Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 213: Niezwykła Maria, lustra i seks po japońsku

O Marii ludzie Babochłopa mówili otwarcie i z przekonaniem, że jest wściekła. Agent policji nagrał potajemnie jej wystąpienie. Maria miała ciepły, perfidnie przekonywujący głos.

– Związek kobiety i mężczyzny zawsze prowadzi do nieszczęścia. Są nim dzieci. W małżeństwie, które znałam przez wiele lat, oboje byli kalekami. Mężczyzna miał tak krótkie nogi, że nie sięgały podłogi, kiedy siedział na krześle, a kobieta nienormalnie długie. Miała za to bardzo krótki tors, wyglądała tak, jakby nie wystarczało jej miejsca na pachy. Mówię to z pewną przesadą, ale taki był problem. Ci ludzie pobrali się mimo sprzeciwu rodziców, którzy czuli, że potomstwo jakie spłodzą, przyniesie im nieszczęście. Wynik był inny niż można by się spodziewać, ponieważ dzieci okazały się normalne. Kiedy podrosły, nikt im jednak nie pomagał w opiece nad rodzicami, ani kościół, ani państwo, ani żadne towarzystwo dobroczynne. Nikt! To było dla nich nie do wytrzymania. Pragnęły mieć swoje własne życie, cieszyć się nim, jak wszyscy normalni ludzie. Najpierw znęcały się nad rodzicami fizycznie i moralnie, potem porzuciły je bez pardonu na pastwę losu. Straciłam ich wtedy z pola widzenia. Co się z nimi stało, nie mam pojęcia. Była to potworna nauczka, czym mogą stać się dzieci, kiedy zajdzie potrzeba pomocy rodzicom. Ja sama nigdy o dzieciach nie myślałam i jestem szczęśliwa.

*****

Gubernator starał się nie pozostawać w tyle za Eminencją w promocji postaw reprodukcyjnych. Nie lubił wyrazu „reprodukcja”, kojarzył mu się za bardzo ze zwierzętami, ale posługiwał się nim, aby wyrazić istotę sprawy. Jego doradca, demograf, używał często tego terminu, mówiąc o reprodukcji prostej, rozszerzonej i zawężonej. Oczywiście celem rządu była reprodukcja rozszerzona. Obydwaj mężczyźni, gubernator i Eminencja, rywalizowali ze sobą, kto wykaże się większą inwencją w metodach przekonywania do reprodukcji.

Na lustrach w centrum miasta pojawił się jego specjalny program propagandowy. Przechodzące obok luster kobiety widziały na nich swój obraz. Był on pozytywny i miły dla oka, kiedy kobieta przysparzała krajowi dzieci, ale negatywny i mroczny, kiedy była niechętna prokreacji. Działo się to w ten sposób, że kamery skanowały twarze osób w zasięgu luster, obraz w ułamku sekundy był analizowany przez komputer w celu identyfikacji osoby. Rząd miał już wtedy teczki z dossier większości kobiet, tak że system był w stanie generować na lustrach obrazy kobiet uwzględniając ich stosunek do prokreacji. Najczęściej na lutrze ukazywał się palec boży wytykający kobiecie grzech nieprzestrzegania boskiego polecenia „Idźcie i rozmnażajcie się”. Niektóre kobiety ogarniał taki wstyd, że rzucały kamieniami w lustro. Było to nieskuteczne. Obraz nie znikał ani nie ulegał deformacji; lustra były odporne na tego rodzaju ataki.

Rząd utrzymywał w tajemnicy „Lustrzany program”. Jego powstanie gubernator uważał za krok milowy w walce o prokreację. Nie omieszkał wykorzystywać go także do walki z przeciwnikami politycznymi. Kiedy opozycja stawiała mu zarzuty łamania prawa, tłumaczył, że z uwagi na kryzys demograficzny parlament przyznał mu prawo stosowania środków perswazji przekraczających granice publicznej reklamy i promocji.

*****

Enrique opowiedział dziadkowi historię młodych, aktywnych zawodowo mężczyzn adoptujących japoński styl życia. Jedna trzecia z nich nie utrzymywała seksualnych kontaktów z kobietami. W Afarze organizowali oni sobie kluby i kawiarnie „only for men”. Pragnąc zrozumieć nową rzeczywistość, Sefardi poprosił wnuka o pokazanie mu takiego miejsca.

Kawiarnia nazywała się „Gwiazda przyszłości” i przypominała długą halę fabryczną, odnowioną i udekorowaną obrazami, rzeźbami i kwiatami w doniczkach. Wzdłuż ścian ustawione były dwa rzędy stolików. Siedzieli przy nich mężczyźni w różnym wieku, przeważnie młodzi, przed komputerami, laptopami, tabletami, a nawet smartfonami. Wszyscy mieli słuchawki na uszach i byli zatopieni w obrazach, rozmowach i muzyce. Nieco dalej znajdowały się pokoje przypominające małe gabinety, z wysokimi fotelami i wygodnymi kanapami, zapewniającymi poczucie intymności.

Nie pukając, Enrique otworzył drzwi jednego z gabinetów. Widać było, że czuje się w kawiarni jak u siebie w domu. Zajrzeli do środka. Sefardi dostrzegł starannie ostrzyżoną głowę mężczyzny i fragment stojącego przed nim ekranu komputera. Zaciekawiony zapytał wnuka, co mężczyzna tam robi.

– Jak to, co? – odpowiedział pytaniem Enrique. – To samo, co robi każdy mężczyzna, kiedy odczuwa potrzebę seksu, a jest sam.

Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia wprowadził dziadka do gabinetu, popatrzył na ekran komputera, po czym bezceremonialnie przerwał sesję siedzącemu w fotelu mężczyźnie, aby przedstawić go dziadkowi. Był to przyjaciel Enrique. Nazywał się Sato Mitori i był japońskiego pochodzenia, choć nie wyglądał na Japończyka. Mówił bez naleciałości językowych podobnie jak obywatele Nomadii mieszkający tam od wieków. Sefardi zapamiętał tylko jego imię, twarz i niektóre fragmenty wypowiedzi. Do kawiarni Sato przychodził regularnie, wybierał zawsze ten sam pokój, jeśli tylko był wolny i spędzał tam wieczory.

Po zakończeniu spotkania Enrique opowiedział Sefardiemu pozostałą część historii. Sato oglądał pornografię, wchodził w słowny i wizualny kontakt z kobietami, aby prowadzić z nimi erotyczne konwersacje, podniecić się i przeżyć orgazm. Za opłatą, a często nawet bez niej, wirtualna kochanka po drugiej stronie ekranu rozbierała się i wykonywała wszystko to, o co ją prosił, zachowując się, jeśli trzeba, wyuzdanie dla zaspokojenia jego fantazji erotycznych.

– Nie jest to jednostronne, że ona robi to, o co prosi ją Sato. Ona sama też może poprosić go o obnażenie się, podniecanie jej, opowiedzenie frywolnej historyjki, jakiejś fantazji lub zachowanie się w inny sposób, tak jakby byli razem nadzy w jednym pomieszczeniu. Oni po prostu współżyją ze sobą. Znam ją i jego na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to udana para. – Enrique zakończył wyjaśnienie w taki sposób, jakby wszyscy tak postępowali i byli z tego tytułu szczęśliwi.

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 211: Sala Spowiedzi i Sala Nieba Czyśćca i Piekła

Kamery w Sali Spowiedzi były miniaturowe i tak zręcznie ukryte, że nawet wprawne oko nie było w stanie ich zauważyć. Uspokajało to Eminencję, gdyż ujawnienie inwigilacji wiernych przez kościół byłoby równoznaczne z kompromitacją i koniecznością jego natychmiastowej rezygnacji ze stanowiska. Samą rezygnację Eminencja potrafiłby przeboleć, ale nie kompromitację, bo ta byłaby obrazą nie osoby, ale Kościoła i Boga. Byłoby to świętokradztwo. Eminencja przypomniał sobie działanie systemu.

Kamera najbliższa wejścia wychwytywała osobę wchodzącą na salę i natychmiast koncentrowała się na jej twarzy. W ułamku sekundy sprawdzała, czy jest to osoba zarejestrowana już w systemie, czy też nowa, wymagająca rejestracji. W drugim przypadku system automatycznie nadawał numer identyfikacyjny i zapisywał dane. Były one przetwarzane w czasie rzeczywistym. Jak tylko na ekranie ściennym wyświetlił się numer osoby czekającej w kolejce na spowiedź, ksiądz w konfesjonale widział już ją na swoim ekranie umieszczonym na wysokości oczu wraz z danymi personalnymi. Informacje o osobie zarejestrowanej już wcześniej obejmowały imię, nazwisko, wiek, wzrost, stan cywilny, wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy, jak również zainteresowania, hobby, a niekiedy także stosunek do macierzyństwa lub ojcostwa, w zależności od płci. Znakomita większość osób odwiedzających Świątynię Wiary i Prokreacji stanowiły kobiety.

Posiadanie wielu informacji o osobie spowiadanej niosło ryzyko dla kościoła. Spowiednik musiał pilnować się, aby przypadkiem nie ujawnić jakiegoś szczegółu biografii osoby, który mógłby wzbudzić w niej podejrzenie. Dzięki szkoleniom, księża nabrali takiej wprawy, że nawet jeśli powiedzieli coś nieodpowiedniego, to umieli to zakamuflować informacją sugerującą, że osoba spowiadająca się nie jest mu znana, a jego obserwacja była zupełnie przypadkowa.

Księża prowadzili spowiedź w taki sposób, aby wyczuwając wrażliwość, zainteresowania i motywację kobiet zachęcić je do macierzyństwa.

Informacje uzyskiwane w czasie spowiedzi były zapisywane w systemie. Eminencji przyszło na myśl, że sam Bóg nie wie więcej o człowieku więcej niż on sam. To go zmieszało tak bardzo, że spędził resztę wieczoru na modlitwie prosząc Najwyższego o wybaczenie.

*****

W Sali Nieba, Czyśćca i Piekła wszystko było pomieszane, panował prawdziwy nieporządek. Na ścianach wisiały obrazy imponujące swoimi rozmiarami i kolorami, nad głowami zwiedzających unosiły się znaki i wyobrażenia cierpienia i radości. Nad wszystkim górowało wielkie oko w trójkącie. Piekło znajdowało się między mglistą oazą czyśćca a świetlistym królestwem nieba. Na pierwszym planie piekła stał ogromny, dymiący gar smoły. Przez jej swąd przebijała się słodka woń kwiatów nasturcji o liściach wielkości trzech ludzkich dłoni.

Zatrwożone niewiasty oglądały niezwykłe widoki i słyszały dziwne głosy: syk węża oferującego jabłko, podszepty szatana zachęcającego do grzechu, śpiew chóru anielskiego i łagodny szum rajskiego drzewa, nad którym brzęczały pszczoły. Była to przemyślna aranżacja. Kobiety miały zdać sobie sprawę z pogmatwania swojego życia i potrzeby odmiany, dokonania lepszego wyboru. W sali nie było istot niewinnych, każda miała coś na sumieniu. Jeśli nic jej nie ciążyło na sercu lub w pamięci, natychmiast ogarniał ją niepokój i budził wątpliwości. Kristinie przypomniało to, że ma sumienie, tylko niepewne siebie, i musi coś z tym zrobić.

Zmierzające ku wyjściu kobiety porządkowały swoje myśli i uczucia; większość z nich dokonywała wyboru z łatwością, decydując się na prokreację, której towarzyszyła nagroda. Odrzucając ten wybór, godziły się na karę. Po drodze wszystko się porządkowało, sceny i akcesoria piekła przesuwały się do tyłu, z przodu pojawiało się coraz więcej obrazów i akcesoriów nieba. U końca drogi stały drzwi wielkości solidnej bramy prowadzące do Sali Pokuty i Rozgrzeszenia, gdzie kobiety, które wybrały prokreację, samoistnie uzyskiwały rozgrzeszenie z popełnionych nieprawości. Ogarniała je wielka ulga, uczucie kamienia spadającego z serca. Przed pozostałymi niewiastami zjawiała się wizja piekła; niektóre z nich akceptowały ją równie łatwo jak propozycję pójścia latem na spacer do cienistego parku.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 208: Czarna Eminencja poświęca się Świątyni Wiary i Prokreacji

Pełną wiedzę o projekcie miał tylko sam arcybiskup. Był tak nim zajęty, że o postępach prac informował tylko gubernatora i to nie za często. Kiedy Blawatsky zauważył na sutannie Eminencji ślady cementu i farby zapytał, czy naprawdę nie potrzebuje pomocy.

– Nie napotykam najmniejszych problemów, bo Bóg jest ze mną. Jestem z nim w kontakcie prawie każdego dni i każdej nocy, bo pracujemy przez całą dobę. – Odparł duchowny.

Jego wychudzona twarz rozpromieniła się, oczy rozbłysły blaskiem misyjnego uniesienia. Gubernator nigdy wcześniej nie widział arcybiskupa w stanie takiego pobudzenia i pomyślał o nim, że jest szczęściarzem. Niekiedy przychodziło mu do głowy, że jest nawet nawiedzony. Odrzucał tę myśl zdecydowanie, kiedy arcybiskup fachowo, ze szczegółami i werwą, opowiadał o supernowoczesnej technologii instalowanej w Centrum Wiary i Prokreacji. Z tego, co gubernator zrozumiał, chodziło o rzeczywistość wirtualną. Miał o niej mgliste pojęcie.

Misja, plan i budowa świątyni stały się pasją Eminencji. Jeśli o niej rozmawiał, to tylko z gubernatorem, spowiednikiem i własnym cieniem. Nawet w Kościele Hierarchicznym niewiele wiedziano o powstającym sanktuarium. W pogodne wieczory widziano Eminencję nad brzegiem Mondegi, samotnie spacerującego i rozmawiającego z samym sobą. Na temat świątyni Eminencja tak rzadko udzielał wywiadów, że bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że w ogóle ich nie udzielał. W okresie ofensywy prokreacyjnej rzędu tylko jeden dziennikarz miał szczęście przeprowadzić z nim wywiad.

Sefardi oglądał to spotkanie w telewizji. Dziennikarzem okazał się jego samozwańczy opiekun z osiedla. Wynalazca był tak zaskoczony, że z wrażenia przewrócił filiżankę rozlewając gorącą kawę na spodnie. Wywiad zaczął się interesująco.

– Ratujemy człowieka przed nim samym, przed jego cywilizacyjnym obłędem. – Czarna Eminencja odpowiadał na pytania stonowanym głosem, patrząc prosto w obiektyw kamery.

O samej Świątyni Wiary i Prokreacji mówił niezwykle oszczędnie, jakby żałował słów. Wyjaśnił, że celem rządu i kościoła jest wykorzystanie symboliki wiary dla sprowadzenia człowieka z drogi grzechu na drogę prawdy. Jego wypowiedzi były tak skąpe i tajemnicze, że nawet dziennikarze specjalizujący się w sprawach wiary i kościoła nie byli w stanie zorientować się, w czym rzecz. Tajemnicę wypowiedzi hierarchy usiłowano rozszyfrować na różne sposoby. O pomoc poproszono jasnowidza i kabalistę, lecz ich wyjaśnienia były tak zawiłe, że tylko powiększyły zamieszanie. 

*****

Na niedzielnej mszy w katedrze Eminencja powrócił do tematu symboliki wiary i prokreacji. Jej potęgę porównał z cudownym ozdrowieniem rzeki Mondegi i leczniczymi własnościami jej wód. Przemawiając, przeszedł sam siebie. W pamięci zapadła wszystkim równie mocno jego pełna pasji homilia i orędzie, jak i biała szata zdobna w różnobarwne symbole prawdy, miłości, dobra i radości, macierzyństwa i ojcostwa. Słuchający go wierni widzieli, jak wzlatują one w powietrze na skrzydłach zachęty do odwiedzenia Świątyni Wiary i Prokreacji i uczestnictwa w misteriach, jakie będą tam mieć miejsce.

– Wiara w Boga i jej symbole są stare jak świat. Tu nie musimy nic zmieniać. Mamy wszystko podane jak na tacy.

Rewolucjonizujemy tylko sposób ich wykorzystania dla zmiany postaw kobiet zapiekłych w chciwości świata, niezdrowych ambicjach i zarozumiałości. – Eminencja używał mocnych słów, aby trafić do serc wiernych. Nieliczni twierdzili potem, że ten fragment jego przemówienia ambonnego był w pełni zrozumiały.

*****

W rozmowie z gubernatorem, arcybiskup wyjaśnił, że Świątynia Wiary i Prokreacji wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie komunikacji międzyludzkiej, interpretacji poglądów oraz kształtowania zachowań jednostki. Gubernator – nie była to w pełni świadoma reakcja – lapidarnie zreasumował, że Eminencji chodzi zapewne o pranie mózgu i indoktrynację, aby zachęcić kobiety do prokreacji.

– To słuszne podejście. W końcu muszą zacząć zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Do diabła! – wyrwało mu się.

Czarna Eminencja zesztywniał, zamilkł na chwilę, na jego twarzy pojawiła się niepewność, a moment później wyraz zniechęcenia. Szybko zakończył rozmowę.

– Barrasie! Modlę się każdego dnia, aby dobry Bóg mi wybaczył, jeśli robię coś niewłaściwego. Nawet wiem, że mi to wybaczy, ponieważ czynię wszystko z głębi serca w przekonaniu, że jest to zbawienne dla wiary i dla społeczeństwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 207: Eminencja odnajduje ostrze walki o prokreację

Wojna z przeciwnikami prokreacji rozkręcała się powoli, ale systematycznie, zgodnie z zasadą, że młyny boże mielą wolno, ale dokładnie, którą Czarna Eminencja uznawał za fundament wszelkiej sprawiedliwości. Zadowolony z kierunku działań, Eminencja nie był jednak zachwycony tempem ich rozwoju; było ono zbyt wolne. Podnosił to rozmowach gubernatorem, przeglądając statystyki kobiet w ciąży oraz liczby urodzeń.

– W takim tempie to wykaraskamy się z problemu za dwieście lat, a nie za dwa trzy lata, na co bym serdecznie liczył – powiedział gubernator. – Kiedy to mówił, był wyraźnie przygnębiony, Coraz częściej dopadał go niepokój wywołując zawroty głowy i bóle żołądka. Lekarze ostrzegali go przed depresją.

Eminencja pocieszał go jak mógł, zastanawiając się nad przyczyną spowolnienia. Doszedł do wniosku, że rządowi brakuje ostrza, czegoś nośnego, porywającego, idei lub hasła, co uskrzydliłoby jego akcje. Czasem przychodziły mu do głowy skojarzenia ze skrzydłami husarskimi, wynoszącymi na szczyty zwycięstwa ciężkozbrojnych rycerzy i ich rumaki bojowe. Było to skojarzenia tak śmiałe i niestosowne, że je natychmiast odrzucał. W chwilach niepewności wolał myśleć o skrzydłach anielskich.

*****

Przechodząc korytarzem swego pałacu arcybiskup zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym scenę biblijną. Kierował nim impuls. Zupełnie nieoczekiwanie, bo dzień był pochmurny, obraz oświetliła wiązka promieni o kształcie palmy świątecznej. Eminencja poczuł, że jest to znak z nieba, nie wiedział tylko jak go zinterpretować. Zaintrygowany schylił głowę, aby odczytać treść tabliczki tytułowej. Nie pamiętał nazwy obrazu. W pałacu były ich setki. Gromadzone przez kilka wieków, jeden był ciekawszy od drugiego. Stanowiły bezcenny majątek kościoła. Uwagę hierarchy rozproszył niepokój, czy odnowiono umowę ubezpieczenia obrazów. Po chwili wrócił do tabliczki i przeczytał napis: „Grzech”. Była to replika obrazu genialnego malarza brazylijskiego przedstawiająca grzeszników.

Eminencja zdał sobie nagle sprawę, że grzech to przecież ostrze miecza, idealny symbol walki o prokreację, którego brakowało rządowi. Po upewnieniu się, że oprócz niego nie ma nikogo w korytarzu, arcybiskup wypowiedział na głos „grzech to ostrze miecza w walce o prokreację, aby w pełni uświadomić sobie sens i znaczenie tego hasła. Zachwyciła go własna intuicja, gdyż zawsze uważał siebie za mało wrażliwego pod tym względem. Był bardziej intelektualistą niż intuicjonistą.

Nowe idee zaczęły kiełkować mu w głowie jak młode roślinki obficie podlewane wiosną troskliwą ręką ogrodnika. Godzinę później Eminencja rozmawiał z gubernatorem, informując go, że wreszcie odnalazł ostrze, którego im brakowało. Rozmówca nie od razu podchwycił sens wyznania; po chwili, zarażony odkryciem i entuzjazmem arcybiskupa i on dostrzegł światło w tunelu.

Odkrycie wspaniałego symbolu nadało wigoru walce o prokreację. Ministrowie i księża pracowali dniem i nocą, zapominając o świecie bożym, nad nowym planem prokreacji. Nikt wcześniej nie stworzył niczego podobnego. Plan łączył ze sobą wartości religijne i społeczne w jedną całość, rozbijając podział na sacrum i profanum.

Za źródło zła, jedyną przyczynę upadku prokreacji, rząd państwowo-kościelny uznał grzech. Grzechem było odstąpienie Nomadyjczyków od Boga i jego przykazań, ignorowaniu tego, czego od nich oczekiwał i skoncentrowaniu się na tym, co nietrwałe i bałamutne.

– Nasze społeczeństwo zabijają ambicje, pycha i konsumpcja. – Eminencja zakończył niedzielną homilię z trudem powstrzymując się od uderzenia dłonią o pulpit ambony dla wyrażenia słusznego gniewu.

*****

Dla Czarnej Eminencji był to plan życia. Wielkim nakładem środków i fizycznego trudu w tajemnicy przed wiernymi budował ośrodek edukacji i przemiany duchowej – Świątynię Wiary i Prokreacji.

Projekt od początku zapowiadał się nietypowo. Rozpoczynając budowę, Czarna Eminencja posadził na pamiątkę cedr, okazałe drzewo iglaste o wiecznie zielonych liściach, ponieważ właśnie z cedru zbudowano Pierwszą Świątynię Jerozolimską w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Wolał to uczynić niż kłaść kamień węgielny, nie mający w sobie nawet cząstki wspaniałej tradycji historycznej i religijnej.

Po miesiącu budowy zdarzył się poważny wypadek; robotnik spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Kiedy podbiegli do niego ludzie, leżał nieruchomo, wyglądał jak martwy. Po chwili wstał i otrzepał się.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz. Leżałeś na ziemi i nie ruszałeś się.

– Zamyśliłem się. Mam na głowie tyle spraw. Dlatego spadłem z rusztowania. A bo to raz człowiek pada na ziemię?! Jak spaść to z wysokiego konia. – Zaczął żartować, widząc niepewne miny otaczających go ludzi.

W trakcie dalszej budowy świątyni cuda zdarzały się tak często, że sekretariat arcybiskupa z trudem nadążał z ich rejestracją, wymagającą opisania okoliczności. Eminencja irytował się, ponieważ nie miał czasu na weryfikację licznie napływających zgłoszeń. Dwa z nich od razu wydały mu się naciągane. Ludzie oczekiwali, że każde nowe zgłoszenie cudu zostanie natychmiast zaakceptowane. Arcybiskup obawiał się, że ofiary wypadków uznające, że Bóg okazał im cudowną serdeczność, pragnęły w istocie znaleźć się w centrum uwagi publicznej, stać się celebrytami choćby na pięć minut. Pozytywną stroną wydarzeń było narastanie atmosfery nadzwyczajności Świątyni Wiary i Prokreacji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Hasła wyborcze

Razem z Iwanem Iwanowiczem cieszymy się sukcesami PiS, partii miłości i dobrobytu. Zachwycił nas senator Bierecki, bliski krewny tej partii, którego słowa ludzie wciąż wyjmują z kontekstu, co nam – najsprawiedliwszym ze sprawiedliwych – wydaje się podłością. Senator Bierecki ma ogromnie zasługi dla Skoków, które posuwają nasz kraj do przodu, a jeśli nie kraj, to pieniądze, gdyż są to skoki pieniężne. Celowo nie używam słowa monetarne, aby nie pokazać, że wiem więcej niż inni. Sugerując, że Skoki senatora Biereckiego są skokami do przodu mam na myśli to, że do tyłu rzadko kto skacze, chyba tylko pijany zając albo wiewiórka obżarta orzechami sprowadzonymi z Czarnobyla.

W związku z postępem czasu, Iwan Iwanowicz i ja, podjęliśmy akcję wspomagania naszej, co tu ukrywać, oblubienicy politycznej,

Beaty, w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Obmyśleliśmy dla niej hasła wyborcze. 

Mam duże doświadczenie w pożarnictwie. Będę gasić pożary w Unii Europejskiej. Głosujcie na mnie! Beata

Moja zdecydowana niechęć do Donalda Tuska to najlepsza gwarancja dbałości o interesy Polski w Unii Europejskiej. Głosujcie na mnie! Beata

Znam język migowy. Jestem w stanie doskonale porozumieć się w Parlamencie Europejskim z posłami wszystkich narodowości. Głosujcie na mnie! Beata

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 206: Szalony rozwój nowych form i języka indywidualizmu

Dzięki Internetowi indywidualizm kwitł jak szalony. Ludzie traktowali go jak biznes oferujący przedsiębiorczym jednostkom niesamowite korzyści. Wkrótce pojawiły się na rynku liczniki pomiaru aktywności internetowej, nieco później również mierniki indywidualizmu.

Indywidualizm pokazał także wilcze kły i pazury. Wielu ambitnych obywateli, byli to głównie mężczyźni, zapragnęło wyróżnić się tym, na czym znali się najlepiej, co było ich pasją, co ich najbardziej kręciło – zabijaniem i wysadzaniem w powietrze ze względów patriotycznych lub religijnych. Różnie to nazywano, jedni nazywali to terroryzmem, inni walką o słuszną sprawę lub ideały. Uprawianie terroryzmu stwarzało szansę błyskawicznego wybicia się, zostania celebrytą żyjącym na ustach setek tysięcy obywateli, przez jednych przeklinanym, przez innych wielbionym.

Ta droga do indywidualizmu okazała się tak atrakcyjna, że wkrótce pojawiły się kursy i szkoły terroryzmu. Terroryści uaktywnili się, byli wszędzie.

W Internecie zbierali informacje, gdzie i co można wysadzić w powietrze, kogo zamordować i gdzie najłatwiej rozjechać większą ilość osób samochodem. Najgorsze były samotne wilki. Nie pozostawali oni jednak bezpieczni; tajna policja Babochłopa i agenci wywiadu wojskowego Nomadii gromadzili o nich tony danych, deptali im po piętach, infiltrowali ich organizacje i rozsadzali od środka materiałami wybuchowymi.

To, że w Nomadii nie zanotowano poważniejszych aktów terroru, było nie tylko efektem czujności rządu i policji, ale również działań partii radykalnych. Obydwie strony wspierały się nawzajem. Rząd nie pozwalał przenikać do kraju elementom terrorystycznym zza granicy, partie radykalne zwalczały natomiast terroryzm wewnątrz kraju. Traktowały go jako znak braku patriotyzmu.

Cyniczni wyznawcy teorii spiskowych twierdzili, że zwolennikom indywidualizmu poruszającym się drogą między terroryzmem a patriotyzmem chodzi nie tyle o bezpieczeństwo państwa, ile o rządy nad produkcją i handlem narkotykami. Nie wiadomo czy było to prawda, wiadomo natomiast, że w tym obszarze wszyscy walczyli z wszystkimi.

*****

Wraz z technologią i zwyczajami przeobrażał się język. Obywatelem Nomadii coraz trudniej było porozumieć się. Obok zmieniających się pojęć opisu rzeczywistości, rodziły się nowe pojęcia. Najpierw pojawiła się ćwierćprawda, potem półprawda, w końcu postprawda i uczciwe kłamstwo. Były one wzorowane na pojęciach ćwierć i półinteligenta przemyconych z ustroju despocji ludowej. Na ostatnim etapie zmian dominowało uczciwe kłamstwo.

– Jest to forma najwyższej prawdy, ukrytej przed oczami zwykłego śmiertelnika, który niewiele rozumie ze spraw wielkiej polityki stanowiącej materię delikatną i skomplikowaną. Uczciwe kłamstwo zyskało sobie uznanie społeczne, dlatego staramy się je umocnić i upowszechnić. – Wyjaśniał specjalista ministerstwa sprawiedliwości, rumiany, drobny człowieczek w okularach intelektualisty, zajmujący się definicjami prawnymi i usprawnieniami zarządzania państwem. Mimo ministerialnej harówki zachował młodzieńczy wyraz twarzy. Raz po raz rozświetlał ją łagodny uśmiech. Wszyscy go za to lubili.

Uczciwe kłamstwo doczekało się wkrótce teorii naukowej, udowadniającej jego wyższość nad zwykłą prawdą, o której mówiono od dawna, że jest naga i prostacka.

– Jeśli nie jest naga i prostacka, to nie jest także prawdą. Licho wie, czym wtedy jest. – Tego rodzaju wyjaśnienia udzielił Sefardiemu jego wnuk Enrique w trakcie poobiedniej dyskusji na tematy krajowe.

Ludzie prości, mniej obyci w nowoczesności, nadal tęsknili za zwykłą prawdą, było o nią jednak coraz trudniej. Postępowa część społeczeństwa zwalczała ją, ponieważ nie służyła dobrze wizerunkowi kraju. Wulgarny język stał się normą zwłaszcza wśród osób młodych, nieskażonych zasadami dobrego wychowania. Używano go coraz powszechniej w miejscach publicznych, nazywając go „nowomową”. Przyznawano się do niej coraz częściej, pozbywając się poczucia zażenowania. Obywatele uważali ją za „signum temporis”, znak czasu, jak wyjaśnił pewien student. W rodzinie miał księdza i aptekarza i od dziecka przyswajał sobie łacinę, języka stosowany w nauce, zwłaszcza medycynie.

– Używanie łaciny w mojej rodzinie to chleb powszedni, kiedy spotykamy się razem na obiedzie. Dlatego jest mi łatwiej niż innym być wulgarnym. – Mówiąc to patrzył spokojnie w oczy rozmówcy albo zawieszał wzrok na wielkim patriotycznym obrazie zdobiącym ścianę rodzinnej rezydencji.

Wulgarne słowa i grubiańskie przekleństwa stały się równie naturalnym nawykiem jak jedzenie. Nikt już nie wyobrażał sobie innego życia. Ludzie maciowali, rzucali mięsem i lżyli swoich wrogów lub rząd, znajdując w tym coraz więcej upodobanie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 205: Ruch celebrycki, indywidualizm i Internet

Babochłop, mający za sobą długi epizod kobiecości, szybko wyczuł pismo nosem. Natychmiast po ukonstytuowaniu się pierwszego Klubu Celebrytek wysłał swoją najzdolniejszą agentkę-dziennikarkę do rozeznania sytuacji. Udało jej się umówić z Marią, szefową Ruchu Celebrytek, dzięki wtyczkom, jakie tajna policja miała już niemal wszędzie.

– Jaki jest stosunek Ruchu Celebrytek do prokreacji? – Było to podstawowe pytanie, jakie miała zadać dziennikarka.

– Nie mamy czasu na życie osobiste. Jest to zjawisko nam obce. Prokreacja to tylko popęd krępujący życie każdej niezależnej kobiety. My musimy być wolne, aby rozwinąć skrzydła. Na dowód swoich słów Maria podniosła do góry ramiona, z których wysunęły się niezwykłe skrzydła otoczone falującym muślinem, nadającym oczom i twarzy nadzwyczajny blask.

Nie wszystkie celebrytki potrafiły wyeliminować cielesne pożądanie, przestać myśleć o seksie. Wszystkie starały się stworzyć w sobie odruchy i mechanizmy zastępujące mężczyzn i w sposób naturalny eliminujące macierzyństwo. Wśród młodych członkiń Ruchu Celebrytek wkrótce dała znać o sobie lubieżność. Nie była to forma rozpasania, lecz szczerego okazywania sobie uczuć, od których nie jest w stanie uciec gorące młode ciało. Siostrzana miłość szybko rozwinęła własną symbolikę, język i rytuały. Latem były to ciche spotkania przy świetle lamp imitujących zmienne fazy księżyca, symbolu kobiecości. Kontakty między celebrytkami były spontaniczne, ceniono prostotę, bezpośredniość i jednoznaczność.

– Gdzie i kiedy się spotkamy, kochanie? – Była to typowa zachęta do bliższego poznania się, powiedzenia czegoś o sobie, wymiany uczuć i wspólnego doświadczenia radości.

– Na Alei Indywidualistek, lampa trzeciej fazy księżyca. Klub ma tam piękny domek otoczony akacjami. Cudownie pachną o tej porze roku.

– Co powinnam zabrać ze sobą?

– Nic. Kompletnie nic. Klub o wszystkim pomyślał. Domki są doskonale wyposażone. Możesz nawet przyjść naga, noce są teraz takie ciepłe. Nie musimy martwić się o szampana czy jedzenie. Kocham to miejsce. Mają tam aksamitną pościel w kolorze łagodnego lazuru, który uwielbiam.

*****

Kiedy Babochłop poznał zasady i zwyczaje Ruchu Celebrytek, uznał, że nie ma sensu, aby starać się je zmienić. Przedstawił to jak zwykle w bezpośredni i szczery sposób.

– Tego poziomu zboczenia nie da się pokonać. Te baby są okopane w fortecach swojej wściekłej wiary i nawyków. Nic ich nie zmieni. Zresztą nie ma ich tak dużo, aby martwić się nimi. To elitarny ruch. Lepiej skoncentrujmy się na pozostałych kobietach. 

Gubernator i Czarna Eminencja po zadaniu kilku pytań byli pewni, że jak zwykle ma rację. Jego argumenty wyrastające z korzeni minionej kobiecości i aktualnej męskości były nie do zbicia. Sami nie mieli doświadczeń z kobietami, były dla nich zagadką, tajemnicą, czasem nawet czarną magią. Mieli przekonanie do Babochłopa.

Indywidualizm nie pojawił się nagle. Poprzedziły go symboliczne jaskółki. Na Plaza Central Afary, uważanym przez obywateli kraju za pępek świata, wyrosła w nocy kilkumetrowej wielkości tablica z hasłem „Jednostka naszym najwyższym dobrem”. Powyżej umieszczono symbole drogi do indywidualizmu: złotą koronę, pięć rumaków w zaprzęgu z rydwanem oraz wysoką drabinę.

Była ona tak solidna, że ludzie z doświadczeniem wojskowym twierdzili, że jest tak mocna jakby była pancerna. Mieszkańcy i goście Afary zatrzymywali się tłumnie przed tablicą, czytali i dyskutowali. Hasło i symbole rozpalały ich wyobraźnię, dyskusje rozbudzały aspiracje. Społeczeństwo zmieniało się. Obywatele pragnęli piąć się po drabinie społecznej w górę. Każdy chciał wyróżnić się. W dobrym stylu było szczycić się tym, co w danej jednostce było najsilniejsze. Niektórzy szczycili się nawet swoją niewiedzą, dzięki czemu stawali się bardziej wyraziści, wyróżniali się w szarym tłumie. Indywidualizm wszystkim dawał szansę wybicia się ponad przeciętność.

Ludzie młodsi i słabiej rozwinięci fizycznie, chętnie szczycili się znajomością nowoczesnych technologii, czy było to auto bez kierownicy i kierowcy, smartfon mówiący trzema językami obcymi, czy sztuczna inteligencja służąca błyskawicznej wymianie kół w samochodzie osobowym. Ta ostatnia zyskała niezwykłą popularność. Wielka ilość samochodów w kombinacji z czterema sezonowymi zmianami kół w porze zimnej, gorącej, deszczowej i suchej, wysoko podniosła rangę technologii zwanej skrótowo IWK, czyli Inteligentna Wymiana Kół. Jej znajomość była w cenie.

Rząd podjął energiczną walkę z indywidualizacją przede wszystkim dlatego, że aktywnie uczestniczyły w niej wyzwolone kobiety, stając się jej forpocztą, bazą i motorem dalszego rozwoju. Środowiskiem, sprzyjającym indywidualizmowi, można by powiedzieć jego wylęgarnią, stał się Internet. Ludzie wyróżniali się już poprzez samą aktywność w Internecie.

– Internet otworzył nam bramy do raju – głosili miłośnicy gier komputerowych i uczestnicy forów dyskusyjnych. – Raj polega na tym, że pozostajemy anonimowi, bez względu na gry, w jakie się angażujemy, oraz poglądy, jakie głosimy. Internet to esencja wolności. Możemy wreszcie przeklinać, kłamać do woli, szkalować i wyzywać innych, ile wlezie. W domu, w szkole ani w pracy tego nie da się tego zrobić – entuzjazmowali się aktywiści internetowi, miłośnicy portali i serwisów internetowych. Na Facebooku, Instagramie i Twitterze ich opinie pojawiały się obok wypowiedzi prezydentów, premierów, prezesów firm-gigantów oraz celebrytów. To ich raiło, wprowadzało na najwyższe obroty.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 203: Fenomen i rozwój chamstwa

Apokalipsa uprzytomniła ludziom potęgę siły natury, przypominając potop i Noego. Oczy wszystkich zwróciły się ku Biblii, zajmującej dotychczas skromne miejsce w biblioteczkach domowych.

Czytając Księgę Rodzaju przypominano sobie w szczegółach historię wielkiego potopu oraz patriarchy Noego, dziesiątego potomka Adama, człowieka prawego i sprawiedliwego.

Noe miał trzech synów: Sema, Jafeta i Chama. Poszukując wzorów historycznych, które mogłyby służyć rozwojowi lepszego post-apokaliptycznego społeczeństwa, odkryto Chama, najmłodszego syna Noego, najbardziej wyrazistego i prostolinijnego z wszystkich dzieci patriarchy. To on stał modelem prawdziwego mężczyzny. Cham był człowiekiem szczerym i otwartym, obnażającym nagą prawdę. Miał w sobie witalność na wagę złota czyli dziewięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Był szlachetnym buntownikiem. To on ujawnił nagość swojego ojca, który jak świnia opił się winem z własnej winnicy i rozebrany zasnął w namiocie na pokładzie Arki.

Obywatelom podobał się Cham. Kiedy zaczęli studiować jego charakter i zachowanie, zachwycili się nim do tego stopnia, że masowo zaczęli tworzyć stowarzyszenia i kluby przyjmując go za swojego patrona. Ich celem był powrót do zwyczaju bezwzględnego, nawet brutalnego, obnażania prawdy, jakakolwiek by ona nie była oraz przywrócenie przekleństw i obraźliwych zachowań jako wyrazu nieskrępowanej szczerości. Pierwszy był Klub Chama.

Na polecenie gubernatora opracowano listę synonimów imienia „Cham”, aby ustalić ich pełen zakres semantyczny. Pierwsza lista była skromna, ale użyteczna. Objęła ona w porządku alfabetycznym: Arogant, Burak, Gbur, Grubianin, Impertynent, Prymityw, Prostak, Ordynus, Troglodyta, Warchoł. To początkowe niekompletne zestawienie uświadomiło społeczeństwu bogactwo i pokrewieństwo językowe z Biblią i jej postaciami.

W ślad za Klubem Chama pojawiły się inne: Klub Gbura, Stowarzyszenie Grubianina, Klub Aroganta, Zrzeszenie Motłochu, Fundacja Ordynus. Nazwy pokazywały różnorodność zainteresowań członkowskich. Stowarzyszenie Buraka zrzeszało głównie osoby pochodzenia wiejskiego, Kluby Aroganta miały natomiast wydźwięk bardziej intelektualny, nawet arystokratyczny.

Kolejka do zapisu do pierwszego Klubu Chama w Afarze ustawiła się jeszcze przed świtem. Prawie w połowie były to kobiety. Wkrótce Babochłop otrzymał wiadomość od swego agenta, że większość z nich to kobiety wyzwolone, pragnące dotrzymać kroku mężczyznom również w chamstwie. Babochłop poinformował o tym gubernatora. Ten polecił mu zbadać, czy przynależność kobiet do Klubu Chama może mieć wpływ na prokreację.

*****

Sefardi nie interesował się specjalnie rozwojem chamstwa. Jako wynalazca i pisarz był mu nawet przeciwny, był jednak dobrze w nim zorientowany. O wszystkim informował go Enrique, jego wnuk, przy okazji spotkań rodzinnych. Okazało się, że Enrique został sekretarzem Klubu Chama w Afarze i wiedział wszystko, co dotyczyło chamstwa. Kiedy Enrique zjawił się w niedzielę na proszony obiad, Sefardi prawie go nie poznał, tak bardzo zmienił się on fizycznie i psychicznie. Młody człowiek wyraźnie odnalazł się w nurcie chamstwa; zajmował wysokie stanowisko w co najmniej dwóch klubach, obracał się w awangardowym towarzystwie, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym stolicy. Kiedy wszedł do jadalni, cała rodzina zauważyła zmianę. Był wyprostowany, zmężniał, ubierał się staranniej i bardziej dbał o siebie. Zapytany przez dziadka, co się zmieniło, odpowiedział z promiennym uśmiechem:

– Odnalazłem się dzięki nowoczesności ogarniającej nasz kraj płomieniami postępu.

Czego nie ujawnił to to, że swoje sukcesy zawdzięczał głównie przynależności do tajnej policji. Sefardi nigdy się o tym nie dowiedział, podobnie jak inni członkowie rodziny a nawet przyjaciele Enrique. Był zaufanym człowiekiem Babochłopa, dysponował poważnymi wpływami i dużymi dochodami. Pieniądze, poczucie ważności, wpływy i oparcie w potężnej organizacji stworzyły z niego nowego człowieka. Okazał się jednostką utalentowaną, łatwo nawiązującą kontakty i znajomości.

*****

Analiza fenomenu chamstwa doprowadziła gubernatora do przekonania, że dla rozumienia motywacji i zachowań kobiet konieczne jest poznanie nowych fenomenów społecznych Nomadii. Wszystkie one mogły mieć wpływ na kobiety.

– Sytuacja skomplikowała się. Musimy poświęcić więcej czasu, aby rozgryźć wszystko, co wpływa na zachowanie kobiet, jak i mężczyzn. – Stwierdził na zakończenie kolejnego comiesięcznego spotkania z udziałem Czarnej Eminencji i Babochłopa.

Sekretarka gubernatora, donia Matilde, nazywała ich po cichu Świętą Trójcą. Dotarło to do gubernatora. Zastanawiał się, czy zachowanie sekretarki jest dopuszczalne. W pierwszym odruchu chciał ją skarcić. Po namyśle zmienił zdanie. Nazwa spodobała mu się, nawet bardziej niż Triumwirat, który sam wymyślił dla podkreślenia więzi łączących osoby najbardziej oddane sprawie prokreacji. Była w tym doza przekory. Wiedział, że Czarna Eminencja będzie oburzony i chciał to zobaczyć.

Kiedy Gubernator powiedział duchownemu, jak określają ich trójkę, ten zesztywniał i zaczerwienił się na twarzy. Gubernator zauważył jego zaciskające się wargi oraz dłonie zamykające się w pięść. Eminencja spojrzał na rozmówcę i chyba domyślił się jego niezbyt czystej intencji. Otworzył usta, miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Po chwili podjął zupełnie inny temat. Z czasem i on przyzwyczaił się do Trójcy Świętej, w której miał swój oczywisty udział, zdając sobie sprawę z nieuchronności nazw i nawyków niekoniecznie sprawiających ludziom przyjemność. Koncentrował się na sprawie najważniejszej – na prokreacji. Tak bardzo go to absorbowało, że coraz częściej zaniedbywał sprawy kościoła, jakie powierzał mu Bóg. Przypomnienie sobie tego obowiązku skutkowało zawsze w pośpiesznej ale szczerej modlitwy o wybaczenie.

Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 201: Fenomen czasu

Niezwykłość rzeki Mondegi przebił fenomen czasu. Z czasem w Nomadii działo się coś dziwnego. Był nadal obecny; słońce wschodziło i zachodziło jak zawsze, zegary tykały jak zwykle, niektóre głośniej, jak zegar na ratuszu, huczący dzwonami rankiem, w południe i wieczorem, kiedy inne pracowały w coraz większym milczeniu, jakby gasły. Tak czy inaczej, wszystko, co dotyczyło czasu, było jakoś pokręcone.

Ludzie pogubili się doszczętnie, stracili rachubę minut i godzin, i nieprzerwanie spoglądali na zegarki. Mówili, że stracili czas, tak jakby stracili rękę lub nogę, bezpowrotnie i jednoznacznie. Nawet najbogatsi, których dotychczas stać było na kupienie wszystkiego, łącznie z miłością, zdrowiem i pogodą, nie byli w stanie uzyskać czasu. Nie znikł on całkowicie, ale potwornie się skurczył, wyglądało to, jakby zjadał sam siebie.

Obywatele różnie to sobie tłumaczyli, każdy z innej perspektywy. W sumie tłumaczenia powinny dać pełen obraz czasu i społeczeństwa, ale nie dały. Sefardi, powszechnie uznany mistrz czasu i zegara, śledził dziwny fenomen, lecz nie potrafił go wytłumaczyć. Uważany za geniusza, czuł się teraz szczególnie niezręcznie. Któregoś dnia zatrzymano go na ulicy, myślał, że chodzi o autograf, i zapytano go:

– Mistrzu! Co jest z tym czasem? Mam go coraz mniej, a nie wiem, dlaczego. Czy to jakaś nowa Apokalipsa?

Widząc wyraz głębokiego zaniepokojenia na twarzy pytającego, może nawet przerażenia, Sefardi poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany, nie umiejąc powiedzieć coś sensownego nawet na pocieszenie. Czuł się tak głupio, że pomyślał, że Bóg – zmieniając naturę czasu – wystawił go na ciężką próbę a może nawet zrobił z niego idiotę. Aby zyskać uspokojenie, tworzył na potęgę hipotezy i teorie, szukając wytłumaczenia znikającego czasu. Chciał zmierzyć szybkość tego zanikania, upewnić się, że czas nie zniknie całkowicie, nie skurczy się do zera, a jeśli tak, to kiedy. Nic mu jednak nie wychodziło. Nie rozmawiał na ten temat z nikim, nawet z Isabelą. Wiedział, jaka byłaby jej reakcja.

Wobec kurczącego się czasu obywatele Nomadii zapomnieli o prokreacji. Jej przeciwnicy wręcz ją przeklęli i zamknęli gęby na kłódkę, aby na próżno nie strzępić języka. Wydawało się, że pamięć o niej zanikła. Gubernator wciąż jednak pamiętał o problemie i usiłował coś naprawić, wkrótce jednak i on zagubił się w zapomnieniu jak w letargu. Niby żył, ale częściej był bardziej nieprzytomny niż przytomny. Krążyły pogłoski, że z rozpaczy popadł w pijaństwo i nie potrafi bądź nie chce go porzucić. Były to początki śpiączki.

*****

Tej nocy, kiedy Barras pogrążył się w marzeniu o własnym królestwie, czas zniknął całkowicie. Ludzie patrzyli na zegary i nie wiedzieli, która jest godzina. Cyferblaty były puste i bezbarwne. Wywołało to panikę. Wkrótce ustąpiła ona uczuciu wielkiej ulgi, kiedy zauważono, jak na twarzach wygładzają się zmarszczki, a ludzie czując się bardziej zrelaksowani, młodnieją, a przynajmniej mają takie uczucie. Każdy łapał za telefon i dzwonił do najbliższych, aby podzielić się sensacyjną wiadomością, cieszyć się wspólnie lub po prostu porozmawiać. Nikt nie przyjmował za złe nawet budzenia go w nocy wściekłym brzęczeniem dzwonka. Panowało przekonanie, że zniknięcie czasu jest przejawem nieokreślonego dobra.

Na przedraniu gubernatora obudził telefon z centrum kryzysowego. Dzwonił sam dyrektor, którego zaalarmował dyżurny krajowej służby meteorologicznej. W rozmowie nie udało się gubernatorowi ustalić niczego z wyjątkiem uzyskania przyrzeczenia, że rozmówca będzie informować go o rozwoju wydarzeń i ostatecznym powrocie czasu.

– Jeśli to w ogóle nastąpi – dodał gubernator takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że go to smuci i cieszy zarazem.

Zaraz po zniknięciu czasu Penelopa poprosiła męża do siebie. Był tym całkowicie zaskoczony, od lat nie był w jej pokoju. Nie miał pojęcia, że w ogóle jest w domu. Leżała w łóżku.

– Isabeli nie ma u siebie, a ja czuję się nieco osłabiona – wyjaśniła na wstępie i poprosiła Sefardiego o przekręcenie jej tułowia lekko w prawo sygnalizując to mruganiem oka. Nic z tego nie zrozumiał, poprosił więc o słowne wyjaśnienie. W czasie udzielania pomocy dała mu znać, że czas nie jest dla niej ważny. Była wiecznie młoda i wygładzanie się zmarszczek pod nieobecność czasu, co tak zachwyciło masę kobiet, nie miało dla niej znaczenia. Jej twarz pozostawała gładka jakby stale miała dwadzieścia lat. Zachwyt kobiet nad jej niezwykłą urodą przyjmowała ze spokojną godnością. Miała ją zapisaną w genach podobnie jak gładkość cery.

*****

Po telefonicznej wymianie informacji ze swoim zastępcą i dwoma członkami gabinetu, Blawatsky dał się przekonać, aby nawiązać kontakt z Sefardim.

– To najwybitniejszy specjalista od czasu i zegarów w całym kraju, a może nawet i na świecie – przekonywał go minister spraw wewnętrznych. – Powinien pan z nim porozmawiać, gubernatorze. To zbyt ważne, aby nie odłożyć na bok nawet najgłębszej nienawiści. Nie wyobrażam sobie życia bez czasu. Wszystko się nam zawali.

Kiedy zadzwonił gubernator, Sefardi wrócił właśnie od żony. Rozmowa przebiegała spokojnie i poważnie. Sefardi nie był w stanie niczego wyjaśnić ani doradzić gubernatorowi, zobowiązał się jednak pomóc, jak tylko zorientuje się co do natury zniknięcia czasu. Też był zaniepokojony tym zjawiskiem. Myślał o nim intensywnie.

Rano już nikt o niczym nie pamiętał. Czas wrócił, jakby nigdy nic, jakby wyszedł na spacer, tylko zapomniał o tym powiadomić osoby zainteresowane jego obecnością. Fakt zniknięcia czasu pozostał jednak niezbity. Ludzie musieli na nowo regulować zegary, ponieważ wskazywały różne godziny. Zastanawiano się potem wielokrotnie, jak to się stało, lecz nikt nie umiał wyjaśnić fenomenu. Meteorolodzy sugerowali, że mogło to być wynikiem rozmagnesowywania się ziemi, inni specjaliści, że był to efekt woli Boga, który pragnął o czymś ludziom przypomnieć. Gubernator przyjął ostatnie wyjaśnienie za pewnik i oficjalnie zadekretował, że zniknięciem czasu opatrzność przypomniała mieszkańcom Nomadii o obowiązku prokreacji, gdyż nic tak nie uprzytamnia upływu czasu jak pojawienie się dziecka i obserwowanie, jak szybko kończy pierwszy tydzień, miesiąc, rok i lata następne. Czas wracał do normy stopniowo, aż wskazania zegarków wyrównały się w całym kraju.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 200: Fenomeny nawiedzają kraj

Drodzy Czytelnicy!

To już dwusetny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Powoli zbliżamy się do końca. Dziękuję Wam za zainteresowanie, sobie za wytrwałość. Poprawiając nieprzerwanie tekst zgarbaciałem, ale mimo to trzymam się prosto i chodzę z podniesioną głową. Jeśli zauważycie na ulicy tak wyglądającego poważnego faceta, to właśnie ja.  W czasie pobytu w sanatorium w Jeleniej Górze miałem dwa spotkania autorskie i sprzedałem łącznie osiemnaście egzemplarzy moich książek (poezje „Klęczy cisza niezmącona”, powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”). To mnie trzyma przy życiu i nadziei, że kiedyś przestanę dopłacać do mojej twórczości, bo w końcu rodzina się zbuntuje i mnie wydziedziczy, a nie chciałbym mimo wrodzonego optymizmu i szalonej miłości do obecnej władzy mieszkać pod mostem.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

*****

Gubernator intensywnie myślał, jaką strategię przyjąć wobec wyzwolonych kobiet. Czuł się zagubiony podobnie jak Czarna Eminencja. Obydwaj nie mieli pojęcia, co robić.

– Co pan sugeruje? – pytali z nadzieją Babochłopa.

Szef tajnej policji nie odpowiedział od razu. Wyjął z teczki schemat zatytułowany „Ideo” przedstawiający dwa kwadraty. Jeden nosił tytuł „Rząd”, drugi zaś „Kościół”.

– „Ideo” to robocza nazwa naszego planu. Pracujemy nad jego rozwinięciem. Przedstawia on strategię prowadzenia wojny, którą musimy wygrać. Państwo i kościół to dwie siły wywierające presję na społeczeństwo, aby je przekonać do prokreacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy panowie, kobiety są życiowo bardziej odporne i dlatego odgrywają coraz większą rolę. Coraz częściej przejmują rolę mężczyzn. Już dzisiaj mają dużo więcej do powiedzenia, mimo powszechnego przekonania, że jest to głównie świat mężczyzn, że to oni rządzą.

Babochłop powiedział to w taki sposób, że Gubernator nabrał wrażenia, iż jest on dumny z kobiecości, mimo że sam zmienił płeć na męską. Nie zastanawiał się dalej, ile jest w tym prawdy, chciał wysłuchać propozycji do końca. Babochłop kontynuował.

– Nie odniesiemy zwycięstwa stosując twarde metody, prawo, zakazy i nakazy, przymus, choć nie neguję ich znaczenia. Nasza jedyna opcja to metody miękkie, indoktrynacja oparta na propagandzie i pranie mózgów. Będziemy kontynuować też nacisk i perswazję.

Oczy mówiącego zabłysły wilczo, a rysy twarzy stwardniały. Gubernator pomyślał o zastraszaniu i terrorze.

– To nie są żarty. Chodzi o zmuszenie kobiet do powrotu do ich przyrodzonej roli. To jest nasz ostateczny cel – uzupełnił mówca. – Co do zboczeńców, to musimy ich zostawić w spokoju. I tak ich nie zmienimy.

W swoim gronie mężczyźni nie krępowali się nazywać rzeczy po imieniu.

*****

Po ustaniu epidemii chorób i głodu, kiedy już ludzie odetchnęli od nieszczęść, kraj zaczęły nawiedzać fenomeny, zjawiska niekiedy dziwne i trudne do wytłumaczenia. Były one ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką sieć przyczynowo-skutkową, tak skomplikowaną, że nie sposób było nawet zrozumieć wzajemnych powiązań. Wyglądało to tak, jakby różne potworności nawiedziły kraj okazji przynosząc kilka drobnych błogosławieństw dla okrasy. Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne; w miastach ludzie poruszali się po chodnikach, ulicami jeździły samochody, dzieci bawiły się na placach zabaw, ale wszystko odbywało się jakoś inaczej.

Aby opisać fenomenalną rzeczywistość, naukowcy analizowali stare określenia i je modyfikowali albo wykuwali nowe. Najczęściej były one oparte na przeciwieństwach: przestrzeń fizyczna i wirtualna, materia i antymateria, grzech i antygrzech, kobieta i antykobieta, pro i contra. Już same nazwy fenomenalnych zjawisk wprowadzały ludzi w zdumienie powiększając chaos umysłowy. Wydawało się, że kraj stanął na głowie.

– Trzeba stworzyć świat od nowa! – krzyczeli anarchiści i wzywali do czynu nawet Boga oferując mu modły i ofiary.

Nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed skutkami fenomenów.

*****

Po dwóch tygodniach nieprzerwanych opadów deszczu Mondega oczyściła się całkowicie nabierając niezwykłych właściwości. Kąpiący się w rzece, zwłaszcza młodzi chłopcy, twierdzili, że nurkując mogą pozostać pod wodą dwa lub trzy razy dłużej niż dawniej. Kiedy zbadano wodę laboratoryjnie, okazało się, że jest ona lżejsza niż zwykła woda z kranu i woda źródlana, ponieważ zawiera nadzwyczaj wysoką ilość tlenu. Ludzie przyjeżdżali z daleka, aby zanurzać się w rzece i leczyć z trapiących ich schorzeń i dolegliwości, którym lekarze nie byli w stanie zaradzić. Widziano ich nagich, jak stojąc w nurcie połyskliwej wody obmywali ciała i wychodzili oczyszczeni, błyszczący od drobinek srebra, podobnie jak pielgrzymi znad Gangesu.

Mondega zyskiwała nową sławę; coraz częściej zdarzały się przypadki cudownego uzdrowienia. W chłodnej porze roku okazały się one tak liczne, że rzekę uznano za świętą. Kiedy zanotowano dwa przypadki zmartwychwstania, stała się przedmiotem kultu religijnego.

W jednym wypadku chodziło o młodego mężczyznę, Cesara Tujo, na którego w czasie apokaliptycznej burzy zwaliło się drzewo powodując śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei. Cesar żył tylko dzięki wytrwałości rodziny, przekonanej o jego nieuchronnym powrocie do zdrowia. Byli to ludzie prości, wieśniacy, głęboko wierzący w cudowne ocalenie. Pielęgnowali go i karmili, aż pewnego dnia, niespodziewanie, zbudził się z letargu jak z długiego pijaństwa, siadł na łóżku i poirytowanym, chropawym głosem zapytał:

– Gdzie do cholery są moje spodnie? Czy tu zawsze musi być taki bałagan? 

Drugi przypadek dotyczył starszego mężczyzny, który utonął w jeziorze. Kiedy wydobyto ciało, było już lekko napuchnięte. Topielec był dziwnie ubrany, jakby wybierał się na bal; miał twarz przestępcy znużonego długą bezsennością w oczekiwaniu na wykonanie wyroku. Student medycyny, jaki znalazł się na miejscu zdarzenia – lekarza za żadne skarby nie można było znaleźć, byli jak na lekarstwo – nie usiłował go nawet resuscytować. Orzekł, że denat musiał być w wodzie co najmniej kilka godzin. Na gorące prośby rodziny zgodził się tylko wypompować wodę z nieboszczyka.

– To zupełny bezsens – zarzekał się, ale zadanie wykonał.

Kiedy to się stało, topielec zaczął oddychać i mrugać oczami, jakby raziło go światło. Po pewnym czasie wstał i zaczął się rozglądać. Opowiedziano mu, co zaszło, ale nie uwierzył. Nie mógł sobie niczego przypomnieć, nie umiał nawet podać swego imienia ani nazwiska, ani daty urodzenia. Jego tożsamości nie można było ustalić, ponieważ nikt go nie znał, a dokumenty, jakie razem z ubraniem pozostawił rzekomo na brzegu, znikły podobnie jak jego dwaj bracia. W tej sytuacji zawieziono go do przytułku dla bezdomnych, licząc, że kiedyś wróci mu pamięć. 

Obydwa przypadki odbiły się tak głośnym echem w kraju i za granicą, że gubernator polecił je zbadać. Powołano specjalną komisję i rozpoczęto gromadzenie zeznań i dowodów rzeczowych, aby stworzyć pełną dokumentację. Niewiele osób liczyło na pomyślne zakończenie sprawy, ponieważ od samego początku był jej niechętny kościół. Czarna Eminencja był przekonany, że cudowne ocalenie bez wyraźnego udziału jakiegoś świętego nie jest możliwe. Swoją opinię uzasadniał historycznymi opisami podobnych zdarzeń.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

Byłem w sanatorium NFZ. Widziałem, przeżyłem, wróciłem.

Dzielę się przeżyciami, póki ciało jeszcze gorące. W sanatorium przeżyłem trzy tygodnie. Zabiegi były w porządku. Borowiny, magnetotron, naświetlania, ćwiczenia rozciągające, kąpiele, co kto sobie życzy. W ciągu 3 tygodni (18 dni zabiegowych), przeszedłem 61 zabiegów.

Panowała dyscyplina. Trzeba było przybyć na czas. Siódma czterdzieści pięć to siódma czterdzieści pięć. Spóźniłeś się, zabieg przepadał. Wszyscy ruszali się jak na mustrze sprężeni niby maszyna do druku inflacyjnych pieniędzy. Każdy pędził, aby zaznać jak najwięcej słodyczy. Jeden kuracjusz mówił, że podobnie było tylko w sanatorium w Egipcie. Pokazywał nawet zdjęcie. Niezbyt wyraźne, bo na papirusie.

Stołówkę też przeżyłem. Przy moim stole zorganizowały się od razu sekcje. Samobójcy (trzy osoby) byli najsympatyczniejsi. Mało jedli, dużo palili. Cienkie papieroski, podobno zdrowszy dym. Przy trzech posiłkach dziennie co najmniej trzy wyjścia na papieroska przed budynek. Był tam napis „Palenie zakazane”. Władzom sanatoryjnym to nie przeszkadzało. Wszyscy byli za.

Jem dużo, bo chcę być jeszcze większy, niż jestem. W stołówce dokarmiało mnie jedno małżeństwo. Jestem im wdzięczny. Bardzo zacni ludzie. Polubiliśmy się nawzajem. Oni palili, więc nie musieli tyle jeść. Odchudzali się zresztą. Mam wrażenie, że całe życie o tym marzyli.

Ja reprezentowałem sekcję sportową. Samotniczo. O godzinie 6.30 rano wychodziłem, aby pobiegać jak Robert Korzeniowski. 40 minut. Uparłem się i liczyłem czas. Dlatego mnie dożywiano. Inaczej bym nie przeżył. Biegając przez ogródki działkowe i po parku planowałem zabójstwo ofiary mojego kolejnego opowiadania. Czytajcie mnie, to dożyjecie momentu, kiedy ten człowiek padnie, zostanie poćwiartowany i zakopany. Nie piszę o szczegółach, ale będą krwawe.

Pozostałe cztery osoby przy stoliku były neutralne w zainteresowaniach. Innych stołów nie oceniałem.

Jedzenie było trafione jak rzadko. Zawsze to samo na śniadanie. Nikt nigdy się nie przejadł. To było cudowne. Chlebek, masełko, jakiś serek i większa ćwiartka pomidora. Zacna osoba żeńska, o której wspomniałem, nazwała go plastikowym. Mnie wydał się on papierowy, ale nie wdawałem się w spory. Poza tym był jeszcze obiad i kolacja. Nie mogę o nich pisać, bo łzy wspomnień cisną mi się do oczu.

Mieszkałem w jedynce. Dwa pokoje podwójne i dwie jedynki obok siebie w tak zwanym studio z jedną łazienką i jedną ubikacją. W ubikacji papier ciemnobrązowy i szorstki, jeszcze z czasów PRL.  

Rozrywek było w bród. Wycieczki, spacery, spotkania towarzyskie, wieczorki taneczne. Jeden pan rozrzedził sobie krew, poszedł na tańce, popił alkoholem, znowu rozrzedził i dostał krwotoku. Zabarwił łazienkę na czerwono. Sprzątaczka była zachwycona.

– Lubię żywe kolory. – Tak twierdziła sprzątając.

Za drugim razem zabrało go pogotowie. Podobało mu się to.

– Cholernie nie lubię chodzić na piechotę do szpitala. Kocham, jak mnie wożą. – Miał powiedzieć. 

Lubiłem go, bo w nocy głośno śpiewał, przeklinał i nie spuszczał wody w sedesie. To ostatnie także w dzień. Raz nawet myślałem przyłączyć się do niego z piosenką „My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi”, ale była ona zbyt słaba w stosunku do jego ambitnych marynarskich szant w rodzaju „Raz bosman Pipa miał wychodne”. Żwawy  kuracjusz miał 82 lata, ubierał się w garniturek, lakiereczki i chodził regularnie na tańce.

Ciekaw jestem, czy ja też będę mieć taki ładny garnitur w tym wieku. Zawsze marzyłem o bogactwie.

Dam Ci radę. Jedź do sanatorium. Poczujesz się dużo lepiej. Wróci ci młodość i błogostan z nią związany. Obyśmy tylko zdrowi byli.

Ślepy koń, który handlował ludźmi na ulicach Ułan Kator / fragmenty

Stolica Kongolii, Ułan Kator, w tłumaczeniu znaczy „Czerwony Bohater”. Miasto zagubiło się na krawędziach świata, przez co było mało znane. Rozsławił je dopiero Koń, zwany Ślepym, który handlował ludźmi. Tak po prostu, na ulicach, jak zwykły straganiarz. Kiedy dał się zatrzymać, a było to wydarzenie międzynarodowej wagi, nazwę Ułan Kator zmieniono na „Stolica Koni”. Szczęśliwcom los nie odmawia przysług. Zanim Ślepego ujęto, a stało się to w roku dwutysięcznym, spowodował on wiele zła. Był genialny, przewrotny i zepsuty aż do szpiku kości. Tak o nim pisano. Dla jednych był uosobieniem nikczemności, dla drugich, a było ich dużo więcej, okazał się bohaterem narodowym. Każde społeczeństwo potrzebuje bohatera jak przysłowiowa ryba wody. Jeśli go nie ma, to go sobie wymyśli lub wynajdzie. Tak też się stało w przypadku Kongolii i Ślepego Konia.
W roli bohatera Ślepy objawił się sam, przewrotnie doprowadzając do pościgu i swego aresztowania, a następnie aktywnie uczestnicząc w dochodzeniu prokuratorskim. Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar. Ujęcie Konia nie odbyło się bez pościgu i strzelaniny. Było to czyste szaleństwo. Heroiczne zwierzę, jak nazwał Ślepego dziennikarz magazynu „Świat przyrody kongolskiej”, pokazało klasę, zaskakując prześladowców niepospolitą inteligencją, elegancją zachowania, w końcu encyklopedyczną wiedzą o handlu żywym towarem. Ślepy wiedział o nim wszystko.
– Nigdy wcześniej nie ujęliśmy tak niesamowitego przestępcy – z dumą oświadczył Udo Udonsky, naczelnik Więzienia dla Wybitnych Przestępców. Fakt aresztowania Ślepego był dla niego ważniejszy niż narodziny dwojaczków u starszej córki Bolormaa, której imię
w języku kongolskim znaczy „Kryształowa Matka”. O policyjnym osiągnięciu naczelnik wypowiedział się następująco:
– Schwytać Ślepego Konia to tak, jakby nabyć dziesięciotomową encyklopedię przestępczości zorganizowanej. On posiadł całą tę wiedzę i szczerze dzieli się nią z nami. Jego aresztowanie
oznacza wielki sukces dla naszego kraju. […]

[…] Przyszedł czas, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Z litości dla naczelnika i jego nieudolnego podejścia do przesłuchania wybitnego przestępcy, za którego został uznany, Ślepy zdecydował się wyłożyć całą prawdę bez ogródek. Przedstawił ją w formie teorii.
Prezentację ożywiał krótkimi i długimi zdaniami.
– Sprawa wygląda następująco. Seks jest piękny, ale tylko wtedy, kiedy masz władzę i pieniądze. Wtedy samice lgną do ciebie jak muchy do lepu. Każda istota żeńska lubi bogactwo i władzę. Kupuje sobie wtedy do woli podków w różnych kolorach, na wysokim lub niskim podbiciu, z długimi lub krótkimi hufnalami, także grzebienie do zaczesywania
grzywy i pachnące szampony do mycia.
– Może nawet zrobić sobie lifting – podrzucił śledczy niby dla żartu, gdyż nie spodziewał się życzliwej reakcji.
– Absolutnie – uznał z podziwem przesłuchiwany. Śledczy w jednej chwili zyskał jego uznanie, jako człowiek inteligentny i światowy. – Sądziłem, że to burek, który męczy konie głupimi pytaniami o karierę zawodową, pracę i przyjaciół. A tu niespodzianka! – Ślepemu
zrobiło się przykro, że go tak niesprawiedliwie potraktował.
– Proszę, aby podejrzany opowiedział jeszcze … – W tym momencie towarzyszący naczelnikowi oficer zawahał się – …O osobach, err … osobnikach dokooptowanych do oddziału mafii prowadzącego dystrybucję osób porwanych.  […]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”