Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Poezja niedzielna po raz trzeci

Dzisiaj to i ja mam szczęście, ponieważ przedstawiam Państwu dwa wiersze szczególnie przeze mnie ulubione. Ten drugi, „Chwytanie piękna” uważam za szczególnie „poetycki”.

Są to wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, drugie wydanie (własne), z nieporównywalnie piękniejszą okładką niż wydanie pierwsze (Bernardinum). Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem już kilka lat temu, że ten tomik (pierwsze wydanie) znalazł się w zbiorach ośmiu bibliotek uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za nobilitację, niezależnie od faktu, że do dwóch trafił za moim pośrednictwem.

W przyszłym roku planuję wydać drugi (i ostatni) zbiór moich wierszy zatytułowany „Oniemiałość”. Wysłałem go na konkurs literacki, który zostanie rozstrzygnięty pod koniec marca 2019. Jeśli mi się tam nie powiedzie, będę szukać innego wydawcy.

Chciałbym miłość spotkać

Chciałbym miłość spotkać i wziąć ją w ramiona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
śmiać się serdecznie i płakać do woli,
spazm szczęścia przeżyć, kiedy nic nie boli.

Chciałbym wybiec na łąkę, gdzie trawa zielona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
krzyczeć w słońce i pędzić przed siebie,
tylko na chwilę znaleźć się w niebie.

Albo odejść od zmysłów, gdzie jaźń pomylona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
wejrzeć w głąb duszy i odnaleźć Boga,
pojąć, jaka najprostsza do szczęścia jest droga.

Sopot, 18 stycznia 1998

Chwytanie piękna

Spadochron marzeń dostojnie spływa
pawimi piórami, łagodnością puchu,
serce pragnieniem się wyrywa,
biegniesz…lecz ciało tkwi w bezruchu.

Wzrok jednoczy się z pejzażem,
mrokiem strzelają drzew wodotryski,
rzęsy w cień kryją zmysłowe twarze,
drażnią uśpionej żądzy zmysły.

Biegniesz naprzeciw smukle radosny
i chwytasz piękno w ramion objęcia
…a ono znika jak podmuch wiosny,
zwodzi jak puchu nieme zaklęcia.

Sopot, 3 stycznia 1998

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 140: Wybór metody stworzenia hybrydy

Specjaliści Inż-Genu wbijali z wściekłości zęby w drewnianą framugę drzwi sali konferencyjnej, gdzie spotkali się w celu ostatecznego wyboru metody stworzenia konioczłowieka. Nad wyzwaniem debatowali już tak długo, że w końcu dopadła ich frustracja wywołując gesty rozpaczy i ordynarne przekleństwa. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zintegrowane klonowanie, w którym świeżo stworzone klony konia i człowieka zostałyby scalone w jeden organizm. Przeszkodą był brak doświadczeń w podwójnym klonowaniu. Były jeszcze inne minusy.

– W tym cholernym klonowaniu, do wieku noworodka dodaje się wiek dawcy komórki macierzystej, co niepotrzebnie postarza nowonarodzonego klona. Jeśli koń, dawca komórki macierzystej, ma dziesięć lat, co nie jest znowu niczym niezwykłym, to jego klon w rok po urodzeniu będzie mieć już jedenaście lat. A co będzie, jeśli zsumuje się wiek konia i wiek człowieka, którego klon będzie znacznie starszy niż ten koński! Wszyscy znajdziemy się wtedy w szambie razem z tymi pieprzonymi klonami! – Słowa te nie padły z ust pijanego, wulgarnego chirurga, skłonnego do agresji, ale skromnej genetyczki, która w chwilach głębokiego rozczarowania przypominała sobie język toalet publicznych, z jakich musiała korzystać, kiedy zatykane były rury kanalizacyjne w akademiku.

Wobec metodologicznej niemocy Inż-Genu, zarząd poprosił Zespół Matematyczno-Informatyczny o obliczenie prawdopodobieństwa powodzenia każdej z metod, zintegrowanego klonowania oraz odwróconej amputacji. Zleceniu towarzyszyło pytanie, czy jeśli Inż-Gen wykona ten swój miliard czynności, zapracowując się po pachy, przeżyje tysiące nieudanych prób, to jaka jest szansa, że przedsięwzięcie nie skończy się w ślepym zaułku potwornych kosztów i góry zmarnowanej energii. Kiedy zarząd zadał kolejne pytanie, co i w jakim stopniu może się nie udać w jednej i drugiej metodzie, Inż-Genowcy uznali to za próbę ich dobicia.

Okazało się, że w zintegrowanym klonowaniu minusów jest znacznie więcej niż plusów: długi i złożony proces klonowania, przyśpieszone starzenie się klonu oraz miliardy kombinacji genetycznych do pokonania. Każdy, nawet najmniejszy gen jednego organizmu, musiał współgrać z milionami genów drugiego organizmu.

Metoda klonowania została odrzucona głosami matematyków-probabilistów. Za jej przyjęciem opowiedziała się początkowo grupka genetyków, ale zarzucono im, a potem udowodniono, że swoją mentalnością obejmują tylko geny i genotypy, gubią się natomiast w matematycznej złożoności wzajemnych relacji.

Metoda odwróconej amputacji przewidywała połączenie dojrzałych organizmów człowieka i konia. W tym celu konieczne było uzyskanie ciała konia i ciała człowieka. Musiało to nastąpić w tym samym czasie. Na materiały do operacji przygotowano wielką zamrażarkę i czekano na wypadki drogowe, których rezultatem byłyby dwa zdrowe korpusy, zdatne do połączenia. Szansę powodzenia tej metody Mat-Inf ocenił znacznie wyżej niż zintegrowanego klonowania.

– Nie znaczy to, że jest to metoda łatwa i przyjemna. I tak będziemy musieli naharować się jak dzikie osły, a sala operacyjna będzie przypominać rzeźnię. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni. – Posumował profesor Kary, szef zespołu.

*****

Naukowiec przypomniał sobie przygotowania do operacji odwróconej amputacji.

– Szukaliśmy skrótu, logicznego uproszczenia, jakiegoś wyłomu w ogromie zadania – wyjaśnił patrząc na tablice opisujące genomy. – Myśleliśmy o tym dzień i noc, bez przerwy. Nic nie wymyśliliśmy. Po prostu trzeba było czekać na okazję, na dwie ofiary wypadków. Brzmi to strasznie, ale taka była prawda. Podobnie jak szpital czeka na dawcę serca czy nerki dla swojego pacjenta, my czekaliśmy na śmierć konia i śmierć człowieka, a konkretnie na ich ciała. Mieli to być dawcy szkieletów i wszystkich organów. Potrzebowaliśmy przedniej części tułowia konia i górnej części tułowia człowieka. W końcu nadszedł taki moment. – Snując wspomnienia, profesor ilustrował swój wykład na elektronicznej tablicy. Na ekranie ukazały się dwa tułowia.

– Staram się nie szokować państwa, bo wygląda to jak rzeź z horroru filmowego. Ja i mój zespół jesteśmy do takich widoków przyzwyczajeni. Od lat jesteśmy chirurgami, mimo to też przeżyliśmy niemało stresu. Na początku od odoru wszyscy rzygaliśmy jak koty z wyjątkiem mojego asystenta, któremu kiedyś operacyjnie usunięto przegrodę nosową razem z włoskami i nitkami węchowymi.

Profesor przerwał i zezwolił na zadawanie pytań. Było widoczne, że jest nieco znużony i potrzebuje chwili wytchnienia.

– Co było najtrudniejsze w całym procesie tworzenia Obiektu jako przedstawiciela nowego gatunku? – Pytanie zadał członek Zespołu Matematyczno-Informatycznego.

Profesor zastanawiał się chwilę dobierając słowa, aby w miarę prosto wyjaśnić złożone zagadnienie inżynierii genetycznej.

– Skala przedsięwzięcia. Nikt tak skomplikowanego zadania nie realizował przed nami. Poważne problemy zaczęły się na stole operacyjnym. Znalazły się na nim dwa korpusy: mężczyzny przepołowionego przez pociąg na wysokości bioder oraz konia, który utracił głowę w wypadku. Urwała mu ją młockarnia, kiedy usiłował schwycić pyskiem pęk zielonej trawy zagubionej w snopku słomy. Dwie części dopasowaliśmy do siebie, godzinami łącząc żyły, żyłki, nerwy, tkanki, mięśnie, aby potem podłączyć organy wewnętrzne. Zanim to nastąpiło stworzyliśmy strefę buforową między dwoma organizmami. Nazwaliśmy to strefą dostosowania genetycznego. Był to obszar przekazywania sygnałów, jak obydwa organizmy powinny się łączyć, aby nastąpiła udana integracja. To była najtrudniejsza część. Pomagali nam w tym koledzy z Mat-Infu modelowaniem matematycznym. Najpierw przy naszej pomocy stworzyli modele genomu człowieka i genomu konia, potem model genetyczny niezgodności, potem model konwersji sygnałów, włączania i wyłączania genów. W ten sposób mogliśmy manipulować materiałem genetycznym uzupełniając luki wykryte w powstającej hybrydzie przez biomatematyków i biogenetyków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Piątkowe myśli i aforyzmy o ludziach i zwierzętach

Króliki rozmnażają się niezwykle szybko prawdopodobnie dlatego, że bardzo to lubią. Trzeba przyznać, że niegłupio to sobie wykombinowały.  

Większość ludzi zasypia w przekonaniu, że się obudzi. Podobno tylko pan Bóg potrafi wyleczyć z tego zabobonu. Niestety, nie można tego sprawdzić, bo nie udziela on wywiadów. 

Starość człowieka zaczyna się wtedy, kiedy on sam jest jeszcze młody.

Krystyna Pawłowicz to zawodniczka o najwyższym wskaźniku testosteronu w zespole sportowym PiS. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 135: Taksydermia i Centaur

Nadawanie odpowiedniego kształtu i pozy martwemu okazowi niegdyś żywego organizmu wymagało czasu i cierpliwości. Najwięcej uwagi trzeba było poświęcić oczom, uszom i nosowi. Musiały one harmonizować ze sobą. Każde zwierzę ma swoje proporcje, decydujące o jego wyjątkowym wyglądzie i pięknie. Na końcu Taksy podkreślił, że zwierząt się już nie wypycha, ale preparuje i że proces ma charakter naukowy.

Słuchając wynurzeń taksydermisty laboranci zdali sobie sprawę, jak niezwykle ważny jest dokładny obraz i opis Obiektu. Dynamika! To było właściwe słowo. Oznaczało dziesiątki sytuacji i tysiące form zachowań konioczłowieka, który musiał umieć stać prosto i zginać się, opuszczać i podnosić łeb, wyginać się na boki, przeciskać się przez wąskie przejścia, skradać, skakać, wylegiwać się, tarzać się po ziemi a nawet pływać. Wszystkie te czynności musiały być zakodowane w Obiekcie.

W trakcie wykładu Taksy’ego laboranci stworzyli listę czynności, jakie konioczłowiek będzie musiał wykonywać, dopisując je do tych, które przyszły im do głowy wcześniej: baraszkowanie, nastawianie uszu, kopanie, mruganie, klękanie oraz wszystkie formy chodu, łącznie z najbardziej wymyślnymi wykonywanymi w takt muzyki.

Laboranci dyskutują kategorie centaura, człowiekonia i konioczłowieka

Dyskusję o kształcie Obiektu udało się zawęzić do wzorców centaura, konioczłowieka i człowiekonia. Pierwsza padła propozycja stworzenia Centaura, takiego, jak go sobie wyobrażano w starożytnej Grecji: tors człowieka z ludzką głową i rękami osadzony na korpusie konia z czterema nogami i ogonem. Dyskusja nad Centaurem była obciążona silnymi przekonaniami.

– Centaur – argumentowali przedstawiciele grupy identyfikującej się z nim – ma jedną wielką zaletę: najpełniej łączy konia i człowieka. Jest niezwykle silny i ludzie są już do niego przyzwyczajeni. Każdy go zna z mitologii, obrazów, filmów i literatury.

Matematykom i logikom nic się nie zgadzało w modelu Centaura.

– Co mianowicie? – pytali o szczegóły jego zwolennicy.

– Nie zgadza nam się rachunek optymalizacyjny, a konkretnie ilość kończyn, organów wewnętrznych i dwa tułowia. Centaur ma sześć kończyn: cztery dolne, czyli nogi konia, oraz dwie górne w postaci rąk człowieka. Do tego dochodzą dwa tułowia, jeden ludzki i jeden zwierzęcy, oraz jedna ludzka głowa. Kiedy do anatomii dodaliśmy fizjologię, powstała prawdziwie diabelska kombinacja, przeszkoda nie do pokonania w konstrukcji hybrydy.

Temat Centaura wracał kilkakrotnie. Komplikował on sprawę dublowaniem systemów fizjologicznych: dwie wątroby, dwa serca, dwie trzustki, dwie pary płuc i tak dalej, wszystkie lub prawie wszystkie organy zdublowane i to należące do zupełnie odmiennych genetycznie organizmów. Zespół Matematyczno-Informatyczny poparli fizjolodzy i specjaliści od anatomii.

– Centaur to kocioł genetycznej mieszanki piorunującej, gotowej wybuchnąć przy pierwszej próbie manipulacji, zanim cokolwiek stworzymy. – Główny genetyk nie wahał się użyć określenia „manipulacja genetyczna” zamiast bardziej poprawnego politycznie „inżynieria genetyczna”, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest to manipulacja, w dodatku na niebotyczną skalę.

Sprawę przesądzili filozofka i psycholog społeczny uznając, że życie Centaura w realnym świecie byłoby niemożliwe. Było to środowisko dwóch skonfliktowanych gatunków, konia i człowieka, w którym jeden gatunek, człowiek, uważał drugi gatunek za niższego rzędu.

– Moim zdaniem Centaur jest kompletnie do dupy – brutalnie podsumowała filozofka Sofia. Była zła, miała bolesną miesiączkę, a w dodatku nie mogła napić się szampana, za którym przepadała. – Centaur jest tylko chorym wyobrażeniem kilku pijanych starożytnych kretynów. Wiemy, że gdyby naprawdę stanął przed nami, to my, tak jak tutaj jesteśmy, osoby ogarniające uczuciami i wyobraźnią przyszłość, uznalibyśmy go za potwora. Taki stwór miałby natychmiast przeciwko sobie tłumy wrogów. Jestem przekonana, że zostałby w ciągu kilku godzin, jeśli nie kilkunastu minut, zamordowany, najprawdopodobniej ukamienowany lub po prostu uduszony przez fanatyków religijno-politycznych wrzeszczących potwór, pokraka, maszkara, monstrum, chimera. Musimy to sobie szczerze powiedzieć i nie poświęcać czasu na kretyńskie mrzonki.

– Zgadzam się i popieram przedmówczynię. Centaur był dobry w mitologii greckiej, może jeszcze jakiejś innej, ale nie jest dobry dla mnie, nie na stole operacyjnym. Reprezentuję pragmatykę medyczną – dodał naczelny chirurg, po czym dłuższą chwilę przyglądał się swoim dłoniom przypominając sobie najtrudniejsze operacje, jakie nimi przeprowadził.

W nocy uczestnicy dyskusji, co do której istniała jednomyślność, że była płodna, przeżywali męczące, przerażające a nawet bolesne sny. Wszystkim śnił się Centaur, już nie jako postać mitologiczna, ale żywy stwór, dziwoląg, przerażający złożonością swojej anatomii i fizjologii, podstawowych wymiarów każdego żywego organizmu.

Przeżycia krótkie a głębokie. Widziałem dziś anioła.

– W centrum handlowym widziałem dziś Anioła. – Iwan Iwanowicz był poruszony, kiedy to mówił. Zrozumiałem, że to ważne. Ostatecznie nie każdy ma widzenie w biały dzień. Mimo wzruszenia kontynuował:

– Podszedłem do niego i przyjrzałem się. Był to anioł rodzaju żeńskiego. Będę trzymać się jednak nazwy Anioł, bo anielica brzmi nieelegancko, jak topielica, czy sekutnica.

– A, fe! – Obruszyliśmy się równocześnie.

– Anioł miała na sobie powiewną białą suknię, ubożuchną aureolkę nad głową i dwa skromniutkie skrzydełka jak u większego kurczaka. Pomyślałem: – Anioł, ale zabiedzony. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. – Nabrałem odwagi w usta i zapytałem:

– Czy pani jest prawdziwym aniołem?

Niebiańska istota popatrzyła na mnie uważnie i odpowiedziała: – Tak, ale w ludzkiej skórze.

Popatrzyłem uważnie. Rzeczywiście wyglądała na ludzką. Nie przyglądałem się dłużej Aniołowi, choć na to zasługiwała, jak wszystkie anioły, bo mogłoby to ją krępować. Życzyłem jej powodzenia. Odszedłem z radością.

Był to drugi anioł mego życia. Pierwszy to premier Morawiecki, który dzisiaj w Radio Maryja zawierzył także i mnie Matce Boskiej, patronce nie tylko rozgłośni, ale i Polski słowami:

– Miej w opiece naród cały. Także tych, którzy nie kochają jeszcze Polski tak jak my tutaj, jak rodzina Radia Maryja.

– To od niego, pana premiera – ponieważ nie jestem spokrewniony z Ojcem Rydzykiem i rodziną Radia Maryja – dowiedziałem się, że nie kocham jeszcze Polski tak jak on, członek rodziny radiowo-maryjnej.

Smutno mi się zrobiło na duszy. – Podsumował Iwan Iwanowicz. – Chyba znowu wybiorę się do centrum handlowego, aby zbliżyć się do sfer anielskich i być bliżej także pana premiera.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 134: Dyskusja o nazwach i taksydermii

W dyskusji szybko wykrystalizowały się dwie grupy specjalistów. Pierwszą stanowił Zespół Matematyczno-Informatyczny, który zajmował się logiką wszystkich działań Laboratorium, porządkował wiedzę i procedury, wykonywał obliczenia, kalkulacje i optymalizacje oraz zarządzał systemem informatycznym. Genetycy wytłumaczyli Niotse, że bez matematyki nie ma zrozumienia nawet genomu, podstawowego pojęcia genetyki, gdyż jest on horrendalnie złożony.

Drugim był Zespół Inżynierii Genetycznej, zwany w skrócie Inż-Gen, zrzeszający specjalistów bezpośrednio uczestniczących w tworzeniu żywego organizmu, przede wszystkim chirurgów, weterynarzy, anestezjologów oraz innych specjalistów z zakresu genetyki.

Pod presją żądań specjalistów Niotse zmieniła program zebrania. Potwierdzenie nazwy „Obiekt” jako oznaczenia przedmiotu działania Laboratorium okazało się zabawą w porównaniu z próbą zdefiniowania konioczłowieka. Dyskusja okazała się katorgą, istnym polem minowym, gdzie nie sposób wytyczyć drogi nie ryzykując eksplozją: solidną awanturą, a nawet rękoczynami.

Już na początku pojawiło się tyle nazw i definicji Obiektu, że można było doznać bólu głowy: bastard, centaur, hybryda, mieszaniec, półkoń, półczłowiek, w końcu konioczłowiek i człowiekoń, jakkolwiek dziwnie to brzmiało. Bastard był najbardziej trafnym i używanym terminem, ale go odrzucono z uwagi na negatywny wydźwięk słowa. Odrzucenie wynikło z inicjatywy lingwistów, którzy dołączyli do zespołu matematyczno-informatycznego. W sumie pojawiło się pięć nazw o różnej wadze i znaczeniu. Trzeba to było uporządkować i wybrać jedną, najbardziej odpowiadającą potrzebom.

Droga okazała się ciernista i bolesna. Następnego dnia pięciu uczestników dyskusji, głównie kobiety, zgłosiło się do lekarza pokazując ślady głębokich ukłuć i zadrapań na twarzy i rękach. Twierdzili oni, że zranienia nastąpiły w czasie dyskusji, a konkretnie w trakcie wymiany argumentów w postaci inwektyw i oskarżeń o niedorozwój umysłowy. Po zaopatrzeniu poszkodowanych w środki farmakologiczne, lekarz skierował ich do psychologa.

Wytłumaczenie nietypowych urazów ciała nie nastręczyło mu problemu. Były one porównywalne do oparzelin w trakcie seansu hipnotycznego, kiedy hipnotyzer dotykał osoby w hipnozie lodem twierdząc, że dotyka rozgrzanym prętem metalowym.

– To efekt psychozy, jakiej ulegliście, kiedy deptano waszą godność i poczucie wartości. – Po wyjaśnieniu przyczyn urazów, psycholog skontaktował się z zarządem, aby przedstawić swoje obserwacje.

*****

Do dyskusji włączyli się językoznawcy. Od razu zaczęli wybrzydzać, krytykując i przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Określenie „człowiekoń” nie brzmiało im dostatecznie dobrze, określenia półkoń i półczłowiek uznali za niejednoznaczne.

– Jeśli mówimy półkoń, to nic to nie mówi o drugiej połowie, z pewnością nie sygnalizuje, że druga połowa to człowiek. Podobnie jest z półczłowiekiem, dlatego proponujemy odrzucić obydwie nazwy jako niewłaściwe.

W argumentacji językoznawców było wiele racji. Pewne nazwy Obiektu były zbyt długie, inne nieporęczne, jeszcze inne niedostatecznie określały nowy organizm lub istotę sprawy, zbyt mocno tkwiły w tradycji anarchizmu ignorując język ochrony przyrody i tradycję narodową. Przeciwnicy uznali językoznawców za purystów językowych, co tylko wprowadzają zamieszanie.

Spór rozsądził Niedźwiedź, włażąc brutalnie z buciorami między dyskutantów:

– Ambitni puryści! Chyba wam się we łbie przewróciło! Zabijacie rozsądne inicjatywy i zabieracie nam cenny czas. Nic nie wymyślacie, tylko krytykujecie. Żądacie definicji, które nie istnieją: jasnych i jednoznacznych, niebudzących wątpliwości klasyfikacji i opisu. Żyjecie w świecie urojonym, w krainie mrzonek. Definicja musi być prosta i dosadna, powiedziałbym z jajami. To wszystko, czego możemy od niej oczekiwać.

Wypowiedź Niedźwiedzia nagrodzono rzęsistymi oklaskami. Puryści przestali stawiać opór. Zebrani szybko ustalili słownictwo, terminologię i opisy niezbędne dla stworzenia Obiektu.

*****

Czekając na przybycie Niotse, mającej przewodniczyć zebraniu, laboranci nudzili się. Sposobność tę postanowił wykorzystać Taksy uznając, że jego wiedza i doświadczenie mogą okazać się pomocne w procesie tworzenia konioczłowieka. Jego propozycja została szybko przyjęta. Zaczął od poglądu, jak w zawodzie taksydermisty podchodzi się do wypychania zwierzęcia.

– Zamiast mumifikować zwierzę, lepiej zachować je w idealnej postaci, jak żywy okaz. Wypchane zwierzę odtwarza wtedy model rzeczywisty.

Taksy miał swoje osiągnięcia i historię. Uzyskał drugie miejsce w krajowym konkursie preparowania łba konia gatunku Appalachy. Do Laboratorium trafił jako jeden z kilkudziesięciu specjalistów, mających realizować gigantyczne zadanie stworzenia konioczłowieka. Zgodnie z praktyką Laboratorium taksydermiście nadano od razu poręczną i łatwą do zapamiętania ksywę Taksy.

Wszyscy mieli skrócone imiona i nazwiska, najczęściej zastępowały je jednak pseudonimy. Używanie skrótów wynikało z potrzeby konspiracji i łatwiejszej komunikacji. Konspirację intensywnie propagował Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

– Jak cię zwał, tak cię zwał, w każdym bądź razie nikt nie ma prawa znać twojego imienia, nazwiska, daty urodzenia ani innych danych osobowych. Tajemnica u mnie stoi na najwyższym miejscu, zanim stanie tam żywa istota, nad którą pracujecie. Aaron powtarzał to tymi samymi słowami tak często, że ludziom chciało się wymiotować od jego perswazji.

– Jak preparujemy zwierzę, aby zachować je w idealnej formie? – Taksy zaczął od pytania.

Na początku słuchali go znudzeni, bez większej uwagi, po chwili jednak uznali, że to co mówi ma swoje piękno i swoją logikę i jest to dla nich coś nowego i wzbogacającego. Taksydermia wymagała znajomości anatomii, autopsji, rzeźbienia, malarstwa oraz garbowania, krótko mówiąc reprezentowała ład i porządek. Taksy podawał kolejne kroki: zdjęcie skóry z martwego zwierzęcia, następnie jej wyprawienie, aby zachować jak najwięcej naturalnych właściwości, potem przygotowanie manekina, czyli formy, następnie dopasowanie skóry do manekina, naciągnięcie skóry i wykończenie zwierzęcia. Do tworzenia manekina służyły różne ramy i wypełniacze lub wzmocniona drutem glina, którą obudowywało się podstawową ramę. Potem trzeba było zrobić odlew z włókna szklanego lub żywicy poliuretanowej, ponieważ konstrukcja musiała być lekka a zarazem mocna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 132: Strach przed nieznanym

Dla szybszej realizacji celu, produkcji hybrydy człowieka i konia, Laboratorium przyśpieszyło badania genetyczne ssaków, zbierało informacje i analizowało najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, szkoliło personel, prowadziło symulacje i opracowywało modele teoretyczne oraz przygotowywało procedury operacyjne. Trzy różne firmy pod jednym adresem połączone ze sobą nićmi tajemnych powiązań rozkładały ryzyko. Pracownicy nazywali tę konfigurację totalną zmyłką, maskaradą, parawanem, mydleniem oczu, przykrywką i grą pozorów. Była to jedna wielka mistyfikacja, skomplikowana fasada, za którą czasami sami się gubili. Dla osób z zewnątrz była to jednak bariera nie do pokonania.

– Taką mamy nadzieję. – Podsumowała to lapidarnie Niotse.

Zespół Matematyczno-Informatyczny określił prawdopodobieństwo poważnego zewnętrznego zagrożenia firmy na poziomie poniżej jednego procenta.

*****

Decyzją zarządu kolejna narada pracownicza była mniej liczna. Zrezygnowano z pracowników pomocniczych, których intelektualny wkład do dyskusji był znikomy.

Pośrodku sali stał wielki stół, a wokół niego mniejsze okrągłe stoliki przeznaczone do dyskusji panelowych, konkretnych jak deska do prasowania. Narady prowadzono metodą odśrodkową. Przy stole centralnym dyskutowano sprawy najbardziej ogólne, strategiczne i filozoficzne. Okazało się, że inaczej nie można, że nie ma sensu mówić konkretnie, kto, co, jak, gdzie i kiedy będzie robić, jeśli nie wiadomo, jaki jest ogólny kontekst zdarzeń.

Kiedy pracownicy wzięli się solidnie za bary z zagadnieniami i odbyli pierwsze dyskusje panelowe, zdali sobie sprawę, jak ogromne było to przedsięwzięcie i jak bardzo byli nieprzygotowani. Zbierając się po raz trzeci, uznali, że są bandą szaleńców, porywającą się z motyką na słońce. Zadanie ich przeraziło, a jeszcze bardziej konsekwencje tego, co zamierzali zrobić.

– Co my właściwie chcemy stworzyć? – Zadawali sobie pytanie mimo pewności celu utrwalonej wcześniej jak beton w pamięci. Niektórzy nagle zobaczyli Laboratorium na etapie myślenia o świecie, który miał wyłonić się z wszechwładnego chaosu. Nie był to tylko temat filozoficzny, religijny czy moralny, z zakresu ochrony przyrody czy biologii. Był to okres przełomowy, wiary i załamania.

– Kim jesteśmy? – pytali niepewnie, a zarazem buńczucznie. – Zespołem specjalistów inżynierii genetycznej? Zbawicielami świata przyrody, ludzi i koni? Rewolucjonistami przywracającymi równowagę biologiczną planety? Czy nie przekraczamy granic etyki, nie mówiąc o normalności?

Nagle zobaczyli siebie w roli Boga. To ich przeraziło. Nawet gnostycy i bezbożnicy uznali, że jest wyzwanie cywilizacyjne.

– Co na to Stwórca? – Pytanie rzucił Klecha, pogrobowiec przyzwoitych księży ekskomunikowany przez Kościół Hierarchiczny. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Strumień pytań i wątpliwości ukróciła Niotse. 

– Przestańcie zajmować się głupotami. Jesteśmy w konspiracji i podjęliśmy się tego projektu. Musimy uczyć się wszystkiego od początku, co znaczy, że będziemy popełniać błędy. Jesteśmy na to skazani. Kto chce zmienić sytuację na lepszą, bo ani rząd, ani Bóg, tego nie zrobią, musi porwać się z motyką na słońce. Nie martwmy się więc niepotrzebnie. Posuwamy się do przodu wbrew przeszkodom i naszym własnym niekompetencjom.

– Co my właściwie robimy? – Powtarzając to pytanie Niedźwiedź wystąpił w roli adwokata diabła. Uzgodnił ją z Niotse. Polegała ona na sianiu fermentu, aby wydobyć z pracowników najbardziej twórcze pomysły. O ile wcześniej, kiedy patrzyli na jego bujną czuprynę i pulchne ciało, Niedźwiedź wydał im się ciepły i puszysty, to teraz poraził ich kudłami czarnych włosów i ciężkim gardłowym głosem. Dopiero teraz zauważyli, że włosy na jego wielkiej głowie są tłuste i skołtunione, jakby wyczołgał się z obskurnego legowiska zbudzony ze snu zimowego, głodny i szukający ofiary na pożarcie.

Nina bardziej wyczuła niż zauważyła, że laboranci demonizują Niedźwiedzia, składając na jego barki ciężar niepewności. Musiała zareagować.

– Rozładujmy to niepotrzebne napięcie, zrzućmy z siebie ten ciężar. Powiedzmy sobie szczerze, o co chodzi. Mówcie, co leży wam na sercu.

Było to mistrzowskie pociągnięcie. Kilku zdaniami wyzwoliła laborantów. Krzyczeli z kilku stron na raz.

– Tworzymy potwora, gatunek, który nie istnieje! Zastępujemy pana Boga!

– Nie! Nie Boga, ale przyrodę. Tak uważam, bo jestem niewierzący.

– Jedziemy jak walec po dotychczasowej ewolucji gatunków! Budujemy megatonową bombę atomową z zapłonem o nieznanej konstrukcji!

– Co jest straszne!? – zapytała Nina niedowierzająco. W ręku trzymała mikrofon, aby przebić się przez zgiełk. Stanęła przy mównicy, tuż obok stołu prezydialnego, za którym wciąż siedział zgarbiony staruszek w garniturze, dwóch nieznanych osobników w starszym wieku oraz matrona cała w koronkach przypominająca zdegradowaną królową. Był to zarząd dawnego Laboratorium, zagubiony w dynamicznym środowisku organizacji.

– Co jest straszne? -– powtórzyła Nina. Czy sam konioczłowiek, którego stworzymy, czy też konsekwencje jego stworzenia? Przewodnicząca zdecydowała się na konfrontację. Instynktownie czuła, że jest to najlepsza metoda przeciwstawienia się niepewności pracowników.

Nastąpiła cisza. Wystąpienie przewodniczącej, znanej z opanowania i gotowości do kompromisu, zaskoczyła audytorium. Po ochłonięciu, reakcją sali były pytania padające ze wszystkich stron. Pytali hodowcy, genetycy, psychologowie i behawioryści koni, dla których zachowanie się hybrydy było największym wyzwaniem.

– Chodzi o długofalowe skutki pojawienia się konioczłowieka w Nomadii. Ludzie i konie przyzwyczają się do widoku konioczłowieka, ale co potem? Jak będzie się on zachowywać? Czy nie rozwalali nas wszystkich? A jego potomstwo? Czy nie stanie się zabójczą konkurencją i dla konia i dla człowieka? Wchodzimy w ślepy tunel, nie wiedząc, co nas tam czeka!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 131: Front przejmuje udziały w Laboratorium

W końcu zimy nastąpił nagły pomór koni. Było to dziwne, ponieważ temperatury były ujemne, od wielu dni panował mróz, a zabójczy wirus normalnie uaktywniał się w temperaturach dodatnich. Po dokładnym zbadaniu sprawy zarząd Laboratorium był pewien, że epidemia została sztucznie wywołana. Ślady prowadziły do zakładu weterynaryjnego współpracującego z ministerstwem ochrony środowiska. Był to kolejny dowód potwierdzający, że rząd Blawatsky’ego wspiera eksterminację koni kierując się interesami hodowców bydła oraz dystrybutorów ciągników i maszyn rolniczych. Ekoanarchiści zdali sobie sprawę, że ich tradycyjne metody postępowania nie ochronią koni przed wyginięciem. Konieczne było wymyślenie czegoś nowego, radykalnego.

*****

Po kilkumiesięcznych negocjacjach Front Wyzwolenia Koni nabył pięćdziesiąt jeden procent akcji Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci. Nowy udziałowiec wnosił nie tylko wielki kapitał, ale i dysponował grupą specjalistów o wysokich kwalifikacjach, pełnych entuzjazmu i determinacji. Krążyła pogłoska, że właściwym źródłem kapitału był zachowujący anonimowość członek Frontu. Miał to być doświadczony hodowca, właściciel kilku stadnin koni, w którego interesie leżał pomyślny rozwój Laboratorium. Złośliwi mówili o nim, że był filantropem z przerostem ambicji. Ktoś ujął to prostym stwierdzeniem:

– Nikt o zdrowych zmysłach nie wkłada pieniędzy w interes o ograniczonej skali możliwości i nieskończonej skali ryzyka.

Po przejęciu Laboratorium Front Wyzwolenia Koni rozwiązał się. Jego członkowie zostali pracownikami firmy, która przejęła także sprawy prowadzone przez Front. Dotychczasowy zarząd Laboratorium pozostał na stanowisku z wyjątkiem prezesa. Jego miejsce zajęła Niotse. Starzy właściciele firmy wahali się, czy zgodzić się na powierzenie kierownictwa tak młodej i niedoświadczonej osobie. Przekonała ich jej niezwykła energia i pomysłowość oraz niezachwiana wiara pracowników w jej talent i charakter. Nie bez znaczenia był fakt bezpieczeństwa; nikomu z zewnątrz nie przyszłoby do głowy, że poważnej organizacji może szefować tak młoda osoba, w dodatku kobieta. 

*****

Wraz z powiększeniem kapitału zmieniono nazwę firmy na Laboratorium Szyfrowanych Koni oraz przeniesiono ją pod inny, bardziej dogodny i bezpieczny adres. W budynku znajdował się ukryty pod ziemią schron przeciwatomowy, opuszczony, lecz w doskonałym stanie. W czasach zimnej wojny mieściło się w nim wojskowe centrum dowodzenia. Posiadłość i stojący na niej budynek wyszukał Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa na liście majątku wojskowego do likwidacji. Kiedy Laboratorium przejęło posiadłość i budynek, nazwa sprzedanego obiektu znikła z wykazów mienia wojskowego.

Pod nowym adresem Laboratorium Szyfrowanych Koni zarejestrowało jeszcze dwie inne organizacje. Było to przemyślane działanie. Chodziło o skuteczne odwrócenie uwagi od Laboratorium; klienci firmy mogli udawać, że przychodzą w interesach do zupełnie kogo innego. Pierwszą z dwóch organizacji był Instytut Weterynarii Ssaków Egzotycznych, jednostka równie osobliwa jak jego nazwa. W celach jej promocji przed budynkiem ustawiono makiety żyrafy, nosorożca i wielkich kolorowych papug Żiżka, tworzących wrażenie ogrodu zoologicznego służącego rekreacji i edukacji dzieci i młodzieży.

Trzecią organizacją był Instytut Historii Konia. Była to fundacja prowadząca badania historii konia i zbierająca fundusze na te cele. W rzeczywistości służyła ona jako skrzynka kontaktowa; przechodziły przez nią wszystkie nici wiążące Laboratorium Szyfrowanych Koni z otoczeniem zewnętrznym. W pomieszczeniach Instytutu mieściły się także biuro i magazyn Zespołu Bezpieczeństwa, stanowiącego centrum wywiadu, kontrwywiadu i ochrony Laboratorium. Z boku posiadłości, w stoku wzgórza porośniętego drzewami zbudowano w ekspresowym tempie tunel prowadzący do magazynów Laboratorium, przez który mogły wjeżdżać niezauważone nawet ciężarówki.

Oficjalnie Laboratorium Szyfrowanych Koni było firmą produkcyjno-handlową zajmującą się produkcją i dystrybucją gier komputerowych, których bohaterami byli wojownicy określani jako konie bojowe. W tym celu w firmie stworzono specjalny dział gier komputerowych.

Dysponował on kilkudziesięcioma grami, prowadził ich sprzedaż, wysyłał próbki i udzielał informacji. Pomysłodawcami i autorami gier byli pracownicy Laboratorium. Zajmowali się tym w godzinach wolnych od pracy.

Był to jeden z najlepszych pomysłów zarządu Laboratorium. Produkcja i sprzedaż gier strategicznych dawały ujście inwencji twórczej, stwarzały dodatkowe dochody, pomagały także rozładować frustrację pracowników oderwanych od rodzin i świata zewnętrznego. Gry były tak skonstruowane, aby ich użytkownicy mogli je dalej rozwijać we własnym zakresie. Niektóre z nich, gry strategiczne, były zbyt skomplikowane, aby mógł z nich korzystać przeciętny użytkownik. Głównym klientem było wojsko, poważnie traktujące rozwój intelektualny swojej kadry oficerskiej. Gry strategiczne dawały możliwość – w razie potrzeby – nawiązania bliższej współpracy z wojskiem w sposób niezwracający uwagi nawet osób wewnątrz organizacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 130: Narada pracowników Laboratorium

 

Sala konferencyjna Laboratorium nie widziała jeszcze takiego tłumu. Miało to być spotkanie informacyjne, zarząd firmy obiecał przedstawić na nim plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. Na spotkanie przybyli nie tylko pracownicy merytoryczni, naukowcy różnych specjalności, genetycy, statystycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, ale i personel pomocniczy, sekretarki, ochroniarze, kierowcy, sprzątaczki i kucharze. Większość osób nie znała się osobiście, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Przypominało to partyzantkę. Łączyło ich jedno; stanowili wspólnotę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia nastąpiła, jak zawsze niespodziewanie, wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło, ludzie przybyli ubrani przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach oraz spódnicach i bluzkach. Kilka osób było w dresach, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia udziałów kapitałowych w firmie przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości przedsięwzięcia. Przypominało to patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową mieszczącą setki eksponatów, kiedy widzi się tylko jeden obraz, domyślając się, że mogą tam być ich setki a może nawet i tysiące. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy stało się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się wysuszone duchy ludzi i zwierząt padłych z wycieńczenia.

Nie wiedzieli od czego zacząć; czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już wezwano je do analizy zawiłego dzieła naukowego.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już pół godziny. Z audytorium padały pytania i sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego w końcu sali konferencyjnej. Ludzie niecierpliwili się coraz bardziej widząc członka zarządu siedzącego nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole. Starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem, wyglądał jakby wrósł w krzesło. Ktoś odezwał się nagle głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominających rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać głos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać. Wyglądało to trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mężczyzna przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się ze śmiechem i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś cel.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań biznesowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Laboratorium ma stworzyć, nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż, a my potrzebujemy konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy! Przyjmujemy! – Rozległy się głosy. Podnosiło się coraz więcej rąk.

Rosaton pomyślał, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i teraz przedstawia farsę, aby rozładować napięcie oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” Niedźwiedź uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja – zrównoważenie cech ludzkich i końskich, anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych, ale to chyba niemożliwe. Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia. Mówił logicznie. Ich napięta uwaga utrwaliła go w przekonaniu, że porusza się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna sprawa to wygląd Obiektu. Widzę dwie możliwości: mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczony z przodu torsem i rękami człowieka, albo model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na dwóch końskich nogach.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym wysoko nad stołem prezydialnym pojawiały się obrazy centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, a potem szkice i schematy łącznie z wyliczeniami proporcji ciała. Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował, nad czym mieli się zastanowić: pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego przymiotów końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać mu nadać.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób. Pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji i poprosił, aby uczestnicy spotkania podzielili się na grupy i rozeszli do stolików. Było ich dziesięć.

Niedźwiedź traktował swoje wystąpienie i dyskusje przy stolikach bardzo nieformalnie, na luzie, uznając je za burze mózgów, gdzie każdy mógł swobodnie przedstawiać pomysły nie martwiąc się, czy są one dobre czy złe. Po południu każdy zespół miał przedstawić swoje przemyślenia na sali ogólnej.

Propozycje przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Niedźwiedziu! – po czym dodała: – Przewodnicz dalej dyskusji. Tego staruszka zasypiającego przy stole odsunęłam już od obowiązków. To dobry człowiek, ale ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu Laboratorium. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. – Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ją jeszcze wiele niespodzianek.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 128: Deklaracja bezpieczeństwa

Niotse przedstawiła pracownikom sytuację i plany firmy, aby nikt nie miał najmniejszego złudzenia, w co jest zamieszany.

– Im świat mniej o nas wie, tym lepiej. Ideałem byłoby, aby nic o nas nie wiedziano. To, co zamierzamy zrobić, to coś więcej niż nawet bomba jądrowa. Chodzi o stworzenie hybrydy, żywej istoty łączącej w sobie dwa gatunki, konia i człowieka, która zapobiegnie zniknięciu konia jako gatunku i dalszej dewastacji przyrody. Człowiek jest najbardziej inteligentnym zwierzęciem na świecie, ale i najbardziej niebezpiecznym. Koń jest nie tylko niezwykle użytecznym zwierzęciem, ale i najmniej agresywnym wobec przyrody, ponieważ w minimalnym stopniu zużywa zasoby naturalne. Konioczłowiek to nasz ratunek. Praca nad nim jest nie tylko nielegalna, ale i niebezpieczna. Czasem myślę, że to prawie samobójstwo. Dlatego musimy otoczyć ją kompletną tajemnicą. Od tej chwili otaczamy wszystko całkowitą konspiracją. Możemy ufać tylko sobie, nikomu innemu. Gdyby ktoś z nas, ktokolwiek, zdradził naszą tajemnicę, może być pewny, że tego nie przeżyje. To nie jest groźba, to wspólna deklaracja bezpieczeństwa i przysięga. Jeśli ktoś się nie zgadza, niech to od razu oświadczy. – Niotse wypowiedziała te słowa z pełną powagą. Długo patrzyła na salę, jakby chciała upewnić się, że wszyscy ją dobrze zrozumieli i swoim milczeniem potwierdzają deklarację. Nikomu nigdy jej nie przypominano; ponieważ natychmiast znalazła się w krwioobiegu działań firmy.

*****

Pierwszym zadaniem Aarona było sprawdzenie wiarygodności wszystkich pracowników. Decyzję podjęto na posiedzeniu zarządu. Nie czyniono żadnych wyjątków.

– Twój życiorys, Niotse, też sprawdzę. Nie myśl, że twoje stanowisko zwalnia cię od tego obowiązku. Możecie też sprawdzić mnie, jeśli sobie życzycie – poważnie zaproponował mężczyzna.

Dwóch członków klubu nie przeszło weryfikacji. Aaron bez zwłoki poinformował ich o tym. Wytłumaczył im także, dlaczego zostali odrzuceni. Nie mieli wątpliwości. Co więcej, zobowiązali się do zachowania całkowitej tajemnicy w sprawach Laboratorium. Wiedzieli, jakie mogą być konsekwencje wygadania się z czymkolwiek – firma będzie bezlitosna, ponieważ były to sprawy życia i śmierci. Kiedy Laboratorium zmieniło siedzibę, po prostu znikło z ich pola widzenia. Pozostałych członków organizacji zobowiązano do zerwania z nimi wszelkich kontaktów.

*****

Tego wieczoru młodsi pracownicy Laboratorium tańczyli do rana wokół ogniska. Zabawa była spontaniczna, a tańce wymyślone. Była to pląsawica końska i salamandra hybrydzka.

Były także inne niezwykłe nazwy, przeważnie biologiczne i genetyczne, wyrażające sprawy, uczucia i wyobrażenia niewysłowione i nieprawdopodobne. Bawili się jak dzieci, trzymając się za ręce. Kucharz przyniósł w wielkim termosie gorący narkotyzowany napój i częstował szklaneczkami małymi jak naparstek. Nie czuli wyrzutów sumienia, że piją; przebaczenie spływało na nich falami cierpkiego smaku narkotyku oraz żywicznego dymu z tlącej się na ognisku gałęzi o dziwnym kształcie. Wymyśloną zabawą unicestwiali urazy złego traktowania koni przez człowieka oraz wyrażali tęsknotę za światem idealnym, w którym konie i ludzie żyją ze sobą w harmonii. Do namiotów rozchodzili się dopiero nad ranem. Pomagało im zmęczenie i biała mgła, zniechęcając do dalszej aktywności. Namioty pokryte były przezroczystymi kroplami rosy zawierającymi w sobie rozdrobnione promienie słońca wschodzącego gdzieś daleko za lasem. Ktoś powiedział na głos:

– Mamy cholerne szczęście, że znaleźliśmy rozwiązanie niewymagające okrucieństwa w walce o słuszną sprawę. Nie znoszę przemocy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 127: Konspiracja

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania wicegubernatora Csudo do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk pozbawiony wyższych uczuć. Jego świat to martwa technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie i wolności, nawet o gnoju równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę rozwoju. Jego rząd przypomina obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaką widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo potrafi tylko otaczać się tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania, i nosi tylko garnitury ze sztucznych tworzyw, bo są lżejsze i nie mną się.

Nie wszystko co stwierdziła, było prawdą. Na obronę Csudo przytaczano fakt, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który pozostawił w wicegubernatorze ciepłe wspomnienia.

Po nieudanej rozmowie Niotse z Csudo, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem dwóch prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Oskarżenie przedstawiało informację, co w sprawie koni i przyrody rząd zrobił, czego nie zrobił, co pozoruje oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli wprost podejrzewać ukrytą dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. Woła to o pomstę do nieba. – Tak podsumował sytuację akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu w społeczeństwie narastał opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz ostrzej wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na różne szkolenia. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji. Kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda znalazły się wyraźnie na kursie kolizyjnym. Konieczne było radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Podejmując misję stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie zdawali sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie mogło być uznane za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Było to wyzwanie rzucone Bogu i ludzkości. Konioczłowiek miał być równie albo i bardziej inteligentny niż człowiek, dużo silniejszy, bardziej wytrwały i dodatkowo jeszcze posiadać instynkt, słabo rozwinięty u człowieka. Już sam jego wygląd mógłby wystarczyć, aby go znienawidzono.

Ekoanarchiści wierzyli w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od zamysłu jego stworzenia. Myśleli tylko, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich wyobraźni i marzeń. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom i ekoanarchistom, z zasady traktowanym jako przeciwnicy państwa i władzy.

Konspiracja była sprawą życia i śmierci. Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na przesłaniu, róbmy wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co wydaje się słuszne, aby bronić się przed niebezpieczeństwem. Potem pracownicy Laboratorium przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsikuje i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do pnia – dla celów wewnętrznej komunikacji – pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami i przestano używać nazwisk. Każdy pracownik miał swoją ksywę. Wzięcie pod nóż imion, nazwisk, nazwy firmy i jej części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się ukryć, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią, ale bezwzględną koniecznością. Nie było to mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek, lecz walka o przetrwanie.

Szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba gruntownie znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem pracy w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej. Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach klubu znajdował się wysokiej rangi wojskowy, pułkownik, który ujawnił się dopiero wtedy, kiedy Niotse ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, ponieważ z nikim o sobie nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją. Po dwóch rozmowach uznała pułkownika za idealnego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium Szyfrowanych Koni i jego członkowie stali się automatycznie pracownikami firmy.

Poezja autorska, pierwsza dawka niedzielna, późnolistopadowa

Obiecałem sobie publikować w niedzielę dla przyjemności Czytelników, jak i promocji własnej twórczości, moje wiersze opatrując wpisy krótkimi komentarzami od serca i duszy (która podobno jest nieśmiertelna). Dzisiejszą dawkę poezji nazwijmy śmiało polsko-australijską, depresyjno-przyrodniczą.

Jeśli komuś z Państwa zdarzy się spotkać wiersz o podobnym nastroju jak ten pierwszy, to wiedzcie, że jest wysoce prawdopodobne, że autor pisał go w nastoju depresji. Nie jest to jakiś szczególny przypadek twórczości poetyckiej.

Kiedyś uznałem, że terapia przez sztukę, jeden z rodzajów współczesnej psychoterapii, mogłaby być wykorzystana do diagnozowania tej coraz bardziej upowszechniającej się przypadłości, prawdziwej choroby cywilizacyjnej. Pięć lat temu prognozowano w Australii, że najbliższej przyszłości 25 procent mieszkańców tego kraju doświadczy depresji. Jest to w pewnym sensie choroba zabójcza, potrafi stłamsić (czytaj: zgnoić) człowieka do dna, wydusić z niego energetyczne bebechy i rozpłaszczyć jak walec drogowy szczura-samobójcę na twardej drodze zwierzęcego istnienia.

Wśród ludzi cierpiących na depresję notuje się szlachetne wyjątki. Przykładem jest Winston Churchill. Cierpiał na depresję, nazywał ją black dog. Mimo wielkiej przypadłości prowadził wyjątkowo aktywne życie. Wikipedia pisze o nim: „brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, pisarz i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych. W 2002 w plebiscycie organizowanym przez BBC został uznany najwybitniejszym Brytyjczykiem wszechczasów”.

„Balladę o bohaterze” napisałem w Polsce, podobnie jak i sporo innych wierszy. Prawda jest jednak taka, że cała moja poezja bez wyjątku była inspirowana Australią.

 Vincent van Gogh: Stary człowiek w rozpaczy

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Michael Tequila, Sopot, 24 października 1997
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Bunyeroo Gorge

Bloki kamienia pną się ostrym skosem,
wulkaniczny powalił je cios;
nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem,
co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Drąży materię duch nieokiełznany,
krople skalne rozkruszają ściany,
rzeki korytarz odlewają z głazów,
cierpliwością epok, czasem bez wyrazu.

Eukaliptus, heros wspaniały,
soki życia czerpie z bezlitosnej skały;
natura drzewa martwotę wypiera,
uporem łamie, korzeniem rozdziera.

Nad grań wyniosłą jak dzika kozica
akacja się wspięła; jej liściaste lica
żółtością barwione podmuch wiatru mieni;
kwiat symbolem słońca palących promieni.

Hawker, Australia, 7 października 1996
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 126: Afery i zabójcze praktyki

Zdarzały się też afery. Najbardziej szokująca dotyczyła Borua w Afryce Środkowej. Csudo z porozumieniu z gubernatorem wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Była to akcja jałowa jak wyschła na drewno tykwa, zupełnie niepotrzebna, ponieważ rząd tylko pozorował współczucie. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka obcego. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy, których rząd wysyłając ich w taką delegację pragnął wynagrodzić za lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazwała to umacnianiem więzi międzynarodowych, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona rzekomo niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej.

Dziennikarz, towarzyszący delegacji, życzliwy ekoanarchistom, o wszystkim poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przylecieli do Borua tylko po to, aby wziąć udział w safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie ujawniać publicznie źródła informacji, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd gubernatora Blawatsky’ego nie tylko nie troszczył się o los koni, ale tolerował praktyki prowadzące do wymierania koni. W lecznicach zwierząt pod byle pretekstem konie usypiano, wyleczone odsyłano często do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało za najskuteczniejszą formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt, jak oficjalnie nazywano ich tresurę. Dla zwiększenia eksportu koni rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe. Co gorsze, Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni, co miało zagrażać innym zwierzętom i ludziom na niewyobrażalną skalę. Choć była to wierutna bzdura, wielu obywateli w nią uwierzyło. Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Ekoanarchiści oskarżają gubernatora

Wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o negatywnych działaniach władz obywatele uznawali za wątpliwe lub co najmniej budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak wzmóc edukację społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie trawy, co doprowadziło do masowych niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących chorych koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było wyraźnego obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Osoby ubiegające się o licencję na otwarcie sklepu mięsnego administracja państwowa przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to niezwykle zdrowe mięso. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa w czasie, kiedy eksporterzy ślimaków ograniczali swoją działalność z braku surowca.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, często dogorywając w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność setki królików nigdy nie wykryto.

*****

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Odpowiedzialnością za nie ekoanarchiści obarczali rząd i gubernatora.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany wicegubernator Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien zajmować tak wysokiego stanowiska – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Wicegubernator miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu Csudo był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy pierwszy raz znalazł się na wsi, miał wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Tam mu się to podobało, że sam spróbował ją doić i wpadł w zachwyt. Szybko mu to jednak przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy wicegubernatora mieli o nim zupełnie inną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i podobne organizacje. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie publicznej. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 125: Ekoanarchiści mobilizują się

Stanowisko rządu dotyczące koni gubernator przedstawił w przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach zniszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób najbardziej poszkodowanych. Niektóre zdarzenia ilustrował slajdami, pokazując, jak stado koni pędząc na pastwisko rozdeptuje stado owiec oraz jak znarowione konie blokują ruch uliczny w Afarze. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – Tym pytaniem gubernator przypomniał niebezpieczeństwo skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach zwierząt, wygodnie zapominając, że właściciele skutecznie odrobaczają swoje konie. Nie martwił się o to, ponieważ miał przygotowany kontrargument, że są przecież jeszcze dzikie konie zapomniane przez opatrzność i człowieka.

– Potrzeba nam krowiego mleka, a nie końskiego nawozu do hodowli pieczarek. Potrzebujemy krów, a nie koni. – Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj gubernator ostatecznie podsumował stanowisko rządu w sprawie koni.

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta przypominająca posturą dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła ona egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse i była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa. Jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada. Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowało jej kształtne ciało krągłościami przypominające hinduską boginię płodności. Kiedy Niotse szła ulicą poruszając biodrami, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je tylko po to, aby uniknąć powiedzenia czegoś szalenie bezecnego lub intymnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką z wizją przyszłości i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady. W jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; Niotse była wnuczką przywódczyni słynnej grupy partyzanckiej Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, gdzie urodziły się jej babka i matka. 

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń związanych z anarchią. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Eko lub po prostu Front.

Nowy manifest organizacji skutecznie integrował – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody obrońców koni i anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: zdecydowana opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem Frontu było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Organizacja dopuszczała każdą metodę działania koncentrując się na mobilizacji społeczeństwa dla realizacji swoich celów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień, aby dokonywać przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o szczególnym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt. W praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując, gdzie tylko można, urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami. Front skrzętnie dokumentował praktyki rządu. Ich publiczne ujawnienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie świadomości obywatelskiej, że rząd postępuje nieuczciwie i jest dwulicowy. Nienawiść do władzy stanowiła podstawową siłę anarchii, u której podstaw leżało umiłowanie wolności i dobro wszystkich żywych istot. W odpowiedzi ideolodzy rządowi piętnowali postępowanie Frontu Wyzwolenia Koni nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że część obywateli odrzucała je od ręki. Ucząc się na błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować od razu i w całości, tylko je dawkować, kawałek po kawałku, aby łatwiej trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję ich poglądów Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań organizowanych przez Front Wyzwolenia Koni. W odpowiedzi na takie pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo pomiaru gruntów i sporządzania planów zagospodarowania zostało tak skonstruowane, że ludzkie siedliska ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki – miejsca niezbędne koniom do życia. Co więcej, w imię ochrony własności prywatnej państwo zezwalało grodzić wszystko, co tylko dało się oznaczyć słupkami. Obywatele mieli prawo nabywać grunty włącznie ze źródłami, strumieniami, stawami i jeziorami. Nabyte tereny właściciele otaczali murem lub stalową siatką, skutecznie blokując dostęp zwierząt do wody. Były to zabójcze praktyki.

Piątkowy dodatek: Myśli i aforyzmy własne

Liczenie na zrozumienie kobiety jest równie skuteczne jak drążenie kamienia w oczekiwaniu, że tryśnie z niego źródełko krystalicznej wody.

Aby zostać bohaterem narodowym, wystarczy czasem wyższe wykształcenie, wysokie stanowisko i udział w katastrofie lotniczej.

Był to pies miniaturka, tak mały, że wychodząc z nim na spacer właścicielka zabierała ze sobą szkło powiększające, aby go odnaleźć.