Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 56: Straszny sen Sefardiego.

Po kilku dyskusjach spiskowcy doszli do porozumienia, co i jak należy uczynić, aby pogrzeb udał się pod każdym względem. Kiedy już wszystko ustalili, Sefardi zaśmiał się niefrasobliwie jak dziecko. Zdarzało się to tylko wtedy, kiedy naprawdę coś go zachwyciło.

Założenie było proste. Pogrzeb miał dostarczyć rozrywki jego uczestnikom i ludziom, którzy będą go oglądać w telewizji i na nagraniach video. Sefardi wyjaśniał to ożywiony. Dla Anastazji było nie do pojęcia, że wkrótce ten człowiek przestanie istnieć. Miała wrażenie, że uczestnicy w czymś nieprzyzwoitym, nawet zbrodniczym. Nie usiłowała już nawet wyperswadować mu szalonego pomysłu, bo i tak postawiłby na swoim, wybierając inną firmę pogrzebową.

– Tobie to łatwo mówić – podjęła kobieta – dla ciebie to będzie koniec wszystkiego, ale ja zostanę z bólem i kłopotami. Jestem przecież twoją wspólniczką. Będą prowadzić śledztwo i mnie szarpać pytaniami i podejrzeniami, a może nawet i oskarżeniami. – Jaka była pani rola? Co pani wie o tym czy o tamtym? Dlaczego pomagała pani denatowi w popełnieniu samobójstwa?

Sefardi nic nie odpowiedział. Miała swoją rację. On też miał swoją rację, nie odzywał się więc, czekał, aż wyrzuci z siebie żale, wygada się i uspokoi.

Najmniej czasu poświęcili na personalizację pogrzebu, nadanie mu cech specyficznie związanych z osobą zmarłego. Stawało się to coraz bardziej popularne, było modne. Rozmawiali o kwestiach takich jak video, kolaż zdjęć, muzyka, memorabilia w rodzaju ulubionych zegarków czy wydanej powieści.

*****

Następnego dnia obudził Sefardiego głos fanfar, uporczywy i głośny jak maszyna piekielna. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. W mieście trwała jakaś wielka uroczystość. Był zbyt śpiący, aby go to zainteresowało. Wrócił do łóżka. Znowu zapadł w sen, lecz pokrzepienie nie trwało długo. Kiedy się obudził, zobaczył siebie stojącego w tłumie przy głównej ulicy miasta czekającego na przejazd karawanu. Wiedział dokładnie jak on wygląda, był tylko ciekaw, jak wygląda w ruchu, ciągniony przez ogiery, które sam wybrał w stadninie koni. Stał cierpliwe w cieniu drzewa, ponieważ słońce przygrzewało. Wolał także, aby nikt go nie zobaczył. Wreszcie pojazd ukazał się. Jechał wolno, choć konie ponosiły. Wyglądały jak rumaki z filmu Ben Hur, pyszne, parskające, ubrane w kolorowe czapraki. Piana toczyła im się z pysków. Zachowywały się tak, jakby ruszały na wojnę, rozpierała je energia, wytwór długiej ewolucji, nieprzerwanych ćwiczeń i dobrego wyżywienia.

Mistrz przyglądał im się z ciekawością, nawet z dumą. Skulił się nagle, kiedy z ukosa, z drugiej strony ulicy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego, potem druga, potem dwie równocześnie. Strzelano w kierunku karawanu, na którym stała urna przymocowana do czarnej, błyszczącej platformy. Posypały się drzazgi i kawałki szkła, pociski uderzały o powierzchnię ulicy odbijając się rykoszetami w kierunku budynków. Na chodnikach wybuchła panika. Obserwatorzy konduktu pogrzebowego i przechodnie rzucili się do ucieczki; ktoś upadł, krzyczał, wkrótce krzyk przerodził się w skowyt bólu i strachu.

– To łajdak! – Krzyknął Sefardi i zaczął rozglądać się dookoła. Sam nie wiedział, czego szuka: kamienia, grubego kija, kawałka metalowego pręta czy może granatu.

– Kogo miał pan na myśli nazywając go łajdakiem? – Z boku pojawił się nieznany, dobrze ubrany mężczyzna.

– Jak to, kogo? Tego drania, Barrasa Blawatsky’ego!

– Jeśli tak, to zgadzam się z panem. – Nieznajomy rzucił się na Sefardiego i zaborczo zaczął go ściskać.

– Zachowuje się jak matka witająca powracającego z wojny syna – pomyślał Sefardi. Zrobiło mu się mdło z wrażenia. Nieznajomy obejmował go energicznie metodą „na niedźwiedzia”. Sefardi zbudził się spocony, stłamszony, ale szczęśliwy, że udało mu się wyrwać maszkarze sennej. Postawił nogi na ziemi, popatrzył na pustą ścianę, z której nie wiadomo, dlaczego spadł obraz, i uspokoił się. Za chwilę myślał już pozytywnie. – Dobrze, że mam bogate sny, bo nie miałbym o czym pisać.

Podsumowanie zamknęło koło marzeń, widziadeł sennych, pragnień i niepokojów człowieka, którego ostatnią misją miało być zakończenie życia w sposób niosący radość rzeszom zwykłych ludzi spragnionych rozrywki. Mistrz udał się do kuchni, aby uczcić szczęśliwe przebudzenie kubkiem mocnej, czarnej kawy bez odrobiny cukru.

Kup książkę z bardzo dobrymi recenzjami dla siebie lub na upominek dla bliskiej osoby: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy i abstrakcje

W pewnej wsi na znak sprzeciwu krowa stanęła dęba. Kiedy lokalny ważniak usiłował ją wydoić, odwróciła się i zdzieliła go kopytem w coś okrągłego. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie była to jego głowa, tylko łeb, a krowa nie była dojna, tylko zbuntowana.

Do uzdrowienia świata nie jest dziś konieczna bomba atomowa. Wystarczy Trump, Putin, Kaczyński, Orban, Le Pen i Kim Il Dzong. Los obdarzył szczęściem równo wszystkie kontynenty. Afrykę pominął, bo jest czarna i mało widoczna. Ale i tam też sobie radzą.

Pies oddał szesnaście strzałów do swojego właściciela. Sprawa trafiła do sądu, pies dostał dwa lata z zawieszeniem za marnotrawstwo naboi. Sąd uznał niską szkodliwość społeczną czynu. Sponsorem wyroku był Minister Powszechnej Sprawiedliwości.

Pewna zasłużona kobieta, która samotrzeć wygrała mecz 27 do 1, odwiedziła miejscowość, gdzie kiedyś gasiła pożary, bo znała się na pompach. Jej dobra znajoma zapytała ją publicznie: Co pani tu robi? Myślałam, że pani jest w stolicy. To gdzie właściwie jest pani miejsce, babo?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 49: Sefardi i zebranie przy chodniku

W nocy Sefardi na przemian zasypiał i budził się. Kiedy wstawał, poruszał się jak lunatyk. To, że jest meteopatą, szczególnie wrażliwym na zmiany pogody, zakomunikowała mu z właściwą sobie nonszalancją Isabela. Potem wyjaśniała mu jeszcze inne szczegóły, o których rzekomo mówił lekarz. W stanie odrętwienia w pierwszym momencie nie zwracał uwagi na jej słowa. Zareagował żywiej dopiero wtedy, kiedy przyniosła kubek gorącej herbaty z żurawiną, przyjrzała mu się uważnie i stwierdziła:

– Wygląda pan, jakby pan stygł. Zresztą, co ja gadam, wiadomo, że każdy mężczyzna stygnie już od dwudziestego piątego roku życia, kiedy osiąga dojrzałość seksualną. Niech się pan nie przejmuje tym, co ja mówię, bo to prawda, a z prawdą nikt nie może wygrać oprócz dyktatora lub innego, podobnego kretyna.

Zaskoczony bezceremonialnym zachowaniem kobiety Sefardi nie był w stanie wydobyć z siebie odpowiedzi. Isabela zamierzała coś jeszcze powiedzieć, zrezygnowała jednak widząc wyraz zniecierpliwienia wykrzywiającego mu twarz. W końcu przetrawił jej wypowiedź, doceniając oryginalność jej obserwacji, nie podjął jednak rozmowy. Zdobył się tylko na krótką odpowiedź.

– Dziękuję pani za herbatę, Isabelo. Chętnie ją wypiję. Porozmawiajmy może o stygnięciu następnym razem, bo dzisiaj jakoś nie jestem w formie. Chyba dlatego, że stygnę.

*****

Temat rządu szalejącego na punkcie demografii pojawił się w dyskusji przy krawężniku. Na zebranie przyszło niewiele osób; dwie z nich Sefardi widział po raz pierwszy. Byli to mężczyźni, jeden ciemny blondyn, drugi rudzielec. Sefardi przyglądał się dyskretnie blondynowi zgadując, kim jest i co go sprowadziło na spotkanie, kiedy tuż obok zupełnie niespodziewanie pojawił się rudzielec, osobnik średniego wzrostu, mocnej budowy, niedbale ubrany. Wyglądał jakby właśnie zszedł z budowy.

– Co sądzi pan o sprawach demografii, którymi zajmuje się teraz rząd?

Sefardi domyślił się, że pytającemu nie tyle chodzi o odpowiedź, ile o nawiązanie rozmowy. Kilka minut wcześniej widział go nudzącego się samotnie na ławce osiedlowej.

– Zgaduję, że jest pan nowy na naszym osiedlu. Czy mam rację? – Sefardi wolał odpowiedzieć pytaniem na pytanie niż udzielać odpowiedzi, nie mając pojęcia, co to za człowiek. Zapytany wybrał podobną taktykę. Zamiast odpowiedzieć, przedstawił się. Rozmowa rozkręciła się. Zgodzili się łatwo, że rząd oszalał na punkcie demografii.

– O potrzebie zwiększenia liczby mieszkańców kraju bębnią teraz aż do znudzenia, jakby wszystkie jej problemy sprowadzały się tylko do demografii – zagaił rudy.

Po kilku minutach temat znudził Sefardiego do tego stopnia, że spróbował zainteresować rozmówcę tematem wynalazków, nie znalazł jednak zrozumienia. Rudzielca bardziej interesował ostatni mecz piłki ręcznej. Sefardi zamilkł i słuchał.

Kiedy do grupy przy krawężniku dołączyli ostatni maruderzy, Iwan Iwanowicz przejął inicjatywę i poprosił o uwagę. W ręku trzymał program spotkania. Najwięcej czasu zajęła prezentacja nowych mieszkańców osiedla. Proszeni o przedstawienie się, mówili rozwlekle, skąd przyjechali, czym się zajmują i dlaczego uczestniczą w zebraniu. Kiedy blondyn popatrzył w jego kierunku, Sefardi nabrał dziwnego przekonania, że razem z rudzielcem zostali przysłani, aby go śledzić. Postanowił zachować ostrożność. Pilnował się.

Wracając do domu, w windzie spotkał sąsiada z klatki schodowej.

– Było to najbardziej jałowe spotkanie, w jakim uczestniczyłem – oświadczył. Żal mu było zmarnowanego czasu.

Sefardi, jak tylko znalazł się w mieszkaniu, zapomniał o nieznajomych i wrażeniu, jakie na nim zrobili. W nocy śnili mu się dwaj osobnicy, jak rozbierali jego samochód w garażu w poszukiwaniu jakichś dokumentów, a potem szperali po mieszkaniu. To go obudziło. Niespokojny, wyjął po cichu latarkę z szafki nocnej i podszedł do drzwi, aby sprawdzić, czy nie ma na nich śladów włamania. Kiedy nic nie znalazł, poczuł się rozczarowany.

*****

Rano Isabela przyniosła Sefardiemu herbatę z cytryną. Przyglądała mu się chwilę z boku uważnie jak pies, po czym powiedziała:

– Dziwnie się pan zachowuje. Powinien pan chyba pójść do lekarza. – Zapytana, nie umiała albo nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak sądzi. Sefardi uznał, że to żona wysłała ją na przeszpiegi. Przypomniał sobie, że gospodyni kolejny raz przynosi mu herbatę nieproszona. Po jej wyjściu sprawdził biurko, czy czasem nie zginęły mu jakieś notatki. Nie był pewny, czy coś nie znikło, ponieważ na biurku leżał cały ich stos.

Wspomnienie snu popsuło mu cały ranek. Otrząsnął się dopiero około godziny jedenastej po wypiciu dwóch kaw z dużą ilością cukru i brandy. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.

 

Przypowieść o bagnie i pustyni (z serii opowiadań krótkich jak świst bicza)

W kraju zagubionym w buszu, na pograniczu wielkiego bagna i pustyni, gdzie handluje się mądrością i głupotą, łajdactwem i uczciwością, żył niezbyt rozgarnięty osobnik, którego zwierzchnik wioski zatrudniał na posyłki. Była to dla niego tak ważna funkcja, że uważał siebie za ważniaka. Tak też go nazywano: Ważniak, czasem także Umyślny, Posłaniec, Kurier lub po prostu Chłopak na posyłki. Nie miał najlepszej sławy, wielu uważało go za wiarołomcę i dziwkarza.

Pewnego jesiennego ranka Ważniak ogolił się, posmarował włosy brylantyną, ubrał się w co miał najlepszego, nowiutkie trampki i niebieski garniturek, i wyszedł na próg swojego szałasu, który zatopiony w ciszy i przyozdobiony promieniami słońca wydał mu się pałacem. Postał, pomedytował i udał się na przechadzkę. Po drodze zahaczył o lokalny kościółek, rządzony przez proboszcza kochającego nade wszystko wesołe towarzystwo i mocne aguardiente, dopóki mu zdrowie pozwalało. Ważniak wszedł do środka, aby się pomodlić. Rozmyślając nad swoją kondycją i marną reputacją, usiadł w pierwszej ławce i przysnął.

We śnie pojawiły się przed nim postacie, niektóre ze skrępowanymi rękami, inne z zaklejonymi taśmą ustami, w różnym wieku. Stały wokół, gapiły się w niego intensywnie i krzyczały: Parole! Parole! Przeraził się, bo nie wiedział, o co im chodzi, albo udawał, że nie wie, bo był wiejskim cwaniakiem.

– Gdzie? – Zawołał. – Jakie parole? Po co?

Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół, czy jest tam ktoś, kto zechciałby mu odpowiedzieć, ale nikogo takiego akurat nie było pod ręką. Kiedy siedział zdezorientowany, usłyszał z dala mocny głos:

– Nie udawaj głupka, synu marnotrawny. Wiesz dobrze, o czym oni krzyczą. Nie denerwuj ich, bo cię wywiozą na taczkach. Przedtem odbiorą ci stopień generalski, zostaniesz szeregowcem, wcielą cię do wojska, zostaniesz zwykłym zupakiem, będzie zmywał garnki u tego dziwaka, twojego dobroczyńcy. Jak mu tam na imię? Taki mały, siwy! – Głos się zdenerwował.

– A! Ucieszył się Ważniak. – Chodzi o mojego opiekuna. Mojego zbawcę, wspomożyciela i dobrodzieja.

– No widzisz! – Ucieszył się głos z oddali. – Nie całkiem ci jeszcze rozum odebrało.

Ważniak konwersowałby z nieznajomym dłużej, gdyby nie modnie ubrana kobieta, szczupła, uczesana w kok, która go zbudziła szarpiąc za ramię.

– Idź już do domu, pijaku. Udajesz, że wiesz, co mówisz i co robisz. Nadymasz się jak żaba, mądrzysz się, udajesz geniusza. Ale sumienia nie masz nawet za grosz. Kim ty właściwie jesteś? – Tak się go zapytała. A jeśli tego nie zrobiła, to wielka szkoda, także dla niej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 46: Sefardi Baroka kontra Barras Blawatsky

Sefardi podjął decyzję nieprzerwanego śledzenia Barrasa; był to jedyny sposób ujawnienia tajemnicy rosnących wydatków budżetowych. Zachęciły go do tego doświadczenia pracy nad zegarkiem z wodotryskiem, oparte na naukowej i rzemieślniczej precyzji oraz wytrwałości. Im dokładniej śledził polityka, czytał i rozmawiał o nim z ludźmi, czasem nawet we śnie, tym bardziej go nienawidził. Miał uczucie, że w tym człowieku było coś nieuchwytnie występnego.

Potwierdziła to pracowniczka uniwersytetu, do której Sefardi dotarł w poszukiwaniu informacji o studiach Barrasa. Była koleżanką Barrasa z czasów uniwersyteckich; Barras chodził z nią przez dwa lata, po czym ją porzucił z nieznanej przyczyny. Nikt nie mógł znać go lepiej. W jej opinii Barras był niezwykle utalentowanym i bezwzględnym manipulatorem, zdolnym wyprowadzić w pole samego Ulissesa. Uzbrojony w tę wiedzę, Sefardi poczuł się jak myśliwy polujący na przebiegłe i niebezpieczne zwierzę, zdolne do zadawania śmiertelnych ciosów. Stał się obsesjonatem, śledzącym dzień i noc najdrobniejsze kroki swojej ofiary. Stawką była tajemnica powiązań Barrasa z wielkim biznesem.

*****

Zamiast przeglądu ważnych wydarzeń wieczorny dziennik telewizyjny przedstawił kronikę wypadków, pożary, rozbite samochody, ludzi pogryzionych przez psy, zwęglone ciała, dom zgnieciony przez drzewo, jelenia padłego tuż przy jezdni, któremu weterynarz przez trzy dni nie udzielał pomocy, ponieważ wyczerpał mu się akumulator w samochodzie. Po wiadomościach transmitowano wywiad z Barrasem, wspominając, że w przeszłości był prezesem Abenaki Chemicals, międzynarodowego koncernu chemicznego, o którym mówiono, że jest w stanie zaspokoić potrzeby połowy świata na chemiczne środki dla rolnictwa. Koncern od lat prowadził działalność w Nomadii budząc coraz większe kontrowersje. Zarzucano mu nielegalne niszczenie konkurencji, praktyki monopolistyczne, przede wszystkim zaś produkcję środków chemicznych szkodliwych dla środowiska naturalnego. Firma zdecydowanie odrzucała takie poglądy i w odpowiedzi przedstawiała informacje o szybko rosnących inwestycjach, wzroście zatrudnienia, nakładach na badania naukowe i podatkach płaconych do skarbu państwa.

– Mówicie, jakby Abenaki robiła łaskę płacąc podatki – komentowali przeciwnicy firmy. Przytaczali wskaźniki opodatkowania, ale nikt ich nie rozumiał. 

*****

Niechęć Mistrza do Barrasa pogłębiała się, stawała się obsesją. Na zebraniach przy krawężniku coraz częściej oskarżał gubernatora i rząd o łajdackie praktyki, nie zrażając się krytyką swojego postępowania. Zarzucano mu, że udaje bojownika o uczciwość władzy, kiedy w istocie chodzi o względy osobiste, zawiść i podobne motywy. Pojawiły się plotki, że Sefardi i Barras rywalizowali kiedyś o tę samą kobietę, która ostatecznie wybrała Barrasa.

Jeśli coś powściągało Sefardiego w ostrzejszych oskarżeniach gubernatora, to tylko polityczna poprawność zakazująca publicznego używania epitetów i obelg oraz obawa o wytoczenie mu sprawy za naruszenie godności gubernatora i członków jego rządu. W swej gorliwości naprawy kraju, nie zdając sobie w pełni sprawy, Sefardi przypisywał adwersarzowi cechy demoniczne, wyolbrzymiał jego zdolność czynienia zła, deformacji umysłów i charakterów, zaniedbywanie interesu społecznego i środowiska naturalnego.

Od pewnego czasu Sefardi poddawał Barrasa analizie psychospołecznej. Nie osiągnął większych sukcesów, stopniowo gromadził jednak coraz większą ilość informacji poprawiających jakość analiz. Z uwagą obserwował dyskusje naukowców analizujących zachowania społeczeństwa, jego wynaturzenia i zboczenia, oraz zachowania przedstawicieli władzy doznających paralitycznych drgawek, kiedy ktoś kwestionował uczciwość ich postępowania.

– Przyparty do muru polityk zachowuje się jak katorżnik, któremu los oswobodził nogi z łańcuchów, dał nóż do ręki i otworzył dziurę w burcie galery z widokiem na zielony skrawek lądu – była to jedna z ulubionych obserwacji Sefardiego. Generalnie, potwierdzały one fakt, że kłamstwo, zwłaszcza u polityka publicznie demonstrującego swoją pobożność, jest silniejsze niż najgorętsza wiara w Boga. Barras Blawatsky znany był z wysiadywania w ławach kościelnych i modlenia się, także udziału w uroczystościach religijnych. Pytany przez dziennikarzy, nie komentował tej części swojego życia.

*****

W momentach najgłębszego zwątpienia w człowieczeństwo władzy, Sefardi ratował się przed depresją wiarą w zasadność Inkwizycji, odrzucając jednak jej metody łamania kołem i stosowania innych tortur, gdyż kłamstwo uznawał za niezniszczalne. 

– Pełną gwarancję daje jedynie palenie na stosie. Jest to kara najbardziej skuteczna, ponieważ wraz z kłamcą znikają także kłamliwe usta. Niestety, nie jest to możliwe obecnie z uwagi na przepisy o ochronie środowiska – Sefardi wygłosił ten pogląd w obecności Isabeli, po czym odniósł go do partii rządzącej: „Kłamstwo jest wieczne i niezniszczalne. Partia Barrasa opiera się na kłamstwie, ergo, jest niezniszczalna”.

Isabela nie zgodziła się z nim. Kiedy upierał się przy swoim, oświadczyła zdecydowanie, że jest dobrą chrześcijanką i nie znosi obłudy. Oboje byli pewni, że wypowiedź o obłudzie odnosi się do drugiej osoby, nigdy do siebie samego. Wtedy kobieta wyraziła przypuszczenie, że Sefardi jest chyba pijany i nie wypada jej zrobić nic innego jak przynieść mu pigułkę na kaca.

Mimo pesymistycznego poglądu na możliwość eksterminacji kłamstwa w polityce, Sefardi nie ustawał w pogrążaniu Blawatsky’ego na wszelkie możliwe sposoby. Był przekonany, że gubernator jest złoczyńcą, ale nie był w stanie tego udowodnić czarne na białym. Męczył go też rosnący w siłę partyjny i bezpartyjny ciemnogród wspierający gubernatora i jego rząd.

Aby rozładować negatywne emocje Mistrz kupił sobie obraz z wizerunkiem gubernatora, podkleił go od spodu grubą warstwą tektury i zawiesił na ścianie swego gabinetu. Używał go jako tarczę, do której rzucał ostrymi strzałkami. Kiedy okazały się za lekkie i rzucanie nimi nie sprawiało mu dostatecznej przyjemności, zaczął używać noża. Rezultaty gry uległy znacznej poprawie. Isabela nie wypowiadała się na ten temat, powstrzymując się – co było dla niej raczej nietypowe – od wyrażania aprobaty lub dezaprobaty. Skarżyć się i krytykować zaczęła dopiero wtedy, kiedy na podłodze znajdowała coraz więcej pociętych kawałków kartonu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 45: Państwo, firma Abenaki i Wiktor.

Gwałtowny odpływ pieniędzy z kasy państwowej i równoczesne bogacenie się Abenaki źle się ludziom kojarzyły. Wyglądało to tak, jakby państwowe pieniądze płynęły prosto do kiesy właścicieli prywatnej firmy. Na zebraniu przy krawężniku pojawiły się głosy, że rząd i Abenaki wyraźnie łączy jedna osoba, gubernator Barras. Do niedawna był jeszcze prezesem tej firmy. Innego wytłumaczenia nie było. Przynajmniej Sefardi nie widział innego.

– To sprawa przeszłości, Sefardi – do rozmowy włączył się Wiktor. Pojawił się jak na złość Sefardiemu, aby bronić rządu i gubernatora. Miał gotowe wyjaśnienia.

– Barras po objęciu stanowiska gubernatora zrezygnował ze stanowiska prezesa firmy i wyzbył się wszystkich udziałów. Sprzedał je, rodzinie przekazał tylko niewielką część tego, co posiadał. Nawet dociekliwi dziennikarze nie doszukali się nieprawidłowości w jego postępowaniu. Musisz pogodzić się z tym – nalegał.

Sefardi był wściekły na Wiktora, że zrujnował mu szansę zwycięskiej dyskusji przy krawężniku. Intuicja podpowiadała mu, że Barras osobiście lub przez kogoś zaufanego jest łącznikiem z Abenaki. Czuł to prawie fizycznie. Przeczucie nigdy go nie myliło, kiedy skóra swędziała go na piersiach i ramionach, jakby jadowity pot wyżerał w niej małe rowki. Logicznie rzecz biorąc, nie było innego wytłumaczenia. Bez dużej pomocy z zewnątrz Abenaki w żaden sposób nie byłaby w stanie finansować kosztownego programu badań, produkcji i testowania farmaceutyków, rozbudowywać sieć dystrybucji oraz prowadzić drogie kampanie reklamowe.

Ludzie domyślali się różnych możliwości. Rząd mógł pomagać firmie, uznając ją za szczególnie ważną dla gospodarki, oferując ulgi podatkowe, koncesje lub kontrakty na dostawy zaopatrzeniowe. Nic takiego jednak nie ujawniono. Dociekliwi dziennikarze to sprawdzili. Kilka tygodni później wyszło jednak na jaw, że Abenaki ma koncesję na produkcję środków zwiększających potencję seksualną oraz na ich sprzedaż hurtową i detaliczną, także w kioskach i na targowiskach, gdzie zaopatrywali się ludzie najubożsi. Miała to być istna kopalnia złota.

Środek poprawiający potencję był dostępny tylko dla małżeństw. Był on tak silny i skuteczny, że rodzice nie byli w stanie ograniczyć liczby rodzących się dzieci. Sprawa wyszła na jaw, kiedy firma wypłaciła pół miliona dolarów odszkodowania żonie, której męża nadmiar dzieci doprowadził do samobójstwa. Wielkość odszkodowania spowodowała, że coraz więcej małżeństw pragnęło procesować się z Abenaki, mimo że szansa wygrania była niewielka, ponieważ firma zatrudniała armię najlepszych prawników.

Na temat środków zwiększających potencję, liczby urodzeń, samobójstw i ich przyczyn oraz spraw toczących się w sądzie krążyły często sprzeczne wiadomości, że trudno było dociec, ile było w tym prawdy, a ile zmyślenia. Jeśli ktoś znał tę tajemnicę, to z pewnością bał się ją ujawnić. Ludzie jako tako zorientowani w polityce wiedzieli, że gubernator ma wyjątkowo długie ręce. Sefardi był przekonany, że jest on dostatecznie przebiegły, aby stosować skrytą przemoc wobec osób mu wrogich czy nawet niechętnych.

W trakcie dyskusji o Abenaki Wiktor nazwał Sefardiego chorobliwie ambitnym zegarmistrzem. Sefardi czuł coraz wyraźniej, że drogi ich przyjaźni trwającej od dzieciństwa rozchodzą się. Wzmacniało to tylko jego determinację rozwiązania łamigłówki powiązań gubernatora i rządu z Abenaki.

Kiedy Sefardi wspomniał Isabeli o zamierającej przyjaźni z Wiktorem, Isabela chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, lecz nic nie objawiła. Wahała się bardzo krótko. Na jej twarzy pojawił się grymas determinacji; Sefardi, wiedział, że objawi coś nieoczekiwanego.

– Nie miałam mówić tego panu, don Sefardi, ale powiem. – Zaczęła, jej wzrok przeniósł się ponad jego głowę i zatrzymał się gdzieś za oknem lub na suficie.

Zauważywszy pytające spojrzenie Mistrza, wyjaśniła: – Jeśli chodzi o pańskiego przyjaciela Wiktora, to wiem o nim co nieco. To niedobry człowiek. Pierwsi odkryli to jego rodzice, kiedy był jeszcze dzieckiem, ale nikomu o tym nie wspominali, bo to wstyd. W związku w chorobą gardła zaistniało podejrzenie, że Wiktorowi trzeba będzie wyciąć migdałki. Lekarz zajrzał mu w usta i zobaczył czarne podniebienie.

– Pan wie, don Sefardi, co to znaczy? – Zapytany skinął głową potwierdzająco, lecz mimo tego kobieta kontynuowała wyjaśnienia.

– Tak mówi się o psie, który jest niebezpieczny. Oczywiście Wiktor nie jest tak zły jak pies, nigdy bym tego nie powiedziała, ale jest wredny. Mnie on się nie podoba. Panu tak, bo to pański kolega i przyjaciel od przedszkola. Nie mój na szczęście. Nie lubię go, bo to wieśniak i to w gorszym gatunku. Na wsi są też dobrzy ludzie, ale Wiktor jest zacięty, nieustępliwy, skryty i przekonany zawsze o swojej racji. Jestem pewna, że źle traktuje swoją rodzinę, jeśli ją ma. Chyba także i przyjaciół źle traktuje. Pan to sam zauważył.

Sefardi był niepewny, co myśleć o jej wynurzeniach. Historię z czarnym podniebieniem odrzucił, uznając ją za czczy wymysł. Chwilę później pomyślał jednak, że Isabela ma przynajmniej trochę racji. Kolejny raz nie mógł jej odmówić zmysłu obserwacji i znajomości mentalności i zachowań mieszkańców wsi. Uświadomił też sobie, że Wiktor rzeczywiście bywał niesympatyczny i w ostatnim czasie źle go traktował. Sefardi usprawiedliwiał to pośpiechem lub rozdrażniłem Wiktora jakimiś bieżącymi niepowodzeniami.

Obserwował Isabelę, kiedy mówiła. Była rubaszna, pełna cieleśnie i na swój sposób atrakcyjna. Miała też zainteresowania. Wyznała mu to kiedyś przechylając się poufnie do jego ucha. Lubiła jazdę na rowerze, pracę w ogrodzie i czytanie. Chyba też i podróże. Nie mógł sobie tego przypomnieć. Mówiła też, że lubi gotować. Rozgadała się, a on słuchał nie przerywając. Przyglądał się jej piersiom i biodrom. Chyba o czymś marzył, bo w pewnym momencie zamknął oczy i cienie biegały mu po twarzy.

Michael Tequila’s  books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 44: Izabela komentuje twórczość Mistrza.

Isabela coraz bardziej interesowała się twórczością pisarską Mistrza. Mówiła o tym otwarcie.

– Czasami naprawdę lubię poczytać sobie to, co pan pisze, don Sefardi.

Kiedy po raz pierwszy zwróciła się do niego w ten sposób, nie potrafił jej odmówić mimo wątpliwości, czy mówi to poważnie czy też chce mu się przypochlebić. Po krótkim zastanowieniu, wydrukował i przekazał jej skończony fragment powieści.

Udostępnione materiały zwracała w terminie. Oddając, przyglądała się Sefardiemu uważnie, jakby chciała go dokładnie zapamiętać. Niekiedy coś komentowała, najczęściej nie mówiła jednak nawet słowa, tylko patrzyła na niego w niemym oczekiwaniu, zdając się wyrażać życzenie, aby to on coś jej powiedział. Zapytana, co sądzi o przeczytanym fragmencie, odpowiadała najczęściej „Nic nie sądzę”, innym razem podejmowała wyzwanie wyrażając jakiś pogląd lub przedstawiając uwagi. Z czasem pojawił się między nimi zwyczaj, Sefardi sam nie wiedział, jak do tego doszło, że udostępniał jej szkic większego fragmentu powieści lub całego opowiadania, aby przedstawiła mu swoje uwagi, jeśli tylko ma chęć.

O bohaterach powieści mówiła tak, jakby to były żywe osoby znane jej osobiście. Opowiadała w szczegółach, jak były ubrane i czy wypadało tak się ubrać, czy było to modne. Potrafiła też powiedzieć krótko „Ona jest głupia”, a o mężczyźnie: „To chyba jakiś geniusz?” albo „To zwykły cymbał!”. Raz się zachwycała, innym razem potrafiła totalnie zgromić bohatera, wyrażając opinię w rodzaju „Takich ludzi nie ma! Wymyślił pan sobie jakiegoś potworka, don Sefardi” albo „O kimś takim nigdy nie słyszałam, taka osoba w ogóle nie istnieje”.

Czasem wypowiadała się na temat sceny, zdarzenia lub miejsca, stwierdzając: „Widziałam to w sklepie. Było tam dokładnie tak, jak pan to opisał w powieści. Nie dalej jak trzy dni temu kupiłam tam sobie bluzeczkę, tę niebieską, którą miałam na sobie wczoraj”. Rozkręcała się wtedy i opowiadała w szczegółach, jak ekspedientka lub właścicielka prezentowała się, w co była ubrana, a nawet jak wyglądała sprzączka u jej pantofli, albo co mówiła lub jadła w czasie przerwy na posiłek. Jej komentarze bywały tak żywe i ciekawe, że Sefardi wykorzystywał je dla wzbogacenia lub modyfikacji postaci albo zmiany toku akcji. Bardzo mu to odpowiadało. Słuchając Isabeli czuł, jakby zza lustra weneckiego podglądał żywą osobę w jej naturalnym środowisku, która nie ma pojęcia, że ktoś jej się przygląda i w związku z tym zachowuje się całkowicie swobodnie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Kobieta, mężczyźni i nepotyzm

Sefardi zażartował kiedyś, nie pamiętał, w jakich to było okolicznościach, że uczyni Isabelę bohaterką swojej powieści. Rozgniewała się, uznając, że chce to zrobić, aby ją ośmieszyć i wydrwić. Starał się wytłumaczyć jej możliwości wykorzystania rzeczywistej osoby jako modelu postaci literackiej.

– Muszę panią uspokoić, Isabelo. Można zapożyczyć sobie jakąś cechę charakterystyczną, może nawet kilka, ale całego bohatera powieści nie sposób wziąć z życia. Przestałoby to być fikcją literacką, a stało się biografią. Pisarze tego nie robią, nie chcą, aby ich bohaterowie przypominali kogoś prawdziwego, kogo dobrze znają i kto ich zna. Ponadto ludzie mogliby nie życzyć sobie, aby ich opisywano.

Wyjaśnienie Sefardiego Isabela wzięła do serca. Zapamiętała jego słowa, lecz mimo to od czasu do czasu pytała niepewnie, czy czegoś już nie pisze o niej w swojej książce.

*****

Administracja państwowa stała się dla gubernatora narzędziem realizacji prywatnych celów. Obsadzał swoimi ludźmi najwyższe stanowiska i nadawał im szerokie uprawnienia. Nie żałował pieniędzy na podwyżki, bogacili się więc szybko, kupowali domy, samochody, ziemię, zakładali przedsiębiorstwa. Modne stały się farmy hodowli zwierząt, szczególnie lam sprowadzanych z Andów. Gubernatorowi podobały się lamy. Lubił rozmawiać na ich temat. Ich hodowla była jego marzeniem.

– Chętnie zająłbym się tym, ale nie mam czasu. Lamy mają w sobie godność. Wysoko noszą głowy, patrzą na inne zwierzęta z góry.

Lubił przyglądać się, jak samce plują na siebie walcząc o pozycję w stadzie. Rozumiał, że jest to forma ustalania hierarchii władzy. Plucie podobało mu się jako sport, nie wspominał o tym jednak nikomu. W szkole razem z kolegami praktykował plucie na odległość. Kto splunął najdalej, stawał się mistrzem i cieszył się szacunkiem kolegów i koleżanek. Każdego roku młodzież organizowała zawody o tytuł mistrza szkoły, choć dyrekcja i nauczyciele tego zakazywali. Barrasowi nigdy nie udało się uzyskać tego tytułu, zawsze był ktoś lepszy. Kiedy oglądał lamy, przypominał sobie wszystko.

*****

Na ścianie gabinetu Sefardiego Isabela zauważyła obraz przedstawiający kobietę o pełnych kształtach w tanecznym uścisku z mężczyzną podobnej postury. Była to replika obrazu „Tańczący” nieznanego autora. Isabela widziała obraz niejednokrotnie, ale dopiero teraz zwróciła na niego uwagę. Przyglądała mu się dłuższy czas, w zamyśleniu, przechylając głowę jak psiak, który dziwi się przedmiotowi wydającemu dziwne dźwięki.

Sefardi obserwował ją dyskretnie, udając, że jest zajęty pisaniem. Podeszła do ściany, uniosła obraz do góry, zdjęła z haczyka, obróciła tylną częścią do siebie i z uwagą studiowała napis na odwrocie płótna. Po zawieszeniu znowu przyglądała się tanecznej parze, obfitej kobiecie w czerwonej sukni, z uniesioną prawą nogą i tęgiemu mężczyźnie w czarnym garniturze, z oczami zamkniętymi w tanecznym zapomnieniu.

– Zawsze byłam miła dla mężczyzn – odezwała się nagle, przerywając milczenie. Miałam nie jednego, ale kilku, bez przesady. Nie byłam puszczalska jak ta, którą kiedyś poznałam, która … – Przerwała mówienie, jej twarz zmieniła się, cień przebiegł przez jej oblicze niby przelotna chmura zasłaniająca słońce.

– To jakaś tajemnica. – Pomyślał Sefardi, pochylając się odruchowo w kierunku gospodyni, aby lepiej słyszeć.

– Kiedy byłam młoda, łatwo się zakochiwałam. Mężczyźni bardzo mnie lubili. Podobałam się. Nie ściskałam cipy między nogami, zastanawiając się bardzo długo, jak to robią niektóre kobiety, czy oddać się mężczyźnie, sprawiając przyjemność jemu i sobie, czy go uszczęśliwić, czy w ogóle zaangażować się uczuciowo. Tego nigdy się nie dowiesz, dopóki nie prześpisz się z kochankiem. Nie musisz tego robić od razu, możesz dać sobie czas, aby go poznać, porozmawiać z nim, pójść na spacer albo razem pojeździć na rowerze, zobaczyć go w różnych sytuacjach. Ale nie możesz przeciągać sprawy w nieskończoność, trzymać go w niepewności, w oczekiwaniu. Mężczyzna inaczej widzi i czuje, ma prostsze potrzeby niż kobieta, to trzeba zrozumieć i docenić. Gotowy jest zrobić dla ciebie dużo, bardzo dużo, jeśli jesteś mu oddana. Oddana, znaczy się chętna rozłożyć nogi i cieszyć się miłością. – Isabela mówiła tak, jakby w pokoju nie było mężczyzny, tylko inna kobieta, młodsza, może nawet córka, z którą szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Mistrz przyjrzał jej się uważnie, jakby widział ją po raz pierwszy. Miała raczej grube, pełne wargi, oczy w kolorze zielonkawym, nabierające w słonecznym świetle orzechowej głębi, mieniące się. Wyróżniała ją lekka nadwaga, wyraźne, choć niezbyt obfite biodra i wzrost poniżej średniego. Pomyślał o jej zachowaniu. Miała pogodny charakter, łatwo się z nią rozmawiało, choć czasami uciekała od tematu; zawsze była jednak ciekawa wszystkiego. Ciekawość była jej cechą szczególną. Wiedział, że za chwilę odejdzie jak aktorka, która skończyła swoją kwestię na scenie. Była w niej zarówno naturalność jak i teatralność, nie zawsze łatwe do odróżnienia.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

O imieninach, generałach i życiu

Trwają uroczyste obchody 70-tej rocznicy urodzin Antoniego Macierewicza. Uczestniczy w nich także prezes Kaczyński. Publicznie chwali solenizanta: Niezwykle twardy człowiek wobec układu generalsko-pułkownikowskiego.

Przypomniał mi się żart opowiadany przez generałów odchodzących na przyśpieszoną emeryturę: 

Jaka jest różnica między członkiem męskim a życiem?

Życie jest twardsze!

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

Wypełnijcie serca radością, bracia i siostry

Reformowane przez ministra Ziobro sądy powszechne w Polsce działają obecnie wolniej niż trzy lata temu. To tylko dlatego, że szybciej, wnikliwiej i bardziej sprawiedliwie rozpatrują wszystkie sprawy. Wypełnijcie serca radością, Bracia coraz bardziej suwerenni i wy, Siostry nie mniej suwerenne!