Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania.

Książka ma bardzo dobre recenzje. Można zapoznać sie z nimi na górnym pasku menu. Aby zachęcić Państwa do zakupu, przedstawiam kilka cytatów z różnych opowiadań:  

– W swojej zgryzocie pocieszali się powiedzeniem: "Głodny sytego nie zrozumie" (str. 85).

– Carabinieri i militari rzucali im pod nogi świeże pachnące kwiaty, przede wszystkim róże gorące jak młoda krew, a po powrocie do koszar ciskali broń na ziemię, publicznie demonstrując bezwzględny pacyfizm (str. 88).

– Część z nich przypada konkurencji szalejącej jak białogłowa na wydaniu. Zna pan to przysłowie, monsieur: Kiedy głowa siwieje, to dupa szaleje? – zapytała mnie rozmówczyni, pogłębiając mój szacunek dla jej wyszukanej znajomości kultury, tradycji i języka (str. 91).

– Prezydent od chłopięcości był przystojnym mężczyzną. Oglądały się za nim dojrzałe kobiety i niektóre podlotki, później także mężczyźni marzący o tym, aby być takimi jak on: wysportowany, wysoki, barczysty, gładki na twarzy, bogaty. Mówiono, że kiedy był młody to miał jedwabistą skórę. Było to wtedy, kiedy pozował do zdjęć dla magazynu mody męskiej … (str. 116).

– W takich dniach prezydent męczył się i z rozpaczy pił z malutkiego kieliszeczka z wąskim złotym paseczkiem i trupią główką ze szczerego złota na krawędzi. Pił to, co piją nieszczęśliwi mężczyźni na wysokich stanowiskach … (str. 118).

– „W kobiecie jest tyle piękna” – słowa te pieścił na ustach, delikatnie dotykając językiem warg. Mówienie o kobietach pobudzało jego kubeczki smakowe bardziej niż aromatyczny napój owocowy z dodatkiem alkoholu (str. 123).

– Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar (str. 141).

– Ślepy Koń był tak przekonujący, że … ludzie jedli mu z ręki, pardon, z kopyta … Każdy rząd, włącznie z naszym, który jest najlepszym rządem na świecie, z wielkimi osiągnięciami i wrażliwością na ludzkie potrzeby i troski, życzyłby sobie mieć takie podejście do obywatela (str. 146).

– Mówiono, że miał z gruntu życzliwy stosunek do wszystkiego, co się ruszało za dużym eleganckim biurkiem, w luksusowym samochodzie czy w kosztownej restauracji (str. 146).

Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Dzień niepokoju księdza proboszcza. Opowiadanie.

Ponownie, gwoli czystej rozrywki, dostarczanej nam ostatnio w większych ilościach przez polityków i Roberta Górskiego w „Uchu Prezesa”, przedstawiam fragment mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, jakie ukarze się wkrótce w zbiorze „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

Dedykuję je w szczególności właścicielom i miłośnikom psów, dzięki którym świat widzi mi się bardziej serdeczny i radosny.

*****

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów.

– Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszyć ludzi i wywołać dyskusję w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono ludzi, a nie tylko sam właściciel.

Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary, albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za drogo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji, Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jeden własny, dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw bezmyślnemu uśmiercaniu psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko wrócił do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, obróci swój gniew przeciwko kościołowi lub przeciw jemu samemu.

Po usunięciu afisza, proboszcz znalazł się zupełnie przypadkowo w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali, ale bardzo krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać. – Powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie. – Mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, tym razem postanowił być bardziej stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ, księże proboszczu, przecież Święty Franciszek … – Usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga nie obraża, choć nie jestem tego pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami. – Patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce bilo mu żywiej, co go dodatkowo niepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Patrząc na klęczącego Klaudiusza przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie Klaudiusza i psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza jakby uspokoiło się.

Patrz recenzje i opinie – przyciski na górnym pasku menu Powieści i Poezje.

Refleksje prawie świąteczne w miejsce powieści

Wczoraj życzenia, dzisiaj refleksje, jutro opowiadanie.

Jutro, zamiast kolejnego odcinka powieści „Wódz i jego naród”, pojawi się w tym miejscu opowiadanie okolicznościowe. Czytelnik może je nazwać opowiadaniem spekulatywnym, jeśli sobie tego życzy, ostatecznie żyjemy w wolnym kraju, jeśli tak sądzi, i może robić, co mu się podoba, jeśli mu na to pozwoli siła wyższa, która wie najlepiej, jak powinien on żyć.

Opowiadanie będzie przydługie, sześć stron tekstu A4. Można je czytać dwuetapowo, jeśli ktoś uważa, że co za dużo, to niezdrowo. Po ostatnich wydarzeniach w Sejmie lepiej dzisiaj uważać, co się uważa. Opowiadanie jest w zamierzeniu utworem refleksyjnym, mającym wywołać łzy rozpaczy i radości, co najlepiej odzwierciedla naturę życia w naszym kraju. Życzę więc czytania, czy miłego, to się jeszcze okaże.

W dobie dzisiejszej opowiadania nie są ulubionym gatunkiem literackim. Czytelnicy preferują powieść kryminalną, horror, romans, czternastotonową sagę rodzinną, powieść obyczajową, książkę podróżniczą. Wszystko, tylko nie opowiadanie, bo jest za krótkie, w związku z czym można się wynudzić. Czytałem ostatnio, że to się zmienia i że opowiadanie staje się trendy. Może dlatego, że ludzie mają mniej czasu, za to więcej wielkoekranowych smartfonów, które pozwalają czytać dużo szybciej, jednym palcem.

Czytelnictwo u nas nie kwitnie, bo jest pora zimowa, choć nie jest źle, skoro aż 45 % obywateli czyta co najmniej jedną książkę rocznie. Jest to szansa dla autorów takich jak ja, ponieważ wkrótce statystyka czytelnictwa w Polsce będzie podawać jako jednostkę statystyczną nie książkę, ale jej streszczenie, jeden rozdział, opowiadanie lub wiersz. Statystycznie będzie to brzmiało bardzo podobnie, czyli nieźle: 45 % Polaków przeczytało w ciągu roku co najmniej jeden rozdział książki, albo jej streszczenie, albo opowiadanie albo jeden wiersz.

Pocieszam się, że w najgorszym wypadku sam będę sobie pisać i czytać. Proszę więc o porzucenie mnie bez skrupułów, jeśli przyjdzie Państwu nierozsądna ochota to zrobić; poradzę sobie. W jeszcze gorszym wypadku, czyli w ostateczności, mogę po prostu przestać czytać; wystarczy, jeśli będę oglądać telewizję publiczną zwaną narodową. Robi to przecież z powodzeniem około 36 % obywateli. 

Komiks polityczny. Czarna demonstracja. Odcinek 1.

ship-oar-frigate-la-rieuse-author-unknown-public-domain

Iwan Iwanowicz Iwanczyn, trybun ludowy, rzecznik nieskrępowanych poglądów politycznych, jak zwykle stał przy krawężniku wygłaszając prywatne orędzie o stanie państwa. Ucieszył się na mój widok. Opowiedział mi epizod z życia kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, entuzjasty, pasjonata i proroka filozofii czystego bytu.

– Kapitan Jaroszka, znam go doskonale z telewizji, gdzie z braku wiatru oceanicznego wietrzy swoją facjatę przed kamerami (Iwan Iwanowicz oprócz siły fizycznej dysponował także szorstkim językiem), najpierw zamarzył sobie, a potem zbudował żaglowiec wielki jak góra lodowa, symbol ochrony życia uniwersalnego, dobrego i złego, bogatego jak Krezus i nędznego jak marny robak, na którym to żaglowcu zamierzał wpłynąć w wiek następny, aby zyskać sławę żeglarza wszechczasów. Musi Pan wiedzieć, że dzielny Jaroszka, zwany też kapitanem ludzkich sumień, otrzymał podobno pełnomocnictwo od samego pana Boga na sterowanie sprawami życia na ziemi. Kapitan jest człowiekiem uniwersalnym, biologiem, lekarzem i uczonym (większym nawet niż słynny Miczurin), jak i niepohamowanym entuzjastą wszystkiego, co lata, pływa i biega, innym słowem życia, także tego najbardziej bolesnego, chromego i wegetującego.

Proszę sobie wyobrazić, że pokonawszy rafy szalonej pogody, o tej porze wyjątkowo niepewnej i niebezpiecznej, kapitan zamierzał bezpiecznie wpłynąć do portu, aby ogłosić światu swoje zwycięstwo, kiedy zjawiła się banda czarno ubranych niewiast, twardych, zapalczywych i przeciwnych pomysłowi kapitana, które w szale sprzeciwu podziobały czarnymi parasolami żagle i kadłub jego statku tak gruntownie, że stracił on orientację, wszedł na mieliznę i zatonął. Zanim to się stało, na pomoc kapitanowi rzucił się oficer statkowy, niejaki Brzuchal, który wyzwał oblegające statek kobiety od niepoważnych, bałamutnych i zwariowanych bab, oraz drugi oficer, administracyjny, równie ważny, a może i ważniejszy, który wysłał kapitanowi na pomoc wielu sprawnych ochroniarzy. W wyniku nieporozumień z uczestniczkami i uczestnikami demonstracji, nad czym można tylko ubolewać, zabrano ich do lazaretu, aby ocalić im resztki zdrowia.

Jednym słowem, wyprawa po złote runo kapitana Jaroszki i jego załogi zakończyła się poważną i smutną kompromitacją, ponieważ także w innych portach kontynentu kobiety demonstrowały determinację niedopuszczenia jakiegokolwiek kapitana, komandora czy nawet admirała do decydowania, jak ma wyglądać życie, o którym one, od czasów raju, Adama i Ewy decydują i opiekują się z uprawnienia Najwyższego.

Razem z Iwanem Iwanowiczem pochyliliśmy się nad losem ambitnego kapitana, jedynego żyjącego filozofa dysponującego pełnią wiedzy, jak myśleć o życiu i jak z nim postępować w wymiarach religijnych i etycznych, ludzkich i boskich, zmysłowych i pozazmysłowych. 

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 1.

Odkryłem Iwana Iwanowicza zanim on odkrył siebie. Nie odkryłem go w sensie dosłownym na przykład ściągając z niego kołdrę, co byłoby absurdem do kwadratu, lecz jako badacza, naukowca z powołania, pasjonata obserwacji i samoobserwacji.

– Widzisz pan. – Zaczął Iwan Iwanowicz, przyłączywszy się do mnie w drodze do sklepu, miejsca regularnych pielgrzymek wszystkich osób wierzących w konieczność jedzenia. – Depresja, ta straszna dolegliwość, która niszczy człowieka psychicznie zachowując go w stanie fizycznej nienaruszalności niczym mumię Ramzesa Któregoś z Kolei, jest wytworem jej właściciela. Rozumie pan? Nie istnieje ona obiektywnie, gdzieś w przestworzach, ale pojawia się na własne pańskie zaproszenie, kiedy uzna pan za stosowne je wysyłać.

– Zaprotestuję, szanowny Iwanie Iwanowiczu – odparłem z przekonaniem – zachowując głęboki szacunek dla pańskiego wieku i fantazji. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zaprasza depresji, aby w nim zamieszkała! – Okazałem stanowczość, która mnie samego zdumiała, w obronie medycyny i psychiatrii.

– Dobrze pan to ujął, drogi myślicielu, wytwórco fikcji literackiej! – Pochwalił mnie rozmówca, co przyjąłem ostrożnie jako zapowiedź burzy argumentów, jaką zamierzał zwalić na mnie za chwilę. – O zdrowych zmysłach! Otóż to! Kiedy osobnik jest niedojrzały, aby rozumieć i poprawnie reagować na bodźce zewnętrzne – czasem w sposób kulturalny, czasem prymitywny, jak dyktuje mu jego ograniczony umysł – daje wówczas sygnał depresji, aby do niego przyszła. Zilustruję to tak: kiedy trzeba negocjować, negocjujesz, a kiedy trzeba dać w pysk, to nie ociągasz się jak kunktator, tylko dajesz w pysk oponentowi, chorobie lub samemu sobie, w zależności od potrzeby.

W czym, szanowny Iwanie Iwanowiczu, wyraża się owo niezrównoważenie, które pan tak śmiało diagnozujesz, jeśli wolno zapytać? – Rzuciłem w kierunku rozmówcy mając świadomość, że uprzejme słowa w rodzaju „szanowny panie”, „jeśli wolno zapytać” są ukrytą formą agresji, której przeciwnikiem jesteśmy wszyscy od dziecka. Jedynym zwolennikiem otwartej agresji, o jakim ostatnio słyszałem, był tylko dowódca konwoju z armatami przenikającego chyłkiem na Ukrainę w pomocą, której mieszkańcy sobie nie życzyli. Nie wyjaśniałem tego niuansu towarzyszącemu mi początkującemu, żywotnemu jak żeńszeń, starcowi.

– Dobry przykład! Dobry jak cholera! – Zakrzyknął w zachwycie Iwan Iwanowicz wzywając niebo na świadka oczami wzniesionymi w górę.

– Niezrównoważenie wyraża się w nadmiernej wrażliwości na innych ludzi, chęci spełnienia wszystkich życzeń mamusi i tatusia, a potem ukochanej dziewczyny, żony lub partnerki, staromodnie zwanej konkubiną, a także w pedantyzmie i nadmiernej układności. Jak pan się domyśla, nie jest to dorobek dziecka, które za moich czasów zwano pacholęciem, tylko jego rodziców. Nie wyrabiają oni w nich cech, które przeciwdziałają depresji, wręcz przeciwnie umacniają, pielęgnując i hołubiąc w nim słabości, pobłażając mu i chwaląc go nadmiernie, zamiast dać mu w kość trzeźwą oceną jego postępowania i osiągnięć, aby go uodpornić na wyzwania życia. Dopiero, kiedy depresja wybuchnie w nim jak świąteczna petarda powalając nieszczęśnika na matę nieskończonego smutku, wtedy dopiero dostrzegają, po niewczasie, że wyrządzili mu niedźwiedzią przysługę.

– No dobrze, Iwanie Iwanowiczu. – Poczułem, że tracę grunt pod nogami, że zręcznym fechtunkiem bojowniczy starzec wybija mi z rąk argumenty, będące mi tarczą i włócznią. – Ale jak to jest możliwe? – Zakrzyknąłem prawie w rozpaczy.

Nie skończyliśmy dyskusji, gdyż nasze drogi rozeszły się nagle jak szyny wysadzone w powietrze przez rewolucjonistę; ja poszedłem za głosem powonienia w kierunku skupu z kiełbasą bez dodatków chemicznych, Iwan Iwanowicz popędził w kierunku piekarni naglony wyciem żołądka spragnionego bułeczki z białej mąki. Zdołaliśmy tylko ustalić, że dokończymy temat, śmieszny dla mojego rozmówcy, lecz jakżeż bolesny dla milionów osób depresyjnie ciemiężonych.

Balkonowy obchód świąteczny

Jest to opowiadanie abstrakcyjne. Jeśli je czytasz, to na własną odpowiedzialność.

Wyszedłem na obchód świąteczny razem z Kurczakiem, zrodzonym w nocy ze święconego jajka wielkanocnego ożywionego oparami kieliszka półwytrawnego szampana Henkell, idealnej kombinacji ceny i jakości.

Udaliśmy się na balkon w temperaturę skromnego mrozu, jak na kwiecień przystało. Wyświetlała się godzina 5.30. Domyśliliśmy się, że rano, nie wieczorem. Logika, która pojawiła się chwilę później, wyjaśniła, że wieczorem byłaby godzina 17.30. Przyjęliśmy to do wiadomości, a zarazem odrzuciliśmy, ponieważ o czasie wieczornym mówi się i tak, i tak. Na poparcie tej tezy przytaczam słowa znanego mi osobiście trzyletniego Adasia, który na pytanie: Czy ten samochód z lampą na dachu jedzie czy nie jedzie? Odpowiedział: Może tak, może nie.

Pejzaż przełomu nocy i dnia był bajeczny. Był jedyną prawdą, reszta świata nie liczyła się. W nocy spadł śnieg. Drzewa, domy w oddali, nawet księżyc były ośnieżone w zachwycający sposób. Obydwaj wiedzieliśmy, że za godzinę, dwie lub sześć fantastyczny zimowy pejzaż zniknie bezpowrotnie. Oczywiście, kurczaki i ludzie znikają dłużej, ale jakie to ma znaczenie wobec wieczności, której nikt nie potrafi zdefiniować, a już z pewnością wyobrazić sobie.

W chwili filozoficznej zadumy nad pejzażem rodem z ośnieżonej Szwajcarii, równie drogim i rewelacyjnym jak najnowszy szwajcarski zegarek (który oprócz ciśnienia krwi pokazuje ilość kroków, które przeszedłeś w ciągu dnia oraz ilość spalonych kalorii) zdaliśmy sobie sprawę z abstrakcyjności życia, jego nietrwałości i przemijania. Nie było to nam potrzebne, lecz stało się, jak wiele innych spraw życiowych.

– Czy wiesz, dlaczego przychodzą mi do głowy takie myśli? – Zapytałem Kurczaka, który w międzyczasie opierzył się, nabrał puszystego, żółtego koloru i wyostrzył dziób na śniadanie. Nie wiedział. Nie miałem mu jednak za złe prostackiej ignorancji (szalejącej powszechnie), wyrażającej się nieznajomością odpowiedzi na proste pytania.

– Tak naprawdę to odpowiedź nie jest mi potrzebna. – Wyjaśniłem nie czekając na Kurczaka, ponieważ nie odczuwam głodu po uczcie światecznej połączonej z debatą polityczną w gronie poszerzonej rodziny.

Wspólnie z towarzyszem balkonowym, który urósł już do rangi dużego Kurczaka, ustaliliśmy bez wysiłku listę pytań bez odpowiedzi:

– Dlaczego ludzie otyli jedzą nieprzerwanie, choć nie są głodni? To było pytanie wynikające z oburzenia wulgarnością otyłości. – Popatrz rozebrany w lustro, a zgodzisz się ze mną łatwo. – Zaproponowałem Kurczakowi mając na myśli wszystkie myślące i wrażliwe istoty.

– Dlaczego Rosjanie potrzebują imperium, kiedy już je mają w postaci niezmierzonego terytorium z niezmierzonymi bogactwami mineralnymi oraz milionami ludzi umierających z przepicia?

Kurczak uzupełnił mój wywód ilustracją: To tak, jakbym potrzebował drugi, trzeci i czwarty rowerek, kiedy już mam jeden zgrabny i sprawny.

– Chciwość jest chorobą toczącą nasze społeczeństwo. Chciwość władzy skłania polityków do kłamstwa, wielki kraj do grożenia innym bronią jądrową, sytych do dalszego obżerania się, miliarderów do zabiegania o dalsze bogactwa, ignorantów do pogardzania faktami i odrzucania rozumu na rzecz chimerycznych wyobrażeń i pokrętnych uczuć.

– Chłopie – poufale ostrzegł mnie Kurczak – popadasz w zły nastrój.

– Co mi pozostaje? – Zapytałem bezwstydnie, w sposób bliski wyuzdania intelektualnego.

– Wrócić do stołu, znowu jeść ponad miarę, rozmawiać o niczym albo kłócić się, czy nadzór finansowy nad „Skokami” jest potrzeby czy nie, zapomnieć o spacerze i w ogóle robić rzeczy, które psu na budę się zdały.

Z tego wszystkiego uznaliśmy, że jedyną udaną konstrukcją w otaczającym nas życiu jest buda dla psa, drugą zaś prawdopodobnie groteska, skutecznie objaśniająca świat niewytłumaczalny. Na pocieszenie objęliśmy się z Kurczakiem serdecznie jak gryzące się partie polityczne (w kraju głęboko katolickim) w geście „teraz przekażcie sobie znak pokoju”, po czym Kurczak w akcie pojednania rzucił się na ruszt w celu podrumienienia się.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego, ISBN 978-83-7942-566-2. Powieść jest w sprzedaży także w księgarniach stacjonarnych Matras. W ciągu najbliższych dni ukaże się w formie ebooka.

Rogi w teorii i praktyce

Nie samym jajkiem wielkanocnym człowiek żyje. O ile w ogóle żyje, gdyż wegetacji nie można nazywać życiem. Powinna być karana na równi z głupotą. Wegetacja to wegetacja, życie to życie. – Wiktor nie był nastawiony zbyt pozytywnie, świątecznie, promiennie, jak oczekiwałbym w drugim dniu Świąt Wielkanocnych. Nie wiem dlaczego, ponieważ jego relacja o sielance i jeleniu była bardzo pogodna.

Opierała się na ewolucji myślenia świątecznego: od żółtego kurczaczka, przez białą owieczkę, do szlachetnie brązowego jelenia, który ma niezbywalne prawo występowania w roli aktora łąkowego w okresie świąt kojarzonych uparcie z jajkiem.

W Pensjonacie Harenda nastały czasy sielanki. Można, a nawet wypada nazwać ją sielanką rustykalną zważywszy położenie i charakter miejscowości, której Harenda jest ozdobą. Czarna Górna jest miejscowością w wymiarze mikroskopijnym: ryneczek, sklepik z bucikami dla dzieciaczków i dla dorosłych, warzywniaczek, składzik zaopatrzenia rolniczego a nawet galeryjka sztuki. To ostatnie jest zabytkiem, w którym króluje piękno, estetyka oraz duchowość reprezentowana i propagowana obficie przez właścicieli. Wchodząc do Galerii przez duże „G” wchłaniasz atmosferę uduchowienia intelektualnego, nieobecnego dziś na ulicach, gdzie królują wyrostki z telefonami komórkowymi, którzy już umieją pisać (jednym palcem), ale nie umieją już czytać książek ani dyskutować o kulturze.

Właściciele Harendy widzieli to wszystko i z płaczem ubolewali na upadkiem cywilizacyjnym społeczeństwa umiejącego wydawać ciężko zarobione pieniądze na wódkę, pieczywo i frytki, a skąpiącego na ekskluzywny pensjonat. Myśli i odczucia właścicieli, boskiej Izabelli i jej czcigodnego małżonka Rościsława, były tak intensywne, że przerodziły się w pomysł podniesienia poziomu kultury gości pensjonatu i lokalnej społeczności. Lokalna społeczność mniej im ciążyła jako element obróbki kulturalnej, gdyż mniej miała na sercu rentowność Pensjonatu. – Przecież oni powinni rozumieć, że w biznesie chodzi o pieniądze – Izabella i Rościsław z żalem oceniali wiedzę i motywacje tubylców obserwując na co dzień ekonomiczne prostactwo.

Ogromną, może nawet monstrualną rolę odegrał w tym Jeleń, który z poziomu rogacizny dostrzegał (bardziej niż kler i politycy) ułomności ludzkiej natury. Jeleń wziął sobie na kieł, że tak powiem, sprawę męską, inaczej mówiąc samczą tych osobników, którym małżonki, partnerki lub kochanki przyprawiają rogi. W temacie był obskakany jak mało kto. Szczerze mówiąc, a powtarzał to sobie wielokrotnie powoli przeżuwając trawę w pozie rozleniwienia medytacyjnego, jego nadobne stadko łani, choć pilnie strzeżone, przyprawiło mu niejedne rogi. – Sam nie wiem, jak ja potrafię unieść taką ilość rogów. To byłby ciężar nie do wytrzymania dla człowieka. – Wyznał Mścisławowi i Izabelli wieczorną porą, kiedy ludzie i zwierzęta spowiadają się z najintymniejszych myśli i pragnień. Jego szczerość była przyprawiona goryczą porażki. Było w tym również rozczulenie osobników tęskniących za miłością. Zdając sobie sprawę z ogarniającego go buddyjskiego smutku z powodu oddalenia od ciepłego żeńskiego futerka Jeleń zadał sobie pytanie, jak można odczuwać pociąg do osobnika tej samej płci.

Przyłożyć mu bykiem – to tak, to ja rozumiem, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba ostatecznie wyjaśnić kwestię, kto ma prawo do konkretnej łani. Ale czulić się do takiego typa? – To przerasta moje wyobrażenie porządku świata, gdzie wegetarianizm od wieków jest jedyną słuszną formą diety. Zdaję sobie sprawę, że jest to podejście doktrynalne, ale nie różnię się w tym od duchowieństwa oraz zacofanych kręgów ludności przyrosłej obiema nogami do ziemi, pracy w jednej firmie oraz zabobonów. Egzystencjalnie-filozoficznym rozważaniom Jelenia nie przeszkadzały ptaki, które rozrzucały w powietrzu wdzięczne muzyczne trele przy okazji paskudząc na samochody i suszącą się bieliznę. W rozważaniach na słonecznej murawie Jeleń czuł się dziedzicem Sartra, z wyjątkiem uwielbienia dla radzieckiego komunizmu.

– Weźmy pod uwagę takiego byłego premiera Indii Desai, który w wieku 82 lat z powodzeniem i piastował to stanowisko. Był wegetarianinem, tak jak ja, choć bliższe mu były święte krowy. – Myśl ta zbliżyła Jelenia do gatunku ludzkiego tak bardzo, że zapragnął pomóc Rościsławowi i Izabelli naprawić świat ludzkich myśli, emocji i zachowań oraz porzucić mięsną deformację dietetyczną.

 

Dygresja o żabie

Mam przyjaciela, który żyje dygresjami. O czymkolwiek zaczniesz z nim rozmawiać, po minucie lub dwóch schodzi na inny temat. Dalej jest jak w dół po schodach, coraz to nowa dygresja. Tym razem uczynię wyjątek i sam zrobię dygresję. Określę ją jako świadomą i celową. – Zaczął Wiktor nie czekając na poranną gorącą kawę, która o tej porze dnia jest dla mnie napojem życia. A propos, był czas, kiedy kawę sprzedawano w aptekach jako lekarstwo. Dziś lekarstwem jest wszystko, co da się reklamować w telewizji.

Jak wiesz, ćwiczę dla zdrowia. Pół godziny dziennie. Jest to mieszanka joggingu i szybkiego marszu. Tym aktem dbałości o ciało, w którym mieszka mój duch, spełniam obowiązek nałożony na mnie przez naturę: dbałości o mechanizmy, w który mnie wyposażyła. Natura czasem myli mi się z Bogiem.

Kilka dni temu na trasie spotkałem żabę. Stała się ona dla mnie źródłem refleksji buddyjskiej. Leżała płasko na drodze prowadzącej przez zarośla, rozjechana przez samochody, dojeżdżające do ogródków działkowych. Bardziej symboliczna niż żywy płaz nawiązywała do Pisma Świętego, medytacji buddyjskiej oraz starożytnego Rzymu. Ten ostatni zasłużył się przysłowiem kondensującym treści zawarte w trzech przywołanych odnośnikach: Memento mori! Pamiętaj o śmierci!

Symbolizm żaby sprowadziłem do jej kształtu, zaiste symbolicznego jak rysunki skalne w grobach faraonów starożytnego Egiptu. Dolne, długie nogi żaby skierowane były w lewo, stwarzając wrażenie ruchu w marszu, górne wystawały tylko częściami łokciowymi po obydwu stronach, jakby trzymała się ona pod boki. To, co pozostało, czyli tułów i głowa, skierowane były także w lewo. Żaba skojarzyła mi się z generałem, wyrazistym w swojej determinacji dojścia do celu. Nie był to obraz smutny, ale też i nie radosny. Był to produkt natury rozjechany przez samochód, wytwór człowieka, pomniejszony do miniaturowego obrazu, ciemnobrązowego w kolorze, przysypanego kurzem, symbolicznego w swej wymowie „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. To Pismo Święte przemówiło do mnie najkrótszą definicją życia na tle wieczności.

Słuchałem Wiktora i zastanawiałem się, po co mi opowiada historię żaby, widzianej przez wielu jako śliski, nieprzyjemny i brzydki płaz, o którym nawet nie warto wspominać. Zapytałem go o to. Odpowiedział mi.

Żaba jest częścią przyrody, tak samo jak ty i ja, Michael. Może jest nawet bardziej użyteczna niż człowiek, który niszczy środowisko. W dzieciństwie korzystaliśmy z wody, zimnej i czystej jak łza, czerpanej ze studni głębokości dwóch metrów, na dnie której wypływało źródło. Czasem w wiadrze z wodą pobraną ze studni pojawiała się żaba. Rodzice nauczyli nas wrzucać ją z powrotem do studni, bo była ona najlepszym, naturalnym filtrem wody, która była zimna i krystalicznie czysta. Wszyscy pili ją bez najmniejszych zastrzeżeń i obaw. Mam do żab szacunek, który skłonił mnie do przedstawienia ci tej historii.

Oblicze zbrodni. Opowiadanie.

Nikanor! – Kim ja właściwie jestem?

Pytanie jak uparta, nieprzyjemna wilgoć powracało i rozmywało się niby mglista zjawa wywołana przez medium psychiczne. Zanurzony w natłoku wspomnień i niejasności, Nikanor analizował swoją przeszłość, aby zrozumieć materię i naturę ducha, z którymi miał na pieńku. Pierwsza nie była problemem. Druga wymykała mu się uparcie ciągiem lat coraz bardziej męczących, rozjaśnianych śmiechem jak błysk światła, wycieczkami na plażę, spotkaniami z przyjaciółmi przy winie i głaskaniem aksamitnej kotki.

Żywot swój uważał za marny, niepotrzebny i pozbawiony treści. Osadzony na dwóch nogach, podobnie do innych osobników rodzaju męskiego i małpy człekokształtnej, Nikanor dostrzegał w niej swoją odległą, ekscentryczną przeszłość, która mimo wszystko nie była aż tak daleka. Czasem miał wrażenie, jakby koczowała po drugiej stronie rzeki. Małpa żyła instynktem, a on, jej potomek, intelektualnie wyobcowany, miał go tyle, ile mieści się na końcu malutkiej łyżeczki od kawy. Reszta była ta sama, identyczne dziewięćdziesiąt dziewięć procent genomu. Mimo to, nie umiał żyć w sposób naturalny i spontaniczny jak żyją zwierzęta, kierując się instynktem, pragnieniami i dążeniem do ich natychmiastowego spełnienia. Tego mu brakowało w życiu obfitującym w wydarzenia, z wyjątkiem jednego, najbardziej pożądanego i niespełnionego. Nie umiał wydobyć z siebie esencji prawdy i realizmu, który przychodzi tak łatwo buddystom przenikającym wszystko, co dotyczy życia i cierpienia. Nie potrafił zdobyć się ani na zmianę ani na pogodną akceptację status quo.

Od dawna miał przeczucia, że jego związek nie jest kryształowy, gdyż wybranka jego serca szła własną drogą, wygody cichego i półświadomego egoizmu, który prawdopodobnie nie zawsze był egoizmem. Po latach, zbyt długich, aby się ich nie wstydzić, doszedł do wniosku, że nigdy go nie kochała. Jej miłosnym ulubieńcem był jego wizerunek, osoby oczytanej, dobrze ułożonej, ustępliwej, poddającej się jej myślom i pragnieniom. Lubiła iluzję, że go kocha. Była wygodna, gdyż stabilizowała jej życie pozbawiając je uciążliwości i niepokojów innych związków.

W wyboistym natłoku wspomnień równie niepotrzebnych, co nieustępliwych, Nikanor pędził żywot niejako obok siebie wykonując działania noszące pozory sensu, lecz w istocie przypominające puchatą kulkę służącą kotu do zabawy. Zajmującą i umilającą czas, lecz daleką od nerwu życia, głębokiego i pełnego przeżywania wszystkiego, co decyduje o szczęściu.

Z zewnątrz żywy i rozmowny, wewnątrz pozostawiał apatyczny i zgaszony, ofiara losu zagubiona w lesie, widząca drzewa lecz niezdolna odczuć ich dotyku, zapachu ani piękna. Nie ogarniał pełnego sensu istnienia, które jawi się srebrem równie gorącym jak pasja pożądania. „Zagubienie” było najtrafniejszym opisem jego osobowości, wielopłaszczyznowej i zagmatwanej dzieciństwem i dziedzicznością, której nie można pojąć, dopóki nie objawi się wybrykami blokującymi swobodne oddychanie.

Nikanor uprawiał nędzną fuszerkę, regularnie i wytrwale, nadmiernie kierując się pragnieniem zaspokajania wydumanych i prawdziwych potrzeb innych osób. Były one ważniejsze niż on sam, choć bardzo chciałby, aby i on coś znaczył. Był pomijany, bo sam siebie pomijał, nie umiał walczyć ani przeciwstawić się. Walka jest konfrontacją, a on unikał jej jak ognia. Był produktem nijakości, chorobliwym pacyfistą wśród milionów istot stworzonych do walki.

W życiu raz tylko stanął na ringu. Okazała się nim polna droga do szkoły, gdzie wspólnie z przyjacielem bili się na pięści z dużo silniejszym kolegą. Wracając do owej unikalnej chwili przebudzenia, nieodzownej każdemu samcowi, nie pamiętał nawet, o co poszło. Była to z pewnością sprawa honoru i godności, która objawiła się w sposób odpowiadający mądrości ślepej kury odnajdującej ziarno. W bezkrwawej, a jednak heroicznej walce Nikanora-chłopca ironicznie zintegrowały się instynkt, ślepota, kura, ziarno i przypadek. Jeden pozytywny incydent nie wystara jednak na obudzenie woli życia.

Piątkowy, słoneczny ranek wyciągnął wszystko z lamusa i podsumował. Początek był niewinny. Nikanor podszedł do stołu, popatrzył w okno rozświetlone przedwiosennym słońcem, spokojnie wyjął pigułkę z opakowania i podniósł do ust szklankę z wodą do popicia. Ni z tego, ni z owego zaczął dusić się, charczeć jak zarzynane zwierzę, odrażająco, rozpaczliwie i beznadziejnie. Wciągał w płuca powietrze, które blokowało się w gardle wydając syczące i głośne rzężenie „yyyyyyyyy”. Czuł, jak umiera.

Zdarzało mu się to od czasu do czasu przypominając po raz kolejny niedokończoną zbrodnię, jaka popełniła na nim natura. Lub opatrzność. Nigdy nie doszedł to zrozumienia, czym różnią się one od siebie. Raz łączyły się w całość niby dwie identyczne połówki jabłka, innym razem pasowały do siebie jak fanaberie Boga, łudząco podobne, a jednak całkiem różne.

Pigułka, którą przyjmował popijając wodą, była bezpośrednim wykonawcą wyroku, katem, który z niewiadomej przyczyny w ostatniej chwili zrezygnował z egzekucji. Być może ktoś wyższy i mądrzejszy obserwował z boku teatralną scenę umierania, aby w ostatnim momencie wydać krótkie polecenie: Dosyć! Na dzisiaj wystarczy!

Nikanor długo nie mógł uspokoić się. W gmatwaninie emocji, Nikanor przypisywał to zdarzenie opatrzności i jej eksperymentom na nim, przypadkowym tworem kryjącym się za horyzontem długiego ciągu nieznanych przodków. Pamiętał je wszystkie nadto dobrze, aby nie dać się uwieść wierze, że Bóg stworzył człowieka w sposób cudowny i bezbolesny. Sam był jednym z kolców, który stanął Stwórcy na drodze uszlachetniania człowieka w kierunku nieokreślonego przeznaczenia.

Po bolesnym wykrztuszeniu resztek płynu na podłogę Nikanor rozejrzał się wokół otępiałym wzrokiem, zagubiony i zgaszony. Kolejny raz zdał sobie sprawę, w sposób do znudzenia męczący, że jest ofiarą niedokończonej zbrodni, której wyrok kryje się w mrokach czasu i przestrzeni.

Czytajcie książki!

Aby nie być gołosłownym w kaznodziejskiej pasji nawoływania do dobrego czynu, sam dużo czytam. Z przyjemnością poznaję teraz powieści i opowiadania pisarzy południowoamerykańskich, najchętniej utwory z lat 1980-tych i późniejszych, autorów takich, jak Carlos Fuentes (Instynkt pięknej Inez), Mario Vargas Llosa (Rozmowa w „Katedrze”), Julio Cortazar (Opowiadania 1), Gabriel Garcia Marquez (Nie ma kto pisać do pułkownika).

Każdy ma swoje preferencje. Sam cenię szczególnie pisarzy Ameryki Południowej. Nie jest to przypadek. Spędziłem cztery lata na tamtym kontynencie i znam dobrze język hiszpański. Sceny i ludzie z książek wspomnianych autorów są dla mnie zrozumiałe, bliskie, serdeczne i swojskie. Ameryka Południowa i jej kultura ma swoją odrębność. Jest w niej między innymi tajemniczość i nostalgia. Za racji przeżytych tam kilku lat, spotkań, rozmów, podróży i obserwacji, łatwiej jest mi rozumieć, co to znaczy maniana, religijność i sposób postępowania bohaterów oraz widzieć i rozpoznawac kształty budowli, krajobrazy, roślinność i zapachy. Do dziś pamiętam intensywny zapach wielkich plantacji cebuli w okolicach jeziora otoczonego wzgórzami czy widok kolumbijskich wieśniaków czekających na pogrzeb przed masywnym kościołem w zagubionej miejscowości. Większość z nich nosiła kapelusze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, oraz ruany, gdzie indziej zwane poncho. W pierwszym przypadku zapamiętałem ogromne ciężarówki pełne cebuli, w drugim kobiety, ich indiańskie rysy i czarne kapelusze przypominające cylindry.

Książka daje szczególną radość i satysfakcję. W szalonym, coraz bardziej zwariowanym świecie, w jakim żyjemy, dostarcza emocji, rozrywki i wiedzy wielokrotnie przewyższającej telewizję. Książka stymuluje umysł czytelnika wywołując jego własne skojarzenia i myśli, telewizja zaś tłoczy własne obrazy i idee do głowy widza. Książka oznacza delektowanie się, telewizja pochłanianie akcji i wrażeń, często beznadziejnie uproszczonych lub wręcz głupich.

To, czym jesteśmy, jest wynikiem dziedzictwa genetycznego, wychowania i doświadczeń życiowych. Nie wszytko można przeżyć, aby nauczyć się, jak mądrzej żyć. Mądrość można czerpać z książek. Uczymy się z nich myślenia innego niż nasze własne, rozwiązywania problemów, widzenia i rozumienia świata odmiennego od tego, w którym sami żyjemy, prawdziwego lub wyimaginowanego. Czytając, rozwijamy i wzbogacamy własne umiejętności przeżywania tego, co nas spotyka każdego dnia.

Mam przyjaciela, który uważa, że literatura beletrystyczna nie daje satysfakcji, ponieważ nie przedstawia faktów i prawdy o tym, co się naprawdę zdarzyło. Akceptuje on zasadniczo tylko przekazy tekstowe i obrazowe, które pokazują rzeczywistość taką, jaka miała miejsce, fakty i wydarzenia.

Ja odbieram świat inaczej. Uważam, że fikcja literacka, o ile nie jest to czysta fantastyka, też pokazuje rzeczywistość, tylko w inny sposób, może bardziej artystyczny, ale również prawdziwy. Jeśli powieść opisuje romans, jaki miał miejsce w czasie wojny, to przedstawia ona czasy, bieg rzeczy, naturę zdarzeń i uczucia, jakich ludzie wówczas doświadczali. Być może nie dokładnie tak, jak sami kochankowie powieści, ale jak inni ludzie, którzy kochali się w czasie wojny przeżywając strach, niepokój, przerażenie, nadzieję, osamotnienie, biedę, chwile szczęścia, ciepło i zimno, dotyk bliskiej osoby.

Warunkiem sukcesu czytelniczego jest znalezienie dobrej, ciekawej, a idealnie pasjonującej książki. Wybór autora i utworu zależy tylko od nas. Jest to wielkie wyzwanie. Warto poświęcić czas i znaleźć dobrą książkę, niż iść na łatwiznę i czytać potem coś, co nie jest najwyższego lotu i nie przynosi pełnej satysfakcji.

O kupowaniu i pisaniu książek

Czytelniczka o słonecznym imieniu Sunny przedstawiła mi swoje zainteresowania, które mogą być ważne także dla innych czytelników blogu. Zdecydowałem się udzielić odpowiedzi w formie bezpośredniego wpisu.
„Tak… tak chciałabym przeczytać tę książkę.
Jeżeli to możliwe, chciałabym również porozmawiać o pisaniu (nie tylko powieści)”
Cieszę się, że jest Pani zainteresowana powieścią „Plener zagubionych uczuć”. Jest ona dostępna w wielu międzynarodowych sklepach internetowych, których adresy są dostępne poprzez górny pasek strony autorskiej. Zakupu dokonuje się tak samo jak w Polsce, płatność kartą kredytową, być może także przez PayPal. Cena ebooka jest wyjątkowo atrakcyjna.
Rozmowa o pisaniu powieści: Proszę napisać w komentarzu do dowolnego bieżącego blogu, co Panią interesuje najbardziej. Temat jest niezwykle obszerny, łatwiej mi więc będzie odpowiadać na kolejne pytania, które mogą być interesujące także dla innych czytelników.
Chętnie podejmę ten wątek, ponieważ jest on ważny dla każdej osoby piszącej. Jednym z aspektów jest także kontakt pisarza z czytelnikiem i osobami piszącymi, rozumienie ich zainteresowań, podejścia, problemów. Czekam na pytania.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 22 (ostatni)

Rozmowę przerwały okrzyki. Drzwi budynku otworzyły się skrzypiąc i w progu ukazał się prezes zarządu Baron TV w asyście kobiety. Za ich plecami sterczała czujna głowa strażnika.
Przedstawiciel demonstrantów zwrócił się w kierunku zebranych przykładając wymownie palec do ust, podnosząc lewą rękę do góry i wskazując na zegarek.
Prosi o spokój. Chce, żeby im dać trochę czasu – ktoś w tłumie głośno zinterpretował gesty człowieka na schodach. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Ja już wiem! – śmiało zadeklarował młodzieniec w okularach z cienkimi oprawami. Dyrektor powie, że przyjmą Boskiego z powrotem do pracy.

Skąd to wiesz? To nie jest takie pewne.

Ja wiem, bo znam pewną babkę w telewizji i ona mi powiedziała przez komórkę, co zrobią. Są pod presją. Ale nie myślcie, że tylko naszą, demonstrantów. Tu chodzi o coś innego, nie tylko o opinię publiczną.

Nie bądź taki tajemniczy. Chyba możesz powiedzieć?

Mężczyzna przywołał ręką kilka najbliższych osób i schylił się wewnątrz ich kręgu, aby podzielić się sekretem.
Ten mur rozgrzewa się od płonącego stosu. Na zewnątrz jest dużo drewna, które pali się jak szczapa smolna.
No i co z tego? – przerwał niecierpliwy głos. Nie ma mowy, aby budynek się zapalił. To nonsens.
Oczywiście, że nie – odburknął z pogardą okularnik. Problem w tym, że za ścianą budynku w miejscu, gdzie hula ogień, stoją urządzenia elektroniczne wrażliwe na temperaturę i nie da się ich stamtąd szybko usunąć. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby uległy awarii?. Telewizja wysiadłaby na kilka dni albo i dłużej.

Delegacje zbliżyły się do siebie i po wzajemnej prezentacji podjęto rozmowę. Trwało to jakiś czas. W pewnym momencie od grupy odłączyli się przewodniczący obu delegacji i stanęli przed masywnym łańcuchem okalającym podest schodów. Alfred Narożny tłumaczył coś swojemu rozmówcy wykonując ręką ruchy przypominające nawijanie nici na motek. Kiedy skończył, obydwaj obrócili się w kierunku tłumu. Przemówił rzecznik demonstrantów.

Sprawa wyjaśniła się szybciej, niż mogliśmy się spodziewać – głos wzmocniony przez podręczny megafon brzmiał sztywno i mechanicznie. Nie mam jednak dobrych wiadomości. Proszę Prezesa „Baron TV” o przedstawienie swojego stanowiska.

Proszę państwa, nie mogę powiedzieć nic więcej oprócz tego, że zarząd Baron TV prowadzi intensywne konsultacje w poszukiwaniu rozwiązania. W związku z tym mam do Państwa prośbę. Proszę dać nam jeszcze trochę czasu, aby wyjaśnić wszystkie prawne, organizacyjne i ludzkie aspekty powstałej sytuacji. Staramy się znaleźć rozwiązanie kompromisowe, które byłoby do przyjęcia dla państwa i dla naszej firmy. Dlatego też proszę o cierpliwość i czasowe zaprzestanie demonstracji przed naszym budynkiem.
Gwizdy i okrzyki przerwały przemówienie. Początkowo pojedyncze, wkrótce przerodziły się w jeden nieprzerwany ryk. Tłum zwarł się w sobie niby wielki i nieruchawy dinozaur, który atakiem broni się przed napaścią śmiertelnego wroga. Siły dodawała mu wiara w konieczność obrony człowieka, który pokonał strach przed publicznym wyszydzeniem i ośmieszeniem, aby w bliźnim rozpoznać Boga.
W tle rozwijającej się burzy niezadowolenia i gniewu dały się słyszeć wybuchy dochodzące od strony pożaru syczącego i trawiącego stos drewna i łatwopalnych materiałów przy południowej ścianie budynku. Z razu była to kanonada przypominająca eksplodujące silne petardy. Kiedy wydawało, że arsenał środków wybuchowych już się wyczerpał, niespodziewana, dziwna eksplozja wstrząsnęła budynkiem, wyrywając zeń fragment ściany jak kawał mięsa z żywego organizmu. Pod wpływem zwiększonej temperatury zwarły się przewody elektryczne, a ich iskrzenie doprowadziło do eksplozji gazu w miejscu, gdzie niewinne rozszczelnienie przewodów stworzyło mieszankę wybuchową.

To palec boży! To znak boży! Wszyscy jesteśmy grzesznikami skazanymi na zagładę! – nędznie ubrany mężczyzna, ze zwichrzonymi włosami, nieogolony i brudny, o wyglądzie żebraka, histerycznie krzyczał i tańczył wokół ognia. Część tłumu przyłączyła się do szaleńca jakby udzieliło im się przekonanie o końcu świata.

Kiedy na miejscu pojawiły się pierwsze samochody straży pożarnej i policji, południowa część budynku stała w ogniu. Wznoszące się w niebo płomienie trawiły wnętrze budynku czerwonymi jęzorami stając się symbolem bolesnej łączności człowieka z Bogiem.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 21.

Narada u Prezesa Alfreda Narożnego była burzliwa. Firma znalazła się w narożniku. Kiedy sekretarka powiadomiła go o przybyciu posłańca przynoszącego wiadomości od demonstrantów przed budynkiem, śpiesznie wyszedł z gabinetu i wysłuchał relacji?

Proszę im powiedzieć, że odbywam pilną naradę, lecz spotkam się z nimi. Ale nie od razu. Popatrzył na zegarek i dodał: za pół godziny, nie wcześniej. Nie mogę wcześniej, to zbyt ważna sprawa. Proszę koniecznie ich uspokoić, na ile to jest możliwe. Gdyby mimo wszystko nalegali na wcześniejsze spotkanie lub stawiali jakieś warunki, proszę starać się … Na twarzy strażnika pojawił się niepokój.

Cholera, on nie da sobie rady z tym posłaniem! – Prezes zaniepokoił się, po czym zaczął intensywnie rozważać, jakie mogą być inne opcje. Popatrzył jeszcze raz na strażnika. Niepewność i niepokój były wymalowane na jego twarzy. Po chwili wahania Prezes zmienił decyzję. Proszę informować moją sekretarkę, gdyby zdarzyło się coś ważnego – zakończył, podziękował strażnikowi i polecił wrócić na stanowisko przy drzwiach i zachować czujność..

Osobisty asystent Prezesa czekał już przy drzwiach do sali narad.

Pójdzie pan porozmawiać z delegacją demonstrantów. Pan sobie z tym poradzi. Proszę za mną do gabinetu, udzielę panu instrukcji. Zaraz potem wrócił go sali, gdzie byli zebrani pozostali członkowie zarządu i prawnicy.

Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Nie możemy robić z gęby cholewy zwalniając pracownika i od razu przyjmując go do pracy, dlatego, że ktoś wywiera na nas presję – Prezes kontynuował naradę. Taka decyzja zależy od oceny, jakie to będzie miało długofalowe skutki. Musimy zyskać poparcie dla decyzji, jakakolwiek by ona nie była – Prezes rozejrzał się po pomieszczeniu i z tęsknotą spojrzał w okno pełne obietnic słonecznego dnia.

*****

Nie mogąc doczekać się prezesa „Baron TV”, kilku niecierpliwych manifestantów postanowiło przyśpieszyć rozwój wydarzeń.

Tam dalej, z prawej strony budynku są rusztowania, a obok na kupie leżą deski. Z drugiej strony budynku są wycięte drzewka, w miejsce których posadzono nowe. Tych starych jeszcze nie zabrano. Może je podpalić? – niedwuznacznie sugerował niepozornie wyglądający mężczyzna żywo gestykulując rękami. Kilku obecnych natychmiast postanowiło wcieli pomysł ć w życie.

Czyście oszaleli? Chcecie nas wszystkich wsadzić do więzienia? – protestowali zwolennicy pokojowych rozwiązań.

Co tak się boisz więzienia? To nie ty pójdziesz siedzieć, tylko my.

Dlaczego to robicie?

Nie będziemy tu siedzieć do usranej śmierci. Ten prezes tak się porusza, jakby mu nogi odjęło. Zobaczysz jak szybko zareaguje, jak tylko zapalimy ognisko. To go przyspieszy jak paliwo rakietowe – zapewniał brodaty osiłek w żółtej koszuli z krótkimi rękawami.

Skąd wiesz? Skąd masz tę pewność? – dochodziła kobieta zaniepokojona samozwańczymi działaniami miłośników szybkich rozwiązań.

Wiem, bo brałem udział w strajkach i demonstracjach. Poza tym znam tego prezesa. On też mnie zwolnił z pracy.

Aaa..To dlatego tu jesteś! Szukasz zemsty?

A co w tym złego? Ale to nie jest najważniejszy powód. Moja sprawa była inna niż Tomasza. On nie zasłużył na zwolnienie. Nie jesteśmy trybami w maszynie ani kołkami w płocie, tylko ludźmi. Nie ma takiego prawa, które karze cię zwolnieniem za to, że wyrażasz swoją opinię w miejscu publicznym. Im to oczywiście nie na rękę, że Tomasz powiedział to, co powiedział – mężczyzna z niechęcią wskazał głową w kierunku budynku stacji telewizyjnej. Zarząd telewizji to ludzie niewierzący, a jeśli nawet ktoś tam wierzy w Boga, to nie przyzna się do tego publicznie. To byłoby „niepoprawne politycznie”.

To dosyć elastyczne określenie. Co masz na myśli?

Oni uważają za niepoprawną każdą wypowiedź, która odnosi się do polityki, wiary lub obyczajów, jeśli mogłaby być źle skojarzona lub źle widziana przez większą grupę społeczną lub środowisko. „Telewizja jest neutralna i pracownicy nie wygłaszają poglądów za lub przeciw religii, szczególnie jeśli temat jest drażliwy lub zapalny społecznie” –Tomasz na pewno usłyszał coś podobnego od dyrektora lub prezesa. Ich polityka służy zarządowi, a nie widzom i społeczeństwu. Zasad postępowania nie da się zdefiniować jak instrukcji obsługi żelazka. Prosto i łatwo – zakończył mężczyzna wyraźnie zorientowany w zawiłościach funkcjonowania Baron TV.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 20.

Niedzielny słoneczny poranek zapowiadał spokojny dzień. Powietrze falowało nad rozgrzaną jezdnią i odpływało w nieznane pod wpływem łagodnego wiatru, choć w cieniu nadal dawał się odczuć ustępujący chłód. Mieszkańcy miasta wylegli na ulice. Wydawało się, że wszyscy chcą skorzystać z niezwykłej pogody, aby pójść na spacer, wyjechać za miasto, udać się do kościoła lub odwiedzić przyjaciół. Pogoda była zachwycająca; tylko na zachodniej części nieba nad horyzontem zalegały ciemne chmury, pełne mrocznej zadumy.

Jakie one mają fantastycznie dziwne kształty! – zachwycały się dwie wystrojone nastolatki siedzące na ławce w parku naprzeciw siedziby „Baron TV”. Czekały na pozostałą część rodziny, aby razem pospacerować wśród drzew, krzewów i kwiatów z perspektywą zakończenia przechadzki w ulubionej przez wszystkich lodziarni.

Czy myślisz, że chmury mogą coś oznaczać? Coś mogą zapowiadać? – dociekała młodsza z dziewcząt poprawiając zalotnie sukienkę zdobną w wielokolorowe kwiaty i rzucając ukradkowe spojrzenia na dopasowane kolorystycznie czerwone buciki.

Nie wiem, co one mogą znaczyć. Ale nie wszystko na ziemi ma znaczenie. Tak zawsze mówiła moja babcia. Kiedyś mi wyjaśniła, że ludzie nie mogą wszystkiego wiedzieć – starsza dziewczynka popisywała się wiedzą o naturze ludzkiej wiedzy.

Odpowiedź nie zadowoliła kolorowo ubranej koleżanki. Takie chmury na pewno coś znaczą! – odpowiedziała z przekonaniem. Nigdy takich nie widziałam. One są wyjątkowe. Na pewno coś się wydarzy. Ciekawa jestem, co? – pomyślała marzycielsko w dziecięcym oczekiwaniu, że życie jest pasmem intrygujących i miłych niespodzianek.

*****

O godzinie 9 rano przed okazałym trzypiętrowym budynkiem „Baron TV” pojawiła się kilkuosobowa grupa. Zatrzymali się u stóp schodów zdobiących wejście główne, rozejrzeli na wszystkie strony jakby oceniając miejsce i rozpoczęli rozmowę. Stopniowo przyłączali się do nich inni ludzie nadchodzący pojedynczo lub grupkami. Niektórzy znali się od dawna, pozdrawiali się entuzjastycznie, wymieniali informacje i żarty. Kilkadziesiąt minut później przed budynkiem stał już pokaźny tłum i wciąż się powiększał.

Punktualnie o godzinie dziesiątej, jak w dobrze wyreżyserowanym scenariuszu, z bocznej uliczki wyłoniła się hałaśliwa demonstracja i przyłączyła do zgromadzonych. Kobieta i dwóch mężczyzn oddzielili się od tłumu i skierowali w górę po schodach ku wejściu do gmachu. Ich młodość, energia i modne ubiory rzucały się w oczy. Jeden z mężczyzn niósł w ręku podłużny, opakowany przedmiot. Podest schodów otoczony barierą w postaci grubego czarnego łańcucha wyglądał jak rufa statku albo wielka ambona obudowana płytami z granitu podpalanego czerwienią żył i smużek. Masywny szlifowany kamień przywoływał na myśl luksus i dostojeństwo, władzę i panowanie.

Trójosobowa delegacja dotarła na podest i zbliżyła się do drzwi. Mężczyzna z pakunkiem zastukał masywną kołatką imitującą pysk lwa, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zastanawiali się, co zrobić, gdy zauważyli dzwonek z boku drzwi. Mężczyzna nacisnął przycisk dzwonka, niecierpliwie odczekał chwilę i znowu nacisnął go dwa razy z rzędu.

Chyba wszyscy w budynku założyli sobie wtyczki do uszu – mruknął zniecierpliwiony delegat tłumu oczekującego na wieści. Jak na rozkaz w drzwiach pojawił się strażnik w szarozielonym mundurze firmy ochroniarskiej.

Jak pan widzi za nami stoi tłum, ludzie, którzy przyszli zaprotestować przeciwko zwolnieniu z pracy w Baron TV redaktora Tomasza Boskiego – niecierpliwie wyrzucił z siebie mężczyzna w kierunku Bogu ducha winnego strażnika. Mimo interwencji i próśb telefonicznych, faksowych, e-mailowych i listownych zarząd firmy nie przywrócił do pracy redaktora ani nawet nie podjął dyskusji na ten temat. Redaktor Boski został zwolniony bezprawnie. Chcemy w tej sprawie rozmawiać z prezesem zarządu. Proszę o przekazanie naszej prośby panu prezesowi. My tutaj poczekamy.

Ochroniarz patrzył z niedowierzaniem. Wysiłek malował się na twarzy dobrze odżywionego mężczyzny prowadzącego życie dalekie od niepokojów społecznych. Popatrzył z niedowierzaniem na niespokojny tłum w oddali. Nie był pewien, co powinien zrobić.

Niech pan się nie ociąga. Nie do pana należy podejmowanie decyzji. Proszę tylko zawiadomić prezesa, że tutaj jesteśmy i czekamy.

Dobrze. Idę i zawiadomię pana prezesa. Nie wiem tylko, czy dzisiaj jest w biurze.

Niech o to pana głowa nie boli. Proszę tylko przekazać mu nasz postulat.

Ochroniarz zamknął i zaryglował za sobą wielkie drzwi wejściowe i skierował się do windy, aby zawiadomić zwierzchnika o niecodziennym żądaniu demonstrantów. Nie była to miła misja; nikt nie lubi przynosić złych wieści.

Postulat – żachnął się. Żądanie, nie postulat! Kretyni! Demonstracji im się zachciało!

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 19.

Jeszcze nigdy nie byliśmy w takim kotle zamieszania i obłędu wokół nie tak znowu nadzwyczajnego wydarzenia – prezes Baron TV rozpoczął kolejne spotkanie zarządu. Jesteśmy między młotem a kowadłem. Część opinii publicznej ostro nas krytykuje i żąda przywrócenia Boskiego do pracy, inni uważają, że on sam i jego spektakl telewizyjny pomieszali ludziom w głowach i popierają decyzję zwolnienia go z pracy. Sprawa stała się kontrowersyjna. Im szybciej urwiemy głowę tej hydrze, tym lepiej. To bardzo zła propaganda. Dzwonili już do mnie prezesi innych stacji telewizyjnych i pytali, co zamierzamy zrobić, bo to fatalna reklama także dla nich. „Telewizja – wróg jednostki i społeczeństwa” – obawiam się, że przypną nam taką łatkę.

W ciągu zaledwie kilku dni, wydawałoby się nawet godzin, sprawa Tomasza Boskiego jako ofiary wielkiej firmy medialnej nabrała rozgłosu. Stacje telewizyjne, redakcje gazet i magazynów, radiostacje i uznane autorytety otrzymywały a niekiedy i publikowały treść listów, wypowiedzi, emaili i faksów. Nie trzeba było długo czekać, zanim pojawiła się pierwsza interpelacja poselska w parlamencie. Opozycja była zachwycona okazją do zaatakowania rządu.

„Ten rząd łączą szczególnie ciepłe relacje ze stacją „Baron TV”. Oni nigdy nie mówią o was źle i zawsze są pierwsi wpuszczani na wasze salony. A teraz pokazali swój prawdziwy charakter zwalniając bez najmniejszego uzasadnienia człowieka, który ośmielił się mieć własny pogląd i przedstawić go publicznie. To wasze metody działania i efekt waszego negatywnego wpływu na media” – prezes największej partii opozycyjnej z satysfakcją wygłaszał z mównicy oskarżycielskie słowa wskazując palcem premiera.

Zarząd „Baron TV” prowadził intensywne konsultacje z prawnikami i specjalistami od public relations, aby ustalić dalszy tok postępowania. Brak natychmiastowej reakcji ze strony stacji działał na jej niekorzyść. W ciągu czterech dni powstał i natychmiast podjął działania Społeczny Komitet Obrony Tomasza Boskiego. Dwóch znanych prawników zaoferowało komitetowi swoje bezpłatne usługi.

Tomasz stał się modnym tematem dnia, podobnie jak jego niedawny pracodawca. Niemała część społeczeństwa z napięciem i rosnącym zniecierpliwieniem śledziła rozwój sytuacji i czekała na kolejne wydarzenia. Konfrontacja jednostki ze znaną stacją telewizyjną nabrała charakteru serialu, w którym pojawiło się kilka ciekawych wątków i różne możliwości zakończenia.

 

 

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 18.

Dyrektor Biura Programów Rozrywkowych siedział z zaciśniętą lewą dłonią i uderzał otwartą prawą dłonią w blat biurka. Czuł uderzenia krwi do głowy, co dodatkowo wyprowadzało go z równowagi.

Nie dość, że zachował się jak głupek, to jeszcze doprowadzi mnie do zawału serca! Lekarz i żona ciągle mi przypominają, że nie powinien się denerwować. Jak ja mam się nie denerwować, kiedy mój pracownik zachowuje się jak idiota! – gniew i złość mieszały się w nim z niepokojem i żalem. Zachowanie Tomasza uznał za szczególną formę niesubordynacji, gdyż było sprzeczne z wewnętrznymi zasadami firmy. Uczestnik dyskusji publicznej powinien zachować bezstronność i kierować się obiektywną oceną sytuacji. A on co zrobił? – myśl spontanicznie przerodziła się w pytanie, które dyrektor wypowiedział na głos. Był wściekły na Tomasza.

Co za głupek! Dać się sprowokować w tak prostacki sposób! Raptem zechciało mu się złożyć wyznanie wiary. Na oczach tysięcy telewidzów! A może on rzeczywiście wierzy, że przeprowadził dwa wywiady z Bogiem. We łbie mi się to nie mieści, ale może i …- nagle olśniła go myśl, która podziałała jak prąd elektryczny. Wstał z krzesła i podszedł do szafki, gdzie stał odtwarzacz DVD. Na dolnej półce znalazł nagranie programu dyskusyjnego z Telewizji Contigo. Przewinął dysk do miejsca, gdzie zaczynała się wypowiedź Tomasza. Wysłuchał ją z uwagą. I jeszcze raz. I jeszcze raz, zanim nie podjął ostatecznej decyzji.

Tak. Nie ma wątpliwości. Ten kretyn obwieścił wszystkim to, co myśli. Kto go o to prosił? Zamiast pozostawić niedopowiedzenie, aby widzowie sami udzielili sobie odpowiedzi na pytanie, on wykłada swoją zakichaną prawdę jak przysłowiową kawę na ławę. Na pewno znajdą się tacy, co mu uwierzą i będą go bronić. Nie tylko zepsuł dyskusję, ale i siebie i mnie wpędził w kłopoty.

*****

Konsekwencją zwolnienia Tomasza Boskiego z pracy była natychmiastowa burza pytań, opinii i protestów. Do „Baron TV” napłynęły setki listów, większość z nich w obronie redaktora. „Nie dość, że karmicie nas papką, to teraz zwalniacie z pracy człowieka, który miał odwagę szczerze przedstawić swój pogląd. Ja podzielam jego pogląd. Każdy ma prawo głoszenia tego, co uważa za słuszne. Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Uważam, że powinniście przywrócić Tomasza Boskiego do pracy i przeprosić na bezprawne zwolnienie” – była to jedna z łagodniejszych, bardziej wyważonych wypowiedzi.

Zarząd „Baron TV” znalazł się w stanie oblężenia. Dziennikarze i reporterzy dobijali się z prośbami a potem wręcz z żądaniami udzielenia wywiadu, zorganizowania konferencji prasowej lub przynajmniej wydania komunikatu. Prezes zarządu wymykał się cichcem samochodem z zaciemnionymi szybami jak gangster obawiający się zemsty kolegów po fachu. Dla niego uruchomiono ponownie bramę umożliwiającą wyjazd na boczną uliczkę prosto z garażu. Paparazzi, którzy dotychczas istnieli w świecie artystów i celebrytów, stali się w jego wyobraźni złoczyńcami dybiącymi na jego profesjonalną cześć i honor.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 17.

Oprócz Tomasza Boskiego, twórcy programu „Spektakl”, do dyskusji zaproszono krytyka teatralnego, publicystkę zajmującą się sprawami religii i wiary oraz zakonnika z doświadczeniem duszpasterskim w krajach trzeciego świata. Dyskutanci, którzy nie znali się jeszcze, rzucali na siebie ukradkowe spojrzenia usiłując przeniknąć się nawzajem.

Po prezentacji zaproszonych gości prowadzący dyskusję zadał pytanie: Czy ostatnie spektakle „Rozmowy z Bogiem” podobały się państwu? Okazało się, że wszyscy je oglądali i wszyscy skinęli potwierdzająco głowami. Rozmowa szybko zeszła na główną postać spektaklu, Jakuba Kowalskiego.

To jest postać znakomicie, prawie idealnie, wyreżyserowana. Mężczyzna wspaniale zagrał swoją rolę. Nie dziw, że osobom mniej obeznanym z teatrem Jakub Kowalski skojarzył się z Bogiem. Niektórzy uwierzyli, że to naprawdę jest Bóg, który zstąpił na ziemię pod postacią człowieka – z przekonaniem deklarował krytyk teatralny. Poparła go publicystka kiwając potakująco głową. Jej włosy przetykane siwizną rozsypały się po bokach twarzy, co w połączeniem z brakiem uśmiechu nadało wyraz powagi jej zachowaniu.

Zstąpił na ziemię tak jak Jezus – podpowiedział zakonnik z fotelu usytuowanego nieco na uboczu.

Krytyk teatralny skierował ku mówiącemu swoją dużą, siwą głowę uwieńczoną okularami zsuniętymi na dolną część nosa, przyjrzał mu się bardzo uważnie i energicznie skinął głową. Tak, dokładnie tak jak pan mówi. Jakub Kowalski pojawił się w naszym mieście jak Jezus w Jerozolimie.

Jeśli widzi pan sytuację jako analogię do Jezusa, to dlaczego nie możemy uznać Jakuba Kowalskiego za jego odpowiednik, w naszym mieście i w obecnym czasie. Tu i teraz. Sytuacja jest podobna: tylko nieliczni mieszkańcy naszego miasta podobnie jak nieliczni mieszkańcy Jerozolimy dostrzegli w obcym syna bożego. Inaczej mówiąc wysłannika Boga na ziemi. Czy pan się z tym zgadza? –  zakonnik w brązowym habicie speszył krytyka spokojnym pytaniem i opanowaniem człowieka, który zdaje się wiedzieć więcej niż inni.

No…tak. Zgadzam się. Jest w tym analogia, ale to nie znaczy, że Jakub Kowalski jest Bogiem.

Czy chce pan przez to powiedzieć, że Jakub Kowalski nie jest Bogiem? – zakonnik jak sędzia na przesłuchaniu rzucił wyzwanie rozmówcy. Był szybki i zaskakiwał. Tak czy nie? Proszę o uczciwą odpowiedź.

W sali zapadła cisza. Wszyscy poczuli, że jest to moment przełomowy dyskusji, który odsłoni być może kulisy tajemnicy, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Milczenie, aczkolwiek krótkotrwałe, stawało się niezręczne. Zanim krytyk czy ktokolwiek inny z zaproszonych osób zdobył się na odpowiedź, prowadzący dyskusję przejął inicjatywę zadając pytanie Tomaszowi.

Panie Tomaszu! Pan jest reżyserem spektaklu, ale nie tylko. Pan prowadził również wywiady z Jakubem Kowalskim. Zna go pan osobiście. Czy wierzy pan, że prezentowany w spektaklu Jakub Kowalski może być wcieleniem samego Boga?

Tak. Wierzę, że Jakub Kowalski jest wcieleniem Boga na ziemi – redaktor silniejszym głosem podkreślił słowo „jest”. Bóg może występować pod różnymi postaciami i to jest jedna z tych postaci. Kiedyś Bóg objawił się ludziom w osobie Chrystusa, niektórzy dostrzegli w nim Boga, inni nie. To jest kwestia wiary. Moja wiara umocniła się po rozmowach z panem Jakubem Kowalskim. Mówię to otwarcie i z przekonaniem – Tomasz zdziwił się, jak łatwo przyszła mu odpowiedź. Jego głos brzmiał spokojnie i przekonywująco. Z piersi spadł mu ciężar niepokoju. Poczuł ogromną ulgę. Przechylił się do tyłu ruchem człowieka rozluźnionego i pewnego siebie. W głowie przemknęła mu myśl o możliwych konsekwencjach wypowiedzi, lecz natychmiast rozmyła się jak fala wywołana kamykiem, bezzasadna i niepotrzebna.

Skąd wzięło się w panu tak głębokie przekonanie? Jak pan je uzasadni? – publicystka pierwsza przyszła do siebie.

Nie muszę niczego uzasadniać – spokojnie wyjaśnił redaktor. Ludzie chodzą do kościoła, modlą się do Boga, wierzą w niego, ale nie są w stanie zauważyć go na ulicy. To dlatego, że w codziennym życiu kompletnie zapominają o jego istnieniu. Ja miałem szczęście.

Jest pan odważny. Nawet kościół wstrzymał się od opinii na ten temat.

Wstrzymał się, ale nie zaprzeczył, że Jakub Kowalski jest Bogiem. Ludzie dzisiaj w mało co wierzą. Chcieliby, aby na wszystko był dowód naukowy, żeby wszystko można było zmierzyć, zważyć, potwierdzić poprzez eksperyment. To nie jest możliwe – Tomasz emanował pewnością siebie.

 

 

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.