Dawne stolice Tajlandii: Sukothai (1238-143) i Ayutthai (1350-1767). Kobieca postać Buddy.

Pozostałości świątyń pierwszej historycznej stolicy Tajlandii Sukothai (lata 1238 – 1436) mieszczą się w parku historycznym. Zwiedzamy je na rowerach. Sama przejażdżka po rozległym terenie parku jest frajdą. Idealny dzień, idealna temperatura. Zdjęcia zamieszczam bez większych komentarzy.

Moją uwagę zwraca materiał, z jakiego wykonano wszystkie obiekty: wypalana cegła. Zastanawiam się, czy twórcy tej świątynie nie mieli wyobraźni, aby przewidzieć skutki nietrwałości tego materiału. Teren leży blisko rzeki, w okresie deszczów jest podmokły, mury świątyń są nierówne, często zwichrowane. Doskonałość Buddy dziwnie łączy się z niedoskonałością władców i wykonawców, którzy wierzyli w jego boską doskonałość i pragnęli ją uwiecznić.

To jedyny Budda o wyraźnie kobiecych kształtach, jakiego widziałem w Tajlandii. Jest to metalowy odlew. Musiał go wykonać artysta o miękkich rękach i płynnych ruchach.

  King_Ramkhamhaeng Monument

Why travel to Sukothai? Zainteresowanych przeczytaniem tekstu w języku angielskim kieruję pod link: https://traveloutlandish.com/blog/sukhothai-vs-ayutthaya-ancient-cities-thailand/

Po śniadaniu wyjeżdżamy z Kanchanaburi do Ayutthai, drugiej historycznej stolicy Tajlandii (lata 1350-1767).

Stupy buddyjskie zwane są w Tajlandii chedi. Dla buddystów stupa jest materialną reprezentacją doskonałego oświecenia. Obrazuje przekształcenie wszystkich emocji i żywiołów w oświeconą mądrość i pięć rodzin buddów. Pierwszym etapem budowy stupy jest złożenie pod fundamentem skarbów i przedmiotów odpowiadających jej funkcji. Jeśli stupa ma pełnić np. rolę „strażnika przed złymi siłami” składa się tam oprócz złota czy srebra także białą broń. We wnętrzu stupy umieszcza się relikwie Buddy lub sutry. Buddyści odwiedzają stupy jako symbole obecności samego Buddy, trzykrotne je okrążając zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, aby gromadzić dobroczynne przyczyny karmiczne. (Wikipedia)

 Wiele posągów Buddy zostało pozbawionych głów przez najeźdźców z Birmy poszukujących złota w nich ukrytego.   Wizerunek głowy Buddy wyrzeźbionej w korzeniach drzewa.

.Miniaturowa rekonstrukcja świątyni w Ayuttayi.

Tajlandia. Bangkok. Widowisko sceniczne Siam Niramit.

Nazwa widowiska Siam Niramit – Podróż do zaczarowanego królestwa Syjamu.

Przedstawiam trzy opinie na temat tego niesamowitego widowiska. Pierwszego recenzenta brzuch chyba bolał w czasie oglądania spektaklu. Zgadzam się z dwiema ostatnimi recenzjami. Spektakl był znakomity. Kiedy pod koniec w poprzek sali przeszedł wielki słoń z trzema osobami na grzbiecie, polał widzów wodą i triumfalnie zatrąbił, uznałem widowisko za fenomenalne.

Przedstawienie słabo oświetlone, sala ogromna, scena daleko. Jest przeładowane efektami, niepotrzebnie występują żywe słonie, kozy i kury, na scenie płynie prawdziwa rzeka, z góry pada deszcz. Całość wyreżyserowana na sposób żywych obrazów, mało dynamiczna. Bezpośrednio przed przedstawieniem wyświetlono film ku czci zmarłego króla i wysłuchaliśmy hymnu na stojąco.

Spektakl niesamowity. Najpierw pieśń o królu, potem hymn narodowy na stojąco. Wszyscy trochę zdziwieni. Potem niesamowity spektakl z padającym deszczem, z bogami i księżniczkami latającymi w powietrzu ze statkami pływającymi po rzece na scenie. Wyszliśmy oszołomieni. Warto poczytać zanim się tam pójdzie bo to spektakl narodowy. A scena – coś wspaniałego. Serdecznie polecam.

To chyba największy kulturalny show, jaki udało mi się widzieć na Dalekim Wschodzie. Ogromna scena, z potokiem przepływającym przez scenę, łodzie, słonie. Historia Syjamu, życie codzienne, tradycje. Wspaniałe stroje, znakomite nagłośnienie. A cały pokaz poprzedzony jest naprawdę bogatą kolacją będącą przeglądem klasycznych dań tajskich. Naprawdę warto.

Poniższy opis w języku angielskim i zdjęcia tutaj zamieszczone (z wyjątkiem jednego) pochodzą ze strony www.SiamNiramit.com: One of the largest stage productions in the world. Performed on the gigantic stage listed in the Guinness World Records. 100 performers with more than 500 costumes. Amazing special effects using the world’s most advanced technology. An excellent introduction to Thailand’s history and culture. Investment: 40 Million US$. Area:  10 acres. Theatre Capacity: 2,000 seats and 25 wheel chair spaces. Show Duration: 80 minutes.

    

Wiedziałem, ze kobiety lgną do mnie jak muchy do miodu, ale nie aż tak piękne  i w takiej liczbie! To artyści Siam Niramit popularyzujący spektakl. Zdjęcie kosztowało mnie 150 bahtów (czyli nieco ponad 15 zł).

PS. Słoń rzeczywiście przemaszerował w poprzek sali, ale to polewanie wodą i trąbienie to był tylko żart. 

Piszę bo muszę. Lasy Państwowe utajniają skalę wycinki drzew. Przy okazji więcej o Tajlandii.

Państwowe przedsiębiorstwo Lasów Państwowych znalazło sposób, by zataić skalę wycinki drzew: namawia swoich odbiorców, by nie podawali, ile drewna kupują. Ma to utrudnić aktywistom zbieranie informacji. Sieć Obywatelska Watchdog Polska dotarła do wzoru pisma, które nadleśnictwa Lasów Państwowych rozsyłają swoim klientom – firmom i indywidualnym osobom. Kto je wypełni i odeśle, ten się zgadza, by informacje o sprzedanym mu drewnie – cenie, ilości, historii zakupów, rodzaju drewna – nie były podawane do publicznej wiadomości. Nazwane jest to „tajemnicą przedsiębiorstwa”. Może potrzeba nam pustyni? Brawo PiS!

Pobyt w Tajlandii wzbogacałem sobie czytaniem Bangkok Post. Zebrałem kilka wiadomości na temat niedawnej uroczystości koronacji króla. Może i my będziemy mieli króla? Mam nawet mocną kandydaturę.

Zdjęcie to zrobiłem przy jakiejś świątyni. Nawet nie pamiętam gdzie.

 W drodze na targ na wodzie. Świątyńka przy domu. Służy do odstraszania złych duchów. Każdy szanujący się budynek ma taką.

To zdjęcie z rynku na wodzie. Ogromny zachwycający pięknem stół z jakiegoś rodzimego gatunku drzewa.

 W drodze na targ na wodzie. To chyba łódź – podręczna elektrownia?

 Sprzedaż z łodzi.Rzadki sklep z dziełami sztuki malarskiej. Cudowne były niektóre malunki. Ciekawe ujęcia, intensywne barwy. To taka moda teraz.

Głodomory targowe, azjatyckie, w głębi polskie. Znajomi z wycieczki. Sam jadłem tam lody kokosowe serwowane w połówce łupiny z kokosa. Sprzedawał je sympatyczny grubas. Wszyscy miłośnicy lodów kupowali właśnie u niego.

Dzisiaj jestem pesymistą. Hurtem o Tajlandii.

Po wypiciu trzech mocnych kaw, intensywnym spacerze, obejrzeniu filmu o uzależnieniu od smartfonu i dostrzeżeniu trzech lajków na moim wczorajszym blogu na temat Tajlandii postanowiłem zaprotestować. Powodem jest uzależnienie. W Tajlandii, w samolocie, w hotelu i na ulicy widać tysiące osób uzależnionych od smartfonu. Wiele osób trzyma w ręku to urządzenie i klika, podobnie jak u nas. Takie społeczeństwo łatwo znajdzie sobie drogę do informacji w Internecie przedstawiających inny kraj. Dziś nie powinno się pisać blogów z wycieczki, tylko rzucić hasła i każdy sam znajdzie sobie odpowiednie teksty i zdjęcia do obejrzenia.

Tajlandia jest niezwykła, podobnie jak Indie i inne kraje Azji, ale bardzo zaśmiecona. Ilość śmieci i zaniedbania przerasta moje mieszczańskie polskie i australijskie wyobrażenia. Śmieci raziły mnie w Tajlandii. Przy kanałach prowadzących na targ wodny drzewa i krzewy bujnie rosną i kwitną na naturalnie nawadnianej, żyznej ziemi. W ich otoczeniu stoją domy. Widokowo byłby to raj na ziemi, gdyby nie brud. W miastach setki kabli kłębi się i zwisa żałośnie ze słupów i ścian; chodniki dla pieszych wykonane są jak pułapki, miejskie strumienie i niektóre kanały są mocno zanieczyszczone.

Apel do osób myślących o wycieczce do Tajlandii: Strzeżcie się! Napływa tam coraz więcej turystów z potężniejących gospodarczo Chin, chyba niewiele mniej z Indii. Za kilka lat Tajlandia, tańsza dzisiaj niż Polska, będzie dużo droższa, jeszcze bardziej zanieczyszczona i jeszcze bardziej zapchana ludźmi. Nie jestem dobrej myśli. Tym, czym dzisiaj cieszą się turyści, przyroda, naturalne widoki i pejzaże, będzie ulegać dalszej degradacji. Przewodnik wycieczki wspominał, jeśli go dobrze zrozumiałem, że w minionych stu dwudziestu latach wycięto w Tajlandii osiemdziesiąt procent dziewiczych lasów.

Rzeczywiście, jadąc wiele godzin autobusem na północ od Bangkoku, a potem kilkadziesiąt minut pociągiem wzdłuż rzeki Kwai nie przypominam sobie, abym widział zwartą ścianę lasu, ścianę zieleni, jedynie połcie poszatkowanej przez człowieka ziemi, działki monokultury, jakieś zabudowania. Obawiam się, że piękna już tam nie przybędzie, przybędzie natomiast turystów, wyższych cen, punktów sprzedaży tandety, garkuchni ulicznych, autobusów, śmieci oraz zatrutego powietrza w dużych miastach.

Zmęczyła mnie ta prognoza. Dla odmiany załączam nowe zdjęcia na różne tematy.

Fragment zdobień ściany świątyni buddyjskiej.

.Na targu. Pracownicy przygotowujący kwiaty do sprzedaży.

. Produkty tragowe.

 Też widoczek z tego samego targu.Podobnie jak kot. Ten lepiej się wyeksponował..

 Bogato zaopatrzone stoisko targowe.  Inne stoisko.    Widok z okna pociągu na rzekę Kwai.Most na rzece Kwai.

Na blasze u dołu uliczny sprzedawca oferuje pieczone polne szczury.

Widok z okna pociągu na trasie wzdłuż  rzeki Kwai.

Vicky. Nasza tajska przewodniczka, niepodobna do Tajki.

Ludzie różnie się fotografują ze strażnikiem Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku.

W drodze do Wielkiego Pałacu Królewskiego. Para idąca przede mną była tak nietypowa, że postanowiłem zrobić im zdjęcie. Kobieta w rzeczywistości była jeszcze większa niż widać to na zdjęciu.

Tego rodzaju maszkary zdobią wiele świątyń buddyjskich. Baśń łączy się tam nader łatwo z religią.

Tajlandia, Bangkok, Wielki Pałac Królewski, Świątynia Wat Phra Kaew, Szmaragdowy Budda i inne cudowności

PS. Będę jeszcze uzupełniać obrazy do tego wpisu.

 Plan kompleksu pałacowego

Wielki Pałac Królewski (pomnik narodowy) w Bangkoku to wielki kompleks budynków. Służył jako oficjalna rezydencja króla Tajlandii od XVIII wieku do połowy XX wieku. Po śmierci króla Anandy Mahidola w Wielkim Pałacu w 1946, król Bhumibol Adulyadej przeniósł królewską siedzibę w inne miejsce.

Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam; otoczony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218 400 m². Budowa Wielkiego Pałacu rozpoczęła się w roku 1782, gdy u władzy był król Rama I.

Ważnymi częściami pałacu są: Wat Phra Kaew czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy oraz Chakri Mahaprasad Hall, budowla w stylu włoskiego odrodzenia.

Turyści mogą zwiedzać teren kompleksu pałacowego i wybrane budowle. Wstęp na teren kompleksu jest płatny i możliwy tylko w wyznaczonych godzinach i w określonym stroju: w świątyniach tylko bez obuwia, długie spódnice i spodnie, zakryte ramiona).

 Golden Chedi czyli Złota Stupa

Budynki na górnym tarasie pałacu

Golden Kinon Świątyni Wat Phra Kaew

Nok Tantima strzegący Viharn Yod Światyni Wat Phra Kaew.

Wielki strażnik Thotsakan

 Szmaragdowy Budda to mała rzeźba z jaspisu umieszczona w świątyni na dużej wysokości.  Tajowie wierzą, że tak długo jak jest ona w kraju, kraj jest bezpieczny. Jest to skarb narodowy.

 Mural na terenie świątyni. Wyznawcy buddyzmu składający ofiarę  i modlący cię.

Wycieczka, Tajlandia, Budda i Buddyzm, Pattaya. Odc. 1.

Rano obudziłem się już w Polsce ale z głową jeszcze w Tajlandii. Kiedy stało się to, co się stało, mam na myśli ową połowiczność przebudzenia, zrobiłem sobie mocnej kawy i zacząłem snuć wspomnienia. Wspominam bardzo dobrze dwutygodniową wycieczkę do Tajlandii,

 Godło Tajlandii.

przede wszystkim zaś uczestników wycieczki, potrawy bardziej chyba azjatyckie niż tajskie, świątynie Buddy, wspaniale owoce, szczególnie papaję, mango i ananasa, ostatni hotel Asia Pattaya w miejscowości Pattaya, a także dwie książki, jakie znalazłem na stoliku w moim pokoju hotelowym, dzięki którym mogłem zanurzyć się głębiej w buddyzm. To mnie zmieniło tak bardzo, że musiałem uszczypnąć się dwa razy, aby upewnić się, że to ja, kiedy po powrocie do domu zobaczyłem się w lustrze. Tajlandię (i program Bajeczna Tajlandia) wybrałem głównie z powodu zainteresowań buddyzmem, bo to najbardziej buddyjski kraj na świecie.

 Mnisi buddyjscy

Na zdjęciach zamieszczanych na tej stronie zobaczycie mnie w nowym, bogatszym kształcie katolika z rozbudzonymi ambicjami buddysty. Ten pierwszy to osoba głęboko wierząca w Pana Boga oraz rząd, jaki był łaskaw nam zafundować w ostatnich latach, ten drugi, to osoba bardziej zrównoważona, uważniej patrząca na świat bez owych woalek i zasłon, jakie nie-buddystom zaciemniają widzenie siebie i rzeczywistości.

Buddyzm nie jest religią w takim sensie jak katolicyzm, protestantyzm czy islam, z wyraźnie określonym Bogiem i doktrynami wiary. Jako religia buzyzm pojawił się dopiero w kilka wieków po śmierci Buddy. Buddyzm jest bardziej filozofią życia, edukacją na temat, jak żyć. Centralną postacią tej filozofii i wiary jest historyczny Budda Siakjamuni (ok. 563-483 p.n.e., właściwie. Siddhartha Gautama, który doznając oświecenia, stał się Buddą, od którego obecni aspiranci do szczęśliwego życia i przebudzenia oczekują wsparcia. Siddhartha to imię podchodzące od rodziców, Gautama to nazwa rodu (klanu).

Fragment muralu świątyni w Parku Centralnym w miejscowości Pattaya.

Zaskoczeniem było dla mnie forma prezentacji i wyobrażeń religijnych w Tajlandii i w Polsce. Tak jak my, Polacy, a także Europejczycy jesteśmy, oszczędni w prezentacji Boga i Jezusa w naszych świątyniach, gdzie jest niewiele ich obrazów i rzeźb, tak buddyzm jest pod tym względem niezwykle rozrzutny. W każdej świątyni można zobaczyć dziesiątki, jeśli nie więcej, rzeźb, odlewów, obrazów i wyobrażeń Buddy. 

Świątynia w Bangkoku

Dla ilustracji przedstawiam kilka zdjęć ze świątyni w Parku Centralnym w mieście Pattaya, gdzie zostaliśmy zakwaterowani na sześć dni (część pobytowa wycieczki). 

Pozdrawiam serdecznie wszystkie osoby, z jakimi brałem udział w rozmowach, spotkaniach i wędrówkach w czasie wycieczki, także w podróży pociągiem do i z Warszawy. Pozdrawiam także Iwana Iwanowicza, przyjaciela z osiedla, który przypadkiem znalazł się na Tajlandii w tym samym czasie co ja. Iwana Iwanowicza podejrzewam niekiedy, że jest moim sobowtórem, włóczącym się za mną jak cień. Plusem takich sytuacji jest możliwość otworzenia do kogoś gęby, a może nawet i duszy, kiedy czuję się samotny.

Wkrótce dalsze odcinki relacji z Tajlandii.

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.

Poezja na niedziele i święta. Wiersze: „Ja tylko pragnę” i „Jadzi P.”

Muza Poezji by Konstantin Makovsky.

Jak zwykle, w niedzielę, oprócz modlitwy o chleb powszedni i karę piekielną dla pedofilów i podobnych oszustów w ludzkiej skórze, trochę poezji. Pierwszy wiersz dedykuję osobom poszukującym zrozumienia w miłości, która niestety różnie się spełnia, sukcesem całkowitym, połowicznym, czasem także niepowodzeniem.

Obydwa wiersze, podobnie jak i poprzednie, pochodzą z tomiku Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, dostępnego za kilkanaście złotych we wszystkich księgarniach. 

Ja tylko pragnę

Tak bardzo chciałbym wziąć cię w ramiona,
gdybyś nie była tak roztargniona,
po prostu przyszła tu, gdzie jestem
bukietem kwiatów, oczekiwań dreszczem.

Kiedy już przyjdziesz, spójrz mi w oczy,
może nieśmiałość cię zauroczy
i pozwól wejrzeć w swoich oczu głębie,
bezwstydnie ciepłe, lśniące, gołębie.

Weź mnie za rękę i mów coś do mnie
powoli, rozważnie, posłucham przytomnie
i choć mam tyle do powiedzenia
ja tylko pragnę twego zrozumienia.

Gdynia, 12 kwietnia 1999

Drugi wiersz, jak można domyśleć się z tytułu, był dedykowany konkretnej osobie, pani Jadzi P. W zależności od pory roku wciąż widzę ją ze skrzydłami anioła powiewającymi dla schłodzenia powietrza, kiedy jest gorąco i ogrzania go, kiedy jest zimno. Ideałów jest tak mało, że warto pamiętać, aby przekazać im (co najmniej raz w roku, na urodziny lub imieniny) jak najwięcej serdeczności w podzięce za ich dobroć, a nawet samą obecność.

Jadzi P.

Wpośród jarzębin czerwonych kiści
wiatr zmywa ślady babiego lata,
życie odmierza jej barwą liści,
nastrojem duszy, owadem w kwiatach,
…wierszem istnienia.

W katedrze lasu ona myśli zbiera,
a tam, u góry, nad koron powałą
Najwyższy czuwa, widzi ją całą
w ciszy zapachów i wiatru szumie,
…on ją rozumie.

Lato już przeszło i jesień dojrzewa,
ptaki ucichły i złocą się drzewa;
wśród runa leśnego i traw poszycia
ona coś szuka. Okruchów życia
…czy pocieszenia?

Wędruje stepem zagubiona dusza,
drogami wspomnień, smuci się, wzrusza,
cieszy i trafia wciąż na rozstaje,
miłość garściami owoców rozdaje,
…istota ciepła.

Sopot, 4 października 1997

Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny. Część druga i ostatnia.

Drodzy Czytelnicy,

Kilka miesięcy temu zamieściłem na blogu pierwszą część mojej gwarancji oraz przykłady reklamacji i przeprosin. Teraz powtórzę tylko gwarancję oraz podam dalsze, nowe przykłady.

Gwarancja

Ja, Michael Tequila, gwarantuję, że moje utwory literackie są przyzwoicie skomponowane i napisane. Jeśli Czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć reklamację i uzyskać przeprosiny autora. Czytelnik ma też prawo wyboru formuły reklamacji i przeprosin. Może też ustalić sobie własną formę reklamacji, o ile nie jest to dla niego zbyt męczące.  

W razie potrzeby propozycje celniejszych określeń pod adresem autora Czytelnik znajdzie na forach dyskusyjnych. Pod uwagę warto wziąć określenia takie jak: miernota, nędznik, nieuk, patałach, kreatura pisarska, pisarz od siedmiu boleści, skryba spod budki z piwem, partacz literacki, fuszer, antytalent, nowicjusz, amator, dyletant.  

Gdyby Czytelnikowi przyszło do głowy wyróżnić autora pochwałą, powinien zastanowić się nad tym co najmniej dwa razy, czy nie popełnia życiowego błędu, którego rodzina, przyjaciele i partia rządząca nigdy mu nie wybaczą.

Przykłady reklamacji i przeprosin:

Reklamacja – Formuła 2

Pańska książka jest tak nędzna, że zaraz po jej skończeniu wyrzucę ją do kosza. Albo nie. Przeczytam ją jeszcze raz, bo nie wszystko dobrze zrozumiałam w Pańskim mętnym tekście i szemranej fabule. Życzę Panu wszystkiego najgorszego, kiepskiego zdrowia, nieudanych wakacji, złego samopoczucia oraz niespełnienia skrytych marzeń. W ogóle nie pozdrawiam Pana.

Przeprosiny autora – Formuła 2

Serdecznie przepraszam za zawód, jaki sprawiłem Pani powieścią/tomikiem poezji/zbiorem opowiadań (niepotrzebne skreślić). Rozumiem Pani rozczarowanie moim zdjęciem na okładce. Dzięki Pani wiem, że z taką facjatą nic sensownego nie można napisać. Proszę wejść na mój blog autorski www.MichaelTequila.com i wpisać tam komentarz ostrzegający przed czytaniem czegokolwiek mojego autorstwa. Z wyrazami szacunku, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 3

Przepraszam Panią serdecznie za moją powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Pani krytyka treści i ocena wartości książki jest tak przekonywująca, że postanowiłem więcej już nie pisać. Dzięki Pani zrozumiałem swój wielki błąd. Życzę Pani wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że już się nie spotkamy. Z szacunkiem, Michael Tequila, pisarz, który dzięki Pani naprawił swoje życie.

Przeprosiny autora – Formuła 4

Serdecznie Panią przepraszam za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić), który zabrał Pani czas, napełnił odrazą do autora i zniechęcił do czytania czegokolwiek. Będę wdzięczny za publiczne nazwanie mnie miernotą pisarską. Z poważaniem, Michael Tequila.

Przeprosiny autora – Formuła 5

Przepraszam serdecznie za powieść/tomik poezji/zbiór opowiadań (niepotrzebne skreślić). Ma Pani święte prawo uważać mnie za łajdaka. Pani argumentacja jest bezwzględnie przekonywująca. Bardzo proszę wyrzucić książkę na śmietnik, podeptać lub podarować osobie, która Pani zdaniem zasłużyła sobie na szczególną przykrość. Proszę jednak nie wyrzucać jej na makulaturę, gdyż ktoś mógłby ją znaleźć, przeczytać i boleśnie zwymiotować. Serdecznie pozdrawiam życząc Pani więcej czasu przed telewizorem. Z poważaniem, Michael Tequila.  P.S. Pieniędzy niestety zwróć nie mogę, ponieważ wydałem je na adwokata, który broni mnie w sądzie przed pozwem zbiorowym czytelników o pozbawienie mnie praw pisarskich.

Prezydent Duda i konsensusy

Prezydent Duda powiedział ostatnio:

„Ja nie wiem, na ile w rzeczywistości człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Głosy naukowców są bardzo różne, mamy do czynienia też ze skrajnościami. Zmiany klimatu były w historii świata i przyczyny były naturalne – nie było wtedy na świecie człowieka i ta emisja musiała następować w inny sposób”.

Oto komentarz Microsoft News – Wiadomości:

Każdy naukowiec to indywidualna osoba i zawsze znajdą się tacy, którzy mają opinię różniącą się od innych. Istnieje jednak zasada naukowego konsensusu – czyli takiego poglądu, który wyznaje większość świata nauki, i który jest poparty odpowiednimi badaniami oraz wyjaśniającymi wyniki tych badań teoriami (nie mylić z hipotezami). Przykłady takich consensusów w świecie nauki:

Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Zmiany organizmów w dużej skali na Ziemi wyjaśnia mechanizm doboru naturalnego.
  • Powstanie wszechświata w wyniku Wielkiego Wybuchu.
  • Bakteryjne i wirusowe pochodzenie chorób.
  • Organizmy dziedziczą swoje cechy po przodkach dzięki mechanizmowi genetycznemu.

Kolejnym z takich powszechnych consensusów jest właśnie powszechna zgoda na temat tego, że obserwowaną zmianę klimatu spowodowała działalność człowieka. Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Ziemski klimat uległ znaczącemu ociepleniu od końca 19. wieku
  • Główną przyczyną są gazy cieplarniane, z dwutlenkiem węgla na czele, pochodzące z działalności człowieka
  • Dalsza emisja na tym poziomie może mieć katastrofalne skutki dla naszej planety

Możemy zapobiec tym skutkom poprzez zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Iwan Iwanowicz, nasz ekspert osiedlowy uważnie śledzący wielką politykę światową, przytoczył słowa publicznej spowiedzi prezydenta, jaką odbył on wkrótce po wypowiedzi o zmianach klimatycznych:

„Tak bardzo się zmieniłem, że kiedy stanąłem przed lustrem, to zobaczyłem innego człowieka.

Zacząłem z nim konwersację, jak to ja, niezwykle rozważną i uczciwą. Zapytałem go o datę urodzenia oraz imiona rodziców. Kiedy podał mi te dane, zorientowałem się, że to przecież jestem ja. Wtedy zrozumiałem, że jestem rozdwojony. Nie wiem tylko jeszcze, co to za rozdwojenie. Czasem coś słyszę, ale jakbym nie słyszał. Wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie wiem w jakim kościele”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej

Życzenia Świąteczne i Noworoczne

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku 2019 życzę:

  • Aptekarzom – epidemii grypy, aby ludzie kupowali jak najwięcej lekarstw;
  • Ludziom, aby zdrowi byli i nie musieli truć się lekarstwami;
  • Antoniemu Macierewiczowi – nowego Misia oraz złotego medalu zasługi za skuteczne odchudzenie wojska z generałów, nowoczesnego sprzętu wojskowego i funduszy na modernizację;
  • Bezrobotnym pozostającym na garnuszku mamusi – pracy, która sama przyjdzie do nich i nie będzie wymagać kwalifikacji ani wysiłku;
  • Członkom PiS – najwyższych odznaczeń hołdowniczych i lenniczych z rąk Tego, Co Stoi Nad Nimi, za wierność jego chimerycznym ideom i przywiązaniu do przeszłości;
  • Donaldowi Tuskowi – powrotu do kraju w samo południe, na białym lub czarnym koniu;

  • Dzieciom – aby korzystając nieprzerwanie ze smartfonów nie zapomniały całkowicie języka w gębie, ruchu na świeżym powietrzu, sportu oraz rozumienia żywego człowieka;
  • Ekshibicjonistom – łagodnej pogody, wygodnego płaszcza oraz uznania za osiągnięcia w demonstracji dzieł sztuki zdobniczej;
  • Górnikom i prezydentowi Dudzie – aby widzieli mniej czarnego węgla pod ziemią a więcej szarego CO2 w powietrzu,
  • Grzegorzowi Schetynie – uśmiechu pełniejszego niż uśmiech spłoszonego zajączka oraz pięści jak młot do wykucia porozumienia partii opozycyjnych;

  • Henrykowi Kowalczykowi, Ministrowi Środowiska – uniknięcia awansu na stanowisko Ministra Ochrony Środowiska, aby nie musiał wypowiadać się o energetyce innej niż węglowa;
  • Krystynie Pawłowicz z PiS – jeszcze więcej testosteronu oraz obfitości wymyślnych przekleństw pod choinką, w sali sejmowej i w sądzie;
  • Księżom pedofilom – długich i szczęśliwych lat za kratami z widokiem na ogródek jordanowski;
  • Łagodnym zboczeńcom i dewiantom seksualnym – uczestnictwa w kolorowych paradach na przekór cnotliwym politykom;
  • Marszałkowi Sejmu, mocarnej laski marszałkowskiej, aby uderzając w podłogę wyzwalał z niej kolejne źródła krystalicznej wody przyzwoitości i szacunku dla opozycji i obywateli;
  • Mężczyznom nie umiejącym kochać – skorzystania z porad zawartych w książce „Pokochaj swego penisa”;
  • Obywatelom nadmiernie powściągliwym w wyrażaniu opinii o władzy – wniebowstąpienia razem z całym swoim dobytkiem cnoty i skromności;
  • Obywatelom nie czytającym nawet jednej książki rocznie – aby zapoznali się z ogłoszeniem o metodach czytania literatury pięknej przez sen;
  • Ojcu Rydzykowi – skromnego roweru, o jakim zawsze marzył, objęcia stanowiska I-go Sekretarza partii Ruch Prawdziwa Europa oraz niekończących się snów o potędze;

  • Osobom notorycznie przeklinającym – żeby im pypeć wyrósł na języku;
  • Paniom ekspedientkom, kształtnym i uśmiechniętym, Czarnym Łaniom ze sklepu wędliniarskiego, Białym Łaniom ze sklepu piekarniczego oraz Zielonym Gazelom z Żabki – spełnienia egzotycznych marzeń;
  • Panu Bogu – aby nie zapomnieli o nim wierzący i przytulili Go do serca przynajmniej raz w roku na Boże Narodzenie;
  • Partiom opozycyjnym – zwartości frontu przeciw kafarom usiłującym wbić państwo, prawo i obywatela w ramy posłuszeństwa partii rządzącej;
  • Premierowi Morawieckiemu – wora słodkich kłamstw pod choinką oraz powrotu pamięci liczb i zdarzeń sprzed roku 2015;
  • Prezesowi Kaczyńskiemu – objęcia na Broadway czołowej roli w sztuce Straszny Dziadunio oraz pokojowej nagrody Nobla w kategorii Siwy Jastrząb Pojednania i Pokoju;

  • Prezydentowi Dudzie – tysiącwatowej żarówki, aby nie prześladowały go fatamorgany wyimaginowanych wspólnot i tajemniczych sędziów-przestępców, a także zaszczytnego tytułu Einsteina Polityki Zagranicznej;
  • Psom – długiego łańcucha i kagańca dla właścicieli, aby i oni zaznali rozkoszy wolnego wybiegu;
  • Senatorowi Biereckiemu ze Skoków – sławy sądowej odpowiadającej skali jego osiągnięć towarzyskich i majątkowych;
  • Stanisławowi Karczewskiemu, chirurgowi z zawodu – ostrego skalpela do sprawniejszego wycinania wypowiedzi opozycji i pytań dziennikarzy;
  • Wstającym z klęczek – aby pozostali jak najdłużej w takiej pozie, skoro im to sprawia tyle przyjemności;
  • Zbigniewowi Ziobro – tytułu Macho Praworządności oraz licznych wyrazów wdzięczności za reformę systemu sprawiedliwości oddalającą nas na bezpieczną odległość od Unii Europejskiej;
  • Zwierzętom z Ogólnopolskiego Folwarku Zwierzęcego im George’a Orwella – odzyskania głosu w noc noworoczną i użycia go w czasie nadchodzących wyborów parlamentarnych.

W końcu Nam Wszystkim, zwyczajnym ludziom i obywatelom – abyśmy zdrowi byli jak konie i nie dali się skopać wiekowi, pogodzie, nadmiernym obowiązkom oraz wrednym politykom.

Michael Tequila

Przedświąteczna niedzielna dawka poezji

Kolejne dwa wiersze ze zbioru Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” (w księgarniach). Przy okazji wspomnę, że planuję w pierwszej połowie 2019 wydać drugi tom wierszy o tytule „Oniemiałość”. Noszę się z tym zamiarem już od kilkunastu lat. 

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Gdynia, 16 października 1998

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu,
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

PS. Wczoraj zauważyłem, że  w niektórych księgarniach są niedostępne dwie moje książki: Klęczy cisza niezmącona (poezje) i Niezwykła decyzja abuelo Caduco (opowiadania). Kontaktuję się z dystrybutorem tych pozycji, aby jak najszybciej uzupełnił niedobory.   

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 154: Nowy sposób myślenia. Człowiekoń Josef.

Celem Laboratorium stało się stworzenie nowej wersji Josefa. Tym razem był nim nie konioczłowiek, ale człowiekoń, istota, w której dominować miały cechy ludzkie. Pod względem anatomii i osobowości miał to być człowiek, osobnik płci męskiej, tylko fizjologicznie odpowiadający koniowi, pozbawiony typowo ludzkich cech i właściwości decydujących o nadmiernej konsumpcji energii, żywności, powietrza, wody i przestrzeni.

– Jego potrzeby będą naturalne, bardziej biologiczne niż cywilizacyjne, ograniczone podobnie jak u koni. – Wyjaśniła Nina.

W miarę opowiadania przewodnicząca ożywiała się coraz bardziej. Wstała, jej oczy błyszczały. W wyobraźni widziała, jaki piękny i postawny będzie człowiekoń, ile zmieni w historii cywilizacji i stosunku ludzi do zwierząt i przyrody. W pewnym momencie zaczęła marzyć na głos mówiąc o różnorodności biologicznej, wielkich stadach koni, zielonych niekończących się preriach.

Pod koniec wystąpienia otrząsnęła się, coś sobie chyba przypomniała, gdyż uspokoiła się, spuściła z tonu, w końcu zmarkotniała.

– Brzmi to wszystko prosto, ale jest bardzo skomplikowane. Musimy jeszcze nad tym wiele popracować. – Jej głos nie brzmiał już tak pewnie.

Kiedy przerwała, sala patrzyła na nią wyczekująco, jakby miała jeszcze coś ukrytego do wyjaśnienia. Nina poczuła się niezręcznie. Przeprosiła, że nie może więcej powiedzieć. Właściwie to prawie nic. Prosiła, aby jej zaufać. O szczegółach projektu pracownicy mieli dowiadywać się stopniowo, zarząd miał przekazywać informacje bezpośrednio kierownikom zespołów, a ci ujawniać swoim podwładnym na miarę potrzeb. Jej milczenie bardziej niż słowa definiowały tajemnicę współpracy z organizacją, o której oprócz nazwy bardzo niewiele wiedzieli.

– Jeśli ktoś ma pytania, proszę kontaktować się ze mną indywidualnie. Nie mam możliwości dyskutowania czegokolwiek w otwartym gronie. – Brzmiało to jak wyrok, od którego nie można uciec. Widać było po niej, że mówi szczerze, nigdy zresztą nie wprowadziła nikogo w błąd, ani nie ukrywała czegokolwiek, do czego pracownicy mieli prawo lub mogli wiedzieć bez uszczerbku dla Laboratorium. Ufali jej.

Firma zawiesiła wszystkie kontakty zewnętrzne, początkowo na pół roku. Tylko Nina i jej zastępca mieli prawo kontaktować się i wyjeżdżać na zewnątrz.

*****

W obliczu nowej sytuacji w Laboratorium zrodził się nowy sposób myślenia. Było to nieuniknione, gdyż poprzedni system okazał się niewydolny, jego pozytywne efekty znikły wraz z Josefem Półkoniem. Od Niny wiedzieli, że zarząd Largo Tech dużo pytał o konioczłowieka, jaki był jego stan zdrowia, jakiej był kondycji i dlaczego tak nagle stracił życie. Interesowało ich wszystko, co go dotyczyło, a najbardziej zdrowie, sprawność i zdolność wykonywania zadań. W negocjacjach używali słów takich jak zagrożenia, powinność, obowiązek, ojczyzna. Brzmiało to bardzo patriotycznie. Zmiana sytuacji zdecydowanie wymagała od Laboratorium bardziej racjonalnego postępowania.

Wraz z nowym myśleniem zarządu pojawiły się słowa-klucze i słowa-wytrychy: motywacja, satysfakcja pracownika, współpraca. Odmieniano je na wszystkie sposoby. Była to odpowiedź na niedoskonałość poprzedniego systemu pracy, w którym doszło do śmierci Josefa, równocześnie widziano w nich panaceum na przyszłość.

Pracownicy nie pozostali w tyle za firmą. W odpowiedzi na poprawę warunków pracy i większą dbałość o motywację, przedstawili własne propozycje. Pojawił się nurt poświęcenia nawiązujący do wartości patriotycznych. Zespoły robocze przeorganizowały się, wprowadzono świadomą dyscyplinę pracy, stworzono hasła przypomnień i motywacji. Najbardziej upowszechniło się hasło „Lepiej, szybciej, inteligentniej”. Pomysłów i wzorów poszukiwano w dyskusjach, literaturze i Internecie.

Kiedy pojawił się przykład kobiety, inżyniera górnictwa, pracującej czterdzieści dwie godziny tygodniowo w kopalni węgla kamiennego i dodatkowo, ile tylko mogła, w czynie społecznym, wyglądało to jak nawrót do komunizmu. Przykład stracił atrakcyjność, jak tylko okazało się, że kobieta zmarła z wyczerpania w wieku czterdziestu pięciu lat.

*****

Człowiekoń Josef nie od razu pojawił się przed załogą Laboratorium. Któregoś dnia na wieczornym zebraniu załogi Nina poinformowała, że prace nad nim zostały już wcześniej zakończone, zarząd jednak nie podał tego faktu do powszechnej wiadomości. O wszystkim wiedział jedynie Zespół Inżynierii Genetycznej, który powołał Josefa do życia i czuwał nad tym, aby jego organizm całkowicie się ustabilizował.

– Woleliśmy dmuchać na zimne, niż sparzyć się jak poprzednio – oświadczyła Nina.

Dyskusja zeszła na temat wyzwań i trudności związanych ze stworzeniem nowego Josefa. Po kilku minutach zadzwonił alarm smartfonu Niny sygnalizując odbiór jakiegoś komunikatu. Po zapoznaniu się z jego treścią Nina nachyliła się do swojego zastępcy i coś szepnęła mu do ucha. Ten wstał, wyszedł do bocznego pomieszczenia i po chwili wprowadził do sali nieznanego mężczyznę.

Z dala nie odróżniał się on od pracowników siedzących na sali. Podobnie jak oni, miał nawet na sobie roboczy uniform Laboratorium. Rysy i różnice uwidoczniły się dopiero z bliższa. Przybysz miał bardziej wydłużoną twarz, nieznacznie łysiejącą czaszkę, szersze nozdrza i usta. Skóra twarzy miała lekko matowy, aksamitny połysk i była nieco ciemniejsza. Wyraźnie zawierała więcej pigmentu, jak skóra osób przebywających dużo na otwartym powietrzu. Była też bardziej sucha, wyglądała, jakby naciągnięto na nią przezroczystą maskę.

Był to nowy Josef, człowiekoń. Prezentował się okazale: wysokiego wzrostu, solidnej, bardziej atletycznej niż masywnej budowy ciała. Przedstawił się podając tylko imię: Josef.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 144: Rozmowy z laborantami i przemówienie Josefa

Po zakończeniu uroczystości Josef udał się na spoczynek do swojego pokoju. Było to coś pośredniego między boksem dla konia a pokojem gościnnym dla człowieka. Josef stanął w oknie i patrzył na zapadającą ciemność. Słońce gasło, drzewa otulały się cieniami. Poczuł się trochę smutny i senny. Nie myślał o łóżku, nawet go nie potrzebował, bo potrafił spać na stojąco. Ćwiczył to już kilka razy. Właściwie to nie wiedział, czy zapadł już w sen, czy nie, zagubiony w myślach o spotkaniu następnego dnia z laborantami, jakie zorganizowała mu Nina Aleman, przewodnicząca zarządu. Miało to być spotkanie poznawcze. Przypomniał sobie rozmowę z nią. Była bardzo udana.

Nina mówiła bardzo wyraźnie. Odpowiadało mu to, ponieważ nie wszystkie ludzkie słowa i pojęcia dobrze rozumiał i od razu przyswajał. Wciąż czuł szum w uszach i bolała go głowa. Wiedział, że to przejdzie za kilka lub kilkanaście dni.

– Musisz być cierpliwy – tłumaczyli mu chirurdzy i pielęgniarki z Inż-Genu.

Miał dobrą opiekę, wiele się od nich uczył. Przestał myśleć o rehabilitacji, kiedy do pokoju wszedł profesor Kary, szef Inż.-Genu. Josef pomyślał, że profesor robi obchód jak zwykle, bo miał na sobie biały fartuch. Nie przepadał za tą częścią ubioru profesorskiego, wręcz jej nie znosił, gdyż wydzielała mocną i ostrą woń drażniącą jego czułe nozdrza. Ucieszył się jednak, bo cenił profesora, jego powagę, wygląd, grzywę włosów przypominających barwą maść konia. Kiedy dowiedział się, że właśnie profesor Kary razem z grupą specjalistów powołał go do życia, uznał go za ojca chrzestnego.

Patrzył na profesora, który obrócił się w kierunku wnętrza pokoju, nagle urastającego do rozmiarów sali konferencyjnej. Czekał tam niemały tłum ludzi. Josef domyślił się, że są to laboranci przybyli na spotkanie zapoznawcze; kilku poznał już wcześniej.

– Bardzo sympatyczni – mruknął do siebie. Był o tym przekonany, bo wszyscy bez wyjątku okazywali mu życzliwość. Wrócił do profesora Karego. Nie dziwił go już swoim pseudonimem. Miał końską twarz. Jego podwładni robili sobie żarty, że jest krzyżówką człowieka i konia, ale tylko w obrębie głowy. Miało to niewielkie znaczenie, ponieważ podobieństwo było bardzo powierzchowne.

Profesor udzielił mu głosu. Josef zawahał się. Pamiętał, że będzie musiał przedstawić się, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak nagle. Już wcześniej myślał o tym wystąpieniu i powtarzał je w myśli. Przygotował się bardzo dobrze, zdania sprawnie układały mu się w głowie. Profesor patrzył na niego zachęcając ręką i uśmiechem na twarzy, aby przemówił do ludzi na sali. Josef przypomniał sobie, że powinien przedstawić im się. Zaczął niepewnie, ale szybko się rozkręcił, przypominając sobie zdania, których się uczył i powtarzał co najmniej kilka razy.

– Nazywam się Josef. Jestem pierwszym przedstawicielem nowego gatunku, który został nazwany konioczłowiekiem, ponieważ łączy w sobie cechy człowieka i konia. Konioczłowiek rokuje lepszą przyszłość dla ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego. Mówcie do mnie Josef. Jeśli nie macie nic przeciw, to i ja będę zwracać się do was po imieniu. To bardzo demokratyczne.

Kiedy przemówił, zdał sobie sprawę, że zaskoczył słuchaczy. Widać to było po ich twarzach, znieruchomiałych i zdumionych. Niektórzy coś szeptali do swoich sąsiadów, jakby coś im wyjaśniając lub pytając o szczegóły. Josef pomyślał, że chodzi o brzmienie jego głosu. Jedna z pracowniczek Laboratorium powiedziała mu wcześniej, że nie zdziwiła jej jego postać, bo z dziesiątek dyskusji miała już wyobrażenie, jak będzie wyglądać.

– Zaskoczył mnie twój głos, jego ton i ogólnie twoje zachowanie, przede wszystkim właśnie brzmienie głosu. Mówisz trochę chrapliwie.

Na jego prośbę laborantka, miała na imię Sofia i była filozofką, wyjaśniła, co znaczy chrapliwy. Ucieszył się, kiedy się dowiedział się, że mówi chrapliwie prawdopodobnie ze zmęczenia. Podobało mu się też, że mówi starannym językiem, prawie technicznym, oszczędnym w słowach, bardzo treściwym.

– To dlatego, że dawca twojego ciała, jego górnej części, był człowiekiem wykształconym. Był inżynierem. Sofia nie umiała nic więcej o nim powiedzieć, bo nie wiedziała. Niektóre dane dawców są utajnione. – Wyjaśniła.

Przemówienie Josefa przełamało pierwsze lody. Laboranci podnosili ręce, aby zadawać mu pytania; bardzo mu to odpowiadało. Poczuł, że nogi mu drętwieją, przestąpił więc z nogi na nogę. Miał wrażenie, że śni, ale czuł się świeżo.

Ktoś odezwał się.

– Powiedz coś o sobie, Josefie. Chcielibyśmy wiedzieć, co ty sam o sobie myślisz.

Zaczął śmiało.

– Intelektualnie jestem podobny bardziej do człowieka, ale fizjologicznie bardziej przypominam konia. Nie potrzebuję tak dużo jak ludzie: dużego domu, telewizji, podróży, samochodu, nowoczesnego telefonu czy komputera. Potrzebuję mniej, bo żyję prosto, zgodnie z naturą. Odżywiam się pokarmami roślinnymi, wstaję razem ze słońcem i idę spać, kiedy robi się ciemno. Profesor Kary i Nina mówili mi, że jestem ideałem, bo nie będę niszczyć środowiska.

Wypowiedź Josefa wywołała falę dalszych pytań. Starał się zapamiętać, o co go pytają, aby móc wszystkim udzielić odpowiedzi.  Kilka osób chciało wiedzieć, jak widzi swoje pochodzenie.

– Jestem tworem inżynierii genetycznej, stworzono mnie laboratoryjnie. Tylko końska i ludzka część mojego organizmu powstała w sposób naturalny. Pochodzi z odzysku. – Wiedział, że to zostanie dobrze przyjęte, bo profesor Kary i Nina wytłumaczyli mu, o co chodzi w tym sformułowaniu. – To mi w niczym nie przeszkadza – kontynuował Josef. – Czuję się szczęśliwy, że jestem połączeniem dwóch gatunków.

Chciał jeszcze coś dodać, ale poczuł się niedobrze. Ból głowy wzmógł się, głośniej też szumiało mu w głowie. Postanowił zakończyć wystąpienie. – Mam nadzieję, że wkrótce poznamy się lepiej. Nie czuję się dzisiaj dostatecznie dobrze, aby kontynuować spotkanie. Profesor ostrzegł mnie, że mogę potrzebować jeszcze kilka dni, aby dojść do siebie. Może on powie wam coś więcej o mnie? To mój ojciec chrzestny.

Josefowi wyrwał się z gardła ni to śmiech, ni to rżenie. Niepewnie popatrzył na słuchających go ludzi; śmieli się serdecznie, bardzo życzliwie. Dobrze odebrali jego zachowanie. Wcześniej profesor i Nina mówili, że ma poczucie humoru i że to z pewnością ich ucieszy. Wyjaśnili mu, że ludzie i zwierzęta tak samo się cieszą, tylko inaczej to wyrażają. Po reakcji audytorium Josef był całkowicie przekonany, że Laboratorium to najlepsze miejsce na świecie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Poezja niedzielna po raz trzeci

Dzisiaj to i ja mam szczęście, ponieważ przedstawiam Państwu dwa wiersze szczególnie przeze mnie ulubione. Ten drugi, „Chwytanie piękna” uważam za szczególnie „poetycki”.

Są to wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, drugie wydanie (własne), z nieporównywalnie piękniejszą okładką niż wydanie pierwsze (Bernardinum). Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem już kilka lat temu, że ten tomik (pierwsze wydanie) znalazł się w zbiorach ośmiu bibliotek uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za nobilitację, niezależnie od faktu, że do dwóch trafił za moim pośrednictwem.

W przyszłym roku planuję wydać drugi (i ostatni) zbiór moich wierszy zatytułowany „Oniemiałość”. Wysłałem go na konkurs literacki, który zostanie rozstrzygnięty pod koniec marca 2019. Jeśli mi się tam nie powiedzie, będę szukać innego wydawcy.

Chciałbym miłość spotkać

Chciałbym miłość spotkać i wziąć ją w ramiona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
śmiać się serdecznie i płakać do woli,
spazm szczęścia przeżyć, kiedy nic nie boli.

Chciałbym wybiec na łąkę, gdzie trawa zielona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
krzyczeć w słońce i pędzić przed siebie,
tylko na chwilę znaleźć się w niebie.

Albo odejść od zmysłów, gdzie jaźń pomylona
– myśl taka prosta, a taka szalona –
wejrzeć w głąb duszy i odnaleźć Boga,
pojąć, jaka najprostsza do szczęścia jest droga.

Sopot, 18 stycznia 1998

Chwytanie piękna

Spadochron marzeń dostojnie spływa
pawimi piórami, łagodnością puchu,
serce pragnieniem się wyrywa,
biegniesz…lecz ciało tkwi w bezruchu.

Wzrok jednoczy się z pejzażem,
mrokiem strzelają drzew wodotryski,
rzęsy w cień kryją zmysłowe twarze,
drażnią uśpionej żądzy zmysły.

Biegniesz naprzeciw smukle radosny
i chwytasz piękno w ramion objęcia
…a ono znika jak podmuch wiosny,
zwodzi jak puchu nieme zaklęcia.

Sopot, 3 stycznia 1998