Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych koni. Cz. 61: Leśny rządowy obóz przetrwania.

Po zejściu z wyasfaltowanej, dziwnie wąskiej drogi, posuwali się bez słowa przez iglasty las przetykany brzozami i porośnięty mchem tak bujnym, że gumowe buty zapadały się prawie do połowy. W powietrzu wisiała mgła i zduszona cisza. Sefardi ze zdziwieniem patrzył na drzewo, z którego zwisały niezrozumiałe kształty, jakby symbole, trudne do określenia, półprzezroczyste, ociekające kroplami wilgoci. Im głębiej wchodzili w las, tym więcej ich się pojawiało.

– Czy to pańskie lekarstwo nie zaburza mi wzroku? Czuję, jakbym miał przywidzenia. Na drzewach widzę jakieś symbole przypominające plamy wilgoci.

Przewodnik skrzywił usta w tajemniczym, dwuznacznym uśmiechu i odpowiedział uspokajająco, co tylko wzmogło niepokój Mistrza.

– Nie, nie zaburza wzroku. Widzi pan prawidłowo. Proszę zwrócić uwagę także na to, co stoi za ziemi i co lata w powietrzu. Jeśli pan to zauważy, to znaczy, że zbliżamy się do obozu przetrwania. Nie wiem, czyj to będzie obóz, bo oni ciągle zmieniają położenie.

Sefardi miał na ustach następne pytanie, kiedy otworzyła się przed nimi mała polanka, jakby celowo wycięta w środku lasu, a na niej, pod plastikowym zadaszeniem, obozowisko z namiotami, kuchnią i jakimiś urządzeniami. W głębi majaczył wielki hangar lotniczy. Na środku polanki, na postumencie z grubych desek, mógł to być parkiet, znajdowała się konstrukcja, doskonale znana Sefardiemu z telewizji. Była to sala posiedzeń rządu, a właściwie jej atrapa. Dobrze oświetlona, z wielkim prostokątnym stołem w kształcie litery „U” i krzesłami ustawionymi byle jak po obydwu stronach, jakimiś tablicami i dwoma skrzynkami wyglądała na zagraconą.

Coś zmieniało się w powietrzu, które wyraźnie gęstniało przypominając budyń rozpylony na miliony cząsteczek. Przewodnik wskazał palcem kierunek, skąd napływała lepka mgła. Był tam niewielki stawik śródleśny, otoczony roślinnością wodną, z kikutami szarych gałęzi sterczącymi nad powierzchnią. Znowu pojawiły się symbole różnego kształtu i wielkości; wyłaniając się z cienia sadzawki łączyły się na tle drzew. Z boku, przy brzegu zbiornika wodnego, stały przedmioty codziennego użytku: rower, taczka i narzędzia ogrodnicze. Mistrz kiwnął przewodnikowi głową na znak, że zrozumiał jego wcześniejszą zapowiedź, widzi to, o czym wspominał i rozpoznaje symbole.

– To jest obóz rządowy. Dokładniej, rządowy obóz szkoleniowy typu survival. – Szepnął przewodnik, starając się nie zakłócić nastroju miejsca. – Społeczeństwo, Mistrzu, podzieliło się na obozy. Każdy ciągnie w swoją stronę, szuka zwolenników, obiecuje im złote góry. Niektórzy ludzie w to wierzą, choć u nas nie ma złota. Ten tutaj to jeden z obozów obietnic nie do spełnienia.

*****

– Szkoleniowy obóz rządowy? Na takim odludziu? – zdziwił się Sefardi. – Co to za bzdura?

Ledwo to powiedział, kilkadziesiąt kroków przed nimi pojawiła się wicegubernatorka, w ciężkich sportowych butach, czarnej sukni do kostek i grubych okularach. Na twarzy wyglądała jak zapaśniczka. Stanęła przy stole ustawionym na murawie i przywołała ręką kilku mężczyzn i kobietę. Byli to członkowie jej gabinetu. Sefardi mógł ich wymienić z imienia i nazwiska. Nieco dalej, oparci o wielką sosnę, stali dwaj mężczyźni wpatrując się w milczeniu w przestrzeń nad głowami rozmawiających. W przyciemnionych okularach i kaszkietach z długimi daszkami wyglądali na ochroniarzy. Obydwaj trzymali w rękach wykrywacze metali.

– Co oni robią? – Sefardi nie mógł powstrzymać się od okrzyku zdumienia.

– Proszę zachowywać się ciszej! – Poprosił przewodnik przytłumionym głosem. – Szukają środków wybuchowych lub podsłuchów. Chodzi o przewody ukryte w ziemi. Chyba niedawno założyli ten obóz. Inne urządzenia podsłuchowe z pewnością już usunęli.

Ledwie skończył mówić, przemówiła wicegubernatorka. Ton i tembr głosu nie pozostawiały złudzenia. To była ona we własnej osobie.

– Mieliście patriarchat, teraz macie matriarchat. Teraz ja tu rządzę, matka narodu, nie gubernator. On teraz zajmuje się budżetem, ja wypełniam bardziej przyziemne obowiązki. Moja rolą jest wychować naród dając mu przykłady, jak należy wypełniać obwiązki obywatelskie.

Jej słowa brzmiały twardo, nie pozostawiały wątpliwości, kto dzierży władzę. Słuchający milczeli. Rozbudzone macierzyńskie uczucia, jakimi darzyła podwładnych i naród, były znane nie tylko w jej najbliższym otoczeniu. Była osobą z charakterem i kiedy trzeba było, potrafiła przywalić pięścią w stół.

– Mama ma kopyto. – Skomentowała kiedyś jej córka, wspominając, że matka była w młodości aktywną członkinią klubu bokserskiego kobiet.

Na sukni, powyżej zdecydowanej w kształcie i rozmiarach lewej piersi kobiety, widoczna była dwujęzyczna przywieszka. Było na niej tylko pięć lakonicznych słów: „I am tough” i „Soy dura”. Sefardi nie musiał sprawdzać w elektronicznym słowniczku w smartfonie, co znaczy druga linijka, gdyż przewodnik pośpieszył z wyjaśnieniem.

*****

– Ten napis znaczy: „Jestem twarda”. W obydwu językach, angielskim i hiszpańskim. Coś mu to przypomniało. – Czy zna pan kawał o penisie i życiu? Czym różnią się od siebie? – Zapytał przewodnik ni z tego, ni z owego. Nie czekając na odpowiedź zaczął się głośno śmiać, bez najmniejszego skrępowania, jakby byli na bezludziu. Mistrz miał wrażenie, że jego towarzysz odreagowuje napięcie po silnej dawce wrażeń.

– Daj spokój, człowieku. Nie mamy czasu na żarty. – Upomniał go. W głowie zaszumiało mu, jakby miał tam komputer przetwarzający w pośpiechu bogactwo wzrokowych, słuchowych i zapachowych bodźców dotyczących miejsca, symboli, niezwykłej atmosfery obozu, sali posiedzeń rządu, wicegubernatorki i członków jej gabinetu oraz dwóch goryli z wykrywaczami metalu.

– Życie jest twardsze! – Przewodnik nie wytrzymał i gruchnął serdecznym śmiechem, który musiał dotrzeć do grupki ludzi, gdyż wicegubernatorka odwróciła głowę. Sefardi był pewien, że słyszała bardzo wyraźnie śmiech a może i słowa leśniczego. Obydwu ogarnął strach. Bez zastanowienia, przerażeni jak sztubacy przyłapani z papierosami w ustach, zanurkowali w głąb lasu, aby uniknąć ujęcia przez ochroniarzy rządu. Z tyłu dobiegł ich silny kobiecy głos: – Nie myślcie sobie, gnojki, że wam daruję! Dorwiemy was jeszcze! Nie martwcie się! Sekundę potem, bardziej domyślili się niż słyszeli, kobieta wydawała polecenia ochroniarzom.

Po obłąkańczym biegu przed siebie ślepo przez las, kiedy poczuli się w miarę bezpiecznie, ochłonęli z emocji i zatrzymali się. Mistrza ogarnęło uniesienie, poczucie triumfu, prawie szczęścia. Był wdzięczny przewodnikowi za lekarstwo i zaciągnięcie go do lasu. To, co widzieli i słyszeli, wzbogaciło jego pogląd na rzeczywistość i wzmogło determinację dalszych poszukiwań. Postanowił wrócić jeszcze do obozu rządowego, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Czuł, że kryją się tam ważne tajemnice.

Michael Tequila w księgarniachhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 57: Maski i spór Barras-Sefardi.

Na Placu Centralnym Afary pojawiły się nowe lustra deformujące sylwetkę Sefardiego. W ciągu kilku dni jego nieobecności rządowa prasa nie pozostawiła na nim suchej nitki. Przypisano mu zgubny wpływ na młodych, niedoświadczonych ludzi, odwracanie swoimi wynalazkami uwagi od spraw dzieci i rodziny, a w dodatku zachęcanie ich do konsumpcji dóbr luksusowych.

Wynalazca postanowił nie pozostać dłużny gubernatorowi. Czekał na okazję. Kiedy otrzymał zaproszenie do zwiedzenia zakładu wyrobów gumowych i środków pirotechnicznych, nie miał jeszcze żadnego planu. Zaproszenie dostarczył goniec firmy, mężczyzna o skromnej posturze i twarzy tak nabrzmiałej czerwienią, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zapraszającym był członek Fan Clubu Sefardiego, miłośnik jego twórczości, niejaki Asturias. Zachęcał Sefardiego do odwiedzenia swojego zakładu w dowolnym czasie obiecując niespodziankę. – Będzie dla mnie zaszczytem osobiście oprowadzić Pana po zakładzie i pokazać nasze osiągnięcia. Jestem pewien, że będzie Pan zadowolony – wykaligrafował odręcznie kończąc wyraźnym podpisem. Zaproszenie miało kształt i wygląd maski ludzkiej twarzy.

*****

Zakład mieścił się w budynkach dawnej manufaktury dywanów. Zaraz za bramą wjazdową, na której figurował wielki napis „Bania Spółka Rodzinna”, z niskiego fundamentu po lewej stronie drogi wewnętrznej wyrastał wielki komin; wyglądał, jakby zaraz miał zacząć dymić. Za nim rozciągał się długi budynek z przybrudzonej czerwonej cegły z frontową ścianą wypełnioną drobnymi oknami. Była to hala produkcyjna. Wewnątrz siedzieli w długim rzędzie pracownicy ubrani w białe fartuchy i sprawdzali gumowe maski przesuwające się przed nimi na taśmie. Dalsze pomieszczenie służyło za suszarnię. Rozwieszone na dolnym fragmencie ściany maski imitowały twarz Barrasa. Był to ten sam wizerunek, ale w wersjach demonstrujących różne uczucia: gniewu, zdziwienia, strachu, smutku i radości. Sefardi nie krył zaskoczenia.

Właściciel zakładu wyjaśnił, że maski cieszą się szczególną popularnością wśród młodzieży, ale nie tylko. Męski i żeński wizerunek twarzy gubernatora sprzedawał się równie dobrze. Ludzie używali masek na publicznych demonstracjach i wiecach, spotkaniach prywatnych, albo dla zabawy, albo dla demonstracji swych uczuć wobec gubernatora. Co dziwne – wyjaśnił Asturias – nabywały je dwie różne grupy obywateli: zwolennicy szefa rządu w celu okazania mu poparcia, przeciwnicy – w celu ośmieszania go. – Nie sposób to zrozumieć, ale tak jest. Sprawdziliśmy. Ta sama maska może być oceniana w różny sposób. Przez moment Sefardiemu wydawało się, że jego nazwisko brzmi Onegiras. Zwodniczość masek udzieliła się na moment jego własnej pamięci.

– Czy produkuje pan może podobizny głów zwierząt przypominające głowę człowieka? – Pytanie Sefardiego podobało się Asturiasowi. Zbliżała się pora obiadowa i właściciel firmy zaprosił gościa do pobliskiej restauracji dla przedyskutowania pomysłu.

Kilka dni później na ulicach pojawiły się „zwierzęce twarze gubernatora”. Były to egzemplarze próbne: dwa zwierzątka, żaba i lis, które po nadmuchaniu powiększały się do rozmiarów ludzkiej głowy. Doskonale przypominały twarz gubernatora w obszarze oczu, nosa i ust.

Zabawa z gumowymi zwierzątkami szalenie się podobała. Po kilku dniach we wszystkich zakątkach stolicy setki dzieci dmuchały ustnie, pompkami rowerowymi lub elektrycznymi, nowe, wciąż ulepszane wersje zwierząt z podobizną gubernatora, do której dodano wizerunki czołowych postaci jego gabinetu. Zwierzątka były poruszane małym urządzeniem na bateryjkę, skakały do przodu, niektóre wydawały ostre piski, rechot lub naśladowały śmiech Barrasa. Asturias wprowadził wkrótce innowacje; niektóre zwierzątka po zderzeniu ze ścianą przyklejały się do niej, inne wybuchały jak przekłute balony, jeszcze inne rozpadały się w powietrzu zostawiając niemiły zapach.

Produkty zostały zakwestionowane jako obrażające godność osobistą gubernatora. Rząd nie czekając na wyrok sądu uznał zabawki za pozbawione gustu, obrażające uczucia publiczne, a zabawę nimi za perwersyjną rozrywkę propagandową inspirowaną przez opozycję i wydał zakaz ich produkcji. Wkrótce produkcję i publiczne demonstrowanie także masek z podobizna gubernatora uznano za działalność antypaństwową.

Zakaz i nałożone kary wywołały sabotaż. Nieznani sprawcy wypuszczali w miejscach publicznych nowe, udoskonalone zwierzaki i eksplodowali je na odległość, kiedy zbliżał się policjant, strażnik miejski lub inny przedstawiciel władzy. Śledztwo okazało się trudne. Policji nie udało się udowodnić, kto zlecał, sponsorował lub opłacał produkcję lub dystrybucję. Wszyscy oskarżeni tłumaczyli się, że kupowali zabawki na bazarze, rynku lub lokalnym targu. Sprzedający natychmiast znikali ze sceny lub wymieniali się niepostrzeżenie po sprzedaży małej ilości egzemplarzy. 

Napięcie między Gubernatorem a Mistrzem stało się sprawą publiczną, kłopotliwą dla obydwu. Pojawili się mediatorzy, usiłujący załagodzić spór i zaproponowali, aby zainteresowani spotkali się i spróbowali dość do porozumienia. Nie była to inicjatywa ani Gubernatora, ani Mistrza, ale anonimowej wysokiej osobistości Kościoła Hierarchicznego, niemogącej pogodzić się z tym, że dwaj znani obywatele walczą ze sobą.

Wedle informacji prasowych, Mistrz oskarżał Barrasa o niszczenie sztuki i tradycji zegarmistrzostwa, zegara tradycyjnego oraz o wyrażanie krytycznych opinii o branży i o nim samym. Nie był to pogląd kompletny, gdyż spór był znacznie głębszy. Rzecznik rządu twierdził, że oskarżenia Sefardiego są całkowicie niesłuszne, ponieważ gubernator Barras nie jest przeciwnikiem sztuki zegarmistrzowskiej, rozumie i docenia osiągnięcia Mistrza Baroki, tylko inaczej widzi przyszłość zegarmistrzostwa w Nomadii; nie jako supernowoczesną technologię, lecz jako specjalizację zawodową opartą na tradycji. – Nasza tradycja zegarmistrzowska ma i będzie miała wielkie znaczenie także w przyszłości, ponieważ jest fundamentem tożsamości narodowej – kilkakrotnie powtarzał rzecznik gubernatora.

Do spotkania długi czas nie dochodziło, ponieważ gubernator był niezwykle zajęty. W odpowiedzi na nieustępliwość Barrasa, Sefardi skonstruował zegarek prześmiewczy. Na jednej połowie cyferblatu pokazywał on czas uniwersalny, a na drugiej czas Barrasa. Przesunięcie daty o jeden dzień do przodu na skali zegarka uniwersalnego, powodowało cofnięcie daty o jeden dzień na drugiej skali. Jedna część cyferblatu wskazywała czas posuwający się do przodu, druga cofający się.

Spotkanie nie doprowadziło do porozumienia, ani nawet zbliżenia stanowisk. Mężczyźni rozstali się chłodno.

– Mamy dwa różne charaktery. – Wyjaśniał Sefardi w gronie przyjaciół. – Jego zegarek wskazuje przeszłość, mój teraźniejszość. Ja patrzę w przód, on ogląda się za siebie, do tyłu. Ja chciałbym, aby społeczeństwo było nowoczesne i postępowe, on, aby trwało w historii i tradycji. Nic na to nie poradzimy, mamy oczy z przeciwnej strony głowy i w związku z tym zupełnie inne wizje świata. Rzecznik rządu, do którego dotarła ta informacja, odpowiedział, że sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 51: Procesja na osiedlu Aura.

Raz w roku osiedle Aura organizowało uroczystą procesję dla uczczenia pamięci. Nie chodziło o zwykłą pamięć, ale o Pamięć Przeszłości, pisaną z dużej litery, jak w anglojęzycznych przewodnikach turystycznych. Co zawierała ta przeszłość, nikt nie pamiętał; jej najwcześniejsze wspomnienia zatarły się w ludzkich umysłach.

Gościem honorowym procesji był mężczyzna o cudzoziemskim nazwisku Christo Carrozza. Czy było ono prawdziwe, nikt tego nie wiedział. Mówiono o nim, że jest wielkim bogaczem i niezwykle utalentowanym przywódcą. Wśród zwolenników cieszył się niepoślednim uznaniem i zaufaniem; niejednokrotnie zwracali się do niego mówiąc: Wodzu, prowadź!

Carrozza uczestniczył w procesji każdego roku, przybywał bardzo punktualnie i zawsze szedł w drugim szeregu. Krążyła pogłoska, że był to człowiek nieszczęśliwy, przyjeżdżający tylko dlatego, że na osiedlu mieszkała jego córka jedynaczka. Niektórzy mówili, że była to jego kochanka i że przyjeżdżał on po to, aby w ruinach przeżyć szukać śladów zagubionej miłości. Był małomówny, przeważnie milczał. Jeśli otwierał usta, to głównie ze zdumienia, kiedy zobaczył lub usłyszał coś dziwnego, albo po to, aby kichnąć, co zdarzało się raczej rzadko. Iwan Iwanowicz niezbyt uprzejmie twierdził, że Carrozza kichał, kiedy zapomniał języka w gębie.

Carrozza przyjeżdżał na procesję opancerzonym samochodem w obstawie wysportowanych, ubranych na czarno osiłków, trzymających prawą rękę za lewą pazuchą, w ciemnych okularach, przez które przebijał wzrok wyczuwający najmniejszy ruch w tłumie. Ochroniarze nosili marynarki z połami dyskretnie podpiętymi agrafkami. Kiedy samochód wjeżdżał na osiedle ziemia drżała, przeszywając czekających dreszczem ekscytacji i niepokoju; jedno skrzydło szlabanu dygotało nerwowo jakby doznając spazmów bólu lub rozkoszy. Stojący najbliżej ludzie słyszeli w tym dygotaniu kwilenie, przypominające płacz małego dziecka. Większość świadków wjazdu bogacza odrzucało takie wyjaśnienia, nawet jeśli coś słyszeli, uznając je za niezgodne z zasadami fizyki oraz fizjologii zdrowego samopoczucia.

W pierwszej kolejności witały bogacza dzieci, uwielbiające tajemnicze samochody, monstrualnie opancerzone, z piekielnie czarnymi szybami. O samochodzie wiedziały wszystko: znały jego markę, rok produkcji, wagę, pojemność silnika i szybkostrzelność karabinów maszynowych, choć takich nie było, ale one w nie wierzyły; kiedyś objawił im to kierowca samochodu, kiedy wyszedł na zewnątrz, aby przetrzeć szybę irchową szmatką. Zagadywany o to i owo przez dorosłych nie odpowiadał, pozostając – podobnie jak jego pasażer – milczący i uważny. Konwersował jedynie z dziećmi i to tylko wtedy, kiedy nikt tego nie widział, ponieważ nie chciał przynosić ujmy pryncypałowi, który nade wszystko cenił tajemnicę.

Carrozza ubrany był zawsze tak samo. Niektórzy domyślali się, że to z oszczędności, inni, że nie chce wyróżniać się w tłumie, jeszcze inni, że ma swój styl i charakter. Po wyjściu z pojazdu otrzepywał z lekka ramiona płaszcza lub marynarki, w zależności od tego, jaka była pogoda, po czym włączał się do procesji zajmując centralne miejsce w drugim szeregu. Szedł miarowym krokiem nie rozglądając się na boki, czasem tylko uśmiechając się zagadkowo, jakby dla pogłębienia swojej tajemniczości, która i tak była już niezmierna.

Procesja obchodziła wszystkie budynki na osiedlu. Stały przed nimi wielkie zdjęcia tajemniczego mężczyzny niezwykle podobnego do Carrozzy; ten zatrzymywał się przed nimi, wyraźnie wzruszony możliwością okazania szacunku a może i miłości osobie na zdjęciu. Procesji przewodził jeden lub kilku księży, raz nawet na czele szedł biskup, obficie błogosławiąc wszystkich stojących na drodze. Carrozza przyjmował obojętnie, kto przewodzi procesji, zadowalając się najwyraźniej centralnym miejscem w drugim szeregu.

Jego miejsce w procesji uznawano za przejaw skromności jak i głębokiej rozwagi. Było dostatecznie eksponowane, mężczyzna był dobrze widoczny z przodu i z boków, a równocześnie bezpieczny, gdyż ewentualny atak z zewnątrz raziłby pierwszy szereg wypełniony przez mężczyzn, kobiety i dzieci.

Szóstego maja procesji przyglądał się Sefardi z okna swojego gabinetu na drugim piętrze. Carrozza wydał się mu łudząco podobny do Barrasa, z twarzy i postury. Sefardi uznał to za omam wzrokowy, ponieważ mężczyzna miał inną fryzurę, bardziej w stylu afro niż lokalnym, miał też twarz bardziej pergaminową, suchą, lekko łuszczącą się, choć podobnie okrągłą. W pewnym momencie Mistrz uległ profesjonalnej dewiacji, porównując sylwetkę mężczyzny do szpindla zegarowego tylko dlatego, że zachwyciła go niewzruszona powaga maszerującego, jego nieruchomy wyraz twarzy, rozjaśniany w równych odstępach czasu uśmiechem, wybiegającym z kącików ust ku zewnętrznym krawędziom oczu.

W procesji uczestniczyła masa leciwych osób obu płci, z przewagą kobiet, żyjących dłużej i chętniej dobywających się z mroku mieszkań i apartamentów na światło dzienne. Była to nauka dla młodszych pokoleń, że starość jest niezniszczalna i potrafi zachować religijną świeżość raz zdolność gorącej manifestacji uczuć, niesłusznie przypisywaną tylko dzieciom i młodzieży. Dla osób spoza osiedla Aura procesja miała wymiar statystyczno-religijny, ujawniając rozmiary mas emerytalno-rentowych oraz ich przywiązanie do przywództwa, wiary i Boga.

Z biegiem czasu Carrozza zyskał miano męczennika. Zapytany, co o tym sądzi, odparł, że wcale go to nie dziwi, ponieważ rzeczywiście umartwia się stanem umysłowości narodu, który z jednej strony spełnia jego oczekiwania i pragnienia, z drugiej zaś gardzi nim odrzucając jego szlachetne intencje. Pytany o to, czy jego umartwianie się nie odzwierciedla filipińskiego zwyczaju cierpienia na wzór Jezusa, przez wbijanie sobie haków i kotwiczek w ciało, odparł, że jest to w istocie zwyczaj w pełni chrześcijański, godny upowszechnienia w innych krajach. W naśladowaniu wyznawców Jezusa widział głęboką symbolikę, co skłaniało ludzi do mniemania, że chodzi o świętość pochówku i mogiły, na co Carrozza reagował słowami:

– Nie! Nie! Tu chodzi o świętość zwykłego człowieka, obywatela, takiego jak pan i ja.

Niejasności związane ze Świętym Mężem, za jakiego uznawała go coraz większa rzesza rodaków, doczekały się niejednej dyskusji, także przy krawężniku. Zaczęło się to od oficjalnej rejestracji –”Klubu Wielbicieli Świętego Męża”, którego nazwę dla potrzeb obcokrajowców przetłumaczono jako „Saint Husband Fan Club”. Otwarcie klubu zainaugurował sam Carrozza, określając siebie jako podmiot i przedmiot miłości wszystkich zwolenników prawdy, wiary i tradycji. Słowa te wypowiedział – zauważyły to nawet niechętne mu media – w sposób żartobliwy, świadczący o tym, że będąc już prawie świętym nadal pozostawał człowiekiem z krwi kości, któremu powaga i dostojeństwo są równie bliskie jak humor i serdeczność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 49: Sefardi i zebranie przy chodniku

W nocy Sefardi na przemian zasypiał i budził się. Kiedy wstawał, poruszał się jak lunatyk. To, że jest meteopatą, szczególnie wrażliwym na zmiany pogody, zakomunikowała mu z właściwą sobie nonszalancją Isabela. Potem wyjaśniała mu jeszcze inne szczegóły, o których rzekomo mówił lekarz. W stanie odrętwienia w pierwszym momencie nie zwracał uwagi na jej słowa. Zareagował żywiej dopiero wtedy, kiedy przyniosła kubek gorącej herbaty z żurawiną, przyjrzała mu się uważnie i stwierdziła:

– Wygląda pan, jakby pan stygł. Zresztą, co ja gadam, wiadomo, że każdy mężczyzna stygnie już od dwudziestego piątego roku życia, kiedy osiąga dojrzałość seksualną. Niech się pan nie przejmuje tym, co ja mówię, bo to prawda, a z prawdą nikt nie może wygrać oprócz dyktatora lub innego, podobnego kretyna.

Zaskoczony bezceremonialnym zachowaniem kobiety Sefardi nie był w stanie wydobyć z siebie odpowiedzi. Isabela zamierzała coś jeszcze powiedzieć, zrezygnowała jednak widząc wyraz zniecierpliwienia wykrzywiającego mu twarz. W końcu przetrawił jej wypowiedź, doceniając oryginalność jej obserwacji, nie podjął jednak rozmowy. Zdobył się tylko na krótką odpowiedź.

– Dziękuję pani za herbatę, Isabelo. Chętnie ją wypiję. Porozmawiajmy może o stygnięciu następnym razem, bo dzisiaj jakoś nie jestem w formie. Chyba dlatego, że stygnę.

*****

Temat rządu szalejącego na punkcie demografii pojawił się w dyskusji przy krawężniku. Na zebranie przyszło niewiele osób; dwie z nich Sefardi widział po raz pierwszy. Byli to mężczyźni, jeden ciemny blondyn, drugi rudzielec. Sefardi przyglądał się dyskretnie blondynowi zgadując, kim jest i co go sprowadziło na spotkanie, kiedy tuż obok zupełnie niespodziewanie pojawił się rudzielec, osobnik średniego wzrostu, mocnej budowy, niedbale ubrany. Wyglądał jakby właśnie zszedł z budowy.

– Co sądzi pan o sprawach demografii, którymi zajmuje się teraz rząd?

Sefardi domyślił się, że pytającemu nie tyle chodzi o odpowiedź, ile o nawiązanie rozmowy. Kilka minut wcześniej widział go nudzącego się samotnie na ławce osiedlowej.

– Zgaduję, że jest pan nowy na naszym osiedlu. Czy mam rację? – Sefardi wolał odpowiedzieć pytaniem na pytanie niż udzielać odpowiedzi, nie mając pojęcia, co to za człowiek. Zapytany wybrał podobną taktykę. Zamiast odpowiedzieć, przedstawił się. Rozmowa rozkręciła się. Zgodzili się łatwo, że rząd oszalał na punkcie demografii.

– O potrzebie zwiększenia liczby mieszkańców kraju bębnią teraz aż do znudzenia, jakby wszystkie jej problemy sprowadzały się tylko do demografii – zagaił rudy.

Po kilku minutach temat znudził Sefardiego do tego stopnia, że spróbował zainteresować rozmówcę tematem wynalazków, nie znalazł jednak zrozumienia. Rudzielca bardziej interesował ostatni mecz piłki ręcznej. Sefardi zamilkł i słuchał.

Kiedy do grupy przy krawężniku dołączyli ostatni maruderzy, Iwan Iwanowicz przejął inicjatywę i poprosił o uwagę. W ręku trzymał program spotkania. Najwięcej czasu zajęła prezentacja nowych mieszkańców osiedla. Proszeni o przedstawienie się, mówili rozwlekle, skąd przyjechali, czym się zajmują i dlaczego uczestniczą w zebraniu. Kiedy blondyn popatrzył w jego kierunku, Sefardi nabrał dziwnego przekonania, że razem z rudzielcem zostali przysłani, aby go śledzić. Postanowił zachować ostrożność. Pilnował się.

Wracając do domu, w windzie spotkał sąsiada z klatki schodowej.

– Było to najbardziej jałowe spotkanie, w jakim uczestniczyłem – oświadczył. Żal mu było zmarnowanego czasu.

Sefardi, jak tylko znalazł się w mieszkaniu, zapomniał o nieznajomych i wrażeniu, jakie na nim zrobili. W nocy śnili mu się dwaj osobnicy, jak rozbierali jego samochód w garażu w poszukiwaniu jakichś dokumentów, a potem szperali po mieszkaniu. To go obudziło. Niespokojny, wyjął po cichu latarkę z szafki nocnej i podszedł do drzwi, aby sprawdzić, czy nie ma na nich śladów włamania. Kiedy nic nie znalazł, poczuł się rozczarowany.

*****

Rano Isabela przyniosła Sefardiemu herbatę z cytryną. Przyglądała mu się chwilę z boku uważnie jak pies, po czym powiedziała:

– Dziwnie się pan zachowuje. Powinien pan chyba pójść do lekarza. – Zapytana, nie umiała albo nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak sądzi. Sefardi uznał, że to żona wysłała ją na przeszpiegi. Przypomniał sobie, że gospodyni kolejny raz przynosi mu herbatę nieproszona. Po jej wyjściu sprawdził biurko, czy czasem nie zginęły mu jakieś notatki. Nie był pewny, czy coś nie znikło, ponieważ na biurku leżał cały ich stos.

Wspomnienie snu popsuło mu cały ranek. Otrząsnął się dopiero około godziny jedenastej po wypiciu dwóch kaw z dużą ilością cukru i brandy. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.

 

Przypowieść o bagnie i pustyni (z serii opowiadań krótkich jak świst bicza)

W kraju zagubionym w buszu, na pograniczu wielkiego bagna i pustyni, gdzie handluje się mądrością i głupotą, łajdactwem i uczciwością, żył niezbyt rozgarnięty osobnik, którego zwierzchnik wioski zatrudniał na posyłki. Była to dla niego tak ważna funkcja, że uważał siebie za ważniaka. Tak też go nazywano: Ważniak, czasem także Umyślny, Posłaniec, Kurier lub po prostu Chłopak na posyłki. Nie miał najlepszej sławy, wielu uważało go za wiarołomcę i dziwkarza.

Pewnego jesiennego ranka Ważniak ogolił się, posmarował włosy brylantyną, ubrał się w co miał najlepszego, nowiutkie trampki i niebieski garniturek, i wyszedł na próg swojego szałasu, który zatopiony w ciszy i przyozdobiony promieniami słońca wydał mu się pałacem. Postał, pomedytował i udał się na przechadzkę. Po drodze zahaczył o lokalny kościółek, rządzony przez proboszcza kochającego nade wszystko wesołe towarzystwo i mocne aguardiente, dopóki mu zdrowie pozwalało. Ważniak wszedł do środka, aby się pomodlić. Rozmyślając nad swoją kondycją i marną reputacją, usiadł w pierwszej ławce i przysnął.

We śnie pojawiły się przed nim postacie, niektóre ze skrępowanymi rękami, inne z zaklejonymi taśmą ustami, w różnym wieku. Stały wokół, gapiły się w niego intensywnie i krzyczały: Parole! Parole! Przeraził się, bo nie wiedział, o co im chodzi, albo udawał, że nie wie, bo był wiejskim cwaniakiem.

– Gdzie? – Zawołał. – Jakie parole? Po co?

Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół, czy jest tam ktoś, kto zechciałby mu odpowiedzieć, ale nikogo takiego akurat nie było pod ręką. Kiedy siedział zdezorientowany, usłyszał z dala mocny głos:

– Nie udawaj głupka, synu marnotrawny. Wiesz dobrze, o czym oni krzyczą. Nie denerwuj ich, bo cię wywiozą na taczkach. Przedtem odbiorą ci stopień generalski, zostaniesz szeregowcem, wcielą cię do wojska, zostaniesz zwykłym zupakiem, będzie zmywał garnki u tego dziwaka, twojego dobroczyńcy. Jak mu tam na imię? Taki mały, siwy! – Głos się zdenerwował.

– A! Ucieszył się Ważniak. – Chodzi o mojego opiekuna. Mojego zbawcę, wspomożyciela i dobrodzieja.

– No widzisz! – Ucieszył się głos z oddali. – Nie całkiem ci jeszcze rozum odebrało.

Ważniak konwersowałby z nieznajomym dłużej, gdyby nie modnie ubrana kobieta, szczupła, uczesana w kok, która go zbudziła szarpiąc za ramię.

– Idź już do domu, pijaku. Udajesz, że wiesz, co mówisz i co robisz. Nadymasz się jak żaba, mądrzysz się, udajesz geniusza. Ale sumienia nie masz nawet za grosz. Kim ty właściwie jesteś? – Tak się go zapytała. A jeśli tego nie zrobiła, to wielka szkoda, także dla niej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 46: Sefardi Baroka kontra Barras Blawatsky

Sefardi podjął decyzję nieprzerwanego śledzenia Barrasa; był to jedyny sposób ujawnienia tajemnicy rosnących wydatków budżetowych. Zachęciły go do tego doświadczenia pracy nad zegarkiem z wodotryskiem, oparte na naukowej i rzemieślniczej precyzji oraz wytrwałości. Im dokładniej śledził polityka, czytał i rozmawiał o nim z ludźmi, czasem nawet we śnie, tym bardziej go nienawidził. Miał uczucie, że w tym człowieku było coś nieuchwytnie występnego.

Potwierdziła to pracowniczka uniwersytetu, do której Sefardi dotarł w poszukiwaniu informacji o studiach Barrasa. Była koleżanką Barrasa z czasów uniwersyteckich; Barras chodził z nią przez dwa lata, po czym ją porzucił z nieznanej przyczyny. Nikt nie mógł znać go lepiej. W jej opinii Barras był niezwykle utalentowanym i bezwzględnym manipulatorem, zdolnym wyprowadzić w pole samego Ulissesa. Uzbrojony w tę wiedzę, Sefardi poczuł się jak myśliwy polujący na przebiegłe i niebezpieczne zwierzę, zdolne do zadawania śmiertelnych ciosów. Stał się obsesjonatem, śledzącym dzień i noc najdrobniejsze kroki swojej ofiary. Stawką była tajemnica powiązań Barrasa z wielkim biznesem.

*****

Zamiast przeglądu ważnych wydarzeń wieczorny dziennik telewizyjny przedstawił kronikę wypadków, pożary, rozbite samochody, ludzi pogryzionych przez psy, zwęglone ciała, dom zgnieciony przez drzewo, jelenia padłego tuż przy jezdni, któremu weterynarz przez trzy dni nie udzielał pomocy, ponieważ wyczerpał mu się akumulator w samochodzie. Po wiadomościach transmitowano wywiad z Barrasem, wspominając, że w przeszłości był prezesem Abenaki Chemicals, międzynarodowego koncernu chemicznego, o którym mówiono, że jest w stanie zaspokoić potrzeby połowy świata na chemiczne środki dla rolnictwa. Koncern od lat prowadził działalność w Nomadii budząc coraz większe kontrowersje. Zarzucano mu nielegalne niszczenie konkurencji, praktyki monopolistyczne, przede wszystkim zaś produkcję środków chemicznych szkodliwych dla środowiska naturalnego. Firma zdecydowanie odrzucała takie poglądy i w odpowiedzi przedstawiała informacje o szybko rosnących inwestycjach, wzroście zatrudnienia, nakładach na badania naukowe i podatkach płaconych do skarbu państwa.

– Mówicie, jakby Abenaki robiła łaskę płacąc podatki – komentowali przeciwnicy firmy. Przytaczali wskaźniki opodatkowania, ale nikt ich nie rozumiał. 

*****

Niechęć Mistrza do Barrasa pogłębiała się, stawała się obsesją. Na zebraniach przy krawężniku coraz częściej oskarżał gubernatora i rząd o łajdackie praktyki, nie zrażając się krytyką swojego postępowania. Zarzucano mu, że udaje bojownika o uczciwość władzy, kiedy w istocie chodzi o względy osobiste, zawiść i podobne motywy. Pojawiły się plotki, że Sefardi i Barras rywalizowali kiedyś o tę samą kobietę, która ostatecznie wybrała Barrasa.

Jeśli coś powściągało Sefardiego w ostrzejszych oskarżeniach gubernatora, to tylko polityczna poprawność zakazująca publicznego używania epitetów i obelg oraz obawa o wytoczenie mu sprawy za naruszenie godności gubernatora i członków jego rządu. W swej gorliwości naprawy kraju, nie zdając sobie w pełni sprawy, Sefardi przypisywał adwersarzowi cechy demoniczne, wyolbrzymiał jego zdolność czynienia zła, deformacji umysłów i charakterów, zaniedbywanie interesu społecznego i środowiska naturalnego.

Od pewnego czasu Sefardi poddawał Barrasa analizie psychospołecznej. Nie osiągnął większych sukcesów, stopniowo gromadził jednak coraz większą ilość informacji poprawiających jakość analiz. Z uwagą obserwował dyskusje naukowców analizujących zachowania społeczeństwa, jego wynaturzenia i zboczenia, oraz zachowania przedstawicieli władzy doznających paralitycznych drgawek, kiedy ktoś kwestionował uczciwość ich postępowania.

– Przyparty do muru polityk zachowuje się jak katorżnik, któremu los oswobodził nogi z łańcuchów, dał nóż do ręki i otworzył dziurę w burcie galery z widokiem na zielony skrawek lądu – była to jedna z ulubionych obserwacji Sefardiego. Generalnie, potwierdzały one fakt, że kłamstwo, zwłaszcza u polityka publicznie demonstrującego swoją pobożność, jest silniejsze niż najgorętsza wiara w Boga. Barras Blawatsky znany był z wysiadywania w ławach kościelnych i modlenia się, także udziału w uroczystościach religijnych. Pytany przez dziennikarzy, nie komentował tej części swojego życia.

*****

W momentach najgłębszego zwątpienia w człowieczeństwo władzy, Sefardi ratował się przed depresją wiarą w zasadność Inkwizycji, odrzucając jednak jej metody łamania kołem i stosowania innych tortur, gdyż kłamstwo uznawał za niezniszczalne. 

– Pełną gwarancję daje jedynie palenie na stosie. Jest to kara najbardziej skuteczna, ponieważ wraz z kłamcą znikają także kłamliwe usta. Niestety, nie jest to możliwe obecnie z uwagi na przepisy o ochronie środowiska – Sefardi wygłosił ten pogląd w obecności Isabeli, po czym odniósł go do partii rządzącej: „Kłamstwo jest wieczne i niezniszczalne. Partia Barrasa opiera się na kłamstwie, ergo, jest niezniszczalna”.

Isabela nie zgodziła się z nim. Kiedy upierał się przy swoim, oświadczyła zdecydowanie, że jest dobrą chrześcijanką i nie znosi obłudy. Oboje byli pewni, że wypowiedź o obłudzie odnosi się do drugiej osoby, nigdy do siebie samego. Wtedy kobieta wyraziła przypuszczenie, że Sefardi jest chyba pijany i nie wypada jej zrobić nic innego jak przynieść mu pigułkę na kaca.

Mimo pesymistycznego poglądu na możliwość eksterminacji kłamstwa w polityce, Sefardi nie ustawał w pogrążaniu Blawatsky’ego na wszelkie możliwe sposoby. Był przekonany, że gubernator jest złoczyńcą, ale nie był w stanie tego udowodnić czarne na białym. Męczył go też rosnący w siłę partyjny i bezpartyjny ciemnogród wspierający gubernatora i jego rząd.

Aby rozładować negatywne emocje Mistrz kupił sobie obraz z wizerunkiem gubernatora, podkleił go od spodu grubą warstwą tektury i zawiesił na ścianie swego gabinetu. Używał go jako tarczę, do której rzucał ostrymi strzałkami. Kiedy okazały się za lekkie i rzucanie nimi nie sprawiało mu dostatecznej przyjemności, zaczął używać noża. Rezultaty gry uległy znacznej poprawie. Isabela nie wypowiadała się na ten temat, powstrzymując się – co było dla niej raczej nietypowe – od wyrażania aprobaty lub dezaprobaty. Skarżyć się i krytykować zaczęła dopiero wtedy, kiedy na podłodze znajdowała coraz więcej pociętych kawałków kartonu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 45: Państwo, firma Abenaki i Wiktor.

Gwałtowny odpływ pieniędzy z kasy państwowej i równoczesne bogacenie się Abenaki źle się ludziom kojarzyły. Wyglądało to tak, jakby państwowe pieniądze płynęły prosto do kiesy właścicieli prywatnej firmy. Na zebraniu przy krawężniku pojawiły się głosy, że rząd i Abenaki wyraźnie łączy jedna osoba, gubernator Barras. Do niedawna był jeszcze prezesem tej firmy. Innego wytłumaczenia nie było. Przynajmniej Sefardi nie widział innego.

– To sprawa przeszłości, Sefardi – do rozmowy włączył się Wiktor. Pojawił się jak na złość Sefardiemu, aby bronić rządu i gubernatora. Miał gotowe wyjaśnienia.

– Barras po objęciu stanowiska gubernatora zrezygnował ze stanowiska prezesa firmy i wyzbył się wszystkich udziałów. Sprzedał je, rodzinie przekazał tylko niewielką część tego, co posiadał. Nawet dociekliwi dziennikarze nie doszukali się nieprawidłowości w jego postępowaniu. Musisz pogodzić się z tym – nalegał.

Sefardi był wściekły na Wiktora, że zrujnował mu szansę zwycięskiej dyskusji przy krawężniku. Intuicja podpowiadała mu, że Barras osobiście lub przez kogoś zaufanego jest łącznikiem z Abenaki. Czuł to prawie fizycznie. Przeczucie nigdy go nie myliło, kiedy skóra swędziała go na piersiach i ramionach, jakby jadowity pot wyżerał w niej małe rowki. Logicznie rzecz biorąc, nie było innego wytłumaczenia. Bez dużej pomocy z zewnątrz Abenaki w żaden sposób nie byłaby w stanie finansować kosztownego programu badań, produkcji i testowania farmaceutyków, rozbudowywać sieć dystrybucji oraz prowadzić drogie kampanie reklamowe.

Ludzie domyślali się różnych możliwości. Rząd mógł pomagać firmie, uznając ją za szczególnie ważną dla gospodarki, oferując ulgi podatkowe, koncesje lub kontrakty na dostawy zaopatrzeniowe. Nic takiego jednak nie ujawniono. Dociekliwi dziennikarze to sprawdzili. Kilka tygodni później wyszło jednak na jaw, że Abenaki ma koncesję na produkcję środków zwiększających potencję seksualną oraz na ich sprzedaż hurtową i detaliczną, także w kioskach i na targowiskach, gdzie zaopatrywali się ludzie najubożsi. Miała to być istna kopalnia złota.

Środek poprawiający potencję był dostępny tylko dla małżeństw. Był on tak silny i skuteczny, że rodzice nie byli w stanie ograniczyć liczby rodzących się dzieci. Sprawa wyszła na jaw, kiedy firma wypłaciła pół miliona dolarów odszkodowania żonie, której męża nadmiar dzieci doprowadził do samobójstwa. Wielkość odszkodowania spowodowała, że coraz więcej małżeństw pragnęło procesować się z Abenaki, mimo że szansa wygrania była niewielka, ponieważ firma zatrudniała armię najlepszych prawników.

Na temat środków zwiększających potencję, liczby urodzeń, samobójstw i ich przyczyn oraz spraw toczących się w sądzie krążyły często sprzeczne wiadomości, że trudno było dociec, ile było w tym prawdy, a ile zmyślenia. Jeśli ktoś znał tę tajemnicę, to z pewnością bał się ją ujawnić. Ludzie jako tako zorientowani w polityce wiedzieli, że gubernator ma wyjątkowo długie ręce. Sefardi był przekonany, że jest on dostatecznie przebiegły, aby stosować skrytą przemoc wobec osób mu wrogich czy nawet niechętnych.

W trakcie dyskusji o Abenaki Wiktor nazwał Sefardiego chorobliwie ambitnym zegarmistrzem. Sefardi czuł coraz wyraźniej, że drogi ich przyjaźni trwającej od dzieciństwa rozchodzą się. Wzmacniało to tylko jego determinację rozwiązania łamigłówki powiązań gubernatora i rządu z Abenaki.

Kiedy Sefardi wspomniał Isabeli o zamierającej przyjaźni z Wiktorem, Isabela chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, lecz nic nie objawiła. Wahała się bardzo krótko. Na jej twarzy pojawił się grymas determinacji; Sefardi, wiedział, że objawi coś nieoczekiwanego.

– Nie miałam mówić tego panu, don Sefardi, ale powiem. – Zaczęła, jej wzrok przeniósł się ponad jego głowę i zatrzymał się gdzieś za oknem lub na suficie.

Zauważywszy pytające spojrzenie Mistrza, wyjaśniła: – Jeśli chodzi o pańskiego przyjaciela Wiktora, to wiem o nim co nieco. To niedobry człowiek. Pierwsi odkryli to jego rodzice, kiedy był jeszcze dzieckiem, ale nikomu o tym nie wspominali, bo to wstyd. W związku w chorobą gardła zaistniało podejrzenie, że Wiktorowi trzeba będzie wyciąć migdałki. Lekarz zajrzał mu w usta i zobaczył czarne podniebienie.

– Pan wie, don Sefardi, co to znaczy? – Zapytany skinął głową potwierdzająco, lecz mimo tego kobieta kontynuowała wyjaśnienia.

– Tak mówi się o psie, który jest niebezpieczny. Oczywiście Wiktor nie jest tak zły jak pies, nigdy bym tego nie powiedziała, ale jest wredny. Mnie on się nie podoba. Panu tak, bo to pański kolega i przyjaciel od przedszkola. Nie mój na szczęście. Nie lubię go, bo to wieśniak i to w gorszym gatunku. Na wsi są też dobrzy ludzie, ale Wiktor jest zacięty, nieustępliwy, skryty i przekonany zawsze o swojej racji. Jestem pewna, że źle traktuje swoją rodzinę, jeśli ją ma. Chyba także i przyjaciół źle traktuje. Pan to sam zauważył.

Sefardi był niepewny, co myśleć o jej wynurzeniach. Historię z czarnym podniebieniem odrzucił, uznając ją za czczy wymysł. Chwilę później pomyślał jednak, że Isabela ma przynajmniej trochę racji. Kolejny raz nie mógł jej odmówić zmysłu obserwacji i znajomości mentalności i zachowań mieszkańców wsi. Uświadomił też sobie, że Wiktor rzeczywiście bywał niesympatyczny i w ostatnim czasie źle go traktował. Sefardi usprawiedliwiał to pośpiechem lub rozdrażniłem Wiktora jakimiś bieżącymi niepowodzeniami.

Obserwował Isabelę, kiedy mówiła. Była rubaszna, pełna cieleśnie i na swój sposób atrakcyjna. Miała też zainteresowania. Wyznała mu to kiedyś przechylając się poufnie do jego ucha. Lubiła jazdę na rowerze, pracę w ogrodzie i czytanie. Chyba też i podróże. Nie mógł sobie tego przypomnieć. Mówiła też, że lubi gotować. Rozgadała się, a on słuchał nie przerywając. Przyglądał się jej piersiom i biodrom. Chyba o czymś marzył, bo w pewnym momencie zamknął oczy i cienie biegały mu po twarzy.

Michael Tequila’s  books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 44: Izabela komentuje twórczość Mistrza.

Isabela coraz bardziej interesowała się twórczością pisarską Mistrza. Mówiła o tym otwarcie.

– Czasami naprawdę lubię poczytać sobie to, co pan pisze, don Sefardi.

Kiedy po raz pierwszy zwróciła się do niego w ten sposób, nie potrafił jej odmówić mimo wątpliwości, czy mówi to poważnie czy też chce mu się przypochlebić. Po krótkim zastanowieniu, wydrukował i przekazał jej skończony fragment powieści.

Udostępnione materiały zwracała w terminie. Oddając, przyglądała się Sefardiemu uważnie, jakby chciała go dokładnie zapamiętać. Niekiedy coś komentowała, najczęściej nie mówiła jednak nawet słowa, tylko patrzyła na niego w niemym oczekiwaniu, zdając się wyrażać życzenie, aby to on coś jej powiedział. Zapytana, co sądzi o przeczytanym fragmencie, odpowiadała najczęściej „Nic nie sądzę”, innym razem podejmowała wyzwanie wyrażając jakiś pogląd lub przedstawiając uwagi. Z czasem pojawił się między nimi zwyczaj, Sefardi sam nie wiedział, jak do tego doszło, że udostępniał jej szkic większego fragmentu powieści lub całego opowiadania, aby przedstawiła mu swoje uwagi, jeśli tylko ma chęć.

O bohaterach powieści mówiła tak, jakby to były żywe osoby znane jej osobiście. Opowiadała w szczegółach, jak były ubrane i czy wypadało tak się ubrać, czy było to modne. Potrafiła też powiedzieć krótko „Ona jest głupia”, a o mężczyźnie: „To chyba jakiś geniusz?” albo „To zwykły cymbał!”. Raz się zachwycała, innym razem potrafiła totalnie zgromić bohatera, wyrażając opinię w rodzaju „Takich ludzi nie ma! Wymyślił pan sobie jakiegoś potworka, don Sefardi” albo „O kimś takim nigdy nie słyszałam, taka osoba w ogóle nie istnieje”.

Czasem wypowiadała się na temat sceny, zdarzenia lub miejsca, stwierdzając: „Widziałam to w sklepie. Było tam dokładnie tak, jak pan to opisał w powieści. Nie dalej jak trzy dni temu kupiłam tam sobie bluzeczkę, tę niebieską, którą miałam na sobie wczoraj”. Rozkręcała się wtedy i opowiadała w szczegółach, jak ekspedientka lub właścicielka prezentowała się, w co była ubrana, a nawet jak wyglądała sprzączka u jej pantofli, albo co mówiła lub jadła w czasie przerwy na posiłek. Jej komentarze bywały tak żywe i ciekawe, że Sefardi wykorzystywał je dla wzbogacenia lub modyfikacji postaci albo zmiany toku akcji. Bardzo mu to odpowiadało. Słuchając Isabeli czuł, jakby zza lustra weneckiego podglądał żywą osobę w jej naturalnym środowisku, która nie ma pojęcia, że ktoś jej się przygląda i w związku z tym zachowuje się całkowicie swobodnie.

Miniopowiadanie: Przebudzenie dnia sobotniego

Obudził się osnuty tajemnicą życia, w dniu pogodnym, niesłonecznym, z temperaturą dwadzieścia jeden stopni Celsjusza, nad morzem sinym od żyjątek, w przekonaniu, że był to cud, ponieważ równie dobrze mógł się nie obudzić. Przypomniał sobie, że ma na imię Adam, co go ucieszyło, bo przecież mógłby we śnie doznać nagłej amnezji, nie takie rzeczy się zdarzały dojrzałym osobnikom.

Wyglądał na dziewięćdziesiąt lat, miał siedemdziesiąt, metabolicznie plasował się w przedziale wieku pięćdziesiąt pięć – sześćdziesiąt. Oświadczyła mu to kiedyś dietetyczka, która mu również podała, ile tłuszczu ma w organizmie, ile tkanki chudej, a ile kości, wszystko to w cenie sto dwadzieścia za usługę wróżenia z wagi ciała i oczu, bez pokwitowania.

Był niewyspany, rozpędził to kawą pędzoną wrzącą wodą. Tak zaczął kolejny dzień. Postanowił cieszyć się nim jak mops, a może nawet i bardziej w zależności od energii, jaka spłynie na niego z kosmosu, bo przecież nie z głupiejącego coraz częściej ciała.

W nocy wstawał kilka razy, z obowiązków pęcherza i męskiej frustraty powiększonej jak ego rządzącego satrapy, osobnika niewiele młodszego, ale bardziej ambitnego i religijnego, wyrażającego swą pobożność myśleniem o niezmierzonej boskiej władzy i jej ludzkich wcieleniach.

– Niech mu zima lekką będzie – pomyślał Adam, choć nie życzył mu dobrze jako że nie przepadał za osobnikami poszukującymi własnego szczęścia kosztem szczęścia innych.

Odziedziczył on, Adam, nie satrapa, piekarnię położoną tuż obok, w której wypiekało się pieczywo na kolejny dzień życia, musiał wstawać i dopilnowywać, aby się nie przypaliło, bo wywoływało to płacz i krzyk nocny piekarki, stąd jego zmęczenie, ale nie tylko stąd, bo takie jest życie.

Zdążył zanotować tylko tyle; goniły go inne obowiązki, jakie przypadają ludziom do wykonania z naturalnego porządku życia jak i z własnej głupoty, która wraz z życiem dana jest przez Boga, w którego wierzył, jako swego biblijnego stwórcę, ale z coraz większą niepewnością co do jego konkretności.

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 36: Demografia i podwójne imię kobiety

Kiedy liczba mieszkańców Nomadii przekroczyła dwadzieścia milionów, rząd ekspediował nadwyżkę obywateli do krajów radosnej nadziei. Tak nazywano kraje zatrudniające u siebie emigrantów z Nomadii. Kiedy liczba mieszkańców spadała poniżej dwudziestu milionów, rząd zwiększał imigrację z krajów czarnej rozpaczy. Tak nazywano kraje mające nadwyżki demograficzne.

Działania rządu oceniano wskaźnikami wrażliwości społeczno-ekonomicznej. Wskaźniki obliczano osobno dla każdej zmiany społecznej wywołanej przez bodziec finansowy zastosowany przez rząd. Zmiany mogły dotyczyć bezrobocia, urodzeń, emigracji, imigracji i podobnych spraw. Obliczeniom służył wielowariantowy model matematyczny reakcji społeczeństwa. 

Wszystkie sznurki działań rządu trzymał w ręku Barras. Nic nie działo się bez jego udziału lub akceptacji. Zwolennicy nazywali go „ojcem ojczyzny”. Odpowiadało mu to, kreowało go na bohatera.

– Zachowuje się jak mitologiczny Zeus – zżymał się Sefardi.

Po pewnym czasie, zauważając niekonsekwencje i zaskakujące zwroty polityki rządu, Sefardi doszedł do wniosku, że demografia jest tematem zastępczym, mającym na celu odciągnięcie uwagi obywateli od innych, bardziej drażliwych i kłopotliwych spraw.

Isabela, z którą nierozważnie podzielił się swoją obserwacją, zareagowała krótko:

– Ależ pan jest nieufny, don Sefardi! Jak kogut, który podejrzewa każdą kurę o zdradę z nieistniejącym rywalem.

Temat koguta nie schodził jej z ust, poruszała go wcześniej kilkakrotnie. Sefardi uznał, że gospodyni jest niewyżyta seksualnie.

Wieczorem rozmawiali o imionach. Sefardi wyjaśniał, jakie znaczenie ma staranny wybór imion i nazwisk bohaterów powieści. Przywiązywał do tego wielką wagę.

– Jeśli bohater jest lekkoduchem, niewłaściwe byłoby obdarzenie go imieniem cieszącym się szacunkiem i powagą. Każde imię ma odmienne pochodzenie, znaczenie, budzi różne skojarzenia, inaczej jest odbierane.

– Czy wie pan, don Sefardi, że ja mam dwa imiona? – Isabela wyskoczyła jak Filip z konopi przerywając mu wypowiedź. – Jedno to Isabela, drugie to Angelika. Lubię obydwa i nie wiem, dlaczego używa pan uparcie tylko mojego pierwszego imienia. Już mi się to znudziło. Niby taki wielki wynalazca i kandydat na pisarza, a ciągle powtarza pan ten sam lejtmotyw konwersacyjny? Dobrze powiedziałam? – Nie była pewna ostatnich słów.

– Dobrze pani powiedziała, ale nie wiem, jak mogę to zrobić. Czy w dni parzyste mam używać pani pierwszego imienia, a w nieparzyste zwracać się do pani Angeliko? – Sefardi potrafił być uszczypliwy, nawet niesympatyczny. W duchu usprawiedliwiał to drażniącą go bezmyślnością i naiwnością kobiety.

– Doskonały pomysł! Bardzo mi się podoba pańska sugestia. Wreszcie ruszył pan głową. – zachwyt Isabeli-Angeliki był szczery. Przyjęła propozycję Sefardiego na serio; pilnowała potem, aby przestrzegał zasady używania właściwego imienia każdego dnia. Ponieważ dni mu się wciąż myliły, szukał rozwiązania, które pozwoliłoby mu uniknąć ciągłych przypomnień, wobec których czuł się jak człowiek ubezwłasnowolniony. W końcu znalazł rozwiązanie; uznał je za żartobliwe.

– Skoro jedynka jest pierwszą liczbą systemu dziesiętnego, a Angelika zaczyna się od pierwszej litery alfabetu, będę używać imienia Angelika w dni nieparzyste, a Isabela w pozostałe dni, czyli parzyste.

Isabela wpadła w zachwyt, źrenice jej się powiększyły, kąciki ust podniosły w uśmiechu. Po chwili w jej oczach pojawił się figlarny błysk. Było w tym coś przewrotnego. Sefardi nie był pewien, czy kobieta nie pogrywa sobie z nim w kulki. Czasem nachodziło go nieodparte wrażenie, że jest znacznie inteligentniejsza, niż pokazywała to po sobie. Wydało mu się, że gra jakąś podstępną rolę, przekornie bawi się nim, rzucając mu wyzwania i obserwując jego reakcje. Tego wieczoru po raz pierwszy miał wrażenie, że to ona jest kotem, a on myszką, nie na odwrót. Okazała się zagadką, labiryntem, z którego nie zawsze udawało mu się wyjść bez uszczerbku. Postanowił bardziej się pilnować. 

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 35: Żywa rozmowa o kurach i kogutach

Sefardi siedział przy biurku i gapił się bezmyślnie przez okno. Zmęczył się, usiłując nadać przekonywujący kształt fragmentowi powieści, jaką pisał od niedawna w skrytości. Odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.

– Pańska żona mnie przysyła, don Sefardi. Przyniosłam panu herbatę, tę czerwoną, którą pan lubi najbardziej. Mam powiedzieć, aby nie siedział pan zbyt długo przed komputerem, bo do cna zepsuje pan sobie oczy. – Isabela popatrzyła na niego uważnie. – Rzeczywiście, żona ma rację. Ma pan oczy zaczerwienione jak kogut zmęczony uganianiem się za kurą, z którą chciał porozmawiać o mistrzostwach świata w piłce nożnej. – Isabela przerwała, aby odsunąć długopisy z brzegu biurka i postawić szklankę z gorącą herbatą. – To najbardziej zwariowany sport, jaki wynaleziono. Osobiście nie znoszę głupiego ścigania się po boisku.

Dopiero po tych słowach odwróciła się w kierunku siedzącego. Zaskoczyła go swoją wypowiedzią. Był pewien, że to nie były jej słowa. Nie dałby sobie jednak głowy za to uciąć, gdyż potrafiła być oryginalna. Jego uwagę zwróciło coś innego. Już wcześniej zauważył, że Isabela błądzi po obrzeżach erotyki, czyniąc zwiewne aluzje i drobne przyczynki do seksu, praktycznie przy każdym temacie, jaki pojawiał się na horyzoncie ich rozmów. Sefardi widział to w jej oczach, nieobecnych, zagubionych w przestrzeni, niezależnych od ust, z których wypływały słowa. Nie za bardzo rozumiał jej myśli i postępowanie. Po chwili zastanowienia, zapytał ją o to jak mógł najostrożniej. Oczekiwał spokojnej reakcji.

Isabela wyskoczyła na niego ostro, nazwała go zboczeńcem, zdegenerowanym samcem szukającym zemsty na kobietach. – Ciągle pan o tym myśli, dlatego ma pan zaczerwienione oczy. To nie ze zmęczenia!

Spontaniczna reakcja kobiety nie pozostawiła wątpliwości, co do jej szczerości. Sefardi domyślał się, że jest to kwestia podświadomości, wyzwalającej erotyczne skojarzenia, wspomnienia przeszłych doświadczeń, może nawet niespełnionych pragnień.

– Skąd zna się pani, Isabelo, na kogutach ścigających kury? Prowadziła pani gospodarstwo wiejskie? – Odpowiedział niechętnie pytaniami, aby odwrócić uwagę od drażliwego tematu. Jej słowa wyprowadziły go z równowagi tylko dlatego, że sam doskonale wiedział, że ma podkrążone i zaczerwienione oczy. Traktował to jako daninę, jaką zmuszony jest płacić, starając się stworzyć wartościowy tekst tego, co pisał, pracując nad kolejną, piątą lub szóstą wersją, zastanawiając się nad każdym zwrotem, sceną czy ujęciem.

– Nie prowadziłam gospodarstwa, ale wiem, jak wygląda kura i kogut, jak się zachowują, co jedzą i jaki głos wydają. – Isabela rozgadała się jak niemowa, której cudem przywrócono język. Kiedy zaczęła opowiadać o gospodarstwie, Sefardi potraktował to jak przyganę; chciała udowodnić mu, że wie lepiej, o czym mówi.

– Kura to kura, kogut to kogut. Koguty są głupie, to zasadniczo bezużyteczne darmozjady. Kury niosą jaja, które pan chętnie je na śniadanie i jeszcze sobie chwali. – Wyrzuciła z siebie, odchodząc. Była obrażona. W drzwiach złagodziła swój wyrok.

– Koguty są głupie, ale nie każdy i nie w każdej sytuacji. Kury też są głupie, może trochę mniej. Głos jej się zmienił, był łagodniejszy. – Jakby miał pan coś do poczytania z tej pańskiej pisaniny, to chętnie bym poczytała. Mam trochę czasu.

Sefardi zbył ją. – Może za kilka dni. Dzisiaj nie mam nic, co dałoby się czytać.

– Dobrze. Nie będę się narzucać. Nie potrzebuję łaski. – Zrezygnowana zamknęła drzwi do pokoju bardziej energicznie niż zwykle.

Michael Tequila: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 33: Konwersacje o spowiedziach i imionach

W nocy Sefardi nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku usiłując ułożyć się wygodnie na grubym materacu. Kiedy to mu się nie udało, przeszedł do salonu na kanapę. Znowu spotkało go niepowodzenie, choć kanapa była sprężysta, obszyta naturalną, dobrze wyprawioną i miękką skórą. Rano obudził się zmęczony. Poleżał chwilę, wstał, włożył szlafrok i usiadł przy biurku.

Wkrótce Isabela przyniosła mu herbatę, z dwoma plasterkami cytryny, taką, jaką lubił. Od pewnego czasu robiła to regularnie. Nie prosił ją o to, nie miała też takiego obowiązku. Została zatrudniona wyłącznie do pomocy żonie, Penelopie.

Kobieta była zamyślona. Kiedy stawiała spodeczek i szklankę na biurko stwierdziła jakby od niechcenia:

– Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo pobożnie.

Jej śmieszna obserwacja ożywiła Sefardiego. Patrzył na nią oczekując wyjaśnienia, co ma na myśli. Nie odpowiedziała od razu. Pomyślał, że testuje jego cierpliwość.

– Znaczy się, wygląda pan jak nieboszczyk zdjęty z krzyża, albo jak ksiądz-staruszek po wyspowiadaniu Alibaby i czterdziestu rozbójników. Dzisiaj tymi rozbójnikami mogłyby być kobiety. Kobiety zawsze były aktywne zawodowo, obecnie nawet bardziej niż mężczyźni. Na przykład w wojsku. Wie pan, ile kobiet służy dzisiaj w wojsku? Uważam, że kobieta mogłaby z powodzeniem być nawet kapelanem. Oczywiście nie w naszym kościele, bo jest staromodny i strasznie przyzwoity; ksiądz to ksiądz, baba to baba, ale …. – Isabela popadła w typowy dla niej stan niekończących się dywagacji.

Sefardi wiedział, że jeśli jej nie przerwie, to zajmie mu czas wykładając teorię niezwykłej roli kobiet w kościele, armii i społeczeństwie, może nawet i więcej.

– A wie pani, Isabelo – wpadł jej w słowo – że kiedyś miałem być księdzem.

Popatrzyła na niego zdezorientowana.

– Naprawdę chciałem być księdzem i specjalizować się w spowiedziach. Ale tylko młodych kobiet. Byłem wtedy bardzo przystojny. Powiedziałem to proboszczowi mojej parafii, a on zapytał mnie: „Jak młodych?”.

Sefardi nie wiedział, dlaczego pytanie o wiek miało dla proboszcza znaczenie. Myślał o przedziale dwudziestu do trzydziestu pięciu lat. To zaspokajałoby jego ambicje bycia użytecznym. Był młody, więc łatwiej było mu zrozumieć kobiety w tym wieku. Kościół, jednakże odrzucił jego dobre chęci, mimo że był wówczas przystojnym i wykształconym mężczyzną doskonale nadającym się do stanu duchownego. Miał długie nogi i czarną czuprynę, gęstą jak niedźwiedź późną jesienią.

Opowiadając historię swoich marzeń, Mistrz odczuwał perwersyjną satysfakcję naśladując Isabelę stylem wypowiedzi i obfitością słów. Ponieważ nie przerywała mu, kontynuował.

– Teraz to już nie wszystko pamiętam, ale miewałem różne pragnienia. Wtedy myślałem najbardziej o stanie duchownym. Każdy ksiądz jest mężczyzną, ale nie każdy mężczyzna może być księdzem. – Tak mi odpowiedział proboszcz. Odrzucił logikę mojego rozumowania. Negatywna postawa kościoła wobec moich aspiracji nie zniechęciła mnie do kontynuacji dialogu z kościołem. Kościół to nasza matka. Ale cóż to za matka, która nie pozwala dziecku na radość udzielania pierwszej pomocy bliźnim pragnącym ujawnić swoje troski w szczerej spowiedzi, aby uzyskać pokutę i przebaczenie.

Kiedy to powiedział, przeszła mu chęć dalszego fantazjowania. Zaniepokoił się, że przesadził i Isabela uzna, że się z niej nabija. Nie zamierzał zrazić jej do siebie. Isabela nie odzywała się, po chwili wymówiła się innymi obowiązkami i wyszła.

W młodości Sefardi rzeczywiście miał marzenia, ale inne, które też się nie spełniły. Marzył o szczęśliwej rodzinie, puszystym śniegu, konwaliach w ogródku, choince ubieranej przez dzieci, wspólnych wyprawach nad jezioro. Idealizował swoją przeszłość, może nawet miał halucynacje. Nie dzielił się tym z nikim.

*****

Temat imienia pojawił się zupełnie przypadkowo, jakby ktoś zauważył przelotny kształt nad łąkami i wykrzyknął: – O, jaskółka! Jaka ona jest zwinna!

– Sama nadałam sobie imię Isabela. Nikt mnie do tego nie upoważnił. Nie podobało mi się poprzednie – stwierdziła Isabela, zapytana o pochodzenie jej imienia.

-A jakie było poprzednie?

– Tego nie mogę panu powiedzieć, don Sefardi. Nie jestem taka głupia. Śmiałby się pan ze mnie. Po prostu, nie podobało mi się ono. Wymazałam je z pamięci, zapomniałam o nim.

– Pani imię jest przecież zapisane w dowodzie osobistym, Isabelo. Nie można go wymazać, ot tak sobie, na widzimisię.

– No właśnie. A ja to zrobiłam. Wystawiono mi nowy dowód już z imieniem, które sobie wymyśliłam. W poprzednim dowodzie było inne, pospolite i brzydkie.

– Dlaczego brzydkie? Czy pani nie przesadza? Brzydkich imion jest niewiele. To ludzie bywają brzydcy, nie imiona. – Sefardi przekomarzał się, ale nie przeciągał struny, pamiętając o wrażliwości rozmówczyni w sprawach osobistych. Nie była to trwała cecha jej charakteru; zazwyczaj zachowywała się tak, jakby jej nie zależało, co się o niej mówi lub myśli.

– Tamten dowód mi zginął. Nie pamiętam już; może mi go ukradli, a może wpadł do wody z mydlinami i rozpuścił się. Albo zużył kompletnie jak papier, którego litery wdeptano długim chodzeniem w podłogę. Raz nawet widziałam małe literki na podłodze, mogły pochodzić z mojego dowodu. Od razu zapytałam siebie, czy to możliwe. Okazało się, że tak. Na pewno tak było. Jestem tego pewna – Isabela modulowała głos jak poetka.

– Opowiada pani głupstwa i jest pani uzurpatorką, Isabelo.

– Co też pan mówi!? Nie znam tego wyrazu. To pewnie coś złego?

– Uzurpować znaczy sięgać po cudze, coś sobie przywłaszczać, nadawać sobie tytuł, albo imię, nikogo nie pytając o zdanie lub zgodę. Sama przyznała sobie pani przywilej ustalenia nowego imienia.

Isabela patrzyła na Mistrza skonfundowana. Nie była pewna, jak zareagować. Sefardi kontynuował.

– Teraz jestem królową. Powiedzmy, że tak pani sobie pomyślała i naprawdę wierzy, że nią jest i siedzi sobie na tronie z koroną na głowie i berłem w ręku, czekając aż mężczyźni zaczną jej okazywać podziw i szacunek, jaki poddani mają wobec władcy. Tej historyjki z imieniem i rozdeptanym dowodem osobistym nie opowiada chyba pani kobietom, tylko mężczyznom? Albo tylko mnie? – Sefardi pomyślał, że powiedział to niepotrzebnie; zrujnował fantazję zakwitłą przelotnie w głowie kobiety. Głupio mu się zrobiło, że zachował się tak, jakby miał do niej pretensję o drobinę iluzji, dziwaczny wymysł lub niewinne kłamstwo.

Isabela popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. Nagle zerwała się, podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Był to impuls, odruch, który zaskoczył ich oboje. Zdezorientowany Sefardi uznał to za pieszczotę, coś spontanicznego, wyraz niechęci pomieszanej z podziwem. Potraktowała go jak urwipołcia, chłopca, który uczynił coś niewłaściwego, nie w złej intencji, tylko z przekory i ciekawości, jak to zostanie odebrane, z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Popatrzyli na siebie zaskoczeni, po czym Isabela w pośpiechu wyszła z pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Mistrz miał wrażenie, że zrobiła to pragnąc, aby pobiegł za nią i usprawiedliwił się z wszystkiego, co niepotrzebnie powiedział.

Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.