Letnie upały nad jeziorem Ostre-Upojne. Groteska. Odc. 1-13/13.

Odc. 1 Radość

Po dniach nijakich, kiedy z braku podniety ludziom głowy opadały na piersi, nastały długo oczekiwane upały. Temperatura ognia buzującego zimą na kominku utrzymywała się nieprzerwanie przez sześć dni, obniżając się tylko nocą i to nieznacznie. Mieszkańcom Zinajdy, kraju mądrych i szczęśliwych ludzi, upały pomieszały w głowie. Ludzie wyzwolili się z zahamowań uniemożliwiających im życie w pełni. Neuronowe kody usprawniły się, tworząc nowe pomysły i rozwiązania. Z dnia na dzień ludzie stawali się szczęśliwsi.

– Wreszcie nadeszły upragnione upały. I to jakie! – Wiele osób nie potrafiło pohamować okrzyków radości ze szczęścia.

Najbardziej zachwyceni stanem pogody i społeczeństwa byli lekarze. Obserwowali błogosławione skutki wysokich temperatur, robili zapiski i notatki. Swoją satysfakcję wyrażali publicznie.

– Upały zdziesiątkowały wirusa Quagga i wypaliły depresję do dna. To nas może tylko cieszyć – wyjaśniali, zacierając dłonie w białych rękawiczkach. 

W szpitalu pod wezwaniem Świętego Igry usuwano z podłogi czarne plamy.

– To ostatnie ślady depresji pacjenta niesionego wczoraj na noszach. Nie mógł iść sam, tak bardzo wirus zdewastował mu ciało i umysł – wyjaśnił Zeno, mężczyzna w sile wieku, mąż żonie i dziadek licznym wnukom. – Rozmawiałem z nim. Dziś jest już zdrów jak ryba.

Zolatea, jego żona, przytaknęła mu. Siedzieli spokojnie razem z Zygą, przyjacielem męża z lat młodzieńczych, w salonie domku wypoczynkowego położonego uroczo na leśnym wzgórku z widokiem na plażę wypełnioną po brzegi żółtym piaskiem. Całą trójką zgadzali się, że niezwykłe poczucie szczęścia w okresie zabójczej epidemii można wytłumaczyć jedynie upałem. Na plaży widzieli ludzi trzymających się za ręce, wybaczających sobie przewinienia i porzucających złe myśli. Osoby najdalej idące w akceptacji dobrodziejstw upałów w pełni tolerowali akty przemocy rządu wobec społeczeństwa i wybaczali rządzącym ich słabość chowania pod nazwiskami żon majątków pochodzących z kradzieży mienia państwowego.

– Żona jest źródłem radości w trudnych czasach – zanucił Zeno, kochający rymy i przyśpiewki. Była to pieśń o żonie pomagającej mężowi ukryć tajemniczo przyrastający majątek przed oczami opinii publicznej, o której wiadomo, że jest chciwa w swojej ciekawości, co u kogo w trawie piszczy. 

Drugiego dnia upałów wyruszyli z samego rana w trójkę na spacer po lesie. Idąc, raz gęsiego, jedno za drugim, a raz ławą, obok siebie, cieszyli się widokami. Śmiało wciskali stopy w sandałach w piach leśnej drogi, za nic mając narastający upał. Na jej otwartych odcinkach rozgrzane powietrze wydawało jęki twórczego natchnienia. Pył wznoszony przez podróżnych osadzał się jasnymi smugami na ubraniach, drzewach i krzewach.

– Pod wpływem słońca przyroda nabiera żywości – mówili, zagłębiając się w gorący piec drogi prowadzącej w głąb lasu. Po drodze mijali trzy obniżenia terenu porośnięte szuwarami po brzegach.

– O, tu było jezioro! – zawołała radośnie Zolatea, smukła małżonka Zeno.

– Wreszcie ten zbawienny upał dobije to bagno i wykwateruje dzikie ptaki, zakłócające spokój lasu swym rozmamłanym klekotaniem, szarpaniem się po szuwarach i bezsensowym nurkowaniem w zimnej wodzie. Po co to komu? – zawołał Zyga, mężczyzna nieokreślonej osobowości i struktury intelektualnej. Mówił o sobie, że ma aspiracje, musi tylko określić jakie i do czego mają one służyć.

Towarzysząca mu dwójka przytaknęła mu energicznie, podziwiając esy floresy kurzu wzniecanego przez sandały.

– Bez upału i kurzu gnuśnielibyśmy intelektualnie jak koń wypchany słomą w czasach kiedy jeszcze nie znano trocin, pierwowzoru pyłu gromadzącego się na rozgrzanej słońcem drodze – odezwał się Zeno.

Chwilę zastanawiali się nad jego słowami, oceniając ich trafność jak i filozoficzny sens.

Odc. 2 Los wirusa

Po powrocie ze spaceru oglądali telewizję. W wiadomościach wieczornych mówiono tylko o upałach i wirusie Quagga.

– Wirus przepadł na zawsze. Mamy przed sobą falę upałów, które go zabiją. Wysoka temperatura jest jego katem i gilotyną – uroczyście obwieścił wysoki urzędnik państwowy przypominający zasłużonego dróżnika kolejowego na weselu. Na początku Zolatea, Zeno i Zyga nie poznali go: był w okularach o tak cienkich oprawkach, że szkła wyglądały jak przyklejone do brwi i nosa. Miał na sobie tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach przykurzone lakierki, na piersi order i dwa medale.

Następnego dnia władze zorganizowały na Placu Defilad festyn poświęcony zwycięstwu nad wirusem. Na wielkiej tablicy świetlnej pokazywano temperaturę powietrza. O godzinie piątej po południu wynosiła ona trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Każdy z uczestników festynu mógł wypróbować swoje zdolności oratorskie przemawiając na dowolny temat związany z wirusem, epidemią i upałem. Odważni mieli do dyspozycji pięć mównic ustawionych w takiej odległości od siebie, aby sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Ludzie wstępowali na mównicę i mówili, co im rozum i ślina na język przyniosły. Płynęły deklaracje o dobroczynnym wpłynie upałów ma wirusa i epidemię. Wokół Placu Defilad ustawione były plansze z kolorowymi zdjęciami znanych już odmian wirusa Quagga w powiększeniu mikroskopowym. Pokazywano także mapy epidemiologiczne kraju. Na stoisku na północnej stronie placu sprzedawano wykonane z plastiku obrazy wirusa, na które można było pluć dla wyrażenia wrogości wobec niego i epidemii.

W nocy nadeszły nowe wiadomości. Okazało się, że wirusa można wykorzystać dla celów gospodarczych. Władze tworzyły w pośpiechu kolumny transportowe do wywozu stosów wirusów padłych w wysokiej temperaturze w miejscach, gdzie ustawiono szybko nagrzewające się w słońcu metalowe płyty. Materiał wywożono do oczyszczalni ścieków poza miastem w celu przetworzenia na nawóz naturalny.

Na początku akcja spotkała się z krytyką środowiska lekarskiego. Wkrótce służba epidemiologiczna przełamała ten opór, tłumacząc, że jest to bezpieczne a nawet konieczne. W imieniu władz sanitarnych wystąpił dyrektor Szpitala Antywirusowego pod wezwaniem Świętego Igry. Zwracał na siebie uwagę oczami tak czerwonymi jakby je wypożyczył od królika albinosa. Słuchano go z uwagą.

– Wirus Quagga to idealny nawóz. To materia organiczna składająca się z dwóch podstawowych elementów: kwasu nukleinowego, stanowiącego wirusowy genom, oraz otaczającego go płaszcza białkowego zwanego kapsydem. Służba sanitarna od dawna pracowała nad technologią utylizacji wirusa. Wysokie upały przyszły im z pomocą.

Zrzeszenie Organizacji Biznesowych przedstawiło własne plany wykorzystania wirusa. Zneutralizowany wysoką temperaturą mógł służyć  produkcji nie tylko nawozów naturalnych, ale i siatek na zakupy, moskitier i innych przedmiotów użytecznych w gospodarstwie domowym. Laboratorium Epidemiologiczne Sonda we współpracy z dwiema politechnikami pracowało nad wykorzystaniem wirusa jako przewodnika elektryczności. Okazało się, że przewodząc prąd elektryczny połączone ze sobą w sieć wirusy traciły zabójcze właściwości.

– To prawdziwa rewelacja. Wirus jest lekki, tani i mikroskopijnie mały. W dodatku występuje w dużych ilościach – wyjaśniła szefowa laboratorium.

Nie zabrakło też prześmiewców wykorzystania wirusa dla potrzeb człowieka. Propozycje w rodzaju „ natrzesz sobie ciało kremem z wirusa i świecisz nocą jak nafosforyzowana bombka choinkowa” spotykały się na szczęscie z uznaniem tylko nielicznych osób.

Odc. 3 W drodze nad jezioro

Trzeciego dnia upał nasilił się. Powietrze pulsowało tak intensywnie, że drzewa i krzewy oddalone od patrzącego o kilkanaście metrów wyglądały, jakby dostały drgawek paralitycznych. Mieszkańcy domków letniskowych od rana schodzili w dół do jeziora Ostre-Upojne trzymając się za ręce i śpiewając pieśni, jakie im się przypominały, głównie z dzieciństwa. Wszyscy mieli ten sam cel: nacieszyć się widokiem parującej wody, zanurzyć stopy w rozgrzanym piasku na plaży i zażyć gorącej kąpieli. Niektórzy spodziewali się spotkać nad wodą znajomych i odświeżyć kontakty.

W połowie drogi do jeziora trójka przyjaciół mijała rozłożysty dąb. U podstawy okalały go okrągłe kamienie oraz zwichrowana upałem  ławeczka, przypominająca artystyczną kompozycję żywych drewnianych  wygibasów. Zatrzymali się na chwilę, aby podziwiać niezwykłe dzieło natury. Z boku stała tabliczka z opisem eksponatu. Zeno głośno odczytał informację:

– Ławeczka jest naturalnym wytworem wysokiej temperatury powietrza. Została uznana za eksponat muzealny. Wkrótce zostanie umieszczona w Muzeum Upałów, współfinansowanym przez mieszkańców wsi Ostre-Upojne.

Kilkadziesiąt metrów dalej, w luce między drewnianą stodołą o postrzępionym słomianym dachu i murowanym domem mieszkalnym, podróżnicy zobaczyli grupę osób. Na przodzie stała mała dziewczynka w różowej siermiężnej sukieneczce, za nią dwie kobiety, wyglądające na jej matkę i babcię. Z boku stał mężczyzna z czarną brodą sięgającą prawie ziemi. Miał na sobie znoszony, ale w dobrym stanie, szary garnitur z dwoma rzędami guzików i sandały na gołych stopach. 

– Oryginalna grupka – mruknął Zyga. – Ciekaw jestem, skąd się wzięli i co tu robią. Wyglądają jak eksponaty muzeum figur woskowych. 

Byli to mieszkańcy domu. Zolatea znała ich dobrze i pierwsza ich pozdrowiła.

– Nie widziałam państwa co najmniej rok. Jolusia bardzo urosła. Ma piękną sukieneczkę. Panią Zofię i panią Antoninę poznaję z łatwością, ale pana, panie Józefie, to bym nie poznała. Domyśliłam się, że to pan, bo jest pan w towarzystwie żony i teściowej. Co u państwa słychać?

Obydwie grupy patrzyły na siebie z ciekawością. Mężczyzna zidentyfikowany jako Józef uznał słowa Zolatei za zachętę do wypowiedzenia się w imieniu rodziny. Przemówił donośnym głosem, dobywającym się z masywnej klatki piersiowej jak z czeluści pustego pnia dębu opanowanego przez demony. Mówił logicznie, ale dziwnie. Czuli, jakby chciał się wyspowiadać, co nie było dalekie od prawdy.

– W tak wyjątkowy dzień jak dzisiaj, gorąc wydobywa z człowieka najśmielsze pomysły. Zawsze pragnąłem ekscentrykiem, a co najmniej oryginałem. Te upały mnie zdopingowały. Wczoraj rozpuściłem brodę, okazała się dłuższa niż myślałem. Pielęgnowałem ją ostatnio tak intensywnie, że żona mi mówiła:

– Poświęcasz mi mniej czasu niż swojej brodzie.  A przecież ja też mam potrzeby.

Odc. 4 Józef i jezioro

Józef spokojnie kontynuował swoją niesamowitą historię jakby wyuczył jej się na pamięć.

– Czasem żona pyta się mnie w nocy:- Dlaczego twoja dłoń nie jest tak wdzięczna dla mego spragnionego pieszczot ciała jak dla brody? Zadając takie pytania, obnażała piersi jakby jak przed karmieniem oseska spragnionego mleka. Buchało od niej takie gorąco, że nie sposób było się zbliżyć. Zadaj mi chociaż jeden orgazm – krzyknęła w końcu zniecierpliwiona. Kiedy ją dotknąłem, doznała konwulsji rozkoszy. Wyznała mi wtedy, że była to najbardziej upojna noc jej życia, gorąca jak blacha piekarnika.

Zolatea wyjaśniła cicho swoim towarzyszom:

– Kompletnie zapomniałam, że to zboczeniec. Mówiono mi o nim we wsi, ale nie wierzyłam. A teraz masz babo placek! Opowiada nam intymne przeżycia. Upał padł mu na głowę podobnie jak innym ludziom. Oprócz nas nie ma tutaj ludzi normalnych.

Aby skierować rozmowę na bezpieczniejszy tor, zapytała:

– A jak pańskie kury, pani Józefie? Nie widzę ani jednej za ogrodzeniem. Słyszałam, że wydusił je lis. Czy to prawda?

– Ah, kury. Że też pani je pamięta! Zaczęły zdychać jak tylko nadeszły upały. Te, które ominął los szybkiego zejścia z tego świata, zabijaliśmy i jedli. Żona nieprzerwanie gotowała rosół głównie dla mnie, bo wszystkim się przejadł. Ja przepadam za rosołem zwłaszcza z cienkim makaronem ryżowym.

Kiedy przyjaciele przybyli w końcu nad jezioro Ostre-Upojne, było tam kilkadziesiąt osób. Tłum się wciąż powiększał. Wielu plażowiczów imponowało opalenizną, kilka osób wyglądało jak raki wyjęte w wrzątku.

Pod wieczór cienie smuklały w zachodzącym słońcu. Widać było jak chodzą po drzewach, idą na plażę i zanurzają się w wodzie zupełnie jak żywe istoty. Ludzie przyglądali im się z ciekawością, bo widok był nadzwyczajny: widzieć cienie poruszające się niezależnie od właściciela. Jakaś tęgawa kobieta powiedziała, że jest lekarką i wyjaśniła, że to są przywidzenia wywołane upałem.

– Powinniśmy wszyscy jak najszybciej wrócić do swoich domów, aby to się źle nie skończyło.

Nikt nie wziął jej słów poważnie. Panował nastrój wzniosłej radości, upojenia, nawet ekstazy. Woda w jeziorze była bajeczna. Kąpiący się nie chcieli z niej wychodzić. Niektórzy prowadzili rozmowy z osobami siedzącymi na brzegu.

– Będziemy moczyć się w jeziorze nieprzerwanie, dzień i noc. To nadzwyczajne przeżycie. Woda jest coraz cieplejsza. Wreszcie wygrzejemy się jak nigdy w życiu.

Zolatea, Zeno i Zyga zdecydowali się popłynąć razem przez jezioro na drugi brzeg widoczny w oddali. Ostrzegano ich, aby tego nie robili.

– Noc się zbliża. Zmęczycie się i potoniecie.

Byli dobrymi pływakami i zbagatelizowali ostrzeżenia.

– Spoko! Zrobimy to bez problemów. Nigdzie nam się nie śpieszy! Co nagle, to po diable! Mamy czasu jak jeż kolców – przekomarzali się z osobami wątpiącymi w ich umiejętności pływackie.

Na wszelki wypadek zabrali ze sobą – dla lepszego samopoczucia – małe plastikowe boje wyposażone w podłużne pływaki przypominające grube serdelki łączące linkę bojki z ciałem pływaka.

Odc. 5 Glony i wybuchy

Wieczorem w jeziorze zakwitły glony w dwóch kolorach; różowym bliżej brzegów, gdzie woda była cieplejsza, i zielonym, bliżej środka jeziora, gdzie było najgłębiej i woda była chłodniejsza. Przy świetle księżyca glony mieniły się i fosforyzowały. Zrobiło się tak jasno, że kąpiącym nie chciało się wychodzić z jeziora. Pływali i baraszkowali w wodzie, zajmując coraz większą część jego powierzchni.

Radość i zabawa skończyły się przed północą, kiedy na środku jeziora pojawiła się łódka z płóciennym daszkiem. Płynęła na wiosłach tak cicho, że nikt jej nie zauważył, dopóki nie poleciały z niej dwie petardy w kierunku zarośli przy brzegu. Kąpiący się ruszyli błyskawicznie w kierunku plaży, aby jak najszybciej ewakuować się na stały ląd. Kiedy przebrzmiały echa huku, wszyscy usłyszeli męski głos wzmocniony megafonem:

– Mówi właściciel jeziora, Jan Znojny. Ostrzegam was. Przestańcie wrzucać do wody kolorowe kulki plastiku, straszyć ryby i zrywać założone przeze mnie sieci. Wy tu jesteście dla przyjemności, ale ja żyję z jeziora. Jeśli natychmiast nie wyjdziecie z wody i nie rozejdziecie się, zrobię coś, co absolutnie wam się nie spodoba. W taki upał każdy sąd mnie usprawiedliwi. Lepiej nie ryzykujcie. Nie pomoże jeden środek, to wykorzystam drugi. Nie kijem go to pałką – tak mi podpowiada mój syn, Anzelm, i ja się z nim zgadzam. To profesjonalista. Był w wojsku i został komandosem. Jednym ciosem potrafi powalić człowieka na ziemię. Największą rybę ogłuszy uderzeniem pięści w łeb.

– Wieprzka zresztą również – dał się słyszeć z dna łódki szorstki męski głos.

– Z Anzelmem nikt jeszcze nie wygrał. Lepiej, abyście nie spotkali go na swojej drodze. Osobiście nie mogę wam zakazać kąpieli w jeziorze, bo takie jest prawo, ale mogę tak obrzydzić wam pobyt tutaj, że rodzona matka was nie pozna! Chcę was też ostrzec, że jezioro jest niebezpieczne, zwłaszcza nocą. Utonął tuj niejeden dobry pływak. Ich szczątki leżą na dnie jeziora. Żyją tutaj wspaniałe węgorze. Abyście zrozumieli dobrze, o czym mówię, dodam, że węgorze żywią się padliną.

Po jego słowach od strony łódki dały się słyszeć wzmacniane przez megafon rzężenia, charkot i jęki, jakby ktoś zanurzał człowieka pod wodą, aby go wykończyć. Wszyscy domyślali się, że jest to nagranie, ale nikt nie był pewien, czy nie dzieje się to naprawdę.

Starszy, siwy mężczyzna z włochatym torsem głośno uspokajał osoby stojące na brzegu:

– Nie przejmujcie się. Znam dobrze Jana Znojnego. Głos to może i ma kapitana wielkiego parowca, ale sam jest drobnej postury, waży nie więcej niż roczny baran. Jego syna, Anzelma, nie widziałem, ale słyszałem, że posturą niewiele różni się od ojca, z tym że jest moczymordą i rozrabiaką. Tyle mogę powiedzieć, bo tyle wiem. A wiem to na pewno.

Zolatea, Zeno i Zyga zawrócili w kierunku plaży, skąd wyruszyli. Kiedy wychodzili na brzeg, upał nasilał się. Glony gdzieś znikły albo też przestali je widzieć. Na brzegu spotkali ludzi żywo dyskutujących, co się stało. Byli zdezorientowani. Między drzewami przepływały fale gorącego i chłodniejszego powietrza, mieszając się ze sobą. To wzmagało niepokój. Większość plażowiczów ubierała się w pośpiechu.

Odc. 6 Wiara Józefa

W drodze powrotnej przy dębie czekał na nich Józef. Zatrzymał ich podniesioną otwartą prawą dłonią, wyprostowany i jeszcze bardziej uroczysty niż poprzednim razem. Miał na sobie nową zdobną suknię, broda była jeszcze bardziej połyskliwa i czarniejsza, czapka na głowie obrzeżona szeroką złotą wstęgą przypominała koronę. Oczy mu płonęły.

– Mam ważną rzecz do oznajmienia. Kiedy odeszliście stąd nad jezioro, naszedł mnie głęboki sen, a z nim powołanie. Zobaczyłem wszystko jak na dłoni. Upał to symbol ognia, jedyny możliwy do ogarnięcia umysłem przez człowieka. Nawet żona przyznała, że mój sen był nadzwyczajny i że powołanie jest prawdziwe. Teraz uważajcie: zakładam nowy kościół “Wiary Odrodzonej w Ogniu”. To rzecz poważna, a nie jakaś sekta religijna jakiegoś Józefa pod hasłem “Bóg Odnowiony”.

Zolatea, Zeno i Zyga popatrzyli po sobie. Józef stał na drodze jak posąg i przemawiał. Było to coś nowego. Nigdy tak się nie zachowywał. Był spokojnym rolnikiem, hodującym krowy i kury, sprzedającym jajka i nabiał. Czasem wynajmował jeden lub dwa pokoje letnikom.

– Stara wiara jest martwa. Przejadła się całkowicie, wszystkim, nie tylko mnie. Ludzie chodzą do kościoła, ale to nic nie zmienia w ich sercach i sumieniach. Pozostają klocami drewna bez czucia i wrażliwości na drugiego człowieka. A nam potrzeba miłości. Mój kościół będzie kościołem miłości i miłosierdzia, dobroci i radości. Będzie cenić to, co jest wypukłe a nie wklęsłe. Przede wszystkim w sztuce. Wklęsłość niesie ze sobą fałsz. Bagno jest wklęsłe. A kopuła kościoła i góra są wypukłe. To ważna symbolika.

– Z czego będzie się utrzymywać pański kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu? – głos Zygi brzmiał jak nigdy poważnie. 

Odc. 7 Kościół nowej wiary

Józef odpowiedział bez wahania:

– Mam pomysły. Muszę je jeszcze dopracować. Jeden to artystyczna obieralnia warzyw i owoców. Będziemy prowadzić warsztaty twórcze. W te okolice przyjeżdża każdego roku masa turystów, jest też coraz więcej rodzinnych domków wypoczynkowych. Wielu ludziom bardzo podoba się sposób, w jaki moja żona i teściowa obierają owoce i warzywa, jak je kroją we wzory, jak układają na tacach, jak je zdobią, pieką, smażą i gotują. Ludziom podoba się także to, że nie pozostawiają odpadków. To, co zostaje, jest w całości wykorzystywane w gospodarstwie. 

– Czy to wystarczy na potrzeby pańskiego kościoła? – zapytał Zeno sceptycznie. Józef popatrzył na niego uważnie.

– To nie wszystko. Nowy kościół jest jak nowy biznes, trzeba go rozkręcić. Na początku będziemy musieli sprzedać lub wynająć stary kościół. Jest praktycznie niewykorzystany. Jeśli nic z nim nie zrobimy, rozsypie się pozostawiając po sobie gruzy. Tego na pewno nam nie potrzeba. Porozmawiam z proboszczem, sam się tym zajmę. Ma do mnie zaufanie. Wiary i religii trzeba nauczać na otwartym powietrzu, więc murowana świątynia nie jest potrzebna.

– Czego będzie pan jeszcze nauczać w Kościele Wiary Odrodzonej w Ogniu?

– Równości mężczyzn i kobiet, wyświęcania kobiet na duchowych przewodników, wcześniejszej inicjacji seksualnej, bo krajowi potrzeba dzieci.

– A homoseksualizm i LGBT? – nieustępliwie ciekawski Zyga pragnął zaskoczyć Józefa kłopotliwym pytaniem.

Zapytany myślał chwilę. Czapka przechyliła mu się na bok, nawet tego nie zauważył.

– Jeśli Bóg stworzył takich ludzi, to znaczy, że i my musimy ich zaakceptować. Koniec, kropka. Przestańmy oczy mydlić tym LGBT, o którym wszyscy mówią. Są ładni chłopcy i mężczyźni to i mogą podobać się sobie nawzajem. Podobnie jest z dziewczynami i kobietami. Nic złego nikomu nie robią. Nic na to nie poradzimy – Józef opuścił głowę i głaskał brodę w zamyśleniu.

– Tyle inicjatyw na raz – westchnął Zyga, kiedy rozstali się z Jozefem. – Nowy Kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu, obieralnia artystyczna warzyw i owoców, sprzedaż lub wynajem starego kościoła, nauczanie wiary na otwartym powietrzu. Dla mnie to nie są dowody, że chłop zwariował. W tym co mówił, są piękne idee. Jest w nich głębia. W miarę jak rozwijał temat, sam zapalał się zupełnie jak Józef.

– Według mnie Józefowi chodzi także o recykling, zagospodarowywanie wszelkich odpadów. To oznacza czystość środowiska. Połączenie wiary w Boga z ochroną przyrody! Albo długie brody u mężczyzn! Nie potrzeba golarek, mitrężenia czasu przed lustrem, kremu do golenia; to także oszczędność wody. Że też nie od razu to zauważyłem! Muszę z nim porozmawiać! Tak, muszę z nim porozmawiać. Koniecznie!

Zolatea popatrzyła na niego z niepokojem. Przestraszyła się. Zeno pozostał spokojny; pochylając głowę w bok Zyga mrugnął do niego szelmowsko.

Odc. 8 Kobieta od wiśni

Wracali przez las pylistą drogą. Był już prawie wieczór. Przyjemność sprawiało im wzbijanie tumanów kurzu. Patrzyli jak układa się na drzewach w różne wzory. Upał zelżał nieznacznie, nie więcej niż o jeden lub dwa stopnie Celsjusza. Naprzeciwko działki Zeno i Zolatei z domkiem „Leśna Oaza” stała za płotem kobieta. Obok niej stał syn, dwójka pozostałych chłopców bawiła się dalej na działce. Byli to piękni chłopcy, najstarszy, stojący przy matce uśmiechał się nieśmiało. Miał na sobie koszulkę z napisem „Upał w górę, serca w górę”. Oboje dyszeli z trudem. Otwierali usta i chwytali gorączkowo powietrze.

– To ten upał. Oddycham jak polarna kura wrzucona do pieca hutniczego – głos kobiety z trudem przedostawał się przez spieczone usta.

Wędrowcy wdali się w rozmowę.

– Ładnie się pani zagospodarowuje. Domu jeszcze nie ma ale jest już altanka, szopa na narzędzia, zjeżdżalnia dla dzieci i sporo drzewek owocowych.

– Założyłam ogród kilka dni temu. Akurat zanim nadeszły upały. Przywieźli nam nie sadzonki, ale duże drzewka owocowe. 

– Czyli właściwa rzecz we właściwym czasie – zasugerował Zeno.

– Najbliżej płotu rośnie ciepłolubna wiśnia. Dobrze, że taką odmianę kupiłam. To egzotyczny okaz prosto z Afryki. Jak znalazł na upały. Drzewko ma już pierwsze owoce, wiśnie piąstki małego dziecka. Słodkie jak maliny. Wczoraj o godzinie ósmej rano zaczęliśmy liczyć. Było osiem wiśni. W południe było już szesnaście. Liczba owoców na drzewku podwaja się trzy razy dziennie. Wkrótce wiśnia tak będzie zawieszona owocami, że gałęzie mogą się połamać.

Kobieta i chłopiec brali do ust dojrzałe wiśnie i jedli. Gęsty sok ciekł im obficie po brodach. Obok działki przechodził starszy tęgawy turysta. Miał na sobie czarny sweter i długie spodnie, na twarzy okulary z grubymi soczewkami. Rozglądał się z ciekowością dookoła. Widząc kobietę i chłopca z twarzami ociekającymi czerwienią, przeraził się. Stanął w miejscu i drżał jak liść osiki. Nikt nie wiedział co robić. Kilka minut później przyjechali po niego żona i syn. Przywieźli ze sobą wielki wentylator. Syn uruchomił go kablem podłączonym do akumulatora samochodu i skierował strumień zimnego powietrza na ojca.

– Tata najpierw musi solidnie schłodnieć, zanim wróci do siebie. Jest bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę. Widząc ofiarę przemocy reaguje natychmiast drżeniem ciała. Powoli dojdzie do siebie. U nas w rodzinie to normalne. W te potworne upały nie takie rzeczy się zdarzają. W nocy także będzie upalnie. Pilnujcie się państwo.

Odc. 9 Wieczorne rozmowy

Następnego dnia – wciąż trwały upały, gorąco było nawet nocą – świat wokół „Leśnej Oazy” zmienił się nie do poznania. Już w południe trawa była wypalona do cna, obnażając szarość ziemi.

– Prawdziwa Australia – cieszył się Zeno i w największy upał polewał rośliny strumieniem zimnej wody. – To wywołuje wstrząs termiczny. Jedynie on może pobudzić do życia roślinność pogrążoną w cieplnym letargu.

Miał rację. Po zakończeniu podlewania siedzieli we trójkę na werandzie i patrzyli z radością, jak zieleń wokół domku wraca do życia.

Wieczorem Zolatea przyniosła małe wiaderko poziomek zebranych na działce.

– Obficie polane zimną wodą poziomki nabrały wigoru i dały owoce większe i słodsze niż zazwyczaj – zauważyła. Nigdy wcześniej nie zebrałam tak urodziwych poziomek jak dzisiaj. Są dwa razy większe i pachną jak perfumeria. 

Jedząc poziomki ze śmietaną rozmawiali o rodzinie i dzieciach. W telewizji pokazywano dwa małżeństwa z dużą ilością dzieci. W obydwu przypadkach była ich cała gromada, każde w innym wieku, o różnej budowie ciała i wyglądzie, różnych zainteresowaniach. Rodziny mieszkały w dwóch krajach, jedna w Meksyku, druga w Belgii. Były utalentowane do tego stopnia, że nazywano je cudownymi dziećmi. Najmłodszy synek rodziny belgijskiej, o imieniu Pierre-Claude, był utalentowany muzycznie i wokalnie. Kiedy słyszano jego śpiew, natychmiast zapraszano go do zapisania się do chóru. W Gandawie, gdzie mieszkała rodzina, miał zaproszenia na występy publiczne z kościoła, rady miasta oraz szkoły, gdzie się uczył. Wkrótce sam król Belgii Cornelius II poprosił go, aby grał na fortepianie i śpiewał pieśni na weselu jego córki wychodzącej za mąż za księcia Yorku.

Wesele okazało się niezwykle udane. Wszyscy byli zachwyceni oprawą wokalno-muzyczną w wykonaniu Pierre-Claude’a. Panna młoda trzy razy rzucała wianek za siebie, trzy razy łapała go ta sama kobieta o imieniu Lucylle. Mimo, że nie była zbyt urodziwa, miała ogromne powodzenie. W ciągu zaledwie kilku dni kilka razy wyszła za mąż. Opowiedziała o tym swoim druhnom.

– Nie chwalę się i nikomu oprócz was tego nie mówię, ale jestem w trzech szczęśliwych małżeństwach. Zawsze chciałam się sprawdzić w wielożeństwie. Dotychczas przodowali w tym mężczyźni, teraz nastał czas kobiet. Każde z moich małżeństw zawarłam w innym mieście, niezbyt oddalonym od siebie, co daje mi łatwość szybkiego przenoszenia się. Dzięki wielkim upałom przeżywam potrójnie upojne noce, gorące, pełne namiętności. Mam trzech wspaniałych mężczyzn, trzy domy, trzy źródła dochodów. Czuję się naprawdę szczęśliwa.

Odc. 10 Wielożeństwo i odkrycia

Na pytanie, czy tego rodzaju postawa jest słuszna moralnie i społecznie, Lucille odpowiedziała:

– Wielożeństwo jest piękną sprawą. Jest ono możliwe tylko w niektórych krajach świata, na szczęście także w Belgii. Dzięki wyzwoleniu się kobiet, mają one dzisiaj swobodniejsze podejście do życia i miłości podobnie jak zawsze mieli je mężczyźni, nawet duchowni. Życie i miłość muszą być na luzie, nieskrępowane okowami przesądów. Przesądy to straszna rzecz. Przesądem było to, że kobieta musi wyjść za mąż za mężczyznę, którego wybrali jej rodzice. Moja babcia cierpiała z powodu tego przekonania tak bardzo, że z rozpaczy rzuciła się do rzeki, aby skończyć swoje życie. Na szczęście nie utonęła; uratowało ją trzech mężczyzn przepływających obok łódką. Byli niezwykle przystojni, uroczy i szarmanccy. Zakochała się we wszystkich trzech. Wbrew rodzicom i ówczesnym zwyczajom postanowiła uszczęśliwić miłością wszystkich swoich wybawców. W krótkim czasie zawarła trzy małżeństwa. Nie lubiła rozgłosu, zrobiła więc to po cichu. Była dla mnie wzorem odwagi i skromności.

– Wielożeństwo – wyjaśniała potem druhnom – to wspaniały wynalazek. Zamiast uszczęśliwiać jednego mężczyznę, uszczęśliwiasz od razu kilku. Przez wieki z tego przywileju korzystali mężczyźni, mając po kilka żon. Bardziej ambitni mieli nawet cały harem. Teraz to się zmieniło. Kobiety odzyskały należną im moc. Inaczej traktują siebie i mężczyzn. Ma to pełne uzasadnienie biologiczne i społeczne. Mężczyźni potrzebują dużo ciepła, którego dostarczyć im może tylko kobieta. Upały zwiększają potencjał ciepła w kobiecie. Kobieta nie zużywa się w miłości jak mężczyzna, który co jakiś czas wiotczeje podobnie do meduzy wyrzuconej przez falę na piaszczysty brzeg, czekając na przypływ, aby dojść do siebie.

Druhny poruszone jej opowiadaniem dzieliły się swoimi wspomnieniami. Nie mając doświadczeń małżeńskich, miały sporo obserwacji miłosnych. Kiedy Lucille skończyła, biły jej brawo tak intensywnie, że temperatura podniosła się o dwa stopnie. Tak twierdziły, nie była to jednak prawda.

– Temperatura powietrza wzrosła nagle wskutek nadejścia nowego frontu ciepła – mówili meteorolodzy w telewizji.

Dla Zygi upalne dni w Leśnej Oazie były czasem odkryć. Czuł się jak Krzysztof Kolumb na dziobie statku Santa María patrzący w nieskończoną dal zasnutą mgłą niepewności i nadziei. W ciągu kilku dni dokonał dwóch odkryć: magnetycznej moskitiery w drzwiach oraz bojki asekuracyjnej do pływania na jeziorze. Obydwa odkrycia udokumentował zdjęciami czyniąc sobie zarzuty, że wcześniej nie dokonał tych odkryć. Rozmawiał o tym z przyjaciółmi.

– Muszę być wobec siebie uczciwy. Nie miałem w sobie uważności i ciekawości, jaka normalnie towarzyszy średnio rozwiniętemu mężczyźnie. Dopiero upał wyzwolił we mnie pełen potencjał odkrywczości, zaostrzając zmysły obserwacji i intuicji, stanowiące podstawę wszelkiej genialności. Zawsze pragnąłem być odkrywcą. Teraz to się ziściło. Kilkakrotnie powtórzył to sobie w duchu, aby upewnić się, że nie śni.

Odc. 11 Gubernator Głowa

– Takiego myślenia musimy uczyć w szkołach, a nie wychowania seksualnego, o którym każdy wie, że prowadzi na manowce. To dlatego mamy tyle pożarów w kraju – wtrącił wójt wsi Duże Pożarne, uczestniczący w dyskusji na temat sportu i zachowań społecznych. Nie wszyscy rozumieli, co ma na myśli.

– Wójt jest trochę dziwny od czasu, jak objął władzę, ale już przyzwyczaiły się do tego. Każdemu władza uderza do głowy – mieszkańcy wsi nie kryli się z publicznym wyrażaniem swoich poglądów i uczuć.

Od czasu pojawienia się upałów reprezentacja narodowa siatkarzy wygrywała mecze jeden po drugim z łatwością graniczącą z cudem. Mieszkańców domku wypoczynkowego „Oaza Radości” ogarniała wtedy euforia.

Zaraz po siatkarzach wystąpiła w telewizji znana i szanowana osobistość. Był to gubernator Głowa. Pełnił on ważną rolę regulując mechanizmy złożonej struktury społecznej jaką jest państwo. Nie dla wszystkich obywateli Głowa był postacią godną podziwu czy choćby uwagi. Byli i tacy, co kręcili nosem na jego zachowania publiczne.

– Głowa taki, Głowa siaki, Głowa owaki – mówili osobnicy nie darzący go sympatią.

Drugiego dnia upałów Głowa wyraźnie ożył. Wygłaszał poglądy śmielsze niż zawsze, zachwycał oryginalnością myśli, szlachetnością intencji, imponował doświadczeniem i mądrość życiową. Pozdrawiał serdecznie tłumy wiwatujące na jego cześć i obiecywał poprawę warunków bytowych, tani transport i lepszą edukację.

– Nie mogę obiecać tylko lepszej pogody, bo jest już doskonała. Upały sprzyjają myśleniu, działaniu, zabijają wirusa i ożywiają inicjatywę.

Bardziej uczuciowe kobiety przesyłały mu dyskretnie pocałunki, bardziej religijne oferowały mu także modlitwy jako dowód podzięki za to, co robi dla kraju. Ludziom w potrzebie Głowa obiecywał różnego rodzaju pomoc a nawet wsparcie finansowe.

– Nie będzie tego dużo, bo z pustego to i Salomon nie naleje, ale zawsze podreperuje to wasze budżety rodzinne. Proście mnie, a otrzymacie. Mam wpływy w rządzie. Jestem lubiany, to zrobią dla mnie wszystko. Dajcie mi tylko trochę czasu. Czas to pieniądz – żartował na koniec, wzbudzając falę entuzjazmu.

– Nikt nie jest tak dowcipny jak gubernator Głowa – odezwały się głosy.  

O godzinie szesnastej odezwały się dzwony kościelne i twarz gubernatora stężała z napięcia, po obu stronach szyi żyły napięły się jak powrozy.

– Jeśli sądzicie, że wiecie, jak potwornie trudne jest życie gubernatora, to się mylicie. Podejmuję decyzje tak ważkie i brzemienne w skutkach, że dziwię się samemu sobie, że do tej pory jeszcze nie oczadziałem, że tak powiem. Jest to cierpienie nie do zniesienia. Właściwie to nie powinienem się w ogóle martwić, ponieważ dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich decyzji jest słuszne; mniej udanych decyzji jest tylko jeden procent, mimo tego że się nieprzerwanie uczę dobrego gubernatorstwa. Ale to mnie martwi do szaleństwa. Właśnie ten jeden procent. On śni mi się po nocy i dusi mnie jak zmora. Czuję wtedy, że kiedy podejmuję te decyzje to jakbym podnosił platformę z trzema ciężarówkami z pełnym ładunkiem śrub do młockarni.

Odc. 12 Edukacja i biczowanie

Upały sprzyjały śmiałym reformom, dokonywaniu rzeczy przełomowych. Każdy wiedział, że zmiany są nieuniknione. Świat się walił i palił. Ludziom gotowało się w głowach.

– Wszystko będzie nowe i lepsze – zapowiedział brodaty mężczyzna w telewizji.

Na początku nie było wiadome, kto to taki i o czym mówi. Potem pojawiła się informacja, że to nowy minister edukacji, ale mało kto w to wierzył, bo wyglądał bardziej na pobożnego pustelnika zajmującego się uprawą warzyw niż na ministra edukacji.

– Może rzeczywiście jest to Jakub Lespuniok, nowy minister edukacji, człowiek o śmiałych myślach z głową w płomieniach. Stało się to zrozumiałe, kiedy minister wyjaśnił:

– Żar lejący się z nieba przyniósł mi do głowy nowe pomysły. Są one na miarę osiągnięć wielkich odkrywców Marko Polo, Krzysztofa Kolumba, Vasco da Gamy i tych grotołazów, co to dwa lata temu zeszli pod ziemię, aby eksplorować Jaskinię Wężową i jeszcze nie wyszli – entuzjazmował się, gestykulując prawą dłonią.

Rodzice młodzieży szkolnej wiwatowali na jego cześć, kiedy zapowiedział, że będzie dużo lekcji religii oraz ważne dzieła ojców i doktorów kościoła w literaturze obowiązkowej.

– Dzieciom potrzeba poważnej wiedzy biblijnej a nie płochej literatury klasyków. Literatura światowa nam się przejadła. W programie nauczania będą też gry o tematyce biblijnej „Kain zabija Abla”, „Przemiana Żony Lota w Słup Soli”, „Sodoma i Gomora”.

Przed wyjazdem z domku „Leśna Oaza” Zeno, Zolatea i Zyga rozmawiali o świadomości. Była to rozmowa służąca dojściu do poważnych wniosków.

– Wydaje się, że wielodniowy upał wypalił wielką dziurę w świadomości ludzkiej – zaczęła Zolatea.

– Nic nie ma sensu a równocześnie wszystko ma sens – powiedzieli mężczyźni i poważnie pokiwali głowami.

– Świat stanął dęba a potem obrócił się do góry nogami. Nie zdziwię się, jeśli ludzie zaczną chodzić na czworaka jak zwierzęta a zwierzęta na dwóch nogach jak ludzie. Wszystko jest możliwe – dodał Zeno.

– To już się spełniło, bo kangur chodzi na dwóch nogach, podobnie też orangutan – wtrącił Zyga – Widziałem to w telewizji – usprawiedliwiał się, kiedy Zolatea i Zeno popatrzyli na niego z ciekawością.

W drodze powrotnej z wakacji widzieli procesję biczujących się księży. Szli gromadnie jak na pielgrzymce obnażeni od góry do pasa, wydając okrzyki bólu i radości. Krzyczeli głośno, co czują i czego pragną.

– Walą prawdę jak z armaty, sieką nią jak biczem po oczach. Prawdziwe zuchy – entuzjazmował się Zyga.

Procesja zatrzymała się przy niewielkim placyku. Do ludzi stojących w pobliżu i przyglądając się księżom przemówił starszy już biskup o twarzy przedwcześnie dojrzalej, z nosem w formie przyduszonego ziemniaka. Mówił otwarcie patrząc ludziom w oczy.

– Upał wypalił w nas grzeszne myśli. Już nigdy nie dotknę małego chłopca, żeby nie wiem jak łasił się do mnie i prosił a nawet błagał, abym go głaskał po głowie.

– Dzieci są podstępne – dorzucił włochaty, chudy jak tyka ksiądz, uderzając się po plecach pejczem wykonanym ze skóry szorstkowłosego kucyka. Jego plecy zaczerwieniły się tak intensywnie, że nie sposób było je dostrzec w promieniach palącego słońca. Wyglądały jak czerwona płachta na byka.

Odc. 13 (ostatni) Podziękowania

Upały pozostawiły kraj w pełni szczęścia, niszcząc niedobre myśli i wspomnienia. Objęło ono wszystkie warstwy społeczne, po równi biednych i bogatych. Najbardziej cieszyli się z upałów rządzący. Wyrażali tę radość przyznając ordery i wysokie nagrody pieniężne wybitnym działaczom społecznym.

W imieniu władz państwowych przemówił gubernator Głowa:

– Jesteśmy wdzięczni Bogu za upały, ten dar prosto z nieba. Wypaliły w nas całe zło. Ogień piekielny nie uczyniłby tego lepiej. Radujmy się i ściskajmy z tego powodu nawet z naszymi przeciwnikami i wrogami. Jesteśmy także wdzięczni kościołowi za pomoc w realizacji planów uszczęśliwiania społeczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy bliźnimi – wołali słuchający go ludzie, śląc uśmiechy na prawo i na lewo.

Wieczorem w Katedrze Wielkopańskiej wielebny ojciec Szczurek poprowadził modły o nowe, jeszcze większe upały. Zakończył słowami błogosławieństwa i życzeniami:

– Oby znowu nastały dni upalnej radości dla ludzi, zwierząt i roślin.

Wierni wstawali z ławek i klęczników przywołując to, co każdy uważał za najważniejsze:

– Jedność przyrody i człowieka! Trąby jerychońskie! Niech żyje miłość bliźniego, nawet jeśli jest on wredny! Precz z wirusem. Precz z nepotyzmem i sobkostwem, jakie wywołał.

Radości nie było końca. Pod koniec modłów wystąpił wysoki urzędnik państwowy ubrany jak zawsze: tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach czarne lakierki, na piersi order szczególnych zasług urzędniczych.

– Wybaczcie nam podłość i głupotę jeśli zrobiliśmy coś niewłaściwego, coś komuś odebrali lub nie daj Boże ukradli. W okresie wszechwładnego panowania wirusa wiele osób straciło rozum i różne dziwne zdarzenia miały miejsce. Pozostałe po nim zło, a jest go niemało, będziemy konsekwentnie usuwać nie żałując sił i środków.

– Rozumiemy was i wybaczamy – wołali wzruszeni jego szczerością wierni. Kradzież jest szlachetna, jeśli zabiera się tym, co mają, i oddaje tym, co mają mniej lub nic nie mają, nie zapominając oczywiście o sobie. Pamiętajmy o piśmie świętym: „Kochaj siebie samego jak bliźniego swego”.

Na zakończenie wielebny ojciec Szczurek zaintonował psalm pochwalny „Dzięki Ci, Boże, za wielkie upały”.

Michael Tequila
Gdańsk, 7 lipca 2021

0Shares

Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-39/60.

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej szubienic symbolizujących liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiały go wiatr, świeże powietrze i rozmowy. 

– Kocham otwartą przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek niedostatku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych przez wielu jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz w swojej niechęci do władzy?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły mu kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, raczej nieobecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie głęboko weń wierzymy i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa mogłyby pomieścić dużo mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, niezależnych, żyjących już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki życiu społeczeństwa zagrażał zjadliwy wirus Dracula i i jego matka epidemia. Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania miłej harmonii w relacjach damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź wydawała mu się łatwiejsza niż przewrócenie małym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness w ciągu minuty. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie Zuzanna, osoba rozważna, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci. Łączyły ich podobne przeżycia. Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym – nie wiadomo dlaczego – najczęściej w niedzielę. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc. Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć w jakiejś sprawie. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął, całkiem niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się w pełni, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i wyraziste słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będę kłócić się z tobą. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie niejasne pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, to był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie korzystał z usług banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć prowadzić pojazdu, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni, chętnie wożący go własnym autem. Sprawa usług bankowych była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego swymi poglądami najbardziej radykalnych chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe, doradca prezydenta, wydawał się być zorientowany w całym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy. Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo często się spotykamy. 

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego pałacowym gabinecie wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji – z ramienia prezydenta – profesor Zybe. Był ekspertem chętnie zapraszanym do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisach wiadomości i programach edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Jego zachowanie wydało się widzom pozytywne i budujące; w czasach powszechnego przygnębienia czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której rdzeń stanowi opozycja. Jest to grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. Tylko on broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji jest ktoś neutralny?

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości, pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

Odc. 23 Przypowieść

Niektórych dziennikarzy wzywano na policję lub do prokuratury seryjnie, co kilka dni. Czuli się zagubieni, ponieważ policja i prokuratorzy zadawali im wciąż pytania, na które odpowiadali już wcześniej.

– Za wielkimi pieniędzmi i wielką odpowiedzialnością stoją wielkie zbrodnie. One nie znoszą dziennego światła, chcą pozostawać zawsze w ukryciu. Jedno wielkie przestępstwo generuje szereg dalszych, często boleśniejszych – tak w gronie przyjaciół miał powiedzieć generał Rosko, dowódca Składnicy Materiałów Strategicznych, niegdyś wojskowy oficer śledczy zwany przez kolegów Cynikiem. Generał był też namiętnym czytelnikiem kryminałów, o czym wiedziała tylko jego rodzina i osobisty adiutant.

Położenie rządu tłumaczył Grzegorz Koło, kierownik działu „Nowiny” „Gazety Porannej” tytułując swoją alegoryczną przypowieść „Władza i zaufanie”.

Kiedy wybucha afera, o której mówi się w toalecie publicznej, na salonie, na ulicy, w spokojnym parku z aleją rododendronów i na wybiegu dla koni, zaufanie do rządu staje się sprawą krytyczną. Zaufanie to ma wiele wymiarów podobnie jak klocki przedstawiające różne obrazy. Wymiary tego zaufania to prawdomówność, szczerość, zdolność obiektywnej oceny zdarzeń, konsekwencja postępowania, doświadczenie w rządzeniu oraz umiejętność wychodzenia z sytuacji kryzysowych.

Sytuację, z jaką mamy obecnie do czynienia w kraju, można prześledzić na podstawie zapisu lądowania samolotu pasażerskiego na lotnisku na Hawajach, w warunkach idealnej pogody i milczącego od kilku lat wulkanu Kilauea. Lądowanie przypomina czystą idyllę. Stewardessy mają na ustach świeżą szminkę i dumnie podają piersi do przodu, kapitan przekazuje dłonią symboliczne całusy pasażerom, drugi pilot i nawigator z girlandami świeżych kwiatów na szyi czują w sercach odpowiedzialność za losy pasażerów. Lądowanie w takich warunkach zawsze dostarcza wspaniałych przeżyć podróżnym.

Nagle okazuje się, że coś się zmieniło. Nie wiadomo, czy chodzi o silny boczny wiatr, jakiego w tych okolicach nigdy nie było, czy o kable na wieży kontrolnej przegryzione przez wygłodniałe szczury, czy o nieoczekiwane pojawienie się wielkiego stada ptaków nad lotniskiem. Kapitan i drugi pilot błądzą wtedy, nie wiedzą co robić. Szyby w kabinie pocą się jak szalone, pot zalewa pilotom oczy i lądowanie nie dochodzi do skutku, choć dotychczas udawało się bez najmniejszego problemu.

Nie jest to miłe uczucie, gdy spokojnym dotąd jak łagodny baranek samolotem zaczyna miotać jakaś bycza namiętność w prawo i w lewo, w dół i do góry. Po kilku nieudanych podejściach do lądowania samolot wzbija się chmury z kapitanem zdecydowanym na mur beton, że tym razem wyląduje płynnie na płycie lotniska. Pasażerowie są podzieleni. Ci siedzący po lewej stronie samolotu, skąd roztacza się widok na spokojny ocean, podjadają czekoladki i piją szampana. Z drugiej strony samolotu, tej z widokiem na przepaść biegnącą wzdłuż pasu lądowania, pasażerowie drętwieją z przerażenia. Kapitan milczy jak skała, zachowuje się jakby włożył sobie w usta knebel. Tak to jest z rządem stojącym przed aferą przerastającą wyobraźnię, jak wybrnąć ze śmierdzącego szamba. 

Odc. 24 Cywanie

– Społeczeństwo dobiły teorie spiskowe i antyszczepionkowcy – zanotował w swoich prywatnych medycznych notatkach Martin Król.Zdekoncentrowały one uwagę rządu i odebrały ludziom chęć szczepienia się i energię do życia. Społeczeństwo uznało w większości, że stoi na przegranej pozycji. Liczba osób chętnych do szczepienia się spadała na łeb i szyję. Boleję nad tym jako przedstawiciel służby zdrowia. Sami też nie jesteśmy bez winy. Za mało przekonywaliśmy ludzi do szczepienia się. Dla dobra sprawy trzeba było przekazać im więcej prawdy, jak cierpią i umierają ludzie zarażeni wirusem.

Dwunasty miesiąc od wybuchu epidemii skończył się fatalnie. Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Ostatecznie w pełni zaszczepiło się tylko pięćdziesiąt cztery procent ludzi; zdecydowanie za mało, aby społeczeństwo nabyło odporności stadnej. Rząd poddał się i skapitulował. Jedyne na co było go stać to wprowadzenie godziny policyjnej i zakazu poruszania się po ulicach z wyjątkiem określonych sytuacji. Na ulicach pojawiły się policja i wojsko. Kraj wszedł w stan cywania. Tak to określa prasa.

– Jak to jest z tym cywaniem? Nie rozumiem tego określenia – Salomon zapytał mieszkającego na wsi kuzyna.

– Wyjaśnię ci to. Znam dobrze tę przypadłość. To stan wegetacji na granicy życia i śmierci, inaczej mówiąc dogorywania. Typowo występuje u kur. W ich przypadku oznacza śmiertelnie niebezpieczne ponieważ prowadzi do pomoru. Nie wiem, jak jest z cywaniem u ludzi.

– Skąd ty to wiesz?

– Hodowałem kury. Kura przestaje się ruszać, siedzi osowiała. Wygląda tak jakby zasypiała, na zmianę zamyka i otwiera oczy. Jest bez czucia, nie pije ani nie je. Możesz ja potrącić nogą, ale nie reaguje na to. Czasem opada jej na ziemię jedno skrzydło, jakby chciała się nim podeprzeć. Po kilku lub kilkunastu godzinach przewraca się martwa na bok.

Nowe szczepionki zamiast hamować, przyśpieszały mutację wirusa. Miały jedną wadę; zwalczając wirusa wyzwalały w nim reakcję obronną. Wirus mutował dalej, wydając z siebie potomstwo w tempie szybszym niż można było sobie wyobrazić. Im bardziej atakowano go szczepionkami, tym bardziej stawał się zjadliwy.

Dostosowywanie się wirusa do szczepionek okazało się zabójcze dla ludzi. Wirus zmieniał właściwości; w pewnym memencie osiągnął zdolność przylegania do mikrocząsteczek. Był to przełom w jego aktywności; najpierw przylepiał się a potem łączył z mikrocząstkami zanieczyszczeń powietrza. Siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż ludzka inwencja i działania służby zdrowia. Ludzie umierali tysiącami. Wirus stał się czymś w rodzaju perpetuum mobile.

Jedynym skutecznym lekarstwem była izolacja. Korzystano z wszystkich możliwych form izolacji wykorzystując piwnice, samotnie stojące budynki, tunele podziemne, stare bunkry, a nawet okopy, które przykrywano deskami, gałęziami i darnią. W lasach budowano ziemianki. Każdy ratował się jak umiał. 

Rozdz. 25 Nowe niebezpieczeństwa

Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej” umiał pisać. Jego artykuł zatytułowany „Silne koncentracje wirusa – prawda czy fikcja?” rozpalił wyobraźnię jak i wywołał uczucia wrogości wobec – jak to określano – wyssanej z palca sensacji. 

– Wewnątrz budynków, w dużych pomieszczeniach, w salach bankowych, na siłowniach, korytarzach i sklepach ośrodków handlowych pojawiły się jasnoszare chmury wirusów. Unoszą się one na wysokości ludzkich głów i są wyjątkowo zaraźliwe. To nowa generacja wirusa Dracula. Upowszechniają ją osoby nie noszące maseczek na twarzy. To czysta bezmyślność. Zabójcy są wśród nas. 

Kilka dni później eksperci rządowi potwierdzili te doniesienia. Zabrał głos minister zdrowia:

– Musimy znowu myśleć o lokautach, jeśli nie chcemy doprowadzić społeczeństwa do masowego grobu.

Wkrótce większe koncentracje wirusa pojawiły się nad ulicami. Były prawdziwie zabójcze, kiedy nie było wiatru. Kiedy to ustalono, alarmy pogodowe ogłaszano przy każdej większej zmianie siły i kierunku wiatru. Po kilku dniach nikt nie wątpił, nawet przeciwnicy szczepionek, że epidemia przybrała nową niebezpieczną postać.

Rząd wyjątkowo szybko zareagował. Na ulicach miast pojawiły się wielkie dmuchawy, tworzące tunele powietrzne bez wirusa lub ze zniżoną jego koncentracją. Stało się to tak szubko, że wzbudziło podejrzenia. Opozycja i zwolennicy teorii spiskowych wytoczyli armaty sprzeciwu.

– Oni to wiedzieli, tylko taili tak długo, dopóki nie znaleźli rozwiązania. Pozwalać ludziom umierać, dopóki nie zainstaluje się dmuchaw na ulicach! To podłe!

Zmieniło się także osobiste wyposażenie ludzi w środki ochronne. Na ulicach pojawili się ludzie w hełmach na głowie i kombinezonach ochronnych. Sprzęt ochrony osobistej był zróżnicowany. Hełmy z filtrami oczyszczającymi pobierającymi powietrze z zewnątrz, jak i bardziej zaawanasowane, z wewnętrznymi, zasilanymi bateriami, oczyszczaczami powierza.

– Skąd wziął się nagle tak nowoczesny sprzęt na rynku? – zapytał Erazma Salomon Ircha, podejrzewając jakąś nową aferę z udziałem członków władz.

– Podobno Leon Bury, ten multimilioner, kupił sieć nowoczesnych sklepów razem z towarem i zaopatrzeniem. Ten to zawsze spada na cztery łapy – Erazm, zazwyczaj rozważny w ocenach, źle sobie kojarzył tę postać.  

W laboratoriach badawczych podjęto próby wyhodowania pasożyta, który żerowałby na organizmie wirusa lub traktował go jako pożywienie. W laboratorium jednego z państw azjatyckich pasożyt wydostał się na wolność i spowodował pomór bydła domowego. 

– To niebezpieczna technika. Ale obawiam się, że nie da się uciec od takiego ryzyka. Takie dzisiaj mamy czasy. Wóz albo przewóz – od czasu afery zakupu kosztownych rezydencji przez córkę, minister mówił szybciej i skrótami, jakby bał się, że powie coś nieodpowiedniego.

Odc. 26 Wirus i fortuny

Pojawienie się koncentracji wirusa wywołało nieoczekiwane efekty społeczne: niepewności, przerażenia, niewiary i rezygnacji. Ludzie dostrzegali w chmurach wirusa zapowiedź zbliżającego się końca świata, a co najmniej kataklizmu. Niektórzy widzieli wirusy jako poświatę w odcieniu szarobłękitnym, inni czuli nieprzyjemny zapach, jeszcze inni słyszeli szum miliardów delikatnych skrzydełek.

Salomon Ircha, uważający siebie za przytomnego człowieka, przeżył poważny moment zwątpienia w siebie samego. Zdarzyło mu się coś tak dziwnego, że nawet nie przyznał się Zuzannie ani Erazmowi, ludziom, którym ufał. Bał się, że uznają go za niespełna rozumu.

W środku nocy zbudził się w poczuciu niepewności graniczącej z lękiem przed czymś nieokreślonym. Starał się przypomnieć sobie, czy coś mu się śniło, co mogłoby wywołać niepokój. Siedział na łóżku z nogami opuszczonymi na podłogę, kiedy dotarł do niego nieprzyjemny zapach. Pomyślał, że pochodzi z zewnątrz, spoza domu. Wstał z łóżka i boso ruszył w kierunku salonu, gdzie było wyjście na balkon. W korytarzu ogarnął go smród rybich wnętrzności zawiniętych razem z łuskami i odciętym łbem ryby w papier gazetowy. Pamiętał ten zapach z czasów, kiedy wędkował i sam oprawiał ryby przed usmażeniem. Ciepły i lepki odór gnijących wnętrzności narastał w miarę zbliżania się do drzwi balkonowych. Salomon otworzył je, aby sprawdzić jakość powietrza na zewnątrz. Prawie nie czuł wiatru, noc była spokojna; oprócz naturalnej wilgoci płynącej z ziemi i drzew nie czuło się niczego innego. Mężczyzna skojarzył sobie zapach ryby z informacjami przekazywanymi przez media na temat wirusa.

Pierwszą reakcją rządu na nową formę wirusa było ograniczenie kontaktów międzyludzkich i kolejne zamykanie branż gospodarki. Epidemia była zdolna zniszczyć każdy biznes. Najbardziej poszkodowane były firmy usługowe: padały jedna po drugiej, zwalniając pracowników. Państwo było coraz mniej skłonne pomagać finansowo wskutek szybko rosnącego zadłużenia.

Grzegorz Koło, obserwator bieżących zdarzeń, pasjonat tematów wiary, religii i katastrof, kierownik Działu „Nowiny” Gazety Porannej ,opatrzył swój artykuł lakonicznym tytułem: „Nie kijem go to pałką”. Była to zapowiedź wywodu, że gospodarkę położy na łopatki albo wirus albo rząd.

Tylko jedna dziedzina biznesu doskonale prosperowała w dobie wirusa i epidemii – firmy pogrzebowe i ich dostawcy. Fortuny ich właścicieli rosły w zdumiewającym tempie, budząc zawiść. Obok produkcji szczepionek był to jedyny sektor gospodarki przeżywający prosperitę.

Szybkie bogacenie się właścicieli firm pogrzebowych stało się tematem drażliwym, wręcz wybuchowym. Pojawiły się sugestie i oskarżenia, że cały ten sektor ma wyraźny interes w rozpowszechnianiu się wirusa. Mniejsze firmy pogrzebowe łączyły się tworząc kombinaty produkcyjno-usługowe, zdolne dominować na rynku. Pojawiała się też nowa konkurencja, a z nią bezpardonowa walka o udziały w lukratywnym biznesie. Nie przebierano w środkach, posuwając się nawet do zbrodni.

Odc. 27 Branża pogrzebowa

Właściciele największej firmy pogrzebowej kraju „Klepsydra” zginęli w wypadku drogowym. Nie był to zwykły przypadek. Od kilku miesięcy otrzymywali pogróżki i ostrzeżenia. Okazało się, że samochód, którym jechali, miał uszkodzone przewody hamulcowe, wypadł z zakrętu i wyłamując metalową barierę ochronną stoczył się w przepaść. Rozpoczęcie śledztwa przez policję wywołało demonstracje i protesty. Pod domem ofiar pojawili się zamaskowani osobnicy z transparentami: Sprawiedliwości stało się zadość! Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka! Kto wirusem wojuje, ten w przepaści ginie! 

Branża pogrzebowa stała się najbardziej dynamicznym obszarem gospodarki. Kwitł handel, wkrótce pojawiła się spekulacja nagrobkami, miejscami na cmentarzach i usługami pogrzebowymi. Popyt przerastał podaż. Za wszystko trzeba było płacić i na wszystkim można było zarobić. Szybko rosły inwestycje w produkcję trumien, budowę i rozbudowę krematoriów, kostnic i chłodni, transport osób zmarłych; budowano nawet muzea pogrzebowe. Osoby filmujące do niedawna śluby i wesela filmowały teraz pogrzeby i udostępniały je rodzinom w Internecie poprzez streaming.

– „Kto ma owce i pszczoły, ten gospodarz wesoły”. To przysłowie straciło aktualność, ponieważ spadł popyt na miód, mięso i wełnę. Dzisiaj obowiązuje porzekadło: “Działasz w branży pogrzebowej, jesteś panem swego losu, rozwijasz się i prosperujesz” – Grzegorz Koło, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej”, redefiniował zmiany na rynku.

W miarę ekspansji wirusa do spraw pogrzebów wkradała się niepewność i bałagan. Powstawały wąskie gardła; niektóre firmy pogrzebowe paraliżował nadmiar zleceń i niedobór środków transportu i pracowników. Regulacji i aktualizacji wymagały dziesiątki spraw: przepisy dotyczące rejestracji zgonów i wystawiania certyfikatów, zasiłków pogrzebowych, krajowego i międzynarodowego transportu ciał zmarłych na wirusa Dracula, tworzenia nowych cmentarzy i budowy krematoriów, nadawania uprawnień profesjonalistom.

W ciągu jednego roku pojawiły się nowe specjalności w rodzaju nowoczesny organizator i celebrant pogrzebowy, a w ślad za nimi nowe szkolenia i kierunki studiów. Obejmowały one przedsiębiorczość i marketing pogrzebowy, produkcję innowacyjnych trumien z okienkiem z uwagi na zakaz otwierania zwykłych trumien dla identyfikacji zwłok lub pożegnania się ze zmarłym, tańszych nagrobków cmentarnych z wykorzystaniem materiałów ekologicznych. Dla rodzin dotkniętych śmiercią z powodu wirusa Dracula były to sprawy poważne; nie brakowało jednak i cyników szydzących z eksplozji nowych specjalności i kwalifikacji.

W okresie narastającego zagrożenia wirusowego w telewizji często występował minister szkolnictwa Koper. Łatwo go rozpoznawano; z wyglądu przypominał barczystego zapaśnika o kwadratowych szczękach, lekko nalanej twarzy i mięsistym nosie. Minister był do szaleństwa owładnięty pasją edukacji religijnej i patriotycznej. Krążyły o nim nawet pogłoski, że ma poprzestawiane w głowie. Gęste czarne wąsy i zuchwałe oczy kruka ocalałego z pożogi lasu nadawały mu wygląd osobnika zdolnego realizować wielkie cele edukacyjne. Zuzanna, przyjaciółka Salomona, powiedziała któregoś dnia:

– To prawie niemożliwe, aby Koper był naturalny w stu procentach. Na pewno jest w części sztuczny. Jeśli nie fizycznie, to umysłowo; chodzi mi o sztuczną inteligencję. To człowiek utalentowany i w dodatku nieugięty jak skała, jest przewidujący i ma wizję przyszłości.  Dlatego cieszy się poważaniem i wsparciem Leona Burego. On bardzo go popiera.

Na rynku głównym stolicy spotykały się niewiasty z Fundacji Dobroczynności Hosanna. Wspierały ją, oddając część swoich emerytur i uczestnicząc w zbiórkach pieniędzy. Koper był ulubionym tematem ich rozmów.

– On i pan Bury, ten milioner dobroczyńca … niech Bóg ma go w swojej opiece … utrzymują bliską łączność duchową z panem Bogiem. Na pewno rozmawiają z Nim nocą bardzo szczerze i serdecznie. To z tych rozmów minister Koper czerpie wiarę i pewność, że proponowane przez niego zmiany w edukacji są zgodne z wolą pana Boga i dobrze służą wychowaniu dzieci i młodzieży.  

Minister miał swoje uzasadnienia.

– Człowiek zmarły po zakażeniu się wirusem żyje także po śmierci, ale w innej formie. Młodzież powinna rozumieć i umieć przeżywać tę wzniosłość w sferze pogłębionej psychiki i kultury. Dlatego będę zachęcać dyrektorów szkół i nauczycieli do wprowadzania takich elementów do programu edukacji, literatury obowiązkowej, warsztatów twórczych, nabywania umiejętności godnego uczestnictwa w uroczystościach pogrzebowych.

Ministra popierały aktywnie Towarzystwo Dobroczynne „Hosanna”, którego założycielem był milioner Leon Bury, powszechnie zwany Dobroczyńcą, Stowarzyszenie „Pobożni i Wierni” oraz sprzyjająca rządowi stacja telewizyjna „Rubach i Spółka”.

Odc. 28 Ekscesy pandemiczne

Grzegorz Koło pracował szesnaście godzin na dobę. Stał się pracoholikiem. Wkrótce uznano go publicznie za najlepszego dziennikarza, umiejącego dostrzec ważne sprawy tam, gdzie inni widzieli tylko nieszczęście lub bałagan. To dzięki niemu sprzedaż „Gazety Porannej” wzrosła tak bardzo, że redakcja trzykrotnie czuła się zmuszona podwyższać mu uposażenie.

W rzadkich momentach powrotu do domu Grzegorz dzielił się z rodziną swoimi przeżyciami.

– Wirus Dracula i epidemia to okres rozkwitu mojej kariery dziennikarskiej. Stałem się wyrocznią, autorytetem i celebrytą w tych sprawach. Ludzie chętnie czytają moje artykuły, zaczepiają mnie na ulicy, chwalą i mówią mi, o czym powinienem jeszcze pisać. Brzmi to zbyt pięknie jak na dzisiejsze czasy, ale taka jest prawda. Obywatele lubią czytać o tym, co dzieje się w mieście i w kraju, i ja im to oferuję. Jestem mistrzem serwowania informacji odrywających czytelnika od szarej codzienności. 

Następnego dnia kierownik Działu Nowiny pisał:

– Dynamika zdarzeń jest ogromna. Przemysł pogrzebowy oferuje możliwości tak fantastycznych dochodów, że do gry włączają się po cichu różni oficjele i wysocy funkcjonariusze policji, wojska i administracji państwowej, a nawet gangsterzy. Trwa walka o wpływy, zamówienia i pieniądze.

W ciągu tygodnia Gazeta Poranna zanotowała strzelaninę na cmentarzu, przerzucanie ciał przez ogrodzenie cmentarne i inne sensacyjne wydarzenia.

– Po co ktoś miałby przerzucać ciała zmarłych przez mur cmentarny? Przecież to barbarzyństwo! – doktor Król był zbyt zajęty pracą w szpitalu, aby mieć rozeznanie co dzieje się poza tą instytucją.

– Chodzi o to, drogi Marcinie – cierpliwie tłumaczył Erazm – że strażnicy z braku miejsca na pochówek nie wpuszczali na cmentarz więcej ofiar wirusa Dracula do pochówku. Ludzie potrzebują pochować swoich zmarłych i nie ma takich przeszkód, których by nie przeskoczyli.

Kiedy na cmentarzu Różnogórskim odkryto świeży grób masowy, właściciel cmentarza był tylko zaskoczony. Samobójstwo popełnił dopiero wtedy, kiedy do jego biura zgłosił się prokurator z nakazem przeprowadzenia rewizji.

W środku epidemii dokonano zabójstw dwóch pracowników prosektoriów i chłodni, jednego prawnika reprezentującego firmy pogrzebowe, dyrektora Wydziału Licencji w Ministerstwie Zdrowia oraz właściciela starego cmentarza.

Ilość i ranga spraw w okresie szalejącej pandemii skłonił rząd do powołania Ministerstwa Pochówków i Spraw Pogrzebowych. Celem było uproszczenie procedur komplikujących życie obywatelom. Pracownicy ministerstwa otrzymali do ręki poważne uprawnienia i natychmiast dostrzegli możliwości dodatkowych dochodów wydając zmieniając i cofając zezwolenia, licencje, uprawnienia, zakazy i nakazy. Kluczową postacią stał się inspektor sanitarny. Wybuch korupcji i nepotyzmu był nieunikniony. W otoczenie premiera i nowego ministra wkradły się chciwość, reklama, promocja i lans.

Odc. 29 Degradacja

Niekończąca się epidemia, niski poziom szczepień, blokada gospodarki, niekontrolowany rozwój nowych technologii prowadziły społeczeństwo Pokuty w jednym kierunku: degradacji psychicznej. Opozycja widziała w tym wspólny mianownik: nieudolność rządu.

– To jest najgorsze: trudna do zauważenia, stopniowa ale regularna degradacja społeczeństwa. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie w jakimś zakresie: życiu osobistym, rodzinnym, w pracy, w kontaktach towarzyskich – Salomon Ircha dzielił się swoimi obserwacjami z przyjaciółmi Erazmem i Marcinem Królem.

O zmianach społecznych niechętnie rozmawiał z Zuzanną, skłonną bagatelizować jego niepokoje. Uważała je za przesadne.

– Chcę cię chronić przed tobą samym. Masz skłonność widzenia świata bardziej w mroku niż w słońcu, co jest zdrowsze i co by mi mówiąc szczerze bardziej odpowiadało.

Najostrzej widział zmiany Grzegorz Koło. W przekonaniu, że jest głównym kronikarzem miasta, z poświęceniem oddawał się obserwacji zdarzeń. Mimo życzliwego stosunku do władzy i autorytetów moralnych nie wahał się przedstawiać swoich najgorszych obaw. Pisał bardzo osobiście, rzeczowo i zwięźle. Ten styl komunikacji najbardziej przemawiał do czytelników. Wierzono mu. Dla wielu stał się guru wiedzy o tym, co dzieje się, a nawet co się wkrótce wydarzy w kraju. 

– Narasta marazm, coraz powszechniejszy jest strach i niepokój. Depresja obejmuje już dwadzieścia procent społeczeństwa Pokuty, wkrótce będzie to trzydzieści procent i więcej. Szpitale psychiatryczne pękają w szwach. W gronie mojej rodziny, przyjaciół i znajomych zaobserwowałem ostatnio dwa załamania: mój kuzyn wpadł w alkoholizm, wskutek czego wyrzucono go z pracy, żona przyjaciela usiłowała popełnić samobójstwo. Czytelnicy dzwonią do mnie i mówią mi, że w mieście czai się obłęd lub oni mają takie przywidzenia. Co na jedno wychodzi. Na rogu ulicy Długiej i Kamiennej widziano na ślepej ścianie budynku obraz w stylu Edwarda Munka „Strach o rozwartych ustach ociekających krwią i wykoślawionych zębach”.

Epidemia była tak monstrualna, tak bardzo zdeformowała świadomość społeczną, że zaczęto ją personalizować, dostrzegać w niej i nadawać jej cechy ludzkie. Stała się realną postacią, którą widziano, z którą rozmawiano i którą opisywano. Modlono się do prosząc o ułaskawienie dla bliskich porażonych wirusem.

– Co to oznacza? – Zapytał dziennikarz Gazety Porannej i od razu odpowiedział: – To oznacza głębsze zaburzenia psychiki, narastanie uprzedzeń i postaw irracjonalnych.

Poczucie bezsilności i zagubienia było tak wielkie, że wszyscy marzyli o zbawcy, kimś, kto nie tyle wskaże światełko w tunelu, ile rozświetli cały kraj swoim entuzjazmem oraz zagwarantuje zwycięstwo.

– To zrozumiałe, ale naiwne oczekiwanie, że jak na zamówienie pojawi się przywódca, człowiek z charyzmą i szczęśliwą ręką. Tego się nie da tak prosto załatwić. Jesteśmy trudnym narodem, nieużytecznym, często wrednym. Dziś byłem w przychodni lekarskiej. Miałem umówioną wizytę u lekarza. Zapytałem panią w rejestracji, ile osob jest przede mną do tego specjalisty. Odpowiedziała mi:

Proszę nie pytać, tylko siadać przed gabinetem numer dwa i czekać.

– To przykład, jacy jesteśmy. Bezinteresownie wredni. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu – Erazm jak zwykle oceniał sprawy chłodnym, prawie naukowym okiem.

Pierwszy zauważył niebezpieczeństwo premier i zaniepokoił się. Udał się na poufne konsultacje z Leonem Burym, którego niezmierzone zasoby finansowe, inwencja, wpływy i poparcie stanowiły jego zaplecze polityczne.

– Ludzie stracili chęć posiadania dzieci. Mnie, ojca czwórki dzieci, marzyciela o szóstce potomstwa, niepokoi to w szczególności. To pierwszy tak wyraźny symptom załamywania się psychiki w naszym ukochanym kraju. Normalnie w warunkach zagrożeń ludzie pragną płodzić i mieć potomstwo. To nasza jedyna szansa przetrwania jako społeczeństwo.

Odc. 30 Oczekiwanie

Leon Bury podzielał niepokoje premiera i niezwłocznie podjął działania. Jako człowiek pobożny, członek kilku stowarzyszeń religijnych i dobroczynnych, założyciel Fundacji Dobroczynności Hosanna, miał poważne wpływy w Kościele Boga Wyrazistego, największej organizacji kościelnej w kraju. Wkrótce rząd otrzymał moralne wsparcie ze strony kościoła i związanych z nim organizacji oraz wiernych.

Premier zaprzągł do pracy swoich doradców. Pomocy udzielał im profesor Zube, doradca osobisty prezydent Jonasza Dygi. Osiągnięcia zespołu relacjonował Grzegorz Koło. Jego sprawozdanie było entuzjastyczne. Wróbel, przywódca opozycji parlamentarnej, twierdził otwarcie, że Gazeta Poranna otrzymała zlecenia reklamowe od rządu. Artykuł zamieszczony na pierwszej stronie ozdobiony był laurką z czerwonych róż.

– Jest to zapewne skuteczne, choć dziecinne i nieco głupawe. Róża jest wprawdzie królową kwiatów, ale nie jest bez kolców. To tak jakby prasować bieliznę rozgrzanym żelazkiem i przypalać sobie przy okazji skórę – Salomon i Erazm nie żałowali drobnych uszczypliwości pod adresem ludzi i mediów z deficytem dobrego gustu lub zbyt zbliżonymi do władzy.

– Zespół doradców premiera wykonał kawał solidnej roboty. Przeprowadził analizę epidemii, jakie miały miejsce od dziesiątego wieku, aby zgłębić ich naturę, przebieg i skutki. Wyciągnięto wnioski. Stało się jasne, że los społeczeństwa nie chronionego powszechnymi szczepieniami, całkowicie zależy od epidemii. Kiedy ona się nasyci swoimi ofiarami, społeczeństwo odzyska naturalny wigor.

Nie była to sytuacja najwygodniejsza dla władz kraju, odpowiedzialnych za zdrowie obywateli, ale nie było innego wyjścia. Rząd uzbroił się w cierpliwość i nastawił na przetrwanie. Premier Chudy, zrelaksowany po dobrze przespanej nocy, przetarł szmatką swoje eleganckie okulary i skwitował cynicznie:

– Odporność społeczna nie przychodzi za darmo. Ktoś musi za to zapłacić. To normalne, że koszt nieudanych przedsięwzięć ponosi społeczeństwo. Zupełnie jak w przysłowiu: Kowal zawinił, Cygana powiesili.

Członkowie gabinetu pokiwali zgodnie głowami tłumiąc resztki niepokoju myślą, że zarabiają zbyt duże pieniądze i mają wielkie wpływy nie po to, aby mieć wyrzuty sumienia. W grupie było łatwiej o jednoznaczność.

– Przegrana rządu w walce z wirusem to dzień pogrzebu resztek przyzwoitości rządzących wobec rządzonych – mruknął pod nosem rzecznik prasowy rządu. Swoje stanowisko objął kilka dni wcześniej i nie zdążył jeszcze w pełni przyzwyczaić się do sprawowania władzy.

Odc. 31 Aberracja

Wczesną wiosną pogoda załamała się, nastąpiły burze, powietrze nasyciła ogromna ilość ozonu. Jego działanie wirusobójcze było tak silne, że w ciągu kilku godzin znikły wielkie koncentracje wirusa obserwowane w sześciu punktach stolicy. Wieść o błogosławionym wpływie zmiany pogody na wirusa pierwsi ogłosili meteorolodzy. Natychmiast zelektryzowała ona mieszkańców stolicy, potem dużych miast, w końcu cały kraj.

– Mnie to poruszyło i uruchomiło zupełnie jak silnik spalinowy, który zaskoczył z opóźnieniem i od razu wszedł na wysokie obroty – powtarzał swoim kolegom mechanik samochodowy w warsztacie Otto Kamienny i Spółka.

Był to początek budzenia się Pokuty z letargu epidemiologicznego.

– W społeczeństwie drgnęła nić życia, jego serce zaczęło bić szybciej i żywiej rozprowadzać krew po organizmie. W końcu pojawiła się głowa i zaczęła myśleć. Tak zaczął się nowy etap naszego życia – napisał Grzegorz Koło.

Dobre wieści powtarzała co pół godziny w specjalnym komunikacie stacja telewizyjna Rubach i Spółka wspierana dotacjami rządowymi.

Wyzwolenie od wirusa nie oznaczało całkowitego powrotu do normalności. Kraj zmienił się duchowo i psychicznie. Pół zabrała ze sobą epidemia; ludzie, którzy szczęśliwie przeżyli, w większości borykali się z rzeczywistością. Szukano diagnoz, potwierdzających lub zaprzeczających ponurym ocenom sytuacji.

Na ulicach miast pojawiało się coraz więcej ludzi zagubionych. Zachowywali się dziwacznie, czasem nienormalnie. Niektórzy mieli na sobie piżamy, jakby dopiero co wstali z łóżka. Coraz wyraźniej ujawniały się postawy ekscentryczne i dziwactwa. Po trzech latach więzienia epidemiologicznego, dominacji wirusa i epidemii, niektóre osoby przeżywały zupełnie nieznane problemy i wyzwania. Wielu nie czuło, że nastała nowa epoka i gubili się w swoich zachowaniach i otoczeniu. Ludzie patrzyli w lustra i widzieli upiory. Wychudli, wycieńczeni, oczy bez blasku, zapadnięte policzki. Ich włosy były rzadsze i matowe.

– Nie poznaję samego siebie. Z trudem zdaję sobie sprawę z wolności od wirusa i epidemii, nie chce mi się wierzyć, że to prawda – Marcin Król skarżył się Erazmowi i Salomonowi na tradycyjnym już spotkaniu na molo. – Kraj zanurzył się w opary absurdu. Jako neurobiolog i lekarz widzę, że problemem jest przymglenie świadomości; ludzie zachowują się jakby poruszali się w gęstej mgle. Obserwuję to w szpitalu. Kontakt z pacjentami jest trudny; moje słowa docierają do nich z trudem, muszę je powtarzać, czasem pacjent w ogóle mi nie odpowiada. W zachowaniu, ruchach i wypowiedziach jest spowolniały jak pijany lemur.

Zuzanna miała własne obserwacje i chętnie dzieliła się nimi z Salomonem. 

– Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką. Powiedziała mi wprost, jakby nie rozumiała, że to coś nienormalnego:

– Musiałam ugotować wodę po raz drugi i trzeci, bo piszą, że woda gotowana jeden raz to trucizna. Po pierwszym gotowaniu trzeba gotować od nowa. Pokłóciłam się o to z mężem bo naskoczył na mnie.

– Opowiadasz bzdury – powiedział. – Zajmuj się czym poważniejszym, kobieto, niż słuchaniem kretynów w programach o gotowaniu i praniu na sucho. Świat nam się wali na łeb, bo zużywamy za wiele energii, a ty wodę gotujesz kilka razy! Zdajesz sobie sprawę, ile ty marnujesz energii elektrycznej?

Odc. 32 Nawyki

Zmiany zachowań ludzi wywołane przez wirusa nurtowały Erazma. Miał dużo czasu, aby o tym myśleć i zastanawiać się, dokąd to wszystko zmierza. Swoimi obserwacjami dzielił się chętnie z Salomonem.

– Ludzie się pogubili. Wiele czynności wykonują w sposób przesadny, czasem zupełnie niepotrzebnie. Widzę to każdego dnia na własne oczy. Siostra mego ojca, Nadia, uważnie śledzi zachowanie członków rodziny i wypatruje ich niewłaściwych zachowań. Widzi je wszędzie. Mam wrażenie, że prześladują ją jakieś złe wspomnienia. Wczoraj zdenerwowała się i powiedziała ojcu:

– Popatrz jak nabrudziłeś na podłodze.

Ojciec patrzył ale niczego nie dostrzegł. Dopiero jak się schylił, zauważył ledwo widoczny ślad obuwia i kilka ciemnych okruchów obok. Nie ulegało wątpliwości, że to on był sprawcą, bo wchodząc do mieszkania od razu nie zdjął butów, w których był na dworze. Nie chcąc denerwować siostry ani siebie takimi drobiazgami, wziął do ręki wilgotną szmatkę, aby przetrzeć podłogę w miejscu, gdzie pozostał ślad obuwia. Nadia nie pozwoliła mu na to.

– Tylko jeszcze rozmażesz! – ostrzegła rozeźlonym głosem. – Sama to zrobię, bo ja to zrobię dobrze. Ojciec poczuł, że znowu zawinił.

Wiem, że w innych domach dzieje się podobnie. Ludzie szukają czegokolwiek, czego można by się trzymać, jakichś dawnych nawyków, dobrych czy złych, to nie ma znaczenia.

Erazm obserwował, jak bardzo ludzie się zmienili. Zastanawiał się nad przyczynami i wymyślił sobie teorię. Wyjaśnił ją Salomonowi.

– Ludzie zdziwaczeli, zamknęli się w sobie. Nie zdają sobie sprawy, że nastała nowa epoka, która się rozwija. Tkwią w przeszłości w postawach, nie pasujących do nowej rzeczywistości.

Podjął obserwacje, rozmawiał i czytał doniesienia medyczne i naukowe. Po kilku dniach uznał, że nie były to całkiem nowe zjawiska. Do starych problemów dołączyły nowe.

Odc. 33 Prezydent i premier

Społeczeństwo oczekiwało wystąpienia kogoś ważnego, kto przemówiłby, przedstawił sytuację, wyjaśnił, co się stało i wlał trochę otuchy w serce narodu. Z urzędu wystąpił prezydent Jonasz Dyga zwany powszechnie Lambrekinem, wcześniej mało angażujący się w sprawy państwowe inne niż polityka zagraniczna i sport, jego ulubione hobby, które nazywał konikami. Prezydent przemawiał na Placu Defilad. Hasłem jego przemówienia było „Totalne odrodzenie”. Lubił używać mocnych słów.  Na trybunie obok prezydenta po prawej stronie stał Leon Bury, po lewej premier Chudy i kilku jego ministrów.

– Największy cios zadany nam przez wirusa Dracula i kolejne fale epidemii, to unicestwienie połowy naszego społeczeństwa i zdewastowanie psychiki drugiej jego połowy, której udało się przeżyć. Powiem wam szczerze, najszczerzej jak umiem, nazwę to po imieniu: klęska demograficzna i deformacja psychiczna to prawdziwa masakra. Ja sam czasem czuję się nieswojo, jakbym był w cudzej skórze, a przecież jestem tym samym prezydentem, co poprzednio.

Zaraz po prezydencie zabrał głos profesor Zybe, doradca i rzecznik prezydenta. Prezydent wypchnął go, aby wzmocnił jego słowa.

– Nie ma wśród nas już ludzi normalnych, każdy nosi w sobie jakąś aberrację. My, obecni tutaj na sali, naukowcy, mamy szczęście, że zachowaliśmy samoświadomość i potrafimy to nazwać.

Nie umiejąc odnaleźć się w pełni w nowej rzeczywistości rząd zajął się badaniami, sondażami, ocenami i dyskusjami. Podjęto je na wielką skalę. Najpierw prowadzono sondaże dla ustalenia, jaka jest skala deformacji społeczeństwa, potem określano ich zakres i obszary występowania.

W gabinecie premiera odbyła się narada z rządowym zespołem doradców potocznie zwanym Think-Tankiem Chudego. Rozmawiano w warunkach prawie polowych, ponieważ gabinet premiera był w przebudowie. Brak było mebli, stół był podparty krzesłem z oparciem przyciętym do wysokości blatu.

– To nie tylko wygląda nienormalnie. To jest nienormalne – pomyślał premier, odchrząknął i od razu przemówił, aby nie dać się sprowadzić na manowce złym myślom.

 – Przejrzałem wasz raport wstępny. Jest trochę przydługi i nużący. Ważne jest, jakie wnioski z niego wynikają. Nie mamy czasu, aby dyskutować szczegóły, proszę więc o streszczenie wniosków. Bardzo się spieszę – premier nie ukrywał zdenerwowania. Przypomniał sobie, że jego prywatna psycholożka doradzała mu, aby wyrzucał z siebie wszystkie złe uczucia.

Odc. 34 Think Tank 

Denerwowanie się stało się modne w sferach władzy. Pokazać, że pracuje się pod presją i ma się ambitne cele, było w dobrym stylu.

– Takie zachowanie jest „en vogue” – twierdziła wizażystka, zajmująca się wizerunkiem publicznym premiera. – Proszę koncentrować się na sobie, panie premierze, nie na otoczeniu. Ci, którzy pana otaczają to tylko statyści. Mówiąc prosto z mostu, bez zahamowań, pokazując swoje uczucia, tworzy pan wizerunek człowieka silnego i zdeterminowanego. Nie jest ważne, co pan mówi, ale jak to pan mówi. W czasach, kiedy umysły ludzi błądzą we mgle, społeczeństwo „en masse” ceni wyrazistych przywódców. Najważniejsza jest twarz, żelazna maska, ostry wzrok, sięgający w dal i w przyszłość, ton głosu silny jak dzwon. To co mówię, brzmi niezwykle, ale jest skuteczne w czasach aberracji, kiedy ludzie oczekują i potrzebują silnego przywódcy. Władcy, który nimi wstrząśnie i poprowadzi do szczytnych celów.

Premierowi odpowiedział przewodniczący think-tanku, starszy, nieco zgarbiony mężczyzna, wyglądem i zachowaniem przypominający zmęczoną kobietę z nierównymi brwiami. Miał opadające ramiona i skórę na rękach białą jak śnieg.

– Wygląda jakby je trzymał kilka lat w mydlinach. Przypomina praczkę na przymusowym urlopie po śmierci męża – pomyślał premier z niechęcią. Nie lubił takich postaci.

– Najpierw skala zmian, panie premierze. Według sondaży około połowy naszego społeczeństwa to ludzie z zaburzeniami psychicznymi.

– Powszechnie nazywają ich czubkami lub psycholami – odezwał się spokojny głos z głębi sali.

– Ma pan bogatą wiedzę. Może i ma pan rację, ale to nie są przyzwoite określenia, zwłaszcza w ustach naukowca – żachnął się premier. – Nie ma potrzeby szydzić z ludzkiego nieszczęścia.  

Przewodniczący think-tanku kontynuował.

– Mamy pogłębioną analizę sytuacji. Lista problemów i wyzwań jest długa. Dużo dłuższa niż można by pomyśleć. Na pierwszy plan wysuwają się depresja, nietypowe zachowania, białe plamy pamięci o tym, co zaszło, cukrzyca. Poza tym notuje się, na szczęście rzadziej, różnego rodzaju uczulenia i alergie, zachwiania równowagi. Wysoka jest liczba samobójstw. Seks i erotyka uległy daleko idącej degradacji; prawdopodobnie jest to sprawa osłabienia systemu hormonalnego. Powszechna jest nieruchawość i otyłość. Wynikają one z braku ruchu na świeżym powietrzu oraz objadania się.

– Co pan sugeruje, panie profesorze? Od czego zaczniemy? Pilnie potrzebujemy osiągnięć. Cywilizacja nas zawiodła, nie spełniła się. Musimy się ratować.

– Opracowaliśmy propozycje wstępne, ale nie jestem przygotowany do ich przedstawienia. Sądziłem, chyba słusznie – przewodniczącemu lekko zadrżały ręce i twarz się zaczerwieniała – że zechce pan wraz ze swoimi ministrami zagłębić się w szczegóły raportu, aby w pełni zrozumieć, w jakim miejscu znajdujemy się jako społeczeństwo. To bardzo ważne.

Odc. 35 Odprawa

Premier wydawał się niewzruszony w swoim zamiarze zachowania spokoju. Postanowił zignorować słowa mówiącego, uznając je za nieudany test jego cierpliwości.

– Pozostanę spokojny jak płyta nagrobna wobec pańskiej propozycji – jego własne słowa go zaskoczyły. – Przepraszam, że tak mówię, ale wciąż myślę o milionach ofiar epidemii. Musimy wszyscy wyrwać się z tego nastroju. Obrócił głowę w okienku przewodniczącego Think Tanku:

– Na kiedy będzie pan ostatecznie gotowy z propozycjami? Proszę sformułować je jak najzwięźlej, bardzo krótko. Zdaję sobie sprawę z tego, że macie państwo do wykonania jeszcze masę roboty, ale my, klasa polityczna, ludzie czynu, nie mamy tego luksusu, aby zastanawiać się zbyt długo. Musimy szybko podejmować decyzje. Energiczne działanie to nasz priorytet – premier myślał jeszcze chwilę, szukając w głowie jakiegoś zręcznego sloganu dla podsumowania, nic zgrabnego nie przyszło mu jednak na myśl.

– Będziemy gotowi za trzy dni, w piątek – w głosie profesora słychać było ton obrażonego człowieka. – Na którą godzinę zadysponuje pan spotkanie? I gdzie ono się odbędzie?

Za plecami premiera ukazała się głowa jego sekretarza. Przylizane włosy nadawały mu służalczy wygląd a wąska twarz upodobniała do lisa. Nie był lubiany przez otoczenie; premier Chudy cenił go za jego lojalność, pracowitość i pomysłowość.

– Umówmy się, panie profesorze, Tutaj, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie jak dzisiaj, tylko nie za trzy dni, ale jutro. Pański zespół musi pracować przez całą noc, nic na to nie poradzimy.

Sylwetka zmęczonej praczki jeszcze bardziej uwidoczniła się w przewodniczącym think-tanku. Profesor popatrzył niepewnie na swoich współpracowników. Ich twarze pozostały obojętne.

– Czyli jutro, o godzinie dziesiątej rano. Tutaj, w tym samym pokoju? – upewnił się przewodniczący.

– Dziesiąta zero-zero. Punktualnie. Jak nożem uciął – ironicznie dodała kobieta o bujnych włosach i lekko zaczerwienionej twarzy. Była wiceprzewodniczącą zespołu, osobą ustosunkowaną, pozwalającą sobie na drobne szyderstwa wobec premiera i jego współpracowników.

– Punktualnie jak w garnku szwajcarskim. Przepraszam, jak w zegarku szwajcarskim – dodał ktoś jeszcze.

Nikt się nie zaśmiał. Premier uznał zachowanie członków rządowego think-tanku za potwierdzenie prawdziwości teorii o zmianach psychicznych społeczeństwa. Wszyscy naukowcy wydali mu się nagle jednakowi.

– Jajogłowi sceptycy. Błyszczące oczy, przygarbione sylwetki i głowy nabite wiedzą w takiej ilości, że sami się w nich gubią – pomyślał z niechęcią.

Premier powstrzymał ręką swoich ludzi, aby goście mogli wyjść pierwsi. Opuszczając gabinet gęsiego, żegnali się kiwnięciami głowy.

– Musimy dawać innym przykład, jak się zachowywać w nowych warunkach – wyjaśnił współpracownikom, kiedy już goście wyszli. – Myślę o zorganizowaniu szkoleń w zakresie nowego savoir-vivre. Nie mam jeszcze tylko nazwy.

-Savoir-vivre nowych czasów. To tytuł uniwersalny, każdy go zrozumie – zaproponował sekretarz, usłużnie otwierając drzwi przed zwierzchnikiem.

Odc. 36 Szkoła i dzieci

Wiktor Cichy wznowił zarzuconą w okresie letargu praktykę spotkań dyskusyjnych przy krawężniku na osiedlu Aura. Osiedle traktował jak miniaturę kraju. Od północy znajdował się zbiornik wodny, od południa pagórek z ogródkiem zabaw dla dzieci, od wschodu płaskie, porośnięte chaszczami nieużytki, od zachodu uporządkowany i zabudowany teren. Swoją działalność uznawał za powołanie społeczne; mógł je pełnić z powodzeniem będąc na emeryturze i dysponując dużą ilością czasu.

– Trzeba rozruszać społeczność osiedlową. To obowiązek obywatelski, konieczność – mawiał, motywując tym przypomnieniem przede wszystkim siebie.

Na osiedlu Aura nazywano go także Ekscentrykiem i Odmieńcem. Reagował na to spokojnie:

– Nie przeszkadza mi to, bo takie mamy czasy: dywersji słownej, pomylonych pojęć, oszołomienia intelektualnego, zdeformowanej etyki. Wirus i kolejne fale epidemii potężnie namieszały ludziom w głowach. Trzeba ich ratować przed nimi samymi. Niektórzy osobnicy posuwają się tak daleko w swoim zachowaniu fanaberycznym, że oskarżają siebie samych o niegodne postępowanie, zbrodnię czy szaleństwo. Znam takie przypadki.

Kiedy sąsiad go poprosił, aby pokazał choćby jeden przykład, Wiktor powołał się na Józefa N. Nie chciał podać jego nazwiska, co poważnie osłabiło wiarygodność jego argumentu.

Wiktor rozlepił afisze zarządzając pierwsze spotkanie na godzinę jedenastą następnego dnia. Pięć minut przed czasem był już na miejscu. Poczekał do jedenastej pięć.  

– Dziś będziemy dyskutować o dezorientacji współczesnego człowieka. Dokładny temat to: „Czy jesteśmy zagubieni psychicznie w czasie i w przestrzeni?”. Ostatnio słyszę, jak ludzie powtarzają te same słowa:

– „Jesteśmy na samym krańcu przylądka wieków. Wczoraj umarły czas i przestrzeń”. Jest to jawne nadużycie, ponieważ to hasło pochodzi z Manifestu Futuryzmu ogłoszonego w 1909 roku, mającego rozpocząć rewolucję kulturalną. Wierzą w nie tylko ci, co nie znają historii myśli społecznej oraz ci, którym kilka fal epidemii tak utłukło rozum w głowach, że już nie potrafią myśleć inaczej, bardziej twórczo, znaleźć w swojej wyobraźni ziemi uprawnej, bogatej, na której mogliby wyhodować nową rzeczywistość. Ci z ubitymi myślami pozostali zamknięci w ciasnocie swoich kościołów, skostniałej wiary w Boga, pokoju partyjnego czy wypowiedziach ulubionych aktywistów, łżących w telewizji, w gazetach, na portalach internetowych oraz na wiecach partyjnych. Wszystkie te sytuacje przypominają mi zatęchłe klatki schodowe ponurej przeszłości.

– Mówi o ludziach, którzy dali się zaszufladkować – komentowali sąsiedzi z osiedla Aura, otwarci na rzeczywistość. – Niech Bóg będzie z nimi. Oni są już straceni. Musimy poczekać, aż ich czas przeminie.

Wiktor nie komentował tych wypowiedzi, tylko rwał naprzód ze swoim przekazem.  

– Poczucie zagrożenia i obcości pcha się do miast i wsi wszystkimi bramami, furtkami i dziurami w płotach. Widzę je wszędzie. Często zaczyna się ono całkiem niewinnie – podjął Wiktor, korzystając nadal z notatek. Widząc zainteresowanie tematem, po chwili mówił już z głowy.

– Najbardziej zagrożeni aberracją są najmłodsi. Ostatnio przypadkiem widziałem film dla młodzieży zatytułowany „Przysłowia”. Miał prostą fabułę. Chodziło o wiejską szkołę, w której dzieci ćwiczą i rozwijają wyobraźnię przypominając sobie przysłowia i tworząc własne. Przysłowia są notowane w zeszytach, wypisane na ścianach i tablicach, wszędzie można też znaleźć ich ilustracje graficzne. Obejrzałem ten film do końca. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że został on zaakceptowany przez ministra szkolnictwa. Domyślam się, że w grę musiały wejść znajomości lub łapówka, lub jedno i drugie. Producent filmu, reżyser, scenarzysta i ci, którzy go dopuścili do dystrybucji w szkołach, chyba upadli na głowę.

Odc. 37 Walka o dzieci

– To przerażający, szalony film – wyjaśnił Wiktor Cichy.

Po oczach słuchających go mieszkańców osiedla widział, że jego wystąpienie wzbudziło zainteresowanie.

– Film „Przysłowia” jest nie tylko kontrowersyjny, ale wręcz nienormalny; dzieci wcielają się w role katów i oprawców. Wyobrażacie sobie to? Gra z pozoru jest niewinna. Chodzi o przypominanie sobie i wymyślanie przysłów z wyrazami takimi jak kat, oprawca, morderca, dręczyciel, prześladowca i podobne. Są to mocne wyrazy, co według twórców filmu ma stymulować dziecięcą pomysłowość, wyobraźnię i fantazję. Nie wiem, kto zlecił i zapłacił za ten film, ale wiem, kto go reżyserował. Jego stworzenie musiało drogo kosztować, ponieważ w czasie kręcenia nastąpił tragiczny wypadek, potem drugi i trzeci, i do sądu trafiły pozwy o odszkodowania przeciwko producentowi i reżyserowi. Oskarżono ich o przekroczenie uprawnień, niedopatrzenie obowiązków służbowych oraz nieprzestrzeganie przepisów bezpieczeństwa pracy.

Wydarzenie nabrało publicznego rozgłosu za sprawą Grzegorza Koło, kierownika działu „Nowiny”, aktywnie wspieranego przez Pawła Isika, redaktora naczelnego Gazety Porannej.

– Wprawdzie sam nie mam dzieci … chyba że mam, jednakże nic o nich nie wiem … usiłował żartować Grzegorz – ale historię filmu „Przysłowia” wziąłem sobie na kieł. Dotyczy ona sporu między producentami i dystrybutorami filmów sprzedawanych dla osiągnięcia dochodu, a interesami społeczeństwa, w tym przypadku dzieci i ich rodziców. Producenci i dystrybutorzy bronią film „Przysłowia” na zasadzie konstytucyjnego prawa do wolności wypowiedzi i swobody artystycznej. Wyjaśnia to, dlaczego nie możemy zakazać pokazywania tego filmu w szkołach. To wielkie wyzwanie, ponieważ nie jest łatwo udowodnić związek między treścią filmu a jego wpływem na psychikę ludzką. Dlatego dołączam się do walki o szczęśliwe dzieciństwo. Ratujmy dzieci!

Ratowano dzieci czytając im bajki mądre, szlachetne w treści, zawierające w sobie piękno, a nie bajki o smokach, potworach i wypijających krew wampirach. Taka powinna być rzeczywistość – zapisał w prywatnym notatniku Grzegorz Koło, kontestator spraw bezproduktywnych, okrucieństwa, chciwości i zwykłej ludzkiej głupoty.

W obliczu trudnej, aberracyjnej rzeczywistości, tylko jednostki najbardziej niezależne i twórcze wracały do normalności zmieniając swoje sposoby myślenia i postępowania. Rok później Grzegorz Koło pisał już o dwóch nurtach zachowań. Entuzjazmował się tym rozróżnieniem.

– Pierwszy nurt jest realistyczny ale zachowawczy: „Jest tak jak jest, zróbmy tyle, ile można zrobić, działajmy tu i teraz”. Drugi jest bardziej teatralny, przez co skuteczniejszy, ponieważ przemawia do wyobraźni; kieruje się fantazją, ucieczką do przodu, groteską, wyobrażeniami, życiem w chmurach. Jego hasło to: „Obnośmy się ze swoją prywatną radością, entuzjazmem i miłością, przedstawiajmy wirusa jako zjawisko biologiczne o malejącym znaczeniu w przyrodzie”.

Odc. 38 Redaktor i premier

Po kilkunastu miesiącach – tyle czasu zajęło społeczeństwu oswojenie się z aberracyjną rzeczywistością – ludzie zaczęli dostrzegać i uczyć się, jak nie dać się utopić w nienormalności. Nie wiadomo dlaczego nazywano ich słabeuszami. Ich poglądy i opinie przedstawiał Grzegorz Koło. Konsekwentnie umacniał swoją rolę samozwańczego kronikarza miasta i kraju. Czynił to, lawirując między oczekiwaniami czytelników a schlebianiem rządowi wspierającemu media środkami przeznaczonymi na edukację społeczeństwa w czasach aberracji.

– Ci rzekomi słabeusze, to w istocie ludzie dobrze sobie radzący. To oni, a nie kto inny, odnaleźli się w literaturze, malarstwie, gotowaniu fikuśnych potraw, pozytywnych rozmowach o dobroci, rozmyślaniach, spacerach nad wodą lub po lesie, pomaganiu innym, dłubaniu w drewnie czy przy rowerze, opiece nad dziećmi, pisaniu wierszy, a nawet prowadzeniu tramwaju tak, aby się nie wykoleił. W ten sposób unikają jałowych rozmów o niczym, bezmyślnego stukania w klawiaturę smartfonu, alkoholizmu, depresji, cukrzycy i innych chorób cywilizacyjnych.

Premier Chudy widział rzeczywistość od innej strony. Dla niego aberracja okazała się bardziej bolesna i wymagająca. Szukał nie tylko własnej drogi sukcesu, ale i drogi powodzenia całego państwa. Kiedy wracał do domu po znojnym dniu pracy miał jeszcze tyle siły i samozaparcia, aby dzielić się z żoną wiadomościami.

– Na ulicy widziałem członków jakiejś nowej Armii Zbawienia głoszących dobrą nowinę. Mówili, że wirus i epidemia już nam nie grożą, uległy degradacji, stały się kalekami. Ci ludzie używają dziwnych sformułowań i teorii. Twierdząc, że wirus popełnił samobójstwo, przypisują mu cechy ludzkie. To prawdopodobnie antyszczepionkowcy, a na pewno maniacy i dewianci umysłowi. Tylko utrudniają mi życie, mnie i mojemu rządowi. Chyba powinienem kazać do nich strzelać.

Premier uspokoił się dopiero wtedy, kiedy żona zaciągnęła go do łóżka. Nastrój mu się poprawił, rozgadał się ponownie.

– Tylko miłość jest rzeczywista. Ale tylko ta prawdziwa. To znaczy taka, w której pożądanie i zaspokojenie fizyczne idzie w parze z autentycznym uczuciem do drugiej osoby.

– A jaka jest prawda twojej miłości? – zapytała go żona.

Wiedziała, co jej odpowie i nie czekając schwyciła go dłonią za penisa, aby pobaraszkować. Lubiła go prowokować, wzbudzać w nim pożądanie. Nie pozostał jej dłużny.

– W taki oto sposób łączymy piękne z pożytecznym, miłość z seksem, wyuzdanie z delikatnością. Jesteśmy wspaniali! – krzyknął premier.

Nie trwało to długo. Chwilę później przypomniał sobie siermiężną rzeczywistość: w pracy ma mnóstwo nierozwiązanych problemów a opozycja i duża część społeczeństwa uważają go za łgarza i łajdaka. To wypędziło go z łóżka, wywołując grymas niechęci na twarzy żony. Zignorował jej uczucia, miał własne sprawy do przemyślenia.

Jedna myśl męczyła go w szczególności. Wracała regularnie jak oprawca, aby go nękać. Kiedykolwiek pojawiło się coś wrednego do zrobienia, co szło przeciwko zdrowemu rozsądkowi lub przyzwoitości, natychmiast zdawał sobie sprawę, że ustępując Leonowi Buremu, sprzedaje się jak prostytutka.

– Ten właściciel firm, ludzi i idei, narzuca swoją wolę innym, wynagradzając ich sowicie, kupując ich dusze i sumienia zupełnie jak kawałek kurczaka w sklepie mięsnym na rogu. – To despota, ale jest mi z nim dobrze. Muszę tylko postępować wbrew własnemu sumieniu, oszukiwać siebie. Jestem zwykłym łajdakiem – mimowolnie głośno wypowiedział ostatnie zdanie.

Żona natychmiast zareagowała.

– Co ty pleciesz?! Jesteś bardzo atrakcyjnym mężczyzną i porządnym człowiekiem. Dbasz o rodzinę i kraj, choć coraz słabiej jest z twoim libido. To ładny wyraz, nieprawdaż – usiłowała odciągnąć męża od niedobrych myśli, zagadać go, zwracając uwagę na piękno słów i powaby własnego ciała.

– Prawdaż – mruknął, zagłębiając się w swoje nieszczęście.

Znowu czuł się podle. Pomyślał, że dopada go depresja jak tysiące innych ludzi. Bał się jej. Widział, jak potrafi dewastować najsilniejsze jednostki. Najbardziej jednak męczyło go sumienie.

Odc. 39 Przyjaciel Szymon

Szymona Karolaka Salomon znał od lat. Przez długi czas – głównie z uwagi na nadmiar własnych obowiązków – utrzymywał z nim sporadyczne kontakty. Spotkał go przypadkowo po wybudzeniu się społeczeństwa z letargu. Od tego czasu rozmawiał z nim częściej, głównie telefonicznie, bo mieszkali daleko od siebie. Dużo też korespondował z nim pocztą elektroniczną. Było to wygodne. Lubił to oderwanie od rzeczywistości, ponieważ Szymon często przebywał w świecie urojeń i fantazji i co jakiś czas podsyłał mu ciekawe wypowiedzi, obserwacje, klipy video i linki.

– Nic nienormalnego w nim nie widzę. On jest trochę nienormalny, będąc z zasady normalny. To cecha aberracyjnej współczesności. Człowiek nawet nie wie, kiedy wejdzie w bagno dezorientacji – tłumaczył Zuzannie, po kobiecemu krytycznej wobec niepraktyczności człowieka.

– Szymon jest jak duże dziecko – Salomon usiłował tłumaczyć przyjaciela. – Łatwo traci z oczu i pamięci to, o czym mówił przed chwilą, widzi przed sobą ciągle jakąś nową piaskownicę, wiaderko i ciężarówkę do przewozu piasku. Albo samolot odrzutowy kierowany sztuczną inteligencją, albo wielką firmę , którą sam tworzy a potem nią kieruje z wielkim sukcesem. Ostatnio założył farmę rasowych królików, budował drogę w Kongo i pośredniczył na wielką skalę w handlu między Europą i Chinami. To nieszkodliwy marzyciel, bajarz i entuzjasta. Któregoś dnia zapomni się, nadmucha i uleci w przestworza jak balonik nucąc po drodze piosenkę o księżycu.

W istocie Szymon był bardzo inteligentnym człowiekiem, miał szeroką wiedzę, niemało podróżował, dużo czytał. Chyba nie było tematu, który by go nie interesował. Salomon usiłował zwrócić mu uwagę na ten aspekt jego osobowości, aby się trochę bardziej kontrolował.

– Masz zainteresowania encyklopedyczne. Mógłbym wybrać dowolne hasło z Encyklopedia Britannica, chyba najobszerniejszej encyklopedii na świecie, i będziesz od razu mieć coś do powiedzenia na ten temat.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiła się u Szymona nowa cecha. Stał się namiętnym zbieraczem przeróżnych rzeczy, przeważnie niepotrzebnych. Oczywiście sam tak nie uważał. Przyznał się Salomonowi, że reagował szybko i spontanicznie, kiedy widział tanią okazję zaspokojenia potrzeb swoich, najbliższej rodziny lub społeczności, której pomagał.

– Kiedy zobaczyłem ogłoszenie kobiety oferującej bezpłatnie dwie szafy z półkami, wszystko w bardzo dobrym stanie, od razu zdecydowałem się je zabrać. Ponieważ sam nie mam dosyć miejsca, umieściłem jedną szafę w domu córki, drugą w domu ojca. Oboje buntowali się, kiedy zobaczyli nowy mebel, ale im powiedziałem, że wkrótce go zabiorę. To ich uspokoiło.

Tak było ze wszystkim: z książkami, nieużywanym rowerem turystycznym z przerzutką, sprzętem komputerowym, narzędziami stolarskimi. Salomon widział w tym podobieństwo do uznał to za początki kleptomanii.

Szymon miał też inną, ciekawą cechę – niezwykłą skłonność do zmiany tematu rozmowy.

– Rozpoczęcie rozmowy z nim o czymkolwiek prowadzi mnie zawsze na manowce – Salomon dzielił się obserwacją z Zuzanną. – Zaczniemy mówić o zbieraniu grzybów, wspomnę, że pojechałem na grzyby moim nowym samochodem i wymieniam jego markę, on natychmiast podejmuje temat samochodu i opowiada mi, jaki mu się szczególnie podoba oraz opisuje, jaki jest fenomenalny, jakie ma osiągi i gdzie można go kupić.

0Shares

Wykład profesora Inha. Opowiadanie. 14 odcinków.

Odc. 1 Czas próby

Po miesiącach szalonej ekspansji, pozostawiając po sobie tysiące ofiar, wirus spowolnił swój zabójczy marsz. Zachowywał się jak zwycięska armia wycofująca się na odpoczynek po zakończonym podboju kraju.

Dwa lata od pojawienia się wirusa epidemia wciąż trwała. Rząd utrzymywał w mocy zasady postępowania w miejscach publicznych: noszenie maseczek i rękawiczek ochronnych, bezpieczna odległość, żadnych zgromadzeń, unikanie spotkań nawet w małej grupce, ograniczone przejazdy środkami komunikacji publicznej.

Nie wszyscy obywatele stosowali się do tych zasad. Dla kontroli niesubordynacji wprowadzono dodatkowe środki: godzinę policyjną, patrole dzienne i nocne, obowiązek zgłaszania osób podejrzewanych o to, że są zakażone, obowiązek kwarantanny, odbywanie dłuższych podróży tylko za specjalnym zezwoleniem, w końcu obowiązek szczepienia się. Zaostrzono też kary za nieprzestrzeganie przepisów. Mimo drakońskich środków ilość zakażeń nie spadała, a ilość zgonów nawet wzrosła.

Ludzie najbardziej kompetentni, lekarze i naukowcy, też ulegali tej atmosferze. „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik kraju, przeprowadził wywiad z doktorem Emilem Łupko, ordynatorem Szpitala Miejskiego nr 2, który podpalono, kiedy odmówił przyjęcia czekających w karetkach pacjentów.

– Nie mieliśmy już ani jednego wolnego łóżka. Ludzie oszaleli. Podpalać szpital?! Po części im się nie dziwię, bot to nie jest zwykła epidemia, ale prawdziwa zaraza. Kojarzy mi się z dżumą panującą w Cesarstwie Bizantyjskim w latach 541-542. W samym Konstantynopolu umierało wtedy pięć tysięcy osób dziennie; trupy walały się na ulicach, bo nie nadążano z ich usuwaniem. Oczywiście były to inne czasy: poziom higieny był niski, panowała plaga szczurów i pcheł, roznosicieli epidemii, nie było szczepionek. Zmarło wtedy czterdzieści procent mieszkańców Konstantynopola. W sumie na świecie zmarło sto milionów osób. Kiedy o tym myślę, lepiej rozumiem podpalaczy. Oczywiście absolutnie nie akceptuję ich zachowań.

W telewizji przedstawiono teatralną inscenizację wydarzeń w Konstantynopolu. Nie została dobrze przyjęta. Reżyser tłumaczył następnego dnia.

– Był to spektakl o charakterze historyczno-edukacyjnym. Widzowie nie zrozumieli naszych intencji, potraktowali je jako wizję, tego co się zdarzy w kraju. Jesteśmy chorobliwymi pesymistami; spektakl telewizyjny traktujemy jak rzeczywistość! Jako reżysera boli mnie ta nienormalność widzenia świata. Sztuka teatralna to nie zapowiedź przyszłości. 

Roman Desiru, premier rządu, obawiał się tylko jednego: upadku zaufania obywateli do władzy, zaniku wiary, że to co robi rząd, daje efekty. Bunt społeczeństwa groził mu dymisją a nawet sądem, ponieważ oskarżano go o niedopełnienia obowiązków służbowych oraz niewykorzystanie środków, jakie miał w dyspozycji jako szef rządu. To mogło być bardziej niż tragiczne.

Odc. 2 Rozmowa

Sypialnia pogrążała się w mroku wieczoru. Roman Desiru, już w piżamie, siedział w fotelu i przyglądał się światłom za oknem, kiedy do pokoju weszła żona.

– Co u dzieci? Przywitałem się z nimi, ale nie zdążyłem porozmawiać. Nie miałem już siły, taki jestem zmordowany. Nie wiem doprawdy, jak długo jeszcze wytrzymam.

Właściwie to nie powinien pytać, ponieważ znał sytuację. Dzieci miały stałą opiekunkę i radziły sobie dobrze. Od pewnego czasu nie chodziły do szkoły z uwagi na epidemię, uczyły się zdalnie.

Udzieliwszy mężowi wyjaśnień, Anna podeszła do szafy i wyjęła nową koszulę nocną. Od dłuższego czasu nie spała z mężem. Zostawał na noc w pracy albo wracał bardzo późno zbyt zmęczony, aby cokolwiek z siebie wykrzesać. W budynku rządowym obok gabinetu miał łazienkę i małą sypialnię. Nie była tym zachwycona. 

Przez chwilę oboje milczeli. Anna nałożyła koszulę nocną i przeglądała się w lustrze. Miała za grube nogi. Zawsze ją to denerwowało. Nigdy nie pogodziła się ze sobą. Przestała myśleć o tym, kiedy popatrzyła na męża. Zadała sobie pytanie, czy jego częste zostawanie na noc w pracy nie oznacza czegoś innego niż nadmiar obowiązków. W domu był do niczego. Usprawiedliwiała go, ponieważ wszyscy czuli się podle. Epidemia nikogo nie oszczędzała, z wyjątkiem ludzi potrafiących zachowywać się beztrosko nawet na cmentarzu. Była spostrzegawcza; niektórym osobom epidemia w niczym nie przeszkadzała, podczas gdy inni popadali w rozstrój nerwowy.

Premier przerwał milczenie.

– Atmosfera ostatnich tygodni bardzo źle mnie nastraja. Czuję się osaczony. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nikt nie czepia się ministra zdrowia, tylko mnie. Otrzymuję anonimowe pogróżki i to tak liczne, że aż trudno uwierzyć. Nazywają mnie Antychrystem, złodziejem i bydlakiem, który nie dba o zwykłego obywatela tylko o siebie i swoich kumpli. Tak to określają: kumpli!  

– Możesz chyba przyznać, że jest w tym trochę prawdy?

– Jakiej prawdy!? Czy ty oszalałaś?

Zrozumiawszy, że użyła niewłaściwych słów, Anna próbowała wytłumaczyć się.

– Nie mam na myśli tego, o co ludzie cię oskarżają, tylko o to, co rząd robi, aby zapewnić bezpieczeństwo tobie, twoim ministrom i tym waszym najwyższym dostojnikom. Nie wiem skąd ludzie o tym wiedzą, ale Zosia …

– Jaka Zosia? Nie znam żadnej Zosi – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz niepokoju.  

– Moja przyjaciółka Zosia – wyjaśniła spokojnie Anna. – Poznałeś ją kiedyś na przyjęciu u nas. Ruda, szczupła, mniej więcej w moim wieku. Otóż Zosia opowiedziała mi wszystko z takimi szczegółami, że przechodzi to ludzkie wyobrażenie. Zarezerwowaliście w tajemnicy cały szpital na terenie garnizonu wojskowego i trzymacie go w gotowości dla potrzeb członków rządu, prezydenta i marszałków parlamentu. Także o tym, jak luksusowo jest urządzony i wyposażony. I to, że za każdym z was jeździ nieprzerwanie karetka pogotowia z lekarzem i ratownikiem, w pełni wyposażona, gdziekolwiek się nie udajecie, nawet dla przyjemności. Bo nie powiesz mi, że tylko harujecie od rana do wieczora!

Premier zamilkł, zastanawiając się, kto mógł ujawnić tajne informacje. Były zastrzeżone tylko dla niewielkiej grupy osób. Oderwał się od tej myśli i narastającego gniewu, że ktoś z jego najbliższego otoczenia coś fatalnie spieprzył. Chciał odwrócić uwagę żony od drażliwego tematu.  

– Mam inne, ważniejsze problemy. Boję się upadku z dużej wysokości. Wszystko mi się źle kojarzy. W dzieciństwie, jak pamiętasz, spadłem z dachu stodoły na wsi, gdzie będąc jeszcze dzieckiem wyjeżdżałem na wakacje, potem miałem ten głupi upadek z konia, w końcu, na szczęście – niezbyt tragiczne – to ześliźnięcie się z mokrej ścieżki skalnej w trakcie wiosennej wyprawy w góry.

Anna pamiętała jego przeżycia; pociągnęły za sobą poważną operację nogi i półroczny pobyt w szpitalu. Przypomniała sobie też zdjęcie konia, którego oddano do rzeźni dlatego, że zrzucił z siebie męża. Było to szalone i niebezpieczne zwierzę. Nie za bardzo w to wierzyła. Skojarzyła je sobie z epidemią, której skutki zależały w dużej mierze od zachowań ludzi.

– Przepraszam cię, na chwilę wyjdę z sypialni. Przypomniałam sobie, że muszę zamówić w Internecie nowe maseczki antywirusowe i jednorazowe rękawiczki dla nas wszystkich. Nie chcę, abyś wszystko przynosił nam z pracy.

Odc. 3 Przesilenie

Po miesiącach wznoszenia się i opadania fali epidemicznej, zakazy i ograniczenia wprowadzone przez władze wyczerpały społeczeństwo. Pojawiło się poczucie nienormalności i pogłębiającego się lęku. Ludzie bali się wszystkiego: ci, którzy utracili pracę, z czego będą żyć, ci którzy ją wciąż mieli, że ją utracą, pracodawcy bali się bankructwa, konsumenci – braku zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby. Przerażenie budziła perspektywa wzrostu cen i spekulacji, uciążliwości kwarantanny i problemów ze snem. W końcu nadeszły natrętne myśli i groźby zabójczej depresji, oddzielenia od rodziny i przyjaciół i ostatecznej utraty gruntu pod nogami.

– Ludzie boją się własnego cienia. To najtrudniejszy okres w życiu naszego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich stu lat – premier pogrzebowym głosem podsumował posiedzenie rządu.

– To znaczy, że oprócz śledzenia liczby zgonów, zakażeń, szczepień, zajętych łóżek w szpitalach i respiratorów oraz wydatków budżetowych musimy także monitorować nastroje społeczne. Zapędzony w ślepy róg człowiek jest bardziej niebezpieczny niż dzikie zwierzę – minister zdrowia uznał, że powinien podkreślić, jak jego liczne już obowiązki powiększają się dodatkowo.

– Dlaczego bardziej niż zwierzę? – niechętnie zdziwił się szef rządu.

– Bo jest nieobliczalny, przewrotny i pazerny.

Po nijakiej wiośnie, kiedy dyszące z wysiłku słońce słało na ziemię rachityczne promienie, nadeszło długo oczekiwane lato. Na dobre rozpanoszyła się zieleń i ciepłe dni. Społeczeństwo, przede wszystkim młodzi ludzie, zaczęło patrzeć w przyszłość z nadzieją.

– Nadzieja ratuje nas przed depresją i szaleństwem – pocieszali się nawzajem, coraz śmielej zdejmując maseczki, aby odsłonić twarz na słońce.

Wkrótce nastąpiło nieszczęście, którego najbardziej obawiał się premier: społeczeństwo zbuntowało się przeciw ograniczeniom i niepewnej przyszłości. Nastąpiła masowa ucieczka do przodu. Czy była ona racjonalna czy nie, nie miało znaczenia; ludzie poczuli potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości. Ich nadzieję na lepsze jutro umacniały strzępy informacji: w jakimś szpitalu na drugim końcu świata zastosowano z powodzeniem jakiś lek, naukowcy instytutu badawczego Sigma, o którym nikt nigdy nie słyszał, ogłosili postęp w pracach nad nową, rewelacyjną szczepionką, ozdrowiała zarażona wirusem stuletnia kobieta przywieziona do szpitala w stanie ciężkim.

Roman Desiru przeklinał swój los. Dwa lata wcześniej stanowisko premiera wydało mu się błogosławieństwem. Nie mógł go spotkać większy zaszczyt. Teraz kamieniem młyńskim ciążyła mu odpowiedzialność za społeczeństwo żyjące w pułapce epidemii i przekonane, że to on osobiście odpowiada za jego losy. Niepokój narastał w nim nieprzerwaną falą. Efekty nie kazały na siebie czekać.

– Jesteś impotentem – oświadczyła mu zrozpaczona żona po trzeciej próbie zbliżenia, w której uczyniła wszystko, co mogła. – I już tak chyba zostanie!

Nie mogła być bardziej rozczarowana. Nic nie pomogło. Najbardziej seksowna bielizna, demonstrowanie powabów kobiecości z przodu i z tyłu, namiętne ocieranie się, stymulacja miejsc zmysłowych i pieszczoty, którymi cierpliwie go obdarzała w oczekiwaniu wzajemności.

Premier zdał sobie sprawę, że jego libido spadło poniżej zera. Cyfra ta budziła w nim przerażenie; oznaczała nicość. Był zdruzgotany.

Z uwagi na rosnącą możliwość zakażenia Desiru od tygodnia nie spotykał się bezpośrednio z członkami gabinetu. Dyskusje i wymiany poglądów odbywały się zdalnie przez komunikatory. Po otrzymaniu najnowszego sondażu opinii publicznej o nastrojach społeczeństwa, premier złapał się za głowę. Na ekranie widział trzynaścioro członków swego gabinetu.

– Wiara ludzi w przyszłość przeszła z fazy głębokiego pesymizmu wprost do optymizmu. Czy oni oszaleli? Patrzeć z nadzieją w przyszłość, kiedy wirus nie zmniejsza swego śmiertelnego żniwa? Zróbcie coś do diabła w tej sprawie, bo oszaleję! Jesteście ministrami! To wy dysponujecie ludźmi, technologią, funduszami i innymi środkami!

Ramona Trudo, matka dwóch córek i babka pięciorga wnucząt, z niechęcią obserwowała letni rozkwit nadziei. Była kobietą aktywną, szczyciła się tym. Oglądając telewizję, czytając newsy, rozmawiając przez telefon z rodziną i przyjaciółmi, analizując wypowiedzi fachowców na temat epidemii, uważała entuzjazm za przedwczesny i nieuzasadniony. Jego pojawienie się zbiegło się w czasie ze zmianą pogody: nijaka i mdła, niezbyt ciepła wiosenna pogoda przekształciła się w ciągu dwóch dni w prawdziwe lato, kiedy rozjuszony upał łagodziły jedynie błogosławione skrzydła wiatru od strony koła polarnego oraz noc.

Ramona wyobraziła sobie wykres: oto letnia pogoda i nastrój optymizmu wyprzedzają wirusa pnącego się wężowatymi ruchami mikroskopijnego ciała na wyżyny zarazy.

– Wygląda to tak, jakby diabeł ustawił po obu stronach domu dwie drabiny, aby upowszechniać fałszywy obraz nadziei – Ramona tłumaczyła starszej córce Katerinie, bardziej martwiącej się o związanie końca z końcem niż o zagrożenie wirusem. – Z jednej strony dachu lezie sobie wirus, rozkudłany osobnik w płaszczu uszytym z miliarda lepkich przyssawek, z drugiej wspina się po drabinie dziewczę takie jak ty opromienione słoneczną pogodą z wiankiem pachnących kwiatów na głowie. Przecież to urojenie, ta przedwczesna wiara w lepsze jutro! A ludzie w to wierzą! Co za barany!

Dla rozładowania goryczy na głupotę bliźnich Ramona z całą siłą uderzyła packą w muchy tłoczące się przy odrobinie rozlanej słodkiej kawy na stole, tworząc na obrusie obrzydliwą czerwono-czarną masę.

Odc. 4 Zmiany

Katerina coraz częściej denerwowała się rozmawiając z matką. I tym razem nie uniknęła irytacji. Miała poczucie konfrontacji pokoleń.

– Mamo! Zrozum ich. Ludzie potrzebują nadziei, wiary w przyszłość, nawet jeśli nie jest ona całkiem różowa. Są zmęczeni nieprzerwanym siedzeniem w domu, chodzeniem w maseczkach i rękawiczkach, myciem rąk i dezynfekcją wszystkiego, co ich otacza, osaczeni niepewnością, co jeszcze może się złego wydarzyć.

– Są beznadziejnie naiwni. Wierzą w raj, gdzie kwitną drzewa wydające owoce bez robaków. Człowiek musi być realistą, nie zwariowanym marzycielem. Mimo powolnego odwrotu epidemii, nikt nie może mieć pewności, że wszystko zmieni się na lepsze. Będziemy już stale zagrożeni epidemią. Musimy nauczyć się sztuki akceptacji tego zagrożenia. Niepewność będzie się czaić za każdym rogiem. Ty też musisz to zrozumieć!

Katerinę denerwował dojmujący realizm matki. Nie znosiła jej arogancji wobec inaczej myślących ludzi. Widziała arogancję nawet w jej ubiorze, schludnym, wykonanym z dobrego materiału, zapewniającym wygodę, lecz ukrywającym jej fizyczną atrakcyjność, obniżającym jej kobiecą wartość. Rozmawiała o tym z Albertą, młodszą siostrą.

– Ona postępuje tak, jakby specjalnie chciała ukryć, że jest wciąż kobietą atrakcyjną.

Mimo urodzenia i wychowania dwójki dzieci Trudo zachowała kształtne piersi, powabną twarz i ogólną urodę. W duchu Katerina jej tego zazdrościła. Zżymała się na siebie z tego powodu.

– Zazdrościć własnej matce, że jest atrakcyjna seksualnie? Co za absurd!?

W ostatnich dniach nie czuła się najlepiej. Zwalała to na epidemię, atmosferę niepokoju i napięcia. Traktowała wirusa jak żywą, świadomą i myślącą istotę. Był dla niej potworem, bezwzględnym i wyrachowanym, czającym się za rogiem każdego budynku, aby przerażać ją swoją niewidoczną obecnością.

Czerwcowe słońce rozkręciło mieszkańców miast. W powietrzu wisiała pozytywna nerwowość. Ludzie przestali przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Zdejmowali maseczki i rękawiczki, podchodzili blisko do siebie, a nawet się obejmowali na przywitanie i pożegnanie. Kiedy im przypominano zasady bezpieczeństwa, odpowiadali:

– Po co nam to wszystko przy tak pięknej pogodzie. Mamy dosyć noszenia na twarzy kawałka materiału utrudniającego oddychanie.

Pojawiły się argumenty, odrzucane przez lekarzy, że od noszenia maseczki dłużej niż godzinę można dostać grzybicy płuc.

Ludzie starsi czuli się zagrożeni. Emeryt stojący w kolejce do kasy w supermarkecie głośno wyraził opinię, że ludzie wbrew zasadom nie noszą maseczek ochronnych. Wyśmiano go. Resztki niepokoju, że wirus wciąż zagraża, skutecznie niwelowała bogata oferta wakacyjnych rozrywek. Do ośrodków wypoczynkowych wracali stali goście, a na ulice i place piosenkarze, zespoły muzyczne, tancerze i performerzy.

Przestano przestrzegać zakazu nabierania samemu sobie na talerz potraw w samoobsługowych barach i restauracjach. Obsługa klienta zapominała o własnym bezpieczeństwie, pracując bez maseczek i rękawiczek. Tydzień nadzwyczajnej pogody na początku lipca spowodował, że ludzie całkiem się zbiesili. Obserwator zamieścił na pierwszej stronie alarmujący artykuł:

– Młodzi ludzie przestawili się jak zwrotnica kolejowa, kierując pociąg w zupełnie inną stronę. Nikt nie chce mówić ani słuchać o tym, jak jest, ale o tym, jak będzie. Tematem jest tylko przyszłość. Ludzie wypowiadają się o niej otwarcie, głośno i z taką namiętnością, że stało się to obsesją. Stawiają żądania. Niby dorośli, a zachowują się jak dziecko żądające od matki zabawki, natychmiast, bo inaczej zaniesie się płaczem pod niebiosa. Do czego zmierza ta fala entuzjazmu?

Odc. 5 Wiec i narada

Na placu Wielkiej Nadziei odbył się wiec zorganizowany przez Awangardę Przyszłości i Nową Falę, organizacje promujące nowoczesne myślenie o ochronie środowiska, czystej wodzie, powietrzu, ziemi i energii.

Przemawiali przywódcy organizacji, stawiali żądania władzom kraju.

– Pokażcie nam obraz przyszłości. Możliwie bliskiej, ale i dalszej, bo to już nie epidemia, ale niepewność nas zabija. Potrzebujemy i żądamy konkretu, wyobrażenia, dokąd zmierza nasz kraj.

Głośnego poparcia udzielały demonstrującym organizacje Femina i Kobiety Razem, uznające, że to niewiasty poniosły największy ciężar walki z wirusem, wypełniając z poświęcaniem obowiązki pracy, opieki nad dziećmi, osobami starszymi, niepełnosprawnymi i chorymi.

Manifestanci wkrótce pojawili się przed siedzibą rządu. Tym razem nie krzyczeli, tylko w milczeniu trzymali wzniesione w górę zaciśnięte pięści. Policja obawiała się rozruchów i wcześniej otoczyła budynek kordonem ludzi i pojazdów. W nocy na ścianie budynku rządowego, gdzie mieściły się gabinet premiera i dwa ważne ministerstwa, mimo obecności ochroniarzy, pojawiły się napisy.

– Łajdacy! Żądamy prawdy o przyszłości. Co przed nami ukrywacie?

Następnego dnia presja tłumu się wzmogła, kontynuowano okrzyki, stawiano żądania.

– Desiru! Ty tchórzu! Czego się boisz? Nie umiesz poradzić sobie z wirusem to przynajmniej pozwól nam na optymizm. Nie damy się stłamsić!

Premiera nie bolały epitety pod jego adresem, był do nich przyzwyczajony, tylko żądania odważnego, otwartego podejścia do wirusa i epidemii.

– Optymizm stał się towarem. Wszyscy chcą go nabyć i wypełnić się nim po brzegi. Traktują go jak francuski szampan – pisał „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik w kraju.

– To jawny i niebezpieczny bunt. Ludzie żądają wiedzy o przyszłości i zapewnienia, że będzie ona lepsza – niepokoił się premier na spotkaniu z gabinetem. – Chcą kraj puścić na żywioł.

Presja na rząd była ogromna. Trzeba było coś zrobić w tej sprawie. Konieczne były działania zapobiegające rozruchom i anarchii. Premier zwołał pilną naradę. Zmienił zasady. Nie było to spotkanie online, ale bezpośrednie. W gabinecie zjawił się pełen komplet ministrów, wszyscy w maseczkach i rękawiczkach ochronnych. Otworzono jedno okno, ustawiono i włączono silny wentylator wywiewowy. Nikt nie ukrywał zaniepokojenia.

– Najgorsze są baby. Gotowe zajeździć człowieka jak starą szkapę. Moja żona nie daje mi spokoju. Kiedy wreszcie przedstawicie nam choćby skrawek nadziei? Chcemy słyszeć coś pozytywnego, a nie tylko o wirusie i o tym, ile ludzi zachorowało i ile umarło!

– Co ci przeszkadza, że kobieta sobie pogada? – rzuciła minister administracji, Anna Waga. Twarz jej się lekko zaczerwieniła.

Zapytany zawahał się. Patrzył w dół na czubki swoich niepastowanych od dawna pantofli.

 – Żona nie chce iść ze mną do łóżka. Odmawia mnie i sobie tej przyjemności.

Nikt się nie zaśmiał ani nie skomentował nieoczekiwanego wyznania. Zapadło wymowne milczenie.

Rząd musiał zareagować i zareagował. Odbyła się burza mózgów, chaotyczna, ale skuteczna. Przedstawiono propozycje i podjęto decyzje.

– Nie będziemy dłużej chować głowy w piasek! – Desiru poczuł ulgę, kiedy to powiedział. Coś się w nim zbuntowało. Wyprostował się. Przez chwilę myślał, że chciałby zobaczyć się w lustrze, ale nie było na to czasu. Wezwał sekretarkę i wydał polecenie:

– Proszę podać alkohol. Musimy to uczcić. Tylko pośpiesz się, bo nie mamy czasu.

Rozdzwoniły się telefony. Każdy miał jakąś rolę do wypełnienia. W ciągu kilku godzin przeprowadzono konsultacje z wirusologami, radą lekarską, szefem policji, politologami i specjalistami public relations. Późnym wieczorem Roman Desiru zorganizował konferencję prasową, aby złożyć ważne oświadczenie.

– Rząd w trybie natychmiastowym zleci opracowanie scenariusza zdarzeń związanych z wirusem i epidemią w perspektywie najbliższych lat. Opracuje go wybitny ekspert profesor Steffen Inha ze Szwecji i dokona publicznej prezentacji.

Odc. 6 Zlecenie

Po zakończeniu wyjaśnień premier skinął głową swemu rzecznikowi prasowemu, że może przyjmować pytania od zebranych dziennikarzy i reporterów. Ze wszystkich stron podniosły się ręce. Desiru nagle postanowił zmienić dotychczasową praktykę unikania kłopotliwych pytań. Poprosił tylko rzecznika, aby notował, kto i o co pyta.

– Musimy przygotować się na najgorsze. Przewiduję trudne czasy – wyjaśnił, kiedy ten spojrzał na niego pytająco. – Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, to wkrótce będzie jeszcze gorzej. Po konferencji zrób mi listę dziennikarzy najbardziej krytycznych wobec rządu. Są tutaj tacy, co regularnie szukają konfrontacji. Będą ją mieli!

– Panie Premierze! Czy jeden człowiek, nawet najwybitniejszy naukowiec, poradzi sobie z takim wyzwaniem? Opracowanie scenariusza wydarzeń dla całego kraju na rok czy dwa to przecież praca dla kilku dużych zespołów ludzkich.

Czekając na zakończenie wypowiedzi, premier z niechęcią przyglądał się mężczyźnie. Był niewielkiego wzrostu, jego drobną twarz zakrywała czarna maseczka z białym emblematem. Ubrany był w podniszczoną skórzaną kurtkę, spodnie dżinsowe i czarne pantofle z żółtawymi sznurówkami.

– Wygląda, jakby wybrał się na przechadzkę z psem do lasu – to była pierwsza myśl Desiru. Prawie natychmiast zmienił zdanie i pomyślał, że przypomina dorożkarza, który zszedł z kozła na postoju, aby nakarmić konia obrokiem. Pytanie uznał za naiwne. Nie znosił takich pytań, miał poczucie, że kwestionują jego zdrowy rozsądek, jego decyzje. Nie starając się nawet zachować pozorów uprzejmości wyraził myśl, jaka akurat przyszła mu do głowy.

– Steffen Inha … profesor Steffen Inha … w małym palcu ma większą wiedzę niż dziesięciu innych ekspertów w swoich głowach. Niech mi pan wierzy.

Następnego dnia zespół wyznaczony przez premiera omawiał zakres i tematy zlecenia dla profesora, czy powinien to być jeden scenariusz, kilka scenariuszy, prognoza czy też raczej szersze rozważania na temat przyszłości. Dopiero po dwóch dniach uzgodniono treść zlecenia. Miał to być godzinny wykład wspomagany pokazem prognoz rozwoju wirusa i epidemii oraz ich skutków społecznych

Nie obeszło się bez publicznej krytyki także samego profesora. Opozycja nazwała go zasuszonym staruszkiem bez odrobiny energii i zarzuciła mu brak bezstronności. Pojawiły się niewybredne oskarżenia, że to lewak, mason, bezbożnik i ortodoksyjny Żyd. Była w tym głównie ironia, szyderstwo i niechęć do rządu.

– To są argumenty podobne do gryzienia się we własną rękę z tego powodu, że nie przyniosła szklanki wody – odpowiadali przedstawiciele partii rządzącej.

Ustalono termin publicznego wykładu profesora Inha. Miał odbyć się za dwa miesiące w sali bankietowej Pałacu Ślubów w Kornie, miejscowości, gdzie nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia wirusem. Wykład miał być transmitowany przez telewizję na cały kraj.

Dwa tygodnie przed wykładem pojawiły się w Internecie fragmenty materiałów przygotowanych przez profesora. On sam zadzwonił w tej sprawie do premiera.

– Chciałem, aby pan pierwszy o tym się dowiedział, nie z mediów, ale ode mnie. Nie wiem, co o tym sądzić, podejrzewam kradzież lub sabotaż.

Nie była to miła rozmowa. Premier mówił podniesionym głosem, czuł, jak mu drżą ręce. Nie znosił tej słabości; to go jeszcze bardziej zdenerwowało. Zarzucił profesorowi brak należytej dbałości o zachowanie tajemnicy. Rozmówca bronił się, że ujawniając autora opracowania rząd niepotrzebnie skierował na niego uwagę swoich wrogów i hakerów.

– Spotkała mnie masa niezasłużonej krytyki ze strony pańskich oponentów. Materiał nad którym pracowałem to gratka dla potencjalnego szantażysty. Także dla kogoś, kto chciałby obnażyć nieudolność rządu, który otwarcie i niepotrzebnie ujawniania źródło, gdzie powstaje informacja krytyczna dla bezpieczeństwa kraju.

Premier poprosił profesora o zdementowanie informacji o przecieku materiałów z jego komputera do mediów internetowych. Profesor odmówił. 

– Mam swoją reputację i wiarygodność. Nie będę kłamać. Nie chcę znaleźć się na śmietniku naukowców, którzy przestali być wiarygodni – był wściekły na premiera za jego sugestię.

Wykład stracił sens. Obydwaj mężczyźni myśleli gorączkowo, jak wybrnąć z nieoczkiwanego kłopotu.

Po skończonej rozmowie, nie krępując się obecnością sekretarki, premier wyrzucił z siebie głośno:

– Kurwa mać! Jeszcze tego mi brakowało. Że też musiał przyjść mi do głowy taki nieudacznik! 

O przecieku stało się głośno. Spekulowano, kto to mógł zrobić i w jakiś sposób. Szwedzka policja przeprowadziła śledztwo. Okazało się, że sprawca włamał się do komputera profesora i przejął partię przygotowywanego materiału. Nie wiadomo, jak obszerny był to materiał. 

Odc. 7 Włamanie

Profesor Inha nie umiał przekonująco wyjaśnić włamania na swój komputer i kradzieży materiałów. Sprawa była o tyle kłopotliwa, że stawiała pod znakiem zapytania ważną, przygotowywaną na oficjalne zlecenie prezentację za granicą. Inha rozmawiał o tym kilkakrotnie z premierem Desiru. 

– Nie nam pojęcia jak to się stało. Nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia. Moje materiały są doskonale chronione przed kradzieżą w prosty ale niezwykle skuteczny sposób. Wszystkie pliki związane z wykładem trzymałem na innym komputerze niepodłączonym do Internetu. Nie ma mowy, aby ktoś mógł je stamtąd ukraść. Jedyna możliwość, kiedy coś nieprzewidzianego mogło się zdarzyć, to czas podłączenia przeze mnie pendrajwa do komputera z dostępem do Internetu po to, aby przekopiować z niego i wysłać emailem materiały. Trwało to prawdopodobnie nie dłużej niż trzy minuty, tylko tyle, ile potrzebowałem, aby wybrać kilka plików i wysłać je przyjacielowi w celu zaopiniowania. Powtórzę, to mogło trwać nie dłużej niż kilka minut. Podejrzewam, a właściwie spekuluję, bo nie znam się na tym za bardzo, że być może w tym właśnie czasie mój komputer został zainfekowany jakimś koniem trojańskim czy czymś podobnym. Mam na myśli złośliwe oprogramowanie, które zidentyfikowało na podstawie słów kluczowych, haseł lub jakichś oznaczeń, że są to materiały związane z moją prezentacją dla państwa i dokonało ich przejęcia. Jeśli tak, to był to mój błąd. Bądźmy jednak szczerzy, nic takiego by się nie stało, gdyby nie podał pan do wiadomości publicznej, kto będzie autorem opracowania. Ujawnianie od razu autora nie było konieczne. Temat i termin wykładu jak najbardziej tak, ale nie autor. Pan to dobrze wie.

Premier nie zgadzał się.

Steffen Inha czekał, co ze skradzionych materiałów pokaże się w Internecie. Łącznie chodziło o pięć plików. Ktoś mógł teraz prezentować jego dorobek jako efekt własnej pracy. Po kilku dniach w Internecie ukazał się skradziony profesorowi materiał. Kiedy Inha go zobaczył, był pewien, że ktoś nad nim pracował i że był to fachowiec. Materiał został inaczej uporządkowany, poszerzony i uzupełniony. Temat określono jako „Koronawirus a przyszłość”. Postawiono pytania uzupełniające: Jak będzie wyglądała nasza przyszłość? Jak zmieni się człowiek? Jak zmieni się świat?

Materiał skupiał się na jednostce w okresie pandemii, jej roli i zachowaniu, raczej niż na społeczeństwie. Mało w nim było romantyzmu, za to dużo chłodnych argumentów. Były to głównie podsumowania wykładu. Myśl przewodnia była taka, że życie człowieka zmieni się w sposób zasadniczy.

W kraju, ku pocieszeniu premiera, mimo wciąż licznych zachorowań, normalność wracała do domów i na ulice. Po upływie dwóch lat od dnia pojawienia się wirusa Calami ludzie coraz lepiej radzili sobie z jego obecnością. Wirus w międzyczasie zyskał nową nazwę: Monstrum. Ktoś go tak nazwał i tak pozostało. Monstrum było wszędzie, nadal zbierało żniwo śmierci i dezorganizowało życie, społeczeństwo przyzwyczaiło się jednak do tego.

Kiedy w Internecie ukazał się przygotowywany przez Inha wykład, w dodatku w wersji poprawionej i uzupełnionej, profesor natychmiast poinformował o tym premiera.

– Po co ktoś to dokonał tych zmian, nie mam pojęcia. Nikt nie przyznaje się też do ich autorstwa. Konsultowałem sprawę z adwokatem zajmującym się prawami autorskimi i policją. Sprawa jest trudna. Sam uważam ją za beznadziejną. Nie mam podstaw do obrony moich praw autorskich, gdyż materiał nie był wcześniej publikowany ani udostępniany komukolwiek, kto mógłby zaświadczyć, że to ja go stworzyłem i jestem jego autorem. Wyjątek stanowi plik, w którym zawarłem trzy konkretne prognozy przekazane przyjacielowi do oceny. Ale one akurat nie ukazały się w nielegalnie opublikowanych materiałach. Nie mogę nikomu zarzucić popełnienie plagiatu czy kradzieży moich materiałów, bo nie mam dowodu, że to ja jestem ich rzeczywistym autorem.

Sytuacja stała się kłopotliwa. Wygłoszenie wykładu straciło sens. Rząd był gotów anulować zlecenie. Na posiedzeniu gabinetu sprawę przedstawił dyrektor departamentu prawnego.

– Najpierw zlecamy przygotowanie wykładu znanemu profesorowi, a potem informujemy, że ktoś mu ten wykład ukradł i opublikował nielegalnie w Internecie, lecz profesor nie może udowodnić, że to jego materiał. Jeśli jego obarczymy winą, to będzie się bronić, twierdząc, że to my sprowokowaliśmy hakera, podając do wiadomości publicznej, kto przygotowuje wykład i czego on dotyczy. To bardzo kłopotliwa sprawa. Jeśli opozycja dowie się o szczegółach, to zrobi raban, że rząd jest nieudolny, niewiarygodny. Powiedzą:

– Wyszukali jakiegoś naukowca nieudacznika i poprosili go przygotowanie wykładu na temat naszej przyszłości. Hakerzy wykradają mu wykład z komputera i publicznie ujawniają. I my, obywatele, mamy za to zapłacić! Co za głupota i cynizm! I to są ludzie, którzy nami rządzą!

Odc. 8 Sala wykładowa

Desiru poczuł ssanie w żołądku a zaraz potem duszność w klatce piersiowej i przyśpieszone bicie serca. Oderwał wzrok od siedzących przed nim osób i sięgnął ręką po butelkę wody mineralnej stojącą na stole konferencyjnym. Kiedy butelka się przewróciła, znajdujący się najbliżej premiera minister wstał ze swego krzesła, podniósł butelkę, otworzył i nalał wody do szklanki. Chciał ją usłużnie podać premierowi, ten jednak niecierpliwie machnął ręką i warknął:

– Sam sobie poradzę.

Problem wykładu rozwiązał sam Steffen Inha. Po konsultacji z doradcą prawnym instytutu, gdzie pracował, poprosił premiera Desiru o rozwiązanie umowy. Propozycja nie ucieszyła premiera, ponieważ pozostawiała go z nierozwiązanym problemem przedstawienia społeczeństwu wizji przyszłości.

– Nie mogę wycofać się ze zobowiązania danego publicznie społeczeństwu. Musimy znaleźć jakieś inne rozwiązanie, które nam obydwu da szansę zachowania twarzy.

Po dyskusji uzgodniono, że umowa nie zostanie rozwiązana, tylko zmieniona. Była to nowa propozycja profesora.

– Wygłoszę wykład, tylko inaczej go ukierunkuję. Skoncentruję się nie na przyszłości całego społeczeństwa, ale na losie jednostki. Będzie to rodzaj scenariusza, co może się zdarzyć, kiedy ktoś zarazi się wirusem i ciężko rozchoruje. Opowiem o moich własnych doświadczeniach z okresu, kiedy zaraziłem się wirusem. Przedstawię nie tylko osobiste przeżycia ale i pewne przemyślenia. Będzie to bardzo wymowne i na pewno się spodoba. Ludzie lubią słuchać o sytuacjach, w których sami mogą się znaleźć. 

– To pan zaraził się wirusem i był leczony w szpitalu? Dlaczego mi pan o tym nie powiedział? Powinienem o tym wiedzieć!

– Jakie to miałoby znaczenie dla kogokolwiek? Ponadto, nie obnoszę się z historią moich chorób i leczenia szpitalnego. Nikt się nie chwali, że przebył ciężką chorobę. Czy pan, panie premierze, przyznałby się do czegoś takiego? To coś bardzo osobistego, ale równocześnie uniwersalnego, bo każdy może zarazić się wirusem i trafić do szpitala. Teraz to inna sprawa.

Wyjaśnienie profesora nie poszło w smak premierowi. Postanowił zmienić temat.

– Jakie będą koszty pańskiego wystąpienia? Liczę na poważną obniżkę.

– Wykład wygłoszę gratis. Nie oczekuję od rządu żadnego wynagrodzenia, z wyjątkiem pokrycia kosztów przelotu w obydwie strony i pobytu w hotelu.

Premier zastanawiał się nad słowami profesora. Był zadowolony z obrotu sprawy. Rząd był pod presją wydatków, zadłużenie rosło, każda oszczędność budżetowa stanowiła dobrą wiadomość. Profesor Inha umocnił go w przekonaniu, że dobrze uczyni, akceptując jego propozycję, dodając po chwili wahania:

– Proszę to przedstawić jako swój sukces. Może powie pan coś w rodzaju: Ustaliliśmy, że profesor Steffen Inha wygłosi wykład bezpłatnie. Będzie to wkład szwedzkiej społeczności naukowej w edukację naszego społeczeństwa.

Wystąpienie profesora miała pokazywać telewizja. Transmisję rozpoczęto kilka minut wcześniej. Sala w Pałacu Ślubów w Kornie była wypełniona, panowała atmosfera pełnego ożywienia. Wszystkie fotele były zajęte, siedzące w nich osoby prowadziły ze sobą ożywione rozmowy.

Widzowie przed telewizorami nie mogli wyjść z szoku.

Co ci ludzie tam robią na sali? Przecież w kraju obowiązuje bezwzględny zakaz zbierania się w grupach przekraczających pięć osób.

Rozpoczęły się interwencje. Atakowano przede wszystkim policję, że dopuszcza do takich imprez. Żądano natychmiastowych działań. Do dyżurnego na komendzie policji dodzwonił się jakiś krewki mężczyzna.

– Rozpędźcie ich! Przecież rząd wydał zakaz gromadzenia się. Premier sobie drwi z nas wszystkich. Inne zasady dla społeczeństwa, inne dla niego, jeszcze inne dla jegomościa, którego sobie wybrał!

Policja zapowiedziała przeprowadzenie śledztwa. Telefony były jednak tak natarczywe, że w ciągu kilku minut rzecznik komendanta policji miał gotowe wyjaśnienie.

– Na sali w fotelach nie siedzą żywi ludzie, tylko manekiny humanoidalne pozorujące ludzkie postacie. Niektóre z nich trzymają w rękach smartfony i inne przedmioty dla stworzenia wrażenia, że jest to realny świat – wyjaśnił ubrany po cywilnemu pracownik policji, nerwowo poprawiając marynarkę.

Był to pracownik administracji policji, którego poproszono o zastąpienie rzeczywistego rzecznika, który nagle zachorował. Mężczyzna nie czuł się dobrze w nowej roli, tym bardziej, że marynarka okazała się za ciasna.

Odc. 9 Wykład

Osoby zgromadzone przed wielkim ekranem telewizyjnym w pubie „Pod Złotym Aniołem” siedzieli spokojnie oczekując wykładu profesora Steffena Inha. Właściciel pubu pozasłaniał wszystkie okna i zamknął drzwi wejściowe na klucz. Oficjalnie lokal był nieczynny.

– Nikt nie musi wiedzieć, że mamy tu prywatną imprezę. Człowiek musi radzić sobie mimo ograniczeń, zakazów i nakazów – powiedział niezbyt głośno, bardziej do siebie, niż do towarzystwa zgromadzonego w pubie.

Spotkanie zorganizował dla znajomych i przyjaciół, aby wspólnie obejrzeć wykład profesora Inha na temat wirusa, epidemii i przyszłości kraju. Nie czuł się winny łamania zakazu organizowania imprez grupowych w pomieszczeniach zamkniętych dla większej ilości osób. Uważał, że skoro wszyscy jego klienci mają certyfikaty szczepień przeciw wirusowi lub przechorowali zakażenie, to nie ma potrzeby ograniczać się.

Po włączeniu telewizora na ekranie ukazała się sala ceremonii ślubnych, o stylowym wnętrzu i bogatym wystroju pięknych mebli. Lustrzana ściana odbijała widok na bulwar nadrzeczny i rzekę z żelaznym mostem.

Po chwili oczekiwania z lewej strony podwyższenia widocznego w końcu sali pojawił się profesor Inha. Po przejściu kilku kroków zatrzymał się. Wyglądało to tak, jakby oślepiły go światła lub zaskoczył widok wypełnionej ludźmi sali. Powoli ruszył do przodu, stawiając ostrożnie kroki.

– Co to za człowiek? Nigdy o nim nie słyszałem. Coś mu dolega, bo zachowuje się dziwnie. On jest chyba chory! – interweniował głośno tęgi mężczyzna popijający piwo z dwoma kolegami przy stoliku pod zasłoniętym oknem pubu.

Komentarz nie podobał się innym klientom.

– Niech pan lepiej zamilczy. Oczekujemy optymizmu i pocieszenia a nie żałoby i pogrzebu – kobieta siedząca przy stoliku z tyłu za malkontentem wyraziła opinię większej ilości osób obecnych w pubie, ponieważ poparto ją okrzykami.

– No właśnie! Co racja to racja! Niech pan lepiej powstrzyma się od komentarzy!

Dziennikarka telewizyjna prowadząca program przedstawiła profesora i wyjaśniła cel jego wykładu, po czym usiadła z boku. Profesor rozpoczął prezentację. Mówił w swoim języku, w taki sposób i w takim tempie, aby niewidoczna na sali tłumaczka spokojnie nadążała przekładać.

Po kilkunastu minutach profesor zbladł, głos zaczął mu się łamać. Mówił wolniej i mniej składnie, rozciągał wyrazy, zastanawiał się. W pewnym momencie przerwał i łapczywie wypił do końca resztę wody mineralnej pozostałej w szklance.

– Wygląda to tak, jakby baterie mu się kończyły – skomentował grubas popijający piwo przy stoliku pod oknem.

Tym razem nikt go nie ganił ani nie uciszał.

Profesor Inha opadł na krzesło i patrzył bezsilnie przed siebie. Przypominał nadmuchiwanego plastikowego manekina, z którego powoli uchodzi powietrze. Oddychał coraz ciężej jak ryba wyjęta z wody. Zapadła cisza. Dziennikarka patrzyła na niego kompletnie zdezorientowana. Gorączkowo szukała czegoś w małej torebce, która nie wiadomo kiedy znalazła się w jej rękach. Ciszę przerwało brzęczenie dzwonka profesorskiego smartfonu. Steffen Inha nie odpowiadał, mimo powtarzającego się głośnego dźwięku. Poruszył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał mechaniczny głos, który włączył się automatycznie bez jego udziału.

– Proszę uważnie słuchać. Wiemy, co się dzieje z panem. Monitorujemy pańskie najważniejsze funkcje życiowe. Proszę zachować spokój i stosować się do naszych poleceń. Przede wszystkim proszę się nie martwić; to tylko chwilowe zasłabnięcie wynikające prawdopodobnie z przepracowania i stresu, jaki pan teraz przeżywa. W tej chwili otrzymuje pan automatycznie dawkę adrenaliny. Pobudzi ona pański organizm, przyśpieszy pracę serca i ułatwi oddychanie. Poczuje pan dopływ energii. Na wszelki wypadek wysyłamy karetkę pogotowia ratunkowego. Po przybyciu lekarz sam odszuka pana w miejscu, gdzie pan przebywa. Mamy doskonały system lokalizacji GPS. Kiedy poczuje się pan na tyle dobrze, aby kontynuować swoje wystąpienie, proszę tylko wcisnąć czerwony przycisk w aparacie, jaki ma pan przy sobie.

Po upływie niecałej minuty profesor Inha poruszył się żywiej na krześle, a po upływie dwóch minut wstał z niego.

– Czuję się już dobrze, prawie jak młody bóg. Potrzebowałem leku stymulującego pracę organizmu i trochę odpoczynku. Automatycznie otrzymałem dawkę adrenaliny, dobrze mi to zrobiło. Mała rzecz a cieszy – zażartował, aby ukryć zmieszanie swoim zasłabnięciem i przerwaniem wykładu. – Zaraz państwu wszystko wyjaśnię.

Odc. 10 Historia profesora Inha

Stojąc pewniej na nogach profesor dokonał szybkiego rachunku sumienia. To, co mu się przydarzyło, było publiczną kompromitacją. Było za późno, aby tego uniknąć. Musiał pogodzić się z porażką. To wystarczyło, przestał się wahać. Coś w nim pękło, zalała go fala determinacji. Postanowił kontynuować wykład nie jak naukowiec, w sposób wyważony i obiektywny, ale naturalnie, jak zwykły człowiek, szczerze i od serca. Nie zamierzał niczego ukrywać i nie łagodzić, tylko wyjawić swoją tajemnicę. Nie miał nic do stracenia, mógł tylko zyskać.

– To, co państwo teraz usłyszycie, to są moje własne, bolesne doświadczenia.

Pierwsze zdanie nie zabrzmiało zbyt pewnie. W miarę jak mówił, odzyskiwał siły i nabierał przekonania, że postępuje słusznie. Używał mocniejszych słów, nie zastanawiając się, jakby cały tekst miał w głowie i mechanicznie go odtwarzał. Było to jak rozmowa z sąsiadem o pogodzie.

– Przypatrzcie mi się, tak jak tutaj stoję. Zważywszy mój wiek, jestem człowiekiem przeszłości. Zważywszy mój organizm, jestem reprezentantem przyszłości, typem, który będzie pojawiać się coraz częściej. Powiem inaczej, dosadnie; zabrzmi to trochę prostacko, może nawet wulgarnie. Jestem osobą odnowioną, zupełnie jak samochód po generalnym remoncie. Mogę też porównać się do roweru po wypadku drogowym, naprawionego poprzez wymianę uszkodzonych części na nowe lub używane, ale w dobrym stanie.

W pubie „Pod Złotym Aniołem” zapadła milczenie. Wszystko, co profesor mówił, brzmiało dziwnie, co najmniej niezrozumiale. Trzech mężczyzn przy stoiku w głębi sali przerwało picie piwa. Patrzyli na siebie niepewnie.

– Co on mówi? O co tu chodzi?

Steffen Inha kontynuował. Od czasu do czasu odrywał wzrok od kamery telewizyjnej, aby skoncentrować się wewnętrznie. Wygłaszał monolog.

– Trzynastego marca zeszłego roku przyjechałem razem z przyjacielem do małego miasteczka na północy Szwecji, gdzie mam domek wypoczynkowy. Myśleliśmy, że wirus nas nie złapie. Rzadko robiliśmy zakupy, nie imprezowaliśmy, prawie nie widywaliśmy się z innymi ludźmi. Miałem wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Dziś mam sześćdziesiąt trzy. Nie wiem, kiedy dopadł mnie wirus. Prawdopodobnie wtedy, kiedy poszedłem do apteki. Wewnątrz były trzy osoby, razem ze mną nie więcej niż przewidywała to norma dla pomieszczenia tej wielkości. Wszyscy byli w maseczkach, Wiem, że aptekę kilka dni później zamknięto na krótko, aby poddać ją odkażaniu. Uważam siebie za szczęśliwca, ponieważ przeżyłem ciężkie zakażenie wirusem.

Profesor popatrzył na dziennikarkę. Siedziała nieruchomo, słuchając go z uwagą. Zatrzymał na niej wzrok, jakby zapominając, gdzie jest i co robi. Krótki moment wypoczynku i kilka łyków zimnej wody wystarczyły, aby mógł podjąć wspomnienia. Odczuwał ulgę, dzieląc się z innymi pamięcią ciężkich przeżyć.

Wirus zaatakował go bardzo ostro. W ciągu tygodnia dosłownie zdewastował mu płuca, potem przyszła kolej na dalsze organy wewnętrzne. Ratowano go z pełnym poświęceniem i w wielkim pośpiechu.

– Przeszczepiono mi płuca, serce i nerki. Stało się to bez mojej wiedzy. Byłem nieprzytomny i nie było nikogo, kto mógłby wyrazić ją za mnie lub odmówić przeprowadzenia tylu operacji. Te operacje nie nastąpiły oczywiście w jednym czasie, były niezwykle ryzykowne, ale mnie uratowały. Mój stary że tak powiem organizm ma sześćdziesiąt trzy lata, wymienione trzy narządy są sporo młodsze. Mam płuca trzydziestolatka, serce czterdziestolatka oraz nerki czterdziestodwuletniej kobiety.

Odc. 11 Szpital

Profesor wyprostował się, uniósł głowę do góry i utopił wzrok w przestrzeni, podsumowując w głowie to, co ma do powiedzenia, po czym kontynuował.

– W mojej umowie z Instytutem Przyszłości w Sztokholmie, gdzie jestem zatrudniony, jest zastrzeżenie, że nie ujawnię nikomu tego, co teraz zamierzam powiedzieć.

– Teraz na pewno wypieprzą go z roboty. Pewnie powie, że to go martwi, bo na to nie zasłużył – mruknął do siebie premier otwierając kolejną puszkę piwa. Transmisję profesora Inha oglądał samotnie z domu. W głowie mu szumiało. Potrzebował tego. Pomyślał, że dobrze byłoby, aby Anna oglądała wystąpienie Szweda razem z nim. Kiedy je to zaproponował, ofuknęła go:

– W odróżnieniu od ciebie mam obowiązki rodzinne. Pamiętasz o kraju, ale zapomniałeś o własnych dzieciach. Zaniedbałeś je całkowicie, widzą cię tylko wieczorem a i to nie zawsze. Niedługo zapomną, że mają ojca. Dlatego nie będę z tobą oglądać. Siedź i pij teraz to piwo, którego sam nawarzyłeś zawierając umowę z tym niedorobionym profesorem.

– Prawdopodobnie teraz mnie zwolnią – podjął Inha, jakby wtórując myślom premiera. – Ale ja to ignoruję, że nie powiem chromolę. Wiecznie żyć nie będę. Mam umowę z Kliniką Libra na pełną, nieprzerwaną, całodobową opiekę nade mną i dostateczne środki, aby za to płacić. To właśnie musicie państwo zrozumieć: w warunkach zabójczej epidemii, takiej jak obecna, kiedy państwowa służba zdrowia tonie pod ciężarem dziesiątek tysięcy ciężko chorych ludzi, pieniądze są kluczem do przeżycia. To krytyczny wymiar przyszłej opieki zdrowotnej.

Twarz Steffena Inha opowiadała jego historię lepiej niż słowa. Wróciła na nią bladość i napięcie, oczy zanurzyły się w tunelu wspomnień. Profesor znowu patrzył gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie szczegóły.

Na początku zakażenia wirusem czuł się zupełnie dobrze. Objawy pojawiły się wyraźnie dopiero piątego dnia od momentu zakażenia. Najpierw poczuł się słabo. Wkrótce pojawiły się inne symptomy: zmęczenie, gorączka, suchy kaszel, ból mięśni i głowy. Był przekonany, że się przeziębił. Wyglądało to jak grypa. Jego stan był jednak na tyle podejrzany, że zgłosił się telefonicznie do pogotowia ratunkowego.

– Była to długa i męcząca rozmowa. Pogotowie robiło już wtedy bokami, nie nadążali z wysyłaniem karetek na wezwania i przewożeniem chorych, ale ja o tym nie wiedziałem. Wiedziałem, że jest źle, ale nie aż tak bardzo. Kobieta na dyżurze w pogotowiu zadawała mi pytania. Wiele pytań. Niektórych nie rozumiałem i prosiłem o wyjaśnienie, aby móc udzielić sensownej odpowiedzi. Kiedy zapytała mnie, od kiedy mam te objawy i gdzie mogłem się zarazić, zdałem sobie sprawę, że mogło to nastąpić w czasie konferencji naukowej, w jakiej brałem udział kilka dni wcześniej. Miałem tam kontakt z wieloma osobami.

Potem starała się mnie przekonać, że objawy wskazują bardziej na grypę, niż zakażenie wirusem. Myślę, że starała się mnie zachęcić, abym szukał pomocy gdzie indziej. Ponieważ się upierałem, że potrzebuję ich pomocy, nie innej, poleciła mi wykonać test na obecność wirusa. Zrobiłem to. Dzień później wiedziałem już wszystko; test był pozytywny. W tym czasie mój stan zdrowia bardzo się pogorszył.

Potrzebowałem rozpaczliwie hospitalizacji, ale było to niemożliwe. Szpitale były tak przepełnione, że nowych pacjentów przyjmowano dopiero wtedy, kiedy któryś z aktualnych wyzdrowiał lub umarł. W szpitalu miejskim w Sztokholmie, największym ze wszystkich, nie było wolnych łóżek, w innym szpitalu był niedostatek personelu, w jeszcze innym problemy ze sprzętem i tlenem. Polecano mi czekać, byłem na liście, prawie już traciłem przytomność. Czułem, że nie przeżyję.

Decyzje podjęli za mnie dwaj moi przyjaciele. To mnie ocaliło. Umieścili mnie w pośpiechu w prywatnej klinice Libra, która dzień wcześniej otworzyła oddział antywirusowy. Były jeszcze wolne miejsca. Koszt był niezwykle wysoki, bo była to luksusowa placówka medyczna dla osób mających szczególne wymagania i potrzeby. Dyrekcja bała się też ryzyka, że ich własny personel pochoruje się, ponieważ nie mieli dostatecznego doświadczenia z taką epidemią. Sam nie mogłem niczego załatwić, nie mogłem nawet odnaleźć karty kredytowej, a nie miałem siły aby dokonywać przelewu bankowych korzystając z komputera. Moi przyjaciele wystawili pisemne zobowiązanie, że uiszczą zapłatę, jeśli ja tego nie zrobię lub jeśli nie przeżyję. Decyzja musiała być podjęta praktycznie natychmiast.

Inha przerwał opowiadanie i wrócił wzrokiem na widownię. Widział na niej kilkadziesiąt żywych postaci, siedzących w odległości czterech foteli i dwóch rzędów od siebie. Reszta to były manekiny. Wydało mu się, że są podobne do niego.

Odc. 12 Wspomnienia 

Steffen Inha zachował niewiele wspomnień z pobytu w klinice Libra. Pamięć wróciła mu wraz ze świadomością zaledwie na kilka dni przed opuszczeniem kliniki. Dopiero wtedy dotarło do niego, że cudem ocalał. Do kliniki przywieziono go w ostatniej chwili, kiedy wirus atakował już płuca, wątrobę i nerki.

– Nie miałem pojęcia, że mnie w ogóle tam przywieziono, było już ze mną bardzo źle. Byłem nieprzytomny.

– W klinice Libra wyszło na jaw, że byłem jedną z pierwszych ofiar nowej odmiany wirusa. Był to wirus, który uległ mutacji polegającej na zdolności przylegania do cząsteczek pyłów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu oraz drobin gazów emitowanych przez pojazdy spalinowe. Wchłaniając mieszankę zanieczyszczeń i wirusów, płuca zatykały się znacznie szybciej doprowadzając do głębszych i bardziej niebezpiecznych zmian w organizmie.

Profesor kolejny raz przerwał wykład, aby napić się czegoś. Bardziej potrzebował gorącej kawy niż wody i zastanawiał się, jak mógłby zaspokoić tę potrzebę.  Obserwująca go w milczeniu dziennikarka zauważyła jego wahanie. Pomyślała, że zagubił się w swojej prezentacji. Zdecydowała się mu pomóc, zadając pytanie:

– Czy mógłby pan, profesorze, ujawnić coś więcej o tym, jak ratowano pana w klinice? Lekarze i personel pomocniczy z pewnością coś panu powiedzieli, kiedy doszedł pan do siebie.

– Nie jestem w stanie dobrze opisać tego, o co pani prosi. Fakt był taki, że uratowano mnie w ostatniej chwili. To był naprawdę cud. Wszystko układało się przeciwko mnie: płuca wypowiadające posłuszeństwo organizmowi, szybkie pogarszanie się stanu nerek i wątroby. Przy okazji wykryto u mnie cukrzycę, o której nawet nie wiedziałem – Steffen Inha zamyślił się na chwilę.

Kiedy wysiadły mu płuca, podłączono go do respiratora. Od tej pory był sztucznie utrzymywany przy życiu. W krótkim czasie przeszedł trzy operacje: najpierw przeszczep płuc, potem wątroby, w końcu nerki. Druga nerka na szczęście się uchowała. Lekarze w rozmowach między sobą nie dawali mu szansy przeżycia większej niż jeden do dziesięciu, potem już tylko żałosne kilka procent. Ponieważ był nieprzytomny, a potem w śpiączce farmakologicznej, nikt nie był w stanie komunikować się z nim. 

Inha rozejrzał się po sali i zaczął mocniejszym głosem:

– Mój beznadziejny stan i niemożność porozumienia się z kimkolwiek, to mnie uratowało. Lekarze mogli szybko podjąć decyzję kierując się tylko swoim doświadczeniem i sumieniem. Sytuacja wymagała wykorzystania wiedzy nie całkiem jeszcze sprawdzonej, nowych technologii, nowych procedur i leków. Ordynator kliniki powiedział mi potem w zaufaniu:

– Był to jeden wielki i ryzykowny eksperyment. Koszty były ogromne, nie liczyliśmy nawet, że kiedykolwiek je odzyskamy, po prostu ratowaliśmy pańskie życie stosując najnowsze, nie zawsze sprawdzone osiągnięcia naukowe. Taki jest koszt postępu naukowego w warunkach wojny.

– Popatrzyłem na niego i zapytałem, o jaką wojnę mu chodzi. Ordynator uśmiechnął się:

– Wojnę z wirusem i epidemią w warunkach bojowych, czyli z ograniczonym rozpoznaniem nieprzyjaciela i pola walki. Przepraszam, że używam takiego języka, z wykształcenia jestem lekarzem wojskowym.

Inha wstał z krzesła, na którym usiadł kilka minut wcześniej; chciał powiedzieć coś ważnego.

– Nie jestem już naturalnym, biologicznym organizmem. Mój organizm jest monitorowany przez czujniki przekazujące nieprzerwanie dane do centralnej bazy danych kliniki. Wszystko to działa dzięki sztucznej inteligencji analizującej niezliczoną ilość informacji i podejmującej natychmiastową decyzję, co należy zrobić.

Z boku obiektywu kamery telewizyjnej zapaliła się lampka sygnalizująca, że profesor zbliża się do zakończenia prezentacji.

– Zmierzam do końca. Jestem pracownikiem naukowym i zgromadziłem spore środki finansowe. Dzięki nim trafiłem do kliniki, gdzie mnie uratowano. Pieniądze! To przekleństwo i dobrodziejstwo współczesności. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Odc. 13 Wyznania

– Nikt nie jest w stanie określić, jak szybko będzie mutować wirus, nasilać się epidemia i czy będą dostępne szczepionki. Tysiące ludzi umarło w minionym okresie. Sam pobrałem bolesną lekcję i wyciągnąłem wnioski. Powiem wam, jaki jest najważniejszy.

Najlepszym ubezpieczeniem na czas zabójczej epidemii jest posiadanie środków na opłacenie opieki medycznej. U szczytu epidemii zawsze będzie brakować miejsc w szpitalach i sprzętu medycznego, zwłaszcza respiratorów, które są na cenę złota. Także do leków, coraz bardziej kosztownych oraz do personelu, ponieważ nawet najsprawniejszy lekarz czy pielęgniarka nie mogą obsługiwać jednocześnie więcej niż kilku pacjentów.

Za rok lub dwa, a może za miesiąc lub dwa, nikt tego nie wie, aby przeżyć będziecie musieli mieć własne pieniądze. Każdy z was. Nie służba zdrowia, czy rząd, ale wy sami. Biedni nie mają szans przeżycia. Medycyna stała się potwornie droga. Nikt wam tego oczywiście nie powie. Państwowa służba zdrowia może wiele obiecywać, ale nie jest w stanie wypełnić obietnic w warunkach kryzysu. Dawniej mówiono: – Czas to pieniądz. To tylko częściowa prawda. Teraz możemy sobie powiedzieć: – Pieniądz to życie. Wyrażę to brutalnie: – Bez dużych pieniędzy będziemy nadawać się tylko do rozbiórki na części, jeśli jeszcze pozostanie w nas coś użytecznego dla innych.

Profesor sięgnął do kieszeni, wyjął z niej małą buteleczkę a z niej dwie białe pastylki, włożył je do ust i popił wodą. Robił to demonstracyjnie jakby dla podkreślenia zależności od środków farmaceutycznych.

– Czy to, co powiedziałem jest prawdą? Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie, analizując fakty. Sytuacja każdego z was może być inna. Wiek, stan zdrowia, choroby współistniejące, intensywność zakażenia wirusem.

Światło zgasło, zapaliły się lampy rozjaśniające umieszczone w suficie. Zapowiedziano krótką przerwę, profesor znikł ze sceny. Na ścianach i podłodze pojawiły się efekty świetlne, z niewidocznych głośników popłynęła muzyka klasyczna.  

Kiedy Inha wrócił, był przebrany. Miał na sobie ciemniejszy strój, wyglądał poważniej, nobliwie i wyraziście, przypominając bardziej osobę duchowną niż starszego naukowca o cerze wyblakłej wskutek długiego przebywania w zamkniętych pomieszczeniach: bibliotek, sal wykładowych i konferencyjnych oraz własnych gabinetów.

– Przebrałem się w strój kaznodziei. Uważam, że lepiej odpowiada tej chwili. Jako naukowiec czuję się bezsilny. Trzeźwość i obiektywność nauki do niewielu dzisiaj przemawia, Nikogo nie przekonuje, kiedy życie staje dęba i idzie własnym drogą.  

Roman Desiru bacznie obserwujący profesora wstał nagle z fotela. Dopiero teraz dotarło do niego, że Inha podważa wiarę w państwo i publiczną służbę zdrowia. Twarz premiera zaczerwieniła się, usta wykrzywił grymas gniewu. Krzyknął do żony, która właśnie otworzyła drzwi do pokoju:

– Ten sukinsyn mnie oszukał! Destabilizuje mój rząd! Chce mnie wykończyć!

Odc. 14 Wyznanie

Desiru wybiegł z domu na zewnątrz. Ręce mu drżały, kiedy na smartfonie wybierał specjalny numer alarmowy. Po drugiej stronie reakcja była natychmiastowa.

– Tu oddział specjalny. Słucham, panie premierze!

Desiru mówił wyraźnie, przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś go podsłucha. Wydawał polecenia i słuchał odpowiedzi. W końcu krzyknął:

– Wyłączcie do groma cały ten przekaz telewizyjny Steffena Inha!

– Nie mamy jak. Usiłujemy, ale to nic nie daje. Wygląda na to, że mają własny kanał przekazu. Przekaz idzie przez nieznanego operatora.

– To wyłączcie prąd i ogłoście awarię systemu telekomunikacji! Powiedzcie zresztą, co chcecie. Że piorun uderzył w nadajnik telewizyjny i wszystko zniszczył – na twarzy premiera nabrzmiały czerwone żyłki, głos był chrapliwy.

– Tak jest! Już to robimy!

Premier wrócił do pokoju telewizyjnego i zagłębił się w fotelu, czekał na efekt swojego polecenia. Transmisja trwała nadal, profesor kontynuował jak gdyby nigdy nic. Desiru wydało się, że Szwed bezczelnie patrzy mu prosto w oczy. Zrozumiał, że go fatalnie przechytrzono. Nie rozumiał tylko, czyje to było zlecenie i po co.

– To sabotaż! – wrzasnął, boleśnie zaciskając palce na oparciu fotela.

Anna Desiru wbiegła do pokoju. Widząc męża siedzącego spokojnie w fotelu, zapytała zdenerwowana:

– Czemu się drzesz!? Myślałam, że coś się stało. Że dostałeś ataku serca lub ktoś włamał się do domu!

Premier popatrzył na nią w zdziwieniu i oprzytomniał. Coś przyszło mu do głowy, zerwał się z fotela i znowu wybiegł z pokoju. Po chwili dzwonił do sztabu kryzysowego. Dowódcą był pułkownik w stanie spoczynku, zaufany i doświadczony człowiek. Czekał na niego, wiedział, kto dzwoni. Zanim Desiru odezwał się, pułkownik wyrzucił z siebie:

– Nie mamy pojęcia, jak to zorganizowano. Nie jesteśmy w stanie przerwać przekazu. Wysłałem tam moich ludzi. Siłą usuną tego profesora ze sceny, jeśli w międzyczasie nie przerwiemy transmisji. Pracujemy nad tym nieprzerwanie.

Premier wrócił zrezygnowany i ciężko opadł na fotel. Po raz pierwszy w życiu czuł się całkowicie bezsilny. Mając do dyspozycji sprzęt, pieniądze, wielki aparat administracyjny – pełnię władzy, nie mógł nic zrobić. Pozostało mu tylko słuchanie, jak Inha zniechęca ludzi do państwowej opieki zdrowotnej.

Wykład zbliżał się do końca. Profesor popadł w ton kaznodziejski, przepowiadał przyszłość. Mówił chrapliwie, z wysiłkiem, jakby baterie lub adrenalina wyczerpywały się w nim i on to czuł.

– To są moje ostatnie słowa. Chcę, abyście je dobrze zapamiętali. W okresie wielkiej epidemii, przy nasilającej się degradacji środowiska naturalnego i przemieszczaniu się wielkich mas ludzi na globalną skalę jesteśmy skazani na nagłe epidemie. To także skutek nieprzerwanego postępu medycyny i technologii. Walcząc z wirusem, zmieniamy warunki jego otoczenia i przyśpieszamy jego mutację.

Profesor usiadł. Twarz mu zbladła, wydawało się, że wiotczeje w ramionach. Znowu wyglądał jak nadmuchiwana plastikowa kukła, z której uchodzi powietrze. Nie bez wysiłku podniósł głowę.

– Jesteśmy tworem coraz mniej biologicznym, coraz bardziej technologicznym i mechanicznym. Stajemy się odbiorcami i dostawcami wymiennych części organizmu, magazynem, do którego coś się dokłada i z którego coś się wyjmuje. Sami stworzyliśmy ten świat.

– Człowiek jest tylko rzeczą – oto moje określenie człowieczeństwa bliskiej przyszłości. Jednostka coraz mniej będzie miała do powiedzenia, coraz więcej rządy, szpitale, lekarze, w końcu roboty wyposażone w sztuczną inteligencję. To oni będą podejmować za nas decyzje. Na początku będzie to stan wyższej konieczności, kiedy czas nagli, a potem, kiedy się wszyscy do tego przyzwyczaimy, już stale. Zapamiętajcie to hasło: Człowiek jest tylko rzeczą.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 maja 2021

0Shares

Pogoda. Opowiadanie. Odc. 1-6/6.

Odc. 1 Teresa

Teresa Lamer cieszyła się życiem. Mówiono o niej, że urodziła się w czepku. Miała trzydzieści dwa lata, dobry zawód i idealny stan zdrowia. Nikogo to nie dziwiło, ponieważ dobrze się odżywiała i prowadziła aktywny tryb życia. Latem namiętnie oddawała się pływaniu, zimą jeździła na nartach.

– Czuję się fantastycznie. Regularnie ćwiczę i jestem w takiej formie, że mogłabym ścigać się z koniem – żartując, uśmiechała się figlarnie, po czym dodawała: – No! Może nie z koniem, ale z kucykiem.

Teresa pracowała w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego na stanowisku kontrolerki budowy. To zapewniało jej regularny dochód i stabilizację. Życie prywatne miała też uporządkowane. Nie była to jakaś szalona namiętność, ale prawdziwa miłość. Z Marcinem chodziła już ponad rok. Spotykali się regularnie co najmniej kilka razy w tygodniu.

Nie byli małżeństwem, ale żyli ze sobą przykładniej niż niejedna para małżeńska. Mieszkali osobno; ona we własnym mieszkaniu, on jeszcze z rodzicami. Właściwie to nie było nawet jasne dlaczego nie zamieszkali razem. Tak zaczęli i tak było im dobrze. W ich uczuciach była przyjaźń i miłość. Oboje mieli swoje przywary i słabości, ale tego nie dostrzegali, nie było to dla nich ważne. Co do małżeństwa, to uważali je za ceremoniał, tradycję ważną dla osób wierzących w sakrament święty.

– Żyć nie umierać, choć wolałabym, abyśmy częściej byli razem – mawiała Teresa, uśmiechając się tajemniczo.

Po ukończeniu trzydziestego drugiego roku życia jej stan zdrowia pogorszył się. Coś zepsuło się w jej organizmie. Kojarzyła to sobie z koszmarnym doświadczeniem w czasie rejsu statkiem wycieczkowym „Caribbean Aristocracy” płynącym wzdłuż wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych w kierunku Kuby.

Podróż przebiegała spokojnie przy dobrej pogodzie aż do chwili, kiedy u wybrzeży kontynentu pojawił się huragan Wilma niosący ze sobą rekordowo niskie ciśnienie. Osiemnastego września huragan nasilił się i po prostu oszalał na wysokości Florydy. W ciągu dwudziestu godzin ciśnienie atmosferyczne w oku huraganu spadło z 982 do 882 hektopaskali. Dzień dziewiętnastego września okazał się dniem klęski nie tylko dla Teresy. Wycieczkowiec znalazł się niebezpiecznie blisko oka cyklonu. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń meteorologicznych dowództwu jednostki nie udało się tego uniknąć.

Teresa nigdy wcześniej nie przeżywała takiej pogody, podobnie jak większość pasażerów na pokładzie. Była sama w kabinie. Miała uczucie, że świat się zawalił; doznała potwornego bólu głowy i zaburzeń widzenia, obrazy rozmazywały jej się przed oczami. Czuła pustkę w głowie, nudności i niezdolność koncentracji uwagi. W kabinie mimo włączonej klimatyzacji zrobiło się duszno. Chciało jej się strasznie spać, miała wrażenie, że zasypia na stojąco. Położyła się na łóżko, ale niewiele to pomogło. Pociła się i a nawet dusiła się. Kilkakrotnie naciskała dzwonek wzywając pomocy, nikt się jednak nie zjawił. Najbardziej dolegało jej serce, biło jak oszalałe; drżały też ręce. W pewnej chwili wydało jej się, że ktoś jest w kabinie. Usiłowała coś powiedzieć, wydobyła z siebie tylko nieskładne słowa.

– W środku czułam wielkie roztelepanie. Chyba chciałam już umrzeć – tak to potem określała.

W końcu straciła przytomność. Obudziła się wyciągnięta wygodnie na łóżku. Stała nad nią kobieta w białym kitlu.

– Jestem ratowniczką medyczną. Zrobiłam pani zastrzyk. Na stoliku zostawiam lekarstwa i butelkę zimnej wody mineralnej. Więcej nie mogę nic zrobić. Wszyscy biegamy jak szaleni po statku starając się pomóc ludziom w cierpieniu.

Wkrótce kapitanowi udało się zawinąć do bezpiecznego portu na wybrzeżu, aby przeczekać pozostały czas sztormu.

Z dni tragicznych wydarzeń Teresa zapamiętała niewiele szczegółów. O niektórych czytała później. Huragan dotknął kilka krajów, szczególnie Kubę. Na wyspie zamknięto czterdzieści hoteli, wiele firm, banków i instytucji rządowych. Z wybrzeża usunięto w głąb lądu ponad pięćset łodzi. Z obawy przed gwałtownymi wezbraniami wody przewieziono w bezpieczne miejsca ćwierć miliona zwierząt gospodarskich. Zatrzymane zostały wszystkie pociągi pasażerskie, także połączenia promowe między lądem a Wyspą Juventud. Zamknięto lotniska międzynarodowe w Hawanie, Varadero oraz Cayo Coco.

Odc. 2 Uzależnienie

Od czasu powrotu do kraju Teresa nie była już tą samą osobą. Jej nastrój pogarszał się. Jak tylko następowała większa zmiana ciśnienia atmosferycznego dopadał ją ostry ból głowy, była poirytowana, zła na siebie i na świat.

W trakcie okresowego badania lekarskiego Teresa opowiedziała swoje przejścia na statku lekarzowi rodzinnemu. Zbadał ją bardzo starannie ale nie zauważył żadnych zmian.

– Proszę przez rok czasu mierzyć i rejestrować ciśnienie krwi, tętno oraz zapisywać, jak się pani czuje. Porównamy te zapisy z wykresem ciśnienia atmosferycznego w miejscach, gdzie pani w tym czasie przebywała. To też proszę notować. Zobaczymy, jak bardzo jest pani uzależniona od zmian pogody.  

Pacjentka wzięła sobie polecenia lekarza do serca i skrupulatnie zapisywała wszystkie przypadki bólu głowy. Porównując je widziała wyraźną zbieżność między gorszym samopoczuciem a zmianą pogody, zwłaszcza ciśnienia atmosferycznego. Po roku czasu zgłosiła się do lekarza z notatkami.

– Pani organizm wyjątkowo silnie reaguje na zmiany atmosferyczne. Stała się pani prawdziwą meteopatką. W miarę upływu lat będzie to coraz bardziej odczuwalne. Proszę się pilnować.

Tydzień późnień Teresa odwiedziła rodzinę w Hasali. Właściwie byli to tylko jej kuzyni, ponieważ jej rodzice nie żyli a rodzeństwa nie miała. Spotkała się z Albertem, ciotecznym bratem. Bardzo się lubili. Powiedziała kiedyś koleżance w pracy:

– Albert to inteligentny i interesujący człowiek. To jedyny mężczyzna w mojej rodzinie, z którym łączy mnie nić porozumienia. Reszta to … eh … lepiej nie wspominać.

O spotkaniu z Albertem nie wspomniała nawet słowem Marcinowi, swojemu partnerowi. Miała powody; był chorobliwie zazdrosny. Dobrze pamiętała awanturę jaką jej zrobił, kiedy mu pokazała zdjęcie, na którym Albert obejmował ją ramieniem. Marcin wybuchł jak petarda.

– Dosyć mam tych twoich miłostek na boku! – wrzasnął i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

Teresa poczuła się upokorzona podejrzeniami. Przestała rozmawiać z Marcinem. Po tygodniu przyjechał z kwiatami i przeprosił ją za wybuch gniewu, ale nie za podejrzenia o romans.

Koleżanki w pracy pocieszały ją:

– W sumie nie jest to zły znak. Kocha cię i jest zazdrosny. To jest w miarę normalne.

– Czy normalne jest traktowanie mnie jak puszczalskiej, wybuch wściekłości i trzaskanie drzwiami? – dla niej nie było to dobre wytłumaczenie.

Teresa kładła się spać, kiedy zadzwonił telefon. Było to pod koniec lata. Aż podskoczyła, bo nikt nie dzwonił do niej o tak późnej porze. Jej niepokój był uzasadniony. Dzwoniła matka Alberta, płakała, była zrozpaczona.

 – Albert został rażony piorunem. Jego stan jest bardzo ciężki. Lekarze nie chcą powiedzieć jakie są rokowania. Mówią, że każda prognoza byłaby przedwczesna, że trzeba poczekać.

– Ale co konkretnie powiedzieli?! Coś musieli powiedzieć?

– Że był to tragiczny i niezwykle rzadki przypadek. Na plecach Alberta widoczna jest okropna czerwona pręga z kilkoma odgałęzieniami. Wygląda jak wielki liść z milionami rozognionych żyłek. Ta pręga ciągnie się od szczytu lewej łopatki w dół do prawej strony ciała.

– Jak to się stało? Jak mógł uderzyć go piorun?

– Poszedł z psami na spacer do lasu. Zbliżała się burza. Nawałnica złapała go w drodze powrotnej na otwartej przestrzeni. Wszystko to obserwowali turyści przez okno werandy domu wypoczynkowego. Rozmawiali nawet między sobą o przedziwnej brunatnej chmurze w kształcie świni. Jeden z nich podobno powiedział:

– Chmura wygląda jak ogromna, rozwalona na ściółce maciora. Te charakterystyczne szpiczaste uszy i wielki zad. – Tak pisała prasa. – Wtedy zobaczyli samotnego mężczyznę z psami. Zatrzymał się na skraju lasu, popatrzył w górę a potem ruszył w pośpiechu w kierunku domów. To był Albert. Widzieli jak biegł w deszczu, kiedy z ogromnym hukiem uderzył w niego piorun. Opowiedzieli tę historię dziennikarzowi.

– Zobaczyliśmy błyskawicę lecącą z góry w jego kierunku. Człowiek padł na ziemię i już się nie podniósł.

Ofierze pioruna pośpieszyły z pomocą dwie osoby. Pierwszą był kierownik wycieczki. Zapytał głośno, czy ktoś mu pomoże ratować człowieka rażonego piorunem. Od stolika wstała kobieta, powiedziała, że jest lekarką. Pobiegła do swojego pokoju po kurtkę przeciwdeszczową. Kiedy mężczyzna czekał na nią, recepcjonistka dzwoniła już po pogotowie ratunkowe.

– Biegliśmy we dwójkę w kierunku mężczyzny. Po drodze lekarka wyjaśniła mi, że bezpośrednią przyczyną zgonu od pioruna jest zatrzymanie krążenia, dlatego konieczna jest natychmiastowa resuscytacja.

– Bez tego nie przeżyje – wyjaśniła i przyśpieszyła kroku.

Odc. 3 Spotkanie

Albert obudził się dopiero w karetce pogotowia. Przyjechała bardzo szybko. Od ratownika pogotowia dowiedział się, że został rażony piorunem. Zapytał, co z psami.

– Cudem pan przeżył – to były słowa, jakie usłyszał. – A psy uciekły.

W szpitalu natychmiast zajęto się ofiarą wyładowania elektrycznego. Lekarz dokonał oględzin i wykonał prześwietlenie. Piorun na szczęście nie uderzył bezpośrednio w Alberta. Było to wyładowanie iskrowe, prąd przeleciał po powierzchni ciała powodując ciężkie poparzenia. Oprócz nich na szczęście nie było innych obrażeń: złamań kości, uszkodzenia układu nerwowego powodującego paraliż kończyn czy zaburzenie widzenia. Czy słuch został uszkodzony, można było ustalić dopiero po kilku dniach.

Teresa głęboko przeżyła nagły i szokujący wypadek kuzyna. W pracy chodziła przygnębiona, będąc sama w domu czuła się przybita. Marcin nie okazywał jej prawdziwego współczucia. Pocieszał ją, ale miała wrażenie, że czyni to tylko z przyzwoitości. W pracy było lepiej. Szef zatrzymał ją na korytarzu, kiedy nie odpowiedziała na jego pozdrowienie.

– Teresko, co z tobą? Wyglądasz jak ukrzyżowana. Ty, osoba pogodna i towarzyska, w takim stanie!?

Inni pracownicy też ją pytali, dlaczego chodzi przygnębiona. Przedstawiała wtedy tragiczną historię kuzyna kończąc słowami:

 – Jest człowiek, nie ma człowieka – nie zdawała sobie nawet sprawy, że się powtarza.

Po dwóch dniach nadeszła dobra wiadomość: Albert przeżył fatalne uderzenie pioruna, jego stan się poprawiał. Po trzech dniach było już pewne, że jest na drodze do wyzdrowienia. To były bardzo pomyślne wieści. Wkrótce Teresa sama mogła zadzwonić do niego i porozmawiać. Zapamiętała jego słowa.

– Zmiana pogody omalże mnie nie wykończyła. Śmieszne. Nigdy nie myślałem o pogodzie w taki sposób.

Kilka miesięcy później Teresa otrzymała zaproszenie do Hasali na spotkanie rodzinne z okazji szczęśliwego powrotu Alberta do zdrowia. Nie mogła opuścić takiej okazji mimo, że nie był to dla niej dogodny czas. Był to okres intensywnej pracy, firma nadzorowała kilka oddawanych do użytku budów domów jednorodzinnych i duże przedszkole .

Zamiast samochodem pojechała pociągiem. Było to kilkaset kilometrów. Podróż była spokojna. Na przystanku kolejowym spotkała ją niespodzianka. W poczekalni kolejowej powitał ją sam Albert. Widać było po nim, że przeszedł coś bardzo bolesnego, był blady i szczuplejszy. Otworzył szeroko ramiona, promieniał radością.

– Nie wiesz nawet, Teresko, kto cię wita. Niedoszły nieboszczyk! Ale miałem szczęście! Mam teraz o czym opowiadać.

Zaśmiali się w jednym momencie jak na zawołanie. To ich tak rozbawiło, że znowu wybuchnęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę osób obecnych w poczekalni. Nie przejmowali się tym.

Po przyjedzie do domu matki Alberta, gdzie odbywało się spotkanie, Teresa przywitała się z pozostałym gośćmi. Kuzyn towarzyszył jej przez cały czas. Po kilku minutach przeprosił ją.

– Wybacz mi, Teresko. Nie mogę towarzyszyć ci cały czas, mam jeszcze kilka innych osób. Muszę się nimi zająć. – Rozłożył ręce. – Taka jest rola gospodarza, któremu się poszczęściło. Trzeba dzielić się radością z bliźnimi.

Teresa chodziła od jednej grupki gości do drugiej z nadzieją na włączenie się do jakieś rozmowy. Nie znała nikogo oprócz Alberta. Po kilkunastu minutach uznała spotkanie za nudne. Rozmowy i wspomnienia ludzi wydały jej się mało ciekawe. Ktoś wspominał, że na pogrzebie jego ojca ksiądz mógłby powiedzieć coś pozytywnego o zmarłym zamiast powtarzać w kółko, jak krótkie jest ludzkie życie.

W grupie, do której w końcu dołączyła, rozmowa zeszła na temat wypadku Alberta, a następnie wpływu pogody i zjawisk atmosferycznych na człowieka.

– Ten wpływ jest znacznie silniejszy niż myślimy – podjął z przekonaniem siwy mężczyzna, mało atrakcyjny pięćdziesięciolatek z kępką rzadkich włosów na środku głowy.

Teresa słuchała go razem z dwiema innymi kobietami. Czuła do niego niechęć. Był tęgi, głośny i gadatliwy. Robił przerwy tylko po to, aby wziąć do ust kanapkę lub napić się alkoholu. Przyglądała mu się, zastanawiając się, co konkretnie ją razi w nim. Mężczyzna miał czoło poorane zmarszczkami przypominającymi bruzdy i lekko obwisłe policzki. Ubrany był w marynarkę; pod nią miał dwie koszule, tak to przynajmniej wyglądało, i niedbale zawiązany krawat. Mówił jednak intersująco. Kiedy odszedł na chwilę, aby przynieść sobie coś więcej do zjedzenia, Teresa zapytała stojącą obok blondynkę o wyraźnie umalowanych ustach:

– Kto to taki?

Odc. 4 Rozmowa

– To Józef Barski, meteorolog. Zna dobrze Alberta, kiedyś pracowali w jednej firmie. Ostatnio przekwalifikował się, jest teraz klimatologiem. Podobno dobry fachowiec. Klimatologia to jego ulubiony temat, zresztą bardzo modny. Pisze sporo do prasy, różne artykuły, ma wkrótce opublikować książkę na temat wpływu pogody na człowieka.

Po powrocie Barskiego z trzema kanapkami kobiety odeszły. Wyglądały na znudzone jego monologiem. Teresa przełamała niechęć do klimatologa i opowiedziała mu swoje przeżycia na statku w czasie huraganu Wilma. Barski wysłuchał jej z uwagą. Wiedział dużo o Wilmie, znał wiele szczegółów. Rozmawiali jeszcze co najmniej pół godziny; zdziwiła się, jak szybko przeleciał jej ten czas. Klimatologia nabrała dla niej nowego znaczenia.

Po powrocie do domu zaczęła uczęszczać na spotkania, odczyty, prelekcje i dyskusje o klimacie, szczególnie o wpływie pogody na samopoczucie człowieka.

Nadeszła wiosna, a wraz nią częstsze zmiany pogody, potem maj i czerwiec, okres burzowy. Siódmego maja Teresa przypomniała sobie, że nazajutrz są urodziny koleżanki z pracy, otrzymała na nie zaproszenie. Wyjątkowo nie miała chęci jechać na drugi koniec miasta więc postanowiła, że zamiast obchodzić urodziny, pójdzie na odczyt Zjawiska atmosferyczne w historii ludzkości”.

Spotkanie skończyło się około piątej po południu. Do domu wracała pieszo. Było to udane spotkanie, miała o czym myśleć. Prelegent był historykiem. Przypominała sobie fragmenty jego prezentacji.

Już w starożytności mieszkańcy Mezopotamii uważali, że zmiany pogody mogą przynieść ból i cierpienie. Na tabliczkach klinowych poświęconych bogini mądrości Nisabal zamieszczono zapis o wietrze „nadlatującym z dalekiego nieba i rozpalającym w oku człowieka chorobę”. W eposie o Gilgameszu siedem wiatrów przedstawiono jako siedem demonów powodujących gorączkę i różne schorzenia. Reprezentowali oni siedmiu synów jednej matki. Byli to: huragan, wicher północny, trąba powietrzna, burza piaskowa, wiatr mroźny, nawałnica oraz piekący wicher. Uważany za ojca medycyny Hipokrates z Kos mówił o tym, że “…należy rozważyć skutki, które może wywierać każda z pór roku. Różnią się one znacznie między sobą jak i w swych przemianach, bowiem z porami roku zmieniają się choroby ludzi. Hipokrates napisał traktat „O powietrzu, wodach i klimatach”, gdzie podkreślał znaczenie tych czynników dla zdrowia ludzkiego.

Teresa była nie dalej niż kilometr od domu, kiedy niebo zaczęło posępnieć. Tumany chmur jak na filmie schodziły w dół i wałęsały przy ziemi, rozkołtunione, nieprzyjazne, przytłaczające. To przypomniało Teresie prognozę pogody z poprzedniego dnia, kiedy dyżurny meteorolog zapowiedział zderzenie trzech frontów atmosferycznych.

– To się zdarza niezwykle rzadko i nic dobrego nie rokuje – Teresa przypomniała sobie jego głos, jakby zapowiadał pogrzeb mający się odbyć w słoneczne popołudnie, kiedy ludzie nastawieni są na radość i wesele.

Kobieta skoncentrowała się i zaczęła uważnie obserwować, co dzieje się wokół. Deszcz padał coraz bardziej intensywnie, zmieniał się kierunek i prędkość wiatru, zrobiło się chłodno. Czuła obniżające się ciśnienie. Nagłe uderzenie wiatru zmieszało powietrze jak w piekielnym kotle, łącząc ze sobą wszystko co najgorsze: spaliny, zanieczyszczenia, aerozole, pyły, fruwające kartki papieru i torebki plastikowe, jakieś drobne odpadki wysysane przez wiatr z koszy na śmieci z zakamarków ulic i placów. Znalazła się w centrum burzy i się przeraziła.

Potężny grzmot spowodował, że coś się w niej zapadło; nieznana siła zdusiła ją ku ziemi. Poczuła łamanie w prawym stawie kolanowym i napięte mięśnie pleców, zaraz potem pojawił się okropny ból głowy. Serce waliło jej jak młotem. Czuła, że umiera, zupełnie jak na statku wycieczkowym u wybrzeży Florydy. Ruszyła szybciej do przodu jakby chciała podbiec do odjeżdżającego autobusu, lecz nogi ją zawiodły i upadła. Leżąc na chodniku widziała przechodniów gromadzących się wokół niej, słyszała ich głosy. Ktoś wzywał pogotowie ratunkowe i policję. Przez głowę przewalały jej się pogmatwane myśli i obrazy.

Odc. 5 Upadek

Pierwszy na miejscu zdarzenia pojawił się sierżant policji. Szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do leżącej kobiety otoczonej już większą grupką osób. Jego pierwszym odruchem było udzielić pomocy. Nachylając się nad nią usłyszał syrenę i kątem oka zauważył zbliżającą się kartkę pogotowia. To zmieniło jego plan. Poprosił przechodniów o odsunięcie się od kobiety i szybko wykonał smartfonem jej zdjęcie, po czym przystąpił do przesłuchania świadków. Pierwszym był mężczyzna w staromodnym kapeluszu i szerokim płaszczu.

– Szła dwadzieścia metrów przede mną. Widziałem wszystko wyraźnie. Upadła na ziemię, kiedy uderzył piorun. Wydawało mi się, że się potknęła.

Sierżant popatrzył na chodnik i na stopy kobiety. W miejscu, gdzie leżała na boku z lewą ręką wyciągniętą do przodu i głową lekko uniesioną do góry, chodnik był równy a jej obuwie miało płaskie obcasy. Zeznanie mężczyzny wydało mu się mało prawdopodobne.

– Zabił ją piorun – głośno odezwała się niewiasta w ciemnej kurtce z lamówką na kołnierzu. Nad głową trzymała parasolkę. – Jak upadła, dostała drgawek, poruszyła nogami trzy razy i to było wszystko. Na pewno nie żyje. To ofiara szatana! Niech pan popatrzy na jej twarz. Ma na ustach ten … ten … dziwny, wyzywający i drwiący uśmiech. Wygląda, jakby cieszyła się, że to ona uśmierciła piorun, a nie piorun ją!

Słowa kobiety zabrzmiały groteskowo i nie na miejscu. Popatrzył na mówiącą z niechęcią i poprosił o podanie adresu i telefonu. Wahała się. Wtedy zażądał dowodu osobistego, aby spisać z niego dane osobowe.

Teresa słyszała głosy nad sobą, nie była jednak w stanie reagować. Czuła się podle, wyczerpana do cna, jakby przebiegła maraton. Postacie otaczających ją ludzi rozmazywały jej się przed oczami i znikały, po chwili znowu się pojawiały. Widziała wyraźniej ich obuwie, dolne części kończyn i nachylające się nad nią twarze z szeroko otwartymi oczami. Pomyślała, że są to przebierańcy prosto z maskarady lub istoty nie z tej ziemi.

– Niby jest ubrana normalnie, ale naprawdę to wygląda jak rozmamłana pijaczka w stroju skradzionym z bogatej rezydencji albo pałacu – odezwała się przyjaciółka kobiety w ciemnej kurtce. – W tej dzielnicy mieszka wielu bogatych ludzi. Ja też myślę, że ona nie jest normalna. Te jej usta tak dziwnie wygięte. To kobieta upadła, ofiara zepsucia moralnego.

Teresa słyszała szepczące między sobą kobiety. Stały w odległości nie większej niż dwa metry od niej i przyglądały jej się rozmawiając.

– Usta im się nie zamykają – pomyślała. Zapamiętała je obydwie. Jedna, młodsza, ubrana na ciemno, miała na sobie szeroką spódnicę i bluzkę, przykryte ciemną kurtką z podniesionym kołnierzem. Druga była starsza i ubrana w niepasujący jej wiekowi kolorowy strój nastolatki. Na nogach miała jasne getry tak obcisłe, że znikały pod nimi kształty jej nóg.

W stanie półprzytomności Teresa czuła, że jest ofiarą burzy i będzie tak leżeć do końca świata. Przypomniały jej się przeżycia na statku wycieczkowym, najgorsze zdarzenia, jakie spotkały ją w życiu. Wylewały się z jej pamięci jak deszcz z urwanej rynny, wszystkie na raz, mieszając przeszłość z teraźniejszością.

Kiedy podeszli ratownicy z noszami, sierżant poinformował ich, że został wezwany telefonicznie i wie tylko tyle, że kobieta upadła i straciła przytomność w momencie uderzenia pioruna.

– Prawdopodobnie przestraszyła się i zasłabła – zasugerował ratownik. – To się zdarza.

Odc. 6 Ratunek

Ratownicy nie ociągając się zajęli się ofiarą fatalnej pogody. Ułożyli kobietę w wygodniejszej pozycji, podkładając płaską poduszkę pod głowę, sprawdzili puls i oddech. Widząc, że staje się coraz słabszy, przystąpili do reanimacji, masażu serca i sztucznego oddychania. Poprawa nie nastąpiła od razu. Kiedy Teresa zaczęła powracać do przytomności, jeden z ratowników podniósł jej głowę, drugi podał jej do ust jakieś lekarstwo. Jego twarz ją wystraszyła; mężczyzna miał długie, białe włosy i kobiece rysy twarzy. Widziała w niej surowość i niepokój.

Teresa przypomniała sobie swoją chorą psychicznie matkę. Miała trzy lata, kiedy matka oddała ją pod opiekę swojej siostry zanim odwieziono ją do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Wszystko było otoczone tajemnicą. Ona sama o tym nikomu nigdy nic nie mówiła. Matka była głęboko religijna, miała widzenia, słyszała głosy dochodzące z nieba. Teresa przeraziła się; panicznie bała się matki. Pamiętała jej wychudłą twarz i rozbiegane oczy w dniu, kiedy widziała ją po raz ostatni. Pamiętała też jej niespokojne krzyki nocne. Teraz poczuła jej obecność obok; stała obok i patrzyła na nią z napięciem.

Kiedy ratownik wlał jej do ust środek wzmacniający, była przekonana, że to matka z litości dzieli się z nią swoją ulubioną whisky, wlewając jej do ust kilka naparstków alkoholu, aby ją ratować. Usłyszała słowa modlitwy spływające z jej ust wysuszonych wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Potem usłyszała, jak matka mówi do niej:

– Życzyłabym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę leżeć na ziemi konając z pragnienia.

Chwilę później doszedł Teresę męski gardłowy głos:

– Masz to jak w banku!

Dobiegał od strony budynku z czerwonej cegły stojącego po drugiej stronie ulicy. Z trudem obróciła głowę w tamtym kierunku. Był to hotel Marago. Przypomniała sobie informację podaną w radio, że zarząd miasta zakwaterował tam grupę członków sekty religijnej „Bezgrzeszni Samarytanie”. Zobaczyła ich. Patrzyli na nią z dwóch otwartych okien trzeciego piętra, machali bukietami kwiatów i pozdrawiali ją radosnymi okrzykami.

Leżała na noszach wewnątrz karetki, kiedy się przebudziła. Nachylała się nad nią młoda kobieta w białym fartuchu.

– Otrzymała pani zastrzyk z adrenaliny. Zaraz dojdzie pani do siebie. Ma pani zdrowy organizm, ale silnie reaguje pani zmianę pogody. Nie pani jedna poczuła się dzisiaj gorzej. Nieliczni pacjenci doświadczyli jednak tego, co zdarzyło się pani, czyli utraty przytomności.

Zastrzyk z adrenaliny, pocieszające słowa ratującej ją lekarki, jej uśmiech i ciepłe gesty ratowników poprawiły samopoczucie Teresy. Pomyślała, że świat jest piękny mimo zabójczej pogody, wirusa, przerażających wspomnień o chorej psychicznie matce, zazdrosnego kochanka oraz przywidzeń i majaków.

Michael Tequila
Gdańsk, 6 maja 2021

0Shares

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Poezja. Pięć wybranych wierszy.

Klęczy cisza niezmącona 

Strumieni wieczności utartą drogą
burze dziejów idą wulkanów pożogą,
cierpliwość czasu krople przesącza
i z nich buduje oazę słońca.

Stoję w pokorze, zadumany
nad pokalaniem skalnej ściany;
wąwóz rozpłatał ją w dwa piony,
wstyd skał obnażył rozpalonych.

Klęczy cisza niezmącona,
czerwonych wzgórz cierpliwa żona,
pełna pokory, lecz bez lęku,
karmi się każdą kroplą dźwięku.

Klęczy samotna i bez końca,
wzrusza cieniami wstającego słońca,
czasem zapomni się w przestworzu 
i pieści wiatrem wydartym morzu.

Odwieczne przemienienie 

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada 
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada, 
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi.

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Kim jesteś Panie?

Nieskończonością jesteś niepojętą,
wszechświat jednoczysz wolą rozpiętą,
życie obdarzasz czarowną urodą,
losy naznaczasz kochania przygodą.

Tyś tym, co burze przetacza z łoskotem,
wiedzą, co było i co będzie potem,
Ty jesteś ciszą, co tworzy przestrzenie,
w Tobie myśl żyje, pulsowanie drzemie.

Choćbym się oddał na stos całopalny
Ciebie nie pojmę, boś niepoznawalny.
W sercu zachwycam się Tobą, o Panie,
bo Tyś jest prawdą, jam jest zakłamaniem.

Z kobietą sam na sam

Gdyś jest z kobietą sam na sam,
nie spijaj jej na umór,
kieliszkiem poczęstuj, małym, dla dam,
łatwiej wtedy o humor. 

Rozmową wdzięczną nawiąż do cnót
ciała, co są jej przemiłe
i nie bój się, że łżesz jak z nut;
kobiety są w cnotach roztyłe.

O oczach praw, o kształcie nóg
i o zaletach ducha,
jak ją ogromnie nagrodził Bóg;
kobieta uwielbia kłamczucha.

Gdy szczerą prawdą wzruszysz się sam,
czułością cię dama otoczy,
lecz gdy coś zełżesz u raju bram,
nie ujrzysz szczęścia na oczy.

Wszystkie książki autora w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Dojrzałość. Opowiadanie.

Józef Ceglany miał swoje lata. Trzymał się prosto i nie miał kłopotów z pamięcią. Czytał książki i mógł odtworzyć ich treść wiele miesięcy później. Pamiętał numery telefonów, imiona członków rodziny i ważnych osób w państwie, nazwy lekarstw a nawet marki i nazwy ulubionych samochodów jeszcze z czasów młodości, kiedy pasjonował się motoryzacją. Szczycił się tym. Czasem tylko kładł gdzieś klucze do domu i nie pamiętał gdzie. Wtedy modlił się do Świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych, aby sobie przypomnieć, a gdy to nie pomagało, przeklinał klucze, siebie i świętego. Potem miał wyrzuty sumienia i jeśli mu bardzo dokuczały szedł do spowiedzi. Proboszcza tak to nużyło, że raz zasnął w konfesjonale i głośno zachrapał zwracając na siebie uwagę wiernych. Miał o to pretensje do Józefa. Publicznie zachowywał się jednak przyzwoicie.

– Piękny wiek osiągnął pan, panie Józefie. I to w niezłym zdrowiu – mówił mu proboszcz. – Jest pan dobrym człowiekiem, uczynnym, chętnym do pomocy, to i Bóg życzliwie pana traktuje. Tacy ludzie jak pan nie rodzą się na kamieniu, nawet gdyby był on wysłany łabędzim puchem.

W pochwałach wtórowała proboszczowi Zinajda, sąsiadka Józefa. Nie wierzył jej, bo regularnie usiłowała zastąpić mu żonę, ilekroć ta wyjeżdżała w odwiedziny do wnuków. Pomagając mu w domu, o co prosiła ją żona Józefa, Zinajda ocierała się o niego, kiedy mijali się w drzwiach. Chętnie opierała się też o jego plecy, kiedy siedział przy stole a ona potrzebowała sięgnąć po cukiernicę, spodek lub talerzyk z kawałkiem ciasta, które upiekła specjalnie dla niego. Myślał wtedy, że gdyby nawet stół był pusty, to oparłaby się o niego, aby zrzucić z obrusa niewidoczny pyłek. Była czyściochą i nie znosiła kurzu w żadnej postaci, szczególnie zaś tego nieistniejącego, podobnie jak jego żona.  

Kobiety zawsze mu imponowały swoją wytrwałością i konsekwencją postępowania, ale tylko wtedy, kiedy miały ciało. Uczucie, jakim je darzył, było bardzo ludzkie i zwierzęce zarazem. Tak to odczuwał. Promieniowała z nich pewność siebie, ciepło i ufność. Czasem było to tak wyraźne, że pragnął wtulić się w takie ciało a nawet wejść do niego jak wchodzi się do jasnego pokoju lub do raju.

Kiedyś powiedział o tym księdzu przy spowiedzi. Nie wikaremu, tylko starszemu, proboszczowi. Długo o tym rozmawiali. Była to rozmowa o Adamie i Ewie. Proboszcz uznał temat za ważny i zadawał mu wiele pytań. Józef też zadawał pytania. Bardzo mu się to podobało.

– Czy Ewa była pulchna czy pełna? Jak chodziła ubrana? Czy ta historia z listkiem figowym była prawdziwa czy nie?

Adam mniej interesował Józefa. Uważał to za normalne, bo wiedział jak wyglądał i jak się czuł. Sam przecież był mężczyzną.

Tego dnia ksiądz nie mówił o grzechu ani nie zadał mu pokuty. Ceglany zauważył to dopiero po spowiedzi ale nie zdziwił się, ponieważ proboszcz miał opinię człowieka tolerancyjnego i wyrozumiałego dla ludzkich słabości. Wiele wybaczał. Często cytował Biblię na ten temat. Nazywał się Marian Dusza i to do niego pasowało.

Zinajda nie podobała się Józefowi. Nogi miała chude do nieprzyzwoitości i to go raziło. Chudość źle mu się kojarzyła. Oglądał kiedyś w telewizji pokaz mody z udziałem kilkunastu najsłynniejszych modelek z całego świata. Na końcu przeszły nago, tak jak je Bóg stworzył. Prawie słyszał jak klekotały ich kości. To go dobiło bo obrażało jego męskie poczucie piękna i dumę. Od tego czasu Józef żył obawą, że znowu nawiedzą go w nocy strasząc swoim wyglądem. Wkrótce potem rząd francuski zakazał zatrudniania modelek anorektyczek i chorych na bulimię, aby nie promować złych postaw żywieniowych wśród młodzieży. To podziałało na Józefa uspokajająco.

W innych fragmentach ciała Zinajda była całkiem przyzwoita. Niewiele to zmieniało. Ceglanemu nie podobała się jej fałszywa pobożność. Raz śpiewając psalmy trzymała książeczkę do nabożeństwa do góry nogami. Kiedy stojąca obok parafianka zwróciła jej na to uwagę, odpowiedziała:

– O cholera! Dzieci mi ją w domu przekręciły a ja tego nie zauważyłam. Muszę wkładać okulary.

– Przecież pani ma okulary na nosie!

Zinajda znowu się uśmiechnęła, tylko głos jej pociemniał.

– To nie moje. To zerówki, niczego nie powiększają, ani nie pomniejszają. Wnuczka mi je wypożyczyła bo lepiej w nich wyglądam. Jestem jeszcze młodą kobietą i muszę dbać o sobie.

Józef nie lubił jej przeklinania w kościele oraz wykrętów, jakie wymyślała, zamiast przyznać się, że jest ślepa jak kret lub nie umie czytać. Nie znosił analfabetów. Uważał, że każdy ma obowiązek umieć czytać, pisać, liczyć do tysiąca, korzystać z telefonu komórkowego oraz jeździć na rowerze.

Starał się nie myśleć o swoim wieku. Miało to dobry skutek, bo poprawiało mu nastrój. Nie tylko to go cieszyło. Również nazwisko Ceglany. Było to dziwne, bo brzmiało obrzydliwie, sam to przyznawał.

– Jest w zjadliwym kolorze i to mi całkowicie odpowiada. Lubię takie kolory.

Była w tym perwersja. Mówił dobrze o swoim nazwisku, bo czuł do niego obrzydzenie.

Z wiosną soki zaczęły żywiej krążyć w przyrodzie. Jego też to nie ominęło. Trzeciego, kolejnego ciepłego dnia, jak tylko wstał z łóżka poczuł, że ciało mu się powiększyło i stwardniało. Odmłodniał i miał znowu nie więcej niż czterdzieści pięć lat. Tak się ocenił. Wyszedł przed dom i zobaczył słońce w pełni chwały. Na jego widok wybuchło tak intensywnymi promieniami, że Józef pomyślał, że płoną zabudowania gospodarcze. Stał i wyzywająco patrzył w sam środek płonącej tarczy, zachwycającej pasją ogrzewania wszystkiego, co stanęło jej na drodze.

– Energia jest źródłem życia – powiedział głośno. Chciał, aby wszyscy to słyszeli i zapamiętali.

Otoczony promieniami niby wielki męczennik ze świętego obrazu w kościele Napomnienia Ceglany nie mógł się pogodzić tylko z jednym: nie rozumiał wielkich pojęć filozoficznych. Czasem przeglądał encyklopedię i wtedy stawały mu uparcie przed oczami filozofia, etyka i metafizyka. Nie za bardzo wiedział co znaczą; miał tylko przeczucie, że są one ważne.

Tym razem wyobraził je sobie w formie sześcianu szczęścia. Pojawił się przed jego oczami niby ogromny motyl, wypełniając całą wolną przestrzeń podwórka. Boki miał oznaczone słowami: Bóg, Czas, Przestrzeń. Józef nigdy nie mógł wyobrazić sobie tego, co za nimi stało czyli nieskończoności. To go męczyło. Myślał intensywnie.

Normalnie to nie miał czasu na myślenie. Prowadził razem z żoną gospodarstwo rolne. Hodowali dwie krowy, dwa prosiaki, kaczki i kury. To powodowało, że ręce mieli ubabrane robotą po łokcie.

Przyjrzał się sześcianowi. Z boku szły w górę schodki. Z ciekawości wszedł na jego szczyt i popatrzył w dół. Przed nim roztaczało się całe miasto, podzielone siecią ulic, skwerów, budynków, linii tramwajowych, wstęgą rzeki,  mostami i parkami. Ludzie przypominali małe robaczki poruszające się po utartych ścieżkach. Przyszło mu do głowy, że jest to doczesność. Znał ten wyraz z encyklopedii. Widok nie zachwycił go. Było w nim rozmamłanie, pośpiech i bylejakość. Starał się wyrzucić ten obraz z głowy, aby go nie męczył. wierząc, że złe myśli przynoszą nieszczęście. Był zabobonny. Schodząc z sześcianu splunął na ziemię i wypowiedział słowa:

– Na psa urok! A kysz! A kysz! A kysz!

Wtedy wszystko zniknęło. Został sam na sam ze sobą. W końcu podwórka zobaczył Zinajdę z cienkimi nogami. Szła w jego kierunku. Józef zamyślił się nad nią i nad życiem.

Michael Tequila
Gdańsk, 11 kwietnia 2021

 

0Shares

Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Drzewo kłamstwa. Opowiadanie.

Rok był przestępny. Dwudziestego dziewiątego lutego ogrody nad rzeką Karmą były jeszcze ośnieżone, kiedy zakwitły drzewa kłamstwa. Uznano to za cud przyrody. Kwiaty były dwukolorowe czarno-czerwone i wzbudzały powszechny zachwyt.

– To tak jakby jeden kolor wzywał do piekła, a drugi do szalonej, gorącej miłości – napisał poeta Jeremi Caprio.

Kilka dni potem zakwitły drzewa prawdy. Kwiaty były drobniejsze i miały tylko jeden kolor – śnieżnej bieli z aksamitnym połyskiem błękitu w dniach, kiedy panował mróz. Ponieważ śniegu było nadal dużo, pierwszego dnia nikt nawet nie zauważył białego kwiecia. Nie miały w sobie tyle czaru ile ich poprzedniczki.

Widok kwitnących ogrodów kłamstwa i prawdy był tak niezwykły, że pod ogrody samochodami i środkami komunikacji miejskiej przyjeżdżały tłumy ludzi, aby je podziwiać. Mróz trzymał jeszcze dwa tygodnie powodując, że przy najlżejszym powiewie z drzew sypał się pył śnieżny … „i błyszczał rozzuchwalony osobliwością kwitnienia” – dopisał do swego poematu Jeremi Caprio, urzeczony niezwykłością zjawiska.

Joanna stała na balkonie i podziwiała dwa odosobnione drzewa kłamstwa widoczne w dole, na stoku przy strumieniu. Była zamyślona, kiedy obok niej pojawił się mąż. Przyniósł jej bukiet kłamstwa, najpiękniejszy, jaki mogła sobie wymarzyć. Wręczył go całując ją w szyję i szepcząc do ucha:

– To z okazji trzydziestolecia naszego ślubu. Wyglądasz piękniej niż Wenus z Milo.

Uszczęśliwiona kobieta wzięła bukiet w rękę i trzymała go przed sobą, aby nasycić się widokiem i odurzającym zapachem kwiatów. Wiatr uchylił poły jej szlafroka i odsłonił biel obfitych piersi. Błyszczały zachwycone nagłą jawnością. Nie mogły być piękniejsze, bardziej dorodne ani bardziej ponętne. Przysłonięte bukietem kłamstwa były idealne.

Przez dwa tygodnie słonecznej pogody rozwijała się moda na bukiety kłamstwa. Ludzie obdarzali się nimi nie szczędząc pieniędzy ani zachodu w poszukiwaniu najpiękniejszych kwiatów. Przybrane ciemnoczerwonymi wstążkami z dodatkiem złotego pyłu, cieszyły się szczególnym wzięciem u zakochanych par, młodych panien i narzeczonych, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły wyznania i przysięgi, szepty i oczarowania.

– Będę kochać cię nad życie – wyznał Zdzisław Krystynie stojąc na ślubnym kobiercu w pałacu ślubów Hosanna, wręczając jej symboliczną gałązkę drzewa kłamstwa przybraną jedynie dwiema wstążeczkami. Wiedział, że lubiła proste formy. Tego dnia wprost zgadywał jej życzenia.

– Szacunek, miłość, oddanie – na tle bukietu kłamstwa te słowa nabierały nowego znaczenia. Niektóre kobiety przyjmowały je lekko i z wdziękiem, inne poważnie, jakby były to portfele wypełnione grubymi plikami banknotów, jeszcze inne z uśmiechem, tak jakby kwiaty im się zawsze należały.

Umiejętności doboru, wręczania i otrzymywania bukietów kłamstwa dzieci uczyły się od osób dorosłych w sposób naturalny i niewymuszony. Było w tym coś budującego, jak szybko nabywały tych umiejętności.

– Czy odrobiłaś już lekcje, kochanie? – zapytał ojciec swoją Jolę, uczennicę drugiej klasy.

– Oczywiście, tatusiu. Odrobiłam je wyjątkowo solidnie, choć miałam mało czasu – dziewczynka uśmiechnęła się, wręczając ojcu gałązkę kłamstwa zapakowaną w celofan z kolorowymi wstążeczkami. – Sama je namalowałam – dodała.  

Dzięki bukietom kłamstwa ludziom łatwiej było porozumiewać się bez słów. Czarno-czerwone kwiaty miały w sobie niezwykły urok. Kiedy w domu stał taki bukiet, mniej było kłótni, życie toczyło się pogodniej. Czasem wystarczył nawet jeden mały, ale ładnie ułożony bukiecik, aby rozradować napięcie lub uśmierzyć kłótnię.

Z bukietów kłamstwa chętnie korzystali tłumacze języka migowego. Nadia, zatrudniona w telewizji jako tłumaczka tego języka, była wręcz entuzjastyczna.

– Wreszcie mamy coś, co ułatwia nam, tłumaczom migowym, komunikację. Ileż musiałam namachać się rękami, dłońmi i palcami tłumacząc wystąpienie jakiegoś naukowca lub urzędnika na konferencji prasowej! To niewiarygodne. Teraz posiłkuję się bukietem kłamstwa i wszyscy obserwujący mnie wiedzą, o co chodzi. Ważne jest ułożenie gałązek w odpowiedni sposób. Sygnał staje się wtedy mocniejszy, a przekaz wyraźniejszy.

Wkrótce pojawiły się reklamy zachęcające do kupowania bukietów kłamstwa. Najbardziej popularne było hasło: Człowiek może cię oszukać, kwiat nigdy ci nie skłamie”.

W telewizji odbyło się kilka dyskusji na temat najbardziej popularnych kwiatów sezonu. Udział brali w nich ogrodnicy, przyrodnicy, etycy a nawet historycy. Każdy z nich miał coś ciekawego do powiedzenia. Najwięcej kontrowersji wywołała wypowiedź katechetki, starszej wysuszonej niewiasty w granatowej sukience, zatrudnionej w biurze porad sercowych i matrymonialnych.

– Nie musisz się tłumaczyć, że popełniłeś czy popełniłaś zdradę. Wręczasz bukiet kłamstwa i masz sprawę z głowy. Każda kobieta to zrozumie, każdy mężczyzna wybaczy.

Osoby obecne na widowni argumentowały, że jeden bukiet niekoniecznie wszystko załatwi.

Zapytany o kwiaty kłamstwa rzecznik rządu zdystansował się ostrożnie.

– Jesteśmy nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwem. Korzystanie czy nie korzystania z bukietów kłamstwa to wybór indywidualny, jeśli tylko mieści się on w granicach konstytucyjnego prawa wolności słowa i ekspresji.

– Czy ministerstwo szkolnictwa myśli o wprowadzeniu do programu edukacji sztuki układania kwiatów kłamstwa?

Na to pytanie rzecznik odpowiedział wymijająco:

– Nic mi o tym nie wiadomo. Proszę pytać o to ministra szkolnictwa.

Po dwóch latach okazało się, że z ogrodów prawie całkowicie znikły drzewa prawdy wyparte przez drzewa kłamstwa.

– To było nie do uniknięcia. Kwiaty drzewa kłamstwa są oryginalniejsze w kształcie, bogatsze w kolorze i piękniej pachną – wyjaśniali ogrodnicy. – Dlatego ludzie chętniej je kupują i hodują. Każdego roku mamy coraz więcej klientów zgłaszających się po ich sadzonki.

Drzewa kłamstwa okazały się też bardziej odporne na niekorzystne warunki atmosferyczne, mróz, suszę, obfite deszcze, silny wiatr oraz szkodniki.

– Jak na razie nic się ich nie ima. Może z czasem pojawi się jakieś robactwo, bakterie lub grzyby wywołujące choroby, ale miejmy nadzieję, że nie nastąpi to prędko – tłumaczyli ogrodnicy, osoby najlepiej zorientowane w zawiłościach rozwoju drzew kłamstwa.

Obydwie odmiany drzew można było sadzić wiosną, latem i jesienią, pod warunkiem, że przez pierwsze cztery tygodnie sadzonki będą należycie podlewane i osłonięte przed nadmiernym słońcem i zimnym wiatrem. Pół litra wody wystarczało na tydzień dla jednego drzewka.

Późną wiosną odkryto jeszcze jedną użyteczną właściwość kwiatów kłamstwa. Okazało się, że mają one znaczenie lecznicze. Kobieta w białym fartuchu reprezentująca firmę Gemma Flowers tłumaczyła w telewizji, że napar z ich kwiatów działa leczniczo na bóle sumienia.

Po kilku dalszych latach rosnącej popularności drzew kłamstwa pojawiła się ich krzyżówka z drzewem przekleństw. Z wyglądu obydwa gatunki drzew były prawie identyczne, w kwiatach hybrydy było tylko więcej szarości. Najczęściej były one nie do odróżnienia. Uwidoczniło to zupełnie nieoczekiwany problem.

– O ile kwiaty kłamstwa wszystkim odpowiadają zapachem, kolorem i kształtem, o tyle te z domieszką przekleństw wyraźnie śmierdzą prostactwem i chamstwem.

Niechęć społeczeństwa do nowej hybrydy była tak wielka, że ministerstwo rolnictwa wydało zakaz hodowli krzyżówek drzewa kłamstwa i drzewa przekleństwa. Nakazano też zniszczenie istniejących ich egzemplarzy. Ponieważ nie wszyscy obywatele potraktowali nowe prawo z należytym szacunkiem, w domach i ogrodach pojawili się strażnicy miejscy a nawet policjanci. Wręczali oni mandaty oraz niszczyli drzewa podobne do wzorca, jaki mieli w smartfonach i na zdjęciach. Kiedy wszystkie krzyżówki z udziałem drzewa przekleństwa zostały zniszczone, okazało się, że niewiele to dało. Ludzie nadal bluzgali jak rzeźnik tonący w kloace.

– Świat kręci się jak zawsze dookoła własnej osi i wokół słońca, niezależnie od tego czy na ziemi rosną drzewa kłamstwa, prawdy czy też hybrydy. Wszystko zależy od poczucia piękna i estetyki. Jedni lubią kwiaty drobne i białe, inni większe, czarnoczerwone. Czy mają one więcej czy mniej szarości, czy też nie mają jej w ogóle, wielu osobom nie robi jednak różnicy. Mamy coraz bardziej liberalne społeczeństwo. Przekleństwa zadomowiły się w naszym życiu podobnie jak drzewa kłamstwa i prawdy w ogrodach – tłumaczono w programie „Kultura roślin” w telewizji. – I tak już musi być, chyba żebyśmy wystrzelali tych najbardziej przeklinających dla odstraszenia pozostałych. To jest oczywiście niemożliwe, bo kraj by się wyludnił.

Nie były to mądre słowa. Następnego tygodnia zastrzelono znanego polityka oraz ciężko zraniono dwóch innych.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 marca 2021

0Shares

Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares

Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Kat. Opowiadanie.

To już całe opowiadanie. Wreszcie je dopracowałem. Proszę mi wierzyć, to masa roboty. Mam nadzieję, że się Państwu podoba.
Pozdrawiam serdecznie,
Autor

Na sześćdziesiąte urodziny swojej babki, Katarzyny Kaszmir, Maurycy zaprosił kata. O zaproszeniu tej jednej osoby nic nikomu nie powiedział, przede wszystkim samej zainteresowanej. 

Maurycy od początku nie był entuzjastą organizacji tych urodzin. Do zaangażowania się trzeba było go przekonać. Największą rolę odegrała w tym jego cioteczna babka, Karolina, siostra Katarzyny. Stać ją było na to, aby – nie przejmując się wrażliwością krewniaka – wyrazić swoją prośbę w bardzo bezpośredni sposób.

– Maurycy! Masz dwadzieścia pięć lat, umiesz pisać i czytać, nie masz nic do roboty. Zamiast obijać się po mieście, pić piwo i podrywać mężatki, zajmij się lepiej organizacją urodzin swojej babki. Masz ją tylko jedną a rocznica jest wyjątkowa. Jej organizacja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji. Nie chodzi o gastronomię ani o przygotowanie pomieszczeń, tylko o sporządzenie listy gości i wysłanie im zaproszeń. No i zorganizowanie jakichś atrakcji. Musisz wymyśleć jakiś program. Jestem przekonana, że potrafisz zrobić to wszystko, tym bardziej, że niezwykłych pomysłów nigdy ci nie brakowało.

Zaproszenie prawdziwego kata, pracującego lub kiedyś wykonującego  ten zawód, miało być niespodzianką, dobrze przemyślaną i oryginalną rozrywką. Katarzyna Kaszmir była zawodową aktorką i grywała także w sztukach dramatycznych opartych na różnych scenariuszach. Lubiła też literaturę kryminalną i detektywistyczną. Obecność kata, odpowiednio ubranego i wyposażonego w symbol władzy katowskiej, nie powinno jej niemile zaskoczyć – rozumował Maurycy. Miał w tym także swój własny plan.

Zaproszeni byli ludźmi z kręgów towarzyskich, w jakich babka obracała się przez swoje długie zawodowe życie: miłośnicy teatru, literatury i bibliotek, autorzy, krytycy, recenzenci, wydawcy i kilka innych postaci określanych mianem celebrytów.

– Razem z tym swoim doborowym towarzystwem babcia Kasia zasługuje na nietypowe potraktowanie – mruknął do siebie Maurycy, zaklejając kopertę z zaproszeniem dla kata.

Kat nazywał się Patryk Radwan. Nie pracował już w zawodzie, był na emeryturze. Zanim Maurycy go zaangażował, zebrał o nim informacje z różnych źródeł. Nie chciał popełnić błędu włączenia do ważnej imprezy niewłaściwego człowieka. Mając już podstawowe dane w ręku, umówił się Radwanem, aby przeprowadzić z nim rozmowę, która uzupełniłaby luki i wyjaśniła szczegóły dotyczące jego kariery zawodowej.

Kat Radwan okazał się zwalistym, wysokim mężczyzną o rumianej twarzy wieśniaka i sumiastych wąsach starodawnego szlachcica. Spotkali się w barze hotelu „Nepot”. Po zamówieniu czegoś do picia, Maurycy poprosił gościa, aby w krótkich słowach powiedział coś o sobie.

– W charakterze kata pracowałem w Stanach Zjednoczonych przez dziesięć lat. Było to w stanie Virginia. Wykonałem egzekucję czterdziestu czterech osób. Na początku więzienie korzystało z krzesła elektrycznego, potem były już zastrzyki trucizny. Stosowaliśmy głównie tiopental. Takie jest najkrótsze streszczenie mojej kariery w tym zawodzie.

Maurycy pomyślał, że była to odpowiedź w iście katowskim stylu, raz a dobrze. Wywnioskował, że Radwan ma szczególne poczucie humoru, kiedy ten mu powiedział z całą powagą, że skazańcy, na których miał dokonać egzekucji go lubili podczas gdy on ich nienawidził.

– Skąd pan wie, że pana lubili? I dlaczego miał ich pan nienawidzić?

– Nienawidziłem ich, bo byli to bezwzględni przestępcy i z ich powodu miałem niekiedy wyrzuty sumienia.

– Ale przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, że to pan będzie dokonywać na nim egzekucji. Takich informacji nie udostępnia się osobom skazanym na karę śmierci.

– Oficjalnie nie, ale i tak wszyscy oni dowiadują się o tym przed egzekucją. Nie wiem po co to robią, ani co to im daje.

W trakcie rozmowy ustalili szczegóły wystąpienia kata na urodzinach. Miał on odegrać w nich ważną aczkolwiek nietypową rolę.

Partię gości spoza miasta przywiózł ze stacji kolejowej wynajęty mikrobus. Pod dom solenizantki podjechał punktualnie, dwadzieścia minut po przyjeździe pociągu. Maurycy obserwował wysiadających. Kata poznał od razu, jak tylko wyszedł z mikrobusu. Był ubrany w szary flanelowy garnitur w paski i miał przy sobie wielki topór. W głowie Maurycego kotłowało się. Myślał o tym, co miało się zdarzyć, martwiąc się, czy plan się powiedzie i impreza się uda. Wróciły dawne niespokojne wspomnienia. Aby oderwać się od nich, skoncentrował się na Radwanie.

– Przyjechał kacisko i przywiózł ze sobą wielki topór. Błyszczy z daleka, nie sposób go nie zauważyć. Zatłucze tę gadzinę, moją babkę. Tak obrzydziła życie memu ojcu, że nie miał czasu ani siły, aby mnie wychować.

Maurycy przypomniał sobie szczegóły swojego dzieciństwa. Babka Katarzyna przez wiele lat maksymalnie wykorzystywała Jana, jego ojca. Maurycy miał bardzo jasny pogląd na ten temat. Babka przekazała ojcu do prowadzenia, a właściwie to kazała mu prowadzić dużą firmę odzieżową, stanowiącą od pokoleń własność rodziny. Sama nie była w stanie – jak mówiła – sprostać wszystkim obowiązkom domu, pracy w teatrze i biznesu, albo po prostu nie miała już chęci osobiście zarządzać firmą. Ojciec był dla Maurycego dobry ale nie miał dla niego czasu, zaniedbał go. Matka Maurycego sama nie umiała sobie poradzić z synem. Po kilku aresztowaniach i dwóch krótkich pobytach w więzieniu Maurycy nabrał głębokiego przekonania, że ojciec zmarnował mu życie. Nie mogąc zapewnić mu właściwego wychowania, widząc jak się wykoleja, ojciec popełnił samobójstwo.

– To przez babkę Katarzynę się zabił, a ja się zmarnowałem. Przepuściłem wszystkie pieniądze, jakie ojciec mi zostawił, i teraz muszę żyć na garnuszku tej wiedźmy.

Maurycy nie znosił babki, lecz skrzętnie to ukrywał. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć, ona sama najmniej. Jeśli rozmawiał z kimś o niej, to jedynie z przyjacielem ze szkoły, Cezarym, z którym się spotykał, aby razem pić do upadłego. Czasem rozmawiał na głos sam ze sobą. Treść była ta sama.

– Jest brzydka, choć wszyscy mówią, że to nieprawda, że ma oryginalną urodę. Ja tej urody nie widzę, mimo że staram się rozumieć innych ludzi. Jeśli mówią, że babka jest urodziwa, to chciałbym wiedzieć, w czym się to wyraża.

Maurycy widział tylko jej brzydotę. Zmarszczki pod oczami, pypeć na lewym policzku, jak to nazywał. Inni uznawali to za uroczy pieprzyk.

Solenizantka uznała obecność kata za oryginalny i zabawny pomysł. Jak tylko przedstawiono jej Patryka Radwana, podjęła z nim rozmowę. Pytała o szczegóły. Jak wykonywał egzekucje, jak się do nich przymierzał, także o wyrzuty sumienia. Odpowiadał szczerze, w sposób dla niego typowy, krótki i szarmancki.

– Wyrzuty sumienia to na pewno nie. Miałem je tylko na początku, potem mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłem, że uśmiercam tylko morderców, podżegaczy do zbrodni i podobnych łajdaków.

W trakcie rozmowy z katem, ktoś podszedł do Katarzyny. Miała jeszcze inne obowiązki, była panią domu. Nie mogła dłużej z nim rozmawiać, wyjaśniła mu, że musi odejść. Aby nie pozostawiać gościa samego poprosiła siostrę, Karolinę, aby w jej miejsce kontynuowała rozmowę z Radwanem. Pomyślała, że to szansa dla niej, aby poznać kogoś nowego i interesującego. Karolina była tak krótko mężatką, że wiele osób wciąż uważało ją za starą pannę.

– Nie dziw, że nikt jej nie chce. Jest zbyt podobna do Katarzyny. Ta sama krew – pomyślał Maurycy, uważnie obserwujący wszystko, co dzieje się na sali. Starał się kontrolować rozwój sytuacji.

Karolina i Patryk Radwan rozmawiali z ożywieniem najpierw w salonie, nieco na uboczu, pod wielkim oknem, potem udali się na przechadzkę po parku okalającym dom z dwóch stron.

Po dłuższym czasie nieobecności z parku wrócił tylko kat. Nie skierował się do sali ogólnej, gdzie przebywali goście, tylko na taras z boku budynku, gdzie przebywała Katarzyna Kaszmir razem z Maurycym. Kat trzymał w prawej ręce za włosy ludzką głowę. Była to głowa Karoliny; z szyi kapała jeszcze krew. Maurycy omówił tę scenę wcześniej bardzo dokładnie z Radwanem. Rekwizyt był przygotowany w umówionym miejscu w parku.

Maska twarzy Karoliny była wykonana w sposób idealny. Kosztowało to charakteryzatora masę pracy. Był to podstawowy rekwizyt przedstawienia granego przez kata.

Efekt był bardziej przerażający niż to przewidział Maurycy. Chciał tylko babkę przerazić, ukarać ją za to, co zrobiła z jego ojcem. Był przekonany, że zareaguje spokojniej, była przecież zawodową aktorką, osobą przyzwyczajoną do niezwykłych inscenizacji.

Na widok głowy siostry Katarzyna upadła na taras, dostała drgawek, po czym znieruchomiała.

– To zawał serca – po krótkim badaniu stwierdził lekarz przybyły z salonu razem z innymi gośćmi, kiedy Maurycy zaczął wzywać pomocy. Maurycy przypomniał sobie, że sam umieścił nazwisko lekarza na liście zaproszeń sugerując się opinią babki, że był on wielbicielem jej talentu i oglądał wszystkie jej wystąpienia teatralne. Lekarz natychmiast wezwał karetkę pogotowia ratunkowego. Jak tylko przyjechała, powiedział rozkazująco:

– Proszę się rozejść. Nic państwo tu nie pomożecie. Chodzi o natychmiastową pomoc. Ja się tym zajmę, pojadę z nimi, pomogę ją reanimować w drodze do szpitala. Proszę pozostać na miejscu. Możliwe, że przyjedzie tu policja. Mam obowiązek ich zawiadomić o takim zdarzeniu.

Kilka godzin później Maurycy otrzymał telefon ze szpitala. Dzwonił lekarz.

– Pańskiej babci nie udało się uratować. Bardzo mi przykro z tego powodu.

Maurycy zastanawiał się, co czuje. Był zdezorientowany. Tłumaczył sobie:

– To nie była moja wina. Nikt tego nie mógł przewidzieć.

Odczuł ulgę, kiedy wyjaśnił sobie, że tak musiało być, że śmierć ojca została pomszczona i była to jego zemsta zza grobu.

Rozprawa odbywała się w dużej, staromodnie zabudowanej sali sądowej. Maurycy uczestniczył w niej w charakterze oskarżonego o usiłowanie spowodowania śmierci. Po ustaleniu podstawowych faktów i przesłuchaniu dwóch świadków, sędzia zażądała od prokuratury dokładniejszego zbadania okoliczności związanych z pożarem domu.

Maurycy uznał, że rozprawa nie poszła we właściwym kierunku. Spodziewał się, że dochodzenie zatrzyma się w miejscu z braku dowodów wskazujących, kto konkretnie wywołał pożar, i całe zdarzenie rozejdzie się po kościach. Tłumaczył się, że zorganizował wszystko za wiedzą i aprobatą babki. Patryk Radwan twierdził natomiast, że miał pewne obawy co do sceny z obciętą głową, ale zleceniodawca uspokoił go zapewniając, że zna dobrze swoją babkę i jej stan zdrowia, i wszystko będzie w porządku.

– To, czego oczekiwał ode mnie pan Maurycy Kaszmir, było tak niezwykłe, że z obawy o konsekwencje mimo jego zapewnień poprosiłem go o potwierdzenie zlecenia na piśmie. Mam je przy sobie.

Na życzenie sądu pokazał pismo sędzi; ta, po przeczytaniu go, poleciła włączyć je do akt. Sąd nie dopatrzył się w dokumencie niczego nadzwyczajnego.

Dwa dni po rozprawie Maurycy otrzymał list.

– Maurycy, o mało co mnie nie wykończyłeś. Nigdy bym cię nie posądziła o taką wyobraźnię i takie postępowanie. To była gruba przesada, jeśli chodzi o rozrywkę. To, co uczyniłeś, było okropne. Uznałam, że miałeś nieudany dzień i skłonna jestem ci wybaczyć. Ty zagrałeś „va bank”, ja również, dlatego upozorowałam własną śmierć. Moja przyjaciółka obserwowała spacer kata Patryka z moją siostrą. Poszła za nimi i widziała wszystko. Zdążyła ostrzec mnie w porę.

– Ten wypadek był wyrokiem losu – pomyślał Maurycy i czytał dalej.

– Chyba zawsze posądzałeś mnie, że zrujnowałam życie twojego ojca. Teraz sprawa jest jasna. Chciałeś mnie przetestować, dać mi nauczkę. Martwię się o twój stan psychiczny. Być może to nic poważnego, ale powinieneś skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Musisz się zmienić. Jeśli tego nie zrozumiałeś, to powiem się ostrzej:  musisz się leczyć. Stawiam to jako warunek naszego porozumienia. Jeśli tego nie uczynisz, wydziedziczę cię, bo nie będziesz się nadawać nawet na parobka do sprzątania nawozu ze stajni. Chociaż nie! Może koń cię kopnie i wbije ci do głowy trochę rozumu. To może być jednak niebezpieczne, bo równie dobrze może skończyć twój nędzny żywot!

Maurycy przyjął list z ulgą. Babka żyła i to było najważniejsze. Tym razem to ona go przechytrzyła. Miał jeszcze nadzieję, że wróci do jej łask. Nie przekreśliła go całkowicie. Swoją przebiegłością i porównaniem go do parobka zraniła go bardziej niż sugestią wydziedziczenia. Bardzo go to zabolało.

Cztery tygodnie później w nocy spłonął dom Katarzyny Kaszmir. Była wewnątrz budynku. Maurycy nie miał co do tego wątpliwości; obserwował babkę od pewnego czasu, aby dokładnie poznać jej zwyczaje. Oglądał też pożar z oddali i słyszał kobiece krzyki.

Zaraz po straży pożarnej przyjechała policja. Skutki były tragiczne. W pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało kobiety.

– Katarzyna Kaszmir zginęła tragicznie. Tym razem naprawdę. – Lokalna prasa rozpisywała się obszernie o pożarze i jego ofierze przez kilka dni. 

Wkrótce rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W kręgu podejrzanych znalazła się służba pani domu, przede wszystkim kucharz zwolniony przez nią kilka tygodni wcześniej, oraz Maurycy. Policji nie udało się niczego mu udowodnić. Już po pierwszym przesłuchaniu był przekonany, że tak właśnie będzie. Dom podpalił nie pozostawiając śladów mogących doprowadzić śledczych i prokuratora do sprawcy pożaru. Był jedną z wielu osób przebywających w domu lub w jego pobliżu w ciągu ostatniego miesiąca. Kilka dni przed pożarem podłożył specjalny zapalnik, którego obudowa stopniała i wyparowała pod wpływem wysokiej temperatury.

Czekał na uspokojenie się sytuacji. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko się stabilizowało. Był też pewien, że do dnia pożaru babka nie zdążyła zmienić testamentu. Nie zrobił niczego, co mogłoby ją nastawić negatywnie do niego. Wręcz przeciwnie, starał się prowadzić jak najbardziej przykładne życie. Zaczął nawet poszukiwać pracy. Zadbał o to, aby ta wiadomość dotarła do babki Katarzyny, co prawdopodobnie podniosło jego notowania. W przypadku pozytywnego rozwoju wydarzeń, planował kilkutygodniową wycieczkę zagraniczną. Przemyślał nawet, jak to zrobi. Pieniądze na nią pożyczyłby z banku, później spłaciłby ze swojego udziału w spadku.

Niecały tydzień później, z samego rana, do drzwi mieszkania Maurycego zapukał oficer policji.

– Wygląda na generała, tyle ma odznaczeń – pomyślał Maurycy zaskoczony nietypową wizytą. Za oficerem stał drugi policjant, młodszy i niższej rangi. Mężczyzna stojący za progiem przedstawił się:

– Podinspektor policji Damian Narożny. A to jest detektyw policyjny sierżant Józef Paliwoda.

Z wszystkiego, co usłyszał, Maurycy zapamiętał tylko nazwisko Paliwoda. Szumiało mu w uszach, czuł ssanie w żołądku. Nie rozumiał tego, ponieważ nigdy wcześniej, nawet w najbardziej opresyjnych sytuacjach nic takiego nie odczuwał. Znający go ludzie mówili o nim, że ma skórę słonia.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem podpalenia domu pani Katarzyny Kaszmir i usiłowania jej zabójstwa.

Maurycy domyślił się, że coś poszło zdecydowanie nie tak, jak zaplanował, ale nie upadł na duchu. Postanowił walczyć.

– Nie mam pojęcia o co chodzi – odpowiedział zdecydowanym tonem.

– Nie szkodzi. Nie musi pan wiedzieć. Mam nakaz aresztowania. Tam, gdzie pana zabierzemy, będzie się mógł pan wytłumaczyć ze swojej niewiedzy.

– Co mam ze sobą zabrać? – zapytał zrezygnowany Maurycy, gotów udać się od razu w głąb mieszkania, aby zebrać i włożyć do plecaka niezbędne rzeczy.

– To, co pan chce, ale tylko rzeczy osobiste. Zrobi pan to w asyście sierżanta Paliwody. Tylko bez żadnych wygłupów, bo w razie jakichkolwiek wątpliwości sierżant natychmiast obezwładni pana, a to może być bolesne.

Po opuszczeniu domu i zamknięciu drzwi na klucz, Maurycy zajrzał do skrytki pocztowej. Był tam tylko jeden list. Zabrał go ze sobą, nie sprawdzając nawet, kto był nadawcą. W samochodzie usiadł na tylnym siedzeniu obok sierżanta. Jadąc siedział nieruchomo i gapił się w milczeniu przez okno. Podinspektor popatrzył na niego przekręcając głowę z przedniego siedzenia.

– Ma pan teraz czas. Może pan spokojnie przeczytać ten swój list.

Maurycy otworzył kopertę obrywając jej boczną krawędź palcami. Serce w nim zadrżało, kiedy rozpoznał charakter pisma. Zaczął czytać.

– Nie wiem jak się do Ciebie zwracać, bo na pewno nie „Drogi Maurycy”. Wiedz, że mam prawo serdecznie cię nienawidzić po tylu udrękach, jakie na mnie sprowadziłeś. Tym razem wyeliminowałeś się sam. Domyśliłam się, że twój stan psychiczny nie polepszył się i nie popuścisz, dopóki nie uczynisz czegoś okropnego. Nie miałam pojęcia, co to mogłoby być. Pomyślałam, że zechcesz zrobić coś, aby mnie postraszyć bardziej niż za pierwszym razem.  Dlatego kazałam cię śledzić. Cały czas chodził za tobą detektyw. Byłeś zbyt pewny siebie i chyba także zbyt głupi, abyś to zauważył. Nawet nie spostrzegłeś, że wokół domu poleciłam zainstalować kamery. Nie sądziłam jednak, że stać cię na taką podłość, że spalisz dom, aby mnie ostatecznie unicestwić. Na szczęście byłam nieobecna, musiałam wyjechać na kilka dni do rodziny. Podpalając dom, niczego nie osiągnąłeś. Wewnątrz była tylko gosposia, która zdążyła uciec. Uratowała się cudem. Informacja o ludzkich szczątkach znalezionych wewnątrz służyła tylko uśpieniu twojej czujności. Nie był to mój pomysł. Dom był ubezpieczony, w związku z czym nic nie straciłam. Mam jego plany i mogę go odbudować w takiej samej postaci. Lubię teatr dramatyczny, ale to, co zrobiłeś, przerasta ludzkie wyobrażenie. Wydarzenia wywołane przez ciebie uznałam za najbardziej tragiczne chwile mojego życia.

Przebywając w areszcie śledczym Maurycy otrzymywał listy. Wszystkie pochodziły od babki Katarzyny. Uznał, że go prześladuje, choć nic prześladowczego w nich nie było. Pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Odrzucał je od siebie. Babkę wciąż nazywał starą, podłą klępą oraz dręczycielką. Potem nachodziły go myśli, że ona w ogóle nie istnieje, że ją sobie wymyślił, że wychowywał się bez ojca a nawet go nie znał.

Katarzyna Kaszmir była zawsze kilka kroków do przodu. Pisała mu co się zdarzyło, w końcu także o tym, co się zdarzy.

Tydzień przed procesem otrzymał list w żółtej kopercie. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiej przesyłki. Ucieszył się, że to nie od babki. Pomylił się. Tym razem napisała mu o zbliżającej się rozprawie sądowej, przewidując jaki zapadnie wyrok. Było tak, jak zapowiedziała. Sąd skierował go na badania do szpitala psychiatrycznego.

– To tylko badania – pocieszał się. Miał pojechać tam prosto z aresztu.

Zaraz po zakończeniu rozprawy sądowej, otrzymał kolejny list. Koperta była bez znaczka. Wyglądało na to, że ktoś specjalnie przyjechał do aresztu sądowego, aby go doręczyć adresatowi w odpowiednim czasie.

– Cieszę się, że wreszcie otrzymałeś zaproszenie na stały pobyt tam, gdzie zawsze było twoje miejsce. Nie martw się. Będę cię regularnie odwiedzać. Będziesz paradować w białym mundurku z rękawami zapinanymi na plecach na klipsy, a ja będę mieć na sobie moją najlepszą garsonkę, tę, w której najbardziej mnie nienawidziłeś. Możesz liczyć na mnie, będę ci służyć w formie wyrzutów sumienia. Ilekroć mnie zobaczysz, będziesz żałować swojej głupoty i okrucieństwa. Obudziłeś w sobie najgorsze duchy naszej rodziny. Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka; nie zgadniesz jaka, ja ci też tego nie zdradzę. Niespodzianka to niespodzianka.

Samochód z podsądnym zatrzymał się na placyku przed wejściem do szpitala. Najpierw wysiadł strażnik więzienny, potem Maurycy. Wśród trzech osób, które czekały na niego, był także …. Tego się nie spodziewał. Zrozumiał, co babka miała na myśli pisząc o niespodziance. To był Patryk Radwan, masywne chłopisko ze swoim nieodłącznym towarzyszem – wielkim katowskim toporem. Stał spokojnie i czekał, aż Maurycy podejdzie bliżej. Przywitał się z nim jak z dobrym znajomym. Nie rozmawiali długo.

– Będę czekać na ciebie. Skontaktuj się ze mną po południu, to pogadamy. Mam tu pokój gościnny. To numer 13, przynoszący szczęście. Dziś wieczorem wygłaszam tutaj prelekcję. Będę opowiadać o moim zawodzie, o występach w roli kata. Wyobraź sobie, ci ludzie tutaj w większości biorą mnie za prawdziwego kata, podobnie jak ty, choć byłem tylko aktorem charakterystycznym grającym takie role. Przyjdź, przypomnisz sobie swoją własną przeszłość i zlecenie, jakiego mi udzieliłeś. Musisz wiedzieć, że kiedy to uczyniłeś, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, gdzie pracowałem i co robiłem w ostatnich latach, byłeś już przegrany. Twoja babka Katarzyna to moja koleżanka ze sceny. Przyjaźniliśmy się. Powiedziałem jej o wszystkim. Nie grałeś nigdy w teatrze, byłeś amatorem i to jest twoja największa słabość. Dobry byłeś tylko w jednym; wspaniale udawałeś osobę zaburzoną psychicznie, aby wykończyć Katarzynę i przejąć majątek rodzinny, którym dysponuje. Teraz musisz dokonać poważnego wyboru, najpoważniejszego w twoim życiu. Pierwsza możliwość jest taka, że nadal będziesz grać osobę psychicznie niezrównoważoną, niebezpieczną dla otoczenia … i wtedy pozostaniesz tu na stałe. Druga możliwość, przyznasz się do świadomie popełnionych przestępstw i wtedy dostaniesz dożywocie za podpalenie domu i usiłowanie dwóch zabójstw z premedytacją. Masz na koncie też kilka szantaży i dwie krótkie odsiadki w więzieniu. W średniowieczu ktoś taki jak ja musiałby skrócić cię o głowę.

Masz jeszcze trzecie wyjście. Skończyć ze sobą. Ale nie życzę, ani nawet nie rekomenduję ci tego. Gdybyś się jednak na to zdecydował, doradzę ci, jaka trucizna jest najłagodniejsza w rozstaniu się ze światem. Jeśli mnie oczywiście poprosisz o radę. My, zawodowi aktorzy, niczego nie robimy na siłę, w odróżnieniu od amatorów, takich jak ty, którzy ubarwiają fikcję, myśląc, że dokonują czegoś realnego. Życie to wielki teatr, w którym trzeba umieć grać.

Michael Tequila,
Gdańsk, 27 grudnia 2020

0Shares

Carajo. Opowiastka.

Dzisiaj stać mnie było tylko na coś nieprzyzwoicie krótkiego.

– Wyobraź sobie, hombre, człowieka młodego, przystojnego, aspirującego do wielkiej kariery i bogactwa, niespotykanej inteligencji, wyobraź go sobie jako własnego dziadka. Jest we mnie taka dojrzałość, że mógłbym zostać moim własnym dziadkiem – rzucił w przestrzeń Alfredo Sombra, powszechnie znany jako Carajo, usiłując podnieść się z kolan. – Kiedy myślę o dziadku, płaczę. Nie mogę inaczej. Jestem nieszczęśliwy, ponieważ miałem tylko pół dziadka i to tylko ze strony mamy. Dlaczego pół, moglibyście zapytać, ale oczywiście nie zapytacie. Wyjaśniam. Widziałem go tak rzadko, że mogę powiedzieć śmiało, że była to tylko połowa.

– A ze strony ojca? Co z dziadkiem ze strony ojca? – nieznany głos brzmiał wpół drwiąco, wpół współczująco.

Carajo nawet nie starał się podnieść głowy, aby dojrzeć mężczyznę. Kontynuował swoją opowieść.

– Wyobrażam sobie siebie w roli mego własnego dziadka: dystyngowany, siwy, prosty jak trzcina, taki do zabawy i do napadu na bank. Chyba tak to się mówi? Taki, co to trzaska z bata sprawniej niż kowboj i patrzy z góry na wszystko i na wszystkich. To jestem ja, kombinacja dziadka i wnuka, zintegrowana dojrzałość i młodość, mądrość i świeżość.

– Co się z tobą stało, Carajo? Nigdy tak nie mówiłeś.

– Ale mówię. Kiedy tchórz wydusił mi wszystkie kury, jastrząb porwał mego najlepszego gołębia, zdradziecko rozmontowano i wyniesiono ceglany piec z mojej piekarni i odeszła ode mnie żona, postanowiłem się zmienić, osiągnąć dojrzałość. Co mi zostało? Ja sam, ale dojrzalszy. Taki jestem i taki zawsze będę, dumny Alfredo Sombra, znany powszechnie jako Carajo! – krzyknął mężczyzna, kiedy strażnicy miejscy wciągali go do samochodu, aby zawieźć na izbę wytrzeźwień.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 grudnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie.

Odc. 1 Marzenia

Podróż do Indii była dla Piotra Praktyka potrzebą serca, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową świątynię duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mozaika religii mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, a skończywszy na chrześcijaństwie. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Piotr Praktyk zobaczył to we śnie, barwny, wijący się jak wąż korowód osobliwości: brodaci guru, wychudli fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, w końcu szalone bogactwa nababów i niewiarygodną nędzę mas. W jego pamięci pozostał bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego. Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska, w zależności od nastroju. Praktyk zapamiętał atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Wyobrażeń było znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem miłośnik Indii znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, także reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, wielkie, pracowite i spokojne zwierzęta pociągowe, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii i pogodzenie się z samym sobą. Praktyk widział go na video jak materializował z niczego, z pustej dłoni, białawy w kolorze święty popiół, którym posypywał głowy wiernych. W marzeniach podróżnika była jeszcze joga i praktyki duchowo-fizyczne, pozwalające ludziom dokonywać cudu – obywać się bez pokarmu, czerpiąc czystą energię z kosmosu. Był także zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na wielkich stosach drewna i zrzucania ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której codziennie dla zdrowia zanurzały się rzesze wiernych. Na liście zainteresowań Indiami znalazł się także Mahatma Gandhi, który oporem milczenia pokonał potężne imperium brytyjskie.

Najbardziej wyobraźnię Praktyka rozpalił jednak Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o głębokiej wierze i niewiarygodnej wytrzymałości. Praktyk kilkakrotnie oglądał go na filmie nie wierząc własnym oczom. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka wyznawców przygrywająca mu dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka odporność imponowała Praktykowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie potrafił dotrzymać.

Późną jesienią Piotr Praktyk oderwał się od marzeń i wykupił wreszcie wycieczkę w biurze podróży. W programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc. Niewiele to dało. Wygodnie uznał wtedy, że aby coś wspaniałego zapamiętać, trzeba to najpierw zobaczyć na własne oczy i przeżyć. Przed wyjazdem wynotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki.

Podróż rozpoczynała się na lotnisku międzynarodowym stolicy Nomadii. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury i dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspresowy miał go zabrać do stolicy, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Na peronie nie słuchał już zapowiedzi dotyczącej ustawienia wagonów. Było oczywiste, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że na początku były wagony numer sześć, siedem i osiem, a wagony jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć w ogólne nie było. Przeklinając, Praktyk pokonał dystans biegiem zdenerwowany i zażenowany, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg bezpośrednio na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił.

– W kolejce dojazdowej nie kupi pan biletu. Pozostaje panu tylko automat biletowy – życzliwe podsunął mu starszy podróżny, widząc go nerwowo rozglądającego się przy kasie.

Znalezienie automatu nie było proste, ale udało się w końcu. Kupując bilet dla siebie, Piotr Praktyk, kierując się współczuciem, kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który mu towarzyszył w poszukiwaniu kasy automatycznej.

– Jestem umówiony na lotnisku z przyjacielem i zabrakło mi pieniędzy. Przyjechałem tu do pracy i wyrzucili mnie po dwóch tygodniach. Nie wiem co robić. Wstyd mi wracać do siebie. Czy pan mógłby mi pomóc?

Zanim decyzja została podjęta Praktyk ocenił petenta rzutem oka: młody człowiek, słabo ubrany jak na zimową porę roku, zmęczony i nieogolony. Mówił z nieznacznym obcym akcentem. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie Praktyk bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób. To go trochę zdenerwowało, bo miał tego nie robić. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się na myśleniu o Indiach. Przed oczami stanął mu Lotan Baba, toczący się święty, zwykły, brodaty, skąpo odziany mężczyzna o niezwykłej sile ducha.

Odc. 2 Stambuł

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule. Tłum ludzi na lotnisku oddzielił Piotra Praktyka od jego grupy. Wkrótce znalazł się razem z innymi pasażerami w autobusie mającym ich dowieźć do samolotu odlatującego do New Delhi. Autobus nie ruszał, mimo że był pełny. Otoczony ciasno dziwnym tłumem Praktyk poczuł się nieswojo. Określił to w myśli jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Obok niego, z boku po lewej stronie, stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Sądząc po wyglądzie był to Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej czupryny Praktyka; odczuł to jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały srebrne obrączki, z tyłu wygolonej czaszki świeciły blado dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Wyglądały elegancko. Piotr Praktyk zadał sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Praktyka znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami. Na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na strój głowy Praktyk uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało go jego spojrzenie, wyrozumiała łagodność jak u Karola, dawnego przyjaciela Piotra, który wyjechał do Sydney.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Obserwator domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku zupełnie przypadkiem.

Trzecim obiektem zainteresowania Praktyka była kobieta. Stała tak blisko, że fizycznie czuł jej obecność. Wyróżniała ją twarz o połyskliwej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskich żądz. Podróżnik zobaczył w niej obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Spekulując swobodnie uznał, że wydatny biust nie tyle określa walory kobiety, ile podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne niewiasty co najmniej dwie miary kobiecości. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nie można było nic ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie czerwonym telefonem komórkowym, aby chwilę później przeglądać je w skupieniu, nie zwracając uwagi, że stojący za nią dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym był ciekawszy niż ona sama.

Po kilku minutach obserwacji Piotr Praktyk uświadomił sobie, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem i krwią. Przestał o tym myśleć, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka gdzieś z głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy płacz. Słysząc go Piotr Praktyk poczuł się niezręcznie nie mogąc nic pomóc. Uznał się za niewydarzonego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

W samolocie przypadło mu miejsce przy oknie. Zaraz po nim przyszła kobieta. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ani ona jego. Dopiero kiedy zaczęli rozmawiać, okazało się, że są z tej samej grupy wycieczkowej.

– Nie rozpoznaliśmy się, ponieważ widzieliśmy się zbyt krótko na odprawie przed odlotem z krajowego lotniska. Wszyscy patrzyli na zegarki, aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie – wyjaśniła kobieta. Popatrzyła na Praktyka i dodała:

– Mam na imię Maria. Mówmy sobie po imieniu, będziemy w tej samej grupie przez dwa tygodnie. A jak ty masz na imię? – zapytała, jakby znali się od dawna.

Przed podaniem swojego imienia, Piotr przyjrzał jej się uważnie. Miała podłużną twarz, blond włosy i marzące oczy. Rozmowa potoczyła się szybciej. Kiedy Maria zapytała go, czy mogliby się zamienić miejscami, zgodził się bez wahania.

– To mi nawet odpowiada. W samolocie jest za mało miejsca, abym mógł wyprostować nogi. Siedząc przy przejściu będzie mi łatwiej wstać i trochę pochodzić, aby się rozruszać.  

Zanim samolot wystartował zapadła noc. Oboje patrzyli przez okno na wielką przestrzeń w dole, kiedy samolot opuszczał lotnisko. Powietrze było wyjątkowo przejrzyste.

– Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku miasta nocą. Te pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Czyż nie jest to zachwycające? – Piotr zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Większość świateł jest jakby różowa a wielopiętrowe budynki wyglądają jak białe pionowe ramy.

Pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła na dole zgasły jak na komendę. Piotr pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej.

– To tylko gęste chmury, w które wleciał samolot – wyjaśniła uprzejmie Maria. – Teraz już nic nie będziemy widzieć.

Piotr poczuł się rozczarowany. Aby zmienić nastrój zapytał:

– Lubisz latać samolotem?

– Bardzo. Nie odczuwam strachu jak niektórzy pasażerowie.

– Ja też lubię, z wyjątkiem tych momentów, kiedy samolot wpada w komin powietrzny. Pamiętam, jak raz spadał tak gwałtownie, że skrzydła wygięły się do góry. Zatrzymał się dopiero dwieście metrów nad lasem. Kapitan nam to powiedział. Byliśmy tak nisko, że widzieliśmy grzybiarzy machających do nas rękami.

Maria popatrzyła na sąsiada przestraszona, po czym zaśmiała się.

– Mam nadzieję, że będzie to bardzo udana wycieczka. Wiele sobie po niej obiecuję.

– Ja też. Myślę o zmianie wiary, chcę zostać buddystą. Oni są tacy spokojni, chodzą lekko ubrani i nie muszą pracować. A ty, Mario, nie myślałaś o zmianie religii? Kobiety podobno lubią zmiany. To nie byłby zresztą wielki przełom, bo Bóg podobno jest tylko jeden. W Indiach jest taki zestaw religii, że jest z czego wybierać. Na przykład hinduizm. Byłoby mi raźniej.

Maria zastanawiała się chwilę nad propozycją.

– Może następnym razem. Nie zabrałam ze sobą odpowiedniego stroju i nie znam języka hindi. Żaden z ich bogów by mnie nie zrozumiał. 

Odc. 3 New Delhi

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się w hotelu Gautam Deluxe grupa ruszyła w miasto. Wstępne informacje były proste: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid, Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii oraz świątynię Sikhów Gurudwara Bangla Sahib. Był to intensywny dzień: przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Piotr Praktyk czuł się jak na obozie wojskowym. Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie zaoferowało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i choćby popatrzyć na Hindusów lub na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane oceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna stały grupy uczennic.

Przyciągnęły jego uwagę; pierwszy raz widział dzieci hinduskie, zupełnie odmienne od jego wyobrażeń. Oczekiwał biedy, a zobaczył ład i porządek: dobrze utrzymane dzieci, jednolite mundurki szkolne w kolorze czerwono-białym, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów.

Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią zdjęcia z nami, traktując nas jak maskotki – skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokażą je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i powiedzą: O, popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka!

Wieczorem poszli się przejść w kilka osób, aby zwiedzić okolicę hotelu. Bardzo szybko i niespodziewanie dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo obszerny; wewnątrz było co najmniej dwadzieścia osób personelu oraz dwóch strażników z wysłużonymi karabinami.

– Broń chyba jeszcze z okresu imperium brytyjskiego – mruknął Praktyk na ich widok.

Rozeszli się po wielkiej sali, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota i szlachetnych kamieni. Na zewnątrz sklepu jubilerskiego przewalały się tłumy ludzi; stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło w pamięć Praktyka, lecz chodniki uliczne wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej wyjechać autobusem na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed pobudką Praktyk zszedł do recepcji, aby zrobić parę zdjęć na pamiątkę jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno, na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można by usiąść.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Naprzeciwko był wielki plac z samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął do siebie, rozglądając się wokół i starając się wchłonąć jak najwięcej egzotyki.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik przecięty był poprzecznym wałem betonu wysokości dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Ordynarna, prostacka robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi! Jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami korzystają.

Po powrocie do pokoju uznał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy wyczerpuje to całą prawdę. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Praktyk postanowił czekać na dalsze wrażenia.

Odc. 4 Postacie

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Piotra Praktyka wyzwanie od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało mu z pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Praktyk zapamiętał trwale imiona dwóch uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Taka pamięć psu na budę się zdała – zżymał się wtedy, ulegając chwilowemu przygnębieniu.

Czasem zapominał coś tak trywialnego, że ogarniał go strach, czy nie dopadła go demencja lub coś jeszcze gorszego. Robił wtedy test polegający na przypomnieniu sobie kilku najświeższych zdarzeń. Jeśli nie miał z tym problemów, pocieszał sobie:

– Nie jest źle, nie martw się niepotrzebnie.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył w myśli wszystkich uczestników wycieczki pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Skuteczne posługiwanie się ksywami zależało od ich akceptacji przez zainteresowanych; bez tego ich używanie mogło być niezręczne. Praktyk zorganizował w związku z tym dyskusję, aby się upowszechnić ksywy i zyskać zgodę na ich używanie. Przyjęły się one łatwiej niż się spodziewał; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Od tej pory Piotr Praktyk przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Porywczy, Fotograf, Darczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Wizażystka, Szczepan, Proteza i Półgębek. To ostatnia ksywa odnosiła się do mężczyzny w średnim wieku, który uśmiechał się połową twarzy.

Proteza jako ksywa człowieka ze sztuczną nogą w pierwszej chwili wzbudziła kontrowersję. Została jednak przyjęta, ponieważ sam zainteresowany nie tylko nie zaprotestował, ale poczuł się wyróżniony.

– To, że mam sztuczną nogę, tylko mnie nobilituje. Mogę biegać szybciej niż inni, bo to specjalna konstrukcja. W najmniejszym stopniu mnie nie szpeci, a kopa mam potężniejszego niż koń, który mnie kiedyś zrzucił. Do dzisiaj tego żałuje – oświadczył z dumą Proteza.

Uzgadniając komu i jaka ksywa przysługuje, Nomadowie starali się, aby nie uwłaczała ona ludzkiej godności. Uderzali w wysokie tony a ich dyskusję przenikały określenia takie jak szacunek, przywilej, dyskryminacja. Kiedy ktoś sugerował niestosowny pseudonim podchodzili do sprawy spokojnie, wyjaśniając bez pouczania czy karcenia, że propozycja nie jest w dobrym tonie. To był właśnie charakter ich dyskusji; rzeczowy i poważny, ale bez przesady.

Samego siebie Piotr Praktyk oznaczył kryptonimem Śnięty. Nikt jednak nie używał tej ksywy, ponieważ grupa doszła do wniosku, że jego nazwisko doskonale brzmi w naturalnej formie i jest łatwe do zachowania w pamięci. Tak też go zapamiętano i tak się do niego zwracano od tej chwili. Uczestnicy grupy widzieli jego słabość do przysypiania, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też ulegali temu nawykowi w czasie jazdy autobusem. Było oczywiste, że Praktyk kocha sen i zasypia jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Praktyk. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Najważniejszą osobą w grupie był przewodnik. Podał wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać, bo nie były łatwe. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko, kiedy była mowa o różnych przewodnikach, mówiono Przewo 13. Był to numer ich grupy wycieczkowej nadany przez agencję turystyczną.

Dla Praktyka trzynastka była zawsze szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Szczerze w nią wierzył i dzielił się swoim przekonaniem, podając rozliczne przykłady z biblii, życia, kabały, powołując się na źródła historyczne, przyjaciół oraz znajomych. Wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy też nie mógł być lepszy. Był dobrze zorganizowany, chętny do pomocy i umiał przewidzieć najbardziej dziwaczne życzenia uczestników wycieczki. Co najważniejsze, o Indiach i Nepalu wiedział chyba wszystko.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – po kilku dniach stwierdził Inżynier.

Przewo, jak się okazało, od długiego czasu mieszkał w Indiach. Był żonaty z obywatelką Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm. Była to osoba majętna, z wyższym wykształceniem; nie była jednak urodziwa. Przewo pokazywał uczestnikom Trzynastki jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną. Nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niejedna kobieta tutaj uważa męża za istotę wyższą i tak go traktuje. Tak było też ze mną. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię. Zapamiętałem jej słowa, była w nich poezja.

– Nie musisz płynąć pod prąd kobiecych przekonań, że mężczyzna jest istotą bliższą ideału niż kobieta.

Korzystając z pozycji społecznej żony Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się łącznikiem między skromną duchowością Nomadów a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki niemu uczestnicy wycieczki mieli szansę lepiej poznać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy zgodnie stwierdzali każdego dnia, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go z Półgębkiem, jak w przerwie na odpoczynek siedzieli w cieniu drzewa na ławce i konwersowali, podobni do braci syjamskich, oddając się poważnej wymianie słów, gestów i znaczeń.

Odc. 5 Nomadowie

Trzynastka rozkręcała się z dnia na dzień. Pochłonęła ich pasja poznawania Indii i zgłębiania jej historii i duchowości. W pierwszych dniach poświęcali temu całą swoją energię biegając, słuchając i oglądając wszystko z otwartymi oczami, nie zapominając o zdjęciach. Z czasem jednak, kiedy poznali się już trochę wzajemnie, życie towarzyskie zaczęło odgrywać większą rolę. Wpływało na to rosnące zmęczenie regularnym wstawaniem rano, widokami, przejazdami z hotelu do hotelu oraz męcząca monotonność intensywnego zwiedzania.

Nazwa „Trzynastka” nie utrwaliła się do końca. Pojawiły się głosy zwątpienia, czy był to dobry pomysł. Praktyk nie kupował tej sugestii, wierzył, że jest to syndrom psucia tego, co dobre. Padły propozycje innych nazw: Turyści, Wędrowcy, Podróżnicy, Włóczykije, Globtroterzy, Obieżyświaty, Urlopowicze, Koczownicy, Tułacze i Włóczykije.  

Decyzja w końcu zapadła: Nomadowie. Uzasadnienie było praktycznie niepotrzebne.

– Skoro pochodzimy z Nomadii, kraju stworzonego przez Nomadów, to dlaczego nie mielibyśmy używać tej nazwy w Indiach i Nepalu? Nie musimy silić się na oryginalność. Jest ona pożądana w relacjach damsko-męskich, ale niekoniecznie w opisie rzeczywistości podróżnej – Wysoka z Kokiem jak zwykle nie umiała powstrzymać się od skojarzeń erotycznych. Niektórzy Nomadowie podejrzewali ją, że jest mitomanką.

W miarę jak rosła zażyłość między nimi coraz mniej krępowali się o tym mówić. Indie stymulowały ich w tym kierunku. Były wolne, swobodne, pełne erotyki i seksualności, nawet frywolne. Na każdym kroku wiedzieli symbole erotyczne: w religii, rzeźbach, literaturze, poezji, legendach i świątyniach. Działało to na nich.

Tego dnia po kolacji wypili więcej niż powinni. Darczyńca i Kindżał szarpnęli się i na stołach znalazło się kilka butelek alkoholu. Chyba sami już wcześniej spróbowali, bo zaczęli błaznować. Nikt nie miał im tego za złe. Wszyscy odczuwali potrzebę odprężenia, zrzucenia z siebie pyłu i kurzu dnia, zapomnienia o zabytkach; murach, warowniach, budynkach i pomnikach wystawionych dla uczczenia zwycięstwa kogoś sławnego nad kimś jeszcze bardziej sławnym lub odwrotnie.

– To lokalna okowita – oświadczył Kindżał. – Kupiliśmy ją po drodze w supermarkecie. Sprzedawca zaklinał się, że to najlepsza marka w całych Indiach. Kupują ją nawet ludzie niepijący alkoholu, aby spróbować tego specjału.

Rozmowa szybko zeszła na temat seksu i erotyki, który w Nomadii był publicznym tabu. Podróżnicy poczuli się wolni od okowów przyzwoitości obowiązujących w kraju. Zaczęło się od krótkich wypowiedzi, potem była to już lawina. Każdy miał jakąś cegiełkę do dorzucenia. Wspierali się nawzajem jak grupa alkoholików anonimowych czy grupa psychoterapeutyczna. Prześcigali się w wypowiedziach.

– Seks w Indiach zawsze był ważną częścią życia, bo oznacza radość. Każdy z nas to wie, tylko o tym nie mówi.

– Jest źródłem życia, sprawą ważną, pozytywną i godną podziwu.

– Ludzie garną się do dyskusji o seksie i erotyce. A co my? My, w Nomadii, we własnym kraju, od niej uciekamy jak od zarazy, nazywamy bezwstydem. Rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi na temat seksualności ani dzieci z rodzicami. W głowie mamy bociany, kapustę, motylki i schowki, które nazywamy oknami życia, gdzie można wrzucić po kryjomu dziecko zrodzone z pożądania lub miłości, zamiast publicznie przyznać, że pragnie się je oddać do adopcji. Wstyd!

– Dlatego Hindusi tolerują homoseksualistów, lesbijki i trzecią płeć, a my tych ludzi nienawidzimy. Tylko z tego powodu, że się kochają inaczej. Odmienność seksualna zawsze była, jest i będzie, bo jest produktem ewolucji.

– U nas może nie jest całkiem źle, ale trzymamy to na uwięzi, w zamrażarce albo w konfesjonale, tak jakby wyłącznie księża mieli przywilej słuchania o niepokojach, osiągnięciach i wpadkach seksualnych. Potem nazywają to grzechem i potępiają.

Kiedy się już rozchodzili, Wysoka z Kokiem, chyba pod wpływem dyskusji wyznała, że jest po prostu niewyżyta seksualnie.

– To ta historia z moim mężem tak mnie dobiła. Byliśmy bardzo młodzi. Nie wiedziałam, że był nałogowcem, hazardzistą. Ukrywał to skutecznie przede mną. Przegrał w karty cały majątek, jaki w posagu wniosłam do małżeństwa. Musiałam się z nim rozstać. Stało się to w najgorszym czasie, bo zaczęliśmy już snuć cudowne fantazje erotyczne, otwieraliśmy się na nową rzeczywistość. To mnie załamało uczuciowo.

Odc. 6 Nepal i buddyzm

Po przebudzeniu się Praktyk wykąpał się, ogolił i umył zęby korzystając z wody z kranu. Zdenerwował się i zaklął, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Przewo, aby nie brać do ust wody z kranu nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Miał trochę w metalowej piersiówce. Dusił się dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu. Wtedy sobie przypomniał, że był to spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką. Była w bardzo dobrym gatunku, lubił jej smak.

Rano starał się zachowywać jak najciszej, aby nie zbudzić Kindżała. Mieszkali razem w jednym pokoju. Wycieczka na całej trasie korzystała w hotelach tylko z pokoi dwuosobowych, z wyjątkiem osób, które za dodatkową opłatą wykupiły pokoje tylko dla siebie. Wieczorem pierwszego dnia pobytu w Indiach Przewo zorganizował losowanie, kto z kim będzie mieszkać w pokoju. Praktykowi i Kindżałowi wypadło mieszkać razem.

Tego dnia Nomadowie mieli lecieć samolotem do Katmandu. Praktyk mając jeszcze trochę czasu do śniadania, wyciągnął notatnik i zaczął pisać.

– New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą – zapisał pierwsze zdanie.  

Myślał o ludziach najuboższych. Nie miał pomysłu, co pisać dalej, wszystko wydało mu się bez sensu. Z zamyślenia wyrwał go głos Kindżała.

– Co się z tobą dzieje? Wyglądasz jakby żaba zajrzała ci w oczy i postraszyła, że cię opluje.

– Żaba żabą – skwitował Praktyk – ja myślę o Hindusach, tych najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach. Wielu z nich to analfabeci, ludzie zagubieni i biedni jak mysz kościelna. Los zdegradował ich kompletnie przez sam fakt ich urodzenia się na samym dole, w piwnicy hierarchii społecznej. Walczą o przeżycie każdego dnia, często nie wiedząc, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle przypadnie im w udziale jakiś posiłek.

– Ale się nakręciłeś! – Oczy Kindżała zwęziły się i twarz mu stężała. Kiedy myślał o tych ludziach wpadał w zły nastrój. Współczując im, nie był w stanie im pomóc w jakikolwiek sposób.

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu Praktykowi drętwiały stopy. Było to tak męczące, że co jakiś czas wstawał i chodził przejściem między rzędami foteli w jedną i drugą stronę. Na szczęście lot nie trwał zbyt długo. Po przylocie do Katmandu, stolicy Nepalu, i odprawie paszportowej, Nomadowie udali się wynajętym autobusem do hotelu Tibet. Przewo taki przejazd nazywał transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek. W notatkach Praktyka ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko jedno zdanie, że na kolację pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Nie rozumiał tego.

Był to piąty dzień grudnia, idealnej pory na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, słońce często wychodziło zza chmur. Tylko noce były chłodne a w górnych regionach Nepalu wręcz zimne. Praktyk był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew wcześniejszym obserwacjom, Praktyk uznał, że ma do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą przed odlotem z Nomadii, nie miał możliwości poznać ich bliżej. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami: dwóch par małżeńskich oraz kilku singli, znających się już wcześniej.

Praktyk hołubił w sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda dotycząca tylko kilku osób, pozostali Nomadowie mieli o niebo więcej doświadczenia.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy, gdzie się urodził, nauczał i medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat.

Praktyk zetknął się z buddyzmem wielokrotnie. Były to przeżycia intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał go za ważny także dla siebie. Mówił o tym innym uczestnikom wycieczki zagłębiając się w szczegóły, kiedy tylko wykazali zainteresowanie. Po kilku dniach wszyscy wiedzieli, że Praktyk przyjechał do Indii i Nepalu przede wszystkim po to, aby odwiedzić miejsca i zobaczyć zabytki poświęcone Buddzie, przede wszystkim rzeźby, stupy i świątynie buddyjskie.

 

Odc. 7 Budda

Wychowanemu w tradycji chrześcijańskiej Praktykowi, Budda, jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie życia Praktyk przeżył tragedię rodzinną; myślał wtedy o samobójstwie. Z pomocą przyszła mu książka “Budda i jego nauczanie”, zaczynająca się od stwierdzenia, że życie jest cierpieniem. 

W czasie podróży autobusem, traktowanym przez Praktyka jak dom kultury na kółkach, a przez innych jak przytulna karczma służąca zabawie, pytano go, czy Budda był cierpiętnikiem. Praktykowi nie podobało się to pytanie. Uznał je za wywołane przez alkohol lub skłonność do grubych żartów. Aby zakończyć temat, odpowiedział po prostu:

– Bzdura. Kto ci to powiedział? 

Po chwili zreflektował się, że Budda – bez żadnych wątpliwości – przez kilka lat świadomie poddawał się cierpieniu, medytując i głodząc się, aby zrozumieć naturę wyrzeczeń przyjemności ciała i ducha. Wyjaśnił to pytającemu, podsumowując na końcu: 

– Był to ważny fragment jego życia. Poznał naturę tych zjawisk i to wystarczyło, aby sformułował myśl, że ani nadmierne pobłażanie sobie, ani całkowita abnegacja nie służą człowiekowi, ponieważ prowadzą do cierpienia. Według Buddy cierpienie jest wszechobecne. Człowiek cierpi, kiedy się rodzi, choruje, doznaje niepowodzeń, starzeje się i umiera. Także wtedy, gdy jest oddalony od tego, co kocha, lub jest blisko tego, co jest dla niego przykre lub wrogie.

Swoją wiedzą buddyjską Praktyk dzielił się szczerze z innymi, ale tylko wtedy, kiedy wykazywali szczere zainteresowanie. Nie zdarzało się to często. Praktyk tłumaczył sobie, że ludzie reprezentują różne poziomy otwartości i zainteresowania światem. Były to zbyt poważne sprawy, aby można było je wyjaśnić w kilku prostych słowach, dlatego Praktyk unikał przypadkowych, miałkich dyskusji.

Nomadowie wyczuwali jego słabość do buddyzmu. Niektórzy prowokowali go zadając mu dziwaczne pytania lub świadomie kwestionując jego poglądy. Czasem robili to z ciekawości, czy nie wyprowadzą go z równowagi, innym razem, aby zobaczyć jego entuzjazm. Praktyk rzeczywiście potrafił cieszyć się jak dziecko. Kiedy Inżynier zwrócił mu na to uwagę, Praktyk wyjaśnił:

– Nie przeszkadza mi, że ktoś myśli, że entuzjazmuję się jak dziecko. To wielka rzecz zachować sobie jak najdłużej świeżość i ciekawość świata, jakie ma w sobie dziecko. W zachowaniu dziecka jest naturalność i prawda, w zachowaniu osoby dorosłej dużo wyrachowania i kłamstwa. Ja staram się być jak najczęściej po tej pierwszej stronie.

Z akceptacją poglądów i przekonań Praktyka bywało różnie. Na ogół towarzysze podróży byli życzliwie do niego ustosunkowani. Byli jednak i tacy, którzy traktowali jego głębokie zainteresowanie buddyzmem jako odstępstwo od wiary chrześcijańskiej. Kindżał, Darczyńca i Szczepan lojalnie ostrzegali go o niechęci innych osób. 

Któregoś dnia, w przerwie podróży autobusem, Darczyńca poprosił Praktyka na bok i powiedział.

– Piotrze, zachowujesz się jak mnich buddyjski.

W głowie masz ciągle Buddę. Niektórzy z naszego towarzystwa śmieją się z ciebie. Uważają cię za zarozumialca. Przytoczę słowa Protezy, tego z chromą nogą:

– Ostatnio odmówił wypicia z nimi dzióbasa alkoholu. To nie wypada. Nie traktuje nas przyzwoicie. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Bez względu na to, czy ktoś jest rzezimieszkiem, właścicielką trzech kotów czy rzeźnikiem, który sam nie je wieprzowiny, bo jest wegetarianinem.

Praktyk przyjrzał się uważnie Darczyńcy. Tknęła go podejrzliwość. Nie zauważył jednak nic szczególnego; ta sama krępa sylwetka, spodenki sięgające kolan, kieszenie wypchane cukierkami, kolorowa koszulka. Wydawało się, że widzi w jego oczach iskierki życzliwości, dlatego postanowił odpowiedzieć jak najszczerzej.

– Ci ludzie musieliby się wgłębić do końca, tak jak ja, w buddyzm. Dopiero wtedy zrozumieliby, że każdy może być Buddą. Budda po prostu oznacza człowieka, który doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę życia. Dla mnie buddyzm to filozofia życia, a nie religia.

Odc. 8 Na trasie

Szaleństwo Praktyka coraz wyraźniej rzucało się w oczy przyjaciołom, szczególnie Kindżałowi, z którym dzielił pokój w hotelach, gdzie nocowali. Także Darczyńcy, z którym najczęściej konwersował oraz Szczepanowi, lubiącemu żartować i opowiadać kawały. Martwili się o niego. Widzieli, jak coraz częściej odpływa, oddając się myślom o buddyzmie.

– Jest z nim coraz gorzej. W autobusie mało co się odzywa. Albo przysypia, albo mówi od rzeczy. Coraz mniej w nim normalności, chyba chłop dziczeje. Ostatnio dwa razy odmówił wypicia z nami kieliszka lokalnej wódki. Tłumaczył się, że wódka wywołuje w nim mdłości.

– Nie znoszę anyżku. Smakuje jak czosnek roztarty z cukrem i kapustą. Okropne świństwo.

W czasie podróży autobusem Praktyk oddawał się wspomnieniom. Zamykał oczy i wyobrażał sobie kobiety, które były jego ideałem piękna i dobra. Była w tym tęsknota za kimś bliskim i ciepłym. Niewiasty, jakie ukazywały mu się w marzeniach, miały pełne kształty, krągłe ramiona i śmiejące się oczy, najczęściej czarne i figlarne. Nie znosił nadmiernie chudych kobiet. Wzdrygnął się, kiedy przypomniał sobie grupę słynnych modelek, które na pokazie mody kompletnie nagie przedefilowały przed widzami. Ich szczupłość zszokowała go. Była chorobliwa.

Kiedy senne mary znikały, wracał do buddyzmu. Historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani za inną, wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela. Miał uczniów oraz zwolenników, uznających go za także za mędrca. W 253 roku przed naszą erą Cesarz Aśoka edyktem upowszechnił buddyzm w Indiach i dopiero wtedy Budda znalazł się ołtarzu. Dla Praktyka był on odkryciem, które zmieniło jego duchowość. Kiedy mówił o Buddzie, dramatyzował, aby przesłanie trafiło także do jednostek opornych, za jakie uważał ludzi zamykających się w jednej religii z pominięciem innych. Rozmawiał o tym z Darczyńcą.

 – Filozofia buddyjska oferuje szczęście i radość. A wiesz gdzie? Tutaj, na tym padole gorzkich łez i nieczęstej radości, a nie w zaświatach, jak czynią to inne religie. Stamtąd nikt nie prześle ci nawet marnego SMS-a, aby cię pocieszyć, że coś tam istnieje. Kiedy jesteś buddystą, nie martwisz się, że umrzesz, bo koncentrujesz się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Słysząc te słowa, Darczyńca popatrzył na Praktyka, jakby widział go po raz pierwszy.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś. Będę miał o czym myśleć. Poczytam też sobie trochę na temat Buddy.

Praktyk zobaczył go później, jak stojąc przed autobusem tłumaczył komuś: – Indie to Indie. Tu trzeba myśleć transcendentalnie. Buddyzm to nie ceremonia klękania i modlenia się, ale rzetelnej medytacji i panowania nad sobą.

Zakupiwszy u kierowcy autobusu dwie butelki chłodnej wody mineralnej, Praktyk usiadł na swoim stałym miejscu i powiedział siedzącemu obok Kindżałowi:

– Darczyńca wyraża swoje myśli nieco chaotycznie, ale poważnie traktuje buddyzm. Mam nadzieję, że w końcu pójdzie tą samą drogą co niegdyś Budda a teraz ja.

– Czyli? – rzucił Kindżał, majstrując coś przy zdobnej rękojeści świeżo nabytego sztyletu.

– Widzieć rzeczywistość, taka jaka ona jest, a nie taką, jak nam się wydaje. To kwestia realizmu. Podam ci przykład. Ktoś mówi ci w twarz, ty złodzieju, łajdaku, oszuście, a ty przyjmujesz to spokojnie, ponieważ w głębi serca wiesz doskonale, że jesteś uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Co więcej, zamiast okazać agresorowi nienawiść i gniew, współczujesz mu, że zjadają go tak negatywne uczucia.

– To jest oczywiście ideał, do jakiego dążysz? – sugerował Kindżał, nadal pozorując majstrowanie przy sztylecie.

Praktyk popatrzył na niego z uwagą.

– Tak, zgadza się.

Pod koniec podróży autobusem Praktyk dla odmiany zajął się sprawami bieżącymi. Dla porządku stworzył sobie w głowie listę najbardziej czasochłonnych czynności dnia: pakowanie się rano i rozpakowywanie wieczorem, transfery z jednego hotelu do drugiego, zbieranie się razem i wspólna droga do ważnych zabytków, zwiedzanie ich, pilnowanie się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchanie Przewo i robienie zdjęć. Zdał sobie sprawę, że był nieprzerwanie w ruchu, a ożywiał się najbardziej wtedy, kiedy Przewo mówił o jakimś miejscu lub pamiątce związanej z Buddą, jego wyznawcami i jego nauczaniem. Było tego niemało, choć w sumie nie więcej niż wiadro wody w wielkiej beczce w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

Kraj wciągał go coraz mocniej; do tego stopnia, że zaczął z obawą myśleć, czy nie dzieje się z nim coś niedobrego.

Odc. 9 Nad rzeką Bagmati

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati, stanowiącym nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi nad Gangesem, uznawanego za święte miasto. Dla wyznawców hinduizmu to najbardziej dostojne miejsce żegnania zmarłych poprzez spalenie ich na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczki Nomadowie udali się pieszo nad Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosach drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, głównie importowane z Chin, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem.

Antyczność miejsca i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów oraz towarów na wystawach sklepowych, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się ujrzeć w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Praktyk zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba by myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starożytne żarno do mielenia ziarna jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień Przewo. Słońce świeciło prosto w oczy Praktyka, więc je przymknął. Słowa mówiącego brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Praktyk skoncentrował się. Widział i słyszał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą oraz kolorowymi paznokciami i biodrami kobiety nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, drodzy państwo, płynie z wysokich gór i jest jednym z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim Europejczycy nawet nie marzą. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet palenie tutaj, na ghatach Bagmati, naszych zmarłych.

Praktyk zauważył, że brodaty przewodnik przyciszył głos, aby nie płoszyć nastroju świętości miejsc kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień brodacz skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji miejsc kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący dni roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Praktyka. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na własną walutę. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była niższa niż koszt śniadania w restauracji „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Zadowolony pracowniku przyjął zamówienie i z uśmiechem zaoferował bezpłatne dwa miejsca dla krewnych i przyjaciół na stypie pogrzebowej. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi serwowanych na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją nazwał przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”.

Odc. 10 Ławka, ludzie i zwierzęta

Siedząc na ławce Praktyk widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, wyróżniający się oryginalnym plecionym warkoczem spływającym mu na plecy z czubka głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Praktykowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech skórzanych paskach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył, odwrócił się więc z powrotem w kierunku rzeki. Woda w niej była tak czysta, że pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby gasić pragnienie.

Praktyk postanowił też jej spróbować. Zszedł w dół po schodkach przylegających do ghaty, nachylił się nad wodą i zaczerpnął jej do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest ożywcza w smaku.

– Jaki ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez celowo skonstruowane, oszukańcze przekazy internetowe. Postanowił zapisać swoje odkrycia. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola.

Ostatnią informację kilka minut wcześniej przeczytał na tablicy informacyjnej. Zastanawiał się, co jeszcze powinien zanotować. Nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył w górę rzeki, skąd było słychać krzyki małp. W oddali widniały zielone rozłożyste drzewa z tak płaskimi wierzchołkami, jakby je celowo przycięto. Postanowił przejść się w tamtym kierunku. Uszedł zaledwie kilka kroków, kiedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawili się przed nim dwaj mężczyźni w białych fartuchach Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Trzymali w rękach transparent z napisem „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”. Byli młodzi i podobnie jak pracownik na ghacie mieli na głowach plecione warkocze opadające im na plecy. Praktyk zatrzymał się, aby się przyjrzeć i zrobić im zdjęcie.

Wkrótce dołączyła do niego reszta wycieczki. Stanęli grupą naprzeciwko drugiej ghaty, na której właśnie podpalono stos drewna. Był chyba wcześniej polany benzyną albo umieszczono w nim jakiś materiał łatwopalny, ponieważ w ciągu minuty płomienie rozhulały się jak wielki pożar. Obok pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego i czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Kiedy zwracali się do siebie, składali razem dłonie i pochylali nieznacznie głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja słyszałem, że oni na pogrzebach stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Inżynier skierował te słowa do stojącego obok Fotografa ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne krótkie spodnie i sandały, i trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach Przewo dał znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się w górę rzeki wzdłuż jej lewego brzegu wypatrując zabiedzonego psa i wychudłej rudej małpy, które stanowiły atrakcję turystyczną. Zobaczyli zwierzęta minutę później; były dobrze odkarmione i spoczywały nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Pies, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok niego stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie kochają zwierzęta i dbają o nie – Praktyk nie miał co do tego wątpliwości. Wyraził to głośno przekonany, że pozostali uczestnicy wycieczki nie wiedzieli o tym.

Odc. 11 Płonące ghaty

Obudziło go łomotanie blachy o coś bardzo twardego, cała seria dźwięków. Praktyk przetarł oczy i popatrzył w kierunku rzeki. Był zły na siebie, że przysnął. Pamiętał jeszcze trzy sceny niezwykłego snu: sylwetki spokojnych pracowników z Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów, czyste wody Bagmati i zadbane zwierzęta. 

Na drugim brzegu rzeki, na daszku osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Mężczyzna przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć swojej szalonej rozrywki, przeniósł wzrok na rzekę. Zauważył, że całkowicie się zmieniła; stanowiła teraz jeden wielki bury ściek. Wody w niej było tak mało, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna, wokół których prześwitywały plamy brudnego piachu. Była rozlazła i wyglądała nieświeżo jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Praktyk żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki, aby przyjrzeć się im z brutalną dokładnością.

Patrząc ukośnie przez rzekę na przeciwległy brzeg rzeki, zauważył dogorywające płomienie stosu kremacyjnego na ghacie numer dwa położonej poniżej budynku przypominjącego zaniedbaną świątynię. Za chwilę ogień już tylko tlił się. Mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Pracowali systematycznie, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości, głośno sycząc i buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby wróciwszy polać nią rozgrzaną powierzchnię betonowej płyty. Wywoływało to natychmiast ogromną, syczącą chmurę pary wodnej. Zanurzeni w szarym obłoku kończyli pracę ścierając ghatę szerokimi szczotkami umocowanymi na długich kijach. W powietrzu roznosił się odpychający zapach spalenizny drażniąc nos, oczy i usta. Zafascynowany sceną sprzątania ghaty podszedł bliżej, aby przypatrzeć się pracownikom. Obydwaj byli dobrze zbudowani i krępi. Pochodzili z najniższej kasty sprzątaczy brudów i czyścicieli. Z tyłu głowy mieli rzadkie i zaniedbane kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Teren za ghatą wznosił się lekko w górę. Przy długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Praktyk domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani spokojnie rozmawiali ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Praktyk razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby odbyć spacer w górę rzeki. Wkrótce napotkali braminów siedzących w kucki na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką. Towarzyszy im dwie zwyczajnie ubrane osoby. Obydwaj bramini mieli na sobie kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Siedząc w kucki, odprawiali ciche modły razem z rodziną zmarłego. Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mniej jest religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie – Inżynier, uważny obserwator rzeczywistości, nie powstrzymał się od komentarza. Nikt nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; milczenie grupy Inżynier przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu Praktyk dokonał krótkiego wpisu w swoim notatniku podróżnym:

– Palenie zwłok na rzecznych ghatach to ważna część tradycji także Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati płynąca przez miasto Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Praktyk otrzymał nieoczekiwaną propozycję od Kindżała, miłośnika i zbieracza inkrustowanych sztyletów i noży, aby udać się do pokoju czterysta dwadzieścia.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej pod tytułem „No, to teraz chłopcy po małym dzióbasie”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Wskazany pokój mieścił się na czwartym piętrze hotelu, w którym mieli nocować. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób. Był to pokój Darczyńcy. Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, uświęcone wielowiekową tradycją miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się tylko dwie kremacje.

Odc. 12 Patan i Bhatapur 

Na ulicach miasta Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały, ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził. Przejazdy osób, w ilości do czterech, odbywały się na motocyklach. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była wysoka forma ekwilibrystyki. Nomadowie zatrzymywali się przy krawężniku, patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, rykszach nożnych i motorowych wyposażonych w terkoczący i śmierdzący silniczek, wózkach ciągniętych przez człowieka-kulisa oraz wózkach ciągniętych przez konie lub wielbłądy.

System obsługi technicznej transportu był zdumiewająco prosty i przejrzysty. Nie było problemu, kiedy coś się zepsuło. Jadąc autobusem przez miasto Nomadowie co raz to mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku, szopę lub otwarty garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawy i konserwacji urządzeń technicznych.

Praktyk jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tutaj to tylko ludzie i samochody reprezentują współczesność, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Najwspanialsze były zabytki historyczne. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane. Praktyk tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował imperium. Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju; walczący najczęściej reprezentowali tą samą kulturę i tą samą religię.

Praktykowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość Nomadów uwieczniała oglądane zabytki w mieście robiąc zdjęcia aparatem fotograficznym, smartfonem lub nagrywając sceny i widoki kamerą video. Czyniono to w pośpiechu, każdy się spieszył. W trakcie zwiedzania Inżynierowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Właściciel sprzętu gorzko złorzeczył, niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem Nomadowie oglądali misy lecznicze zwane „singing bowls”  czyli śpiewającymi misami, ręcznie kute ze stopu siedmiu metali. Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niezwykle długi, pulsujący i przejmujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, okrążanie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką wywoływało burzenie się wody. Tworzyła ona żywe rozpryski prawie przelewając się na zewnątrz.

Wieczorem w hotelu Nomadowie oceniali, jak przeżyli dzień. Rozpierały ich pozytywne uczucia, żartowali.

– Zmęczyło nas to zwiedzanie. Stanowimy kwiat dojrzałości, który, jak wiadomo, ma skłonność do więdnięcia, także na świeżym powietrzu.

Najgorzej wypadł Kantyna, który słaniał się jak podtruty.

– Każdemu może uderzyć do głowy świeże górskie powietrze – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu przy ozdobnym kominku.

Twierdził, że usiadł dla relaksu. Na początku wszyscy myśleli, że mówi prawdę, ponieważ wyglądał blado, co sam interpretował jako oznakę powagi. Proteza uznał, że jego niezwykła bladość, którą nazwał organiczną – mają się do siebie jak pięść do nosa. Wierzono mu, ponieważ miał za sobą bliżej nieokreślone wykształcenie medyczne. Inni woleli interpretować zdarzenie na korzyść Kantyny.

– Nie można być krytycznym wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród tubylców, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnięciem cywilizacji. To niepatriotyczne zachowanie – były to słowa Wysokiej z Kokiem. Przyjęto je jako wyrzuty sumienia kobiety, która regularnie krytykowała Kantynę.

Jego zachowanie się w obcym kraju, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, było problematyczne. Na skrzydłach niepewności wyrosła dyskusja o moralności, alkoholu, miłości bliźniego oraz paleniu na stosie. Niektórym Nomadom nadużywanie alkoholu kojarzyło się z Inkwizycją. Był to dla nich temat szczególnie bolesny w Nepalu, kraju, gdzie społeczeństwo jest tolerancyjne i bez kłopotów respektuje odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać – Praktyk zdobył się na ubogie podsumowanie. – Czuję się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań – usiłował ratować się wykazując skruchę. Aby zakończyć mroczny temat pijaństwa i Inkwizycji przedstawił poemat zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Odc. 13 Wracające wspomnienia

Alkohol wypity na czwartym piętrze sprowokował wspomnienia. Tematem było pierwsze spotkanie na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Kiedy przedstawiciel agencji turystycznej powiedział, że grupa trzynasta liczy równe trzydzieści osób, intuicja szepnęła Praktykowi do ucha, że ma to ukryte znaczenie. Nie miał czasu zastanawiać się nad tym, ponieważ zaabsorbował go skład wiekowy grupy. Podzielił ją na proste kategorie statystyczne. Liczenie, dzielenie, komponowanie i dekomponowanie było nawykiem, z którym bezskutecznie walczył. Faktem było, że był mocny w statystyce i lubił liczby. Miał też swoje argumenty. Uważał, że liczby kwantyfikują rozumienie rzeczywistości, ułatwiając jej dokładniejsze poznanie. Jeszcze przed odlotem, kiedy już się trochę rozkręcili, wdał się w dyskusję na ten temat.

– Mówimy przykładowo, że większość Nomadów to ludzie wierzący. Co w tym wypadku znaczy „większość”? Równie dobrze jest to pięćdziesiąt jeden procent jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że osoby wierzące stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to dopiero wtedy wiesz, na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Nie uzyskał szerszego uznania, nie mówiąc o poparciu. Większość Nomadów wierzyła, że ludzie używają statystyki dla udowodnienia jakiejś prawdy, która jest im na rękę. Wezwanie do wchodzenia na pokład samolotu uniemożliwiło dalszą rozmowę.

W samolocie przypadło mu miejsce obok kobiety należącej do grupy trzynastej. Zwrócił na nią uwagę już na lotnisku. Jej kruczoczarne włosy były upięte na szczycie głowy w wymyślny kok. Wyglądała z nim ekscentrycznie. Nazwał ją w duchu czarną blondyną, kiedy siedząc obok zauważył, że jej włosy u samej podstawy były bardzo jasne. Była naturalną blondyną. Pomyślał wtedy, że jest barwionym lisem i ma podwójną osobowość, jedną na pokaz i drugą ukrytą.

Kilka dni Praktyk później dowiedział się, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Uznał to za plotkę, bo nie wyobrażał sobie, w jaki sposób żona może zagłodzić męża we współczesnym małżeństwie. Tak czy inaczej, jej mąż już nie żył, nie było więc możliwości sprawdzenia, jaka była prawda.

Od czasu jak wystąpiła w jego obronie w czasie głośnej dyskusji, pamiętał jej imię: Anita. Był jej to winien.

– W trakcie tej dyskusji, kiedy uznano, że nie mam racji, a Wysoka z Kokiem ujęła się za mną, moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. Zapamiętałem jej imię i to chyba na zawsze. To jeszcze jeden przykład jak mózg kojarzy imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą połączenia neuronowe w mózgu – Praktyk wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę.

Nie miał szczęścia. Kolekcjoner zdobnych sztyletów tak był pochłonięty oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku, że nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zdegustowany brakiem zainteresowania, Praktyk pomyślał, że nigdy nie wiadomo, co tkwi w głowach ludzi połączonych przez los wspólną wyprawą do Indii.

– Ludzie to bajarze, zmyślacze i zwariowani kolekcjonerzy – powiedział Kindżałowi i ten się zgodził.

Wobec milczenia przyjaciela w sprawie Wysokiej z Kokiem, Praktyk wrócił do podziału statystycznego Trzynastki. Najliczniejszą kategorię stanowiły osoby między czterdziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Było ich dwadzieścia trzy.

– Czyżby tylko ludzie w wieku średnim i przedemerytalnym byli ciekawi świata? – Praktyk zastanawiał się głośno, jak to jest możliwe.

W kategorii powyżej sześćdziesięciu pięciu lat było tylko pięć osób. Poza trym były dwie nieprzyzwoicie młode osoby, para kochanków poniżej trzydziestki. Praktyk uznał, że społeczeństwo potraktowało tę dwójkę jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Odc. 14 Przewo i grupa

Nomadowie szybko zadomowili się w grupie i chętnie utrzymywali ze sobą kontakty.

– Chyba dlatego, że nie muszą spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni – ocena Kantyny była nie tylko cyniczna ale i śmierdziała alkoholem.

Mogła być w tym cząstka prawdy. Atmosfera w grupie była jednak pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Nie wszystko ich jednak łączyło. Oprócz dobrych chęci, przywieźli ze sobą także sporą dawkę nieżyczliwości i niezrozumiałej obcości. Lubili krytykować; ta skłonność pojawiała się niejednokrotnie. Niektórzy wycieczkowicze twierdzili, że jest to wada narodowa. Mówili to czasem takim tonem, jakby nie miało to dla nich znaczenia.

Krytykując innych, Praktyk nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży Rasputina, ważniejsze niż zwiedzanie zabytków jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń i świętości, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, a nawet większego słupa ogłoszeniowego. On nawet nie słucha niezwykłych historii opowiadanych przez Przewo – oznajmił Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnym pokojem hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu mężczyznom zachować spokój ducha.

Każdego dnia rano, przed wyjazdem autobusem na zwiedzanie zabytków lub w dalszą podróż , Przewo z powagą sprawdzał listę obecności.

Osoba, której nazwisko wyczytywał, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”. Czasem zniecierpliwiony uczestnik wycieczki odpowiadał pytaniem: „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”.

Praktykowi przyszło na myśl, że w Indiach poddańcze oświadczenie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej „Do usług” stanowi część spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł nieznaną psychiczną toksyną.

Co do sprawdzania obecności przez Przewo, opinie Nomadów były takie, że czynił to nawyku albo z potrzeby serca. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna, wręcz bolesna.

– Woli dmuchać na zimne – oznajmił Inżynier zza pleców innych osób w czasie porannego rytuału odliczania.

Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił się i odnalazł dopiero po dwóch latach, tak bardzo odmieniony, że nie poznał go nikt z rodziny ani przyjaciół. Historię ze szczegółami znał Inżynier. Wedle jego wyjaśnień, zaginiony mężczyzna zgubił się wskutek upojenia alkoholowego i długi okres nieobecności spędził w północnych Indiach na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą.

– Najciekawsze było to, co stało się później – podsumował Inżynier. – Po krótkim pobycie w kraju ojczystym ten człowiek wrócił do Indii, przedstawiając doprawdy oryginalne wyjaśnienie:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

Odc. 15 Widok na Himalaje

Nagarkot to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Jej nepalska nazwa na tablicy informacyjnej wyglądała tak egzotycznie i skomplikowanie, że niejeden turysta dziwił się, jak można nauczyć się takiego języka.

Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewo twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby nacieszyć oczy najpiękniejszymi widokami gór. W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot najmocniej wiązała piękne widoki ze wschodem słońca.

Do Nagarkot Nomadowie dotarli po męczącej podróży autobusem wąską, przeważnie marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich pokoi w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, zachęcany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu jego adres.

W światłach nocy hotel, murowany surowy budynek na stoku góry, wyglądał jak nowa szopa na sprzęt rolniczy. Mieli szczęście, w końcu, nie bez trudu znaleźni odpowiednią ilość wolnych łóżek. Kolację zjedli w restauracji „Kosmiczna Góra”, po czym udali się do wyznaczonych pokoi.

Panowało w nich wyjątkowe zimno. Łóżko Praktyka okazało się twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Praktyk robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu podróżnik ułożył się w zielonej koszuli z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca, mający nastąpić pół godziny później. Miało być rewelacyjnie. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im zapowiedziano. Droga ku wschodowi słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już w punkcie obserwacyjnym. Był to dach w formie tarasu z barierkami zdolny pomieścić kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście, siedzieli więc lub stali i czekali.

Wschód słońca okazał się niewypałem. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, ponieważ niebo cały czas było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później Nomadowie jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Kantynie drugi kufel piwa o pojemności trzy czwarte litra. Dla łatwiejszej identyfikacji określił go jako „ chudego faceta z wiecznie zamglonymi oczami”.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel – Praktykowi łatwo przyszły perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się nimi z innymi osobami z wyjątkiem Kindżała. – Jestem surowy i okrutny – pomyślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Kantyna obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był „intoxicated” jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Kilka dni wcześniej zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Dla Przewo był jak ból głowy po przepiciu, a dla grupy był źródłem niepokoju. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Nagarkot Praktyk opuszczał pod wrażeniem, że budynki, wnętrza, wyposażenie i cała atmosfera tej miejscowości są wyjątkowo siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające je zimne szczyty Himalajów. Kiedy czekali na autobus, rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadaje się dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowa dziecka jest golona a na nim samym dokonuje się ceremoniału karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętuje „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawia się ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymują wtedy gratulacje i upominki.

Odc. 16 Fantazje i Park Narodowy Chitwan

Wracając trzęsącym autobusem z wysokich partii Himalajów Praktyk oddał się rozważaniom egzystencjalno-filozoficznym. Zimno i niepowodzenia nocne przyprawiły go o chandrę. Chodziło mu o wolny czas. Do głowy przyszły mu porównania bycia wolnym: dorosły człowiek bez obowiązków, dziecko bawiące się na placu zabaw oraz zwierzę pasące się na pastwisku.

Dla Grupy 13 czas wolny właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc. Z pokoju hotelowego Nomadowie udawali się do restauracji lub baru na śniadanie, wracali do pokoju, zabierali bagaże i schodzili lub zjeżdżali windą do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem następnego. Wczesnym popołudniem korzystali z przerwy na posiłek, po czym udawali się zwiedzać kolejny obiekt i tak do późnego popołudnia lub wieczora, kiedy wyjeżdżali do innego hotelu najczęściej w innej miejscowości. Przybywszy na miejsce, po zagospodarowaniu się w pokojach, zostawał im jedynie czas na obiadokolację, rzadziej na wyjście na zewnątrz i włóczenie się po ulicach.

Wieczorem, jeśli miał szczęście, Praktyk zdążył napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami oraz połączyć się przez Skype na kilka minut z rodziną. Po powrocie do pokoju kolejność działań nie mogła być prostsza: prysznic, lulu i sen, a od rana nowa rutyna dzienna.

Praktyk nie lubił myśleć o nocy i śnie. Nie była to czynność, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu nieszczęśników cierpiących na całym świecie na bezsenność. Uczciwiej byłoby powiedzieć, że źle sypiał, co odrabiał drzemiąc w autobusie w trakcie licznych przejazdów. Nie był w tym wyjątkiem.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy mieli spędzić dwa dni. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO i urzekał naturalnym pięknem dziewiczej przyrody. Położony między dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych powierzchni. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, utrzymując w dobrej kondycji bagna i mokradła. Większość parku porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała różnorodność gatunków bambusa.

Pierwszym punktem zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu. Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Płynąc kajakiem przez park wycieczkowicze komentowali kształty drzew, krzewów i skał. Niektórych mężczyzn ogarnął stan dziwnego podniecenia: bambusy kojarzyły im się seksualnie. Kobiety rozważnie milczały na ten temat. Żartownisie przerzucali się słówkami i przysłowiami ponad głowami towarzystwa, odkrywając podobieństwa natury do organizmu ludzkiego.

– Bambus swoją prostotą kojarzy mi się mniej z męskością a więcej ze zwierzęcością. Kiedy nachodzą mnie chwile jędrności, mówiąc to myślę o czymś bardziej wymownym niż bicie kogoś po pysku, to czuję wnikające we mnie zwierzę. Znaczy się samca, który odmawia opuszczenia mego wnętrza dopóki nie nasyci się zabawą na aksamitnej łące kobiecości. Najczęściej jest to tygrys, rzadziej dzik, najrzadziej mocarny słoń. Ale i to się zdarza – intensywnie improwizował Rasputin, rozglądając się po okolicy rozkojarzonym wzrokiem.

Kiedy wygłosił zaskakującą tyradę, mężczyźni obrzucili go spojrzeniami pełnymi zdumienia i podziwu. Był to moment powszechnego zrozumienia, dlaczego nosił takie imię.

– Ty to chyba często masz takie zwierzęce myśli, Rasputinie. Że też nie przejrzałam cię wcześniej – odezwała się Wysoka patrząc nad jego głową w dal, w kierunku zakola rzeki, gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. – Zastanawiam się, skąd bierze się w tobie tyle energii. Chyba jesz dużo słodkiego ciasta albo makaronu, produktów bardzo energetyzujących. Nie zrozum nie źle. Mówię to poważnie, absolutnie nie jestem krytyczna, wręcz przeciwnie, bo i ja lubię słodycze oraz makaron ciągnący się długimi nitkami. W takich momentach, po najedzeniu się, wzruszam się i też oddaje się podobnym marzeniom, z tym że we mnie wstępuje łania. Myślę wtedy o uległości, dziwnej nieco, ponieważ czasem chciałoby mi się skubnąć to i owo, schwytać a nawet zerwać, jakiś kwiat lub ziele, a nawet dotknąć czegoś serdecznie gorącego. Oddycham wtedy szaleńczo, pełnymi piersiami, czując bardziej niż wiedząc, że jest to efekt działania hormonów: dużej dawki estrogenu i małej dawki testosteronu. Każda kobieta ma to w sobie. I dzięki Bogu. Po wypaleniu się w ogniu namiętności zagłębiam się, jeśli tyko mam chęć, w fantazje ero. Niemało też czytałam na ten temat.

Nomadzi bez wyjątku przyjęli życzliwie spontaniczny wybuch fantazji kobiety, o której wiedzieli, że przez kilka lat poważnie zaniedbywał ją mąż-hazardzista. Kiedy przegrał w karty jej posag małżeński, miara jej cierpienia przebrała się i kobieta usunęła go raz na zawsze ze swego życia.

– Wysoka! – odezwała się siedząca z nią w jednej łodzi Wizażystka. – Jak ja ci zazdroszczę tak bogatych choć trudnych przeżyć. Ja od roku nie mam nikogo, kto by mnie zdradzał z kasynem, ręcznym bandytą, zielonym stolikiem karcianym, pokerem, czy nawet bukmacherem na wyścigach konnych. Tak mi brakuje tej serdeczności, poczucia bycia z mężczyzną nieobliczalnym, kochającym hazard, konie, ryzyko, przestrzeń i pieniądze. – Wizażystka przestała poruszać wiosłami i odchyliła się do tyłu. – Przepraszam, rozmarzyłam się do szaleństwa. Nie jestem w stanie wiosłować. Jak to dobrze, że płyniemy z biegiem rzeki.

Wypowiedź obydwu kobiet, zwłaszcza Wizażystki, rzadko odzywającej się publicznie, zachwyciła mężczyzn. Przyglądali jej się, niektórzy dopiero teraz zauważyli jej imponująco przemyślny makijaż, z mikroskopijnymi widoczkami drzew pod oczami i na policzkach oraz takimiż figurkami zwierząt na paznokciach. 

Po zakończeniu spływu kajakowego Rasputin, Wysoka i Wizażystka wrócili do poezji wspominkowo – erotycznej dochodząc do wniosku, że musieli być pod wpływem narkotyku.

– Niemożliwe jest wyrzucić z siebie taki ładunek emocji bez udziału jakiegoś barbituratu – głośno i z przekonaniem obwieścił Rasputin. – Jesteśmy w regionie, gdzie erotyka – aż prosi się to tak ująć – kwitnie na drzewach. Wspomnę tylko Kamasutrę.

Pytaniem było, co to był za narkotyk oraz kto i jak im go zaaplikował. W głowach Nomadów rodziły się podejrzenia, które ujawniły się one dopiero wieczorem przy kolacji.

Odc. 17 Oskarżenia i zwiedzanie

Po kolacji dyskusja o nietypowych zdarzeniach na spływie kajakowym rozgorzała na nowo. Najwięcej podejrzeń padło na Darczyńcę. Okazało się, że przed spływem częstował on innych uczestników cukierkami o dziwnym smaku. Zapytany o to nie zaprzeczał, tłumaczył się jednak niezrozumiale.

– Nie pamiętam co się działo, co robiłem i czego nie robiłem. Miałem chyba udar słoneczny, ponieważ często zdejmowałem kapelusz, aby się ochłodzić siedząc w kajaku w pełnym słońcu.

– Ale ty rozdawałeś swoje narkomańskie cukierki wcześniej, przed rozpoczęciem przygody kajakowej – logiczne spostrzeżenie Inżyniera nie wywołały u oskarżonego żadnego komentarza.

Następnego dnia znowu zwiedzali Park Narodowy Chitwan. Cała grupa z samego rana została zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Praktyk dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Praktykowi ten niezwykły teren zdał się być wielką, naturalną arką Noego, jako ze gościł sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski; w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt. Była to największa chluba administracji parku. Drugim źródłem jej dumy były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie. Zagrożone wyginięciem były też inne gatunki zwierząt żyjące w parku: to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

Nazwy żyjących w parku zwierząt podawano turystom tylko w języku angielskim. Praktyk notował je sobie i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis-czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny.

Siedząc pod dachem na tarasie hotelu czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone szufle. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie zamokły ci sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Praktyk.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze wyprawę na słoniach, dumnie zwaną safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Praktyk zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy bawół był wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, poganiał go, lekko dotykając końcem bata jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, to jedno zawsze pozostawało z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez jakiejkolwiek znajomości języków obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Praktyk, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, będący jego właścicielem, opiekunem i poganiaczem. Praktyk nie potrzebował wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy, głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Kindżał nigdy nie reagował w taki sposób, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź ucięła rozmowę niby ostry sztylet. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Odc. 18 Safari w Parku Narodowym Chitwan

Na równym terenie jazda na grzbiecie słonia przypominała huśtanie się. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz słonia zwany kornakiem demonstrował niezwykłe zdolności zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego podopieczny go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę widzi w pobliżu – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło nie tyle o gatunek zwierzęcia, ile o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, nawet większe zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia słonia kierującego się instynktem.

-– O! Teraz na przykład Kudu, była to nazwa słonia, na którym jechali, sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem podróżnicy zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Wyjaśnienia poganiacza słonia, a zarazem jego opiekuna i przewodnika czwórki pasażerów wycieczki, stwarzały liczne okazje przyjrzenia mu się dokładniej. Na imię miał Sumen. Był drobnym mężczyzną o szczupłej, omalże wychudłej twarzy, i ogorzałej cerze mieszkańca gór przebywającego dużo na słońcu i świeżym powietrzu. Czarna czupryna, skromne wąsy i niepielęgnowana broda oraz wyraz spokoju na twarzy stwarzały wrażenie człowieka na luzie, szczęśliwego z tym co ma i kim jest. Sumen cierpliwie cmokał na słonia i coś do niego mówił od czasu do czasu, na co zwierzę strzygło wielkimi uszami, jakby potwierdzając, że słyszało i przyjmuje słowa do wiadomości.

Historiami o zachowaniu i umiejętnościach słonia czwórka Nomadów dzieliła się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu.

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je niezwykle delikatnie koniuszkiem trąby i podniósł na wysokość mojej twarzy.

Mówiący zastanawiał się, co dalej powiedzieć, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Wziąłem okulary do lewej ręki i prawą ręką wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę. I wtedy słoń zaskoczył mnie całkowicie. Wyjął ją z mojej ręki i przetarł soczewki okularów trzymanych przeze mnie w palcach lewej dłoni. Dosłownie zbaraniałem. To było niesamowite – prawie krzyknął, po czym kontynuował opowiadanie pełen entuzjazmu i wiary w nadzwyczajne umiejętności zwierzęcia. Po zaoczeniu jego relacji, zapadło milczenie. Przerwał je kobiecy głos.

– E, tam! Opowiadasz bajki!

Historia skończyłaby się prawdopodobnie poczuciem niewiary w słonia, poganiacza i Kindżała, gdyby nie pozostała trójka podróżników. Jednomyślnie potwierdzili słowa Kindżała z takim ferworem, że nikt nie mógł nie uwierzyć w ich prawdziwość. Na dwóch lub trzech obliczach błąkały się cienie wątpliwości, nikt jednak nie śmiał wypowiedzieć się sceptycznie z obawy o wyśmianie lub krytykę za niedowiarstwo.

W trakcie wypraw po parku i okolicach Praktyk z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne i ciekawe, aby powierzyć je pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu i mechanicznych konstrukcji cywilizacji. Nazwy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Mimo dojrzałego wieku Praktyk lubił bawić się podobnie jak dziecko. Tłumaczył to żartobliwe naturalną skłonnością człowieka do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym coś głębszego, przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą szybko i bezpowrotnie traci ucząc się manipulacji i kłamstw od osób dorosłych.

Odc. 19 Inżynier Uniwersalny

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, grupa wyruszyła późnym popołudniem w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długiej, aby wszyscy czuli się zmęczeni.  

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą coś do picia: kawę, herbatę, sok lub jakiś koktajl bezalkoholowy. Tylko Kantyna, Darczyńca i Kindżał mieli przed sobą dzióbasy. Pytani, co w nich jest, odpowiadali zgodnie, że nektar. Wzrok Kantyny był jeszcze niezmęczony wpatrywaniem się w kieliszek.

– Widok, jaki mam przed sobą, przypomina mi relaks sybarytów po sesji obżarstwa – Praktyk dobierał słowa próbując zaimponować zebranym oryginalną obserwacją.

Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a czarnobrodym Rasputinem, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło najmocniej krzaczaste bogactwo twarzy oraz ekscytacje erotyczne.

– Dał chłop popis ostatnim razem na kajakach – pomyślał Praktyk, usiłując ponownie zebrać myśli.

Rozglądając się po sali restauracyjnej, zauważył, że wszystko było określone trójkowo: trzy okna w ścianach, trójka kelnerów żywo coś dyskutujących na końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do restauracji. Także towarzystwo po drugiej stronie stołu prowadzące ożywioną rozmowę zawierało w sobie podobne aspekty geometryczne. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Praktyk bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To Inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go także Ateistą. Słyszałem, jak sam mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem – zakończył Kindżał, po czym obrócił się do Darczyńcy siedzącego po prawej stronie, aby poprosić o podanie cukiernicy.

Praktyk przyglądał się Inżynierowi. Męczyła go jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę toczącą się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem. Własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Praktyk pomyślał, że jest to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano, i że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację. No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Inżynier przerwał, aby pyknąć z fajki chwilę wcześniej włożonej w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych tubylców, jeden w białym fartuchu i czepku kucharskim, drugi w kelnerskiej liberii i trzeci w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Praktyk pomyślał, że czekają wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył Inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy ludzie mają problemy z samochodem, klimatyzacją, pralką, zatkanym zlewem, lodówką czy budową domu, walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No … Może nie z wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny Inżynier. – Z całą pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i sporo mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone jak u wisielca. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących w pobliżu, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym – wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, prostackim ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnie.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco łatwe. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania.

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co się wywnętrzać dalej przed laikami, istotami człekokształtnymi o prostszej niż jego konstrukcji intelektualnej oraz skromniejszych i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Praktyk widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielkiej, że wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund. Inżynier palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

Odc. 20 Kantyna

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał połyskliwe niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa człowieka, ale rzuca złe światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje.

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim dla recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali. Druga ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać – Wysoka z Kokiem miała prawo być negatywna, ponieważ poprzedniego dnia Alkoholik popchnął ją na schodach i to tak bardzo, że prawie upadła. Przepraszał ja potem zawstydzony, że jego zachowanie wynikało z przepicia a nie ze zwykłego potknięcia się na schodach.

Ktoś zaproponował nazwę Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Zaczęła się dyskusja; większość uczestników zgodziła się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Inżyniera, o tyle nietypowy, że sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną. Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już następnego dnia Kantyna zjawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami przyciągając uwagę gości hotelowych i obsługi. Po zakończonym posiłku, kiedy Nomadowie wyszli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na swoich gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już zrozumieli, że potrafi trwać w stanie upojenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezmordowany – dodawali, kiwając z niechęcią głowami, lokatorzy sąsiednich pokoi hotelowych, którzy widywali go najczęściej.

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia agencji turystycznej, organizatora wycieczki do Indii i Nepalu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna stał się przekleństwem Nomadów. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj, że członkowie grupy wzajemnie się pilnowali, aby się nie spóźnić lub nie zagubić.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak nie za bardzo mu się to udawało. Porywczy, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne zdolności, twierdząc, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy sztukmistrz; potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust długą, cienką rurkę wychodzącą ze szpary w podłodze i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Mroczna sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu i nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz – Porywczy miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego i zaprzyjaźnić, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś podobnego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Sam mi to powiedział, kiedy wydawało się, że jesteśmy już przyjaciółmi.

Na prośbę grupy Porywczy zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat przyjaciela ze studiów, który mieszkał w tej samej miejscowości co Kantyna z żoną. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę. Miała dobre wytłumaczenie.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze wydaje je na alkohol. Już o godzinie szóstej rano ten rabbi, niespokojna dusza, krząta się po kuchni, sprząta, słyszę jak szura nogami i coś przestawia. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami. To prawdziwe skaranie boskie.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam niemały oryginał, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Nie powinniśmy tak mówić o Kantynie.

Odc. 21 Zakupy

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był wyjątkowo bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju „international”, „imperial”, „gigantic” i „futuristic”. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, właściciel wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna była bliższa absolutu niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, ubrany w garnitur z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skrywającymi usta i dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce. Rozdawał ulotki i rozmawiał z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę Ditto dla upamiętnienia czasów, kiedy Anglicy w ramach Imperium Brytyjskiego zatrudniali Hindusów w roli służących.

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł pojawić się na półce jeśli nie był dostępny co najmniej w trzech odmianach.

Nomadowie szybko uzyskali cenną wiadomość, że w południowym skrzydle na czwartym piętrze, jest niesamowity wybór herbat, także ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Większość wycieczkowiczów skorzystała z okazji i zaopatrzyła się w większą ilość herbat przeznaczonych na upominki dla rodziny i przyjaciół. Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część Nomadów wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, że nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Słychać było przekleństwa.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Darczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wyciągu z jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy trunek na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Darczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji. To, co usłyszałem, tak mnie poruszyło, że nabyłem trzy butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji „Nepali Chudo” w hotelu „Northcrop”. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

Odc. 22 Abstrakcja i historia

Następnego dnia zrobiło się zimniej, wzrosło ciśnienie atmosferyczne, rozjaśnił się błękit nieba i inaczej pachniało powietrze. Wydawało się, że czas ruszył z kopyta i sprawy toczą się szybciej. Odczuł to nawet Kantyna, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj poruszam się szybciej i jestem bardziej przytomny?

– Ja to zauważyłam. Jesteś żwawy jak brykający źrebak i w oczach masz ogień zamiast mgły – zagadkowo odpowiedziała Wysoka z Kokiem.

Grupie Trzynastej udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby bardziej ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz to odczuli, jakby się właśnie obudzili i przejrzeli na oczy. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Zniknął porządek. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły. Nadal kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko męczący zaduch. Ludzie koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Katmandu stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie mieszkańcy toczyli nieprzerwanie walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Darczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem społeczności tubylczych i lokalnych, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, rzeki, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. Taka jest ich prawda. To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to też nie jest pewne, bo ludzie w biedzie obojętnieją. To okropne!

Rozmawiali na luzie jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki oraz choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia.

Po przerwie na lunch znowu ruszyli w drogę. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– Katmandu ma już swój wiek. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń różnych religii i wyznań. Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– Czyli że my, nomadzka Grupa Trzynaście, stanowimy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier Uniwersalny usiłował wtrącić swoje trzy grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – wyrwało mu się, kiedy zauważył Kantynę usiłującego dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że zdolny jest przyjąć tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomroczności również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów rzeczywistości.

Powaga turystyczna wróciła do nich, kiedy zwiedzali zabytki starych dzielnic Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka, Patarn Durbar Square, Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath. Stupa znana była także jako Świątynia Małp; wiele z nich żyło w jej północno-zachodniej części. Przewo wyjaśnił, że stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić. Spotkało go milczenie.

Odc. 23 Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Praktyk zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Reinkarnacja”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej bez wyjątku wszystkich ludzi: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy. Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się Nomada.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go nawet zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej.

Nomadowie chodzili po mieście przyglądając się budynkom, ludziom, zwierzętom i rzece. Wszędzie widzieli atrybuty wiary w bogów, ich wcielenia i namiastki: figury, figurki, świątynie duże i małe, rzeźby i obrazy, a także gałązki, kwiaty i liście roślin, reprezentujących symbolikę religijną. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Przez kilka minut Nomadowie podziwiali w świątyńce ulicznej obraz Kamadewy zwanego także Kamą, boga miłości w hinduizmie. Miał on postać dorodnego młodzieńca, wyposażonego w łuk z trzciny cukrowej z cięciwą z pszczół oraz w strzały wykonane z kwiatów. Towarzyszyły mu święte ptaki, kukułka i papuga.

– Jak na mój gust, to on ma kobiece biodra, podobnie jak i uda. Twarz też ma jakąś taką pełną; przypomina mi ona moją teściową, kiedy była młoda.  – odezwał się Rasputin. Żaden z Nomadów nie poparł go w obserwacji szczegółów anatomicznych boga miłości, nikt też nie zaprzeczył ich trafności.   

Ze zdjęć własnych wykonanych w Varanasi Praktykowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia, kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego.

W Varanasi bogaty duch hinduizmu przemieszczał się wraz z tłumem Hindusów po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W różnorodności wyznań i postaw prawda mieszała się z fałszem. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, jedni autentyczni w swej wierze i praktyce religijnej, drudzy pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, mistykami karmiącymi się energią kosmosu, szukającymi wewnętrznej doskonałości i jedności z duchem wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj żywych manekinów wystawowych wyciągających ręce po datki, podróbek świętych mężów odzianych w kolorowe szaty i sprzedających turystom swój wizerunek za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetną ciekawością zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka miasto było święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pośpiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie, byli symbolami z tryptyku małpek, co mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia dla organizmu. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji. Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za prawo do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury odwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja wielowiekowej tradycji unicestwiały przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Nomadowie w swoim zarozumialstwie obcokrajowców widzieli to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem. Co było dla niej do zniesienia kilkaset lat wcześniej, stało się hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcom, akceptowała u tubylców, nie wywołując większych szkód w ich organizmach.

– Chyba jesteśmy zboczeńcami – wymieniali się uwagami Nomadowie. – Nie dostrzegamy szlachetności płonącego stosu, lecz widzimy rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Praktyk też to źle odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się kolorowym leniwie przesuwającym się tłumem, dziwnymi zapachami, wieczornym ceremoniałem religijnym w wykonaniu kilkunastu braminów, wąskimi uliczkami, ludźmi siedzącymi w kucki na progach domów, świętymi krowami na skrawkach zieleni oraz niekończącymi się schodami nadrzecznych ghat. Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 24 Kult religijny

Na kolację Przewo przyniósł kilka akcesoriów związanych z religiami hinduistycznymi: figurki, grę oraz lampkę religijną i położył na stole, aby każdy mógł wziąć je do ręki i dokładnie im się przyjrzeć. Kiedy opowiadał o nich, zebrani brali je w ręce, dotykali i przyglądali im się z bliska, aby poznać szczegóły. Niektóre przedmioty także wąchali, ponieważ wydzielały przyjemne dla nosa zapachy.

Największą niespodziankę Przewo zachował na koniec. Były to fragmenty świętych roślin,  uważanych także za magiczne i lecznicze, stanowiących ważną część kultów religijnych Indii. Stanowiły je głównie liście, ale także gałązki, owoce i kwiaty. Wszystkie związane były z jakimś bogiem lub bóstwem.

Pokaz objął pięć rodzajów świętych liści. Przewo zaimponował grupie podając z pamięci ich nazwy i opowiadając związane z nimi historie.

– Ten pierwszy liść należy do rośliny zwanej „Amla”, wyrosłej z łez Brahmy. Tak wierzą Hindusi. Druga, równie egzotycznie brzmiąca nazwa „Dźuhi” jest niczym innym jak nazwą kwiatu jaśminu, oferowanego wszystkim bogom i boginiom. „Padma” z kolei, to gatunek lotosu, symbol czystości, ponieważ nie przywiera do niej brud. „Gańdźa” to konopie indyjskie, rytualnie palone przez sadhu, ascetów i mędrców hinduskich. Ostatnia roślina to „Haldi”, inaczej mówiąc kurkuma. Wyrabia się z niej pastę do nacierania posągów bóstw. – To tylko niektóre ze świętych roślin hinduskich.

Oczy Kantyny rozbłysły dziwnym blaskiem.

– Czy któraś z tych roślin poprawia samopoczucie człowieka – zapytał.

Przewo popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– W sensie wiary religijnej – tak. Co do innych odczuć – zawahał się – to bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia.

Kantyna był rozczarowany, widać było, jak zgarbił się i oklapł na krześle.

– Żal na niego patrzeć – szepnęła Wysoka do Wizażystki skrzywiając usta. – Człowiek szukał nadziei, a otrzymał uderzenie młotkiem.

– Na szczęście drewnianym i nie w głowę, tylko w palec – Wizażystka starała się żartem złagodzić napięcie. 

Pokój hotelowy Praktyka i Kindżała był wyjątkowo nijaki. Ściany, meble i urządzenia były tego samego nudnego, plastikowego koloru, podobnie jak podłoga, która w dodatku skrzypiała. Aby oderwać się od męczącego wystroju pomieszczenia, Piotr Praktyk zaczął zastanawiać się, skąd w Nomadach jest tyle luzu. Jak zwykle podzielił się swoimi myślami z Kindżałem.

Kindżał był inżynierem-biologiem z zawodu, niezwykle pracowitym, praktycznym i odpowiedzialnym biznesmenem; prowadził w życiu wiele przedsięwzięć. Chętnie zmieniał każde z nich na inne, jak tylko odkrył jakąś nową lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Na wycieczce pokazał swoją odmienność. Był innym człowiekiem; ciekawym świata turystą, entuzjastą broni krótkiej i ostrej, lubił wypić i pożartować, czasem cieszył się  jak dziecko.

Praktyk przedstawił mu swoje przemyślenia.

– Normalnie w kraju jesteśmy – z grubsza rzecz biorąc – sztywni, oficjalni i poprawni w zachowaniach i reakcjach. Teraz, na wycieczce, jesteśmy inni: bardziej wyraziści, swobodni, entuzjazmujemy się jak dzieci, wymyślamy sobie ksywy, pokazujemy nasze głębsze ja, nawet fantazjujemy jak członkowie tajnego towarzystwa rozbuchanej seksualności. Aby to zrozumieć trzeba psychologa głębi i seksuologa.

– Nie mam kwalifikacji – zaczął Kindżał – o jakich mówisz, ale chyba znam wytłumaczenie. Wyrwaliśmy się z dyscypliny społecznej, ocen przełożonych, bacznego oka współmałżonka i rodzeństwa, dzieci, rodziców oraz opinii publicznej. Tu jesteśmy panami sytuacji. Dzikie zachowanie nikogo nie szokuje. Ośmielamy się być sobą wobec niewielkiej grupy ludzi, którzy rozjadą się do swoich domów jak tylko przekroczymy granicę w drodze powrotnej. Wycieczka to efemeryda, teatrzyk eksperymentalny, gdzie gramy role wedle improwizowanych, odręcznie wymyślanych scenariuszy. Ułatwia nam to odmienność tego kraju. Nasze problemy są myszką Miki w porównaniu z problemami Hindusów. Nasza duchowa wyobraźnia jest dzidziusiem w stosunku do bogactwa ich religii i wyobrażeń. Oni są w tym niesamowici. To nas zmienia, pokazuje, jacy i my możemy być, daje nam poczucie luzu i swobody, a zatem i szczęścia. Powtórzę, nasze niezwykłe zachowania w Indiach i Nepalu, oczywiście bez jakichś idiotycznych ekscesów, nie szokują nas ani nikogo innego.

Tej nocy Praktyk zasnął z poczuciem wyjątkowości w pokoju kolorystycznej nijakości, o której wiedział, że przeminie, jak tylko opuści hotel rankiem następnego dnia.

Odc. 25 Małpy i elephantiasis

Piotr Praktyk zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie tego, co przeżył, będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł Praktyka do bankomatu, jaki był najbliżej hotelu. Sprawa była prosta, chodziło o podjęcie pieniędzy. Bankomat był zainstalowany w ścianie małego budyneczku przypominającego kiosk. W kolejce stało już dwóch Hindusów. Nomada dołączył do nich i spokojnie czekał. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, drugi ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany przez Praktyka, dlaczego tego nie zrobi, wskazał głową małpy siedzące na dachu tuż obok bankomatu. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż pozostali członkowie stada. Wyglądał groźnie, on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Praktyka obracając się do tyłu.

Nomada popatrzył na przewodnika stada i zauważył, że ten go obserwuje i przygląda mu się przenikliwie, zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo bardziej płaskiego kształtu, upodobniła się do ludzkiej twarzy. Podróżnik poczuł się nieswojo, przeszły go ciarki. Zobaczył nagle przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć z pewnym wzburzeniem. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. W całej sytuacji była groźba i tajemnica.

Praktyk przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o bohaterskim Hanumanie, Bogu-Małpie, repezentującym odwagę, nadzieję i mądrość, najbardziej oddanym bogowi Ramie. Był to niezwykły przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Przyglądając się osobnikom siedzącym na dachu kiosku, Praktyk zauważył moment, kiedy samiec uspokoił się, przybierając normalny wygląd. Wydało mu się, że spokojny już samiec nie różnił się za bardzo wyglądem i zachowaniem od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny, jakby głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

Jeszcze tego samego dnia Praktyk wraz z grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Okazali się wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Nomadowie stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na placu autobusowym.

Piotr zastosował wypróbowaną już technikę postępowania: wyłączył się, nie reagował na składane mu propozycje zakupu, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego kilkunastoletni Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał póługiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Widok był tak szokujący, że Nomada odwrócił wzrok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet jej deformacje na zdjęciach, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Praktyk dyskretnie obserwował chłopca. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jak z filmu, stała się dla niego symbolem ludzkiego losu na kontynencie indyjskim.

Pragnąc wyłączyć się, Piotr zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. W wyobraźni zobaczył piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole odwróconej do góry nogami piramidy stała jedna osoba, nad nią już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział napięcie na ich twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy – parodię wolności. Nomada zadał sobie pytanie, jaka jest wartość bycia wolnym człowiekiem, jeśli nie ma się środków na utrzymanie, nie mówiąc o leczeniu okropnej choroby.

W nagrzanym słońcem autobusie Praktyk przysnął. Jego wyobraźnia produkowała nowe obrazy. Najpierw pojawiła się machina umocowań; przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy brudnej ulicy, ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, a nad tym wszystkim gęsta atmosfera zapomnienia o bliźnich. Była to machina społeczna Indii. Stała w miejscu zablokowana wielowiekową tradycją niemocy. Obraz nieszczęść był nie do wytrzymania; machina zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli swoją kukiełkowatość i wyszczerzyli zęby w szyderczych uśmiechach, ukazując szczerby, plomby i luki między zębami. Na końcu, jakby na pocieszenie, pojawił się rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną i skoki do wody. Niektórzy wtykali między słoniowate palce nóg kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Praktyk. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

– Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał, starając się oderwać od przykrej wizji. Zanim obudził się z szalonego snu, dwa razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 26 Fort Amber

W Fort Amber koło Dżajpuru Piotr Praktyk zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów i dzieł sztuki. To tutaj Cesarz Akbar z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy.

Praktyk rozglądał się po pustym pomieszczeniu szukając wzrokiem sprzętów, mebli i wyposażenia, które nadawałyby sens istnieniu takiego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli, sprzętów, strojów, biżuterii ze szlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Piotr prawie z nienawiścią zdefiniował pozostawione przez historię dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Cesarza Akbara Wielkiego przedstawiano kiedyś jako dziwadło, osobnika ni w pięć ni w dziesięć, analfabetę nieumiejącego czytać ani pisać. Prawda była taka, że prawdopodobnie był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie wielu dzieciom, która dziś daje się leczyć. Mimo tego cesarz był jednym z najlepiej wykształconych władców tamtych czasów. Miał wspaniałą pamięć; codziennie czytano mu sprawozdania, z których czerpał wiedzę o państwie i świecie. Był miłośnikiem poezji perskiej oraz znawcą i patronem muzyki, malarstwa i architektury.

Stojąc w pustej sali, bez oszklonych okien, bez drzwi, półek, dywanów i miejsc do siedzenia, Praktyk wyobraził sobie bibliotekę z kilku tysiącami tomów. Był to widok imponujący: okna zasłonięte półprzezroczystą materią, na podłodze wspaniałe dywany, wokół sali półki, stoły i skrzynie z książkami. Wyobraził sobie cesarza; widział go kiedyś na rycinie. Szczupły, czarnowłosy, z ostrymi rysami twarzy, był władcą surowym, a równocześnie pełnym wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. Wiadome było o nim, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji władza wyraża się w postanowieniach regulujących szczegóły życia obywateli, poruszania się, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także pewne słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń – na rozkaz cesarza- rozdeptywał głowę skazańca nie tylko po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Praktyk zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by taką śmierć porównać – pochylając się nad kamieniem, Piotr pozwolił sobie na swobodną spekulację wobec Kindżała i Darczyńcy – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Tego samego dnia, podróżnik zwiedził jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy. Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Praktyk, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, który wewnątrz był niczym innych jak piramidalnym nagromadzeniem pustych pomieszczeń, drzwi, schodów i krótkich korytarzy.

Odc. 27 Hierarchia wiary

Na zakończenie dnia Grupa 13 udała się do kawiarni „Psycho”, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk „Luri”. Wiedzieli, że jest mocny, byli jednak przekonani, że nie jest zabójczy. Przed skutkami jego użycia ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu „Cal Moria”, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Nomadowie zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na wąskich metalowych rurach, Nomadowie obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia oraz obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia. 

Piotr Praktyk czuł się całkiem dobrze jeszcze kiedy wychodził z innymi grupowiczami z kawiarni. Trwało to tylko do czasu, kiedy wrócił do pokoju w hotelu. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Piotr najpierw zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe niż padły z przejedzenia bawół indyjski zwany także arnim. Zaraz potem przygniotła go ściana; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił kilkoma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie; był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, i pulsowały srebrnie w chemiczno-fizycznych niciach myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund. Trans trwał. Wokół niego falowały obrazy pól, lasów, jezior i nieba, dźwięki nabierały barw a kolory zapachów. Kiedy Piotr zanurzył się w gąszcz przeżyć, zobaczył Boga, który pojawiał się, poruszał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Piotr nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Kiedy zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Najwyższy ma brwi gęste jak krzaki, zreflektował się, że był to podszept szatana i od razu porzucił niedorzeczną myśl.

Budząc się, Piotr czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki obracającego się kalejdoskopu.

Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jedną z głównych religii kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szli hinduiści powiewając imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął do siebie Piotr.

Zmartwił się. Buddyzm, jego ukochana religia, był wyznaniem zagubionym, o którym słyszeli tylko ludzie czytający co najmniej jedną książkę rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 28 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Kolejna męcząca podróż autobusem przyniosła skutki, jakich Praktyk się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że się przebudziłem. Było to bolesne, ale na pewno bardzo potrzebne – skomentował to w gronie Nomadów.

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Piotr patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet oraz nad wyraz poważni brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Piotr.

Kiedy tkwił w chwili zamyślenia, z naprzeciwka nadjechał wielki kolorowy autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Piotr Praktyk. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Piotr poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie autobusów, którego nawet nie zauważyli.

W nagłym rozbłysku świadomości Praktyk zrozumiał błąd swój i towarzyszy. Zamiast koncentrować się na zwiedzaniu zabytków, poznawaniu i przeżywaniu miejsc i czas, koncentrowali się na przemieszczaniu się, na sobie i na Kantynie, wymagającym nieprzerwanej uwagi, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Zdał sobie sprawę, jak fatalnie on i inni Nomadowie pobłądzili, jakiemu zaciemnieniu uległy ich umysły.

Osaczyły go zajadłe ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że stał się bezwolnym manekinem, obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym bogactw historii i współczesności. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół zabytki historii z trzech tysięcy lat oraz miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu oni i Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze na odurzanie się, i sprawiający wszystkim problemy. Narosła w nim taka fala protestu, że krzykiem obudził śpiącego obok Kindżała, aby zadać mu gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, kiedy się gubi oraz martwić się ciągle o to, że gdzieś polezie i coś sobie zrobi!? Ten typ blokuje naszą uwagę, kradnie nam czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z tymi biedakami na ulicach? Czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc? A co z nami samymi?

Zaspany Kindżał nie otwierając oczu odezwał się filozoficznie:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Prawdziwe życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 29 Konkurs

Wieczorem grupka Nomadów siadła przy stolikach na zewnątrz hotelu i konwersując piła to, co sobie każdy zamówił, przeważnie była to kawa. Inżynier Uniwersalny jak zwykle przechwalał się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym niektórzy doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Oświadczył Kindżał, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Praktyk miał wrażenie jakby przestrzeń wokół coraz bardziej zamykał się i coraz trudniej jest my oddychać. Poczuł się nieswojo. Uznał, że powodem jest obecność Inżyniera wyzwalającego w ludziach niedobre uczucia.

– Też ulegam jego wpływowi. Zabieram głos, aby powiedzieć coś o sobie, zupełnie niepotrzebnie pokazując moje osiągnięcia, zdobycze czy inny dorobek – pomyślał.

Zastanawiał się, czy nie powinien od razu wstać od stołu i udać się na spacer lub wrócić do pokoju hotelowego. Miał sobie za złe, że nie potrafił wykorzenić w sobie nawyku mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad tym. Był człowiekiem ciekawskim, chciwym wiedzy i świata, ciągle doskonalącym się i lubił to w sobie. Postanowił zmienić to egocentryczne nastawienie, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Byłby to najlepszy moment, bo kiedyś trzeba przecież zacząć.

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najstosowniej byłoby zasnąć, bo mieli przed sobą długą trasę. Większość to uczyniła. Kiedy obudzili się, uznali, że pozostały czas trzeba jakoś zagospodarować. Po kilku godzinach podróży mieli już dosyć snu. Padł pomysł: – Zorganizować konkurs z nagrodami za największe osiągnięcia podróżnicze, włączając w to szacunek i dobroć okazywaną mieszkańcom odwiedzanych krajów.

Rozpoczęto przygotowania nie stroniąc oczywiście od alkoholu, który Darczyńca już wcześniej zaczął roznosić w słynnych dzióbasach. Jego inicjatywę uznano za pozytywną i zgodną z tradycjami Nomadii.

– Kto odbył najwięcej podróży i okazał najwięcej serca tubylcom, oto jest pytanie – wyrwał się Kantyna. Był jeszcze w miarę dobrym stanie i oczy świeciły mu się naturalnym blaskiem.

Analizy osiągnięć i wybór zwycięzcy dokonało jury w osobach Nomadów, którzy wyrazili chęć uczestniczyć w ocenie. Pierwsze miejsce i złoty medal przypadły Darczyńcy. Był szczęśliwy, tym bardziej, że poprzedniego dnia ogłoszono go Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

W obydwu przypadkach Darczyńca otrzymał masę braw i okrzyków poparcia. Było widoczne, że decyzja jury była trafna. Kiedy wstał z fotela, aby podziękować, zaprezentował w pełni swój podróżniczy profil.

– Rozważnie niski, dosyć tęgawy osobnik, w obszernych spodenkach, z których sterczą z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch – szeptem opisała go Wysoka z Kokiem przybliżając usta do ucha Wizażystki. 

Okolicznościowe przemówienie wygłosił Kindżał. Było tego tyle, co kot napłakał.

– Darczyńca to osobnik bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata. Dlatego okazuje miłość dzieciom, czyli małym ludziom podobnie potraktowanym przez życie – zdecydowanie zawyrokowała Wysoka z Kokiem.

Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dyskusję, czy w przypadku Darczyńcy jest to prawdą czy nie, za jałową wobec braku bliższych informacji o jego dzieciństwie. Sam zainteresowany milczał, uśmiechając się niepewnie. Wyglądało na to, że rozmowa na jego temat go nie cieszyła, ale też nie sprawiała mu przykrości.

Dwuznaczną sytuację przerwał Kindżał, pragnący dokończyć mowę pochwalną.

– Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepada, że przywiózł im z kraju dziesięć kilogramów cukierków. Ponieważ szybko się skończyły, dokupował je kilka razy w sklepach po drodze. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał im chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać łakocie.

Po Kindżale zabierali głos inni. Podkreślano, że zwycięzcy jak najbardziej należy się złoty medal także za wielką siłę zachęty do czynienia dobrych uczynków.

– Jest w nim obfitość uczuć, czułość i użyteczna rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju – włączył się Praktyk.

Odc. 30 Darczyńca

O głos poprosił Kantyna, aby – jak to wyjaśnił na wstępie – dokonać ważnego uzupełnienia biografii Darczyńcy. Zaczął bardzo przytomnie, zaskakując nawet te osoby, które za nim nie przepadały.

– Znam przyczyny dobrego serca Darczyńcy. To człowiek, który rozumie krzywdę, jaką wyrządzają dziecku dorośli. Opowiedział mi o traumie jaką sam przeżył. Kochał chałwę, mógłby jeść ją kilogramami, ale rodzice nie pozwalali mu na to. Byli to dziwni rodzice, ale ważne, że go kochali i on kochał ich takimi jacy byli. Marzył o tym, aby wreszcie najeść się chałwy do syta. Nigdy to nie nastąpiło. Dlaczego tak się stało, nie wiem, nie powiedział mi tego. Chodziło o niezaspokojenie ważnych potrzeb, głód tego, co lubi się najbardziej, czego się pragnie, o czym się marzy. Dlatego jubilat tak bardzo lubi pomagać dzieciom, którym brakuje słodyczy i miłości.

Kantyna ogarnął wzrokiem słuchaczy i kontynuował.

– Wiem o czym mówię, bo sam przeżywam taki głód od lat. Dlatego rozumiem i cenię Darczyńcę. Ja bym jednak dzieciakom cukierków z alkoholem nie dawał. To mnie różni od Darczyńcy. Dlatego nie dziwię się, że to on został wyróżniony za pomoc najmłodszym na w czasie swoich licznych podróży misjonarskich, a nie ja. Też chciałem być misjonarzem, ale kiedy mi uświadomiono, że będę musiał chodzić w tej samej ciepłej sutannie w upalne lato jak i w mroźną zimę i powstrzymywać się od jedzenia mięsa w dni świąteczne oraz picia alkoholu we wszystkie dni, powiedziałem sobie: Basta!

Dalsze przemówienie Kantyny przerwały okrzyki. Jedni krzyczeli zachęcająco: – Dać mu wódki, niech mówi, bo mówi rozsądnie, inni: – Nie zawstydzajmy człowieka. To nie po chrześcijańsku.

– W tym, że chciał być misjonarzem, nie ma nic śmiesznego. Sam o tym marzyłem, tylko rodzice woleli, abym zdobył wykształcenie techniczne, bo jak się samochód zepsuje lub zlew w domu zapcha to taka wiedza jest na wagę złota – przemówił Inżynier, zaskakując towarzystwo krótkością swojej wypowiedzi.

Na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze Kantyna, aby dokończyć swoje wystąpienie rozgoryczonym głosem: – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota skórka, nie dla ciebie moczymordo wojewody córka. Wiwat, wiwat, wszystkie stany. Napijmy się, aby rozładować ból lat dziecięcych, za niewłaściwe traktowanie potomstwa przez rodziców a mężów przez żony.

Po występie Kantyny Mistrz Ceremonii Kindżał poprosił o zabranie głosu zwycięzcę konkursu. Wyróżniony złotym medalem Darczyńca był wzruszony. Na ogół nie lubił mówić o sobie, tym razem był w wyjątkowo dobrym nastroju. Przemawiając opierał się o fotel prawą ręką, w drugiej trzymał słynnego dzióbasa, z którego ostrożnie popijał. Kilka razy oblizywał usta wznosząc kieliszek do góry.

– Wychowałem się w środowisku narodowo-patriotycznym, wśród ludzi wrogich wszelkim odmieńcom. Moi rodzice byli homoseksualistami i im się też dostało. Dlatego nie jest mi łatwo teraz przemawiać, ale okazja jest tak ważna, a ja jestem tak szczęśliwy, że uczynię to z przyjemnością. Historia mojej rodziny i dzieciństwa jest nietypowa, lecz pełna miłości i poezji.

– Najważniejsze, homo czy nie homo, jest to, że rodzice bardzo mnie kochali, powiedziałbym nawet, że do szaleństwa. Zresztą wszyscy wiemy, że homo brzmi bardzo podobnie jak dom po angielsku, a dom znaczy wszystko, co najlepsze. Nie będę cenzurować rodziców za to, kim byli, bo darzyli mnie najlepszymi uczuciami. Teraz, będąc dorosłym człowiekiem, lepiej rozumiem labirynty uczuć. Ludzie są różni a miłość jest jak ekwilibrystyka cyrkowa. Każdy cyrkowiec robi swoje sztuczki inaczej. Jeden na leżąco, na brzuchu lub na plecach, inny na siedząco lub stojąco, jeszcze inni na boku, w zwisie lub w układzie piramidalnym. Tu, w Indiach, możemy sobie śmiało powiedzieć, że Kamasutra i miłość są dla wszystkich, bo żyjemy w demokracji. Nasze Pismo Święte mówi też wyraźnie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Wśród bliźnich nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, mądrych i głupich czy dobrych i złych. Nie jest ważne, jakiej płci jest bliźni, mamy święty obowiązek go kochać. Zresztą niejednej kobiecie jest na imię Marzanna, a niejednemu mężczyźnie na imię Teofil, a wszyscy wiemy, że to są dobre imiona podobnie jak tysiące innych. Nie możemy nikogo dyskryminować. Dlatego ja kocham dzieci, bo one są niewinne niezależnie od rodziców, którzy mogą być tacy lub inni, a przy okazji dziękuję Bogu za złoty medal.

Po toastach na cześć medalisty towarzystwo rozruszało się, niektórzy mieli prośby o wyjaśnienie jakichś szczegółów przemówienia Darczyńcy, powagę mieszano z żartami a tematy ważne z niepoważnymi. Bawiono się, aby zapomnieć o przeszłości, trudnym dzieciństwie, przeciągającej się podróży, upale panującym na zewnątrz, zmęczeniu, tuszując, kiedy trzeba, zgrabnym słowem, żartem lub uśmiechem niezręczne sytuacje, jakie zdarzają się między ludźmi, nawet w najlepszym towarzystwie.

Odc. 31 Kindżał

Impreza tak się podobała, że Nomadowie postanowili organizować podobne konkursy przy każdej, mającej sens, okazji. Sensu dopatrywano się w czasie przejazdu, który musiał być dostatecznie długi, oraz w dostępności alkoholu uznanego za najlepszy środek stymulowania wyobraźni i dobrego nastroju.

– Nie ma nic lepszego nad alkohol w podróży, także w życiu. Ja stosuję go leczniczo od lat i jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – Kantyna złożył deklarację miłości do używki z takim przekonaniem, że aż wzbudził sprzeciw.

– Nie przesadzaj! – prawie krzyknęła Wizażystka. – Nie widać tego po tobie, ze reprezentujesz szczęście na tym padole łez i nieudanych makijaży.

Siedzący w pobliżu Nomadowie popatrzyli na nią. Mieli wrażenie, że krzyknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz promieniała oryginalnymi motywami kwietnymi, wzorami liści i kwiatów roślin pokazywanych kilka dni wcześniej przez Przewo. Były to miniaturki ułożone w pasmo kolorowych bukiecików artystycznie wymalowanych pod oczami, tworzących panoramę przerwaną pośrodku pionowym fragmentem nosa. Było to tak oryginalne i zachwycające, że kilka osób poprosiło, aby pozowała im do zdjęcia. Przystała na to z radością, jaką odczuwa twórca dający innym okazję do przeżywania głębokich wzruszeń artystycznych. 

Następnego dnia, w Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym, poświęconym upowszechnianiu piękna i artyzmu w sztuce, pierwsze miejsce i złoty medal zdobył Kindżał. Był najlepszy w artystycznych pomysłach rozrywkowych, konkretnie w umiłowaniu i upowszednianiu szlachetnej broni. Był bezkonkurencyjny. Wszyscy na niego głosowali. Chodziło o białą broń, noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W Nomadii Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. W życiu zawodowym prowadził kilka przedsiębiorstw, wykazując wielką inicjatywę i przedsiębiorczość. Bez wahania zmieniał prowadzony biznes na inny, jak tylko odkrył ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Można było mieć wrażenie, że po powrocie do kraju pasja artystyczna pogrąży jego miłość do biznesu.

Zdobywca złotego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem – jak to wyjaśnił w wywiadzie udzielonym na gorąco między dwoma rzędami foteli w autobusie – że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrza, nie trójkątne, czyli w kształcie, którego organicznie nie znosił.

W Indiach i w Nepalu wszyscy sprzedawcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni chyba na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że grupa handlarzy czekała na autobus, którym podróżował. Zanim pojazd zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały tłum. Podbiegli do Kindżała z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilkanaście metrów dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na prowizorycznych stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakiego eksponatu poszukuje danego dnia i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajne kindżały, jakie jeszcze na oczy nie widział” i podobne niezwykłości.

Kiedy ogarniał go amok kupowania, Kindżał był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się jednak, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia, trzydzieści a nawet pięćdziesiąt dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny okaz jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego obrzydliwie nachalni, mimo to usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nieprzerwanej aktywności, natarczywości i napastliwości, podejmowania wszelkich prób sprzedaży. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu.

Chyba wyczuwali jego odporność na agresywny marketing, ponieważ zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty.

– O! Ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu dużo bardziej niż inne i jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten z kolei ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat! – podpowiadał z boku z przekonaniem cichy wspólnik sprzedającego.

Jambiya dagger with pistol-shaped hilt. India Mughal dynasty.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum Kindżał uzasadniał w prosty sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam zamordować. Nie będę też otwierać rzeźni uboju rytualnego.

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej nie było. Piotr spekulował po cichu, że przyjaciel prowadzi albo zamierza prowadzić ekskluzywny sklep z orientalną białą bronią dla bogatej klienteli.

Odc. 32 Tajemnica Kindżała

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał kilka przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci liczeniem upominków a jeszcze bardziej oglądaniem ich zdobień. Ich głowy były zaprzątnięte podejrzeniami przemytu kamieni szlachetnych i złota. Po badaniu przez eksperta zdobienia okazywały się sztuczne; imitacje kamieni i złota były tak doskonałe, że trzeba było niemałej wiedzy i doświadczenia, aby odróżnić je od naturalnych.

Dopiero kilka miesięcy po powrocie z Indii Kindżał przyznał się Piotrowi, a właściwe tylko napomknął, kiedy się bezpośrednio spotkali, co było jego prawdziwą pasją. Piotr słyszał o nim potem niejednokrotnie, że stał się bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. Miał obsesję na punkcie złota. W miejscowości, gdzie miał letnią rezydencję, nazywano go Krezusem.

W dniu, kiedy Praktyk dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się, co w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za stan przejściowego upośledzenia umysłowego. Rano poczuł się już znacznie lepiej.

W Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym była jeszcze druga nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów. Cieszył się z drugiego miejsca w konkursie i srebrnego medalu, ale dalece mniej entuzjastycznie jak Kindżał.

– Zachowuje się tak, jakby codziennie wręczano mu srebrny medal i przy okazji całowano po rękach. Zarozumialec! – Wysoka z Kokiem miała chyba do niego jakieś uprzedzenia, może z racji jego postawy, ponieważ był znacznie od niej wyższy i chodził w głową uniesioną do góry.

Przewo był jedyną osobą nie przywiązującą do konkursów autobusowych większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się prości turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursów. Swój pogląd wyraził bardzo prosto:

– Wasze konkursy pod pozorami rozrywki trywializują sprawy naprawdę ważne.

Pod koniec wycieczki Przewo odsunął się nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać, a nie sobie samej. Starał się jej pomóc jak mógł, objaśniając i uświadamiając Nomadom, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Praktyk nagrywał na dyktafonie fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem zapisywał i wykasowywał, aby zdobyć miejsce na dalsze nagrania. Zapadła mu w pamięć ostatnia wypowiedź Przewo zarejestrowaną na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, że masy ludzi żyją w Indiach jak porzucone na pastwę losu dzieci, a obywatele innych państw, obcokrajowcy tacy jak my, przyjeżdżają do Indii aby oglądać ich nędzę i jak najszybciej o niej zapomnieć.

Spokojny przebieg wycieczki zakłócił incydent związany z Piotrem Praktykiem, który w niewytłumaczalny sposób zniknął na dwa dni z życia grupy. Wszystko zaczęło się w momencie wejścia Nomadów do autobusu mającego ich zawieźć do Dżajpuru. To był początek jego niebytu. Sam mało co pamiętał, wszystko musieli mu przypominać towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo, całe dwa dni. Nikt ciebie nie widział.

Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego zatopione w przestrzeni oczy, niemy świadek bezmiaru zagubienia. Był to najdziwniejszy epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni. Wkrótce o tym wszyscy zapomnieli.

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiadali do niego popołudniową porą, było wciąż gorąco, wewnątrz panował jednak przyjemny chłód. Wnętrze autobusu było urządzone jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie. Darczyńca zaproponował rozluźnić się odrobiną alkoholu.

– Wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie podróży w Dżajpur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy przy serwowaniu alkoholu. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Podawał alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butelki. Robił to szybko i sprawnie. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolał. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się, o co chodzi. Wkrótce wszyscy posnęli. Tylko Praktyk czuwał mając problemy ze snem. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Wszystkie okna w autobusie miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Odc. 33 Głowa

Kiedy u sufitu autobusu zapaliły się rozjaśniające mrok małe lampki, Piotr Praktyk poczuł, że nastąpiła jakaś niezrozumiała i tajemnicza zmiana. Skoncentrował się i obserwował, co się dzieje. Popatrzył na śpiących. Leżeli oparci plecami o fotele, przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrza gardeł jak u lekarza. Ich twarze były pogodne, niektóre uśmiechnięte, kontrastując z tułowiem, pełnym sennej dojrzałości i powagi. Praktyk wytężył uwagę i wyobraźnię starając się dostrzec coś więcej. Przypatrzył się uważniej śpiącym, określając ich zachowanie jako zawadiackie.

Głowy podróżujących sprawiały wrażenie jakby były przyklejone do oparcia foteli. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się lekko i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Rzucane na boki spojrzenia i uśmiechy zatrzymywały się na zasłonach okiennych, odcinających ich od świata zewnętrznego, który przesuwał się z szybkością ruchu autobusu. Czasem zasłona okienna uchyliła się z boku i wtedy Piotr widział migające drobne postacie rikszarzy, pedałujących w pośpiechu, aby zarobić na posiłek i szybszy powrót do domu. Piotr pomyślał o głodzie i poczuł w ustach smak placka naan świeżo upieczonego na rozgrzanej płycie. Jeden z rykszarzy wiózł tak wielką gorę paczek i pakunków, że można by jej użyć dla demonstracji, jak na przestrzeni wieków wybrzuszały się Himalaje.

Około północy nad przejściem między przednimi i środkowymi drzwiami autobusu pojawiła się samotna ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami. Była pozbawiona tułowia, zawieszona w łagodnym mroku nad przejściem na wysokości ramion dorosłego mężczyzny. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – odruchowo pomyślał Piotr i żachnął się, uznając to za nonsens.

Przyglądał się Głowie. Nikt inny jej nie zauważył. Był pewien, że współpasażerowie pozostawali w uśpieniu, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Zniżała się powoli, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć dziwaczny taniec, taczając się do przodu i do tyłu w zależności od tego, czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się i znowu znieruchomiała na wysokości górnych półek autobusu.

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co zdarzyło się w autobusie. Piotr nie odzywał się do nich, nie zwracał im na nic uwagi, obserwował tylko ich reakcje. Zawieszona w powietrzu Głowa wywoływała różne uczucia i zachowania. Jej widok przestraszył kobiety; mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Piotr nie dziwił się temu, gdyż mogli być także pod wpływem alkoholu.

Głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panie i panowie! Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z przypomnienia sobie, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Rasputin. Chyba dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Mimo głośnej rozmowy i śmiechu pasażerów Głowa pozostawała nieruchoma. Dopiero teraz Piotr zauważył, że jest smutna. Jej smutek i samotność wywoływały stopniowo coraz większe współczucie w obserwujących ją ludziach. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Darczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Darczyńca opowiedział głośno, kiedy się uspokoił.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku, z jej ust wysunął się język a oczy zamrugały filuternie. Domyśliłem się, o co jej chodzi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymam słodycze dla dzieci. Dałem jej lizaka a ona złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania, po czym zniknęła w mroku. Czułem, że jest wciąż w autobusie, ale jej nie widziałem.

Odc. 34 Kierowca Rashid i Głowa

Kiedy Głowa ukazała się ponownie, Piotr zauważył zniknięcie kierowcy autobusu. Wyglądało to jak sztuczka prestidigitatora: jeden obiekt pojawia się, drugi znika. Zaniepokojony, że autobusem nikt nie kieruje, wstał z siedzenia i przeszedł kilka kroków w kierunku kierowcy. Już z dala widział, że w kabinie kierowcy nie ma nikogo, więc zawołał:

– Rashid, gdzie jesteś?

Nie było to imię kierowcy, ale kiedy Nomadowie mówili do niego Rashid, reagował bardzo pozytywnie, czasem ciesząc się wręcz jak dziecko. Prawdziwe imię kierowcy było nie do wymówienia ani zapamiętania. Kierowca z zasady nie odzywał się do nikogo, ale kiedyś powiedział Wizażystce:

– Prawidłowo wymawiasz to imię, masz dobry akcent.

Przewo mówił im potem, że kierowca, prawdziwy Hindus, ma bardzo pozytywne usposobienie, jest pogodny i życzliwy. Imię Rashid bardzo lubił bo było to imię słynnego aktora hinduskiego Rashida Khana, grającego w filmie Czarny Bazar. Kierowca oglądał ten film piętnaście razy.

Piotr zawołał ponownie:

– Rashid, gdzie jesteś? ale nikt się nie pojawił ani nie odezwał, Piotr wrócił więc zrezygnowany na swoje miejsce.

Potem, już po zatrzymaniu się autobusu, kierowca tłumaczył się, że cały czas był w kabinie i tylko się schylił, aby podnieść coś z podłogi. Komuś innemu mówił natomiast, że wyszedł do toalety i drzwi się zablokowały, ale nic się nie stało bo był to długi i prosty odcinek drogi a autobus ma tempomat utrzymujący stały kierunek jazdy. Były to dziwne tłumaczenia. W trakcie rozmowy z kierowcą, Piotr Praktyk przyjrzał mu się dokładnie. Był to szczupły i niezbyt wysoki mężczyzna, w nieokreślonym wieku między trzydzieści pięć a pięćdziesiąt lat. Czarne wąsy nadawały mu powagę a obfita czupryna odmładzający wygląd. Na wysokości uszu włosy były nieco dłuższe. Piotra ogarnęło wrażenie, że Rashid jest aktorem i to, co miał na sobie, było tylko charakteryzacją.

Nieprawdopodobne zdarzenia dały początek spekulacjom wycieczkowiczów, że zarówno kierowca jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistych, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie potrafili ani nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem ducha kraju, po którym podróżowali.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – głowa znowu się ukazała, jakby była tam zawsze. Na wyścigi starali się okazać jej dowody życzliwości i wsparcia. Darczyńca wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył go Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę bo szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła niezręczna cisza. Sytuację usiłował ratować Rasputin; odważnie stanął obok Głowy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie i odwrócić w ten sposób uwagę od niemiłej sytuacji.

Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe, ponieważ pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły Głowę w cieniu. Ktoś zaproponował wtedy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Darczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Okazały się tak udane, że wszyscy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na pięćdziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawimy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo – był to głos Darczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w Nomadów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Zapanował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie o romans z Głową. Właśnie dlatego piję, że jest taka nienormalna.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złotym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Alkohol ożywiał ich działając jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat marzeń i miłych urojeń.

Po wyjściu z autobusu, jak zwykle policzyli się. Nikogo nie brakowało.

– A gdzie Głowa? – krzyknął zrozpaczony Darczyńca.

Głowa zniknęła. Przeszukali cały autobus, sprawdzając także czy ktoś jej nie widział na zewnątrz, poza pojazdem. Towarzystwo poczuło się nieswojo, niektórzy Nomadowie rozglądali się niespokojnie na boki. Przewo nieświadomie dołożył do ogólnego zdenerwowania swoją cegiełkę, opowiadając historię zdarzenia mającego w tle dziewczynę na cmentarzu o północy. Skończył wyjaśnieniem:

– To była bardzo odważna osoba. Nie bała się być na cmentarzu nawet o północy. Przechodziła tamtędy w nocy kilka razy, bo była to dla niej najkrótsza droga do domu ze stacji kolejowej. Ale kiedy ją przestraszyli, padła martwa na ziemię. Po prostu zmarła na serce.

Odc. 35 Lustrzana Sala Wyobrażeń

Dzień przed zwiedzaniem Sali Wyobrażeń Przewo powiedział, że można się w niej zgubić.

– Lustrzana Sala Wyobrażeń jest przedziwnym miejscem. Jest małym fragmentem wielkiego kompleksu pałacowego lecz tworzy poczucie, jakby go wypełniała. Ma kilka ścian wewnętrznych, każda ma swoją nazwę i wywołuje w zwiedzających inne odczucia i emocje. Wskutek milionowych odbić w lustrach ułożonych pod różnym kątem na ścianach, suficie i podłodze ma się wrażenie przebywania w labiryncie. Można się tam naprawdę zagubić.

– To chyba niemożliwe – zaoponował słabo Kantyna. Jego przekrwione z przepicia oczy i zmęczona twarz sugerowały, że odzywa się, aby utrzymać się w stanie przytomności.

Przewo popatrzył na niego i kontynuował.

– Kiedyś, dopiero po trzech dniach, odnaleziono w niej turystę. Siedział w rogu sali skulony ze strachu, głodu i zimna. Lustra tak pomniejszyły i zdeformowały jego postać, że nie zauważyli go nawet strażnicy. Skończyłby się na amen, gdyby przypadkowo nie potknęła się o niego turystka zagraniczna i nie zaczęła głośno wzywać pomocy. Pracownicy szpitala, gdzie trafił, opowiadali, że po kilku dniach bez jedzenia i picia skóra mu dosłownie poszarzała a on sam wychudł. Kiedy doszedł do siebie wyjaśnił, że przetrwał zlizując wilgoć spływającą ze ścian pod koniec nocy, kiedy powietrze jest najchłodniejsze.

Uczestnicy wycieczki uznali, że Przewo ich straszy lub sobie z nich dworuje. Nie wierzyli mu, ponieważ poważnemu tonowi głosu i spokojnej mimice twarzy przeczyły żywe gesty rąk i błyski w oczach. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Niezrażony kontynuował wyjaśnienia.

– Po zwiedzaniu trwającym zazwyczaj kilka godzin, ludzie opuszczają Lustrzaną Salę Wyobrażeń pobudzeni duchowo. Sporo osób czuje, że się zmieniło, że stali się lepsi. Mało kto twierdzi inaczej, ponieważ takie jednostki uważane są za oszustów ukrywających prawdziwe uczucia, markujących, że nic się nie zmieniło i wszystko jest w porządku. Ludzie naprawdę się zmieniają. Pewna zakochana kobieta, pamiętam, że była to młoda, rudowłosa Angielka o imieniu Jane, zobaczyła się w lustrze w objęciach innego mężczyzny i uznała, że jest rozpustna. Upierała się przy tym mimo tego, że ci którzy ja dobrze znali, twierdzili, że to czyste urojenie z jej strony. Jej ukochany po pewnym czasie zapadł w depresję i przestał się do niej odzywać. Nawet jej się nie przyznał, że i on zobaczył siebie w objęciach innej kobiety. Oboje byli głęboko rozczarowani sami sobą i partnerem. Kobieta straciła wdzięk, atrakcyjność i czułość, on zaś popęd seksualny i chęć do życia. Tłumaczono im, że były to tylko fałszywe odbicia jakichś głębszych, nieuporządkowanych myśli, lecz nic to nie zmieniło. To tylko przykład ryzyka zwiedzania Lustrzanej Sali Wyobrażeń.

Przed wejściem do sali stały dwa potężne wykonane z miedzi kotły, każdy o pojemności pięciu tysięcy litrów. Od strony frontowej na ich powierzchni widniał obraz masywnej twarzy z wąsami. Legenda głosiła, że byli to poddani cesarza Akbara, którzy zwątpili w potęgę jego władzy. Cesarzowi wpadł w gniew, kazał ich przetopić razem z miedzią i umieścić ich wizerunki na kotłach dla przestrogi innych. Tuż obok kotłów, na wystawie eleganckiego małego sklepu, pyszniły się manekiny w strojach maharadżów i radżów oraz ich kobiet, zdobnych w historyczne stroje i oszałamiającą biżuterię. Ich twarze wyglądały jak po ospie, dziurawe i pręgowate. Tworzyło to atmosferę niepokoju jeszcze przed wejściem do sali. Przewo przypomniał grupie, że to są tylko manekiny, ale i tak wkraczali do sali z duszą na ramieniu. Nastrój udzielił się wszystkim, tym bardziej, że i w recepcji hotelu nie szczędzono im ostrzeżeń.

Piotr Praktyk poczuł się nieswojo, jak tylko znalazł się wewnątrz. W pierwszym odruchu uznał pomieszczenie za dziwaczne muzeum z przeszłości, w którym ludzie grają rolę eksponatów. Najbardziej zaskoczyło go, że lustra otaczały go ze wszystkich stron jak gęste zasłony, wypełniając ściany, sufit, podłogi jak i fragmenty wewnętrznych przestrzeni sali. Nawet klamki i okucia okienne błyszczały odbiciami ludzkich postaci. Czuł się osaczony, miał wrażenie, że lustra krzyczą coś do niego niemymi ustami. Nawet po kilkunastu minutach zwiedzania nie oswoił się jeszcze z niezwykłym otoczeniem. Rozglądał się, ale nie widział nikogo z towarzyszy wycieczki, jakby rozmyli się we w mgle. Był sam. Potem się okazało, że inni znaleźli się w tej samej sytuacji, czując się osamotnieni.

Odc. 36 Piotr w Sali Luster

Ogrom Sali Lustrzanych Wyobrażeń poraził Praktyka. Nie wiadomo, co powodowało, że pomieszczenie, sięgając gdzieś w nieskończoną dal, wydawało się nie mieć ścian ani krawędzi. Czuł się jak na pustyni oświetlonej rozsypanymi w pył promieniami słońca. Strażnicy napotykani po drodze wyjaśniali zwiedzającym, że poruszają się w sali jak po spirali, stąd wydaje się im bezgranicznie wielka. Słyszał ich głosy, ale ich nie widział.

Na ścianie wschodniej zobaczył napis wygrawerowany na srebrnej tabliczce: „W tej sali Bogini Kali, dawczyni życia, zagubiła się na cztery wieki zanim odnalazła się nad brzegiem Gangesu”.

Piotr przemierzał salę przez pół dnia, widząc tylko obcych ludzi, zanim dotarł do jej środka. Nie miał pojęcia jak tam trafił, ponieważ nigdzie nie było tabliczek wskazujących kierunek. Nikt też nie umiał wyjaśnić, którędy iść. O kierunek zwiedzania pytał przypadkowo napotkanych strażników i kobietę w średnim wieku, blondynkę, wyglądającą na Europejkę, ale nie zrozumiał tego, co mówili.

– Tego się nie da określić. To kwestia intuicji tak jak szukanie drogi w labiryncie – wytłumaczył mu chwilę później po angielsku starszy Hindus. Powiedział, że ma sto dziewięć lat i nazywa się Arya Patil. Był rzeczywiście bardzo stary. Miał chude ramiona, pomarszczoną jak pergamin twarz, rozwichrzone rzadkie siwe włosy na głowie oraz wyjątkowo krzaczaste brwi. Razem z białą brodą i bokobrodami jego twarz sprawiała wrażenie maski aktorskiej. O wieku mężczyzny świadczyły długie przypominające szpony paznokcie.

– Śmierć o mnie zapomniała – skarżył się starczym, gardłowym głosem – i tak się błąkam po tym świecie. Byłem balwierzem i pracowałem do setnego roku życia. Teraz jestem sam, nie mam nawet rodziny. Utrzymuję się z datków dobrych ludzi.

Piotr dał mu dwadzieścia rupii i ruszył dalej nie oglądając się za siebie, aby nie prowokować starca do dalszej rozmowy.

Sam środek sali był oznaczony. Stał tam drogowskaz z kierunkami stron świata oraz opisem, jak dotrzeć do Ściany Pięciu Żywiołów reprezentowanych przez ziemię, wodę, ogień, powietrze i dźwięk, Ściany Czterech Stron Świata oraz Ściany Proroctw, gdzie w lustrach można było czytać proroctwa, przepowiednie i kabały. Były też jeszcze Ściana Luster Bez Dna oraz Ściana Mądrości i Głupoty.

Ściana Luster Bez Dna była przerażająca, ponieważ można było zobaczyć na niej siebie samego w szczegółach anatomicznych i ocenić stan swojej śledziony, wątroby a nawet stan umysłu, choroby czy szaleństwa. Wszystko to było tak szokujące, że niektórzy zwiedzający nie wytrzymywali i uciekali. Zdarzały się też omdlenia i zasłabnięcia, kiedy ludzie tracili przytomność lub wpadali w dziwną ekstazę. Na miejscu był lekarz i pielęgniarka, aby w razie potrzeby udzielić pomocy. Najczęściej wyjaśniali ofierze, że nastąpiła autohipnoza i pomagali jej odzyskać naturalną interpretację rzeczywistości. Cięższe przypadki kierowali do karetki pogotowia ratunkowego, stojącej za ukrytymi w lustrze drzwiami, która odwoziła ofiarę do szpitala.

Przewo wyjaśnił potem Nomadom, że niezwykłe zachowania ludzi w Sali Lustrzanych Wyobrażeń nie były przypadkowe. Nie bez znaczenia były napoje sprzedawane w lokalnym sklepie, aromatyzowane a nierzadko narkotyzowane. Władze wiedziały o wszystkim; procederu sprzedaży napojów jednak nie likwidowano. Przewo znał przyczynę. Powołał się na słowa gubernatora prowincji Radżastan, któremu zarzucano tolerowanie niewłaściwych praktyk handlowych.

– Nie zabijemy przecież kury znoszącej złote jaja. Jeśli zwiedzający pragną popaść w ekstazę lub dręczyć się swoim nędznym wyglądem, to dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać?

Droga do Ściany Luster Bez Dna była najbardziej wydeptana. Tłumaczono to tym, że nie ma niczego bardziej pasjonującego i szokującego dla człowieka jak poznanie prawdy o sobie.

Piotrowi Praktyce najbardziej podobała się Ściana Mądrości i Głupoty. Stał przed nią najdłużej, przypatrując się lustrzanej powierzchni wielkości frontu małego domu. Figurowała na niej połyskliwa naga para Mądrości i Głupoty, splecionych w serdecznym uścisku. Przewo, wiedzący chyba wszystko o Lustrzanej Sali Wyobrażeń, wyjaśnił symbolikę ściany:

– To, co jednym wydaje się mądre, dla drugich jest głupie. Dzisiejsze czasy pokazują to szczególnie wyraźnie. Przykładami mogą służyć: szalona miłość, wyścig szczurów, nienawiść, szczepienia przeciwko epidemii, naga prawda oraz niektóre książki i filmy. Jeden ci powie o powieści „Zachwyciła mnie. Nie ma chyba nic piękniejszego i mądrzejszego w literaturze”, drugi zaś „Gorszej chały nie czytałem, jej autor to wyjątkowe beztalencie”.

Na nierzucającej się w oczy małej ścianie obok Ściany Mądrości i Głupoty, Piotr Praktyk znalazł krótkie przesłanie kobiety dojrzałej do dojrzałego mężczyzny pochodzące ze starohinduskiej Księgi Mądrości Limitowanych. Kobieta napisała:

„Witaj Mężczyzno! Nie możemy spotkać się jutro. Mam kilka ważnych spraw osobistych, które muszę pilnie załatwić, ponieważ ich odwlekanie może zaciążyć na losach wielu ludzi. Dotyczą one przyszłości, tych pokoleń, które już są i tych, które przyjdą. Mam nadzieję, że zrozumiesz to przesłanie. Pozdrawiam Cię przyjaźnie, Kobieta”

Piotr zastanawiał się dłużej nad tekstem starając się zrozumieć, jakie było dokładnie przesłanie kobiety. Aby nie psuć sobie samopoczucia uznał, że tekst nie jest w jego stylu i dlatego nie przemawia do niego.

– Sam mówię i piszę jaśniej, mniej poetycko, nie tak tajemniczo i skrótowo. Może kobiety coś z tego zrozumieją, bo ja nie potrafię – powiedział w kierunku mikrofonu służącego do nagrywania wypowiedzi gości.

Odc. 37 Fatehpur Sikri

Przy wyjściu z Lustrzanej Sali Wyobrażeń, już po zewnętrznej stronie drzwi, wyłożona była księga pamiątkowa. O niezwykłości miejsca świadczyły wpisy wybitnych gości, przywódców państw, prezydentów i premierów, dygnitarzy krajowych i zagranicznych, naukowców, generałów, prezesów wielkich korporacji oraz celebrytów i podobnych osób.

– Brakuje tylko wpisów oczytanych przewodniczących stowarzyszeń alkoholików anonimowych, właścicieli księgozbiorów o mądrości ludowej oraz kutych na cztery nogi studentów – ironizował Kantyna, czekając – w stanie wyjątkowej trzeźwości – razem ze Szczepanem i Inżynierem na pozostałych członków grupy.

Wieczorem Nomadowie rozmawiali o wrażeniach wyniesionych z Lustrzanej Sali Wyobrażeń. Szukali we wcześniejszych wspomnieniach czegoś równie imponującego i tajemniczego. Niemile zaskoczył wszystkich Proteza. Mówił tak, jakby chciał wyrządzić im przykrość wspomnieniami z przeszłości.

– Byłem kiedyś w moim miasteczku w sklepie meblowym, gdzie pod ścianą stały obok siebie trzy szafy z lustrzanymi drzwiami. To było dla mnie największe przeżycie. Potem jeszcze widziałem siebie w krzywym zwierciadle. Był to jednak tak nędzny i wynaturzony obraz, że odwróciłem się tyłu, aby nie widzieć wstydu w moich oczach. Pomyślcie! Tacy Hindusi, niby prosty naród w porównaniu z nami, dumnymi Nomadami, już kilkaset lat temu stworzyli Lustrzaną Salę Wyobrażeń, gdzie człowiek może się rozświetlić i nasączyć duszę miliardem świetlanych odbić . A co my wynaleźliśmy w tym czasie? Szafę z lustrami, w której można było tylko przechowywać ubrania i to koniecznie w naftalinie, aby je mole nie zjadły. Taka szafa nie dość, że nie emitowała milionów odbić, to jeszcze miała przykry dla człowieka zapach. Jacy my jesteśmy mierni w stosunku do Wschodu! Nie wiem, czy coś się w tym kiedykolwiek zmieni. Może u nas jest tylko czyściej i małpy nie chodzą po ulicach. Eh, do licha!

Tego wieczora nie rozmawiali już więcej, oprócz przypominania sobie nawzajem, o której godzinie mają się spotkać rano przed hotelem, aby wyruszyć w dalszą podróż.

Spotkanie po śniadaniu przed wyjazdem na zwiedzanie miasta Fatehpur Sikri rozpoczęło się od wyjaśnień Przewo. Z tej okazji, że był to już dziesiąty dzień wycieczki, uczestnicy już wcześniej ustalili, że nadadzą mu honorowy tytuł Prześwietny Przewo. Na początku Przewo podszedł do tego nieufnie, podejrzewając chęć zemsty za jakieś nieokreślone niedociągnięcia z jego strony, ale mu wytłumaczono, że powód nominacji jest szczery i uczciwy.

Plan dnia obejmował zwiedzanie Fatehpur Sikri zwanego Miastem Duchów. Przewo zaimponował grupie, posługując się mapami i slajdami wyświetlanymi na przenośnym ekranie. 

– Fatehpur Sikri, zwane Miastem Duchów, to ogromny kompleks forteczno-pałacowy dawnej stolicy Wielkich Mogołów. Leży w stanie Uttar Pradesz sto osiemdziesiąt kilometrów na południe od Delhi i trzydzieści siedem kilometrów na zachód od Agry. To niezwykłe miejsce. Zobaczymy tam grobowiec Szejka Salim Chisti, arcydzieło architektury tamtych czasów czyli szesnastego wieku. Także grobowiec cesarza Indii z dynastii Wielkich Mogołów, Akbara, miłośnika literatury, architektury i sztuki, który – jak podaje część źródeł historycznych – nie umiał czytać. Prawda jest taka, że był dyslektykiem. To on założył królewskie miasto Fatehpur Sikri, dziś wspaniały zabytek architektoniczny chroniony przez UNESCO.

Aby ułatwić zapamiętanie ważniejszych informacji, Przewo wyciągnął z torby podróżnej kolorową rycinę z wizerunkiem cesarza Akbara oraz zdjęcia pokazujące kluczowe obiekty Fatehpur Sikri. Piotr Praktyk był mu za to wdzięczny. Swoimi wspomnieniami podzielił się ze stojącym obok Kindżałem.

– Ilekroć zwiedzałem jakieś imponujące miejsce za granicą, przewodnicy pędzili nas jak stado zwierząt do wodopoju, abyśmy jak najszybciej nasączyli się życiodajnymi widokami zabytków w oprawie ich wyuczonych słów.

Przewo dawkował im informacje, pokazując ryciny, zdjęcia oraz wyświetlając plan miasta na ścianie muru, przy którym się zatrzymali w celu odbycia szkolenia.

Odc. 38 Zabytki Fatehpur Sikri

Na miejscu, już wewnątrz kompleksu pałacowego, Przewo podjął dalsze wyjaśnienia. Nie były one odbierane jak zawsze, z uwagą i zrozumieniem. Czy to z powodu gorąca, czy też tego dnia uczestnicy poczęstowali się czymś stymulującym, przerywali mu często, aby dorzucić coś od siebie lub choćby skomentować jego słowa. Przewo miał wrażenie, że usiłują pokazać swoją wiedzę, czymś się wykazać. Starając się zapomnieć o utrudnieniach, kontynuował.

– Początkowo Cesarz Akbar za stolicę państwa obrał Agrę, a swoją siedzibę ustanowił w Czerwonym Forcie. Wkrótce, podobnie jak inni władcy indyjscy, postanowił założyć nową stolicę, nazywając ją Fatehpur Sikri. Zbudował w tym celu imponujące miasto, którego rozmach architektoniczny można podziwiać do dziś i to …

– Nowe miasto wybudowane zostało na miejscu wioski Sikri, a powstanie stolicy zostało ogłoszone w roku 1571 – przerwał mu Kantyna, czym wszystkich zadziwił jak i zdenerwował, prowokując komentarze.

– Jak on zdobył się na tak monstrualny wysiłek intelektualny, tego nie zrozumiem do końca życia – odezwała się Wysoka z Kokiem.

– Ta kobieta potrafi być okrutna jak mało kto, ale też nie można powiedzieć, że nie ma racji – pomyślał Praktyk.

– No właśnie – podjął Przewo, dokonujący cudów na niwie przywracania spokoju i uwagi wobec licznych interwencji słownych uczestników wyprawy.

– Zbudowane w owym roku miasto zostało opuszczone zaledwie czternaście lat później. Nastąpiło to prawdopodobnie z powodu niedostatku wody pitnej. W ten sposób przeszło do historii jako miasto-widmo.

Zabytków do zwiedzania w Fatehpur Sikri i Dżajpurze była taka masa, że Nomadom prawie się w głowach kotłowało. Piotr Praktyk zapamiętał cztery najważniejsze: Wielki Meczet, Brama Zwycięstwa, Pałac Wiatrów oraz Sala Audiencji Prywatnych. Robił mało zdjęć, aby nie tracić czasu, sporządzał tylko notatki, gdzie był i co zwiedzał tego dnia. Po powrocie do domu łatwiej mu było przypomnieć sobie, co to za obiekt czy miejsce, ponieważ zdjęcia były automatycznie oznaczane datą i godziną wykonania.

Po zakończeniu zwiedzania jak zwykle posilali się w restauracji i rozmawiali. Była to restauracja Putnia przy Bypass Crossing, oferująca dania azjatyckie i hinduskie, przyjazna dla wegetarian, wegan i dzieci. Piotr jadł tego dnia niewiele. Brakowało mu apetytu. Było bardzo gorąco, co mogło wyjaśniać jego zachowanie, on jednak tłumaczył przyjaciołom przy stole, że nie musi jeść wiele, ponieważ upaja się egzotycznymi nazwami. Miał je zapisane, niektóre pamiętał: Wielki Meczet czyli Jama Masjid, Brama Zwycięstwa – Buland Darwaza, Pałac Wiatrów – Hawa Mahal oraz Sala Audiencji Prywatnych czyli Diwan-i-Khas.

Nastrój podsumował poetycko Szczepan, w ostatnich dniach mniej aktywny. Martwiono się o niego, ponieważ zazwyczaj był duszą towarzystwa. Szczepan zaskoczył Nomadów stając na krześle i recytując z głowy, jak zapowiedział, fragment znanej ballady hinduskiej. Może była to nawet jego własna improwizacja, lecz nikt tego nie dochodził, bo uwagę zebranych wypełniły brawa.

– W promieniach słońca tańczącego na ścianie razem z drobnymi jak dziecięcy palec jaszczureczkami, w powietrzu pachnącym zielonolistną herbatą, poczuliśmy na podniebieniach dźwięczne nazwy zabytków przeszłości ubranych w ciepłe kolory Orientu.

– Zwróćcie uwagę, jak bardzo budowle Fatehpur Sikri wykonane z takiego samego rodzaju kamienia różniły się od siebie kolorystycznie – dodał Przewo, przerywając posiłek.

–  Kocham kolory – rozmarzyła się Wysoka z Kokiem. Pochyliła się do siedzącej obok Wizażystki i szeptała jej do ucha najciszej jak potrafiła, ale tak, aby sąsiedzi też słyszeli.

– Uwielbiam nosić bieliznę w kolorach intymności. Dzisiaj na przykład mam na sobie łososiowe majteczki, jasnobłękitną haleczkę i – jak widać – czerwoną sukienkę w grochy symbolizujące grzech pierworodny. Takie stroje doprowadzają mężczyzn do ekstazy, pod warunkiem stworzenia odpowiedniej atmosfery. Jeśli chcesz, powiem ci później, jakiej marki jest ta bielizna i gdzie można ją kupić. Tutaj zamierzam wzbogacić ją lokalnymi wyrobami delikatnymi w dotyku jak puch łabędzi. Jutro będziemy zwiedzać sklep przy fabryce, gdzie produkują takie wyroby sprzedając je po atrakcyjnych cenach. Najbardziej interesują mnie wyroby jedwabne. Z prawdziwego, a nie sztucznego jedwabiu.

– Krótko mówiąc, my to gadu-gadu, a ciało stygnie – odpowiedziała tajemniczo Wizażystka, z powiekami ciężkimi od wizerunków ptaków Indii.

– No właśnie – westchnęła Wysoka z Kokiem, puszczając perskie oko w kierunku Kindżała, najprzystojniejszego mężczyzny Grupy Trzynastej.

Odc. 39 Cesarz Mogołów

Do prezentacji długiej i bogatej historii cesarza Akbara Wielkiego Przewo wynajął lokalną siłę. Była to dziewczyna po studiach, mówiąca dobrze po angielsku, ubrana w tradycyjny strój północnej części Indii. Stanowiło go banarasi sari wykonane ze złoto-srebrnego brokatu z misternie przeplatającymi się motywami kwiatowymi i liściastymi kalga i bel, między którymi migotały metalicznie figurki kobiet wykonane z drobniutkich cekinów.

Kiedy przewodniczka opowiadała historie miłości Akbara Wielkiego i jego następców, w szczególności cesarza Szahdżahana, który wzniósł w Agrze słynne mauzoleum Tadż Mahal dla upamiętnienia najukochańszej, przedwcześnie zmarłej żony, Mumtaz Mahal, Praktykowi wydało się, że kobieta ma łzy w oczach. Inni Nomadowie też to zauważyli. Uważali to za niepotrzebną przesadę w zachowaniu Hinduski, dopóki nie zrozumieli źródła jej wzruszenia.

– Cesarz Akbar i jego następcy z dynastii Wielkich Mogołów mieli cudowne marzenia, które udało im się zrealizować. Mnie się nie powiodło. Też miałam takie marzenia. Przepraszam, że to mówię, ale pozwalam sobie na wzruszenie wyłącznie wobec turystów z Europy. Jesteście państwo ludźmi o większej wrażliwości niż nasza, kraju, gdzie ciężkie warunki życia oduczyły serdeczności znaczną część społeczeństwa. Dla wielu naszych obywateli życie to walka o byt podobnie jak w dżungli. Ale nie o tym chciałam mówić.

– Akbar został władcą i cesarzem Wielkich Mogołów w wieku czternastu lat, kiedy przedwcześnie zmarł jego ojciec, Humajun. Imię Akbara jest w istocie całkiem długie: Dżalal ad-Din Muhammad Akbar. W kulturze europejskiej, z wyjątkiem Hiszpanii, nie używa się tak rozbudowach imion i nazwisk.

Po dniu pełnym wrażeń Grupa Trzynasta udała się do restauracji hotelowej na wspólną kolację.  Uzgodniono, że tym razem będzie to wyłącznie tradycyjna kuchnia hinduska.

– Umawiamy się, że nie robimy żadnych wyjątków. Wszyscy jemy to samo, abyśmy mogli potem wymienić się obserwacjami. Chociaż raz skonsumujemy coś lokalnego, a nie zieloną sałatę, podsmażane kartofelki i fasolkę z kiełbasą, podlane na zakończenie czarną kawą. Musimy zachować się choć raz przyzwoicie! – entuzjazmował się Darczyńca, energicznie gestykulując rękami, jakby trzymał w nich nóż i widelec, którymi kroił i przebijał opisywane przez siebie składniki posiłku.

Kelnerzy byli szczupli, wąsaci i sympatycznie uśmiechnięci. W różowych turbanach na głowie, czerwonych kamizelkach i nienagannych białych dhoti podali najpierw przekąskę: gorące pierożki samosy z warzywami, gobi tikka czyli marynowany kalafior oraz różne sosy i dipy do cienkich chlebków chapati i grubszych placków naan. Danie główne było inspirowane kuchnią arabską: słynne biryani z baraniny i jagnięciny, serwowane z łagodniejszą wersją curry. Niektórzy Nomadzi jedli swoje dania rękami posiłkując się chlebkami chapati jako sztućcami. Po posiłku głównym na stole pojawiły się dobrze schłodzony, słodki napój lassi z mango oraz aromatyczna herbata z kardamonem.

Po kolacji wrócił temat długiego imienia cesarza Dżalala ad-Din Muhammada Akbara.

Sprowokował go zapewne niesłusznie Kantyna, niezrozumiale powstrzymujący się od alkoholu w ostatnich dniach. Dyskusja na początkowym etapie była bardziej burzliwa niż twórcza. Zainicjowała ją Wysoka z Kokiem wygłaszając krótką tyradę pod adresem przejściowego abstynenta.

– Twoja spostrzegawczość, Kantyno, zaskoczyła mnie – zaczęła Wysoka. – Widziałam, że to, co mówiła hinduska przewodniczka w boskim banarasi sari w ogóle cię nie interesowało. Wolałeś oglądać się za piersiastymi blondynami, turystycznymi eksponatami prosto ze Szwecji. Dopiero kiedy przewodniczka wymawiała długie imię Akbara, przytomność ci powróciła. Czyżbyś usłyszał szelest jedwabiu przyprawionego lukrem z czerwonego szafranu i cukru trzcinowego z dużym dodatkiem rumu?

Kantyna zastygł przy stole ze szklanką lassi z mango. Upłynęła dłuższa chwila, zanim ochłonął. Odstawił szklankę na stół i zebrał się w sobie jakby miał się rzucić w kierunku Wysokiej z Kokiem.

– Usłyszałem raczej twardy gruchot zatrutych migdałów przygotowanych na kolację przez zawistną kobietę, na których łatwiej połamać sobie zęby niż na kawałku drewna dębowego – wypalił Kantyna, tłumacząc potem swoje zachowanie tym, że został bezczelnie, w dodatku niesłusznie, zaatakowany.

Wymiana słów była tak nieoczekiwana i brutalna, że pozostałym Nomadom przeszła chęć zgadzania się lub niezgadzania w sprawie długiego imienia Akbara. Trzeźwy Kantyna, sprowokowany obserwacjami Wysokiej z Kokiem, wpadł w tak awanturniczy nastrój, że grupa przestraszyła się, że w burdzie dostanie się także innym osobom a nie tylko mówczyni o niewyparzonej gębie.

Odc. 40 Akbar, ciąg dalszy

Sytuację uratował Przewo, wykazując znakomity refleks. Głośno zwrócił uwagę biesiadników na złożoną osobowość Cesarza Akbara i poprosił, aby każdy określił jedną, najbardziej frapującą, cechę jego charakteru, i podzielił się swoimi obserwacjami. Dla zatarcia niesmaku po awanturze między Wysoką a Kantyną, grupowicze skwapliwie dzielili się obserwacjami i odczuciami. Na początku używali skrótów myślowych.

– Walczący! Mecenas sztuki! Religijny a zarazem tolerancyjny! Kochający! Okrutny ale także pojednawczy i łagodny! Rodzinny!

Zagłębili się w niuanse. Dla sprawniejszej i bardziej kulturalnej dyskusji, Przewo poprosił, aby każdy pojedynczy wątek omawiał ktoś inny.

– W ten sposób dochowamy wierności zasadom demokracji i współudziału. Każdy powinien mieć swoje pięć minut. Ja będę czuwać nad całością. Pozwólcie, że zacznę pierwszy. Czułbym się bez tego bezrobotny. Akbar stoczył wiele walk, podporządkowując sobie lokalnych możnowładców tak skutecznie, że udało mu się zjednoczyć wielką część Indii. Był suwerenem sprawującym władzę autokratyczną. Wprowadził ład administracyjny ustanawiając prowincje zarządzane przez wicekrólów. Wobec oponentów potrafił być bezwzględny. Po bitwie pod Chitor kazał wmurować głowy swoich wrogów w wieżę wzniesioną ku upamiętnieniu zwycięstwa. Najchętniej jednak jednoczył kraj posługując się mediacjami. Niejedną prowincję przyłączył do cesarstwa poprzez traktaty i małżeństwa.

W sprawie wiary i tolerancji Akbara wypowiedział się Inżynier. Jak się okazało, był on niegdyś klerykiem. Znający go bliżej Rasputin określił go szeptem jako „niedorobionego księdza i niespełnionego kaznodzieję”.

– Akbar był władcą oświeconym, mecenasem nauki i sztuki. Lubił dyskutować i mimo że nigdy nie nauczył się czytać, zgromadził ogromną bibliotekę. Był kochliwy, miał cztery żony. Aby dowieść, że jest tolerancyjny wybrał sobie kobiety różnych wyznań: pierwsza była hinduską, druga chrześcijanką, trzecia muzułmanką, ostatnia żydówką. Był wyrozumiały dla misjonarzy przybywających z Portugalii. Musimy pamiętać, że w Europie był to czas krwawych wojen na tle religijnym, kiedy władcy siłą zmuszali poddanych do przyjmowania wiary. Mimo, że jego ród wyznawał islam, Akbar odnosił się z szacunkiem do innych religii. Na początku był gorącym wyznawcą islamu, potem rura mu zmiękła i złagodniał. Wprowadził nawet ustawę o tolerancji religijnej. Coraz bardziej sceptyczny wobec islamu, stworzył nowe wyznanie o nazwie Din-i-Ilahi. Była to konstrukcja ciekawsza niż niejeden mechanizm techniczny; nowa religia łączyła w sobie islam, zoroastryzm i inne wierzenia.

Niefortunne nawiązanie do rury i porównanie religii do konstrukcji mechanicznej w przemówieniu Inżyniera nie podobały się grupie. Musieli się jednak pogodzić, że z człowieka o zainteresowaniach technicznych nie da się usunąć pewnego automatyzmu podejścia do języka.

– Mówi, jakby naprawiał zlew w domu pijanej i zdegustowanej samotnością babci – podsumowała Wysoka z Kokiem.

– Erotyczne podeście do ocen innych ludzi to jej wyraźna słabość – zawyrokował po cichu Piotr Praktyk, zwracając się do siedzącego obok Kindżała. – Nikt nie ucieka od erotyki, ale każdy stara się być w miarę wrażliwy i nie wywlekać rodzinnych słabości na światło dzienne.

Przewo jak zwykle zareagował pojednawczo wobec stron szykujących nową awanturę. Natychmiast wynalazł temat zastępczy, którym skutecznie odwrócił uwagę i zmniejszył napięcie.

– Powiem teraz coś od siebie. Nie mogę siedzieć bezczynnie słuchając jak się wywnętrzacie, bo w końcu odmówicie mi zapłaty za przewodnictwo. Na pewno słyszeliście o sati, samospalaniu się na stosie wdowy po zmarłym władcy.

Akbar wydał zarządzenie zakazujące sati, zgodnie z którym żadna kobieta nie mogła dokonać ceremonii samospalenia bez zgody szefa lokalnej policji. Cesarz nakazał im, aby odwlekali jak najdłużej takie decyzje. Kobiecie myślącej o samospaleniu oferowano pobyt w pensjonacie, upominki i rehabilitację psychiczną w celu zniechęcenia do samobójczego odejścia w zaświaty razem z mężem.

– To wstyd, aby kobieta umierała razem z mężem! To przypomina sytuację z aborcją. Umrzyj, ale wytrwaj – Wysoka z Kokiem po raz kolejny usiłowała rozpętać awanturę.

Głos zabrał natychmiast Kantyna, jednakże w zupełnie innym tonie. Swoją przytomnością zaskoczył chyba także siebie samego. Słuchano go z uwagą.

– Nie mogę zgodzić się z argumentami cesarza Akbara. Mając na uwadze moją sytuację rodzinną, uważam, że żona powinna odejść razem z mężem w krainę wiecznych czarów. Ja w ogień, to i ona w ogień. Mówię to z przekonaniem, bo każdy szanujący się mąż może mieć dosyć życia pod nieprzerwaną kuratelą i presją niepicia alkoholu!

Dyskusję zakończył Przewo opowiadając o niezwykłym proroctwie.

– We wsi Fatehpur Sikri Akbar spotkał sufickiego pustelnika Selima Ćisti, który mu przepowiedział urodziny syna; cesarz czekał na to niecierpliwie od wielu lat. Historia mówi, że Ćisti zabił własnego półrocznego syna, aby jego dusza inkarnowała się w syna cesarza, spełniając w ten sposób przepowiednię. Akbar wierzył głęboko, że to dzięki Ćistiemu urodził mu się pierworodny syn, przyszły cesarz Dżahangir. Spotkania z pustelnikiem były rzeczywiście owocne; cesarzowi urodzili się wkrótce trzej kolejni synowie. Pragnąc uhonorować Ćistiego, Akbar zbudował mu w Fatehpur Sikri grobowiec z białego marmuru.

Odc. 41 Poranny pejzaż

Nad ranem autobus wjechał do strefy handlowo-przemysłowej jakiegoś nieznanego miasta. Rozsunięte zasłony na oknach ukazały zupełnie nowy pejzaż: ulice zaśmiecone i zastawione setkami środków transportu i urządzeń. Przed oczami podróżnych przesuwały się skupiska ludzi, motocykli, rowerów i ryksz oraz budki z żywnością, dymiące podręczne kuchnie, stragany warzyw i owoców oraz stosy rur plastykowych i góry śmieci.

– Te sterty śmieci i odpadów chronią ziemię przed przegrzaniem. Hindusi są lepiej przygotowani niż Europejczycy do zmian klimatycznych – Praktyk po zbudzeniu się z przypisanej mu genetycznie drzemki autobusowej, z łapczywością obserwował i komentował świat przesuwający się za oknem autobusu.

Śmieci stały się na krótko głównym tematem rozmów.

Sceneria powtarzających się obrazów ulicznych wkrótce znużyła podróżnych. Niektórzy z nich powstawali z foteli, aby przenieść się do tyłu, gdzie Banda Sześciorga raczyła się alkoholem rozlewanym do metalowych kieliszeczków. Do bandy zaliczano dowolny zestaw sześciu osób oddających się wspólnej degustacji alkoholu.

– Naczynia, w jakich pijemy alkohol, też są ważne – stwierdził Inżynier, biolog z zawodu, przedstawiający się za granicą jako „bilogical engineer”.

Z rozmowy o naczyniach Banda Sześciorga przeszła do dyskusji o planie Kindżała stworzenia w Nomadii stałej ekspozycji kindżałów, sztyletów i noży bojowych. Właściciel nie zamierzał ich sprzedawać. Myśl ta była dla niego tak niemiła, że aż wstrząsał nim dreszcz, kiedy ktoś o tym wspominał. On sam nie mówił o tym, przyjaciele domyślali się jednak, że w jego sercu kwitnie pragnienie imponowania ludziom niezwykłą kolekcją.

– Co tu mówić! Kindżał jest seksualnym obsesjonatem, że nie powiem zboczeńcem; biała broń zastąpiła mu kobietę. On marzy tylko o tym, aby mieć ją własność, pieścić wzrokiem i dotykać do woli. Tym niemniej, ktoś, kto przywozi z wycieczki do Azji kilkanaście egzemplarzy cudownie inkrustowanych kindżałów bojowych i ceremonialnych, zasługuje na szacunek – powiedział Inżynier chętnie kojarzący białą broń z ludzką godnością.

Kindżał lekceważąco przysłuchiwał się dyskusji. Nie marnując czasu, uważnie rozlewał whisky o przewrotnej nazwie Indian Rye Vodka do metalowych kieliszeczków. Ich zestaw nosił zawsze ze sobą. Nazywał je dzióbasami. W gotowości do ich użycia nic nie było w stanie go zaskoczyć; ani burza, ani gęsty pył z pustyni, ani natrętni uliczni sprzedawcy, ani niespokojne makaki.

W okolicach, po których podróżowali, małpy były wszędzie, gdzie rosło choćby pojedyncze drzewo lub kępka krzaków. W niektórych miastach przejęły na własny użytek świątynie powszechnie zwane „monkey temples”.

Ożywieni alkoholem podróżnicy doszli do przekonania, że makaki były szczególnie ciekawe europejskich twarzy i zwyczajów. W momencie pojawienia się tematu małpich zainteresowań, do dyskusji włączył się Kindżał. Siedział na fotelu autobusowym, odpoczywając, ze wzrokiem znieruchomiałym na górnej krawędzi okna, po którym poruszały się trzy muchy. Sączył powoli słowa wyrażając coś w rodzaju życzenia.

– Gdybym w tym towarzystwie poczęstował makaki alkoholem w zgrabnych dzióbasach, to by się rozpiły na amen. Uwierzcie mi, mnie każdy ulega. Powiem wam dlaczego. Po prostu daję się lubić. Jestem popularny szczególnie wśród sprzedawców ulicznych. Admirują mnie. Jakimś sposobem wyczuwają moją pasję kolekcjonerską i kiedy zjawiam się na ulicy, wciskają mi w ręce sztylety i noże bojowe, choćbym był już nimi obwieszony jak choinka Alibaby.

Widząc zaskoczone oblicza przyjaciół, domyślił się, o co chodzi.

– Nie wiecie jakiego Alibaby!? Tego od czterdziestu rozbójników. Ale co tam rozbójnicy. Porozmawiajmy o tym wspaniałym narodzie, który nas gości nie szczędząc sił i środków. Niech żyją Hindusi!

Po wyjęciu z mdlejącej dłoni butelki z whisky towarzystwo ułożyło Kindżała wygodnie na fotelu i z pełnymi dzióbasami w dłoniach podjęło dyskusję o złożonych losach milionów Hindusów. Rolę rozlewającego alkohol przejął Darczyńca.

– Ich świat jest zagubiony w wiekach średnich mimo nowoczesnych, choć mocno poobijanych, pojazdów mechanicznych.

– Zachowują się nieobliczalnie na ulicy jako kierowcy i przechodnie. Jedni wpadają na drugich jakby ich jedynym celem było łamanie przepisów ruchu drogowego, aby w końcu popełnić samobójstwo – rzucił półgębkiem Darczyńca z trudem poruszając językiem ścierpłym od alkoholu.

W trakcie dyskusji miłośnicy Indian Rye Vodka wpatrywali się w butelkę. Wyglądała, jakby była gorąca od serdecznego nastroju oraz pieszczot i uścisków, jakimi ją obdarzano. Podniecenie alkoholowe wywoływało  coraz bardziej intymne wspomnienia i wyznania.

– Mnie jeden makak chciał wyrwać z ręki aparat fotograficzny!

– A mnie odgryźć banana przy samych ustach. O mało mnie kłem nie zahaczył – rzuciła przyciszonym głosem Wizażystka. Jej oczy zwilgotniały a na twarzy pojawiły się oznaki przestrachu. Przetarła twarz chusteczką, sytuując się wygodniej w fotelu.

– Przyznam się, że dobrze się czuję po tym alkoholu. Jest jak masaż rozluźniający mięśnie pleców, pośladków i nóg. Odkryłam to dopiero w Indiach podróżując często autobusem – wyjaśniła, wysuwając do przodu dłoń z kieliszkiem, kiedy Kindżał spojrzał na nią niepewnie, czy ma dolać alkoholu.

Odc. 42 Żarty i pieśni

Po uzupełnieniu wszystkich kieliszków, towarzystwo zgromadzone wokół Darczyńcy pełniącego teraz rolę mistrza ceremonii, zaczęło opowiadać żarty i kawały. Wizażystka przyjmowała rozmowy coraz bardziej milcząco. Czasem tylko bolesny grymas wykrzywiał jej starannie pomalowane usta. Jej wargi miały przedziwny kształt spłaszczonego serca przebitego strzałą stojącego w rogu ust mikroskopijnego Erosa. Podziwiano ją za niezwykłą precyzję malarską, która wydawała się wręcz nieludzka w doskonałości odtwarzania detali. Podejrzewano ją, że makijażowi poświęcała większość czasu, kiedy była sama. Znająca ja bliżej Wysoka z Kokiem twierdziła, że nie zajmowała się niczym innym.

– To kobieta opętana malowaniem ust. Tak ją można najkrócej scharakteryzować – podsumowała, uśmiechając się tajemniczo, jakby sama była w zmowie z diabłem, ojcem wszelkiego opętania.

W opowiadaniu kawałów najlepszy był Szczepan. Znał nieprawdopodobne historie z wszystkich kontynentów. Słuchano go z uwagą, ponieważ miał dar opowiadania. Również dlatego, że był człowiekiem poszukującym w tych historiach prawdy o świecie i o sobie.

– Szukam prawdy przede wszystkim w kawałach, przypowieściach i wspomnieniach, ponieważ jest to prawda najprostsza, radosna i najłatwiejsza do przyswojenia. Po to Bóg dał nam, ludziom, poczucie humoru, abyśmy wyraźniej odróżnili się od zwierząt, którymi w istocie jesteśmy. Czyste człowieczeństwo nie istnieje, to tylko niezdrowa iluzja – wyjaśniał, kiedy nachodził go bardziej filozoficzny nastrój.

W gronie jego słuchaczy był także Kantyna, wciąż daleki od alkoholowego upojenia. Męczyło go to, ponieważ kochał stan wniebowzięcia, jak to nazywał.

– To jedyna kondycja, kiedy jestem szczęśliwy, kiedy nie męczy mnie sam fakt istnienia.

W dążeniu do swojej, niezrozumiałej dla innych doskonałości, przeprosił Bandę Sześciorga, że ją opuszcza i ruszył w podróż po autobusie w poszukiwaniu głębszych wrażeń.

Pod koniec trasy Kindżał budził się co jakiś czas z letargicznego snu i samotnie nucił na przemian dwie melodie. Raz była to rzewna szanta żeglarska o bosmanie-gwałcicielu, który popełnił haniebny czyn i po powrocie bezecnie sczezł na pokładzie statku, drugi raz smutna pieśń zaczynająca się od słów „Tu leży ręka, tam leży głowa, to jest robota Paramonowa”. Śpiewając ją Kindżał wykonywał ruchy dłonią imitujące uderzenia młotkiem w coś, czego zapewne serdecznie nienawidził, ponieważ krzywił się przy tym niemiłosiernie. Kilka razy zaczynał przyśpiewkę „Olaboga, nie wytsymom, inne mają a ja ni mom”, lecz szybko ją kończył, ponieważ nie mógł przypomnieć sobie dalszych słów. 

Po wielogodzinnej podróży autobus w końcu dotarł do celu. Było już ciemno. Nomadowie byli tak zmęczeni, że z wyjątkiem Przewo nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują. Wychodzili po kolei z autobusu, pomagając sobie nawzajem przy zejściu z wysokiego schodka pojazdu. Po wyjściu na zewnątrz zgromadzili się w jednym miejscu i obliczyli. Wszystko było w porządku, rachunek się zgadzał.

Nocleg mieli zarezerwowany w trzygwiazdowym hotelu Grand Chakya. Nazwę hotelu zobaczyli z daleka. Na ścianie przedsionka prowadzącego do hallu głównego, gdzie mieściła się recepcja, jaszczurki polujące na insekty ułożyły się na ścianie w kształt ludzkiej głowy. Nomadów ciarki przeszły po plecach. Pracownicy recepcji starali się zbagatelizować niezwykłe odkrycie. Zachęcali, aby się nim nie przejmować, gdyż jaszczurki mogą znaleźć się także pokojach.

– Są całkowicie nieszkodliwe i bardzo użyteczne, ponieważ polują na insekty. Nie stanowią najmniejszego zagrożenia – uspokajali, uśmiechając się z wyrozumiałością.

Szczepan, podróżujący z żoną, zastanawiał się, czy zamiast w pokoju nie powinni spędzić nocy w hallu. Zapytał o to w recepcji. Recepcjonista popatrzył na niego zdziwiony.

– W nocy w hallu zawsze świeci się lampa – powiedział jakby na potwierdzenie, że jeśli z powodu kilku jaszczurek na ścianie ktoś woli męczyć się skurczony w ubraniu na fotelu zamiast swobodnie rozciągnąć się w piżamie w czystej pościeli, to on nie będzie go odwodził od tak szalonego pomysłu.

Podróżnik zmienił zdanie, kiedy wraz z żoną znaleźli się w pokoju numer sto trzynaście. Lubił trzynastkę, nie był przesądny. Było to wygodne i czyste pomieszczenie w odcieniach zieleni i brązu, z małym biurkiem, barkiem, telefonem, klimatyzacją a nawet podręcznym sejfem na pieniądze i dokumenty. W nocy dokuczał im tylko klimatyzator; jakakolwiek temperaturę nie nastawili, było albo zbyt zimno, albo zbyt gorąco.

Odc. 43 Studnia Chand Baori

Kolejny dzień minął Nomadom na zwiedzaniu jakiejś niewielkiej miejscowości, do której zawiózł ich Przewo, a której nazwy nikt nie zapamiętał. Przypomnieli ją sobie dopiero po powrocie do hotelu, kiedy opadł z nich kurz podróży i odpoczęli. Chodziło o studnię Chand Baori w wiosce Abhaneri położonej około stu kilometrów od Dżajpuru. Studnia powstała w IX wieku i stwarzała niesamowite wrażenie: potężny lej sięgający w głąb ziemi, w którym można by umieścić trzynastopiętrowy budynek.

Stojąc na powierzchni czuło się chłód płynący z jej wnętrza. Zejście na dno studni wymagało pokonania 3500 wąskich stopni. Na górnych poziomach studni w ścianach mieściły się pomieszczenia mieszkalne.

Zaskakujące było samo miejsce. Szary, płaski, pustynny teren, uboga wieś, aż dziw brał, kto mógł mieszkać w takim miejscu.

Naprzeciwko studni Chand Baori po drugiej stronie ulicy znajdowała się świątynia Harshat Mata, poświęcona bogini szczęścia i radości, a w niej rzeźba męskiego członka zwanego lingam, bezwstydny symbol płodności.

Po kolacji, kiedy już otrząsnęli się z wrażeń dnia, Przewo zebrał grupę, aby porozmawiać o dotychczasowych przeżyciach. Był to już jedenasty dzień podróży, mieli więc co wspominać.

Rozmawiali szczerze, z wyjątkiem Kantyny, uciekającego na boki przygaszonym wzrokiem, w którym mieszały się uczucia nostalgii i zagubienia w sprawach doczesności. Na początku Praktyk nie miał chęci nic mówić; czuł gorycz w ustach i nieokreślone ssanie w żołądku; tłumaczył to sobie nadmierną ilością kawy wypitej w ciągu dnia. Tylko on jeden nie rwał się, aby podzielić się z innymi, jak się czuje po tylu dniach podróży, wszystkich tych zwiedzaniach, przejazdach, przeprowadzkach z hotelu do hotelu, rozmowach i wieczornych spacerach po mieście w małych grupach.

Każdy się wypowiedział. Przewo wyjaśnił, że ludzie przyjeżdżają do Indii najczęściej po to, aby odświeżyć swoją duchowość, zobaczyć niezwykłe świątynie różnych religii, święte krowy, przepełnione po brzegi miasta, życie na ulicach i Bóg wie jeszcze co.

– W rzeczywistości turyści odkrywają coś, czego nie da się przeczytać w żadnym przewodniku, żadnej książce, obejrzeć na ekranie, a nawet przyśnić. Są to niezwykłe zabytki historii. Oglądają także na własne oczy nędzę współczesności, o jakiej nie mieli pojęcia. Taką, przy której ubóstwo wygląda jak wypasiona kura, zwyciężczyni trzech wystaw, na tle dogorywającego z głodu kurczaka.

– Każdy obywatel cywilizowanego świata jest bogaczem w Indiach, chyba, że zabraknie mu wyobraźni lub uczciwości – obudził się nagle Piotr.

U siebie w kraju Nomadowie należeli do klasy średniej, może niższej średniej, może średniej-średniej, a może nawet i wyższej średniej. W Indiach każdy z nich czuł się jak nabab, wybraniec losu, człowiek o niezmierzonym bogactwie. Indie przywróciły im świadomość, jak wiele każdy z nich posiada i jak stabilne jest ich życie: mieszkanie, samochód, biurko, często z komputerem, regularny dochód oraz prawie całkowita pewność, że będzie jeść obiad następnego dnia.

– W Nomadii jesteśmy trwałymi elementami ludzkiego pejzażu, a nie żywymi tłumokami leżącymi na chodniku, pozostawionymi samym sobie jak kawałek bezużytecznego drewna – Mówiąc to Przewo odwrócił głowę, aby ukryć współczucie dla biedaków i zadowolenie z własnego losu.

Odc. 44 Teatrzyk uliczny 

Następnego dnia, po śniadaniu w restauracji hotelowej, Nomadowie mieli trochę czasu dla siebie. Praktyk nie mógł sobie potem przypomnieć, jak znalazł się wraz z dwójką przyjaciół, Darczyńcą i Wysoką z Kokiem, w bocznej, raczej pustej uliczce położonej naprzeciw jakiegoś skromnego parku. Stali rozmawiając i przyglądając się rachitycznym drzewom, kiedy obok pojawił się – jakby wyszedł spod ziemi – teatrzyk uliczny, pełen kolorowych akcesoriów i wyjątkowo poprawnej mowy aktorów w języku angielskim.

Była ich trójka, kobieta i dwaj mężczyźni. Przedstawili się; mieli imiona i nazwiska tak egzotyczne, że rozmyły się w przestrzeni zanim dotarły do uszu Nomadów. Role aktorów wyjaśnił najstarszy mężczyzna.

– Ja jestem narratorem. Ona jest oblubienicą, a on jest oblubieńcem.

Mówiąc „ona” i „on” narrator wskazywał na postać ręką chyba tylko z nawyku, bo nie było żadnych wątpliwości, kogo ma na myśli.

Kiedy skończył prezentację dopiero wtedy Nomadowie odczuli wyjątkowość wieczoru. Powietrze było przesycone słodko-gorzkim zapachem białych kwiatów rosnących za wysokim płotem parku, pod którym teatrzyk rozłożył swoje rekwizyty, niską przenośną scenę, zasłony, maski, lalki, kołatki.

Trójkę Nomadów zaproszono do obejrzenia spektaklu żądając śmiesznie niskiej opłaty, jakby sam udział zagranicznych gości miał dostatecznie wynagrodzić artystów. Kiedy dwaj mężczyźni rozkładali przenośną scenę i kurtynę, kobieta przygotowywała herbatę na małym samowarze, aby poczęstować gości.

– Taki jest nasz rytuał od wieków. Wymaga tego gościnność – cierpliwie wyjaśniała, nie dając się przekonać, że jest to niepotrzebne.

Napój był bardzo aromatyczny, poszedł im do głowy. Pijąc, nie zdawali sobie z tego sprawy. Myśleli, że było to zauroczenie, a nawet odurzenie niezwykłością spotkania.

Spektakl, przedstawiający historię szalonej miłości wysokiego urzędnika do tancerki kabaretowej, trwał blisko godzinę. Widzów zachwycił kunszt artystyczny aktorów. Ich gra była tak fantastyczna, że Wysoka, Darczyńca i Praktyk całkowicie utożsamili się z postaciami bohaterów spektaklu.

Po jego zakończeniu rozmawiali o miłości. O tym, że aktorzy właściwie nie grali, tylko byli zakochani i postępowali naturalnie jak kochające się osoby zachowują się w życiu, kiedy są sami.

– Nie było żadnego udawania. Oni po prostu byli sobą, ubrali to w formę teatru prawdopodobnie tylko dlatego, że w ich środowisku lub w ich rodzinach nie akceptowano ich miłości. W spektaklu, który właściwie nie był teatrem, tylko fragmentem ich życia, byli autentyczni: naturalni, szczerzy, bezpretensjonalni, otwarci, tolerancyjni, życzliwi. Niczego nie udawali.

– Mieli także w sobie cierpliwość, której nam, Europejczykom czy też ludziom zachodu często brakuje. Była to autentyczna miłość – podsumował Darczyńca, odwracając głowę od rozmówców, jakby wstydził się uczuć malujących się na jego okrągłej twarzy.

To były także ich miłości, ponieważ sami w życiu nie zaznali prawdziwego uczucia, o jakim marzą wszyscy mężczyźni i kobiety. Tak wspaniała, głęboka i intensywna miłość, jaką zobaczyli w teatrzyku, nie była im znana nawet z literatury.

– A przecież czytaliśmy i widzieliśmy niemało – przypominali sobie nawzajem, zachwycając się talentem wykonawców, kiedy wracali do hotelu.

Śpieszyli się, bo musieli się jeszcze spakować.

Odc. 45 Pociąg do Agry

W podróż pociągiem wyruszyli wieczorem, aby jadąc przez całą noc dotrzeć nad ranem do Agry. Ich celem było słynne na cały świat mauzoleum Taj Mahal.

Wsiadając do wagonu Piotr Praktyk poczuł mdlący zapach ubikacji. Minął ją i po przejściu kilku metrów, odnalazł swój przedział. Były w nim już dwie osoby, Hindus i Hinduska. Prawdopodobnie nie znali się, ponieważ siedzieli po dwóch stronach przedziału i nie rozmawiali ze sobą. W przedziale było wciąż gorąco mimo chłodu płynącego z sufitowych nawiewników. Wagon w ciągu dnia nagrzał się na trasach palącego słońca Wielkiej Pustyni Thar i nadejście nocy niewiele zmieniło w temperaturze wnętrza.

Piotr rozejrzał się, położył swoją walizkę i plecak na półce i usiadł. Miał zarezerwowane miejsce przy oknie.

Razem z ludźmi pociągiem podróżowały karaluchy, niezbyt duże i nie w oszałamiającej ilości. Po kilkuminutowej obserwacji Piotr uznał, że są dyskretne i nie narzucają się. Zmienił zdanie, kiedy jeden z nich pojawił się nagle przy oknie, tuż przed nim, na krawędzi stolika. Uznał go za agresora, z którym należało się rozprawić. Insekt siedział nieruchomo, dając myśliwemu czas na przygotowanie się i wyprowadzenie śmiertelnego ciosu. Piotr osłonił dłoń papierową serwetką i nagłym ruchem przycisnął karalucha do stolika. Tak mu się tylko wydawało, gdyż insekt w ułamku sekundy zniknął w szparze między stolikiem a ścianą wagonu.

Zapowiadała się męcząca noc. Leżąc na górnym łóżku, Nomada nie mógł zasnąć. Po godzinie oddychał z trudem z powodu kataru, który pojawił się nie wiadomo kiedy. Ofiara niewygody, duchoty i strumienia zimnego powietrza przewracała się z boku na bok, aby znaleźć sobie odpowiednią pozycję. Nie mogąc zasnąć przez dłuższy czas, Piotr wyszedł na korytarz. Było tam odrobinę chłodniej. Wychodził i wracał kilka razy. Nad ranem postanowił zostać na korytarzu, aby doczekać przyjazdu do Agry.

Schodząc z drabinki – po przebraniu się na łóżku w codzienne ubranie – zauważył, że na kuszetce umocowanej wzdłuż ściany korytarza naprzeciw jego kabiny leży męska czapka. Jej właściciel zniknął. Wrócił dziesięć minut później i zmierzył Nomadę swymi dużymi czarnymi oczami. Był to dobrze zbudowany Hindus, nie starszy niż trzydzieści pięć lat, czarnowłosy, wąsaty, z gładko wygolonymi różowymi policzkami.

– Wygląda na przekarmionego lekkoatletę, utrzymującego się w formie piekarza lub niedożywionego kowala – pomyślał Piotr, nie odwracając wzroku od obiektu obserwacji. Ucieszył się, że trudna noc nie zabiła w nim wyobraźni.

Po nałożeniu czapki na głowę, przybysz zasunął zasłonę nad łóżkiem i odszedł w głąb wagonu.

Pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie na trasie. Było zbyt ciemno, aby można było cokolwiek widzieć na zewnątrz. W końcu pociąg stanął na jakieś większej stacji kolejowej, zatłoczonej i dobrze oświetlonej. Po peronie przesuwały się niemrawo tłumy podróżnych. Byli to sami Hindusi. Piotr przerwał obserwację ludzi, kiedy po drugiej stronie peronu dokładnie naprzeciwko jego okna pojawił się szczur. Zdezorientowany zatrzymał się na chwilę, aby rozejrzeć się uważnie wokół. Po chwili przebiegł w poprzek peronu, zeskoczył na tory i zniknął w mroku.

Piotr przypomniał sobie, że najbardziej popularnym gatunkiem tego gryzonia jest szczur wędrowny. Pamiętał nawet jego dziwną łacińską nazwę „Rattus norvegicus”. Ten którego widział, nie był zbyt duży. Długość ciała największych szczurów sięgała dwadzieścia pięć centymetrów, nieco mniej niż długość linijki szkolnej. Ich ogony były dłuższe niż ciało. Nomada nie czuł obrzydzenia do gryzonia, raczej dziwną solidarność, bo był to jeden z najstarszych żyjących ssaków świata, o wyjątkowej inteligencji i zdolności dostosowania się. Przypomniał sobie krótki film na YouTube o niezwykłej pomysłowości tych zwierząt: szczur zrzucający kurze jajka z półki w spiżarni na grzbiet czekających na podłodze towarzyszy, którzy amortyzowali upadek nie dopuszczając do rozbicia delikatnych opakowań ulubionego pożywienia.

– A to sprytne sukinsyny! – Obserwator był pełen podziwu dla inteligencji zwierząt.

Odc. 46 Nocna rozmowa

Czekanie w stojącym na dworcu pociągu dłużyło się Piotrowi. Kiedy w końcu ruszyli, pociąg toczył się ślimaczo wzdłuż niekończącego się peronu wypełnionego podróżnymi. W mroku nocy rozjaśnianym co kilkadziesiąt metrów słabymi lampami widać było Hindusów stojących, siedzących i leżących, gdzie kto znalazł kawałek wolnego miejsca, na peronie, na ławkach, na walizkach i tobołkach. Znieruchomiali przypominali modele pozujące malarzowi w smętnym atelier bez dachu i ścian bocznych. Wielu podróżnych spało bezpośrednio na betonowej płycie peronu, najczęściej leżeli przykryci wraz z głową jakimś kocem lub płaszczem. Sceny dworcowe ciągnęły się i ciągnęły, jakby nigdy nie miały się skończyć.

Myśląc o niemrawym przemijaniu czasu Piotr popatrzył z rezygnacją na zegarek. Dochodziła już godzina druga w nocy; poczuł się bardzo zmęczony. Chciał usiąść, ale nie miał na czym. Wycofał się więc w głąb wagonu i oparł plecami o ściankę działową. Pociąg nabrał już rozpędu i łomotał na złączach szyn pędząc przez noc wypełnioną duchami drzew. Koła dudniły rzucając wagonami na boki. Piotr przeszły ciarki; przez moment miał wrażenie, że lada chwila wagon rozsypie się lub wypadnie z szyn. Na korytarzu nie było żywego ducha; wszyscy pasażerowie spali. Podróżnik poczuł się jak hinduski parias wpleciony w koło niekończącej się dharmy bez perspektyw zmiany losu na lepszy. Narastała w nim głucha frustracja. Poczuł się jak koń na pogrzebie, któremu ubrany na czarno woźnica ściąga cugle, aby okiełznać rozpierającą go energię.

Zmęczony i niewyspany potrzebował bodźca, aby poczuć, że żyje. Ożywił się, kiedy obok przy oknie pojawiło się młode małżeństwo hinduskie z dzieckiem. Zainteresował się nimi, ponieważ chłopczyk zwracał się do swego ojca mówiąc „papa”.

Piotr pierwszy zaczął rozmowę. Pochwalił chłopca za dziewczęco piękne czarne oczy i zapytał rodziców czy jadą do Agry. Jechali dalej, do miasta Gangapur, gdzie jest stacja kolejowa najbliższa świątyni jaką mieli odwiedzić, aby wziąć udział w festiwalu religijnym. Była to świątynia Kaila Devi w dystrykcie Karauli. Hindus chętnie wdał się w rozmowę dotyczącą świątyni i wiary.

– To jest nasza trzecia podróż do świątyni poświęconej bogini Kaila Devi Ji. Ma ona dwa miliony wyznawców i jest ucieleśnieniem bardzo popularnej w Indiach bogini Durga. Nie wyobrażamy sobie, abyśmy odwiedzili inną świątynię Kaila Devi Ji, nawet gdyby była bliżej. Dla mego ojca było to święte miejsce.

Piotr przyjrzał się uważniej rozmówcy. Mężczyzna miał na sobie dhoti, tradycyjny hinduski strój męski, składający się z upiętego w pasie białego materiału bawełnianego o długości kilku metrów i szerokości jednego metra.

Ciekawie rozwijająca się rozmowa zakończyła się nagle, kiedy Przewo głośno zapowiedział na korytarzu:

– Jest godzina szósta dwanaście. Za dziesięć minut wysiadamy na Agra Cantt, głównej stacji kolejowej Agry. Spotykamy się na peronie bezpośrednio przy pociągu. Proszę nie rozchodzić się.

W drodze do Tadż Mahal Piotr dzielił się z przyjaciółmi swoimi nocnymi przeżyciami, ubarwiając je co nieco dla nadania im żywości. Czuł się jak bohater filmu relacjonujący niezwykłe przeżycia.

– Pociąg opuścił stację i jechał tak wolno, że myślałem, że się zatrzyma. Zniecierpliwiłem się. Nie wytrzymałem i wyskoczyłem z wagonu i szedłem obok peronem wymijając pakunki, skrzynie, budki z żywością i Bóg wie co jeszcze. Poruszałem się wymijając ludzi przywiązanych do podróży jak starzec do skurczów nóg i biegania do łazienki w celu pogodzenia się z pęcherzem. Hindusi patrzyli na mnie jak na dziwoląga, różowego ibisa z dwoma dziobami rodzącego się raz na sto lat. Pozdrawiałem ich uniesioną dłonią ze złączonymi razem kciukiem i palcem wskazującym jak dłoń Buddy. I oni i ja byliśmy niewolnikami losu, to nas łączyło. Żałujcie, że was tam nie było. To było przeżycie. Sam na sam w niekończącym się tłumie hinduskich pielgrzymów. Kiedy pociąg zaczął przyspieszać, wskoczyłem do wagonu. Przez okno zauważyłem jeszcze stos wielkich skrzyń ułożonych jedna na drugiej. Za nimi, na końcu peronu, gdzie była już ubita ziemia, stało kilku mężczyzn. Obróceni w kierunku pociągu rozmawiali z ożywieniem, sikając sobie spokojnie jakby byli w lesie.

– Oczywiście niczym się nie przejmowali, może nawet celowo demonstrowali swoje instrumenty anatomiczne, aby popisać się przed pasażerami pociągu. Mężczyźni to świnie -warknęła Wysoka z Kokiem. Po chwili, uznając, że przesadziła, dodała sarkastycznie.

– Oczywiście nie wszyscy. Słyszałam o jednym lub dwóch, którzy nie zachowywali się tak bezwstydnie jak większość samców rodzaju ludzkiego.

Kantyna, jak zawsze dziwnym trafem znajdujący się w pobliżu, gdzie coś się działo, otwierał już usta, aby odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. Na szczęście Przewo podszedł do niego z boku i dyskretnie szepnął:

-Daj spokój, Kantyno. Wykaż męską wyższość nad niemęską swarliwością. To kobieta nieszczęśliwa, która nie zaznała szczęścia w objęciach mężczyzny. Wręcz przeciwnie, spotkało ją upokorzenie, bo mąż przez kilka lat zdradzał ją z hazardem w kasynie przepuszczając pieniądze. Mieć wiano ślubne i nie mieć wiana ślubnego i to, jak rozumiem, dużej wartości, każdego wyprowadziłoby z równowagi.

Odc. 47 Powrót do kraju

Temat zachowań w miejscach publicznych wrócił kilka minut później, kiedy się zatrzymali dla zdjęcia obuwia przed wejściem do mauzoleum Tadż Mahal. Temat podjął Przewo, znający najlepiej rzeczywistość Indii.

– Prawda wyzwań natury jest jednoznaczna. Tam gdzie są setki mężczyzn i nie ma toalet, albo jest ich niezwykle mało, mężczyźni będą załatwiać swoje potrzeby w przypadkowych miejscach i niefortunnym czasie. Są takie miejsca w Indiach, gdzie pasażerowie jadący rannym pociągiem kiedy jest już jasno mogą widzie dziesiątki mieszkańców wsi siedzących w kucki na wolnym kawałku ziemi w pobliżu torów i załatwiający swoje potrzeby naturalne.

– W Indiach, raczej niż odzwyczaić się od alkoholu, na co liczyła moja żona, chyba jeszcze więcej będę pić. Wystarczy, że sobie wyobrażę, że urodziłem się tutaj i nie mam w domu łazienki ani sedesu – posępność twarzy Kantyny potwierdziła szczerość jego wypowiedzi.

Nomadowie uznali, że przesadził biorąc na barki ciężar ludzkiego losu, uważając, że ma w sobie ducha nieszczęsnego Hindusa pozbawionego podstawowych urządzeń sanitarnych.

Dla złagodzenia niepokoju Szczepan dodał filozoficznie:

– Z pęcherzem nikt jeszcze nie wygrał.

– Z wyjątkiem ryb, które z powodzeniem używają pęcherz pławny dla poruszania się w wodzie – wtórował mu Kindżał, biolog z wykształcenia.

Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Angaria w Gabaro, stolicy Nomadii, członkowie Grupy Trzynastej pośpieszyli do hali przylotów, aby zabrać swoje bagaże i załatwić formalności celne i paszportowe. Pół godziny później spotkali się w punkcie zbiorczym lotniska, tak jak się umówili, aby pożegnać się przed udaniem do swoich domów.

– Być może spotykamy się po raz ostatni w życiu, bo nic nie trwa wiecznie – żartowali, choć nie było im do śmiechu.

– Zróbmy sobie wspólne zdjęcie – zaproponował Przewo. Poparli go Proteza, Praktykant i Uśmiechnięta, potem ktoś jeszcze. Ostatecznie propozycja została zaakceptowana przez wszystkich, mimo że niektórzy bardzo się śpieszyli.

– Tak rodzi się solidarność społeczna. Moglibyśmy wywołać w ten sposób rewolucję, zmieniając świat. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego w Indiach – rzucił Kindżał, chwytając do ręki nóż o inkrustowanej rękojeści przypominający bagnet.

– Też żałuję, bo przy okazji rozdałbym jeszcze kilogram cukierków, które znalazłem na dnie walizki. Zupełnie o nich zapomniałem – dodał niepocieszony Darczyńca.

– Wkrótce Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – podjął Przewo. – Jeśli zrobimy sobie wspólne zdjęcie pod tą wielką choinką, to będziemy mieli co pokazywać rodzinie i przyjaciołom. Możemy nawet ponazywać się imionami postaci z szopki noworocznej.

– Nie warto – włączyła się Wysoka z Kokiem – bo się pokłócimy, kto będzie królem, kto dzieciątkiem, kto osiołkiem a kto żłóbkiem.

Do zdjęcia stanęli obładowani upominkami nabytymi w Indiach i Nepalu. Była tego prawdziwa obfitość: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne oraz niezliczona ilość produktów spożywczych. Praktyk trzymał w ręku odręcznie sporządzony plakat z kartonu „Nomadowie po powrocie z Indii”. Nastrój był radosny. Wszyscy byli prowizorycznie ucharakteryzowani i mieli na sobie stroje nabyte w Indiach i Nepalu.

Przewo, przebrany w bogate hinduskie dhoti, przeliczył uczestników. Nikogo nie brakowało. Kindżał, ucharakteryzowany na dostojnego, starszego wojownika Sikha w turbanie, demonstrował sztylet inkrustowany szlachetnymi kamieniami. Wysoki osobnik, którego w przebraniu nie można było rozpoznać, bo przypominał spłoszonego woźnego ze świątyni małp, prawdopodobnie był to Szczepan, opowiadał sąsiadce dykteryjkę o babie u lekarza. Ktoś inny rozwijał jedwabny dywan wypełniony wzorami liści, dojrzałych owoców i kolorowych ptaków. Darczyńca wyciągał do przodu ręce oferując garście pełne cukierków. Trzech mężczyzn, Fotograf, Inżynier i Proteza oraz dwie panie, Uśmiechnięta i Wysoka z Kokiem, pozorowali grupę rozmawiających ze sobą Hindusów i Hindusek.

Po wykonaniu zdjęć, nie jednego ale kilku, przemówił Przewo. Był wzruszony.

– Wszystkim Nomadom, uczestnikom zimowej wycieczki do Indii i Nepalu, oraz ich rodzinom, życzę radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku. Namaste!

Wiedzieli, że „Namaste” to tradycyjne indyjskie pozdrowienie znaczące „Pokłon tobie”. Wypowiadając go Przewo wykonał andźali czyli półukłon z dłońmi złożonymi razem na wysokości serca, uważanego w Indiach za siedzibę boskości w człowieku, i palcami wskazującymi do góry. Mógł wykonać ten gest nie odzywając się, miałoby to takie samo znaczenie jak wypowiedzenie słów pozdrowienia.

Słowa życzeń zabrzmiały w ustach Przewo dziwnie metalicznie. Dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że nie był to jego głos.

– Przypomnijcie sobie państwo, że jeszcze przed odlotem z Indii Przewo zapowiedział, że tam zostanie, bo przecież tam mieszka – wyjaśnił mężczyzna łudząco podobny do niego z sylwetki i idealnie ucharakteryzowany. Jak się okazało, był to aktor teatralny, którego Przewo zatrudnił telefonicznie kilka dni wcześniej.

– Moja nieobecność nie powinna was dziwić, ponieważ wracacie z kraju, gdzie cudów jest więcej niż rzeczywistości, a przywidzenia i omamy czają się na turystów na każdym rogu ulicy – był to autentyczny głos Przewo.

Słuchający go podróżnicy pomyśleli, że sobowtór Przewo odtwarza nagranie z doskonałego dyktafonu lub jest utalentowanym brzuchomówcą.

Odc. 48 Powrót do domu

Z lotniska Piotr Praktyk wracał do domu cztery razy, za każdym razem inaczej, za każdym razem odkrywając nową rzeczywistość. Zauważył to dopiero po kilku miesiącach, przeglądając notatnik, gdzie rejestrował ważniejsze zdarzenia. Nie umiał sobie wytłumaczyć, jak to się stało. Czuł tylko, że nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był przed wyjazdem do Indii. Ta wyprawa go odmieniła; nie poznawał sam siebie. Przyznał się do tego Kindżałowi w rozmowie telefonicznej.

– Wyobraź sobie, że ludzie, których znam od lat, moi znajomi i przyjaciele, nie poznają mnie. Pytają mnie:

– Piotrze, to ty?

Dla mnie było to też dziwne, ponieważ sami byli mało widoczni, jakby ukrywali się za grubą warstwą mgły. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, pomyślałem, że dopadła mnie amnezja lub nie daj Boże demencja. Przeraziłem się. W końcu domyśliłem się jednak jaka mogła być przyczyna takich ich zachowań i mojego dziwnego samopoczucia. To nie podróż do Indii to wywołała. Po prostu strasznie przemarzłem w czasie jazdy pociągiem z lotniska do domu i poważnie się rozchorowałem. Przed laty miałem też wypadek motocyklowy i to wszystko chyba się skumulowało. Prawdziwy miszmasz.

– Jeździsz motocyklem? – zdziwienie Kindżała było uzasadnione, ponieważ Piotr był ignorantem w sprawach mechaniki. Sam mu to powiedział jednego wieczoru w hotelu w Indiach:

– Mam dwie lewe ręce do mechaniki. Żadnego talentu, żadnego drygu do tych spraw. Jestem jak pusta beczka po piwie, nic tam nie ma. Tak jest od dzieciństwa i nic na to nie poradzę.

Pierwszy raz Piotr wracał ze stolicy do domu pociągiem. Była to końcówka grudnia i w wagonie było bardzo zimno z powodu awarii ogrzewania. Przewiało go, rozchorował się, wywiązały się komplikacje. Przez jakiś czas był w szpitalu. W końcu wyzdrowiał, ale drogo to go kosztowało. Jego pamięć wskutek choroby tak się pogorszyła, że stracił masę wspomnień z pobytu w Indiach i Nepalu.

– To było straszne, kiedy próbowałem odtworzyć moje przeżycia z tej podróży. Miałem wrażenie, że moja pamięć zapadła się pod ziemię. Coś okropnego. Nic nie pamiętałem; wycieczka do Indii i Nepalu znikła, wyparowała, uległa kondensacji podobnie jak para wodna, która z wielkiej chmury przekształca się w krople deszczu, nietrwałe w swojej egzystencji.

Po powrocie ze szpitala do domu koncentracja, pamięć i świadomość Piotra Praktyka były tak nędzne, że wydało mu się, już po wejściu do domu i rozebraniu się, że jeszcze nie otworzył drzwi wejściowych i szukał klucza, aby to uczynić. Otrząsnął się dopiero kilka godzin później, kiedy zaczęły docierać do niego domowe i rodzinne dźwięki zamiast dziwnych głosów zrodzonych w głowie przez chorobę. W dodatku w domu nie było nikogo. Piotr poczuł się też zawiedziony czystością panującą w domu, tym mrocznym bezosobowym stanem ducha, jakim zima karze ludzi w krajach bliższych bieguna północnego. Miał poczucie, że już tylko fizycznie jest podobny do pierwowzoru, który wyjechał do Indii.

Następnego dnia postanowił uporządkować notatki, opisać zdjęcia i choćby fragmentarycznie na ich podstawie podzielić się wrażeniami z podróży z rodziną i przyjaciółmi. Nawet to było utrudnione, ponieważ w rozwirowanym świecie każdy pędził w innym kierunku lub oglądał swój film w telewizji.

Tej nocy Piotr przeżył pierwszy po powrocie z Indii i Nepalu kolorowy sen. Potem miał ich więcej, często powtarzały się też ich fragmenty.

– Właściwie to ja nic nie robię, tylko śnię nieprzerwanie – skarżył się Kindżałowi jak dziecko. Miał wrażenie, że zaraził się jakimś okropnym szaleństwem w Indiach, bezskutecznie usiłując przypomnieć sobie kiedy lub w jakich okolicznościach. Najmocniej z kolorowym śnieniem kojarzył mu się autobus i ostatni, wyjątkowo długi przejazd, kiedy pojawiła się głowa.

Nocne przeżycia denerwowały go i męczyły. Kiedy już udało mu się zasnąć mimo pokus czuwania, spał skąpiutko i niepewnie jak wróbel indyjski, z otwartymi oczami, zachowując pełną czujność zupełnie jak za dnia. Wczuwał się w niego, a po pewnym czasie wręcz się z nim utożsamił do tego stopnia, że musiał uważać, aby nie spaść z gałęzi poruszającej się pod wpływem wiatru. Przekonał się o tym, kiedy gałąź, na której spał czując się ptakiem, załamała się pod nim, tak że wylądował na ziemi. Nie byłby tego pewien, gdyby nie siniaki widoczne na siedzeniu i na łokciach.

W nocy wstawał z łóżka i chodził po mieszkaniu, przeklinając ciemność, bezsenność, ptaki, drzewa, siebie oraz podróże, których wspomnienia rujnowały mu życie. Nachodziły go dziwne myśli.

Aby się ratować rozmawiał ze sobą. Uważał, że działa to terapeutycznie. Przyznał się samemu sobie, że jest sobie droższy niż wszystkie pieniądze, jakie posiadał. Był to niemały majątek. Zdobył go inwestując przez lata na giełdzie papierów wartościowych. Rodzina ceniła go za to. Uważał to za bardzo egoistyczne z ich strony.

W miarę upływu czasu myślał coraz więcej o Indiach i Nepalu, o wierze ich mieszkańców w dziesiątki bogów i ich wcieleniach, powtarzających się kąpielach w Gangesie, a nawet o kremacji nad wodą. Jeszcze głębiej zdał sobie sprawę, jak bardzo walka o byt codzienny absorbuje tam ludzi.

– Zajmuje im nieporównywalnie więcej uwagi i czasu niż ludziom ambitnym myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Kiedy już oswoił się z utratą wspomnień i samotnością, rozmawiał częściej z przyjaciółmi poznanymi na wycieczce. Usiłując odnaleźć się, szukał także w Internecie i w bibliotekach, a nawet na ulicy. I nic. Sam od siebie nie był w stanie niczego odtworzyć z czasów podróży. Tak jakby wszystkie wspomnienia wywiał silny huragan. Pozostały mu tylko notatki, zdjęcia i nagrania dyktafonu, rezerwuary konkretnej wiedzy i wspomnień. Nic więcej nie pamiętał. To było straszne.

Przy okazji rozmów telefonicznych odkrył, że towarzysze podróży to jego dodatkowa pamięć zastępcza w razie potrzeby. Niektórych z nich uznał za współczesnych Kolumbów i Vasco da Gamów, tak bardzo imponowały mu ich rozliczne podróże. Zawsze miał wyobrażenie, że dużo podróżował i dużo widział, ale przy Szczepanie, Darczyńcy a nawet Kindżale czuł się zwykłym parweniuszem, który może jedynie zazdrościć bogaczom ich zasobów materialnych i duchowych.

Odc. 49 Kolejny powrót do domu

Drugi raz Piotr wrócił ze stołecznego lotniska Angaria do rodzinnego domu taksówką. Nie tak planował wracać, ale wyszło inaczej. Chyba bardzo się śpieszył lub coś mu się pokręciło w głowie. Zamiast udać się z lotniska bezpośrednio na dworzec kolejowy, pchając przed sobą wózek z bagażem poszedł prosto na przystanek taksówek, aby negocjować sensowną stawkę za kurs do domu. Pomysł powrotu taksówką do domu był szalony, bo koszt był astronomiczny. Była to odległość kilkuset kilometrów.

Jadąc, zaraz po opuszczeniu miasta miał wrażenie, jakby już raz jechał w tym samym kierunku, tylko innym środkiem lokomocji. Był to pociąg. Przypomniał sobie nawet wagon, otwarty, bez przedziałów, z siedzeniami ustawionymi w tym samym kierunku. Było to déjà vu, sytuacja jaka się zdarza, kiedy człowiek o czymś intensywnie myśli i odradzają się w nim wspomnienia, że już tu był lub to widział.

Powrót do domu rozczarował Piotra, ponieważ zima nieoczekiwanym mrozem i kopnym śniegiem przez kilka dni dewastowała jego pragnienie spędzania czasu na świeżym powietrzu. Pierwsza noc w domu też nie była przyjemna, inna niż oczekiwał.

Zanim położył się spać, zjadł solidną kolację, nie żałując sobie wina ulubionej marki. Nie chciał się do tego przyznać, ale się upił. Kiedy dowlókł się do łóżka, zasnął w ubraniu. Miał szalony sen. Na początku wydawało mu się, że jest koniem, a potem to już tylko jeźdźcem, i to doskonałym. Służył w kawalerii i nosił szablę u boku. Wyglądał godnie i groźnie. To chyba dlatego Kindżał, który się wkrótce zjawił w domu Piotra, rzucał w niego sztyletem. Kindżał był już wtedy znaną osobistością, prawie celebrytą. Zaraz na wstępnie wyznał Piotrowi:

– Nie masz pojęcia, ile otrzymuję ofert zatrudnienia. Ostatnio to w cyrku, w ośrodku szkolenia komandosów, w klubie wojskowym, gdzie ćwiczą walkę białą bronią oraz w filmie, gdzie zaproponowano mi przygotowanie kaskaderów do posługiwania się sztyletem.

Nieco wcześniej Kindżał został odznaczony złotym krzyżem zasługi przez prezydenta Nomadii za wybitne osiągnięcia kolekcjonerskie broni białej. Przyjaciel opowiadał mu to tak plastycznie, że Piotr zobaczył wszystko jak na dłoni. Zapamiętał nawet szczegóły; mógł do nich wrócić w każdej chwili, jakby wrosły w sieć neuronów w jego mózgu. Uroczystość odznaczenia krzyżem zasługi odbyła w wielkiej sali bankietowej pałacu prezydenckiego. Prezydent i Kindżał pozowali do wspólnego zdjęcia. Kindżał pokazał mu je na ekranie smartfona.

Prezydent wyglądał na zdjęciu jak głupawy księgowy; śmiał się dziko obwieszony sztyletami i nożami bojowymi z kolekcji Kindżała. Kindżał powiedział prezydentowi, że zdjęcie jest tak fantastyczne, że można je sobie powiększyć, oprawić i nosić na piersi. Godzinę później instruował już prezydenta w jego prywatnej strzelnicy na tyłach pałacu jak rzucać sztyletem do tarczy. Nie była to typowa tarcza; figurował na niej  naturalnej wielkości obraz samego prezydenta. Kindżał oczywiście nie rzucał, natomiast prezydent wręcz wył z rozkoszy, kiedy to czynił. Był chyba mocno pijany, bo twarz miał czerwoną jak po chorobie. To wycie obudziło Piotra. Okazało się, że był to wóz strażacki jadący do pożaru na drugi koniec miasta. Szczegółów gaszenia pożaru dowiedział się następnego dnia z gazety miejskiej.

Po oswojeniu się z domem, snem i pogodą, Praktyk podjął wędrówki po rodzinnym mieście, po miejscach znanych mu jak pięć palców własnej ręki. Tak mu się wydawało. Chodził po mieście, ale nie poznawał ulic, placów ani budynków.

Musiał podzielić się z kimś tą wiadomością. Tym razem zadzwonił do Wysokiej z Kokiem. Jej numer telefonu znalazł przypadkiem w swoim smartfonie; aż zdziwił się, bo w ogóle nie pamiętał, aby go otrzymał i zanotował.

W pierwszym momencie Wysoka go nie poznała, kiedy się przedstawił. Musiał powtórzyć swoje imię i nazwisko. Dodatkowo, na wszelki wypadek, podał hasła dla łatwiejszego skojarzenia: wycieczka do Indii. grupa trzynasta, Przewo. Ucieszyła się. Zwracała się do niego „Piotrze”, a nie „Praktyku”, jak mieli we zwyczaju w Indiach. Niepytana poinformowała go, że wyszła ponownie za mąż i jest bardzo szczęśliwa. Kiedy skończyła mówić o sobie, przedstawił jej swoją sytuację. Nic się nie odzywała, tylko słuchała.

– Brak mi Indii. Chodzę po moim rodzinnym mieście i cierpię, bo wszędzie widzę Indie. Wydają mi się rajem, krainą płynącą miodem i mlekiem.

Chyba musiał powiedzieć coś takiego, co kobietę wyprowadziło z równowagi, bo nagle zmieniła front. Wróciła dawna Wysoka z Kokiem, oschła, uszczypliwa a nawet złośliwa.

– Z przykrością ciebie słucham, Praktyku. Jest zima, a ty chciałbyś lato. Chyba coś ci się we łbie przestawiło. Może nadużywasz trunków podobnie jak Darczyńca i Kindżał. Podejrzewam was nawet o używanie narkotyków. Jesteście bezwstydnymi degeneratami, zupełnie jak ten alkoholik Kantyna. Niech was … Przestała mówić, ale nie odłożyła telefonu. Piotr usłyszał odgłosy kłótni, ktoś głośno krzyczał. Pomyślał wtedy:

– Nie jest u niej lepiej niż u mnie.

Zreflektował się a nawet ucieszył, że nie tylko jemu jest ciężko w życiu. To go tak rozbawiło, że wybuchł śmiechem na ulicy. Ludzie omijali go, wydało mu się nawet, że słyszy ostrzeżenia:

– To jaki wariat. Lepiej obejść go z daleka.

To go wprowadziło w jeszcze lepszy nastrój. Znowu poczuł się jak za dawnych, dobrych czasów.

Odc. 50 Zmiana pogody

Po dwóch dniach Piotr Praktyk zobaczył przez szybę promień słońca, najpierw jeden, potem drugi, w końcu całą wiązkę. Buszowały w przestrzeni jak sztuczne ognie na choince ożywione nadzieją kolorowych upominków. Poprawa pogody zachęciła go do wyjścia na miasto.

Było inne niż dawniej. Na ulicach panowała cisza i pustka, coś zupełnie odmiennego, do czego przywykł w Indiach. Zatęsknił za tym krajem. Nikt do niego nie podbiegał, aby zaoferować mu choćby skromną, kolorową torebkę z bawełny na upominek dla dziecka, figurkę słonika, rozkładaną książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który mógłby mu posłużyć za ozdobę ścienną. Zaskoczyła go czystość na ulicach i brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi oraz śpiących między straganami. Straganów też mu brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, na których coś wrzało, gotowało się lub smażyło. Poczuł się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry.

Z poczucia zagubienia i tęsknoty za Indiami, Piotr wstąpił do pubu, zamówił grzane piwo, jedno drugie i trzecie. Po kilku dalszych stracił rachunek. Pił do upadłego.

– Mam taką fantazję – wyjawił barmance, pytającą go po dwóch godzinach, czy nie powinien iść już do domu.

Kiedy wychodził z pubu, była jeszcze dosyć wczesna pora. Było jasno i ciepło.

– Wszystko się zmieniło – pomyślał.

Cieszył się, rozpoznając miejsca, których od dawna nie widział. Pomyślał, że to pogoda wszystko odmieniła. Podążał śmiało, z rozmachem, długimi krokami, maszerując kwietnymi ulicami, przez skwery, place i mosty. Wszyscy byli szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok ławki nad rzeką zobaczył dwie łaciate krowy z chustami przewiązanymi przez szyję, jak obgryzały gałęzie wielkiego świerka obwieszonego bombkami i światełkami. Na pierwszym piętrze budynku za nimi biegały skrzecząc małpy, pod nogami leżały śpiące psy. Otaczali go tubylcy w malowanych rykszach, słychać było klaksony i dzwonki rowerowe. W końcu zobaczył ciężarówkę wiozącą górę paczek ułożonych jedna na drugiej. W powietrzu oprócz spalin czuć było słodkawy dym z ghat płonących nad rzeką. Czuł jak bije od nich ciepło i pomyślał, że to efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia zaścielających ziemię w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Na miasto wychodził coraz częściej, Zbliżała się wiosna, było coraz cieplej. Spacerując, Piotr przypominał sobie kolejne szczegóły: pustynię Thar, żywe jak iskra jaszczurki, makaki o czerwonych pyskach grasujące po balkonach i dachach, czarnożółte ptaki dziobiące wielkie opony autobusu, ospałe wielbłądy. Wszystko to go cieszyło. Chciało mu się tańczyć na ulicy.

Napisał list do Kindżała na komputerze i wydrukował. Włożył do koperty i wysyłał. Trzy dni później Kindżał zadzwonił.

– Coś się w tobie zmieniło, Piotrze, tylko nie wiem co. Chyba odmłodniałeś albo oddaje ci się jakaś fajna dziewucha ze słodkimi melonami zamiast piersi. Ty to masz szczęście. Nie to co ja. Miałem piękną kolekcję sztyletów i noży bojowych i skradziono mi kilka najcenniejszych okazów. W dodatku ktoś usiłował podpalić mi dom. Na dobitkę dostałem wezwanie do sądu. Wznawiają sprawę przemytu narkotyków, w której rzekomo jestem uwikłany. To domniemane przestępstwo oczywiście, bo nikt inny, oprócz policji i prokuratury nie wierzy, że przemycałem narkotyki.

Los Kindżała nie zaskoczył Piotra i niespecjalnie zasmucił. Żył już własnym życiem, wracała mu pamięć i to go izolowało od niepowodzeń innych ludzi. Nie wiedział nawet jak i kiedy nastąpiła ta przemiana.

Wychodził teraz regularnie na miasto. Wszędzie widział Indie, nie żadne urojone, ale prawdziwe, słoneczne, hałaśliwe i brudne. Widział tłumy ludzi i grupki zwierząt. Pokochał je, kiedy przez dwa tygodnie pobytu w Indiach i Nepalu cieszyły jego oko. Była to prawdziwa oranżeria: słonie, krowy, kozy, psy, małpy i małpki, świnie, kury, kilka dorodnych pawi a także sześć wielbłądów czekających cierpliwie w asyście poganiaczy na turystów w pobliżu przystanku autobusowego gdzieś na trasie.

Do domu wróciła żona razem z dwójką dzieci. Kiedy pojawiła się w drzwiach Piotr przypomniał sobie wszystko. Była na feriach zimowo-wiosennych u swojej matki. Zaczął im opowiadać swoje przeżycia, co i gdzie oglądał każdego dnia po przyjeździe do kraju. Wyraźnie poczuł, że żona jest po jego stronie. Nie przerywała mu a nawet słuchała go z uwagą. Podobnie zachowywały się dzieci. Od czasu do czasu któreś z nich potwierdzało swój życzliwy stosunek do ojca: „To fantastyczne!” albo „To super ciekawe!”. W pewnym momencie Piotr pomyślał, że przesadzają w swoim entuzjazmie, bo fragment, który właśnie opowiedział nie wydawał mu się ciekawy.

Odc. 51 Czas pomyślności

Dla Piotra Praktyka nastał czas pomyślności. Modlił się, aby trwał jak najdłużej. Był to okres częstych porównań własnego kraju i miasta z Indiami, w nieco mniejszym stopniu także Nepalem. Włócząc się po mieście zobaczył konia, co go zachęciło do snucia porównań Nomadii z Indiami.

– Niby nic nadzwyczajnego, a jednak … – zaczął myśl i nie skończył.

Najczęściej przypominały mu się słonie. Co najmniej dwa razy odbywał na nich przejażdżkę; raz wjeżdżając do fortu Amber w Indiach, drugi raz zwiedzając Park Narodowy Chitwan na południu Nepalu.

– Jazda na słoniu jest jak ujeżdżanie skórzanej góry – słowa te wypowiedziała Wizażystka. Przejażdżka i związane z nią doznania stały się dla niej inspiracją do niekończących się wariacji makijażu wokół oczu. Słonie nasunęły jej pomysł ukrywania zmarszczek wokół oczu pod miniaturowymi obrazkami tych zwierząt.

Wracając wspomnieniami do Parku Narodowego Chitwan, Piotr zorientował się, że myśli o słoniach jak o ludziach. Pamiętał swoje słowa skierowane do Kindżała i Darczyńcy:

– Te zwierzęta są tak mądre, że gdyby dać im wybór, to wybrałyby spokój Parku Narodowego Chitwan nad luksusy wielkich zamków i pałaców.

Kindżał przywrócił go do równowagi zaskakującym, nieco dziwacznym komentarzem.

– W miłości do przyrody i niechęci do pałaców, Piotrze, sam jesteś jak ten słoń, inteligentny i solidny środek transportu, a w razie potrzeby także narzędzie zbrodni.

Wspominając zbrodnię przyjaciel miał na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy kilka wieków wcześniej nierozważnie postanowili nie zgodzić się z rządzącym wówczas cesarzem z dynastii Wielkich Mogołów.

Wracając z Indii do rzeczywistości rodzinnego miasta, Piotr uświadomił sobie fakt kompletnego braku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk oraz zwariowanych , ciężarówek, półciężarówek i autobusów. Pamiętał, jak niezwykle umiejętnie i szarmancko wymijały one przechodniów w odległości nie większej niż dziesięć centymetrów, tak jakby chciały sprawić im przyjemność lub zaimponować bliskością góry metalu, spalin i pędu.

Kiedy to opowiadał rodzinie, w oczach młodszej córki dostrzegł łzy radości. Ucieszył się podwójnie, kiedy mu wyznała:

– Znowu jesteś sobą, tato. A już myślałyśmy, że nie wyjdziesz z depresji. Lubię cię słuchać, jak opowiadasz te wszystkie szalone historyjki o Indiach i Nepalu. Mam wtedy wrażenie, że jak wyjdę na ulicę, to za chwilę podejdzie do mnie wielki słoń, który mnie zawiezie do kina.

Piotr poczuł się niepewny, czy córka mówi to poważnie, czy też żartując delikatnie daje mu znak, aby nie przekraczał linii oddzielającej zwykłej normalności od chorobliwego fantazjowania. Zrozumiał wtedy, jak bardzo jego wahania nastroju mogą wpływać na córki i żonę. Postanowił pilnować się bardziej.

Tylko raz wyszedł do miasta wieczorem. Nie lubił nocy. W jej mrocznej – mimo świateł ulicznych – atmosferze, szczególnie mocno odczuwał brak towarzyszy wycieczki, osób prawie bez wyjątku przemiłych, z takim dorobkiem podróży po świecie, że Piotr wpadał w zachwyt – jak mówił- większy niż dziury w hinduskich jezdniach i chodnikach.

Jednego z przyjaciół, Szczepana, bogatego w doświadczenia globtrotera, prawdziwego Krezusa podróży, zapytał, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Rozmówca, mężczyzna postawniejszy i dostojniejszy niż większość szlachetnych mędrzec sadhu, wyznał z żalem, że są jeszcze trzy takie kraje. Odmówił jednak podania, co to są za kraje; uczynił to chyba ze wstydu.

Piotr wyznał wtedy Szczepanowi:

– Tak jak ty wstydzisz się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydzę się przed samym sobą, że dopiero w fazie późnej dojrzałości odwiedziłem Indie i Nepal, gdzie płyną źródła niezwykle skutecznych terapii leczących z poczucia niemocy i pesymizmu.

Odc. 52 Trzeci powrót do domu

Trzeci raz Piotr Praktyk wracał ze stołecznego lotniska do rodzinnego miasta samolotem krajowych linii lotniczych Adana. Rzadko podróżował tak małym samolotem, nie był przyzwyczajony do ciasnoty. Siedział przy oknie i patrzył w dół. Najpierw zobaczył linię kolejową a potem autostradę biegnącą na północ. W miejscu, gdzie się krzyżowały, stał szlaban i budka strażnika. Pamiętał je z pociągu i z taksówki. Były bardzo charakterystyczne, bo budka stała równiutko na przedłużeniu szlabanu i miała nietypowo okrągły dach. Pomyślał, że wygląda jak daszek osłony przed słońcem na plaży w tropikach. Wtedy już był pewny, że jest to déjà vu, że wracając z Indii dwukrotnie już podróżował w tym samym kierunku, tylko pociągiem i samochodem osobowym.

Po kilku minutach poczuł się potwornie senny. Nie znosił tego, uważając, że taki sen to tylko marnotrawstwo życia. Postanowił walczyć z bezsennością. Wypił mocną kawę, potem poprosił o drugą i trzecią. Do każdej dolewał alkoholu, aby ją wzmocnić i przedłużyć jej działanie. Prawdopodobnie, chyba nieświadomie, zamówił i wypił czwartą. Tak pomyślał, kiedy znalazł w schowku przed sobą cztery chusteczki ze śladami kawy. Odciśnięcia ust były tak wyraźne, że wyglądały omalże jak płaskorzeźby.

W efekcie kilka razy musiał wstawać z fotela, aby udać się do toalety. Powtarzające się wychodzenie i powracanie uznał za rytuał. Wyobraził go sobie w postaci komend:

– Odepnij pas bezpieczeństwa, przeproś pasażera siedzącego obok, wstań, wyjdź na przejście między fotelami, przejdź do toalety, poczekaj, aż użytkownik toalety wyjdzie, otwórz drzwi, wejdź, odpowietrz się, spuść wodę, umyj ręce, odśwież się wodą kolońską.

Resztę działań załatwił krótką instrukcją:

– Wróć na miejsce powtarzając czynności w odwrotnej kolejności.

Kiedy samolot leciał w chmurach i nic nie było widać za oknem oprócz białej piany, Piotr rozmyślał o wcześniejszych doświadczeniach dnia. Były doprawdy niezwykłe. Im bardziej zagłębiał się w szczegóły, tym bardziej czuł się skołowany, ponieważ niektóre były dziwne czy wręcz dziwaczne. Postanowił je zapamiętać.

Na początku koła samolotu przymarzły do płyty lotniska i kapitan – nie mogąc uzyskać natychmiastowej pomocy z zarządu lotniska – poprosił pasażerów, aby pomogli pchać samolot na pas startowy. Kapitan miał basowy głos, łopoczący w ciasnym wnętrzu jak zerwany żagiel na silnym wietrze. Dużo wyjaśniał i zachęcał, mobilizując pasażerów do działania.

– Rozgrzejecie się państwo. Nie ma co się lenić. To nie są tłuste Indie. Ojczyzna jest w potrzebie.

Nie wiadomo dlaczego nazwał Indie tłustymi. Kiedy Piotr zapytał go o to, ten coś odpowiedział, lecz Piotr niewiele z tego zrozumiał. Mógł się tylko domyślać. Kapitan mówił żargonem technicznym i Piotr zrozumiał tylko „kąt natarcia śmigła”. Słowa kapitana „Ojczyzna jest w potrzebie” wywołały reakcję pasażerów.

– Jak to ojczyzna? – krzyknął jakiś rudzielec w zielonym swetrze, siedzący dwa rzędy przed Praktykiem.

Piotr popatrzył na niego z niechęcią. Nidy nie lubił rudych ani łysych, choć sam już stracił dużo włosów. Łysienie wydawało mu się jednak łagodniejszą formą degeneracji mężczyzny niż rudość. Uspokoił się dopiero, kiedy kapitan wyjaśnił.

– Oczywiście, że w grę wchodzi ojczyzna. Linie lotnicze to własność państwa, naszego narodu, czyli właścicielem samolotu jest nasza ojczyzna. Proszę nie wyważać otwartych drzwi lub walczyć z wiatrakami!

Po takim dictum, mężczyzna usiadł i nie odzywał się już do końca lotu.

Kiedy samolot znalazł się na stanowisku startowym, czekali na rozkręcenie śmigieł. Nie szło to dobrze. Silnik dyszał i gasł, dyszał i gasł. Kapitan zdenerwował się, wybrał dwóch osiłków spośród pasażerów i poprosił stewardesę, aby – zanim zaczną robotę – dała im podwójny posiłek i trochę alkoholu, jeśli zechcą.

– To was będzie kosztować sporo wysiłku, ale dacie sobie radę. Jestem tego pewien.

Aby ich zachęcić, kapitan kazał im zginać ramiona, dotykał ich bicepsy i chwalił. Na końcu – widać było po jego oczach, że wyznanie nie przyszło mu łatwo – powiedział:

– Mnie się tak nie powiodło w rozwoju muskulatury. A ćwiczyłem niemało z dużym poświęceniem. Siłownia stała się dla mnie czymś tak bliskim jak pokój w domu rodzinnym. Starłem tam kilka par podeszew sportowego obuwia.

Kiedy już wszystko zostało załatwione, samolot wystartował. Po kilkunastu minutach do Piotra podszedł kapitan i wyjaśnił, dlaczego mówił o Indiach, że są tłuste. Było to co najmniej dziwne tłumaczenie. Również dlatego, że kapitan stał nad nim jak kat. Miał czerwoną twarz i ciężko dyszał jakby miał astmę.

– To jakaś zwariowana inscenizacja – pomyślał Piotr. – Ten człowiek to szaleniec!

– Miałem kiedyś kobietę, Hinduskę. Było to oczywiście w Indiach. Konkretnie, w Hajdarabadzie. Zna pan może to miasto? – zapytał kapitan.

Piotr odpowiedział przecząco. Kapitan rozgadał się na temat swojego pobytu w Hajdarabadzie i Hinduski.

– A co z pilotowaniem? Kiedy pan rozmawia tutaj ze mną, to kto prowadzi samolot? – zaniepokoił się Piotr.

– Lecimy na pilocie automatycznym. W razie czego stewardessa będzie interweniować. Zrobiła kurs obsługi pilotów automatycznych w samolotach pasażerskich. Możemy być o to spokojni. Lecimy bezpiecznie.

Odc. 53 W samolocie

Piotr zdenerwował się. Serce mu łomotało i pociły się ręce. Tłumaczenie dowódcy załogi nie podobało mu się.

– Niech pan mnie nie czaruje, panie kapitanie! Powinien się pan wstydzić takiego zachowania. Jest pan dowódcą statku powietrznego a nie papierowej łódeczki z dwoma wygłodzonymi chudzielcami na pokładzie! – mówił te słowa nie rozumiejąc za bardzo ich sensu. Były jakieś napuszone, co tylko pogłębiło jego zdenerwowanie.

– Proszę się uspokoić – odrzekł kapitan. – Samolot i tak jest najbardziej najbezpieczniejszym środkiem lokomocji, prawdopodobieństwo, że stanie się coś niedobrego jest zupełnie znikome. Chcę skończyć tylko historię mojej miłości z Hajdarabadu. Miała ona na imię Patil i bardzo długie i skomplikowane nazwisko. Brzmiało to Deepakbhimarajusanga lub bardzo podobnie. Jako pilot mam wyostrzony wzrok i nie mogąc zapamiętać nazwiska wpatrywałem się w niego tak długo, aż go w końcu zapamiętałem. Patil była Hinduską, jak już chyba wspominałem, profesorką archeologii. Ciągle mówiła o wykopaliskach, ale mnie to nie przeszkadzało. Kochaliśmy się przez trzy lata. Równiutkie trzy lata. Nie, nie trzy lata, ale dwa lata i trzysta sześćdziesiąt jeden dni i … – Kapitan liczył dni w pamięci z oczami wzniesionymi w górę. Coś mu się chyba myliło, bo zaczynał od nowa.

Piotr poczuł się oszukiwany przez dowódcę załogi i to nie wiadomo w jakim celu. Tak go to rozeźliło, że mu przerwał.

– Proszę nie kołować wokół tematu jak samolot z wykrzywionym kołem i oponą wygryzioną przez bobra tylko wyjaśnić mi w czym rzecz z tą tłustością Indii.

– Patil była bardzo tłusta, ale bynajmniej nie była tęga. Była rozkoszna. Kiedy wracałem zmęczony z rejsu, przeżywałem z nią chwile rozkoszy. Nurzałem się w jej pachnącym ziołami sari a potem w zagłębieniach szyi, ramion, piersi, brzucha … – Kapitan rozmarzył się.

Jego zdumiewające wyznania przerwała informacja z głośnika, że jest pilnie potrzebny w kabinie pilotów. Skoncentrował się, powiedział „przepraszam pana ale obowiązki mnie wzywają” i odszedł.

Wkrótce słońce wyszło zza chmur i w samolocie rozjaśniło się. Pasażerom poprawiły się humory. Również dlatego, że stewardesy zaczęły roznosić jedzenie. Zapowiedziano je jako „lekki posiłek, coś do przegryzienia”. Wkrótce Piotr otrzymał kanapeczkę maciupcią jak dla wróbelka. Była to bułeczka z masłem i szpinakiem tak mała, że musiał ją schwycić w dwa palce, aby nie wypadła. Pilnował się, ponieważ samolot poważnie huśtał. Mocniejsze szarpnięcie kadłuba samolotu wyprostowało go na siedzeniu. Nie był pewny, co się z nim działo, czy był na jawie czy też właśnie budził się ze snu. Rozejrzał się po samolocie; pasażerowie przypominali śnięte ryby, ni to żywe, ni to martwe. Niektórzy spali z rozchylonymi ustami, inni poruszali niespokojnie nogami, jeszcze inni jęczeli cicho przez sen. Ktoś czytał, ktoś inny oglądał film na ekranie.

Piotr pomyślał, że chyba przysnął uspokojony jednostajnym warkotem silników i szumem śmigieł samolotu. Kiedy patrzył na nie przez okno, nie widział ich kształtu, ale był pewien ich podobieństwa do wioseł, jakich sam kiedyś używał na spływie kajakowym.

Przelot samolotem źle wpłynął na Piotra. W nocy, zamiast spać jak suseł zmordowany długą podróżą kosmiczną przez krainę zimowych słońc, śnił pijacką orgię w autobusie. Uczestniczył w rozpasaniu, gestykulował, przeklinał i zachowywał się tak wulgarnie, jakby chciał wymazać z pamięci wszystkie momenty skromności i umiaru całego życia. W ręku trzymał wielką butelkę Indian Rye Vodka i pił alkohol bezpośrednio z gwinta. Panie z wycieczki rozebrały się do naga, osłaniając ciała tylko kolorowymi przepaskami zamocowanymi na gumce na wysokości pępka, i tańczyły nostalgicznie w przejściu między fotelami odsuniętymi pod ściany autobusu jakby to były krzesła.

– Miejsca mamy teraz jak na stadionie w gabinecie lekarskim wujka Cyryla i Metodego – niezrozumiale ryczał Szczepan, zawsze najbardziej spokojny i wyważony w zachowaniu uczestnik wycieczki. Wlewając w siebie alkohol bez umiaru, wszyscy regularnie odwiedzali toaletę w końcu autobusu. Najgorsze było to, że Piotr nie mógł sobie przypomnieć, że w autobusie w ogóle była toaleta. Wymiotował dwa razy, pogłębiając w sobie przekonanie, że rozwija się w nim marskość wątroby. Pod koniec  ponurego spektaklu rzucił opróżnioną butelkę w tył autobusu wywołując czyjś bolesny krzyk. Był to przełomowy moment. Piotr przysiągł sobie nie wziąć do ust nawet kropli alkoholu tylko dzielić się sobą jak opłatkiem z innymi opowiadając swoje przeżycia i historię przyjaźni z Hindusami. Pamiętał jeszcze tylko, że pytał w autobusie:

– Tylko gdzie ja ich znajdę i jak poznam, że są to prawdziwi Hindusi, a nie osoby podstawione?

Odc. 54 Rozmowa o prezydencie

W ciągu kilku dni zima złagodniała i odpuściła, zrobiło się prawie wiosennie.

– To efekt zmian klimatu – wyjaśniano w telewizji.

– Pojawiła się ciepła wiosna, idzie lato – cieszył się Piotr. Byłby to dla niego czas prawdziwie wiosenny, gdyby nie niedobre sny. Zwalczał je, budząc w sobie entuzjazm i aktywność.

Zachęcony poprawą pogody odbywał spotkania w klubach podróżnika, bibliotekach, zakładach pracy, raz nawet w więzieniu. Potem także w domach kultury, w końcu a klubach młodych emerytów. Nie wiedział nawet, że taki istnieją. Gromadzili się tam emeryci i emerytki, nalegający, aby nazywać ich początkującymi seniorami. Piotr postanawia przyswoić sobie nowy język. Seniorzy, senior, seniorka, senioralność, senioralny. Brzmiało to szlachetniej niż skojarzenia z emeryturą i rentą, garbieniem się i smutkiem samotności.

Raz lub dwa razy Piotr rozmawiał na temat spotkań, swojej nowej pasji, z Kindżałem, ale ten nie miał zbyt wiele czasu. Ostatnim razem zaskoczył Piotra dziwnym, żarliwym wyznaniem.

– Życie układa mi się teraz, drogi Piotrusiu, wprost rewelacyjnie. Pomysły i Idee rodzą się we mnie z szybkością karabinu maszynowego, aż mi się głowa grzeje. Mierzę codzienne temperaturę, aby nie dopuść do jakiegoś schorzenia wskutek przegrzania. To moje jedyne zmartwienie – nie dać się chorobie. Poza tym radzę sobie doskonale. Odzyskałem skradzione eksponaty, pilnuję ich teraz jak oka w głowie. Nie dość, że zainstalowałem podwójny alarm, z podłączeniem do agencji ochrony mienia oraz do policji, to często pozostaję na noc w sali wystawowej, aby z dwururką w ręku pilnować moich skarbów. Mogę ci nawet powiedzieć, jakiej marki jest ta broń, jeśli tylko chcesz.

Słuchając potoku słów wprost tryskających z szybkostrzelnych ust przyjaciela, Piotr nie miał wątpliwości, że jest on mocno wstawiony albo pod wpływem narkotyków. Nie wahał się i szczerze mu to powiedział. Kindżał zaśmiał się serdecznie.

– Mój drogi! Co ty gadasz!?Masz przed sobą, to znaczy po drugiej stronie połączenia telefonicznego, człowieka szczęśliwego, który może myśleć, co chce. mówić, co chce i robić co chce. To jest wolność. Widzę wprawdzie zakusy na naszą wolność obywatelską, ale nie damy się podporządkować tym triumfatorom spod ciemnej gwiazdy.

Drugi fragment rozmowy nie tylko nie wyzwoli Piotra z podejrzeń co do stanu zdrowia Kindżała, ale wręcz go umocnił. Chciał mu to powiedzieć i ostrzec przed konsekwencjami, lecz Kindżał go uprzedził.

– Nie mogę z tobą dłużej rozmawiać, bo mam teraz wiele spraw na głowie. Podam ci tylko numer telefonu do Darczyńcy. Dopytywał się o ciebie, chętnie z tobą porozmawia. Masz coś do pisania?

– Tak.

– Dobrze. Wobec tego notuj.

Zanim Piotr skończył pisać, Kindżał odezwał się ponownie.

– Życzę ci powodzenia w spotkaniach z ludźmi, których największym osiągnięciem jest przekroczenie dojrzałego wieku i uzyskanie emerytury. Powiedz im, aby wzorowali się na mnie, człowieku sukcesu, podróżniku i kolekcjonerze, celebrycie, z którym sam prezydent obcuje na co dzień dzieląc się wspomnieniami. Powiem Ci szczerze, Piotrze, ostatnio dzwoni do mnie prawie codziennie, ale nie poświęcam mu więcej niż pięć, góra dziesięć minut. Moje obowiązki nie pozwalają mi na więcej. Ani zdrowy rozsądek, bo ten człowiek stał się jakiś dziwny. Jest po prostu chorobliwie uzależniony od opinii publicznej. Powtarza mi regularnie, aż do znudzenia:

– Codziennie sprawdzam sondaże poparcia dla mnie. Bez tego żaden szanujący się prezydent nie przeżyje. Od sondaży uzależniam wszystkie moje decyzje. Ponieważ nikt nie sporządza tak często sondaży, sam muszę je zlecać. A to mnie tyle kosztuje, że chyba kupię sobie własną sondażownię i nie tylko będę prowadzić badania opinii dla własnych potrzeb, ale także zarabiać przyjmując zlecenia od instytucji, firm i osób prywatnych. Prawo mi tego nie zabrania. Na przyszłość jak znalazł.

Wtedy ja mu mówię:

– Panie prezydencie! Po co panu taki biznes? Przecież ma pan przed sobą po zakończeniu kadencji perspektywy międzynarodowej kariery i to prawdopodobnie nie jednej.

Wyobraź sobie, że on normalnie przyjmował takie fałszywe komplementy jak najlepszy podarunek. Całowałby mnie po rękach, gdybym był w pobliżu. Ale ostatnim razem zaprotestował.

– Nie ma szans – powiedział. – Zbyt wielu obywateli psy na mnie wiesza, uważa, że jestem bezwolny, leniwy, nic nie robię z wyjątkiem głupich min, że gadam od rzeczy, w końcu, że jestem przesądny, bo sprawdzam horoskopy oraz że jestem uzależniony od alkoholu. Skąd oni wiedzą o tym wszystkim, nie mam pojęcia. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że nikt mi o tym nie mówi, tylko sondaże. Przynajmniej wiem, jak mnie widzą ludzie. Musi być w tym jakaś prawda, bo przecież nie wszyscy kłamią.

– Ten protest z jego strony to był jedyny ludzki odruch, jaki w nim ostatnio zauważyłem. Uznałem, że jest jeszcze nadzieja na jego powrót do normalności, że pozostało w nim jeszcze trochę rozumu i sumienia.

– Czy to wszystko, co pan mi przedstawił, to prawda? Jeśli tak, to dlaczego pan mi to mówi? Przecież nikt takich rzeczy nie opowiada o sobie – powiedziałem to bardzo szczerze.

– I wtedy on ciebie zaskoczył, oświadczając, że mówi ci to dlatego, że ma do ciebie wyjątkowe zaufanie – podsunął Piotr Kindżałowi.

Zapadło milczenie. Piotr wiedział, że trafił w sedno.

– Skąd wiesz, że tak mi właśnie odpowiedział? – odezwał się niepewnie Kindżał.

– Bo wy, celebryci, należycie wprawdzie do tej samej kasty narcyzów i plotkarzy, ale czasem okazujecie się ludźmi przyzwoitymi, umiejącymi dochować tajemnicy, godnymi zaufania.

– No wiesz … Nie za bardzo mi się to udało. Powiedziałem ci o prezydencie coś, czego nie powinienem mówić, skoro obdarza mnie zaufaniem.

– Nie musisz się martwić, Kindżale. Ja dochowuję tajemnicy. Znasz mnie przecież – składając tę deklarację Piotr poczuł się człowiekiem pełnowymiarowym, godnym szacunku. 

Odc. 55 Czwarty powrót 

Zanim Piotr rozkręcił swoje spotkania, uporządkował najpierw materiały niezbędne do ich prowadzenia, głównie notatki oraz zdjęcia. Notatki porządkował sam, nie potrzebował nikogo do pomocy. Zdjęcia stanowiły większe wyzwanie, było ich wiele, różnej jakości i nie były uporządkowane tematycznie.

Przeglądu zdjęć z wycieczki dokonał razem z rodziną. Najpierw oglądali zdjęcia z Nepalu. Na lotnisku w Katmandu z nudów fotografował siebie i innych podróżnych siedzących z opuszczonymi ze znużenia głowami lub rozciągniętych we śnie na ławkach i na podłodze. Były to sceny pełne uspokojenia i bezruchu: dwie turystki śpiące obok siebie na ławce jak zrośnięte głowami siostry syjamskie, mężczyzna z głową opartą o dużego psa leżącego przy jego boku na ławce oraz kobieta śpiąca z malutkim kotem pod pachą, przypominającym kłębek brązowo-białej włóczki zakończony wypustką różowego języka. Widoki te kontrastowały z pełnymi ruchu zdjęciami wykonanymi w centrum miasta, przed świątyniami, na rynku i na stacjach autobusowych.

Kiedy młodsza córka zapytała go, kim jest ten Hindus o jaśniejszej cerze, który pokazał się na kilku zdjęciach, Piotr zdał sobie sprawę, jak bardzo się zmienił w ciągu jednej egzotycznej podróży. Nie umiał sobie wytłumaczyć przemiany Europejczyka w Hindusa o smagłej cerze, nieco bardziej owalnej twarzy i większych, ciemnych oczach, w których czaiło się coś w rodzaju niepokoju.

Na spotkaniach w bibliotekach, szkołach, klubach podróżnika i podobnych miejscach zainteresowań egzotycznymi ludźmi i kulturami, opowiadał prawdziwe historie zdarzeń, jakich sam doświadczył oraz i scen, jakie widział, choć niektórzy uczestnicy spotkań uważali, że nie był ich bezpośrednim świadkiem. Tłumaczył to sobie tym, że chyba opowiadał o swoich przeżyciach w sposób sprawiający wrażenie, jakby relacjonował historie zaczerpnięte z życiorysów innych ludzi. W Klubie Świadomego Podróżnika spotkał się z takim sprzeciwem, że sam zwątpił w jedną ze swoich relacji. Było to zupełnie bezpodstawnie, ponieważ to, o czym mówił, miał wciąż jak żywe przed oczami: widoki, zapachy i kolory, ludzi,  małpkę na tle kamiennego postumentu, psa z żółtą plamą ma grzbiecie oraz krowę z kolorową chustą przewiązaną przez wychudłą szyję.

– Czego najbardziej panu brakowało w czasie podróży do Indii? – W Klubie Świadomego Podróżnika zapytano go po zakończeniu pokazu slajdów.

– Najbardziej to obrazów Indii współczesnych, bajecznie bogatego pałacu maharadży, wypełnionego luksusem, jego samego otulonego pozłacanym płaszczem, jego żon obwieszonych koliami klejnotów o wszystkich kolorach tęczy oraz bajecznych sal jego pałacu. Tego mi zabrakło. Zabrakło mi także bogatego dnia dzisiejszych Indii. Dzisiaj Hindusi nie mają na pokaz bogactwa, chwalą się tylko nędzą i deformacjami ciała i ducha.

– To prawda! – Piotr gotów był wykrzyknąć a następnie zaklinać się na Boga, nawet bić się z oponentami, gdyby ktokolwiek zakwestionował ten punkt widzenia na jego Indie a w pewnym stopniu także jego Nepal.

Wracając po raz czwarty do domu Piotr zachowywał się jak człowiek nieprzytomny, usilnie starając się zrozumieć, co się z nim dzieje oraz przypomnieć sobie, skąd przyjechał i dokąd zmierza. W głowie mu szumiało. Pamiętał, że na lotnisku ktoś go częstował napojem przywiezionym z Indii. Kiedy wyszedł przed budynek lotniska i  zastanawiał się, gdzie jest przystanek taksówek, usłyszał głos tuż obok siebie.

– Piotrze, jadę w tym samym kierunku. Mogę cię podrzucić. Była to kobieta z jego grupy, ale nie był w stanie rozpoznać która.

Jadąc z nią przeżywał znowu déjà vu. Pamiętał szczegóły poprzednich powrotów. Pierwszy raz były to koła pociągu a konkretnie lokomotywy, drugi raz koła taksówki i twarz taksówkarza, trzeci raz koła samolotu i pierwszy pilot, kapitan lotnictwa.

– Zawsze te cholerne koła i niewiele więcej – pomyślał zagubiony.

– Fortuna kołem się toczy – usłyszał głos kobiety za kierownicą. Uznał, że odczytuje jego myśli, lecz za nic nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Było mu głupio. Aby choć trochę rozładować niepokój, zadał najprostsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Dokąd my właściwie jedziemy?

– Do twego domu – odpowiedziała jak tylko można najkrócej.

– Dlaczego mówisz tak zwięźle, właściwie skrótami? – nie zamierzał zadać tego pytania, bo stawiało go w niekorzystnym świetle, ponadto było nieuprzejme a nawet obcesowe. Tym niemniej je zadał.

– Trzeba oszczędzać energię – wyjaśniła nieznajoma. – Jest zima a energia jest coraz droższa.

Kiedy to usłyszał, poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. 

Odc. 56 Miłosne sny 

Znalazłszy się w domu po kilku godzinach podróży, Piotr wrócił do przytomności. Tak mu się tylko wydawało, bo życie niby przewrotny chirurg siedzący gdzieś we wnętrzu głowy dokonywało zaskakujących korekt. Chodziło o erotyczne sny rodem z Indii i Nepalu, niezwykłe jak przepaści i szczyty Himalajów, jakie oglądał w czasie wycieczki z wynajętej awionetki.

Życie Piotra biegło teraz dwutorowo: w dzień spotykał się ze słuchaczami w bibliotekach i innych miejscach, by dzielić się niezwykłymi przeżyciami i wspomnieniami, w nocy zaś w skrytości sypialni prywatnie oddawał się czynom bezwstydnym i rozwiązłym. Były to orgie z udziałem przyjaciół z Grupy Trzynastej, postaci z Kamasutry oraz żywych rzeźb ze świątyń w Karadżaho. Aktorzy nocnego teatru wyginali się w erotycznym tańcu wykonując ruchy pełne lubieżności, wyuzdania i rozpusty.

Na początku coś powstrzymywało Piotra przed poddaniem się nęcącym słodkim szeptom, gestom i widokom ponętnych ciał. Dezorientowała go niepewność, jest czy nie jest żonaty, a kiedy przypomniał sobie, że jest, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Szczególnie wyraźnie zapamiętał scenę, kiedy w korowodzie kompletnej nagości w żółtoczerwonym autobusie pojawili się wszyscy uczestnicy wycieczki. Natychmiast rozpoznał towarzyszki podróży: Uśmiechniętą z ciałem bogini i oczami rozjaśnionymi płomieniem pożądania, Wizażystkę z powiekami zdobionymi miniaturkami złotobłękitnozielonych piór pawia, przypominających oczy, Wysoką z Kokiem, odważnie prężącą alabastrowe piersi i biodra.

Za kobietami pojawili się mężczyźni, wszyscy bez wyjątku obnoszący się dumnie ze swoją męskością: wysoki Szczepan z rozchylonymi na boki fałdami szlafroka, Kindżał trzymający w ręku wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet, Proteza dumnie prezentujący dwie zdrowe nogi, szokująco tłusty Inżynier, nagi jak osesek Fotograf z aparatem fotograficznym  w ręce, Darczyńca z emblematem Mistrza Różnych Ceremonii wymalowanym na włochatych piersiach, w końcu Rasputin z wielkim zdjęciem złączonych w miłosnym uścisku postaci z Pałacu Miłości w Karadżaho. 

Piotr poczuł się wyróżniony, kiedy rozbawione towarzystwo zaczęło podrzucać go do góry na prześcieradle, śpiewając mu „Sto lat miłości” i wykonując lubieżne, a zarazem pieszczotliwe i miłe gesty i ruchy. Nie było w tym nic niemiłego czy odrażającego; wręcz przeciwnie, wszystko sprawiało mu wielką radość.

Na początku myślał, że był to tylko sen. O tym, że był to fakt, a nie czczy wymysł wyposzczonego seksualnie organizmu, świadczyło prześcieradło. Rano było tak pomięte, jakby dla miłosnej wygody nieprzerwanie podkładano je pod plecy, głowę lub pośladki. Był jeszcze drugi niezbity dowód autentyczności przeżyć; kiedy się budził, niezwykle wyraźnie słyszał w uszach energiczny głos Przewo intonującego „Sto lat miłości”.

Nurzając się nocą w oparach wybujałej erotyki, każdego kolejnego ranka Piotr czuł się coraz bardziej zmęczony, uświadamiając sobie, że wszystko ma swoje granice, nawet najprzyjemniejsza perwersja. Trwało to dostatecznie długo, aby w końcu zapragnął otrząsnąć się z szalonej zabawy w Kamasutrę w towarzystwie przyjaciół z wycieczki.

Wieczorem położył się spać z postanowieniem, że nic mu się nie przyśni z wycieczkowo-hinduskiej erotyki. Dla pewności wcześniej przewietrzył pokój, nic nie jadł w ostatnich godzinach przed snem, nie oglądał telewizji i nie pracował przy komputerze. Tej nocy nic mu się nie śniło. Piotr odetchnął z ulgą.

– Udało się – pomyślał, wypoczęty i odświeżony, nie bez nutki żalu, że przeminęło coś, co jest niezwykle ulotne i piękne. Pocieszył się:

– Mam nadzieję, że jest to stan przejściowy, bo kto nie lubi głębokiej i satysfakcjonującej miłości.

Odc. 57 Pracowitość

Było to najbardziej pracowite lato w życiu Piotra Praktyka. Dwoił się i troił, jakby miał to już być koniec świata. Miał spotkania w dziesiątkach miejsc. Najpierw opowiadał o Indiach i Nepalu, ale w miarę upływu czasu coraz więcej o hinduskich bogach, bóstwach i ich wcieleniach. Stał się wziętym mówcą. Nie oznaczało to tylko przyjemności.

Któregoś dnia zatrzymał go na ulicy ksiądz katecheta, pamiętający go z czasów nauczania religii w szkole. Piotr nie kojarzył go sobie z nikim ani z niczym. Pomyślał, że ludzie w dojrzałym wieku starzeją się szybciej niż młodzi, w związku z czym księdzu było łatwiej zapamiętać Piotra niż jemu księdza.

– Co cię opętało, Piotrze? Jakiś egzotyczny szał religijny? Ty, umiarkowany bezbożnik, niespodziewanie podejmujesz się głoszenia chwały stwórcy świata. Ale jakim prawem mówisz o wyższości bogów hinduskich nad naszym Bogiem? Czy nie wydaje ci się to absurdem nie wspominając bezbożności?

Piotr – nie bez oporu zaciągnął katechetę do kawiarni, aby porozmawiać. Zaproponował mu drinka. Duchowny wzdragał się wypić, lecz niezbyt długo. Piotr zaoferował mu drugiego a następnie trzeciego drinka, co zostało przyjęte. Dostrzegając wyraz relaksu na rumianej twarzy rozmówcy Piotr uznał, że jest to najlepszy czas na laicki wykład na temat Boga.

– Bóg jest uniwersalny, ani krajowy ani hinduski. Istnieje w wielu postaciach. Nie w jednej ani w trzech, ale w setkach a może i tysiącach postaci. Gdyby ktoś zapytał księdza, ilu bogów tworzyło świat, ksiądz odpowiedziałby oczywiście, że jeden.

– Tylko jeden? – Zapytaliby Hindusi. – To niemożliwe!

Nastąpiła ożywiona dyskusja. Ksiądz otworzył się jak kwiat na wiosnę, mówił, był ożywiony. Zgodził się z kilkoma poglądami Piotra, większość krytykował i odrzucał. Zgodzili się tylko co do tego, że religijność społeczeństwa Nomadii schodzi na psy.

– Nomada w kościele przysięga ze łzami, że kocha bliźniego, ale kiedy wyjdzie na ulicę, to gotów niejednemu wbić nóż w plecy, a przynajmniej skopać – Piotr nie wahał się użyć mocnych słów, aby wyrazić swoja niechęć to takich postaw.

 – Przesadzasz, Piotrze, ale generalnie zgodzę się z tobą, że w kościele co drugi wierny mówi „tak, oczywiście wierzę w dobro, prawdę i miłość”, ale w domu, w pracy i na ulicy mówi „nie wierzę” a w najlepszym przypadku „Chciałbym w to wierzyć”. Nie wiem do czego zmierzamy jako społeczeństwo – Powiedziawszy to duchowny zasmucił się, po czym zamówił sobie drinka aby się pocieszyć.

Dyskusja toczyła nieprzerwanie cztery godziny, z przerwami na picie, chodzenie do toalety i raz na większy posiłek, przy którym katecheta miał więcej możliwości wyłożenia swoich poglądów. Ich rozmowa zakończyła się dopiero wtedy, kiedy już zamykano lokal. Na ogół dominował Piotr. Swoją ulubioną tezę powtórzył co najmniej pięć razy:

– Bóg jest uniwersalny a nie krajowy czy hinduski. Jest wielki, ale wielopostaciowy. Nie jeden i nie w trzech osobach, ale w tysiącach postaci.

Od dnia potkania z katecheta Piotr coraz bardziej rozkręcał się prowadząc prelekcje i pogadanki o wierze, bogach i religiach. Stały się one tak popularne, że po kilku tygodniach terminy spotkań były ustalane już z wyprzedzeniem kilku miesięcy. Piotr przygotowywał się do nich solidnie, starając się, aby nie robić tego z przesadą. Traktował je mniej jak wykłady czy uporządkowane prelekcje a więcej jak rozważania, dywagacje i wspomnienia na temat wiary w Boga i religii.

Przygotowując się do nich dużo ćwiczył, rozmawiał sam ze sobą, inscenizował sceny i symulował przebieg spotkań, obsadzając się w zależności od potrzeby w roli słuchacza, prelegenta lub osoby prowadzącej spotkanie. Zadawał sobie wówczas pytania, odpowiadał na nie, zaprzeczał, a nawet kluczył i gubił się na bagnach ignorancji lub niepewności, jak to się zdarza uczestnikom dyskusji na poważne tematy.

Był również przygotowany na najbardziej niewiarygodne scenariusze wydarzeń. Kiedy musiał ratować się przed wpadką, że czegoś ważnego nie wie lub nie pamięta, co najlepszemu mówcy może się zdarzyć, opowiadał kawał o świętym Antonim i lotniku, któremu spadochron się nie otworzył i który salwował się modlitwą do świętego o ratunek. Historia ta miała w sobie tyle dynamiki, że skutecznie odwracała uwagę słuchaczy.

– Tak samo jest z bogami w Indiach – przekonywał – kiedy ludzie zaskakują ich swoimi nieodpowiedzialnymi a często i szalonymi pomysłami, decyzjami i czynami. Duchowość Indii jest inna, jest nieporównanie bogatsza niż nasza. Ich bogowie są żywi, dynamiczni, bywają w dobrym lub złym nastroju. W hinduizmie bogowie i boginie mają wiele wspólnych cech z człowiekiem, co świadczy o wzajemnej bliskości.  

Wypowiadając te słowa Piotr pokazywał wielką tablicę przedstawiającą panteon najważniejszych hinduskich bogów, bogiń, bóstw oraz dobrych i złych demonów. Na szczycie piramidy stała trójka bogów: Brahma, Wisznu i Śiwa. Po chwili Piotr wygłaszał zaskakujący argument.

– Jesteśmy odmienni duchowo od Hindusów, ale jesteśmy tacy sami jeśli chodzi o konstrukcję serca i umysłu, prawdy i fałszu, dobra i zła. Jesteśmy Hindusami, podobnie jak oni są Nomadami.

Odc. 58 Spotkanie w sali wystawowej

Następnego roku lato w Nomadii zakończyła potężna burza, która skutecznie choć krótkotrwale oczyściła powietrze, nasyciła je ozonem i natchnęła ludzi energią. W sferze jej energetyzującego wpływu znalazł się także Piotr Praktyk. Poczuwszy nagły dopływ energii uznał, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozliczyć się z podróżą do Indii i Nepalu i wszystkim, co się z nią wiązało i kojarzyło. Wcześniej myślał, aby uczynić to jesienią, kiedy z drzew opadną liście i pejzaż będzie mu przypominać pustynię Thar w Radżastanie.

Z Grupą Trzynastą Piotr spotkał się najpierw na Skajpie. Zaaranżował to spotkanie, aby wzajemnie przypomnieć się sobie, zapytać, co słychać oraz umówić się na spotkanie w realu.

Spotkali się dwa tygodnie później w domu Kindżała, w sali mieszczącej ekspozycję sztyletów i noży bojowych. Wystrój pomieszczenia był typowy dla aranżacji wnętrz sprzed dwudziestu lat. Uwagę zwracał kasetonowy drewniany sufit oraz tynkowane ściany pokryte fakturą w stylu „ostrego baranka”. W każdym kasetonie mieściła się mroczna figurka świętego o twarzy znudzonego męczennika, co kontrastowało z ekspozycją jasno oświetlonych eksponatów białej broni.

Po pojawieniu się pierwszych pięciu członków Grupy Trzynastej, kiedy rozglądali się po sali, Kindżał, nie czekając na pozostałych, rozkładając zapraszająco ramiona wyjaśnił:

– Jest to moja najnowsza i najbogatsza ekspozycja broni białej. Dokupiłem kilka fantastycznych egzemplarzy. Łącznie jest ich tutaj trzydzieści sztuk. Teraz na wystawie są sztylety, kordziki, mizerykordie, puginały oraz noże bojowe.

– Masz tu tyle broni, że mógłbyś wyposażyć oddział desantowy do walki wręcz z terrorystami grożącymi wysadzeniem w powietrze nocnego pociągu pancernego.

Autorem tych słów był Darczyńca. Kindżał popatrzył na niego z uwagą i widocznie dojrzał w jego twarzy objawy pobudzenia alkoholowego lub narkotycznego, ponieważ zaśmiał się i odpowiedział:

– Masz rację. Jeśli zgodzisz się, to zaproponuję ciebie dowódcy oddziału jako nocnego przewodnika.

Kiedy już wszyscy się zebrali, na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo grupa się skurczyła i jak nierówno zmienili się jej członkowie. Po kilku latach niektórzy wyglądali jak świeżo ścięte gerbery, inni jak przeleżałe w ciemnicy bochenki chleba boleśnie pogryzione przez myszy. 

Nie o wszystkich było wiadome, co się z nimi stało. Niektórzy szukali szczęścia za granicą. Inżynier wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby tam ćwiczyć umiejętności zdalnej manipulacji hydrauliką w ramach nowatorskiego projektu „New Plumbing Virtual Reality”. Największą niespodziankę dostarczył przybyłym na zjazd Trzynastki Kantyna. Od kilku miesięcy przebywał w Indiach w Bangalurze, prowadził tam koło alkoholików anonimowych. Wszystko układało mu się bardzo dobrze, od czasu kiedy wyrwał się ze zgubnego nałogu, niszczącego wątrobę i gryzącego duszę, a stało się to dopiero po uzyskaniu rozwodu z żoną.

Wiadomość tę przekazał Darczyńca, jeszcze tęższy i niższy niż za czasów wyprawy do Indii i Nepalu. Na brzuchu miał torbę ze słodyczami, wyglądał jak podstarzały kangur dokarmiający dzikie wielbłądy na pustyni.

– Z Kantyną rozmawiałem telefonicznie. Sam zadzwonił do mnie. Przekazywał pozdrowienia dla wszystkich. Rozmawialiśmy o tym, jak udało mu się wyjść z nałogu. Mówił głównie o swojej żonie. Powiedział mi:

– Nie była to zła kobieta, lecz nękała mnie swoim ciągłym piłowaniem: Nie pij! Nie pij! Nie pij! Było to głupie, bo oboje wiedzieliśmy, że taka pomoc niczego nie załatwi, ponieważ nikt z rodziny nie może być psychoterapeutą dla drugiego członka rodziny. W moim przypadku to tylko dolewało oliwy do ognia zagubienia się w i tak już ognistym napoju.

– Co my wiemy o tym mieście? Tym Bangalurze? – zapytała Wysoka z Kokiem, jakby miało to jakiś sens. Wyglądała jakby była spokojniejsza, bardziej wyciszona, mniej bojowa, ale pozostała w niej dawna nieokiełznana wścibskość.

– Pies drapał Bangalur – mruknął pod nosem Kindżał, ale nie podjął tematu.

Piotr już wcześniej dokonał wstępnego rozrachunku z Indiami, Nepalem, Grupą Trzynastą i samym sobą. Chciał oderwać się od tych wspomnień, zapomnieć o nich. Zbyt często do niego wracały, tak jakby w nich koncentrowało się całe jego życie. Na spotkaniu dokonał ostatecznego podsumowania, jak buchalter, któremu wreszcie dodają się liczby w pionie i poziomie arkusza kalkulacyjnego. Wyznał szczerze dawnym towarzyszom podróży:

– Chcę o tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, zapomnieć, bo to mnie strasznie męczy, śni mi się po nocach. Najlepiej podróżować, kiedy jest się młodym, ponieważ wtedy w pełni odczuwa się temperaturę zdarzeń, serdeczniej odbiera otoczenie i patrzy na świat szeroko otwartymi oczami, żywo i świeżo jak dziecko. Z wiekiem oczy zwężają się zupełnie jak żyły i wzrok staje się bardziej niemrawy a umysł ponury, podobnie jak usposobienie i duch człowieka.

– To coś w rodzaju spowiedzi na łożu boleści, kiedy za oknem latają już nietoperze-wampiry, aby wyssać krew z umierającego – rzucił nonszalancko Kindżał, bawiąc się sztyletem przerzucanym z jednej dłoni do drugiej.

Wszyscy entuzjastycznie zgodzili się z Piotrem, zaprzeczając niejako jego przekonaniu, że z wiekiem duch w człowieku marnieje i zamiera, a co najmniej flaczeje.

Wspominając oczy dziecka, Piotr przypomniał sobie ciekawostkę, szczegół geograficzny. Żyjący w skórzanych jurtach Mongołowie uznają duże oczy kobiet z innych części świata za brzydkie, porównują je nawet do wyłupiastych oczu krowy. W cenie u mieszkańców tej surowej krajobrazowo i klimatycznie krainy są tylko oczy zwężone i ukośne. Jedynie te są dla nich piękne. Piotr powiedział to zebranym. Chwilę rozmawiali na ten temat.

– Niby jesteśmy tacy sami, a jakżeż jesteśmy różni – podsumowała Wizażystka.

– Kurwa mać! – głośno zaklął Kindżał. – A niech to nagła krew zaleje! Znowu się skaleczyłem. Zgadzam się z przedmówcą. Chyba rzeczywiście i ja dziadzieję.

Darczyńca uznał, że jest to koniec spotkania i wyciągnął z torby na brzuchu sławetne dzióbasy, aby rozlać do nich Indian Rye Vodka, koniak hinduski, który przewrotnie oznaczano na naklejce nazwą Hinduska Wódka Żytnia.

– To zmniejsza koszty cła – wyjaśnił Darczyńca, kiedy Rasputin zakwestionował sens takiej nazwy.

Sącząc alkohol, Piotr wciąż myślał o kobiecych oczach. Oczy stanowiły dla niego ważny atrybut jak i kryterium oceny piękna kobiety, jej twarzy i ciała, niezależnie od innych powabów. Myślenie o pięknie uspokoiło go na tyle, że tego dnia nie wrócił już do wspomnień nadzwyczajnej krótkości wyprawy do Indii i Nepalu, nawiedzającej go amnezji oraz prowadzących donikąd dyskusji o istotach wyższych, których nikt nie rozumiał i nie zrozumie.

Michael Tequila
Gdańsk, 19 lutego 2021

0Shares

Dyktator. Powieść. Odc. 1- 34.

Odc. 1

Towarzystwo Różańcowe Dnia Powszedniego zanotowało w swoim rejestrze nowe osoby. Pod numerami 1215 i 1216 zapisano po raz pierwszy w jego historii dwóch mężczyzn. Prosili, aby nie ujawniać ich nazwisk.

– To zmiana pokoleniowa i obyczajowa i wolimy poczekać, aby dokonała się w pełni. Jeśli ogłosicie teraz nasze nazwiska to będziemy regularnie obrzucani błotem i wyzywani od degeneratów. Wielu mieszkańców naszego miasteczka jest wciąż przeciwnych, aby mężczyźni wchodzili w tradycyjne role kobiet. To nie jest dobrze widziane.

Idąca z tyłu przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, zwana Czarną Izabellą, zauważyła, że nowi członkowie czule ścisnęli sobie dłonie w wąskim przejściu korytarza prowadzącego do kaplicy, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie z ich udziałem. Nie podzieliła się tym z nikim, ponieważ i jej zdarzało się szukać pieszczoty dłoni innej kobiety w dyskrecji zaciemnionego korytarza, samotni leśnej, a nawet sypialni. Wspominała te momenty z rozrzewnieniem. 

Lista członków Towarzystwa Różańcowego była długa; figurowały w niej  także nazwiska członków niegdysiejszych, dawno już zmarłych, jak i tych, co opuścili miasteczko w poszukiwaniu lepszego życia.

– Przywiązanie do tradycji jest obok pobożności, szczerej modlitwy, śpiewu i poczucia bliskości Boga naszą najmocniejszą cechą – Czarna Iza lubiła podkreślać więzi łączące organizację prowadzoną przez nią od piętnastu lat.

Czas towarzystwa różańcowego wypełniony był pracą na rzecz kobiet, które pobłądziły; niezamężnych matek z dziećmi, alkoholiczek, narkomanek, kobiet bezdomnych. Dla ich wspomożenia codziennie odmawiały dodatkowe dziesięciolecie różańca. Dwa razy w roku panie różańcowe prowadziły sprzedaż wypieków na wspomożenie kościoła. Ojciec Adalbert, opiekun świątyni, był im za to szczerze wdzięczny, gdyż parafia należała do biedniejszych w diecezji.

Odc. 2

Burmistrz Piotr Rafael przebywał w domu na przymusowym odwyku zarządzonym przez żonę, kiedy dopadł go wirus Quagga. Jak to się stało, że się zaraził przebywając w odosobnieniu, przerastało wyobrażenie doktora Brosa. Stan zakaźny burmistrza doktor odkrył podczas rutynowego badania w domu pacjenta.

Rafael miał dużo wolnego czasu i czuł się na tyle dobrze, aby zainteresować się wirusem. Dotychczas go ignorował wypowiadając się sceptycznie o epidemii, jej przyczynach i skutkach. Uważał, że pierwotnym źródłem zakażeń jest niedostatek higieny.

– Brud jest źródłem zła tak powszechnym, że możemy spokojnie uznać go również za przyczynę wirusa. Osobiście nie wierzę w bakcyle i zarazki, bo ich nigdy nie widziałem na oczy, i nie zamierzam nosić maseczki czy rękawiczek ochronnych.

Pierwszej lekcji o wirusie i epidemii dziesiątkującej mieszkańców miasta  udzielił mu doktor Bros. Wiedział więcej niż inni lekarze. Śledził najnowsze osiągnięcia naukowe i utrzymywał szerokie kontakty w świecie medycyny. 

– Wirus i wywołana przez niego epidemia to poważna sprawa. Nazwa wirusa pochodzi od ukrytej w dżungli Afryki Równikowej wsi Quagga, gdzie pojawił się on po raz pierwszy. O istnieniu samej miejscowości, a przy okazji o tajnym laboratorium medycznym, które tam istnieje, świat nigdy by się nie dowiedział, gdyby wirus – dotychczas uśpiony na  okolicznych bagnach – nie rozprzestrzenił się. Prawdopodobnie przeniosły go łopaty wirnika helikoptera dostarczającego do laboratorium pocztę, sprzęt, materiały zaopatrzeniowe i ludzi na wymianę. Są podejrzenia, że wirus powstał w laboratorium.

Na wiadomość o zakażeniu burmistrza wirusem, notable miasteczka przysłali mu telegramy z wyrazami współczucia, życząc szybkiego powrotu do zdrowia. Życzeniami zaskoczył go Cukor, zwany Cezarem, niezwykle wpływowy obywatel miasteczka, o którym było wiadome, że nie przepada za burmistrzem. Zorientowany w sekretnych sprawach  społeczności Ojciec Albert powiedział swojej gospodyni:

– Cezar korzysta z usług burmistrza, ale uważa go na osobę niepewną i niezrównoważoną emocjonalnie. Takie jest życie.

– Ojciec wie to najlepiej, bo jest spowiednikiem i zna ludzi od podszewki – odpowiedziała gosposia, przygotowując na obiad kukurydziane arepas, ulubione danie duchownego, zaspokajające głód i łagodzące pragnienie. Rzadko to czyniła, ponieważ Ojciec Albert lubił sam sobie gotować. 

Na stoliku w sypialni burmistrza leżał otwarty telegram; doktor Bros mimo woli przeczytał jego treść, kiedy burmistrz wyszedł do kuchni po szklankę wody. 

– Życzę Panu, Drogi Burmistrzu, szybkiego i skutecznego wyzbycia się tej zarazy, a przy okazji długich lat życia oraz wielu błogosławieństw bożych. Z poważaniem, Leon Cukor.

Po powrocie do domu doktor podzielił się z żoną swoimi wątpliwościami.

– Nie wiem, czy Cezar życzył burmistrzowi wyjścia z alkoholizmu czy też z zakażenia wirusem. Tak czy inaczej, nie były to miłe życzenia. Nie jestem także pewien, czy burmistrz zrozumiał aluzję nadawcy. Czasem wydaje mi się, że nie jest zbyt lotny. Nie jestem też pewien, czy nie jest to typ  służalca, co lgnie do ludzi wpływowych. Z wdzięczności za poparcie w wyborach na stanowisko burmistrza gotów byłby wejść Cezarowi w …. – Doktor nie zdążył dokończyć zdania; silniejszy powiew zbliżającej się burzy rozwarł drzwi mieszkania na oścież zmuszając go do interwencji.

– Wysoka wilgotność i nasilający się wiatr to symptomy zbliżającej się pory mokrej. Znowu ludzie pogrążą się w smutku a ja będę mieć więcej roboty.  – mruknął z niechęcią doktor, zapominając o telegramie, burmistrzu i Cezarze.

Pora wilgotna miała dać się we znaki nie tylko jemu. Wszyscy mieszkańcy miasteczka myśleli z niepokojem o powodzi i epidemii wirusa Quagga.

Odc. 3

Wirus niezmordowanie zbierał żniwo. Tuż po rozpoczęciu roku szkolnego odszedł nagle pryncypał szkoły średniej. Poszukiwano następcy. Spośród kandydatów na stanowisko wyróżniał się Igor Makara, mężczyzna o mocnym karku i smutnym obliczu świętego, jakie widuje się na obrazach w kruchtach kościelnych. Wychowany przez siostry zakonne miał surowe poglądy.

– Ale wyważone i sprawiedliwe – podkreślali jego zwolennicy. – Takich ludzi jest bardzo mało, tym bardziej należy go cenić a nie krytykować.

Kandydat Makara koncentrował się sprawach ważnych dla edukacji, szkoły i miasteczka: dzieciach, matkach, wychowaniu, obowiązkach rodzicielskich i patriotycznych. Jego kandydaturę przedstawił Cezar a poparły czołowe osobistości miasteczka. Dwa dni później magistrat zatwierdził kandydata i wyznaczył dzień jego uroczystego zaprzysiężenia. Zanim to nastąpiło, Makara przemówił do mieszkańców miasteczka zebranych przed szkołą na ulicy Przyleśnej. Mówił wyraźnie i zdecydowanie, powołując się na Boga i moralne obowiązki, jakie nałożył on na ludzkość, szczególnie na kobiety.

– Miejsce niewiasty jest w domu. Jej główną powinnością jest zawarcie związku małżeńskiego i wydawanie na świat dzieci. Im wcześniej tym lepiej. W krajach arabskich dziewczynki wychodzą za mąż już w wieku czternastu lat. U nas niestety później. 

Kobiety nazywał ukochanymi matkami i siostrami, dawał przykłady męstwa Joanny d’Arc, w końcu przywołał historyczny przykład niewiasty kobiety, która urodziła ponad sześćdziesięcioro dzieci.

– To nie jest możliwe – krzyczano.

– Jest możliwe, bo były to także ciąże mnogie – na dowód czego kandydat zacytował źródło historii medycyny.

Przed trybuną, skąd przemawiał, falował niespokojnie tłum przeciwników jego nominacji.

– Popierasz tych, co chcą mówić nam, jak mamy żyć. Niedoczekanie wasze! – krzyczano ze wszystkich stron. – Nie możecie decydować o wszystkim. Uzurpujecie sobie prawo do naszej przyszłości. Nadajesz się na woziwodę, a nie na pryncypała szkoły. Tu chodzi o nasze dzieci i naszą przyszłość. Taki pryncypał to tragedia dla edukacji. Nie może być na to naszej zgody!

W obronie dyrektora wystąpiły – oprócz Cukora i innych znanych osobistości  – także Koło Pobożnych Matron i Loża Masońska. Ojciec Albert zorganizował nabożeństwo w intencji nowego dyrektora, na które zaprosił także przedstawicieli innych religii, życzliwych kandydaturze Makary. Na nabożeństwie stali w pierwszym rzędzie razem z Cezarem i innymi osobistości miasta. Kobiet było niewiele. Wyróżniała się Czarna Iza, przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, ubrana w długą suknię z czarnej koronki.

– Wygląda jak wdowa po mężu, na którego śmierć czekała już od zamążpójścia – szepnęła Sandra, żona burmistrza, do stojącej obok przyjaciółki. 

Mężczyźni byli w ciemnych garniturach i w krawatach, z wyczyszczonymi na połysk butami, niektórzy z odznaczeniami na piersiach. Ojciec Albert wypowiadał się z szacunkiem i życzliwie za kandydatem, nie nachalnie, ale z przekonaniem, przedstawiając w tle zdarzenia i postacie biblijne. Mówił o Arce Noego, przerwanej płodności żony Lota, którą Bóg zamienił w słup soli za karę, że nie poszła z mężem do sypialni, tak jak prosił, tylko oglądała się za siebie.

Ojciec Albert przewodził procesji. Miał na sobie odświętną szatę w złotozielone wzory aniołów ze złotymi trąbkami. Szedł powoli pod baldachimem niesionym na zmianę przez Cezara, burmistrza, komendanta, plenipotenta, doktora Brosa, pocztmistrza i kilka innych, pomniejszych osobistości. W procesji uczestniczył także Henry Penryt, Hindus, reprezentujący mniejszość etniczną, poza tym dentysta oraz właściciel Telewizji Tuba. 

Kandydat nie zdążył podjąć obowiązków. W nocy przed zaprzysiężeniem przez burmistrza, mającym mu wręczyć symboliczne oznaki władzy szkolnej, rózgę, pióro i książkę, okazało się, że został ukąszony przez komara roznoszącego wirusy Quagga. To go przykuło go do łoża boleści.

Odc. 4

Od nadejścia pory deszczowej epidemia wirusa Quagga zabierała coraz więcej ofiar. Wielkie karawany pogrzebowe woziły ciała na cmentarz nocą. Ale ludzie i tak je widzieli. Kłopoty miasteczka nawarstwiały się tworząc łańcuchy i piramidy nieszczęść. Ludzie przestali myśleć o najbliższym otoczeniu, jakby straciło ono dla nich jakąkolwiek wartość. Cierpiały na tym zieleńce, parki miejskie, rzeka oraz okoliczne lasy i jeziora.

– To już nie jest zaśmiecanie, to morderstwo natury. Aż wstyd, że robią to nasi sąsiedzi, znajomi a może nawet rodzina, egoiści, którym brud moralny wychodzi z butów szybciej niż słoma, na jakiej się urodzili. Nasze lasy i rzeka są coraz bardziej zaświnione.

Były to słowa Trinity, gospodyni Ojca. Zdziwiły go, bo nie były do niej podobne. Nigdy nie używała takich słów ani nie była tak radykalna. Domyślał się, że ktoś ją nakręcił.

W obronie środowiska naturalnego demonstrowała już tylko młodzież i organizacje zielonych. Ich oburzenie nikogo nie interesowało. Tak to czuli. Dlatego szukali sprzymierzeńców i pomocy. Ich delegacja spotkała się drugi raz z Ojcem Albertem. Wierzyli, że im pomoże, choć był osobą bardzo konserwatywną. Chcieli go prosić, aby interweniował. Był kapłanem i znał wszystkich, jego słowa znaczyły więcej.

Przemówił Aleks, krewki młodzieniec o żywych, dziecięcych oczach, sypiącym się wąsie i włosach opadających na ramiona. Przypominał dużego nieopierzonego kurczaka.

– Niech Ojciec przemówi ludziom, tym brudasom, do sumienia. Przecież roślinność, woda, zwierzęta, ptaki i cała masa innych istot żywych to twory boskie, nie ludzkie. Może zrozumieją.

Ojciec Albert wysłuchał petycji z uwagą. Sprawa była poważniejsza niż myślał. Wypomniano mu, że on też o tym wiedział i nic nie zrobił, aby wykorzenić zło. W duchu przyznawał im rację. Chodziło nie tylko o zanieczyszczanie środowiska. Ludzie wycinali bez pozwolenia drzewa i budowali domy bez urzędowych zezwoleń. Było w tym przekupstwo, nadużywanie władzy i korzystanie z nienależnych przywilejów. Najgorsze było to, że winni byli ludzie Cezara, człowieka wyjątkowo wpływowego. Miał wielki majątek i mógł każdemu załatwić lukratywną pracę, korumpując ludzi, aby sprzeniewierzyli się własnemu sumieniu. Wielu mieszkańców wiedziało o nadużyciach, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos, gdyż chodziło o ludzi najbardziej wpływowych. Ojciec Albert znał ich wszystkich, chrzcił ich dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach ich bliskich oraz w rodzinnych uroczystościach.

Zdecydował się zabrać publicznie głos dopiero wtedy, kiedy Alex mruknął do swoich towarzyszy.

– Będziemy musieli coś podpalić. Jak spłonie dom lub kilka samochodów, może wtedy coś zrozumieją.

Potakiwano mu głowami. Dla Ojca Alberta był to znak, że żarząca się w nich anarchia ujawni się w czynach, jeśli on ich nie powstrzyma.

– Dobrze – powiedział mocniejszym głosem niż zamierzał. Zrozumiał, że jeśli nic się nie zmieni, w miasteczku wybuchną niepokoje. Przypomniał sobie czasy wojny domowej, kiedy ludzie stojący po przeciwnej stronie barykady ideologicznej wyrzynali się nawzajem.

W kościele były dwie ambony. Ta z lepszym nagłośnieniem była ładniejsza i wygodniejsza ale niska. Elektryk mieszkający w sąsiedztwie kościoła przemontował nagłośnienie na wyższą. Był zadowolony ze swojej roboty.

– Teraz będzie Ojciec przemawiać jak Mojżesz z Góry Synaj, w wielką mocą.

W niedzielę Ojciec Albert, sześćdziesięcioletni mężczyzna o radośnie okrągłym obliczu i charakterze umiarkowanego choleryka, przemówił. Zgromadzeni w kościele nie poznali go, jego niezwykłej kaznodziejskiej perswazji.

– Moje słowa kieruję do grzeszników, naszych współbraci, którzy błądzą okazując pogardę temu, co Bóg stworzył dla wszystkich żywych istot. Idea miłości bliźniego upadła na pysk. Nawet ludzie bogaci, może i ci najbogatsi, których stać dziesięciokrotnie na zapłacenie za wywóz śmieci, wyrzucają do lasu i do rzeki nie tylko butelki ale i stare opony, sedesy, meble, kafelki podłogowe i gruz budowlany. A przecież w lasach i wodach żyją zwierzęta i ptaki, nasi bracia mniejsi! Mówił o tym wielokrotnie Święty Franciszek z Asyżu, ale wy o tym zapomnieliście. A może nie zapomnieliście, tylko ignorujecie Świętego Franciszka, patrona naszego miasteczka? Zapominacie go, oraz przykazania boskie, bliskie jego sercu. To co jest dla was świętością?

Po nabraniu oddechu kapłan kontynuował.

– To nie wszystko. Chodzi też o łamanie prawa, korupcję i nadużycia władzy. Pohamujcie się, bracia i siostry, od zła, jakie czynicie. Mamy trudne czasy, epidemię wirusa i prawdziwe powodzie, i nie musimy dodawać do nieszczęścia podłych czynów.

– Wyszedł z ojca prawdziwy kaznodzieja – gratulowali mu wierni po zakończeniu nabożeństwa. – Tak trzeba było; przemówić z sercem do robaczywych sumień.

Gotowość naprawy społeczeństwa przetrwała kilkanaście dni; nie można było nic zrobić, gdyż z nieba nieprzerwanie padał deszcz. Kiedy zza chmur pojawiło się słońce, ludzie żartowali:

– To tylko po to, abyśmy wyraźniej widzieli klęskę.

Woda wypełniła koryto rzeki, okoliczne zalewiska, połowę piwnic i wszystkie dziury w mieście. Czekano na jej opadnięcie.

Kiedy przebrzmiały echa kaznodziejskiego zrywu, Ojciec Albert patrzył już na zło łagodniej, z pewną dozą optymizmu.

– Pan Bóg nie zapomniał nas, po prostu tylko przejściowo nas przeklął zsyłając wirusa i obfite deszcze – lamentował, kiedy spotkał doktora Brosa, mającego akurat chęć i czas, aby wysłuchać tyrady na temat czasów i moralności.

Narzekanie na upadek obyczajów najlepiej wychodziło mu rano, kiedy otwierał drzwi kościoła pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, i wieczorem, kiedy je zamykał. Był to rytuał, którego nie złamał w ciągu wieloletniej posługi, nawet w czasie choroby. Gorączka o mało co nie zabiła go wtedy rzucając na drzwi świątyni bogato zdobione miedzianymi ćwiekami.

Doktor Bros, ubrany w biały uniform lekarski, o nieokreślonej twarzy pozostającej w cieniu pokaźnego nosa, alfa i omega zdrowia publicznego, słuchał Ojca Alberta z uwagą. Uważał go za dobrego obserwatora,  człowieka zorientowanego w zawiłościach ludzkich losów.

– Ludzie przestali myśleć o bliźnich, nawet o sobie. Stali się egoistami prowadzącymi życie bez korzyści dla kogokolwiek. Zamożność i postęp stępiły ich wrażliwość. Mężczyźni myślą teraz jak kobiety, a kobiety jak mężczyźni. Nie wróży to nic dobrego. Nie dziwi mnie to jednak, gdyż wiem, że wyroki boskie są niezbadane – niejednoznacznie zakończył Ojciec Albert, jedyny człowiek łączący ludzi wszystkich wyznań, włącznie z klarobaptystami i cichowiercami.

Odc. 5

W pierwszej dekadzie października wykresy zachorowań, wyzdrowień i zgonów z powodu wirusa Quagga nieprzerwanie szły w górę. Oczekiwane przesilenie nie następowało. Nocą słychać było syreny pogotowia ratunkowego.

– Dlaczego oni używają syren nocą? Przecież o tej porze nie ma ruchu na ulicach! Chciałbym wypocząć po tygodniu ciężkiej pracy – denerwował się Józef Egipski, właściciel supermarketu z artykułami pierwszej potrzeby, aptekarz z zawodu. Był zmęczony po tygodniu wyczerpującej pracy. Najwięcej zajęcia miał w dziale sprzedaży artykułów farmaceutycznych, nie wymagających recepty, oraz drogeryjnych, związanych z ochroną przeciwwirusową. 

W niedzielę po południu burmistrz zadzwonił do żony. Wciąż był w magistracie, pracował. Czuł się rozdarty między obowiązkami męża a urzędowymi. Martwił się też oskarżeniami, że przedwcześnie zapowiedział zwycięstwo nad wirusem. Myślał o sytuacji, kiedy będzie musiał przyznać się do tego i przeprosić mieszkańców miasta. Żądali tego głośno jego przeciwnicy i część mediów. 

– Przepraszam cię, Sandro, ale dzisiaj będę nocować w pokoju gościnnym w magistracie. Mamy huk pracy i muszę…

– Co wy tam robicie w niedzielę? – przerwała niecierpliwie żona. Jego coraz częstsza nieobecność w domu wywoływała w niej podejrzenia, że ma kochankę. Nie miała jednak dowodów, że tak jest w istocie. Nie pozostawało to bez wpływu na jej samopoczucie. Od czasu wybuchu epidemii przybrała na wadze do tego stopnia, że koleżanki sobie z niej dworowały.

– Jakoś tak wyładniałaś, Sandro. Ta czerwona sukienka leży na tobie bez najmniejszej zmarszczki. Doskonale w niej wyglądasz, a na pewno jeszcze lepiej bez sukienki. Jak na obrazie „Maja naga” Francisco Goji.

Dla niej nie był to temat do żartów. Jej rozmyślania przerwał głos męża. Brzmiał trochę ochryple, tak że pomyślała, że pił alkohol.

– Uczestniczę w naradach i dyskusjach. Analizujemy przyczyny nagłego wzrostu zachorowań epidemicznych i szukamy rozwiązań – wyjaśniał cierpliwie. – Pracy jest taka masa, że po prostu nie daję rady. Dlatego do pomocy zaprosiłem doktora Brosa. Wyobraź sobie, że odmówił. Powiedział, że ma aż nadto obowiązków. Musiałem go przekonywać. Dopiero kiedy zaapelowałem do jego sumienia i patriotyzmu, zgodził się.

– Ty i ten twój dobroczyńca Cezar to tylko wciąż o wierze, tradycji i patriotyzmie! Na mózg wam padło. To nie jest tylko moja opinia, ale połowy miasta. Moglibyście wreszcie nabrać umiaru. Jeśli nie wy wszyscy, to przynajmniej ty.

Burmistrz nie sprzeciwiał się krytyce żony. Był zadowolony, że nie oponowała, że pozostanie w magistracie na noc. Zanim pożegnał się, dodał:

– Wierz mi, że ja i mój gabinet robimy bokami, aby wreszcie stłumić tę parszywą epidemię. Dwa razy dziennie występuję w telewizji i ogłaszam nowe instrukcje, wytyczne i inicjatywy rządu.

– Może dlatego, że zafajdaliście sprawę nie robiąc dostatecznie dużo lub robiąc rzeczy niewłaściwe. Mnie nie musisz wciskać propagandy, bo obracam się wśród ludzi i wiem, jak was oceniają. Znam wasze hasła: Mamy wielkie osiągnięcia! W innych miastach jest gorzej! Popatrzcie na statystykę! Zwiększamy ilość łóżek w szpitalach zakaźnych. Pamiętajcie o kwarantannie. Będziemy karać za nienoszenie maseczek. Ogłaszamy strefy zagrożeń; pokoloruj je sobie, jeśli chcesz. Chyba to wystarczy?

Burmistrz ucieszył się, że żona wyrzuciła z siebie tyle złej energii. Bał się, że zacznie się domyślać się, że znalazł sobie kochankę, z którą spotykał się wieczorem w swoim gabinecie.

Mimo zachęt ze strony magistratu do ograniczenia kontaktów towarzyskich i rodzinnych oraz ostrzeżeń doktora Brosa i innych lekarzy, jak niebezpieczny jest wirus Quagga, mieszkańcy miasta nie zmieniali trybu życia, spotykali się towarzysko, odwiedzali restauracje i bawili.

Doktor interweniował przemawiając do rozumu, ilekroć był świadkiem niestosownych zachowań.

– Skaranie boskie z wami. Jesteście młodzi i silni. Wielu was dobrze znam, niektórych przyjmowałem nawet na świat od waszych świętych matek. Niby inteligentni i rozsądni, ogłupieliście i gromadzicie się stadnie jak zwierzęta. Dotykacie się, obejmujecie, rozmawiacie, śpiewacie i krzyczycie do siebie, jakby zwykle słowa nie wystarczały.

Doktor wszedł do gabinetu burmistrza bez czapki, z rozwichrzonymi włosami i rozchylonym płaszczem. Pantofle nieczyszczone od kilku dni pokrywała warstwa szarego kurzu i błota, widoczny pod płaszczem biały fartuch wyraźnie stracił świeżość. Odezwał się już w progu.

– Ci młodzi ludzie chyba oszaleli. Spacerują po ulicach i gromadzą się w miejscach publicznych jakby to był czas niefrasobliwych wakacji. Maseczki najczęściej nie noszą, w najlepszym wypadku trzymają ją w kieszeni, w najgorszym wyrzucają do kosza lub w krzaki. Kiedy wychodzą z psami na spacer, te rozpoznają je po zapachu, wyciągają i roznoszą po parku. Ci ludzie nie rozumieją, że kiedy krzyczą lub śpiewają, wirus rozchodzi się znacznie dalej. W takim wypadku dystans społeczny nawet pięciu metrów nie wystarczy. Do ich obnażonych i spoconych rąk oraz twarzy wirusy kleją się jak błoto do karoserii samochodu. Im to nie przeszkadza. Sami nie chorują, tylko zarażają osoby starsze, własnych rodziców i dziadków. Co to za młodzież!

Tego dnia doktor niewiele pomógł burmistrzowi. Po kilku minutach oświadczył:

– Co ja będę panu i pańskim ludziom tłumaczyć, jak wy i tak to wszystko wiecie. Tu trzeba przykręcić śrubę mieszkańcom. Karać za nieprzestrzeganie zaleceń i wsadzać do więzienia. Wiem co to jest epidemia, dlatego chętnie kazałbym nawet rozstrzeliwać! – doktor popadł w nastrój niezdrowego podniecenia.

– Jest zmęczony albo pijany. Albo nie mógł wytrzymać napięcia i się narkotyzuje – pomyślał burmistrz. Nacisnął przycisk na biurku wzywając strażnika pilnującego wejścia do biura. Wyszedł mu naprzeciw, aby udzielić instrukcji.

– Niech pan pomoże doktorowi wyjść na świeże powietrze. Poczuł się słabo chyba z wyczerpania. I proszę wezwać do mnie tę nową sekretarkę i nie wpuszczać nikogo do mojego gabinetu. Muszę jej podyktować ważne komunikaty do przygotowania. W końcu musimy zwalczyć tę epidemię.

Po odejściu strażnika burmistrz wyjął telefon komórkowy i wykręcił numer Cezara. Przedstawił mu krótki raport o sytuacji epidemiologicznej.

– Musimy się spotkać i ustalić strategię postępowania. Inaczej wirus pogrzebie nas wszystkich. Szpitale zapełniają się stopniowo. Wkrótce pacjenci będą rywalizować o miejsca, respiratory i usługi lekarzy. To będzie pandemonium.

Głos z drugiej strony wyjaśniał coś przez minutę. Kiedy skończył, burmistrz zastanowił się, po czym odpowiedział.

 – Proszę mnie zawiadomić, kiedy będzie pan gotowy. Jestem na pańskie polecenia. Przyjadę, jak tylko pan mnie wezwie.

Od czasu wyboru burmistrza, decyzje magistratu zapadały w gabinecie Cezara. Była to cicha ale skuteczna współpraca. Zaczęła się znacznie wcześniej.

Odc 6

Wraz z porą deszczową nadeszła nowa fala epidemii. Rzeka i wirus jakby się zmówiły, pojawiając się razem, aby gnębić ludzi.

Pamiętny dzień rozpoczął się tak zwyczajnie, jakby było to wpisane w porządek świata.  Ranek był dżdżysty, potem rozpadało się na dobre, w końcu przyszła ulewa, która przerodziła się w oberwanie chmury. Niebo zwaliło się na ziemię miliardami ton wody. Jak zanotowały punkty pomiarowe lokalnej stacji meteorologicznej na każdy metr kwadratowy spadła tona deszczu. To wyjątkowe zdarzenie pozostało w pamięci mieszkańców miasta jako Dzień Wielkiej Wody.

W pierwszej kolejności fala powodziowa zmyła barki, łodzie i domy pływające zakotwiczone w porcie rzecznym, pędząc je jak bydło w dół rzeki, ku oceanowi. Większość jednostek znikła bezpowrotnie; poszła na dno albo zbłądziła gdzieś w chaszcze, aby zgnić w mrocznej samotności, albo została rozkradziona.

W miarę podnoszenia się poziomu wody w rzece, ludzie przenosili się z dobytkiem na wyżej położone obszary. Władze miasta udostępniły nieszczęśnikom teren kempingu, dostarczając także namioty i obiecując podłączyć „jak tylko można najszybciej” wodę i instalacje sanitarne. Rozmiar i gwałtowność powodzi zaskoczyły wszystkich, najbardziej zaś geometrę. Kiedy ludzie budowali domy i on wykonywał pomiary, robił z właścicielami działek zakłady, rodzaj ubezpieczenia, do jakiego poziomu powódź nigdy nie dojdzie. Chodziło o to, aby czuli się bezpieczni.

Nad wzbierającą rzeką zbierały się grupki ludzi. Zachowywali się różnie; niektórzy pomstowali, inni milczeli lub odchodzili, aby nie być świadkami rodzącej się klęski.

– Przeklinanie nic nie da. Rzeka i ludzki los nie zależą od człowieka. To kara boska za nasze grzechy. Nadchodzi niespodziewanie jak grom z jasnego nieba.

Komentarz Ojca Alberta nie we wszystkich wzbudził entuzjazm, mimo życzliwości, jaką go darzyli.

W przeddzień powodzi otwarto klub Ero. Była to instytucja prywatna, zastrzeżona wyłącznie dla mężczyzn. Jak się potem okazało, także dla kobiet, chociaż tych było bardzo mało. Zdarzenie od początku otoczone było tajemnicą. Było to miejsce wyłącznie dla wybrańców, którzy otrzymali zaproszenia na jego otwarcie. Kto to był imiennie nie było wiadome. Obowiązywała tajemnica; nikt zresztą nie spodziewał się niczego innego zważywszy na nazwę klubu.

Budynek klubu, kolumnami na froncie przypominający wiejską rezydencję z okolic Neapolu, był usytuowany w północnej, górnej części miasta. Były to dzielnice zamieszkałe przez osoby uprzywilejowane przez los, właścicieli fabryk, majątków ziemskich, odziedziczonych fortun jak i posiadłości zdobytych ciężką pracą. Większość notabli miasta miała tu swoje domy, z wyjątkiem tych, którzy dopiero rozpoczynali karierę zawodową, aby się dorobić.

Zaproszeni na otwarcie „Ero” zjawili się w maseczkach i ubiorach stylizowanych na postacie historyczne i nie tylko. Każdy z uczestników miał przypiętą na piersi złotą przywieszkę identyfikacyjną. Niektóre nazwy brzmiały raczej pretensjonalnie, sugerując dużo więcej niż postura i zachowanie osoby noszącej maseczkę i przywieszkę. W oczy rzucała się Mała Dama. W istocie rzeczy była to postać raczej rosła, proporcjonalnie zbudowana, posturą przypominająca lekkoatletę. Głos dochodzący zza maseczki był trudny do określenia, zbyt chrapliwy jak na kobietę i zbyt wysoki jak na mężczyznę. Większość gości sądziła, że to niewiasta, dopóki nie podciągnęła ona sukienki i nie podrapała się po goleni porośniętej gęstym męskim włosem.

– Aksamitny mężczyzna – skomentował jeden z gości. Po mocnym, przepitym głosie rozpoznano, że był to doktor Bros.

O Małej Damie szybko zapomniano z nadmiaru wrażeń. Dostarczyły ich wykwintna kolacja z szampanem, wyśmienite lody i napoje na deser, w końcu sztuczne ognie. Cały czas zebranym towarzyszyła muzyka kameralna w wykonaniu nieznanego zespołu.

Następnego dnia w mieście, jeszcze przed ujawnieniem się w pełni mocy powodzi, na temat klubu krążyły już pogłoski, plotki i domysły, bo nikt nie znał prawdy. Ci co ją prawdopodobnie znali, trzymali język za zębami. Wszyscy pracownicy klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy.

W rozmowach i dyskusjach było więcej pytań niż odpowiedzi. Co do jednego panowała zgodność, że członkami klubu jest mała grupa uprzywilejowanych mieszkańców miasta. Dyskutujący nie powstrzymali się od złośliwości. Przez niejednego przemawiała zazdrość.

– To chyba klub erotyczny?

– A może to klub samotnych serc? Albo gorzej, klub samca!

– Chyba raczej klub samotnych mężczyzn. Takich u nas nie brakuje, bo ludzie dzisiaj chętniej się rozwodzą niż żenią czy wychodzą za mąż – komentowały między sobą panie z Koła Pobożnych Matron, nie szczędząc języka na opisanie Sodomy i Gomory, jaka miała ogarnąć miasto.

Odc 7 

Najlepiej zorientowani w sprawach Klubu „Ero” wydawali się być taksówkarze dowożący gości, był jednak problem z ich wiarygodnością. Ojciec Albert, spowiednik i powiernik setek wiernych, zazwyczaj dobrze wtajemniczony w intymne sprawy miasta, tym razem wiedział mniej niż organista.

– Taksówkarze, dziś nimi są głównie obcokrajowcy, to naciągacze i donosiciele. Obwiozą cię dwa razy dłuższą drogą, zanim się zorientujesz, gdzie jesteś. Najgorsi są ci z Indii. Ja bym im nie ufał. 

Fakty dotyczące pierwszego dnia Klubu „Ero” zweryfikowano dopiero po kilku dniach. Ojciec Albert dowiedział się szczegółów z samego rana, kiedy otwierał drzwi kościoła. Informacji udzielił mu pocztmistrz, kierujący urzędem pocztowym usytuowanym kilka przecznic dalej. Jak wyjaśnił, był na spacerze. Zobaczywszy księdza, zatrzymał się, aby porozmawiać. Ojcu Albertowi wydało się, że nie znalazł się tam przypadkiem, ponieważ nigdy wcześniej go nie widział spacerującego w okolicy w dodatku o tak wczesnej porze.

– Na ceremonii otwarcia obecny był sam Cezar. Na twarzy miał maseczkę, poza tym ubrany był jak zawsze w ciemny garnitur. Żadnych tam strojów historycznych. Był bardzo krótko. Jak meteor przeleciał przez parkiet sali głównej pozdrawiając dyskretnie wybranych gości. Pokazywano go sobie nazywając Szarą Eminencją. Wielu nawet nie wiedziało, o kogo chodzi.

Lista innych ważnych uczestników przedstawiona przez pocztmistrza obejmowała także doktora, plenipotenta, komendanta i burmistrza oraz właściciela Telewizji Tuba. Było oczywiście więcej osób, ale ci byli najważniejsi.

Konwersując, poczmistrz przyglądał się rozmówcy, jakby usiłował go przeniknąć. Wiedział, że też ma swoje tajemnice, ale nie dzieli się nimi z nikim. Kilka dni przed otwarciem Klubu „Ero” Ojciec Albert pobłogosławił w tajemnicy przed ludźmi pomieszczenia klubowe. Sam nie zamierzał brać udziału w uroczystości otwarcia klubu, nie lubił takich miejsc. Jak mówił, odczuwał niechęć do wszystkich miejsc, gdzie ludzie są zachęcani do picia alkoholu. Miał wątpliwości moralne, wzdragał się też przed poświęceniem tego miejsca. Mówiono, że uległ w rozmowie z Cezarem. Obydwaj mężczyźni znali się dobrze, choć się nie przyjaźnili i rzadko pokazywali razem publicznie. Najczęściej było to w kościele pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, gdzie Cezar w każdą niedziele uczestniczył w mszy celebrowanej przez księdza. Siedział zawsze w pierwszym rzędzie.

Pocztmistrz wiedział o tym dobrze. Kilka dni wcześniej powiedział doktorowi Brosowi, do którego miał zaufanie:

– Cezar to jastrząb wierzący w Boga i wspierający gołębia Ojca Alberta solidnymi datkami na kościół. Oni są jak ptaki połączone wspólną wiarą i pieniędzmi.

O Klubie „Ero” krążyły wieści tak dziwne i niezrozumiałe, że mało kto w nie wierzył. Z czasem ludzie przełamywali swoje uprzedzenia wobec tych pogłosek. Członkowie klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy i uparcie trzymali język za zębami. Mówiono, że ktoś raz chlapnął, powiedział coś niewłaściwego czy za dużo, i po prostu zniknął. Znaleziono go martwego trzy dni później. Jak się okazało, popełnił samobójstwo. Zmarłego pochowano na cmentarzu, gdzie nigdy wcześniej żaden samobójca nie spoczął. Mowę pogrzebową wygłaszał Ojciec Albert; musiał wiedzieć więcej na ten temat, ale uparcie milczał. Zdarzały się także utonięcia, rzadziej nieznana choroba, po której ciało puchło do granic możliwości, siniało i śmierdziało już następnego dnia.

Pytany o te sprawy doktor Bros nie unikał odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, mówił chętnie a nawet więcej, niż to, o co go pytano, tak jakby miał w tym jakiś interes.

– Owszem, w mojej praktyce lekarskiej zdarzały się takie zgony, ale to o niczym nie świadczy. To, że ktoś wpadł pod samochód, nie znaczy, że ten samochód znalazł się celowo w jego pobliżu, aby ten ktoś mógł popełnić samobójstwo. Śmierć człowieka w takich okolicznościach to najczęściej przypadek a nie efekt czyjegoś celowego działania. Ludzie często zachowują się niezrozumiale. Miałem pacjenta, który umyślnie zaraził się wirusem Quagga, aby przekonać się, czy jest to poważna choroba, bo nie wierzył w żadne epidemie i szczepienia. Czy to był samobójca? Nie wiem. Raczej wariat, bo umarł w męczarniach.

Aktywny tryb życia mężczyzn pogłębiał samotność żon, które nie pracowały zajmując się domem. Mając więcej czasu, prowadziły życie bardziej towarzyskie, częściej się spotykały.

Teresa Bros, żona doktora, w rozmowie z aptekarzową Marleną, nie krępowała się nazywać rzeczy po imieniu. Nie było potrzeby; obydwie wychowywały się razem i od lat przyjaźniły, mimo że ich mężowie nie przepadali za sobą.

– Pal diabli Klub „Ero” i jego sekrety! Tu chodzi o zachowanie w tajemnicy życia elity, ludzi popierających się nawzajem. Czerpią z tego korzyści. Oni to wszystko pichcą we własnym sosie dla własnych potrzeb. Jeśli chodzi o te rzekome czy rzeczywiste samobójstwa, to orzeczenia zgonu wystawia doktor, poświadcza komendant policji i potwierdza oficjalnie burmistrz swoją pieczęcią. Czasem w tym uczestniczy Plenipotent, kiedy w grę wchodzi spadek. Możesz uśmiercić kogoś wbijając mu nóż w piersi, a z dokumentów będzie wynikać, że to samobójca. Władza to najbardziej elitarny klub w naszym mieście.

– Całe szczęście, że nasi mężowie należą do elity, bo nie wiadomo, co by się z nami stało w razie nieszczęścia.

– Największe nieszczęście to ubóstwo. Nie daj, Boże, być biedakiem – filozoficznie zauważyła Teresa. Wiedziała, co mówi, gdyż pochodziła z biednej rodziny. Oboje z mężem nigdy nie podejmowali tego tematu.

Życie wyższych sfer otaczało się coraz wyższym murem tajemnicy.

– Człowiek kulturalny nie rozmawia o własnych wpadkach ani seksie z własną żoną. – Tak miał powiedzieć kiedyś Cezar.

Ojciec Albert nie miał wątpliwości, że to nie Cezar był autorem powiedzenia, ponieważ nigdy nie był żonaty ani dzieciaty. Była to dziwna postać. Kapłan zamyślił się, przypominając sobie szczegóły jego życiorysu. Niektóre poznał osobiście, o innych słyszał od parafian lub czytał w prasie. Z Cezarem łączyły go relacje bliskości i oddalenia. Nie rozmawiał o tym z nikim, nie lubił nawet o tym myśleć. Problem tkwił w tym, że obydwaj lubili dominować.

Odc. 8

Miasto przeżywało kryzys. Wielka powódź, wzrost zachorowań na wirusa,  upadające firmy, zwolnienia pracowników, zapełniające się szpitale. Ludzie tracili dochody i nadzieję. Wszyscy obawiali się o przyszłość. Co gorsze, w mieście pojawiły się plotki, graffiti i anonimowe donosy szkalujące poważnych ludzi.

W ratuszu od rana obradował miejski sztab kryzysowy. Narada nie szła najlepiej. Brakowało kilku ważnych zaproszonych osób oraz dwóch stałych członków sztabu. Nieobecność uzasadniali chorobą lub innymi ważnymi obowiązkami. Burmistrz, prowadzący naradę, denerwował się. Było to najbardziej jałowe spotkanie, jakie mógł sobie wyobrazić. W pewnym momencie, wyprowadzony z równowagi brakiem najnowszych danych o liczbie zakażeń na wirusa, warknął do siebie: 

– Kurwa mać! Idzie nam jak krew z nosa.

Wieczorem zadzwonił do niego Cesarz. Wiedział już o niepowodzeniu posiedzenia sztabu kryzysowego. Także o donosach i graffiti .

– To wredna sprawa. Dotyczy nas wszystkich. Zaprosiłem na jutro do siebie kilka prominentnych osób, aby o tym porozmawiać. Razem stworzymy taki mały think-tank. Coś trzeba z tym zrobić. Chcę zaprosić także pana, powinniśmy spotykać się razem. To jak, przyjdzie pan? Jutro o godzinie piątej po południu.

Burmistrz zastanawiał się nad odpowiedzią, kiedy głos w telefonie odezwał się znowu.

– Nie musi pan podejmować natychmiast decyzji. Proszę się nad tym zastanowić. Niech pan zadzwoni do mnie jutro. O dowolnej porze, jestem dostępny od rana do południa. Ale nie później, bo będę zajęty.

Słuchając Cezara burmistrz wyobrażał sobie, co on naprawdę myślał.

„Chcę stworzyć własny sztab kryzysowy do zarządzania miastem. Mam odpowiednie warunki, no i przede wszystkim środki. Nie znaczy to, że będę proponować likwidację miejskiego sztabu kryzysowego. Niech sobie nadal istnieje. Ja po prostu nie wierzę, że oni mogą osiągnąć jakiekolwiek sukcesy. Do tego trzeba umiejętności, determinacji i środków. Ja tym wszystkim dysponuję w odróżnieniu od tego wolnomyśliciela burmistrza”.

Cezar rozłączył się tak szybko, że burmistrz nie zdążył nawet powiedzieć mu “do widzenia”. Był zły na niego, że zakończył rozmowę tak bezceremonialnie.

W nocy w sypialni wrócił myślą do rozmowy. Zastanawiał się głośno w obecności żony.  – Co ten typ ma na myśli? Co on knuje? – rzucił w przestrzeń pytanie. Zapadła cisza, jakby słowa rozmazały się w chłodnym powietrzu płynącym z uchylonego okna. 

– Może on chce ci pomóc? Nie idzie ci zbyt dobrze. Ale to nie twoja wina, masz masę problemów. Wirus, epidemia, sektor biznesu w opałach, szpitale, szkoły. Musisz nad tym wszystkim panować, a to prawie niemożliwe.

– Myślę, że bardziej niż mi pomóc, on chce mnie wysadzić z siodła i na stanowisko wstawić któregoś ze swoich pociotków. Wszędzie ich umieszcza, nie tylko w swoich firmach.

– Dziwisz się, że chciałaby zastąpić cię kimś innym? Nie masz najlepszej opinii w mieście. Ktoś pisze na ciebie anonimy i rozsyła do wszystkich, co chcą je czytać.

– Na przykład do kogo?

– Na przykład do prokuratora, sądu i na policję. To są najnowsze wiadomości. Wiem to od żony komendanta, powiedziała mi to w zaufaniu. A co było wczoraj?! Ten napis czerwoną farbą na ścianie naszego domu: „Burmistrz to złodziej”! – To straszne. Pojawiły się także graffiti w mieście. Nie tylko przeciwko tobie, ale i innym znanym ludziom. Kilka domów dalej na ścianie budynku ktoś namalował obsceniczny obraz i podpisał: Burdel Mama. Obrzydliwość. Nie znam tej kobiety, ale jej współczuję. Szczują nas jeden na drugiego. Kto to może być?

Następnego dnia jadąc samochodem do rezydencji Cezara burmistrz zastanawiał się nad jego propozycją. Pogrążony w myślach, nie zwrócił uwagi na ludzi gromadzących się przy ulicy i czekającą z boku policję. Szykowała się jakaś manifestacja.

– Dlaczego nie? Ten pomysł ma ręce i nogi. Warto mieć takiego krezusa po swojej stronie, a przynajmniej wiedzieć, co knuje. Nikt nie wątpi, że facet nie tylko śpi na pieniądzach ale ma też łeb na karku. Umie sobie radzić. Bez tego nie zgromadziłby takiego majątku. 

Dojazd zajął mu więcej czasu niż myślał. Rezydencja Cezara mieściła się na wzgórzu, skąd roztaczał się widok na miasto i rzekę. Na spotkanie przybyło kilkanaście osób. Wydawało się, że są tam wszyscy wpływowi ludzie w mieście. Kiedy burmistrz ich zobaczył, poczuł ukłucie zazdrości. Oprócz Cezara i jego przystojnego sekretarza, z którym się nie rozstawał, obecni byli już doktor, komendant policji, dyrektor szkoły, aptekarz i kilku biznesmenów, których znał.

Spotkanie odbywało się w małej sali konferencyjnej. Wokół stołu z przekąskami stały skórzane fotele. Na stole nie było żadnego alkoholu, nawet piwa, tylko kawa, herbata, napoje gazowane, soki. Burmistrz mruknął do stojącego obok doktora, który mu doradzał w sprawach medycznych. Znali się bardzo dobrze.  

– Pan domu sam nie pije, to i innym nie pozwoli nawet ust zamoczyć. To jest dyscyplina!

– Mój drogi! Przyjechaliśmy tutaj pracować, a nie pić. To chyba dobrze, bo ja do dzisiaj nie mogę jeszcze uspokoić się po ostatnim pijaństwie imieninowym. Ta epidemia mnie dobije.

Nie czekając na spóźnialskich, o godzinie siedemnastej gospodarz  rozpoczął spotkanie. Ubrany był jak zwykle w ciemny garnitur w paski.

– Koszula, krawat, pantofle i skarpetki – to chyba wszystko, co ma na jeszcze sobie. Wygląda jak stróż pilnujący dobytku mojej babci – pomyślał niechętnie burmistrz. 

Cezar przedstawił cel spotkania i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wirus i epidemia, sytuacja gospodarcza, rosnące bezrobocie oraz graffiti i donosy. Tak widzę najważniejsze problemy miasta. Chciałbym, abyśmy się zastanowili, dokąd to wszystko zmierza i co możemy wspólnie zrobić, aby poprawić sytuację.

Za oknami zaczęły ujadać wściekle psy. Zrobił się harmider, nie sposób było spokojnie słuchać.

– Przepraszam za to zakłócenie. Lubię zwierzęta, ale czasem przeszkadzają.

Cezar odwrócił głowę w kierunku sekretarza, dając mu znak niewidzialnym dla gości ruchem dłoni. Ten skinął głową i wyszedł z sali. Kiedy przechodził koło burmistrza i doktora, obywaj zauważyli jego smukłą, wysportowaną sylwetkę i obcisłe spodnie. Poczuli mocny, słodki  zapach perfum. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Cezar nie był najlepszym mówcą. Mówił spokojnie, czasem się jednak powtarzał, używał obcych słów oraz wyrażeń nadających posmak sztuczności temu, co mówił. Obserwowano go uważnie. Aptekarz zastanawiał się, jak spożytkuje korzyści z uczestnictwa w naradzie. Chciał rozwinąć swój biznes na większą skalę, marzył o dominacji na rynku. Był już największym dystrybutorem artykułów farmaceutycznych, drogeryjnych i suplementów diety. Czekał na dyskusję na temat donosów i graffiti. Czuł się również zagrożony, na niego też pisano. Ktoś wiedział o nim więcej, niż mógł się spodziewać. Podejrzewał urząd podatkowy.

– Tam musi być ktoś, kto działa w porozumieniu albo za zgodą mojej konkurencji. A może maczał w tym palce sam burmistrz lub Cezar? Też mają wszędzie swoich ludzi i ambicje zrobienia dużych pieniędzy. Myślał o tym już wcześniej.

Odc. 9 

Doktora Brosa bardziej niż cokolwiek interesowały motywy i intencje kierujące Cezarem. Chcąc je zrozumieć, słuchał go uważnie, obserwując równocześnie, jak inni reagują na jego słowa.

Cezar wyglądał inaczej niż zwykle. Stracił nieco na wadze i jakby wyładniał. Ostatnie skojarzenie tak rozbawiło doktora, że o mało co a zaśmiałby się głośno. To go otrzeźwiło. Skoncentrował się, aby nic nie stracić z przemówienia Cezara. Analizował jego słowa. Znał się na tym, robił to codziennie rozmawiając z pacjentami, którzy nie zawsze umieli wyrazić, co im dolega. Cezar nie uśmiechał się, tak jakby nie umiał. Było w nim coś kobiecego. Jego sylwetka była zaokrąglona, a policzki mimo zmarszczek gładsze niż u mężczyzny.

– Chyba był u kosmetyczki – pomyślał doktor i skierował wzrok na jego nogi. Cezar nosił długie spodnie, szersze niż inni mężczyźni. Kiedy podniósł nogę, aby zrobić krok do przodu, doktor zauważył jego pantofle. Miały damski krój, były nieco węższe i delikatniejsze, też eleganckie ale w inny sposób niż męskie obuwie.

To zastanowiło Brusa, choć nie całkiem zdziwiło. Już wcześniej słyszał od pacjentów, że Cezar nie jest mężczyzną ale kobietą w przebraniu mężczyzny. Doktor odrzucał te plotki jako wyraz ludzkiej bezmyślności. Teraz sam nabrał wątpliwości.

Starał się skoncentrować na tym, co mówił gospodarz.

– Nastroje w mieście są bliskie eksplozji. Wszyscy wiemy dlaczego. Epidemia to zjawisko naturalne, ale za jej skutki społeczeństwo będzie obarczać władze, ale nie tylko. Także wielu z nas. Jeśli coś pójdzie nie tak jak trzeba, ludzie będą szukać winnych. I będą winić nas wszystkich, tak jak tu siedzimy. Burmistrza za wzrost bezrobocia, doktora za pogarszające się warunki w szpitalach, bo jest koordynatorem ich pracy, aptekarza za brak szczepionek, maseczek ochronnych lub przyłbic. Mógłbym się tym nie przejmować, bo żyję trochę na uboczu, ale jestem człowiekiem aktywnym i postanowiłem się włączyć. Indywidualnie możemy niewiele znaczyć, ale razem stanowimy siłę, czy to się komuś podoba czy nie. Musimy to wykorzystać, aby uspokoić sytuację.

Cezar mówił w sposób, który zaniepokoił zebranych. Mówił nie na temat. Nie o problemach i jak je rozwiązać, ale o przyszłości, kiedy już ich nie będzie. Mówił o pragnieniach i marzeniach. W końcu zaskoczył wszystkich zadając pytanie:

– Czego pragną zwykli obywatele? O czym marzą? Każdy z nas ma jakieś pragnienia i marzenia.

Zapadło milczenie. Nikt nie kwapił się z odpowiedzią.

– Chcą lepszego życia. Przekonania, że będą żyć lepiej niż obecnie, że łatwej będzie o pracę, będę lepiej zarabiać, że wszytko będzie się układać. To jest ich wizja przyszłości.

Doktor uświadomił sobie, że Cezar mówi skrótami. Zapamiętał niektóre z nich.

W czasie przerwy nalał sobie kawy i podszedł do burmistrza. Mówił ciszej, aby go inni nie słyszeli.

– Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę. Nasz wymowny hegemon używa pewnych słów, aby wywołać w głowach pozytywne skojarzenia. Manna z nieba. Mleko i miód. Świeże pieczywo na śniadanie. Dzieci. Kobiety rodzą dzieci. Żadnej nagości i wulgarności na ulicach. Lojalność wobec władzy. Sądy orzekają szybko i bezstronnie. Praca dla wszystkich. Liczy się czas i czyn. To fenomenalne, co ten stary cwaniak wymyślił. Jako lekarz wiem, że ludzie lubią słuchać o rzeczach pozytywnych, a nie negatywnych. Nawet kiedy te pierwsze są naciągane, a te drugie prawdziwe i ważne. Taka jest natura ludzka. Chętnie opowiedziałbym ci o pewnej pacjentce, kiedy byłem młody i nie znałem kobiet, ale nie mamy czasu. Już wołają na salę.

Po drodze na salę doktor zdołał jeszcze dodać:

– Cezar powinien mówić o patriotyzmie i tradycji, bo to wszyscy znają. Ludzie nadużywają tych słów tak, że są już wyświechtane. Te słowa były zbyteczne.

W dyskusji burmistrz pierwszy zabrał głos.

– Przecież to nie ma sensu – zaoponował. – To, co pan powiedział, to zbiór luźnych haseł, dobrych w filmie propagandowym o tym, jak zdobywać władzę w wyborach na prezesa klubu wioślarskiego. A nie dla naszego miasta. Jak pan to wytłumaczy?

Jego wypowiedź zaskoczyła wszystkich gwałtownością i bezkompromisowością wobec Cezara.

– Aha! Burmistrz poszedł na konfrontację – pomyślał doktor Brus. – Po co on to robi?

Gospodarz spotkania zamiast się zdenerwować, popatrzył uważnie na pytającego. Milczał, jakby oczekując, aż uspokoją się psy. Znowu szczekały, choć ciszej niż poprzednio. Po chwili się uspokoiły.

– Trafił pan, burmistrzu, w samo sedno. Ja wcale nie uważam, że musimy to realizować. To jest tylko wizja, a to, co mówiłem, to tylko słowa, które mają przekonać do nas ludzi. Jesteśmy ludźmi wpływowymi i powinniśmy to wykorzystać dla dobra miasta. Możemy pokierować losami miasta. Burmistrz sam nie jest w stanie tego zrobić.

W drodze do domu burmistrz był pewny, że wszyscy uczestnicy spotkania myśleli o tym samym, co on, o wizji Cezara. Chodziło o coś w rodzaju raju na ziemi. Cezar dał mu nawet nazwę: Ziemia Obiecana. Dla burmistrza była to mrzonka, fatamorgana, narkotyk dla naiwnych. Na jego zarzuty Cezar odpowiedział:

– Nie przeszkadza mi to tak długo, dopóki ludzie wierzą mnie, a nie moim przeciwnikom.

Burmistrz poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.

Odc. 10 

Oddanie każdego kapłana wierze i kościołowi ma swoje granice. W przypadku Ojca Alberta wytyczały je sprawy prozaiczne, z pozoru mało ważne, określające jego codzienne życie. Najgorsze w nim było to, że po posiłkach natychmiast zasypiał. Następowało to niezależnie od okoliczności, czy było ciepło czy gorąco, czy pod głową miał poduszkę czy też twarde oparcie ławki kościelnej lub drewnianej ścianki konfesjonału. Była to jawna i wyjątkowo deprymująca słabość. Doktor Chyra, profesjonalista wtajemniczony w problem, podejrzewał, że przysypianie Ojca Alberta mogło mieć związek z jego dziedzictwem genetycznym. Było to tym boleśniejsze dla duchownego, że spanie w ciągu dnia uważał za marnotrawstwo czasu, jaki przeznaczył mu Stwórca na realizację ważnych zadań. Walcząc z nałogiem zasypiania, Ojciec Albert pił wodę w niezwykłych ilościach, aby pęcherz nie pozwolił mu zasnąć, ale wtedy musiał z kolei raz po raz pędzić do toalety. To go tak męczyło, że coraz częściej zdarzało mu się przekląć, co było jawnym grzechem.

Na początku, nie mając własnego spowiednika, nie korzystał w ogóle z sakramentu spowiedzi. Zapytany przez Trinity, dlaczego nie pojedzie do innej parafii, aby się wyspowiadać, odpowiadał:

– Byłoby to wielkim marnotrawstwem czasu, który muszę poświęcać parafii i parafianom. Ponadto spowiadam się z moich grzesznych czynów i myśli bezpośrednio panu Bogu i jest nam z tym dobrze.

Trinity nie zgadzała się z nim, tłumacząc mu, że uczył ją zupełnie czego innego.

– Sam mi ksiądz powtarzał i przypominał, że człowiek grzeszny musi korzystać z pomocy kapłana, ponieważ tylko taka spowiedź jest ważna. Tylko spowiednik jest w stanie dopytać penitenta o sprawy, które ten mógłby chcieć ukryć lub nie dopowiedzieć, oraz ustalić, jak bardzo żałuje on za grzechy, aby zadać mu odpowiednią pokutę. Spowiedź bezpośrednia wobec pana Boga, jak to praktykują inne religie, to tylko oszukiwanie siebie samego.

Odpowiadał wtedy Trinity:  

– Gdybym miał zaufanego spowiednika, jakim sam jestem, natychmiast poszedłbym do spowiedzi. Ale go nie mam, bo w parafii od dłuższego czasu nie mamy drugiego kapłana. Dlatego występuję w podwójnej roli, spowiednika i penitenta. Nic innego w tej sytuacji nie mogę zrobić. 

Z biegiem czasu Ojciec Albert zmienił zdanie. Bycie jednocześnie spowiednikiem i penitentem przerażało go. Tym mocniej bił się wtedy w piersi i tym głośniej wyrażał żal za grzechy. Trinity i organista, szczerze zatroskani o Ojca, którego uważali za świętego, widząc go w takim stanie cierpieli razem z nim. Zamykali wtedy w pośpiechu kościół, aby nikt postronny nie był świadkiem jego niezwykłego upokorzenia.

Drugą słabością Ojca Alberta było jego hobby – prowadzenie kroniki kościoła i parafii. Pożerało to jego czas i zużywało jego energię, ponieważ Ojciec nie tylko przedstawiał w kronice historię ale też snuł plany na przyszłość. Z czasem nabył skłonności do fantazjowania, tworzenia wizji i snucia marzeń na temat parafii, parafian i ich życia duchowego. Ze swoim naukowym zacięciem, przez dłuższy czas zbierał też informacje na temat Arki Noego, wnikając w jej historię. Była ona o tyle ciekawa, że wykopaliska archeologiczne potwierdziły prawdziwość opisu biblijnego. Zachwycało to kapłana, ponieważ nauka i doktryna kościelna na ogół rozmijały się ze sobą, co go bolało.

Trzecia słabość Ojca Alberta miała zupełnie inny charakter, nie przystający do zawodu duchownego. Była to słabość do techniki, w szczególności do pojazdów mechanicznych. Z tej pasji Ojciec czerpał dużo radości, ale też i niemało cierpienia, które niesie ze sobą każdy postęp techniczny.

– To dlatego, że w odróżnieniu od wszystkiego, co żyje, będąc tworem boskim, technika jest tylko tworem ludzkim, z konieczności więc niedoskonałym – tłumaczył wiernym kapłan.

Najbardziej leżał mu na sercu dar od parafianina, Jana Zadry, który na łożu śmierci zapisał mu w testamencie samochód. Nie był to pojazd nowy, ale w doskonałym stanie. W pierwszym momencie Ojciec Albert odrzucił propozycję tak kosztownego daru i zasugerował, aby darczyńca przekazał pojazd parafii. Jego właściciel nie zgodził się.

– Podaruję parafii samochód, dorobek mego życia, a biskup przeniesie ojca do innej parafii i dar przepadnie. Z czymś takim nie mogę się zgodzić. Bóg by się na mnie obraził i pokarał wiecznym potępieniem, bo Ojcu ten samochód należy się bardziej niż komukolwiek innemu. Zresztą Ojciec też nie będzie żyć wiecznie, wobec czego prędzej czy później, wołałbym aby później, mój dar i tak przypadnie w udziale parafii.

Odc 11

Ojciec Albert miał prawo myśleć, że dar parafianina może mu przynieść niepokój i kłopoty. Siedząc w konfesjonale spowiadał się po cichu.

– Boże, czemu nie skorzystałem z twojej łaski i popadłem w pychę myślenia, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Czemu usiłowałem zwodzić siebie, że to niemożliwe.

Tego dnia Ojciec Albert nie zjadł obiadu. Była to pokuta, jaką sam sobie zadał, za grzech ukrywania prawdy. Cierpiał, tym bardziej, że Trinity pogniewał się na niego.

– Przepraszam Ojca, ale to są jakieś fanaberie. To ja gotuję ulubione dania Ojca, a Ojciec odrzuca je jakby to była trucizna. Mnie to nie przekonuje, że to dobra pokuta. Ojciec oszukuje sam siebie.

Następnego dnia przystąpiła do spowiedzi, aby przeprosić Ojca Alberta na słowa krytyki.

– Trinity, oboje zgrzeszyliśmy. Wybacz mi, tak jak ja wybaczam tobie.

Oboje poczuli się lepiej. Nie rozwiązało to jednak sprawy donosu o kradzieży samochodu.

Ojciec Albert martwił się darem parafianina, tym bardziej, ze samochód bardzo przypadł mu do serca. Miał duże drzwi, fotele obciągnięte prawdziwą skórą oraz kierownice, którą można było obracać w czasie jazdy jednym palcem, tak lekko prowadził się.

Złą passę zdarzeń w mieście pogłębił donos, jaki otrzymał komendant. Wśród masy różnych anonimów trafiających ostatnio do policji, kierowanych przeciwko znanym i mniej znanym mieszkańcom miasta, pojawił się również i ten, że Ojciec Albert jeździ kradzionym samochodem, w dodatku bardzo luksusowym. Oskarżenie było tak absurdalne, że komendant wybuchnął śmiechem. Kiedy o tym myślał, przypomniał sobie rozmowę z żoną w sypialni.

– Ty nawet nie masz wyobrażenia, jak wielkie są potrzeby kościoła i jak skromne są jego środki. To nie jest duża parafia. W dodatku ludzie skąpią na kościół. Ojciec Albert wszystkiego sobie odmawia. To święty człowiek.

– Jaki kościół i jaka parafia? – zdenerwował się komendant. Żona często zaskakiwała go mętnymi tłumaczeniami.

– Jak to jaki kościół i jaka parafia? Co ty zadajesz głupie pytania? Parafia Świętego Franciszka z Asyżu, którą prowadzi Ojciec Albert, najuczciwszy z duchownych jakich spotkałam w życiu. Powinieneś pójść raz, bezbożniku, ze mną w niedzielę do kościoła, aby wiedzieć takie podstawowe rzeczy. Kościół wymaga poważnego remontu dachu i wymiany części instalacji klimatyzacyjnej, a co najmniej naprawy. Zaniedbany jest także z braku środków cmentarz przy kościele. Ma wartość historyczną.

Komendant uznał, że donos tym bardziej wymaga wyjaśnienia. Wracając po południu do domu, zatrzymał się kilkaset metrów przed kościołem. Postanowił się przejść. Nie zapowiedział się z wizytą proboszczowi. Lubił zaskakiwać ludzi, podobnie jak swoich pracowników. Uważał, że daje to dobre efekty. Dzięki temu wiedział, kto naprawdę pracuje, a kto pozoruje. Nawyk tak bardzo wszedł mu w krew, że nawet nie pomyślał, że będzie to nieuprzejme wobec szanowanego duchownego, inicjatora i opiekuna wielu szlachetnych przedsięwzięć.

Ojciec Albert nie pokazał po sobie zaskoczenia. Zaprosił gościa na patio wewnętrze plebanii przyległej do budynku kościoła, gdzie po chwili Trinity przyniosła napoje i świeżo upieczone ciasto.

– Co pana sprowadza do mnie, panie burmistrzu? Czyżby chciał się pan nawrócić?

Pytanie było zgoła żartobliwe, burmistrz jednak z jakiegoś powodu wziął je sobie do serca.

– Podobno parafia księdza jest jedną z najbiedniejszych w diecezji. Czy to prawda?

Zapytany popatrzył na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się.

– Może nie najbiedniejsza, ale też nie najbogatsza. Borykamy się z wieloma problemami wobec ogromu potrzeb. Proszę rozejrzeć się dokoła.

– Ale samochodem to Ojciec jeździ solidnym. Na pewno niemało kosztuje. „Samariteri” to doskonała marka.

– Nie zastanawiałem się nad tym. To dar od parafianina. Zapisał mi go w testamencie. Nazywaliśmy go dobrym samarytaninem, bo był bardzo uczynnym człowiekiem. Nazywał się Jan Zadra. Może pan słyszał o nim? Był innej wiary. Jakiś czas temu zmienił nazwisko i przeszedł do naszego kościoła. Pomagałem mu załatwić wszystkie formalności. Dawniej nazywał się Aram Aramie. To był naprawdę dobry samarytanin.

– Jak to się stało, że podarował ojcu tak kosztowny samochód. To wypasiona bryka. Chyba to jakoś wyjaśnił, zanim odszedł z tej ziemi.

– Powiedział mi: To za wieloletnią posługę Ojca w tej parafii. Ktoś musiał to docenić skoro nawet pan Bóg nie dostrzegł zasług Ojca. – Nie bluźnij synu. Nie bluźnij! – ostrzegłem go wtedy. To dobry człowiek, samarytanin – Ojciec Albert powtórzył w zamyśleniu. Jego siwa głowa przechyliła się na bok, jakby dziwiła się słowom swego właściciela.

– Oto cudowna różnorodność gatunku ludzkiego! Głowa mówi co innego niż usta – pomyślał komendant.

– Czy moglibyśmy razem obejrzeć ten samochód?

– Nie jest to możliwe w tej chwili, bo jest w naprawie. To niewielkie uszkodzenie. Najechałem na kamień. Na szczęście nic poważnego.

Komendant postanowił wrócić innego dnia. Donos wymagał wyjaśnienia. W grę wchodziło zarówno oskarżenie o korzystanie z kradzionego dobra jak i być może nadużycia podatkowe. Na odchodnym zapytał od niechcenia:

– Co Ojciec sądzi o Cezarze?

– Którym? W historii świata było wielu cezarów.

– Aha. No tak. Jego prawdziwe nazwisko to Leon Cukor, o ile sobie dobrze przypominam. Ojciec zapewne o nim słyszał. Ludzie nazywają go Cezarem.

– Nazywają go także Dyktatorem, choć to nie ma najmniejszego sensu, bo to spokojny i pobożny człowiek. Pan Cukor jest moim parafianinem, regularnie uczestniczy w wieczornych mszach świętych. Celebruję je regularnie raz w miesiącu. Pan Cukor przyjeżdża na nie razem z rodziną i przyjaciółmi.  

– Każdego z nas jakoś nazywają. Czy zasługujemy na to czy nie – filozoficznie zauważył komendant. Zadarł głowę do góry i przyglądając się wieży kościoła zastanawiał się, czy dar Ojca Alberta nie mógł pochodzić od kogoś znacznie bogatszego niż zwykły parafianin.

Odc 12 

Rosnąca ilość zakażeń wirusem Quagga wywołała niedowierzanie, przerażenie, a nawet przekonanie, że jest to manipulacja. Od rana przed ratuszem, siedzibą burmistrza, gdzie mieściły się jego biura i administracja miasta, gromadził się tłum. O godzinie dziewiątej rozpoczęły się protesty.

– Nie wierzymy w wirusa Quagga. Nie ma żadnej epidemii. Nikt nie widział go na oczy, a przecież to żywy organizm. Nie musimy się szczepić ani nosić maseczek na twarzy i rękawiczek ochronnych. Ludzie duszą się w maseczkach. Sam burmistrz ostatnio przemawiał i nie miał maseczki na twarzy.

– Czy wyście oszaleli? To w szpitalach ludzie umierają zakażeni wirusem, duszą się z braku tlenu, wysokiej gorączki i ogólnej niewydolności organizmu, a wy mówicie, że nie ma żadnego wirusa? – doktor Brus nie wytrzymał. Znalazł się w tym miejscu przypadkowo, idąc z pobliskiego parkingu do ciężko chorego pacjenta.

– Ludzie zawsze umierali, teraz tym bardziej, kiedy nieprzerwanie padają deszcze i robi się coraz zimniej. To grypa, a nie żaden wirus. Chcecie nam odebrać wolność, prawo do demonstracji, stłamsić i podporządkować. To co burmistrz i jemu podobni głoszą w mediach, to podły spisek albo zwykła głupota. Wirusa nie ma. Nabijacie tylko kieszenie wielkich firm farmaceutycznych, które zarabiają na szczepionkach. To ich robota. To oni wymyślili tego wirusa i płacą pseudonaukowcom, aby fałszowali badania, pokazując, jakie to korzystne szczepić się przeciwko wirusowi. Taka sama mądrość jak globalne ocieplenie!

Kiedy doktor słuchał wypowiedzi antyszczepionkowców, był bliski załamania. Zaczepił kobietę biegnącą z aparatem fotograficznym w ręce i torbą przewieszoną przez ramię.

– Czy pani notuje i pokazuje to, co ci szaleńcy krzyczą? To trzeba publicznie napiętnować!

– Nie moją rolą jest oceniać, ale pokazać argumenty obydwu stron. Protestujących i tych pozostałych, takich jak pan, przede wszystkim zaś policji. Oni mają tu najwięcej do powiedzenia.

Na miejscu dziennikarze i reporterzy robili zdjęcia, wywiady i sporządzali notatki. Robiło się coraz niespokojniej. Burmistrz zadzwonił do komendanta i poprosił, aby wzmocnił niewielką grupkę policjantów, który już byli na miejscu. Wkrótce przybyły posiłki. Ich dowódca usiłował przekonać zebranych do zaprzestania manifestacji.

– To jest nielegalna demonstracja, nie macie zezwolenia. Musicie się rozejść.

Policjanci zaczęli legitymować uczestników zgromadzenia, co tylko powiększyło zamieszanie. Dwóch najbardziej aktywnych policjanci usiłowali zabrać do samochodu, aby przewieźć na komisariat. W trakcie szamotaniny ktoś podpalił nieoznaczony samochód osobowy. Nastąpiły starcia i aresztowania. W końcu policja użyła armatek wodnych, aby rozpędzić demonstrację.

– Musimy ich w końcu uspokoić, to się rozejdą.

– To niebezpieczne, jest za zimno. Pochorują się na zapalenie płuc. A szpitale są coraz pełniejsze – jeden z policjantów wyraził ostrożny sprzeciw.

– Jeśli chcesz pozostać w pracy, to lepiej nie myśl o tym, co robisz. Masz wykonywać polecenia, a nie zastanawiać się nad ich sensem – skarcił go dowódca.

Wieczorem policja oskarżyła o podpalenie demonstrantów, ci upierali się, że podpalenie było prowokacją i pokazali w telewizji nagranie video, na którym rozpoznali tajnego pracownika policji.

– Za wszystko odpowiedzialny jest komendant policji. Demonstracja była pokojowa i policja nie miał prawa interweniować. Mieliśmy zezwolenie. Nie ma to zresztą znaczenia, bo wolność słowa i zgromadzeń zapewnia nam konstytucja – przekonywał Aleks, żywy młodzieniec, aktywista Zielonych występujący teraz w roli obrońcy praw człowieka. Kiedy poruszał głową, jego długie włosy rozsypywały się na ramiona.

Pod koniec telewizyjnej dyskusji przemówił profesor Zybe, doradca burmistrza. Był to starszy mężczyzna. Ubrany w brązową tweedową marynarkę i szare spodnie, z kilkudniowym zarostem, wyglądał nijako. Mówił mocnym głosem z metalicznym akcentem.

– Ludzie dzielą się na mądrych i głupich. Wiara antyszczepionkowców oparta jest na ignorancji i jeszcze raz na ignorancji. Zrobiono im pranie mózgów, a teraz oni chcą nam zrobić to samo. Niedoczekanie ich. Ich poglądy są wyświechtane jak stare buty. Już w 1802 roku przeciwnicy szczepień wyobrażali sobie ludzi z krowimi cechami, które ich zdaniem pojawiały się po przyjęciu szczepionki na prawdziwą ospę.

Wypowiedź profesora oburzyła wielu mieszkańców miasta. Profesor upierał się, że jego słowa wyrwano z kontekstu, że wcale tak nie myślał, jak mu zarzucano. Powołał się nawet na wywiad sprzed trzech miesięcy, w którym twierdził, że jest odwrotnie, że mieszkańcy miasta podciągają się w wiedzy o gospodarce, edukacji, technologii i zdrowiu.

– Jest dużo inicjatyw społecznych. Społeczeństwo się uczy, wie coraz więcej. Nie mam obłędnych poglądów, jak mi się zarzuca, niektórzy mnie po prostu niewłaściwie zinterpretowali. To tylko wskazuje, że wszyscy musimy nieprzerwanie się uczyć.

– Komendant nienawidzi zwyczajnych ludzi, dlatego policja zachowuje się tak brutalnie. A burmistrz, pański szef, to toleruje, sprzyjając przemocy i nadużyciom władzy – usłyszał w odpowiedzi. .

Burmistrz nie uniknął skojarzenia Zybego ze swoją osobą i urzędem. Był wściekły.

– Nie tylko sam wychyliłem się z niepożądaną opinią, to jeszcze dołożył mi Zybe swoją bezkompromisową wypowiedzią. Był zły na Cukora, który zasugerował mu zatrudnienie profesora jako eksperta.

Skruszony przyznał publicznie, że jego zachęta do zapomnienia o wirusie i opinia o jego ustępowaniu, były przedwczesne. Żałował tego.

W domu żona nie odzywała się do niego, kiedy wrócił z pracy. Myślał, że spotkała ją jakaś przykrość i zapytał o przyczynę. Wtedy wybuchła. 

– Ośmieszasz także mnie i rodzinę swoimi wypowiedziami. Jesteś po prostu niepoważny. Ludzie uważają cię za moczymordę nieodpowiedzialnego w słowach. Oczywiście twoi poplecznicy usiłują cię tłumaczyć. Upierają się, że nie to miałeś na myśli, że twoje słowa zostały wyrwane z kontekstu … No właśnie! To wasze ulubione stwierdzenie „wyrwane z kontekstu” …Można się od tego porzygać!

– Aby zyskać przebaczenie chyba będę musiał biczować się publicznie, a przynajmniej leżeć krzyżem w kościele twojego świątobliwego Ojca Alfreda!

– Lepiej tego nie rób, bo i tak ci nikt nie uwierzy. Tylko pogorszyłbyś swoją sytuację. Musisz wypić piwo, którego naważyłeś.

– Masz rację – odezwał się burmistrz pojednawczo. – To tylko może się pogorszyć. Jedni będą mówić tak, drudzy inaczej. Atmosfera już jest bagienna.

Późnym wieczorem do domu burmistrza ktoś zapukał. Burmistrz popatrzył przez judasza, było zbyt ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Postać wyglądała jak człowiek w kapturze na głowie. Burmistrz krzyknął „chwileczkę”, wrócił do pokoju i włożył rewolwer do kieszeni szlafroka. Za drzwiami stał mężczyzna. Był to posłaniec, ubłocony, zmęczony, prawie słaniał się na nogach. Odezwał się po chwili, kiedy ochłonął.

– Jestem sekretarzem pana Leona Cukora. Samochód mi się zepsuł, dlatego przyjeżdżam tak późno. Nie mogłem dodzwonić się do pana. Mam wiadomość. Pan Cukor prosi pana o przyjazd do niego do domu w bardzo ważnej sprawie. Dzwonił do pana, ale nikt nie odbierał. Dlatego mnie wysłał.

Burmistrz w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi. W głowie mu szumiało i czuł mdłości w żołądku.

– Kiedy miałbym przyjechać? Chyba nie teraz. Nie w taką pogodę!

– Pan Cukor prosił, aby pan do niego zadzwonił i umówił się. To wszystko, co mam do przekazania. Muszę już wracać. Dobranoc.

Odc. 13

Burmistrz postanowił swoją aktywnością przekonać do siebie mieszkańców miasta. Pierwszą decyzją było częściej organizować narady robocze.

– To, co dotychczas zrobiliśmy i robimy, nie wystarcza – zaczął spotkanie z pracownikami. – Musimy pracować wydajniej i mądrzej, aby ludzie byli bardziej zadowoleni.

Przed naradą z pracownikami rozmawiał telefonicznie z doktorem Brusem, który służył mu jako doradca i konsultant medyczny. Normalnie doktor pracował we własnej przychodni, którą nazywał kliniką. Pół godziny później burmistrz otrzymał od niego email. 

– Chodzi o naszą rozmowę. Przestań myśleć o seksie, zaostrz przepisy dotyczących zachowania się ludzi w miejscach publicznych. To jest najważniejsze. Epidemia nasila się, a większości ludzi wydaje się, że to wciąż gra w kulki. Trzeba ich zdyscyplinować. 

Burmistrz uśmiechnął się. Na szczęście email został wysłany na jego konto prywatne, a nie służbowe. Odpowiedział  SMS-em: –  Dzięki. Wpadnij do mnie pod koniec pracy, jeśli możesz. 

Na naradzie uzgodniono nowe przepisy, określając gdzie, kiedy i na jakich zasadach będą obowiązywać. Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem. Sekretarka zawiadomiła go wkrótce o przybyciu doktora Brusa. Burmistrz polecił jej udać się do domu. Kiedy wyszła, zaprosił doktora do swego gabinetu, zamknął gabinet od środka i wyjął butelkę koniaku z barku.

– Mogę przynieść ci lodu z lodówki w kuchni, jeśli będziesz pić coś, co potrzebuje schłodzenia. Ja napiję się koniaku, bez dodatków. Mam tu ulubiony Hennessy X.O. Czy znasz jego historię? Jest naprawdę ciekawa.

Doktor kiwnął potakująco głową, bez specjalnego entuzjazmu, Myślał o problemach swojej przychodni. Pacjenci bali się przychodzić na konsultacje.

Burmistrz podjął przerwany wątek.

– W wieku dwudziestu lat niejaki Richard Hennessy opuścił rodzinny dom w Ballymacmoy w Irlandii, aby udać się do Francji, gdzie wstąpił do armii Króla Ludwika XV. Był ranny w bitwie pod Fontenoy in 1745, w której Brygada Irlandzka walcząca po francuskiej stronie poniosła wielkie straty. Po bitwie Hennessy osiadł w majątku nad rzeką Charente w departamencie Cognac i zajął się destylowaniem wina i produkcją koniaku. Biznes kontynuował jego syn James. W roku 1800 zawarł umowy z dystrybutorami alkoholi w Londynie i Nowym Jorku, budując stopniowo międzynarodową markę swojego koniaku. Dzisiaj sprzedają sześćdziesiąt milionów butelek. To prawdziwe imperium. Taki jest irlandzki początek historii słynnego francuskiego koniaku. Oni może nawet nie wiedzą, co mu zawdzięczają. My też prawdopodobnie nie doceniamy obcokrajowców w naszej historii.

– Pozwól, że wrócę do innego tematu. Wydałeś przepisy, ale wciąż wiele osób ich nie przestrzega. Co z tego, że noszą maseczki na twarzy, jeśli nos jest odsłonięty albo maseczka jest wykonana z tak cienkiego materiału, że eskadra wirusów może przelecieć między włóknami. Poza tym mamy tych szalonych antyszczepionkowców, twierdzących, że jeśli nie ma wirusa i nie ma epidemii, to i szczepienia są niepotrzebne.

– To prawdziwa zaraza – żachnął się burmistrz. – Mam na myśli nie wirusa, tylko tych ludzi. 

– Powinno się ich rozstrzeliwać, gdyby tylko prawo pozwalało na to. To brzmi okrutnie, ale w takich czasach jak dzisiaj, kiedy wirus jest w stanie nas zdziesiątkować, Hipokrates ze swoją przysięgą idzie do kosza. To wzór na lepsze czasy.

– Jeśli nie do kosza, to na pewno do piekła – burmistrz popatrzył na gościa, po czym przyciągnął sobie fotel, aby wygodnie usiąść i ułożyć nogi na biurku. Czuł potrzebę relaksu.

– No właśnie. Masz rację. Może nawet i do piekła, jeśli tylko ono istnieje. Powinniśmy o to zapytać Ojca Alberta, starego wygę od spraw nieba, piekła i czyśćca.

Burmistrz zastanawiał, dlaczego Brus nie lubi księdza. Postanowił nie ruszać tego tematu.

– Istnieje, istnieje! Jeśli nie na tamtym świecie, to tutaj na ziemi. To, co ostatnio dzieje się w mieście, jest po prostu niewiarygodne. Same nieszczęścia. Powódź, wirus, epidemia, zapaść gospodarcza, rosnące bezrobocie. I ja na tym cierpię. Mam na myśli moją reputację. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nawet Sandra, bo publicznie chlapnąłem, że wirusa Quagga widziałem za rogiem ratusza, jak uciekał w popłochu. Nawet pożartować nie można. Niepotrzebnie to powiedziałem.

– Dobrze, że na świecie są jeszcze kobiety gotowe poświęcić czas i na pocieszenie skołatanego męskiego serca i zmęczonego ciała. Doktor patrzył rozmarzony przez okno na rynek główny miasta, gdzie stała grupka kobiet w różnym wieku. Rozmawiały ze sobą. Widział je bardzo wyraźnie, ich sylwetki, twarze i gesty. Czy ty myślisz czasami o klubie Ero? Czy jego członkami są też kobiety? Chyba regulamin klubu tego nie zakazuje? Od czasu jego otwarcia jeszcze tam nie byłem. W motelu są podobno wygodne pokoje, ładnie wyposażone i przytulne. To idealne miejsce do wypoczynku dla nas, tubylców, i przyjezdnych gości. Czy wiesz, kto jest jego właścicielem?

– Jakżeż miałbym nie wiedzieć? Oczywiście. Nasz wspólny przyjaciel, przedsiębiorczy Leon Cukor. On chyba śpi na forsie. Burmistrza od dawna dręczyło pytanie, jak wielki jest majątek Dyktatora.

– Ciekawi mnie, po co on zbudował ten motel i założył klub. To jakoś nie pasuje mi do niego. Co to za typ właściwe? Znam go dobrze ale tylko z widzenia, z działalności charytatywnej i tego ostatniego spotkania. Wiem, że ma swojego zaufanego lekarza, nawet nie z naszego miasta. Trzyma się z dala od nas wszystkich, lokalnych lekarzy. Słyszałem od kolegów, że ten jego medyk to jakiś mruk.

– Albo trzyma język za zębami, żeby się z czymś nie wygadać. – Burmistrz odłożył kieliszek z koniakiem na biurko i wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa. – To on zajmuje się Cukorem i zapewne wie o nim wszystko.

– Ile Cukor ma lat, to nie jest tajemnica. Chyba wszyscy to wiedzą. Ale poza tym niewiele o nim jest wiadome. To bardzo skryty człowiek. Dlatego jest tyle plotek i domysłów. Mówią, że to kobieta pozująca na mężczyznę. Mówią też, że jest odwrotnie. Podobno nigdy nie widziano go, aby wchodził do męskiej toalety. Czy w ogóle wchodził do toalety. To bardzo skryty człowiek – powtórzył doktor w zamyśleniu.

– Może on w ogóle jest na bakier ze swoją tożsamością seksualną? Taki typ “ani w tę ani w tamtą stronę” – burmistrz ziewnął, kontynuując rozmowę z wyraźną niechęcią.

– Medycyna zna takie przypadki. To nie jest nic nadzwyczajnego.

– Tym bardziej zastanawia mnie, po co ufundował Klub Ero, skoro te tematy nie są mu bliskie w żaden sposób. Mam na ten temat pewną teorię. Nawet dwie. Burmistrz ożywił się.

– Pierwsza to możliwość organizacji miłych i dyskretnych spotkań. Można je nawet komuś zafundować w darze. Okazja zawsze się znajdzie. To sposób zyskania życzliwości a nawet lojalności. Mam na myśli głównie młodszych mężczyzn, w których żyłach namiętność krąży szybciej niż samochód po torze wyścigowym. Różne są sposoby kupowania ludzi.

– A ta druga teoria?

– Też nic skomplikowanego. Motel na uboczu to idealne miejsce schadzek i dyskretnych spotkań. Wprost wymarzone także do nagrywania gości ukrytą kamerą. Mówił mi znajomy policjant, że sam nigdy by tam nie poszedł.

– Może pan wejść tam nawet z własną żoną, lub przyjaciółką, jeśli nie jest pan żonaty, i wyjść jako człowiek szantażowany. Nawet jeśli jest się policjantem i wie się to i owo o nowych technologiach, to nie sposób jest sprawdzić, czy w pokoju nie ma ukrytej kamery. Dzisiaj nie można nikomu całkowicie ufać. Takie czasy.

– Po co właściciel klubu i motelu miałby to robić? – zapytał doktor, szykując się do wyjścia. Otrzymał SMS, miał coś pilnego do załatwienia.  Rozglądał się wokół, czy nie zostawił niczego w pokoju.

– Tego to nie wiem. Sam się nad tym zastanawiałem kilka razy. Dobrze byłoby to wiedzieć.

Odc. 14

– Uważasz, że Dyktator mógłby to robić?

– Z pewnością nie sam i nie bezpośrednio. To rola dla kogoś, kto jest na liście jego dłużników lub na liście płac. Cukor przez wielu jest uważany za dobroczyńcę, zapewniającego pracę ludziom w potrzebie. Ma tyle firm, że stanowisk nie brakuje. Można być dobroczyńcą, mecenasem sztuki, sponsorem a równocześnie prowadzić brzydkie interesy. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie twierdzę, że to on jest tą osobą, ale jak to mówi Szekspir „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. 

Burmistrz Rafael od dawna miał swoją teorię na temat orientacji seksualnych. Był tolerancyjny.

– Skłonności seksualne innych ludzi mało mnie interesują. Rozumiem, że homoseksualność jest cechą wrodzoną i nikogo nie da się przekonać, aby był gejem, jeśli nie ma już w sobie tej skłonności. Homoseksualiści istnieją od tak dawna, jak istnieje ludzkość. Tych, którzy zatrudnieni są w ratuszu, traktuję tak samo jak inne osoby tak długo, jak długo są dobrymi pracownikami.

Burmistrz bez większych wahań wydawał zgodę na publiczne manifestacje osób o innej orientacji seksualnej, z którą kojarzył przede wszystkim gejów, lesbijki i transwestytów. Nie podobało się to wielu obywatelom.

– Jest pan bardzo liberalny w swoich poglądach, panie burmistrzu. Może za bardzo?– zapytał go Leon Cukor. Było to na uroczystości otwarcia miejskiego muzeum sztuki współczesnej. Leon Cukor był jednym ze sponsorów.

– Moje poglądy to moja osobista sprawa, jeśli pozwoli mi pan tak to sformułować. Podobnie jak pańskie są także pańską osobistą sprawą. To, jak pan się ubiera, z kim się pan spotyka, kogo pan u siebie zatrudnia, jakiej jest pan wiary, co pan lubi a co nie.

Dyktator zastanawiał się nad słowami burmistrza. Zazwyczaj nie odzywał się, dopóki nie rozważył opinii drugiej strony. Rzadko wpadał w rozdrażnienie lub gniew.

– Może z czasem pan zrozumie, panie burmistrzu, że nasze prywatne poglądy i zapatrywania nie są obojętne dla innych ludzi, zwłaszcza jeśli pełni się publiczną funkcję i podejmuje publiczne decyzje.

Burmistrz miał już odpowiedzieć Cukorowi, kiedy podszedł do nich kurator muzeum i włączył się do rozmowy. Ucieszyło to go, bo miał na języku złośliwą odpowiedź. Nie lubił psuć sobie stosunków z wpływowymi ludźmi, ale też i nie pozwalał nikomu chodzić sobie po głowie.

Po kilku dniach przypominania i karania mandatami za nienoszenie maseczek na twarzy, wciąż sporo mieszkańców miasta ignorowało prawo. 

– Policja nie może w nieskończoność karać i kierować do sądu wszystkich tych osób – przekonywał burmistrza komendant. Przyjechał do ratusza, aby rozmawiać o roli policji w zwalczaniu epidemii. Kiedy miał już wychodzić, obrócił się do burmistrza z błyskiem w oku.

– Mam pomysł, jak to rozwiązać. Chyba dobry. Wypróbujemy go najpierw, a potem panu opowiem, jak nam poszło.

Burmistrz popatrzył na niego pytająco.

– Nie mogę nic więcej panu powiedzieć, dopóki nie spróbuję. To nic nadzwyczajnego, proszę się nie martwić. Kierujemy się zawsze prawem. W czwartek wpadnę do pana, aby powiedzieć, jak nam poszło. Mam nadzieję, że znajdzie pan czas dla mnie.

Kiedy gość znalazł się w progu, burmistrz miał wrażenie, że odwraca się, aby go pożegnać zdejmując z głowy pióropusz i zamiatając nim podłogę w szerokim pokłonie muszkietera. Obydwaj uśmiechnęli się w tym samym momencie.

Komendant zjawił się zaledwie Rafel przekroczył próg swojego gabinetu. Pomyślał, że policja obserwuje, gdzie jest w danym momencie i co robi. Kilka razy już się zdarzyło, że komendant wpadł na niego w mieście w najmniej oczekiwanym momencie.

– Pewnie i mnie śledzi – pomyślał, patrząc z ukosa na gościa. Komendant zareagował szerokim uśmiechem.

– Wygląda jak rozbawiony dzieciak w mundurze. Tylko mu brakuje orlego pióra przy czapce – burmistrz mimo woli wpadł w lepszy nastrój.

– Rozwiązanie jest proste choć niekonwencjonalne. Moi ludzie, ubrani po cywilnemu, kiedy zauważą kogoś bez maseczki, nie zwracają delikwentowi uwagi, tylko z niewielkiej odległości, z tyłu lub z boku, krzyczą przez megafon.

– Noś maseczkę! Myj ręce! Zachowaj dystans!

Totalne zaskoczenie, nawet szok, ale bardzo skuteczne. Starsi mieszkańcy nas bardzo chwalą. Podoba im się to. Mówią:

– Wreszcie coś do nich przemawia. Niektórzy młodzi ludzie jakby zapomnieli, że chorują na wirusa bezobjawowo i ignorują fakt, że to my zarażamy się od nich i umieramy w cierpieniu. 

Odc 15

– To dosyć agresywne. To zachowanie z tymi megafonami.

– Agresywne, nie agresywne. Może niemiłe, ale skuteczne. Ludzie aż skaczą w górę, kiedy niespodziewanie usłyszą mocny głos dochodzący z boku albo zza pleców. Czasem się denerwują. Jeśli mają pretensję, wyjaśniamy, że nie możemy inaczej. Tłumaczymy, że gdyby wszyscy nosili maseczki i rękawiczki zgodnie z przepisami, nie byłoby potrzeby zwracania uwagi. Musieliśmy robić to często i często bez skutku. Teraz to się zmienia. Cokolwiek byśmy nie powiedzieć, burmistrzu, megafon to najlepsza forma perswazji. Przez zaskoczenie. Niech mi pan wierzy, to poprawi dyscyplinę mieszkańców miasta. Będzie pan zadowolony.

– Będziemy wszyscy zadowoleni, kiedy ilość zachorowań będzie spadać.

Ojciec Albert Grana nie spodziewał się takiego wyznania młodego mężczyzny na spowiedzi. Pamiętał, że miał jakieś dziwne imię. Znał dobrze jego rodziców. Byli to zwyczajni ludzie, ciężko pracujący Syryjczycy, chrześcijanie, od lat mieszkający w mieście. Prowadzili nad rzeką punkt sprzedaży kebabów. Jego matka była z zawodu nauczycielką fizyki, ojciec miał na imię Yasser i brakowało mu kciuka u lewej ręki. Na początku nosił shirwal, szerokie luźne spodnie z elastycznego materiału, potem ubierał się jak wszyscy inni mieszkańcy miasta.

– Biegałem jak zwykle, zaczynając przed świtem, bo wcześnie rozpoczynam pracę. Przy ścieżce nad rzeką zobaczyłem trzy martwe wrony. Dwie leżały do góry brzuchami, trzecia była przekrzywiona na bok jakby podpierała się skrzydłem. Skojarzyło mi się to ze szczudłem. Wyglądały dziwnie. Zgłosiłem ten fakt do punktu sanitarnego. Poprosili, abym poczekał, żeby nie musieli szukać tego miejsca i żeby nikt nie dotykał ptaków. Od razu przyjechali i zabrali do laboratorium. Boją się rozpowszechnienia zarazy. Mówili, że mógł je zaatakować wirus Quagga.

– Coś niepokojącego wisi w powietrzu – pomyślał duchowny. – Nie jestem zabobonny, ale nie podoba mi się to wszystko. Nie ma powodu, aby mu nie wierzyć, choć wyglądało to na wymysł.

Zaraz po spowiedzi Ojciec Albert zadzwonił do kogoś. Czekał dosyć długo na połączenie nie okazując zniecierpliwienia. Mówił cicho, jakby bał się, że Trinity go usłyszy.

– To rzuca nowe światło na rozpowszechnianie się wirusa. Musi pan podjąć jakieś działania. Tylko pan jest naszą nadzieją. Burmistrz sam nie da rady.

Słuchał jeszcze jakichś wyjaśnień lub poleceń, bo dopiero po dłuższej chwili, kiwając potakująco głową, zakończył połączenie i schował telefon do kieszeni sutanny.

– Świat kręci się coraz szybciej – mruknął nie wiadomo czy do siebie czy do Trinity, kiedy przechodził obok niej. Popatrzył na nią, a ona na niego. Oboje nie odezwali się słowem,  nawet nie wymienili zwyczajowego uśmiechu.

– Jakbyśmy w ogóle się nie znali – Trinity obejrzała się za Ojcem Graną, po czym skierowała się ku nawie bocznej kościoła, gdzie miała wymienić kwiaty.

Kolejne dni wraz z szybko rosnącą liczbą zakażeń przyniosły pogorszenie nastrojów w mieście. Burmistrz wiedział o tym z raportów, rozmów telefonicznych i spotkań z pracownikami. Kiedy zadzwonił do niego doktor Brus, poczuł ulgę, że może oderwać się od rzeczywistości. Jego również męczyło chodzenie w maseczce ochronnej i ciągłe pilnowanie się, brak towarzystwa, niemożność pójścia tam, gdzie się chce i kiedy się chce. Na szczęście nie męczyła go ciasnota pomieszczeń. Był za to wdzięczny losowi.

– W domach częściej wybuchają kłótnie i niesnaski. Ludzie czują się osaczeni. Zmęczenie, jakie wspomniałeś, daje się odczuć także w sypialni. Ludzie tracą apetyt na seks. To nie jest dobra wiadomość, bo każda miłość jest oznaką zdrowia. Jako lekarz wiem to najlepiej.

– Nie wszyscy tak to odczuwają. Ja na przykład jestem inny. Dobrze się czuję w sypialni.

– Ty jesteś wyjątkiem oczywiście. Gdybym ja był taki duży i przystojny, też zachowywałbym się jak szalony hegemon w łóżku. Mnie ta atmosfera się udziela i tracę wigor. Wiem nawet dlaczego. Mam nieprzerwanie do czynienia z ludźmi chorymi i cierpiącymi, a nie tak jak ty, ze zdrowymi. To nie uodparnia na złe samopoczucie, tak jak szczepionka na wirusa.

Burmistrz obudził się w nocy. Nad głową słyszał brzęczenie komara. Postanowił go zignorować. Nie mogąc zasnąć, cierpliwie leżał i myślał. Nie wiedział dlaczego się obudził; normalnie spał jak kłoda, zwłaszcza gdy był zmęczony. Obok niego leżała żona przykryta lekką kołdrą aż po szyję, miarowo oddychając przez półotwarte usta. Przez chwilę jej zazdrościł. Za oknem słyszał syrenę karetki pogotowia, taki sam dźwięk jak kiedyś, przed epidemią, ale bardziej przeraźliwy i długotrwały.

Rano spikerka Radia Broma komentowała zdarzenia minionej doby głosem tak beznamiętnym, jakby chodziło o sprawę zamykania na klucz śmietnika osiedlowego. 

– W mieście zanotowano dwa przypadki braku łóżek i respiratorów w szpitalach. Szpitale osiągnęły już granicę swoich możliwości. Pacjenci szpitalni będą niedługo walczyć o dostęp do lekarza, bo to najbardziej deficytowy towar dzisiaj. Łóżko można kupić szybko i łatwo, wykształcenie lekarza to całe lata. Tu pojawią się najpoważniejsze problemy.

– Oto zapowiedź nadchodzącej przyszłości – przeleciało przez myśl burmistrzowi. Wyobraził sobie, jaki ciężar spadnie na niego.

Odcinek 16 

Doktor Brus zjadł kolację z żoną i przyjaciółmi w restauracji Nova. To była ich ostatnia szansa, bo restauracja miała być wkrótce zamknięta. Wybrał sobie zupę „Frutti di mare”. Kiedy z ostrożności zapytał o świeżość składników, kelner zawahał się. To powinno go ostrzec. On jednak nie zrozumiał ostrzeżenia. Po wyjściu z restauracji chodził jeszcze po mieście i obserwował, co się dzieje. Niepokoił się, bo na ulicach było dziwnie spokojnie. Tylko karetka pogotowia jeździła tam i z powrotem z włączoną syreną.

Chyba rzeczywiście się zatruł lub wypił za dużo, gdyż w nocy męczył go ciężki sen. Ubrany jak grabarz burmistrz stał nad nim i ostrzegał:

– Pamiętaj, że będzie jeszcze gorzej! Wirus nie czeka. To będzie katastrofa. Przygotuj się więc zawczasu na jej nadejście, bo mocno bekniesz za to co nastąpi.

– Jak to? Przecież to odpowiedzialność magistratu! Kto utrzymuje i finansuje szpitale?

– Nie udawaj, ze zapomniałeś – burmistrz pogroził mu łopatą .- Jesteś koordynatorem walki z wirusem. Odpowiadasz na stan zdrowia mieszkańców miasta.

Doktor zdenerwował się i wyskoczył w piżamie z łóżka, podbiegł do drzwi i wyszedł na ulicę. Poczuł ulgę, że jest już sam. Szedł przed siebie, kiedy wpadł na niego pędzący dokądś mężczyzna. Był młody i miał rozwichrzone włosy, a w oczach niepokój. Dyszał ciężko.

– Strasznie się spieszę. Nie wie pan, czy jest tu w pobliżu jakiś szpital, gdzie by przyjęli mojego ojca. Jego stan jest pogarsza się z każdą chwilą. On chyba umiera. Przyjechaliśmy do szpitala, ale tam nie ma wolnych miejsce.

– A co mu jest? – odruchowo zapytał doktor.

– Wysoka gorączka, ból w piersiach, kaszel, duszności. Prawie nie może już mówić!

Opis choroby wskazywał na zakażenie wirusem Quagga. Mężczyzna zniknął, kiedy dotarli do szpitala Przemienienia. Tu też stały karetki, wszystkie z włączonymi syrenami, że aż szarpało za serce. Szpital nie przyjmował już pacjentów. Ani zakażonych wirusem Quagga ani żadnych innych, nawet ciężko chorych. Doktor postanowił upewnić się, o co chodzi.

– Nie przyjmujemy już nikogo. – dyżurna recepcjonistka miała niepewny, starczo gęgający głos i podkrążone oczy. Zdziwiło go to, bo była młoda i zgrabna. Na włosach z przodu miała kolorową opaskę.

Doktor odruchowo przedstawił się.

– Dlaczego tu jest taki tłok!? Przecież jeszcze przedwczoraj…

– To było bardzo dawno, panie doktorze. Ale dobrze, że pan jest – usta kobiety skrzywiły się w dziwnie cynicznym uśmiechu.

Doktor usłyszał jej chichot zza maseczki w kolorowe ciapki.

– Co jej jest? – zastanawiał się, kiedy mu obcesowo przerwała. – Co jest z panem, doktorze? Jest pan rozlazłym cywilem, czy zdyscyplinowanym wojskowym lekarzem? Tu nie ma czasu na myślenie. Mamy przygotowany dla pana strój ochronny, maseczkę, hełm, obuwie. Wszystko, czego pan potrzebuje i o co zresztą sam pan prosił. Może kombinezon i hełm są trochę za duże, ale niczego innego nie mieliśmy. Musi pan sobie poradzić. O, tutaj mam nawet przywieszkę z pańskim imieniem i nazwiskiem. Proszę przebrać się w strój ochronny w tej bocznej salce a ja zaraz wrócę i zaprowadzę pana, gdzie trzeba.

– Tu nie ma nadziei na cokolwiek. Mają tu cholerny bałagan! – pomyślał doktor.

– Od razu zaprowadzę pana do sali operacyjnej – dokończyła recepcjonistka. – Brakuje nam anestezjologa i chirurga. Pan będzie musiał za nich dwóch pracować. Dr Zabiega, ten rudy, łysy, pański serdeczny kolega, nasz najlepszy chirurg, sam jest teraz pacjentem szpitala.

– Zaraził się wirusem? Jak to się stało?

– Nie. Zupełnie coś innego. Najpierw się skaleczył lancetem w czasie operacji, ale dociągnął jakoś do końca. A potem usiłował popełnić samobójstwo. Wisiał głową w dół, kiedy go zdjęliśmy. Mówił już wcześniej, że nie wytrzyma tego napięcia, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy to mówią. Tylko telewizja Tuba jest pozytywna. Twierdzą, że nie ma żadnego stanu epidemicznego. To jest oczywiście bzdura na resorach, bo to telewizja kościelna i ma obowiązek mówić dobrze, wzbudzać wiarę. Pokazują tłumy ludzi, przede wszystkim młodych, które wyszli na zewnątrz, aby pospacerować i nałykać się świeżego powietrza w naturalnym środowisku. Ścieżki spacerowe w lasach i nad jeziorami są pełne ludzi. Nawet plaża nad rzeką jest już pełna, chociaż synoptyk zapowiada, że lato zacznie się dopiero jutro. Ma być gorąco jak w piekle. Może niech pan lepiej przebierze się do operacji w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Zawsze to wygodniej. A ja pana spryskam wodą kolońską.

Odc. 17

Przekraczając wysoki próg domu Aptekarza doktor Chyra potknął się. Na szczęście utrzymał równowagę opierając się ręką o ścianę korytarza. Przypomniała mu się rozmowa z Ojcem Albertem. Spotkali się na Rynku Głównym w pełni minionego lata, rozpalonego czerwonymi połyskami słońca w ciągu dnia i rozleniwiającego pod wieczór niosący powiew chłodniejszego powietrza. Doktor żartował, że w taki dzień soki życia krążą nawet w martwej wiewiórce. Ludzie poruszali się żwawo z podniesionymi głowami. Nikomu nie przyszłaby wówczas do głowy nawet przypadkowa myśl, że kiedyś tę sielankę skutecznie zniweczy wirus i jego matka epidemia. Doktor pamiętał, że w ogóle się nie śpieszyli, choć obydwaj utrzymywali, że mają mało czasu. Czas się nie liczył.

– Ten człowiek, Aptekarz, ten … jak mu tam …Benjamin Czucha, którego chodzi pan leczyć, to diabeł, twórca czystego zła – zaczął Ojciec Albert z taką śmiałością, jakby chciał przekonać doktora, aby porzucił zamysł pomocy potworowi. – Moi parafianie twierdzą, że wyrządził on wielu ludziom wiele krzywd przekazując o nich nieprawdziwe informacje innym osobom.

– Jakie informacje i jakim osobom? – zapytał doktor. Nie zamierzał ustąpić pola plotkom i insynuacjom. Potrzebował prawdy.

– Aby ocenić to, co Ojciec mówi, dobrze byłoby znać jakieś konkrety. Obydwaj je lubimy, bo na nich osadza się prawda. Tylko taka wiedza się liczy.

– No właśnie – niezwłocznie podchwycił duchowny. – Sam chciałbym to wiedzieć.

Ojciec Albert wyglądał na ucieszonego, że mógł podzielić się z doktorem swoim niepokojem.

– Tego mi nie wyjaśniono. Wiem tylko z całkowitą pewnością, że były to informacje poufne. Moi parafianie wspominali też, że ten człowiek, czy też raczej diabeł wcielony, robi potajemnie intymne zdjęcia, które potem sprzedaje.

– Może to jakiś mąż zlecił mu śledzenie żony, podejrzewając ją o niewierność, albo żona, która wierzyła, że to on zdradza ją z kochanką i chciała mieć dowody – spekulował doktor. Był pewien, że ma rację, gdyż podobnie jak kapłan miał dostęp do szczerych wyznań swoich klientów.

– To się zdarza i na pewno jest nieprzyjemne dla zainteresowanych stron, czyli osoby śledzonej i zlecającej śledztwo. Ale Ojca nie powinno to dziwić. Czasem takie ujawnienie prawdy działa oczyszczająco, podobnie jak spowiedź. Szkoda tylko, że w momencie dokumentowania zdrady małżeńskiej nie ma spowiednika, który udzieliłby pokuty. Nie sądzi Ojciec?

Ojciec Grana popatrzył na pytającego z niechęcią, lecz nie odezwał się. Rękawem sutanny starł pot gromadzący się pod okiem na policzku i machnął ręką, opędzając się od drobnych muszek atakujących oczy. Zanim się rozstali, nachylił się do ucha doktora i szepnął:

– Wie pan, doktorze, ten pański podopieczny potrafi robić zdjęcia i nakręcać intymne sceny łóżkowe ukrytą kamerą nawet przez ścianę budynku. Bo jak można to zrobić inaczej? I to gdzie?! W motelu przy klubie Ero. To nieczysta sprawa. Chciałbym, aby to się kiedyś skończyło, bo będziemy się zawsze nurzać w bagnie niepewności. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzkiej duszy! – westchnął kapłan, po raz drugi podnosząc rękaw sutanny do twarzy, aby zetrzeć krople potu z policzka. Gest wydał się doktorowi bezsensowny, kiedy w rękawie kapłana dostrzegł dużą, kremowobiałą chusteczkę.

Rozmowa dostarczyła doktorowi pożywki do myślenia na kilka dni. Lubił takie zagadki. Ich rozwiązywanie sprawiało mu przyjemność. Już w szkole i na studiach znany był z zamiłowania do rebusów, szarad i łamigłówek; układał także kalambury do studenckiej gazetki.

W domu wspomniał żonie o spotkaniu z Ojcem Albertem. Nie podzielił się jednak rewelacjami księdza na temat Aptekarza z żoną. Nie mówił Teresie wszystkiego, denerwowała się niepotrzebnie.

– Po tej rozmowie doszedłem do wniosku, że moja praca to właściwie jeden ciąg zagadek i zgadywania. Na jaką chorobę wskazują symptomy? Jakie są jej przyczyny? Jak pomóc choremu? Jak go leczyć?

– A jaki to ma związek z twoją rozmową z Ojcem Albertem?

– Dlaczego ma mieć związek? Tak sobie tylko pomyślałem, że właściwie praca lekarza to ciągłe poszukiwanie wyjścia z labiryntu, jaki tworzą dolegliwości i choroby.

Odc. 18

Doktor odwiedzał aptekarza Benjamina Czuchę z regularnością dyktowaną jego dziwnymi zatruciami pokarmowymi. Aptekarz skarżył się na bóle brzucha, gorączkę, ból głowy, często wymiotował. Czasem męczyła go biegunka. W sumie była to dolegliwość mało znacząca, nie zagrażająca zdrowiu. Zatrucia zdarzały się tak często, że medyk zastanawiał się, czy są one rzeczywiście całkiem przypadkowe. Był przekonany, że jego wizyty nie są konieczne. Nie potrafił jednak odmówić, kiedy pacjent prosił go o wizytę w domu i w dodatku dobrze płacił.

Aptekarz czekał na kozetce w salonie. Doktor przywitał go z dala dłonią uniesioną w górę i uśmiechem przyzwoitości, szukając wzrokiem krzesła. Potrzebował je, aby położyć na nie torbę lekarską z narzędziami w sposób ułatwiający sięgniecie do jej wnętrza. Rozejrzał po salonie. Nigdy wcześniej tutaj nie był.

Było to nowocześnie urządzone obszerne pomieszczenie z wielkim oknem od strony północnej. Wszystko tu było nowe: sześć oprawionych w ramy obrazów na ścianie, świece, fotel uszak, stolik kawowy, sofa w stylu skandynawskim i beżowy dywan na podłodze. Jasne powierzchnie mebli odbijały światło wpadające przez okno i jeszcze bardziej rozjaśniały wnętrze. Kształty i kolory mebli, a także ich ilość, podziałały na lekarza przytłaczająco. Nie lubił takich mebli w takich kolorach. Biel biła go po oczach swoją żarłoczną intensywnością. Atłasowy połysk wykładziny mebli przypomniał mu białą materię wyściełającą trumnę wuja zmarłego trzy lata wcześniej. Przez długi czas śniła mu się po nocach jego pośmiertna woskowa maska.

Oprócz lampy w suficie, stojącej lampy podłogowej z abażurem i lampki stołowej, pomieszczenie było wyposażono także w kinkiety ścienne. Doktorowi nie podobały się duże skrzyniowe meble, komoda, regał i szafka, wszystkie w kolorze białym. Tylko wypoczynkowa sofa i fotel były w kolorze grafitu. Wyglądały jak dwa czarne jaguary wpuszczone do klatki z białymi jagniętami. Wnętrze pokoju ożywiały kolorowe dodatki w barwach różu i błękitu umieszczone na poduszkach i dekoracjach.

– Pan chyba szalenie lubi lampy i biały kolor? Jasne kolory… – poprawił się po chwili.

Aptekarz nie zauważył krytycznych spojrzeń gościa ani uszczypliwości w jego głosie. Widział tylko, że jest pod wrażeniem aranżacji salonu.

– Otrzymałem ostatnio anonim, że niechybnie pójdę do piekła, chciałem więc zawczasu nacieszyć się światłem i jasnością. – Na obolałej twarzy leżącego pojawił się nieporadny uśmiech.

– Robi dobrą minę do złej gry. Wszystko tu jest popieprzone, włącznie z nim samym – zirytował się lekarz. Myślał, aby jak najszybciej zakończyć wizytę. – Jak się pan czuje? –zadał pytanie nie nastawiając się na wysłuchanie odpowiedzi. Wiedział, co mu powie pacjent.

– Jak zawsze w takim przypadku. Nudności, wymioty, gorączka, bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, trochę bóle mięśniowe. Od wczoraj nic nie jadłem, czuję się osłabiony.

– Wiemy już, co wywołuje pańskie niedyspozycje. Badanie laboratoryjne ujawniło winowajcę. To rotawirus. U dorosłych do zakażenia dochodzi drogą kropelkową lub pokarmową. Podejrzewam to drugie. Nie wiem, jak się pan odżywia. Mógł pan połknąć wirusa z nieprzegotowaną wodą, niemytym owocem lub sałatką warzywną. A może ma pan w rodzinie małe dzieci, którym często zdarzają się zatrucia pokarmowe. Mógł się pan od nich zarazić.

Mężczyzna na kanapie poruszył się niespokojnie. Podniósł głowę i popatrzył uważnie na lekarza.

– Przyszło mi do głowy, że ktoś chciał mi zaszkodzić. Ostatnio dwa razy zamawiałem pizzę, po której czułem się bardzo źle. Zatrułem się. Dopiero teraz, kiedy pan zapytał, przyszło mi to do głowy.

– Niech się pan pilnuje. Nie jest pan aniołem. Może nadepnął pan komuś na bolący palec, i ten ktoś nie może panu wybaczyć. Ostatnio miałem dwa zgony, właśnie z powodu zatrucia pokarmowego. Ludzi tych po prostu otruto. Ustaliło to analiza laboratoryjna. Była to zemsta, jakieś porachunki osobiste. Nie mówię tego, aby pana straszyć.

Popatrzył na aptekarza i zobaczył jak blednie. Nie zamierzał dochodzić, dlaczego twarz pacjenta poszarzała nagle. Po mieście krążyły plotki na jego temat. – Jak sobie pościele, tak się wyśpi – pomyślał.

– Musimy nawodnić pański organizm. Zrobię panu kroplówkę. W momencie, kiedy miał już przebić skórę igłą, aptekarz zawahał się i wycofał rękę. Patrzył z niepokojem na lekarza. Ten zaśmiał się szorstko.

– Niech się pan uspokoi. Nie jestem mordercą. Choć kto wie… Zorientował się natychmiast, że żart był nietrafiony. Poczuł się bardzo niezręcznie i przeprosił Aptekarza.

W drodze powrotnej do kliniki doktor nie mógł sobie wybaczyć swojego zachowania. Było naganne. Tak to go męczyło, że zatrzymał samochód na końcu przystanku autobusowego, aby zadzwonić do żony. Rozmowa była bardzo lakoniczna.

– Nie przejmuj się. Jeśli ten palant przyjął to jako groźbę, to zasłużył sobie na to.

Aha – pomyślał doktor. – Teresa coś wie o nim, albo sama ma coś na sumieniu. Postanowił zakończyć rozmowę.

Odc. 19

Wraz ze wzrostem zachorowań na wirusa nasiliła się fala donosów. Coś trzeba było z tym zrobić. Ludzie oglądali się na burmistrza i na komendanta policji.

– Powinieneś coś przedsięwziąć. Wszyscy na to czekają – Sandra zaatakowała męża z samego rana zanim wszedł do łazienki.

Starał się zachować spokój, śpieszył się. Miał tego tematu i takich oczekiwań po uszy.

– Dlaczego właśnie ja? To nie ja je piszę i rozpowszechniam. I nie ja je wrzucam do skrzynek i piszę obrzydliwości na murach.

– Piotrze, co ty mówisz? Ty tu jesteś władzą. To do czegoś zobowiązuje.

Burmistrz nie podjął wyzwania, zdobył się tylko na komentarz.

– To prawdziwa plaga. Wprost niewiarygodne. Ludzie przestali już chyba czytać prasę i oglądać telewizję; o wszystkim dowiadują się z donosów. Ciekaw jestem, kto je wrzuca do skrzynek i maże graffiti po murach?

– Chyba połowa miasta. Każdy raptem ma pretensję do każdego, coś mu zrzuca, coś podejrzewa. Ludzie robią to to także z zawiści. Jeśli ci się dobrze powodzi, to powód aby cię oskarżyć o złodziejstwo. Ja wiem tylko jedno: ludzie są wściekli, bo kończą się miejsca w szpitalach i karetki już jeżdżą po kilka godzin po ulicach. To ich przeraża. Szczerze mówiąc, mnie również. Gdzieś lub na kimś muszą rozładować swój niepokój i niezadowolenie. Mają do dyspozycji manifestacje lub donosy. Te drugie są po prostu bezpieczniejsze.

Burmistrz zwołał sztab kryzysowy. W spotkaniu uczestniczyli także doktor, komendant i aptekarz. Zaprosił ich, aby przypomnieć im ich odpowiedzialność: za koordynacje pracy szpitali, za porządek publiczny i za zaopatrzenie w materiały niezbędne do obrony przed wirusem. Takie  ustalenia podjęli już wcześniej. 

Wspólnie zastanawiali się, co zrobić. Wniosków i sugestii było sporo, ale nic z tego nie wynikało. Każdy starał się wnieść coś od siebie. Jedna sprawa była bezsporna. Najbardziej aktywny był anonim podpisujący się “Kret”. Był najbardziej aktywny i agresywny. Oskarżał i szkalował nawet najspokojniejszych ludzi, tworząc atmosferę nienawiści. W jego działaniach była pewna prawidłowość: atakował tylko władze i kobiety.

– To jakiś maniak seksualny, zboczeniec. Nie znosi kobiet. Te ciągle oskarżenia o łajdactwa. – Odezwa się przedstawicielka organizacji kobiecych. Burmistrz zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Podobała mu się.

Nic nie odpowiedział tylko słuchał. Miał swoje podejrzenia. Patrzył na komendanta, który zdawał się być obojętny. Siedział sztywno na krześle, eksponując jak na wystawie swoją okrągłą twarz i byczy kark i tylko raz lub dwa razy zabrał głos, niewiele wnosząc do dyskusji.

–  To jakiś epidemia. Trzeba poczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie. Do mnie na komisariat trafia najwięcej anonimów. Mam wrażenie, że to jakaś moda na wywnętrzanie się i wietrzenie złych uczuć. Wydaje się, że każdy ma komuś coś do zarzucenia i ludzie robią to chętnie, choć im nikt za to nie płaci.

Po zebraniu burmistrz Rafael zatrzymał komendanta w drzwiach. Chciał porozmawiać z nim w cztery oczy.

– Ma pan swoich ludzi wszędzie. Niech się pan ustali, kto to jest ten Kret. Kogo on może reprezentować i dlaczego tak nienawidzi kobiet. Może to rzeczywiście jakiś maniak seksualny?

Okrągła twarz komendanta pozostała nieporuszona. Nie powiedział tak, ani nie, wyglądał, jakby się namyślał czy przyjąć żądanie burmistrza do wiadomości czy nie.

Rafaelowi przyszła do głowy dziwna myśl. Przypomniał sobie, jak często natykał się na komendanta w dziwnych miejscach i czasie.  Postanowił mieć się na baczności i patrzeć mu na ręce.

Tego dnia burmistrz jadł obiad w domu. Czekając na zupę, którą żona przygotowywała w kuchni, zastanawiał się, czy warto podjąć z nią męczący go temat. Sandra nie znosiła dyskusji przy stole. Wchodząc do jadalni stąpała ostrożnie niosąc w prawej i lewej ręce talerz z błękitnym wężykiem sięgającym aż po zielonoszarą krawędź zupy ogórkowej. Była to jego ulubiona zupa. Kiedy poczuł jej zapach, prawie zapomniał, o czym chciał mówić. Czekał, aż żona postawi talerze na stole. Sięgną ręką, aby przyciągnąć swój bliżej krawędzi stołu. Wziął łyżkę do ręki i otworzył usta, pragnąc zacząć rozmowę. Uprzedziła go.

– Co tam u ciebie słychać w pracy? Wszyscy teraz mówią o donosach i o niczym więcej. Szalone czasy, zwariowane miasto. Nie wiem już komu można wierzyć, a komu nie. Ja to ja, ale ty to na pewno masz z tym urwanie głowy. Z każdym musisz współpracować.

Odc 20

– Po dzisiejszym spotkaniu w moim biurze mam przeczucie, że jest w to w jakiś sposób umoczony nasz ukochany Leoś Cukor. To najbardziej wpływowy człowiek w mieście. Wszystko wydaje się kręcić wokół niego, ma rozległe kontakty i każdemu chętnie oferuje pomoc. Dla mnie ta jego życzliwość jest podejrzana.

Sandra zaśmiała się. Coś jej się przypomniało, bo pokiwała głową, jakby się dziwiła.

– Chyba to prawda. Im bardziej ktoś jest pobożny, tym dalej jest od Boga. Znam takich ludzi. Lepiej pilnuj się i miej go na oku, aby coś nie zmajstrował przeciwko tobie.

– Dlaczego tak mówisz?

– Dwa dni temu, kiedy bawiłeś się z tym swoim sztabem kryzysowym, byłam na wieczornym nabożeństwie. Widziałam go tam. Był z całą rodziną. Nie! Nie! Co ja mówię. On nie ma rodziny. Był jak zawsze ze swoim towarzystwem; to chyba jego wspólnicy i pracownicy. Ten jego sekretarz to prawdziwy laluś, odstawiony jak radosna mężatka po odejściu kochanka. Byli też z nim ludzie, których nie znam. Z ciekawości zapytałam o nich Ojca Alberta. Lubi mnie i chyba ma do mnie zaufanie, ale powiedział mi tylko, że to bardzo pobożny człowiek i chętnie wspomaga kościół. Okazuje się, że naprawa dachu na wieży kościelnej i klimatyzacji to też jego zasługa. Znaczy się, jego pieniądze. Może księdza łączą z tym krezusem jakieś bliższe stosunki?

– Tego nie wiem, ale nie mogę wykluczyć, że klecha nie siedzi u niego w kieszeni. Ten jego Samariteri to prawdziwa zagadka. Wypasiona, luksusowa limuzyna. Nie pamiętam, czy mówiłem ci o niej?

– Wspomniałeś tylko, że mógł być kradziony. Ale to tylko spekulacja. Nie masz żadnych dowodów przeciwko księdzu.

– Nie będę dochodzić, czy ten samochód był kradziony czy nie, jak podano w anonimie, bo w to nie wierzę. Ojciec Grana jest zbyt inteligentny i rozważny, aby robić takie sztuczki. Na pewno ma dobrych doradców. Ale gdyby otrzymał to cacko w darze od Dyktatora i przyjął je, to by znaczyło, że jest od niego zależny. Kto daje takie upominki, nie robi tego za darmo. Musi mieć jakieś oczekiwania. To zresztą nie musi być dar bezpośrednio od niego. Na pewno ma jakąś fundację dobroczynności, która mogła to zrobić za niego.

– Co Cykor by na tym zyskał?

– Życzliwość wpływowego duchownego i jego kościoła. A bo to pierwszy raz takie rzeczy się dzieją? Rzecz nie jest bez znaczenia, bo ludzie wierzący mają szacunek dla Ojca Grany. Jakbyś dowiedziała się coś więcej, podziel się tym ze mną. Bardzo mnie to interesuje.

– Dlaczego? Chcesz wszcząć dochodzenie przeciwko księdzu? – Zaniepokojona Sandra zatrzymała się w połowie drogi do kuchni.

– Nie przesadzaj! Lubię po prostu wiedzieć, jak się świat kręci, zwłaszcza teraz, kiedy mamy same nieszczęścia: powódź, jakiej nie było od lat, wirusa Quagga, epidemię, niepokoje społeczne i na dodatek te cholerne anonimy.

– Ty chyba bardzo nie lubisz Leona Cykora?

– Tak, to prawda. Chyba z wzajemnością. Czuję przez skórę, że chce mnie wysadzić z siodła. Nie podoba mi się jego nadęta pobożność i niezwykła chęć pomagania wszystkim, uzależnianie ludzi od siebie. Dyktator z łaski bożej. Ktoś mi powiedział: – Kiedy Cukor był na wycieczce w Afryce, kazał się obszyć skórą słonia, ale to nie znaczy, że jest gruboskórny. Jest tylko odporny na krytykę i ma pamięć jak słoń”. 

To facet o wielkich umiejętnościach dyplomatycznych, lokalny Machiavelli. Muszę to docenić.

Odc .21

Benjamin Czucha zwany Aptekarzem miał złą passę. Najpierw otrzymał donos z oskarżeniami, potem kolejne, później nastąpiły dziwne telefony. Wprawdzie mu nie grożono, ale oskarżano o czyny, których nie popełnił. Tak to odbierał. Były to przeważnie oszczerstwa, ale były też krótkie złośliwości każde zakończone wykrzyknikiem: Łajdak! Sługus i donosiciel na niewinnych ludzi! Chciwy szpieg! Ty draniu, zrobisz każdą podłość, kiedy ktoś ci zapłaci! Trujesz ludzi w swoim supermarkecie sprzedając towar z przemytu! Żona cię zdradza i to z kim!? Zęby ci wypadną, jak się dowiesz!

Ktoś wrzucał je do skrytki pocztowej razem ze zwykłymi przesyłkami. Donosy czytał lecz nie pozbywał się ich. Pocieszał się tym, że w pewien sposób świadczą o jego popularności.

Najsilniejszy był nurt oskarżeń o donosicielstwo. Podejrzewano go o niecne sprawy i sprawki: szpiegowanie, podsłuchiwanie rozmów, filmowanie scen intymnych, a nawet rzucanie złego uroku.

Myślał o tym intensywnie. Wprawdzie nie miał uprawnień detektywa, ale prowadził coś w rodzaju nieoficjalnej agencji detektywistycznej. Cieszył się sławą człowieka potrafiącego zdobyć każdą informację. Miał dar przenikania ludzi, jak mówiono. Wierzył w to.

Swoimi niepokojami podzielił się z doktorem przy okazji kolejnej wizyty domowej. Był przekonany, że Julian Bros już to wie albo się domyśla, czym Aptekarz zajmuje się poza prowadzeniem supermarketu. Znał wielu ludzi i bywał w niejednym domu. Był osobą zaufania publicznego. Miał takie przekonanie, tymczasem ktoś usiłował mu to odebrać.

– Świadczę usługi detektywistyczne tylko ludziom zaufanym. Pan wie, doktorze, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Coś dla takiego zrobisz, natrudzisz się, naszarpiesz, narażając się na ryzyko, znajdziesz poszukiwane informacje, a potem ten ktoś ma do ciebie pretensje. A ile razy miała do mnie pretensje osoba śledzona, chociaż to nie ja zdecydowałem, aby ją śledzić, a czasem i fotografować in flagranti. Kobiety też nie są lepsze, choć to one częściej zlecają mi taką robotę.

Zapytany o jeden czy drugi szczegół przez doktora, śmiał się niepewnie i zaprzeczał, zagadywał albo wekslował sprawę na tor boczny.

Po rozmowie z Aptekarzem, doktor Bros zaczął kojarzyć sobie fakty. Czucha był obserwatorem ptaków biegłym w podglądaniu, robieniu zdjęć i nagrywaniu głosów ptaków na dużą odległość, miał też doskonały sprzęt. To było jego hobby. Pierwszy raz opowiedział mu o tym latem. Padał wtedy tak intensywny deszcz, że doktor nie mógł przejść nawet stu metrów do swojego samochodu. Przesiedział u Aptekarza co najmniej godzinę. Nie mając nic lepszego do roboty rozmawiali. Kiedy wreszcie zdecydował się pójść do samochodu, odnalazł go pięćdziesiąt metrów dalej, przesunięty w dół ulicy. Stał w zagłębieniu terenu zanurzony w wodzie aż po kierownicę.

Aptekarz chodził po supermarkecie Diva sprawdzając, czy towar jest należycie rozłożony i czy nie należałoby czegoś uzupełnić. Nie musiał się martwić, personel zadbał o wszystko. Był zadowolony. W biurze spotkał żonę. Zdziwił się, że zjawiła się tak wcześnie. Normalnie mógł spodziewać się jej godzinę później. Wpadła, aby porozmawiać z dala od domu, dzieci i telefonów. Miała na sobie jasnoniebieską sukienkę. Od razu zwrócił na nią uwagę. Lubił ten kolor i oryginalny wzór przypominający ptasie oczy. Zaprosił ją do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz, aby nikt im nie przeszkadzał. Podzielił się z nią wiadomościami o donosach. Nie zamierzał wszystkiego powiedzieć. Były też i dobre wiadomości, w innych sprawach. Marlena zasugerowała mu, aby skupił się na nich.

Czucha miał powody do zadowolenia.

– Rośnie niepewność. Ludzie wykupują towary i tworzą zapasy. Sprzedaż w supermarkecie idzie nam wyjątkowo dobrze. Z półek szybko znikają płyny dezynfekujące i antywirusowe, maseczki, rękawiczki i inne związane z walką z wirusem i higieną osobistą.

Aptekarz tak się rozgadał, że żona zaczęła mu się przyglądać, czy czasem po cichu nie wypił kilku piw. Był jednak trzeźwy.

– Towary wykupione w hurtowniach, tylko w części pojawiły się w sklepach detalicznych, na rynku i na bazarach. Resztę zmagazynowano. To czysta spekulacja. Ktoś liczy na duży zarobek, kiedy przyjdzie prawdziwy kryzys wywołany epidemią i zacznie brakować artykułów pierwszej potrzeby.

Aptekarz rozmawiał o tym ze szwagrem, bratem Marleny, prowadzącym hurtownię mrożonek.

– Wprawdzie mrożonki to delikatny towar, łatwo psujący się, ale można go trzymać miesiącami w zamrażarkach. Teraz jest czas na podnoszenie cen. Mało kto protestuje, bo wiadomo, że koszty hurtowników rosną a ludzie mniej kupują i sprzedający muszą podnosić marże zysku, aby utrzymać się na rynku. Ja na to nie liczę, dla zachęty obniżam nawet niektóre ceny i sprzedaję jak można najwięcej. Spekulantom wydaje się, że w przyszłości ceny będą wyższe. To wcale nie jest pewne. Można się przejechać.

Marlena Czucha patrzyła na męża i zastanawiała się, jak sobie radzi w nowej sytuacji; z jednej strony podłe donosy, z drugiej sukcesy handlowe. Właśnie zakończył swoje przemówienie.

– Jestem zadowolony. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu.

Popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. W pokoju była kanapa. Uchwyciła jego wzrok, domyśliła się, o co chodzi. Jeszcze raz popatrzył na kanapę, wstał z krzesła i podszedł do żony. Zaczął delikatnie wodzić ręką po jej szyi i całować po twarzy. Uznała to za dobry moment. Zapragnęła się zrelaksować, mieć trochę przyjemności. Wirus dawał się jej we znaki, bała się go. Wstała, podeszła do kanapy i pomogła mężowi rozpiąć i zdjąć  sukienkę. Potem uklękła kolanami na kanapie, oparła się rękami o jej grzbiet i wypięła pośladki. Zanim zaczęli się kochać, poprosiła o włączenie radia.

– Nastaw jakąś muzykę. Aby tylko nie było za głośno. I sprawdź przy okazji, czy drzwi są dobrze zamknięte.

Albert Czucha zapomniał o supermarkecie, donosach i osiągnięciach w pracy detektywistycznej.

Odc. 22 

Nieszczęście nadeszło wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał z wyjątkiem czarnowidzów i katastrofistów. W ciągu trzech dni gwałtownie wzrosła ilość zachorowań. Opinie wirusologów były jednoznaczne.

– Wchodzimy na szczyt epidemii. Może to już nawet pandemia.

Burmistrz połączył się z doktorem Brusem Śpieszył się.

– Jak mogło do tego dojść? Mam na myśli to gwałtowne przyśpieszenie epidemii.

– Mamy tylko teorię. Sprawdzamy ją w badaniach laboratoryjnych. Wirus zmutował i podłącza się do pyłów i zanieczyszczeń obecnych w powietrzu, tak jakby się podklejał. Powstają w ten sposób niewidoczne dla oka skupiska, gdzie nie sposób się nie zarazić.

– Coś takiego jak zaraźliwa chmura.

– No właśnie. Dobre porównanie.

– Czy to już szczyt epidemii?

– Bóg jeden wie? Może być ich kilka. Tak długo jak nie mamy szczepionki, jesteśmy na łasce Quaggi. Nie wiadomo czy będzie ona dalej mutować. A jeśli będzie, to jak? To, co się dzieje, to zresztą wielka nowa mutacja.

– A jak w twojej ocenie wygląda sytuacja w szpitalach?

– Szpitale są przepełnione. Ludzie umierają w karetkach pogotowia stojących na ulicy. A także już w domach, bo nie ma ich kto przewieźć, ani dokąd. Niektóre szpitale nie przyjmują już pacjentów, bo jedna trzecia personelu jest na kwarantannie. Taka jest prawda i nie da się ona zaprzeczyć. Zupełnie jak na wojnie. Każdy chce przeżyć, a szpitale nie dają rady.

Burmistrz otrzymywał także doniesienia, którymi się z nikim nie dzielił, aby nie powiększać chaosu. Miał zawsze uzasadnienie, że musi je sprawdzić. W służbie zdrowia notowano pierwsze przypadki przekupstwa, a nawet szantażu i wymuszeń.

– Pieniądz stał się panem – pomyślał. To go przeraziło tak bardzo, że zrobił sobie przerwę, aby napić się alkoholu. – Lepiej być pijanym niż dać się zwariować – pomyślał. . Kiedy upił pół szklanki, był tak zmęczony, że zapadł w krótkotrwałą drzemkę. Chciał coś powiedzieć, kiedy usłyszał szept do ucha. – Już wróciłam do łóżka, kochanie. Mam dzisiaj chęć na ciebie. Choć pobaraszkujemy.

Zadzwonił telefon. Był to komendant Eliasz Prokura.

– Podobno jakąś karetkę zatrzymali w drodze do szpitala fałszywi policjanci, aby podmienić pacjenta. Nie wierzę w to, ale muszę sprawdzić. Cuda dzieją się na ziemi. Chyba przestanę wierzyć w Boga!

Przed szpitalem „Przemienienia” zorganizowano zapisy kolejkowe. Panował nastrój rezygnacji, niechęci i pełzającej wrogości. Młoda, grubo ubrana kobieta w kapturze naciągniętym na oczy, z plecakiem w prawej ręce, zapytała, dlaczego tyle osób stoi w kolejce i po co sam kolejka, skoro nie ma już wolnych miejsc.

– Rodziny osób w karetkach płacą innym za stanie w kolejce, aby czekali, aż coś się zwolni. Prawdziwa Sodoma i Gomora! – odpowiedział podniesionym głosem starszy, byle jak ubrany mężczyzna.

– Skrzypi jak zdezelowana szafa – pomyślała kobieta przekładając plecak do drugiej ręki, aby wyjąć z niego smartfon.

– Słyszała pani chyba o Sodomie i Gomorze?

– Adresatka pytania obruszyła się, ale nic nie odpowiedziała.

Sztab kryzysowy w ostatnich dniach pracował prawie bez przerwy. Ludzie byli wyczerpani. Dla zachowania ciągłości ustalono, że będą przychodzić na zmiany.

– Połowa tutaj, połowa w domu, aby wypocząć. Inaczej nie wytrzymamy – mówiąc to burmistrz poczuł się bezsilny. Miał wrażenie, że wszyscy mają do niego pretensje o to, co się dzieje w szpitalach i na ulicach. Zbuntowali się dyrektorzy trzech dużych szpitali miejskich. Odmówili przyjmowania pacjentów zakażonych wirusem oraz poleceń sztabu kryzysowego, sugerujących usprawnienia w systemie przyjmowania pacjentów.

W dyskusji burmistrz unosił w górę to jedną, to drugą rękę, jakby ważąc to, co mówi. Jego słowa komunikowały mniej niż ciało, pokazujące brak przekonania.

– Nie możemy nic im zrobić. Sytuacja jest tragiczna. Nie wyrzucę ich, bo to doskonali fachowcy, a innych i tak nie mamy. Burmistrz nastawił swój smartfon na głośne owinie i położył na stole, aby wszyscy słyszeli. To ordynator szpital Przemienienia – wyjaśnił. – Posłuchajcie.

– Nie możemy pracować dwadzieścia godzin na dobę. Potrzebujemy odpoczynku. Bez niego sami padniemy, zanim zdążymy dojść do łóżka pacjenta. Wczoraj zmarła na wirusa nasza koleżanka z pracy. Była anestezjologiem, osobą, bez której nie może się odbyć żadna operacja. Jeden z chirurgów dostał ataku szału i pobił sanitariusza, który spiesząc się do karetki odmówił mu pomocy w przeniesieniu respiratora do innej sali. Musieliśmy dać obydwu środki odkażające… Widzi pan, mnie też to się udziela. Zamiast uspokajające, powiedziałem odkażające. – Panie burmistrzu! Nie możemy przyjmować poleceń pańskich ani sztabu kryzysowego. Nie możemy dokonywać teraz żadnych zmian, bo nie mają one sensu. Szpitale są zatkane i nic nie jest w stanie nam pomoc. Chyba, że otworzy pan nowy szpital.

Odc. 23 

Przed szpitalem „Przemienienia” pojawiły się kobiety w większości w czarno-czerwonych strojach. Były to żony i matki męskiego personelu szpitala. Zamknięto go poprzedniego dnia, kiedy okazało się, że połowa pracowników zaraziła się wirusem. Wszyscy zostali poddani kwarantannie na terenie szpitala. O zakażenie oskarżono dyrektora, który zaniechał wprowadzenia żądanych przez załogę dodatkowych środków bezpieczeństwa. Z powodu wyłączenia dużej liczby pracowników, dyrektor nałożył dodatkowe obowiązki na pozostałych.

Komendant Eliasz Prokura połączył się krótkofalówką z burmistrzem.

– Wysyłam policjantów przed szpital Przemienienia, gdzie trwa wielka demonstracja. Manifestują głównie kobiety niezadowolone z zamknięcia szpitala i braku kontaktu z mężczyznami. Żądają kwarantanny w domu a nie w szpitalu oraz skrócenia ich dyżurów. Są wściekłe, niektóre wyglądają na zdesperowane. Otrzymałem informację, że są tam również ludzie wyposażeni w petardy, prawdopodobnie chuligani lub prowokatorzy. Obawiam się aktów przemocy i wandalizmu.

– Kto będzie dowodzić pańskimi ludźmi?

– Sam będę dowodzić oddziałem. Nie mogę dopuścić do zagrożenia życia i mienia. W razie potrzeby użyjemy gazów łzawiących, moi ludzie są także przygotowani do strzelania gumowymi kulami, ale to ostateczność. .

Dochodzący z zewnątrz ratusza hałas był coraz większy. Burmistrz podszedł do okna. Na rynku zebrał się tłum z transparentami. Ludzie okrzyki patrząc w kierunku ratusza.

– Za oknem też mam manifestację. Głównie kobiety. Mają transparenty i krzyczą. Chyba pod moim adresem, bo patrzą w okna ratusza.

– Tak, wiem o tym. Niedawno uzyskałem ostrzeżenie o tej demonstracji. Dlatego przydzieliłem panu dwóch ochroniarzy dla bezpieczeństwa. Może już nawet czekają w pańskim sekretariacie.

– Dotychczas obywałem się bez ochrony.

– Jest pan najważniejszym urzędnikiem miasta. Bóg jeden wie, co może się wydarzyć. Nie chcę mieć pana na sumieniu a prokuratora na karku. Przy okazji powiem, że otrzymujemy coraz więcej donosów. Piszą też na pana. Jak zwykle oskarżenia o malwersacje, nadużycia władzy, także jakieś sprawy prywatne. Same brudy.

– Piszą praktycznie na każdego, kto nosi imię i nazwisko i ma adres zamieszkania. Oszczędzają tylko chyba ludzi bezdomnych. Dobrze byłoby wiedzieć, kto to robi. Czy pan już znalazł albo przynajmniej ma jakieś namiary na tego Kreta?

– Nie. Na razie bez rezultatu. Mam zaufanych ludzi, już węszą. Nie podoba mi się to wszystko. Miasto coraz bardziej przypomina dżunglę, gdzie ludzie polują na siebie jak zwierzęta. Wygląda to dosyć prymitywnie.

Po południu ulica przed szpitalem była zblokowana z jednej strony przez ludzi, z drugiej przez kolumnę samochodów z włączonymi klaksonami. Dwaj młodzi mężczyźni i jedna kobieta stali na dachu samochodu dostawczego z zapalonymi pochodniami w rękach. Z wnętrza pojazdu dobiegała głośna muzyka. Tłum skandował w takt muzyki hasła podawane przez megafon. Pod adresem dyrekcji szpitala padały wyzwiska i żądania. Z chodników rozlegały się okrzyki zarówno zachęty dla demonstrujących jak i potępienia.

– Co ta policja tu robi? Po co oni są w ogóle potrzebni? Aby tylko prowokować!

– Ta manifa to przegięcie, cała ta gadka o sytuacji w szpitalu. I te klaksony samochodowe, tylko aby zakłócać spokój w mieście. 

– To lekceważenie, ośmieszanie, hipokryzja i żenada! Burmistrz nie jest w stanie zapewnić porządku w spokojny sposób. Nieudacznik!

Przed budynkiem szpitala stał wóz transmisyjny telewizji Tuba. Reporter z mikrofonem w ręku patrzył w ekran kamery.

 – Jesteśmy naprzeciwko szpitala Przemienienia. Policja, którą dowodzi komendant Eliasz Prokura, zachowuje się brutalnie i agresywnie. I to mimo tego, że demonstranci zachowują się spokojnie, wyrażając swój niepokój o to, co dzieje się w szpitalu. Nie widzę agresji z ich strony. Mamy informację, że nieco dalej, na ulicy Parkowej, policjanci strzelali gumowymi kulami, aby rozpędzić tłum. Zachowują się jakby byli pod wpływem narkotyków lub innych środków stymulujących. To okropne i zupełnie niezrozumiałe postępowanie.

Odc. 24 

W nocy dotychczas czyste ściany szpitali pokryły graffiti. Z niektórych znikły stare murale. Na ścianie frontowej szpitala Przemienienia pojawił się nowy mural z podpisem: „Kura na resorach. Patrzcie, jak będziecie wyglądać po wirusie.”

– Uaktywnił się Kret lub ktoś, kto się za niego podaje. Tak czasami bywa, że na fali popularności przestępcy ktoś inny chce wypłynąć, podszywając się pod niego – Komendant coraz głębiej wnikał w nowe formy komunikacji społecznej.

Autor donosów podpisywanych ksywą “Krt” był wciąż nieznany. Burmistrz wyznaczył nagrodę pieniężną, oczekując, to naprowadzi policję na ślad przestępcy. Kolejne dni nie przyniosły postępu w śledztwie. Nadal nie było wiadome, kto to może być.

– To jakiś dziwnie nieuchwytny człowiek? Chyba że … – Piotr Rafael powstrzymał się od komentarza. Przyszło mu na myśl, że może jest to ktoś z komisariatu policji lub z jego własnego otoczenia. Tracił zaufanie do ludzi, gotów był podejrzewać każdego.

Większość donosów kierowana była przeciwko niemu. Zastanawiał się, czy ktoś celowo nie podsyca czy wręcz nie inspiruje tej nagonki.

– Pomówieni i oszczerstwa idą w dwóch kierunkach, twoim i Cukora. Nie jesteś osamotniony. – Słowa żony stanowiły dla burmistrza marne pocieszenie. Siedzieli pod dachem na werandzie z tyłu domu i rozmawiali. Burmistrz słyszał telefon dzwoniący z wnętrza domu lecz nie reagował.

– Nie odbierzesz? – Głos Sandry był spokojny; udzielił jej się pogodny nastrój popołudnia, zastój wiszący w powietrzu i nieznany zapach przypominający podgrzany majeranek.

– Nie zamierzam. Należy mi się trochę spokoju, bo to pada mi już na rozum. Stałem się nerwowy i przewrażliwiony, zachowuję się jak mimoza. Robię, co mogę, aby sprawy miasta i jego mieszkańców układały się jak najlepiej. Pracuję prawie dzień i noc, ale nikt tego nie docenia; skoro donosy wymierzone są głównie we mnie. Dobrze chociaż, że komendant zapewnił mi ochronę policyjną. Przynajmniej jakaś przypadkowa cegła nie spadnie mi na głowę i nie zostanę napadnięty i pobity, wykonując czynności służbowe. Czuję, że ktoś chce mnie wyeliminować z konkurencji.

– Leon Cukor jest też obiektem ataków donosicielskich. Chyba nie mniej niż ty – Sandra usiłowała pocieszyć męża.

– Komendant zwrócił mi uwagę, że donosy na Dyktatora mają inny ton. Zauważył to psycholog policyjny. Też mają najczęściej charakter oskarżycielski, ale w sposób nieokreślony. Co innego, kiedy ktoś oskarża cię o złodziejstwo i sugeruje, co i kiedy ukradłeś, a co innego, kiedy mówi o tym w sposób ogólny „Jesteś złodziejem”. Na pewno też Dyktator otrzymuje dużo mniej donosów, bo jego skrytek pocztowych pilnują wynajęci strażnicy. Sam jest chyba nieobecny. bo nie pojawia się w miejscach publicznych.

– To po co utrzymuje armię ochroniarzy.

– Stać go na to – głos burmistrza był cierpki.

– Ale to może być niebezpieczne. Uzbrojeni i wyszkoleni ludzie na służbie jednego człowieka, w dodatku potentata.

– Dotychczas nie zrobili nic złego.

– To dobrze, ale musicie go obserwować. To może być niebezpieczne. Prywatna armia jak za Średniowiecza.

– To prawda. Tym bardziej, że krążą pogłoski, że to początki walki o władzę. Za kilka miesięcy odbędą się wybory nowego burmistrza. Kończy się moja kadencja – Rafael uznał, że było to wszystko, co miał do powiedzenia. Popadł w milczenie. Siedział i patrzył w przestrzeń. 

Dla Leona Cukora nastały ciężkie dni, donosy nie przestały napływać mimo zablokowania dostępu do skrytek pocztowych osobom postronnym. W dodatku, na kolacji z przyjaciółmi, świętując zakończenie budowy nowej fabryki paneli słonecznych, przejadł się. Tak powiedział swojemu sekretarzowi Alanowi, który nieostrożne – mimo zakazu mówienia czegokolwiek o życiu prywatnym pryncypała – wygadał się przed swoim bratem.   

Rano Dyktator obudził się mokry od potu i drżący z zimna. Był rozebrany do naga, leżał na kanapie, nie na łóżku. Miał straszny sen. Na początku nic nie pamiętał, potem przypomniał sobie nocne przeżycia fragment po fragmencie, jak klatki taśmy filmowej. Zdarzenia wracały do niego jakby chciały go jeszcze raz udręczyć. Burmistrza widział już z daleka przez okno, jak zbliżał się do domu i machał mu przyjaźnie ręką. Kiedy wszedł do środka, pozdrowił go i podszedł bliżej. Zapytał Leona jak się czuje i kiedy ten miał mu odpowiedzieć, burmistrz rzucił się na niego bez ostrzeżenia, zwalisty, szeroki w barach, bezwzględny, wprost zwierzęcy. Dysząc mu w twarz wykręcił mu prawą rękę, aby nie mógł się ruszać. 

– Leon, ty sukinsynu – powiedział twardym głosem – nic cię już nie ochroni przed ujawnieniem twojej skrzętnie ukrywanej tajemnicy. Za chwilę ją odkryję, ty szczwany kameleonie!

Napastnik powalił go na dywan, ściągnął mu spodnie i usiłował rozewrzeć zaciśnięte uda. Leon wołał na pomoc Alana, swego sekretarza, ale ten  chyba go nie słyszał, bo się nie zjawił.  Napadnięty wyrywał się, bił pięściami na oślep. Burmistrz tylko śmiał się złowrogo. Koszula rozchyliła mu się na piersiach i Leon zobaczył włosy, gęste i czarne, odrażające, twarde jak druty. Burmistrz był bliski odkrycia tajemnicy i upokorzenia Leona. Udałoby mu się to, gdyby nie psy. Leon słyszał je ujadające, usiłował nawet je zawołać, ale język, suchy z wysiłku i zdenerwowania, odmówił mu posłuszeństwa. Psy wpadły do pokoju w ostatniej chwili i uratowały go, budząc z potwornego snu głośnym ujadaniem.

Następnego dnia z wdzięczności Leon kupił im nowe smycze i kagańce. Uczynił to, mimo iż wiedział, że był to tylko sen. Postanowił jednak, że nie będzie ich zakładać. Starał się zapomnieć straszne przeżycie, nie był jednak w stanie. 

Był to początek dziwnych zachowań i zdarzeń w życiu Leona Cukora. Miał przeczucie, że będzie ich więcej. Było to dla niego niezrozumiałe. Kojarzył je sobie ze swoim dzieciństwem, swoim wzrostem oraz pobytem w szpitalu. Starał się o nich zapomnieć angażując się w sprawy miasta, pomagając innym ludziom. Jak sobie przypominał, zawsze miał ambicje naprawy otaczającej go rzeczywistości. Był wdzięczny Ojcu Albertowi, swojemu spowiednikowi, że sekundował mu w tym dyskretnie, nie narzucając się ani niczego nie oczekując w zamian. O Ojcu Granie Leon Cukor wiedział już wcześniej, że chętnie pomagał ludziom wierzącym w Boga i utrzymującym kontakt ze świętymi. Wspieranie ludzi pobożnych obydwaj uważali za szczególną cnotę. 

Odc. 25 

Burmistrz Rafael czuł się podle. Przed sobą widział tylko przeszkody: niezmordowany wirus Quagga w doniesieniach medialnych, niezakończona walka ze skutkami powodzi, przepełnione szpitale, demonstracje, donosy, zdezorientowani i niepewni przyszłości mieszkańcy miasta. Poparcie dla niego wciąż spadało. Autorzy anonimów tworzyli mu opinię złodzieja i malwersanta środków publicznych.

– Łatwo jest rzucać oskarżenia, nie sposób bronić się przed nimi. Ta myśl go męczyła.

Na drzwiach ratusza pojawił się w nocy rysunek szubienicy z wisielcem. Skojarzenie było wyraźne. Widać było, że robotę wykonał fachowiec.

– Chyba miał moją fotografię przed oczami. Gdybym tylko mógł dorwać tego drania! – dla burmistrza było to coś więcej niż marzenie.

W ciągu dnia obraz został powielony w prasie i na portalach informacyjnych, skomentowany w radio i pokazany w telewizji. Znajomi i przyjaciel dzwonili do Rafaela w ciągu dnia, aby mu o tym powiedzieć albo go pocieszyć. Wiedział, że niektóre osoby dzwoniły, bo miały w tym przyjemność. Mógł im obiecać tylko zemstę w duchu. Nie mogąc się skoncentrować, wezwał do siebie Lucynę, sekretarkę, aby zamienić z nią kilka słów, oderwać się od niepokojących spraw i wydać polecenia.

Nawet nie słyszał, kiedy weszła do gabinetu. Patrzył na nią z przyjemnością; była niezbyt ładna, ale zgrabna, miła i dyskretna. Nigdy się na nic nie skarżyła, mimo ze miała w domu problemy rodzinne. 

– Dobrze, że już jesteś. Mam już tego wszystkiego dosyć. Ostatnio w ogólne nie mamy dobrych wiadomości. Do tego, co przekazują media, można by dołożyć jeszcze depresję i problemy psychiczne zwłaszcza dzieci i młodzieży oraz samobójstwa. Nazbierało się tego trochę. Dodałabyś jeszcze coś do tego?

– Tak – odpowiedziała bez wahania jakby wiedziała, o co będzie pytana. – Przemoc w rodzinie. Na ulicy także, ale to już w mniejszym stopniu. W końcu ktoś kogoś zabije i nie będzie to pojedynczy przypadek.

Piotr Rafael domyślił się, że dziewczyna sama doświadczyła agresji w domu, lecz nie czuł się na siłach pytać ją o to. Współczuł jej, ale nie umiałby jej pomoc.

– Dobrze, że mi o tym przypomniałaś. To temat na spotkanie sztabu kryzysowego. Miasto musi zapewnić więcej pomocy kobietom maltretowanym przez mężów i partnerów. Chyba o to chodzi najbardziej?

Lucyna skinęła głową potakująco.

– Czy mam panu podać, panie burmistrzu, whisky z lodem czy coś innego?

Pomyślał, że zrobiła to z wdzięczności. Nigdy wcześniej nie zadawała mu takich pytań. Zawsze to on prosił o alkohol.

– Dzięki. Daj mi whisky. Proszę cię także, abyś nie łączyła nikogo ze mną, z wyjątkiem mojej żony. Wszyscy mówią mi to samo, stało się to nudne. Nie ma potrzeby marnować czasu na takie rozmowy.

W domu burmistrz starał się jak najmniej mówić o swojej pracy i problemach, mimo że żona nie miała mu tego za złe. Znajdował w niej oparcie, trochę mniej w synu i córce, którzy żyli bardziej we własnym świecie.

Kiedy rozebrał się, umysł ręce i wyszedł z łazienki, Sandra popatrzyła na niego z uwagą.

– Wyglądasz jak cień dawnego burmistrza. Ubranie wisi na tobie jakby przepuszczono cię przez pralkę automatyczną.

Nie miał jej tego porównania za złe. Wiedział, że mówi to z troski o niego. Wolał jednak inne tematy.

Nad ranem w komisariacie zadzwonił telefon. Blisko dworca kolejowego w bocznej uliczce znaleziono zakrwawione ciało. Mężczyzna dzwoniący w tej sprawie miał niewyraźny głos jakby był pijany lub mówił z oddali przez chusteczkę. Odmówił podania imienia i nazwiska.

Komendant zarządził dochodzenie. Wysłał na miejsce detektywa, lekarza i technika śledczego. Po zebraniu informacji zadzwonił do burmistrza.

– Podejrzewamy, że ten, kto dzwonił, mógł sam zabić. Ale to tylko podejrzenie. Zmarły to mężczyzna w wieku czterdziestu dwóch lat. Na piersi miał przyklejoną kartkę z napisem „Kret”. Jakoś to dziwnie pogmatwane, ponieważ ofiarą jest bezdomny, a Kret wydaje się być nadal aktywny. Przeprowadziliśmy wywiady. Zamordowany to bardzo spokojny człowiek, były technik drukarski, lubiący zaglądać do kieliszka, prawdopodobnie niezbyt rozgarnięty. Zakłuto go nożem. Znaleziono przy nim dwa anonimy podpisane Kret. Być może był to Kret, być może nie, nieskutecznie poszukiwany przez nas mimo znacznej nagrody, jaką pan wyznaczył za jego wskazanie.

– To znaczy, że teraz pod szyldem Kreta, żywego czy martwego, może działać ktoś inny. Może nawet więcej niż jedna osoba – wtrącił burmistrz.

– Zgadza się. Pomylona ofiara, to nie jest takie rzadkie w świecie narkomanów, przestępców i ludzi zagubionych, opętanych manią prześladowcą lub po prostu nienawiścią.

Odc. 26

Statystyki zakażeń wirusem i hospitalizacji chorych z uporem Syzyfa pięły się w górę. Powszechnie je dyskutowano, porównywano z wynikami ostatnich dni i tygodni i komentowano.

Doktor Brus zatopiony w myślach przecinał na ukos Rynek Główny miasta, kiedy dogonił go burmistrz. W rozpiętym ciemnym płaszczu z rozchylającymi się na boki połami przypominał czarnego łabędzia z przetrąconymi skrzydłami.

– Miło pana widzieć, doktorze. Ja też zmierzam do pracy. Czy nie sądzi pan, że pasja dyskutowania statystyk wirusa przez naszych współobywateli to jakaś paranoja? Ludzie zapominają o maseczkach na twarzy, rękawiczkach ochronnych i myciu rąk, ale nie o statystykach. Oni mówią o tym chyba przez sen a nawet w łóżku!

Jeśli pytanie zaskoczyło lekarza, to nie dał tego poznać po sobie. Obrócił twarz w kierunku burmistrza.

– Tak. Mogę się tylko zgodzić z panem. Myślę, że jesteśmy na granicy jakiegoś wykoślawienia cywilizacyjnego. Ludzie tracą perspektywę tego, co ważne. W telewizji ma dziś wystąpić jakiś nowy Nostradamus przepowiadający przyszłość. Powinien pan poświęcić więcej czasu i pieniędzy na edukację mieszkańców, bo całkiem zejdziemy na psy i zdziwaczejemy.

– Mam wrażenie, że nie jest pan dzisiaj w dobrym humorze.

– Faktycznie, nie jestem. Jestem lekarzem i widzę, że ludzie koncentrują się nie na tym, co trzeba. Poświęcają uwagę statystykom i manifestowaniu na ulicach swoich niepokojów, a nie pilnowaniu, aby nie zarażać się nawzajem.

– Czy sądzi pan, że to może być groźniejsze niż sama epidemia, bo powiększa ilość zachorowań? – Burmistrz usiłował zbagatelizować problem. Spodziewał się, że lekarz zaprotestuje przeciwko takiemu uproszczeniu.

– Jeszcze nie teraz, ale wkrótce. Niech pan się pilnuje, panie burmistrzu, i nie lekceważy znaczenia ludzkich zachowań. Epidemia wirusa jest czymś naturalnym, ale to my przyczyniamy się swoim zachowaniem do jej upowszechnienia lub zaniku. Chciałbym, aby w mieście pozostało jeszcze kilka normalnych osób, z którymi można porozmawiać, bo nie znoszę konwersacji tylko z papugą i psem.

Szczęśliwym trafem tego dnia nagrzane słońcem powietrze spowolniło rozpowszechnianie się wirusa.

Niepokój zrodził popyt na wiedzę o przyszłości epidemii. W mediach pojawiały się wywiady z każdym, kto miał coś do powiedzenia na ten temat, głównie jasnowidzami i wróżbiarzami, mniej z lekarzami i naukowcami.

– Co oni mogą wiedzieć? Siedzą zamknięci jak szczury w swoich laboratoriach i usiłują dojrzeć pod mikroskopem coś, co nie istnieje – zwolennicy ruchu antyszczepionkowego ze szczególną lubością negowali naukową wiedzę na temat wirusa Quagga.

W kolejnym dniu rosnących statystyk zachorowań wystąpił w telewizji jasnowidz Lon Benzi, noszący wcześniej pseudonim Galaxy. Jego publiczne pojawienie się wywołało wielkie zainteresowanie. Był znany już wcześniej, ale od kilku lat nikt go nie widział. Pytany o przyszłość, poprosił, aby dać mu chwilę czasu na skoncentrowanie się i wprowadzenie w trans.

– Tak jest mi łatwiej dostrzec to, co się stanie.

Miał damski głos i okrągłą twarz z obwisłymi policzkami. Kiedy zamknął oczy, aby się skoncentrować, przybrał wygląd istoty nieobecnej duchowo. Zbliżenie kamery pokazało, jak twarz mu szarzeje i oczy uciekają w głąb czaszki. Atmosferę napięcia pogłębiał jego matowy, pełen niepokoju głos dobywający się jakby z czeluści.

– Widzę nad miastem chmurę o kształcie ogromnego podłużnego balona w kolorach szarości i czerni. Jest wypełniony dziwną substancją, wyglądającą jak miliardy drobnych punkcików zawieszonych w gęstym płynie. Widzę wirusy łączące się z cząsteczkami zanieczyszczeń powietrza, pyłów, spalin i dymu a nawet mgły. Ten balon wisi nad wzgórzami i przesuwa się w kierunku miasta. Jeśli pęknie, będzie o to koniec naszej cywilizacji. Na razie nic na to nie wskazuje, bo jego powłoka jest gruba i mocna.

Odc. 27

W studio telewizyjnym zrobiło się cicho, słychać było tylko pełny napięcia głos wizjonera. Stwarzał wrażenie, jakby był to szelest przesuwających się w powietrzu milardow mikroskopijnych, różnoskrzydłych istot.

Po chwili milczenia, glos wizjonera zabrzmiał mocnej i groźniej.

– Epidemia żąda ofiar jako odkupienia za nasze grzechy. To ludzie wyzwolili wirusa swoimi niecnymi postępkami i pseudonaukowymi eksperymentami. Pan Bóg odwrócił się od nas, jest nieobecny. Zostaliśmy na łasce losu. Kiedy wymrze trzydzieści procent ludności, społeczeństwo uodporni się na wirusa i dopiero wtedy sytuacja się uspokoi. Ludzie wrócą do pracy i zacznie się nowa era. Wszyscy przypomną sobie, że są braćmi, będą pomagać sobie wzajemnie i współpracować dla dobra ogółu. Sami się zorganizują. Politycy staną się zbyteczni. Nastaną czasy powszechnej radości i szczęścia.

Kiedy Lon Benzi wychodził z budynku telewizji, czekał na niego tłum. Ze wszystkich stron rozlegały się okrzyki, trudno było jednak zrozumieć, o co im chodzi. Osoby towarzyszące wizjonerowi domyślały się, że ludzie proszą o autografy. Były to jednak okrzyki nienawiści. Policja musiała wezwać posiłki, aby zaprowadzić porządek z obawy o wizjonera. Pomoc przybyła za późno, ciężko pobitego mężczyznę przewieziono karetką do szpitala.

Burmistrz miał wyłączony telefon i dowiedział się o tragicznym zajściu następnego dnia rano. Po rozmowie z komendantem, lekarzem ze szpitala, gdzie trafił Lon Benzi, oraz swoim ekspertem do spraw bezpieczeństwa, był jeszcze bardziej zdezorientowany, jak doszło do pobicia. Okazało się, że wystąpienie wizjonera w telewizji było wcześniej dyskutowane na forach dyskusyjnych. Burmistrza zastanowiły słowa specjalisty od public relations.

– To była manipulacja. Ktoś tym sterował, wykorzystując trolle i fora dyskusyjne. Agresywny tłum czekał na niego przed budynkiem telewizji. Świadkowie zdarzenia mówili, że go pobito, ponieważ ludziom nie podobała się jego wizja przyszłości. Sam przyznaję, że była przerażająca. Ale to nie był powód linczu.

Ojciec Albert zorganizował modlitwy w intencji przywrócenia pokoju między ludźmi. Wirus podzielił ich; jedni byli przerażeni, inni lekceważyli niebezpieczeństwo zarażenia się.

– Dokąd to wszystko zmierza, Ojcze Albercie? – Zapytała z niepokojem Trinity. – Martwię się, że mniej ludzi przychodzi teraz do kościoła, bo się boją. Tym starszym, rodzicom i dziadkom, dzieci i wnuki zabraniają wychodzić z domu.

Ksiądz popatrzył na swoją gospodynię. Trinity wydała się mu jeszcze mniejsza i drobniejsza niż była.

– Wiesz dobrze, Trinity, że nie jestem bezbożnikiem, ale obawiam się, że nawet pan Bóg tego nie wie. To za trudne pytanie. Zmierzamy ku niepewnej przyszłości, kiedy ludzie będą jeszcze bardziej zagubieni i niepewni, co czynić.

W prasie ukazała się notatka „Trzy wrony Quagga” rozpatrująca możliwość roznoszenia wirusa przez ptaki. – Gdyby się okazało, że ptactwo, dzikie czy domowe, jest w stanie rozpowszechniać tę zarazę, będziemy mieli pandemonium, jakiego nikt jeszcze nie znał – zakończyła autorka.

Ojciec Albert, po przeczytaniu tekstu, powiedział krótko:

– Módlmy się, aby tak nie było.

Od pewnego czasu Leon Cukor nie pokazywał się publicznie. Pojawiły się pogłoski, że podjął nadzwyczajne środki ostrożności, zwiększył liczbę ochroniarzy i kryje się w domu przed wirusem za przezroczystymi ścianami z pleksiglasu. Ponieważ odmawiał wywiadów dziennikarze podejrzewali, że zaraził się wirusem i jest poważnie chory a nawet, że odjęło mu mowę.

Odc. 28 

U szczytu epidemii donosy nasiliły się. Można było mieć wrażenie, że stały się równie popularne jak raporty o jej skutkach. Wydawało się, że wszyscy je piszą i nie ma sprawy, której nie można by przedstawić jako insynuacji, pomówienia, oszczerstwa czy choćby zwykłej złośliwości. Burmistrz był zaniepokojony i rozdrażniony zachowaniem mieszkańców miasta.

Z doktorem Brusem spotkał się po kilku dniach przy okazji zebrania miejskiego sztabu kryzysowego. Wyglądał mizernie, policzki mu się zapadły, na twarzy widoczne było zmęczenie. Mieli jeszcze kilka minut czasu; burmistrz skorzystał z okazji i zaprosił go do swego gabinetu. Rozmawiali to tym, co najbardziej aktualne.

– Te anonimy to czyste szaleństwo. Ludzie piszą je z taką namiętnością i w takich ilościach jakby nie mieli kompletnie nic innego do roboty. Naprawdę już nie wiem, co o tym sądzić!

– To nie szaleństwo, ale odreagowywanie napięcia. Pisząc donosy ludzie przestają myśleć o zagrożeniu wirusem, kwarantannie, ograniczeniach i samotności. Wirus Quagga to najprawdziwsza zaraza, klęska żywiołowa na niespotykaną skalę, niebezpieczeństwo, którego rozmiar nie sposób określić. Boją się, a strach nie zna granic. W pisaniu anonimów jest więc jakaś racjonalność. To forma ucieczki, ale dla nas to mało pocieszające. Obydwaj na tym cierpimy.

Po wejściu do gabinetu, komendant Eliasz Prokura z obrzydzeniem popatrzył na stos kopert i luźnych kartek rozrzuconych na biurku.

– Co to za śmiecie? – warknął gniewnie. – Nie macie nic lepszego do roboty jak tylko się wygłupiać. Usuńcie je natychmiast.

– To są donosy z końca weekendu, panie komendancie. Nie otwieraliśmy ich zgodnie z pana poleceniem.

Kiedy dyżurny policjant podszedł do biurka, aby je sprzątnąć, komendant powstrzymał go gestem ręki. Zasady postępowań z anonimami określały wytyczne: skoro prawo nie wymaga ich rejestracji i wykorzystania, należy je zlikwidować. To go zwalniało z odpowiedzialności.

– Poczekaj. Zabierzesz to za chwilę, rzucę tylko okiem. Jest tego tyle, że nie da się nawet z grubsza przejrzeć. Nie ma zresztą po co. I tak wiem, co tam jest.

Wbrew deklaracji niechęci, komendant przeglądał powoli stos papierzysk. Donosy w kopertach otwierał nożykiem do papieru, a potem czytał je jeden po drugim. Było tam wszystko: oskarżenia o nadużywanie władzy, wyłudzenia pożyczek świadczeń emerytalnych, zdrady małżeńskie, pobicia, kradzieże, oszustwa, opisy dokonań seksualnych, a nawet informacja o wypasionym samochodzie Ojca Alberta.

Po namyśle Prokura odłożył na bok trzy anonimy, w tym jeden zarzucający mu nadużywanie władzy razem z groźbą ujawnienia szczegółów. Kusiło go wziąć więcej, bał się jednak, że stworzy to podejrzenie, że zbiera haki na ludzi. Zatrzymane zaniósł do swego gabinetu na piętrze i starannie zamknął w sejfie. Uczynił to tak, aby inni policjanci tego nie widzieli. Pozostałe donosy polecił przepuścić przez niszczarkę papieru. Stał obok i obserwował jak znikają jeden po drugim.

Miał problem. Większość anonimów pochodziła z tego samego źródła. Musiał znaleźć jakiś trop, który by go doprowadził do osoby lub osób piszących je. Burmistrz przypominał mu to kilkakrotnie. Sztab kryzysowy domagał się, aby coś z tym zrobić. Pamiętał te słowa.

– W końcu dojdzie do wojny wszystkich z wszystkimi i jeszcze bardziej pogorszy i tak już trudną sytuację.

Sprawa donosów przycichła chwilowo, kiedy pojawiła się wiadomość, że Leon Cukor jest zarażony wirusem, jest w szpitalu i ma wielkie trudności z oddychaniem. Komentarze były współczujące jak i nieżyczliwe.

– Żal człowieka, tym bardziej, że nie jest już taki młody. Nie może wydobyć powietrza z płuc? Czy to nie dlatego, że za dużo mówi i obiecuje? Sam ponosi odpowiedzialność za tą sytuację, po co wtyka nos w nie swoje sprawy.

Kiedy okazało się, że była to tylko plotka, komendant zastanawiał się, kto i w jakim celu stworzył całe zamieszanie.

W nabożeństwie wieczornym rzadko kiedy uczestniczyło tyle osób. Kościół był przepełniony. Leon Cukor, klęczący w pierwszym rzędzie wiernych, z trudem wstał z kolan i otrzepał spodnie. Odwracając głowę na boki przyglądał się dyskretnie osobom siedzącym w pierwszym rzędzie.

– To moi wyznawcy i zwolennicy – pomyślał i prawie się zaśmiał. Przyszło mu na myśl, że w kościele to on ma wyznawców a nie pan Bóg. Czasem nachodziło go uczucie, że traktuje Boga po macoszemu. Pocieszał się myślą, że Najwyższy darzy go tak wielką miłością, że wszystko mu wybaczy.

Odc. 29

Cukor obserwował pierwszy szereg wiernych zatrzymując się wzrokiem na niektórych postaciach. Szukał kandydata na stanowisko burmistrza w zbliżających się wyborach. Myślał o urzędującym burmistrzu Piotrze Rafaelu. Przyjrzał mu się: wysoki, masywny, z pierwszymi oznakami otyłości na twarzy. Zastanawiał się czy dałby się przeciągnąć na jego stronę. Potrzebował własnego kandydata. Teraz, kiedy patrzył na niego, czuł przez skórę, że w wyborach będzie jego przeciwnikiem. Kilka metrów dalej stał notariusz Rafał Mortana powszechnie zwany Plenipotentem. Różanolicy, wyprostowany, w dobrze skrojonym garniturze, ze wzrokiem utkwionym wysoko nad Ojcem Albertem wyglądał jak świeży nabytek muzeum figur woskowych. Nazywano go także Skarbonką, ponieważ miał łatwość przyciągania ludzi z pieniędzmi. Pieniądze kleiły się do niego.

– Może i byłby to dobry kandydat na burmistrza. Wystarczyłoby, abym go poparł. Potem by mi się za to odwdzięczył – pomyślał. Rozważał wybór rozmawiając ze sobą w duchu.

– Nie jest zbyt inteligentny, ale jest sprawny i energiczny. Trochę też bufonowaty. W sumie radzi sobie całkiem nieźle, pomagając także siostrze prowadzącej z mężem firmę developerską. Jest podatny na wpływy innych ludzi. Podobno żona nim kieruje. Oczywiście będzie trochę brykać na początku, ostatecznie jednak moje poparcie i zdobyta władza powinny go uspokoić.

Dyktator zamyślił się i nie zauważył, że stojący obok ludzie byli już na klęczkach. Ukląkł w pośpiechu postanawiając się pilnować.

Po powrocie do domu, wezwał Alana, swego ulubionego sekretarza.

– Podjąłem decyzję. Moim kandydatem na stanowisko burmistrza będzie Plenipotent. Muszę z nim porozmawiać. Połącz mnie z nim.

– Ale czy on się zgodzi? – sekretarz miał wątpliwości. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji, że rozmówca odrzuci prośbę szefa. Darzył Cukora zbyt wielkim uczuciem, to byłoby także jego niepowodzenie.

Cukor nie odpowiedział. Z przyjemnością przyglądał się swemu sekretarzowi, oceniając jego muskularną sylwetkę.

Po południowej mszy Ojciec Albert udał się do zakrystii. Mijając po drodze Trinity prawie nieuprzejmie burknął:

– Dopilnuj, Trinity, aby mi nie przeszkadzano przez piętnaście minut. Chcę być sam, aby się skoncentrować i pomodlić. Mogę to zrobić tylko tutaj, nie w kościele, bo tam ciągle wchodzą i wychodzą ludzie. Sprzątając kościół Trinity słyszała jak rozmawiał z kimś przyciszonym głosem. Kiedy w drzwiach kościoła pojawił się organista, pośpieszyła podzielić się z nim wiadomością.

– To musiała być ważna rozmowa, bo głos Ojca Alberta był jakiś zmieniony. Mówił ciszej niż zwykle.

– Tak, to rzeczywiście dziwne, bo proboszcz jest już trochę przygłuchy i mówi głośniej niż kiedyś.

– Z kim on tak konferuje?

Organista zastanawiał się chwilę patrząc na wielki obraz z wizerunkiem patrona parafii Św. Franciszka z Asyżu. Niechętnie odpowiedział.

– Z tym samym człowiekiem, co zawsze. Nie domyślasz się? Nie słyszałaś, kogo Ojciec Albert ostatnio bardzo chwalił za regularne uczestniczenie w nabożeństwie i szczodre datki na tacę. Chwalił go z takim przekonaniem, że pomyślałem, że chce abyśmy i my dawali więcej na tacę.

Leon Cukor miał być zajęty cały dzień. Z rana zadzwonił telefon. Sekretarz wypuścił na chwilę smycze, na których trzymał dwa dobermany pana domu, aby wyjść z nimi na spacer, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę. Odpowiedział mechanicznym głosem:

– Pan Cukor jest nieobecny i nie wiadomo kiedy będzie z powrotem w biurze. Załatwia bardzo ważne sprawy dla nas wszystkich. Jeśli pani sobie życzy, proszę zostawić numer swojego telefonu. Przekażę mu, kiedy wróci, że pani dzwoniła.

Odc. 30

Alan, sekretarz i pierwszy asystent Cukora, wpadł do gabinetu bez pukania. Był tak wzburzony, że z trudem wydobywał z siebie słowa.

– Czy wiesz, co się dzieje!? Szpitale są przepełnione. To straszne! Nie daj, Boże, abyśmy tam kiedykolwiek trafili.

Cukor spojrzał na niego zaskoczony i otworzył usta, chcąc powiedzieć coś uspokajającego. Nie miał jednak szansy wobec żywego monologu. Zdecydował się czekać, aż sekretarz nieco ochłonie.

Przyglądał mu się z przyjemnością: przystojny i zadbany młody mężczyzna, pachnący męską wodą kolońską. Dyktator wciągnął głębiej powietrze, zastanawiając się, co to za zapach.

Alan dbał o wygląd. Miał na sobie dopasowaną koszulę marki Lacoste nieznacznie poszerzającą go w ramionach oraz spodnie z bawełnianej tkaniny w kolorze grafitowym. Miały prosty fason, jaki sam lubił podobnie jak i kolor. Strój uzupełniały pantofle firmy Gucci. Od czasu, kiedy Alan został jego sekretarzem, nosił tylko markowe ubrania i to w najlepszym gatunku. Cukor płacił za nie traktując je jako ubiór służbowy.

– Znajomy przysłał mi nagranie video. Lżej chorzy leżą na korytarzach w prymitywnych warunkach. Ludzie umierają w karetkach pogotowia czekających przed szpitalem na zwolnienie łóżka lub respiratora, także w domach a nawet na ulicy! To straszne!

 – Kochany Alanie! O to nie musisz się martwić. Nas to nie dotyczy. Mieć pieniądze, mam na myśli duże pieniądze, lub mieć władzę, oznacza mieć przywileje. Jest to prawdziwe nawet w najbardziej sprawiedliwym systemie społecznym. Dlatego nie musisz martwić się o to, co się stanie, gdyby któryś z nas zachorował. 

Po wyjściu sekretarza, Dyktator zabrał się do pracy. Przed sobą miał listę osób przygotowaną poprzedniego dnia. Dzwonił ze swojego telefonu komórkowego wybierając po kolei nazwiska z listy. Kiedy zyskał pierwsze połączenie, ściszył głos. Alan zatrzymał się za lekko uchylonymi drzwiami gabinetu, aby przysłuchać się rozmowie. Chciał wiedzieć, co się dzieje, o czym Leon rozmawia. Był rozgoryczony. Już kilka razy usiłował mu to zakomunikować. Przypomniał sobie rozmowę.

– Musisz mnie informować o tym, co się dzieje. Mimo twoich słów i obietnic, czuję się wyłączony. Jestem ostatecznie twoim sekretarzem osobistym i asystentem, twoją prawą ręką. Beze mnie sobie nie poradzisz.

– Tak, tak, oczywiście – usłyszał w odpowiedzi, ale to go tylko rozdrażniło. Denerwował się w takich wypadkach nawet wtedy, kiedy Cukor patrzył na niego ciepłym wzrokiem opiekuna i wielbiciela.

– Przepraszam cię, Alanie, ale niektóre sprawy muszę załatwiać osobiście. Nie wszystko da się wytłumaczyć, to jest zbyt skomplikowane. Mamy wrogów. Gdybym bezpośrednio nie prowadził niektórych spraw, to by mnie … to by nas… zadeptali. Ja wiem, jak to załatwiać. Ty byś tego nie zrobił, bo nie masz dostatecznej odporności na ludzką nienawiść i agresję. Ponadto jesteś zbyt delikatny.

Aby nie dopuścić do roztrząsania niuansów, od razu zmienił temat.

– Wybory burmistrza zbliżają się coraz bardziej, w związku z czym zarządzam mobilizację naszych zwolenników. Liczę na ciebie, że się aktywnie włączysz. Musimy wspierać się wzajemnie, działając na rzecz przyszłości i dla dobra mieszkańców miasta. To jest dewiza, którą ludzie lubią: „Działamy dla dobra publicznego”. Musimy być aktywni. Nie wiadomo, co by się stało w mieście bez naszego udziału. Obecny burmistrz Piotr Rafael sobie nie radzi. Wszystko może się zawalić. Rób tylko to, co ustaliliśmy, a będzie dobrze.

– Uparty dobroczyńca – mruknął pod nosem sekretarz, rozżalony i niepewny, co powinien odczuwać w tym momencie. Była w nim czułość jak i niechęć do Leona, wynikająca z jego tajemniczości i przekonania o własnej nieomylności, także strachu przed niepowodzeniem, gdyby powierzył więcej spraw innym.

Znali się od trzech lat, byli ze sobą nieco krócej. Łączyły ich szczególne uczucia: mistrza i ucznia, a jednocześnie kochanków. Ufali sobie. Oprócz uczuć łączyły ich wspólne ideały: naprawy społeczeństwa, pomocy ludziom. Dużo rozmawiali o nich na początku, potem coraz mniej i to martwiło Alana, bo coraz częściej nie mogli dojść do porozumienia. 

– Ty jesteś idealistą, ja jestem bardziej krytyczny i przyziemny. A wiesz dlaczego? Bo lepiej znam naturę ludzką – powtarzał Leon, kiedy poróżniła ich ocena czyjegoś postępowania lub zdarzenia. – Życie jest pełne niuansów i ja to rozumiem lepiej niż ty. Jestem po prostu starszy i mam więcej doświadczenia.

– A władza? Co sądzisz o władzy? Masz już jej tak wiele i wciąż chcesz jeszcze więcej.

– To trudny ale pasjonujący temat. – Tak! Chcę więcej władzy. Czuję się wtedy lepiej, czuję się spełniony.

– A spełnienie przez miłość? To się nie liczy?

– Jedno i drugie jest ważne. I te dwie sprawy nie stoją w sprzeczności ze sobą. Można mieć miłość i można mieć też władzę.

Alana męczyło niezwykłe zaabsorbowanie Leona sprawami miasta i jego mieszkańców. Pochłaniało go. Alan nie mógł tego zrozumieć ani zaakceptować. Cieszyło go, że Leon był pełen energii, podziwiał go za to, ale martwiło, że czasem był nieczuły na jego prośby i potrzebę bliskości, nie tylko intymnej, ale również w działalności publicznej i zarządzaniu firmami, stanowiącymi jego majątek. Chciał być bardziej pomocny, a nie mógł.

Kiedy rozmawiali o uczuciach, Leon chętnie nawiązywał do starożytnej Grecji, do przypadków serdecznej, opiekuńczej miłości dojrzałego mężczyzny, często arystokraty, do młodzieńca, wkraczającego dopiero w życie bez większych środków i doświadczenia. Kierował się tymi wzorami. Przyjął Alana o do własnego domu i szczodrze wyposażył. Zapewnił mu edukację na najwyższym poziomie, dbał o niego, interesował się i cieszył postępami w studiach. W zamian – nie rozmawiali o ty, ale Alan to czuł – oczekiwał zrozumienia, lojalności i miłości. Nie było mu łatwo, musiał kryć się ze swoimi uczuciami. Na zewnątrz widział tylko zimny świat, niewyrozumiały dla ludzkiej odmienności. Czasem miał wrażenie, że dla Leona ważne jest tylko, aby nikt nie wiedział o ich bliskiej zażyłości.

Odc. 31

Julia, sekretarka burmistrza, miała na sobie szary żakiet ze spódnicą, pod żakietem bluzkę koszulową, rajstopy i pantofle z zakrytymi palcami i piętami. Apaszka na szyi dopełniała całości. Była zadowolona ze swojego wyglądu, nigdy nie ubierała się tak starannie do pracy.

– Wygląda jak z żurnala mody – pomyślał burmistrz z zadowoleniem. Chciał powiedzieć jakiś komplement, lecz go ubiegła.

– Od kilku dni dobija się do pana ten mężczyzna z propozycją pisania kroniki miejskiej, o którym panu wspominałam. Dzwonił już kilka razy, dwa razy był tu nawet osobiście. Siedzi teraz na korytarzu i czeka. Proszę go przyjąć, bo on mnie zamęczy. Upiera się, że koniecznie musi porozmawiać z panem, bo to sprawa ważna dla miasta. Powiedziałam mu, że w trudnych czasach jest wiele spraw ważniejszych niż kronika.

– Tym bardziej potrzebujecie kroniki – odpowiedział, a potem tak się rozgadał, że nie mogłam mu nawet przerwać.

– Kronika miasta może nie tylko opisywać i ilustrować to, co się zdarzyło, ale też ukierunkowywać myślenie mieszkańców. To zależy wyłącznie od tego, co się w niej pisze. Ja myślę o kronice przyszłości, a nie tylko przeszłości. O weselu i pogrzebie trzeba powiadamiać ludzi przed faktem, a nie po fakcie, kiedy dania weselne i nieboszczyk całkiem już wystygły. Wtedy to już nie jest żadna wiadomość, ale przypomnienie czegoś, o czym wszyscy dobrze już wiedzą.

– Nie wiem, co o nim myśleć. To jakiś dziwak, ale na pewno nie wariat czy szaleniec. Nie wpuściłabym go do pańskiego gabinetu. Wygląda rozsądnie.

Burmistrz usiadł w fotelu przy biurku, włączył komputer i rozglądał się po pokoju, kiedy zapukała sekretarka. Po usłyszeniu „Proszę wejść” otworzyła drzwi i szybko zamknęła je za sobą, jakby obawiała się nagłej i niepożądanej interwencji. Podeszła do biurka i szeptem poinformowała burmistrza.

– On już tu jest. Czeka za drzwiami. Ten, co to chce pisać kronikę. Nazywa się Jan Teolog, ale wymienił też jakiś pseudonim. Mówił mi tyle o sobie, że miałam już go dosyć. Umówiłam go z panem za pół godziny. Czy tak będzie w porządku? Czy może zechce go pan przyjąć teraz? Miałabym go wtedy z głowy, bo znowu zacznie mi coś tłumaczyć. Widać, że facet lubi mówić.

Burmistrz patrzył na sekretarkę oceniając jej ramiona i piersi, udając, że się zastanawia.

– Niech wejdzie. Oboje będziemy mieć go z głowy. To nie powinno zająć więcej niż piętnaście minut.

Przybysz był ubrany w brązową marynarkę, opadającą na krawędziach ramion, oraz w łagodnie różową koszulę bez krawata. W lewej ręce trzymał cienką skórzaną teczkę. Burmistrz ocenił go jednym rzutem oka. Nogawki luźnych, ciemnoszarych spodni, zakończone były mankietami opadającymi na niezbyt nowe, ale wyczyszczone do połysku czarne pantofle. Był szczupły, słusznego wzrostu; wyróżniała go lekko zmierzwiona, siwiejąca broda i okulary w cienkich oprawkach zasłaniające podkrążone oczy. Przypominał zmęczonego lub przepracowanego urzędnika biurowego.

Rafael wstał zza biurka. Zanim podszedł do gościa przyjrzał mu się uważnie, po czym podał mu rękę i zaprosił do zajęcia miejsca na krześle po drugiej stronie stolika stojącego z boku biurka. Z bliższa widoczne były zmarszczki okalające ciemnobrązowe oczy; tliły się w nich iskierki wyrażające skłonność do żartów.

Mężczyzna potwierdził powitanie skinieniem głowy.

Odc. 32

– Dziękuję panu za spotkanie. Nazywam się Jan Teolog. Proszę nie sugerować się nazwiskiem, bo z teologią mam niewiele wspólnego. Jestem kronikarzem i używam pseudonimu Skryba. Określę moją pozycję z pewną przesadą. Kronikarstwo kojarzy mi się z biblią i ze średniowiecznym cierpliwym skrybą aspirującym do wielkości, lecz ciągle nieopierzonym sławą. Mam wrażenie, że idzie ona za mną jak cień i łudzę się, że nadejdzie czas, kiedy opromieni mnie jak słońce. Zanim to nastąpi, chciałbym być pańskim kronikarzem. Mam na myśli, chciałbym pisać kronikę miasta. Mam w tym pewną wprawę i na pewno ambicję wykonania solidnej roboty. Człowiek bez ambicji niewiele dziś znaczy.

– Czym się pan zajmuje? Czym się pan zajmował dotychczas? – Burmistrz postanowił szybko zakończyć sprawę.

– Zbieram okruchy prawdy, jakie pojawiają się w gorącej przestrzeni informacyjnej naszego miasta. W dzisiejszych czasach prawda to kwiaty, które czasem trudno jest odróżnić od chwastów pleniących się w ogrodach bogaczy jak i ogródkach ludzi mniej majętnych. Mam na myśli donosy, materię samą w sobie obrzydliwą, mimo że zawiera czasem prawdę. Moje sumienie, raczej niż Bóg, którym chętnie wspierają się ludzie pragnący usprawiedliwić swoje niecne intencje, natchnęło mnie pragnieniem upowszechniania prawdy. Stąd moja chęć prowadzenia kroniki miasta. Wszyscy modlimy się o deszcz, aby zrosił glebę, na której obficie rośnie prawda i miłość.

Burmistrz postanowił przyśpieszyć bieg wydarzeń.

– A tak bardziej konkretnie, to czym się pan zajmuje?

– Analizuję wydarzenia w mieście i w kraju, śledzę kierunki rozwoju sytuacji, stawiam diagnozy i staram się zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. Usiłuję, podobnie jak pan, rozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Robię to z ciekawości i z obywatelskiego obowiązku. Mam też w tym przyjemność.

– To wielkie wyzwanie – rozumieć rzeczywistość. A sam temat jest niezwykle obszerny – Piotr Rafel wpadł w dobry nastrój. Podobały mu się swobodne i kwieciste ale nie pozbawione sensu wypowiedzi gościa. Słuchając go, umocnił się w przekonaniu, że to ekscentryk bardziej niż dziwak. Postanowił to sprawdzić.

– Ciekaw jestem, jak pan analizuje zdarzenia, jakie mają miejsce w życiu naszego miasta. Ma pan jakąś metodę, jakieś specjalne narzędzia?

– Zbieram informacje na konkretny temat, tworzę sobie model myślowy, upraszczam, co da się uprościć i wyciągam wnioski. Rzeczywistość, podobnie jak przysłowiowy kij, ma dwa końce. Jeden to przeszłość, odkrycia geograficzne, zagadki przyrody, postępy cywilizacji. Wszystko to, co mamy zasadniczo za sobą. Drugi koniec to tajemnice dnia dzisiejszego i rodzącej się przyszłości: nowoczesne technologie, inżynieria genetyczna, automaty i roboty, nowe zagrożenia społeczne, choćby przykładowo epidemia wirusa Quagga, zmieniające się zachowania ludzi. Mamy nowe tajemnice do odkrycia. Nie wiemy, dokąd świat zmierza w sensie technologii, rozwoju demograficznego, chorób i ich leczenia, klimatu, różnorodności biologicznej. Kto wie, czy nie zmierzamy ku katastrofie. Odnosi się to również do miasta, tylko w innej skali.

Burmistrz przyglądał się rozmówcy, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Kronika miasta wydaje się sensownym pomysłem, ale nie jestem pewien, czy teraz jest odpowiedni czas, aby o tym myśleć. Wiem, że inne miasta prowadzą takie kroniki. Krótko mówiąc, muszę się zastanowić nad pańską propozycją. Mam w tej chwili wiele innych spraw na głowie. Domyśla się pan, że nie brakuje mi zmartwień.

Przez głowę burmistrza przelatywały myśli: dodatkowy wydatek, dodatkowy obowiązek, niejasne korzyści. Miał poczucie, że prawie w ogóle nie zna człowieka. Skryba! Postać historyczna, prawie biblijna! Pomyślał, że ktoś taki jak on, entuzjasta o szerokich i niebanalnych zainteresowaniach, może być użyteczny. Jego kadencja się kończyła, zbliżały się wybory nowego burmistrza. Postanowił zebrać więcej informacji o Skrybie. Mógł naprawdę się przydać.

Odc. 33 

Informacje o Skrybie nadeszły z kilku źródeł. Piotr Rafael nie spodziewał się tego. Myślał, że niewiele się dowie, tymczasem dotarło do niego całkiem sporo. Najpierw była to sekretarka Julia, potem żona, w końcu doktor Brus.

Julia wiedziała, gdzie mieszka i jakie prowadzi życie.

– Jest samotnikiem. Jeśli ma rodzinę, to się nią nie chwali. Może nawet ją ukrywa. Moja znajoma mówiła mi, że Skryba w rzeczywistości nazywa się Jan Teolog i przez długi czas był nieobecny. Mieszkał gdzieś w odosobnieniu. Powiedziała mi, że najprawdopodobniej był w więzieniu, bo długo nie było o nim słychać a on sam na ten temat nie chciał nic mówić. Była prawie pewna, że chodziło o więzienie.

– Skąd ona to wie?

– Jej matka sąsiadowała ze Skrybą. Teraz mieszka u niej, znaczy się u córki.

 – A ta historia z więzieniem? Czy jest prawdziwa? To byłaby ważna informacja.

– Nie mam pojęcia. Znajoma powiedziała mi coś w tym rodzaju:

– Ten Skryba to więzienie ma wypisane na twarzy. Broda, którą zahodował, bo dawniej nie nosił brody, to kamuflaż, za którym się kryje jakaś zbrodnia.

Nie wierzę jej, bo to plotkara i potrafi zmyślać.

Informacje żony Rafaela, Sandry, pochodziły głównie z kościoła.  

– Ojciec Albert wyraźnie go nie lubi. Nazwał go odszczepieńcem, który porzucił wiarę i Boga. Zdaje się, że jest to wzajemna niechęć. Okazuje się, że ten Jan Teolog był kiedyś w zakonie lecz porzucił życie zakonne po kilku latach razem z innym zakonnikiem, niejakim bratem Erazmem. Do dzisiaj utrzymują ze sobą kontakty. Podobno nawet się przyjaźnią. Erazm nie mieszka w naszym mieście ale to niczemu nie przeszkadza. Rozmawiają ze sobą telefonicznie i korespondują, korzystając z poczty elektronicznej i ze Skajpa. Wiem jeszcze tylko tyle, że zorganizowali swoją pracę i życie na wzór zakonny. Podobno w zakonie wszystko im się podobało z wyjątkiem ślepego posłuszeństwa.

– Ten nieudacznik zakonny koncentrował się na nauce, a nie na Bogu. Dlatego musiał opuścić zakon – tak to określił nasz proboszcz.

– Skąd on to wszystko wie? Czy on ma jakąś kopalnię wiedzy?

– Niee! Jest po prostu dobrym księdzem i odwiedza ludzi w domach w czasie ich choroby, pociesza i pomaga. Ludzie mu ufają i opowiadają mu wszystko o sobie i znajomych. Nie zapominaj też, że jest spowiednikiem, a spowiadający się – o ile wiem – lubią mówić o innych. To, co ci przekazałam, to na pewno nie są informacje, które można by traktować jako tajemnicę spowiedzi.

Doktor Brus zadzwonił do burmistrza wieczorem.

– Na temat tego ekscentryka, którego wspomniałeś, mam trochę informacji od mojego pacjenta. To technik komputerowy. Pomagał kiedyś Teologowi w przywróceniu jego komputera do użytku i odzyskaniu danych po awarii prądu. Niewiele tego jest, ale może ci się przyda. Skryba to człowiek o zainteresowaniach naukowych. Był nauczycielem, może nawet nadal jest, filozofii i logiki. Prowadził też zajęcia z młodzieżą z zakresu nauki o społeczeństwie. Ma przyjaciela, z którym utrzymuje bliskie kontakty. Mają te same zainteresowania. Używają pseudonimy. Mój pacjent dziwił się po co im potrzebne pseudonimy. Uważał, że to zwyczaj ludzi ze świata przestępczego, sportowców, celebrytów i części młodzieży. Co najważniejsze, Teolog powiedział mu:

– Interesują mnie zmiany zachodzące w otaczającej nas rzeczywistości.  Mało ludzi myśli o tym, jak wygląda dzień dzisiejszy, a już z pewnością nie zastanawia się głębiej, jak będzie wyglądało jutro.

Pytania, jakie interesowały Skrybę to na przykład: „Co się zmienia w otaczającej nas rzeczywistości” albo, „Co nas zmienia” lub „Co napędza te zmiany?”.

Według informatyka, ten twój ekscentryk to jakiś futurysta.

Odc. 34

Po rozmowie z burmistrzem Teologowi śniła się wielka sala gimnastyczna. Właściwie to wyobraził ją sobie, kiedy siedząc przed komputerem zbierał się do sprawdzenia poczty elektronicznej. Zobaczył siebie pośrodku sali a wokół morze ludzkich twarzy. Było to miejsce, gdzie pod jego kierownictwem miała odbyć się dyskusja nad przyszłością Santarosy. Widzowie patrzyli na niego i czekali aż otworzy usta i coś powie. Drugi raz zobaczył salę w nocy we śnie jako wyobrażenie tego, co ma się zdarzyć. Pomieszczenie było przybrane pachnącymi gałązkami świerka, tworząc atmosferę wieczoru Bożego Narodzenia. To go dobrze nastroiło. Nabrał nadziei, że w końcu coś zacznie się zmieniać na lepsze i on będzie mieć w tym znaczący udział. Zawsze tego pragnął, być aktywnym, dobrym obywatelem, a najbardziej wzorem lidera niosącego kaganek oświaty. Był zmęczony wirusem, epidemią, niepokojem społecznym, buntującymi się demonstrantami, perspektywą trafienia do szpitala. Pragnął zmiany.

Od dnia rozmowy z burmistrzem, kiedy zrodziła się nadzieja prowadzenia kroniki miasta, szukał możliwości uczestnictwa w walce o sprawy ważne dla mieszkańców. Chciał się sprawdzać, nie raz, nie dwa, ale nieprzerwanie. Przygotowując się do wystąpień studiował kazuistykę, sztukę dyskusji, rozumianej jako umiejętność wyprowadzania przeciwnika w pole. To go tak poruszyło, że musiał podzielić się swoim entuzjazmem z Erazmem, przyjacielem z zakonu.

– Co sądzisz o kazuistyce, Erazmie? Uważam, że jest nieunikniona w czasach, kiedy nie chodzi o dojście do prawdy lub osiągnięcie porozumienia, ale o przekonanie słuchaczy lub widzów, że ma się rację. Ludzie władzy mają tylko jeden instrument działania – język. Ręce pełnią rolę uzupełniającą, wspomagają wyrażanie uczuć. Przykładem jest ramię zgięte w łokciu, wysunięty palec wskazujący lub uniesiony w górę palec środkowy. To są nowe narzędzia komunikacji ze społeczeństwem. Nie upieram się, że mi się podobają, ale trzeba je rozumieć i umieć stosować. Jeśli ktoś wychodzi na ciebie z pałką lub kastetem, nie możesz mu oferować słów pojednania czy miłości, bo cię wdepcze w ziemię.

– Do czego ty zmierzasz, Janie? Zupełnie ciebie nie rozumiem. Jesteś typem analityka, naukowca, a nie politykierem. To, o czym mówisz, to czysty rozbój.

– W obronie słusznej sprawy muszę wkroczyć na twardy grunt rzeczywistości, bo wiem z kim mamy do czynienia. Polityka nigdy nie była czysta, a wczasach takich jak obecne, wirusa, epidemii i wrednych donosów, stała się bagnem. Mam na myśli ludzi, którzy używając frazesów o demokracji i miłości bliźniego, gotowi są stosować przemoc.

– Przecież ty się zajmujesz analizą otaczającej nas rzeczywistości a nie żadną polityką, zwłaszcza w barbarzyńskim wydaniu.

– To nie jest tak, jak mówisz. Przejrzałem na oczy. Wszystko jest polityką. Cokolwiek robisz, jest regulowane przez władze. Nawet jak kupujesz papier toaletowy, to wiedziesz, że czas otwarcia sklepu jest określany odgórnie, podobnie jak akcyza czy VAT, także minimalne wynagrodzenie sprzedawcy, który cię obsługuje, instytucja, która ma stanąć w twojej obronie jako konsumenta czy koszt użycia spłuczki klozetowej. Polityka dotyczy każdego aspektu życia. Nie ma w niej równowagi czy idealnej sprawiedliwości, kiedy wszyscy jednakowo zyskują lub tracą, jest tylko nakazowa decyzja i co najwyżej chaos. Co gorsza, grożą nam politycy wypaczeni żądzą stworzenia społeczeństwa na wzór i podobieństwo swoje, a nie boskie. Wy tu sobie gadu-gadu, a my wam powyrywamy paznokcie, jeśli nie zechcecie się podporządkować, tylko najpierw ogłupimy was naszą propagandą! Rzecz się ma podobnie jak z dzikimi królikami; zalały Australię i wyżarły do cna wszystko, co przypominało zieleń. To co pozostało, wypaliła susza, pioruny i podpalacze.

– Co ty mówisz, Janie? Nie poznaję cię. Chyba oszalałeś! Lepiej przerwijmy rozmowę, bo nie dojdziemy do niczego sensownego.

Skryba zgodził się bez dalszych zachęt, uznając, że się zapędził. Przyszedł mu do głowy pomysł zrobienia czegoś znaczącego dla miasta. Musiał porozmawiać o tym z burmistrzem. Piotr Rafael stał się dla niego Mekką, miejscem, gdzie ulokował swoje twórcze pragnienia. Doskwierała mu samotność, szczególnie uciążliwa w smutnym czasie epidemii i szalejących donosów i musiał coś z tym zrobić.

0Shares

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Fragmenty opowiadań 1-4/14.

Drodzy Czytelnicy!

Nastały trudne czasy dla wszystkich. Sam niekiedy czuję się zagubiony. Na szczęście nie na tyle, aby przestać odbywać codziennie intensywny spacer po lesie lub zaniechać pisania. Bezpośrednio nie spotykam się z nikim, rzadko w ogóle wychodzę z domu, przeważnie po zakupy albo do apteki. Niekiedy brakuje mi jednak możliwości, aby zdążyć na czas z kolejnym odcinkiem powieści lub opowiadania, jaki akurat mam na warsztacie. Dlatego postanowiłem udostępniać Państwu dla rozrywki większe fragmenty (około 1000 słów) moich książek.

Zaczynam od 14 utworów literackich z książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Oto kolejne fragmenty.

Opowiadanie 1: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco 

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie