Piątkowo – sobotnie aforyzmy i powiedzenia

Ogarnęła mnie taka czułość do zimnej nocy, że postanowiłem urozmaić jej chłód czterema najnowszymi aforyzmami:

Motto najnowszej wersji Pisma Świętego (2018): Z klęczek powstałeś i w proch się obrócisz.

Tabletka na potencję to doraźna, upiększająca kępka włosów na łysiejącej głowie testosteronu.

Orzeł polityczny może wznieść się wysoko także na skrzydłach kłamstwa. Kwestią jest, jak wyląduje.

Stary człowiek i morze (Ernest Hemingway). Stary człowiek i może (medycyna współczesna).

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 145: Przemiana Anabaptysty


Pomnik na Placu Świętej Anny w Madrycie poświęcony Calderon’owi de la Barca. Anioł po lewej reprezentuje Poezję, po prawej – Wojnę.

Anabaptysta, którego wrażliwość porównywano z kamieniem, wieczorem doznał olśnienia. W promieniach słońca sączącego się do pokoju przez liście wielkiego dębu, objawił mu się konioczłowiek jako najdoskonalsza kombinacja przyrody i cywilizacji. Anabaptysta dostrzegł w nim niezwykłe piękno i symbolikę: połyskliwie aksamitną sierść, delikatniejącą w miarę przesuwania się od dołu go góry, kształtne nogi i kopyta, najbardziej imponujące elementy stworzenia żyjącego na wolności i lekko łysiejącą głowę, symbol człowieczeństwa.


Biblia Świętego Pawła, Księga Objawienia.

Objawienie wywołało przełom w jego życiu. Twardy i nieustępliwy ekoanarchista został w jednej chwili adoratorem nowego gatunku. To go tak zauroczyło, że kilka dni chodził otumaniony, potykał się o próg i kamienie na ścieżce, korzenie w lesie, a nawet własne nogi. W końcu przestał nawet dostrzegać kolegów i koleżanki, z którymi do niedawna pił i śpiewał pieśni pełne żeglarskiej tęsknoty, ucieleśniającej najgłębsze pragnienia człowieka o szeroko otwartych oczach. Pod wpływem przeżycia Anabaptysta zmienił ksywę. Przyszło to mu równie łatwo jak kiwnięcie palcem w bucie lub rzut garścią piasku na słonecznej plaży. Jego nowa ksywa, Poeta, ulotna i finezyjna, w pełni odpowiadała nowej osobowości.

Następnego dnia, pozorując lekkie zamroczenie alkoholowe dla dodania sobie pewności, wygłosił przemówienie w klubie literackim.

– Członkowie rządu są cyniczni, prostaccy albo głupi, dostrzegając tylko zwierzęta domowe, krowy, owce, kozy, kury, indyki, gęsi i kaczki, i to jedynie dlatego, że znają smak ich mięsa, mleka, delikatność puchu lub miękkość pierza. Umieją ocenić tylko ich użyteczność, ale nie piękno. Co do konia, to ministrowie prawdopodobnie znają z widzenia, oprócz masywnego tułowia, wielkiego łba i solidnych kończyn, tylko uprząż i akcesoria służące podporządkowaniu zwierzęcia człowiekowi. Oni w koniach widzą elementy gospodarcze, służące ludziom w podobny sposób jak chochla do zupy lub pasta do butów. Rząd, ta zbieranina przypadkowych osobników, którzy doszli do władzy na skrzydłach złożonych obietnic, nie ma pojęcia o koniach, ich szlachetności, wrażliwości i ambicjach, potrzebie dobrego traktowania oraz imperatywie przeżycia. Dlatego to my musimy zająć się losem koni, wziąć go we własne ręce.

W podsumowaniu Poeta zaapelował o zdecydowane poparcie decyzji stworzenia konioczłowieka, odzyskując się w pięknie myśli i słów, a w zamierzeniu również czynów.

Społeczność laboratorium doceniła buntowniczość Poety, jej proroczy wymiar i siłę ekspresji. Tylko nielicznym laborantom przemiana Anabaptysty w Poetę oraz jego uduchowiony wywód wydał się mało zrozumiały; nie mieli jednak wątpliwości co do szczerości jego intencji. Nina Aleman, przewodnicząca zarządu, uznała jego wystąpienie za głos zdecydowanego poparcia dla genetycznej integracji konia i człowieka.

*****

Sprawa bezpieczeństwa Josefa pojawiła się w rozmowach jeszcze przed pojawieniem się jego samego na świecie. Zaczęło się od spekulacji, pytania rzuconego od niechcenia, zgadywanki, jak może wyglądać pierwszy dzień konioczłowieka na wolności. Od słowa do słowa rozkręciła się dyskusja, budząc coraz więcej wątpliwości i kontrowersji. Scenariusz wydarzeń malował się laborantom w coraz ciemniejszych barwach. Nagle zdali sobie sprawę, że konioczłowiek będzie najbardziej samotnym stworzeniem na świecie. Chodziło o diaboliczny dylemat: podwójną osobowość i niepospolity wygląd Josefa.

W nocy atakowały ich widziadła rzucające obelgi i zadające im dziwne pytania. Nawet Nina nie ustrzegła się przed nimi. Stała na otwartej przestrzeni obok Josefa spokojnie skubiącego trawę, kiedy pojawiła się przed nimi grupka osób, dwie kobiety i trzej mężczyźni, niezgrabny wyrostek oraz dziewczynki-bliźniaczki ubrane w pomięte mundurki szkolne. Patrzyli w jej kierunku, wyrażając zdziwienie i oburzenie. W grupie wyróżniał się mężczyzna w kufajce węglarza, jaką pamiętała jeszcze z okresu dzieciństwa. Krzyczał do niej oskarżycielsko:

– To cyrkowy dziwoląg. Skąd takiego wytrzasnęłaś? Przyprowadzając go tutaj popełniasz przestępstwo.

Stojąca obok krzykacza kobieta przez dłuższą chwilę patrzyła na Ninę zadziornie, po czym szyderczo wycedziła: – Jestem nauczycielką biologii od wielu lat. Widziałam już różne okazy przyrodnicze, ale czegoś takiego to nie zobaczyłam nawet w kinie. Ni to pies, ni wydra, jakaś zoologiczna osobliwość, odmieniec.

– I kandydat do księgi rekordów Guinnessa – dorzucił młody oberwaniec, po czym oświadczył, że chciałby się na nim przejechać. – Czy on może wziąć mnie na barana? Z wyglądu jest bardzo silny. – Kiedy to mówił, oczy mu zabłysły. Wydały się Ninie wyjątkowo inteligentne. Była przekonana, że stojącemu przed nią obwiesiowi nie przeszkadza niezwykła ludzko-końska sylwetka Josefa i rzeczywiście chętnie wsiadłby na niego. To dodało jej otuchy. Wcześniej nigdy nie przyszło jej do głowy, że Josef rzeczywiście mógłby sprawiać dzieciom wiele frajdy, nosząc je na barkach tak jak ojciec nosi swoje dzieci. Był bardzo silny. Wykazały to testy siłowe.

W sennym zagubieniu nie zauważyła, jak grupa nieznajomych rozmywała się w powietrzu. Kiedy znikali, usłyszała tętent i zobaczyła stado koni galopujących w jej kierunku. Zatrzymały się niedaleko, po czym od stada oderwały się dwie klacze i rozszerzając chrapy podeszły do Josefa. Przyjrzały mu się z bliska, zachowując ostrożność. Chwilę później powróciły do swojego stada, obróciły się pyskami do wewnątrz i pozostały tak kilkanaście sekund. Nina miała wrażenie, że zdają relację ze spotkania. Była przekonana, że był to przekaz w rodzaju: „To mało ciekawy osobnik. Nic tu po nas”. Stado odeszło w stronę, skąd przybyło.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 144: Rozmowy z laborantami i przemówienie Josefa

Po zakończeniu uroczystości Josef udał się na spoczynek do swojego pokoju. Było to coś pośredniego między boksem dla konia a pokojem gościnnym dla człowieka. Josef stanął w oknie i patrzył na zapadającą ciemność. Słońce gasło, drzewa otulały się cieniami. Poczuł się trochę smutny i senny. Nie myślał o łóżku, nawet go nie potrzebował, bo potrafił spać na stojąco. Ćwiczył to już kilka razy. Właściwie to nie wiedział, czy zapadł już w sen, czy nie, zagubiony w myślach o spotkaniu następnego dnia z laborantami, jakie zorganizowała mu Nina Aleman, przewodnicząca zarządu. Miało to być spotkanie poznawcze. Przypomniał sobie rozmowę z nią. Była bardzo udana.

Nina mówiła bardzo wyraźnie. Odpowiadało mu to, ponieważ nie wszystkie ludzkie słowa i pojęcia dobrze rozumiał i od razu przyswajał. Wciąż czuł szum w uszach i bolała go głowa. Wiedział, że to przejdzie za kilka lub kilkanaście dni.

– Musisz być cierpliwy – tłumaczyli mu chirurdzy i pielęgniarki z Inż-Genu.

Miał dobrą opiekę, wiele się od nich uczył. Przestał myśleć o rehabilitacji, kiedy do pokoju wszedł profesor Kary, szef Inż.-Genu. Josef pomyślał, że profesor robi obchód jak zwykle, bo miał na sobie biały fartuch. Nie przepadał za tą częścią ubioru profesorskiego, wręcz jej nie znosił, gdyż wydzielała mocną i ostrą woń drażniącą jego czułe nozdrza. Ucieszył się jednak, bo cenił profesora, jego powagę, wygląd, grzywę włosów przypominających barwą maść konia. Kiedy dowiedział się, że właśnie profesor Kary razem z grupą specjalistów powołał go do życia, uznał go za ojca chrzestnego.

Patrzył na profesora, który obrócił się w kierunku wnętrza pokoju, nagle urastającego do rozmiarów sali konferencyjnej. Czekał tam niemały tłum ludzi. Josef domyślił się, że są to laboranci przybyli na spotkanie zapoznawcze; kilku poznał już wcześniej.

– Bardzo sympatyczni – mruknął do siebie. Był o tym przekonany, bo wszyscy bez wyjątku okazywali mu życzliwość. Wrócił do profesora Karego. Nie dziwił go już swoim pseudonimem. Miał końską twarz. Jego podwładni robili sobie żarty, że jest krzyżówką człowieka i konia, ale tylko w obrębie głowy. Miało to niewielkie znaczenie, ponieważ podobieństwo było bardzo powierzchowne.

Profesor udzielił mu głosu. Josef zawahał się. Pamiętał, że będzie musiał przedstawić się, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak nagle. Już wcześniej myślał o tym wystąpieniu i powtarzał je w myśli. Przygotował się bardzo dobrze, zdania sprawnie układały mu się w głowie. Profesor patrzył na niego zachęcając ręką i uśmiechem na twarzy, aby przemówił do ludzi na sali. Josef przypomniał sobie, że powinien przedstawić im się. Zaczął niepewnie, ale szybko się rozkręcił, przypominając sobie zdania, których się uczył i powtarzał co najmniej kilka razy.

– Nazywam się Josef. Jestem pierwszym przedstawicielem nowego gatunku, który został nazwany konioczłowiekiem, ponieważ łączy w sobie cechy człowieka i konia. Konioczłowiek rokuje lepszą przyszłość dla ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego. Mówcie do mnie Josef. Jeśli nie macie nic przeciw, to i ja będę zwracać się do was po imieniu. To bardzo demokratyczne.

Kiedy przemówił, zdał sobie sprawę, że zaskoczył słuchaczy. Widać to było po ich twarzach, znieruchomiałych i zdumionych. Niektórzy coś szeptali do swoich sąsiadów, jakby coś im wyjaśniając lub pytając o szczegóły. Josef pomyślał, że chodzi o brzmienie jego głosu. Jedna z pracowniczek Laboratorium powiedziała mu wcześniej, że nie zdziwiła jej jego postać, bo z dziesiątek dyskusji miała już wyobrażenie, jak będzie wyglądać.

– Zaskoczył mnie twój głos, jego ton i ogólnie twoje zachowanie, przede wszystkim właśnie brzmienie głosu. Mówisz trochę chrapliwie.

Na jego prośbę laborantka, miała na imię Sofia i była filozofką, wyjaśniła, co znaczy chrapliwy. Ucieszył się, kiedy się dowiedział się, że mówi chrapliwie prawdopodobnie ze zmęczenia. Podobało mu się też, że mówi starannym językiem, prawie technicznym, oszczędnym w słowach, bardzo treściwym.

– To dlatego, że dawca twojego ciała, jego górnej części, był człowiekiem wykształconym. Był inżynierem. Sofia nie umiała nic więcej o nim powiedzieć, bo nie wiedziała. Niektóre dane dawców są utajnione. – Wyjaśniła.

Przemówienie Josefa przełamało pierwsze lody. Laboranci podnosili ręce, aby zadawać mu pytania; bardzo mu to odpowiadało. Poczuł, że nogi mu drętwieją, przestąpił więc z nogi na nogę. Miał wrażenie, że śni, ale czuł się świeżo.

Ktoś odezwał się.

– Powiedz coś o sobie, Josefie. Chcielibyśmy wiedzieć, co ty sam o sobie myślisz.

Zaczął śmiało.

– Intelektualnie jestem podobny bardziej do człowieka, ale fizjologicznie bardziej przypominam konia. Nie potrzebuję tak dużo jak ludzie: dużego domu, telewizji, podróży, samochodu, nowoczesnego telefonu czy komputera. Potrzebuję mniej, bo żyję prosto, zgodnie z naturą. Odżywiam się pokarmami roślinnymi, wstaję razem ze słońcem i idę spać, kiedy robi się ciemno. Profesor Kary i Nina mówili mi, że jestem ideałem, bo nie będę niszczyć środowiska.

Wypowiedź Josefa wywołała falę dalszych pytań. Starał się zapamiętać, o co go pytają, aby móc wszystkim udzielić odpowiedzi.  Kilka osób chciało wiedzieć, jak widzi swoje pochodzenie.

– Jestem tworem inżynierii genetycznej, stworzono mnie laboratoryjnie. Tylko końska i ludzka część mojego organizmu powstała w sposób naturalny. Pochodzi z odzysku. – Wiedział, że to zostanie dobrze przyjęte, bo profesor Kary i Nina wytłumaczyli mu, o co chodzi w tym sformułowaniu. – To mi w niczym nie przeszkadza – kontynuował Josef. – Czuję się szczęśliwy, że jestem połączeniem dwóch gatunków.

Chciał jeszcze coś dodać, ale poczuł się niedobrze. Ból głowy wzmógł się, głośniej też szumiało mu w głowie. Postanowił zakończyć wystąpienie. – Mam nadzieję, że wkrótce poznamy się lepiej. Nie czuję się dzisiaj dostatecznie dobrze, aby kontynuować spotkanie. Profesor ostrzegł mnie, że mogę potrzebować jeszcze kilka dni, aby dojść do siebie. Może on powie wam coś więcej o mnie? To mój ojciec chrzestny.

Josefowi wyrwał się z gardła ni to śmiech, ni to rżenie. Niepewnie popatrzył na słuchających go ludzi; śmieli się serdecznie, bardzo życzliwie. Dobrze odebrali jego zachowanie. Wcześniej profesor i Nina mówili, że ma poczucie humoru i że to z pewnością ich ucieszy. Wyjaśnili mu, że ludzie i zwierzęta tak samo się cieszą, tylko inaczej to wyrażają. Po reakcji audytorium Josef był całkowicie przekonany, że Laboratorium to najlepsze miejsce na świecie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 143: Urodziny i prezentacja Josefa

Kiedy laboranci spekulowali na temat uroczystości urodzin Josefa a zarząd na temat jego praw i bezpieczeństwa, on sam borykał się z problemem tożsamości. Zadawał sobie pytanie, kim właściwie jest, koniem czy człowiekiem. Pytany kim jest, odpowiadał:

– Czuję się jak koń, choć myślę jak człowiek.

Dwoistość samopoczucia i tożsamości Josefa Laboratorium przypisywało psychice i instynktom przejętym od dwóch gatunków jak i wpływowi sztucznej inteligencji, w jaką został wyposażony. W tym sensie Josef stanowił niewiadomą; można było tylko zgadywać, w jakim kierunku pójdzie jego rozwój intelektualny, emocjonalny i duchowy. Na wczesnym etapie rozwoju był już zagadką. Trudno go było nawet zdefiniować. Najwięcej obserwacji na temat Josefa miał jego opiekun Gabriel.

– Biorąc pod uwagę wiek, Josef ma zaledwie kilka tygodni. U koni byłby on odpowiednikiem sysaka, ssącego mleko matki. Powyżej szóstego miesiąca życia odpowiadałby on odsadkowi odstawionemu od mleka matki, a po skończeniu pierwszego roku życia – źrebakowi. Zakwalifikowanie Josefa, a właściwie końskiej połowy jego natury, do którejś z tych kategorii jest jednak bezsensowne, ponieważ reprezentuje on o niebo wyższy poziom rozwoju, gdyż ma w sobie potencjał dorosłego konia. Podobnie rzecz się ma z jego ludzką połową.

Gabriel widział podopiecznego jako istotę o przyjaznym usposobieniu, lubiącą ludzi i konie, kontakt z którymi traktował jako wyróżnienie. Pytany o niedostatki charakteru pupila, Gabriel podejrzewał, że Josef może mieć słabości charakteru, ale nie umiał ich bliżej określić.

– To tylko intuicja i ostrożna spekulacja, a nie obserwacja – tłumaczył członkom zarządu. – Wszystko pokaże czas. Zachowajmy cierpliwość – dodawał, patrząc gdzieś w przestrzeń, jakby kryły się tam odpowiedzi na troski i niepokoje dotyczące Josefa.

*****

Niotse kolejny raz czytała zaproszenie na urodziny Josefa Półkonia nie mogąc się nadziwić, że to ona wymyśliła Dzień Sądu Ostatecznego jako nazwę tej uroczystości.

Chwilę zastanawiała się, jak dzień powszechnej radości mógł jej się skojarzyć z sądem ostatecznym, po czym mruknęła:

– Nieważne. To już jutro.

Wielką salę konferencyjną przygotowano na miarę wydarzenia. Kiedy zdemontowano przepierzenia i sztuczne ścianki, wyniesiono parawany i rozsunięto zasłony, aby stworzyć więcej przestrzeni i światła, pomieszczenie okazało się wielkie jak stadion lekkoatletyczny. Takie przynajmniej stwarzało wrażenie. Telebim umieszczony na ścianie głównej miał rozmiary dziesięć metrów na dwadzieścia, po jego obydwu stronach stały na podłodze na regulowanych podstawach białe plansze elektroniczne. Wszystkie ekrany były wygaszone. Nieco z boku, bliżej audytorium, szybko wypełniającym się laborantami, widoczny był zagadkowy kształt przykryty czerwoną materią. Przypominał nieforemny pomnik prawie dwumetrowej wysokości. 

O godzinie ósmej rano wszyscy laboranci byli już na miejscu. Szef Zespołu Bezpieczeństwa przeliczył dyskretnie zebranych, po czym dał znak, aby zamknąć wszystkie drzwi do sali konferencyjnej. Profesor Kary odczekał, aż audytorium uspokoi się. Kiedy to nastąpiło, wielki ekran telebimu rozjarzył się błękitnym światłem ukazując obraz konioczłowieka oznaczony złotym napisem „Josef” umieszczonym nad jego głową. Asystentka profesora podeszła do ukrytego pod materiałem kształtu i powolnym, wystudiowanym ruchem ręki ściągnęła przykrycie odsłaniając stojącego na piedestale konioczłowieka. Josef, w całej swej masywnej okazałości, tkwił nieruchomo w miejscu, jakby bał się spłoszyć przyglądających mu się ludzi.

Przed osobami zgromadzonymi na sali pojawiła się przewodnicząca zarządu Laboratorium. Od czasu zawarcia związku małżeńskiego kilka dni wcześniej, bardzo się zmieniła. Znikła dziewczęca Niotse, pojawiła się Nina Aleman, kobieta dojrzała i szykowna. Przemiana wyrażała się nie tylko w zmianie imienia, z kwiecistego Niotse, oznaczającego pachnący kwiat w orientalnym języku matki, na artystycznie brzmiące imię Nina. Była ubrana inaczej niż zawsze, bardziej okazale i uroczyście. Miała na sobie ciemnozieloną, atłasową suknię z długimi rękawami zdobnymi mikroskopijnymi wzorkami koni, prawie niewidocznymi dla osób siedzących w dalszych rzędach foteli. Przemówiła.

– Witam państwa! To już dzisiaj. Stworzyliśmy nowy gatunek, jej pierwszego przedstawiciela, konioczłowieka Josefa. Dzisiejszy dzień obchodzimy jako dzień jego urodzin. To pamiętna data. Dla mnie jest to także Dzień Sądu Ostatecznego. Mam na myśli to, że wraz z narodzinami Josefa zapadł wyrok, który poznamy dopiero za jakiś czas, czy opatrzność darowała mu życie szczęśliwe i ciekawe czy też pomieszane z niepokojem, a może nawet potępieniem i bólem. Josef jest inny niż my wszyscy, a zarazem taki sam jak my. Jego los zależy od tego, jak zostanie przyjęty i jak będzie traktowany przez społeczeństwo.

Przemowa nie trwała długo. Jej cel został osiągnięty w momencie, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że nastąpił prawdziwy cud: po raz pierwszy w historii świata człowiek stworzył życie i to w najbardziej dojrzałej postaci – konioczłowieka, który uratuje przyrodę przed zagładą, konie przed eksterminacją, a ludzi przed samounicestwieniem.

– Josef reprezentuje to, co jest w nas, ludziach i zwierzętach, najlepsze. Możemy sobie wzajemnie pogratulować uczestnictwa w tym szlachetnym przedsięwzięciu.

Po słowach przewodniczącej zapadło milczenie zakończone wybuchem niesamowitego entuzjazmu, jakby eksplodowała bomba długo tłumionego niepokoju, gorączki i namiętności.

Josef zręcznie zeskoczył z piedestału i natychmiast został otoczony przez tłum. Każdy pragnął przyjrzeć mu się z bliska i dotknąć, jakby był wielkim pluszowym misiem, a nie solidną, żywą istotą z krwi i kości. Nikomu z obecnych nie przyszło nawet do głowy, że jest on kimś innym niż zebrani na sali. Wszyscy czuli, co naprawdę znaczy jedność i braterstwo ludzi i zwierząt.

Nina Aleman, w swej niezwykłej, atłasowej sukni, stała z boku i przyglądała się laborantom otaczającym Josefa. Cieszyła się razem z nimi, dopóki nie nastąpiło otrzeźwienie. Zdała sobie sprawę, że rzeczywistość na zewnątrz laboratorium nie będzie taka radosna. Była przygotowana do dalszej walki. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Poezja niedzielna po raz trzeci

Dzisiaj to i ja mam szczęście, ponieważ przedstawiam Państwu dwa wiersze szczególnie przeze mnie ulubione. Ten drugi, „Chwytanie piękna” uważam za szczególnie „poetycki”.

Są to wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, drugie wydanie (własne), z nieporównywalnie piękniejszą okładką niż wydanie pierwsze (Bernardinum). Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem już kilka lat temu, że ten tomik (pierwsze wydanie) znalazł się w zbiorach ośmiu bibliotek uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za nobilitację, niezależnie od faktu, że do dwóch trafił za moim pośrednictwem.

W przyszłym roku planuję wydać drugi (i ostatni) zbiór moich wierszy zatytułowany „Oniemiałość”. Wysłałem go na konkurs literacki, który zostanie rozstrzygnięty pod koniec marca 2019. Jeśli mi się tam nie powiedzie, będę szukać innego wydawcy.

Chciałbym miłość spotkać

Chciałbym miłość spotkać i wziąć ją w ramiona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
śmiać się serdecznie i płakać do woli,
spazm szczęścia przeżyć, kiedy nic nie boli.

Chciałbym wybiec na łąkę, gdzie trawa zielona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
krzyczeć w słońce i pędzić przed siebie,
tylko na chwilę znaleźć się w niebie.

Albo odejść od zmysłów, gdzie jaźń pomylona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
wejrzeć w głąb duszy i odnaleźć Boga,
pojąć, jaka najprostsza do szczęścia jest droga.

Sopot, 18 stycznia 1998

Chwytanie piękna

Spadochron marzeń dostojnie spływa
pawimi piórami, łagodnością puchu,
serce pragnieniem się wyrywa,
biegniesz…lecz ciało tkwi w bezruchu.

Wzrok jednoczy się z pejzażem,
mrokiem strzelają drzew wodotryski,
rzęsy w cień kryją zmysłowe twarze,
drażnią uśpionej żądzy zmysły.

Biegniesz naprzeciw smukle radosny
i chwytasz piękno w ramion objęcia
…a ono znika jak podmuch wiosny,
zwodzi jak puchu nieme zaklęcia.

Sopot, 3 stycznia 1998

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 140: Wybór metody stworzenia hybrydy

Specjaliści Inż-Genu wbijali z wściekłości zęby w drewnianą framugę drzwi sali konferencyjnej, gdzie spotkali się w celu ostatecznego wyboru metody stworzenia konioczłowieka. Nad wyzwaniem debatowali już tak długo, że w końcu dopadła ich frustracja wywołując gesty rozpaczy i ordynarne przekleństwa. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zintegrowane klonowanie, w którym świeżo stworzone klony konia i człowieka zostałyby scalone w jeden organizm. Przeszkodą był brak doświadczeń w podwójnym klonowaniu. Były jeszcze inne minusy.

– W tym cholernym klonowaniu, do wieku noworodka dodaje się wiek dawcy komórki macierzystej, co niepotrzebnie postarza nowonarodzonego klona. Jeśli koń, dawca komórki macierzystej, ma dziesięć lat, co nie jest znowu niczym niezwykłym, to jego klon w rok po urodzeniu będzie mieć już jedenaście lat. A co będzie, jeśli zsumuje się wiek konia i wiek człowieka, którego klon będzie znacznie starszy niż ten koński! Wszyscy znajdziemy się wtedy w szambie razem z tymi pieprzonymi klonami! – Słowa te nie padły z ust pijanego, wulgarnego chirurga, skłonnego do agresji, ale skromnej genetyczki, która w chwilach głębokiego rozczarowania przypominała sobie język toalet publicznych, z jakich musiała korzystać, kiedy zatykane były rury kanalizacyjne w akademiku.

Wobec metodologicznej niemocy Inż-Genu, zarząd poprosił Zespół Matematyczno-Informatyczny o obliczenie prawdopodobieństwa powodzenia każdej z metod, zintegrowanego klonowania oraz odwróconej amputacji. Zleceniu towarzyszyło pytanie, czy jeśli Inż-Gen wykona ten swój miliard czynności, zapracowując się po pachy, przeżyje tysiące nieudanych prób, to jaka jest szansa, że przedsięwzięcie nie skończy się w ślepym zaułku potwornych kosztów i góry zmarnowanej energii. Kiedy zarząd zadał kolejne pytanie, co i w jakim stopniu może się nie udać w jednej i drugiej metodzie, Inż-Genowcy uznali to za próbę ich dobicia.

Okazało się, że w zintegrowanym klonowaniu minusów jest znacznie więcej niż plusów: długi i złożony proces klonowania, przyśpieszone starzenie się klonu oraz miliardy kombinacji genetycznych do pokonania. Każdy, nawet najmniejszy gen jednego organizmu, musiał współgrać z milionami genów drugiego organizmu.

Metoda klonowania została odrzucona głosami matematyków-probabilistów. Za jej przyjęciem opowiedziała się początkowo grupka genetyków, ale zarzucono im, a potem udowodniono, że swoją mentalnością obejmują tylko geny i genotypy, gubią się natomiast w matematycznej złożoności wzajemnych relacji.

Metoda odwróconej amputacji przewidywała połączenie dojrzałych organizmów człowieka i konia. W tym celu konieczne było uzyskanie ciała konia i ciała człowieka. Musiało to nastąpić w tym samym czasie. Na materiały do operacji przygotowano wielką zamrażarkę i czekano na wypadki drogowe, których rezultatem byłyby dwa zdrowe korpusy, zdatne do połączenia. Szansę powodzenia tej metody Mat-Inf ocenił znacznie wyżej niż zintegrowanego klonowania.

– Nie znaczy to, że jest to metoda łatwa i przyjemna. I tak będziemy musieli naharować się jak dzikie osły, a sala operacyjna będzie przypominać rzeźnię. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni. – Posumował profesor Kary, szef zespołu.

*****

Naukowiec przypomniał sobie przygotowania do operacji odwróconej amputacji.

– Szukaliśmy skrótu, logicznego uproszczenia, jakiegoś wyłomu w ogromie zadania – wyjaśnił patrząc na tablice opisujące genomy. – Myśleliśmy o tym dzień i noc, bez przerwy. Nic nie wymyśliliśmy. Po prostu trzeba było czekać na okazję, na dwie ofiary wypadków. Brzmi to strasznie, ale taka była prawda. Podobnie jak szpital czeka na dawcę serca czy nerki dla swojego pacjenta, my czekaliśmy na śmierć konia i śmierć człowieka, a konkretnie na ich ciała. Mieli to być dawcy szkieletów i wszystkich organów. Potrzebowaliśmy przedniej części tułowia konia i górnej części tułowia człowieka. W końcu nadszedł taki moment. – Snując wspomnienia, profesor ilustrował swój wykład na elektronicznej tablicy. Na ekranie ukazały się dwa tułowia.

– Staram się nie szokować państwa, bo wygląda to jak rzeź z horroru filmowego. Ja i mój zespół jesteśmy do takich widoków przyzwyczajeni. Od lat jesteśmy chirurgami, mimo to też przeżyliśmy niemało stresu. Na początku od odoru wszyscy rzygaliśmy jak koty z wyjątkiem mojego asystenta, któremu kiedyś operacyjnie usunięto przegrodę nosową razem z włoskami i nitkami węchowymi.

Profesor przerwał i zezwolił na zadawanie pytań. Było widoczne, że jest nieco znużony i potrzebuje chwili wytchnienia.

– Co było najtrudniejsze w całym procesie tworzenia Obiektu jako przedstawiciela nowego gatunku? – Pytanie zadał członek Zespołu Matematyczno-Informatycznego.

Profesor zastanawiał się chwilę dobierając słowa, aby w miarę prosto wyjaśnić złożone zagadnienie inżynierii genetycznej.

– Skala przedsięwzięcia. Nikt tak skomplikowanego zadania nie realizował przed nami. Poważne problemy zaczęły się na stole operacyjnym. Znalazły się na nim dwa korpusy: mężczyzny przepołowionego przez pociąg na wysokości bioder oraz konia, który utracił głowę w wypadku. Urwała mu ją młockarnia, kiedy usiłował schwycić pyskiem pęk zielonej trawy zagubionej w snopku słomy. Dwie części dopasowaliśmy do siebie, godzinami łącząc żyły, żyłki, nerwy, tkanki, mięśnie, aby potem podłączyć organy wewnętrzne. Zanim to nastąpiło stworzyliśmy strefę buforową między dwoma organizmami. Nazwaliśmy to strefą dostosowania genetycznego. Był to obszar przekazywania sygnałów, jak obydwa organizmy powinny się łączyć, aby nastąpiła udana integracja. To była najtrudniejsza część. Pomagali nam w tym koledzy z Mat-Infu modelowaniem matematycznym. Najpierw przy naszej pomocy stworzyli modele genomu człowieka i genomu konia, potem model genetyczny niezgodności, potem model konwersji sygnałów, włączania i wyłączania genów. W ten sposób mogliśmy manipulować materiałem genetycznym uzupełniając luki wykryte w powstającej hybrydzie przez biomatematyków i biogenetyków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Piątkowe myśli i aforyzmy o ludziach i zwierzętach

Króliki rozmnażają się niezwykle szybko prawdopodobnie dlatego, że bardzo to lubią. Trzeba przyznać, że niegłupio to sobie wykombinowały.  

Większość ludzi zasypia w przekonaniu, że się obudzi. Podobno tylko pan Bóg potrafi wyleczyć z tego zabobonu. Niestety, nie można tego sprawdzić, bo nie udziela on wywiadów. 

Starość człowieka zaczyna się wtedy, kiedy on sam jest jeszcze młody.

Krystyna Pawłowicz to zawodniczka o najwyższym wskaźniku testosteronu w zespole sportowym PiS. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 137: Organizacja pracy Laboratorium

Po podjęciu decyzji stworzenia konioczłowieka i nadania mu imienia Josef firma wpadła w rutynę szalonych spotkań, dyskusji i decyzji. Zasady współpracy laborantów celowo zostały określone w sposób ogólny, aby zachować elastyczność i nie krępować inicjatywy i inwencji twórczej. Wyglądało to, jakby zostały pozostawione żywiołowi.

Wzorując się na awangardowych firmach, traktujących pracowników jak współwłaścicieli, zarząd zapewnił laborantom całkowitą swobodę postępowania; mogli uczestniczyć w pracy dowolnego zespołu i włączać się do projektów, gdzie uważali, że wniosą znaczący wkład. Tworzyło to masę synergii. Pewne słabości, jakie wystąpiły, uznano za koszt uzyskania wysokiej wydajności pracy. Salki rozłożone wokół dużej sali konferencyjnej wyposażono w fotele i kanapy do wypoczynku w czasie pracy. Pracownicy mogli także korzystać bez ograniczeń z kawy, herbaty i innych napojów oraz papierosów.

Opór pracowników budziły na początku kamery przemysłowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma musi je mieć dla bezpieczeństwa. Były one wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz budynków, we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem toalet i przebieralni należącej do siłowni. Pracownicy pogodzili się z nimi dopiero po ustaleniu, że na żądanie każdy z nich będzie mieć dostęp do nagrania z dowolnej kamery. Po upływie trzech miesięcy nagrania niebudzące wątpliwości Działu Bezpieczeństwa i zarządu były kasowane. Było to bardzo demokratyczne i uspokajające.

W pracach Laboratorium uczestniczyli psycholodzy i psychoterapeuci. Ich rolą była integracja psychiczna konioczłowieka jako przedstawiciela dwóch różnych gatunków. W razie potrzeby mieli też pomagać pracownikom. W gronie naukowców i praktyków był także psychiatra. Zarząd firmy uważał, że jego pomoc raczej nie będzie potrzebna załodze. Gdyby wymagana był interwencja psychiatry, byłby to przypadek specjalny.

Przed zatrudnieniem wszyscy przeszli testy psychologiczne. Pracownicy mieli do siebie zaufanie, ale zachowywali czujność, licząc się nie tyle z nieuczciwością czy zdradą członków organizacji, ile ze słabością charakteru, nieuwagą czy nieostrożnością. System się sprawdzał, potwierdzały to informacje przekazywane zarządowi przez Zespół Bezpieczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy w tym samym kotle jak na ognisku u dzikiego luda. Jeśli jeden z nas zechce podgrzać zawartość do temperatury wrzenia, sam także się ugotuje. To jest nasza gwarancja.

Dykteryjki tego rodzaju opowiadano dla rozładowania napięcia, nieuniknionego w przedsięwzięciach dużego ryzyka. Nie było to pozbawione naukowych podstaw.

Dla rozwiązywania konfliktów Laboratorium stosowało metodę kręgów naprawczych, obejmujących kręgi otwierające, wspólne i zamykające. Metoda dała zaskakująco pozytywne rezultaty. Zdarzało się, że pod koniec dnia pracy ludzie padali sobie w ramiona wybaczając sobie nawzajem niewłaściwe zachowania, przekleństwa, agresywność, niechęć, podszczypywanie i podglądanie, a nawet grzechy przeszłości. Kręgi naprawcze były odpowiednikiem spowiedzi, pokuty i wybaczenia; w sprawach najpoważniejszych miały zastąpić sąd.

Praca nad człowiekoniem wyzwoliła pokłady inicjatyw i wynalazczości. Ulepszono narzędzia prezentacji i analizy tworząc innowacyjne rysunki, schematy, projekcje, animacje, modele symulacyjne oraz bazy danych. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, którzy nazywali siebie facylitatorami. Usprawniali oni komunikację między osobami i grupami, pomagając znaleźć wspólne rozwiązania, uściślając kody językowe, wyjaśniając intencje stron oraz motywując do osiągania wyznaczonych celów.

Podstawowe zasady pracy Laboratorium były przejrzyste i surowe. Z samego rana na sali konferencyjnej odbywała się dyskusja ogólna przy wielkim, okrągłym stole. Po jej zakończeniu uczestnicy łączyli się w zespoły do pracy przy mniejszych stołach. Każdy pracownik mógł w każdej chwili zmienić zespół, aby aktywnie uczestniczyć w dyskusji lub tylko po to, aby jej się przysłuchiwać. Po południu odbywała się ponownie dyskusja ogólna przy wielkim stole dla omówienia wyników prac w zespołach roboczych.

– I tak w kółko Wojciechu. W końcu dnia masz wszystkiego dosyć, ale równocześnie jesteś zachwycony. Jeśli odczuwasz zbyt dużo presji, wyłączasz się. Nikt nie pracuje ponad siły, byłoby to niebezpieczne. Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy. – Była to opinia, którą można było słyszeć z niejednych ust.

Jeśli chodzi o wypoczynek, to oprócz spacerów, zajęć na wolnym powietrzu i ćwiczeń na wolnym powietrzu, laboranci mieli także inne możliwości rozrywki i relaksu: dwie biblioteki, kino, kluby dyskusyjne, telewizję. Po nocnym odpoczynku powracali rano do pracy w pełni zregenerowani. Pokoje odpowiadały standardem czterogwiazdkowemu hotelowi.

Myśli i aforyzmy na dobranoc

Prezydent Duda w ciągu jednego dnia szczytu klimatycznego był w stanie udowodnić światu, że jesteśmy potęgą ekologiczną, mamy i będziemy mieć superczyste powietrze, i równocześnie zapewnić polskich górników, że będą mieć coraz więcej pracy produkując węgiel.

Minister Ziobro jest tak skutecznym Prokuratorem Generalnym, że wkrótce pan Bóg otrzyma wezwanie do prokuratury, aby wytłumaczyć się z popełnionych zaniedbań.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 136: Wybór postaci i imienia Obiektu

Drugi w rozważaniach był konioczłowiek, istota dwunożna, z przewagą cech zwierzęcych nad ludzkimi. Trzecim kandydatem był człowiekoń, też istota dwunożna, jednakże z przewagą cech ludzkich nad zwierzęcymi.

Wybór między dwoma ostatnimi kandydatami okazał się nie lada wyzwaniem. Należało dobrać cechy ludzkie i zwierzęce dla każdego z nich uwzględniając aspekty fizyczne, psychiczne, fizjologiczne i anatomiczne organizmu i następnie je porównać. Sprawę komplikowało pytanie, czy hybryda nie powinna być wyposażona w sztuczną inteligencję, rozszerzającą jej naturalne możliwości. Laborantom nie udało się uzgodnić nawet zbliżonego stanowiska. Nastał fatalny dla firmy impas, istny kocioł ludożerców, z którego nikt nie może wyjść cały.

Dla rozwiązania kryzysu Zespół Matematyczno-Informatyczny wymyślił wagę logiczną, aby z jej pomocą stworzyć optymalne modele konioczłowieka i człowiekonia. Decyzję podjęto po zażartej dyskusji, omalże nie doprowadzając do rozpadu Laboratorium na dwa obozy. Zwolennicy człowiekonia argumentowali, że w świecie zdominowanym przez człowieka istota z przewagą cech ludzkich ma większe szanse przeżycia. Wyrazicielem ich opinii był Klecha.

– Społeczeństwo łatwej zaakceptuje mieszańca, w którym człowieczeństwo ma przewagę nad zwierzęcością. Ludzie będą widzieć w nim bardziej człowieka niż konia i to zdecyduje o jego przeżyciu.

Była to mocna argumentacja, ale nieskuteczna. Ostatecznie Laboratorium wybrało model konioczłowieka jako bliższy natury i łatwiejszy w realizacji. Przyniesiono szampana. Wypito, ale nie za dużo.

– Jest masa roboty do odwalenia i musicie zachować trzeźwość. – zdecydowała przewodnicząca zarządu, wytrwale uczestnicząca w dyskusjach.

Laboranci długo zastanawiali się nad imieniem, jakie trzeba będzie nadać konioczłowiekowi, kiedy już pojawi się na świecie. Na początku było więcej pytań niż propozycji. W pierwszej kolejności rozważano, jaki charakter powinno mieć imię, czy nie powinno to być imię chrześcijańskie nadawane ludziom, skoro konioczłowiek reprezentuje także człowieczeństwo. W luźnej dyskusji padały niewyszukane propozycje jak Czarna Symfonia, Cyborg, Pierwszy Mohikanin, Czerwony Mustang, Pan Prerii. Niedźwiedź, najbardziej brutalny, ale też i boleśnie szczery uczestnik dyskusji, zwięźle przedstawił swój stosunek do imion.

– Chyba wam na łeb padło, że takie imiona przychodzą wam na myśl. Myślicie o konioczłowieku jak o grze komputerowej. Przecież to imię musi mieć charakter. Musi być na miarę Biblii, wyróżniać się, mieć dobre brzmienie i dobrze się kojarzyć. Niczego innego sobie nie wyobrażam.

Nowe propozycje spisywano na trzech dużych tablicach. Po zanotowaniu stu trzydziestu trzech imion uznano, że jest to liczba wystarczająca dla dokonania ostatecznego wyboru imienia. Odbyło się głosowanie. Największe poparcie uzyskał „Josef”, imię dobrze brzmiące we wszystkich językach. Jego angielskim odpowiednikiem był Joseph. Imię było popularne także w innych językach; zawsze było to brzmienie intrygujące i bogate: Jose, Giuseppe, Sepperl, Ossip. W świecie arabskim odpowiednikiem był Jussufs, co oznaczało dobry omen, szczęśliwy znak. Każdy chłopiec chciał tam nazywać się Jussufs. Zarząd również ocenił wysoko imię Josef, wiążąc z nim nadzieję zjednoczenia ludzkości pod sztandarem niewywyższania gatunku ludzkiego nad pozostałe.

Między sobą laboranci opisywali Josefa lapidarnie, choć nie całkiem prawdziwie: ludzki rozum w końskim organizmie. Przedstawiali go sobie jako istotę, która myśli jak człowiek, lecz odżywia się i funkcjonuje jak koń, zużywając zasoby naturalne w minimalnym zakresie, co odpowiadało ich ideałowi.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 135: Taksydermia i Centaur

Nadawanie odpowiedniego kształtu i pozy martwemu okazowi niegdyś żywego organizmu wymagało czasu i cierpliwości. Najwięcej uwagi trzeba było poświęcić oczom, uszom i nosowi. Musiały one harmonizować ze sobą. Każde zwierzę ma swoje proporcje, decydujące o jego wyjątkowym wyglądzie i pięknie. Na końcu Taksy podkreślił, że zwierząt się już nie wypycha, ale preparuje i że proces ma charakter naukowy.

Słuchając wynurzeń taksydermisty laboranci zdali sobie sprawę, jak niezwykle ważny jest dokładny obraz i opis Obiektu. Dynamika! To było właściwe słowo. Oznaczało dziesiątki sytuacji i tysiące form zachowań konioczłowieka, który musiał umieć stać prosto i zginać się, opuszczać i podnosić łeb, wyginać się na boki, przeciskać się przez wąskie przejścia, skradać, skakać, wylegiwać się, tarzać się po ziemi a nawet pływać. Wszystkie te czynności musiały być zakodowane w Obiekcie.

W trakcie wykładu Taksy’ego laboranci stworzyli listę czynności, jakie konioczłowiek będzie musiał wykonywać, dopisując je do tych, które przyszły im do głowy wcześniej: baraszkowanie, nastawianie uszu, kopanie, mruganie, klękanie oraz wszystkie formy chodu, łącznie z najbardziej wymyślnymi wykonywanymi w takt muzyki.

Laboranci dyskutują kategorie centaura, człowiekonia i konioczłowieka

Dyskusję o kształcie Obiektu udało się zawęzić do wzorców centaura, konioczłowieka i człowiekonia. Pierwsza padła propozycja stworzenia Centaura, takiego, jak go sobie wyobrażano w starożytnej Grecji: tors człowieka z ludzką głową i rękami osadzony na korpusie konia z czterema nogami i ogonem. Dyskusja nad Centaurem była obciążona silnymi przekonaniami.

– Centaur – argumentowali przedstawiciele grupy identyfikującej się z nim – ma jedną wielką zaletę: najpełniej łączy konia i człowieka. Jest niezwykle silny i ludzie są już do niego przyzwyczajeni. Każdy go zna z mitologii, obrazów, filmów i literatury.

Matematykom i logikom nic się nie zgadzało w modelu Centaura.

– Co mianowicie? – pytali o szczegóły jego zwolennicy.

– Nie zgadza nam się rachunek optymalizacyjny, a konkretnie ilość kończyn, organów wewnętrznych i dwa tułowia. Centaur ma sześć kończyn: cztery dolne, czyli nogi konia, oraz dwie górne w postaci rąk człowieka. Do tego dochodzą dwa tułowia, jeden ludzki i jeden zwierzęcy, oraz jedna ludzka głowa. Kiedy do anatomii dodaliśmy fizjologię, powstała prawdziwie diabelska kombinacja, przeszkoda nie do pokonania w konstrukcji hybrydy.

Temat Centaura wracał kilkakrotnie. Komplikował on sprawę dublowaniem systemów fizjologicznych: dwie wątroby, dwa serca, dwie trzustki, dwie pary płuc i tak dalej, wszystkie lub prawie wszystkie organy zdublowane i to należące do zupełnie odmiennych genetycznie organizmów. Zespół Matematyczno-Informatyczny poparli fizjolodzy i specjaliści od anatomii.

– Centaur to kocioł genetycznej mieszanki piorunującej, gotowej wybuchnąć przy pierwszej próbie manipulacji, zanim cokolwiek stworzymy. – Główny genetyk nie wahał się użyć określenia „manipulacja genetyczna” zamiast bardziej poprawnego politycznie „inżynieria genetyczna”, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest to manipulacja, w dodatku na niebotyczną skalę.

Sprawę przesądzili filozofka i psycholog społeczny uznając, że życie Centaura w realnym świecie byłoby niemożliwe. Było to środowisko dwóch skonfliktowanych gatunków, konia i człowieka, w którym jeden gatunek, człowiek, uważał drugi gatunek za niższego rzędu.

– Moim zdaniem Centaur jest kompletnie do dupy – brutalnie podsumowała filozofka Sofia. Była zła, miała bolesną miesiączkę, a w dodatku nie mogła napić się szampana, za którym przepadała. – Centaur jest tylko chorym wyobrażeniem kilku pijanych starożytnych kretynów. Wiemy, że gdyby naprawdę stanął przed nami, to my, tak jak tutaj jesteśmy, osoby ogarniające uczuciami i wyobraźnią przyszłość, uznalibyśmy go za potwora. Taki stwór miałby natychmiast przeciwko sobie tłumy wrogów. Jestem przekonana, że zostałby w ciągu kilku godzin, jeśli nie kilkunastu minut, zamordowany, najprawdopodobniej ukamienowany lub po prostu uduszony przez fanatyków religijno-politycznych wrzeszczących potwór, pokraka, maszkara, monstrum, chimera. Musimy to sobie szczerze powiedzieć i nie poświęcać czasu na kretyńskie mrzonki.

– Zgadzam się i popieram przedmówczynię. Centaur był dobry w mitologii greckiej, może jeszcze jakiejś innej, ale nie jest dobry dla mnie, nie na stole operacyjnym. Reprezentuję pragmatykę medyczną – dodał naczelny chirurg, po czym dłuższą chwilę przyglądał się swoim dłoniom przypominając sobie najtrudniejsze operacje, jakie nimi przeprowadził.

W nocy uczestnicy dyskusji, co do której istniała jednomyślność, że była płodna, przeżywali męczące, przerażające a nawet bolesne sny. Wszystkim śnił się Centaur, już nie jako postać mitologiczna, ale żywy stwór, dziwoląg, przerażający złożonością swojej anatomii i fizjologii, podstawowych wymiarów każdego żywego organizmu.

Przeżycia krótkie a głębokie. Widziałem dziś anioła.

– W centrum handlowym widziałem dziś Anioła. – Iwan Iwanowicz był poruszony, kiedy to mówił. Zrozumiałem, że to ważne. Ostatecznie nie każdy ma widzenie w biały dzień. Mimo wzruszenia kontynuował:

– Podszedłem do niego i przyjrzałem się. Był to anioł rodzaju żeńskiego. Będę trzymać się jednak nazwy Anioł, bo anielica brzmi nieelegancko, jak topielica, czy sekutnica.

– A, fe! – Obruszyliśmy się równocześnie.

– Anioł miała na sobie powiewną białą suknię, ubożuchną aureolkę nad głową i dwa skromniutkie skrzydełka jak u większego kurczaka. Pomyślałem: – Anioł, ale zabiedzony. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. – Nabrałem odwagi w usta i zapytałem:

– Czy pani jest prawdziwym aniołem?

Niebiańska istota popatrzyła na mnie uważnie i odpowiedziała: – Tak, ale w ludzkiej skórze.

Popatrzyłem uważnie. Rzeczywiście wyglądała na ludzką. Nie przyglądałem się dłużej Aniołowi, choć na to zasługiwała, jak wszystkie anioły, bo mogłoby to ją krępować. Życzyłem jej powodzenia. Odszedłem z radością.

Był to drugi anioł mego życia. Pierwszy to premier Morawiecki, który dzisiaj w Radio Maryja zawierzył także i mnie Matce Boskiej, patronce nie tylko rozgłośni, ale i Polski słowami:

– Miej w opiece naród cały. Także tych, którzy nie kochają jeszcze Polski tak jak my tutaj, jak rodzina Radia Maryja.

– To od niego, pana premiera – ponieważ nie jestem spokrewniony z Ojcem Rydzykiem i rodziną Radia Maryja – dowiedziałem się, że nie kocham jeszcze Polski tak jak on, członek rodziny radiowo-maryjnej.

Smutno mi się zrobiło na duszy. – Podsumował Iwan Iwanowicz. – Chyba znowu wybiorę się do centrum handlowego, aby zbliżyć się do sfer anielskich i być bliżej także pana premiera.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 134: Dyskusja o nazwach i taksydermii

W dyskusji szybko wykrystalizowały się dwie grupy specjalistów. Pierwszą stanowił Zespół Matematyczno-Informatyczny, który zajmował się logiką wszystkich działań Laboratorium, porządkował wiedzę i procedury, wykonywał obliczenia, kalkulacje i optymalizacje oraz zarządzał systemem informatycznym. Genetycy wytłumaczyli Niotse, że bez matematyki nie ma zrozumienia nawet genomu, podstawowego pojęcia genetyki, gdyż jest on horrendalnie złożony.

Drugim był Zespół Inżynierii Genetycznej, zwany w skrócie Inż-Gen, zrzeszający specjalistów bezpośrednio uczestniczących w tworzeniu żywego organizmu, przede wszystkim chirurgów, weterynarzy, anestezjologów oraz innych specjalistów z zakresu genetyki.

Pod presją żądań specjalistów Niotse zmieniła program zebrania. Potwierdzenie nazwy „Obiekt” jako oznaczenia przedmiotu działania Laboratorium okazało się zabawą w porównaniu z próbą zdefiniowania konioczłowieka. Dyskusja okazała się katorgą, istnym polem minowym, gdzie nie sposób wytyczyć drogi nie ryzykując eksplozją: solidną awanturą, a nawet rękoczynami.

Już na początku pojawiło się tyle nazw i definicji Obiektu, że można było doznać bólu głowy: bastard, centaur, hybryda, mieszaniec, półkoń, półczłowiek, w końcu konioczłowiek i człowiekoń, jakkolwiek dziwnie to brzmiało. Bastard był najbardziej trafnym i używanym terminem, ale go odrzucono z uwagi na negatywny wydźwięk słowa. Odrzucenie wynikło z inicjatywy lingwistów, którzy dołączyli do zespołu matematyczno-informatycznego. W sumie pojawiło się pięć nazw o różnej wadze i znaczeniu. Trzeba to było uporządkować i wybrać jedną, najbardziej odpowiadającą potrzebom.

Droga okazała się ciernista i bolesna. Następnego dnia pięciu uczestników dyskusji, głównie kobiety, zgłosiło się do lekarza pokazując ślady głębokich ukłuć i zadrapań na twarzy i rękach. Twierdzili oni, że zranienia nastąpiły w czasie dyskusji, a konkretnie w trakcie wymiany argumentów w postaci inwektyw i oskarżeń o niedorozwój umysłowy. Po zaopatrzeniu poszkodowanych w środki farmakologiczne, lekarz skierował ich do psychologa.

Wytłumaczenie nietypowych urazów ciała nie nastręczyło mu problemu. Były one porównywalne do oparzelin w trakcie seansu hipnotycznego, kiedy hipnotyzer dotykał osoby w hipnozie lodem twierdząc, że dotyka rozgrzanym prętem metalowym.

– To efekt psychozy, jakiej ulegliście, kiedy deptano waszą godność i poczucie wartości. – Po wyjaśnieniu przyczyn urazów, psycholog skontaktował się z zarządem, aby przedstawić swoje obserwacje.

*****

Do dyskusji włączyli się językoznawcy. Od razu zaczęli wybrzydzać, krytykując i przestrzegając przed niebezpieczeństwami. Określenie „człowiekoń” nie brzmiało im dostatecznie dobrze, określenia półkoń i półczłowiek uznali za niejednoznaczne.

– Jeśli mówimy półkoń, to nic to nie mówi o drugiej połowie, z pewnością nie sygnalizuje, że druga połowa to człowiek. Podobnie jest z półczłowiekiem, dlatego proponujemy odrzucić obydwie nazwy jako niewłaściwe.

W argumentacji językoznawców było wiele racji. Pewne nazwy Obiektu były zbyt długie, inne nieporęczne, jeszcze inne niedostatecznie określały nowy organizm lub istotę sprawy, zbyt mocno tkwiły w tradycji anarchizmu ignorując język ochrony przyrody i tradycję narodową. Przeciwnicy uznali językoznawców za purystów językowych, co tylko wprowadzają zamieszanie.

Spór rozsądził Niedźwiedź, włażąc brutalnie z buciorami między dyskutantów:

– Ambitni puryści! Chyba wam się we łbie przewróciło! Zabijacie rozsądne inicjatywy i zabieracie nam cenny czas. Nic nie wymyślacie, tylko krytykujecie. Żądacie definicji, które nie istnieją: jasnych i jednoznacznych, niebudzących wątpliwości klasyfikacji i opisu. Żyjecie w świecie urojonym, w krainie mrzonek. Definicja musi być prosta i dosadna, powiedziałbym z jajami. To wszystko, czego możemy od niej oczekiwać.

Wypowiedź Niedźwiedzia nagrodzono rzęsistymi oklaskami. Puryści przestali stawiać opór. Zebrani szybko ustalili słownictwo, terminologię i opisy niezbędne dla stworzenia Obiektu.

*****

Czekając na przybycie Niotse, mającej przewodniczyć zebraniu, laboranci nudzili się. Sposobność tę postanowił wykorzystać Taksy uznając, że jego wiedza i doświadczenie mogą okazać się pomocne w procesie tworzenia konioczłowieka. Jego propozycja została szybko przyjęta. Zaczął od poglądu, jak w zawodzie taksydermisty podchodzi się do wypychania zwierzęcia.

– Zamiast mumifikować zwierzę, lepiej zachować je w idealnej postaci, jak żywy okaz. Wypchane zwierzę odtwarza wtedy model rzeczywisty.

Taksy miał swoje osiągnięcia i historię. Uzyskał drugie miejsce w krajowym konkursie preparowania łba konia gatunku Appalachy. Do Laboratorium trafił jako jeden z kilkudziesięciu specjalistów, mających realizować gigantyczne zadanie stworzenia konioczłowieka. Zgodnie z praktyką Laboratorium taksydermiście nadano od razu poręczną i łatwą do zapamiętania ksywę Taksy.

Wszyscy mieli skrócone imiona i nazwiska, najczęściej zastępowały je jednak pseudonimy. Używanie skrótów wynikało z potrzeby konspiracji i łatwiejszej komunikacji. Konspirację intensywnie propagował Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

– Jak cię zwał, tak cię zwał, w każdym bądź razie nikt nie ma prawa znać twojego imienia, nazwiska, daty urodzenia ani innych danych osobowych. Tajemnica u mnie stoi na najwyższym miejscu, zanim stanie tam żywa istota, nad którą pracujecie. Aaron powtarzał to tymi samymi słowami tak często, że ludziom chciało się wymiotować od jego perswazji.

– Jak preparujemy zwierzę, aby zachować je w idealnej formie? – Taksy zaczął od pytania.

Na początku słuchali go znudzeni, bez większej uwagi, po chwili jednak uznali, że to co mówi ma swoje piękno i swoją logikę i jest to dla nich coś nowego i wzbogacającego. Taksydermia wymagała znajomości anatomii, autopsji, rzeźbienia, malarstwa oraz garbowania, krótko mówiąc reprezentowała ład i porządek. Taksy podawał kolejne kroki: zdjęcie skóry z martwego zwierzęcia, następnie jej wyprawienie, aby zachować jak najwięcej naturalnych właściwości, potem przygotowanie manekina, czyli formy, następnie dopasowanie skóry do manekina, naciągnięcie skóry i wykończenie zwierzęcia. Do tworzenia manekina służyły różne ramy i wypełniacze lub wzmocniona drutem glina, którą obudowywało się podstawową ramę. Potem trzeba było zrobić odlew z włókna szklanego lub żywicy poliuretanowej, ponieważ konstrukcja musiała być lekka a zarazem mocna.

Autorska poezja niedzielna dawka druga wcześniegrudniowa

Przedstawiam dzisiaj dwa wiersze „przyrodnicze” (z dwukrotnie wydawanego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”) związane a Australią, pisane w dwóch miejscach odległych od siebie od około 2000 km, w Pemberton w Australii Zachodniej oraz w Cape Jervis w Australii Południowej. Wszystkie moje poezje opatrywałem datą i miejscem powstania. Ma to ten plus, że mogę teraz prześledzić trasę moich podróży po kraju.

Pemberton pamiętam jako miejsce położone wśród lasów z potężnymi (podobno drugimi największymi na świecie po sekwojach amerykańskich) drzewami, konkretnie eukaliptusami z gatunku karri, bardzo nowoczesnego tartaku największego w tym czasie na półkuli południowej. W pobliżu miejscowości było jezioro, a obok niego ośrodek wypoczynkowy, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni w trakcie pięciomiesięcznej podróży po Australii samochodem osobowym z przyczepą kempingową. Nad samym jeziorem była restauracja, gdzie jadłem najlepszego smażonego pstrąga mojego życia, z dodatkiem czosnku i ziół.

Wiersz z Cape Jervis pisany był w sierpniu; w Australii jest to okres zimy charakteryzujący się dużymi opadami deszczu. Pamiętam ogromną, imponującą kolorami tęczę łączącą dwa krańce horyzontu, niezwykle wyrazistą, stąd ten wiersz.  

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Karri Valley Resort,
Pemberton, Australia, 30 listopada 1996

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi.

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Półwysep Fleurieu, Australia, 3 sierpnia 1996

PS Jeśli znacie Państwo kogoś, kto lubi poezję, będę wdzięczny za przekazanie linku do tej strony.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.