Rewolucja trwa. Ludzie dostają szału i strasznie krzyczą.

Świat zmienia się tak szybko, że wystarczy jedna noc, by następnego dnia już go nie poznać. Na szczycie piramidy społecznej, jaka zebrała się w pewnym okrągłym budynku, pewien prezes dostał szału, strasznie miotał się, krzyczał, wyzywał ludzi od sukinsynów, gniotów i parszywców, i to podobno tylko dlatego, że nie dostosowują się dostatecznie szybko do jego postulatów postępu społecznego. Jeśli chodzi o szczegóły, to gwałtowną i jakżeż zrozumiałą reakcję Prezesa (każdy lubi przecież wybuchnąć od czasu do czasu) wyjaśniano wzmianką o członku jego rodziny, rzekomo ktoś powiedział o nim coś niewłaściwego wycierając sobie równocześnie twarz. Tak dokładnie to nie wiadomo, co złego powiedział, bo powiedział tylko to, co ów krewniak Prezesa ogłosił kiedyś osobiście na temat rządzenia.

Niestety powiedzenie kuzyna źle się skojarzyło Prezesowi i dlatego wybuchł na mównicy jak granat. Na szczęście nikomu nic się nie stało, oprócz tego, że pani Krysia, miłośniczka Prezesa stwierdziła, a właściwie wykrzyczała, że pan Prezes miał rację, że wyzwał przeciwników własnych nad wyraz słusznych poglądów, od sukinsynów i podobnych łajdaków, bo ona by ich nazwała jeszcze gorzej, gdyby nie to, że jest kobietą.

Na to podniosły się głosy zwątpienia. Ktoś krzyczał, że nawet jeśli na górze ma ona coś solidnie kobiecego (tu podawał opis), a na dole też coś kobiecego (tu obył się bez opisu), ale ma usta pełne wymowy jędrnej jak słowa rycerza znużonego długim przebywaniem w rynsztoku, to nie wiadomo, czy nadal jest kobietą, czy też nie, o ile kiedykolwiek była.

– Ja jestem pełen wątpliwości. – Powiedział sceptyk i osunął się na ziemię, bo właśnie ogłoszono, że po błyskawicznym nocnym głosowaniu całe dwie wysokie izby ważnej instytucji opowiedziały się za kontrolą sędziów wszystkich spraw doczesnych.

– Na początku będziemy kontrolować sędziów w sądach, brzydkich wymieniać na ładnych, ponieważ lubimy piękno, potem sędziów piłkarskich, robiąc to samo, potem arbitrów wszelkich gier sportowych, potem jurorów ważnych imprez, potem sędziów w sporach rodzinnych, potem wszystkich innych ludzi, którzy wydają sądy o czymkolwiek. – Wyjaśnił Prezes swoim zwolennikom, gapiącym się w niego jak pies w gnat, jak to mówi przysłowie. Byli to ludzie szczęśliwi, niezdający sobie sprawy, że i oni mogą kiedyś trafić do sądu i zostanie im dokopane, jeśli trafią na sędziego myślącego po linii Prezesa, a nie po linii bezstronności, która jest dziwna, bo nie reprezentuje żadnej partii i może dlatego jest nielubiana przez wielu.

Kiedy o tym usłyszeli internauci, włos im się zjeżył na całym ciele (co było straszne, bo wiadomo, że człowiek wtedy szpetnie wygląda, zwłaszcza nago), ponieważ zdali sobie sprawę, że pisząc cokolwiek na blogu, na Fejsie czy na platformie społecznościowej, w emailu, a nawet na murze, wydają sądy o tym i o owym. 

Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

Informacje dla odwiedzających stronę – książki Michaela Tequili

Z przyjemnością informuję, że w sprzedaży w księgarniach stacjonarnych i internetowych są już trzy moje książki:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (książka drukowana i ebook) (cena od 13,80 zł),
  • Klęczy cisza niezmącona (książka drukowana) (cena od 11,20 zł)
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (książka drukowana) (cena od 14,20 zł).

Opinie i recenzje można przeczytać klikając na przycisk na górnym pasku menu strony autorskiej (w formie fragmentów recenzji oraz linków do recenzji). Szeroki zakres recenzji podaje też portal www.lubimyczytac.pl z linkami do księgarni, gdzie książkę można najtaniej kupić.

Będę wdzięczny za informowanie o tym znajomych i przyjaciół.

Zachęcam do zakupu dla siebie lub na upominek.

Bądź patriotą! Kup książkę! Wspieraj autora!

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

O ludziach, kraju, partii i dwóch prezydentach

Spotkałem w lesie człowieka. Znamy się od dawna, to mój czytelnik. Był ostry jak brzytwa. Dokumentnie schlastał moją ostatnią twórczość blogerską.

– Piszesz, człowieku, jakbyś nie jadł od dłuższego czasu. – Był z psem, który milczał, kiwał tylko głową potakująco.

Leśne słowa wziąłem sobie do serca, wróciłem i biczowałem się dłuższy czas. Taki już jestem – przyjmuję prawdę z godnością. Jestem w tym podobny do ministra przyrody, tego o twarzy dzika z przekrwawionymi oczami, który w odruchu patriotycznej szczerości podał Puszczę Białowieską do prokuratora za bezprawne zapisanie się do Unesco.

– Kto to jest ten Unesco? – Krzyczał minister. – Jest nikim. W ministerstwie nigdy o nim nic dobrego nie słyszeliśmy, oprócz tego, że przyjmuje lasy i puszcze pod bezprawną opiekę.

W perspektywie mamy wizytę prezydenta USA, Donalda, tego właściwego. Spotka się z naszym prezydentem, też Donaldem, tylko trochę innym.

– To mój odpowiednik. Jest drobniejszy niż ja, więc łatwo mu wyrwę rękę w geście powitania. – Powiedział Donald T.

Trzeba wiedzieć, że historia z ręką nie jest żadnym żartem. Pokazuje to video w Internecie. Prezydent Donald „szarpie, ciągnie, zgniata, poklepuje i długo trzyma cudze dłonie”.

– Mam słabość do dłoni. To kwestia serdeczności. Okazuję ją tylko przyjaciołom. Innym ludziom dłoni nie podaję i nie szarpię. – Tak to objaśnił.

My nie jesteśmy gorsi, mamy najwyższej klasy specjalistę od całowania dłoni, rąk i przedramion damskich. Widać go czasami na nocnych przemarszach. Lubi chodzić nocą i śpiewać.

Rząd i Partia zaplanowały wielki zjazd ludzi na spotkanie z Donaldem T. Oprócz autokarów, rowerów, koni, czołgów i helikopterów, będą tylko prawomyślni obywatele, bez przedstawicieli PO, Nowoczesnej i KOD, którzy postawili się poza nawias społeczeństwa. Prezydent Trump ma nas chwalić za odwagę i potęgę europejską. Jest już wstępne porozumienie: Polska i USA stworzą nowy sojusz militarno-gospodarczy, poza Unią Europejską.

– Co mi tam Chiny, Rosja i Unia Europejska! Polska to jest dla mnie partner! – Taką deklarację złoży prezydenta Donald.

Minister Antoni przygotował już wojsko do defilady. Najpierw będą szły konie, dla upamiętnienia tradycji, potem czołgi, dla pokazania siły, następnie pojawią się helikoptery, które dolecą, kiedy zostaną zakupione.

Władze przygotowały godne przyjęcie gościa. Przedstawiciele Partii i Rządu będą podchodzić dwójkami i całować go w … ciało w dowód wdzięczności za poparcie naszego wyjścia z Unii Europejskiej. Przygotowano pierwsze trzy trójki. Nie będzie tam tylko pani premier, bo kobiecie nie wypada całować się publicznie.

Rozmowy gospodarcze będą bardzo intensywne, ale konkretne. USA będzie nam dostarczać gaz ziemny, a my im węgiel. – Mamy więcej miejsca na składowanie. – Wyjaśnił prezydent T.

Nie wiadomo jeszcze, czy Naczelnik spotka się z Prezydentem.

– Kiedy myślę o waszym Prezydencie, mam złe skojarzenia. On jest taki nieporadny. – Wyjaśnił swoje stanowisko. Nie było to całkiem zrozumiałe, bo kiedy mówił, patrzył w kierunku dużego pałacu, a nie małego międzynarodowego lotniska.

Wszystko to jest jakieś tajemnicze. Właściwie to niewiele mnie już dziwi, bo idziemy coraz szybciej i w coraz lepszym kierunku. Skutecznie nie dopuszczamy do siebie uchodźców ani terrorystów, co w sumie znaczy to samo. Potrafimy nawet opluć uciekinierkę, która z czarnej Afryki przyjechała do Berlina, a stamtąd do Polski, aby pomodlić się w kościele. Jeden z wiernych rozpoznał w niej znaną i niebezpieczną brudaskę. Mamy czujnych obywateli. Kiedy to zrobił, krzyknął reklamowo: Brawo my!

Sursum corda w pierwszy dzień wiosny

Sursum corda, Bracia i Siostry!

W pierwszy dzień wiosny mam tylko dobre wiadomości. Rwiemy do przodu na falach postępu. Od czasu, jak konie pozdychały w państwowych stadninach, żadne zwierzę nie podjęło już prób samobójczych. Jest to prawdopodobnie wynikiem wyższej świadomości, która i mnie się udzieliła.

W kraju padają wciąż ważne pytania i jeszcze ważniejsze odpowiedzi. Na jedno z nich „Co jest ważniejsze prawo czy naród?” już odpowiedzieliśmy: „Naród stoi nad prawem”. Jest to słuszne tym bardziej, że Temida, która jest symbolem prawa, jest ślepa. Inne pytanie usłyszałem nie dalej jak wczoraj, nie znam jednak jeszcze odpowiedzi. Brzmi ono: „Czy obecna konstytucja jest zgodna z konstytucją?” Też nie wiem, ale mogę się domyślać, że nie jest, w związku z czym należy ją zmienić. Pan Prezydent zaproponował już referendum w tej sprawie i to mnie bardzo cieszy, ponieważ obecny rząd kieruje się wynikami referendów.

Jedna ważna zmiana jest już prawie zakończona. Trybunał Konstytucyjny zmienia się w Trybunał Ludowy. Jest to słuszne pociągnięcie, ponieważ wszyscy pragniemy dobrego prawa i sądów, które nas rozumieją. Obecna reforma sądownictwa zapewni nam wszystkim, że wyroki będą szybsze i trafniejsze. Z wyroków sądowych zadowoleni będą już nie tylko powód, ale i pozwany. Między innymi dlatego, że nowi sędziowie wybierani przez większość sejmową czyli PiS i Kukiz15 będą na pewno dużo lepsi niż obecni.

Dobrze się dzieje, że wciąż nie przyjmujemy uchodźców. Zgadzam się z panią premier Szydło i Ministrem Spraw Wewnętrznych, że uchodźcy, zwłaszcza ci z Syrii, gdzie trwa wojna, stanowią dla nas wielkie zagrożenie. Od wojny trzeba trzymać się z daleka. Osobiście czuję się przez nich bardzo zagrożony, zwłaszcza przez kobiety i dzieci, które nie wiadomo co myślą, jeśli w ogóle myślą. To potencjalni terroryści. O ich stanie zdrowia nawet nie ma potrzeby mówić, bo na pewno niosą ze sobą groźne choroby. Bardzo chciałbym, aby do przykazań „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” oraz „Nie cudzołóż” i „Nie kradnij”, dodano jeszcze „Nie pomagaj”. Takie uzupełnienie aż się prosi, bo jako naród jesteśmy bardzo religijni.  

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy u władzy światłą partię i uczciwy rząd, który mówi nam prawdę, w miejsce poprzedniego, który łgał jak najęty. Bardzo ich nie lubiłem także za to, że nabudowali autostrad i dróg szybkiego ruchu, na których teraz co raz to zdarzają się śmiertelne wypadki.

Na zakończenie, jeszcze raz serdeczne gratulacje. Oby Polska nadal rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Przypomniał mi o tym poseł Stanisław Piotrowicz, który jako prokurator już za czasów PRL-u pomagał osobom walczącym o demokrację. Bardzo go lubię, zwłaszcza kiedy przemawia, bo mówi szczerze, prosto od serca.

Sursum.

Dzień 4 czerwca z perspektywy reżysera teatralnego

– Mistrza spotkałem w drzwiach wyjściowych z teatru, był ubrany w obcisły strój sportowy. Imponował smukłą sylwetką mimo prawie siedemdziesięciu lat.

– Idzie pan poćwiczyć na wolnym powietrzu?

– Tak. Idę pobiegać, muszę utrzymać się w dobrej kondycji. Ludzie to cenią.

– Co pan sądzi o Święcie 4 Czerwca?

– To było strasznie dawno, mało co pamiętam.

– Odbyły się wtedy pierwsze wybory parlamentarne. To był wielki spektakl teatralny. Pan i pański kuzyn zostaliście wtedy parlamentarzystami. On uczestniczył wcześniej w Warsztacie Reżyserskim „Okrągły Stół”, a pan mu pomagał. Obydwaj reżyserowaliście ten wielki dramat. Obydwaj graliście w nim ważne role. Dzień spektaklu stał się wielkim świętem państwowym. Co się zmieniło, że dzisiaj już nie jest?

– Perspektywa czasowa. Teraz patrzę na to inaczej. Powinniśmy to inaczej zainscenizować. Krwawo. Rozstrzelać wszystkich negatywnych bohaterów i obalić władzę siłą. Wprowadzić czołgi na scenę. Pan wie jaki to dałoby efekt? Przejęcie władzy bez przemocy i rozlewu krwi to nie jest wydarzenie teatralne. Później, kiedy dyrektor teatru, Wąsal, zwolnił nas z pracy, zrozumiałem, że nie jest on taki wielki, jak mi się wydawało. Poza tym sam warsztat „Okrągły Stół” okazał się nie okrągły, tylko kwadratowy. Wtedy uznałem, że 4 czerwca to nic innego jak tylko rocznica taniego spektaklu teatralnego. Sztuka okazała się pospolitą szmirą, nie dramatem.

– Inni reżyserzy, aktorzy, krytycy i historycy teatru widzą to inaczej.

– Proszę pana! Kto się naprawdę zna na teatrze, wie dobrze, że to nie jest święto. Dlatego go nie obchodzimy. Ani ja ani mój zespół reżyserski, najlepszy w Europie, jeden z najlepszych na świecie. Beata, moja asystentka, pojechała na jarmark, aby obejrzeć folklor, fujarki i koguciki z gliny, i pomodlić się w kościele parafialnym z okazji Dnia Zesłania Ducha Świętego, a inscenizator Adrian skorzystał z zaproszenia wiejskiego chóru dziecięcego, aby pośpiewać razem z nim i opowiedzieć im o sztuce „Żona jako wartość dodana”. Nie ma o czym mówić!

– Nad czym pan teraz pracuje?

– Na nową sztuką. Jej tytuł to „Odprawa Unii”. Unia to najbardziej znana postać naszej literatury, znana, ale negatywna. Przygotowujemy jej historyczne odejście. To będzie wielki dzień w życiu narodu. Spektakl nawiązuje do „Odprawy Posłów Greckich”, renesansowej tragedii Jana Kochanowskiego. Tylko tyle mogę panu powiedzieć.

– Czy ta sztuka spodoba się widzom?

– Nie mam co do tego wątpliwości. Sztuka jest nowoczesna, dlatego przygotowujemy ich do niej stopniowo, bo to może być szok dla niektórych. Widz wymaga edukacji. To dla mnie ważne zadanie, ponieważ nasze społeczeństwo nie jest jeszcze dostatecznie wyedukowane kulturowo, nadal jest dużo ciemnoty. Mówię to panu w zaufaniu. Nie musi pan o tym pisać.

– Nie, nie, oczywiście! To się rozumie.

 

 

Ostatnia wielka wypowiedź publiczna

Pan prezydent wypowiedział się w sprawie referendum i konstytucji. Była to wielka wypowiedź i wszyscy się zachwycili jej wielkością. W związku z tym wydarzeniem odbyło się zebranie przy krawężniku. Prowadził je jak zwykle Iwan Iwanowicz Iwanczyn. Zagaił prosto:

Pan prezydent wypowiedział się w sposób ogromnie słuszny o zmianie konstytucji, że jest ona nieadekwatna, krucha, że trzeba ja zmienić, bo daje się złamać, że przygotowali ją prawnicy, nawet profesorowie. Zebranym też wydało się dziwne, że to prawnicy pracowali na konstytucją.

– Nie dziwię, że jest ona niedobra, skoro pan prezydent proponuje jej zmianę – Ktoś powiedział, a ktoś inny zapytał, dlaczego, wtedy ktoś jeszcze inny wyjaśnił, że jest słaba, bo daje się złamać. Wszyscy zgodzili, że konstytucji nie można łamać, ale co zrobić, jak ona jest taka krucha.

Pomysł referendum do konstytucji też uznano za jak najbardziej słuszny, i że w związku z tym należy zorganizować referendum, aby je poprzeć, zanim się odbędzie, i czy w ogóle należy zorganizować to pierwsze i drugie referendum, skoro rząd i pan prezydent mogą zmienić konstytucję bez referendum.

Pomysł ten bardzo się podobał, wszyscy zapewniali się nawzajem, że propozycja jest ze wszech miar słuszna, bo pan prezydent to mądry, uczciwy i odpowiedzialny człowiek, i zawsze wie, jak głosować w każdej sprawie i w ogóle. W dodatku jest wspaniałym sportowcem górskim, a przecież kondycja na takim stanowisku jest najważniejsza, bo wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za konstytucję i za naród.

Rozchodząc się, jeszcze raz wszyscy zapewniali się nawzajem, że pan prezydent to bardzo mądry uczciwy i niezłomny człowiek i gratulowali sobie, że mają takiego prezydenta. – To nie my, tylko wy go macie, ktoś powiedział i ludzie się podzielili, bo nie wiadomo było, o co chodzi w tej wypowiedzi, w końcu uzgodniono, że jednak wszyscy go mają, bo jest on prezydentem wszystkich obywateli, dobrych, średnich i byle jakich, i że referendum jest absolutnie potrzebne, że powinno być jak najwięcej referendów, bo to jest jedyna metoda zapewnienia porządku, prawa i praworządności, i że tej zasady nie należy łamać, bo łamanie jest niedobre, chyba, że łamie się coś niedobrego, a jeśli jest coś takiego, to należy to zmienić.  

Znowu zapanował ogólny entuzjazm, wszyscy się cieszyli i gratulowali sobie dobrego, mądrego i uczciwego pana prezydenta. 

Miłość w dniu 1 Maja

Nie sądź, Drogi Czytelniku, że uprawiając groteskę jestem pozbawiony wyższych uczuć. Mam nadzieję, że poniższy tekst Cię przekona, że jest we mnie dobroć i serdeczność.

Photo: Thomas Bresson.

Manifestation du 1er mai, à Belfort.

Skończył się właśnie 1 Maja, dzień słońca i lewicy. Słońca było dużo więcej niż lewicy, co mnie zmartwiło do tego stopnia, że przysnąłem. Kiedy się obudziłem, popadłem w nastrój. Stałem się krotochwilny, dałbym się obłaskawić każdej kobiecie, ale nie było żadnej pod ręką. Obłaskawić, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż urodziłem się i niestety pozostałem w miarę niezależny.

Nastawiłem kawę i zapomniałem o niej. Parzenia dokończyła pani, która zjawiła się jak dobry duch. Jej dobroć zastanowiła mnie. Zadałem sobie pytanie:

– Kogo najbardziej kocha zamężna kobieta, po dzieciach, psie i kosmetykach?

– Odpowiedź była prosta: Męża. Wyjaśnię: to nie ja to wymyśliłem.

Miłość jest piękna, bo jest jej dzisiaj mało, szczególnie dla mężczyzn, których Bóg obarczył grzechem pierwotnym, choć to Ewa zgrzeszyła przyjmując jabłko z rąk węża. Ja bym od gada nie przyjął niczego, nawet ogryzka.

U nas Bóg nie obciążył grzechem tylko władzy. Okazał jej łaskę, prawdopodobnie dlatego, że jest bardzo pobożna; mało kto potrafi się modlić tak otwarcie i gorąco. Może również dlatego, że władza pochodzi od Boga. Minister Wojny i Pokoju na przykład. Jaką on ma rękę do generałów! Jak umie ich wybrać! I jak wspaniale umie odwzajemnić uczucia. Miłość odwzajemnia miłością! Ukochanemu aptekarzowi dał, tak po prostu, z serca, 50 000 miesięcznie, z kasy Rządowego Funduszu Dobroczynności, największego zbiornika miłości w kraju. Dobrze, że mamy taki zbiornik.

Święto 1 Maja przypomniało mi dawne czasy: trybuny w każdym mieście, gorące kiełbaski i ciepłe bułeczki, szturmówki, także słońce, rzadziej śnieg. PRL był hojniejszy w tym dniu; teraz to władza nawet cieplejszej pogody nie załatwi, choć Wódz Narodu, największy darczyńca też wywodzi się z PRL, podobnie jak ja, przez co jest mi bliski. Rozumiem go, dlaczego rządzi przez telefon, ustnie, nie wydaje poleceń pisemnych z podpisem, podobnie jak dawniej sekretarze centralni i wojewódzcy. Co było dobre, pozostaje dobre. Ważna jest tradycja. Dzień, styl i formy okazywania miłości.

Kochajmy się!

Sen chirurgiczny z radosnym zakończeniem. Groteska czy rzeczywistość?

Miałem sen, jak to ja, osoba śniąca nocą i na jawie. Sen był bardzo realistyczny. Scenerii dostarczył gabinet chirurgiczny, zdobny w kolory ciemniejszej pogodnej zieleni płytek ściennych, jaśniejszej zieleni fartucha przewieszonego przez poręcz krzesła i jeszcze jaśniejszej zieleni szafki. Nastrajało to wiosennie. Największą ozdobą gabinetu była jednakże asystentka chirurga, młoda, szczupła i dziewczęco wyglądająca niewiasta, o łagodnej buzi, miłym głosie i anielskich oczach. Rozmawiała ze mną chwilę. Powiedziała, że lubi swoją prace (co mnie nieco zdziwiło) i ma rodzinę, którą bardzo kocha (z czego szczerze się ucieszyłem).

W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna słusznego wzrostu, spojrzenie jak dwa skalpele, i oznajmił: – Ma pan podwójny paznokieć na paluchu. Po co komuś pięć palców u nogi i sześć paznokci? Domyśliłem się, o którą nogę mu chodzi.

Skinąłem głową, że się z nim zgadzam. Zanim ja się obejrzałem, on już obejrzał rzeczony paluch, i nagle – bez ostrzeżenia – poczułem ukłucie igły, jedno, drugie, trzecie. Natychmiast popadłem w ekstazę, radośnie bolesną, bo któż we śnie czy w życiu nie cieszy się z nagłego, lecz przemiającego bólu zadawanego przez bliźniego. W minutę lub nawet krócej sprawa była zakończona. Ucieszyłem się, że odebrano mi podwójny paznokieć zachowując paluch. Podziękowałem wylewnie i zapytałem z czystej ciekawości: – Panie doktorze, jak długo odrasta paznokieć?

– To zależy, jak będzie go pan nawozić. Jakim nawozem: azotowym, fosforowym, potasowym, wapniowym czy magnezowym? – Obydwaj wybuchliśmy takim śmiechem z przedniego żartu, że do gabinet wbiegli pacjenci z poczekalni, pragnący uczestniczyć w festiwalu radości, nie tak przecież częstym w służbie zdrowia.

Kiedy obudziłem się ze snu, ujrzałem plamę krwi na białym opatrunku palucha. Poczułem się bardzo patriotycznie. Kolory czerwieni i bieli upewniły mnie, że warto mieć podwójny paznokieć, aby przeżyć niezwykły sen w gabinecie operacyjnym o zielonawym odcieniach ścian, fartucha i szafki rozjaśnionych długimi świetlówkami zawieszonymi u sufitu, z chirurgiem, który równie zręcznie tnie jak żartuje. 

Podstępna zachęta do obnażenia się

Facebook zaproponował mi ostatnio, tak po prostu, sam od siebie, abym przedstawił się. „Napisz o sobie, jaki jesteś” – dokładnie tak zagadał napisem z ekranu. Było to bardzo miłe. Już dawno nikt nie był dla mnie tak uprzejmy. W prostocie mego serca przyjąłem propozycję i napisałem kilka słów prawdy, która bywa dla mnie bolesna (kiedy myślę, że obecny nasz rząd może się kiedyś skończyć), albo śpiewnie radosna jak skowronek (kiedy myślę, że rząd umocni się i zostanie już na zawsze).

Odpowiedziałem Facebookowi krótkim opisem:

Wysoki, przystojny, włos jak u niedźwiedzia, tak gęsty, że można mnie wyciągnąć z wody, gdybym tonął, czego sobie nie życzę (znaczy się tonięcia), zwłaszcza, kiedy jest mroźno. W takie dni w wodzie moczą się tylko śledzie i morsy, czyli mężczyźni z chudymi nogami i kobiety z podłużnymi piersiami. Zimna woda tak dobrze im służy, że zamiast wychodzić z niej rozmiękli, wychodzą utwardzeni. Dotknij takiego lub taką, to ci palce odpadną z zimna. Lepiej już dotykać ciepłego ciała, ale gdzie to ciało spotkać, skoro każdy się śpieszy do obowiązków i nie myśli o bliźnim, o rozkoszy, potrzebach cielesnych i duchowych, pieszczotach słownych i dosłownych.

„Pieścić i być pieszczonym!” – Uczucie to wezbrało we mnie i rozlało się po całym ciele, ogrzewając nawet mózg, gdzie podobno mieści się mój rozum. Hasło „Pieścić i być pieszczonym" w chłodny poranek zabrzmiało mi lepiej niż owo słynne „Być albo nie być, oto jest pytanie!”, które nasz Wódz (dla mnie Słońce Narodu większe i jaśniejsze niż Mao-Tse-Tung dla narodu chińskiego) niekończącą się serią podbojów i reform skutecznie przekuwa w „Bić albo nie bić!”. Wyjaśniam: To nie jest pytanie.

Wracając do wody, umiem pływać, więc nie ma potrzeby ratowania mnie. W takim razie, po co mi włos jak u niedźwiedzia? Znowu pytanie i to takie, na które nie umiem odpowiedzieć.

Lepsza rzecz niż propozycja Facebooka zmuszająca człowieka do publicznego obnażania się spotkała mnie na konkursie na krótkie opowiadanie zorganizowanym przez Wspólnotę Gdańską z okazji Oliwskiego Święta Książki. Uczestników było dwudziestu. Konkursu nie wygrałem, zdobyłem jednak wyróżnienie honorowe. Opowiadanie przedstawię następnym razem. Pocieszę Was: są w życiu sprawy bardziej dokuczliwe niż jedna strona tekstu.

Życie na Facebooku

Zobaczyłem na Facebooku datę urodzenia mężczyzny, którego dobrze znam. Widuję go nieprzerwanie, nawet kilka razy dziennie. Data urodzin była bardzo odległa. To mnie tak rozeźliło, że postanowiłem ustosunkować się.

Uważam za grubą przesadę urodzić się tak dawno. Bo i po co? Żeby jeszcze wiek był jakąś gwarancją mądrości! Ale nie jest. Z drugiej strony, dzieckiem też nie warto być. Więcej na niego krzyczą, niż pieszczą. Między dzieckiem a osobą starszą jest jednak pozytywna więź. Łączy ich dylemat: Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

– Czy warto być głupim? – Nasuwa się pytanie. Odpowiedź nie jest łatwa. No, bo jakżeż nie warto, skoro jest tylu szajbusów? Coś w tym musi być, bo ludzie przecież nie popełnialiby masowego samobójstwa rzucając się w otchłań otumanienia, gdyby nie mieli w tym przyjemności.

Bardziej ambitną przypadłością jest idiotyzm. Reprezentantów tego nurtu rozwoju osobniczego jest u nas sporo, szczególnie w polityce. Może dlatego, że jesteśmy dumnym narodem, o wysokim poczuciu godności. Pokazują się oni w telewizji, zabierają głos, czasem nawet bełkoczą, cieszą się, coś zmieniają, poprawiają, reformują. Nie dziwię im się, taką mają rolę. Pan każe, sługa musi. W dodatku, jeśli to jest ludzki pan. Mus to mus. Niektórym jest nawet z tym do twarzy. Nie jest to całkowita prawda, ponieważ jeden osobnik produkujący się w TV nosi oblicze buldoga. Wywiady przeprowadzane z czworonogami wyraźnie sugerują, że rasa ta nie cieszy się powszechnym szacunkiem i poważaniem pyska. Dlaczego wspomniany osobnik przybrał taką nieludzką maskę, nie wiadomo. Są sugestie, że jest to najlepsze, co uczynił w życiu.

Czasem budzi się we mnie pytanie, czy to wszystko jest prawdą? Chyba tak, choć miewam wątpliwości. Wiadomo, życie nie jest łatwe, chyba, że ktoś ma forsy jak lodu lub poczucie humoru. Życzyłbym Wam jednego i drugiego, gdybym się nie bał, że się rozpijecie, albo będziecie śmiać się z własnych kawałów. Niestety, nie mam do Was zaufania. Też kiedyś byliście dziećmi i nie wiadomo, co z Was wyrosło. Żegnam.

Seks za pieniądze i inne poważne sprawy

Niniejszy zapis jest nieco żartobliwy w formie, ale poważny w treści w tym sensie, że przedstawia fakty i zdarzenia ubrane w słowa, jakich na co dzień nie używa się do opisu naszej – pozwólcie, że posłużę się chińszczyzną – słodko-kwaśnej rzeczywistości.

W telewizji Minister ds. Rodziny chwaliła kobiety za dzietność.

– Nasza zapomoga demograficzna 500 z hakiem jest skuteczna. Ilość urodzeń dzieci wzrosła o dziesięć procent w jednym miesiącu. Potem znowu wzrosła. I znowu. To już trzeci miesiąc z rzędu. Jesteśmy zachwyceni. – Mówiąc uśmiechała się tak radośnie, jakby to ona rodziła te dzieci.

Opozycja protestowała w sposób brutalny i nieokrzesany.

– Jesteście bezwstydni. Przepłacacie ludzi, aby uprawiali seks za pieniądze. To niemoralne. Ci ludzie rozmnażają się, nie mając ku temu żadnych kwalifikacji. Jest to produkcja chałupnicza, nieuregulowana przepisami. Aby jeździć samochodem, musisz mieć prawo jazdy. Nie możesz też prowadzić w stanie upojenia alkoholowego. Czy w akcie tak podniosłym, jak płodzenie i rodzenie dzieci, obowiązują jakies zasady prawne? Dopuściliście do tego, że ludzie to robią byle jak, byle gdzie, na łóżku, na dywanie, nawet w lesie, aby tylko zarobić. Wstyd! I to za państwowe pieniądze!

– Mamy jeszcze wiele do uregulowania, ale to wina Tuska. – Wyjaśniła Premier. – Jego rząd zrujnował nie tylko kraj, ale i pożycie małżeńskie, dopuszczając do głosu homoseksualistów, lesbijki, genderowców, in vitro i podobnych zboczeńców. My to naprawiamy.

– A co z przedszkolami i żłobkami? – Gardłowała opozycja.

– Po co nam one? – Odpowiedziała Minister ds. Kobiet. – Patrzymy długofalowo. Nasze rozwiązanie to więcej dzieci i więcej młodych emerytów. Starsze dzieci opiekują się młodszymi, młodsze jeszcze młodszymi, a emeryci zajmują się niemowlętami i oseskami. Po to jest wczesna emerytura. Odmłodzimy Polskę!

Rozległy się okrzyki z ław rządowych. Ktoś zaintonował: My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi. Potem recytowano „Odę do młodości”. Ktoś krzyknął: „Baba z wozu, chłopu lżej!”

Minister Finansów szybko obliczał. – Podwojenie 500 z hakiem da nam 20 procentowy przyrost ludności, potrojenie – 30-procentowy. Szybko wyprzedzimy Niemcy, a potem Indie i Chiny. Będziemy supermocarstwem!

– A skąd pieniądze na te 1500 z hakiem? – Wołała zgodnie opozycja.

– Zaoszczędzimy na armii! Nie kupię już ani jednego czołgu więcej, ani jednego helikoptera, ani okrętu. Pozwalniam wszystkich generałów. Damy radę. – Wyjaśnił z przekonaniem Minister Wojny i Pokoju.

– Ja dorzucę masę forsy ze ścinki drzew. – Zadeklarował Minister ds. Wyrębu Lasów.  Zaoszczędzimy też na oczyszczaniu powietrza. I tak jest już czysto.

Zrobiło się bardzo radośnie. Zapanował powszechny optymizm. Opozycja również wpadła w wir uniesienia. Wszyscy całowali się ze wszystkimi. Ściskano Prezesa na wszelkie możliwe sposoby.

– Geniusz! Geniusz! – Wiwatowano.

Prezes był tak wzruszony, że obiecał, że wyjście z Unii Europejskiej będzie bezbolesne.

– Zaoszczędzimy na Unii Europejskiej, na imigrantach i na pensji dla Tuska. Tego zaprzańca! – Kiedy to powiedział rumieńce radości pojawiły się na jego białej, poważnej, spracowanej twarzy.

– Niech żyje demografia! Niech żyje Prezes. Niech żyje Polexit! – Długo wołał suwerenny naród obserwujący posiedzenie parlamentu.

 

Miłość i dobroć od wielkiego dzwonu

O polityce piszę tylko od wielkiego dzwonu. Od kilku dni słyszę, jak głośno bije.

Prezydenci Sopotu i Gdańska w grudniu wystąpili do rządu o zgodę na przyjazd kilkunastu sierot z Aleppo w Syrii na leczenie i zobowiązali się pokryć koszty ich pobytu i leczenia.

Rząd zareagował natychmiast. Pani Premier Szydło rzuciła się do portmonetki, którą miała w płaszczu, i wyłożyła bez wahania 10 zł.

– Nie mogę dać więcej. – Powiedziała wzruszona. – Rano dałam 100 zł na tacę i zostało mi tylko te dziesięć złotych. Oddaję wszystko, co posiadam.

Oprócz pieniędzy dała też dobrą radę prezydentom, że szybciej i skuteczniej mogą pomóc dzieciom na miejscu w Aleppo.

– Ale tam nie można wjechać, tam trwa wojna. – Wyjaśnili.

Wiadomość ta zmartwiła ją. – Nie wiedziałam. – Odpowiedziała. – Ale to nic. Minister Obrony Narodowej udostępni panom super nowoczesny helikopter, abyście mogli tam bezpiecznie dotrzeć, jak tylko go otrzymamy. Zamówiliśmy kilkanaście sztuk.

Inni przedstawiciele władz też nie szczędzili wysiłków, aby pomóc sierotom. Minister Obrony Narodowej zaoferował im przejażdżkę nowoczesnym transporterem opancerzonym. – Dzieci ogromnie lubią jeździć takimi pojazdami. To będzie dla nich prawdziwa frajda. – Powiedział.  

Prezes Kaczyński wręcz entuzjastycznie poparł inicjatywę prezydentów błagając tylko, aby dopilnowali, żeby dzieci nie okazały się terrorystami i nie były chore, bo to mogło być niebezpieczne. – Bezpieczeństwo naszego kraju leży mi najbardziej na sercu. – Podkreślił to bardzo mocno.

Prezydent Duda podpisał się pod decyzjami rządu i Prezesa nie czekając nawet na nocną porę. Był zdecydowanie za, chciał nawet interweniować, aby sprawę przyspieszyć. Było to niepotrzebne, ponieważ cały rząd zaangażował się w jak najszybsze, pomyślne załatwienie sprawy.

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy władze pełne miłości i dobrej woli! Błogosławieni niech będą ci, którzy je wybrali. 

Komiks polityczny. Kapitan wygłasza przemówienie. Odcinek 8.

Wódz Narodu, kapitan żeglugi wielkiej, szuwarowej i bagiennej Jaroszka, okolicznościowe przemówienie wygłosił w kaplicy okrętowej, z ambony, miejsca najbliższego niebu podobnie jak gniazdo bocianie. Mówił szczerze i bezpośrednio.

Bracia i Siostry!

Na wstępnie, serdecznie dziękuję mojej zastępczyni za szybkie i sprawne wykonywanie moich poleceń. Beo, podejdź bliżej, abym ucałował twe przedramię!

Zrobię podsumowanie. Zaczęliśmy równo rok temu. Nasz statek, od czasu jak powołaliście mnie do steru, w ramach długofalowego programu „Przebudowa Skrzywionej Mentalności” wpłynął na wyznaczony przeze mnie szlak wiecznej szczęśliwości, tu, na ziemi, a w przyszłości także i w niebie. Jesteśmy już inni i będziemy jeszcze bardziej inni. Nie oszukujmy się, nasz naród może mieć tylko religijno-polityczny charakter. Nie społeczny, nie biologiczny, medyczny czy technologiczny, ale właśnie religijno-polityczny. Co znaczy religijny, nie będę wyjaśniać, bo każdy ma Boga w sercu, choć nie byłbym tego pewien patrząc z obrzydzeniem na moich oponentów z ich zgniłą moralnością i zadufaniem.

– Co znaczy polityczny? – Pytam i odpowiadam. Znaczy: nasz, ojczysty, podlegający ścisłej kontroli. Słowa te mówię na statku, który diametralnie zmienił kurs, podobnie jak Pan Bóg, chętniej przemawiający dzisiaj ustami polityka i męża stanu, niż biskupa, proboszcza czy wikariusza. Nadeszły czasy, abyśmy mówili sobie prawdę, stanowiącą wyznanie wiary i uległości, a nie wartości zrodzonych in vitro z łona Rewolucji Francuskiej, wciąż mieszającej ludziom w głowach fałszywymi hasłami „Równość”, „Wolność”, „Braterstwo”, a ostatnio także „Aborcja” i „Prawa Kobiet”.

Nie oszukujmy się. Jedynie moje przywództwo gwarantuje słuszność idei, nie słów, które są zwodne jak obietnica bogatego człowieka, bo biedacy nigdy nie kłamią, ponieważ nie mają za co. Dlatego daliśmy im pieniądze, aby mogli mówić śmielej, co im leży na sercu, i mieli więcej dzieci, których ojczyzna serdecznie potrzebuje dla sfinansowania wcześniejszych zasiłków starczych. Wprowadziliśmy tu zdrową zasadę: chcesz mieć godziwy zasiłek na starość, zainwestuj w dziecko!

Przyszłość należy do nas, Bracia i Siostry. Jesteśmy tu na stałe i pozostaniemy tak długo, aż cały naród odzyska rozum, tożsamość, historię i patriotyzm. Kieruję te słowa do obywateli zagubionych uczuciowo, skołowanych przez opozycję i własny mały rozum, także do przywódców i członków opozycji, ludzi z pamięcią złych czasów, kobiet z czarnymi parasolkami, genderowców i homoseksualistów, słowem wszystkich tych, którzy stracili przywileje i żłoby, a teraz nas tylko krytykują. Apeluję, abyście się w końcu opamiętali i zrozumieli, co jest słuszne. Tak mi dopomóż Bóg.

Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Komiks polityczny. Kapitan gotuje przemówienie. Odcinek 7.

Kapitan Jaroszka był w nastroju. Trwało święto „365 Dni”, rocznicowe, wielkie niby okręt wojenny, o jakim zawsze marzył, niepodległy i szlachetny, z którego on miał wkrótce wygłosić przemówienie do załogi i pasażerów, licząc, że wszyscy go wysłuchają.

Był przygotowany. Wyprostował się i uniósł na palcach, aby być lepiej widzianym. Poprawił usta, ustawiając je ukośnie, zwęził tak, aby słowa wypadały ostrzej i lepiej zagłębiały się w grunt oczekiwań załogi i pasażerów. Niektóre słowa same wyrywały mu się z ust, przez moment wydało mu się, że powie nie to, co chciał powiedzieć, ale to, co słuchacze chcieliby usłyszeć. Wzdrygnął się, że coś takiego mogłoby się zdarzyć.

Zaczął od podsumowania osiągnięć 365 dni. Podkreślił znaczenie Dnia Pierwszego, kiedy wyniesiono go do władzy obdarzając tytułem Wodza Narodu. Skromnie nie wspomniał, że sam sobie nadal ten tytuł, gdyż był utalentowanym uzurpatorem. Chwalenie się nie było w jego stylu.

Źródłem natchnienia oratorskiego kapitana nie była literatura, ani przeszłość, ani doświadczenia, ale pewne sny i marzenia głębsze niż studnia artezyjska, a także Pismo Święte, odkrywczy mistycyzm i marzenia Zbrojmistrza, męskość charakteru jego zastępczyni, uroczej Bea, drugiej po Bogu i pierwszej po nim, kapitanie, życzliwa uległość Nijakiego, najwyższego urzędnika państwa, choć nie tak znaczącego jak on sam, oraz wierność bezgranicznie mu oddanego Blaszki, Pierwszego Oficera ds. Porządkowych.

Ważne było to, że 365 dni wcześniej trafnie wyznaczył swoich zastępców oraz I-szych i II-ich oficerów jako wykonawców swojej woli. Teraz zbierał owoce. Odrzucona została niechlubna przeszłość, starzy, niedobrzy bohaterowie zostali zastąpieni nowymi, bardziej udanymi, podjęto też reformy liczniejsze niż ziarnka piasku na mieliźnie, przy której zacumował statek. Najtrudniejszym wyzwaniem okazało się usunięcie Krzywej Przybudówki, w której gromadzili się Recenzenci, przeważnie starcy, aby przy kawie i ciasteczkach knować przeciwko kapitanowi i jego statkowi. Kapitan myślał o ich eksmisji, było to jednak bardzo trudne, bo się okopali i otrzymywali silne wsparcie z zewnątrz. Kapitan podjął też proces zmian prawa morskiego, niezwykle ospałego i niespełniającego oczekiwań, oraz zasad wychowania dzieci potrzebnych krajowi w ilościach większych niż dotychczas. 
 

Ostatnie dni przyniosły owoce słodsze niż belgijskie czekoladki. Zbrojmistrz Sęp odrzucił wadliwe drony, wygarniając w oczy prawdę Żabojadom, zatrudnił pomocnika aptekarza i zwolnił go, jak tylko okazało się, że miał ukrytą wadę konstrukcyjną, oraz uelastycznił przepisy zbrojenia. Dzięki temu niezwykle tanio kupił dwa nowiutkie okręty wojenne, korwety produkcji Żabojady Ltd, ratując w ten sposób świat przed wojną. Kiedy o tym pomyślał, kapitan uszczypnął się, ponieważ zdało mu się, że to wszystko mu się śni.

– Tak, to jest sen. – Doszedł do wniosku. – Nie, to rzeczywistość! – Kapitan sam już nie był pewny, w jakim świecie żyje. Trwał jesienny dzień, a on w myślach przemawiał.

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.

Komiks polityczny. Komisja ds Żeglugi. Odcinek 3.

Kapitan Jaroszka nie zdenerwował się, kiedy przyniesiono mu pismo Komisji ds. Żeglugi zawierające ocenę bezpieczeństwa i zdolności nawigacyjnych jego statku. Wiedział, że ocena będzie negatywna, nie będzie w niej nic życzliwego, ponieważ Komisja go prosiła, aby wysłał choćby posługacza kuchennego na obrady, z którym mogliby sobie pokonwersować, a on, kapitan żeglugi wielkiej, wypiął się na nich. Dlatego, jak się domyślał, oni też się zdenerwowali i mówili między sobą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wystawmy temu odważnikowi taką laurkę, że mu w pięty pójdzie. Napiszemy mu jednak w przystępny sposób, łagodny, żeby wszystko zrozumiał, bo to człowiek ciężki, uparty i skoncentrowany na końcu własnego nosa. Może nawet i wariat. – Dodawali niektórzy i dyskretnie coś pokazywali na czole, prawdopodobnie dezaprobatę. Nie jest to pewne, ponieważ komisja według opinii Kapitana Jaroszki i całej załogi statku była, jest i będzie oszukańcza i niegodna zaufania.

Ocena sytuacji była prosta. Komisja napisała to w opinii: „Pańska łajba coraz gorzej trzyma się na wodzie, naprawy i zmiany, jakie zostały wprowadzone przez pana w ostatnim roku są do duszy a smołowanie uszczelniające kadłub jest niewystarczające, aby łajba nie zatonęła. Komisja podkreśliła też, że mostek orientacji nawigacyjnej, który Kapitanowi przeszkadza i chce go usunąć, bo zbiera się tam hołota przy kawie, alkoholu i nieświeżych ciasteczkach, aby bajdurzyć o niczym, jest nie do usunięcia, bo żagle zwalą się kapitanowi i jego załodze na łeb w czasie byle zawieruchy. Pańscy załoganci chodzą pijani, to pobożne nieuki, na proste pytania nie umieją udzielić odpowiedzi, ciągle się modlą lub leżą krzyżem w kapliczce pokładowej, zamiast wziąć się za pędzel i malować podkłady i burty”. Tak to odczytał i odebrał Kapitan Jaroszka i jego sztab oficerski.

– Oczywiście pismo jest sformułowane w sposób oszukańczy. – Stwierdziła rzecznika załogi, ni to chłop, ni to baba, mocna w pysku jak twierdza z kamienia. Treść opinii – według niej – jest zwodnicza, pozornie uprzejma, coś w rodzaju: „Cacy-cacy, Szanowny Panie Kapitanie, my tylko Panu sugerujemy i to bardzo ostrożnie, co można by naprawić, do niczego się nie wtrącamy, w ogóle to radzi sobie Pan całkiem nieźle, choć można by troszeczkę lepiej. Zalecamy tylko i to bardzo ostrożnie, aby zechciał Pan łaskawie umieścić wszystkie ważne dla załogi wiadomości w widocznym miejscu na pokładzie, aby ludzie wiezieni przez Pana do krainy wiecznej szczęśliwości mogli się z nimi zapoznać i do nich się stosować”.

Zgodnie z przyjętą zasadą Kapitan Jaroszka kazał wyrzucić ocenę komisji za burtę statku określając ją jako nędzną, nieprawdziwą i wredną. – Oni nie mają pojęcia o statku, załodze i nawigacji. – Grzmiał Kapitan, ciesząc się razem z wiernymi załogantami, że są tacy dzielni i niezależni i mogą robić, co im się podoba i nikt im nie naskoczy. Wierzył też niezłomnie, że są całkiem bezpieczni. 

Nie była to prawda, ponieważ meteorolodzy widzieli od dawna zbierające się czarne chmury za horyzontem, które mogą pokrzyżować kapitanowi plany. Kapitan był człowiekiem niezależnym w myśleniu mocno popieranym we własnych szeregach i uważał, że taka prognoza pogody to bajka wyssana ze środkowego palca, który ludzie podnoszą, kiedy ktoś lub coś ich denerwuje.

Komiks polityczny. Obraza uczuć niewieścich. Odcinek 2

Po zwycięstwie czarnych parasoli nad statkiem kapitana Jaroszki, do życia publicznego na krótko wdarła się społeczność opornych niewiast, którym ambicje kapitana wydały się wybujałe, a nawet uzurpatorskie.

Członkom załogi, a konkretnie pierwszemu oficerowi, niejakiemu Brzuchalowi, zarzucono użycie słów obrażających uczucia niewiast z parasolkami. Rzeczony oficer potraktował je z góry, co jak tłumaczył, było naturalne, ponieważ patrzył na nie z wysokości głównego pokładu statku. Dowództwu statku wydało się słusznym, aby dla poprawy obyczajów udzielić mu reprymendy, wyprostować, nauczyć rozsądniejszych manier w obejściu z białogłowymi, nawet kiedy straszą one kapitana i załogę niepotrzebnymi okrzykami, czarnymi strojami i parasolkami jakby to było Halloween. Myśl, aby zganić go dla niepoznaki, dla zmylenia maluczkich, nie przyszła im nawet do głowy.

Sprawę wzięła w rękę niejaka Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, kobieta z wymowną biżuterią na piersi, zwarta w sobie, matkująca Jaroszce i jego statkowi oraz morzu szlachetnych idei, którymi był wypełniony po brzegi. Bea wezwała do siebie Brzuchala, którego największym dorobkiem była znajomość jednego języka obcego i dwóch obcych lądów, mimo że sam kapitan Jaroszka nie znosił tego, co obce. Bea solidnie zmyła głowę wezwanemu, aby uspokoić gniewne jak burzliwa noc kobiety, urażone jego niewyparzoną gębą. Nie przyniosło mu to ujmy ani szkody, gdyż Bea, ideał ludzkiej i boskiej łagodności, użyła znakomitego szamponu marki krajowej „Teraz My” (powszechnie promowanego na statku ze względów patriotycznie-ojczyźnianych) i nie przesadzała w zmywaniu.

Statek kapitana Jaroszki, ku zdumieniu całego świata, wcale nie osiadł na mieliźnie, jak sądzono, tylko odbił się od dna, aby płynąć dalej pod pełnymi żaglami wioząc do krainy wiecznej szczęśliwości naród, przynajmniej jego połowę, ponieważ druga osiągnęła już samodzielność intelektualną i ani myślała poddawać się rygorom kapitana, podejrzewanego o niedające się uleczyć niedobory osobiste i zadęcie. Obydwie populacje, jak to określili socjologowie, potulna i zbuntowana, są więzione i wiezione, miejmy nadzieję, że przejściowo, pod pokładem statku, który jest dla nich wszystkim, całym światem, gdzie mieszkają, bawią się i martwią, jak każdy z obywateli kraju uszczęśliwionego przez los nadzwyczajnym kapitanem Jaroszką.

Komiks polityczny: Dzieje Wodza i Narodu. Wprowadzenie.

Niezwykły umysł i dokonania, przeszłe i przyszłe, wielkiego wodza, kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, oraz wybranego przezeń narodu, tak serdecznie na mnie wpłynęły, że postanowiłem nadać im kształt literacki, swawolny jak sam bohater, i sławić jego postać i czyny w miarę ich rozwoju, oby tylko nie za długo, ponieważ co za dużo, to niezdrowo, to i krowy nie chcą, jak mówi przysłowie. Z drugiej strony, która jest zarazem pierwszą, dzieje kapitana Jaroszki, są dziejami narodu żyjącego tuż obok nas, w przestrzeni wirtualnej, a może nawet i w nas, nieznoszącego jarzma, chyba, że sam sobie je nałożył na kark i zdecydował nosić zgodnie z zasadami politycznego savoir vivre, który niestety okazał się przyciężki.

Kapitan Jaroszka jest osobowością nadzwyczajną, na statku (jego nazwy z braku czasu albo z lenistwa jeszcze nie odkryłem) jest pierwszy po Bogu, a bywa, że i przed Bogiem. Nie wiadomo, czy Bóg o tym wie, bo by grzmiał, a nie grzmi, ale to nie ma znaczenia, bo i tak sprawa trafi do jego młyna, który podobno miele wolno, ale dokładnie. Kiedy to już się stanie, tysiące modlą się za, inne tysiące modlą się przeciw, obawiam się, że nie tylko legenda narodu i jego czasów, ale i sam bohater, pójdą na przemiał, gdyż nikt nie zna dnia ani godziny, co jawnie głosi Pismo Święte na złotej tacy prawd oczywistych, nie wydumanych.

Jest to tylko proroctwo, spekulacja, która sprawdzi się lub nie, w zależności od tego jak skutecznie naród kapitana Jaroszki będzie uczestniczyć w demonstracjach, z czarnymi parasolkami lub bez, i jak intensywnie będzie marzyć o szczęściu, zwłaszcza przy urnie wyborczej, która jest pełna niespodzianek, podobnie jak życie każdego z nas, oby trwało wiecznie.