Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. Odc. 3: Eksperyment masochistyczny.

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

*****

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował. 

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka. 

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. Odc. 2: Nocna grupa dyskusyjna.

 

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. Odc. 1: Alfons Daudet Carrere de Waldorff.

Drodzy Czytelnicy,

Zawieszam bezterminowo publikację opowiadania „ Głowy w autobusie do Jaipuru”. Wymaga ono dużo więcej pracy, niż przewidywałem. Planuję je wznowić, kiedy będę mieć już gotową całość.

W zamian proponuję nowe, znacznie krótsze, kilkuodcinkowe opowiadanie. Liczę na to, że się spodoba.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

 „Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

*****

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 14 Katmandu

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był niezwykle bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju global, international, imperial, gigantic i futuristic. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, posiadacz wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna jest doskonalsza niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, w garniturze z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skutecznie ukrywającymi dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce, aby rozdawać ulotki i rozmawiać z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę dla upamiętnienia czasów Imperium Brytyjskiego, kiedy Anglicy zatrudniali Hindusów w roli służących. 

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie i na świecie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł być ustawiony  na półce jeśli nie był dostępny w co najmniej w pięciu odmianach.

Uczestnicy wycieczki szybko wymienili się informacją, że na czwartym piętrze, w południowym skrzydle, jest niesamowity wybór herbat ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, były bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Wszyscy zaopatrzyli się w większą ilość herbat jako upominki dla rodziny i przyjaciół.

Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część podróżnych wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, ze nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Zaczęto przeklinać.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Dobroczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem do przetestowania absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wydzieliny jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy alkohol na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Dobroczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji.

To, co mi powiedziano tak mnie poruszyło, że nabyłem dwie butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji Nepali Chudo w hotelu Northcrop. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 12: Inżynier uniwersalny.

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, późnym popołudniem grupa wyruszyła w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długo, aby wszyscy poczuli się zmęczeni zanim dotarli do celu. 

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni kąpielą lub prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą kawę, herbatę, sok lub jakiś drink. 

– Przypomina to relaks po wątpliwej sesji obżarstwa – Iwan Iwanowicz żonglował słowami próbując sformułować jakąś myśl. Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a Rasputinem, mężczyzną o czarnej brodzie, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło jedynie imię skojarzone z krzaczastym bogactwem zarostu twarzy.

Rozglądając się, Iwan Iwanowicz zauważył, że wszystko zdawało się być określone trójkowo, okna na ścianach restauracji, kelnerzy dyskutujących między sobą na drugim końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do pomieszczenia. Towarzystwo siedzące po drugiej stronie stołu prowadziło ożywioną rozmowę. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie, zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Iwan Iwanowicz bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go Ateistą. Słyszałem, jak mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki inżynierskiej. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem  – zakończył Kindżał, po czym obrócił się w kierunku Dobroczyńcy siedzącego dalej po prawej stronie, aby poprosić go o podanie cukiernicy.

Iwan Iwanowicz przyglądał się Ateiście. Męczyła go  jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę tocząca się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem; własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Iwan Iwanowicz pomyślał, że był to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano. Przyszło mu do głowy, że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Ateista przerwał, aby pyknąć z fajki, którą chwilę wcześniej włożył w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych mężczyzn, jeden w białym fartuchu i  czepku kucharskim, kelner w liberii oraz mężczyzna w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Czekali wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy mają problemy z hydrauliką, to przychodzą do mnie. Walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No ….. Może nie we wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny od podstawy Inżynier-Ateista. – Z cała pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i spor mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią, pogubili się, nie wiedzą, co robić. Dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących wokół, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym. – Wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą, czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnym głosem.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować  za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco proste. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania. 

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że sesja dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co wywnętrzać się dalej przed ludźmi, laikami, o prostszej niż jego konstrukcji i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Iwan Iwanowicz widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielki, ze wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund.

Ateista palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 4 z 4 (ostatni)

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że własnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

*****

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

*****

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

*****

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

*****

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 3 z 4.

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 2 z 4.

Wracając wieczorem wspomnieniami do balkonu, tego z poranną niedzielną kawą i książką pełną niezwykłych opowiadań autora, w którym się zakochałem, oraz do wyznania Valerii, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu jest za dużo uczuć.

– Nie podołam trzem miłościom naraz. To po prostu za dużo. Nie jestem Herkulesem erotyki – tłumaczyłem sobie. Stopniowo nabierałem coraz większego przekonania, że moje zachowanie jest nie tylko przesadne ale i nieuczciwe. .

Ta myśl zaczęła mnie męczyć, wręcz mnie prześladowała, mimo że usilnie starałem się wyrugować ją z pamięci sięgającej minionych wspomnień, które mają to do siebie, że wracają do źródła jak węgorz do strumienia, gdzie się urodził. Przez chwilę moja uwaga skoncentrowała się nieoczekiwanie na rybie. Widziałem jej podłużny, opływowy i śliski kształt; fascynował mnie, czułem go w sobie w formie lubieżności właściwej chyba wszystkim namiętnym istotom.

Bezwstydna myśl zakończyła się osobliwą refleksją, czy ryby nie odczuwają pożądania równie intensywnie jak człowiek, tylko w inny, zwierzęcy, a dokładniej rzecz biorąc ichtiologiczny sposób. Roztrząsanie tego zajęło mi chwilę. Było to zrozumiałe, ponieważ jestem intelektualno-emocjonalnym typem człowieka, z natury skłonnym do zadumy i rozmyślań.

W wieku dziecięcym moje pożądanie seksualne, które stopniowo rozwinęło się w prawdziwą żądzę – później lubiłem ją nazywać chucią – pozostawało utajone. Pojawiło się i rozkwitło dopiero wtedy, kiedy zacząłem biegać za piłką. Całymi dniami graliśmy wtedy w piłkę nożną, co wzmacniało mnie fizycznie i rozwinęło kondycję. Gdy podrosłem, moja pożądliwość uległa pogłębieniu i nabrała cech jurności; zacząłem uganiać się za dziewczętami. Najpierw miało to miejsce w marzeniach, potem przyszło podglądanie, dotykanie i przytulanie się, w końcu prawdziwie szalone pożądanie, owa niepowstrzymana chuć.

Głównym celem mej miłości był teraz Alberto. Postanowiłem nie ujawniać jego nazwiska, aby nie narażać go na niepotrzebną przykrość oskarżeń, że jest obiektem miłości ze strony mężczyzny, który kocha dwie kobiety, a wcześniej kochał inne, nie mówiąc a dzieciach, jakie spłodził i wychowywał, które też miały poczesne miejsce w jego sercu. Myśl o dzieciach przywróciła mnie do pełnej przytomności. Pomyślałem, że sprowadziłbym na nie cierpienie, okrywając hańbą, gdyby wyszła na jaw moja miłość do dwóch odmiennych płci.

Ostatnia miłość była najświeższa i jeszcze nieskonsumowana, co mnie dodatkowo podniecało. Stanąłem wobec dylematu, jak poradzić sobie z trzema namiętnościami na raz. Z jednej strony czułem presję pożądania miłosnego wrodzonego każdej osobie, z drugiej krępowały mnie konwenanse społeczne kategorycznie odrzucające miłość z trzema osobami, a nawet marzenia o czymś takim. Zadałem sobie pytanie, jak zostałoby to przyjęte przez osoby zainteresowane, czy któraś z nich zrozumiałaby i zaakceptowała to, co myślę i czuję.

Osób, których mogło dotknąć moje postępowanie, było w rzeczywistości więcej. Oprócz żony, jej przyjaciółki, moich dzieci oraz Alberto, była też moja szefowa w pracy zbyt zainteresowana wynikami mojej pracy, aby było to czystym zainteresowaniem zawodowym. Ponadto było jeszcze moje rodzeństwo, rodzice oraz liczni krewni i kuzyni, z wujkami, ciotkami i ich dziećmi na czele, w końcu moi przyjaciele i znajomi.

Poza nimi wszystkimi był jeszcze biskup Montano, osoba wpływowa, dobrze znająca moją rodzinę, o niezwykle surowych poglądach na męsko-męskie relacje seksualne. Dwa dni wcześniej biskup wypowiedział się niezwykle ostro o osobach odmiennej orientacji, uczestniczących w paradzie równości. Porównał je do wynaturzonej czarnej róży o trujących kolcach. W przemówieniu kapłana znalazły się słowa budzące grozę, wszystko, co kojarzyło się z piekłem: czerń, czeluść, ogień piekielny, potępienie, grzech, perwersja, Sodoma i Gomora, i inne zboczenia, w końcu wołanie o pomstę do nieba.

Biskupowi współczułem serdecznie z powodu jego surowych napomnień przechodzących w bluźnierstwa. Uważałem, że pomylił on odmienną miłość do drugiej osoby z nienawiścią do wszelkiej odmienności, wrodzoną skłonność niektórych ludzi do osób tej samej płci – z przywoływaniem Boga, który sam przecież stworzył to bogactwo postaw i zachowań. Potępiające przesłanie biskupa było zupełnie niepotrzebne i zapewne niemiłe Najwyższemu, ponieważ wieczorem w podest stojący na zewnątrz katedry, z którego biskup publicznie wygłaszał swoją tyradę, uderzył piorun i wypalił znak szatana. Tak pisała prasa, a ja nie miałem podstawy, aby nie wierzyć, bo na zdjęciu pokazano wizerunek rzeczywiście przypominający czarne rogi i gniewne ślepia.

Miałem biskupowi za złe, że zapomniał, że to sam Najwyższy stworzył ludzką różnorodność, mężczyzn ze skłonnościami do mężczyzn i kobiet ze skłonnościami do kobiet. Hierarcha napominał i ganił społeczność LGBT tak, jakby człowieka urodzonego z krótszą nogą można było przekonać, że powinien mieć dłuższą, naturalnego rozmiaru. Zapominał on, że homoseksualizm istniał zawsze, od początku istnienia człowieka, także w społecznościach zwierzęcych, osobliwie wśród małp, tygrysów i kilku innych gatunków. Dyskutowałem to z moją żoną i Viktorią i obydwie zgadzały się ze mną co do tego, że biskup błądzi, a z całą pewnością przesadza w tych sprawach.

Pewnym argumentem w ich myśleniu był fakt, że uważały go za osobę mało użyteczną dla kobiet, choć niezwykle użyteczną społecznie. Dla nich nie był mężczyzną ale osobą duchowną o nieokreślonej tożsamości seksualnej.

Nie wchodziłem z nimi w dyskusję na ten temat, ponieważ miałem wrażenie, że arcybiskup mimo swej zaciętości jest w połowie po mojej stronie. Czułem to. W jego najbliższym otoczeniu widziałem głównie mężczyzn, przeważnie dobrze zbudowanych kleryków, przystojnych, niektórzy o twarzach wdzięcznych efebów. Biskup miał niewątpliwe poczucie piękna ludzkiego ciała, tego nie można było mu odmówić. Drażniła mnie tylko, a jeszcze bardziej martwiła, jego publiczna zawziętość wobec społeczności LGBT, szczególnie ludzi o biseksualnych zainteresowaniach.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Odc. 1 z 4.

Drodzy Czytelnicy,

Zmęczyły mnie, chyba także i Was, przedłużające się relacje z podróży do Indii i Nepalu. Postanowiłem skończyć to opowiadanie (przejściowo) na odcinku dziesiątym, w zamian zaprosić Państwa na czteroodcinkową historię, którą określam jako „opowiadanie nie tylko erotyczne”.
Pozdrawiam i życzę miłej lektury,
Michael Tequila

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

*****

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

*****

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 10: Widok na Himalaje

 

Nagarkot (w języku nepalskim नगरकोट) to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewodnik twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby na cieszyć swe oczy najpiękniejszymi widokami gór.

W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot wiązała się piękne widoki najbardziej ze wschodem słońca.

Do Nagarkot dotarli po długiej podróży autobusem wąską, w dużej części, marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich miejsc w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem hotelu. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, wspomagany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu adres.

Po nocy hotel – murowany surowy budynek na stoku góry – wyglądał z zewnątrz jak nowa szopa na sprzęt rolniczy.

Mieli szczęście, z trudem znaleźli odpowiednią ilość wolnych miejsc. Kolację zjedli w restauracji Kosmiczna Góra, po czym udali się do wyznaczonych pokoi. Było bardzo zimno. Łóżko Iwana Iwanowicza okazało się w dodatku twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Iwan Iwanowicz robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu ułożył się w zielonej koszulce z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca o godzinie szóstej piętnaście. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im obiecano. Droga ku słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już na punkcie obserwacyjnym: był to dach w formie tarasu z barierkami mogącego pomieścić nie więcej niż kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście. Czekali i czekali. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, gdyż niebo było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Alko, chudemu facetowi z wiecznie zamglonymi oczami, butelkę piwa o pojemności trzy czwarte litra.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel. – Iwanowi Iwanowiczowi łatwo przyszły te perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się jednak nimi z innymi osobami. – Jestem surowy i okrutny – myślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Alko obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był nieprzerwanie intoxicated jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Któregoś dnia zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Był jak ból głowy po przepiciu dla przewodnika i potencjalny kłopot dla całej grupy. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Opuszczając Nagarkot Iwanowi Iwanowiczowi wydało się, że budynki, wnętrza, wyposażenie, atmosfera i widoki tej miejscowości są siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające ją zimne szczyty Himalajów.

Kiedy czekali na autobus, Rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadawano dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowę dziecka golono, praktykowano też jakiś ceremoniał karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętowała „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawiano ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymywali wtedy gratulacje i upominki.

Wracając z gór Iwan Iwanowicz poświęcił się rozważaniu, które nazwał egzystencjalno – filozoficznym. Chodziło o wolny czas. W takim sensie jak wolny jest człowiek bez obowiązków, dziecko na placu zabaw czy zwierzę na pastwisku. Dla uczestników grupy taki czas właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc: z pokoju hotelowego, służącego jedynie za sypialnię, do restauracji lub baru na śniadanie, następnie do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem kolejnego, potem przerwa na posiłek, potem kolejny obiekt i tak do wieczora, do chwili przyjazdu do nowego hotelu. Jedyny czas, jaki naprawdę dysponowali, to była długa obiadokolacja, rzadziej możliwość wyjścia na zewnątrz we własnym zakresie i powłóczenia się po ulicach.

Iwan Iwanowicz, jeśli miał szczęście, tylko wieczorem mógł napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami, lub połączyć się przez Skype z rodziną. Dalsze działania określał lakonicznie: po powrocie do pokoju rozebranie się, prysznic, lulu i od rana nowa rutyna dzienna.

W jego opinii Iwana myślenie o śnie było przesadą. Sen nie był czynnością, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu ludzi na świecie cierpiących na bezsenność. Prawda była taka, że źle sypiał, co odrabiał potem w autobusie w trakcie przejazdów z miejsca na miejsce.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska z przebłyskami teraźniejszości.

Trwała zimowa noc. Iwan Iwanowicz zasnął po raz pierwszy. Śniła mu się bezsenność, jak go męczy a nawet torturuje. Postanowił uczynić z niej siłę twórczą, okiełznać jak dzikiego mustanga, zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń, aby posłusznie zmieniała nieudolne i abstrakcyjne myśli w użyteczne życiowo konkrety. Tej nocy Iwan Iwanowicz stworzył kilka krótkich Teorii Życia Dobowego, nadając im nazwy stosowne do treści.

Teoria czynnościowa doby: Sen, budzenie się, życie na jawie, usypianie, sen. Teoria dobowa miejsca: Człowiek w łóżku – czas bez butów, człowiek na jawie – czas w butach, przerywany krótkimi fragmentami chodzenia boso po domu, w łazience oraz po zimnym balkonie. Teoria fizjologiczna doby: sen, budzenie się, wchłanianie dowolnej ilości pokarmów, metaboliczna przemiana pokarmów w energię i nawóz naturalny a czarnej kawy w dobre samopoczucie, wchłanianie napojów głównie z plastikowych pojemników, w końcu wykonywanie czynności użytecznych dla siebie, domu i świata.

Po namyśle Iwan Iwanowicz uznał wymyślone teorie za jedną wielką bzdurę, złożył ją w czworokąt, potem w trójkąt i jeszcze raz w trójkąt. Składanie przypomniało mu Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę takich pojęć jak punkt, prosta, płaszczyzna, twierdzenie i teoria. Kiedy zdał sobie sprawę, że miało to miejsce w VI wieku przed naszą erą, żachnął się, po czym wyrzucił Milesa do kosza zużytych myśli i wspomnień. Czyniąc to myślał:

– Po jaką cholerę mi wiedza w czasach masowego ogłupiania człowieka i cichego mordowania przyrody.

Po odrzuceniu zbędnego balastu Iwan Iwanowicz ułożył się wygodniej i po raz drugi zasnął. Wkrótce naszła go obfitość rekwizytów i wydarzeń teatralnych. Najpierw przyśniły mu się figury geometryczne, figi i stringi w ciapki, fajfus średnich rozmiarów oraz tajemnicze akcesoria damskie ukryte w półcieniu rudego uwłosienia. Iwan Iwanowicz uznał te elementy za przejaw mocy teorii Freuda i jego nobliwych kontynuatorów.

Potem ukazała mu się zmora nocna, chwilę go hipnotyzowała oczami zapożyczonymi od bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Iwan Iwanowicz postawił dać jej odpór stosując na początek krzyk bojowy Krysi P. „Podejdź, chamie, to dam ci w mordę”. Zmagali się jedną rundę, w czasie której Iwan Iwanowicz zyskał przewagę. W drugiej rundzie był już górą, założył zmorze chwyt Nelsona i ją udusił. Słysząc, jak charczała, cieszył się jak dziecko. Co zrobił z truchłem nie pamiętał.

W nagrodę ukazał mu się prezydent Uti w kostiumie Człowieka Skały, i pokazał mu jak trzema uściskami zdławić na zawsze białego niedźwiedzia polarnego, jak nurkować na głębokość dwustu sześćdziesięciu metrów z pingwinami oraz jak skutecznie rządzić krajem rozbudzając w społeczeństwie miłość do II Wojny Światowej oraz siły militarnej opartej na zimnej bombie i popisach tężyzny fizycznej.

– Siłą, brachu, pokonasz głód, brak butów i spadek ciśnienia gazu w rurze – krzyknął pod koniec pokazów prezydent Uti, po czym wstąpił na czerwony dywan w Dziennym Pałacu Władzy i znikł za Wielkimi Drzwiami. Były one tak intensywnie złocone, że można by z nich zrobić sześć tysięcy obrączek dla kobiet z palcami grubości parówki lub osiem tysięcy obrączek dla kobiet z palcami drobnej pianistki.

Iwanowi Iwanowiczowi podobały się wschodnie metody rządzenia. Dodał do nich jeszcze metodę Krzywego Napoleona określającą nowe zasady sprawiedliwego rozdziału przywilejów i uprawnień. Polegała ona na przywiązywaniu sędziów do zwycięskiego rydwanu, nakładaniu im uździenicy z napisem „My, tu, tego, panie, sprawiedliwość” i wykręcaniu głów w stronę, skąd padało światło mądrości oświeconej władzy.

Iwan Iwanowicz postanowił wykorzystać metody obydwu władców już przy najbliższej okazji w celu lepszego zarządzania niesfornymi snami.

– Nie będą kosmate sukinsyny mną rządzić! – krzyknął z przekonaniem, po czym zmiękł zdając sobie sprawę z niestosowności krzyków po nocy.

Z postanowieniem rychłego i pełnego wykorzystania cudownych metod zasnął po raz trzeci, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć. Obudził się dopiero o godzinie szóstej rano, kiedy wierny sygnalista w głowie odtrąbił pobudkę na poranną kawę, dla pewności pukając także kilka razy od strony wewnętrznej w kość skroniową.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 7: Miasto Patan i Bhatapur.

Na ulicach Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały,ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził.

Transport masowy, do czterech osób, odbywał się na motocyklu. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była najwyższa forma ekwilibrystyki. Zagraniczni turyści patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, ryksze nożne i motorowe wyposażone terkoczący i śmierdzący silniczek, wózki ciągnięte przez człowieka-kulisa oraz wózki ciągnięte przez konie lub wielbłądy.

Nie było też problemu, kiedy coś się zepsuło. Co jakiś czas mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku lub garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawcze urządzeń technicznych,

Iwan Iwanowicz jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tylko ludzie i środki komunikacji są współczesne w Patan, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Co do zabytków historycznych, była to czysta prawda. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane.

 

Iwan Iwanowicz tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował wielkiego imperium; Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju.

Iwanowi Iwanowiczowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość uczestników robiła w mieście zdjęcia lub nagrywała na kamerze video. Czyniono to w pośpiechu, nikt się nie wyróżniał. W najciekawszym miejscu Iwanowi Iwanowiczowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Kiedy to stwierdził, gorzko złorzeczył, zupełnie niepotrzebnie i niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem oglądali misy lecznicze zwane singing bowls, śpiewające misy, wykonane z siedmiu metali i stopów metali, ręcznie kute.

Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niesamowicie długi, przejmujący i pulsujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, obwodzenie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką powodowało, że woda burzyła się, tworząc żywe rozpryski, prawie przelewając się na zewnątrz.

****

W hotelu oceniali, jak przeżyli dzień. Grupa wiekowo stanowiła kwiat dojrzałości, a ten jak wiadomo, ma skłonności więdnięcia i podobne przypadłości. Jeden z mężczyzn, nazywali go Alko, nałykał się miejskiego powietrza i słaniał się podtruty.

– Każdemu świeże górskie powietrze może uderzyć do głowy – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu na ozdobnym kominku. Twierdził, że czyni to dla relaksu. Na początku myśleli, że mówi prawdę. Wyglądał blado, co przyjęto za oznakę powagi. Niektórzy rodacy, nawet jeśli uważali, że jego wyjaśnienie i organiczna słabość maja się do siebie jak pięść do nosa, woleli zinterpretować to zdarzenie na jego korzyść.

– Nikt nie lubi być krytyczny wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród Hindusów, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnieciem cywilizacji. To byłoby niepatriotyczne.

Sytuacja z samopoczuciem rodaka w mieście Patan, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, była dwuznaczna. W kuluarach rozwinęła się dyskusja na temat moralności, alkoholu, miłości bliźniego i palenia na stosie. Niektórym skojarzyło się to z Inkwizycją. Temat nie podobał się, uznano go za zbyt bolesny w kraju, gdzie ludzie są na ogół tolerancyjni i bez kłopotów respektują odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać. – Iwan Iwanowicz zdobył się na ubogie podsumowanie sytuacji. Poczuł się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań. Usiłując zakończyć mroczny temat Inkwizycji Iwan Iwanowicz przedstawił wiersz zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 2. Stambuł.

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule.

Tłumy ludzi na lotnisku szybko oddzieliły Iwana Iwanowicza od jego grupy. W autobusie przewożącym pasażerów z hali lotniska do samolotu odlatującego do New Delhi poczuł się nieswojo i obco. Określił to na swój użytek jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Razem z innymi stał w autobusie mającym zawieźć pasażerów do samolotu i czekał. Autobus nie ruszał, mimo, że był pełny. Obok Iwana Iwanowicza, nieco z boku po lewej stronie, znalazł się wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, sądząc po wyglądzie Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej głowy Iwana Iwanowicza, co odczuł jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie milczącemu współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę jak u Sarmaty i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały cztery srebrne obrączki a z tyłu wygolonej czaszki widoczne były dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Iwan Iwanowicz uznał je za eleganckie, zadając sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Iwana Iwanowicza znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami; na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na ten strój głowy Iwan Iwanowicz uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało jego spojrzenie, pusta łagodność jak u Wojaka z Sydney, dawnego przyjaciela Iwana Iwanowicza.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Iwan Iwanowicz domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku także przypadkiem.

Trzecią osobą stojącą w bezpośredniej bliskości Iwana Iwanowicza była kobieta. Wyróżniała ją twarz o niezbyt intensywnej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskiego pożądania a zarazem obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Iwan Iwanowicz, czując się swobodnie w cichych spekulacjach uznał, że wydatny biust nie określa jakości kobiety, a jedynie podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne co najmniej dwie miary kobiecości do przodu. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nic nie można było ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie telefonem komórkowym, aby zaraz po ich wykonaniu przeglądać je z uwagą, nie zwracając uwagi, że stojący za nią i obok niej dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym ekranie był ciekawszy niż jego pierwowzór.

Po kilku minutach obserwacji Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem, skórą i krwią. Zamierzał przejść nad tym do punktu dziennego, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka. Miało to miejsce gdzieś w głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł wkrótce w płacz, maleństwo płakało nieutulone w nierozpoznawalnym żalu. Słysząc bolesny płacz poczuł się niezręcznie; miał wrażenie, że nagle stał się ubogim krewnym gatunku ludzkiego.

Po starcie samolotu, była już noc, podróżnik patrzył przez okno na wielką przestrzeń w dole otaczającą lotnisko. Nigdy nie widział piękniejszego widoku miasta nocą. Zachwycały go pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Większość świateł była jakby różowa. Wielopiętrowe budynki tworzyły białe pionowe ramy. W pewnym momencie pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła zgasły jak no komendę. Iwan Iwanowicz pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej. Wkrótce okazało się, że była to wielka chmura, w którą zanurzył się samolot. Światła na ziemi pokryły się mgiełkami. Iwan Iwanowicz poczuł się rozczarowany.

0Shares

Zawiadomienie

Drodzy Czytelnicy,

Wybaczcie, dzisiaj już nie zdążę dodać żadnego nowego odcinka. Miałem dodatkowe obowiązki, to zjadło mi dużo czasu.

Mam projekt opowiadania, jest obszerny, wymaga sporo pracy, na początku uporządkowania tekstu, podziału na tematy czy sceny, poprawienia, przeczytania, jeszcze raz poprawienia, jeszcze raz przeczytania itd. To solidna praca. Nie wiem nawet, czy zdążę na jutro z pierwszym odcinkiem, ale postaram się. 

Jako ciekawostkę dodam, że w dniu 23 bm w czwartek o godz. 18.00 w bibliotece Manhattan w Gdańsku Wrzeszczu odbędzie się spotkanie literackie z Andrzejem Sewerynem, moim ulubionym aktorem, zamierzam tam być. Może podzielę się wrażeniami, jeśli czas mi pozwoli.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 4 z 4.

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares