Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

Zwierzęta. Wg Św. Franciszka z Asyżu to nasi bracia mniejsi. Czy naprawdę?

Nie samym chlebem człowiek żyje!  

Najśmieszniejsze zdjęcia zwierząt z Comedy Wildlife Photography Awards: PS. Trzeba poczekać kilkanaście sekund, zanim nastąpi połączenie ze stroną, gdzie zamieszczono zdjęcia. Warto!

Poezja ducha i proza życia

 Generał Akashi Gidayu piszący poemat

Jest to drugi wpis w dniu dzisiejszym na blogu autorskim. To niepublikowana poezja.

Dedykuję ją zboczeńcom, szumowinom i dewiantom oraz bezbożnikom o zwichniętych poglądach na świat, którzy przedkładają zwykłą poezję nad radosną prozę partyjną, kufel zimnego piwa nad koryto miodem i mlekiem płynące, szarą przeszłość nad kolorową teraźniejszość, sądy przeciętne nad sądy sprawiedliwe, zmęczonego sędziego nad prężnego prokuratora, wspólnotę zwykłą nad wyimaginowaną oraz brudnego uchodźcę nad bezpieczne pranie mózgu.  

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila
Valley View
11 kwietnia 2005

Opinie o zbiorze poezji: Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 58: Spotkanie na Placu Concordia

Po wyjściu z restauracji, gdzie spotkał się z przyjaciółmi, Sefardi zauważył wielki falujący tłum po drugiej stronie Placu Concordia. Wiedziony ciekawością podszedł bliżej. Był to wiec poparcia dla rządowego projektu regulacji demograficznej. Wśród zgromadzonych spostrzegł Isabelę; stała oparta ramieniem o drzewo i przysłuchiwała się dyskusji. Ubrana inaczej niż zwykle, w ciemną sukienkę, z naszyjnikiem z pereł i pantoflami na niezbyt wysokim obcasie, wyglądała jakby wracała z teatru lub opery. Opierając się niedbale o pień wydała się mu dużo młodsza i wyższa, przypominała dziewczynę czekającą na chłopaka.

Przyjrzał jej się uważnie. Ubiorem przypominała połyskliwego żurawia koroniastego brodzącego po płyciźnie jeziora, którego widział na wyprawie turystycznej do Afryki Wschodniej, półoswojonego, nieunikającego ludzi. Wrażenie było tak silne, że Sefardi przetarł oczy ze zdumienia. Suknia Isabeli, ciemniejsza na plecach, kontrastowała z nieskazitelnie białymi wyłogami okrywającymi jej ramiona i boki, nabierającymi złoto-brązowego zabarwienia w dolnej partii. Jej włosy były wymyślnie ufryzowane; z boku i z tyłu głowy przykrytej kapeluszem spływały na boki jak miękkie, aksamitno-czarne pióra. Jej policzki pokrywał puder koloru kości słoniowej, oczy otoczone były jasnobłękitnym makijażem. Na odsłoniętej szyi zwisały dwa zwoje jaskrawoczerwonych korali. Uwagę patrzącego przyciągnął kapelusz przypominający pióropusz cienkich połyskliwych piór. Złocąc się w promieniach zachodzącego słońca stwarzały nieodparte wrażenie korony lub diademu. Poniżej krawędzi sukni widoczne były nogi wyszczuplone ciemnymi pończochami, zakończone złotymi pantofelkami na średnim obcasie.

Sefardi przyglądał się urzeczony. Przyszło mu na myśl, że nie jest osobą, ale prawdziwym ptakiem zachowanym w jego wyobraźni. W pewnym momencie Isabela oderwała się od drzewa, wyprostowała się i lekko wzniosła ramię okryte luźnym rękawem sukni. Pozdrawiała kogoś. Wydało mu się, że kobieta rozpoczyna fascynujący taniec zupełnie jak żuraw. Wytwornie wygięła szyję i popatrzyła w kierunku nieznanego mężczyzny, po czym obróciła się i zniknęła za grupką młodych krzykliwych osób.

Kiedy wspomniał o jej wyglądzie następnego dnia, zdziwiła się. Zaprzeczyła twierdząc, że nigdy nie miała na sobie takiego stroju. Patrzyła na niego szelmowsko, z ukosa, zachowując wyraz powagi na twarzy. Sefardi pomyślał, że drwi sobie z niego. Oddaliła się w głąb mieszkania, zanim zdążył zareagować, cokolwiek powiedzieć lub choćby przyjrzeć się jej dla upewnienia się, że poprzedniego dnia to też była ona, a nie inna łudząco podobna kobieta.

Jeszcze tego samego dnia, po południu, kiedy przyniosła mu herbatę do gabinetu, Sefardi nie omieszkał nawiązać do wiecu poparcia rządu i zapytał ją, co tam robiła.

– Nic szczególnego. Przyszłam na spotkanie, bo mnie zaproszono.

– Jest pani zwolenniczką Blawatsky’ego?

– Dlaczego miałabym być? – Odpowiedziała wyzywająco pytaniem na pytanie.

– Kiedyś była pani na spotkaniu z przywódcą Partii Liberalnej, opozycyjnej wobec Barrasa, a kiedy indziej na wiecu wyborczym Partii Komunistycznej Nomadii, choć to żadna partia, tylko grupka zagubionych ludzi.

Nie wypierała się związku z żadną partią. Poszła, bo była ciekawa, co oni myślą i proponują, chciała wiedzieć, co się dzieje wokół, aby nie dać sobie wcisnąć kitu, kiedy przyjdzie czas głosowania do parlamentu, referendum lub wyborów do władz lokalnych.

Na pytanie, co sądzi o partii Barrasa i o nim samym, odpowiedziała, że mają sporo racji, ale tak naprawdę to interesuje ich tylko władza i takie zmiany w kraju, które będą sprzyjać ich ciemnym interesom i umacniać ich poglądy. – Gubernator Barras mało mówi, lecz dobrze manipuluje opinią publiczną – zakończyła niechętnie.

Poglądy Isabeli zaskoczyły Sefardiego. Dostrzegł w nich dojrzałość, nieobecną na co dzień. Kiedy odchodziła zastanawiał się, czy rzeczywiście to ją widział poprzedniego dnia i czy ją w ogóle ją zna, mimo że rozmawiał z nią dziesiątki razy.

Wojsko, nawiedzeni i pijacy

Aby mieć silną armię, nie potrzebujemy generałów, helikopterów bojowych, dronów ani okrętów wojennych. Wystarczą samoloty dla VIP-ów, Wojska Obrony Terytorialnej, minister Macierewicz i minister Błaszczak. Oraz zwierzchnik sił zbrojnych.

Pewien dostojny wojskowy moczymorda pod koniec życia zwariował, ubierał się w komżę i organizował spotkania modlitewne, błogosławiąc hipokrytów nawiedzonych manią nadzwyczajnego patriotyzmu. Uważał to za cnotę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Kilka myśli dosadnych i krótkich jak pieszczota w locie ptaka

U młodych ludzi ślepota objawia się dzisiaj często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby nasz ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szef staży pożarnej – premierem z kokardą, ksiądz –pedofilem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

Aforyzmy i abstrakcje

W pewnej wsi na znak sprzeciwu krowa stanęła dęba. Kiedy lokalny ważniak usiłował ją wydoić, odwróciła się i zdzieliła go kopytem w coś okrągłego. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie była to jego głowa, tylko łeb, a krowa nie była dojna, tylko zbuntowana.

Do uzdrowienia świata nie jest dziś konieczna bomba atomowa. Wystarczy Trump, Putin, Kaczyński, Orban, Le Pen i Kim Il Dzong. Los obdarzył szczęściem równo wszystkie kontynenty. Afrykę pominął, bo jest czarna i mało widoczna. Ale i tam też sobie radzą.

Pies oddał szesnaście strzałów do swojego właściciela. Sprawa trafiła do sądu, pies dostał dwa lata z zawieszeniem za marnotrawstwo naboi. Sąd uznał niską szkodliwość społeczną czynu. Sponsorem wyroku był Minister Powszechnej Sprawiedliwości.

Pewna zasłużona kobieta, która samotrzeć wygrała mecz 27 do 1, odwiedziła miejscowość, gdzie kiedyś gasiła pożary, bo znała się na pompach. Jej dobra znajoma zapytała ją publicznie: Co pani tu robi? Myślałam, że pani jest w stolicy. To gdzie właściwie jest pani miejsce, babo?

Przypowieść o bagnie i pustyni (z serii opowiadań krótkich jak świst bicza)

W kraju zagubionym w buszu, na pograniczu wielkiego bagna i pustyni, gdzie handluje się mądrością i głupotą, łajdactwem i uczciwością, żył niezbyt rozgarnięty osobnik, którego zwierzchnik wioski zatrudniał na posyłki. Była to dla niego tak ważna funkcja, że uważał siebie za ważniaka. Tak też go nazywano: Ważniak, czasem także Umyślny, Posłaniec, Kurier lub po prostu Chłopak na posyłki. Nie miał najlepszej sławy, wielu uważało go za wiarołomcę i dziwkarza.

Pewnego jesiennego ranka Ważniak ogolił się, posmarował włosy brylantyną, ubrał się w co miał najlepszego, nowiutkie trampki i niebieski garniturek, i wyszedł na próg swojego szałasu, który zatopiony w ciszy i przyozdobiony promieniami słońca wydał mu się pałacem. Postał, pomedytował i udał się na przechadzkę. Po drodze zahaczył o lokalny kościółek, rządzony przez proboszcza kochającego nade wszystko wesołe towarzystwo i mocne aguardiente, dopóki mu zdrowie pozwalało. Ważniak wszedł do środka, aby się pomodlić. Rozmyślając nad swoją kondycją i marną reputacją, usiadł w pierwszej ławce i przysnął.

We śnie pojawiły się przed nim postacie, niektóre ze skrępowanymi rękami, inne z zaklejonymi taśmą ustami, w różnym wieku. Stały wokół, gapiły się w niego intensywnie i krzyczały: Parole! Parole! Przeraził się, bo nie wiedział, o co im chodzi, albo udawał, że nie wie, bo był wiejskim cwaniakiem.

– Gdzie? – Zawołał. – Jakie parole? Po co?

Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół, czy jest tam ktoś, kto zechciałby mu odpowiedzieć, ale nikogo takiego akurat nie było pod ręką. Kiedy siedział zdezorientowany, usłyszał z dala mocny głos:

– Nie udawaj głupka, synu marnotrawny. Wiesz dobrze, o czym oni krzyczą. Nie denerwuj ich, bo cię wywiozą na taczkach. Przedtem odbiorą ci stopień generalski, zostaniesz szeregowcem, wcielą cię do wojska, zostaniesz zwykłym zupakiem, będzie zmywał garnki u tego dziwaka, twojego dobroczyńcy. Jak mu tam na imię? Taki mały, siwy! – Głos się zdenerwował.

– A! Ucieszył się Ważniak. – Chodzi o mojego opiekuna. Mojego zbawcę, wspomożyciela i dobrodzieja.

– No widzisz! – Ucieszył się głos z oddali. – Nie całkiem ci jeszcze rozum odebrało.

Ważniak konwersowałby z nieznajomym dłużej, gdyby nie modnie ubrana kobieta, szczupła, uczesana w kok, która go zbudziła szarpiąc za ramię.

– Idź już do domu, pijaku. Udajesz, że wiesz, co mówisz i co robisz. Nadymasz się jak żaba, mądrzysz się, udajesz geniusza. Ale sumienia nie masz nawet za grosz. Kim ty właściwie jesteś? – Tak się go zapytała. A jeśli tego nie zrobiła, to wielka szkoda, także dla niej.

O pamięci, dojrzewaniu i starzeniu się

Ludzie dobrze kojarzą sobie prezydenta Dudę. Kiedy go widzą krzyczą entuzjastycznie: Konstytucja! Konstytucja! Na swoich wystąpieniach publicznych prezydent potwierdził już kilka razy, że konstytucja w Polsce jest przestrzegana. Wczoraj w III LO w Gdyni żona szarpała go za rękaw, przypominając konstytucję; nie wiadomo jednak, czy chodziło jej o to, aby ją wspomniał, czy przestrzegał.

Prezydent Duda traci pamięć. To smutne. W orędziu wygłoszonym w Kościele Świętej Brygidy w Gdańsku mówiąc o Solidarności zapomniał wspomnieć Prezydenta Wałęsę. Zapomniał też wymienić sędziego Andrzeja Kryże i prokuratora Stanisława Piotrowicza z czasów PRL, aktywnych i zasłużonych działaczy PiS.

Premier Morawiecki, urodzony w 1968, roku starzeje się wyjątkowo szybko. Być może wpływają na to jego dojrzałe, poważne okulary, ułatwiające mu głębokie historyczne przemyślenia. Okazuje się, że bez niego nie byłoby Porozumienia Sierpniowego 1980 ani wejścia Polski do Unii Europejskiej.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 45: Państwo, firma Abenaki i Wiktor.

Gwałtowny odpływ pieniędzy z kasy państwowej i równoczesne bogacenie się Abenaki źle się ludziom kojarzyły. Wyglądało to tak, jakby państwowe pieniądze płynęły prosto do kiesy właścicieli prywatnej firmy. Na zebraniu przy krawężniku pojawiły się głosy, że rząd i Abenaki wyraźnie łączy jedna osoba, gubernator Barras. Do niedawna był jeszcze prezesem tej firmy. Innego wytłumaczenia nie było. Przynajmniej Sefardi nie widział innego.

– To sprawa przeszłości, Sefardi – do rozmowy włączył się Wiktor. Pojawił się jak na złość Sefardiemu, aby bronić rządu i gubernatora. Miał gotowe wyjaśnienia.

– Barras po objęciu stanowiska gubernatora zrezygnował ze stanowiska prezesa firmy i wyzbył się wszystkich udziałów. Sprzedał je, rodzinie przekazał tylko niewielką część tego, co posiadał. Nawet dociekliwi dziennikarze nie doszukali się nieprawidłowości w jego postępowaniu. Musisz pogodzić się z tym – nalegał.

Sefardi był wściekły na Wiktora, że zrujnował mu szansę zwycięskiej dyskusji przy krawężniku. Intuicja podpowiadała mu, że Barras osobiście lub przez kogoś zaufanego jest łącznikiem z Abenaki. Czuł to prawie fizycznie. Przeczucie nigdy go nie myliło, kiedy skóra swędziała go na piersiach i ramionach, jakby jadowity pot wyżerał w niej małe rowki. Logicznie rzecz biorąc, nie było innego wytłumaczenia. Bez dużej pomocy z zewnątrz Abenaki w żaden sposób nie byłaby w stanie finansować kosztownego programu badań, produkcji i testowania farmaceutyków, rozbudowywać sieć dystrybucji oraz prowadzić drogie kampanie reklamowe.

Ludzie domyślali się różnych możliwości. Rząd mógł pomagać firmie, uznając ją za szczególnie ważną dla gospodarki, oferując ulgi podatkowe, koncesje lub kontrakty na dostawy zaopatrzeniowe. Nic takiego jednak nie ujawniono. Dociekliwi dziennikarze to sprawdzili. Kilka tygodni później wyszło jednak na jaw, że Abenaki ma koncesję na produkcję środków zwiększających potencję seksualną oraz na ich sprzedaż hurtową i detaliczną, także w kioskach i na targowiskach, gdzie zaopatrywali się ludzie najubożsi. Miała to być istna kopalnia złota.

Środek poprawiający potencję był dostępny tylko dla małżeństw. Był on tak silny i skuteczny, że rodzice nie byli w stanie ograniczyć liczby rodzących się dzieci. Sprawa wyszła na jaw, kiedy firma wypłaciła pół miliona dolarów odszkodowania żonie, której męża nadmiar dzieci doprowadził do samobójstwa. Wielkość odszkodowania spowodowała, że coraz więcej małżeństw pragnęło procesować się z Abenaki, mimo że szansa wygrania była niewielka, ponieważ firma zatrudniała armię najlepszych prawników.

Na temat środków zwiększających potencję, liczby urodzeń, samobójstw i ich przyczyn oraz spraw toczących się w sądzie krążyły często sprzeczne wiadomości, że trudno było dociec, ile było w tym prawdy, a ile zmyślenia. Jeśli ktoś znał tę tajemnicę, to z pewnością bał się ją ujawnić. Ludzie jako tako zorientowani w polityce wiedzieli, że gubernator ma wyjątkowo długie ręce. Sefardi był przekonany, że jest on dostatecznie przebiegły, aby stosować skrytą przemoc wobec osób mu wrogich czy nawet niechętnych.

W trakcie dyskusji o Abenaki Wiktor nazwał Sefardiego chorobliwie ambitnym zegarmistrzem. Sefardi czuł coraz wyraźniej, że drogi ich przyjaźni trwającej od dzieciństwa rozchodzą się. Wzmacniało to tylko jego determinację rozwiązania łamigłówki powiązań gubernatora i rządu z Abenaki.

Kiedy Sefardi wspomniał Isabeli o zamierającej przyjaźni z Wiktorem, Isabela chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, lecz nic nie objawiła. Wahała się bardzo krótko. Na jej twarzy pojawił się grymas determinacji; Sefardi, wiedział, że objawi coś nieoczekiwanego.

– Nie miałam mówić tego panu, don Sefardi, ale powiem. – Zaczęła, jej wzrok przeniósł się ponad jego głowę i zatrzymał się gdzieś za oknem lub na suficie.

Zauważywszy pytające spojrzenie Mistrza, wyjaśniła: – Jeśli chodzi o pańskiego przyjaciela Wiktora, to wiem o nim co nieco. To niedobry człowiek. Pierwsi odkryli to jego rodzice, kiedy był jeszcze dzieckiem, ale nikomu o tym nie wspominali, bo to wstyd. W związku w chorobą gardła zaistniało podejrzenie, że Wiktorowi trzeba będzie wyciąć migdałki. Lekarz zajrzał mu w usta i zobaczył czarne podniebienie.

– Pan wie, don Sefardi, co to znaczy? – Zapytany skinął głową potwierdzająco, lecz mimo tego kobieta kontynuowała wyjaśnienia.

– Tak mówi się o psie, który jest niebezpieczny. Oczywiście Wiktor nie jest tak zły jak pies, nigdy bym tego nie powiedziała, ale jest wredny. Mnie on się nie podoba. Panu tak, bo to pański kolega i przyjaciel od przedszkola. Nie mój na szczęście. Nie lubię go, bo to wieśniak i to w gorszym gatunku. Na wsi są też dobrzy ludzie, ale Wiktor jest zacięty, nieustępliwy, skryty i przekonany zawsze o swojej racji. Jestem pewna, że źle traktuje swoją rodzinę, jeśli ją ma. Chyba także i przyjaciół źle traktuje. Pan to sam zauważył.

Sefardi był niepewny, co myśleć o jej wynurzeniach. Historię z czarnym podniebieniem odrzucił, uznając ją za czczy wymysł. Chwilę później pomyślał jednak, że Isabela ma przynajmniej trochę racji. Kolejny raz nie mógł jej odmówić zmysłu obserwacji i znajomości mentalności i zachowań mieszkańców wsi. Uświadomił też sobie, że Wiktor rzeczywiście bywał niesympatyczny i w ostatnim czasie źle go traktował. Sefardi usprawiedliwiał to pośpiechem lub rozdrażniłem Wiktora jakimiś bieżącymi niepowodzeniami.

Obserwował Isabelę, kiedy mówiła. Była rubaszna, pełna cieleśnie i na swój sposób atrakcyjna. Miała też zainteresowania. Wyznała mu to kiedyś przechylając się poufnie do jego ucha. Lubiła jazdę na rowerze, pracę w ogrodzie i czytanie. Chyba też i podróże. Nie mógł sobie tego przypomnieć. Mówiła też, że lubi gotować. Rozgadała się, a on słuchał nie przerywając. Przyglądał się jej piersiom i biodrom. Chyba o czymś marzył, bo w pewnym momencie zamknął oczy i cienie biegały mu po twarzy.

Michael Tequila’s  books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Myśli i aforyzmy

Wszyscy głupcy i politycy mają prawo milczeć; szkoda, że tak rzadko z niego korzystają.

Zdolny satrapa potrafi rządzić krajem przy pomocy jednego suwerena, jednego premiera, jednego prezydenta, dwóch marszałków i tysięcy kłamstw.

W Polsce, marszałkom Sejmu i Senatu wystarcza trzydzieści sekund, aby dać się szczerze i swobodnie wypowiedzieć demokratycznej opozycji.

Kraj mlekiem, miodem węglem płynący

W premierze Morawieckim najbardziej podoba mi się złoty błysk w oku, słowa „Wszyscy chwalą nas na świecie” oraz „Konsensus”. Jak się okazuje, PiS stworzył konsensus, wzmocnił go i przekształcił w rzekę mlekiem, miodem i węglem płynącą. Nie udało się tego zrobić PO i PSL, dlatego przegrali. Premier zapewnił, że Polska będzie zwiększać import węgla z Rosji tak długo, aż poprawi się stan naszego górnictwa.

Informacja dla Czytelników

 Family Vacation Centre

Drodzy Czytelnicy,

W dniach od 16 do 27 sierpnia będę na wakacjach, w związku z czym nie będę mógł robić wpisów na blogu. Krótko mówiąc, żarty i sprawy poważne na bok. Przepraszam za tę „niespodziankę”. 

Do usłyszenia dnia 28 sierpnia br.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michael Tequila