Czwarta Dekada. Powieść.

 

 

 

 

 

 

 

Odc. 1 Życie Salomona Irchy toczyło się siłą bezwładu podobnie jak żywoty innych ludzi a nawet niektórych świętych, nie zdających sobie sprawy z tego, że wszystko, nawet najdrobniejsze zdarzenie, jak choćby pojawienie się drobiny kurzu w powietrzu, ma swój początek i koniec. Urzędnik archiwów państwowych, awansujący niezbyt szybko, ale regularnie, prowadził Salomon życie równie nieciekawe jak dokumenty, które czytał i odkładał na półki. Żył rodziną, sprawami biura, sportem, trochę podróżami, drobnymi utarczkami z żoną, a później z jej siostrą, przyjeżdżającą na początku na kilka tygodni a potem na okresy dłuższe, kilkumiesięcznie. Zadawał sobie te same pytania.

– Czy moje życie mogłoby być lepsze lub ciekawsze? Czy jestem w stanie coś w nim poprawić?

Sam sobie odpowiadał, że nie ma mocnych, bo każdy nosi w życiu koronę cierniową albo wtacza kamień pod górę.

– Nie porównuję się bynajmniej z Syzyfem – zastrzegał się, nie dodając ani słowa więcej z obawy, że ludzie znający historię bohatera starożytnej mitologii nie życzą sobie, aby ją przypominać.

Salomon żył więc jak żył, obserwując, co dzieje się wokół, rozpad rodziny wielopokoleniowej, emigrację zarobkową, okresy rosnącej i spadającej inflacji, cichą korupcję i nepotyzm rządzących, kolejne wirusy i epidemie, rosnącą falę kłamstw politycznych, podupadającą opiekę zdrowotną i niedoinwestowane szkolnictwo. Czytał namiętnie książki, wybierając starannie autorów i tytuły. Regularnie uczestniczył w spotkaniach dyskusyjnego klubu książki, poza tym spotykał się z przyjaciółmi, martwiąc się o finanse domowe, choć nie wiodło mu się najgorzej.

– Jestem marzycielem realistą oraz twórcą fanaberii umysłowych, które nie daj Boże, aby sprowadziły mnie na manowce – myślał o sobie z obawą, kiedy nawiedzały go niezrozumiałe, szalone myśli lub pragnienia.

Odc. 2 Przyjaciele

Szczególnym dorobkiem Salomona byli jego przyjaciele. Zaczynając od najstarszej przyjaźni, pierwszy był Tadziczek, złota rączka, niezwykle pracowity i uczynny, mieszkaniec wsi z dziada pradziada. Drugi w kolejności był Erazm, przyjaciel z lat studiów, człowiek zrównoważony i pogodny. Potem pojawił się Żorż, poznany w czasie najdłuższej podróży Salomona, trwającej kilkanaście lat. W końcu zjawił się Rodan, osoba głęboko wierząca w Boga. Salomon rozmawiał z nim godzinami na tematy religii, wiary i Boga.

W jego życiu były także kobiety, najdłużej Zuzanna, ale Salomon niechętnie o nich wspominał. Łatwiej i poręczniej było mu mówić o samym życiu.

– Jest to egzotyczna podróż z przeszkodami jak w biegu na czterysta metrów przez płotki, tylko dłuższa i o tyle bardziej skomplikowana, że nie wiadomo gdzie, kiedy i jak się skończy – to było jego filozoficzne podsumowanie.

Odc. 3 Narodziny Salomona

Miejsce narodzin Salomona było skromniejsze niż stajenka betlejemska. W młodości, kiedy je sobie przypominał, przełykał łzy smutku i wzruszenia. Był to niepozorny domek ze ścianami z prostych desek zmęczonych deszczem, słońcem, wiatrem i mrozem, stojący w zapomnieniu na rogu ulicy. Samo miasteczko, gdzie się urodził, było tak niepozorne, że nie mógł go znaleźć nawet na mapie wojskowej, gdzie większy namiot ma swoje oznaczenie. Kilkanaście lat później oglądał ten sam dom i wydał mu się zacniejszy i zasobniejszy.

Salomon nie miał łatwego dzieciństwa. Należał do pokolenia powojennego, zmuszanego przez władze szkolne do częstego oglądania filmów przedstawiających okropności wojny. To spowodowało, że później, w dojrzałym wieku, mężczyzna uciekał od rzeczywistości w świat fantazji a nawet urojeń. Spotykało się to często z krytyką w jego własnym środowisku.

– Najprawdopodobniej urodził się z wadą nadwrażliwości albo nabył ją w dzieciństwie. Jest też możliwe, że zaraził się tą przypadłością od kogoś, kto przeżył wojnę, bo fantazjuje prawie jak Żorż, istny artysta zmyśleń, fanaberii i fantazji. Obydwaj są pod tym względem nietypowi – mówili znajomi i przyjaciele, którzy – znając obydwu – nie potrafili lub nie chcieli dostrzec także ich zalet.

Odc. 4 Znajoma

Dobra znajoma Salomona, pani o imieniu Joanna, gorąca miłośniczka lasów i jezior, osoba szczupła, miła, o nienajlepszym zdrowiu lecz wielkiej pogodzie ducha, konwersowała z nim telefonicznie, zazwyczaj późną porą, ponieważ oboje zwykli chodzić spać bardzo późno. Pytana o Salomona, niechętnie o nim mówiła. 

– Znam go dosyć dobrze. To człowiek raczej dobroduszny, choć niepoprawny gaduła. Może być niebezpieczny tylko w tym, że zanudzi cię, zagada na śmierć. Mnie to specjalnie nie przeszkadza, bo zawsze mamy sobie coś ciekawego do powiedzenia. Rozmawiając na różne tematy umacniamy się w przekonaniu, że jesteśmy ludźmi myślącymi w tym oceanie głupoty i bylejakości, jaki utrzymuje w kraju zaborcza władza. Najlepiej byłoby, gdyby ją szlag trafił. W tym oboje jesteśmy zgodni.

Odc. 5 Dziwactwa Salomona

W kraju coraz bardziej ogarniętym dziwactwami Salomon nie pozostał wyjątkiem. Zachowywał się w czasami w sposób zaskakujący i nielicujący nawet z jego własnymi przekonaniami. Przypominało to eksperymenty w zakresie komunikacji społecznej.

– To ja – przedstawiał się, dzwoniąc do ludzi, nie dodając nic więcej, imienia ani nazwiska, uważając, że rozmówcy rozpoznają go z łatwością po głosie, ponieważ był osobą powszechnie znaną.

Jeśli ktoś go nie rozpoznał, unikał dalszej rozmowy. Nabrał też innego zaskakującego nawyku. Będąc w towarzystwie, do osoby, którą znał, a której imienia ani nazwiska nie mógł sobie przypomnieć, zwracał się per „Drogi Epifaniuszu” lub „Droga Epifaniuszko”, jeśli była to kobieta. Kiedy pytano go o przyczynę takiego zachowania, przedstawiał nietypowe wytłumaczenie.

– W życiu każdy musi sobie radzić, jak może. Jeśli w jakimś momencie zawiedzie mnie pamięć, zwracam się do człowieka korzystając z dowolnego imienia w nadziei, że odpowie mi śmiechem i przypomni swoje prawdziwe imię i nazwisko.

Kiedy indziej machał ręką, reagując jak obrażony nastolatek.

– Nie chce mi się nawet o tym mówić – wzdychał i zamykał się w sobie.

– Salomon zachowuje się jak lękliwa ostryga zamknięta w muszli o tak ostrych krawędziach, że nie sposób ją otworzyć bez poranienia się – mawiała jego rodzina.

Salomon nie kwestionował tych opinii, uznając, że rodzina jest zbyt mała, aby ich słowa mogły mieć znaczenie dla ukształtowania o nim opinii dziwaka.

Odc. 6 Gawędziarz

W kręgach pozarodzinnych Salomon cieszył się opinią sprawnego gawędziarza. Żorż, głęboko przekonany o jego talencie, robił mu jeszcze dodatkową reklamę.

– Życie człowieka obfitujące w różne momenty i zakręty, lub dwa wieki splątanych dziejów kraju, Salomon jest w stanie opowiedzieć w pięć minut i to z taką swadą, że nikt nie uroni z opowiadania nawet jednego słowa.

Umiejętność jasnych sformułowań, rzeczowego wykładu i przyciągania uwagi Salomon wykorzystywał na zebraniach przy krawężniku na osiedlu „Aura”, gdzie mieszkał. Zebrania były jego narzędziem testowania opinii i poglądów oraz eksperymentowania z ludzkimi przekonaniami.

Tracąc wigor w wyniku źle przespanych nocy, Salomon intensywnie spacerował w ciągu dnia. Widywano go regularnie jak z kijkami maszerował zagubiony w myślach, rozmawiając ze sobą samym albo z kimś przez smartfon. W jego zachowaniu było coś zastanawiającego, wywołującego domysły, nawet tajemniczego.

Erazm, serdeczny przyjaciel Salomona, przedstawiał na ten temat opinię tak wielopiętrową, że mogli w nią wierzyć tylko wyznawcy nieskończonej złożoności świata oraz filozofowie rozkochani w ocenie zjawisk społecznych ze wszystkich możliwych kątów widzenia i kierunków myślenia.

– Postępowanie Salomona odzwierciedla czas niepokojów i pomieszania, niepewności związanej z pojawieniem się nowego wirusa i nowej fali epidemii, nieoczekiwanych, ciągnących się wojen, sytości i marnowania żywności w jednej części świata oraz głodu i masowych emigracji w poszukiwaniu lepszego życia w innych częściach świata. On chyba wierzy w siły nieczyste.

Pytany, co o tym sądzi, Salomon odpowiadał tajemniczo:

– Jestem w kraju jedynym człowiekiem, który żyje przyszłością. Zachowuję się tak, jak będą zachowywać się ludzie za dziesięć czy dwadzieścia lat, kiedy świat stanie się jeszcze bardziej nienormalny niż jest dzisiaj. Po prostu wiem, a w najgorszym wypadku przeczuwam to, czego inni jeszcze nie wiedzą i postępuję zgodnie z moimi przekonaniami.

Odc. 7 Kawa

Noce były dla Salomona prawdziwą zmorą; najpierw nie mógł zasnąć przez kilka godzin, po czym, już nad ranem, osuwał się w bezdenną przepaść zapomnienia. Kiedy dzwonił budzik, potrzebował całej siły woli, aby wyrwać się ze snu i otrzeźwieć na tyle, aby wstać z tapczanu. Ratunkiem była kawa.

– Nic nie zajmuje ważniejszego miejsca w moim życiu niż kawa. Tylko ona ratuje mnie przed zabójczą sennością, jaką odczuwam każdego ranka – czasem mówił więcej, nie stroniąc od opisywania swej porannej kondycji w nienawistny sposób.

Nie całkiem jeszcze przebudzony parzył kawę po turecku, wrzucając trzy czubate łyżeczki świeżo zmielonego ziarna do zimnej wody i dodając łyżeczkę cukru. Przyrządzanie kawy stało się dla niego świętością, rytuałem podniesionym do rangi ołtarza wzniosłości, rodzajem radosnego uniesienia w kierunku nieba i Boga. Kojarzyło mu się to z pieśnią „Kiedy ranne wstają zorze”, sięgającą czasów, kiedy razem z rodzicami i rodzeństwem chodził do kościoła położonego na wysepce na jeziorze tak małej, że po bokach było zaledwie tyle miejsca, aby ludzie mogli się wyminąć.

Znaczenie kawy w jego życiu, i tak już wysokie, wspięło się na wyżyny, kiedy usłyszał w radio, co potem znalazło potwierdzenie w innych mediach, że jest ona nie tylko zdrowa, ale wręcz nieunikniona dla normalnego życia.

– Kawa jest niezwykłym dobrodziejstwem dla współczesnego człowieka, ratuje go przed demencją, Alzheimerem, zmniejsza otyłość, poprawia kondycję serca i ogranicza cukrzycę – Salomon powtarzał ten pogląd z tak wytrwałością, że w końcu sam uwierzył w bezkresną, omalże boską, moc tej używki.

Wśród chorób zwalczanych przez kawę najbardziej znacząca dla Salomona była cukrzyca, ponieważ kojarzyła mu się z bolesnym i przykrym zdarzeniem – nogą cukrzycową, gangreną i amputacją kończyny. Zdarzyło się to w jego rodzinie; Salomon był na pogrzebie i wziął sobie sprawę głęboko do serca podobnie jak śmierć szwagra, który samobójczo zginął pod kołami pociągu. Podróżowała nim jego żona, opuszczając go po odkryciu jego zdrady z sąsiadką, której rzekomo serdecznie nienawidził.

– Twoje ohydne, uporczywie powtarzane kłamstwo zabolało mnie bardziej niż zdrada – rzuciła mu w oczy, kiedy zapytał ją, dlaczego pakuje się jak do podróży na koniec świata.

Odc. 8 Napój życia

Przekonanie Salomona o niezwykłych właściwościach kawy potwierdził w publicznym wywiadzie profesor Arkadiusz Zybe, doradca prezydenta, często występujący w telewizji.

– Prowadzono na ten temat badania tak rozlegle, że trudno sobie wyobrazić, aby sprawa mogła być lepiej zbadana. Wyniki tych badań są dla mnie, naukowca, człowieka bezstronnego i sceptycznego, całkowicie przekonywające.

Stosunek Salomona do Zybego był niejednoznaczny. Najbardziej miał mu za złe, że utrzymuje się przez lata na stanowisku doradcy prezydenta dzięki wyczuciu słabości i oczekiwań każdego kolejnego pryncypała.

Pijąc kawę kubkami, wydawało się, że Salomon wciąż szuka nowych uzasadnień, że jest ona zdrowa, ratuje dobre samopoczucie oraz chroni człowieka przed rozlicznymi chorobami przede wszystkim demencją, której bał się najbardziej.

– Co to za życie, jeśli nie ma się pamięci – powtarzał sobie do znudzenia.

Podkreślając z uporem rolę kawy w zwalczaniu strasznej choroby Salomon podświadomie kierował się wspomnieniem kobiety na przystanku tramwajowym pytającej go co minutę, o której przyjeżdża tramwaj. Kiedy na początku cierpliwie jej tłumaczył, że już go o to pytała, przepraszała go prawie ze łzami w oczach, że nie pamięta. Beznadziejność jej smutku i cierpienia odczuwał jako bardziej deprymujący niż sam niedostatek pamięci.

Dla zasady lub z ciekawości, sam tego nie wiedział, liczył codziennie ile kubków kawy wypił, jeden, dwa, trzy czy też więcej. Trzy kubki kawy uważał za dawkę dopuszczalną; unikał picia więcej. Dla urozmaicenia sobie rytuału picia zmieniał kubki. Stawał na palcach, sięgał na najwyższą półkę, stała tam ich niezliczona kolekcja, i wybierał ten, który w danej chwili najbardziej przemawiał do jego wyobraźni kształtem, wzorem i kolorem. Czynił to, aby zająć umysł, ciało, ręce uwagę, oczy, cokolwiek, co by utrzymało go w stanie przytomności, uciekającej od niego pod wpływem niezwalczonej jeszcze senności. Był desperatem, rozpaczliwie pragnącym uniknąć przespania życia. Ile mu go jeszcze zostało, wyliczył sobie posługując się demograficzną statystyką umieralności mężczyzn o podobnej kondycji i charakterystyce zdrowotnej.

Odc. 9 Konsekwencje picia kawy

Jesienią i zimą Salomon przyrządzał kawę, kiedy było jeszcze ciemno. Napój był najwyższej mocy, istny szatan, jak mówili ci, co go próbowali. Nalewał sobie od razu dwa kubki, wypijał je prawie duszkiem, parząc wargi. Jeśli mimo uderzeniowej dawki kofeiny nadal męczył go mrok senności, kładł się na tapczanie lub kanapie, a nawet na macie do ćwiczeń rozłożonej na podłodze, i zasypiał. Czasem zapominał, że wcześniej uchylił okno, aby wpuścić do mieszkania trochę świeżego, zimnego powietrza; budził się wtedy zziębnięty i odrętwiały.

Pozostałości kawy w kubku nie wylewał do zlewu, tylko do garnka, gdzie stały resztki kawy z fusami, dosypywał łyżeczkę świeżej zmielonej kawy i doprowadzał do pierwszego wrzenia. Był to nawyk wyniesiony z przeszłości, kiedy kawa była rarytasem, trudno dostępną i drogą używką. Odstawiał garnek na marmurowy blat kuchenny, aby ostygł a fusy opadły na dno. Płyn wylewał powoli do kubka; była to ostatnia dawka kofeiny, jaką sobie fundował w pierwszych godzinach dnia.

Podniesiony na duchu, siadał z radośnie otwartymi oczami i rozgrzaną świadomością przed komputerem, nad folderem, w którym rejestrował swoje wspomnienia, snuł plany lub zapisywał, co planuje zrobić tego dnia lub tygodnia, czasem określając gdzie, kiedy i jak miał to uczynić. Bywało i tak, że buszował po Internecie, aby sprawdzić, co dzieje się na świecie. Czasem zapominał się do tego stopnia, że błądził tam tak długo, aż nadeszła pora śniadania, lub coś innego oderwało go od bezmyślnego wertowania zasobów wirtualnych. Kiedy nie mógł pobudzić organizmu kawą, wpadał w desperację, stawał się nieprzytomnie agresywny i to dopiero przywracało go do życia. Nie lubił tej agresywności, była dla niego czymś obcym, niemiłym i niepożądanym; tłumaczył sobie, że jest nieunikniona, skoro budzi w nim energię.

Odc. 10 Przyjaciele

Pamiętnik Salomona był pomysłem niepewnym od początku. Pisał go tylko dla siebie, ilekroć przyszło mu do głowy coś, co było zbyt osobiste, aby to ujawnić na zewnątrz. Notatki porządkowały także jego myślenie, rozjaśniały poglądy i pojęcia oraz opisywały przeczucia i niepokoje.

– Erazm, Żorż, Tadziczek i Rodan to grupa moich najlepszych przyjaciół – to było pierwsze zdanie jakie zanotował. – Są mi bardzo bliscy; często mamy różne poglądy, ale się rozumiemy. Czy nie jest to piękne? – dodał, zastanawiając się nad niezwykłością prawdziwej przyjaźni.

Grupę tę nazywał filozoficzną. Dla zewnętrznego obserwatora nazwa mogła być myląca, ponieważ nie było między nimi wiele filozofowania, tylko rzeczowe rozmowy o tym, co się wokół dzieje, a także obserwowanie, jak sami reagują zmieniający się świat. Pamiętał fragment rozmowy z Erazmem.

– Czasem nie rozumiem samego siebie. Dlaczego na przykład nie mogę zaakcentować, że dzieciak siedzi teraz w smartfonie zamiast grać w piłkę jak myśmy to robili. Przecież świat się zmienił. Dla nich smartfon jest równie pasjonujący, a może nawet bardziej, niż dla nas piłka nożna.

Łączyła ich dojrzałość, byli mniej więcej w tym samym wieku, pamiętali dobrze inny świat, mniej skażony nowatorstwem i zachłannością kupowania i konsumowania, ale też pozbawionym refleksji nad stosunkiem człowieka do przyrody i klimatu.

Salomon zanotował to w pamiętniku.

– Obserwujemy siebie i społeczeństwo Omerni, i widzimy, jak ludzie borykają się ze zrozumieniem nowej rzeczywistości, powiększaniem dobrobytu kosztem przyrody. Im ludziom powodzi się lepiej materialnie, tym bardziej cierpi na tym środowisko naturalne i klimat. Wiele osób wciąż tego nie rozumie, wydaje się, że niektórzy rozumieją, ale nie zmieniają swojego postępowania. Znajduję tego potwierdzenie w rozmowach z kuzynem. Mówi mi, że pszczoły masowo wymierają, nawet boleje nad tym, a równocześnie nie ma nic przeciwko korzystaniu z węgla dla produkcji energii.

Odc. 11 Impreza wspominkowa

Spotkali się pierwszego sierpnia w mieszkaniu Salomona na corocznej, uroczystej imprezie wspominkowej. Przybyli sami mężczyźni, Salomon, Tadziczek, Żorż i Erazm. Kiedyś w spotkaniach uczestniczyła także Joanna Sardo, sąsiadka Salomona, pomagająca mu w organizacji osiedlowych spotkań przy krawężniku.

– Odeszła, jak tylko się wyemancypowała. I bardzo dobrze, bo stała się nieznośna. Kiedy wybrano ją na przewodniczącą Światowej Rady Weterynarzy, woda sodowa uderzyła jej do głowy – skwitował Salomon. – Lepiej zapomnijmy o niej.

Rozmawiali tylko o sprawach męskich. Żorż nazywał to „mens’ business”, doklejając przy okazji rzekomo historyczne wytłumaczenie, że takie spotkania mają długą tradycję w różnych regionach świata.

– Nawet w najbardziej prymitywnych społeczeństwach mężczyźni i kobiety spotykają się oddzielnie, aby rozmawiać o swoich sprawach. To kwestia odrębności dwóch płci, niemożliwych do pogodzenia w przypadku, kiedy chce się znaleźć pełne zrozumienie.

Od pewnego czasu przyjaciół męczyło wrażenie, że depresja i schizofrenia stoją za progiem i cierpliwie czyhają na ich słaby dzień. Pragnęli to zrozumieć, aby nie dać się sprowadzić do parteru w czasach przyśpieszonych przemian cywilizacyjnych. Tego wieczora najwięcej uwagi poświęcili poprawie sposobu życia i pracy. Padały propozycje i sugestie.

– Musimy być zdecydowanie bardziej aktywni. Aktywność i inicjatywa to słowa kluczowe.

– To słowa wytrychy bardziej niż słowa klucze – poprawił Salomona Tadziczek, czując satysfakcję, że będąc uznawany za „wieśniaka” może skutecznie rywalizować z ludźmi z miasta. Zadra zawiści przypomniała mu o cichej rywalizacji o tożsamość od czasu, kiedy Salomon nierozważnie rzucił, że życie wieśniacze jest prostsze, łatwiejsze i mniej ambitne niż życie w mieście.

Przyjęli ustalenia.

– Nie tworzymy żadnych planów, tylko regularnie organizujemy narady. Musimy znać jedynie ogólny cel, do którego zmierzamy. Jeśli nie możemy go ustalić, to określmy przynajmniej kierunek działania. Będziemy wymieniać się myślami i podejmować inicjatywy.

Padały słowa: spotkania wirtualne, lotna brygada, think-tank, zdalna praca, model analizy rzeczywistości. Ostatnie hasło stało się wyzwaniem.

– Jak analizować rzeczywistość, która z natury jest skomplikowana, a w czwartej dekadzie stała się jeszcze bardziej złożona? – podsumował pytająco Tadziczek. – Mam brata. To człowiek wykształcony i obyty. Zajmował wysokie stanowiska, kierował ludźmi. Od czasu, kiedy przeszedł na emeryturę, powtarza mi:

– Zagubiłem się, nie rozumiem obecnego świata.

Miałem dla niego tylko jedną radę. Musisz się odnaleźć. Rozumieć, że to, co się wokół nas dzieje to konieczność życiowa, niezbędny warunek przeżycia. Akceptować ten świat, to zgoła co innego. Nie jest to łatwe, gdyż żyjemy w czasach pomieszania starego i nowego, postępu i tradycji. Dla mnie to początki piekła.

– To tak, jakby włożyć do jednego wora prawdę i kłamstwo, potwierdzenie i zaprzeczenie, chcieć żyć a równocześnie chcieć popełnić samobójstwo – kiedy Żorż wypowiedział te słowa, popatrzyli po sobie w milczeniu. Salomon podniósł do góry kieliszek wina, jakby chciał wznieść toast, po czym zamilkł.

Odc. 12 Rozmyślania Salomona 

Patrząc przez okno na zalane słońcem podwórze, milczące, bez ruchu, Salomon oddawał się wspomnieniom, licząc na to, że powrót do przeszłości go ożywi. Jak zwykle bał się, że zaraz zaśnie. W jego łatwości zasypiania było coś podstępnego, kompromitującego, następującego samoczynnie, wbrew jego woli. Kłopotliwą przypadłość kojarzył ze spoczynkiem. Jak tylko usiadł, w jego mózgu natychmiast uruchamiały się mechanizmy snu; neurony przesyłały sygnały wygaszające obrazy, dźwięki, głosy i wrażenia.

Do zakończenia szkoły średniej jego życie było ciągiem pozytywnych zdarzeń: nauka, gra w piłkę, koledzy, książki, latem kąpiele w rzece i w jeziorze oraz jazda na rowerze, zimą jazda na nartach, sankach lub łyżwach, poza tym włóczęga po lesie i nad rzeką niezależnie od pory roku. Potem przyszły lata aktywności zawodowej i rodzinnej: studia, praca, zmiany miejsca zamieszkania i podróże. Ekscytowało go to, choć też i sporo kosztowało. Miał swoją ocenę:

– Człowiek aktywny życiowo osiąga wiele, ale i zużywa się wewnętrznie. To pewne jak mur chiński.

Nie wiadomo kiedy, w jego życiu nastąpiła zmiana: częściej spotykały go przykrości, zmiany miejsca zamieszkania i przeprowadzki stały się trudniejsze, pojawiły się wypadki drogowe, które wcześniej mu się nie zdarzały, podróże stały się bardziej męczące, a nawet wyczerpujące. Kojarzył to sobie z grubsza z okresem, kiedy na świecie pojawiły się wirusy i epidemie, kryzysy polityczne, akcje protestacyjne, wojny oraz niezwykłe, zaskakujące oryginalnością wynalazki. Myślał o tym wszystkim z niechęcią, wyrażając obawy w rozmowach z Erazmem.

– Nadeszła era cywilizacyjna, w której ludzie gubią się jak nietoperze w jasny dzień. Rozum i intuicja niewiele pomagają. To coś zupełnie nowego, inna jakość. Potrzebne jest inne rozumienie świata, inne zmysły.

Kiedy zadzwonił smartfon leżący na biurku, Salomon leżał na tapczanie, patrząc w sufit i rozmyślając. Na ostry dźwięk dzwonka skrzywił się. Nie był w nastroju do rozmowy z kimkolwiek. Telefon uruchomił się automatycznie na dźwięk jego głosu:

– Salomon Ircha. Słucham. O co chodzi?

Nie było to uprzejme powitanie. Swoją niecierpliwość uznał za kolejny znak zmian utrudniających mu życie.

Odc. 13 Spotkanie u Tadziczka

Dom Tadziczka ukryty był między drzewami porastającymi płaski teren wewnątrz zakola strumienia Seco, dopływu Maleny. Miejsce wydawało się idealne, leżało na uboczu, w bardzo spokojnej okolicy. Można było głośno rozmawiać, nawet kłócić się, nikomu to nie przeszkadzało. Na podwórku pod rozłożystą lipą czekał na gości wielki okrągły stół.

Tadziczek potrafił wszystko zrobić i zreperować, był złotą rączką, artystą rzemiosła, lokalnym celebrytą. Czego się nie tknął, zamieniał w brzęczącą monetę. Mimo to nie był bogaty; niejedno zlecenie wykonywał półdarmo lub za nic, „za dobre słowo”, jak sam to ujmował. Z wyglądu też był nietypowy: wysoki, zwalisty mężczyzna ze spracowanymi dłońmi i szeroką twarzą, mrugający oczami i poruszający gęstymi brwiami, kiedy się śmiał.

Za czasów młodości lubił poszaleć, był kompanem do wypitki i do awantury. Kiedyś na terenie wielkiej budowy przemysłowej wraz z kolegami ukrył wąskotorową lokomotywkę. Mimo poszukiwań, policyjnych przesłuchań i cierpliwej pracy donosicieli, maszyny nie odnaleziono. Afera nabrała niebotycznego zasięgu; skończyła się wyrzuceniem z pracy całej straży przemysłowej oraz dyrekcji i wyrokiem więzienia dla dyrektora naczelnego. Długo tam nie posiedział, zmarł na zawał serca.

Była świąteczna sobota. Mimo sprzyjającej pogody – od strony rzeki wiało rześkim chłodem – rozmowa się nie kleiła. Tadziczek w roli gospodarza sprawował się wzorowo, usiłował to naprawić. Zapraszał do jedzenia, picia, zachęcał i żartował. Kiedy to nie poskutkowało, opowiedział historię nadzwyczajnego przemarszu żab przez jego działkę w kierunku rzeki. Trwał on dwie doby. Niezwykła historia niewiele poprawiła nastrój towarzystwa.

– Sytuacji w kraju nie sposób nawet opisać – skarżył się Żorż, największy optymista w towarzystwie. – Kraj niszczy kolejna gorączka wirusowa, społeczeństwo jest podminowane, trwa walka o władzę, w powietrzu czuje się atmosferę przewrotu. Rzeczywistość nie daje się ująć w słowa, ucieka poza krawędzie ludzkiego rozumu. Patrzysz i widzisz tylko jedno – chaos. Chcesz go opisać, wychodzi coś zupełnie innego niż zamierzałeś, niezrozumiałego. Kurwa mać! Jak tu nie przeklinać.

Odc. 14 Opowieść Tadziczka o ojcu

W oczach rodziny Tadziczek był kolekcjonerem rupieci i bałaganiarzem. Żona, tolerując z trudem jego wady i dziwactwa, zwykła powtarzać:

– Kiedy Bóg stworzył mego męża, przyjrzał mu się dokładnie, zmierzył go i zważył. Zauważywszy wady jego charakteru, uznał je za niemożliwe do usunięcia i po namyśle stworzył mu świat chaosu w domu i na podwórku, aby czuł się u siebie jak w raju.

Proboszcz parafii, serdeczny przyjaciel Tadziczka, zwłaszcza w święta podlewane alkoholem, uzupełniał jej opis, posiłkując się cytatami z Biblii. Twierdził przy tym, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że odnoszą się one tylko i wyłącznie do Tadziczka, gdyż Bóg nie mylił się mówiąc:

– Mój świat tworzę na obraz i podobieństwo moje. Twój świat, Tadziczku, będzie równie nieuporządkowany jak ty sam. Nawet ja nie jestem w stanie tego zmienić. Amen.

Nastrój spotkania zmienił się, kiedy Tadziczek – zanurzając się we wspomnienia z dzieciństwa – podjął opowieść o swoim ojcu i świecie, jaki go otaczał. Portret ojca przedstawiał postać kompletną, żywą i sugestywną. Opowiadacz pamiętał nawet szczegóły ciała i ubioru ojca, zmarszczki pod oczami, prawą dłoń większą niż lewa oraz załamki materiału w okolicach rozporka dawno nieprasowanych spodni. O swoim dzieciństwie i ojcu Tadziczek mówił bez zahamowań, otwarcie i z taki szczegółami, że nikt nie miał cienia wątpliwości, że przedstawia szczerą prawdę.

– Rosłem, uczęszczałem do szkół, mężniałem i – nie wiedząc kiedy i jak – ulegałem wypaczeniom charakteru. Nie stało się to przypadkowo. Uległem deformacji, ponieważ zbyt długo przebywałem pod wpływem ojca. Ojciec nie był, broń Boże, zboczeńcem czy jakimś wyuzdańcem, ale był autentycznym wiejskim despotą. Był człowiekiem, który pod wpływem własnych, dotkliwych a nawet bolesnych życiowych doświadczeń uznał, że doskonale wie, jak świat się kręci, i wpajał we mnie swoje mądrości. Swoją filozofię wyrażał prostymi słowami.

-W czasie wojny życiem zwykłego człowieka kieruje najeźdźca, a w czasie pokoju władza cywilna. I jedni i drudzy chcą cię maksymalnie wyzyskać, wycyckać, wyrwać z ciebie, co się da. Rządzący czynią to niezależnie od tego, czy na nich głosowałeś czy nie. Każda władza się degeneruje; jej jedynym celem jest nachapać się i wzbogacić do trzeciego pokolenia. Dlatego nigdy nie ufaj żadnemu jej przedstawicielowi, policjantowi, prokuratorowi czy nawet sędziemu, ani też urzędnikom państwowym.

Stary Badura był naturalnym talentem muzycznym. Samodzielnie opanował sztukę gry na akordeonie i oddawał się jej bezgranicznie kiedy nachodziła go nostalgia. Grał na weselach, chrzcinach i pogrzebach, na każdej imprezie, na jaką go zapraszano. Zapominał wtedy o bożym świecie, nie jedząc nawet przez kilka dni.

– Z pogrzebami było najgorzej – opowiadał Tadziczkowi ojciec. – Nie mamy takich tradycji jak Amerykanie z Luizjany, stolicy jazzu. Wdziałem kiedyś amerykański pogrzeb. To było coś! Ośmiu muzyków, nazywano ich musik bandą, ubranych na czarno, szło za trumną dwiema kolumnami. W rękach trzymali tylko saksofony, jakby nie było innych instrumentów, i grali melodie tak skoczne, że nogi same rwały się do tańca. Myślałem wtedy, że umrzyk wyskoczy z trumny i przyłączy do zabawy.

– Ojciec kontynuował swoją egzotyczną opowieść zapominając jak zwykle, że istnieje czas i przyzwoitość, i należy w pewnym momencie skończyć – podsumował Tadziczek. – Sam musiałem przerywać jego wspomnienia.

Odc. 15 Awantury ojca Tadziczka

Namiętność wygłaszania niepodważalnych poglądów stary Badura przekazał w genach synowi, który też lubił mówić bez końca.

– Rodzice nie żyli ze sobą zgodnie. Ojciec, muzyk weselny, pogrzebowy i chrzcielny, bardzo lubił wypić. Nie byłoby w tym nic szczególnego, dziwnego czy złego, gdyby schlawszy się celowo, przez nieuwagę czy choćby z głodu, zasnął lub przynajmniej milczał. Zachowywał się zupełnie inaczej. Kiedy się upił, wracał do domu głodny i z okiem sinym od gniewu bił żonę.

– Dlaczego mnie bijesz bez powodu? – krzyczała matka, bezskutecznie usiłując wyrwać się z opresji.

– Było w tych scenach wiele bólu, krzyków i zamieszania – ze smutkiem konstatował Tadziczek. – Kiedy awantura się kończyła, matka uciekała na podwórko i z frustracji biła psa. Wywoływało to w nim reakcję warunkową Pawłowa. Za każdym razem Azor, jak tylko usłyszał krzyki w domu, podkulał ogon pod siebie, kładł uszy na płask i uciekał, najczęściej do budy, bo tam się czuł najbezpieczniej – Tadziczek dobrze pamiętał niejedną taką scenę.

Niektóre szczegóły ujawniał w dzieciństwie księdzu w czasie spowiedzi, oczekując pocieszenia. Zdarzyło się to tylko kilka razy, ponieważ swoimi niezwykłymi historiami szybko zniechęcił duchownego do siebie. Zmęczyły powtarzające się relacje o ludzkim nieszczęściu w jego własnej parafii. Tadziczek wkrótce też zniechęcił się do spowiedzi i ceremoniałów kościelnych; wydały mu się puste. Kiedy ostatecznie porzucił kościół, odradzał swoim dzieciom uczęszczania na uroczystości kościelne i lekcje religii.

Odc. 16 Hegemon i rodzice Salomona

Pod wieczór rozmowa zeszła na Hegemona. Nie lubiano go; przyjaciele zgromadzeni u Tadziczka czuli się podle pod jego rządami i nie żałowali mu słów krytyki. Podsycany alkoholem nastrój prowadził ich do wyrażania opinii nie mających odniesienia do prawdziwych przyczyn ich wrogości wobec najbardziej wpływowego człowieka w kraju.

– Bardzo się postarzał i utył. Brzuch ma jak kocioł zdezelowanej lokomotywy parowej a łeb jak dzwon. Ledwo łazi. I taki człowiek nami rządzi! Co za wstyd!

– On wykolei nasz kraj. Czuję to przez skórę.

– Niedoczekanie jego. Przydałby się sąd, który wydałby na niego wyrok i wsadził do więzienia, aby w końcu przestał okradać i rujnować społeczeństwo.  

– Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Hegemon nosił trotyl w tej swojej przepastnej teczce. Chodzi z nią wszędzie. Jest tak wielka, że prawie się o nią potyka. Po co on ciągnie ją ze sobą? Może trzyma w niej drugie śniadanie?

W nocy odwiedzili Salomona nieżyjący już rodzice. Matka jak zwykle podlewała kwiaty fusami do kawy. Było ich tak dużo w doniczce, że wysypywały się poza krawędzie. Nie widziała tego. Soczewki jej okularów były tak porysowane i wytarte, że nie sposób było cokolwiek przez nie widzieć. Okulary trzymała w torebce razem z kluczami do mieszkania, grzebykiem, chusteczką do nosa i dwiema agrafkami.

– Nie wyrzuca fusów do odpadów żywnościowych, ponieważ wierzy, że to dobry nawóz dla roślin doniczkowych – myślał Salomon, przyglądając się rodzicielce stojącej w świetle okna.

Kiedy matka zajmowała się kwiatami, ojciec Salomona udał się na ogródek działkowy nad rzeką, aby nakarmić kury. W ogrodzie kwitły już wiśnie i zieleniły zalążki malin. Trwał nastrój pełen radości i spokoju. Karmienie kur było codziennym obowiązkiem ojca, wywiązywał się z niego sumiennie. Wcześniej, z samego rana, przywiózł młóto z browaru, aby dodać kurom do jedzenia. Zbierał dla nich pokrzywy, siekał je, po czym dodawał do ziemniaków z obiadu z poprzedniego dnia wymieszanych z młótem i reszkami chleba pozostałymi po śniadaniu. Kury traktował jak dzieci wymagające troski i czułości.

Był to sen z obrazami z okresu dzieciństwa, kiedy rodzice byli młodzi i pełni energii. Tę żywość dostrzegał Salomon w ruchach i otwartych, radosnych oczach rodziców, jakby żyli w idealnym świecie. Trudy życia nie dały im się jeszcze we znaki.

Odc. 17 Kamieniarz Margraf

Po nocnej wizycie rodziców Salomon udał się na cmentarz, aby odwiedzić ich grób. Za bramą zastał tłum ludzi uczestniczących w jakiejś ceremonii pogrzebowej. Dyskretnie zapytał młodego mężczyznę o szczegóły. Chowano kobietę, ofiarę Józefa Margrafa, starszego już mężczyzny, znanego, niezwykle bogatego, kamieniarza. Była jego kochanką; sypiał z nią w drewnianej budce stojącej w rogu cmentarza, na którym od lat wykonywał prace: stawiał pomniki, odnawiał płyty nagrobne, naprawiał krzyże, odświeżał postacie świętych. Salomon widział go kiedyś na cmentarzu w kombinezonie roboczym przybrudzonym cementem i farbami.

– Mogę zrobić wszystko, co pani sobie życzy – tłumaczył starszej kobiecie – ale to będzie dużo kosztować.

Określenie „ale to będzie dużo kosztować” chodziło za nim wszędzie, było częścią jego reputacji. Oprócz tego, że był znakomitym fachowcem żyjącym z „dobrodziejstw z wiary w życie pozagrobowe”, jak sam to określał, kiedy był w dobrym humorze, był też karciarzem, dziwkarzem, pijusem i nocnym włóczęgą. Żona nazywała go zdrajcą i podlecem, a syn, zwany powszechnie Józefem Juniorem, nie chciał nawet o nim słuchać. Tak go bolało zachowanie ojca, że został policjantem, aby wyładować na ludziach nienawiść do rodzica i do świata. Pracując w policji, był szczególnie bezwzględny wobec mężczyzn przypominających mu ojca wyglądem lub zachowaniem, a nawet związkiem z cmentarzem. Mówiono o nim, że był gorszy niż ojciec. W krótkim czasie narobił sobie tylu wrogów, że wróżka, znana z przepowiadania ludziom długiego życia, w ogóle odmówiła mu wróżenia.

Kilka miesięcy później, był to koniec lutego, znaleziono go na torach kolejowych, sztywnego jak deska, z równo odciętą głową, ale nie tak, jakby przejechał go pociąg, tylko jakby równiutko odcięto ją maczetą lub ostrą siekierą. Nie miał jeszcze wtedy trzydziestu lat.

Odc. 18 Kukułka

Spóźniona wiosna przyniosła dziwne zdarzenie. Różnie je interpretowano, najczęściej jako zapowiedź czegoś osobliwego i przełomowego w przyrodzie, nowego etapu jej rozwoju. W dniu pierwszego kwietnia, nad ranem, w brzozowym gaju w pobliżu osiedla Aura, pojawiła się kukułka. Kilka minut jej uporczywego kukania zbudziło połowę mieszkańców osiedla. Musiała być bardzo blisko, gdyż Salomon, który z ciekawości otworzył okno sypialni wychodzące na lasek, miał wrażenie jakby jej głos wprost uderzał go w oczy i usta. Potem mówił jeszcze, że kiedy od strony brzozowej gęstwiny zawiał wiatr, poczuł na twarzy dziwny ptasi oddech.

– Nie od razu ją zauważyłem. Siedziała na wysokiej brzozie i była tak wielka, że jej cień wypełnił całe okno mojej sypialni.

Kukułka kukała trzysta sześćdziesiąt pięć razy bez przerwy, tyle, ile jest dni w roku. Na osiedlu Aura trzy osoby liczyły kukanie i potwierdziły; rachunek się zgadzał. W południe tego dnia okazało się, że nikt nie miał przy sobie pieniędzy z wyjątkiem nieboszczyka Jana Drobnego, mieszkańca osiedla, spoczywającego w otwartej trumnie w środkowej nawie pobliskiego kościoła. Ktoś nieznany, prawdopodobnie jakiś skruszony dłużnik, włożył mu do trumny znaczną sumę pieniędzy, których nie zdążył oddać mu za życia. Następnego dnia na nieboszczyka, a właściwie jego rodzinę,  spadł istny deszcz pieniędzy: dwa wygrane losy na loterii, które Drobny wykupił tuż przed śmiercią, oraz nieoczekiwany spadek po ciotce zmarłej za granicą. Było tego tyle, że uznano go najbogatszym człowiekiem w mieście. Zanim go pochowano, tłumy ludzi przychodziły do kościoła, aby zobaczyć, jak wygląda szczęściarz. Na drewnianej twarzy nieboszczyka niektórzy dostrzegli delikatny uśmieszek ni to radości, ni to szyderstwa.

– Jego pogrzeb przyciągnął więcej osób niż pochówek ostatniego burmistrza rządzącego naszym miastem dwadzieścia lat. W ten sposób Jan Drobny stał się najbardziej popularnym człowiekiem w mieście – napisał Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, autor cyklu artykułów „Kradzież Chrystusa”,

Kukułka musiała złożyć jaja w wielu gniazdach, gdyż jesienią w okolicach miasta pojawiło się dziesięć razy więcej tych ptaków. Ludzie nauczeni doświadczeniem nosili już wtedy przy sobie znaczne ilości pieniędzy. Przepowiednia się sprawdziła; miasto wzbogaciło się wręcz absurdalnie, mieszkańcy nabrali światowych manier, zwykła kuchnia już im nie wystarczała.

– Stali się wyrafinowani do nieprzytomności – pisał Paweł Isik w Gazecie Porannej. – Doszło do tego, że zabijano kukułki, aby serwować wyrafinowane dania mięsne w najlepszych restauracjach miasta.

Przyjmując gości zagranicznych burmistrz opowiadał z dumą:

– Pieniędzy i kukułek mamy w nadmiarze. Nic, tylko objadać się do syta i bawić do szaleństwa, od wieczora do rana.

Odc. 19 Przemiana Żorża. W pierwszy dzień Wielkanocy zadzwonił do Salomona Żorż. Przyjaźnili się od lat. Kiedyś mieszkali blisko siebie, odwiedzali się, razem chodzili na imprezy sportowe i zabawy. Przystojniejszy i bardziej wygadany Żorż cieszył się nieporównanie większym powodzeniem u kobiet. Salomon uważał to za niesprawiedliwe, nie kłócił się jednak o to z panem Bogiem, lecz nie przestał myśleć o swojej krzywdzie.

Żorż był pełen entuzjazmu.

– Człowieku! Co ja przeżywam! Mówię do ciebie jak z przyszłości. Zjadłem solidne śniadanie, po kawałku wszystkiego. Wymienię tylko: święconki, chleb, jaja, sól, kiełbasa, szynka, chrzan, miód, pieprz, ser żółty i zwykły twaróg, babka wielkanocna, baranek z masła, do tego jeszcze sałatka warzywna i dwie czekoladki. Efekt był taki, że wybuchła we mnie bomba kaloryczna. Nie poznałem siebie. Istna eksplozja energii. Nogi same rwały się do tańca; z trudem przekonałem siebie, że nie jest to odpowiedni czas na taniec. Wpadłem do łazienki, aby przemyć twarz zimną wodą. To mi dobrze zrobiło. Podjąłem decyzję i to bez wahania, że się zautomatyzuję. Pomogła mi w tym farmakologia; łyknąłem dwie pigułki. I stało się! Nastąpiła we mnie przemiana; poczułem błyski w oczach i drżenie w klatce piersiowej.

– Na czym polega ta twoja automatyzacja? – Salomon uznał za stosowne przerwać stek szalonych wynurzeń.

– Przestałem być kunktatorem, zastanawiać się, co robię, w jakiej kolejności, czy w ogóle coś robić. Od dawna odczuwałem potrzebę zmiany tego stanu rzeczy, bo na nic nie miałem czasu. Teraz wydaję sobie polecenia, bezwstydnie krótkie i konkretne, i o to właśnie chodzi. Nie waham się, co i kiedy mam zrobić. Moja żona i teściowa są zachwycone, bo dotychczas musiały mi ciągle przypominać: – Zrób to! Zrób tamto! Nie czyść teraz butów, tylko wyrzuć śmieci! Nie myśl, tylko działaj! Teraz wiem, że pojąłem istotę rzeczy i wskoczyłem w sam środek nowoczesności.

Salomon poczuł drapanie w gardle i cicho chrząknął.

– Czy ty mnie słuchasz? – przerwał Żorż. – W jego głosie brzmiało zniecierpliwienie.

– Oczywiście, że tak. Jak możesz wątpić?!

– To dobrze. Będę mówić dalej. Najpierw zmieniłem zasady korzystania z mego smartfona. Nawiązałem z nim bliską współpracę. Nazwałem go „Bubi” i przeprogramowałem. Teraz, kiedy słyszę ciche kliknięcie, sygnał nadchodzącej wiadomości, pytam:

– Bubi, co to?

On na to, przykładowo:

– To SMS od Tadziczka Badury. Przesyła ci żart o jajku wielkanocnym.

– Wywal ten SMS – mówię – nie mam czasu na głupoty. Mam już inny stosunek do rzeczywistości.

– Czy to takie wielkie osiągnięcie konwersować ze smartfonem? Dzisiaj wszystko jest możliwe – Salomon nie wahał się okazać sceptycyzmu, aby ściągnąć Żorża z wyżyn zwycięstwa nad samym sobą i rzeczywistością.

– Tak, to wielkie osiągnięcie! – Żorż był nieposkromiony w swej żarliwości. – W ciągu trzech minut unicestwiłem szesnaście niepotrzebnych komunikatów, SMS-ów, MMS-ów, wezwań, ostrzeżeń o nadchodzących zagrożeniach klimatycznych oraz kilka ofert i propozycji. Trzeba umieć radzić sobie w sytuacjach przeciążenia informacyjnego. Inaczej rozsypiesz się w proch w jednej chwili, jak mówi poeta – Żorż zaśmiał się głośno.

W jego głosie Salomon wyczuł histerię.

– Czy ty, Żorż, dobrze się czujesz? Bo ja mam wrażenie, że coś cię napadło i nie jest to nic dobrego, tylko jakiś rodzaj szaleństwa – zapytał, nie będąc pewien czy przyjaciel się nie obrazi.

– Masz rację. Tak naprawdę to powinienem już dawno zwariować od nadmiaru bodźców. Czuję coraz częściej niepokój i swędzenie na całym ciele, jakby mrówki mnie obłaziły. Dlatego staram się zmienić swoje postępowanie. Przed naszą rozmową siostra mnie poinformowała, że na drzwiach naszego domu ktoś wywiesił kartkę: „Żorż! To nie bomba kaloryczna cię niszczy, ale świnia świąteczna. Ktoś ci ją podrzucił, ty się nią obżarłeś i bredzisz. Jesteś w niebezpieczeństwie”. Zdenerwowałem się tym niepotrzebnie. Okazało się na szczęście, że to był żart z jej strony. Powiedziała mi to, aby pokazać, że nie umiem już normalnie reagować. Nie wiem doprawdy, co o tym myśleć – w głosie Żorża brzmiało zwątpienie.

– To nowy surrealizm, Żorż. Uwierz mi. Czasy są zwariowane. Czwarta dekada to życie w świecie paradoksu i absurdu. Ludziom przewraca się w głowie. Na świecie toczą się wojny, dramatycznie pogarsza się klimat, dyktatorzy prowadzą dywersję ideologiczną, odnawiające się wirusy nieustannie błąkają się w przestrzeni, w bogatych krajach obfitość jedzenia niszczy ludzi chorobami a w biednych ludzie umierają z głodu. Eksplozja nowych technologii powoduje, że męczy nas nadmiar bodźców, czujemy się zagrożeni, jesteśmy pod presją niepewności i lęku. Sam to odczuwam. Też często nie wiem, co robić.

Odc. 20 Stolica

Superszybki pociąg wnętrzem przypominał samolot; dwa długie rzędy foteli rozdzielone wąskim przejściem. Usiadłszy pod oknem, Salomon przypatrywał się dyskretnie siedzącej obok kobiecie o bladej twarzy i falujących włosach. Odwróciła wzrok w jego kierunku.

– Dorada zmieniła się – odezwała się, jakby zgadując, że rozmówca jedzie do stolicy, aby zobaczyć jak wygląda wielki świat. – Zmienili się przede wszystkim ludzie i jedzenie. Niech pan spróbuje restaurację Big Dish. To miejsce o niewyszukanej nazwie cieszy się dobrą opinią wśród smakoszy wschodnich potraw.

Stolica zaskoczyła Salomona nowoczesnością. Wielkie wieżowce, dużo obcokrajowców, to rzuciło mu się w oczy w pierwszej kolejności. Restaurację Big Dish odnalazł nie bez trudu, klucząc po krętych uliczkach starej dzielnicy miasta. Na zewnątrz przy stoliku pod wielkim parasolem siedział młody mężczyzna w garniturze z kwiatem w butonierce. Wyglądał jakby przybył prosto z wesela. Trwał nieruchowo w skupieniu z rękami złożonymi na piersi i przymkniętymi oczami. Chyba usłyszał kroki Salomona, gdyż nie otwierając oczu odezwał się:

– Pan jest tutaj chyba pierwszy raz? Wyczułem to po pańskim niezdecydowanym chodzie. Mogę pana uspokoić: to dobra restauracja. Może nie najlepsza, ale dobra. Jest półautomatyczna; personel działa szybko i sprawnie, dbając o to, aby klient miał jak najmniej z nim kontaktu. Restauracja ma rozsądne ceny, zawsze świeższe warzywa, oferuje solidne dania. Warto spróbować. 

Za wysoką ladą królowały dwie kobiety. Podszedłszy bliżej, Salomon przyjrzał im się. Miały w sobie coś majestatycznego. Stanowiły wyraźny kontrast. Jedna była tęgawa, wielka, jej ramiona otaczała kaskada włosów. Druga, znacznie niższa, w miarę szczupła, z krótko przyciętymi włosami wyglądała bardzo sportowo. Podobny owal twarzy, duże bursztynowe oczy, wyrazisty nos i usta, stwarzały nieodparte wrażenie, że są siostrami. Ubrane w identyczne bordowe tuniki z nadrukiem przedstawiającym mdlejące egzotyczne kwiaty, podkreślały powagę i godność miejsca. Obydwie mówiły z wyraźnym obcym akcentem. Odpowiadały tylko na pytania, nie dodając nawet jednego niepotrzebnego słowa. Salomon w duchu nazwał je królowymi.

Po złożeniu zamówienia i zapłaceniu kartą bankową, otrzymał pilot z brzęczykiem i instrukcją:

– Jak tylko usłyszy pan dźwięk brzęczyka, proszę podejść do lady.

Słysząc dzwoniące wokół brzęczyki, miał wrażenie pobytu na łące ulubionej przez trzmiele. Nie czekał długo. Otrzymał kopiastą porcję kaczki, dobrze podrumienionej, tłustej, solidnie podlanej sosem, z dużą ilością duszonych warzyw, wśród których przeważała delikatnie podsmażona cebula. Na osobnym talerzu leżała górka zlepionego ze sobą białego ryżu. Salomon dołożył dwie łyżki ryżu do dania głównego, spróbował i poczuł się szczęśliwy: wygląd potraw, ich nadzwyczajny smak oraz nietypowe miejsce posiłku w widokiem na kolorową ulicę z nawiązką rekompensowały męczącą podróż kilku wcześniejszych godzin. Jedząc przyglądał się, jak wiatr zrzuca z sąsiednich stolików pudełka z serwetkami. Nikt nie podnosił ich z ziemi. Była w tym jakaś symbolika niezależności i zaniedbania.

Po wyjściu z restauracji, najedzony i zadowolony, zamówił w barze kieliszek wytrawnego wina. Tak mu zasmakowało, że wypił jeszcze dwa kieliszki. Poczuwszy się raźniej, włóczył się dłuższy czas po mieście chłonąc zapachy, obrazy i ruch. Mijali go ludzie w różnym wieku, wyluzowani, ubrani swobodnie, jak się komu podobało. Panowała zupełna dowolność ubioru. Wędrowca naszły zadziorne myśli.

– Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś miał na nogach klapki, na piersiach kożuch a pod nim spodnie bermudy lub rajstopy w błękitnym kolorze. Pojęcie społeczeństwa zanikło, jego miejsce zajął indywidualizm.

Na koszulach, koszulkach z krótkimi rękawami, swetrach, kamizelkach, bluzach, co kto miał na sobie, a nawet na nagich piersiach, ramionach i udach widział napisy: „Jestem taki, jaki jestem”. „Mam prawo być sobą. Nic ci do tego”, „Satyr”, „Indywidualistka”, „Pracuś”, „Gigantka”, „Drapieżca”, „Wariatka seksualna”. Pobudzony winem, oszołomiony ludzką śmiałością i poruszony bogactwem pomysłów, na poczekaniu wymyślił nazwy dla siebie: „Gigant”, „Wyrobnik umysłowy”, „Potentat”, „Harpagon do szóstej potęgi”. Postanowił wykorzystać je zlecając wykonanie dla siebie kilku koszulek z krótkimi rękawami na gorące dni letnie. Pragnął poczuć, jak to jest być sobą bez żadnych ograniczeń i zahamowań.

Odc. 21 Postanowienie rocznicowe

Ostania rocznica urodzin skłoniła Salomona do podsumowania swojego życia. Uczynił to z czułością i sumiennością, zastanawiając się także nad przyszłością. Do oceny życiowego dorobku zabrał się fachowo, miał wprawę w analizie spraw złożonych. Korzystając z tablicy średniego dalszego trwania życia mężczyzn, obliczył, ile lat statystycznie mu jeszcze zostało. Wynik zaktualizował korzystając matematycznego modelu uwzględniającego dziedzictwo genetyczne, stan zdrowia, styl życia a nawet wskaźnik masy ciała. Zajęło mu to kilka godzin. Pierwszy wniosek był bardzo lapidarny.

– Mam mało czasu. Kiedy przekroczy się połowę życia, liczy się tylko czas i energia. Nie mogę marnować ani jednego ani drugiego. To, co mi zostało z życia, co mogę jeszcze zrobić, musi mieć znaczenie, ponieważ tylko to, co wartościowe, nadaje sens życiu. Człowiek rozumny nie może rozmieniać się na drobne.

W praktyce oznaczało rezygnację z czynności zbędnych, głupich, byle jakich, rozmów o niczym, oglądania bezwartościowych programów telewizyjnych oraz czytania książek tylko dla zabicia czasu. Nie zastanawiając się, Salomon podjął decyzję ograniczenia kontaktów towarzyskich, osobistych, telefonicznych i e-mailowych. Było ich za dużo. Zdecydował się zachować tylko najcenniejsze. Była w tym determinacja czynienia rzeczy ważnych, satysfakcjonujących, dających poczucie pełni życia. Przypomniał sobie biblijną przypowieść o dobrym gospodarzu, który rozdał sługom talenty, nakazując pomnożyć je a nie zmarnotrawić. To miało głęboki sens. W ciągu kilku minut ustalił listę osób, z którymi postanowił zakończyć znajomość. W pozostałych przypadkach określił maksymalny czas rozmowy z jedną osobą, aby niepotrzebnie nie przedłużać rozmów. Wcześniej był skłonny pobłażać sobie, jakby miał czasu na tony.

Odc. 22 Rozmowa z lekarką

Do lasu Salomon chodził codziennie. Stało się to drugim po kawie najważniejszym rytuałem jego życia. Spacery były czasem relaksu, rozmyślań i wzmacniania kondycji fizycznej. 

– Żeby dobrze żyć, musisz wypełniać czas czymś użytecznym – tłumaczył sobie spacerując. Coraz częściej rozmawiał z samym sobą.

Wędrówki po lesie odbywał w poczuciu odpowiedzialności za swoje zdrowie i kondycję. Wierzył, że to on wyłącznie za nie odpowiada, a nie na lekarz. Nie wszyscy podzielali ten pogląd. Pamiętał nieprzyjemne zajście z lekarką domową. Poczuła się obrażona, kiedy przedstawił jej swój pogląd.

– Lekarz nie odpowiada za moje zdrowie. To moja odpowiedzialność. Pani jest tylko moim konsultantem i fachowcem znającym się na szczegółach organizmu podobnie jak hydraulik zna się na kanalizacji domowej. Lekarz to pomoc doraźna, najemnik, zatrudniony przez władze po to, aby obsługiwał szeregowców armii pacjentów. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, choćby dlatego, że dzisiaj lekarze nie mają czasu dla pacjenta. Pracują podobnie jak obsługa linii montażowej w fabryce samochodów, gdzie po piętnastu minutach montażysta woła: następny obiekt do obróbki!

Przeprosił wtedy lekarkę, że nie mówi tego pod jej adresem tylko całej służby medycznej. Nie powiedział całej prawdy, aby jeszcze bardziej jej nie urazić, że lekarze w większości nie mają pojęcia o swoich pacjentach: czy stosują się do ich wskazówek i poleceń, czy regularnie biorą przepisane im leki, czy przestrzegają zaleceń zdrowej diety i zdrowego trybu życia, jak sypiają i jak pracują, czy służy im wykonywana praca, jaka jest sytuacja rodzina, czy żyją w stresie i jak mogliby go zredukować.

Kiedy nagły powiew wiatru z trzaskiem zrzucił mu pod nogi gałąź, Salomon zdenerwował się:

– Pieprzyć to wszystko! Lekarze rozumieją tylko fragmenty organizmu człowieka. Wkrótce jeden ortopeda będzie specjalizować się w lewej nodze i w lewej ręce, a drugi w prawej nodze i prawej ręce. Co to za medycyna!?

Odc. 23 Kobieta na wzgórzu

Podchodząc pod szczyt porośniętego sosnami wzgórza, Salomon zauważył kobietę w czarnym, obcisłym dresie. Zbliżając się, przyglądał jej się. Była chuda, jej głowę okalały długie czarne włosy. Przypomniała mu świętą cierpiętniczkę z obrazu, jaki kiedyś oglądał w małym wiejskim kościele. Kobieta stała przed wysoką sosną z rękami rozłożonymi na boki, prawą nogą podgiętą do góry i wzrokiem utkwionym nieruchomo w przestrzeni. Wyglądało to tak, jakby ćwiczyła równowagę i opanowanie.

– Ciężkie czasy musiały ją zdeformować. Stąd jej nietypowe zachowanie – pomyślał Salomon.

Zachowanie kobiety zaintrygowało go. Podchodząc bliżej, pozdrowił ją a następnie zadał jej pytanie, aby nawiązać rozmowę.

– Nie mam czasu na rozmowę, usiłuję skoncentrować się.

Jej odpowiedź zaskoczyła go. Uznał, że zachowała się obcesowo, nie powiedziała nawet „przepraszam”.

W następnych dniach widział ją ponownie, jak z oczami wpatrzonymi w przestrzeń cierpliwie ćwiczyła koncentrację z jedną nogą zgiętą w kolanie i stopą opartą o udo drugiej nogi.

– Tylko kobieta tak potrafi tak wysoko podciągnąć nogę – myślał za każdym razem. Podziwiał ją a zarazem odrzucał, ponieważ wydawała mu się była wyobcowana, odległa i całkowicie niedostępna. Myślał o niej, szukając wytłumaczenia jej zachowania.

– Jest inna niż większość osób. Epidemie, napięcie, niepewność, kretyński postęp technologiczny i pędzący czas chyba musiały ją doprowadzić do stworzenia sobie własnego modelu zachowań.

Którymś razem, kiedy mijał ją stojącą w tej samej, niezmienionej pozie ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni, odpowiedziała na jego pozdrowienie.

– Muszę utrzymać się w kondycji. Kondycja, dobry wygląd i zdrowie są dla mnie najważniejsze. Wszystko inne jest bez znaczenia.

Od pewnego czasu Salomon klasyfikował ludzi. Nazwał ją w duchu obsesjonistką i oznaczył numerem jeden w katalogu ludzkich typów. Pomyślał, że powinienem również siebie jakoś sklasyfikować.

Odc. 24 Psychodelik

Po źle przespanej nocy przemęczenie dawało mu się we znaki. Dla poprawy samopoczucia Salomon przyjął łagodny psychodelik, przynoszący wrażenia z pogranicza marzeń sennych, transu i medytacji. Przyjął dokładnie wymierzoną dawkę taką, jak trzeba, nic więcej, nic mniej. Nie bał się przedawkowania, używał tej substancji od dłuższego czasu. Był to popularny napój Ayahuasca sprowadzany z Peru. Zawierał dwa podstawowe składniki, hermalinę z wygotowanych lian oraz DMT z liści chacruny, które działały rozszerzająco na świadomość. Szybko poczuł się ożywiony i radosny. Spacerując po lesie zatrzymał się, aby włączyć radio w smartfonie. Leciała relaksująca muzyka. Tak się zasłuchał, że zapomniał o bożym świecie. Otrząsnął się, kiedy zauważył, że mijająca go dwójka młodych ludzi, kobieta i mężczyzna, przygląda mu się uwagą. Pomyślał, że za jego plecami przechodzi ktoś inny, kim mogliby się interesować. Obejrzał się do tyłu i na boki, lecz nikogo nie zauważył. Zignorował osobliwą parę i poszedł dalej. Uczucie bycia obserwowanym nie ustępowało. Mijający go ludzie przyglądali mu się z uwagą jakby był jakimś dziwadłem lub egzotycznym zwierzęciem w ogrodzie zoologicznym. Kiedy zauważył, że pokazywano go sobie palcami i robiono zdjęcia. tak się zdenerwował, że zatrzymał się, aby krzyknąć do człowieka bezczelnie wpatrującego się w niego z wyrazem niedowierzania:

– Czemu się gapisz na mnie jak sroka w gnat!? Nie masz nic lepszego do roboty?

Mężczyzna odwrócił się i bez słowa ruszył w drogę. Salomon mruknął coś nieprzyjaznego pod nosem. Idąc pomyślał, że uwagę spacerowiczów przyciąga jego kolorowa kurtka. Nie podobała się jego żonie, mówiła mu to kilka razy. Przypomniał to sobie i uspokoił się.

Wróciwszy do samochodu, Salomon spostrzegł, że jest dziwnie niski. Przyjrzał się sobie uważnie: miał znacznie krótsze nogi. Wyglądało to tak, jakby wrósł w ziemię. Zdziwił się, że wcześniej tego nie odczuł. Dopiero teraz zrozumiał, dlaczego ludzie tak uważnie mu się przyglądali.

Stan nóg nie zaniepokoił go. Podobnie dziwne objawy obserwował u siebie już wcześniej, choć nie w takim stopniu. Zanim wsiadł do samochodu, ułożył kijki spacerowe w bagażniku, zdjął czapkę i kurtkę, odłożył na boczne siedzenie torbę ze smartfonem, portfelem i prawie pustą butelką wody. W końcu usadził się wygodnie w fotelu kierowcy, aby uruchomić silnik. Czuł się nieco dziwnie; męczyło go tylko to, że jego nogi z trudem sięgały podłogi. W czasie jazdy nie musiał niczego robić, sterował samochodem wydając mu polecenia głosowe. Dla poprawy nastroju, po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymał się i podciągnął fotel do przodu. W miarę dalszej jazdy wyciszał się, słuchając muzyki. Czuł, jak nogi stopniowo wracają do normy.

Odc. 25 Rozmowa z żoną

Salomon zatrzymał się przy supermarkecie i zadzwonił do żony. Oglądała swój ulubiony turecki serial. Poprosił ją, aby przerwała, bo ma jej coś ważnego do powiedzenia.

– Mam wrażenie, że nogi mi się zużyły do kolan w czasie łażenia po lesie. Wyobraź sobie, że nawet tego nie zaważyłem. Chyba przesadziłem z tym chodzeniem. Doszedłem do siebie dopiero w samochodzie jadąc po zakupy. Właśnie stoję na parkingu przed supermarketem.

– Nie pierwszy to raz i zapewne nie ostatni – odpowiedziała. – Kiedy wrócisz, będziesz mieć już gorący obiad na stole.

Żona ponaglała go, aby kończyć rozmowę, więc się rozłączył.

– Ta rozmowa nie miała sensu. Ja jej mówię o czymś ważnym, a ona wyjeżdża mi z obiadem – pomyślał z niechęcią.

Kobieta też nie była szczęśliwa z przebiegu rozmowy.

– Zupełnie oszalał. Opowiada jakieś fidrygałki o nogach wrastających w ziemię, a kiedy ja mu mówię o obiedzie, to nawet nie podziękuje.

Nie zamierzała przejmować się urojeniami, jakich mąż doświadczał od pewnego czasu. Miała mu za złe, że się nie leczył. Ale też i nie dziwiła się specjalnie, ponieważ ludzi takich jak on były tysiące. Salomon też nie był bez winy, biorąc na siebie dodatkowe obowiązki. Był przewodniczącym rady mieszkańców osiedla Aura. Ta praca nie była mu potrzebna, tym bardziej, że była wymagająca i nierzadko kłopotliwa.

Odc. 26 Szaleństwo Salomona 

Salomon panicznie bał się załamania psychicznego, uznając je za niewyleczalną chorobę. Widział kiedyś takiego człowieka. Był to rolnik, który orząc pole, rozmawiał z wronami. Salomon pamiętał tamtą scenę.

– Co wy, głupie wrony, tak dziobiecie i dziobiecie tę rolę? – pytał rolnik, usiłując odegnać ptaki batem.

– A co ty, szalony rolniku, tak orzesz i orzesz tę rolę? – odpowiedziały wrony, śmiejąc się przy tym szyderczo kre, kre, kre!

Salomon wyraźnie to słyszał. Dla upewnienia się, że nie było to złudzenie, zatrzymał się, aby porozmawiać z rolnikiem. Nazywał się Roland Kwaśny i potwierdził obserwacje Salomona.

– Wyraźnie słyszałem, jak do mnie mówiły: Co ty, szalony rolniku, tak orzesz i orzesz tę rolę? Słyszałem także ich drwiący śmiech.

Kwaśny opowiadał o tym zdarzeniu swojej rodzinie, znajomym i innym osobom. Był gotów złożyć przysięgę, że jest to najczystsza prawda, gdyby mu nie wierzyli. Kilka dni później krzyczał przeraźliwym głosem, ostrzegając mieszkańców wsi przed burzą piaskową. Ponieważ mu nie wierzono, z rozpaczy przeciągnął paznokciami po twarzy, pozostawiając na niej krwawe ślady. Nazywał je drogami cierniowymi. 

Zastanawiając się nad swoją niepewną kondycją psychiczną Salomona przypomniał sobie film o naukowcu obserwującym własną siostrę popadającą w chorobę psychiczną, aby opisywać w szczegółach pojawiające się kolejne symptomy jej choroby.

Kurczenie się dłoni Salomon odkrył przy śniadaniu po nałożeniu sobie na talerz kilku plastrów kiełbasy, szynki i sera. Sięgając do wiklinowego koszyczka po kromkę chleba, spojrzał na dłoń i prawie krzyknął:

– Popatrzcie na moją prawą dłoń, jaka jest malutka. Wczoraj była większa. To nie ręka, ale rączka.

Żona obdarzyła go niechętnym spojrzeniem. Jej głos brzmiał chropawo, jakby coś drapało ją w gardle.

– Salomonie! Przywołuje cię do przytomności. Twoja prawa ręka jest taka sama jak lewa czyli naturalnej wielkości. Przestań się wygłupiać. To nie przystoi w twoim wieku, zwłaszcza przy stole.

Salomon nie odezwał się, uznając, że niczego nie wskóra. Od pewnego czasu kierował się zasadą, aby nie kłócić się z nikim, szczególnie z domownikami, o sprawy małej wagi. Pomniejszenie członków ciała wkrótce objawiło się ponownie. Było to w łazience; goląc się Salomon zobaczył dwie małe rączki. Przyjrzał im się uważnie, były delikatniejsze i jakby słabsze.

Odc. 27 Przeżycia Salomona

Poza żoną i najbliższą rodziną, nikt nie wiedział o jego opętaniu. Salomon pocieszał się, że było ono nieciągłe, falowało, czasem znikało na jakiś czas, przeważnie były to godziny, ale też i dni. Najgorzej było w dni niestabilnej pogody; jego niepokój nasilał się i męczyło go uczucie, że wszyscy obserwują go dyskretnie, jak się kurczy i drwią z niego, że nie jest już pępkiem świata. O obłędzie przypominała mu niepotrzebnie dawna kochanka, kobieta o smutnie chudych nogach, zamiłowaniu do gry wstępnej oraz do starodawnej muzyki organowej. Coraz rzadziej się z nią spotykał, właśnie ze względu na uwagi, jakie mu czyniła. Niekiedy życie ciążyło mu tak bardzo, że czuł ucisk w piersiach. Miał wrażenie, że zbiera się w nim flegma i wypełnia płuca.

– Trudno jest mi oddychać. Dusi mnie wewnątrz. To chyba efekt wojny i depresji, dwóch nierozłącznych sióstr, dających się wszystkim we znaki – zapisał w swoim poufnym dzienniku.

Dla uspokojenia się uznał, że wojna będzie już stałą cechą życia na planecie, pokój zaś tylko jego przejściowym zakłóceniem.

– Musimy pogodzić się z takim myśleniem, akceptując podwyższone napięcie psychiczne – tłumaczył w domu krótkowłosej, brązowej jamnicze, nieodstępnej towarzyszce swego życia.

Od czasu pojawienia się małych rąk Salomon spał jeszcze gorzej, budził się też z większym trudem. Pojawiły się nowe koszmary nocne. Któregoś dnia nad ranem odebrał dziwny telefon. Jakiś męski głos mu wymyślał:

– Ty sukinsynu pieprzony! Albo odwalisz się od mojej żony, albo rozwalę ci ten parchaty czerep.

Kilka godzin później ten sam człowiek zadzwonił ponownie z pretensjami o utopienie przez Salomona pomiotu ślepych kotów. Poproszony o identyfikację, odłożył słuchawkę, rzucając w eter wulgarne przekleństwa.

Tego samego dnia w lesie Salomon przyglądał się ubranemu na zielono mężczyźnie, przypominającemu leśnika, który idąc obserwował przez lornetkę korony drzew i pohukiwał jak sowa. Salomon poczuł do niego niechęć.

– Udaje ornitologa a jest najwyżej kierowcą śmieciarki. Ten człowiek nie jest już sobą. Czas, aby inni ludzie też przestali udawać.

Odc. 28 Niepokojące zwierzę

Po powrocie z lasu Salomon połączył się telefonicznie z Erazmem. Od pewnego czasu widział w przyjacielu niezwykłą istotę.

– Jest wielki jak góra – myślał. – Przerasta mnie, przytłacza swoją niesamowitością.

Nie była to wielkość fizyczna, przestrzenna, ale duchowo-intelektualna, ugruntowana w spokoju, opanowaniu i niezmiennej pogodzie ducha przyjaciela.

– Co robisz? Co myślisz w tej chwili? – zapytał Salomon ni to zaczepnie, ni zachęcająco.

– A co ty robisz lub myślisz? – Erazm odwrócił pytanie, domyślając się, że coś trapi Salomona.

– W tej chwili myślę, że jestem, ale nie jestem pewien, czy to prawda. Nie jestem pewien, czy istnieję. To mi się zdarza coraz częściej. Wczoraj siedziałem na kanapie, rozglądałem się po pokoju, patrzyłem przez okno, lecz nic nie czułem oprócz ucisku w piersi. Gościła we mnie pustka egzystencjalna. Podejrzewam, że to kwestia zbyt szybkiego dojrzewania osobistego, wzmocnionego butelką wina, którą wypiłem w miłym towarzystwie, oraz pogodą, mroczną i siną niby majaczący w gorączce nieboszczyk. Czekałem, aż myśli same zbiorą się we mnie, skoncentrują, osiągną masę krytyczną, wybuchną i spowodują, że sam nie będę musiał niczego robić, ponieważ to one będą podejmować za mnie decyzje i działania.

– Dziś każdy ma jakieś problemy bardziej lub mniej wyraźne, prawdziwe lub urojone – zareagował spokojnie Erazm. – Mnie od kilku dni zagraża zwierzę. Widzę i czuję je dzień i noc. Jest to kuna domowa, zwinna, zdolna przecisnąć się przez dziurę średnicy czterech centymetrów, aby wkraść się do domku letniskowego, szopy, przyczepy kempingowej, rozrzucić resztki jedzenia i napaskudzić, a nawet przegryźć połączenia kablowe do telewizora.

Przyjaciele rozgadali się na temat kłopotliwego zwierzęcia. Kojarzyło im się z zagrożeniem, podobnym do wojny lub dyktatury sterowanej przekazami medialnymi. Wpadli w stan spekulatywnego myślenia, w którym rzeczywistość miesza się z urojeniem i fantazjowaniem. Inspirując się nawzajem marzyli, aby przewrotne zwierzę dało się ukształtować politycznie i przegryzało tylko połączenia do kanałów telewizyjnych niebezpiecznej kliki, której przekazy medialne nasączone były bakteriami wywołującymi lasowanie się mózgu telewidzów, ograniczając ich zdolność rozumienia świata.

– Oby tak się stało! – wykrzyknął Salomon z przekonaniem, wracając do siebie i do życia.

Odc. 29 Czwarta dekada przyniosła społeczeństwu Omerni falę nieoczekiwanych zdarzeń: epidemii, zapaści gospodarczych, nagłych inflacji, rozruchów ulicznych, niepewności zatrudnienia. Ludzie stawali się niespokojni, nieobliczalni, topili niepokój w wódce lub przyjmowali leki uspokajające, jedni przeprowadzali napady na banki, innych ogarniała apatia i zobojętnienie.

– Weszliśmy w okres rosnącej destabilizacji. Dziś macie pracę i dochody, jutro możecie już ich nie mieć. Zapamiętajcie to dobrze – przekonywał słuchaczy na spotkaniach autorskich Yusuf Kaplan, pisarz turecki o szybko rosnącej popularności. Uczestnicy spotkań i czytelnicy wierzyli mu, ponieważ był autorytetem, wzorem niezależności.

– To geniusz. Nie musi martwić się o pracę ani dochody, ponieważ sam sobie wymyślił jedno i drugie – tłumaczył Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, zainspirowany przez pisarza do stworzenia cyklu artykułów „Kradzież Chrystusa”.

Wypowiedzi tureckiego twórcy Salomon uzupełniał własnymi przemyśleniami. Rozmawiał o nich Erazmem.

– Nastały lata wyzwań, w których nie sposób jest mieć czas na zwykłą rozrywkę i przyjemności, na przyjaźnie, spotkania i bliższe kontakty z rodziną. Stopniowo stajemy się automatami kierowanymi uproszczeniami, nie zdając sobie z tego sprawy. Obcość wdziera się coraz bardziej w życie każdego z nas, otaczając nas murem więzienia nowej, technologicznej cywilizacji.

Rozmawiając często sam z sobą, Salomon nabrał przekonania, że porządkuje to jego myśli, uspokaja, tworzy wewnętrzny ład. Był przekonany, że jest to słuszne i pożyteczne. Widział w tym wyraźne korzyści. Jego samotnicze rozmowy stały się nawykiem, tak uporczywym, że w końcu zaczął wątpić, czy to mu rzeczywiście służy, czy nie jest to chorobliwe. Widząc na ulicy ludzi poruszających ustami, miał poczucie, że nie jest odosobniony: wymawiali jakieś słowa, kiwali głowami, uśmiechali się, gestykulowali. Czasem udawało mu się słyszeć, co mówili; najczęściej były to rozmowy z jakimiś osobami, których tam nie było.

– To przypadki osób z problemami psychicznymi, prawdopodobnie schizofrenią – wyjaśnił mu znajomy lekarz. – Ci ludzie mają omamy, słyszą głosy nieistniejących osób i na nie odpowiadają. To nie jest normalne, to choroba. W grę oczywiście nie wchodzą osoby trzymające smartfon w ręku lub ze słuchawkami w uszach podłączonymi do urządzenia ukrytego w kieszeni, plecaku lub torbie. Ci ludzie też poruszają ustami, stwarzając niesłuszne wrażenie, że mówią do siebie.

Kiedy światowa organizacja zdrowia uznała rozmowę z samym sobą za czynność naturalną i uzasadnioną, ponieważ redukowała on lęk, poprawiała koncentrację, ułatwiała radzenie sobie z samotnością, Salomon uspokoił się. Jedyne, co postanowił zmienić, to ograniczyć częstość i skrócić czas prowadzenia monologów.

– Po co mi tyle gadania ze sobą! – perswadował sobie. – Przecież i tak to wszystko wiem, skoro mówię do siebie. To tak, jak przekładał pieniądze z jednej kieszeni do drugiej.

Przekaż dalej
47Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *