Myśli i aforyzmy jako uzupełnienie chleba naszego wieczornego

Prezydent Duda, niech Bóg mu błogosławi na drodze celnych dowcipów i uśmiechów opromieniających ziemię, na spotkaniu z wieloletnimi małżeństwami przyznał się, że siwieje i łysieje. Tego samego dnia w telewizji ktoś to skomentował:

Można siwieć i łysieć, chodzi o to, aby tylko nie głupieć.

Mocne! Takie piwo lubię.

Do powyższego dodam, gwoli wieczornej rozrywki, dwie myśli, jakie ostatnio przyszły mi do głowy.

W roku 2018 polska niepodległość miała trzech ojców: stuletniego, dwudziestodziewięcioletniego oraz ośmioletniego. Dwóch pierwszych wyróżniały sumiaste wąsy i historia, trzeciego – kochający brat i nowiutki pomnik.

Niektórych ludzi łączy z psem niezwykle mocna więź. Jest nią łańcuch a czasem gruby drut. Miłość przybiera różne formy.

Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

Z okazji piątku kilka myśli i aforyzmów własnych

Kiedy mąż w trakcie kłótni podszedł do niej z nożyczkami do obcinania paznokci, była tak przerażona, że w jej wyobraźni pojawiła się śmierć w czarnym płaszczu z ostrą kosą.

Nigdy nie czuł się samotny. Zawsze towarzyszyło mu kłamstwo.

PiS wyjaśniał decyzje Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niedoinformowaniem sędziów co do reform sądownictwa w Polsce. Wystarczyła jedna żarówka głowy państwa i wszystko stało się jasne. Duża głowa i mała żarówka – to najlepsza odpowiedź na niewiedzę Zachodu, co dzieje się w Polsce. 

Był żywy jak skra. Bał się, że coś podpali, bo pamięć go zawodziła.

Jeśli nikt cię nie kocha, pokochaj się sam. Zostań Narcyzem.

To kobieta niezwykle ponętna. Nie mogę oderwać się od niej. – Powiedział mężczyzna pieszcząc ustami jędrne udo. – Jestem kanibalem. – Wyjaśnił.

Aforyzmy, myśli, powiedzenia

Dawno już nie pisałem aforyzmów ani nie wyrażałem myśli umownie zwanych złotymi. Korzystam z okazji, aby zamieścić kilka.

Pozdrawiam,
Michael Tequila

  • Czy o prawdzie, patriotyzmie i cnotach mówią tylko ludzie uczciwi, czy też jest możliwe, że mówią o nich także szubrawcy?
  • Obejmując władzę, zwycięska partia nabywa szczególnych praw do monopolizowania kłamstwa. Opozycji daje to więcej szans na mówienie prawdy.
  • Łgarz to kłamca do kwadratu.
  • Była to postać tak wielka, że w ekranie telewizora mieściła się tylko jej głowa.

Święto Zmarłych. Dzień Zaduszny. Poezje, obrazy. muzyka.

Dopisek muzyczny na zakończenie Dnia Zadusznego: 

Toccata con Fuga D Minor Jana Sebastiana Bacha z YouTube https://youtu.be/ho9rZjlsyYY

Dopisek wczesnopopołudniowy. 

Dzisiaj na blogu publikuję tylko poezje okolicznościowe. Słoneczny z rana dzień pomroczniał, zniechęcając do pisania czegokolwiek więcej. Aby utrzymać się przy życiu, piję kawę w ilościach zdolnych utrzymać w dobrobycie niewielki kraj żyjący z jej eksportu. Powoli narasta we mnie sponsorowany przez kofeinę wulkan energii, wyrywającej się na zewnątrz jak zając z klatki, aby popełnić jakiś niesamowity czyn na jesiennej murawie literatury, nazwijmy ją piękną.

Marzyć każdemu wolno.

Ku Chrystusowi

Pola wybiegły prosto w słońce
i rozsypały w kolorów plamy;
zrzucam z piersi płomieni kagańce,
powstaję nagi, zbuntowany.

W zadumie kwiatów obmywam ręce,
w ziemię wsiąkają płatków rany,
promień nadziei składam w podzięce,
idę ku Tobie, oczekiwany.

Stoisz na wzgórzu, dłoni stygmaty,
szary len kształty bólu powiela,
lecz Twoich oczu jasne bławaty
niosą wino i radość wesela.

Ciepły dotyk łagodnej ręki
leczy, wyzwala od ziemskiej udręki.
Przestrzeń i cisza stają się zbawieniem,
modlę się oczami, zadumą, milczeniem.

Michael Tequila
Gdynia, 6 maja 1999
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

We dwoje
czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.

Michael Tequila
Morphett Vale, Australia, 31 maja 1996
(niepublikowane)

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co wzbudza tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Michael Tequila
Valley View, Australia, 10 grudnia 2006
(niepublikowane)

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy,
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

Michael Tequila
Gdynia, 27 listopada 2000
(niepublikowane)

 

Informacja świąteczna dla Czytelników. Poezje, powieść i jak poruszać się po blogu.

Drodzy Czytelnicy,

Dzisiaj, 1 listopada, w Dniu Wszystkich Świętych i jutro, 2 listopada, w Dzień Zaduszny, nie zamieszczam na blogu kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, tylko poezje okolicznościowe, w większości nigdzie nie publikowane. Sam nie wiedziałem, że napisałem tyle na temat śmierci, równie ostateczny i niezrozumiały jak czas, przestrzeń czy Bóg. Poszczególne wiersze ilustruję zdjęciami pobieranymi prawie wyłącznie z Wikipedia Commons, prawdziwej kopalni bezpłatnych i rewelacyjnych obrazów z każdej dziedziny.

Zachęcam do zajrzenia na stronę i zapoznania się z poezjami i być może podzielenie się nimi z osobami, dla których pamięć zmarłych jest ważna.

Przy okazji, osobom wchodzącym po raz pierwszy na mój blog i nie tylko, w celu kontynuacji zapoznania się z powieścią, podaję dodatkowe informacje:

Początek powieści: 16 maja 2018
Informacja od autora dla Czytelników: 22 maja 2018
Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny: 10 października 2018

Mechanizmy wyboru i czytania odcinków powieści (wpisów na blogu) są proste.

Jeden to kalendarzyk miesięczny po prawej stronie ekranu z wyróżnionymi dniami, kiedy ukazały się wpisy, który pozwala przewijać miesiące jeden po drugim lub klikając na konkretny dzień dotrzeć od razu do wpisu.

Drugi to „Archiwum” u dołu po prawej stronie ekranu, które – klikając na strzałkę – pozwala sięgnąć od razu do dowolnego miesiąca i roku.

Jak poruszać się po blogu, aby czytać odcinki w kolejności ich ukazywania się (czyli na przykład 99, 100, 101, 102), a nie w kolejności odwrotnej (czyli 102, 101, 100, 99, jak to ma miejsce przy zwykłym przewijaniu strony. Wystarczy, jeśli klikniesz na kolejną datę na kalendarzyku. Jeśli przeczytałeś przykładowo odcinek z dnia 16 października, kliknij na datę 17 października, od razu znajdziesz się na początku następnego odcinka.

Proszę zwrócić uwagę, że niekiedy w jednym dniu, jak na przykład dzisiaj, publikuję dwa wpisy. Zdarza się to bardzo rzadko. Wtedy dwa wpisy ukazują się bezpośrednio jeden pod drugim.

PS. Od czasu do czasu udzielam się też na Twitterze, gdzie informuję o kolejnym odcinku powieści oraz przedstawiam własne aforyzmy i sentencje, czasem tez zachętę do zapoznania się z moimi książkami. Aby dotrzeć do mnie na Twitterze proszę wejść na www.Twitter.com i wpisać w pasku wewnętrznej wyszukiwarki strony Michael Tequila.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Tenże

Ryczący Lew Literatury

Dzień Wszystkich Świętych. Poezje i obrazy.

Dzień zmarłych

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Michael Tequila
Gdynia, 1 listopada 2000
(niepublikowane)

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Michael Tequila
Gdynia, 16 października 1998
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Michael Tequila
Morphett Vale, 19 sierpnia 1996
(niepublikowane)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybieram wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie pozwolę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Michael Tequila
Zwierzyniec, 20 lipca 1997
(niepublikowane)

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

Michael Tequila
Gdynia, 8 marca 2000
(niepublikowane)

Poezje, Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

Jubileusz. Setny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

To już setny odcinek mojej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni” publikowany na stronie autorskiej. Korzystam z okazji, aby serdecznie podziękować Państwu za wytrwałość czytelniczą.

„Laboratorium” to eksperyment literacki. Wiele osób skarży się na brak czasu. Wierzę, bo sam też to odczuwam. Właśnie dlatego zdecydowałem się publikować powieść w odcinkach; codziennie nowy odcinek, ilustrowany jednym lub dwoma zdjęciami.

Powieść jest skonfigurowana do wygodnego czytania na komputerze, tablecie i smartfonie: strona otwiera się w ciągu kilku/kilkunastu sekund, brak reklam, jeden odcinek wymaga około trzech minut czytania, duża czcionka, wyraźne akapity. Powieść można czytać w trakcie jazdy autobusem, w tramwaju, w przychodni lekarskiej czy nawet w korku ulicznym.

Cieszy mnie, że powieść czyta przeciętnie (codziennie) ponad 300 osób. Jest to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Mam poczucie, że jeśli kolejne odcinki stałyby się mniej atrakcyjne, ilość czytelników zacznie od razu spadać. Ta natychmiastowość stawia mnie na palcach (także z sensie dosłownym, bo pracuję przy biurku o ruchomy blacie, najczęściej na stojąco) i prawdziwie mobilizuje.

O powieści napiszę wkrótce coś więcej. Jest już ona gotowa w formie pierwszego rękopisu. Publikując ją fragmentami mam możliwość ostatecznego „dopracowania” tekstu. Doskonalenie dzieła literackiego nigdy się nie kończy. Ernest Hemingway pisał o sobie, ze poprawia swój tekst tak długo, aż (w wolnym tłumaczeniu) żygać mu się chce; wtedy oddaje tekst do druku. Podzielam jego opinię.

Na zakończenie chciałoby się zakrzyknąć jak Edward Gierek: „Pomożecie?” i usłyszeć podobnie jak on: „Pomożemy!”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Życzenia z okazji piątku i obłędnej pogody (w kategoriach rozmiarów i kształtów)

Z okazji piątku, ostatniego dnia tygodnia pracy, i obłędnie pięknej pogody, serdecznie życzę:

Tym, którzy niezdrowo trzęsą krajem – gwałtownego przyśpieszenia emerytalnego,

Kochającym samotne zdjęcia przy biurku – ciasnych butów, aby zimą mogli bezpiecznie zjeżdżać na nartach, kiedy pogoda się zepsuje,

Wyróżnionym sądownie za prawdę – aby dla równowagi nauczyli się także kłamać,

Kobietom o piersiach jak rajskie jabłuszka – piersi jak pachnący melon zdobny plastrem szynki parmeńskiej,

Muzykom z małą fujarką – instrumentu muzycznego odpowiadającego ich potrzebom i aspiracjom,

Osobom o nienasyconej żądzy seksu, władzy lub pieniędzy – żądzy nasyconej,

Osobnikom bez poczucia humoru – wygranej w Lotto jako rekompensaty za nieszczęście.

W końcu, wszystkim obywatelem naszego kraju, w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, europarlamentarnymi, parlamentarnymi i prezydenckimi życzę małego PiSu i dużej Opozycji.

Michael Tequila

P.S. „Czytajcie mnie, a odnajdziecie siebie”, jak mówi Pismo Święte. 

Ordery


Ktoś załomotał do drzwi. Wystraszyłem się. Był to Iwan Iwanowicz, niezwykle podekscytowany. Prawie krzyczał:

– Telewizor mi się zepsuł, a tu za dziesięć minut wielka uroczystość. Brazylia na kolanach! Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce! Wstaliśmy z kolan. I to w jakim stylu. – Entuzjazmował się Iwan Iwanowicz. – Prezydent jest oczarowany. Stworzył jednoosobową grupę inicjatywną. Ma nadać tytuły szlacheckie naszym siatkarzom. Zaraz odbędzie się transmisja z uroczystości.

Szybko włączyłem telewizor. Ręce mi drżały ze wzruszenia, że zaraz zobaczę prezydenta wszystkich obywateli. – Czyli także mojego. – Tłumaczyłem sobie na wypadek, gdyby dopadły mnie wątpliwości.

Prezydent był wzruszony. Owinął się flagą narodowa, na policzkach miał wymalowane dwa motylki w narodowych barwach. Ważnym ciałem wstrząsał szok radości. Wydatne usta były wilgotne, prawdopodobnie od płaczu. Intensywnie myślał.

– To najbardziej fantastyczne wstanie z kolan, połączone z równoczesnym rzuceniem Brazylijczyków na kolana. To ich nauczy pokory!

Podochodził do każdego zawodnika po kolei, wspinał się na palce, unosił ręce do gry w akcie podziwu, przyczepiał order „Za wstanie z kolan. Od Prezydenta” i łagodnym ruchem ręki wygładzał dres odznaczonego.

Ordery podawał Premier. Oczy miał spuszczone w dół, jakby wstydził się za coś. Zazdrościł Prezydentowi, że to nie on wręcza medale. Pomyślał: – Co to za ordery?! Malutkie, mało znaczące, tymczasowe! Mennica nie zdążyła wybić prawdziwych, że szczerego złota.

Po wręczeniu orderów prezydent wyszedł na środek sali, aby wygłosić mowę okolicznościową. Ogarnął wzrokiem wyróżnionych siatkarzy.

– Ile razy spełnią oni jeszcze nasze odwieczne pragnienie wstawiania z kolan!? – zadał sobie pytanie.

Odpoczął chwilę i przemówił. Wzniósł się ponad podziałami, ogarniając cały kraj, wszystkich obywateli, bez względu na poparcie polityczne. Był bezstronny, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Serce nie sługa! – przypominał sobie po cichu.

Myślał o Tym, Który Stał Nad Nim. To imię było tak ważne i święte, że je szyfrował w pamięci. Łączyła ich miłość do wspólnego wstawania z kolan. Prezydent wzruszył się.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 75: Transformacja wsi i mieszkańców

Dwa dni później na Placu Zgromadzeń Obywatelskich odbył się wielki festyn. Mieszkańcy wsi stawili się tłumnie, niektórzy przynieśli ze sobą sprzęt komputerowy, audiowizualny i telefoniczny w celu wymiany lub odsprzedaży. Zorganizowano pokazy sprzętu oraz konkursy wiedzy i umiejętności jego użytkowania.

Sondaż opinii pokazał gwałtowny wzrost poziomu uświadomienia technologicznego i aspiracji technicznych mieszkańców Casi. Na festyn przybyli także uczniowie, aby oklaskiwać swoich nauczycieli, rodziców i dziadków. Nastąpiła integracja społeczności wsi. Składano sobie nawzajem obietnice bliskich i serdecznych więzi. Córka przebaczała matce, matka przebaczała córce. Proboszcz, do niedawna abnegat komputerowy, widzący w komputerze narzędzie diabla, z powagą pobłogosławił zgromadzenie, a potem poświęcił remizę strażacką oraz komputery, tablety, smartfony i inne urządzenia przyniesione przez uczestników festynu. Nastrój był bardzo podniosły. 

W krótkim czasie wieś zmieniła się nie do poznania. Zmodernizowała się światopoglądowo. Role pokoleniowe zostały przewartościowane. Jeśli ktoś starszy czegoś nie wiedział, natychmiast zjawiał się uczeń szkoły podstawowej lub średniej, aby pomóc w nabyciu nowych umiejętności. Użyteczni byli w szczególności uczniowie biegli w obsłudze komputerów i tabletów, ale nie tylko. Pogardzani dotychczas przez nauczycieli, poczuli się ważni i znaczący. Przebaczano sobie nawzajem brak praktycznych umiejętności korzystania z komputera i płynącą stąd pogardę. Rodzice wysłali petycję do kuratorium, aby zwiększyć zakres nauki obsługi komputera kosztem lekcji świadomego macierzyństwa i życia w rodzinie. Kierownictwu gminy zarzucono opóźnienie technologiczne oraz brak elektronicznego dostępu obywateli do urzędowych danych.

Z wyjątkiem straży pożarnej, policji i dyżurnego lekarza wszyscy chodzili pijani z radości, obejmowali się i gratulowali sobie nawzajem: konferansjer, wójt gminy, lokalny rzecznik praw obywatelskich, proboszcz i wikary, dyrektor szkoły, kierowniczka biblioteki, a nawet przewodniczący komitetu anonimowych alkoholików. Wrogowie godzili się ze sobą, przyjaźnie pogłębiały się.

Tego dnia w oknach budynków przy głównej ulicy ukazały się tylko dwie głowy wsparte na dłoniach. Byli to głuchoniemi nie mający pojęcia, że wokół zachodzą przełomowe zmiany. Większość mieszkańców siedziało przy komputerach rozsyłając pocztę elektroniczną do znajomych, przyjaciół i rodziny, przekazując wieść o narodzinach skomputeryzowanej społeczności i zmianie nazwy wsi z Casi na Computi.

Mistrz był w siódmym niebie. Zainicjowane przez niego działania całkowicie zmieniły zagubioną wieś. Wieczorem, w notatniku elektronicznym odznaczył kolejny dobry uczynek zrealizowany w ramach Planu Czterdziestu Dni. Kilkanaście dni później wrócił do Computi, aby ocenić zmiany. Z trudem wieś poznał. Była oazą nowoczesności, w której Internet napędzał wszystkie działania komunikacyjne, edukacyjne i gospodarcze. W Internecie koncentrowało się życie codzienne, rodzinne i towarzyskie: zamawiano towary w sklepach i rezerwowano wizyty u lekarza, stomatologa a nawet weterynarza, elektronicznie wymieniano korespondencję z urzędem gminy. Szkoła łączyła się interaktywnie światłowodem z uniwersytecką bazą wiedzy przyrodniczej, prosperowały dwa sklepy ze sprzętem i programami komputerowymi, klub gier komputerowych prowadził szkolenia, w co grać i jak grać, działała nowoczesna biblioteka z bogatym zasobem ebooków.

W Centrum Nowych Technologii zachwycił gościa piętnastolatek, kierownik pracowni komputerowej. To on opracowywał i prowadził konkursy wiedzy komputerowej sponsorowane przez szkołę podstawową, parafię, sklepy komputerowe oraz Klub Emeryta. E-booki upowszechniły się do tego stopnia, że korzystał z nich co drugi mieszkaniec. Nikt nie był w stanie uwierzyć, że tak szybki postęp był możliwy. Pytaniem było, kto to sfinansował. Tajemnica wyszła na jaw dopiero po kilku miesiącach. Był to miliarder, dawny mieszkaniec Computi, który wyemigrował do Hong Kongu i tam zrobił wielką fortunę na handlu narkotykami.

– Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, tym bardziej, jeśli jest to złoty koń, a nie wałach z likwidacyjnej przeceny. – wyjaśnił Sefardiemu rzeźnik, cieszący się sławą dorobkiewicza. Milioner darowiznę miał już gotową od dawna, czekał tylko na okazję, na wyrwanie się mieszkańców wsi ze szponów marazmu.

– U nas, w Hong Kongu, marazm nie jest znany, dlatego byłem w stanie zarobić wielkie pieniądze – mężczyzna wyjaśnił tajemnicę swojego powodzenia.

*****

Po powrocie z Computi, w życiu Sefardiego nastąpił okres dziwnych zdarzeń. Kiedy myślał o nich z perspektywy czasu, nie umiał wyjaśnić sobie ich znaczenia. Mógł tylko zrozumieć, jak to się stało, że w ogóle one nastąpiły. Isabela, jak również Penelopa, przemawiająca teraz tylko za pośrednictwem gosposi, sugerowały mu, a czasami nawet przekonywały, że wydarzenia te były efektem podświadomości sterującej jego losem w dyskretny i niezrozumiały sposób. Sefardi wiązał je z wróżbą dawno spotkanej osoby. Czekał kiedyś na autobus, kiedy podeszła do niego kobieta w kolorowej sukni i zaproponowała, że mu powróży. Nie miał wątpliwości, że to była Cyganka. Na początku odmówił, wiedziony jednak ciekawością poprosił o wróżbę. Oprócz kilku mało znanych faktów z jego życia, które mu przypomniała, zaskakując go całkowicie, powiedział mu także, że nastąpi w jego życiu okres dziwnych zdarzeń.

– Nie będzie pan umiał ich sobie wytłumaczyć, ale proszę się tym nie przejmować. One pokazują ludzkie wnętrze, do którego nie można dotrzeć w sposób zwyczajny, ponieważ ukryte są w podświadomości.

Zaskoczyła go tą podświadomością, bo było to określenie psychologiczne, zapytał ją więc o to. Nie zdziwił się specjalnie, kiedy ujawniła, że z wykształcenia była psycholożką, praktykującą, ale zarabiającą tak mało, że nie miało to sensu. Wtedy ktoś jej zasugerował, że może nadal pomagać ludziom jako psycholożka, ale robić to w inny sposób, łatwiejszy do przyjęcia.

– Ludzie chętnie słuchają wróżbiarki, kabalarki czy cyganki, ale niechętnie psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty. Boją się. Kiedy przyznasz się komuś, że byłeś u psychiatry, od razu myślą, że jesteś pomyleńcem udającym osobę normalną. Przyznając się do rozmowy z Cyganką, nie narażasz się na nic. Dla ludzi to normalne, podobnie jak wiara w zabobony, trzynastkę jako liczbę przynoszącą nieszczęście czy czarnego kota przebiegającego ulicę. Ponadto specjaliści dużo drożej kosztują i są do nich kolejki. Poradzono mi: – Rób to samo dziewczyno, tylko pod inną postacią. Przebierz się za wróżbiarkę lub Cygankę, wróż z dłoni, stawiaj kabałę, a pójdzie ci dużo łatwiej. Jak zdobędziesz trochę uznania, ludzie będą ustawiać się w kolejce, aby posłuchać twoich rad. Pieniądz będzie płynąć szeroką strugą, a ty nie będzie ponosić żadnej odpowiedzialności. No bo za co? Za wróżby czy układanie kabały czy pasjansa?

Sefardi wysłuchał jej uważnie, zapamiętując tylko część jej przepowiedni, ale potem przypomniał sobie wszystko, kiedy spotkały go dziwne zdarzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Bolesny wątek prawdy i kłamstwa.

– Robiąc zakupy korzystam z każdej okazji, aby wzbogacić się i rozwinąć politycznie, zrozumieć złożoną rzeczywistość oraz nasycić wiadomościami krążącymi lotem jastrzębia po kraju, Europie i świecie. – Objawił mi w zaufaniu Iwan Iwanowicz.

– Stałem cierpliwie w kolejce w sklepie „Pod Przecudnym Owadem”, kiedy zaskoczono mnie pytaniem, co myślę o potwornym kłamstwie premiera Chudego, który w palącym słońcu na wiecu bezlitośnie obnażył prawdę liczbową o opozycji. Odpowiedziałem, że jestem średnio zorientowany, na co odezwały się głosy oburzenia, że „brak ci człowieku zaangażowania”, „taki stary a taki niemrawy intelektualnie”, „a gdzie rześkość emeryta postpeerelowskiego” i podobne.

Rozpętała się dyskusja. Jak zwykle głosy w kolejce rozdwoiły się niby język węża, jedni bronili premiera, że nie skłamał tylko się omylił podając fakty sięgające nawet ośmiu lat do tyłu, inni upierali się, że nie tylko on kłamie, ale i opozycja, jeszcze inni mówili o kłamliwych nie tylko ustach premiera, ale i jego okularach, którymi wprowadza w błąd tworząc aurę profesora, kiedy w istocie jest zwykłym sługusem i pomagierem Tego, Który Stoi Nad Nim. Ostatnia głos zabrała niewiasta, która w telewizji szeptała orzeczone przez sąd przeprosiny premiera zsiniałymi z przerażenia ustami, wyjaśniając, że uczyniła to tylko dlatego, że jej obiecał złotą górę i paczkę bezpłatnych voucherów do sklepów „Pod Przecudnym Owadem”. – Muszę dorabiać do emerytury – dodała ze szlochem.

Zrobił się rozgardiasz, który doprowadziłby do awantury, gdyby nie szczęśliwy traf, że w sklepie znalazł się współpracownik premiera Chudego, jego prawa ręka, wyposażony w wiedzę bogatszą niż niejeden gabinet polityczny. Był to osobnik masywny jak zapaśnik mongolski o obfitych ustach wioślarza znad Nigru. Wyjaśnił szczegółowo sytuację premiera.

– Premier swoje rzekome kłamstwo przeżywa bardzo ciężko, wręcz je odchorowuje, leczy się szumem strumieni górskich, szukając ukojenia także w miejscach słonecznych nad jeziorem Garda we Włoszech oraz w muzyce uderzeń siekiery w twardy pień dębu. Przez to oskarżenie o kłamstwo, które w mojej ocenie było czystą prawdą, pan premier mniej jeździ na spotkania z wyborcami, a jak jedzie, to tylko tam, gdzie odbywają się akurat dożynki i gospodarze rozdają chleb do całowania oraz kwiaty do wpięcia w górną kieszonkę marynarki, ponieważ premier kocha jedno, drugie i trzecie, i zatracając się w miłości zapomina o bólu.

– A co robi w domu? – zapytano. Przecież nie jest cały czas w rozjazdach!

– W domu pan premier siedzi najczęściej przed lustrem, kaja się, zadaje sobie pytanie, dlaczego to akurat jego złapali na kłamstwie, powtarza „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, pluje sobie w brodę, co kończy się na lustrze, karci siebie i udziela sobie pokuty, po czym sięga po cieniutki flet i gra na nim tęskne melodie dla uspokojenia skołatanego serca.

– Flet – wyjawiła prawa ręka premiera – wpływa na niego kojąco, przypomina mu ukochaną muzykę harfy, która podobno szczególnie mocno zniechęca do kłamstwa. Pan premier to człowiek nadzwyczajny. Jak zapewne zauważyliście, jest elegancko smukły, jego głos rozchodzi się promieniście po całym kraju, jego okulary o cienkich złotych oprawkach promieniują dobrocią jego osobistej władzy oraz Tego, Który Stoi Nad Nim.

– Jak scharakteryzowałby pan premiera Chudego jako polityka? – Padło dociekliwe pytanie.

– O tym cudownym człowieku mogę mówić tylko w superlatywach, wywyższać go, ale nie bardziej niż Tego, Który Stoi Nad Nim, bo on jest dla nas wszystkich Ojcem Narodu, Słońcem i Kosmosem Nadziei. Premier jest osobą serdeczną, ciepłą, o anielskim usposobieniu, a to, że nie udało mu się skłamać tak, jak by powiedział prawdę, świadczy tylko o nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatycznych, bo powiedzieć dobre kłamstwo nie jest tak łatwo. Ćwiczymy to od kilku lat i sam wiem, jaka to odpowiedzialność wobec pana Boga, który na szczęście jest po naszej stronie, podobnie jak Różowa Pantera, jak nazywamy ministra z różanymi policzkami i sylwetką greckiego efeba, który będzie rozliczać opozycję za oszczerstwa wobec pana premiera Chudego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.

 

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Wielodzietność i alkohol.

Wpis okolicznościowy z okazji niekończących się zwycięstw partii rządzącej nad rozumem.

Iwan Iwanowicz przedstawił mi dzisiaj swoje poranne przeżycie.

– Stałem w kolejce do kasy w sklepie, kiedy wywiązała się dyskusja. Klient uważał, że należy mu się bon sklepowy na dzieci, ponieważ otrzymuje 500 Plus, na co ekspedientka zareagowała widokiem smutnych oczu i oświadczeniem, że zakup alkoholu jest wyłączony z bonu.

Iwan Iwanowicz nie uczestniczył w dyskusji z uwagi na wrodzoną wstrzemięźliwość, po chwili jednak prawda wezbrała w nim pełną piersią nakazując zabrać głos.

– Proszę pani, dzieci piją alkohol od małego, sam też mam w tej materii pewne życiowe doświadczenie. Coraz więcej kobiet w ciąży odżywia się alkoholem i takie dzieciątko, a jeśli ma ona ich więcej, to i dwójeczka a może nawet i trójeczka, sączy alkohol z piersi matczynej i uczy się w ten sposób życia. Niedużo tego wprawdzie jest, ale kropelka do kropelki a zbierze się miarka. Jest to zjawisko pozytywne, ponieważ alkohol jest łatwy w przygotowaniu i konsumpcji, a kobiety dzisiaj czasu nie mają. W przyszłości znajomość alkoholu, upojenia i rauszu okaże się dla potomstwa jak znalazł, ponieważ człowiek bywa w różnych towarzystwach, sytuacjach, a nawet krajach. Na Syberii na przykład nikt nie pije wody, bo szybko zamarza, alkohol zaś twardnieje dopiero w temperaturze minus osiemdziesiąt stopni. Według amerykańskiego Hemingwaya oraz naszego Żeromskiego nie zamarza on w ogóle, a przynajmniej nikomu pijanemu nic takiego się nie przydarzyło.

Na wzmiankę o nauce włączyła się młoda kobieta, pochodząca z nizin (w odróżnieniu do górali, jak wyjaśniła) deklarująca się jako samotna matka z czworgiem dzieci, która wcześniej studiowała dużo i ukończyła dwa fakultety, które na nic jej się nie zdały, dopóki nie otrzymała dodatku za wielodzietność. Na lewym przedramieniu miała wytatuowane udko pieczonego kurczaka, na drugim znak 500 Plus ze zdjęciem darczyńcy podpisanego jako Prezes.

– Proszę pani – śmiało zwróciła się do ekspedientki – ci dwaj panowie mają rację. Ja bez 500 Plus i regularnej buteleczki „Żytniej” – Boże błogosław jej istnienie – nigdy w życiu nie poradziłabym sobie z czeredką dzieci nawet przy pomocy ich tatusiów. Takiemu maluchowi wystarczy gałganek umoczony w spirytusie 96 procent, nie mocniejszym, lub kropelka z mojej błogosławionej piersi, aby poczuł się radosny i syty. Korzyść z tego jest również taka, że dzieci karmione alkoholem nie tyją w późniejszym wieku.

– A ile dzieci liczy sobie pani czeredka i ilu jest tych tatusiów do pomocy? – Zapragnęła wiedzieć ekspedientka ze znacznie skromniejszym wizerunkiem wampira z dwoma kłami wytatuowanym w pobliżu aorty szyjnej.

– Jest ich czwóreczka i każde ma na szczęście swojego tatusia, co jest bardzo pomocne w mojej sytuacji samotnej matki. Proszę mi wierzyć, że ten pan ma rację argumentując, że 500 Plus i alkohol idą ze sobą w parze i należą mu się towarowe bony na dzieci. Zresztą taka była intencja darczyńcy 500 Plus, człowieka o wielkim choć gołębim sercu, kochającego ojczyznę i kobiety, i nienawidzącego tylko tych gadów sądowych, o których teraz tak głośno. Nie oni będą decydować o tym, czy mnie i moim dzieciom wolno pić alkohol, czy nie. – Zakończyła rezolutnie i napięła mięsień z tatuażem udka pieczonego kurczaka.

Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

Zwierzęta. Wg Św. Franciszka z Asyżu to nasi bracia mniejsi. Czy naprawdę?

Nie samym chlebem człowiek żyje!  

Najśmieszniejsze zdjęcia zwierząt z Comedy Wildlife Photography Awards: PS. Trzeba poczekać kilkanaście sekund, zanim nastąpi połączenie ze stroną, gdzie zamieszczono zdjęcia. Warto!

Poezja ducha i proza życia

 Generał Akashi Gidayu piszący poemat

Jest to drugi wpis w dniu dzisiejszym na blogu autorskim. To niepublikowana poezja.

Dedykuję ją zboczeńcom, szumowinom i dewiantom oraz bezbożnikom o zwichniętych poglądach na świat, którzy przedkładają zwykłą poezję nad radosną prozę partyjną, kufel zimnego piwa nad koryto miodem i mlekiem płynące, szarą przeszłość nad kolorową teraźniejszość, sądy przeciętne nad sądy sprawiedliwe, zmęczonego sędziego nad prężnego prokuratora, wspólnotę zwykłą nad wyimaginowaną oraz brudnego uchodźcę nad bezpieczne pranie mózgu.  

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila
Valley View
11 kwietnia 2005

Opinie o zbiorze poezji: Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.