Seks za pieniądze i inne poważne sprawy

Niniejszy zapis jest nieco żartobliwy w formie, ale poważny w treści w tym sensie, że przedstawia fakty i zdarzenia ubrane w słowa, jakich na co dzień nie używa się do opisu naszej – pozwólcie, że posłużę się chińszczyzną – słodko-kwaśnej rzeczywistości.

W telewizji Minister ds. Rodziny chwaliła kobiety za dzietność.

– Nasza zapomoga demograficzna 500 z hakiem jest skuteczna. Ilość urodzeń dzieci wzrosła o dziesięć procent w jednym miesiącu. Potem znowu wzrosła. I znowu. To już trzeci miesiąc z rzędu. Jesteśmy zachwyceni. – Mówiąc uśmiechała się tak radośnie, jakby to ona rodziła te dzieci.

Opozycja protestowała w sposób brutalny i nieokrzesany.

– Jesteście bezwstydni. Przepłacacie ludzi, aby uprawiali seks za pieniądze. To niemoralne. Ci ludzie rozmnażają się, nie mając ku temu żadnych kwalifikacji. Jest to produkcja chałupnicza, nieuregulowana przepisami. Aby jeździć samochodem, musisz mieć prawo jazdy. Nie możesz też prowadzić w stanie upojenia alkoholowego. Czy w akcie tak podniosłym, jak płodzenie i rodzenie dzieci, obowiązują jakies zasady prawne? Dopuściliście do tego, że ludzie to robią byle jak, byle gdzie, na łóżku, na dywanie, nawet w lesie, aby tylko zarobić. Wstyd! I to za państwowe pieniądze!

– Mamy jeszcze wiele do uregulowania, ale to wina Tuska. – Wyjaśniła Premier. – Jego rząd zrujnował nie tylko kraj, ale i pożycie małżeńskie, dopuszczając do głosu homoseksualistów, lesbijki, genderowców, in vitro i podobnych zboczeńców. My to naprawiamy.

– A co z przedszkolami i żłobkami? – Gardłowała opozycja.

– Po co nam one? – Odpowiedziała Minister ds. Kobiet. – Patrzymy długofalowo. Nasze rozwiązanie to więcej dzieci i więcej młodych emerytów. Starsze dzieci opiekują się młodszymi, młodsze jeszcze młodszymi, a emeryci zajmują się niemowlętami i oseskami. Po to jest wczesna emerytura. Odmłodzimy Polskę!

Rozległy się okrzyki z ław rządowych. Ktoś zaintonował: My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi. Potem recytowano „Odę do młodości”. Ktoś krzyknął: „Baba z wozu, chłopu lżej!”

Minister Finansów szybko obliczał. – Podwojenie 500 z hakiem da nam 20 procentowy przyrost ludności, potrojenie – 30-procentowy. Szybko wyprzedzimy Niemcy, a potem Indie i Chiny. Będziemy supermocarstwem!

– A skąd pieniądze na te 1500 z hakiem? – Wołała zgodnie opozycja.

– Zaoszczędzimy na armii! Nie kupię już ani jednego czołgu więcej, ani jednego helikoptera, ani okrętu. Pozwalniam wszystkich generałów. Damy radę. – Wyjaśnił z przekonaniem Minister Wojny i Pokoju.

– Ja dorzucę masę forsy ze ścinki drzew. – Zadeklarował Minister ds. Wyrębu Lasów.  Zaoszczędzimy też na oczyszczaniu powietrza. I tak jest już czysto.

Zrobiło się bardzo radośnie. Zapanował powszechny optymizm. Opozycja również wpadła w wir uniesienia. Wszyscy całowali się ze wszystkimi. Ściskano Prezesa na wszelkie możliwe sposoby.

– Geniusz! Geniusz! – Wiwatowano.

Prezes był tak wzruszony, że obiecał, że wyjście z Unii Europejskiej będzie bezbolesne.

– Zaoszczędzimy na Unii Europejskiej, na imigrantach i na pensji dla Tuska. Tego zaprzańca! – Kiedy to powiedział rumieńce radości pojawiły się na jego białej, poważnej, spracowanej twarzy.

– Niech żyje demografia! Niech żyje Prezes. Niech żyje Polexit! – Długo wołał suwerenny naród obserwujący posiedzenie parlamentu.

 

Miłość i dobroć od wielkiego dzwonu

O polityce piszę tylko od wielkiego dzwonu. Od kilku dni słyszę, jak głośno bije.

Prezydenci Sopotu i Gdańska w grudniu wystąpili do rządu o zgodę na przyjazd kilkunastu sierot z Aleppo w Syrii na leczenie i zobowiązali się pokryć koszty ich pobytu i leczenia.

Rząd zareagował natychmiast. Pani Premier Szydło rzuciła się do portmonetki, którą miała w płaszczu, i wyłożyła bez wahania 10 zł.

– Nie mogę dać więcej. – Powiedziała wzruszona. – Rano dałam 100 zł na tacę i zostało mi tylko te dziesięć złotych. Oddaję wszystko, co posiadam.

Oprócz pieniędzy dała też dobrą radę prezydentom, że szybciej i skuteczniej mogą pomóc dzieciom na miejscu w Aleppo.

– Ale tam nie można wjechać, tam trwa wojna. – Wyjaśnili.

Wiadomość ta zmartwiła ją. – Nie wiedziałam. – Odpowiedziała. – Ale to nic. Minister Obrony Narodowej udostępni panom super nowoczesny helikopter, abyście mogli tam bezpiecznie dotrzeć, jak tylko go otrzymamy. Zamówiliśmy kilkanaście sztuk.

Inni przedstawiciele władz też nie szczędzili wysiłków, aby pomóc sierotom. Minister Obrony Narodowej zaoferował im przejażdżkę nowoczesnym transporterem opancerzonym. – Dzieci ogromnie lubią jeździć takimi pojazdami. To będzie dla nich prawdziwa frajda. – Powiedział.  

Prezes Kaczyński wręcz entuzjastycznie poparł inicjatywę prezydentów błagając tylko, aby dopilnowali, żeby dzieci nie okazały się terrorystami i nie były chore, bo to mogło być niebezpieczne. – Bezpieczeństwo naszego kraju leży mi najbardziej na sercu. – Podkreślił to bardzo mocno.

Prezydent Duda podpisał się pod decyzjami rządu i Prezesa nie czekając nawet na nocną porę. Był zdecydowanie za, chciał nawet interweniować, aby sprawę przyspieszyć. Było to niepotrzebne, ponieważ cały rząd zaangażował się w jak najszybsze, pomyślne załatwienie sprawy.

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy władze pełne miłości i dobrej woli! Błogosławieni niech będą ci, którzy je wybrali. 

Komiks polityczny. Kapitan wygłasza przemówienie. Odcinek 8.

Wódz Narodu, kapitan żeglugi wielkiej, szuwarowej i bagiennej Jaroszka, okolicznościowe przemówienie wygłosił w kaplicy okrętowej, z ambony, miejsca najbliższego niebu podobnie jak gniazdo bocianie. Mówił szczerze i bezpośrednio.

Bracia i Siostry!

Na wstępnie, serdecznie dziękuję mojej zastępczyni za szybkie i sprawne wykonywanie moich poleceń. Beo, podejdź bliżej, abym ucałował twe przedramię!

Zrobię podsumowanie. Zaczęliśmy równo rok temu. Nasz statek, od czasu jak powołaliście mnie do steru, w ramach długofalowego programu „Przebudowa Skrzywionej Mentalności” wpłynął na wyznaczony przeze mnie szlak wiecznej szczęśliwości, tu, na ziemi, a w przyszłości także i w niebie. Jesteśmy już inni i będziemy jeszcze bardziej inni. Nie oszukujmy się, nasz naród może mieć tylko religijno-polityczny charakter. Nie społeczny, nie biologiczny, medyczny czy technologiczny, ale właśnie religijno-polityczny. Co znaczy religijny, nie będę wyjaśniać, bo każdy ma Boga w sercu, choć nie byłbym tego pewien patrząc z obrzydzeniem na moich oponentów z ich zgniłą moralnością i zadufaniem.

– Co znaczy polityczny? – Pytam i odpowiadam. Znaczy: nasz, ojczysty, podlegający ścisłej kontroli. Słowa te mówię na statku, który diametralnie zmienił kurs, podobnie jak Pan Bóg, chętniej przemawiający dzisiaj ustami polityka i męża stanu, niż biskupa, proboszcza czy wikariusza. Nadeszły czasy, abyśmy mówili sobie prawdę, stanowiącą wyznanie wiary i uległości, a nie wartości zrodzonych in vitro z łona Rewolucji Francuskiej, wciąż mieszającej ludziom w głowach fałszywymi hasłami „Równość”, „Wolność”, „Braterstwo”, a ostatnio także „Aborcja” i „Prawa Kobiet”.

Nie oszukujmy się. Jedynie moje przywództwo gwarantuje słuszność idei, nie słów, które są zwodne jak obietnica bogatego człowieka, bo biedacy nigdy nie kłamią, ponieważ nie mają za co. Dlatego daliśmy im pieniądze, aby mogli mówić śmielej, co im leży na sercu, i mieli więcej dzieci, których ojczyzna serdecznie potrzebuje dla sfinansowania wcześniejszych zasiłków starczych. Wprowadziliśmy tu zdrową zasadę: chcesz mieć godziwy zasiłek na starość, zainwestuj w dziecko!

Przyszłość należy do nas, Bracia i Siostry. Jesteśmy tu na stałe i pozostaniemy tak długo, aż cały naród odzyska rozum, tożsamość, historię i patriotyzm. Kieruję te słowa do obywateli zagubionych uczuciowo, skołowanych przez opozycję i własny mały rozum, także do przywódców i członków opozycji, ludzi z pamięcią złych czasów, kobiet z czarnymi parasolkami, genderowców i homoseksualistów, słowem wszystkich tych, którzy stracili przywileje i żłoby, a teraz nas tylko krytykują. Apeluję, abyście się w końcu opamiętali i zrozumieli, co jest słuszne. Tak mi dopomóż Bóg.

Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Komiks polityczny. Kapitan gotuje przemówienie. Odcinek 7.

Kapitan Jaroszka był w nastroju. Trwało święto „365 Dni”, rocznicowe, wielkie niby okręt wojenny, o jakim zawsze marzył, niepodległy i szlachetny, z którego on miał wkrótce wygłosić przemówienie do załogi i pasażerów, licząc, że wszyscy go wysłuchają.

Był przygotowany. Wyprostował się i uniósł na palcach, aby być lepiej widzianym. Poprawił usta, ustawiając je ukośnie, zwęził tak, aby słowa wypadały ostrzej i lepiej zagłębiały się w grunt oczekiwań załogi i pasażerów. Niektóre słowa same wyrywały mu się z ust, przez moment wydało mu się, że powie nie to, co chciał powiedzieć, ale to, co słuchacze chcieliby usłyszeć. Wzdrygnął się, że coś takiego mogłoby się zdarzyć.

Zaczął od podsumowania osiągnięć 365 dni. Podkreślił znaczenie Dnia Pierwszego, kiedy wyniesiono go do władzy obdarzając tytułem Wodza Narodu. Skromnie nie wspomniał, że sam sobie nadal ten tytuł, gdyż był utalentowanym uzurpatorem. Chwalenie się nie było w jego stylu.

Źródłem natchnienia oratorskiego kapitana nie była literatura, ani przeszłość, ani doświadczenia, ale pewne sny i marzenia głębsze niż studnia artezyjska, a także Pismo Święte, odkrywczy mistycyzm i marzenia Zbrojmistrza, męskość charakteru jego zastępczyni, uroczej Bea, drugiej po Bogu i pierwszej po nim, kapitanie, życzliwa uległość Nijakiego, najwyższego urzędnika państwa, choć nie tak znaczącego jak on sam, oraz wierność bezgranicznie mu oddanego Blaszki, Pierwszego Oficera ds. Porządkowych.

Ważne było to, że 365 dni wcześniej trafnie wyznaczył swoich zastępców oraz I-szych i II-ich oficerów jako wykonawców swojej woli. Teraz zbierał owoce. Odrzucona została niechlubna przeszłość, starzy, niedobrzy bohaterowie zostali zastąpieni nowymi, bardziej udanymi, podjęto też reformy liczniejsze niż ziarnka piasku na mieliźnie, przy której zacumował statek. Najtrudniejszym wyzwaniem okazało się usunięcie Krzywej Przybudówki, w której gromadzili się Recenzenci, przeważnie starcy, aby przy kawie i ciasteczkach knować przeciwko kapitanowi i jego statkowi. Kapitan myślał o ich eksmisji, było to jednak bardzo trudne, bo się okopali i otrzymywali silne wsparcie z zewnątrz. Kapitan podjął też proces zmian prawa morskiego, niezwykle ospałego i niespełniającego oczekiwań, oraz zasad wychowania dzieci potrzebnych krajowi w ilościach większych niż dotychczas. 
 

Ostatnie dni przyniosły owoce słodsze niż belgijskie czekoladki. Zbrojmistrz Sęp odrzucił wadliwe drony, wygarniając w oczy prawdę Żabojadom, zatrudnił pomocnika aptekarza i zwolnił go, jak tylko okazało się, że miał ukrytą wadę konstrukcyjną, oraz uelastycznił przepisy zbrojenia. Dzięki temu niezwykle tanio kupił dwa nowiutkie okręty wojenne, korwety produkcji Żabojady Ltd, ratując w ten sposób świat przed wojną. Kiedy o tym pomyślał, kapitan uszczypnął się, ponieważ zdało mu się, że to wszystko mu się śni.

– Tak, to jest sen. – Doszedł do wniosku. – Nie, to rzeczywistość! – Kapitan sam już nie był pewny, w jakim świecie żyje. Trwał jesienny dzień, a on w myślach przemawiał.

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.

Komiks polityczny. Komisja ds Żeglugi. Odcinek 3.

Kapitan Jaroszka nie zdenerwował się, kiedy przyniesiono mu pismo Komisji ds. Żeglugi zawierające ocenę bezpieczeństwa i zdolności nawigacyjnych jego statku. Wiedział, że ocena będzie negatywna, nie będzie w niej nic życzliwego, ponieważ Komisja go prosiła, aby wysłał choćby posługacza kuchennego na obrady, z którym mogliby sobie pokonwersować, a on, kapitan żeglugi wielkiej, wypiął się na nich. Dlatego, jak się domyślał, oni też się zdenerwowali i mówili między sobą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wystawmy temu odważnikowi taką laurkę, że mu w pięty pójdzie. Napiszemy mu jednak w przystępny sposób, łagodny, żeby wszystko zrozumiał, bo to człowiek ciężki, uparty i skoncentrowany na końcu własnego nosa. Może nawet i wariat. – Dodawali niektórzy i dyskretnie coś pokazywali na czole, prawdopodobnie dezaprobatę. Nie jest to pewne, ponieważ komisja według opinii Kapitana Jaroszki i całej załogi statku była, jest i będzie oszukańcza i niegodna zaufania.

Ocena sytuacji była prosta. Komisja napisała to w opinii: „Pańska łajba coraz gorzej trzyma się na wodzie, naprawy i zmiany, jakie zostały wprowadzone przez pana w ostatnim roku są do duszy a smołowanie uszczelniające kadłub jest niewystarczające, aby łajba nie zatonęła. Komisja podkreśliła też, że mostek orientacji nawigacyjnej, który Kapitanowi przeszkadza i chce go usunąć, bo zbiera się tam hołota przy kawie, alkoholu i nieświeżych ciasteczkach, aby bajdurzyć o niczym, jest nie do usunięcia, bo żagle zwalą się kapitanowi i jego załodze na łeb w czasie byle zawieruchy. Pańscy załoganci chodzą pijani, to pobożne nieuki, na proste pytania nie umieją udzielić odpowiedzi, ciągle się modlą lub leżą krzyżem w kapliczce pokładowej, zamiast wziąć się za pędzel i malować podkłady i burty”. Tak to odczytał i odebrał Kapitan Jaroszka i jego sztab oficerski.

– Oczywiście pismo jest sformułowane w sposób oszukańczy. – Stwierdziła rzecznika załogi, ni to chłop, ni to baba, mocna w pysku jak twierdza z kamienia. Treść opinii – według niej – jest zwodnicza, pozornie uprzejma, coś w rodzaju: „Cacy-cacy, Szanowny Panie Kapitanie, my tylko Panu sugerujemy i to bardzo ostrożnie, co można by naprawić, do niczego się nie wtrącamy, w ogóle to radzi sobie Pan całkiem nieźle, choć można by troszeczkę lepiej. Zalecamy tylko i to bardzo ostrożnie, aby zechciał Pan łaskawie umieścić wszystkie ważne dla załogi wiadomości w widocznym miejscu na pokładzie, aby ludzie wiezieni przez Pana do krainy wiecznej szczęśliwości mogli się z nimi zapoznać i do nich się stosować”.

Zgodnie z przyjętą zasadą Kapitan Jaroszka kazał wyrzucić ocenę komisji za burtę statku określając ją jako nędzną, nieprawdziwą i wredną. – Oni nie mają pojęcia o statku, załodze i nawigacji. – Grzmiał Kapitan, ciesząc się razem z wiernymi załogantami, że są tacy dzielni i niezależni i mogą robić, co im się podoba i nikt im nie naskoczy. Wierzył też niezłomnie, że są całkiem bezpieczni. 

Nie była to prawda, ponieważ meteorolodzy widzieli od dawna zbierające się czarne chmury za horyzontem, które mogą pokrzyżować kapitanowi plany. Kapitan był człowiekiem niezależnym w myśleniu mocno popieranym we własnych szeregach i uważał, że taka prognoza pogody to bajka wyssana ze środkowego palca, który ludzie podnoszą, kiedy ktoś lub coś ich denerwuje.

Komiks polityczny. Obraza uczuć niewieścich. Odcinek 2

Po zwycięstwie czarnych parasoli nad statkiem kapitana Jaroszki, do życia publicznego na krótko wdarła się społeczność opornych niewiast, którym ambicje kapitana wydały się wybujałe, a nawet uzurpatorskie.

Członkom załogi, a konkretnie pierwszemu oficerowi, niejakiemu Brzuchalowi, zarzucono użycie słów obrażających uczucia niewiast z parasolkami. Rzeczony oficer potraktował je z góry, co jak tłumaczył, było naturalne, ponieważ patrzył na nie z wysokości głównego pokładu statku. Dowództwu statku wydało się słusznym, aby dla poprawy obyczajów udzielić mu reprymendy, wyprostować, nauczyć rozsądniejszych manier w obejściu z białogłowymi, nawet kiedy straszą one kapitana i załogę niepotrzebnymi okrzykami, czarnymi strojami i parasolkami jakby to było Halloween. Myśl, aby zganić go dla niepoznaki, dla zmylenia maluczkich, nie przyszła im nawet do głowy.

Sprawę wzięła w rękę niejaka Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, kobieta z wymowną biżuterią na piersi, zwarta w sobie, matkująca Jaroszce i jego statkowi oraz morzu szlachetnych idei, którymi był wypełniony po brzegi. Bea wezwała do siebie Brzuchala, którego największym dorobkiem była znajomość jednego języka obcego i dwóch obcych lądów, mimo że sam kapitan Jaroszka nie znosił tego, co obce. Bea solidnie zmyła głowę wezwanemu, aby uspokoić gniewne jak burzliwa noc kobiety, urażone jego niewyparzoną gębą. Nie przyniosło mu to ujmy ani szkody, gdyż Bea, ideał ludzkiej i boskiej łagodności, użyła znakomitego szamponu marki krajowej „Teraz My” (powszechnie promowanego na statku ze względów patriotycznie-ojczyźnianych) i nie przesadzała w zmywaniu.

Statek kapitana Jaroszki, ku zdumieniu całego świata, wcale nie osiadł na mieliźnie, jak sądzono, tylko odbił się od dna, aby płynąć dalej pod pełnymi żaglami wioząc do krainy wiecznej szczęśliwości naród, przynajmniej jego połowę, ponieważ druga osiągnęła już samodzielność intelektualną i ani myślała poddawać się rygorom kapitana, podejrzewanego o niedające się uleczyć niedobory osobiste i zadęcie. Obydwie populacje, jak to określili socjologowie, potulna i zbuntowana, są więzione i wiezione, miejmy nadzieję, że przejściowo, pod pokładem statku, który jest dla nich wszystkim, całym światem, gdzie mieszkają, bawią się i martwią, jak każdy z obywateli kraju uszczęśliwionego przez los nadzwyczajnym kapitanem Jaroszką.

Komiks polityczny: Dzieje Wodza i Narodu. Wprowadzenie.

Niezwykły umysł i dokonania, przeszłe i przyszłe, wielkiego wodza, kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, oraz wybranego przezeń narodu, tak serdecznie na mnie wpłynęły, że postanowiłem nadać im kształt literacki, swawolny jak sam bohater, i sławić jego postać i czyny w miarę ich rozwoju, oby tylko nie za długo, ponieważ co za dużo, to niezdrowo, to i krowy nie chcą, jak mówi przysłowie. Z drugiej strony, która jest zarazem pierwszą, dzieje kapitana Jaroszki, są dziejami narodu żyjącego tuż obok nas, w przestrzeni wirtualnej, a może nawet i w nas, nieznoszącego jarzma, chyba, że sam sobie je nałożył na kark i zdecydował nosić zgodnie z zasadami politycznego savoir vivre, który niestety okazał się przyciężki.

Kapitan Jaroszka jest osobowością nadzwyczajną, na statku (jego nazwy z braku czasu albo z lenistwa jeszcze nie odkryłem) jest pierwszy po Bogu, a bywa, że i przed Bogiem. Nie wiadomo, czy Bóg o tym wie, bo by grzmiał, a nie grzmi, ale to nie ma znaczenia, bo i tak sprawa trafi do jego młyna, który podobno miele wolno, ale dokładnie. Kiedy to już się stanie, tysiące modlą się za, inne tysiące modlą się przeciw, obawiam się, że nie tylko legenda narodu i jego czasów, ale i sam bohater, pójdą na przemiał, gdyż nikt nie zna dnia ani godziny, co jawnie głosi Pismo Święte na złotej tacy prawd oczywistych, nie wydumanych.

Jest to tylko proroctwo, spekulacja, która sprawdzi się lub nie, w zależności od tego jak skutecznie naród kapitana Jaroszki będzie uczestniczyć w demonstracjach, z czarnymi parasolkami lub bez, i jak intensywnie będzie marzyć o szczęściu, zwłaszcza przy urnie wyborczej, która jest pełna niespodzianek, podobnie jak życie każdego z nas, oby trwało wiecznie. 

Wielki Narodowy Teatr Polityczny. Spektakle i zapowiedzi.

wenceslas-hollar-the-kneeling-sinner

Przez sale konferencyjne i gabinety wciąż jeszcze naszego kraju przetacza się korowód barwnych postaci teatralno-politycznych. Zwija się, skręca i zgina elastycznie jak wąż gumowy, a jego uczestnicy powiększają się i nadymają, aby tylko stworzyć niezwykłe produkty duchowo-religijne: całkowity zakaz aborcji oraz nowy układ taneczny Trybunału Konstytucyjnego. 

Zgodnie z przygotowywaną przez Sejm instrukcją „Jak zachowywać się publicznie i prywatnie, co mówić, a czego nie mówić”, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, który przejdzie na emeryturę, będzie miał prawo zabierać głos w sprawach społecznych i politycznych jak każdy inny obywatel, na zasadach: chodzić wyprostowany, stać na baczność, milczeć na komendę „morda w kubeł” i nie wypowiadać się bez zgody Naczelnika Państwa.

Czynnych sędziów Trybunału Konstytucyjnego będzie oceniać Minister Sprawiedliwości, przedstawiając wnioski Prezydentowi, których z nich karać, a których wyróżniać. W ten sposób społeczeństwo zyska dłuższy bat i większą marchewkę, zapewniając sobie poprawne zachowania sędziów Trybunału, dotychczas rozbrykanych i nieprzestrzegających zasad BHP. Ja pierwszy cieszę się, że wreszcie skończą się kawki, ciasteczka i zacznie solidna praca dla dobra Narodu poprawnie zwanego Suwerenem, kierowanego przez Naczelnika Państwa ku szczytom Szczęścia i Dobrobytu.

Dobry los w osobie Pana Naczelnika wyróżnił ostatnio najlepszych artystów Wielkiego Narodowego Teatru Politycznego: Pani Beata Szydło i pan Mateusz Morawiecki otrzymali tytuły „Pomazańców”. Zaszczyt ten ujawniła sama pani Premier Szydło, podając uśmiechniętą dłoń Wicepremierowi Morawieckiemu w geście duchowej łączności z Naczelnikiem Państwa.

Pan Naczelnik od pewnego czasu zastępuje Pana Boga orzekając w sprawach naturalnych poczynania i ochrony życia ludzkiego. Jest to słuszne, ponieważ w kościołach Bóg rzadkiej się ostatnio pokazuje, zgodnie z sugestiami wyższych władz kościelnych, regularnie informujących Go o wydarzeniach bieżących. Ostatni ich komunikat był krótki, ale treściwy. „Razem z Naczelnikiem Państwa i jego Partią dobrze radzimy sobie, Panie Boże, w sprawach duchowych i ziemskich dzięki jedynie słusznej interpretacji Twoich intencji i zamysłów wobec ludzkości. Parom małżeńskim, zgodnie z Twoimi wskazaniami, nie pozwalamy zachodzić w ciążę metodą in vitro, gdyż jest to metoda szatana, a kobietom dokonywać aborcji, gdyż jest to metoda teoretycznie i praktycznie grzeszna. Dzięki Ci, Panie, za natchnienie moralne, jakżeż zgodne z natchnieniem naszym oraz drogiego nam Naczelnika Państwa. Miłość bliźniego jest i będzie dla nas zawsze najwyższą wartością. Amen”.

 

Oda do obywateli o głowie i prawie do gwałtu na politykach

autor-anonimowy-public-domain

Jest godzina 3.08. Opanowała mnie bezsenność. Błogosławię ją; gdybym spał dobrze w nocy, nie pisałbym blogów pełnych miłości, którą obdarzam Rząd i Partię, przodującą siłę narodu.

Wychodzę na balkon, a tam księżyc w pełni. Coś ostrzegawczego mi szepcze: Nie wychodź!, ale przełamuję się, bo mam rozum. Jest, jaki jest, nie może być większy, bo gdyby był, musiałbym mieć większą glowę, a mając większą głowę musiałbym mieć większe ciało, żeby zachować proporcje. Gdybym miał większe ciało, sprawiłbym przykrość Naczelnikowi Państwa, Piłsudskiemu, bo ma skromniejsze rozmiary. On wciąż żyje, doskonale rządzi i chyba szykuje jakiś przewrót.

Przewrót dobrze mi się kojarzy: z baraszkowaniem, pieszczotami, leżeniem na plecach albo na brzuchu, zależnie jak się upadnie. Myśląc o przewrocie, myślę oczywiście o polityce i politykach, przedmiocie ubóstwienia narodu. Komuniści mieli Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, Chińczycy Mao Tse Tunga i Czang Kai Szeka, a my mamy Partię Pamięci i Szczebiotu, która też wskazuje nam kierunek ku słońcu. Wrodzoną cechą wybitnych polityków jest to, że gwałcą naród. Nasi ostatnio gwałcą wszystko, co po drodze, łącznie z prawem narodu do radości i spokoju, a my, naród, pół Suweren, pół Niesuweren, nie możemy ich gwałcić. A przecież wzywa nas do tego wieszcz Adam Mickiewicz: „Gwałt niech się gwałtem odciska!” Mickiewicza wszyscy cenimy, bo jest historyczny, patriotyczny i ma pomniki, bardzo modne ostatnio.

Sam się sobie dziwię, jak mogę żyć bez pomnika. Jeśli mnie czytacie i ciarki wam chodzą po plecach z radości, zrzućcie się na pomnik, niekoniecznie dla mnie. Chciałbym, aby stał w centrum Warszawy, bo tam jest dużo miejsca i miejsce jest popularne. Może dla pana Boga, aby nas zauważył i uczynił cud, aby nie było nam tak dobrze, jak jest, bo to przesada. – Co za dużo to niezdrowo. – Nie powiedział tego byle kto, tylko Święty Dietetyk.

Zamierzam złożyć projekt do Laski Marszałkowskiej o prawie obywateli do gwałtu na rządzących politykach. Jest budżet obywatelski, czyli prawo do budżetu państwowego, dlaczego nie może być prawa obywateli do gwałcenia polityków? Projekt złożę do Laski Marszałkowskiej, nie do Marszałka, bo on ma łączność tylko z Naczelnikiem Państwa, nie z niebem, gdzie potrzebna jest interwencja. Laska dobrze mi się kojarzy, dwie długie, smukłe i namiętne nogi zaczynające się od ramion. Kojarzenie Marszałka daje gorsze wyniki. Wygląda jakiś taki nieświeży i mówi, jakby jego język dostał spowolnionej padaczki.

Uwierzcie mi, jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej. Po tych wszystkich inwokacjach, ulżyło mi. Jest mi dużo lepiej. Chyba będę wymiotować. Gdzie jest najbliższy sedes? Jeśli czujesz się równie dobrze jak ja, to potrzebujemy wielu sedesów. I to jest piękne, bo wzrost zapotrzebowania na sedesy napędza gospodarkę. A czego nam trzeba więcej oprócz cudu gospodarczego?

Publikacje i zapowiedzi:

  • Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Poezja. Nowy nakład w przygotowaniu. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.
  • Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. Wydanie w ciągłej sprzedaży: Matras, Dom Książki, wszystkie księgarnie internetowe. W przypadku braku książki w księgarni, prosić o ściągniecie z magazynu.
  • Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco i inne opowiadania. Opowiadania i humoreski. Publikacja w trakcie negocjacji. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.
  • Michael Tequila: Księga zdarzeń. Powieść. W przygotowaniu. Przewidywany termin wydania 2017.

Historia kołem się toczy. Pełzająca kontrrewolucja.

Bosch,_Hieronymus, The_Garden_of_Earthly_Delights,_right_panel

Powstanie wolnych związków zawodowych „Solidarność” zapoczątkowało rewolucję w Polsce. Obaliła ona ustrój samodzierżawia i powołała do życia nowy – demokracji. Był to piękny gest historii.

Stał za nim pan Bóg, który choć niepoznawalny wedle doktryny doktora kościoła Św. Augustyna, od czasu do czasu daje o sobie znać aktami dobroci. Skończyły się donosy, donosiciele, wszechwładza SB i milicji, braki w sklepach, czekanie czterdzieści pięć minut przy kasie na miejscówkę do przesiąkłego dymem papierosowym pociągu do Warszawy, każdorazowe ubieganie się o paszport na wyjazd wakacyjny do Bułgarii oraz konieczność jego zwrotu w ciągu trzech dni do biura paszportowego, inwigilacje małe i duże, ludzi, biurek i korespondencji, i wiele, wiele innych dobrodziejstw ustrojowych.

Historia kołem się toczy. Kto je wynalazł nie wiadomo, mam jednak wątpliwości, czy dobrze zrobił, gdyż po niecałych trzydziestu rocznych obrotach wraz z nami wokół słońca historia przyniosła nam kontrrewolucję. Jest to stan obecnego łagodnego, bogobojnego i życzliwego odkręcania zdobyczy rewolucji demokratycznej, na rzecz nowej klasy panującej, działającej, jak sama twierdzi, także na twoją rzecz, Drogi Obywatelu-Czytelniku, na rzecz Twojego szczęścia, obfitości materialnej i finansowej, radości, zdrowia i wiecznych wakacji. Oraz spełnienia marzeń.

Kontrrewolucja, która w naszych warunkach i czasie jest demontażem zdobyczy demokracji, nie jest nowym wynalazkiem. Wcześniej wynaleźli ją Chińczycy, podobnie jak proch, który okazał się wielce użyteczny dla nerwicowców i entuzjastów zmian sygnalizowanych wybuchami na dworcach i w autobusach, tak jakby mogły one cokolwiek zmienić. Nasza rodzima kontrrewolucja kryje się za hasłami postępu społecznego i dobrobytu bez kontroli władzy ze strony społeczeństwa, czyli Trybunału Konstytucyjnego.

Kontrrewolucja odbywa się u nas tak zgrabnie i sympatycznie, że ludzie jej niechętni już jakby mniej protestują, a dziennikarze mniej ostrzegają przed jej skutkami. Wszyscy przyzwyczajamy się do niej powoli. Dla mnie kontrrewolucja jest piękna chociażby przez to, że rządzić będzie w pojedynkę monarcha oświecony, wyrazisty, choć niezbyt wysoki, koncentrujący w sobie mądrość i sprawiedliwość, którego sam chwalę, wynoszę pod niebiosa, gdyż jest on niezwykle płodny w pomysły i motywacyjny dla Suwerena, który bez tej motywacji skurczyłby się nieznośnie, a może nawet i przestał istnieć, tym bardziej, że reprezentuje aż 29 do 38 procent całego narodu. Można by pokusić się o powiedzenie, że jest to Suweren nadzwyczajny, choć częściowy.

Sam nie daję się skusić zgrabnymi powiedzeniami, uodporniłem się, kiedy uświadomiłem sobie, że każda pokusa pochodzi od Szatana, potwora ogoniastego, rogatego, obrośniętego rudymi kłakami, który sam powołał się do istnienia, gdyż zło istnieje niezależnie od woli Najwyższego.

Wraz z kontrrewolucją czyli odkręcaniem rewolucji demokratycznej odkręci się też trochę historii i przestawi jej bohaterów. Obok postaci kluczowej, uznanej już w świecie, postawimy inną postać, też niezwykle sympatyczną i udaną, o wielkich zasługach dla kraju i ludzkości, polegających przede wszystkim na tym, że ma ona wielkiego i przedsiębiorczego brata. Jeśli zamkniecie oczy i odsuniecie na bok choćby na chwilę przedsiębiorczego brata, to zobaczycie jak szybko i łatwo braterska pomnikowa postać zmaleje i zacznie opierać się wchodzeniu z fanfarami do historii.

„Wielki wielkością brata” – jest to przesłanie oczywiście dialektyczne, czyli podlegające dyskusji, dawniej marksistowskiej, jeszcze dawnej heglowskiej. Hegla nie rozumiem, podobnie jak i racjonalizmu etycznego, który naszej kontrrewolucji służy dla uzasadniania wątpliwych, bo niejasnych celów. Jeśli ktoś zna jakieś inne cele naszej kontrrewolucji, jasne, pozytywne i konkretne, niech wstanie, położy rękę na sercu i głośno wyjawi nam te cele. Sam też chętnie posłucham, zwłaszcza liczb, faktów i argumentów.

Zwarty i patriotyczny rząd w akcjach wakacyjnych a terroryzm

Almeida_Júnior_-_Interrupted_Whetting_-_Google_Art_Project Obraz

Rozleniwiłem się. Są wakacje i ciarki mnie przechodzą, że mógłbym zrobić coś użytecznego. Dogorywałbym tak nadal, gdyby nie rząd. Mamy rząd walczący, aktywny, dzienny i nocy, i on jest dla mnie przykładem najlepszych zachowań prowakacyjnych i wakacyjnych.

Rząd pokazywał się we wszystkich programach, okazjach i ujęciach, en face, de face, pro face oraz z profilu, przy kopaniu rowów odwadniających w ramach pomocy dla frankowiczów, w gabinetach, na sali balowej Pałacu Prezydenckiego, na tle katedry, licznych kościołów i na tle Papieża Franciszka, razem i osobno, także na tle armii całej i rozdrobnionej oraz jednego czołgu i grupki Powstańców. Czynniki oficjalne unikały tylko deszczu, nie weszły na lotnisko, aby pożegnać Papieża Franciszka przed jego wejściem do samolotu.

– Było wilgotno i ślisko. Niebezpiecznie. Nie po to nasze służby pilnowały nas nieprzerwanie, abyśmy teraz narażali na szwank dobre imię naszego rządu, partii i kraju. Po słowach „rząd” i „partia” Antoni Macierewicz salutował, inni oficjele podnieśli tylko dłonie do głowy, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Papież Franciszek apelował niejednokrotnie o przyjmowanie uchodźców. Premier Szydło wyjaśniła: Franciszek daje nam wybór drogi. Zapytana, dlaczego nie używa formy „Papież Franciszek” tylko „Franciszek” wyjaśniła: – To dlatego, że jest mi niezwykle bliski. Co do uchodźców, to my ich przyjmujemy. Przyjęliśmy już sześciu. Zajrzała do notatek i poprawiła się. Nie! Nie! Dużo więcej. Ośmiu!

Zapytana o Unię Europejską, Trybunał Konstytucyjny, uchodźców i terrorystów, wyjaśniła: Idziemy na udry z Unią bezpieczną drogą zwaną Votum Separatum. Sprawa jest prosta i jasna. W pojedynkę jest bezpieczniej, bo dzisiaj na drogach idąc razem z innymi można łatwo spotkać terrorystę. Lasy w Polsce pełne już są terrorystów. Kryją się, udają, że zbierają jagody. Sama widziałam takiego jednego. Są straszni! Była to kobieta przebrana za mężczyznę, albo mężczyzna przebrany za kobietę.

Antoni Macierwicz prowadził twarde negocjacji z Powstańcami w sprawie włączenia do apelu poległych także nazwiska Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zbudował Muzeum Powstania Warszawskiego.

– To to samo, co wzięcie osobiście udziału w Powstaniu. – Zadekretował Prezes Jarosław.

– Musimy pomóc Powstańcom! Trzeba pośpieszyć im na ratunek, najbardziej potrzeba im leków, przecież do nich strzelano. Może są ranni!? – Gorączkował się Antoni Macierewicz.

Minister Ziobro uznał, że skoro Bierut był łajdakiem albo i gorzej, to policjanci nie muszą dopełniać swoich obowiązków, aresztować i przesłuchać złoczyńców, sprawców zbezczeszczenia pomnika Bieruta. – Przewinienie złoczyńcy zależy nie od przepisu prawa, ale od tego, komu wyrządził on przykrość. Łajdakom można wyrządzać i my to rozumiemy, uczciwemu człowiekowi nie. – Wyjaśnił i uśmiechnął się niezwykle czule, chłopięco, jak to on.

Czasy są niespokojne. Stwierdzam, że dochowaliśmy się już rodzimych terrorystów, tak jak Brytyjczycy i Francuzi. Nasze krajowe multi-kulti okazało się nieskuteczne. Wczoraj spotkałem jednego terrorystę, był lekarzem. Badał mnie. Krzyczał bardzo głośno, że jest obiektywny i bezstronny, i przedstawił mi litanię grzechów i łajdactw PO oraz osiągnięć PiS. Wiedział o nich wszystko. Nie zdążyłem notować.

– Jestem bezstronny w ocenach. – Powtarzał w gniewie i dyszał emocjami.

Jego zdeformowany polityczną ekstazą rozum zauważyłem pod aparatem USG. Nie odzywałem się, bojąc się, że ten religijny fanatyk rzuci się na mnie i przegryzie mi gardło. Nie byłem całkiem bezbronny. Zaciśniętą pięść miałem przygotowaną w zanadrzu. To był mój najmocniejszy argument w dramacie. Sprawa na szczęście zakończyła się bez ofiar. Oddycham teraz pełną piersią, choć nie bez strachu. Przestałem ufać Ministrowi Błaszczakowi. Nasze miasta nie są bezpieczne. „Oni” są już wszędzie.

Obraz: Almeida Junior: Interrupeted Whetting.

Totalne zwycięstwo Prezesa Kaczyńskiego w wojnie o sprawiedliwość

Rewolucja Fragment muralu Rewolucja 1905 Łódź PPS, by Nimrod7777, Creative Commons

Na kongresową trybunę wstąpił mój ukochany Wódz, Prezes, Król, Jarosław. Wódz to po łacinie Dux. Król to po łacinie Rex. To także mój Rex.

Na sali tłum. Sala była ogromna, tłum jeszcze większy, ponad 1000 osób. Były to wierne szeregi partyjne, jednolity standard myślenia, mowy i gestów.

W drzwiach wejściowych informowano: Żadnych dziennikarzy! No journalists! Dlaczego? – Chcemy w spokoju nacieszyć się wyborami przywódcy. Głęboko je przeżywamy. Nigdy nie wiadomo, kto zostanie wybrany.

Ku zaskoczeniu wiernych i świata wybrany został Jarosław Kaczyński. Zwycięstwo totalne, zwycięzca nieposkromiony. Eksplozja oklasków, naręcza uwielbienia, a potem pieśń świąteczna, rozległa jak wszystkie rzeki świata: „Cuda, cuda ogłaszają”.

Okazało się, że on jeden spośród wielu zgłoszonych kandydatów uzyskał sto procent głosów.

– Towarzysze, zagaił przewodniczący komisji wyborczej, takich wyników nikt nie uzyskuje dzisiaj na świecie, z wyjątkiem Azji i Afryki. Całkowita jednomyślność! Rewelacja.

Komisja skrutacyjna zgłosiła poważne zastrzeżenie: Było siedem głosów przeciw. Wszczęto natychmiastowe śledztwo. Padły pytania? Kto to zrobił? Kto wyznaczył siedmiu niewiernych, aby głosowali przeciw? Dochodzenie unieważniono, bo nastąpiła fiesta.

Nadeszły kwiaty. Prawdziwa powódź. Dowożono wozami. Strumień bukietów płynął w kierunku trybuny, zagrażając Wodzowi. Uratowano go szczęśliwie. Wrócił z naręczem, ogromnym jak wieża. Wygłosił przemówienie. Mówił mocno, zdecydowanie, używając słów barwnych jak kolory tęczy. Mówił rzeczowo i pięknie.

– Wrogowie! Kim są nasi wrogowie? – Balcerowicz. Rzepliński. Żadni profesorowie. Po prostu szkodnicy.

– Co za głos!? – Wzruszyłem się. Zawsze się wzruszam, kiedy słyszę coś, co kołysze moim umysłem, w prawo i w lewo, w lewo i w prawo, z góry na dół, z dołu do góry.

– Konstytucja. Nie ma konstytucji. Ta, co była, to PRL. Wprowadzimy nową konstytucję. Lepszą, radośniejszą. Huczne brawa. Ruch na sali.

Wierne szeregi powstają na nogi, wasale, lennicy, poddani, posłuszni, karni, ulegli, wspaniali. Wszyscy. Chcemy przysięgać na wierność Wodzowi! – Okrzyki z sali.

– Nie trzeba! Nie trzeba! – Wódz uspokaja tłumy.

– Prawo! Pytanie: Jakie prawo? Szariat PiS. Na czym on polega? Każdy na sali wie. Prawo zapewniające warunki duchowego i fizycznego rozwoju jednostki, określające czyny konieczne, chwalebne, dozwolone, naganne oraz zakazane. Skonsolidowana władza sądownicza dla dobra narodu. Dla całego narodu, pełne 39 % Suwerena!

– Program rozwoju kraju! Wspaniały. Rewelacyjny. Następują konkrety, konkretnie jeden, ale wielki, bo więcej męczy.

– Nasza strategia! – Jaka? – Dużo pieniędzy! – Skąd je weźmiemy? – Z OFE. Z tego samego OFE, skąd wzięła je Platforma Obywatelska. – Dlaczego robimy to samo? – Bo oni nie wiedzieli, co z tymi pieniędzmi zrobić, a my wiemy.

Potem występowali poddani, tradycyjnie już poseł Suski. Mówił porywająco, jak to on.

Wszystko zrozumiałem, przyjąłem do serca, przyswoiłem. Było tego tak dużo i było to tak słodkie, że dobrze mi się zrobiło. Taka jest cena rzeczy wielkich i słodkich.

Obraz: Fragment muralu o rewolucji 1905 roku w Łodzi, PPS.

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

Czy znasz miarę swego szczęścia? Ciesz się, bo idzie ku lepszemu.

Sabat czarownic The Witch's Sabbath, Francisco Goya

Kiedy zobaczyłem wczoraj w telewizji rękę pana Prezesa wyciągniętą kolejny raz do narodu w geście przebaczenia i pojednania, zacząłem ją okrywać kwiatami serdecznych pocałunków wdzięczności za ogrom dobra i cierpliwości, jakie nam od lat okazuje.

Zapragnąłem także ucałować panią Pawłowicz, naszą hinduską Boginię Jadła i Przekleństw, lecz usta miała wypełnione pierożkami oraz szparagami, nie śmiałem więc liczyć na życzliwe przyjęcie.

Żyję w nieprzerwanym uniesieniu. Dni są coraz dłuższe, coraz więcej jest słońca, ptaki śpiewają coraz piękniej. Jestem pełen optymizmu i nadziei. Widząc oznaki zmian dobrych na coraz lepsze, prorokuję:

  • Więcej dobrego prawa i sprawiedliwości w miejsce niedobrej konstytucji.
  • Więcej dzieci z programu 500 Plus. Motywowani wiosną i wysypem pieniędzy, wielodzietni rodzice ruszą masowo do sypialni i parków, aby ochoczo realizować marzenia Partii o kraju bogatym demograficznie.
  • Więcej pomników na zasadzie równowagi: jeden pomnik na każde życzenie.
  • Więcej szybszych emerytów z wydłużonymi emeryturami;
  • Więcej wizyt Komisji Weneckiej i Kongresmenów USA zainteresowanych wielkimi osiągnięciami Partii i Rządu;
  • Więcej ziemi rolnej i bogatsze plony w pobożnych rękach. Szkolmy się na traktorzystów, aby spełnić się na ojczystej roli pracą i pieśnią „Hej traktory, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcie wy nas!”
  • Więcej wspaniałych stanowisk dla przyjaciół, rodzin, znajomych i osób zasłużonych Partii, „aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej";
  • Więcej cielesnej zasobności najukochańszych naszych polityków. Niech widok dobrze odżywionego lekarza narodu z uduchowioną bladą twarzą napawa nas nadzieją, że koniec problemów zdrowotnych społeczeństwa jest już bliski;
  • Więcej osób na demonstracjach KOD-u nieuzasadnienie tęskniących do utraconych przywilejów, stołków i żłobu;
  • Jeszcze głębszą nostalgię widzów na spektaklach Stanisława Wyspiańskiego „Miałeś chamie złoty róg”;
  • Więcej uśmiechniętych dzieci i szczęśliwych matek z programu „Zero Aborcji” otoczonych serdeczną pomocą kościoła i państwa;
  • Więcej światełek w tunelach i mniej Ryśków, którzy je dostrzegają;
  • Owocniejszej współpracy Partii i Opozycji opartej na zdrowej zasadzie: wy zawieracie z nami kompromis, my w zamian nie publikujemy wyroków Trybunału Konstytucyjnego i nie zaprzysięgamy sędziów wybranych przez Sejm;
  • Więcej kulturalnej rozrywki w lokalach psychiatrycznych finansowanych z rządowego programu „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”;
  • Na zakończenie, więcej szczerych i głębokich wypowiedzi elity ducha, serca i intelektu, że wspomnę tylko ulubieńców publiczności panów i panie Girzyńskiego, Kępę, Macierewicza, Seniora Morawieckiego, Pawłowicz, Sellina, Suskiego i Terleckiego.

O, Wybrany Narodzie! O, Ziemio Obiecana!

Wznieśmy teraz wspólnie, Bracia i Siostry Cyrkowcy, radosny okrzyk: Alleluja, Alleluja!

Ptak wygłasza przemówienie „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”

Bird Rothschild's Bird of Paradise by Ellis Rowan, public domain

Tekst był pisany na luzie, w mroku. Gdybyście zauważyli światełko w tunelu, a może nawet i dwa, dajcie znać zwykłą formą uwielbienia recenzenckiego: „Dno”. „Nędza”. „Niezłe”. „Niegłupie”. „Cudowne”, lub nawet „Rewelacja”, jeśliby komuś odbiło.

Motto: Jedni mnie będą egzorcyzmem chłostać, drudzy uciekną zdziwieni (Adam Mickiewicz: Dziady)

Jest to dwudniowa historia dwóch ptaków drapieżnych, przelotnych, usiłujących zadomowić się. Jednego z nich ornitolodzy nazwali Mocnym, choć Małym, bo żwawiej robi dziobem, drugiego zaś Słabym, choć Dużym, ponieważ w argumentach ustępuje temu pierwszemu. Nazwy ptaków mają charakter roboczy, gdyż systematyka tej kategorii ptactwa jest jeszcze niedokończona. Ornitolog-sprawozdawca, obserwator ptasiej sceny, nadal ptakom cechy ludzkie, czyli je „nahumanizował” ( w odróżnieniu od „odhumanizował”). Był chyba pijany, albo taką miał fantazję, gdyż nauka nie zna takiej sytuacji. 

Ptasie sanktuarium na otwartym powietrzu pełne było ptactwa pragnącego wysłuchać tych, którzy latając najwyżej, wiedzą najlepiej. Gdzie to było dokładnie, nie wiadomo. Ważne, że było.

W odpowiedzi na orędzie Słabego na temat „Wzajemność w przebaczeniu”, Mocny wygłosił przemówienie pod tytułem „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”, ujawniające inny punkt widzenia.

– Towarzysze Bracia Cyrkowcy, Towarzyszki Siostry Cyrkówki, i Wy, Zwykłe Ptactwo Obywatelskie! – Silny, wyglądający na dyrektora, umiał serdecznie i podniośle zwrócić się do zebranych. – Ptak Słaby, choć Duży, mój syn chrzestny i adorator mojego stylu latania, specjalista od miękkiego lądowania na wodzie, mąż i ojciec nie tylko rodziny, ale i całego ptasiego narodu, przedstawił wam orędzie o przebaczaniu przestępstw dowolnego kalibru oraz wezwał was do wzajemności. Przeanalizowałem jego przemówienie dokładnie, słowo po słowie, aby nasycić się jego mądrością. Było ono wspaniałe, ale …

Kiedy do ptasiego sanktuarium wkroczył na sztywnych nogach Słaby, choć Duży, ptasie zgromadzenie wstało z miejsc z szacunku dla urzędu. Przechodząc obok Silnego, Słaby ukłonił mu się głęboko, lecz ten, zatopiony w nowych, lepszych pomysłach na rządzenie, jakich nie szczędził ptasiej społeczności, dopiero po chwili zauważył, że jakiś inny ptak przechodzi obok. Silny odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia, że ktoś śmie mu przeszkadzać. Kiedy zauważył swoją omyłkę, szeroki pojednawczy uśmiech radości rozjaśnił jego okrągły dziób okolony od góry siwizną. W ciasnym przejściu usiłował zrobić miejsce przechodzącemu Słabemu, lecz niechcący przydepnął mu łapę, za co od razu przeprosił ukośnym uśmiechem numer cztery, najskromniejszym z uśmiechów.

Ptasia opozycja natychmiast rozdmuchała incydent. Gęgano hasła: nie ma dymu bez ognia, rozłam w obozie ptasiej władzy, co to będzie, co to będzie? i podobne dyrdymałki. Krótko mówiąc, opozycja podjęła szalone spekulacje i jak zwykle widziała rzeczywistość zupełnie inaczej, niż widział ją obóz władzy. Jak to widział cywilizowany świat ptasi, nie wiadomo, bo – dałby Bóg, aby było to tylko chwilowe – cywilizowany świat zniknął z pola widzenia za chmurą sypiącego się obficie pierza.

Silny miał minę cierpką jak cytryna, ponieważ na widok Słabego rozbolał go dziób. Poprzedniego dnia nazwał go synem marnotrawnym, roztrwaniającym niepotrzebnie majątek nieustępliwości Ptasiego Cyrku, oferując przebaczenie bez kary za popełnione zbrodnie, dodając nawet nieroztropnie, że jeśli i on je popełnił, to też prosi o przebaczenie.

– To było głupie. Ta prośba o przebaczenie. – Skomentował ptak-wasal z rodziny hołdowników, wierny totumfacki Silnego.

– A jeśli nawet nie było całkiem głupie, to było niekompletne. – Podjął Silny. Bo musisz wiedzieć, drogi wasalu, że nie ma przebaczenia bez kary, tam gdzie jest zbrodnia. Czytałem Dostojewskiego trzy lub cztery razy i przeprowadziłem dokładną analizę tekstu „Zbrodnia i kara”. Podobnie jak Zygmunt Freud, po naszemu Zyga, jestem wielbicielem Dostojewskiego. Założę się, że o tym nie wiedziałeś. W mojej interpretacji …

…jedynej w swoim rodzaju i słusznej …- przerwał mu szczerze oddany ptak-wasal – elementem sine qua non jest kara.

– Właśnie to – podchwycił Silny – warunkiem niezbędnym przebaczenia jest kara. Jest zbrodnia, jest wina, jest kara, jest przebaczenie. Taka jest kolejność i od tego nie odstąpię. – Podsumował Silny i wykonał głęboki ruch skrzydłami dla okazania, jak wielki ciężar spadł mu z piersi.

Sójka, stojąca usłużnie z boku ptasia notariuszka, dokonała dokładnego zapisu słów Silnego, podstemplowała dokument i zwalniając autora z opłaty notarialnej przekazała go ptasim mediom do publikacji i rozpowszechnienia. Ptasia społeczność, dla której większości – jak wynika z obserwacji ornitologów – charakterystyczny jest ptasi móżdżek, przyjęła słowa do wiadomości i stosowania, gdyż pochodziły ze źródła mądrości płynącej z góry, ponieważ na ziemi Ptak Silny, choć Mały, jest pierwszy przed Bogiem. Dlatego też Sanktuarium Ptasie użycza mu wysokich ambon na drzewach dla głoszenia prawd słodkich i gorzkich, rzeczywistych i nierzeczywistych, gdyż nie samym ziarnem i rybą ptak żyje.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras i księgarniach internetowych.

Nowa atmosfera w Sejmie. Dni rozwagi, skupienia i miłości.

Book_of_Ezekiel_Chapter_1-1_(Bible_Illustrations_by_Sweet_Media)Po pomyślnym rozwiązaniu sprawy aborcji, Prezes poprosił opozycję („po raz ostatni”, jak wyjaśnił) o dni rozwagi, skupienia i miłości. Prośbę natychmiast przyjęto; w Sejmie powstał Komitet Pokoju, łączący sercami partię rządzącą i trzy partie opozycyjne.

Czwarta partia została wyłączona.

– To partia niepoważna i hałaśliwa; biegają po scenie z gitarami, w ciężkich wojskowych buciorach. – Wyjaśnił uprzejmie Prezes. – Nie rozumieją, czego naprawdę pragniemy. Samym śpiewem niewiele ugramy, a przecież nam chodzi najbardziej, wam oczywiście mniej, o naszą ukochaną ojczyznę. Trzy ostatnie słowa wypowiedział z dużej litery. – Znacie mnie, bracia! – Kontynuował. Jestem człowiekiem konsekwentnym. Jak powiedziałem przed wyborami parlamentarnymi, że wymienimy w kraju wszystko, od sprzątaczek w radach nadzorczych po kamasze na uzbrojeniu armii, to słowa dotrzymuję. – Jeszcze raz serdecznie was proszę o zaniechanie swarów i wojny, którą prowadziliście z nami od dłuższego czasu. Zrozumcie, kochani, jesteśmy najbardziej pokojową partią na świecie. Ubiegamy się w tej sprawie o zapis w Księdze Guinnessa. Świętej pamięci Matka Teresa z Kalkuty przy nas to zwykła buntowniczka!

Trzej opozycjoniści wybuchnęli śmiechem z ogromnej radości, że wreszcie wróciły normalne czasy; rechotali i rechotali jak pijane żaby na wiosnę. Prezes mruknął wyrozumiale „spoko” i czekał, aż się uspokoją. Nie przemawiał już więcej. Powtórzył tylko łagodnym głosem prośbę o pokój do zakończenia Dni Młodzieży i wyjazdu Ojca Świętego z Polski.

– Jak tylko skończy się ten okres, od razu poprawimy wszystko. Obiecuję wam z głębi serca, że jeszcze tej samej nocy opublikujemy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, a prezydent natychmiast, bez zwłoki, jak tylko wróci z nart w Himalajach, zaprzysięgnie tych biednych trzech sędziów, którzy wskutek własnej nieuwagi zagubili się w statystyce. Zawsze chcieliśmy to zrobić, tylko nam przeszkadzano.

Kiedy skończył, wybuchł serdecznym śmiechem z radości, jaką sprawił obywatelom swoją wypowiedzią i dobrocią serca. Zza sceny dobiegły oklaski klakierów wynajętych przez Suwerena, cieszącego się z powrotu pokoju i normalności. Wszystkie partie polityczne zbratane w uścisku podjęły taniec, poważnie, cicho stąpając w miejscu, w ciżemkach zamiast woskowych buciorów, aby nie ranić uszu Prezesa.

Na wieść o pokoju w Sejmie, naród otworzył usta z zachwytu i zdumienia. Zrozumiał, że partia rządząca zmieniła się o całe 360 stopni i że teraz wszystko pójdzie jak z płatka. Ludzie pragnęli ściskać Prezesa, co drugi nawet całować go po rękach. Prezes przyzwyczajony do hołdów uśmiechał się dobrotliwie na wiadomość o pieszczotach, jakie mu oferowano.

Na scenę społeczną wróciła normalność. Obywatele rwali się do telewizorów, aby oglądać wiadomości, odwoływano karetki pogotowia, odkładano do lamusa białe kaftany. Rząd ogłosił święto „Wiosny Pokoju”. Wszyscy już rozumieli, że obietnica Prezesa to rzecz pewniejsza niż skała. Zagranica też to zaważyła. President Obama poprosił natychmiast o audiencję u Prezydenta Dudy, aby poinformować go, że dla uczczenia tej wspaniałej chwili oddaje cały arsenał militarny swojego kraju do dyspozycji Ministra Obrony Narodowej, słynnego także w USA Anthony Matsierevitsch’a.

– God bless you, dear Yaroslav. I love you! – Krzyknął President Obama przed odlotem do Waszyngtonu. Do piersi tulił malutkiego pluszowego żuberka podarowanego mu przez polski rząd na wspomnienie Puszczy Białowieskiej zjedzonej przez korniki.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Życzenia Wielkanocne 2016

Osterstrauss, by Goldi61, Creative Commons
W roku Ognistej Małpy 2016 według Horoskopu Jacka Kryga serdecznie, wielkanocnie i politycznie życzę:

Panu Prezesowi – zdrowej sałatki warzywnej oraz dużo ćwiczeń na świeżym powietrzu z tarczą ochronną przed gniewem bożym i ludzkim;

Panu Prezydentowi – świeżutkiego jaja z majonezem i instrukcją „Jak sprawnie przyjmować przysięgę bez strachu przed Omnipotentnym”;

Pani Premier – święconki w koszyczku w kształcie broszki oraz naprawy drukarki do publikacji wyroków zanim nadejdzie zimny Śmigus-Dyngus,

Panu Antoniemu – obfitości stołu oraz odkrycia w nastroju świątecznym niespełnionej wielkiej tajemnicy i sztuki blitzkriegu;

Miłośnikom KOD – spokojnego oddania żłobów, przywilejów i stołków miłośnikom dobrej zmiany;

Kandydatom z listy nepotycznej Pana Prezesa – nieskończonej ilości dobrze płatnych stanowisk;

Opozycji – świętej cierpliwości i nauczenia się egzorcyzmów do walki z mocami nieczystymi;

Rodzinom małodzietnym – dużo miłości, więcej dzieci i jeszcze więcej dodatków finansowych;

Emigrantom – z góry płynących życzeń szczęśliwego powrotu do odnowionego kraju;

Koniom w stadninach – wiosennej trawy oraz wymiany nowych stajennych na jeszcze nowszych;

Żubrom i innym zwierzętom – nowej Puszczy Białowieskiej.

Drogim Czytelnikom, miłym Przyjaciołom i ukochanej Rodzinie oraz wszystkim innym osobom dobrej woli życzę zaś spokojnych, zdrowych i nastrojowych Świąt Wielkanocnych.

Michael Tequila

Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.