparcie, trochę mniej w synu i córce, którzy żyli bardziej we własnym świecie.

Kiedy rozebrał się, umysł ręce i wyszedł z łazienki, Sandra popatrzyła na niego z uwagą.

– Wyglądasz jak cień dawnego burmistrza. Ubranie wisi na tobie jakby przepuszczono cię przez pralkę automatyczną.

Nie miał jej tego porównania za złe. Wiedział, że mówi to z troski o niego. Wolał jednak inne tematy.

Nad ranem w komisariacie zadzwonił telefon. Blisko dworca kolejowego w bocznej uliczce znaleziono zakrwawione ciało. Mężczyzna dzwoniący w tej sprawie miał niewyraźny głos jakby był pijany lub mówił z oddali przez chusteczkę. Odmówił podania imienia i nazwiska.

Komendant zarządził dochodzenie. Wysłał na miejsce detektywa, lekarza i technika śledczego. Po zebraniu informacji zadzwonił do burmistrza.

– Podejrzewamy, że ten, kto dzwonił, mógł sam zabić. Ale to tylko podejrzenie. Zmarły to mężczyzna w wieku czterdziestu dwóch lat. Na piersi miał przyklejoną kartkę z napisem „Kret”. Jakoś to dziwnie pogmatwane, ponieważ ofiarą jest bezdomny, a Kret wydaje się być nadal aktywny. Przeprowadziliśmy wywiady. Zamordowany to bardzo spokojny człowiek, były technik drukarski, lubiący zaglądać do kieliszka, prawdopodobnie niezbyt rozgarnięty. Zakłuto go nożem. Znaleziono przy nim dwa anonimy podpisane Kret. Być może był to Kret, być może nie, nieskutecznie poszukiwany przez nas mimo znacznej nagrody, jaką pan wyznaczył za jego wskazanie.

– To znaczy, że teraz pod szyldem Kreta, żywego czy martwego, może działać ktoś inny. Może nawet więcej niż jedna osoba – wtrącił burmistrz.

– Zgadza się. Pomylona ofiara, to nie jest takie rzadkie w świecie narkomanów, przestępców i ludzi zagubionych, opętanych manią prześladowcą lub po prostu nienawiścią.

Odc. 26

Statystyki zakażeń wirusem i hospitalizacji chorych z uporem Syzyfa pięły się w górę. Powszechnie je dyskutowano, porównywano z wynikami ostatnich dni i tygodni i komentowano.

Doktor Brus zatopiony w myślach przecinał na ukos Rynek Główny miasta, kiedy dogonił go burmistrz. W rozpiętym ciemnym płaszczu z rozchylającymi się na boki połami przypominał czarnego łabędzia z przetrąconymi skrzydłami.

– Miło pana widzieć, doktorze. Ja też zmierzam do pracy. Czy nie sądzi pan, że pasja dyskutowania statystyk wirusa przez naszych współobywateli to jakaś paranoja? Ludzie zapominają o maseczkach na twarzy, rękawiczkach ochronnych i myciu rąk, ale nie o statystykach. Oni mówią o tym chyba przez sen a nawet w łóżku!

Jeśli pytanie zaskoczyło lekarza, to nie dał tego poznać po sobie. Obrócił twarz w kierunku burmistrza.

– Tak. Mogę się tylko zgodzić z panem. Myślę, że jesteśmy na granicy jakiegoś wykoślawienia cywilizacyjnego. Ludzie tracą perspektywę tego, co ważne. W telewizji ma dziś wystąpić jakiś nowy Nostradamus przepowiadający przyszłość. Powinien pan poświęcić więcej czasu i pieniędzy na edukację mieszkańców, bo całkiem zejdziemy na psy i zdziwaczejemy.

– Mam wrażenie, że nie jest pan dzisiaj w dobrym humorze.

– Faktycznie, nie jestem. Jestem lekarzem i widzę, że ludzie koncentrują się nie na tym, co trzeba. Poświęcają uwagę statystykom i manifestowaniu na ulicach swoich niepokojów, a nie pilnowaniu, aby nie zarażać się nawzajem.

– Czy sądzi pan, że to może być groźniejsze niż sama epidemia, bo powiększa ilość zachorowań? – Burmistrz usiłował zbagatelizować problem. Spodziewał się, że lekarz zaprotestuje przeciwko takiemu uproszczeniu.

– Jeszcze nie teraz, ale wkrótce. Niech pan się pilnuje, panie burmistrzu, i nie lekceważy znaczenia ludzkich zachowań. Epidemia wirusa jest czymś naturalnym, ale to my przyczyniamy się swoim zachowaniem do jej upowszechnienia lub zaniku. Chciałbym, aby w mieście pozostało jeszcze kilka normalnych osób, z którymi można porozmawiać, bo nie znoszę konwersacji tylko z papugą i psem.

Szczęśliwym trafem tego dnia nagrzane słońcem powietrze spowolniło rozpowszechnianie się wirusa.

Niepokój zrodził popyt na wiedzę o przyszłości epidemii. W mediach pojawiały się wywiady z każdym, kto miał coś do powiedzenia na ten temat, głównie jasnowidzami i wróżbiarzami, mniej z lekarzami i naukowcami.

– Co oni mogą wiedzieć? Siedzą zamknięci jak szczury w swoich laboratoriach i usiłują dojrzeć pod mikroskopem coś, co nie istnieje – zwolennicy ruchu antyszczepionkowego ze szczególną lubością negowali naukową wiedzę na temat wirusa Quagga.

W kolejnym dniu rosnących statystyk zachorowań wystąpił w telewizji jasnowidz Lon Benzi, noszący wcześniej pseudonim Galaxy. Jego publiczne pojawienie się wywołało wielkie zainteresowanie. Był znany już wcześniej, ale od kilku lat nikt go nie widział. Pytany o przyszłość, poprosił, aby dać mu chwilę czasu na skoncentrowanie się i wprowadzenie w trans.

– Tak jest mi łatwiej dostrzec to, co się stanie.

Miał damski głos i okrągłą twarz z obwisłymi policzkami. Kiedy zamknął oczy, aby się skoncentrować, przybrał wygląd istoty nieobecnej duchowo. Zbliżenie kamery pokazało, jak twarz mu szarzeje i oczy uciekają w głąb czaszki. Atmosferę napięcia pogłębiał jego matowy, pełen niepokoju głos dobywający się jakby z czeluści.

– Widzę nad miastem chmurę o kształcie ogromnego podłużnego balona w kolorach szarości i czerni. Jest wypełniony dziwną substancją, wyglądającą jak miliardy drobnych punkcików zawieszonych w gęstym płynie. Widzę wirusy łączące się z cząsteczkami zanieczyszczeń powietrza, pyłów, spalin i dymu a nawet mgły. Ten balon wisi nad wzgórzami i przesuwa się w kierunku miasta. Jeśli pęknie, będzie o to koniec naszej cywilizacji. Na razie nic na to nie wskazuje, bo jego powłoka jest gruba i mocna.

Odc. 27

W studio telewizyjnym zrobiło się cicho, słychać było tylko pełny napięcia głos wizjonera. Stwarzał wrażenie, jakby był to szelest przesuwających się w powietrzu milardow mikroskopijnych, różnoskrzydłych istot.

Po chwili milczenia, glos wizjonera zabrzmiał mocnej i groźniej.

– Epidemia żąda ofiar jako odkupienia za nasze grzechy. To ludzie wyzwolili wirusa swoimi niecnymi postępkami i pseudonaukowymi eksperymentami. Pan Bóg odwrócił się od nas, jest nieobecny. Zostaliśmy na łasce losu. Kiedy wymrze trzydzieści procent ludności, społeczeństwo uodporni się na wirusa i dopiero wtedy sytuacja się uspokoi. Ludzie wrócą do pracy i zacznie się nowa era. Wszyscy przypomną sobie, że są braćmi, będą pomagać sobie wzajemnie i współpracować dla dobra ogółu. Sami się zorganizują. Politycy staną się zbyteczni. Nastaną czasy powszechnej radości i szczęścia.

Kiedy Lon Benzi wychodził z budynku telewizji, czekał na niego tłum. Ze wszystkich stron rozlegały się okrzyki, trudno było jednak zrozumieć, o co im chodzi. Osoby towarzyszące wizjonerowi domyślały się, że ludzie proszą o autografy. Były to jednak okrzyki nienawiści. Policja musiała wezwać posiłki, aby zaprowadzić porządek z obawy o wizjonera. Pomoc przybyła za późno, ciężko pobitego mężczyznę przewieziono karetką do szpitala.

Burmistrz miał wyłączony telefon i dowiedział się o tragicznym zajściu następnego dnia rano. Po rozmowie z komendantem, lekarzem ze szpitala, gdzie trafił Lon Benzi, oraz swoim ekspertem do spraw bezpieczeństwa, był jeszcze bardziej zdezorientowany, jak doszło do pobicia. Okazało się, że wystąpienie wizjonera w telewizji było wcześniej dyskutowane na forach dyskusyjnych. Burmistrza zastanowiły słowa specjalisty od public relations.

– To była manipulacja. Ktoś tym sterował, wykorzystując trolle i fora dyskusyjne. Agresywny tłum czekał na niego przed budynkiem telewizji. Świadkowie zdarzenia mówili, że go pobito, ponieważ ludziom nie podobała się jego wizja przyszłości. Sam przyznaję, że była przerażająca. Ale to nie był powód linczu.

Ojciec Albert zorganizował modlitwy w intencji przywrócenia pokoju między ludźmi. Wirus podzielił ich; jedni byli przerażeni, inni lekceważyli niebezpieczeństwo zarażenia się.

– Dokąd to wszystko zmierza, Ojcze Albercie? – Zapytała z niepokojem Trinity. – Martwię się, że mniej ludzi przychodzi teraz do kościoła, bo się boją. Tym starszym, rodzicom i dziadkom, dzieci i wnuki zabraniają wychodzić z domu.

Ksiądz popatrzył na swoją gospodynię. Trinity wydała się mu jeszcze mniejsza i drobniejsza niż była.

– Wiesz dobrze, Trinity, że nie jestem bezbożnikiem, ale obawiam się, że nawet pan Bóg tego nie wie. To za trudne pytanie. Zmierzamy ku niepewnej przyszłości, kiedy ludzie będą jeszcze bardziej zagubieni i niepewni, co czynić.

W prasie ukazała się notatka „Trzy wrony Quagga” rozpatrująca możliwość roznoszenia wirusa przez ptaki. – Gdyby się okazało, że ptactwo, dzikie czy domowe, jest w stanie rozpowszechniać tę zarazę, będziemy mieli pandemonium, jakiego nikt jeszcze nie znał – zakończyła autorka.

Ojciec Albert, po przeczytaniu tekstu, powiedział krótko:

– Módlmy się, aby tak nie było.

Od pewnego czasu Leon Cukor nie pokazywał się publicznie. Pojawiły się pogłoski, że podjął nadzwyczajne środki ostrożności, zwiększył liczbę ochroniarzy i kryje się w domu przed wirusem za przezroczystymi ścianami z pleksiglasu. Ponieważ odmawiał wywiadów dziennikarze podejrzewali, że zaraził się wirusem i jest poważnie chory a nawet, że odjęło mu mowę.

Odc. 28 

U szczytu epidemii donosy nasiliły się. Można było mieć wrażenie, że stały się równie popularne jak raporty o jej skutkach. Wydawało się, że wszyscy je piszą i nie ma sprawy, której nie można by przedstawić jako insynuacji, pomówienia, oszczerstwa czy choćby zwykłej złośliwości. Burmistrz był zaniepokojony i rozdrażniony zachowaniem mieszkańców miasta.

Z doktorem Brusem spotkał się po kilku dniach przy okazji zebrania miejskiego sztabu kryzysowego. Wyglądał mizernie, policzki mu się zapadły, na twarzy widoczne było zmęczenie. Mieli jeszcze kilka minut czasu; burmistrz skorzystał z okazji i zaprosił go do swego gabinetu. Rozmawiali to tym, co najbardziej aktualne.

– Te anonimy to czyste szaleństwo. Ludzie piszą je z taką namiętnością i w takich ilościach jakby nie mieli kompletnie nic innego do roboty. Naprawdę już nie wiem, co o tym sądzić!

– To nie szaleństwo, ale odreagowywanie napięcia. Pisząc donosy ludzie przestają myśleć o zagrożeniu wirusem, kwarantannie, ograniczeniach i samotności. Wirus Quagga to najprawdziwsza zaraza, klęska żywiołowa na niespotykaną skalę, niebezpieczeństwo, którego rozmiar nie sposób określić. Boją się, a strach nie zna granic. W pisaniu anonimów jest więc jakaś racjonalność. To forma ucieczki, ale dla nas to mało pocieszające. Obydwaj na tym cierpimy.

Po wejściu do gabinetu, komendant Eliasz Prokura z obrzydzeniem popatrzył na stos kopert i luźnych kartek rozrzuconych na biurku.

– Co to za śmiecie? – warknął gniewnie. – Nie macie nic lepszego do roboty jak tylko się wygłupiać. Usuńcie je natychmiast.

– To są donosy z końca weekendu, panie komendancie. Nie otwieraliśmy ich zgodnie z pana poleceniem.

Kiedy dyżurny policjant podszedł do biurka, aby je sprzątnąć, komendant powstrzymał go gestem ręki. Zasady postępowań z anonimami określały wytyczne: skoro prawo nie wymaga ich rejestracji i wykorzystania, należy je zlikwidować. To go zwalniało z odpowiedzialności.

– Poczekaj. Zabierzesz to za chwilę, rzucę tylko okiem. Jest tego tyle, że nie da się nawet z grubsza przejrzeć. Nie ma zresztą po co. I tak wiem, co tam jest.

Wbrew deklaracji niechęci, komendant przeglądał powoli stos papierzysk. Donosy w kopertach otwierał nożykiem do papieru, a potem czytał je jeden po drugim. Było tam wszystko: oskarżenia o nadużywanie władzy, wyłudzenia pożyczek świadczeń emerytalnych, zdrady małżeńskie, pobicia, kradzieże, oszustwa, opisy dokonań seksualnych, a nawet informacja o wypasionym samochodzie Ojca Alberta.

Po namyśle Prokura odłożył na bok trzy anonimy, w tym jeden zarzucający mu nadużywanie władzy razem z groźbą ujawnienia szczegółów. Kusiło go wziąć więcej, bał się jednak, że stworzy to podejrzenie, że zbiera haki na ludzi. Zatrzymane zaniósł do swego gabinetu na piętrze i starannie zamknął w sejfie. Uczynił to tak, aby inni policjanci tego nie widzieli. Pozostałe donosy polecił przepuścić przez niszczarkę papieru. Stał obok i obserwował jak znikają jeden po drugim.

Miał problem. Większość anonimów pochodziła z tego samego źródła. Musiał znaleźć jakiś trop, który by go doprowadził do osoby lub osób piszących je. Burmistrz przypominał mu to kilkakrotnie. Sztab kryzysowy domagał się, aby coś z tym zrobić. Pamiętał te słowa.

– W końcu dojdzie do wojny wszystkich z wszystkimi i jeszcze bardziej pogorszy i tak już trudną sytuację.

Sprawa donosów przycichła chwilowo, kiedy pojawiła się wiadomość, że Leon Cukor jest zarażony wirusem, jest w szpitalu i ma wielkie trudności z oddychaniem. Komentarze były współczujące jak i nieżyczliwe.

– Żal człowieka, tym bardziej, że nie jest już taki młody. Nie może wydobyć powietrza z płuc? Czy to nie dlatego, że za dużo mówi i obiecuje? Sam ponosi odpowiedzialność za tą sytuację, po co wtyka nos w nie swoje sprawy.

Kiedy okazało się, że była to tylko plotka, komendant zastanawiał się, kto i w jakim celu stworzył całe zamieszanie.

W nabożeństwie wieczornym rzadko kiedy uczestniczyło tyle osób. Kościół był przepełniony. Leon Cukor, klęczący w pierwszym rzędzie wiernych, z trudem wstał z kolan i otrzepał spodnie. Odwracając głowę na boki przyglądał się dyskretnie osobom siedzącym w pierwszym rzędzie.

– To moi wyznawcy i zwolennicy – pomyślał i prawie się zaśmiał. Przyszło mu na myśl, że w kościele to on ma wyznawców a nie pan Bóg. Czasem nachodziło go uczucie, że traktuje Boga po macoszemu. Pocieszał się myślą, że Najwyższy darzy go tak wielką miłością, że wszystko mu wybaczy.

Odc. 29

Cukor obserwował pierwszy szereg wiernych zatrzymując się wzrokiem na niektórych postaciach. Szukał kandydata na stanowisko burmistrza w zbliżających się wyborach. Myślał o urzędującym burmistrzu Piotrze Rafaelu. Przyjrzał mu się: wysoki, masywny, z pierwszymi oznakami otyłości na twarzy. Zastanawiał się czy dałby się przeciągnąć na jego stronę. Potrzebował własnego kandydata. Teraz, kiedy patrzył na niego, czuł przez skórę, że w wyborach będzie jego przeciwnikiem. Kilka metrów dalej stał notariusz Rafał Mortana powszechnie zwany Plenipotentem. Różanolicy, wyprostowany, w dobrze skrojonym garniturze, ze wzrokiem utkwionym wysoko nad Ojcem Albertem wyglądał jak świeży nabytek muzeum figur woskowych. Nazywano go także Skarbonką, ponieważ miał łatwość przyciągania ludzi z pieniędzmi. Pieniądze kleiły się do niego.

– Może i byłby to dobry kandydat na burmistrza. Wystarczyłoby, abym go poparł. Potem by mi się za to odwdzięczył – pomyślał. Rozważał wybór rozmawiając ze sobą w duchu.

– Nie jest zbyt inteligentny, ale jest sprawny i energiczny. Trochę też bufonowaty. W sumie radzi sobie całkiem nieźle, pomagając także siostrze prowadzącej z mężem firmę developerską. Jest podatny na wpływy innych ludzi. Podobno żona nim kieruje. Oczywiście będzie trochę brykać na początku, ostatecznie jednak moje poparcie i zdobyta władza powinny go uspokoić.

Dyktator zamyślił się i nie zauważył, że stojący obok ludzie byli już na klęczkach. Ukląkł w pośpiechu postanawiając się pilnować.

Po powrocie do domu, wezwał Alana, swego ulubionego sekretarza.

– Podjąłem decyzję. Moim kandydatem na stanowisko burmistrza będzie Plenipotent. Muszę z nim porozmawiać. Połącz mnie z nim.

– Ale czy on się zgodzi? – sekretarz miał wątpliwości. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji, że rozmówca odrzuci prośbę szefa. Darzył Cukora zbyt wielkim uczuciem, to byłoby także jego niepowodzenie.

Cukor nie odpowiedział. Z przyjemnością przyglądał się swemu sekretarzowi, oceniając jego muskularną sylwetkę.

Po południowej mszy Ojciec Albert udał się do zakrystii. Mijając po drodze Trinity prawie nieuprzejmie burknął:

– Dopilnuj, Trinity, aby mi nie przeszkadzano przez piętnaście minut. Chcę być sam, aby się skoncentrować i pomodlić. Mogę to zrobić tylko tutaj, nie w kościele, bo tam ciągle wchodzą i wychodzą ludzie. Sprzątając kościół Trinity słyszała jak rozmawiał z kimś przyciszonym głosem. Kiedy w drzwiach kościoła pojawił się organista, pośpieszyła podzielić się z nim wiadomością.

– To musiała być ważna rozmowa, bo głos Ojca Alberta był jakiś zmieniony. Mówił ciszej niż zwykle.

– Tak, to rzeczywiście dziwne, bo proboszcz jest już trochę przygłuchy i mówi głośniej niż kiedyś.

– Z kim on tak konferuje?

Organista zastanawiał się chwilę patrząc na wielki obraz z wizerunkiem patrona parafii Św. Franciszka z Asyżu. Niechętnie odpowiedział.

– Z tym samym człowiekiem, co zawsze. Nie domyślasz się? Nie słyszałaś, kogo Ojciec Albert ostatnio bardzo chwalił za regularne uczestniczenie w nabożeństwie i szczodre datki na tacę. Chwalił go z takim przekonaniem, że pomyślałem, że chce abyśmy i my dawali więcej na tacę.

Leon Cukor miał być zajęty cały dzień. Z rana zadzwonił telefon. Sekretarz wypuścił na chwilę smycze, na których trzymał dwa dobermany pana domu, aby wyjść z nimi na spacer, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę. Odpowiedział mechanicznym głosem:

– Pan Cukor jest nieobecny i nie wiadomo kiedy będzie z powrotem w biurze. Załatwia bardzo ważne sprawy dla nas wszystkich. Jeśli pani sobie życzy, proszę zostawić numer swojego telefonu. Przekażę mu, kiedy wróci, że pani dzwoniła.

Odc. 30

Alan, sekretarz i pierwszy asystent Cukora, wpadł do gabinetu bez pukania. Był tak wzburzony, że z trudem wydobywał z siebie słowa.

– Czy wiesz, co się dzieje!? Szpitale są przepełnione. To straszne! Nie daj, Boże, abyśmy tam kiedykolwiek trafili.

Cukor spojrzał na niego zaskoczony i otworzył usta, chcąc powiedzieć coś uspokajającego. Nie miał jednak szansy wobec żywego monologu. Zdecydował się czekać, aż sekretarz nieco ochłonie.

Przyglądał mu się z przyjemnością: przystojny i zadbany młody mężczyzna, pachnący męską wodą kolońską. Dyktator wciągnął głębiej powietrze, zastanawiając się, co to za zapach.

Alan dbał o wygląd. Miał na sobie dopasowaną koszulę marki Lacoste nieznacznie poszerzającą go w ramionach oraz spodnie z bawełnianej tkaniny w kolorze grafitowym. Miały prosty fason, jaki sam lubił podobnie jak i kolor. Strój uzupełniały pantofle firmy Gucci. Od czasu, kiedy Alan został jego sekretarzem, nosił tylko markowe ubrania i to w najlepszym gatunku. Cukor płacił za nie traktując je jako ubiór służbowy.

– Znajomy przysłał mi nagranie video. Lżej chorzy leżą na korytarzach w prymitywnych warunkach. Ludzie umierają w karetkach pogotowia czekających przed szpitalem na zwolnienie łóżka lub respiratora, także w domach a nawet na ulicy! To straszne!

 – Kochany Alanie! O to nie musisz się martwić. Nas to nie dotyczy. Mieć pieniądze, mam na myśli duże pieniądze, lub mieć władzę, oznacza mieć przywileje. Jest to prawdziwe nawet w najbardziej sprawiedliwym systemie społecznym. Dlatego nie musisz martwić się o to, co się stanie, gdyby któryś z nas zachorował. 

Po wyjściu sekretarza, Dyktator zabrał się do pracy. Przed sobą miał listę osób przygotowaną poprzedniego dnia. Dzwonił ze swojego telefonu komórkowego wybierając po kolei nazwiska z listy. Kiedy zyskał pierwsze połączenie, ściszył głos. Alan zatrzymał się za lekko uchylonymi drzwiami gabinetu, aby przysłuchać się rozmowie. Chciał wiedzieć, co się dzieje, o czym Leon rozmawia. Był rozgoryczony. Już kilka razy usiłował mu to zakomunikować. Przypomniał sobie rozmowę.

– Musisz mnie informować o tym, co się dzieje. Mimo twoich słów i obietnic, czuję się wyłączony. Jestem ostatecznie twoim sekretarzem osobistym i asystentem, twoją prawą ręką. Beze mnie sobie nie poradzisz.

– Tak, tak, oczywiście – usłyszał w odpowiedzi, ale to go tylko rozdrażniło. Denerwował się w takich wypadkach nawet wtedy, kiedy Cukor patrzył na niego ciepłym wzrokiem opiekuna i wielbiciela.

– Przepraszam cię, Alanie, ale niektóre sprawy muszę załatwiać osobiście. Nie wszystko da się wytłumaczyć, to jest zbyt skomplikowane. Mamy wrogów. Gdybym bezpośrednio nie prowadził niektórych spraw, to by mnie … to by nas… zadeptali. Ja wiem, jak to załatwiać. Ty byś tego nie zrobił, bo nie masz dostatecznej odporności na ludzką nienawiść i agresję. Ponadto jesteś zbyt delikatny.

Aby nie dopuścić do roztrząsania niuansów, od razu zmienił temat.

– Wybory burmistrza zbliżają się coraz bardziej, w związku z czym zarządzam mobilizację naszych zwolenników. Liczę na ciebie, że się aktywnie włączysz. Musimy wspierać się wzajemnie, działając na rzecz przyszłości i dla dobra mieszkańców miasta. To jest dewiza, którą ludzie lubią: „Działamy dla dobra publicznego”. Musimy być aktywni. Nie wiadomo, co by się stało w mieście bez naszego udziału. Obecny burmistrz Piotr Rafael sobie nie radzi. Wszystko może się zawalić. Rób tylko to, co ustaliliśmy, a będzie dobrze.

– Uparty dobroczyńca – mruknął pod nosem sekretarz, rozżalony i niepewny, co powinien odczuwać w tym momencie. Była w nim czułość jak i niechęć do Leona, wynikająca z jego tajemniczości i przekonania o własnej nieomylności, także strachu przed niepowodzeniem, gdyby powierzył więcej spraw innym.

Znali się od trzech lat, byli ze sobą nieco krócej. Łączyły ich szczególne uczucia: mistrza i ucznia, a jednocześnie kochanków. Ufali sobie. Oprócz uczuć łączyły ich wspólne ideały: naprawy społeczeństwa, pomocy ludziom. Dużo rozmawiali o nich na początku, potem coraz mniej i to martwiło Alana, bo coraz częściej nie mogli dojść do porozumienia. 

– Ty jesteś idealistą, ja jestem bardziej krytyczny i przyziemny. A wiesz dlaczego? Bo lepiej znam naturę ludzką – powtarzał Leon, kiedy poróżniła ich ocena czyjegoś postępowania lub zdarzenia. – Życie jest pełne niuansów i ja to rozumiem lepiej niż ty. Jestem po prostu starszy i mam więcej doświadczenia.

– A władza? Co sądzisz o władzy? Masz już jej tak wiele i wciąż chcesz jeszcze więcej.

– To trudny ale pasjonujący temat. – Tak! Chcę więcej władzy. Czuję się wtedy lepiej, czuję się spełniony.

– A spełnienie przez miłość? To się nie liczy?

– Jedno i drugie jest ważne. I te dwie sprawy nie stoją w sprzeczności ze sobą. Można mieć miłość i można mieć też władzę.

Alana męczyło niezwykłe zaabsorbowanie Leona sprawami miasta i jego mieszkańców. Pochłaniało go. Alan nie mógł tego zrozumieć ani zaakceptować. Cieszyło go, że Leon był pełen energii, podziwiał go za to, ale martwiło, że czasem był nieczuły na jego prośby i potrzebę bliskości, nie tylko intymnej, ale również w działalności publicznej i zarządzaniu firmami, stanowiącymi jego majątek. Chciał być bardziej pomocny, a nie mógł.

Kiedy rozmawiali o uczuciach, Leon chętnie nawiązywał do starożytnej Grecji, do przypadków serdecznej, opiekuńczej miłości dojrzałego mężczyzny, często arystokraty, do młodzieńca, wkraczającego dopiero w życie bez większych środków i doświadczenia. Kierował się tymi wzorami. Przyjął Alana o do własnego domu i szczodrze wyposażył. Zapewnił mu edukację na najwyższym poziomie, dbał o niego, interesował się i cieszył postępami w studiach. W zamian – nie rozmawiali o ty, ale Alan to czuł – oczekiwał zrozumienia, lojalności i miłości. Nie było mu łatwo, musiał kryć się ze swoimi uczuciami. Na zewnątrz widział tylko zimny świat, niewyrozumiały dla ludzkiej odmienności. Czasem miał wrażenie, że dla Leona ważne jest tylko, aby nikt nie wiedział o ich bliskiej zażyłości.

Odc. 31

Julia, sekretarka burmistrza, miała na sobie szary żakiet ze spódnicą, pod żakietem bluzkę koszulową, rajstopy i pantofle z zakrytymi palcami i piętami. Apaszka na szyi dopełniała całości. Była zadowolona ze swojego wyglądu, nigdy nie ubierała się tak starannie do pracy.

– Wygląda jak z żurnala mody – pomyślał burmistrz z zadowoleniem. Chciał powiedzieć jakiś komplement, lecz go ubiegła.

– Od kilku dni dobija się do pana ten mężczyzna z propozycją pisania kroniki miejskiej, o którym panu wspominałam. Dzwonił już kilka razy, dwa razy był tu nawet osobiście. Siedzi teraz na korytarzu i czeka. Proszę go przyjąć, bo on mnie zamęczy. Upiera się, że koniecznie musi porozmawiać z panem, bo to sprawa ważna dla miasta. Powiedziałam mu, że w trudnych czasach jest wiele spraw ważniejszych niż kronika.

– Tym bardziej potrzebujecie kroniki – odpowiedział, a potem tak się rozgadał, że nie mogłam mu nawet przerwać.

– Kronika miasta może nie tylko opisywać i ilustrować to, co się zdarzyło, ale też ukierunkowywać myślenie mieszkańców. To zależy wyłącznie od tego, co się w niej pisze. Ja myślę o kronice przyszłości, a nie tylko przeszłości. O weselu i pogrzebie trzeba powiadamiać ludzi przed faktem, a nie po fakcie, kiedy dania weselne i nieboszczyk całkiem już wystygły. Wtedy to już nie jest żadna wiadomość, ale przypomnienie czegoś, o czym wszyscy dobrze już wiedzą.

– Nie wiem, co o nim myśleć. To jakiś dziwak, ale na pewno nie wariat czy szaleniec. Nie wpuściłabym go do pańskiego gabinetu. Wygląda rozsądnie.

Burmistrz usiadł w fotelu przy biurku, włączył komputer i rozglądał się po pokoju, kiedy zapukała sekretarka. Po usłyszeniu „Proszę wejść” otworzyła drzwi i szybko zamknęła je za sobą, jakby obawiała się nagłej i niepożądanej interwencji. Podeszła do biurka i szeptem poinformowała burmistrza.

– On już tu jest. Czeka za drzwiami. Ten, co to chce pisać kronikę. Nazywa się Jan Teolog, ale wymienił też jakiś pseudonim. Mówił mi tyle o sobie, że miałam już go dosyć. Umówiłam go z panem za pół godziny. Czy tak będzie w porządku? Czy może zechce go pan przyjąć teraz? Miałabym go wtedy z głowy, bo znowu zacznie mi coś tłumaczyć. Widać, że facet lubi mówić.

Burmistrz patrzył na sekretarkę oceniając jej ramiona i piersi, udając, że się zastanawia.

– Niech wejdzie. Oboje będziemy mieć go z głowy. To nie powinno zająć więcej niż piętnaście minut.

Przybysz był ubrany w brązową marynarkę, opadającą na krawędziach ramion, oraz w łagodnie różową koszulę bez krawata. W lewej ręce trzymał cienką skórzaną teczkę. Burmistrz ocenił go jednym rzutem oka. Nogawki luźnych, ciemnoszarych spodni, zakończone były mankietami opadającymi na niezbyt nowe, ale wyczyszczone do połysku czarne pantofle. Był szczupły, słusznego wzrostu; wyróżniała go lekko zmierzwiona, siwiejąca broda i okulary w cienkich oprawkach zasłaniające podkrążone oczy. Przypominał zmęczonego lub przepracowanego urzędnika biurowego.

Rafael wstał zza biurka. Zanim podszedł do gościa przyjrzał mu się uważnie, po czym podał mu rękę i zaprosił do zajęcia miejsca na krześle po drugiej stronie stolika stojącego z boku biurka. Z bliższa widoczne były zmarszczki okalające ciemnobrązowe oczy; tliły się w nich iskierki wyrażające skłonność do żartów.

Mężczyzna potwierdził powitanie skinieniem głowy.

Odc. 32

– Dziękuję panu za spotkanie. Nazywam się Jan Teolog. Proszę nie sugerować się nazwiskiem, bo z teologią mam niewiele wspólnego. Jestem kronikarzem i używam pseudonimu Skryba. Określę moją pozycję z pewną przesadą. Kronikarstwo kojarzy mi się z biblią i ze średniowiecznym cierpliwym skrybą aspirującym do wielkości, lecz ciągle nieopierzonym sławą. Mam wrażenie, że idzie ona za mną jak cień i łudzę się, że nadejdzie czas, kiedy opromieni mnie jak słońce. Zanim to nastąpi, chciałbym być pańskim kronikarzem. Mam na myśli, chciałbym pisać kronikę miasta. Mam w tym pewną wprawę i na pewno ambicję wykonania solidnej roboty. Człowiek bez ambicji niewiele dziś znaczy.

– Czym się pan zajmuje? Czym się pan zajmował dotychczas? – Burmistrz postanowił szybko zakończyć sprawę.

– Zbieram okruchy prawdy, jakie pojawiają się w gorącej przestrzeni informacyjnej naszego miasta. W dzisiejszych czasach prawda to kwiaty, które czasem trudno jest odróżnić od chwastów pleniących się w ogrodach bogaczy jak i ogródkach ludzi mniej majętnych. Mam na myśli donosy, materię samą w sobie obrzydliwą, mimo że zawiera czasem prawdę. Moje sumienie, raczej niż Bóg, którym chętnie wspierają się ludzie pragnący usprawiedliwić swoje niecne intencje, natchnęło mnie pragnieniem upowszechniania prawdy. Stąd moja chęć prowadzenia kroniki miasta. Wszyscy modlimy się o deszcz, aby zrosił glebę, na której obficie rośnie prawda i miłość.

Burmistrz postanowił przyśpieszyć bieg wydarzeń.

– A tak bardziej konkretnie, to czym się pan zajmuje?

– Analizuję wydarzenia w mieście i w kraju, śledzę kierunki rozwoju sytuacji, stawiam diagnozy i staram się zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. Usiłuję, podobnie jak pan, rozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Robię to z ciekawości i z obywatelskiego obowiązku. Mam też w tym przyjemność.

– To wielkie wyzwanie – rozumieć rzeczywistość. A sam temat jest niezwykle obszerny – Piotr Rafel wpadł w dobry nastrój. Podobały mu się swobodne i kwieciste ale nie pozbawione sensu wypowiedzi gościa. Słuchając go, umocnił się w przekonaniu, że to ekscentryk bardziej niż dziwak. Postanowił to sprawdzić.

– Ciekaw jestem, jak pan analizuje zdarzenia, jakie mają miejsce w życiu naszego miasta. Ma pan jakąś metodę, jakieś specjalne narzędzia?

– Zbieram informacje na konkretny temat, tworzę sobie model myślowy, upraszczam, co da się uprościć i wyciągam wnioski. Rzeczywistość, podobnie jak przysłowiowy kij, ma dwa końce. Jeden to przeszłość, odkrycia geograficzne, zagadki przyrody, postępy cywilizacji. Wszystko to, co mamy zasadniczo za sobą. Drugi koniec to tajemnice dnia dzisiejszego i rodzącej się przyszłości: nowoczesne technologie, inżynieria genetyczna, automaty i roboty, nowe zagrożenia społeczne, choćby przykładowo epidemia wirusa Quagga, zmieniające się zachowania ludzi. Mamy nowe tajemnice do odkrycia. Nie wiemy, dokąd świat zmierza w sensie technologii, rozwoju demograficznego, chorób i ich leczenia, klimatu, różnorodności biologicznej. Kto wie, czy nie zmierzamy ku katastrofie. Odnosi się to również do miasta, tylko w innej skali.

Burmistrz przyglądał się rozmówcy, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Kronika miasta wydaje się sensownym pomysłem, ale nie jestem pewien, czy teraz jest odpowiedni czas, aby o tym myśleć. Wiem, że inne miasta prowadzą takie kroniki. Krótko mówiąc, muszę się zastanowić nad pańską propozycją. Mam w tej chwili wiele innych spraw na głowie. Domyśla się pan, że nie brakuje mi zmartwień.

Przez głowę burmistrza przelatywały myśli: dodatkowy wydatek, dodatkowy obowiązek, niejasne korzyści. Miał poczucie, że prawie w ogóle nie zna człowieka. Skryba! Postać historyczna, prawie biblijna! Pomyślał, że ktoś taki jak on, entuzjasta o szerokich i niebanalnych zainteresowaniach, może być użyteczny. Jego kadencja się kończyła, zbliżały się wybory nowego burmistrza. Postanowił zebrać więcej informacji o Skrybie. Mógł naprawdę się przydać.

0Shares

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Fragmenty opowiadań 1-4/14.

Drodzy Czytelnicy!

Nastały trudne czasy dla wszystkich. Sam niekiedy czuję się zagubiony. Na szczęście nie na tyle, aby przestać odbywać codziennie intensywny spacer po lesie lub zaniechać pisania. Bezpośrednio nie spotykam się z nikim, rzadko w ogóle wychodzę z domu, przeważnie po zakupy albo do apteki. Niekiedy brakuje mi jednak możliwości, aby zdążyć na czas z kolejnym odcinkiem powieści lub opowiadania, jaki akurat mam na warsztacie. Dlatego postanowiłem udostępniać Państwu dla rozrywki większe fragmenty (około 1000 słów) moich książek.

Zaczynam od 14 utworów literackich z książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Oto kolejne fragmenty.

Opowiadanie 1: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco 

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości
z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Opowiadanie 2: Konio

Nie mam pojęcia, jak on wszedł do budynku. Drzwi wejściowe są automatycznie zamykane, potrzebny jest klucz albo znajomość kodu wejściowego. Możliwe jest, że ktoś go wpuścił, kiedy zadzwonił domofon. Ja tego w każdym razie nie zrobiłem. Kiedy usłyszałem stukanie do drzwi, a była już godzina dwudziesta, zadałem sobie pytanie: „Kto, do diabła, stuka do drzwi o tej porze?”. Kiedyś zrobił to przedstawiciel firmy usług medialnych, ale go skląłem na czym świat stoi.

– Kto tam? – Zapytałem właściwie bez potrzeby, ponieważ i tak otwierałem już drzwi. Pytam, kto jest za drzwiami, ale nie czekam na odpowiedź. Nie patrzyłem przez judasza, ponieważ źle mi się kojarzy. Jestem człowiekiem religijnym i nie znoszę Judasza ani srebrników. Brzydzę się brudem moralnym i chętnie skopałbym dupę każdemu łajdakowi, który zdradził swego przyjaciela i mistrza.

Przed drzwiami stał koń. Nie mogę powiedzieć, co mnie zaskoczyło bardziej: on czy jego łeb, bo ten był naprawdę imponujący. Przypominał eksponat muzealny, zdjęty z najbardziej dorodnego osobnika: wypucowany, ciemnobrązowy, w błyszczącymi wypukłymi oczami
i grzywką niedbale dominującą na wierzchu. Patrzyłem na łeb z podziwem. Przypomniał mi słowa szeptane z uznaniem o koledze ze studiów: Alek, ten to ma łeb jak koń!

Z Alkiem mieliśmy frajdę. Kiedy wchodziło się do sali telewizyjnej, panował tam mrok. Trzeba było przejść między rzędami krzeseł, aby dotrzeć do wolnego miejsca pod oknem. Ciemno było choć oko wykol. Aby osiągnąć cel, kierowaliśmy się punktami orientacyjnymi. Dotykaliśmy ramion i głów osób siedzących po prawej stronie przejścia. Po lewej stronie były tylko kolana. Dzisiaj na kolana można położyć laptop, wtedy można było położyć tylko rękę. Nie każdy to lubi. Szliśmy po omacku, dotykając głów i ramion, aby sprawdzić, czy posuwamy się we właściwym kierunku. W ciszy dawały się słyszeć słowa trafnego rozpoznania i ulgi: „A, to ty, Aluś. Przepraszam cię, tutaj jest tak ciemno”.

Końskie indywiduum przed progiem spojrzało na mnie z góry, łypnęło wielkimi oczami, po czym odezwało się, wydymając chrapy:

– Pardon, monsieur, że przeszkadzam o tak późnej porze.

Nie zdziwiłem się, że mówi, chrapiąc z lekka, bo i mnie zdarza się to robić we śnie. Zaskoczyła mnie jednak wytworność słów rodem znad Sekwany.

Przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Gość miał klapki na oczach. Pomyślałem, że jest chyba ograniczony i nie dostrzega niczego innego poza końcem własnego pyska. „Cholera, zupełnie jak człowiek” – myśl tę skomponowałem w wewnętrznej ciszy, aby słowa niepotrzebnie nie wydostały się na zewnątrz. Na szczęście głowę mam szczelną. Bałem się, że konie mają słuch równie dobry jak żony i kochanki i nie lubią porównań z ludźmi. Podobnie zachowują się ludzie, tylko vice versa.

– Pozwoli pan, że się przedstawię, monsieur. Nazywam się Konio.

Tym razem rżenie było wyraźniejsze. Dobrze zrozumiałem nazwisko. Uśmiechnąłem się uprzejmie. Musiało to ośmielić przybysza, gdyż dodał szybko:

– Mów mi Konio, monsieur.

To z kolei mnie ośmieliło do towarzyskiej zachęty:

– Mów mi Michu, monsieur – Zaproponowałem otwarcie i szczerze. Musiałem zademonstrować, że w moim domu obowiązuje „noblesse oblige”, a ja, jako gospodarz nie wyskoczyłem francuskiej sroce spod ogona. Obustronna prezentacja wypadła korzystnie, gdyż uśmiechnęliśmy się z subtelną wytwornością.

Zaprosiłem Koniego do środka i zaproponowałem krzesło przy stole. Podziękował, odsunął je na bok i usiadł na zadzie. Oczy mi się otworzyły szeroko ze zdumienia.

– Chyba pracowałeś w cyrku, Konio? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Niesamowita sztuczka.

Popatrzył na mnie od niechcenia i spokojnie wyjaśnił:

– Żadna sztuczka, tylko lata ćwiczeń. To nasza joga, siad w pozycji końskiego lotosu.

– Musiałeś być kiedyś w Indiach! – Stwierdziłem podekscytowany odkryciem i dodałem wyjaśniająco: – Sam nie byłem, ale bardzo chciałbym tam pojechać. Wiem, że są tam święte krowy.

– Daj spokój krowom. To zwykłe bydło. Rozmawiajmy o czymś szlachetniejszym. Tematy bydlęce mnie nie interesują.

Dialog rozwijał się składnie i elegancko jak debata publiczna w parlamencie. Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”, choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.

– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący. – Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.

– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.

– Czyli od źrebaka.

– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie nieoczekiwanie.

– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?

– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.

– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.

– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?

– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.

– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?

Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.

– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.

– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja.

Opowiadanie nr 3: Dry Creek Story (całe opowiadanie)

Maszerując wzdłuż potoku, Lou instynktownie szukał obrazów, kolorów, świateł i cieni. Tego dnia malarzowi wszystko rozmazywało się w oczach. Jego mózg nie rejestrował niczego godnego uwagi. Wilgoć wisiała nad potokiem. Od czasu do czasu padał prawie niezauważalny drobniutki deszcz. Dry Creek wypełniały spienione, bulgoczące smugi ciemnej wody obijającej się o kamienne bloki, które kilkanaście metrów dalej zbliżały się ku sobie, tworząc podłużne mroczne jeziorko. Chmury omotały potok i tarzały się po zielonych zboczach niby obżarte, powolne krowy. Lou prawie zasypiał, mimo iż starał się iść raźnym krokiem. Zdradziecka senność, której nie zwalczyły dwie poranne filiżanki kawy
i wymuszone tempo marszu, była przekleństwem. Ławki napotykane po drodze zachęcały do odpoczynku. Lou odwracał od nich oczy, aby nie dać się skusić.

Na ubitym szlaku wijącym się wzdłuż strumienia nie było żywej duszy. Zazwyczaj uczęszczali tędy samotni, dziwnie śpieszący się rowerzyści, zamyśleni spacerowicze, kobieta uprawiająca jogging. Czasem można było spotkać młodą parę z rudym psem.

– Chyba wszyscy wymarli – pomyślał Lou, przyśpieszając kroku, aby szybciej pokonać dystans dzielący go od miejsca, skąd roztaczał się widok na długi zakręt strumienia. Malarz upodobał sobie ten fragment pejzażu, gdzie woda grubą krechą oddzielała wysoki brzeg od nisko położonej piaszczysto-żwirowej łachy.

Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł
i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni.

Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego. Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.

– Co za cudo! – Wyrwało mu się z gardła. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że nie uniknie spotkania z bestią. Przeraził się. Na ucieczkę nie było już czasu, nie miał też gdzie uciekać.

Zwierzę i człowiek przypatrywali się sobie niby rycerze, którzy oceniają swoje siły przed śmiertelnym starciem. Byk ruszył pierwszy, bez pośpiechu, ale też bez ociągania się. Być może drażnił go człowiek przypatrujący się z oddali, a może chciał sprawdzić, co to za dziwna istota śmie stanąć mu na drodze. Lou na początku trwał w bezruchu jak ptak zahipnotyzowany przez węża, lecz wkrótce podjął marsz w kierunku przeciwnika. Myślał gorączkowo, jak wybrnąć z opresji. Pomysł, który przyszedł mu do głowy, to wcielić się
w matadora wymachującego czerwoną muletą przed pędzącym bykiem. Lou nie miał niczego przypominającego muletę, zaczął więc ściągać z siebie granatową bluzę, której podszewka zbliżona była kolorem do czerwieni.

– „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę
i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia” – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę.

Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił
z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach.

Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika.

– To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby
i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.

Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:

– Ty skurczybyku!

Kopnął je wściekle z całej siły. Przejmujący ból przeszył mu nogę. Zaskoczony i przerażony byk raptownie przyśpieszył i zniknął za zakrętem.

Kilka sekund później, oprócz bólu w nodze Lou odczuł nagą twardość pod siedzeniem. Było mu zimno. Był przemoknięty, na sobie miał tylko koszulę. Bluza leżała na ziemi krok od niego. Wstał z ławki, mając wciąż w pamięci przerażające sceny, jakie dopiero co rozegrały się w tym miejscu. Przetarł oczy, pozbierał się i na zdrętwiałych nogach postąpił kilka kroków. Za chwilę kontynuował drogę wzdłuż strumienia, zauważając, że znowu zaczyna pociągać nogami. Drobniutki deszczyk opuszczał zasłonę wilgoci na szlak i człowieka, wygaszając jego urojenia.

Na drodze krople deszczu powoli, jakby z rozmysłem, rozmywały ślady wielkich racic.

Opowiadanie 4: Hanuman Bóg-Małpa

Wyprawa Eduardo Fuentesa do Indii i Nepalu nie była planowana, lecz okazała się niezwykła. Tak bardzo, że w opowiadaniach mogłaby obrosnąć legendą podobnie jak zatopiony statek obrasta glonami w ciepłych wodach oceanu obmywającego plaże południowych Indii. Ta historia nie jest jednak legendą. Jest prawdziwa jak samo życie.

Eduardo Fuentes, przez przyjaciół zwany Gordo, to znaczy Tłuścioch, nie czuł się szczęśliwy. Jego niezasłużona chłopięca otyłość wywoływała śmiech i drwiny kolegów oraz brak zainteresowania ze strony koleżanek. Tolerowały go, zachowywały się nawet uprzejmie, ale nie przepadały za nim. Domyślał się, że akceptują go tylko dlatego, że pomaga im w nauce
i podrzuca ściągi. Miał wrażenie, że tylko z tego powodu interesują się nim.

Obserwując z zazdrością szczupłych chłopców, Gordo zaczął ćwiczyć, aby poprawić sylwetkę i nabrać muskulatury. Na początku służyła mu do tego szczotka do butów, którą podnosił do góry każdego dnia prawą i lewą ręką po sto razy. Czytał kiedyś, że każde ćwiczenie daje efekty, ale tylko wtedy, kiedy powtarza się je wielką ilość razy. Koledzy wyśmiali go publicznie za ćwiczenie drewnianą szczotka, nazywając go naiwnym drewniakiem i głupolem. Płakał wtedy nocą z bezsilności i rozpaczy.

Kiedy już doszedł do siebie, zaczął ćwiczyć skłony i męczące pompki, ale wyśmiano go, że robi to nieudolnie. Wtedy kupił sobie hantle; pachnące nowością wręcz zachęcały do ćwiczeń. Był to bardzo profesjonalny sprzęt, który musiał w opinii sprzedawcy przynieść efekty. Bardzo na nie liczył. Ponieważ nic to mu nie pomogło, popadł w jeszcze większe przygnębienie, a z czasem w depresję. Zmartwieni rodzice uspokajali go, że z wiekiem nabierze tężyzny i zrzuci warstwę tłuszczu, a także sugerowali, a potem nawet prosili, aby dał sobie więcej czasu.

Ponawiane przez lata wysiłki nic nie dały; chłopiec nie mógł poradzić sobie z apetytem, który go nie opuszczał, nawet po dobrym posiłku. Co mu zostało, to podziwianie dobrze zbudowanych mężczyzn; w domu Gordo wyklejał sobie ściany zdjęciami znanych kulturystów. Z ich autobiografii dowiedział się, że wszyscy oni, bez wyjątku, doszli do sukcesów dzięki wytrwałości w ćwiczeniu ciała, co oznaczało także ćwiczenie ducha. Jego wzorem stał się mężczyzna muskularny, osiągający sukcesy życiowe i powodzenie u kobiet.

Mijały lata, Gordo skończył szkołę i podjął pracę. Czekając na sukces, ćwiczył, jak umiał najlepiej, ale wciąż przybierał na wadze i coraz bardziej zniechęcał się. Dużo czytał. Była to rekompensata za niepowodzenia, jakich doznawał. Szczególnie lubił historie bogów, herosów i ich nadzwyczajnych czynów. Był na szczęście realistą; mitologia nie zaburzała jego ducha ani umysłu.

Do Indii i Nepalu trafił przypadkowo. Nie miał specjalnych planów na okres zbliżającego się właśnie urlopu zimowego, chciał tylko gdzieś wyjechać. W biurze podróży zaproponowano mu wycieczkę do Indii i Nepalu. Przeczytał jej opis, obejrzał zdjęcia egzotycznych postaci, między innymi Boga-Małpy Hanumana. To go poruszyło.

– To oferta last minute bardzo atrakcyjnej i wyjątkowo taniej wycieczki. Prawdziwa okazja! – Pracownik biura podróży mówił to z przekonaniem. Gordo zdecydował się.

Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie, w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną.

W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.

Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.

Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.

Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy. Do tego doszła jeszcze mocno zarysowana broda, ciemne włosy, cała twarz jakby żywcem wyjęta z fotografii. Zaskoczyło go to, choć niespecjalnie zdziwiło. Ogarnęła go refleksja: „Kim ja właściwe jestem?”.
W rozciągającej się daleko wstędze przeszłości nazywano go różnymi imionami, czasem nawet małpą, ale nie brał tego poważnie. Hanuman, to było coś innego, głębszego.

Bóg-Małpa zmarszczył zwierzęco-ludzkim gestem czerwony pysk. „A może twarz?” Gordo nie był pewien, które określenie lepiej pasowało do sytuacji. Odpowiedział podobnym gestem, czując w sobie przypływ przymilnej zwierzęcości. To przełamało lody. Hanuman gestem ręki przywołał hojnego darczyńcę, aby podszedł bliżej, wdał się z nim w konwersację. Znał dostatecznie dobrze język Gordo, aby opowiedzieć mu swoją historię i tajemnicę swojego sukces. Spotkanie, bliskość i serdeczność Boga-Małpy podziałały na Eduardo niezwykle ożywczo. Poczuł w sobie nieznaną moc, pojawiło się w nim przeczucie odległego, lecz konkretnego sukcesu.

W pokoju hotelowym Gordo rozebrał się kompletnie, do naga. Stanął przed lustrem, aby w pełni ocenić swoje podobieństwo do Hanumana, istoty wyższej, niewątpliwego wzoru męskości. Przyglądając się sobie uważnie, nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Nic nie zwróciło jego uwagi, ani wymiary ciała, ani poszczególnych członków, ich kształt, długość, szerokość, wysokość czy nawet owłosienie. Odczuwał niepokój i niedosyt obserwacji.

Recenzje książki:

Recenzja 1 (Joanna Żelazny)

Przyznam szczerze, że niejednokrotnie zdarzyło mi się zastanawiać, czy zbiór (opowiadań) powstał dzięki fantastycznej wyobraźni i inteligencji, czy może poprzez jakieś fantazyjne wspomagacze, ponieważ wiele elementów wychodziło poza wszelkie wyobrażenia! Oczywiście nie jest to żaden przytyk, raczej słowa uwielbienia skierowane w stronę człowieka, który szturmem wykracza poza granice komfortu, prowokuje, daje do myślenia i bawi jednocześnie. Chapeau bas za niezwykłą grę słów, porządną dawkę końskiego (i nie tylko) humoru oraz przekomiczne spojrzenie na wszystkie zagwozdki ludzkości, które oprócz kontrowersji, wywołują niepotrzebne spory. Pełna recenzja: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania/opinia/39982631#opinia39982631 

Recenzja 2 (Izabela Wyszomirska)  Nie pamiętam, kiedy coś takiego czytałam. To przyjemna odskocznia od tego, co na co dzień czytuję W opowiadaniach tych znajdziemy karykaturę, ironię, groteskę, komizm sytuacyjny, parodię czy absurd. Dzieją się w nich takie rzeczy, które niekiedy trudno było mi je sobie wyobrazić. Podsumowując, niniejszą lekturę uważam za udaną. To coś innego, nowego, zachęcam każdego do zmierzenia się z taką literaturą. Pełna recenzja: http://sza-terazczytam.blogspot.com/2017/05/niezwyka-decyzja-abuelo-caduco.html 

0Shares

Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe.

Leon Zguba był hurtownikiem. Umiał handlować. Pracując wytrwale przez lata zdobył fortunę i stworzył największą hurtownię wnętrz dla kobiet w Europie. Prowadził ją pod hasłami: „Poprawiamy stare wnętrza i oferujemy nowe”, „Jakość dożywotnio gwarantowana”, „Murowana satysfakcja”. Nikt nie negował niezwykłych osiągnięć Zguby. Był znany, ponieważ pomagał ludziom, prowadząc także rozległą działalność charytatywną, choć sam żył skromnie.

Jego wielkość miała dwie strony: w starszych klientkach wzbudzał wielką miłość, ale były też takie, głównie młode niewiasty, co odczuwały do niego niechęć. Było to już nowe pokolenie, nazywające siebie kobietami a nie niewiastami, wykształcone i przedsiębiorcze, bardzo zróżnicowane. Były wśród nich istoty o ciemnych kolorach włosów lecz jasnych poglądach, muskułach ćwiczonych na siłowni, jeżdżące na wrotkach i zajmujące wysokie stanowiska w biznesie, kobiety-naukowcy, adwokatki, robotnice i pracownice rolne.

Prowadzenie hurtowni wnętrz i oferowanie najlepszych usług było pasją właściciela. Miał on klarowne i zdecydowane poglądy na rzeczywistość. Stał mocno na ziemi dwiema nogami. Ogarniał wszystko i uprzedzał zdarzenia. Jego poglądy i umiejętności były tak cenne, że wydawał się wielu osobom być z żelaza. Poza hurtownią generalnie unikał ludzi, chowając się w cienistych wnętrzach budynków państwowych, kościołów i muzeów. Kochał takie wnętrza. Był samotnikiem i trzymał się z dala od ludzi.

– Jest ostatecznie najlepszym hurtownikiem wnętrz w kraju – bronili go przyjaciele, kiedy go oskarżano o brak słońca w życiu i w charakterze. – Wielkim ludziom wiele się wybacza.

Pewnego dnia Zguba wyszedł na świeże powietrze. Ujawnił się, jak to mówiono. Nie wiadomo czy przez zapomnienie czy celowo, zmieszał się z tłumem klientów, głównie młodych kobiet i towarzyszących ich mężczyzn. Było także trochę starszych osób, matek i ojców, a nawet dziadków. Wszyscy oni przybyli do jego hurtowni, aby obejrzeć towary. Skorzystał z tej okazji, wyszedł na podest, który mu zbudowano, aby był bardziej widoczny, i przemówił. W krótkich słowach wyjawił, że chce zmienić ich wnętrza, ponieważ wie najlepiej, jak ludzie powinni czuć się wewnątrz, co myśleć i jak postępować.

– Chodzi tylko o wnętrza. To co na zewnątrz jest bez znaczenia, to tylko ubranie. We wnętrzu natomiast rodzi się sedno sprawy, idea życia, miłość. Wnętrze ma wymiar boski i jest najważniejsze. I ja chcę zmienić je wam na lepsze. I nie o zmianę indywidualną tu chodzi ale o hurtową, powszechną. W skali kraju, a nawet całej Europy.

– Jak to? – pytano.

– Tak. W skali całego kontynentu, ponieważ dobre przykłady podchwytywane są przez inne narody. To, co dobre, upowszechnia się lotem jaskółki. Wierzcie mi, będziecie dużo lepsze i szczęśliwsze. Ochronię was przed wami samymi, waszym samolubstwem, wygodą, chciwością – przekonywał i zapewniał.

Kobiety tłumaczyły mu, że nie potrzebują zmiany. Podjęły dyskusję.

– My myślimy i czujemy inaczej. Chcemy być sobą, niedoskonałymi istotami, po prostu takimi, jakie jesteśmy, prostymi w naszej ludzkiej złożoności. Nie narzucaj nam swoich przekonań. Daj nam spokój – prosiły.

Hurtownik miał chyba wadę słuchu, gdyż ich nie usłyszał albo nie zrozumiał. Albo miał w sobie wizję, której one nie rozumiały.

– To wy dajcie spokój. Żyję dużo dłużej niż wy i wiem to najlepiej. Jestem człowiekiem w pełni dojrzałym. Mam swoje lata, nawet kilka razy więcej od niejednej z was. Co wy możecie wiedzieć o życiu? – zapytał. Ponadto daję wam dobre warunki. Oferuję nowoczesne wnętrza na niezwykle korzystnych zasadach.

– Ma rację. Tylko on to wie. To samotnik, który miał czas wszystko zrozumieć i przemyśleć – powiedział starszy siwy mężczyzna. Poparła go stateczna matrona w czarnej sukni. Nie tylko oni popierali Zgubę, ale masa innych ludzi myślących hurtowo tak jak on.

Spór o idealne wnętrze narastał przez kilka lat. Nie sposób było rozstrzygnąć, kto ma rację. Czas płynął. Klientela hurtowni wnętrz była coraz młodsza, jej właściciela coraz bardziej pokrywała patyna czasu.

Jesienią, kiedy liście opadły z drzew i żarły je bakterie i wirusy, zagrażające nawet ludziom, Leon Zguba zdecydował, że jest to czas, aby ostatecznie dokonać zmiany ludzkich wnętrz. Wsparli go w tym patriarchowie, poważni mężczyźni, pobożni i stateczni, utrzymujący regularną łączność z Bogiem. Mieszkali w pałacach, których nie sprzątali sami, a tylko zaszczycali swoją nobliwą obecnością, gdyż większość czasu spędzali na rozmyślaniach i modlitwach w świątyniach, większych niż cokolwiek, co stworzył człowiek.

– Tak – powiedzieli. – Leon Zguba ma rację. Wnętrze kobiety trzeba zmienić. Bo jest to wnętrze z zasady doskonałe i takie powinno zostać, nienaruszone interwencją człowieka. Znaczy się, dziewicze, a nie takie, jak to wyobrażają sobie ich właścicielki.

Kiedy wieść o decyzji i determinacji Leona Zguby rozniosła się, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jedni nazywali to cudem, inni przewrotną podłością. Na placach i ulicach miast zebrały się młode kobiety w wielkich masach, wyszły na światło dnia i posuwając się ławą, śpiewały i krzyczały.

– Daj nam spokój, Leonie Zgubo! Nie chcemy twoich doskonałych hurtowych wnętrz. Chcemy pozostawić je takimi, jakie są, ukształtowanymi w sposób indywidualny, a nie zbiorowy. Nasze wnętrza nie zawsze są idealne. Czasem ulegają deformacji z niewiadomych przyczyn i to jest bardzo bolesne. I wtedy my, wspomagane przez naszych mężów, rodziny i przyjaciół, musimy podjąć decyzję, co z tym zrobić. Nikt inny nie może tego za nas uczynić.

Wtedy stał się drugi cud, zupełnie jak w Biblii. Zguba wyszedł z hurtowni i śmiało wkroczył w sam środek zgromadzenia kobiet, aby je przekonać do swojej prawdy. Mówił z pasją, bardzo sugestywnie, oferując jeszcze lepsze warunki. To tylko rozwścieczyło kobiety. Tłum wokół niego zawrzał żalem, rozpaczą i gniewem, słychać było straszne krzyki.

Po chwili nastąpiła głucha eksplozja i zapadła cisza. Stało się to w jednej chwili. Policja, która pojawiła się na miejscu prawie natychmiast, zastała na ziemi tylko kształt przypominający manekina. Obrysowano go białą kredą i przeprowadzono śledztwo. Szczątki sfotografowano i sporządzono ich dokładną ewidencję. Znalazły się wśród nich fragmenty ubrania, kępka siwych włosów, metalowe guziki i maska przypominająca ludzką twarz z ohydnie wykrzywionymi ustami. W miejscu, gdzie zwykle jest serce, znaleziono trochę zapiekłego czarnego osadu.

– To prawdopodobnie jest Golem, sztuczna istota stworzona z gliny i przypominająca człowieka, ale pozbawionego duszy – sugerował mężczyzna z bokobrodami, który w towarzystwie dwóch kobiet stał na boku i przyglądał się pracy policji.

Policjant prowadzący śledztwo obrócił się w jego kierunku.

– Bardziej mi to wygląda na humanoidalnego robota, automatycznie wykonującego ustalone zadania. Po niemiecku nazywa się to Maschinenmensch. Prawdopodobnie eksplodował z nadmiaru energii.

Wszyscy się dziwili, jak łatwo wielki hurtownik uległ unicestwieniu. Przedstawiano różne oceny zdarzenia. Bardzo radykalna była ocena organizatorki demonstracji kobiet, Aldony Zygadło. Przybyła na miejsce kilka minut później. Mówiła wyraźnie patrząc prosto w ekran kamery telewizyjnej.

– Leona Zgubę rozerwała niezwykła gorliwość uszczęśliwiania kobiet na siłę. Sam sobie zafundował taki los kierując się obłędnym przekonaniem, że to wie najlepiej, czego Bóg oczekuje od kobiety.

Zwolennicy Leona Zguby, hurtownika wnętrz, postawili mu na centralnym placu miasta masywny pomnik ze spiżu, aby stał tam dając dowód niezłomności i wiary w nieskazitelne ludzkie wnętrze. Potem zbudowano drugi i trzeci pomnik poświęcony jego pamięci. W sumie powstało ich co najmniej kilkanaście.

Następnego roku, w rocznicę tragicznego zdarzenia, w centrum miasta zgromadziła się wielka manifestacja. Czekano na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Zawiał wiatr, nie był to nawet mocny powiew, i na oczach osób stojących na placu pomnik od ognia zwykłej świeczki zapalił się jak wiązka wysuszonej trawy i spłonął w ciągu kilku minut.

– To niemożliwe – mówili świadkowie, przecierając oczy ze zdumienia.

Najgorsze miało nadejść. W ciągu kilku tygodni spłonęły wszystkie pozostałe pomniki Wielkiego Leona Zguby, jak go nazywano od dnia dziwnego zniknięcia.

Mimo intensywnych dochodzeń, policji nie udało się wyjaśnić, jak to się stało, że wszystkie pomniki wystawione na cześć wielkiego hurtownika wnętrz, okazały się również wykonane z dykty. Podejrzewano, że maczały w tym palce kobiety uczestniczące w manifestacji przed hurtownią, nie było na to jednak żadnych dowodów.

Michael Tequila
Gdańsk, 29 października 2020

0Shares

Stadny instynkt. Opowiadanie.

Siedzieli na ławce na dziedzińcu więzienia-szpitala psychiatrycznego w miejscowości Raena leżącej na granicy pustyni. Byli spokojni. Dawano im chyba brom, staromodny, ale sprawdzony i skuteczny środek. Władze więzienia nie chciały, aby męczył ich nadmiar energii. Aby się pobudzić, więźniowie jedli w ciągu dnia drobinki mielonej kawy pozostałej na dnie kubków. Było to powolne i mało skuteczne, ale i tak nie mieli niczego innego do roboty, oprócz spania, czytania i dyskusji. Niektórzy z nich szlifowali język. Nie wszyscy oczywiście, tylko ci uważający się za bardziej rozumnych, którym pozostały w głowie resztki dobrych nawyków z okresu nauki szkolnej.

Czy więzienie-szpital psychiatryczny było położone przy pustyni Atakama, jak im mówiono, tego nie wiedzieli. Nie miało to zresztą znaczenia. Było to więzienie psychiatryczne dla morderców z symptomami zbrodniczej osobliwości. W każdym z nich miała odmienną formę. Kiedy Zafra spytał o położenie więzienia kapitana Karmę, psychiatrę pełniącego rolę strażnika i opiekuna, odpowiedział mu wzruszeniem ramion.

Było zbyt gorąco, aby się ruszali. Taki upał zabiłby nawet lisa pustynnego odpornego na wysokie temperatury. Ale on był inny niż człowiek: uzupełniał płyny z ciała upolowanych zwierząt, był niewielkich rozmiarów, miał puszyste futro, spowolnioną przemianę materii, wysokie pH moczu oraz duże uszy, przez które zrzucał nadmiar ciepła. Dowiedzieli się tego od współwięźnia Alfa, biologa, stanowiącego dla więźniów  rodzaj encyklopedii przyrody. Sam był niezwykłym okazem; podobnie jak oni miał sumienie skażone okropnym morderstwem .

Oprócz Alfa, psychoterapeutów w roli strażników i opiekunów, więźniowie mieli jeszcze dostęp do kapelana  o nazwisku Runo, odwiedzającego skazanych przynajmniej raz w tygodniu. Miał pogodne usposobienie i nie był ułomkiem. Czasem ćwiczył z więźniami na siłowni.

– Po co osobie duchownej siła fizyczna? – zapytano go kiedyś.

– To na wypadek, gdyby ktoś usiłował mnie przekonać, że nie mam racji wierząc w Boga i miłość w takim miejscu jak więzienie na pustyni. W takim miejscu jak Raena nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo go tu nie ma. Upał by go zabił.

Było ich dziesięciu. Już od godziny tkwili nie ruszając się z miejsca na ławce pod drzewem w piekielnym upale i rozmawiali. Obok Zafry siedzieli, po lewej stronie Lago, a po prawej Rusy. Był to już okres, kiedy klimat się wyostrzył; w tamtym rejonie był jeszcze bardziej suchy i gorący.

– Fenomenalnie wściekły – mawiali.

Nie nudzili się. Właściwie to słuchali wyłącznie Dzieciątka Rebelde, który ze swadą opowiadał im swoje niesamowite przeżycia. Rebelde był ich bohaterem numer jeden, bo popełnił największą ilość zbrodni, wszystkie elegancko udokumentowane, i cierpiał na te same zaburzenia, co oni. Nikt z nich nie miał tak bogatej przeszłości.

Historię zbrodniczej osobliwości tłumaczyli im na indywidualnych spotkaniach strażnicy-psychoterapeuci, ich bezpośredni opiekunowie. Twierdzili, że zasadniczo chodziło o proporcje tego, co określa się jako zło i dobro, normalność i nienormalność. Strażników było wielu bo człowiek nie jest w stanie wytrzymać takiego obciążenia psychicznego, z jakim mieli do czynienia. Wszyscy mieli kwalifikacje policyjne i psychoterapeutyczne, niektórzy w cywilu byli psychologami i psychiatrami.

Strażnik – psychoterapeuta regularnie odbywający rozmowy z Zafrą był w stopniu kapitana. W pustynnym uniformie wyglądał doskonale, każdemu by zaimponował. Na pamiątkę Zafra zwędził mu przywieszkę identyfikacyjną: Kapitan Jan Józef Karma, strażnik-psychoterapeuta.

Na czwartkowej sesji indywidulanej powiedział Zafrze, kiedy ten już się rozkręcił:

– Człowieku, każdy z nas strażników-psychoterapeutów by tu zwariował, gdyby nie było nas wielu i nie wymienialibyśmy się regularnie w pracy.

Mówił do Zafry “Człowieku”, bo zgodził się na to w trakcie wcześniejszych sesji terapeutycznych. Obowiązywały tu zasady, że formy zwracania się do więźniów-pacjentów były ustalane już początku ich pobytu i dla porządku nagrywane. Każdy wywiad, rozmowa, kontakt słowny był rejestrowany, aby potem nie było wątpliwości, co kto powiedział.

– Trzy razy w tygodniu pańscy adwokaci kierowaliby do sądu sprawę przeciwko mnie lub któremuś z moich kolegów o nadużywanie władzy lub inne naruszenie regulaminu więzienia psychiatrycznego gdyby nie te nagrania – powiedział kapitan Karma, strażnik-psychoterapeuta. Wyglądał, jakby był dumny z tego regulaminu.

Strażników były dwie kategorie: strażnik-psychoterapeuta oraz psychoterapeuta-strażnik. Zafra na początku nie za bardzo orientował się w zawiłościach słownych, ale szybko aktualizował wiedzę, zwłaszcza od czasu, kiedy w więzieniu wprowadzono metodę przyśpieszonego uczenia się i komunikacji.

Sprawę strażników objaśnił mu kapitan Karma w prosty sposób.

– Tytuł zawodowy zależy od proporcji. Ja jestem strażnikiem-psychiatrą, bo mam więcej obowiązków strażnika, tych związanych z administracją więzienną niż z psychiatrią. Mój przyjaciel jest psychiatrą-strażnikiem, bo ponosi więcej odpowiedzialności za wasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Obowiązki jednego i drugiego strażnika nie są łatwe, proszę mi wierzyć.

Zafra wierzył mu, bo kapitan był przyzwoitym człowiekiem. Rozmawiał z nim szczerze, odpowiadał na jego pytania, nie okazywał mu pogardy. Nie przyszło to łatwo ani jednemu, ani drugiemu, bo obydwaj byli nieufni w stosunku do innych. Zafra podejrzewał, nawet w stosunku do siebie samych. Jego myślenie miało ręce i nogi, bo był już po drugim przesileniu, co znaczyło, że dwa razy usiłował popełnić samobójstwo. Wyjście z dwóch prób samounicestwienia się było dowodem, że jakoś sobie radzi, a może nawet wraca do normalności. Był to dowód niezbyt mocny, bo podejrzewano go także o symulowanie, ale jednak. Pozytywne myślenie mu pomagało.

Wracając do zbrodniczej osobliwości, kapitan Karma wytłumaczył Zafrze, że każdy z więźniów-pacjentów ma na sumieniu zarówno prawdziwe jak i urojone zbrodnie.

– Inaczej nie można sobie tego wytłumaczyć – wyjaśnił.

Kiedy kapitan milczał, słuchając Zafrę lub patrząc w nieokreślonym kierunku, jego usta poruszały się jakby nadal mówiły. Był to dziwny spektakl, jakby zakłopotania, że on, ceniony strażnik-psychoterapeuta, nie umie znaleźć wytłumaczenia zachowań ludzi, jakimi się osobiście zajmował.

– W niektórych przypadkach nie sposób jest ustalić, kto popełnił zabójstwo, bo jest kilku podejrzanych i każdy z nich składa podobne zeznanie. To zupełnie nowe zjawisko. Na podstawie ich zeznań, zeznań osób trzecich, świadków przestępstwa, analizy śladów i innych dowodów, policja ustala szczegóły i okoliczności popełnienia przestępstwa. Kiedy porównuje się te informacje z zeznaniami innych podejrzanych, okazuje się, że są one prawie takie same. Wygląda to tak, jakby każdy z nich był sprawcą zabójstwa. Najbardziej kłopotliwe dla nas psychiatrów jest to, że nie wiemy, jak to się dzieje, że wszyscy oni posiadają tę samą wiedzę o morderstwie i ofierze. Nie wiemy, czy w grę wchodzi telepatia, zdalna teletransmisja danych czy też jakiś inny sposób wymiany wiedzy miedzy rzeczywistym a domniemanym mordercą. W jednym przypadku aż trzy osoby przyznały się do tego samego czynu. Prokuratura niebyła w stanie ustalić, który z podejrzanych jest prawdziwym mordercą, a który nie, który mówi prawdę, a który łże jak rudy pies.

Po tych słowach kapitan Karma przerwał, popatrzył na Zafrę jakoś smętnie i powiedział:

– Nie powinienem użyć określenia „rudy pies” w negatywnym sensie, bo jest to źle odbierane przez więźniów, szczególnie tych lubiących zwierzęta.

– Ponieważ sugeruje to zwierzęcość ludzkiej natury, nieprawdaż? – wymądrzył się Zafra, stojąc na gruncie odkryć naukowych. – Jesteśmy zwierzętami z ludzkimi odruchami, takimi jak na przykład dręczenie ofiary. Bo żadne zwierzę tego nie robi.

– No właśnie – powiedział kapitan z półprzymkniętymi oczami, jakby zasypiał. Była to maska. Zafra był pewny, że strażnik był świadomy, co robi i mówi, ponieważ dyskretnie poprawił kaburę rewolweru jakby przygotowując się do odparcia ataku.

– Byłem w kajdankach przymocowanych do metalowej poręczy przed biurkiem, ale raz się zdarzyło, że więzień wyswobodził się i zdrowo poharatał strażnika mimo, że ten zdążył jeszcze włączyć alarm. Mnie kapitan nie powinien się obawiać – tłumaczył swoim kompanom z celi. – Jestem spokojnym człowiekiem i rozumiem go aż nadto dobrze, bo sam kiedyś wykonywałem ten zawód. To znaczy nie strażnika-psychoterapeuty ale po prostu psychiatry.

To, że był psychiatrą, było faktem. Z dumą przyznawał się do tego, pokazując swój dyplom wszystkim, którzy mieli a nawet nie mieli wątpliwości.

– Dyplom należał mi się, ponieważ ukończyłem pięć lat studiów na wydziale psychiatrii Uniwersytetu Leonardo Da Vinci. Nie mogłem tego udowodnić, gdyż moja dokumentacja uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Był to wielki pożar. Na dodatek spłonął również serwer, na którym przechowywano elektroniczne zapisy dokumentów.

– To jak to wykombinowałeś z tym dyplomem? – zapytał Zupak Psycho, młodszy więzień.

Zafra odmówił wyjaśnień. Poczuł się urażony nieufnością współwięźnia.

Zupak Psycho miał dziwną ksywę i domagał się, aby go tylko tak nazywać. Więźniowie przestrzegali tej zasady, ponieważ był silny i nieobliczalny. Większość czasu spędzał w karcerze. Wśród więźniów panowała wówczas zasada „Strzeż się innych wariatów, bo mogą być gorsi od ciebie”.

– Jeśli znałeś ludzi tak dobrze jak siebie samego, to wiedziałeś, że nie jest to czcze gadanie. Strażnicy-psychiatrzy zwracali się do nas przez pan, a zbiorowo przez panowie. Dziwiłem się, że mieli do nas tyle szacunku, bo my często gardziliśmy sobą jak wściekłe psy, albo i gorzej – wyjaśnił Zafra. Na chwilę wstał z ławki, na której siedzieli, aby wyprostować nogi.

Kapitan Karma wyjaśnił Zafrze, że dziwne zdolności morderców zaobserwowano dopiero po drugiej fali epidemii grypy typu Alfa. Można się było przeciwko niej zaszczepić. W użyciu była wówczas szczepionka skuteczna na kilka odmian grypy, nie tylko Alfa. Po trzech latach okazało się, że szczepionka zmieniała psychikę osób, które używały równocześnie leki zawierające składniki modyfikowane genetycznie.

– W ludziach ujawniły się instynkty stadne polowania i zabijania z odległej przeszłości, kiedy komunikowali się bez słów. Taka jest hipoteza. Tak to tłumaczą naukowcy.

Kiedy Karma przerwał swój wykład, Zafra nic nie odpowiedział. Siedział i czekał na ciąg dalszy. Chciał wszystko powtórzyć innym więźniom.

– Przypadło wam żyć w czasach, kiedy szczepionki przeciw grypie i leki modyfikowane genetycznie wywołują zmiany w sieciach neuronowych mózgu i sposobach komunikacji między ludźmi o podobnej osobowości. Będąc mordercami, jesteście panowie także ofiarami – podsumował  Karma. Był idolem Zafry. Więzień zazdrościł mu pozycji zawodowej, tytułu naukowego oraz możliwości pomocy ludziom o niezwykłej przeszłości, bogatej wyobraźni i ostrej jak brzytwa pamięci do szczegółów.

Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19 października 2020

0Shares

Walec drogowy. Opowiadanie.

Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy budowy dróg i mostów Technobud, nie trafił na parking maszyn budowlanych przypadkiem. Zachodził tam regularnie, ilekroć znalazł się w pobliżu. Lubił to miejsce, odosobnione, w pobliżu lasu. Najbardziej oczywiście lubił maszyny, był ich pasjonatem.

Z daleka zauważył drobną postać, stojącą przy walcu drogowym „Niezwyciężony”. Odwrócona była tyłem do bramy. Pomyślał, że to któryś z robotników skrócił sobie drogę na teren budowy znajdujący się tuż za lasem, aby przy okazji popatrzeć na imponujące cuda techniki budowlanej.

Była to młoda kobieta, ubrana w strój roboczy okryty kamizelką ostrzegawczą w kolorze żółtym, podobną do używanych przez pracowników firmy. Kiedy się odwróciła, przypomniała mu siostrzenicę: szczupła sylwetka, miła buzia, łagodnie uśmiechnięte, melancholijnie ciemne oczy. Godzina była wczesna i chłód dawał się jeszcze we znaki. Lubił tę porę dnia i taką pogodę.

Przedstawił się.

– Otto Preminger, dyrektor techniczny firmy Technobud.

Nie czekając na odpowiedź, zapytał:

– Co pani tu robi? Młoda, ładna kobieta w stroju robociarza w miejscu gdzie panuje hałas, brud i kurz?

– Nazywam się Agnieszka Zena i jestem specjalistką do spraw relacji międzyludzkich. Pracuję w tej samej firmie, co pan. Zatrudniono mnie, że tak powiem, aby łagodzić obyczaje.

Dyrektor był przekonany, że kobieta żartuje. Pomyślał, że została zatrudniona przez dział personalny na polecenie dyrekcji, nie powiadamiając go o tym. Jeszcze raz przyjrzał się nieznajomej: kurtka robocza, kamizelka w żółte pasy, drelichowe spodnie, buty, które można by nazwać buciorami, roboczy hełm na głowie. Męski, roboczy strój nie tylko nie raził, ale nadawał jej jeszcze uroku, podkreślając delikatne rysy twarzy i drobną sylwetkę. Pasował na zasadzie kontrastu. Kiedy szedł w jej kierunku, przyglądała się z uwagą walcowi drogowemu. Wśród maszyn stojących na placu był to prawdziwy olbrzym, wyglądający jakby służył w filmie do rozjeżdżania transporterów opancerzonych.

Preminger doskonale znał tę maszynę. Używano ją do utwardzania dużych powierzchni podlegających znacznym obciążeniom. Z boku maszyny widniała marka „Sanetra” oraz nazwa „Invincible”, „Niezwyciężony”. Nieco niżej umieszczone były numer inwentaryzacyjny i tabliczka znamionowa. Oglądał maszynę zawsze z przyjemnością i tak często, że mógł ją opisać w szczegółach z pamięci. Stała teraz ustawiona bokiem do krawędzi placu parkingowego czekając na wyjazd na miejsce budowy. 

– Co pani tu robi? Nie ma tutaj nikogo, z kim można by rozmawiać o relacjach międzyludzkich!

– Wpadłam tu przekonana, że znajdę kogoś, aby porozmawiać. Zajmuję się usprawnieniami komunikacji i współpracy między pracownikami, dbam o to, aby ludzie byli bardziej zadowoleni i szczęśliwsi. Ponieważ nikogo nie zastałam, przyglądałam się walcowi drogowemu „Invincible”. Wspaniała maszyna.

Po krótkiej rozmowie okazało się, że łączy ich zainteresowanie maszynami budowlanymi.

– Mój ojciec prowadził firmę wynajmu takich maszyn. To on mnie zaraził miłością do tych kolosów. Pokazywał mi je, opowiadał, a nawet woził po placu parkingowym walcem podobnym do „Niezwyciężonego”, tylko trochę mniejszym. Sprawiało mi to wielką frajdę.

Kobieta zdawała się wiedzieć wszystko o walcach, wierzyła w ich niezwykłe możliwości. Jej wiedza zaimponowała dyrektorowi. Po kilku minutach popatrzył na zegarek i z żalem wyznał:

– Muszę panią przeprosić, ale się śpieszę. Z przyjemnością kontynuowałbym rozmowę. Może jeszcze kiedyś się spotkamy?

Nie myślał o tym poważnie. To było zupełnie przypadkowe spotkanie. Agnieszka też wiedziała, że to niemożliwe. Za kilka tygodni kończyła pracę w firmie i wyjeżdżała na drugi koniec kraju, aby rozpocząć studia na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej. Ich przedmiotem była sztuczna inteligencja i jej zastosowania w maszynach i urządzeniach technicznych. 

Nauka szła jej dobrze. Po ojcu odziedziczyła miłość do maszyn i maszynerii. To ją motywowało. Była właściwie samoukiem łatwo wchłaniającym wiedzę. Aktywnie uczestniczyła w obowiązkowych zajęciach, przede wszystkim w ćwiczeniach laboratoryjnych, rzadko chodziła jednak na wykłady.

– Ty się w chyba w ogóle nie musisz uczyć? Wiedza sama pcha ci się do głowy. Nie to co ja – skarżyła się przyjaciółka.

Przez okres studiów mieszkały razem w jednym pokoju w akademiku. Nawet się nie spostrzegły, kiedy minęły cztery lata. Po studiach Agnieszka została na uczelni. Zaproponowano jej pracę naukową. Pięć lat później była już doktorem nauk technicznych, zdecydowana kontynuować karierę naukową.

– Jesteś taka młoda, Agnieszko, że kiedy zostaniesz profesorką, nikt w to nie uwierzy. Będziesz musiała pokazywać postanowienie prezydenta w sprawie nadania tytułu profesora – żartował promotor na seminarium doktorskim.

Jadąc pociągiem do rodzinnego domu Agnieszka wróciła wspomnieniami do ojca. Pamiętała początki jego biznesu, kiedy kupił pierwszy, używany walec drogowy, założył firmę i zaczął go wynajmować. Z czasem przybywało maszyn. Nadawał im ciepłe, kobiece imiona, a swoim dzieciom opowiadał niesamowite historie. Wierzyły mu. Czasem zabierał ją na plac parkingowy, sadzał w kabinie walca drogowego i wiózł sto metrów do końca placu i z powrotem. Opowiadał wiele historii prawdziwych, niektóre zmyślał. Dobrze pamiętała jedną z nich.

– Ta maszyna to najlepszy walec drogowy. Może wyrównać wszystko. Jest tak precyzyjna, że rozprostuje tonę zmiętego papieru i to tak dokładnie, że stanie się on idealnie płaski. Wymaga to tylko umiejętności kierowania maszyną.

Córka testowała go:

– Ziemia nie jest płaska. Czy rozwalcowałbyś na płasko wszystkie nierówności, pagórki i wzniesienia, gdyby ktoś cię poprosił?

– Zgadza się. Uparłbym się, pracowałbym nieprzerwanie dwa a nawet trzy tygodnie, dopóki nie wyrównałbym wszystkiego aż po horyzont.

Kiedy Agnieszka podjęła studia, Zena myślał, że w przyszłości poprowadzi jego biznes. Chciał, aby przejęła jego dorobek i rozwinęła firmę w coś naprawdę wielkiego. Miał marzenia. Ją interesowała jednak sztuczna inteligencja i jej zastosowania. Także w maszynach drogowych. To łączyło ich światy wspomnień, marzeń i przyszłości.

Z dyplomem doktorskim w kieszeni, Agnieszka odwiedziła rodziców. Musiała się pochwalić. Przyjechała w środę wieczorem. Następnego dnia rano wyszła na spacer w znane jej okolice. Wróciła dopiero po południu, kiedy popsuła się pogoda. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Czuła się nieswojo, bolała ją głowa, nie miała chęci rozmawiać nawet z rodzicami.

– Może dam ci coś na ból głowy? – zaproponowała matka.

Agnieszka przyjęła tabletki przeciwbólowe i o nieprzyzwoicie wczesnej porze położyła się spać.

Tego samego dnia, był to czwartek, zaginął dyrektor Otto Preminger. Po prostu zniknął bez śladu, jakby nigdy nie było go na świecie. Kiedy nie wrócił z pracy i nie można było do niego się dodzwonić, jego żona, Józefa Preminger obdzwoniła znajomych i wszystkie miejsca, gdzie bywał, pytając, czy nie ma go tam przypadkiem. Potem zadzwoniła do dwóch najbliższych szpitali i na policję, aby dowiedzieć się czy nie zdarzył się jakiś wypadek drogowy z udziałem starszego mężczyzny. Zadzwoniła do jego firmy, ale było już za późno. Odpowiedział strażnik, wyjaśniając niezbyt uprzejmie, że on jest tylko od pilnowania. Potem zadzwoniła jeszcze raz na policję, aby zgłosić zaginięcie męża, nic jednak nie załatwiła.

– Przyjmujemy takie zgłoszenia dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin. Najczęściej ludzie odnajdują się w ciągu tego czasu. Rozumiemy pani sytuację, ale bardzo prosimy o cierpliwość. Dopiero jak osoba zaginiona nie znajdzie się w ciągu dwudziestu czterech godzin, możemy przyjąć zgłoszenie.

Sprawa tajemniczego zniknięcia Otto Premingera nabrała rozgłosu dwa dni później, kiedy policja podjęła śledztwo. O wydarzeniu pisała lokalna prasa i bębniono w telewizji. Pojawiły się podejrzenia i plotki, gdyż był to okres, kiedy w północnej części kraju grasował mężczyzna mordujący samotne osoby. To, że jego ofiarami były kobiety, jakoś nikogo nie powstrzymywało od spekulacji.

Policja zbadała okoliczności związane z zaginięciem dyrektora Premingera, szczegół po szczególe, począwszy od momentu, kiedy wyjechał rano do pracy. Odtworzono bieg zdarzeń. Ostatnia widziała dyrektora jego sekretarka, Julia. Było to w biurze, w budynku dyrekcyjnym.

– Pojechał stąd na budowę. Nie wiem dokładnie na którą, bo mamy trzy place budów – poinformowała sekretarka. – Powiedział mi tylko, że jedzie na budowę. Było to około godziny dziewiątej dwadzieścia. Dyrektor najczęściej odwiedzał za jednym zamachem wszystkie trzy budowy. Czasem jeździł lub chodził, bo to niedaleko stąd, na plac parkingowy maszyn budowlanych. Robił tam ich przegląd lub rozmawiał z operatorem, który wyjeżdżał maszyną do pracy lub właśnie wrócił z roboty. Może pan dyrektor zajechał gdzieś po drodze? Czasem miał różne sprawy do załatwienia.

Wkrótce okazało się, że samochód dyrektora Premingera stał zaparkowany pod drzewami z tyłu budynku dyrekcji. Konkluzja policjanta prowadzącego śledztwo była prosta.

– Coś się z nim stało tutaj, ale nie wiemy co i gdzie. Mógł też wyjść z biura i udać się gdzieś pieszo, na przykład na przystanek autobusowy, albo ktoś go zabrał stąd swoim samochodem.

Policjant zmienił zdanie, kiedy okazało się, że stojący z tyłu budynku pojazd to samochód służbowy dyrektora, który przywieziono z warsztatu po przeglądzie technicznym. Żona dyrektora potwierdziła, że krytycznego dnia mąż pojechał do pracy samochodem prywatnym.

Inspekcja trzech miejsc budowy nic nie przyniosła. Dyrektor Preminger w ogóle nie pojawił się tego dnia w żadnym z nich. Nikt z pracowników go nie widział. Nie kontaktował się też z nikim telefonicznie od czasu rozmowy z sekretarką Julią w budynku dyrekcji, co miało miejsce około godziny dziesiątej piętnaście. Później nie był już osiągalny telefonicznie, bo jego komórka nie odpowiadał. Kiedy ktoś dzwonił do jego biura, sekretarka informowała, że przekaże dyrektorowi wiadomość jak tylko zjawi się on w firmie.

W dalszej kolejności policja przeprowadziła inspekcję placu parkowania maszyn drogowych. Detektyw Marian Cichy sporządził szkic terenu i zrobił notatki. Miejsce było raczej odludne; z trzech stron las i wjazd z mało uczęszczanej ulicy. Każdy mógł wejść na parking, jeśli tylko chciał. Brama była wprawdzie zamknięta i na skoblu wisiała kłódka, ale nie zamknięto jej na klucz. Policja klucza nie znalazła. Na placu odkryto prywatny samochód dyrektora. Stał spokojnie na uboczu. Poza tym nic nie wskazywało, że dyrektor Preminger był tam krytycznego dnia. Nie było żadnych innych śladów. Nie było też kamery przemysłowej zainstalowanej na maszcie przy wejściu na plac. Kamera zniknęła. To sugerowało, że ktoś mógł usiłować coś ukryć.

W ciągu następnych dwóch dni policja prowadziła wywiady z osobami przechodzącymi lub przejeżdżającymi samochodem, motocyklem lub rowerem ulicą, skąd odchodziła droga dojazdowa na parking. Jedynym znaczącym świadkiem był mężczyzna uprawiający jogging. Krytycznego dnia około południa widział kobietę w pobliżu placu maszyn budowlanych. Przepytywany przez detektywa usiłował przypomnieć sobie wszystko, co mogło mieć znaczenie. Było tego niewiele.

– Kobieta wyglądała zwyczajnie. Niczym się nie wyróżniała; średniego wzrostu, szczupła, młoda. Była ubrana w jakąś lekką kurtkę i chyba spódnicę. Co miała na nogach, nie widziałem. Tylko tyle pamiętam.

Policja dała ogłoszenia w prasie i w lokalnej telewizji. Pokazano zdjęcia dyrektora Premingera. Przeprowadzono też wywiady z rodziną, sąsiadami, pracownikami firmy i znajomymi. Mimo starań śledztwo nie posunęło się naprzód.

– Człowiek przepadł jak kamień w wodzie – detektyw odpowiadał lakonicznie. Był zły, kiedy pytano go o postępy. – Nie mamy żadnego punktu zaczepienia.

Nie usprawiedliwiało to policji. Dziennikarze oczekiwali konkretów.

Nagłe zaginięcie dyrektora znanej firmy budowlanej na obrzeżu dużego miasta nie dawała nikomu spokoju. Przypominały o tym media i komentowali zwykli obywatele.

– Ni z tego, ni z owego, w biały dzień w mieście znika bez śladu człowiek. Tak jakby wyparował. Dorosły mężczyzna to nie piesek, który komuś tak się podoba, że zabiera go do torby, wkłada do samochodu i wywozi w nieznane – z oburzeniem żaliła sie sąsiadka Premingerów. Dobrze znała dyrektora, dlatego chętnie udzielała wywiadów.

Łukasz Nikanor od pięciu miesięcy pracował w charakterze wolontariusza. Sam już niemłody, zgłosił się do pomocy osobom starszym. Do pani Preminger trafił, ponieważ potrzebowała pomocy przy domu. Znał jej sytuację z telewizji i gazet, bo sprawa była głośna.

Przyjechał z samego rana, tak jak go umówiono. Pani Preminger zaprosiła go do salonu i zaproponowała coś do picia. Wahał się.

– Napijmy się czegoś. Może kawy lub herbaty. Łatwiej będzie rozmawiać. Tak czy inaczej ja o tej porze robię sobie herbatę lub kawę.

Oboje wybrali kawę.

Ściany salonu zawieszone były zdjęciami, obrazami, na półkach stały miniaturowe figurki maszyn budowlanych. Pani Preminger opowiedziała Nikanorowi historię zaginięcia męża. Mimo upływu kilku tygodni, wciąż była przygnębiona.

– Nie znaleziono żadnych śladów. Nie mogę pogodzić się z tym. Nic. Kompletna tajemnica. – W głosie kobiety dawało się wyczuć rozgoryczenie.

Łukasz Nikanor zainteresował się jej relacją. Nie śpieszyli się. Poprosił gospodynię, aby opowiedziała mu więcej. Chętnie zgodziła się, mówienie przynosiło jej ulgę. Gość zadawał pytania. Dużo już wiedział z mediów. W rozmowie najbardziej zapadło mu w pamięć to, że Otto Preminger był nie tylko miłośnikiem maszyn budowlanych, ale wręcz ich pasjonatem, a parking, gdzie one stały, był ulubionym miejscem jego odwiedzin.

– Ta pasja cię zgubi. – Gospodyni przeżywała słowa, jakby rozmawiała z mężem.

– Mówiłam mu to wiele razy ale do niego to nie docierało. Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia. Nie miał wrogów. Ja przynajmniej nie przypominam sobie nikogo takiego. Wiem, że miały miejsce jakieś nieprozumienia w pracy, kiedy zbeształ pracownika, ale to rzadko się zdarzało. Policja zresztą wyjaśniła to wszystko. Dla mnie najgorsze było jego zacietrzewienie, jeśli chodzi o maszyny budowalne, kiedy o nich dyskutował. Miałam wrażenie, że ta jego pasja go ogłupia jakby był dzieckiem.

Józefę Preminger zmęczyły wspomnienia i mówienie. Łukasz skorzystał z okazji.

– Czy moglibyśmy odwiedzić to miejsce?

Gospodyni odpowiedziała na pytanie niemym spojrzeniem.

– Mam na myśli ten parking, gdzie pani mąż lubił oglądać swoje maszyny.

Pani Preminger po raz pierwszy od złożenia zeznań wyraziła gotowość obejrzenia miejsca źle jej się kojarzącego. Pojechali razem samochodem Łukasza Nikanora. Po drodze zajechali do dyrekcji Technobudu, aby wypożyczyć klucz do bramy. Pani Preminger dzwoniła wcześniej w tej sprawie. Sekretarce wytłumaczyła, że coś sobie przypomniała, co mogło mieć znaczenie dla policji. Kiedy sekretarka zapytała, o co dokładnie chodzi i czy potrzebuje pomocy, aby tam dojechać, zbyła ją.

– To tylko intuicja, wspomnienie. Co do pomocy, to pomaga mi pan przysłany przez Ośrodek Pomocy Społecznej.

Klucz okazał się niepotrzebny, wymagany był kod dostępu do bramy wejściowej. Po krótkiej konsultacji z kimś w dziale administracji sekretarka podała kod dostępu.

– Zmienimy go, jak tylko pani opuści parking. Takie mamy zasady. Proszę mnie tylko powiadomić, kiedy już wyjedziecie stamtąd.

Wjazd na parking ciężkich maszyn zmienił się nie do poznania. Po uzyskaniu protokołu policji, w którym ujawniono słabości organizacji i funkcjonowaniu parkingu oraz kradzież kamery przemysłowej, Technobud zainstalował nową rozsuwaną bramę.

Kiedy podeszli do rzędu maszyn, pani Preminger zatrzymała się przed walcem z rzucającym się w oczy napisem „Invincible”.

– Ten napis znaczy „Niezwyciężony”. To była jego najukochańsza maszyna. Powiedziano mi w dyrekcji, że od czasu zaginięcia męża nie była używana. Podobno nie było takiej potrzeby. Mnie się wydaje, że to ze względu na pamięć mego męża.

Łukasz Nikanor oglądał maszyny z wielkim zainteresowaniem. Wyobraził sobie szalone upodobanie dyrektora do wielkiego walca drogowego. Intensywność jego zainteresowania wydała mu się dziwaczna. Na wielkim kole przednim „Niezwyciężonego” zauważył skrawek materiału żółtego koloru. Był to drobny fragment plastiku lub płótna, prawie niezauważalny.

– Jak był ubrany pani mąż? Mam na myśli jego ubranie robocze.

– Chodził ubrany jak robotnik, w drelichu. Nie chciał się wyróżniać. Na wierzchu, bez względu na pogodę, latem i zimą, podobnie jak inni pracownicy nosił kamizelkę ostrzegawczą koloru żółtego, tak jak inni pracownicy na budowie. Dzięki temu lepiej jest ich widać.

Iwan Iwanowicz pokazał pani Preminger kawałek żółtej materii.

– To może nic nie oznaczać, ale warto spróbować. To może być jakiś ślad. Zabierzemy to i przekażemy policji. Nie wolno tylko dotykać tego rękami. Zrobię to ostrożnie. Czy może pani poczekać tutaj na mnie? Podjadę samochodem do najbliższego supermarketu, aby kupić plastikową torebkę. W pobliżu widziałem jakiś ośrodek handlowy. Chyba wiem, jak dojechać.

– Pojadę z panem, pokażę panu drogę. Nie chcę pozostawać tutaj ze swoimi wspomnieniami.

W sklepie były tylko duże opakowania torebek plastikowych.

– Nie kupię całego opakowania. Po co marnować taką ilość? Wezmę po prostu plastikową torebkę do pakowania warzyw i owoców. Nawet dwie na wszelki wypadek. To nie jest kradzież – usprawiedliwiał się niepotrzebnie.

Po powrocie na plac parkingowy Nikanor wyjął z plecaka, służącego za podręczną torbę, scyzoryk i końcem ostrza zebrał do torebki plastikowej fragment żółtego materiału z powierzchni walca. Razem z panią Preminger zawiózł próbkę na posterunek policji. Dyżurnej policjantce wytłumaczyli, o co chodzi. Zadzwoniła do detektywa Cichego, który polecił przyjąć materiał.

– Zaraz przyjadę do was, sam go opiszę i oddam do badania laboratoryjnego. Proszę tylko zanotować numery telefonów pani Preminger i tego mężczyzny, który zebrał próbkę.

Policjantce nie podobał się sposób pobrania materiału.

– Lepiej byłoby, aby zrobił to fachowiec. Próbki pobiera się w sterylnych rękawiczkach do sterylnego pojemnika – mruknęła niechętnie pod nosem, dostatecznie głośno, aby ją słyszano.

Pani Preminger poruszyła się niecierpliwie i podniosła głowę.

– Mogliście to sami zrobić, ale na to nie wpadliście.

Detektyw zadzwonił do Józefy Preminger po dziesięciu dniach.

– Mamy potwierdzenie, że materiał pobrany z walca zawiera mikroślady DNA pani męża. Przepraszam, że ustalenie tego zajęło tak dużo czasu. Wznawiamy śledztwo.

Policja jeszcze raz przeszukała plac parkingowy, walec drogowy „Niezwyciężony” oraz teren wokół niego. Tym razem zrobiono to z całą drobiazgowością, dokumentując wszystko, co na to zasługiwało. Szczególnie gruntownie sprawdzono maszynę i wnętrze kabiny. Wewnątrz znaleziono dwa włosy, fragment niedopałka papierosa oraz włókna nieznanego pochodzenia. Przeprowadzono analizę włosów i ustalono DNA. Nie wiadomo do kogo one należały, bo takiego zapisu DNA nie było w policyjnej bazie danych. Poza tym w kabinie ani na poręczach wejściowych nic nie znaleziono, oprócz licznych rysów i zadrapań wynikających z normalnej eksploatacji. Nie było żadnych śladów linii papilarnych, ponieważ zostały usunięte przy użyciu rozpuszczalnika.

Jedyny ślad prowadził do kobiety opisanej przez mężczyznę uprawiającego jogging. Policja podjęła poszukiwania.

– Zakładamy, że była to osoba dorosła w jakiś sposób związana lub kojarząca się z maszynami budowlanymi, operator, ktoś zajmujący się ich handlem, wynajmem lub naprawą, osoba zainteresowana kupnem takiej maszyny, fotografik, ktoś zatrudniony w firmie Technobud, gdzie pracował dyrektor Preminger, osoba ciekawska, w końcu, ktoś zupełnie przypadkowy.

Ponownie przeprowadzono wywiady z pracownikami firmy, którzy dobrze znali ofiarę.

– Czy dyrektor Preminger kiedykolwiek wspomniał kogoś interesującego się maszynami budowlanymi, w szczególności walcem drogowym „Niezwyciężony”? Mogła to być kobieta lub mężczyzna.

Julia, sekretarka dyrektora Premingera, przypomniała sobie dawne zdarzenie.

– Kilka lat temu szef powiedział mi, że spotkał jakąś kobietę, naszą pracownicę, na parkingu maszyn budowlanych. Przeprowadził z nią bardzo ciekawą rozmowę na ich temat. Jej ojciec podobno zajmował się wynajmem takich maszyn. Dyrektor zachwycał się tą kobietą, jej zainteresowaniami i wiedzą techniczną. Pomyślałam sobie wtedy, że dał się oczarować jakieś dziewczynie tylko dlatego, że powiedziała mu, że ją również pasjonują maszyny drogowe. Starszy mężczyzna i młoda kobieta – temat stary jak świat.

Był to interesujący wątek śledczy. Detektyw poszedł jego śladem, choć bez przekonania.

Badając walec maszyny i podłoże policja znalazła więcej śladów tkanki organicznej, zwłaszcza na podłożu. Rozkuto zbitą powierzchniową warstwę szutru i na jaw wyszła potworna prawda. Laboratoryjne badanie próbek nie pozostawiało wątpliwości: szczątki wprasowane w asfalt to było ciało dyrektora Premingera.

Dla śledztwa były to przełomowe odkrycia. Były one tylko z pozoru proste i oczywiste. Wszystkim, czym dysponowała policja, to było ciało ofiary jako dowód makabrycznej zbrodni oraz sporo mniej konkretnych dowodów przestępstwa. Nie było niczego, co mogłoby sugerować, kto mógł być sprawcą zabójstwa oraz jakie motywy nim kierowały.

W międzyczasie zbadano dokumenty archiwalne firmy dotyczące pracowników zatrudnionych w okresie, kiedy dyrektor Preminger wspomniał sekretarce o kobiecie interesującej się maszynami budowlanymi. W końcu trafiono do dokumentacji Agnieszki Zena. Wywiad środowiskowy potwierdził, że jej ojciec rzeczywiście prowadził firmę wynajmu maszyn drogowych.

Agnieszkę Zena przesłuchiwano kilkakrotnie. Psycholożka policyjna obserwowała podejrzaną uważnie przez lustro weneckie w czasie zeznań, które nagrywano także kamerą. Podejrzana nie wydała jej się specjalnie zaskoczona przesłuchiwaniami, ale za to niezwykle ostrożna w tym, co mówiła i jak reagowała w śledztwie. W czasie pierwszego przesłuchania przyznała, że była w okolicy parkingu tego dnia.

– Wybrałam się na spacer i przechodziłam obok placu parkingowego. To najprostsza droga prowadząca do lasu i nad jezioro. Wielokrotnie tamtędy chodziłam. To moje ulubione miejsce spacerów.

Wszystkie wskazywało na to, że jej obecność w okolicy parkingu była zupełnie przypadkowa.

Kiedy zapytano ją, czy może udostępnić policji fragment włosa lub paznokcia do analizy, zaniemówiła na chwilę. Cień niepokoju przemknął przez jej twarz. Zgodziła się z pewnym wahaniem.

Analiza porównawcza DNA włosa znalezionego w kabinie i uzyskanego od podejrzanej potwierdziły przypuszczenia policji; obydwa włosy pochodziły od tej samej osoby. Pod presją pytań i faktów Zena przyznała się, że nie powiedziała od razu całej prawdy. Tłumaczyła się, że bała się powiązania jej z potworną zbrodnią, o której dowiedziała się potem z telewizji.

– Byłam wtedy na parkingu maszyn budowlanych i rozmawiałam z dyrektorem Premingerem. Poznałam go kilka lat wcześniej, w tym samym miejscu. Pracowałam wtedy w Technobudzie.

– To już przeszłość. Proszę opowiedzieć o pani ostatnim spotkaniu z dyrektorem – szorstko przerwał detektyw Cichy. Nie silił się nawet na uprzejmość od chwili, kiedy nabrał przekonania, że to Zena uśmierciła dyrektora. To, że policja nie miała przekonujących dowodów, aby ją oficjalnie oskarżyć, tylko pogłębiło jego niechęć do oskarżonej.

– To była bardzo konkretna i miła rozmowa. Dyrektor pokazał mi maszynę także wewnątrz, jak wygląda w kabinie. Nawet ją uruchomił, aby zademonstrować pracę silnika. Opowiadał mi, jak doskonałe jest to urządzenie. Nie byłam za bardzo ciekawa, ale nie wypadało mi przerywać. Zbierało się na deszcz, a ja chciałam jeszcze przejść się po lesie więc go przeprosiłam, podziękowałam za ciekawą rozmowę i demonstrację maszyny i wyszłam z parkingu. Dyrektor Preminger został przy walcu. To było wszystko.

Proces sądowy odbył się osiem miesięcy później. Prasa pisała o nim, że jest mocno poszlakowy. Obrońcą Agnieszki był znany adwokat, mecenas Tadeusz Karpiński, doświadczony w prowadzeniu spraw kryminalnych.

– Moja klientka w zeznaniach niczego nie ukrywała, nie kluczyła. Pierwszy raz nie ujawniła wszystkiego, bo bała się publicznego skojarzenia jej z tą ohydną zbrodnią. To byłoby fatalnym obciążeniem dla każdego. Na całe życie. Prokurator nie udowodnił jednego, najważniejszego. Tego mianowicie, że nie ma żadnego związku między pobytem mojej klientki na miejscu zbrodni a popełnieniem tej zbrodni. Tego nie można udowodnić, bo to nie jest możliwe, ponieważ moja klientka zostawiła dyrektora Premingera w doskonałym zdrowiu. Morderstwa dokonał ktoś inny. I tego winnego policja musi znaleźć. Moja klientka jest niewinna. – podsumował adwokat w mowie obrończej.

Sąd debatował wiele godzin. To była trudna sprawa. Wyrok okazał się uniewinniający.

– Oprócz udowodnienia, że oskarżona była na miejscu zbrodni, prokurator nie przedstawił żadnych dowodów, że to ona zabiła dyrektora Premingera i ukryła ciało – sędzia wolno i jakby z niechęcią kończyła odczytywanie wyroku.

Przez rodzinę i przyjaciół Agnieszka została powitana jak bohaterka, osoba niesłusznie oskarżona o potworną zbrodnię. Nie wszyscy obserwatorzy procesu wierzyli jednak w jej niewinność. Sprawa była bardzo głośna, opinie były podzielone.

Agnieszka wyjechała z miasta z postanowieniem nigdy do niego nie wracać. Proces był dla niej nad wyraz bolesnym przeżyciem. Rodzina zgodziła się z jej decyzją bez zastrzeżeń, choć nie bez żalu.

– Podjęłam decyzję wyjazdu nie tylko z miasta, ale i z kraju, za granicę. Z moimi kwalifikacjami znajdę tam pracę, jestem o tym przekonana. Już wcześniej otrzymałam jedną propozycję, ale nie byłam nią zainteresowana. Teraz patrzę na to inaczej.  

– Nigdy nie zaznałabyś tutaj spokoju. My jakoś sobie poradzimy. Nie mamy wyboru. Starych drzew się nie przesadza – pani Zena ze łzami w oczach objęła córkę, tak jakby miała ją stracić na zawsze.

W samolocie Agnieszka Zena usiłowała zabić czas czymkolwiek, aby tylko nie wracać myślą do procesu sądowego. Nie udało jej się to. Przypominała sobie wszystko, krok po kroku.

Na spacer wyszła przed południem. Piękna pogoda zaczynała się powoli psuć. Jeszcze nie padało, lecz słońce zachodziło już za chmury. Szła zamyślona. Kiedy trafiła na parking maszyn budowlanych przy lesie, przypomniała sobie wszystko.

– Niewiele się tutaj zmieniło – pomyślała, zatrzymując się, aby przyjrzeć się stojącym za metalową siatką maszynom. Część stanowiły te same maszyny, które widziała cztery lata wcześniej, kiedy wybierała się na studia. Było też kilka nowych, wszystkie potężne i imponujące. Podeszła bliżej bramy, była uchylona. Nie zastanawiając się weszła do środka i dopiero wtedy zauważyła mężczyznę. Poznała go z daleka. Pamiętała nawet jego nazwisko, Preminger, nietypowe, bo obco brzmiące. Nie wypadał się już wycofać. Podeszła bliżej.

– Dzień dobry, panie dyrektorze. Znowu się spotykamy i to w tym samym miejscu.

Otto Preminger nie poznał Agnieszki. Przypomniała mu się wspominając poprzednie spotkanie i rozmowę. Kiedy ją sobie skojarzył, ucieszył się, uśmiechnął się szeroko i wykrzyknął:

– Co za spotkanie! Co u pani słychać?

Wyjaśniła, że skończyła studia i jest inżynierem magistrem ze specjalnością zastosowań sztucznej inteligencji w automatach, robotach i maszynach.

To mu zaimponowało. Powiedział jej to. Zaczęli rozmawiać o maszynach drogowych, jak przed kilku laty. Był szczęśliwy, że znowu ją spotkał, osobę nietuzinkową, mającą te same zainteresowania.

Rozmowa zeszła na walec „Invincible”. Preminger szczycił się nowym nabytkiem.

– To lepsza wersja tego, co pani widziała kilka lat temu. Nie jest ona najnowsza, ale zmodernizowana. Ma usprawniony, rewelacyjny system sterowania. Maszyna jest wyposażona z tyłu i z przodu w czujniki bezpieczeństwa oparte na module sztucznej inteligencji. To coś z pani działki.

– Na czym ta rewelacja polega? – Agnieszka była autentycznie ciekawa, o jakie rozwiązanie chodzi.

– To nowa generacja czujników bezpieczeństwa maszyn budowlanych. Dzięki sztucznej inteligencji walec jest pod pewnym względem inteligentniejszy niż kierujący nią człowiek. „Invincible” rozpoznaje istoty żywe: człowieka, dziecko, psa a nawet ptaka, i w razie zbytniego zbliżenia się podejmuje decyzję zatrzymania się. Nawet operator nie jest w stanie zmienić tej decyzji i uruchomić maszyny dopóki nie zniknie przeszkoda. Martwy przedmiot, pudełko kartonowe czy kamień nie zatrzymają walca drogowego automatycznie.

– To niemożliwe. Mam na myśli zdolność reakcji maszyny wyposażonej w sztuczną inteligencję na ludzki czy zwierzęcy organizm – zaoponował Agnieszka. Była pewna swej wiedzy; pod koniec studiów na seminarium analizowali możliwości i ograniczenia sztucznej inteligencji. Także temat, co wyposażona w nią maszyna może a czego nie może zrobić.

Otto Preminger upierał się przy swoim.

– W tym walcu jest inaczej. Jego moduł sterowania wspomagany sztuczną inteligencją działa tak, jak powiedziałem; jest niezawodny. Sprawdzaliśmy to nie jeden raz, ale wiele razy. Maszyna zatrzymuje się samoczynnie najpóźniej na metr przed przeszkodą, którą stanowi żywa istota. Może zatrzymać się wcześniej, ale nie później. Sprawdzałem to sam co najmniej dwa razy stając przed jadącym w moim kierunku walcem. Zawsze zatrzymywał się samoczynnie.

Po wyrażeniu zdecydowanej opinii, dyrektor zaśmiał się serdecznie. Był w tym wyraz triumfu, przewagi, że powiedział coś, czego nie wiedziała rozmówczyni.

Agnieszka Zena nie przyjęła dyrektorskich rewelacji do wiadomości. Wiedziała, że elementy sterowania oparte na sztucznej inteligencji nie są niezawodne. Starała się przekazać to dyrektorowi jak najbardziej spokojnie i rzeczowo, aby nie poczuł się urażony.  

– To czysty rachunek prawdopodobieństwa. System sztucznej inteligencji zainstalowany w dowolnym urządzeniu mechanicznym, elektrycznym czy hydraulicznym nie jest niezawodny, podobnie jak nawet najlepszy komputer. Przyczyny mogą być różne. Zastanawiała się chwilę marszcząc czoło. – Na przykład brak prądu, awaria jakiejś części, nieuwaga człowieka, błąd w sztuce, zakłócenie magnetyczne. Cokolwiek.

Preminger nie ustępował.

– Awaria jakiegokolwiek podzespołu wyłącza silnik napędowy walca. Maszyna jest tak ciężka i jedzie tak wolno, że zatrzymuje się prawie w miejscu.

– Zawsze istnieje jakieś choćby mikroskopijne prawdopodobieństwo, że system zawiedzie nawet jeśli jest nafaszerowany najlepszą technologią. Sztuczna inteligencja nie stanowi panaceum na wszystko – upierała się przy swoim, wiedząc, że jest to prawda naukowa, a nie przekonanie człowieka oparte głównie na własnym doświadczeniu i obserwacji. 

Oboje odczuwali rosnącą niechęć do siebie, nie okazując jej. Preminger uznał Agnieszkę Zena za zarozumiałą. Myślał o niej z rosnącą irytacją i niechęcią. – Mówi z taką swadą, jakby wszystkie rozumy zjadła.

Szukając porozumienia powiedział:

– Nie w tej maszynie. Nie jest trudno to sprawdzić. Oto kluczyki. Proszę usiąść za kierownicą i ruszyć do przodu. Ja stanę na drodze. Niech pani jedzie prosto na mnie. Nie ryzykowałbym, gdybym nie był w stu procentach pewny. Maszyna reaguje na człowieka. Na każdy żywy organizm, nawet na ptaka.

– Jak pan to rozumie: „nawet na ptaka”?

– Kiedyś przed walcem znalazł się gołąb. Był chyba ranny albo chory, bo nie był w stanie uciekać. I maszyna się zatrzymała, bo to był żywy organizm. Na martwy obiekt tej wielkości nie zareagowałaby. Gdyby tak się działo, to zatrzymywałaby się co kilkanaście sekund przy każdym krawężniku czy studzience ulicznej.

Agnieszka wahała się, czy zgodzić się na jego propozycję. Sprawa musiała być rozstrzygnięta. Zdecydowała się, kiedy dyrektor zdenerwował ją obcesowym pytaniem.

– O co pani chodzi? W ostateczności po prostu zatrzyma pani ten walec. Jedzie strasznie wolno. Albo ja wcześniej uskoczę. Tu nie ma żadnego ryzyka. Mogę założyć się z panią o każde pieniądze!

Przyjęła zakład, ale nie o pieniądze. To była sprawa honoru. Jej wiedza i jego wiedza. Wzięła klucze z jego ręki, weszła do kabiny, siadła za kierownicą, uruchomiła walec i ruszyła. Jechała prosto na dyrektora. Stał jak żywa tarcza, spokojny i pewny siebie. Miał to już przetestowane. Widziała jego nadętą, zarozumiałą twarz jak stoi przed maszyną. Nagle usłyszała jakiś stuk w silniku, kierownica zaczęła drżeć.

– Jakaś awaria – pomyślała natychmiast. W jednej chwili ręce jej zwilgotniały ze strachu. Opuściła wzrok i wyciągnęła lewą rękę w kierunku wyłącznika, aby natychmiast zatrzymać walec. Siedziała trochę za daleko. Spocona dłoń przesunęła się po metalu i ześliznęła z obudowy panelu sterującego. W tym momencie usłyszała krzyk, który przeszedł w krótki przerażający charkot. Kiedy walec się zatrzymał, nie widziała już nikogo. Natychmiast wyskoczyła z kabiny i pobiegła do przodu maszyny. Widok był potworny: Preminger leżał martwy na ziemi z nogami i częścią bioder pod ciężkim kołem walca. Przeraziła ją twarz zdeformowana bólem, sinopurpurowa, z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami. Przed oczami Agnieszki pojawił się obraz osoby zmasakrowanej przez potwora z filmu science-fiction, który niedawno oglądała.

Myśli kotłowały jej się w głowie.

– Przerażający wypadek, a ja jestem jego sprawcą. Ale jak do tego doszło!? Ten stary głupiec przecież mógł uskoczyć, tak jak mówił! – Była wściekła na Premingera.

Rozejrzała się wokół. Zadziałała adrenalina, myślała szybko i sprawnie. Miejsce było odludne. Kamera! Na placu przy maszynach nie było widać żadnej kamery. Zobaczyła ją w oddali przy wejściu na parking, była skierowana na bramę wjazdową. Poczuła ulgę. 

Uspokajała się powoli, wciąż analizując sytuację. Instynkt samozachowawczy kazał jej skoncentrować się. Musiała ukryć wszystkie ślady obecności. To była jej jedyna szansa. Jeszcze raz rozejrzała się wokół, tym razem wolniej i uważniej. Przede wszystkim trzeba było ukryć trupa. Kilkanaście metrów od walca zauważyła rozrzucone deski a obok górkę szutru używanego do utwardzania jezdni przed położeniem asfaltu. Materiał leżał usypany w stożek na złożonej w czworo starej plandece. Przypomniała sobie, że w kabinie „Niezwyciężonego” widziała w bocznej wnęce grube skórzane rękawice robocze.

– Najważniejsze, nie zostawić żadnych śladów po sobie. – Głośno myślała. – Zajmę się tym później, najpierw muszę usunąć nieboszczyka.

Wróciła do maszyny i uruchomiła silnik. Przejechała tam i z powrotem kilka razy słysząc tylko zgrzyt ciężkiego walca. Na ziemi została mokra plama z fragmentami ubrania wprasowanymi w podłoże, jawny dowód zbrodni. Rękami uzbrojonymi w rękawice zsunęła większą część szutru leżącego na plandece, pozostawiając tylko tyle, ile mogła przeciągnąć w kierunku walca. Ładunek rozsypała po mokrej plamie i przejechała walcem. Zrobiła to jeszcze kilka razy, każdorazowo posypując miejsce szutrem przed każdym przejazdem. Miejsce tragicznego wypadku przybrało w końcu naturalny wygląd. Ciało zniknęło bez najmniejszego śladu na ubitej walcem powierzchni. Na zakończenie operacji ustawiła walec w takim położeniu, aby zakrywał miejsce, gdzie w ziemi ukryte były szczątki człowieka.

Wróciła do kabiny. Potrzebny był jakiś płyn zmywający brud lub dezynfekujący. Przy wjeździe na parking znalazła butelkę z fioletowym płynem oraz pusty litrowy pojemnik po środku czyszczącym. Stały w drewnianym skrzynce po bananach pozostawionej przy ścianie prowizorycznej stróżówki. Otworzyła butelkę i powąchała. Był to rozpuszczalnik. Miała szczęście, obok leżało jeszcze kilka szmat. Skropiła je obficie i starannie wytarła wszystkie powierzchnie, jakich dotykała gołymi rękami. Nie było tego wiele: uchwyty wejściowe do kabiny, sama kabina, a właściwie tylko siedzenie z oparciem, kierownica i przyciski.

Rozejrzała się wokoło zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniała. Wszystko wydawało się być w porządku. Przy wjeździe na parking stała prymitywna drabina oparta o dach prowizorycznej stróżówki. Weszła na nią i usunęła kamerę, brutalnie wykręcając ją z podstawy. Cały czas miała na rękach rękawice. Modliła się, aby nagranie nie zostało zarejestrowane gdzieś w biurze głównym firmy.

Skierowała się do bramy, aby jak najszybciej opuścić tragiczne miejsce, pamiętając o kamerze, rękawicach, butelce plastikowej z niewielką ilością rozpuszczalnika oraz szmatach. Zmoczyła je rozpuszczalnikiem i przetarła nimi bramę w miejscach, których dotykała ręką. Resztę płynu rozlała na ziemi na wypadek, gdyby policja chciała użyć psa do tropienia śladów. Wszystko włożyła do torby plastikowej, którą na wszelki wypadek zawsze nosiła ze sobą, ponieważ prawie nie zajmowała miejsca.

Parking przypominał miejsce opuszczone, jakby nikt się nim nie interesował. Pomyślała o walcu.

– Kto będzie kradł wielką maszynę budowlaną? Zresztą jest ona ubezpieczona – przypomniała sobie słowa ojca, który nigdy nie zainstalował żadnej kamery na otwartym placu za domem, gdzie trzymał cały swój dorobek.

Agnieszka Zena nie pojawiła się więcej w rodzinnym mieście. Pozostało dla niej miejscem na zawsze przeklętym.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 października 2020

0Shares

Pracowita noc malarza Sapiehy. Opowiadanie.

Grudniowa noc była wyjątkowo zimna. W czasie nieszporów Napoleon Sapieha stał pod amboną i słuchał kazania kanonika Leona Karnego o początku świata i stworzeniu pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Rozglądał się po kościele, pocieszając się widokiem ciepło ubranych świętych na obrazach. Był malarzem, widział niejeden obraz i był przekonany, że postacie świętych nie grzeszą nadmiarem ubioru, a tu takie zaskoczenie! Byli ubrani wyjątkowo solidnie, okutani szubami z naturalnego futra lisów i gronostajów. Zazdrościł im, bo sam odczuwał dojmujący chłód ciągnący od kamiennej podłogi, od którego stopy marzły w butach.

Do kościoła Sapieha chodził rzadko, głównie aby się wyspowiadać i pomodlić, aby wszyscy święci pomogli mu sprzedawać obrazy, źródło jego pasji i utrzymania. Z czasem zaprzyjaźnił się ze spowiednikiem, kanonikiem Leonem Karnym. W duchu nazywał go klechą. Nie było to negatywne określenie. No, może trochę. Kilka razy rozmawiali w zakrystii. Kiedy już malarz poczuł się swobodniej, powiedział mu:

– Nie za bardzo wierzę w spowiedź.

Klecha nie zdziwił się.

– To akt symboliczny. Słucham cię w zastępstwie pana Boga. Niektórych grzeszników taka spowiedź skłania do większej szczerości. A jeśli zadam im pokutę, także do większego żalu za grzechy i gorętszej chęci poprawy. To jedyny sens spowiedzi i pokuty.

Napoleon przypomniał sobie swoje obrazy. Od kilku tygodni były eksponowane w dwóch galeriach w mieście i nie sprzedawały się. Dotychczas nie znalazł się kupiec. Oprócz tego miał jeszcze do zbycia grafiki i rysunki. Prezentował je na własnej stronie internetowej, kilka także na wystawie Ośrodka Kultury Miejskiej „Bufor”.

– Obrazy wyjątkowo trudno się sprzedają. Może to z powodu ciężkiej zimy, bo ludziom nie chce się nigdzie chodzić, nawet jeśli jest to galeria obrazów położona kilkaset metrów dalej.

Wyobraźnia przeniosła go na zewnątrz, gdzie padał śnieg, a wcześniej zapowiedziano zamieć.

Z zamyślenia wyrwał go mocny głos kaznodziei.

– Ta dwójka zapoczątkowała ludzki ród, z którego wyłoniło się wiele ras ludzkich. Wy, drodzy parafianie, tak samo jak ja, też od nich pochodzimy. Ponieważ rasy mieszały się ze sobą, mamy w sobie domieszki różnej krwi. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. Nie zapominajmy o tym, aby nie wynosić się nad innych ludzi, odmiennych od nas kolorem skóry, wyglądem czy zachowaniem.

Mimo zaawansowanego wieku kanonik trzymał się prosto. Był tak stary, że pamiętał nawet dziadka Napoleona Sapiehy, tego ze strony matki. Nazywał się Grzegorz Orda i był złośliwym karłem, który po wzbogaceniu się na handlu kradzionym drewnem, został filantropem i dobroczyńcą. Stał się tak bogaty, że mimo wyraźnej ułomności, ożenił się niezwykle udanie, biorąc za żonę najładniejszą dziewczynę we wsi.

Więcej szczęścia miał Napoleon do matki, mądrej i urodziwej kobiety. Co najważniejsze, była normalnego wzrostu i rozsądnej wagi, choć pod koniec życia trochę utyła. Miała jedną słabość; była melancholiczką. To po niej Napoleon odziedziczył obezwładniający smutek. Nie miał pojęcia o tej przypadłości, dopóki nie skończył trzydziestego roku życia, kiedy melancholia objawiła się w całej krasie. Dowiedział się o niej od lekarza. Zgłosił się do niego, skarżąc się na złe samopoczucie. Ataki melancholii pojawiały się i męczyły Napoleona głównie w dni, kiedy środki masowego przekazu pokazywały ciężkie wypadki drogowe, katastrofy, pożary i powodzie, w których masowo ginęli ludzie i zwierzęta.

Wierni opuszczali kościół tak powoli, jakby nie było im zimno. Padał drobny śnieg i panoszył się siwy mróz. W drodze do domu Napoleon przemarzł jeszcze bardziej. Po przybyciu na miejsce, natychmiast zaparzył sobie duży kubek gorącej herbaty. Sączył ją powoli, myśląc o niesprzedanych obrazach wystawionych w galeriach miejskich. Zamierzał położyć się już spać, kiedy usłyszał dzwonek u drzwi. Zaniepokoił się. Zastanawiał się, kto mógłby chcieć odwiedzić go tak późno w taką pogodę. Był to syn Rafał z żoną i dwójką dzieci.

– Przepraszam, że nie powiadomiłem cię o naszym przyjeździe. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Przyjechaliśmy na weekend, aby cię trochę rozerwać. Najbardziej pragnęły cię widzieć Paweł i Karolinka. Nie musisz o nic się martwić, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Mamy nawet własną pościel, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zanim Napoleon znalazł się w łóżku, była już jedenasta. Zmęczony, zasnął od razu. W nocy na przemian budził się i zasypiał. Na początku jak zwykle miał krótki sen. Odwiedził go dziadek po kądzieli, karzeł, któremu się poszczęściło, oraz matka, urodziwa i mądra kobieta, po której odziedziczył melancholię. Potem zobaczył siebie samego w uścisku głębokiego smutku; patrzył w milczeniu przed siebie, nic nie widząc. Chwilę później straszliwie przeklinał, nie mogąc się wyrwać z potwornego nastroju.

Napoleon nigdy nie potrafił określić, jaki będzie przebieg nocy, kiedy będzie ona bezsenna, a kiedy coś będzie mu się śniło. Nie wiedział, od czego to wszystko zależało. W grę mogła wchodzić kawa, którą chętnie i często pił, ciśnienie atmosferyczne, nieobliczalne w swoich wahaniach, hormony wydzielane przez organizm, hamujące lub stymulujące delikatne połączenia nerwów w mózgu. Myślał także o działaniu leków, choć nie brał ich za dużo.

Po śnie o przodkach i melancholii, naszedł go upiór bezsenności. Kształtem przypominał niewyrosłego chłopca, ubranego w siną opończę z kapturem, z maską w miejscu twarzy, w której świeciły otwory na oczy. Po figurze i oczach Napoleon rozpoznał dziadka Ordę. Mieszkańcy wsi nazywali go złośliwym karłem. Napoleon miał go teraz przed sobą. Dziadek przypatrywał mu się uważnie, po czym wyciągnął rękę szarpnął go za ramię. To go zabolało, zacisnął więc zęby. Napoleon zacisnął zęby. Milczał, nie będąc stanie wykonać najmniejszego ruchu. Karzeł – trzymając go wciąż za ramię – drugą ręką wyciągnął zza pleców przedmiot przypominający małe widły i zaczął go żgać. Napoleon usiłował wyrwać się i uciec. Po kolejnym bolesnym pchnięciu wiedział, że musi zrobić coś drastycznego. Zaangażował w to całą siłę woli. Podjął decyzję. Zwarł się w sobie i kiedy oprawca nieznacznie się obrócił, skoczył mu na plecy, aby go okiełznać jak dzikiego mustanga i zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń.

– Będziesz posłusznie zmieniać moje nieudolne obrazy w użyteczne  przedmioty, które ludzie będą kupować – krzyknął dziadkowi do ucha. Na wszelki wypadek powtórzył polecenie, lecz usłyszał tylko szept. To go tak zaniepokoiło, że się obudził.

Wstając z łóżka, popatrzył na duży zegar ścienny rozjaśniony bladym światłem księżyca. Była godzina pierwsza piętnaście. Poczuł ucisk w dole brzucha i pomyślał, że pęcherz jest bardziej regularny niż budzik. Pierwszą potrzebę wyjścia do toalety odczuwał zawsze o tej samej godzinie.

Po powrocie z łazienki Napoleon nie kładł się już spać. Był przekonany, że nie zaśnie. Za bardzo się ożywił. Postanowił zająć się swoim biznesem. Nie był to pierwszy raz, kiedy zdecydował się pracować po nocy.

Najpierw włączył komputer i sprawdził pocztę elektroniczną. Ucieszył się; czekało na niego kilka emaili w sprawie grafik wiszących w galerii „Bufor” w centrum miasta. Miał kupców na trzy z nich. Były jeszcze emaile od osób pytających, czy mogą liczyć na rabat kupując większą ilość gadżetów z nadrukami jego grafik wystawionych na aukcji.

Siedząc wygodnie w fotelu pomyślał, że dobre wieści warto uczcić kieliszkiem wina. Podszedł do barku i wyjął kieliszek i butelkę. Przypatrywał się jej przez chwilę, po czym uznał plan za nieprzyzwoity. Przypomniał sobie zasadę, że nie pije przy pracy. Wrócił do biurka i zabrał się do roboty.

Miał szczęście, bo pracowało mu się bardzo dobrze. Nocna praca stała się normalną praktyką. W dzień malował obrazy, wykonywał grafiki i rysunki, głównie ilustracje książek, noc zaś poświęcał na ich promocję, sprzedaż oraz obsługę klienta. Robił to głównie przez Internet korzystając z poczty elektronicznej, rzadziej Skype’a. Z telefonu starał się korzystać jak najmniej; rozmowy telefoniczne uważał za stratę czasu.

Po udzieleniu odpowiedzi osobom zainteresowanym kupnem grafik, Napoleon podsumował wartość prac sprzedanych w ostatnim tygodniu  oraz sprawdził, ile pieniędzy ma na koncie w banku. Teraz miał czas na przyjemności.

W ciągu niecałej godziny opracował „dobową teorię życia artysty”. Wydała mu się niebanalna, ponieważ porządkowała działania twórcy sztuki w ciągu doby, co robił, o której godzinie i po co. Teoria miała sens praktyczny; była odpowiedzią na wyzwania i niepokoje codziennego życia. Pomysł chodził mu po głowie od dwóch miesięcy. Był to projekt natury prawie naukowej. W akademii sztuk pięknych, gdzie studiował malarstwo, nachodziły go ciągoty, aby zostać naukowcem. Myśląc o tym, zapisał tytuł i streszczenie teorii. Ostateczny tekst postanowił opracować w późniejszym czasie. Kiedy skończył, od razu zadzwonił do Erazma, wieloletniego przyjaciela, podobnie jak on aktywnego nocą. Chciał pochwalić się nietypowym osiągnięciem i usłyszeć jego opinię.

Prezentując teorię Sapieha nie dopuścił przyjaciela do głosu. Zrobił to celowo. Mówił tak, aby Erazm mógł się wypowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poznał całą treść. Był przygotowany na krytyczne uwagi przyjaciela, którego uważał za osobę mądrą i wyjątkowo zrównoważoną. Na ogół były one pozytywne. Tym razem Erazm zaskoczył go dosadnym i kwiecistym wezwaniem.

– Napoleonie! Doskonale wiesz, jak bardzo jestem ci życzliwy i dlatego boli mnie to, co muszę ci powiedzieć. Nie podoba mi się twoja teoria. Jest dobra dla biologa albo lekarza. Nie widzę czemu miałaby służyć. Nie widzę też rzesz artystów, którzy mieliby się nią entuzjazmować. Co innego twoje obrazy, rysunki i grafiki. W tym jesteś naprawdę dobry, osiągasz sukcesy, masz przed sobą perspektywy, których większość malarzy, grafików i rysowników mogłaby ci pozazdrościć. Jesteś doskonałym artystą, ale marnym teoretykiem. Teoria to nie jest twoja działka do uprawy.

Po zakończeniu rozmowy, Napoleon jeszcze raz uważnie przeczytał „dobową teorię życia artysty”. Uznał ją za niepotrzebny wybryk, nawet wygłup. Dziwił się sobie, że wcześniej myślał zupełnie inaczej. Wydrukowaną kartkę złożył w zamyśleniu w czworokąt, a potem jeszcze dwa razy przylegające do siebie trójkąty. To mu przypomniało Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę pojęć punktu, prostej, płaszczyzny, twierdzenia i teorii. Kiedy przypomniał sobie, że miało to miejsce w szóstym wieku przed Chrystusem i było niezwykle odkrywcze, wyrzucił kartkę z zapisem teorii do kosza na śmieci. Pomyślał o nim, że jest to pojemnik zużytych myśli i poronionych wyobrażeń.

Po odrzuceniu zbędnego balastu, Napoleon wrócił do łóżka. Ułożył się wygodnie i od razu zasnął. Nie spał jednak długo. Organizm zasilony wodą mineralną w czasie pracy przypomniał mu o sobie. Malarz po raz kolejny udał się do toalety.

Ponowny powrót do łóżka okazał się przyjemniejszy niż się spodziewał. Zapadł w głęboki sen. Otoczyła go obfitość dziwnych rekwizytów teatralnych. Najpierw były to figury geometryczne, co go nie zdziwiło. Zaraz po nich pojawiły się damskie figi i stringi w ciapki, sztuczny członek męski średnich rozmiarów oraz szczegóły damskiej anatomii ukryte w cieniu rudego uwłosienia. Był to prawdopodobnie efekt teorii Freuda i jego kontynuatorów, którymi Napoleon delektował się w chwilach, kiedy znajdował czas na czytanie dla przyjemności. Większość akcesoriów kojarzyła mu się jednak z teatrzykiem szkolnym, w którym występował jego jedyny wnuk, pięciolatek Pawełek.

Teatralia nie były największym zmartwieniem Napoleona, gdyż chwilę później napadła go nocna zmora. Nie wyglądało to na przywidzenie, ale zwyczajną, brutalną rzeczywistość. Zjawa hipnotyzowała go oczami bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Czując jej ciężki oddech na sobie, Napoleon stawiał opór, aby nie dać się sprowadzić do parteru jak w zapasach. Napięcie było tak wielkie, że z gardła wyrwał mu się okrzyk.

– Tym razem, zakało, skuję ci mordę!

Chwilę potem Napoleon był już górą; założył potworowi nelsoński chwyt i go dusił. Cieszył się słysząc, jak charczał. Było to przerażające przeżycie.

Zbudziło go łomotanie do drzwi. Kiedy otworzył oczy, w pokoju paliło się światło. W progu obszernej sypialni, służącej mu także za gabinet i atelier malarskie, stał przerażony Rafał.

– Usłyszałem potworne krzyki! Co się stało? Czy wezwać pogotowie?

Napoleon uspokoił się. Patrząc na bladego jak ściana syna, zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie mógł wywołać wśród domowników krzycząc przeraźliwie po nocy. Uspokoił syna i przeprosił. Po jego wyjściu z pokoju, zasnął po raz kolejny, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć.

Rano rodzina spotkała się przy śniadaniu. Napoleon Sapieha wyglądał na zmęczonego, oczy miał podkrążone a twarz oblekał mu wyraz znużenia. Pawełek, ukochany wnuczek, patrzył na niego spod oka kilka razy zanim się odezwał.

– Dziadek się zmienił. To nie jest ten sam dziadek. Bardziej podobał mi się ten poprzedni. Ktoś go nam podmienił w nocy – dzieciak był tak poruszony, że się rozpłakał i nie sposób było go uspokoić.

Rafał nie dostrzegł w ojcu żadnej zmiany, podobnie jak synowa. Dla nich był tym samym Napoleonem Sapiehą, człowiekiem, którego dręczą potworne sny i prześladuje mania pracy nocą.

Syn był niewyspany i zły. Miał pretensje do ojca.

– Ty mnie wykończysz swoim nocnym życiem. Zachowujesz się jak nietoperz. Z tym, że nietoperz porusza się cicho, ty natomiast robisz raban. To jest nie do zniesienia – skarżył się głośno. – Cały czas chodzisz po nocy, przestawiasz meble, prowadzisz z kimś rozmowy. Nad ranem, słyszałem to wyraźnie, rozmawiałeś przez drzwi wejściowe z listonoszem. Powiedziałeś mu, żeby zostawił listy w skrytce pocztowej przy furtce. Tato! Co się z tobą dzieje?

– Opowiadasz dziwactwa. To nie było tak – zaprotestował senior. – To ty musiałeś mieć jakieś niedobre sny. Ja pracowałem, robiąc wszystko po cichu. Nie było mowy, abym mógł kogokolwiek zbudzić. Owszem, otrzymałem i wysłałem kilka emaili, ale nie telefonowałem i nie odbierałem od nikogo żadnej przesyłki, ani z nikim nie rozmawiałem przez drzwi wejściowe. Wydrukowałem sobie natomiast założenia pewnej teorii. Można to sprawdzić, bo kartkę wyrzuciłem do kosza na śmieci.

Odpowiedź ojca jeszcze bardziej rozdrażniła Rafała. Uznał, że czas wyjaśnić ostatecznie jego nienormalne zachowania, to, co robi po nocy. Zastanawiał się chwilę, układając plan działań. Włożył buty i wyszedł na zewnątrz, przed dom. Na ścieżce prowadzącej z domu do furtki wyjściowej na ulicę nie było widać żadnych śladów, które by wskazywały, że ktoś nad ranem tamtędy chodził. Rafał popatrzył na skrytkę pocztową umocowaną przy furtce wejściowej. Tknęło go przeczucie. Wrócił do domu i zabrał klucz do skrytki. Wewnątrz nie było żadnych listów. Po powrocie do domu sprawdził kosz na śmieci w pokoju ojca. Znalazł tam złożoną kartkę papieru z opisem jakiejś dziwacznej teorii. Ojciec był skrupulantem i dokładnie oznaczał dokumenty datą i godziną ich aktualizacji, aby nie myliły mu się kolejne wersje.

Po nieudanej ponownej rozmowie, Rafał miał wszystkiego dość. Wytłumaczył żonie i dzieciom, że muszą natychmiast wracać do domu, bo zapomniał, że ma ważną pracę do wykonania na poniedziałek.

– Przypomniano mi to telefoniczne. To bardzo ważne. Przepraszam was za to, że zapomniałem.

Jadąc samochodem razem z żoną i dziećmi, Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co zaszło w nocy. Czuł, że coś jest nie w porządku i to niekoniecznie z ojcem. Przypomniał sobie, co mówiła mu przed laty nieżyjąca już sąsiadka, która znała Grzegorza Ordę.

– Pański pradziadek pod koniec życia miał problemy z głową. Zdziwaczał, stał się odludkiem, w dodatku nerwowym i wybuchowym. Męczyła go mania prześladowcza. Wpadał we wściekłość. Nie można było do niego podejść, bo chyba by człowieka rozszarpał na kawałki. Zdawało mu się, że ludzie go śledzą i robią mu na złość, że ktoś go nachodzi nad ranem, nawet w niedzielę. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił na głos, bo ludzie się go bali. Starsi ludzie pamiętali, że taki sam był jego dziadek czy też pradziadek. Bezpieczna była tylko jego żona, pańska babka, oraz pańska matka. Ten karzeł kochał je do szaleństwa.

Rafał przejechał kilkaset metrów i zatrzymał samochód. Przypomniał sobie, jak kilkakrotnie wpadał we wściekłość na jadącego przed nim kierowcę, który zwalniał przed zakrętami blokując mu drogę. Myślał wtedy, aby go wyprzedzić i gwałtownie zahamować. Raz nawet to zrobił. Zakończyło się to na szczęście tylko stłuczką i przekleństwami poszkodowanego właściciela samochodu. Raz pomyślał nawet, aby zjechać na przeciwny pas jezdni i zderzyć się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem.

Żona i dzieci siedzieli spokojnie czekając, aż im powie, dlaczego się zatrzymał.

– Wyjdę na chwilkę, aby się przewietrzyć. Nie czuję się dobrze po wczorajszej nocy. Ojciec mnie przeraża. Pobyt u niego źle na mnie wpłynął.

Popatrzył na żonę.

– Przesiądź się, Adrianno, na siedzenie kierowcy, zanim wrócę. Wolę, abyś ty prowadziła.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, sierpień 2020

0Shares

Zimowy las. Opowiadanie.

Wypełniała go fantazja. Płynęła w nim strumieniem źródlanej wody, przezroczystej i ożywczej, z którego mógł czerpać do woli, aby gasić pragnienia żyjące w każdym człowieku. Zamiast pozwolić jej ujawnić się w pełni, tłumił ją, wzbraniał się przed nią, przyglądał jej się niezdecydowanie, bez pewności sukcesu, na jaki zasługiwała. Zamiast wyjąć sztalugi i płótno, i malować cudowne pejzaże, łamał pędzle i wylewał farby, zamiast pisać poezję, upijał się niepewnością i dusił w sobie wzruszające słowa.

Fantazja pojawiła się w nim znacznie wcześniej niż wszystkie małe i duże psy, które uwielbiał, chyba z wzajemnością, ponieważ łasiły się do niego i prosiły głośnym ujadaniem, aby rzucał im patyk w powietrze, daleko. Kiedy to czynił, biegły jak szalone, chwytały go w pysk, przynosiły, aby zaraz potem żartobliwie warcząc odmawiać wydania zdobyczy,  równocześnie jakby prosząc, aby ją siłą odebrał i znowu rzucił.

W zabawie niezmordowana była suczka. Nazywała się Cezarea, miała krótką sierść i śmieszny pysk bokserki i zwyczaj wbiegania na zmarzniętą taflę lodu i drapania, prosząc szczekaniem, aby pękł i pozwolił bawić się z nią ukrytej pod nim wodzie.

Działo się to zimą, w lesie zaklętym w ciszy i śniegu, puszystym i skrzącym z mrozu, zaludnionym kwiczołami. Siedziały nieruchomo na gałęziach, jeden obok drugiego, niepłochliwe, ubrane w grube futra piór, milczące, czekające na zbawienie. Miały je otrzymać od słonecznych promieni schowanych za górą, które niby złote strzały wytrwale wspinały się po stromym stoku, ściśle porośniętym lasem podobnie jak ptaki piórami.

Tam właśnie mężczyzna z plecakiem, nałożonym na grubą kurtkę, spotkał kobietę ukrywającą przed światem czar i wdzięk dojrzałości. Ubrana była w duże buty i szorstkie spodnie, i karmiła dwa psy, śmiejąc się do nich i opowiadając o nich niebywałe historie. Nosiła ciemne okulary; chroniły ją przed promieniami słońca odbitymi od zimowego puchu, stworzonego przez Boga dla zabawy, a naprawdę to dla ukrycia prawdy o kobiecości i męskości. Promieniowało od niej łagodne ciepło, prawie niewyczuwalne w mroźnym powietrzu, miłe dla ucha wdziękiem słów i treścią opowiadań.

W momentach, kiedy się śmiała, śnieg topił się wokół niej, pojawiały się strumyczki wody i rosły, spływając w dół drogi, zaraz potem dzieląc się na warkocze, nad którymi zakwitały intensywnie żółte kaczeńce. Pochodziły one ze wspomnień mężczyzny z plecakiem, z odległego rowu przekopanego przez łąkę, odprowadzającego wiosną nadmiar wody ze stawiku z malutkimi karasiami, linami i płotkami. Dobrze pamiętał ten stawik, bo to nad nim siadł mu kiedyś na ramieniu kolorowy ptak i milcząco zastanawiał się, czy warto lecieć dalej, a jeśli tak, to dokąd.

Wszystko to słyszały i widziały psy, albo czuły przez skórę, ponieważ cieszyły się jak szalone, biegając po głębokim śniegu i strasząc ujadaniem, że go zjedzą. Ciemniejszy z nich, o imieniu Salazar, był już poważnym seniorem. Nie przyznawał się jednak do tego, nie pokazywał swojego wieku ani też go nie ukrywał, tak jak ludzie, tylko bawił się buszując w śniegu w poszukiwaniu myszy. Zagłębiał się w chaszcze i węszył, wynurzając od czasu do czasu nos obsypany białym puchem. Rozradowany swoim niby to polowaniem, niby zabawą, zapominał o bożym świecie i kompletnie ignorował przyzywające go okrzyki i gwizdy właścicielki.

Jak tylko nadeszła wiosna niezwykła poezja zimy, ptaków, psów i ludzi rozpuściła się w leśnych wspomnieniach, jak wszystko, co przynoszą i zabierają ze sobą kolejne pory roku.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 08 2020

0Shares

Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”. Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to; jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował, że człowiek, jak ma aak szału, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe, na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata. Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza.

– Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki na wszelki wypadek.

– Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

Odc. 22 Apteka

W miarę rozszerzania się epidemii życie społeczne komplikowało się. Dla niektórych grup obywateli stawało się wprost nie do zniesienia. Ludzie zachowywali się w sposób coraz trudniejszy do przewidzenia, częściej popełniając też samobójstwa. Pojawiły się różne teorie wyjaśniające ten stan rzeczy. Alfred przestał mieć wątpliwości, że sprawa epidemii jest czystym przypadkiem działania natury. Teorie konspiracyjne wyrastały jak grzyby po deszczu, każda następna coraz solidniej uzasadniona. Sam też opracował teorię, do której stworzył wielowariantowy model matematyczny. To dawało mu przewagę nad konkurentami. Pracował nad nią nieprzerwanie, doceniając konieczność skuteczniejszego przewidywania przyszłości.

Już pierwsze próby modelowania przyszłości wskazywały, że pogłębiająca się epidemia będzie przynosić coraz tragiczniejsze skutki. Wniosek mógł być tylko jeden; apteka stała się instytucją społeczną, bez której społeczeństwo nie będzie w stanie przetrwać. Piekarnia i wędliniarnia siłą rzeczy zeszły na plan dalszy. Ich rola społeczna zmalała w jego ocenie.

Alfred skoncentrował się na aptece, z której usług korzystał najczęściej. Była to Apteka Panorama, jego ulubione miejsce zaopatrzenia w leki. O nowej roli apteki, wynikającej przede wszystkim z jego modelowania matematycznego, poinformował od razu kierowniczkę i personel. Uważał, że cała załoga bez wyjątku powinna być świadoma, że reprezentuje coś znacznie więcej niż tylko punkt dystrybucji leków.

– Apteka stała się w dobie gwałtownych zmian i zagrożeń życia centralną instytucją społeczną. Jest rodzajem Sevres pod Paryżem, gdzie znajduje się wzorcowa miara systemu metrycznego, wzór wszystkich miar długości, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. W najbliższej przyszłości apteka będzie łączyć skład i punkt dystrybucji leków z kulturą i edukacją. Ostatecznie stanie się oazą postępu i ostoją równowagi psychicznej i moralności społecznej. Będę z paniami współpracować, aby rola tej apteki rosła i nikt nie miał wątpliwości, że to tutaj decydować się będą losy lokalnej społeczności i obywateli.

Wyobraźnię Alfreda, oprócz wyników modelowania matematycznego, rozpaliło drobne z pozoru wydarzenie. Kilka dni wcześniej, było bardzo gorąco, Alfred poczuł się tak słabo, ze farmaceutka wydająca mu przepisane lekarstwo, wydała mu przez omyłkę opakowanie z trucizną, którą przyjął w przekonaniu, że bierze właściwy lek. Natychmiast poczuł, że zapada się w ciemność jakby zjeżdżał szybkobieżną windą w kopalni węgla kamiennego. Nic się oczywiście nie stało, ponieważ kobiety zauważyły jego stan i od razu podjęły akcję ratunkową podając mu odtrutkę. Obudził się na krześle na środku apteki z buteleczką „Carbo medicinalis” w ręce.

To niezwykłe przeżycie rozpaliło jego wyobraźnię. Od tej pory, ilekroć przychodził do apteki, doznawał niezwykłych przeżyć. Cieszył się nimi. Były mu one potrzebne, gdyż od czasu odejścia ze szkoły jego życie marniało szybciej niż niepodlewana róża. Podkreślił to przy kolejnej wizycie, aby ostatecznie rozwiać niepokój farmaceutek co do minionego zdarzenia.

– Apteka pań stała się dla mnie równie ważna jak zielona oaza dla arabskiego nomady i jego wielbłąda, spragnionych wody, pożywienia, chłodu i wypoczynku. Potrzebuję więcej przestrzeni i szerszego oddechu i to właśnie tutaj znajduję.

Piekarnię i wędliniarnię uznał Alfred za miejsca ważne i niezbędne, aby nie doznać głodu i odprężyć się erotycznie, a nawet przetestować granice wyuzdania w egzotycznych warunkach. Nie sprzyjały one jednak rozwojowi intelektualnemu, duchowemu i moralnemu w warunkach zagrożenia epidemiologicznego.

Następnym razem, kiedy zjawił się w aptece, wydała mu się ona świątynią zadumy i poważnych rozważań. Panowała w niej atmosfera wieczornego słońca. Skąpana w jasności apteka wyglądała tak rewelacyjnie, że nazwał ją filmowym imieniem „Bulwaru Zachodzącego Słońca”. Kiedy zaproponował paniom zmianę jej nazwy na bardziej ambitną i wymowną reklamowo, nic nie odpowiedziały. Zrozumiał, że zaskoczył je swoją propozycją i muszą ją przemyśleć zanim wyrażą opinię. Zgodziły się natomiast bez zastrzeżeń, że apteka jest miejscem powagi, gdzie rozstrzygają się sprawy życia i śmierci.

Alfred dodał do tego: „ a w przyszłości będą także decydować się sprawy rozwoju intelektualnego i duchowego”. Jego słowa nie wywołały pozytywnej reakcji, tak jak oczekiwał.

W piątek, przed długim weekendem wolnym od pracy, pod koniec godzin urzędowania apteki, Alfred przyniósł kilka ciastek z pobliskiej cukierni.

– Proszę się częstować. Ciastka są wyśmienite, szczególnie te tortowe. Wiem to z własnego doświadczenia i opinii znajomych.

Kobiety wahały się. Alfred postanowił przełamać ich niezdecydowanie, przemawiając z ostrożną zachętą, aby nie przesadzić.

– Proszę tylko spróbować. Choćby jeden gryz. To naprawdę niewiele.

Dobierając dalsze słowa zachęty Alfred użył zdrobnień, które zbyt późno uznał za przesadne. Zaproszenie zabrzmiało jak rozmowa z małymi dziećmi. Było w nim pragnienie sprawienia przyjemności także sobie. Chciał ujrzeć uśmiech na twarzach osób obdarowanych wyraz zadowolenia i wdzięczności. Od dłuższego już czasu myślał o aptekarkach z troską i niepokojem.

Odc. 23 Stres

Od kilku miesięcy wirus ulegał niebezpiecznym mutacjom. Towarzyszyły mu pozornie niezbyt groźne przypadłości i choroby, grypa azjatycka, przeziębienia, zapalenia płuc, także dziwne zatrucia pokarmowe. Ograniczenia poruszania się w miejscach publicznych zwiększały ryzyko cukrzycy i otyłości. Szpitale zakaźne wypełniały się pacjentami. W niejednym brakowało maseczek, przyłbic na twarz lub rękawiczek ochronnych.

Alfred uznał, że jego świętym obowiązkiem w tym trudnym czasie jest pomagać personelowi apteki redukować stres. Pomysł jaki przyszedł mu do głowy, to słodycze, poprawiające nastrój. Kiedy zaproponował, że przyniesie ciastka zauważył niepewność oczach kierowniczki apteki, lecz nie rozumiał dlaczego.

– Nikt nam nie oferuje ciastek. To mogłoby wyglądać jak przekupstwo – wyjaśniła, poważnie patrząc mu w oczy.

– Proszę nie żartować! – zaoponował. – Nie można nikogo przekupić ciastkiem. To nierealne, przynajmniej u nas. Może jakiegoś biedaka, który nie jadł od trzech dni. Ale musielibyśmy żyć w Indiach, a nie w … Przecież panie mnie znają i wiedzą, że kieruję się sercem a nie podstępną chęcią zdobycia zaufania w niejasnych celach

Postanowił pracować nad złagodzeniem stosunku personelu apteki do niewinnych propozycji klientów. Zrozumiał, że musi zreformować uczucia i poglądy wszystkich pań pracujących w aptece. Zamierzał w tym celu oferować drobne, gustowne lecz niekosztowne upominki. Mógłby to być pojedynczy kwiat lub bukiecik niezapominajek, które sam uwielbiał, ewentualnie drobny kosmetyk. Wymagało to zbadania gruntu, zrozumienia pragnień i wrażliwości kobiet.

Starał się być uczynny w sposób naturalny, nie narzucający się, gdyż sam nie znosił zachowań, kiedy pod pozorem uprzejmości mężczyzna ukrywa skryte intencje. Mimo ograniczonego doświadczenia z kobietami – był żonaty tylko dwa razy, w dodatku niezbyt udanie – rozumiał znaczenie prostych i szczerych propozycji. Przy pierwszej okazji złożył ofertę:

– Idę zrobić zakupy. Może panie czegoś potrzebują?

Mimo jego starań, aptekarki odmawiały przyjęcia nawet skromnej pomocy, pod jakimkolwiek wymyślonym pozorem. Raz jednak, kiedy ponowił propozycję, starając się zachować takt i umiar, Zuzanna, drobna czarnula z włosami upiętymi w zgrabny kok, zgodziła się. Chodziło o drobiazg, serek homogenizowany „Wiosenny” oraz butelkę wody mineralnej „Duszna Góra”. Alfred uznał to za pierwszy przyczółek do nawiązania bardziej intymnej współpracy.

Odc. 24 Kultura

Nadeszła pełnia lata, gorąca i sucha. Trudno było oddychać. Ludzie przestali poruszać się po mieście. Na wszystkich padł blady strach. Wirus przeszedł kolejną mutację, nabył dodatkowe bardzo przyczepne czułki,  zwane organellami, i stał się naprawdę zjadliwy. Nastąpiły masowe zachorowania, szpitale nie były w stanie przyjmować więcej pacjentów. Alfred, a także nauczyciele – wiedział to, ponieważ często rozmawiał telefonicznie z nauczycielką filozofii i logiki – jeśli gdzieś wychodzili to do najbliższego sklepu oraz do apteki. On sam chodził tam częściej niż zawsze, czasem nawet dwukrotnie w ciągu dnia, aby odebrać zamówione leki. Mało rozmawiał z ludźmi, ale wszyscy mieli te same obawy. Zamykali się w domach jak w warowniach. Świat się skurczył, przede wszystkim rozrywki. 

Dojazdy do pracy traktowano jak rosyjską ruletkę.

– Nigdy nie wiesz, czy nie zarazisz się wirusem. W autobusach i tramwajach aż ciemno jest od niego, tyle ludzi jeździ środkami masowej komunikacji. Wskutek redukcji uposażeń, mało kto ma dziś pieniądze na benzynę – Alfred podsłuchał tn fragment rozmowy stojąc w kolejce przed apteką.

Znikły imprezy kulturalne. Koncerty muzyczne i wokalne, opera, spektakle teatralne, śpiewy chóralne i wystawy przeniosły się do radia, telewizji i Internetu. Elektroniczne media stały się schronieniem dla kultury. Czasem jakiś zespół wystąpił gdzieś na podwórku lub placu, ale i to się skończyło, bo okazało się zbyt niebezpieczne. Alfredowi najbardziej brakowało galerii malarskich. Cierpiał z tego powodu; był fanem malarstwa.

Wracając wieczorem z apteki, Alfred wspominał, jak przyjemne jest to miejsce: klimatyzacja, spokój, dużo przestrzeni, ludzi jak na lekarstwo, uprzejma obsługa. Idealizował aptekę. Oddychał w niej pełną piersią, czując zapach ziół i niezwykłą woń różnych mikstur medycznych. Patrząc na ściany ozdobione wywieszkami i plakatami, wyobraził sobie obrazy olejne w drewnianych ramach przedstawiające trzy farmaceutki pracujące za ladą. 

To nasunęło mu myśl stworzenia w aptece galerii malarstwa. Myślał o Luwrze, jako o wzorze. Luwr zwiedzał dwa razy, kilkanaście lat wcześniej. Zamarzył, aby apteka stała się kultowym miejscem kultury, na co w pełni zasługiwała. W domu Alfred odświeżył sobie pamięć odbywając po Luwrze zdalną wycieczkę z przewodnikiem. To go umocniło w przekonaniu, że idea jest jak najbardziej słuszna. Zapalił się do niej.

Odc. 25 Galeria sztuki 

W domu Alfred stworzył plan kulturowego rozwoju apteki. Przy najbliższej okazji przedstawił go Zuzannie, kierowniczce apteki. Od pierwszego spotkania wiązał z nią poważne nadzieje. Były one tak intymne, że krępował się myśleć o nich z obawy, aby czegoś nie zepsuć. Miał w pamięci dwa nieudane małżeństwa i to rujnowało mu radość myślenia o kobiecie.

Zuzanna obiecała przedstawić plan z personelowi. Następnego dnia zadzwoniła, że plan został przyjęty.

– Koleżanki powiedziały mi, że od dawna o czymś takim myślały. W warunkach poważnych zagrożeń zdrowia publicznego potrzebne jest szersze widzenie zadań apteki. To znaczy, musimy zajmować się nie tylko zdrowiem w sensie fizycznym, ale i rozwijać kondycję intelektualną i psychiczną społeczeństwa. Z tą kondycją jest niestety coraz gorzej. Ludzie cofają się w rozwoju. Rozpaczliwie potrzebują stymulacji duchowej. To ważne pole naszego działania.

Alfred zachwycił się podejściem Zuzanny. Jej rzeczowość i bezpośredniość uprościły sprawę. Od razu podjął odpowiednie kroki. Przy każdej wizycie omawiał z paniami z apteki działania niezbędne dla realizacji planu. Wymieniali się wtedy pomysłami i wzajemnie przekonywali. Sztuka malarska, a w szerszym sensie kultura, stały się jego namiętnością. Tak bardzo go to wciągnęło, że zastanawiał się nawet, czy nie zrodzi to zagrożeń dla zespołu. Bał się zbudować piramidę oczekiwań, która pod wpływem trudniejszych wydarzeń mogłaby rozsypać się, grzebiąc w gruzach nadzieje coraz bardziej zwartego zespołu.

Czekając w aptece na podejście do okienka, Alfred obserwował farmaceutki. Lubił je wszystkie, wpadły mu w oko już przy pierwszej wizycie. Zachwycała go ich świeżość i naturalność zachowań, cechy, które cenił u kobiet oraz łagodność, którą cenił najwyżej. Aptekarki uporządkował sobie według wzrostu. Był to najprostszy zabieg matematyczny, nawyk wynikający z nauczania matematyki.

Z lewej strony stanęła Zuzanna, kierowniczka apteki, najbardziej postawna z całej trójki. Nadał jej ksywę „Zuzi”; w nowym imieniu słyszał dźwięk harfy i czuł dawkę egzotyki. Druga wedle wzrostu była Aldona. Po namyśle nadał jej ksywę Smukła. Przypadło jej miejsce środkowe. Trzecia była Alti, istota o dużych ciemnych oczach. Nazwał ją Drobną Czarnulą. Co do tej ksywy miał najmniej wątpliwości. Była jej przeznaczona. Stojąc na końcu szeregu Alti nie wydała mu się niższa od koleżanek.

Ogarnął je wszystkie wzrokiem i zawstydził się. Było to właściwie zażenowanie, że wcześniej nie nazwał je Aptekareczkami. Poczuł się niezręcznie. Ekspedientki w piekarni nazwał Piekareczkami, a personelowi apteki, osobom o nieprzeciętnej wiedzy o człowieku i zdrowiu, od razu nie przyznał należnego im ciepłego imienia. Była to jego ulubiona forma zdrobnienia.

Kobiety przypominały modelki pozujące artyście-malarzowi. Alfred poczuł szybsze bicie serca i pomyślał, że powinny się rozebrać do naga jak przysłowiowa kura do rosołu. Myśl wydała mu się bezwstydna, szybko ją odrzucił. Nie była też do przyjęcia z uwagi na konserwatyzm klientów apteki. Formułował swoje myśli.

– Niektórzy klienci straciliby chęć przychodzenia tutaj, uznając to za miejsce stworzone na ich utracenie. Tak z pewnością myślałyby kobiety wysyłające do apteki swoich mężów.

Nie przeszkodziło to mimowolnemu, nie wiedział nawet kiedy to nastąpiło, rozebraniu Aptekareczek. Ich nagość zachwyciła jego artystyczną duszę. Wszystkie miały karnację o różnych odcieniach słonecznego aksamitu. Najciemniejszą miała Drobna Czarnula. Przypominała Hiszpankę z południa kraju, gdzie najsilniej operuje słońce. Alfred poczuł się jak rozpieszczany przez los młody malarz portrecista.

Odc. 26 Kompozycje

Wracając do rzeczywistości, Alfred wzrokowo ustawił aptekarki na tle ściany apteki. Za kontuarem widoczne były tylko ich ramiona, piersi i głowy. Wyobrażał sobie różne ich konfiguracje. Poszukiwał najbardziej wymownej, uwzględniając kolor, tło, oświetlenie, zróżnicowanie postaci oraz perspektywę klienta. Postanowił kontynuować te testy przy kolejnych wizytach w aptece.

Zamierzał przekonać Aptekareczki, aby przychodziły do pracy w bardziej atrakcyjnych ubiorach, podkreślających ich niepoślednią urodę.

– Chciałbym, abyście pozowały w nich artyście, który namaluje obrazy olejne dla naszej galerii aptecznej.  

Sugestię tę skierował do Zuzi, kiedy znalazł się naprzeciw niej przy okienku.

– Dlaczego olejnych? – zapytała, unosząc w górę twarz osłoniętą przyłbicą.

Alfred poczuł zapach perfum zmieszany z wonią alkoholu salicylowego, którym odkażała ręce.

– To utrwalona wieloletnią tradycją technika malarska, pozwalająca na wydobycie i utrwalenie całego piękna postaci.

Apteka Panorama w roli promotora kultury w okresie epidemii stała się dla Alfreda wyzwaniem.

– Placówki kultury nie da się zbudować od ręki. To nie jest żadne hula hop ani hip-hop -tłumaczył Erazmowi, z którym konsultował ważniejsze pomysły i przedsięwzięcia. 

Działał systematycznie i konsekwentnie. Galerię można było stworzyć tylko drogą stopniowych zmian w rozumieniu roli apteki w okresie zagrożenia wirusem. Częstsze wizyty Alfreda w aptece stały się koniecznością. Aby wypadło to naturalnie, Alfred wymyślał nowe uzasadnienia swoich wizyt. Na początku przyjął zasadę kupować mało i często. Środki dezynfekujące, maseczki i rękawiczki ochronne kupował nie więcej niż dwie sztuki jednorazowo. Wymawiał się, że nie może kupić więcej, ponieważ zapomina zabierać kartę bankową, a nie nosi przy sobie większej ilości gotówki. Były też inne uzasadnienia. A to zapomniał kupić tabletki na ból głowy, a to przyjaciel skaleczył się i pilnie potrzebował środka dezynfekującego, a to sąsiadka prosiła go o zasypkę dla wnuczka.

Przed każdą wizytą w aptece, robił sobie notatki. Studiował je w drodze do apteki przygotowując się do rozmów z Aptekareczkami. Stało się to jego pasją do tego stopnia, że zastanawiał się, czy przypadkiem swoją gorliwością nie wywoła nadmiernego niepokoju u pań z apteki. Bał się stworzenia piramidy oczekiwań, która pod wpływem jakiegoś niekorzystnego obrotu spraw mogłaby rozsypać się grzebiąc w gruzach jego wielkie nadzieje.

Na jego oczach rodził się zespół osób darzących się zaufaniem. Miało to kapitalne znaczenie dla pracy w warunkach konspiracji, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiele wskazywało, że jest to możliwe. Telewizja od pewnego czasu informowała, że zagrożenie wirusem nie zmalało lecz urosło a kraj ogarnęła pandemia. Rząd stosował coraz silniejsze środki kontroli epidemiologicznej. Media wciąż tworzyły nowe scenariusze rozwoju wydarzeń. Jednym z nich było pojawienie się władzy autorytarnej.

– Dla kontroli zachowań społecznych w warunkach zagrożenia każda władza wykazuje skłonność do autorytaryzmu. Inaczej mówiąc, bierze społeczeństwo za mordę, aby się nie się rozbrykało w niewłaściwym kierunku. Właśnie tak. I to nie jest żart – tę prowokacyjną myśl podsunął Alfredowi kolega dziennikarz.

Alfred liczył się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a nawet przejęcia władzy przez wojsko. Budując zaufanie, zmierzał podświadomie w kierunku konspiracji, gdyby ten scenariusz okazał się prawdziwy. Zdolność konspiracji zamierzał osiągnąć zacieśniając więzy osobiste z Aptekareczkami. Myślał politycznie; od czegoś trzeba było zacząć.

Odc. 27 Ksywa 

Szczepienia ochronne stały się przedmiotem teorii konspiracji. Przypisywano im diaboliczne role. Pojawiły się opinie, że prowadzą do autyzmu, zmniejszają odporność na antybiotyki, powiększają obciążenia genetyczne i wpływ zanieczyszczeń powietrza na organizm. Alfred postanowił to wykorzystać. Zapytał dyżurną farmaceutkę, Serenę, o szczepienia przeciwko grypie i pneumokokom.

– Nie są one obowiązkowe, ale pożądane. Lekarze uważają je wręcz za konieczne.

Farmaceutka, umiarkowana brzydula, czasowo zastępująca Drobną Czarnulę, była krytyczna na temat rodziców, odmawiających szczepienia swoich dzieci.

– Takich ludzi należałoby wytruć. Sama bym to zrobiła, gdybym nie była aptekarką. Moją misją niestety jest nieść pomoc, a nie zabijać.

Alfred nie zareagował na jej nietypowy pogląd. Miał w tym cel; chciał przekonać aptekarkę do swoich planów.

Konspirację budował spokojnie, systematycznie i tak umiejętnie, że pewnego dnia farmaceutki uznały, że to one wystąpiły z tym pomysłem. Było mu to na rękę. Cieszył się, że znalazły się po jego stronie.

Plan rozwoju konspiracji wyłożył, jak zwykle, najpierw Erazmowi, a następnie przedstawił Zuzi.

– W razie zagrożenia kontaktujemy się potajemnie. Wrażliwe informacje i materiały przekazujemy sobie w opakowaniach leków. Wyglądałoby to tak: Przychodzę i coś kupuję, i jeśli panie w aptece mają mi do przekazania jakieś poufne informacje umieszczają je w opakowaniu leku. Z drugiej strony, jeśli to ja miałbym coś do przekazania, wkładam to do opakowania przeterminowanego leku i wrzucam do pojemnika z lekami do utylizacji. Przesyłka byłaby oznaczona. Nie musi to być nic skomplikowanego, na przykład znak „x” w lewym górnym rogu strony głównej opakowania. Nawet w pełnym świetle dnia z kilkoma klientami w aptece, nikt nie będzie w stanie niczego zauważyć. Sygnał, że mam coś do przekazania dawałbym wkładając okulary w złotej oprawce zawieszone na bordowym rzemyku.

Informacje o rozwoju kultury malarskiej w aptece i inne posunięcia powoli tworzyły wokół Alfreda atmosferę niezwykłości, a nawet tajemniczości. Widział siebie coraz wyraźniej w roli celebryty. Wyobrażał sobie, jak różne osoby i instytucje zwracają się do niego z prośbą, aby wypowiedział się publicznie w ważnej sprawie, udzielił wywiadu lub sponsorował akcję dobroczynną. Czuł, jak przechodzi z bezimiennej masy obywateli do kręgu łatwo rozpoznawanych i szanowanych.

W związku z postępującym awansem społecznym, Alfred zdecydował się porzucić pseudonim Świrus. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, skonsultował plan z Erazmem. Czuł się z nim bezpiecznie, był gotów powierzyć mu najskrytszą tajemnicę. Przyjaciel był przewidywalny. Alfred mógł się spodziewać od niego tylko pochwały, jeśli plan był dobry, lub wyrozumiałości i pomocy, jeśli był wadliwy.

– Ksywa Świrus przylgnęła do mnie jak pijawka. Teraz, kiedy sięgam wyższych kręgów społecznych, budzi coraz więcej niedobrych skojarzeń. Zebrałem opinie czterech znanych osobistości: intelektualisty, lekarza, wyższego urzędnika państwowego oraz pewnego arystokraty. Ufam tym ludziom, wiem też, że świat ceni ich opinie. I co się okazało? Świrus kojarzy im się głównie z chorobą psychiczną, przytułkiem dla obłąkanych, szaleństwem, a nawet zboczeniami!

Alfred rozważał jeszcze ksywę Szajbus, bliską Świrusowi. Erazm odrzucił ją bez wahania, rozpoznając w niej przezwisko.

– Ta ksywa brzmi zbyt ciężko. Kojarzy się z żelazną sztabą, jaką rzucają między sobą napakowane sterydami osiłki, w celu jednoczesnego ćwiczenia siły i refleksu. Ta niby zabawka jest niezwykle niebezpieczna. Gdyby upadła takiemu kulturyście na głowę, nawet chronioną kaskiem, natychmiast zrobiłaby z niego kalekę. W przypadku uderzenia w głowę nieuzbrojoną w kask ochronny, zaprowadziłaby nieszczęśnika prosto na cmentarz.

Sytuacja Alfreda była oczywista: potrzebował pseudonimu odpowiadającego jego rosnącej pozycji społecznej. Nowy pseudonim powinien budzić podziw i respekt. Myślał nad tym w nocy. Ksywa „Ekscentryk” przyszła mu do głowy dopiero nad ranem. Od razu mu się spodobała. Alfred od razu usiadł do biurka z czystą kartką w ręku. Spisał na niej, nie bez wahania, czym będzie się kierować będąc już uznanym ekscentrykiem: być w ofensywie, zaskakiwać ludzi, nie bać się ośmieszenia, zachowywać się dojrzale a równocześnie spontanicznie, być człowiekiem niezależnym, kierować się w wyższym stopniu intuicją, w ekstremalnych sytuacjach być nieobliczalnym człowiekiem. Dla nadania pełnej powagi postanowieniu, przypieczętował je krwią. Nakłuł sobie palec i wycisnął z niego kroplę krwi. Zanurzywszy w niej końcówkę naostrzonego ołówka, podpisał się pod dokumentem. Poczuł wzniosłość chwili. Chciał podzielić się tym uczuciem z Erazmem, nie była to jednak stosowna pora. Zbliżała się godzina czwarta rano.

Odc. 28 Przemiany

Buszując po Internecie, Alfred natknął się na nowelę „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Stevensona. Słyszał o niej wcześniej, była przełomem w literaturze kryminalnej. Zafascynowała go niezwykła osobowość głównego bohatera; odpowiadał Alfredowi duchowo. Stał się dla niego symbolem i wzorcem. Myślał o nim przez pół nocy. Była to bardzo pozytywna rozrywka umysłowa. Bardzo mu jej brakowało od czasu, jak przestał uczyć w szkole. Czuł, że ta podwójna osobowość, zachowująca się inaczej w dzień i inaczej w nocy, będzie dobrze służyć jego celom.

Po obiedzie Alfreda męczył niezwykły ból głowy. Jego przyczyną mógł być posiłek zamówiony w pobliskiej restauracji. Było to właściwie jedno danie z dużą ilością duszonych grzybów. Alfred przyjął podwójną dawkę środka przeciwbólowego, potem co cztery godziny brał już normalną, rekomendowana ilość. Niewiele mu to pomogło. Kiedy kładł się spać dwie godziny przed północą, czuł się nadal źle. Była to niespokojna noc; mimo złego samopoczucie nic mu się nie śniło. Trochę tego żałował, ponieważ nie jeden raz czerpał ze snu dobre pomysły.

Rano zadzwonił do Erazma.

– A może po prostu nie zapamiętałeś snu? – Erazm usiłował oderwać przyjaciela od złych myśli.

– Stara się mnie pocieszyć. To jedyny człowiek życzliwie myślący o mnie – skwitował Alfred.

Rozmowa dobrze na niego podziałała, wkrótce uspokoił się. Siedział w fotelu, ciesząc się, że odzyskuje równowagę i dobre samopoczucie.

Październik przyniósł dwa tygodnie dni mrocznych i wilgotnych, bez odrobimy słońca, tych najobrzydliwszych, kiedy wszyscy marzą o mrozie zabijającym zarazę i smutek wiszący w powietrzu. Alfred obudził się rano z wielkim trudem, skołowany i niechętny do jakiegokolwiek działania. Zdjął nogi z łóżka na podłogę, po ciemku wciągnął kapcie na nogi, i poszedł, a raczej powlekł się do kuchni, aby napić się wody. Idąc czuł wyraźnie, że obok idzie ktoś drugi, stawiając kroki tej samej długości, w tym samym co on tempie. Pomyślał, że są tego samego wzrostu, i skojarzył to sobie ze sceną z noweli „Dr Jekyll i pan Hyde”. Po powrocie do sypialni, aby nie zapomnieć dziwnego przeżycia, od razu zapisał w kronice osobistej:

– Odkryłem w sobie drugą osobę. Zachowuje się identycznie jak ja, wygląda jak ja, ale wiem, że jest to ktoś inny. Odezwałem się do niego i ku menu zdumieniu, on mi odpowiedział. Nie musiałem nawet się przedstawiać, znał mnie już. Nazywa się Sobo. Poczułem się raźniej. Jest nas teraz dwóch w świecie rzeczywistym.

Rano sprawy nie ułożyły się dobrze. W kuchni doszło do drugiej rozmowy. Alfred i Sobo poróżnili się. Alfred uznał, że nie było to miłe przeżycie, ale też i nie tragiczne. Zaliczył to do nieporozumień, jakie zdarzają się każdemu i zanotował w pamiętniku.

– W rozmowie z Sobo poprosiłem, aby używał wobec mnie imienia Ekscentryk, ewentualnie Alfred. On jednakże uparł się, aby nazywać mnie Świrusem.

– Przywykłem do tego – odpowiedział – i nie widzę powodu, abym miał to zmieniać. Będę nazywać cię Świrusem.

Alfred przekonywał Sobo, ale odmówił. W końcu musiał zaakceptować jego dziwactwo.

W ciągu dnia z nudów lub z potrzeby chwili prowadzili konwersacje. Dla Alfreda było to dziwne uczucie, rozmawiać z samym sobą. Zastanawiał się, czy jest jakieś pojęcie matematyczne na określenie takiej sytuacji. Byłoby mu wtedy lżej na duchu. W nocy Sobo zaczepiał go kilka razy, zadając mu pytania.

– Jak się czujesz? Chyba nie śpisz. Co robisz, jak nie śpisz?

Alfred odpowiedział:

– Robię to samo co ty, czyli nie śpię. Przecież ja to ty, a ty to ja.

Następnego dnia przyszła burza, wiatr wiał szalenie. Sobo – podobnie jak Alfred – był w zmiennym nastroju. W pewnym momencie nieoczekiwanie burknął: – Odczep się. Innym razem rzucił Alfredowi jak ochłap: – Odwal się kretynie.

To go wzburzyło. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Odpowiedział Sobo:

– Nie przesadzaj! Nie udawaj pacyfisty. Nazwałeś mnie kretynem, a to znaczy, że ty też jesteś kretynem, co wynika z definicji, skoro jesteś mną, choć w innym wydaniu.

Zaczęli się kłócić. Alfred czuł, że nie chodzi o to, kto jest pierwszy a kto drugi, kto dominuje, a kto podporządkowuje się, ale o to, kto ma ostatnie słowo.

– Zupełnie jak w małżeństwie – przypomniał sobie swoje relacje z jedną i drugą żoną.

Częściej jednak Sobo reagował w sposób cywilizowany, po ludzku.

Odc. 29 Galeria 

Alfred czekał przed apteką już kilka minut. Wszedł do środka, jak tylko opuścił ją ostatni klient. Aptekareczki patrzyły się w niego z intensywnością, która na moment go onieśmieliła. Zapadło nieręczne milczenie. Przerwała je kierowniczka apteki, Zizi.

– Przestudiowaliśmy pańskie propozycje pozowania do portretów dla naszej Galerii Aptecznej. Proponujemy nazwę Galeria Tajemniczych Kobiet. Uznałyśmy, że tytuł musi zwracać uwagę. Oczywiście zgadzamy się, aby nas malowano nago ale pod jednym warunkiem. Podczas malowania będziemy miały twarze zakryte woalkami, jakie same sobie wybierzemy. Również na obrazach twarze postaci muszą być zawoalowane. Albo zmienione. My dwie jesteśmy mężatkami, natomiast Drobna Czarnula ma narzeczonego. Nie chcemy, aby mężczyźni rozpoznali nas na obrazach, bo by się wściekli. Stawiamy więc warunek, że to pan będzie nas malować. Nie chcemy innego malarza. Do pana mamy zaufanie.

Alfred nie spodziewał się tak pozytywnej reakcji. Wspomniał kiedyś, że zamierzał zostać malarzem i jeden rok studiował na wydziale malarstwa akademii stuk pięknych. Kobiety musiały to zapamiętać. Poczuł gorąco w piersi a chwilę potem w całym ciele. Starał się opanować wewnętrzne drżenie. Przez jego mózg przebiegały obrazy atelier malarskiego, nagości i pożądania.

– To podnosi na wyższy poziom intymność naszej współpracy – to była jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy. Był tak zaskoczony, że zdołał tylko wydusić z siebie:

– Czuję się zaszczycony tą propozycją.

W domu dokładnie przemyślał słowa Zizi. Aptekareczki dawały mu wyraźny sygnał, aby kontynuował plany malarsko-wystawiennicze uzupełniając je o podtekst erotyczny. To było zachwycające. Przed jego oczami pojawiła się naga kobieta siedząca w swobodnej pozie na podwyższeniu, z udami lekko rozchylonymi i obróconymi w kierunku światła padającego z okna. Jej oczy przesłaniała przezroczysta, błękitna woalka z drobniutkimi węzełkami. Patrzyła w jego kierunku. Było to uczucie ekscytujące, a równocześnie tak pełne napięcia, że musiał natychmiast pójść do łazienki. Szybko rozebrał się, namydlił się, zmył ciało ciepłą wodą, po czym polał się szokująco zimną, aby ochłonąć.

Zapragnął porozmawiać z kimś, podzielić się ciekawymi wiadomościami i rozładować napięcie. Jedyną osobą, której mógł zaufać, był jak zwykle Erazm. Alfred zadzwonił do niego i czekał niecierpliwie dłuższą chwilę, aby usłyszeć komunikat:

– Zostaw wiadomość. Oddzwonię, jak tylko będę mógł najszybciej.

Miał chęć rzucić smartfonem o podłogę. Nagrał się, wyjaśniając jedynie, że chciałby porozmawiać na temat erotyki i perwersji seksualnych.

Telefon odezwał się blisko północy. Alfred czekał i natychmiast odebrał. Erazm bez żadnych wstępów pochwalił się, że przeszedł inicjację seksualną w czternastym roku życia.

– Od tego czasu zebrałem bogate doświadczenia. Chętnie podzielę się nimi z tobą. Perwersja jest dla mnie czymś równie powszednim jak bułka z masłem dla piekarza. Taka duża, pęknięta, o której kiedyś wspominałeś, że to twój ulubiony rodzaj pieczywa, zwłaszcza kiedy pijesz gorące kakao.

Alfred nie czekał dłużej. Nieuprzejmie przerwał przyjacielowi, aby podzielić się niezwykłą wiadomością i zadać kilka pytań.

Rozmawiając, nabrał przekonania, że Erazm jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Nastąpiło to wtedy, kiedy Erazm powiedział coś ciepłego o uczuciach wobec mężczyzn, co zdezorientowało Alfreda. Aby nie pozostawiać wątpliwości, wyjaśnił niecierpliwie:

– Perwersja czy nie perwersja, mnie interesują tylko kobiety.

Erazm odpowiedział pytaniem:

– Czy ty wiesz, że dwadzieścia sześć procent mężczyzn i taki sam odsetek kobiet odczuwa pociąg do obydwu płci?

Po zakończonej rozmowie Alfred zrobił zapis w kronice osobistej. Opatrzył go hasłem „Poufne”. Lubił tajemnice.

Perwersję, jej naturę i uroki, odkrywał dalej, głównie rozmawiając z Erazmem. Przyjaciel miał niesamowicie bogate przeżycia erotyczne. Alfred nie od razu zorientował się, że jego wiedza pochodziła z filmów i literatury erotycznej i pornograficznej. Erazm krył się z tym. Alfred swoim zainteresowaniem otworzył rezerwuar jego wspomnień, wiedzy i wyobrażeń. Pod koniec długiej rozmowy Erazm naprowadził go na nowy trop.

– Zainteresuj się ludźmi władzy. Ci są najbardziej wyuzdani. Ich obserwacja to najłatwiejszy sposób uczenia się o zboczeniach i perwersjach.

– To dlaczego nikt o tym nie mówi?

– Bo to ryzykowna sprawa. Ci ludzie mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im nie może podskoczyć. Mają do dyspozycji ludzi i aparat, pozwalające ukrywać największe przewinienia. Także karać a nawet niszczyć tych, którzy poznali ich tajemnice i byliby skłonni ujawnić je publicznie.

Alfred był zadowolony z rozmowy. Otrzeźwiła go. Niejedno z dotychczas niezrozumiałych zachowań ludzi na piedestale mógł teraz łatwiej sobie wytłumaczyć. Nie miał im specjalnie za złe ich seksualnych zachowań , ponieważ sam miał podobne pragnienia.

Odc. 30 Szalony dzień

W poniedziałek Alfred zastał Panoramę zamkniętą. Na drzwiach była wywieszka „Zamknięte z powodu kwarantanny”. Poczuł się nieszczęśliwy. Od czasu zakończenia pracy w szkole to było jedyne miejsce kontaktów społecznych, rozrywki i rozwoju kulturalnego. Miał żal do Aptekareczek, że go nie uprzedziły o kwarantannie lub choćby o takiej możliwości. Poczuł się zdradzony i samotny. Stracił chęć na cokolwiek, czuł się jak człowiek bezdomny, bez przyjaciół, ciepłej wody, własnego pokoju. Poprzedniego dnia słyszał, że policja zrobiła obławę na bezdomnych. To go umocniło w przekonaniu, że świat staje się nienormalny.

W drodze do domu Alfred postanowił nie poddawać się. Skoncentrował się, aby ze zdwojoną uwagą obserwować otoczenie.

– Zamknięcie apteki nie mogło być było przypadkowe – był o tym przekonany. – To tylko zwiastun głębszych zmian.

Naszły go wątpliwości, czy władze nie oszukują społeczeństwa, czy informacja o kwarantannie w aptece była prawdziwa. Martwił się o Aptekareczki.

Mijając ludzi idących chodnikiem zauważył, że są inni. Inaczej się zachowują. Niby tacy sami, a jednak odmienni. Niektórzy szli powoli głęboko zamyśleni, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami, inni byli nadmiernie ożywieni. Nikt już nie miał na sobie maseczki ani rękawiczek ochronnych. Wiele osób jadło lody.

– To chyba jakaś nowa epidemia. Jakby nie mieli niczego innego do jedzenia. Zachowują się jak na pikniku.

Ekscentryk starał się zapamiętać obserwacje, aby je zapisać w notatniku. Zrobił to natychmiast, jak tylko znalazł się w domu.

– Społeczeństwo wyraźnie odchodzi od normalności. Prawda coraz częściej miesza się z kłamstwem. To niedobrze, bo jest to także mój świat. Przypomina mi to równania liniowe z jedną, dwiema i trzema niewiadomymi.

Myśląc o zmianach, Ekscentryk zastanawiał się, jak daleko mogą one pójść. To go natchnęło, aby przyjrzeć się przypadkowym największych szaleństw w historii świata. Intrygowali go jej bohaterowie. Nazywał ich Szajbusami. Najbardziej niesamowity był cesarz rzymski Kaligula. Był okrutnym, kapryśnym i niepohamowanym władcą; zabijał dla rozrywki. Był seksualnym dewiantem. Upojony władzą, skazywał ludzi na tortury i śmierć. Lubił przyglądać się egzekucjom i torturom podczas posiłków. Otaczał się też szalonym przepychem. Pił ocet z rozpuszczonymi perłami a swoim gościom podawał przysmaki ze złota i zatrute smakołyki, uprawiał miłość kazirodczą z własnymi siostrami; dwie z nich skazał potem na wygnanie. Obwołał siebie żywym bogiem, budował świątynie i ołtarze, gdzie kazał składać sobie wymyślne ofiary. W końcu go zamordowano. Niektórzy historycy tłumaczyli, że postępował niestandardowo, bo takie było jego otoczenie: zagrażające, niespokojne, nienormalne.

– Szaleństwo to czysto ludzka cecha – Ekscentryk przestał mieć co do tego wątpliwości.

Zadzwonił do Erazma. Nawet się nad tym nie zastanawiał, że w jego życiu nie działo się nic ważnego bez udziału Erazma.

– Przestudiował kilka przypadków szaleństwa w historii cywilizacji. Zawsze było obecne. Najbardziej zaimponował mi cesarz rzymski Kaligula, szaleniec i morderca.

Opowiadając o Kaliguli Alfred nie mógł pozbyć się poczucia, że było w nim coś fascynującego, szczególnie w jego niepohamowanym wyrażaniu własnych pragnień i uczuć. Poczuł żądło zazdrości.

Kiedy nadeszła pora obiadu, Ekscentryk nie czuł się na tyle głodny, aby przygotować sobie posiłek. Postanowił poświęcić czas rozważaniom nad upadkiem społeczeństwa. Jedna przyczyna wydała mu się szczególnie ważna: upadek zainteresowania czytaniem książek i czasopism, dyskusją and tym, co się przeczytało, i jakaś ogólna refleksja.

Musiał o tym porozmawiać. Erazm nie odpowiadał na telefon. Nie pozostało mu nic innego, jak podjąć monolog z samym sobą.

– To przyczyna degradacji duchowej i intelektualnej ludzi. Bo co my mamy dzisiaj? Czytelnictwo na poziomie trzydziestu siedmiu procent. Trzydzieści siedem procent czystego alkoholu w wódce to dobry poziom, ale nie w aktywności intelektualnej? I to przy założeniu, że te trzydzieści siedem procent to ludzie, który w ciągu roku przeczytali co najmniej jedną książkę. Co to jest książka każdy rozumie. To może być nawet broszurka słynnego Jonny Krowina „Jak nie płacić podatków i co z tego wyniknie?” Nie wiem, jak sklasyfikować poziom tego autora, bo nie ma takiego szpitala psychiatrycznego, gdzie mógłby bezkarnie głosić swoje tezy, hipotezy i antytezy. On przerasta wszystko, należy mu się w związku z tym osobna salka. Chyba będę musiał napisać w tej sprawie do ministra zdrowia.

Zgłodniawszy, Alfred udał się do kuchni. Przypomniał sobie swoich uczniów, całą klasę, której był wychowawcą. Na koniec roku dostawał od nich kwiaty. Nadal pamiętał ich upojny zapach. Był to pachnący groszek ułożony w wielki bukiet. Potem otrzymał jeszcze jeden bukiet. I jeszcze jeden. Coś mu się nie zgadzało. Wielkie bukiety pachnącego groszku pachnącego? Zaniepokoił się, nie wiedział, co o tym myśleć.

– Z groszku pachnącego nie robi się bukietów, bo to drobna i wiotka roślina – przekonywał siebie.

Coraz częściej zdarzało mu się, że w drodze do któregoś pokoju zapominał, po co tam idzie i co zamierza tam robić.

– Moja myśl skacze jak wyposzczony królik po zagonie kapusty albo małpa po gałęziach drzewa. Muszę o tym napisać w pamiętniku – postanowił i od razu zapomniał. Był świadomy, że ciągle o czymś zapomina ale nie umiał temu zaradzić.

Odc. 31 Wspomnienia

Alfred otrzymał pozew sądowy w sprawie alimentów. Wystąpiły o nie równocześnie jego dwie byłe żony. Nigdy czegoś takiego nie spodziewałby się, ponieważ kobiety nie znosiły się nawzajem. Natychmiast stracił grunt pod nogami. Przez dwa dni nie mógł oderwać się od myślenia o tym, jak źle ułożyło mu się życie z nimi. Teraz domagały się alimentów.

Na początku obydwu małżeństw nic nie zapowiadało niepowodzenia. Z pierwszą żoną, Penelopą, sprawy układały się znakomicie. Lubił rozmawiać i dyskutować na każdy temat; była oczytana i umiała słuchać. Trwało to do czasu podjęcia decyzji zakupu nowego mieszkania. To był punkt przełomowy. Zapadła mu w pamięć rozmowa na ten temat. Było to przed obiadem. Siedzieli przy stole kuchennym i pili kawę, aby rozpędzić senność chmurnego dnia. Dyskutowali sprawy wykończenia nowego mieszkania, jakie kupili zaciągając kredyt w banku, oraz datę wprowadzenia się. Poszło o rzecz nonsensowną: w jakim stopniu mieszkanie było już wykończone. Penelopa uważała, że zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, on natomiast, że większość prac wykończeniowych mieli już za sobą. Miało to znaczenie dla określenia daty wprowadzenia się do mieszkania.

W pewnym momencie Penelopa stwierdziła:

– Ty, Alfredzie, masz w głowie galimatias. W ogóle nie widzisz tego mieszkania, co zostało zrobione, a co nie. Nie ogarniasz proporcji. Nie mogę mieć ci tego za złe, bo wy, mężczyźni jesteście właśnie tacy; gubicie się w szczegółach. Kobietom przychodzi łatwiej zorientowanie się w takich sprawach.

Alfred odebrał to jako oskarżenie o nienormalność. Penelopa dodała jeszcze coś, co go ostatecznie dobiło.

– Kłócisz się ze mną, bo masz słabą pamięć. Nie pamiętasz nazw ani kolorów farb do malowania ścian, ani ustawienia mebli, nie mówiąc o kolorystyce obrazów, jakie będą wisiały na tych ścianach między tymi meblami. Ja to wszystko mam w głowie, tak że lepiej nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz.

Alfred pomyślał wtedy, że sama jest nie bez wad lecz tego nie widzi. Rzadko kiedy miała dla niego czas. Była ciągle czymś zajęta, w firmie, gdzie była księgową, lub w domu. Czasem przypominała mu pracowitą mrówkę targającą nieprzerwanie jakiś wielki liść. Kiedy skończyli rozmawiać, Alfred wolałby, aby rozmowa z Penelopą nigdy nie miała miejsca. Przyszło mu także do głowy, że byłoby lepiej, aby nie był żonaty, bo małżeństwo nie jest instytucją stosowną dla niego, osoby niezależnej w myśleniu i działaniu. Wyznał to kiedyś Erazmowi:

– Nie jestem i nigdy nie byłem odpowiednią partią małżeńską. Kto by ze mną wytrzymał?

Myśl ta przychodziła mu nieprzypadkowo do głowy, ponieważ stały za nią pytania o to, czy w ogóle powinien się żenić. Zadawało mu je wiele osób, jego rodzice, nauczyciele w szkole, z wyjątkiem przyjaciół no i narzeczonych, późniejszych żon, Penelopy i Anabelli.

Trudności porozumienia się z żoną wychodziły na jaw także w trakcie spotkań towarzyskich. Kiedyś wyrwało mu się w rozmowie z koleżanką Penelopy, opowiadającą o obiedzie przygotowywanym na jakieś święto rodzinne:

– Mówi pani jak moja żona. Czy pani też tak rozmawia ze swoim mężem?

Kobieta udzieliła odpowiedzi bez namysłu. Alfred był przekonany, że było to przemyślane i przećwiczone.

– Ja w takich momentach odpowiadam mężowi „wrrrrr” i on przestaje mówić.

Alfred zareagował nietypowo; roześmiał się. Rzadko zdarzało mu się śmiać tak spontanicznie. Nie podobało mu się to, ponieważ nie było mu wcale do śmiechu. Śmiejąc się, zachował się jak mężczyźni nie przywiązujący wagi do tego, co ktoś mówi poważnie. Nie chciał, aby widziano go i oceniano tak samo jak innych mężczyzn uznawanych powszechnie za „normalnych”.

Żeniąc się z Anabellą miał już za sobą doświadczenia jednego małżeństwa. Był ostrożniejszy, wahał się przez pewien czas. W decyzji pewną rolę odegrała historia imienia Anabella. Według niej była to kobieta pełna uroku osobistego, pozytywnie nastawiona do życia, tolerancyjna i romantyczna. Romantyczność wiązała się możliwością niezwykłych pomysłów, wynikających z jej artystycznej duszy. Anabella miała być też uparta, niechętna do zmiany zdania.

Alfred nie brał poważnie historii imienia, dopóki nie odnalazł w niej swoich własnych obserwacji dotyczących rzeczywistej Anabelli. „Anabella sprawdza się w zawodach związanych ze sztuką i jako nauczycielka”. To ostatecznie przeważyło szalę. Sam był nauczycielem i cenił ten zawód. Pod koniec małżeństwa z Anabellą wiedział już, że druga część historii imienia była znacznie bliższa prawdy niż pierwsza.

Porzuciwszy wspomnienia przedślubne, Alfred przypomniał sobie pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem. Był to żart, który można było opowiedzieć każdej osobie dorosłej. Zastanawiał się nad tym chwilę.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Dziś dzieci w szkole podstawowej mają więcej doświadczeń seksualnych niż dawniej niejeden dorosły. Piętnastoletnie dziewczynki zachodzą w ciążę.

Odpowiedź na pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem była prosta: stosunkowo żadna. Alfred uznał żart za banalny i niegodny uwagi. Był zły na siebie, że zajmuje się głupotami.

Odc. 32 (ostatni) Skok

Od kilku dni Alfred przeczuwał, że zdarzy się coś niezwykłego. Zadzwoniła do niego nauczycielka filozofii i etyki ze szkoły i poinformowała, że w nocy będzie widoczny na niebie superksiężyc.

– To pełnia księżyca, kiedy jest on najbliżej ziemi. Znajduje się w punkcie zwanym perigeum. Jest wtedy czternaście procent większy i trzydzieści procent jaśniejszy. Oglądaj, jeśli masz taką możliwość, bo nigdy więcej takiego księżyca nie zobaczysz. To jedyna szansa w życiu, które przecież nie trwa wiecznie.

Najdogodniejszym miejscem obserwacji superksiężyca był hotel Athabaska, mieszczący się w najwyższym budynku w mieście. Alfred pojechał tam swoim samochodem, zaparkował go na podziemnym parkingu i od razu udał się na taras na szczycie budynku. Przyjazd w to miejsce planował już od kilku tygodni. Miał wcześniej ustalony cel niezależny od oglądania superksiężyca.

Na tarasie zebrał się już niemały tłum, wszyscy czekali na niezwykły widok. Kiedy księżyc ukazał się, Alfred skierował się bezpośrednio do barierki ochronnej. Stało przy niej kilkanaście osób. Przeprosił je, aby znaleźć się na samym przodzie.

Był przygotowany. Miał na sobie odpowiednie wyposażenie. Jego zdobycie nie było proste. Takich urządzeń nie było w oficjalnej sprzedaży. Sama informacja, że coś takiego istnieje, była już cenna. Ucieszył się, kiedy na nią trafił. Zdążył jeszcze kupić specjalny spadochron. Miał szczęście, bo stronę wkrótce zlikwidowano. Kilka razy przeczytał instrukcje i sprawdził wszystkie szczegóły i mechanizmy spadochronu.

Po pokonaniu barierki rozłożył ręce, tak jak sobie wyobrażał, że skacze się do wody z wysokiej sterczącej nad oceanem skały. Był szczęśliwy, kiedy leciał w dół. Zanim skoczył, pomyślał, że są to najcenniejsze chwile jego życia. Nie był pewien, czy będzie mógł opowiedzieć tę niesamowitą historię, stanowiącą ukoronowanie wszystkich jego przeżyć, nauczycielce filozofii i logiki.

– Na pewno by się ucieszyła. Zawsze lubiła mnie słuchać.

Przed jego oczami pojawiła się na sekundę jej twarz, poważne siwe oczy i łagodny uśmiech.

– Ten skok to moje największe osiągnięcie – powiedział jej.

Skinęła tylko głową na znak zrozumienia. Tak się zapamiętał w nadzwyczajnym locie, że przestał cokolwiek czuć poza samym faktem istnienia.

Otwieranie spadochronu ustawione było na trzysta metrów nad ziemią, pełne rozwarcie czaszy nastąpiło sto metrów niżej. Alfred ustawił prawdopodobieństwo otwarcia spadochronu w położeniu 50 – 50, dając równą szansę jego otwarcia jak i nieotwarcia. Był to skomplikowany mechanizm losowy pozwalający na różne stopnie prawdopodobieństwa w zależności od ustawienia. Alfred mógł zwiększyć szansę otwarcia spadochronu zaczynając od skali 51 do 49. Nie zrobił tego.

Spadochron otworzył się mocnym szarpnięciem. Pod nim był plac z ławkami i wielkimi donicami z kwiatami. Istniała jeszcze szansa, że wyląduje na jednej z tych przeszkód. W najgorszym wypadku ryzykował złamanie nóg. Nic takiego nie nastąpiło. Odczuł tylko wstrząs lądowania na betonowej powierzchni. Złagodziło go amortyzujące obuwie. W tym momencie Alfred uznał, że wybrał słuszną drogę, ekscentryczności w najwyższym stopniu, jedynej postawy w szalonych czasach, które pierwszy przeczuł i przepowiedział.

Wstał z ziemi, pozbierał się i rozejrzał. Wokół poruszali się ludzie. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł na ławce i podjął decyzję. Postanowił postawić pomnik sobie, ekscentryczności i szaleństwu. Musiał być czarny i oryginalny w formie.

– Będzie to rzeźba symboliczna: upiorne oczy, zdeformowany człowiek żyjący pełnią życia, dominująca nad nim despotyczna władza oraz niosący zagładę wirus – zdecydował.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, wrzesień 2020

0Shares

Kronika mniej więcej osobista

Uwaga! Najnowsze wpisy są na górze, najstarsze na samym dole. 

2020 11 28 Mój wieloletni australijski przyjaciel, George, Polak z pochodzenia, przysłał mi emailem historyjkę. Jest w języku angielskim, ale ponieważ jest zabawna, postanowiłem ją opublikować dla Państwa rozrywki.

A Sad Day Story.

There I was, sitting at the bar staring at my drink, when a large, trouble-making bikie steps up next to me, grabs my drink and gulps it down in one swig.

“Well, what cha’ gonna do about it?” he says, menacingly, as I burst into tears.

“Come on, man,” the bikie says, “I didn’t think you’d CRY. I can’t stand to see a man crying.”

“This is the worst day of my life,” I said.

“I’m a complete failure. I was late to a meeting and my boss fired me.

When I went to the parking lot, I found my car had been stolen and I don’t have any insurance.

I left my wallet in the taxi I took home.

I found my wife with another man and then my dog bit me.

So I came to this bar to work up the courage to put an end to it all. I buy a drink, I drop a capsule in and sit here watching the poison dissolve.

Then you show up…!

But enough about me, how’s your day going?”

2020 11 26 Drodzy Czytelnicy! Pilnujcie dzieci! 

Piszę o tym, ponieważ sam byłem przekonany, że dzieci mogą zarazić się i przejść bezobjawowo i bezproblemowo zakażenie koronawirusem. W radio Tok FM usłyszałem, że PIMS-TS dziecięcego zespołu pocovidowego jest groźniejszy dla dzieci niż sam Covid.

Cytuję za Dziennikiem Wschodnim fragmenty wywiadu z prof. Przemko Kwintą, pediatrą i neonatologiem.

https://www.dziennikwschodni.pl/koronawirus/pims-ts-czyli-dzieciecy-zespol-pocovidowy-jakie-sa-objawy-i-kiedy-wystepuja,n,1000278987.html

„Dzieci mają przede wszystkim ciężką niewydolność serca, zagrażającą życiu. To choroba wieloukładowa. Często atakuje też nerki, wątrobę. Można stwierdzić zmiany w naczyniach wieńcowych – na razie nie możemy powiedzieć czy te zmiany nie okażą się problemem także za kilka miesięcy, lat.

Najczęściej pierwszym objawem zespołu pocovidowego jest bardzo wysoka gorączka, trwająca dłużej niż trzy dni oraz biegunka, wymioty, malinowy język, wysypka, zaczerwienione spojówki, osłabienie. „Jeśli występuje gorączka i co najmniej dwa z dodatkowych objawów, to powinniśmy odwiedzić lekarza rodzinnego, pierwszego kontaktu.

We wtorek Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie Prokocimiu zaalarmował, że w ciągu ostatnich dziesięciu dni do placówki trafiło dziewięcioro dzieci z ciężkimi objawami PIMS-TS (paediatric inflammatory multisystem syndrome – temporally associated with SARS-CoV-2), czyli pediatrycznego wieloukładowego zespołu zapalnego.

„To jest ten moment, aby zacząć bić na alarm” – podkreślił prof. Przemko Kwinta, pediatra i neonatolog ze szpitala dziecięcego w Prokocimiu.

Jak poinformował, objawy PIMS-TS pojawiają się u dzieci kilka tygodni, najczęściej od dwóch do czterech tygodni, po przebytym zakażeniu koronawirusem. Dotychczasowe obserwacje specjalistów pozwalają stwierdzić, że zespół ten pojawia się rzadko, ale często ma ciężki przebieg.

Prof. Kwinta zauważył, że już samo odnotowanie przez rodziców koronawirusa u dziecka nie jest łatwe, ponieważ najmłodsi przechodzą chorobę łagodnie, przeważnie bezobjawowo.

2020 09 27 Portret

Na ulicy wyszedł mi naprzeciw portret narodu i nakrzyczał na mnie. – Zaniedbujesz swoich czytelników. Rzadko teraz piszesz na blogu.

Kajałem się. – Piszę opowiadanie. Idzie mi ciężko, bo jest o walcu drogowym, oraz powieść kilkuczęściową, w której ustawiam znaki drogowe, bo się trochę pogubiłem. Obserwuję też władzę.

– Po co?

– Patrzę im na ręce. Czy czasem nie ma na nich zarazków koronawirusa.

– I co?

Są zmiany na lepsze. Przewodnia Siła Narodu przetasowała się. Myślałem, ze się rozlasuje jak wapno, ale nie. Zrobiła swoje. Do rządu wszedł Prezes Przaśny. „Nie chcę, ale muszę” – powiedział, cytując klasyka z wąsami, które od kilku lat zamalowuje. Prezes został Wicepremierem. Oficjalnie rządzi nim Premier, ale nieoficjalnie, zwłaszcza nocą, jest odwrotnie. Powstał układ tak zwany piramidalny.

– Jak to oceniasz? – portret był dociekliwy.

– Jest to mądre, logiczne i zrozumiałe. Przede wszystkim po to, aby poskromić Wiceministra Zucha, którego wielokrotnie widziano, jak prężył muskuły. To człowiek ambitny i konkretny.

Nowy Wicepremier przemówił pierwszy:

– Jesteśmy pełni entuzjazmu! – Powiedział. Wyglądał na zmęczonego i smutnego. Chyba dla kontrastu.

Na zakończenie uroczystości intronizacji zabrał głos Wicepremier Zuch. Jest niezbyt wysoki, ale zgrabny. Opozycja, pobożni zakonnicy i zagranica bardzo go cenią.

– Będziemy budować teraz mniej obozów pracy przymusowej. Ale i tak wystarczy dla wszystkich, którzy zechcą tam zamieszkać. Niektórych sam wytypuję.

To mnie zbudowało, bo wierzę, że wolność nie jest odporna na epidemie i też może polec w walce o lepsze jutro. Postanowiłem pić więcej, aby więcej pieniędzy wpływało do kasy państwowej z akcyzy. Będę też ostrożniej pisać opowiadania kryminalne, bo kto wie, czy nie zostanie przypisana mi zbrodnia.

2020 09 24 Wspomnienia starszego mężczyzny

Iwan Iwanowicz, mój sąsiad z osiedla, regularnie opowiada mi zdarzenia ze swojego życia. Ma zdrowe zainteresowania i jest dynamiczny jak Porsche. On sam określa to bardziej porównawczo.

– Staram się być żywiołowy jak Prezes K, prawdomówny jak premier M, skromny i powściągliwy jak Wicepremier Z, dystyngowany jak pan JG i europejski jak Beata S. Rząd nam się udał. W prasie ukazała się informacja, że rząd był na wycieczce statkiem na Wiśle i niefortunnie wpadł w ścieki, które podsyła mu regularnie prezydent Warszawy, i utonął. Na szczęście okazało się to nieprawdą.

W lesie oprócz kilku kani (grzyby) Iwan Iwanowicz spotyka ciekawe osoby. Opowiadają mu interesujące historie. To go ożywia. Ostatnio obejrzał skoczny filipiński taniec narodowy https://www.facebook.com/silamuzykiSM/videos/738553453377687

– Kiedy oglądałem ten taniec, oczy i nogi mi się rozpląsały – zwierzył się. – Chyba pojadę na Filipiny, aby się rozkosznie roztańczyć. Albo odwiedzę szpitala psychiatryczny w Tworkach, gdzie przebywa kilku naszych celebrytów. Albo pojadę do Grecji, gdzie mieszkają zapomniani uciekinierzy. Na szczęcie my mamy dobry rząd, który planuje ich przyjęcie. Na początek dwóch na próbę, w przyszłym roku może kolejnego. To bardzo obiecujące i szczodre.

Iwan Iwanowicz od kilku lat wierzy w dobry, współczujący i uczciwy rząd. Ten poprzedni mu się nie podobał. Nie był tak europejski, tolerancyjny i wrażliwy jak obecny.

2020 09 21 Wyścig szczurów. Spotkałem ludzi szczęśliwych

Dzisiaj, jak zwykle, odbyłem po lesie godzinną wędrówkę. Dobrze mi to zrobiło. Dopływ tlenu z zapachem sosny ożywił mnie do tego stopnia, że siedząc już w samochodzie pojawiło się we mnie pytanie, co to jest wyścig szczurów. Miałem pewne wyobrażenie ale nie wydało mi się ono kompletne ani przekonujące.

Zapragnąłem zapytać kogoś młodszego, kto sam uczestnicy w takim wyścigu. Wyszedłem na zewnątrz i wtedy spotkałem dwójkę młodych ludzi, mężczyznę i kobietę. Siedzieli w samochodzie, relaksując się. Przedstawiłem się i zadałem im pytanie o to, jak rozumieją wyścig szczurów. Rozmawialiśmy kilka minut. Nawet nie zapytałem ich o imiona. On prowadzi biznes naprawy samochodów i zmierza ku własnemu warsztatowi. Pani jest kierowcą i pracuje w firmie transportu autobusowego.

Sprawa była jasna. Sami nie uczestniczyli w wyścigu szczurów. On jest na swoim, ona jest w firmie, gdzie zachowania pracowników regulują rozkłady jazdy i przepisy bezpieczeństwa. Uznałem ich za ludzi szczęśliwych. Wyrazili zgodę, abym zrobił i opublikował ich zdjęcie. Szczęście należy promować.

W domu przeczytałem w Wikipedii: „Wyścig szczurów to określenie pozbawionej sensu, bezwartościowej i niekończącej się pogoni, najczęściej wyczerpującego wysiłku współczesnych ludzi, dążących do osiągnięcia materialnego i zawodowego sukcesu” (pełna definicja pod hasłem „Wyścig szczurów”).

Spotkanie i rozmowa dobrze mi zrobiły. Zdałem sobie sprawę, że to ja uczestniczę w wyścigu szczurów. Ścigam się sam z sobą. Nie zmartwiłem się tym za bardzo, bo mogę dyktować tempo. Cel mojego wyścigu: uszczęśliwiać czytelników tym, co piszę i jak piszę. Czytajcie moje książki, a uszczęśliwicie mnie (czego serdecznie Wam życzę).

„Problemem w wyścigu szczurów jest to, że nawet jeżeli wygrasz, to ciągle jesteś szczurem”. — Lily Tomlin. „Cokolwiek byś robił w wyścigu szczurów, to sukces jest niepewny, lecz jeśli nic nie robisz – pewna jest porażka”. — Paul Ulasien (Wikipedia).

2020 09 20 O dobrych zakupach 

W ramach upowszechniania dobrych wiadomości przedstawiam listę książek (używanych), które udało mi się kupić z antykwariatu na Allegro za niecałe 43 zł. Jestem zachwycony tym bardziej, że są to (może z wyjątkiem Nowel antycznych), książki które chciałem mieć na własność, aby je nie tyle przeczytać (niektóre po raz drugi) ale postudiować, ponieważ ich autorzy stanowią dla mnie wzorce doskonałego pisarstwa, zwłaszcza krótszych utworów, nowel i opowiadań.

  • Doktor Jekyll i pan Hyde Robert Louis Stevenson (9700548376)
  • Lochy Watykanu Andre Gide (9615165632)
  • Mistrz i Małgorzata Michał Bułhakow (9637447651)
  • Nowele antyczne Wybór Homer Herodot Ezop Owidiusz (9637209612)
  • Wybór opowiadań Antoni Czechow (9615165053)
  • Zamek Franz Kafka (9667158635)
  • Zła godzina Gabriel Garcia Marquez (9604822054)

2020 09 14 Normalność i nienormalność.

Kilkanaście dni temu ukończyłem opowiadanie Świrus. Jest ono o człowieku (mężczyzna), poszukającym nowej tożsamości. Bohater dochodzi do wniosku, że w szybko zmieniającym się, trudnym świecie, tradycyjne „uporządkowane” postępowanie nie rokuje mu sukcesu, szuka więc drogi między normalnością i nienormalnością. Oczywiście jest to fikcja literacka.

Pisząc tego rodzaju utwór staram się balansować na granicy tego co „normalne” i „nienormalne” (rzeczywistości i fantazji). Jestem przekonany, że w miarę upływu czasu te granice będą się coraz częściej zacierać. Nad opowiadaniem zamierzam jeszcze popracować, aby było bardziej płynne, zwarte, przekonywujące, po prostu lepsze.

Poniżej przytaczam fragment artykułu opublikowanego w dodatku Psychologia Gazety wyborczej.

„Osiem milionów Polaków cierpi na różnego rodzaju problemy i zaburzenia psychiczne. Milion ma za sobą epizod psychotyczny, milion choruje na depresję, a 400 tysięcy ma schizofrenię. Wśród tych ośmiu milionów są osoby z zaburzeniami osobowości, z zaburzeniami lękowymi, adaptacyjnymi, nadużywające alkoholu i innych substancji psychoaktywnych, uzależnione od hazardu, seksu, Internetu. Załamania psychicznego może doświadczyć każdy z nas na jakimś etapie życia. Ale problemy psychiczne, mimo wielu przeprowadzanych kampanii, są w naszym społeczeństwie wciąż czymś wstydliwym. Kryzysy psychiczne raczej się ukrywa – przed znajomymi, pracodawcą, a często i przed samym sobą. „Nienormalny”, „świr”, „wariat”, chory – to zawsze ktoś inny.”

Załączam link do opowiadania Świrus: https://michaeltequila.com/?p=13918 

Przepraszam, że nie udzielam się dostatecznie często. Zrobiłem sobie przerwę, aby popracować nad powieścią, którą piszę już od kilku lat i w końcu chciałbym skończyć i opublikować. 

30 08 2020 Wspomnienia z lasu i Australii

Jestem wciąż na wakacjach. Czasem wychodzę do lasu. Ostatnio widziałem starszego mężczyznę. Stał na wzgórzu, skąd roztacza się widok na tory Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, i w miejscu przebierał nogami. Pomyślałem najpierw, że to sztukmistrz, a potem, że to ja. Do dzisiaj nie jestem pewien kto to był. Tak czy inaczej, aby rozerwać czym siebie i Czytelników, zamieszczam kilka przypadkowych zdjęć z Australii. Odkryłem je wczoraj porządkując moje zasoby folderu “Obrazy”. Są to po kolei:

Dry Creek w Adelajdzie
Dwunastu Apostołów w Stanie Wiktoria
Pociąg transkontynentalny Ghan gdzieś w centrum Australii
Wieloryby koło Port Macquarie w Stanie Nowa Południowa Walia
Kangurza sjesta w rezerwacie koło Adelajdy
Las, gdzie rosną rydze

 

 

 

20 08 2020 Komunikat wakacyjny

Idzie mi ostatnio słabiej. Szwankuje mi inwencja. Czuję się przemęczony. Zbyt dużo pracuję starając się publikować coś nowego każdego dnia. Dlatego udaję się na wakacje. Zamierzam z nich korzystać do końca miesiąca.

Nie będzie to byle jaki wypoczynek, bo mam sporo innej pracy do wykonania, także literackiej. Wybaczcie mi, tak jak ja wam wybaczam obecność na wakacjach. Oby były jak naprawdę udane. Bądźcie czujni. Pamiętajcie skakać do wody w stanie nietrzeźwym, aby zapewnić rozrywkę ratownikom, bez której będzie im się serdecznie nudziło. 

Do pożegnania załączam krótki utwór z gatunku spontanicznie wakacyjnych.

Pozdrawiam,
Michael Tequila

20 08 2020 Pandemiści i Miś. Groteska ludyczna.

Szli całą szerokości ulicy, rewolucyjny ogień w oczach, prawe ręce uniesione w górę w geście protestu lub zachwytu, w zależności od tego, co kto chciał wyrazić, lewe ręce przy lampasie wymalowanym na udach. Krzyczeli entuzjastycznie:

– Nas wirus się nie ima. Nie nosimy i nie będziemy nosić maseczek. Precz z tyranią strachu przed wirusem! Wirus jest fikcją. Wspierajmy Ministra Zdrowia i Premiera, który miał widzenie znikającego wirusa. Chodźcie z nami, Rewolucyjni Bracia i Siostry! Idąc, śpiewali na dwa głosy, męski i żeński.

– My z niespalonych wsi.

– My z nasyconych miast.

– Za bój, za krew.

– Za lata łez.

Dwa chóry połączyły się w jeden potężny ryk: – Już zemsty naszedł czas!

Kolumna zatrzymała się. Z płóciennego wora wyciągnięto ogromnego Misia oznaczonego na plecach białą farbą „Koronawirus”. Grupa stłoczyła się wokół. Zwierzę obrócono brzuchem do góry. Podszedł Szaman i nożem wielkości małego człowieka rozciął Misiowi brzuch. Kiedy z wnętrza wysypały się trociny, rozległy się okrzyki.

– Wybebeszyć go do końca. Obciąć mu kulasy i siusiaka. To ten, co rozkrada ziarno kurom i kradnie maski pandemiczne Ministrowi Zdrowia Nowego Pokolenia.

– Nie! Nie Ministrowi Zdrowia, ale Ministrowi Sprawiedliwości Dziejowej!

– Oni wszyscy jednacy. Precz z nimi!

Chwilę później uczestnicy demonstracji zawiesili na szubienicach portrety kilku postaci. Oznaczono je u dołu napisami: Minister Zdrowia Nowego Pokolenia, Minister Sprawiedliwości Dziejowej oraz Minister ds. Eksploatacji Zabobonów. Zadzwoniono na policję.

– Przyjeżdżajcie, aby nas aresztować, jeśli jesteście tacy odważni!

Przyjechali po miesiącu i aresztowali wichrzycieli. Wypuszczono ich następnego dnia. Po roku odbyła się rozprawa sądowa. Sąd był nowiutki, jak spod igły. Zwolnił oskarżonych.

– Czyn oskarżonych nie wyczerpuje znamion przestępstwa. Wieszanie portretów znanych osób jest oznaką dobrego humoru i skłonności do żartów. Co innego, gdyby oskarżeni opluli wieszane portrety – Orzekł przewodniczący sądu podobny do wielkiego żuka. Mówiąc, ruszał czarnymi wąsiskami rozśmieszając publiczność.

– Naprzód, Bracia Rodacy! – krzyknął Szaman i jednym cięciem wielkiego noża otworzył drogę dla dalszego marszu. Kolumna ruszyła. Wieczorem zorganizowano wspólne ognisko. Zamiast piec ziemniaki, palono na ogniu maseczki, przyłbice i rękawiczki ochronne. Przy okazji poszczuto psem i opluto pracowników pogotowia ratunkowego.

– Koronawirus to tylko zwykła kukiełka. – Orzekł chudzielec przebrany w granatowy garnitur i cienkie okulary.

– Gdzie jest premier? – krzyknął ostatnim głosem Miś. – Chcę go pobłogosławić.

– Wygłasza przemówienia na rzecz świetlanej przyszłości. Jutro będzie uczestniczyć w zbieraniu ziemniaków, a potem weźmie udział w żniwach.

Kilka dni później wskaźnik zachorowań pandemicznych skoczył w górę wyżej niż rozbrykany koń. Obywatele byli szczęśliwi. Krzyczeli z radości.

– Mamy osiągnięcia. W innych krajach jest mniej zachorowań. My się zimy nie boimy.

Na samochodach pojawiły się pierwsze napisy potępiające tęczę.

– Po co nam tęcza, skoro nie mamy deszczu – krzyczano. Precz z tęczą. Podrzeć ją na kolorowe pasy i rozdać ubogim. Bić roznosicieli lodów!

Chudzielec przebrany w garnitur i okulary w cienkiej złotej oprawce intonował w kościele modlitwy dziękczynne. W kraju zapanowała wolność, miłość i policja. Odbyły się pierwsze masowe aresztowania. Zdjęcia aresztowanych powielano i wieszano w oknach.

– Co kraj, to obyczaj. Jeszcze nigdy nie było tak wesoło – entuzjazmowali się rozochoceni przechodnie.

Tego wieczoru podpalono dwa szpitale, aby uroczyście unicestwić koronawirusa, który tam się niespodziewanie pojawił.  

– Ktoś go nam podrzucił – Krzyczeli pacjenci. – Dobrze, że się przyjął mimo niskiej ilości testów i nienoszenia maseczek i rękawiczek na plażach, dworcach i bulwarach. Niech żyje wolność! Niech żyje naród!

16 08 2020 O opowiadaniu Świrus i sztuce pisania 

Od wielu dni pracuję nad opowiadaniem Świrus, traktując je jako wzorcowe. Wziąłem je sobie na kieł. Mam już 23 odcinki. Zostało mi jeszcze kilka. Mam już je w zarysie.

Opowiadanie jest wciąż dalekie od ideału. Otrzymałem ostatnio, ustnie i pisemnie, skoro krytycznych uwag dotyczących Świrusa, szczególnie Odc. 18. Niektóre z nich są bardzo drobiazgowe. Nie mogę nie zgodzić się z nimi, przynajmniej z większością. Wychodzę z założenia, że jeśli czytelnika coś męczy, to znaczy, że tekst nie jest dostatecznie dobry. Nic nie powinno go męczyć.

Krytyczne uwagi nie są źródłem mojej nieustającej radości, ale mają dla mnie nieocenioną wartość. Są mi bardzo potrzebne, bo dają mi wskazówki, co szwankuje, co nie jest dostatecznie dobre. Wszystkie przekazane uwagi (ustne i pisemne) przetwarzam, ulepszając już udostępniony tekst.

Teksty moich opowiadań rzadko uważam za dobre od samego początku. Czasem są tylko dostatecznie dobre. Nigdy nie są doskonałe. Niejednokrotnie nad jednym wpisem (jedna część opowiadania) siedzę nawet 5 – 7 godzin. To dlatego, że staram się dać z siebie wszystko, co najlepsze. Mam ambicję, aby czytelnik zachwycał się tym, co publikuję na mojej stronie autorskiej.

Tekst opowiadania staje się dobry dopiero wtedy, kiedy co najmniej kilka osób przekaże mi swoje uwagi, komentarze i sugestie. Wtedy dopiero widzę z pełną jasnością, co można było poprawić, ulepszyć, udoskonalić.

„Arcydzieło” nie powstaje od ręki. Składa się na nie wiele opinii. Zdałem sobie z tego sprawę,  kiedy zacząłem uważniej czytać wstępy do książek bardzo znanych pisarzy, kiedy zobaczyłem, że autor (we wstępnie do opublikowanej właśnie książki) dziękuje za uwagi i pomoc nawet 40 osobom, które w jakiś sposób „dołożyły się” do jej stworzenia. Taka jest prawda o doskonałości pisarskiej. Oczywiście, na pewno są tacy autorzy, którzy tworzą arcydzieło bez większej interwencji osób z zewnątrz. Chciałbym zaliczać się do tych szczęśliwców. Modlę się to.

11 08 2020  Otrzymuję ofertę finansową

Czuję, że będę musiał pożegnać się z pisarstwem. Los mi sprzyja. Już drugi raz w krótkim czasie otrzymuję ofertę, z której nie sposób nie skorzystać. Otrzymałem list, przedstawiam go poniżej. 

Witaj Moja Najdroższa!

Jak się masz i rodzina. Jestem pani Diana Markus. Mam fundusz (2,900,000,00 USD) MILIONÓW, który odziedziczyłam po moim zmarłym mężu, który chcę przez was przekazać na sierociniec i projekt charytatywny, ale cierpię na raka od tak dawna, że zostałam przyjęta do szpitala na leczenie. Teraz obawiam się tego, co poinformował mnie lekarz po serii badań na mnie, że mogę nie żyć długo z powodu choroby i boję się stracić ten fundusz na rzecz rządu, ponieważ nie dbają o biednych w społeczeństwo. Będę wdzięczny za twoją uczciwość i odwagę w zarządzaniu tym funduszem, aby pomóc sierotom i domowi charytatywnemu. Jak tylko otrzymam twoją wiadomość dotyczącą twojego zainteresowania tym funduszem, aby pomóc domowi charytatywnemu i mniej przywilejów, przekażę ci więcej szczegółów na temat tego funduszu.

Niech cię Bóg błogosławi, czekając na twoją odpowiedź. 
Twoja siostra, Pani Diana Markus

PS. Szczegóły co do mojej tożsamości wyjaśniłem już pomyślnie z panią Dianą, szlachetnym darczyńcą. Wysłałem jej zdjęcia mego ciała en face i z boku potwierdzone przez urologa. Odpisała, że ufa mi jeszcze bardziej. To mnie wzmocniło. Jestem już znany. Ludzie powierzają mi życiowe sekrety w ostatnich dniach swego życia. Co ważne, również pieniądze. Można mieć zaufanie do rządu, premiera, prezydenta, ministra sprawiedliwości czy ministra zdrowia, ale do pisarza? To niespotykane. A jednak!

Odpowiedziałem pani Markus, że dużo się modlę o jej zdrowie i tylko trochę o pieniądze dla sierot. Wskazałem też poufną skrytkę za kamieniem w lesie, gdzie może bezpiecznie zostawić pierwszy milion dolarów. Sieroty do obdarzenia i dom charytatywny już wytypowałem. Teraz czekam tylko na pieniądze. Będę informować.

05 08 2020 Podziękowania dla Czytelników. Odrywam się od polityki.

Po zwycięskich wyborach prezydenckich uznanych przez omalże pół narodu za nieszczęście, oderwałem się od polityki. Dobrze mi to zrobiło. Wyprostowałem się, mniej się garbię, lepiej mi się pisze. Dzisiaj opublikowałem odcinek erotyczny opowiadania Świrus.

Ogromnie cieszą mnie wyrazy uznania za strony Czytelniczek i Czytelników. To one najbardziej motywują mnie do pisania. Przedstawiam dwie najświeższe opinie. Dotyczą tego samego utworu „Obraz ze zwierzętami”. Cytuję, podając tylko imię, bo nie wiem, czy autorki życzyłyby sobie, aby je zidentyfikować.

Danuta. Dzień dobry Panie Michale 🙂 Przeczytałam opowiadanie „Obraz ze zwierzętami”. W związku z tym, że kocham zwierzęta bardziej niż ludzi, wzruszyłam się ogromnie i poczułam ogromną więź z tym dziwnym, tajemniczym człowiekiem. Przeczytałam to opowiadanie dosłownie na jednym oddechu i czuję, że muszę przeczytać je jeszcze ze dwa razy :). Pozdrawiam bardzo serdecznie i cieszę się, że są w naszym kraju tacy wspaniali ludzie jak Pan. Pozdrawiamy z M. bardzo serdecznie.

Nina. Czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Aż przykro, kiedy się kończy. Język miękki, giętki jak się to onegdaj mówiło. Trzeba mieć wyobraźnię i intelekt, aby coś takiego napisać. Brawo Michale! Prosimy o jeszcze!

Z pisaniem i publikowaniem mam problemy dziwacznej natury. Moja wyobraźnia podsuwa mi ciągle jakieś nowe pomysły na opowiadania, nowele czy powieść, robię notatki, zapisuję w pośpiechu zarys fabuły (z tysiącem błędów ortograficznych do poprawy), i pozostawiam na później do wykorzystania. To zjada mi czas. Ostatnio staram się jednak być bardziej skoncentrowany. Wkrótce opublikuję zbiór poezji, drugi i ostatni, bo nie piszę już wierszy. Planuję dodać do niego „Myśli i aforyzmy”. Jest ich zbyt mało, aby mogła to być osobna publikacja. Planuję też uaktualnić mechanizmy i wygląd mojej strony autorskiej. Jest to przedsięwzięcie dosyć kosztowne, ale konieczne. Pozdrawiam.

30 07 2020 Refleksie o otoczeniu. Chłopcy-rowerowcy.

Siedzę i myślę. Zastanawiam się, czy myślenie mi nie szkodzi. Chyba tak, ale co mam zrobić, skoro już myślę. Pogodziłem się z tym tłumacząc sobie prosto:

– Taka jest twoja uroda, chłopie.

Miałem ostatnio trochę przeżyć. Miałem się z tym nie obnażać, ale się przełamię. Jedno ciekawsze od drugiego. W pobliżu osiedla, gdzie mieszkam, rośnie sobie lasek. Jeszcze, bo w okolicy w ostatnich latach szybciej niż drzewa rosną osiedla mieszkaniowe. I w tym lasku biegłem raz sobie wytyczoną trasą o kształcie jajowatego rombu. Na dróżce, którą pokonywałem pół marszem, pół biegiem, dwaj chłopcy zrobili sobie skocznię rowerową: górka najazdowa a za nią dół taki, że mamuta można w nim schować. Coś takiego, żeby sobie kark skręcić. Zapytałem ich ostrzegawczo, czy się nie boją, że zrobią sobie krzywdę. Odpowiedź była życzliwie wyrozumiała:

– Mamy wszystko pod kontrolą.

Porozmawialiśmy chwilę. Pochwaliłem się, że mam rower i też jeżdżę, ale nie skaczę. Chyba wybaczyli mi to inwalidztwo. Kiedy trzeci czy czwarty raz ich mijałem, drobniejszy młodzianek zatrzymał mnie i zapytał głosem pełnym troski:

– Czy pan wie, że pan cały czas chodzi w kółko?

Strasznie podobało mi się to pytanie. Troska chłopca dobrze mi zrobiła. Teraz wiem, że mogę poruszać się w kółko nie zdając sobie z tego sprawy. Odnoszę to także do myślenia.

18 07 2020 Wspomnienia weterynarza. Pierwsza oferta dobroczynności.

W życiu ma się dni dobre, złe i parszywe.

Ostatnie określenie – na zdefiniowanie ciągu ludzkiego istnienia – podsunął mi znajomy weterynarz, borykający się z doświadczeniami z domu letniskowego “Aurora”, który odwiedził w ramach wycieczki krajoznawczej do Tajlandii.

– Spotkałem tam cud kobietę, kolor szwajcarskiej czekolady mlecznej z tureckimi rodzynkami, istotę niesamowitej słodyczy. Przeżyliśmy chwile wzlotów i jednego upadku, kiedy załamało się pod nami łóżko. Najgorszy okazał się jednak jej pies. Kiedy odmówiłem mu podzielenia się moim śniadaniem, na co nalegała jego pani, wpadł we wściekłość i pogryzł mnie tak, że musiałem przyjąć serię bolesnych zastrzyków. W dodatku pies okazał się parszywy. Zauważyłem to dopiero wtedy, kiedy go pogłaskałem, aby się uspokoił. Tę jego słabość zapamiętałem najboleśniej, bo od dziecka jestem estetą.

Rano bez kawy czułem się jak – nie przymierzając – samotny zdezelowany kapeć porzucony na przyzbie domu w porze ponurych deszczów.

Z ponurego nastroju wyrwał mnie, ożywił i wewnętrznie rozświetlił email otrzymany od Anili. Zawierał on przesłanie wielkiej serdeczności. Nie znam dziewczyny, domyśliłem się jednak, że jest ona pełna słodyczy oraz szlachetnych intencji i mieszka w Nigerii. Cytuję:

„Cześć kochanie! Jak się masz? Mam dla ciebie lukratywną propozycję. Proszę o więcej odpowiedzi za pośrednictwem mojego adresu e-mail i wyjaśnienia o sobie. (w tym miejscu był adres, którego nie zamieszczam z obawy, że ktoś mógłby mi podebrać lukratywną propozycję). Życzę miłego dnia, ponieważ czekam na kontakt z Państwem wkrótce. Dzięki, Anila”

To mnie tak ożywiło, że po ekspresowym zakończeniu śniadania, potykając się o własne myśli, nogi i krzesło rzuciłem się do pisania kolejnego opowiadania. Jego tytuł to „Wykład profesora Inha”. Podzielę się w nim z czytelnikami niezbyt radosną wizją naszej przyszłości. Na temat opowiadania nic więcej nie mogę powiedzieć, ponieważ nie wiem, co profesor Inha jeszcze wymyśli. Jest on Szwedem, a wszyscy wiemy, że jest to naród, któremu po głowach i podbrzuszach chodzą różne myśli.

17 07 2020 Prezydent odbiera gratulacje i konwersuje. Wpis wieczorny.

Opowiadanie seryjne „Epidemia i sukcesja” jest tak naprawdę rodzajem kroniki pisanej na bieżąco, przedstawiającej, co dzieje się wokół. W relacjonowaniu rzeczywistości najbardziej odpowiada mi forma groteski, parodii i szyderstwa. Stosuję ją nie tyle dla obrzydzenia zdarzeń czy postaci (choć to jest również możliwe), ile dla uwypuklenia czegoś niezwykłego, dziwacznego czy “nienormalnego”. Przykładem jest głowa państwa, która rozmawiając przez dziesięć minut nie zauważa, że jego rozmówca żadną miarą nie może być przywódcą wielkiej organizacji międzynarodowej. Głowa nie zauważa jego akcentu, wyraźnie wschodniego, tego, że porusza on tematy, których osoba na tym stanowisku nie ma zwyczaju podnosić, że zadaje pytania nie na miejscu, że zabawia się kosztem rozmówcy. W końcu, czy też raczej na początku, że będąc niezwykle zajętym funkcjonariuszem publicznym dzwoni w celu złożenia gratulacji i wdaje się w niekończące się dywagacje na tematy prawie studzienne i kosmiczne. Porównuję to z sytuacją, kiedy ktoś rozmawia z osobą nietrzeźwą i nie dostrzega, że rozmówca ma maślane oczy i bełkocze.

Eksperci różnie tłumaczyli fakt dojścia do tej rozmowy. Ja z bohaterem mojego opowiadania skonfrontowałem się w inny sposób. Posądziłem go o niedostatek inteligencji i refleksji na poziomie odpowiadającym jego wykształceniu i pozycji społecznej, o brak poczucia humoru i poczucia własnej godności.

Ten rodzaj absurdu najlepiej pokazuje właśnie groteska, która przedstawiane sceny, postacie i sytuacje rozciąga, powiększa lub pomniejsza, lub w inny sposób deformuje. Czyni to po to, aby unaocznić coś oczywistego, co na pierwszy rzut oka niekoniecznie wydaje się być oczywistym.

Ostatni odcinek “Epidemii i sukcesji”  https://michaeltequila.com/?m=20200601 

17 07 2020 O opowiadaniu “Broda”. Wpis poranny. 

Z samego rana postanowiłem się obnażyć, ale nie całkowicie, bo byłoby mi za zimno. Ujawnię coś o sobie, jak ten kowal, co wyznaje, że najbardziej nie lubi rozgrzanych do czerwoności obcęgów położonych na słońcu, gdzie nie widać jak wściekle są one gorące. Ten niby żart jest jak najbardziej historią wziętą z życia. Miała ona miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, kiedy czeladnicy kowala postanowili się zemścić za ich podle traktowanie. Na szczęście kowal jako człowiek ciężkiej pracy miał bardzo zgrubiałe dłonie, poparzenie nie było więc tragiczne tylko niezwykle bolesne.

Skończyłem trzecią wersję opowiadania „Broda” korzystając z uwag trzech osób. Poprosiłem je o to. Pisząc opowiadanie, czy jakikolwiek inny utwór, zawsze staram się – przed jego opublikowaniem – o uwagi czytelników, prosząc, aby nie szczędzono mi krytyki. Zanotowałem ważniejsze z nich: zbyt długie zdania, dłużyzna w postaci fragmentu „edukacyjnego” o historii brody w starożytności, niezbyt udane zakończenie opowiadania, komentarz „w sumie nie wiedziałam, czy bohater w ogóle miał brodę i jak ona wyglądała”, opowiadanie mało zaskakujące, imiona i nazwiska bohaterów obco brzmiące (to uwaga dotyczy także innych moich utworów). Wszystkie uwagi spożytkowałem jak umiałem najlepiej: wynikiem jest właśnie trzecia, pełniejsza i zgrabniejsza wersja opowiadania. Zachęcam do przeczytania „Brody”, szczególnie jeśli ktoś jej nie czytał w ogóle, lub bardzo dawno  https://michaeltequila.com/?p=13683

13 08 2020 Refleksje powyborcze. Zagubienie.  

Zagubiłem się w chaszczach kampanii wyborczej. Zajęło mi cały tydzień, aby się z nich wydobyć. Nastąpiło to, kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów. Byłem aktywny, zachęcałem i przekonywałem do głosowania na Rafała Trzaskowskiego, a konkretniej na opcję polityczną, jaką reprezentuje: Polskę otwartą, proeuropejską, liberalną w poglądach, zorientowaną na przyszłość. Byłem za zmianą.

W drugiej turze niektórzy aspiranci do wielkości nie umieli powiedzieć, na kogo będą głosować. Dwaj z nich, Hołownia i Kosiniak-Kamysz, w czasie kampanii wyborczej niezwykle krytyczni wobec Dudy i PiS, nie zdobyli się na stwierdzenie: „Będę głosować na Trzaskowskiego”. Stan ich zdrowia określiłem jako nadęcie. Rozżalili się chłopcy serdecznie, że to nie oni przeszli do drugiej tury wyborów, tylko Rafał Trzaskowski. 

Nigdy nie podobały mi się mętne tłumaczenia, że żaden z kandydatów nie jest dostatecznie dobry, aby go popierać, albo „będę głosować na mniejsze zło”. Ci, którzy to mówią, zachowują się tak, jakby istnieli idealni kandydaci czy idealne partie. Nie ma takich cudów. Jeśli ma się do wyboru wyłącznie jabłko albo gruszkę, i nic więcej, niepoważne jest  kręcenie nosem i mówienie: Wolę wiśnie, ale tylko duże, dojrzałe i bardzo słodkie. 

Kampania wyborcza i jej efekt otrzeźwiły mnie. Wracam do pisania. Powiedziałem sobie: Precz z polityką! Mój najbliższy plan to publikacja ulepszonej, trzeciej już wersji opowiadania „Broda”. Zebrałem trzy opinie na jego temat. Okazało się, że nie było ono tak dobre, jak powinno. W przypadku, gdyby wciąż nie było do zaakceptowania, sam się skopię.

0Shares

Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal w końcu zdecydował się zapuścić brodę. Od dawna o niej marzył. Jego ideałem była broda gęsta, czarna jak smoła, imponująca wielkością. Miał ku temu stosowne warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku był niepewny, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co odróżniłoby go od innych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem kultury i podróżnikiem i widział wielu brodatych mężczyzn. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta czasem sprowadzała go na manowce. Wypominano mu to, lecz nic konkretnego z tych sugestii nigdy nie wynikło, oprócz przejściowego zachwiania jego samopoczucia i wiary w rozum bez granic.

Co do własnej brody miał na początku chyba niezbyt jasne oczekiwania.

– Jakkolwiek by ona nie wyglądała, ważne jest to, abym oglądając siebie w lustrze odczuwał radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Erazm był kimś wyjątkowym w jego życiu. Był wieloletnim przyjacielem, zaufanym i niezawodnym. Admireusz mógł z nim rozmawiać na dowolny temat, bez obawy, że Erazm będzie starać się narzucić mu własny punkt widzenia, lub sugerować coś, co nie leżało w interesie Admireusza. Zawsze dobrze im się rozmawiało, ponieważ reprezentowali podobny system wartości i sposób widzenia świata. Byli uczciwi wobec siebie, starali się też być obiektywni w ocenie zdarzeń, ludzi i rzeczywistości. Co najważniejsze, Erazm od lat nosił brodę, był więc nieocenionym źródłem wiedzy i refleksji nad tym, co znaczy być brodaczem.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z jego poczucia bycia niekochanym. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując brodę pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano.

Życie bez miłości i uwielbienia było dlań nieprzyjemnie odmienne w porównaniu z wczesnym dzieciństwem. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu miłość, oferując pieszczoty, ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Wspomnieniami z okresu wczesnego dzieciństwa okresu nie dzielił się z nikim, nawet z Erazmem, tak bardzo były intymne.

W dorosłym wieku Admireusz nie doznał szczęścia w miłości. Dwie próby wspólnego życia z kobietą były nieudane, skończyły się tylko na przyjaźni. Nie rozwinęły się w prawdziwą miłość, jak oczekiwał. Od tej pory Admireusz pozostawał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która obdarzyłaby go prawdziwym uczuciem. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez najbliższą rodzinę, szczególnie matkę.

Kobietę uważał za istotę nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych.

Adorację ze strony kobiety wyobrażał sobie w różnych formach: podziwu, respektu, nawet fascynacji. Często zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne. Lubił o tym myśleć; sprawiało mu to przyjemność. Pilnował się jednak, aby nie pójść za daleko, nie przesadzić, nie stać się narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Admireusz był wykładowcą na Uniwersytecie Humboldta, na Wydziale Antropologii Kultury, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego. Z niepokojem myślał o tym, że proporcja osób adorujących go na uczelni mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na wydziale studiowali głównie mężczyźni myślący o karierze dyplomatycznej, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się kiedyś z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Gdyby tak się stało, ludzie mogliby utożsamiać mnie z osobami o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę. Nie powiedział tego głośno, ale miał na myśli LGBT.

Admireuszowe pragnienie posiadania brody wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Było to w okresie, kiedy pomysł brody dopiero raczkował w jego głowie. Chodziło o Igora Kardanowa, który – wykorzystując słabości demokracji – podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł do zaufanych ludzi Kardanowa, w najlepszym przypadku Admireusz byłby oskarżony o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii i relegowany z uczelni jako persona non grata.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Kardanowa, rażącego go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez punktu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności czy choćby przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Podobnie odrażający byli dlań ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o identycznie gładkich i obleśnych obliczach jak ich pryncypał. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o twardą powierzchnię, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Brodaty Admireusz nie miał łatwego życia. Jego obfity zarost nie przypadł do gustu rodzinie; w sposób bardziej lub mniej bolesny usiłowano mu ją obrzydzić. Broda Admireusza wydała się im czystym wymysłem, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując zdeformowaną rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca. Nie szczędzono mu uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz zdecydowanie gorzej niż poprzednio, jak człowiek zaniedbany”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie. Mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”

Matka Admireusza, osoba, która z miłości nadała mu to niezwykłe imię, rozpaczała najbardziej, nie szczędząc mu bezlitosnych porównań.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub pijany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywe argumenty.

– Golenie drażni mu skórę.  Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

W chwilach nasilenia presji rodzinnej odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego. Tym niemniej nie ustąpił.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza czas pozostawał jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm; lizał ją przy okazji każdego zbliżenia się do twarzy swojego pana. Admireusz cieszył się tą zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi przeżyciami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszę się publicznie. Pies jest jedyną istotą kochającą człowieka bez względu na to, jak się prezentuje. Myślę o moim jamniku Sabirze, jedynym bezwarunkowym miłośniku mojej brody. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany pocałunkami.

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo zapętlę się w emocjach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć oczom, ustom, nosowi i uszom, atrybutom twarzy, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby zgłębiać kulturę kraju i doskonalić język. Wyprawiał się zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziekan Wydziału Antropologii Kultury udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, wydatnie podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni publicznie w mundurach koloru zielonej oliwki bez medali i odznaczeń. Otaczała ich aura odmienności, powagi i romantyczności. Byli nietypowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, ale mimo znojnego życia i nieprzerwanej konfrontacji ze śmiercią nie pili, nie rabowali, zachowywali się wyjątkowo przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn przystojnych i nowoczesnych. Pod koniec pobytu myślenie Admireusza zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycjach i zwyczajach noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Studenci poprosili go o pozostawienie im inicjatywy rozwinięcia tematu. Odpowiadało to Admireuszowi jak i władzom wydziału.

Grupa studencka podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie spektaklu dydaktycznego, korzystając z sali i instalacji teatralnych uczelnianego Wydziału Animacji Kultury.

Temat „Broda w historii i kulturze narodów” został ogłoszony jako wydarzenie teatralne, na które zaproszono całą społeczność uczelnianą, naukowców, pracowników administracyjnych oraz studentów. Audytorium wypełniło się po brzegi.

Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, aby dokonać krótkiego wprowadzenia do aktu, jaki miał się rozegrać. Chwilę po tym na scenie ukazywał się student ucharakteryzowany na historyczną postać.

Pierwsza prezentacja dotyczyła Babilonu, najstarszej cywilizacji, znanej ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Przed widownią stawił się jak żywy nie kto inny jak sam Hammurabi, król I dynastii Babilonu, autor słynnego Kodeksu Praw, kojarzonego ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna. Pojawienie się Hammurabiego na scenie wywołało nieoczekiwaną reakcję. Koleżanki i koledzy z Wydziału Antropologii Kultury głośno zgadywali, kim jest aktor, wymieniając jego imię. Kiedy wybór okazał się trafny, student ukłonił się wyrażając pochwałę pod adresem zgadującego i zszedł ze sceny.

W starożytnym Egipcie noszenie brody było przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla wysokich rangą funkcjonariuszy państwa. Brodę zazwyczaj barwiono henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka; była to oznaka najwyższej władzy w państwie. Nikt oprócz faraona nie miał prawa nosić takiej brody.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Zwyczaj jej noszenia przetrwał dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych. Sadhu, jaki pojawił się na scenie, zdobiła niezwykle obfita, czarna broda, ze śladami siwizny na krawędziach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry. Brodę świętego męża dopełniały gęste włosy splecione w dredy oraz szerokie pasma kolorowej farby na czole.

W starożytnej Grecji broda była świadectwem męskości i siły. Mężczyzna bez brody oznaczał młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem tego okresu okazał się Sokrates. Szczyt głowy filozofa pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę ufryzowaną w loki, okalającą pełną twarz z masywnym nosem.

W średniowieczu broda była oznaką męstwa i honoru. Okres ten reprezentował Karol IV Luksemburski, ubrany w niezwykły biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych, zielono upierzonych ptaków. Władca wyglądał jakby wyjęto go z ram świętego obrazu: złota korona, wyrazisty nos, czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Inscenizacja, charakteryzacja, ubiory i prezentacje teatralne okazały się tak udane, że wkrótce na Wydziale Antropologii Kultury powstał Klub Młodych Brodaczy, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja noszenia brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Szczęście studentów nie trwało jednak długo. Po okresie rosnącej popularności, kiedy brody członków klubu nie rzucały się jeszcze nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się niechęć, a wkrótce za nią wrogość wobec członków Klubu Młodych Brodaczy. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, narzeczonych a nawet koleżanek studentów starających się wybić na samodzielność osiągnęła taki poziom, że stanęli oni przed zabójczym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym lub miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie pójdzie całkiem w zapomnienie dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom.

Dla Admireusza było to marne pocieszenie. Dociekając źródeł nienawiści do brody i jej wyznawców, doszedł do wniosku, że zainicjowały ją zrzeszenia i związki zawodowe fryzjerów oraz dystrybutorów sprzętu i akcesoriów do golenia. Nie sposób było jednak udowodnić komukolwiek podstępnych intencji.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię zatrudnioną na Wydziale Animacji Kultury. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cyntia, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie.

W oczach Admireusza była kobietą niezwykle urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Z czasem nachodziła go okropna myśl, że bez tej ozdoby Cyntia nie byłaby w stanie wzbudzić w nim gorącego uczucia, jakim do niej zapałał. Było to już w okresie wielkiej intymności, kiedy leżąc przed nim z rozłożonymi zapraszająco udami wydawała mu się niekompletna i jakby mniej podniecająca bez rozsypanej na poduszce cudownej czupryny.

Koledzy wykładowcy widzieli w Cyntii raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował kiedyś sceptyczne uwagi Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cyntia nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby ona stać się przeszkodą w ich coraz namiętniejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cyntię, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cyntię wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cyntię z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cyntia zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Ostatni dzień

W ostatnim dniu przygotowań do Turnieju o Złoty Puchar, sceneria i zdarzenia nabrały teatralnych wymiarów. Pojawiły się nowe symptomy i symbole. Wszystko tego dnia było nadzwyczajne: postacie, słowa, emocje, tłumy, rzeczywistość. Nawet małe dzieci były większe i bardziej kolorowe. Co miało nastąpić, nikt jednak nie wiedział, bo od pewnego czasu pańska łaska na pstrym koniu jeździła. Dlatego też modlono się usilnie ze wszystkich stron o błogosławieństwo, życząc sobie zwycięstwa i ciężkiego niedowładu nóg przeciwnikom.

Obóz, gdzie Dobro i Zło odmieniano przez przypadki, wymodlił zmienną pogodę, ulewy słońca i ciche burze, aby dodać kolorytu ostatnim wystąpieniom turniejowym swego zawodnika. Na ten dzień przybrał on nowe, odświętne imiona: Adadu, Colombini i Chuchu,  wyrażającymi bogactwo jego myśli i uczuć, rozciągających się od miłości, poprzez pogardę do nienawiści.

Dzielny Adadu był pewien zwycięstwa. Pokazywały to słupki, przekazywane sobie z rąk do rąk, z oczu do oczu, z ust do ust. Dla pewności, spotkał się w ostatniej chwili ze swym protektorem, Potężnym Szamanem zza Wielkiej Wody, i poprosił go o błogosławieństwo. Starzec, broń Boże jeszcze nie zgrzybiały, jak twierdzili o nim jego przeciwnicy (Kto ich nie ma?), położył swe cudotwórcze ręce na głowę Dzielnego Adadu, aby odczynić zło i wymodlić błogosławieństwa. Po zakończonej ceremonii nazwał Adadu przyjacielem i wiernym giermkiem, po czym pożegnał go serdecznymi słowami God bless you, I love you, see you later. Oczy Adadu zalśniły  łzami, że to właśnie z nim w tak trudnym czasie powszechnej zarazy spotkał się Potężny Szaman. Wzruszony wyszeptał: God bless you, too, Potężny Szamanie! Obyśmy zdrowi byli w czasach zarazy i dzikich oszołomów!

Po powrocie z podróży, odświeżony błogosławieństwami Adadu przemianował się na Chuchu i natychmiast uruchomił Szczwanego Lisa, który drogą magii i przemyślnych ekranów umiał odczyniać rzeczywistość: pomniejszać przeciwników, wykoślawiać ich postacie i wypowiedzi, wkładać im w usta bezeceństwa i robaczywe przekleństwa.

Tego dnia Chuchu wygłosił niezliczoną ilość przemówień. Był w wielu miejscach na raz, dwoił się i troił, natężał głos, w końcu krzyczał, tyle miał w sobie pary i miłości. Nieprzerwanie głosił zwycięstwo dobra nad złem, zwłaszcza nad podłym Kardamonem, powszechny dobrobyt, kieszenie tak wypełnione pieniędzmi, że urywały się pod ciężarem, zamożność w domach i zagrodach, wyższą mleczność bydła rogatego i przebogate zbiory kukurydzy. Wierni giermkowie otaczali go obracając się twarzami w kierunku tłumów, uzbrojeni w jastrzębie oczy oraz broń krótką, aby móc odeprzeć niespodziewany atak. Ukryci w tłumie krzykacze, po każdej wypowiedzi Chuchu, sławiącego własne czyny, rozgrzewali tłumy entuzjastycznymi krzykami: Chuchu twoim zbawicielem! Popieraj go, jeśli nie chcesz piekła! Tylko Chuchu ochroni twe dzieci przed złem, a starców przed nędzą!

Wieczorem wszyscy, jak świat długi i szeroki, zasznurowali usta. Zapadła niewiarygodna cisza, pełna oczekiwania i sposobienia się do nadzwyczajności. Modlono się i czekano. Nawet najodważniejszym zwolennikom Chuchu zimne ciarki pełzały po plecach, co będzie dalej.

0Shares

Niesforny starzec. Groteska.

Radosław Bojan był postawnym mężczyzną w zaawansowanym wieku. Przyjaciele zwali go radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była też jego rodzina. Jeden z jej członków, prosząc o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– Radosław to człowiek, który źle sypia, chodzi po nocy, sprawia najbliższym kłopoty, dziecinnieje, a w dodatku pije do upadłego, a potem twierdzi, że są to zioła, choć śmierdzi od niego alkoholem na odległość. Jednym słowem jest zakałą rodziny. Ponadto ma na imię Radosław. Jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka ludzie o imieniu Radosław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co prawie na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywoziła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia się i śmierci głodowej, jak mówił on sam. W sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław za każdym razem ożywał i nabierał wigoru, przypominając sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Maroku w Legii Cudzoziemskiej, o której z pasją opowiadał. Kiedy wracał pamięcią do wojennej przeszłości, przypominał sobie wszystkie sztuczki i chwyty wojskowe, dzięki którym wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa. Rodzina broniła się, wyjaśniając i tłumacząc, jak również przedstawiając dowody w postaci zdjęć, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lustro, pozdrawia a następnie wygania z domu człowieka, którego tam widzi – tłumaczyła synowa Radosława, mająca z nim na pieńku od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś – pytał tego w lustrze – a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Było to w nocy – wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że go wypędza.

Dochodzenie policyjne ustaliło, że były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława, tak bardzo do niego podobny, że myśliwi mówili, że to skóra ściągnięta z Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko jedna wielka okazja do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do parku miejskiego i wygłaszał tam przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Ludzie spoza rodziny Radosława byli pozytywnie nastawieni do niego.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę na afisze, ogłoszenia, murale i napisy.

– Takiej jałowej przestrzeni miejskiej nie można pozostawić niezagospodarowanej – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Nazywał je malunkami albo malowidłami. Raz o mało co nie wywołał wypadku. Ludzie tak się namiętnie gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Byli tak zaślepieni sztuką muralną Radosława, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł wówczas na szyny i złamał sobie nogę.

Był to głośny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowie mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, fosforyzującej w nocy.

Ludzie pytali, co się stało z psem. Szczególnie namolni w odpytywaniu właściciela byli ludzie z ochrony środowiska, nazywający siebie zielonymi.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do znajomego weterynarza, gabinet był jednak nieczynny. Wtedy zawiozłem go do pogotowia ratunkowego zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył mi w oczy i zapytał, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni pogotowia ratunkowego oprócz właściciela dużego psa byli jeszcze dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz, każdy ze swoim pupilem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał ksiądz przypominający cywila w sutannie, prawdopodobnie dlatego, że był nieogolony.

– A nie jest to stworzenie boże jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Wkrótce wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, gdyż zaczął złorzeczyć najpierw na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler. Oskarżał ich o to, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny. W końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz tak silnie, że weterynarz upadł. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł z kurzu i pyłu twarz i ręce wilgotną ściereczką, którą miał w kieszeni fartucha, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. W tym samym dniu o tej samej godzinie toczyły się tam dwie rozprawy, które zupełnie przypadkowo zazębiły się o siebie. Pierwsza dotyczyła bijatyki w poczekalni pogotowia ratunkowego zwierząt. Na drugiej miał być rozpatrywany spór miedzy parlamentarzystą a obywatelem, który nie zgadzał się z nim w sprawie wysokości funduszu walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli.

Starzec Radosław dostał wezwanie do złożenia zeznań jako świadek zajścia. Sprawę miała prowadzić sędzina w zastępstwie sędziego, który w ostatniej chwili odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie z lewej strony, gdzie miał szpetną bliznę po ciosie nożem zadanym przez świadka, który oskarżał go o stronniczość.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi przybyłych na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, który wszedł w konflikt ze znanym parlamentarzystą.

– Ten typ był pijany, wstał z rynsztoka – mówił o parlamentarzyście brat oskarżonego – i chciał nasikać do kieszeni oskarżonego w przekonaniu, że stoi przed nim pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

Rozprawa w sprawie pijanego i wulgarnego parlamentarzysty stała się głośna, bo w grę wchodziła wielka polityka. Prowadzący ją sędzia zadał oskarżonemu pytanie:

– Czy nie chodzi o to, że to pan napadł na Bogu ducha winnego parlamentarzystę, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się on z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Na rozprawie dotyczącej bijatyki z udziałem dentysty, mechanika samochodowego, księdza z małym pieskiem i weterynarza, Radosław brał udział jako świadek zdarzenia. Zapytany, co wie o zajściu, zaczął od wyjaśnienia okoliczności swej obecności w poczekalni u weterynarza w tamtym miejscu i czasie. Zaczął bardzo rezolutnie korzystając z łaskawości sędziny, reprezentującej życzliwy stosunek do osób starszych.

– Wcześniej nie miałem tej świadomości, jakoś umknęło mojej uwadze, jak ja się tam w ogóle znalazłem. Jest to chyba kwestia pamięci, która w miarę starzenia się zaczyna chodzić własnymi drogami, niekiedy przez wertepy i bagna. A może po prostu bałem się zbudzić demony wspomnień, które drzemią we mnie?

Sędzina patrzyła na Radosława jakby zdziwiona, co zrozumiał jako zachętę do kontynuacji swoich wynurzeń. Zakończyło si to niestety orzeczeniem obrazy sądu przez Radosława i usunięciem go z sali rozpraw przez woźnego sądowego.

Radosław wyjaśniał przyjaciołom po rozprawie, że na sali sądowej zamierzał uczciwie opisać zdarzenia, w których uczestniczył, oraz własny charakter, czyli wszystko to, co jego zdaniem było istotne dla wyjaśnienia przebiegu awantury. Od razu przyznał, że nie jest ideałem. Jako przykład podał, że w dniu pierwszego września, kiedy rodzice i dzieci przygotowywali się do nowego roku szkolnego, on jakby nigdy nic pojechał na plażę San Domingo, aby popływać. Pływał daleko od brzegu, aby zaimponować plażowiczom jaki to on jest odważnym i dobrym pływakiem. Nie było to jeszcze najgorsze przewinienie. W drodze na plażę i w drodze do domu, jak i na samej plaży uważnie przyglądał się kobietom i wybierał te najbardziej ponętne.

Sędzinę to zaintrygowało, poprosiła go o przedstawienie szczegółów. Odpowiedział, że taksował je wzrokiem, jedną nawet rozebrał wizualnie.

–  Nie żałowałem tego. W ogóle zachowywałem się niesfornie, a może nawet bezczelnie. W dodatku nie robiłem tego za ich zezwoleniem, ale też z drugiej strony powstrzymałem się od dociekania szczegółów o każdej nich, pytania, ile ma lat, ile waży, jak się odżywia, co robi a czego nie robi w samotności. Nawet takie moje zachowanie nie usprawiedliwia traktowania mnie przez własną rodzinę jak wyrzutka, krnąbrnego starca a nawet zarazy. Nigdy nie powiedzieli mi tego wprost, ale wiem, że tak jest i jest to niesprawiedliwe. Dlatego mam powody, aby nie lubić mojej rodziny, ponieważ mówi i myśli o mnie  dziwne rzeczy. Przede wszystkim, o tym, jak rzekomo zachowuję się, patrząc w lustro.

Tak zakończył swoją historię Radosław Bojan, ten sam, co to dziecinniał, źle sypiał, chodził po nocy, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 20 06 2020

0Shares

Zrzutka

Drodzy Czytelnicy,

Zbieram pieniądze na wydanie tomiku moich poezji “Oniemiałość”. Planuje dodać do nich także moje “Aforyzmy i myśli”.

Link: poezje do publikacji: https://michaeltequila.com/?m=20200520 

Link: aforyzmy i myśli: https://michaeltequila.com/?m=20200604 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej. Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja zwraca się niezwykle powoli, praktycznie nigdy się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem. Dlatego też szukam pomocy w formie coraz popularniejszej publicznej zbiórki funduszy, inaczej mówiąc – zrzutki).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Osoby, które wpłacą 25 zł lub więcej, otrzymają ode mnie egzemplarz zbioru poezji “Oniemiałość”  lub, jeśli sobie tego zażyczą, jedną z następujących pozycji:  “Klęczy cisza niezmącona” (poezje), “Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” (opowiadania), “Cztery portrety cudze i jeden własny” (powieść). Proszę tylko o podanie adresu email  w momencie wpłaty, lub imienia i nazwiska, jeśli znam daną osobę. 

Adres zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet

Zrzutka kończy się 12.07.2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Oprócz prywatnego kościoła i wielkiej pobożnej rodziny, Ojcu Rydzykowi można także zazdrościć, że ma własnego pana Boga.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Zwycięzcy nigdy nie byli bardziej sobie równi niż obecnie; przywódcy włożyli buty na koturnach, ich zwolennicy zgarbili się do poziomu nietolerancji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Epidemia i sukcesja. Opowiadanie seryjne.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych innych kontaktów – wyjaśniali znający ich dobrze sąsiedzi. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych. Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Upomnienie udzielone przez premiera zapadło ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował prezentacje w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze “My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było “Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

Odc. 16

O godzinie piątej trzydzieści rano prezydent był już na nogach. Obudził się kilkanaście minut wcześniej i nie mógł już zasnąć. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności za kraj. Chodził po sypialni i wykonywał ćwiczenia dla rozluźnienia napiętych mięśni, niewiele to jednak pomogło. Spróbował wtedy poćwiczyć zginanie tułowia w dół, aby sprawdzić, czy dotknie końcami palców podłogi. Był to test sprawności. Nie zdał go.

– Brzuch mi przeszkadza. Od czasu jak zostałem prezydentem dużo jem, ciągle są jakieś okazje, przyjęcia, rauty, bankiety, spotkania i dyskusje. Wszędzie jest jedzenie. I to jakie.

W głowie tłoczyły mu się myśli. Kiedy poczuł ucisk na szczycie głowy,  miał wrażenie, że to korona. Miał takie marzenia. Wyobraził sobie, że go koronowano. Nie na króla oczywiście, było to niemożliwe, ale na Żelaznego Prezydenta. To tytuł, który przyszedł mu do głowy.

Postanowił zapisać te myśli. Od pewnego czasu prowadził notatnik dla upamiętnienia ciekawych i ważnych zdarzeń oraz cennych myśli. Wyciągnął podręczny laptop, uruchomił, odnalazł plik „Notatki własne” i pod bieżącą datą zanotował tytuł „Żelazny Prezydent”. Pisał nie zważając na błędy, aby nie stracić wątku.

– Ludzie podziwiają mnie za odporność na koronawirusa. Prowadzę kampanie wyborczą, jeżdżę po kraju, spotykam się z dużymi grupami ludzi i nic. Jestem zdrów jak ryba. Wirus YZ, ten najsłynniejszy, odbija się ode mnie jak owad od niewidocznej metalowej tarczy. To coś nadzwyczajnego. Wczoraj zorganizowałem u siebie garden party. To już tradycja. Zaprosiłem sto osób, wyłącznie ludzie pozytywni, myślący podobnie jak ja. Przyszli ubrani we fraki, maseczki anytwirusowe i jedwabne rękawiczki. Było wspaniale. Zgodnie z zasadami staliśmy w odległości dwóch metrów od siebie. Kazałem w tym celu poznaczyć kółka na ziemi z imionami i nazwiskami, aby było jasne, gdzie kto ma stać. Wszyscy trzymali nad głową lampiony, kelnerzy w maseczkach i rękawiczkach roznosili sampana. Po dziesięciu minutach rozpoczęły się fajerwerki.

Z budki ustawionej na końcu ogrodu wirusolodzy obserwowali zgromadzonych. Od wczoraj pałac prezydencki dysponuje chińskim wirusometrem pozwalającym ustalić, czy w powietrzu nie ma wirusa YZ. Oczywiście nie jednego ale pewnego ich stężenia. Pokazano mi wirusy w postaci chmurki połyskliwych kropeczek. To powiększenie ponad dziesięć tysięcy razy.

– Tak powiększyć to dla nas tyle, co dla pana splunąć na przeciwnika, panie prezydencie. Pana też widzieliśmy w powiększeniu. Jest pan gigantem. I to jakim! Kiedy patrzyliśmy na pana, nie było wokół pana nie jednego wirusa. Ma pan w sobie nadzwyczajną siłę odpychania epidemii. Ludzie znajdujący się w pana otoczeniu są również bezpieczni. To nadzwyczajne, panie prezydencie! Może pan organizować tyle masowych spotkań, ile pan sobie zamarzy! – wykrzyknął profesor wirusologii, obsługujący urządzenie.

Na słowa uznania odpowiedziałem uśmiechem, tym najlepszym, numer 3. To mój ulubiony. Dobrze z nim wypadam. Są też nieudane, Krytycy nazywają je pociesznymi, czasem żałosnymi. Nie podoba mi się to, ale co mam zrobić. Zresztą nie potrwa to długo, bo Namiestnik zamierza przykręcić śrubę społeczeństwu, przede wszystkim wrogom państwa. Musimy się bronić. Podobno ja mam w tym bardzo poważną rolę do odegrania. Zawsze dowiaduję się ostatni, bo Namiestnik nigdy nie ma dla mnie czasu. Jutro w parlamencie ma odbyć się ważna uroczystość. Jestem na nią zaproszony, nie wiem jednak co tam będzie się działo.

– To niespodzianka – poinformował mnie  minister z kancelarii premiera Chudego, dostarczając mi zaproszenie. – Ja sam nic nie wiem – dodał uprzedzając moje pytanie. Wiem tylko, że to pan, panie prezydencie, ma być główną postacią uroczystości.

Mam niedobre przeczucia – zakończył prezydent.

Odc. 17

W dniu uroczystości prezydentowi związano oczy, wprowadzono go do sali bankietowej i ustawiono na cokole. Potem poprawiono mu wargi szminką odblaskową, podrasowano usta, przypudrowano policzki i uczesano. Prezydent występował w telewizji setki razy i był do takich zabiegów przyzwyczajony. Znał te czynność i lubił je. Czuł się wtedy dopieszczony. W końcu zasłonięto go jak postać na pomniku. Zapadła cisza. Na salę wchodzili parlamentarzyści. Prezydent nie widział ich, ani oni jego, nawet nie domyślali się jego obecności. W końcu nadszedł sam Namiestnik i podszedł do cokołu. Mówił uroczystym głosem.

– Teraz przedstawię państwu naszego kandydata na najbliższe wybory. Oto on, przyszły prezydent Bubu Lambrekin!

Prezydent osłupiał z oburzenia, zwinął się z bólu i zaczął strasznie krzyczeć.

– Nigdy! Po moim trupie. Możesz mnie połamać kołem już teraz, ty oprawco! Zeskoczył z piedestału i tupał nogami krzycząc nieprzerwanie. Nigdy! Nie zostanę prezydentem tylko dlatego, że ty sobie tego życzysz! Nie jestem taki głupi. Nie zrobisz ze mnie manekina. Od tego twojego szarparnia sznurkami już nóg i rąk nie czuję!

W domu prezydent przedstawił swoje przeżycia żonie. Cenił ją, ponieważ umiała milczeć. Nawet kiedy jej zadawano pytania, nie otwierała ust. Przez długi czas ludzie myśleli, że w ogóle ich nie ma. Lekarze jednak wyjaśnili, że nie jest to możliwe, ponieważ usta służą także do odżywiania się, a żona prezydenta nie wygląda na niedożywioną. Wywołało to debatę, czy jednak żona prezydenta nie powinna od czasu do czasu coś powiedzieć, choćby nawet zaśmiać się szyderczo, kiedy pytają ją o coś śmiesznego. Ona jednak milczała.

– Taka już jestem od urodzenia i tego nie zmienię – miała kiedyś ujawnić tę bolesną prawdę swej najlepszej przyjaciółce. Przyjaciółka jednak tego nie potwierdziła. 

Prezydent był szczery aż do bólu, niczego przed żoną nie ukrywał.

– To było niesprawiedliwe, co mi zaproponował. Dawał mi gwarancję, że wygram, że nie muszę podejmować żadnego wysiłku. Nie zniosłem tego, bo to byłoby niedemokratyczne, kłóciło się z moją moralnością, etyką, konstytucją, Bóg wie jeszcze z czym. To nie ja krzyczałem tylko moje sumienie. Dzięki Bogu, że dał mi sumienie. Poczekam, aż się uspokoi, wtedy zadecyduję, co zrobię.

– Powinnaś widzieć i słyszeć tego starucha. Jest okropny. Niby jest mi przyjazny, szepcze mi do ucha słodkie słówka, składa obietnice, w istocie zaś eksploatuje mnie jak chciwy kapitalista starą kopalnię węgla, Chce wyciągnąć ze mnie wszystko, wycisnąć mnie jak cytrynę. A jak on do mnie mówił!

– Słuchaj Bubu. Mówię do ciebie po imieniu, aby sprawić Ci przyjemność. Masz wspaniały charakter pisma. Nikt nie napisze wstępu do objawień mojej woli tak zgrabnie jak ty.  Jesteś też mańkutem, a ja bez twojej lewej ręki czuję się jak bez mojej prawej. Ty jesteś naszą tarczą, przedmurzem chrześcijaństwa, jesteś wszystkim. Zgódź się zostać kandydatem! Pomogę ci we wszystkim. Mam już psychoterapeutę, popracuję z tobą nad twoją mimiką i kawałami, jakie opowiadasz. Trzeba je dopracować. Można w nich wiele poprawić.

– Absolutnie nie! Odmawiam – prezydent Lambrekin był zdecydowany. Czuł w sobie wielką odpowiedzialność za naród.

Wobec nieoczekiwanej odmowy prezydenta przyjęcia nominacji na kandydata, twarz Namiestnika zbielała. Nic nie powiedział, tylko zachwiał się na nogach. Odwieziono go do domu. Dla bezpieczeństwa przed, z boku i za jego samochodem biegło dwudziestu agentów ochrony, po pięciu z każdej strony. Ludzie na ulicach pytali ich, kogo eskortują, że jest ich aż tylu, na co oni zgodnie odpowiadali, że skarb narodowy.

Następnego dnia pojawiły się spekulacje. Podejrzewano, że odmowa prezydenta Lambrekina została sprokurowana, aby uśmiercić Namiestnika wywołując zawał serca, że na śniadanie zamiast płatków owsianych dodano mu do mleka środki odurzające, wskutek czego miał halucynacje i mówił nie to, czego naprawdę pragnął.

*****

Namiestnik Kurdu nie odzywał się w ogóle w czasie drogi do domu. Patrzył tylko smutno na mijane budynki, ludzi i drzewa i szeptał:

– Taka niewdzięczność. Nazwać mnie oprawcą!

W domu czekał na niego osobisty lekarz, bardzo opiekuńczy. Był to profesor nauk medycznych, co mu kiedyś przywoził leki do domu. Popatrzył na pacjenta i powiedział:

– Wygląda pan bardzo blado, panie Namiestniku. Muszę pana zbadać.

Namiestnik odmówił. Rano przyszedł do niego sekretarz osobisty i go nie poznał. Nocą namiestnik osiwiał. Twarz miał skurczoną bólem, pod lewym okiem drgał mu nerw policzkowy. Nie odzywał się. Wyglądało to tak źle, że sekretarz pomyślał, już Namiestnik nigdy się już nie odezwie.

Sprawę stanu zdrowia Namiestnika przedstawił parlamentowi premier już następnego dnia. Opisał sprawę bardzo jasno. Nie był tylko pewien, czy namiestnik osiwiał całkowicie czy tylko częściowo. On sam prawie rozchorował się ze zmartwienia. Dla upamiętnienia tragicznego zdarzenia Premier zaproponował uznać ten dzień za święto państwowe nazywając je Dniem Wielkiego Milczenia.

Następnego dnia jak zwykle pojawiły się spekulacje. Mówiono, że nie wszystko, co myślał i mówił premier było prawdą. Premier ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał tym wiadomościom.

– Takie są zasady protokołu dyplomatycznego – wyjaśnił rzecznik prasowy premiera.

W duchu premier myślał, że jeśli zdrowie Namiestnika pogorszy się, to dla niego pojawi się szansa przejęcia po Namiestniku schedy. W czasie przemówienia premier obrzucił MinSpra wymownym spojrzeniem, aby dać mu znać, że zna jego chore ambicje udziału w schedzie.

Dwa dni później sprawa wyjaśniła się. Namiestnik zaprosił prezydenta do siebie, aby porozmawiać w cztery oczy. Odmowa prezydenta okazała się najzwyklejszym nieporozumieniem. Nieprawdą też okazałą się informacja, że Namiestnik osiwiał. Okazało się, że wręcz przeciwnie, włosy mu pociemniały. Jego sekretarz wyjaśnił, że był to efekt użycia nowego szamponu z dodatkiem czarnej porzeczki. Prezydent uznał argument Namiestnika, że najważniejsze jest, aby prezydent jak najszybciej stanął na cokole wyborczym, aby pokazać, że naród i tradycja są silniejsze od coraz bardziej szalejącego wirusa.

– Złamiemy go naszą nieustępliwością – zgodnie oświadczyli dwaj mężowie stanu.

Odc. 18

Premier Chudy przedstawił ministrom wyniki spotkania z Namiestnikiem.

– Namiestnik wyglądał bardzo dobrze. Widziałem na własne oczy, jest silny jak tur. Zwrócił się do mnie od razu, kiedy byłem jeszcze w progu.

– Słuchaj, chłopie. Nie jest dobrze. Musimy cos zrobić w sprawie tego wirusa. Zaczyna mnie przytłaczać. Czuję jakby przyklejał się do skóry. On ma podobno jakieś czułki. Nocą słyszę szum i mam wrażenie, że czas płynie szybciej niż zawsze. Albo że napadła na nas szarańcza. Sam, już nie wiem, co myśleć.

Tak mi powiedział, a potem dodał:

– Tym lekarzom i pielęgniarkom to ja nie wierzę. Zawsze robili szum wokół siebie. Ale zrób coś, chłopie, aby te negatywne informacje nie docierały do społeczeństwa. Nie możemy dopuść do pogorszenia się opinii o naszej partii, bo to podmyje piedestał, na którym stoi prezydent Lambrekin. A on jest dla nas wszystkim. Wiesz, że mam wizje i widzenia. Widziałem go w nocy jak na dłoni. Był taki malutki, kiedy patrzył na mnie. Kiedy się odwrócił, od razu urósł. Może on jest nadmuchiwany? Ale co tam jego wygląd! W tych trudnych czasach, kiedy ten wirus gryzie ludzi w rękę a niektórych nawet w szyję, jedynym naszym obrońcą jest Lambrekin. To nasz Anioł Stróż, Archanioł Michał, ten od smoka, i Archanioł Gabriel, ten od dobrej nowiny. Prezydent pomaga nam obydwiema rękami.

– Namiestnik roznamiętnił się opowiadaniem o prezydencie. Sam się dziwiłem, że tak go szanuje. To nadzwyczajne – zachwycił się Premier.

W tym zachwycie, kiedy tak stał na środku gabinetu i mówił, członkom gabinetu wydał się jeszcze szczuplejszy, jeszcze wymowniejszy.

Namiestnik powiedział mi więcej.

– Prezydent to człowiek uniwersalny, dwuręczny. Wyobraź sobie, że on je, sznuruje buty i wykonuje wszystkie inne czynności prawą ręką, ale pisze tylko lewą. To nadzwyczajne! Trzeba by to spopularyzować, aby wygrał wybory. Może byście wrzucali każdemu obywatelowi jego zdjęcie z autografem do skrzynki pocztowej razem kartami do głosowania? Niech sobie przypomną. Jest przystojny i ma fajną żonę, to prawdziwy majątek, jeszcze bardziej go polubią. Trzeba robić, co się da. Na przykład MinKult myśli o założeniu Fundacji Upowszechnia Wiedzy o Prezydencie Lambrekinie. Ma w domu na ten cel miliard złotych, odłożył je na czarną godzinę. Ja myślę bardziej o pomniku Prezydenta. Mam nawet w głowie pomysł. „Bubu Lambrekin” wypisane złotymi literami. Czy ty wiesz chłopie, co to by było, gdyby prezydent przegrał wybory?

– To znaczy, że stracilibyśmy nóż do krojenia chleba. – odpowiedziałem.

– No właśnie! – wykrzyknął Namiestnik. – Co nam z chleba, jak nie będziemy mieli noża! Bez noża też jak bez ręki. W takich warunkach to nawet straszenie wirusem i zakazy chodzenia dwójkami i trójkami nie pomogą.

Twarz Namiestnika zszarzała. Wiedziałem, że mu to przejdzie, bo chłop trzyma się mocno przy ziemi. Trochę ostatnio przytył, więc jest mu łatwiej, działa siła grawitacji. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy Namiestnik powiedział:

– Wydaj temu swojemu ministrowi od epidemii nakaz, aby ukrócił skargi personelu szpitalnego na braki i zmęczenie. Daję ci na to dwie godziny. Skargi muszą się skończyć. Jak chcą coś mówić, niech zachęcają do wyboru prezydenta Lambrekina na prezydenta.

– Co miałem zrobić?! Trzasnąłem kopytami i odkrzyknąłem:

– Służba nie drużba, panie Naczelniku. Zrobię, co trzeba. Musimy ukrócić skargi personelu medycznego i wygrać wybory. Prezydent musi być nasz. Bez niego jesteśmy jak bez ręki i bez noża, może nawet chleba. Nie daj, Boże, bo bez jedzenia nie da się żyć.

Premier zasmucił się. 

Odc. 19

W niedzielę telefony do stołecznego centrum kryzysowego i policji nie przestawały dzwonić. Donoszono, że na cmentarzu centralnym pojawiła się duża grupa czarno ubranych osób i udała się w głąb cmentarza, mimo że obwiązuje zakaz wchodzenia. Domyślano się, że mogą to być ludzie zamierzający dokonać aktów wandalizmu. Jak weszli na cmentarz, nie wiadomo. Wszędzie stały patrole i zapory. Podejrzewano, że mogli wejśc przez dziurę w ogrodzeniu.

Wieczorem okazało się, że był to Naczelnik z grupą osób; udali się oni na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie Znanego Bohatera. Telewizja transmitowała wywiad z Naczelnikiem. Ubrany był na czarno, od stóp do głów, na twarzy miał białą maseczkę ochronną a na rękach białe rękawiczki. Opowiedział wszystko w szczegółach.

– Byłem w domu sam jak palec. Pogoda była piękna. Pomyślałem sobie, z wyjdę na spacer. Nie widziałem, gdzie pójść. Wszędzie byli ludzie, w parkach, na ulicach, na bulwarze nadrzecznym, tam, gdzie był tylko kawałek wolnej powierzchni i niebieskiego nieba. Do głowy przyszedł mi cmentarz. Tam zawsze jest spokojnie, pomyślałem sobie. Jak tylko wyszedłem z domu, spotkałem na ulicy kilku znajomych z Klubu Kultury “Patriota”, którego jestem przewodniczącym. Jak tylko dowiedzieli się, dokąd idę, od razu wyrazili chęć przyłączenia się do mnie. Poszliśmy więc w czwórkę. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, przyłączało się do nas coraz więcej osób. Przed bramą cmentarną wytłumaczyłem im, że wejście jest związane z ryzykiem, jest niebezpieczne.

– W mieście, w kraju i na świecie grasuje wirus, bardzo agresywny i zaborczy. Im większa grupa ludzi, tym większe niebezpieczeństwo. Właściwe to zakazane jest nawet grupowe spotykanie się – powiedziałem, aby ich nastraszyć. Nie uwierzyli mi. Ostrzegałem ich, że ryzykują zakażenie wirusem, że mogą stracić płuca, i w ogóle. Uparli się jednak, że im to nie przeszkadza.

– Pobyt na świeżym powietrzu może tylko nas wzmocnić. Ponadto samotne siedzenie w domu przez dłuższy czas jest niezdrowe, wręcz zabójcze. Stajemy się agresywni.

– Ja na przykład wywołałem już kilka awantur i kłótni, uderzyłem brata w twarz, skląłem siostrę i żonę, i kopnąłem psa, To straszne! Dlatego muszę tam iść, aby się wyciszyć.

– Dla mnie to kwestia być albo nie być. – Powiedział jeden z członków grupy.

Nawet nie zauważyłem, kto to był, bo schował się za plecami innych osób. To były mocne argumenty, nie mogłem się nie zgodzić. Kiedy tam znaleźliśmy się, ułożyliśmy wiązankę na gronie Znanego Bohatera. Pogoda była piękna, staliśmy i modliliśmy się. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami fotografii i zapytał czy nie chcielibyśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia. Dawno już nie robiłem sobie zdjęcia, właściwie to już nawet zapomniałem jak wyglądam na fotografii.

– Czemu nie? – zapytałem i od razu ustaliłem z fotografem cenę i sposób dostarczenia odbitek. Ustawiliśmy się do wspólnej fotografii. Nie poszło z tym łatwo. Niektórzy kryli się za plecami, inni z kolei rwali się do przodu. Jedna moja znajoma, drobna kobiecina – chyba kieruje jakąś ważną instytucją, bo często widzę ją w telewizji – nie wiedziała, co z sobą zrobić, kazałem więc jej stanąć po mojej prawej stronie.

– Rzecz w tym, panie Namiestniku, że nie mieliście prawa wstępu na cmentarz. Co więcej, nie mieliście maseczek na twarzy ani nie zachowaliście odległości co najmniej dwóch metrów od siebie.

– To mnie pan zaskoczył. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Żeby ktoś wydawał zakaz wstępu na cmentarz! Dobrze, że mi pan to powiedział. Co do odległości, to trudno jest, kiedy człowiek jest rozleniwiony słońcem, oceniać, czy ktoś nie podchodzi zbyt blisko do mnie, albo czy ja nie zbliżam się za bardzo do kogoś.

– A maseczki?

– Muszę zaprotestować. Maseczki mieliśmy na twarzy wszyscy bez wyjątku, tylko nie był tego widać, bo były przezroczyste. Tak właśnie było. 

Odc. 20

Na spotkaniu w gabinecie premiera Chudego pojawili się główni aktorzy sceny politycznej: członkowie jego gabinetu oraz namiestnik Kurdu i prezydent Bubu Lambrekin. Wszyscy byli ubrani w eleganckie garnitury. Tylko Namiestnik wyróżniał się ubiorem. Miał na sobie płaszcz gronostajowy, w lewej ręce trzymał berło, w prawej pejcz wielorzemienny, atrybuty nieograniczonej władzy. Zebrani otaczali go wielkim szacunkiem; był dla nich symbolem najwyższej mądrości i niezwykłej serdeczności. Również naród go szanował. Namiestnik nazywał go hegemonem i jedynowładcą i słał mu drogę pełną cennych obietnic. 

Spotkanie rozpoczął premier. Wyprostował się, zwarł się w sobie i przemówił krótko i zwięźle, jak tylko on to potrafił. 

– Sytuacja w kraju zaostrzyła się. Jest dynamiczna, ale panujemy nad nią. Wirus mniej już szaleje, ponieważ rząd konsekwentnie stosuje wszystkie strategie, aby go ujarzmić. Jesteśmy w tym najlepsi, pierwsi w Europie, a nawet na świecie. Nie jest ważne, ile jest zakażeń i zgonów, ważne jest, co o nich sądzi społeczeństwo, obywatele i obywatelki. Musimy to wykorzystać dla ich dobra.

Słowa premiera zmobilizowały zebranych.

– Dobijmy wirusa statystyką – zaproponował MinZdro. Pokażemy, że epidemię mamy za nic, że nie stoi ona na przeszkodzie otwieraniu szkół, zwiększaniu zatrudnienia i rozwojowi gospodarki. Wszyscy interesują się liczbą codziennych zakażeń, mówią o tym i piszą. Powiedzmy sobie szczerze: im bardziej wstrzemięźliwe są statystyki, tym lepiej naród odbiera rzeczywistość. Dlatego zwalniamy wszystkich z obowiązku noszenia maseczek, dajemy swobodę poruszania się w sklepach, centrach handlowych, na przystankach autobusowych i na boiskach, wszędzie, gdzie ludzie pragną czuć się swobodnie. Będziemy też wykonywać mało testów na zakażenia wirusem. Gdybyśmy robili więcej testów, wpędzilibyśmy społeczeństwo w niepotrzebny stres, przygnębienie, depresję, zaburzenia psychiczne oraz inne nieszczęścia, włącznie z samobójstwami. To nie jest nikomu potrzebne, kiedy ludzie tracą pracę i są zdezorientowani, dokąd to wszystko zmierza.

Po MinZdro głos zabrał Namiestnik. Zaznaczył, że będzie mówić w trybie.

– Towarzysze! Bracia i siostry! Powiem od rzeczy. Znaczy się, powiem o czymś innym. Mamy ważniejsze sprawy niż wirus YZ, którego nikt nawet na oczy nie widział. Zaszły nowe okoliczności. Pojawił się konkurent dla naszego prezydenta Bubu Lambrekina. To bezwstydny typ! Wyskoczył jak Filip z konopi. Mówi, że jest lepszy, określa się nawet jako „lepsza alternatywa”, i twierdzi, że zepchnie naszego prezydenta z piedestału wyborczego. Dlatego musimy się skonsolidować, wzmocnić i pokazać, że to my jesteśmy tą alternatywą! Nie lepszą, ale najlepszą! Proszę o propozycje.

– Proponuję wotum zaufania dla rządu. – Odważnie wystąpił prezydent. Od dawna marzył o tym, aby powiedzieć coś naprawdę mądrego i ważnego, co by poruszyło ludzi do głębi. Czuł w sobie ogień palących inicjatyw. – Będziemy walczyć do upadłego, aby rząd to wotum uzyskał. Mamy większość w parlamencie, ale będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Od dziecka jestem dawcą krwi i wiem co to znaczy. Zna nawet doskonały kawał na ten temat. Chętnie go opowiem. 

– Wotum! Wotum! – hałaśliwie przerwali mu zebrani.

– Pozwólcie, siostry i bracia, że skończę. Nie jest źle! Czuję to w kościach. Ludzie wciąż mówią o mnie „pan prezydent Lambrekin”. Byłoby gorzej, gdyby mówili „prezydent Lambrekin”, a już całkiem źle, gdyby mówili „Lambrekin”. Czułbym się wtedy nago jak kura przed samobójczym skokiem go garnka z wrzącą wodą. Boję się jednak, że to nastąpi. Dziś czarny kot przebiegł mi drogę.

Niepokój prezydenta udzielił się zebranym. Przeszły ich ciarki.

– Nie czas zastanawiać się nad skrótami tytułu, kurą i rosołem. – przerwał Namiestnik. Wracamy na salę obrad po wotum. Tylko pamiętajcie, morda w kubeł i sza!

Idący zwarli szeregi, mimo zagrożenia wirusem.

– Wirus nas nie dotyczy – pomyślał Premier. Miał ważną rolę do spełnienia – wygłosić mowę obrończo-pochwalną na rzecz rządu. Postanowił być obiektywny i mówić o rządzie tylko dobre rzeczy. Przesunął językiem w ustach, aby sprawdzić, czy ma dosyć śliny, po czym ściągnął maseczkę z twarzy i schował do kieszeni.

– Nie będę się kneblować w czasie ważnego przemówienia. To poniżej mojej godności. Wirus mi nie zagrozi. Nie takie rzeczy łykało się w codziennie, kiedy walczyłem w ruchu oporu! – pomyślał delektując się uczuciem ciepła rozlewającego się w dolnej części brzucha. Lubił uczucie podniecenia.

W sprawie wotum premier przemawiał półtorej godziny. Mówił wytrwale, tylko same ciekawe rzeczy. Parlamentarzyści siedzieli urzeczeni głęboką treścią i przemyślną literacko formą jego przemówienia.

Po premierze wystąpiła rzeczniczka opozycji. Ubrana w czarną suknię z jeszcze czarniejszą kokardą demonstrowała pogardę dla rządu. Było to tak wyraziste, tak podłe i perwersyjne, że Namiestnik zebrał ludzi wokół siebie, aby odwrócić się do niej plecami w dowód protestu. Przywódca opozycji powiedział głośno, że postępują niewłaściwe. Wobec dwóch prostackich prowokacji w obozie Namiestnika zawrzało.

– Co ten palant będzie nam mówić o godności? Nam, którzy wynieśliśmy godność na piedestały, którzy popieramy najszlachetniejszego człowieka w wyborach na prezydenta!

Namiestnik poczuł, że musi dać odpór nikczemnym zachowaniom opozycji. Odwrócił się i ryknął:

– Wy, synowie i córki zmurszałego mamuta i dinozaura! Co wy wiecie o godności? 

Wybuchły brawa. Partia stanęła murem za swym wodzem. Namiestnik, prezydent i premier poczuli lekkość w piersiach i szum huzarskich skrzydeł w głowach. Nad salę obrad uniósł się namiestnikowski ptak zwycięstwa w kształcie bociana ze srebrną szablą zamiast dzioba. 

Odc. 21

Czerwiec stanął pod znakiem Wirusa YZ i wyborów prezydenckich. Koniec pierwszej dekady miesiąca okazał się bezlitosny. W całym kraju gwałtowne burze i tornada przeplatały się z żarem pustyni. Szalał wiatr i ciśnienie atmosferyczne skakało szybciej niż piłeczka pingpongowa.

Prezydent Lambrekin, Premier Chudy i Naczelnik Kurdu przeżywali niespokojne sny. Śniły im się hieny, podstępni drapieżcy z potężnymi szczękami mieszczącymi wielkie kły i rzędy szablistych zębów. Mężczyźni siedzieli przy stole przy wielkim torcie, kiedy nagle z ciemności wynurzyły się hieny, aby wyrwać im ciasto. Zdarzyło się to kilka razy w ciągu nocy, napastnicy byli nieustępliwi.

– Im nie zależy na kawałku tortu, oni chcą nam zabrać całość! – krzyknął ostrzegawczo przez sen Prezydent Lambrekin. Dwaj pozostali mężowie stanu zawtórowali mu we śnie okrzykami niepokoju.

Na naradzie w ciągu dnia ustalono, że symboliczne zwierzęta ze snu to nic innego jak konkurenci prezydenta Lambrekina do fotela prezydenta nowej kadencji. Najgorszym z nich był Kardamon, kandydat opozycyjnej koalicji.

– Wyskoczył jak Filip z konopi, bez uzasadnienia i najmniejszego ostrzeżenia. Tacy są najgorsi. Niby taki spokojny, rozważny, powolny, a jeździ autobusem i tramwajem jak zwykły pijak po miastach i wsiach, i nawija, jak to będzie lepiej, kiedy już zostanie głową państwa. Kłamstwa wyborcze leją się z niego jak woda z urwanej rynny.

Kiedy Prezydent Lambrekin wypowiedział ostatnie słowa, poczuł na plecach strumień lodowatej wody, tak wyraźnie, że wstrząsnęły nim dreszcze.

W nocy po dniu, kiedy trzej mężowie odbyli naradę, znowu schwyciły go dreszcze.

– Co ci jest kochanie? Ty drżysz cały! – odezwała się żona prezydenta, niewiasta milcząca jak kamień przydrożny, o którym mówiono, że miałby wiele do powiedzenia, gdyby tylko chciał otworzyć swoje zimne usta.

Pierwsza dama rozmyślała czasem o swoim milczeniu, nie była jednak pewna, czy powinna je przerwać. Nie martwiło jej ono nadmiernie, gdyż robiła to z miłości do męża, który zapewniał jej wikt, opierunek, oferował bajeczne wycieczki do tropików i dawał w upominku szlachetne kamienie. W nocy, tuląc się do niego, szeptała:

– Bubu! Mój ty szejku arabski! Mój krezusie! Gdybyś jeszcze oderwał się od tego starucha, który traktuje cię jak niewolnika!

Prezydent Lambrekin, słysząc ostatnie słowa, pytał zdziwiony:

– O kim ty mówisz, kochanie?

Pani prezydentowa denerwowała się w takich momentach, ponieważ scena powtarzała się kolejny raz. Denerwowała się, gdyż udawał, że nie wie o kogo chodzi.

– Mówię o tym przystojniaku z pióropuszem z trzech piórek siwizny na głowie, tym suflerze teatralnym w ciemnym garniturze, który podpowiada ci, co masz mówić na publicznej scenie, który sprowadza cię do roli pasa transmisyjnego swoich chorobliwych wyobrażeń, jak powinien wyglądać świat.

– A, o tym – odpowiadał spokojnie Prezydent i zapadał w sen. Był już przyzwyczajony do takich oskarżeń.

Pierwsza dama wzdychała wtedy jakby ciężki kamień przytłoczył jej piersi.

Dziesiąty dzień czerwca był wyjątkowy. Prezydent Bubu Lambrekin wystąpił publicznie, aby podpisać ważny dokument. Z tej okazji wygłosił przemówienie zawierające długą listę upojnych obietnic. Słuchający go tłum wpadł w euforię. Dziękowano mu, dyskretnie całowano po rękach i proszono o dodatkowe bezpłatne kiełbaski na grilla dla każdej rodziny o ilości dzieci większej niż siedmioro.

Po ciężkim dniu, mimo iż był to dzień sukcesu, stojąc przed lustrem w wypasionej złotem pałacowej łazience, prezydent Lambrekin poczuł, że robi bokami. Nie rozumiał tego. Dzień był bardzo udany. W prasie nazwano go „Dniem Tysiąca Obietnic” a jego samego okrzyknięto zbawieniem kraju zagrożonego przez epidemię wirusa YZ, bezwstydnych kandydatów opozycji głoszących jawne nieprawdy i skąpych w obietnicach oraz niebezpieczne trendy homoseksualizmu, gender i LGBT zagrażające krajowi.

Prezydent oszacował w lustrze pełnię swej majestatycznej nagości. Wszystko co, zobaczył, to rumiane policzki spęczniałe radosnym uśmiechem. Przyjrzał się sobie dokładniej. Był zadowolony widokiem prężnego ciała. Patrząc w lustro przeglądał w myślach ulubione techniki wystąpień publicznych: przemówienia na ruchliwych skrzyżowaniach kolejowych, wąchanie w sadzie kwitnących jabłoni, cichy spacer nad rzeką, gdzie obiecał zbudować największy w kraju most, opowiadanie kawałów o ludożercach i krwiopijcach oraz całowanie bochenka chleba na dożynkach.

– To odróżnia mnie pozytywnie od moich konkurentów – pomyślał z satysfakcją.

Odc. 22

Wybory prezydenckie uruchomiły nieskończone zasoby dumy, energii i pomysłowości Partii. Najsolidniej pracował prezydent Bubu Lambrekin; niezmordowanie podróżował po kraju wygłaszając płomienne przemówienia. Od czasu do czasu wracał do siedziby Namiestnika, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i naładować baterie energią.

Sprawy postępu w kampanii wyborczej Partia dyskutowała w gronie zaufanych ludzi w atmosferze tolerancji i życzliwego wsparcia.

– Nie będziemy sobie wytykać błędów. Każdemu z nas może się coś nie udać, ale musimy bronić go do upadłego przed oskarżeniami. Opozycja jest agresywna do nieprzytomności. Stale coś wyciąga na światło dzienne. I po co to?– Wyjaśnił Naczelnik na początku. – Ogłaszam zero tolerancji dla żądań o dochodzenia i dymisje!

Następny w kolejce był Prezydent Bubu Lambrekin.

– Bracia i Siostry w Namiestniku Panu! Opracowałem zwycięską technikę kampanijną. Ludzi, naszych zwolenników, zwozimy na wiece wyborcze autobusami. Dajemy im do ręki plakietki antyoszczercze: „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!”. „Im niżej, tym wyżej!”, „Opozycja dno!” i podobne. Następnie wyznaczamy klakierów i uczymy ich nowych okrzyków. Ja przyjeżdżam na przygotowany już grunt. Wchodzę z głową dumnie uniesioną do góry, niech wiedzą, kto tu rządzi, staję wyprostowany i rozglądam się powoli: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. Potem uśmiecham się i opowiadam żart lub kawał. Kiedy tłum jest już rozgrzany, wygłaszam przemówienie.

– O czym? O czym? – wyrwał się MinZdro, odpowiedzialny za bezpieczeństwo epidemiologiczne wieców Prezydenta.

– O wszystkim, co najważniejsze: rodzinie, dzieciach, dobrobycie i wielkich projektach: milionie elektrycznych samochodów, moście, jaki postawię w najszerszym miejscu rzeki, megalotnisku z widokiem z jednej strony na góry a z drugiej na morze, o łajdactwach opozycji, no i o epidemii Elgiebete.

Prezydent westchnął.

– Elgiebete to najtrudniejszy temat. Wielu obywateli nie rozumie, że wirus Elgiebete jest zaraźliwy i że należy walczyć z osobnikami, którzy chodząc po ulicach zarażają wirusem dzieci, aby zostały homoseksualistami i lesbijkami, biseksualistami i transwestytami. Ci ludzie uderzają w rodzinę: zachęcają żony, aby odeszły od mężów i znalazły sobie partnerki, i mężów, aby opuszczali żony i znajdowali sobie partnerów, a potem aby jedne i drugie pary adoptowały dzieci. To jest potworne i zaraźliwe. Obywatele muszą zrozumieć, że nikt nie rodzi się homoseksualistą, tylko zaraża się jego bakcylem. Z trudem powstrzymywałem się, aby nie nazwać tych ludzi pedałami i lesbami.

Prezydent ogarnął wzrokiem zebranych i nadął lekko policzki.

– Na wiecach wyborczych mówię o wszystkim prosto, nie zastanawiając się nadmiernie, co mówię. Jest to naturalny sposób mówienia. Ludzie to kupują. Także krzyczę, aby pobudzić ich wyobraźnię. Po kilkunastu minutach zaczyna im kołować w głowie, przestają myśleć i cieszą się, że im mówię, jak powinni myśleć i postępować. Społeczeństwo potrzebuje przywództwa.

– I o to nam chodzi, towarzyszu prezydencie Lambrekinie – odezwał się Naczelnik. – Wybaczcie, że zwracam się do was per towarzyszu, ale to nasza tradycja. Otóż, naród to naród, ludzie pracowici i prości w myśleniu i odczuciach, i takich ich kochamy. Dlatego dajemy im pieniądze, zasiłki, przywileje, karty, plusy oraz składamy obietnice. Oni to cenią. Reprezentujecie właściwe podejście i macie dobre pomysły, towarzyszu prezydencie, i za to wam dziękuję. Wygramy!

Uczestnicy spotkania poderwali się z foteli, aby skandować: „Wygramy!” „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!” „Precz z czarną opozycją!”. „Precz z Elgiebete!”. Energia wyborcza popłynęła z nową siłą w kierunku Prezydenta Lambrekina.

Odc. 23

Noc przesilenia letniego była tak krótka, że z łatwością zmieściła się między dniami dwudziestego i dwudziestego pierwszego czerwca. Oś obrotu Ziemi wychyliła się maksymalnie w kierunku Słońca; biegun północny Ziemi znalazł się bliżej Słońca niż południowy. Niezwykłe przesilenie było zapowiedzią cudów. Kiedy po północy zakwitł kwiat paproci, ludziom poprzestawiało się w głowach, zmieniali nazwiska, pozycje i orientacje. Prezydent Lambrekin przemianował się na Plenipotenta, Naczelnik kazał nazywać się Prorokiem, premier zmienił się w Kanclerza, Alfero Cantora, właściciel ksywy „Nieszczęsny Włoch”, przemianował się na Skrybę. Obywatele, na wyrost zwani narodem, przyjęli zmiany z ukontentowaniem rozumiejąc, że nie wszystko da się objąć rozumem.

Kilkanaście dni później, rankiem, kiedy ranne wstały zorze, Skrybę ogarnęła niewymowna wena twórcza. Natchnione słowa same pchały mu się do głowy tak intensywnie, że prawie odczuwał ból. Uznał, że nastąpiło to pod wpływem przeżyć z dnia nominacji Plenipotenta, który – po ogłoszeniu wstępnego sondażu popularności – bezbłędnie rozpoznał, że to on jest zwycięzcą plebiscytu na to zaszczytne stanowisko. W sercu rozdźwięczały mu się struny miłości do obywateli, którzy go poparli, oraz czułego wybaczenia wobec tych, którzy byli mu niechętni.

– Kochaj bliźniego swego jak siebie samego – zagrała mu w sercu pozytywka, otrzymana w darze od Hierarchy reprezentującego sferę najwyższej pobożności i wiedzy o sprawach niebieskich.

Plenipotent wygłosił przemowę. Mówił od serca, niezwykle przejmująco. Jego głos wypełnił najpierw gardło, potem ogarnął rodzinę i doradców, potem słuchające go tłumy, następnie miasteczko, powiat, województwo, w końcu cały kraj. Niektórzy świadkowie wydarzenia twierdzili, że cały świat.

– Niosę przesłanie pojednania i miłości – zaczął Plenipotent. – Proszę o wybaczenie, jeśli kogoś nazwałem łajdakiem, śmieciem lub złodziejem. W czasie ważnych nominacji różne słowa padają z ust, nie tylko moich, ponieważ nominacje działają na człowieka jak narkotyk. Czuję się zaszczycony wygraną, tym bardziej, że nikt mi nie pomagał.

Plenipotent przerwał, i zaginając do wewnątrz palce lewej ręki, tej od serca, wyliczał:

– Ani pan kanclerz, ani jego ministrowie, ani marszałkowie, ci z buławą i ci bez buławy, ani też Tuba TV, umiłowana przez naród niezależna instytucja medialna. Pragnę im wszystkim podziękować za neutralność i wstrzemięźliwość. Zachowali się jak ojciec szesnaściorga dzieci, który niezwykłą siłą woli powstrzymał się od spłodzenia kolejnego potomka może nawet dwojaczków lub trojaczków, aby nie powiększać hałasu w żłobkach. Wierzcie mi, nastał czas miłości, bajecznej prosperity i ogólnego szczęścia. Będziecie nadal otrzymywać dary ode mnie i nic za to nie zapłacicie.

Po jego przemówieniu wybuchły takie brawa, że nikt nie słyszał nawet przelatującego nad głowami samolotu odrzutowego. Obywatele rozpływali się w podziękowaniach, gratulowali sobie nawzajem, że żaden naród nie ma tak wspaniałego Plenipotenta.

– Mocnego jak dąb, wrażliwego jak osika i nieskończenie szczodrego – szeptały do siebie dwie matrony siwiutkie jak gołąbki, wznosząc oczy do góry, aby niebu złożyć podziękę.

Na zakończenie Plenipotent zwrócił się do swego największego rywala.

– Zapraszam cię serdecznie, drogi druhu, do mego pałacu plenipotenckiego, abyś mógł łatwiej pogodzić się ze swą porażką przy piwie i precelkach. O północy moja kuchnia jest wprawdzie nieczynna, ale przyjmę cię z całą serdecznością, a nawet oprowadzę po pałacu i pokażę klatkę, gdzie trzymam chomiki, które jutro wypuszczę na wolność z okazji mego zwycięstwa.

Odc. 24

Po przemówieniu Plenipotenta głos zabrała jego małżonka, kobieta niewymownej urody i dostojeństwa. Ubrana była w długie kolorowe sari, spływające jedwabiście po smukłej sylwetce. Powszechnie uważano, że Pierwsza Dama jest wielką samotniczką i nie mówi od dziecka. Kiedy przemówiła, ludzie uznali to za cud i zamarli z wrażenia. Zapadła taka cisza, że słychać było komara, który wydawał się huczeć w przelocie jak młockarnia walcząca z tysiącem snopków. Prawda okazała się inna niż wszyscy sądzili.

– Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż, został Plenipotentem po raz pierwszy, a potem zobaczyłam na własne oczy, jak wspaniale pełni swoje obowiązki i jakim cieszy się poważaniem, w tym momencie wzruszenie odebrało mi mowę, i nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Udałam się niezwłocznie do laryngologa, potem do otolaryngologa, ale to nic nie pomogło. Pan Plenipotent, mój kochający mnie aż do szaleństwa mąż, sprowadzał mi najlepszych specjalistów zza granicy, ze Szwajcarii i innych krajów, dysponujących doskonałą aparaturą i fantastycznym aparatem pojęciowym z zakresu laryngologii i otolaryngologii. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc. Dopiero dzisiaj, kiedy znowu zaznałam szoku radości, że mój mąż po raz drugi został wybrany – z niezwykłą łatwością i lekkością stylu, typową dla wszystkich jego przedsięwzięć – na kolejną rundę plenipotencji, odzyskałam władzę nad językiem. Od dzisiaj, obiecałam to sobie solennie, będę już mówić regularnie, przemawiać, przekonywać, zachęcać, pomagać naszemu narodowi, choć praktycznie nie ma tu już nic do zrobienia, ponieważ pan Kanclerz i jego rząd pod światłym kierownictwem mego męża, którego ja również kocham do szaleństwa, zrobili już wszystko, przez co obywatele, jak kraj długi i szeroki są szczęśliwi.

Po pierwszej damie wystąpił prawdopodobnie synek pana Plenipotenta; był podobny do niego i Pierwszej Damy jak trzecia kropla wody. Pacholę to mówiło o miłości, uwielbieniu i wzajemnej pomocy posługując się słowami ze słownika wyrazów obcych, Biblii oraz międzynarodowego języka młodzieżowego, zwanego niesłusznie slangiem lub żargonem. Było rezolutne, nazywało pana Plenipotenta „my dear daddy” i podkreśliło chyba ze trzy razy, że pan Plenipotent łączy a nie dzieli. Posługiwanie się językami obcymi przychodziło mu w sposób naturalny, ponieważ studiowało za granicą.

– Studiuję za granicą nie dlatego, że tam jest lepiej czy mądrzej, ale dlatego, że tak jest taniej. Bo my dear daddy dba o pieniądze, nie szasta nimi i dlatego zatrudnia w swoim gabinecie tylko pięćset osób, choć inny plenipotent zatrudniłby tysiąc a może nawet i dwa tysiące urzędników.

Po pacholęciu głos zabrał jeszcze raz Plenipotent.

– Mam w sobie milion miłości, całą kopalnię tego szlachetnego uczucia, i gotów jestem przytulić do siebie każdego człowieka, nawet osobę Elgiebete. Objąć homoseksualistę czy lesbijkę to dla mnie małe piwo. Przychodzi mi to łatwiej niż mojemu konkurentowi splunąć; choć to brzydkie zachowanie, on jednak to robi. My wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę, ludzie, zwierzęta, ptaki, owady, a nawet gady i płazy, bo one też czują. To jest myśl, którą ja usilnie promuję dla ratowania środowiska naturalnego i klimatu przed zagładą. Ponadto my jako społeczeństwo jesteśmy szlachetniejsi, bardziej patriotyczni i głębiej wierzymy w pana Boga niż oni, tam na Zachodzie. I to jest przesłanie, które każdy niesie ze sobą w sercu, bez względu na to czy jedzie rowerem na wakacje czy też krząta się po kuchni. I żaden wirus, pandemia ani nasi oponenci polityczni tego nie zmienią.

Odc. 25

Po powrocie z plaży, gdzie od czasu wyborów Plenipotent jeździł codziennie dla utrzymania się w dobrej kondycji fizycznej, podzielił się on ze swym spowiednikiem pierwszymi osiągnięciami.

– Odbyłem wspaniałą rozmowę telefoniczną. Zadzwoniła do mnie królowa brytyjska i pogratulowała mi zwycięstwa. Była bardzo serdeczna, powiedziałbym nawet wylewna.

– Masz szczęście, chłopie. Odnieść takie zwycięstwo, to ho, ho, ho! Mnie się to nigdy nie udało, choć startowałam przecież w wielu wyborach.

– Odpowiedziałem jej: Serdecznie dziękuję, Your Royal Highness. Jestem zaszczycony pani telefonem. Jej Królewska Wysokość głos miała bardzo męski, zdecydowany, jak to królowie brytyjscy. Oni zawsze byli dumni. Powinniśmy brać z nich przykład – kontynuował Plenipotent. – Chwilę później królowa zaskoczyła mnie propozycją, czy nie zechcielibyśmy przyłączyć się do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, znaczy się do dawnego Imperium Brytyjskiego.

– Odrestaurowujemy je – powiedziała królowa tak zdecydowanym tonem, że aż mnie to zaskoczyło. – Będzie wam znacznie lepiej u nas niż u tego waszego Dużego Brata, który zdziera z was skórę, mało daje a dużo żąda, i ogranicza was we wszystkim. Nawet ogórki każe wam produkować pod dyktando, maksimum tylko trzy centymetry długości i półtora centymetra średnicy. Znaczy się, podała to w calach, ale szybko sobie przeliczyłem. Od razu też mi wyjaśniła: – U nas nie będziecie płacić żadnych składek ani danin, tylko otrzymywać fundusze. Imperium leży na forsie. Mamy niezmierzone bogactwa: przyprawy i bawełnę w Indiach, złoto w Południowej Afryce, diamentów do diabła i trochę w Kongo. To wszystko jest do wzięcia. Co o tym sądzisz, Mr Plenipotent, Your Excellency?

– Kiedy usłyszałem słowa „do diabla i trochę” – była to trzecia minuta naszej rozmowy – od razu zorientowałem się, że to nie ona. Domyśliłem się, że był to Józef Kowal, aktywista społeczny z miejscowości Ciarka, gdzie głosowało na mnie sto procent mieszkańców. Wiedząc to kontynuowałem z rozmowę z królową przez następne dziesięć minut, jakby nigdy nic, i uzgodniłem, że przystępujemy do tego ich Imperium. A co nam szkodzi!? Mieć forsy jak lodu i żadnych obowiązków!

Opozycja wykorzystała rozmowę Plenipotenta z rzekomą monarchinią brytyjską oskarżając go, że dał się wpuścić w maliny.

– Nie wiedział z kim rozmawia. Niby to żartował, ale wyraził zgodę na zmianę układu politycznego, co oznacza rozwiązanie naszej umowy ze Starszym Bratem. Ten człowiek nie poznał, że rozmówczyni miała przepity głos i obiecywała gruszki na wierzbie!

W parlamencie rząd obronił Plenipotenta bez problemów, wykazując, że doskonale wiedział z kim rozmawia i co mówi.

– To, co pan Plenipotent uzgodnił z królową brytyjską to jak najbardziej słuszne rozwiązanie. Pozwala ono nam, rządowi, przedłużyć dobrobyt narodu co najmniej o następne dwanaście lat, a może i dłużej. Teraz tylko wystarczy zwalczyć wirusa i epidemię, i już mamy osiągnięty pierwszy etap Ziemi Obiecanej, którą nam obiecał pięć lat temu nasz ukochany Prorok Szara Eminencja.

Wieczorem medium narodowe Tuba TV w trzech komunikatach wyjaśniło społeczeństwu znaczenie i wagę fantastycznych efektów dyplomacji zagranicznej Plenipotenta w nowej kadencji.

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył ważniejsze elementy swego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy nad domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. W ogóle tego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę, tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego, co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo-krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie, że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś musiał jej w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares