Dróżnik. Opowiadanie surrealistyczne.

Alfons Czarnogórzec był filozofem kolejowym. To było moje odkrycie. On sam widział siebie wyłącznie w roli urzędnika kolejowego osadzonego w budce dróżniczej na lokalnym skrzyżowaniu dróg.

– Jestem dróżnikiem kolejowym w służbie narodu. Obszar moich zainteresowań to dwa szlabany kolejowe, nadchodący pociąg i bezpieczeństwo. Tak się akurat składa, że ta praca to również moja pasja. Nie oddałbym jej za żadne skarby świata.

Alfons Czarnogórzec mówił żywym językiem, kojarzącym się z zamknięciem w metalowej puszce po konserwach rybnych, porządkującej nawet nieprzystające do siebie dźwięki ludzkiej mowy. Był dobrym znajomym moich rodziców. Odwiedziłem go, aby porozmawiać o losie człowieka pracy w dobie nowych technologii i pandemii. Szybko zdałem sobie sprawę, że na wszystko ma wyraziste poglądy. Musiałem dostosować się do stylu jego narracji.

– Pan wie, co te sukinsyny, kierowcy samochodów ciężarowych i osobowych, byliby w stanie zrobić, gdybym szlabanem nie zagrodził im drogi przed nadjeżdżającym pociągiem? Kiedy są pijani, a to się zdarza, bo mamy mocną i bogatą tradycję picia, gotowi są wysadzić z torów nie tylko pociąg, ale cały świat. To oni spalinami swoich pojazdów podnoszą temperaturę atmosfery, przez co my, cały naród, mamy teraz kryzys klimatyczny i nie tylko. Możemy z niego wyjść, ale ci ludzie muszą najpierw określić się życiowo, chcą czy też nie chcą pić alkoholu i wyłamywać szlabany.

Alfons mówił tak głośno, że nie sposób było go słuchać. Z jego gardła wydobywał się huk i szum setek pociągów, jakie przejechały obok jego budki, kumulując dźwięki w jego pojemnej głowie.

Na pytanie, dlaczego krzyczy, pan Alfons zaprezentował wytłumaczenie godne mistrza retoryki.

– Kiedy nadjeżdża pociąg towarowy, dla dobra sprawy załóżmy, że może to być również osobowy, nie jest to bynajmniej gorsza opcja, nastaje taki kurewski hałas, że tracę poczucie, czy ja w ogóle istnieję. Aby wyrwać się z tego niebytu wrzeszczę, ile tylko mogę. W ten sposób przywracam się do życia, przekrzykując lokomotywę, wagony i wszystkie ich łomocące po torach podwozia. Krzyk, proszę pana, jest oznaką życia. Nim niemowlę pojawi się na świecie, to co ono robi? – dróżnik patrzył na mnie z płonącym w oczach oczekiwaniem rzetelnej odpowiedzi.

Starałem się sprostać jego oczekiwaniu.

– Takie dziecko wrzeszczy, aby wydobyć z siebie pierwszy oddech, który będzie potem ćwiczyć przez całe życie.

Popatrzył na mnie w zdumieniu. Wiedziałem, że moja odpowiedź przerosła jego nadzieję na godziwą odpowiedź. Szybko doszedł do siebie. Zdałem sobie sprawę, że Alfons Czarnogórzec wiele oczekiwał od siebie, rozmówców, kierowców samochodów, a nawet zdziczałych królików buszujących w zaroślach w pobliżu jego budki na skrzyżowaniu drogi żelaznej i asfaltowej. Jakby dla poparcia mojego rozumowania, usłyszałem słowa.

– Dziki królik na przykład. Wyobraża pan go sobie? Bo ja tak. Niby to zwykły kłapouch, wyglądający jak nadęta kula puchu i sierści, a tak naprawdę jest on centralną osią filozofii rzeczywistości zwierzęcej. Jest zwierzęciem, symbolem uczciwości, jakiej nie ma już w człowieku. Jakiej – powiedzmy to sobie szczerze – nigdy w nim nie było. Bo czymże jest człowiek, niesłusznie zwany homo sapiens, jeśli nie sukinsynem rujnującym świat hałasem i spalinami, szaloną konsumpcją wyrobów plastikowych i gospodarczym łajdactwem bez zasad moralnych? Są cywilizacyjne wyjątki oczywiście. Pociąg elektryczny na przykład nie zatruwa atmosfery spalinami jak samochody i fabryki.

– Ale spalinowy tak! – zawołałem dla uzupełniania obrazu, poruszony fatalną skłonnością kolejarzy do wybielania nawet sadzy wyrzucanej kubłami przez komin lokomotywy. – Nie musi pan odpowiadać na moje zarzuty, bo wiem, że są słuszne! – krzyknąłem, aby oderwać nas obydwu od tematu mogącego zrujnować atmosferę spotkania. – Niech mi pan lepiej powie, jaki jest sens pańskiej pracy na tym stanowisku?

– Nie chodzi tylko o sens pracy. Cała treść mojego istnienia kryje się w mojej budce – odpowiedział dróżnik rozglądając się po skromnym pomieszczeniu powstałym prawdopodobnie z większej budki telefonicznej, oraz tu – pan Alfons wskazał ręką własną głowę ze znakami szronu wspaniale kontrastującego z ogorzałą twarzą. – Ja pilnuję porządku, proszę pana. Beze mnie nadal trwałby chaos, o jakim mówi pismo święte. Czuję się przez nie związany z panem Bogiem, z tym, że ja nie mogę odpoczywać siódmego dnia tak jak on, ponieważ pociągi jeżdżą we wszystkie dni tygodnia. To nie jest lekka praca. Po przejeździe pociągu, oby zawsze był on pomyślny, odczuwam taką ulgę, że … Alfons zawahał się. Domyśliłem się, że chodzi mu o przyznanie się do czegoś niejasnego.

– Spokojnie, panie Alfonsie. Wszyscy wiedzą, że kolejarze w chwilach zasłużonego odpoczynku nie wylewają za kołnierz, tylko piją. Niektórzy mówią, że wręcz chleją.

– Tak. Ma pan rację. To są cztery zawody najbardziej zatrute alkoholem: policjant, lekarz, ksiądz i kolejarz.

– Czego się pan najbardziej obawia?

– Tego, co jest postrachem wszystkich dróżników na świecie. Tego się najbardziej obawiam.

– Samobójczej śmierci pod kołami pociągu?

– Czy pan oszalał? Najbardziej obawiam się – pan Alfons z rozwagą sączył słowa dla zbudowania dramatyzmu – wypadnięcia pociągu z szyn i stoczenia się z wysokiego nasypu prosto do rzeki. Pan sobie wyobraża? Pasażerowie umierający w męczarniach! Matki i dzieci oderwane od siebie! A potem gigantyczne koszty śledztwa i wydobywania wraku z rzeki. To temat na kryminał!

– Przecież na odcinku pańskiego dozoru nie ma nasypu ani rzeki.

– Błagam pana. Nie rozmawiajmy o tym, co tutaj jest a czego nie ma, tylko o tym, czego najbardziej się obawiam. Ale tak najbardziej obawiam się spotkania z Panem Bogiem na sądzie ostatecznym i jego pytań:

– I co sądzisz o tym strasznym wypadku, nieszczęśniku, do którego się przyczyniłeś przez swoje zaniedbania? Gdzie jest twoje poczucie winy?

Kiedy nad ranem opuściłem niezwykłą budkę dróżnika Alfonsa Czarnogórca, lepiej rozumiałem złożoności tego świata: kolejnictwo jako sport dla mężczyzn o stalowych nerwach, wrażliwość artystów komponujących utwory muzyczne delikatne jak pajęcza nić drżąca pod ciężarem kropli rosy w blasku porannego słońca, dzikie króliki buszujące bez ładu i składu po chaszczach, wiewiórki rozpłaszczone na kotle lokomotywy po nieudanym skoku z drzewa na drzewo, Boga zadającego trudne pytania kolejarzom oraz ludzkie pasje objawiające się na skrzyżowaniach drogi żelaznej i asfaltowej.

Przekaż dalej
0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *