Wypożyczalnia psów. Opowiadanie. Wszystkie odcinki (1 – 6).

Przedstawiam Państwu opowiadanie publikowane już wcześniej, ponad rok temu, w odcinkach. Teraz zamieszczam je w całości pozostawiając dla wygody oznaczenia odcinków. Czynię to tytułem rekompensaty za brak wpisu w dni wczorajszym jak i zachęty do zakupu książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”, w której oprócz przedstawionego opowiadania jest jeszcze trzynaście innych pisanych w podobnym stylu. Skróty recenzji tej pozycji znajdziecie Państwo na górnym pasku menu.

Opowiadanie publikuję tym chętniej, że wychodząc na spacer często spotykam ludzi z psami. Właściciele psów to najsympatyczniejsze osoby, jakie znam. Jestem przekonany, że miłość człowieka do psa wyraża się także w miłości tegoż człowieka do bliźniego. Wedle jednej ze szczegółowych teorii ewolucji psy stanowią wyższy gatunek człowieka (powoli się materializujący), w odróżnieniu od polityków, zwłaszcza tych najnowszej daty, większości których wspomniana teoria odmawia człowieczeństwa.

Wszystkie moje książki w wersji drukowanej można kupić w księgarni internetowej Empiku i innych księgarniach. Niektóre z nich są dostępne także w wersji e-booków.

Serdecznie pozdrawiam,
Michael (Michał) Tequila

PS. Przepraszam za błędy w formatowaniu tekstu. Jest to problem techniczny edytora platformy WordPress, którego nie umiem rozwiązać.

Wypożyczalnia psów. Odc. 1

Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy schodach wejściowych do budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki oparł o ścianę, prawy łokieć ułożył na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie oparta na kolanie lekko zgiętej drugiej nogi. W ręku trzymał butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek człowieka wolnego od trosk, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, był to dodatkowy powód do satysfakcji.

Przyglądał się schronisku dla bezdomnych, gdzie mieszkał. Z drugiej strony ulicy wyglądało całkiem przyzwoicie. Podłużny budynek z różową ścianą parteru i żółtą pierwszego piętra, przed którym rosły drzewa z koronami przyciętymi na wiechy. Klaudiusz zagłębił się leniwie we wnętrze budynku: dwie wieloosobowe sale z piętrowymi pryczami, wspólna duża toaleta, kuchnia oraz pojemna, jasna stołówka z uchylanym do góry okienkiem, przez które kucharki podawały posiłki.

Na początku było mu trudno żyć w odmiennych warunkach, szybko się jednak przyzwyczaił. Pobyt w schronisku nic go nie kosztował; miał jedynie obowiązek, podobnie jak i inni mieszkańcy, udzielania bezpłatnej pomocy w utrzymaniu pomieszczeń i obejścia. Mieszkali tu przeważnie ludzie pogodzeni z życiem, niektórzy wręcz entuzjastyczni, a co najmniej pogodni. Odpowiadał im wypoczynkowy styl egzystencji. Ci, co nie potrafili osiągnąć stanu pogodnej nirwany, opuszczali zamknięte mury, aby zyskać więcej przestrzeni i świeżego powietrza pod mostem lub w niezajętym domku z nieszczelnym oknem na terenie jakiegoś ogródka działkowego.

Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka.

*****

Stosunki Klaudiusza z żoną pogarszały się stopniowo, etapami. Nie umiał sobie wytłumaczyć tej cykliczności. Na początku było cudownie, kochali się, ona wierzyła w niego bardziej niż w siebie.

– Jesteś naprawdę dobry we wszystkim – mówiła.

Oboje tak uważali, przy czym ona, jak to niewiasta, myślała bardziej o czułościach i intymności, on zaś o pracy i okazywaniu dobroci rodzinie i zwierzętom, które stawiał na pierwszym miejscu, nawet przed człowiekiem, zgodnie z własną, szczególną teorią ewolucji. Było to o tyle zrozumiałe, że był kynologiem, który stracił wiarę w człowieka. Jego niechęć do własnego gatunku, jednego z wielu żyjących na ziemi, pogłębiła się pod wpływem coraz śmielszych technologii nakładających kaganiec intelektowi i refleksji człowieka oraz grożących zgubą przyrodzie ożywionej. W opinii Klaudiusza postęp technologiczny polegał przede wszystkim na tym, że człowiek mógł w coraz krótszym czasie produkować coraz większe ilości przedmiotów oraz opakowań i odpadów, potrzebujących setek lat, aby ulec rozpadowi.

– Popatrz wokół siebie! Las został już prawie całkowicie zasypany oponami, gruzem, opakowaniami szklanymi i plastykowymi, i innym świństwem! – zrozpaczony Klaudiusz ostrzegał bliźnich, ale mało kto go słuchał, bo ludzie mieli oczy i uszy przyklejone do telefonów komórkowych, tabletów i desek rozdzielczych samochodów. Niektórzy latali samolotami, i to tak wysoko, że nie mogli dostrzec nawet lasu.

*****

Poważne nieporozumienia z żoną zaczęły się od chwili, kiedy nadał córce imię Nuka. Uparł się i tyle.

– Albo akceptujesz to imię, albo rezygnujemy z chrztu. Nie jest najważniejszy – oświadczył stanowczo. Anastazja wiedziała, że mąż nie ustąpi za żadne skarby. Nie mogła się z tym pogodzić: dać dziecku imię psa! Kiedy dziewczynka się urodziła, od razu, już pierwszego dnia zaczął nazywać ją Nuka, po rudej suczce, swojej wielkiej miłości z okresu dzieciństwa.

– Chyba na rozum ci padło! – złorzeczyła żona. Było jej strasznie wstyd, że dziecko będzie już zawsze nosić garb imienia Nuka. Prosiła męża, błagała, on jednak pozostał nieugięty. Co najgorsze, kilka osób go poparło, twierdząc, być może obłudnie, że imię jest zupełnie przyzwoite i pytając, jakie to ma znaczenie, że ktoś tak kiedyś nazywał ulubioną suczkę.

– Ja sama znam pewnego pana, to mój dawny sąsiad, który nazwał swoją krowę Baśka, tak jak ja mam na imię. I co z tego? Pogodziłam się – uwagę tę nieopatrznie wyraziła szwagierka Klaudiusza.

– W twoim przypadku to absolutnie słuszne, że krowę nazwano Baśka, obydwie zasłużyłyście na to – Anastazja musiała wyładować swój gniew na siostrze.

Klaudiusz zachował spokój, nie uważał, że robi coś niewłaściwego. Patrzył na wspaniałe obrazy psów na ścianach swojego pokoju, kiwał głową i myślał: „Człowiek ma takie same wady i zalety jak pies. Pod wieloma względami te dwa gatunki są identyczne. Tak samo się rozmnażają, odżywiają, odczuwają ból i radość. Dlatego podoba mi się imię Nuka. Jak nasza Nuczka dorośnie, też tak powie. Jestem tego pewien”.

Wypożyczalnia psów. Odc. 2

Celem Klaudiusza było poruszenie ludzi i wywołanie dyskusji w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono osób, a nie tylko sam właściciel. Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za dużo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jednego własnego i dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się równocześnie afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw eutanazji psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko doszedł do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi, zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, ściągnie gniew boży i ludzki na kościół lub na niego samego.

Po usunięciu afisza proboszcz znalazł się zupełnie przypadkiem w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać – powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie – mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, ale tym razem postanowił być stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ księże proboszczu, przecież Święty Franciszek… – usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia, podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga bezpośrednio nie obraża, choć nie jestem pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami – patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce zabiło mu żywiej, co go dodatkowo zaniepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze: „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Kiedy patrzył na klęczącego Klaudiusza, przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie kynologa i jego psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza uspokoiło się.

*****

Zdarzenia osiągnęły poziom masy krytycznej, kiedy pies Klaudiusza i Anastazji wystraszył się ciężarówki, uciekł i przepadł bezpowrotnie. Nigdy go nie odnaleźli. Wyglądało to jak klątwa. Od tej pory nieszczęścia spadały na Klaudiusza w sposób lawinowy; sytuację można było porównać do ładunku jądrowego, kiedy jedno rozszczepienie jądra atomowego wywołuje nieprzerwany łańcuch dalszych rozpadów.

Zniknięcie psa przelało kielich goryczy Anastazji. Potrzebowała tylko kilku godzin, aby wylać z siebie wszystkie żale i rozczarowania, zebrać i zapakować niezbędne klamoty, ubrać córeczkę i opuścić dom.

*****

Anastazja była nauczycielką. Klaudiusz uznał to za główną, jeśli nie jedyną przyczynę własnych nieszczęść. Swój żal wylał w knajpie przed mężczyzną, który słuchał go cierpliwie, pijąc fundowane piwo. Rozmówca wyglądałby na włóczęgę lub bezdomnego, gdyby nie nowiutka elegancka muszka zamocowana pod szyją na tle zużytego częstym praniem kołnierzyka.

– Nauczycielka nie jest istotą łatwą w pożyciu – zaczął Klaudiusz. – Kiedy wszystko układa się dobrze, zachowuje się poprawnie. Żeniąc się z Anastazją, nie wiedziałem, co to za zawód, jacy są ci ludzie. Teraz już wiem. Traktowała mnie jak dziecko w klasie, której była wychowawczynią. Była głośna i apodyktyczna, chciała mną sterować, odrzucała moje propozycje i krytykowała moje poglądy, nazywała je „zagraniami” albo „sztuczkami”. Reprezentowała postawę: ja wiem wszystko, ty nie wiesz nic. To było straszne – popatrzył na bezdomnego z kolorową muszką pod spłowiałym kołnierzykiem. Wydawało mu się, że tkanina rusza się razem z szyją. Trochę szumiało mu w głowie, ale był pewien trafności swoich obserwacji.

– Wszyscy nauczyciele mają podobne skrzywienia, ten zawód jest genetycznie obciążony defektami – dodał z przekonaniem. – Oni, kiedy mówią o czymkolwiek, wyliczają. Po pierwsze, po drugie, po trzecie i tak dalej, w nieskończoność. Po prostu nie umieją zachowywać się inaczej. To prawdziwe zboczenie!

Wypożyczalnia psów. Odc. 3

– Po pierwsze nadanie dziecku imię Nuka, po drugie próbę korekty teorii Darwina, że w łańcuchu ewolucji pies był przed człowiekiem, po trzecie twoja teoria śmierci psa i propozycja jej wprowadzenia do tanatologii zwierząt, po czwarte organizację demonstracji przeciwko usypianiu zwierząt jako formie eutanazji. Nie dość, że wymusiłeś na księdzu nadanie dziecku tego strasznego imienia, to jeszcze głosiłeś publicznie, na konferencjach kynologicznych, w wywiadach radiowych i telewizyjnych, te swoje kretyńskie teorie, przez co ośmieszyłeś mnie, bo noszę to samo nazwisko, co ty. Ty możesz być kretynem, ale ja nie jestem i nie podpisuję się pod twoimi wymysłami. Zostawiłeś fatalne dziedzictwo naszej córce. Nawet nie mogę wymienić jej imienia – Anastazję opanował głęboki szloch. Klaudiusz wystraszył się i chciał natychmiast wzywać pogotowie. To tylko spowodowało, że kobieta ponownie wyzwała go od kretynów i rzuciła w niego pierwszym przedmiotem, jaki miała pod ręką. Na szczęście nie było to nic ciężkiego ani wartościowego.

*****

Wraz z żoną odszedł drugi dochód gospodarstwa domowego. Był to cios powalający na deski. Klaudiusz nie był w stanie kontynuować spłaty kredytu za dom wyłącznie ze swojej pensji. Wkrótce bank go zlicytował. Nieszczęśnik podejrzewał, że mieszała w tym palce serdeczna przyjaciółka żony, pracująca w banku w dziale szkoleń.

Mężczyzna popadł w zniechęcenie, a potem w apatię, z której już się nie wydobył. Zaniedbał się w pracy, zwolniono go z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Dyrektor uznał je za akt łaski. Od tej pory Klaudiusz nie miał nawet środków na czynsz i utrzymanie. Został bezdomnym. Kilka tygodni przemieszkał u najlepszego przyjaciela, dopóki jego żona się nie zbuntowała, potem tułał się po znajomych. W końcu „usamodzielnił się”, zamieszkując w pustym domku na ogródkach działkowych. Kiedy nadeszły jesienne chłody, trafił do schroniska dla bezdomnych

Zimne schody i trotuar otrzeźwiły Klaudiusza. Przerwał rozmyślania o przeszłości i wstał. Zbliżała się pora posiłku, wszedł więc do wnętrza schroniska. Stracił już nadzieję na powrót do normalności. Jedynym pocieszeniem było dla niego to, że nie popadł w alkoholizm.

*****

Kiedy wiosna ugruntowała swój stan posiadania ciepła i zieleni, Klaudiusz podjął regularne spacery do pobliskiego lasu. Chodził wśród drzew i przyglądał się śmieciom, których było więcej niż roślin, rozmawiał z ludźmi wychodzącymi z psami na spacer, jeśli tylko chcieli z nim rozmawiać. Któregoś dnia starszy mężczyzna poskarżył mu się:

– Nie ma mnie kto wyciągnąć z domu na spacer. Nie mam psa. Dzisiaj z trudem zwlokłem się z łóżka. To straszne!

Te proste słowa poruszyły bezdomnego; jemu też brakowało mobilizującego towarzystwa. Przypomniał sobie własnego psa i wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Wydał mu się niezwykle obiecujący. Po chwili Klaudiusza ogarnęły wątpliwości i uznał go za szalony; przesądziły o tym negatywne doświadczenia własnego życia. Nie zrezygnował jednak z niego całkowicie, postanowił tylko nie mówić o nim nikomu. Bał się, że ktoś go ubiegnie, że ukradną mu pomysł, a co najmniej wyśmieją.

W ciągu kilku dni Klaudiusz zmienił się. Myślał inaczej, bardziej optymistycznie. Zaczął też dbać o siebie. Cały czas obmyślał plan działania, intuicyjnie szukając jakiegoś mocnego punktu zaczepienia. Tak go to męczyło, że w końcu zdecydował się porozmawiać ze współmieszkańcem, grubym mężczyzną, o którym wiedział, że kiedyś pracował w urzędzie zatrudnienia. Podjął ryzyko, choć mu nie ufał, bo chodził notorycznie pijany. Mężczyzna wydający się być zdegenerowanym alkoholikiem w stanie trzeźwości okazał się całkiem sympatyczny i życzliwy. Klaudiusz przedstawił mu tylko samą ideę, bez żadnych szczegółów. Był ostrożny, powiedział tylko tyle, ile wymagało zorientowanie się, co powinien zrobić dalej. Były urzędnik zachęcił go do realizacji planu.

– Jesteś z zawodu kynologiem. Znasz się na psach. Pomysł wydaje mi się rozsądny. Jeśli opracujesz biznesplan, możesz ubiegać się o dofinansowanie ze strony państwa. Mogę ci w tym pomóc. Mam jeszcze trochę znajomości.

– Muszę to sobie przemyśleć – skwitował przedsiębiorca. Tak siebie określił w duchu. Bardzo mu to schlebiało.

Wieczorem zaczął zastanawiać się, czy nie warto byłoby mieć wspólnika. Przypomniała mu się Anastazja i od razu mu przeszło. Postanowił kontynuować w pojedynkę. Znowu skontaktował się z byłym urzędnikiem, który, jak się okazało, zajmował się konkretnie doradztwem zawodowym. Po rozmowie Klaudiusz wyszukał podany adres i zgłosił się do firmy, która była inkubatorem przedsiębiorczości. Rozmawiał z nimi kilka razy, w końcu się zarejestrował. Przyjaciel pomógł mu napisać biznesplan. Po dyskusjach wyjaśniających, uzupełnieniu dokumentów i dwumiesięcznym oczekiwaniu Klaudiusz otrzymał pożyczkę na stworzenie biznesu. Warunki były bardzo korzystne.

*****

Wkrótce Klaudiusz założył wypożyczalnię psów wyciągowych. Była to mała psiarnia, w której trzymał zwierzęta dostatecznie silne i łagodne, które można było wypożyczać ludziom bez obawy, że wyrządzą im jakąś krzywdę lub że same zostaną skrzywdzone. Idea była bardzo prosta. Klient wypożyczał psa, aby wyciągał go na spacer i to nie okazyjnie, od czasu do czasu, ale regularnie, trzy razy dziennie, o określonej porze. Było to warunkiem umowy.

– Klient może nie chcieć wyjść na zewnątrz, ale pies musi. Umowa między nami ustala, że pan lub ktoś z rodziny albo przyjaciół wychodzi z psem trzy razy dziennie. Musi pan podpisać takie zobowiązanie – tłumaczył Klaudiusz pierwszemu klientowi. Z okazji inauguracji biznesu udzielił mu wysokiego rabatu, pełne pięćdziesiąt procent.

Niektórzy ludzie nie za bardzo rozumieli sens jego biznesu. Nie przeszkadzało mu to, zdawał sobie sprawę, że będzie musiał pokonać mur ignorancji i niechęci do nowości. Wątpiącym cierpliwie tłumaczył.

– Nie każdy ma własnego psa. Nie każdy może go mieć, bo do tego potrzebne są odpowiednie warunki. Wypożyczenie psa rozwiązuje te problemy. Są ludzie, których okoliczności mogą zmusić, aby tylko przez pewien czas mieszkać z czworonogiem, mieć towarzystwo. Na przykład rekonwalescenci po ciężkiej chorobie, którym lekarz zalecił regularne spacery. W niektórych krajach lekarze zamiast recepty na lekarstwo zalecają pacjentowi psa do towarzystwa. Pies działa jak lekarstwo. Ja sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Najwięcej pytań wywoływała kwestia, co zrobić z psem, kiedy jest się dłużej nieobecnym w domu. Klaudiusz, teraz już dyrektor firmy, uspokajał klientów.

– Sytuacje i potrzeby ludzi zmieniają się. To jest zrozumiałe. Na przykład musi pani wyjechać na kilka tygodni do rodziny w innej części kraju albo na wycieczkę dookoła świata, albo, nie daj Boże, znajdzie się w szpitalu lub w sanatorium. Psa można wypożyczyć na określony czas, nawet na jeden dzień, choć to najmniej korzystne rozwiązanie, bo opłata jest wtedy najwyższa. Trzyma pani psa tak długo, jak długo pani go potrzebuje. Kiedy nie jest pani potrzebny, zwraca go pani mnie, firmie „Wypożyczalnia psów wyciągowych”, gdzie jest jego stały dom.

Wypożyczalnia psów. Odc. 4

Na początku firma dysponowała tylko dwoma dogami nabytymi okazyjnie w schronisku dla zwierząt. Klaudiusz odkarmił je i regularnie przebywał z nimi na dworze, układając do świadczenia usług: wyprowadzania człowieka na spacer. Psy wyglądały wspaniale, były miłe i zawsze chętne do wyjścia na zewnątrz. Klaudiusz przyuczył je do wychodzenia o określonych godzinach. Nie było tu dowolności; pies musiał być zdyscyplinowany, aby przypominać klientowi o spacerze. Regularne wychodzenie spowodowało, że dogi nabrały nawyku punktualności: o godzinie siódmej rano, drugiej po południu i dziewiątej wieczorem brały smycz w pysk, podchodziły do opiekuna i prosiły o wyprowadzenie. Nie było możliwości, aby im odmówił; psy były cierpliwe, stały lub siedziały przy drzwiach tak długo, aż człowiek ustąpił. Jeżeli czekanie trwało dłużej niż piętnaście minut, psy szczekały. Na tym polegał urok i siła perswazji „pracowników” Klaudiusza: skutecznie wyciągali człowieka z domu.

Pierwsze ogłoszenie: „Dog silniejszy niż perszeron! Masz pełną gwarancję, że wyprowadzi cię na spacer!” Klaudiusz zamieścił w regionalnym wydaniu gazety ogólnokrajowej. Już następnego dnia dzwonił telefon i to kilka razy. W ciągu jednego tygodnia dwa dogi, a wkrótce także owczarek niemiecki, który trafił do Klaudiusza prosto z domu prywatnego właściciela, z powodzeniem służyły klientom. Była to ich praca.

Biznes prosperował, a jego właściciel był szczęśliwy. Klaudiusz potężnie awansował na drabinie powodzenia. Tak to odczuwał. Regularnie odbywając spacery z psami, utrzymywał się w doskonałej formie. Kiedy wszystkie były wypożyczone, biegał sam po lesie dla utrzymania kondycji. Jego biznes wywołał takie zainteresowanie, że pokazano go w telewizji razem z pupilami w programie edukacyjnym „Człowiek i zwierzę” i drugi raz w programie zdrowotnym „Aktywny wypoczynek”. Obydwa pokazy wywołały wielkie zainteresowanie i dziesiątki zapytań. Wydawało się, że co najmniej połowa ludzi niemających psów chce spróbować chodzenia na spacer z czworonogiem, który pomaga podjąć decyzję wyjścia na zewnątrz, pogoda czy niepogoda.

*****

Dwie potrzeby nowego biznesu stały się wkrótce oczywiste: zdobycie kolejnych psów, nie za wielu, bo trzeba było wszystko mieć pod kontrolą, oraz wynalezienie nowego, chwytliwego hasła reklamowego.

W schroniskach było dużo zwierząt, ale nie takich, które spełniałyby oczekiwania Klaudiusza. Ustalił kryteria. Pies powinien być dostatecznie duży, silny, spokojny, kochający ludzi i spacery. Także łatwy w utrzymaniu. Psy długowłose nie wchodziły w rachubę, ich czesanie i sprzątanie zrzucanej sierści było zbyt kłopotliwe. Ponieważ ludzie mają różne preferencje, potrzebne były psy różnej rasy. Na początek sfora Klaudiusza obejmowała dwa dogi, owczarka niemieckiego, dużego i łagodnego labradora, beagla będącego typem psa gończego oraz teriera Jack Russel, wytrzymałego i uwielbiającego przebywać na zewnątrz. Klaudiusz myślał jeszcze o bokserze; kilku klientów pytało go o psa tej rasy. Nowych „pracowników”, jak ich nazywał, szukał w schroniskach dla zwierząt, w ogłoszeniach o psach do oddania lub sprzedaży. Dał też ogólne ogłoszenie „Poszukuję psa”, licząc na zróżnicowane oferty.

*****

Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał różnych ludzi, z psami i bez psów: starsze małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi, samotne matki z niemowlakami, sportowców. Rzadziej spotykał samotnych mężczyzn. Ze wszystkimi chętnie rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować własny biznes. Łatwiej przychodziło mu nawiązywanie rozmowy z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.

– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć.

Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy i wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.

Biznes nosił nazwę jasną jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali jego sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.

Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma popularyzacji firmy i jej usług. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu psy, adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, oferującemu pomoc ludziom spragnionym spaceru i serdecznego towarzystwa?

Wypożyczalnia psów. Odc. 5

– Może pan być spokojny. Bokser jest w doskonałej kondycji, towarzyski i ma łagodny charakter. Uwielbia spacery – zapewniał kobiecy głos. Oferentka nie oczekiwała żadnego wynagrodzenia. Była to idealna okazja: pies krótkowłosy, idealnej wielkości, atrakcyjny wizualnie i łatwy w utrzymaniu, który szybko i łatwo wyciągnie klienta z domu. Właścicielka chwaliła swój towar. Rozmowa nie trwała długo.

Na pytanie, czy jest silny, odpowiedziała bez wahania: – Absolutnie tak. Także czysty, zadbany i zdrowy. Dla właściciela biznesu był to niezwykle ważny szczegół.

– Czy był szczepiony? – to było ostatnie pytanie Klaudiusza.

– A na co chciałby pan go szczepić? To dorosły osobnik, zdrowy, na nic nie choruje. Czy pan robił sobie ostatnio jakieś szczepienia? – nie była to miła odpowiedź, ale Klaudiusz mógł zrozumieć taką reakcję. Nie wahał się, śpiesznie udał się pod wskazany adres.

W poczekalni znajdowała się tylko jedna osoba. W rogu, na krześle, siedział masywny mężczyzna o głowie prawie kwadratowej i żuchwie przypominającej przemysłowe nożyce do cięcia blachy. Jego łagodne, nieco ospałe oczy stały w sprzeczności z dłońmi przypominającymi bochny razowego wiejskiego chleba.

– Pan też czeka na wejście do biura? – po chwili milczenia zapytał Klaudiusz.

– Nie – spokojnie odpowiedział mężczyzna. Miał mocny, tubalny glos. – Czekam na właściciela.

– Przepraszam, jakiego właściciela? – Klaudiusz nie zrozumiał.

– Jakiego właściciela? – powtórzył zdziwiony mężczyzna. – Jak to: jakiego? Na mojego właściciela – nieznajomy odpowiadał z takim spokojem, jakby rozmawiali o klockach Lego lub ładnej pogodzie.

– Ktoś jest pańskim właścicielem? – dopytywał się Klaudiusz, niepewny, czy zadaje właściwe pytanie. Spojrzał na nieznajomego z ukosa, niedowierzająco. Dziwna sprawa, pomyślał. Chyba chodzi o klub bokserski albo jakiś związek sportowy?

– Tak, mam nowego właściciela. Dzisiaj ktoś odpowiedział na ogłoszenie o mnie. Zaraz ten gość przyjedzie, to czekam.

– Klaudiusz zmartwiał. Twarz mu zbladła i serce zaczęło bić niespokojnie. Po chwili opamiętał się. Musiał jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– A gdyby właściciel nie przyjechał? – usiłował ratować się, negocjując.

– Nie szkodzi – ton głosu boksera nie zmienił się ani na jotę. – Wyświetlił się jego numer telefonu. Znajdziemy. Pożałowałby, gdyby nie przyjechał po mnie – żyły mówiącego nabrzmiały sinawo na dłoniach, szyi, twarzy i karku. Napięcie pokazywało wysiłek, jaki zadałby sobie, aby nie dopuścić do zerwania transakcji.

Klaudiusz pomyślał, że to jakiś głupi żart. Nie czekając na nic, zerwał się, krzyknął „przepraszam pana” i wparował do biura. Obok biurka stała kobieta z podciągniętą na prawym udzie spódnicą, poprawiała sobie właśnie podwiązkę pończochy. Przestraszyła się i zdenerwowała.

– Zachowuje się pan jak bezczelny pijak, którego przywieziono do izby wytrzeźwień!

Klaudiusz zignorował jej słowa.

– Przyjechałem po boksera z ogłoszenia, przywiozłem ze sobą klatkę, chyba wystarczy. Mam ją ze sobą.

– Chce pan wozić człowieka w klatce? Pan jest chyba nienormalny! Przecież powiedziałam panu wyraźnie: dużego boksera.

– Poznałem go właśnie, myślałem, że to jakiś kawał. Nie zamierzam go w ogóle zabierać.

– Musi go pan zabrać. Umowa jest umową. Skreśliłam go już z ewidencji naszego klubu. Zresztą on nie zamierza tu zostać. Jest zdecydowany odejść. Chociaż dobrze go karmimy, uważa, że żarcie u nas jest podłe i jest go za mało. Podłe i mało! Wyobraża pan sobie? Powiedział nawet, że wolałby już żarcie dla psa!

– Ma je u mnie jak w banku! – pomyślał mściwie Klaudiusz. Nie oponował już, wiedział, że sprawa jest fatalnie przegrana.

Nowy nabytek okazał się niespodzianką i to najlepszą z najlepszych, jakich właściciel rozwijającej się firmy wynajmu psów mógłby oczekiwać od losu. Bokser, Klaudiusz nie zmieniał mu już imienia, okazał się wspaniałym pomocnikiem. Był pracowity i spokojny, co najważniejsze, kochał psy, a one wprost za nim przepadały. Bawił się z nimi, karmił je, szczotkował, pielęgnował, chodził na długie spacery. Jedyna rzecz, Klaudiusz śmiał się w duchu, to tylko to, że nie jadł razem z nimi, choć, jak mówił, dobre puszkowane żarcie dla psów jest lepsze niż konserwy mięsne dla ludzi. – Oni ładują ludziom dużo więcej chemikaliów do puszek. Rzekomo dla bezpieczeństwa. Ja w to nie wierzę.- Wyjaśnił z przekonaniem.

Zawsze kiedy coś układało się wyjątkowo pomyślnie, w głowie Klaudiusza pojawiał się niepokój, że jest to zbyt dobre, aby trwało wiecznie. Myśl nie męczyła go długo, powracała jednak regularnie w okresach największych sukcesów.

*****

Mając nowego pomocnika, Klaudiusz mógł poświęcić więcej czasu na rozwój biznesu. Obserwując Boksera biegającego z psami, doszedł do wniosku, że powinien założyć coś w rodzaju klubu sportowego, w którym młodzi ludzie mogliby porównywać swoją sprawność ruchową ze zwierzętami.

Najpierw pomyślał o sekcji „Rower i pies”, lecz szybko mu to przeszło z powodu współczucia dla zwierząt. Widząc kiedyś psa biegnącego obok roweru, na którym siedziała tęgawa kobieta w kasku i czerwonej koszulce, Klaudiusz pobiegł za nimi. Był w formie, chciał sprawdzić, co to znaczy biec w tempie wyznaczonym przez rowerzystę. Nie podobało mu się to doświadczenie, uznał, że układ nie jest fair. Po zakończeniu biegu zaproponował kobiecie, aby dała się pociągnąć na smyczy lub na lince, jeśli tak woli, za rowerem, którym on pojedzie. Zaskoczona, a nawet trochę oburzona, odmówiła. Potem jednak, po chwili refleksji, kiedy jej powiedział, że warto spojrzeć na bieganie przy rowerze z punktu widzenia zwierzęcia, zgodziła się. Przebiegła niewiele więcej niż sto metrów. Przyznała, że było to dla niej ważne i bardzo pouczające doświadczenie.

– Więcej nie będę już ciągnąć psa na smyczy za rowerem. To nic fascynującego – deklaracja rowerzystki głęboko usatysfakcjonowała Klaudiusza. Zawsze w takim przypadku wracała mu cząstka wiary w człowieka, zwłaszcza w kobiety. Ciągle jeszcze męczyła go pamięć o żonie, która go opuściła, zabierając ze sobą córeczkę.

W grudniu Klaudiusz otrzymał kartkę bożonarodzeniową z życzeniami. Było to właściwie zdjęcie. Figurowała na nim szczupła, opalona i radośnie uśmiechnięta kobieta w ciepłym zimowym dresie oraz pies. Klaudiusz nie rozpoznał kobiety, pies natomiast przypomniał mu się od razu, jamnik krótkowłosy z czarnymi mądrymi oczami i srebrną obróżką na szyi. Oprócz życzeń świątecznych na kartce był dopisek: Jestem szczęśliwa, że biegam teraz razem z moim Tuptusiem, a nie ciągnę go, jadąc na rowerze. Niech Bóg Pana błogosławi!

Następnym pomysłem Klaudiusza był klub spacerowicza. Idea wzięła szybko w łeb; była to zbyt spokojna forma rozrywki.

Wypożyczalnia psów. Odc. 6 (ostatni)

Między uczestnikami, ludźmi i psami, nie pojawia się nawet cień rywalizacji, tylko czysta przyjemność biegania razem i testowania, kto jest szybszy lub bardziej wytrwały. Klub otrzymał nazwę „Razem ze swoim psem”. Wkrótce, zgodnie z powszechną praktyką, do nazwy rodzimej Klaudiusz dodał nazwę w języku angielskim „Together with your dog” oraz hiszpańskim „Junto con su perro”. Zanim się spostrzegł, pojawili się obcokrajowcy chętni zapisać się do klubu i uczestniczyć w zajęciach. Byli to głównie zagraniczni studenci oraz pracownicy ambasad, konsulatów, firm i organizacji zagranicznych. Bliskość stolicy kraju sprzyjała rekrutacji nowych członków.

„Szczęście ma zawsze początek i koniec” – pomyślał Klaudiusz, kiedy otrzymał pismo od byłego właściciela działki i budynku, na której znajdowała się jego firma. Po drugim, dokładnym zapoznaniu się z treścią pisma ogarnęła go smutna refleksja. Po głowie chodziły mu te same nieporadne myśli: takie jest życie, nawet planety i galaktyka mają swoje granice, tylko Bóg jest wieczny, a i to nie wiadomo. Idea wieczności Boga była dla niego pocieszeniem, ale tylko połowiczym, bo filozoficznym. Takie pocieszenia czasem na niego działały, częściej jednak nie, wywołując jedynie ból żołądka, podobnie jak alkohol.

„Jak długo jesteś nim upojony, wszystko jest w porządku. Potem jest już tylko kac i kac” – Klaudiusz miał wiele wspomnień z okresu bezdomności. „Bez domu jest gorzej niż bez alkoholu” – pomyślał i skurczył się, jakby zrobiło mu się zimno.

Działka, którą kupił wraz z budynkiem, była własnością wieczystą. To było mu wiadome. Kiedy ją kupował, do końca dzierżawy wieczystej pozostawało jeszcze siedemdziesiąt pięć lat. Było jednak coś, czego nie był świadomy. W momencie podpisywania umowy zakupu istniały już plany budowy autostrady przecinającej teren działki, choć sprzedający zapewniał go solennie, że nikt na tym terenie nie planuje żadnych inwestycji. Opowieść sprzedającego była kłamstwem, lecz winą kupującego było niesprawdzenie zapewnień. Był to fatalny błąd, ponieważ w przypadku realizacji inwestycji państwo miało prawo pierwokupu. Na swoich warunkach oczywiście. Kilka tygodni później Klaudiuszowi zaoferowano cenę dużo niższą od tej, jaką sam zapłacił.

Formalnie mógł dochodzić w sądzie wyższej ceny. Było to jednak ryzykowne i kosztowne; sądy działały przewlekle, a adwokaci wysoko cenili swoje nawet przeciętne usługi. Jeden z jego klientów, ten, który pożyczał beagla, był adwokatem i Klaudiusz zasięgnął jego opinii. Wydała mu się wyważona i sensowna. Adwokat sugerował poddać się.

– W najlepszym wypadku pańska sprawa będzie w sądzie nie wcześniej niż za pół roku, ze wskazaniem na przegraną, gdyby odwoływał się pan od wyroku. Odwołanie na nic by się zresztą nie zdało, bo z przeciwnikiem raczej pan nie wygra, skoro jest to państwo, nie osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo prywatne – adwokat nie używał słowa „na pewno” tylko „raczej”, choć miał na myśli „na pewno”. „Lepiej być ostrożnym i zachować odrobinę niepewności” – tak myślał, lecz nie mówił tego głośno.

Klaudiusz nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie „nieudany inwestor i biznesman”, jak określiła go Anastazja, stracił działkę, budynek i biznes, otrzymując w zamian niepełną rekompensatę. Pomyślał o sobie, że tym razem rzeczywiście miała rację. Zabolało go to podwójnie. Nie była to ocena obiektywna, gdyż w każdym biznesie istnieje ryzyko niedopatrzenia czegoś istotnego mimo wykazania pełnej staranności.

Zabolała go nie tylko strata finansowa, ale i opinia osób bliskich, przede wszystkim zaś Anastazji, z którą łączyła go malutka Nuczka. Anastazja uznała, że była to w stu procentach jego wina. Wobec wspólnego znajomego nazwała go bałwanem i obdarzyła jeszcze kilkoma innymi epitetami. Zachowywała się tak, jakby ją cieszyło, że nie będzie mógł teraz płacić alimentów na córkę.

Była to sprawa, którą sam skierował do sądu. Chciał zawrzeć ugodę z żoną, że będzie nadal płacić alimenty, ale w mniejszej wysokości, ponieważ jego sytuacja materialna znacznie się pogorszyła. Sąd nie uznał jego argumentów, uważając, że może podjąć pracę. Kiedy Klaudiusz zdał sobie sprawę, że wkrótce nie będzie mieć żadnych środków ani dochodów, przestało go to martwić.

– Nic mi nie pozostanie, bo wszystko zabierze bank na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego przy zakupie działki – podsumował ze smutkiem.

Kiedy dopadło go nieszczęście, wydało mu się, że wszyscy, rodzina, przyjaciele, znajomi, mieli mu za złe jego „psi” biznes. Dołączył do nich niespodziewanie Związek Ochrony Zwierząt Domowych, już wcześniej występując przeciwko Klaudiuszowi do sądu. Odbył z nimi kilka rozmów wyjaśniających.

– Prowadził pan hodowlę psów bez zezwolenia – to był poważny zarzut. Klaudiusz bardzo źle go odebrał, uważał, że postępował uczciwie. Po ostatniej rozprawie w sądzie, która miała być pojednawcza, doszedł do wniosku, że Temida naprawdę jest ślepa, a oskarżający go ludzie są sukinsynami tak samo ślepymi, jak ona na rzeczywistość i głuchymi na rozsądne argumenty.

– Nie prowadzę ani nie prowadziłem hodowli psów, tylko wypożyczalnię psów – tłumaczył cierpliwie.

– A te dwie suki, które się oszczeniły? Sprzedał pan wszystkie szczeniaki. I zapewne nawet nie wykazał pan dochodu do urzędu skarbowego! – tego rodzaju argument Związku Ochrony Zwierząt Domowych był podwójnie przykry. Był kłamliwy, w dodatku groził dochodzeniem ze strony urzędu skarbowego.

Szczeniaki Klaudiusz rozdał bezpłatnie, gdyż nie miał czasu czekać, aż wyrosną z nich psy, które mógłby wypożyczać. Rozdał je z wyjątkiem jednego, za którego klientka uparła się mu zapłacić. Nie zamierzał przyjąć zapłaty, ale ona nalegała.

– Musi pan przyjąć, bo prowadzi pan nabożne dzieło, dba pan o zwierzęta, a mnie nie brakuje pieniędzy – przyjął, kiedy ustalili, że jest to forma podziękowania, którą obdarowana szczeniakiem wyrazi w postaci puszek z żywnością dla psów. Tak się stało. Do głowy mu nie przyszło, że dokonuje transakcji handlowej i powinien ją zgłosić jako darowiznę.

Sprawy w sądzie Klaudiusz przegrywał jedna po drugiej. Miał adwokata z urzędu, bo nie stać go było na własnego. Adwokat, poniekąd przyzwoity człowiek, starał się zrobić dla niego jak najwięcej, ale miał zbyt wiele innych zajęć, aby poświęcić mu tyle czasu, ile wymagało osiągnięcie korzystniejszych wyroków. Z Regionalnym Urzędem Dróg i Mostów przegrał sprawę wyższej ceny za działkę, z żoną sprawę o alimenty, ze Związkiem Ochrony Zwierząt Domowych o hodowlę psów, w końcu także sprawę dochodu rzekomo ukrytego przed urzędem podatkowym. Nie trafiła ona nawet do sądu, gdyż urząd podatkowy wydał mu nakaz natychmiastowej zapłaty zaległego podatku wraz z urzędowymi odsetkami.

Zobowiązania wobec dłużników, opłaty i koszty sądowe oraz różne inne wydatki znacząco przekroczyły wartość majątku Klaudiusza. Goły jak święty turecki dostał w dodatkowym, ostatnim już procesie, wyrok skazujący go na więzienie za niepłacenie długów. Nie walczył już o nic, wszystko wydało mu się zbyt skomplikowane, całkowicie zobojętniał. Zanim fizycznie stał się bezdomnym, był już nim w sercu i w umyśle.

*****

Po wyjściu z więzienia, było to wczesne lato, Klaudiusz udał się prosto pod most na rzece, gdzie niegdyś koczował. Od czasu do czasu zjawiał się w mieście, kiedy potrzebował coś kupić lub choćby przejść się i zobaczyć, jak wygląda bogaty świat. Nikt go nie poznawał, nikt nie pamiętał.

Miał tylko jeden moment prawdziwej satysfakcji. Któregoś dnia nad rzekę trafił przewodniczący Związku Ochrony Zwierząt Domowych, który oskarżał go o nielegalną hodowlę psów. Klaudiusz upewnił się, że przybysz go poznaje, po czym ze sportową energią i rozkoszą sprał go po pysku, a na pożegnanie poczęstował zdrowym kopem w siedzenie. Zdarzenie to zachował w sercu jako pamiątkę dobrych czasów.

*****

Teraz rozmyślał, pół siedząc, pół leżąc na starym grubym swetrze przy drzwiach wejściowych nieznanego domu. Wszystko mu się przypomniało. Naprzeciwko znajdowało się schronisko dla bezdomnych, gdzie mieszkał od tygodnia. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o mur budynku, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. W ręku nie trzymał jednak plastykowej torebki owiniętej wokół butelki toniku Schweppes, tylko torebkę papierową, z której wyjmował resztki obiadu, aby karmić psa-przybłędę, podobnego wygnańca losu, jak on sam. Mimo że był to kundel, był dla niego źródłem radości motywującej do myślenia o innym, lepszym życiu.

Ktoś podszedł i rzucił dwa piątaki do rozpostartej na ziemi czapki. Głośno zadźwięczały. Chwilę potem podszedł ktoś drugi, a potem podchodzili jeszcze inni ludzie. Byli w różnym wieku, różnie ubrani, nie przyglądał im się. Wszyscy oni przypatrywali się jednak uważnie Klaudiuszowi i wrzucali pieniądze. Nie były to drobniaki. Ostatni darczyńca powiedział głośno:

– Tworzycie wyjątkowo fotogeniczną parę.

Klaudiusza olśniło. Do głowy przyszedł mu fantastyczny pomysł. Poczuł, jak serce żywiej mu bije, a krew szumi w żyłach. Wstał z głębokim postanowieniem, że tym razem nie da się zjeść w kaszy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 2019

Opowiadanie jest jest częścią zbioru „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”, wydanie książkowe, Gdańsk 2019.

0Shares

Do Pana Szymona

Przez formularz kontaktowy strony autorskiej otrzymałem dzisiaj email od pana Szymona. Był tak sympatyczny, że postanowiłem go przytoczyć z pewnymi skrótami i odpowiedzieć na niego pozwalając sobie zachować tylko imię nadawcy.

„Spotkaliśmy się dzisiaj w tramwaju na Powstańców Warszawskich. Chciałem Panu podziękować za wizytówkę, którą od Pana otrzymałem. Spodobały mi się Pana opowiadania. Nie czytałem jeszcze wiele, ale na pewno to zrobię. Dziękuję jeszcze raz. Szymon”

Drogi Panie Szymonie,

Pański email to miła niespodzianka i motywacja dla mnie. Proszę do mnie pisać. Może ma pan jakiś ulubiony temat na opowiadanie? Mam kilkadziesiąt projektów. Rozkręcam się. Chcę stworzyć duży zbiór opowiadań, dobrą rozrywkę, dostępną bezpośrednio także ze smartfonu, wartościową literacko (mam nadzieję), pokazującą obecne i rodzące się czasy. Głos każdego czytelnika jest dla mnie cenny.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

PS 1. Pisząc to zachęcam wszystkich Czytelników do przedstawiania swoich opinii bezpośrednio w formie komentarzy do blogów lub poprzez formularz kontaktowy do mnie. Także do stawiania lajków. Są dla mnie ważne, kiedy wybieram opowiadania do publikacji książkowej.

PS 2. Pisać to i tak będę niezależnie od ilości lajków, ponieważ uparłem się zostać znanym pisarzem. Popularność pisarza, to oprócz konsekwentnie dobrej jakości utworów, jedynie dotarcie do dużej ilości Czytelników.

PS 3. Liczę w szczególności na mieszkańców Gdańska, nie wspominając dzielnicy Piecki-Migowo, a konkretnie ulicy Myśliwskie Wzgórze i Osiedla Klimaty, gdzie mieszkam i włóczę się po nocach, kiedy nie mogę spać. 

Bądź patriotą!
Popieraj lokalnego pisarza!
Think globally, act locally!

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 7: Miasto Patan i Bhatapur.

Na ulicach Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały,ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził.

Transport masowy, do czterech osób, odbywał się na motocyklu. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była najwyższa forma ekwilibrystyki. Zagraniczni turyści patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, ryksze nożne i motorowe wyposażone terkoczący i śmierdzący silniczek, wózki ciągnięte przez człowieka-kulisa oraz wózki ciągnięte przez konie lub wielbłądy.

Nie było też problemu, kiedy coś się zepsuło. Co jakiś czas mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku lub garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawcze urządzeń technicznych,

Iwan Iwanowicz jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tylko ludzie i środki komunikacji są współczesne w Patan, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Co do zabytków historycznych, była to czysta prawda. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane.

 

Iwan Iwanowicz tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował wielkiego imperium; Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju.

Iwanowi Iwanowiczowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość uczestników robiła w mieście zdjęcia lub nagrywała na kamerze video. Czyniono to w pośpiechu, nikt się nie wyróżniał. W najciekawszym miejscu Iwanowi Iwanowiczowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Kiedy to stwierdził, gorzko złorzeczył, zupełnie niepotrzebnie i niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem oglądali misy lecznicze zwane singing bowls, śpiewające misy, wykonane z siedmiu metali i stopów metali, ręcznie kute.

Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niesamowicie długi, przejmujący i pulsujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, obwodzenie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką powodowało, że woda burzyła się, tworząc żywe rozpryski, prawie przelewając się na zewnątrz.

****

W hotelu oceniali, jak przeżyli dzień. Grupa wiekowo stanowiła kwiat dojrzałości, a ten jak wiadomo, ma skłonności więdnięcia i podobne przypadłości. Jeden z mężczyzn, nazywali go Alko, nałykał się miejskiego powietrza i słaniał się podtruty.

– Każdemu świeże górskie powietrze może uderzyć do głowy – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu na ozdobnym kominku. Twierdził, że czyni to dla relaksu. Na początku myśleli, że mówi prawdę. Wyglądał blado, co przyjęto za oznakę powagi. Niektórzy rodacy, nawet jeśli uważali, że jego wyjaśnienie i organiczna słabość maja się do siebie jak pięść do nosa, woleli zinterpretować to zdarzenie na jego korzyść.

– Nikt nie lubi być krytyczny wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród Hindusów, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnieciem cywilizacji. To byłoby niepatriotyczne.

Sytuacja z samopoczuciem rodaka w mieście Patan, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, była dwuznaczna. W kuluarach rozwinęła się dyskusja na temat moralności, alkoholu, miłości bliźniego i palenia na stosie. Niektórym skojarzyło się to z Inkwizycją. Temat nie podobał się, uznano go za zbyt bolesny w kraju, gdzie ludzie są na ogół tolerancyjni i bez kłopotów respektują odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać. – Iwan Iwanowicz zdobył się na ubogie podsumowanie sytuacji. Poczuł się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań. Usiłując zakończyć mroczny temat Inkwizycji Iwan Iwanowicz przedstawił wiersz zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 1: Podróż do Indii.

Podróż do Indii zawsze była dla Iwana Iwanowicza potrzebą ducha, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową, świątynię historycznej, społecznej i duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mieszanka religijna mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, po chrześcijaństwo. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Iwan Iwanowicz śnił o tym i marzył. Indie układały mu się w korowód osobliwości: guru, fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, monstrualne bogactwo i niewiarygodna nędza. W jego pamięci wyróżniał się bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego.

Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska. Iwan Iwanowicz pamiętał niektóre atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Było tego znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem, Iwan Iwanowicz znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, pracowite i spokojne słonie, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii, pogodzenie się z samym sobą, pomoc innym. Sathyę Sai Babę Iwan Iwanowicz pamiętał z jego zdolności materializowania z niczego, w pustej dłoni, jasnego świętego popiołu, którym posypywał głowy wiernych, poza tym joga i inne praktyki duchowo-fizyczne. Był jeszcze zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na stosie suchego drewna i zrzucanie ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której dla zdrowia regularnie zanurzały się rzesze wiernych. Także Mahatma Gandhi, który milczącym biernym oporem pokonał potężne imperium brytyjskie niosąc wyzwolenie swojemu narodowi.

Najbardziej jednak wyobraźnię Iwana Iwanowicza rozpalił Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o niespotykanej wprost wierze i wytrwałości. Iwan Iwanowicz oglądał film o nim kilkakrotnie z trudem wierząc, że jest to możliwe. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka jego wyznawców przygrywając dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka wytrwałość i odporność imponowały Iwanowi Iwanowiczowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno „święte” przyrzeczenie, którego nie dotrzymał.

Wyjazd do Indii stał się życiową koniecznością, którą Iwan Iwanowicz musiał w końcu zrealizować. W biurze podróży wykupił wycieczkę, w której programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, odczuwał dreszcz podniecenia. Starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc, ale niewiele mu to dało. Doszedł do wniosku, że aby coś zapamiętać, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy, doznać i przeżyć. Zanotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki, aby nic nie stracić.

Podróż rozpoczynała się w stolicy na lotnisku międzynarodowym. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury, dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

*****

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspres miał do zabrać do stolica, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

****

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Będąc już na peronie, nie słuchał zapowiedzi, gdzie znajdują się poszczególne wagony. Wydało mu się logiczne, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że wagon numer sześć, siedem i osiem były na początku pociągu, a wagon jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć nie było w ogóle. Kolej odwróciła porządek. Przeklinając, Iwan Iwanowicz pokonał dystans prawie biegiem w zdenerwowaniu i zażenowaniu, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie z nim dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił. Iwan Iwanowicz dowiedział się, że w kolejce dojazdowej nie można kupić biletu. W pośpiechu odszukał automat biletowy. Kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który prosił go o pomoc. Był zmęczony, nieogolony, mówił z nieznacznym obcym akcentem.

– Nie mam pieniędzy, nie wiem co zrobić. Muszę być na lotnisku. Mam się tam spotkać z przyjacielem. Przyjechałem tutaj do pracy, ale właśnie ją straciłem

Iwan Iwanowicz kupił mu bilet kierując się współczuciem. Nie wahał się, choć nie miał pewności, czy mówi on prawdę. Wydatek uznał za dobry uczynek. Chwilę potem, kiedy pomyślał o Indiach, za jałmużnę. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób razem z nimi dwoma. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się w myślach na celu wycieczki. Przed oczami stanął mu toczący się święty, prosty, brodaty, skąpo ubrany mężczyzna o niezwykłej sile ducha. To mobilizowało podróżnika do wytrwałości, nie tylko w drodze do Indii.

Lotan Baba, the Rolling Saint, video 9 minut https://www.youtube.com/watch?v=QaCItcf2iSA

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 4 z 4.

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 3 z 4.

Dwie męczące wizyty u lekarzy dały się Iwanowi Iwanowiczowi we znaki. Prowadząc życie samotnicze, nie miał wiele rozrywki, za to sporo obowiązków. Tego wieczoru postanowił zrelaksować się, najpierw obejrzeć dziennik telewizyjny a potem jakiś ciekawy program publicystyczny, ewentualnie film. Z wygodnej perspektywy ulubionego fotela zobaczył inny świat, świat telewizji, i poczuł się jak widz na honorowej trybunie najsłynniejszego cyrku na świecie Shanghai Circus World. Był przekonany, że nie ma lepszego cyrku niż chiński.

Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ inne ciekawsze myśli pchały mu się do głowy niby samobójcze ćmy do ognia. Słyszał nawet cichy szum skrzydlatych myśli. Iwan Iwanowicz oderwał się od ekranu, od dwóch dni pokazującego ginące w męczarniach zwierzęta, walące się domy i monstrualne pożary na kilku kontynentach. Jego własny świat w tym momencie był nie mniej, ale bardziej okrutny, z tym, że w innej perspektywie. Był bogatszy i bardziej zawikłany. Iwan Iwanowicz myślał o mężczyźnie, produkcie biologicznej ewolucji ulegającym teraz przyśpieszonej degradacji. Wniosek był tylko jeden i nie budzący wątpliwości: osobnicy reprezentujący męski nurt ludzkości kurczyli się i stopniowo zanikali. W długim tunelu swojej mrocznej wizji Iwan Iwanowicz dostrzegł nawet ostateczny zanik mężczyzny. Drugą wersją tego scenariusza, jego szlachetniejszą a przynajmniej łagodniejszą odmianą, był mężczyzna poddany recyklingowi. Brzmiało to okropnie, Iwan Iwanowicz postanowił jednak postawić prawdę na najwyższym piedestale, bez względu na konsekwencje.

– Mężczyzna degraduje się, starzejąc się oraz gatunkowo – zdecydował w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Jego myśli układały się składniej niż świeże deski sosnowe sztaplowane w tartaku w latach młodości.

Swoją opinią podzielił się z mężczyzną w telewizorze. Wyobraził sobie, że go wysłucha i zechce podjąć z nim dyskusję.

– Bardzo mi się to podoba, co pan mówi – odpowiedział bez wahania prezenter wiadomości wieczornych, poruszając ustami bez wydawania głosu. Wyglądało to bardziej naturalnie niż kiedy mówił. Wstał zza stolika, obszedł go i zniknął za kulisami.

Iwan Iwanowicz wykorzystał ten moment, aby przynieść sobie z kuchni gorącej kawy. Miał kawę w kubku na stoliku przed sobą, ale już wystygła. Postanowił ją podgrzać w metalowym rondelku. Często to robił, lepiej mu wtedy smakowała. Kawy mógł pić do woli; jego organizm był stworzony do przetwarzania kofeiny w celu podniesienia się na duchu. Do kawy dolał sobie trochę brandy. To jeszcze bardziej go przywróciło go do życia.

Kiedy wrócił do salonu, w pobliżu kanapy stał już prezenter dziennika TV. Iwan Iwanowicz domyślił się, że dostał się tam przez ekran. Mężczyzna nonszalancko otrzepał spodnie z niewidocznego zabrudzenia i rozejrzał się po pokoju.

– Wygodnie tu u pana. Ta kanapa szczególnie mi się podoba. Jest naprawdę wygodna. Pozwoli pan, drogi Iwanie Iwanowiczu, że przysiądę sobie na niej i wypiję z panem mojego ulubionego drinka Gin and Tonic, w którym szalenie gustuję – zaczął, rozglądając się z ciekawością po pokoju. – Proszę mi nie pomagać, sam się obsłużę. Sprawdziłem już barek, jest gin, tonic a lód jest zapewne w zamrażalniku w kuchni. Znajdę bez problemu.

Gospodarzowi podobały się światowe maniery gościa. Uznał go za najmilszego prezentera wiadomości, jakiegokolwiek widział na oczy.

Kilka minut później Iwan Iwanowicz przedstawił rozmówcy swoją najnowszą teorię gasnącego mężczyzny.

– Rozumiem mężczyznę jako przedstawiciela męskiej linii gatunku ludzkiego – zaczął. Już od pierwszego zdania czuł, że idzie mu wyjątkowo dobrze.

Wiedzę do swoich teorii Iwan Iwanowicz czerpał głównie z doświadczeń. Był empirykiem. To określenie sprawiało mu przyjemność, dobrze mu się kojarzyło. Wywoływało niezwykle delikatny masaż serca zmęczonego długą drogą życia. W określeniu „empiryk” było coś starogreckiego; to go tym bardziej poruszało, że w jego żyłach płynęła krew wywodząca się z tamtych obszarów geografii i kultury. W morzu słowiańszczyzny Iwan Iwanowicz czuł się mieszańcem, czasami nawet prawie kundlem, tak niezwykle bogaty był zestaw cech dziedziczonych po przodkach z innych krajów i kultur. Płynęła w nim krew grecka, cygańska, rosyjska i polska. Przy swoich religijnych usposobieniach i skłonnościach podejrzewał nawet Żydów i Arabów, że stanęli twórczo na drodze przodków wytyczających jego linię rozwoju ewolucyjnego. Stanowiło to zachętę do empatii i bycia otwartym wobec bliźnich.

*****

Zasilony świeżymi doświadczeniami, teorię zanikania mężczyzny Iwan Iwanowicz oparł mocno na dwóch specjalistycznych nurtach ewolucji człowieka: ewolucji uzębienia oraz ewolucji prostaty.

– Pokarm, napoje i wydalanie to podstawa metabolizmu. Ewolucja długo nad tym pracowała. Bez pokarmu nie ma życia. To środek energetyczny. A ten nie jest możliwy do przyjęcia, jeśli człowiek nie jest w stanie go pogryźć i rozdrobić. Stad niesamowita ranga zębów.

Są one – Iwan Iwanowicz zawahał się – może i najważniejszym organem człowieka. A jeśli nie najważniejszym, to jednym z najważniejszych – zastrzegł się. Mówiąc gestykulował prawą ręką, w lewej trzymając szklankę z ginem i tonikiem. Jego twarz zarumieniła się.

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 2 z 4.

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie, jakby była produktem nijakiego czasu, trzyma za rękę potulną dziewczynkę. Jest to jeszcze dziecko, cierpliwe, milczące, zatopione w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze poinformowano, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją relację kończąc „Człowiek jest tylko rzeczą”. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał dalej. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – ogarnia go refleksja. Był przyzwyczajony do dialogów wewnętrznych tego rodzaju. Starał się prowadzić znaczące życie, świadomie angażować w to, co robi w danej chwili.

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 6: Spotkanie opłatkowe.

Przełom starego i nowego roku prosił się o uświęcenie. Dyrektor Kukuła starał się o tym pamiętać, lecz wciąż zapominał. Żył w natłoku spraw i obowiązków; czasem mieszało mu się w głowie, co jest pilniejsze, a co mniej pilne. Jego myśli rwały się, przeskakiwały jedna na drugą jak strumień rozbijający się o kamienie, przęsła mostu i korzenie.

– Musi to być coś przełomowego, co wszyscy zapamiętaliby. Przypominał sobie wydarzenia z własnego życia, wielkie chwile, które głęboko przeżywał. Do głowy cisnęły mu się hasła: spowiedź w kościele, mądrość i przyzwoitość, zaufanie do drugiego człowieka. To ostatnie okazało się najważniejsze. Dyrektor marzył o uroczystości oczyszczającej pracowników i publiczność teatru duchowo i emocjonalnie.

Pomysł spotkania opłatkowego od razu przypadł mu do gustu. Rozmawiał ze sobą w duchu: „Spóźnione, bo spóźnione, ale ważne. Spóźnienie da się wytłumaczyć”. W ruch poszła wyobraźnia scenarzysty, reżysera, inspiratora. Dyrektor zobaczył przed oczami aktorów, publiczności, członków zarządu. Wszystkie postacie nabierają życia, mówią od serca o sobie i o teatrze, wyznają grzechy, kajają się, proszą o przebaczenie, obiecują poprawę.

Dyrektor od ręki ustalił termin i podał go sekretarce, aby nadała bieg sprawie. Poprosił ją, aby na ogłoszeniu zacytowano słowa Johanna Wolfganga Goethe: „Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe i nieprawdopodobne”.

*****

Spotkanie odbyło się na scenie nowej sali teatralnej „Nowenna”. Zgromadzili się tam wszyscy pracownicy teatru: zarząd, administracja, aktorzy sceniczni, aktorzy-widzowie. Na złotej mosiądzowanej tacy, zdobionej florystycznymi wzorami, wniesiono opłatek wielki jak bochen chleba i biały jak śnieg. Dyrektor Kukuła ubrany w czerwony królewski płaszcz Ferdynanda VII, zdobny złotym łańcuchem, białoniebieską wstęgą orderu i licznymi odznaczeniami na czarnym kaftanie, wykonał nad opłatkiem znak krzyża.

Głos mu się łamał ze wzruszenia.

– W ostatnim roku nastąpiły wielkie przemiany. Zmieniliśmy się. Ja sam się zmieniłem. Zakończenie starego roku i rozpoczęcie nowego skłania do refleksji, szczerej rozmowy, pojednania i podejmowania zobowiązań. 

Dyrektor oderwał się od stołu, gdzie ustawiono tacę z wielkim opłatkiem, przyciężki, z wystającym brzuchem, i ruszył w kierunku Karola Zajączka, stojącego w pieszym rzędzie oczekujących. Zajączek, przewodniczący związku zawodowego aktorów teatru, najczęściej przeciwstawiał się dyrektorowi, chciał rozmawiać i dyskutować jego pomysły. Wedle słów dyrektora Karol Zajączek był niezniszczalny, uparty jak kozioł, nieprzerwanie składał męczące go propozycje usprawnień, zmian i poprawek. Był aktorem, któremu dyrektor najczęściej kneblował usta. Kukuła nienawidził jego uśmiechu zaczepionego między dwoma zajęczymi zębami.

– Bracie! – dyrektor wyciągnął ręce w kierunku Zajączka. Łzy stanęły mu w oczach. Żółto błyszczące w blasku lampy i złoceń królewskiego płaszcza, zatrzymały się na policzkach dyrektora, rzucając połyskliwy złoty blask na najbliżej stojące osoby.

 – Pojednajmy się! – dokończył dyrektor.

Zajączek zawahał się. Rozejrzał się po osobach stojących obok, czekając na jakiś znak, sugestię, reakcję. W głowie mu szumiało.

– Gest dyrektora, jego oferta – myślał niespokojnie – są niesamowite. On szuka pojednania. To okazja – zdążył pomyśleć aktor, zanim rzucił się w ramiona pryncypała. Po złożeniu sobie życzeń mężczyźni natychmiast wdali się w rozmowę, zapominając o bożym świecie.

*****

Przed zebrany w sali tłum wysunął się plenipotent Dua. W przebraniu pasterza, bez garnituru – nigdy nie widziano go inaczej – wyglądał dostojniej, bardziej naturalnie i przekonująco. Rumiany na twarzy, z okrągłymi oczami zdziwionego wieśniaka, wyprostowany i swobodny, rozejrzał się z ciekawością na prawo i na lewo. Mówił od serca. Jego głos stopniowo stawał się coraz mocniejszy, pewniejszy siebie.

– To jest spotkanie, jakiego oczekiwałem od dawna. Dyrektor Kukuła dał nam przykład. Nadszedł czas, kiedy wszyscy, jak tu jesteśmy, dyrektorzy, pracownicy wyższego i niższego szczebla, aktorzy i widzowie, możemy powiedzieć sobie szczerze to, co leży nam na sercu. Byłem figurantem. Postanowiłem to zmienić. Dziś rano uruchomiłem resztkę mojej dumy.  Od dawna o tym myślałem. Podobnie jak Zajączek, czułem potrzebę zmniejszenia zależności od od dyrektora teatru, który i mnie często każe robić to, na co niekoniecznie mam ochotę. Przez kilka lat współpracy krępowałem się wyrazić głośno moją opinię na temat mojej godności, a przecież wokół dzieje się tyle ciekawego. Dlatego dzisiaj ogłaszam moją zawodową niezależność do dyrektora, co wyznaję w waszej obecności. Tak mi dopomóż Bóg!

Plenipotent uderzył się w pierś, po czym kontynuował.

– Jutro wezwę do siebie tego wysuszonego starca z nowym uzębieniem, łajdaka niezwykle udanie grającego rolę dobroczyńcy , którego ostatnio awansowałem, i powiem mu prosto w oczy:

– Stań tu, nikczemniku, to cię zdegraduję. Wyłudziłeś ode mnie awans, przejście na dobrze płatną emeryturę, oszukałeś mnie. Była noc, byłeś w przebraniu, nie zauważyłem, że to ty. Dlatego teraz musisz odejść. Jesteś symbolem zła dawnych czasów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym pozostawił cię na wysokim stanowisku, na które sam cię nierozważnie wyniosłem za rekomendacją dyrektora Kukuły. Dostaniesz jednak solidną odprawę, ponieważ ja ludzi nie krzywdzę.

Skoczywszy swoją kwestię, Plenipotent odetchnął.

– Tyle miałem do powiedzenia. To jest mój wkład w rozwój naszego ukochanego teatru.

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 5: Rozmowa o przyszłości

Anna, sekretarka dyrektora Kukuły, kończyła śniadanie, kiedy zadzwonił telefon. Dyrektor mówił w pośpiechu, jakby był ponaglany przez kogoś stojącego obok.

– Pani Anno! Proszę jak najszybciej przyjechać do biura. Musi mi pani pomóc. Mam ręce pełne roboty. Udzielam dziś wywiadu, muszę się przygotować. Przewiduję różne pytania.

– Dzisiaj przecież teatr nie pracuje! Mamy dzień wolny od pracy.

– Pracuje, nie pracuje, proszę przyjechać. Pilnie potrzebuję panią. Jest mi pani bardzo potrzebna.  

Nie mogła odmówić, musiała przyjechać. Była zła, bo była już spakowana. Obiecała siostrze, że ją odwiedzi. Przeczuwała, że w pracy szykuje się coś niezwykłego, ponieważ dyrektor kilka razy używał słowa „muszę” lub „musimy”. Pomyślała, że będzie się czuć lepiej mając kogoś za ścianą. Ostatnio nie wyglądał dobrze. Chodził jak podminowany.

*****

Dyrektor Kukuła spodziewał się, że po transmisji wywiadu udzielonego niezależnej telewizji nastąpi burza medialna.

– Muszę być przygotowany na najgorsze – mruknął do siebie.

Kiedy Anna weszła do sekretariatu, wokół panowała cisza. Zdjęła ubranie i zapukała do drzwi gabinetu dyrektora, weszła do środka i zamieniła z nim kilka słów. Otrzymała instrukcje i wróciła do swego pokoju. Czekała na przyjście gościa. Nie martwiła się, że będzie się nudzić. Zawsze nosiła ze sobą książkę do czytania. 

Wkrótce usłyszała podniesiony głos dyrektora. Rozmawiał z kimś. Nie mogła to być reporterka, bo nikt nie dzwonił do drzwi wejściowych. Anna pomyślała, że to ktoś z zarządu teatru, kto miał klucze do bocznych drzwi budynku.

*****

Dyrektor zaprosił reporterkę, aby usiadła na fotelu naprzeciw jego biurka. Była inaczej ubrana i jakby wyższa. Nie zastanawiał się nad tym. Czekał na pytania. Nie zaskoczyły go.

– Nad jakimi projektami pracujecie państwo teraz? Kto będzie zajmować się ich realizacją?

Dyrektor słuchał wpatrując się w maskę wiszącą na ścianie nad fotelem. Przez chwilę miał wrażenie, że fotel odsuwa się od niego w kierunku ściany. Skoncentrował się.

– Mamy przed sobą wyzwań co niemiara. Angażujemy się w życie społeczności lokalnej, ponieważ jesteśmy jej częścią. Uczestnictwo w jej życiu jest także źródłem naszej inspiracji. Mamy mnóstwo pracy, ale radzimy sobie. – Zapewnił dyrektor.

– Rozumiem, ale jakie macie państwo plany na najbliższe miesiące? Pański teatr jest już dobrze znany poza krajem. Czy planuje pan jakieś spektakle za granicą?

– Mamy taką sztukę na tapecie. Nasza społeczność jest trochę zaśniedziała, potrzebujemy ją rozkręcić. Negocjujemy też występy za granicą, liczymy na powodzenie.

– Kto się tym zajmuje?

Dyrektor popatrzył na kobietę z uwagą. Zastanawiał się, dlaczego o to pyta.

– Teo Dua, nasz plenipotent. On reprezentuje nas w kwestiach formalnych, prawnych i międzynarodowych. Ma pełnomocnictwo do podpisywania umów. To uczciwy i spolegliwy człowiek, niezwykle pracowity. Mogę go zbudzić o północy, od razu jest chętny wykonać zlecenia. Sprawdzam regularnie, czy utrzymuje się w kondycji. Potrzeba nam takich ludzi.

Dyrektor przerwał wyjaśnienia. Chwilę błądził wzrokiem po ścianie gabinetu, starając się wydobyć coś z pamięci lub sformułować myśl. Zatrzymał się na masce, która odwzajemniła jego spojrzenie nienaturalnym wytrzeszczem oczu wykonanych z opalizującej muszli. Podjął temat ze wzmożoną energią.

– W sprawach bieżących teatru decydujący głos ma administrator, Jeremi Smukły, powszechnie zwany adminem. To człowiek wysokich kwalifikacji, mam do niego pełne przekonanie. Sam nie mam dostatecznie dużo czasu, aby zająć się wszystkim. Moją rolą jest być inspiratorem, promotorem i animatorem tego, co się tutaj dzieje. Jak już wspomniałem, piszę także scenariusze i reżyseruję każdą sztukę. Admin natomiast ustala plany, koordynuje ich wykonanie, pilnuje spraw bieżących. Nie tylko teatralnych, gdyż jesteśmy forpocztą szeroko rozumianej kultury. Angażujemy się w różne projekty, współpracujemy z innymi organizacjami. W razie potrzeby Admin wygłasza też przemówienia, na przykład z okazji oddania do użytku pomnika, otwarcia izby pamięci, śmierci, a nawet awansu kogoś znaczącego, przypomina o ważnych wydarzeniach kulturalnych, zapowiada obchody i demonstracje. Ostatnio informował o klęskach żywiołowych, okropnym pożarze i powodzi. Jesteśmy rodzajem kroniki ważnych wydarzeń i kreatorem rzeczywistości, nowym rodzajem teatru, który nazywam obywatelskim.

Naszym najnowszym pomysłem jest przedstawienie dotyczące sprawności i sprawczości. W jego przygotowanie najbardziej zaangażował się Zbig Stanucha, nasz inscenizator. Pracownicy teatru nazywają go człowiekiem w kapturze. Sztuka, o której mówię, ma mocno wstrząsnąć widzem. Społeczeństwo mamy raczej statyczne, potrzebujemy je rozkręcić, zwiększyć w obywatelach wiarę w przyszłość, uelastycznić. Sztuka dotyczy niezwykle ważnego obszaru działań, w którym decydująca rola przypada sędziom, prokuratorom i zarządom więzień. Te trzy role integrujemy w jedną. Chcę, aby ludzie gotowi złamać prawo, widząc kogoś takiego, doznawali wstrząsu, poczuli dreszcz na plecach, ten rodzaj uczucia, jakie wywołuje w człowieku solidny kryminał czy dobry mecz bokserski. Chodzi o stworzenie nowej świadomość i moralności, które nazywam strumieniem natchnienia obywatelskiego. Stanucha to były wojskowy. Jest specjalistą od zaskoczenia, ładunków wybuchowych i eksplozji. Publiczność bardzo to lubi, ten dreszcz emocji, wstrząs, poczucie, że zaraz coś się zawali.

Dyrektor Kukuła ożywił się.

– Wyznam szczerze, chcę zrobić tę sztukę lepiej niż Franz Kafka ten swój „Proces”. Bohaterów dodatkowo uszlachetnimy i wzmocnimy, pokażemy ich co najmniej z dwóch stron: z jednej strony sędzia, z drugiej prokurator. Niektórzy mogą mieć jeszcze trzecią twarz, naczelnika więzienia, ewentualnie kata. To będzie mocny przekaz.

*******

Po zakończonym wywiadzie, dyrektor Kukuła poprosił sekretarkę do siebie. Zapytała go wówczas:

– Z kim pan rozmawiał, panie dyrektorze? Dzisiaj teatr jest nieczynny. Nikt do budynku nie wchodził. Główne wejście było zamknięte, klucz miałam cały czas przy sobie. Oprócz mnie i pana nikogo tu nie było.

Kukuła patrzył na nią uważnie jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Był zamyślony. Ubierał się powoli wpatrując się w maski na ścianie. Przyciągały jego uwagę. Potem poszukał wzrokiem swojej czarnej teczki, w której trzymał dokumenty. Jeszcze raz przyjrzał się sekretarce, podszedł do niej i ucałował jej dłoń na pożegnanie.

– Proszę nie zapomnieć zamknąć na wszystkie zamki drzwi wejściowe.

– Rozmawiał sam ze sobą? Dziwne. Wygląda na zmęczonego, ma cienie pod oczami – pomyślała Anna.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odcinki 1, 2 i 3.

 

Na przełomie starego i nowego roku eksplodowała rzeczywistość. Teraźniejszość stała się przeszłością. Nie była to jedna eksplozja, ale cała seria, trwająca nie dłużej niż kilka minut. Zaczęła się tuż przed północą i skończyła pięć minut po północy. Wybuchy słyszano w wielu miejscach. Pierwsi usłyszeli je obywatele Europy Wschodniej; mieszkańcy innych krajów kontynentu nie mieli tyle szczęścia, wyczucia a może nawet i chęci wsłuchiwania się w jakieś odlegle detonacje. Wkrótce okazało się, że eksplozje nastąpiły w jednym kraju, w Nomadii, a to, co słyszano za granicą, to było tylko echo. Potworny hałas wystraszył ptaki, zwierzęta oraz nowonarodzone dzieci. Meteorolodzy, śledzący zmiany zachodzące na ziemi i w atmosferze spekulowali, że zdarzenia te mogły zapoczątkować inne problemy.

– Ten kraj ma coraz mniej czasu na cokolwiek, a jego kłopoty będą narastać wraz z upływem dni, tygodni i miesięcy. O latach nie wspominam, bo to zbyt odległa perspektywa. Oni nie radzą sobie praktycznie z niczym, z rzeczywistością, czasem, rozwojem gospodarczym, ładem społecznym czy porządkiem prawnym – oświadczył przywódca dużego kraju europejskiego.

*****

Policja krajowa podjęła śledztwo traktując serię wybuchów jako zapowiedź zmasowanego terroru. Poszukiwania sprawców, potencjalnych terrorystów, zaczęto od analizy nagrań z kamer przemysłowych. Ich zapisy poddano analizie w poszukiwaniu nietypowych i dziwnych zachowań. Prowadzono dokładną statystykę. W ciągu pięciu minut nowego roku kamery zarejestrowały obrazy blisko dwudziestu milionów osób. Większość z nich była w ruchu, pozostałe osoby stały na placach i ulicach przed budynkami użyteczności publicznej w różnych miejscowościach i wznosili okrzyki. Nie miało to nic wspólnego z obchodami Nowego Roku. Policja ustaliła to analizując okrzyki jakie wznoszono, mowy jakie wygłaszano i treść transparentów i flag. Zachowania ludzi wydawały się nietypowe, dziwne, budzące wątpliwość.

– Po co ludzie mieliby gromadzić się na ulicach i placach na przełomie starego i nowego roku i protestować, skoro jest to czas spokojnego świętowania? – zadał sobie pytanie komendant. – Coś mi tu śmierdzi. Zgromadzenia, protesty, gniewne twarze i gwałtowne gesty, a zaraz potem seria wybuchów, których nie umiemy nawet porządnie opisać!

Sprawę powierzono specjalnej grupie policyjnej, do której zaproszono także meteorologa, klimatologa, specjalistę od balistyki, socjologa i politologa. Szef policji był przeciwny temu, gdyż nadawało to rozgłos niejasnej sprawie, do powołania grupy przekonał go zastępca. Komendant zaufał mu, bo już kilkakrotnie wykazał się intuicją.

Wkrótce przewodniczący grupy specjalnej wyjaśnił sprawę z pewnym zażenowaniem.

– Analizowane zdarzenia okazały się fikcją. Nie było żadnych eksplozji, nikt się nie wystraszył, ani nie zbudził. Wszystko okazało się inscenizacją zorganizowaną przez Teatr Narodowy. Rzekome wybuchy rzeczywistości to były happeningi teatralne, próby szopki świąteczno-noworocznej. Zaczęły się już dosyć dawno i wciąż trwają. Teatr przygotowuje się do wielkiego spektaklu. Organizatorzy czekają tylko na śnieg, bo bez śniegu nie ma odpowiedniego nastroju. Z uwagi na rozmiar i skalę przedsięwzięć powinno się je nazywać nie szopką, ale szopą świąteczno-noworoczną. Rządzi się ona własnymi prawami, opartymi na historii i tradycji, z nowatorskimi akcentami wprowadzonymi przez Teatr Narodowy.

– To jakieś wariactwo – zgodnie podsumowali komendant i jego zastępca. – Nic nam do tego.

Odc. 2. Negocjacje

Tematem zainteresowały się media. Natychmiastową inicjatywę wykazała telewizja niezależna Newsroom TV. Reporterka, Iza Karbo, której powierzono sprawę, nie ociągając się przeprowadziła wywiady z teatrologiem i miłośnikami teatru, ludźmi znającymi nie tylko scenę krajową ale i teatry europejskie. Niewiele udało jej się ustalić, z jednym wyjątkiem. W grę nie wchodził Teatr Narodowy ale Teatr Nowy, na czele którego kilka lat wcześniej stanął znany ze śmiałych pomysłów dyrektor Kukuła, wielki animator kultury. Iza zastanawiała się, jak można było pomylić Teatr Narodowy z Teatrem Nowym.

O dyrektorze Leonie Kukule niewiele było wiadomo. Był to człowiek nietuzinkowej osobowości, wytrwały introwertyk, pobożny, regularnie chodzący do kościoła. Jego współpracownicy, niechętnie wypowiadający się na jego temat, mówili, że w swoim teatrze jest Bogiem „jedynym, ale w trzech osobach: dyrektora, scenarzysty i reżysera”. Kiedyś był on właścicielem cyrku i miał opatentowanych kilka oryginalnych metod tresury zwierząt i szkolenia artystów cyrkowych. Mówiono też o nim, że jest właścicielem kuźni charakterów. Co to dokładnie znaczyło, nikt nie umiał wyjaśnić.

Dyrektor Kukuła nie udzielał wywiadów. Nie udzielał, ponieważ nie ufał dziennikarzom ani reporterom. Nie wierzył w cudzą obiektywność. Tylko swoje poglądy uznawał za miarodajne i uczciwe.

– Jestem obiektywny, bo zależy mi wyłącznie na prawdzie. Nie interesuje mnie babranie się w łajnie kłamstw, zmyśleń i dezinformacji – kiedy wygłaszał tę opinię, stukał laską w podłogę jakby dla wzmocnienia wagi słów.

Iza Karbo postanowiła ubiegać się o wywiad. Spróbowała, choć nie miała wielkich szans. Miała jednak szczęście. Sekretarka dyrektora, którą kiedyś poznała na spotkaniu towarzyskim, obiecała jej, że będzie mogła przynajmniej osobiście porozmawiać na ten temat z dyrektorem. Dziesięć minut później zadzwoniła i podała jej termin i godzinę spotkania.

Kiedy reporterka zjawiła się w gabinecie dyrektora, poważna, szczupła, ciemnowłosa, wydała mu się inna niż reporterzy i dziennikarze, z jakimi miał wcześniej do czynienia. Dowiedział się od niej, że jest gotowa opisać sprawy tak, jak on je widział, a nie po swojemu czyli „obiektywnie” jak zazwyczaj przekonywali go jej koledzy i koleżanki po fachu. Uwierzył jej. Była podobna do jego matki, to go ostatecznie przekonało. Interesowały ją cele teatru, plany i metody zarządzania.

Iza nie widziała wcześniej dyrektora z bliskiej odległości. Był to starszy pan, starszy niż sądziła, lekko utykający na prawą nogę. W trakcie rozmowy chodził po gabinecie podpierając się laską z czarnego hebanu, z poozłacaną rączką. Kontrastowały z nią jego siwe włosy. Jego krągła twarz podobnie dobrze prezentowała się na tle wąskich masek afrykańskich zdobiących ściany gabinetu.

Zapytany o maski wyjaśnił, że jest wielkim miłośnikiem kultur innych krajów i kontynentów.

– Życzyłbym sobie, abyśmy mieli w kraju więcej obcokrajowców, ludzie z różnych kontynentów, aby tutaj mieszkali a przynajmniej, aby przyjeżdżali do nas jak najczęściej. Bylibyśmy przez to bogatsi. Odmienność jest piękna. Niby są tacy sami jak my, a jednak są inni. Te kolory skóry, kształty a nawet zapachy ciała. Używają innych rodzajów mydła, wonności, pachnideł. Ja szczególnie lubię zapach imbiru i goździków, trochę mniej cynamonu. Jest dla mnie za słodki. My jako naród jesteśmy niesamowicie bogaci kulturowo, ale jako znawcy innych kultur jesteśmy ubodzy jak mysz kościelna, nie umielibyśmy nawet zadać sensownych pytań. Podróżowałem trochę po Afryce, to mam pojęcie, jak ci ludzie wyglądają, co mówią, jak się zachowują. Wiem nawet jak wygląda Pigmej. Ale kto inny u nas wie to jeszcze? To nie to samo, co mieć własnych obcokrajowców. Kiedyś można było mieć niewolników, dzisiaj niestety jest to niemożliwe. Nie będę tego wyjaśniać pani, bo i tak pani tego nie zrozumie. – Dyrektor zamyślił się patrząc w przestrzeń ponad jej głową.

Reporterka zastanawiała się, czy historyjka o Afryce była prawdziwa czy był to jakiś dziwny żart, balansujący miedzy prawdą a zmyśleniem. Popatrzyła na dyrektora niepewnie; Wiedziała, że jest oryginałem, że trudno go czasem zrozumieć. Zaskoczył ją, podobnie jak zaskakiwał innych, nie dając poznać po sobie, co naprawdę myśli.

– Taki z cicha pęk, a wewnątrz geniusz! – Na chwilę zgniewało ją jego zachowanie.

Odrzuciła od siebie jak najszybciej to uczucie. Najważniejsze było to, że zgodził się na wywiad i wyznaczył jej termin spotkania. Uczynił to pod warunkiem, że nie będzie żadnych kamerzystów, żadnego nagrywania obrazów i robienia zdjęć. Tylko on i ona.

– Oprowadzę za to panią po teatrze – obiecał.

Było to kolejne osiągnięcie reporterki. Wiele sobie obiecywała po zapowiedzianej rozmowie i zwiedzaniu.

Odc. 3 Wizyta w teatrze

W dniu spotkania dyrektor był ubrany identycznie jak za pierwszym razem. Iza zauważyła to od razu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Przestała o tym myśleć, bo coś innego zwróciło jej uwagę. Zaskoczyły ją wyjaśnienia dyrektora, jego narracja, prosta i bezpretensjonalna. Nie oczekiwała tego. Czasem powiedział coś, czego nie rozumiała, użył jakiego dziwnego zwrotu; wydawało jej się wtedy, że coś jest z nim nie w porządku i rzucała na niego ukradkowe spojrzenie, nic nie odkrywając. Był niestandardowy, wymykał się wszystkim porównaniom. Na jego pełnej, bladawej twarzy rzadko pojawiał się wyraz ożywienia.

Kiedy rozmawiali, czasem były to szczegóły niewarte uwagi, zbyt drobne i mało znaczące, poświęcała wtedy czas obserwacji swego przewodnika. Nabierała stopniowo wrażenia, że za spokojem dyrektora kryje się jakiś niezrozumiała niechęć do świata, rodzaj nienawiści, tak głęboko ukrytej, że sam nie był jej świadomy. Wynikało to z fragmentów jego wypowiedzi, pewnej niecierpliwości, kiedy mówił o konieczności zmian w teatrze i uksztaltowaniu nowego widza, bardziej wrażliwego na ludzki dramat. Kiedy wspomniał o konieczności zmiany niedobrego świata na dobry, a co najmniej na lepszy, zapamiętała to zdanie.

On sam z nikim o tym nie rozmawiał, nawet z osobami najbliższymi, z wyjątkiem swojego serdecznego przyjaciela, Sobowtóra, jak go nazywał, kiedy ten jeszcze żył. Tylko z nim dzielił się swoimi wizjami i marzeniami o lepszym świecie.

*****

Dyrektor oprowadzał Izę po teatrze, opisując wszystko jak najdokładniej i najbardziej przekonująco. Kilkakrotnie powtarzał „mój teatr”, odmieniając te słowa przez wszystkie przypadki. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że to on stworzył ten teatr, wprowadził nowy program i zmienił wielu aktorów, zwalniając najchętniej tych, którzy wyrażali wątpliwości w jego pomysły, nawet jeśli odnosiły się one do pojedynczej sceny czy odsłony.

– To mój teatr – powtarzał z dumą. – Najpierw coś sobie wyobrażam, potem piszę scenariusz, w końcu reżyseruję.

Iza Karbo była przekonana, że mówi to nawet w myśli, bo jest to głos wewnętrzny, który sam pojawia się w jego głowie. Nie miała już wątpliwości, że Leon Kukuła jest dyktatorem.

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 2: W nocy budzą mnie dzwony.

Przed przyjazdem do stolicy zebrałem informacje o Teatrze Abstrakcji, jego historii, organizacji, programie, ostatnio wystawianych sztukach. Ludzie piszą i mówią o teatrze różne rzeczy. O dyrektorze, że jest zamordystą. Nie wiem, co to znaczy. Dla jednego zamordysta, dla drugiego to człowiek twardą ręką prowadzący powierzoną mu organizację. Przestaję o tym myśleć, wracam do pokoju, kładę się do łóżka i staram się zasnąć.

W nocy budzi mnie dźwięk dzwonów. Wpadam w przerażenie. Nie wiem, o co chodzi, czy to sen czy rzeczywistość. Myślę, że to ktoś dzwoni na egzekucję mordercy albo dla odstraszenia potworów, jak to robili żeglarze w starożytności. Po chwili dudnienie dzwonów oddala się, odbija się echem o ścianę pokoju i zapada cisza. Przypomina mi się „Oda do młodości”, której uczyłem się na pamięć w szkole. Pamiętam dwie zwrotki, nucę je po cichu, czuję ich moc: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, do nieba pójdzie po laury. Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie! Młodości! Orla twych lotów potęga, jako piorun twe ramię!

Przychodzi mi na myśl, że w okolicy hotelu dzwony biją regularnie, bez względu na porę dnia, kiedy dzieje się coś ważnego. Kiedy kojarzę to sobie z Teatrem Abstrakcji, słyszę hałas za oknem. Wychodzę na balkon i rozglądam się z ciekawością. W dole widzę jasno oświetlone okna teatru. Odbywa się tam jakaś wielka feta, bo blask wylewa się na ulicę. Chodnik przy budynku pulsuje plamami światła, wygląda, jakby się poruszał. Stoi na nim kilka osób, wszystkie umundurowane, chyba strażnicy lub ochroniarze. Głośno rozmawiają między sobą, ale ich nie rozumiem. Znajdują się zbyt daleko ode mnie. Odrywam od nich wzrok i rozglądam się po okolicy. Mam wrażenie …nie … jestem przekonany, że byłem tu kiedyś, ale nie poznaję miejsca. W nocy wszystko jest inne, niesamowite. Czuję, jak ciarki przechodzą mi po plecach. To chyba od zimna.

W nocy śni mi się stado szalonych ptaków nad oceanem. Lecą z północy, końce ich skrzydeł płoną jak żagwie, przypominają mi strumień gorących kolorów neonu Teatru Abstrakcji.

Ptaki atakują okręt wojenny; ten broni się ostrzeliwując napastników z dział. Widzę ogień wydobywający się z luf, nie słyszę jednak huku. To mnie wyprowadza z równowagi. Denerwuję się, rzeczywistość wydaje mi się bezsensowna. Chciałbym coś zrobić, lecz czuję się bezwładny.

Rano budzę się wilgotny od potu. Myślę, że sen był zapowiedzią czegoś niedobrego, jakiegoś nieszczęścia. Jest w nim niezrozumiała symbolika. Te ptaki! Chyba były to bezzałogowe samoloty. Ciemny kolor oznacza, że mogły być pokryte specjalnym materiałem maskującym, przez co były niewidoczne dla radarów. Postanawiam rozgryźć tę tajemnicę. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi cierpliwości i energii. Mam tyle rzeczy do zrobienia; męczy mnie Teatr Abstrakcji.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 9: Sen czy rzeczywistość

Wieczorem zadzwonił Wiktor. Zaczął się właśnie dziennik telewizyjny i Sefardi z niechęcią odebrał telefon; zakłócał mu spokojne obejrzenie wiadomości.

– Chciałbym porozmawiać z tobą na temat ostatniego spotkania. Wytłumaczyć moje wcześniejsze opuszczenie waszego towarzystwa.

Sefardi nie miał chęci rozmawiać o tym, nie wypadało mu jednak odmówić, tym bardziej, że Wiktor nalegał. Słuchając go, Sefardi zamknął oczy, aby dla zabicia czasu wyobrażać sobie, jak wygląda rozmówca siedząc przy telefonie. Był w ciepłej kurtce wyjściowej z kapturem w kolorze stłumionej czerwieni, spod której wymykały się niesforne kosmyki siwych włosów. Broda i wąsy były jaśniejsze niż czupryna. Wiktor jedną ręką trzymał słuchawkę przy uchu, w drugiej wyciągniętej przed siebie trzymał metalowy kubek na datki pieniężne. Obydwie dłonie były ukryte w rękawiczkach bez palców.

Nie tylko wygląd Wiktora zaskoczył Sefardiego. Jeszcze bardziej słowa jego tyrady.

– Sprawy nie układają się pomyślnie. Tego głupka w ogóle nie obchodzi, co o nim mówią, byle mówiono głośno, bo publiczna dyskusja odwraca uwagę od jego przekrętów i machinacji. Ciągle wymyśla coś nowego, aby ludzie koncentrowali się na tematach zastępczych, a nie na rosnących cenach, bezrobociu czy służbie zdrowia. Media natychmiast podchwytują i wałkują podrzuconego im szczura, zamiast zajmować się krociowymi dochodami, jakie jego rodzina, przyjaciele i sojusznicy ciągną z lukratywnych stanowisk w urzędach, instytucjach państwowych, fundacjach czy ambasadach w stu pięćdziesięciu krajach. Ten typ wywołuje jedną aferę za drugą. Aby odwrócić od siebie uwagę mnoży zarzuty, oskarżenia i rzuca kalumnie na swoich przeciwników. To prawdziwy fenomen obłudy i kłamstwa. To tylko przykład, jak jest za granicą, bo u nas jest jeszcze gorzej. W jakim kraju my żyjemy!

Sefardi nie mógł wyjść ze zdumienia. Wiktor przemawiał jak wróg partii rządzącej, a przecież był jej gorącym zwolennikiem. Ta dwuznaczność go męczyła. Poczuł nagle, że ktoś szarpie go za ramię. Był to Wiktor. Wyglądał okropnie z zaczerwienioną ze złości twarzą i zwężonymi oczami. Chwilę później miał już ugrzeczniony, przyjazny wygląd. Robił Sefardiemu zarzuty, ale tak, jakby upominał rozbrykane dziecko. Popatrzył na niego uważnie, po czym wydusił z siebie:

– Wybacz. Zapraszasz mnie na kieliszek wina, a potem zasypiasz. Do kitu z takim zaproszeniem. Szarpię cię i szarpię, a ty śpisz jak zabity. Chyba cierpisz na bezsenność albo jesteś wariatem!

Sefardi poczuł znowu bezmierną senność, że coś jest nie w porządku, jakby podano mu środek usypiający. Usiłował sobie przypomnieć, co to było. Skopolamina? Z tym słowem na ustach osuwał się w nieznaną przepaść. Nie czuł strachu, tylko ogromne zdumienie. Slyszał Wiktora jak przez watę.

– Nie mogę dłużej uczestniczyć w tej pasjonującej dyskusji. Muszę już iść, mam jeszcze coś ważnego do załatwienia.

Sefardi nawet nie usiłował przekonać go, aby pozostał. Uznał, że spotkanie poszło w niewłaściwym kierunku, że przekroczył granicę przyzwoitości, choć nie miał tego zamiaru. Bronił się przed tym, lecz senność była silniejsza. Miał żal do Wiktora, że dosypał mu czegoś do kawy, aby wydobyć z niego jakąś tajemnicę, której nie znał. Przyszło mu do głowy, że jest to przyszłość, w której fikcja i rzeczywistość przenikają się nawzajem. Wszystko było pomieszane.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 8: Plac straceń.

Przed pójściem spać Sefardi wrócił pamięcią do spotkania z przyjaciółmi. Nie było zbyt udane. Usiłował bronić się przed tą myślą. Winił siebie za to, że za mało interesował się polityką i nie wiedział, jakie może wywołać emocje. Postanowił to zmienić, a przynajmniej zastanowić się nad tym. W świecie następowały wielkie zmiany, przede wszystkim technologia i poglądy. Czuł, że musi się podciągnąć, włączyć się w nurt przeobrażeń, bo przepadnie.

Była to ciężka noc. Zapadł w jakiś koszmar. Dusiła go własna piżama. Po chwili szarpania się z nią odleciał w miejsce otoczone drutem kolczastym. Był to plac straceń.

Na środku stała wielka gilotyna, wyglądała jak armata. Nad nią było rusztowanie. Miano wykonać wyrok. Odczytano imię i nazwisko skazańca. Słyszał je wyraźnie: Sefardi Baroka. Zadrżał. Ktoś podszedł do niego od tyłu i zaczął wykręcać mu ramiona. Sefardi szarpnął się energicznie. Wtedy zaczęto bić go po twarzy. Zobaczył oprawców; jednym z nich był Wiktor, drugim nieznany mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach. Krzyczeli na niego.

– Wraz z zębami wybijemy ci nienawiść do władzy i przewodniczącego. Zrozumiesz, że jednostka jest niczym, władza jest wszystkim, bo pochodzi od Boga, podobnie jak przewodniczący. To nasza gwiazda zaranna i wieczorna. Zapamiętaj sobie te zasady!

Na placu ukazała się czarna tablica z czerwonymi napisami, ułożonymi jeden pod drugim. Wyglądały jak przykazania.

– Nie myśl źle o stosunkach rząd-społeczeństwo-jednostka. Bo i po co?
– Nie traktuj władzy jak zarazy zagrażającej wolności jednostki. To niesłuszne.
– Nie uważaj Przewodniczącego za opresora o dyktatorskich zapędach. To ci nic nie da.

Sefardi nie wiedział, co myśleć. Im bardziej chciał się wyswobodzić, kierowany strachem, co się z nim stanie, tym silniej dusili go strażnicy. Po chwili się uspokoił, bo zobaczył siebie wśród tłumu zgromadzonego na placu. Przemawiał stojąc w pierwszym szeregu. Wielkie drukowane litery wypływały mu z ust. Był to jego głos, co do tego nie miał wątpliwości. Przemawiał głośno i dobitnie.  

– Mówię do was wszystkich i do każdego z osobna. Obywatelu! Wraz z postępem technologii twój rząd coraz skuteczniej kontroluje ciebie i społeczeństwo.

Kiedy skończył, zauważył wysokiego mężczyznę o chłopięcym spojrzeniu. Był to Luka. Na piersiach miał tabliczkę „Właściciel małej firmy informatycznej”. Sefardi poznał go po wysokim wzroście, gniewnych oczach i kilkudniowej ciemnej szczecinie na twarzy.

– Już dziś wszystko jest regulowane przez rząd. Nie ma niczego, co nie podlegałoby kontroli państwa. Nawet drobiazgi, na jakie w ogóle nie zwracamy uwagi.

– Na przykład, co? Wyjaśnij, ty chamie! – Krzyknął zaczepnie Wiktor.

Sefardi przyjrzał mu się dokładnie. Wiktor miał ze sobą broń. Stał w rozkroku, w mundurze majora, z wielkim złotym orderem na piersi. Miał na uszach słuchawki i przypominał rzeźnika.

– Recepta. Mówię o recepcie lekarskiej. – Luka aż się zapienił. – To wy określacie jak ma ona wyglądać. Ja sobie tego nie życzę. Jestem biznesmenem, a nie konowałem, skrybą, bezdusznym urzędnikiem czy sługusem. – Mówca krzyczał i krzyczał. Nie chciał przestać. 

– Decydujecie o najmniejszym szczególne mojego życia, a kiedy chcę o tym mówić, to wy mi tłumaczycie, że tego nie wolno, że robię z tego politykę. Wszystko jest polityką. Decydujecie jak wygląda recepta lekarska, jaką ma treść, pieczątkę, podłużną czy okrągłą, jak długo jest ważna, na jakim papierze, jego rozmiar, czy podpis lekarza ma być zwykły czy też wyraźny z drukowanym imieniem i nazwiskiem. To wy ustalacie wszystko w najmniejszych szczegółach, prawa, przepisy, regulacje. Prowadzenie małej firmy, przepisy ruchu drogowego, transportu, handlu, telewizji publicznej i edukacji. W szkole robicie dzieciom wodę z mózgu. Powiem wam – w oczach Luki zapaliły się ognie – czasem myślę, że powinienem zostać anarchistą, bo jeśli my nie rozwalimy rządu, to on nas rozwali.

Po gwałtownym i nieoczekiwanym wystąpieniu Luki zapadła grobowa cisza. Zamilkła służba więzienna, strażnicy, kat, ludzie z tłumu, z gilotyny przestała kapać krew.

Sefardi obudził się zlany potem. Ręce miał związane na plecach rękawami piżamy jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Z trudem się rozplątał. W głowie słyszał wciąż jedno zdanie, że wraz z postępem technologii rząd coraz skuteczniej kontroluje jednostkę i społeczeństwo. Był to fragment jego snu. Zrozumiał, że jest to także rzeczywistość.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 7: Teoria spiskowa

Pomieszanie snów z rzeczywistością obudziło w Sefardim czujność. Coś nieokreślonego zaczęło go niepokoić. Kiedy Izabela przyniosła mu kawę do gabinetu, powiedział jej o swoich odczuciach. Pomyślał, że ze swoją kobiecą trzeźwością, zrozumie go i pocieszy w jakiś sposób. Poprosiła go o bliższe wytłumaczenie, jak to się objawia.

– To trudne do określenia poczucie niebezpieczeństwa. Mam wrażenie, jakby wisiało w powietrzu. Nic konkretnego, co rzucałoby się w oczy podobnie jak filiżanka gorącej kawy na stoliku czy rozkrzyczany berbeć na ulicy. Odbieram to jako rodzaj sekretnych sygnałów atakujących świadomość, że zbliża się coś niepokojącego.

Isabela zareagowała w sposób, jaki powinien był przewidzieć. Miał do siebie pretensję o naiwność.

– Pan to ma pomysły, don Sefardi. Najpierw starszy mnie pan zagrożeniem, wyglądającym równie poważnie jak wypadek na autostradzie z udziałem ciężarówki wpadającej czołowo na pana, potem robi pan porównanie z filiżanką gorącej kawy i dzieckiem, które w dodatku nazywa pan berbeciem, co obraża uczucia każdej matki. Może tym zagrożeniem jest ta gorąca kawa? Gdyby filiżanka przewróciła się, to uległ by pan poparzeniu!

Sefardi nazwał ją w duchu głupią babą i pomyślał, że coś ciężkiego upadło jej na głowę. Stracił nagle chęć rozmowy.

Dzisiaj, droga pani Izabelo, nie jest pani w sosie, nie mam wiec potrzeby kontynuować naszej rzeczowej dyskusji. Nie czekając, aż gosposia sama wyjdzie gabinetu, odwrócił się do niej plecami, pozostawiając ją w niemym zaskoczeniu.

Kiedy następnym razem Izabela przyniosła mu kawę, zagadała pojednawczo, że czasem człowiek czuje się nie najlepiej. Sefardi zrozumiał to jako propozycję ugody.

– Chyba ma pani rację. Dziękuję za kawę. Jest doskonała. Robi pani dobrą kawę, mocną, gorącą i aromatyczną. Mówiłem memu przyjacielowi Luce, że nikt nie jest w stanie wycisnąć z maszyny tak dobrej kawy jak pani.

– Dziękuję panu, don Sefardi. Jest pan przyzwoitym człowiekiem. Każdy się czasem wygłupi i chlapnie coś dziwnego. Podobnie jak panu mnie też to się zdarza.

Uśmiechnęli się do siebie. Izabela wyciągnęła z bocznej kieszeni fartucha kolorową szmatkę i zaczęła ścierać biurko z kurzu, który nie zdążył jeszcze pojawić się od poprzedniego sprzątania.

*****

Sygnały o nieokreślonym niebezpieczeństwie nie były wymysłem bujnej wyobraźni Sefardiego. Pierwszy pojawił się w trakcie spotkania towarzyskiego.

Z przyjaciółmi Sefardi spotykał się nie za często, ale dość regularnie, co najmniej kilka razy w roku. Przeważnie zapraszał ich do swojego domu. Miał do tego odpowiednie warunki: gabinet o ścianach w kolorze bordo stymulującym myślenie, pokój gościnny, gdzie w odosobnieniu można było spokojnie porozmawiać, duży słoneczny salon, w którym towarzystwo spotykało się najczęściej, w końcu cienisty ogród osłonięty od ulicy siatką metalową i żywopłotem. Spokojna dzielnica dawała dodatkowe poczucie prywatności i bezpieczeństwa.

Zaproszenie przyjęło dziesięć osób, sami mężczyźni, najbliżsi przyjaciele Sefardiego. Dwaj z nich, Luka Mancini i Ernesto Lampedusa, przyjechali z żonami. Rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym, o zbliżającym się długim weekendzie, pogodzie, rosnących cenach artykułów codziennego użytku, dzieciach i pracy. Zaczęło się od teorii spiskowej.

Ktoś użył tego określenia i podał przykład, ktoś potraktował to jako żart, nazwał teorię głupotą, dodając komentarz. Sefardi wybuchł śmiechem, podobnie jak i dwie inne osoby. Wywołało to reakcję. Wiktor, kierownik działu w urzędzie państwowym, serdeczny przyjaciel Sefardiego od dzieciństwa, zaprotestował.

– Teorie spiskowe to nie jest temat do żartów. Nigdy nie słyszeliście o żadnym spisku? Większość rewolucji była wynikiem spisku. Mogę podać przykłady.

Towarzystwo było po kilku kieliszkach, wywiązała się głośna sprzeczka. Pierwszy przeciwstawił się Wiktorowi Luka.

– Chyba robi to dlatego, że go nie lubi. Spotkali się u mnie po raz pierwszy w życiu i wyraźnie nie przypadli sobie do gustu. To dziwne, bo Luka to bardzo spokojny człowiek. Nigdy nie słyszałem, aby podniósł glos. – Sefardi nie miał czasu na dalsze myślenie; był gospodarzem i czuł się w obowiązku uspokoić towarzystwo.

Awantura została zażegnana, pozostawiając tylko niesmak. Był jednak i pozytywny efekt. Uczestnicy dyskusji zgodzili się, że sprawy władzy i zarządzania państwem należy brać poważnie, nawet jeśli jest w nich coś śmiesznego.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 6: Wieża Babel

Pogmatwane sny coraz bardziej męczyły Sefardiego. Odradzały się w piętrowym układzie, wrzuconym w tryby automatycznego mechanizmu powtórzeń. Był to właściwie jeden sen powielany wedle coraz bardziej skomplikowanego scenariusza, z coraz większą ilością niedopowiedzeń i dwuznaczności. Jego pałac miał teraz więcej pokoi, nowe wnętrza, wielkie łoże z baldachimem zmieniało kształt i miejsce położenia, Rolls Royce był jeszcze bardziej wyciszony, bardziej luksusowy i bogatszy w kolorze. Niezmieniony pozostał tylko wzór snu, składniki i kolejność zdarzeń. Znużony powtarzalnością i rosnącą komplikacją snu Sefardi zadawał sobie pytania:

– Po co ja śnię? Czemu to ma służyć?

W mocy snów tkwił jakiś absurd do kwadratu. Sefardi postanowił zmienić bieg wydarzeń; programował się w ciągu dnia powtarzając hasło, jakie sobie wymyślił.

Następnym razem, kiedy znalazł się w pałacu, nie dał się sprowokować uprzejmemu przypomnieniu szofera, że na podjeździe czeka na niego Rolls Royce, aby jak zwykle zabrać go na przejażdżkę. Odprawiwszy szofera, Sefardi podszedł do drabiny prowadzącej do nieba i zaczął się wspinać motywowany potrzebą zmiany scenariusza zdarzeń. Po niezbyt długiej wspinaczce drabina skończyła się; pojawiły się schody szerokie jak wiejska droga, pnące się ukośnie w górę przy ścianie nie znanej mu budowli wyglądającej jak masywna wieża.

Przypominałaby ona blok skalny, gdyby nie to, że wykonano ją z cegieł i małych bloków kamienia, zdobnych płytkimi reliefami przedstawiającymi drapieżne zwierzęta, głównie lwy, oraz konie. W ścianie pojawiały się co jakiś czas bramy; były to tylko atrapy, zamurowane lub zabudowane obciosanymi balami drewna. Sefardi nie miał czasu przyjrzeć im się bliżej; musiał uważać na mijających i wyprzedzających go ludzi pieszych, konnych i prowadzących wozy osadzone na wielkich skrzypiących kołach. Większość piechurów nosiła zmierzwione brody o barwie przybrudzonej miedzi oraz skołtunione włosy przypominające perukę gęsto poskręcanych loków. Ich ubiorem były gęsto tkane tuniki przypominające krótkie płaszcze, przylegające do ciała, wykonane z lejącej się materii. Gołe stopy mężczyzn chroniły solidne sandały, nad którymi widoczne były masywne łydki. Wszyscy poruszali się nie rozglądając się na boki, z zamglonym wzrokiem, jak automaty lub somnambulicy.

Kiedy Sefardi zastanawiał się nad niezwykłością wieży, ogarnęło go przeczucie, jakby kiedyś ją widział rozpadającą się w gruzy w ogniu piorunów. Było to tak mocne, że zaczął przyglądać się ceglano-kamiennej ścianie, szukając śladów ognia dla potwierdzenia, że wydarzenie naprawdę miało miejsce. Wobec braku dowodów uznał, że miał przywidzenie albo też wieżę zrekonstruowano.

Wkrótce dotarł do miejsca, gdzie w murze wykute było przejście do środka wieży. Po obydwu stronach wyłożono je niebieskimi płytkami z wizerunkami lwów o złowieszczo otwartych paszczach i groźnie uniesionych ogonach. Sefardi wszedł do środka i rozejrzał się. Rozpoznał ją natychmiast. Była to Wieża Babel, dobrze mu znana z obrazu Petera Breughla Starszego, tylko bardziej majestatyczna. Sefardi poczuł przyśpieszone bicie serca. Wieża była ostatnim, najwyższym piętrem jego piramidy. Wyżej był tylko bezmiar przezroczystego błękitu, przez który nawet w świetle słońca przebijały się odległe gwiazdy. 

Sefardi ruszył przed siebie, w wielki i zróżnicowany tłum dziwnych postaci. Nie miał chęci wracać; odzyskał wigor i chęci odkrywania świata. Postanowił pozostać tam tak długo, dopóki się nie znuży. Widział tak różne stroje, jakby pochodziły ze wszystkich stron świata i ze wszystkich epok historycznych, zupełnie jak w teatrze. Zatrzymywał się przy straganach z warzywami, owocami i wyrobami rzemieślniczymi, zadawał pytania, podchodził do grupek ludzi i włączał się w ich rozmowy, starając się jak najwięcej zobaczyć, usłyszeć i zapamiętać.

Nie od razu spostrzegł, że ich nie rozumie, ani oni jego. Poruszali się, gestykulowali, coś mówili; w istocie rzeczy otwierali tylko usta, przypominając somnambulików zatopionych w milczeniu. Sefardi zdał sobie sprawę, że żyje we współczesności, podczas gdy oni tkwili w przeszłości, w odległych czasach, stąd ich niezwykłe zachowanie i niemożliwość porozumienia się. Pomyślał, że ich ożywione twarze i sylwetki świadczą o używaniu narkotyków lub substancji halucynogennych.

Budząc się, Sefardi omalże nie spadł z łóżka. Stawiał nogę na ostatnim szczeblu drabiny, kiedy nagle zniknął mu z oczu. Resztki jego snu opadały na podłogę wiotkimi kłaczkami nie pozostawiając śladu po sobie. Sefardi pomyślał, że nie przeżył sugestywnego obrazu przeszłości, ale lustrzane odbicie przyszłości, rodzaj wizji, wyobrażenia nadchodzących zmian. Natychmiast zauważył podobieństwo między ludźmi z Wieży Babel i z otaczającej go teraźniejszości, z której wyłaniała się już przyszłość: ten sam zamglony wyraz twarzy, niewidzące spojrzenia, smartfony i tablety zastępujące amulety i talizmany, ten sam pośpiech i zagubienie w tłumie, mijanie się bez pozdrowienia, pęd ku nieokreślonemu celowi. Zdał sobie sprawę, jak wielu obywateli nie radzi sobie z rzeczywistością, z masowym przepływem informacji, niepewnością, niezdolnością oddzielenia prawdy od tysięcy drobnych kłamstw, jakimi wypełniona była sieć międzyludzkich kontaktów i powiązań. Atakowani przez dwuznaczne szczegóły, informacje i sygnały, ludzie bronili się zażywając leki, narkotyki, mówiąc dziwnym językiem, wtrącając obce słowa i przekleństwa, oraz zachowując się i ubierając się tak, aby zamaskować ucieczkę od rzeczywistości wymykającej się ich rozumieniu.

– Wieża Babel, jaką widziałem, to świat przyszłości, rodzący się na naszych oczach. Rzecz w tym, że w nawale spraw i zdarzeń nie zauważyliśmy tego jeszcze. Przyszłość jest naszym największym wyzwaniem. Nie to, co już złego się stało, z nami, z przyrodą, z atmosferą, ze zwierzętami, ale właśnie przyszłość. Czarno to widzę. – Zapisał w notatniku, dodając kilka szczegółów poczynionych obserwacji.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 5

Sefardi spróbował rozjaśnić swoje problemy w rozmowie z Wiktorem. Liczył na niego. Znał go od dzieciństwa i miał do niego zaufanie. Mieszkali w sąsiedztwie, razem bawili się, grali w piłkę, chodzili do kina i nad rzekę, do lasu na grzyby i jagody. Byli serdecznymi przyjaciółmi. Wiktor był młodszy od Sefardiego, ale rozumieli się doskonale. Przez kilka lat pracował w policji kryminalnej; wyniósł z tej pracy nietypowe nawyki. Stał się pasjonatem dociekania prawdy, zwłaszcza jeśli w zdarzeniach czy historii, jaką się zajmował, była dwuznaczność lub zagmatwanie. Lubił zagadki i tajemnice. Był dobrym obserwatorem, umiejącym wyłuskać ziarno prawdy z kilograma pozorów, oddzielić rzeczy istotne od nieistotnych.

Zaprosił Wiktora do siebie. Po wypiciu kawy wzmocnionej odrobiną brandy, wyłuszczył swoje niepokoje związane z dziwacznymi snami.

Wypowiedź Wiktora zaskoczyła Sefardiego.

– Ludzie jako gatunek to istoty niedorozwinięte mimo wysokiego poziomu indywidualnej inteligencji. Są mądrzejsi od małp, a równocześnie od nich głupsi. Albo, nie obrażając nikogo, bardziej prymitywni. Małpa nawet we śnie nie robi niczego, co nie ma natychmiastowej i znaczącej wartości.

Opinia wydała mu się czymś na wyrost, dziwacznym uogólnieniem tematu snów. Nie zraził się tym, wiedział, że przyjaciel ma dziwne sposoby dochodzenia do sedna sprawy.

Wywód trwał dłużej.

– Nadążasz za mną? – zapytał Wiktor po jakimś czasie.

Sefardi uznał to za niemiłą formę prowadzenia konwersacji. Kiedy przytaknął, że rozumie, Wiktor kontynuował.

– Księgowa musi szukać dwóch złotych, które nie zgadzają jej się w podsumowaniu kolumn i rzędów liczb. Robi to przez pół godziny, w końcu znajduje błąd. To działanie jest bez sensu, bo koszt jej pracy to osiemdziesiąt złotych dla firmy, a wartość błędu to tylko dwa złote. Która małpa, niby głupsze od nas zwierzę, usiłowałaby coś takiego zrobić?

– Zwykła czy człekokształtna? – spytał Sefardi rozdrażniony dziwacznym porównaniem. Wiktor popatrzył na niego niewidzącym wzrokiem i zignorował pytanie. 

Rozmowa nie kleiła im się. Sefardi nie dostrzegł w niej oczekiwanej pomocy, choćby nawet częściowo użytecznej sugestii, domniemania czy wskazówki. Zdecydował się przejąć inicjatywę. Podszedł do białej tablicy stojącej na sztaludze w rogu gabinetu i napisał dużymi literami „Moje dziwaczne sny pojawiają się jako odpowiedź na” a następnie wypunktował: „Jakąś ważną własną potrzebę, uświadomioną lub nie”. Ta teza najbardziej trzyma się kupy – dodał bez większego przekonania, po czym dopisał drugą sugestię „Cudzą potrzebę, którą mój umysł stara się zaspokoić przez sen”, dodając tytułem wyjaśnienia:

– To może mieć miejsce na przykład wtedy, kiedy ktoś ważny dla mnie ma problem, a ja chciałbym pomóc mu znajdując we śnie rozwiązanie. W tej sytuacji jego potrzeba staje się moją potrzebą.

Myślał jeszcze o innych opcjach, że ktoś manipuluje nim z zewnątrz, stosując hipnozę, że może cierpi na zaburzenia świadomości, w końcu, że ktoś ćwiczy na nim zaawansowaną technikę programowania ludzi, prowadząc niezrozumiały dla niego eksperyment. Nie podzielił się tymi myślami z Wiktorem; uznał to za niepotrzebne.

– Nie będę robić z siebie idioty – to milczące podsumowanie zakończyło jego wahania.

Spotkanie z Wiktorem nie przyniosło rozwiązania ani choćby podpowiedzi, w jakim iść kierunku. Sefardi postanowił zapisywać i analizować wszystkie swoje sny w oczekiwaniu, że w końcu znajdzie jakiś znak, odkryje jakąś prawidłowość, które mu wyjaśnią, co się z nim dzieje.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 3

Kolejnego dnia, była to sobota z niebem zaciągniętym szarymi chmurami, Sefardi zjadł śniadanie wcześniej niż zazwyczaj. Był to skromny posiłek: sałatka z cienko krojonego pomidora z dodatkiem cebuli i pestek dyni, lekko posolona, plus dwie kromki chleba z masłem. Była to kara za późne i zbyt obfite jedzenie poprzedniego wieczora.

Wkrótce poczuł nagłą senność. Nie bronił się przed nią; miał źle przespaną noc, po ciemku długo chodził po mieszkaniu. Zamknął uchylone okno i położył się na brzuchu na tapczanie. Spał wyjątkowo długo. Dopiero kiedy był już bliski przebudzenia, naszedł go sen. Śniło mu się, że spaceruje po ogrodzie swojej posiadłości w Oricono. Pierwszy raz słyszał tę nazwę; podobała mu się. Brzmiała egzotycznie, wzmacniała baśniową atmosferę, która otaczała ogród. Kiedy dotarł do jego krawędzi, drogę zamknął mu mur porośnięty pnącymi roślinami. Skojarzał mu się ze Ścianą Płaczu w Jerozolimie, prawdopodobnie dlatego, że było bardzo ciepło, a otwarty fragment muru przypominał kamienne bloki historycznej ściany.

Po prawej stronie Sefardi zauważył drabinę. Stała oparta o mur i wydawała się niezbyt wysoka. Nie było widać jak daleko sięga, ponieważ jej koniec zasłaniały liście i kwiaty pnącej się w górę rośliny. Kwiaty miały kształt dużych, niebieskich kielichów, postrzępionych na końcach. Sefardi zbliżył się i powąchał jeden z nich; zapach był wyczuwalny, półsłodki i duszący. Wciągnął powietrze w płuca kilka razy, aby go zapamiętać.

Nie zwlekając podjął wspinaczkę po drabinie, odkrywając wciąż nowe stopnie. W pewnym momencie poczuł strach, nie śmiał jednak spojrzeć w dół; bał się wysokości i nagłego zawrotu głowy. Kiedyś wchodził po stalowych prętach na szczyt wielkiego eukaliptusa, skąd obserwowano pożary lasów. Doszedł tylko do połowy drzewa i wrócił; pozostały mu niedobre wspomnienia.

Kiedy to sobie przypomniał, nie patrząc w dół zszedł na ziemię. Oddalił się kilka kroków od drabiny, aby ocenić, jak naprawdę jest ona długa. Widok zaskoczył go; po jej prawej stronie stało kilka innych drabin, wyglądały jakby były namalowane, przypominając szerokie słupy z nacięciami albo schody. Przyglądał im się, w końcu wybrał jedną z nich i podszedł bliżej. Był to obraz drabiny prowadzącej do nieba. Szczegóły podawała znajdująca się obok mosiężna tabliczka: „Ladder of Divine Ascent, Saint Catherine Monastery, Mount Sinai, Egypt, XII century. Obraz był kolorowy i bardzo sugestywny.

Kiedy Sefardi przeglądał się postaciom wspinającym się po drabinie, znikały po kolei jakby ustępując mu prawa pierwszeństwa do skorzystania z niej. Im wyżej wchodził, tym ciekawszy roztaczał się z niej widok. Na wysokości kilkunastu metrów – oceniał odległość spoglądając w dół – zobaczył budynek stojący przed oknami jego mieszkania na osiedlu Oaza, gdzie mieszkał od sześciu lat. Przed drzwiami do klatki schodowej stał mężczyzna. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się szczupła i blada twarz kobiety, okolona czarnymi kręcącymi się włosami. Sefardi poznał ją od razu; była to sprzedawczyni sklepu obuwniczego z pobliskiego centrum handlowego. Znał dobrze z widzenia ją i jej męża. Wiedział nawet, jak ma na imię: Irena. Kobieta rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie patrzy i wciągnęła mężczyznę do środka. Sefardi był przekonany, że byli kochankami, że zaprosiła gacha do siebie pod nieobecność męża. Był zdziwiony, bo małżeństwo wydawało mu się bardzo przykładne, mieli dwójkę dzieci i często razem wyjeżdżali rowerami na wycieczkę.

Kilka dni później zobaczył ją na osiedlu, razem z mężem i dziećmi. Wyszli na spacer. Zatrzymał się, aby ich pozdrowić i zamienić kilka słów. Sam nie wiedział dlaczego wyznał nagle, kłamiąc częściowo:

– Proszę sobie wyobrazić, że widziałem panią we śnie, w minioną sobotę, około godziny dziesiątej rano. Bylem na drabinie w ogrodzie mojego pałacu w Oricono i widziałem, jak otworzyła pani drzwi mężczyźnie. Widziałem go tylko z tyłu. Pomyślałem, że to pani mąż, że zapomniał lub zgubił klucz, i pani wyszła, aby otworzyć mu drzwi, bo prawdopodobnie nie było prądu i nie można było wejść używając kodu.

Kobieta zmieszała się, mąż popatrzył na nią zdezorientowany. Przyciszonym głosem wymienili kilka zdań ze sobą. Po chwili przeprosili Sefardiego, wymawiając się, że bardzo się spieszą.

Jakiś czas później doszła do Sefardiego wieść, że się rozwodzą. Pomyślał wtedy, był nawet pewny, że sen ukazał mu rzeczywistość, że był to sen proroczy, który w jakiś niesamowity sposób ubiegł zdarzenia z życia dwojga ludzi, których znał. To tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że czasem śniło mu się coś, o czym później dowiadywał się, że była to rzeczywistość a nie sen.

– To chyba działa w obydwie strony – pomyślał. – We śnie widzę to, co się dopiero zdarzy, albo coś, co się już zdarzyło, lecz potwierdza się dopiero później w rzeczywistości.

Drabina do nieba, która wedle Biblii śniła się Świętemu Jakubowi, utkwiła Sefardiemu w głowie niby gwóźdź wbity w twardą deskę. Szukał informacji o niej w kilku źródłach. Im więcej czytał, tym bardziej go niepokoiła. Postanowił zdać się na rozwój wydarzeń, zobaczyć, czy jego sny będą nadal się sprawdzać. Czuł się jak medium spirytystyczne; było mu z tym głupio. Lekarka domowa, która go odwiedziła w domu, kiedy się poważnie przeziębił, zasugerowała mu, że jego niezwykle sugestywny, kolorowy sen mógł być efektem farmaceutyków, jakie mu wcześniej zapisała. Nie uwierzył w to, bo nigdy go nie ostrzegała o takiej możliwości. Pomyślał tylko, że być może podziałał na niego zapach niebieskich kwiatów.

Przekraczanie granicy snu i rzeczywistości, jawy i snu, był dla niego zapowiedzią przyszłości, która zaczęła odkrywać swoje tajemnice. Myślał o kombinacji różnych zjawisk: ludzkich pragnień i namiętności, manipulacji społecznej, narastających zaburzeń psychicznych widocznych także u dzieci, stresu, postępów inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji oraz wpływu urządzeń elektronicznych na człowieka. Ten niezwykły świat wciągał go, niepokoił a zarazem intrygował.

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares