Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 20: Majowe spotkanie przy krawężniku

Pierwsza sobota maja wypadła w dzień ciepły i słodki jak ukochane dziecko roztańczonej wiosny i zawadiackiego lata. Mistrz Sefardi stał w oknie gabinetu i patrzył na osiedle Aura zanurzone w promieniach słońca. Panowała cisza. Z okna drugiego piętra roztaczał się panoramiczny widok na osiedle.

Przed sobą widział front najdłuższego budynku oraz szeroki tył budynku numer siedemnaście, przed którym na wzgórzu mieszczącym plac zabaw dla dzieci w niespokojne dni błaznowały z wiatrem nieforemne drzewa. W głębi za brzozą szeroko rozpostartą na stoku widoczne były okna budynku numer jedenaście. Między zabudowaniami biegła droga osiedlowa obrzeżona klombami kwiatów oraz miniaturowymi drzewkami nieokreślonej nomenklatury ogrodniczej. Osiedle przypominało więzienie, było ogrodzone solidną, metalową siatką w kolorze poszarzałej czerni, miało tylko jeden wjazd z dwuczęściowym szlabanem i furtką dla pieszych zamykaną na klucz. W środku osiedla stały dwa budynki przypominające wieżyczki strażnicze swymi płaskimi dachami. Dla mieszkańców osiedla był to obszar ważnych wydarzeń, miniatura kraju.

Iwan Iwanowicz ogłosił spotkanie osobiście, obchodząc wszystkie budynki i wykrzykując na głos: „Jutro, w niedzielę, o godzinie szesnastej odbędzie się zebranie, jak zwykle przy krawężniku. Tematem będzie los zwierząt, określany trójkątem historii, decyzji rządu oraz determinacji ekoterrorystów. Obecność obowiązkowa zgodnie z przyjętymi zasadami demokracji bezpośredniej”.

Sefardi nie przypominał sobie żadnej uchwały osiedlowej dotyczącej obowiązku uczestnictwa w zebraniach przy krawężniku. Był to tylko dobry zwyczaj. Miłując demokrację, Iwan Iwanowicz potrafił naginać jej zasady. Doceniając jej plusy, korzystał z jej słabości. Była to cecha, którą dzielił z innymi mieszkańcami osiedla i kraju.

– Demokracja ma jedną szczególną wadę, mawiał. Głupiec ma taki sam głos jak mędrzec, nieopierzony młodzieniaszek taki sam jak doświadczony mąż, płocha niewiasta taki sam jak dojrzała matrona. Od starożytnej klasycznej demokracji greckiej różni nas tylko to, że psy nie mają u nas głosu.

Mistrz nie miał pojęcia, dlaczego demokracja miałaby się wiązać z prawami zwierząt. Zapytany o to Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że jest to chwyt kazuistyczny, nawiązujący do pytania, kto rządzi krajem. Wyjaśnienie było proste: Rządzą mężczyźni, ale mężczyzna zrobi wszystko, o co poprosi go kobieta, a kobieta zrobi to, czego pragnie dziecko, dziecko zaś pójdzie tam, gdzie pociągnie je pies.

– To naiwne rozumowanie zostało wymyślone na użytek prostaczków i żartownisiów – podsumował Iwan Iwanowicz i zamilkł, zagłębiając się nagle we wspomnieniach. Jego oczy zwęziły się, a źrenice uciekły w głąb czaszki. Misterium uciekających oczu trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, po upływie których Iwan Iwanowicz wracał do życia cudownie odświeżony i skory do żartów jak młoda koza do figli.

Wspominając głupców Iwan Iwanowicz nie zamierzał bynajmniej obrazić kogokolwiek.

 – Nie znam żadnego głupca, bo w kraju takich nie ma. Nie słyszałem, aby ktoś się do tego przyznał, a mówić o kimś, że jest głupcem nie jest rzeczą ani mądrą ani zręczną, bo może się okazać, że jest to twój zwierzchnik, przyjaciel albo sąsiad.

Mówiąc o demokracji starzec wyprostowywał się i wypinał pierś zdobną medalami. Ich ilość zależała od skuteczności, z jaką wnuki ukryły je poprzedniego dnia w trakcie zabawy domowej. Iwan Iwanowicz tolerował ich figle, ponieważ był człowiekiem uczuciowym, pełnym wyrozumiałości, rozbudowanej jak piętra budynku mieszkalnego. Dzieci miały u niego nieograniczony kredyt zaufania. Wobec dorosłych Iwan Iwanowicz był wymagający, niekiedy wręcz despotyczny. Nieustępliwość tę składał na karb wieku oraz przekonania, że osoba odpowiedzialna musi wiele wymagać od siebie jak i od innych osób, którym zdarzyło się osiągnąć dojrzałość nie tylko wiekową, ale i intelektualną, uczuciową i duchową. Z definicji społeczności osób wszechstronnie dojrzałych wyłączał alkoholików, zagorzałych pantoflarzy i ludzi sponiewieranych przez los na umyśle.

Zebrania przy krawężniku odbywały się na wzór szwajcarski. O wszystkich sprawach osiedla decydowano drogą uzgodnień i demokratycznego głosowania. Na przestrzeni kilku lat wykształciła się cała procedura prowadzenia zebrań. Zwoływał je i prowadził nieodmiennie Iwan Iwanowicz. Przywództwo dawało mu sposobność propagowania swoich poglądów na dowolny temat; bardzo mu to odpowiadało. Potrafił elastycznie interpretować zasady.

– Gdybyśmy kierowali się logiką, mój Boże, to zapanowałby powszechny dobrobyt, dzieci byłyby mądrzejsze od rodziców, a rodzice od dziadków. To rzecz nie do pomyślenia.

Starzec miał także inne porównania, w opinii niektórych osób przystające do rzeczywistości jak pięść do nosa. Drobne wypaczenia charakteru Iwana Iwanowicza mieszkańcy osiedla Aura akceptowali bez większych oporów, wyrażając w ten sposób wdzięczność za jego niestrudzoną pracę na rzecz wspólnoty. W chwilach wolnych od obowiązków, Iwan Iwanowicz pomagał fizycznie ogrodnikowi w utrzymaniu zieleni osiedlowej.

Zebrania odbywały się na otwartym powietrzu. W razie silnego deszczu lub śnieżnej zawieruchy rozciągano wielki zielony brezent między budynkiem, gdzie przechowywano pojemniki na śmieci, a najbliższym budynkiem mieszkalnym. Na bardziej uroczyste spotkania przewodniczący przynosił metalową misę nepalską kutą ręcznie z ośmiu warstw metali: brązu, miedzi, srebra, żelaza, cynku, aluminium i złota. Uderzona tłuczkiem z twardego drewna wydawała intensywny, niekończący się dźwięk. Iwan Iwanowicz używał jej do otwierania zebrań oraz przywoływania uczestników do porządku.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Informacja dla Czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

Pomyślałem, że może zainteresuje Państwa spojrzenie od strony pisarza na czytelnictwo i czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”.

Zainstalowałem sobie aplet Google Analytics i analizuję statystyki ruchu na stronie autorskiej, gdzie publikuję powieść w odcinkach. Nie jest źle, dzięki za czytanie.

Ostatni tydzień (poniedziałek – niedziela) to przeciętnie 112 czytelników dziennie, w najlepszy dzień (piątek 8 czerwca) weszło 258 osób. W poprzednim tygodniu było przeciętnie 97 czytelników dziennie, w najlepszy dzień 235. Te dobre dni to dni, w których publikuję odcinek powieści. Google Analytics pokazuje tzw. unique readers czyli rzeczywistą liczbę czytelników. Możesz wchodzić na blog trzy razy w ciągu dnia, system zanotuje Cię tylko jako jednego czytelnika.

Oto kraje czytelników mojej powieści: Polska 74%, Francja 13%, Australia 3%, Peru 3%, Filipiny 3% (dane zaokrąglone do pełnego procenta). Jeszcze ciekawsze są urządzenia, z których ludzie czytają blog oraz zmiany (w ostatnim miesiącu): komputery: 74,5 % (- 9%), telefony komórkowe 23,5 % (+7,8 %), tablety 2,0% (+1,1%).

Rozmawiam z ludźmi. Ogromna większość osób skarży się na brak czasu. Rozumiem to. Za PRL-u, czasu mojego dzieciństwa oraz pierwszej, drugiej i trzeciej dojrzałości, czasu było więcej, ludzie czytali więcej, ale za to nie mieli mieszkań, samochodów, paszportów w domu, wycieczek zagranicznych, grilla. Dziś jest inaczej.

Moim zamysłem od początku było pisanie powieści w odcinkach, właśnie z myślą o osobach, które nie mają czasu, a jak mają to fragmentarycznie (w przejściu lub przejeździe), jadąc tramwajem, pociągiem czy autobusem lub czekając w kolejce do lekarza. Wejście na tę stronę zajmuje około 25 sekund, przeczytanie jednego odcinka powieści na blogu około 3 minut. Akurat tyle, aby przeczytać go na smartfonie (między dwoma przystankami tramwajowymi lub między rejestracją a gabinetem lekarskim).

Proszę zajrzeć także na moją stronę na Twitterze: www.Twitter.com/Michael_Tequila. Ostatnio zamieszczam tam głównie aforyzmy.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 15: Kurs kolizyjny

Premier Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawie ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody był równie pospolity jak lis pustynny zdolny przeżyć w każdych warunkach.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – premier lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczał do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i innych desperatów gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje irracjonalne poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. On sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleni ludzie. Oni widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą któregoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują – wygaszając takie poglądy asystentka premiera bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma pełną rację.

Miłośników koni i przyrody w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości, przekonań i preferencji mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym: lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili mniej lub bardziej intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej. Do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie jako dwóch różnych plemionach. Było to prawdą, gdyż mylili się ci, którzy pragnąc jedności społecznej, twierdzili, że jest to wciąż jeden naród a nie różne plemiona. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło im się z przynależnością do tego samego narodu.

Premier cenił i wierzył w inny, lepszy świat, mniej przyrodniczy, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał tylko eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, biblii i kościołowi. Po prostu miał inną filozofię. Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, funkcjonalne budynki, banki, czyste powietrze, wydajność, dobrobyt, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia czy łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę narodową, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to bardzo pragmatyczne podejście. Jego rząd dzielił jego poglądy, co było oczywiste, bo sam dobierał współpracowników.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o jego ministrach.

Konie rząd uznawał za przeżytek, żywe przedmioty, bezmyślne i niepraktyczne, kosztowne w utrzymaniu, czasem narowiste, wymagające więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i umiarkowani anarchiści surowo oceniali za to premiera Csudo i Partię Konserwatywną, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione głoszonymi frazesami. Anarchiści wręcz nienawidzili władzy i jej praktycznych przejawów. Rząd konserwatywny był im obcy i wrogi; uważali, że jego polityka zupełnie niepotrzebnie wdziera się wszędzie, stawia ograniczenia i wymogi.

– Rząd chce wszystko regulować, mówić ci co, gdzie, kiedy i jak masz robić, jak się rodzić, żyć i umierać. Niedługo będzie wydawać instrukcje regulujące, w jaki sposób możesz korzystać z toalety publicznej.

Premier Csudo nie usiłował nawet wyobrażać sobie, ku czemu to wszystko zmierza, ponieważ uparcie stawała mu przed oczami myśl, że kurs partii i rządu oraz kurs obrońców koni muszą w końcu zbiec się razem w ciemnym tunelu. Był to kurs kolizyjny, jego zakończeniem mogła być tylko katastrofa.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce bardziej umiarkowani anarchiści porozumieli się z radykalnymi ekologami zwanymi „końskimi”, aby połączyć się w jedną organizację o nieporównywalnie większej sile oddziaływania, określającą się jako ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, une grande fusion, jak pisała prasa francuska.

Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ani z odważnym hasłem, ani z niechęcią do władzy, którą winiła za coraz gorszy los koni i fatalny stan środowiska naturalnego.

Ideolodzy Partii Konserwatywnej od razu uznali ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i podjęli z nimi wojnę. Komórka propagandowa partii, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła upowszechniać teksty przedstawiające w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne; na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców ruchu, ludzi o zaciśniętych ustach, surowych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo niewyszukanej i prymitywnej propagandy, część społeczeństwa dała się uwieść propagandzie partyjnej.

Aktywność rządu myliła wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwość wobec koni i środowiska naturalnego: inicjował, sponsorowal i zachęcał do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w dużym budynku –kontrargumentowali i ostrzegali ekoanarchiści.

*****

Politykę ochrony koni w środowisku naturalnym premier przedstawił w specjalnym przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach niszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i dobre wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób poszkodowanych. Kolejne problemy związane z końmi były ilustrowane slajdami. Pokazały one, jak stado koni w pędzie na pastwisko prawie rozdeptało stado owiec oraz jak znarowione konie utrudniają ruch uliczny. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – tym pytaniem premier przypomniał o niebezpieczeństwie skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach tych zwierząt.

– Potrzeba nam mleka a nie nawozu do hodowli pieczarek. Potrzeba nam krów, a nie koni.

Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj premier usiłował zachęcić obywateli do bardziej zrównoważonego spojrzenia na ochronę koni i środowiska naturalnego. Jego słowa były różnie przyjmowane i interpretowane. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Uwagi na temat zmian w powieści

Drodzy Czytelnicy,

Zamieściłem już na 13 odcinków mojej powieści. Staram się publikować je bardzo konsekwentnie.

Otrzymałem już kilka komentarzy na temat powieści. Wykorzystuję je. Wprowadziłem i wprowadzam zmiany do powieści, usuwając niekonsekwencje, poprawiając niezbyt udane imiona i nazwiska bohaterów, czy też usuwając wątki nawiązujące do aktualnej polityki. W duchu ostatniej sugestii zmieniłem znacznie fragmenty Odcinka 3 opublikowanego w dniu 19 maja.

Zachęcam do jego ponownego przeczytania.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 12: Wynalazca Sefardi Baroka

Życie Rosatona nie zmieniło się znacząco dlatego, że przeniósł się do Afary, stolicy kraju, ale dlatego, że poznał tam Sefardiego. Na świecie nie było wynalazcy równie genialnego jak Sefardi Baroka. Byli o tym przekonani wszyscy obywatele Nomadii z wyjątkiem jego najbliższej rodziny, która miała wątpliwości, może dlatego, że w kraju znane były tylko nieliczne jego dzieła, a oni mało podróżowali po świecie.

Z zawodu i z powołania Sefardi był zegarmistrzem. Wynalazł sześć fantastycznych zegarków, za które otrzymał najwyższe tytuły i medale, w tym Złoty Order Zasługi Republiki Nomadii wręczony przez samego prezydenta. W obfitym strumieniu błogosławieństw losu wyróżnień było trzy razy więcej niż samych wynalazków. I jedne, i drugie stanowiły powód właściciela do dumy. Sytuacja ta budziła niechęć a nawet zawiść niejednego kolegi po fachu. Nie bolało ich to, że Sefardiego otaczała sława artysty sztuki zegarmistrzowskiej, tylko stosunek liczby osiągnięć do rozmiarów tej sławy.

– Jeśli w ostatnim dziesięcioleciu powstało w naszej branży trzysta niezwykłych wynalazków, z których tylko sześć było autorstwa Sefardiego, to chwała jaka mu przypadła w udziale jest niezasłużenie wielka – stwierdzenie to padło w restauracji „Pod krzywym zegarem” w trakcie przyjęcia z okazji międzynarodowego konkursu sztuki zegarmistrzowskiej.

Sefardi milcząco przyznawał rację kolegom. Był w dobrym nastroju, nie chciał się kłócić. Siedział w głębokim fotelu z bordowej skóry z dużym złotym medalem zawieszonym na szyi, dumnie odbijającym się w wiszącym naprzeciwko lustrze. Patrzenie na medal sprawiało mu radość: szlachetny kolor kruszcu, w środku stylizowana głowa starożytnego mędrcy, napis „Eureka” otoczony wieńcem laurowym z lewej i z prawej strony, u dołu napis „Geniusz Wynalazczości” oraz rok przyznania tytułu.

Najbardziej oryginalnym wynalazkiem Sefardiego był zegarek z wodotryskiem. Zanim powstał, nikomu nawet nie przyszło do głowy, że jest to możliwe. Idea była tak szalona i bezsensowna, że posługiwano się nią dla określenia czystej fanaberii. Było to wyzwanie, jakiemu nie sposób było sprostać, gdyż burzyło zasady logiki; było równie beznadziejne jak ciężka choroba lub walka z wiatrakami. W życiu Sefardiego pomysł zegarka z wodotryskiem też przeszedłby bez echa, gdyby nie przyjmował on szalonych pomysłów jako wyzwań, jakim musi stawić czoła. Tam, gdzie chodziło o wyobraźnię i sprawdzanie się, Sefardi pozostał dzieckiem; nie widział żadnych ograniczeń. Ta niezrozumiała słabość intelektualna okazała się błogosławieństwem dla ludzkości.

Myśl o mikroskopijnej fontannie w zegarku dojrzewała w nim od dawna, gdzieś z tyłu głowy, nie wywołując niepokoju, tylko poczucie niezaspokojenia. Jego umysł nie tolerował próżni.

Ilość płynu w wodotrysku musiała być mikroskopijnie mała i niezwykle precyzyjnie sterowana. To było największe wyzwanie. W sukurs wynalazcy przyszła nanotechnologia, pozwalająca dzielić krople wody na cząsteczki, a te na atomy. Kiedy ten strzępek wiedzy niedostępnej dla zwykłego śmiertelnika dotarł do Sefardiego, podjął niezłomne postanowienie realizacji projektu. Aby utrzymać wodę w ściśle określonej przestrzeni i nie pozwolić jej wyparować, Sefardi nasączył ją mikrocząsteczkami metalu, wcześniej zamieniając cyferblat w magnes emitujący pole magnetyczne, aby zamknąć drogę ucieczki metalizowanej wodzie.

Zegarek był nie tylko skomplikowany, ale i luksusowy. Dzieło sfinansował ekscentryk, człowiek bajecznie bogaty, martwiący się nieprzerwanie, że nie ma na świecie rzeczy dostatecznie pięknych i kosztownych, aby wydał na nie choćby połowę swego niezmierzonego majątku. W grę wchodziły oczywiście tylko przedmioty spełniające kryteria najwyższej wartości artystycznej.

Zegarek sprawiał właścicielowi niekończącą się radość. W towarzystwie podobnych sobie entuzjastów piękna i wartości, stawiał go na płaskiej powierzchni, otwierał kopertę i naciskał ukrytą z boku mikroskopijną dźwigienkę, przyglądając się, jak ze środka mechanizmu, wprost z centralnej osi, wytryska strumyczek wody igrającej kolorami tęczy. Woda spływała między wskazówkami i ozdobnymi oznaczeniami godzin do wnętrza zegarka, skąd do ponownego obiegu tłoczyła ją mikroskopijna nanopompa. Zegarek okrzyknięto cudem; to właśnie wtedy przyznano Sefardiemu tytuł mistrza świata w zegarmistrzostwie ręcznym.

Genialny twórca nie miał zbyt wiele czasu myśleć o osiągnięciach. Poważniejsze sprawy zaprzątały mu głowę. Dręczyła go świadomość, że ogromna barykada coraz bardziej dzieli społeczeństwo Nomadii. Nie zjawiła się ona w jednej chwili, konflikt narastał przez lata. Sefardi boleśnie przeżywał pogarszające się stosunki między obywatelami kraju, który był jego ojczyzną.

Entuzjaści Sefardiego nazywali go Mistrzem. Nie miał nic przeciwko temu, aby tak go określano i tak się do niego zwracano. Niektórzy czynili to szczerze, w uznaniu jego talentu, inni, aby zrobić mu przyjemność, przypodobać się, może nawet schlebić jego próżności. Domyślał się tego, nie przeszkadzało mu to jednak. Uważał, że każdy człowiek jest trochę próżny, a on przynajmniej miał osiągnięcia, aby aspirować do miana Mistrza. Myśli prowadziły go wciąż do tego samego punktu, że zanim jednostka osiągnie wielkość, musi mieć w sobie jej zalążki, kultywować je i wierzyć, że wytrwałą pracą – osadzoną na solidnym gruncie, jeśli nie genialności to przynajmniej talentu – osiągnie wyżyny, na których społeczeństwo będzie stawiać jej pomniki.

Gwoli prawdy, stanowiącej element wszelkiej równowagi duchowej, Sefardi miał za sobą nie tylko osiągnięcia, ale i porażki życiowe, o których starał się nie pamiętać. Nie były to udane wysiłki, gdyż wszystkie jego klęski miały niemiłą, wręcz drażniącą właściwość przypominania mu się w najmniej oczekiwanych momentach.

Moje książki:  https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 10: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku niezmiernej zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczeń. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja doprowadziła pod koniec zebrania do burzy, w której uczestnicy omalże nie obrzucili się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, ponieważ chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch wybitnych specjalistów, doskonale opłacanych lecz rozczarowanych stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka projektów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osobnik głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla regionu obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu kilku gatunków koni, którym groziło wymarcie. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi, wnukami czy rodzeństwem. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Nie przeszkadzało mu to mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia. 

Firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, któryś z kolei prawnuk założyciela firmy. Prowadzący zebranie pozwolił mu przez kilka minut tłumaczyć się z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi on odejść. Jego konkurent, jedyny zresztą, gdyż stanowisko prezesa firmy wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem koni, już wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie uczestniczył w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, co mogło dać mu dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie; dyrektor kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym przedstawicielem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, prowadzenia operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie zajmowały się dorywczo także produkcją pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale stabilnym i lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet trąci nieco myszką, ale taka tradycja jest najmocniejsza.

Tę linię argumentacji wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona należycie charakteru biznesu, jaki prowadzi firma, i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej.

Rosaton przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktuje zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów zaczął przyglądać się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną.

Kiedy Rosaton zbudził się z zamyślenia, usłyszał słowa, których nie rozumiał. Zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia sesji; trwała wciąż dyskusja o ocenie pracy zarządu w minionym roku.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Zaczęło się od założyciela firmy, sufragana, który uważał, że coś niecoś o tym wie, bo osobiście znał ojca genetyki, Gregora Mendla. Potem mówił, że się z nim przyjaźnił, a jeszcze później, w miarę jak popularność inżynierii genetycznej rosła, mówił i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż jej twórca, choć w okresie życia Mendla nie stosowano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym jednak było, bo sufragan mówił bardzo konkretne o genialnym genetyku, podawał szczegóły z jego życia, na przykład jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, czy jakie miał nawyki. Pamiętał go jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki swej zakonnej dyscyplinie i osobistej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną mającą konia w nazwie, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Sufragan traktował genetyka jako człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był on niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 9: Anarcho ujrzał cień padającego drzewa.

Wystąpienie Anarcho wywołało zainteresowanie nim samym, koleżeństwo czuło, jakby go w ogóle nie znało wcześniej, otaczano go, zadawano pytania i słuchano niby wyroczni orzekającej w sprawach ostatecznych. Czuł wtedy w sobie drobinę charyzmy, którą od lat przeczuwał, wspomagany przekonaniem matki, że jest wyjątkowym dzieckiem. Wyjaśniał wszystko od początku, skąd wziął się w nim tak radykalny i śmiały pogląd, co zrobić w sprawie koni, jak do niego doszedł, bo przecież nie wszystko zdarza się za jednym pstryknięciem palców.

Nagły zwrot nastąpił w nim, kiedy którejś nocy przed pójściem spać, ujrzał – jeszcze przy zapalonym świetle – cień padającego drzewa i wszystko stanęło mu przed oczami. Opowiedział tę historię kolegom i koleżankom z Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, TWA, jak czasami nazywali klub Anarchia dla ukrycia faktu jego istnienia. Słuchacze wierzyli mu, ale też szeptali między sobą, że cień mógł paść mu także na rozum, ponieważ stał się jego obsesją, gdyż o niczym innym nie myślał ani nie mówił.

Był dla nich podporą, filarem, bijąc wszystkich na głowę swoją bezkompromisowością i wolą zwycięstwa. Koń był dla niego wszystkim; uratował mu życie co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz, kiedy rzucił się na niego, a on pomyślał, że zwierzę po prostu oszalało, a ono zepchnęło go na bok chroniąc przed upadającym drzewem.

Anarcho był drwalem dopóki nie zrozumiał, że zabija żywe organizmy. Przedtem nie zastanawiał się nad tym, słuchał ślepo poleceń przełożonego, brygadzisty drużyny drwali. Od czasu, kiedy przejrzał na oczy, wierzył nadal w Boga, ale w inny sposób, jakoś głębiej i szerzej.

Był teraz okiem i uchem całej grupy klubowej. Obserwował drwali, wiedział o nich wszystko, o nich samych i metodach ich pracy. Kiedy wkraczał do akcji, kończył się wyrąb, przerywano wszystko, drwale uciekali. Był wyrachowany i miał swoje sztuczki. Wbijał cieniutkie stalowe kliny wzdłuż pnia drzewa z tak doskonałą precyzją, że gdziekolwiek drwal przyłożył piłę, natrafiał na stal, rozlegał się zgrzyt zdolny powalić całkowicie głuchego człowieka, łańcuch rwał się na kawałki i rozwalał ręce pracującego. W czasie posiłków lub wypoczynku drwali, kiedy w lesie było cicho jak makiem siał, podkradał się i demolował piły spalinowe, piły łańcuchowe, piły tarczowe, cokolwiek by nie przynieśli. Piła zawarczała, dusząc się kłębem dymu, i zdychała w bólu jak zwierzę śmiertelnie ranione przez myśliwego. Potrafił też tak osłabić drzewo, że po ścięciu padało w kierunku odwrotnym do oczekiwanego, przygniatając lub tylko do głębi szokując drwala, zabójcę puszczy. Przeciwnikom przyrody potrafił też zatruć jedzenie, ale nie w takim stopniu, aby skończyli życia, ale przeklinając swój los, upodleni i ośmieszeni, biegali po lesie śmierdzący na całym ciele wskutek zabójczego rozwolnienia. Nazywali go szaleńcem bożym, może dlatego, że używał dziwnych haseł w rodzaju „Człowiek – wróg, przyroda – Bóg”.

Jemu samemu nic to nie pomogło, coraz bardziej przeżywał frustrację, szukał więc nowego radykalnego rozwiązania. Uczył się nieprzerwanie, dużo czytał, sprawdzał, coraz więcej rozumiał, ale nic użytecznego nie przychodziło mu do głowy, aż do dnia właśnie, kiedy padł mu na umysł cień padającego drzewa.

To wtedy przyszedł mu do głowy koń trojański z płonącą grzywą. Podstęp, pułapka, tylko tym zwalczymy społeczeństwo niszczące konia i przyrodę, i podcinające gałąź na jakiej samo siedzi, tak sobie pomyślał. Cokolwiek nie przychodziło mu do głowy, była to zawsze ta sama święta trójca, przyroda, koń, człowiek, a dokładniej to koń, przyroda, człowiek. Zbudził się wtedy spocony, drżał cały, ale miał jasność w głowie: trzeba zbudować konia, który przeżyje wszystkie przeciwności, uratuje gatunek i przyrodę jak i samego człowieka.

To był ten pomysł: stworzyć gatunek łączony, konioczłowieka, którego ludzie nie ruszą, ponieważ połowicznie należy do nich, bo jest w nim człowieczeństwo.

– Samego konia by zabili – mówił z przekonaniem przy ognisku, gdzie najchętniej dzielił się z przyjaciółmi swoimi myślami i ideami. Natura działała wtedy na niego najsilniej.

Od autora. Szanowne Czytelniczki, Szanowni Czytelnicy!

Jak zapewne się Państwo domyślili, publikuję na stronie autorskiej nową powieść.  Zmieniłem właśnie jej tytuł na „Laboratorium szyfrowanych koni”. Poprzedni tytuł „Projekt No Name” był tytułem roboczym. Utrzymywałem go do czasu aż wymyśliłem lepszy. Powieść łączy w sobie gatunki literackie science-fiction, fantasy i realizmu magicznego, z dodatkami groteski. Mam nadzieję, że podoba się Państwu i zechcecie nie tylko czytać, ale i zachęcać inne osoby do czytania.

Wcześniej podejmowałem inne próby pisania powieści, nie były one udane, gdyż nie mogłem ułożyć sobie w głowie ostatecznego jej formatu (konstrukcji). Obecna wersja może powtórzyć pewne ich fragmenty. Proszę zapomnieć o tych próbach, zignorować je. Przepraszam za zamieszanie, jakie mogłem nimi wywołać. Obecna wersja powieści jest ostateczna, zamierzam ją doprowadzić do zwycięskiego końca.

Pisanie tej powieści nie okazało się dla mnie łatwe. Faktem jest, że pracuję nad nią co najmniej kilkanaście miesięcy. Każdy nowy odcinek, nawet już przygotowany w zarysie, wymaga kilku godzin pracy bezpośrednio przed publikacją. Dlatego mogę publikować nie więcej niż jeden odcinek na przestrzeni dwóch –  trzech dni.

Będę wdzięczny za kliknięcia „Lubię to” jak i za wszelkiego rodzaju komentarze, w szczególności co zmienić, poprawić, uzupełnić lub wyrzucić, jak również sugestie wątków czy treści. Reakcje czytelników ogromnie mnie motywują, nawet jeśli są krytyczne.

Życzę udanej lektury,

Michael (Michał) Tequila, Ryczący Lew Literatury

 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

Poranek noworoczny 2018, refleksje, cytaty i życzenia

Pierwszym moim postanowieniem w Nowym Roku 2018 było wstać, zrobić sobie kawę i napisać ten blog. I oto jestem, mam nadzieję złotousty przez cały rok, aby wychwalać życie i rzeczywistość.

W końcówce Starego Roku ukochałem, a właściwie skutecznie odgrzałem moją dawną literacką miłość – Georga Orwella. Mam teraz trzech pisarzy, których mogę uwielbiać równie gorąco jak Ty swoją ukochaną partię lub twórcze milczenie. Są to: Gabriel Garcia Marquez, Friedrich Dürrenmatt i George Orwell. Dla mnie to geniusze; tym gorączkowym przekonaniem pragnę zarazić wszystkich, którzy nie brali szczepionki przeciw literaturze.

Pisarze współcześni wydają mi się wobec tej trójki, piszę to drżącą ręką, jak brudny palec wobec zbrojnej pięści, którą nasz dzielny rząd trzyma przed nosem Unii Europejskiej, aby nauczyć ją, co to znaczy godność, patriotyzm i szacunek dla wartości.

Tematu politycznego nie udało mi się uniknąć, co mnie nie dziwi, ponieważ nie ma niczego w rzeczywistości, co nie podlega polityce. Wszystko jest regulowane, określone i sterowane politycznie: choroba (kolejki w przychodniach i rezydenci), miłość (nie każdy rodzaj miłości jest dopuszczalny w legalnym związku małżeńskim), żarcie (co można dodać, a co ująć z kiełbasy, aby było w niej więcej mięsa niż albuminy), pogoda (w jakim piecu diabeł pali, a w jakim obywatel, który oprócz miału węglowego ma jeszcze stare gumiaki do spalenia), sąd i prokuratura (który sędzia i prokurator jest/będzie życzliwy dla obywatela, a który dla władzy). Jednym słowem w polityce jesteśmy umoczeni jak śledź w solance lub brzoskwinia w sosie własnym, to znaczy całkowicie i bezwarunkowo.

Teraz, tytułem refleksji, co było, co jest i co może być, czyli kilka cytatów z Orwella (za Wikicytaty):

  • „Polityka została wymyślona po to, aby kłamstwo brzmiało jak prawda”.
  • „W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym”.
  • „Ważniejsze od przetrwania jest zachowanie swojego człowieczeństwa”.
  • Nacjonalizm zakłada, że „ludzi można klasyfikować jak owady, i że całe miliony czy dziesiątki milionów ludzi można śmiało oznakować jako „dobrych” lub „złych”.
  • „Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”.

Więcej zbrodni nie zamierzam dzisiaj popełniać. Idę pomodlić się za psy, które ogłuchły w nocy od petard strzelanych przez ich właścicieli w dowód miłości do braci młodszych. Mam też jeszcze szampan do wypicia.

W Nowym Roku 2018 życzę Ci pełni zdrowia, radosnych figlów i rozkoszy oraz cierpliwości dla otaczającej nas rzeczywistości.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego już na początku Nowego Roku, to podaruj sobie lub komuś jedną z książek: https://tinyurl.com/yct8ocpp lub https://tinyurl.com/ycbhdedn

O powieści „Sędzia od Świętego Jerzego”

Fragment recenzji książki Michael Tequila:  "Sędzia od świętego Jerzego" :

http://recenzjeoptymisty.blogspot.com/2015/06/michael-tequila-sedzia-od-swietego.html  "Sędzia od świętego Jerzego" to satyra, która wyróżnia się spośród innych pomysłem na fabułę. Serdecznie zachęcam wszystkich do zapoznania się z ta fantastyczną lekturą. Polecam!

oraz fragment samej książki:

– Jestem międzynarodowym sędzią hokeja na lodzie. Znalazłem się tu przypadkowo, choć teraz nie jestem pewny, czy tak w istocie było. Wszystko to takie dziwne – dodał z westchnieniem. – Moi porywacze, czy raczej porywaczki, były rozczarowane, że nie jestem sędzią wymiaru sprawiedliwości, a potem ucieszyły się, że jestem sędzią sportowym. Najbardziej życzyłyby sobie, abym był sędzią piłki nożnej. W sumie wiem tylko tyle, że mam wystąpić jako sędzia główny Sportowych Igrzysk Partii i Organizacji Politycznych. Pan uchylił mi rąbka tajemnicy za co jestem szczerze wdzięczny – Sędzia uznał, że najkorzystniejszy będzie pojednawczy tryb rozmowy.

– O, widzi pan, to dobrze się składa, bo ja naprawdę wiem sporo. Widziałem tutaj niejednego sędziego, ale ostrzegam pana: żaden z nich nie sprostał zadaniu. Jest ono skomplikowane, a zawodnicy, trenerzy i kibice są niezwykle wymagający i trudni. Niektórzy sami dobrze nie wiedzą, czego naprawdę chcą, choć wszyscy krzyczą, że pragną prawdy, sprawiedliwości i dobra narodu. Oraz oczywiście ukarania winnych. – Politolog podkreślił swoje oświadczenie, unosząc w górę prawą pięść, a następnie opuszczając ją w dół tak, jak kat opuszcza topór. Sędzia mógłby przysiąc, że usłyszał nawet świst powietrza. – Widocznie dlatego zmienili kryteria wyboru sędziego – kontynuował Szczerbaty. – Dotychczas byli to sędziowie wymiaru sprawiedliwości i tylko jeden był sędzią pokoju. Przywieźli go zza wschodniej granicy. Skąd wytrzasnęli tam człowieka o takich kwalifikacjach, tylko Bóg raczy wiedzieć. Dla mnie zakrawało to na cud. Czy mogę wiedzieć, jakie są pańskie doświadczenia zawodowe? – Szczerbaty przerwał wyjaśnienia, aby ostatecznie rozwiać niepewność dotyczącą osoby, której w poczuciu obywatelskiego obowiązku udzielał pomocy.

– Moja kariera zawodowa obejmuje trzy brutalne dziedziny sportu: futbol, boks i hokej na lodzie. Przez dwadzieścia miesięcy grałem w drużynie futbolu australijskiego. Miałem szczęście, że skończyło się to tylko dwukrotnie złamanym obojczykiem i silnym wstrząsem mózgu. Australijczycy mają takie ilości testosteronu, że musieli wymyślić własny futbol, aby nie pozabijać się na ulicach. Potem boksowałem, a w końcu zostałem zawodowym hokeistą. Kariera hokejowa doprowadziła mnie do sędziowania. Byłem dobry i szybko uzyskałem awans na sędziego międzynarodowego.

– Wiedziałem, że jeśli wybrano pana, międzynarodowego sędziego hokeja na lodzie, to znaczy, że jest pan twardy, sprawiedliwy i nieprzekupny. Musi pan być gwiazdą sędziostwa! – Szczerbaty promieniał entuzjazmem, że wreszcie znaleziono właściwego arbitra.