Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 112: Przygotowania do wielkiego happeningu

Poczucie odpowiedzialności i zwyczajny strach przed wyrządzeniem komuś krzywdy tak zaciążyły Sefardiemu na sumieniu, że rozchorował się poważnie. Kiedy bez widocznej przyczyny zemdlał na ulicy, trafił do szpitala; tam najpierw przywrócono go do zdrowia, a następnie poddano psychoterapii. W trakcie którejś z kolejnych sesji terapeutycznych wryło mu się w pamięć dziwne spojrzenie prowadzącej terapię kobiety, kiedy wyraził przypuszczenie, że być może cierpi on na jakieś zaburzenie psychiczne. Psychoterapeutka odrzuciła jego sugestię, tym niemniej pozostał w nim osad niepewności.

W krótkim czasie po zakończeniu terapii, powieść była gotowa do publikacji. Niespokojny duch Sefardiego, opanowany przez demona perfekcji, nie pozwolił mu jednak uznać tej wersji za ostateczną. Przeżywając wciąż rozterki, Sefardi wpadł na pomysł przetestowania powieści w formie wielkiego happeningu, czegoś w rodzaju teatru ulicznego, którego uczestnikami i świadkami miało być społeczeństwo, a treścią śmierć, pogrzeb i stypa pożegnalna.

– To nie ja miałem umierać, lecz bohater mojej powieści – wyjaśnił Sefardi ze smutnym uśmiechem.

W trakcie pracy nad happeningiem Sefardi częściej rozmawiał z Isabelą. Był pewien, że nie podzieli się z nikim treścią ich rozmów. Przetestował jej dyskrecję wcześniej i to kilka razy. Żaden szczegół powierzonych jej informacji nigdy nie przekroczył granic jego gabinetu. Nawet Penelopa nie wiedziała, o czym rozmawiali.

Plan Sefardiego przeraził Isabelę. Wyjaśniła mu potem, że na początku bała się go, potem przyzwyczaiła się, w końcu uspokoiła na tyle, żeby bez skrępowania wyrażać swoje opinie. Dla Sefardiego oznaczało to, że znowu stała się sobą, kobietą szczerą i otwartą. Jej poglądy wydawały mu się czasem szalone.

– Czytałam wspomnienia dyrektora szpitala wariatów, to mi pomogło zrozumieć wiele rzeczy. Wydaje mi się, don Sefardi, że rozumiem pana teraz dużo lepiej – gospodyni Penelopy jak zwykle bez żenady wygadywała historie, które Sefardi uznawał za bzdurne, choć nie odrzucał trafności niektórych jej obserwacji.

– Czy wspomnienia psychiatry pomogły także pani, droga Isabelo, w lepszym zrozumieniu siebie samej? – zapytał uszczypliwie, aby odreagować zwariowany komentarz, na jaki nie zasłużył, oraz skłonić rozmówczynię do refleksji nad samą sobą. Nie liczył jednak na wielki sukces.

*****

Dramat zawarty w powieści rozpisany był na wiele ról. Ogólny scenariusz pokazywał, jak wielkie i niezwykłe było to przedsięwzięcie. Sefardi przestraszył się, że bez zachowania ścisłej tajemnicy w trakcie realizacji happeningu cały plan mógł łatwo lec w gruzach. Zanim podjął ostateczną decyzję, dyskretnie wysondował opinię najpierw jednej, potem drugiej i kilku dalszych osób. Dopiero wtedy nabrał przekonania, że plan jest realny. Kontynuując jego realizację, Sefardi wytypował osoby niezbędne do przeprowadzenia widowiska. Byli to zawodowi aktorzy teatralni i filmowi, pozostający chwilowo bez zatrudnienia lub pracujący w ograniczonym zakresie. Zanim złożył im propozycję współpracy sprawdził, czy udział w projekcie, jaki zamierzał zrealizować, w ogóle ich interesuje i czy nadają się do ról, jakie miał do zaoferowania. Pomagała mu w tym agencja castingowa.

Niektórzy kandydaci od razu odrzucili propozycję Sefardiego uznając jego pomysł za przewrotny a nawet haniebny, przeciwny wierze w Boga i nauczaniu kościoła. Mimo dezaprobaty nie mogli nikomu ujawnić żadnych szczegółów jego planu, ponieważ każdorazowo przed rozmową zobowiązywali się na piśmie do zachowania tajemnicy. Szanse na zatrudnienie mieli tylko ci, którzy wierzyli w sens happeningu i pozytywne intencje autora.

Plan był sekretny. W pewnym momencie Sefardi zdał sobie sprawę, że zawiązuje rodzaj sprzysiężenia, spisku przeciwko dobrym obyczajom, być może nawet narusza prawo. Aby być pewnym powodzenia, Sefardi przekonał wspólników, że ujawnienie tajemnicy niosłoby najwięcej ryzyka dla nich samych, ponieważ każdy z nich miał swoje dobre imię i reputację, które z pewnością by utracił, gdyby sprawa wyszła na jaw. Najbardziej wątpiących przekonywał prostym pytaniem:

– Co by się stało, gdybym ujawnił wszystko, co wiem o tobie? – Sefardi nie pozostawiał złudzeń, że gotów był na wszystko. Niektórzy uczestnicy uznali jego postępowanie za próbę zastraszania. Mistrz ignorował takie głosy.

Aktorzy przystępujący do współpracy mieli otrzymać wynagrodzenie przewyższające uposażenia płacone im w teatrach. Dla dobra sprawy ustalono, że ujawnienie tajemnicy będzie pociągać za sobą karę finansową. Wszystkie kary miały iść do wspólnej puli, przeznaczonej do rozdzielenia między lojalnych uczestników happeningu. Zwiększało to szansę, że wszyscy będą pilnowali, aby ktoś nawet przypadkiem nie puścił farby, czy – jak sami to określali – nie chlapnął czegoś niepotrzebnie. Metoda okazała się skuteczna, nie zanotowano żadnej wpadki.

Uzgodnienie wszystkich szczegółów wymagało wielu rozmów i negocjacji. Zajęło to Sefardiemu sporo czasu, ale warte było zachodu. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione, Sefardi zawarł z uczestnikami happeningu umowę notarialną. Podnosiło to poziom bezpieczeństwa. Oryginał umowy pozostał w sejfie u notariusza, kopie miały być wydawane tylko na żądanie.

Porozumienie było tak udane, a jego uczestnicy tak bardzo zaangażowali się osobiście, że w miarę prosty teatr uliczny, jaki Sefardi miał na uwadze, przerodził się w dobrze skoordynowane, poważne widowisko teatralne.

Michael Tequila, powieść „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 111: Konferencja w Pałacu Metropolitalnym

A.S. Proszę zwrócić uwagę, że dziś na stronie zamieściłem dwa wpisy, odcinek powieści i opowiadanie. Pozdrawiam, Michael Tequila

Konferencja miała odbyć się wyłącznie za zaproszeniami w nowym Pałacu Metropolitalnym, w Wielkiej Sali Teatralnej specjalnie przygotowanej na tę okazję. Datę i szczegóły wydarzenia zachowano w tajemnicy do ostatniego momentu. Wiadomo było tylko tyle, że będzie to uroczystość, na której podpisana zostanie umowa na pośmiertne wydanie powieści Sefardiego Baroki „Wniebowstąpienie oszusta”. Przed wejściem do budynku czekały dwie karetki pogotowia; wydarzenie zapowiadało się tajemniczo.

Wielka Sala Teatralna miała kształt trapezu. Przy jej krótszym równoległym boku, na scenie, na wyłożonej dywanami podłodze, ustawiono długi stół z mahoniu. Po jego lewej stronie – patrząc od strony widowni – stała mównica, po prawej wysoki orientalny dzban z kwiatami. Całe pomieszczenie, widownię i scenę, oświetlało pięć żyrandoli w kształcie ogromnych kul. Ściany i sufit były w kolorze żywej szarości, nadającej ton całości wnętrza. Oparcia i siedzenia foteli wykonane były w dwóch odcieniach łagodnego granatu i doskonale uzupełniały wystrój wnętrza.

Konferencję organizował Związek Bezimiennych, mało znana fundacja pomocy osobom indywidualnym i rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Związek kierował się zasadą całkowitej anonimowości i świadczył pomoc bez oczekiwania na uznanie lub wdzięczność. Organizator konferencji był tak nietypowy, że dziennikarze zadali sobie sporo trudu, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Okazało się, że fundację założyła grupka milionerów, osób głęboko wierzących i praktykujących, niosących pomoc bliźnim znajdującym się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji życiowej. Jeden z dziennikarzy odkrył, że Związek Bezimiennych miał siedzibę ukrytą na farmie rolno-hodowlanej usytuowanej w trudno dostępnej partii gór. Jego pracownicy komunikowali się ze światem telefonicznie, pocztą elektroniczną lub przez gońca; korzystali też ze skrytki znajdującej się w urzędzie pocztowym w pobliskim miasteczku, z której w niezauważalny sposób ktoś regularnie wybierał korespondencję. Podejrzewano, że mógł to być goniec firmowy, listonosz lub pracownik urzędu pocztowego dysponujący uniwersalnym kluczem do skrytek.

Kiedy ciężka kotara rozsunęła się na boki, zgromadzonym na widowni ukazała się scena z długim, pustym stołem prezydialnym. Po chwili oczekiwania w milczącym napięciu, w głębi sceny pojawiła się postać oświetlona błękitnym światłem. W pierwszym momencie nie było wiadomo, czy był to efekt projekcji holograficznej czy też żywa osoba. Nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy włączono je ponownie, za stołem stał Sefardi Baroka. Jego ręce spoczywały na krawędzi krzesła. W pierwszym momencie widzowie uznali, że to doskonale ucharakteryzowany aktor lub sobowtór znanego wynalazcy. Po chwili milczenia mężczyzna przemówił, witając zebranych, a następnie wyjaśniając, że swoim wystąpieniem pragnie zakończyć dramatyczne wydarzenia, będące niczym innym jak czystą fikcją.

– Zanim wyjaśnię tajemnicę, wyznam, że głównym powodem mojej obecności tutaj jest podpisanie – w obecności państwa, telewidzów oraz radiosłuchaczy – umowy z renomowanym wydawnictwem Prensa Nacional na publikację miliona egzemplarzy mojej najnowszej powieści „Wniebowstąpienie oszusta”.

Krótkie przemówienie nie pozostawiło wątpliwości; na jasno oświetlonej scenie stał Sefardi Baroka. Na widowni podniósł się szum, padały okrzyki niedowierzania i pytania. Reporterzy i kamerzyści rzucili się do przodu, aby znaleźć się jak najbliżej człowieka, który wywołał tyle zamieszania. Kilka osób upadło na podłogę. Zostałyby one poturbowane przez biegnących za nimi, gdyby nie zdecydowana interwencja rosłych ochroniarzy, którzy zjawili się wybiegając z różnych stron sali. Jeden z nich wzywał telefonicznie karetkę pogotowia, pozostali wprowadzali porządek na sali.

Kiedy zamieszanie ustało, do stojącego za stołem Sefardiego dołączyły dwie osoby. Sefardi przedstawił je. Pierwszy był dyrektorem wydawnictwa Prensa Nacional, drugi agentem literackim. Mistrz podniósł rękę, aby zwrócić na siebie uwagę i uciszyć szum na widowni. Przeprosił zebranych za zamieszanie, jakie wywołał nieoczekiwanym pojawieniem się, po czym przedstawił historię wydarzeń związanych z powieścią. Pisząc ją, wzorował jej bohaterów na osobach, jakie znał osobiście – przyjaciołach, znajomych, członkach rodziny, osobach publicznych, pracownikach sklepów, bibliotek i podobnych miejsc, gdzie bywał.

– Chciałem, aby bohaterowie mojej powieści wyglądali i zachowywali się jak osoby rzeczywiste, były do głębi przekonywujące – takie było jego podsumowanie.

Niektóre osoby z otoczenia Sefardiego zaczęły domyślać się, że mógł on na nich wzorować bohaterów pisanej potajemnie powieści. Wiedzieli, że pisze jakąś nową książkę, ale nie wiedzieli co. Byli zaniepokojeni, że autor przedstawi ich w niej, eksponując zarówno ich zalety jak i wady, czy też kłopotliwe fakty z ich życia. Zażyczyli sobie rozmowy z Sefardim. Nie mógł im tego odmówić. Niezręczną sytuację postanowił obrócić na swoją korzyść. W głowie miał przewrotny plan. Zamiast tłumaczyć się, dlaczego naruszył ich prywatność, zapytał, czy mogliby wyrazić opinię, jak widzą i oceniają swoje literackie odpowiedniki. Reakcje były bardzo różne, niektórzy odrzucili jego prośbę, inni zaakceptowali. Tych ostatnich Sefardi poprosił, aby szczegółowo zapoznali się z dotyczącymi ich fragmentami powieści, a następnie ocenili swoje literackie sobowtóry i zasugerowali zmiany, jeśli uważali to za słuszne.

Krytyka i komentarze pomogły Sefardiemu wzbogacić sylwetki bohaterów, uczynić je doskonalszymi. Było to dla niego bardzo cenne, gdyż mając wielkie doświadczenie wynalazcze, nie miał jeszcze dostatecznej wiedzy i umiejętności pisarskich; miał natomiast ambicję, aby jego powieść stała się prawdziwym arcydziełem podobnie jak jego zegarki. Czuł się jak chirurg plastyczny doprowadzający do perfekcji twarz prawie już doskonałą.

Nie wszystkie kontakty z żywymi wzorami postaci literackich były łatwe i twórcze. Niektóre osoby miały oczekiwania, a nawet pretensje, wychodząc z założenia, że skoro wzoruje na nich swoich bohaterów, to przysługują im jakieś prawa autorskie, a co najmniej prawo do zgłaszania uwag i oczekiwania korekty.

Przeżycia związane z pisaniem powieści spowodowały, że Sefardi nie spał po nocach, tracił apetyt i chudł. Nie umiał sobie z tym poradzić. Czuł, że znalazł się między młotem a kowadłem. Aby wyciszyć się i doprowadzić do ładu, włóczył się po mieście, najczęściej wieczorami, odwiedzając znajome kąty, chodził też nad rzekę, gdzie cumowały łodzie i jachty.

Męczyły go wyrzuty sumienia, że nadużywa zaufania znanych mu, niekiedy bardzo bliskich osób. Ich tożsamości zostały wprawdzie zmienione, aby nikt nie mógł zauważyć podobieństwa, nie dawało to jednak pewności, że czytelnicy nie odgadną, o kogo naprawdę chodzi. Konsekwencje ujawnienia szczegółów ich życia w powieści mogły okazać się dla nich bardzo kłopotliwe.

Sefardi wziął sobie tę możliwość poważnie do serca, kiedy przeczytał o procesie sądowym o naruszenie godności osobistej. Chodziło o autora, który w swojej powieści ujawnił tajemnicę romansu osoby publicznej. Pisarz zapłacił wtedy bardzo poważne odszkodowanie.

Cz. 110: Burza medialna. Wrogowie i przyjaciele.

– Gdyby Sefardi, mój serdeczny przyjaciel, widział te niekończące się relacje, to by się wyrzygał – Iwan Iwanowicz zdenerwował się. Było to w knajpie „Pod Czarnym Buforem”, gdzie spotkał się ze znajomymi, aby ostatecznie pożegnać Sefardiego jako przyjaciela, patriotę, współobywatela i aktywistę lokalnej społeczności. Kiedy energiczny starzec wzniósł toast o pomyślność Sefardiego w niebie, przemówiła kolorowa papuga właściciela lokalu, milcząca od lat. Nikt nie był bardziej zszokowany niż on sam. Papuga wygłosiła kilkuzdaniowy panegiryk na cześć zmarłego. W jej pierwszym od lat wystąpieniu publicznym podejrzewano cichy udział właściciela. On sam przysięgał na dzieci i żonę, że kiedy pięć lat wcześniej przez niedopatrzenie podał papudze nieświeże ziarno, które spowodowało ciężki rozstrój ptasiego organizmu, gadatliwe czupiradło oświadczyło, że nie odezwie się więcej. Mimo jego przysięg i bicia się w piersi, bardziej wierzono papudze niż jemu.

Sefardi nie pozostawił suchej nitki na politykach. Jego pisemne przesłanie do parlamentu nadeszło w idealnym czasie, jakby w odpowiedzi na kąśliwe recenzje jego życia i śmierci. Zarzucił im ubóstwo rozumu, wrażliwości i etyki, złośliwie nawet niedorozwój penisów. Szydził z nich, okazał się niewybredny, wręcz chamski. W liście pożegnalnym, nadanym już przed śmiercią, przekazał klubom parlamentarnym sążnistą listę nazw członka męskiego, sugerując nauczenie się jej na pamięć, aby wiedzieli, co myśleć o sobie i swoich kolegach partyjnych. Rodzina i przyjaciele byli oburzeni, upierali się, że jest to jawne pomówienie, ponieważ Sefardi nigdy by się na coś takiego nie zdobył.

– To nie jest w jego stylu. Sefardi Baroka był zbyt kulturalny i wyrafinowany, aby zniżyć się do takiego poziomu. Wiadomo, że nie lubił polityków, ponieważ nie znosił prostactwa, bezguścia i wulgarności, z którymi niektórzy z nich obnosili się publicznie. To przesłanie to jednak zupełnie coś innego. To tak, jakby pomawiać jego, mistrza wynalazczości, o przyczepienie ciężkiego łańcucha do misternego zegarka kieszonkowego. Przesłanie do parlamentu z całą pewnością nie było jego dziełem. – Opinię tę wyraził na konferencji prasowej rzecznik rodziny, składając wniosek do prokuratury o podjęcie śledztwa w związku z przestępstwem. Prawda była tak oczywista, że nie użył nawet słowa „domniemany” w odniesieniu do przestępstwa.

Nie zmieniło to postaw członków partii rządzącej. – Sefardi Baroka to wariat i zboczeniec. – Napisał ktoś na tablicy ogłoszeń w korytarzu parlamentu. – Po co ten degenerat robi sobie taką reklamę? Przecież teraz do niczego mu się ona nie przyda!

Nieparlamentarna wypowiedź anonimowego posła wywołała powszechne oburzenie. Uznano, że oskarżanie kogokolwiek o szaleństwo, zboczenia i degenerację narusza cześć, jaka należy się każdemu zmarłemu, bez względu na jego przeszłość, na mocy uświęconej tradycji. Większość obywateli była zgorszona poselskim wandalizmem słownym. Nawet kościół przyłączył się do głosów krytyki, mimo iż Sefardi nie był obiektem jego uwielbienia, wręcz przeciwnie. Organizacje broniące praw obywatelskich żądały znalezienia sprawcy i oddania go pod sąd, choćby komisji etycznej parlamentu, o której mówiono, że standardy etyczne oparła na zasadzie „Kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Emitowany następnego dnia program telewizyjny nosił nazwę „Sztuka życia i umierania”. Uczestnicy zebrania przy krawężniku różnie go komentowali. Salman, pracownik działu zaopatrzenia dużego supermarketu, uznał program za ambitny, choć trochę na wyrost. Oglądał go razem z żoną, przygotowującą wieczorny posiłek w aneksie kuchennym przyległym do salonu, gdzie znajdował się telewizor. Program tak ich wciągnął, że odłożyli obiad na później, posilając się paczką chrupek, aby zabić głód. Byli młodym małżeństwem o nieokreślonych poglądach politycznych i społecznych. Oglądali program, ponieważ Salman zawsze marzył o poznaniu kogoś, kto naprawdę był mistrzem sztuki życia. Sam nie umiał tak żyć, często był wyrzucany z pracy i miał ciągłe nieporozumienia ze zwierzchnikami. W końcu zaczął wątpić, czy taki człowiek w ogóle istnieje.

Telewizja prywatna uznała pogrzeb Sefardiego Baroki za jego wielki triumf, a jego samego za bohatera narodowego. Wychwalano go za poświęcenie życia wynalazczości, której efekty szeroko rozsławiły kraj. Podkreślano jego odwagę oskarżenia gubernatora Barrasa o korupcję i barbarzyństwo polityczne. Tego samego wieczoru pokazano jeszcze film „Klęska satrapy”, dokumentujący dziwny zamach bombowy na zgromadzenie zwolenników Partii Konserwatywnej, którą Sefardi nazywał pseudodemokratycznym krzewicielem barbarzyństwa. Nie dziw, że przypisano mu autorstwo zamachu.

Od dnia pogrzebu, telewizja państwowa regularnie prezentowała i komentowała postać i życie Sefardiego Baroki. Redaktor prowadzący wstrzemięźliwie określił go jako ciekawego zegarmistrza i dobrze zapowiadającego się pisarza. Programy były pełne powagi, nostalgii, w konkluzjach raczej smutne. W trakcie dyskusji telewizyjnych pojawiały się jednak ostrzejsze wypowiedzi. Przedstawiciel Partii Konserwatywnej uważał, że gdyby nie fakt, że Sefardi Baroka jest już w grobie, to jego życie byłoby niewarte funta kłaków zważywszy jego nieuzasadniony, wrogi stosunek do demokratycznie wybranego rządu, zwłaszcza gubernatora.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 109: Ksiądz, pani Godano, media i oceny pogrzebu

Sefardi mówił mi o tym i o wielu innych sprawach. – Kontynuował ksiądz Terrano. – Zawarliśmy ciche porozumienie, że cokolwiek mi powie osobistego, będę to traktować jak spowiedź. Bardzo jasno to sobie wyjaśniliśmy. Wiedziałem o jego prawdziwych planach, nie tylko tych deklarowanych. Nie sądzi pani, że brała pani udział w eutanazji?

Anastazja zaprzeczyła spokojnie. Wszystko miała przemyślane, rozmawiała o eutanazji z Sefardim nie raz i nie dwa. Na początku idea ta męczyła ją; potem, kiedy sobie wszystko wyjaśnili, już nie. –

– Nawet gdyby to był akt eutanazji, a nie był, to i tak pomogłabym mu. Osoba świadoma, co to jest eutanazja, ma do niej prawo. 

– Zgadzam się z panią. – Poświadczył ksiądz z dziwnym zdecydowaniem. Ręka ułożona na czarnej, gęstej sutannie drgnęła i ledwo dostrzegalny tik poruszył kącik ust zamierając w dolnej części policzka. 

– A co ksiądz sądzi na ten temat? Na temat eutanazji? – Zapytała Anastazja zaskoczona jego akceptacją. Nie wyobrażała sobie, aby duchowny mógł wypowiedzieć się niezgodnie z oficjalnym stanowiskiem kościoła.

– To trudna sprawa. Może nie tyle trudna, ile budząca wielkie kontrowersje. Przemyślałem sobie ją do głębi, mnie już ona nie męczy. Mam swój pogląd i czuję się z nim szczęśliwy.

Anastazja patrzyła pytająco. Ksiądz uznał jej milczenie za prośbę o wyjaśnienie.

– Ludzie są niekonsekwentni. Zdecydowanie wypowiadają się przeciw eutanazji, czyli skróceniu życia, uważając to za przeciwstawienie się woli boskiej, a równocześnie z wielkim powodzeniem i gorliwością podtrzymują ludzkie życie w sytuacjach, kiedy Bóg podjął już inną decyzje. Mam na myśli ratowanie wczesnych noworodków, skazanych przez Stwórcę na odejście z powodu fatalnych wad lub schorzeń, których nigdy by nie przeżyły bez ludzkiej interwencji, bez intensywnej pomocy medycznej. To czysta manipulacja boską władzą. Przedłużać życie umierającemu wcześniakowi „tak”, skrócić życie osobie cierpiącej „nie”.

– Coś w rodzaju „i Bogu świeczkę, i diabłu ogarek” – Podpowiedziała rozmówczyni.

Amizgao Terrano życzliwie spojrzał na Anastazję. Nabrał już całkowitej pewności, że była powiernikiem, partnerką w miłości i pomocnicą Sefardiego w szalonym pędzie jego ostatnich dni. Poczuł jak pod wpływem wzruszenia krew napływa mu do mózgu. Skoncentrował się na kontroli oddechu, aby doprowadzić się do równowagi.

– My, Indianie, reagujemy z reguły spokojnie. Zbyt długo żyjemy bardzo blisko natury, w której wyraża się stwórca tego świata. – Wyjaśnił Amizgao Terrano i z ufnością popatrzył na Anastazję gotów kontynuować rozmowę o człowieku, który był jego przyjacielem. Jedynym nie licząc Boga.

Zebrani przy krawężniku mieszkańcy osiedla Aura złożyli milczący hołd Sefardiemu. Przemówił Iwan Iwanowicz; starannie przygotował się do tego wystąpienia. Mówił krótkimi urywanymi zdaniami. Tłumaczył się potem, że coś go drapało w gardle, prawdopodobnie z powodu przeziębienia.

– Sefardi był wspaniałym człowiekiem. Znałem go od lat, przyjaźniliśmy się. Zaskoczył mnie jednak. Nie mnie jednego zresztą. Okazał się niezwykłym oryginałem, ekscentrykiem. Zorganizował pogrzeb łamiący zasady powagi i smutku na rzecz czegoś bardziej przyszłościowego, konsumpcyjnego, a mianowicie szokującej rozrywki, którą ludzie będą długo pamiętali wspominając człowieka porzucającego niepewność i cierpienie na rzecz zabawy i radości.

Przemawiając, Iwan Iwanowicz miał poczucie, że nie mówi całej prawdy, nie potrafił jednak zachować się inaczej. Przyjaźnił się z Sefardim i nie mógł zaprzeczyć tej przyjaźni tylko dlatego, że Sefardi przesadził i zorganizował imprezę, którą on, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, prywatnie ocenił jako przesadną i gorszącą. Ukrywając prawdę w imię przyjaźni, liczył na zrozumienie przynajmniej ze strony młodych ludzi, których cenił i w których widział nadzieję na przyszłość. I rzeczywiście, kiedy zakończył mowę wspominkową przez długi czas zbierał burzę oklasków. Starsi milczeli wyzywająco lub szeptali coś między sobą jak spiskowcy. W sercu miał do nich żal, ponieważ wiekowo sam należał do tej grupy i po cichu liczył na ich wsparcie z racji choćby pięknego przemówienia, jakie z wielkim nakładem czasu i trudu przygotował i wygłosił.

Media okazały się nieżyczliwe zmarłemu. Było tego niemało: gazety, dzienniki, tygodniki, miesięczniki, dwumiesięczniki, kwartalniki i jedno wydawnictwo nieregularne. W krytyce przodowała prasa związana z Partią Konserwatywną i Kościołem Hierarchicznym. Redaktor naczelny Noticiero Conservador zaczął nutą pozornej życzliwości przypominając, że odszedł powszechnie znany obywatel, człowiek zasłużony i światowy. Po chwili uznał, że pożegnał się on ze społeczeństwem w stylu zwariowanego malarza hiszpańskiego, który umieścił sobie na głowie kotlet siekany, dając tym wyraz błazeńsko-krytycznego stosunku do obywateli, kraju i świata. Na zakończenie artykułu redaktor nie szczędził krytyki.

– Pogrzeb Sefardiego był w złym stylu. Był dziwaczną kombinacją ciasta przekładańca i menażerii egzotycznych zwierząt.

Odmienny był stosunek środowisk i mediów otwartych na powiewy nowoczesności, nauki i technologii. Reprezentowały one lepiej wykształconą i młodszą część społeczeństwa.

– Pogrzeb był innowacyjny i niesztampowy. Był wspaniały.

Wieczorem w telewizji ukazały się wiadomości sponsorowane przez Sefardiego, który z wyprzedzeniem zadbał o relację o pogrzebie i stypie, oddzielającą prawdę od kłamstwa i bezstronność od uprzedzeń. Wiadomości przedstawiły oświadczenie Sefardiego, brzmiące jak credo życiowe: „Byłem sponsorem własnego życia, zgonu i pochówku”. W nagranych na video na YouTube „Ostatecznych zapiskach” zostawił wiadomość, że reklama w tym medium nie kosztowała go tyle, ile myślał. – „Ucieszyło mnie to, ponieważ zawsze byłem oszczędny”. – Podsumował swoje wystąpienie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 107: Tajemniczy posługacz

Badanie próbki pobranej z urny potwierdziło obecność szczątków ludzkich przemieszanych ze spalonym drewnem, niezwykle rozdrobnionym, jakby materiał polano benzyną lub spalono w piecu w wysokiej temperaturze. Wyniki badań DNA miały być gotowe dopiero za kilka dni. Policja miała już jednak dowód wskazujący, że ciało zmarłego mogło być spalone nie w krematorium, ale na stosie. Pojawiło się pytanie, jeśli tak stało się w istocie, to kto i jak dokonał podmiany. Zakład pogrzebowy i krematorium stały się ponownie obiektem zainteresowania policji.

Z rana komisarz zgłosił się niezapowiedziany u właścicielki zakładu pogrzebowego. Nie oddał kluczy, wyjaśniając, dlaczego musi je zatrzymać i to na kilka dni. Z grzeczności, bardziej pozorowanej niż prawdziwej, zapytał, czy nie spowoduje to komplikacji w pracy zakładu pogrzebowego i jej działań, jako wykonawczyni testamentu.

Anastazja Godano nie dała poznać po sobie, czy nakaz przeszukania zakładu i dochodzenie ją zaskoczyły czy nie. Patrzyła niemo na policjanta, jakby chciała go zapytać, po co to wszystko. Powiedziała:

– Ma pan nieograniczony dostęp do dokumentów i pracowników. Ostatecznie nie dziwią mnie poczynania policji po tych wszystkich sensacyjnych doniesieniach i nonsensach, o których pisze prasa, ludzie dyskutują na forach dyskusyjnych i ciągle łomocze telewizja i radio. Sefardi Baroka był celebrytą i miał swoich wrogów. Jeśli będę panu potrzebna, proszę dać mi znać. Mogę być czymś zajęta, ale postaram się odpowiedzieć jak najszybciej. Podobnie jak pan mam swoje obowiązki.

*****

Śledztwo w sprawie nielegalnego spalenia ciała na stosie przeniosło się do zakładu pogrzebowego. Pytaniem było, kto i w jakich okolicznościach wykradł ciało z zakładu i jak to się stało, że nie spalono go w piecu krematoryjnym. Policja szybko zdobyła zdjęcia mężczyzny przygotowującego ciało do pochówku. Był to Hindus, posługacz pogrzebowy, którego znalazł Sefardi. Kto go zatrudnił, nie było wiadome. Mężczyzna nazywał się Raj Kumar Patel i przyjechał do Nomadii z Wielkiej Brytanii.

Patel był nazwiskiem popularnym wśród osób pochodzących z grupy etnicznej Gudźarati. Pracownicy krematorium słyszeli go kilkakrotnie mówiącego przez telefon obcym, niezrozumiałym językiem. Posługacz mówił także po angielsku, z owym miękkim akcentem, którego żaden Hindus nigdy się nie wyzbędzie. To on miał przygotować ciało do kremacji wedle obrzędów hinduistycznych. Przewidziana była kremacja na miejscu, w piecu krematoryjnym zakładu, tym niemniej – zgodnie z życzeniem Sefardiego – ciało miało być umyte, ubrane i przygotowane tak, jakby miano je spalić na tradycyjnym stosie pogrzebowym dokładnie jak w Indiach. Scenę mycia i ubierania zwłok zarejestrowała kamera typu przemysłowego, którą policja znalazła w szafce w szatni. Było to dziwne przede wszystkim dla pracowników, ponieważ zakład pogrzebowy nie miał kamery przemysłowej.

– Kamera jest nam zupełnie niepotrzebna, bo nie ma tu nic do obserwacji. Tu przygotowuje się zwłoki do pogrzebu albo kremacji. To mało ciekawe. – Wyjaśniali pracownicy pytani, skąd wzięła się kamera.

Część nagrania została usunięta. Wyglądało to tak, jakby w trakcie nagrywania Hindus zorientował się, co się dzieje i przykrył kamerę kawałkiem materiału. W nagraniu pozostał chyba tylko przez przypadek fragment jego twarzy i sylwetka. Wystarczyło to policji do identyfikacji podejrzanego. Natychmiast zaczęto go poszukiwać. Jego wygląd, szczególnie ciemnobrązowa karnacja, był tak charakterystyczny, że bardzo szybko ustalono jego dalsze działania. Mężczyzna wyjechał z kraju późnym wieczorem, kilka godzin po zakończeniu uroczystości symbolicznego spalenia ciała na stosie nad rzeka Yati. Poszukiwano go na mocy oskarżenia o wykradzenie ciała z zakładu pogrzebowego w celu dokonania nielegalnego spalenia. Poszukiwany odleciał prosto do Indii pierwszym samolotem udającym się w tamtym kierunku. Ślad urwał się na lotnisku w New Delhi, gdzie tajemniczy podróżny przekroczył bramkę odprawy paszportowej.

– Jego paszport był prawdopodobnie skradziony i sfałszowany – oświadczył pracownik ministerstwa sprawiedliwości zajmujący się sprawą w stolicy Indii. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego uważał paszport za sfałszowany z wyjątkiem stwierdzenia, że to częsta praktyka. Zapytany o możliwości dalszych poszukiwań i znalezienia oskarżonego mężczyzny wyjaśnił machając ręką w geście rezygnacji, że nie ma to najmniejszego sensu.

– W Indiach mieszka grubo ponad miliard ludzi. Pięć milionów mniej, pięć milionów więcej, jakie to ma znaczenie? Pan wie, ile to jest cyfr?

Mimo kiwnięcia głową na „tak” przez rozmówcę, policjant podszedł do białej tablicy i czerwonym mazakiem cierpliwie wypisywał wielkimi kulasami wymienione przez siebie liczby. Kiedy skończył, dodał:

– Musiał być ucharakteryzowany, to prawie pewne. Pan wie, mamy Bollywood, coś takiego jak Hollywood, tylko w wersji hinduskiej. Ludzie oglądają filmy i szybko się uczą, jak świat się kręci. Nie poznamy jego prawdziwej twarzy. – Rozłożył ręce w przekonywającym geście takiej bezradności, że każdy uwierzyłby w niemożność znalezienia człowieka.

Śledztwo przeprowadzone w zakładzie pogrzebowym pani Godano, gdzie oficjalnie dokonano kremacji, nic nie dało. Nie złamano żadnych procedur, kremacja wedle zapisu została przeprowadzona w piecu, gdzie temperatura była tak wysoka, że nie pozostał najdrobniejszy ślad czegokolwiek nadającego się do analizy DNA. Czynność wykonał pracownik zakładu pracujący w zakładzie od lat.

– Czy otwierał pan trumnę przed samą kremacją? – Zapytał policjant.

– Nie było potrzeby. Trumna była prawidłowo oznaczona, nie było żadnej wątpliwości, co do jej zawartości. Ponadto tego dnia nie mieliśmy żadnego innego nieboszczyka do kremacji – wzruszył ramionami, jakby uważał, że policjant sili się na sprawdzanie faktów nie budzących żadnych wątpliwości.

Do bogatej biografii Mistrza doszedł dodatkowy wątek: kremacja ciała w dwóch różnych miejscach. W dodatku prochy o identycznym składzie chemicznym znalazły się w trzech urnach. Nie było wiadome, czy były to pozostałości po jednej kremacji, czy też ktoś gruntownie wymieszał popiół z dwóch różnych miejsc spalenia i złożył je w trzech urnach. Nikt nie miał pojęcia, co się stało. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 106: Szopy i urny

Opis zgodnego z rytuałem hinduizmu spalenia zwłok na stosie policja znalazła w Internecie. Komisarz zadzwonił do zakładu pogrzebowego. Poinformowano go, że czynności związane z pogrzebem i stypą nadzorowała pani Godano, wykonawczyni testamentu. Rozmawiał z nią telefonicznie, chciał obejrzeć miejsce, gdzie spłonął stos.

– Teren jest ogrodzony, a brama jest zamknięta na kłódkę. Jeśli pan kogoś przyśle, to udostępnię klucz do bramy.

– Czy popiół po spaleniu stosu został w jakiś sposób …? Policjant nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa … zagospodarowany. – Zdał sobie sprawę z nietrafności określenia i przeprosił rozmówczynię.

– Nie szkodzi. – Odpowiedziała głosem, który wydał mu się sztywny. Był przekonany, że nie podobało jej się jego określenie.

– Zgodnie z testamentem popiół ze spalonego stosu został zebrany w wielką urnę. Jest tego bardzo dużo. Nie wiemy jeszcze, co z nim zrobić. Testament pomija ten szczegół. Urna jest w szopie na działce.

– Czy mógłbym zajrzeć do niej? Oczywiście, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

– Nie widzę przeszkód. Dam panu drugi klucz, do szopy. Proszę tylko mi go zwrócić.

Po zapisaniu adresu, policjant wprowadził go do systemu nawigacyjnego. – Nie będę musiał błądzić. – Mruknął, wkładając kluczyk do stacyjki. Nie spodziewał się wielkich odkryć. Jechał tam tylko z obowiązku.

Miejsce było odludne, niebo chmurzyło się, zerwał się lekki wiatr. Otworzenie bramy i szopy nie sprawiło komisarzowi trudności. Wykonywał swoje czynności bez pośpiechu, nie ociągając się jednak. Na działce stały dwie szopy. Skierował się do większej. Nie mógł jej otworzyć, wobec czego podszedł do mniejszej. Tym razem kluczyk pasował do kłódki.

Szopa była zagracona, głównie narzędziami i starymi meblami. Przesunął po rupieciach wzrokiem, lecz nie zauważył niczego, co przypomniałoby urnę, wrócił więc do większej szopy, aby jeszcze raz spróbować ją otworzyć. Kłódka była identyczna, jednakże klucz nie pasował. Zastanawiał się, co robić. Pierwsza myśl, jaka mu się nasunęła, to zadzwonić do właścicielki zakładu pogrzebowego. Pomyślał, że będzie to głupio wyglądało. Intuicja podpowiadała mu, aby wrócić do mniejszej szopy i jeszcze raz ją przeszukać. Był zły, że nie zrobił tego za pierwszym razem, ponieważ urna stała na taczce w prawym rogu w głębi pomieszczenia, zakryta cienką płytą gipsową. Podniósł ją.

– Cholera, powinienem zabrać latarkę – powiedział, po czym zaklął głośno, nie krępując się; wokoło nie było nikogo. Poszedł do samochodu, ale nie znalazł jej w schowku. Zaczął szukać w innych miejscach, denerwując się coraz bardziej. Był zły na siebie, na donosiciela, na właścicielkę salonu pogrzebowego, że nie powiedziała mu, że w szopie nie ma światła. Latarki nie mógł znaleźć. Musiał obejść się bez niej.

Po powrocie do szopy chwycił za rączki taczki, aby wyciągnąć ją na światło dzienne. Nie mógł jej ruszyć z miejsca. Przeszedł go dreszcz, kiedy pomyślał, że to zmarły utrudnia mu wykonanie zadania. W półmroku pomieszczenia wyobraził sobie chude, nagie, sine ludzkie nogi zapierające się w betonową podłogę, aby uniemożliwić przewiezienie popiołów w inne miejsce. Przypomniał sobie, co mówiono i pisano o zmarłym. Uparty, stary dziwak. Policjant jeszcze raz spróbował ruszyć taczkę. Ani drgnęła. Schylił się, aby zobaczyć, czy koło przypadkiem nie zaklinowało się w jakiejś szczelinie.

– Nie powinno, tu jest betonowa podłoga. – Wymamrotał do siebie objaśniająco. Sięgając ręką pod taczkę obmacał koło i poczuł metalowy pręt. – Albo ktoś go wcisnął, aby unieruchomić taczkę albo stało się to przypadkowo. – Przypomniał sobie przypadek mordercy usiłującego ukryć ciało ofiary, aby nie można było usunąć jej z kryjówki. Policjant zaśmiał się nerwowo. Po usunięciu pręta taczka wyjechała prawie bez oporu.

Urna była przykryta, pokrywa idealnie pasowała do otworu. Z boku widoczne były blokady przesuwane w dół dla uszczelnienia zamknięcia. Odsunął je i zajrzał do środka. Zawartość wyglądała normalnie: popiół po spalonym drewnie. Nałożył gumową rękawiczkę i nabrał garść, aby poczuć popiół pod palcami. Wyglądał jak najzwyklejsza pozostałość po ognisku, z kawałkami niespalonego drewna. Nieco głębiej był dużo drobniejszy, jakby przesiany przez sito, prawie pylisty.

– Drewno tak się nie spala. Popiół jest zbyt drobny. Wniosek nasuwał mu się w nachalny sposób.

Komisarz wrócił do szopy, czegoś szukał, nie wiedząc dokładnie czego. Zauważył niezbyt gruby pręt metalowy. Przyglądał mu się chwilę, po czym wziął go do ręki i wygiął na końcu tworząc hak. Wcisnął go w głąb urny usiłując wyczuć, czy nie ma tam nic twardszego, czy nie napotka oporu. Poruszając hakiem w dół i w górę wyciągnął więcej pylistego materiału na wierzch. Dopiero za piątym lub szóstym razem zauważył podłużny kształt, bardzo drobny, przypominający fragment odłamanej kości. Wyjął go na zewnątrz, obejrzał i schował do plastikowego woreczka do przechowywania materiału dowodowego. Nie szukał dalej. Przy wejściu do szopy stało wiaderko z niewielką ilością wody; wydawała się czysta. Umył ręce, wytarł je chusteczką do nosa i wyjął telefon komórkowy z bocznej kieszeni marynarki.

– Chyba coś znalazłem, szefie.

– Jeśli tak, to zleć od razu badania laboratoryjne próbek. Nie oddawaj klucza tej kobiecie. Nie mów jej nic, aby niczego nie zmanipulowano. Nie muszą wiedzieć, że coś podejrzewamy. Mówię w liczbie mnogiej, bo nie wiem, kto jeszcze może być zamieszany. Gdybyś jeszcze coś odkrył, daj znać. Wiem, że jest już późno, ale koniecznie wróć do komendy i przygotuj dokumenty niezbędne do wysyłki materiału dowodowego do badania. – Możesz to zrobić?

Zapytanemu nie bardzo podobał się plan, lecz nie protestował. Zamknął szopę i bramę, i wsiadł do samochodu. Przed wyjazdem zadzwonił do właścicielki salonu pogrzebowego.

– Powinienem zwrócić pani klucze, ale zrobiło się bardzo późno, a ja mam jeszcze pracę do wykonania. Nie mogę przyjechać teraz. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem dla pani. Oczywiście jeśli jest to konieczne, to przyjadę i oddam klucze, ale znacznie później.

Na szczęście kobieta nie oponowała. Spodziewał się takiej reakcji. Wydawało mu się, że chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Po tym, co zobaczył na działce, stał się podejrzliwy. Nawet gdyby prosiła go o zwrot kluczy tego samego dnia i tak by tego nie zrobił, znalazłby jakąś wymówkę. Życie nauczyło go, że łatwiej jest uzyskać wybaczenie, niż zgodę. Zbyt cenił mądrość rej zasady, aby jej nadużywać.

– To był właśnie taki przypadek. – Wytłumaczył sobie.

Jadąc, starał się zapomnieć o kremacji, prochach, szopie i salonie pogrzebowym. Bał się, że myślenie o tym może doprowadzić go do utraty koncentracji w czasie jazdy i wypadku.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 103: Przygotowania do audiencji

W niebie już wcześniej wydano dyspozycje. Wszystko było przygotowane. Zaproszenia rozesłane, stoły zastawione, orkiestra w komplecie. Ustalono, jakie utwory będą grane. Były to głównie marsze weselne, muzyka klasyczna. W wyborze kierowano się przede wszystkim tym, co lubi pisarz, serdecznie oczekiwany gość. Nie używano czasu przeszłego, form „lubił” i „nie lubił”, tylko teraźniejszego, zgodnego z nową rzeczywistością.

*****

Isabela przejrzała kartki z nazwiskami osób zaproszonych na uroczystość powitania Sefardiego w sali audiencyjnej. Stały równo ustawione na stole. Wśród zaproszonych nie dostrzegła nazwiska gubernatora Barrasa Blawatsky’ego. Dziwiła się, dlaczego myśl o gubernatorze w ogóle przyszła jej do głowy. Byłaby to absurdalna sytuacja, ponieważ obydwaj mężczyźni nie znosili się. Ponadto Barras okazał się gejem. Ukrywał się z tym przez lata. Geje byli jej obojętni, nie interesowali jej.

– Barras nie akceptował swojej seksualności. Dlatego ukrywał się ze swoimi znajomościami i relacjami. – Tym stwierdzeniem Isabela postanowiła zakończyć tę część opowiadania. W głowie szumiały jej koniak i kawa. W pokoju rozległ się chichot. Isabela poznała głos Sefardiego i wzdrygnęła się. Był tak wyraźny, jakby dobiegał zza pleców. Mimo woli obejrzała się do tyłu. W uchylonym oknie poruszyła się firanka. Była pewna, że jest zamknięte.

– Sefardi chichocze jak Barras – Skwitowała i sama zaśmiała się nerwowo. Może on też był gejem. Nigdy nie dobierał się do mnie. Zastanowiła się nad tym. Wstała i podeszła do lustra. Popatrzyła na siebie i pomyślała, że jest warta grzechu.

*****

– Z nieba pogrzeb wygląda zupełnie inaczej – Isabela opisywała orszak żałobników widziany z góry. –Widoczne są same głowy i ramiona, nie widać żadnych sylwetek. Karawan to kwadracik przesuwający się w dole, konie to pogrubiałe kreski. Kropki, setki kropek, to głowy ludzkie. Na końcu ukazuje się cmentarz, trochę nierówny w kształcie, nie jego płaski fragment, jak to widzą ludzie na ziemi.

Wróciła myślą do Sefardiego, który lada moment miał przybyć do nieba na spotkanie z Bogiem, kiedy nagle wątpliwość poraziła ją swoją realnością.

– A może do czyśćca? – Zadała sobie pytanie. W głowie nadal czuła szum, wypiła więc jeszcze jeden kieliszek koniaku, aby rozjaśnić myśli, po czym odpowiedziała samej sobie.

– Nie może iść do czyśćca, bo to skomplikuje spotkanie z Bogiem. Nigdy nie słyszałam, aby na takie spotkanie ktoś po drodze szedł do czyśćca albo on tam przebywał. Są zresztą ludzie, którzy twierdzą, że czyśćca nie ma, jest tylko niebo i piekło, a w nich dobro i zło, radość i rozpacz.

W czasie uroczystości pogrzebowej Sefardi był jakby nieobecny. Nie za bardzo wiedział, czy cieszyć się tym, czy martwić. Starał się zachowywać zgodnie z tradycją i wyobrażeniami o przyzwoitości pośmiertnej. Nie był sobą, był roztrojony. W urnach spoczywało jego spopielone ciało, dusza jednak pozostała nienaruszona, a on unosił się nad tym wszystkim. Patrzył na duszę, a ona na niego; również wyglądała osamotniona. Nie cieszyła ją nawet perspektywa wniebowstąpienia. Myślała o tym, jak zintegrować się z ciałem choćby częściowo, nawet przejściowo, jak rekwizyt pojawiający się w rękach aktora w teatrze.

– Jeśli to nie nastąpi, wypadnę głupio. Jestem taka mała i lekka, prawie niezauważalna. Muszę mieć jakieś ciało. – Przekonywała sama siebie.

Sefardi nie rwał się do jednania duszy i ciała. Uznał to za dylemat niemożliwy do rozstrzygnięcia. Tak go widzieli ojcowie i doktorzy kościoła, cała szesnastka, których dzieła czytał, a przynajmniej przewertował. Ich rozumienie i interpretacja spraw życia i śmierci stanowiły dla niego wytyczne myślenia i postępowania.

Diabeł cieszył się perspektywą przybycia Sefardiego na niebiańską audiencję bardziej niż ktokolwiek inny. Nie był aniołem, miał swoje za uszami, reputację zszarganą swoimi poglądami i sprzeciwem wobec legalnej władzy. On sam, rządca piekła w imieniu Szatana, który po stronie zła równoważył moc i dobroć Boga, uważał jednak, że był na swój sposób uczciwy, choć wielu się to nie podobało, zarzucając mu okrucieństwo.

– To tak, jakby zarządcy więzienia zarzucano odpowiedzialność za to, że trzyma w więzieniu, którego sam przecież nie zbudował, w warunkach, których sam przecież nie stworzył, ludzi bardziej lub mniej cierpiących. Potrafił też być obiektywny, tak mu się przynajmniej wydawało.

Jednego nie był pewien: jakie imię przybrać na czas uroczystości. Miało ono być zapisane na kartach ustawionych na stole w sali audiencyjnej. Nie mógł zdecydować się, które z jego licznych imion będzie najbardziej stosowne. Przedtem wybrał swój najlepszy wizerunek, przeglądając niezliczone obrazy powstałe na przestrzeni wieków. Najbardziej przypadł mu do gustu diabeł z szesnastego wieku anonimowego malarza portugalskiego. Ten wizerunek kosmatej, nagiej istoty z długim ogonem, rogami i ogniście czerwonymi oczami, uznał za najwłaściwszy. Z imieniem nie szło mu tak łatwo.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 102: Spotkanie z Bogiem

Szybkość zdarzeń oszałamiała Isabelę. Niebo, które widziała i opisywała, nagle okazało się piekłem, gdzie nikt nie był w stanie się zestarzeć.

– Możesz żyć w jednej miejscowości, na jednej ulicy, ba, w jednym domu miliony lat, będziesz mieć wszystkiego po dziurki w nosie, bo wieczność nie ma granic – napisała w natchnieniu.

Poczuła się następczynią Sefardiego. Postanowiła odszukać go. Spojrzała w górę i zobaczyła go. Sefardi zmienił się, rozpaczliwie i jakoś dziwacznie usiłował przedstawić Bogu i jego świcie sens swego życia, który utracił. Kładł się na ziemi, turlał, wykonywał dziwne przewroty, poruszał rękami, gestykulował, robił miny, przekonywał o czymś usilnie, w końcu zdenerwował się z braku porozumienia. Wkrótce sceneria zmieniła się. W niebie, które przybrało postać nieskończonej równiny, pojawił się wielki tłum ludzi, aby wziąć udział w uroczystości zwanej Purgatorium, czyli Czyściec. Każdy musiał oczyścić się z doczesności ziemskiego życia, przejść z życia do wieczności, rozprawić się z samym sobą i pogodzić ze wszystkim i z wszystkimi.

Zebrani ustawili się w jedną szeroką kolumnę. Każdy zawód miał swoją kolejkę, każda z nich dzieliła się na sekcje. Pisarze dołączali do pisarzy, prawnicy do prawników, rzeźbiarze, malarze, murarze, rzeźnicy, wszyscy mieli swoje kolejki. Kategorii przynależności było chyba trzy tysiące. Każdy z uczestników niósł plakietkę zawierającą jakąś sentencję podsumowującą życie, wiedzę lub mądrość, jaką sobie przyswoił. Isabela pomyślała, że gdyby to spisywano, to wyszłaby z tego cała encyklopedia. Było to bardzo podniosłe i niezwykle filozoficzne rozwiązanie; każdy musiał przeprowadzić refleksję nad swoim życiem, doczesnością i wiecznością. Zamiast opisywać Bogu swoje życie, najważniejsze wydarzenia, wszyscy odtwarzali je jak aktorzy na prawdziwej scenie teatralnej. Każdy miał rolę do zagrania; musiał w wielkim skrócie przedstawić, to co przeżył i zrobił, i to uczciwie, pokazać, co najbardziej nim wstrząsnęło i co go najbardziej ucieszyło, swoje wady i zalety, groteskę i powagę.

Dla niektórych były to sukcesy lub tragedie osobiste, rzadziej jedno i drugie, dla wszystkich zaś śmierć, która ich unicestwiła. Tę wszyscy przeżywali najbardziej. Presja godzenia się ze śmiercią była tak wielka, że niektóre osoby czekające w kolejce nie były w stanie jej wytrzymać. Starając się zrzucić ją z siebie jak najszybciej, przepychały się do przodu, przed innych, aby bezzwłocznie zeznać to, co mieli do zeznania, zupełnie jakby były na ziemi i starały się zdobyć deficytowy towar. Jeszcze inne w przerażeniu uciekały nie wiadomo dokąd. Były też i takie, którym napięcie lub czekanie tak się podobało, że wpadały w wisielczy humor i żartowały na wszystkie tematy, łącznie z Bogiem. Byli to przeważnie mężczyźni, co sprawiło Isabeli ulgę.

Prezentacja ostatniego momentu życia odbywała się wedle pewnego schematu. Podsądny musiał podać przyczynę lub sposób odejścia, zupełnie jak w urzędzie statystycznym: samobójstwo, śmierć w wypadku drogowym, zgon wskutek działań wojennych, rzadko wskutek starości, choroba, zabójstwo. W roli głównego jurora na trybunie honorowej siedział Bóg, oceniający wystąpienia. Nie był sam. To znaczy był sam, ale wielopostaciowy, jeden stwórca i tysiące wyobrażeń, jakie ludzie mieli o nim na ziemi. Reprezentował cały gigantyczny świat ludzkiej wiary, w podziale na religie, aby wszyscy obecni ostatecznie zrozumieli jego nadzwyczajną naturę.

Przedstawiała to wielka tablica świetlna. Najpierw były kategorie oczywiste dla każdego, z określeniem procentowym udziału każdej religii w ogólnej masie wierzących i niewierzących: chrześcijaństwo – trzydzieści trzy procent, islam – dwadzieścia cztery procent, hinduizm – czternaście procent, buddyzm – siedem procent. Trzy mniej liczebne religie, Sikhizm, Judaizm i Bahaizm miały razem mniej niż jeden procent, bezwyznaniowi natomiast ponad dziewięć procent. Pozostałe jedenaście procent stanowili przedstawiciele tak drobnych wyznań, że nawet Bóg się w nich nie rozeznawał. Isabela pomyślała, że świetlną tablicę wymyślił on po to, aby uświadomić ludziom, że Bóg jest tylko jeden, ale w wielu postaciach, tak jak to sobie wyobrażali każdy wedle swojej wiary.

Mimo ułatwień ze strony Boga, nastąpiło zderzenie dwóch rzeczywistości: doczesności, reprezentowanej przez śmiertelników oraz wieczności, reprezentowanej przez niego samego. Isabela nie widziała niczego bardziej fascynującego. Nazwała to wielką kontrowersją. Pisząc, dziwiła się, z jaką łatwością jej to przychodziło.

Naszła ją chęć zbliżenia się do Sefardiego, tak jak na ziemi, kiedy przynosiła mu kawę lub herbatę. Połączyła się z nim. Różnili się między sobą: on był eteryczny, ona bardziej wyrazista, jakby cielesna. Zdawało jej się, że śni. Jeśli była to prawda, to był to sen bardzo pożyteczny, ponieważ zrozumiała, że życie jest snem, w którym człowiek gra przypisaną mu rolę kilkadziesiąt, może nawet więcej lat; pozostała część to bezbrzeżna wieczność, nie zbliżająca się nawet do obrzeży czasu i przestrzeni.

Dla Boga pogrzeb Sefardiego Baroki był czystą rozrywką. W niebie patrzono na tę uroczystość zupełnie inaczej. Na ziemi było to pożegnanie, na górze – powitanie.

– Wreszcie poznam znanego pisarza osobiście. – Otoczony wielką świtą, wszystkimi świętymi, aniołami i personelem pomocniczym, Bóg cieszył się jak dziecko czekając w sali biesiadnej na przybycie Sefardiego.

– Bóg starzeje się bardzo wdzięcznie – zauważyła Isabela, niezwykle zadowolona z pierwszej części swojego opowiadania. Przeszedł ją dreszcz emocji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Jubileusz. Setny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

To już setny odcinek mojej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni” publikowany na stronie autorskiej. Korzystam z okazji, aby serdecznie podziękować Państwu za wytrwałość czytelniczą.

„Laboratorium” to eksperyment literacki. Wiele osób skarży się na brak czasu. Wierzę, bo sam też to odczuwam. Właśnie dlatego zdecydowałem się publikować powieść w odcinkach; codziennie nowy odcinek, ilustrowany jednym lub dwoma zdjęciami.

Powieść jest skonfigurowana do wygodnego czytania na komputerze, tablecie i smartfonie: strona otwiera się w ciągu kilku/kilkunastu sekund, brak reklam, jeden odcinek wymaga około trzech minut czytania, duża czcionka, wyraźne akapity. Powieść można czytać w trakcie jazdy autobusem, w tramwaju, w przychodni lekarskiej czy nawet w korku ulicznym.

Cieszy mnie, że powieść czyta przeciętnie (codziennie) ponad 300 osób. Jest to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Mam poczucie, że jeśli kolejne odcinki stałyby się mniej atrakcyjne, ilość czytelników zacznie od razu spadać. Ta natychmiastowość stawia mnie na palcach (także z sensie dosłownym, bo pracuję przy biurku o ruchomy blacie, najczęściej na stojąco) i prawdziwie mobilizuje.

O powieści napiszę wkrótce coś więcej. Jest już ona gotowa w formie pierwszego rękopisu. Publikując ją fragmentami mam możliwość ostatecznego „dopracowania” tekstu. Doskonalenie dzieła literackiego nigdy się nie kończy. Ernest Hemingway pisał o sobie, ze poprawia swój tekst tak długo, aż (w wolnym tłumaczeniu) żygać mu się chce; wtedy oddaje tekst do druku. Podzielam jego opinię.

Na zakończenie chciałoby się zakrzyknąć jak Edward Gierek: „Pomożecie?” i usłyszeć podobnie jak on: „Pomożemy!”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 100: Izabela w gabinecie

Wieczorem w gabinecie Sefardiego rozdzwoniły się zegary, najpierw budziki a zaraz potem zegary ścienne i stojące. Zaczęły punktualnie o godzinie osiemnastej, zsynchronizowane czasowo i skończyły kwadrans później. Ich głos słabł stopniowo, w końcu ustał, jakby zdecydowały się umilknąć na zawsze. Nikt z domowników nie śmiał interweniować, wyciszając je lub wyłączając.

– Nie można sprzeciwiać się woli zmarłego, bo to oznacza nieszczęście – zdecydowała Isabela. Tego dnia uważała się za szczególnie ważną, ponieważ to jej Sefardi wręczył kilka dni wcześniej zapasowy klucz do gabinetu ze słowami „to na wszelki wypadek”.

Następnego dnia rano weszła do pokoju i znieruchomiała. Zegary znikły. Prawie wszystkie. Pozostały nieliczne, głównie zegarki ręczne, które właściciel darzył szczególną miłością. Natychmiast pobiegła do Penelopy, aby zawiadomić ją o niezwykłym wydarzeniu.

– Daj spokój, Isabelo. Jaki tam cud. Mój mąż nie wierzył w cuda, ja również. Ktoś musiał je ukraść. Zegar to nie ciężarówka, choć i te też kradną.

Zawiadomiono policję, aby przeprowadziła śledztwo, znalazła sprawcę i odzyskała rodzinne mienie. Niechętnie obiecali to zrobić, gdyż kradzież wydała im się prawie niemożliwa.

– I tak mamy dosyć pracy w sprawie śmierci tego dziwaka. – Podsumował komendant posterunku wydając polecenia podwładnym na dyżurze.

Po odejściu policjantów zadzwonił do Penelopy dyrektor państwowego Muzeum Zegarów i Zegarków. Był bardzo wylewny. Wielokrotnie dziękował za dar. Penelopa poczuła się upokorzona.

– Nie dość, że oddał za darmo wszystkie zegary, a stanowiły one niezły majątek, to w dodatku nie poinformował mnie o darowiźnie. To on poinstruował dyrektora muzeum, kiedy jego ludzie mają przyjść i zabrać zegary. Mieli klucz, weszli, kiedy byłyśmy nieobecne w domu, znali nawet kod do alarmu. Otrzymali dokładną listę, co mają zabrać i kiedy mogą to zrobić „bez niepokojenia rodziny” – Rozdrażniona Penelopa przedstawiła Isabeli szczegóły uzyskane w rozmowie z dyrektorem.

– To straszne. – Kobiety były zgodne w ocenie.

Porażka wydała się Penelopie znacznie mniej dotkliwa, kiedy następnego dnia w prasie, radio i telewizji powszechnie komentowano fantastyczny dar rodziny Baroka dla muzeum. Minister Kultury wystosował do niej specjalne podziękowanie. Ostatecznie Penelopa pogodziła się ze stratą, kiedy okazało się, że poważna część darowizny może być odliczona od dochodu w deklaracji podatkowej. Otwarcie nowego zbioru muzealnego było bardzo uroczyste. Przybył minister kultury oraz prezydent kraju. – Dlaczego prezydent? Nic go przecież nie łączyło z don Sefardim. Ci wcześniejsi go znali? Ale ten? – Dziwiła się Isabela.

Zaproszenie na uroczystość otwarcia nowego zbioru muzealnego otrzymała także Isabela. Była uszczęśliwiona. Na pamiątkowym zdjęciu stała obok prezydenta, który jak nigdy wcześniej stanął nie w centrum, ale z boku fotografowanej grupy.

– Chyba brzuch go bolał, bo wyglądał nieświeżo. Widziałam go z bliska tak, jak widzę teraz panią. – Isabela wyjaśniła Penelopie szczegóły wyglądu i zachowania prezydenta z powagą i przekonaniem, że coś było z nim nie w porządku.

*****

Dojmująca cisza wypełzała ze wszystkich kątów i obejmowała w posiadanie pokoje, meble, w końcu ciało i duszę Isabeli. Była sama w wielkim domu, ogarnięta smutkiem, wciąż w stroju żałobnym, z czarną opaską na ramieniu. Odruchowo skierowała się do gabinetu Sefardiego, gdzie w ciszy przeprowadziła z nim rozmowę wspominając dawne czasy. Rozejrzała się, wszystko było takie samo jak zawsze, z wyjątkiem miejsc, gdzie do niedawna stały zegary.

– Nigdy go już nie zobaczę – pomyślała i łzy pojawiły się w jej oczach. Usiadła w fotelu pisarza, za jego biurkiem. Płakała głośno, szloch wstrząsał jej ramionami. Przypomniała sobie, że nigdy go specjalnie nie lubiła, był niejednokrotnie arogancki i prześmiewczy. Potrafił też być szalony, przekraczając bariery normalnego zachowania. Sam wymyślony przez niego pogrzeb był czystym szaleństwem. Teraz, kiedy go zabrakło, jego zwariowanych pomysłów, dyskusji, przekomarzania się, zmieniła opinię. Chwilę zastanawiała się nad tym. Poczuła potrzebę wyrwania się z przygnębienia. Wyobraziła sobie, co robiłby w takiej chwili Sefardi. W ciszy dotarła do niej nadzwyczajność jego odejścia; była przekonana, że przez najbliższe dni cały kraj będzie o tym mówić.

Poruszona wspomnieniami Isabela włączyła komputer stojący przed nią na biurku. Była to prosta czynność. Sefardi pokazywał jej kilkakrotnie, jak to zrobić i jak następnie stworzyć nowy plik lub otworzyć plik już istniejący. W końcu nauczył ją też pisać teksty.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 99: Zamach

W trakcie przemówienia, dwie lub trzy minuty po jego rozpoczęciu, nastąpiło nieoczekiwane zdarzenie. Z samochodu wysiadło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach i kominiarkach na twarzy i zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, padły strzały z pistoletów maszynowych. Wybuchła ogromna panika. Uczestnicy wiecu, znajdujący się najbliżej samochodu, pierwsi rzucili się do ucieczki odpychając na boki służbę ochrony i innych uczestników. Stadny instynkt ucieczki spotęgował przerażenie wywołane strzelaniną.

Rozpętało się piekło. Pierwszym celem napastników był gubernator, który zaskoczony stał nieruchomo na trybunie wiecowej przypominającej wielki pomost. Strzały oddane w jego kierunku okazały się niecelne, co dało ochroniarzom czas na osłonięcie gubernatora własnymi ciałami. Terroryści przeładowali magazynki i zaczęli ponownie strzelać w kierunku gubernatora otoczonego już ludźmi. Strzelali do nich jak do kaczek, a ci padali na deski platformy niby snopki uderzane potężnym wiatrem. Nie czuli bólu, nic nie czuli, tylko uderzenia kul. Ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie decyzja dowódcy ochrony osobistej natychmiastowej ewakuacji gubernatora z platformy.

Zanim to nastąpiło, zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. Gubernator Blawatsky zachował się jak rozkapryszone dziecko, któremu odmówiono ukochanej zabawki; zaczął tupać, strasznie krzyczeć, potem wyć nie tyle z przerażenia, ile z wściekłości, że uniemożliwiono mu dokończenie przemówienia, do którego przygotowywał się od długiego czasu z niezwykłą starannością. Twarz rozciągnęła mu się spazmatycznie w osobliwym, małpim grymasie, a z gardła wydobył się nieludzki skowyt. Jego zachowanie było szokujące, dziwne i straszne zarazem. Ktoś nagrał te scenę telefonem komórkowym z bliskiej odległości, jakby specjalnie było to reżyserowane. Niespełna godzinę później jedna ze stacji telewizyjnych przerwała dziennik, aby pokazać nagranie. Tego samego dnia było ono transmitowane i retransmitowane przez wszystkie krajowe i wiele zagranicznych stacji telewizyjnych.

Szokujące zachowanie gubernatora obejrzeli wszyscy obywatele Nomadii. Nie było nikogo, oprócz osób głuchych, niewidomych i pomylonych, którzy by tego nie zrobili. Mimo współczucia, jakie z powodu terrorystycznego ataku mieli dla niego mieszkańcy kraju, jego zachowanie uznano za kompromitujące. Pojawiły się głosy, że gubernator wiedział lub przynajmniej domyślał się, że terroryści zechcą zrobić zamach w czasie wiecu, ale nie podjął środków zaradczych. Był to drugi powód jego kompromitacji.

Prawdziwe rewelacje pojawiły się kilka godzin później. W trakcie strzelaniny nikt nie zauważył, co naprawdę dzieje się na placu wiecowym. Domniemani terroryści strzelali do ludzi, ale kulami gumowymi. Nikt nie zginął ani nie został ranny. Jak na filmowej egzekucji napastnicy rozstrzeliwali przede wszystkim materiały propagandowe i reklamy partyjne: transparenty, flagi, bilbordy, zdjęcia, banery, wielkie afisze i małe kolorowe ulotki. Pod trybuną eksplodowały ładunki wybuchowe; efektem był jedynie przerażający huk i bryzgi czerwonej farby a nie ofiary w ludziach i szkody materialne.

Był to przedziwny zamach, zupełnie niezrozumiały dla przeciętnego obywatela, a nawet dla reportera czy choćby uważnego obserwatora. Na wiecu obecni byli tylko uczestnicy spotkania porażeni śmiertelnym strachem o własne życie. Powietrze rozdzierały krzyki nieszczęśników, którzy znaleźli się na drodze uciekającego tłumu. Następnego dnia okazało się, że były tylko dwie osoby poważniej – choć bez zagrożenia życia – poturbowane w trakcie ucieczki, ponieważ służby porządkowe były dobrze przygotowane do ewakuacji ludzi na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Każdy sektor miał odrębną drogę ewakuacji w innym kierunku, tak że odbywała się ona w sposób raczej bezkolizyjny. Po przesłuchaniach świadków okazało się także, że sami napastnicy wskazywali uciekającym właściwy kierunek ewakuacji. Nikt nie zorientował się od razu, że dzieje się coś dziwnego, ponieważ byli oni ubrani tak samo, jak regularna służba ochrony wiecu.

Pod koniec niezwykłych zdarzeń nad trybuną pojawił się helikopter, obniżył lot do wysokości kilkudziesięciu metrów, rozrzucił ulotki, po czym ktoś zaczął z niego strzelać w dół w kierunku trybuny. Z grubych desek posypały się drzazgi; żadna z osób tam się znajdujących nie poniosła jednak uszczerbku, czego nikt nie zauważył w ferworze strzelaniny i eksplozji materiałów wybuchowych. W chwili, kiedy zamarł huk oddalającej się maszyny, dały się słyszeć słowa płynące z głośników wiecowych zainstalowanych na metalowych słupach:

– Mówi przewodniczący rewolucji o lepsze jutro. Barras, ty satrapo! To jest twój pogrzeb, twojej partii i twojej ideologii! Bóg i naród odwrócili się od ciebie! Przegrałeś łajdaku!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 98: Gubernator i klakierzy

Szczególną rolę na wiecach odgrywali klakierzy. Byli oni oczkiem w głowie gubernatora, źródłem jego przewagi nad konkurencją. Wśród najbliższych współpracowników gubernator nie wahał się nazywać ich awangardą wiecową, wyróżnioną kastą lub przyboczną gwardią. Była to tajemnica poliszynela, nie upowszechniająca się nadmiernie, bo był to jego poliszynel, umiejący milczeć.

Klakierzy byli – można by rzec – dzieckiem gubernatora, bo naturalnych dzieci nie miał. Oczywiście nie w sensie dosłownym, bo klakę wynaleziono dużo wcześniej. Stosowano ją już w starożytnym Rzymie, w teatrze, gdzie wynajęci ludzie burzą entuzjastycznych oklasków wywoływali w publiczności przekonanie, że sztuka jest absolutnie rewelacyjna, wręcz boska, że o tak niesamowitym spektaklu nigdy nie mogli nawet marzyć, i że nic lepszego nie było, nie ma i nie będzie.

Gubernator nie dobierał sam klakierów, ale ustalał kryteria wyboru. Byli to głównie mężczyźni, osobnicy zdrowi, entuzjastycznie nastawieni do życia i do jego partii, wszyscy bez wyjątku o wielkich dłoniach, które uderzane o siebie budziły entuzjazm tłumu, mobilizowały, wzniecały podniecenie. Uczestnicy wiecu samoistnie podrywali się wtedy na nogi, bili brawo i skandowali:

– Brawo gubernator! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!, aby zakończyć potężnym Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras! – Nazwiska gubernatora nie używano; imię było krótsze, bardziej poręczne, przez co czyściej i mocniej brzmiało i o to właśnie chodziło.

Każdą akcję budzenia tłumu inicjował kierownik zespołu klakierskiego, wynagradzany później przez gubernatora pochwałą, podziękowaniem, uściskiem ręki, czasem nawet klepnięciem po plecach lub bezpośrednio gotówką do ręki. Po latach wysługi klakierskiej mógł on liczyć nawet na awans na jakieś dobrze płatne stanowisko nie wymagające nadzwyczajnych umiejętności.

Co do wielkich dłoni klakierów, to opozycja żartowała, że są to wiosła, których użyje on, aby uratować się przed zagładą, kiedy nadejdzie żywioł sprawiedliwości i zmyje go razem z jego dziadowskim aparatem partyjnym i rządowym oraz wszystkimi nepotami i podłymi szwindlami, jakie miał na sumieniu. On sam nie miał uczucia, że postępuje niezgodnie z prawem, dobrymi zasadami czy choćby zdrowym rozsądkiem i wyczuciem politycznym, które były dla niego najważniejsze.

Gubernator rozstawiał klakierów równo po wszystkich sektorach; byli ubrani tak jak inni ludzie w sektorze, aby nie wyróżniali się, bo i po co. Na jego dyskretny znak, w odpowiednim momencie jego wystąpienia, zapoczątkowywali lawinę oklasków i entuzjazmu tłumu. Tym znakiem było uniesienie prawej ręki z otwartą dłonią skierowaną do przodu; gubernator poruszał nią trzy razy, nie mniej i nie więcej, jakby dla uspokojenia zebranych. Był to znak: teraz burza oklasków i okrzyków.

*****

Kiedy o godzinie czternastej sprzed kościoła wyruszył kondukt pogrzebowy z prochami Sefardiego Baroki i zabrzmiały pierwsze takty muzyki sakralnej Mozarta, w niezbyt odleglej dzielnicy Dos Corrientes rozpoczynał się wiec Partii Konserwatywnej z udziałem gubernatora Barrasa. Było to dla niego ważne spotkanie; zapowiadano je od miesięcy jako wydarzenie, które zadecyduje o przyszłości jego partii, kraju i stanowiska.

Godzinę wcześniej, przez kordon silniejszej niż zwykle ochrony, spokojnie przejechało czarne BMW z zaciemnionymi szybami oznaczone imienną tablicą rejestracyjną „Gubernator Blawatsky”. Limuzyna była jedyna w swoim rodzaju, znał ją cały kraj. Niezapowiadany wcześniej pojazd nie zdziwił ochrony ani służb porządkowych. Nie był to pierwszy raz, kiedy gubernator, zmieniając swój program, niespodziewanie przyjeżdżał lub odjeżdżał. Kilkanaście minut wcześniej dowódca ochrony wiecu otrzymał komunikat od osobistego kierowcy Barrasa, że gubernator zamierza nieco wcześniej opuścić wiec, aby udać się na bardzo ważne spotkanie. Samochód podjechał przed trybunę i zatrzymał się. Nikt z niego nie wysiadł. 

O godzinie czternastej na trybunie ukazał się gubernator, aby wygłosić przemówienie. Najpierw powitał zebranych, powiedział dwa lub trzy zdania i zrobił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, a tak naprawdę, aby usłyszeć gromkie brawa i okrzyki. Wyglądało to bardzo naturalnie. Klakierzy zareagowali natychmiast, jak tylko kierownik grupy klakierskiej otrzymał umówiony sygnał od gubernatora. Rozległ się głos męskiego chóru: Gubernator! Gubernator!, któremu natychmiast towarzyszył okrzyk kobiet: Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras!, po czym sekwencja ta powtórzyła się kilka razy stwarzając uczucie jedności poparcia uczestników wiecu dla gubernatora i jego partii.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 97: Szampan i wiec przedwyborczy

Tuż za bramą cmentarza, na wychodzącą na końcu rodzinę i przyjaciół zmarłego, czekało dwóch kelnerów w lokajskich strojach ze stolikiem, szampanem w lodzie i kieliszkami, zachęcając serdecznie do pocieszenia się trunkiem. Byli to aktorzy wynajęci przez Sefardiego Barokę.

– To dar wspominkowy od Mistrza. – Dodawali z promiennym uśmiechem, jakby częstowanie gości pogrzebowych sprawiało im szczególną radość. Sami też nie krępowali się pić, twierdząc, że tak im nakazał zleceniodawca. Wyjaśnił im, że lubi szokować ludzi łamiąc sztywne zasady i konwenanse, i oni też tak mają postępować. Do pijących szampana przyłączyło się kilku przedstawicieli władz, kiedy im wyjaśniono, że zmarły był oryginałem i serwowanie szampana za bramą cmentarza było zgodne z jego wolą.

– Prawo tego nie zabrania – wyjaśnił z uśmiechem starszy kelner, wysuwając tacę z kieliszkami szampana w kierunku prezesa sądu okręgowego i towarzyszących mu osób.

– Prawo to prawo – podsumował gość z przekonaniem. Wciąż myśląc o tym, jak mało znał zmarłego, podniósł do góry kieliszek, aby wznieść toast. Miał już na języku „za zdrowie Sefardiego Baroki”, kiedy zdał sobie sprawę, że byłoby to niewybaczalne faux pas.

*****

Tłum gromadził się od godzin porannych, mimo że wiec miał rozpocząć się dopiero o godzinie czternastej. Organizatorzy mieli ogrom pracy do wykonania. W pierwszej kolejności należało pokierować osobami przybywającymi indywidualnie i grupowo w taki sposób, aby wchodziły na teren wiecu przez odpowiednio oznaczone bramki. Na ich prośbę, powtórzoną w przekazie radiowym i telewizyjnym przez samego gubernatora, przybywający na wiec ludzie identyfikowali się kolorami ubiorów i plakietkami osobistymi.

Ustawienie wielkiej masy ludzi wymagało jakiegoś schematu, planu przestrzennego. Przygotował go wcześniej sam gubernator. Nie oczekiwał od siebie arcydzieła, tylko zwykłego, dobrze wykonanego szkicu, co mu się udało choć nie bez wysiłku, jak każda intelektualnie angażująca czynność, oraz kilku gniewnych splunięć na podłogę, które dedykował swoim przeciwnikom politycznym. Gubernator Blawatsky potrafił był wyrazisty.

Nie zawsze planowanie wiecu szło mu dokładnie tak, jak sobie z góry założył, dlatego dla dodania sobie animuszu i rozjaśnienia umysłu, nalewał sobie do kieliszka trochę koniaku i uzupełniał go w miarę potrzeby. Camus XO Borderies był jego najulubieńszym trunkiem, można by powiedzieć, wręcz ukochanym, również ze względu na kształt butelki wykonanej w stylu retro. Planując wiec gubernator doznawał szczególnego uczucia wykonywania pracy ważnej dla społeczeństwa, kraju, a może nawet i ludzkości. Tak go to uwznioślało, że odczuwał szum w głowie. Czasem nawet miał wrażenie, że unosi się w powietrzu, a raz nawet faktycznie lewitował. Nie wspominał o tym nikomu, bo by mu nie uwierzono. Jego umysł pracował z niezwykłą jasnością, wszystko doskonale porządkował, szufladkował i pamiętał, gdzie kto sto i co robi. Gubernator miał na myśli oczywiście uczestników wiecu, których autentycznie szanował, ponieważ decydowali w wyborach o jego sukcesie.

Planując wiec przedwyborczy, na którym ludzie będą czuć się wygodnie i podniośle, przynosiło mu radość. Był to stan umysłu tak wyjątkowy, że gubernator nie potrafił go nawet dokładnie określić. Nie było zresztą takiej potrzeby. Ważne było jedynie to, że zgromadzenie było przygotowane na tip top dzięki jego perfekcyjnemu podejściu. Wyraz pedantyczny, który byłby może i lepszy do opisu sytuacji, wydawał mu się niestosowny. Nawet jeśli jego postępowanie nie zawsze było zrozumiałe dla wszystkich – tak sobie rozumował gubernator, ciesząc się, że uczestniczy w rzeczach wielkich – to nie była to jego wina, że inni nie nadążają za nim.

*****

Uczestnicy wiecu Partii Konserwatywnej zostali podzieleni na cztery kategorie. Termin „kategoria” nie kojarzył się zbyt dobrze gubernatorowi, był obcego pochodzenia i aczkolwiek zadomowiony w języku ojczystym, był niechętnie przez niego stosowany.

Przed trybuną wiecową, na samym przodzie zgromadzenia, w pierwszym rzędach krzeseł, siedzieli reprezentanci Kościoła Hierarchicznego, hierarchowie i półhierarchowie. Za nimi stali kapłani niżsi rangą i różni urzędnicy kościelni. Była to duża grupa, nazywana kościelną przez organizatorów. Na planie oznaczono ją numerem jeden. Ubrani na czarno wyróżniali się nie tylko ubiorem, ale powagą zachowania. Duchowni cieszyli się szczególnym szacunkiem gubernatora, który nie omieszkał podkreślać tego w swoich powitaniach. Kościół, ze względu na pozycję społeczną i wpływy, był jednym z najważniejszych filarów wsparcia Partii Konserwatywnej w sprawowaniu władzy i budowie wizerunku mądrego i cieszącego się zaufaniem rządu.

Za grupą kościelną ustawili się przedstawiciele wolnych zawodów, aktorzy, prawnicy, lekarze, pracownicy naukowi, włącznie z profesorami zwyczajnymi i nadzwyczajnymi. Była to grupa numer dwa. Barras traktował tych ludzi jako zaplecze intelektualne partii, z którego pomocy chętnie korzystał on i jego sztab. Jeden z zaufanych pracowników Barrasa szybko policzył członków tej grupy, o czym później dyskutowano. Na pół godziny przed rozpoczęciem wiecu zanotowano w tej grupie trzech artystów teatralno-filmowych, jednego satyryka, sześciu dziennikarzy i redaktorów, dwudziestu pracowników naukowych niższej rangi oraz trzech profesorów zwyczajnych, czterech nadzwyczajnych i dwunastu z plakietkami „profesor emeritus”. Kontakt z tymi ostatnimi był utrudniony, ponieważ byli przygłusi z powodu hałasu, na jaki byli narażeni przez kilkadziesiąt lat pracy na uczelni.

Po prawej stronie grupy kościelnej ustawiali się emeryci, renciści i inwalidzi. Była to grupa numer trzy. Ten sektor zastawiony był rzędami krzeseł, aby zapewnić wygodę starszym i mniej sprawnym uczestnikom wiecu. Było to ważne, ponieważ gubernator lubił przemawiać; podekscytowany licznym audytorium potrafił zapętlić się w długie wystąpienie.

Grupę numer cztery, stojącą na lewo od grupy kościelnej, stanowili bezrobotni i ludzie o niskich dochodach. Mieli tu także być przedstawiciele urzędów pracy, którzy wspierali jednostki poszukujące pracy poradami, jak jej szukać, jak pisać CV oraz jak udanie uczestniczyć w wywiadach. Była to usługa bezpłatna. Sporo osób korzystało z niej przed rozpoczęciem i po zakończeniu wiecu, czasem nawet w czasie jego trwania. Gubernator przymykał na to oczy, choć wolałby, aby wszyscy uczestnicy koncentrowali się na wystąpieniach przywódcy partii i zaproszonych dygnitarzy. 

Z tyłu za wszystkimi grupami zgromadzili się zwyczajni obywatele, ludzie prości, często niewykształceni. Ubrani w różne odcienie szarości, czerni i brązu, a nawet ciemnoróżowo, jak kto mógł i lubił, stanowili oni trzon społecznego wsparcia Partii Konserwatywnej. Liczebnie przewyższali wszystkie pozostałe grupy razem wzięte. Nazywano ich żelaznym elektoratem.

Nie była to łatwa grupa. Ludzie ci mieli swoje fochy i oczekiwania. Zdarzało się, że przychodzili tłumnie, innym razem sektor wyglądał jakby był przetrzebiony ciężką epidemią. Najczęściej to właśnie dla nich gubernator organizował poczęstunek, popularnie nazywany kiełbasą wyborczą. Z reguły był to caldo de pollo, solidny rosół z kawałkami mięsa kurczaka, ziemniakami i warzywami, pomidorami, cebulą, wszystko to przyprawione czosnkiem i kolendrą.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 96: Kolory i zapachy

W powietrzu unosił się zapach kadzideł zmieszany ze słodką wonią perfum „Denni Cleri” rozpylanych przez młodzież z fanklubów Sefardiego Baroki oraz klubów młodych wynalazców. Zmęczona hałasem i nieoczekiwanymi wydarzeniami rodzina zmarłego kroczyła powoli za karawanem szeroką aleją cmentarza. Towarzyszyła im klasyczna muzyka oraz okrzyki radości dochodzące z obu stron. Penelopa czuła się gorzej niż przewidywała, aczkolwiek spodziewała się niespodzianek. Nie potrafiła dostosować się do atmosfery pogrzebu, o którym już mówiono, że wyznaczył trend przyszłości. Za trumną niesiono poduszki z odznaczeniami oraz wielką atrapę książki „Wniebowstąpienie oszusta”, o której nikt jeszcze nie słyszał. Otaczała ją tajemnica.

Uroczystości na cmentarzu odbywały się w porządku określonym testamentem zmarłego. Mówiono, że stanowił on wyraz jego woli jak i dowód jego despotyzmu.

Kondukt zatrzymał się pod szerokim murem z niszami na urny wzorowanym na cmentarzu Piedras de Tunjo w Kolumbii. Grabarze wyjęli urny z samochodu i karawanu konnego, nieogoleni mężczyźni donieśli trumnę. Ewidentny nadmiar dezorientował wszystkich bez wyjątku. Zamęt pogłębił się, kiedy pojawili się grabarze twierdzący, że to oni są uprawnionymi pracownikami cmentarza, twierdząc, że ci, którzy przybyli razem z konduktem pogrzebowym to są ludzie podstawieni. Nie było wiadome, kto zatrudnił jednych i drugich. Penelopa ani nikt z rodziny nie mieli o tym pojęcia, podobnie jak i Anastazja Godano, wykonawczyni testamentu. Nastąpiło zamieszanie, prawdziwy impas bez szansy na rozwiązanie. Każda ze stron upierała się przy swej racji. Nikt nie wiedział, co się stanie. Starsi żałobnicy szeptali o końcu świata.

– A co z trumną!? – Padło zrozumiałe, prawie wyzywające pytanie. Zaczęto się zastanawiać, padały różne domysły i sugestie. Ktoś proponował, aby ją otworzyć i zobaczyć, co jest w środku.

– Skoro są dwie urny z prochami, to może tam nie być prochów nieboszczyka. Wyjaśnienie było tak logiczne, że trumna została błyskawicznie otwarta bez sprzeciwu z którejkolwiek strony. Okazało się, że wewnątrz niej była trzecia urna i nic więcej. Po dłuższych negocjacjach, które zmęczyły jej uczestników, ustalono, że wszystkie urny zostaną złożone w niszy, skoro nie sposób jest ustalić, która z nich jest prawdziwa, a która nie.

Czas pochówku był chyba wymodlony przez Mistrza, ponieważ pogrzebowi nieprzerwanie towarzyszyło słońce. Oświetlało ono drogę wynalazcy i pisarza, pozostawiając ciepłe wspomnienia w pamięci uczestników uroczystości.

Mur z niszami zwrócony był frontem do strony południowej, aby dusze zmarłych mogły cieszyć się promieniami słońca, choć zapewne nie było im to potrzebne. Duch Sefardiego zapytany o to też nie udzieliłby odpowiedzi, o ile nie zdarzyłby się cud. Jego wiara w cuda za życia była bardzo ograniczona.

– Wierzę w ograniczoną ilość cudów, ponieważ jestem przekonany, że cuda zdarzają się niezwykle rzadko. Może sam kiedyś uczynię jakiś cud, aby was zaskoczyć. – Rodzina Mistrza wciąż pamiętała słowa wypowiedziane przez niego na zjeździe rodzinnym. Zwołał je nie wiadomo w jakim celu. Po jego śmierci spekulowano, że chodziło mu o wypicie pożegnalnego szampana.

– Pożegnalnego? Z jakiej okazji? – Kiedy pytanie to padło w czasie zjazdu, Sefardi uśmiechnął się tajemniczo półgębkiem i wyjaśnił: – Kiedyś to ujawnię. Na razie jest to tajemnica.

Nikogo to nie wówczas nie zdziwiło, ponieważ senior rodu zawsze otaczał się mgłą tajemnic.

*****

Sefardi wykupił niszę od rodziny, która znalazła się w potrzebie. Właściciel, pytany o przyczynę sprzedaży, odpowiedział: – Dzisiaj bardziej potrzebuję pieniędzy niż pamięci o zmarłych, zresztą całkiem mi obcych, bo przekazali mi w genach same złe cechy, prawdziwe przekleństwo.

Przed murem znajdowało się niewielkie mauzoleum z zatartymi literami frontonu, należące do jakiegoś starego rodu. Wyglądało jak mała, urocza fortyfikacja. Jego czarne anioły i wieżyczki dominowały nad murem z niszami wypełnionymi pachnącymi kwiatami. Zapachy odgrywały wielką rolę w tej części cmentarza; to najbardziej ujęło Sefardiego. W dniu pogrzebu w niszach były również kwiaty, niektóre świeże jak poranek, inne przywiędłe, jeszcze inne zbyt żywe, aby były naturalne. Daszek z falistej blachy osłaniający mur podtrzymywał cztery rynny o prostokątnym przekroju, architektonicznie nie pasujące do całości.

– Okrągłe rynny wyglądałyby znacznie lepiej, klasycznie. – Pomyślał Iwan Iwanowicz wyznaczony do niesienia urny. Nie uważał tego za wyróżnienie, ale tylko do czasu, kiedy zobaczył siebie na zdjęciu w ilustrowanym tygodniku a później na transmisji telewizyjnej z uroczystości pogrzebowych.

U dołu nisz wystawały z muru kolorowe podstawki na doniczki i wazony z kwiatami, pogrubiając pasmo czerwieni, żółci i zieleni. Niektóre wnęki były zagospodarowane przybraniami kwietnymi i urnami o różnych kształtach, przypominając inscenizację teatralną. Dla przyjaciół zmarłego był to czas na refleksję, że zdobiąc miejsce ostatniego spoczynku człowiek daje nie tylko dowód pamięci o zmarłym, ale i tęsknoty za wiecznym szczęściem. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej imponująco i kolorowo; wokół roznosił się słodkawy zapach ziół i kwiatów rozpuszczony w łagodnym cieple popołudnia.

Po umieszczeniu trzech urn w górnej, centralnie położonej niszy, ludzie modlili się bez pośpiechu, przy okazji wykonując zdjęcia i konwersując bez skrępowania. Nisze były prostokątne; górna krawędź miała kształt łuku, co nadawało im poetyckiego powabu, jeśli tylko wewnątrz znajdowały się w miarę świeże kwiaty.

– Bez żywych roślin ozdobnych i kwiatów cmentarz jest brzydki. – Filozoficznie zauważył Ksiądz Terrano, celebrujący uroczystość. Kiedy patrzył na kolory i pachnący mur oświetlony słońcem, opuszczał go smutek i wracały wspomnienia spotkań z Sefardim. Chyba przypomniało mu się coś poważnego, gdyż w pewnej chwili starł uśmiech z ust prawym rękawem komży. Rozejrzał się niespokojnie wokół sprawdzając, czy przypadkiem ktoś nie zauważył wykorzystywania komży w charakterze chusteczki do nosa.

Kiedy wieczorem ksiądz w towarzystwie biskupa oglądał nakręcony przez organistę film z pogrzebu, ku ich niepomiernemu zdziwieniu na obrazie pojawiła się nagle czarna jałówka, niefrasobliwie podjadająca trawę przy murze, do którego sięgało dzikie pastwisko. Zarząd cmentarza miał w planie jego ogrodzenie w całości metalową siatką, aby pasące się na zewnątrz bydło nie miało dostępu do miejsc wiecznego spoczynku. Amizgao pomyślał, że obecność krowy na cmentarzu to przejaw wolności, wspólnego przywileju ludzi i zwierząt. Kolory kwiecistej czerwieni i żółci ukazały się na filmie z pełną wyrazistością.

– Ten cmentarz pachnie. – Ksiądz podzielił się głośno swoją obserwacją z biskupem, który tylko wzruszył ramionami, ignorując piękno obrazu, trafność obserwacji oraz samego podwładnego. Myślał o zapisie testamentowym zmarłego, spodziewając się choćby umiarkowanej kwoty na potrzeby diecezji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 95: Konie, żałobnicy, transparenty i pieśni

Kondukt zbliżał się do cmentarza, kiedy konie po raz drugi poniosło. Było to już poza miastem, gdzie domów było mało, za to więcej zielonych pół, a za nimi w głębi pasmo mieszanego lasu. Spłoszył je brzęczący rój rozwścieczonych pszczół, które nie znosząc końskiego potu zajadle żądliły zwierzęta doprowadzając je do szału. Oślepłe z przerażenia rumaki pędziły przed siebie prawie roznosząc karawan na nierównościach jezdni. Oczy wyszły im na wierzch, oznaka furii pozbawiającej żywą istotę instynktu nieprzekraczania bariery życia i śmierci. W powietrzu zgęstniałym od niesamowitości, wibrowało rzężenie zwierząt wywołane przerażeniem i wysiłkiem. Woźnica przestał panować nad zaprzęgiem, utrzymał się jednak na koźle i nawet – jak twierdzili potem świadkowie – uśmiechał się triumfująco. U końskich grzbietów pojawiły się skrzydła; poruszając się w górę i w dół imitowały głos wyjącego huraganu. Uruchomił je mechanizm elektryczny ukryty pod kolorowym czaprakiem. Urzeczony widokiem Iwan Iwanowicz, wieloletni przyjaciel zmarłego i znawca jego talentu, zatrzymał się, aby krzyknąć z podziwu, że tym pomysłem Sefardi przerósł samego siebie.

Konie nie pędziły długo. Woźnicy z trudem udało się ściągnąć wędzidła tak, że ich łby prawie skryły się pod piersiami, a pióropusze przysłoniły im oczy ograniczając pole widzenia i zmuszając do zwolnienia. Dopiero wtedy okazało się, że rój rozwścieczonych pszczół był niczym innym jak obłokiem pyłu i drobnych kłaczków wyrywanych pędem z huzarskich skrzydeł. 

*****

Przed bramą cmentarną, przypominającą ścianę frontową okazałego mauzoleum, na placu porośniętym sosnami, o tej porze roku pachnącymi kamforą, w grupie młodzieży trwała ożywiona dyskusja. Przerwał ją widok zbliżającego się konduktu. Na czoło grupy wysunął się ciemno ubrany mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy, o fizjonomii łączącej inteligentnego studenta wyższej uczelni z pracowitym sprzedawcą zieleniny w lokalnym warzywniaku. Wszyscy patrzyli w milczeniu najpierw na karawan konny, potem na białego Rolls-Royce’a. Kiedy minął go samochód, mężczyzna ożywił się. Głosem pracownika salonu samochodowego, mającego za sobą sprzedaż setek luksusowych pojazdów, przedstawił towarzystwu parametry limuzyny: silnik 6,75 litra, typ silnika V12, moc 460 koni mechanicznych, cena siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wewnątrz białego Rolls Royce’a, pośrodku bordowego katafalku, stała metalowa urna. Widoczna przez oszklone boki pojazdu, wydawała się kiwać jak wańka-wstańka zastanawiająca się, do czego sprowadza się wielkość człowieka po śmierci.

Dwa karawany w jednym pogrzebie zszokowały starszych uczestników pogrzebu, czekających cierpliwie przed bramą cmentarną. Rażące pogwałcenie tradycji zgorszyło ich do cna. Dwie matrony zemdlały, wywołując poruszenie i nerwową bieganinę. Poszukiwano wody, aby je ocucić. Ludzie szeptali między sobą. Zadawano pytania, w której urnie są prochy zmarłego i czy jest możliwe, aby były w dwóch urnach, a nawet czy je w ogóle przywieziono. Na placu, na chodniku i przy krawędzi ulicy zgadywano, która odpowiedź jest prawdziwa. Zaczęto się kłócić.

Dwa karawany i zwariowany pochód zostały entuzjastycznie przyjęte przez studentów szkoły filmowej czekających z kamerami przed bramą cmentarza. Ich radosny nastrój udzielił się innym osobom. Nikt nie pozostał obojętny. Wśród zgromadzonych przeważała młodzież z uczelni, gdzie Sefardi Baroka kilka tygodni wcześniej wygłosił wykład inauguracyjny. Władze uczelni rozpaczliwie dementowały informację, że taki wykład w ogóle miał miejsce.

Kiedy wydawało się, że nic już nie potrafi zaskoczyć tłumu na wzgórku, stanowiącym najbardziej dogodny punkt obserwacji wszystkich pogrzebów, na scenie pojawił się trzeci, pieszy kondukt. Wyszedł on z bocznej zagubionej w lesie uliczki i szybko zgromadził wokół siebie entuzjastów rozrywki. Na jego czele, w takt marsza pogrzebowego w wykonaniu trzyosobowej pieszej orkiestry, podążali miarowym krokiem ubrani na czarno żałobnicy niosący na ramionach katafalk z urną. Za ich plecami widoczny był transparent „Światowe Stowarzyszenie Wielbicieli Sefardiego Baroki”. Oni sami stwarzali wrażenie podpitych. Śmieli się, potykali, co ich jeszcze bardziej bawiło. Wszyscy mieli kilkudniowy zarost na twarzy i zachowywali się jak zgrana drużyna sportowa na weselu kolegi. Śpiewali po angielsku „When all the saints go marching in”.

Po odłączeniu się od kolumny postępującej za karawanem konnym, Isabela szybkim krokiem dotarła na wzgórek przed bramą cmentarną, skąd miała dogodne pole obserwacji. Nie chciała, aby cokolwiek uszło jej uwagi. Ucieszyła się słysząc w męskim wykonaniu pieśń „When all the saints”. Don Sefardi niejednokrotnie nucił tę pieśń i bardzo jej się podobała. Bezwiednie zaczęła mruczeć ją razem z maszerującymi mężczyznami, kiedy jakaś kobieta zwróciła jej uwagę, że zakłóca uroczystość pogrzebową człowieka, o którym nie ma pojęcia, jak bardzo jest zasłużony dla kraju. Bezpodstawny przytyk nieznajomej tak bardzo wyprowadził Isabelę z równowagi, że ofuknęła ją bez skrępowania dodając, że nikt nie był tak blisko zmarłego jak ona. Rozmówczyni nie pozostała dłużna wyjaśniając z przekonaniem, że bycie prostytutką w starszym wieku nie jest powodem do chwały, nawet jeśli się świadczy usługi znanej osobie, jeśli to w ogóle jest prawdą, co właśnie usłyszała. Oburzona Isabela szykowała wściekłą ripostę, kiedy zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie traci czas i nerwy na rozmowę z wariatką.