Notatki prywatno-publiczne

Odc. 1

Postanowiłem zabawić się, a przy okazji Czytelników, coś pisząc, najchętniej lekkiego, ulotnego, potencjalnie radosnego i nie angażującego sumienia, aby potem tego nie żałować. Zastawiam się, o czym pisać. Właściwie to nie mam o czym, a równocześnie mam. Czuję się osaczony.

– Przez kogo? – zapytasz.

Odpowiadam:

– Przez radio, telewizję, media społeczne, a ostatnio Plenipotenta Duę. Jest to osobnik prywatny, prawie fikcyjny, zajmujący wysokie stanowisko w egzotycznym kraju typu republika bananowo-ziemniaczana. Jest popularny, lecz niewielu wie dlaczego. Socjologowie tłumaczą, że to się wiąże z urzędem.

– Nieważne, kim kto jest, ważne, że jest na urzędzie. To go nobilituje. Jeśli ktoś siedzi na tronie, to to ten tron nadaje mu ważności, nawet jeśli jest to klaun – tak tłumaczą.

Dla mnie jest to osoba prywatna, która znalazła się przypadkiem na wysokim stołku. Przywiązano ją do niego i teraz podejmuje (on czy stołek? – oto jest pytanie) decyzje, które nie podobają licznej grupie wyborców, którzy głosowali na demokrację. Co rzeczony Plenipotent Dua myśli o demokracji, tego nie wiem, prawdopodobnie niewiele, bo myślenie wymaga wysiłku, czyli wydatkowania energii, a dzisiaj energia jest kosztowna. Słyszałem tylko, że się nieprzerwanie uczy. Czy jest w tym jakaś obietnica? Wątpię i nie mam sobie tego zwątpienia za złe.

Odc. 2

Na spacerze spotkałem chłopczyka. Miał wrotki na nogach. Nie zdziwiłem się, bo dzisiaj rzadko można spotkać chłopca bez wrotek. Niektórzy chyba rodzą się z wrotkami. Wyglądał na zmartwionego. Zapytał mnie o godzinę, pocieszyłem go, że nie jest jeszcze późno, że jest wciąż jasno, i jeśli martwi się upływem czasu, to życzę mu szczerze, aby spojrzał na świat optymistycznie. Wyglądał na nieprzekonanego, więc dodałem:

– Nic złego nie trwa wiecznie.

Dzieciak zaskoczył mnie odpowiedzią.

– Wie pan, że my w szkole rysowaliśmy różne ważne postacie. Pani powiedziała: – Narysujcie kogoś ważnego, kto wam imponuje.

– Czy to może być skała? – zapytała moja koleżanka. Ona lubi żartować – dodał chłopczyk.

– Tak, jeśli jest ważna w twoim życiu– odpowiedziała pani.

– Efekt był taki – rozgadał się chłopczyk, że dzieci rysowały biskupów, matrony pod kościołem, jedno narysowało kacyka mieszkającego w Afryce, który umiał zmieniać ludzi z nieszczęśliwych w szczęśliwych, większość jednak narysowała Plenipotenta.

– Dlaczego właśnie Plenipotenta? – zapytała pani.

– Bo wszyscy o nim mówią, ponieważ on myli liczby, większe uważa za mniejsze i w ogóle jakoś krzywo myśli.

Najciekawsze było to, że Plenipotent na rysunkach miał głowę konia i tułów człowieka.

– To jakiś niekompletny centaur! – powiedziała pani niepewnie.

– Ależ skądże! – zawołały dzieci. – Proszę zobaczyć: to nasz domorosły Plenipotent. Ma różowe okrągłe policzki i uśmiecha się, kiedy mówi coś smutnego. To nasza ludowa krzyżówka konia i człowieka! Od dołu wygląda jak dobrze skrojony garnitur, trochę obcisły, ale jednak garnitur, a na górze łeb konia i klapki na oczach. Czy to nie jest piękne? – zachwycały się dzieci.

Źle mi się skojarzył ten mitologiczny opis, nic jednak nie odpowiedziałem. Pomyślałem tylko, że do końskiego łba to i różne myśli przychodzą, prawdopodobnie roślinne, zawierające w sobie szalej lub substancje ogłupiające. Nic nie trwa wiecznie, więc krzyżówka człowieka i konia też długo nie przetrwa.

– Musimy tylko mieć cierpliwość – powiedziałem sobie w duchu.

Pocieszam się własnymi myślami. Wszystkim radzę to robić. To nic nie kosztuje.

Odc. 3

Śnił mi się Leon Kukuła zwany Kwefim, milioner o ambicjach despoty, ale bardzo dziwnie. Był pogrążony we śnie, w którym przeżywał nocny koszmar. Widziałem to jak na dłoni: ludzie wypychali go z kolejki stojącej w niekończącym się korytarzu. Niektórzy mieli na głowach kaptury, krzyczeli na niego, wyzywając go od uchodźców, dezerterów, terrorystów i zboczeńców. Kwefi podniósł ręce do góry osłaniając twarz. Był zszokowany, ponieważ zawsze otaczali go ludzie uśmiechnięci, usłużni, całujący w rękę.

– A tu masz, babo, placek! – usiłował zagadać sytuację jeden z trzech drabów, stanowiących ochronę Kwefiego.

Kolejka była w stanie wrzenia. Wydawało się, że nikt ani nic nie jest w stanie odmienić jej nastroju.

– Gnębiłeś nas przez tyle lat, to nie dziw się, że źle cię traktujemy, wyrzucając cię z kolejki i wywalając ci prawdę w oczy. Ty kacyku z małpiego raju, zramolały staruchu bez poczucia humoru i odrobiny zwykłej, ludzkiej moralności! Ukrywałeś się za parawanem przyzwoitości prorokując szczęście całego narodu, kiedy twoi ludzie okradali nas na potęgę żerując na majątku państwowym. Popatrz, co stało się z nami. Myślisz, że walka o równość i sprawiedliwość to nie boli!? – ludzie w kolejce odsłaniali kaptury i pokazywali głowy wypełnione hasłami: Wolność, Równość, Braterstwo! Precz z dyktaturą! Precz z ciemnogrodem! Chcemy chleba, a nie tandetnych igrzysk!

Kwefi patrzył na nich zszokowany, nie wierząc własnym oczom. Zamiast okrzyków podziwu, jaki jest mądry i dalekowzroczny, spotkał się z wrogością. To mu się w głowie nie mieściło.

Tłum nie przestawał krzyczeć.

– Budowałeś już baraki, w których my i nasze dzieci miały być indoktrynowane z oczami wzniesionymi w niebo i uczeni posłuszeństwa, oraz fabryki, gdzie chciałeś produkować smycze i kagańce dla nas. Chciałeś odebrać nam wolność i prawo do szczęścia w imię ideologii powszechnego dobrobytu, w której twoja partia ma własne szpitale, własną służbę zdrowia, własną policję oraz najwyższe stanowiska, uposażenia i przywileje.

Kwefi bledszy niż opłatek zasłaniał twarz rękami, rzucając błagalne spojrzenia w moją stronę, jakby mnie widział za kokonem snu. Pogrążony we śnie, odkrzyknąłem:

– Sam się broń, łajdaku, bo ja ci nie pomogę. Też jestem w kolejce, tylko mnie nie widzisz. I też cię nie znoszę!

Nie wiem, jak zakończyła się kolejkowa awantura, ponieważ się zbudziłem i poszedłem najpierw do toalety, aby spełnić conocny obowiązek, a następnie do kuchni, aby napić się wody.

Mówiła mi kiedyś psycholożka, że sny są odzwierciedleniem przeżyć na jawie. Czy ja wiem? Chyba tak.  

Odc. 4

Godzina ósma rano. Wstaję z niechęcią z tapczanu i odsuwam zasłony w oknie. Patrzę w dół. Słońce zalało całą powierzchnię osiedla, jego promienie sięgają wszędzie, nawet w miejsca, gdzie zazwyczaj panuje cień. Z naprzeciwka jedzie samochód firmy oczyszczania miasta z napisem „Porządkuj-Minimalizuj-Segreguj”. Przed nim idzie dwóch pracowników. Są młodzi, identycznego wzrostu, takie same sylwetki i ubiory. Wyglądają, jakby wycięto ich z kartonu i pomalowano w identyczny sposób: u góry żółte pasy na ramionach, identyczne na nogawkach. Idą środkiem drogi wewnętrznej i rozmawiają, nie interesując się niczym, co dzieje się wokół. Z tyłu podjeżdża ciężarówka z napisem „Porządkuj-Minimalizuj-Segreguj” i trąbi na nich. Mężczyźni w ogóle nie reagują. Ciężarówka przyśpiesza i przejeżdża po nich.

Jestem w szoku. Widzę, jak leżą rozpłaszczeni na asfalcie podobni do dwóch wąskich plamiastych dywaników. Ciężarówka zatrzymuje się. Po chwili, nie śpiesząc się, z kabiny wychodzi kierowca. Jest identycznie ubrani jak dwaj mężczyźni. Podchodzi do jednej z leżących sylwetek, następnie do drugiej i robi im zastrzyk. Potem łączy ich rozpłaszczone dłonie rurką plastikową, po czym rozpakowuje pompkę i pompuje powietrze do rurki. Spłaszczone ciała powoli nabierają elastyczności i wracają do normalnego wyglądu. Kierowca patrzy i czeka. Dwaj mężczyźni wstają, jakby nigdy nic, i jeden z nich mówi do niego: Dziękujemy. Spoglądam na zegarek. Cała operacja trwała około trzech minut.  

Tak sobie wyobrażam przyszłość. Medycyna ratunkowa na najwyższym poziomie; człowieka można odtworzyć i przywrócić do życia w najbardziej niewiarygodnych okolicznościach.

Odc. 5 

Snuję wyobrażenia o przyszłości, konkretnie o tym, co właśnie zobaczyłem. Scena tak mnie zaintrygowała, że schodzę na dół, aby porozmawiać z dwójką odratowanych mężczyzn. Okazuje się, że są to bliźniacy jednojajowi. Na ich ubraniach i twarzach widzę ślady bieżnika opon. Poznaję, są to opony tej samej marki, co w moim samochodzie. czyli GoodDay; dawna nazwa to GoodMonth.

Potem rozmawiam z kierowcą ciężarówki. Opowiada mi, jak przeprowadzona przez niego akcja ratunkowa była w ogóle możliwa.

– Mogłem połączyć ich rurką, aby wtłoczyć w nich płyn rekonstrukcyjny, ponieważ są to bliźniacy jednojajowi i mają taki sam genotyp. To znaczy, że są identyczni w każdym szczególe. W systemie komputerowym samochodu mam dostęp do ich danych medycznych. Dzisiaj, jeśli znasz pełny kod genetyczny człowieka, jesteś do przodu. Może spotkać cię nieszczęście, ale zostaniesz odtworzony. Wystarczy dostęp do bazy danych ze sztuczną inteligencją oraz człowiek z fachową wiedzą, doświadczeniem i umiejętnościami medycznymi. Ja mam takie kwalifikacje. W bardziej skomplikowanych sytuacjach potrzebny może być także magazyn części zamiennych. Części dostarczają ci dronem. To kwestia minut. Nie z takimi rzeczami dajemy sobie radę, skoro latamy już regularnie na księżyc, gdzie są uprawy roślin, przemysł, lotniska i miasta.

Kierowca samochodu „Porządkuj-Minimalizuj-Segreguj” rozgadał się. Lubi historię. Opowiada mi o przeszłości porównując ją z przyszłością.

– Przeszłość była mniej elastyczna, nie było dobrych technologii – myślę. – W przyszłości wszystko jest możliwe. To tylko kwestia wyobraźni i postępu.

Odc. 6

Ostatnie zdarzenia polityczne mam tak świeżo w pamięci, że wprost pachną mi nowością – zaczął Iwan Iwanowicz, człowiek o żelaznym organizmie, którego nie imają się choroby, starość ani wredne postępowanie. – W niezwykłym kraju, w jakim żyjemy, politycy wyjątkowo szybko nauczyli się kraść i manipulować społeczeństwem, tak aby ludzie tego nie zauważali albo widzieli i ignorowali. To wyjątkowo negatywny przykład postępowania w skali regionalnej, jeśli nie międzynarodowej – kontynuował Iwan Iwanowicz. – Zaczęło się to w początkowych latach obecnego wieku, kiedy władzę przechwycił przewrotny Kwefi przy niemałym udziale swego przewodnika duchowego księdza Pieczarki, znanego z zawołań „Alleluja” i „Sursum corda, bracia rodacy”.

Na szczęście to się zmieniło. Dzisiaj przypadki nadużyć politycznych i religijnych trafiają do niezależnego sądu, w ręce arbitrów nadzorowanych przez sztuczną inteligencję, niezależnych od rządu, nie dających się manipulować ani przekupić. Za najcięższe matactwa polityczne oraz przekraczanie uprawnień służbowych odpowiada się dożywotnim więzieniem. Prawo jest bezpardonowe, nie zna wybaczenia. Mówią, że jest to prawo nieludzkie, a równocześnie, że nie wynaleziono niczego lepszego służącego obronie zwykłego obywatela. Przestępców usuwa się bezpardonowo: nikt nie jest niezastąpiony w przedsiębiorstwie, organizacji społecznej czy w polityce. Każdego da się usunąć i wymienić, a nawet odtworzyć lub odrestaurować. Także spakować i wysłać na inną planetę. Dawniej Anglicy wysyłali skazańców do Australii, dzisiaj kolonie karne są zakładane na księżycu, a w przyszłości także na Marsie. To tam będą trafiać Kwefi i jemu podobni psychicznie zaburzeni osobnicy. Taka jest rodząca się na naszych oczach przyszłość – zakończył Iwan Iwanowicz, dając znać ręką, że warto wznieść toast z tego tytułu.

Odc. 7

Spotykam na zakręcie nieznanego brodatego mężczyznę. Przeglądam się w nim jak w lustrze, widzę w nim siebie.

– Boże, myślę, dlaczego ludzie w miarę starzenia stają się do siebie tak podobni!

Boję się, że jak zbliżymy się do siebie, po prostu połączymy się w jeden organizm. Przechodzą mnie ciarki. Nic takiego nie następuje. Brodacz zatrzymuje się dokładnie naprzeciwko mnie, mam wrażenie, że stoję przed lustrem, bo widzę w nim siebie, i mówi dokładnie to, co ja chciałbym powiedzieć jemu.

– Żyję sinusoidą, raz jestem u góry, chwilę potem na dole, wznoszę się i obniżam. Kiedy jestem na szczycie, prawie natychmiast upadam ma pysk czyli na podłogę, ziemię, murawę, dywan, błoto, czy wielki stos śmieci, w zależności od tego, gdzie znajduję się w danej chwili.

– To chyba nic szczególnego – mówię niby to obojętnie. W rzeczywistości jestem wzburzony, bo brodacz wypowiedział słowa uformowane w mojej głowie, jakie miałem skierować do niego.

Mężczyzna chyba nie słyszał mych słów, albo je zignorował, gdyż za moment kontynuował swoje wynurzenia, wyjaśniając, co robi, aby wydobyć się z dołu i wspiąć do góry.

– Zdołowany, napędzam się zimnym alkoholem, widokiem nagich kobiet, gorącą kawą lub polityką i innymi złymi emocjami.

Rozstajemy się z niejasnym uczuciem, że coś dziwnego i niebezpiecznego dzieje się między nami.

– Widząc siebie w innym człowieku masz omamy, ale nie halucynacje. Takie omamy to nic zdrożnego – mówi wieczorem w telewizji mężczyzna identyczny jak my dwaj, brodacz i ja.

– To już jest nas trzech – myślę i dochodzę do wniosku, że świat zaludniają klony jakiegoś bliżej nieokreślonego mężczyzny, i my jesteśmy takimi klonami. – Cholera jasna – mruczę pod nosem – jeszcze tego brakowało: ja klonem jakiejś nieznanego osobnika!

Odc. 8

Pomyślałem o Kwefim. Był najbardziej znaną osobą w kraju. Był – jak to się mówi – na świeczniku. Miał odpowiedni certyfikat. Nie chciał, aby jego pozycja była nieudokumentowana. Jego partia utrzymywała go przez osiem lat, zapewniając mu bezpieczeństwo i wszelkie wygody. Członkowie partii kochali go, kiedy inni go nienawidzili. Mówili o nim, że jest bardzo nowoczesny. Żył samotnie, ale dobrze się odżywiał. Poza tym nie robił niczego, tylko myślał, co inni ludzie powinni robić i wskazywał palcem wykonawców. Miał ich wokół siebie do groma i trochę. Cieszyli się z tych zleceń; ożywiali się i odmładzali, bo było zawsze to coś ekscytującego, jakieś nowe wyzwanie. No i płacił im bardzo dobrze, więcej niż mogliby zarobić gdzieś indziej. Za tak dobre wynagrodzenie byli gotowi drażnić i nienawidzić niechętnych mu ludzi, traktując ich jak dawniej treser niedźwiedzia uczącego się chodzenia na tylnych łapach na gorącej blasze.

O Kwefim mówiono:

– To człowiek uniwersalny. Sam sobie przygotowuje jedzenie i dobrze się odżywia. Poza tym nic więcej nie umie robić. Bo i po co miałby umieć, skoro może kazać wszystko zrobić innym?

Najbliżsi współpracownicy Kwefiego rozpowiadali o nim też inne ciekawe rzeczy, niekiedy całkiem zdumiewające. Żyli jakby w oparach.

– W przyszłości Kwefi zastąpi pana Boga. Obecnie tylko konsultuje z nim ważniejsze sprawy państwowe i wykonuje tylko to, co z Nim uzgodni. Na przykład: kto ma mieć dyplom uznania, kto samochód, a kto ma urodzić i wychować dziecko. Ważne były szczegóły dziecka. Kwefi określił je bardzo precyzyjnie: musi być pracowite a kiedy dorośnie, musi wyrabiać solidną dzienną normę pracy włącznie ze składką na emeryturę. Emerytura była ważna dla Kwefiego, bo ludzie skarżyli się, że za długo pracują.

Odc. 9

Podróżowali w jednym wagonie, radośnie rozśpiewani. Jak tylko wjechali na stację, pociąg wykoleił się. Nie spodziewali się tego i wszyscy upadli na pysk. Tak to określili. Za oknami, zamiast tłumów witających ich kwiatami, zobaczyli ludzi zaciskających pięści, niektórzy z łopatami i widłami w rękach. Pierwszy oprzytomniał sekretarz Kwefiego.

– To nie jest sen, mistrzu – wymamrotał zbielałymi ustami. – Wjechaliśmy w bagno i nie wygrzebiemy się z tego. Czuję, jakbym stracił władzę w nogach.

– W rękach też – premier Chudy niemrawo poruszył dłońmi. Jego nos wydłużył się. – Nie będzie nam łatwo, nawet gdybyśmy chcieli kłamać, a przecież tego nie chcemy robić. Jesteśmy dobrymi chrześcijanami.

– Co wobec tego robimy? – zapytał niepewnie Blaszka, najwierniejszy konfident Kwefiego. Skupili się w rogu chybotliwego wagonu, aby odbyć naradę. Wszyscy patrzyli na Kwefiego.

– Udawajmy, że nic się nie stało – zaproponował Chudy. – Liczymy na ciebie, Kwefi. Tylko w tobie nadzieja. Wszyscy reprezentujemy ten pogląd.

– Ale to ja was wpędziłem w to bagno – rozpoczął cicho Kwefi.

Zignorowali jego słowa, jakby nie słyszeli, co mówił. Pocieszali się.

– Pomoże nam Plenipotent. To on podpisuje wszystkie dokumenty. Będzie je bardzo starannie czytać, sprawdzać, segregować, opiniować. Na pewno znajdzie w nich dużo błędów. Będzie odmawiać ich podpisywania, a bez dokumentów nie sposób cokolwiek zrobić.

– Udajemy głupich, panowie – podjął Jonasz Chudy. – To musi się udać. Tasak chce nam odebrać władzę i zdrowo nam dokopać, ale my do tego nie dopuścimy. Nie przyjmujemy jego słów do wiadomości. Udajemy, że nic się nie zmieniło. że o niczym nie wiemy.

– Panowie i Panie – zagaił Plenipotent na wielkim festynie ludowym, transmitowanym przez wszystkie kanały telewizyjne. – Potwierdzam, że nic się nie zmieniło w naszym wielkim gospodarstwie. Moja kancelaria sprawdziła wszystkie dokumenty. Majątek nadal pozostaje w dyspozycji Partii Powszechnego Dobrobytu, a władza w rękach pana Chudego. Jest on gospodarzem, który będzie kierować wszystkimi pracami: orką, przygotowaniem pól, opryskami, sadzeniem i zbiorem ziemniaków, warzyw i kwiatów oraz hodowlą i ubojem bydła. Jesteśmy na drodze do powszechnego dobrobytu, i tylko o tym musimy pamiętać i wszystkim przypominać.

Odc. 10

Po Plenipotencie przemawiali inni członkowie Ruchu Patriotycznego. Mówili głośno i natarczywie. Byli agresywni. Zorganizowali procesję, aby udokumentować poparcie dla Kwefiego i Chudego. Wyrażali ubolewanie z powodu kobiet, które przyczyniły się do wykolejenia się pociągu. Byli szczerzy do bólu.- To one nam dokopały. Wredne baby! Szuje, nie kobiety!

Chudy w parlamencie wystąpił z orędziem. Zaproponował opozycji przymierze.

– Będziemy kopać piłkę jak dawniej do tej samej bramki, a wy nam będziecie w tym pomagać. To najbardziej patriotyczne, co możecie zrobić. Gdybyście postąpili inaczej, bylibyście zdrajcami.

Wygwizdano go.

– Chyba ci się popieprzyło – rozległy się okrzyki. – Nie będziesz nas uczył patriotyzmu! Sami wiemy, na czym on polega.

W parlamencie obrady poprowadził już nowy człowiek. Zapowiadały się wielkie zmiany.

Odc. 11

Na ławce w parku przysiadł się do mnie mężczyzna. Miał na sobie ciemnogranatową ciepłą kurtkę, na głowie czapkę, na rękach czarne rękawiczki. Wyglądał raczej mrocznie. Nie pamiętam, jakie miał buty. Po wymianie kilku niezobowiązujących uprzejmości, w rodzaju: jak wcześnie zapada już zmierzch, dni są takie ponure i tyle rzeczy się dzieje na świecie, a u nas względnie spokojnie, gdyby nie polityka, przedstawił się w pośpiechu, jakby bał się, że zapomni:

– Wacław Wampir. Przyjaciele mówią mi Wacek.

Pomyślałem, że to nie jest jego nazwisko, tylko ksywa.

Mężczyzna opowiedział mi historię ostatnich lat swego życia. Zapamiętałem ją w skrócie. Był w lesie i zbierał grzyby. Były to mało popularne, ale jadalne i smaczne gąsówki fioletowawe. Obok ścieżki rosła rajska jabłoń, pod nią znalazł jabłko a właściwie to jabłuszko, okrągłe, umyte deszczem, chciał spróbować, ugryzł … nie wiedząc kiedy wyłamał sobie dwa przednie zęby.

– Fatalnie to wypadło, dziura na samym przedzie jak lej po bombie. Wyglądałem jak wampir. W tej chwili tego nie widać, bo noszę maseczkę na twarzy. Nikogo to nie razi, każdy myśli, że to ochrona przed wirusami.

Mój rozmówca zamilkł, patrzył na gałązkę brzozy rosnącej przed ławką, z których skapywały kropelki wody, po czym uśmiechnął się oczami nad maseczką i kontynuował.

– Postanowiłem niepowodzenie przemienić w coś udanego, uznając, że jest to okazja, aby odmienić moje życie na lepsze. Puściłem wodze wyobraźni i …wszedłem w rolę wampira. Wychodziłem wieczorem z domu i straszyłem ludzi szczerząc zęby. Dziura w uzębieniu wyglądała okropnie, widziałem to wcześniej w lustrze, a potem po ludziach, jak reagowali.

Odc. 12 

Moja upiorna sława upowszechniała się. Blady strach padł na okolicę. Bali się mnie ludzie a nawet zwierzęta. Pamiętam wielkiego buldoga i jego przekrwione oczy. Jak otworzyłem usta i warknąłem ma niego, natychmiast spokorniał i skomląc wycofał się. Nie uwierzy pan, ale nawet szczury wyniosły się z miasteczka, a było ich niemało z powodu wysypiska śmieci, którym nikt nie chciał się zająć rzekomo z braku pieniędzy. Byłem tak skuteczny w zwalczaniu plagi szczurów grożącej miasteczku, że zrobiono mnie dyrektorem miejskiej firmy deratyzacji. Zapisałem się wtedy do partii. Od tego czasu awansowałem nieprzerwanie, dochodząc w końcu do stanowiska dyrektora departamentu w ministerstwie ochrony środowiska. Teraz jestem na emeryturze, dorabiam sobie, szczerząc zęby do ludzi. Wszyscy dają mi pieniądze, abym przestał ich straszyć. Żyję jak lord.

Rozmawialiśmy o pasjach i zainteresowaniach Wampira. Sam podjął temat afiliacji politycznej. Mówił o partii, którą popierał. Odchylił klapę kurtki jak tajny agent i pokazał mi malutki znaczek. Rozpoznałem od razu: to był pozłacany wizerunek Kwefiego: okrągła twarz, kaszkiet na głowie i oczy nabiegłe krwią. Ten ostatni szczegół zastanowił mnie, bo nigdy go takim nie widziałem ani występującego publicznie, ani w telewizji, ani na kolorowych zdjęciach w prasie czy w Internecie.

– Co z nim jest? – zapytałem odruchowo. – Ma oczy czerwone jak królik.

– Jest wściekły, że stracił władzę. Sam nie wiem, jak to się stało, bo ja i masa ludzi, jakich znam, popieraliśmy go, jeździliśmy na wiece, rozdawaliśmy ulotki i krzyczeliśmy na cały głos: Kwefi! Kwefi! Kwefi!

– Pan nadal w niego wierzy?

Wampir zawahał się.

– Nadal. Ale już nie tak mocno. Zresztą, od kiedy odnalazłem się w roli wampira, to nie ma już znaczenia. W jednej i drugiej roli czułem się dobrze. Wydaje mi się, jakbym nadal był w partii, tylko teraz jestem bardziej wyrazisty i jednoznaczny, mówiąc dokładniej, bardziej drapieżny.

Odc. 13

„Kwefi nadal żywy” – to hasło na transparencie niesione przez miasto przez zwartą grupę zwolenników Kwefiego przypominało mi historyczne czasy Lenina.

Czytałem wywiad na temat Kwefiego, jakiego udzielił jego sekretarz.

– Kwefi ma ustalone poglądy na wszystkie tematy. Nigdy nie miał i nie wątpliwości. U niego wszystko jest wyraziste: białe albo czarne.

Jak wyznał pewien aktywista z kręgów jego władzy, Kwefi kolorowe miał tylko kwiaty w salonie. Nawet sny miał czarno-białe.

– Wolność słowa, sumienia i wyznania, to czyste mrzonki – mówił Kwefi. – Wszystko podlega regulacji, bo świat musi być uporządkowany. Nie znoszę bałaganu, a jeszcze bardziej chaosu. Chaos może być w kosmosie, ale nie na ziemi, zwłaszcza tam, gdzie ja przebywam.

Kilku ważnych szczegółów o Kwefim dowiedziałem się od księdza, który był celebrytą w swojej na parafii i trochę mniej w diecezji. Przyjaźniłem się z nim przez jakiś czas. Wspominał, że kiedyś spowiadał Kwefiego. To mnie zaintrygowało. Poproszony o uchylenie rąbka tajemnicy, ksiądz zwierzył się, że późnym wieczorem, kiedy nikogo nie było w domu, Kwefi wchodził do łazienki, rozbierał się do naga i gruntownie oglądał siebie, tak jakby chciał poznać każdy centymetr kwadratowy swego ciała. Nie uważał tego za grzech.

– Co go do tego skłaniało?

– Nie wiem. Nie wyjaśnił mi tego, choć go dyskretnie o to wypytałem. Był inny niż wszyscy ludzie. Raz mi tylko powiedział, że chciałby być bardziej umięśniony i owłosiony.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Bo w ten sposób czułbym się bardziej męsko – odpowiedział. Ludzie mi niechętni mniej by się ze mnie śmieli. Mają mnie za człowieka niekompletnego uczuciowo i intelektualnie. Chcieliby, abym był taki sam jak inni, miał rodzinę i przyjaciół, chodził do sklepu i robił zakupy, podróżował, pokazywał się częściej publicznie i rozmawiał z ludźmi, zwłaszcza z dziennikarzami i reporterami. A ja ich nie znoszę, bo zadają mi głupie pytania. Jestem po prostu inny.

Odc. 14 

Kwefi pozbawiony władzy dyktatorskiej okazał się pokraką. To podły wyraz, ale trafny. Rozmawiając z dwójką moich przyjaciół o polityce, doszliśmy do zgodnego wniosku.

– Kwefi to degenerat psychiczny, emocjonalny i intelektualny, człowiek bezkrytyczny, przekonany do głębi, że prawda i prawość są wyłącznie po jego stronie. To człowiek zagubiony w pogmatwanym świecie, przyciągający ludzi identycznych jak on sam, połamańców duchowych, przesiąkniętych wiarą, że tylko oni mają rację, w związku z czym mogą oszukiwać, kraść i defraudować bez ograniczeń, pod hasłami pomocy, wsparcia i dofinansowania.

Był to dla mnie udany dzień. Słońce eksplodowało światłem, poczułem radość, ulgę, spadek napięcia nerwów. Powiedziałem sobie:

– Nadszedł czas, abym zdetronizował Kwefiego, raz i na zawsze.

I tak się stało. Odrzuciłem go. Przestał mnie prześladować. Dotychczas żyłem niepokojem jego dyktatorskiej niepoczytalności. Teraz przestałem o nim myśleć, czytać i rozmawiać. Jak przeżarta rdzą lokomotywa Kwefi zjechał na bocznicę historii porosłą chwastami wspomnień, i tam już pozostanie.

Odc. 15

Wydawało mi się, że miało to miejsce w przyszłości, choć rozmawialiśmy wczoraj. Tematem była modyfikacja i podmiana ludzi. W ostatnich latach zdarzały się przypadki zaginięcia ludzi. Czasem ich porywano, i jeśli rodzina nie zapłaciła okupu, modyfikowano ich albo i nie, oraz poddawano intensywnemu treningowi zmiany świadomości i przywracano społeczeństwu w nowym miejscu i roli.

Rozmawiając na ulicy, zauważyliśmy, że przysłuchuje nam się kobieta w ciemnej sukni spiętej powyżej bioder wąskim paskiem z klamerką. Pasek rozdzielał ja na dwie połowy tak skutecznie, że miało się wrażenie, że górna połowa ciała unosi się nad dolna. Twarz kobiety wydała mi się wydała mi się dziwnie znajoma, nie mogłem jednak sobie przypomnieć skąd ja znam. Uznałem więc, podobieństwo jest zupełnie przypadkowe lub je sobie wydumałem. Wyglądała mi na sprzątaczkę lub laborantkę, ale mogę się mylić.

Kiedy na nią popatrzyliśmy, odezwała się.

– Ja to w pierwszej chwili nie poznałam, kiedy wymienili mi męża, który zginął w górach w czasie wspinaczki. Kiedy dostarczono mi nowego, jako rzekomo mego prawdziwego męża cudownie odnalezionego w szczelinie skalnej, był identyczny jak poprzedni. Dopiero wieczorem zauważyłam, że miał krótszego siusiaka, ale nie miało dla mnie znaczenia, bo przyzwyczaiłam się do częstych zmian. Wszystko zmienia się w tak szybkim tempie!

Historia podmiany męża opowiedziana przez kobietę w ciemnej sukience wydała nam się podejrzana. Omówiliśmy ją ze specjalistą-genetykiem, dalekim krewnym mego biskiego przyjaciela Erazma Jansena. Wyjaśnił nam sprawę dosyć przejrzyście:

– Albo kobieta kłamała, albo zażartowała z was w sprawie tego penisa, ponieważ dzisiaj znając kod genetyczny, lekarze są w stanie odtworzyć człowieka w najmniejszych szczegółach, jeśli trzeba, to nawet z ubraniem, butami i kapeluszem. Człowiek odtworzony jest identyczny jak oryginał, nikt nie jest w stanie ich odróżnić. Penis w przypadku tej kobiety to jakaś wymówka, którą rozwikłać możne chyba tylko psycholog.

Odc. 16 

Byłem wczoraj w teatrze. Miałem miejsce w pierwszym rzędzie. Spektakl był pod nazwą: Cudotwórca. Grający go aktor o nazwisku Plenipotent ubrany był w garnitur i miał przylizane włosy. Siedząc w fotelu w teatrze, miałem wrażenie, jakbym siedział w domu przed ekranem telewizora.

Stojąc sztywno na scenie i uśmiechając się – wydawało mi się, że uśmiechał się głupkowato – Plenipotent rozejrzał się powoli w prawo, w lewo, jakby oczekując aplauzu, po czym oświadczył:

– Nazywam się Dua. To krótkie i przemawiające do wyobraźni nazwisko. Nie muszę podawać imienia, bo wszyscy mnie znają. Jestem celebrytą, najważniejszym aktorem w tym teatrze. Popatrzcie, jak dumnie stawiam nogi i jak zgrabnie się poruszam. Mam do odegrania nową sztukę, a potrafię zagrać wszystko. Na przykład wskrzesić zmarłe sprawy. Powiem tak: Przyszłość jest niepewna, dlatego potrzebny jest nam rząd mądrych ludzi. I ja go powołałem do życia. Z niczego, ponieważ jestem cudotwórcą. Rządem będzie kierować mój kolega, także aktor, o nazwisku Chudy, który podejmuje się najtrudniejszych ról. Nasz teatralny rząd będzie dedykowany pamięci bohatera minionych czasów, Kwefiego, byłego dyrektora tego teatru, też cudotwórcy.

– Co się z nim stało? Z tym Kwefim. Był i zniknął – odezwał się męski głos z widowni.

– Zaplątał się we własne nogi i wywrócił. Inaczej mówiąc, wykoleił się -odpowiedziała jakaś kobieta na widowni.

Konferansjer przedstawił krótko życiorys Plenipotenta:

– Śpiewa, recytuje, komponuje, jeździ na rolkach. Nosi kolorowy kask. To go wyróżnia.

Za chwilę na scenę wszedł drugi konferansjer, co wywołało małe zamieszanie.

– Aktor Plenipotent to dzielny człowiek. Walczy z chorobą. Zaraził się wirusem powinowactwa ideologicznego. Choruje od początku kariery aktorskiej. Niestety nie leczy się, przekonany, że nic mu to nie pomoże. To wszechstronny aktor. Grał kiedyś konia pociągowego, wyuczył się chodzić przy dyszlu, bo bał się krzyku woźnicy.

Głos zabrał Plenipotent. Zaprezentował rząd. Żegnając go powiedział:

– Serdecznie życzę wam powodzenia, koledzy i koleżanki. Macie tyle spraw do załatwienia. Nie zapomnijcie zabrać ze sobą książeczek do nabożeństwa.

– Takiś aktor jak z koziej dupy trąba – ktoś krzyknął wulgarnie.

– Wulgarnie, ale trafnie – szepnęła siedząca obok mnie niewiasta.

Widownia skwitowała wystąpienie aktora Plenipotenta gwizdami. Pomyślałem, że ludzie rozumują zupełnie inaczej niż on. Nie lubią fikcyjnych sucharów, chcą prawdziwego chleba a nie tandetnych igrzysk, bo szkoda im czasu i zachodu.

Odc. 17

Na krajowe forum spraw publicznych Plenipotent Dua wkroczył jako rozjemca między Starym a Nowym Rządem. Jego przyjaciele mówili o nim z entuzjazmem:

– Dua to nadzwyczaj zdolny aktor. Dostosuje się do każdego teatru, dyrektora, sceny, zestawu akcesoriów i publiczności. Spełnia się w rolach komediowych i tragicznych, a najlepiej to rżnie głupa.

Było to bardzo wulgarne określenie. Kiedy zorganizowano plebiscyt, czy taki język przystoi oświeconemu narodowi, okazało się, że znakomita większość ankietowanych zgadzała się z opinią, że nikt nie potrafi tak fenomenalnie rżnąc głupa jak Plenipotent Dua.

– Nasza opinia to wyraz uznania dla tej wybitnej postaci – wyjaśniali aktorzy, koledzy Duy. – W określeniu „rżnie”, które pachnie rzeźnikiem, oraz głupa, które pachnie szpitalem psychiatrycznym, nie ma żadnej obrazy.

Mimo oczywistych pochwał pod adresem Plenipotenta Duy jako aktora, fachowcy nadal spekulowali, jaki on jest naprawdę i czy się przypadkiem nie zmieni. Debatowały o tym, wyrażając obawy, kolejne zjazdy socjologów, psychologów społecznych i politologów.

– Da radę! Nie da rady! Wysiłki intelektualne, jakie podejmuje, są niezwykłe. Już obecnie przewraca oczami w lewo i w prawo, kiedy uczestniczy w publicznej uroczystości i ma coś powiedzieć. To nie może pozostać bez wpływu na jego zdrowie!

Plenipotent Dua nie brał sobie takich opinii do serca. Pozostał niewzruszony niby opoka skalna wobec zmian pogody, upałów, mrozów i opadów i wiatrów. Był pełen inicjatyw, pomysłów i energii jak dziecko z ADHD. W połowie listopada zaskoczył społeczeństwo ogłaszając konkurs na współzawodnictwo zespołów teatralnych zwanych Starym Rządem i Nowym Rządem.

– Niech walczą ze sobą. Zobaczymy, kto okaże się lepszy, kto będzie mieć większe poparcie publiczności. Stary Rząd, sterany i zmęczony inwalida, twierdzi, że wygra mimo przegranych biegów kwalifikacyjnych. Ja mu wierzę. W takich trudnych sytuacjach zdarzają się cuda, tym bardziej, że jesteśmy krajem ludzi tolerancyjnych i pobożnych. U nas nawet księża mogą nie wierzyć w Boga, prowadzić wytwórnie alkoholu, importować kosztowne samochody z zagranicy, prowadzić prywatne żłobki i szkółki dla dzieci i młodzieży, gdzie uczą się one intymności życia rodzinnego. Wolność to wolność!

Reprezentacji Starego Rządu podjął się Admin Chudy, mimo że wcześniej energicznie bronił i głosował za niektórymi projektami Nowego Rządu. Pytany o to wyjaśnił z rozbrajającą szczerością:

– We łbie mi się przewróciło, tak że nie mam się z czego tłumaczyć. Taki już jestem, elastycznie nieobliczalny. Kwefi, mój wzór człowieka i bohatera,  ceni mnie za tę elastyczność. To on mnie nauczył ćwiczeń rozciągających ciało we wszystkich kierunkach oraz chodzenia po linie na dużej wysokości. To dzięki niemu jestem teraz w stanie wykonać każdy szpagat, na podłodze i w powietrzu, mimo że od dłuższego czasu go nie ćwiczyłem. Pod moim kierownictwem zespół Starego Rządu ma wszelkie szanse wygranej.

Odc. 18

Za Starym Rządem opowiedziało się Zrzeszenie Zapóźnionych Seniorów oraz Kwefi, który cudownie odżył po tygodniach starczego półletargu. Nie odzywał się w tym czasie ani słowem, choć lekarz twierdził, że potwornie przeklinał Tasaka, kiedy był sam i nikt go nie słyszał. Pod wodzą Kwefiego członkowie Zrzeszenia wylegli tłumnie na ulice, aby demonstrować swoje poparcie dla Starego Rządu.

– Co komu przeszkadza Stary Rząd? – wołali gniewnie wznosząc zaciśnięte pięści do góry.

– Opozycja mówi, że kradli!

– To nieprawda, bo to Staremu Rządowi ukradziono zwycięstwo, które mu się należało.

– A kto dzisiaj nie kradnie?

– Pan Bóg i wszyscy święci! – odezwał się głos z góry.

– Gdzie jest Admin Chudy, przywódca Starego Rządu? – krzyknął ostatnim głosem Miś, który schronił się w krzakach w związku z zamieszaniem wokół wirusa. – Chcę go pobłogosławić, zanim wygłosi to swoje słynne powitalno-pożegnalne przemówienie.

– Admin przygotowuje się do wygłoszenia orędzia na rzecz przyszłości. Jutro będzie uczestniczyć w uroczystości nowoczesnego obierania ziemniaków w kole gospodyń wiejskich, a potem weźmie udział w żniwach w jednym z afrykańskich krajów. Co będzie robić potem nie wiadomo.

Następnego dnia uczestnicy demonstracji popierającej Stary Rząd zawiesili na szubienicach portrety kilku członków Nowego Rządu. Były oznaczone u dołu napisami: Minister Zdrowia Nowego Pokolenia, Minister Sprawiedliwości Dziejowej oraz Minister do spraw Eksploatacji Zabobonów. Przywódcy demonstracji sami zadzwonili na policję.

– Przyjeżdżajcie, aby nas aresztować za szubienice, jeśli jesteście tacy odważni!

Policjanci przyjechali i aresztowali wichrzycieli. Wkrótce odbyła się rozprawa sądowa. Sąd wydał wyrok w zawieszeniu.

– Czyn oskarżonych nie wykazuje znaczących znamion przestępstwa. Wieszanie portretów znanych osób jest oznaką dobrego humoru i skłonności do żartów. Co innego, gdyby oskarżeni opluli wieszane portrety – orzekł przewodniczący sądu podobny do wielkiego żuka. Mówiąc, ruszał czarnymi wąsiskami, rozśmieszając publiczność.

Admin Chudy, regularnie doznający religijnych objawień, przeżywając wizje radosnej przyszłości. Ubrany w nowy garnitur i nowe progresywne okulary w poważnej, stalowej oprawce, intonował w kościele modlitwy dziękczynne za oczekiwane pojednanie zwolenników i przeciwników Starego i Nowego Rządu.

W kraju zapanowała wolność i miłość. Policja dokonała pierwszych aresztowań osób winnych marnotrawstwa i kradzieży majątku narodowego. Zdjęcia aresztowanych powielano i wieszano w oknach. Trwała radość.

– Co kraj, to obyczaj. Jeszcze nigdy nie było tak wesoło – entuzjazmowali się rozochoceni przechodnie.

– Czyż nie jesteśmy wspaniałym narodem? – wołali przedstawiciele Zrzeszenia Zapóźnionych Seniorów i Seniorek. – Nie wszystko rozumiemy z tego, co się dzieje w kraju, ale się cieszymy. Najważniejsze, że Kwefi jest z nami. Kochamy go i czekamy aż przejdzie na emeryturę. Wybierzemy go wtedy Dożywotnim Przewodniczącym Zrzeszenia Zapóźnionych Seniorów i Seniorek, kupimy mu nową taczkę do ogrodu, będziemy mu sadzić kwiaty w doniczkach, pielęgnować jego sfatygowane stopy i skrapiać je najlepszą wodą kolońską. To osoba zasługująca na świętość. Oprócz nas nikt go nie rozumie.

Odc. 19

– W kraju szerzy się palantyzm – ta wiadomość przebijała się coraz mocniej do świadomości obywateli. Lekarze postawili diagnozę: palantyzm najbardziej zagraża osobom wykształconym, intensywnie myślącym, na wyższych stanowiskach, wiąże się ze stresem i aktywnym życiem społecznym, zwłaszcza wystąpieniami publicznymi.

W trakcie dyskusji wyjaśniano, w jaki sposób to zjawisko się przejawia.

U ludzi dotkniętych palantyzmem zanika pamięć a wraz z nią wrogość wobec przeciwników. Osobnik taki, w żargonie medycznym zwany palantem, doznaje utraty skojarzeń, składa propozycje wspólnych działań, widzi zbieżności poglądów oraz możliwości koalicji.

Po kilku dniach niepewności wybuchła sensacja; choroba ta dotknęła znanego powszechnie Admina Chudego, kierującego państwem z nadania słabnącego dyktatora Kwefiego. Zapytany o samopoczucie, Admin odpowiedział bez wahania, z typowym dla niego uroczym, lekkim jak puch uśmiechem wąskich ust.

– Tak, nie ukrywam, jestem palantem. Ta rzekoma przypadłość też mnie dotknęła, choć ja uważam, że to nie jest żadna choroba; wręcz przeciwnie jest to przejaw zdrowia mentalnego i fizycznego. Zaproponowałem naszym przeciwnikom, pod kierownictwem pana Tasaka, osoby wyjątkowo pozytywnej, przedsiębiorczej i dobrze zorganizowanej, abyśmy wspólnie poprowadzili kraj w przyszłość. Widzę liczne punkty zbieżne, mamy identyczne poglądy na wiele tematów. Obydwaj jesteśmy przeciwni kolesiostwu, korupcji i kradzieży mienia państwowego, jesteśmy też zdecydowanymi zwolennikami demokracji.

– A co sądzi pan o Kwefim, z którym współpracował pan wyjątkowo blisko?

– Czy rzeczywiście myśli pani, że współpracowałem z nim tak blisko?

– Przynosił mu pan przecież świeże bułeczki na śniadanie i przygotowywał kanapki, a wieczorem pomagał nakładać kapcie, zanim usiedliście do snucia wspólnych planów przy kominku.

– Nie przesadzałbym z tą bliskością. To nie są relacje typu mężczyzna-kobieta, gdzie w sposób naturalny strony dążą do zbliżenia. Pan Kwefi nie jest dzisiaj tym samym człowiekiem co dawniej. Strasznie podupadł na zdrowiu, z trudem rusza głową, a dzisiaj trzeba myśleć jak nigdy. Słyszałem, że ubiega się o emeryturę. Życzę mu oczywiście wszystkiego najlepszego, podobnie jak innym obywatelom, szczególnie młodym zamężnym kobietom, osobom niepełnosprawnym i nauczycielom. Szanuję ich i kocham bardziej niż ojciec, matka, brat czy siostra.

– Mówiono też, że Kwefi przed powierzeniem panu pozycji Admina szturchał pana kijem dla wypróbowania pańskiej cierpliwości i wytrzymałości.

– To oczywiście nieprawda, a jeśli nawet tak się zdarzyło, to tylko z korzyścią dla mnie. Nabrałem odporności na wściekłe ataki opozycji.

– Co sądzi pan o Nowym Rządzie na czele z posłem Tasakiem?

– To wspaniali ludzie. Cieszę się, że wreszcie doszli do głosu. Zawsze im sekundowałem. Zaproponowałem im bliską współpracę, konkretnie współrządzenie. Sami nie dadzą rady. Liczę w tej sprawie na życzliwe pośrednictwo przewodniczącego parlamentu. Mówimy sobie po imieniu, lubimy się, udziela mi głosu, kiedy sam nie chce mówić. To ciepły człowiek.

– A co myśli pan o szerzącej się ostatnio epidemii palantyzmu?

– Ujmę to w moim ulubionym stylu, trzeźwo i rześko jak uczeń po dobrze przebytej depresji. Jest klawo. Palantyzm, powtórzę, nie jest żadną chorobą, tylko objawem zdrowia psychicznego i poprawnego rozumienia szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Być palantem to nie wstyd, tylko zaszczyt.

Odc. 20

W końcu roku Plenipotent Dua stał się najbardziej popularną postacią w kraju. Cieszono się jego każdym publicznym wystąpieniem i z niecierpliwością oczekiwano jego decyzji wyboru między Starym Rządem i Nowym Rządem.

– Pan Plenipotent jest najważniejszą osobą w państwie. Bez jego akceptacji nie zostanie opublikowany żaden dokument państwowy. Nawet jeśli nastąpiłoby to bez jego podpisu, to nikt nie będzie go czytać, ani stosować się do niego – tłumaczyli ludzie Plenipotenta obywatelom pragnącym poznać dokładniej, jak kręcą się tryby machiny państwowej. W kraju nie brakowało takich osób. Liczba niedouczonych obywateli nikogo już nie dziwiła, odkąd badacze wiedzy o społeczeństwie ustalili ponad wszelką wątpliwość, że do kraju wróciły analfabetyzm i ciemnogród.

– Ludzie umieją pisać i czytać, ale nie rozumieją tego, co czytają, nie umieją też odróżnić dobra od zła, prawdy od fałszu i mądrości od głupoty. Krytycyzm uległ głębokiemu porażeniu – tłumaczyli autorzy badań.

Traktując niezwykle poważnie sprawę wyboru właściwego rządu, Plenipotent Dua dwoił się i troił, zbierając i analizując argumenty przemawiające za i przeciw każdemu z nich. Rozmawiał z szefami obydwu rządów, przez kilka godzin słuchał ich z najwyższą uwagą, czytając nawet ukryte intencje z ich ust, oczu, uśmiechów i gestów. W nocy modlił się do Boga o łaskę i salomonową wiedzę, jaką decyzję podjąć. Żadna nie wydawała mu się dostatecznie dobra.

– Wybierać dzisiaj rząd to tak jak wybierać między cholerą a zarazą. Coś przerażającego! – skarżył się kochającej go żonie. Ta pocieszała go jak mogła najlepiej. Prawie nie poruszając ustami, przemawiała do niego czule jak nienasycony głodomór do ostatniego obwarzanka.

Po dłuższym rozmyślaniu rozdarty niepewnością Plenipotent zdecydował się:

– Jeśli ślina poleci w prawo, wybiorę Stary Rząd, a jeśli poleci w lewo, wybiorę Nowy Rząd. Była to sprawdzona metoda.

Plenipotent splunął na lewą dłoń, po czym uderzył ją kantem prawej ręki, obserwując uważnie, w którą stronę poleci ślina. Podjąwszy właściwą decyzję poczuł, jak wielki ciężar spada mu z serca.

– Podejrzewamy Plenipotenta o palantyzm – oświadczyła w parlamencie przedstawicielka Nowego Rządu nie znając jeszcze decyzji podjętej przez Plenipotenta. Nikt jej nie uwierzył, ponieważ nie była lekarką ani psycholożką, zdolną należycie ocenić jego niezwykłe rozumowanie i czyn.

Plenipotent nie negował swego palantyzmu, ale też i nie potwierdzał go. Było to zgodne z dyplomatyczną zasadą bezstronności praktykowaną od dziesięcioleci przez brytyjskich monarchów. Będąc niegdyś na proszonym obiedzie u królowej w Londynie, Plenipotent przyswoił sobie tę zasadę, aby móc odpowiadać na drażliwe pytania dziennikarzy o to, co piszczy w trawie i jest niewidoczne dla oka. Były to pytania wymagające prawdziwej dyplomacji.

Odc. 21

Żona Plenipotenta była kobietą niezwykle delikatną i tak małomówną, że nawet z mężem i córkami rozmawiała na migi. Raz lub dwa razy – pod wpływem wielkiego wzruszenia – przemówiła, ukazując dwa szeregi równiutkich białych zębów. Przez kilka dni Plenipotent nosił się dumny jak paw, że nie tylko on, ale i jego żona, zasługuje na najwyższe uznanie.

– Dziwną jesteście rodziną, ale takich was kochamy, choć sami jesteśmy inni – pisali na blogach zwolennicy Plenipotenta.

– Plenipotent jest tak niezwykłą osobowością, że należałoby wystawić mu pomnik, może nawet kilkanaście – mówiła w telewizji kobieta, która regularnie przychodziła na spotkania z Plenipotentem z transparentem adoracyjnym z napisem wykonanym złoconymi literami: Błogosławione niech będzie łono, które cię wydało, oraz piersi, które cię wykarmiły, a było to przecież zadanie niełatwe, zważywszy, że byłeś dzieckiem z ogromnym apetytem na mleko. Ludzie mówili, że cudem było nie tylko wykarmienie tak wspaniałej postaci ale i przedstawienie jej bogactwa duchowego na zwykłym, prostokątnym kawałku materiału.

Jedną z zalet Plenipotenta Duy była szczególna umiejętność opowiadania kawałów. Była ich niezliczona ilość: o krawędzi cienia ostrzejszej niż brzytwa, ludojadach, którzy na jego oczach zjedli mu przyjaciela, wpierw zagotowawszy go w kotle, o niezłomności Plenipotenta w walce z wrogami politycznymi oraz wobec oskarżeń o wiarołomstwo, o jeździe na nartach w kasku mieszczącym nadmiarową głowę wypełnioną bogactwem patriotycznych myśli, uczeniu się nieśpiesznym oraz uczeniu ekspresowym, z którego wyrastały rajskie owoce myśli, pomysłów i decyzji.

Którejś nocy śnił się Plenipotentowi Kwefi. Plenipotent zrelacjonował to rankiem swojej żonie.

– Kwefi był silniejszy niż zwykle. Popatrzył na mnie, co rzuciło mnie na kolana, i kazał całować się po rękach, co też uczyniłem. Oczywiście we śnie, bo w dzień tego nie zrobiłbym publicznie, gdyż nigdy nie afiszowałem się bliską znajomością z Kwefim, osobą polityczną. Dzięki temu zachowałem niezależność, godność i honor.

Odc. 22 

– Ty gotów byłbyś nadal całować Kwefiego nawet w … pomyślał jego żona, kiedy Plenipotent opowiedział jej sen. – To szef bandy rękolepców.

– O kim ty mówisz? Co to za ludzie? – zapytał Plenipotent niepewny, czy się nie przesłuchał.

– Rękolepcy to ludzie, którym do rąk kleją się wartościowe przedmioty, pieniądze, waluta, kosztowne podarki, luksusowe samochody, nowe domy, a także wpływy, urzędy, przywileje i korzyści. To jego ekipa. Mówi, że jest przeciwny takim zachowaniom, ale ich nie zwalcza, ponieważ ci ludzie mu pochlebiają i go wspierają – żona Plenipotenta wyrzuciła to z siebie zdecydowana nie myśleć ani nie mówić więcej na ten temat. Leżało to w jej kontemplacyjnym charakterze, w którym usta nie odgrywają innych ról jak jedzenie, cmokanie i całowanie.

– Sytuacja stała się trudna ale nie beznadziejna – myślały miliony obywateli niepewnych jak Plenipotent będzie reagować na zmiany polityczne i nastrojów społecznych.

– Plenipotent jest równie nieprzewidywalny jak pogoda – pocieszali się. – Jest mu ciężko, ponieważ sam nie wie, jak się zachowa. Różnica tkwi w tym, że zmiana atmosferyczna przynosi deszcz lub słońce, dwie rzeczy potrzebne naturze, a co on przynosi oprócz wstydu i zażenowania tym, których rzekomo reprezentuje?

Plenipotent rozumiał złożoność poparcia przez społeczeństwo. Wyjaśnił to żonie w godzinach konsultacji z nią, jak prowadzić plenipotencję:

– Ostatnio napisał do mnie niejaki Salomon Ircha prosząc, abym wygłaszając przemówienia „w imieniu narodu” zaznaczał wyraźnie „z wyłączeniem Salomona Irchy, niezależnego obywatela, który mnie o to wyraźnie prosił”. Ten Ircha napisał mi jeszcze:

– Nie jest pan moim Plenipotentem. Sam się będę reprezentować na salonach, podwórkach, forach międzynarodowych, wiecach i manifach.

– Sądzę, że powinienem uszanować jego wolę i innych podobnych mu osób, dlatego do każdego przyszłego przemówienia będę dołączać listę obywateli, którzy prosili mnie o wyłączenie ich z zakresu mojej reprezentacji narodu.

Odc. 23

Admin Chudy wygłosił exposé. Stał wyprostowany przy mównicy; mówiąc wyraźnym głosem, wspaniale bełkotał. Wszyscy zachodzili w głowę, jak on to robi. Mówił o projekcie przyszłości, którą to przyszłość nazywał niezwykle udaną, pełną ciepła i nadziei. Jego słowa brzmiały zachęcająco i tajemniczo.

– Za chwilę odejdę razem ze Starym Rządem, ale projekt przyszłości będzie trwał. Jeśli trzeba, będziemy realizować go razem z Nowym Rządem.

Mówił tak wzruszająco, że na sali pojaśniało. Słuchający go parlamentarzyści mieli wrażenie, że jego głos zamienił się w radosny świergot a z ust wylatywały mu skowronki, słowiki, patriotycznie szare wróbelki oraz koliberki kolorowe jak tęcza.

Mówił też dumnie. Padały wówczas słowa powodujące przyrost mięśni i uwłosienia u mężczyzn oraz piersi u kobiet. Oto niektóre: zaszczyt, miłość, patriotyzm, wyzwania, samostanowienie, kompetencje, naród, wiele narodów. Kiedy powiedział „Wygramy” członkowie parlamentu poczuli się zdezorientowani. Patrzyli na siebie pytająco:

– O jaką wygraną chodzi? W totolotka? W cymbergaja? Czy w grę dla dorosłych hokus-pokus? – różnie zgadywano.

Potem Admin mówił o motywacji. Śpiesząc się jak pływak, któremu w lodowatej wodzie przyrodzenie przymarza do kąpielówek zamieniając je w bryłę lodu, połykał litery: „gówna motywacja”, „gówne założenia”, „gówne plany”.

– Mam tyle ważnych pomysłów do przedstawienia – mruczał do siebie – muszę mówić coraz szybciej.

Odc. 24

Na uroczystość zaprzysiężenia Plenipotent zaprosił Tasaka i jego Nowy Rząd do wielkiej jasno oświetlonej sali w swoim pałacu. Było bardzo uroczyście. Zaproszeni goście przesuwali się po sali w świetle kandelabrów prezentując uroki ministerialnej elegancji.

Plenipotent pojawił się na sali niby monarcha opromieniony łaskawym uśmiechem, jego różane oblicze wypełniało niewymowne szczęście. Skłoniwszy lekko głowę, potoczył wzrokiem w lewo i w prawo, jak to miał we zwyczaju, i rozpoczął rytuał powitalny. Witał długo i serdecznie, wymieniając kolejno marszałków, wicemarszałków, głowy kościoła i pomniejsze osoby duchowne, korpus, ministrów i wiceministrów, w końcu dostojnych gości włącznie z dziatwą szkolną, po czym zagaił:

– Przełamałem się. Najpierw zaprzysiągłem Stary Rząd i było to dobre posunięcie. Teraz zaprzysięgnę Nowy Rząd i to też będzie dobre posunięcie – w duchu pomyślał, że Stary Rząd go rozczarował, tak bardzo się skurczył i stracił rachubę czasu.

– Liczę na was, Nowy Rządzie. Razem stworzymy wielką przyszłość. Jesteśmy w Europie i nikt nas od niej nie oderwie. Sam zawsze byłem do niej ogromnie przywiązany, nigdy nie powiedziałem marnego słowa na jej temat. Europa to Europa! – Plenipotent pomyślał, że może Kwefi i Stary Rząd mieliby inne poglądy na temat Europy, ale odsunął od siebie tę myśl rzutem głowy tak energicznym, że włosy rozsypały mu się w nieładzie zasłaniając oczy. Odsunąwszy je, zaprzysiągł Tasaka oraz członków Nowego Rządu, mężczyzn i kobiety, ministrów i wiceministrów, nazywając ich w duchu dziatwą rządową. Każdej z zaprzysięganych osób patrzył w oczy z uśmiechem zanim cichym głosem udzielił im napomnienia lub wskazówek. Odwzajemniali jego uśmiech ze zrozumieniem, że musi grać ważniaka.

Odc. 25

Podczas ceremonii zaprzysiężenia Nowego Rządu Tasak cały czas pozostawał uprzejmy i wyrozumiały. Poproszony o zabranie głosu, łagodnie przemówił do Plenipotenta, delikatnie chwaląc go za to, że powiedział, że jest niezwykle chętny do współpracy i za słowa: „idziemy razem w tę samą stronę, razem widzimy światła na horyzoncie” oraz „w kupie będzie nam raźniej”.

– Mów sobie zdrów – pomyślał Tasak w duchu – znam cię zbyt dobrze, aby dać się nabrać na twój rumiany uśmiech. 

Plenipotent słuchał łagodnych słów Tasaka jak urzeczony. Myślał intensywnie.

– Tasak nie jest takim potworem, jak widział go Kwefi, ten czcigodny starzec, który nauczył mnie wszystkiego włącznie z podpisywaniem się obiema rękami. Może i warto podawać Tasakowi rękę, kiedy będzie szedł po wąskiej i chybocącej się kładce nad strumieniem, zamiast spychać go do rwącej wody. Mógłbym za to zyskać uznanie obywateli – spekulował w nocy, leżąc w ciepłej pościeli u boku małżonki, zwyczajowo milczącej jak zepsute radio.

– Nigdy nie zrozumiem kobiety – pomyślał Plenipotent. – Chyba łatwiej będzie mi zrozumieć Tasaka i jego Nowy Rząd.

Plenipotent zasnął marząc o koronie, berle i złotym tronie zdobionym diamentami oraz o przyjęciu na pięć tysięcy osób, jakie organizował z okazji swojej koronacji. Wśród zaproszonych byli królowie, cesarze, sułtani, kilku dyktatorów, kardynałowie, biskupi oraz inne ekscelencje i wielebności, a nawet dwóch świętych ze wspólną aureolą nad głową. Szukał wzrokiem Kwefiego i Admina Chudego, ale ich nie dostrzegł. To go zmartwiło.

– Chyba pogubili się wśród tylu niepomyślnych zdarzeń, także pogodowych. Ważne, że ja pozostałem na suchym lądzie – pocieszył się.

Odc. 26

Mało kto pamiętał już Kwefiego. Odszedł razem ze Starym Rządem. Z trudem przeżył to odejście. Jego ostatnie wystąpienie było eksplozyjne. Nikt nie zauważył, kiedy pojawił się na mównicy z twarzą zniekształconą gniewem. Tupał nogami.

– Jesteś synem Szatana! – krzyknął, wskazując palcem Tasaka.   

Wychodząc z sali Kwefi wyjaśniał dziennikarzom swoje zachowanie.

– Czuję się fatalnie. Skrzywdzono mnie. Bez mojej zgody dokonano na mnie amputacji.

– Co panu amputowano?

– Moje wielkie osiągnięcia. Odebrano mi niesłusznie władzę, mamiąc wyborców. Banda Tasaka ich oszukała swoimi iluzorycznymi obietnicami. Wszyscy oni są zdrajcami, dziećmi Szatana.

Sytuacja była poważna. Wezwano lekarzy. Niespokojnie kiwali głowami.

– Sprawa jest wyjątkowo trudna. Pan Kwefi wygląda na zdrowego, ale duchem jest nieobecny, ma omamy i halucynacje, błądzi w zaświatach. Potrzebuje dużo wypoczynku.

Odc. 27

Kraj się zmienił. Zwolennicy Nowego Rządu weselą się przy stolach biesiadnych, zwolennicy Starego Rządu Admina Chudego uczestniczą w zbiorowym pogrzebie, snując się po ulicach i lasach z oczami pełnymi łez. Obejmują się współczująco i zawodzą:

– Jak pogodzić się z tym, co się stało? Co teraz będzie? Oni zniszczą naszą ukochaną ojczyznę! Tasak odda ją za darmo w ręce wroga albo spali wszystkie zboże na polach.

– Przecież na polach nie ma żadnego zboża, już dawno jest po żniwach – odpowiada przytomny rolnik z medalem „Kwefi, Moja Miłość”.

W dniach ważnych posiedzeń parlamentu zwolennicy Nowego Rządu biorą zwolnienia lekarskie. Zanotowano przypadki odmowy miłości małżeńskiej:

– Nie mogę teraz iść z tobą do łóżka, kochanie, bo właśnie toczy się ważna dyskusja w parlamencie. Wszyscy moi koledzy oglądają, ja sam zrezygnowałem z obserwowania mistrzostw świata w skokach narciarskich. Rzuciłem nawet palenie, aby dym nie zasłaniał mi ekranu telewizora.

– A co z twoim piciem? – zapytała żona z nadzieją.

– Też rzucam, nie chcę, aby alkohol burzył mi myśli w trakcie oglądania telewizji.

W kraju wciąż powstają nowe grupy uwielbienia dla marszałka parlamentu; Plenipotent na jego prośbę podpisał prawie nie czytając dwie nowe ustawy i to obiema rękami.

– Zmieniłem się, czuję, że jestem lepszym człowiekiem – powiedział Plenipotent sekretarzowi – lecz nie wiem, jak długo to będzie trwało. Chyba muszę pójść do kościoła, wyspowiadać się z moich występków i posłuchać rad, jak mam dalej postępować. Od pasa w górę czuję się radosny i odnowiony, od pasa w dół zawstydzony i skonfundowany. Doprawdy nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.

Odc. 28

Kraj żył krótko zakończeniem długiej historii bohaterskiego Józefa. Był to człowiek, który zbił majątek na wyobraźni. Najpierw mianował się Ministrem Wojny, zgromadził osiemdziesięciu generałów, nawyzywał im od staruchów, podeptał im czapki i wysłał na emeryturę. Potem stworzył historię obiektu latającego, który spadł na ziemię rozerwany granatem umieszczonym pod podłogą. Zbudował na tej podstawie religię, organizował liczne procesje, spotkania w parkach i na cmentarzach. Ponieważ było sporo obywateli niewierzących w cuda, stworzył dla nich zespół badawczy i laboratorium, w którym osobiście testował tysiące różnych wybuchów i eksplozji, niszcząc baraki, cysterny latające, kwadratowe butelki oraz beczki po piwie. Na tej podstawie stworzył tyle teorii, że pracę nad nimi obliczano na co najmniej dwadzieścia lat.

Kiedy intensywna burza z opadami zmiotła z powierzchni ziemi jego komisję i laboratorium, Józef nocą podstępem wdarł się do budynku posiedzeń komisji, zabarykadował się i ogłosił, że jest uzbrojony w ładunki wybuchowe i nie opuści budynku, dopóki komisja nie skończy pisać czternastego tomu historii obiektu latającego. Następnego dnia nieznani sprawcy odebrali mu samochód, kierowcę i ochronę osobistą. Józef złorzecząc oświadczył, że przenosi się w trzeci wymiar, gdzie będzie nadal walczyć.

– Nie mogę bez tego żyć – powiedział. – Jeszcze o mnie usłyszycie.

Odc. 29

W zimową środę w stolicy zawrzało jak w pijanym ulu. Członkowie Partii Patriotycznej zwanej też Partią Obowiązkowego Dobrobytu wraz z wysokimi urzędnikami Starego Rządu, wpadli do wirującej wielkiej karuzeli telewizyjnej, która dzień wcześniej zaczęła kręcić się w odwrotnym niż dotychczas kierunku. Nie mogli wyjść ze zdumienia, jak to się stało.

– Przecież zmieniliśmy kierunek wirowania kilkanaście lat temu. Przed nami kręciła się w kierunku Zachodu, my zmieniliśmy to w kierunku Wschodu.

Kiedy z programu karuzeli telewizyjnej znikły „Wiadomości”, ludzie oglądający je dotychczas, załamali ręce.

– Nic teraz nie wiemy, co dzieje się wokół nas. To tak, jakby nas oślepiono lub odebrano nam rozum. Przecież „Wiadomości” były jedynym źródłem naszej wiedzy o kraju i o świecie, o tym, jak skutecznie padać i wstawać, kiedy myśleć a kiedy nie myśleć, jak hodować króliki a nawet jak kraść, aby nie być złapanym – mówiąc to płakali rzewnymi łzami lub wybuchali gniewem.

Nowy Rząd i Plenipotent widzieli zmieniony kierunek ruchu karuzeli telewizyjnej, lecz z różnych perspektyw. Patrząc z góry, z pałacu na wzgórzu, Plenipotent uległ rozdwojeniu jaźni. Z jednej strony rozumiał siły napędzające karuzelę na Zachód, z drugiej strony bardzo przyzwyczaił się do poprzedniego kierunku jej obrotów. Skarżył się żonie, lecz oprócz milczącego grymasu ust nic nie otrzymał w odpowiedzi.

– Czuję się jak woźnica bez lejców i bata. Przyzwyczaiłem się do tych Wiadomości. One pomogły mi zdobyć złoty laur plenipotencki oraz wygrywać wyścigi z moimi własnymi słowami, które wymykały mi się z ust wywołując niezdrowy klimat społeczny. Ludzie mnie nie rozumieją.

Kwefi, odnaleziony przez archeologów w ruinach przeszłości, zmarniały i wymizerowany wyjaśniał:

– Mam takie wrażenie, jakbym nie mógł się wypróżnić. Nie wiem po co oni mi fundują tyle zgryzoty, rujnując mi zdrowie. Pomysł z nową karuzelą wiadomości jest nie do przyjęcia.

– Kim są ci oni?

– To ludzie nierozumiejący naszych ideałów, potrzeby silnych kolan i głowy pełnej wiary w Boga pieniędzy i dobrobytu. A przecież za takim tęskniliśmy tyle lat.

Odc. 30

Na wigilijnym spotkaniu opłatkowym zdemobilizowanego Starego Rządu Kwefi zjawił się świeży jak mleko przyniesione prosto od ekologicznej krowy. Oczy mu błyszczały.

– Chyba bierze narkotyki – zauważył cicho poseł o twarzy zasuszonego wyżła.

– Bracia patrioci! Krzywda nam się dzieje! Tasak i jego banda chcą nas zniszczyć, odebrać nasz wielki dorobek. Musimy walczyć o swoje. Mam plan. Zmieniamy reguły gry. Będziemy walczyć z nimi na naszych zasadach. Od dzisiaj występujemy w nowych rolach, tak jak wymaga tego sytuacja: policjantów, obrońców demokracji i konstytucji, miłośników współpracy z Europą, ratowników wspólnego dobra, nawet pobożnych kolędników, jeśli trzeba. Musimy być kreatywni. Najpierw zabawimy się z nimi w policjantów i złodziei, potem zagramy z nimi w ciuciubabkę. To ich zdezorientuje i ogłupi. Od dzisiaj ścigamy tych złodziei. Banda Tasaka kradnie na potęgę.

– Coś już ukradli? Tak szybko? – zapytał z niedowierzaniem konfident Blaszka. Kwefi popatrzył na niego z niechęcią.

– Ukradli nam zwycięstwo. To my przecież wygraliśmy wybory. Wsparcie w naszej walce obiecał nam Stary Donald, nasz najlepszy amerykański sojusznik.

Wzmianka Starego Donalda wzmocniła nastrój optymizmu. Pojawił się szmer uznania.

– Ale nie gadajmy na próżno. Słuchajcie mnie uważnie. Wyznaczam nowe role.

Plenipotent Dua wystąpi w roli Autorytetu Moralnego. Już w nią wszedł, używając mocnych słów: Demokracja. Konstytucja, Europa jest najlepsza. Sprawiedliwość. Nie pozwolę. Doskonale też rżnie głupa. To najlepszy aktor między nami.

– A co ze mną? Rwę się do działania. Energia rozsadza mnie od środka – Admin Chudy poczuł się zapomniany. 

– Tobie powierzam rolę pryncypialnego pajaca.

– Dlaczego ja mam być pajacem?

– Popatrz na siebie. Idealnie się do tego nadajesz. Fizycznie jesteś wymarzony w tej roli: chudy, wyrazisty, masz długie ręce i nogi, masz też złote usta i okulary intelektualisty. Będziesz bawić ludzi swoją pryncypialnością i wielkimi słowami, którymi chętnie szermujesz. Kobiety kochają cię za te usta. Będziesz nimi cytować pisarzy, poetów, naukowców, nawet świętych. Ty to potrafisz.

– Jaką rolę sam będziesz grać, Kwefi? Zapytany zamyślił się na chwilę.

– Strasznego Dziadunia z powieści Marii Rodziewiczówny. Surowy i despotyczny, ale sprawiedliwy i pomagający w potrzebie. Ewentualnie Świętego Franciszka z Asyżu, utracjusza i łobuza w młodości, który zmienił się w świętego. Mam za sobą bujną młodość, niejednego motyla przyszpiliłem żywcem do ściany, niejednemu koledze zrobiłem draństwo, byłem bezkompromisowy. Potem zostałem świętym.

Członkowie Ruchu Patriotycznego otaczający Kwefiego zacierali ręce z radości. Wreszcie mieli plan wymyślony przez geniusza, prosty ale skuteczny.

– Pamiętajcie – zakończył Kwefi. – Gramy reprezentantów narodu, osoby poszkodowane, skrzywdzone i ciemiężone. Naród jest religijny, kupi to. Kwestionujemy decyzje rządu, oskarżamy, żądamy rekompensat, przywrócenia sprawiedliwości.

Odc. 31 

Czerwoni Wojownicy Kwefiego przeszli do kolejnej ofensywy. Kwefi zlecił wydanie im alkoholu i narkotyków, przemawiając krótko, po żołniersku:

– Robię to po to, abyście nabrali wigoru w walce o nasze ostateczne zwycięstwo. Nie damy sobie wyrwać z rąk kluczy do szczęścia i pieniędzy, które nam się należą jak psu buda, łańcuch, miska i sztuczna kość w upominku pod choinkę. Jutro macie wykonać sztuczkę, jaką ćwiczyliśmy od dłuższego czasu.

Rano w ławach parlamentarnych Czerwoni Wojownicy Kwefiego, wszyscy z wypastowanymi butami i ciepłymi skarpetami na nogach, stanęli na głowach. Widok był imponujący. Punktualnie z rozpoczęciem obrad jeden z nich zgiął w przegubie rękę tak głośno, że chrzęst usłyszano w całym kraju, on sam tylko lekko się skrzywił. Był to akt publicznej demonstracji siły woli wobec propozycji, jaką mu wcześniej złożono, aby na koszt państwa zmienił swoje duże mieszkanie na mniejsze, za to bardziej przytulne i tańsze. Czerwoni Wojownicy Kwefiego nagrodzili go oklaskami.

Plenipotent Dua boleśnie zaciął się przy goleniu. Tak strasznie przy tym przeklął, że przez piętnaście minut ciarki chodziły pracownikom pałacu po plecach. Kiedy przyniesiono mu listę płac dla administracji kraju, odmówił jej podpisania.

– Zaciąłem się i to było bardzo bolesne doświadczenie. Niech inni też cierpią. To bardzo ludzkie i pouczające przeżycie. Nie podpiszę też dokumentu pomocy dla Telewizji, Radia i Agencji informacyjnej, które – jak donoszą moi agenci – toną w bagnie łajdactw. Uważam, że są one w ogóle niepotrzebne. Mowa jest srebrem, lecz milczenie jest złotem – powiedziawszy to Plenipotent nabrał wody w usta, aby się odświeżyć.

Decyzja i słowa Plenipotenta dotarły do ministra kultury Nowego Rządu.

– Zgadzam się z Plenipotentem Duą. Przyłączam się do jego tańca zwycięstwa – krzyknął poruszony trafnością słów Plenipotenta i jednym ruchem dłoni postawił w stan likwidacji Telewizję, Radio i Agencję Informacyjną.

Wyjaśnił przy tym, że te trzy organizacje będą dogorywać tak długo, aż się zmienią w stopniu niezbędnym do zaakceptowania przez Plenipotenta.

– Plenipotent górą! – krzyczeli jego zwolennicy pod pałacem. – Z wdzięczności będziemy paść jego konie paradne i wyprowadzać psy na spacer.  

– Precz z Plenipotentem! – krzyczeli pracownicy Telewizji, Radia i Agencji Informacyjnej. – Jeśli złapiemy jego konie to oddamy je do rzeźni a psy do hycla – krzyczeli rozeźleni decyzją Plenipotenta.

Autorzy scenariuszy teatralnych i filmowych rzucili się do pisania tragedii i tragikomedii na temat przedziwnych zdarzeń zachodzących w kraju.

Odc. 32

Na obozie przetrwania Kwefi i jego dzielni wojownicy kołowali w rytualnym tańcu wojennym. Tańczyli: Gruby Susi, Admin Chudy, wierny konfident Blaszka, okrągłobrzuchy Kwefi, Antoni z lisią twarzą, i nieco na uboczu Plenipotent nadęty poczuciem ważności. Pamięć blokowała im się ze wzruszenia; pozostawali w przeszłości, mając poczucie, że nic się nie zmieniło. Wyczerpani tańcem usiedli i oglądali wideo, jakie przywiózł ze sobą Kwefi.

–To nagranie przedstawia nasze ostatnie zmagania z Tasakiem i Nowym Rządem. Nasi wrogowie okopali się. Wciąż wytaczają nowe armaty i piszą nowe strategie. Zaskakują nas – podsumował Kwefi. – A co my robimy? Zbieramy się potajemnie w miejscach odosobnienia, w różnych ciemnych zakątkach, i tańczymy nasz chocholi taniec wojenny. Wznosząc bojowe okrzyki, machamy energicznie rękami i nogami. Pijemy napoje wzmacniające. Zgrzytamy zębami, aby ich wystraszyć. Odgrażamy się. Twierdzimy, że postępują bezprawnie. To nam niewiele daje, bo sami tak robiliśmy – podsumował Kwefi. – A co robi Tasak? Odbiera nam telewizję, radio i agencję informacyjną. Przemalowuje ich wnętrza, wymienia meble, zatrudnia nowych ludzi i wystawia nowe sztuki. Widzowie i słuchacze zaczynają mu wierzyć. Chce nas odciąć od społeczeństwa, ale my się nie poddamy.

Zapadła cisza. Słychać było tylko skwierczenie ognia pożerającego gałęzie.

– Musimy coś wymyśleć. Coś wystrzałowego. Jakie macie propozycje?

– Wykorzystajmy Plenipotenta Duę. Jest nasz. Musimy tylko bardziej go nadmuchać, aby wydawał się jeszcze większy. Kwefi trzyma go na pasku, ale musimy go wzmocnić, obudować, usztywnić. Jak się zawaha i zbytnio wychyli będziemy go popychać we właściwą stronę. On potrzebuje bodźców. Ostatnio Kwefi mocniej go szturchnął, ale to za mało.

– Kwefi, ty słabniesz! – przerwał przerażony konfident Blaszka, zauważywszy bladość twarzy swego pryncypała.

– Nic mi nie jest. Chwieję się tylko trochę na nogach. Czuję się jak rozładowana bateria. Nogi i głowa odmawiają mi posłuszeństwa. Ale wytrwam. Dla dodania sobie otuchy odśpiewajmy teraz „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast”. To nam dobrze zrobi!

Odc. 33

Plenipotent Dua ukazał się w telewizji w całej okazałości swej postaci, wypełniając nią ekrany telewizorów. Imponował galowym mundurem imperatora; jego różane policzki lśniły wypucowane specjalnym płynem do nabłyszczania celebrytów. Trzymając się blatu mównicy, wygłosił orędzie patrząc z ufnością w oczy telewidzów.

Kochani Rodacy! Myśląc o was, stale się uczę. Nawet kiedy myślę, że się nie uczę, też się uczę. Teraz uczę się sztucznej inteligencji. Doszedłem już do etapu sztucznej pamięci. Jest ona we mnie bardzo silna. Doskonale pamiętam, co uczyniłem. A uczyniłem wiele w minionym roku dla dobra kraju. Były to wielkie osiągnięcia. Silny jak tur, łamałem przeszkody stojące na drodze do szczęścia was wszystkich. Kierowałem się słowami naszego wieszcza: „A ze słabością łamać uczmy się za młodu! Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie!”. Początki nie były udane, ponieważ złamałem obojczyk mojemu ochroniarzowi demonstrując siłę moich przekonań. Łamałem złe prawa, ułaskawiałem obywateli niewinnie okrzykniętych złoczyńcami, którzy po ułaskawieniu okazali się pełnymi dobroci świętymi. Łamałem też różne obietnice i przyrzeczenia; wszystko to czyniłem dla dobra kraju.

Pod koniec orędzia wzruszony Plenipotent rozrzucał rękami niewidzialne płatki kwiatów, czując nad głową baldachim i napawając się zapachem kadzidła i mirry. Zza sceny dobiegały głosy chóru anielskiego, śpiewającego pieśń o jego nieuniknionym wniebowstąpieniu.

Kraj ogarnął nastrój powszechnej miłości, pojednania i nieuniknionego dobrobytu.

Odc. 34

Zaniepokojona zachowaniem męża, żona Plenipotenta wezwała lekarza pałacowego. Medyk przybył do pałacu bez zwłoki. Kobieta opowiedziała mu, że wobec powagi sytuacji musiała przerwać milczenie.

– Mój mąż od pewnego czasu powtarza w kółko: Tyję. Jestem coraz wyższy, większy, mądrzejszy. Czuję się, jakbym wzbijał się w górę balonem, coraz wyżej i wyżej. Jestem wielki i niepokonany. Najgorsze jest to, że on tego nie widzi, nie chce o tym rozmawiać ani się leczyć.

Lekarz zlecił wykonanie badań, prześwietleń i testów. Po zapoznaniu się z wynikami przybył do pałacu w asyście dwóch konsultantów, aby porozmawiać z żoną Plenipotenta.

– Odbyliśmy konsylium i jesteśmy zgodni. Pan Plenipotent jest wyższy o kilka centymetrów, głos mu się wzmocnił i ogromnie zwiększyła pewność siebie. Chodzi wyprostowany i wygłasza dumne przemówienia, waląc, jak to mówią, z grubej rury. Diagnoza jest jednoznaczna: pan Plenipotent cierpi na nadętość.

– Czy to pewne? – żona Plenipotenta była mocno zaniepokojona.

– Tak, to pewne. I chyba w jego przypadku nieuleczalne. Czasy się zmieniają, warunki klimatyczne, pory roku, rządy, nawyki dietetyczne, a pan Plenipotent nadyma się jakby go ktoś nadmuchiwał. Nadętość może mu paść na umysł i nie daj, Boże, zacznie sobie wyobrażać, że jest Napoleonem lub inną wielką postacią historyczną.

Odc. 35

W trakcie rozmowy żony Plenipotenta z lekarzem, w telewizji pokazał się Kwefi. Była to konferencja pasowa. Wyszedł z bocznych drzwi studio i wlekąc nogi doszedł do mównicy. Wyglądał jak wypchany worek na stare ubrania. Długo myślał, zanim wydobył z siebie głos. Mówił jak kombatant przelękły jakąś tragiczną lekcją historii, tylko znacznie wolniej, bo usta mu się sklejały. Trudno było go zrozumieć.

– My się nie zgadzamy na nowe czasy. Odebrano nam władzę niesprawiedliwie, zakuto nas w kajdany i zaklejono usta plastrem. To było niesłuszne i podłe. Za takie postępowanie idzie się do więzienia. Wy dziennikarze jesteś sprzedajni jak prostytutki, które widzę na rogu ulicy z piętra mojego domu, obrzydliwe, płatne, służalcze. Nie macie krzty honoru, aby bronić nas, nasze ideały, tylko uczestniczycie w wyprzedaży wolności.

Tasak zapytany o wypowiedź Kwefiego odpowiedział spokojnie:

– Kwefi od czasu zmiany władzy w kraju bełkocze. On nie rozumie nawet siebie samego. To smutne, kiedy człowiekowi nagle urywa się film i nie dostrzega, że świat się zmienił. On nadal myśli, że jest wielkim wodzem indiańskim prowadzącym swoje plemię do wielkiej kopalni złota króla Salomona. To stary człowiek, zasługujący na opiekę.

Odc. 36

Po zwycięstwie Tasaka i objęciu przez niego rządów Kwefi i jego drużyna żyli teraźniejszością. Kiedy teraźniejszość im się nie układała, zanurzyli się w przeszłość, przypominając sobie i innym jakie to były piękne czasy.

– Mieliśmy wpływy i forsy jak lodu, nikt nie mógł nam podskoczyć. Mogliśmy kupić każdego, z wyjątkiem ludzi wierzących w uczciwość. Ale to byli głupcy, na których nam nie zależało.

Dla dodania sobie otuchy zwolennicy Kwefiego chodzili po mieście w małych grupkach. Marzyli o łasce ze strony ludzi Tasaka. Nazywali ich siepaczami po tym, jak dwóch ważnych funkcjonariuszy Ruchu Patriotycznego aresztowano, oskarżając ich o spisek i fałszowanie dokumentów.

– To wszystko nieprawda. Nie skrzywdzilibyśmy nawet muchy. Jesteśmy niewinni – mówili aresztowani, płacząc rzewnymi łzami.

Strażnicy więzienni twierdzili, że kiedy nikt ich nie widział czynili gesty obsceniczne, rechotali diabelskim śmiechem oraz rzucali wokół wiązki przekleństw z rynsztoka.

– Chyba żarły ich wściekłość i strach przed sprawiedliwością – mówili.

Kwefiego trawiły obawy, że jego dwaj towarzysze zostaną skazani na galery, których nie opuszczą do końca życia. W nocy we śnie widział ich przykutych do wielkich wioseł i smaganych przez kudłatego, czarnego jak smoła, bosmana. Plenipotent pasjonujący się literaturą tragiczną, kochający też tanią dramaturgię, tak wzruszył się ich losem, że potajemnie przywiózł ich do swego pałacu i ukrył w podziemnej celi. Pełen niepokoju snuł się po podziemiach powtarzając „będę ich bronić do upadłego”. Następnego dnia uzbrojony po zęby w zmyłkowe argumenty ćwiczył przemowy w ich obronie, groźnie wydymając wargi i wznosząc do góry palec. Było to tak przerażające, że bali się go nawet jego właśni ochroniarze.

Poza pałacem wyśmiewano go bez litości. Ludzie mający wyobraźnię i poczucie rzeczywistości nie mieli wątpliwości.

– To klaun, grający męża stanu. Pozbawiony kręgosłupa, chodzi w sztywnej kamizelce i nie umiejąc niczego innego poza robieniem małpich min rżnie głupa. Tylko to umie robić. Trzeba przyznać, że robi to nieźle.

Odc. 37

Kwefi i najlepsi ludzie z Ruchu Patriotycznego intensywnie myśleli, jak walczyć w opozycji.

– Straciliśmy wprawę. Wiemy, jak walczyć z opozycją, ale zapomnieliśmy jak walczyć w opozycji. Musimy to naprawić. Każdy pomysł jest dobry, byle tylko był skuteczny. Naszym największym atutem zawsze byli ludzie. Musimy stworzyć sobie wzorce zwycięzców.

W tracie dyskusji wytypowali bohaterów, których należało bronić przed opresją władzy Tasaka. Zorganizowali wielką demonstrację, na którą przyszło trzydzieści tysięcy osób. Wydało się to mało, liczyli więc ponownie, i jeszcze raz, i wyszło pięćset tysięcy. To była dobra liczba. Uwierzyli w swoje siły. Mieli poparcie i mieli o co walczyć. Skandowali tłumionymi przez wiatr głosami:

– Bohaterzy! Herosi! Patrioci! Obrońcy pokoju! Precz z dyktaturą nowej władzy! – powtarzali te słowa tak często, aż usta siniały im z wysiłku.

– Oni są męczennikami za wiarę i prawdę! – w swoim entuzjazmie gotowi byli popełnić zbiorowe samobójstwo, gdyby nie udało się obronić bohaterów.

– Musimy wystawić im pomniki. Już teraz, za życia. Należą im się.

– Przecież zbudowaliśmy już mnóstwo pomników!

– Bez przesady! Policzmy te, jakie wystawaliśmy za czasu naszej władzy!

Inwentaryzacja zajęła dużo czasu, gdyż pomników były tysiące i każdy wymagał dokumentacji.

– Nie zrażajmy się tym. Ostatecznie liczenie pomników jest lepsze niż więzienie – mówili.

Kiedy pierwsi bohaterowie zostali zabrani do więzienia, ręce ludzi z Ruchu Patriotycznego wydłużyły się, sięgając bruku.

– Dlaczego one się tak wydłużyły? To coś nienormalnego!

– To z rozpaczy. Boimy się, że i nas dosięgnie terror praworządności, o którym przestrzegał Plenipotent. Jak uciec przed terrorem?! – to było pytanie. Kierownictwo Ruchu Patriotycznego wpadło w panikę.

– Niech każdy ratuje się jak może – sugerowano. – Nie ma innej rady. Nawet nasz guru nie wie co rozbić.

Odc. 38

W poczuciu klęski część członków Ruchu Patriotycznego udała się z własnej woli na banicję, emigrując na Wschód, część pochowała się po plebaniach i klasztorach, którym pomagali finansowo w latach chudych dla kościoła, inni pozmieniali nazwiska i miejsca zamieszkania, aby ich nie nękano pytaniami o przeszłość. Ruch Patriotyczny zniknął ze stron gazet, radia i telewizji. Tylko w Internecie czuć jeszcze było zapach stęchlizny po nieudanych przemówieniach, przemarszach, wiecach i zgromadzeniach.

Po Kwefim słuch zaginął. Pojawiły się pogłoski, że tak zmarniał na twarzy i skurczył ze zgryzoty, że trudno było go poznać, chyba że w bezpośredniej konfrontacji w świetle dnia. Mówiono też, że przystąpił do zakonu, nałożył mnisi habit i kaptur a na nagie stopy sandały, przybierając ponure imię zakonne Latrynor, używane przez mnichów gotowych wykonywać najcięższe prace dla odkupienia mrocznych win przeszłości, takich jak wiarołomstwo, oszustwo i okradanie ludzi, którzy im zaufali. Miał poczucie winy za klęski, jakie spotkały Ruch Patriotyczny, i za głowy, jakie spadały w procesach sądowych rozpętanych przez nowe władze określające siebie jako rewolucyjne.

Inni mówili, że tak szybko się starzał i ramolał, że kiedy nie poznał sam siebie w lustrze, przeszedł na emeryturę, którą wcześniej osobiście sobie przyznał dysponując nieograniczonymi funduszami państwowymi. Wkrótce okazało się, że emerytura – mimo że była szczodra – była dla niego za mała ze względu na rozrzutność w budowie pomników i skłonność do starczego hazardu.

Odc. 39

Wobec niedostatku środków i perspektyw oszczędzania na żywności, ogrzewaniu mieszkania i zakupie leków, Kwefi zdecydował się przejść na łaskawy chleb Plenipotenta, który ten mu zaoferował aktem łaski nadzwyczajnej. Z wdzięczności za pomoc swego dawnego ucznia i pomocnika, przygotowywał mu przemówienia na tematy wojny i pokoju, niezwykłych zjawisk klimatycznych, możliwości wybuchu społecznego niezadowolenia, przyszłości Bangolu i świata, znaczenia kobiet w pracy domowej oraz bohaterów, którym odmawiano zasług z powodu kradzieży i malwersacji, jakie popełnili w ciągu swego życia.

Plenipotent uczył się tych przemówień na pamięć i wygłaszał je namiętnie przy każdej okazji. Kochał wystąpienia publiczne.

– Cieszyłbym się nawet, gdyby słuchało mnie pięć osób. Kocham przemówienia i moich słuchaczy. Czuję wtedy jak krew napływa mi do warg, które nabierają mocy, do policzków, które się rumienią oraz do oczu, które ciskają gromy.

Plenipotent nadymał się w trakcie przemówień tak bardzo, że lekarze go ostrzegali, iż grozi mu rozedma płuc czyli niewydolność oddechowa i krążeniowa, mogąca prowadzić go do zgonu.

Odc. 40

Przemawiając w telewizji Plenipotent popadał w ekstazę poruszony entuzjastyczną reakcją otaczających go doradców oraz ludzi z telewizji. Zachwycało to rzesze jego fanów, spin-doktorów oraz ekspertów analizy mocy mediów publicznych. W momentach uniesienia Plenipotent widział szerokie śnieżne horyzonty z reniferami wiozącymi bogate dary dla ubogich sierot oraz siebie w roli świętego Mikołaja Zbawiciela. Ubrany w granatowy garnitur cudotwórcy-dżentelmena rozmawiał w kilku językach. Kiedy występował publicznie na manifestacjach ulicznych całowano go po rękach, a on łaskawie zezwalał na to mimo obawy o zakażenie różnymi wirusami. Myśląc o tym, otrząsał się energicznie i szeptał: Jestem nieśmiertelny. Plenipotent jeździł też i latał na szczyty 10-ki, 20-ki, a nawet 50-ki najwybitniejszych mężów stanu, dwoił się tam i troił, rozmawiając z kim tylko było można, aby przedstawić słownie i na zdjęciach więźniów politycznych, bohaterów narodowych zamykanych w więzieniach przez rewolucyjny rząd Tasaka, który jemu wydawał się zbrodniarzem. Jeśli go tak nie określał, to tylko dlatego, że nie miał żelaznych dowodów zbrodni popełnionych przez Tasaka, marzył jednak, aby takie dowody się znalazły.

Po przejściu Kwefiego na łaskawy chleb u Plenipotenta, nowy łaskawca i dobroczyńca zmienił swój stosunek do niedawnego szefa-ciemiężyciela. Rozmawiał o tym tylko i wyłącznie ze swoją żoną. Miał do niej zaufanie; wiedział bowiem, że nie otworzy ust, aby cokolwiek ujawnić, nawet gdyby obiecano jej kilogramy biżuterii.

Odc. 41

– Wybaczyłem Kwefiemu bolesne uderzenia batem, kiedy uczył mnie służenia w roli podnóżka i gońca do wykonywania poleceń w rodzaju: Plenipo! Zrób to, zrób tamto! Skocz po piwo! Zrób mi kanapkę! Pozamiataj mój gabinet! Nie jestem już jego gońcem, jestem teraz jego dobroczyńcą i prawą ręką, gdyż wciąż czuję respekt i szacunek dla niego. Ludzie mało mnie znający mają mnie za jego pachołka i sługusa, niektórzy nawet za głupca, ale to ludzie nieumiarkowani w zazdrości. Ja w takie opinie nie wierzę. O to, czy jestem rzeczywiście pachołkiem i sługusem, pytałem kilka najbliższych mi osób, i wszystkie mnie zapewniły, że nie jest to prawdą. To mi wystarcza.

– Co teraz będziesz robić? – zapytała żona, aby odświeżyć usta, które trzymała zamknięte od długiego czasu.

– Mam misję do spełnienia. Będę walczyć o dziejową sprawiedliwość dla Ruchu Patriotycznego, pisząc pamiętniki i wygłaszając publiczne przemówienia. Doradcy mi mówią, że walczę z wiatrakami, ale to dobrze. Dzisiaj nastały dobre czasy dla wiatraków, będę sprzedawać tanią energię, konkurując z wielkimi firmami. Jeśli zajdzie potrzeba ratowania Ruchu Patriotycznego przed nawałą barbarzyńców Tasaka, gotów jestem opowiadać kawały, które go zdyskredytują, a nawet zostać stand-uperem. Czuję w sobie wielką moc. Dla dobra sprawy mógłbym podjąć się nawet roli politycznego królika doświadczalnego, ponieważ jestem miłośnikiem pokoju i zrobię wszystko dla ratowania szlachetnego Kwefiego i jego Ruchu Patriotycznego.

Odc. 42

Najwspanialsze przemówienie na cześć dwóch bohaterskich skazańców, członków Ruchu Patriotycznego, Plenipotent wygłosił w piątkowy wieczór, kiedy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazda, z którą związana był historia o nadziei i spełnionych ludzkich marzeniach. Było dla niego niepojęte, jak dwaj absolutnie niewinni obywatele mogli zostać tak okrutnie potraktowani przez prawo, a właściwie sędziów, których jedynym pragnieniem było znaleźć ofiarę i ją ukarać. Była to mowa obrończa poruszająca sumienia, jakiej świat nie słyszał.

– Dwaj bohaterscy skazańcy są różami niewinności, najpiękniejszymi jakie widziałem w życiu. . Mówię to z całym przekonaniem, ponieważ jestem niezyl ogrodnikiem i niejedną już różę uratowałem przed uschnięciem. – zaczął Plenipotent, zaraz potem głos zamarł mu w gardle ze wzruszenia.

Do przemówienia Plenipotent przygotowywał się na długo przedtem zanim dwaj bohaterowie Ruchu Patriotycznego zostali uwięzieni. Wyjaśniał to z płonącymi oczami:

– Po prostu wiedziałem, jak niegodziwe są środki stosowane przez Tasaka i jego zbrodniczą bandę, i w kogo uderzą w pierwszej kolejności. Miałem przeczucie, że to wkrótce nastąpi, ponieważ dwaj skazani członkowie Ruchu Patriotycznego byli ludźmi pełnymi cnót, a takich pospólstwo popierające Tasaka najbardziej nienawidzi, gdyż sami stoją po drugiej stronie bambusa.

Mówiąc o bambusie, Plenipotent przedstawił starożytną legendę chińską o drągu bambusowym służącym do ważenia dobrych i złych uczynków oraz wyznaczania kar i nagród. Legendę te opowiedziała mu niegdyś bezzębna staruszka, którą w ramach akcji dobrych czynów Plenipotent przeprowadził przez ulicę prowadzącą na manifestację Ruchu Patriotycznego. Staruszka podziękowała mu słowami:

– Synku, jesteś prawdziwym dobroczyńcą udzielając pomocy ludziom niewinnym. Nigdy o tym nie zapominaj korzystając z mądrości legendy o bambusie do ważenia dobrych i złych uczynków oraz wyznaczania kar i nagród.

Odc. 43

Skazańcami byli dwaj bracia, bohaterowie Ruchu Narodowego, którzy poświęcili całe swoje życie, często zaniedbując dzieci i żony, aby tylko służyć ojczyźnie. Byli to bracia bliźniacy. Starszy z braci, Metody, urodził się pierwszy i był wysoki i tęgi. Drugi, młodszy, Cyryl, urodzony pół godziny później, był drobny i chudy. Mówiono o nich, że są świętymi równymi apostołom.

Od dnia wtrącenia dwóch bohaterów do więzienia Plenipotent przeżywał nieprzerwane katusze. W dzień łagodził je uczestnictwem w rozlicznych manifestacjach i demonstracjach żądających ich uwolnienia. W nocy widział ich we śnie, i to wielokrotnie, tulących się niby stęsknione dzieci do jego ojcowskiej piersi, jak obejmowali go, ściskali i płakali z radości, wypowiadając słowa, które przemówiłyby do serca największego zatwardzialca:

– Potężny Plenipotencie! Jesteś naszą nadzieją, światłością zaranną, flagą wolności, ojcem ojczyzny, wiary i patriotyzmu. Uciekamy się pod twoje anielskie skrzydła przed oddechem szatana Tasaka, który nas otacza oparami kłamstw i oskarżeń.

Patrząc przez łzy wzruszenia, Plenipotent widział dwie zatrwożone twarze, także ciała odziane w potargane niepewnością powszednie ubrania. Poczuł szczególną serdeczność do młodszego i mizerniejszego z braci, Cyryla, drobnej istoty o zmęczonej twarzy. Nie były to ciała efebów, o mięśniach rzeźbionych w siłowni, ale ludzi spracowanych poświęcających się rodzinie i ojczyźnie. To go jeszcze bardziej wzruszyło.

Odc. 44

Reżym Tasaka był nieubłagany, nie znał litości. W więzieniu braci dręczono fizycznie i psychicznie. Umieszczono ich w jednej dużej celi z najgorszymi kryminalistami, ludźmi okradającymi kasy państwowe, sprzeniewierzającymi fundusze, używającymi podsłuchu dla wymuszania haraczu i prowadzenia nielegalnych interesów. Najgorsze były tortury. Torturowano przede wszystkim Cyryla, delikatniejszego zdrowotnie. Siłą wlewano mu do gardła alkohol tak długo, aż zobaczył malutkie białe szczurki z tęczowymi ogonkami. Lekarz postawił diagnozę.

– Więzień jest w malignie, bredzi, widzi gryzonie, których nie ma, bo przecież nie ma szczurów długości trzech centymetrów, jak mówi. Musimy go ratować – zdecydował i kazał wlewać w więźnia wodę mineralną oraz karmić przez rurkę środkami odwykowymi.

W okresie uwięzienia braci bohaterów Plenipotent doświadczał dziwacznych zdarzeń. We śnie przypominającym bolesną rzeczywistość, Plenipotent jechał dorożką przez zamglone i opustoszałe miasto, rozglądając się za znakami zmian politycznych, jakich miał prawo się spodziewać od czasu uwięzienia Cyryla i Metodego. Dorożka była oznaczona z boków i z tyłu wielkimi literami RP. Powoził nią otyły, niski mężczyzna siedzący na koźle, ubrany w czarny przeciwdeszczowy płaszcz z kapturem. Strzelał ostro z bata na dwie wymizerowane szkapy, przykryte czaprakiem oznaczonym również literami RP, i mruczał coś niewyraźnie pod nosem. Plenipotent wsłuchał się w jego słowa,  zrozumiał tylko pojedyncze wyrazy: zdrajcy, uleganie silniejszym, wielkie bezrobocie, emigracja, patologie społeczne i modus operandi. Sylwetka i głos wydały się Plenipotentowi znajome, przyjrzał się więc woźnicy uważniej w świetle lampy ulicznej. Był przekonany, że jest to Kwefi. Plenipotent zagadał do niego, lecz ten odburknął:

– Na co mi przyszło!? Wozić dorożką tandetnych pasażerów, którzy w ciągu dnia najpewniej jeżdżą tramwajami, najchętniej na gapę. I jeszcze usiłują przeszkadzać w pracy!

Odc. 45

Na wieść o uwięzieniu dwóch bohaterskich braci, Klara, żona Plenipotenta przemówiła. Stało się to tak nieoczekiwanie, że uznano to za cud. Zdarzenie nastąpiło wieczorem po zakończeniu dziennika telewizyjnego, dokładnie o godzinie 19.30, co zostało odnotowane przez służbę w dzienniku pałacowym. Pani plenipotentowa przymierzała akurat suknię wieczorną, w której zamierzała z mężem udać się na operę „Zaczarowana fujara”, skomponowaną przez słynnego Mazziniego. Jej wąskie karminowe usta zadrżały, zanim wyrzuciły z siebie wyznanie:

– Nie mogę milczeć w momencie, kiedy mój mąż przeżywa katusze!

Kobieta przemawiała osiem godzin z przerwą na kanapkę z serem i sałatą oraz króciutką drzemkę. Na początku serdecznie przeprosiła męża, służbę i ochronę osobistą, że tak długo milczała.

– Potrzebuję tej spowiedzi, aby z zrzucić z siebie ciężar niepokoju i milczenia. Więcej już nie zdzierżę – zakończyła.

Od tego momentu nie odpowiedziała na żadne błagania ani pytania, nawet ze strony ukochanej córki.

W tracie ośmiu pamiętnych godzin Klara wygłosiła mowę w obronie skazańców politycznych, Cyryla i Metodego, aby uchronić ich przez zesłaniem do miejsca katorgi, gdzie temperatury spadają latem do minus czterdziestu stopni Celsjusza.

Plenipotent zapamiętał jej przemówienie, słowo po słowie, koncentrując swą uwagę do granic możliwości, ponieważ nie zgodziła się, aby ją nagrywać. Zapamiętany tekst przepisał na kartkę, skrócił, przepracował stylistycznie i gramatycznie, wycyzelował, poprawił stare i ustalił nowe akcenty. Następnego dnia wygłosił płomienne przemówienie w parlamencie, aby utrzeć nosa Tasakowi, butnie pyszniącemu się władzą po zwycięstwie wyborczym. Było to drugie cudowne przemówienie Plenipotenta rozjaśniane błyskami gromów z jego stalowych oczu i przyprawione goryczą z powodu dyktatorskiej bezczelności Tasaka i jego akolitów.

Odc. 46

Uwolnienie dwóch niewinnych skazańców-bohaterów, Cyryla i Metodego, nie przyszło łatwo. Była to walka intelektów, woli i intencji. Najbardziej patriotyczne pół narodu modliło się nieprzerwanie o ich uwolnienie, księża składali w świątyniach ofiary w ich intencji. Czynili to także w nocy w nadziei, że Bóg ma o tej porze więcej czasu, aby wysłuchać ich próśb. Ciepło ubrane matrony, aktywistki i sponsorki Ruchu Patriotycznego, rzucały na tacę oszczędności swego życia zgromadzone na czarną godzinę, aby wspomóc zbożny cel. W tym samym czasie dwudziestu pracowników kancelarii Plenipotenta przeszukiwało dniem i nocą dokumenty prawne, orzeczenia, wyroki sądowe, ustawy i regulacje w nadziei, że znajdą to, w co wierzyli, że istnieje, a mianowicie specjalną ustawę parlamentarną niemal sprzed stu lat, z początków demokracji Bangolu, starą i zapomnianą, ale nadal obwiązującą.

– Szukaliśmy wytrwale, bo wierzyliśmy, że Bóg jest po naszej stronie – mówili z podkrążonymi oczami, zmęczeni ale szczęśliwi.

Ustawa była napisana dawnym, trudno już zrozumiałym językiem prawniczym. Jej interpretacji dokonały najtęższe autorytety prawa zatrudnione przez Plenipotenta, dwóch profesorów zwyczajnych i jedna kobieta, magistra prawa, istota o nadzwyczajnej zdolności rozumienia różnic między prawdą a kłamstwem. Mówiono o niej, że była także biegła w sprawach kulinarnych, co wzmagało jej nadzwyczajny węch intelektualny i moralny.

Odnaleziona ustawa dawała Plenipotentowi specjalne prawo do wykonywania aktu łaski wobec więźniów znajdujących się w nadzwyczajnych opałach, jawnie skrzywdzonych wyrokiem sądu, i tylko w sytuacjach, kiedy nieudzielenie łaski prowadziłoby do najbardziej tragicznych zdarzeń, takich jak masowe rozruchy, katastrofy, pożary, włącznie z wojną domową. Z ciężkim sercem, że może to wstrząsnąć fundamentami pałacu zważywszy na wrogość dyktatorskiej władzy Tasaka, Plenipotent postawił na szali swój autorytet, cierpliwie i skrupulatnie budowany latami, aby przeciwstawić się jawnej krzywdzie uwięzionych Cyryla i Metodego, i jednym ruchem ręki podpisał akt ułaskawienia. Stało się to w obecności żony Klary, która swoje przerażenie i podziw była zdolna wyrazić tylko oczami i silnym grymasem twarzy. Usta pierwszej damy pozostały zamknięte jak kamienne wrota legendarnego Sezamu.

Odc. 47

Kiedy Plenipotent ukazał się w reprezentacyjnym oknie pałacu, przez które komunikował się z narodem, trzymając w ręku podpisany dokument, aby zupełnie jak niegdyś papieże oznajmić urbi et orbi, że właśnie zwolnił z więzienia dwóch najniewinniejszych ludzi, tłum oszalał. Istniała obawa, że nastąpią rozruchy. Przewidując to, szef bezpieczeństwa reżymu Tasaka wysłał pod pałac zmotoryzowane oddziały policji. Sam Tasak wystosował zjadliwy list protestacyjny do Plenipotenta, przypominając mu o fatalnych konsekwencjach takiego postępowania.

Powziąwszy wiadomość o akcie łaski Tasak zapytał wzgardliwie swoich zauszników: Wiecie, co należy zrobić z takim aktem odpuszczenia grzechów?, po czym wykonał gest ręką do tyłu jakby odganiał się od cuchnących much.

W przekonaniu, że zapobiega wojnie domowej, Plenipotent Dua udzielił Tasakowi suchej jak wiór formalnej odpowiedzi, powołując się na cudownie odnalezione plenipotenckie prerogatywy. W przesłanym dokumencie przedstawił wypis prerogatyw, podkreślając w tekście czerwonym długopisem „Są one dla mnie na wagę życia i śmierci, nie mówiąc o honorze plenipotenckim, który jest święty i niezbywalny”.

Zwolnionych więźniów Plenipotent przyjął bez zwłoki w swoim pałacu, jak tylko ogarnęli się po wyjściu z więzienia, opatrując rany i zmywając ślady brutalnego traktowania dla uspokojenia opinii publicznej. Przywitanie odbyło się dokładnie tak, jak to widział w swoim proroczym śnie: mężczyźni tulili się d niego jak stęsknione dzieci do ojcowskiej piersi, obejmowali go, ściskali i płakali z radości, wypowiadając słowa, które przemówiłyby do serca największego zatwardzialca.

Odc. 48  

Dla uczczenia uwolnienia Cyryla i Metodego w czerwcu odbyła się wielka parada idoli narodowych zwanych też celebrytami. Ich listę ustalił Plenipotent wspólnie z Kwefim. Impreza była wzorowana na paradzie gejów, najskuteczniejszej formie publicznego pokazu siły entuzjastycznie nastrojonego tłumu przez miasto. Niesiono sztandary i znaki niezliczonych zwycięstw Ruchu Patriotycznego. Dzień był skwarny, uczestnicy marszu chłodzili się zimnymi napojami i wachlarzami.

– Zrób sobie dobrze, kup loda i chodź z nami – to radosne hasło pochodu było w stylu pikniku rodzinnego, ulubionej formy manifestacji uczuć obywatelskich i religijnych przez Ruch Patriotyczny.

Na samym początku parady, na szczycie piętrowego autobusu, na platformie ograniczonej barierkami, jechał Plenipotent otaczając ramionami dwóch braci wyrwanych z paszczy lwa. Mężczyźni obejmowali go ufnie; wyższy Metody – na wysokości klatki piersiowej, drobniejszy Cyryl – w pasie, wodząc wokół oczami pełnymi wdzięczności za cudowne ocalenie. Po przejechaniu dwóch przecznic, stojący na platformie celebryci poczuli w oczach, ustach i na policzkach szorstkość, jakby ktoś sypnął im w twarze twardy kwarcowy piasek. Nie mieli wątpliwości, że była to zemsta Tasaka za zwycięskie odbicie Cyryla i Metodego z więzienia.

– Jego ludzie ukrywają się wśród otaczających nas zwolenników Ruchu Patriotycznego. Ten obłąkaniec stara się obrzydzić nam życie w każdej sytuacji. Gdybyś umierał z głodu, odjąłby ci od ust ostatni kęs chleba. To nie człowiek, tylko Lucyfer z piekła rodem! – Plenipotent wyrzucił z siebie ze smutkiem i obrzydzeniem, przemywając twarz chusteczką zmoczoną w wodzie podsuniętej przez ochroniarza.

Odc. 49

Potraktowani niespodziewanie piaskiem w oczy, którego celem mogło być ich oślepienie, Plenipotent i Kwefi poczuli wstyd z powodu niechrześcijańskiego zachowania społeczeństwa. Było to tym bardziej przykre, że biskupi i arcybiskupi bliskiego im kościoła błogosławili uczestników parady, modląc się za nich do Świętego Judy Tadeusza, patrona spraw trudnych i beznadziejnych, a od wyzwolenia Cyryla i Metodego także patrona ludzi ciemiężonych przez władze.

Tasak, Admin Nowego Rządu, naciskał, atakował i czynił wszelkie podchody, aby odebrać, a co najmniej umniejszyć, prerogatywy Plenipotenta. Była to niebezpieczna gra, gdyż dla Plenipotenta nie było niczego cenniejszego od prerogatyw.

– Są dla mnie jak miecz, tarcza, zbroja i hełm dla rycerza, z którym się chętnie porównuję. Bez prerogatyw czułbym się jak nagi kurczak na rozgrzanej patelni, polewany na zmianę zimną wodą i gorącym olejem – powtarzał te słowa tak często swojej żonie, że otworzyłaby w końcu usta, gdyby nie jej wrodzona skromność oraz miłość do męża, u której podstaw leżała anielska cierpliwość.

Między Tasakiem a Plenipotentem i Kwefim toczyła się walka na śmierć i życie; walczyli o wszystko, co miało wartość materialną, finansową lub symboliczną, o sądy, urzędy, wielkie i małe przedsiębiorstwa, eksport i import, kursy walutowe, notowania na giełdzie, opinie dojrzałych starców i młodych wojskowych, kobiet i dziewcząt, także o bank narodowy i skupione wokół niego banki prowincjonalne, a nawet o przychylność nie znających się na niczym tłumów.

Odc. 50

Jako chłopiec Plenipotent był bardzo rozwinięty, pasjonowały go egzotyczne podróże, dobre maniery oraz życie towarzyskie wyższych sfer. Interesował się także dziewczętami, ale nie w prostacki sposób jak większość jego kolegów, marzących głównie o tańcu z przytulaniem i zaspokojeniu namiętności. Plenipotent był bardziej ambitny, rozgarnięty i towarzyski. Chętnie uczył się wszystkiego od wszystkich, którzy coś umieli i potrafili mu tym zaimponować. W młodości uczył się sztuki dyplomacji u dziewcząt i kobiet ulicznych, jakie napotykał na swej drodze jako animator młodzieży na rzecz nauki, postępu i dobrobytu. Nie była to wystarczająca nauka, dlatego na jego prośbę, a potem już samodzielnie zapewniali mu kobiecą pomoc ochroniarze, a właściwie jeden, o imieniu Błażej, cieszący się jego zaufaniem.

Plenipotent i jego żona Klara kochali się wzajemnie, choć nie zawsze szczęśliwie. Klara wybaczała mu słabości, może dlatego, że sama też nie była od nich wolna. Jej największą bolączką była małomówność. Właściwe to w ogóle prawie nie mówiła. Kiedy już zdecydowała się otworzyć usta, musiała być ku temu jakaś ważna przyczyna lub okazja, nastąpił jakiś wstrząs a nawet katastrofa.

Kwefiego Klara nie lubiła. Powiedziała kiedyś mężowi:

– To złośliwy starzec. A ty jesteś naiwny, bo on i jemu podobni naciągają ciebie.

Plenipotent nie wierzył jej, choć ją kochał. Był przekonany, że przesadza i jest uprzedzona do Kwefiego, ponieważ był niskiego wzrostu. Dlatego Klara zaczęła prowadzić listę wpadek męża z powodu jego naiwności i łatwowierności. Robiła to po cichu. Kiedy doszła do liczby stu dwudziestu czterech, przerwała. Uznała, że to się nigdy nie skończy.

Odc. 51

Plenipotent brał ludzkie słowa za dobrą monetę, ufał i wierzył ludziom. Kilka razy dzwonili do niego szarlatani, naciągając go na rozmowę a nawet na osobiste wyznania. Przedstawiali się jako ktoś ważny, przeważnie jako osoba, którą wcześniej poznał z racji swych licznych kontaktów służbowych i towarzyskich. Dyskutował z nimi sprawy urzędowe a nawet wagi państwowej. Potem go wyśmiewano i krytykowano.  

Plenipotent uważał, że nie ma wrogów, oprócz Tasaka i psa pałacowego, Reksa, który atakował go, ponieważ kość, jaką mu Plenipotent przynosił, była za mała albo za sucha. Tak to sobie tłumaczył. Denerwował się przy takiej okazji i obrażał, czasem nawet krzyczał. Raz, kiedy się bardzo zdenerwował, Klarze wyrwało się:

– Jesteś zarozumiały i nadęty. Myślisz, że jesteś mądrzejszy od innych?!

W czasie trudniejszych przemówień, zwłaszcza w momentach drażliwych lub kiedy ktoś mu się głośno sprzeciwił, Plenipotent jąkał się nieskładnie. Żona to widziała, lecz wybaczała mu, współczując także sobie, bo cóż to za przyjemność być żoną najważniejszego urzędnika państwowego, jeśli ma on słabości lub zachowuje się w ośmieszający go sposób?

Nauczycielowi angielskiego Plenipotent płacił krocie. Za jego jednomiesięczne wynagrodzenie mógłby zatrudnić doskonałego anglistę na pół roku. Był jednak przekonany, że czyni mądrze i dobrze.

– To fenomen, nauczy mnie w ciągu tygodnia więcej niż inny w ciągu dziesięciu dni! W moim życiu każdy dzień się liczy. Mam tyle rzeczy do zrobienia! Jestem przecież najważniejszym funkcjonariuszem państwa. Ponadto, uspokajam się przy nim i mniej się jąkam.

Odc. 52

W rozmowach z rodziną Plenipotent mówił o sobie w trzeciej osobie, na przykład „Pan Dua zrobi to wieczorem” lub „Pan Plenipotent Dua zamierza wygłosić przemówienie”. Czuł się wtedy ważny, doceniany, a nawet wyższy i tęższy, ponieważ nie był imponującego wzrostu ani postury. Niezmiennie wyróżniały go tylko różane policzki, nadętość warg i ów ton wyższości (jestem ważny!), jaki produkowały jego struny głosowe sterowane sygnałami z zawikłanej podświadomości.

Plenipotent bał się rzeczywistości, męczyła go. Uciekał od niej. Wieczorami żył w innym świecie, udając się dyskretnie do ukrytego za pałacem ogrodu różanego. Pytany przez córkę (jedyną osobę, która nie kwestionowała jego tożsamości), dlaczego to robi, wyjaśniał, że rozwija wyobraźnię oraz zmysł piękna i estetyki rozmawiając ze sobą, oszołomiony wonią kwiatów, szczególnie tych pachnących wieczorem.

Do Afryki Plenipotent wyjechał zimą, w miesiącu lutym, aby załatwić szereg ważnych spraw służbowych, a przy okazji odpocząć, oddychając innym powietrzem, bardziej czystym i wilgotnym. Jego cichym celem, nie mówił o tym nikomu, nosił go jednak w sercu, było rozwinięcie w sobie tolerancji wobec ludzi innych ras, kolorów skóry oraz obyczajów. Przed wyjazdem wspominał żonie, że Murzyni plują na ziemię, a jeśli są w pomieszczeniu, to na podłogę, i on chciałaby dowiedzieć się, dlaczego to robią i jak można zmienić ich postępowanie. Intrygowało go to prawdopodobnie dlatego, że jego umysł kojarzył Tasaka z mieszkańcami Afryki i pewną dzikością tego kontynentu. Nie była to wyłącznie domena Plenipotenta; podobne myśli miał także Kwefi, również niecierpiący Admina Nowego Rządu.

Odc. 53

Nie była to cała prawda o podróżniczych zamierzeniach Plenipotenta. Prawda była taka, że w Afryce, gdzie rządzą dyktatorzy, Plenipotent zamierzał uczyć się sztuki rządzenia ludźmi trudnymi i opornymi, za jakiego uważał Tasaka. Było to tournée edukacyjne, tak to opisał po powrocie w rozliczeniu finansowym delegacji zagranicznej.

Swoim gospodarzom afrykańskim, z uprzejmości pytającym o przebieg i cel jego tournée, jak zwykle odpowiadał szczerze i bez wahania:

– Przynajmniej nie będę widzieć Admina Tasaka, który działa mi na nerwy, ani Przewodniczącego Kwefiego, który stawia mi ciągle pytania i czegoś ode mnie oczekuje, choć i tak już mu bardzo pomogłem i wciąż pomagam. Czasem mi się wydaje, że beze mnie jest on jak małe dziecko. To staruszek, można powiedzieć nawet dziadek, choć nie ma wnuków, marudny, zagubiony w dzisiejszym nowoczesnym świecie. Ostatnio już nawet nie wie czego chce, za to wyobraża sobie, że świat się kręci wokół niego.

Rozmówcy Plenipotenta poważnie kiwali głowami, dając mu do zrozumienia, że starszych wolno myślących ludzi to i u nich nie brakuje.  

– U nas to tacy staruszkowie przynajmniej są użyteczni przy pilnowaniu kóz, ale u was – jak wiemy z telewizji – jest zima i zwierzęta domowe nie wychodzą na pastwiska – dodawali życzliwie, życząc mu szybkiego nadejścia wiosny i gorącego lata oraz spełnienia wszystkich marzeń.

Plenipotent nie zawsze dobrze ich rozumiał, ponieważ jego angielski był w wykonaniu krajowym, podczas gdy większość z nich otrzymała wyksztalcenie w Cambridge, Oksfordzie lub Eton. Nie zazdrościł im tego, jako że jego słownictwo było równie bogate a nawet bogatsze, wielka różnica była natomiast w akcencie.

W rozmowie telefonicznej z żoną, Plenipotent nie ukrywał swego rozczarowania.

– Moi rozmówcy to ludzie skryci, nieufni, szczelnie otoczeni body guardami, mówiący niewyraźnie, często półsłówkami. Uczę się rozumieć ich bez słów, patrząc na ich twarze, przypominające maski jakie mam w swoim zbiorze w pałacu. To umiejętność, która bardzo mi się przyda po powrocie do kraju.

Odc. 54

Na maskach Plenipotent znał się jak mało kto. W pałacu, w osobnym pokoju, który nazwał muzealnym, trzymał czterdzieści pięć masek z całego świata, wyrażających uczucia od gniewu i nienawiści przez niepokój i strach po radość i uwielbienie. W wolnych chwilach przyglądał im się uważnie, studiując spojrzenie oczu, fragment twarzy czy nawet pojedynczą zmarszczkę.

W Afryce Plenipotent zachwycał się maskami, oglądając prywatne zbiory swoich rozmówców, a rozmawiał z cesarzami, królami, książętami oraz dyktatorami cywilnymi i wojskowymi. Ich również kolekcjonował. Będąc doświadczonym dyplomatą czynił to dyskretnie, zapisując ich imiona, nazwiska oraz krótką charakterystykę w specjalnym notesie, który nosił za nim w pancernej teczce sekretarz osobisty.

Plenipotent był przystojny i rzeczowy. Tak opisywały go media afrykańske, unikając określenia „białas” podobnie jak on unikał określenia „Murzyn” oraz „Czarnuch”. W Afryce chwalono go za wrażliwość etniczną i delikatną naturę, wyrażając po cichu ubolewanie, że tak przystojny i przyzwoity mężczyzna ma niemą żonę. Dostrzegano również jego inne walory.

– Pani Plenipotencie Dua! Jest pan najprzystojniejszym białym człowiekiem, jaki postawił nogę na naszym kontynencie. Dobrze, że to pan przyjechał, a nie pański sojusznik Kwefi, czy też Admin Tasak, którego nazwisko brzmi tak złowrogo.

Odc. 55

Słysząc szczere słowa uznania, Plenipotent rozklejał się i opisywał w szczegółach, jak podły i agresywny był Tasak, oraz jak wymagający a często i niesprawiedliwy wobec niego był Kwefi.

– Nie życzę panom takich ludzi wśród przyjaciół, a nawet wśród wrogów. Oni każdego wrażliwego człowieka, który nie ma na sobie skóry słonia, są w stanie zniszczyć – dodawał, uśmiechając się smutno a zarazem ujmująco.

Nie dowierzając poczcie dyplomatycznej, Plenipotent wysyłał Kwefiemu przez umyślnego gońca, osobę zaufaną, relacje z każdego dnia delegacji służbowej, zapewniając go, że bardzo mu go brakuje oraz jak bardzo chwalą go Afrykanie.

– Jesteś tutaj doskonale znany, znacznie lepiej niż ja czy Tasak. Jesteś dla nich najdoskonalszym typem przywódcy, ponieważ potrafisz utrzymać w ryzach przeciwników politycznych i cały naród.

– Wyjazd do Afryki to najlepsze wakacje, jakie miałem w życiu. Żałuj, że ciebie tam nie było – powiedział żonie po powrocie. Popatrzywszy na jej zamknięte usta dodał ze smutkiem:

– Może i lepiej, że nie pojechałaś, bo oni bardzo lubią rozmawiać w odróżnieniu od ciebie.

Odc. 56

Do władców Czarnego Lądu, po którym pielgrzymował Plenipotent w najdłuższej podróży swego życia, wynosząc pod niebo Kwefiego i obrzucając błotem Tasaka, docierały także informacje o sytuacji w Bangolu. Wśród nich znalazły się zarzuty pod adresem Plenipotenta, że nie jest tak niewinny i dziewiczo czysty jak jego codziennie odświeżany garnitur służbowy i jak sam siebie maluje w trakcie spotkań z przywódcami państw.

Pierwszym zarzutem było to, że się nadyma w trakcie uroczystych przemówień. W Afryce nikogo to nie zaskoczyło.

– U nas to normalne. Żyją tutaj żaby, które potrafią przetrwać największe upały, kiedy ludzie i bydło mrą jak muchy. To wielka umiejętność przeżycia. Żaba radzi sobie doskonale, przed nadejściem pory deszczowej nadyma się do maksimum, opija się wodą i zakopuje metr pod ziemią.

Plenipotent ma beznadziejnie głupi wyraz twarzy. To był drugi poważny zarzut stawiany mu w Bangolu, zdolny pogrążyć każdego aktywnego dyplomatycznie człowieka.

Na początku przywódcy krajów afrykańskich nie byli w stanie zrozumieć tego zarzutu. Ich doradcy musieli im tłumaczyć. Reakcja była znamienna. Najlepiej ujął to prezydent Beninu, dawnego Dahomeju.

– To naturalne, Jego Ekscelencja Plenipotent po prostu taki się urodził. Gdyby miał trzy ręce lub dwie głowy, to byłby „freak of nature”. Ale tak nie jest. On ma po prostu beznadziejny wyraz twarzy i robi głupie miny.

Tłumacz od razu wyjaśnił, że „freak of nature” znaczy „wybryk natury”.

– Ponadto głupi wyraz twarzy nie jest tożsamy z rozumem – kontynuował przywódca Beninu. – Jego Ekscelencja Plenipotent objął bardzo poważne stanowisko, skutecznie je utrzymuje, walcząc z przeciwnościami, żyje w luksusie, prezentuje kraj i podróżuje po świecie. Czy to źle o nim świadczy? Daj Boże każdemu mieć tak niwelowaną twarz i robić głupie miny. Ludzie mówią to o nim z zawiści.

Odc. 57 

W styczniu i lutym powiększał się smutek w szeregach Ruchu Patriotycznego. Przyczyn było kilka. Przepadły pieniądze, jakie przez lata leżały na ulicy, wystarczyło tylko po nie sięgnąć. Pojawiły się za to donosy i paszkwile od dawnych przyjaciół i znajomych, którzy z trudem poznawali nawet samych siebie, tak bardzo Tasak i jego Nowy Rząd dawały im się we znaki, podstępnie szerząc wśród nich lęk i depresję. Członkowie Ruchu Patriotycznego o orientacji rolniczej zaczęli przesyłać sobie nawzajem świnie. Było to dwuznaczne.

– Choć to dobre mięso, to wysyłanie komuś bez zapowiedzi prosiaka to nieudany żart – myślał Kwefi, którego martwił niepokój szerzący się w dotychczas zdyscyplinowanych szeregach Ruchu Patriotycznego.

Decyzją zarządu Ruchu Patriotycznego było szukać nowych rozwiązań, uczyć się jogi jako techniki głębokiej refleksji i dogłębnego uspokojenia, wschodnich sztuk walki a nawet sztuczek cyrkowych, rozwijających zdolności ekwilibrystyczne.

W związku z zapowiedzianym konkursem lotów indywidualnych do pracy w wielkim ośrodku konferencyjno-rozrywkowym w centrum Europy, gdzie na zwycięzców czekały wygodne fotele i umeblowane biura, aktywiści Ruchu Patriotycznego podcinali sobie nawzajem skrzydła i podpalali pióra, aby zwiększyć swoją szansę wygranej w konkursie. W poczekalniach, przebieralniach i w biurach Ruchu Patriotycznego czuć było swąd palonych piór; przy okazji palono też dokumenty.

– Skoro palimy ogień, to warto spalić niepotrzebne śmieci – zachęcali siebie nawzajem członkowie Ruchu.

Odc. 58

Profesor Kawon, etatowy naukowiec Ruchu Patriotycznego, wybitny autorytet, wykładowca trzech znakomitych uczelni, udzielił wywiadu. Czynił to tak rzadko, że sama wiadomość o pojawieniu się wywiadu okazała się sensacją. Kwefi szanował Kawona, a on szanował Kwefiego, uważał go za wybitnego stratega.

Tym razem profesor był krytyczny.

– Kwefi przegrał. W trakcie wyborów parlamentarnych utopił swoją formację w bagnie niezrozumienia społeczeństwa. To był hazard niepotrzebny i niezwykle kosztowny. Kwefi powinien ustąpić. Ma dwóch godnych następców, równie twardogłowych jak on sam. To gwarancja utrzymania statku na kursie.

Godzinę po wywiadzie Kwefi ukazał się w zaprzyjaźnionej telewizji Nasza Tuba. W oczach płonął mu piekielny ogień, kontrastujący z bladą nieogoloną twarzą.

– Szanuję profesora Kawona, bo lubię melony. Profesor nie powinien się wypowiadać w takich sprawach, bo nie zna się na blitzkriegu politycznym i na ludziach. To wybitny teoretyk. Po jego wywiadzie nie powierzyłbym mu roli gońca rozwożącego pizzę, bo myliłby nazwiska i adresy dostawy. Co do mnie, to wytrwam. Ćwiczę od jutra biegi przełajowe, już dzisiaj czuję się mocniejszy.

Odc. 59

O udział w konkursie lotów indywidualnych do pracy w renomowanym ośrodku konferencyjno-rozrywkowym „Europa” ubiegała się cała stara gwardia Ruchu Patriotycznego, przede wszystkim Blaszka i Admin Chudy. Kwefi zdecydował się nie uczestniczyć, nie pozwalały mu na to wiek i powaga.

-W moim przypadku wiek nie ma znaczenia, czuję się młody, tylko za dużo ważę. Muszę jeszcze poćwiczyć – informował, uśmiechając się blado zza okularów.

Udział w zawodach zgłosiła także Bea Tschubaschek, znana aktywistka Ruchu Patriotycznego, dobrze znająca miejsce lądowania. Jej postać zdumiewała przyjaciół i lekarzy: wyglądała czerstwo, poważnie i zasobnie jak forteca, to był jej atut. Uważano ją za ideologiczny czołg Ruchu Patriotycznego, odnowiony i z nowymi akumulatorami. Poza tym startował jeszcze aktywista Ruchu kryjący się za nalaną twarzą i dużym kartoflanym nosem. Kiedy spotkali się na wiecu wstępnej kwalifikacji do konkursu, byli wywatowani, prężyli muskuły, ich czerwone usta wznosiły okrzyki:

– Precz z Afrykanami! Bangol dla Bangolczyków! Nie będzie Tasak pluł nam w twarz! My chcemy władzy, nie procesów sądowych! Precz z czerwoną małpą strachu!

Po wiecu tłum konkursantów rozlał się po bocznych ulicach stolicy niby gorąca lawa. Zwartością, czerwonymi z radości twarzami oraz głośnymi okrzykami imponowali sobie i światu. W połowie drogi dołączył do nich Plenipotent, aby wspierać Kwefiego swym silnym ramieniem. Maszerujący rozdawali ulotki osobom stojącym na chodnikach: Jeśli nie jesteś z Ruchem Patriotycznym, to jesteś zdrajcą! Tylko my jesteśmy wiarygodni, bo znamy prawdziwe uczucia narodu.  

Odc. 60

Po utracie władzy parlamentarnej Kwefi uległ przeobrażeniu, nie przymierzając jak owad, z tym, że w odwrotnym kierunku. Znaczy to, jak wyjaśniał pewien ogrodnik z kręgów jego aparatu władzy, Kwefi przeobraził się, jeśli nie pięknego to silnego motyla politycznego w poczwarkę, stał się prostszym osobnikiem, poluzował swój nienaganny garniturowy wygląd i zachowywał się inaczej. Pod wpływem szoków, jakie przeżył, jego żywotność skurczyła się jak gąbka na intensywnym słońcu. Przywódca poruszał się mechanicznie, drobiąc kroki, powoli i tak ostrożnie, jakby nosił w kieszeniach misterne kolczyki, bajeczne kolie i inne cacka jubilerskie wypożyczone z Instytutu Biżuterii Artystycznej.

– Boi się, aby nie dźwięczały i nie połamały się – żartowali na boku jego współpracownicy, coraz mniej okazując mu szacunku i poważania.

Instytut Biżuterii Artystycznej Kwefi rzeczywiście odwiedził kilka tygodni wcześniej. Był tam dwa lub trzy razy, aby rozwinąć indywidualne predyspozycje artystyczne, wyobraźnię, kreatywność oraz zdolności manualne, które pomogłyby mu w dalszym kierowaniu Ruchem Patriotycznym oraz skuteczniejszym udzielaniu wyróżnień i kar, także cielesnych.

– Musimy utrzymać dyscyplinę za każdą cenę, w przeciwnym wypadku Tasak rozdepcze nas jak robaki – podkreślał Kwefi na każdej odprawie swojego sztabu politycznego. – To człowiek o zjełczałej moralności, bez zasad i zdradziecki. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie głosowali na niego. 

Dla podtrzymania słabnącego przywódcy na duchu, Ruch Patriotyczny organizował dla niego festyny radości i ukojenia o wartości artystycznej i symbolicznej. Występowały na nich odpowiadające Kwefiemu zmysłowo dojrzałe niewiasty w regionalnych strojach ludowych, tańczące, śpiewające i obdarowujące przywódcę naręczami kwiatów. Kwefi wąchał kwiaty wdychając intensywnie słodki zapach każdego z osobna w zwątlałe płuca, aby nabrać wigoru. Głębokie wdechy przesączone kwiecistą wonią ekscytowały go, mobilizując do wygłaszania krótkich, pełnych pasji przemówień i ostrzeżeń. Tematem był Tasak i jego reżym, oraz niebezpieczeństwa, jakie ten człowiek i jego rządy niosły dla kraju. Kwefi wieszczył nieszczęścia związane z nową władzą lecz starał się im zapobiec.

Odc. 61

Po kilku wizytach u wróżek krajowych i zagranicznych, podobnie jak inni wielcy przywódcy w historii świata, Kwefi zainicjował nowatorskie metody działania politycznego. Wcześniej próbował różne systemy potajemnej, nie pozostawającej śladów, inwigilacji elektronicznej. To nie wystarczało. Potrzebował bardziej zdecydowanego i wyrazistego zwycięstwa. W kieszeni nosił szmacianą lalkę VooDoo wyobrażającą Tasaka, zdumiewająco do niego podobną kształtem ciała, ubiorem oraz rysami twarzy. Udając się do toalety, Kwefi wbijał w nią szpilki, trzynaście w pierś i dziewięć w plecy i ramiona. Nic to nie dawało, nie tracił jednak nadziei.

Po godzinach pracy oraz w czasie weekendu jego ulubioną rozrywką były spacery po cmentarzach w grubym palcie i czapce wciśniętej na oczy, aby nie męczono go prośbami o autograf, wywiad lub rozmowę. To go uspokajało, dawało mu też pewność, że opatrzność, historia i osoby święte są po jego stronie. Chodząc między pomnikami Kwefi medytował oraz wykonywał ćwiczenia podnoszenia samoświadomości. Rozmawiał przy tym ze sobą, aby nie uronić grama uwagi i wysiłku z wykonywanej nad sobą pracy.  

– Spalam się w ogniu walki z najgorszym przeciwnikiem politycznym. Czuję to w całym ciele w postaci niepokoju. Dlatego muszę ćwiczyć ducha. Dzięki ćwiczeniom zrozumiałem, że umysł ludzki starzeje się szybciej niż ciało. Muszę więcej pracować nad przywróceniem tej równowagi.

Odc. 62

W dążeniu do doskonałości przywódczej, Kwefi uważniej wsłuchiwał się w głosy czołowych funkcjonariuszy Ruchu Patriotycznego, zmienił też dietę. Za wzór zdrowego odżywiania służyły mu zwierzęta roślinożerne bardziej niż ludzie wypaczeni cywilizacją obfitości. Na obiad gospodyni przygotowywała mu, zamiast golonki z musztardą i gotowanymi ziemniakami, płatki z pięciu innych zbóż z dodatkiem otrąb owsianych, trzech rodzajów orzechów, suszonych owoców oraz pokrojonych drobno bananów. Na początku kręcił nosem, zżymał się, że odżywia się jak schorowany emeryt formacji Tasaka. Aby oderwać go od niepotrzebnych myśli gospodyni opowiadała mu przy posiłku historyjki, anegdoty oraz koszmarne żarty na temat Tasaka, które sprawiały mu szczególną przyjemność.

– Skąd pani wie, że ja tego człowieka serdecznie nienawidzę?

– Wszyscy o tym mówią, proszę pana. Chodzę na pańskie spotkania z wyborcami i słucham. Niektóre żarty wymyślam sama, przeglądając fora dyskusyjne w Internecie, słuchając ludzi na bazarze i na rynku, oraz spacerując wieczorem w pobliżu miejsca, gdzie spotykają się pijacy. Inspirację do politycznej twórczości można znaleźć wszędzie włącznie z ubikacją publiczną i śmietnikiem. Takie są dzisiaj czasy.

– Chętnie słucham pani żartów na temat tego człowieka, ponieważ wyrządził mi nie jedną ale setki krzywd, których nawet święci z obrazów kościelnych nie są w stanie mu wybaczyć – oświadczył Kwefi. – Nienawidzę go i czerpię z tego energię.

Odc. 63

Przed nadejściem wiosny Ruch Patriotyczny zamiast cieszyć się poprawami pogody i nabierać siły, rozpadał się powoli, rozsypując wokół siebie znaki klęski podobne do chmury szkodliwych pyłków alergicznych. Jego prominenci słabli, kichali i kręcili z niedowierzaniem głowami.

– Wszyscy wiemy, kto potrząsa drzewem niepokoju. Ten diabeł Tasak! – cedził przez zęby Kwefi, rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby usiąść, aby odpocząć. Potrzebował odpoczynku coraz częściej, mimo że nie podejmował żadnego wysiłku oprócz poruszania się i potrząsania głową. On i jego partia zdawali sobie sprawę, że żyją w oparach własnego absurdu. Robili dobre miny do fałszywej gry, wykorzystując strajki, bunty i manifestacje dla obrony swoich interesów i szkodzenia rządowi. Tasak trzymał ich w garści i powoli wyciskał z nich soki jak gospodyni oddzielająca ser od serwatki. Produktem presji były zeznania, oskarżenia współwinnych oraz pieniądze, jakie musieli zwracać. Wili się jak piskorze, sznurując usta i milcząc jak niemowy, niezdolni do niczego twórczego oprócz gryzienia w rękę ludzi zadających im pytania.

Odc. 64

Kwefi, mąż opatrznościowy Ruchu Patriotycznego o regularnie opadającej wadze opatrzności, coraz częściej przeżywał z tego powodu absurdalne sny. Dzwonił wtedy do słabującego jak on Admina Chudego oraz wszechmocnego Plenipotenta, niegdyś swego wiernego raba i niewolnika, teraz pana i prawdziwego potentata. Aranżował z nimi telefoniczne konferencje, aby opowiadać im jak mu się śnili. W pierwszym, dojmującym, fizycznie wręcz bolesnym śnie Kwefiego, Plenipotent bił głową o ścianę, czyniąc to w sposób konsekwentny i odrażająco uparty.

– Po każdej takiej sesji samoumartwiania się, drogi Plenipotencie, pańskie czoło staje się coraz bardziej płaskie, co mi sugeruje, że cofa się pan po linii ewolucyjnej plenipotentów do jednostek zapóźnionych cywilizacyjnie. Może to być oczywiście niesłuszne posądzenie, gdyż jak się domyślam, pańskie zachowanie jest spowodowane frustracją nadchodzącą z zewnątrz. Jak mi donoszą wierni agenci i specjaliści od inwigilacji towarzyskiej, spotyka się pan z niezwykłym oporem materii w postaci obłędnego Tasaka, męża opatrznościowego, jak go niektórzy malują. Widzę wyraźnie, jak Tasak opiera się pańskiemu rozumowaniu i pańskim decyzjom, jakże słusznym, mądrym i wyszukanym, co jest dla Pana jak i dla mnie nie do wytrzymania.

Po każdej sesji złych snów Kwefiego, Plenipotent płakał rzewnymi łzami przed niemą żoną:

– Nikt mnie nie rozumie! – jęczał przejmująco. –  Mówią, że jestem niespójny w swoich decyzjach a nawet głupi, niektórzy nazywają mnie sportowo palantem, co mnie niewiele pociesza, a ja przecież wciąż kształcę się, jak być mądrym i konsekwentnym. Ciągnę ten wóz obowiązków podobnie jak koń w kieracie, ze zwieszonym łbem, choć nachodzą mnie myśli, aby raz na zawsze odwiązać się od machiny, jakim jest piekło obowiązków plenipotenckich w warunkach osamotnienia. Nie wiem zresztą dlaczego ciągnę ten kierat, skoro mam sprawne ręce, umiem czytać dokumenty, rozumieć ich treść i podpisywać je tak, aby zaspokoić pragnienia społeczeństwa życzącego sobie innego chleba i innych igrzysk, niż te, do których je przyzwyczailiśmy. To niebywałe, ale ono chce jeszcze lepszych igrzysk, jeszcze bardziej kolorowych, i jeszcze smaczniejszego chleba. Nie wystarcza im już zwykły cyrk oraz zwykłe pieczywo z białej mąki, chcą z mąki pełnoziarnistej. Świat stanął na głowie. Nie wiem tylko dlaczego na mojej!

Odc. 65 

Admin Chudy skarżył się Kwefiemu i Plenipotentowi, że wprawdzie sny ma pogodne, ale przeciwnicy polityczni dociskają go do ściany na różnego rodzaju komisjach do zadawania trudnych pytań, wzywają, pytają o szczegóły, których nie pamięta.

– Oni nie mi dają spokoju. Wciąż mnie o coś podejrzewają a ja nie wiem o co i dlaczego. Ciągle mnie pytają.

– Czy pan, Adminie Chudy, coś ostatnio ukradł?

– Nie, absolutnie nie!

– Czy żona pańska coś ukradła albo ukryła?

– Kiedy mnie o to zapytali, zawahałem się na moment, bo w gardle mi zaschło ze wzruszenia na myśl o mojej ukochanej żonie. A oni mówią:

– Coś pan ukrywa. Czy wy oboje nie ukrywacie czegoś wartościowego. Może złote zegarki Patek?

– Nie znam żadnego Pateka – odpowiedziałem rezolutnie, bo rzeczywiście nikogo takiego nie znam.

– A O’Bajka pan zna?

– Nie przypominam sobie. Czy to jakiś Szkot? – zapytałem. – Nazwisko nie wygląda mi na rodzime, a ja łatwo zapominam inne nazwiska. Nie znoszę obcokrajowców.

Odc. 66

– Nie, to nasz rodzimy multimilioner, patriota – wyjaśniła przewodnicząca komisji, ta od zadawania najtrudniejszych pytań. – Zbił fortunę na ropie naftowej, gazie ziemnym, benzynie i płynach do mycia naczyń, kupował też pola roponośne. To pan całą gębą. Zatrudniał sześciu koniuszych, trzydzieści kobiet do kuchni, czterech detektywów, armię ochroniarzy oraz jednego fryzjera, ale nie zwyczajnego, tylko barbera. Kazał sobie wytatuować orła na ważnych częściach ciała.

– Uznałem, kontynuował Admin Chudy, że O’Bajek był dobrym człowiekiem, bo dawał ludziom pracę. Odpowiedziałem przewodniczącej komicji, że chętnie bym go poznał, na co ona odrzekła, że kłamię, bo nos mi się zaczerwienił, i poruszyła znacząco głową. Podeszli do mnie wtedy inni członkowie komisji i ciągnęli mnie za język. Było to bardzo bolesne. Co najgorsze, to wymawiali mi każde sto tysięcy złotych, o których nie pamiętałem, bo kto by pamiętał takie drobiazgi. Ja sto tysięcy złotych daję żebrakowi pod kościołem, odpowiedziałem i odruchowo splunąłem na podłogę. Kazali mi to wytrzeć.

– Kiedy ostatni raz dał pan żebrakowi sto tysięcy złotych i jak on się nazywał?

Odc. 67

– Nie pamiętam. To był dawno, bo potem wprowadziliśmy w kraju dobrobyt. Był on obowiązkowy, tak że żebraków nie było.

– A biedni ludzie?

– Biedaka to ja od dawna nie widziałem, ani w mieście, ani na osiedlu, gdzie mieszkam. Tam najczęściej przebywam i spotykam się z ludźmi.

– Jak nazywa się to osiedle?

– Miliardówka.

– To chyba jakieś duże i bogate osiedle?

– A skądże! Jakie tam duże i bogate? To małe osiedle: tylko dwa lądowiska helikopterów, dwa szpitale, trzy centra handlowe, osiem kościołów i sześć banków oraz wieża do skoków bungee latem, bo zimą wykorzystujemy ją jako skocznię narciarską. Ponadto około czterdziestu basenów kąpielowych. Wszystko to zbudowaliśmy własnymi rękami z własnych oszczędności.

Odc. 68

W konsekwencji utraty władzy i szarpaniny z Nowym Rządem Tasaka Kwefi zmieniał się, starając się być inny, mniej staromodny, bardziej nowoczesny. W knajpie „Pod Łajdakami Minionych Czasów” siedział rozparty w szerokim fotelu i z podkrążonymi oczami oraz kuflem piwa w ręku, opowiadał swą nocną przygodę. Ogarniając wzrokiem otaczających go ludzi, głównie zwolenników Ruchu Patriotycznego, żal mu się zrobiło, że jest ich coraz mniej a niektórzy to nawet zaczęli mu się stawiać.

– Po obiedzie senność spłynęła na mnie pachnącymi płatkami róży. Obudziłem się na tapczanie w mojej sypialni, leżąc na plecach. Przekręciłem się w prawo. Był to błąd, gdyż spadłem z tapczanu na twardą podłogę. Upadek trwał moment, ale był bolesny. Z gniewu i przestrachu przeklinałem. Widocznie pod niewłaściwym adresem, bo w powietrzu ukazał się palec wskazujący wycelowany w moje oko. Zrobiłem unik i żachnąłem się, bo był to Admin Chudy. Poznałem go po nosie, złotych okularach i kolczyku w uchu, który od niedawna nosi pozując na młodszego niż jest przywódcę. Nazwał mnie Chu albo Chuchu czy jakoś tak, bo nie dosłyszałem. Nie byłoby to obraźliwe, gdyby swym paluchem nie zarysował pod moim adresem podłużnego kształtu podobnego do fajki z cybuchem zaokrąglonym na końcu. Przypomniałem sobie takie rysunki z młodych lat, kiedy w pierwszych odruchach dziecięcego i młodzieżowego buntu rysowaliśmy podobne kształty w toaletach, kiblach i ubikacjach. Pod wpływem gróźb Admina, wrócił do mnie język kloaczny, jak znalazł na dzisiejsze czasy, kiedy usiłujemy odnaleźć się jako Ruch Patriotyczny walczący z okrutną nową władzą, komisarzami, komitetami i komisjami śledczymi i dochodzeniowymi. Nienawidzę nowej władzy, ponieważ chce nam wyrwać ostatnie miliony złotych, jakie nam się należały i słusznie znalazły się w naszych rękach. Uzbrojony w język kloaczny obrzuciłem Admina Chudego guanem. Tego się nie spodziewał. Uchylał się jak mógł, ale i tak część do niego przylgnęła. To nasz stara taktyka, kiedyś robiliśmy to w stosunku do naszych nieprzyjaciół, obrzucając ich wrednymi przezwiskami w Telewizji Nasza Tuba. Teraz stosujemy te metody w bratobójczych walkach o władzę w naszych własnych szeregach. Czasy są bezwzględne.

Odc. 69

Najświeższym pomysłem Kwefiego było współpraca w rolnikami organizującymi blokady dróg w kraju.

– Popieramy was bezwarunkowo. Macie rację, stawiając blokady na drodze. Wasze żądania są słuszne. Obecny rząd nie robi nic, aby wam pomóc. Nie docenia was nawet. Tylko my znamy waszą wartość, wiemy, że jesteście białą solą czarnej ziemi. Tylko my rozumiemy, że bez soli człowiek się czuje gorzej niż bez butów.

Dla przypomnienia zbuntowanym mieszkańcom wsi kim jest i kogo reprezentuje jego partia, Kwefi polecił wypisać na transparentach imiona i nazwiska przywódców Ruchu Patriotycznego. Planował umówić się z rolnikami, że będą je skandować na blokadach, aby dodać sobie prestiżu. Kierownictwo Ruchu wytypowało cztery nazwiska oferujące pewną szansę wzmocnienia popularności strajkujących: Kwefi, Chudy, Blaszka i Plenipotent. Kwefi wygłosił okolicznościowe krótkie orędzie.

– Te nazwiska wskazują na rewolucyjno-rolnicze korzenie przywódców Ruchu Patriotycznego, sięgające pamiętnych buntów i wojen chłopskich. Pamiętajcie, że w 1651 roku nabito w Krakowie na pal Aleksandra Kostkę-Napierskiego, przywódcę powstania chłopskiego na Podhalu. Nasi wspólni przodkowie musieli chodzić za pługiem, aby wyżywić rodzinę, wieś i głodujące społeczeństwo.

– Strajkujący członkowie Ruchu Patriotycznego to typy spod ciemnej gwiazdy. Takich jak oni przestępców należałoby od razu wtrącać do więzienia za malwersacje, kanty i korupcję – oświadczył Tasak na wiadomość, że Ruch Patriotyczny rozważa – oprócz udziału w strajkach – także akcję terrorystyczną w celu przejęciu władzy. – Oni tylko snują mrzonki – kontynuował. – Śnią o kreciej robocie, myślą o budowie tuneli podziemnych i wysadzaniu budynków rządowych w powietrze, ale to nieudacznicy niezdolni do wykonania niczego pozytywnego. Zatruwają atmosferę w kraju wygłaszaniem chorobliwych poglądów. Nie umieją nawet odpowiadać na proste pytania komisji śledczych, jak marnowali pieniądze na swoje fantazje i oszustwa. Nie ma z tych darmozjadów żadnego pożytku. Dlatego myślimy o tym, aby skierować ich na pustynię w Północnej Afryce, gdzie budowaliby panele fotoelektryczne, odsalali wodę morską i nawadniali nią tereny pozostające w cieniu paneli. Byłaby to praca użyteczna dla ludzkości – Admin Tasak rzadko używał tak mocnych słów.

Odc. 70

Na tajnych spotkaniach z niedobitkami swojej partii Kwefi, wygaszał budujące poglądy.

– Zapewniam was, że nasz ruch wkrótce kwieciście się odrodzi. Przychodzą do mnie ludzie, którzy widzą nas jako część historii, aby uczyć się od nas, jak kierować państwem i społeczeństwem. Naszą chlubną historię upowszechniają najlepsi dziennikarze. Nie wiem tylko dlaczego niektórzy z nich uparli się, aby mnie wychwalać. Kilka dni temu byli u mnie przedstawiciele Nowej Awangardy, naszego odrodzonego ruchu młodzieżowego, na czele z Adminem Chudym, Blaszką, Plenipotentem Duą i różanolicym, którego nazwiska nie wymienię, bo go nie lubię. Ci ludzie przeszli wstrząs wywołany przez Tasaka i to ich odmieniło. Są śmielsi i piękniejsi swoją wiarą w naszą cudowną przeszłość. Patrzyłem na nich z podziwem: smukli, dobrze zbudowani, o głosach aniołów, nieogoleni, jak to teraz jest w modzie, z wypomadowani lśniącymi włosami. Wszystko co mieli na sobie i ze sobą to najnowszy krzyk mody: czerwone skarpetki, wypchane portfele, smartfony w oprawkach z krokodylej skóry. Uczyli mnie, i będą mnie nadal uczyć. jak korzystać z tego nowoczesnego narzędzia komunikacji. W ich towarzystwie czuję mocno, jak idziemy do przodu. W następnych wyborach znowu zwyciężymy!

– Szalony Kwefi w to rzeczywiście wierzy. Widzę nawet, jak przebiera nogami, nie mogąc się doczekać, kiedy rozpocznie swój ubrdany marsz ku zwycięstwu, Jego rządy się już skończyły. Nadszedł czas młodszego pokolenia – mruknął niezbyt wysoki, młody człowiek, o buntowniczej twarzy, kruczych włosach i ustach wykrzywionych złorzeczeniami, kiedy ktoś wspomniał przy nim Admina Chudego.

Odc. 71

Pod narastającą presją reżymu Tasaka, Ruch Patriotyczny gotował się do zejścia do podziemia. Przywódcy Ruchu na czele z Kwefim od dłuższego czasu ćwiczyli nowoczesne formy walki z rządem Tasaka: pozorowali, markowali zwody i kluczyli, prowadząc partyzantkę w mieście i świecie wirtualnym. Za najbezpieczniejszą kryjówkę dla Kwefiego i jego akolitów uznano katakumby odkryte w górskich okolicach kraju przez konfidenta Blaszkę, który zabłądził tam w poszukiwaniu pocisku, jaki przeleciał mu nad głową, wywołując panikę i niepokój.

– Katakumby to miejsce idealne dla nas – ferował swoje odkrycie Kwefiemu. – Są tam tajne przejścia podziemne oraz obszerne kanały burzowe. Będziemy wreszcie mogli spokojnie świętować naszą chlubną przeszłość, dyskutować o zagrożeniach obecnych czasów oraz planować dalsze wspaniałe zwycięstwa, zwłaszcza odzyskanie prawa do nieograniczonego dysponowania majątkiem państwowym w imieniu narodu.

Plenipotent Dua wyobraził sobie swoją obecność w katakumbach w otoczeniu wysokich funkcjonariuszy gabinetu. Widział siebie siedzącego na białym koniu o lwiej grzywie, którego nazywał Szarakiem na cześć ukochanego królika pałacowego, będącego jego ulubioną maskotką, dopóki nie zagryzł go kot przybłęda. Tak też zaplanował swój pobyt w katakumbach na pierwszym tajnym zebraniu roboczym z przywództwem Ruchu Patriotycznego. Obok niego kroczył Kwefi, pełniejszy niż zawsze, z dumnym brzuchem mandaryna, dowodem udanego przejścia pod patronat Plenipotenta. Siedzenie na koniu szybko okazało się zagrożeniem dla życia. Plenipotent zauważył to dopiero wtedy, kiedy dwa razy uderzył kaskiem ochronnym o sufit. Zsiadając z konia pomyślał, że te uderzenia dobrze mu zrobiły, ponieważ w głowie przestawiła mu się wajcha z rozumowania sztywnego i ograniczonego na rozumowanie nowoczesne i elastyczne. Poczuł to bardzo wyraźnie. Ucieszyło go to, jako że od dłuższego czasu był atakowany przez większą część społeczeństwa, że jest sztywny w swoich poglądach jak umrzyk w kamizelce kuloodpornej i to jeszcze z czasów Drugiej Wojny Światowej. Bolało go to porównanie, gdyż uważał siebie za człowieka nowoczesnego, znającego się na broni i ochronie osobistej.

Odc. 72

W połowie kwietnia nie było już mrozu ani śniegu. Z wysokości widać było plamy brudnej ziemi i mgieł wlokących się nad dolinami, rzekami, stawami i jeziorami. W kraju rosło napięcie; rozpoczęły się aresztowania członków Ruchu Patriotycznego, głównie ministrów oraz wyższych urzędników administracji Starego Rządu. Przychodzili po nich o brzasku ludzie w maskach na twarzy, uzbrojeni po zęby, z młotami do rozbijania drzwi, ładunkami wybuchowymi i psami. Podejrzanych skuwano w kajdany a młodszym zakładano łańcuchy na nogi i wywożono do aresztów. Najpierw oskarżano ich o zbrodnie przeciwko społeczeństwu i okropne malwersacje, a potem poddawano ich zeznania testom na wariografie. Niektóre testy były bolesne; zeznającym oczy wychodziły z orbit, kiedy zadawano im pytania, na które odpowiedź mogła obciążyć Kwefiego, Admina Chudego a nawet Plenipotenta, oskarżanego o sprzyjanie mafiosom okradającym kasę państwową. Śledztwa trwały miesiącami.

Od czasu pojawienia się ponurych wiadomości Kwefiego nękały obłędne sny i koszmary senne. Martwiła go zmiana barw flag i sztandarów Ruchu Patriotycznego. W miejsce tradycyjnych nawiązujących do odcieni ciepłego nieba, pojawiły się kolory intensywnej pomarańczy, krwistej czerwieni oraz parzącej purpury.

– Nowa władza jest wrogiem społeczeństwa. Oni nas chcą wykończyć. I to uczynią, jeśli my ich nie powstrzymamy… znaczy się, nie wykończymy – oświadczył ponuro Kwefi na tajnym spotkaniu Ruchu Patriotycznego w katakumbach.

W definicji zagrożenia wsparł go Plenipotent. Wstał z klęcznika, na którym coraz częściej opierał kolana twierdząc, że to mu przynosi ulgę po dniu ciężkiej pracy.

– Tasak stał się Bogiem. Oni w to wierzą. To dzieci diabła. Wchodzą do salonów w brudnych butach, z których sterczy zeszłoroczna słoma. Widziałem to na własne oczy, kiedy zaprzysięgano Nowy Rząd. Całym sercem jestem przeciwko nim, bo to bezbożnicy i oprawcy.

– Takiej zgodności dawno nie było między Kwefim a Plenipotentem. Zachowują się jak dwaj kochający się bracia cudem ocaleni z wielkiej pożogi – wyszeptał Blaszka, wierny konfident Kwefiego, i na wszelki wypadek przeżegnał się dwukrotnie, aby wszyscy święci docenili jego pobożność.

Odc. 73

W przekonaniu, że Ruch Patriotyczny szybko odnowi się w ukryciu, Kwefi i Plenipotent poczuli przypływ świeżej energii i inspiracji. Dyskutowali, jak to wykorzystać. Za najlepszą formę odnowy Ruchu uznali teatr polityczny.

– Jedynie w teatrze odnajdziemy w sobie wenę i nowe moce twórcze. Musimy tylko się nauczyć, jak lepiej organizować eventy polityczne, przekonywać naród do naszych racji oraz odgryzać się Tasakowi i jego Nowemu Rządowi. Zwykłe kłamstwo już nie wystarczy, społeczeństwo przyzwyczaiło się do niego i myśli, że niczego więcej nie potrafimy. Musimy zaskoczyć ludzi czymś odmiennym, nowatorskim.

Po ożywionej dyskusji, co wziąć na warsztat w pierwszej kolejności, zdecydowali się na sztukę „Krew, pot i łzy”, której scenariusz napisał Kwefi wspomagany przez Plenipotenta, Blaszkę oraz Admina Chudego. Wczuwając się w nową rolę Kwefi poczuł drżenie w całym ciele.

– Podniecam się, kiedy o tym myślę. Bardzo mi tego brakowało – krzyknął do Plenipotenta, chwytając go za ręce.– Idziemy na całego. Każę od dzisiaj dodawać naszym członkom marihuany do kawy i herbaty, mężczyznom jak i kobietom. Nowy rząd Tasaka chciał równości płci, to będą ją mieli przy naszym udziale!

Kwefi żwawo podszedł do mównicy, aby podzielić się z zebranymi przemyśleniami i uwagami. Także ostrzec, że nie będzie lekko.

– Mam nową rolę – oznajmił z dumą. – Odmłodzi mnie ona. Ze starego przebiegłego Indianina zwanego Dostojnym Staruszkiem zmieniam się w przywódcę zwanego Gniewnym Bykiem. Będę potężnie ryczeć i puszczać dym nozdrzami, jak powiedzą zapewne nasi wrogowie polityczni. Jestem odporny na takie złośliwości.

Kiedy wyjaśnił, że będzie także głównym scenarzystą i reżyserem przyszłości Ruchu Patriotycznego, wybuchły głośne oklaski.

 – Wciąż mi ufają – cieszył się Kwefi.

Odc. 74

– Mam propozycje i pomysły – kontynuował Kwefi. – Przeraźmy Tasaka. Będziemy o nim mówić: Bezwzględny zbir z krwią naszych działaczy na rękach. Zsyła ich dziesiątkami do więzień, odbiera majątki, twierdząc, że to nie on tylko niezależni prokuratorzy i sędziowie. Nasze oskarżenia przylgną do niego, bo naród nam wierzy. Oskarżymy go o powiązania z obcymi mocarstwami i rozkręcanie wojny domowej. Będziemy malowali jego wizerunki na ścianach i murach specjalną czarną farbą, spod której będą wypływać smużkami krew, pot i łzy.

Propozycja Kwefiego wywołała milczenie. Stojąc obok Plenipotenta, Kwefi pociągnął go za rękaw marynarki.

– Zabierz głos, Dua. Powiedz coś pocieszającego, obiecaj działanie. Jesteś teraz najważniejszy. Zwracając na siebie uwagę, poprawisz nasz wizerunek.

– Może pokażę się nago na manifestacji? – zapytał Plenipotent poważnie.

Kwefi popatrzył na niego zdezorientowany: Co mu do głupiego łba strzeliło? On chyba rzeczywiście gotów jest wyjść nago przed tłum! Co masz na myśli mówiąc „nago na manifestacji”? – zapytał Kwefi, skrywając zaniepokojenie.

Odc. 75

– Jeszcze w takiej roli nie występowałem, a mógłbym i chciałbym spróbować, bo w dzisiejszych trudnych czasach trzeba się uczyć nowych sztuczek i chwytów. Mam ku temu warunki. Jestem dobrze zbudowany i wysportowany, jeżdżę na rolkach, na rowerze i ćwiczę w domu gimnastykę artystyczną z elementami tańca, gimnastyki i akrobatyki. Na plaży kobiety zwracają na mnie uwagę, czasem pokazują mnie palcem. Moi doradcy mówią, że to dlatego, że dobrze wyglądam: muskulatura, inteligentny wyraz twarzy, opalenizna itd. Ponieważ chętnie się uczę, chciałbym – dla zwiększenia mojej popularności – pokazać się społeczeństwu równie wdzięcznie jak męski model na pokazie mody. Pokazanie się nago byłoby prawdziwym wyzwaniem, ale wierzę, że sprostałbym mu, zwracając uwagę społeczeństwa na Ruch Patriotyczny, z którym jestem związany. Musimy się ratować. Ty byś tego nie potrafił, bo nie masz warunków fizycznych ani duchowych. Bądźmy szczerzy, nawet nie potrafisz przyznać się do błędów!

Odc. 76

Po wyzwoleniu z więzienia braci-bohaterów Cyryla i Metodego Admin Chudy nie próżnował. Dwoił się i troił. Ćwiczył nowe przemówienie do wygłoszenia w parlamencie. W końcu je wygłosił.

Zaczynając od słów „Wysoka Izbo!”, Admin mimo woli spojrzał w górę i – chyba z braku dostatecznego pobudzenia umysłu – zadumał się. Przymknął oczy, wzruszenie zaszkliło mu się pod powiekami. Wysokość izby parlamentarnej tak go poruszyła, że wszystkie sprawy wydały mu się niskie i marne. Nikt się nie zdziwił, że podjął temat zjawisk negatywnych, jakie obserwował od chwili objęcia władzy przez Nowy Rząd Admina Tasaka. Sprzeciwiał im się, mówiąc o wartościach.

– U nas, w Ruchu Patriotycznym, człowiek to wartość pierwsza, najważniejsza. Mógł uzyskać, czego tylko zapragnął. Wystarczyło jedynie, aby nas poprosił. Jeśli czegoś nie uzyskał od Starego Rządu, to dlatego, że o nie prosił go o to.

Europa też była ważna.

– Jest wielka, dzięki nam. Bez nas padnie na kolana i nie podniesie się z klęczek. Tylko my jesteśmy zdolni ją uleczyć. Znamy lekarstwo; w razie odmowy jego przyjęcia nie będziemy płacić składek. To ją nauczy rozumu.

Z pierwszej wartości wyrastała druga, z drugiej trzecia, z trzeciej czwarta. Nawarstwiając się, tworzyły piramidę. Chudy wyobrażał ją sobie bardzo wyraźnie. Na szczycie piramidy (w ciągu dnia, bo nocą było za ciemno) ukazywał się Kwefi, ubrany w garnitur, zakurzone buty i płaską czapkę, i machał ręką. Za nim stała w największa armia w Europie: tysiące żołnierzy z emblematami patriotyzmu maszerujących razem w takt werbli, wybijających czas jak zegarek szwajcarski tykający podobnie do małej bomby nieuchronności dziejowej: tik-tak, tik-tak, tik-tak!

Odc. 77

Admin Chudy podsumował nieszczęścia, jakie spadły na kraj w okresie poprzedzającym Stary Rząd:

– Zmora bezrobocia, zło, polegające na tym, że ojcowie wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy i zostawiają żony, potem żony wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy i zostawiają dzieci. Nieszczęsne dzieci idąc do domu dziecka, zostawiają na pastwie losu psy i koty. Pojawia się głód, potem bieda, potem nędza, w końcu powszechna degrengolada nieprawości i przestępczości. Kraj się wyludnia. Tasak, co to za Admin, który dopuszcza do takiej degrengolady?

Wniosek był jeden, oczywisty. – My, Stary Rząd, zrobiliśmy wszystko. Nowy Rząd nie ma już nic do zrobienia, nie ma szans nic zmienić, dodać, poprawić. Jest zupełnie niepotrzebny.

Na sali obrad zapanowało poruszenie. Stary Rząd Kwefiego płonął z entuzjazmu i radości, Nowy Rząd Tasaka z rozpaczy i niemocy.

– Chyba wreszcie Admin Tasak i jego ludzie zrozumieli swoją nędzę i brak perspektyw! – zawołał entuzjastycznie Kwefi i dał znak członkom Ruchu Patriotycznego, aby rozwinęli wielką flagę nadziei na lepsze jutro.

Przekaż dalej
47Shares

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *