Kronika prawie osobista

2020 07 13 Zagubiłem się w chaszczach kampanii wyborczej. Zajęło mi cały tydzień, aby się z nich wydobyć. Nastąpiło to, kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów. Byłem aktywny, zachęcałem i przekonywałem do głosowania na Rafała Trzaskowskiego, a konkretniej na opcję polityczną, jaką reprezentuje: Polskę otwartą, proeuropejską, liberalną w poglądach, zorientowaną na przyszłość. Byłem za zmianą.

W drugiej turze niektórzy aspiranci do wielkości nie umieli powiedzieć, na kogo będą głosować. Dwaj z nich, Hołownia i Kosiniak-Kamysz, w czasie kampanii wyborczej niezwykle krytyczni wobec Dudy i PiS, nie zdobyli się na stwierdzenie: „Będę głosować na Trzaskowskiego”. Stan ich zdrowia określiłem jako nadęcie. Rozżalili się chłopcy serdecznie, że to nie oni przeszli do drugiej tury wyborów, tylko Rafał Trzaskowski. 

Nigdy nie podobały mi się mętne tłumaczenia, że żaden z kandydatów nie jest dostatecznie dobry, aby go popierać, albo „będę głosować na mniejsze zło”. Ci, którzy to mówią, zachowują się tak, jakby istnieli idealni kandydaci czy idealne partie. Nie ma takich cudów. Jeśli ma się do wyboru wyłącznie jabłko albo gruszkę, i nic więcej, głupotą jest kręcić nosem i mówić: Wolę wiśnie, ale tylko duże, dojrzałe i bardzo słodkie. Kiedy chodzi o przyszłość społeczeństwa i kraju, to wredne zachowanie.

Kampania wyborcza i jej efekt otrzeźwiły mnie. Wracam do pisania. Powiedziałem sobie: Precz z polityką!

Mój najbliższy plan to publikacja ulepszonej, trzeciej już wersji opowiadania „Broda”. Zebrałem trzy opinie na jego temat. Okazało się, że nie było ono tak dobre, jak powinno. W przypadku, gdyby wciąż nie było do zaakceptowania, sam się skopię.

 

0Shares

Zrzutka

Drodzy Czytelnicy,

Zbieram pieniądze na wydanie tomiku moich poezji „Oniemiałość”. Planuje dodać do nich także moje „Aforyzmy i myśli”.

Link: poezje do publikacji: http://michaeltequila.com/?m=20200520 

Link: aforyzmy i myśli: http://michaeltequila.com/?m=20200604 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej. Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja zwraca się niezwykle powoli, praktycznie nigdy się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem. Dlatego też szukam pomocy w formie coraz popularniejszej publicznej zbiórki funduszy, inaczej mówiąc – zrzutki).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Osoby, które wpłacą 25 zł lub więcej, otrzymają ode mnie egzemplarz zbioru poezji „Oniemiałość”  lub, jeśli sobie tego zażyczą, jedną z następujących pozycji:  „Klęczy cisza niezmącona” (poezje), „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” (opowiadania), „Cztery portrety cudze i jeden własny” (powieść). Proszę tylko o podanie adresu email  w momencie wpłaty, lub imienia i nazwiska, jeśli znam daną osobę. 

Adres zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet

Zrzutka kończy się 12.07.2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

0Shares

Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego, nie raniąc innych po drodze, aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonywująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez satrapów ku własnej chwale po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej możesz wymienić prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, łatwiej możesz stać się bezbożnikiem.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szefowa staży pożarnej – premierem z kotylionem, ksiądz –pedofilem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Wirus i sukcesja. Opowiadanie seryjne.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych innych kontaktów – wyjaśniali znający ich dobrze sąsiedzi. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych. Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Upomnienie udzielone przez premiera zapadło ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował prezentacje w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było „Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

Odc. 16

O godzinie piątej trzydzieści rano prezydent był już na nogach. Obudził się kilkanaście minut wcześniej i nie mógł już zasnąć. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności za kraj. Chodził po sypialni i wykonywał ćwiczenia dla rozluźnienia napiętych mięśni, niewiele to jednak pomogło. Spróbował wtedy poćwiczyć zginanie tułowia w dół, aby sprawdzić, czy dotknie końcami palców podłogi. Był to test sprawności. Nie zdał go.

– Brzuch mi przeszkadza. Od czasu jak zostałem prezydentem dużo jem, ciągle są jakieś okazje, przyjęcia, rauty, bankiety, spotkania i dyskusje. Wszędzie jest jedzenie. I to jakie.

W głowie tłoczyły mu się myśli. Kiedy poczuł ucisk na szczycie głowy,  miał wrażenie, że to korona. Miał takie marzenia. Wyobraził sobie, że go koronowano. Nie na króla oczywiście, było to niemożliwe, ale na Żelaznego Prezydenta. To tytuł, który przyszedł mu do głowy.

Postanowił zapisać te myśli. Od pewnego czasu prowadził notatnik dla upamiętnienia ciekawych i ważnych zdarzeń oraz cennych myśli. Wyciągnął podręczny laptop, uruchomił, odnalazł plik „Notatki własne” i pod bieżącą datą zanotował tytuł „Żelazny Prezydent”. Pisał nie zważając na błędy, aby nie stracić wątku.

– Ludzie podziwiają mnie za odporność na koronawirusa. Prowadzę kampanie wyborczą, jeżdżę po kraju, spotykam się z dużymi grupami ludzi i nic. Jestem zdrów jak ryba. Wirus YZ, ten najsłynniejszy, odbija się ode mnie jak owad od niewidocznej metalowej tarczy. To coś nadzwyczajnego. Wczoraj zorganizowałem u siebie garden party. To już tradycja. Zaprosiłem sto osób, wyłącznie ludzie pozytywni, myślący podobnie jak ja. Przyszli ubrani we fraki, maseczki anytwirusowe i jedwabne rękawiczki. Było wspaniale. Zgodnie z zasadami staliśmy w odległości dwóch metrów od siebie. Kazałem w tym celu poznaczyć kółka na ziemi z imionami i nazwiskami, aby było jasne, gdzie kto ma stać. Wszyscy trzymali nad głową lampiony, kelnerzy w maseczkach i rękawiczkach roznosili sampana. Po dziesięciu minutach rozpoczęły się fajerwerki.

Z budki ustawionej na końcu ogrodu wirusolodzy obserwowali zgromadzonych. Od wczoraj pałac prezydencki dysponuje chińskim wirusometrem pozwalającym ustalić, czy w powietrzu nie ma wirusa YZ. Oczywiście nie jednego ale pewnego ich stężenia. Pokazano mi wirusy w postaci chmurki połyskliwych kropeczek. To powiększenie ponad dziesięć tysięcy razy.

– Tak powiększyć to dla nas tyle, co dla pana splunąć na przeciwnika, panie prezydencie. Pana też widzieliśmy w powiększeniu. Jest pan gigantem. I to jakim! Kiedy patrzyliśmy na pana, nie było wokół pana nie jednego wirusa. Ma pan w sobie nadzwyczajną siłę odpychania epidemii. Ludzie znajdujący się w pana otoczeniu są również bezpieczni. To nadzwyczajne, panie prezydencie! Może pan organizować tyle masowych spotkań, ile pan sobie zamarzy! – wykrzyknął profesor wirusologii, obsługujący urządzenie.

Na słowa uznania odpowiedziałem uśmiechem, tym najlepszym, numer 3. To mój ulubiony. Dobrze z nim wypadam. Są też nieudane, Krytycy nazywają je pociesznymi, czasem żałosnymi. Nie podoba mi się to, ale co mam zrobić. Zresztą nie potrwa to długo, bo Namiestnik zamierza przykręcić śrubę społeczeństwu, przede wszystkim wrogom państwa. Musimy się bronić. Podobno ja mam w tym bardzo poważną rolę do odegrania. Zawsze dowiaduję się ostatni, bo Namiestnik nigdy nie ma dla mnie czasu. Jutro w parlamencie ma odbyć się ważna uroczystość. Jestem na nią zaproszony, nie wiem jednak co tam będzie się działo.

– To niespodzianka – poinformował mnie  minister z kancelarii premiera Chudego, dostarczając mi zaproszenie. – Ja sam nic nie wiem – dodał uprzedzając moje pytanie. Wiem tylko, że to pan, panie prezydencie, ma być główną postacią uroczystości.

Mam niedobre przeczucia – zakończył prezydent.

Odc. 17

W dniu uroczystości prezydentowi związano oczy, wprowadzono go do sali bankietowej i ustawiono na cokole. Potem poprawiono mu wargi szminką odblaskową, podrasowano usta, przypudrowano policzki i uczesano. Prezydent występował w telewizji setki razy i był do takich zabiegów przyzwyczajony. Znał te czynność i lubił je. Czuł się wtedy dopieszczony. W końcu zasłonięto go jak postać na pomniku. Zapadła cisza. Na salę wchodzili parlamentarzyści. Prezydent nie widział ich, ani oni jego, nawet nie domyślali się jego obecności. W końcu nadszedł sam Namiestnik i podszedł do cokołu. Mówił uroczystym głosem.

– Teraz przedstawię państwu naszego kandydata na najbliższe wybory. Oto on, przyszły prezydent Bubu Lambrekin!

Prezydent osłupiał z oburzenia, zwinął się z bólu i zaczął strasznie krzyczeć.

– Nigdy! Po moim trupie. Możesz mnie połamać kołem już teraz, ty oprawco! Zeskoczył z piedestału i tupał nogami krzycząc nieprzerwanie. Nigdy! Nie zostanę prezydentem tylko dlatego, że ty sobie tego życzysz! Nie jestem taki głupi. Nie zrobisz ze mnie manekina. Od tego twojego szarparnia sznurkami już nóg i rąk nie czuję!

W domu prezydent przedstawił swoje przeżycia żonie. Cenił ją, ponieważ umiała milczeć. Nawet kiedy jej zadawano pytania, nie otwierała ust. Przez długi czas ludzie myśleli, że w ogóle ich nie ma. Lekarze jednak wyjaśnili, że nie jest to możliwe, ponieważ usta służą także do odżywiania się, a żona prezydenta nie wygląda na niedożywioną. Wywołało to debatę, czy jednak żona prezydenta nie powinna od czasu do czasu coś powiedzieć, choćby nawet zaśmiać się szyderczo, kiedy pytają ją o coś śmiesznego. Ona jednak milczała.

– Taka już jestem od urodzenia i tego nie zmienię – miała kiedyś ujawnić tę bolesną prawdę swej najlepszej przyjaciółce. Przyjaciółka jednak tego nie potwierdziła. 

Prezydent był szczery aż do bólu, niczego przed żoną nie ukrywał.

– To było niesprawiedliwe, co mi zaproponował. Dawał mi gwarancję, że wygram, że nie muszę podejmować żadnego wysiłku. Nie zniosłem tego, bo to byłoby niedemokratyczne, kłóciło się z moją moralnością, etyką, konstytucją, Bóg wie jeszcze z czym. To nie ja krzyczałem tylko moje sumienie. Dzięki Bogu, że dał mi sumienie. Poczekam, aż się uspokoi, wtedy zadecyduję, co zrobię.

– Powinnaś widzieć i słyszeć tego starucha. Jest okropny. Niby jest mi przyjazny, szepcze mi do ucha słodkie słówka, składa obietnice, w istocie zaś eksploatuje mnie jak chciwy kapitalista starą kopalnię węgla, Chce wyciągnąć ze mnie wszystko, wycisnąć mnie jak cytrynę. A jak on do mnie mówił!

– Słuchaj Bubu. Mówię do ciebie po imieniu, aby sprawić Ci przyjemność. Masz wspaniały charakter pisma. Nikt nie napisze wstępu do objawień mojej woli tak zgrabnie jak ty.  Jesteś też mańkutem, a ja bez twojej lewej ręki czuję się jak bez mojej prawej. Ty jesteś naszą tarczą, przedmurzem chrześcijaństwa, jesteś wszystkim. Zgódź się zostać kandydatem! Pomogę ci we wszystkim. Mam już psychoterapeutę, popracuję z tobą nad twoją mimiką i kawałami, jakie opowiadasz. Trzeba je dopracować. Można w nich wiele poprawić.

– Absolutnie nie! Odmawiam – prezydent Lambrekin był zdecydowany. Czuł w sobie wielką odpowiedzialność za naród.

Wobec nieoczekiwanej odmowy prezydenta przyjęcia nominacji na kandydata, twarz Namiestnika zbielała. Nic nie powiedział, tylko zachwiał się na nogach. Odwieziono go do domu. Dla bezpieczeństwa przed, z boku i za jego samochodem biegło dwudziestu agentów ochrony, po pięciu z każdej strony. Ludzie na ulicach pytali ich, kogo eskortują, że jest ich aż tylu, na co oni zgodnie odpowiadali, że skarb narodowy.

Następnego dnia pojawiły się spekulacje. Podejrzewano, że odmowa prezydenta Lambrekina została sprokurowana, aby uśmiercić Namiestnika wywołując zawał serca, że na śniadanie zamiast płatków owsianych dodano mu do mleka środki odurzające, wskutek czego miał halucynacje i mówił nie to, czego naprawdę pragnął.

*****

Namiestnik Kurdu nie odzywał się w ogóle w czasie drogi do domu. Patrzył tylko smutno na mijane budynki, ludzi i drzewa i szeptał:

– Taka niewdzięczność. Nazwać mnie oprawcą!

W domu czekał na niego osobisty lekarz, bardzo opiekuńczy. Był to profesor nauk medycznych, co mu kiedyś przywoził leki do domu. Popatrzył na pacjenta i powiedział:

– Wygląda pan bardzo blado, panie Namiestniku. Muszę pana zbadać.

Namiestnik odmówił. Rano przyszedł do niego sekretarz osobisty i go nie poznał. Nocą namiestnik osiwiał. Twarz miał skurczoną bólem, pod lewym okiem drgał mu nerw policzkowy. Nie odzywał się. Wyglądało to tak źle, że sekretarz pomyślał, już Namiestnik nigdy się już nie odezwie.

Sprawę stanu zdrowia Namiestnika przedstawił parlamentowi premier już następnego dnia. Opisał sprawę bardzo jasno. Nie był tylko pewien, czy namiestnik osiwiał całkowicie czy tylko częściowo. On sam prawie rozchorował się ze zmartwienia. Dla upamiętnienia tragicznego zdarzenia Premier zaproponował uznać ten dzień za święto państwowe nazywając je Dniem Wielkiego Milczenia.

Następnego dnia jak zwykle pojawiły się spekulacje. Mówiono, że nie wszystko, co myślał i mówił premier było prawdą. Premier ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał tym wiadomościom.

– Takie są zasady protokołu dyplomatycznego – wyjaśnił rzecznik prasowy premiera.

W duchu premier myślał, że jeśli zdrowie Namiestnika pogorszy się, to dla niego pojawi się szansa przejęcia po Namiestniku schedy. W czasie przemówienia premier obrzucił MinSpra wymownym spojrzeniem, aby dać mu znać, że zna jego chore ambicje udziału w schedzie.

Dwa dni później sprawa wyjaśniła się. Namiestnik zaprosił prezydenta do siebie, aby porozmawiać w cztery oczy. Odmowa prezydenta okazała się najzwyklejszym nieporozumieniem. Nieprawdą też okazałą się informacja, że Namiestnik osiwiał. Okazało się, że wręcz przeciwnie, włosy mu pociemniały. Jego sekretarz wyjaśnił, że był to efekt użycia nowego szamponu z dodatkiem czarnej porzeczki. Prezydent uznał argument Namiestnika, że najważniejsze jest, aby prezydent jak najszybciej stanął na cokole wyborczym, aby pokazać, że naród i tradycja są silniejsze od coraz bardziej szalejącego wirusa.

– Złamiemy go naszą nieustępliwością – zgodnie oświadczyli dwaj mężowie stanu.

Odc. 18

Premier Chudy przedstawił ministrom wyniki spotkania z Namiestnikiem.

– Namiestnik wyglądał bardzo dobrze. Widziałem na własne oczy, jest silny jak tur. Zwrócił się do mnie od razu, kiedy byłem jeszcze w progu.

– Słuchaj, chłopie. Nie jest dobrze. Musimy cos zrobić w sprawie tego wirusa. Zaczyna mnie przytłaczać. Czuję jakby przyklejał się do skóry. On ma podobno jakieś czułki. Nocą słyszę szum i mam wrażenie, że czas płynie szybciej niż zawsze. Albo że napadła na nas szarańcza. Sam, już nie wiem, co myśleć.

Tak mi powiedział, a potem dodał:

– Tym lekarzom i pielęgniarkom to ja nie wierzę. Zawsze robili szum wokół siebie. Ale zrób coś, chłopie, aby te negatywne informacje nie docierały do społeczeństwa. Nie możemy dopuść do pogorszenia się opinii o naszej partii, bo to podmyje piedestał, na którym stoi prezydent Lambrekin. A on jest dla nas wszystkim. Wiesz, że mam wizje i widzenia. Widziałem go w nocy jak na dłoni. Był taki malutki, kiedy patrzył na mnie. Kiedy się odwrócił, od razu urósł. Może on jest nadmuchiwany? Ale co tam jego wygląd! W tych trudnych czasach, kiedy ten wirus gryzie ludzi w rękę a niektórych nawet w szyję, jedynym naszym obrońcą jest Lambrekin. To nasz Anioł Stróż, Archanioł Michał, ten od smoka, i Archanioł Gabriel, ten od dobrej nowiny. Prezydent pomaga nam obydwiema rękami.

– Namiestnik roznamiętnił się opowiadaniem o prezydencie. Sam się dziwiłem, że tak go szanuje. To nadzwyczajne – zachwycił się Premier.

W tym zachwycie, kiedy tak stał na środku gabinetu i mówił, członkom gabinetu wydał się jeszcze szczuplejszy, jeszcze wymowniejszy.

Namiestnik powiedział mi więcej.

– Prezydent to człowiek uniwersalny, dwuręczny. Wyobraź sobie, że on je, sznuruje buty i wykonuje wszystkie inne czynności prawą ręką, ale pisze tylko lewą. To nadzwyczajne! Trzeba by to spopularyzować, aby wygrał wybory. Może byście wrzucali każdemu obywatelowi jego zdjęcie z autografem do skrzynki pocztowej razem kartami do głosowania? Niech sobie przypomną. Jest przystojny i ma fajną żonę, to prawdziwy majątek, jeszcze bardziej go polubią. Trzeba robić, co się da. Na przykład MinKult myśli o założeniu Fundacji Upowszechnia Wiedzy o Prezydencie Lambrekinie. Ma w domu na ten cel miliard złotych, odłożył je na czarną godzinę. Ja myślę bardziej o pomniku Prezydenta. Mam nawet w głowie pomysł. „Bubu Lambrekin” wypisane złotymi literami. Czy ty wiesz chłopie, co to by było, gdyby prezydent przegrał wybory?

– To znaczy, że stracilibyśmy nóż do krojenia chleba. – odpowiedziałem.

– No właśnie! – wykrzyknął Namiestnik. – Co nam z chleba, jak nie będziemy mieli noża! Bez noża też jak bez ręki. W takich warunkach to nawet straszenie wirusem i zakazy chodzenia dwójkami i trójkami nie pomogą.

Twarz Namiestnika zszarzała. Wiedziałem, że mu to przejdzie, bo chłop trzyma się mocno przy ziemi. Trochę ostatnio przytył, więc jest mu łatwiej, działa siła grawitacji. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy Namiestnik powiedział:

– Wydaj temu swojemu ministrowi od epidemii nakaz, aby ukrócił skargi personelu szpitalnego na braki i zmęczenie. Daję ci na to dwie godziny. Skargi muszą się skończyć. Jak chcą coś mówić, niech zachęcają do wyboru prezydenta Lambrekina na prezydenta.

– Co miałem zrobić?! Trzasnąłem kopytami i odkrzyknąłem:

– Służba nie drużba, panie Naczelniku. Zrobię, co trzeba. Musimy ukrócić skargi personelu medycznego i wygrać wybory. Prezydent musi być nasz. Bez niego jesteśmy jak bez ręki i bez noża, może nawet chleba. Nie daj, Boże, bo bez jedzenia nie da się żyć.

Premier zasmucił się. 

Odc. 19

W niedzielę telefony do stołecznego centrum kryzysowego i policji nie przestawały dzwonić. Donoszono, że na cmentarzu centralnym pojawiła się duża grupa czarno ubranych osób i udała się w głąb cmentarza, mimo że obwiązuje zakaz wchodzenia. Domyślano się, że mogą to być ludzie zamierzający dokonać aktów wandalizmu. Jak weszli na cmentarz, nie wiadomo. Wszędzie stały patrole i zapory. Podejrzewano, że mogli wejśc przez dziurę w ogrodzeniu.

Wieczorem okazało się, że był to Naczelnik z grupą osób; udali się oni na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie Znanego Bohatera. Telewizja transmitowała wywiad z Naczelnikiem. Ubrany był na czarno, od stóp do głów, na twarzy miał białą maseczkę ochronną a na rękach białe rękawiczki. Opowiedział wszystko w szczegółach.

– Byłem w domu sam jak palec. Pogoda była piękna. Pomyślałem sobie, z wyjdę na spacer. Nie widziałem, gdzie pójść. Wszędzie byli ludzie, w parkach, na ulicach, na bulwarze nadrzecznym, tam, gdzie był tylko kawałek wolnej powierzchni i niebieskiego nieba. Do głowy przyszedł mi cmentarz. Tam zawsze jest spokojnie, pomyślałem sobie. Jak tylko wyszedłem z domu, spotkałem na ulicy kilku znajomych z Klubu Kultury „Patriota”, którego jestem przewodniczącym. Jak tylko dowiedzieli się, dokąd idę, od razu wyrazili chęć przyłączenia się do mnie. Poszliśmy więc w czwórkę. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, przyłączało się do nas coraz więcej osób. Przed bramą cmentarną wytłumaczyłem im, że wejście jest związane z ryzykiem, jest niebezpieczne.

– W mieście, w kraju i na świecie grasuje wirus, bardzo agresywny i zaborczy. Im większa grupa ludzi, tym większe niebezpieczeństwo. Właściwe to zakazane jest nawet grupowe spotykanie się – powiedziałem, aby ich nastraszyć. Nie uwierzyli mi. Ostrzegałem ich, że ryzykują zakażenie wirusem, że mogą stracić płuca, i w ogóle. Uparli się jednak, że im to nie przeszkadza.

– Pobyt na świeżym powietrzu może tylko nas wzmocnić. Ponadto samotne siedzenie w domu przez dłuższy czas jest niezdrowe, wręcz zabójcze. Stajemy się agresywni.

– Ja na przykład wywołałem już kilka awantur i kłótni, uderzyłem brata w twarz, skląłem siostrę i żonę, i kopnąłem psa, To straszne! Dlatego muszę tam iść, aby się wyciszyć.

– Dla mnie to kwestia być albo nie być. – Powiedział jeden z członków grupy.

Nawet nie zauważyłem, kto to był, bo schował się za plecami innych osób. To były mocne argumenty, nie mogłem się nie zgodzić. Kiedy tam znaleźliśmy się, ułożyliśmy wiązankę na gronie Znanego Bohatera. Pogoda była piękna, staliśmy i modliliśmy się. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami fotografii i zapytał czy nie chcielibyśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia. Dawno już nie robiłem sobie zdjęcia, właściwie to już nawet zapomniałem jak wyglądam na fotografii.

– Czemu nie? – zapytałem i od razu ustaliłem z fotografem cenę i sposób dostarczenia odbitek. Ustawiliśmy się do wspólnej fotografii. Nie poszło z tym łatwo. Niektórzy kryli się za plecami, inni z kolei rwali się do przodu. Jedna moja znajoma, drobna kobiecina – chyba kieruje jakąś ważną instytucją, bo często widzę ją w telewizji – nie wiedziała, co z sobą zrobić, kazałem więc jej stanąć po mojej prawej stronie.

– Rzecz w tym, panie Namiestniku, że nie mieliście prawa wstępu na cmentarz. Co więcej, nie mieliście maseczek na twarzy ani nie zachowaliście odległości co najmniej dwóch metrów od siebie.

– To mnie pan zaskoczył. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Żeby ktoś wydawał zakaz wstępu na cmentarz! Dobrze, że mi pan to powiedział. Co do odległości, to trudno jest, kiedy człowiek jest rozleniwiony słońcem, oceniać, czy ktoś nie podchodzi zbyt blisko do mnie, albo czy ja nie zbliżam się za bardzo do kogoś.

– A maseczki?

– Muszę zaprotestować. Maseczki mieliśmy na twarzy wszyscy bez wyjątku, tylko nie był tego widać, bo były przezroczyste. Tak właśnie było. 

Odc. 20

Na spotkaniu w gabinecie premiera Chudego pojawili się główni aktorzy sceny politycznej: członkowie jego gabinetu oraz namiestnik Kurdu i prezydent Bubu Lambrekin. Wszyscy byli ubrani w eleganckie garnitury. Tylko Namiestnik wyróżniał się ubiorem. Miał na sobie płaszcz gronostajowy, w lewej ręce trzymał berło, w prawej pejcz wielorzemienny, atrybuty nieograniczonej władzy. Zebrani otaczali go wielkim szacunkiem; był dla nich symbolem najwyższej mądrości i niezwykłej serdeczności. Również naród go szanował. Namiestnik nazywał go hegemonem i jedynowładcą i słał mu drogę pełną cennych obietnic. 

Spotkanie rozpoczął premier. Wyprostował się, zwarł się w sobie i przemówił krótko i zwięźle, jak tylko on to potrafił. 

– Sytuacja w kraju zaostrzyła się. Jest dynamiczna, ale panujemy nad nią. Wirus mniej już szaleje, ponieważ rząd konsekwentnie stosuje wszystkie strategie, aby go ujarzmić. Jesteśmy w tym najlepsi, pierwsi w Europie, a nawet na świecie. Nie jest ważne, ile jest zakażeń i zgonów, ważne jest, co o nich sądzi społeczeństwo, obywatele i obywatelki. Musimy to wykorzystać dla ich dobra.

Słowa premiera zmobilizowały zebranych.

– Dobijmy wirusa statystyką – zaproponował MinZdro. Pokażemy, że epidemię mamy za nic, że nie stoi ona na przeszkodzie otwieraniu szkół, zwiększaniu zatrudnienia i rozwojowi gospodarki. Wszyscy interesują się liczbą codziennych zakażeń, mówią o tym i piszą. Powiedzmy sobie szczerze: im bardziej wstrzemięźliwe są statystyki, tym lepiej naród odbiera rzeczywistość. Dlatego zwalniamy wszystkich z obowiązku noszenia maseczek, dajemy swobodę poruszania się w sklepach, centrach handlowych, na przystankach autobusowych i na boiskach, wszędzie, gdzie ludzie pragną czuć się swobodnie. Będziemy też wykonywać mało testów na zakażenia wirusem. Gdybyśmy robili więcej testów, wpędzilibyśmy społeczeństwo w niepotrzebny stres, przygnębienie, depresję, zaburzenia psychiczne oraz inne nieszczęścia, włącznie z samobójstwami. To nie jest nikomu potrzebne, kiedy ludzie tracą pracę i są zdezorientowani, dokąd to wszystko zmierza.

Po MinZdro głos zabrał Namiestnik. Zaznaczył, że będzie mówić w trybie.

– Towarzysze! Bracia i siostry! Powiem od rzeczy. Znaczy się, powiem o czymś innym. Mamy ważniejsze sprawy niż wirus YZ, którego nikt nawet na oczy nie widział. Zaszły nowe okoliczności. Pojawił się konkurent dla naszego prezydenta Bubu Lambrekina. To bezwstydny typ! Wyskoczył jak Filip z konopi. Mówi, że jest lepszy, określa się nawet jako „lepsza alternatywa”, i twierdzi, że zepchnie naszego prezydenta z piedestału wyborczego. Dlatego musimy się skonsolidować, wzmocnić i pokazać, że to my jesteśmy tą alternatywą! Nie lepszą, ale najlepszą! Proszę o propozycje.

– Proponuję wotum zaufania dla rządu. – Odważnie wystąpił prezydent. Od dawna marzył o tym, aby powiedzieć coś naprawdę mądrego i ważnego, co by poruszyło ludzi do głębi. Czuł w sobie ogień palących inicjatyw. – Będziemy walczyć do upadłego, aby rząd to wotum uzyskał. Mamy większość w parlamencie, ale będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Od dziecka jestem dawcą krwi i wiem co to znaczy. Zna nawet doskonały kawał na ten temat. Chętnie go opowiem. 

– Wotum! Wotum! – hałaśliwie przerwali mu zebrani.

– Pozwólcie, siostry i bracia, że skończę. Nie jest źle! Czuję to w kościach. Ludzie wciąż mówią o mnie „pan prezydent Lambrekin”. Byłoby gorzej, gdyby mówili „prezydent Lambrekin”, a już całkiem źle, gdyby mówili „Lambrekin”. Czułbym się wtedy nago jak kura przed samobójczym skokiem go garnka z wrzącą wodą. Boję się jednak, że to nastąpi. Dziś czarny kot przebiegł mi drogę.

Niepokój prezydenta udzielił się zebranym. Przeszły ich ciarki.

– Nie czas zastanawiać się nad skrótami tytułu, kurą i rosołem. – przerwał Namiestnik. Wracamy na salę obrad po wotum. Tylko pamiętajcie, morda w kubeł i sza!

Idący zwarli szeregi, mimo zagrożenia wirusem.

– Wirus nas nie dotyczy – pomyślał Premier. Miał ważną rolę do spełnienia – wygłosić mowę obrończo-pochwalną na rzecz rządu. Postanowił być obiektywny i mówić o rządzie tylko dobre rzeczy. Przesunął językiem w ustach, aby sprawdzić, czy ma dosyć śliny, po czym ściągnął maseczkę z twarzy i schował do kieszeni.

– Nie będę się kneblować w czasie ważnego przemówienia. To poniżej mojej godności. Wirus mi nie zagrozi. Nie takie rzeczy łykało się w codziennie, kiedy walczyłem w ruchu oporu! – pomyślał delektując się uczuciem ciepła rozlewającego się w dolnej części brzucha. Lubił uczucie podniecenia.

W sprawie wotum premier przemawiał półtorej godziny. Mówił wytrwale, tylko same ciekawe rzeczy. Parlamentarzyści siedzieli urzeczeni głęboką treścią i przemyślną literacko formą jego przemówienia.

Po premierze wystąpiła rzeczniczka opozycji. Ubrana w czarną suknię z jeszcze czarniejszą kokardą demonstrowała pogardę dla rządu. Było to tak wyraziste, tak podłe i perwersyjne, że Namiestnik zebrał ludzi wokół siebie, aby odwrócić się do niej plecami w dowód protestu. Przywódca opozycji powiedział głośno, że postępują niewłaściwe. Wobec dwóch prostackich prowokacji w obozie Namiestnika zawrzało.

– Co ten palant będzie nam mówić o godności? Nam, którzy wynieśliśmy godność na piedestały, którzy popieramy najszlachetniejszego człowieka w wyborach na prezydenta!

Namiestnik poczuł, że musi dać odpór nikczemnym zachowaniom opozycji. Odwrócił się i ryknął:

– Wy, synowie i córki zmurszałego mamuta i dinozaura! Co wy wiecie o godności? 

Wybuchły brawa. Partia stanęła murem za swym wodzem. Namiestnik, prezydent i premier poczuli lekkość w piersiach i szum huzarskich skrzydeł w głowach. Nad salę obrad uniósł się namiestnikowski ptak zwycięstwa w kształcie bociana ze srebrną szablą zamiast dzioba. 

Odc. 21

Czerwiec stanął pod znakiem Wirusa YZ i wyborów prezydenckich. Koniec pierwszej dekady miesiąca okazał się bezlitosny. W całym kraju gwałtowne burze i tornada przeplatały się z żarem pustyni. Szalał wiatr i ciśnienie atmosferyczne skakało szybciej niż piłeczka pingpongowa.

Prezydent Lambrekin, Premier Chudy i Naczelnik Kurdu przeżywali niespokojne sny. Śniły im się hieny, podstępni drapieżcy z potężnymi szczękami mieszczącymi wielkie kły i rzędy szablistych zębów. Mężczyźni siedzieli przy stole przy wielkim torcie, kiedy nagle z ciemności wynurzyły się hieny, aby wyrwać im ciasto. Zdarzyło się to kilka razy w ciągu nocy, napastnicy byli nieustępliwi.

– Im nie zależy na kawałku tortu, oni chcą nam zabrać całość! – krzyknął ostrzegawczo przez sen Prezydent Lambrekin. Dwaj pozostali mężowie stanu zawtórowali mu we śnie okrzykami niepokoju.

Na naradzie w ciągu dnia ustalono, że symboliczne zwierzęta ze snu to nic innego jak konkurenci prezydenta Lambrekina do fotela prezydenta nowej kadencji. Najgorszym z nich był Kardamon, kandydat opozycyjnej koalicji.

– Wyskoczył jak Filip z konopi, bez uzasadnienia i najmniejszego ostrzeżenia. Tacy są najgorsi. Niby taki spokojny, rozważny, powolny, a jeździ autobusem i tramwajem jak zwykły pijak po miastach i wsiach, i nawija, jak to będzie lepiej, kiedy już zostanie głową państwa. Kłamstwa wyborcze leją się z niego jak woda z urwanej rynny.

Kiedy Prezydent Lambrekin wypowiedział ostatnie słowa, poczuł na plecach strumień lodowatej wody, tak wyraźnie, że wstrząsnęły nim dreszcze.

W nocy po dniu, kiedy trzej mężowie odbyli naradę, znowu schwyciły go dreszcze.

– Co ci jest kochanie? Ty drżysz cały! – odezwała się żona prezydenta, niewiasta milcząca jak kamień przydrożny, o którym mówiono, że miałby wiele do powiedzenia, gdyby tylko chciał otworzyć swoje zimne usta.

Pierwsza dama rozmyślała czasem o swoim milczeniu, nie była jednak pewna, czy powinna je przerwać. Nie martwiło jej ono nadmiernie, gdyż robiła to z miłości do męża, który zapewniał jej wikt, opierunek, oferował bajeczne wycieczki do tropików i dawał w upominku szlachetne kamienie. W nocy, tuląc się do niego, szeptała:

– Bubu! Mój ty szejku arabski! Mój krezusie! Gdybyś jeszcze oderwał się od tego starucha, który traktuje cię jak niewolnika!

Prezydent Lambrekin, słysząc ostatnie słowa, pytał zdziwiony:

– O kim ty mówisz, kochanie?

Pani prezydentowa denerwowała się w takich momentach, ponieważ scena powtarzała się kolejny raz. Denerwowała się, gdyż udawał, że nie wie o kogo chodzi.

– Mówię o tym przystojniaku z pióropuszem z trzech piórek siwizny na głowie, tym suflerze teatralnym w ciemnym garniturze, który podpowiada ci, co masz mówić na publicznej scenie, który sprowadza cię do roli pasa transmisyjnego swoich chorobliwych wyobrażeń, jak powinien wyglądać świat.

– A, o tym – odpowiadał spokojnie Prezydent i zapadał w sen. Był już przyzwyczajony do takich oskarżeń.

Pierwsza dama wzdychała wtedy jakby ciężki kamień przytłoczył jej piersi.

Dziesiąty dzień czerwca był wyjątkowy. Prezydent Bubu Lambrekin wystąpił publicznie, aby podpisać ważny dokument. Z tej okazji wygłosił przemówienie zawierające długą listę upojnych obietnic. Słuchający go tłum wpadł w euforię. Dziękowano mu, dyskretnie całowano po rękach i proszono o dodatkowe bezpłatne kiełbaski na grilla dla każdej rodziny o ilości dzieci większej niż siedmioro.

Po ciężkim dniu, mimo iż był to dzień sukcesu, stojąc przed lustrem w wypasionej złotem pałacowej łazience, prezydent Lambrekin poczuł, że robi bokami. Nie rozumiał tego. Dzień był bardzo udany. W prasie nazwano go „Dniem Tysiąca Obietnic” a jego samego okrzyknięto zbawieniem kraju zagrożonego przez epidemię wirusa YZ, bezwstydnych kandydatów opozycji głoszących jawne nieprawdy i skąpych w obietnicach oraz niebezpieczne trendy homoseksualizmu, gender i LGBT zagrażające krajowi.

Prezydent oszacował w lustrze pełnię swej majestatycznej nagości. Wszystko co, zobaczył, to rumiane policzki spęczniałe radosnym uśmiechem. Przyjrzał się sobie dokładniej. Był zadowolony widokiem prężnego ciała. Patrząc w lustro przeglądał w myślach ulubione techniki wystąpień publicznych: przemówienia na ruchliwych skrzyżowaniach kolejowych, wąchanie w sadzie kwitnących jabłoni, cichy spacer nad rzeką, gdzie obiecał zbudować największy w kraju most, opowiadanie kawałów o ludożercach i krwiopijcach oraz całowanie bochenka chleba na dożynkach.

– To odróżnia mnie pozytywnie od moich konkurentów – pomyślał z satysfakcją.

Odc. 22

Wybory prezydenckie uruchomiły nieskończone zasoby dumy, energii i pomysłowości Partii. Najsolidniej pracował prezydent Bubu Lambrekin; niezmordowanie podróżował po kraju wygłaszając płomienne przemówienia. Od czasu do czasu wracał do siedziby Namiestnika, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i naładować baterie energią.

Sprawy postępu w kampanii wyborczej Partia dyskutowała w gronie zaufanych ludzi w atmosferze tolerancji i życzliwego wsparcia.

– Nie będziemy sobie wytykać błędów. Każdemu z nas może się coś nie udać, ale musimy bronić go do upadłego przed oskarżeniami. Opozycja jest agresywna do nieprzytomności. Stale coś wyciąga na światło dzienne. I po co to?– Wyjaśnił Naczelnik na początku. – Ogłaszam zero tolerancji dla żądań o dochodzenia i dymisje!

Następny w kolejce był Prezydent Bubu Lambrekin.

– Bracia i Siostry w Namiestniku Panu! Opracowałem zwycięską technikę kampanijną. Ludzi, naszych zwolenników, zwozimy na wiece wyborcze autobusami. Dajemy im do ręki plakietki antyoszczercze: „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!”. „Im niżej, tym wyżej!”, „Opozycja dno!” i podobne. Następnie wyznaczamy klakierów i uczymy ich nowych okrzyków. Ja przyjeżdżam na przygotowany już grunt. Wchodzę z głową dumnie uniesioną do góry, niech wiedzą, kto tu rządzi, staję wyprostowany i rozglądam się powoli: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. Potem uśmiecham się i opowiadam żart lub kawał. Kiedy tłum jest już rozgrzany, wygłaszam przemówienie.

– O czym? O czym? – wyrwał się MinZdro, odpowiedzialny za bezpieczeństwo epidemiologiczne wieców Prezydenta.

– O wszystkim, co najważniejsze: rodzinie, dzieciach, dobrobycie i wielkich projektach: milionie elektrycznych samochodów, moście, jaki postawię w najszerszym miejscu rzeki, megalotnisku z widokiem z jednej strony na góry a z drugiej na morze, o łajdactwach opozycji, no i o epidemii Elgiebete.

Prezydent westchnął.

– Elgiebete to najtrudniejszy temat. Wielu obywateli nie rozumie, że wirus Elgiebete jest zaraźliwy i że należy walczyć z osobnikami, którzy chodząc po ulicach zarażają wirusem dzieci, aby zostały homoseksualistami i lesbijkami, biseksualistami i transwestytami. Ci ludzie uderzają w rodzinę: zachęcają żony, aby odeszły od mężów i znalazły sobie partnerki, i mężów, aby opuszczali żony i znajdowali sobie partnerów, a potem aby jedne i drugie pary adoptowały dzieci. To jest potworne i zaraźliwe. Obywatele muszą zrozumieć, że nikt nie rodzi się homoseksualistą, tylko zaraża się jego bakcylem. Z trudem powstrzymywałem się, aby nie nazwać tych ludzi pedałami i lesbami.

Prezydent ogarnął wzrokiem zebranych i nadął lekko policzki.

– Na wiecach wyborczych mówię o wszystkim prosto, nie zastanawiając się nadmiernie, co mówię. Jest to naturalny sposób mówienia. Ludzie to kupują. Także krzyczę, aby pobudzić ich wyobraźnię. Po kilkunastu minutach zaczyna im kołować w głowie, przestają myśleć i cieszą się, że im mówię, jak powinni myśleć i postępować. Społeczeństwo potrzebuje przywództwa.

– I o to nam chodzi, towarzyszu prezydencie Lambrekinie – odezwał się Naczelnik. – Wybaczcie, że zwracam się do was per towarzyszu, ale to nasza tradycja. Otóż, naród to naród, ludzie pracowici i prości w myśleniu i odczuciach, i takich ich kochamy. Dlatego dajemy im pieniądze, zasiłki, przywileje, karty, plusy oraz składamy obietnice. Oni to cenią. Reprezentujecie właściwe podejście i macie dobre pomysły, towarzyszu prezydencie, i za to wam dziękuję. Wygramy!

Uczestnicy spotkania poderwali się z foteli, aby skandować: „Wygramy!” „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!” „Precz z czarną opozycją!”. „Precz z Elgiebete!”. Energia wyborcza popłynęła z nową siłą w kierunku Prezydenta Lambrekina.

Odc. 23

Noc przesilenia letniego była tak krótka, że z łatwością zmieściła się między dniami dwudziestego i dwudziestego pierwszego czerwca. Oś obrotu Ziemi wychyliła się maksymalnie w kierunku Słońca; biegun północny Ziemi znalazł się bliżej Słońca niż południowy. Niezwykłe przesilenie było zapowiedzią cudów. Kiedy po północy zakwitł kwiat paproci, ludziom poprzestawiało się w głowach, zmieniali nazwiska, pozycje i orientacje. Prezydent Lambrekin przemianował się na Plenipotenta, Naczelnik kazał nazywać się Prorokiem, premier zmienił się w Kanclerza, Alfero Cantora, właściciel ksywy „Nieszczęsny Włoch”, przemianował się na Skrybę. Obywatele, na wyrost zwani narodem, przyjęli zmiany z ukontentowaniem rozumiejąc, że nie wszystko da się objąć rozumem.

Kilkanaście dni później, rankiem, kiedy ranne wstały zorze, Skrybę ogarnęła niewymowna wena twórcza. Natchnione słowa same pchały mu się do głowy tak intensywnie, że prawie odczuwał ból. Uznał, że nastąpiło to pod wpływem przeżyć z dnia nominacji Plenipotenta, który – po ogłoszeniu wstępnego sondażu popularności – bezbłędnie rozpoznał, że to on jest zwycięzcą plebiscytu na to zaszczytne stanowisko. W sercu rozdźwięczały mu się struny miłości do obywateli, którzy go poparli, oraz czułego wybaczenia wobec tych, którzy byli mu niechętni.

– Kochaj bliźniego swego jak siebie samego – zagrała mu w sercu pozytywka, otrzymana w darze od Hierarchy reprezentującego sferę najwyższej pobożności i wiedzy o sprawach niebieskich.

Plenipotent wygłosił przemowę. Mówił od serca, niezwykle przejmująco. Jego głos wypełnił najpierw gardło, potem ogarnął rodzinę i doradców, potem słuchające go tłumy, następnie miasteczko, powiat, województwo, w końcu cały kraj. Niektórzy świadkowie wydarzenia twierdzili, że cały świat.

– Niosę przesłanie pojednania i miłości – zaczął Plenipotent. – Proszę o wybaczenie, jeśli kogoś nazwałem łajdakiem, śmieciem lub złodziejem. W czasie ważnych nominacji różne słowa padają z ust, nie tylko moich, ponieważ nominacje działają na człowieka jak narkotyk. Czuję się zaszczycony wygraną, tym bardziej, że nikt mi nie pomagał.

Plenipotent przerwał, i zaginając do wewnątrz palce lewej ręki, tej od serca, wyliczał:

– Ani pan kanclerz, ani jego ministrowie, ani marszałkowie, ci z buławą i ci bez buławy, ani też Tuba TV, umiłowana przez naród niezależna instytucja medialna. Pragnę im wszystkim podziękować za neutralność i wstrzemięźliwość. Zachowali się jak ojciec szesnaściorga dzieci, który niezwykłą siłą woli powstrzymał się od spłodzenia kolejnego potomka może nawet dwojaczków lub trojaczków, aby nie powiększać hałasu w żłobkach. Wierzcie mi, nastał czas miłości, bajecznej prosperity i ogólnego szczęścia. Będziecie nadal otrzymywać dary ode mnie i nic za to nie zapłacicie.

Po jego przemówieniu wybuchły takie brawa, że nikt nie słyszał nawet przelatującego nad głowami samolotu odrzutowego. Obywatele rozpływali się w podziękowaniach, gratulowali sobie nawzajem, że żaden naród nie ma tak wspaniałego Plenipotenta.

– Mocnego jak dąb, wrażliwego jak osika i nieskończenie szczodrego – szeptały do siebie dwie matrony siwiutkie jak gołąbki, wznosząc oczy do góry, aby niebu złożyć podziękę.

Na zakończenie Plenipotent zwrócił się do swego największego rywala.

– Zapraszam cię serdecznie, drogi druhu, do mego pałacu plenipotenckiego, abyś mógł łatwiej pogodzić się ze swą porażką przy piwie i precelkach. O północy moja kuchnia jest wprawdzie nieczynna, ale przyjmę cię z całą serdecznością, a nawet oprowadzę po pałacu i pokażę klatkę, gdzie trzymam chomiki, które jutro wypuszczę na wolność z okazji mego zwycięstwa.

Odc. 24

Po przemówieniu Plenipotenta głos zabrała jego małżonka, kobieta niewymownej urody i dostojeństwa. Ubrana była w długie kolorowe sari, spływające jedwabiście po smukłej sylwetce. Powszechnie uważano, że Pierwsza Dama jest wielką samotniczką i nie mówi od dziecka. Kiedy przemówiła, ludzie uznali to za cud i zamarli z wrażenia. Zapadła taka cisza, że słychać było komara, który wydawał się huczeć w przelocie jak młockarnia walcząca z tysiącem snopków. Prawda okazała się inna niż wszyscy sądzili.

– Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż, został Plenipotentem po raz pierwszy, a potem zobaczyłam na własne oczy, jak wspaniale pełni swoje obowiązki i jakim cieszy się poważaniem, w tym momencie wzruszenie odebrało mi mowę, i nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Udałam się niezwłocznie do laryngologa, potem do otolaryngologa, ale to nic nie pomogło. Pan Plenipotent, mój kochający mnie aż do szaleństwa mąż, sprowadzał mi najlepszych specjalistów zza granicy, ze Szwajcarii i innych krajów, dysponujących doskonałą aparaturą i fantastycznym aparatem pojęciowym z zakresu laryngologii i otolaryngologii. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc. Dopiero dzisiaj, kiedy znowu zaznałam szoku radości, że mój mąż po raz drugi został wybrany – z niezwykłą łatwością i lekkością stylu, typową dla wszystkich jego przedsięwzięć – na kolejną rundę plenipotencji, odzyskałam władzę nad językiem. Od dzisiaj, obiecałam to sobie solennie, będę już mówić regularnie, przemawiać, przekonywać, zachęcać, pomagać naszemu narodowi, choć praktycznie nie ma tu już nic do zrobienia, ponieważ pan Kanclerz i jego rząd pod światłym kierownictwem mego męża, którego ja również kocham do szaleństwa, zrobili już wszystko, przez co obywatele, jak kraj długi i szeroki są szczęśliwi.

Po pierwszej damie wystąpił prawdopodobnie synek pana Plenipotenta, bo był podobny do niego i Pierwszej Damy jak trzecia kropla wody. Chłopczyk mówił o miłości, uwielbieniu i wzajemnej pomocy posługując się słowami ze słownika wyrazów obcych, Biblii oraz międzynarodowego języka młodzieżowego, zwanego niesłusznie slangiem lub żargonem. Był rezolutny, nazywał pana Plenipotenta „my dear daddy” i podkreślił chyba ze trzy razy, że pan Plenipotent łączy a nie dzieli. Posługiwanie się językami obcymi przychodziło chłopcu w sposób naturalny, ponieważ studiował za granicą.

– Studiuję za granicą nie dlatego, że tam jest lepiej czy mądrzej, ale dlatego, że tak jest taniej. Bo my dear daddy dba o pieniądze, nie szasta nimi i dlatego zatrudnia w swoim gabinecie tylko pięćset osób, choć inny plenipotent zatrudniłby tysiąc a może nawet i dwa tysiące urzędników.

Po dziecku głos zabrał jeszcze raz pan Plenipotent.

– Mam w sobie milion miłości, całą kopalnię tego szlachetnego uczucia, i gotów jestem przytulić do siebie każdego człowieka, nawet osobę Elgiebete. Objąć homoseksualistę czy lesbijkę to dla mnie małe piwo. Przychodzi mi to łatwiej niż mojemu konkurentowi splunąć, choć to brzydkie zachowanie, on jednak to robi. My wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę, ludzie, zwierzęta, ptaki, owady, a nawet gady i płazy, bo one też czują, i to jest idea, którą ja usilnie promuję dla ratowania środowiska naturalnego i klimatu przed zagładą. Ponadto my jako społeczeństwo jesteśmy szlachetniejsi, bardziej patriotyczni i głębiej wierzymy w pana Boga niż oni, tam na Zachodzie. I to jest przesłanie, które każdy z nas niesie ze sobą w sercu, bez względu na to czy jedzie rowerem na wakacje czy też krząta się po kuchni. I żaden wirus, pandemia ani nasi oponenci polityczni tego nie zmienią.

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył ważniejsze elementy swego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy nad domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. W ogóle tego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę, tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego, co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo-krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie, że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś musiał jej w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares

Natręt. Opowiadanie kryminalne.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Gabriel Garcia Marquez – refleksje pisarskie.

Gabriel Garcia Marquez to Kolumbijczyk. W Kolumbii pracowałem i mieszkałem cztery lata. Niezwykle malowniczy kraj. Zachwyciły mnie ich pomniki. Przedstawiam kilka z nich. Z pokazanych widziałem dwa: Batalla del Pantano de Vargas oraz Monumento a Simon Bolivar. Nadzwyczajne. Nie widziałem piękniejszych, bardziej imponujących pomników w życiu. 

*****

Od kilku dni przez wiele godzin dziennie poprawiam i piszę jedno opowiadanie, starając się, aby jak najszybciej umieścić je w mojej bibliotece online. Pchając ten syzyfowy głaz, chciałbym podzielić się refleksjami genialnego pisarza Gabriela Garcii Marqueza na temat pisania opowiadań. Są to fragmenty prologu jego książki „Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Prolog zaczyna się od pytań: „Dlaczego dwanaście, dlaczego opowiadań, dlaczego tułaczych”. Cytuję:

Odc. 1

Dwanaście umieszczonych w tej książce opowiadań zostało napisanych w ciągu ostatnich osiemnastu lat. Zanim uzyskały swój obecny kształt, pięć z nich było dziennikarskimi felietonami i scenariuszami filmowymi, a jedno telewizyjnym serialem. Inne z kolei opowiedziałem piętnaście lat temu w trakcie nagrywanego wywiadu; przyjaciel, który ich wysłuchał, spisał całą historię i opublikował, a teraz ja napisałem ją na nowo, za punkt wyjścia biorąc ową wcześniejszą wersję. Było to dziwne doświadczenie twórcze, warte wyjaśnienia choćby po to, żeby dzieci, które chcą zostać pisarzami, już teraz dowiedziały się, jak zaborczy i wyniszczający jest nałóg pisania.

Odc. 2

Pierwszy pomysł nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych w wyniku proroczego snu, jaki miałem po pięcioletnim pobycie w Barcelonie. Śniło mi się, że jestem na własnym pogrzebie i idę w gronie przyjaciół ubranych w ciężką żałobę, ale w radosnych nastrojach. Wyglądaliśmy na uszczęśliwionych tym spotkaniem. A szczególnie ja, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja własna śmierć stała się wspaniałą okazją do spotkania latynoamerykańskich przyjaciół, tych od dawien dawna, tych najbliższych sercu, tych, których nie widziałem już od wieków. Pod koniec uroczystości, kiedy zaczęli już odchodzić, też chciałem pójść z nimi, ale jeden z przyjaciół dał mi do zrozumienia, kategorycznie i nieodwołalnie, że dla mnie zabawa już się skończyła. „Jesteś jedynym, który nie może stąd odejść”, powiedział. Dopiero wtedy zrozumiałem, że umrzeć to znaczy już nigdy więcej nie spotkać przyjaciół.

Odc. 3

Nie wiem, dlaczego odczytałem ów pouczający sen jako uświadomienie sobie własnej tożsamości i pomyślałem, że jest to dobry punkt wyjścia, aby napisać o dziwnych przypadkach, jakie spotykają Latynosów w Europie. Było to pokrzepiające odkrycie, nieco wcześniej ukończyłem bowiem „Jesień patriarchy”, moją najtrudniejszą i najbardziej karkołomną pracę, i nie bardzo widziałem co dalej.

Przez mniej więcej dwa lata notowałem wszystkie tematy, które przychodziły mi do głowy, nie zastanawiając się, co z nimi pocznę. A że owego wieczoru, kiedy zdecydowałem się zapisywać nasuwające mi się pomysły, nie miałem pod ręką żadnego notesu, moi synowi pożyczyli mi zwykły zeszyt. Podczas naszych kolejnych i dość licznych podróży sami go przewozili w tornistrze, obawiając się, że ja mogę ów zeszyt zapodziać. Zanotowałem sześćdziesiąt cztery tematy, i to z taką wielością szczegółów, że tylko siadać i pisać.

Odc. 4 

Już w Meksyku, po moim powrocie z Barcelony w roku 1974, stało się dla mnie jasne, że przyszła książka nie powinna być powieścią, jak początkowo zakładałem, ale zbiorem opowiadań opartych na dziennikarskich faktach, dzięki fortelom poezji ocalonym od rychłej śmierci. Do tamtej pory napisałem trzy zbiory opowiadań. Żaden z nich nie powstał jako spójna, z góry przemyślana całość. Każde opowiadanie było dziełem tyleż autonomicznym, co i przypadkowym. Zamiar napisania sześćdziesięciu czterech opowiadań jednym ciągiem, tak by zachować wewnętrzną jednolitość tonacji i stylu, które w pamięci Czytelnika uczyniłyby z nich nierozdzielną całość, zapowiadał więc fascynującą przygodę.

 

Monumento de la Batalla del Pantano de Vargas

Santuario de Las Lajas, Ipiales

Odc. 5 

Pierwsze dwa – „Ślad twojej krwi na śniegu” i „Szczęśliwe lato pani Forbes” – napisałem w 1976 roku i natychmiast opublikowałem w dodatkach literackich wielu czasopism różnych krajów. Pisałem codziennie, bez chwili spoczynku, ale w połowie trzeciego opowiadania, właśnie tego o moim pogrzebie, poczułem, że ogarnia mnie zmęczenie znacznie większe niż przy pisaniu powieści. To samo przydarzyło mi się przy czwartym opowiadaniu. Do tego stopnia, że zabrakło mi sił i odwagi, żeby któreś z nich dokończyć. Teraz już wiem dlaczego: wysiłek przy pisaniu krótkiego opowiadania jest równie intensywny jak przy rozpoczynaniu powieści.

W pierwszym akapicie powieści należy bowiem określić wszystko: jej strukturę, ton, styl, rytm, długość, czasem nawet charakter jednej z postaci. Reszta jest już radością pisania. Najintymniejszą i przeżywaną w niewyobrażalnej samotności, i jeśli człowiek nie spędza areszty życia na poprawianiu książki, to tylko dlatego, że hart ducha potrzebny do jej rozpoczęcia jest niezbędny również do jej zakończenia.

Odc. 6

Opowiadanie nie ma za to ani początku, ani końca: albo załapie i zacznie się kleić, albo nie załapie i nie zacznie się kleić. A jeśli nie, to z mojego doświadczenia i z doświadczenia innych wynika, że w większości przypadków najlepiej jest zacząć wszystko od nowa albo wyrzucić do kosza. Ktoś, nie pamiętam już kto, znakomicie to wyraził w pokrzepiającym zdaniu: „Dobrego pisarza poznaje się bardziej po tym, co drze na strzępy, niż po tym co drukuje”. Nie podarłem co prawda, brudnopisów i notatek, ale uczyniłem coś znacznie gorszego: puściłem je w niepamięć.

Pamiętam, że jeszcze w Meksyku zeszyt jak nieszczęsny rozbitek pośród sztormu papierzysk dryfował po moim biurku do roku 1978. Pewnego dnia, szukając czegoś zupełnie innego, uprzytomniłem sobie, że od pewnego czasu nie widziałem go. Nie przejąłem się tym. A kiedy się przekonałem, że rzeczywiście go nie ma, ogarnęła mnie panika. W całym domu nie uchował się kąt, którego byśmy dokładnie nie przeszukali. Odsunęliśmy wszystkie meble, rozmontowaliśmy regały, aby upewnić się, że zeszyt nie spadł za książki, poddaliśmy również służbę i przyjaciół niewybaczalnym przesłuchaniom. Kamień w wodę.

Poniżej, moje własne zdjęcia z Kolumbii z lat 1978 – 1982

Odc. 7

Jedynym możliwym – a nawet wysoce prawdopodobnym – wyjaśnieniem było to, że podczas jednej z licznych i wielokrotnie przeze mnie dokonywanych akcji likwidowania nadmiaru papierów zeszyt wylądował w koszu.

Byłem zaskoczony własną reakcją: tematy, o których przez cztery niemal lata w ogóle nie pamiętałem, stały się dla mnie sprawą honoru. Próbując je odzyskać za wszelką cenę, z nie mniejszym niż ich pierwsze spisanie mozołem zdołałem zrekonstruować zapis trzydziestu. A że sam trud przypominania ich sobie stworzył mi okazję do zrobienia czystki, bezlitośnie wyeliminowałem te, które wydawały mi się nie do uratowania, i w rezultacie pozostało ich osiemnaście. Tym razem solennie postanowiłem, że napiszę je wszystkie od razu, jedno po drugim, ale szybko zrozumiałem, że straciłem do nich serce. A jednak, wbrew temu, co sam zawsze radziłem początkującym pisarzom, nie wyrzuciłem ich do kosza, ale ponownie włączyłem do archiwum. Tak na wszelki wypadek.

Odc. 8

Gdy w 1979 roku zacząłem „Kronikę Zapowiedzianej śmierci”, stwierdziłem, że w przerwach między dwiema książkami tracę nawyk pisania i z coraz większą trudnością przychodzi mi rozpoczynanie od nowa.

Stąd też od października 1980 roku do marca 1984 roku narzuciłem sobie obowiązek pisania cotygodniowych felietonów do dzienników kilku krajów: i dla dyscypliny, i żeby mi ręka nie wyszła z wprawy. Pomyślałem wówczas, że mój konflikt z zeszytowymi zapiskami wynikał z nierozwiązanego ciągle problemu wyboru gatunku literackiego i że – w gruncie rzeczy – nie powinny to być opowiadania, tylko felietony. Tyle, że po opublikowaniu pięciu felietonów opartych na pomysłach z zeszytu znowu zmieniłem zdanie: nadawały się bardziej na scenariusze filmowe. W ten sposób powstało pięć filmów i serial telewizyjny.

Nie byłem jednak w stanie przewidzieć, że praca felietonisty i scenarzysty odmieni część moich pomysłów na opowiadania do tego stopnia, że nadawszy im wreszcie kształt ostateczny, będę musiał iście po aptekarsku oddzielać moje własne pomysły od sugestii poddawanych mi przez reżyserów podczas przygotowywania scenariuszy. Jednoczesna współpraca z pięcioma różnymi twórcami podsunęła mi zarazem myśl o zmianie metody pisania opowiadań: zaczynałem któreś z nich, kiedy miałem czas, zostawiałem, kiedy czułem się zmęczony albo gdy pojawiał się jakiś nieprzewidziany projekt, następnie zaś zaczynałem inne.

Ogród w posiadłości przyjaciół, Marty i Andrzeja Staniszewskich, koło Bogoty. Zdjęcie własne.

Odc. 9

Po roku z okładem sześć z osiemnastu tematów trafiło do kosza, w tym również ten o moim pogrzebie, nigdy bowiem nie udało mi się zadowalająco odtworzyć owej pysznej zabawy, która mi się przyśniła. Za to pozostałe opowiadania zdawały się odzyskiwać oddech zwiastujący długie życie.

To właśnie dwanaście opowiadań z tej książki. We wrześniu ubiegłego roku były już gotowe do druku po kolejnych dwóch latach dość nieregularnej pracy. I w ten sposób nastąpiłby kres ich ustawicznej tułaczki z biurka do kosza i z powrotem, gdyby w ostatniej chwili nie opadła mnie jeszcze jedna, ostateczna, wątpliwość. Zważywszy, że opowiadania dzieją się w różnych miastach europejskich, które opisywałem takimi, jakimi zachowały się w mej pamięci, i przebywając od nich z dala, zapragnąłem sprawdzić, na ile zawodna była moja pamięć po niemal dwudziestu latach, i wybrałem się na błyskawiczny rekonesans do Barcelony, Genewy, Rzymu i Paryża.

Żadne z tych miast nie miało już nic wspólnego z moimi wspomnieniami. Wszystkie, jak cała obecna Europa, były rozmyte przez zaskakujące odwrócenie porządku rzeczy: prawdziwe wspomnienia wydawały mi się urojeniami pamięci, podczas gdy te zafałszowane były tak przekonujące, iż zastąpiły rzeczywistość. Nie byłem więc w stanie oddzielić rozczarowania od nostalgii. To było ostateczne rozwiązanie.

Odc. 10 (przedostatni)

Wreszcie znalazłem coś, czego mi najbardziej brakowało do zakończenia książki, a czego dostarczyć mi mogły jedynie upływające lata: perspektywę w czasie.

Po powrocie z owej szczęśliwej podróży znowu siadłem do pisania opowiadań, redagując je wszystkie od nowa w ciągu ośmiu gorączkowych miesięcy, podczas których nie musiałem zadawać sobie pytania, gdzie kończy się życie a zaczyna wyobraźnia, bo wspomagało mnie przypuszczenie, że być może nigdy nie miało miejsca nic z tego, co przeżyłem w Europie dwadzieścia lat wcześniej. Pisanie nabrało takiej płynności, iż czasami czułem, że piszę li tylko dla samej frajdy opowiadania, co jest dla człowieka stanem najbliższym lewitacji. Poza tym, pracując nad wszystkimi równocześnie, przeskakując swobodnie od jednego do drugiego, zdołałem przyjrzeć im się z odpowiedniego dystansu, co uratowało mnie od męczenia kolejnych początków i pomogło wyłowić wynikające z lenistwa powtórzenia i zabójcze sprzeczności. Sądzę, że w ten sposób osiągnąłem efekt najbliższy zbiorowi opowiadań, jaki zawsze chciałem napisać.

 

To zdjęcie pochodzi prawdopodobnie z Popayan, miasta, które zostało kilka lat później zdewastowane przez straszne trzęsienie ziemi.

Kolumbia, dwa zdjęcia własne z lat 1978 – 1982..

Odc. 11 (ostatni)

Oto on, gotów do podania na stół po tak długiej tułaczce w tę i z powrotem i walce na śmierć i życie z przewrotną niepewnością usterek. Wszystkie opowiadania, poza pierwszymi dwoma, zostały ukończone w tym samym czasie i każde z nich opatrzone jest datą jego rozpoczęcia. Porządek przyjęty w tym wydaniu odpowiada kolejności, w jakiej zapisywane były w zeszycie.

Zawsze sądziłem, że każda następna wersja opowiadania jest lepsza od poprzedniej. A skąd wiadomo, która powinna być ostatnia? To sekret zawodu, który nie rządzi się prawami rozumu, lecz magią instynktów, tak samo jak kucharka wie, kiedy zupa już jest gotowa. W każdym razie, żeby uniknąć wątpliwości, nie będę tych opowiadań ponownie czytał, tak jak nigdy nie przeczytałem po wydaniu, ze strachu przed wyrzutami sumienia, żadnej z moich książek. Kto je przeczyta, będzie wiedział, co z nimi zrobić. Na szczęście trafienie do kosza może być dla tych dwunastu tubylczych opowiadań ukojeniem, jakie daje szczęśliwy powrót do domu.
                                                                       Gabriel García Márquez 
Cartagena de Indias, kwiecień, 1992

Gabriel García Márquez: Nagroda Nobla w dziedzinie literatury w roku 1982. 

 

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

Izydor Czyżyk był postacią kontrowersyjną nawet dla siebie samego, włącznie z pogmatwaną historią swego życia. Chyba zdawał sobie sprawę, że jest w nim coś dziwnego, skoro napisał w pamiętniku: „Jestem przedstawicielem szalonego pokolenia szybkich technologii, smartfonu, cukrzyków, rosnącej zamożności a wraz z nią otyłości, depresji i samotności. Mam mało przyjaciół. Niewielu ludzi mnie rozumie. Żyję sam i wymyślam sobie rzeczywistość. Moje rodzeństwo to wyobraźnia, fantazja i urojenia. Wymyśliłem sobie na przykład Święto Chudego Ptaka. Ptaki rzadko bywają chude, a ten jest chudy. Ale wszystkie latają. I tego im zazdroszczę. Też chciałbym latać, być wolną istotą”.

*****

O godzinie siódmej piętnaście rano powietrze było tak przezroczyste, że Izydor widział ze swojego okna stary Mercedes w trzykrotnym powiększeniu. Zawsze stał on w odległości dwudziestu jeden metrów, teraz widoczny był w odległości nie większej niż siedem metrów. Może nawet bliżej. Kiedy Izydor wyciągnął rękę, miał wrażenie, że dotyka klamki.

– Fajne autko – krzyknął do żony zanim sobie przypomniał, że od czasu rozwodu jest znów samotnym, starym kawalerem. Rozwiódł się wtedy, kiedy stracił słuch i głos. To, co wydawało mu się krzykiem, było tylko milczącym otwieraniem ust. Obejrzał siebie kiedyś w lustrze; wyglądał jak karp wyjęty z wody bezradnie chwytający powietrze. Niepełnosprawność nie przeszkadzała mu w życiu, pod warunkiem, że nie pamiętał o niej. Kiedy ją sobie przypominał, zamykał się w sobie, tracił kontakt z otoczeniem. Myślał wtedy, że to dlatego, że jest uparty.

*****

O godzinie ósmej rano radio podało, że miasto we władanie wzięła cisza. Był to wynik rozejmu zawartego o północy między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu, którzy za wynagrodzeniem zgodzili się powstrzymywać przez czas nieokreślony od wytwarzania szumu, warkotu, jazgotu i podobnych dźwięków.

Sprawa była poważna. W kraju było coraz więcej osób głuchych, zastraszająco szybko rósł też odsetek ludzi z częściową głuchotą i niedosłuchem. Był im trudno funkcjonować w społeczeństwie. Pasjonaci Ciszy – także w ich imieniu – od wielu już lat darli koty z Producentami Hałasu; konflikt narastał. Obydwie strony gromadziły siły do ostatecznej rozgrywki, przekonani, że spór musi w końcu znaleźć jakieś rozwiązanie.

Izydor ucieszył się wiadomością o rozejmie, ponieważ lubił ciszę, zanim ogłuchł.

– Mam co najmniej siedem dni na powrót słuchu. Tylko w ciszy jest to możliwe. Co do powrotu do mówienia, to powinno być jakieś porozumienie między mówiącymi a niemowami. To ułatwiłoby powrót do zdrowia ludziom takim jak ja. Nie musiałbym kupować słuchawek do uszu ani tuby do nagłaśniania się w miejscach publicznych. Izydor ucieszył się, że wprawdzie jest głuchoniemy, ale potrafi doskonale myśleć.

Umocniwszy się w przekonaniu, że ma szansę wrócić do siebie odzyskując brakujące zmysły, usłyszał na korytarzu za drzwiami ledwo wyczuwalne szczekanie psa. Jego głos był tak cichy jakby zwierzę siedziało opakowane w wacie. Normalnie pies sąsiada, potężny doberman z odnowionym operacyjnie węchem, wydawał z siebie dźwięki masywne jak dudnienie średniego dzwonu na wieży kościelnej budowanej dla umocnienia wiary w pięć zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, węchu i dotyku.

Przyglądając się budowie wieży, Izydor wymyślił jeszcze pięć dodatkowych zmysłów: noncepcji czyli odczuwania bólu, zmysł temperatury, zmysł równowagi, propriocepcji czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz percepcji czasu. Pomysłów nie zgłaszał do opatentowania tylko dlatego, że mu powiedziano, że musiałby przedstawić modele tych zmysłów oraz wyliczenia matematyczne potwierdzające ich działanie.

Wracając z obserwacji wieży, uważanej za świętą z racji przynależności do kościoła, Izydor poczuł, że odzyskał mowę. Uznał to za cud. Poruszył kilka razy językiem i rzeczywiście, układał on się w ustach zupełnie inaczej niż u niemowy. Idąc zatłoczoną ulicą nie wypadało mu wykonywać testów potwierdzających fakt odzyskania mowy. Jak tylko wrócił do domu, od razu wykonał eksperyment: otworzył szeroko okno i z całych sił krzyknął. Zdumiał się, bo nie usłyszał nawet echa; tylko cisza dzwoniła mu w uchu młoteczkiem Eustachiusza, który uruchomił się automatycznie. Odzyskanie mowy okazało się złudzeniem.

Izydor postanowił wykonać jeszcze jeden eksperyment. Wyjął młotek z walizki z narzędziami, otworzył okno i z wysokości trzeciego piętra, gdzie mieszkał, zrzucił go na bruk. Po chwili usłyszał dźwięk przypominający piórko opadające na korkową podłogę, czyli praktycznie nic. To go dodatkowo zdezorientowało, ponieważ nie wiedział czy brak odgłosu uderzenia młotka o bruk było efektem jego własnej głuchoty, czy też dziwnym efektem głębokiej ciszy panującej od tygodnia.

Istnienie niekończącej się ciszy szokowało ludzi; dostrzegali to i odczuwali, nie mogąc wyjść z podziwu, co się dzieje. Izydor ze względu na swoją głuchotę nie zawsze był pewny, czy to co czuje i słyszy wokoło, to rzeczywiście świat ciszy, czy tez jego wyobrażenie ciszy puste jak orzech wygryziony przez robaki.

*****

Zamierzając wyjść z domu, Izydor spojrzał w lustro. Wydał się sobie młodszy co najmniej o sześć lat. Ustalił to ponad wszelką wątpliwość, przypominając sobie czuprynę jaką miał na głowie sześć lat wcześniej. Dla pewności odszukał zdjęcie wykonane w tamtym czasie i porównał z wizerunkiem w lustrze. Wszystko się zgadzało. Oglądanie zdjęć i czupryny zajęło mu trochę czasu. Spojrzał na zegarek i zdziwił się: wskazówka godzinna poruszał się wolniej niż zawsze. Takie miał wrażenie. Znowu skojarzył to sobie z ciszą.

*****

Następnego dnia, siedząc przy śniadaniu z rodziną, zastanawiał się, co oznaczają zmiany. Najmłodsza latorośl, dorobek córki Izydora oraz jej rudego adoratora, chłopczyk skąpy w mowie i tak wolny w myśleniu, że drzwi odmawiały mu otwarcia się, bo stojąc przed nimi nie był w stanie zdecydować się, czy w ogóle wyjdzie, zauważył rezolutnie:

– Te wszystkie zmiany są super.

Krótkie logiczne zdanie i wyraźny głos dziecka były dla rodziny objawieniem. Wszyscy popatrzyli na niego w zdumieniu.

– Sam to wymyśliłem. Nie ma co się dziwić, ta cisza też mnie zmieniła. Rezygnuję ze ssania palca, już mi się to znudziło.

Kiedy zauważył, że nikt mu nie wierzy, podszedł do drzwi balkonowych, otworzył je i udawał, że wyrzuca palec za okno. Chwilę czekał na odgłos upadku, ale nic takiego nie nastąpiło. Na zewnątrz panowała głucha cisza. Matka wytłumaczyła mu, że palec jest zbyt mały i miękki, aby wywołać jakikolwiek dźwięk.

Odc. 2

Popołudniowe wydanie „Gazety Wieczornej” ukazało się z trzygodzinnym opóźnieniem. Nikogo to nie zdziwiło bo czas był niezwykły. Gazeta przedstawiła kilka teorii wyjaśniających istnienie niezwykłej ciszy. Ksiądz kanonik – mówiono o nim, że kilka razy słyszał głos z nieba – argumentował z przekonaniem, że Bóg przypomniał sobie, że ma pod opieką całą ludzkość i zwierzęta i powrócił na ziemię dewastowaną przez zarazę hałasu.

– Mieszka teraz u mnie na plebanii. Na początku myślałem, że to mój kolega ze szkoły podstawowej. Poznałem go po rudej czuprynie. Ale jak mi pokazał legitymację, wiedziałem już na bank, że to Najwyższy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. – Bóg powiedział mi też, co sądzi o hałasie. Był szczery aż do bólu.

– Jeszcze wczoraj gotów byłbym dokopać ludzkości za brak dbałości o porządek na ziemi, zanieczyszczenie lądów i oceanów plastikiem, jedzenie wyrzucane na śmietnik, hałas sprzeczny z zasadami przyrody, i inne świństwa, ale już tego nie zrobię. Wyłączyłem się i jestem szczęśliwy. Alleluja!

– To „Alleluja” mnie przekonało – kontynuował ksiądz kanonik. – Potem znowu popadłem w zwątpienie, kiedy mi powiedział:

– Daj mi wreszcie coś zjeść, bo jestem głodny jak wilk.

– Jego język mnie zdezorientował – zauważył kanonik. – Sam rzadko posługuję się takimi określeniami. Kiedy mu powiedziałem o porozumieniu Pasjonatów Ciszy i Producentów Hałasu, ucieszył się.

– Wreszcie poszliście po rozum do głowy. Potrzeba było wam na to kilka tysięcy lat cywilizacji, głuchoty i przytępionego słuchu milionów ludzi.

*****

W nocy Czyżykowi śnił się ogród. Udał się tam razem z wnuczkiem. Przeżyli tam przygodę. W ogrodzie panowała cisza, ale można było wyczuć niepokój. Po prostu wisiał w powietrzu. Źródłem niepokoju był symboliczny Hałas, dotknięty porozumieniem między Pasjonatami Ciszy i Producentami Hałasu.

– To tylko cisza przed burzą, którą wam zgotuję, jak tylko przestanie obowiązywać ta beznadziejna umowa między Producentami Hałasu i Pasjonatami Ciszy – Hałas zacisnął wielkie łapska, służące mu do ściskania brzucha w celu wydobycia z siebie dźwięków.

*****

W mieście nie było dobrze. Kolejarze mieli poważne problemy. Mimo, że obowiązywała powszechna cisza, pociągi jak dawniej łomotały na złączach szyn, zwłaszcza kiedy przejeżdżały po żelaznym moście. Obsługa pociągu osobowego numer 18 odjeżdżającego ze stacji Tajna na wschód postanowiła zmienić to raz na zawsze. Ustawili się na peronie w rzędzie i kolejno podchodzili do pociągu, aby smarować koła towotem. Co godzinę testowano, czy pociąg jeździ już cicho. Do połowy dnia nie zanotowano żadnych efektów.

Kolejarze nie załamywali się. Dodawali smaru do oliwiarek i kontynuowali pracę, zdecydowani zmiękczyć koła w ich żelaznym uporze. Po ośmiu godzinach wysiłku udało im się osiągnąć postęp. Koła zmiękły do tego stopnia, że nawet przy większej szybkości pociągu słychać było tylko szum wiatru.

Była to informacja jaka ukazała się następnego dnia, oczywiście nieprawdziwa. Kilka dni później wyszło na jaw, że na koła nałożono obręcze wykonane z materiału używanego do produkcji poszycia statków kosmicznych, odpornego na uderzanie, ścieranie i wysokie temperatury. Dostawę sfinansowała firma Cosmic Materials Inc., kiedy zorientowała się, że na świecie jest taka liczba pociągów, że na dostawach dla kolei zarobi tysiąc razy więcej niż zaopatrując kilka wielkich firm budujących statki kosmiczne. Potrzebę stosowania nowych rozwiązań dyktowały oczywiście warunki umowy zawartej między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu.

Problemem pozostał żelazny most. Kiedy koła nie wydawały już z siebie nieprzyjemnych dźwięków, on nadal huczał i to niezależnie od tego, co nim przejeżdżało: pociąg pancerny, lokomotywa i wagon z pieluchami dla niemowlaków, drezyna na drewnianych kołach wypełniona aseptycznymi maseczkami, czy też rowerzystka na specjalnym trójkołowcu z dwoma koszami grzybów z pobliskiego lasu.

– To wszystko jest bez sensu – pomyślał Izydor Czyżyk i udał się do kuchni, aby zrobić sobie drugą kawę. Tym razem wsypał do kawiarki sześć łyżeczek kawy. Jeszcze przed zapadnięciem ciszy ustalił drogą eksperymentów, że kawa wprawdzie nie poprawi mu słuchu ani mowy, ale nastraja go optymistycznie. Bardzo tego potrzebował, zwłaszcza kiedy świat jawił się mu niezrozumiały i okrutny. Złe myśli sprowadzały go wtedy na manowce, czarne i cuchnące grzechem bagna rozważań o zboczeniach, morderstwach i podpaleniach. W chwilach rozpaczy myślał nawet, czy by nie zostać idiotą, aby zachować stoicki spokój wobec niepokojących spraw tego świata, zwłaszcza zabójczego wirusa.

– Psychiczny upadek na głowę uchroniłby mnie przed myśleniem o samobójstwie.

Przez chwilę Izydor koncentrował uwagę na czworokącie „mocna kawa – okrutny świat – błogosławiony idiotyzm – niepotrzebne samobójstwo”, po czym wyszedł na balkon, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się nowego.

Zdziwił się. Obok balkonu, na wyciągnięcie ręki, unosił się w powietrzu ptak. Trzepotał skrzydełkami jak koliber i w ogóle nie bał się człowieka. Był niebieskiego koloru jak electric sparrow w Australii. Tylko w ogonku miał kilka kolorowych dłuższych piórek, wyglądały jak doczepiona kitka. Izydor przyjrzał mu się i zauważył, że ptak macha skrzydełkami mechanicznie tylko w jedną stronę, jak helikopter śmigłem. Przyjrzał mu się jeszcze dokładniej. Była to zabawka, idealnie wykonana, pozorująca żywego ptaka, kolorowego i błyszczącego. Kiedy zastanawiał się, skąd tam się wzięła, na boczny balkon wyszedł sąsiad Izydora. Na imię miał Zdzisław, na nazwisko Hrabąszcz, przez samo H. Uważał, nie bez powodu, że to czyni go wyjątkowym. Okazało się, że koliber był podarunkiem od niego.

– Od dawna pragnąłem, Izydorze, zrobić panu przyjemność, czymś zaimponować, oderwać od smutnej rzeczywistości, która nas wszystkich gnębi. Miała to być niespodzianka i chyba mi się udało. Nabytku dokonałem na jarmarku w Radnicy, miejscowości, gdzie jest źródło uzdrawiającej świętej wody oraz dom wariatów przez nielicznych nazywany Zakładem Opieki Psychiatrycznej.

Mężczyźni wdali się w dyskusję.

– Nie wiem dlaczego ludzie nie wybierają prostszych nazw, bardziej przystających do rzeczywistości – stwierdził sąsiad. – Prawdopodobnie chodzi o tak zwaną polityczną poprawność. Nie rozumiem tego, ponieważ nie udało mi się dostrzec u żadnego zdrowego psychicznie człowieka zainteresowania polityką. O samym zawodzie polityka, posła i wysokich urzędników państwowych, osób politycznych z natury, nie wypowiadam się, ale wydają mi się podejrzani. Czy wie pan, drogi Izydorze, że jeden z nich chodzi regularnie na cmentarz. Mówi, że tam nachodzą go najciekawsze i najwartościowsze myśli. Wiem, jest to fakt niezbity, gotów jestem określić to dosadniej, a nawet pójść o zakład, że niektórzy politycy byli leczeni, będą leczeni lub po prostu wymagają leczenia w Radnicy. Zwiedzałem to miejsce. Mnie osobiście tam się nie podoba. Ściany Domu Pogodnego Nastroju są zjadliwie żółte, ten kolor źle mi się kojarzy, bo z żółtaczką. Nigdy nie kupiłbym kanarka w tym kolorze.

Dwie godziny później sprzed balkonu odleciał ptak. Wtedy zjawił się motyl. Było to dla Izydora zrozumiałe. Ptak był zagrożeniem dla motyla, choć ten był wielki jak piłka futbolowa. Izydor wyjaśnił to sąsiadowi, czując się zobowiązany odpłacić mu miłym zachowaniem za oryginalny upominek.

– Może przesadziłem z tym porównaniem motyla do piłki, bo dawno nie grałem w piłkę nożną, ale owad jest naprawdę duży i okrągły, kiedy porusza skrzydłami. Chodzi mi o krągłość dynamiczną, obejmującą tułów, łebek, ogon oraz kolorowe skrzydełka dodające powabu istocie żyjącej z ruchu na otwartej przestrzeni, gdzie panuje wolność i jest dużo tlenu.

*****

Wieczorem Izydor przed udaniem się spać przyjął lekarstwa. Coś musiał niedopatrzeć lub przyjąć za dużo, albo też wziąć nie te leki co trzeba, gdyż obudził się z potwornym bólem głowy dopiero trzy dni później. W ciągu tego krótkiego czasu kraj zmienił się nie do poznania. Cisza jeszcze bardziej się pogłębiła. Jeśli gdziekolwiek pojawił się hałas, natychmiast eliminowano jego źródło. Osoby wywołujące dźwięki surowo karano mandatami, przy większych przewinieniach więzieniem.

Cisza stała się najwyższą wartością, naczelnym dobrem kraju, imperatywem. Na kolorowym osiedlu zamieszkałym przez imigrantów z Ameryki Południowej, na budynkach wypisane były hasło: Silencio o Muerte, Cisza albo Śmierć. Oczywiście nikogo nie karano śmiercią, to było tylko wezwanie do śmiertelnie poważnego traktowania ciszy.

*****

Izydor zbadał sprawę. I co się okazało? W kraju nastąpił przewrót. Władzę objął generał artylerii Roto Tandem, który natychmiast sformował rząd autorytarny, przyznając sobie stanowisko premiera. Stanowiska prezydenta nie obsadzono. Nowy szef rządu był zaprzysiężonym wrogiem hałasu i miłośnikiem ciszy. Sam miał problemy zdrowotne, ale nie wierzył lekarzom. Nie miał do nich zaufania. Uważał, że jego armia doznała z ich strony wielu upokorzeń na polach bitewnych.

– Oni nie potrafili uratować nawet rannych żołnierzy mających organizmy ze stali, młode i potwornie silne. 

Kiedy lekarz wojskowy po kilku badaniach oświadczył generałowi, że stracił on słuch wskutek przewlekłych chorób ucha, chorób zakaźnych, chorób wysokogorączkowych, antybiotyków, urazów chemicznych, mechanicznych oraz psychicznych, pacjent z miejsca odrzucił diagnozę i więcej na ten temat z lekarzem nie rozmawiał. Swoimi poglądami podzielił się z członkami rządu stanowiącymi równocześnie sztab generalny sił zbrojnych kraju:

– Jestem głuchy bo popękały mi bębenki w bitwie pod Sukumi. Cóż ten pierdolony konował może wiedzieć o kanonadzie armatniej, kiedy nie tylko bębenki i trąbki Eustachiusza ale i głowy pękają od huku?!

Odc. 3

Po obiedzie Izydor wyszedł przejść się po Osiedlu Bezkresna. Nigdzie nie słyszał rodzimej mowy.

– Have you seen, by any chance, my mobile phone? – zapytał go szczupły rudzielec. Izydor znał go z widzenia; był to rozwoziciel pizzy latem w wolnych chwilach pomagający uciszać żaby na stawie osiedlowym. Zapytany o pracę, rudzielec wyjaśnił Izydorowi, że nie pracuje już przy uciszaniu żab, ponieważ po wejściu w życie porozumienia o ciszy wytępiono je całkowicie ze względu na uporczywe i głośne kumkanie.

Prawie wszyscy mówili już po angielsku. Nie wiadomo kiedy ten język zdominował kraj. Aby używać inne języki trzeba było wykupić pozwolenie zwane „permitem”. Miało ono postać karty magnetycznej, określającej dopuszczalną ilość przekazów w danym języku i czas jej ważności. Ilość przekazów obliczał specjalny chip umieszczony w karcie.

Rodzimym językiem mało kto chciał mówić. Uważano, że jest mniej precyzyjny i zbyt głośny, ponieważ zawiera zbyt wiele zgłosek warczących i syczących. Było to sprzeczne z przepisami o powszechnej ciszy. Język rodzimy stał się także niemodny. Jeśli ktoś wspomniał autora czy autorkę powieści, opowiadania, eseju czy poezji, od razu traktowano go jak erudytę. Erudyci zdarzali się jeszcze w środowiskach czytających literaturę piękną i rozumiejących jej treść. Na ogół ludzie komunikowali się ze sobą przez telefon. Nawet jak stali w odległości kilkunastu kroków, to zamiast zbliżyć się do siebie i porozmawiać patrząc sobie w oczy, rozmawiali przez telefon komórkowy.

– Dlaczego oni to robią? – Izydor zapytał mieszkańca osiedla, wzbudzającego zaufanie pełną twarzą, siwizną z zakolami łysiny oraz barczystą sylwetką. – Czuję się zagubiony w świecie tak dziwnej komunikacji.

– Tak jest łatwiej. Ja sam przystosowałem się bardzo szybko. Bez smartfonu nie wyobrażam sobie życia teraz. Nowe telefony pozwalają mówić bezgłośnie; czujnik przylegający do szyi wychwytuje głos wychodzący z krtani i przekształca go na bezgłośne fale odbierane przez drugą osobę już w formie słów trafiających bezpośrednio do ucha. Nawet w domu rozmawiam z rodziną przez telefon komórkowy. Korzyść jest taka, że kiedy odwrócę się plecami do rozmówcy, albo on do mnie, to nikt z nas tego nie widzi i nie nazywamy się nawzajem impertynentami. Przyzwyczaiłem się już do tego. Myślę, w przyszłości każdy będzie mieć miniaturowy telefon wszczepiony w ramię lub umieszczony w głowie w postaci chipu.

Powszechnie stosowano też skróty słowne i myślowe. Każda większa grupa zawodowa miała własny slang. Jego celem było oszczędne używanie słów, wydawanie z siebie jak najmniejszej ilości dźwięków. Na każdym kroku Izydor widział przypomnienia i dowody, że cisza jest dobrem narodowym, powszechnym priorytetem a nawet warunkiem zamieszkania w kraju.

*****

Wieczorem nad balkon Izydora nadleciało stadko dronów. Były tak małe, że dzieci nazywały je dronikami. Stado było liczne, w powietrzu zrobiło się gęsto. Drony były napędzane silnikami elektrycznymi najnowszej generacji, nie emitującymi dźwięków. Izydorowi przypominały wyglądem i zachowaniem miniaturowy cyrk. Porównał je do mimów i klownów. Niektóre z nich były kolorowe, niektóre kropkowane i wygrywały melodyjki. Izydor łatwo rozeznał, które były japońskie, a które południowokoreańskie. Te pierwsze miały w pyszczkach kwitnące gałązki wiśni, te drugie mikroskopijną flagę swojego kraju. Innych dronów było bardzo mało. Wszystkie okazy błyskały małymi oczkami na nanotechnicznych szypułkach.

– Same miniaturki. – Pomyślał Izydor. Wychylił się za poręcz balkonu i usiłował schwytać jednego za nóżkę, ale dronik uszczypnął go boleśnie w palec. Izydor poczuł to jak zastrzyk elektryczności. Szczypnięcie wywołało reakcję w tej część mózgu, gdzie znajduje się motywacja, wola i pragnienie. Odeszła go chęć łapania czegokolwiek.

Zrobiło się ciemno. Izydor wrócił do pokoju, zaciągnął story w oknach i zajął się porządkowaniem rzeczy na biurku. Kiedy się z tym uporał, podniósł zasłonę w oknie i popatrzył na zewnątrz. Świata już nie było. Po prostu znikł, wyniósł się, jakby zdenerwował się na ciszę, dzwoniącą o tej porze w uszach silniej niż w ciągu dnia. Izydor domyślił się, że świat wróci dopiero o brzasku, którego początek był regulowany globalnie podobnie jak pogoda. Zrozumiał, że dopiero wtedy świat pojawi się w pełni chwały oświetlony promieniami słońca dobiegającymi zza lasku brzozowego, prymitywnej monokultury przyrodniczej, położonej od wschodniej strony Osiedla Bezkresna.

Była to zapowiedź kolejnego dnia ciszy. Izydor lubił ciszę, idealnie współgrała z jego głuchotą. Męczyło go tylko jedno: brak przekonującej definicji ciszy. Powoli stawało się to jego obsesją, psującą radość płynącą z powszechnego milczenia ludzi i wytworów ich cywilizacji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 04 2020

0Shares

Miniatura z kolibrem. Opowiadanie.

O godzinie czwartej rano, kiedy mężczyzna jest najbardziej twórczy, zamiast zająć się czytaniem Kamasutry, Iwan Iwanowicz pisał opowiadanie. Sam nie wiedział dlaczego, nigdy przedtem tego nie robił. Wyszło tak krótkie, że musiał je przeczytać trzy razy, aby nabrać poczucia, że coś rzeczywiście stworzył.

Dzieło miało klasyczny kształt, początek, rozwinięcie i zakończenie. Od pierwszej do ostatniej litery wypełniała je niebagatelna fabuła, niosąca pocieszenie dla obywateli strapionych pojawieniem się strasznego Gonokoka Królewskiego, o którym wszyscy słyszeli, nikt go jednak nie widział.

Była to historia samotnej kropli alkoholu, której udało się wyrwać na wolność z butelki, gdzie nastąpiło udane połączenie miłosne spirytusu i pszczelego miodu w dodatkiem aromatycznych ziół. Wiedział, jak dobry i mocny jest to nektar, ponieważ jego ojciec przygotował niegdyś litr takiego trunku i starszy brat go upił. Iwan Iwanowicz był wtedy jeszcze dzieckiem i dawał się straszyć wizjami, jakie nieszczęścia go spotkają, jeśli nie spróbuje cudownego ojcowskiego napoju, jak i mamić pochlebstwami, jaka to radość go spotka, jeśli to uczyni.

Zastanawiał się nad tytułem opowiadania.

Myślał o czymś finezyjnie wdzięcznym, odpowiadającym powabowi miniatury. Dwa tytuły przyszły mu do głowy. Pierwszym była „Kropla”. Po chwili zastanowienia, odrzucił go, uznając nie tylko za banalny, dziecinnie prosty, ale i niebezpieczny, bo mogący sugerować coś nieprzyzwoitego, na przykład kroplę zjadliwego wąglika rozpuszczonego w wodzie zdolnego unicestwić wielkie miasto.

Drugie skojarzenie, „Koliber”, wydało mu się o niebo lepsze. Jak tylko zapisał tytuł kształtując jego pierwszą literę na podobieństwo skrzydeł ptaka, usłyszał cichy szum. Ptak ożył i poruszał miniaturowymi skrzydełkami, aby utrzymując się nieruchomo nad kroplą z opowiadania, spijać jej nektar.

Nie trwało to długo. Jak tylko skończył się napój, koliber zwalił się pijany na podłogę i zaczął chrapać. Iwan Iwanowicz nie wierzył własnym oczom. Po metamorfozie z delikatnego ptaszka w obrzydliwie chrapiącego potworka, koliber wydał mu się czymś równie łajdackim jak miłość bez seksu, kradzież ostatniej pary butów bezdomnemu, czy wyssanie z piersi kobiecej ostatniej kropli mleka przeznaczonej dla zgłodniałego oseska. 

Po tych wszystkich dodatkach, z koliberkiem, piciem nektaru, upadkiem i chrapaniem, opowiadanie urosło do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Iwan Iwanowicz przeczytał je ponownie i uznał za udane. Było o niebo lepsze niż to pierwsze, miniaturowe. Kiedy uświadomił sobie piękno formy i treści, zrozumiał, że po stworzeniu takiego arcydzieła nie wyjdzie już z uwielbienia dla siebie samego. Postanowił zostać Narcyzem, człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, że nie potrafi dostrzec potrzeby radykalnej naprawy psychiki, do czego od dawna zachęcała go rodzina. Myśl o Narcyzie przyniosła mu tyle ulgi, że zasnął. Śniło mu się ze zdziecinniał, co uznał za najlepsze rozwiązanie w czasach, kiedy za dziecko otrzymuje się niezły profit. Myśląc o pieniądzach, Iwan Iwanowicz pozostał w sennym błogostanie aż do późnego rana.

Kiedy obudził się, w jego głowie gościło już wyjaśnienie, skąd wziął się pomysł opowiadania. Chodziło o odrobinę absurdu, minimalnej dawki higieny psychicznej, niezbędnej dla oderwania się od przykrości, jakie spotykają każdego w życiu: słuchania ludzi nie mających nic do powiedzenia, siedzenia w samochodzie uwięzionym w kilometrowym korku, kobiety niegdyś słodszej od marcepana teraz uświadamiającej ci z konsekwencją walca drogowego, jakim jesteś brudasem lub niedorajdą, czy też – na dobrą sprawę –  mężczyzny, niegdyś kształtnego jak Adonis, teraz przypominającego donicę leżącą z butelką piwa przed telewizorem, ukochanego dzieciątka budzącego cię trzydzieści razy nocą bez podania choćby zmyślonej przyczyny, teściowej kopiącej ci grób przypominaniem, że skończysz na cmentarzu dla oślepionych alkoholem samobójców, szefa o kwadratowym pysku wytykającym ci błędy, których nie akceptujesz, a czasem nawet nie rozumiesz, czy też ukochanego pudla, który pogryzł cię boleśnie, kiedy dla żartu usiłowałeś wyrwać mu kość z pyska.

Po przeczytaniu pełnej wersji opowiadania uznał, że trochę przerysował niektóre sytuacje. Dla równowagi pocieszył się myślą, że nadmiar sarkazmu czy krzywonogiego humoru nikogo jeszcze nie zabił. 

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie.

Odc. 1

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

„Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

Odc. 2

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

Odc. 3

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował.

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka.

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

Odc.4

Chwilę potem Alfons stał już, mrużąc oczy, w niewielkiej sali bez okien z przyćmionymi światłami u sufitu. Na ścianach wisiały dziesiątki akcesoriów sadomasochistycznych, podzielonych na grupy i zestawy. Oczy gościa prześlizgiwały się po nich szukając w pamięci stosownych określeń: zwykłe policyjne kajdanki, kneble, pejcze, obroże, zaciski, metalowe rozpórki, skórzane opaski na ręce, kajdanki na ręce i na nogi z pasami mocującymi do łóżka, metalowy łańcuch, zestaw do chłosty i krępowania, skórzana obroża na szyję, erotyczna opaska na oczy, w końcu coś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa.

W głębi pomieszczenia arystokrata zauważył zbliżonych do siebie mężczyznę i kobietę. Oboje byli w maskach. Stali w niezwykłej pozie; ona dominacji, on podporządkowania. Kobieta miała na sobie czarny gorset odsłaniający ramiona z białymi wypustkami przypominającymi skrzydła pingwina. Gorset dokładnie opinał jej zgrabne ciało. Jędrne uda zdobiły siatkowe rajstopy z motywami lwa stojącego na tylnych łapach, łącząc się zgrabnie z wysokimi butami z czarnej skóry. Najdziwniejsze wydały się Alfonsowi jej okulary; niewyszukane oprawki ze zwykłymi szkłami przylegające do otworów maski przeznaczonych na oczy.

Partner, ubrany w podobnym guście w czarny obcisły strój, z solidną wybitą gwoździami obrożą na szyi, klęczał u stóp kobiety w pozie wiernego psa z pyskiem obróconym w kierunku twarzy właścicielki. Kobieta bez pośpiechu smagała mężczyznę pejczem po plecach i udach. Alfons słyszał ciche jęki spazmatycznej litanii bólu i rozkoszy, jakby uderzenia pejcza przynosiły ulgę zarówno katowi jak i ofierze.

Zainteresowanie parą sadomasochistów Alfons stracił w momencie, kiedy uświadomił sobie, że w swoim bogatym życiu miał wiele okazji wypróbowania podobnych praktyk. Nigdy go jednak nie ciągnęło w tym kierunku, ponieważ znajdował aż nadto pozytywnych przeżyć w klasycznym obcowaniu z kobietami. Był żonaty dwa razy, miał też przyjaciółki, tak że nie mógł narzekać na brak doświadczeń miłosnych i seksualnych.

Zwrócił wzrok ku akcesoriom. Najbardziej interesowały go pejcze. Wchodząc do sali widział kilka na ścianie. Odszukał je wzrokiem, podszedł i przyglądał im się, oceniając w końcu, że nie ma w nich nic specjalnego. Kiedy zauważył, że para w głębi sali zrobiła sobie przerwę, podszedł do nich i zapytał, czy nie przeszkadza im, że ich obserwuje.

– Wręcz przeciwnie, sprawia nam to przyjemność. Dlatego tu przechodzimy. Miłość to gra zbiorowa, w której uczestnicy stają się jednością, dzielą się sobą, uczestnicząc w akcie wspólnej miłości. Przynajmniej my to tak widzimy. To nas ekscytuje, rozwija i wzbogaca uczuciowo – wyjaśniali jedno przez drugie. – Kiedy mamy chęć, zamieniamy się rolami i wtedy on mnie biczuje – kobieta wskazała ręką partnera, który podniósł się na nogi i wyprostował.

– To mi przypomina ekshibicjonizm … – zaczął Alfons ostrożnie, niepewny reakcji rozmówców.

– Absolutnie ma pan rację! – podchwycił mężczyzna w sposób, który wydał mu się egzaltowany.

Alfons pomyślał o nich „zboczeńcy”, po czym zreflektował się, że sam jest nie inny, ani lepszy ani gorszy.

Był tolerancyjny w stosunku do ludzi tak długo, jak to, co rozbili, opierało się na zgodzie drugiej strony i nikt nie czuł się szukany, eksploatowany czy wykorzystywany. W sadomasochizmie nie znalazł nic atrakcyjnego, może z wyjątkiem działania endorfin, o których wspomniała dwójka sadomasochistów. Uznał to za sprawę wymagającą bliższego rozpoznania. Sam biczował się nie po to, aby osiągnąć przyjemność, ale dla wywołania relaksu mięśni pleców, niezbędnego dla kontynuacji snu.

Odc. 5

Sesja sadomasochizmu w klubie prowadzonym przez sklep Passage du Grand Desir niewiele dała Alfonsowi. Uznał, że nie jest to miejsce dla człowieka, który biczując się poszukuje zmniejszenia fizycznego bólu a nie zaspokojenia seksualnego. To, że używał pejcza podobnie jak sadomasochiści, było przypadkowe; wykorzystywał go do osiągnięcia zupełnie innych celów.

Pejcz pozostał w centrum zainteresowań Alfonsa mimo jego zniechęcenia sadomasochizmem. Arystokrata postanowił pracować nad metodami jego skuteczniejszego wykorzystania nie zaniedbując innych poszukiwań.

Bóle pleców i bezsenność nasilały się i coraz bardziej przytłaczały Alfonsa. Rozpaczliwie potrzebował pomocy, jakiejś nowej deski ratunku. Z doktorem Bienvenue, lekarzem rodzinnym, rozmawiał już wcześniej na te tematy. Jego zalecenia uznał za mało użyteczne. Tym razem za jego poradą zgodził się spędzić kilka dni w klinice zaburzeń snu Centre du Sommeil et de la Vigilance w celu wykonania wszechstronnych badań snu i uzyskania pełnej diagnozy. Klinika mieściła się przy Avenue de Villiers.

Pacjenta zbadano gruntownie w jednej długiej sesji nocnej. Było to męczące, ponieważ w czasie ośmiogodzinnego snu Alfons był podłączony przewodami do dwunastu czujników, co mu ogromnie utrudniało nawet proste przewrócenie się na łóżku.

– Pobyt w klinice nie dał mi nic, o czym bym nie wiedział wcześniej. Zalecono mi zmianę trybu życia na bardziej ruchliwy, dietę z większą ilością warzyw i mniejszą ilością mięsa oraz ćwiczenia jogi dla wyciszenia organizmu. Rozczarowałem się. Znowu utknąłem na bezdrożach bezsenności – skarżył się księciu de Barry, z którym w ostatnim czasie utrzymywał bliższe stosunki towarzyskie.

Badania w poradni zaburzeń snu miały przynajmniej jeden pozytywny skutek; Alfons podjął rezolucję. Wypowiedział ją głośno, aby zapamiętać sobie na zawsze:

– Alfonsie Daudet, daj sobie spokój! Skoro nie jesteś w stanie unicestwić bólu, zmniejszyć bezsenności i skrócić nocnego cierpienia, to skoncentruj się na tym, jak je twórczo wykorzystać.

Nie była to łatwa droga. Na początku Alfons błądził szukając idei, myśli i skojarzeń mogących naprowadzić go na jakieś nowe rozwiązania. Przemyśleniami dzielił się z księciem de Barry.

– To musi być coś twórczego a zarazem praktycznego. Coś, czego jeszcze nie wymyślono. Jak się domyślasz, nie jest mi łatwo. Czasami mam wrażenie, że beznadziejnie błądzę. 

Z marzeń o idealnym świecie Alfons usiłował zbudować własny świat. Nie wiedząc od czego zacząć, odtworzył swoje drzewo genealogiczne, przedstawił je graficznie,  opisał i otoczył niewidzialną zasłoną, za którą ukrył się, aby studiować zawiłości lepszego życia i szczęścia. Wrócił do zgłębiania filozofii i poważnie zainteresował się buddyzmem, licząc na to, że stanie się on – podobnie jak dla innych osób– źródłem twórczego relaksu, koncentracji i witalności. Zaczął medytować, jak postępują ludzie, których los dotknął podobnie lub bardziej niż jego. Znał ze słyszenia i mediów kilka przypadków przemawiających do wyobraźni i serca.

Najbardziej imponował mu mężczyzna skrzywdzony przez los ciężkim inwalidztwem. Nie znał go osobiście, słyszał tylko o nim, wiedział w jakiej dzielnicy Paryża mieszka i czym się zajmuje. Był to człowiek niskiego wzrostu, dosadniej mówiąc karzeł, w dodatku zdeformowany w okropny sposób. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę oraz klocowate ręce i nogi osadzone na słabo rozwiniętym korpusie.

Mimo swego nieszczęścia człowiek ten tryskał energią i zawsze był w dobrym humorze. Imponowało to Alfonsowi tak bardzo, że postanowił go poznać i porozmawiać. Udało mu się to dzięki pomocy znajomych.

Mężczyzna nazywał się Gabriel Boucher. Na początku imał się różnych prac, w końcu trafił do cyrku. Był to jego świadomy wybór. Opowiedział o tym Alfonsowi.

– Stałem się pośmiewiskiem widzów, zwłaszcza dzieci, które nie rozumieją, co to znaczy być osobą niepełnosprawną, kaleką. Z czasem zrozumiałem, że chorobę i kalectwo, jeśli nie można ich pokonać, powinno się traktować jako swego rodzaju darowiznę, która nam ułatwia coś, co byłoby nieosiągalne, gdybyśmy nie mieli tego garbu na plecach. Jak tylko to zrozumiałem, zdobyłem dobrą pracę, dającą mi satysfakcję oraz dochody umożliwiające twórcze i dostatnie życie. Postanowiłem cieszyć się życiem mimo deformacji mego ciała.

– Czym się pan teraz zajmuje? – Alfons nie był w stanie powstrzymać się od pytania, wiedząc, że za chwilę i tak usłyszy wyjaśnienie. Od razu przeprosił rozmówcę za swoje nieopanowanie. Gabriel przyjął to w sposób spokojny, jakby ludzie nic innego nie robili tylko zadawali mu niezręczne pytania.

– Moją pracę określę nietypowo. Użyczam swojej postaci w cyrku i w reklamie. Zarabiam tak dobrze, że stać mnie na podróże i przyjemności, jakich z pewnością nie zaznałbym, gdybym był przeciętnym człowiekiem bez wad fizycznych. Kiedy jest się pozytywnym, to nawet i miłość jest możliwa. Nie mam na myśli wyłącznie seksu, ale prawdziwą miłość, zaangażowanie, radość bycia z drugą osobą. Spotkałem kogoś takiego. Ale nie chcę o tym mówić. To kwestia prywatności.

Odc. 6

Znajomość Gabriela Boucher i Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff okazała się tak sympatyczna dla obydwu, że spotykali się regularnie, aby rozmawiać. Była to dziwna para; arystokrata cieszący się przywilejami życia oraz osoba zdeformowana fizycznie, stojąca na przeciwległym krańcu linii dobrodziejstw losu. Rozmawiali o sprawach poważnych, w szczególności, jak radzić sobie w życiu mimo ograniczeń i obciążeń.

Alfons z satysfakcją uległ wpływom Gabriela Boucher i jego pozytywnego nastawienia. Zmienił się. Twórcze wykorzystanie bezsenności stało się dla niego sensem życia, obsesją, rodzajem szczęśliwego opętania. Cel był nie tylko inspirujący, ale i niezwykle pozytywny; chodziło o pomoc ludziom nękanym bólem i bezsennością.

Swoją nową filozofią dzielił się chętnie w rozmowach z przyjaciółmi, zbierając przy okazji ich uwagi i sugestie.

– Bezsenność, skoro już tkwi we mnie, traktuję teraz jako dobrodziejstwo. Dostrzegłem w niej sens, którego przedtem nie widziałem. Ludzie powszechnie skarżą się na brak czasu. Ja mam go w bród. Teraz wiem, że bezsenna noc może być najbardziej twórczą porą doby. To tylko kwestia decyzji, powiedzenia sobie „tak”. Ten czas jest tym cenniejszy, że panuje kompletna cisza. Nikt nie zawraca mi głowy, nie dzwoni do mnie, o nic nie pyta. Czerpię z tego dobrodziejstwa pełnymi rękami opracowując nowe metody walki z bezsennością. Mam na myśli akcesoria, które sam od długiego czasu używam: szczotka kąpielowa, aplikator igłowy, pejcz, piłeczka tenisowa, wełniane skarpety, niewielka poduszka, drewniany kij do ćwiczeń oraz mata do ćwiczeń jogi. Nie mogę wam więcej powiedzieć, bo zdradziłbym wszystkie tajemnice. 

Kolejne próby wykorzystania nocnego czasu były bardzo udane; Alfons określił zestaw narzędzi i opisał zasady ich wykorzystania. Nazwał to „Pakietem Pomocy w Bezsenności”. Jego użytkownikami mieli być ludzie tacy jak on, niemogący spać z powodu bólu pleców. Myślał głównie o osobach starszych, ale nie wykluczał nikogo.

Kiedy pierwszy etap pracy został zakończony, Alfons postanowił przedstawić wyniki przyjaciołom i poddać ich ocenie. Było to wręcz konieczne. Ustalił z nimi datę, godzinę i miejsce. Prezentacja miała odbyć się w jego rezydencji.

Przygotował się do niej wyjątkowo starannie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, jako innowator, wynalazca jak również dobroczyńca. Nie wahał się używać ostatniego słowa, odkąd dowiedział się, że trzydzieści procent ludzi na świecie cierpi na bezsenność. Była to już choroba cywilizacyjna na niespotykaną skalę. Był oczywiście świadomy, że tylko część z tych osób mogła być beneficjentami jego pomysłu zważywszy na różnorodność przyczyn bezsenności.

W skład Pakietu Pomocy w Bezsenności wchodziły: szczotka z twardego włosia używana zwyczajowo do mycia pleców, aplikator igłowy marki Needles & Needles Ltd o wymiarach dwadzieścia osiem na pięćdziesiąt centymetrów, ośmiorzemienny pejcz z czterdziestoma węzłami, piłeczka tenisowa umieszczona w skarpetce dla łatwiejszej manipulacji w trakcie układania jej pod plecami, ciepłe skarpety, mata do ćwiczeń jogi, drewniany kij długości jednego metra do rozciągania ramion oraz płaska poduszka o rozmiarach trzydzieści na trzydzieści dwa centymetry. Umieszczał ją pod piersiami lub plecami, w zależności od sposobu ułożenia się na macie rozciągniętej na podłodze w salce treningowej.

Każde z tych narzędzi miało swoje przeznaczenie i zastosowanie. Same akcesoria nie budziły wątpliwości, wyzwaniem mogły być tylko ich opisy oraz instrukcje obsługi. Musiały być jednoznaczne, dokładne i użyteczne. Tkwił w tym problem, gdyż ludzie mogli różnie rozumieć i interpretować ten sam tekst. Co do tego Alfons nie miał najmniejszych wątpliwości. Miał doświadczenie. Niejednokrotnie fragment instrukcji dla niego niezrozumiały, jego żona czy córka odbierały jako prosty i jednoznaczny. I odwrotnie.

– Używałem już dziesiątki instrukcji. Niejedna z nich była tak napisana, że zabiłbym tego sukinsyna, co ją stworzył – arystokrata denerwował się nawet wtedy, kiedy ta myśl przychodziła mu do głowy, a przychodziła dosyć często. Lekarz mu wyjaśnił, że był to problem perseweracji, uporczywego powracania tych samych słów i skojarzeń.

Dla opisu narzędzi i sposobu ich wykorzystania Alfons wymyślił którejś nocy specjalny język. Była to forma zabawy, nie tak znowu niepoważnej, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Był w niej ukryty sens, z którego nie w pełni zdawał sobie sprawę – popisać się przed zaproszonymi gośćmi, a w przyszłości użytkownikami pakietu, językiem prawdziwej arystokracji ducha, swobodnym i nonszalanckim nawet w obliczu bólu i cierpienia.

Któregoś wieczoru Alfons wrócił do domu z przyjęcia u przyjaciół w stanie emocjonalnego pobudzenia. Było to bardzo udane spotkanie. Kilka razy znalazł się w centrum uwagi; wypowiadając się wywołał większe niż zazwyczaj zainteresowanie swoim pomysłem i osobą. Częścią dobrego samopoczucia był też alkohol, jaki wypił. Rzadko miał chęć na coś mocniejszego, nie był abstynentem, ale też niezbyt często czy chętnie pił. Tym razem szampan sprawił mu prawdziwą przyjemność. Książę de Barry zgodził się z nim, jak nigdy wcześniej, że szampan Moët & Chandon, jaki pili był doskonały.

– Znam tegoroczny ranking i zasadniczo zgadzam się z nim. Może dlatego, że sam uczestniczyłem w degustacji tych szampanów. Na przyjęcia najlepszy jest właśnie Moët & Chandon, na romantyczne spotkania Veuve Clicquot, Dom Pérignon natomiast nadaje się najlepiej na upominek. Co do szampana na rodzinne spotkania, to czwarta kategoria, jaką rozpatrywaliśmy, to nie mam zdania. To zbyt trudne do określenia. To są oczywiście uproszczenia, bo najlepszy szampan to taki, który najbardziej ci smakuje bez względu na to, co inni o nim sądzą.

Po powrocie do domu i przebraniu się, Alfons wyciągnął z szafy wszystkie akcesoria i ułożył je na biurku wedle rangi ważności podyktowanej częstotliwością ich stosowania. Im częściej narzędzie miało być stosowane, tym większe miało znaczenie. Na pierwszym miejscu znalazł się pejcz, następnie piłka tenisowa w skarpetce, w trzeciej kolejności aplikator igłowy. Przyjrzał im się uważnie i zaczął nadawać im zwariowane nazwy. Wyobraził sobie, że przemawia do ludzi z przeszłości, kiedy w kraju powszechnie pasjonowano się wydarzeniami politycznymi za żelazną kurtyną.

Cel użycia akcesoriów określił jako Korektę Nocnej Deprawacji Ciała, a cały zestaw nazwał Egzekutywą. Własne ciało określił mianem Towarzysza Opornego. Zadowolony ze swojego pomysłu przemówił jak sekretarz organizacji partyjnej, wyobrażając sobie, że uczestniczy w zebraniu partii komunistycznej, niegdyś bardzo popularnej we Francji.

– Wyperswadujcie, drodzy towarzysze, Towarzyszu Pejcz i Towarzyszu Aplikatorze Igłowy, oraz Wy, Towarzyszko Szczotko, Towarzyszowi Opornemu, niestosowność jego zachowań w porze nocnej, którą każdy uczciwy obywatel poświęca na relaks i wypoczynek.

Była to forma zabawy, jak również szyderstwa i głębokiej niechęci wobec radykalnych socjalistów i komunistów, odwiecznych wrogów arystokracji na wszystkich kontynentach.

Odc. 7

Przygotowując się do pokazu akcesoriów walki z bólem i bezsennością Alfons wysłał żonę i córkę wraz z dwiema służącymi w odwiedziny do krewnych. Miał w tym ukryty cel.

Pokaz odbył się w rezydencji letniej arystokraty przy Rue de Grenelle położonej w Siódmej Dzielnicy Paryża. Rezydencja była jego chlubą, czuł się w niej wyjątkowo dobrze i chętnie ją pokazywał. Trzysta czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni zapewniało mu przestrzeń, prywatność i niezależność. Było tam dziesięć większych pokoi; pięć sypialni, cztery toalety, duży salon ze szklanym dachem, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią, sala do ćwiczeń, pralnia. Przed domem znajdował się spory ogród a pod budynkiem miejsca parkingowe oraz piwnica na wina. Rezydencja powstała w roku 1880 i zachowała oryginalną fasadę. Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, miał się czym chwalić.

Pokaz składał się z trzech części. Najpierw odbyła się prezentacja narzędzi, pokaz slajdów z objaśnieniami oraz dyskusja.

Część drugą stanowiło przyjęcie przygotowane przez mało znaną, lecz ekskluzywną, firmę cateringową, starannie wybraną przez Alfonsa wspomaganego przez dwóch innych, wtajemniczonych w plan, członków Stowarzyszenia Marków Nocnych, znanych z wyszukanych gustów kulinarnych.

Trzecia część spotkania stanowiła niespodziankę zorganizowaną przez Alfonsa w całkowitej tajemnicy. W duchu żartował, że aby ją zachować, nie powinien informować o tym nawet samego siebie. Była to część artystyczna, najbardziej prywatna: występ sześcioosobowego zespołu tancerek z Moulin Rouge. Kluczem programu był oczywiście kankan. Występ był tak udany, że tancerki trzykrotnie bisowały.

Kiedy goście opuszczali rezydencję, właściciel z satysfakcją ogarnął ich wzrokiem. W spotkaniu uczestniczyło piętnaście osób, sami mężczyźni. Myślał o nich z satysfakcją, szczycił się ich przyjaźnią i pozycją społeczną. Były to osoby z pierwszych stron gazet: książę, kilku artystów, przedstawiciele klasy rządzącej, dyplomaci, wielki przemysł, właściciele ziemscy. Alfons pomyślał, że los go dobrze wyposażył na całe życie: był majętny podobnie jak jego ojciec i dziadek. Oprócz rezydencji przy Rue de Grenelle miał jeszcze jedną na południu kraju, pałac nad Sekwaną, poza tym domy czynszowe, kosztowne samochody, solidny pakiet papierów wartościowych, oddaną i dyskretną służbę.

Opuszczając rezydencję, książę de Barry pogratulował przyjacielowi udanej imprezy, po czym protekcjonalnie mu przypomniał:

– Pamiętaj, drogi Alfi, że twoim następnym krokiem, wręcz psim obowiązkiem, że tak powiem, wobec nas wszystkich, jest stworzenie doskonałej instrukcji obsługi tych cudownych narzędzi, jakie nam zademonstrowałeś. Dobrze to wszystko obmyśliłeś. Jedyne, co mnie martwi, to instrukcja obsługi pejcza, o której wspominałeś. Dyskusja pokazała, że może to być problemem. To nie jest takie proste, jak sobie myślałem. Pejcz każdy zna, każdy ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać i jak należy go używać. To nie jest jednak to samo co prosta piłeczka tenisowa w skarpetce.

Po przemyśleniu wyników dyskusji, uwag i sugestii, Alfons podsumował je sporządzając listę zmian, jakie musi wprowadzić do pakietu, szczególnie instrukcji. Pejcz był wyjątkiem. Alfons wypróbował kilkanaście modeli, zanim uznał, który jest najbardziej odpowiedni.

Ludzie mieli uprzedzenia co do pejcza, źle im się kojarzył. To dodatkowo komplikowało sprawę. Uważali go za narzędzie sadomasochistów, kojarzące się bardziej z bólem i cierpieniem niż z niesieniem ulgi. Fatalne były także skojarzenia z tresurą zwierząt w cyrku oraz tradycją wymuszonej dyscypliny w systemie sprawiedliwości, w szkołach, więzieniach, w obozach koncentracyjnych oraz wobec pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Alfons uznał, że nie zgłębi do końca wiedzy na temat pejcza i tradycji jego wykorzystania. Był to temat mocno osadzony także w Biblii i w kościele. Ze studiów wynikały różne skojarzenia, najczęściej negatywne. To działało na jego niekorzyść.

Nad instrukcją pejcza Alfons pracował wytrwale przez kilka tygodni. Czas płynął, a mimo to pozostawała ona wciąż w stanie nieukończonym. W żadnym momencie jej opracowania nie był zadowolony z wyników swojej pracy. Zastanawiał się wielokrotnie, co jest w niej nieodpowiedniego. Nie wiedzieć dlaczego, mimo że miał już gotowe instrukcje obsługi pozostałych narzędzi, w żaden sposób nie był w stanie stworzyć tej jednej, jedynej.

Myślał nad tym nieprzerwanie. Instrukcja stała się jego piętą achillesową, Scyllą i Charybdą, między którymi statek jego myśli i inwencji rozbijał się uparcie i jakby złośliwe. Mógł ją pominąć, uznając, że nawet przy nienajlepszej instrukcji jednego narzędzia cały zestaw niewiele traci na wartości. Nie potrafił jednak przekonać siebie do tego. Byłoby by to jak przyznanie się do niezdolności nauczenia się jazdy rowerem, kiedy wszyscy już to umieją, nawet małe dzieci, chromi na jedną nogę, słabowidzący i głupi.

Wbrew pozorom pejcz był skomplikowaną konstrukcją. Rozłożony wyglądał jak drzewo. Wszystko miało znaczenie dla jego skuteczności: jego ciężar, ilość, długość, grubość i twardość pasemek rzemienia, kształt odgałęzień, ilość węzłów i odległość między nimi na każdym pasemku, skóra, z jakiej był wykonany, uchwyt, a nawet kolor.

Odc. 8

Alfons Daudet zastanawiał się, dlaczego opracowanie tej instrukcji idzie mu jak Syzyfowi uparcie lecz bezskutecznie wciągającemu kamień pod górę. W grę wchodziło kilka okoliczności. Instrukcję pisał przy biurku o regulowanej wysokości blatu, zmieniając pozycję ciała z uwagi na ból pleców i ramion. Kiedy zmęczył się stojąc przy biurku, klękał na klękosiadzie, potem siadał na krześle z twardym oparciem ewentualnie na fotelu z miękkim, ergonomicznym oparciem. To mogło mieć znaczenie. Mimo regularnej zmiany pozycji praca nie posuwała się jednak do przodu. Praktycznie stanęła w miejscu. Alfons nabrał wrażenia, że zajmie mu to miesiące i lata.

W końcu zaczął doszukiwać się przyczyn w sobie. Czuł się pod presją opinii księcia de Barry, któremu wysyłał do wglądu kolejne projekty instrukcji. Książę wciąż mu odpowiadał, że to najsłabsza część pakietu pomocy.

– Pejcz to najbardziej uniwersalne narzędzie. Występuje w dziesiątkach odmian, rozmiarów i kształtów. Ludzie mieli z nim do czynienia od zawsze. Również ci zboczeńcy, których wspominałeś. Pejcz to coś zupełnie odmiennego niż taki aplikator igłowy czy piłeczka do tenisa, gdzie trudno sobie wyobrazić odstępstwo od normy, ponieważ wszystko jest proste jak drut. Pejcz ma w sobie finezję, ogromną tradycję i długą historię. Przypomnij sobie te wszystkie towarzystwa biczowników, flagelantów, dobrowolne i wymuszane kary chłosty. Każdy ma inne plecy, inny chwyt pejcza, inną siłę uderzenia, inne też odczucia bólu. Musisz to wszystko uwzględnić w instrukcji. Być może nawet rozszerzyć gamę pejczy, przedstawić kilka modeli i napisać do nich instrukcje, aby każdy mógł znaleźć coś stosownego dla siebie.

Alfons liczył się z tymi opiniami. Książę miał doświadczenie; był kiedyś wydawcą gazety, uważano go człowieka znającego życie, był ponadto wyjątkowo mu życzliwy. Alfons liczył po cichu, że będzie mu pomocny także w promocji pakietu. Negatywne oceny księcia zaczęły się powtarzać. Alfons nabrał podejrzeń, że w grę wchodzić może coś innego niż tylko chęć bezstronnej pomocy. Jeden ze znajomych dziennikarzy pracował kiedyś dla księcia. Alfons spotkał się z nim w kawiarni, aby podpytać o dawnego pryncypała, a przy okazji odświeżyć znajomość.

– Nie ukrywam, że nie przepadałem za nim, kiedy dla niego pracowałem. Na robocie wydawniczej i dziennikarstwie znał się bardzo dobrze, nie powiem, ale był to dziwkarz i rozpustnik. Przynajmniej w tamtym czasie. Miał pieniądze i gest, więc kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu. Fizycznie to na pewno nie był atrakcyjny. Sam go znasz, niski i grubawy. Mówiono wówczas – obracałem się w innych kręgach, więc mówię tylko, co słyszałem – że miał ciągoty sadystyczne. Nie jakieś tam przesadne, ale podobno lubił zadawać cierpienie swoim partnerkom. Kajdanki, przykuwanie do łóżka, kneblowanie, biczowanie, rozpórki nóg, takie tam różne fanaberie. Godziły się na to, bo dobrze je wynagradzał za spotkania. Powiedziała mi to w zaufaniu pewna nauczycielka, znająca go bliżej, właśnie z klubu sadomasochistycznego. Jednego z tych prywatnych, co to organizowały nawet orgie, gdzie można było trafić tylko za podwójną rekomendacją.

– A co sądzisz o dzisiejszych klubach sadomasochistycznych?

– Nic nie sądzę. Dzisiaj istnieją one prawie oficjalnie. Mają swoją rację bytu, bo wiele osób chce po prostu spróbować, co to jest ten sadomasochizm, łączyć się w pary, nawet wymieniać partnerami. Ale to już nie jest to samo, co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wtedy nie istniały żadne zasady. Dzisiaj takie kluby mają już nawet pisane reguły, kodeksy etyczne, zasady, co wolno a czego nie wolno. Ludzie umawiają się, jak daleko mogą posunąć się w zadawaniu sobie cierpienia, w relacjach sadomasochistycznych, opowiadają sobie fantazje erotyczne i chcą ich doświadczyć.

– Widzę, że znasz się na rzeczy. Nigdy o tym nie mówiłeś. A znamy się przecież sporo lat.

– E, tam! Interesowałem się tym kiedyś jako dziennikarz. To wszystko.

Na liście szczegółów do uwzględnienia przy pisaniu instrukcji obsługi pejcza nie było spraw nieważnych. Ich autor zaczął zdawać sobie sprawę z absurdalności sytuacji. Czuł, że goni w piętkę, kręci się wokół jak pies za swoim ogonem.

– Jestem zbyt drobiazgowy. Jestem kretyńskim perfekcjonistą, kunktatorem, stale mam coś innego pilniejszego lub ważniejszego do wykonania; miał dziesiątki argumentów na swoje usprawiedliwienie.

Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś wcześniej nie stworzył instrukcji obsługi pejcza.

– Może dorożkarze cierpiący na senność? – Było to głupie pytanie, sam w nie nie wierzył. Pojawiło się tylko dlatego, że czuł się coraz podlej. Instrukcja obsługi pejcza nie dawała mu spokoju. Stała się jakimś absurdem, obsesją, idee fixe. Nie umiał tego nazwać.

Odc. 9

W czasie pracy nad instrukcją pojawił się nowy problem. Alfons budził się w nocy z przerażającym uczuciem umierania, poczuciem, że po śmierci nie pozostanie mu nawet drobina świadomości, choćby nawet iluzoryczna więź z rzeczywistym światem. Było to doznanie tak bolesne, że mówiąc o nim najchętniej sprowadzał je do żartu, aby tylko złagodzić ból odchodzenia w nicość. Wyrażał w ten sposób swoje arystokratyczne „noblesse oblige” trzymania podniesionej głowy i przekraczania granic nonszalancji.

– Nikt nie jest w stanie określić, czy krzyczy we śnie po to, aby dosłyszeć własny głos niemy jak martwe echo i głuchy jak zmurszały pień, czy też z entuzjazmu z powodu zakończenia życiowej misji, zgodnie z objawieniem Świętego Jana Klimata zwanego też Abbą Janem, patrona ludzi cierpiących na bezsenność.

Alfons Daudet przeżywał kryzys. Brak instrukcji obsługi pejcza był porażką całego projektu. Autor znalazł się w ślepym zaułku. Nie rozumiał ani nie akceptował tej sytuacji. Gnębiło go to tak bardzo, że w końcu popadł w depresję, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. Aby oderwać się od przykrej rzeczywistości wyprowadził się z rezydencji przy Rue de Grenelle i zamieszkał w jednym ze swoich mieszkań, świeżo zwolnionym przez lokatorów. Szukając pomocy, udał się do lekarza rodzinnego. Pomógł mu tyle, co kot napłakał, , skorzystał więc z konsultacji z dwoma specjalistami, o których mówiono, że naprawdę przynoszą ulgę ludziom w depresji. Przyjmował leki, niewiele mu to jednak mu pomogło. Coś się w nim załamało. Myślał o samobójstwie.

Kiedy mówił, że ma już dosyć życia, nikt nie przywiązywał do tego wagi. Ani najbliższa rodzina, ani przyjaciele. Odpowiadali mu: – Nie przejmuj się, każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Masz do tego prawo. Albo pocieszano go. – Zawsze sobie jakoś radziłeś, to i tym razem też wyjdziesz z impasu. Tym bardziej, że masz przed sobą szczytny cel. Wierzymy w ciebie, daj sobie czas. Albo też: -Weź się w garść, chłopie, bo bez tego nie wyjdziesz z zapaści.

Był przekonany, że wszyscy otaczający go ludzie, rodzina, znajomi, przyjaciele i lekarze życzą mu jak najlepiej, z tym, że jemu to nie pomagało. Musiał to solidnie przemyśleć. To zdecydowało o powrocie do rezydencji przy Rue de Grenelle, gdzie zawsze czuł się najlepiej.

Dwa dni po powrocie Alfons wyszedł z domu z samego rana. Jak zwykle udał się po zakupy świeżych croissant. Lubił je jako dodatek do porannej kawy. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego, chciał być sam, aby móc się skoncentrować. Był to jego nowy zwyczaj. Siostra dzwoniła do niego kilkakrotnie, najpierw na telefon komórkowy, a kiedy ten nie odpowiadał, na telefon domowy. Miała osobistą sprawę do omówienia. Alfons zawsze i chętnie służył jej radą. Kiedy nie wrócił do domu po dwóch godzinach, a jego telefon nadal nie odpowiadał, przyjechała do rezydencji. Nie znalazła go tam. Wtedy pobiegła do piekarni, aby sprawdzić, o której godzinie był u nich. Nie było go tam w ogóle tego dnia. Ogarnął ją niepokój. Wyrzucała sobie, że ignorowała jego informacje o złym samopoczuciu i napomknienia o samobójstwie. 

– Wydawały mi się tak bardzo nierealne w ustach człowieka, który mimo wszystko zawsze był pozytywny i dobrze sobie radził – skarżyła się bratanicy oraz przyjaciółce. Uspokajały ją, prosząc aby tak nie myślała. 

Zaginięcie Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff rodzina zgłosiła na policję prosząc o natychmiastowe podjęcie poszukiwań. Sierżant w komisariacie uspokajał ich.

– Pan Alfons Daudet to już niemłody człowiek. Może zatrzymał się u znajomych i zapomniał powiadomić państwa o tym? Dwadzieścia cztery godziny to bardzo niewiele. Zgodnie z prawem policja nie podejmuje poszukiwań wcześniej niż po upływie jednej doby. Większość zagubionych osób odnajduje się sama. Znamy to z praktyki.

Nie wiadomo, czy mówił to, aby pocieszyć rodzinę czy też bardziej z niechęci do podejmowania natychmiastowych działań.

Po dwudziestu czterech godzinach nadal nie było wiadome, co stało się z Alfonsem. Nie pojawił się żaden ślad czy choćby sugestia, dokąd mógłby się udać. Policja rozpoczęła poszukiwania. Były one bardzo angażujące. Sprawdzano szpitale, posterunki policji, ośrodki ratunkowe, ośrodki opieki, noclegownie, schroniska, dworce kolejowe, kostnice, dzwoniono do przyjaciół i znajomych zaginionego. Nie dało to rezultatów. Nikt nic nie wiedział. Rodzinę gnębiły najgorsze myśli i przeczucia.

Dzień później tajemnicę odkrył Luis Charmant, od miesiąca nowy właściciel sąsiedniej rezydencji. W części jego posiadłości przylegającej do posesji Alfonsa, znajdował się dawny sad owocowy. Denat wisiał w dziwnej pozycji na wielkim, odstającym konarze półzdziczałej gruszy. Na wietrze szalejącym tego dnia nad miastem wyglądał jakby frunął. Ręce miał rozłożone na boki podobnie do skrzydeł ciężko szybującego ptaka, twarz wykrzywiał mu nienaturalny, pośmiertny grymas.

– Wygląda okropnie. To nie może być on – krzyknęła siostra Alfonsa, szczupła niewiasta, młodsza od niego o kilka lat.

Obserwujący ją policjant opowiadał później, że patrząc na ciało wisielca nie mogła się uspokoić

– Miałem wrażenie, że bardziej niż śmiercią brata była wstrząśnięta grymasem porażki i żalu zastygłym na twarzy, przypominającej maskę teatralną.

– On nigdy taki nie był! – powtarzała kobieta, zwracając się po kolei do osób obecnych na miejscu tragedii.

Obok denata wisiał zestaw narzędzi do redukcji bezsenności, z wszystkimi instrukcjami, z wyjątkiem instrukcji obsługi pejcza. W rozmowie z dziennikarzami, dyrektor firmy, której Alfons zlecił produkcję próbnej serii narzędzi Pakietu Zwalczania Bezsenności, komentował:

– Po wypuszczeniu na rynek próbnej serii pakietów uzyskaliśmy pierwsze opinie. Pakiet jest doskonałym produktem. Nie ma potrzeby nic w nim poprawiać ani zmieniać. Klienci są bardzo zadowoleni, wręcz zachwyceni.

– A co z instrukcją obsługi pejcza?

Dyrektor popatrzył uważnie na pytającego.

– Ta konkretna instrukcja w ogóle nie wydaje się potrzebna. Ludzie wiedzą jak używać pejcza. Robią to intuicyjnie. Pejcz to jedno z najstarszych narzędzi, jakie człowiek kiedykolwiek używał. Pan Alfons Daudet Carrere de Waldorff widział problem, którego naprawdę nie było. Jego śmierć to kompletny bezsens.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 02 2020

0Shares

Do Pana Szymona

Przez formularz kontaktowy strony autorskiej otrzymałem dzisiaj email od pana Szymona. Był tak sympatyczny, że postanowiłem go przytoczyć z pewnymi skrótami i odpowiedzieć na niego pozwalając sobie zachować tylko imię nadawcy.

„Spotkaliśmy się dzisiaj w tramwaju na Powstańców Warszawskich. Chciałem Panu podziękować za wizytówkę, którą od Pana otrzymałem. Spodobały mi się Pana opowiadania. Nie czytałem jeszcze wiele, ale na pewno to zrobię. Dziękuję jeszcze raz. Szymon”

Drogi Panie Szymonie,

Pański email to miła niespodzianka i motywacja dla mnie. Proszę do mnie pisać. Może ma pan jakiś ulubiony temat na opowiadanie? Mam kilkadziesiąt projektów. Rozkręcam się. Chcę stworzyć duży zbiór opowiadań, dobrą rozrywkę, dostępną bezpośrednio także ze smartfonu, wartościową literacko (mam nadzieję), pokazującą obecne i rodzące się czasy. Głos każdego czytelnika jest dla mnie cenny.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

PS 1. Pisząc to zachęcam wszystkich Czytelników do przedstawiania swoich opinii bezpośrednio w formie komentarzy do blogów lub poprzez formularz kontaktowy do mnie. Także do stawiania lajków. Są dla mnie ważne, kiedy wybieram opowiadania do publikacji książkowej.

PS 2. Pisać to i tak będę niezależnie od ilości lajków, ponieważ uparłem się zostać znanym pisarzem. Popularność pisarza, to oprócz konsekwentnie dobrej jakości utworów, jedynie dotarcie do dużej ilości Czytelników.

PS 3. Liczę w szczególności na mieszkańców Gdańska, nie wspominając dzielnicy Piecki-Migowo, a konkretnie ulicy Myśliwskie Wzgórze i Osiedla Klimaty, gdzie mieszkam i włóczę się po nocach, kiedy nie mogę spać. 

Bądź patriotą!
Popieraj lokalnego pisarza!
Think globally, act locally!

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 13: Problem Kantyny

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał zeszklone niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa samego zainteresowanego, ale rzuca negatywne światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje. 

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali, kimkolwiek by oni nie byli.

Nowa ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać.

Ktoś natychmiast zaproponował Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Odbyła się dyskusja, zanim wszyscy zgodzili się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. Nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Ateisty, inżyniera z górnej półki, o tyle nietypowy, że on sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną.

*****

Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już z samego rana następnego dnia Kantyna pojawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami zwracając na siebie uwagę innych gości hotelowych i obsługi. Po zakończeniu posiłku, kiedy szli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już wiedzieli, że potrafi trwać w stanie nieustannego upojenia, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezniszczalny – dodawali kiwając z niechęcą głowami ci, którzy mieszkając w sąsiednich pokojach w hotelu widywali go najczęściej.

*****

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia firmy turystycznej, organizatora wyjazdu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna okazał się przekleństwem grupy wycieczkowej. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj i praktyka, że członkowie grupy pomagali sobie i wzajemnie się pilnowali, na ile tylko było to praktyczne.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak to mu się nie udawało. Dobroczyńca, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne możliwości. Twierdził, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy prestidigitator; on potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam wczoraj widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust rurkę wyjętą chyba ze szpary w podłodze, i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Zła sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu, nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz. – Darczyńca miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego, zaprzyjaźnić i zrozumieć, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś duchowo zbliżonego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Powiedział mi to kiedyś, kiedy wydawało mi się, że uda mi się zaprzyjaźnić się z nim.

Na prośbę grupy Darczyńca zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat jego serdecznego przyjaciela ze studiów. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze kupuje alkohol w dużych ilościach. O godzinie czwartej mój rabbi krząta się po kuchni, niespokojna dusza, sprząta, słyszę szuranie, przestawia butelki. Bardzo to lubi. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam oryginał nieokiełznany w poglądach, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru i strachu, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Tak nie powinniśmy mówić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 12: Inżynier uniwersalny.

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, późnym popołudniem grupa wyruszyła w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długo, aby wszyscy poczuli się zmęczeni zanim dotarli do celu. 

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni kąpielą lub prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą kawę, herbatę, sok lub jakiś drink. 

– Przypomina to relaks po wątpliwej sesji obżarstwa – Iwan Iwanowicz żonglował słowami próbując sformułować jakąś myśl. Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a Rasputinem, mężczyzną o czarnej brodzie, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło jedynie imię skojarzone z krzaczastym bogactwem zarostu twarzy.

Rozglądając się, Iwan Iwanowicz zauważył, że wszystko zdawało się być określone trójkowo, okna na ścianach restauracji, kelnerzy dyskutujących między sobą na drugim końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do pomieszczenia. Towarzystwo siedzące po drugiej stronie stołu prowadziło ożywioną rozmowę. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie, zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Iwan Iwanowicz bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go Ateistą. Słyszałem, jak mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki inżynierskiej. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem  – zakończył Kindżał, po czym obrócił się w kierunku Dobroczyńcy siedzącego dalej po prawej stronie, aby poprosić go o podanie cukiernicy.

Iwan Iwanowicz przyglądał się Ateiście. Męczyła go  jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę tocząca się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem; własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Iwan Iwanowicz pomyślał, że był to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano. Przyszło mu do głowy, że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Ateista przerwał, aby pyknąć z fajki, którą chwilę wcześniej włożył w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych mężczyzn, jeden w białym fartuchu i  czepku kucharskim, kelner w liberii oraz mężczyzna w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Czekali wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy mają problemy z hydrauliką, to przychodzą do mnie. Walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No ….. Może nie we wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny od podstawy Inżynier-Ateista. – Z cała pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i spor mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią, pogubili się, nie wiedzą, co robić. Dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących wokół, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym. – Wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą, czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnym głosem.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować  za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco proste. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania. 

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że sesja dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co wywnętrzać się dalej przed ludźmi, laikami, o prostszej niż jego konstrukcji i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Iwan Iwanowicz widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielki, ze wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund.

Ateista palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 10: Widok na Himalaje

 

Nagarkot (w języku nepalskim नगरकोट) to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewodnik twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby na cieszyć swe oczy najpiękniejszymi widokami gór.

W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot wiązała się piękne widoki najbardziej ze wschodem słońca.

Do Nagarkot dotarli po długiej podróży autobusem wąską, w dużej części, marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich miejsc w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem hotelu. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, wspomagany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu adres.

Po nocy hotel – murowany surowy budynek na stoku góry – wyglądał z zewnątrz jak nowa szopa na sprzęt rolniczy.

Mieli szczęście, z trudem znaleźli odpowiednią ilość wolnych miejsc. Kolację zjedli w restauracji Kosmiczna Góra, po czym udali się do wyznaczonych pokoi. Było bardzo zimno. Łóżko Iwana Iwanowicza okazało się w dodatku twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Iwan Iwanowicz robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu ułożył się w zielonej koszulce z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca o godzinie szóstej piętnaście. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im obiecano. Droga ku słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już na punkcie obserwacyjnym: był to dach w formie tarasu z barierkami mogącego pomieścić nie więcej niż kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście. Czekali i czekali. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, gdyż niebo było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Alko, chudemu facetowi z wiecznie zamglonymi oczami, butelkę piwa o pojemności trzy czwarte litra.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel. – Iwanowi Iwanowiczowi łatwo przyszły te perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się jednak nimi z innymi osobami. – Jestem surowy i okrutny – myślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Alko obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był nieprzerwanie intoxicated jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Któregoś dnia zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Był jak ból głowy po przepiciu dla przewodnika i potencjalny kłopot dla całej grupy. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Opuszczając Nagarkot Iwanowi Iwanowiczowi wydało się, że budynki, wnętrza, wyposażenie, atmosfera i widoki tej miejscowości są siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające ją zimne szczyty Himalajów.

Kiedy czekali na autobus, Rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadawano dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowę dziecka golono, praktykowano też jakiś ceremoniał karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętowała „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawiano ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymywali wtedy gratulacje i upominki.

Wracając z gór Iwan Iwanowicz poświęcił się rozważaniu, które nazwał egzystencjalno – filozoficznym. Chodziło o wolny czas. W takim sensie jak wolny jest człowiek bez obowiązków, dziecko na placu zabaw czy zwierzę na pastwisku. Dla uczestników grupy taki czas właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc: z pokoju hotelowego, służącego jedynie za sypialnię, do restauracji lub baru na śniadanie, następnie do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem kolejnego, potem przerwa na posiłek, potem kolejny obiekt i tak do wieczora, do chwili przyjazdu do nowego hotelu. Jedyny czas, jaki naprawdę dysponowali, to była długa obiadokolacja, rzadziej możliwość wyjścia na zewnątrz we własnym zakresie i powłóczenia się po ulicach.

Iwan Iwanowicz, jeśli miał szczęście, tylko wieczorem mógł napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami, lub połączyć się przez Skype z rodziną. Dalsze działania określał lakonicznie: po powrocie do pokoju rozebranie się, prysznic, lulu i od rana nowa rutyna dzienna.

W jego opinii Iwana myślenie o śnie było przesadą. Sen nie był czynnością, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu ludzi na świecie cierpiących na bezsenność. Prawda była taka, że źle sypiał, co odrabiał potem w autobusie w trakcie przejazdów z miejsca na miejsce.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares