Powieść „Cezarea”. Odc. 12: Rząd składa propozycję negocjacji przy okrągłym stole

Rząd przygotowywał się do negocjacji. Wymagało to czasu. Wobec agresywności strony przeciwnej premier stosował taktykę zwodów i opóźnień. Wyjaśniał trudną sytuację państwa, jednocześnie dodawał otuchy:

– Nie mamy pieniędzy, ale będziemy mieli.

Dla udokumentowania prawdy premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni w czasie telewizyjnego wystąpienia. Wypadły tylko dwa spinacze, grzebyk i książeczka do nabożeństwa.

Przemówiło to do wyobraźni zwłaszcza osób starszych, pamiętających czasy pustych półek, naparstka, nożyczek oraz drobnej naprawy odzieży. Niektórzy wzruszyli się nawet do tego stopnia, że wysyłali pieniądze na wsparcie bezdomnych.

Premier zapewnił, że jego rząd będzie ściśle współpracować z Przyziemiem, aby wyprowadzić kraj na prostą.

W następnych dniach rząd zaskakiwał wszystkich niezwykłą energią i pomysłami. Strajkującym zaproponowano wspólną pracę nad reformowaniem gospodarki.

– Chodzi nam o rzeczywistą reformę, pełną, bez żadnych ulg dla kogokolwiek. Począwszy od programów usprawnień zarządzania koleją, przez ekologię, loty kosmiczne, aż do gaszenia pożarów wysypisk śmieci.

Za każdym wystąpieniem premier przedstawiał nowe propozycje: reformy całkowite i cząstkowe, poprawa jakości myślenia obywatelskiego, podwyższenie smaku produktów rolnych, lepsza łączność z Chinami, edukacja seksualna młodzieży. W końcu premier zaproponował negocjacje przy wspólnym stole.

Strajkujący odpowiedzieli okrzykami sprzeciwu.

– Nie ma takiego stołu, który pomieściłby nas wszystkich.

W odpowiedzi premier polecił wyświetlić animację negocjacji. Miały się odbyć na błoniach podmiejskich, gdzie zarezerwowano pięć hektarów terenu. Stół był okrągły i miał średnicę stu metrów.

Wokół niego stały dziesiątki mniejszych kwadratowych stołów. Przy głównym stole, przyciętym z jednej strony, aby nie miał krągłości (nie znosił jej Namiestnik Kukuła), siedział sam Namiestnik, Premier Chudy, jego ministrowie, przewodniczący organizacji społecznych, dyrektorzy wielkich koncernów, przedstawiciele mediów krajowych i zagranicznych. Drony unosiły nad nimi wielkie wachlarze. To poruszyło wyobraźnię. Strony szybko doszły do porozumienia w sprawie negocjacji już po wakacjach.

– Tak będzie najlepiej. – Podsumował premier, zacierając dyskretnie ręce. – Cieszył się, miał ambitne plany.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 9: Przyziemie konsoliduje się i pokazuje siłę

Na wielkim spotkaniu zjednoczeniowym członkowie Przyziemia ocenili swoje położenie. Głos zabierali po kolei przedstawiciele głównych nurtów.

– Nasza praca ma podwójnie przyziemny charakter. Po pierwsze, pracujemy blisko ziemi, po drugie, nikt nas nie dostrzega. Dlatego jesteśmy Przyziemiem, a nie czymś bardziej wzniosłym. – W wypowiedziach była pogarda dla losu i bunt. Ta zawziętość ich nakręcała.

Zjednoczenie sił Przyziemia podziałało zaraźliwie na iobywateli Cezarei. Buntowały się kolejne grupy zawodowe i społeczne. Ludzie identyfikowali się z Przyziemiem, kiedy czuli, że ich praca jest niedoceniana przez władzę.

Niby masywna czarna dziura Przyziemie wchłaniało w siebie coraz więcej organizacji, firm i ludzi. Lista objęła wkrótce recykling i surowce wtórne, edukację ekologiczną, służby kanalizacyjne i zalesianie. Następne w kolejności były stacje epidemiologiczne, dostawcy wody źródlanej i mineralnej, oczyszczalnie mechaniczne i biologiczne, hodowcy grzybów ekologicznych, wysypiska śmieci importowanych i krajowych, strażacy a nawet służby meteorologiczne i ośrodki zarządzania kryzysowego. Ci ostatni przyszli na mityng poznawczy z transparentem „Jesteśmy z wami, bo nie chcemy, aby na głowę spadały wam nieszczęścia”.

Zaraz potem do ruchu przyłączyli się freeganie, zbierający nadającą się do spożycia żywność wyrzucaną bezmyślnie do śmietników oraz ludzie bezdomni, dla których ziemia była domem. Ostatnie dołączyły instytucje planowania przestrzennego, widzące w Przyziemiu szansę uporządkowania zabagnionych spraw środowiska. Niezadowolenie strajkujących wylewało się na społeczeństwo jak brudna woda z uszkodzonej balii.

*****

Rząd przyglądał się temu, co dzieje się w Przyziemiu, ale nie reagował. Namiestnik i Premier czekali, licząc na to, że ruch wygaśnie w sposób naturalny. Zawiedli się. Ruch nie tylko nie wygasł, ale skonsolidował się. Powstała Konfederacja Ludzi Przyziemia. Podjęto ważne ustalenia.

– Będziemy używać nazwy KLUP oraz identyfikować się jako Przyziemcy. To brzmi lepiej niż Przyziemni, którzy kojarzą się z ludźmi upodlonymi przez własną głupotę. W naszym przypadku chodzi o władzę, która nas ignoruje i nie docenia. Każdy z nas ma własną godność i chce ją nosić otwarcie na piersi a nie trzymać w ukryciu w kieszeni.

Wzrost siły Przyziemia wywołał wizję licznych zagrożeń: epidemii, zapchanej kanalizacji, gór śmieci, płonących wysypisk, powodzi i pożarów, brudu i smrodu, upadku edukacji ekologicznej, szczurów, ton żywności gnijącej na śmietnikach, lasów zaśmieconych do nieprzyzwoitości, plastiku unoszącego się na powierzchni jezior i oceanów, w końcu niedouczonej młodzieży i obywateli bez zaangażowania społecznego.

Najważniejszą sprawą stało się nauczenie społeczeństwa lepszego rozumienia rzeczywistości, nowego myślenia i szybkiego podejmowania kroków naprawczych. Pierwszym wyzwaniem była gospodarka śmieciami. Podjęto ważne decyzje, jak lepiej segregować i utylizować śmieci oraz jak przygotować młodzież do egzaminów z tematów związanych z działalnością Przyziemia.

– Będziemy walczyć o coś więcej niż podwyżki płac i poprawę warunków pracy. – Ta propozycja spotkała się z powszechna akceptacją.

Na transparentach pojawiły się hasła: 

– Uporządkujmy nasze życie. Precz z górami śmieci! Precz z dewastacją środowiska naturalnego! Na pohybel niewiedzy i głupocie! Najważniejsza jest ekologia i nauczanie, jak żyć. Żądamy głębokiej reformy edukacji.

*****

W nocy, pod Gabinetem Premiera Chudego, gdzie zbiegały się wszystkie nici niepokoju i żądań, pojawił się tłum milczących ludzi. Wszyscy byli ubrani na czarno, twarze były mroczne i nieprzeniknione.

Kiedy pojawił się opancerzony samochód premiera, demonstranci wyciągnęli w górę ręce z zaciśniętymi w pięść dłońmi ubranymi w czarne rękawiczki. Był tylko jeden transparent:

– Żądamy widzenia się z Namiestnikiem i Premierem.

Jeremi Chudy i jego świta poczuli zimne ciarki na plecach.

– O kurwa! To nie przelewki! – wyszeptał Premier do ochroniarza. – To kryzys państwa.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 5: Kronikarz Taranta prowadzi publiczne spotkanie.

Drugim punktem debaty publicznej była przyszłość Cezarei. Kraj był  zaniedbany przez kilka generacji złych zarządców. W dobie sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej i lotów kosmicznych konieczna była jego odbudowa i unowocześnienie.

Potrzebę radykalnych zmian Kronikarz uznał za ciężar złożony na jego barki przez Opatrzność.

Zebrał się w sobie i poprosił gości o przedstawianie propozycji.

– Będziemy głosić dobrą nowinę. – Zapewnili zgodnie trzej mężczyźni.

Ich reakcja zaskoczyła Tarantę. Nie zgłosił jednak sprzeciwu. Mruknął tylko do siebie:

– Nie mnie decydować o tym, czego pragną wybrańcy narodu usytuowani na samym szczycie drabiny społecznej. To prawdziwi celebryci, ludzie, którzy wiedzą więcej niż inni i umieją piąć się w górę.

Po chwili wahania zaprosił do panelu dyskusyjnego trzy osoby z tłumu. Byli to ludzie z pierwszego szeregu; dwie kobiety i mężczyzna. Widział wcześniej, jak pozytywnie reagowali na jego słowa. Ich udział zapewniał większą równowagę opinii i wzmacniał jego pozycję.

Nowy panel szybko ustalił, co znaczy dobra nowina. Zdefiniowano ją jako „wiadomość o walorach religijnych, wyrażająca wiarę w Boga i konkretyzująca coś, co jest nowe, interesujące i znaczące dla społeczeństwa”.

Dla wprawy omówiono przykład. Dotyczył on węgla kamiennego. Przedstawił go Plenipotent, najbardziej biegły w materii prawa.

– Ubiera się kosztownie, zna język obcy i bez przerwy szlaja się za granicą. To dlatego nazywają go prezydentem. – Pomyślał z niechęcią Kronikarz. Jeśli komuś czegokolwiek zazdrościł, to właśnie Plenipotentowi.  

– Dobra nowina jest taka, że Cezarea będzie kontynuować masowe wydobycie węgla. – Rozpoczął Plenipotent. – Węgiel to czarne złoto. Bylibyśmy głupi, gdybyśmy nie kopali tak cennego kruszcu. Wspierają nas w tym górnicy. Wszyscy wiemy, że co jest dobre dla górników, jest dobre dla kraju. Górnicy to sól naszej ziemi, a bez soli nic nie ma smaku. Wprawdzie stosowanie węgla do produkcji energii elektrycznej i cieplnej zanieczyszcza powietrze, ale jest to nieuniknione. Powiem więcej, jest to konieczne dla przyśpieszenia decyzji o ochronie środowiska naturalnego. Bez presji na rząd niewiele wskóramy.

Opinię Plenipotenta z miejsca poparł Premier, obiecując, że podejmie temat na najbliższym posiedzeniu rządu.

Kolejna obietnica dotyczyła powszechnego dobrobytu społecznego. Do dyskusji włączył się Namiestnik.

– Po to właśnie założyłem Partię Powszechnego Dobrobytu, do której zapisali się najwspanialsi ludzie Cezarei, aby zapewnić społeczeństwu dobrobyt. Byli już tacy przede mną, co głosili podobne hasła, ale to była utopia. Byli to wykształceni prostacy, ludzie bez charakteru i gustu. Za państwowe pieniądze objadali się do nieprzytomności importowaną kaszanką. Chorowali potem z przejedzenia. Podłe z ich strony było także to, że nie kupowali produktów rodzimych tylko zagraniczne. – Namiestnik wierzył głęboko, że każde nadużycie władzy musi spotkać zasłużona kara.

Wspomnienia poruszyły go do głębi. Był w nich jakiś niejasny, osobisty akcent. Coś się w nim załamało.

– Nie będę mówić, kogo mam na myśli, ale kiedy dorwę tego cieniasa to mu nogi powyrywam z …. – Ostatnie słowo wymówił ciszej zdawszy sobie sprawę, że w tłumie są dzieci i kobiety.

Zapadło grobowe milczenie. Ludzie patrzyli na siebie, zaskoczeni i zażenowani. Ktoś zaklaskał nieśmiało. Po chwili przyłączyli się inni. Wybuch entuzjazm. Nie wszyscy w nim uczestniczyli. Kronikarz widział, co się zdarzyło. Lewa część audytorium reagowała niemrawo, niezdecydowana, jak się zachować. Druga, prawa strona, zamieniła się w żywioł.

– A to drań! – Pomyślał Wirgil. – To wszystko było przemyślane. Zorganizował sobie klakę.

0Shares

Stoję w miejscu. Myślę. Więc jestem. Niech to i dla Was będzie pocieszeniem.

Drodzy Czytelnicy!

Jest godzina 9.25. Piszę w telegraficznym skrócie, bo czas nagli. Skończyłem powieść w odcinkach. Stoję w miejscu. Przebieram nerwowo nogami. Zastanawiam się, co dalej. Mam plany. Dokonuję weryfikacji. Myślę o rozpoczęciu nowej powieści. Coś w rodzaju wariacji na temat otaczającej rzeczywistości. Sam jeszcze nie wiem. Może potrzebuję odpoczynku? Dziś jest niedziela, dzień święty. Nic jeszcze nie jadłem. Czuję do siebie niechęć.

Szczerze Wam oddany,

Michael Tequila

PS 1: Jest już godzina 10.04. Już zjadłem. Bułeczka z masłem i bananami. Plus jedna pigułka na wzmocnienie. Co to za jedzenie!? Wiadomości TV: wymierają pszczoły i bieg Wings for Life. W samochodzie Kapitan Wąs czyli Adam Małysz. Będzie pędzić. Wciąż myślę. Pozdrawiam.

Wasz MT

PS2. To niebywałe! Jest już godzina 10.33. Na szczęście wciąż rano. Włos mi się jeży na głowie, kiedy pomyślę, że nadejdzie noc z tą samą godziną. Będę starszy o 12 godzin. Może to coś mi da. Z wiekiem człowiek mądrzeje. Liczę na to. W międzyczasie będę myśleć. Może kupię sobie hulajnogę elektryczną. Zawsze to szybciej. Czy bezpieczniej? Nie wiem. To mnie martwi.

Jestem z Wami, nawet gdy mnie tam nie ma.

Pozdrawiam wszystkich, także zboczonych kochanków i radosnych rozwodników. Gardzę pedofilami i tym garbusem, który wietrzy zęby w telewizji. Co on mówi!?

Wasz na zawsze,

M Tequ

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 224: Spotkanie w Szwajcarii

Spotkali się w górach, w Szwajcarii, nad jeziorem Otrata, parującym szarą mgiełką wilgoci. W dwóch zatokach ocienionych wysokim lasem utrzymywała się nad powierzchnią wody aż do południa. Pierwszy raz znaleźli się na innym kontynencie. Siedząc przy stoliku na tarasie kawiarni podziwiali niezwykły porządek panujący w miasteczku i zapamiętywali widoki. Budynek, gdzie mieściła się kawiarnia, wyglądał jak geometryczna bryła ustawiona przez olbrzyma na stromym zboczu wzgórza. Połyskujące w dole jezioro rozciągało się aż do podnóża skalistych gór.

Dopiero teraz, po kilku rozmowach, Barras, Sefardi i Eminencja widzieli, jak bardzo są do siebie podobni. Wszyscy byli leworęczni, co chętnie uznali za dowód wyjątkowych uzdolnień. Był to szczegół, odkryty zupełnie przypadkowo, jakby dla żartu, kiedy już wiedzieli ze stuprocentową pewnością, że są braćmi. To drobne świadectwo pokrewieństwa zachęciło ich do dalszych poszukiwań podobieństw i jak różnic. Niektóre z nich okazały się zabawne, jak to, że wszyscy trzej w dzieciństwie bawili się siusiakiem więcej niż inni chłopcy, co miało rokować szczególną wrażliwość uczuciową, jak twierdziła niania. Była siostrą przyrodnią gospodyni Czarnej Eminencji. To za jej pośrednictwem duchowny dowiedział się wielu szczegółów swego rodzinnego życia. Wszyscy trzej kochali dobre jedzenie, szczególnie owoce morza, wykazywali pewną skłonność do ascezy jak i jawne pragnienie dominacji i władzy. W końcu ich pokrewieństwo poświadczał także tik w lewym oku, pojawiający się tylko wtedy, kiedy byli bardzo zdenerwowani.

Byli sami na tarasie kawiarni. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby pojawili się inni goście, przeważnie turyści, przyjeżdżający do Szwajcarii na rodzinny wypoczynek lub dla samotnych wypraw w wysokie partie gór. Bracia przyjechali tu, aby poznać się bliżej rozmawiając o koszmarze, jaki nawiedził ich pod koniec życia, o Wieży Babel, murze walących się książek oraz Świątyni Wiary i Prokreacji, o wszystkim tym, czego żaden z nich nigdy by się nie spodziewał. Byli już starsi i spokojniejsi, mieli czas i dużo wspomnień do snucia i wymiany. Pijąc powoli kawę spoglądali na siebie ukradkiem, udając, że przyglądają się jezioru, miasteczku i górom na horyzoncie.

Stojący w progu kelner obserwował ich kątem oka. Nie miał nic innego do roboty.

– To na pewno emeryci. Przyjechali tu dla wypoczynku i podratowania sobie zdrowia. Przychodzą najwcześniej, są zawsze pierwsi, chyba nie mogą spać – mruknął do kolegi zmieniającego obrus na stoliku. – Wyglądają nijako, jak bracia zakonni, żyjący razem przez tyle lat, że upodobnili się do siebie. Ta sama powolność w ruchach, to samo zamyślenie na twarzy.

*****

– Dzięki, Eminencjo, za zorganizowanie tego spotkania – Sefardi popatrzył na brata. Zastanawiał się nad czymś, chwilę błądził wzrokiem po jeziorze, zanim oprzytomniał. Zaśmiał się.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię. Wszyscy zwracają się do ciebie Eminencjo, Wasza Wielebność albo Księże Arcybiskupie, ale ty przecież masz jakieś imię.

– Zawsze byłem Czarną Eminencją. Nigdy nie używałem imienia. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Zeman Blara.

Bracia popatrzyli na niego z zainteresowaniem. Wyglądali tak, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu. Byli mu wdzięczni za to spotkanie. Nigdy wcześniej nie byli razem. Zaskoczył ich zaproszeniem, a jeszcze bardziej tym, co miał im do powiedzenia. Że są rodzonymi braćmi.

– To ty, Zemanie, przekonałeś Sefardiego i mnie, abyśmy sobie wybaczyli wzajemną niechęć. Dzięki ci za to. Pogodziłeś nas, to twoja zasługa. – Barras przerwał i wytężył wzrok.

– Czy mi się wydaje, że jezioro powiększa się albo podnosi się do góry? Jego powierzchnia jest teraz znacznie wyżej niż godzinę temu. Widzę to po linii brzegowej.

Wszyscy patrzyli przez chwilę we wskazanym kierunku, ale nic nie zauważyli. Szybko stracili zainteresowanie. Spotkanie było dla nich ważniejsze. Przyglądali się sobie, odkrywając się nawzajem. Pierwszy odezwał się Barras.

– Pomyśleć, że byliśmy najbardziej znanymi obywatelami kraju. Mieliśmy władzę i wpływy. Byliśmy popularni: gubernator, arcybiskup, wynalazca i pisarz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 218: Rząd, policja i narkotyki 

Gdyby nie tajna policja, w kraju zapanowałby stan prawdziwego bezhołowia. Mając za sobą poparcie dowódcy armii i w cichym porozumieniu z wicegubernatorem, władzę w Nomadii przejął Babochłop. Zachowano pozory legalności. Oficjalnie szefem rządu był nadal wicegubernator, w rzeczywistości za jego plecami stał Babochłop i dyktował mu krok po kroku, jak ma postępować. Była to sytuacja na tyle kłopotliwa dla obydwu, że wkrótce uzgodnili, że Babochłop będzie przygotowywać wszystkie decyzje na piśmie wraz z instrukcjami, co i jak należy rozumieć, a wicegubernator będzie tylko wprowadzać je w życie.

– O nic, chłopie, nie musisz się martwić, tylko podpisywać dokumenty i zapewniać, aby moje decyzje były realizowane. Gdyby ktoś stawał ci dęba i nie chciał cię słuchać, daj mi znać, a już następnego dnia ten nieszczęśnik będzie całować cię w rękę za to, że dajesz mu polecenia, wikt i opierunek – były to słowa Babochłopa, pewnego siebie i już bardzo wpływowego polityka.

Szef policji nabrał wkrótce takiej wprawy w rządzeniu, że załatwienie nawet najtrudniejszej sprawy przychodziło mu równie łatwo jak splunięcie. Z szacunku nazwano go Szarą Eminencją. Ludzie zbliżeni do kręgów władzy wiedzieli lub domyślali się, że to on kieruje państwem. Rząd zdalnie sterowany przez Babochłopa rozwinął skrzydła na skalę niespotykaną nawet za najlepszych lat gubernatora Blawatsky’ego. Jedną z tajemnic rządu było dysponowanie górami pieniędzy. Na początku nikt nie wiedział ani nawet się nie domyślał, jak bogaty jest rząd i skąd ma takie środki.

Był to okres szybkiego upowszechniania się na świecie najcięższych narkotyków, zwanych czarnymi, o sile działania zdolnej powalić konia. Narkomani chodzili w stanie takiego odurzenia, że bez cienia strachu o utratę równowagi a nawet życia potrafili zmienić na sobie ubranie krocząc po linie zawieszonej między dwoma wieżowcami.

Najsilniejszą odmianę czarnego narkotyku, z uznania dla arcybiskupa i szefa policji nazwano „Siwą Eminencją”. Jego zaletą była zdolność rozkojarzenia zmysłów aż do ekstazy. Osoba przyjmująca narkotyk doznawała tak rewelacyjnych wrażeń, że wystarczyło raz spróbować, aby popaść w uzależnienie, z którego nikt nie chciał się już wyzwalać. Środek był wyjątkowy dlatego, że w stanie upojenia jego użytkownik zachowywał pełną trzeźwość umysłu i zdolność koncentracji.

Rynek narkotyków owiany był tajemnicą. Tajemnicą poliszynela było, kto je w Nomadii produkował i dystrybuował, ale nikt nie wiedział, że producent-dystrybutor ma protektora, bez którego zgody nawet szczur nie byłby w stanie powąchać narkotyku. Powszechnie sądzono, że byli to lokalni mafiosi, prawda była jednak taka, że pieniądze trafiały do kasy tajnej policji. Było to praktycznie niewyczerpane źródło dochodów. Aby zdyskredytować policję i rząd przeciwnicy prokreacji puszczali w obieg pogłoski, że buduje się za nie złote pomniki, a nawet złoci naczynia kuchenne, uzasadniając to korzyściami zdrowotnymi.

Handel narkotykami odbywał się za cichym błogosławieństwem kościoła. Czarna Eminencja akceptował go w imię wyższego dobra, ponieważ dochody z niego płynące służyły dobru kraju.

– Pieniądze te są potrzebne społeczeństwu jak woda rybie. W czasie śmiertelnego zagrożenia państwo musi mieć środki na walkę z przeciwnikami prokreacji, a także na administrację, służbę zdrowia, renty i emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, transport publiczny i setki innych potrzeb. – Eminencja był na tyle rozważny, aby swoich poglądów nie głosić publicznie, a jedynie wśród osób zdolnych zrozumieć złożoność spraw państwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Największym uznaniem ze wszystkich narkotyków cieszył się psychodelik Ayahuasca. Był rewelacyjny pod każdym względem: całkowicie naturalny i zdolny w wprowadzić człowieka w halucynacje i trans umożliwiające nawet jasnowidzenie. Badania laboratoryjne ujawniły, że Ayahuasca zapewnia także kontakt z głęboką pamięcią i rozumienie celu pobytu człowieka na ziemi oraz prawdziwej natury Wszechświata. Jego użytkownicy doznawali czystej miłości i mądrości, osiągali wgląd we własne wnętrze i utratę ego, a także uczyli się, jak być lepszym człowiekiem. Doznania te opisywano jako przebudzenie lub odrodzenie.

Opozycja parlamentarna nie ustępowała, oskarżając rząd i kościół o manipulację opinią publiczną w kwestii narkotyków.

– Wciskacie kit społeczeństwu – dobitnie podkreślił przewodniczący Libery, głównej partii opozycyjnej, przywodząc na twarz charakterystyczny uśmiech spłoszonego zajączka.

– Przysięgliśmy, że zrobimy wszystko, aby uratować kraj przed klęską demograficzną, korzystając ze wszystkich dostępnych środków i metod. Nic nas od tego nie powstrzyma – słowa te przypisywano Czarnej Eminencji. Zapytany o nie, odpowiedział salomonowo:

– Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Powiem tylko tyle, że rząd Nomadii działa wyłącznie w dobrej wierze i w interesie całego społeczeństwa, bez względu na to, co kto o nim szczeka.

Od czasu podjęcia współpracy z rządem, Czarna Eminencja częściej używał języka wyrazistej, a nawet bezpardonowej, dyplomacji kierując się dobrem wszystkich obywateli, włącznie z niewierzącymi.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 214: Zamach bombowy w kawiarni

Zwiedzając japońską kawiarnię Sefardi nie krył zaskoczenia. Nie pytał o szczegóły, domyślając się, że wnuk dzieli się z nim prawdopodobnie także swoimi doświadczeniami. Nie mieściło mu się w głowie, że Sato i jego partnerka preferowali kontakty wirtualne raczej niż bezpośrednie spotkania. Zapytał Enrique o to.

– Im to odpowiada. Oboje zaspokajają swoje pragnienia seksualne, podniecają się, przeżywają akty miłosne, snując marzenia i fantazje erotyczne. Co ważne, nie tracą czasu na dojazdy. Ich spotkania niewiele ich kosztują. To tylko koszt wynajmu sali i użytkowania komputera. Mają tu idealne warunki do intymnych spotkań. Niejednemu mężczyźnie nie przeszkadza nawet to, że za jego plecami stoi jeszcze ktoś inny. To kwestia poczucia bezpieczeństwa. Domyślam się, że ciebie to dziwi, bo jesteś osobą starszej generacji. Tutaj, w kawiarni, panuje współczesność. Sato i jego partnerki zachowują się całkowicie swobodnie, sami określają sobie reguły postępowania. Są wolnymi ludźmi, nie chcą wiązać się ze sobą, chcą żyć bez zobowiązań. Oni nawet uważają, że nie mogą tego zrobić, bo nie mają czasu ani możliwości. Nie mają chęci spotykać się ze sobą bezpośrednio. Mieszkają z dala od siebie, długo pracują, bardzo dobrze zarabiają, są zadowoleni z pracy, prowadzą bogate życie. Każde z nich ma swoich przyjaciół. To jest miłość w nowoczesnym wydaniu. Media nazywają to cyberseks, czyli seks online – wyjaśnił Enrique uprzedzając pytanie dziadka. – W moim środowisku i w moim pokoleniu nie jest to wstydem, ale zaletą. To znak czasu.

Drogę do drzwi wyjściowych z kawiarni mężczyźni przeszli w milczeniu. Sefardi potrzebował czasu na oswojenie się z czymś, czego nie znał ani nie rozumiał, co było jak najbardziej rzeczywistością i zdobywało coraz więcej zwolenników. W końcu pomyślał, że nowa forma relacji damsko-męskich daje ludziom znacznie więcej niezależności i że rząd czeka twardy orzech do zgryzienia, aby przekonać ich do prokreacji.

*****

Kilka dni później w kawiarni wybuchła bomba. Policja natychmiast podjęła śledztwo. Większą część zdarzenia odtworzono z monitoringu. Przy krawężniku na ulicy zatrzymała się furgonetka. Wysiadł z niej mężczyzna z brodą tak gęstą, że nie sposób było rozpoznać rysów twarzy, tym bardziej, że na głowie miał czapkę zasłaniającą uszy i nosił ciemne okulary. W prawej ręce trzymał paczkę. Przybysz rozejrzał się nieufnie na boki, podszedł do okna i przez chwilę przy nim majstrował. Chyba wcześniej coś tam zrobiono, ponieważ w ciągu kilkunastu sekund było już otwarte. W kawiarni zainstalowany był alarm, ale nie włączył się. Zamachowiec wszedł do środka przez okno. Po kilkudziesięciu sekundach wyszedł tą samą drogą, docisnął ramę okna do ściany, wsiadł do furgonetki i odjechał.

W momencie eksplozji bomby w kawiarni znajdowało się niewiele osób. Było krótko po dziesiątej rano. Wybuch rozerwał stojące w pobliżu meble na strzępy; ich szczątki leżały rozrzucone po wszystkich kątach. Widok był nie tyle straszny, ile dewastujący. Pierwsza myśl personelu była taka, że eksplodował kocioł centralnego ogrzewania piętro niżej.

Policjanci długo pracowali na miejscu zdarzenia. Kawiarnię zamknięto, budynek i przynależny do niego parking odgrodzono od ulicy. Przyjechali pirotechnicy, aby sprawdzić, czy nie ma jeszcze innego ładunku. W sobotę, następnego dnia po tragedii, w kawiarni zapanowało prawdziwe szaleństwo; przez cały dzień przychodzili ludzie, aby obejrzeć miejsce zamachu.

Śledztwo doprowadziło policję tylko do okna, przez które wniesiono ładunek wybuchowy. Oprócz sposobu wejścia złoczyńcy do kawiarni i zakresu szkód nic więcej nie udało się ustalić. Sprawca nie pozostawił za sobą śladów. Jego pojazd w momencie parkowania przed kawiarnią miał fałszywą tabliczkę rejestracyjną. Była to zwykła furgonetka, jakich tysiące porusza się po kraju. Sefardi domyślał się, że mogła to być akcja tajnej policji skierowana przeciwko tym, których rząd nazywał „odszczepieńcami”, „zboczeńcami” i „bezpośrednimi wrogami prokreacji”.

*****

Bomba zjednoczyła przeciwników prokreacji konsolidując wszystkie ich nurty, włącznie z homoseksualistami i cyberseksiarzami, oraz uruchomiła falę doniesień o nadużyciach władzy. Wkrótce nastąpiły dwa dalsze zamachy bombowe, ktoś podpalił także klub osób o odmiennych orientacjach seksualnych. Kiedy członkowie klubu w pośpiechu opuszczali budynek nieznani sprawcy napadli na nich i pobili.

Media donosiły o nadzwyczajnej aktywności policji, porwaniach, tajemniczych podpaleniach, akcjach szkalowania i dywersji, manifestacjach i kontrmanifestacjach. Na spotkaniach publicznych pojawili się prowokatorzy. Organizatorzy imprez oskarżali o to policję i rząd. Gubernator ignorował te głosy, szef policji, Babochłop, zaprzeczał oskarżeniom. W Internecie pojawiły się doniesienia, że to patriotycznie nastawieni obywatele i organizacje wrogie zboczeńcom dają znać o sobie.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 207: Eminencja odnajduje ostrze walki o prokreację

Wojna z przeciwnikami prokreacji rozkręcała się powoli, ale systematycznie, zgodnie z zasadą, że młyny boże mielą wolno, ale dokładnie, którą Czarna Eminencja uznawał za fundament wszelkiej sprawiedliwości. Zadowolony z kierunku działań, Eminencja nie był jednak zachwycony tempem ich rozwoju; było ono zbyt wolne. Podnosił to rozmowach gubernatorem, przeglądając statystyki kobiet w ciąży oraz liczby urodzeń.

– W takim tempie to wykaraskamy się z problemu za dwieście lat, a nie za dwa trzy lata, na co bym serdecznie liczył – powiedział gubernator. – Kiedy to mówił, był wyraźnie przygnębiony, Coraz częściej dopadał go niepokój wywołując zawroty głowy i bóle żołądka. Lekarze ostrzegali go przed depresją.

Eminencja pocieszał go jak mógł, zastanawiając się nad przyczyną spowolnienia. Doszedł do wniosku, że rządowi brakuje ostrza, czegoś nośnego, porywającego, idei lub hasła, co uskrzydliłoby jego akcje. Czasem przychodziły mu do głowy skojarzenia ze skrzydłami husarskimi, wynoszącymi na szczyty zwycięstwa ciężkozbrojnych rycerzy i ich rumaki bojowe. Było to skojarzenia tak śmiałe i niestosowne, że je natychmiast odrzucał. W chwilach niepewności wolał myśleć o skrzydłach anielskich.

*****

Przechodząc korytarzem swego pałacu arcybiskup zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym scenę biblijną. Kierował nim impuls. Zupełnie nieoczekiwanie, bo dzień był pochmurny, obraz oświetliła wiązka promieni o kształcie palmy świątecznej. Eminencja poczuł, że jest to znak z nieba, nie wiedział tylko jak go zinterpretować. Zaintrygowany schylił głowę, aby odczytać treść tabliczki tytułowej. Nie pamiętał nazwy obrazu. W pałacu były ich setki. Gromadzone przez kilka wieków, jeden był ciekawszy od drugiego. Stanowiły bezcenny majątek kościoła. Uwagę hierarchy rozproszył niepokój, czy odnowiono umowę ubezpieczenia obrazów. Po chwili wrócił do tabliczki i przeczytał napis: „Grzech”. Była to replika obrazu genialnego malarza brazylijskiego przedstawiająca grzeszników.

Eminencja zdał sobie nagle sprawę, że grzech to przecież ostrze miecza, idealny symbol walki o prokreację, którego brakowało rządowi. Po upewnieniu się, że oprócz niego nie ma nikogo w korytarzu, arcybiskup wypowiedział na głos „grzech to ostrze miecza w walce o prokreację, aby w pełni uświadomić sobie sens i znaczenie tego hasła. Zachwyciła go własna intuicja, gdyż zawsze uważał siebie za mało wrażliwego pod tym względem. Był bardziej intelektualistą niż intuicjonistą.

Nowe idee zaczęły kiełkować mu w głowie jak młode roślinki obficie podlewane wiosną troskliwą ręką ogrodnika. Godzinę później Eminencja rozmawiał z gubernatorem, informując go, że wreszcie odnalazł ostrze, którego im brakowało. Rozmówca nie od razu podchwycił sens wyznania; po chwili, zarażony odkryciem i entuzjazmem arcybiskupa i on dostrzegł światło w tunelu.

Odkrycie wspaniałego symbolu nadało wigoru walce o prokreację. Ministrowie i księża pracowali dniem i nocą, zapominając o świecie bożym, nad nowym planem prokreacji. Nikt wcześniej nie stworzył niczego podobnego. Plan łączył ze sobą wartości religijne i społeczne w jedną całość, rozbijając podział na sacrum i profanum.

Za źródło zła, jedyną przyczynę upadku prokreacji, rząd państwowo-kościelny uznał grzech. Grzechem było odstąpienie Nomadyjczyków od Boga i jego przykazań, ignorowaniu tego, czego od nich oczekiwał i skoncentrowaniu się na tym, co nietrwałe i bałamutne.

– Nasze społeczeństwo zabijają ambicje, pycha i konsumpcja. – Eminencja zakończył niedzielną homilię z trudem powstrzymując się od uderzenia dłonią o pulpit ambony dla wyrażenia słusznego gniewu.

*****

Dla Czarnej Eminencji był to plan życia. Wielkim nakładem środków i fizycznego trudu w tajemnicy przed wiernymi budował ośrodek edukacji i przemiany duchowej – Świątynię Wiary i Prokreacji.

Projekt od początku zapowiadał się nietypowo. Rozpoczynając budowę, Czarna Eminencja posadził na pamiątkę cedr, okazałe drzewo iglaste o wiecznie zielonych liściach, ponieważ właśnie z cedru zbudowano Pierwszą Świątynię Jerozolimską w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Wolał to uczynić niż kłaść kamień węgielny, nie mający w sobie nawet cząstki wspaniałej tradycji historycznej i religijnej.

Po miesiącu budowy zdarzył się poważny wypadek; robotnik spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Kiedy podbiegli do niego ludzie, leżał nieruchomo, wyglądał jak martwy. Po chwili wstał i otrzepał się.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz. Leżałeś na ziemi i nie ruszałeś się.

– Zamyśliłem się. Mam na głowie tyle spraw. Dlatego spadłem z rusztowania. A bo to raz człowiek pada na ziemię?! Jak spaść to z wysokiego konia. – Zaczął żartować, widząc niepewne miny otaczających go ludzi.

W trakcie dalszej budowy świątyni cuda zdarzały się tak często, że sekretariat arcybiskupa z trudem nadążał z ich rejestracją, wymagającą opisania okoliczności. Eminencja irytował się, ponieważ nie miał czasu na weryfikację licznie napływających zgłoszeń. Dwa z nich od razu wydały mu się naciągane. Ludzie oczekiwali, że każde nowe zgłoszenie cudu zostanie natychmiast zaakceptowane. Arcybiskup obawiał się, że ofiary wypadków uznające, że Bóg okazał im cudowną serdeczność, pragnęły w istocie znaleźć się w centrum uwagi publicznej, stać się celebrytami choćby na pięć minut. Pozytywną stroną wydarzeń było narastanie atmosfery nadzwyczajności Świątyni Wiary i Prokreacji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 203: Fenomen i rozwój chamstwa

Apokalipsa uprzytomniła ludziom potęgę siły natury, przypominając potop i Noego. Oczy wszystkich zwróciły się ku Biblii, zajmującej dotychczas skromne miejsce w biblioteczkach domowych.

Czytając Księgę Rodzaju przypominano sobie w szczegółach historię wielkiego potopu oraz patriarchy Noego, dziesiątego potomka Adama, człowieka prawego i sprawiedliwego.

Noe miał trzech synów: Sema, Jafeta i Chama. Poszukując wzorów historycznych, które mogłyby służyć rozwojowi lepszego post-apokaliptycznego społeczeństwa, odkryto Chama, najmłodszego syna Noego, najbardziej wyrazistego i prostolinijnego z wszystkich dzieci patriarchy. To on stał modelem prawdziwego mężczyzny. Cham był człowiekiem szczerym i otwartym, obnażającym nagą prawdę. Miał w sobie witalność na wagę złota czyli dziewięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Był szlachetnym buntownikiem. To on ujawnił nagość swojego ojca, który jak świnia opił się winem z własnej winnicy i rozebrany zasnął w namiocie na pokładzie Arki.

Obywatelom podobał się Cham. Kiedy zaczęli studiować jego charakter i zachowanie, zachwycili się nim do tego stopnia, że masowo zaczęli tworzyć stowarzyszenia i kluby przyjmując go za swojego patrona. Ich celem był powrót do zwyczaju bezwzględnego, nawet brutalnego, obnażania prawdy, jakakolwiek by ona nie była oraz przywrócenie przekleństw i obraźliwych zachowań jako wyrazu nieskrępowanej szczerości. Pierwszy był Klub Chama.

Na polecenie gubernatora opracowano listę synonimów imienia „Cham”, aby ustalić ich pełen zakres semantyczny. Pierwsza lista była skromna, ale użyteczna. Objęła ona w porządku alfabetycznym: Arogant, Burak, Gbur, Grubianin, Impertynent, Prymityw, Prostak, Ordynus, Troglodyta, Warchoł. To początkowe niekompletne zestawienie uświadomiło społeczeństwu bogactwo i pokrewieństwo językowe z Biblią i jej postaciami.

W ślad za Klubem Chama pojawiły się inne: Klub Gbura, Stowarzyszenie Grubianina, Klub Aroganta, Zrzeszenie Motłochu, Fundacja Ordynus. Nazwy pokazywały różnorodność zainteresowań członkowskich. Stowarzyszenie Buraka zrzeszało głównie osoby pochodzenia wiejskiego, Kluby Aroganta miały natomiast wydźwięk bardziej intelektualny, nawet arystokratyczny.

Kolejka do zapisu do pierwszego Klubu Chama w Afarze ustawiła się jeszcze przed świtem. Prawie w połowie były to kobiety. Wkrótce Babochłop otrzymał wiadomość od swego agenta, że większość z nich to kobiety wyzwolone, pragnące dotrzymać kroku mężczyznom również w chamstwie. Babochłop poinformował o tym gubernatora. Ten polecił mu zbadać, czy przynależność kobiet do Klubu Chama może mieć wpływ na prokreację.

*****

Sefardi nie interesował się specjalnie rozwojem chamstwa. Jako wynalazca i pisarz był mu nawet przeciwny, był jednak dobrze w nim zorientowany. O wszystkim informował go Enrique, jego wnuk, przy okazji spotkań rodzinnych. Okazało się, że Enrique został sekretarzem Klubu Chama w Afarze i wiedział wszystko, co dotyczyło chamstwa. Kiedy Enrique zjawił się w niedzielę na proszony obiad, Sefardi prawie go nie poznał, tak bardzo zmienił się on fizycznie i psychicznie. Młody człowiek wyraźnie odnalazł się w nurcie chamstwa; zajmował wysokie stanowisko w co najmniej dwóch klubach, obracał się w awangardowym towarzystwie, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym stolicy. Kiedy wszedł do jadalni, cała rodzina zauważyła zmianę. Był wyprostowany, zmężniał, ubierał się staranniej i bardziej dbał o siebie. Zapytany przez dziadka, co się zmieniło, odpowiedział z promiennym uśmiechem:

– Odnalazłem się dzięki nowoczesności ogarniającej nasz kraj płomieniami postępu.

Czego nie ujawnił to to, że swoje sukcesy zawdzięczał głównie przynależności do tajnej policji. Sefardi nigdy się o tym nie dowiedział, podobnie jak inni członkowie rodziny a nawet przyjaciele Enrique. Był zaufanym człowiekiem Babochłopa, dysponował poważnymi wpływami i dużymi dochodami. Pieniądze, poczucie ważności, wpływy i oparcie w potężnej organizacji stworzyły z niego nowego człowieka. Okazał się jednostką utalentowaną, łatwo nawiązującą kontakty i znajomości.

*****

Analiza fenomenu chamstwa doprowadziła gubernatora do przekonania, że dla rozumienia motywacji i zachowań kobiet konieczne jest poznanie nowych fenomenów społecznych Nomadii. Wszystkie one mogły mieć wpływ na kobiety.

– Sytuacja skomplikowała się. Musimy poświęcić więcej czasu, aby rozgryźć wszystko, co wpływa na zachowanie kobiet, jak i mężczyzn. – Stwierdził na zakończenie kolejnego comiesięcznego spotkania z udziałem Czarnej Eminencji i Babochłopa.

Sekretarka gubernatora, donia Matilde, nazywała ich po cichu Świętą Trójcą. Dotarło to do gubernatora. Zastanawiał się, czy zachowanie sekretarki jest dopuszczalne. W pierwszym odruchu chciał ją skarcić. Po namyśle zmienił zdanie. Nazwa spodobała mu się, nawet bardziej niż Triumwirat, który sam wymyślił dla podkreślenia więzi łączących osoby najbardziej oddane sprawie prokreacji. Była w tym doza przekory. Wiedział, że Czarna Eminencja będzie oburzony i chciał to zobaczyć.

Kiedy Gubernator powiedział duchownemu, jak określają ich trójkę, ten zesztywniał i zaczerwienił się na twarzy. Gubernator zauważył jego zaciskające się wargi oraz dłonie zamykające się w pięść. Eminencja spojrzał na rozmówcę i chyba domyślił się jego niezbyt czystej intencji. Otworzył usta, miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Po chwili podjął zupełnie inny temat. Z czasem i on przyzwyczaił się do Trójcy Świętej, w której miał swój oczywisty udział, zdając sobie sprawę z nieuchronności nazw i nawyków niekoniecznie sprawiających ludziom przyjemność. Koncentrował się na sprawie najważniejszej – na prokreacji. Tak bardzo go to absorbowało, że coraz częściej zaniedbywał sprawy kościoła, jakie powierzał mu Bóg. Przypomnienie sobie tego obowiązku skutkowało zawsze w pośpiesznej ale szczerej modlitwy o wybaczenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 201: Fenomen czasu

Niezwykłość rzeki Mondegi przebił fenomen czasu. Z czasem w Nomadii działo się coś dziwnego. Był nadal obecny; słońce wschodziło i zachodziło jak zawsze, zegary tykały jak zwykle, niektóre głośniej, jak zegar na ratuszu, huczący dzwonami rankiem, w południe i wieczorem, kiedy inne pracowały w coraz większym milczeniu, jakby gasły. Tak czy inaczej, wszystko, co dotyczyło czasu, było jakoś pokręcone.

Ludzie pogubili się doszczętnie, stracili rachubę minut i godzin, i nieprzerwanie spoglądali na zegarki. Mówili, że stracili czas, tak jakby stracili rękę lub nogę, bezpowrotnie i jednoznacznie. Nawet najbogatsi, których dotychczas stać było na kupienie wszystkiego, łącznie z miłością, zdrowiem i pogodą, nie byli w stanie uzyskać czasu. Nie znikł on całkowicie, ale potwornie się skurczył, wyglądało to, jakby zjadał sam siebie.

Obywatele różnie to sobie tłumaczyli, każdy z innej perspektywy. W sumie tłumaczenia powinny dać pełen obraz czasu i społeczeństwa, ale nie dały. Sefardi, powszechnie uznany mistrz czasu i zegara, śledził dziwny fenomen, lecz nie potrafił go wytłumaczyć. Uważany za geniusza, czuł się teraz szczególnie niezręcznie. Któregoś dnia zatrzymano go na ulicy, myślał, że chodzi o autograf, i zapytano go:

– Mistrzu! Co jest z tym czasem? Mam go coraz mniej, a nie wiem, dlaczego. Czy to jakaś nowa Apokalipsa?

Widząc wyraz głębokiego zaniepokojenia na twarzy pytającego, może nawet przerażenia, Sefardi poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany, nie umiejąc powiedzieć coś sensownego nawet na pocieszenie. Czuł się tak głupio, że pomyślał, że Bóg – zmieniając naturę czasu – wystawił go na ciężką próbę a może nawet zrobił z niego idiotę. Aby zyskać uspokojenie, tworzył na potęgę hipotezy i teorie, szukając wytłumaczenia znikającego czasu. Chciał zmierzyć szybkość tego zanikania, upewnić się, że czas nie zniknie całkowicie, nie skurczy się do zera, a jeśli tak, to kiedy. Nic mu jednak nie wychodziło. Nie rozmawiał na ten temat z nikim, nawet z Isabelą. Wiedział, jaka byłaby jej reakcja.

Wobec kurczącego się czasu obywatele Nomadii zapomnieli o prokreacji. Jej przeciwnicy wręcz ją przeklęli i zamknęli gęby na kłódkę, aby na próżno nie strzępić języka. Wydawało się, że pamięć o niej zanikła. Gubernator wciąż jednak pamiętał o problemie i usiłował coś naprawić, wkrótce jednak i on zagubił się w zapomnieniu jak w letargu. Niby żył, ale częściej był bardziej nieprzytomny niż przytomny. Krążyły pogłoski, że z rozpaczy popadł w pijaństwo i nie potrafi bądź nie chce go porzucić. Były to początki śpiączki.

*****

Tej nocy, kiedy Barras pogrążył się w marzeniu o własnym królestwie, czas zniknął całkowicie. Ludzie patrzyli na zegary i nie wiedzieli, która jest godzina. Cyferblaty były puste i bezbarwne. Wywołało to panikę. Wkrótce ustąpiła ona uczuciu wielkiej ulgi, kiedy zauważono, jak na twarzach wygładzają się zmarszczki, a ludzie czując się bardziej zrelaksowani, młodnieją, a przynajmniej mają takie uczucie. Każdy łapał za telefon i dzwonił do najbliższych, aby podzielić się sensacyjną wiadomością, cieszyć się wspólnie lub po prostu porozmawiać. Nikt nie przyjmował za złe nawet budzenia go w nocy wściekłym brzęczeniem dzwonka. Panowało przekonanie, że zniknięcie czasu jest przejawem nieokreślonego dobra.

Na przedraniu gubernatora obudził telefon z centrum kryzysowego. Dzwonił sam dyrektor, którego zaalarmował dyżurny krajowej służby meteorologicznej. W rozmowie nie udało się gubernatorowi ustalić niczego z wyjątkiem uzyskania przyrzeczenia, że rozmówca będzie informować go o rozwoju wydarzeń i ostatecznym powrocie czasu.

– Jeśli to w ogóle nastąpi – dodał gubernator takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że go to smuci i cieszy zarazem.

Zaraz po zniknięciu czasu Penelopa poprosiła męża do siebie. Był tym całkowicie zaskoczony, od lat nie był w jej pokoju. Nie miał pojęcia, że w ogóle jest w domu. Leżała w łóżku.

– Isabeli nie ma u siebie, a ja czuję się nieco osłabiona – wyjaśniła na wstępie i poprosiła Sefardiego o przekręcenie jej tułowia lekko w prawo sygnalizując to mruganiem oka. Nic z tego nie zrozumiał, poprosił więc o słowne wyjaśnienie. W czasie udzielania pomocy dała mu znać, że czas nie jest dla niej ważny. Była wiecznie młoda i wygładzanie się zmarszczek pod nieobecność czasu, co tak zachwyciło masę kobiet, nie miało dla niej znaczenia. Jej twarz pozostawała gładka jakby stale miała dwadzieścia lat. Zachwyt kobiet nad jej niezwykłą urodą przyjmowała ze spokojną godnością. Miała ją zapisaną w genach podobnie jak gładkość cery.

*****

Po telefonicznej wymianie informacji ze swoim zastępcą i dwoma członkami gabinetu, Blawatsky dał się przekonać, aby nawiązać kontakt z Sefardim.

– To najwybitniejszy specjalista od czasu i zegarów w całym kraju, a może nawet i na świecie – przekonywał go minister spraw wewnętrznych. – Powinien pan z nim porozmawiać, gubernatorze. To zbyt ważne, aby nie odłożyć na bok nawet najgłębszej nienawiści. Nie wyobrażam sobie życia bez czasu. Wszystko się nam zawali.

Kiedy zadzwonił gubernator, Sefardi wrócił właśnie od żony. Rozmowa przebiegała spokojnie i poważnie. Sefardi nie był w stanie niczego wyjaśnić ani doradzić gubernatorowi, zobowiązał się jednak pomóc, jak tylko zorientuje się co do natury zniknięcia czasu. Też był zaniepokojony tym zjawiskiem. Myślał o nim intensywnie.

Rano już nikt o niczym nie pamiętał. Czas wrócił, jakby nigdy nic, jakby wyszedł na spacer, tylko zapomniał o tym powiadomić osoby zainteresowane jego obecnością. Fakt zniknięcia czasu pozostał jednak niezbity. Ludzie musieli na nowo regulować zegary, ponieważ wskazywały różne godziny. Zastanawiano się potem wielokrotnie, jak to się stało, lecz nikt nie umiał wyjaśnić fenomenu. Meteorolodzy sugerowali, że mogło to być wynikiem rozmagnesowywania się ziemi, inni specjaliści, że był to efekt woli Boga, który pragnął o czymś ludziom przypomnieć. Gubernator przyjął ostatnie wyjaśnienie za pewnik i oficjalnie zadekretował, że zniknięciem czasu opatrzność przypomniała mieszkańcom Nomadii o obowiązku prokreacji, gdyż nic tak nie uprzytamnia upływu czasu jak pojawienie się dziecka i obserwowanie, jak szybko kończy pierwszy tydzień, miesiąc, rok i lata następne. Czas wracał do normy stopniowo, aż wskazania zegarków wyrównały się w całym kraju.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 200: Fenomeny nawiedzają kraj

Drodzy Czytelnicy!

To już dwusetny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Powoli zbliżamy się do końca. Dziękuję Wam za zainteresowanie, sobie za wytrwałość. Poprawiając nieprzerwanie tekst zgarbaciałem, ale mimo to trzymam się prosto i chodzę z podniesioną głową. Jeśli zauważycie na ulicy tak wyglądającego poważnego faceta, to właśnie ja.  W czasie pobytu w sanatorium w Jeleniej Górze miałem dwa spotkania autorskie i sprzedałem łącznie osiemnaście egzemplarzy moich książek (poezje „Klęczy cisza niezmącona”, powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”). To mnie trzyma przy życiu i nadziei, że kiedyś przestanę dopłacać do mojej twórczości, bo w końcu rodzina się zbuntuje i mnie wydziedziczy, a nie chciałbym mimo wrodzonego optymizmu i szalonej miłości do obecnej władzy mieszkać pod mostem.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

*****

Gubernator intensywnie myślał, jaką strategię przyjąć wobec wyzwolonych kobiet. Czuł się zagubiony podobnie jak Czarna Eminencja. Obydwaj nie mieli pojęcia, co robić.

– Co pan sugeruje? – pytali z nadzieją Babochłopa.

Szef tajnej policji nie odpowiedział od razu. Wyjął z teczki schemat zatytułowany „Ideo” przedstawiający dwa kwadraty. Jeden nosił tytuł „Rząd”, drugi zaś „Kościół”.

– „Ideo” to robocza nazwa naszego planu. Pracujemy nad jego rozwinięciem. Przedstawia on strategię prowadzenia wojny, którą musimy wygrać. Państwo i kościół to dwie siły wywierające presję na społeczeństwo, aby je przekonać do prokreacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy panowie, kobiety są życiowo bardziej odporne i dlatego odgrywają coraz większą rolę. Coraz częściej przejmują rolę mężczyzn. Już dzisiaj mają dużo więcej do powiedzenia, mimo powszechnego przekonania, że jest to głównie świat mężczyzn, że to oni rządzą.

Babochłop powiedział to w taki sposób, że Gubernator nabrał wrażenia, iż jest on dumny z kobiecości, mimo że sam zmienił płeć na męską. Nie zastanawiał się dalej, ile jest w tym prawdy, chciał wysłuchać propozycji do końca. Babochłop kontynuował.

– Nie odniesiemy zwycięstwa stosując twarde metody, prawo, zakazy i nakazy, przymus, choć nie neguję ich znaczenia. Nasza jedyna opcja to metody miękkie, indoktrynacja oparta na propagandzie i pranie mózgów. Będziemy kontynuować też nacisk i perswazję.

Oczy mówiącego zabłysły wilczo, a rysy twarzy stwardniały. Gubernator pomyślał o zastraszaniu i terrorze.

– To nie są żarty. Chodzi o zmuszenie kobiet do powrotu do ich przyrodzonej roli. To jest nasz ostateczny cel – uzupełnił mówca. – Co do zboczeńców, to musimy ich zostawić w spokoju. I tak ich nie zmienimy.

W swoim gronie mężczyźni nie krępowali się nazywać rzeczy po imieniu.

*****

Po ustaniu epidemii chorób i głodu, kiedy już ludzie odetchnęli od nieszczęść, kraj zaczęły nawiedzać fenomeny, zjawiska niekiedy dziwne i trudne do wytłumaczenia. Były one ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką sieć przyczynowo-skutkową, tak skomplikowaną, że nie sposób było nawet zrozumieć wzajemnych powiązań. Wyglądało to tak, jakby różne potworności nawiedziły kraj okazji przynosząc kilka drobnych błogosławieństw dla okrasy. Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne; w miastach ludzie poruszali się po chodnikach, ulicami jeździły samochody, dzieci bawiły się na placach zabaw, ale wszystko odbywało się jakoś inaczej.

Aby opisać fenomenalną rzeczywistość, naukowcy analizowali stare określenia i je modyfikowali albo wykuwali nowe. Najczęściej były one oparte na przeciwieństwach: przestrzeń fizyczna i wirtualna, materia i antymateria, grzech i antygrzech, kobieta i antykobieta, pro i contra. Już same nazwy fenomenalnych zjawisk wprowadzały ludzi w zdumienie powiększając chaos umysłowy. Wydawało się, że kraj stanął na głowie.

– Trzeba stworzyć świat od nowa! – krzyczeli anarchiści i wzywali do czynu nawet Boga oferując mu modły i ofiary.

Nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed skutkami fenomenów.

*****

Po dwóch tygodniach nieprzerwanych opadów deszczu Mondega oczyściła się całkowicie nabierając niezwykłych właściwości. Kąpiący się w rzece, zwłaszcza młodzi chłopcy, twierdzili, że nurkując mogą pozostać pod wodą dwa lub trzy razy dłużej niż dawniej. Kiedy zbadano wodę laboratoryjnie, okazało się, że jest ona lżejsza niż zwykła woda z kranu i woda źródlana, ponieważ zawiera nadzwyczaj wysoką ilość tlenu. Ludzie przyjeżdżali z daleka, aby zanurzać się w rzece i leczyć z trapiących ich schorzeń i dolegliwości, którym lekarze nie byli w stanie zaradzić. Widziano ich nagich, jak stojąc w nurcie połyskliwej wody obmywali ciała i wychodzili oczyszczeni, błyszczący od drobinek srebra, podobnie jak pielgrzymi znad Gangesu.

Mondega zyskiwała nową sławę; coraz częściej zdarzały się przypadki cudownego uzdrowienia. W chłodnej porze roku okazały się one tak liczne, że rzekę uznano za świętą. Kiedy zanotowano dwa przypadki zmartwychwstania, stała się przedmiotem kultu religijnego.

W jednym wypadku chodziło o młodego mężczyznę, Cesara Tujo, na którego w czasie apokaliptycznej burzy zwaliło się drzewo powodując śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei. Cesar żył tylko dzięki wytrwałości rodziny, przekonanej o jego nieuchronnym powrocie do zdrowia. Byli to ludzie prości, wieśniacy, głęboko wierzący w cudowne ocalenie. Pielęgnowali go i karmili, aż pewnego dnia, niespodziewanie, zbudził się z letargu jak z długiego pijaństwa, siadł na łóżku i poirytowanym, chropawym głosem zapytał:

– Gdzie do cholery są moje spodnie? Czy tu zawsze musi być taki bałagan? 

Drugi przypadek dotyczył starszego mężczyzny, który utonął w jeziorze. Kiedy wydobyto ciało, było już lekko napuchnięte. Topielec był dziwnie ubrany, jakby wybierał się na bal; miał twarz przestępcy znużonego długą bezsennością w oczekiwaniu na wykonanie wyroku. Student medycyny, jaki znalazł się na miejscu zdarzenia – lekarza za żadne skarby nie można było znaleźć, byli jak na lekarstwo – nie usiłował go nawet resuscytować. Orzekł, że denat musiał być w wodzie co najmniej kilka godzin. Na gorące prośby rodziny zgodził się tylko wypompować wodę z nieboszczyka.

– To zupełny bezsens – zarzekał się, ale zadanie wykonał.

Kiedy to się stało, topielec zaczął oddychać i mrugać oczami, jakby raziło go światło. Po pewnym czasie wstał i zaczął się rozglądać. Opowiedziano mu, co zaszło, ale nie uwierzył. Nie mógł sobie niczego przypomnieć, nie umiał nawet podać swego imienia ani nazwiska, ani daty urodzenia. Jego tożsamości nie można było ustalić, ponieważ nikt go nie znał, a dokumenty, jakie razem z ubraniem pozostawił rzekomo na brzegu, znikły podobnie jak jego dwaj bracia. W tej sytuacji zawieziono go do przytułku dla bezdomnych, licząc, że kiedyś wróci mu pamięć. 

Obydwa przypadki odbiły się tak głośnym echem w kraju i za granicą, że gubernator polecił je zbadać. Powołano specjalną komisję i rozpoczęto gromadzenie zeznań i dowodów rzeczowych, aby stworzyć pełną dokumentację. Niewiele osób liczyło na pomyślne zakończenie sprawy, ponieważ od samego początku był jej niechętny kościół. Czarna Eminencja był przekonany, że cudowne ocalenie bez wyraźnego udziału jakiegoś świętego nie jest możliwe. Swoją opinię uzasadniał historycznymi opisami podobnych zdarzeń.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares