Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

Populizm. Cytat i opinia z wywiadu M Nogasia z Robem Riemenem

Przedstawiam fragment opinii, ponieważ wydaje mi się ona wyjątkowo trafną diagnozą sytuacji w kilku krajach, także u nas.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,24314745,10-najwazniejszych-zdan-ktore-uslyszalem-od-pisarzy-w-2018.html

„Bycie odrobinę populistą to tak jak bycie odrobinę w ciąży. Nie ma czegoś takiego jak odrobina populizmu. Prędzej czy później – zwykle raczej prędzej – populizm prowadzi do faszyzmu”

− Rob Riemen, holenderski politolog i filozof cytujący peruwiańskiego noblistę Mario Vargasa Llosę

Zdaniem Riemena faszyzm powrócił do Europy, co więcej – rozgościł się również za Atlantykiem. Jak wyjaśnia w wywiadzie dla „Książek. Magazynu do Czytania”, żyjemy w świecie, w którym wielu politykom udało się zredukować naszą tożsamość do kwestii narodowości, tak byśmy uwierzyli, że o wszystkim decyduje miejsce urodzenia. Jego zdaniem to ślepa uliczka, bo rozbudzanie kwestii narodowościowych zawsze leży wyłącznie w interesie grupy, która chce zagarnąć władzę i zniszczyć obowiązujące reguły gry.

Czy tę sytuację można odwrócić? Riemen uważa, że jeszcze tak, że żyjemy dopiero w początkowym stadium powracającego faszyzmu, ale by podjąć walkę, znów musimy zacząć brać odpowiedzialność za wypowiadane publicznie słowa.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Wielodzietność i alkohol.

Wpis okolicznościowy z okazji niekończących się zwycięstw partii rządzącej nad rozumem.

Iwan Iwanowicz przedstawił mi dzisiaj swoje poranne przeżycie.

– Stałem w kolejce do kasy w sklepie, kiedy wywiązała się dyskusja. Klient uważał, że należy mu się bon sklepowy na dzieci, ponieważ otrzymuje 500 Plus, na co ekspedientka zareagowała widokiem smutnych oczu i oświadczeniem, że zakup alkoholu jest wyłączony z bonu.

Iwan Iwanowicz nie uczestniczył w dyskusji z uwagi na wrodzoną wstrzemięźliwość, po chwili jednak prawda wezbrała w nim pełną piersią nakazując zabrać głos.

– Proszę pani, dzieci piją alkohol od małego, sam też mam w tej materii pewne życiowe doświadczenie. Coraz więcej kobiet w ciąży odżywia się alkoholem i takie dzieciątko, a jeśli ma ona ich więcej, to i dwójeczka a może nawet i trójeczka, sączy alkohol z piersi matczynej i uczy się w ten sposób życia. Niedużo tego wprawdzie jest, ale kropelka do kropelki a zbierze się miarka. Jest to zjawisko pozytywne, ponieważ alkohol jest łatwy w przygotowaniu i konsumpcji, a kobiety dzisiaj czasu nie mają. W przyszłości znajomość alkoholu, upojenia i rauszu okaże się dla potomstwa jak znalazł, ponieważ człowiek bywa w różnych towarzystwach, sytuacjach, a nawet krajach. Na Syberii na przykład nikt nie pije wody, bo szybko zamarza, alkohol zaś twardnieje dopiero w temperaturze minus osiemdziesiąt stopni. Według amerykańskiego Hemingwaya oraz naszego Żeromskiego nie zamarza on w ogóle, a przynajmniej nikomu pijanemu nic takiego się nie przydarzyło.

Na wzmiankę o nauce włączyła się młoda kobieta, pochodząca z nizin (w odróżnieniu do górali, jak wyjaśniła) deklarująca się jako samotna matka z czworgiem dzieci, która wcześniej studiowała dużo i ukończyła dwa fakultety, które na nic jej się nie zdały, dopóki nie otrzymała dodatku za wielodzietność. Na lewym przedramieniu miała wytatuowane udko pieczonego kurczaka, na drugim znak 500 Plus ze zdjęciem darczyńcy podpisanego jako Prezes.

– Proszę pani – śmiało zwróciła się do ekspedientki – ci dwaj panowie mają rację. Ja bez 500 Plus i regularnej buteleczki „Żytniej” – Boże błogosław jej istnienie – nigdy w życiu nie poradziłabym sobie z czeredką dzieci nawet przy pomocy ich tatusiów. Takiemu maluchowi wystarczy gałganek umoczony w spirytusie 96 procent, nie mocniejszym, lub kropelka z mojej błogosławionej piersi, aby poczuł się radosny i syty. Korzyść z tego jest również taka, że dzieci karmione alkoholem nie tyją w późniejszym wieku.

– A ile dzieci liczy sobie pani czeredka i ilu jest tych tatusiów do pomocy? – Zapragnęła wiedzieć ekspedientka ze znacznie skromniejszym wizerunkiem wampira z dwoma kłami wytatuowanym w pobliżu aorty szyjnej.

– Jest ich czwóreczka i każde ma na szczęście swojego tatusia, co jest bardzo pomocne w mojej sytuacji samotnej matki. Proszę mi wierzyć, że ten pan ma rację argumentując, że 500 Plus i alkohol idą ze sobą w parze i należą mu się towarowe bony na dzieci. Zresztą taka była intencja darczyńcy 500 Plus, człowieka o wielkim choć gołębim sercu, kochającego ojczyznę i kobiety, i nienawidzącego tylko tych gadów sądowych, o których teraz tak głośno. Nie oni będą decydować o tym, czy mnie i moim dzieciom wolno pić alkohol, czy nie. – Zakończyła rezolutnie i napięła mięsień z tatuażem udka pieczonego kurczaka.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 65: Hibernacja klasy politycznej

Kolejny dzień zapoczątkował ciąg zdarzeń przypominających długi i dziwny sen. Wypadki następowały jak w kalejdoskopie, oszołamiały i dopiero drugiego lub trzeciego dnia ustabilizowały się na poziomie przyzwoitości. Przeżywając je na jawie jak we śnie, Sefardi rejestrował spostrzeżenia i zadawał pytania, na które nikt nie odpowiadał. Wydarzenia opóźniły jego własne plany, gdyż nie sposób było zrealizować cokolwiek w czasie naszpikowanym niepokojącymi napięciami. W pamięci Mistrza pozostały kapryśne wyobrażenia szaleństw losu, wywołując fale zimna na przemian z falami gorąca. Nawiedzały go nocą potęgując uczucie umierania. Była to próba generalna rozstawania się z życiem oferowana przez los, umierania, które kiedyś musiało nastąpić, a które serce Sefardiego oprotestowywało skowytem przerażenia w ciemnościach nocy.

*****

Pamiętnego dnia temperatura spadła nagle i niespodziewanie poniżej zera. Była wczesna jesień i nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. W mroźny poranek, o godzinie ósmej zero sześć, radio podało niewiarygodną wiadomość: zginęła cała klasa polityczna, ocaleli jedynie prezydent i gubernator. Obydwie izby parlamentu, wyższa i niższa, uczestniczyły we wspólnym posiedzeniu, kiedy wskutek nagłej awarii systemu klimatyzacyjnego zamarzły na kość, ponieważ ktoś zablokował wszystkie drzwi wyjściowe. Prezydent był nieobecny z powodu choroby. Gubernator był w delegacji zagranicznej.

Wydarzenie było ciosem w serce narodu. Jeden z malarzy prymitywnych jeszcze tego samego dnia namalował wielki symboliczny obraz sztyletu rzucającego błyski rozdzierające budynek parlamentu Nomadii.

******

Prezydent, mimo choroby, bez wahania podjął decyzję, którą jego rzecznik określił jako jedyną i słuszną: budynek parlamentu otoczył natychmiast wojskiem, kazał wstawić dodatkowe sprężarki dla utrzymania niskiej temperatury, a następnie szczelnie zamknąć wszystkie pomieszczenia. Oznaczało to poddanie parlamentarzystów natychmiastowej hibernacji i przejściową zamianę parlamentu w mauzoleum.

– W ten sposób uratujemy ich do czasu, kiedy naukowcy wymyślą sposób skutecznego odmrażania hibernantów. – Oświadczył kategorycznie po konsultacji z naukowcami od niskich temperatur i krioterapii.

W ciągu dwóch dni ukazał się dekret, na podstawie którego prezydent przejął pełnię władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Otworzyło to możliwość natychmiastowego i skutecznego działania głowy państwa dla dobra kraju i obywateli. Wszyscy oczekiwali, że natychmiast ogłosi się despotą. Miał ku temu wszelkie warunki. Był wykształcony, co stwarzało szansę despotyzmu oświeconego, o jakim marzyli wszyscy obywatele wierzący, że mądrość rządzenia można pogodzić ze skutecznością i szybkością. Sefardi uważał osoby tak myślące za naiwniaków.

Następnym krokiem prezydenta było rozwiązanie wszystkich partii politycznych. W ich miejsce założył nową partię polityczną, którą postanowił kierować osobiście. Wyjaśnił to w orędziu do narodu.

– Partia, która jest nie jest niczym skompromitowana, oferuje nową jakość i daje pełną gwarancję sukcesu w dzisiejszym, wyjątkowo trudnym czasie.

Ten fragment jego wypowiedzi uspokoił obywateli, których znakomita większość udzieliła mu poparcia. Jedynie stale mu nieżyczliwa prasa opozycyjna, która nazywał brukową, pisała, że był szybki jak koń wyścigowy na narkotykach, przyznając jednak niechętnie, że istniały ku temu nadzwyczajne okoliczności.

Dalsze decyzje i działania prezydenta naród przyjmował bez słowa skargi, wielu obywateli nawet z dużym aplauzem. Jedynie zaprzysięgli przeciwnicy szeptali po kątach, że to niegodziwe. Nie wyrażali jednak swoich poglądów na głos z obawy, że odpowiedzią byłyby zsyłka w nieznanym kierunku. W tym czasie działała już cenzura wprowadzona trzecim dekretem prezydenta.

Prezydencka kampania ratowania kraju z opresji oznaczona była kryptonimem „Natychmiast” i była tajna. Środki masowego przekazu dowiedziały się jednak o niej wyjątkowo szybko. Jak zwykle w takich przypadkach, podzieliły się; jedne ganiły, inne chwaliły poczynania głowy państwa. Najbardziej krytyczna okazała się prasa popierająca Partię Liberalną, dotychczasowy sprzymierzeniec pałacu prezydenckiego, i wściekle atakowała prezydenta w imię prawdy i wolności. Prasa popierająca opozycję zachowała umiar licząc na to, że prezydent zmieni swoją orientację i będzie szukał porozumienia, aby odsunąć na bok gubernatora Barrasa i rządzić w sojuszu z liberałami.

Nic takiego nie nastąpiło. Prezydent, zachowujący się wcześniej wobec partii rządzącej jak idące na rzeź jagnię wobec swego oprawcy, pokazał lwi pazur. Dotychczas ustępliwy, usztywnił swoje stanowisko. Zmienił się także fizycznie. Przytłoczony masą nowych obowiązków zaniedbał się i przestał uprawiać jogging dla zdrowia, ćwiczenia utrzymujące go w dobrej kondycji. Dla komentatorów sportowych, którzy przekwalifikowali się szybko na sprawozdawców politycznych, ponieważ wobec głębokiego kryzysu sport przestał ludzi interesować, było to o tyle zrozumiałe, że Prezydent nigdy nie był typem sportowca, tylko molem książkowym stroniącym od wysiłku fizycznego. Uprawianie joggingu było mu potrzebne jedynie dla zachowania prestiżu. Jego pokojówka twierdziła, że tak bardzo nie znosił wysiłku fizycznego, że nawet wbicie gwoździa w ścianę dla zawieszenia obrazu stanowiło dla niego problem. Kiedy powtórzono mu tę opinię, nie zdenerwował się, tylko spokojnie wyjaśnił, że prezydent nie jest od wbijania gwoździ.

*****

Prawda o hibernacji parlamentarzystów i działaniach prezydenta ujawniała się stopniowo. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej komisja parlamentarna odkryła, że prezydent, będąc także naczelnym dowódcą sił zbrojnych, nadużył władzy udzielając firmie zagranicznej zlecenia na dostawę przestarzałego sprzętu lotniczego w zamian za ogromną łapówkę. Dochodzenie prowadziła Komisja Specjalna, która utajniła się do czasu zebrania dostatecznej informacji i przygotowania oskarżenia prezydenta do oceny parlamentu. Po zebraniu obciążający dowodów komisja miała przygotować procedurę zwolnienia prezydenta z urzędu.

Prezydent dowiedział się wszystkiego od swojego człowieka w komisji. To właśnie stało się podstawą decyzji wyłączenia klimatyzacji w parlamencie, w wyniku czego parlamentarzyści poddani zostali hibernacji z wyjątkiem Komisji Specjalnej. Prezydent trzymał członków komisji pod strażą, aby ustalić, jak daleko zaszli w śledztwie. Kiedy dowiedział się, że nikt poza komisją nie jest zorientowany w sprawie, zawarł porozumienie z „rebeliantami” jak określił aresztowanych, że odstąpi od hibernacji członków parlamentu, jeśli komisja odda mu całą dokumentację i zobowiąże się solenną przysięgą do zaniechania śledztwa. Powodem ich decyzji miała być „przedwczesna omyłkowa ocena stanu technicznego zakupionego sprzętu wojskowego”. Dla pewności prezydent zażądał od członków Komisji Specjalnej udzielenia mu indywidualnych gwarancji majątkowych, że nigdy nie upowszechnią posiadanych informacji ani nie podejmą nowej próby impeachmentu.

– Jestem naczelnym dowódcą sił zbrojnych i każdy problem rozwiążę siłą, jeśli wy sukinsyny, zechcecie pójść ze mną na udry. – Powiedział im wprost prezydent, zanim ostatecznie zawarto porozumienie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 31: Partia Konserwatywna zmienia właściciela

Kiedy konserwatyści wygrali wybory parlamentarne, jak jeden mąż uznali przywództwo Barrasa i wyrazili chęć oddania mu partii w pacht, a siebie w lenno. Na początku Barras wahał się i opierał przyjęciu tak szczodrego daru. Po zapoznaniu się z argumentami zwolenników, ostatecznie zdecydował się go przyjąć. Sporządzono akt notarialny; po raz pierwszy w historii demokracji pojawiła się partia, której jednoosobowego tytułu własności i jednoosobowej władzy nikt nie był w stanie zakwestionować.

W sali kolumnowej ratusza miejskiego odbyła się uroczystość przekazania darowizny połączona z objęciem władzy przez Barrasa. Delegacja partyjna wręczyła mu nowe insygnia partyjne: koronę jako symbol jedności, jabłko jako symbol władzy, berło jako atrybut szczególnej pozycji społecznej oraz miecz symbolizujący sprawiedliwość. Barras wygłosił mowę inauguracyjną, w której zatwierdził siebie na stanowisku przewodniczącego partii oraz ustalił jej nowy cel – stworzenie społeczeństwa doskonałego. Jego półgodzinny opis wywołał powszechny zachwyt na sali; wszyscy obecni pragnęli być doskonałymi obywatelami. Partię Konserwatywną Barras nazwał masową, mądrą, spolegliwą, odpowiedzialną i do głębi demokratyczną.

Przemówienie porwało obywateli; tłum zebrany pod ratuszem powiększył się w ciągu kilku minut do stu tysięcy wypełniając wielki Plac Ratuszowy. Liczebność zebranych stała się kością niezgody; rząd określił ją na co najmniej sto tysięcy, opozycja na dwa tysiące.

Nie ociągając się, Blawatsky w krótkim czasie dobrał sobie do pomocy kilka tęgich głów i ustanowił z nich organ doradczy, nazywając go osobistym komitetem politycznym. Następnym krokiem było ustalenie praw i obowiązków członków partii oraz relacji między władzą a członkami. Opozycja przedstawiła prosty opis tego układu.

– W Konserwie zasady współpracy opierają się na czterech filarach: mordy, kubła, fory i dwora. Kiedy wódz coś mówi, a ktoś wyraża inną opinię, pozostali członkowie natychmiast wołają: „Morda w kubeł! Jeśli ci się nie podoba, to fora ze dwora”.

Członkowie partii uznali układ za niezwykle korzystny, ponieważ zdejmował z nich odpowiedzialność za słowa i czyny. Uczynili to w głębokim przekonaniu, że podległość członka partii wobec charyzmatycznego wodza, który na wzór demiurga sam się wykreował, jest najwyższą cnotą. Dla partii miało to wielkie znaczenie praktyczne. Kiedy członkowie i zwolennicy partii słyszeli słowo „Wódz”, natychmiast zwierali szeregi. Niezależność intelektualna w Konserwie okazała się bezużyteczna; członkowie partii gardzili nią i zniechęcali innych do samodzielnego myślenia. Argumentowano, że jest ona szkodliwa dla partii, ponieważ jej istotą jest być niekwestionowanym wspólnym dobrem.

– Partia to masywny, równy stół, na którym na ozdobnym obrusie serwowane są najlepsze dania. Gdyby nie jedność, to każdy ciągnąłby sukno w swoją stronę, a przecież ten stół to nasza ojczyzna, a sukno to dorobek całego narodu – powtarzał zastępca Barrasa, ogrodnik z zawodu z poważnym dorobkiem w propagowaniu tropikalnych roślin ozdobnych pnących i płożących.

Osobowość przywódcza Barrasa okazała się żołniersko prosta i skuteczna; wszyscy członkowie partii doskonale go rozumieli i szanowali. Niewątpliwie miał on słabości, lecz były to bardziej niedobre nawyki niż przywary, choć i takie mu zarzucano, wymieniając przykładowo niechętny stosunek do innych ras. Mówiono, że obcokrajowców określał mianem Szwabów, albo Żabojadów, albo Żydów, a nawet Maurów, w zależności od tego, jak wyglądali i jak się zachowywali. Używanie określenia „Maurowie” wyjaśniano jego fascynacją Świętą Inkwizycją.

Sprywatyzowanie Partii Konserwatywnej rozwścieczyło opozycję. Akt darowizny uznała za wymuszony, a uroczystość w ratuszu za farsę demokracji. Gorąca debata w parlamencie nic nie zmieniła; Partia Konserwatywna pozostała własnością jej przewodniczącego.

W ciągu następnych dni na tablicach ogłoszeniowych, na ścianach budynków i w dziesiątkach innych miejsc oraz w mediach pojawiły się hasła w rodzaju „Żelazny przewodniczący”, „Wielki Przewo” i „Nowy faraon” oraz zdjęcie mięsistych ust wiceprzewodniczącego Partii Konserwatywnej na tle białych męskich pośladków, jak również rysunek pokazujący wielgachną postać Barrasa w malutkiej lektyce niesionej przez członków jego partii. Prorządowa prasa z satysfakcją pisała o niebotycznej frustracji opozycji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Dzieje człowieka i narodu

Kiedy Bóg stworzył Adama i zobaczył, że jest on szczęśliwy, stworzył kobietę, aby poznał także, co to jest cierpienie. Kiedy naród poczuł się szczęśliwy, pojawił się Jarosław Kaczyński, aby mu przypomnieć, że Bóg nie tylko istnieje, ale i czuwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Kronika narodu wybranego. Niezwykłe oratorium Iwana Iwanowicza

Skutki ustawy o dumie narodowej i karach za jej tłumienie okazały się niezwykle pozytywne. Wzrosły uczucia patriotyczne. Mężczyźni poczuli się jędrniejsi i kupowali mniej viagry, kobietom powiększyły się piersi, a karmiącym matkom ilość zsiadłego mleka w lodówce. Były też inne korzyści zdrowotne: obywatele zgłaszali mniejsze ilości łupieżu na ramionach oraz gęstnienie włosów na piersiach. Pewien młodzieniec twierdził, że jego łysina nie tylko przestała się powiększać, ale cofnęła się całkowicie i wróciły mu włosy tak silne, że rodzina porównywała go z niedźwiedziem, uważając nie bez kozery, że gdyby tonął, to można by go z łatwością wywlec za kudły z wody. Ponieważ poszukiwał pracy, sugerowano mu, aby przyjął się do cyrku i podnosił stolik w zębach dla zademonstrowania potencji.

Z obrotu spraw niezadowolone pozostały tylko firmy produkujące suplementy i kosmetyki, ponieważ konsumenci zgłaszali ustępowanie opryszczki i poprawę jakości cery.

Informacje o efektach dumy narodowej przedstawiano w telewizji, pokazując na zdjęciach coraz lepszy stan zdrowia i samopoczucia narodu. Kiedy okazało się, że jednemu z posłów partii rządzącej „Tkliwość i Ska” nie tylko wzmocnił się głos, ale i poprawiło zdrowie psychiczne, rząd stworzył specjalny fundusz promocji dumy narodowej jako środka o właściwościach leczniczych.

Iwan Iwanowicz z uwagą obserwował rządową promocję dumy narodowej za granicą. Szczerze też podziwiał rząd, że samotrzeć wywołał kaskadę pozytywnych wzruszeń wśród obcokrajowców, którzy przecież nie zawsze życzyli narodowi Nomadów wszystkiego najlepszego.

Postanowił to uczcić. Następnego dnia, po nocy wypełnionej historycznymi snami, poinformował członków spotkania przy krawężniku, że będzie spisywać nieprawdopodobne osiągnięcia rządu. Zamysł ten dedykował premierowi, ministrom, wiceministrom i ich pomocnikom jako dodatek do skromnych uposażeń, jak również temu, co czuwa nad premierem.

Zebrani uznali jego tajemnicze odniesienie za niezwykle poetyckie i pełne uczuć

, domyślając się, że dotyczy ono Jego Czcigodności.

– Oby żył on wiecznie na wzór Ramzesów egipskich – wyraził się Iwan Iwanowicz i westchnął tak serdecznie, że aż żal było go słuchać, zwłaszcza kiedy zdano sobie sprawę, że jego postulat jest nie do spełnienia. Moment później przez uduchowioną twarz przewodniczącego zebrania przemknął jakby promyk nadziei, że a nuż zdarzy się cud i Jego Czcigodność okaże się nieśmiertelny, a co najmniej długowieczny jak biblijny Matuzalem.

Później w rozmowach Iwan Iwanowicz upierał się, że ludzie mogą żyć bardzo długo, jeśli tylko mają w sobie odpowiednią moc i pragnienie, ale nikt mu już nie wierzył.

 

Kronika narodu wybranego. Bolesny sen Iwana Iwanowicza

– Znowu śnił mi się Folwark zwierzęcy im George’a Orwella – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu, gdzie w ramach demokracji wzorowanej na uczciwym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa, w tym delikatną jak pajęczyna materię praworządności, w której ludzi i meble można przestawiać i zawieszać na kołku, oraz dumę narodową, przedmiot czułej troski rozkochanego w narodzie rządu.

– Był to sen krótki jak świst bata, lecz bolesny, bo nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogąc zasnąć liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Wtedy odezwały się inne zwierzęta, o których władza folwarczna starała się zapomnieć, bo głośno gardłowały.

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi, bo teraz wszyscy będą szukać dziur we wspaniale reformowanej praworządności i liczyć, jaka była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona pięć do jednego, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że nie było tak słodko, i że są na to dowody w postaci donosów, listów, zapisów i zeznań świadków, i że wszystkiemu można zaprzeczyć, ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się samokrytycznie głos samotny jak cnota w gronie cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”Idziemy w zaparte”, „Hej, kto rodak na bagnety” oraz „Nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej – tak dopowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły dalej za przewodnikiem do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała zwierzętom do głowy – ktoś to tak dziwnie skomentował, ale nikt go nie słuchał w żywej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 3: Duma narodowa

Obecni w pokoju ministrowie zerkali już dyskretnie na zegarki. Zrobiło się późno. Na dworze było zimno i ciemno, był to koniec lutego. Jakby odczytując ich myśli premier Smukły postanowił zakończyć posiedzenie gabinetu.

– W końcu zaczniemy prawnie chronić naszą największą wartość, dumę narodową. Trzeba skończyć z atakami na naszą historię, która jest przecież historią wyłącznie bohaterstwa. Możemy być tylko dumni z pomocy bliźnim w ciężkiej potrzebie w tamtym trudnym okresie. Nie godzimy się z tym, że ktoś mógłby nam wypomnieć złe czyny, których nie popełniliśmy . Będziemy ścigać prawnie takie osoby i organizacje.

Wiadomość o ochronie dumy narodowej pojawiła się w wieczornych dziennikach telewizyjnych. Społeczeństwo przyjęło entuzjastycznie decyzję rządu. Obywatele wychodzili na ulice, najpierw pojedynczo, potem większymi grupami, wyprostowali, z podniesionymi głowami, lekko cofniętymi ramionami i wzrokiem skierowanym w przyszłość. Cieszyli się z przynależności do narodu mającego największe powody ze wszystkich do dumy z siebie i swoich czynów, pragnęli ją nosić otwarcie w sercach, a w święta narodowe także na sztandarach i transparentach.

Uczucie dumy okazało się tak intensywne, że z obawy, czy nie jest niebezpieczne dla zdrowia w kilkunastu większych miastach pobrano jej próbki i oddano do analizy. Znaleziono w nich te same trzy składniki: honor, chwałę i godność. Tylko dwa laboratoria posługujące się nowszymi metodami analizy ujawniły także elementy pychy i zarozumiałości.

– Były to zupełnie przypadkowe zanieczyszczenia. Ich mikroskopijny poziom jest bez znaczenia – udzielając wyjaśnienia rzeczniczka rządu zasłaniała Jego Świątobliwość własnym ciałem przed natrętnymi reporterami. Zniecierpliwiony gestem nadmiernej opiekuńczości Eminencja odsunął ją na bok, aby wygłosić krótkie oświadczenie.

– Jestem szczęśliwy, że dotarliśmy tu, gdzie dotarliśmy. Pewne czynniki utrudniały nam dotychczas swobodny rozwój dumy. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem nic ujawnić z uwagi na inne, jeszcze bardziej skomplikowane elementy. Teraz możemy już o tym swobodnie rozmawiać. Nasza duma narodowa to fenomen w skali światowej; żaden kraj nie może się z nami porównywać. Okazaliśmy bezmiar pomocy bliźnim w najtrudniejszym dla nich i dla nas okresie. Musimy i będziemy chronić tę wartość. Nie możemy pozwolić, aby ktokolwiek ją kwestionował, umniejszał czy w nią wątpił.

Sprawą przygotowania ustawy zajął się najsprawniejszy prawnik w rządzie, rzutki i energiczny, pasjonat przewodzenia, przemawiania i oskarżania. Ustawę przygotował tak starannie, że parlament uchwalił ją bez czytania w ciągu jednego dnia i dwóch godzin. Czas procedowania był dokładnie wymierzony, ponieważ rząd wcześniej już uznał – na wniosek Jego Świątobliwości – że bez przyśpieszenia (zwanego akceleratorem) naród nie jest w stanie osiągnąć powszechnego dobrobytu. Pośpiech był nieunikniony, gdyż poprzednia ekipa rządząca pozostawiła państwo w stanie gorszym niż obrabowany i spalony sierociniec na bagnie.

Ustawę zatwierdzoną przez niższą izbę jeszcze tej samej nocy przyjął senat; jego marszałek osobiście dostarczył dokument do prezydenta w celu ostatecznego uświęcenia. Prezydent czekał już na schodach pałacowych w świetle rozpalonych twarzy, w atmosferze zapachu imponujących bukietów czerwonych róż. Mimo, że był mańkutem, pragnął podpisać dokument oburącz, dla wyrażenia swego pełnego poparcia.

Uroczystość z zapartym tchem obserwowali obywatele czekający od wielu godzin przed pałacem oraz na placu za pałacem, gdzie ustawiono dwa wielkie i sześć małych telebimów. Szybkość stanowienia prawa w Nomadii pogłębiła w nich i tak już niezwykle silne poczucie dumy; byli przekonani, że ustawa jest bardziej potrzebna niż chleb powszedni, o jaki modlili się codziennie.  

W ostatnim momencie przed podpisaniem prezydentowi zadrżała ręka. Czujne oko najwyższego strażnika porządku wyłapało mikroskopijny błąd, który wzbudził w nim poważną wątpliwość. Chodziło o to, czy określenie „duma narodowa” powinno pisać się z dużej czy z malej litery. Wstęga pytań przewinęła się przez jego przepracowaną głowę, jedno bardziej szokujące od drugiego, kto i dlaczego pozostawił w ustawie tak groźne niedopowiedzenie. Prezydent zachował się jak zawsze, z godnością i zgodnie z sumieniem; podpisał dokument i od razu pchnął go umyślnym do Trybunału Konstrukcyjnego, najwyższego państwowego organu oceny konstrukcji prawnych, słynnego trzeciego filaru.

Historycznie, był to okres, kiedy system prawny Nomadii oparty był już na zasadzie „Trzy w jednym”.

Wszystkie książki autora do nabycia w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Recenzje są na górnym pasku menu powyżej na tej stronie.