Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne.

Szanowni Czytelnicy! 

Pierwsza wersja opowiadania „Świrus” ukazała się na tej stronie kilka miesięcy temu. Uznałem ją za niedojrzałą i postanowiłem przekształcić w coś bardziej wartościowego.

Opowiadanie jest rodzajem pamiętnika mężczyzny, który dochodzi do wniosku, że w dobie niekończących się zmian, postępu cywilizacyjnego, życie wymaga od niego bardziej elastycznych reakcji i zachowań.

Będę się cieszyć, jeśli zechcecie Państwo towarzyszyć mi w tej podróży literackiej czytając kolejne odcinki i przedstawiając komentarze. Oto mój adres emailowy: michael.tequila@anciano.pl.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”

Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to, bo jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Dla uspokojenia się zadał sobie pytanie:

– Czy ja jestem wariatem, mieszkańcem tego oddziału, aby się niepokoić?

Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował sobie, że człowiek, jak wariuje, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe i zdobniejsze. Na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Zastanawiał się, co to mogło być. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Zaraz potem ktoś powiedział „take it easy”. Świrus wiedział, że to po angielsku. Pomyślał: – Albo ten wariat jest obcy, albo jego opiekunka. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata . Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza. – Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki.

– To na wszelki wypadek. Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

0Shares

Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal w końcu zdecydował się zapuścić brodę. Od dawna o niej marzył. Jego ideałem była broda gęsta, czarna jak smoła, imponująca wielkością. Miał ku temu stosowne warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku był niepewny, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co odróżniłoby go od innych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem kultury i podróżnikiem i widział wielu brodatych mężczyzn. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta czasem sprowadzała go na manowce. Wypominano mu to, lecz nic konkretnego z tych sugestii nigdy nie wynikło, oprócz przejściowego zachwiania jego samopoczucia i wiary w rozum bez granic.

Co do własnej brody miał na początku chyba niezbyt jasne oczekiwania.

– Jakkolwiek by ona nie wyglądała, ważne jest to, abym oglądając siebie w lustrze odczuwał radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Erazm był kimś wyjątkowym w jego życiu. Był wieloletnim przyjacielem, zaufanym i niezawodnym. Admireusz mógł z nim rozmawiać na dowolny temat, bez obawy, że Erazm będzie starać się narzucić mu własny punkt widzenia, lub sugerować coś, co nie leżało w interesie Admireusza. Zawsze dobrze im się rozmawiało, ponieważ reprezentowali podobny system wartości i sposób widzenia świata. Byli uczciwi wobec siebie, starali się też być obiektywni w ocenie zdarzeń, ludzi i rzeczywistości. Co najważniejsze, Erazm od lat nosił brodę, był więc nieocenionym źródłem wiedzy i refleksji nad tym, co znaczy być brodaczem.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z jego poczucia bycia niekochanym. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując brodę pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano.

Życie bez miłości i uwielbienia było dlań nieprzyjemnie odmienne w porównaniu z wczesnym dzieciństwem. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu miłość, oferując pieszczoty, ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Wspomnieniami z okresu wczesnego dzieciństwa okresu nie dzielił się z nikim, nawet z Erazmem, tak bardzo były intymne.

W dorosłym wieku Admireusz nie doznał szczęścia w miłości. Dwie próby wspólnego życia z kobietą były nieudane, skończyły się tylko na przyjaźni. Nie rozwinęły się w prawdziwą miłość, jak oczekiwał. Od tej pory Admireusz pozostawał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która obdarzyłaby go prawdziwym uczuciem. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez najbliższą rodzinę, szczególnie matkę.

Kobietę uważał za istotę nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych.

Adorację ze strony kobiety wyobrażał sobie w różnych formach: podziwu, respektu, nawet fascynacji. Często zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne. Lubił o tym myśleć; sprawiało mu to przyjemność. Pilnował się jednak, aby nie pójść za daleko, nie przesadzić, nie stać się narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Admireusz był wykładowcą na Uniwersytecie Humboldta, na Wydziale Antropologii Kultury, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego. Z niepokojem myślał o tym, że proporcja osób adorujących go na uczelni mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na wydziale studiowali głównie mężczyźni myślący o karierze dyplomatycznej, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się kiedyś z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Gdyby tak się stało, ludzie mogliby utożsamiać mnie z osobami o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę. Nie powiedział tego głośno, ale miał na myśli LGBT.

Admireuszowe pragnienie posiadania brody wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Było to w okresie, kiedy pomysł brody dopiero raczkował w jego głowie. Chodziło o Igora Kardanowa, który – wykorzystując słabości demokracji – podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł do zaufanych ludzi Kardanowa, w najlepszym przypadku Admireusz byłby oskarżony o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii i relegowany z uczelni jako persona non grata.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Kardanowa, rażącego go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez punktu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności czy choćby przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Podobnie odrażający byli dlań ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o identycznie gładkich i obleśnych obliczach jak ich pryncypał. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o twardą powierzchnię, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Brodaty Admireusz nie miał łatwego życia. Jego obfity zarost nie przypadł do gustu rodzinie; w sposób bardziej lub mniej bolesny usiłowano mu ją obrzydzić. Broda Admireusza wydała się im czystym wymysłem, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując zdeformowaną rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca. Nie szczędzono mu uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz zdecydowanie gorzej niż poprzednio, jak człowiek zaniedbany”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie. Mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”

Matka Admireusza, osoba, która z miłości nadała mu to niezwykłe imię, rozpaczała najbardziej, nie szczędząc mu bezlitosnych porównań.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub pijany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywe argumenty.

– Golenie drażni mu skórę.  Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

W chwilach nasilenia presji rodzinnej odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego. Tym niemniej nie ustąpił.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza czas pozostawał jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm; lizał ją przy okazji każdego zbliżenia się do twarzy swojego pana. Admireusz cieszył się tą zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi przeżyciami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszę się publicznie. Pies jest jedyną istotą kochającą człowieka bez względu na to, jak się prezentuje. Myślę o moim jamniku Sabirze, jedynym bezwarunkowym miłośniku mojej brody. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany pocałunkami.

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo zapętlę się w emocjach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć oczom, ustom, nosowi i uszom, atrybutom twarzy, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby zgłębiać kulturę kraju i doskonalić język. Wyprawiał się zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziekan Wydziału Antropologii Kultury udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, wydatnie podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni publicznie w mundurach koloru zielonej oliwki bez medali i odznaczeń. Otaczała ich aura odmienności, powagi i romantyczności. Byli nietypowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, ale mimo znojnego życia i nieprzerwanej konfrontacji ze śmiercią nie pili, nie rabowali, zachowywali się wyjątkowo przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn przystojnych i nowoczesnych. Pod koniec pobytu myślenie Admireusza zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycjach i zwyczajach noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Studenci poprosili go o pozostawienie im inicjatywy rozwinięcia tematu. Odpowiadało to Admireuszowi jak i władzom wydziału.

Grupa studencka podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie spektaklu dydaktycznego, korzystając z sali i instalacji teatralnych uczelnianego Wydziału Animacji Kultury.

Temat „Broda w historii i kulturze narodów” został ogłoszony jako wydarzenie teatralne, na które zaproszono całą społeczność uczelnianą, naukowców, pracowników administracyjnych oraz studentów. Audytorium wypełniło się po brzegi.

Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, aby dokonać krótkiego wprowadzenia do aktu, jaki miał się rozegrać. Chwilę po tym na scenie ukazywał się student ucharakteryzowany na historyczną postać.

Pierwsza prezentacja dotyczyła Babilonu, najstarszej cywilizacji, znanej ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Przed widownią stawił się jak żywy nie kto inny jak sam Hammurabi, król I dynastii Babilonu, autor słynnego Kodeksu Praw, kojarzonego ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna. Pojawienie się Hammurabiego na scenie wywołało nieoczekiwaną reakcję. Koleżanki i koledzy z Wydziału Antropologii Kultury głośno zgadywali, kim jest aktor, wymieniając jego imię. Kiedy wybór okazał się trafny, student ukłonił się wyrażając pochwałę pod adresem zgadującego i zszedł ze sceny.

W starożytnym Egipcie noszenie brody było przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla wysokich rangą funkcjonariuszy państwa. Brodę zazwyczaj barwiono henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka; była to oznaka najwyższej władzy w państwie. Nikt oprócz faraona nie miał prawa nosić takiej brody.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Zwyczaj jej noszenia przetrwał dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych. Sadhu, jaki pojawił się na scenie, zdobiła niezwykle obfita, czarna broda, ze śladami siwizny na krawędziach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry. Brodę świętego męża dopełniały gęste włosy splecione w dredy oraz szerokie pasma kolorowej farby na czole.

W starożytnej Grecji broda była świadectwem męskości i siły. Mężczyzna bez brody oznaczał młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem tego okresu okazał się Sokrates. Szczyt głowy filozofa pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę ufryzowaną w loki, okalającą pełną twarz z masywnym nosem.

W średniowieczu broda była oznaką męstwa i honoru. Okres ten reprezentował Karol IV Luksemburski, ubrany w niezwykły biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych, zielono upierzonych ptaków. Władca wyglądał jakby wyjęto go z ram świętego obrazu: złota korona, wyrazisty nos, czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Inscenizacja, charakteryzacja, ubiory i prezentacje teatralne okazały się tak udane, że wkrótce na Wydziale Antropologii Kultury powstał Klub Młodych Brodaczy, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja noszenia brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Szczęście studentów nie trwało jednak długo. Po okresie rosnącej popularności, kiedy brody członków klubu nie rzucały się jeszcze nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się niechęć, a wkrótce za nią wrogość wobec członków Klubu Młodych Brodaczy. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, narzeczonych a nawet koleżanek studentów starających się wybić na samodzielność osiągnęła taki poziom, że stanęli oni przed zabójczym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym lub miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie pójdzie całkiem w zapomnienie dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom.

Dla Admireusza było to marne pocieszenie. Dociekając źródeł nienawiści do brody i jej wyznawców, doszedł do wniosku, że zainicjowały ją zrzeszenia i związki zawodowe fryzjerów oraz dystrybutorów sprzętu i akcesoriów do golenia. Nie sposób było jednak udowodnić komukolwiek podstępnych intencji.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię zatrudnioną na Wydziale Animacji Kultury. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cyntia, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie.

W oczach Admireusza była kobietą niezwykle urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Z czasem nachodziła go okropna myśl, że bez tej ozdoby Cyntia nie byłaby w stanie wzbudzić w nim gorącego uczucia, jakim do niej zapałał. Było to już w okresie wielkiej intymności, kiedy leżąc przed nim z rozłożonymi zapraszająco udami wydawała mu się niekompletna i jakby mniej podniecająca bez rozsypanej na poduszce cudownej czupryny.

Koledzy wykładowcy widzieli w Cyntii raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował kiedyś sceptyczne uwagi Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cyntia nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby ona stać się przeszkodą w ich coraz namiętniejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cyntię, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cyntię wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cyntię z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cyntia zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Niesforny starzec. Groteska.

Radosław Bojan był postawnym mężczyzną w zaawansowanym wieku. Przyjaciele zwali go radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była też jego rodzina. Jeden z jej członków, prosząc o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– Radosław to człowiek, który źle sypia, chodzi po nocy, sprawia najbliższym kłopoty, dziecinnieje, a w dodatku pije do upadłego, a potem twierdzi, że są to zioła, choć śmierdzi od niego alkoholem na odległość. Jednym słowem jest zakałą rodziny. Ponadto ma na imię Radosław. Jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka ludzie o imieniu Radosław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co prawie na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywoziła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia się i śmierci głodowej, jak mówił on sam. W sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław za każdym razem ożywał i nabierał wigoru, przypominając sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Maroku w Legii Cudzoziemskiej, o której z pasją opowiadał. Kiedy wracał pamięcią do wojennej przeszłości, przypominał sobie wszystkie sztuczki i chwyty wojskowe, dzięki którym wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa. Rodzina broniła się, wyjaśniając i tłumacząc, jak również przedstawiając dowody w postaci zdjęć, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lustro, pozdrawia a następnie wygania z domu człowieka, którego tam widzi – tłumaczyła synowa Radosława, mająca z nim na pieńku od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś – pytał tego w lustrze – a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Było to w nocy – wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że go wypędza.

Dochodzenie policyjne ustaliło, że były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława, tak bardzo do niego podobny, że myśliwi mówili, że to skóra ściągnięta z Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko jedna wielka okazja do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do parku miejskiego i wygłaszał tam przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Ludzie spoza rodziny Radosława byli pozytywnie nastawieni do niego.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę na afisze, ogłoszenia, murale i napisy.

– Takiej jałowej przestrzeni miejskiej nie można pozostawić niezagospodarowanej – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Nazywał je malunkami albo malowidłami. Raz o mało co nie wywołał wypadku. Ludzie tak się namiętnie gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Byli tak zaślepieni sztuką muralną Radosława, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł wówczas na szyny i złamał sobie nogę.

Był to głośny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowie mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, fosforyzującej w nocy.

Ludzie pytali, co się stało z psem. Szczególnie namolni w odpytywaniu właściciela byli ludzie z ochrony środowiska, nazywający siebie zielonymi.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do znajomego weterynarza, gabinet był jednak nieczynny. Wtedy zawiozłem go do pogotowia ratunkowego zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył mi w oczy i zapytał, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni pogotowia ratunkowego oprócz właściciela dużego psa byli jeszcze dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz, każdy ze swoim pupilem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał ksiądz przypominający cywila w sutannie, prawdopodobnie dlatego, że był nieogolony.

– A nie jest to stworzenie boże jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Wkrótce wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, gdyż zaczął złorzeczyć najpierw na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler. Oskarżał ich o to, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny. W końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz tak silnie, że weterynarz upadł. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł z kurzu i pyłu twarz i ręce wilgotną ściereczką, którą miał w kieszeni fartucha, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. W tym samym dniu o tej samej godzinie toczyły się tam dwie rozprawy, które zupełnie przypadkowo zazębiły się o siebie. Pierwsza dotyczyła bijatyki w poczekalni pogotowia ratunkowego zwierząt. Na drugiej miał być rozpatrywany spór miedzy parlamentarzystą a obywatelem, który nie zgadzał się z nim w sprawie wysokości funduszu walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli.

Starzec Radosław dostał wezwanie do złożenia zeznań jako świadek zajścia. Sprawę miała prowadzić sędzina w zastępstwie sędziego, który w ostatniej chwili odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie z lewej strony, gdzie miał szpetną bliznę po ciosie nożem zadanym przez świadka, który oskarżał go o stronniczość.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi przybyłych na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, który wszedł w konflikt ze znanym parlamentarzystą.

– Ten typ był pijany, wstał z rynsztoka – mówił o parlamentarzyście brat oskarżonego – i chciał nasikać do kieszeni oskarżonego w przekonaniu, że stoi przed nim pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

Rozprawa w sprawie pijanego i wulgarnego parlamentarzysty stała się głośna, bo w grę wchodziła wielka polityka. Prowadzący ją sędzia zadał oskarżonemu pytanie:

– Czy nie chodzi o to, że to pan napadł na Bogu ducha winnego parlamentarzystę, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się on z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Na rozprawie dotyczącej bijatyki z udziałem dentysty, mechanika samochodowego, księdza z małym pieskiem i weterynarza, Radosław brał udział jako świadek zdarzenia. Zapytany, co wie o zajściu, zaczął od wyjaśnienia okoliczności swej obecności w poczekalni u weterynarza w tamtym miejscu i czasie. Zaczął bardzo rezolutnie korzystając z łaskawości sędziny, reprezentującej życzliwy stosunek do osób starszych.

– Wcześniej nie miałem tej świadomości, jakoś umknęło mojej uwadze, jak ja się tam w ogóle znalazłem. Jest to chyba kwestia pamięci, która w miarę starzenia się zaczyna chodzić własnymi drogami, niekiedy przez wertepy i bagna. A może po prostu bałem się zbudzić demony wspomnień, które drzemią we mnie?

Sędzina patrzyła na Radosława jakby zdziwiona, co zrozumiał jako zachętę do kontynuacji swoich wynurzeń. Zakończyło si to niestety orzeczeniem obrazy sądu przez Radosława i usunięciem go z sali rozpraw przez woźnego sądowego.

Radosław wyjaśniał przyjaciołom po rozprawie, że na sali sądowej zamierzał uczciwie opisać zdarzenia, w których uczestniczył, oraz własny charakter, czyli wszystko to, co jego zdaniem było istotne dla wyjaśnienia przebiegu awantury. Od razu przyznał, że nie jest ideałem. Jako przykład podał, że w dniu pierwszego września, kiedy rodzice i dzieci przygotowywali się do nowego roku szkolnego, on jakby nigdy nic pojechał na plażę San Domingo, aby popływać. Pływał daleko od brzegu, aby zaimponować plażowiczom jaki to on jest odważnym i dobrym pływakiem. Nie było to jeszcze najgorsze przewinienie. W drodze na plażę i w drodze do domu, jak i na samej plaży uważnie przyglądał się kobietom i wybierał te najbardziej ponętne.

Sędzinę to zaintrygowało, poprosiła go o przedstawienie szczegółów. Odpowiedział, że taksował je wzrokiem, jedną nawet rozebrał wizualnie.

–  Nie żałowałem tego. W ogóle zachowywałem się niesfornie, a może nawet bezczelnie. W dodatku nie robiłem tego za ich zezwoleniem, ale też z drugiej strony powstrzymałem się od dociekania szczegółów o każdej nich, pytania, ile ma lat, ile waży, jak się odżywia, co robi a czego nie robi w samotności. Nawet takie moje zachowanie nie usprawiedliwia traktowania mnie przez własną rodzinę jak wyrzutka, krnąbrnego starca a nawet zarazy. Nigdy nie powiedzieli mi tego wprost, ale wiem, że tak jest i jest to niesprawiedliwe. Dlatego mam powody, aby nie lubić mojej rodziny, ponieważ mówi i myśli o mnie  dziwne rzeczy. Przede wszystkim, o tym, jak rzekomo zachowuję się, patrząc w lustro.

Tak zakończył swoją historię Radosław Bojan, ten sam, co to dziecinniał, źle sypiał, chodził po nocy, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 20 06 2020

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Oprócz prywatnego kościoła i wielkiej pobożnej rodziny, Ojcu Rydzykowi można także zazdrościć, że ma własnego pana Boga.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Zwycięzcy nigdy nie byli bardziej sobie równi niż obecnie; przywódcy włożyli buty na koturnach, ich zwolennicy zgarbili się do poziomu nietolerancji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył ważniejsze elementy swego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy nad domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. W ogóle tego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę, tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego, co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo-krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie, że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś musiał jej w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares

Gabriel Garcia Marquez – refleksje pisarskie.

Gabriel Garcia Marquez to Kolumbijczyk. W Kolumbii pracowałem i mieszkałem cztery lata. Niezwykle malowniczy kraj. Zachwyciły mnie ich pomniki. Przedstawiam kilka z nich. Z pokazanych widziałem dwa: Batalla del Pantano de Vargas oraz Monumento a Simon Bolivar. Nadzwyczajne. Nie widziałem piękniejszych, bardziej imponujących pomników w życiu. 

*****

Od kilku dni przez wiele godzin dziennie poprawiam i piszę jedno opowiadanie, starając się, aby jak najszybciej umieścić je w mojej bibliotece online. Pchając ten syzyfowy głaz, chciałbym podzielić się refleksjami genialnego pisarza Gabriela Garcii Marqueza na temat pisania opowiadań. Są to fragmenty prologu jego książki “Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Prolog zaczyna się od pytań: “Dlaczego dwanaście, dlaczego opowiadań, dlaczego tułaczych”. Cytuję:

Odc. 1

Dwanaście umieszczonych w tej książce opowiadań zostało napisanych w ciągu ostatnich osiemnastu lat. Zanim uzyskały swój obecny kształt, pięć z nich było dziennikarskimi felietonami i scenariuszami filmowymi, a jedno telewizyjnym serialem. Inne z kolei opowiedziałem piętnaście lat temu w trakcie nagrywanego wywiadu; przyjaciel, który ich wysłuchał, spisał całą historię i opublikował, a teraz ja napisałem ją na nowo, za punkt wyjścia biorąc ową wcześniejszą wersję. Było to dziwne doświadczenie twórcze, warte wyjaśnienia choćby po to, żeby dzieci, które chcą zostać pisarzami, już teraz dowiedziały się, jak zaborczy i wyniszczający jest nałóg pisania.

Odc. 2

Pierwszy pomysł nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych w wyniku proroczego snu, jaki miałem po pięcioletnim pobycie w Barcelonie. Śniło mi się, że jestem na własnym pogrzebie i idę w gronie przyjaciół ubranych w ciężką żałobę, ale w radosnych nastrojach. Wyglądaliśmy na uszczęśliwionych tym spotkaniem. A szczególnie ja, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja własna śmierć stała się wspaniałą okazją do spotkania latynoamerykańskich przyjaciół, tych od dawien dawna, tych najbliższych sercu, tych, których nie widziałem już od wieków. Pod koniec uroczystości, kiedy zaczęli już odchodzić, też chciałem pójść z nimi, ale jeden z przyjaciół dał mi do zrozumienia, kategorycznie i nieodwołalnie, że dla mnie zabawa już się skończyła. „Jesteś jedynym, który nie może stąd odejść”, powiedział. Dopiero wtedy zrozumiałem, że umrzeć to znaczy już nigdy więcej nie spotkać przyjaciół.

Odc. 3

Nie wiem, dlaczego odczytałem ów pouczający sen jako uświadomienie sobie własnej tożsamości i pomyślałem, że jest to dobry punkt wyjścia, aby napisać o dziwnych przypadkach, jakie spotykają Latynosów w Europie. Było to pokrzepiające odkrycie, nieco wcześniej ukończyłem bowiem „Jesień patriarchy”, moją najtrudniejszą i najbardziej karkołomną pracę, i nie bardzo widziałem co dalej.

Przez mniej więcej dwa lata notowałem wszystkie tematy, które przychodziły mi do głowy, nie zastanawiając się, co z nimi pocznę. A że owego wieczoru, kiedy zdecydowałem się zapisywać nasuwające mi się pomysły, nie miałem pod ręką żadnego notesu, moi synowi pożyczyli mi zwykły zeszyt. Podczas naszych kolejnych i dość licznych podróży sami go przewozili w tornistrze, obawiając się, że ja mogę ów zeszyt zapodziać. Zanotowałem sześćdziesiąt cztery tematy, i to z taką wielością szczegółów, że tylko siadać i pisać.

Odc. 4 

Już w Meksyku, po moim powrocie z Barcelony w roku 1974, stało się dla mnie jasne, że przyszła książka nie powinna być powieścią, jak początkowo zakładałem, ale zbiorem opowiadań opartych na dziennikarskich faktach, dzięki fortelom poezji ocalonym od rychłej śmierci. Do tamtej pory napisałem trzy zbiory opowiadań. Żaden z nich nie powstał jako spójna, z góry przemyślana całość. Każde opowiadanie było dziełem tyleż autonomicznym, co i przypadkowym. Zamiar napisania sześćdziesięciu czterech opowiadań jednym ciągiem, tak by zachować wewnętrzną jednolitość tonacji i stylu, które w pamięci Czytelnika uczyniłyby z nich nierozdzielną całość, zapowiadał więc fascynującą przygodę.

 

Monumento de la Batalla del Pantano de Vargas

Santuario de Las Lajas, Ipiales

Odc. 5 

Pierwsze dwa – „Ślad twojej krwi na śniegu” i „Szczęśliwe lato pani Forbes” – napisałem w 1976 roku i natychmiast opublikowałem w dodatkach literackich wielu czasopism różnych krajów. Pisałem codziennie, bez chwili spoczynku, ale w połowie trzeciego opowiadania, właśnie tego o moim pogrzebie, poczułem, że ogarnia mnie zmęczenie znacznie większe niż przy pisaniu powieści. To samo przydarzyło mi się przy czwartym opowiadaniu. Do tego stopnia, że zabrakło mi sił i odwagi, żeby któreś z nich dokończyć. Teraz już wiem dlaczego: wysiłek przy pisaniu krótkiego opowiadania jest równie intensywny jak przy rozpoczynaniu powieści.

W pierwszym akapicie powieści należy bowiem określić wszystko: jej strukturę, ton, styl, rytm, długość, czasem nawet charakter jednej z postaci. Reszta jest już radością pisania. Najintymniejszą i przeżywaną w niewyobrażalnej samotności, i jeśli człowiek nie spędza areszty życia na poprawianiu książki, to tylko dlatego, że hart ducha potrzebny do jej rozpoczęcia jest niezbędny również do jej zakończenia.

Odc. 6

Opowiadanie nie ma za to ani początku, ani końca: albo załapie i zacznie się kleić, albo nie załapie i nie zacznie się kleić. A jeśli nie, to z mojego doświadczenia i z doświadczenia innych wynika, że w większości przypadków najlepiej jest zacząć wszystko od nowa albo wyrzucić do kosza. Ktoś, nie pamiętam już kto, znakomicie to wyraził w pokrzepiającym zdaniu: „Dobrego pisarza poznaje się bardziej po tym, co drze na strzępy, niż po tym co drukuje”. Nie podarłem co prawda, brudnopisów i notatek, ale uczyniłem coś znacznie gorszego: puściłem je w niepamięć.

Pamiętam, że jeszcze w Meksyku zeszyt jak nieszczęsny rozbitek pośród sztormu papierzysk dryfował po moim biurku do roku 1978. Pewnego dnia, szukając czegoś zupełnie innego, uprzytomniłem sobie, że od pewnego czasu nie widziałem go. Nie przejąłem się tym. A kiedy się przekonałem, że rzeczywiście go nie ma, ogarnęła mnie panika. W całym domu nie uchował się kąt, którego byśmy dokładnie nie przeszukali. Odsunęliśmy wszystkie meble, rozmontowaliśmy regały, aby upewnić się, że zeszyt nie spadł za książki, poddaliśmy również służbę i przyjaciół niewybaczalnym przesłuchaniom. Kamień w wodę.

Poniżej, moje własne zdjęcia z Kolumbii z lat 1978 – 1982

Odc. 7

Jedynym możliwym – a nawet wysoce prawdopodobnym – wyjaśnieniem było to, że podczas jednej z licznych i wielokrotnie przeze mnie dokonywanych akcji likwidowania nadmiaru papierów zeszyt wylądował w koszu.

Byłem zaskoczony własną reakcją: tematy, o których przez cztery niemal lata w ogóle nie pamiętałem, stały się dla mnie sprawą honoru. Próbując je odzyskać za wszelką cenę, z nie mniejszym niż ich pierwsze spisanie mozołem zdołałem zrekonstruować zapis trzydziestu. A że sam trud przypominania ich sobie stworzył mi okazję do zrobienia czystki, bezlitośnie wyeliminowałem te, które wydawały mi się nie do uratowania, i w rezultacie pozostało ich osiemnaście. Tym razem solennie postanowiłem, że napiszę je wszystkie od razu, jedno po drugim, ale szybko zrozumiałem, że straciłem do nich serce. A jednak, wbrew temu, co sam zawsze radziłem początkującym pisarzom, nie wyrzuciłem ich do kosza, ale ponownie włączyłem do archiwum. Tak na wszelki wypadek.

Odc. 8

Gdy w 1979 roku zacząłem “Kronikę Zapowiedzianej śmierci”, stwierdziłem, że w przerwach między dwiema książkami tracę nawyk pisania i z coraz większą trudnością przychodzi mi rozpoczynanie od nowa.

Stąd też od października 1980 roku do marca 1984 roku narzuciłem sobie obowiązek pisania cotygodniowych felietonów do dzienników kilku krajów: i dla dyscypliny, i żeby mi ręka nie wyszła z wprawy. Pomyślałem wówczas, że mój konflikt z zeszytowymi zapiskami wynikał z nierozwiązanego ciągle problemu wyboru gatunku literackiego i że – w gruncie rzeczy – nie powinny to być opowiadania, tylko felietony. Tyle, że po opublikowaniu pięciu felietonów opartych na pomysłach z zeszytu znowu zmieniłem zdanie: nadawały się bardziej na scenariusze filmowe. W ten sposób powstało pięć filmów i serial telewizyjny.

Nie byłem jednak w stanie przewidzieć, że praca felietonisty i scenarzysty odmieni część moich pomysłów na opowiadania do tego stopnia, że nadawszy im wreszcie kształt ostateczny, będę musiał iście po aptekarsku oddzielać moje własne pomysły od sugestii poddawanych mi przez reżyserów podczas przygotowywania scenariuszy. Jednoczesna współpraca z pięcioma różnymi twórcami podsunęła mi zarazem myśl o zmianie metody pisania opowiadań: zaczynałem któreś z nich, kiedy miałem czas, zostawiałem, kiedy czułem się zmęczony albo gdy pojawiał się jakiś nieprzewidziany projekt, następnie zaś zaczynałem inne.

Ogród w posiadłości przyjaciół, Marty i Andrzeja Staniszewskich, koło Bogoty. Zdjęcie własne.

Odc. 9

Po roku z okładem sześć z osiemnastu tematów trafiło do kosza, w tym również ten o moim pogrzebie, nigdy bowiem nie udało mi się zadowalająco odtworzyć owej pysznej zabawy, która mi się przyśniła. Za to pozostałe opowiadania zdawały się odzyskiwać oddech zwiastujący długie życie.

To właśnie dwanaście opowiadań z tej książki. We wrześniu ubiegłego roku były już gotowe do druku po kolejnych dwóch latach dość nieregularnej pracy. I w ten sposób nastąpiłby kres ich ustawicznej tułaczki z biurka do kosza i z powrotem, gdyby w ostatniej chwili nie opadła mnie jeszcze jedna, ostateczna, wątpliwość. Zważywszy, że opowiadania dzieją się w różnych miastach europejskich, które opisywałem takimi, jakimi zachowały się w mej pamięci, i przebywając od nich z dala, zapragnąłem sprawdzić, na ile zawodna była moja pamięć po niemal dwudziestu latach, i wybrałem się na błyskawiczny rekonesans do Barcelony, Genewy, Rzymu i Paryża.

Żadne z tych miast nie miało już nic wspólnego z moimi wspomnieniami. Wszystkie, jak cała obecna Europa, były rozmyte przez zaskakujące odwrócenie porządku rzeczy: prawdziwe wspomnienia wydawały mi się urojeniami pamięci, podczas gdy te zafałszowane były tak przekonujące, iż zastąpiły rzeczywistość. Nie byłem więc w stanie oddzielić rozczarowania od nostalgii. To było ostateczne rozwiązanie.

Odc. 10 (przedostatni)

Wreszcie znalazłem coś, czego mi najbardziej brakowało do zakończenia książki, a czego dostarczyć mi mogły jedynie upływające lata: perspektywę w czasie.

Po powrocie z owej szczęśliwej podróży znowu siadłem do pisania opowiadań, redagując je wszystkie od nowa w ciągu ośmiu gorączkowych miesięcy, podczas których nie musiałem zadawać sobie pytania, gdzie kończy się życie a zaczyna wyobraźnia, bo wspomagało mnie przypuszczenie, że być może nigdy nie miało miejsca nic z tego, co przeżyłem w Europie dwadzieścia lat wcześniej. Pisanie nabrało takiej płynności, iż czasami czułem, że piszę li tylko dla samej frajdy opowiadania, co jest dla człowieka stanem najbliższym lewitacji. Poza tym, pracując nad wszystkimi równocześnie, przeskakując swobodnie od jednego do drugiego, zdołałem przyjrzeć im się z odpowiedniego dystansu, co uratowało mnie od męczenia kolejnych początków i pomogło wyłowić wynikające z lenistwa powtórzenia i zabójcze sprzeczności. Sądzę, że w ten sposób osiągnąłem efekt najbliższy zbiorowi opowiadań, jaki zawsze chciałem napisać.

 

To zdjęcie pochodzi prawdopodobnie z Popayan, miasta, które zostało kilka lat później zdewastowane przez straszne trzęsienie ziemi.

Kolumbia, dwa zdjęcia własne z lat 1978 – 1982..

Odc. 11 (ostatni)

Oto on, gotów do podania na stół po tak długiej tułaczce w tę i z powrotem i walce na śmierć i życie z przewrotną niepewnością usterek. Wszystkie opowiadania, poza pierwszymi dwoma, zostały ukończone w tym samym czasie i każde z nich opatrzone jest datą jego rozpoczęcia. Porządek przyjęty w tym wydaniu odpowiada kolejności, w jakiej zapisywane były w zeszycie.

Zawsze sądziłem, że każda następna wersja opowiadania jest lepsza od poprzedniej. A skąd wiadomo, która powinna być ostatnia? To sekret zawodu, który nie rządzi się prawami rozumu, lecz magią instynktów, tak samo jak kucharka wie, kiedy zupa już jest gotowa. W każdym razie, żeby uniknąć wątpliwości, nie będę tych opowiadań ponownie czytał, tak jak nigdy nie przeczytałem po wydaniu, ze strachu przed wyrzutami sumienia, żadnej z moich książek. Kto je przeczyta, będzie wiedział, co z nimi zrobić. Na szczęście trafienie do kosza może być dla tych dwunastu tubylczych opowiadań ukojeniem, jakie daje szczęśliwy powrót do domu.
                                                                       Gabriel García Márquez 
Cartagena de Indias, kwiecień, 1992

Gabriel García Márquez: Nagroda Nobla w dziedzinie literatury w roku 1982. 

 

0Shares

Papier. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

Cezary Brago, student czwartego roku automatyki, biegł spokojnym krokiem wzdłuż ulicy Nowa Bulońska. Była niedziela, godzina piętnasta. Nie był to najlepszy czas na bieganie, ale nigdy nie potrafił zebrać się wcześniej. Uważał, że to kwestia organizmu; nie był skowronkiem tylko sową. Kładł się spać bardzo późno i późno wstawał. Zanim zgromadził dostateczną ilość energii, było już popołudnie. Tego dnia marudził, zresztą nigdy nie był w stanie rozpocząć biegania wcześniej niż o godzinie piętnastej.

Poruszał się swoją nową ulubioną trasą, chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy. Była w rozbudowie, rozbabrana pośrodku, dostępna dla ruchu pieszych i rowerzystów tylko w niedziele, kiedy pod nieobecność ludzi i maszyn brała ją we władanie cisza zakłócana jedynie silniejszymi powiewami wiatru. Cezary biegł i myślał o tym, że w epoce inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji i zaawansowanej automatyki wszystko może być zagrożeniem dla człowieka.

Wierzył, że inżynieria genetyczna i sztuczna inteligencja to dwa nurty cywilizacji, które prędzej lub później ją zniszczą. Nie uważał siebie z fatalistę. Po prostu – opierając się na analizie postępu cywilizacyjnego – był przekonany, że wszystko co na początku dobrze rokuje ludzkości ostatecznie przynosi fatalne skutki.

W dyskusjach posługiwał się najchętniej argumentem broni chemicznej i jądrowej, środków ochrony roślin zabójczych dla przyrody i narzędzi masowej inwigilacji, dzięki którym państwo wiedziało wszystko o każdym obywatelu i z łatwością mogło to wykorzystywać przeciwko niemu. Jeśli to nie robiło, lub robiło w niewielkiej skali, to tylko dlatego, że nie dostrzegło jeszcze takiej potrzeby.

Biegnąc, od pewnego czasu Cezary czuł, że coś porusza się za jego plecami; nie odwracał się jednak, sam nie wiedząc dlaczego. Dopiero kiedy coś zaszeleściło za nim tak wyraźnie, że aż podskoczył, zatrzymał się i obrócił głowę do tylu. Nie było za nim nikogo. Tuż przy krawężniku leżał tylko duży kawałek papieru zwinięty w kłąb. Przypatrzył mu się uważnie. Miał wrażenie, że papier też patrzy na niego. Zastanawiał się,  jak to jest możliwe. Przypatrując się uważniej, dostrzegł zarys twarzy na papierowej kuli. Był trochę nierówny na krawędziach, jednakże miał wyraźnie ukształtowany nos, szerokie usta i parę oczu w postaci ciemniejszych plam. Pod wpływem wiatru papier poruszył się i przesunął wzdłuż krawężnika, po czym podskoczył, jakby ktoś go szturchnął. W tym momencie część twarzowa kuli obróciła się w przeciwnym kierunku, jakby udawała, że jej nie ma.

– Zachowuje się zupełnie jak człowiek unikający spojrzenia innej osoby – pomyślał Cezary.

Nie wiedział jak się zachować. Po chwili zrobił dokładnie to samo: odwrócił się tyłem do papieru, aby kontynuować bieg przed siebie. Myślał intensywnie. Wciąż słyszał za plecami ten sam szurgot, szum, szeleszczenie. Zaczęło go to niepokoić. Postanowił wyjaśnić raz na zawsze, o co chodzi dziwnemu zjawisku. Zatrzymał się gwałtownie i obrócił się do tyłu. Papier znowu był za nim, tym razem przyczajony za stertą piachu przykrywającą krawężnik, część chodnika i fragment jezdni.

– Ukrywa się za nią – pomyślał, zastanawiając się, o co chodzi. Nie podobał mu się przedmiot poruszający się za nim krok w krok. Był przekonany, że papierowa kula to pułapka. Wahał się, czy nie warto jej zaatakować i zniszczyć, wdeptując w ziemię: bał się jednak, że może to wywołać niepożądaną reakcję. Mogła wybuchnąć, bryznąć jakimś płynem lub wydzielić z siebie trujący gaz. Nie wiadomo, co kryło się w jej wnętrzu.

Niepewny co robić, postanowił oddalić się jak najszybciej i zniknąć w widocznym już na horyzoncie zielonym zagajniku. Papier ciągle mu towarzyszył. Cezary nie musiał nawet oglądać się. Słyszał teraz regularne cykanie zegara. Niespokojne myśli cisnęły mu się do głowy.

– To nic innego jak miniaturowy ładunek wybuchowy, wystarczający, aby roznieść mnie na strzępy, a przynajmniej poharatać, Wystarczy tylko kilkadziesiąt drobin metalu, które pod wpływem eksplozji rozsypią się we wszystkich kierunkach, Jedna tak drobina w skroń, tętnicę szyjną, serce lub gdziekolwiek w czaszkę, a od razu znajdę się na cmentarzu.

Cezary wyobraził sobie swój pochówek. Zawsze chciał, aby odbyło się to z orkiestrą, fanfarami i marszem Mendelsohna. Lubił muzykę poważną, często jej słuchał.

Zagłębiając się w porywające duszę takty muzyki wielkiego kompozytora, Cezary zapomniał o papierze. Sam mu się przypomniał. Leżał czekając dwa metry przed nim przy stosie drobnych kamieni zrzuconych przy krawężniku. Obok niego leżała druga identyczna kula papieru. Teraz było ich dwóch, dwa przedmioty zawierające w sobie coś żywego, co je uruchamiało i jakąś namiastkę mózgu, który nimi kierował.

To było najgorsze, ta nieokreśloność. Nic ludzkiego, po prostu przedmiot, ale bynajmniej nie martwy, posiadający napęd i umysł – mechanizm podejmujący decyzje, który myślał i sterował całością.

– Zupełnie jak człowiek – analogia nie wzbudziła w Cezarym zdziwienia. Wręcz przeciwnie, uznał ja za uprawnioną a jednoczenie wciąż przekraczająca jego wyobraźnię mimo stałego karmienia je nowinkami o postępie technicznym, technologicznym, medycznym i wszelkich innych nowych wynalazkach.

Odc. 2 

Cezary nie czekał dłużej. Odwrócił się i zaczął uciekać, pozostawiając za sobą dwa kawałki papieru w formie niekształtnych kul. Były podobne do siebie, szare i groźne, nieokreślone w działaniu i możliwościach. Jego myśl zaprzątało zgadywanie, co może nastąpić. Uściślał to, co widział, szukając w pamięci wiedzy o podobnych obiektach.

– Coś, co jest zdolne poruszać się samodzielnie, dostosowywać się do warunków terenu a nawet je wykorzystywać, kamuflując się i kryjąc za nierównościami. Kule korzystają prawdopodobnie z energii słonecznej lub są zasilane energią promieni laserowych emitowanych przez stację nadawczą w kosmosie. Dobrze, że sobie przypomniałem – laser. A może te dwie kule mają tylko naprowadzić na mnie drona? Czeka gdzieś zawieszony w przestworzu, miniaturowy, sekretny, zdolny śledzić człowieka dzień i noc korzystając z technologii GPS. Wystarczy tylko sygnał od nich, a podleci do mnie i potraktuje dawką kwasu solnego, promieniem laserowym lub czymś podobnym, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie. Nikt się nawet nie domyśli się, kto był wykonawcą wyroku.

Kto mógł być zleceniodawcą takiego zlecenia, Cezary starał się nie myśleć; zaprzątała go jedynie myśl, jak wywinąć się z opresji. Po chwili przypomniał sobie, kto mu kiedyś groził śmiercią, choć on o tym prawie całkiem już zapomniał. Było to na weselu studenta, przyjaciela z roku. Cezary siedział wśród nieznanych gości przy długim stole. Naprzeciwko, po drugiej stronie stołu, widział mężczyznę. Przypominał upiora z horroru; jego skóra na czole i policzkach, koloru i faktury identycznej jak papier, była mocno naciągnięta. Wyglądała, jakby jej właściciel przeszedł kilka operacji po ciężkich oparzeniach. Cezary w duchu nazwał go Pergaminem.

Rozmawiali o możliwościach nowych technologii w zakresie automatyki. Była to dziedzina, w której Cezary czuł się szczególnie dobrze. Jego rozmówca był pracownikiem jakiegoś instytutu. Też znał się na temacie. Wywiązała się kłótnia. Poszło o zastosowania nowych technologii w przemyśle, transporcie i usługach; co jest, a co nie jest możliwe. Wyglądający na naukowca mężczyzna i Cezary mieli zupełnie odmienne poglądy. Starali się przekonać siebie wzajemnie do swoich zapatrywań. Słuchali ich goście weselni. Udowodnienie racji stało się sprawą honoru. Pergamin zarzekł się, że zabije Cezara. Nie powiedział mu tego otwarcie, tylko w toalecie, kiedy znaleźli się tam sami. Cezary zapamiętał jego oczy, błyszczące, zdrowe oczy na tle okropnej, wysuszonej twarzy. Groźba wydała mu się wtedy efektem przejściowej emocji mężczyzny, z którym wszedł w spór na weselu. Myślenie teraz o tym nie miało sensu, ważniejsze było bezpośrednie zagrożenie.

– Nie ma co myśleć o sądzie ferującym wyrok, kiedy kat stoi nad głową.

To go przywróciło na właściwy tor szukania rozwiązania. Po prawej stronie miał przed sobą las, oddzielony od drogi wysokim otwartym nasypem, którego nie sposób było pokonać. Wypatrywał dogodniejszego wejścia do lasu. Po chwili pojawiła się w oddali gęstwa krzaków.

– Tam skręcę w kierunku lasu, trudniej im będzie śledzić mnie i wykończyć.

Podbiegł jeszcze sto metrów i już miał skręcać w kierunku lasu, kiedy usłyszał przed sobą suchy, nienaturalny śmiech, jakby wychodzący z metalowej rury.

– Chcieliśmy cię tylko nastraszyć, głupku! Gdybyśmy chcieli cię wykończyć, już dawno byśmy to zrobili.

Zobaczył ich wtedy: dwie papierowe kule o nierównych krawędziach przypominające ludzkie oblicza. Leżały na ziemi nieruchomo świdrując go niewidzialnymi czarnymi plamami wzroku. Czuł to spojrzenie. W ich słowach dostrzegł nitkę nadziei. Był zdezorientowany, o co może chodzić. Pomyślał, że chcą go powstrzymać przed ucieczką w głąb lasu. Potem, że był to jakiś pomylony, okrutny żart. Niepewność go zmobilizowała.

– Cholerna sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie już chyba dziesiątej generacji! – warknął, aby zrzucić trochę napięcia i dodać sobie otuchy.

Przemógł strach. Podszedł bliżej do kul z wibrującymi na wietrze drobnymi strzępkami papieru. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Chciał im się przyjrzeć i wtedy zdecydować. Podchodził ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Tak było najbezpieczniej. Był w odległości nie mniejszej niż dwa metry, kiedy zobaczył błysk i fala kłującego ognia ogarnęła jego ciało, głowę, tułów, ręce i nogi.

Strużki krwi zalewały mu oczy i usta. Dopiero wtedy Cezary Brago, biegacz, student czwartego roku automatyki, dokładnie przypomniał sobie człowieka, upiora z pergaminową skórą na czole i policzkach, który w trakcie kłótni na weselu zarzekał się solennie, że go zabije.

Kiedy znaleziono człowieka z pokiereszowanym tułowiem, na jego twarzy – pod warstwą krwi i wilgoci – były jeszcze oznaki zaskoczenia i bólu. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, aby przyjrzeć się uważnie denatowi i je dostrzec. Wykonano tylko zdjęcia, wiele zdjęć. Policji nie udało się ustalić niczego oprócz identyfikacji zmarłego, faktu zgonu, czasu, kiedy nastąpił oraz zakresu obrażeń ciała.

Był to rok wielkich niespodzianek, kiedy ludzie ginęli nie wiadomo z czyjej ręki, dlaczego, w jakich okolicznościach, a nawet w jaki sposób. Winiono za to nowoczesne wynalazki, stanowiące zbawienie jak i przekleństwo człowieka, i jego nieposkromioną żądzę poprawiania Boga i przyrody.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 15 05 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 16 – 23 i 24.

Odc. 16: Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Iwan Iwanowicz zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Cmentarz nadziei”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej wszystkich ludzi bez wyjątku: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy.

Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się podróżnik.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go ono zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej, w zależności od czegoś tam.

Chodzili po mieście przyglądając się ludziom, budynkom i zwierzętom. Wszędzie widzieli figury, figurki, świątynie duże i małe, podręczne. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Z tych wykonanych w Varanasi Iwanowi Iwanowiczowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia; kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego. 

W Varanasi duch kraju setkami Hindusów przemieszczał się po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W etnicznej i religijnej różnorodności prawda mieszała się z fałszem do nieprzyzwoitości. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, ci autentyczni i ci pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, szukającymi wewnętrznej doskonałości, pełni jedności z duchem wszechświata, mistykami karmiącymi się energią wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj eksponatów wystawowych wyciągających ręce po datki, męskie podróbki świętych odziane w kolorowe szaty i sprzedające swój wizerunek turystom za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetnym pragnieniem zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka było ono święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pospiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie; byli symbolami z tryptyku małpek, co to mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji, a co najmniej zaniedbaniu.

Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za praw do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury zwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja przeszłości zabijała przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Iwan Iwanowicz w swoim zarozumialstwie obcokrajowca widział to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem kloacznym. Co było do zniesienia kilkaset lat wcześniej, teraz było już hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcowi, akceptowała u tubylców, nie powodując szkody.

– Chyba jestem zboczeńcem – pomyślał Iwan Iwanowicz. – Nie dostrzegam szlachetności płonącego stosu, lecz widzę rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Iwan Iwanowicz źle to odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się widokami, dziwnymi zapachami, a nawet popadającymi w ruinę pałacami, symbolami dawnej świetności, wieczornymi pokazami religijnych ceremoniałów religijności z udziałem kilkunastu braminów, wąskich uliczek, ludzi siedzących w kucki na progu domu lub na stopniu niekończących się schodów nadrzecznych, leniwie przesuwających się tłumów.

Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 17: Bankomat, małpy i elephantiasis

Iwan Iwanowicz zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł go do bankomatu. Sam stanął w oddaleniu i czekał; Iwan Iwanowicz prosił go o to. W kolejce do bankomatu były dwie osoby. Pierwsza właśnie podeszła do bankomatu. Iwan Iwanowicz stanął za czekającym już Hindusem przed budyneczkiem przypominającym kiosk. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, Hindus ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany, dlaczego tego nie robi, wskazał ręką małpy siedzące nad wejściem do kiosku i bankomatem zainstalowanym w ścianie. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż postali członkowie stada, groźnie wyglądający; on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Iwana Iwanowicza obracając do tyłu górną część tułowia i głowę.

Iwan Iwanowicz patrzył na przewodnika stada, przyglądającemu mu się przenikliwie zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo odmiennego kształtu, stała się twarzą człowieka. Mistrz poczuł się nieswojo, przestraszył się. Zobaczył przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć gniewnie wzburzonego. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. Była w tym groźba i tajemnica.

Podróżnik przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o Hanumanie, Bogu-Małpie, zrodzonym przez hinduizm. Był to chyba pierwszy przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Patrząc na małpy na dachu kiosku, podróżnik zauważył zmianę. Samiec uspokoił się, znowu przybrał postać zwykłej małpy, nie tak odległej w zachowaniu od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny a nawet głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

*****

Jeszcze tego samego dnia Iwan Iwanowicz wraz z całą grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli razem na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Byli wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Iwan Iwanowicz i przyjaciele stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na całym obszarze.

Iwan Iwanowicz zastosował wypróbowaną już technikę: wyłączył się, nie reagował na propozycje, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego młody Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał półzgiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Iwan Iwanowicz odwrócił wzrok. To był prawdziwy szok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet coś takiego na zdjęciu, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Mistrz dyskretnie obserwował go i zastanawiał się. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak można sobie to tylko wyobrazić, prawie filmowa, była symbolem ludzkiego losu na kontynencie.

Pragnąc zapomnieć się, wyłączyć choćby na chwilę, Mistrz zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. Jego wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach; zobaczył w niej piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole piramidy stała jedna osoba, nad nią, już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział ich napięcie na twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy, parodię wolności, bo jaka jest jej wartość, jeśli nie ma środków na utrzymanie się, nie mówiąc o wyrwaniu się z kręgu choroby.

Wyobraźnia Mistrza rozpędziła się, produkowała nowe obrazy. Za chwilę pojawiła się wieża: przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, podniszczona ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy ulicy, brudna ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, nad nią – gęsta i zadymiona atmosfera zapomnienia o bliźnich. Cała machina demokratycznego społeczeństwa Indii niby była w ruchu, tak naprawdę, to stała w miejscu zablokowana niewzruszoną tradycją i bezsilnością.

Wielość nieszczęść była nie do wytrzymania; ludzka piramida zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli kukiełkowatość swojej kondycji. Najpierw wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu, ukazując pasmo szczerb, kłów, plomb, luk między zębami i protez, na końcu rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed leczeniem i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną, skoki do wody i inne rozrywki. Niektórzy z nich wtykali między słoniowate palce nóg łodygi kwiatów, kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Iwan Iwanowicz. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

–  Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał Mistrz, starając się oderwać od przykrego myślenia. Zanim obudził się z szalonych myśli, kilka razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 18: Fort Amber

W Fort Amber koło Jaipuru Iwan Iwanowicz zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów, dzieł sztuki i innych precjozów.

Jeden z ostatnich cesarzy, Iwan Iwanowicz nie pamiętał jego imienia i nazwiska, ten, który zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy, był przedstawiony jak dziwadło, osobnik ni w pięć ni w dziesięć, czyli nieumiejący czytać analfabeta. Prawda była taka, że cesarz był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie pięciu do dwunastu procentom dzieci, która dziś daje się leczyć.

Stojąc w pustej sali, bez okien, drzwi, półek i dywanów, Mistrz wyobraził sobie bibliotekę z trzema tysiącami tomów. Był to widok imponujący. Okna były zasłonięte jakąś półprzezroczystą materią, na podłodze leżały wspaniałe dywany, wokół sali stały półki, stoły i skrzynie z książkami. Sam cesarz, uwidoczniony na rycinie, szczupły, czarny z ostrymi rysami twarzy, wyglądał na władcę surowego, może nawet okrutnego, a równocześnie pełnego wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. O cesarzu wiadome było, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji bezwzględność władzy wyraża się w prawie i postanowieniach regulujących najdrobniejsze szczegóły życia, poruszania się, jedzenia, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także swoje zwyczajne, ludzkie słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Dobrym przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń rozdeptywał głowę skazańca nie tyle po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Iwan Iwanowicz zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by to porównać – pochylając się nad kamieniem, Iwan Iwanowicz pozwolił sobie na swobodną spekulację – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Iwan Iwanowicz rozglądał się po pustym pomieszczeniu cesarskiej biblioteki szukając sprzętów, mebli i zwyczajowego wyposażenia, które nadawały sens istnieniu tego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli i wyposażenia, strojów, biżuterii, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Iwan Iwanowicz nienawistnie definiował pozostawione przez nich dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Tego samego dnia, podróżnik zwiedzał jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy.

Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był również kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Iwan Iwanowicz, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, przechodząc z jednego pustego pomieszczenia do drugiego.

Odc. 19 Hierarchia wiary i religii

Na zakończenie dnia grupa udała się do kawiarni Psycho, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk Luri. Wiedzieli, że jest mocny, ale nie zabójczy. Przed niebezpieczeństwem ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu Cal Moria, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na długich metalowych rurach, obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia, obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia.  

Iwan Iwanowicz czuł się całkiem dobrze, ale tylko do czasu, kiedy wrócił do swego pokoju. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Mistrz zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe od padłego bawoła. Przygniotła go niewidzialna ściana wprowadzając go w trans; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił wieloma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie, był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, gdzie pulsowały chemiczno-fizyczne nici myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund.

Iwan Iwanowicz zobaczył Boga, który poruszał się, pojawiał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Mistrz nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Bóg ma brwi gęste jak krzaki, lecz od razu zreflektował się, że był to podszept szatana i natychmiast porzucił niedorzeczną myśl. 

Budząc się, Iwan Iwanowicz czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki potrząsanego kalejdoskopu. Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jednym z głównych wyznań kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szedł hinduizm z imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął Iwan Iwanowicz. Buddyzm, jego ukochana religia, pojawił się wśród wyznań zagubionych, o których słyszeli tylko ludzie czytający ćwierć książki rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 20 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Ciąg zdarzeń związanych z pijakiem Kantyną przyniósł skutki, jakich Iwan Iwanowicz się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że przebudziłem się. Było to bolesne, ale chyba bardzo mi potrzebne – skomentował to później w gronie współpasażerów. 

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Iwan Iwanowicz patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet i poważnie wyglądający brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Iwan Iwanowicz.

Nagle, z naprzeciwka, nadjechał wielki autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Iwan Iwanowicz. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Mistrz poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie.

Iwan Iwanowicz wyciągnął natychmiastowe wnioski. Zrozumiał swój błąd: zamiast zwiedzać zabytki poznawać i przeżywać ducha miejsc i czasu Indii i Nepalu, on koncentrował się na fizycznym przemieszczaniu się, na sobie i na swoich towarzyszach, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Wiedział, że pobłądził, że jego umysł uległ zaciemnieniu. Nie podobało mu się to. Narosła w nim taka fala protestu, że krzyknął, budząc Kindżała śpiącego wygodnie w fotelu tuż za nim.

Osaczyły go i szarpały zajadle ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że nieświadomie lecz z własnej woli stał się bezwolnym turystą, zwykłym żywym obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym ważnych zdarzeń. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze i czas na alkohol, i sprawiający wszystkim problemy. Iwan Iwanowicz zadał sobie gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, martwić się o to, że gdzieś polazł i może cóż sobie zrobić!? To on blokuje nasze poczynania, kradnie nasz czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z nędzarzami na ulicach, czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc?

Chyba to powiedział na głos, bo odezwał się Kindżał:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie, choć to naturalne. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Wielkie życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 21 Kawa i konkurs

Wieczorem siedli przy stoliku na zewnątrz hotelu i pili kawę. Inżynier Uniwersalny chwalił się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Powiedział Darczyńca, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Przestrzeń wokół zamykała się w ciszy i oddechy stawały się wolniejsze. Iwan Iwanowicz poczuł się nieswojo. Nastąpiło to w obecności Inżyniera Uniwersalnego, który wyzwalał w nim niedobre uczucia. Po wpływem inżyniera Iwan Iwanowicz okazywał swoją próżność. Miał sobie za złe, że nie potrafił tego w sobie wykorzenić, powstrzymać się od mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad sobą. Był ciekawskim człowiekiem, chciwym wiedzy i wiadomości, ciągle doskonalącym się.

Postanowił to zmienić, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Uznał to za najlepszy moment, ponieważ przenoszenie się z miejsca na miejsce stanowiło ważną część wyprawy.

*****

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najwygodniej byłoby zasnąć. Mieli przed sobą długą trasę. Po trzech godzinach podróży wszyscy mieli już dosyć snu. Kiedy obudzili się na dobre, zorganizowali konkurs z nagrodami za wybitne osiągnięcia podróżnicze.

Pierwsze miejsce i złoty medal uzyskał Darczyńca, niski, tęgawy osobnik, w zbyt obszernych spodenkach, z których sterczały z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch. Darczyńca otrzymał najwięcej braw i okrzyków poparcia. Zasłużył na to wyróżnienie. Nie obyło się oczywiście bez alkoholu, który sam roznosił w małych kieliszeczkach. Kindżał wygłosił okolicznościowe przemówienie. Było tego tyle, co kot napłakał. Opisał zwycięzcę:

– Bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc sprawczą. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje mi się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był jeszcze dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają one w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata – zawyrokowała Wysoka z Kokiem. Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dalszą argumentację za jałową wobec braku bliższych danych.

Sam zainteresowany milczał, wyglądało na to, że nie cieszyła go rozmowa na jego temat.

Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepadał, że przywiózł im ze sobą dziesięć kilogramów cukierków, potem dokupywał jeszcze na miejscu. Gdziekolwiek wycieczka zatrzymywała się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać słodycze.

Po Kindżale zabierali glos inni. Podkreślano, że Darczyńca miał największą siłę przekonywania, największą ilość cukierków, robił najwięcej zakupów. Była w nim obfitość, czułość i rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju. Opowiadał o sobie niechętnie, dopiero jak wypił, lub był w szczególnie dobrym nastroju. Wyróżniony złotym medalem, autentycznie się wzruszył. Wydobył z siebie tylko krótkie oświadczenie:

– W dzieciństwie miałem wokół siebie siły narodowo-patriotyczne, ludzi życzliwych dla maluczkich, lecz gotowych do uśmiercenia przeciwników tradycji i patriotyzmu. Rodzice moi byli homoseksualistami.

Nikt w to oczywiście nie uwierzył, ale zmienili zdanie, kiedy Darczyńca opowiedział o swoich nietypowych rodzicach. Podobała im się jego historia miłości rodzicielskiej, szokująca a zarazem pełna poezji.

W autobusie ogłoszono go już wcześniej Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

Po toastach na cześć złotego medalisty towarzystwo rozruszało się, zadawano sobie mądre i głupie pytania, mieszano powagę i prawdziwe zainteresowania z żartami i wygłupem. Bawiono się, aby zabić nudę, upał, zmęczenie i nieuniknione niezręczne sytuacje. Do takich należał okrzyk „ Chyba zbyt często się wypróżniasz”, kiedy ktoś wcześniej niż po dwóch godzinach wyrażał chęć zatrzymania autobusu, aby skorzystać z ubikacji w przydrożnej restauracji.

Odc. 22 Kindżał

W konkursie autobusowym drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kindżał, głównie za pomysły rozrywkowe oraz umiłowanie piękna. Chodziło o białą broń – noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W życiu prywatnym Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. Prowadził kilka przedsiębiorstw; bez wahania zmieniał je na inne, jak tylko odkrył jakąś ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi.

Kiedy nadano mu przydomek Kindżał, nikt nie wiedział, dlaczego tak barbarzyńsko go potraktowano. Na wycieczce pierwszy dowiedział się o tym Iwan Iwanowicz, ponieważ od jej rozpoczęcia zawsze w hotelu dzielił pokój z Kindżałem.

Zdobywca drugiego miejsca i srebrnego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem, że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrze, nie trójkątne, kształt którego nie tolerował.

W Indiach sprzedawcy, domokrążcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni już na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że cała grupa handlarzy czekała na autobus, w którym znajdował się Kindżał. Zanim jeszcze autobus zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały ich tłum. Przybiegli do niego z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilka kroków dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakich noży i sztyletu poszukuje tego dnia, i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajny kindżał, jakiego jeszcze na oczy nie widział” lub coś podobnego.

Kiedy przemysłowca ogarniał amok kupowania był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia i trzydzieści dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego niezwykle nachalni. Usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nachalności, nieprzerwanej aktywności, natarczywości, podejmowania prób. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu!

Chyba znali jego nastawienie i odporność na agresywność handlową, bo zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty .

– O, ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu bardziej niż inne, jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten nawet ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat – podpowiadał z boku z przekonaniem jakiś cichy wspólnik sprzedającego.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum, Kindżał uzasadniał zawsze w podobny sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam mordować. 

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej tam nie było. Iwan Iwanowicz spekulował po cichu, że przyjaciel po prostu prowadzi albo zamierza założyć sklep z orientalną białą bronią.

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Nawet celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci ilością jego upominków a jeszcze bardziej ich zdobieniami. W głowach krążyły im myśli o możliwościach przemytu kamieni szlachetnych i złota. Wszystko to były tylko sztuczne zdobienia, ale trzeba było znać się na nich, aby umieć odróżnić je od naturalnych, tak doskonałe były to imitacje. Dopiero po powrocie z Indii Kindżał przyznał telefonicznie Iwanowi Iwanowiczowi, a właściwe tylko napomknął żartem, co go naprawdę pasjonowało. Iwan Iwanowicz słyszał o nim, że był bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Mówiono, że miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. W miejscowości, gdzie Kindżał miał letnią rezydencje, nazywano go Krezusem.

Tego dnia, kiedy Iwan Iwanowicz dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się co, w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Mistrz był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za przejściowy stan upośledzenia umysłowego. Rano czuł się już doskonale.

*****

W konkursie była jeszcze trzecia nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów.

Przewo był jedyną osobą, nie przywiązującą do konkursu większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się mniej rozwinięci turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursu, uznając, że kosztem rozrywki trywializują sprawy naprawdę poważne. Pod koniec wycieczki Przewo odstał nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać. Starał się, pomagał jak mógł, objaśniając i uświadamiając im, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Iwan Iwanowicz nagrywał fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem wykasowywał, aby zdobyć miejsce na wartościowszy materiał. Pamiętał ostatnie zdanie Przewo zarejestrowane na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, jak ludzie tutaj żyją i jak umierają, jak są traktowani przez życie a także przez obywateli innych państw, obcokrajowców takich jak my.

Odc. 23 Ostatni przejazd do Jaipuru

Wszystko zaczęło się w momencie wejścia do autobusu mającego ich zawieźć do Jaipuru. To był początek długich dni. Iwan Iwanowicz zniknął ze swojego życia. Sam mało co z tego pamiętał, wszystko opowiedzieli mu towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo. Całe trzy dni.

Ile było osób w autobusie, tyle było różnych opinii. Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego mętne oczy, najlepszy świadek bezmiaru zagubienia. Iwan Iwanowicz przez długi czas potem rekonstruował historię trzech dni. Był to niezrozumiały epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni.

*****

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiedli do niego późnym popołudniem, na zewnątrz wciąż było gorąco, wewnątrz panował przyjemny chłód. Wnętrze autobusu wyglądało jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie; mieli chęć spać. Darczyńca zaproponował napić się najpierw alkoholu.

– Dla zrelaksowania się i wzniesienia toastu za szczęśliwe zakończenie podróży w Jaipur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy. To było za dużo. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Serwował alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butli. Robił to szczerze i z entuzjazmem. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolać. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się nad tym. Wkrótce wszyscy posnęli. Dziwnym trafem tylko Iwan Iwanowicz miał problemy ze snem. Czuwał. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Kiedy to nastąpiło, wszystkie okna miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Zapaliły się lampki u góry i w autobusie zapanowała dziwna atmosfera. Działo się coś niezrozumiałego i tajemniczego. Iwan Iwanowicz czuł to przez skórę. Skoncentrował się i obserwował, co się stanie. Patrzył na śpiących. Spali przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrze swych gardeł jak u lekarza. Ich twarze pozostały uśmiechnięte, w odróżnieniu od dolnych partii ciała, zachowujących powagę dojrzałości i znojnej przeszłości. W pewnym momencie Iwan Iwanowicz uruchomił wyobraźnię, jakby to, co widział było mu za mało.

Głowy śpiących sprawiały wrażenie przyklejonych do oparcia fotela. Nie wyglądało to najgorzej, gdyż ożywiało atmosferę panującą w autobusie. Iwan Iwanowicz określił ją w myśli jako zawadiacką i ciekawą świata, mimo dojrzałości cielesnej podróżnych. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Spojrzenia i uśmiechy przebijały się przez zasłonięte okna na zewnątrz, gdzie świat przesuwał się z szybkością pięćdziesięciu lub więcej kilometrów na godzinę w zależności od ruchu ulicznego. Za oknem prześlizgiwały się po drobnych postaciach zwykłych rikszarzy, pedałujących w pośpiechu dla szybszego zarobienia na placki naan, oraz rikszarzy motorowych, wiozących góry paczek i pakunków, tak wielkich, że można by ich używać dla wyjaśniania, skąd się wzięły i jak rosły Himalaje.

*****

Około północy w autobusie pojawiła się ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami, bez tułowia, zawieszona nad przejściem na wysokości ramion mężczyzny przeciętnego wzrostu. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – pomyślał bezwiednie Iwan Iwanowicz; po chwili zastanawiał się, kto mógł ją stracić. Przyglądał się jej. Nikt inny jej nie zauważył; wszyscy chyba nadal spali, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Powoli zniżyła się, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć niezwykły taniec, taczając się do przodu i do tylu w zależności od tego czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się w tajemniczy sposób i zawisła nieruchomo na wysokości górnych półek autobusu.

*****

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w autobusie. Iwan Iwanowicz nie wyprowadzał ich ze zdumienia, obserwując ich reakcje. Wisząca w powietrzu głowa szokowała, wywołując różne uczucia i reakcje. Jej widok przestraszył kobiety, mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Iwan Iwanowicz nie dziwił się temu; ludzie mogli być wciąż pod wpływem alkoholu.

W pewnym momencie głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła intensywnie mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panowie. Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z nagłego przypomnienia sobie, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Wysoki. Dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Odc. 24 Nocne zabawy z Głową

Głowa przez dłuższy czas pozostawała nieruchoma, wisząc w powietrzu na wysokości środkowych drzwi autobusu. Jej smutek i samotność przyciągały uwagę pasażerów i wywoływały coraz większe współczucie. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Dobroczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Dobroczyńca opowiedział.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku; z jej brunatnych ust wysunął się siny język. Zdezorientowany sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem słodycze dla dzieci, i dałem jej lizaka. Głowa złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania.

Ta nieprawdopodobna historia dała początek świadomości wycieczkowiczów, że zarówno on jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistym, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie odmawiali, nie mogli i nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem wszystkich Hindusów.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – wszyscy starali się okazać Głowie dowody życzliwości i wsparcia. Wysoki wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę, szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła cisza.

Sytuację usiłował ratować Rasputin; stanął obok Głowy, aby zrobić wspólne zdjęcie i odwrócić uwagę od powstałej sytuacji. Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe. Pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły połowę Głowy w cieniu. Padła propozycja, aby unieść Głowę do góry i zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Dobroczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Wszystkie okazały się tak udane, że uczestnicy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na kilkadziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawmy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo. Był to głos Dobroczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w pasażerów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów. – tłumaczyli wycieczkowicze.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Panował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie natychmiast o romans z Głową. Właśnie dlatego piję.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złocistym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Ożywiał ich jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat urojeń, marzeń i fantazji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, maj 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Osiedle Panorama. Opowiadanie.

Odc. 1

Osiedle Panorama było wyjątkowo usytuowane na wysokim południowym stoku jeziora Taner blisko granicy z Francją. Mieszkańcami osiedla i samego miasteczka Grosswasser byli ludzie różnych narodowości i wyznań. Wszyscy żyli ze sobą zgodnie i spokojnie, ale tylko do czasu, kiedy na osiedlowym placu zabaw dzieci nie zaczęły spadać z huśtawki. Było to na początku lata, a wypadki dotyczyły prawie wyłącznie chłopców. Przyjeżdżało pogotowie ratunkowe „Grosswasser Express” i ich opatrywało, czasem zabierało do szpitala, gdzie zszywano im rany. Powtarzało się to coraz częściej.

Wyjaśnienie przyczyn wypadków nie stanowiło problemu. Okazało się, że chłopcy byli pijani. Było to o tyle dziwne, że osiedle należało do zamożnych, jego mieszkańcami były osoby zajmujące poważne stanowiska w miasteczku i okolicach, architekci, prokurator, dyrektor pogotowia ratunkowego, nauczyciele, ludzie biznesu.

Problem alkoholizmu młodzieży w kraju nie był niczym nowym; w Grosswasser pojawił się w takiej skali po raz pierwszy.

Burmistrz Aleksy Durer uznał za konieczne zwołanie posiedzenia rady miasta, tym bardziej, że pogotowie ratunkowe zgłosiło roszczenia finansowe wobec miasta. Wystąpił z nimi nie kto inny jak dyrektor pogotowia, barczysty mężczyzna o pełnej twarzy okolonej gęstą, czarną brodą, wyglądający jak dobroduszna postać z bajek. Dyrektor miał tubalny głos, mogący wystraszyć nawet odważnego człowieka; nie bez przyczyny nazywano go Ali Babą. O kosztach interwencji pogotowia na osiedlu mówił coraz głośniej, choć czuł się z tym nie najlepiej.

– Kto nam zapłaci za powtarzające się przyjazdy na plac zabaw? Rodzice ich nie pilnują to dzieciaki rozrabiają. To niebezpieczne zabawy dla nich i kosztowne dla pogotowia. Wydajemy na to majątek a środki mamy limitowane.

Dyrektor pogotowia był osobą, po której burmistrz Durer najmniej spodziewał się takiego wystąpienia, ponieważ Grosswasser było głównym właścicielem pogotowia. Postępowanie Ali Baby wyprowadziło burmistrza z równowagi. Sprawę wziął sobie do serca.

– To nie licuje z pozycją społeczną i zawodową człowieka. Skarży się na swój los jak dziecko. Zachowuje się bardziej jak herszt bandy zbójeckiej niż funkcjonariusz miasta. Przestał mi się kojarzyć z bohaterem bajki z Tysiąca i Jednej Nocy.

Burmistrz nie krył oburzenia ustalając ze swoją sekretarką termin i godzinę zebrania rady miasta. Sekretarka nie była pewna czy szef żartuje czy mówi poważnie, ponieważ nikt z rady miasta nie brał na serio żądań firmy wobec jej głównego właściciela.

Do dyskusji włączyli się rodzice poszkodowanych dzieci. Nie podobało im się oskarżanie ich potomstwa o pijaństwo przez dyrektora i pracowników pogotowia oraz niektórych policjantów. Głos zabrał przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej osiedla.

– Panorama nie jest jakimkolwiek osiedlem, jednym z dziesięciu tysięcy w kraju. Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Osiedle wygrało kilka konkursów piękności, jest wspaniale położone nad jeziorem z widokiem na rzekę w oddali i reprezentuje przekrój społeczeństwa, które dzięki inwencji i pracowitości dorobiło się wysokiej pozycji społecznej, dając przykład, że ludzie różnego koloru skóry, pochodzenia etnicznego i wiary mogą przykładnie żyć ze sobą. Nasze dzieci, nawet jeśli przypadkowo zbłądziły w swojej zabawie, nie mogą zrujnować reputacji osiedla i Grosswasser.

Mówiąc tak, wielu rodziców nie zdawało sobie sprawy, jak dobrze sobie radzi ich potomstwo. Dzieci bardzo szybko nauczyły się wywodzić dorosłych w pole. Zaczęło się od teatrzyku dziecięcego, w którego zajęciach chętnie uczestniczyły. Grając swoje role, wczuwały się w sytuacje pijaków, policjantów, rodziców, nauczycieli, właściciela sklepu spożywczego i alkoholowego, księdza a nawet kobiet złego prowadzenia. Sztuka, w jakiej grały, opowiadała o życiu osiedla. Pomagała im w tym dwójka specjalistów, aktorka i psychiatra, oboje po wyrokach więziennych. Po odsiedzeniu kar nie mogli zdobyć pracy w swoich zawodach. Z zajęć z młodzieżą byli bardzo zadowoleni, choć finansowo nic nie zyskiwali. Oboje żyli z zasiłków dla bezrobotnych, czekając na lepsze czasy.

– Teraz to przynajmniej nie doznajemy frustracji; pracujemy z młodzieżą, robimy coś użytecznego.

W teatrze dzieci nauczyły się różnych praktycznych jak i trochę niebezpiecznych umiejętności: robić niewinne miny, wprowadzać ludzi w błąd swoim zachowaniem, grać niewiniątka, pozorować napady złości i depresji, grozić samobójstwem, a także szantażować groźbą ucieczki z domu.

*****

Sprawa wypadków na placu zabaw i dodatkowych przyjazdów pogotowia została wyciszona. Nie rozwiązało to jednak problemu. Bóg wie, ile czasu mogłyby dzieci raczące się alkoholem, ich upadki z huśtawki i wezwania pomocy, nękać „Grosswasser Express”, gdyby nie zniknięcie huśtawki. Ktoś rozmontował ją po nocy i wywiózł w nieznane miejsce, prawdopodobnie na złomowisko gdzieś w innej miejscowości. Wraz z huśtawką zniknął problem obrażeń i złamanych kończyn, ale tylko na kilka dni. Dzieci przeniosły swoje zainteresowanie na drążek gimnastyczny. Teraz spadały z drążka gimnastycznego. Jak poprzednio przyczyną był alkohol. Znowu przyjeżdżała karetka, wychodzili z niej dwaj sanitariusze i lekarz, poszkodowanych cucili z omdlenia, mocowali uszkodzone kończyny w szynach bądź zabierali chłopca do szpitala. Zdarzyło się nawet, że budzono ofiarę upadku ze śpiączki w szpitalu.

– Budzenie ze śpiączki to czynność skomplikowana. Na szczęście nie mieliśmy jeszcze żadnego cięższego wypadku – pocieszali się pracownicy pogotowia. Były to zdarzenia tak rzadkie, że lekarze i pacjenci zrobili sobie przed wyjściem wspólne zdjęcia na pamiątkę.

Najbardziej interwencje pogotowia przeżywał jej współwłaściciel i dyrektor.

– Kto za te powtarzające się usługi zapłaci pogotowiu? Nieprzerwanie interweniujemy. To straszne koszty. Za każdym wyjazdem karetki na plac zabaw Josef Apfelbaum rwał sobie włosy z głowy.

Jego rozpacz była uzasadniona umową z radą miasta. Jeśli karetka w ciągu roku kalendarzowego przyjeżdżała częściej niż trzy razy w jedno miejsce, pogotowie otrzymywało zmniejszoną stawkę wynagrodzenia za przyjazd. Po kilku miesiącach interwencji na placu zabaw Panoramy, kiedy wieczorem dyrektor patrzył w domu w lustro, miał wrażenie, że ubyło mu włosów na głowie. Sprawa była o tyle skomplikowana, że rodziny poszkodowanych chłopców jak i mieszkańcy osiedla, na którego terenie miały miejsce ekscesy młodzieży, odmawiali pokrycia choćby części kosztów interwencji pogotowia. Ich argumentacja była prosta.

– Pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżało i ratowało życie ofiar nieszczęśliwych wypadków. Górskie pogotowie ratownicze w czasie akcji zimowej w intensywnej śnieżycy ponosi znacznie wyższe koszty, ratując ludzi, i nikt im z tego powodu nie zwraca żadnych kosztów.

*****

Po roku czasu od pierwszego upadku z huśtawki nikt nie spodziewał się, że problem częstych przyjazdów i rosnących kosztów pogotowia zostanie szybko rozwiązany. Mimo to zdarzył się cud. Tak uważał Ali Baba. Nieznany sprawca zdemontował po nocy drążek gimnastyczny. Robotę wykonano fachowo; pionowe słupki drążka gimnastycznego zostały obcięte na wysokości dziesięciu centymetrów od ziemi, krawędzie cięcia wyrównane, a cała konstrukcja wywieziona w nieznane miejsce. Pozostały tylko opiłki, drobne fragmenty farby, zdeptana ziemia oraz dwa sterczące z ziemi kikuty metalowej rury. Na wniosek wspólnoty mieszkaniowej policja przeprowadziła śledztwo, lecz nie na wiele to się zdało. Śladów obuwia nie udało się dopasować do wzorów podeszew zarejestrowanych w archiwach policyjnych nie tylko lokalnych, ale całego kraju.

Odc. 2

Wydawało się, że tym razem sytuacja ustabilizuje się a ludzie się uspokoją. Już następnego dnia po zakończeniu nieudanego śledztwa, dzieci potykały się o sterczące z ziemi resztki słupków drążka gimnastycznego i raniły sobie nogi. W jednym przypadku doszło nawet do złamania. Za każdym razem okazywało się, że poszkodowani byli w stanie zamroczenia alkoholowego albo wręcz pijani. Wypadków było mniej niż w przypadku huśtawki i drążka gimnastycznego, ale jednak były. Pogotowie znowu przyjeżdżało, jednak tylko do czasu, aż usunięto dwa sterczące kawałki rury z ziemi. Policja przeprowadziła nowe śledztwo, tym razem na okoliczność, skąd dzieci brały alkohol. Dochodzenie prawdy utkwiło w miejscu; dzieci po prostu odmawiały udzielenia informacji. Niektóre milczały, inne prosiły, aby wezwać któregoś z rodziców, w obronie jednego chłopca wystąpił psycholog, żądający zaprzestania przesłuchania z uwagi na niestabilny charakter dziecka. Policja w całym tym śledztwie nie miała wiele do powiedzenia. Prowadzący przesłuchanie podoficer zachowywał ostrożność i nie naciskał świadków.

– Wole zachować pracę i zdrowie psychiczne niż dochodzić takiej głupoty, jak źródło pochodzenia alkoholu. Przecież takiemu dwunastoletniemu szczeniakowi wystarczy naparstek wódki, aby się upić. Czy to ma sens dochodzić, skąd on wziął naparstek wódki? – młody policjant skarżył się żonie w domu.

Pochwaliła go za rozsądek.

– Takie dochodzenie to niech sobie prowadzi sam komendant! Mieszka na tym osiedlu i jego dzieciak też tam rozrabiał. Ponadto, co by nie powiedzieć, to tymi chłopcami faktycznie rodzice się nie zajmują. U nas przynajmniej, kiedy ciebie nie ma w domu, to ja zajmuję się dziećmi. Dlatego nie łamią sobie nóg i nikt nie musi ich przesłuchiwać.

Śledztwo znowu stanęło w miejscu. Podejrzewano, że chłopcy korzystali z zapasów domowych, podkradając alkohol rodzicom, dziadkom lub starszemu rodzeństwu. Ujawnienie tej kwestii nie leżało w interesie najbliższej rodziny, sprawa umarła więc naturalną śmiercią. Przy tym, kolejnym już, śledztwie policyjnym dzieci zyskały świadomość, że nic im nie grozi z powodu małoletniości.

Ogrodnik pielęgnujący zieleń osiedlową podsłuchał rozmowę na ten temat.

– Ja się tam o starych nie martwię. Mają wysokie pozycje, zarabiają dobre pieniądze i trzymają sztamę z kim trzeba.

– Oni nie martwią się mną, to i ja nie będę martwić się nimi – odpowiedział drugi chłopiec.

Ogrodnik pamiętał, że obydwu pogotowie ratowało, kiedy spadli z huśtawki. Nic więcej nie umiał powiedzieć.

*****

Nie wiadomo, czy okresowy brak przyjazdów karetki pogotowia wywołał zmianę zachowań, czy zdarzyło się coś innego, fakt pozostaje faktem, że dzieci nadal upijały się. Tym razem znalazły sobie nową rozrywkę: wybijanie szyb w budynkach z oknami wychodzącymi na plac zabaw. Spadające fragmenty szkła a czasem nawet i kamienie odbijające się od budynku, powodowały zranienia. Pogotowie znowu zjawiło się na osiedlu, aby wykonać swoją tradycyjną robotę. Pracownicy podejrzewali, że „mali przestępcy”, jak nazywali ofiary wypadków, robili to świadomie. Takie tłumaczenie nie podobało się oczywiście rodzicom. Znowu zaczęły się interwencje i ciche rozmowy. Dyrektor Josef Apfelbaum nie miał już siły protestować.

– Musimy jeździć, bo to nasz święty obowiązek – tłumaczył cierpliwie pracownikom. – Po to zostaliśmy powołani do tej służby, aby ratować ludzkie życie i zdrowie, nawet jeśli są to durnowate szczeniaki, które upijają się i wyrządzają sobie krzywdę.

Aby ratować się, zachowując czyste sumienie i rozsądek, dyrektor wysyłał od tej pory mniejsze karetki pogotowia i ograniczył ilość personelu do trzech osób: kierowcy, sanitariusza i lekarza. Rolę drugiego sanitariusza przejął na siebie kierowca.

– To mi nawet odpowiada. Dzieci nie są ciężkie a mam jakąś rozrywkę chodząc z noszami zamiast siedzieć w samochodzie – wyjaśniał. Był to młody mężczyzna, pobłażający szaleńcom niewiele młodszym od siebie. Po cichu solidaryzował się z nimi, doceniając ich przedsiębiorczość, pomysłowość i niezależność.

*****

Problem okien rozwiązał się w sposób zupełnie nieoczekiwany, a wraz z nim zniknął kłopot ze spadającymi fragmentami szkła i kamieni odbijających się od muru, balkonów i ram okiennych. Nocą ktoś pozabijał okna deskami. Pierwszej nocy były to okna parteru, w ciągu następnych dwóch nocy pozostałych pięter. Budynki na osiedlu nie były wysokie, miały tylko trzy kondygnacje. Jak to zrobiono nie budząc podejrzeń, nikt nie miał pojęcia. Ogrodnik spekulował, że okna wybijano z dachu lub z poddasza, posługując się sznurkiem i przywiązanym do niego ciężkim i ostrym przedmiotem, ale bał się wychylić z tą informacją. Nic dziwnego, że śledztwo znowu było nieudane. Policja podejrzewała zmowę mieszkańców.

– Oni usilnie bronią dzieci, bo nie chcą ponosić za nie odpowiedzialności – sierżant Klucky tłumaczył komendantowi, kapitanowi Mikke. Obydwaj podejrzewali zmowę, ale nie byli w stanie niczego udowodnić.

Na osiedlu nikt nie spodziewał się innego rozwiązania. Wkrótce zabite okna zawieszono wielką reklamą na całą ścianę. Mieszkańcy byli z tego zadowoleni, ponieważ reklamodawca płacił wspólnocie mieszkaniowej znaczne pieniądze za stałą reklamę ścienną. Przynosiło im to korzyści finansowe w postaci obniżek czynszu mieszkaniowego. Wszyscy byli za takim rozwiązaniem; był to okres, kiedy słońce pozostawało z drugiej strony budynku. Protestowały tylko dzieci, ale nikt na to nie zwracał uwagi.

*****

Na osiedlu Panorama utrzymywał się spokój ku zadowoleniu pogotowia, policji i samych mieszkańców. Spodziewano się, że tak będzie dalej.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i na środku placu zabaw stanęła choinka, przepiękny wysoki świerk. Wywołało to powszechną radość, bo wszyscy czuli, że dzieciom należy się drzewko bożonarodzeniowe a pod nim upominki, tym bardziej, że wielu rodziców nie miało czasu, aby o tym pomyśleć. Nie wszyscy też garnęli się wydawać pieniądze na dzieci nadużywające alkoholu i sprawiające niepotrzebne nikomu kłopoty.

Po dwóch dniach choinka spłonęła. Policja przeprowadziła śledztwo i ustaliła tylko jeden znaczący szczegół: przyczyną podpalenia była niewiara dzieci w prawdziwego i uczciwego Świętego Mikołaja oraz upominki pod choinkę jako nagrodę za dobre zachowanie.

– Wolelibyśmy, aby rodzice poświęcały nam więcej czasu a nie silili się na choinkę wielkości masztu telewizyjnego i gówniane upominki.

Taką informację przekazał policji ogrodnik osiedlowy, zajmujący się sprzątaniem pozostałości po spalonej choince. Bał się więcej powiedzieć, bo już raz oskarżano go o kapusiostwo.

Fakt zniknięcia choinki zdenerwował dzieci. Twierdziły one, że podpalenia dokonał ktoś z dorosłych w akcie zemsty za ich wybryki i głośne dźwięki syreny policji i pogotowia ratunkowego na osiedlu.

Podejrzenia obydwu stron, dzieci przez dorosłych i dorosłych przez dzieci, doprowadziły do poważniejszego śledztwa. Sprawa na krótko trafiła nawet do sądu w sąsiednim mieście. Szybko ją umorzono, kiedy sędzia dowiedział się, że rodzicami dzieci na osiedlu są lekarze, prokurator, nauczyciele, zamożni rolnicy prowadzący gospodarstwa w pobliżu miasteczka, pracownik obserwatorium astronomicznego w Berlinie, a nawet dyrektor pogotowia ratunkowego i komendant policji w Grosswasser. Rodziców było więcej, ale nie wszyscy zdecydowali się ujawnić swoje zawody i miejsca pracy powołując się na przepisy dotyczące poufności danych osobowych.

– Bez nakazu sądowego ani myślę ujawniać, gdzie pracuję. To by mi w niczym nie pomogło w pracy.

Wypowiedzi tego rodzaju nie cieszyły policji, komendant Mikke rozumiał jednak złożoność sytuacji, lub przynajmniej udawał, że rozumie, i nie naciskał dalej. Sam też mieszkał na osiedlu Panorama.

Większość szczegółów ujawniły sami chłopcy, składający zeznania pod opieką psychologa sądowego. Argumenty były proste.

– Rodzice są czynni zawodowo i nie mają dla nas czasu. Nudzi nam się! Tylko ksiądz proboszcz z naszej parafii czasami zajmuje się nami. Oprócz modlitwy i wiedzy o Biblii, uczy nas jak robić nalewki, a potem je nawet poświęca. Wiemy od niego, że taka nalewka to dar boży równie dobry jak każdy inny, a może nawet i lepszy, bo sprawia człowiekowi prawdziwą przyjemność.

Odc. 3

Prowadzący śledztwo policjant udał się do proboszcza Zoltana Bury, aby wyjaśnić naturę jego pomocy młodzieży osiedlowej, ale nie było go na plebanii. Ksiądz został wezwany na przesłuchanie. Odbyło się ono za zamkniętymi drzwiami na prośbę kurii i połowy rodziców wierzących i praktykujących, bo druga połowa wprawdzie wierzyła, ale nie chodziła do kościoła.

Proboszcz potwierdził i uzupełnił zeznania dzieci.

– Tak, pomagam dzieciom na osiedlu Panorama jak tylko mogę. To biedne dzieci z bogatych rodzin. Panowie dobrze wiecie, kim są ich rodzice, porządni ludzie, ale nie mający czasu, za to mający obowiązki. Ktoś dziećmi musiał się zająć. Rozumiałem ich frustrację, te wszystkie ekscesy, alkohol, łamanie norm, szyby i kamienie. Na osiedlu stało się to już normalnością. Nie mogłem na to patrzeć obojętnie. Oprócz tego, że czytałem im Biblię, którą wspólnie interpretowaliśmy, opowiadałem o Stwórcy i uczyłem przykazań, uczyłem ich także robić nalewki, jako najtańszy sposób dostępu do bezpiecznego alkoholu. Dzieci muszą się wyszumieć i dlatego im pomagałem. Niech coś dobrego z nich wyrośnie, a nie tylko elokwentni adwokaci i prokuratorzy, zarobieni po uszy lekarze, bogaci rolnicy i rzemieślnicy, genialni artyści czy odurzone pięknem wizażystki.

*****

Jak można było się spodziewać, wniosek o ukaranie winnych skierowany do sądu przez policję, na prośbę rodziców, kurii i probostwa, został wycofany. Sędzina, też zamieszkała na osiedlu Panorama, miała w zaufaniu powiedzieć córce i zięciowi, że czyny poddane pod ocenę sądu miały niską szkodliwość społeczną i każdy sąd miałby wielkie problemy z inną kwalifikacją. W dziennikarskim śledztwie prowadzonym prze „Grosswasser Tageszeitung” już po wycofaniu sprawy z sądu, okazało się, że nikt nie uważał się za poszkodowanego i że sprawie nadano niepotrzebny rozgłos.

– Była ona nam potrzebna jak psu metalowa buda w upalny dzień – stwierdził dziennikarz gazety, siedząc w lokalnym pubie przy piwie.

Winę za wywołanie zamieszania wokół sprawy mieszkańcy Grosswasser zrzucili na „nieodpowiedzialne media”.

Rzecznik sądu, przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej Panoramy oraz proboszcz Bury zgodnie uznali, że sprawa była rzeczywiście niepotrzebnie nagłośniona. Tych, którzy to zrobili, nazwano „nieodpowiedzialnymi” oraz „manipulantami opinii publicznej”. Dzieci z placu zabaw też chciały wyrazić swoją opinię, ale ich rodzice uznali, że z uwagi na niepełnoletniość w ogóle nie powinny zabrać głosu w takich sprawach.

– To rola rodziców. W kwestii wykroczeń niepełnoletniej młodzieży mogą, powinni i muszą wypowiadać się tylko rodzice i opiekunowie. Każdy sąd, policja i prokuratura zinterpretowaliby to tak samo, z tą tylko różnicą, że powołaliby się na stosowny paragraf lub punkt „Kodeksu wykroczeń” lub „Kodeksu Rodzinnego” – podsumowała na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej jej wiceprzewodnicząca.

*****

Ubezwłasnowolnienie dzieci przez dorosłych w sprawie oceny zajść na placu zabaw stało się zarzewiem dalszych zdarzeń. Kilka dni później ktoś podpalił sklep monopolowy. Na szczęście pożar bardzo szybko ugaszono. Śledztwo rozpoczęło się z opóźnieniem z powodu zaangażowanie policji w przygotowanie bezpiecznych warunków meczu piłki nożnej z największym rywalem lokalnej drużyny w lidze okręgowej. Komendant podejrzewał, że sprawcami jak zwykle były dzieci działające pod wpływem alkoholu.

W rozmowach z rodzicami, nauczycielami a nawet księdzem, dzieci przedstawiały niezwykłe argumenty.

–  To nie jest demokracja. Powołujecie się na szczytne ideały Rewolucji Francuskiej, mówicie o równości, wolności i braterstwie, a w sklepie alkoholowym nie ma nawet niskoprocentowego alkoholu dla dzieci, choćby piwa, i stale ktoś żąda od nas dowodu osobistego. Jak można wymagać okazania dowodu osobistego, jeśli nie można go uzyskać?

Mieszkańcy osiedla zastanawiali się, kto nastawił młodzież, aby uderzyła w wysokie C praw dziecka. Komendant, mieszkaniec osiedla, usiłował delikatnie wysądować swojego syna, ten jednak zbył go bardzo szybko.

– Przepraszam cię, tato, ale nie jest w nastroju rozmawiać o tych, bo mam na głowie trudne egzaminy w szkole.

*****

Wkrótce pojawiły się pogłoski, że pożar sklepu wywołali pracownicy pogotowia ratunkowego z zemsty za sprzedaż dzieciom alkoholu, powodującego wypadki i przyjazdy pogotowia. Dyrektor Ali Baba zdecydowanie zaprzeczył pogłoskom. 

– To zupełny bezsens. Nikt z nas nie zrobiłby czegoś takiego. W pożarze ktoś mógłby ulec poparzeniu i wtedy musielibyśmy interweniować i ponosić dodatkowe koszty.

Większość ludzi zgodziła się z jego wyjaśnieniem. Nikt nie miał żalu do pogotowia, że nie jest chętne przyjeżdżać często na osiedle. Mieszkańcom osiedla nie podobało się natomiast to, że syrena pogotowia wywołuje potworny hałas. Przewodnicząca wspólnoty osiedlowej rozmawiał o tym z dyrektorem Apfelbaumem.

– Te syreny są okropne. Wielu mieszkańców Panoramy ma małe dzieci, starszych rodziców lub dziadków. Mógłby pan naprawdę zmienić syreny w karetkach pogotowia! One strasznie wyją, po prostu ryczą jak zarzynane zwierzę.

Tłumaczenie przewodniczącego być może było przesadne, tym niemniej prawdziwe i szczere. Ali Baba, na ogół skłonny do kompromisu, a przynajmniej do podjęcia dyskusji, tym razem pozostał nieugięty.

– Nic z tego. Tylko powiększyłbym moje koszty. Jak mi kupicie lepsze syreny, lub zwrócicie choćby część kosztów, to chętnie to zrobię.

Jakby na złość mieszkańcom, kiedy pogotowie przybyło następnym razem na osiedle, syrena była jeszcze głośniejsza. Powodem przyjazdu było podpalenie drzwi sklepu alkoholowego; gasząc je właściciel sklepu uległ poparzeniu. Najpierw interweniowała straż pożarna, potem pogotowie ratunkowe, w końcu przyjechała policja.

Dziwne było to, że ktoś, prawdopodobnie sprawca pożaru, dwa tygodnie wcześniej wykupił właścicielowi sklepu polisę ubezpieczeniową. Ludzie tłumaczyli, że zrobił to sam podpalacz przewidując, że ktoś mógłby być w sklepie w czasie pożaru – był to okres intensywnych inwentaryzacji – i ulec poparzeniu lub nawet zatruć się śmiertelnie dwutlenkiem węgla.

Podejrzenia ponownie padłyby na pogotowie ratunkowe, bo musieliby przyjechać na ratunek poparzonemu, opatrzyć go i być może nawet zawieźć do szpitala, gdyby nie polisa ubezpieczeniowa. Rozwiązywała ona problem kosztów naprawy szkód jak i przyjazdu pogotowia. W sprawie ubezpieczenia sklepu nikt nie prowadził śledztwa; nie doszukano się tu żadnych nieprawidłowości.

– Każdy ma prawo wykupić ubezpieczenie dla dowolnej osoby lub organizacji – wyjaśniła to firma ubezpieczeniowa.

Poza tym, wszystkim było na rękę, że właściciel sklepu nie zgłaszał wobec kogokolwiek żadnych pretensji ani roszczeń.

Zdarzenia miały swoje reperkusje w szkole podstawowej, do której uczęszczała większość dzieci z osiedla. Dyskusja na temat praw dzieci i młodzieży pojawiła się nieoczekiwane na godzinie wychowawczej w klasie IV C, a po przerwie ogarnęła inne klasy. Nauczyciele niechętnie podejmowali temat, starając się nie zajmować stanowiska w drażliwej kwestii, ale też nie negowali pewnej logiki oczekiwań młodzieży. Protestowało tylko kuratorium. Ani rodzice ani grono pedagogiczne, z wyjątkiem dyrektora szkoły, nie wzięli tego poważnie, ponieważ kuratorium wcześniej winiono za brak zainteresowania pijaną młodzieżą na osiedlu Panorama.

Odc. 4 

Późnym wieczorem przyszedł stolarz i zabił deskami wejście do sklepu z alkoholem. Pytany w trakcie wykonywania pracy, na czyje polecenie to robi, wyjaśnił, że otrzymał telefoniczne zlecenie z rady osiedla powołanej przez wspólnotę mieszkaniową.

– Od razu ustaliliśmy termin i koszt wykonania.

– A kto konkretnie dzwonił do pana? – zadano mu pytanie.

– Przewodniczący rady osiedla, mężczyzna o tubalnym głosie.

Okazało się, że przewodniczący zmienił się kilka tygodni wcześniej i radzie przewodniczyła kobieta o raczej piskliwym głosie. To wybiło argumenty z ręki stolarza. Posądzano go o samowolę, jakiś niezrozumiały wybryk. Argument upadł, kiedy stolarz pokazał ilości zgromadzonych w swoim mieszkaniu butelek po piwie, winie i innych alkoholach; zabijanie deskami wejścia do sklepu nie miałoby w jego sytuacji najmniejszego sensu.

Co do jednego ludzie na osiedlu byli zgodni; zabite drzwi sklepu powinny pozostać bez zmian.

– Dosyć picia alkoholu przez młodzież niedopatrzoną przez rodziców dlatego, że ciężko harują zarabiając się po łokcie, aby stworzyć jej jak najlepsze warunki do życia, nauki i zabawy – taka wypowiedź pojawiła się na pierwszej stronie Grosswasser Tageszeitung.

Brak dostępu do alkoholu wywołał protesty ze strony młodzieży. Wobec oporu rodziców dzieci poprosiły właściciela sklepu, aby zerwał deski, do czego miał święte prawo. Kiedy odmówił, ktoś w nocy znowu podpalił drzwi sklepu. Zrobił to tak sprytnie, że kiedy straż pożarna przybyła i ugasiła pożar okazało się, że spłonęły tylko same drzwi, ościeżnica i rama, i zupełnie przypadkiem stojące w pobliżu krzesło. Nic poza tym. Pies policyjny doprowadził policję z progu sklepu na środek placu zabaw, gdzie znajdowały się trzy samotne ławki.

– Każdy mógł chodzić tą drogą, włącznie z dziećmi, podpalaczem, policją i właścicielem sklepu – komentowali mieszkańcy osiedla. – Ta droga dochodzenia prawdy prowadzi do nikąd.

*****

Kwestia zdobywania i nadużywania alkoholu przez młodzież nie została wyjaśniona. Właściciel mówił, że podpalono mu sklep z myślą, aby i on w nim spłonął, ponieważ odmawiał sprzedaży alkoholu nieletnim i nie miał dla nich żadnej innej propozycji. Kilka razy grożono mu listownie i telefonicznie.

Niedostępność alkoholu w osiedlowym sklepie nie zmniejszyła jego konsumpcji przez młodzież. Dzieci przynosiły alkohol z miasteczka, wracając ze szkoły. Chwaliły się nawet, że to fajna rozrywka, bo zmusza ich do wysiłku fizycznego i do noszenia mniejszej ilości książek. 

Po cichu alkoholu dostarczał dzieciom także ojciec pewnej dużej rodziny z osiedla, pijak i awanturnik. One mu dawały pieniądze, a on im kupował i przynosił. W dowód wdzięczności pozwalały mu pić razem z nimi. Był z tego bardzo zadowolony; chwalił się nawet, że jest z dziećmi za pan brat i zna ich wszystkie tajemnice. Ktoś doniósł o tym policji. Kiedy mężczyzna pił razem z dziećmi na placu zabaw, przyjechał po niego nieoznaczony samochód policyjny z dwoma funkcjonariuszami w cywilu, aby nie wzbudzać podejrzeń. Nic z tego nie wyszło, ponieważ mężczyzna zniknął z placu zabaw w ostatniej chwili. Ktoś musiał go ostrzec, albo sam wyczuł pismo nosem. Komendant policji i jego zespół czuli się bezradni.

– Nic nie możemy zrobić, bo dzieci są niepełnoletnie. A ten człowiek, ojciec licznej rodziny, jego nazwiska nie możemy zdradzić, bo toczy się przeciwko niemu śledztwo, tak się ukrył, że nie można go znaleźć.

Wkrótce policja zmieniła zdanie. Za mężczyzną rozesłano listy gończe ze zdjęciem, pojawił się też odpowiedni komunikat w prasie, w mediach społecznych i na stronie internetowej policji w dziale „Poszukiwani”. Nic to nie dało; mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię.

– On nawet nie płaci alimentów. To trudny człowiek. Często się ukrywa nawet przede mną. . – skarżyła się żona.

Nic więcej nie chciała powiedzieć; upierała się, że nic więcej nie wie. Policja podejrzewała ją o ukrywanie męża tylko dlatego, że obiecał zapisać się do Towarzystwa Alkoholików Anonimowych, aby wyleczyć się z nałogu.

Policja myślała jeszcze o użyciu specjalnie tresowanych psów, z których korzystała służba celna na granicach do wykrywania przemytu, okazało się to jednak za drogie.

– Nie będziemy ściągać z drugiego krańca kraju tresowanych zwierząt dla głupiej sprawy ścigania moczymordy, który rozpija dzieci na osiedlu. Wiemy o nim dostatecznie dużo, aby prędzej czy później wpadł w nasze ręce – zawyrokował komendant komisariatu miejskiego.

Postępowanie komendanta budziło wątpliwości, ponieważ będąc mieszkańcem osiedla Panorama znał wielu jej mieszkańców i mógł mieć interes w ukrywaniu niektórych spraw. Komendant zaprzeczył jednak, że jest mieszkańcem osiedla. Wywołało to dyskusję. Ludzie twierdzili, że musi mieć mieszkanie na osiedlu, bo bardzo często tam przebywa. Komendant zaprzeczał tym pogłoskom. Dziennikarze skrupulatnie sprawdzili fakty. Mieszkania rzeczywiście nie miał, ale często odwiedzał osiedle i zostawał na noc. Podejrzewano, że ma tam kochankę. On twierdził, że ma tylko przyjaciół i znajomych. Żadna z osób pytanych przez dziennikarzy nie chciała ujawnić szczegółów, z obawy, że może trafić do sądu za naruszenie prywatności komendanta. Skończyło się plotkami, że ma kochankę, kochanka lub mieszkanie zapisane w księgach wieczystych pod innym nazwiskiem. Nic więcej dziennikarzom nie udało się ustalić; mieszkańcy bali się udzielać informacji z uwagi na konsekwencje. Kapitan Mikke był zbyt wpływowym człowiekiem ze znajomościami w prokuraturze i sądach.

Dochodzenie dziennikarskie potwierdziło tylko kolejny raz, że na osiedlu Panorama mieszka śmietanka towarzyska miasteczka.

*****

Burmistrz Aleksy Durer i komendant Mikke mieli obawy, że odcinając młodzieży możliwości zakupu legalnego alkoholu w osiedlowym sklepie z alkoholem, szybko nauczy się ona pędzić bimber. Nie stało się to od razu, ale się stało. Oprócz nalewek nadal produkowanych w oparciu o recepturę księdza proboszcza Zoltana Bury, alkoholu donoszonego przez dzieci z miasta oraz dostarczanego przez pijaka, ojca dużej rodziny, na placu zabaw pojawił się tani alkohol, zwykły etanol. Był to dobrej jakości, bezpieczny dla zdrowia bimber. Policja od razu to sprawdziła. Ktoś go produkował i potajemnie dostarczał na plac zabaw. Operacja była tak dobrze zorganizowana, że ani policja, ani rodzice, ani wynajęty detektyw nie byli w stanie nic wykryć. Oficjalnie, nikt nic nie widział ani nie wiedział. Przypadkowe anonimowe doniesienie sugerowało, że bimbrownia jest na wyspie na jeziorze Taner. Rano przed świtem na wyspę wybrał się komendant Mikke w towarzystwie jednego policjanta. Wyspa była zatopiona we mgle. Funkcjonariusze poczekali, aż trochę opadnie i spenetrowali cały teren. Znaleźli tylko opuszczoną budę, którą kiedyś zajmowali myśliwi polujący na kaczki.

Bimbrowni na wyspie nie odkryto, ani nigdzie indziej. Chyba dlatego, że mieściła się ona w piwnicy domu, gdzie nieco wcześniej kupił drugie mieszkanie komendant policji. Pomysłodawcą, organizatorem i operatorem instalacji produkcji bimbru jak na ironię był jego własny syn. Historię bimbrowni i swojego życia opowiadał kolegom z placu zabaw. Nie wiadomo, czy wszystko było prawdą, bo chłopak lubił ubarwiać. Nie wiadomo też, ile prawdy było w tym, co mówił o swojej rodzinie, przede wszystkim matce i siostrze, bo niekoniecznie były to miłe sprawy. Jeśli naciągał, to chyba tylko po to, aby zdobyć większą popularność. Też należał do rozrabiaków na placu zabaw, zaniedbanych przez co najmniej jednego rodzica.

– Ojca nigdy nie ma w domu. Nie ma nawet pojęcia, co ja robię. Czasem tylko mnie pyta, czy nie chciałbym być policjantem. Kiedy odpowiadam mu „Po co?”, denerwuje się. Jest strasznie zajęty i nie ma czasu interesować się moim losem. Uważa, że sam sobie dobrze radzę. Raz to nawet mnie nie poznał, kiedy przebrałem się za księdza prowadzącego akcję charytatywną. Zrobiłem to, aby mu pokazać, że mimo swojej policyjnej mądrości i doświadczenia nie jest w stanie zauważyć kogoś, kogo dobrze zna, stojącego tuż obok. Podobnie jest z bimbrownią. Nie umie jej odnaleźć, mimo że ma ją pod nosem. Matka chciała odejść z domu, bo także ją ojciec zaniedbywał. Nie zrobiła tego ze względu na mnie i na siostrę, ale się rozpiła. Siostrę też to wnerwia. Mówi, że chce zostać prostytutką, taką ze studiami i znajomością języków obcych, bo to najlepsze zarobki i można poznać interesujących ludzi. Dlatego wszyscy pijemy. Teraz, kiedy w piwnicy produkuję bimber i zaopatruję matkę i siostrę, to przynajmniej piją w domu. Matka jest bardzo zadowolona, uważa, że alkohol jest bardzo dobrej jakości. Najbardziej lubi moją “Śliwówkę”. Podobnie siostra. Pije mało, bo nie potrzebuje więcej. Alkohol działa na nią bardzo dobrze, bo pisze książki dla dzieci. Mówi, że jej własne życie i bimber ją inspirują.

*****

Komendant wziął sobie na kieł trudną młodzież z osiedla. Jej uzależnienie od alkoholu, podpalenia i inne ekscesy, częste wypadki i przyjazdy pogotowia ratunkowego, oraz nieskuteczne dochodzenia, bardzo psuły reputację policji. Swoim podwładnym wydał polecenie: Cierpliwie czekać! Było to prawdziwe wyzwanie, ponieważ uzależnienie młodzieży od alkoholu nie zmniejszało się. Nadal notowano awantury, próby podpaleń, wypadki na urządzeniach zainstalowanych na placu zabaw, pożary i kolejne wezwania pogotowia.

Policja opracowała nowy plan. Kiedy dwaj chłopcy należący do grupy nieoficjalnie określanej jako „pijacy” skończyli siedemnaście lat, policja ujęła ich w stanie zamroczenia alkoholowego i zabrała do izby wytrzeźwień, a potem na przesłuchanie na komisariat. Wezwano rodziców. Odbyła się długa rozmowa. Żadna ze stron nie była chętna ujawnić jej przebiegu ani ustaleń. Komendant wyjaśnił tylko, że wszyscy uczestnicy spotkania, chłopcy, rodzice i policja, zgodzili się na pewien eksperyment społeczny przy udziale psychologa młodzieży. Szczegóły porozumienia zostały ustalone i spisane. Wszyscy się pod nim podpisali.

Chłopcy zostali przywiązani specjalną linką do dwóch metalowych słupków ustawionych na placu zabaw. Ich końcówki wygięto w dół i zespawano tworząc metalowe pętle. Nad słupkami postawiono zasłonę w postaci dachu z brezentu. Następnego dnia zastąpiono ją dużym namiotem, odpowiednio wyposażonym, aby można było w nim wygodnie mieszkać i nocować. Chłopcy byli zwalniani rano w celu udania się do szkoły. Po zakończeniu zajęć mieli dwie godziny wolnego czasu do wykorzystania wedle swego uznania, po czym wracali i byli znowu przywiązywani do słupków.

Odc. 5

Był to eksperyment wychowawczy uzgodniony także ze szkołą i kuratorium. Nikt nie protestował, rozumiejąc potrzebę znalezienia rozwiązania. Sami zainteresowani i ich rodzice zgodzili się na to na piśmie. Rodzice jasno wyjaśnili przyczynę swojej zgody.

– Szczerze mówiąc, nie mamy czasu, aby zajmować się dziećmi, bo musimy zarabiać, aby miały one lepiej niż my. Jesteśmy pod presją otoczenia, szkoły i pracy. Sami nie byliśmy w stanie poradzić sobie z chłopcami. Taka kara może im tylko pomóc. Mamy nadzieję, że wyciągną właściwe wnioski, że z alkoholem należy postępować bardzo ostrożnie. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić w sprawie uzależnienia dzieci od alkoholu, bo większość młodzieży już pije. Problem uzależnienia młodzieży od alkoholu jest powszechny. Teraz ważne jest wyrobienie nawyków rozważnej konsumpcji alkoholu.

*****

Mijały dni. Zrobiło się ciepło i bardzo zielono, zbliżało się lato. Chłopcy uwiązani na placu zabaw nie rozrabiali, nie mieli ku temu warunków. Mniej też pili, chyba że na rozgrzewkę, kiedy nadchodził chłodniejszy lub słotny dzień. Ludzie z Panoramy pomagali im jak mogli. Przychodzili zazwyczaj grupkami; rozpalano ogniska, pieczono kiełbaski, szaszłyki, mięso z rusztu. Było to tak smaczne, że kupowali nadwyżki pieczonego mięsa, aby zabrać ze sobą do domu.

Chłopcy szybko wpadli na pomysł, że można z tego zrobić dobry biznes. Obydwaj marzyli o większych pieniądzach i uznaniu. Wkrótce założyli firmę „Szaszłykarnia dla Dorosłych i Nieletnich”. Biznes rozwijał się szybciej i pomyślniej, niż mogli się spodziewać. Pieniądze płynęły coraz większym strumieniem; wyroby były bardzo dobre, regularnie zyskiwały atest jakości „Q”, bo zawartość mięsa w kiełbaskach była nie mniejsza niż dziewięćdziesiąt procent. Wkrótce rada miasta przyznała im nagrodę. Chłopcy radzili sobie coraz lepiej; nie wyzbyli się jednak nawyku picia alkoholu. Robili to tylko z większym umiarem mając na uwadze reputację biznesową oraz możliwość wypadku.

*****

Mimo szybkich postępów w edukacji chłopców jako ludzi odpowiedzialnych, komendant Mikke tracił cierpliwość. Policja zmodyfikował swój plan. Nie ujawniając jej nazwiska, komendant wyznaczył nową pracowniczkę w randze sierżanta do śledzenia sytuacji i podstawiania sugestii lepszych rozwiązań. Sierżant Wolf znała lokalne warunki, ponieważ od dnia rozpoczęcia pracy w komendzie miejskiej wynajmowała mieszkanie na osiedlu Panorama. Policjantka przychodziła regularnie, oczywiście w ubraniu cywilnym, nie ujawniając swojej tożsamości, na przyjęcia przy ognisku, śpiewała pieśni harcerskie i religijne, deklamowała wiersze, słowem uczestniczyła w pełni w życiu placu zabaw,  pilnując równocześnie, aby nic złego się nie wydarzyło. Trwało to co najmniej kilka miesięcy. Sytuacja wydawała się zmierzać w dobrym kierunku, bo obroty Szaszłykarni dla Dorosłych i Nieletnich regularnie rosły. Jej właściciele wydawali się jednak coraz mniej nią zainteresowali. Swoim przyjaciołom mówili, że robią to już bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby serca.

– Rajcują nas pieniądze oczywiście. Ale to nie wszystko.

******

W dniu, kiedy chłopcy osiągnęli pełnoletniość, zwolniono ich odbywania kary. Odbyła się mała uroczystość. Miało być bez alkoholu, stało się jednak inaczej. Chłopcy narozrabiali, przyjechała policja, musiała nawet użyć pałek, aby doprowadzić towarzystwo do porządku i zawieźć je do izby wytrzeźwień. Sprawa trafiła do sądu. Dwóch pełnoletnich już chłopców, właściwie mężczyzn, uznano za inicjatorów rozróby i postawiono im zarzuty. Było ich łącznie cztery, jeden poważniejszy od drugiego. W trakcie rozprawy przypomniano im też wcześniejsze występki. Uzbierało się tego więcej niż można by się spodziewać. Według prasy lokalnej młodzi ludzie byli kryminalistami prawie od dzieciństwa, zdeprawowanymi recydywistami, wręcz potworami.

Zapadł wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Oskarżyciel publiczny złożył apelację. Sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. Powołano nowych świadków. Oskarżonych dodatkowo obciążyły zeznania osób z najbliższych rodzin, matki jednego chłopca i dziadków drugiego. W pierwszym przypadku matka chciała pozbyć się syna z domu, ponieważ po rozwodzie z jego ojcem, syn sprzeciwiał się jej związkowi z innym mężczyzną. W drugim przypadku dziadkowie opowiedzieli w sądzie makabreski, jakie rzekomo kochający wnuk fundował im pod choinkę z okazji Bożego Narodzenia, potem na imieniny, a regularnie z okazji świąt kościelnych.

– Jesteśmy ludźmi pobożnymi, ale nasz wnuk to degenerat. Wierzymy w Boga, chodzimy regularnie do kościoła, podczas gdy on w czasie aresztu nie był ani razu choćby w kaplicy, aby przeprosić Boga za swoje grzechy.

*****

Co było najdziwniejsze, ksiądz proboszcz, najlepiej znający młodzież osiedlową i z reguły zabierający głos w jej obronie, tym razem potwierdził złe prowadzenie się chłopców. Twierdził, że są tak zepsuci, że w więzieniu będą demoralizować starych recydywistów swoją znajomością prawa i przebiegłością, kłamiąc bez mrugnięcia okiem.

Czy tak się stało, nie wiadomo. Faktem było, że trafili do więzienia i szybciej niż ktokolwiek się spodziewał uzyskali obywaj przepustki. Wrócili z nich w terminie i w stanie pełnej trzeźwości. Zdarzyło się to kilka razy z rzędu. Naczelnik więzienia nabrał do nich zaufania. Na przepustkę wychodzili tak często, że inni więźniowie żartowali, że naczelnik dawał im klucze do bramy wejściowej a strażnicy nie sprawdzali nawet zawartości ich plecaków po powrocie z przepustki nie wspominając kieszeni.

Odc. 6

Był w tym ukryty plan. Na początku dwaj mężczyźni wracali z pustymi rękami, lecz za trzecim i każdym kolejnym razem wnosili do więzienia wódkę i papierosy. Nie handlowali tym towarem, tylko dzielili się z innymi. Wkrótce zdobyli sobie szacunek wszystkich współwięźniów. Nikt nie puścił pary z ust na temat ich postępowania, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Któregoś razu udało im się przemycić do więzienia małego szczeniaka na wychowanie; natychmiast stał się pupilem więźniów. Sprawa się wydała; wszyscy więźniowie jak jeden mąż zastrajkowali, kiedy strażnicy chcieli usunąć szczeniaka poza teren więzienia.

Sprawa stała się poważna, trafiła na łamy prasy i telewizji. W sukurs więźniom przyszli działacze ochrony zwierząt oraz zwolennicy reedukacji i społecznej rehabilitacji więźniów. Naczelnik więzienia po konsultacji z przełożonymi wyraził w końcu zgodę na pozostawienie psa; zwierzak wychodził na spacery razem z aresztantami. Atmosfera uległa natychmiastowej poprawie.

*****

Nie trwało to długo. Wynikły problemy; więzienie było coraz bardziej przeludnione. Myślano, debatowano nad tym i nic. Kandydat na burmistrza Grosswasser w zbliżających się wyborach obiecał powiększyć więzienie kosztem mniejszej ilości mieszkań budowanych przez miasto na potrzeby najuboższych mieszkańców. Okazało się to tylko hasłem wyborczym, które pomogło mu zdobyć upragnione stanowisko. Problem przeludnienia więzienia pozostał nierozwiązany. Wszyscy oczekiwali kryzysu i buntu więźniów.

*****

Na placu zabaw sytuacja też się nie poprawiła. Młodzież pozostająca na wolności, jak również ci, którzy wychodzili z więzienia, nadal pili i rozrabiali. Przy słupkach przebywali kolejni dorastający chłopcy z osiedla przywiązani w ramach eksperymentu społecznego. Zwalniano ich rano dla umożliwienia nauki w szkole, aby unieruchomić na nowo późnym popołudniem. Każdy mieszkaniec osiedla i ludzie z miasteczka mieli do nich dostęp.

Burmistrz, rada miasta i policja po kilku naradach doszli do wniosku, że mimo wszystko jest to skuteczna metoda walki z przestępczością osiedlową i reedukacji, i ogrodzili część placu zabaw, gdzie stały namioty z dwoma słupkami i przywiązanymi do nich chłopcami. Teraz teren ten został odgrodzony siatką pozostawiając sporo miejsca wewnątrz ogrodzenia. Szaszłykarnię rozbudowano nadając jej nową nazwę „Panorama” oraz stworzono Klub Taneczny „Bezwstydna”, gdzie dziewczyny z osiedla tańczyły kankana. Jak się później okazało, były to pomysły mężczyzn przywiązywanych do słupków.

*****

Zmiany okazały się udane. Zarówno szaszłykarnia jak i klub prowadzone były fachowo, zyskując szybko renomę i uznanie jako udana forma społecznej reedukacji pijących młodych ludzi. Obydwa lokale były coraz częściej odwiedzane także przez gości zza granicy, szukających nietypowych przeżyć. Zdarzali się też turyści ze wschodu, a nawet z innych kontynentów.

Niedługi czas potem wewnątrz ogrodzenia zbudowano scenę i urządzono Teatr Osiedlowy „Marycha”. Cieszył się wielkim wzięciem, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto wystawiać sztuki o zdeprawowanej młodzieży. Okazały się prawdziwie kultowe. Dochody z szaszłykarni, klubu tanecznego i teatru przeznaczano w części na finansowanie miejskiego więzienia, w części na dofinansowanie pogotowia ratunkowego, którym zarządzał syn poprzedniego dyrektora od czasu, jak ojciec zmarł na serce.

*****

Ze swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami osiedle Panorama zyskiwało coraz większą renomę. Pisała o nim prasa lokalna, potem regionalna, w końcu krajowa. Wkrótce tematem zainteresowały się także portale internetowe i telewizja.

Wraz z poprawą sytuacji na osiedlu, poprawiała się sytuacja w więzieniu. Coraz więcej cel było wolnych. Władze więzienne po konsultacji z burmistrzem i radą miasta podjęły decyzję eksperymentalnej hodowli pieczarek. Okazało się, że warunki panujące w więzieniu są wręcz idealne. Cele położone od strony południowej, na obszarze niecki gruntowej, były cieplejsze i wilgotniejsze od pozostałych. Hodowlę pieczarek prowadzili więźniowie pod nadzorem specjalisty zatrudnionego przez miasto. W miarę rozkręcania się biznesu, zyskiwali także mieszkańcy miasteczka zatrudnieni przy hodowli, transporcie, sprzedaży i reklamie.

Pieczarki stały się źródłem poważnych dochodów; dobrze się sprzedawały, szczególnie do Francji. Robiono z nich także specjalistyczne dania mrożone. Ciężarówki odjeżdżały wypełnione po brzegi. Efekt był taki, że odbiorcy francuscy pytali czy więzienie w Grosswasser nie mogłoby zaopatrywać ich także w ślimaki winniczki. Okazało się to możliwe na terenach bezpośrednio przyległych do budynku więzienia.

Po dwóch latach miasto wkroczyło w okres prawdziwej prosperity. Prasa pisała o nim, że tonęło w pieniądzach. Burmistrz przedstawił swoje sukcesy na wspólnym posiedzeniu przygranicznego regionalnego parlamentu francusko-niemieckiego. Wszyscy wzorowali się na jego mieście, organizując konferencje i narady na temat, w jaki sposób rozwiązać problem przestępczości młodocianych zapewniając równocześnie rozwój gospodarczy. Nowy model życia społecznego upowszechnił się w większości miast kraju; Grosswasser okrzyknięto miastem dziesięciolecia.

*****

Problemy pojawiły się z zupełnie innej strony; nikt się ich nie spodziewał. Były to efekty gwałtownego wzrostu dobrobytu mieszkańców osiedla Panorama i miasteczka. W krótkim czasie zanotowano gwałtowny wzrost otyłości, wzrósł poziom rozwodów, rozpanoszyła się cukrzyca i podobne choroby, w końcu upowszechniło się pijaństwo także wśród osób odpowiedzialnych za dobrostan miasta: rady miejskiej, urzędników, nauczycieli, policjantów, strażników miejskich i więziennych. Przewodniczący rady miejskiej popełnił samobójstwo, kiedy opuściły go córka i żona, obydwie, aby poświęcić się tańcu przy rurze w renomowanym już klubie tanecznym „Bezwstydna”. 

Była to prawdziwa kwadratura koła. Wrócił stan sprzed kilku lat, dzieci znowu piły na umór na placu zabaw, aby spadać z wszystkiego, co miało dostateczną wysokość, nawet z obudowy piaskownicy. Łamały się wtedy i rozbijały, dla zapomnienia o bólu znowu piły, znowu łamały się i rozbijały. Pogotowie nie nadążało z płaceniem rachunków za benzynę, groziło mu bankructwo. Nic już nie można było naprawić. Kwadratura koła była faktem: kwadrat stawał się kołem, koło elipsą, elipsa znowu kwadratem.

– Nie tak wyobrażaliśmy sobie raj. – Podsumował burmistrz, kiedy na placu zabaw pojawił się ponownie Rod, syn prokuratora, który pierwszy zaczął pić alkohol na placu zabaw Panoramy dając fatalny przykład innym dzieciom. Na zakończenie swojego wystąpienia burmistrz dodał: – Nasz raj był zmyśleniem. 

Burmistrz miał jeszcze na podorędziu kilka innych mądrych sentencji. Ludzie lubili go i słuchali jego wystąpień, nazywali go Mistrzem, Dobroczyńcą, Mecenasem, czasem także padała nazwa Think Tank. Miasteczko i osiedle Panorama zawdzięczały mu wiele; ostatecznie jednak wszystko poszło nie tak jak trzeba. Nawet burmistrz nie był w stanie temu zapobiec.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23 04 2020

0Shares

Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

Izydor Czyżyk był postacią kontrowersyjną nawet dla siebie samego, włącznie z pogmatwaną historią swego życia. Chyba zdawał sobie sprawę, że jest w nim coś dziwnego, skoro napisał w pamiętniku: „Jestem przedstawicielem szalonego pokolenia szybkich technologii, smartfonu, cukrzyków, rosnącej zamożności a wraz z nią otyłości, depresji i samotności. Mam mało przyjaciół. Niewielu ludzi mnie rozumie. Żyję sam i wymyślam sobie rzeczywistość. Moje rodzeństwo to wyobraźnia, fantazja i urojenia. Wymyśliłem sobie na przykład Święto Chudego Ptaka. Ptaki rzadko bywają chude, a ten jest chudy. Ale wszystkie latają. I tego im zazdroszczę. Też chciałbym latać, być wolną istotą”.

*****

O godzinie siódmej piętnaście rano powietrze było tak przezroczyste, że Izydor widział ze swojego okna stary Mercedes w trzykrotnym powiększeniu. Zawsze stał on w odległości dwudziestu jeden metrów, teraz widoczny był w odległości nie większej niż siedem metrów. Może nawet bliżej. Kiedy Izydor wyciągnął rękę, miał wrażenie, że dotyka klamki.

– Fajne autko – krzyknął do żony zanim sobie przypomniał, że od czasu rozwodu jest znów samotnym, starym kawalerem. Rozwiódł się wtedy, kiedy stracił słuch i głos. To, co wydawało mu się krzykiem, było tylko milczącym otwieraniem ust. Obejrzał siebie kiedyś w lustrze; wyglądał jak karp wyjęty z wody bezradnie chwytający powietrze. Niepełnosprawność nie przeszkadzała mu w życiu, pod warunkiem, że nie pamiętał o niej. Kiedy ją sobie przypominał, zamykał się w sobie, tracił kontakt z otoczeniem. Myślał wtedy, że to dlatego, że jest uparty.

*****

O godzinie ósmej rano radio podało, że miasto we władanie wzięła cisza. Był to wynik rozejmu zawartego o północy między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu, którzy za wynagrodzeniem zgodzili się powstrzymywać przez czas nieokreślony od wytwarzania szumu, warkotu, jazgotu i podobnych dźwięków.

Sprawa była poważna. W kraju było coraz więcej osób głuchych, zastraszająco szybko rósł też odsetek ludzi z częściową głuchotą i niedosłuchem. Był im trudno funkcjonować w społeczeństwie. Pasjonaci Ciszy – także w ich imieniu – od wielu już lat darli koty z Producentami Hałasu; konflikt narastał. Obydwie strony gromadziły siły do ostatecznej rozgrywki, przekonani, że spór musi w końcu znaleźć jakieś rozwiązanie.

Izydor ucieszył się wiadomością o rozejmie, ponieważ lubił ciszę, zanim ogłuchł.

– Mam co najmniej siedem dni na powrót słuchu. Tylko w ciszy jest to możliwe. Co do powrotu do mówienia, to powinno być jakieś porozumienie między mówiącymi a niemowami. To ułatwiłoby powrót do zdrowia ludziom takim jak ja. Nie musiałbym kupować słuchawek do uszu ani tuby do nagłaśniania się w miejscach publicznych. Izydor ucieszył się, że wprawdzie jest głuchoniemy, ale potrafi doskonale myśleć.

Umocniwszy się w przekonaniu, że ma szansę wrócić do siebie odzyskując brakujące zmysły, usłyszał na korytarzu za drzwiami ledwo wyczuwalne szczekanie psa. Jego głos był tak cichy jakby zwierzę siedziało opakowane w wacie. Normalnie pies sąsiada, potężny doberman z odnowionym operacyjnie węchem, wydawał z siebie dźwięki masywne jak dudnienie średniego dzwonu na wieży kościelnej budowanej dla umocnienia wiary w pięć zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, węchu i dotyku.

Przyglądając się budowie wieży, Izydor wymyślił jeszcze pięć dodatkowych zmysłów: noncepcji czyli odczuwania bólu, zmysł temperatury, zmysł równowagi, propriocepcji czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz percepcji czasu. Pomysłów nie zgłaszał do opatentowania tylko dlatego, że mu powiedziano, że musiałby przedstawić modele tych zmysłów oraz wyliczenia matematyczne potwierdzające ich działanie.

Wracając z obserwacji wieży, uważanej za świętą z racji przynależności do kościoła, Izydor poczuł, że odzyskał mowę. Uznał to za cud. Poruszył kilka razy językiem i rzeczywiście, układał on się w ustach zupełnie inaczej niż u niemowy. Idąc zatłoczoną ulicą nie wypadało mu wykonywać testów potwierdzających fakt odzyskania mowy. Jak tylko wrócił do domu, od razu wykonał eksperyment: otworzył szeroko okno i z całych sił krzyknął. Zdumiał się, bo nie usłyszał nawet echa; tylko cisza dzwoniła mu w uchu młoteczkiem Eustachiusza, który uruchomił się automatycznie. Odzyskanie mowy okazało się złudzeniem.

Izydor postanowił wykonać jeszcze jeden eksperyment. Wyjął młotek z walizki z narzędziami, otworzył okno i z wysokości trzeciego piętra, gdzie mieszkał, zrzucił go na bruk. Po chwili usłyszał dźwięk przypominający piórko opadające na korkową podłogę, czyli praktycznie nic. To go dodatkowo zdezorientowało, ponieważ nie wiedział czy brak odgłosu uderzenia młotka o bruk było efektem jego własnej głuchoty, czy też dziwnym efektem głębokiej ciszy panującej od tygodnia.

Istnienie niekończącej się ciszy szokowało ludzi; dostrzegali to i odczuwali, nie mogąc wyjść z podziwu, co się dzieje. Izydor ze względu na swoją głuchotę nie zawsze był pewny, czy to co czuje i słyszy wokoło, to rzeczywiście świat ciszy, czy tez jego wyobrażenie ciszy puste jak orzech wygryziony przez robaki.

*****

Zamierzając wyjść z domu, Izydor spojrzał w lustro. Wydał się sobie młodszy co najmniej o sześć lat. Ustalił to ponad wszelką wątpliwość, przypominając sobie czuprynę jaką miał na głowie sześć lat wcześniej. Dla pewności odszukał zdjęcie wykonane w tamtym czasie i porównał z wizerunkiem w lustrze. Wszystko się zgadzało. Oglądanie zdjęć i czupryny zajęło mu trochę czasu. Spojrzał na zegarek i zdziwił się: wskazówka godzinna poruszał się wolniej niż zawsze. Takie miał wrażenie. Znowu skojarzył to sobie z ciszą.

*****

Następnego dnia, siedząc przy śniadaniu z rodziną, zastanawiał się, co oznaczają zmiany. Najmłodsza latorośl, dorobek córki Izydora oraz jej rudego adoratora, chłopczyk skąpy w mowie i tak wolny w myśleniu, że drzwi odmawiały mu otwarcia się, bo stojąc przed nimi nie był w stanie zdecydować się, czy w ogóle wyjdzie, zauważył rezolutnie:

– Te wszystkie zmiany są super.

Krótkie logiczne zdanie i wyraźny głos dziecka były dla rodziny objawieniem. Wszyscy popatrzyli na niego w zdumieniu.

– Sam to wymyśliłem. Nie ma co się dziwić, ta cisza też mnie zmieniła. Rezygnuję ze ssania palca, już mi się to znudziło.

Kiedy zauważył, że nikt mu nie wierzy, podszedł do drzwi balkonowych, otworzył je i udawał, że wyrzuca palec za okno. Chwilę czekał na odgłos upadku, ale nic takiego nie nastąpiło. Na zewnątrz panowała głucha cisza. Matka wytłumaczyła mu, że palec jest zbyt mały i miękki, aby wywołać jakikolwiek dźwięk.

Odc. 2

Popołudniowe wydanie „Gazety Wieczornej” ukazało się z trzygodzinnym opóźnieniem. Nikogo to nie zdziwiło bo czas był niezwykły. Gazeta przedstawiła kilka teorii wyjaśniających istnienie niezwykłej ciszy. Ksiądz kanonik – mówiono o nim, że kilka razy słyszał głos z nieba – argumentował z przekonaniem, że Bóg przypomniał sobie, że ma pod opieką całą ludzkość i zwierzęta i powrócił na ziemię dewastowaną przez zarazę hałasu.

– Mieszka teraz u mnie na plebanii. Na początku myślałem, że to mój kolega ze szkoły podstawowej. Poznałem go po rudej czuprynie. Ale jak mi pokazał legitymację, wiedziałem już na bank, że to Najwyższy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. – Bóg powiedział mi też, co sądzi o hałasie. Był szczery aż do bólu.

– Jeszcze wczoraj gotów byłbym dokopać ludzkości za brak dbałości o porządek na ziemi, zanieczyszczenie lądów i oceanów plastikiem, jedzenie wyrzucane na śmietnik, hałas sprzeczny z zasadami przyrody, i inne świństwa, ale już tego nie zrobię. Wyłączyłem się i jestem szczęśliwy. Alleluja!

– To „Alleluja” mnie przekonało – kontynuował ksiądz kanonik. – Potem znowu popadłem w zwątpienie, kiedy mi powiedział:

– Daj mi wreszcie coś zjeść, bo jestem głodny jak wilk.

– Jego język mnie zdezorientował – zauważył kanonik. – Sam rzadko posługuję się takimi określeniami. Kiedy mu powiedziałem o porozumieniu Pasjonatów Ciszy i Producentów Hałasu, ucieszył się.

– Wreszcie poszliście po rozum do głowy. Potrzeba było wam na to kilka tysięcy lat cywilizacji, głuchoty i przytępionego słuchu milionów ludzi.

*****

W nocy Czyżykowi śnił się ogród. Udał się tam razem z wnuczkiem. Przeżyli tam przygodę. W ogrodzie panowała cisza, ale można było wyczuć niepokój. Po prostu wisiał w powietrzu. Źródłem niepokoju był symboliczny Hałas, dotknięty porozumieniem między Pasjonatami Ciszy i Producentami Hałasu.

– To tylko cisza przed burzą, którą wam zgotuję, jak tylko przestanie obowiązywać ta beznadziejna umowa między Producentami Hałasu i Pasjonatami Ciszy – Hałas zacisnął wielkie łapska, służące mu do ściskania brzucha w celu wydobycia z siebie dźwięków.

*****

W mieście nie było dobrze. Kolejarze mieli poważne problemy. Mimo, że obowiązywała powszechna cisza, pociągi jak dawniej łomotały na złączach szyn, zwłaszcza kiedy przejeżdżały po żelaznym moście. Obsługa pociągu osobowego numer 18 odjeżdżającego ze stacji Tajna na wschód postanowiła zmienić to raz na zawsze. Ustawili się na peronie w rzędzie i kolejno podchodzili do pociągu, aby smarować koła towotem. Co godzinę testowano, czy pociąg jeździ już cicho. Do połowy dnia nie zanotowano żadnych efektów.

Kolejarze nie załamywali się. Dodawali smaru do oliwiarek i kontynuowali pracę, zdecydowani zmiękczyć koła w ich żelaznym uporze. Po ośmiu godzinach wysiłku udało im się osiągnąć postęp. Koła zmiękły do tego stopnia, że nawet przy większej szybkości pociągu słychać było tylko szum wiatru.

Była to informacja jaka ukazała się następnego dnia, oczywiście nieprawdziwa. Kilka dni później wyszło na jaw, że na koła nałożono obręcze wykonane z materiału używanego do produkcji poszycia statków kosmicznych, odpornego na uderzanie, ścieranie i wysokie temperatury. Dostawę sfinansowała firma Cosmic Materials Inc., kiedy zorientowała się, że na świecie jest taka liczba pociągów, że na dostawach dla kolei zarobi tysiąc razy więcej niż zaopatrując kilka wielkich firm budujących statki kosmiczne. Potrzebę stosowania nowych rozwiązań dyktowały oczywiście warunki umowy zawartej między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu.

Problemem pozostał żelazny most. Kiedy koła nie wydawały już z siebie nieprzyjemnych dźwięków, on nadal huczał i to niezależnie od tego, co nim przejeżdżało: pociąg pancerny, lokomotywa i wagon z pieluchami dla niemowlaków, drezyna na drewnianych kołach wypełniona aseptycznymi maseczkami, czy też rowerzystka na specjalnym trójkołowcu z dwoma koszami grzybów z pobliskiego lasu.

– To wszystko jest bez sensu – pomyślał Izydor Czyżyk i udał się do kuchni, aby zrobić sobie drugą kawę. Tym razem wsypał do kawiarki sześć łyżeczek kawy. Jeszcze przed zapadnięciem ciszy ustalił drogą eksperymentów, że kawa wprawdzie nie poprawi mu słuchu ani mowy, ale nastraja go optymistycznie. Bardzo tego potrzebował, zwłaszcza kiedy świat jawił się mu niezrozumiały i okrutny. Złe myśli sprowadzały go wtedy na manowce, czarne i cuchnące grzechem bagna rozważań o zboczeniach, morderstwach i podpaleniach. W chwilach rozpaczy myślał nawet, czy by nie zostać idiotą, aby zachować stoicki spokój wobec niepokojących spraw tego świata, zwłaszcza zabójczego wirusa.

– Psychiczny upadek na głowę uchroniłby mnie przed myśleniem o samobójstwie.

Przez chwilę Izydor koncentrował uwagę na czworokącie „mocna kawa – okrutny świat – błogosławiony idiotyzm – niepotrzebne samobójstwo”, po czym wyszedł na balkon, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się nowego.

Zdziwił się. Obok balkonu, na wyciągnięcie ręki, unosił się w powietrzu ptak. Trzepotał skrzydełkami jak koliber i w ogóle nie bał się człowieka. Był niebieskiego koloru jak electric sparrow w Australii. Tylko w ogonku miał kilka kolorowych dłuższych piórek, wyglądały jak doczepiona kitka. Izydor przyjrzał mu się i zauważył, że ptak macha skrzydełkami mechanicznie tylko w jedną stronę, jak helikopter śmigłem. Przyjrzał mu się jeszcze dokładniej. Była to zabawka, idealnie wykonana, pozorująca żywego ptaka, kolorowego i błyszczącego. Kiedy zastanawiał się, skąd tam się wzięła, na boczny balkon wyszedł sąsiad Izydora. Na imię miał Zdzisław, na nazwisko Hrabąszcz, przez samo H. Uważał, nie bez powodu, że to czyni go wyjątkowym. Okazało się, że koliber był podarunkiem od niego.

– Od dawna pragnąłem, Izydorze, zrobić panu przyjemność, czymś zaimponować, oderwać od smutnej rzeczywistości, która nas wszystkich gnębi. Miała to być niespodzianka i chyba mi się udało. Nabytku dokonałem na jarmarku w Radnicy, miejscowości, gdzie jest źródło uzdrawiającej świętej wody oraz dom wariatów przez nielicznych nazywany Zakładem Opieki Psychiatrycznej.

Mężczyźni wdali się w dyskusję.

– Nie wiem dlaczego ludzie nie wybierają prostszych nazw, bardziej przystających do rzeczywistości – stwierdził sąsiad. – Prawdopodobnie chodzi o tak zwaną polityczną poprawność. Nie rozumiem tego, ponieważ nie udało mi się dostrzec u żadnego zdrowego psychicznie człowieka zainteresowania polityką. O samym zawodzie polityka, posła i wysokich urzędników państwowych, osób politycznych z natury, nie wypowiadam się, ale wydają mi się podejrzani. Czy wie pan, drogi Izydorze, że jeden z nich chodzi regularnie na cmentarz. Mówi, że tam nachodzą go najciekawsze i najwartościowsze myśli. Wiem, jest to fakt niezbity, gotów jestem określić to dosadniej, a nawet pójść o zakład, że niektórzy politycy byli leczeni, będą leczeni lub po prostu wymagają leczenia w Radnicy. Zwiedzałem to miejsce. Mnie osobiście tam się nie podoba. Ściany Domu Pogodnego Nastroju są zjadliwie żółte, ten kolor źle mi się kojarzy, bo z żółtaczką. Nigdy nie kupiłbym kanarka w tym kolorze.

Dwie godziny później sprzed balkonu odleciał ptak. Wtedy zjawił się motyl. Było to dla Izydora zrozumiałe. Ptak był zagrożeniem dla motyla, choć ten był wielki jak piłka futbolowa. Izydor wyjaśnił to sąsiadowi, czując się zobowiązany odpłacić mu miłym zachowaniem za oryginalny upominek.

– Może przesadziłem z tym porównaniem motyla do piłki, bo dawno nie grałem w piłkę nożną, ale owad jest naprawdę duży i okrągły, kiedy porusza skrzydłami. Chodzi mi o krągłość dynamiczną, obejmującą tułów, łebek, ogon oraz kolorowe skrzydełka dodające powabu istocie żyjącej z ruchu na otwartej przestrzeni, gdzie panuje wolność i jest dużo tlenu.

*****

Wieczorem Izydor przed udaniem się spać przyjął lekarstwa. Coś musiał niedopatrzeć lub przyjąć za dużo, albo też wziąć nie te leki co trzeba, gdyż obudził się z potwornym bólem głowy dopiero trzy dni później. W ciągu tego krótkiego czasu kraj zmienił się nie do poznania. Cisza jeszcze bardziej się pogłębiła. Jeśli gdziekolwiek pojawił się hałas, natychmiast eliminowano jego źródło. Osoby wywołujące dźwięki surowo karano mandatami, przy większych przewinieniach więzieniem.

Cisza stała się najwyższą wartością, naczelnym dobrem kraju, imperatywem. Na kolorowym osiedlu zamieszkałym przez imigrantów z Ameryki Południowej, na budynkach wypisane były hasło: Silencio o Muerte, Cisza albo Śmierć. Oczywiście nikogo nie karano śmiercią, to było tylko wezwanie do śmiertelnie poważnego traktowania ciszy.

*****

Izydor zbadał sprawę. I co się okazało? W kraju nastąpił przewrót. Władzę objął generał artylerii Roto Tandem, który natychmiast sformował rząd autorytarny, przyznając sobie stanowisko premiera. Stanowiska prezydenta nie obsadzono. Nowy szef rządu był zaprzysiężonym wrogiem hałasu i miłośnikiem ciszy. Sam miał problemy zdrowotne, ale nie wierzył lekarzom. Nie miał do nich zaufania. Uważał, że jego armia doznała z ich strony wielu upokorzeń na polach bitewnych.

– Oni nie potrafili uratować nawet rannych żołnierzy mających organizmy ze stali, młode i potwornie silne. 

Kiedy lekarz wojskowy po kilku badaniach oświadczył generałowi, że stracił on słuch wskutek przewlekłych chorób ucha, chorób zakaźnych, chorób wysokogorączkowych, antybiotyków, urazów chemicznych, mechanicznych oraz psychicznych, pacjent z miejsca odrzucił diagnozę i więcej na ten temat z lekarzem nie rozmawiał. Swoimi poglądami podzielił się z członkami rządu stanowiącymi równocześnie sztab generalny sił zbrojnych kraju:

– Jestem głuchy bo popękały mi bębenki w bitwie pod Sukumi. Cóż ten pierdolony konował może wiedzieć o kanonadzie armatniej, kiedy nie tylko bębenki i trąbki Eustachiusza ale i głowy pękają od huku?!

Odc. 3

Po obiedzie Izydor wyszedł przejść się po Osiedlu Bezkresna. Nigdzie nie słyszał rodzimej mowy.

– Have you seen, by any chance, my mobile phone? – zapytał go szczupły rudzielec. Izydor znał go z widzenia; był to rozwoziciel pizzy latem w wolnych chwilach pomagający uciszać żaby na stawie osiedlowym. Zapytany o pracę, rudzielec wyjaśnił Izydorowi, że nie pracuje już przy uciszaniu żab, ponieważ po wejściu w życie porozumienia o ciszy wytępiono je całkowicie ze względu na uporczywe i głośne kumkanie.

Prawie wszyscy mówili już po angielsku. Nie wiadomo kiedy ten język zdominował kraj. Aby używać inne języki trzeba było wykupić pozwolenie zwane „permitem”. Miało ono postać karty magnetycznej, określającej dopuszczalną ilość przekazów w danym języku i czas jej ważności. Ilość przekazów obliczał specjalny chip umieszczony w karcie.

Rodzimym językiem mało kto chciał mówić. Uważano, że jest mniej precyzyjny i zbyt głośny, ponieważ zawiera zbyt wiele zgłosek warczących i syczących. Było to sprzeczne z przepisami o powszechnej ciszy. Język rodzimy stał się także niemodny. Jeśli ktoś wspomniał autora czy autorkę powieści, opowiadania, eseju czy poezji, od razu traktowano go jak erudytę. Erudyci zdarzali się jeszcze w środowiskach czytających literaturę piękną i rozumiejących jej treść. Na ogół ludzie komunikowali się ze sobą przez telefon. Nawet jak stali w odległości kilkunastu kroków, to zamiast zbliżyć się do siebie i porozmawiać patrząc sobie w oczy, rozmawiali przez telefon komórkowy.

– Dlaczego oni to robią? – Izydor zapytał mieszkańca osiedla, wzbudzającego zaufanie pełną twarzą, siwizną z zakolami łysiny oraz barczystą sylwetką. – Czuję się zagubiony w świecie tak dziwnej komunikacji.

– Tak jest łatwiej. Ja sam przystosowałem się bardzo szybko. Bez smartfonu nie wyobrażam sobie życia teraz. Nowe telefony pozwalają mówić bezgłośnie; czujnik przylegający do szyi wychwytuje głos wychodzący z krtani i przekształca go na bezgłośne fale odbierane przez drugą osobę już w formie słów trafiających bezpośrednio do ucha. Nawet w domu rozmawiam z rodziną przez telefon komórkowy. Korzyść jest taka, że kiedy odwrócę się plecami do rozmówcy, albo on do mnie, to nikt z nas tego nie widzi i nie nazywamy się nawzajem impertynentami. Przyzwyczaiłem się już do tego. Myślę, w przyszłości każdy będzie mieć miniaturowy telefon wszczepiony w ramię lub umieszczony w głowie w postaci chipu.

Powszechnie stosowano też skróty słowne i myślowe. Każda większa grupa zawodowa miała własny slang. Jego celem było oszczędne używanie słów, wydawanie z siebie jak najmniejszej ilości dźwięków. Na każdym kroku Izydor widział przypomnienia i dowody, że cisza jest dobrem narodowym, powszechnym priorytetem a nawet warunkiem zamieszkania w kraju.

*****

Wieczorem nad balkon Izydora nadleciało stadko dronów. Były tak małe, że dzieci nazywały je dronikami. Stado było liczne, w powietrzu zrobiło się gęsto. Drony były napędzane silnikami elektrycznymi najnowszej generacji, nie emitującymi dźwięków. Izydorowi przypominały wyglądem i zachowaniem miniaturowy cyrk. Porównał je do mimów i klownów. Niektóre z nich były kolorowe, niektóre kropkowane i wygrywały melodyjki. Izydor łatwo rozeznał, które były japońskie, a które południowokoreańskie. Te pierwsze miały w pyszczkach kwitnące gałązki wiśni, te drugie mikroskopijną flagę swojego kraju. Innych dronów było bardzo mało. Wszystkie okazy błyskały małymi oczkami na nanotechnicznych szypułkach.

– Same miniaturki. – Pomyślał Izydor. Wychylił się za poręcz balkonu i usiłował schwytać jednego za nóżkę, ale dronik uszczypnął go boleśnie w palec. Izydor poczuł to jak zastrzyk elektryczności. Szczypnięcie wywołało reakcję w tej część mózgu, gdzie znajduje się motywacja, wola i pragnienie. Odeszła go chęć łapania czegokolwiek.

Zrobiło się ciemno. Izydor wrócił do pokoju, zaciągnął story w oknach i zajął się porządkowaniem rzeczy na biurku. Kiedy się z tym uporał, podniósł zasłonę w oknie i popatrzył na zewnątrz. Świata już nie było. Po prostu znikł, wyniósł się, jakby zdenerwował się na ciszę, dzwoniącą o tej porze w uszach silniej niż w ciągu dnia. Izydor domyślił się, że świat wróci dopiero o brzasku, którego początek był regulowany globalnie podobnie jak pogoda. Zrozumiał, że dopiero wtedy świat pojawi się w pełni chwały oświetlony promieniami słońca dobiegającymi zza lasku brzozowego, prymitywnej monokultury przyrodniczej, położonej od wschodniej strony Osiedla Bezkresna.

Była to zapowiedź kolejnego dnia ciszy. Izydor lubił ciszę, idealnie współgrała z jego głuchotą. Męczyło go tylko jedno: brak przekonującej definicji ciszy. Powoli stawało się to jego obsesją, psującą radość płynącą z powszechnego milczenia ludzi i wytworów ich cywilizacji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 04 2020

0Shares

Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie.

Fredi żył pragnieniem zakochania się. Miał już dziewiętnaście lat i nie zaznał jeszcze rozkoszy prawdziwej miłości. Niewiele mógł zrobić w tej sprawie ciągu dnia, ponieważ pracował, a praca była absorbująca. Dobrze czuł się z marzeniami o wielkiej miłości; niepokoił się tylko, że ten wspaniały nastrój kiedyś się skończy. Chciałby go jak najdłużej utrzymać. Dotychczas nie spotkał nikogo, z kim mógłbym podzielić się tym niezwykłym nastrojem, porozmawiać, pochwalić się. Czekając na wielką miłość miał nawet wyobrażenie, jak ona będzie wyglądać; usta, oczy, piersi, nogi, nawet głos. O udach i brzuchu wolał nie myśleć, tak bardzo otaczała je tajemnica.

W życiu Frediego były dziewczyny i to nie jedna. Najchętniej rozmawiał o nich i o swoich doświadczeniach miłosnych z przyjacielem. Miał na imię Zeno i był jego rówieśnikiem. Byli do siebie podobni; obydwaj raczej drobni i szczupli, z rumianymi policzkami dopiero marzącymi o męskim zaroście. Łączyły ich też zainteresowania. Fredi opowiadał przyjacielowi o tym, że jak kiedyś zaryczał jak lew, to dziewczyny zbiegły się ze wszystkich stron, oferując mu wszystko, co miały najlepszego do zaoferowania. A to powieść-romans o szalonej miłości, a to pół kilograma orzechów laskowych, za którymi przepadał, a to dobrą radę, jak poprawić sobie cerę lub zmężnieć. Raz dziewczyna, którą niedawno poznał,  przyniosła mu nawet litr mleka prosto od krowy.

– To nie było zwykłe mleko, tylko ekologiczne. Sama dobroć, prawdziwa rozkosz dla podniebienia – powiedział Fredi z wielkim przekonaniem, po czym uzupełnił: – To mleko to nie była żadna reklamowa próbka, ale najprawdziwsza prawda.

Zeno nie wiedział, co o tym myśleć. Czasem rozmawiali ze sobą tak dziwnie, że czuł się zagubiony.   

Któregoś dnia, była to pierwsza ciepła wiosenna sobota, po skończonej pracy Fredi spotkał się z Zeno i jak zwykle podjął temat dziewcząt i miłości.

– Teraz już ryczę mniej, bo jestem zajęty pracą. Właściwie to prawie w ogóle nie ryczę, tak mnie wyczerpuje to, co robię. Pracuję dla pizzerii, rozwożę na rowerze pizze zamówione przez klientów i nieprzerwanie jestem w ruchu. Oprócz pedałowania po mieście muszę jeszcze biegać po schodach, czasem nawet na piąte piętro jak winda jest zepsuta. Wyżej niż piąte piętro bez windy nie dostarczamy. Tak naprawdę to ryczę tylko w święta kościelne, bo mnie motywują, ale nie państwowe, od czasu jak się przekonałem, że ludzie na świeczniku kłamią i to nałogowo.

Nadeszło lato. Od pierwszych dni czerwca Frediego coraz bardziej rozpierało rozkoszne uczucie pożądania. Było ono tak silne, że pewnego dnia zawołał jak tylko mógł najgłośniej „Boże dopomóż” w oczekiwaniu życzliwej pomocy. Ten krzyk skierowany do Najwyższego krył w sobie serdeczną prośbę o wielką miłość. Takie rzeczy zdarzały się Frediemu raczej dosyć często. Raz w zapomnieniu na własne zawołanie „Boże dopomóż!” odpowiedział sam sobie „Bóg zapłać, dobry człowieku!”. Po zastanowieniu się doszedł do wniosku, że było to dziwne i niejasne zdarzenie, ponieważ słowa nie należały do niego;  wcześniej nigdy takich słów nie używał.

Wypowiedział je rano w radio ksiądz Bonafide, o którym mówiono, że to przyszły święty.

– On ma być wkrótce beatyfikowany jako Ojciec od Siedmiu Boleści – w zaufaniu powiedział mu Zeno.

– Jeszcze za życia? – Fredo nie był pewien, czy było to możliwe.

Wkrótce zapomniał o księdzu i beatyfikacji. Żył własnym życiem, pewnym uduchowienia. Pragnienie wymarzonej miłości go nie opuszczało.

W niedzielę obudził się jak zwykle około godziny ósmej rano i pomyślał: – Dzisiejszy dzień przeżyję również w stanie miłosnego uniesienia, może nawet podwójnego, gdyż czuję jak wypełnia mnie balon gorących pragnień.

Fredi liczył na cud spotkania dziewczyny gotowej dzielić z nim szalone rokosze miłosne. Wierzył w to, wiedząc, że życie często zupełnie nieoczekiwanie spełnia ludzkie marzenia. Mieszkał w dwudziestopiętrowym wieżowcu, gdzie okazji do spotkania kogoś interesującego lub nowego nigdy nie brakuje. To go umacniało w jego optymizmie. 

Po wyjściu z mieszkania w celu udania się na przechadzkę spotkał przy windzie dziewczynę. Nie widział jej nigdy wcześniej. Musiała niedawno zamieszkać w bloku. Była to śliczna blondyneczka z koralowymi ustami i marzącymi orzechowymi oczami, nieco niższa od niego. Fredi skoncentrował się i odrzucił od siebie mgliste zamyślenie. Zamienił się cały we wzrok. Oczy lekko przykrył powiekami, aby nie wypaść nachalnie w ocenie dziewczyny. Serce biło mu głośno jak młotem. Bał się, że wystraszy tym piękną nieznajomą. Kiedy spojrzała mu w oczy, owym powłóczystym spojrzeniem, jakim dysponują tylko niektóre kobiety, nie mógł powstrzymać się od okrzyku:

– Tak chciałbym być piękną, młodą dziewczyną! Być piękną dziewczyną, to dopiero byłoby szczęście! Powłóczyste spojrzenia, oczy jak brzoskwinie, dorodne i soczyste, a u nogi wierny pies!

Nie miał pojęcia, skąd przyszła mu do głowy myśl o zwierzęciu. Kiedy ją ujawnił, dziewczyna popatrzyła w dół. Poszedł za jej wzrokiem. Psa zauważył dopiero po uważnym wpatrzeniu się w podłogę. Podjęli rozmowę o nim. Był to miniaturowy sznaucer. Czekając na windę, rozmawiali o nim.

– To cudowne stworzonko. Takie aksamitne i posłuszne. Ciocia przywiozła mi go z Anglii. On dobrze rozumie po angielsku. Czy to nie wspaniałe? – Dziewczyna podniosła zwierzątko do góry i przytuliła je czule do policzka.

Po zakończeniu rozmowy o psie, Fredi przedstawił się rozmówczyni. Ona krępowała się ujawnić swoje dossier. Zapadło niezręczne milczenie. Po chwili jednak się przełamała, uniosła w górę długie rzęsy i wyjawiła imię: Estassia. Potem mu powiedziała, czym się zajmuje: studiowała.

Fredi tego się spodziewał. Jak tylko ją ujrzał, od razu wiedział, że jest studentką a nie jakąś wyrobnicą na linii produkcyjnej tanich sandałów czy pomocą przy noszeniu worków z ziemniakami, marchewką i pietruszką z samochodu dostawczego do sklepu gdzieś na peryferiach miasta.

O swoich studiach Estassia mówiła szczerze i bardzo konkretnie. Miała znakomite wyniki w nauce.

– Wszyscy mnie lubią, a nawet kochają – dodała opuszczając wzrok.

Fredi przyjął jej nieśmiałość za wyjątkowo pozytywną cechę. Sam był trochę nieśmiały.

– Niektórzy z pewnością nawet pragną – pomyślał. Przeszył go dreszcz pożądania. W duszy widział już moment gorącego zbliżenia.

Estassia mówiła o sobie. Była zachwycająca we wszystkim co mówiła i robiła. . Fredi słuchał jej z napiętą uwagą. Winda jechała, a ona opowiadała. Fredi marzył, aby winda nigdy się nie zatrzymała.

– Rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, pies, koleżanki, koledzy. Zapamiętał to wszystko, szczegóły mu się jednak pogubiły. Pożerały go myśli i pragnienia. –

– Chciałbym być chociaż kolegą takiej dziewczyny. Ma cudowne orzechowe oczy. Orzechy dobrze mu się kojarzyły, bo bardzo je lubił. Sam miał oczy koloru zielonkawej butelki dobrze schłodzonego piwa „Chwilowe. Potrójnie warzone”. W wersji eksportowej, niemieckiej, nosiło ono nazwę „Kanclerz”.

W windzie Fredi po raz drugi zdobył się na odwagę. Postanowił być rozmowny, pokazać się z najlepszej strony.

– Pani jest taka piękna! Czy są w ogóle brzydkie dziewczyny?

Popatrzyła na niego surowo, oceniająco, chyba nie podobało jej się pytanie. Po chwili uśmiechnęła się jednak promiennie, jak to potrafią tylko piękne i dobre dziewczyny, i odpowiedziała głosem pełnym słodyczy płynnego miodu akacjowego:

 -Brzydkich dziewczyn nie ma. Są tylko brzydkie kaczątka, a te jak wiadomo …

Młodzieniec wysłuchał z uwagą tej cennej wiadomości. Starał się ją zapamiętać. Nie był jednak w stanie. Tkwił w milczeniu, ponieważ informacja uzyskana od dziewczyny kłóciła się z jego wcześniejszą wiedzą o świecie. Raz widział taką dziewczynę, znaczy się brzydulę; zawstydziła się swojej niepiękności tak bardzo, że przez ten wstyd stała się piękna.

– Tak brzydka, że za piękna – powtórzył Fredi w duchu.

Pies miał na imię Maksio. Fredi miał wrażenie, jakby on sam mu to powiedział. Oczywiście nie w jakiś bezpośredni sposób, ale tak zaszczekał, że Fredi prawie domyślił się jego imienia. Pomogła mu w tym wzmianka Estassi, na jaką literę zaczyna się imię psiaka.

Maksio był tak malutki, że wydawało się, że w ogóle nie rzuca cienia. Fredi musiał uklęknąć na podłodze, aby przyjrzeć mu się dokładniej; przy okazji go pogłaskał. Pomyślał, że może dlatego, że żarówka słabo świeci. Oczy Maksia świeciły mocniej niż żarówka. Wyglądały jak nafosforyzowane. Fredi uznał, że Maksio jest podobny do psa Baskerwilów z powieści Artura Conan Doyle’a. Skojarzenie z literaturą dobrze mu zrobiło. Poczuł, że stoi na pewniejszym gruncie.

Estassię zobaczył ponownie kilkanaście dni później przy tej samej windzie. Na powitanie uśmiechnęła się łagodnie. To rozświetliło jego wnętrze i dodało mu otuchy. Wydała mu się jeszcze bardziej krucha i delikatna niż pierwszym razem. Jego serce zapałało dziwnym uczuciem. Uwierzył, że tym razem dojdzie między nimi do prawdziwego zbliżenia. Zdobył się na odwagę i zapytał Estassię o nazwisko. Sam ujawnił swoje przy pierwszym spotkaniu.

Wyszli z budynku na zewnątrz. Podnosząc oczy podała mu nazwisko przypominające brzmieniem dźwięk dużej stalowej agrafki upadającej na twardą powierzchnię: Sąsiadka. Oczarowany Fredi czekał, aż powie coś więcej. I rzeczywiście dziewczyna dodała:

– Na imię mam Bliska.

– Bliska. Piękny zestaw – pomyślał Fredi. – Bliska Sąsiadka.

– A Estassia? Podała mi pani to imię przy naszym pierwszym spotkaniu.

– Ach! – zaśmiała się serdecznie. – To jest mój pseudonim. Tak mnie nazywają koledzy i koleżanki na studiach.

– A jak się ma pani piesek? – Zapytał uprzejmie Fredi. Chciał ją wzruszyć pamięcią o jej ukochanym pupilu i ciepłym tonem swego głosu. Ze tego wzruszenia zapomniał języka w gębie, aby dodać coś jeszcze.

– Dobrze, że gęby nie zapomniałem – pomyślał z niechęcią. Pocieszył się, że przynajmniej nie zapomniał myśleć. – To rzecz nawykowa – doszedł do wniosku. – Jak ktoś się przyzwyczai do myślenia, to myśli, a jak się odzwyczai, to nawet nie wie, że warto myśleć.

– Jaki piesek? – odezwała się Bliska.

No, ta miniaturka. Maksio!

– A, Maksio! Jest tak mały, że ciągle gubi mi się w trawie. Powinnam chyba nosić ze sobą duże szkło powiększające.

Zawołała psa raz i drugi. Szukała go wzrokiem na trawniku z klombem w środku. Zdenerwowała się nagle.

– Maksio, ty gnido! Gdzie się podziewasz, parszywy gnojku? No odezwij się, pieprzona zakało! Chodź tutaj, to skopię ci dupę, ty małe gówno! Po chwili krzyknęła po angielsku. Come here, you little shit! I’ll kick your ass!

Fredi przeraził się. Nie miał pojęcia, co Bliska mówi i dlaczego tak się zdenerwowała. Nie znał angielskiego ani innego języka obcego. W ogóle nie rozumiał tej sytuacji. Poczuł się głęboko nieszczęśliwy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 30 03 2020

0Shares

Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie.

Odc. 1

Marzeniem Mateusza Bony było znaleźć się choćby na jeden dzień w miejscu, gdzie nie będzie obijać się o ludzi, ściany i przedmioty. Mieszkał w wielkim mieście i coraz bardziej go to męczyło. Zwłaszcza w gorące dni, kiedy do żaru słońca miasto dodawało duszność spalin samochodowych, rozgrzanych murów, jarzących się neonów i wyziewów charczącej klimatyzacji.

Jego potykanie się i obijanie o ludzi i przedmioty było skutkiem zakłócenia zmysłu orientacji przestrzennej związanej z receptorami grawitacyjnymi i narządem wzroku. Poza tym zawsze było mu gorąco, również zimą, kiedy grzały kaloryfery.

– Ty masz chyba dwa serca albo piec w piersi, taki jesteś gorący – skarżyły się najpierw przyjaciółki a potem dwie kolejne żony, Amelia i Zagra. – Może dlatego nie potrafię ułożyć sobie życia z kobietami, że jest im ze mną za gorąco? – spekulował Mateusz. – Dobrze, że nie jestem biseksualny, bo wtedy cały świat damsko-męski miałby podstawy skarżyć się na mnie – pocieszał się żartobliwie, choć daleko mu było do figlarnego nastroju. Mateusz lubił sobie wyobrażać, że jest ekscentrykiem utrzymującym pozytywne relacje z ludźmi różnych orientacji.

U podstaw jego marzeń, rzeczywistych i urojonych, stały dwa wyobrażenia: nieograniczonej przestrzeni i dojmującego chłodu. Były to zaprzeczenia rzeczywistości, w jakiej się obracał, zatłoczonego miasta i skwaru. Myślał o choćby przejściowej ucieczce od otaczającego go koszmaru.

Wybór padł na Labrador.

O Labradorze zbierał informacje od czasu, kiedy agentka biura turystycznego wymieniła kilka egzotycznych miejsc wypoczynku.

– Panu by się one podobały, bo ma pan gust odmienny od przeciętego turysty, jaki do nas trafia. Mówię to nie dlatego, że mierzi mnie przeciętność, ale dlatego, że Labrador jest wciąż obszarem dziewiczym, gdzie między tysiącami jezior i połaciami lasów starych jak świat, rządzi niepodzielnie zimno, pustka i wiatr. To obraz pierwotnej, dzikiej natury. W północnej części Labradoru panuje klimat arktyczny, w południowej subarktyczny. Coraz mniej jest już takich miejsc na świecie. To coś naprawdę dla smakosza wypoczynku z dala od murów i tłumów!

Słowo Labrador wpadło Mateuszowi w ucho jeszcze w dzieciństwie, podobało mu się. Było mocne jak skała, brzmieniem przypominało wodospad. Życzliwie kojarzyło się także z psem, Labradorem, rasą, którą zawsze lubił i podziwiał na spacerach, solidną, wełnistą i rozważną w zabawie.

Kiedy zagłębił się w Internet, dowiedział się o istnieniu dwóch Labradorów.

Pierwszym był półwysep Labrador, położony we wschodniej Kanadzie, otoczony od zachodu wodami Zatoki Hudsona, od północy – Cieśniny Hudsona, od wschodu – Oceanu Atlantyckiego, a od południowego wschodu – Zatoki Świętego Wawrzyńca.

Drugim był Region Labrador położony we wschodniej części półwyspu, wchodzący razem z Nową Fundlandią w skład prowincji Nowa Fundlandia i Labrador.

Niektóre dane utkwiły Mateuszowi w głowie. Trzysta tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni regionu zamieszkiwało zaledwie dwadzieścia siedem tysięcy mieszkańców, z czego prawie jedna trzecia to autochtoni, głównie Inuici, Innuitowie oraz Métis. Mateusz, obywatel wielkiego miasta, obijający się przez całe życie o ludzi, ściany i przedmioty, rozkoszował się w marzeniach regionem, gdzie na jednego człowieka przypada jedenaście kilometrów kwadratowych.

Na Labrador poleciał samolotem zimą, sam, jak palec. Nie była to podróż na ślepo; przygotował się do niej starannie. Od dawna pragnął przeżyć coś niezwykłego, wyprawę na koniec świata, gdzie nawet diabeł nie jest w stanie powiedzieć dobranoc, bo jest tam zbyt zimno, aby komuś chciało się otwierać usta, a komuś innemu słuchać, co te usta mają do powiedzenia.

– Tam, gdzie jest pustka i niskie temperatury mówienie i słuchanie muszą mieć inne wymiary niż w klimacie umiarkowanym. – filozoficznie spekulował podróżnik.

Bona wybrał na podróż porę zimową uznając, że nie ma to większego znaczenia. Labrador jawił mu się jako kraina wiecznej zmarzliny skuta mrozami przez cały okrągły rok. Pewne znaczenie mógł mieć jednak fakt, że była to okazja last minute taniego przelotu samolotem, dająca dostatecznie dużo czasu, aby bez pośpiechu uzyskać wizę kanadyjską.

Przeszłość i teraźniejszość celu wyprawy połączyły mu się w zgrabną całość. Zapamiętał z niej trzy fakty:

Battle Harbour była dawną stolicą regionu, wioski rybackie i ośrodki handlu futrami zostały założone przez przybyszów z Europy, wszystkie większe miejscowości były skupione wokół kopalń żelaza, elektrowni wodnych oraz instalacji wojskowych.

Jalapo Umotę spotkał w pociągu. Na początku oczywiście nie znał nazwiska współpasażera. Była to długa trasa: z Seahorse przy granicy z Quebeckiem, przez Oreway, Pitagę, Ross Bay JCT, skąd odnoga kolei prowadziła do Labrador City, następnie przez Sawbill, Esker, Faden i Astray aż do Schefferville na samym północnym krańcu regionu, gdzie kończyła się linia kolejowa Quebec North Shore and Labrador Railway Co.

Odc. 2

Od chwili, kiedy Mateusz Bona i nieznany pasażer znaleźli się razem w jednym przedziale, trwało milczenie. Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli obojętnie przez okno, każdy zaabsorbowany własnymi myślami. Po pewnym czasie nieznajomy przysnął. Mateusz pomyślał, że obydwaj nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, skoro nie nawiązali od razu rozmowy, jak to często bywa, kiedy w przedziale są tylko dwie osoby udające się w długą podróż. Tłumaczył sobie, że jest to efekt obcości wynikającej z różnic ubioru i wyglądu, być może także pochodzenia, doświadczeń życiowych, kultury, a nawet klimatu. Wszystko ich różniło.

Obserwując ośnieżone pejzaże przewijające się filmowo za oknem, zastanawiał się, jak przerwać milczenie. Od pewnego czasu pociąg jechał wzdłuż zamarzniętego jeziora stukając miarowo kołami na złączeniach szyn. Po przejechaniu kilku kilometrów Mateusz zobaczył w oddali trzy wilki. Stały na lodzie przy brzegu po drugiej stronie jeziora, podobne do postaci wykutych z kamienia, otulone szaroburą sierścią nastroszoną od mrozu. Widok żywych stworzeń skojarzył mu się z walką o przetrwanie w zimowej głuszy.

To podsunęło mu pomysł przerwania milczenia kierując do sąsiada pytanie o symbole Labradoru. Chwilę zastanawiał się nad sformułowaniem pytania. Zdecydował się użyć wyrazu „symbole” oraz zwrotu „ten niezwykły kraj”, aby stworzyć pozytywną atmosferę.

Przyjrzał się współpasażerowi; siedział wyciągnięty niedbale na fotelu. Okrągła twarz, gęste czarne włosy, wąskie oczy i krótko przycięta broda oraz rozszerzający się u podstawy nos nie pozostawiały wątpliwości, że jest autochtonem. W ciepłym wełnianym swetrze z włochatym kołnierzem i przymkniętymi powiekami przypominał niedospanego niedźwiedzia.

Wyraźne, choć niebyt głośne pytanie obudziło mężczyznę. Labradorczyk jakby tylko czekał na nie. Otworzył oczy, popatrzył z uwaga na Mateusza i przemówił. Posługiwał się swobodnie językiem angielskim z trudnym do określenia miękkim akcentem. Słowa spływały z jego ust jakby się śpieszył, aby powiedzieć jak najwięcej. Mateusz z trudem za nim nadążał.

– To bardzo miłe, że pyta pan o symbole tego kraju. Pytanie jest wyjątkowo trafne i znaczące, ponieważ – proszę to sobie wyobrazić, na Labradorze mamy … mężczyzna spojrzał w dół na swoje dłonie i zaczął liczyć odginając palce i nieznacznie poruszając wargami. … dziewięć oficjalnych symboli.

Podniósł wzrok, aby dokończyć wypowiedź.

– Są to kwiat, drzewo, ptak, koń, zwierzę, ptak do polowań, minerał, pies oraz święty, który jest naszym patronem.

– To fascynujące – wykrzyknął Mateusz, autentycznie poruszony ciekawą wyznaniem nagle ożywionego rozmówcy. – Z tego wszystkiego, co pan wymienił, był mi znany tylko jeden symbol. To pies rasy Labrador, za którą przepadam. Jest cudowny. Moja siostra miała … – Mateusz zreflektował się. – Przepraszam pana, ogarnął mnie entuzjazm. Zamieniam się w słuch.

Autochton popatrzył uważnie na Mateusza. 

– Jest pan kulturalnym człowiekiem. Mało trafia do nas takich turystów. Zanim dokończę odpowiedź na pańskie pytanie, chciałbym przedstawić się. Nazywam się Jalapo Umota i jestem Innuitą, rodowitym mieszkańcem tej ziemi, obszarów arktycznych i subarktycznych Labradoru, gdzie panują najniższe temperatury na świecie.

Dostrzegając szczere zainteresowanie Mateusza wszystkim, co dotyczy Labradoru, Jalapo zaoferował się przedstawić mu najciekawszą historię swego życia. Tak ją określił na początku. Potem, wpatrując się z napięciem w zdjęcie wyjęte z kieszeni na piersi, wyjaśnił.

– Mógłbym opowiedzieć tę historię jako własną. Nie jest to jednak moja historia, ale tak mi bliska, jakbym to ja ją przeżył. To historia mego brata bliźniaka, z którym jestem związany uczuciowo tak głęboko, że czasem dosłownie mylę go ze sobą. Brat jest moim sobowtórem; czujemy się tak, jakbyśmy stanowili jeden organizm. On to ja, ja to on. Dziwnie to brzmi, ale taka jest prawda. Kiedy mówię coś o nim, to czuję, że opowiadam własne przeżycia. Musi pan wiedzieć, że my, Inuici, doświadczamy rzeczywistości inaczej niż ludzie pochodzenia europejskiego. Jesteśmy inaczej skonstruowani duchowo niż Europejczycy, Amerykanie czy Azjaci. Dawniej nazywano nas Eskimosami, ale było to określenie obraźliwe. Eskimos po prostu znaczy to samo – Jalapo zawahał się chwilę – co zjadacz surowego mięsa. W moim języku, języku Inuitów, słowo „Inuk” znaczy „osoba”, natomiast „Inuit” znaczy „ludzie”. Na zakończenie powiem, że pochodzę z osady Nutak.

Jalapo mówił głosem wyważonym, rzeczowym. Jak się później okazało, nie unikał kontrowersji, śmiesznostek czy nawet samokrytyki. Kiedy przerwał, Mateusz skorzystał z okazji, aby wyrazić swoją opinię.

– Mnie to całkowicie odpowiada, jeśli przedstawisz mi historię swego brata bliźniaka, tak jakby to była twoja własna historia – były to słowa zachęty. Wypowiedział je celowo z obawy, że jeśli tego nie uczyni, to Inuita wycofa się z opowiadania niepewny, czy słuchacz rozumie dylemat jego tożsamości.

Jalapo ucieszył się. Jego twarz wypogodziła się, zmarszczki na czole straciły ostrość, oczy ożywiły się spokojnym światłem. Mógł teraz rozpocząć swoją opowieść. 

– Od pewnego czasu Elisapie, moja żona, upokarzała mnie przypominając mi fragmenty legendy naszego plemienia o pochodzeniu mężczyzny i kobiety, jak to było na początku świata. Wedle tej legendy, istniał wtedy tylko Ardnainiq, plemię, z którego oboje się wywodzimy. Miejscowości i miejsca określano kierunkami stron świata, bo nikt nie umiał lepiej określić położenia czegokolwiek tam, gdzie istnieje tylko ziemia, lód i wiatr. Mężczyźni plemienia Ardnainiq byli malutcy, jak małe dzieci, ale całkowicie porośnięci włosami. Żony nosiły ich w wielkich torbach na brzuchu lub na plecach jak zazwyczaj nosi się dzieci. Kobiety były normalnej wielkości i wykonywały całą pracę; jeździły na polowania i zaopatrywały mężczyzn we wszystko, co było im potrzebne do życia.

Odc. 3

Legenda wydała się Mateuszowi niewinną historyjką, jednakże zachowanie Inuity przeczyło temu. Widać było po nim, jak bardzo przeżywa jej opowiadanie. Jego ogorzała, okrągła twarz zbladła, na gładkim dotychczas czole pojawiły się zmarszczki, kąciki ust powędrowały w dół, lekko podłużne oczy jeszcze bardziej się zwęził. W chwili, kiedy mówił o noszeniu mężczyzn podobnie jak nosi się dzieci, cofnął głowę z wyrazem niesmaku na ustach. Pod koniec wykonał wstydliwy ruch ręką i uśmiechnął się niewyraźnie.

Po chwili wytchnienia, Jalapo kontynuował swoją historię cytując słowa żony, które – jak podkreślał kilkakrotnie – wciąż brzmiały mu w uszach i wypełniały czaszkę.

– Jalapo Umota! Zachowujesz się, jakbyś nie miał głowy!

Było mu niezwykle przykro słuchać tej samej reprymendy od żony, która od początku była dla niego najwyższą instancją prawdy małżeńskiej.

– A jeśli nie starszą, to z pewnością bardziej miarodajną niż Bóg, który zawsze jest gdzieś w oddaleniu – dodał z przekonaniem.

Nie była to pierwsza ani ostatnia reprymenda, jaką otrzymał w sprawach swego postępowania, dlatego brał ją poważnie do serca. Tak bardzo, że rozchorował się i być może zakończyłby karierę ziemską w permanentnej malignie lub podobnie nędznej kondycji, gdyby nie sen, jaki spłynął na jego rozchybotaną głowę nad ranem drugiego dnia choroby. Widział w nim sceny tak plastyczne i wyraziste, że kilkakrotnie wyciągał rękę, aby dotknąć rozciągającej się przed nim rzeczywistości, co mu się oczywiście nie udało.

Kiedy się obudził, sen przeistoczył się w rzeczywistość. Jalapo żył, pracował, jadł i pił, wykonywał czynności życiowe, jak każdy inny Inuita, ale jego myśli przesączone były tym, co mówiła mu żona i snem, który przekształcił się w rzeczywistość.

– Bolesna część historii, jaką ci teraz opowiem, zaczęła się całkiem zwyczajnie, można by powiedzieć prozaicznie. Stałem przy torach kilkaset metrów od stacji kolejowej i czekałem na drezynę, którą o tej porze naczelnik stacji wracał z domu do biura po zakończonym obiedzie. Przez stację prowadziły dwa tory, bliższy i dalszy. Tym dalszym co jakiś czas z hukiem przewalały się pociągi pokonując nieskończone odległości zimnej i górzystej trasy Wschód-Zachód. Raz na kilka dni przejeżdżał pociąg z cytrusami kierujący się na północ, aby poprawić zaopatrzenie w świeże warzywa i owoce mieszkańcom terenów pozbawionych prawdziwego lata. Potrzebowałem drezyny, ponieważ miałem sprawę wymagającą możliwie szybkiego i bezbolesnego załatwienia, z minimalną ilością hałasu. Z wszystkich środków lokomocji ona była najbardziej dostępna.

Czekając myślałem, że gdybym dla załatwienia mojej sprawy skorzystał z pociągu, to zrobiłby się z tego raban aż po wierzchołki drzew obsiadłych przez stada ptaków. Byłoby to niezgodne z moimi chrześcijańskimi przekonaniami, uwielbieniem dla Świętego Franciszka i naszych braci mniejszych, zwierząt i ptaków. 

Myśli tego rodzaju przewalały się przez skołataną niepokojem głowę Jalapo, kiedy nadjechała drezyna. Prowadził ją Svalbard, naczelnik stacji kolejowej Nutak. Wracał po obiedzie z domu do pracy jak zwykle w stanie zamroczenia, ponieważ nie potrafił odmówić sobie kieliszka lub dwóch czerwonego wina.

– To, że piję wino, a nie mocniejszy alkohol, całkowicie mnie usprawiedliwia – wyjaśniał naczelnik podwładnemu w dyżurce stacji kolejowej, gdzie razem pracowali. Jalapo pełnił tam niejasno określone obowiązki asystenta naczelnika stacji. Inaczej mówiąc, był człowiekiem do wszystkiego, pracującym pod hasłem „Przynieś, odnieś, pozamiataj”. Do jego stałego obowiązku należało odśnieżanie stacji zimą oraz zamykanie szlabanu, kiedy nadjeżdżał pociąg. To była najbardziej odpowiedzialna część jego pracy.

– Gdybyś zaniedbał ten obowiązek, mógłbyś zapłacić za to głową. Niezamknięty szlaban to zmora śniąca mi się po nocach. Dlatego piję – instruował go pouczająco naczelnik w chwilach wytchnienia od obowiązków służbowych.

Jalapo nie wierzył mu nawet na krzynę. Był przekonany, że naczelnik pije z zamiłowania, a nie ze strachu przed konsekwencjami niezamkniętego szlabanu. Nie lubił go za to tak bardzo, że czasem go nawet nienawidził. Jedyne co mitygowało pozycję naczelnika w oczach Jalapo było jego zamiłowanie do literatury pięknej. Naczelnik pasjami czytał medyczną literaturę kryminalną, science-fiction i horrory.

– Literatura powiększa moją wyobraźnię. Bez niej w tych potwornych temperaturach skurczyłaby się do rozmiaru pięści.

Inne tłumaczenia naczelnika mogły być mętne; jego wiara w moc literatury nie budziła jednak wątpliwości Jalapo. Naczelnik uważał siebie za pracowitego sybarytę, prawdopodobnie dlatego, że nie za dobrze orientował się, co znaczy to określenie. Tak czy inaczej swój pociąg do wina Svalbard uzasadniał przekonaniem o niebezpieczeństwie zapomnienia o szlabanie i konsekwencjach, jakie mogły z tego wyniknąć.

– Przekonanie to coś więcej niż pogląd czy opinia – to stwierdzenie było częścią jego repertuaru zapatrywań i wiedzy na pracę, życie i konsekwencje służbowej niesubordynacji.

Jalapo sam nie pił alkoholu. Nie pił go w ogóle, w sposób ostateczny, bezwzględny i apodyktyczny. Był zadeklarowanym abstynentem. Wierzył, że alkohol sprowadza ludzi prosto w czeluści piekła, kojarzącego mu się nie jako ogromna pieczara pełna ognia i smrodu siarki ale bezmiar równinnej pustki, po której hula szalony wiatr o temperaturze ciekłego azotu.

Odc. 4

Stojąc na peronie w oczekiwaniu na drezynę, Jalapo utwierdził się w przekonaniu, że przypomnienia naczelnika o płaceniu głową za niesubordynację służbową ułatwiają mu dokonanie czynu, jaki sobie zamyślił. Miał on wyrazić głęboką dezaprobatę Jalapo wobec perfidii zachowań otoczenia, w szczególności żony i naczelnika, uniemożliwiających mu bycie szczęśliwym.

Drezyna zbliżała się z lewej strony. Zauważył ją z daleka i pomachał ręką sygnalizując, aby się zatrzymała. Gest ten mieścił w sobie pożegnalne pozdrowienie samobójcy zrozumiale jedynie dla Najwyższego, dla którego nie ma granic poznania ani tajemnic. Naczelnik odmachał Jalapo uśmiechając się z dala serdecznie swoją rumianą najedzoną gębą. Drezyna zazwyczaj zatrzymywała się kilkanaście metrów za miejscem, gdzie stała oczekująca ją osoba. Naczelnik robił tak – mniemał Jalapo – dla udowodnienia swojej przewagi służbowej.

W momencie hamowania drezyny, której koła ważyły co najmniej pół tony każde, Jalapo rzucił się z peronu na tor i umieścił szyję na szynie tak, aby maszyna równiutko odcięła mu głowę. Ostatnią myślą, jaka nim owładnęła, choć nie wstrząsnęła, było:

– Zobaczymy, co teraz powiecie, ty, naczelniku Svalbardzie, i ty, moja ukochana Elisapie!

Nie była to myśl złośliwa, ale przekorna, że jego czyn do głębi uświadomi najbliższym okrucieństwo ciągłego przypominania mu o konsekwencjach utraty głowy oraz życia bez głowy.

Kiedy żelazny pojazd niby tajfun buchający chmurami zmarzniętego śniegu z hukiem przejechał nad nim, Jalapo uniósł tułów odrobinę do góry, ale niczego już nie zauważył. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że przecież oczy są na głowie, a ta leży spokojnie między szynami. To było wszystko, co zapisała pamięć jego ciała.

To, że Jalapo od razu nie odszedł do niebytu, było cudem, na który złożyły się porażająco niska temperatura oraz niezwykła przytomność naczelnika Svalbarda. Sypał gęsty śnieg i trwał okropny mróz. Naczelnik wytrzeźwiał w jednej sekundzie. Gdyby ktoś obserwował go z boku, miałby wrażenie, że był przygotowany na potworność sytuacji. Myślał, podejmował decyzje i poruszał się jak w natchnieniu. Błyskawicznie zeskoczył z drezyny, cofnął się kilka kroków, schylił się, uniósł rękami głowę z ziemi, wrócił do drezyny i ułożył ją wygodnie na siedzeniu oczami w kierunku jazdy, otwartą raną do góry. Już w trakcie układania głowy zauważył jak mróz ścina drobiny krwi i płynów ustrojowych wydobywających się na zewnątrz. Po chwili, na podłodze drezyny, którą wysłał brezentem obracając go wewnętrzną, czystszą stroną do góry, spoczął korpus z kończynami. Nie patrząc nawet na ranę ziejącą u szczytu korpusu naczelnik wiedział, że zamarza w błyskawicznym tempie. Korpus umieścił, podobnie jak głowę, otwartą raną do góry. W tym celu podparł go drewnianą skrzynką, którą od kilku dni obiecywał sobie przenieść do podręcznego magazynku budynku stacyjnego.

Jak tylko niezwykły ładunek znalazł się na drezynie, naczelnik ruszył. Jechał przed siebie, rozwijając szybkość. Myślał intensywnie, co dalej. W ciągu kilkunastu sekund podjął decyzję. Właściwie to nawet nie zastanawiał się, bo było to jedyne postanowienie, jakie można było przyjąć: udać się do wojskowego ośrodka medycyny arktycznej, znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów dalej, tuż przy linii kolejowej. Niewiele o nim wiedział, choć utrzymywał z nim kontakty, ale to wystarczyło. Był to obiekt otoczony tajemnicą. Powstał na odludziu dlatego, że panowały tam najniższe temperatury na półwyspie oraz niezwykle czyste powietrze. Oddalenie od cywilizacji ułatwiało jego pilnowanie.

Rozpędzona drezyna praktycznie nie wymagała żadnej kontroli. Droga była prosta jak promień słońca, który śnił mu się w dni zaciemnione burzowymi tumanami śniegu. Naczelnik wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni służbowego kożucha i zadzwonił do szpitala. Numer telefonu miał zapisany w smartfonie, ponieważ stacja Nutak obsługiwała ładunki przeznaczone dla szpitala. Naczelnik nie miał z nimi wiele pracy. Chodziło głównie o przyjęcie z pociągu i przechowanie ładunku, kiedy tory były zasypane śniegiem aż pod niebo i pociąg nie mógł jechać dalej, zanim pług śnieżny nie oczyścił drogi. Po odśnieżeniu torów naczelnik lub Jalapo dowozili drezyną przesyłkę wjeżdżając na bocznicę zbudowaną specjalnie dla szpitala.

Naczelnik wyjaśnił dyżurnej recepcjonistce, w jakim celu do nich jedzie i w jakiej sytuacji jest pacjent, którego wiezie. Kobieta bez wahania połączyła go z ordynatorem szpitala. Zanotował on wszystkie niezbędne dane, pochwalił naczelnika za trafną decyzję i błyskawiczną akcję i zarządził alarm uruchamiając ludzi i środki na przyjęcie niezwykłego pacjenta. Kiedy drezyna zbliżała się do bocznicy prowadzącej do szpitala, naczelnik zdalnie przestawił tory.

W szpitalu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Przy platformie wyładowczej czekali dwaj mężczyźni z wózkiem krytym plandeką, pod którą znajdowały się nowiutkie nosze przypominające dmuchany materac. Rozczłonkowane ciało Jalapo było już sztywne jak deska i twarde jak kamień.

– Proszę wejść do budynku i napić się czegoś gorącego. Musi pan też podpisać dokumentację – zaproponował pracownik szpitala, wyglądający bardziej na ciężarowca niż przedstawiciela służby medycznej.

Naczelnik pomyślał, że z pewnością nie zaoferują mu alkoholu. Wszedł tylko po to, aby uzupełnić informacje dotyczące okoliczności wypadku i dopełnić formalności, jakie mogły być wymagane w takiej sytuacji. Śpieszył się. Miał przed sobą obowiązki służbowe; stacja pozostawała na łasce losu, chciał też jak najszybciej zawiadomić Elisapie, żonę Jalapo, o tragicznym wydarzeniu.

Odc. 5

Sala operacyjna szpitala klinicznego Arctic Medical Centre, wyposażona w najnowszy sprzęt, była w pełnej gotowości do przyjęcia każdego pacjenta. Szpital, obiekt wojskowy na prawach kliniki uniwersyteckiej, miał dostęp do najnowszych technologii. Jego misją było prowadzenie zabiegów, badań i eksperymentów w zakresie medycyny arktycznej, związanej z leczeniem i ratowaniem człowieka poddanego ekstremalnie niskim temperaturom. Szpital dysponował lądowiskiem z podświetlaną i podgrzewaną płytą oraz bocznicą kolejową. Nie miał natomiast żadnego połączenia drogowego; w okolicy istniały tylko drogi lokalne. 

Dla personelu szpitalnego Jalapo Umota, człowiek podzielony, jak ktoś go nazwał, był gratką, błogosławieństwem, darem z nieba. Personel medyczny, zwłaszcza zespół operacyjny, entuzjazmował się po cichu. Jalapo, a właściwie jego rozczłonkowane ciało, dało im niepowtarzalną szansę życiową; wykazać się przed światem przeprowadzeniem operacji, jakiej nikt wcześniej nie wykonał.

– Można robić przeszczepy głowy zwierzęciu, koniowi czy małpie. Przeszczepy głowy ludziom są zabronione prawnie, bo to barbarzyństwo. A tu taka gratka! – skomentował jeden z chirurgów. – I jak tu się nie cieszyć? Przynajmniej w swoim gronie.

Rozczłonkowane ciało Jalapo trafiło prosto do kriokomory, której temperaturę ustawiono na czterdzieści stopni Celsjusza, taką samą, w jakiej dowieziono je do szpitala. Z uwagi na zamrożenie ciała, nie było potrzeby ani możliwości natychmiastowej interwencji chirurgicznej. Nieszczęsny samobójca miał wyjątkowe szczęście; czterdziestostopniowy mróz panujący na trasie przejazdu drezyny natychmiast ściął krew i płyny ustrojowe wydobywające się z otartych ran, zachowując głowę i tułów w stanie przypominającym hibernację.

Przybycie niezwykłego pacjenta poruszyło cały szpital. Dyrektor, pułkownik Usam, oraz ordynator natychmiast zabrali się do roboty, traktując wyższy personel jak sztab antykryzysowy. Sprawa była zbyt skomplikowana, aby cokolwiek zaniedbać. Zgodnie z zasadami projekt został utajniony. Nadano mu kryptonim „Człowiek z drezyny”. Propozycją ordynatora było „Zimowy cyborg”, przeważył jednak głos dyrektora.

Nikt nie liczył czasu, energii ani pieniędzy wymaganej dla realizacji przedsięwzięcia z wyjątkiem głównej księgowej Raudy Beto i dyrektora szpitala. Po konsultacjach z szefem zespołu chirurgów i innymi specjalistami, koszt operacji wyceniono wstępnie na piętnaście milionów dolarów. Dyrektor spotkał się z nią dla omówienia szczegółów.

– Nie dysponujemy takimi pieniędzmi. Będziemy ubiegać się o dofinansowanie. Sam zespół medyczny może objąć nawet sto pięćdziesiąt osób. Wygląda to jak operacja militarna, w której największym wrogiem jest widmo niepowodzenia. Rozmawiałem już w tej sprawie z ministrem obrony narodowej i ministrem zdrowia. Wiedzą, jakie znaczenie ma ta operacja dla wojska i całego kraju. Sprawa nie budzi ich wątpliwości. Uważam, że pieniądze mamy jak w banku. Gorzej jest ze specjalistami. Mamy ich za mało, musimy śpiesznie znaleźć kilku najlepszych specjalistów.

Dla przygotowywania operacji podjęto intensywne wewnętrzne konsultacje z personelem medycznym i pomocniczym. Dyrektor, najwyższy rangą wojskowy Arctic Medical Centre, patrzył na sprawę bardzo ambicjonalnie. Rozmawiał o tym z ordynatorem.

– To najtrudniejsza operacja, jaką kiedykolwiek prowadziliśmy, jaką kiedykolwiek prowadziły służby medyczne sił zbrojnych. Nikt wcześniej nie połączył głowy człowieka z tułowiem. Medycyna zna tylko częściowo udane eksperymenty tego rodzaju prowadzone na myszach, szczurach, małpach i psach. Ale były to zwierzęta. To, co mamy przed sobą, to walka człowieka z Bogiem i przeznaczeniem.

Do przygotowania i rozpoczęcia operacji wyznaczono piętnastoosobowy zespół chirurgów, anestezjologów i konsultantów plus personel pomocniczy, pielęgniarki i technicy. Zespół miał zmieniać się i powiększać w miarę postępów operacji. Ordynator martwił się.

– Zajmie nam ona co najmniej kilkadziesiąt godzin. Może nawet kilka dni. Nie wiem jak moi ludzie przetrwają ten potworny stres i zmęczenie.

W przeddzień operacji przeprowadzono jej symulację, rodzaj próby generalnej. Wytypowany zespół zebrał się w sali operacyjnej, uruchomiono wszystkie urządzenia i podłączono do aparatury manekina pozorującego człowieka z oddzieloną głową. Przygotowania śledzili pozostali pracownicy bezpośrednio z miejsc dla obserwatorów lub na wielkim ekranie telebimu w sali konferencyjnej.

Przed rozpoczęciem symulacji zespół wykonał sobie wspólne zdjęcie. Wyglądali jak kosmici ubrani w specjalne ochronne kombinezony. Na twarzach nie mieli masek ale specjalne hełmy z przednią szybą szczelnie zakrywające głowę ze wszystkich stron. Czterech chirurgów miało na sobie niebeskie kombinezony, pozostali białe. 

Podjęto specjalne środki ostrożności. Mimo niskich temperatur otoczenia za największe zagrożenie uznano bakterie i wirusy. Wniosek ten wyciągnięto po przeprowadzeniu wywiadu z żoną Jalapo Umoty. Jej obserwacje potwierdził naczelnik Svalbard.

– Jalapo skarżył się na złe samopoczucie poprzedniej nocy. Tej przed wypadkiem. Chyba był przeziębiony, bo pokasływał. Ale nie mogło to być nic ważnego, bo nie miał gorączki. – Zapewniała Elisapie uspokajająco, także dla poprawy własnego samopoczucia.

Kiedy dowiedziała się o tragicznym wypadku, w pierwszym odruchu przyznała się naczelnikowi, że ma wyrzuty sumienia z powodu targnięcia się Jalapo na życie. Nie miała wątpliwości, że był to czyn samobójczy. Jej tłumaczenie zmieniło się, kiedy po przemyśleniu uznała, że nie może winić siebie za szalony odruch męża.

Odc. 6

Operację łączenia tułowia i głowy rozpoczęto po kilkunastu dniach, kiedy gotowy był już plan, jak ją przeprowadzić. Samo jego stworzenie było osiągnięciem.

Przez cały ten okres ciało pozostawało w stanie sztucznej hibernacji, umożliwiającej odtworzenie procesów życiowych. Na pacjenta, jak dla uproszczenia nazywano to, co pozostało z Jalapo Umoty, czekał dobrze wyposażony blok operacyjny ze stołem operacyjnym o regulowanej temperaturze. Przed dniem operacji gruntownie sprawdzono wszystkie urządzenia, łącznie z aparatem do anestezji, rezerwowym stołem operacyjnym, monitorami funkcji życiowych organizmu, generatorami elektrochirurgicznymi, respiratorami wentylacyjnymi, systemem zasilania w energię elektryczną, mikroskopami, kamerami przemysłowymi i telewizyjnymi, stołem z narzędziami i wysięgnikami.

Metoda połączenia głowy z tułowiem, debatowana od dnia ich przybycia do szpitala, była wielkim wyzwaniem. Nikt wcześniej tego nie zrobił. Zespół operacyjny pod kierownictwem profesora Nazanina Siddiqa ustalił program łączenia. Przedstawiono go na sali odpraw. Oprócz chirurgów, ich asystentów i innych członków zespołu operacyjnego obecni byli dyrektor szpitala i ordynator. Profesor dobierał słowa, aby przesłanie było jasne dla wszystkich.

– Zastosujemy buforowanie, które znamy tylko z testów na zwierzętach. To jedyna metoda rokująca powodzenie. Nowatorska, ale najbardziej obiecująca: żadnego łączenia bezpośredniego nerwów, żył, mięśni, tkanek, z wyjątkiem tych podstawowych. Przy buforowaniu pracują równocześnie dwa zespoły. Bufor odzwierciedla dokładnie przekrój szyi w miejscu jej przecięcia i ma dwie nakładki, męską i żeńską. Do męskiej podłączymy tułów, do żeńskiej głowę. Potem nakładki połączymy razem w jedną całość, czyli właśnie bufor. Przypomnę, co sami łączymy operacyjnie: rdzeń kręgowy, aorta, żyła główna, tchawica. Resztę roboty wykonają urządzenia biotechnologiczne, które – już po połączeniu bufora – zidentyfikują i scalą ze sobą wszystkie pozostałe elementy szyi: połączenia nerwów, żył, tkanek i mięśni. Nastąpi to poprzez kanały bio, przewodzące sygnały elektryczne, chemiczne, genetyczne. Kanały działają na zasadzie mikroskopijnych rurek. Podobnie jak sam bufor są one zbudowane większości z komórek macierzystych o zdolnościach regeneracyjnych. Pracę bufora nadzorować będą czujniki biogenetyczne, mikroskopy elektroniczne i komputery. Proces identyfikacji, dopasowywania i zespalania ze sobą przerwanych elementów będzie widoczny ekranie urządzenia biokonfiguratora, umożliwiającego interwencję chirurga wspomaganego przez bioinżynierów, genetyków i innych specjalistów. 

Po trzech dniach biokonfiguracji końcówek najdrobniejszych żył, nerwów, tkanek, chrząstek i fragmentów skóry, połączono głowę z tułowiem. Jalapo Umota pozostawał w stanie wymuszonej śpiączki. Pierwsze godziny monitorowania zespolonego organizmu pokazywały wyniki na pograniczu życia i śmierci. Czekano na wybudzenie. Miało ono nastąpić dopiero za kilka dni.

Przebieg czynności życiowych, oddychania, krążenia krwi, bicia serca, przełykania, były nagrywane na trzech kamerach przemysłowych, podobnie jak przebieg samej operacji. Dyrektor planował jej transmisję do najważniejszych ośrodków klinicznych w kraju, ale dopiero po operacji zakończonej powodzeniem. Rozmawiał o tym z księgową. Wpadł do niej na pogawędkę, miała swój pokój tuż obok jego gabinetu.

– Nie możemy nic zabałaganić. Nie będę transmitować na żywo operacji obarczonej wielkim ryzykiem niepowodzenia. Wierzę w sukces, ale nie wiem czy Bóg jest po naszej stronie.

– Ten pański Bóg jest chyba bardzo kapryśny – księgowa pozwoliła sobie na uszczypliwość.

– Pani nie wierzy w Boga?

– Wierzę, ale innego niż pan, pułkowniku. Takiego, co komunikuje człowiekowi swoje zamiary.

Dyrektor nie odpowiedział na zaczepkę. Tego rodzaju rozmowy rozładowywały napięcie. Oboje potrzebowali tego. Dla dyrektora udana operacja byłaby mandatem dla dalszego rozwoju szpitala. Liczył się ostateczny efekt. Chodziło o to, aby organizm jak najszybciej podjął funkcje życiowe.

– Dopiero wtedy wszyscy zapomną o „Podzielonym człowieku z Otelnuk”, a będą mówi o „Połączonym człowieku z Otelnuk”. Te dwa hasła krążyły mu po głowie od kilku dni. Czekał na spełnienie się życzenia.

Odc. 7

Z chwilą połączenia organizmu w jedną całość, Jalapo Umota odzyskał nie tylko życie, ale i zdobył sławę. Wszyscy interesowali się jego losem od pierwszej wiadomości o wypadku. Zainteresowanie sięgnęło teraz zenitu. Jalapo stał się celebrytą na skalę światową. Wszyscy o nim pisali i mówili.

Tylko Elisapie, żona celebryty, kiedy od naczelnika Svalbarda dowiedziała się o pomyślnym wybudzeniu się męża z komy, skwitowała krótko:

– No i spełniło się. Powinnam się tego spodziewać. Tej fascynacji jego osobą. Na pewno czuje się teraz wznioślejszy niż Bóg, w którego rzekomo wierzy. To okropne. Jak amen w pacierzu, woda sodowa uderzy mu do głowy. I pomyśleć, że to ja to wszystko wykrakałam.

Drogę ze szpitala do domu Jalapo przebył w asyście policji specjalną karetką o regulowanej temperaturze popularnie zwaną „Zamrażarką”. Przed wjazdem do miasteczka witała ich delegacja władz i mieszkańców. Na uroczystość powitalną przybyli nie tylko dziennikarze, reporterzy stacji telewizyjnych i innych mediów, ale także liczni mieszkańcy najbliższych miejscowości, mimo że były to ogromne odległości.

Jalapo niewiele z tego zapamiętał, wciąż czuł się podle. Bardzo powoli wracał do siebie.

Po zainstalowaniu pacjenta w domu, towarzyszący mu chirurg, telefonicznie przedstawił dyrektorowi szpitala krótki raport. 

– Rekonwalescent nie całkiem zdaje sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Wciąż pozostaje w stanie pourazowego szoku. Jego umysł nie pracuje normalnie. Ma halucynacje, przywidzenia i dziwaczne wyobrażenia. Mówi i coś wyjaśnia, wyobrażając sobie, że rozmawia z żywym człowiekiem, choć nikogo nie ma w pobliżu. Czasem mówi coś od rzeczy. Jeśli ma przebłyski pełniejszej świadomości, to są one bardzo krótkie. Liczę na to, że stan jego zdrowia unormuje się, kiedy dobierzemy mu skuteczniejsze leki. Będzie też musiał spędzać więcej czasu z psychologiem.

Zachowanie Jalapo rejestrowały nieprzerwanie dwie kamery zainstalowane w sypialni. Pacjent najchętniej rozmawiał sam ze sobą. Na jego twarzy pojawiał się wtedy rumieniec ożywienia, oczy reagowały żywiej. Czasem poruszał wargami na tyle wyraźnie, że można było go zrozumieć bez słów. Raz rozmawiał z żoną, innym razem z naczelnikiem stacji kolejowej, jeszcze innym z księdzem. Powtarzał się często. Jego umysł produkował przedziwne obrazy.

Najczęściej wyobrażał sobie, że właśnie stracił głowę i musi teraz coś z tym zrobić. Kłopot sprawiała mu krew nieprzerwanie kapiąca mu z szyi. Z uwagi na żonę, Jalapo bał się o ubranie. Nie mając przy sobie niczego odpowiedniego, szukał torby plastikowej, którą mógłby osłonić otwartą ranę głowy i tułowia. Opowiadał o tym z ożywieniem.

– Byłem przekonany, że uda mi się coś wynaleźć. Z pomocą przyszedł mi silny wiatr. Przywiał coś, co po rozwinięciu okazało się torbą plastikową na zakupy. Była w bardzo dobrym stanie. Mimo to odrzuciłem ją z uwagi na możliwość zakażenia.

Problem krwawienia pojawił się znowu, kiedy Jalapo znalazł się w domu. Krew skapywała mu z szyi na podłogę. Jalapo czekał z niepokojem, kiedy żona zwróci mu uwagę. Czuł się w takich chwilach jak skarcone dziecko. Natychmiast pomyślał o mopie do zmywania i popędził do łazienki. Stanął na środku usiłując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się wiaderko z mopem. Serce biło mu coraz mocniej.

– Powinno być w małej szafce po lewej stronie za drzwiami.

Rzucił się na kolana. Otwierał właśnie drzwiczki do szafki, kiedy dotarł do niego surowy głos Elisapie.

– Jalapo! Co to za ohydne plamy zostawiłeś w korytarzu przy wejściu? Czy ty musisz wchodzić do mieszkania w tych ciężkich buciorach, kiedy topnieje śnieg i wszędzie jest błoto? Zaraz przyjdzie moja siostra z mężem i dziećmi, chcę ich przyzwoicie przyjąć. Weźże mop i wytrzyj wreszcie tę podłogę!

Innym razem rozmawiał z wyimaginowanym naczelnikiem. Wydało mu się, że są razem w biurze Svalbarda w budynku stacji. Jalapo stał oparty prawą ręką o parapet i patrząc na pusty peron wyrażał swoje obawy.

– Jeśli w szyi rozwinie się gangrena, to zechcą amputować mi głowę. To byłaby ostateczność. Nigdy nie wyrażę na to zgody, a bez niej nic nie są w stanie zrobić.

W takich momentach w jego oczach pojawiały się łzy. Chwilę później pocieszał się, że tak jednak się nie stanie, tłumacząc naczelnikowi, z którym już jechał wyimaginowaną drezyną, że nie ma cukrzycy, a nawet gdyby miał, to i tak daje się ona leczyć.

Kiedy przeżycia Jalapo stawały się zbyt intensywne, interweniowała żona Elisapie. Robiła to z poczucia winy, że to ona wyzwoliła w nim tragiczne pragnienie samobójstwa i ma teraz święty obowiązek mu pomóc. Była bardzo religijna; wiara podtrzymywała ją na duchu i dawała siłę do walki z przeciwnościami.

Kiedy Jalapo powtórzy w domu swoje obawy wywiązania się w szyi gangreny i amputacji głowy, ucinała je skutecznie przywołaniem męża go do porządku.

– Bądź poważny, Jalapo, przecież głowa została z powrotem połączona z tułowiem. Czasem zdarzało jej się powiedzieć „przymocowana do tułowia”.

– No tak! – przyznawał Jalapo z ulgą. Było jasne, że nikt nie ma na niego takiego wpływu jak Elisapie. Lekarz dyżurny często wzywał ją do pomocy kiedy przeżycia Jalapo stawały się tak intensywne, że zagrażało to jego sercu.

Następnym etapem drogi Jalapo do pełniejszej świadomości były monologi, rozmowy z samym sobą. Lekarz czuwający nad nim zwrócił uwagę, że koncentruje się on głównie na sprawach ciała i ducha.

– Jalapo stwarza wrażenie, jakby usiłował przyzwyczaić się do nowego stanu ciała i umysłu, pogodzić niezdolność poruszania się ze swobodą myślenia i przeżywania uczuć i emocji. Nie idzie mu to łatwo. Wyraża to bardzo charakterystycznie, krótkimi zdaniami, łatwymi do sformułowania i wypowiedzenia. Czasem posługuje się cytatami lub przytacza znane powiedzenia i przysłowia nawiązujące do jego sytuacji. Dziwnie to brzmi. Mówi na przykład „Ja sobie, głowa sobie”. Potem zamyśla się, jakby zastanawiając się, co to znaczy, i powtarza zdanie kilkakrotnie, jakby chciał je zapamiętać. – Mam wrażenie, że w ten sposób buduje zrozumienie swojej sytuacji.

Odc. 8.

Lekarze dyżurujący przy Jalapo nie mieli powodu narzekać na nudę. Oprócz chirurga, coraz częściej towarzyszył Jalapo psycholog kliniczny, czasami nawet zastępował lekarza. Na naradzie w szpitalu omawiano postępy powrotu Jalapo do zdrowia. Uczestnicy spotkania obejrzeli kilka nagrań z kamery zainstalowanej w domu pacjenta. Zachowanie się i wypowiedzi Jalapo były rejestrowane przez kamerę i wykorzystywane przez szpital w celach rehabilitacyjnych i edukacyjnych. W wyniku dyskusji ustalono, że uraz psychiczny doznany przez niego był poważniejszy niż sądzono. Zebranie zakończył profesor Nazanin Siddiq, kierownik zespołu chirurgów.

– Pragnę zwrócić uwagę, że na obecnym etapie rekonwalescencji jego problemy są mniej somatyczne, a bardziej psychiczne. Uważam, że powinniśmy zapewnić mu więcej pomocy psychologicznej. Zanim to nastąpi, należałoby sprawdzić, czy pacjent lepiej reaguje na psycholożkę czy na psychologa. Płeć może mieć znaczenie. Musimy to jak najszybciej przetestować.

Próby wypadły na korzyść kobiety. Jalapo bardzo dobrze przyjmował jej obecność, ożywiał się, chętnie rozmawiał i słuchał jej zaleceń. Już następnego dnia zwracali się do siebie po imieniu. Jalapo mówił też, że Jenny, tak miała na imię psycholożka, bardzo mu pomaga.

Wkrótce, zupełnie niespodziewanie, zmieniło się to. Jalapo stracił entuzjazm, potem zobojętniał, niechętnie rozmawiał. Jenny była zaniepokojona, nie miała pojęcia dlaczego. Postanowiła to wyjaśnić.

– Jalapo! Jesteś teraz markotny, kiedy przychodzę, aby z tobą porozmawiać. Kiedyś tego nie było. Czy coś zrobiłam lub powiedziałam, co by sprawiło ci przykrość? Jeśli tak się stało, to chciałabym to naprawić. Mam wrażenie, że czujesz się gorzej, szybciej się męczysz i nudzisz na naszych spotkaniach. Jalapo zaprzeczał, ale niezbyt zdecydowanie. Czasem kierował wzrok gdzieś w przestrzeń albo w bok.

Któregoś dnia naczelnik Svalbard zadzwonił do dyrektora szpitala, aby przekazać mu poufną informację. Zanim to uczynił, prosił o dyskrecję. Swój sekret wyjawił dopiero wtedy, gdy dyrektor jednoznacznie obiecał mu zachować w tajemnicy to, co usłyszy.

– To, co panu powiem, wiem od Elisapie, żony Jalapo. Powiedziała mi to w zaufaniu. Dzielę się z panem tymi informacjami, ponieważ chcę pomóc Jalapo. Jenny, pańska psycholożka, robi bardzo dobrą robotę. Naprawdę pomaga Jalapo. On sam powiedział to kiedyś Elisapie. Powiedział jej także, że Jenny to mądra i miła kobieta.

– Poza tym jest młoda i atrakcyjna. Cóż w tym złego? Bardzo mi pomaga swoimi radami – tak to dokładnie Jalapo określił w rozmowie z Elisapie.

I tu leży pies pogrzebany, panie dyrektorze. Obecność Jenny w domu nie podoba się Elisapie. To za mało powiedziane. Ona jej serdecznie nie znosi, wręcz nienawidzi. Zapamiętałem dokładnie niektóre jej słowa. Była bardzo wzburzona, kiedy mi to mówiła.

– Obserwuję ją od samego początku. Ta rzekoma psycholożka, ta Jenny, po prostu wdzięczy się do Jalapo. Jest taka uprzejma, jakby rozmawiała z dzieckiem. Robi czułe miny, pyta go dziesięć razy dziennie, jak się czuje, tym swoim przesłodzonym miodowym głosem. Zadaje mu różne bezczelne pytania. Pyta go na przykład: Może zechciałbyś powiedzieć mi dzisiaj coś więcej o sobie? O tym, jak się czujesz w tej chwili, o swoich odczuciach, jakie masz skojarzenia, co przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o sobie? Ta przewrotna baba zachowuje się jak wyuzdana kochanka i to mi się bardzo nie podoba, bo Jalapo nawet mnie, swojej wieloletniej żonie, takich historii nawet w łóżku nie opowiadał. Ona mu całkiem we łbie przewróci. Jemu i tak już niewiele brakuje, a tu takie sztuczki! Wolałabym, aby tego rodzaju rozmowy jak na spowiedzi prowadził z nim nasz proboszcz. Więcej by się dowiedział i pomógł Jalapo niż ta Jenny. On też zna się na psychologii. Wiem, że ukończył jakieś kursy i szkolenia na ten temat w seminarium duchownym. Na pewno bardziej pomoże Jalapo niż ona. To najlepszy pasterz naszego kościoła w całej okolicy. W sprawach rodzinnych, małżeńskich i osobistych doradzał wielu owieczkom z naszej parafii.

Zamiana Jenny na psychologa nastąpiła bardzo szybko. Dyrektor szpitala załatwił to już następnego dnia. Prawdopodobnie wpłynęło to na Jalapo, ponieważ wkrótce lekarze zauważyli pogorszenie stanu jego psychiki. Określili je jako aberrację. Okazało się, że Jalapo zaczął utożsamiać się z tułowiem nieporównanie silniej niż z głową. Pytany o to, odpowiadał, że to kwestia zapominania. W rozmowie z samym sobą, zarejestrowanej przez kamerę i dodatkowo nagranej na dyktafonie przez dyżurnego psychologa, Jalapo zastanawiał się, czy czasem nie traci pamięci. Zadał sobie pytanie i od razu na nie odpowiedział.

– Oczywiście, że nie. Ileż to razy w przeszłości, powziąwszy jakiś zamysł, na przykład zrobienia sobie herbaty, przychodziłem do kuchni, gdzie w mojej głowie pojawiało się nagle pytanie: „Po co ja tutaj przyszedłem”. Potem sobie oczywiście przypominałem. Zawsze byłem zapominalski – pocieszał się. Sytuacja skomplikowała się, kiedy Jalapo wyjaśnił psychologowi, że myśl o herbacie uciekała mu z głowy i pozostawała na fotelu.

Zagadkowy sposób myślenia Jalapo skłonił lekarzy do przeniesienia go z łóżka na fotel. Jalapo poczuł się znacznie lepiej i zaczął więcej i składniej mówić. Czasem mówił o sprawach tak skomplikowanych, że lekarze zastanawiali się, czy nie nabył tej wiedzy podświadomie w okresie komy, śpiączki farmakologicznej albo później, już w domu, słysząc głosy ludzi w otoczeniu.

– Dualizm organizmu ludzkiego, aktywności i bierności, a właściwie życia i śmierci, urósł do rangi rzeczywistości! – Kiedy Jalapo to powiedział, jego twarz ożywiła się. Widać było po nim, że podobają mu się własne słowa. Przywołał do siebie dyżurnego lekarza. Kiedy ten podszedł, Jalapo skinął mu głową w podziękowaniu i poprosił, aby się nachylił, bo ma mu coś ważnego do przekazania.

– Zachwyca mnie bogactwo moich myśli. Czuję się, jakbym się na nowo narodził. Jak całkiem wrócę do siebie, chciałbym dzielić się z ludźmi moimi przeżyciami i przemyśleniami. Myślę o spotkaniach z młodzieżą szkół średnich, może nawet ze studentami dramaturgii. Przede wszystkim chciałbym jednak wystąpić w domu kultury przed publicznością Nutaka. Zaprosiłbym na to spotkanie Elisapie i naczelnika Svalbarda. Na nich najbardziej mi zależy. Zawsze traktowali mnie z góry – Jalapo wyraźnie cieszył się, kiedy to mówił.

Był to moment wyjątkowo silnego pobudzenia pacjenta. Lekarz skojarzył go z nowym lekiem, jakie Jalapo przyjmował od kilku dni w celu stabilizacji nastroju.

Odc. 9

Po okresie zmieniających się wyobrażeń i halucynacji, Jalapo zaczął interesować się szczegółami pracy swego organizmu. Dyżurujący lekarz uznał to za istotny objaw powrotu do rzeczywistości. Jalapo mówił o czynnościach życiowych, oddychaniu, wydalaniu, ruchu, reakcjach na bodźce, rośnięciu, rozmnażaniu i odżywianiu. Nie zapomniał o żadnej z siedmiu funkcji określających żywy organizm. Był dociekliwy, zadawał pytania dyżurującym przy nim lekarzowi i psychologowi. Obydwaj zgodnie zauważyli, że zmienił mu się język. Jalapo chętniej i częściej używał skrótów, przysłów i powiedzeń.

– Co się stanie z jedzeniem, które włożę do ust? Jak będę się załatwiać, jeśli sygnał mający rozluźnić zwieracz wewnętrzy a następnie zwieracz zewnętrzny odbytu utkwi w głowie i nie dotrze tam, gdzie trzeba?

Pytał także, czy i jak można usprawnić komunikację między głową a tułowiem. Obydwaj specjaliści tłumaczyli mu, że nie powinien w ogóle o tym myśleć, ponieważ jego organizm sprawuje się bez zarzutu, on jednak pozostawał nieufny. Tłumaczenie nie uspokoiło go. Myśl o zaniku sygnału uruchamiającego zwieracze odbytu wywoływało w nim  napięcie objawiające się mrowieniem i drętwieniem lewej strony twarzy oraz drżeniem lewej powieki. Lekarz tłumaczył to Jalapo przeciążeniem układu nerwowego nadmiarem bodźców.

– Jest wiele możliwości. Stres, niewyspanie oraz niepokój mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego. Przyczyną może być także niedobór witamin i minerałów.

Jalapo walczył z niepokojem na swój sposób, wyrażając przekonania nawiązujące do mądrości ludowej:

– Jakoś to będzie! Tak przecież żyją wszyscy Inuici. Mówił też „Czas leczy rany”, oraz, co zdarzało się rzadziej, „Do wesela się zgoi”.

Tylko raz wtrącił ni z tego, ni z owego „Miłość przychodzi dopiero po ślubie”.

Obecna przy mężu Elisapie wyjaśniła, że ostatnie powiedzenie utrwalili w nim rodzice przed ślubem jako odtrutkę na niepowodzenia, jakie są nieuniknione nawet w najlepszym stadle. 

Co jakiś czas Jalapo wpadał w rutynę przypominania sobie i powtarzania przysłów. Psycholog zarejestrował dwa przysłowia: „Wilk i szaman pochodzą z tego samego gniazda” oraz „Oby twoja dobroczynność rosła w takim samym stopniu jak twoje bogactwo”. Wprawdzie były one zrozumiałe, tym niemniej poprosił Elisapie i naczelnika Svalbarda, osoby najbliższe rekonwalescentowi, o wyjaśnienie, czy nie nawiązywały do jakichś zdarzeń z życia Jalapo.

Sam Jalapo podchodził do sprawy wyjątkowo spokojnie.

– Nie widzę w przysłowiach żadnej sensacji. To naturalne. Przychodzą człowiekowi do głowy i odchodzą podobnie jak pies husky zwolniony na postoju z uprzęży, w której ciągnie sanki. Nie mogę powiedzieć, że chłonę przysłowia jak pożywienie lub że są one paliwem napędzającym moją wyobraźnię. Ich pojawianie się nie męczy mnie, ponieważ angażuje tylko głowę, same ciało wypoczywa.

Zainteresowanie Jalapo przysłowiami stopniowo blakło, coraz rzadziej je powtarzał, w końcu zapomniał o nich.

W ich miejsce pojawił się nawyk ciągłego rozważania i definiowania swojej sytuacji. Psycholog interpretował to rosnącą świadomością własnego ciała oraz troską o zdrowie.

Jalapo uważał, że po oddzieleniu głowy od tułowia część pamięci i myślenia pozostała mu w kręgosłupie i mięśniach. Była to prawdopodobnie gra podświadomości, ponieważ kilka dni wcześniej lekarz i psycholog dyskutowali ten temat przy nim, kiedy drzemał. Na Jalapo znowu padło podejrzenie, że w czasie snu podświadomie zapożyczył sobie opinię z rozmowy prowadzonej w jego obecności.

Minęło pięć miesięcy od dnia powrotu Jalapo do domu, kiedy zjawił się u niego ksiądz, proboszcz parafii, do której należeli Elisapie i Jalapo. Elisapie zaprosiła go, aby go pobłogosławił a w imieniu parafian przekazał mu życzenia rychłego i pełnego powrotu do zdrowia.

Wizyta proboszcza u Jalapo okazała się niełatwa dla obydwu. Istniała między nimi jakaś ukryta animozja, której parafianie ani nikt inny nie rozumiał. Ani Jalapo, ani proboszcz nigdy nie skarżyli się na siebie, żaden nie mówił niczego złego o drugim, tym niemniej mężczyźni nie lubili się.

Psycholog zrobił w tej sprawie rozeznanie, szukając głębszego zrozumienia zachowań i psychiki rekonwalescenta, nic jednakże nie odkrył. Po rozmowie z Elisapie naczelnikiem Svalbardem i kilku innymi parafianami, domyślał się tylko, że poszło o spór doktrynalny, czy Bóg objawia się ludziom na pustkowiu, kiedy są absolutnie sami. Jalapo uważał, że nie, bo nieskończona pustka jest częścią Boga. Duchowny był odmiennego zdania, uznając w dodatku pogląd Jalapo za herezję. 

Po przywitaniu się, złożeniu życzeń i wymianie kilku uprzejmości, proboszcz dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się Jalapo, po czym nagle zatrwożył się i zaczął się żegnać znakiem krzyża. Jalapo wydawał się drzemać w tym momencie. Później okazało się, że był jak najbardziej przytomny i obserwował scenę przez przymknięte powieki. Skomentował to trochę niezrozumiale.

– Robiąc znak krzyża proboszcz poruszał ręką tak szybko, że nie byłem w stanie dostrzec jej ruchu. Cały czas patrzył na mnie jak na szatana, oczy wyszły mu z orbit, w końcu uniósł sutannę do góry i wyrwał jak koń z kopyta w kierunku drzwi. Pomyślałem o sobie, że chyba przypominam nieczystego ducha napędzającego ludziom strachu do tego stopnia, że uciekają ogarnięci szaleństwem. Widok proboszcza parafii w takim stanie wywołał we mnie niepokój. Poczułem się zagubiony; trapi mnie teraz myśl o stanie mojej duszy i szansie zbawienia.

Odc. 10

Po miesiącach fizycznej i psychicznej rekonwalescencji Jalapo poczuł się na tyle dobrze, że wyszedł na zewnątrz na spacer. Towarzyszyła mu żona, naczelnik Svalbard oraz lekarz sprawujący nad nim pieczę ze strony szpitala. Przy pięknej pogodzie w towarzystwie bliskich i znanych mu osób Jalapo poczuł się wyjątkowo dobrze. Słuchał, co do niego mówiono, sam też zabierał głos. Lekarz przekazał mu decyzję dyrekcji szpitala o zakończeniu codziennych dyżurów i bezpośredniego nadzoru medycznego oraz zmniejszeniu zabiegów rehabilitacyjnych.

– Nie potrzeba cię męczyć ćwiczeniami tak często. Jesteś już w dobrej kondycji. 

Wprowadziło to Jalapo w wyjątkowo dobry nastrój. Czekał na taki dzień.

Zbliżali się do domu kultury, kiedy Svalbard zatrzymał się.

– Ja też mam coś ważnego i ciekawego do przekazania. To niespodzianka dla Jalapo i Elisapie. Władze i społeczność Nutaka w porozumieniu z dyrekcją szpitala w Otelnuku przy wsparciu naszego kościoła organizują specjalne spotkanie dla uczczenia powrotu Jalapo do zdrowia. Odbędzie się ono tutaj, w domu kultury, pojutrze, w niedzielę, o godzinie czternastej. Teraz, uwaga, uwaga! Punktem głównym będzie prezentacja książki, autobiografii Jalapo. Napisał ją specjalista od biografii znanych osób Saskian Ubita. Jesteście wszyscy zaproszeni. To za mało powiedziane. Wasza obecność jest obowiązkowa. Bez was uroczystość się nie odbędzie. Nic więcej nie powiem, bo chyba i tak za dużo ujawniłem.

Sala główna domu kultury wydała się Jalapo większa i bardziej przestrzenna, niż ta, jaką pamiętał. Po obydwu stronach sceny stały kamery telewizyjne, krzątali się przy nich ludzie. Pracownicy telewizji, dziennikarze i reporterzy chodzili po sali przygotowując się do pracy. W pierwszych dwóch rzędach foteli Jalapo zauważył znajome twarze psychologa Chrisa Mosera i trzech lekarzy. Obok nich siedziało kilka nieznanych mu osób. Jalapo domyślał się, że niektórzy z nich to przedstawiciele dyrekcji szpitala w Otelnuku, pozostali to jacyś oficjele. Żona Elisapie i naczelnik Svalbard weszli razem z nim na salę; od razu wskazano im fotele na środku pierwszego rzędu. Kiedy wchodzili, ludzie powstali z miejsc i rozległy się brawa.

Zebraniu przewodniczyła kobieta ubrana w długą czarną suknię z wyszytymi kolorowymi nićmi postaciami autochtonów ubranych w futra i wykonujących tradycyjne czynności. Jej pojawienie się również wywołało oklaski. Kobieta wpatrywała się w audytorium dopóki nie uspokoił się szmer na sali, po czym powitała Jalapo. Jej przemówienie było krótkie. Zakończyła je po dwóch minutach.

– Nie muszę, ani nie powinnam mówić więcej o Jalapo Umocie, najbardziej znanym członku naszej wspólnoty. Dużo lepiej zrobi to za mnie autor jego biografii, pan Saskian Ubita.

Jalapo zdziwiło nieco obco brzmiące nazwisko autora. Nigdy o nim nie słyszał. Poczuł się jeszcze bardziej niepewnie, kiedy pomyślał, że autorzy biografii spędzają mnóstwo czasu z ludźmi, których opisują. Przyjrzał się biografowi, kiedy go zobaczył. Ubita wyglądał na czterdzieści sześć lat, miał krótko ostrzyżone włosy i wysuniętą do przodu głowę z mocno pofałdowanym czołem. Mężczyzna podszedł do mównicy i zaczął porządkować notatki. Czynił to z takim spokojem jakby był sam na sali.

– Autor mojej biografii! Ciekawe, ciekawe! – Mruknął Jalapo, odwracając głowę w kierunku żony.

– Elisapie, czy ty słyszałaś o tym, że ktoś pisze moją biografię?

– Nie miałam o tym pojęcia. Jestem tak samo zaskoczona jak ty. Oboje byli zaintrygowani, ale spokojni.

Światło reflektora ujawniło dalsze szczegóły wyglądu człowieka przy mównicy. Jego włosy zmieniły kolor. Jalapo określił go krótko „ryżawy brunet”. Przyglądał się jego wąsom i ustom wysuniętym do przodu jakby do pocałunku, mięsistym wargom i raczej pełnym policzkom, krótkiemu podbródkowi i solidnemu nosowi. Przerwał dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zaczął mówić. Miał przyjemny, niski głos.

– Opowiem państwu moją wersję biografii pana Jalapo Umoty. Jest bardzo krótka, to tylko streszczenie pełnego tekstu biografii. Z uwagi na jego stan zdrowia nie liczyłem na szansę przeprowadzenia z nim bezpośredniego wywiadu. W czasie pobytu w tych okolicach miałem zresztą bardzo mało czasu. Postąpiłem więc jak historyk i reporter, zbierający materiały i budujący opowieść na podstawie dokumentów, wywiadów z ludźmi znającymi bohatera oraz analizą zdarzeń zarejestrowanych i zapamiętanych przez ludzi. Zapoznałem się też z materiałami prasowymi i informacjami zawartymi w mediach internetowych. Bogactwo zdarzeń i upływ czasu spowodowały, że w niektórych fragmentach autobiografii jest więcej niż jedna wersja zdarzeń.

Ubite skoncentrował się i zaczął czytać. Czynił to bez pośpiechu, z przerwami, aby napić się wody ze stojącej obok szklanki. Były to momenty, kiedy Jalapo mógł mu się przyjrzeć dokładniej. Ubite miał na sobie czarną kurtkę i ciemnogranatowe jeansy, na nogach sznurowane buty z wysokimi podeszwami typu traktor. Lekko przygarbiony wyglądał niższy niż był w rzeczywistości. Czytał jakby z namaszczeniem.

– Tragiczny wypadek nastąpił w czasie intensywnej zamieci. Był wtorek. Jalapo Umota śpieszył się do pracy. Nie mieszkał daleko, niecałe dwa kilometry od stacji kolejowej Nutak. Ostatnio miał mało ruchu i zdecydował się pójść do pracy pieszo, choć o tej porze roku zazwyczaj używał motorowych sań. Kiedy wyruszył z domu, sypał lekki śnieżek, lecz w połowie drogi rozpętała się burza śnieżna. Śnieg padał tak gęsto, że nie było nic widać. Jalapo posuwał się wolno dróżką prowadzącą wzdłuż toru kolejowego w kierunku stacji. Mimo że drogę znał doskonale, w śnieżnej nawałnicy stracił orientację. Zmienił wtedy postępowanie. Postanowił iść torem trzymając się blisko prawej szyny. Był to najpewniejszy drogowskaz. Znając tygodniowy rozkład jazdy Jalapo wiedział, że o tej porze przez Nutak nie przejeżdżają żadne pociągi towarowe. Pasażerski pociąg pojawiał się tylko raz z tygodniu, zupełnie innego dnia, w piątek. To był ważny szczegół, ponieważ wędrowiec nie był w stanie niczego słyszeć. Padający gęsty śnieg, szum wiatru niosącego śnieg i gruba skórzana czapa zasłaniająca uszy, skutecznie tłumiły hałasy.

Jalapo znajdował się nie więcej niż sto metrów od stacji Nutak, kiedy z tyłu wyjechał nagle ze gęstej śnieżycy wracający z wypadku kolejowego ambulans reanimacyjny, większy niż zwykła drezyna. Jechał w kierunku szpitala wojskowego w Otelnuku. Jalapo usłyszał nadjeżdżający pojazd w ostatniej chwili i obrócił się, aby zobaczyć, co się dzieje. Natychmiast, automatycznie, podjął decyzję odsunięcia się od toru. W miejscu, gdzie się znajdował, wysypany był gęsto szuter, drobne kamyki służące do umacniania podkładów kolejowych. Kamyki obsunęły mu się spod prawego buta, Jalapo poślizgnął się i zamiast przesunąć się do przodu, przechylił się do tyłu i upadł na tor. Wskutek uderzenia szyją o szynę stracił przytomność.

Ambulans miał automatyczny system hamowania. Kiedy czujniki wykryły przeszkodę na torach, pojazd zaczął natychmiast hamować. To, co statecznie uratowało Jalapo, to gruba warstwa śniegu na torowisku oraz nisko zawieszone bufory ambulansu; pchały go one po śniegu zalegającym tory zanim pojazd zatrzymał się całkowicie. Jalapo miał wielkie szczęście.

Ofiarę zauważył w ostatnim momencie kierowca ambulansu, było już jednak za późno, aby zdążył zareagować. Kiedy pojazd zatrzymał się, zespół ratunkowy ustalił stan ofiary: obrażenia szyi, szybko spadające tętno serca, zanikający oddech. Pełen zakres kontuzji ustalono dopiero w szpitalu. Jalapo doznał ciężkich obrażeń szyi, miał przerwany rdzeń kręgowy i uszkodzoną tchawicę, ponadto ogólne potłuczenia ciała. 

Natychmiast założono prowizoryczny opatrunek na szyję nieprzytomnego mężczyzny i podłączono go do sztucznego płucoserca obniżając temperaturę do 10 stopni Celsjusza w kriokomorze ambulansu.

W szpitalu podłączono Jalapo do systemu sztucznego podtrzymywania życia, cyrkulacji krwi i płynów ustrojowych. Lekarze nie mieli czasu na dłuższe zastanawianie się. Pacjent miał ciężkie obrażenia ciała, był nieprzytomny i sztucznie utrzymywany przy życiu. System zapewniał organizmowi kontynuację pracy serca i innych organów, dostarczał tlenu, wody i pożywienia, utrzymywał odpowiednią temperaturę ciała, ciśnienie krwi, a także usuwał produkty przemiany materii. Zapewniona była także ochrona przed wirusami i bakteriami.

Jalapo mógł umrzeć w każdej chwili. Był to prawdopodobny scenariusz. Monitorując kruchy stan jego zdrowia, szpital przygotowywał się do skomplikowanej operacji ratowania życia. Personel był przygotowany, aby go ratować, jak i wykorzystać – w razie nagłej śmierci – jako dawcę organów do przeszczepu. Prześwietlenia oraz badania laboratoryjne próbek krwi i moczu pobranego bezpośrednio z pęcherza sugerowały, że jego organy wewnętrzne są w dobrym stanie. Była to sytuacja, kiedy śmierć jednego człowieka mogła uratować życie kilku innych osób czekających na serce, wątrobę, nerki czy płuca. To nie była prosta sprawa. Czas był najbardziej krytycznym czynnikiem. Potrzebne było rozeznanie, kto, gdzie i jaki organ potrzebuje do przeszczepu, następnie pobranie tych organów, ocenę ich jakości, w końcu przygotowanie do wysyłki. Zgodnie z prawem wymagana była zgoda rodziny na pobranie organów od dawcy.

Dzięki dokumentom, jakie znaleziono przy Jalapo, ustalono jego tożsamość i jak tylko można było najszybciej skontaktowano się z jego żoną, Elisapie. Przedstawiono jej sytuację.

– Będziemy go operować, aby uratować mu życie. Rokowania nie są jednak najlepsze. Pani mąż doznał bardzo ciężkich obrażeń szyi i jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki płucosercom i innym urządzeniom. Musimy liczyć się z tym, że jego stan zdrowia może się pogorszyć i nie będziemy w stanie go uratować. Czy w takiej sytuacji wyraziłaby pani zgodę, jedynie warunkowo i tylko w przypadku, gdyby nie udało się go uratować, na pobranie jego organów wewnętrznych do przeszczepu? Pytamy dlatego, że przy pobieraniu organów czas jest krytyczny, liczy się dosłownie każda minuta od momentu stwierdzenia śmierci klinicznej.

Efekt rozmowy był negatywny. Elisapie była nieustępliwa.

– Nigdy. Musicie go ratować za wszelką cenę. On przeżyje, wiem to dobrze.

Odc. 11 

Po skończonym wystąpieniu Ubite skłonił głowę i podziękował. Rozległy się brawa jakby trochę oszczędne. Wydawało się, że ludzie na sali byli już zmęczeni biografią bohatera i woleliby cieszyć jego obecnością na podium.

Na mównicy pojawił się burmistrz miasteczka, Peter Kusugak. Miał na sobie tradycyjny strój Inuitów wykonany w całości ze skóry karibu, renifera arktycznego. Wyglądał, jakby wybierał się lub wracał z polowania. W oczy rzucał się jego anorak, kurtka obszyta na krawędziach futrem, zdobna na piersiach w kolorowe, poziome pasy. Pozostała część stroju, spodnie, zwisające na plecy nakrycie głowy, rodzaj obszernego kaptura, oraz buty wykonane były również w tradycyjny sposób.

Drogi Jalapo Umota! Dzięki tobie obchodzimy dzisiaj wielką uroczystość co najmniej z trzech okazji: twojego powrotu do zdrowia, udokumentowanego obecnością wśród nas, ukazania się książkowej biografii oraz przyznania ci tytułu honorowego obywatela Nutaka. Jesteś wybitnym członkiem naszej społeczności. Dzięki tobie o Nutaku usłyszał cały świat. To dla nas zaszczyt. Nie mogę dłużej mówić, bo wszyscy z niecierpliwością czekają na ciebie. Ja zabiorę jeszcze głos, ale dopiero wtedy, kiedy ty skończysz swoje przemówienie. Ostatni głos w dyskusji! Takie są przywileje władzy.

Na prostodusznej, okrągłej twarzy burmistrza rozlał się dziecięcy uśmiech obejmujący oczy, usta i policzki. Mężczyzna napił się wody, po czym zszedł z podium, podszedł do Jalapo i wyciągnął do niego rękę, aby pomóc mu wstać i podejść do mównicy.

W wystąpieniu Jalapo nie spodziewano się rewelacji, tylko podziękowań. Bohater dnia przyglądał się dłuższy czas widowni jakby zastanawiając się nad czymś. Mówił wolno, czasem zamyślał się i zawieszał głos.

– Opowiem państwu inną, nieznaną wersję mojej biografii. Ta przedstawiona przez pana Ubite jest prawdziwa, ale niepełna. Ja ją uzupełnię.

Zacznę od dzieciństwa. To konieczne. Byłem dzieckiem dosyć nijakim, niepewnym siebie, powiedziałbym zbyt posłusznym, spełniającym życzenia innych osób, rodziców, rodziny, szkoły, raczej niż swoje własne. Takim, który mając coś do powiedzenia lub pokazania, nie czyni tego bojąc się kompromitacji. Zawsze tak to czułem, tkwiło to w mojej świadomości. Może właśnie dlatego byłem też wielkim marzycielem. Marzyłem o dwóch rzeczach. Pierwsza, zostać sławnym człowiekiem, dzisiaj powiedzielibyśmy celebrytą. Nie miałem oczywiste najmniejszego pojęcia jak to osiągnąć. Chyba podświadomie czułem, że oznaczałoby to być sobą mimo swych niedoskonałości. Moim drugim marzeniem było zostać aktorem. Naoglądałem się filmów i to rozbudziło moje pragnienie bycia kimś takim, jak ich bohaterowie. Uwielbiałem wielu z nich. Dużo też czytałem, różne powieści, legendy, mity, opowiadania, ale nie umiałem o nich porozmawiać. Nie potrafiłem rozmawiać z dziećmi ani z dorosłymi, wstydziłem się. Szczerze i bez wahań rozmawiałem jedynie z moim ukochanym psem Ratakiem.

Będąc już w domu, w okresie rekonwalescencji, czekałem, aż coś się zmieni choć nie wiedziałem co. Myślę, że czekałem na moje przeznaczenie. Pojawiło się ono w dniu, kiedy poczułem się dosyć dobrze fizycznie i całkiem dobrze psychicznie. Nagle zdałem sobie sprawę z niezwykłej szansy spełnienia moich marzeń. Była to spontaniczna decyzja. Postanowiłem grać. Nie miałem gotowego scenariusza, pisało go życie na bieżąco. Postanowiłem grać ofiarę ciężkiego wypadku, który naruszył jej zdrowe zmysły, pacjenta porzucającego rzeczywistość na rzec halucynacji, urojeń i dziwacznych fantazji.

Przypomnę kilka momentów z tego okresu na podstawie notatek, jakie prowadziła Elisapie: halucynacje o krwi skapującej z przeciętej szyi na podłogę, rozmowy z nieobecnymi lub nieistniejącymi osobami, strach przed gangreną i amputacją głowy, rozmowy z samym sobą, utożsamianie się z tułowiem bardziej niż z głową, zachwyt nad bogactwem własnych myśli, zainteresowanie fizjologią organizmu, obsesja cytowania przysłów, podświadome przyswajanie sobie fachowej wiedzy lekarskiej czy też spór doktrynalny z proboszczem Paulem Parsonsem o objawianiu się Boga.

Zachwycało mnie to, że nikt nie zauważył, że te rzekome majaki i halucynacje to czysta gra aktorska. To mnie ekscytowało i wzruszało, to była moja nagroda. Widziano mnie takim, jakim pragnąłem, aby mnie widziano. Bałem się tylko psychologa Chrisa Mosera. On jeden zdawał się mieć wątpliwości co do mojego zachowania. Zaczął mnie podejrzewać. Domyślałem się tego po jego sposobie patrzenia na mnie, pytaniach, jakie mi zadawał, wątpliwościach jakie wyczuwałem w jego głosie. Na szczęście uratowała mnie kultura naszego społeczeństwa. Podejrzewam, że Chris bał się, że ujawniając prawdę o mnie nikt by mu nie uwierzył, że zdyskredytowałby się jako fachowiec widzący coś, czego inni nie widzą. To była uzasadniona obawa z jego strony. Miał rację, sam bym prawdopodobnie tak uczynił. Odpowiadało mi jego postępowanie, bo mnie ratowało.

Kiedy mówca przerwał, na sali zapanowała cisza. Słuchać było tylko, jak za oknem bawią się dzieci.

– Tylko jedna osoba była w to wtajemniczona, moja żona Elisapie. Na początku wzdragała się przed tym, abym „robił z siebie idiotę”, jak to określiła, ale zgodziła się. Musiałem ją wtajemniczyć. Potrzebowałem wsparcia, kogoś kto recenzowałby moje zachowania i relacjonował mi, jak jest ono odbierane przez ludzi, czy nie budzi wątpliwości, czy ktoś mnie nie podejrzewa o grę, o nieuczciwe postępowanie, o robienie z kogoś wariata. Byłem przekonany zresztą, że Elisapie pierwsza by mnie rozgryzła, moje niestandardowe zagrania, bo znała mnie za dobrze.

Elisapie okazała się równie dobrą, jeśli nie lepszą aktorką niż ja. Cudownie zagrała rolę żony zazdrosnej wobec psycholożki Jenny. To było bardzo przekonywające. Podobnie jak później z Chrisem, zaniepokoiłem się, że Jenny zaczyna domyślać się gry z mojej strony, nieszczerości, bo zaczęła mi zadawać pytania, na które trudno mi było odpowiedzieć. Dlatego trzeba było ją wyeliminować. Elisapie zrobiła to szybko i skutecznie, wyznając naczelnikowi Svalbardowi, jak bardzo nienawidzi Jenny

– Elisapie, skarbie! – przerwał Jalapo – dzielę się z tobą moimi osiągnięciami i zaszczytami.

Odtworzyłem państwu moją biografię w wersji uzupełniającej. Nie od momentu wypadku ale od chwili, kiedy poczułem się dobrze psychicznie i naszło mnie natchnienie, aby zacząć grać. Było to niezwykłe urzekające. Chodzi mi o poczucie, że na oczach ludzi gram człowieka, któremu wskutek urazu fizycznego i skomplikowanej operacji rzeczywistość miesza się z fantazją i urojeniami. Inaczej mówiąc, kliniczny przypadek zaburzeń psychicznych i intelektualnych.

Podsumowując, mimo ciężkiego wypadku, nieszczęścia, jakie mnie spotkało, udało mi się osiągnąć to, czego zawsze pragnąłem: sprawdziłem siebie jako aktor i zostałem celebrytą. Zagrałem w sztuce, w której początek scenariusza stworzyło życie, a resztę dopisałem, wyreżyserowałem i zagrałem ja sam. Osiągnąłem bardzo wiele i nauczyłem się bardzo wiele. Mam nadzieję, że nikogo moim postępowaniem nie uraziłem. Dziękuję, że byliście państwo moimi słuchaczami, a niektórzy z was także widzami mojego spektaklu. Proszę teraz pana burmistrza o dokończenie swojego przemówienia. Dzisiaj każdy ma prawo się wygadać.

Peter Kusugak podszedł do mównicy i serdecznie objął Jalapo. Wzruszył się, słowa uwięzły mu w gardle. Odczekał chwilę, aby kontynuować.

Drogi Jalapo! Jesteś Innuitą, jednym z nas, takim samym, ale równocześnie innym. Jesteś nowoczesny. Dlatego nie proponuję, aby świętować twój powrót z krainy duchów do krainy żywych w tradycyjny sposób, tańcem przy akompaniamencie bębna wykonanego z pęcherza wieloryba. Kiedy obydwaj byliśmy bardzo młodzi, bawiliśmy się w ten sposób w wielkim igloo mojego dziadka, śpiewem i tańcem przedstawiając historie naszych przodków i duchów. Tak kultywowaliśmy wówczas wiarę i zwyczaje. Nasi przodkowe praktykowali szamanizm, wierzyli, że zwierzęta, rośliny, rzeki, góry oraz siły natury posiadają duszę. Kiedy któraś z tych istot odeszła z naszego świata, kontynuowała życie w świecie duchów. Ty nam pokazałeś inną stronę naszej duchowości, aktorstwo, udawanie, że jest się innym, coś, co jest w obecnej kulturze powszechnie akceptowaną formą oszustwa. Przeniosłeś nas do współczesności i to w sposób tak przemyślny, że nikt tego nie zauważył. Wydawało nam się, że jesteś pomylony, kiedy ty byłeś nad wyraz przytomny. To my myliliśmy się w ocenie ciebie i twojej sytuacji. Swoją grą zasłużyłeś na powszechny podziw.

Zapraszam teraz wszystkich na lampkę szampana. Prawdziwego, francuskiego, nie oszukiwanego.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 04 2020

0Shares

Biblioteka opowiadań. Opis zmian. 

Dzisiejszy dzień poświęcam na porządkowanie biblioteki opowiadań na stronie autorskiej oraz komunikacje z Państwem, moimi Czytelnikami. Robię to między innym dlatego, aby móc bardziej skoncentrować się na pisaniu.

Poszczególne opowiadania kolejno scalam w jeden tekst łącząc razem odcinki publikowane pod różnymi datami. W tekście pozostawiam tylko numery odcinków (Odc. 1, Odc. 2 itd.) bez nazw, aby Czytelnik mógł łatwiej zapamiętać, który odcinek ostatnio czytał.

Wyrzucam przerywniki w postaci gwiazdek rozdzielających tematyczne bloki opowiadania.

Z opowiadań usuwam zdjęcia i obrazy. Tekst będzie wyglądać bardziej jak książka.

Do spisu opowiadań (co jakiś czas przesuwanego na dzień bieżący) dodaję ilość wyrazów zawartych w opowiadaniu oraz ilość odcinków. To pokazuje długość tekstu.

Pod opowiadaniem umieszczam imię i nazwisko autora i datę powstania opowiadania. Jeśli kopiujecie Państwo tekst, proszę o pozostawienie tej informacji. To kwestia praw autorskich, także popularyzacji autora i jego twórczości. 

Ponawiam prośbę o stawianie lajków. To ważna wskazówka, które opowiadania przyjąć do zbioru, jaki zamierzam wydać w formie książkowej być może jeszcze w tym roku.

Możecie Państwo kontaktować się ze mną przez formularz kontaktowy (patrz górny pasek menu po prawej stronie) albo dodając komentarz bezpośrednio do blogu.

Będę wdzięczny za komentarze, także krytyczne; zwracają one uwagę na coś, co mogę lub powinienem poprawić, zmienić lub dodać. To kwestia nieprzerwanego doskonalenia się.

Zastanawiam się, czy nie odejść od pseudonimu literackiego Michael Tequila na rzecz Michał Tequila. Jedna i druga forma ma swoją wartość.

Piszcie do mnie.
Pozdrawiam serdecznie,
Michael (Michał) Tequila.

0Shares

Goryl. Opowiadanie.

Odc. 1

W nocy padał intensywny deszcz. Prezes partii Jeden Naród, Anastazy Czuryłło, obudził się i słyszał, jak na balkonie krople uderzają o metalową balustradę tworząc nieprzerwany, uspokajający szum. Chwilę potem usłyszał kroki na balkonie, miał wrażenie, jakby ktoś się skradał. Wiedział, że jest to niemożliwe. Chwilę później zasnął.

– Spotka mnie jakaś niespodzianka. Ten deszcz… – Zaczął rano przy śniadaniu. Żona nie podjęła tematu, szybko zapomniał o wszystkim. Miał wiele spraw na głowie. Martwił się, partia traciła popularność, pokazywały to sondaże.

Rano do siedziby partii przy ulicy Dostojewskiej 12 zgłosił się mężczyzna. Wszedł niezauważony, choć w pomieszczeniu były dwie osoby; sekretarka prezesa, Maria Bor, i jego osobisty asystent, Jan Kantar. Mężczyzna podszedł do biurka sekretarki miękkimi, skradającymi się krokami, zatrzymał i spokojnym, gardłowym głosem wyraził swoje życzenie.

– Chcę zapisać się do partii Jeden Naród. Słyszałem o niej wiele dobrego. Czy mogę prosić o formularz członkowski? Chciałbym go wypełnić i od razu złożyć.

Nieoczekiwane wejście i nagły nieznajomy głos z dziwnym akcentem wystraszyły sekretarkę. Zaskoczona podniosła głowę i ogarnęła mężczyznę niepewnym spojrzeniem. Był średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Jego policzki pokrywał intensywny cień czarnego zarostu, szczyt głowy zdobiła czupryna sztywnych włosów. Miał ciemniejszą karnację twarzy; jego uniesione do góry prawie zrośnięte ze sobą krzaczaste brwi wyrażały zdziwienie. Nietypową twarz uzupełniały szeroki nos i wydłużone usta.

Obraz natychmiast skojarzył jej się z tatuażem „Niebieska twarz goryla”, którego wielką reklamę widziała w oknie wystawowym studio tatuaży Rebeka.  Od razu pomyślała o mężczyźnie „Goryl”. Poczuła się nieprzyjemnie.

– Czy mogę prosić o imię i nazwisko? – Pytanie nie było konieczne; za chwilę i tak miałaby formularz z wszystkim danymi osobowymi. Uczyniła to odruchowo, jakby ze strachu, na wszelki wypadek. Po chwili refleksji zrobiło jej się przykro, poczuła się nieswojo, że skojarzyła sobie zwykłego człowieka z małpą. Cała sytuacja wyprowadziła ją z równowagi. Ręce jej drżały, kiedy sięgała po formularz.

– Adrian Eze. Mogę podać pani od razu datę i miejsce urodzenia oraz adres zamieszkania i numer paszportu. Imię Adrian wymówił w miękki nietypowy sposób.

Widząc zaskoczenie w oczach sekretarki, mężczyzna wyjaśnił:

– Jestem obcokrajowcem ale mam już przyrzeczenie obywatelstwa. Moim ojcem jest Anglik urodzony w Nigerii, a matka Polką urodzoną we Francji. – Eze rozgadał się. Kontynuował, widząc zainteresowanie w oczach sekretarki. – Chcę się zapisać do partii, ponieważ zawsze byłem aktywny społecznie. O partii Jeden Naród słyszałem wiele dobrego – powtórzył frazę użytą na początku spotkania. – Wiem jakie wartości reprezentuje, jakie ma cele. Wczoraj wszedłem na stronę internetową i przeczytałem statut, bo wiem, że będę musiał podpisać oświadczenie o jego przestrzeganiu.

Sekretarkę ujął rzeczowy ton petenta; uspokoiła się, pozostając ciągle pod wrażeniem podobieństwa twarzy do reklamy z okna wystawowego.

– Dziękuję. Nie potrzeba. Pańskie dane spiszę za chwilę z formularza.

Eze wypełnił formularz, podpisał oświadczenie o przestrzeganiu statutu i oddał obydwa dokumenty sekretarce, po czym wyszedł z pokoju zabierając po drodze ze stojaka folder reklamowy partii. Maria odetchnęła z ulgą i zapytała kolegę siedzącego przy sąsiednim biurku, co sądzi o kandydacie. Adam, asystent prezesa, odniósł podobne wrażenie.

– On jest rzeczywiście podobny do goryla.

Podekscytowani rozmawiali o zdarzeniu kilka minut. Swoimi obserwacjami podzielili się w czasie lunchu z przyjaciółmi pokazując im zdjęcie Eze przyczepione spinaczem do deklaracji członkowskiej.

Zanim podanie Adriana Eze zostało rozpatrzone, w siedzibie Jednego Narodu wszyscy wiedzieli o nowym kandydacie. Mimo, że w partii obowiązywała zasada niedyskryminowania ludzi ze względu na wygląd, pochodzenie, religię czy rasę, ksywa „Goryl” przylgnęła do niego i natychmiast weszła do obiegu partyjnego.

Wywiad z kandydatem odbył się dziesięć dni później. W chwili jego przybycia, w gabinecie prezesa obecny był on sam i komisja kwalifikacyjna. Jej przewodniczący i dwóch członków stawili się z obowiązku, pozostała dwójka, kobieta i mężczyzna, przybyli z ciekawości. Zwyczajem partii było angażowanie większej ilości osób w ocenie nowych członków. Prezes przypominał na naradach, że ocena kandydata jest wtedy pewniejsza i bardziej wyważona. Rozmowa prowadzona przed przybyciem Eze dotyczyła potrzeby pilnego naboru nowych członków partii.

– To zmusza nas do przyjmowania także obcokrajowców coraz liczniej osiedlających się w naszym kraju. Nie możemy tego uniknąć. To konieczność. Oni są zresztą bardzo pomocni. Chcą się wykazać i nie boją się żadnej pracy. Łatwo podporządkowują się zasadom organizacji – argumentował przewodniczący komisji kwalifikacyjnej.

Dyskusja podzieliła zebranych. Część uczestników była przeciwna lub co najmniej niechętna obcokrajowcom, osobom reprezentującym inną kulturę czy religię. Niechętny był im także prezes partii; męczyła go ich odmienność, wiara, wygląd, sposób zachowania, nieznajomość tradycji i zwyczajów lokalnych, nie mówiąc o języku.

W chwili wejścia Eze do pokoju, rozmowy ucichły. Prezes wstał z fotela, obszedł biurko i podał mu rękę. Poczuł zaskakująco mocny uścisk dłoni.

Komisja kwalifikacyjna już wcześniej przeprowadziła wywiad środowiskowy, zebrała informacje o kandydacie i postanowiła udzielić mu rekomendacji.

– Mimo jego społecznej i kulturowej odmienności – wyjaśnił przewodniczący komisji. – Ten człowiek cieszy się dobrymi opiniami, jest życzliwy, pracowity, spokojny. Nie widzę przeciwskazań. Za jego przyjęciem przemawiają także potrzeby chwili. Zbliżają się wybory, potrzeba nam ludzi do pracy. On będzie dla nas bardzo użyteczny. Musimy pogodzić się z tym, że wygląda inaczej i pamiętać, aby nie powiedzieć przy nim Goryl. Wszyscy tak go nazywają. Nic na to nie poradzę – uzupełnił usprawiedliwiająco, schylając głowę, aby ukryć skrzywienie warg.

Odc. 2

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej z kandydatem pierwsze pytanie zadał prezes Czuryłło. Pytał o to, co było dla niego najważniejsze.

– Czym chciałby się pan zajmować, panie Adrianie, w naszej partii? Czy ma pan jakieś doświadczenia zawodowe, które mógłby pan wykorzystać?

– Chętnie zajmuję się rozwieszaniem afiszów, plakatów i transparentów. Zawsze dobrze mi to szło. Umieszczam je wysoko, na słupach, drzewach i budynkach tak, że nie sposób jest je zerwać, zniszczyć lub uszkodzić, na przykład spryskując je sprejem. Roznosiłem także ulotki, a nawet organizowałem niektóre spotkania i wiece. Nie te najważniejsze oczywiście. Bardzo to lubię. Ja, jak się w coś angażuję, to robię to z pełnym sercem.

Słuchając go prezes myślał, że opatrzność zsyła mu człowieka idealnego do wykonywania pewnych prac w okresie kampanii wyborczych, które tylko nieliczni ludzie potrafią dobrze wykonać.

– Byłem gimnastykiem i pracowałem w cyrku. W takich sytuacjach nabywa się umiejętności użytecznych potem w życiu.

Mocowanie czy zakładanie czegokolwiek na większej wysokości idzie mi bardzo sprawnie – kontynuował Goryl. – Nie boję się pracy na wysokości. Robiłem wiele takich rzeczy jako wolontariusz pracując dla różnych organizacji. Raz także dla partii politycznej. Podobała im się moja robota, ale nie chcieli mnie przyjąć na członka.

Wyznanie Goryla zaniepokoiło prezesa.

– Dlaczego nie chcieli?

– Sam nie wiem dlaczego. Nigdy mi tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko, że poradzą sobie sami, że już mają ludzi sprawdzonych w takich sprawach.

Goryl popatrzył na rozmówców jakby czekając na pocieszenie, że nie potraktowano go przyzwoicie. Widząc tylko wpatrzone w siebie oczy, kontynuował. Starał się pokazać z jak najlepszej strony.

– Jestem człowiekiem ciekawym, jak świat się kręci, i potrafię także zdobywać informacje o ludziach. Dla każdej partii jest ważne, aby jak najlepiej przygotować swoich kandydatów do dyskusji. Im więcej wiedzą o swoich konkurentach, tym lepiej. Mam w tym sporo wprawy, umiem zrobić to dyskretnie – Goryl rozkręcił się, mówił bez skrępowania, nazywając rzeczy po imieniu.

– Dlaczego wybrał pan nas a nie inną partię? – prezesa Czuryłło ogarnął nagły niepokój, czy siedzący przed nim człowiek nie jest przypadkiem wtyczką którejś z partii konkurencyjnych. W grę wchodziło zaufanie.

– Odpowiadają mi wartości, jakie reprezentuje Jeden Naród. Wolność, równość, braterstwo. To hasła rewolucji francuskiej, ale ja w nie wierzę, choć niektóre partie polityczne i organizacje już dawno o nich zapomniały. Dla nich ważniejszy jest postęp techniczny, szybki rozwój gospodarki czy liberalizacja handlu.

– Czym zajmował się pan konkretnie w czasie kampanii wyborczych? – Inni uczestnicy także mieli pytania.

Goryl rozgadał się na temat zadań wykonywanych w Nigerii w okresie wyborów burmistrza Ibadanu.

– Jeździłem wtedy wypożyczonym samochodem, obserwowałem wiece polityczne, robiłem zdjęcia i nagrywałem rozmowy. Inaczej nie mogłem, bo niektórzy ludzie boją się mnie. Tego nie rozumiem, ponieważ nikomu krzywdy nie zrobiłem. To nie leży w moim charakterze. Wyglądam trochę inaczej niż inni, ale nic na to nie poradzę. Taki się urodziłem.

Prezes Czuryłło powoli przekonywał się do niezwykłego kandydata mimo zakorzenionej niechęci do obcokrajowców. .

Po zakończeniu wywiadu na prośbę prezesa w gabinecie pozostał tylko przewodniczący komisji kwalifikacyjnej. Siedział na krześle ze wzrokiem utkwionym w ścianę i czekał. Nie chciał pierwszy zabierać głosu. Prezes dłuższy czas patrzył przez okno, zbierając myśli.

– Nie wydaje ci się, że Goryl, znaczy się Eze, to dobry nabytek dla nas? Zupełnie nietypowy obcokrajowiec, trochę taki dziwny. Goryl. Ta nazwa pasuje do niego jak ulał. Oczywiście ja tak nie myślę, mimo że – jak dobrze wiesz – ni lubię obcych. Mam tylko jedną wątpliwość. On chyba nie jest zbyt inteligentny, bo zawsze mówi otwarcie to, co myśli. Takie miałem wrażenie. A może to dobra cecha? My jesteśmy rozważniejsi, bardziej wyważeni, liczymy się ze słowami. To znaczy … my tutaj, kierownictwo partii, jesteśmy szczerzy ze sobą. Bez tego nie moglibyśmy w ogóle działać. Wracając do Goryla, jestem prawie przekonany, że będzie dla nas bardzo użyteczny, Myślę, że wykorzystamy go w pełni.

Prezes miał na języku jeszcze słowa „Jest idealny do specjalnych poruczeń”, postanowił jednak zachować tę myśl dla siebie. Miał już w głowie pewien plan.

Odc. 3

Nie mając jeszcze stałej pracy, miał ją podjąć dopiero za dwa miesiące, Adrian Eze zaoferował swój czas i energię partii. Prezesowi Czuryłło bardzo to odpowiadało. Zaczął od drobnych spraw. Dawał mu różne zlecenia, przeważnie prace organizacyjne i administracyjne. W sekretariacie dostawiono dla niego dodatkowe biurko.

Bezpośredni kontakt umożliwiał prezesowi obserwację. Goryl bez wahania wykonywał wszystkie zlecenia. Nie było po nim widać, że ma jakieś preferencje, nad czymś się zastanawia lub się waha. Był chętny do pracy bardziej niż inni członkowie partii. Każdy z nich miał jakieś oczekiwania; wychodziły one na jaw prędzej czy później.

Któregoś dnia prezes przywiózł ze sobą psa, czarnego teriera manchesterskiego, o imieniu Nero. Po pracy miał jechać z nim do szczepienia. Goryl natychmiast zaopiekował się zwierzęciem, wyprowadził je na spacer do pobliskiego parku i bawił się z nim dłuższy czas rzucając mu patyk do aportowania. Widać było, że bardzo lubi psy i to z wzajemnością. Prezes zauważył to, jak tylko Goryl wrócił z pupilem po zakończonym spacerze.

Wkrótce Goryl zaczął otrzymywać poważniejsze zlecenia. Otrzymywał je od samego prezesa, wyłącznie w formie bezpośrednich ustnych instrukcji, nigdy telefonicznie. Potem obydwaj omawiali szczegóły, jeśli zleceniobiorca miał jakieś pytania.

Zlecenia pisemne były bardzo rzadkie. Dotyczyły z zasady spraw bardziej zawiłych, z większą ilością szczegółów, wymagających zbierania danych lub opinii, lub sporządzenia analizy statystycznej. Zleceń pisemnych udzielał mu Kantar, osobisty asystent prezesa, w jego imieniu. Wyglądały zawsze tak samo: drukowane na jednej kartce cienkiego papieru, bez oznaczeń i podpisów. Asystent przywoził je rano ze sobą. Były drukowane poza siedzibą partii na drukarce, o której – z wyjątkiem prezesa i jego asystenta – nikt nie miał pojęcia, że w ogóle istnieje. Kantar kupił ją na pchlim targu, w innym mieście, kilka lat wcześniej.

– Nawet gdyby taka instrukcja wpadła komuś w ręce, ich autorstwa nie będzie można nikomu przypisać. Polityka to delikatna materia. Łatwo jest być posądzonym o niewłaściwe postępowanie – tłumaczył Kantar. Przekazując dokument prosił Goryla, aby po zapoznaniu się z treścią, zapamiętał to, co konieczne, a papier podarł na kawałeczki, wrzucił do sedesu i spuścił wodę.

– Ewentualnie możesz spalić papier, aby nie pozostawiać śladów.

W trakcie kolejnej rozmowy w cztery oczy z prezesem, Goryl przyznał się, że doskonale wie, jak go nazywają poza jego plecami.

– Taka jest prawda. Już się do tego przyzwyczaiłem i chyba już mi to nie przeszkadza. Mam szacunek dla ludzi i dla zwierząt, może nawet większy dla zwierząt niż dla ludzi. Wychowałem się w Nigerii, częściowo w dżungli, na terenach gdzie zwierzęta żyją na wolności. Znam ich zwyczaje równie dobrze jak zwyczaje ludzi. Obowiązuje tam prawda, bez względu na to, jak jest okrutna. Ludzie tutaj mają wypaczone pojęcie dżungli, jako czegoś podstępnego, najeżonego pułapkami i oszustwem.

Prezesowi ten fragment rozmowy zapadł w pamięć. Zdziwiło go, ze nieskomplikowany z natury człowiek snuje tak filozoficzne rozważania. Przypominało to zagadkę.

Każde otrzymane zadanie Goryl realizował z jednakowym wigorem i skrupulatnością bez względu na jego skalę, rangę czy znaczenie.

Zastanawiając się nad pracą Goryla, prezesowi mimowolnie nasuwały się dziwne porównania. Pozwalał sobie na nie tylko w obecności asystenta.

– On jest jak dziecko, bawiące się klockami, a zarazem chirurg prowadzący skomplikowaną operację. Obydwaj traktują każdy szczegół z identyczną uwagą, wszystko jest dla nich ważne; dla jednego sposób położenia klocka, dla drugiego precyzyjny ruch skalpela.

Wyniki swoich działań Goryl przedstawiał wyłącznie prezesowi lub jego asystentowi. Nikt poza nimi nie wiedział, że to on jest autorem zdarzeń, które potem wszyscy komentowali. Rzetelność realizacji zadań, wytrwałość i dyskrecja zyskały Gorylowi szacunek prezesa. Goryl stał się dla niego czymś w rodzaju niewidzialnej ręki, ideału pracownika partii, która jak każda inna organizacja podejmuje działania wymagające dokładności, skuteczności i dyskrecji.

– On to naprawdę lubi. Sprawia mu to autentyczną przyjemność. To jest jego życie. – Zadania stawiane mu przez partię poruszają jakąś ukrytą strunę jego osobowości, stanowią wyzwania, w których się spełnia. Przypomina to zdobywanie najwyższego szczytu w Tybecie w warunkach zimowych. – Tłumaczył prezesowi psycholog społeczny, jego dobry znajomy, z którego porad korzystał regularnie od czasu powierzenia Gorylowi pierwszego poważniejszego zlecenia. Chodziło mu o solidne zrozumienie motywacji, postępowania i reakcji członka partii wyraźnie odstającego od przeciętności.

Odc. 4

Z czasem partia powierzała Gorylowi coraz bardziej wymagające i ryzykowne zadania. Dwa razy zakłócił wiec opozycji, raz eksplodując petardę, drugi raz rzucając jajkiem w prowadzącego.

Był niewidzialny, działał jakby poza ludzkimi oczami i kamerami. Potrafił skutecznie zakłócić spotkanie. Jego szczególną umiejętnością było wydawanie z ukrycia przerażającego skowytu, kompletnie wyprowadzającego ludzi z równowagi. Nikt nigdy nie odkrył ich autora. Zdobywał też poufne informacje dotyczące przeciwników politycznych Jednego Narodu. Wiązało się to z niezwykłą łatwością poruszania się w każdych warunkach, wchodzenia do budynków i pomieszczeń, przemykania się bez zwracania na siebie uwagi. Asystent osobisty prezesa skomentował to lapidarnie:

– On naprawdę zasługuje na miano Goryla, ponieważ robi to z autentycznie małpią zręcznością.

Reporterzy i dziennikarze, jeśli nie bali się Adriana Eze, to z pewnością czuli przed nim respekt i nie lubili go. Zaskakiwał ich nieprzyjemnie na spotkaniach organizowanych przez Jeden Naród.

– On jest nieobliczalny. Musisz się przed nim pilnować – ostrzegali się nawzajem. I nie bez przyczyny, ponieważ potrafił nagłym, nieoczekiwanym ruchem ręki a nawet głowy wybić z dłoni aparat fotograficzny lub dyktafon w taki sposób, że wyglądało to na niezręczność. Nie można było go o nic oskarżyć; on sam nie sprzeciwiał się i nie protestował, kiedy mu to wytykano. Wręcz przeciwnie, przepraszał za niezręczność.

Media nie komentowały jego niezwykłych umiejętności, bojąc się oskarżeń o naruszenie ludzkiej godności. Natychmiast zarzucono by im dyskryminację, ponieważ część społeczeństwa przyznała Eze specjalne prawa uznając go za osobę poszkodowaną przez los.

Prezes Czuryłło podejrzewał, że niezwykła zręczność Goryla wynika z dwoistości jego natury, połączenia cech ludzkich i zwierzęcych. W końcu sam uwierzył, że Goryl ma w sobie także geny zwierzęce. Dzielił się tym poglądem niechętnie, wyłącznie z zaufanymi osobami z kierownictwa. Od pewnego czasu traktował Goryla jako kogoś wyjątkowego. Czasem bał się nawet mówić o nim, obawiając się wyjść na głupka, ośmieszyć siebie i partię, że głosi poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

– Mówiąc to czuję się tak, jakbym twierdził, że ziemia jest płaska, kiedy wszyscy są pewni, że jest okrągła.

– Panu prezesowi chodzi o coś znacznie poważniejszego niż dyskusja o kształcie naszej planety – takim i podobnymi komentarzami asystent prezesa usiłował wzmocnić przekaz swojego szefa.

Myśl o nieprzeciętnych cechach Goryla tak bardzo prześladowała prezesa, że zlecił potajemne zbadanie próbki śliny Goryla pozostałej na jego chusteczce higienicznej wyrzuconej do kosza. Badania genetyczne wykluczyły podejrzenia sugerujące związki Adriana Eze ze światem zwierzęcym.

Niezależnie od negatywnych wyników badania, prezes Czuryłło miał coraz więcej obaw. W postępowaniu podopiecznego dostrzegł pewną nieobliczalność; Goryl nigdy nie zastanawiał się nad powierzanymi mu zadaniami; wszystkie bez zastrzeżeń akceptował i realizował, nawet jeśli stały one na pograniczu prawa. Prezes myślał o tym z coraz większym niepokojem.

– Abstrahując od korzyści, jakie osiągamy z jego działań, Adrian stanowi dla nas coraz poważniejsze zagrożenie. On zachowuje się jak dziecko, jest naturalny, otwarty i szczery. Mam wrażenie, że po prostu nie umie kłamać. Jeśli dotychczas nie ujawniono niektórych naszych działań to tylko dlatego, że wszystko mu się dotychczas udawało. W końcu jednak się potknie. To jest nieuniknione, bo nikt nie jest nieomylny. Wtedy sprawa wyjdzie na jaw, pojawi się w mediach, może nawet trafić na wokandę sądową. Zostaniemy oskarżeni, znajdziemy się pod obstrzałem. Czy możemy być pewni, że Adrian pod presją nie obciąży nas wówczas, mówiąc szczerze, co się stało? Czy on potrafi powiedzieć „nic nie wiem w tej sprawie” albo „nie mam tu nic do powiedzenia”, albo „nie wiem, o co chodzi”, inaczej mówiąc zaprzeczyć samemu sobie, swojej naturze? Czy w ostrej konfrontacji, na przykład w sądzie, nie wyzna wszystkiego, co wie?

Odc. 5

Po zwycięskich wyborach parlamentarnych, w których Eze miał znaczący choć milczący udział, zwolniono go z partii. Zaskoczyło to wszystkich. Decyzje podjął osobiście prezes Czuryłło. Konsultował ją tylko z dwoma najbliższymi współpracownikami, swoim zastępcą oraz asystentem osobistym. Aby upewnić się co do słuszności jego decyzji, wspólnie ocenili działania i charakter Goryla. Podsumowanie w ustach prezesa zabrzmiało jak uzasadnienie wyroku sądowego.

oryl zyskał sławę, nie da się tego ukryć, jako utalentowany i oddany członek naszej partii. Ludzie z zewnątrz też to wiedzą. Nie są ślepi i widzą, jak sprawy wyglądają. Też nazywają go Gorylem, czasem także Małpą, czego osobiście nie akceptuję ani nie pochwalam, co jednak mogę zrozumieć. To, co jest najgorsze, sam zrozumiałem to bardzo późno, to fakt, że on nie umie kłamać. Gdyby ktoś sprytnie go podszedł, gdyby przyciśnięto go do muru, nie umiałby zaprzeczyć, skłamać, co u nas robił i nadal robi. Człowiek nie umiejący kłamać, dla wielu ideał etyczny, dla partii politycznej jest niebezpieczny. Powiem szczerze, bardzo niebezpieczny. Dlatego musiał odejść z partii. Teraz najważniejszą kwestią jest, jak to zakomunikować, aby ta decyzja była zrozumiała dla innych członków partii. Musimy to jakoś wytłumaczyć i wy musicie mi pomóc w stworzeniu przekonania, że była to słuszna decyzji. Po co nam członek partii, którego niewzruszona etyka naraża nas na poważne niebezpieczeństwo?

W rozmowie w cztery oczy z Adrianem Eze, prezes przedstawił swoją decyzję jako decyzję kierownictwa podyktowaną interesem całej partii.

– Mimo niewątpliwych zasług dla Jednego Narodu, nie jesteś dobrze widziany przez większość naszych członków. Nie lubią cię, unikają kontaktów z tobą, są ci niechętni. Mają jakieś powody, których nie rozumiem, bo nie chcą o nich mówić, To wprowadza ferment w nasze szeregi. Dlatego musimy się rozstać. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

Eze nie rozumiał decyzji partii. Zajęło mu trochę czasu, zanim pogodził się z nią. Po decydującym spotkaniu z prezesem, rozmawiał jeszcze raz z nim samym i z jego asystentem. Obydwaj prosili go, aby nie dzielił się treścią rozmowy z innymi osobami.

Rozżalony na los Adrian zaglądał częściej do knajpy “Hot Africa”. Siedzącego samotnie w kącie przy stoliku wypatrzył Zeno Treska, kolega partyjny. Poznali się współpracując przy dwóch projektach. Treska polubił Adriana ze wszystkimi jego zaletami i słabościami. Nie przeszkadzała mu inność fizyczna i kulturowa. Nie porównywał go ze zwierzętami. On jeden w rozmowach z członkami partii nie używał ksywy Goryl, tylko imienia lub nazwiska. Na zakończenie spotkania, zapytany jak sobie radzi finansowo, Adrian wyjaśnił:

– Ty jeden traktujesz mnie przyzwoicie, więc odpowiem ci szczerze. Otrzymuję od partii świadczenie finansowe. Płatności idą z funduszu specjalnego i są traktowane jako usługi konsultacyjne. Jestem poza partią, ale pozostaję jej stałym doradcą. Mam nadzieję, że prezes zechce jeszcze skorzystać z moich usług. 

– To wszystko prawda? – Zapytał Treska ciesząc się, że Adrian otrzymał rekompensatę za niesprawiedliwą decyzję.

– Wszystko, co usłyszałeś ode mnie, jest zgodne z prawdą. Nie znoszę kłamstwa, nawet jak robię coś podłego. Czarne to czarne, białe to białe.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 marca 2020

0Shares

Miniatura z kolibrem. Opowiadanie.

O godzinie czwartej rano, kiedy mężczyzna jest najbardziej twórczy, zamiast zająć się czytaniem Kamasutry, Iwan Iwanowicz pisał opowiadanie. Sam nie wiedział dlaczego, nigdy przedtem tego nie robił. Wyszło tak krótkie, że musiał je przeczytać trzy razy, aby nabrać poczucia, że coś rzeczywiście stworzył.

Dzieło miało klasyczny kształt, początek, rozwinięcie i zakończenie. Od pierwszej do ostatniej litery wypełniała je niebagatelna fabuła, niosąca pocieszenie dla obywateli strapionych pojawieniem się strasznego Gonokoka Królewskiego, o którym wszyscy słyszeli, nikt go jednak nie widział.

Była to historia samotnej kropli alkoholu, której udało się wyrwać na wolność z butelki, gdzie nastąpiło udane połączenie miłosne spirytusu i pszczelego miodu w dodatkiem aromatycznych ziół. Wiedział, jak dobry i mocny jest to nektar, ponieważ jego ojciec przygotował niegdyś litr takiego trunku i starszy brat go upił. Iwan Iwanowicz był wtedy jeszcze dzieckiem i dawał się straszyć wizjami, jakie nieszczęścia go spotkają, jeśli nie spróbuje cudownego ojcowskiego napoju, jak i mamić pochlebstwami, jaka to radość go spotka, jeśli to uczyni.

Zastanawiał się nad tytułem opowiadania.

Myślał o czymś finezyjnie wdzięcznym, odpowiadającym powabowi miniatury. Dwa tytuły przyszły mu do głowy. Pierwszym była “Kropla”. Po chwili zastanowienia, odrzucił go, uznając nie tylko za banalny, dziecinnie prosty, ale i niebezpieczny, bo mogący sugerować coś nieprzyzwoitego, na przykład kroplę zjadliwego wąglika rozpuszczonego w wodzie zdolnego unicestwić wielkie miasto.

Drugie skojarzenie, „Koliber”, wydało mu się o niebo lepsze. Jak tylko zapisał tytuł kształtując jego pierwszą literę na podobieństwo skrzydeł ptaka, usłyszał cichy szum. Ptak ożył i poruszał miniaturowymi skrzydełkami, aby utrzymując się nieruchomo nad kroplą z opowiadania, spijać jej nektar.

Nie trwało to długo. Jak tylko skończył się napój, koliber zwalił się pijany na podłogę i zaczął chrapać. Iwan Iwanowicz nie wierzył własnym oczom. Po metamorfozie z delikatnego ptaszka w obrzydliwie chrapiącego potworka, koliber wydał mu się czymś równie łajdackim jak miłość bez seksu, kradzież ostatniej pary butów bezdomnemu, czy wyssanie z piersi kobiecej ostatniej kropli mleka przeznaczonej dla zgłodniałego oseska. 

Po tych wszystkich dodatkach, z koliberkiem, piciem nektaru, upadkiem i chrapaniem, opowiadanie urosło do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Iwan Iwanowicz przeczytał je ponownie i uznał za udane. Było o niebo lepsze niż to pierwsze, miniaturowe. Kiedy uświadomił sobie piękno formy i treści, zrozumiał, że po stworzeniu takiego arcydzieła nie wyjdzie już z uwielbienia dla siebie samego. Postanowił zostać Narcyzem, człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, że nie potrafi dostrzec potrzeby radykalnej naprawy psychiki, do czego od dawna zachęcała go rodzina. Myśl o Narcyzie przyniosła mu tyle ulgi, że zasnął. Śniło mu się ze zdziecinniał, co uznał za najlepsze rozwiązanie w czasach, kiedy za dziecko otrzymuje się niezły profit. Myśląc o pieniądzach, Iwan Iwanowicz pozostał w sennym błogostanie aż do późnego rana.

Kiedy obudził się, w jego głowie gościło już wyjaśnienie, skąd wziął się pomysł opowiadania. Chodziło o odrobinę absurdu, minimalnej dawki higieny psychicznej, niezbędnej dla oderwania się od przykrości, jakie spotykają każdego w życiu: słuchania ludzi nie mających nic do powiedzenia, siedzenia w samochodzie uwięzionym w kilometrowym korku, kobiety niegdyś słodszej od marcepana teraz uświadamiającej ci z konsekwencją walca drogowego, jakim jesteś brudasem lub niedorajdą, czy też – na dobrą sprawę –  mężczyzny, niegdyś kształtnego jak Adonis, teraz przypominającego donicę leżącą z butelką piwa przed telewizorem, ukochanego dzieciątka budzącego cię trzydzieści razy nocą bez podania choćby zmyślonej przyczyny, teściowej kopiącej ci grób przypominaniem, że skończysz na cmentarzu dla oślepionych alkoholem samobójców, szefa o kwadratowym pysku wytykającym ci błędy, których nie akceptujesz, a czasem nawet nie rozumiesz, czy też ukochanego pudla, który pogryzł cię boleśnie, kiedy dla żartu usiłowałeś wyrwać mu kość z pyska.

Po przeczytaniu pełnej wersji opowiadania uznał, że trochę przerysował niektóre sytuacje. Dla równowagi pocieszył się myślą, że nadmiar sarkazmu czy krzywonogiego humoru nikogo jeszcze nie zabił. 

0Shares