Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Kobieta, mężczyźni i nepotyzm

Sefardi zażartował kiedyś, nie pamiętał, w jakich to było okolicznościach, że uczyni Isabelę bohaterką swojej powieści. Rozgniewała się, uznając, że chce to zrobić, aby ją ośmieszyć i wydrwić. Starał się wytłumaczyć jej możliwości wykorzystania rzeczywistej osoby jako modelu postaci literackiej.

– Muszę panią uspokoić, Isabelo. Można zapożyczyć sobie jakąś cechę charakterystyczną, może nawet kilka, ale całego bohatera powieści nie sposób wziąć z życia. Przestałoby to być fikcją literacką, a stało się biografią. Pisarze tego nie robią, nie chcą, aby ich bohaterowie przypominali kogoś prawdziwego, kogo dobrze znają i kto ich zna. Ponadto ludzie mogliby nie życzyć sobie, aby ich opisywano.

Wyjaśnienie Sefardiego Isabela wzięła do serca. Zapamiętała jego słowa, lecz mimo to od czasu do czasu pytała niepewnie, czy czegoś już nie pisze o niej w swojej książce.

*****

Administracja państwowa stała się dla gubernatora narzędziem realizacji prywatnych celów. Obsadzał swoimi ludźmi najwyższe stanowiska i nadawał im szerokie uprawnienia. Nie żałował pieniędzy na podwyżki, bogacili się więc szybko, kupowali domy, samochody, ziemię, zakładali przedsiębiorstwa. Modne stały się farmy hodowli zwierząt, szczególnie lam sprowadzanych z Andów. Gubernatorowi podobały się lamy. Lubił rozmawiać na ich temat. Ich hodowla była jego marzeniem.

– Chętnie zająłbym się tym, ale nie mam czasu. Lamy mają w sobie godność. Wysoko noszą głowy, patrzą na inne zwierzęta z góry.

Lubił przyglądać się, jak samce plują na siebie walcząc o pozycję w stadzie. Rozumiał, że jest to forma ustalania hierarchii władzy. Plucie podobało mu się jako sport, nie wspominał o tym jednak nikomu. W szkole razem z kolegami praktykował plucie na odległość. Kto splunął najdalej, stawał się mistrzem i cieszył się szacunkiem kolegów i koleżanek. Każdego roku młodzież organizowała zawody o tytuł mistrza szkoły, choć dyrekcja i nauczyciele tego zakazywali. Barrasowi nigdy nie udało się uzyskać tego tytułu, zawsze był ktoś lepszy. Kiedy oglądał lamy, przypominał sobie wszystko.

*****

Na ścianie gabinetu Sefardiego Isabela zauważyła obraz przedstawiający kobietę o pełnych kształtach w tanecznym uścisku z mężczyzną podobnej postury. Była to replika obrazu „Tańczący” nieznanego autora. Isabela widziała obraz niejednokrotnie, ale dopiero teraz zwróciła na niego uwagę. Przyglądała mu się dłuższy czas, w zamyśleniu, przechylając głowę jak psiak, który dziwi się przedmiotowi wydającemu dziwne dźwięki.

Sefardi obserwował ją dyskretnie, udając, że jest zajęty pisaniem. Podeszła do ściany, uniosła obraz do góry, zdjęła z haczyka, obróciła tylną częścią do siebie i z uwagą studiowała napis na odwrocie płótna. Po zawieszeniu znowu przyglądała się tanecznej parze, obfitej kobiecie w czerwonej sukni, z uniesioną prawą nogą i tęgiemu mężczyźnie w czarnym garniturze, z oczami zamkniętymi w tanecznym zapomnieniu.

– Zawsze byłam miła dla mężczyzn – odezwała się nagle, przerywając milczenie. Miałam nie jednego, ale kilku, bez przesady. Nie byłam puszczalska jak ta, którą kiedyś poznałam, która … – Przerwała mówienie, jej twarz zmieniła się, cień przebiegł przez jej oblicze niby przelotna chmura zasłaniająca słońce.

– To jakaś tajemnica. – Pomyślał Sefardi, pochylając się odruchowo w kierunku gospodyni, aby lepiej słyszeć.

– Kiedy byłam młoda, łatwo się zakochiwałam. Mężczyźni bardzo mnie lubili. Podobałam się. Nie ściskałam cipy między nogami, zastanawiając się bardzo długo, jak to robią niektóre kobiety, czy oddać się mężczyźnie, sprawiając przyjemność jemu i sobie, czy go uszczęśliwić, czy w ogóle zaangażować się uczuciowo. Tego nigdy się nie dowiesz, dopóki nie prześpisz się z kochankiem. Nie musisz tego robić od razu, możesz dać sobie czas, aby go poznać, porozmawiać z nim, pójść na spacer albo razem pojeździć na rowerze, zobaczyć go w różnych sytuacjach. Ale nie możesz przeciągać sprawy w nieskończoność, trzymać go w niepewności, w oczekiwaniu. Mężczyzna inaczej widzi i czuje, ma prostsze potrzeby niż kobieta, to trzeba zrozumieć i docenić. Gotowy jest zrobić dla ciebie dużo, bardzo dużo, jeśli jesteś mu oddana. Oddana, znaczy się chętna rozłożyć nogi i cieszyć się miłością. – Isabela mówiła tak, jakby w pokoju nie było mężczyzny, tylko inna kobieta, młodsza, może nawet córka, z którą szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Mistrz przyjrzał jej się uważnie, jakby widział ją po raz pierwszy. Miała raczej grube, pełne wargi, oczy w kolorze zielonkawym, nabierające w słonecznym świetle orzechowej głębi, mieniące się. Wyróżniała ją lekka nadwaga, wyraźne, choć niezbyt obfite biodra i wzrost poniżej średniego. Pomyślał o jej zachowaniu. Miała pogodny charakter, łatwo się z nią rozmawiało, choć czasami uciekała od tematu; zawsze była jednak ciekawa wszystkiego. Ciekawość była jej cechą szczególną. Wiedział, że za chwilę odejdzie jak aktorka, która skończyła swoją kwestię na scenie. Była w niej zarówno naturalność jak i teatralność, nie zawsze łatwe do odróżnienia.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 42: Zbieranie dowodów zamożności

Na stacji benzynowej starszy, uśmiechnięty, przyzwoicie ubrany mężczyzna, nigdzie się niespieszący, wzbudzał zaufanie. Cavano podał się za poszukiwacza większego domu dla siebie i dla rodziny. Był przygotowany do rozmowy. Wcześniej zebrał niezbędne informacje o prezesie wielkiej firmy państwowej, którego nazwisko podał mu Sefardi Baroka. Interesujący go prezes okazał się właścicielem najwspanialszej posiadłości w okolicy. Cavano wspomniał mimochodem, że widział w pobliżu luksusowy samochód, określił jego markę i kolor. Sefardi dostarczył mu wcześniej zdjęcie pojazdu.

– Ile taki może palić? Myślę o kupieniu sobie takiego wozu, ale nie chciałbym wydatkować majątku na paliwo. On chyba żre jak smok.

Pracownik stacji znużony obsługą wiecznie spieszących się klientów chętnie podjął rozmowę. Najpierw udzielił mu instrukcji, jak skorzystać z nowego automatu do kawy, a następnie pomógł wyszukać tygodnik schowany za innymi czasopismami. Wkrótce detektyw wiedział, kto jest właścicielem samochodu, kiedy został zakupiony, ile takie cacko kosztuje, jaką ma pojemność i jak często właściciel je tankuje, a nawet jaką restaurację w miasteczku odwiedza najchętniej i jak często organizuje większe przyjęcia dla gości.

– To znany polityk. Nigdy pan o nim nie słyszał? – Było to jedyne pytanie, przy którym pracownik stacji spojrzał uważnie na gościa, zdziwiony, że można nie słyszeć o kimś, kto występuje w telewizji.

– Nie. Nawet jak słyszałem to puściłem mimo uszu. Polityka przestała mnie interesować. Kiedyś nią się pasjonowałem, ale mnie to zmęczyło. Mam sporą rodzinę i to mnie aż nadto absorbuje. Wie pan sam, jak to jest z rodziną.

Mężczyzna połknął haczyk i rozgadał się, opowiadając, ile ma dzieci i ile wymagają uwagi i pomocy z jego strony, ponieważ żona nie może sobie poradzić ze wszystkim. Gotów był kontynuować, gdyby nie klient czekający, aby zapłacić za paliwo.

Kilka dni później detektyw zjawił się w supermarkecie w miasteczku, gdzie co najmniej raz na dwa tygodnie „w niedzielę, zaraz po kościele”, interesujący go prezes zwykł robić zakupy razem z żoną. Aby nie przyjeżdżać na próżno Cavano zadzwonił wcześniej do sekretariatu prezesa, aby upewnić się, czy w poniedziałek będzie on w pracy. Znaczyło to, że prawdopodobnie nigdzie nie wyjechał. Oprócz zapewnienia sekretarki, że będzie, dowiedział się, że jeśli chce się spotkać z prezesem to musi podać swoje imię, nazwisko i numer telefonu, oraz cel spotkania lub sprawę, jaką chciałby omówić. Podziękował sekretarce informując, że w takich okolicznościach będzie chyba najlepiej, jeśli napisze do prezesa.

Po rozmowie odetchnął z ulgą, że poszło mu nieźle, dziękując Bogu za umiejętność kłamania. Nie myślał o tym poważnie, choć od czasu do czasu miał wyrzuty sumienia, że podszywa się pod rzeczywiste lub wymyślone osoby. Zrzucił to na karb zawodu, wymagającego elastyczności, intuicji i refleksu.

W supermarkecie Cavano dyskretnie towarzyszył prezesowi i jego żonie. Los mu sprzyjał. Przy stoisku mięsnym żona prezesa złożyła zamówienie na mięso i wędliny na zaplanowane przyjęcie. Z wymiany informacji między małżonkami wynikało, jakie to będzie przyjęcie i ile osób będzie w nim uczestniczyć. Na koniec żona pocieszyła męża, że nie powinien się martwić, bo przyjęcie nie będzie kosztować więcej niż dwadzieścia tysięcy.

Po upływie trzech tygodni, usprawiedliwiając się, że zajęło mu to więcej czasu niż planował, detektyw spotkał się z Sefardim.

– Urząd podatkowy nie zebrałby takiej ilości informacji o stanie posiadania i dochodach człowieka. – Mistrz był pod wrażeniem ilości uzyskanych danych. Wracając samochodem do domu pogwizdywał. Pomagało mu to w myśleniu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Rozmowa o dojrzałej miłości

Temat miłości pojawił się zupełnie przypadkowo. Sefardi nie zamierzał podejmować z Isabelą dyskusji na ten temat. Sprowokowany jakąś jej uwagą powiedział, natychmiast uznając swoją wypowiedź za nieopatrzną, że dojrzałe kobiety uciekają od miłości cielesnej, zaniedbując rolę partnerską wobec mężczyzn, jaką dojrzała Ewa pełniła względem Adama, oraz potrzeby erotyczne własnego organizmu. Chciał jeszcze wyjaśnić coś o bezsensie zrzucania na ziemię nasienia przez Onana, o czym mówi Biblia, o samogwałcie popełnianym przez Adama, protoplaście wszystkich mężczyzn, kiedy był sam jak palec, lub kiedy Ewa gniewała się na niego, ale uznał, że jest to zbyt zawiłe. Księżyc tej nocy pędził po niebie egzotyczne chmury i Sefardi poczuł twórcze prawie poetyckie uniesienie, co wiązało go długą nicią ewolucji z pierwotnym Adamem, przypomniały mu się bezkresne łąki w raju, po których biegała roznegliżowana Ewa. Dał się unieść erotyce, wezbrała w nim fala męskości. Nie mając możliwości popłynąć na niej, zdeptał ją w sobie, popadając omalże w depresję. Kiedy zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział coś, czego nie zamierzał mówić, Isabela go zaskoczyła.

– Z nikim o tym nie rozmawiałam, ale to mnie bardzo interesuje. Niech pan nie sądzi, don Sefardi, że jestem kobietą … zawahała się, aby dodać po chwili … zaściankową.

– Nie mam nic do dodania – odparł pośpiesznie Sefardi – oprócz tego, że kobiety w wieku dojrzałym, nawet te piękne jak jutrzenka w dniu, kiedy nastąpiło zbawienie, pozbawione męża lub partnera, zamiast znaleźć sobie mężczyznę, który by sprawiał im radość cielesną, przestają ufać mężczyznom i rzucają się w wir pracy lub niekończącą się opiekę nad małymi dziećmi. Niektóre przechodzą nawet do polityki, ucząc się słuchania i wygłaszania kłamstw, tak jakby było go za mało bez ich udziału. Sefardiemu coś się przypomniało, zdenerwował się i wypalił:

– Nie znoszę kłamliwych bab. Są gorsze niż schlany mężczyzna w rynsztoku.

– Zgadzam się z panem całkowicie, don Sefardi – skwapliwie przytaknęła rozmówczyni, ponownie zaskakując go swoją otwartością. Przyjrzał jej się uważnie i dopiero teraz zauważył, że była ubrana inaczej niż zazwyczaj, w luźny różowy strój. Wyglądała raczej skromnie w górnych partiach ciała, lecz bogato w dolnej części. Zdziwiło go to, bo inaczej ją pamiętał. Doszedł do wniosku kolejny raz, że jej biodra mogłyby zachwycić najbardziej wymagającego miłośnika kształtnych kobiet. Była przeciwieństwem modelek, obnoszących z dumą wygłodzone biodra i usychające uda.

Isabela niespodziewanie podjęła wątek zaniedbanej kobiecości. Chyba pragnęła i potrzebowała wypowiedzieć się na ten temat od dawna, gdyż mówiła śpiesznie, jakby bała się, że ktoś jej przerwie.

– Mam przyjaciółkę. Od piętnastu lat żyje samotnie. Ma pięćdziesiąt pięć lat, nie ma kota ani psa, za to dwójkę dorosłych, niezależnych już dzieci, córkę i syna. Zalecali się do niej różni mężczyźni. Ale co to byli za mężczyźni? Zjawił się taki jeden na wstępnej randce w kawiarni z teczką wypchaną dokumentami i opowiadał ze łzami w oczach, jaki to on jest dobry, cały majątek zostawił żonie i dzieciom i teraz szuka tylko miłości. Moja przyjaciółka od razu wyczuła, że on nie szuka miłości, tylko opieki, kiedy zdziadzieje i chciałby, aby ktoś się nim zaopiekował. Przegoniła go na cztery wiatry. To łachudra liczący na kobiecą dobroć – tak mi powiedziała. Potem żałowała swojej decyzji, bo on autentycznie był nią zainteresowany. Isabela przerwała i zamyśliła się. Kąciki jej ust zadrgały jakby podrażnione czymś szorstkim. – Teraz jakoś sobie radzi bez mężczyzny, przyzwyczaiła się. – Zakończyła, opuszczając wzrok. Być może zobaczyła coś na podłodze, może chciała przyjrzeć się swoim nowiutkim pantofelkom, być może było to zupełnie przypadkowe. Kiedy podniosła twarz, kąciki jej ust opadły, wyglądała na przygnębioną. Trwało to tylko sekundę. Po chwili jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Sefardi domyślił się, że opowiedziała mu swoją historię.

2 x o kobietach i 1 x o koniach

O posłance PiS, Krystynie Pawłowicz, z wielkim naukowym dorobkiem w dziedzinie praktycznych zastosowań języka furmańskiego i tytułem profesora doktora habilitowanego można śmiało powiedzieć, że jest wysoko utytłana.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 38: Więź kościoła i państwa

Eminencja spotkał się ze współpracownikami. Miał wokół siebie tylko ludzi zaufanych, sam ich dobierał. Nosił się z pewnym zamysłem, pragnął podzielić się nim, potrzebował opinii. Chodziło o stosunki z państwem, o ich pogłębienie, nawiązanie cieplejszych kontaktów z rządem, zwłaszcza z gubernatorem. Idąc na spotkanie robił sobie podsumowanie. Gubernator Barras był osobą wierzącą, dobrej woli i co najważniejsze, był charyzmatycznym przywódcą. Arcybiskup był przekonany, że charyzma nie pochodzi znikąd, tylko od Boga. Od dawna z uznaniem obserwował postępowanie gubernatora. Był utalentowanym politykiem, miał osiągnięcia. Kiedyś trapiony wątpliwościami ontologicznymi, teraz dawał przykład głębokiej wiary. Regularnie uczęszczał na uroczystości kościelne, wyraźnie pragnął nadrobić zaległości.

– Moi drodzy! Co sądzicie o nim? – zadał pytanie po przedstawieniu sprawy. Starał się nadać swojemu głosowi ciepły ton. Eminencja był serdeczny szczególnie wobec młodych księży i kleryków. Dawał w ten sposób dobry przykład swoim potencjalnym następcom.

Zebrani życzliwie ocenili pomysł zwierzchnika.

– Tak, tak! Zgadzamy się z Eminencją w zupełności. Również popieramy – Padały głosy. Zgodność podwładnych ucieszyła Eminencję. Umocnił się w przekonaniu, że słusznie postępuje. Na przestrzeni lat rosło w nim przekonanie, że przyszłość kościoła jest związana z administracją państwa, z władzą. Pomyślał o udanych historycznych przypadkach kooperacji państwa i kościoła. 

Wieczorem, przed pójściem spać, Eminencję naszły myśli zalecające ostrożność. Nie wszyscy hierarchowie kościoła byli równie pozytywni jak on. Kościół miał swoją dynamikę. Przeważało jednak posłuszeństwo. Pomyślał jeszcze raz o Barrasie. Przypomniały mu się słowa kanonika Miguela, sekretarza osobistego.

– Eminencjo! Gubernator Blawatsky otoczył się ludźmi wierzącymi, jeden z nich jest podobno nawet mistykiem. Badam tę sprawę. Najważniejsze stanowiska w jego gabinecie zajmują ludzie wierzący i praktykujący. Są bardzo oddani gubernatorowi, podobnie jak panu Bogu. Razem przyjeżdżają na msze w niedzielę, przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zapytałem ich, zachowując należną sprawie delikatność, dlaczego nie częściej. Tłumaczyli, że muszą wyjeżdżać w teren, aby umacniać wpływy partii i zwalczać tych diabłów z Partii Liberalnej, choć może nie wszyscy oni są takimi diabłami, jak ich malują, jak to się popularnie mówi, bo wielu należy do naszego kościoła. Co do ludzi gubernatora, to uważają, że jest on naznaczony przez Boga do poprowadzenia kraju ku wielkości. Aha! Coś sobie przypomniałem. To bardzo ważne. W doborze kadr gubernator kieruje się – oprócz religijności – także wysokimi walorami osobistymi: zdyscyplinowaniem, wiernością partii i lojalnością wobec gubernatora. Osobiście też uważam, że głównym źródłem jego natchnienia jest Stwórca.

– Głównym? Czy to znaczy, że są także inne źródła?

– Gubernator rozczytuje się w literaturze klasycznej poświęconej władzy i rządzeniu. Zrobiłem rozeznanie. Jego pomoc domowa spowiada się regularnie w naszym kościele parafialnym u jednego z wikariuszy. Sprawdziłem, kiedy przychodzi ona do spowiedzi i tak zorganizowałem obowiązki księdza, abym to ja był w konfesjonale, kiedy przyjdzie. Wasza Eminencja dobrze wie, że nigdy nie zdradziłbym tajemnicy spowiedzi, ale tutaj chodzi o sprawy wyższe. Nie jest zresztą grzechem ujawnić, co czyta gubernator, bo tajemnica nie dotyczy osoby spowiadającej się, tylko osoby trzeciej.

Eminencja był zachwycony dyplomatyczną rozwagą i zręcznością sekretarza. O dawna darzył go ciepłym uczuciem. Czasem miał wrażenie, że to bardzo ojcowskie uczucie. Pamiętał swego ojca i jego serdeczność, zwłaszcza, kiedy został księdzem. Rozmarzył się. Widział Miguela jako swojego następcę. Postanowił zastanowić się głębiej nad przyszłością sekretarza, kiedy już dojdzie do porozumienia z gubernatorem. 

– Razem przywrócimy wielkość ojczyźnie. – Myśl tę powtórzył z zadowoleniem kilka razy w ciszy sypialni, umacniając się w przekonaniu, że idą lepsze czasy.

PS. Produkuję się także (głównie aforyzmy) na www.twitter.com (wpisz w pasku wyszukiwarki na stronie: Michael Tequila)  

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 32: Nowe metody zarządzania państwem

Wyzwania stojące przed Barrasem Blawatsky’m, właścicielem partii, premierem i gubernatorem w jednej osobie, były przeogromne. Potrzebny był nowy model zarządzania państwem, gospodarką, sprawami społecznymi, zdrowiem, wszystkim. Złożoność spraw wymagała nowoczesnego narzędzia zarządzania państwem. Wyzwanie to rozwiązano metodą kolejnych przybliżeń.

Na polecenie gubernatora opracowano najpierw cyfrowy model redukcji rzeczywistości do możliwości jednoosobowego zarządzania. Ważna była nazwa, przekonywująca i łatwa do zapamiętania. Pierwsza nazwa, ReduPrak, nie została dobrze przyjęta; niechętni jej byli lekarze, prawnicy i inni profesjonaliści. Źle się kojarzyła. Myślano nad inną.

Nowy system zarządzania państwem miał kształt piramidy. U podstawy znajdowały się komputery, do których tysiące urzędników wprowadzało dane, u góry był wąski lejek, przez który informacje płynęły prosto do premiera w formie krótkich papierowych notatek. On sam nie używał komputera; ceniono to, uważając, że premier ma ważniejsze sprawy do realizacji niż gapienie się w monitor komputera i stukanie w klawisze.

System stworzono w imponująco krótkim czasie. Okazał się tak prosty i skuteczny, że do kraju zaczęły przyjeżdżać delegacje z zagranicy, aby poznać jego działanie. Rząd wkrótce ograniczył dostęp do informacji o systemie z uwagi na niebezpieczeństwo wykorzystania go przez wrogów kraju. W szczególności obawiano się terrorystów.

W trosce o przyszłe pokolenia, uproszczono nauczanie. Zrezygnowano z większości przedmiotów ścisłych, zupełnie bezużytecznych w gospodarce obsługiwanej przez roboty, zwiększano natomiast ilość lekcji wychowania moralnego, religijnego i obywatelskiego. Przywrócono też stare hasło: Bóg-Honor-Ojczyzna. Na polecenie gubernatora instytut medyczny stworzył dodatek do wszystkich szczepionek dla dzieci, uzupełniający niedobór elementów patriotyczno-religijnych we krwi.

Pracę rządu utrudniała opozycja, reprezentująca elementy wolnomularskie, osobników o zachwianej orientacji seksualnej, jednostki aspołeczne, nie wierzące w Boga ani w Trójcę Świętą. Wyzwań przybywało, gdyż opozycja złośliwie zachęcała obywateli do pozostawania w kraju, zamiast udać się na emigrację, gdzie mogliby podnieść swoje kwalifikacje i odciążyć budżet państwa. Najbardziej podatni na jej argumenty byli młodzi ludzie, nieustabilizowani materialnie i poglądowo, pozostający w kraju i zwiększający bezrobocie. Stali się oni szczególną troską rządu. Natychmiast zaoferowano im pomoc w postaci nauki szybkiego pisania CV i podań o prace, poradnictwa, jak ubierać się na interview, oraz wsparcia duchowego.

Największym wyzwaniem dla gubernatora była demografia: nadwyżki siły roboczej w okresach słabego rozwoju gospodarki, które gubernator nazywał bessą, oraz niedostatku siły roboczej w okresach ożywienia gospodarczego, które nazywał hossą, choć czasem myliła mu się z bessą. Obywatele bardzo cenili używanie obcych terminów, mając w pamięci jego poprzednika, nieuka i zarozumialca. Gardzono nim, ponieważ był tylko premierem, w dodatku marnym.

– Ten łajdak nie zasłużył sobie na żadną godność. Nie to co nasz obecny premier, gubernator i właściciel partii – tak standardowo wypowiadał się naród na wiecach, w rozmowach prywatnych i w lożach zaproszonych gości. Wypowiedzi narodu cytowała patriotyczna prasa konserwatywna.

Szczodrze wyposażony w zaufanie społeczne i godność osobistą gubernator ujął sprawy mocno w ręce jak furman bat, aby osobiście kierować losem narodu. Pozycja furmana dobrze mu się kojarzyła; jego odlegli przodkowie byli furmanami.

– To ludzie siedzący blisko ziemi, umiejący opanować każdego, nawet zdeprawowanego, konia. Mówiąc o deprawacji gubernator miał na myśli opozycję.

Naród w swojej masie cenił proste i bezpośrednie wypowiedzi i metody działania premiera. Był mężem opatrznościowym. Niektórzy widzieli w nim także zbawcę; wyobrażali go sobie w postaci rycerza na białym koniu, z wielkim mieczem w prawej dłoni, walczącego z plagami bezrobocia, lewactwa, dysydentów i odrażających obcokrajowców. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Dykteryjka o krótkości życia napisana na okoliczność paranoidalnych czasów

Życie przeminęło mu błyskawicznie. Kiedy zdał sobie sprawę z jego przelotności, było już po wszystkim. Dożył dziewięćdziesięciu lat.

W ostatniej chwili zdążył zastanowić się jednak nad krótkością i przemijaniem. Nie wszystko pamiętał. Przeleciał szybciutko dziesiątkami po tych dziewięćdziesięciu latach. Nie doliczył się lat dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych. Wypadły mu z pamięci jak klucze księdzu z rękawa sutanny. Z pomocą pośpieszył mu brat bliźniak, młodszy o pięć lat, przez co wszystko lepiej pamiętał. Nie był miły. Wywalił mu prosto z mostu:

– Miałeś przerwy w życiorysie, bo to albo więzienie, albo pijaństwo. Taki byłeś, nie da się zaprzeczyć.

Usłyszawszy te podłe słowa, naruszające głęboko jego godność osobistą, nie chciał wierzyć, że to istotnie jego brat bliźniak, w dodatku o pięć lat młodszy. Nie wierzył, ale mu wytłumaczyli, że są przecież podobni do siebie jak dwie krople wody. Co więcej, noszą to samo imię: Jarek.

– Dlaczego mamy to samo imię? – pytał chyba ze trzy razy z uporem maniaka. – Dlaczego tylko jedno imię?

– Daliśmy wam to samo imię, bo jesteście tak podobni do siebie, że sam diabeł by was nie rozpoznał – był to głos jego babci, miała wtedy grubo ponad sto lat. Nikt dokładnie nie znał jej wieku, bo jej dowód osobisty zapodział się gdzieś w czasie pierwszej wojny światowej.

Z wcześniejszych wydarzeń Jarek pamiętał, że urodził się w rodzinie uczciwych chrześcijan, osób głęboko wierzących w dobro, nie wylewających za kołnierz, jak się to wtedy mówiło, oraz że jak się urodził, to był strasznie rudy, co mu od razu pielęgniarka wypomniała. Ponieważ nie wierzył, pokazała mu jego rudość w lusterku.

Wszyscy byli zachwyceni płomienną czupryną. Uznali ją za ważniejszą okazję do wypicia niż same urodziny.

– Dzieci rodzi się do groma i trochę, ale mało wśród nich jest rudasów – odezwały się głosy.

Było to na sali porodowej. Towarzystwo zebrało się błyskawicznie, aby nie marnować czasu, bo już wtedy było wiadome, że czas to pieniądz. Przynieśli ze sobą wódkę, wino i piwo, i tylko jedna osoba litrowy słoiczek rydzyków w occie. Nikogo to nie zdziwiło, bo od dziwienia robią się zmarszczki. W służbie zdrowia alkoholu wtedy nie brakowało, bo dla pewności zaopatrzenia, na dole, w suterynie, w dawnej izbie przyjęć, zorganizowano małą bimbrownię.

Wody nikt nie przyniósł.

– Bo i po co? – mówili zebrani. – Czy człowiek jest polem ryżowym wymagającym nawadniania?

Jarek od razu wiedział, że nie lubią wyrazu ani pojęcia „irygacja”, bo był to wyraz obcy, dziwnie brzmiący.

Tylko ojciec zmartwił się jego włosami. Powiedział wtedy na głos, choć był głuchoniemy od urodzenia.

– Niedobrze, że jest rudy.

– Dlaczego? – pytano. – Chciałbyś, żeby urodził się łysy, w dodatku głuchoniemy tak jak ty? Przecież to głupio wygląda.

– Nie, chodzi mi o coś innego – odparł ojciec. – Będzie fałszywy. Wiadomo, rudy to fałszywy. Ja wprawdzie uczciwością nie grzeszę, ale tylko wtedy, kiedy jestem trzeźwy. W pijanym widzie jestem uczciwy jak mało kto. W dodatku u mnie w rodzinie nikt nigdy nie był rudy.

Jarek nie pamiętał dokładnie jak się urodził, bo strasznie się wtedy upił mlekiem matki. „Mleko”, był to pierwszy wyraz, który wymówił. Potem przez rok nic nie mówił. Mleko okazało się wzmocnione, bo mama Jarka wypiła kieliszeczek wódki na szczęście.

– Pamiętaj, gówniarzu, powiedziała wtedy do niego, że ważne zdarzenia trzeba uroczyście obchodzić. A jak się coś obchodzi, to wiadomo, z alkoholem, pompą i paradą.

Kiedy to wyrzekła, ksiądz, który przyjechał, aby Jarka ochrzcić, bo wyglądał blado i słabowicie, od razu solidnie polał go wodą z sikawki. Był to gest bardzo spontaniczny i naturalny, bo w szpitalu była drużyna strażacka, a on wszędzie widział ogień, przeważnie piekielny, tak głęboko wierzył w niebo, czyściec i piekło. Najgłębiej oczywiście w piekło.

W ostatnim momencie życia Jarka coś strasznie huknęło i było już po wszystkim. Ze zdarzenia zapamiętał tylko to, że czekał na niego pan Bóg z otwartymi ramionami. W jednej ręce trzymał gałązkę oliwną a w drugiej butelkę z okowitą. Całe pół litra. Uśmiechał się, ale nierówno, bo tylko jedną połową twarzy, na drugiej wyraźny był gniew.

– Czemu, Panie, jesteś na mnie półgniewny? – zapytał Jarek z głupia frant. – Byłem przecież pobożnym człowiekiem i chodziłem regularnie do kościoła. Wiedzą o tym nawet ludzie niewierzący.

– Bo mi przeszkadzasz. Graliśmy tu sobie spokojnie w wiścika, a tu raptem otrzymuję wiadomość, że zjawiasz się u nas i to bez zapowiedzi. Nie dość, że włazisz z kopytami do nieba, to jeszcze zadajesz głupie pytania. Mam prawo być gniewny. W niebie, musisz to wiedzieć, ordnung muss sein, jak mówią wszyscy kanclerze począwszy od Bismarcka. Panie, świeć and jego duszą – westchnął.

Jarek przyjrzał mu się dokładnie, lecz nie był pewny, czy był to rzeczywiście sam Stwórca, czy też jego patron, Święty Jarek, ale pod dobrą datą. Kiedy wypili w końcu na przywitanie, jak dobrzy krajanie, film mu się kompletnie urwał.

Taki był koniec życia Jarka, człowieka dobrej woli, ostatni dzień dziewięćdziesiątego roku licząc od dnia urodzin.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 23: Narada pracowników

W wielkiej sali konferencyjnej laboratorium zebrało się kilkadziesiąt osób. Miało to być spotkanie informacyjne; zarząd firmy miał przedstawić plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. W spotkaniu uczestniczyli tylko pracownicy, naukowcy różnych specjalności, genetycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, poza tym personel pomocniczy, ochroniarze, kierowcy. Wielu nie znało się nawzajem, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Jeśli ktoś kogoś znał, nie przyznawał się do tego. Wyglądało to trochę na partyzantkę. Łączyło ich jedno, razem stanowili firmę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia miała miejsce wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło a system klimatyzacyjny nadal szwankował, ludzie przyszli ubrani, jak kto chciał, przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach, spódnicach i bluzkach. Kilka osób było ubranych w dresy, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia połowy udziałów kapitałowych laboratorium przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości zagadnienia. Było to jak patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową z setkami eksponatów, umożliwiającą widzenie tylko jednego obrazu i domyślanie się, co tam jeszcze może być. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy konia i człowieka wydało im się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się po diunach wysuszone ciała zwierząt i ludzi padłych z wycieńczenia. Nie wiedzieli od czego zacząć, czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już zostały wezwane do analizy złożonego dzieła.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już ponad pół godziny. Z audytorium padały okrzyki, pytania, jakieś sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego na podium w końcu sali konferencyjnej. Spoglądając wyczekująco na przewodniczącego zebrania, ludzie niecierpliwili się coraz bardziej. Ten siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole i nie reagował. Był to starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem. Wyglądał jakby wrósł w krzesło. Nagle ktoś powiedział głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominającą rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać glos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać, lecz szybko przestało. Sytuacja wyglądała trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mówiący przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili – ni z tego, ni z owego – złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się z uśmiechami i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś plan.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań firmowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Labo ma stworzyć nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż w warunkach konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy, przyjmujemy! – rozległy się głosy. W górę podnosiło się coraz więcej rąk.

Dziennikarz Rosaton pomyślał najpierw, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i przedstawia farsę, aby rozładować napięcie niepotrzebnego oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” mówca uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja: cechy końskie i ludzkie mogą się równoważyć, ale jeśli tak, to jak to osiągnąć, bo będziemy mieli do czynienia z kombinacją cech anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych.

Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia; mówił logicznie. Ich spojrzenia i napięta uwaga dawały mu pewność, że posuwa się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna propozycja, to zastanowienie się nad postacią, inaczej mówiąc nad wyglądem Obiektu. Widzę dwie możliwości: klasyczny, mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczonym z przodu torsem i rękami człowieka, albo też model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na końskich nogach. Byłby on prostszy anatomicznie, niekoniecznie jednak fizjologicznie. Nie proponuję niczego więcej, bo i tak mamy aż nadto spraw do dyskusji.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym nad stołem prezydialnym wyświetlały się obrazy centaurów, ichtiozaurów – pół koni, pół ryb z jedną parą końskich nóg, onocentaurów – pół ludzi, pół osłów, centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, ich pełne obrazy, szkice i schematy łącznie z matematycznymi wyliczeniami proporcji ciała.

Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował:

– Zastanówcie się nad tym. Pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego cech końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać powinniśmy mu wybrać. Liczę na nasz zespół logików i matematyków, że pomogą nam to wszystko zoptymalizować.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób, pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z jakimiś propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad leżącymi przed nim papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji.

– Proszę podzielić się teraz na grupy i rozejść do stolików, których jest dziesięć, aby skoncentrować się na szczegółach. Po południu o godzinie siedemnastej każdy zespół przedstawi swoje przemyślenia, tutaj na tej sali. Jeśli zgodzicie się, to poprowadzę dyskusję ogólną. Dzisiejsze zebranie traktuję bardzo nieformalne, na luzie; uznajmy je za burzę mózgów, gdzie każdy może swobodnie przedstawiać pomysły i nie martwić się, czy są one dobre czy złe.

Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Misiu, po czym dodała:

– Przewodnicz wszystkim dyskusjom. Tego pijaka zasypiającego przy stole już zwolniłam. To dobry człowiek, ale niestety ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu laboratorium, który współrządzi z nami firmą. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ich jeszcze wiele niespodzianek.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 22: Partia konsoliduje swój pogląd

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił w nim jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. Następnego dnia Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od kilku dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał. Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Były to udane spotkania, szczere, obustronnie satysfakcjonujące. Docierały tam jednak do niego niedobre wieści o koniach. Uznał je za niebezpieczne zwierzęta. W małej miejscowości, której nazwy nie zapamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze zapamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie odpowiadające dokładnie kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec, uznając to zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, instynktowną ucieczkę przed ostatecznością zwierząt kierowanych przerażeniem.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć? – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości, wyłączał się, ziewał, mrugał i popadał w zadumę, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Kiedy tłumaczył im, że to tylko chwilowa zaduma, zgadzali się, jednakże w ich oczach widział co innego. W końcu ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Niechęć do koni umocnił ostatecznie w przewodniczącym Barrasie premier Csudo, wyjaśniając, że koń jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają tyle zachodu i opieki co zwierzęta, nawet najbardziej oddane człowiekowi.

Rozmowy z premierem przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są gatunkiem zwierząt zdolnym do przeżycia jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony, nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której uciekał. Ucieczka nie była jednak możliwa, ponieważ zapisy złych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów z miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji złowrogie zamysły ekoterrorystów stały się dla Barrasa i Csudo absolutną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, istot którym brakowało tylko nieco bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upomnieć się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 20: Majowe spotkanie przy krawężniku

Pierwsza sobota maja wypadła w dzień ciepły i słodki jak ukochane dziecko roztańczonej wiosny i zawadiackiego lata. Mistrz Sefardi stał w oknie gabinetu i patrzył na osiedle Aura zanurzone w promieniach słońca. Panowała cisza. Z okna drugiego piętra roztaczał się panoramiczny widok na osiedle.

Przed sobą widział front najdłuższego budynku oraz szeroki tył budynku numer siedemnaście, przed którym na wzgórzu mieszczącym plac zabaw dla dzieci w niespokojne dni błaznowały z wiatrem nieforemne drzewa. W głębi za brzozą szeroko rozpostartą na stoku widoczne były okna budynku numer jedenaście. Między zabudowaniami biegła droga osiedlowa obrzeżona klombami kwiatów oraz miniaturowymi drzewkami nieokreślonej nomenklatury ogrodniczej. Osiedle przypominało więzienie, było ogrodzone solidną, metalową siatką w kolorze poszarzałej czerni, miało tylko jeden wjazd z dwuczęściowym szlabanem i furtką dla pieszych zamykaną na klucz. W środku osiedla stały dwa budynki przypominające wieżyczki strażnicze swymi płaskimi dachami. Dla mieszkańców osiedla był to obszar ważnych wydarzeń, miniatura kraju.

Iwan Iwanowicz ogłosił spotkanie osobiście, obchodząc wszystkie budynki i wykrzykując na głos: „Jutro, w niedzielę, o godzinie szesnastej odbędzie się zebranie, jak zwykle przy krawężniku. Tematem będzie los zwierząt, określany trójkątem historii, decyzji rządu oraz determinacji ekoterrorystów. Obecność obowiązkowa zgodnie z przyjętymi zasadami demokracji bezpośredniej”.

Sefardi nie przypominał sobie żadnej uchwały osiedlowej dotyczącej obowiązku uczestnictwa w zebraniach przy krawężniku. Był to tylko dobry zwyczaj. Miłując demokrację, Iwan Iwanowicz potrafił naginać jej zasady. Doceniając jej plusy, korzystał z jej słabości. Była to cecha, którą dzielił z innymi mieszkańcami osiedla i kraju.

– Demokracja ma jedną szczególną wadę, mawiał. Głupiec ma taki sam głos jak mędrzec, nieopierzony młodzieniaszek taki sam jak doświadczony mąż, płocha niewiasta taki sam jak dojrzała matrona. Od starożytnej klasycznej demokracji greckiej różni nas tylko to, że psy nie mają u nas głosu.

Mistrz nie miał pojęcia, dlaczego demokracja miałaby się wiązać z prawami zwierząt. Zapytany o to Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że jest to chwyt kazuistyczny, nawiązujący do pytania, kto rządzi krajem. Wyjaśnienie było proste: Rządzą mężczyźni, ale mężczyzna zrobi wszystko, o co poprosi go kobieta, a kobieta zrobi to, czego pragnie dziecko, dziecko zaś pójdzie tam, gdzie pociągnie je pies.

– To naiwne rozumowanie zostało wymyślone na użytek prostaczków i żartownisiów – podsumował Iwan Iwanowicz i zamilkł, zagłębiając się nagle we wspomnieniach. Jego oczy zwęziły się, a źrenice uciekły w głąb czaszki. Misterium uciekających oczu trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, po upływie których Iwan Iwanowicz wracał do życia cudownie odświeżony i skory do żartów jak młoda koza do figli.

Wspominając głupców Iwan Iwanowicz nie zamierzał bynajmniej obrazić kogokolwiek.

 – Nie znam żadnego głupca, bo w kraju takich nie ma. Nie słyszałem, aby ktoś się do tego przyznał, a mówić o kimś, że jest głupcem nie jest rzeczą ani mądrą ani zręczną, bo może się okazać, że jest to twój zwierzchnik, przyjaciel albo sąsiad.

Mówiąc o demokracji starzec wyprostowywał się i wypinał pierś zdobną medalami. Ich ilość zależała od skuteczności, z jaką wnuki ukryły je poprzedniego dnia w trakcie zabawy domowej. Iwan Iwanowicz tolerował ich figle, ponieważ był człowiekiem uczuciowym, pełnym wyrozumiałości, rozbudowanej jak piętra budynku mieszkalnego. Dzieci miały u niego nieograniczony kredyt zaufania. Wobec dorosłych Iwan Iwanowicz był wymagający, niekiedy wręcz despotyczny. Nieustępliwość tę składał na karb wieku oraz przekonania, że osoba odpowiedzialna musi wiele wymagać od siebie jak i od innych osób, którym zdarzyło się osiągnąć dojrzałość nie tylko wiekową, ale i intelektualną, uczuciową i duchową. Z definicji społeczności osób wszechstronnie dojrzałych wyłączał alkoholików, zagorzałych pantoflarzy i ludzi sponiewieranych przez los na umyśle.

Zebrania przy krawężniku odbywały się na wzór szwajcarski. O wszystkich sprawach osiedla decydowano drogą uzgodnień i demokratycznego głosowania. Na przestrzeni kilku lat wykształciła się cała procedura prowadzenia zebrań. Zwoływał je i prowadził nieodmiennie Iwan Iwanowicz. Przywództwo dawało mu sposobność propagowania swoich poglądów na dowolny temat; bardzo mu to odpowiadało. Potrafił elastycznie interpretować zasady.

– Gdybyśmy kierowali się logiką, mój Boże, to zapanowałby powszechny dobrobyt, dzieci byłyby mądrzejsze od rodziców, a rodzice od dziadków. To rzecz nie do pomyślenia.

Starzec miał także inne porównania, w opinii niektórych osób przystające do rzeczywistości jak pięść do nosa. Drobne wypaczenia charakteru Iwana Iwanowicza mieszkańcy osiedla Aura akceptowali bez większych oporów, wyrażając w ten sposób wdzięczność za jego niestrudzoną pracę na rzecz wspólnoty. W chwilach wolnych od obowiązków, Iwan Iwanowicz pomagał fizycznie ogrodnikowi w utrzymaniu zieleni osiedlowej.

Zebrania odbywały się na otwartym powietrzu. W razie silnego deszczu lub śnieżnej zawieruchy rozciągano wielki zielony brezent między budynkiem, gdzie przechowywano pojemniki na śmieci, a najbliższym budynkiem mieszkalnym. Na bardziej uroczyste spotkania przewodniczący przynosił metalową misę nepalską kutą ręcznie z ośmiu warstw metali: brązu, miedzi, srebra, żelaza, cynku, aluminium i złota. Uderzona tłuczkiem z twardego drewna wydawała intensywny, niekończący się dźwięk. Iwan Iwanowicz używał jej do otwierania zebrań oraz przywoływania uczestników do porządku.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Informacja dla Czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

Pomyślałem, że może zainteresuje Państwa spojrzenie od strony pisarza na czytelnictwo i czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”.

Zainstalowałem sobie aplet Google Analytics i analizuję statystyki ruchu na stronie autorskiej, gdzie publikuję powieść w odcinkach. Nie jest źle, dzięki za czytanie.

Ostatni tydzień (poniedziałek – niedziela) to przeciętnie 112 czytelników dziennie, w najlepszy dzień (piątek 8 czerwca) weszło 258 osób. W poprzednim tygodniu było przeciętnie 97 czytelników dziennie, w najlepszy dzień 235. Te dobre dni to dni, w których publikuję odcinek powieści. Google Analytics pokazuje tzw. unique readers czyli rzeczywistą liczbę czytelników. Możesz wchodzić na blog trzy razy w ciągu dnia, system zanotuje Cię tylko jako jednego czytelnika.

Oto kraje czytelników mojej powieści: Polska 74%, Francja 13%, Australia 3%, Peru 3%, Filipiny 3% (dane zaokrąglone do pełnego procenta). Jeszcze ciekawsze są urządzenia, z których ludzie czytają blog oraz zmiany (w ostatnim miesiącu): komputery: 74,5 % (- 9%), telefony komórkowe 23,5 % (+7,8 %), tablety 2,0% (+1,1%).

Rozmawiam z ludźmi. Ogromna większość osób skarży się na brak czasu. Rozumiem to. Za PRL-u, czasu mojego dzieciństwa oraz pierwszej, drugiej i trzeciej dojrzałości, czasu było więcej, ludzie czytali więcej, ale za to nie mieli mieszkań, samochodów, paszportów w domu, wycieczek zagranicznych, grilla. Dziś jest inaczej.

Moim zamysłem od początku było pisanie powieści w odcinkach, właśnie z myślą o osobach, które nie mają czasu, a jak mają to fragmentarycznie (w przejściu lub przejeździe), jadąc tramwajem, pociągiem czy autobusem lub czekając w kolejce do lekarza. Wejście na tę stronę zajmuje około 25 sekund, przeczytanie jednego odcinka powieści na blogu około 3 minut. Akurat tyle, aby przeczytać go na smartfonie (między dwoma przystankami tramwajowymi lub między rejestracją a gabinetem lekarskim).

Proszę zajrzeć także na moją stronę na Twitterze: www.Twitter.com/Michael_Tequila. Ostatnio zamieszczam tam głównie aforyzmy.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 15: Kurs kolizyjny

Premier Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawie ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody był równie pospolity jak lis pustynny zdolny przeżyć w każdych warunkach.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – premier lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczał do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i innych desperatów gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje irracjonalne poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. On sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleni ludzie. Oni widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą któregoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują – wygaszając takie poglądy asystentka premiera bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma pełną rację.

Miłośników koni i przyrody w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości, przekonań i preferencji mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym: lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili mniej lub bardziej intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej. Do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie jako dwóch różnych plemionach. Było to prawdą, gdyż mylili się ci, którzy pragnąc jedności społecznej, twierdzili, że jest to wciąż jeden naród a nie różne plemiona. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło im się z przynależnością do tego samego narodu.

Premier cenił i wierzył w inny, lepszy świat, mniej przyrodniczy, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał tylko eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, biblii i kościołowi. Po prostu miał inną filozofię. Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, funkcjonalne budynki, banki, czyste powietrze, wydajność, dobrobyt, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia czy łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę narodową, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to bardzo pragmatyczne podejście. Jego rząd dzielił jego poglądy, co było oczywiste, bo sam dobierał współpracowników.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o jego ministrach.

Konie rząd uznawał za przeżytek, żywe przedmioty, bezmyślne i niepraktyczne, kosztowne w utrzymaniu, czasem narowiste, wymagające więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i umiarkowani anarchiści surowo oceniali za to premiera Csudo i Partię Konserwatywną, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione głoszonymi frazesami. Anarchiści wręcz nienawidzili władzy i jej praktycznych przejawów. Rząd konserwatywny był im obcy i wrogi; uważali, że jego polityka zupełnie niepotrzebnie wdziera się wszędzie, stawia ograniczenia i wymogi.

– Rząd chce wszystko regulować, mówić ci co, gdzie, kiedy i jak masz robić, jak się rodzić, żyć i umierać. Niedługo będzie wydawać instrukcje regulujące, w jaki sposób możesz korzystać z toalety publicznej.

Premier Csudo nie usiłował nawet wyobrażać sobie, ku czemu to wszystko zmierza, ponieważ uparcie stawała mu przed oczami myśl, że kurs partii i rządu oraz kurs obrońców koni muszą w końcu zbiec się razem w ciemnym tunelu. Był to kurs kolizyjny, jego zakończeniem mogła być tylko katastrofa.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce bardziej umiarkowani anarchiści porozumieli się z radykalnymi ekologami zwanymi „końskimi”, aby połączyć się w jedną organizację o nieporównywalnie większej sile oddziaływania, określającą się jako ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, une grande fusion, jak pisała prasa francuska.

Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ani z odważnym hasłem, ani z niechęcią do władzy, którą winiła za coraz gorszy los koni i fatalny stan środowiska naturalnego.

Ideolodzy Partii Konserwatywnej od razu uznali ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i podjęli z nimi wojnę. Komórka propagandowa partii, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła upowszechniać teksty przedstawiające w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne; na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców ruchu, ludzi o zaciśniętych ustach, surowych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo niewyszukanej i prymitywnej propagandy, część społeczeństwa dała się uwieść propagandzie partyjnej.

Aktywność rządu myliła wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwość wobec koni i środowiska naturalnego: inicjował, sponsorowal i zachęcał do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w dużym budynku –kontrargumentowali i ostrzegali ekoanarchiści.

*****

Politykę ochrony koni w środowisku naturalnym premier przedstawił w specjalnym przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach niszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i dobre wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób poszkodowanych. Kolejne problemy związane z końmi były ilustrowane slajdami. Pokazały one, jak stado koni w pędzie na pastwisko prawie rozdeptało stado owiec oraz jak znarowione konie utrudniają ruch uliczny. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – tym pytaniem premier przypomniał o niebezpieczeństwie skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach tych zwierząt.

– Potrzeba nam mleka a nie nawozu do hodowli pieczarek. Potrzeba nam krów, a nie koni.

Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj premier usiłował zachęcić obywateli do bardziej zrównoważonego spojrzenia na ochronę koni i środowiska naturalnego. Jego słowa były różnie przyjmowane i interpretowane. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Uwagi na temat zmian w powieści

Drodzy Czytelnicy,

Zamieściłem już na 13 odcinków mojej powieści. Staram się publikować je bardzo konsekwentnie.

Otrzymałem już kilka komentarzy na temat powieści. Wykorzystuję je. Wprowadziłem i wprowadzam zmiany do powieści, usuwając niekonsekwencje, poprawiając niezbyt udane imiona i nazwiska bohaterów, czy też usuwając wątki nawiązujące do aktualnej polityki. W duchu ostatniej sugestii zmieniłem znacznie fragmenty Odcinka 3 opublikowanego w dniu 19 maja.

Zachęcam do jego ponownego przeczytania.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.