Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 30: Rozwój kariery politycznej Barrasa Blawatsky’ego

W wyborach do parlamentu stanęły naprzeciw siebie rządząca Partia Liberalna oraz opozycyjna Partia Konserwatywna. Żadna z nich nie wiedziała, jaki los jej przypadnie w udziale, każda z nich była jednak przekonana, że to jej należy się zwycięstwo. Inne partie nie liczyły się. Rywalizacja rozpaliła emocje do tego stopnia, że na ulicach i skwerach, w kawiarniach i w klubach, pojawili się fachowcy typujący zwycięzców i dający gwarancję wygranej, jak również amatorzy-zgadywacze, hazardziści i wróżbici rzucający losy i stawiający kabałę. Wywołało to wielki szum informacyjny, przez który z trudem przebijały się programy wyborcze rywali. Do chaosu przyczynili się najbardziej liberałowie; w swojej zapiekłej hardości nie przyjmowali do wiadomości nawet najdrobniejszej możliwości porażki.

Z bezwzględnej walki wyborczej zwycięską ręką wyszła Konserwa. Przeciwnicy przyjęli to boleśnie. Szczypali się po rękach i tułowiu, aby upewnić się, że nie śnią, oszczędzając ze względów estetycznych tylko twarze. Nic im to nie pomogło. Stracili przywileje, godła, sztandary, insygnia a także paradne samochody, powozy, konie i ich pozłacaną uprząż. Wszystko zagarnęła Konserwa, kierowana przez Barrasa Blawatsky’ego, powszechnie już uznawanego za przywódcę z charyzmą. Zwycięska drużyna wynosiła go pod niebiosa przeciwstawiając go poprzednikowi.

– To poważny człowiek, geniusz. Nie to, co jego poprzednik, rudy odszczepieniec, polityk tuzinkowy, prywatnie arogancki bon vivant, jakich tysiące tuła się po spelunkach portowych całego świata – mówiąc to zwolennicy Barrasa wyzywająco spluwali na ziemię i rozcierali ślinę butem.

Pierwszego dnia po zebraniu się nowego parlamentu Partia Konserwatywna utworzyła rząd i ustanowiła Barrasa premierem, a następnie powołała go na stanowisko gubernatora kraju dla podniesienia prestiżu urzędu, który i tak był już niezmiernie wysoki.

Początki kariery życiowej i zawodowej Barrasa były skromne. Był on potomkiem pobożnego Greka i patriotycznej Nomadyjki, co mogło oznaczać tylko mieszankę wybuchową lub niezwykłą siłę pokonywania przeszkód i osiągania celów. Kiedy ukończył szkołę podstawową, rodzice oddali go do Szkoły Zakonnej im. Przeczystej Prawdy. Był to okres, kiedy ubrany w szary siermiężny strój pątniczy przepasany grubym sznurem młody Barras pielgrzymował do miejsc świętych. Skromność ukształtowaną w tamtych latach umacniał później nawykami skąpych posiłków, żyjąc w mieszkaniu zdobnym obrazami męczenników. Nigdy nie mówił o swojej pobożności, ale ludzie go znający potwierdzali ją dodając ”Niech Bóg ma go w swojej opiece” albo „Niech mu Najwyższy błogosławi”. Kiedy przychodziły jego urodziny, świętował je uczestnicząc w procesji religijnej razem z najbliższą rodziną, kuzynostwem lub współpracownikami.

Był urzędnikiem państwowym, do pracy uczęszczał pieszo. Wykonywał ją bardzo solidnie, aby zasłużyć na uznanie zwierzchników, po czym wracał do skromnego, lecz gustownie urządzonego apartamentu. Zamieszkiwał go ze swoimi ulubieńcami, królikiem i kolorową papużką. Za królikiem przepadał, ubóstwiał go wręcz; była to jedyna istota w jego życiu dająca się nieprzerwanie głaskać. W okresie pracy urzędniczej Barras zapisał się do Partii Konserwatywnej, zwanej powszechnie Konserwą, opartej na solidnych wartościach wiary, ojczyzny i tradycji. Szacunek dla tych wartości kształtował się w nim już w domu rodzinnym i szkole zakonnej.

Jako członek partii, Barras nie wykazywał się początkowo nadmierną aktywnością. Podobnie było z życiem towarzyskim. Nie stronił od ludzi; bardziej to oni stronili od niego, wskutek czego wyrobił sobie niezasłużenie opinię dziwaka. Pozostał w stanie bezżennym, nie ślubując bynajmniej stanu kawalerskiego, a czyniąc to jedynie z przyzwyczajenia, z nawyku, jaki utrwalił w sobie w szkole zakonnej. Kobietami nie pogardzał, wręcz przeciwnie, szanował je nad wyraz, przede wszystkim swoją matkę, już świętej pamięci, oraz Świętą Józefinę, powszechnie czczoną w Nomadii.

Po kilku spokojnych latach na scenie politycznej, Barras nagle uaktywnił się. Stało się to w przededniu wyborów parlamentarnych. Okazał się znakomitym organizatorem, motywatorem i agitatorem. Miał spokojny głos, jego przemówienia nie były ekscytujące, ale porywały tłumy wizją społeczeństwa uczciwego i doskonałego moralnie.

Partia uznała go za objawienie. On sam widział to inaczej, twierdząc, że to on ją wymyślił, zdefiniował w szczegółach i powołał do życia. Dla członków partii stał się ojcem i matką, fundamentem stabilizacji równie solidnej jak kasa pancerna Schuster und Schuster z potrójnie szyfrowanym zamkiem zainstalowana w banku szwajcarskim z jednym piętrem na wysokości ulicy i pięcioma ukrytymi pod ziemią.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 27: Historia rządów kraju i barykady

Historia barykady zaczęła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy do władzy doszli liberałowie. To oni swoją absurdalną polityką ogłupili naród na dobre. Interesowały ich tylko sprawy konstrukcyjne; to była ich obsesja. Oszaleli na punkcie infrastruktury, wielkich konstrukcji, gigantycznych lotnisk, dziesięciopasmowych autostrad, mostów nad przepaściami i tuneli odpornych na bombę atomową, parkingów na tysiące samochodów, stacji benzynowych wielkości małego miasta, gigantycznych muzeów i luksusowych pałaców. Burzyli lub sprzedawali, często za bezcen to, co stare, i na jego gruzach budowali wszystko od nowa, zupełnie bezsensownie, jakby dla żartu lub na wiwat. Nikt w rządzie o niczym innym nie myślał i nie mówił, wszędzie słychać było tylko: więcej, więcej, więcej. Członkowie rządu bez wyjątku reprezentowali postawy stachanowskie, dawno już przeżyte. Byli ponadto skorumpowani do szpiku kości. Działania rządu liberałów otaczały same afery. Rozdęte do wielkości balonu pękały teraz, za rządów konserwatystów, z hukiem nad głowami obywateli. Zamieszanie było tak wielkie, że obywatele – zaniedbując obowiązki służbowe i rodzinne – nic innego nie robili, tylko czytali, słuchali i dyskutowali o aferach i korupcji.

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie ciemnego tunelu, bez oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo korzystne. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym miejscom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można było nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze kupić za półdarmo przepyszne lody Maraska i owoce liu-tsi w likierowej polewie.

Uczestnicy obydwu obozów widzieli się bardzo dobrze, ponieważ dzieląca ich barykada była wytworem ich własnej wyobraźni. Świadomość ta prześladowała Sefardiego. Dla oderwania się od posępnej rzeczywistości, sięgał myślą do kosmosu, gdzie czas i odległości mierzy się latami świetlnymi, a nie dniami kalendarzowymi i kilometrami. Myślał o Bogu, żyjącym w samotności i podarowaniu mu pięknego, wielofunkcyjnego zegarka zdobnego kamieniami szlachetnymi, które rozjaśniłyby mu wieczność.

Po chwilach filozoficznej zadumy, Mistrz wracał do rzeczywistości. Bolesny podział kraju pochłonął go tak daleko, że zaniedbał, a w końcu porzucił zegarmistrzostwo, swoją pasję, aby poświęcić się naprawie uczuć społeczeństwa.

Po dwudziestu pięciu latach demokracji Nomadia przeżywała problemy wolności. Kraj nie nadawał się do rządzenia. Wyglądało to tak, jakby młody człowiek zaczął nagle odczuwać nieznośny bóle ząbkowania. Rozkwitły egoizmy i egocentryzmy. Obywatele, przez rządzących polityków zwani podmiotami, ciągnęli sukno demokratycznego stołu każdy w swoją stronę.

Historia zaczęła się w prostym baraku koszarowym na południu kraju, gdzie reprezentacja zbuntowanych obywateli spotkała się na ringu z reprezentacją despotycznego rządu. Buntownicy mieli za sobą miliony desperatów; ich szeregi powiększały się na podobieństwo wiosennej rzeki przyjmującej strumienie wody spływające ze wszystkich stron.

Despoci dysponowali aparatem państwowym i armią oraz doświadczeniem podstępnej manipulacji narodem. Walka była trudna i wyczerpująca. Jednej stronie chodziło o zdobycie tytułu mistrzowskiego i niezależności, drugiej o wtopienie się w nurt przemian, których nie byli w stanie okiełznać siłą perswazji ani wojska. Porozumienie osiągnięto ostatecznie drogą negocjacji. To podzieliło naród. Po latach wolność okazała się mniej ważna niż sposób, w jaki ją zdobyto.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Dykteryjka o krótkości życia napisana na okoliczność paranoidalnych czasów

Życie przeminęło mu błyskawicznie. Kiedy zdał sobie sprawę z jego przelotności, było już po wszystkim. Dożył dziewięćdziesięciu lat.

W ostatniej chwili zdążył zastanowić się jednak nad krótkością i przemijaniem. Nie wszystko pamiętał. Przeleciał szybciutko dziesiątkami po tych dziewięćdziesięciu latach. Nie doliczył się lat dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych. Wypadły mu z pamięci jak klucze księdzu z rękawa sutanny. Z pomocą pośpieszył mu brat bliźniak, młodszy o pięć lat, przez co wszystko lepiej pamiętał. Nie był miły. Wywalił mu prosto z mostu:

– Miałeś przerwy w życiorysie, bo to albo więzienie, albo pijaństwo. Taki byłeś, nie da się zaprzeczyć.

Usłyszawszy te podłe słowa, naruszające głęboko jego godność osobistą, nie chciał wierzyć, że to istotnie jego brat bliźniak, w dodatku o pięć lat młodszy. Nie wierzył, ale mu wytłumaczyli, że są przecież podobni do siebie jak dwie krople wody. Co więcej, noszą to samo imię: Jarek.

– Dlaczego mamy to samo imię? – pytał chyba ze trzy razy z uporem maniaka. – Dlaczego tylko jedno imię?

– Daliśmy wam to samo imię, bo jesteście tak podobni do siebie, że sam diabeł by was nie rozpoznał – był to głos jego babci, miała wtedy grubo ponad sto lat. Nikt dokładnie nie znał jej wieku, bo jej dowód osobisty zapodział się gdzieś w czasie pierwszej wojny światowej.

Z wcześniejszych wydarzeń Jarek pamiętał, że urodził się w rodzinie uczciwych chrześcijan, osób głęboko wierzących w dobro, nie wylewających za kołnierz, jak się to wtedy mówiło, oraz że jak się urodził, to był strasznie rudy, co mu od razu pielęgniarka wypomniała. Ponieważ nie wierzył, pokazała mu jego rudość w lusterku.

Wszyscy byli zachwyceni płomienną czupryną. Uznali ją za ważniejszą okazję do wypicia niż same urodziny.

– Dzieci rodzi się do groma i trochę, ale mało wśród nich jest rudasów – odezwały się głosy.

Było to na sali porodowej. Towarzystwo zebrało się błyskawicznie, aby nie marnować czasu, bo już wtedy było wiadome, że czas to pieniądz. Przynieśli ze sobą wódkę, wino i piwo, i tylko jedna osoba litrowy słoiczek rydzyków w occie. Nikogo to nie zdziwiło, bo od dziwienia robią się zmarszczki. W służbie zdrowia alkoholu wtedy nie brakowało, bo dla pewności zaopatrzenia, na dole, w suterynie, w dawnej izbie przyjęć, zorganizowano małą bimbrownię.

Wody nikt nie przyniósł.

– Bo i po co? – mówili zebrani. – Czy człowiek jest polem ryżowym wymagającym nawadniania?

Jarek od razu wiedział, że nie lubią wyrazu ani pojęcia „irygacja”, bo był to wyraz obcy, dziwnie brzmiący.

Tylko ojciec zmartwił się jego włosami. Powiedział wtedy na głos, choć był głuchoniemy od urodzenia.

– Niedobrze, że jest rudy.

– Dlaczego? – pytano. – Chciałbyś, żeby urodził się łysy, w dodatku głuchoniemy tak jak ty? Przecież to głupio wygląda.

– Nie, chodzi mi o coś innego – odparł ojciec. – Będzie fałszywy. Wiadomo, rudy to fałszywy. Ja wprawdzie uczciwością nie grzeszę, ale tylko wtedy, kiedy jestem trzeźwy. W pijanym widzie jestem uczciwy jak mało kto. W dodatku u mnie w rodzinie nikt nigdy nie był rudy.

Jarek nie pamiętał dokładnie jak się urodził, bo strasznie się wtedy upił mlekiem matki. „Mleko”, był to pierwszy wyraz, który wymówił. Potem przez rok nic nie mówił. Mleko okazało się wzmocnione, bo mama Jarka wypiła kieliszeczek wódki na szczęście.

– Pamiętaj, gówniarzu, powiedziała wtedy do niego, że ważne zdarzenia trzeba uroczyście obchodzić. A jak się coś obchodzi, to wiadomo, z alkoholem, pompą i paradą.

Kiedy to wyrzekła, ksiądz, który przyjechał, aby Jarka ochrzcić, bo wyglądał blado i słabowicie, od razu solidnie polał go wodą z sikawki. Był to gest bardzo spontaniczny i naturalny, bo w szpitalu była drużyna strażacka, a on wszędzie widział ogień, przeważnie piekielny, tak głęboko wierzył w niebo, czyściec i piekło. Najgłębiej oczywiście w piekło.

W ostatnim momencie życia Jarka coś strasznie huknęło i było już po wszystkim. Ze zdarzenia zapamiętał tylko to, że czekał na niego pan Bóg z otwartymi ramionami. W jednej ręce trzymał gałązkę oliwną a w drugiej butelkę z okowitą. Całe pół litra. Uśmiechał się, ale nierówno, bo tylko jedną połową twarzy, na drugiej wyraźny był gniew.

– Czemu, Panie, jesteś na mnie półgniewny? – zapytał Jarek z głupia frant. – Byłem przecież pobożnym człowiekiem i chodziłem regularnie do kościoła. Wiedzą o tym nawet ludzie niewierzący.

– Bo mi przeszkadzasz. Graliśmy tu sobie spokojnie w wiścika, a tu raptem otrzymuję wiadomość, że zjawiasz się u nas i to bez zapowiedzi. Nie dość, że włazisz z kopytami do nieba, to jeszcze zadajesz głupie pytania. Mam prawo być gniewny. W niebie, musisz to wiedzieć, ordnung muss sein, jak mówią wszyscy kanclerze począwszy od Bismarcka. Panie, świeć and jego duszą – westchnął.

Jarek przyjrzał mu się dokładnie, lecz nie był pewny, czy był to rzeczywiście sam Stwórca, czy też jego patron, Święty Jarek, ale pod dobrą datą. Kiedy wypili w końcu na przywitanie, jak dobrzy krajanie, film mu się kompletnie urwał.

Taki był koniec życia Jarka, człowieka dobrej woli, ostatni dzień dziewięćdziesiątego roku licząc od dnia urodzin.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Słodko-kwaśne wspomnienia Sefardiego

Wiek dawał się najbardziej we znaki Sefardiemu. Katował go tak, jakby był odrębną istotą, choć przecież stanowili wspólnotę. Mężczyzna gubił się w prostych czynnościach, zawodziły go koncentracja i pamięć. Tylko wyobraźnia i ciekawość świata pozostały w nim młode i aktywne, niekiedy wręcz dziecinnie żywe, podobnie jak skłonność do żartów.

Kiedy obudził się, na dworze było jeszcze ciemno. Nie mogąc zasnąć, wstał i czytał chodząc po salonie z książką w ręku. Pół godziny później rozbolały go oczy. Pomyślał, że szkła okularów są przybrudzone. Zdjął je, aby przetrzeć. Dopiero wtedy zauważył, że były to okulary do pracy przy komputerze, nie do czytania. Ogarnął go płomień gniewu. Nieszczęśnik kontrolował się na tyle, że eksplodował tylko wewnętrznie, z dziwną rozwagą, jakby bał się obudzić domowników lub sąsiadów śpiących z uchem przy ścianie. Z sercem wypełnionym goryczą przeklinał swój los w najbardziej grubiański sposób. Uznając wulgarność za szczególną formę prostactwa, nie odrzucał jej w przekleństwach. Wręcz przeciwnie, godził się z nią, nawet błogosławił, ponieważ pozwalała mu lepiej wyrażać uczucia, oburzenie na siebie, świat i Boga.

Tego ostatniego oskarżał otwarcie, że poskąpił mu potomstwa, jakim szczodrze obdarzał większość ludzi. Innym przychodziło ono łatwo jak splunięcie, podczas gdy liczna rzesza nieszczęśników, do których sam się zaliczał, pozostawała w zamknięciu żelaznych sztab i kłódek samotności. Jedyne dziecko, jakie miał, była to dziewczynka, kiedy podrosła, wdała się w złe towarzystwo i po kilku rodzinnych burzach zniknęła na zawsze.

Tego dnia po raz pierwszy naszło Sefardiego pragnienie, aby w proteście wobec macoszego traktowania go przez Boga odejść ze świata szybciej niż mu to przeznaczył. Uciekając od ponurej myśli, Sefardi zdał sobie sprawę, że otrzymał tak wiele innych dóbr, że mimo wszystko nie powinien rozpaczać. Wprawdzie w połowie był nieszczęśliwy, to przecież w drugiej połowie miał prawo odczuwać szczęście.

– Czuję się jak skazaniec posadzony na rozgrzanych węglach, którego polewają zimną wodą, aby przynieść mu ukojenie – nie potrafił powstrzymać się od milczącej uszczypliwości wobec losu.

Dojrzałe życie Sefardiego przypadło na czas niezwykłych zmian, przechodzenia z epoki spraw prostych i uporządkowanych do epoki komputera i przestrzeni wirtualnej, o pojemności miliony razy większej niż przestrzeń fizyczna. Był to czas osobliwości, rowerów elektrycznych z podręczną kafeterką do parzenia kawy, robotów wykonujących salto do tyłu, sztucznej inteligencji cudownie podwyższającej poziom IQ za jedno szczere „Bóg zapłać”, samojezdnych autobusów stawiających pasjanse znudzonym pasażerom, tanich jak barszcz podróży kosmicznych oraz cichego terroryzmu służącego rozwiązywaniu trudnych problemów rodzinnych. Także gadżetów i produktów w rodzaju cztery w jednym, w tym proszku do prania służącego za perfumy i zapewniającego biel tak olśniewającą, że bez ciemnych okularów można było oślepnąć w jednej chwili.

Największą rewolucję wywołał smartfon, produkowany w astronomicznych ilościach we wszystkich kolorach tęczy. Na ulicach pojawiły się tabuny rozpromienionych osobników trzymających w rękach nawet trzy smartfony, aby sycić się rozmową jednocześnie z wieloma osobami. Zamiast ssać matczyne piersi małe dzieci namiętnie uczyły się korzystania ze smartfonu. Zachwycało to rodziców, szczęśliwych, że nie musieli wychodzić z pociechami na place zabaw, aby niepotrzebnie biegały, pociły się i brudziły ubranka.

– Można by powiedzieć, że postęp oszalał, a pan, don Sefardi, razem z nim, bo wyraża się pan o nim tak pozytywnie – wnosząc herbatę do gabinetu Isabela burzyła życzliwy, aczkolwiek nie bezkrytyczny stosunek Mistrza do nowoczesności.

– Smartfon to zaraza – Isabela postawiła szklankę na biurku, aby kontynuować temat ze znajomością rzeczy profesora uniwersytetu. Wprowadziła Sefardiego najpierw w podziw, a następnie w zniechęcenie, kiedy zdał sobie sprawę, że wygłasza poglądy wyuczone w kolejce sklepowej. Sam miał niechętny stosunek do smartfonu. Uważał, że zainicjował on migrację międzykontynentalną milionów biedaków. Żyjąc w Afryce schodzącej na dziady po wyzwoleniu się z kolonializmu widzieli na swoich malutkich ekranikach kraje niewyobrażalnie bogate, o których wcześniej tylko słyszeli. Dzięki smartfonowi mogli oglądać na własne oczy ludzi wielkich i otyłych; zachwycało ich to, ponieważ sami żyli w głodzie wysuszającym ciało i nadymającym brzuch pustką niezaspokojenia.

– Głód i pragnienie, Isabelo, to popędy najsilniej motywujące człowieka, nawet bardziej niż popęd seksualny, najprostszy i najbardziej prymitywny. To natura zmusza biedaków, aby starać się uszczknąć choćby odrobinę niezmierzonego bogactwa, jakim dysponują zamożne społeczeństwa.

Isabela nie dała się sprowokować wzmianką o seksie, czujnie pamiętając, o czym zawsze i w każdych okolicznościach myślą mężczyźni bez względu na wiek i stan posiadania. Zdecydowała się bronić kobiecości podejmując krytykę irracjonalnych postaw starzejącej się lubieżności. Przyszło jej to tym łatwiej, że kilka dni wcześniej uczestniczyła w spotkaniu promującym zdrowsze miasta.

– Mówi pan, don Sefardi, o bogactwie, ja na to odpowiem panu ironicznym uśmiechem od ucha do ucha. Więcej towarów znaczy więcej opakowań, góry śmieci, na których gnije wyrzucona żywność i ubrania, jakie z powodzeniem mogłyby służyć nędzarzom. To także więcej smogu, który zatruwa miasta przylegle do wysypisk, więcej samochodów do transportu śmieci, więcej dymu ze spalarni i smrodu z oczyszczalni ścieków. Co mi na to odpowie, proszę mi wybaczyć, osobnik taki jak pan, męski szowinista okopany na stanowisku dominacji nad kobietą?

Prowokatorskie pytanie Isabeli zniechęciło Sefardiego do dalszej rozmowy. Wymówił się stwierdzeniem, że ma dużo pracy i nie może poświęcić więcej czasu na pasjonującą rozmowę o bogactwie i nędzy.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Krótka historia Leo Kovina

Uczestnictwo w zebraniu przy krawężniku dawało mieszkańcom osiedla Aura szansę wyróżnienia się. Z okazji tej korzystali najchętniej Iwan Iwanowicz, Sefardi Baroka oraz Leo Kovin, przez niektórych mieszkańców osiedla uznawany za zboczeńca politycznego. Był to osobnik młodszy niż pozostali pretendenci do sławy osiedlowej, porywczy, o lekko skośnych oczach i wystających kościach policzkowych. Najbardziej wyróżniały go teorie, jakie głosił. Przyciągały one w szczególności ludzi młodych, dających się uwieść niespójnymi ideami ukrytymi w wielkich słowach. Jego najciekawszymi pomysłami było państwo uproszczone, całkowite zniesienie podatków oraz wysadzanie w powietrze bezużytecznych instytucji.

Najbardziej uwielbiali Kovina anarchiści umysłowi. Ich adoracja wyrastała z przekonania, że teoria niekoniecznie musi mieć choćby minimalną możliwość praktycznego zastosowania. Cieszył się on ich mirem tak długo, dopóki jego kolejna żona lub dorastające dziecko nie wybiło im z głowy uwielbienia wykazując bezpłodność intelektualną mistrza. Najtrwalszą z teorii Kovina był polityczny podział mieszkańców kraju na kategorie ludzi, zwierząt, gadów i płazów. W sprawie owadów, poruszających się po otwartej przestrzeni oraz drobnych zwierząt hodowanych w mieszkaniach, które pominął w swojej teorii, na co zwrócono mu uwagę, wypowiedział się niezwykle prosto:

– Kto by zwracał uwagę na takie gówno! Koncentrujmy się na sprawach naprawdę ważnych dla obywateli.

Inną zasługą Kovina dla społeczeństwa było uszczęśliwienie czterech kobiet w trzech małżeństwach i jednym konkubinacie oraz spłodzenie pięciu dorodnych synów, najwyraźniej przypominających ojca obecnością przyrodzenia. Wzmianka o tym szczególe podobieństwa wprowadzała go w mroczny nastrój, ponieważ wiązała się z poglądem głoszonym za jego plecami, że to nie on ojcował całemu potomstwu. Był to zarzut nikczemny, gdyż partnerki Kovina wypowiadały się o jego jurności życzliwie, o ile w ogóle coś mówiły. Najczęściej, już po rozpadzie związku, machały tylko ręką lub odpowiadały skrótowo „Szkoda strzępić języka”. Wcześniej nie korzystały z przywileju wypowiedzi, ponieważ Kovin dla wprawy lub z czystej życzliwości ręcznie wypominał im błędne poglądy. Było powszechnie wiadomo, że w obejściu i w łóżku był panem i władcą. Mimo dwuznacznej reputacji kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 23: Narada pracowników

W wielkiej sali konferencyjnej laboratorium zebrało się kilkadziesiąt osób. Miało to być spotkanie informacyjne; zarząd firmy miał przedstawić plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. W spotkaniu uczestniczyli tylko pracownicy, naukowcy różnych specjalności, genetycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, poza tym personel pomocniczy, ochroniarze, kierowcy. Wielu nie znało się nawzajem, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Jeśli ktoś kogoś znał, nie przyznawał się do tego. Wyglądało to trochę na partyzantkę. Łączyło ich jedno, razem stanowili firmę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia miała miejsce wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło a system klimatyzacyjny nadal szwankował, ludzie przyszli ubrani, jak kto chciał, przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach, spódnicach i bluzkach. Kilka osób było ubranych w dresy, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia połowy udziałów kapitałowych laboratorium przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości zagadnienia. Było to jak patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową z setkami eksponatów, umożliwiającą widzenie tylko jednego obrazu i domyślanie się, co tam jeszcze może być. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy konia i człowieka wydało im się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się po diunach wysuszone ciała zwierząt i ludzi padłych z wycieńczenia. Nie wiedzieli od czego zacząć, czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już zostały wezwane do analizy złożonego dzieła.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już ponad pół godziny. Z audytorium padały okrzyki, pytania, jakieś sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego na podium w końcu sali konferencyjnej. Spoglądając wyczekująco na przewodniczącego zebrania, ludzie niecierpliwili się coraz bardziej. Ten siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole i nie reagował. Był to starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem. Wyglądał jakby wrósł w krzesło. Nagle ktoś powiedział głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominającą rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać glos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać, lecz szybko przestało. Sytuacja wyglądała trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mówiący przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili – ni z tego, ni z owego – złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się z uśmiechami i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś plan.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań firmowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Labo ma stworzyć nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż w warunkach konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy, przyjmujemy! – rozległy się głosy. W górę podnosiło się coraz więcej rąk.

Dziennikarz Rosaton pomyślał najpierw, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i przedstawia farsę, aby rozładować napięcie niepotrzebnego oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” mówca uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja: cechy końskie i ludzkie mogą się równoważyć, ale jeśli tak, to jak to osiągnąć, bo będziemy mieli do czynienia z kombinacją cech anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych.

Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia; mówił logicznie. Ich spojrzenia i napięta uwaga dawały mu pewność, że posuwa się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna propozycja, to zastanowienie się nad postacią, inaczej mówiąc nad wyglądem Obiektu. Widzę dwie możliwości: klasyczny, mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczonym z przodu torsem i rękami człowieka, albo też model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na końskich nogach. Byłby on prostszy anatomicznie, niekoniecznie jednak fizjologicznie. Nie proponuję niczego więcej, bo i tak mamy aż nadto spraw do dyskusji.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym nad stołem prezydialnym wyświetlały się obrazy centaurów, ichtiozaurów – pół koni, pół ryb z jedną parą końskich nóg, onocentaurów – pół ludzi, pół osłów, centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, ich pełne obrazy, szkice i schematy łącznie z matematycznymi wyliczeniami proporcji ciała.

Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował:

– Zastanówcie się nad tym. Pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego cech końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać powinniśmy mu wybrać. Liczę na nasz zespół logików i matematyków, że pomogą nam to wszystko zoptymalizować.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób, pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z jakimiś propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad leżącymi przed nim papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji.

– Proszę podzielić się teraz na grupy i rozejść do stolików, których jest dziesięć, aby skoncentrować się na szczegółach. Po południu o godzinie siedemnastej każdy zespół przedstawi swoje przemyślenia, tutaj na tej sali. Jeśli zgodzicie się, to poprowadzę dyskusję ogólną. Dzisiejsze zebranie traktuję bardzo nieformalne, na luzie; uznajmy je za burzę mózgów, gdzie każdy może swobodnie przedstawiać pomysły i nie martwić się, czy są one dobre czy złe.

Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Misiu, po czym dodała:

– Przewodnicz wszystkim dyskusjom. Tego pijaka zasypiającego przy stole już zwolniłam. To dobry człowiek, ale niestety ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu laboratorium, który współrządzi z nami firmą. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ich jeszcze wiele niespodzianek.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 20: Majowe spotkanie przy krawężniku

Pierwsza sobota maja wypadła w dzień ciepły i słodki jak ukochane dziecko roztańczonej wiosny i zawadiackiego lata. Mistrz Sefardi stał w oknie gabinetu i patrzył na osiedle Aura zanurzone w promieniach słońca. Panowała cisza. Z okna drugiego piętra roztaczał się panoramiczny widok na osiedle.

Przed sobą widział front najdłuższego budynku oraz szeroki tył budynku numer siedemnaście, przed którym na wzgórzu mieszczącym plac zabaw dla dzieci w niespokojne dni błaznowały z wiatrem nieforemne drzewa. W głębi za brzozą szeroko rozpostartą na stoku widoczne były okna budynku numer jedenaście. Między zabudowaniami biegła droga osiedlowa obrzeżona klombami kwiatów oraz miniaturowymi drzewkami nieokreślonej nomenklatury ogrodniczej. Osiedle przypominało więzienie, było ogrodzone solidną, metalową siatką w kolorze poszarzałej czerni, miało tylko jeden wjazd z dwuczęściowym szlabanem i furtką dla pieszych zamykaną na klucz. W środku osiedla stały dwa budynki przypominające wieżyczki strażnicze swymi płaskimi dachami. Dla mieszkańców osiedla był to obszar ważnych wydarzeń, miniatura kraju.

Iwan Iwanowicz ogłosił spotkanie osobiście, obchodząc wszystkie budynki i wykrzykując na głos: „Jutro, w niedzielę, o godzinie szesnastej odbędzie się zebranie, jak zwykle przy krawężniku. Tematem będzie los zwierząt, określany trójkątem historii, decyzji rządu oraz determinacji ekoterrorystów. Obecność obowiązkowa zgodnie z przyjętymi zasadami demokracji bezpośredniej”.

Sefardi nie przypominał sobie żadnej uchwały osiedlowej dotyczącej obowiązku uczestnictwa w zebraniach przy krawężniku. Był to tylko dobry zwyczaj. Miłując demokrację, Iwan Iwanowicz potrafił naginać jej zasady. Doceniając jej plusy, korzystał z jej słabości. Była to cecha, którą dzielił z innymi mieszkańcami osiedla i kraju.

– Demokracja ma jedną szczególną wadę, mawiał. Głupiec ma taki sam głos jak mędrzec, nieopierzony młodzieniaszek taki sam jak doświadczony mąż, płocha niewiasta taki sam jak dojrzała matrona. Od starożytnej klasycznej demokracji greckiej różni nas tylko to, że psy nie mają u nas głosu.

Mistrz nie miał pojęcia, dlaczego demokracja miałaby się wiązać z prawami zwierząt. Zapytany o to Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że jest to chwyt kazuistyczny, nawiązujący do pytania, kto rządzi krajem. Wyjaśnienie było proste: Rządzą mężczyźni, ale mężczyzna zrobi wszystko, o co poprosi go kobieta, a kobieta zrobi to, czego pragnie dziecko, dziecko zaś pójdzie tam, gdzie pociągnie je pies.

– To naiwne rozumowanie zostało wymyślone na użytek prostaczków i żartownisiów – podsumował Iwan Iwanowicz i zamilkł, zagłębiając się nagle we wspomnieniach. Jego oczy zwęziły się, a źrenice uciekły w głąb czaszki. Misterium uciekających oczu trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, po upływie których Iwan Iwanowicz wracał do życia cudownie odświeżony i skory do żartów jak młoda koza do figli.

Wspominając głupców Iwan Iwanowicz nie zamierzał bynajmniej obrazić kogokolwiek.

 – Nie znam żadnego głupca, bo w kraju takich nie ma. Nie słyszałem, aby ktoś się do tego przyznał, a mówić o kimś, że jest głupcem nie jest rzeczą ani mądrą ani zręczną, bo może się okazać, że jest to twój zwierzchnik, przyjaciel albo sąsiad.

Mówiąc o demokracji starzec wyprostowywał się i wypinał pierś zdobną medalami. Ich ilość zależała od skuteczności, z jaką wnuki ukryły je poprzedniego dnia w trakcie zabawy domowej. Iwan Iwanowicz tolerował ich figle, ponieważ był człowiekiem uczuciowym, pełnym wyrozumiałości, rozbudowanej jak piętra budynku mieszkalnego. Dzieci miały u niego nieograniczony kredyt zaufania. Wobec dorosłych Iwan Iwanowicz był wymagający, niekiedy wręcz despotyczny. Nieustępliwość tę składał na karb wieku oraz przekonania, że osoba odpowiedzialna musi wiele wymagać od siebie jak i od innych osób, którym zdarzyło się osiągnąć dojrzałość nie tylko wiekową, ale i intelektualną, uczuciową i duchową. Z definicji społeczności osób wszechstronnie dojrzałych wyłączał alkoholików, zagorzałych pantoflarzy i ludzi sponiewieranych przez los na umyśle.

Zebrania przy krawężniku odbywały się na wzór szwajcarski. O wszystkich sprawach osiedla decydowano drogą uzgodnień i demokratycznego głosowania. Na przestrzeni kilku lat wykształciła się cała procedura prowadzenia zebrań. Zwoływał je i prowadził nieodmiennie Iwan Iwanowicz. Przywództwo dawało mu sposobność propagowania swoich poglądów na dowolny temat; bardzo mu to odpowiadało. Potrafił elastycznie interpretować zasady.

– Gdybyśmy kierowali się logiką, mój Boże, to zapanowałby powszechny dobrobyt, dzieci byłyby mądrzejsze od rodziców, a rodzice od dziadków. To rzecz nie do pomyślenia.

Starzec miał także inne porównania, w opinii niektórych osób przystające do rzeczywistości jak pięść do nosa. Drobne wypaczenia charakteru Iwana Iwanowicza mieszkańcy osiedla Aura akceptowali bez większych oporów, wyrażając w ten sposób wdzięczność za jego niestrudzoną pracę na rzecz wspólnoty. W chwilach wolnych od obowiązków, Iwan Iwanowicz pomagał fizycznie ogrodnikowi w utrzymaniu zieleni osiedlowej.

Zebrania odbywały się na otwartym powietrzu. W razie silnego deszczu lub śnieżnej zawieruchy rozciągano wielki zielony brezent między budynkiem, gdzie przechowywano pojemniki na śmieci, a najbliższym budynkiem mieszkalnym. Na bardziej uroczyste spotkania przewodniczący przynosił metalową misę nepalską kutą ręcznie z ośmiu warstw metali: brązu, miedzi, srebra, żelaza, cynku, aluminium i złota. Uderzona tłuczkiem z twardego drewna wydawała intensywny, niekończący się dźwięk. Iwan Iwanowicz używał jej do otwierania zebrań oraz przywoływania uczestników do porządku.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 19: Niezwykłe zwyczaje właściciela partii

 Orator

Będąc mężczyzną silnym jak tur, choć jego blada cera mogła sugerować coś przeciwnego, Barras odczuwał pewną słabość, nie za wielką, ale istotną i dosyć bolesną. Chodziło o niezbyt imponujący wzrost. Oczywiście nie było to wadą w oczach jego zwolenników, ludzi nieustających w wierze, że jest on ósmym cudem świata. Dla osób zewnętrznych, patrzących na świat chłodnym okiem, stabilnych uczuciowo, umiejących rozważyć wszystkie za i przeciw w beznamiętny sposób podobnie jak nasycony browarem mężczyzna ocenia butelkę ciepłego piwa, skromny wzrost przywódcy miał znaczenie umniejszające.

Barras to czuł i nosił się jak Napoleon, niezbyt często, ale jednak, trzymając kapelusz-pieróg w jednej ręce, a drugą zatkniętą za pazuchą, skąd w razie potrzeby wyciągał tekst do wygłoszenia. Mówić umiał doskonale, może nawet bardziej sugestywnie niż oratorzy Cyceron, Kato Starszy i Kwintylian razem wzięci, dłuższe słowa myliły mu się jednak, czasem zdarzyło mu się chlapnąć coś nieodpowiedniego, dlatego wolał mieć ze sobą papier, formę ściągi.

Wódz konserwatystów lubił pokazywać się publicznie i fotografować. Czynił to wyłącznie na tle obiektów imponujących pięknem i wielkością, hali fabrycznej z okresu manufaktury, ośnieżonej skalistej góry lub zatoki oceanicznej otoczonej chmurą wilgoci, dworca kolejowego przypominającego pałac, ogromnej hałdy węgla zachwycającej kształtem i czernią, wieży wiertniczej lub choćby wieży wodociągowej ze zbiornikiem na szczycie. Miał w tym względzie oczekiwania, których nie zmieniał; obiekt znajdujący się w tle musiał mieć nie mniej niż trzydzieści metrów wysokości. Był to standard przyjęty jako minimum przez sztab partii.

– To jest prawdziwy Barras, facet z konkretnymi poglądami na swój wizerunek i łbem na karku, aby je wyegzekwować – tak powszechnie mówiono, nie bez racji zresztą.

Zachowując ostrożność dziennikarską Rosaton nie za bardzo ufał dowodom, a jeszcze mniej świadkom wielkości Barrasa, ponieważ jedli oni wodzowi z ręki. Niektórzy z szacunku całowali jego dłoń, choć oficjalnie twierdzili, że całują tylko jego złoty sygnet, symbol autorytetu i udanej władzy. Najczęściej czynili to ludzie starsi i pobożni. Dotykając wargami żywego ciała przywódcy doznawali głębszego wzruszenia w porównaniu z dotykiem zimnego metalu, choćby nawet szlachetnego złota. Pewnego razu ktoś prawie wyrwał Barrasowi ramię z barku, kiedy ten zaoferował dłoń do pocałowania. Od tej pory ochroniarze pilnowali, aby nie dopuścić zbyt blisko entuzjastycznie usposobionego tłumu.

W dniu, w którym kierowana przez Barrasa Partia Konserwatywna po raz pierwszy zdobyła władzę w wyborach parlamentarnych, jednogłośnie okrzyknięto go dożywotnim przywódcą. Wkrótce członkowie partii oferowali mu ją w darze, tak jak daruje się konia arabskiego lub luksusowy samochód ukochanej osobie.

– Stać nas na to. Robimy to z przekonaniem – mówili, wydymając wargi z zadowolenia i przyozdabiając twarze triumfalnym uśmiechem.

Obdarowany uznał, że nie byłoby uczciwe przyjęcie tak szczodrego upominku, nabył więc partię na własność zawierając z członkami formalne porozumienie na piśmie. W ten sposób Konserwa zyskała środki finansowe i stałego przywódcę, Barras zaś stał się obywatelem numer jeden, majętnym i niezwykle wpływowym. Cieszyło to jego zwolenników. Uważali oni, że dzięki jego władzy i pomysłom, nie tylko partia ale i cały kraj będzie prosperować.

Jako przywódca o niepodzielnej władzy Barras potrafił być niezwykle szczodry jak i surowy. Funkcjonariusze partyjni czuli do niego wielki respekt, bali się go wręcz. Oczywiście nie okazywali tego publicznie, nie byłoby to w dobrym stylu. Najbliżsi współpracownicy przykrywali niepokój wyćwiczonymi do perfekcji gestami, uśmiechami oraz słowami pełnymi nonszalancji i subtelnego luzu.

Z biegiem czasu w Konserwie wykształcił się kult jednostki. Nie osiągnął on rozmiarów typowych dla dyktatur w krajach reżymowych, ale jednak. Ludzie stawali się służalcami, nadskakiwanie i wazeliniarstwo wychodziło z nich jak wiosenny kwiat z wilgotnej ziemi. Byli za to wynagradzani jego osobistym zaufaniem, stanowiskami oraz wysokimi uposażeniami. O niejednym mówiono, że wyrzekłby się własnej matki, aby tylko zasłużyć na zaufanie Barrasa.

Członkowie ścisłej kadry kierowniczej partii, zwanej gwardią przyboczną Barrasa, uważali się za jego podnóżki, chętnie mu schlebiali i chodzili na palcach, kiedy był zmęczony. Jego poglądy stawały się ich poglądami, naśladowali go jak tylko umieli najlepiej. W jego obecności mówili „tak”, jeśli taka była jego wola, aby później, pytani przez dziennikarza, mówić „nie”, albo „czy ja wiem”, albo „to zależy, jak to rozumieć”. Przyciśnięci do muru niewygodnym pytaniem, gmatwali się w wyjaśnieniach. W sumie uchodziło im to na sucho, ponieważ czapkowali przywódcy, wpłacali solidne składki na jego konto oraz robili zrzutki na różne cele, jakich żadnej partii nigdy nie brakuje.

Sam Barras nie musiał z niczym się ukrywać. Swoją osobowością wyrastał ponad szeregi partyjne i społeczeństwo i bez skrępowania wyrażał swą wolę i realizował pragnienia.

Jego rządy przyniosły wkrótce fenomenalne przeobrażenia na lepsze, wyrażające się w nowych technologiach oraz zmianach ludzkiej wiedzy i świadomości. Nastały lata prawdziwej wolności i prosperity.

– Wolność, indywidualność, dobrobyt – te słowa pojawiły się na ustach tysięcy osób, niedawnych malkontentów.

Zwykli obywatele poczuli się ludźmi wolnymi. Ktoś śmielszy mógł obnażyć się na ulicy i być uznanym za ekscentryka raczej niż za zboczeńca, ale musiał mieć „to coś” w sobie. Skutecznie zademonstrował to jeden z przyjaciół Mesjasza. Doszedł on do wysokiej pozycji w partii a następnie w parlamencie, pokazując dwa razy gołą dupę na spotkaniach wyborczych, aby zademonstrować, jak bardzo pogardza konkurencją polityczną – Partią Liberalną, której celem – jak mówił – było czynienie zła i która nadawała się do rządzenia jak wół do karety.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Informacja dla Czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

Pomyślałem, że może zainteresuje Państwa spojrzenie od strony pisarza na czytelnictwo i czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”.

Zainstalowałem sobie aplet Google Analytics i analizuję statystyki ruchu na stronie autorskiej, gdzie publikuję powieść w odcinkach. Nie jest źle, dzięki za czytanie.

Ostatni tydzień (poniedziałek – niedziela) to przeciętnie 112 czytelników dziennie, w najlepszy dzień (piątek 8 czerwca) weszło 258 osób. W poprzednim tygodniu było przeciętnie 97 czytelników dziennie, w najlepszy dzień 235. Te dobre dni to dni, w których publikuję odcinek powieści. Google Analytics pokazuje tzw. unique readers czyli rzeczywistą liczbę czytelników. Możesz wchodzić na blog trzy razy w ciągu dnia, system zanotuje Cię tylko jako jednego czytelnika.

Oto kraje czytelników mojej powieści: Polska 74%, Francja 13%, Australia 3%, Peru 3%, Filipiny 3% (dane zaokrąglone do pełnego procenta). Jeszcze ciekawsze są urządzenia, z których ludzie czytają blog oraz zmiany (w ostatnim miesiącu): komputery: 74,5 % (- 9%), telefony komórkowe 23,5 % (+7,8 %), tablety 2,0% (+1,1%).

Rozmawiam z ludźmi. Ogromna większość osób skarży się na brak czasu. Rozumiem to. Za PRL-u, czasu mojego dzieciństwa oraz pierwszej, drugiej i trzeciej dojrzałości, czasu było więcej, ludzie czytali więcej, ale za to nie mieli mieszkań, samochodów, paszportów w domu, wycieczek zagranicznych, grilla. Dziś jest inaczej.

Moim zamysłem od początku było pisanie powieści w odcinkach, właśnie z myślą o osobach, które nie mają czasu, a jak mają to fragmentarycznie (w przejściu lub przejeździe), jadąc tramwajem, pociągiem czy autobusem lub czekając w kolejce do lekarza. Wejście na tę stronę zajmuje około 25 sekund, przeczytanie jednego odcinka powieści na blogu około 3 minut. Akurat tyle, aby przeczytać go na smartfonie (między dwoma przystankami tramwajowymi lub między rejestracją a gabinetem lekarskim).

Proszę zajrzeć także na moją stronę na Twitterze: www.Twitter.com/Michael_Tequila. Ostatnio zamieszczam tam głównie aforyzmy.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 15: Kurs kolizyjny

Premier Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawie ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody był równie pospolity jak lis pustynny zdolny przeżyć w każdych warunkach.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – premier lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczał do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i innych desperatów gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje irracjonalne poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. On sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleni ludzie. Oni widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą któregoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują – wygaszając takie poglądy asystentka premiera bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma pełną rację.

Miłośników koni i przyrody w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości, przekonań i preferencji mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym: lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili mniej lub bardziej intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej. Do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie jako dwóch różnych plemionach. Było to prawdą, gdyż mylili się ci, którzy pragnąc jedności społecznej, twierdzili, że jest to wciąż jeden naród a nie różne plemiona. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło im się z przynależnością do tego samego narodu.

Premier cenił i wierzył w inny, lepszy świat, mniej przyrodniczy, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał tylko eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, biblii i kościołowi. Po prostu miał inną filozofię. Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, funkcjonalne budynki, banki, czyste powietrze, wydajność, dobrobyt, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia czy łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę narodową, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to bardzo pragmatyczne podejście. Jego rząd dzielił jego poglądy, co było oczywiste, bo sam dobierał współpracowników.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o jego ministrach.

Konie rząd uznawał za przeżytek, żywe przedmioty, bezmyślne i niepraktyczne, kosztowne w utrzymaniu, czasem narowiste, wymagające więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i umiarkowani anarchiści surowo oceniali za to premiera Csudo i Partię Konserwatywną, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione głoszonymi frazesami. Anarchiści wręcz nienawidzili władzy i jej praktycznych przejawów. Rząd konserwatywny był im obcy i wrogi; uważali, że jego polityka zupełnie niepotrzebnie wdziera się wszędzie, stawia ograniczenia i wymogi.

– Rząd chce wszystko regulować, mówić ci co, gdzie, kiedy i jak masz robić, jak się rodzić, żyć i umierać. Niedługo będzie wydawać instrukcje regulujące, w jaki sposób możesz korzystać z toalety publicznej.

Premier Csudo nie usiłował nawet wyobrażać sobie, ku czemu to wszystko zmierza, ponieważ uparcie stawała mu przed oczami myśl, że kurs partii i rządu oraz kurs obrońców koni muszą w końcu zbiec się razem w ciemnym tunelu. Był to kurs kolizyjny, jego zakończeniem mogła być tylko katastrofa.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce bardziej umiarkowani anarchiści porozumieli się z radykalnymi ekologami zwanymi „końskimi”, aby połączyć się w jedną organizację o nieporównywalnie większej sile oddziaływania, określającą się jako ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, une grande fusion, jak pisała prasa francuska.

Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ani z odważnym hasłem, ani z niechęcią do władzy, którą winiła za coraz gorszy los koni i fatalny stan środowiska naturalnego.

Ideolodzy Partii Konserwatywnej od razu uznali ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i podjęli z nimi wojnę. Komórka propagandowa partii, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła upowszechniać teksty przedstawiające w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne; na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców ruchu, ludzi o zaciśniętych ustach, surowych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo niewyszukanej i prymitywnej propagandy, część społeczeństwa dała się uwieść propagandzie partyjnej.

Aktywność rządu myliła wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwość wobec koni i środowiska naturalnego: inicjował, sponsorowal i zachęcał do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w dużym budynku –kontrargumentowali i ostrzegali ekoanarchiści.

*****

Politykę ochrony koni w środowisku naturalnym premier przedstawił w specjalnym przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach niszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i dobre wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób poszkodowanych. Kolejne problemy związane z końmi były ilustrowane slajdami. Pokazały one, jak stado koni w pędzie na pastwisko prawie rozdeptało stado owiec oraz jak znarowione konie utrudniają ruch uliczny. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – tym pytaniem premier przypomniał o niebezpieczeństwie skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach tych zwierząt.

– Potrzeba nam mleka a nie nawozu do hodowli pieczarek. Potrzeba nam krów, a nie koni.

Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj premier usiłował zachęcić obywateli do bardziej zrównoważonego spojrzenia na ochronę koni i środowiska naturalnego. Jego słowa były różnie przyjmowane i interpretowane. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 6: Kaznodzieje i inżynieria genetyczna

  Zwierzę i człowiek, by Max Frey.

Nie wszyscy mieszkańcy kraju uwierzyli w użyteczność i znaczenie inżynierii genetycznej. Wielu uważało tę nowoczesną technologię za niepotrzebne ryzyko, bali się jej. Pytano, dlaczego zmieniać cokolwiek w człowieku lub przyrodzie, skoro i tak jest nieźle. Jak zwykle, wywołało to podziały społeczne i ferment tak wielki, że w niektórych miejscach dał się odczuć zapach opuszczonego browaru, przypominający trochę zwarzony chmiel a trochę zleżałą padlinę.  

– Tam, gdzie w gę wchodzą wielkie pieniądze, ludzie gotowi są zrobić każde draństwo. Nie ma takiej świni, której nie byliby zdolni podrzucić bliźniemu. Możliwe jest, że do gry włączą się terroryści, co byłoby szczególnym zagrożeniem.

Tego rodzaju głosy nie były odosobnione. Pojawiły się w związku z nimi pytania, a wraz z nimi różne tłumaczenia i teorie. Wszyscy usiłowali ustalić, czy inżynieria genetyczna jest potrzebna, ponieważ może doprowadzić do tego, że świat będzie lepszy, albo też narobi takiego smrodu, że wszyscy otrzeźwieją dopiero na drugim świecie.

– To będzie piekło, jak zechcą skojarzyć małpę z kangurem, albo człowieka ze zwierzęciem. To czyste szaleństwo – mówili szczerze przerażeni ludzie.

Wśród teorii na pierwszy plan wysunęła się teoria alienacji. Miała ona tłumaczyć potrzebę szybkich i głębokich zmian w człowieku. Chodziło o to, że cokolwiek cywilizacja stworzyła dając ludziom korzyść, to równocześnie coś im odbierała lub psuła. Przeciwnicy globalizacji, anarchiści i jednostki ogarnięte tęsknotą za życiem pierwotnym na łonie przyrody, nazywali to pachnąco-śmierdzącym strumieniem postępu. Niektórzy mówili o alienacji, choć jej nie rozumieli.

Ponieważ natura nie znosi próżni, ktoś musiał w końcu wyjaśnić wątpliwości i złagodzić rozterki. Na ulicach pojawili się duchowni nazywający siebie kaznodziejami wiedzy i nadziei. Mówili, że przyszli pomóc, cytowali Pismo Święte, zwłaszcza fragmenty o dobrym samarytaninie. Kiedy już wyjaśnili swoją rolę i historię dokonań, zaczęli mówić o alienacji, potwierdzając, że każda forma postępu, nawet wynalazek tak drobny jak trzy atomy metalu połączone ze sobą niewidzialną nitką, coś dając, coś odbiera.

Brodaci, poważni, ubrani w czarne garnitury duchowni zjawiali się już z samego rana w miejscach publicznych, aby wykrzyczeć swoje prawdy. Byli też i młodsi, ci byli najbardziej nawiedzeni. Ubrani w żółte kurtki wzorem dróżników, z megafonami zawieszonymi na piersiach, chodzili po ulicach przestrzegając przechodniów przed złem i wołając „Obudźcie się”, potrząsając przy tym grzechotkami, które raz odsłaniały anioła, a raz diabła, raz pokazywały rozmarzone oczy, a raz zimne ślepia grzechotnika.

Wśród kaznodziejów zdarzały się też kobiety; wszystkie bez wyjątku były postawne, starannie ubrane i uczesane, o piersiach przypominających orzechy kokosowe. Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, lgnęli do nich bardziej niż muchy do lepu, aby wsłuchiwać się w ich orędzia ilustrowane przykładami niczym książki dla dzieci. Niektóre kaznodziejki były wręcz brutalne w swoich objawieniach, ale tylko dlatego, że pragnęły wstrząsnąć bliźnimi do głębi, aby zrozumieli naturę rzeczy.

– Macie samojezdne samochody, tanie i wygodne, bez wysiłku docieracie do tysiąca i jednego miejsca, oglądacie zabytki, dziwnych ludzi i kolorowe pejzaże, i to was cieszy. Ale kiedy wracacie do domu, stwierdzacie ze zdumieniem, nie od razu i nie każdego dnia, ale coraz częściej i coraz wyraźniej, że wskutek nieużywania nóg powrastały wam one w pośladki, że mięśnie wam zwiotczały, skóra wygląda jak wyprawiona w taniej garbarni, a sami czujecie się jak worek zleżałego siana.

Ludzie rozumieli to coraz lepiej, ponieważ czuli jak w zastraszającym tempie tyją połykając w pośpiechu żywność wzbogacaną konserwantami i barwnikami, zawierającą głównie tłuszcze, cukier, sól i białko, bardziej przypominającą najtańszą paszę dla bydła niż żywność. Ponadto czuli się skołowani, ponieważ nieprzerwanie ktoś do nich dzwonił, lub oni dzwonili do kogoś, męczyły ich choroby wcześniej mało znane oraz ciągły stres, zabijający chęć do życia, a w mężczyznach także potencję.

Głosicieli prawd o alienacji wspierali kaznodzieje dualizmu, Mówili oni, że wszystko ma dobre i złe strony, że dobroć nie istnieje bez niegodziwości, radość bez smutku, miłość bez nienawiści.

– Im lepiej bawisz się na przyjęciu, tym większego masz potem kaca, im bardziej komuś pomagasz ciężko pracując na niego lub za niego, tym więcej okaże ci niewdzięczności na starość. Takie są prawa dualizmu – były to ich zawołania i zaklęcia.

Nauki te powtarzano tak długo, aż w końcu społeczeństwo zrozumiało, że inżynieria genetyczna jest uniwersalnym i najlepszym lekarstwem na jego bolączki, i że bez niej nie da się uratować człowieka, zwierząt ani środowiska naturalnego. Pod presją społeczeństwa parlament w abcugach stworzył jeszcze lepsze i dokładniejsze prawa ułatwiające rozwój inżynierii genetycznej. Wkrótce powstały nowe laboratoria i instytuty, i zaczęły prześcigać się pomysłach, budząc w ludziach nadzieję, że poprawią ich coraz bardziej dychawiczną kondycję.

Sprawy szybko ruszyły do przodu. W pierwszej kolejności nauczono się hodowli ludzkiej skóry i budowy szkieletu kostnego oraz przeszczepiania organów wewnętrznych, płuc, serca, nerek i wszystkich innych. Nie pisała o tym prasa codzienna, aby nie straszyć społeczeństwa wizją człowieka, któremu można wymieniać i instalować szkielet, kości, tkanki i organy wewnętrzne równie łatwo, jak części zamienne w rowerze lub samochodzie. Przykładem mogły być wcześniaki, które ratowano nawet wtedy, kiedy były zaledwie w połowie rozwinięte, aby potem usprawniać poszczególne organy i funkcje ciała. Celowały w tym szpitale, szczycące się ratowaniem najmniejszych dzieci. Na ścianie szpitala w Comotal wisiały zdjęcia dziesięciu uratowanych wcześniaków; najmniejszy ważył niecałe czterysta gramów, cała dziesiątka ważyła łącznie niecałe sześć kilogramów.

Którejś nocy mało znany portrecista Alain domalował dzieciom rączki i nagrał ich głosy wołające o ulżenie ich cierpieniom. Ujęty przez policję, wezwaną przez sprzątaczkę nocną, został zatrzymany razem z dowodami przestępstwa. W prokuraturze tłumaczył się, że chciał tylko – ze strachu przed możliwościami manipulacji genetycznej – wyrazić sprzeciw wobec ingerencji człowieka w naturę życia.

Rosaton, będąc dziennikarzem, postanowił poświęcić się obserwacji i opisowi nowej rzeczywistości. Miał ku temu szczególne warunki i powody. Dzięki mikroprocesorowi podłączonemu do dwóch pamięci, krótkotrwałej, podręcznej, w płacie czołowym mózgu, oraz do trwałej, znajdującej się w hippokampusie, części mózgu podobnej do konika morskiego z podwiniętym ogonkiem, jego mózg miał dużo większą pojemność i wyjątkowo sprawnie pracował. Z drugiej strony, ciarki mu przechodziły po plecach, że ktoś uzyska dostęp do jego mikroprocesora i będzie mógł rejestrować wszystko, co on myśli, mówi i czyni, mierząc mikroprądy pokazujące pracę serca, ciśnienie krwi, proces oddychania, jak się porusza, gdzie chodzi, co robi oraz odczytując to, co pisze czy na co patrzy.

Mimo obaw i ryzyka, inżynieria genetyczna stała się szybko symbolem nowoczesności, umieszczanym na najwyższych budynkach. Prawa do użytkowania symbolu nie można było kupić ani sprzedać. Rząd uznał inżynierię genetyczną za skarb narodowy i zezwalał na używanie symbolu tylko w święta państwowe oraz w dniach wielkich wydarzeń krajowych i międzynarodowych. Dla ułatwienia stosowania symbolu dopuszczono skróconą nazwę „Inż-gen”.

Partia Konserwatywna, zwana w skrócie Konserwą, i jej rząd byli głęboko przekonani, że inżynieria genetyczna wyzwoli społeczeństwo z przymusu opatrzności i przypadku. Premier Csudo własną ręką dopisał ją do listy priorytetowych dziedzin gospodarki, na której już wcześniej umieszczono technologię cyfrową oraz automaty i roboty, o które wołali wszyscy przedsiębiorcy mający coś do spawania, podnoszenia lub przycinania. Wszystko wiązało się ze sobą.

C.d.n

Kronika narodu wybranego. Odc. 9: Sen na jawie, słowa i ich interpretacja

 CharmLG by Louis-Garden

Na pytanie dziennikarki o przemówienie Prezydenta, jego rzecznik, osobnik pucołowaty, w czarnym kusym paletku na pulchnym organizmie, odpowiedział uśmiechając się różowawo na twarzy, bo było bardzo zimno:

– Pan Prezydent tego w ogóle nie powiedział w pełni świadomości. Jemu to się śniło i on to mówił przez sen.

– W pełni dnia, na świeżym powietrzu, w obecności setek ludzi?

– Właśnie. Dokładnie tak. Wszyscy to widzieli. Śni się również na jawie! To pani tego nie wiedziała? To niezwykłe. Niby taka znana dziennikarka, a nie wie podstawowych rzeczy! – nie mógł się nadziwić rzecznik

– Czy oni wszyscy muszą być tacy pulchni i pucołowaci – zadała sobie pytanie dziennikarka, przemilczała jednak odpowiedź jak każda rozważna kobieta unikająca publicznego komentowania męskich przypadłości.

– Wyjaśnię pani z całą wyrazistością – kontynuował rzecznik – cytując fragmenty wypowiedzi pana prezydenta: co tam nasz kraj, najważniejsza jest Unia Kontynentalna, że bywają takie głosy, że ponad sto lat zaborów, że kraj taki wielki zniknął z mapy, a może to lepiej, bo wreszcie swary się skończyły i rozkosze, wszystkie insurekcje, wojny, awantury, konferencje, nie mamy już na to żadnego wpływu, bo jesteśmy małymi dziećmi, bo gdzie indziej decyduje się o naszych sprawach, zabiera nam się kieszonkowe, które zaoszczędziliśmy z wielkim trudem i pracujemy jak niewolnicy na innych, i nic nie czujemy. Ja przynajmniej nic wtedy nie czuję, kiedy mówię, jak niewolnik pracując na kogoś, kogo nawet poważam, bo mu dużo zawdzięczam, ale tak nie buduje się rzeczywistości – zakończył rzecznik na ostatnim oddechu przytaczając słowa prezydenta, po czym znowu podjął.

– Pan prezydent, owszem, tak powiedział, ale przez sen i to nie całkiem własny, przez to nie miał na myśli tego, co powiedział, ale zupełnie coś innego. Jego słowa nie odnosiły się do Unii Kontynentalnej, którą szanuje i doskonale zna, bo przecież dłuższy czas tam terminował, brał nie takież to znowu nadzwyczajne pieniądze, wykonywał różne znaczące prace, czytał i oznaczał ważne akta prawne, a raz nawet redagował fragment ustawy o hodowli rasowych królików, które muszą być jednowymiarowe, czemu on się sprzeciwił i to zostało dobrze przyjęte i uznane przez Unię. Pisała o tym potem cała prasa. Co do imienia i nazwiska, to Prezydent jest tylko pseudonimem literackim, teraz właściwy jest tytuł Najwyższy Urzędnik Państwa, zwany Głową albo Duą, co jest naturalne, bo wszyscy jakoś się nazywamy i jest to już tradycja i historia, która kiedyś bez wątpienia też doczeka się pomnika.

Co do pseudonimu, że niby taki literacki, to pan prezydent umie pisać, czytać i mówić, i na tej podstawie twierdzi z pełnym przekonaniem, i ja mu wierzę, że wie co czyta, pisze i mówi, nawet kiedy nie mówi od siebie tylko przemawia w czyimś imieniu, kogoś bardzo ważnego. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała w naszych warunkach klimatycznych, kiedy jest tak zimno, że człowiekowi osobiście nie chce się gęby otworzyć, zwłaszcza kiedy jest bardzo ważną osobą – podsumował rzecznik.

– Pan Dua znany jest podobno z szybkiej i niechybotliwej jazdy na nartach? Czy to prawda? – zapytał jeszcze dziennikarka, aby oryginalną informacją nadać dodatkowej świeżości wywiadowi.

– Tak, to prawda, z tym, że nie to jest najsilniejszą cechą Duy, używajmy tego skrótu, to ogromnie upraszcza porozumiewanie się, co jest ważne dla naszego ukochanego kraju, przez nas uczciwych urzędników państwowych zwanych ojczyzną, a nie wiadomo jak zwanych przez opozycję, ulicę i zagranicę – rzecznikiem wstrząsnęło, kiedy wymawiał trzy ostatnie słowa; o mało co nie uwięzły mu one w gardle ze zgrozy i niepokoju, co stałoby się, gdyby wymienione elementy mogły o czymkolwiek decydować.

Dziennikarka pomyślała, że to wszystko to bełkotliwa interpretacja wypowiedzi wszystkich krajowych najwyższych urzędników państwowych, ale nie była pewna, czy tak szeroka definicja ma ręce i nogi, podobnie jak je mają wszyscy normalni ludzie w Nomadii.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Życzenia świąteczne z Panem Prezesem w roli upominku pod choinkę

Darwinbish_bearing_gift

– Czy naród może być jednoosobowy?

Jest to szekspirowskie pytanie z gatunku „Bić albo nie bić”, na które odpowiedzi udzielił sam Machiavelli:

– Tak. Naród może być jednoosobowy, lecz tylko pod warunkiem, że jest to osoba z ogromnym balonem pomysłów jak uszczęśliwić naród. Czyli samego siebie, co jest konkluzją logiczną, skoro jest się narodem.

– Kto jest tą osobą? – Zapytałem.

– Tą osobą jest Jarosław Kaczyński, najpiękniejszy upominek podchoinkowy roku 2015.

Tak odpowiedział Machiavelli, który przyśnił mi się świątecznej nocy, aby przekazać ten ważny komunikat.

Jesteśmy w drodze do prawdziwej ziemi obiecanej, niosącej tak oszałamiającą ilość obietnic, że aż to oszołamiająco oszałamia. Mnie przynajmniej. Zmieni się wszystko. Jest tyle spraw, które w przeszłości poszły złą drogą. Kraj w ruinie wymaga gruntownej naprawy. Oto praktyczny scenariusz.

Trybunał Konstytucyjny. Z pożal się Boże trybunałem, jaki mamy obecnie, upartyjnionym, samokreującym się, powolnym, z prezesem Rzeplińskim na czele, nie można wprowadzać postępowych ustaw sejmowych, aby zmienić kraj na lepsze. Dlatego będziemy mieli nowy Trybunał, nowych sędziów, pracowitych, niepodatnych na wpływy polityczne, obiektywnych. Wedle projektu PiS/Kukiz15, w 60 dni od wejścia nowej ustawy w życie kadencje wszystkich sędziów trybunału zostań wygaszone i odbędą się nowe wybory. Sędziowie będą w 100% (odpowiednik czystego spiritusu) wyborem obecnego Sejmu.

Administracja państwowa. To 120.000 osób zatrudnionych w ministerstwach, urzędach skarbowych, wojewódzkich, służbach sanitarnych itp., cała służba cywilna. Nowy projekt przewiduje: zwolnienie za odprawą 1.600 kierowników departamentów i wydziałów, zniesienie konkursów na te stanowiska i zniesienie zakazu przynależności do partii politycznej, także odstąpienie od obowiązku odbycia służby przygotowawczej. Dużo łatwiej będzie zatrudniać i zwalniać kadrę kierowniczą. Bezrobotnych zachęcam do ubiegania się o pracę, są to dobrze płatne stanowiska.

Media państwowe to temat oklepany jak koń indiański do jazdy bez siodła. Dziennikarze będą szkoleni w ośrodkach wojskowych; nauczą się tam zadawać pytania takie, na jakie pragnie odpowiedzieć pytany polityk. Koniec z przymusem odpowiedzi na pytania. W idealnych sytuacjach pytania i odpowiedzi będą synchronizowane. Mediom prywatnym dokręci się śrubę podatkami albo ograniczeniami stosowania reklam. To propozycja.

Prokuratura i sądy. Minister Ziobro będzie mieć wgląd (i wpływ) nie tylko na stronę oskarżenia, ale i osądzania pozwanego: osoby, sprawy lub instytucji. Nie jest to oczywiście sposób na zwalczanie niewygodnej dla władzy opozycji i obywateli, jak twierdzą niektórzy (za czasów PRL-u nazywani zaplutymi karłami reakcji). Trybunał Konstytucyjny mógłby się sprzeciwić takiemu połączeniu, lub jego formie, dlatego zdecydował się podać do przymusowej dymisji. Kontrola sądów, prokuratury oraz czterech służb specjalnych wzmocni bezpieczeństwo społeczeństwa. Nie musisz bać się podsłuchów.

Spółki państwowe. Jest ich chyba około 460. Wielkie, duże i mniejsze. Wymiana kierownictwa jest konieczna. Były źle zarządzane. Mieliśmy mierną opinię jako kraj sukcesu gospodarczego w Unii Europejskiej. Teraz będzie lepiej. Prezesem Orlenu, największej polskiej spółki paliwowej, został już polityk PiS, Wojciech Jasiński. Krótka charakterystyka: osoba godna zaufania, 68 lat, doświadczenie zarządzania biznesem: Powszechna Spółdzielnia Spożywców Społem oraz Spółdzielnia transportu Wiejskiego w Płocku (okres PRL), niewielka warszawska spółka Srebrna (III RP). Możemy liczyć na tanie paliwa.

Kontrola Internetu. To moja propozycja. Trzeba ukrócić samowolę wyuzdanych słownie krytyków rzeczywistości na portalach społecznościowych, forach dyskusyjnych, blogach, poczcie elektronicznej itp. Internauci powinni wiedzieć, co mogą a czego nie mogą pisać.

Jestem pełen entuzjazmu. Tak trzymać! – Krzyknę dzisiaj w nocy we snie do władzy rządzącej z woli narodu. Rozliczyć przeszłość, zbudować przyszłość, której nie mieliśmy! Budować dniem i nocą! Nocą tym bardziej, że dni są teraz krótkie, a mamy tyle do zrobienia. Popieram szczerze dyscyplinę pracy, ponieważ sam siedzę nocami i pracuję.

Prawie zapominałbym. Składam Państwu najserdeczniejsze życzenia świątecznie (niekompletne, bo jednodniowe) i noworoczne, przede wszystkim szlachetnych wzruszeń politycznych oraz rewelacyjnej rozrywki na manifestacjach i demonstracjach publicznych.

Zdrowia i dobrobytu nie muszę nikomu życzyć, gdyż ochrona zdrowia i gospodarka są w rękach rządu. Pisze się o tym mało, bo to temat oczywisty i prosty.

Wybrańcom na stanowiska życzę obfitości łask partyjnych.

Dzieciom życzę konia Kaliguli, Incitatusa, zamiast konia na biegunach. Według Swetoniusza (cytuję Wikipedię) „Incitatus, jako koń wyścigowy, miał prawo do spokoju i odpoczynku. Nad tym, by w noc przed wyścigami nikt mu nie przeszkadzał, czuwali pretorianie uciszając nocne hałasy. Poza tym rumak miał mieszkać w marmurowej stajni, chodzić okryty purpurą i w uprzęży ozdobionej drogimi kamieniami, jadać ze żłobu z kości słoniowej. W końcu koń dostał umeblowany dom i służbę, żeby zaproszeni w jego imieniu goście mogli wygodniej ucztować”. Kasjusz Dion dodaje: (Cytat z Wikipedii): „Incitatus regularnie uczestniczył w ucztach wydawanych przez Kaligulę: przy tej okazji cesarz wznosił toasty za zdrowie rumaka”. Literatura podaje, że Incitatus w końcu został członkiem senatu rzymskiego.

Nie wiem, dlaczego to wszystko napisałem, skoro miałem pisać o obżarstwie, które jest również skuteczną i radosną formą uszczęśliwiania społeczeństwa w okresach świątecznych i pozaświątecznych.

Pozdrawiam serdecznie.