Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 31: Partia Konserwatywna zmienia właściciela

Kiedy konserwatyści wygrali wybory parlamentarne, jak jeden mąż uznali przywództwo Barrasa i wyrazili chęć oddania mu partii w pacht, a siebie w lenno. Na początku Barras wahał się i opierał przyjęciu tak szczodrego daru. Po zapoznaniu się z argumentami zwolenników, ostatecznie zdecydował się go przyjąć. Sporządzono akt notarialny; po raz pierwszy w historii demokracji pojawiła się partia, której jednoosobowego tytułu własności i jednoosobowej władzy nikt nie był w stanie zakwestionować.

W sali kolumnowej ratusza miejskiego odbyła się uroczystość przekazania darowizny połączona z objęciem władzy przez Barrasa. Delegacja partyjna wręczyła mu nowe insygnia partyjne: koronę jako symbol jedności, jabłko jako symbol władzy, berło jako atrybut szczególnej pozycji społecznej oraz miecz symbolizujący sprawiedliwość. Barras wygłosił mowę inauguracyjną, w której zatwierdził siebie na stanowisku przewodniczącego partii oraz ustalił jej nowy cel – stworzenie społeczeństwa doskonałego. Jego półgodzinny opis wywołał powszechny zachwyt na sali; wszyscy obecni pragnęli być doskonałymi obywatelami. Partię Konserwatywną Barras nazwał masową, mądrą, spolegliwą, odpowiedzialną i do głębi demokratyczną.

Przemówienie porwało obywateli; tłum zebrany pod ratuszem powiększył się w ciągu kilku minut do stu tysięcy wypełniając wielki Plac Ratuszowy. Liczebność zebranych stała się kością niezgody; rząd określił ją na co najmniej sto tysięcy, opozycja na dwa tysiące.

Nie ociągając się, Blawatsky w krótkim czasie dobrał sobie do pomocy kilka tęgich głów i ustanowił z nich organ doradczy, nazywając go osobistym komitetem politycznym. Następnym krokiem było ustalenie praw i obowiązków członków partii oraz relacji między władzą a członkami. Opozycja przedstawiła prosty opis tego układu.

– W Konserwie zasady współpracy opierają się na czterech filarach: mordy, kubła, fory i dwora. Kiedy wódz coś mówi, a ktoś wyraża inną opinię, pozostali członkowie natychmiast wołają: „Morda w kubeł! Jeśli ci się nie podoba, to fora ze dwora”.

Członkowie partii uznali układ za niezwykle korzystny, ponieważ zdejmował z nich odpowiedzialność za słowa i czyny. Uczynili to w głębokim przekonaniu, że podległość członka partii wobec charyzmatycznego wodza, który na wzór demiurga sam się wykreował, jest najwyższą cnotą. Dla partii miało to wielkie znaczenie praktyczne. Kiedy członkowie i zwolennicy partii słyszeli słowo „Wódz”, natychmiast zwierali szeregi. Niezależność intelektualna w Konserwie okazała się bezużyteczna; członkowie partii gardzili nią i zniechęcali innych do samodzielnego myślenia. Argumentowano, że jest ona szkodliwa dla partii, ponieważ jej istotą jest być niekwestionowanym wspólnym dobrem.

– Partia to masywny, równy stół, na którym na ozdobnym obrusie serwowane są najlepsze dania. Gdyby nie jedność, to każdy ciągnąłby sukno w swoją stronę, a przecież ten stół to nasza ojczyzna, a sukno to dorobek całego narodu – powtarzał zastępca Barrasa, ogrodnik z zawodu z poważnym dorobkiem w propagowaniu tropikalnych roślin ozdobnych pnących i płożących.

Osobowość przywódcza Barrasa okazała się żołniersko prosta i skuteczna; wszyscy członkowie partii doskonale go rozumieli i szanowali. Niewątpliwie miał on słabości, lecz były to bardziej niedobre nawyki niż przywary, choć i takie mu zarzucano, wymieniając przykładowo niechętny stosunek do innych ras. Mówiono, że obcokrajowców określał mianem Szwabów, albo Żabojadów, albo Żydów, a nawet Maurów, w zależności od tego, jak wyglądali i jak się zachowywali. Używanie określenia „Maurowie” wyjaśniano jego fascynacją Świętą Inkwizycją.

Sprywatyzowanie Partii Konserwatywnej rozwścieczyło opozycję. Akt darowizny uznała za wymuszony, a uroczystość w ratuszu za farsę demokracji. Gorąca debata w parlamencie nic nie zmieniła; Partia Konserwatywna pozostała własnością jej przewodniczącego.

W ciągu następnych dni na tablicach ogłoszeniowych, na ścianach budynków i w dziesiątkach innych miejsc oraz w mediach pojawiły się hasła w rodzaju „Żelazny przewodniczący”, „Wielki Przewo” i „Nowy faraon” oraz zdjęcie mięsistych ust wiceprzewodniczącego Partii Konserwatywnej na tle białych męskich pośladków, jak również rysunek pokazujący wielgachną postać Barrasa w malutkiej lektyce niesionej przez członków jego partii. Prorządowa prasa z satysfakcją pisała o niebotycznej frustracji opozycji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Dzieje człowieka i narodu

Kiedy Bóg stworzył Adama i zobaczył, że jest on szczęśliwy, stworzył kobietę, aby poznał także, co to jest cierpienie. Kiedy naród poczuł się szczęśliwy, pojawił się Jarosław Kaczyński, aby mu przypomnieć, że Bóg nie tylko istnieje, ale i czuwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Kronika narodu wybranego. Niezwykłe oratorium Iwana Iwanowicza

Skutki ustawy o dumie narodowej i karach za jej tłumienie okazały się niezwykle pozytywne. Wzrosły uczucia patriotyczne. Mężczyźni poczuli się jędrniejsi i kupowali mniej viagry, kobietom powiększyły się piersi, a karmiącym matkom ilość zsiadłego mleka w lodówce. Były też inne korzyści zdrowotne: obywatele zgłaszali mniejsze ilości łupieżu na ramionach oraz gęstnienie włosów na piersiach. Pewien młodzieniec twierdził, że jego łysina nie tylko przestała się powiększać, ale cofnęła się całkowicie i wróciły mu włosy tak silne, że rodzina porównywała go z niedźwiedziem, uważając nie bez kozery, że gdyby tonął, to można by go z łatwością wywlec za kudły z wody. Ponieważ poszukiwał pracy, sugerowano mu, aby przyjął się do cyrku i podnosił stolik w zębach dla zademonstrowania potencji.

Z obrotu spraw niezadowolone pozostały tylko firmy produkujące suplementy i kosmetyki, ponieważ konsumenci zgłaszali ustępowanie opryszczki i poprawę jakości cery.

Informacje o efektach dumy narodowej przedstawiano w telewizji, pokazując na zdjęciach coraz lepszy stan zdrowia i samopoczucia narodu. Kiedy okazało się, że jednemu z posłów partii rządzącej „Tkliwość i Ska” nie tylko wzmocnił się głos, ale i poprawiło zdrowie psychiczne, rząd stworzył specjalny fundusz promocji dumy narodowej jako środka o właściwościach leczniczych.

Iwan Iwanowicz z uwagą obserwował rządową promocję dumy narodowej za granicą. Szczerze też podziwiał rząd, że samotrzeć wywołał kaskadę pozytywnych wzruszeń wśród obcokrajowców, którzy przecież nie zawsze życzyli narodowi Nomadów wszystkiego najlepszego.

Postanowił to uczcić. Następnego dnia, po nocy wypełnionej historycznymi snami, poinformował członków spotkania przy krawężniku, że będzie spisywać nieprawdopodobne osiągnięcia rządu. Zamysł ten dedykował premierowi, ministrom, wiceministrom i ich pomocnikom jako dodatek do skromnych uposażeń, jak również temu, co czuwa nad premierem.

Zebrani uznali jego tajemnicze odniesienie za niezwykle poetyckie i pełne uczuć

, domyślając się, że dotyczy ono Jego Czcigodności.

– Oby żył on wiecznie na wzór Ramzesów egipskich – wyraził się Iwan Iwanowicz i westchnął tak serdecznie, że aż żal było go słuchać, zwłaszcza kiedy zdano sobie sprawę, że jego postulat jest nie do spełnienia. Moment później przez uduchowioną twarz przewodniczącego zebrania przemknął jakby promyk nadziei, że a nuż zdarzy się cud i Jego Czcigodność okaże się nieśmiertelny, a co najmniej długowieczny jak biblijny Matuzalem.

Później w rozmowach Iwan Iwanowicz upierał się, że ludzie mogą żyć bardzo długo, jeśli tylko mają w sobie odpowiednią moc i pragnienie, ale nikt mu już nie wierzył.

 

Kronika narodu wybranego. Bolesny sen Iwana Iwanowicza

– Znowu śnił mi się Folwark zwierzęcy im George’a Orwella – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu, gdzie w ramach demokracji wzorowanej na uczciwym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa, w tym delikatną jak pajęczyna materię praworządności, w której ludzi i meble można przestawiać i zawieszać na kołku, oraz dumę narodową, przedmiot czułej troski rozkochanego w narodzie rządu.

– Był to sen krótki jak świst bata, lecz bolesny, bo nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogąc zasnąć liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Wtedy odezwały się inne zwierzęta, o których władza folwarczna starała się zapomnieć, bo głośno gardłowały.

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi, bo teraz wszyscy będą szukać dziur we wspaniale reformowanej praworządności i liczyć, jaka była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona pięć do jednego, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że nie było tak słodko, i że są na to dowody w postaci donosów, listów, zapisów i zeznań świadków, i że wszystkiemu można zaprzeczyć, ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się samokrytycznie głos samotny jak cnota w gronie cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”Idziemy w zaparte”, „Hej, kto rodak na bagnety” oraz „Nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej – tak dopowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły dalej za przewodnikiem do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała zwierzętom do głowy – ktoś to tak dziwnie skomentował, ale nikt go nie słuchał w żywej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 3: Duma narodowa

Obecni w pokoju ministrowie zerkali już dyskretnie na zegarki. Zrobiło się późno. Na dworze było zimno i ciemno, był to koniec lutego. Jakby odczytując ich myśli premier Smukły postanowił zakończyć posiedzenie gabinetu.

– W końcu zaczniemy prawnie chronić naszą największą wartość, dumę narodową. Trzeba skończyć z atakami na naszą historię, która jest przecież historią wyłącznie bohaterstwa. Możemy być tylko dumni z pomocy bliźnim w ciężkiej potrzebie w tamtym trudnym okresie. Nie godzimy się z tym, że ktoś mógłby nam wypomnieć złe czyny, których nie popełniliśmy . Będziemy ścigać prawnie takie osoby i organizacje.

Wiadomość o ochronie dumy narodowej pojawiła się w wieczornych dziennikach telewizyjnych. Społeczeństwo przyjęło entuzjastycznie decyzję rządu. Obywatele wychodzili na ulice, najpierw pojedynczo, potem większymi grupami, wyprostowali, z podniesionymi głowami, lekko cofniętymi ramionami i wzrokiem skierowanym w przyszłość. Cieszyli się z przynależności do narodu mającego największe powody ze wszystkich do dumy z siebie i swoich czynów, pragnęli ją nosić otwarcie w sercach, a w święta narodowe także na sztandarach i transparentach.

Uczucie dumy okazało się tak intensywne, że z obawy, czy nie jest niebezpieczne dla zdrowia w kilkunastu większych miastach pobrano jej próbki i oddano do analizy. Znaleziono w nich te same trzy składniki: honor, chwałę i godność. Tylko dwa laboratoria posługujące się nowszymi metodami analizy ujawniły także elementy pychy i zarozumiałości.

– Były to zupełnie przypadkowe zanieczyszczenia. Ich mikroskopijny poziom jest bez znaczenia – udzielając wyjaśnienia rzeczniczka rządu zasłaniała Jego Świątobliwość własnym ciałem przed natrętnymi reporterami. Zniecierpliwiony gestem nadmiernej opiekuńczości Eminencja odsunął ją na bok, aby wygłosić krótkie oświadczenie.

– Jestem szczęśliwy, że dotarliśmy tu, gdzie dotarliśmy. Pewne czynniki utrudniały nam dotychczas swobodny rozwój dumy. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem nic ujawnić z uwagi na inne, jeszcze bardziej skomplikowane elementy. Teraz możemy już o tym swobodnie rozmawiać. Nasza duma narodowa to fenomen w skali światowej; żaden kraj nie może się z nami porównywać. Okazaliśmy bezmiar pomocy bliźnim w najtrudniejszym dla nich i dla nas okresie. Musimy i będziemy chronić tę wartość. Nie możemy pozwolić, aby ktokolwiek ją kwestionował, umniejszał czy w nią wątpił.

Sprawą przygotowania ustawy zajął się najsprawniejszy prawnik w rządzie, rzutki i energiczny, pasjonat przewodzenia, przemawiania i oskarżania. Ustawę przygotował tak starannie, że parlament uchwalił ją bez czytania w ciągu jednego dnia i dwóch godzin. Czas procedowania był dokładnie wymierzony, ponieważ rząd wcześniej już uznał – na wniosek Jego Świątobliwości – że bez przyśpieszenia (zwanego akceleratorem) naród nie jest w stanie osiągnąć powszechnego dobrobytu. Pośpiech był nieunikniony, gdyż poprzednia ekipa rządząca pozostawiła państwo w stanie gorszym niż obrabowany i spalony sierociniec na bagnie.

Ustawę zatwierdzoną przez niższą izbę jeszcze tej samej nocy przyjął senat; jego marszałek osobiście dostarczył dokument do prezydenta w celu ostatecznego uświęcenia. Prezydent czekał już na schodach pałacowych w świetle rozpalonych twarzy, w atmosferze zapachu imponujących bukietów czerwonych róż. Mimo, że był mańkutem, pragnął podpisać dokument oburącz, dla wyrażenia swego pełnego poparcia.

Uroczystość z zapartym tchem obserwowali obywatele czekający od wielu godzin przed pałacem oraz na placu za pałacem, gdzie ustawiono dwa wielkie i sześć małych telebimów. Szybkość stanowienia prawa w Nomadii pogłębiła w nich i tak już niezwykle silne poczucie dumy; byli przekonani, że ustawa jest bardziej potrzebna niż chleb powszedni, o jaki modlili się codziennie.  

W ostatnim momencie przed podpisaniem prezydentowi zadrżała ręka. Czujne oko najwyższego strażnika porządku wyłapało mikroskopijny błąd, który wzbudził w nim poważną wątpliwość. Chodziło o to, czy określenie „duma narodowa” powinno pisać się z dużej czy z malej litery. Wstęga pytań przewinęła się przez jego przepracowaną głowę, jedno bardziej szokujące od drugiego, kto i dlaczego pozostawił w ustawie tak groźne niedopowiedzenie. Prezydent zachował się jak zawsze, z godnością i zgodnie z sumieniem; podpisał dokument i od razu pchnął go umyślnym do Trybunału Konstrukcyjnego, najwyższego państwowego organu oceny konstrukcji prawnych, słynnego trzeciego filaru.

Historycznie, był to okres, kiedy system prawny Nomadii oparty był już na zasadzie „Trzy w jednym”.

Wszystkie książki autora do nabycia w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Recenzje są na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

Kronika narodu wybranego. Odc 2: Iwan Iwanowicz niecierpliwi się

Iwan Iwanowicz zniecierpliwił się, a nawet wzburzył. Mógłby nawet powiedzieć, że ogarnęła go szewska pasja, gdyby tylko potrafił ocenić jej intensywność. Ten rodzaj pasji stawał się mu szczególnie bliski, kiedy przypominał sobie, że jego mateczny dziadek był szewcem. Krótko, ale był.

Wzburzenie dojrzewało w nim od dawna. Teraz czuł je w postaci dojmującego chłodu wypełniającego nogę do kostki, potem do kolana i pełznącego powoli w górę. Zdarzyło się to w najmniej stosownym momencie; Iwan Iwanowicz wracał pieszo do domu i na dworze panował siarczysty mróz. Kiedy zimno doszło do miejsca, które szanuje każdy mężczyzna a ceni, najwyżej po pieniądzach, każda szanująca się dojrzała niewiasta, Iwan Iwanowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie. To mu przypomniało zimne lato i wchodzenie do morza.

– Najtrudniej jest zanurzyć termometr – zamruczał pod nosem – potem już idzie łatwo.

Przedmiotem jego nagłego niepokoju i zapamiętania była szalona sprzeczność, jaką od pewnego czasu dostrzegał w społeczeństwie Błądzących Nomadów, głęboko i boleśnie podzielonych. Jedna ich część entuzjazmowała się władzą, jej obietnicami i osiągnięciami i był gotowa w dowód uwielbienia obnosić ją na rękach, gdyby tylko było to możliwe. Druga część, opozycyjna, zadeptałby tę władzę razem z przywódcą, Czcigodnym Mężem, osobnikiem niezwykłej religijności, dopatrując się w nim źródła najgorszego zła.

Tego Iwan Iwanowicz nie mógł zrozumieć, a nie mogąc zrozumieć, nie mógł wybaczyć, a tym bardziej ścierpieć. Stąd jego szalony gniew.

Po godzinie, dłużącej się jak nigdy wcześniej, doszedł do siebie. Nie tylko dlatego, że wypił kawę dla uspokojenia rozkołatanego serca a potem kieliszeczek sherry, która wyjątkowo dobrze mu się kojarzyła z późnomłodzieńczymi latami, kiedy ludzie nie mieli pieniędzy i piło się malutkimi kieliszkami, a nie szklanicami i kielichami o pojemności dziecięcego nocnika. Skojarzenie z metalowym naczyniem wskrzesiło w nim moment dziecięctwa; przypomniał sobie, jak strofowała go ukochana niania, kiedy zamiast wypić mleko wlewał je w szparę między deskami podłogi, co nie uszło jej czujnemu oku.

– Dlaczego to robisz, skarbie? – zapytała, choć gniew palił jej usta bardziej niż wspomnienie gorącej czuszki.

– Enrique mi pokazał – odpowiedział z poczuciem słabnącej niewinnosci. Wydanie brata na pastwę rodziców zapamiętał jako pierwszą bolesną zdradę, długo uwierającą jego sumienie.

Po powrocie do świeżości umysłu, Iwan Iwanowicz podjął decyzję: wytłumaczy podzielonemu na fragmenty narodowi Błądzących Nomadów, jak dokonywać wyboru wodza, partii i władzy, i jak je oceniać, co przecież każdy musi czynić czy tego łaknie czy nie, gdyż być rządzonym jest losem każdego człowieka, choćby był żebrakiem, nędznym rabem kupionym na afrykańskim targu za marne centy czy robakiem zdatnym wyłącznie na rybią przynętę.

Tego dnia Iwan Iwanowicz zrobił niewiele, dużo jednak sobie obiecał. Potwierdził przede wszystkim kolejność myślenia: najpierw wódz, potem partia, w końcu władza. Nie był to wybór w rodzaju „kura czy jajo”. Obowiązała tu żelazna logika: zanim powstanie partia, musi zaistnieć czynnik organizujący, czyli przywódca. Władza pojawiała się dopiero w trzeciej kolejności jako efekt wygranych wyborów lub użycia siły bezwzględnego despotyzmu.

– To tak jak z Big Bangiem – pomyślał starzec i wyobraził sobie sekwencję zamierzchłych zdarzeń: najpierw zjawia się Wszechmocny Bóg, potem następuje kosmiczna eksplozja, w końcu nadchodzi ludzka władza.

Pozytywnie usposobiony dobrym początkiem, Iwan Iwanowicz spokojnie udał się spać. Tej nocy wyjątkowo nie miał snów.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Wszystkie recenzje na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

 

Drugi sen Iwana Iwanowicza, krótki i bolesny

– Znowu śnił mi się „Folwark zwierzęcy im George’a Orwella” – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu przy krawężniku, gdzie w ramach lokalnej demokracji wzorowanej na starym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa.

– Był to sen krótki i bolesny jak świst bata. Ale nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogłem zasnąć, liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg ani przyjaciel pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Mamy twarde łby i jesteśmy uparte, i to jest naszą cnotą.

Wtedy odezwały się głosy innych zwierząt:

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi zwierzęcemu, bo teraz wszyscy będą doszukiwać się i liczyć, jaka w dawnych trudnych czasach była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona 3 do 1, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że podłych istot było znacznie więcej niż sądziliśmy, są na to dowody w postaci donosów, listów, relacji, zeznań i zapisów, i wszystkiemu można zaprzeczyć ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się w gronie baranów głos równie samotny jak cnota w gronie przemiłych cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”idziemy w zaparte”, „hej, kto rodak na bagnety” oraz „nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej. – Tak ostatecznie opowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły za przewodnikiem stada do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała baranom do głowy – ktoś skomentował, ale kto go tam chciał słuchać w ogólnej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Eksperymentowanie ze świętościami

Dużo się teraz u nas eksperymentuje, ze wszystkim co wpadnie pod rękę, a nawet ze świętościami, przykładowo ludnością cywilną, kobietami w bieli i w czerni, generałami, obiektami strzelająco-latającymi, reputacją, histerią, zabawkami i bohaterami, ulicami i placami, uczuciami, nieskończoną dumą i wzniosłym honorem, przeszłością i przyszłością, która może być także durna i chmurna, w końcu także tanią mądrością i kosztowną głupotą. Jest to piękne i dobre, ponieważ eksperymentowanie jest czynnikiem twórczym, pcha nas do przodu, chyba, że akurat pcha nas do tyłu albo w dół, co jest niewykluczone, kiedy eksperymentator zapatrzy się w cel tak rozmazany, że zaciera się mu w umyśle i wabi na manowce jak Scylla i Charybda od Odysei i Homera. Czasem eksperymentator widzi chimerę, tak szaloną i słodką jak odrestaurowany całkowicie naród, dużo mądrzejszy i lepszy niż obecny, rozkoszny jak dobrze najedzony bobas, i chce ją doścignąć, tymczasem ona śmieje się z niego, że aż zęby bolą, aby tylko je mieć.

Postanowiłem i ja poeksperymentować. Tak jakoś to mnie naszło, chyba z tęsknoty na sławą, a może za normalnością, taką zwyczajną jak mysz pod miotłą.

Nie będę się odgrażać, ale jeszcze tu wrócę, aby dokończyć ten eksperyment.  

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Rząd pędzi do przodu, a my razem z nim. Tylko opozycja odstaje. Coś jej się pomyliło z projektami ustaw o aborcji, zdaje się, że zapomnieli o kobietach.

– To letarg zimowy – wyjaśniali. Aby nie dać się zagonić w kozi róg, wymyślili szybko hasło „byle do wiosny” jako środek leczniczy przed kolejnym atakiem zimowej depresji.

Naród wciąż żyje zmianami w rządzie. Nie ma już Antoniego Macierewicza, co mnie zasmuciło, bo znikła szansa Polski na sławę jako oszczędnościowej potęgi militarnej, bez generałów i helikopterów. Sam były minister spoważniał, nosi teraz bardziej zdecydowane oblicze i bardziej zmierzwioną brodę. Chętnie odpowiedział na pytanie reportera TV co do swej przyszłości:

– Jest pan niezwykle uprzejmy. Jestem wdzięczny za pytanie, ale bardzo się spieszę. Niech Bóg pana błogosławi.

Najbardziej odejściem ministra Macierewicza zmartwili się wojskowi; generałowie chodzili ze zwieszonymi głowami, we wszystkich koszarach pojawiło się serdeczne, żołnierskie hasło: „Wojsko bez Macierewicza, to jak baba bez cyca”. Żołnierze umieją wyrazić głębokie uczucia tęsknoty.

Pan premier też nie zasypiał gruszek w popiele. Odwiedził Fabrykę Proszków Mlecznych oraz wzorowe gospodarstwo hodowlane. W oborze premier wyróżnił Krasulę głaskając ją po łbie, po czym wyjawił: „Byłem kiedyś wprawny w fachu dojenia krówek”. Mówił chyba o krówkach mlecznych, bo zaraz potem wzniósł toast mlekiem. Towarzyszący mu minister, mężczyzna o dobrze odżywionej twarzy, która widziała w życiu niejedno morze alkoholu, zapowiedział, że Polska będzie produkować szampan mleczny, unikalny w skali Unii Europejskiej. Oświadczył krótko:

– Jesteśmy bardzo nowocześni, a będziemy jeszcze bardziej. Znowu pozytywnie zaskoczymy Unię Europejską.

W drodze powrotnej premier zastanawiał się, jakby umiejętnie wykorzystać umiejętność dojenia w celu zasilenia gospodarki w fundusze niezbędne do realizacji wielkich celów: lotnisk, kopalń i fabryk, oraz jakie źródła dochodów budżetu można by uznać za dojne krowy. Wprawdzie rozwiązania nie znalazł, cieszył się jednak, że ma w głowie dwa pomysły godne uwagi.

Nic narodu tak nie cieszy jak pomysłowy rząd oraz dobre pomysły na przyszłość – pomyślał premier, wysiadając z samochodu.

Michael Tequila w księgarniach: "Sędzia od Świętego Jerzego", "Klęczy cisza niezmącona", "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco". Recenzje książek na górym pasku menu na tej stronie.

Szczęśliwy kraj, szczęśliwi obywatele

Po dwóch wetach prezydenta kraj wypełniły postacie i zdarzenia. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia, jedni wzniośle, inni bardziej przyziemnie. Pani premier też przemówiła, była jakby większa i pełniejsza, bardziej uroczysta. Do „Radia Wiara” zadzwonił pan Józef z Lublina, wyraził troskę o wydarzenia i zaproponował demonstrację 500.000 osób, nazywając ją małymi Węgrami. Ministra obrony określił mianem największego patrioty i najprzedniejszego stratega w historii kraju. O godzinie szóstej rano następnego dnia biły dzwony, miarowo, potężnie, wzywając wierzących i niewierzących do wiary w przyszłość. Jedni uwierzyli, inni nie, trzeci tylko połowicznie.

Wydarzenia w kraju okazały się tak niezwykłe, że zainteresowały się nimi wszystkie media, nawet król Butanu, jedynego państwa na świecie, gdzie mierzy się poziom szczęścia obywatelskiego. Dziennikarze pisali tam, że ludzie w dalekim orientalnym kraju tak bardzo kochają swoją partię rządzącą i prezydenta, że chodzą wiecować pod wysokie budynki, zapalają świece i czyniąc wspomnienia śpiewają pieśni dziękczynne i wznoszą okrzyki.

Wielki nastrój panuje też w budynkach. Prezes partii rządzącej często się modli i radość czerpaną z modlitwy przenosi do Sejmu. Kiedy opozycja w swoim zagubieniu atakuje go, albo protestuje, że marszałek zbyt wolno prowadzi obrady, prezes odpowiada jej słowami otuchy i miłości: „Moje wy mordki łagodne, krzywe pyszczki, łajdaczki najukochańsze. Zamknijcie drzwi, bo straszny przeciąg się tu robi”. Potem ich przytula do serca i pieści słowami do tego stopnia, że robi im się przykro, że nie mogą mu się odwdzięczyć.

Całkiem ostatnio prezydent i prezes popatrzyli w odwrotne strony świata i ten niewinny z pozoru incydent tak zdezorientował społeczeństwo, że zamarło ono w oczekiwaniu. Na wszelki wypadek naród nabrał otuchy w piersi i słodyczy na usta i czeka, co będzie dalej.

Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Marsz wolności pana prezydenta

Trwała parada wolności. Towarzyszyła jej aura radości i szczerości. Pan prezydent aktywnie uczestniczył, przyglądając się demonstracji z boku. Na życzliwą wzmiankę o sobie wygłosił przemówienie okolicznościowe:

– Śmiać i płakać mi się chce, jak słyszę, że nie jestem prezydentem wszystkich obywateli, bo podpisałem jakąś ustawę, z którą jakaś grupa się nie zgadza. Stwierdzam z całą mocą, że jestem prezydentem wszystkich obywateli, czy im się to podoba czy nie. Muszę to powiedzieć, ponieważ oprócz serdecznie mi życzliwego sponsora, kocham także prawdę. – Prezydent przerwał, aby wzrokiem ogarnąć słuchające go tłumy i zebrać ich brawa. – Oczywiście pamiętam, że wybrało mnie tylko 51 % z ogonkiem, ale czy dla ogonka warto toczyć boje? Jestem prezydentem wszystkich i basta. Nawet tego ministra, który mąci mi wodę w stawie pałacowym. Tego pajaca – prezydent zakrztusił się, gdyż ostatnie słowo przechodząc mu przez gardło podrażniło mu boleśnie jabłko Adama.

– W związku z powyższym – kontynuował prezydent – moja kancelaria sporządzi listę wszystkich obywateli i będzie im przesłać na imieniny moje zdjęcie z przypomnieniem, że jestem prezydentem wszystkich obywateli i podpisem: „To jestem ja, Twój Prezydent. Serdecznie pozdrawiam, Twój Prezydent”.

Inicjatywa podobała się ogromnie, wszyscy uznali ją za przednią, niezwykle optymistyczną i udaną, odpowiednią do wysyłania nie tylko na imieniny obywateli, ale także na urodziny każdego drugiego i kolejnego dziecka, aby i ono otrzymało zdrową porcję radości, zwłaszcza w przypadku braku żłobka lub przedszkola.

W kraju zrobiło się głośno, ponieważ naród potężnie bił brawo, że w końcu doczekał się prezydenta, którzy należy do wszystkich.

– Nie to, co poprzednik siedzący pod żyrandolem i polujący na kuropatwy, który należał tylko do siebie. – krzyczeli obywatele zachwyceni zmianą.

Ostatnia wielka wypowiedź publiczna

Pan prezydent wypowiedział się w sprawie referendum i konstytucji. Była to wielka wypowiedź i wszyscy się zachwycili jej wielkością. W związku z tym wydarzeniem odbyło się zebranie przy krawężniku. Prowadził je jak zwykle Iwan Iwanowicz Iwanczyn. Zagaił prosto:

Pan prezydent wypowiedział się w sposób ogromnie słuszny o zmianie konstytucji, że jest ona nieadekwatna, krucha, że trzeba ja zmienić, bo daje się złamać, że przygotowali ją prawnicy, nawet profesorowie. Zebranym też wydało się dziwne, że to prawnicy pracowali na konstytucją.

– Nie dziwię, że jest ona niedobra, skoro pan prezydent proponuje jej zmianę – Ktoś powiedział, a ktoś inny zapytał, dlaczego, wtedy ktoś jeszcze inny wyjaśnił, że jest słaba, bo daje się złamać. Wszyscy zgodzili, że konstytucji nie można łamać, ale co zrobić, jak ona jest taka krucha.

Pomysł referendum do konstytucji też uznano za jak najbardziej słuszny, i że w związku z tym należy zorganizować referendum, aby je poprzeć, zanim się odbędzie, i czy w ogóle należy zorganizować to pierwsze i drugie referendum, skoro rząd i pan prezydent mogą zmienić konstytucję bez referendum.

Pomysł ten bardzo się podobał, wszyscy zapewniali się nawzajem, że propozycja jest ze wszech miar słuszna, bo pan prezydent to mądry, uczciwy i odpowiedzialny człowiek, i zawsze wie, jak głosować w każdej sprawie i w ogóle. W dodatku jest wspaniałym sportowcem górskim, a przecież kondycja na takim stanowisku jest najważniejsza, bo wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za konstytucję i za naród.

Rozchodząc się, jeszcze raz wszyscy zapewniali się nawzajem, że pan prezydent to bardzo mądry uczciwy i niezłomny człowiek i gratulowali sobie, że mają takiego prezydenta. – To nie my, tylko wy go macie, ktoś powiedział i ludzie się podzielili, bo nie wiadomo było, o co chodzi w tej wypowiedzi, w końcu uzgodniono, że jednak wszyscy go mają, bo jest on prezydentem wszystkich obywateli, dobrych, średnich i byle jakich, i że referendum jest absolutnie potrzebne, że powinno być jak najwięcej referendów, bo to jest jedyna metoda zapewnienia porządku, prawa i praworządności, i że tej zasady nie należy łamać, bo łamanie jest niedobre, chyba, że łamie się coś niedobrego, a jeśli jest coś takiego, to należy to zmienić.  

Znowu zapanował ogólny entuzjazm, wszyscy się cieszyli i gratulowali sobie dobrego, mądrego i uczciwego pana prezydenta.