Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 140: Wybór metody stworzenia hybrydy

Specjaliści Inż-Genu wbijali z wściekłości zęby w drewnianą framugę drzwi sali konferencyjnej, gdzie spotkali się w celu ostatecznego wyboru metody stworzenia konioczłowieka. Nad wyzwaniem debatowali już tak długo, że w końcu dopadła ich frustracja wywołując gesty rozpaczy i ordynarne przekleństwa. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zintegrowane klonowanie, w którym świeżo stworzone klony konia i człowieka zostałyby scalone w jeden organizm. Przeszkodą był brak doświadczeń w podwójnym klonowaniu. Były jeszcze inne minusy.

– W tym cholernym klonowaniu, do wieku noworodka dodaje się wiek dawcy komórki macierzystej, co niepotrzebnie postarza nowonarodzonego klona. Jeśli koń, dawca komórki macierzystej, ma dziesięć lat, co nie jest znowu niczym niezwykłym, to jego klon w rok po urodzeniu będzie mieć już jedenaście lat. A co będzie, jeśli zsumuje się wiek konia i wiek człowieka, którego klon będzie znacznie starszy niż ten koński! Wszyscy znajdziemy się wtedy w szambie razem z tymi pieprzonymi klonami! – Słowa te nie padły z ust pijanego, wulgarnego chirurga, skłonnego do agresji, ale skromnej genetyczki, która w chwilach głębokiego rozczarowania przypominała sobie język toalet publicznych, z jakich musiała korzystać, kiedy zatykane były rury kanalizacyjne w akademiku.

Wobec metodologicznej niemocy Inż-Genu, zarząd poprosił Zespół Matematyczno-Informatyczny o obliczenie prawdopodobieństwa powodzenia każdej z metod, zintegrowanego klonowania oraz odwróconej amputacji. Zleceniu towarzyszyło pytanie, czy jeśli Inż-Gen wykona ten swój miliard czynności, zapracowując się po pachy, przeżyje tysiące nieudanych prób, to jaka jest szansa, że przedsięwzięcie nie skończy się w ślepym zaułku potwornych kosztów i góry zmarnowanej energii. Kiedy zarząd zadał kolejne pytanie, co i w jakim stopniu może się nie udać w jednej i drugiej metodzie, Inż-Genowcy uznali to za próbę ich dobicia.

Okazało się, że w zintegrowanym klonowaniu minusów jest znacznie więcej niż plusów: długi i złożony proces klonowania, przyśpieszone starzenie się klonu oraz miliardy kombinacji genetycznych do pokonania. Każdy, nawet najmniejszy gen jednego organizmu, musiał współgrać z milionami genów drugiego organizmu.

Metoda klonowania została odrzucona głosami matematyków-probabilistów. Za jej przyjęciem opowiedziała się początkowo grupka genetyków, ale zarzucono im, a potem udowodniono, że swoją mentalnością obejmują tylko geny i genotypy, gubią się natomiast w matematycznej złożoności wzajemnych relacji.

Metoda odwróconej amputacji przewidywała połączenie dojrzałych organizmów człowieka i konia. W tym celu konieczne było uzyskanie ciała konia i ciała człowieka. Musiało to nastąpić w tym samym czasie. Na materiały do operacji przygotowano wielką zamrażarkę i czekano na wypadki drogowe, których rezultatem byłyby dwa zdrowe korpusy, zdatne do połączenia. Szansę powodzenia tej metody Mat-Inf ocenił znacznie wyżej niż zintegrowanego klonowania.

– Nie znaczy to, że jest to metoda łatwa i przyjemna. I tak będziemy musieli naharować się jak dzikie osły, a sala operacyjna będzie przypominać rzeźnię. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni. – Posumował profesor Kary, szef zespołu.

*****

Naukowiec przypomniał sobie przygotowania do operacji odwróconej amputacji.

– Szukaliśmy skrótu, logicznego uproszczenia, jakiegoś wyłomu w ogromie zadania – wyjaśnił patrząc na tablice opisujące genomy. – Myśleliśmy o tym dzień i noc, bez przerwy. Nic nie wymyśliliśmy. Po prostu trzeba było czekać na okazję, na dwie ofiary wypadków. Brzmi to strasznie, ale taka była prawda. Podobnie jak szpital czeka na dawcę serca czy nerki dla swojego pacjenta, my czekaliśmy na śmierć konia i śmierć człowieka, a konkretnie na ich ciała. Mieli to być dawcy szkieletów i wszystkich organów. Potrzebowaliśmy przedniej części tułowia konia i górnej części tułowia człowieka. W końcu nadszedł taki moment. – Snując wspomnienia, profesor ilustrował swój wykład na elektronicznej tablicy. Na ekranie ukazały się dwa tułowia.

– Staram się nie szokować państwa, bo wygląda to jak rzeź z horroru filmowego. Ja i mój zespół jesteśmy do takich widoków przyzwyczajeni. Od lat jesteśmy chirurgami, mimo to też przeżyliśmy niemało stresu. Na początku od odoru wszyscy rzygaliśmy jak koty z wyjątkiem mojego asystenta, któremu kiedyś operacyjnie usunięto przegrodę nosową razem z włoskami i nitkami węchowymi.

Profesor przerwał i zezwolił na zadawanie pytań. Było widoczne, że jest nieco znużony i potrzebuje chwili wytchnienia.

– Co było najtrudniejsze w całym procesie tworzenia Obiektu jako przedstawiciela nowego gatunku? – Pytanie zadał członek Zespołu Matematyczno-Informatycznego.

Profesor zastanawiał się chwilę dobierając słowa, aby w miarę prosto wyjaśnić złożone zagadnienie inżynierii genetycznej.

– Skala przedsięwzięcia. Nikt tak skomplikowanego zadania nie realizował przed nami. Poważne problemy zaczęły się na stole operacyjnym. Znalazły się na nim dwa korpusy: mężczyzny przepołowionego przez pociąg na wysokości bioder oraz konia, który utracił głowę w wypadku. Urwała mu ją młockarnia, kiedy usiłował schwycić pyskiem pęk zielonej trawy zagubionej w snopku słomy. Dwie części dopasowaliśmy do siebie, godzinami łącząc żyły, żyłki, nerwy, tkanki, mięśnie, aby potem podłączyć organy wewnętrzne. Zanim to nastąpiło stworzyliśmy strefę buforową między dwoma organizmami. Nazwaliśmy to strefą dostosowania genetycznego. Był to obszar przekazywania sygnałów, jak obydwa organizmy powinny się łączyć, aby nastąpiła udana integracja. To była najtrudniejsza część. Pomagali nam w tym koledzy z Mat-Infu modelowaniem matematycznym. Najpierw przy naszej pomocy stworzyli modele genomu człowieka i genomu konia, potem model genetyczny niezgodności, potem model konwersji sygnałów, włączania i wyłączania genów. W ten sposób mogliśmy manipulować materiałem genetycznym uzupełniając luki wykryte w powstającej hybrydzie przez biomatematyków i biogenetyków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 137: Organizacja pracy Laboratorium

Po podjęciu decyzji stworzenia konioczłowieka i nadania mu imienia Josef firma wpadła w rutynę szalonych spotkań, dyskusji i decyzji. Zasady współpracy laborantów celowo zostały określone w sposób ogólny, aby zachować elastyczność i nie krępować inicjatywy i inwencji twórczej. Wyglądało to, jakby zostały pozostawione żywiołowi.

Wzorując się na awangardowych firmach, traktujących pracowników jak współwłaścicieli, zarząd zapewnił laborantom całkowitą swobodę postępowania; mogli uczestniczyć w pracy dowolnego zespołu i włączać się do projektów, gdzie uważali, że wniosą znaczący wkład. Tworzyło to masę synergii. Pewne słabości, jakie wystąpiły, uznano za koszt uzyskania wysokiej wydajności pracy. Salki rozłożone wokół dużej sali konferencyjnej wyposażono w fotele i kanapy do wypoczynku w czasie pracy. Pracownicy mogli także korzystać bez ograniczeń z kawy, herbaty i innych napojów oraz papierosów.

Opór pracowników budziły na początku kamery przemysłowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma musi je mieć dla bezpieczeństwa. Były one wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz budynków, we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem toalet i przebieralni należącej do siłowni. Pracownicy pogodzili się z nimi dopiero po ustaleniu, że na żądanie każdy z nich będzie mieć dostęp do nagrania z dowolnej kamery. Po upływie trzech miesięcy nagrania niebudzące wątpliwości Działu Bezpieczeństwa i zarządu były kasowane. Było to bardzo demokratyczne i uspokajające.

W pracach Laboratorium uczestniczyli psycholodzy i psychoterapeuci. Ich rolą była integracja psychiczna konioczłowieka jako przedstawiciela dwóch różnych gatunków. W razie potrzeby mieli też pomagać pracownikom. W gronie naukowców i praktyków był także psychiatra. Zarząd firmy uważał, że jego pomoc raczej nie będzie potrzebna załodze. Gdyby wymagana był interwencja psychiatry, byłby to przypadek specjalny.

Przed zatrudnieniem wszyscy przeszli testy psychologiczne. Pracownicy mieli do siebie zaufanie, ale zachowywali czujność, licząc się nie tyle z nieuczciwością czy zdradą członków organizacji, ile ze słabością charakteru, nieuwagą czy nieostrożnością. System się sprawdzał, potwierdzały to informacje przekazywane zarządowi przez Zespół Bezpieczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy w tym samym kotle jak na ognisku u dzikiego luda. Jeśli jeden z nas zechce podgrzać zawartość do temperatury wrzenia, sam także się ugotuje. To jest nasza gwarancja.

Dykteryjki tego rodzaju opowiadano dla rozładowania napięcia, nieuniknionego w przedsięwzięciach dużego ryzyka. Nie było to pozbawione naukowych podstaw.

Dla rozwiązywania konfliktów Laboratorium stosowało metodę kręgów naprawczych, obejmujących kręgi otwierające, wspólne i zamykające. Metoda dała zaskakująco pozytywne rezultaty. Zdarzało się, że pod koniec dnia pracy ludzie padali sobie w ramiona wybaczając sobie nawzajem niewłaściwe zachowania, przekleństwa, agresywność, niechęć, podszczypywanie i podglądanie, a nawet grzechy przeszłości. Kręgi naprawcze były odpowiednikiem spowiedzi, pokuty i wybaczenia; w sprawach najpoważniejszych miały zastąpić sąd.

Praca nad człowiekoniem wyzwoliła pokłady inicjatyw i wynalazczości. Ulepszono narzędzia prezentacji i analizy tworząc innowacyjne rysunki, schematy, projekcje, animacje, modele symulacyjne oraz bazy danych. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, którzy nazywali siebie facylitatorami. Usprawniali oni komunikację między osobami i grupami, pomagając znaleźć wspólne rozwiązania, uściślając kody językowe, wyjaśniając intencje stron oraz motywując do osiągania wyznaczonych celów.

Podstawowe zasady pracy Laboratorium były przejrzyste i surowe. Z samego rana na sali konferencyjnej odbywała się dyskusja ogólna przy wielkim, okrągłym stole. Po jej zakończeniu uczestnicy łączyli się w zespoły do pracy przy mniejszych stołach. Każdy pracownik mógł w każdej chwili zmienić zespół, aby aktywnie uczestniczyć w dyskusji lub tylko po to, aby jej się przysłuchiwać. Po południu odbywała się ponownie dyskusja ogólna przy wielkim stole dla omówienia wyników prac w zespołach roboczych.

– I tak w kółko Wojciechu. W końcu dnia masz wszystkiego dosyć, ale równocześnie jesteś zachwycony. Jeśli odczuwasz zbyt dużo presji, wyłączasz się. Nikt nie pracuje ponad siły, byłoby to niebezpieczne. Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy. – Była to opinia, którą można było słyszeć z niejednych ust.

Jeśli chodzi o wypoczynek, to oprócz spacerów, zajęć na wolnym powietrzu i ćwiczeń na wolnym powietrzu, laboranci mieli także inne możliwości rozrywki i relaksu: dwie biblioteki, kino, kluby dyskusyjne, telewizję. Po nocnym odpoczynku powracali rano do pracy w pełni zregenerowani. Pokoje odpowiadały standardem czterogwiazdkowemu hotelowi.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 135: Taksydermia i Centaur

Nadawanie odpowiedniego kształtu i pozy martwemu okazowi niegdyś żywego organizmu wymagało czasu i cierpliwości. Najwięcej uwagi trzeba było poświęcić oczom, uszom i nosowi. Musiały one harmonizować ze sobą. Każde zwierzę ma swoje proporcje, decydujące o jego wyjątkowym wyglądzie i pięknie. Na końcu Taksy podkreślił, że zwierząt się już nie wypycha, ale preparuje i że proces ma charakter naukowy.

Słuchając wynurzeń taksydermisty laboranci zdali sobie sprawę, jak niezwykle ważny jest dokładny obraz i opis Obiektu. Dynamika! To było właściwe słowo. Oznaczało dziesiątki sytuacji i tysiące form zachowań konioczłowieka, który musiał umieć stać prosto i zginać się, opuszczać i podnosić łeb, wyginać się na boki, przeciskać się przez wąskie przejścia, skradać, skakać, wylegiwać się, tarzać się po ziemi a nawet pływać. Wszystkie te czynności musiały być zakodowane w Obiekcie.

W trakcie wykładu Taksy’ego laboranci stworzyli listę czynności, jakie konioczłowiek będzie musiał wykonywać, dopisując je do tych, które przyszły im do głowy wcześniej: baraszkowanie, nastawianie uszu, kopanie, mruganie, klękanie oraz wszystkie formy chodu, łącznie z najbardziej wymyślnymi wykonywanymi w takt muzyki.

Laboranci dyskutują kategorie centaura, człowiekonia i konioczłowieka

Dyskusję o kształcie Obiektu udało się zawęzić do wzorców centaura, konioczłowieka i człowiekonia. Pierwsza padła propozycja stworzenia Centaura, takiego, jak go sobie wyobrażano w starożytnej Grecji: tors człowieka z ludzką głową i rękami osadzony na korpusie konia z czterema nogami i ogonem. Dyskusja nad Centaurem była obciążona silnymi przekonaniami.

– Centaur – argumentowali przedstawiciele grupy identyfikującej się z nim – ma jedną wielką zaletę: najpełniej łączy konia i człowieka. Jest niezwykle silny i ludzie są już do niego przyzwyczajeni. Każdy go zna z mitologii, obrazów, filmów i literatury.

Matematykom i logikom nic się nie zgadzało w modelu Centaura.

– Co mianowicie? – pytali o szczegóły jego zwolennicy.

– Nie zgadza nam się rachunek optymalizacyjny, a konkretnie ilość kończyn, organów wewnętrznych i dwa tułowia. Centaur ma sześć kończyn: cztery dolne, czyli nogi konia, oraz dwie górne w postaci rąk człowieka. Do tego dochodzą dwa tułowia, jeden ludzki i jeden zwierzęcy, oraz jedna ludzka głowa. Kiedy do anatomii dodaliśmy fizjologię, powstała prawdziwie diabelska kombinacja, przeszkoda nie do pokonania w konstrukcji hybrydy.

Temat Centaura wracał kilkakrotnie. Komplikował on sprawę dublowaniem systemów fizjologicznych: dwie wątroby, dwa serca, dwie trzustki, dwie pary płuc i tak dalej, wszystkie lub prawie wszystkie organy zdublowane i to należące do zupełnie odmiennych genetycznie organizmów. Zespół Matematyczno-Informatyczny poparli fizjolodzy i specjaliści od anatomii.

– Centaur to kocioł genetycznej mieszanki piorunującej, gotowej wybuchnąć przy pierwszej próbie manipulacji, zanim cokolwiek stworzymy. – Główny genetyk nie wahał się użyć określenia „manipulacja genetyczna” zamiast bardziej poprawnego politycznie „inżynieria genetyczna”, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest to manipulacja, w dodatku na niebotyczną skalę.

Sprawę przesądzili filozofka i psycholog społeczny uznając, że życie Centaura w realnym świecie byłoby niemożliwe. Było to środowisko dwóch skonfliktowanych gatunków, konia i człowieka, w którym jeden gatunek, człowiek, uważał drugi gatunek za niższego rzędu.

– Moim zdaniem Centaur jest kompletnie do dupy – brutalnie podsumowała filozofka Sofia. Była zła, miała bolesną miesiączkę, a w dodatku nie mogła napić się szampana, za którym przepadała. – Centaur jest tylko chorym wyobrażeniem kilku pijanych starożytnych kretynów. Wiemy, że gdyby naprawdę stanął przed nami, to my, tak jak tutaj jesteśmy, osoby ogarniające uczuciami i wyobraźnią przyszłość, uznalibyśmy go za potwora. Taki stwór miałby natychmiast przeciwko sobie tłumy wrogów. Jestem przekonana, że zostałby w ciągu kilku godzin, jeśli nie kilkunastu minut, zamordowany, najprawdopodobniej ukamienowany lub po prostu uduszony przez fanatyków religijno-politycznych wrzeszczących potwór, pokraka, maszkara, monstrum, chimera. Musimy to sobie szczerze powiedzieć i nie poświęcać czasu na kretyńskie mrzonki.

– Zgadzam się i popieram przedmówczynię. Centaur był dobry w mitologii greckiej, może jeszcze jakiejś innej, ale nie jest dobry dla mnie, nie na stole operacyjnym. Reprezentuję pragmatykę medyczną – dodał naczelny chirurg, po czym dłuższą chwilę przyglądał się swoim dłoniom przypominając sobie najtrudniejsze operacje, jakie nimi przeprowadził.

W nocy uczestnicy dyskusji, co do której istniała jednomyślność, że była płodna, przeżywali męczące, przerażające a nawet bolesne sny. Wszystkim śnił się Centaur, już nie jako postać mitologiczna, ale żywy stwór, dziwoląg, przerażający złożonością swojej anatomii i fizjologii, podstawowych wymiarów każdego żywego organizmu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 134: Dyskusja o nazwach i taksydermii

W dyskusji szybko wykrystalizowały się dwie grupy specjalistów. Pierwszą stanowił Zespół Matematyczno-Informatyczny, który zajmował się logiką wszystkich działań Laboratorium, porządkował wiedzę i procedury, wykonywał obliczenia, kalkulacje i optymalizacje oraz zarządzał systemem informatycznym. Genetycy wytłumaczyli Niotse, że bez matematyki nie ma zrozumienia nawet genomu, podstawowego pojęcia genetyki, gdyż jest on horrendalnie złożony.

Drugim był Zespół Inżynierii Genetycznej, zwany w skrócie Inż-Gen, zrzeszający specjalistów bezpośrednio uczestniczących w tworzeniu żywego organizmu, przede wszystkim chirurgów, weterynarzy, anestezjologów oraz innych specjalistów z zakresu genetyki.

Pod presją żądań specjalistów Niotse zmieniła program zebrania. Potwierdzenie nazwy „Obiekt” jako oznaczenia przedmiotu działania Laboratorium okazało się zabawą w porównaniu z próbą zdefiniowania konioczłowieka. Dyskusja okazała się katorgą, istnym polem minowym, gdzie nie sposób wytyczyć drogi nie ryzykując eksplozją: solidną awanturą, a nawet rękoczynami.

Już na początku pojawiło się tyle nazw i definicji Obiektu, że można było doznać bólu głowy: bastard, centaur, hybryda, mieszaniec, półkoń, półczłowiek, w końcu konioczłowiek i człowiekoń, jakkolwiek dziwnie to brzmiało. Bastard był najbardziej trafnym i używanym terminem, ale go odrzucono z uwagi na negatywny wydźwięk słowa. Odrzucenie wynikło z inicjatywy lingwistów, którzy dołączyli do zespołu matematyczno-informatycznego. W sumie pojawiło się pięć nazw o różnej wadze i znaczeniu. Trzeba to było uporządkować i wybrać jedną, najbardziej odpowiadającą potrzebom.

Droga okazała się ciernista i bolesna. Następnego dnia pięciu uczestników dyskusji, głównie kobiety, zgłosiło się do lekarza pokazując ślady głębokich ukłuć i zadrapań na twarzy i rękach. Twierdzili oni, że zranienia nastąpiły w czasie dyskusji, a konkretnie w trakcie wymiany argumentów w postaci inwektyw i oskarżeń o niedorozwój umysłowy. Po zaopatrzeniu poszkodowanych w środki farmakologiczne, lekarz skierował ich do psychologa.

Wytłumaczenie nietypowych urazów ciała nie nastręczyło mu problemu. Były one porównywalne do oparzelin w trakcie seansu hipnotycznego, kiedy hipnotyzer dotykał osoby w hipnozie lodem twierdząc, że dotyka rozgrzanym prętem metalowym.

– To efekt psychozy, jakiej ulegliście, kiedy deptano waszą godność i poczucie wartości. – Po wyjaśnieniu przyczyn urazów, psycholog skontaktował się z zarządem, aby przedstawić swoje obserwacje.

*****

Do dyskusji włączyli się językoznawcy. Od razu zaczęli wybrzydzać, krytykując i przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Określenie „człowiekoń” nie brzmiało im dostatecznie dobrze, określenia półkoń i półczłowiek uznali za niejednoznaczne.

– Jeśli mówimy półkoń, to nic to nie mówi o drugiej połowie, z pewnością nie sygnalizuje, że druga połowa to człowiek. Podobnie jest z półczłowiekiem, dlatego proponujemy odrzucić obydwie nazwy jako niewłaściwe.

W argumentacji językoznawców było wiele racji. Pewne nazwy Obiektu były zbyt długie, inne nieporęczne, jeszcze inne niedostatecznie określały nowy organizm lub istotę sprawy, zbyt mocno tkwiły w tradycji anarchizmu ignorując język ochrony przyrody i tradycję narodową. Przeciwnicy uznali językoznawców za purystów językowych, co tylko wprowadzają zamieszanie.

Spór rozsądził Niedźwiedź, włażąc brutalnie z buciorami między dyskutantów:

– Ambitni puryści! Chyba wam się we łbie przewróciło! Zabijacie rozsądne inicjatywy i zabieracie nam cenny czas. Nic nie wymyślacie, tylko krytykujecie. Żądacie definicji, które nie istnieją: jasnych i jednoznacznych, niebudzących wątpliwości klasyfikacji i opisu. Żyjecie w świecie urojonym, w krainie mrzonek. Definicja musi być prosta i dosadna, powiedziałbym z jajami. To wszystko, czego możemy od niej oczekiwać.

Wypowiedź Niedźwiedzia nagrodzono rzęsistymi oklaskami. Puryści przestali stawiać opór. Zebrani szybko ustalili słownictwo, terminologię i opisy niezbędne dla stworzenia Obiektu.

*****

Czekając na przybycie Niotse, mającej przewodniczyć zebraniu, laboranci nudzili się. Sposobność tę postanowił wykorzystać Taksy uznając, że jego wiedza i doświadczenie mogą okazać się pomocne w procesie tworzenia konioczłowieka. Jego propozycja została szybko przyjęta. Zaczął od poglądu, jak w zawodzie taksydermisty podchodzi się do wypychania zwierzęcia.

– Zamiast mumifikować zwierzę, lepiej zachować je w idealnej postaci, jak żywy okaz. Wypchane zwierzę odtwarza wtedy model rzeczywisty.

Taksy miał swoje osiągnięcia i historię. Uzyskał drugie miejsce w krajowym konkursie preparowania łba konia gatunku Appalachy. Do Laboratorium trafił jako jeden z kilkudziesięciu specjalistów, mających realizować gigantyczne zadanie stworzenia konioczłowieka. Zgodnie z praktyką Laboratorium taksydermiście nadano od razu poręczną i łatwą do zapamiętania ksywę Taksy.

Wszyscy mieli skrócone imiona i nazwiska, najczęściej zastępowały je jednak pseudonimy. Używanie skrótów wynikało z potrzeby konspiracji i łatwiejszej komunikacji. Konspirację intensywnie propagował Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

– Jak cię zwał, tak cię zwał, w każdym bądź razie nikt nie ma prawa znać twojego imienia, nazwiska, daty urodzenia ani innych danych osobowych. Tajemnica u mnie stoi na najwyższym miejscu, zanim stanie tam żywa istota, nad którą pracujecie. Aaron powtarzał to tymi samymi słowami tak często, że ludziom chciało się wymiotować od jego perswazji.

– Jak preparujemy zwierzę, aby zachować je w idealnej formie? – Taksy zaczął od pytania.

Na początku słuchali go znudzeni, bez większej uwagi, po chwili jednak uznali, że to co mówi ma swoje piękno i swoją logikę i jest to dla nich coś nowego i wzbogacającego. Taksydermia wymagała znajomości anatomii, autopsji, rzeźbienia, malarstwa oraz garbowania, krótko mówiąc reprezentowała ład i porządek. Taksy podawał kolejne kroki: zdjęcie skóry z martwego zwierzęcia, następnie jej wyprawienie, aby zachować jak najwięcej naturalnych właściwości, potem przygotowanie manekina, czyli formy, następnie dopasowanie skóry do manekina, naciągnięcie skóry i wykończenie zwierzęcia. Do tworzenia manekina służyły różne ramy i wypełniacze lub wzmocniona drutem glina, którą obudowywało się podstawową ramę. Potem trzeba było zrobić odlew z włókna szklanego lub żywicy poliuretanowej, ponieważ konstrukcja musiała być lekka a zarazem mocna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 132: Strach przed nieznanym

Dla szybszej realizacji celu, produkcji hybrydy człowieka i konia, Laboratorium przyśpieszyło badania genetyczne ssaków, zbierało informacje i analizowało najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, szkoliło personel, prowadziło symulacje i opracowywało modele teoretyczne oraz przygotowywało procedury operacyjne. Trzy różne firmy pod jednym adresem połączone ze sobą nićmi tajemnych powiązań rozkładały ryzyko. Pracownicy nazywali tę konfigurację totalną zmyłką, maskaradą, parawanem, mydleniem oczu, przykrywką i grą pozorów. Była to jedna wielka mistyfikacja, skomplikowana fasada, za którą czasami sami się gubili. Dla osób z zewnątrz była to jednak bariera nie do pokonania.

– Taką mamy nadzieję. – Podsumowała to lapidarnie Niotse.

Zespół Matematyczno-Informatyczny określił prawdopodobieństwo poważnego zewnętrznego zagrożenia firmy na poziomie poniżej jednego procenta.

*****

Decyzją zarządu kolejna narada pracownicza była mniej liczna. Zrezygnowano z pracowników pomocniczych, których intelektualny wkład do dyskusji był znikomy.

Pośrodku sali stał wielki stół, a wokół niego mniejsze okrągłe stoliki przeznaczone do dyskusji panelowych, konkretnych jak deska do prasowania. Narady prowadzono metodą odśrodkową. Przy stole centralnym dyskutowano sprawy najbardziej ogólne, strategiczne i filozoficzne. Okazało się, że inaczej nie można, że nie ma sensu mówić konkretnie, kto, co, jak, gdzie i kiedy będzie robić, jeśli nie wiadomo, jaki jest ogólny kontekst zdarzeń.

Kiedy pracownicy wzięli się solidnie za bary z zagadnieniami i odbyli pierwsze dyskusje panelowe, zdali sobie sprawę, jak ogromne było to przedsięwzięcie i jak bardzo byli nieprzygotowani. Zbierając się po raz trzeci, uznali, że są bandą szaleńców, porywającą się z motyką na słońce. Zadanie ich przeraziło, a jeszcze bardziej konsekwencje tego, co zamierzali zrobić.

– Co my właściwie chcemy stworzyć? – Zadawali sobie pytanie mimo pewności celu utrwalonej wcześniej jak beton w pamięci. Niektórzy nagle zobaczyli Laboratorium na etapie myślenia o świecie, który miał wyłonić się z wszechwładnego chaosu. Nie był to tylko temat filozoficzny, religijny czy moralny, z zakresu ochrony przyrody czy biologii. Był to okres przełomowy, wiary i załamania.

– Kim jesteśmy? – pytali niepewnie, a zarazem buńczucznie. – Zespołem specjalistów inżynierii genetycznej? Zbawicielami świata przyrody, ludzi i koni? Rewolucjonistami przywracającymi równowagę biologiczną planety? Czy nie przekraczamy granic etyki, nie mówiąc o normalności?

Nagle zobaczyli siebie w roli Boga. To ich przeraziło. Nawet gnostycy i bezbożnicy uznali, że jest wyzwanie cywilizacyjne.

– Co na to Stwórca? – Pytanie rzucił Klecha, pogrobowiec przyzwoitych księży ekskomunikowany przez Kościół Hierarchiczny. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Strumień pytań i wątpliwości ukróciła Niotse. 

– Przestańcie zajmować się głupotami. Jesteśmy w konspiracji i podjęliśmy się tego projektu. Musimy uczyć się wszystkiego od początku, co znaczy, że będziemy popełniać błędy. Jesteśmy na to skazani. Kto chce zmienić sytuację na lepszą, bo ani rząd, ani Bóg, tego nie zrobią, musi porwać się z motyką na słońce. Nie martwmy się więc niepotrzebnie. Posuwamy się do przodu wbrew przeszkodom i naszym własnym niekompetencjom.

– Co my właściwie robimy? – Powtarzając to pytanie Niedźwiedź wystąpił w roli adwokata diabła. Uzgodnił ją z Niotse. Polegała ona na sianiu fermentu, aby wydobyć z pracowników najbardziej twórcze pomysły. O ile wcześniej, kiedy patrzyli na jego bujną czuprynę i pulchne ciało, Niedźwiedź wydał im się ciepły i puszysty, to teraz poraził ich kudłami czarnych włosów i ciężkim gardłowym głosem. Dopiero teraz zauważyli, że włosy na jego wielkiej głowie są tłuste i skołtunione, jakby wyczołgał się z obskurnego legowiska zbudzony ze snu zimowego, głodny i szukający ofiary na pożarcie.

Nina bardziej wyczuła niż zauważyła, że laboranci demonizują Niedźwiedzia, składając na jego barki ciężar niepewności. Musiała zareagować.

– Rozładujmy to niepotrzebne napięcie, zrzućmy z siebie ten ciężar. Powiedzmy sobie szczerze, o co chodzi. Mówcie, co leży wam na sercu.

Było to mistrzowskie pociągnięcie. Kilku zdaniami wyzwoliła laborantów. Krzyczeli z kilku stron na raz.

– Tworzymy potwora, gatunek, który nie istnieje! Zastępujemy pana Boga!

– Nie! Nie Boga, ale przyrodę. Tak uważam, bo jestem niewierzący.

– Jedziemy jak walec po dotychczasowej ewolucji gatunków! Budujemy megatonową bombę atomową z zapłonem o nieznanej konstrukcji!

– Co jest straszne!? – zapytała Nina niedowierzająco. W ręku trzymała mikrofon, aby przebić się przez zgiełk. Stanęła przy mównicy, tuż obok stołu prezydialnego, za którym wciąż siedział zgarbiony staruszek w garniturze, dwóch nieznanych osobników w starszym wieku oraz matrona cała w koronkach przypominająca zdegradowaną królową. Był to zarząd dawnego Laboratorium, zagubiony w dynamicznym środowisku organizacji.

– Co jest straszne? -– powtórzyła Nina. Czy sam konioczłowiek, którego stworzymy, czy też konsekwencje jego stworzenia? Przewodnicząca zdecydowała się na konfrontację. Instynktownie czuła, że jest to najlepsza metoda przeciwstawienia się niepewności pracowników.

Nastąpiła cisza. Wystąpienie przewodniczącej, znanej z opanowania i gotowości do kompromisu, zaskoczyła audytorium. Po ochłonięciu, reakcją sali były pytania padające ze wszystkich stron. Pytali hodowcy, genetycy, psychologowie i behawioryści koni, dla których zachowanie się hybrydy było największym wyzwaniem.

– Chodzi o długofalowe skutki pojawienia się konioczłowieka w Nomadii. Ludzie i konie przyzwyczają się do widoku konioczłowieka, ale co potem? Jak będzie się on zachowywać? Czy nie rozwalali nas wszystkich? A jego potomstwo? Czy nie stanie się zabójczą konkurencją i dla konia i dla człowieka? Wchodzimy w ślepy tunel, nie wiedząc, co nas tam czeka!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 131: Front przejmuje udziały w Laboratorium

W końcu zimy nastąpił nagły pomór koni. Było to dziwne, ponieważ temperatury były ujemne, od wielu dni panował mróz, a zabójczy wirus normalnie uaktywniał się w temperaturach dodatnich. Po dokładnym zbadaniu sprawy zarząd Laboratorium był pewien, że epidemia została sztucznie wywołana. Ślady prowadziły do zakładu weterynaryjnego współpracującego z ministerstwem ochrony środowiska. Był to kolejny dowód potwierdzający, że rząd Blawatsky’ego wspiera eksterminację koni kierując się interesami hodowców bydła oraz dystrybutorów ciągników i maszyn rolniczych. Ekoanarchiści zdali sobie sprawę, że ich tradycyjne metody postępowania nie ochronią koni przed wyginięciem. Konieczne było wymyślenie czegoś nowego, radykalnego.

*****

Po kilkumiesięcznych negocjacjach Front Wyzwolenia Koni nabył pięćdziesiąt jeden procent akcji Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci. Nowy udziałowiec wnosił nie tylko wielki kapitał, ale i dysponował grupą specjalistów o wysokich kwalifikacjach, pełnych entuzjazmu i determinacji. Krążyła pogłoska, że właściwym źródłem kapitału był zachowujący anonimowość członek Frontu. Miał to być doświadczony hodowca, właściciel kilku stadnin koni, w którego interesie leżał pomyślny rozwój Laboratorium. Złośliwi mówili o nim, że był filantropem z przerostem ambicji. Ktoś ujął to prostym stwierdzeniem:

– Nikt o zdrowych zmysłach nie wkłada pieniędzy w interes o ograniczonej skali możliwości i nieskończonej skali ryzyka.

Po przejęciu Laboratorium Front Wyzwolenia Koni rozwiązał się. Jego członkowie zostali pracownikami firmy, która przejęła także sprawy prowadzone przez Front. Dotychczasowy zarząd Laboratorium pozostał na stanowisku z wyjątkiem prezesa. Jego miejsce zajęła Niotse. Starzy właściciele firmy wahali się, czy zgodzić się na powierzenie kierownictwa tak młodej i niedoświadczonej osobie. Przekonała ich jej niezwykła energia i pomysłowość oraz niezachwiana wiara pracowników w jej talent i charakter. Nie bez znaczenia był fakt bezpieczeństwa; nikomu z zewnątrz nie przyszłoby do głowy, że poważnej organizacji może szefować tak młoda osoba, w dodatku kobieta. 

*****

Wraz z powiększeniem kapitału zmieniono nazwę firmy na Laboratorium Szyfrowanych Koni oraz przeniesiono ją pod inny, bardziej dogodny i bezpieczny adres. W budynku znajdował się ukryty pod ziemią schron przeciwatomowy, opuszczony, lecz w doskonałym stanie. W czasach zimnej wojny mieściło się w nim wojskowe centrum dowodzenia. Posiadłość i stojący na niej budynek wyszukał Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa na liście majątku wojskowego do likwidacji. Kiedy Laboratorium przejęło posiadłość i budynek, nazwa sprzedanego obiektu znikła z wykazów mienia wojskowego.

Pod nowym adresem Laboratorium Szyfrowanych Koni zarejestrowało jeszcze dwie inne organizacje. Było to przemyślane działanie. Chodziło o skuteczne odwrócenie uwagi od Laboratorium; klienci firmy mogli udawać, że przychodzą w interesach do zupełnie kogo innego. Pierwszą z dwóch organizacji był Instytut Weterynarii Ssaków Egzotycznych, jednostka równie osobliwa jak jego nazwa. W celach jej promocji przed budynkiem ustawiono makiety żyrafy, nosorożca i wielkich kolorowych papug Żiżka, tworzących wrażenie ogrodu zoologicznego służącego rekreacji i edukacji dzieci i młodzieży.

Trzecią organizacją był Instytut Historii Konia. Była to fundacja prowadząca badania historii konia i zbierająca fundusze na te cele. W rzeczywistości służyła ona jako skrzynka kontaktowa; przechodziły przez nią wszystkie nici wiążące Laboratorium Szyfrowanych Koni z otoczeniem zewnętrznym. W pomieszczeniach Instytutu mieściły się także biuro i magazyn Zespołu Bezpieczeństwa, stanowiącego centrum wywiadu, kontrwywiadu i ochrony Laboratorium. Z boku posiadłości, w stoku wzgórza porośniętego drzewami zbudowano w ekspresowym tempie tunel prowadzący do magazynów Laboratorium, przez który mogły wjeżdżać niezauważone nawet ciężarówki.

Oficjalnie Laboratorium Szyfrowanych Koni było firmą produkcyjno-handlową zajmującą się produkcją i dystrybucją gier komputerowych, których bohaterami byli wojownicy określani jako konie bojowe. W tym celu w firmie stworzono specjalny dział gier komputerowych.

Dysponował on kilkudziesięcioma grami, prowadził ich sprzedaż, wysyłał próbki i udzielał informacji. Pomysłodawcami i autorami gier byli pracownicy Laboratorium. Zajmowali się tym w godzinach wolnych od pracy.

Był to jeden z najlepszych pomysłów zarządu Laboratorium. Produkcja i sprzedaż gier strategicznych dawały ujście inwencji twórczej, stwarzały dodatkowe dochody, pomagały także rozładować frustrację pracowników oderwanych od rodzin i świata zewnętrznego. Gry były tak skonstruowane, aby ich użytkownicy mogli je dalej rozwijać we własnym zakresie. Niektóre z nich, gry strategiczne, były zbyt skomplikowane, aby mógł z nich korzystać przeciętny użytkownik. Głównym klientem było wojsko, poważnie traktujące rozwój intelektualny swojej kadry oficerskiej. Gry strategiczne dawały możliwość – w razie potrzeby – nawiązania bliższej współpracy z wojskiem w sposób niezwracający uwagi nawet osób wewnątrz organizacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 130: Narada pracowników Laboratorium

 

Sala konferencyjna Laboratorium nie widziała jeszcze takiego tłumu. Miało to być spotkanie informacyjne, zarząd firmy obiecał przedstawić na nim plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. Na spotkanie przybyli nie tylko pracownicy merytoryczni, naukowcy różnych specjalności, genetycy, statystycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, ale i personel pomocniczy, sekretarki, ochroniarze, kierowcy, sprzątaczki i kucharze. Większość osób nie znała się osobiście, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Przypominało to partyzantkę. Łączyło ich jedno; stanowili wspólnotę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia nastąpiła, jak zawsze niespodziewanie, wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło, ludzie przybyli ubrani przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach oraz spódnicach i bluzkach. Kilka osób było w dresach, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia udziałów kapitałowych w firmie przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości przedsięwzięcia. Przypominało to patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową mieszczącą setki eksponatów, kiedy widzi się tylko jeden obraz, domyślając się, że mogą tam być ich setki a może nawet i tysiące. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy stało się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się wysuszone duchy ludzi i zwierząt padłych z wycieńczenia.

Nie wiedzieli od czego zacząć; czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już wezwano je do analizy zawiłego dzieła naukowego.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już pół godziny. Z audytorium padały pytania i sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego w końcu sali konferencyjnej. Ludzie niecierpliwili się coraz bardziej widząc członka zarządu siedzącego nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole. Starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem, wyglądał jakby wrósł w krzesło. Ktoś odezwał się nagle głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominających rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać głos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać. Wyglądało to trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mężczyzna przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się ze śmiechem i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś cel.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań biznesowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Laboratorium ma stworzyć, nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż, a my potrzebujemy konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy! Przyjmujemy! – Rozległy się głosy. Podnosiło się coraz więcej rąk.

Rosaton pomyślał, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i teraz przedstawia farsę, aby rozładować napięcie oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” Niedźwiedź uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja – zrównoważenie cech ludzkich i końskich, anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych, ale to chyba niemożliwe. Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia. Mówił logicznie. Ich napięta uwaga utrwaliła go w przekonaniu, że porusza się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna sprawa to wygląd Obiektu. Widzę dwie możliwości: mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczony z przodu torsem i rękami człowieka, albo model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na dwóch końskich nogach.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym wysoko nad stołem prezydialnym pojawiały się obrazy centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, a potem szkice i schematy łącznie z wyliczeniami proporcji ciała. Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował, nad czym mieli się zastanowić: pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego przymiotów końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać mu nadać.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób. Pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji i poprosił, aby uczestnicy spotkania podzielili się na grupy i rozeszli do stolików. Było ich dziesięć.

Niedźwiedź traktował swoje wystąpienie i dyskusje przy stolikach bardzo nieformalnie, na luzie, uznając je za burze mózgów, gdzie każdy mógł swobodnie przedstawiać pomysły nie martwiąc się, czy są one dobre czy złe. Po południu każdy zespół miał przedstawić swoje przemyślenia na sali ogólnej.

Propozycje przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Niedźwiedziu! – po czym dodała: – Przewodnicz dalej dyskusji. Tego staruszka zasypiającego przy stole odsunęłam już od obowiązków. To dobry człowiek, ale ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu Laboratorium. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. – Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ją jeszcze wiele niespodzianek.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 128: Deklaracja bezpieczeństwa

Niotse przedstawiła pracownikom sytuację i plany firmy, aby nikt nie miał najmniejszego złudzenia, w co jest zamieszany.

– Im świat mniej o nas wie, tym lepiej. Ideałem byłoby, aby nic o nas nie wiedziano. To, co zamierzamy zrobić, to coś więcej niż nawet bomba jądrowa. Chodzi o stworzenie hybrydy, żywej istoty łączącej w sobie dwa gatunki, konia i człowieka, która zapobiegnie zniknięciu konia jako gatunku i dalszej dewastacji przyrody. Człowiek jest najbardziej inteligentnym zwierzęciem na świecie, ale i najbardziej niebezpiecznym. Koń jest nie tylko niezwykle użytecznym zwierzęciem, ale i najmniej agresywnym wobec przyrody, ponieważ w minimalnym stopniu zużywa zasoby naturalne. Konioczłowiek to nasz ratunek. Praca nad nim jest nie tylko nielegalna, ale i niebezpieczna. Czasem myślę, że to prawie samobójstwo. Dlatego musimy otoczyć ją kompletną tajemnicą. Od tej chwili otaczamy wszystko całkowitą konspiracją. Możemy ufać tylko sobie, nikomu innemu. Gdyby ktoś z nas, ktokolwiek, zdradził naszą tajemnicę, może być pewny, że tego nie przeżyje. To nie jest groźba, to wspólna deklaracja bezpieczeństwa i przysięga. Jeśli ktoś się nie zgadza, niech to od razu oświadczy. – Niotse wypowiedziała te słowa z pełną powagą. Długo patrzyła na salę, jakby chciała upewnić się, że wszyscy ją dobrze zrozumieli i swoim milczeniem potwierdzają deklarację. Nikomu nigdy jej nie przypominano; ponieważ natychmiast znalazła się w krwioobiegu działań firmy.

*****

Pierwszym zadaniem Aarona było sprawdzenie wiarygodności wszystkich pracowników. Decyzję podjęto na posiedzeniu zarządu. Nie czyniono żadnych wyjątków.

– Twój życiorys, Niotse, też sprawdzę. Nie myśl, że twoje stanowisko zwalnia cię od tego obowiązku. Możecie też sprawdzić mnie, jeśli sobie życzycie – poważnie zaproponował mężczyzna.

Dwóch członków klubu nie przeszło weryfikacji. Aaron bez zwłoki poinformował ich o tym. Wytłumaczył im także, dlaczego zostali odrzuceni. Nie mieli wątpliwości. Co więcej, zobowiązali się do zachowania całkowitej tajemnicy w sprawach Laboratorium. Wiedzieli, jakie mogą być konsekwencje wygadania się z czymkolwiek – firma będzie bezlitosna, ponieważ były to sprawy życia i śmierci. Kiedy Laboratorium zmieniło siedzibę, po prostu znikło z ich pola widzenia. Pozostałych członków organizacji zobowiązano do zerwania z nimi wszelkich kontaktów.

*****

Tego wieczoru młodsi pracownicy Laboratorium tańczyli do rana wokół ogniska. Zabawa była spontaniczna, a tańce wymyślone. Była to pląsawica końska i salamandra hybrydzka.

Były także inne niezwykłe nazwy, przeważnie biologiczne i genetyczne, wyrażające sprawy, uczucia i wyobrażenia niewysłowione i nieprawdopodobne. Bawili się jak dzieci, trzymając się za ręce. Kucharz przyniósł w wielkim termosie gorący narkotyzowany napój i częstował szklaneczkami małymi jak naparstek. Nie czuli wyrzutów sumienia, że piją; przebaczenie spływało na nich falami cierpkiego smaku narkotyku oraz żywicznego dymu z tlącej się na ognisku gałęzi o dziwnym kształcie. Wymyśloną zabawą unicestwiali urazy złego traktowania koni przez człowieka oraz wyrażali tęsknotę za światem idealnym, w którym konie i ludzie żyją ze sobą w harmonii. Do namiotów rozchodzili się dopiero nad ranem. Pomagało im zmęczenie i biała mgła, zniechęcając do dalszej aktywności. Namioty pokryte były przezroczystymi kroplami rosy zawierającymi w sobie rozdrobnione promienie słońca wschodzącego gdzieś daleko za lasem. Ktoś powiedział na głos:

– Mamy cholerne szczęście, że znaleźliśmy rozwiązanie niewymagające okrucieństwa w walce o słuszną sprawę. Nie znoszę przemocy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 127: Konspiracja

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania wicegubernatora Csudo do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk pozbawiony wyższych uczuć. Jego świat to martwa technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie i wolności, nawet o gnoju równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę rozwoju. Jego rząd przypomina obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaką widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo potrafi tylko otaczać się tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania, i nosi tylko garnitury ze sztucznych tworzyw, bo są lżejsze i nie mną się.

Nie wszystko co stwierdziła, było prawdą. Na obronę Csudo przytaczano fakt, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który pozostawił w wicegubernatorze ciepłe wspomnienia.

Po nieudanej rozmowie Niotse z Csudo, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem dwóch prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Oskarżenie przedstawiało informację, co w sprawie koni i przyrody rząd zrobił, czego nie zrobił, co pozoruje oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli wprost podejrzewać ukrytą dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. Woła to o pomstę do nieba. – Tak podsumował sytuację akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu w społeczeństwie narastał opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz ostrzej wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na różne szkolenia. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji. Kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda znalazły się wyraźnie na kursie kolizyjnym. Konieczne było radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Podejmując misję stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie zdawali sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie mogło być uznane za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Było to wyzwanie rzucone Bogu i ludzkości. Konioczłowiek miał być równie albo i bardziej inteligentny niż człowiek, dużo silniejszy, bardziej wytrwały i dodatkowo jeszcze posiadać instynkt, słabo rozwinięty u człowieka. Już sam jego wygląd mógłby wystarczyć, aby go znienawidzono.

Ekoanarchiści wierzyli w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od zamysłu jego stworzenia. Myśleli tylko, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich wyobraźni i marzeń. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom i ekoanarchistom, z zasady traktowanym jako przeciwnicy państwa i władzy.

Konspiracja była sprawą życia i śmierci. Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na przesłaniu, róbmy wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co wydaje się słuszne, aby bronić się przed niebezpieczeństwem. Potem pracownicy Laboratorium przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsikuje i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do pnia – dla celów wewnętrznej komunikacji – pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami i przestano używać nazwisk. Każdy pracownik miał swoją ksywę. Wzięcie pod nóż imion, nazwisk, nazwy firmy i jej części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się ukryć, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią, ale bezwzględną koniecznością. Nie było to mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek, lecz walka o przetrwanie.

Szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba gruntownie znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem pracy w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej. Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach klubu znajdował się wysokiej rangi wojskowy, pułkownik, który ujawnił się dopiero wtedy, kiedy Niotse ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, ponieważ z nikim o sobie nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją. Po dwóch rozmowach uznała pułkownika za idealnego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium Szyfrowanych Koni i jego członkowie stali się automatycznie pracownikami firmy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 126: Afery i zabójcze praktyki

Zdarzały się też afery. Najbardziej szokująca dotyczyła Borua w Afryce Środkowej. Csudo z porozumieniu z gubernatorem wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Była to akcja jałowa jak wyschła na drewno tykwa, zupełnie niepotrzebna, ponieważ rząd tylko pozorował współczucie. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka obcego. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy, których rząd wysyłając ich w taką delegację pragnął wynagrodzić za lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazwała to umacnianiem więzi międzynarodowych, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona rzekomo niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej.

Dziennikarz, towarzyszący delegacji, życzliwy ekoanarchistom, o wszystkim poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przylecieli do Borua tylko po to, aby wziąć udział w safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie ujawniać publicznie źródła informacji, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd gubernatora Blawatsky’ego nie tylko nie troszczył się o los koni, ale tolerował praktyki prowadzące do wymierania koni. W lecznicach zwierząt pod byle pretekstem konie usypiano, wyleczone odsyłano często do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało za najskuteczniejszą formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt, jak oficjalnie nazywano ich tresurę. Dla zwiększenia eksportu koni rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe. Co gorsze, Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni, co miało zagrażać innym zwierzętom i ludziom na niewyobrażalną skalę. Choć była to wierutna bzdura, wielu obywateli w nią uwierzyło. Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Ekoanarchiści oskarżają gubernatora

Wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o negatywnych działaniach władz obywatele uznawali za wątpliwe lub co najmniej budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak wzmóc edukację społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie trawy, co doprowadziło do masowych niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących chorych koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było wyraźnego obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Osoby ubiegające się o licencję na otwarcie sklepu mięsnego administracja państwowa przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to niezwykle zdrowe mięso. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa w czasie, kiedy eksporterzy ślimaków ograniczali swoją działalność z braku surowca.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, często dogorywając w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność setki królików nigdy nie wykryto.

*****

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Odpowiedzialnością za nie ekoanarchiści obarczali rząd i gubernatora.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany wicegubernator Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien zajmować tak wysokiego stanowiska – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Wicegubernator miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu Csudo był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy pierwszy raz znalazł się na wsi, miał wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Tam mu się to podobało, że sam spróbował ją doić i wpadł w zachwyt. Szybko mu to jednak przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy wicegubernatora mieli o nim zupełnie inną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i podobne organizacje. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie publicznej. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 125: Ekoanarchiści mobilizują się

Stanowisko rządu dotyczące koni gubernator przedstawił w przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach zniszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób najbardziej poszkodowanych. Niektóre zdarzenia ilustrował slajdami, pokazując, jak stado koni pędząc na pastwisko rozdeptuje stado owiec oraz jak znarowione konie blokują ruch uliczny w Afarze. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – Tym pytaniem gubernator przypomniał niebezpieczeństwo skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach zwierząt, wygodnie zapominając, że właściciele skutecznie odrobaczają swoje konie. Nie martwił się o to, ponieważ miał przygotowany kontrargument, że są przecież jeszcze dzikie konie zapomniane przez opatrzność i człowieka.

– Potrzeba nam krowiego mleka, a nie końskiego nawozu do hodowli pieczarek. Potrzebujemy krów, a nie koni. – Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj gubernator ostatecznie podsumował stanowisko rządu w sprawie koni.

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta przypominająca posturą dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła ona egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse i była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa. Jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada. Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowało jej kształtne ciało krągłościami przypominające hinduską boginię płodności. Kiedy Niotse szła ulicą poruszając biodrami, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je tylko po to, aby uniknąć powiedzenia czegoś szalenie bezecnego lub intymnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką z wizją przyszłości i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady. W jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; Niotse była wnuczką przywódczyni słynnej grupy partyzanckiej Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, gdzie urodziły się jej babka i matka. 

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń związanych z anarchią. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Eko lub po prostu Front.

Nowy manifest organizacji skutecznie integrował – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody obrońców koni i anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: zdecydowana opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem Frontu było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Organizacja dopuszczała każdą metodę działania koncentrując się na mobilizacji społeczeństwa dla realizacji swoich celów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień, aby dokonywać przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o szczególnym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt. W praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując, gdzie tylko można, urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami. Front skrzętnie dokumentował praktyki rządu. Ich publiczne ujawnienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie świadomości obywatelskiej, że rząd postępuje nieuczciwie i jest dwulicowy. Nienawiść do władzy stanowiła podstawową siłę anarchii, u której podstaw leżało umiłowanie wolności i dobro wszystkich żywych istot. W odpowiedzi ideolodzy rządowi piętnowali postępowanie Frontu Wyzwolenia Koni nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że część obywateli odrzucała je od ręki. Ucząc się na błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować od razu i w całości, tylko je dawkować, kawałek po kawałku, aby łatwiej trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję ich poglądów Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań organizowanych przez Front Wyzwolenia Koni. W odpowiedzi na takie pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo pomiaru gruntów i sporządzania planów zagospodarowania zostało tak skonstruowane, że ludzkie siedliska ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki – miejsca niezbędne koniom do życia. Co więcej, w imię ochrony własności prywatnej państwo zezwalało grodzić wszystko, co tylko dało się oznaczyć słupkami. Obywatele mieli prawo nabywać grunty włącznie ze źródłami, strumieniami, stawami i jeziorami. Nabyte tereny właściciele otaczali murem lub stalową siatką, skutecznie blokując dostęp zwierząt do wody. Były to zabójcze praktyki.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 124: Kurs kolizyjny

Wicegubernator Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawach ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody jest równie pospolity jak lis pustynny zdolny odchudzać się w nieskończoność.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – wicegubernator lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczano do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i desperatów nieokreślonej maści gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. Sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleńcy i dewianci. Widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą jakiegoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują. – Powtarzając jego poglądy dodając przy okazji swoje trzy grosze asystentka wicegubernatora bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma on pełną rację.

Miłośników koni w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości i przekonań mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym, lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej; do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie złośliwie jako dwóch narodach: jednym wywodzącym się od człekokształtnej małpy afrykańskiej, która zeszła z drzewa, drugim wywodzącym się od bliskowschodniego dzikiego Adama, który wyszedł z jaskini. Bardziej rozwinięta wersja ewolucji narodu zawierała więcej jadu ideologicznego i mówiła o tym, że Adam tylko tym różnił się od małpy, że miał jaśniejsze oczy, pierwszy zaczął używać noża, aby mordować bliźnich, i pierwszy zaczął łysieć. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło się mieszkańcom Nomadii z przynależnością do tego samego narodu.

Wicegubernator Csudo nie zawracał sobie głowy teoriami pochodzenia społeczeństwa, gdyż koncentrował się na przyszłości, wierząc w inny, lepszy świat, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał jednak eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, kościołowi i sumieniu.  Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, całkowicie przeszklone budynki, wielkie banki z bankomatami na każdym rogu ulicy, wydajność, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia lub łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to praktyczne podejście, zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pozostali zastępcy gubernatora Blawatsky’ego i ministrowie podzielali jego poglądy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o członkach gabinetu gubernatora.

Rząd uznawał konie za przeżytek, rodzaj żywych przedmiotów, kosztownych w utrzymaniu, bezmyślnych i czasem narowistych, wymagających nawet więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i anarchiści surowo oceniali za to gubernatora i jego otoczenie, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione własnymi frazesami. Rząd był im obcy i wrogi; uważali, że niepotrzebnie wdziera się w każdą sferę życia prywatnego i publicznego, stawiając tylko ograniczenia i wymogi.

Wicegubernator Csudo odpowiedzialny za ochronę przyrody i bogactwa naturalne nawet nie starał się wyobrazić sobie, ku czemu to wszystko zmierza. Wiedział, że rząd i obrońcy koni muszą się kiedyś spotkać na kursie kolizyjnym w ciemnym tunelu.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce anarchiści porozumieli się z ekologami zwanymi „końskimi” i stworzyli jedną organizację o nazwie Ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, „une grande fusion”, jak pisała prasa francuska. Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ze swoją niechęcią czy wręcz wrogością wobec władzy, winiąc ją w pełni za coraz podlejszy los koni i degradację środowiska naturalnego.

Partia Konserwatywna natychmiast uznała ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i wypowiedziała im wojnę. Jej komórka propagandowa, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła przedstawiać w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne, na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców, ludzi o zaciśniętych ustach, okrutnych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo prymitywnej propagandy rządowej, część społeczeństwa dała się jej uwieść. Postępowanie rządu zmyliło wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwą postawę wobec koni, zachęcając do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To są miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w budynku mieszkalnym – ostrzegali ekoanarchiści.

Michael Tequila – książki:
https://tinyurl.com/y895884p oraz https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 123: Przyszłość Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci + zapowiedź

Pragnę poinformować Szanownych Czytelników, że w każdą niedzielę zamierzam zamieszczać na stronie autorskiej (niezależnie od codziennego odcinka powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”) dwa wiersze z mojego tomiku poezji „Klęczy cisza niezmącona”, dla urozmaicenia dnia świątecznego.

Przypomnę, że skrócone recenzje i opinie o moich utworach literackich znajdują się na górnym pasku menu.  

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

P.S. Mam jeszcze dalsze plany publicystyczno-wydawnicze, ale nie mogę ich zdradzić, aby nie czynić zapowiedzi i składać obietnic podobnie jak politycy, oby Bóg miał ich w swojej opiece (ale bez przesady!).

Uzyskanie licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagało dorobku w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało już takim doświadczeniem. Zdobyło je udoskonalając muszkę owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy w hodowli, szybko rozmnażający się, o nieskomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu niepomyślnych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła nieprzerwanie obserwować otoczenie ze wszystkich stron.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie naukowe; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne a przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł. Pozostawały one najczęściej w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane dla wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie w najdrobniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu, zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat do stanowiska. O jego zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Po genetyku głos zabrał mężczyzna w sile wieku, z sumiastymi wąsami.

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając o podkładaniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych. Była to mocna i szokująca opinia; nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał dziwną informację, że jest to duchowny jednego z pomniejszych kościołów, hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy dziennikarz popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi.

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas. – Wypowiadając te słowa, nieznajomy patrzył rozmówcy w oczy nie odwracając wzroku, jakby chciał tym przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna przypominał dystyngowanego grabarza reklamującego najpiękniejszy na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem pośrodku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były elegancko wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się sztywnie wyprostowana sylwetka mężczyzny i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle głębokiej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i zapomniany dźwięk skojarzyły mu się z wojną.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 122: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczenia. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja przekształciła się pod koniec zebrania w burzę, w której uczestnicy prawie obrzucali się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, skoro chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch najlepszych, doskonale opłacanych specjalistów. Odeszli rozczarowani stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka eksperymentów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osoba głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla kraju obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu choćby dwóch pierwotnych gatunków koni. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi czy wnukami. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Celibat obowiązujący w kościele nie przeszkodził mu mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia.

W dniu walnego zgromadzenia firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, praprawnuk założyciela firmy.

Wybrany przez udziałowców przewodniczący zebrania pozwolił mu tłumaczyć się przez kilka minut z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi odejść. Konkurent prezesa firmy, jedyny zresztą, gdyż stanowisko to wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem zwierząt, wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie partycypował w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, spodziewając się, że da mu to dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie. Prezes kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym reprezentantem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie oddawały się dorywczo produkcji pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę Laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie, a jeśli tak, to na jaką.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet nieco trąci myszką, ale taka tradycja jest najtrwalsza.

Tak sformułowaną propozycję wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona charakteru biznesu, jaki prowadzi firma i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej. Pozostali udziałowcy wstrzymali się od głosu, co wywołało impas.

Rosaton uważnie przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktował zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów przypatrywał się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną. Kiedy zbudził się z zamyślenia, usłyszał wypowiedź, której nie zrozumiał. Nie mogąc domyśleć się, czego dotyczy, zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia każdej sesji; wciąż oceniano pracę zarządu minionej kadencji. Wkrótce zebrani przeszli do dyskusji o przyszłości.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Pierwszy krok uczynił założyciel firmy, sufragan, przekonany, że wie o niej więcej niż inni, ponieważ osobiście znał ojca genetyki Gregora Mendla. Opisywał go z łatwością, jakby patrzył na niego: prosty nos, zwykłe okulary z cienkimi oprawkami, wzrok skierowany w prawo, duża fala włosów na prawej skroni, biały kołnierzyk. Brzmiało to jak opis postaci z portretu lub zdjęcia, ale nikt nie protestował, więc mu uchodziło. Przy innych okazjach sufragan mówił, że blisko przyjaźnił się z Mendlem, a później, w miarę jak popularność genetyki rosła, opowiadał i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż sam uczony, choć w okresie jego życia nie używano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym było, bo sufragan mówił zawsze bardzo rzeczowo o genialnym naukowcu-zakonniku, podawał szczegóły z jego życia, jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, i jakie miał nawyki.

W późniejszych latach wspominał go już jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki nadzwyczajnej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Czasem traktował genetyka jak człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.