Muzeum pamięci. Opowiadanie. 10 odcinków.

Odc. 1 Wieża Tertulii

Nie było dnia, aby ktoś nie doznał urazu szyi, stając na platformie obserwacyjnej w celu przyjrzenia się najwyższemu budynkowi w mieście zwanemu Wieżą Tertulii, a w skrócie Tertulią. Na miejscu prawie natychmiast pojawiał się lekarz w osobie przystojnego i zazwyczaj nieogolonego mężczyzny lub urodziwej młodej kobiety z ponętnym biustem, aby udzielić pomocy. W ich wyglądzie, ubiorach i zachowaniu było coś tajemniczego. Pacjenci to czuli, ale nie mieli pojęcia, że są to ludzie starannie wybrani i dobrze opłacani. Oprócz wiedzy, dysponowali on także umiejętnościami aktorskimi. Ledwie pogotowie odjechało, natychmiast pojawiali się naganiacze, aby znowu zachęcać ludzi do korzystania z platformy podkreślając, że usługa jest bezpłatna i nie ma lepszego miejsca do obejrzenia Wieży Tertulii. Szybko upowszechniające się informacje o nietypowych urazach i niezwykłej pomocy medycznej zwiększały zainteresowanie wieżą Tertulii.

Oficjalnie budynek nosił nazwę J. K. Tower. Była łatwa do zapamiętania dla obcokrajowców, niezwodnego źródła dewiz dla kraju. Popularna wśród mieszkańców kraju nazwa „Wieża Tertulii” nawiązywała do drugiego imienia Józefiny Kotwy, bohaterki narodowej. Wieża był była pomnikiem poświęconym jej wielkości i zasługom, jego właścicielem i zarządcą było wszechmocne Ministerstwo Kultury i Sztuki. Imię „Tertulia” miało wzorzec historyczny; tak nazywała się siostra braci bliźniaków Romulusa i Remusa, legendarnych założycieli miasta Rzymu, wykarmionych w dzieciństwie przez wilczycę.

W nocy budynek przypominał wielobarwny sześcian żywo migocący kolorowymi światłami. Dzięki staraniom ministra kultury, nie żałującego środków na promocję, budynek szybko obrastał sławą. Czasem minister pojawiał się incognito na platformie obserwacyjnej, aby słuchać uwag, komentarzy i pytań osób oglądających budynek.

Wieża Tertulii imponowała wielkością i niezwykłym kształtem; wyrażał on postać kobiety o szerokich biodrach i obfitych piersiach. Zbudowana na wzór pomnika była widoczna z odległości dziesięciu kilometrów. Dwa ogromne, okrągłe okna na froncie reprezentowały oczy, sterczący ze ściany balkonowy występ o kształcie trójkąta wyobrażał nos, pod nim widoczna była galeria przypominająca kształtem kobiecą brodę. Usta z powodzeniem imitował taras z czerwono kwitnącymi krzewami.

Uroczystości otwarcia muzeum dokonano we wtorek, drugiego dnia maja, w Dzień Zwycięstwa, stanowiący najważniejsze święto państwowe kraju. Przemówienia, festyny, sztuczne ognie oraz wielki bankiet pokazywano we wszystkich kanałach telewizyjnych. Imprezy odbywały się w spokoju, w atmosferze prawdziwe świątecznej.

Nauczycielka szkoły powszechnej położonej niedaleko Tertulii zorganizowała konkurs na opowiadanie poświęcone uroczystościom jej inauguracji. Zaczynało się ono od słów „W Dniu Zwycięstwa wybuchł wielki pożar, w którym spłonęło pół miasta”. Wygrał je uczeń, autor historii o tym, jak celowo wywołany pożar okazał się błogosławieństwem dla miasta i kraju. Fantazja poniosła go w kierunku opisów takich jak: „Popiół pozostały po pożarze zapewnił miastu żyzność duchową podobnie jak przeorany pługiem łubin zapewnia wiosenną bujność roślinom na polu”.

Za pomysł konkursu Alina Czakra, nauczycielka przedmiotu „Historia i Przyszłość Boga i Człowieka”, została wyróżniona przez ministra kultury. Wręczając jej dyplom uznania i nagrodę pieniężną powiedział:

– Ministerstwo Kultury i Sztuki jest pani wdzięczne za oryginalną inicjatywę popularyzacji pomnika naszej bohaterki narodowej Józefiny Kotwy. Prace konkursowe to wkład młodzieży w rozwój wartości przez nią wyróżnianych, pokory, miłości bliźniego, dumy narodowej i patriotyzmu.

Odc. 2 Obcokrajowcy

W czwartek, piątego dnia maja, około południa do budynku weszła, a właściwe wtargnęła, wycieczka. Była to grupa piętnastu naukowców-historyków, kobiet i mężczyzn w różnym wieku, pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, Kanady i Europy Zachodniej. Na pytanie dziennikarki „Dlaczego prawie szturmem weszliście państwo do J. K. Tower”? kierownik wycieczki, Billy Sanders, historyk kultury, wyjaśnił:

– Czekaliśmy prawie godzinę od chwili otwarcia muzeum, a byliśmy umówieni z ministrem kultury i sztuki. Baliśmy się, że nas nie wpuszczą. Ponadto chcieliśmy być pierwsi w tak słynnym miejscu. Chyba owładnął nami duch rywalizacji – dodał z przepraszającym uśmiechem.

Wycieczkę zagranicznych naukowców rzeczywiście przywitał minister. Przedstawił się i od razu przystąpił do rzeczy. Mówił po angielsku z lekkim akcentem:

– Antoni Rubach, Minister Kultury i Sztuki, profesor zwyczajny, kierownik Katedry Kultury Wszechczasów na Uniwersytecie im. Józefiny Kotwy. To ja będę państwa przewodnikiem po muzeum. Zacznę od razu, aby nie marnować czasu. Budynek znany w języku angielskim pod nazwą J. K. Tower i lokalnie jako Wieża Tertulii, został wzniesiony dla uczczenia Józefiny Kotwy, naszej bohaterki narodowej. Z pewnością słyszeliście już państwo o niej: to osoba o niezłomnym charakterze, szalenie pracowita, otwarta na świat, rozumiejąca i godnie reprezentująca sprawy kobiet jak i mężczyzn.

Wśród gości muzeum podniosły się ręce.

– Jak należy rozumieć ostatni fragment pańskiej wypowiedzi? – pytali naukowcy. – Chodzi nam o kwestię kobiecości i męskości.

Minister popatrzył na nich z niechęcią. Nie mógł uwierzyć, że nie wiedzieli, o co chodzi.

– Mieliśmy w kraju poważne spory o naturę kobiecości oraz rolę współczesnej kobiety. Nie była to jedyna sprawa, jaka dzieliła społeczeństwo. Wszystkie te kontrowersje pozytywnie rozstrzygnęła Józefina Kotwa, kiedy objęła urząd premiera. To osoba niezwykle mądra i otwarta, prawdziwa bohaterka narodowa. Po pięciu latach jej rządów wszystko stało się jasne i proste. Jako naród wstaliśmy z kolan i pokazaliśmy światu naszą wielkość.

Billy Sanders, kierownik wycieczki, wpadł przewodnikowi w słowo.

– Dziękujemy panu, panie ministrze, za wyjaśnienie. Przyjechaliśmy tutaj, aby poznać wasze działania i plany rozwoju kultury. Wasz kraj jest wzorem nowoczesności. J. K. Tower jest tego świadectwem. Nie ma chyba na świecie niczego równie imponującego i oryginalnego architektonicznie – naukowiec skłonił głowę a następnie wręczył ministrowi bukiet różnokolorowych róż ułożonych na kształt flagi narodowej. Ukryty w nich mechanizm powodował, że kwiaty w rękach ministra falowały podobnie jak flaga na wietrze.

Profesor Rubach był mile zaskoczony. Nabrał powietrza w płuca, czując, że musi powiedzieć coś serdecznego, mniej oficjalnego.

– Dziękuję za piękne kwiaty i ciepłe słowa. Jestem naprawdę wzruszony. W muzeum spędzam większość mego czasu, prawdę mówiąc także życia. Jestem patriotą i kocham to miejsce. Kocham historię, literaturę i piękno naszego języka. Wszystko tutaj ma dla mnie znaczenie: społeczeństwo, jego historia, jego przyszłość. To kwestia uczuć, wyobraźni i odwagi. Dlatego nie będę ukrywać, że Józefina Kotwa jest moim ideałem i idolem. To bardzo młodzieżowe określenie, ale szczere i prawdziwe.

Oprowadzając gości po muzeum profesor Rubach mówił nieprzerwanie, wyjaśniając historię dojścia do władzy oraz sukcesów Józefiny Kotwy.

– Jak ona wygląda? – padło pytanie ze strony kierownika wycieczki. – Pan zna ją osobiście. My znamy ją tylko ze zdjęć.

Odc. 3 Bohaterka narodowa

Profesor Rubach ogarnął pytającego spojrzeniem łączącym niewiarę ze zdziwieniem. Uznał pytanie za zbyt proste i trochę nie na miejscu. Jego zachowanie nie uszło uwadze Sandersa.

– Chodzi mi o bohaterkę narodową, Josephine Kotwa. Ta postać intryguje nas wszystkich, zawodowych historyków. Wiele o niej czytaliśmy i rozmawialiśmy przed przylotem do waszego kraju.

– Znam ją doskonale. Nie wiem doprawdy od czego zacząć. Jest to elegancka kobieta, średniego wzrostu, zgrabna, brunetka o gęstej czuprynie. Ubiera się dystyngowanie, ma wspaniały gust. Jest piękna; to jest oczywiście moja osobista opinia. Jest urodzoną dyplomatką, potrafi się znaleźć w każdej sytuacji. Porusza się jak przystało prawdziwej damie, bez pośpiechu, statecznie, nie uśmiecha się zbyt często. Osoby jej niechętne mówią, że jest pozbawiona poczucia humoru, ale to nieprawda. Na konferencjach prasowych niewiele mówi. Jest to zrozumiałe, ponieważ dziennikarze zadają jej najróżniejsze pytania a niektóre są całkiem na miejscu. O dorobku i osiągnięciach Józefiny Kotwy nie będę mówić, znacie je państwo z materiałów informacyjnych, jakie otrzymaliście.

Kontynuując oprowadzanie wycieczki, profesor Rubach starał się, aby utrzymać uwagę słuchaczy. Zależało mu na tym, aby uczestnicy wycieczki dowiedzieli się jak najwięcej o Józefinie Kotwie. Kiedy ktoś z grupy zbyt głośno coś mówił, profesor zatrzymywał się i patrzył na przeszkadzającego dopóty, dopóki ten się uspokoił. Uważał, że należy mu się szacunek; miał zbyt wiele ważnych spraw do przedstawienia, aby pozwolić sobie na marnowanie czasu.

Słysząc kolejną informację profesora, tęga blondyna z tak jasnymi oczami, jakby zostały wypłukane z wszelkiej treści, mruknęła do kolegi:

– Mówi o tej Josephine jakby to był skarb narodowy albo jego genialna córka. Coś musi ich łączyć – nie zdążyła powiedzieć nic więcej, ponieważ profesor wlepił w nią karcące spojrzenie.

Aby urozmaicić prezentacje, przewodnik ilustrował je przysłowiami, starając się nie powtarzać. Miał kilka podręcznych, chętnie je używał: „Pańskie oko konia tuczy”, „Lekarzu, lecz się sam”, „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”, „Lepiej późno niż wcale”. Przysłowiem „Kruk krukowi oka nie wykole” podsumował wyjaśnienie o ważnym sojuszu militarnym, jaki kraj zawarł pod rządami Józefiny Kotwy. Miał stosowne powiedzenie prawie na każdy temat. Kiedy mówił coś ważnego, wznosił oczy do nieba stwarzając wrażenie, że wzywa Boga na świadka.

Następnego dnia telewizja państwowa komentowała pobyt wycieczki w muzeum.

– Profesor Rubach pokazał naszym zagranicznym gościom, reprezentującym elitę intelektualną Zachodu, że nie wypadliśmy sroce spod ogona, wbrew temu, co nasi wewnętrzni i zewnętrzni wrogowie mówią o nas.

Młodzież szkolna ze wsi Szybajno z północy kraju z niecierpliwością czekała na wyjście zagranicznych naukowców z muzeum. Opiekunka wycieczki, Alina Czakra, nauczycielka przedmiotu „Przeszłość i Przyszłość Boga i Człowieka”, po wejściu do budynku przypomniała podopiecznym, że powinni zapamiętywać lub zapisywać ważne wypowiedzi przewodnika.

– Notujcie jego słowa, jak tylko je usłyszycie. To ważne. Pamiętajcie, że profesor Rubach to wybitny historyk i patriota. To także Minister Kultury i Sztuki, nasz najwyższy zwierzchnik – tłumaczyła, unosząc do góry prawą rękę zaciśniętą w pięść, jakby dla podkreślenia mocy swojej wiary w profesora i jego nauczanie.

– Czy możemy używać telefonu komórkowego do nagrywania wyjaśnień pana ministra?

– Oczywiście. To godne pochwały, że wykorzystujecie nowoczesną technikę dla celów edukacji.

Odc. 4 Gabinet Pomysłów

Pierwszym zwiedzanym obiektem był „Gabinet Pomysłów”, podzielony tematycznie na kilka części. Profesor Rubach z nieukrywaną przyjemnością wyjaśniał zawiłości techniczne i historyczne:

– Mieszczą się tutaj symbole wielkości naszego narodu: model jachtu na tysiąc osób, personifikacja dumy narodowej w formie rodziny wstającej z kolan, wota i święte księgi wiary w nauczanie kościoła oraz zdjęcia wybitnych generałów i marszałków reprezentujących naszą armię.

Siłę obronną kraju symbolizował wynalazek – lufa armatnia wygięta w środku pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, umożliwiającym strzelanie zza węgła.

– Ignoranci żartują na ten temat, ale to prawdziwy patent. Od czasu wdrożenia produkcji i zaopatrzenia naszej armii w tę nadzwyczajną broń nikt nie jest w stanie nam zagrozić. Nie musimy wchodzić w żadne koalicje, sami stanowimy potęgę militarną – wyjaśniał entuzjastycznie przewodnik. – To inne kraje zabiegają o stowarzyszenie się z nami w sojuszu strategicznym.

Ostatni eksponat „Gabinetu Pomysłów” przedstawiał makietę kliniki medycznej wyposażonej w urządzenia umożliwiające seryjną wymianę zużytych i uszkodzonych organów wewnętrznych człowieka na nowe.

– Zdolność obsługi najmniejszej sali zabiegowej w tej klinice to czterdziestu trzech pacjentów dziennie – profesor Rubach bezwiednie zatarł ręce z zadowolenia, zawsze zachwycały go medyczne osiągnięcia kraju. 

Przed „Gabinetem Inteligencji” przewodnik zatrzymał wycieczkę i podniósł palec wskazujący do góry. Na głośny okrzyk „Uwaga!” wydany przez Alinę Czakrę dzieci zamarły w bezruchu. Profesor odczekał chwilę dla spotęgowania uczucia wrażenia słuchaczy.

– To, co zaraz zobaczycie, to wasza przyszłość. Ilustrują ją eksponaty i informacje o narodowym programie rozwoju szkolnictwa. Jak wiecie, nie ulegliśmy owczemu pędowi koncentracji uwagi na nauce własnej ucznia, lecz poszliśmy w kierunku sztucznej inteligencji – wyjaśnił przewodnik. 

– Czyli „artificial intelligence”, inaczej mówiąc „AI” – rezolutnie wtrąciła dziewczynka z dwoma warkoczami, uczestniczka wycieczki szkolnej z Szybajna.

Minister popatrzył na nią z uznaniem.

– Masz absolutną rację, moje dziecko. Wystarczy wszczepić uczniowi chip z dostępem do krajowego systemu sztucznej inteligencji, a potem wymieniać go każdego roku na nowy, i sprawa edukacji jest załatwiona. Przodujemy w tej dziedzinie; ostatnio wyprzedziliśmy Singapur. Dla zapewnienia skuteczności systemu wymagane jest tylko utrzymanie dyscypliny uczniowskiej.

– Jak ją można poprawić? Czy mamy jakieś nowe narzędzia lub metody utrzymania karności uczniów, ich zapału do nauki? – Alina Czakra dopiero po zadaniu pytań zdała sobie sprawę, że być może nie powinna dociekać, jak poprawić dyscyplinę uczniów, bo był to drażliwy temat.

Profesor popatrzył na nią z uznaniem.

– W muzeum pokazujemy bogactwo kar, jakie dawniej stosowano dla utrzymania dyscypliny w ogóle, w szkole czy poza szkołą. Gdzie się stosuje kary, tak naprawdę nie ma to znaczenia, ważna jest ich skuteczność. Kary mają działać otrzeźwiająco i stymulująco na ucznia. Niektórzy zwiedzający „Gabinet Inteligencji” niesłusznie nazywają to, co w nim pokazujemy, horrorem. Jest to czysta edukacja historyczna, nawet jeśli eksponuje okrucieństwo i cierpienie. Takie jest życie, taka jest historia. Mam na myśli nie tylko najbardziej wymyślne i okrutne kary jak obcinanie głowy na szafocie, darcie pasów skóry, wbijanie na pal, palenie na stosie czy duszenie na garocie. Pokazuje je film z księciem Draculą w roli głównej – słynną scenę z pięcioma tysiącami jeńców wbitych przez niego na pal. Chodzi o karanie w ogóle jako środek wychowawczy i motywacyjny. O takie jego formy, które działają mobilizująco na uczniów, rodziców i ciało pedagogiczne. Oczywiście należy minimalizować kary i cierpienie, ale też uczyć się, jak ich unikać. Coś niecoś o tym wiem – profesor zasępił się na moment, jego wzrok zatrzymał się na portrecie Józefiny Kotwy oprawionym w wymyślną pozłacaną ramę. Alina Czakra miała wrażenie, że z obrazu patrzą na nią surowe oczy zazdrosnej kobiety. 

Odc. 5 Gabinet klimatyczny

Po wejściu do pomieszczenia z napisem „Gabinet Klimatyczny” profesor Rubach uśmiechnął się szeroko. Myślał o tym, jak łatwo jest – stosując odpowiednie narzędzia edukacyjne – przekonać ludzi do szybkiej zmiany postaw niezbędnej dla powstrzymania niekorzystnych zmian klimatu.

– W tym miejscu musimy sobie wyjaśnić coś bardzo ważnego. Zanieczyszczenia atmosfery nie zrozumie człowiek, który przynajmniej raz w życiu nie nałykał się porządnie dymu lub spalin. W naszym pięknym kraju wciąż są w użyciu stare nieefektywne piece węglowe. Wiele osób nie rozumie, jak wielką wyrządzają one szkodę klimatowi a równocześnie nam samym. Po przejściu bez maski przez komorę dymu i smogu, którą tutaj widzicie, z podwójną dawką zanieczyszczeń, ludzie błyskawicznie nabywają przekonania, że rezygnacja z pewnych złych nawyków to nie żadna fanaberia, ale konieczność. To przestawia ich na tory nowoczesności: rezygnacji z węgla i samochodu spalinowego na rzecz energii fotowoltaicznej i innych form czystej energii oraz samochodu elektrycznego i mu podobnych. Dzięki tej komorze w ciągu jednego roku osiągnęliśmy trzystuprocentowy przyrost świadomości oraz pięćsetprocentowy wzrost zakupu pieców na gaz, paneli fotowoltaicznych, wiatraków powietrznych, małych turbin wodnych. Nawet urządzeń wytwarzania prądu kręcąc korbą, podłączonych do sieci elektrycznej domu.

W gabinecie „Nasze Miejsce na Ziemi” profesor Rubach wyprostował się. Było to jedno z jego ulubionych miejsc w muzeum. Głos profesora znowu zabrzmiał świeżo jakby nie miał za sobą kilku godzin oprowadzania gości po budynku.

– Eksponaty tutaj zgromadzone pokazują, jak wielki jest nasz kraj na tle świata. Dawniej byliśmy krajem bez znaczenia, zaniedbanym i nie liczącym się. Poglądy ówczesnej władzy były tak ciasne, że – co tu mówić – krążyło u nas powiedzenie: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż nasz głos zostanie wysłuchany na forum międzynarodowym”. Za sprawą pani Józefiny Kotwy zmieniliśmy się. Zainspirowała nas do innego myślenia o sobie i o świecie. Teraz to my pokazujemy innym, jaką iść drogą, nie na odwrót. 

Odc. 6 Nasienie

Przy wejściu do „Gabinetu Nowoczesnych Technologii”, tuż obok nowiutkiego defibrylatora,  stała pompa energetyzująca. Minister przyglądał się urządzeniom z wyraźną przyjemnością.

– Pompa energetyzująca to nasz najnowszy wynalazek. Sponsorem badań nad nią a potem wdrożenia do produkcji była Józefina Kotwa. Komu brakuje ambicji, aspiracji czy nadziei, może za niewielką opłatą nawdychać się mieszanki tlenu i azotu z odpowiednim dodatkiem innych gazów. Mieszanka działa stymulująco na różne części mózgu. Ja sam czasami korzystam z tego urządzenia. Wzmacniając umysł, wzmacnia się także ciało.

– Czy państwo doceniacie jędrność ludzkiego ciała? Jego krzepkość i sprężystość – poważnie zapytał profesor.

Zdjął marynarkę, aby pokazać bicepsy, a następnie napiął mięśnie brzucha i poprosił nauczycielkę, Alinę Czakrę, aby go uderzyła w brzuch.

– Z całej siły, proszę.

Jego zachowanie zaskoczyło zwiedzających. On sam nie przejął się tym. Lekko zgięty do przodu przyjął uderzenie bez najmniejszego znaku bólu.

– Sami widzicie, co to znaczy być w dobrej formie. Mocne ciało jest jej podstawą. Ten drobny pokaz ilustruje użyteczność pompy energetyzującej.

Ostatni w kolejce zwiedzania był „Gabinet Wspomnień”. Zgromadzono w nim publikacje, zdjęcia, obrazy, afisze i inne eksponaty związane z osobą i działalnością Józefiny Kotwy. Minister dał uczniom czas, aby zapoznali się z zawartością gabinetu, po czym zebrał ich razem. Przez wielkie okna widać było ludzi na placu przed budynkiem stojących z głowami zadartymi do góry. Był ich cały tłum. Rubach przyglądał im się z uwagą, po czym wskazał ręką w ich kierunku. 

– To jest już nowa generacja, nowe pokolenie naszego społeczeństwa. Ludzie nie patrzą w dół, pod nogi, ale przed siebie i w górę. Mają jasno określone aspiracje, ambicje i nadzieje. „Patriotyzm, Bóg i Porządek” to hasła, którymi zastąpili przestarzałe już „Wolność, Równość, Braterstwo” z czasów wielkiej rewolucji francuskiej. Są dumni z tej zmiany, bo po raz pierwszy w historii mamy tak jasne wartości narodowe. Rozbudziła je Józefina Kotwa. To ona reprezentuje najbardziej szlachetne ideały.

Historia tej kobiety jest niezwykła i pouczająca. W wieku trzydziestu lat wydała z siebie owoc życia. To pojęcie umowne, symboliczne. W rzeczywistości jest to kamień nerkowy o wyjątkowym kształcie i pięknie. Nazwano go „Nasieniem Nadziei”.

– Jak to się stało? Prosimy o szczegóły – odezwały się głosy młodzieży, jedne śmiałe, inne niepewne, czy wypada pytać o takie sprawy.

– Rano pokojówka ścieląc łóżko Józefiny znalazła w nim nieznany przedmiot i zwróciła go właścicielce. Miał on postać podłużnego kawałka materii, przypominającej bursztyn, w którym po uważnym przyjrzeniu się widać miniaturowe miasto przyszłości. Nasienie jest podobne do dużego orzecha kaukaskiego, jest też podłużne, tylko nieco większe i mniej pofałdowane. Zbadano je w trzech laboratoriach. Okazało się, że ma nadzwyczajne cechy. Dodaje siły, przywraca moc twórczą, ma własności lecznicze. Józefina przekazała je w darze fundacji pomocy ludziom w trudnej sytuacji życiowej. Udostępniano je bezpłodnym kobietom pragnącym dziecka. Trzymając je przy sobie kilka dni, niejedna z nich znalazła się wkrótce w stanie błogosławionym. Kiedy skuteczność „Nasienia Nadziei” została jednoznacznie potwierdzona, oprawiono je w złoto i diamenty.

Odc. 7 Łąka i bagno

Minister Rubach ogarnął wzrokiem stojący przed nim tłum uczniów i głośno chrząknął dla zwrócenia na siebie uwagi.

– Dzięki Józefinie Kotwie mamy teraz jasne ideały i wiemy, dokąd zmierzamy. Musimy tylko podporządkować się jej, oddać się bez ograniczeń. Jest to zupełnie jak zawierzenie się Bogu – kiedy Minister to mówił, jego oczy płonęły niezwykłym blaskiem.  

Pod koniec zwiedzania wycieczka młodzieży połączyła się z innymi grupami obsługiwanymi przez różnych przewodników. Dyrektor muzeum stanął na podwyższeniu i ogłosił czas dyskusji. Każdy miał możliwość zadawania pytań. Pytano w kilku językach. Profesor Rubach odpowiadał na nie bez tłumacza.

– Czy gdzieś można zobaczyć „Nasienie Nadziei”?

– Tak. Znajdziecie je państwo w sali po prawej stronie zaraz po wejściu do budynku. Umieszczono je na podwyższeniu w specjalnej szklanej gablotce. Strzegą go uzbrojeni strażnicy.

– Czy Józefina Kotwa miała lub ma wrogów?

– To dobre pytanie. Tak, muszę to przyznać z wielkim żalem, nasza bohaterka narodowa ma wrogów. Nienawiść to cecha współczesnego społeczeństwa. Wrogami ludzi wielkich są najczęściej jednostki nijakie, podłe, małostkowe. Nie zatrzymujmy się jednak na tym, co negatywne. Idźmy dalej. Chciałbym wyjaśnić, że „Gabinet Wspomnień” jest miejscem poświęconym także innym mieszkańcom naszego kraju, którzy przynieśli mu chwałę. Są to ludzie zainspirowani czynami Józefiny, którzy osiągnęli sukcesy wcielając w życie jej ideały. Pod ścianami stoją ich posągi naturalnej wielkości.

Na postumentach posągów leżały wieńce świeżych kwiatów.

– To jakby mauzoleum. Czujecie państwo tę atmosferę? Zapach róż i zapach świeżo skoszonej łąki – profesor Rubach z przyjemnością wciągnął powietrze w płuca.

– Ja czuję zapach łąkowego bagna – odpowiedział mężczyzna z przedziałkiem rzadkich włosów na głowie. Na piersiach miał plakietkę „Dr Joachim Zolo, futurysta”.

Minister popatrzył na niego z niechęcią. Zdenerwował się, ale nie pokazał tego po sobie. Po akcencie mówiącego domyślił się, że to Amerykanin. W duchu podjął szybką decyzję.

– Zlikwidujemy cię, nieszczęsny głupcze. Jeśli tego nie uczynimy, to zepsujesz opinię całej grupy o muzeum i Józefinie Kotwie, a to byłoby tragiczne. Przyjechałeś do nas na zaproszenie i koszt naszego ministerstwa i powinieneś zachowywać się przyzwoicie.

Rubach wykonał nieokreślony gest ręką i odezwał się pojednawczo.

– Zgadzam się z panem. Ja czuję zapach świeżo skoszonej łąki nadrzecznej ale czasem on kwaśnieje. Pan to poczuł. To się zdarza, ale nie powinno się powtórzyć. Zajmę się tym.

Odc. 8 Zmiana uczuć 

Kiedy muzeum opustoszało, minister poczuł w sobie pustkę. Wypełniły ją natychmiast wspomnienia. Nie mógł oderwać się od nich. Wracały zawsze, kiedy zbyt entuzjastycznie dawał się unieść kłamstwom ukrywającym prawdziwą historię Józefiny Kotwy. Milczał z prostego względu; prawda była dla niego zbyt bolesna i niebezpieczna.

Zwiedzający przychodzili do muzeum w przekonaniu, że jest to nadzwyczajne miejsce a on ich w tej wierze umacniał. Nie zdawali sobie sprawy, że są pod stałym wpływem propagandy, jaką nieprzerwanie uprawiał on i jego ministerstwo. Sam zorganizował aparat propagandowy i zatrudnił najlepszych fachowców, aby tylko uczynić z Józefiny Kotwy bohaterkę narodową, kobietę niezwykłego formatu. Chodziło o to, aby cały świat uwierzył w nią oraz patriotyzm i dumę narodową, której matkowała.

Początek bolesnej historii Rubach pamiętał w najmniejszych szczegółach, tak głęboko w nim się zakorzeniła. Józefina Kotwa była wtedy premierem a on dyrektorem departamentu w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Na bankiecie zorganizowanym z okazji święta narodowego, pani premier tańcząc z nim wyszeptała mu do ucha:

– Chcę się z panem spotkać sam na sam w mojej rezydencji. Mam ważne sprawy do omówienia i nie chciałabym, aby ktoś z ministerstwa jeszcze o tym wiedział. Dlatego proszę o dyskrecję.

Zaskoczony Rubach miał poczucie, że jest to propozycja nie do odrzucenia.

Spotkanie nastąpiło wieczorem kilka dni później. Nie było w tym zasadniczo nic nadzwyczajnego, ponieważ premier często zapraszała ważnych funkcjonariuszy administracji państwowej do swojej rezydencji grupowo lub pojedynczo. Było tam zawsze kilka osób służby, obsługującej panią domu i jej gości.

Tym razem premier sama otworzyła drzwi.

– W domu nie ma nikogo, odprawiłam przed chwilą gosposię. Jesteśmy sami. Będziemy mogli rozmawiać bez skrępowania.

Z przedpokoju udali się bezpośrednio do salonu, gdzie na szykownie zastawionym stole czekała już kolacja. W trakcie posiłku rozmawiali o sprawach kultury i planach ministerstwa. Wino nalewała sama gospodyni. Kiedy Rubach zaproponował, że chętnie ją w tym wyręczy, zaśmiała się. Zwróciła się do niego po imieniu. Nie spodziewał się tego. `

– Daj spokój, Antoni. Zachowaj siły na później. Mamy jeszcze wiele do omówienia.

Po kolacji pili szampana, kawę i jedli tort. To była ostatnia czynność, jaką Rubach w pełni pamiętał. Wkładając do ust kolejny kawałek tortu poczuł, że traci świadomość. Pomyślał, że za dużo zjadł i wypił. Widział, jak premier śmieje się szeroko otwartymi ustami. Poczuł niepewność, ogarnął go strach.

To czego był świadkiem, całkowicie go zdezorientowało: premier Józefina Kotwa powoli obnażała się przed nim zdejmując bez pośpiechu kolejne części garderoby. Czyniła to z wyrachowaniem i lubieżnością, jakie widział tylko w najlepszych klubach striptizowych. Jej nagość zszokowała go; premier Józefina Kotwa była obojnakiem! U góry widział rozwinięte piersi kobiece, u dołu męskie genitalia. To go dobiło. Chwilę potem stracił świadomość.  

Odc. 9 Rozmowa gabinetowa

Obudził się na tylnym siedzeniu samochodu służbowego pani premier. Czuł się nie najlepiej, bolała go głowa i dokuczliwie ssało w żołądku. Przed sobą miał kierowcę. Siedząc ukośnie na swoim fotelu uważnie go obserwował. Rubach zapytał, co się stało.

– Poczuł się pan słabo na kolacji. Pani premier powiedziała mi, że pił pan alkohol i stracił na krótko przytomność. Otrzymałem od niej polecenie odwiezienia pana do domu i wprowadzenia do środka.

Następnego dnia premier poprosiła Rubacha o przyjście do jej gabinetu. Poczekała aż sekretarka wyjdzie z pokoju i pokazała mu dwa zdjęcia.

– To są zdjęcia z naszego spotkania. Wykonałam je na pamiątkę dla nas obojga. Zaimponowałeś mi swoim zachowaniem. Dlatego to udokumentowałam. 

Antoni Rubach patrzył na duże kolorowe fotografie i nie wierzył oczom. Na pierwszej był nagi, leżał na podłodze na plecach z rozłożonymi nogami i członkiem przewiązanym kolorową kokardą. Na drugiej zobaczył górną część swojej owłosionej klatki piersiowej i całą twarz. Wyglądała obłędnie, jak u szaleńca: wybałuszone oczy i otwarte usta. Miał wrażenie, że był zarzygany. Obraz był tak szokujący, że przez chwilę nie mógł złapać oddechu.

Kiedy podniósł wzrok, premier patrzyła mu spokojnie w oczy i coś mówiła. Jej słowa nie docierały do niego. Po chwili słyszał już ją wyraźnie. Mówiła powoli, z rozwagą. Nie potrzebowała wiele mu wyjaśniać, aby dotarło do niego, że stał się ofiarą, został potwornie oszukany i wykorzystany w grze, które jeszcze nie rozumiał.

– Drogi Antoni! Masz do wyboru jedną z dwóch możliwości. Albo będziesz mi posłuszny, wtedy awansuję cię na ministra kultury i sztuki, otrzymasz solidne uposażenie i będę cię traktować przyzwoicie, albo opublikuję te zdjęcia, mam ich zresztą więcej, i kompletnie cię skompromituję.

Był zbyt oszołomiony, aby od razu odpowiedzieć. Wydusił z siebie:

– Zupełnie nie rozumiem, skąd się wzięły te zdjęcia i po co zostały zrobione.

Kiedy patrzyła na niego w milczeniu, zapytał:

– O co pani premier chodzi?

– Nie musisz zwracać się do mnie tak oficjalnie. Mów mi po imieniu. Przecież dobrze wiesz, jak mam na imię. Chyba muszę ci wyjaśnić pewne szczegóły, aby nie było między nami nieporozumień. Jak tylko zostałeś mi oficjalnie przedstawiony, od razu zwróciłam na ciebie uwagę. Podobałeś mi się. Wkrótce wiedziałam o tobie wszystko, także o twoich doświadczeniach z kobietami i mężczyznami. Masz niezły życiorys i dorobek seksualny. Wiem, że od pewnego czasu jesteś sam. Lubię takich owłosionych osiłków jak ty. Co ważne, jesteś inteligentny i ambitny. Byle kogo nie wybrałabym.

Odc. 10 (ostatni) Wyznanie

Rubach patrzył na rozmówczynię. Ona mówiła, on słuchał. Rozumiał, że wchodzi teraz w nową rolę.

– Postawmy sprawę jasno. Będziesz moim kochankiem, będziesz mnie zabawiać. Jestem trochę inna niż typowa kobieta, ale to niczemu nie stoi na przeszkodzie, bo masz duże doświadczenie. Jak każda kobieta potrzebuję pieszczot, czułości i od czasu do czasu miłości. Wiem, że na to cię stać. Nie mam jakichś specjalnych wymagań. Będziemy się regularnie spotykać u mnie w domu lub w innym wybranym przez mnie miejscu. Ja będę kontaktować się z tobą.

Premier zawahała się i uśmiechnęła nieprzekonywująco.

– Czy chciałbyś coś mi powiedzieć lub o coś zapytać? Mów. Chcę być z tobą całkowicie szczera.

Rubach patrzył na siedzącą przed nim kobietę z desperacją i nienawiścią. Musiała to zauważyć lub wyczuć, ponieważ głos jej stężał, stał się bardziej szorstki.

– Lepiej, żeby żadne głupie myśli nie przychodziły ci do głowy. Pilnuj się. Nie usiłuj nic robić przeciwko mnie, bo cię skończę. To co ci obiecałam, załatwię bardzo szybko. Wkrótce zostaniesz ministrem kultury i sztuki, dostaniesz solidną pensję i elegancki służbowy samochód z kierowcą. Nie oczekuj więcej … Aha! Mam jeszcze pewne zadanie dla ciebie. Będziesz mnie intensywnie promować. Chcę być znana, chcę być bohaterką narodową. Twoja w tym głowa, jak to zrobisz. Za sukces zostaniesz sowicie wynagrodzony. Mam na to środki. Ostatecznie cały kraj na mnie pracuje.

Po powrocie do domu, Rubach przez cały wieczór nie mógł dojść do siebie. Prawie nie jadł kolacji, siedział w fotelu i myślał.

– Nie mam żadnych szans. Będzie mnie szantażować tymi zdjęciami. Są w najwyższym stopniu kompromitujące. Nie wiem nawet, czy są prawdziwe, czy nie jest to fotomontaż. Ostatecznie nie ma to znaczenia. Jestem pogrążony.

Nie umiał zrozumieć, skąd się wzięły. Przypominał sobie, jak naturalnie zachowywała się premier w czasie kolacji. Teraz już nie miał wątpliwości; coś mu dodała do jedzenia lub napojów, aby stracił przytomność. Okazała się wyrachowaną i podstępną kobietą. Domyślał się, że w ten sam sposób mogła podporządkować sobie innych ludzi. Teraz rozumiał skąd miała taką władzę i powodzenie.

– Zupełnie jakby grała w pajacyka z dzieckiem – mruknął do siebie, patrząc w zaciemnione nocą okno. – Cholerny obojnak. Piękna ladyboy.

Kilka dni później premier zaprosiła go ponownie do swojego gabinetu. Ubrana była inaczej niż zwykle. Miała na sobie czerwony jednorzędowy żakiet z patkami a pod nim rozpiętą u góry bluzkę w czerwone kwiaty na czarnym tle. Styl wizytowy, jednolity deseń, długi rękaw. – Bardzo eleganckie – pomyślał z uznaniem.

Kiedy Józefina porządkowała coś przy biurku, przyjrzał jej się uważniej: długie bujne włosy, regularny owal oczu, wyrazisty nos, większe niż u innych kobiet usta, zdecydowany wyraz twarzy.

– Proszę cię, Antoni, usiądź w tym fotelu, będzie nam wygodniej. Porozmawiajmy – zaproponowała, po czym poczęstowała go czekoladkami, które szczególnie lubił. Zastanawiał się, skąd wiedziała, że za nimi przepada.

– Co ciekawego słychać w ministerstwie? Jak ci się wiedzie na nowym stanowisku?

Były to łatwe pytania. Kiedy mówił, słuchała go uważnie. Rozkręcał się, opowiadając o swoich planach, kiedy wpadła mu w słowo zmieniając raptownie temat. Po chwili zrozumiał, jaki był prawdziwy cel zaproszenia go na rozmowę.

– Myślisz, że tak łatwo jest żyć w mojej sytuacji, być osobą biseksualną? To jak życie w ukryciu. Czasem masz wrażenie, że żyjesz w ludzkiej dżungli, pilnujesz się, aby ktoś cię nie napadł. Nic cię nie chroni przed nieufnością i wrogością, nawet najwyższe stanowisko. Transfobia, homofobia, nienawiść, stykasz się z tym na co dzień. Tu jest gorzej niż w Indiach, gdzie parlament wprowadził ustawę definiującą trzecią płeć. Muszę jednak jakoś sobie radzić. Bóg obdarzył mnie urodą ale naznaczył seksualną dwuznacznością. To nie był mój wybór. Urodziłam się bardziej mężczyzną niż kobietą, wybrałam być kobietą, ubierać się i zachowywać jak one. Na szczęście obdarzył mnie także charakterem. Muszę jakoś sobie radzić – powtórzyła. – Mam nadzieję, że mnie chociaż trochę rozumiesz. 

Rozmowa się przeciągała. Minister wychodził z gabinetu z mieszanymi uczuciami.

– Jestem w potrzasku podobnie jak i ona – pomyślał, kierując się do windy.

W samochodzie wydał kierowcy proste polecenie:

– Proszę zawieźć mnie do domu.

Jadąc przyglądał się przechodniom na chodniku i zastanawiał, którzy z nich mogli być transpłciowi i jak sobie z tym radzili.

W nocy spał wyjątkowo spokojnie. Zaakceptował swoją sytuację, uznał w końcu, że jest to dla niego także wielka szansa.

– Fantastyczny awans, władza i pieniądze – myśl ta powracała kilka razy zanim zasnął.

Michael Tequila
Gdańsk, 22 sierpnia 2021

Przekaż dalej
0udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *