Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

0Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 173: Apokalipsa nazw

Kiedy zamarł ostatni podmuch potwornej wichury, zgasły zgliszcza ostatniego spalonego domu, tsunami schowało w oceanie swoje brudne łapska i przeschła ziemia po potopie, społeczeństwo nie stanęło wobec wyzwań, co robić, od czego zacząć, ale jak rozmawiać ze sobą. Kraj okazał się wieżą Babel, gdzie nie sposób było porozumieć się wskutek natłoku nazw nieszczęść i ich przyczyn.

Nazwy, a konkretnie ich wielość i niejednoznaczność, okazały się labiryntem, w którym wszyscy się gubili. Wiatr, wydawałoby się najprostsze z określeń, ujawnił się pod dziesięcioma imionami, wyrażającymi jego różne postacie i objawienia. Kiedy imiona te spisano i uporządkowano alfabetycznie, aby od czegoś zacząć, ukazała się pełna lista: bryza, cyklon, huragan, nawałnica, orkan, szkwał, tajfun, tornado, wichura, zawieja, zawierucha, zefir. Dopiero stworzenie definicji, co każda z tych nazw oznacza, pozwoliły ludziom mówić językiem, który wszyscy rozumieli. Był to początek porządkowania postapokaliptycznej rzeczywistości.

Najpierw uporano się z językiem klęski przyjmując oficjalnie termin „Apokalipsa klimatyczna” jako najlepiej określający skalę i naturę doznanych nieszczęść.

Był to początek narodowej debaty nad ich przyczynami. Metodą kolejnych przybliżeń, nazywaną także metodą prób i błędów, wytypowano trzy czynniki leżące u podstaw Apokalipsy: ludzki, boski i naturalny, czyli przyrodniczy. Każdy z nich miał swoich zwolenników.

Mocą swej wiary i autorytetu moralnego kościół opowiedział się za czynnikiem boskim, twierdząc, że Apokalipsa była karą za grzechy.

Swoją argumentację wspomagał cytatami z biblii i ewangelii, nie tylko własnej, ale i innych wyznań.

Rząd, reprezentujący majestat państwa, wskazał czynnik naturalny jako przyczynę kataklizmu. Opozycjoniści twierdzili, że uczynił to wyłącznie po to, aby zwolnić siebie i instytucje państwowe od winy w postaci niekończących się błędów w maszynerii państwa, która fatalnie zawiodła w czasie Apokalipsy.

Trzecia grupa, społeczeństwo, okazała się najmniej zgodna co do przyczyn tragedii, optując głównie za czynnikiem ludzkim, najbardziej dla niej zrozumiałym. Inaczej myślący obywatele popierali poglądy rządu lub kościoła, albo wymyślali jakieś inne przyczyny, tak jakby trzy wcześniej ustalone nie wystarczały dla podjęcia poważnej debaty.

Na początku używano określenia „debata”, traktując tę nazwę jako naukową i najbardziej poważną. Później, kiedy okazało się, że przynosi ona mierne skutki, zaczęto używać pospolitego terminu „dyskusja”. Pierwszą konkluzją dyskusji narodowej, jaka wypłynęła na wierzch i była kontestowana tylko przez szaleńców, było konieczność nauczenia społeczeństwa samodzielnego rozpoznawania zmian pogody, aby poprawić szanse obrony przed niewykluczoną następną Apokalipsą. Społeczeństwo uznało, że samowiedza meteorologiczna ma znaczenie nie do przecenienia, zwłaszcza w przypadku załamania się systemu ostrzeżeń kryzysowych.

– Kiedy wszystko się wali jak domek z kart, hasło „ratuj się sam” jest imperatywem. – Tak to podsumowano.

Rozpoznawanie nadchodzących zmian pogody dyskutowano najgoręcej na spotkaniach rodzinnych i sąsiedzkich. Na osiedlu Aura, pierwsze po Apokalipsie zebranie przy krawężniku wniosło swój wkład do debaty odświeżając społeczną pamięć kilkoma użytecznymi, bo niezawodnymi, metodami prognozowania pogody. Przypomniano, że nisko lecąca jaskółka zwiastuje deszcz, kurzoślep, kiedy zamyka kwiaty, też zapowiada opady. Było tego więcej. Szybkie cykanie świerszczy obwieszcza upalny dzień; kiedy świerszcze cykają wolniej, zapowiada to ochłodzenie. Kot liżący futerko gwarantuje spokojną i pogodną aurę, pies zaś, szukający kryjówki, aby pospać, niechybnie zapowiada słoneczny dzień. Jeśli jest przeciwnie, należy spodziewać się deszczu. Wiele osób dziwiło się, że najlepszy przyjaciel człowieka może zachowywać się tak odmiennie niż jego właściciel.

Ważny wkład wniosła służba meteorologiczna, przypominając znaczenie kolorów nieba i słońca. Czerwony wschód prognozował gwałtowne załamanie się pogody, silny wiatr i burze, natomiast złote słońce o zachodzie gwarantowało dobrą pogodę, zaś pomarańczowo-czerwone – jej pogorszenie się. Ławica białych postrzępionych chmur zwanych cirrusami przepowiadała opady, chmury kłębiaste altocumulus w kształcie wieżyczek zapowiadały burzę, a pionowa chmura o kształcie kalafiora zwana cumulonimbusem oznaczała ulewę lub śnieżyce i wyładowania elektryczne.

2Shares

Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny. Część druga i ostatnia.

Drodzy Czytelnicy,

Kilka miesięcy temu zamieściłem na blogu pierwszą część mojej gwarancji oraz przykłady reklamacji i przeprosin. Teraz powtórzę tylko gwarancję oraz podam dalsze, nowe przykłady.

Gwarancja

Ja, Michael Tequila, gwarantuję, że moje utwory literackie są przyzwoicie skomponowane i napisane. Jeśli Czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć reklamację i uzyskać przeprosiny autora. Czytelnik ma też prawo wyboru formuły reklamacji i przeprosin. Może też ustalić sobie własną formę reklamacji, o ile nie jest to dla niego zbyt męczące.  

W razie potrzeby propozycje celniejszych określeń pod adresem autora Czytelnik znajdzie na forach dyskusyjnych. Pod uwagę warto wziąć określenia takie jak: miernota, nędznik, nieuk, patałach, kreatura pisarska, pisarz od siedmiu boleści, skryba spod budki z piwem, partacz literacki, fuszer, antytalent, nowicjusz, amator, dyletant.  

Gdyby Czytelnikowi przyszło do głowy wyróżnić autora pochwałą, powinien zastanowić się nad tym co najmniej dwa razy, czy nie popełnia życiowego błędu, którego rodzina, przyjaciele i partia rządząca nigdy mu nie wybaczą.

Przykłady reklamacji i przeprosin:

Reklamacja – Formuła 2

Pańska książka jest tak nędzna, że zaraz po jej skończeniu wyrzucę ją do kosza. Albo nie. Przeczytam ją jeszcze raz, bo nie wszystko dobrze zrozumiałam w Pańskim mętnym tekście i szemranej fabule. Życzę Panu wszystkiego najgorszego, kiepskiego zdrowia, nieudanych wakacji, złego samopoczucia oraz niespełnienia skrytych marzeń. W ogóle nie pozdrawiam Pana.

Przeprosiny autora – Formuła 2

Serdecznie przepraszam za zawód, jaki sprawiłem Pani powieścią/tomikiem poezji/zbiorem opowiadań (niepotrzebne skreślić). Rozumiem Pani rozczarowanie moim zdjęciem na okładce. Dzięki Pani wiem, że z taką facjatą nic sensownego nie można napisać. Proszę wejść na mój blog autorski www.MichaelTequila.com i wpisać tam komentarz ostrzegający przed czytaniem czegokolwiek mojego autorstwa. Z wyrazami szacunku, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 3

Przepraszam Panią serdecznie za moją powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Pani krytyka treści i ocena wartości książki jest tak przekonywująca, że postanowiłem więcej już nie pisać. Dzięki Pani zrozumiałem swój wielki błąd. Życzę Pani wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że już się nie spotkamy. Z szacunkiem, Michael Tequila, pisarz, który dzięki Pani naprawił swoje życie.

Przeprosiny autora – Formuła 4

Serdecznie Panią przepraszam za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić), który zabrał Pani czas, napełnił odrazą do autora i zniechęcił do czytania czegokolwiek. Będę wdzięczny za publiczne nazwanie mnie miernotą pisarską. Z poważaniem, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 5

Przepraszam serdecznie za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Ma Pani święte prawo uważać mnie za łajdaka. Pani argumentacja jest bezwzględnie przekonywująca. Bardzo proszę wyrzucić książkę na śmietnik, podeptać lub podarować osobie, która Pani zdaniem zasłużyła sobie na szczególną przykrość. Proszę jednak nie wyrzucać jej na makulaturę, gdyż ktoś mógłby ją znaleźć, przeczytać i boleśnie zwymiotować. Serdecznie pozdrawiam życząc Pani więcej czasu przed telewizorem. Z poważaniem, Michael Tequila.  P.S. Pieniędzy niestety zwróć nie mogę, ponieważ wydałem je na adwokata, który broni mnie w sądzie przed pozwem zbiorowym czytelników o pozbawienie mnie praw pisarskich.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 170: Objawy życia i mobilizacji

Pierwszy zmobilizował się kościół. O godzinie szesnastej powietrze rozdarły uderzenia dzwonów, jakie cudem przetrwały na wieżach kościelnych, wwiercając się w ciszę pozostawioną przez tornado i tsunami. Starsi ludzie masowo ruszyli do świątyń lub tego co z nich zostało, aby dziękować Bogu i wszystkim świętym za ocalenie im życia. Zbierali się razem w przekonaniu, że wspólna modlitwa przynosi większy pożytek. Świętej Scholastyce dziękowano za przywrócenie normalnej pogody. Kapłani odprawiali nabożeństwa dziękczynno-błagalne, przewodzili procesjom, na których śpiewano psalmy i modlono się o pomoc w odbudowie zniszczonych domów i kościołów oraz uratowanie tego, co pozostało ze zdewastowanych upraw. Nawet ateiści i gnostycy garnęli się do uroczystości religijnych.

– Nie wierzymy w Boga, ale chcemy posłuchać modlitw – wyjaśniali niepewnie.

Pragmatyczni duchowni zachęcali ludzi nie tyle do modlitwy, kajania się i rozważań nad marnością życia, ile do usuwania zniszczeń, odbudowy domostw i niesienia pomocy potrzebującym. Był to czas intensywnego testowania nakazu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. W miarę postępu dnia coraz więcej osób wychodziło na światło dzienne wyrywając się ze stanu zamroczenia. Czuli, jakby urodzili się na nowo.

Następnego dnia słońce z samego rana wyległo na ulice, a wraz z nim setki a może i tysiące ludzi, pragnących odświeżyć się pierwszymi strumieniami świeżości. Rozchełstani staruszkowie pozdrawiali staruszków zawiniętych w ciepłe kurtki i zimowe czapy, blada dziewczyna tuliła do siebie szarego kota z wielkimi oczami mijając kobiety w czarnych koszulkach opinających piersi podobne do jabłek Champion, jędrnych, soczystych i słodkich. Między spacerującymi mieszkańcami miasta śmiałe hulajnogi uwoziły dzieci ku kolejnym przeżyciom i niedoznanym jeszcze radościom.

W domu Sefardi wypakował z torby zakupy: kalarepę wielkości młodocianej dyni, bułkę drożdżową i bułkę dwuwarstwową, kruchy rogal francuski, butelkę słodowego piwa o zawartości alkoholu zdolnej oszołomić przydeptaną muchę, dwie porcje szynki bez konserwantów oznaczonej skrótem „tradycyjna”, w końcu dwa dojrzałe banany.

*****

Wieczór przyniósł refleksje nad tym, co się stało. Pojawiły się głosy, że minione dni były karą za grzechy; inni mówili, że to tylko tragiczny zbieg anomalii pogodowych, jeszcze inni, że to skutek niszczenia środowiska. Kraj zamienił się w wieżę Babel, większą od starożytnej, w której, oprócz języków, mieszały się poglądy oraz przestawiały schody i drabiny, na której każdy mający coś do powiedzenia pragnął usytuować swój głos jak najwyżej.

Nomadia przeżywała najbardziej tragiczny okres swojej historii. Apokalipsa spowodowała śmierć tysięcy osób nakręcając spiralę dalszych niepowodzeń. Gospodarka przestała się rozwijać, dochód narodowy zmniejszał się drugi rok z rzędu, przedsiębiorcy przestali inwestować, zastraszająco wzrosło bezrobocie. Nocą coraz częściej ludzie poszukiwali pożywienia na śmietnikach. Co najgorsze, społeczeństwo kurczyło się tak szybko, że groziła mu śmierć demograficzna.

– Z silnego i zdrowego kraju pozostał tylko rachityczny szkielet obciągnięty skórą wspaniałej przeszłości – Blawatsky używał mocnych sformułowań, aby unaocznić ludziom skalę tragedii, jaka na ich oczach rozegrała się w domach, na ulicach i placach, w ośrodkach handlowych, szkołach i fabrykach.

*****

Gubernator tak często oblatywał helikopterem miejsca klęsk żywiołowych, jakby sama jego obecność mogła już pomóc. Na własne oczy widział, jak kraj pustoszeje. Wraz z ludźmi znikały uprawy, szarzały pola, rozsypywały się domostwa. Niepodlewana i nienawadniana ziemia marniała niby zwierzę zdychające z głodu i pragnienia. Żyzna gleba jałowiała, na polach pojawiły się brudne plamy piasku nawiewanego z pustyni.

Powszechną dewastację upraw potwierdzali warzywnicy, ogrodnicy oraz właściciele malutkich grządek przytulonych do drogi, płotu lub budynku. Wszyscy wysyłali rozpaczliwe wezwania do władz o pomoc. Kraj zmieniał się w pustynię zdobną – jak to okrutnie określił malarz Adany – kikutami drzew i krzewów, których nie miał kto pielęgnować i podlewać. Ogrody popadały w zaniedbanie. W zielonym ogrodzie botanicznym wyspy Kindera bujne drzewa umierały nie z braku wody, ale gleby zadeptanej przez ludzi szukających cienia.

Stacje i kanały telewizyjne pokazywały wyłącznie skutki Apokalipsy. Dzienniki stały się kroniką nieszczęść i wypadków. Gubernator wymienił dyrektora telewizji publicznej uznając, że nadmierne eksponowanie ludzkich nieszczęść zwiększa tyko ilość samobójstw. Wprowadzono nowy serial telewizyjny mający natchnąć nadzieją skołatane serca ludzi, sceny okazały się jednak zbyt bolesne. Życie filmowych bohaterów toczyło się na pograniczu rzeczywistości i fikcji. Ludzie biegali po ulicach i szukali się nawzajem, w nocy – z powodu awarii zasilania elektrycznego – poruszali się po omacku, trawieni bólem wymierania własnego gatunku. Zmieniły się tematy rozmów, dominowało w nich przerażenie, wyrażające się niekiedy groteskowymi komentarzami.

– Nikogo nie widziałem wychodzącego z budynku, kiedy dzisiaj rano wyjeżdżałem z garażu.

– Ja już od kilku dni nie słyszę sąsiadów zza ściany. Chyba uciekli, umarli lub przestali korzystać z toalety. On bardzo głośno sikał, to było straszne, teraz nic nie słychać. Wolałabym, aby było tak jak dawniej.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 169: Tsunami

Potworna siła żywiołu doprowadzała ludzi do szaleństwa, kiedy tracili rozum i opowiadali potem niestworzone historie. Mówili między innymi, że widząc własne domy rozpadające się w jedną sekundę pod uderzeniem tornada ludzie tak mocno załamywali ręce, że odpadały od ciała. Nie były to przypadki częste, ostatecznie jednak prawdziwe, skoro potem pokazywano w muzeum fragmenty rąk w charakterze eksponatów. Przerażające dowody tej tragedii budziły sprzeciw lekarzy argumentujących, że ludzie załamują ręce nie ze względów klimatycznych, ale z innych przyczyn, głównie osobistych. Ostatecznie budzące kontrowersję eksponaty wycofano z muzeum i zrobiono im chrześcijański pochówek we wspólnym grobie, na co nalegał kościół dostrzegający w nich dowody kary boskiej za ludzkie grzechy. Nocą w mieście panowały takie ciemności, że ludzie rozjaśniali mieszkania świeczkami, wyciągniętymi z lamusa lampami naftowymi, latarkami elektrycznymi, czym kto mógł. Niektórzy instalowali prowizoryczne oświetlenie podłączając się do akumulatorów samochodowych. 

Szalony żywioł pozostawił kraj w rozsypce, przedmioty porozrzucane po kątach, poukrywane przed ludzkim okiem. Odejście tornado mieszkańcy uznali za znak przesilenia, koniec nieszczęść i zaczęli gromadzić się w ocalałych kaplicach, kościołach i świątyniach, aby wspólnie dziękować Bogu za ocalenie.

Stan Sefardiego nie pogorszył się, ale i nie polepszył. Był przytomny, nie był jednak w stanie ruszyć nawet ręką, prawie zapadając w letarg. Czuwała przy nim rodzina i przyjaciele, pocieszając go i zachęcając do wytrwania.

Trzeciego dnia, o świcie rozjaśnionym pierwszymi promieniami słońca, nadeszło tsunami, jakiego nikt nie był w stanie sobie wyobrazić. W ciągu kilku godzin spustoszyło ono całe wybrzeże i przyległe tereny.

Śladem tsunami poszła przyroda, dokonując aktów szaleństwa na własną modłę. Ptaki pozbawione gniazd i piskląt, oszalałe z przerażenia, zwijały się w powietrzu w samobójczych lotach, cudem tylko unikając zderzenia i niechybnej śmierci. Dzikie kaczki, gęsi i łabędzie łączyły się razem w niezliczone stada, aby odlecieć do ciepłych krajów, choć pora była całkowicie przedwczesna, marzenia nowożeńców o szczęściu umierały na progu ich nowych wyśnionych domów, stopy zdrowych ludzi wyginały się na zewnątrz jakby porażone jakąś okropną chorobą, piasek rozgrzany w południe przez słońce nie parzył, ale chłodził, dziwaczne przywidzenia okazywały się rzeczywistością już kilka godzin później. Lekarze-psychiatrzy i seksuologowie notowali przypadki wysokich kobiet ubierających się na czarno, aby oddawać się miłośnie niskim mężczyznom oraz młodych mężczyzn tracących wigor wobec żon i kochanek patrzących im prosto w oczy. Wieczorem tego samego dnia psy wyły do księżyca skrytego po drugiej stronie kuli ziemskiej, a spokojne dotychczas koty napadały na groźne buldogi, omijając z daleka łagodne labradory. Nawet jeśli nie wszystkie z opisywanych zjawisk były prawdą, to zatrważające było to, że ludzie je wymyślali i powtarzali z takim przekonaniem, jakby sami tego doświadczyli.

Pod wpływem fali oceanicznej drzewa łamały się łatwiej niż zapałki lub gięły się do ziemi bijąc pokłony srożącemu się żywiołowi. Domy rozpadały się i znikały pod powierzchnią wody, ich szczątki ocean rozrzucał wokół jak prochy pozostałe po kremacji zmarłego. Około południa fala odeszła z sykiem piany, podobna do węża cofającego się do kryjówki po uśmierceniu ofiary. Dzień ten przeszedł do historii jako „Czarna Sobota” lub „Dzień Tsunami”.

Tsunami nie wyczerpało listy niespodzianek. Wkrótce po tym, jak ostatni fragment zmechaconej piany wtopił się w piasek plaży, a słońce oderwało się od południa i rozpoczęło drogę ku zachodowi, powietrze zaczęło odkupywać swoje grzechy. Złagodniało ono tak balsamicznie, że młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety, zaniedbując swoje obowiązki porzucali stanowiska pracy, aby przechadzać się po parkach, nad strumieniami i stawami, zapominając o bożym świecie i otaczających ich zniszczeniach. Doprowadzało to do rozpaczy ludzi, widzących ogrom zadań do wykonania, nieczułych na cudowną pogodę oraz dezorientowało rodziców, którym bliższy był smutek i żal za grzechy niż uściski i miłosne objęcia.

2Shares

Diabelski sen, ponury dzień. Swawolna dykteryjka dla panien na wydaniu i mężczyzn spragnionych szaleństwa.

Noc była czarna i gęsta. Iwanowi Iwanowiczowi przyśnił się diabeł. Obudził go w środku nocy. Był straszny: kudłaty, długi ogon, rogi, oczy jak węgle.

– Wstawaj. – Krzyknął. – Dziś jest święto Trzech Króli. Ludziom należą się upominki. Masz robotę do wykonania. Będziesz złoczyńcą. Wybatożysz trzech osobników, moich konkurentów do sławy.

Wcisnął mu w rękę ośmiorzemienny harap i popędził do wyjścia. Przeszli ulicą kawałek drogi i weszli do dużego okrągłego budynku. Pilnowali go strażnicy, ale akurat posnęli; minęli ich niezauważeni. Na korytarzach przechadzali się ludzie. Odbywały się akurat jakieś obrady.

– Lej tego! – Diabeł wskazał brudnym paluchem inteligencika z cieniutkimi okularami.

– Za co? – Zapytał przytomnie Iwan Iwanowicz.

– Za kłamstwa. Łże jak najęty.

Wykonując diabelskie wskazanie Iwan Iwanowicz serdecznie przyłożył wskazanemu. Ten nawet nie drgnął. Odezwał się tylko szyderczo.

– Mnie kłamstwa ani baty nie ruszają. Jestem odporny. Mam skórę grubą na palec. Tacy jesteśmy, my, cała formacja.

Potem weszli go jakiegoś gabinetu. Siedział tam starszy mężczyzna, tęgawy, zastały w sobie, siwy. Patrzył spode łba.

– Przyłóż mu. To nic, że jest już prawie na emeryturze. To nie zwalnia go z obowiązku przyzwoitości. – Warknął diabeł i nie czekając na pytanie Iwana Iwanowicza wyjaśnił.

– To za piekielne pomysły. Nie wiem dokąd on zmierza, jaką nienormalność lub podłość chce jeszcze popełnić. To facet niezrównoważony.

Kiedy już Iwan Iwanowicz skończył swoją katowską robotę, przewodnik po piekle i okolicach powiedział:

– Idziemy dalej. Szukam gogusia, co lubi głośno i koślawie przemawiać. To krzywoprzysięzca.

Poznali go z daleka. Miał różowe policzki, a głowa mu latała z lewa w prawo w oczekiwaniu na aplauz. Przemawiając krzyczał; był to jego ulubiony styl prezentacji słownej.

– Temu przyłóż najmocniej. On jeden mógł zatrzymać falę niegodziwości, ale nie zatrzymał. – Powiedział diabeł, po czym dodał łagodniejszym głosem:

– Na tym zakończymy twój sen, Iwanie Iwanowiczu. – Powiedział to i wycofał się. Przedtem zaśmiał się piekielnie. Adresatowi diabelskiego śmiechu zrobiło się nijako na duszy.

*****

Po diabelskiej nocy nadszedł dzień tak ponury, że ludzie masowo popełniali samobójstwa. Wszędzie widoczne były gałęzie z grubymi sznurami. Mroźna cisza wwiercała się w uszy, samochody przymarzały do podłoża, kierowcy przymarzali do karoserii. Widoki były nie z tej ziemi.

– Co mi z takiego życia, kiedy nawet potrójna kawa, półnaga kobieta ani krzyk żony nie stawiają mnie na nogi. – Rozlegały się okrzyki.

Krzyczeli mężczyźni, kobietom było to nie na rękę; opiekowały się dziećmi i albo gotowały obiad, albo sprzątały zagrodę, albo snuły wizje przyszłości z dużymi pieniędzmi i miłością wypełniającą całe ich życie.

– Były jeszcze inne zajścia, przede wszystkim wypadki drogowe, kolejowe, lotnicze i pożarnicze. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz. – Ale to nie ja będę je relacjonować. – Od tego jest telewizja.

Taka to była noc z piątego na szóstego stycznia 2019 oraz dzień szóstego stycznia tegoż roku, zwany Dniem Trzech Króli.

6Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 165: Fantazje erotyczne Josefa. Apokalipsa.

Opowieść Josefa była tak bogata, że w końcu Zenon doszedł do wniosku, że Josef snuje fantazje erotyczne.

Nie było to do końca zrozumiałe. Chcąc dopomóc swemu pacjentowi, Zenon zasugerował mu w najbardziej oględny sposób, starannie dobierając słowa, że być może warto byłoby, aby przedstawił swój problem chirurgowi lub seksuologowi, osobom najbardziej kompetentnym i pomocnym.

Josef zmieszał się. Na początku udawał, że nie rozumie słów psychoterapeuty, po czym – nie udzielając odpowiedzi – przyśpieszył swoje opowiadanie. Mimo delikatnych zachęt do kontaktu z chirurgiem, Josef w żadnym momencie nie wykazał zainteresowania tematem, tłumacząc się, że nie jest w najlepszym nastroju, że to go bardzo krępuje i że chętnie uczyni to w przyszłości.

Ostatecznie Zenon wyzbył się wątpliwości, kiedy Josef mówiąc o penisie zaczął używać określenia fiut, a nawet fiutek. Stało się jasne, że prawdziwy problem Josefa to w istocie niedorozwój jego organu, i że jego opowiadania są czystą fantazją tworzoną podświadomie dla uzyskania rekompensaty psychicznej. Sprawę ostatecznie przesądził sam Josef wspominając, że kilka razy zaglądał na strony firm oferujących usługi chirurgicznego przedłużania członków męskich, twierdząc, że robił to z czystej ciekawości.

– Wchodziłem na ich strony, aby zrozumieć, jak czują się ludzie po drugiej stronie barykady, którzy mają małe członki. Przyniosło mi to ulgę, że nie jestem osamotniony w świecie członków nietypowych, nadmiarowych i niedorozwiniętych.

Od chwili tej deklaracji, rozmowa przestała się kleić. Rozmówcy stracili do siebie zaufanie. Zenon przestał wierzyć w szczerość Josefa. Josef z kolei chyba wyczuł, że Zenon odkrył jego tajemnicę i przejrzał go do końca. Po chwili milczenia, rozmowa zeszła na neutralny temat planów Josefa na przyszłość.

– Nie snuję żadnych planów. Żyję dniem dzisiejszym. Nic innego mnie nie interesuje.

Kategoryczny charakter wypowiedzi Josefa psychoterapeuta przyjął jako zakończenie rozmowy. Obydwaj w tym samym momencie spojrzeli na zegarki. Było to ostateczne poświadczenie, że spotkanie dobiegło końca. Obywaj uśmiechnęli się na znak przyjaznego rozstania się.

*****

Wiadomość o bezpłodności Josefa wywołała rozprzężenie wśród kadry kierowniczej i szeregowych pracowników Laboratorium. Ludzie zaczęli sarkać, stracili perspektywę i kierunek, niektórzy załamali się. Był to dla nich koniec świata, niepowodzenie w skali kataklizmu. Żądano zmian, przywilejów, wolności. Nina Aleman w końcu ustąpiła wobec buntujących się, było ich zbyt wielu, bała się ogólnego buntu. Ludzie żądali widzenia się z rodzinami, zmiany przepisów wewnętrznych, więcej dni świątecznych. Zarząd zaczął wydawać przepustki, starając się kontrolować i śledzić zachowanie pracowników na zewnątrz. Ostrzegano ich przed konsekwencjami.

Laboranci wracający z przepustek przynosili dziwne wiadomości. Nikt nie miał pojęcia, jak bardzo kraj został zdewastowany przez Apokalipsę, tydzień kataklizmów pogodowych, wyrządzając Laboratorium znikome szkody, zerwany dach i zapchane rury ściekowe oraz powodując przejściową przerwę w dostawie prądu, ponieważ firma miała własne zasilanie awaryjne. Ani grad, ani ulewne deszcze nie wyrządziły szkód, gdyż teren Laboratorium leżał na wzgórzach. Podobnie było z pożarami i tsunami, o których pracownicy Laboratorium nie mieli nawet pojęcia.

Najciekawsze wiadomości dotyczyły skutków Apokalipsy, zmian zachodzących w kraju, bliżej nieokreślonych fenomenów, chamienia społeczeństwa, indywidualizmu oraz buntu kobiet przeciw prokreacji. Były to wieści tak fragmentaryczne i niejasne, że wracający z przepustek używali często określeń podobno, prawdopodobnie, wydaje się, dla podkreślenia, że jest to prawda, ale może niecałkowita.

Wkrótce powróciły do Laboratorium dyscyplina i porządek. Laboranci skoncentrowali się na pracy, intensyfikując wysiłki wyprodukowania kolejnych, udoskonalonych okazów człowiekonia, już bez wadliwych genitaliów. Myślano też o stworzeniu pary człowiekoni, samca i samicy, podobnie jak Bóg stworzył Adama i Ewę. Był to pomysł Klechy, który jakby nawrócił się na wiarę w Boga, przeżywając okresy pogłębionej religijności, widzeń i wglądu w tajemnice życia, podobno także pośmiertnego. 

0Shares

Obserwacje Iwana Iwanowicza. Opowiadanie fantasy.

Od Nowego Roku Iwan Iwanowicz widział wszystko w krzywym zwierciadle. 4 stycznia 2019 roku o godzinie piątej rano, równiutko jak w pysk dał, zanotował w swoim sekretnym dzienniku, że na zachodniej ćwiartce nieba ukazały się poszarpane na krawędziach warstwy chmur, czerwona góra, niebieski środek i biały dół, spod których przebijały światło. Iwan Iwanowicz od razu skojarzył je sobie z Leonem Krzepkim-Kukułą, którego wciąż pamiętał jako dawnego Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych (przywódcę o szlachetnych intencjach, jak mówili o nim jego wasale i lennicy), który w międzyczasie urósł do pozycji Naczelnika Państwa.

– Przeciwnicy Naczelnika, ekstremiści zatruwający po lasach grzyby jadalne – cicho mruknął do siebie Iwan Iwanowicz, aby nie pobudzić domowników – przypisywali mu niezrozumiałe zamiary totalnego uporządkowania społeczeństwa, otumanienia szlachetnymi obietnicami a nawet zastraszenia, aby narzucić mu własną wielce sprawiedliwą wizję państwa, społeczeństwa i prawa, jaka krążyła po siwej głowie Naczelnika.

Od pewnego czasu Naczelnik jakby niedomagał, chodził o lasce, utykając na jedną nogę, w jego oczach palił się jednak niezmiennie ten sam ogień reformowania wszystkiego, poprawiania i uskuteczniania, od form piekarskich przez huśtawki dla dzieci do wzorca sprawiedliwości dziejowej, którym miał nadzieję zarazić także inne narody.

Myśl o zarazie zmroziła Iwana Iwanowicza. Jego umysł popadł w stan łagodnego odrętwienia, aby zregenerować się po intensywnym choć krótkim wysiłku syntezy społecznej.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Hipologia

Hipologia stała się autentyczną pasją Josefa. Zapisał sobie i zapamiętał jej fachową definicję „nauka traktująca o koniu, jego budowie, fizjologii, filogenezie, hodowli i chowie”, aby nie stracić z pola widzenia nawet najmniejszej cząstki wiedzy także o sobie samym. Dzięki studiom poznał słynne konie starożytności, Bucefała, Incitatusa, współczesności, czempionkę Pianissimę, umiejącego porozumieć się z ludźmi Mądrego Hansa, długowiecznego Old Billy, w końcu konie przerastające literacką sławą wszelką wyobraźnię: mówiącego Bri, Jolly Jumpera zwanego Wesołkiem, Rosynanta sprawnego w walce z wiatrakami, ośmionogiego Sleipnira oraz szybkiego i mądrego Swadelfari’ego.

Josef sporządził sobie krótką listę zwycięzców najsłynniejszych zawodów rydwanów w starożytności oraz zwycięzców późniejszych zawodów hippicznych, notując, któremu ze słynnych koni postawiono pomniki. Co do Cefali, to sam wymyślił taką nazwę dla konia, którego cesarz Neron uczynił senatorem.

Studiowanie obrazów, opisów, historii i pomników koni pozwoliły Josefowi docenić ten niezwykły gatunek. Poznanie genetyki doprowadziło go z kolei do głębokiego przekonania, że koń i człowiek nie są sobie tak bardzo odlegli, jak myślą ludzie, ponieważ są one związane ze sobą nićmi ewolucji niby dwa pasma włosów w warkoczu. To mu ogromnie odpowiadało, gdyż zrozumiał, że nie powinien doszukiwać się wyższości konia nad człowiekiem lub odwrotnie. Nie potrzebował już tłumaczenia, który gatunek jest lepszy czy gorszy i dlaczego.

Tej nocy śniło mu się królestwo niebieskie, po którym biegali w jednym zaprzęgu człowiek i koń, obydwaj wspaniale umięśnieni. Potem między nimi pojawił się trzeci osobnik, Centaur, i tak już zostało do końca snu. Po przebudzeniu Josef żałował, że snów nie można nagrywać na taśmie filmowej lub zapisywać w jakikolwiek inny sposób.

Zbieranie i opracowywanie przysłów o koniach okazało się nowym, pasjonującym zajęciem, choć wcale nie łatwym. Josef spisał wszystkie przysłowia w jednym miejscu, wykonując iście encyklopedyczną pracę. W odróżnieniu od innych zajęć traktował tę pracę – nie wiadomo dlaczego – z lekkim przymrużeniem oka. Od razu pozwolił sobie na pewną manipulację. Przysłowie „Zrobić kogoś w konia” wykluczył, uznając, że niesłusznie degraduje ono konia do małości ludzkiego myślenia o innych istotach. Podobne zdanie miał o przysłowiu „Ma łeb wielki jak koń”. Łeb zaakceptował, ponieważ był to termin naukowy stosowany w weterynarii, ale samo porównanie uznał za niezgodne z zasadami poprawności politycznej.

Historia konia trojańskiego zaskoczyła Josefa nieporadnością interpretacji. W jego ocenie koń trojański nie był żadnym podstępem, ale pozytywnym aktem wyzwolenia Troi spod jarzma satrapy Priama. Sam koń był istotą wolną, bez krępującej ciało uprzęży, masywnie zbudowaną. W swoim wnętrzu miał dostatecznie dużo miejsca, aby wojownicy mogli czuć się wygodnie i nieskrępowanie, bawić się mieczami, być może nawet cicho grać na organkach taniec z mieczami.

*****

W miarę nabywania wiedzy Josef coraz mocniej odczuwał potrzebę dzielenia się z ludźmi i końmi swoją wiedzą i przemyśleniami. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że były też inne przyczyny, mianowicie obecność zgrabnych klaczy, które ludzie nazywali oni kobyłami, co wydało mu się niestosowne. Wyobraził sobie, że jego nazywają wałachem i zimno mu się zrobiło. Wolał widzieć siebie pod postacią wysportowanego ogiera, sprawnego i imponującego samemu sobie, nie mówiąc o klaczach.

Bur Bury i Ifigenia, kiedy usłyszeli o jego przystąpieniu do Klubu Aktywistów Końskich i jego aktywności w Internecie, szczerze mu pogratulowali. W związku z nominacją na członka klubu Josef przeszedł chrzest bojowy; musiał przebiec półmaraton, w trakcie którego jurorzy oceniali jego sprawność, sylwetkę i maniery. Na szczęście nie patrzyli mu zęby, co go ucieszyło, bo nie znosił tego rodzaju inwazji w swoją prywatność. Członkostwo w klubie dało mu uprawnienie umieszczania flagi Republiki Koni na kantarze lub innej część ubioru końskiego. Od tej pory zawsze pamiętał, zwłaszcza w Dzień Ogiera i Wałacha, Dzień Klaczy i Kobyły, Światowy Dzień Konia i podobne święta, o fladze ze złotym wizerunkiem Centaura.

Angażując się społecznie, Josef mimo woli zaniedbał się osobiście; mniej ćwiczył, lecz dobrze się odżywiał, w związku z czym utył. W przeddzień jego urodzin Ifigenia i Bur Bury pamiętali, aby kupić mu w upominku figurę Centaura, porcelanową, z jego pyskiem. Był tym zachwycony, dawno już nie przeżywał takiej ekstazy, tym bardziej, że podejrzewał, że wciąż dawano mu środek uspokajający, co go wyciszało. W dzień urodzin chyba nic mu nie dodano do jedzenia, ponieważ był wesoły jak rozbiegany źrebak.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 160: Proces konienia Josefa

Psychoterapeuci Laboratorium szybko zdali sobie sprawę, że Josef konieje. Stworzyli ten termin i używali go dla opisania jego osobowości coraz wyraźniej skłaniającej się kierunku konia i zwierzęcości; człowiek i człowieczeństwo stawały mu się coraz bardziej obce. Josef czynił to na początku mimo woli, podświadomie, potem coraz bardziej świadomie, tak że w końcu pragnął, dążył i uczył się być koniem.

Genetycy zadawali sobie pytanie, czy nie jest to przypadkiem zjawisko„rozchodzenia się” delikatnych powiązań genetycznych łączących „ludzką” i „końską” naturę Josefa, i ich uwstecznianie się w kierunku bardziej prymitywnej natury zwierzęcej.

*****

Efekty konienia zaczęły wkrótce uwidaczniać się zewnętrznie. Josef widział to wyraźnie w lustrze. Wieczorem przyglądał się swojej twarzy, dostrzegając zachodzące przemiany. Twarz się wydłużała.

Obserwował ten proces uważnie, mierzył zmiany i notował. Sprawiało mu to przyjemność. Przygotował sobie linijkę z wcięciem dla łatwiejszego wykonywania pomiarów twarzy. Bezwiednie zaczął nazywać ją twarzopyskiem, czasem nawet pyskiem. Były to zachowania spontaniczne. Wciąż miał jeszcze twarz ludzką, ale już z pierwszymi, nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Nos wyraźnie powiększał i jakby jednoczył z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Josef wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich rozklejało go, ponieważ kojarzyły mu się z czułością i delikatnością; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Zmieniały się także inne elementy jego fizjonomii. Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył powoli żółknące zęby, powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze zębów, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk wiązkę trawy lub siana i żuć ją swobodnie.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i zdejmował z nich skórę, a potem naciągał ją na drewnianą ramkę, aby ją oczyścić i pozwolić wyschnąć, następnie zakonserwować z przeznaczeniem na futerko.

Proceder „znęcania się” nad martwym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w Josefie odruch wymiotny.

Pokonywał go w sobie jednak, gdyż zależało mu na wyjaśnieniu, czy nie dałoby się przyczepić końcówek własnych warg na malutkich haczykach do podobnej drewnianej ramki, aby przyśpieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni. Przyczepione do żywego ciała haczyki nie były jego pomysłem, tylko filipińskim, związanym z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia męki Jezusa. Josef uporczywie wracał wieczorami do tej myśli, przeczuwając, że jest to wyzwanie, z którym będzie musiał się kiedyś poważnie zmierzyć. Miał na myśli duchowość zwierzęcą.

W miarę konienia, Josef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył głośne „ihaha” i podobne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków, które wydawały mu się coraz bardziej nienaturalne, i nauczyć się bardziej mu odpowiadających końskich.

W zezwierzęceniu Josef dostrzegł nagle tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, w jakimś sensie bardziej prostackiego gatunku mimo cywilizacyjnych udoskonaleń. Stawał się buntownikiem, dla którego ludzka cywilizacja okazała się dominująca, bardziej wysublimowana, ale też bardziej wyrachowana i niebezpieczna, bo niszcząca klimat i przyrodę, jedyne źródła i ostoje życia na ziemi. W momentach frustracji Josef nazywał człowieka w sobie bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

*****

Josef martwił się o swoją samczą integralność. W okresie zatrudnienia u Wałacha Bur Burego w charakterze konia pociągowego Josef podejrzewał, że coś mu dorzucają do jedzenia, ponieważ był wyraźnie spokojniejszy, wręcz wyciszony, słabiej reagował na przejeżdżające obok pojazdy mechaniczne, a nawet na okazyjną strzelaninę, nieuniknioną w każdym wielkim mieście.

Wąchał, niuchał, obserwował, w końcu doszedł do wniosku, że Ifigenia i Bur Bury dają mu brom lub inny środek uspokajający, podobnie jak daje się starym ludziom w domach opieki, który wprawdzie utracili już zdolność brykania, ale mogli wpaść na pomysł, aby wyjść poza ogrodzenie i zgubić się nawet w szczerym polu. Myśl z bromem przyszła mu do głowy dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie, że sondował ostrożnie opinie właścicieli, jak to jest z kastracją koni. Niepokój, że sam mógłby być wykastrowany, wracały do niego często, głównie we śnie i w stanach półuśpienia.

Któregoś dnia wdał się z właścicielami w rozmowę wykazując się dobrą orientacją w sprawie eunuchów w starożytnych Chinach, jacy to byli ważni na dworze cesarskim, choć osobiście uważał, że nie jest to dobry pomysł, aby okaleczać kogokolwiek, zwierzę czy człowieka, bo przecież człowiek to też jest zwierzę, tylko pośledniejszego gatunku.

– Niech się nie mądrzy – pomyślał wtedy o nim Bur Bury – bo nie zdaje sobie z tego sprawy tak głęboko jak ja, mając za sobą osobistą, bolesną i przykrą w konsekwencjach rewolucję kulturalną.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 159: Josef na dawnym targu końskim

W snach, które mimo leczenia farmakologicznego i psychoterapii nieprzerwanie go męczyły, Josef czuł się coraz gorzej. O ile w dzień odzyskiwał siły i animusz, to nocą jego świat każdorazowo walił się w gruzy. Również po każdym męczącym dniu miał niedobre skojarzenia; żałował, że nie zapisał się do jakiejś partii politycznej, aby zostać posłem, wejść do parlamentu i uzyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał.

Były to bolesne przeżycia. Josef chciał pomyśleć o czymś pozytywnym, aby oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w usta, że zapomniał, o co mu chodziło.

Którejś nocy, z soboty na niedzielę, Josef trafił na dawny targ koński, gdzie handlowano zwierzętami, starzyzną, materiałami budowlanymi oraz przysłowiowym mydłem i powidłem. Zaprowadził go tam Wałach, przywiązał do słupka niedaleko bramy wejściowej i przyczepił mu do szyi tabliczkę z ceną i napisem „Sale”. Od samego rana między budkami z tanim piwem, kioskami z prasą brukową i sklepami z uprzężą i podobnymi akcesoriami, spacerowali ludzie poszukujący koni pociągowych i pod wierzch. Do Josefa podchodzili nabywcy, przeważnie mężczyźni, oglądali go starannie, dziwili się jego wyglądowi, sprawdzali stan jego zdrowia, pytali o wiek i podobne sprawy. Najbardziej przeżywał Josef chwile, kiedy potencjalni nabywcy zaglądali mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, oglądali pęciny lub rozpinali koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej. Pytano także, czy nie jest narowisty. Niekiedy klienci spluwali z dezaprobatą, ganiąc Bur Burego i Ifigenię, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar. Wszystko to było dla Josefa niezwykle upokarzające.

W miarę zbliżania się południa, Josef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, nikt nie zainteresował się jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, Josef coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, co może go czekać. Przed oczami stanęła mu rzeźnia przerabiająca takich jak on na konserwy dla psów i kotów.

Wyobraził sobie nędzę końcowego fragmentu swego życia. Był już bliski załamania, kiedy podszedł do niego Wałach ze swoją małżonką Ifigenią. Patrzyli mu długo w oczy. Po wymianie spojrzeń między sobą Ifigenia oświadczyła:

– Nie martw się, Josefie! Nie byłeś najlepszym koniem, ale nie utrudniałeś nam życia. Jesteś zwykłym dwunożnym łajdakiem jak każdy inny podobny typ, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Dlatego też postanowiliśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, jeśli będziesz brykać za dużo. Pilnuj się więc lepiej, bo może to być niebezpieczne dla ciebie – dodał poważnie Wałach. Od czasu ukończenia zawodowego kurs powożenia przywiązywał szczególną wagę do spraw bezpieczeństwa. Josef nie miał pojęcia, czy Wałach żartuje, czy mówi poważnie.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – tym niezbyt dorzecznym pytaniem Josef usiłował odegnać niedobre myśli.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, wszędzie tam, gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że nieudacznik taki jak ty potrafi być porządnym koniem.

*****

Tego dnia Josef obserwował siebie uważnie. Dojrzał w sobie skłonności, o które się wcześniej nie podejrzewał. Lubił ulegać, miał miękki charakter. Nie był to sen czy marzenie, jak wydawało mu się na początku, ale surowa rzeczywistość. Zauważył, że przyzwyczaił się do uderzeń bata zbyt łatwo i szybko, może nawet zaczynał mieć w tym przyjemność. Nie lubił też przewodzić, być samodzielny, wolał, aby nim kierowano. Skłonność do podporządkowania się, ulegania, bycia usłużnym, to były cechy, które stopniowo odkrywał w sobie. W końcu zdał sobie sprawę, że trzask bata nie tylko mu nie przeszkadza, ale wręcz sprawia mu przyjemność. W duchu zaczął nazywać siebie sługusem, fagasem, a nawet przydupasem, co było okropnym określeniem.

Zastanawiał się, co to mogło znaczyć. Przy okazji zapytał o zdanie swojego psychoterapeutę, który zawsze zachęcał go do otwartości. Niezależnie od tego Josef zadawał tak pytania, aby mężczyzna nie domyślił się, o kogo chodzi. Nie udało się to jednak. Terapeuta wyjaśnił mu, że nie musi ukrywać takich cech, ponieważ i tak się uzewnętrznią, wszyscy je zauważą.

Postawę Josefa nazwał masochizmem. W bibliotece Josef poczytał więcej na ten temat. Zgodził się, że odczuwa przyjemność, kiedy się poniża lub jest poniżany.

W miarę upływu czasu Josef coraz bardziej widział siebie w roli konia pociągowego, wyobrażał siebie w takich sytuacjach, marzył o nich. W końcu tak silnie to nim owładnęło, że zaczął opowiadać ludziom, że planuje wyjechać na Daleki Wschód, aby zatrudnić się tam na stałe do ciągnięcia rikszy. Marzenia o niej stały się jego pasją. Josef oglądał filmy o Dalekim Wschodzie, czytał na temat tych pojazdów, analizował historię riksz pieszych i motorowych. W końcu zbudował sobie model rikszy konnej, która miała być przełomem w technologii przewozu ludzi w gęsto zaludnionych i zatrutych spalinami miastach.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 158: Kobiety i sny Josefa.

Josef nie utrzymywał bliższych kontaktów z kobietami, choć miał wśród nich sporo znajomych, z niektórymi – jak sam twierdził – szczerze się przyjaźnił. Szczególnie serdeczne relacje łączyły Josefa tylko z bibliotekarką. Pomagała mu w wyborze literatury i poszukiwaniu interesujących go informacji w Internecie. Lubił z nią konwersować.

– Jest to mężatka z dwojgiem dzieci. Nic ich nie łączy, oprócz wzajemnej życzliwości i rozważnych relacji, które ona określa jako czysto służbowe. – Obserwacja opiekuna dała trochę do myślenia psychoterapeucie, oceniającemu sytuację Josefa w szerszym kontekście. Podejrzewał on możliwość negatywnego wpływu różnych zdarzeń i zjawisk na relacje Josefa z płcią odmienną.

*****

Od pewnego czasu męczyły Josefa stany dwuznacznej świadomości, ni to marzenia senne, ni to przeżycia na jawie. Pojawiały się nieregularnie. Josef nie umiał sobie z nimi poradzić; wracały i ponownie go męczyły. Któregoś dnia zauważył, że chudnie i razem z opiekunem Danielem udał się do psychologa. Ten przeprowadził z nim długi wywiad, wysłuchał dokładnie i poprosił o relacjonowanie mu snów każdego ranka, kiedy Josef jeszcze pamiętał je dobrze.

W pierwszym, szczególnie intensywnym śnie, jaki Josef zapamiętał, Laboratorium sprzedało go prywatnej firmie transportu konnego. Firma bardzo potrzebowała pieniędzy na dalsze badania i eksperymenty i uczyniła to z konieczności. Josef stał się własnością Bur Burego Wałacha, który prowadził biznes transportowy przejęty od furmana, kiedy ten przeszedł na emeryturę.

Wałach, do złudzenia przypominający ciężkiego, prymitywnego perszerona, zaprzągł Josefa do ogumionego wozu, włożył mu chomąto na szyję oraz munsztuk do ust. Chwilę potem chwycił wodze w jedną rękę, wyglądającą jak kopyto, a w drugie siarczysty bat.

– Teraz jesteś koniem pociągowym, Josefie. Zapamiętaj to sobie – Powiedział Wałach. – Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, o trudnym do wymówienia imieniu Ifigenia, podobną do kobyły, wygodnie usadowili się na koźle.

Josef nie od razu zrozumiał polecenie. W Laboratorium nie było koni, które odzywałyby się do niego, nie miał więc możliwości nauczenia się sprawnego rozpoznawania głosów i rozumienia końskiej mowy. Rozumiał tylko fragmenty tego, co mu mówili nowi właściciele, a i to było trudne, bo głos Wałacha brzmiał chrapliwie, wyjątkowo niewyraźnie, zaś w głosie kobyły Ifigenii dominował dyszkant, też nie ułatwiający rozumienia.

– A dołóż temu człapakowi batem! – Wyrzuciła z siebie Ifigenia, tuląc się do Bur Burego, oboje poruszeni poczuciem, że w końcu nadeszła wichura sprawiedliwości dziejowej, która zmieniła pozycję człowieka wobec konia.

Wałach, nie zastanawiając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo Josefowi. Poczuwszy piekący ból i rosnącą pręgę na plecach Josef już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w momencie uderzenia bata. Naprężył się i pociągnął wóz z całej siły. Był on tak ciężki, że człowiekoń z wielkim trudem ruszył do przodu. Szło mu słabo, pocieszał się jednak, że początki są trudne. Ciągnąc wóz przed siebie, obserwował otoczenie. Musiał polegać na sobie w wyborze kierunku jazdy, ponieważ Wałach nie dał mu żadnych wskazówek, co, kiedy, gdzie i jak wykonywać.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał Josef. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Marty rzucił w górę kijek i kazał go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie, która bez wahania podskoczyła jak sarna, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka; chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwytając rzucane przedmioty wracała szybko do Marty’ego, aby zasłużyć na ciasteczko, jakim kiedyś sama go karmiła wyrabiając w nim nawyki raportowania.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Josef zauważył kozła Ozona, jak uderzał rogami mężczyznę celując w jego najbardziej wrażliwe miejsce. Znał Ozona z imienia, ponieważ kiedyś przyniósł mu wiązkę trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy.

Pół godziny później przejeżdżali koło wielkiego namiotu cyrkowego. Josef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, gdyż zdał sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z umiejętności siłowych i sprawnościowych, o których rozpisywała się prasa. Uti zawsze takie zmagania wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się w roli bohatera narodowego imperium, któremu przewodził, szczycąc się, że jest ono mocno osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym czołgom i zdalnie sterowanym rakietom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie upokorzył go powalając na matę w czasie Mistrzostw Świata w Zapasach i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy przewrócił go dysząc mu prosto w twarz:

– Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Josef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Przypomniał sobie Darwina, któremu pokręciło się, że ludzie są zwierzętami. Josef miał teraz znacznie lepsze rozumienie ewolucji, zjawiska opartego na duecie bata i marchewki. Jadąc dalej nie za bardzo mógł obserwować, co dzieje się wokół, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, ponieważ co raz to dosięgał go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem wspomnienia dymu i wędzarni kojarzącej mu się z obozem pracy przymusowej, Josef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy pełnym żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia, gdyż wewnątrz znalazł żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 157: Problemy zdrowotne Josefa

Zastanawiano się, czy na samopoczucie Josefa nie mogło wpływać połączenie ludzkiej anatomii z końską fizjologią. Szkielet, tkanki, kości i mięśnie oraz mózg Josefa były ludzkiego pochodzenia, natomiast organy wewnętrzne pochodziły od konia. Na pytanie, czy nie występuje tu konflikt, nie sposób było odpowiedzieć. Sam Josef twierdził, że nie odczuwa ani nie widzi w ich funkcjonowaniu niczego dziwnego, tym bardziej podejrzanego.

– W moim organizmie anatomia i fizjologia idą ze sobą ręka w rękę jak para najlepszych kochanków. Nie szukajcie dziury w całym! – Jego twarz i oczy sugerowały, że uważa sprawę za wymyśloną i bez sensu, a rozmowa o niej tylko go denerwuje.

Na pytanie, jak sobie radzi emocjonalnie jako hybryda człowieka i konia, Josef nie umiał jednak odpowiedzieć. Długo się zastanawiał. Po kolejnej rozmowie na ten temat wyszło na jaw, że nie wszystko układa się pozytywnie w jego życiu. Niektóre jego zachowania wskazywały na typowo ludzkie, racjonalne spojrzenie i postępowanie, inne na zwierzęce, bardziej instynktowe odczucia i zachowania. Między nimi pozostawała jednak jakaś równowaga, ale i to się zmieniło.

*****

Mimo niewątpliwej dojrzałości, Josef zachowywał się coraz częściej jak rozbrykany źrebak lub rozpuszczony chłopiec, zniechęcając do siebie otoczenie. W tym wszystkim we znaki dawała się jego końska natura; czasem zachowywał się tak, jakby dziczał i upodabniał się do zwykłego konia. Zarząd Laboratorium był coraz bardziej zdezorientowany, podobnie jak i pracownicy utrzymujący kontakt z Josefem. Jego poprzednik, zmarły tragicznie Josef Półkoń, wydawał im się teraz wręcz ideałem. Spowodowało to, że pierwsze pozytywne wrażenia o Josefie Nowym szybko ulegały erozji.

Firma zaangażowała wszystkie środki i ludzi, aby zaradzić utrapieniom. Im więcej jednak poświęcano uwagi Josefowi, tym bardziej stawał się nieznośny. Nie była to jakaś wrodzona złośliwość, zgodni w tym byli wszyscy specjaliści, zarówno lekarze psychiatrzy, psychologowie jak i weterynarze oraz hodowcy koni, ale niezwykła huśtawka uczuć i zachowań. Josef raz zachowywał się jak dojrzały, ustabilizowany mężczyzna, innym razem jak rozkapryszone dziecko, które nie wie, czego chce, kiedy indziej zaś jak zwykły koń o niezdecydowanym charakterze.

Po dłuższej obserwacji Josefa, podjęto jego leczenie. Próby wykorzystania leków roślinnych a potem farmakologicznych nie przyniosły dobrego rezultatu. Josef wyczuwał nawet najmniejszą ilość obcej substancji w pokarmie; o bezpośrednim przyjmowaniu leku nie było nawet mowy. Było to też niebezpieczne, ponieważ dysponując końskimi trzewiami nie był w stanie wymiotować, co mogło doprowadzić do tragicznych skutków. Próby podawania leku ukrytego w jedzeniu okazały się zbyt ryzykowne; Josef wpadał w szał. Stawał się wtedy niebezpieczny zachowując się jak zwykły bandzior. Był tak silny, że kilku mężczyzn nie było w stanie dać mu rady. Zdecydowano się wówczas na psychoterapię. Było to leczenie powolne i mniej skuteczne, ale przynajmniej dawało się zastosować i stwarzało jakąś szansę powodzenia.

Impas w stanie zdrowia Josefa trwał dłuższy czas. Laboratorium nie podejmowało działań, kiedy wbrew zaleceniom terapeutów Josef stawiał na swoim i znajdował sobie jakieś bezsensowne zajęcie lub udawał się na dłuższą wędrówkę. Lubił długie, samotne wyprawy, czasem zgadzał się nawet, aby ktoś mu towarzyszył. Na początku akceptował towarzystwo także laborantek, bardzo szybko okazało się jednak, że coraz gorzej znosi ich obecność. One same mówiły, że wprawdzie Josef nie okazuje im nadmiernego zainteresowania ani nie zaleca się, coraz częściej miały jednak niejasne poczucie zagrożenia z jego strony. Nie umiały określić na czym ono polega. Dla bezpieczeństwa Nina Aleman po konsultacji z Aaronem zakazała kobietom, aby towarzyszyły Josefowi na spacerze nawet w towarzystwie mężczyzn.

W trakcie kolejnej rozmowy w gabinecie terapeutycznym, Josef wyznał, że chciałby znaleźć sobie regularne zajęcie.

– Potrzebuję zająć się czymś na stałe. Czuję nadmiar energii i chciałbym robić coś użytecznego. Potrzebuję pracy, zaangażowania, wysiłku fizycznego. Sama rozrywka czy prosty wysiłek intelektualny już mnie nie cieszą. Zresztą nigdy mnie nie cieszyły, wydawało mi się tylko, że jest inaczej.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 156: Sytuacja Josefa pogarsza się

Wkrótce Josef zaczął skarżyć się na pogarszające się stosunki ze znajomymi a nawet przyjaciółmi. Był to pierwszy objaw, że coś psuje się w jego życiu osobistym. Czuł się coraz gorzej psychicznie. Przypisywał to rosnącej niechęci ludzi do niego. Kilka razy wspomniał o tym na zajęciach psychoterapeutycznych, do których Laboratorium z trudem udało się go przekonać.

Wyznania Josefa co do nieprzyjaznego traktowania przez ludzi w miasteczku skonfrontowano z jego sąsiadami, przyjaciółmi i innymi osobami, z jakimi najczęściej miał do czynienia. Był coraz wyraźniej postrzegany jako dziwak; niektórzy wręcz nazywali go dziwadłem. On sam temu zaprzeczał. Twierdził, że zachowuje się dokładnie tak, jak inni, „normalni” mieszkańcy miasteczka, zwłaszcza mężczyźni w jego wieku i jeśli ktoś tego nie zauważa, to jest w błędzie.

– Nie rozrabiam, nie piję, nie palę, uprawiam sport, spotykam się z przyjaciółmi. rozmawiam z ludźmi i utrzymuję z nimi przyjazne stosunki – Josef z sarkazmem podsumował sytuację.

Okazało się, że zachowania Josefa, naturalne dla niego, były inaczej widziane i oceniane przez mieszkańców miasteczka. O ile pierwsze wrażenia były korzystne, o tyle każdy następny dzień niósł pogorszenie zamiast poprawy. To, co ich zastanawiało, a nawet dziwiło, stworzyło całkiem długą listę. Notatki sporządzone przez psychoterapeutę zawierały cytaty z rozmów: „On nigdy nie siądzie ani nie położy się, tylko stoi”, „chodzi spać zaraz po zachodzie słońca i wstaje równo ze wschodem słońca”, „ to mruk i samotnik, rzadko zdarza mu się rozgadać się i szczerze coś powiedzieć”, „jest skryty jak norka”, „ma dziwne poczucie humoru”, „nie uznaje w ogóle alkoholu, nawet piwa”, „żywi się wyłącznie roślinami i uważa to za normalne; jakiś weganin czy co?”, „ma taką dziwną twarz, zwłaszcza ten jego koński uśmiech”.

Sprawy komplikowały się. Wbrew oczekiwaniom Laboratorium, ludzie traktowali Josefa coraz gorzej. Nie wiadomo, dlaczego nie przynosiły pozytywnych efektów regularne akcje uświadamiające, kim jest i jak zachowuje się człowiekoń Josef. Nawet niektórzy początkowo mu życzliwi laboranci traktowali go jak odmieńca i cudaka. Najbardziej dziwiła ludzi jego bezkompromisowa roślinożerność, temperament i niektóre zachowania. Obywatele Nomadii, na początku tylko nieufni, potem niechętni, w końcu też stawali się wrogami Josefa. Niechęć do niego umacniała cicha propaganda rządu i kościoła, od początku niechętnych mu jako tworowi człowieka, a nie natury. W najlepszym przypadku Josefa traktowano jak dzikusa, którego od zwykłego człowieka dzieli nieokiełznana zwierzęca natura.

Mimo przeciwdziałań Laboratorium sytuacja nie tylko nie ulegała poprawie, ale pogarszała się. Utrzymywała się już tak długo, że Josef uwierzył, że rzeczywiście jest jakimś dziwadłem, istotą człekokształtną, ale cudacznie osobliwą. To go odmieniło. Zaczął ulegać nienaturalnym poglądom i podporządkowywał się woli otoczenia, innych ludzi a nawet koni. Jego stan zdrowia pogarszał się wyraźnie, pojawiły się pierwsze objawy depresji.

Zarząd postanowił dokładniej zbadać wszystkie okoliczności. Na pierwszy ogień poszło odżywianie. Od pewnego czasu Josef skarżył się na bóle żołądka. Najbardziej odczuwał je rano, kiedy myślał o zajęciach i obowiązkach dnia. Czasami były one silniejsze, czasem słabsze, zawsze jednak uciążliwe i męczące. Męczyły go tym bardziej, że nie znał przyczyny; nie objadał się, nie miał niestrawności, niczym się nie zatruł. Był przekonany, że odżywia się bardzo zdrowo i nic takiego nie powinno mieć miejsca. Terapeuci opiekujący się Josefem zaczęli podejrzewać, że ktoś uprawia sabotaż wobec niego. Zastanawiali się nad tym wspólnie z Josefem, lekarzami i Aaronem, lecz nie znaleźli żadnego wyjaśnienia.

Dla pewności – włączając w to także dietetyka i kucharzy – szczegółowo przejrzeli i krytycznie ocenili dietę. Przy okazji wyszło na jaw, że sposób odżywiania się Josefa dziwił innych ludzi, zwłaszcza kiedy korzystał z restauracji, baru lub kawiarni. Wszystkich szokowała ogromna ilość „zwykłej” zieleniny i niewielka ilość warzyw i owoców. Była to typowa dieta weganów z wyjątkiem trawy i jednej czy dwóch pospolitych roślin. Dieta Josefa była jednak jak najbardziej do zaakceptowania zważywszy końską naturę jego systemu wewnętrznego.

*****

Wkrótce u Josefa pojawiły się inne problemy. Były to dziwne skłonności. Niektóre zauważył on sam, inne zaobserwowali przyjaciele i pracownicy Laboratorium. Josef stał się niesłowny i niestabilny. Nie można było na nim polegać.

– To efemeryda. Teraz myśli tak, chwilę później zupełnie inaczej. Zmienia się jak chorągiewka na wietrze. On jest po prostu nieobliczalny. – Tego rodzaju lapidarne obserwacje pojawiały się tak często i urosły do takich rozmiarów, że zaczęto podejrzewać, że jest niespełna rozumu. Wysuwano najbardziej niedorzeczne przypuszczenia, poniekąd zrozumiałe w obliczu troski o niego, nawet takie, że mógł go pokąsać wściekły pies.

4Shares