Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 27: Historia rządów kraju i barykady

Historia barykady zaczęła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy do władzy doszli liberałowie. To oni swoją absurdalną polityką ogłupili naród na dobre. Interesowały ich tylko sprawy konstrukcyjne; to była ich obsesja. Oszaleli na punkcie infrastruktury, wielkich konstrukcji, gigantycznych lotnisk, dziesięciopasmowych autostrad, mostów nad przepaściami i tuneli odpornych na bombę atomową, parkingów na tysiące samochodów, stacji benzynowych wielkości małego miasta, gigantycznych muzeów i luksusowych pałaców. Burzyli lub sprzedawali, często za bezcen to, co stare, i na jego gruzach budowali wszystko od nowa, zupełnie bezsensownie, jakby dla żartu lub na wiwat. Nikt w rządzie o niczym innym nie myślał i nie mówił, wszędzie słychać było tylko: więcej, więcej, więcej. Członkowie rządu bez wyjątku reprezentowali postawy stachanowskie, dawno już przeżyte. Byli ponadto skorumpowani do szpiku kości. Działania rządu liberałów otaczały same afery. Rozdęte do wielkości balonu pękały teraz, za rządów konserwatystów, z hukiem nad głowami obywateli. Zamieszanie było tak wielkie, że obywatele – zaniedbując obowiązki służbowe i rodzinne – nic innego nie robili, tylko czytali, słuchali i dyskutowali o aferach i korupcji.

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie ciemnego tunelu, bez oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo korzystne. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym miejscom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można było nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze kupić za półdarmo przepyszne lody Maraska i owoce liu-tsi w likierowej polewie.

Uczestnicy obydwu obozów widzieli się bardzo dobrze, ponieważ dzieląca ich barykada była wytworem ich własnej wyobraźni. Świadomość ta prześladowała Sefardiego. Dla oderwania się od posępnej rzeczywistości, sięgał myślą do kosmosu, gdzie czas i odległości mierzy się latami świetlnymi, a nie dniami kalendarzowymi i kilometrami. Myślał o Bogu, żyjącym w samotności i podarowaniu mu pięknego, wielofunkcyjnego zegarka zdobnego kamieniami szlachetnymi, które rozjaśniłyby mu wieczność.

Po chwilach filozoficznej zadumy, Mistrz wracał do rzeczywistości. Bolesny podział kraju pochłonął go tak daleko, że zaniedbał, a w końcu porzucił zegarmistrzostwo, swoją pasję, aby poświęcić się naprawie uczuć społeczeństwa.

Po dwudziestu pięciu latach demokracji Nomadia przeżywała problemy wolności. Kraj nie nadawał się do rządzenia. Wyglądało to tak, jakby młody człowiek zaczął nagle odczuwać nieznośny bóle ząbkowania. Rozkwitły egoizmy i egocentryzmy. Obywatele, przez rządzących polityków zwani podmiotami, ciągnęli sukno demokratycznego stołu każdy w swoją stronę.

Historia zaczęła się w prostym baraku koszarowym na południu kraju, gdzie reprezentacja zbuntowanych obywateli spotkała się na ringu z reprezentacją despotycznego rządu. Buntownicy mieli za sobą miliony desperatów; ich szeregi powiększały się na podobieństwo wiosennej rzeki przyjmującej strumienie wody spływające ze wszystkich stron.

Despoci dysponowali aparatem państwowym i armią oraz doświadczeniem podstępnej manipulacji narodem. Walka była trudna i wyczerpująca. Jednej stronie chodziło o zdobycie tytułu mistrzowskiego i niezależności, drugiej o wtopienie się w nurt przemian, których nie byli w stanie okiełznać siłą perswazji ani wojska. Porozumienie osiągnięto ostatecznie drogą negocjacji. To podzieliło naród. Po latach wolność okazała się mniej ważna niż sposób, w jaki ją zdobyto.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 20: Majowe spotkanie przy krawężniku

Pierwsza sobota maja wypadła w dzień ciepły i słodki jak ukochane dziecko roztańczonej wiosny i zawadiackiego lata. Mistrz Sefardi stał w oknie gabinetu i patrzył na osiedle Aura zanurzone w promieniach słońca. Panowała cisza. Z okna drugiego piętra roztaczał się panoramiczny widok na osiedle.

Przed sobą widział front najdłuższego budynku oraz szeroki tył budynku numer siedemnaście, przed którym na wzgórzu mieszczącym plac zabaw dla dzieci w niespokojne dni błaznowały z wiatrem nieforemne drzewa. W głębi za brzozą szeroko rozpostartą na stoku widoczne były okna budynku numer jedenaście. Między zabudowaniami biegła droga osiedlowa obrzeżona klombami kwiatów oraz miniaturowymi drzewkami nieokreślonej nomenklatury ogrodniczej. Osiedle przypominało więzienie, było ogrodzone solidną, metalową siatką w kolorze poszarzałej czerni, miało tylko jeden wjazd z dwuczęściowym szlabanem i furtką dla pieszych zamykaną na klucz. W środku osiedla stały dwa budynki przypominające wieżyczki strażnicze swymi płaskimi dachami. Dla mieszkańców osiedla był to obszar ważnych wydarzeń, miniatura kraju.

Iwan Iwanowicz ogłosił spotkanie osobiście, obchodząc wszystkie budynki i wykrzykując na głos: „Jutro, w niedzielę, o godzinie szesnastej odbędzie się zebranie, jak zwykle przy krawężniku. Tematem będzie los zwierząt, określany trójkątem historii, decyzji rządu oraz determinacji ekoterrorystów. Obecność obowiązkowa zgodnie z przyjętymi zasadami demokracji bezpośredniej”.

Sefardi nie przypominał sobie żadnej uchwały osiedlowej dotyczącej obowiązku uczestnictwa w zebraniach przy krawężniku. Był to tylko dobry zwyczaj. Miłując demokrację, Iwan Iwanowicz potrafił naginać jej zasady. Doceniając jej plusy, korzystał z jej słabości. Była to cecha, którą dzielił z innymi mieszkańcami osiedla i kraju.

– Demokracja ma jedną szczególną wadę, mawiał. Głupiec ma taki sam głos jak mędrzec, nieopierzony młodzieniaszek taki sam jak doświadczony mąż, płocha niewiasta taki sam jak dojrzała matrona. Od starożytnej klasycznej demokracji greckiej różni nas tylko to, że psy nie mają u nas głosu.

Mistrz nie miał pojęcia, dlaczego demokracja miałaby się wiązać z prawami zwierząt. Zapytany o to Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że jest to chwyt kazuistyczny, nawiązujący do pytania, kto rządzi krajem. Wyjaśnienie było proste: Rządzą mężczyźni, ale mężczyzna zrobi wszystko, o co poprosi go kobieta, a kobieta zrobi to, czego pragnie dziecko, dziecko zaś pójdzie tam, gdzie pociągnie je pies.

– To naiwne rozumowanie zostało wymyślone na użytek prostaczków i żartownisiów – podsumował Iwan Iwanowicz i zamilkł, zagłębiając się nagle we wspomnieniach. Jego oczy zwęziły się, a źrenice uciekły w głąb czaszki. Misterium uciekających oczu trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, po upływie których Iwan Iwanowicz wracał do życia cudownie odświeżony i skory do żartów jak młoda koza do figli.

Wspominając głupców Iwan Iwanowicz nie zamierzał bynajmniej obrazić kogokolwiek.

 – Nie znam żadnego głupca, bo w kraju takich nie ma. Nie słyszałem, aby ktoś się do tego przyznał, a mówić o kimś, że jest głupcem nie jest rzeczą ani mądrą ani zręczną, bo może się okazać, że jest to twój zwierzchnik, przyjaciel albo sąsiad.

Mówiąc o demokracji starzec wyprostowywał się i wypinał pierś zdobną medalami. Ich ilość zależała od skuteczności, z jaką wnuki ukryły je poprzedniego dnia w trakcie zabawy domowej. Iwan Iwanowicz tolerował ich figle, ponieważ był człowiekiem uczuciowym, pełnym wyrozumiałości, rozbudowanej jak piętra budynku mieszkalnego. Dzieci miały u niego nieograniczony kredyt zaufania. Wobec dorosłych Iwan Iwanowicz był wymagający, niekiedy wręcz despotyczny. Nieustępliwość tę składał na karb wieku oraz przekonania, że osoba odpowiedzialna musi wiele wymagać od siebie jak i od innych osób, którym zdarzyło się osiągnąć dojrzałość nie tylko wiekową, ale i intelektualną, uczuciową i duchową. Z definicji społeczności osób wszechstronnie dojrzałych wyłączał alkoholików, zagorzałych pantoflarzy i ludzi sponiewieranych przez los na umyśle.

Zebrania przy krawężniku odbywały się na wzór szwajcarski. O wszystkich sprawach osiedla decydowano drogą uzgodnień i demokratycznego głosowania. Na przestrzeni kilku lat wykształciła się cała procedura prowadzenia zebrań. Zwoływał je i prowadził nieodmiennie Iwan Iwanowicz. Przywództwo dawało mu sposobność propagowania swoich poglądów na dowolny temat; bardzo mu to odpowiadało. Potrafił elastycznie interpretować zasady.

– Gdybyśmy kierowali się logiką, mój Boże, to zapanowałby powszechny dobrobyt, dzieci byłyby mądrzejsze od rodziców, a rodzice od dziadków. To rzecz nie do pomyślenia.

Starzec miał także inne porównania, w opinii niektórych osób przystające do rzeczywistości jak pięść do nosa. Drobne wypaczenia charakteru Iwana Iwanowicza mieszkańcy osiedla Aura akceptowali bez większych oporów, wyrażając w ten sposób wdzięczność za jego niestrudzoną pracę na rzecz wspólnoty. W chwilach wolnych od obowiązków, Iwan Iwanowicz pomagał fizycznie ogrodnikowi w utrzymaniu zieleni osiedlowej.

Zebrania odbywały się na otwartym powietrzu. W razie silnego deszczu lub śnieżnej zawieruchy rozciągano wielki zielony brezent między budynkiem, gdzie przechowywano pojemniki na śmieci, a najbliższym budynkiem mieszkalnym. Na bardziej uroczyste spotkania przewodniczący przynosił metalową misę nepalską kutą ręcznie z ośmiu warstw metali: brązu, miedzi, srebra, żelaza, cynku, aluminium i złota. Uderzona tłuczkiem z twardego drewna wydawała intensywny, niekończący się dźwięk. Iwan Iwanowicz używał jej do otwierania zebrań oraz przywoływania uczestników do porządku.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Informacja dla Czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

Pomyślałem, że może zainteresuje Państwa spojrzenie od strony pisarza na czytelnictwo i czytelników powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”.

Zainstalowałem sobie aplet Google Analytics i analizuję statystyki ruchu na stronie autorskiej, gdzie publikuję powieść w odcinkach. Nie jest źle, dzięki za czytanie.

Ostatni tydzień (poniedziałek – niedziela) to przeciętnie 112 czytelników dziennie, w najlepszy dzień (piątek 8 czerwca) weszło 258 osób. W poprzednim tygodniu było przeciętnie 97 czytelników dziennie, w najlepszy dzień 235. Te dobre dni to dni, w których publikuję odcinek powieści. Google Analytics pokazuje tzw. unique readers czyli rzeczywistą liczbę czytelników. Możesz wchodzić na blog trzy razy w ciągu dnia, system zanotuje Cię tylko jako jednego czytelnika.

Oto kraje czytelników mojej powieści: Polska 74%, Francja 13%, Australia 3%, Peru 3%, Filipiny 3% (dane zaokrąglone do pełnego procenta). Jeszcze ciekawsze są urządzenia, z których ludzie czytają blog oraz zmiany (w ostatnim miesiącu): komputery: 74,5 % (- 9%), telefony komórkowe 23,5 % (+7,8 %), tablety 2,0% (+1,1%).

Rozmawiam z ludźmi. Ogromna większość osób skarży się na brak czasu. Rozumiem to. Za PRL-u, czasu mojego dzieciństwa oraz pierwszej, drugiej i trzeciej dojrzałości, czasu było więcej, ludzie czytali więcej, ale za to nie mieli mieszkań, samochodów, paszportów w domu, wycieczek zagranicznych, grilla. Dziś jest inaczej.

Moim zamysłem od początku było pisanie powieści w odcinkach, właśnie z myślą o osobach, które nie mają czasu, a jak mają to fragmentarycznie (w przejściu lub przejeździe), jadąc tramwajem, pociągiem czy autobusem lub czekając w kolejce do lekarza. Wejście na tę stronę zajmuje około 25 sekund, przeczytanie jednego odcinka powieści na blogu około 3 minut. Akurat tyle, aby przeczytać go na smartfonie (między dwoma przystankami tramwajowymi lub między rejestracją a gabinetem lekarskim).

Proszę zajrzeć także na moją stronę na Twitterze: www.Twitter.com/Michael_Tequila. Ostatnio zamieszczam tam głównie aforyzmy.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Uwagi na temat zmian w powieści

Drodzy Czytelnicy,

Zamieściłem już na 13 odcinków mojej powieści. Staram się publikować je bardzo konsekwentnie.

Otrzymałem już kilka komentarzy na temat powieści. Wykorzystuję je. Wprowadziłem i wprowadzam zmiany do powieści, usuwając niekonsekwencje, poprawiając niezbyt udane imiona i nazwiska bohaterów, czy też usuwając wątki nawiązujące do aktualnej polityki. W duchu ostatniej sugestii zmieniłem znacznie fragmenty Odcinka 3 opublikowanego w dniu 19 maja.

Zachęcam do jego ponownego przeczytania.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 6: Kaznodzieje i inżynieria genetyczna

  Zwierzę i człowiek, by Max Frey.

Nie wszyscy mieszkańcy kraju uwierzyli w użyteczność i znaczenie inżynierii genetycznej. Wielu uważało tę nowoczesną technologię za niepotrzebne ryzyko, bali się jej. Pytano, dlaczego zmieniać cokolwiek w człowieku lub przyrodzie, skoro i tak jest nieźle. Jak zwykle, wywołało to podziały społeczne i ferment tak wielki, że w niektórych miejscach dał się odczuć zapach opuszczonego browaru, przypominający trochę zwarzony chmiel a trochę zleżałą padlinę.  

– Tam, gdzie w gę wchodzą wielkie pieniądze, ludzie gotowi są zrobić każde draństwo. Nie ma takiej świni, której nie byliby zdolni podrzucić bliźniemu. Możliwe jest, że do gry włączą się terroryści, co byłoby szczególnym zagrożeniem.

Tego rodzaju głosy nie były odosobnione. Pojawiły się w związku z nimi pytania, a wraz z nimi różne tłumaczenia i teorie. Wszyscy usiłowali ustalić, czy inżynieria genetyczna jest potrzebna, ponieważ może doprowadzić do tego, że świat będzie lepszy, albo też narobi takiego smrodu, że wszyscy otrzeźwieją dopiero na drugim świecie.

– To będzie piekło, jak zechcą skojarzyć małpę z kangurem, albo człowieka ze zwierzęciem. To czyste szaleństwo – mówili szczerze przerażeni ludzie.

Wśród teorii na pierwszy plan wysunęła się teoria alienacji. Miała ona tłumaczyć potrzebę szybkich i głębokich zmian w człowieku. Chodziło o to, że cokolwiek cywilizacja stworzyła dając ludziom korzyść, to równocześnie coś im odbierała lub psuła. Przeciwnicy globalizacji, anarchiści i jednostki ogarnięte tęsknotą za życiem pierwotnym na łonie przyrody, nazywali to pachnąco-śmierdzącym strumieniem postępu. Niektórzy mówili o alienacji, choć jej nie rozumieli.

Ponieważ natura nie znosi próżni, ktoś musiał w końcu wyjaśnić wątpliwości i złagodzić rozterki. Na ulicach pojawili się duchowni nazywający siebie kaznodziejami wiedzy i nadziei. Mówili, że przyszli pomóc, cytowali Pismo Święte, zwłaszcza fragmenty o dobrym samarytaninie. Kiedy już wyjaśnili swoją rolę i historię dokonań, zaczęli mówić o alienacji, potwierdzając, że każda forma postępu, nawet wynalazek tak drobny jak trzy atomy metalu połączone ze sobą niewidzialną nitką, coś dając, coś odbiera.

Brodaci, poważni, ubrani w czarne garnitury duchowni zjawiali się już z samego rana w miejscach publicznych, aby wykrzyczeć swoje prawdy. Byli też i młodsi, ci byli najbardziej nawiedzeni. Ubrani w żółte kurtki wzorem dróżników, z megafonami zawieszonymi na piersiach, chodzili po ulicach przestrzegając przechodniów przed złem i wołając „Obudźcie się”, potrząsając przy tym grzechotkami, które raz odsłaniały anioła, a raz diabła, raz pokazywały rozmarzone oczy, a raz zimne ślepia grzechotnika.

Wśród kaznodziejów zdarzały się też kobiety; wszystkie bez wyjątku były postawne, starannie ubrane i uczesane, o piersiach przypominających orzechy kokosowe. Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, lgnęli do nich bardziej niż muchy do lepu, aby wsłuchiwać się w ich orędzia ilustrowane przykładami niczym książki dla dzieci. Niektóre kaznodziejki były wręcz brutalne w swoich objawieniach, ale tylko dlatego, że pragnęły wstrząsnąć bliźnimi do głębi, aby zrozumieli naturę rzeczy.

– Macie samojezdne samochody, tanie i wygodne, bez wysiłku docieracie do tysiąca i jednego miejsca, oglądacie zabytki, dziwnych ludzi i kolorowe pejzaże, i to was cieszy. Ale kiedy wracacie do domu, stwierdzacie ze zdumieniem, nie od razu i nie każdego dnia, ale coraz częściej i coraz wyraźniej, że wskutek nieużywania nóg powrastały wam one w pośladki, że mięśnie wam zwiotczały, skóra wygląda jak wyprawiona w taniej garbarni, a sami czujecie się jak worek zleżałego siana.

Ludzie rozumieli to coraz lepiej, ponieważ czuli jak w zastraszającym tempie tyją połykając w pośpiechu żywność wzbogacaną konserwantami i barwnikami, zawierającą głównie tłuszcze, cukier, sól i białko, bardziej przypominającą najtańszą paszę dla bydła niż żywność. Ponadto czuli się skołowani, ponieważ nieprzerwanie ktoś do nich dzwonił, lub oni dzwonili do kogoś, męczyły ich choroby wcześniej mało znane oraz ciągły stres, zabijający chęć do życia, a w mężczyznach także potencję.

Głosicieli prawd o alienacji wspierali kaznodzieje dualizmu, Mówili oni, że wszystko ma dobre i złe strony, że dobroć nie istnieje bez niegodziwości, radość bez smutku, miłość bez nienawiści.

– Im lepiej bawisz się na przyjęciu, tym większego masz potem kaca, im bardziej komuś pomagasz ciężko pracując na niego lub za niego, tym więcej okaże ci niewdzięczności na starość. Takie są prawa dualizmu – były to ich zawołania i zaklęcia.

Nauki te powtarzano tak długo, aż w końcu społeczeństwo zrozumiało, że inżynieria genetyczna jest uniwersalnym i najlepszym lekarstwem na jego bolączki, i że bez niej nie da się uratować człowieka, zwierząt ani środowiska naturalnego. Pod presją społeczeństwa parlament w abcugach stworzył jeszcze lepsze i dokładniejsze prawa ułatwiające rozwój inżynierii genetycznej. Wkrótce powstały nowe laboratoria i instytuty, i zaczęły prześcigać się pomysłach, budząc w ludziach nadzieję, że poprawią ich coraz bardziej dychawiczną kondycję.

Sprawy szybko ruszyły do przodu. W pierwszej kolejności nauczono się hodowli ludzkiej skóry i budowy szkieletu kostnego oraz przeszczepiania organów wewnętrznych, płuc, serca, nerek i wszystkich innych. Nie pisała o tym prasa codzienna, aby nie straszyć społeczeństwa wizją człowieka, któremu można wymieniać i instalować szkielet, kości, tkanki i organy wewnętrzne równie łatwo, jak części zamienne w rowerze lub samochodzie. Przykładem mogły być wcześniaki, które ratowano nawet wtedy, kiedy były zaledwie w połowie rozwinięte, aby potem usprawniać poszczególne organy i funkcje ciała. Celowały w tym szpitale, szczycące się ratowaniem najmniejszych dzieci. Na ścianie szpitala w Comotal wisiały zdjęcia dziesięciu uratowanych wcześniaków; najmniejszy ważył niecałe czterysta gramów, cała dziesiątka ważyła łącznie niecałe sześć kilogramów.

Którejś nocy mało znany portrecista Alain domalował dzieciom rączki i nagrał ich głosy wołające o ulżenie ich cierpieniom. Ujęty przez policję, wezwaną przez sprzątaczkę nocną, został zatrzymany razem z dowodami przestępstwa. W prokuraturze tłumaczył się, że chciał tylko – ze strachu przed możliwościami manipulacji genetycznej – wyrazić sprzeciw wobec ingerencji człowieka w naturę życia.

Rosaton, będąc dziennikarzem, postanowił poświęcić się obserwacji i opisowi nowej rzeczywistości. Miał ku temu szczególne warunki i powody. Dzięki mikroprocesorowi podłączonemu do dwóch pamięci, krótkotrwałej, podręcznej, w płacie czołowym mózgu, oraz do trwałej, znajdującej się w hippokampusie, części mózgu podobnej do konika morskiego z podwiniętym ogonkiem, jego mózg miał dużo większą pojemność i wyjątkowo sprawnie pracował. Z drugiej strony, ciarki mu przechodziły po plecach, że ktoś uzyska dostęp do jego mikroprocesora i będzie mógł rejestrować wszystko, co on myśli, mówi i czyni, mierząc mikroprądy pokazujące pracę serca, ciśnienie krwi, proces oddychania, jak się porusza, gdzie chodzi, co robi oraz odczytując to, co pisze czy na co patrzy.

Mimo obaw i ryzyka, inżynieria genetyczna stała się szybko symbolem nowoczesności, umieszczanym na najwyższych budynkach. Prawa do użytkowania symbolu nie można było kupić ani sprzedać. Rząd uznał inżynierię genetyczną za skarb narodowy i zezwalał na używanie symbolu tylko w święta państwowe oraz w dniach wielkich wydarzeń krajowych i międzynarodowych. Dla ułatwienia stosowania symbolu dopuszczono skróconą nazwę „Inż-gen”.

Partia Konserwatywna, zwana w skrócie Konserwą, i jej rząd byli głęboko przekonani, że inżynieria genetyczna wyzwoli społeczeństwo z przymusu opatrzności i przypadku. Premier Csudo własną ręką dopisał ją do listy priorytetowych dziedzin gospodarki, na której już wcześniej umieszczono technologię cyfrową oraz automaty i roboty, o które wołali wszyscy przedsiębiorcy mający coś do spawania, podnoszenia lub przycinania. Wszystko wiązało się ze sobą.

C.d.n

Kronika narodu wybranego. Odc. 9: Sen na jawie, słowa i ich interpretacja

 CharmLG by Louis-Garden

Na pytanie dziennikarki o przemówienie Prezydenta, jego rzecznik, osobnik pucołowaty, w czarnym kusym paletku na pulchnym organizmie, odpowiedział uśmiechając się różowawo na twarzy, bo było bardzo zimno:

– Pan Prezydent tego w ogóle nie powiedział w pełni świadomości. Jemu to się śniło i on to mówił przez sen.

– W pełni dnia, na świeżym powietrzu, w obecności setek ludzi?

– Właśnie. Dokładnie tak. Wszyscy to widzieli. Śni się również na jawie! To pani tego nie wiedziała? To niezwykłe. Niby taka znana dziennikarka, a nie wie podstawowych rzeczy! – nie mógł się nadziwić rzecznik

– Czy oni wszyscy muszą być tacy pulchni i pucołowaci – zadała sobie pytanie dziennikarka, przemilczała jednak odpowiedź jak każda rozważna kobieta unikająca publicznego komentowania męskich przypadłości.

– Wyjaśnię pani z całą wyrazistością – kontynuował rzecznik – cytując fragmenty wypowiedzi pana prezydenta: co tam nasz kraj, najważniejsza jest Unia Kontynentalna, że bywają takie głosy, że ponad sto lat zaborów, że kraj taki wielki zniknął z mapy, a może to lepiej, bo wreszcie swary się skończyły i rozkosze, wszystkie insurekcje, wojny, awantury, konferencje, nie mamy już na to żadnego wpływu, bo jesteśmy małymi dziećmi, bo gdzie indziej decyduje się o naszych sprawach, zabiera nam się kieszonkowe, które zaoszczędziliśmy z wielkim trudem i pracujemy jak niewolnicy na innych, i nic nie czujemy. Ja przynajmniej nic wtedy nie czuję, kiedy mówię, jak niewolnik pracując na kogoś, kogo nawet poważam, bo mu dużo zawdzięczam, ale tak nie buduje się rzeczywistości – zakończył rzecznik na ostatnim oddechu przytaczając słowa prezydenta, po czym znowu podjął.

– Pan prezydent, owszem, tak powiedział, ale przez sen i to nie całkiem własny, przez to nie miał na myśli tego, co powiedział, ale zupełnie coś innego. Jego słowa nie odnosiły się do Unii Kontynentalnej, którą szanuje i doskonale zna, bo przecież dłuższy czas tam terminował, brał nie takież to znowu nadzwyczajne pieniądze, wykonywał różne znaczące prace, czytał i oznaczał ważne akta prawne, a raz nawet redagował fragment ustawy o hodowli rasowych królików, które muszą być jednowymiarowe, czemu on się sprzeciwił i to zostało dobrze przyjęte i uznane przez Unię. Pisała o tym potem cała prasa. Co do imienia i nazwiska, to Prezydent jest tylko pseudonimem literackim, teraz właściwy jest tytuł Najwyższy Urzędnik Państwa, zwany Głową albo Duą, co jest naturalne, bo wszyscy jakoś się nazywamy i jest to już tradycja i historia, która kiedyś bez wątpienia też doczeka się pomnika.

Co do pseudonimu, że niby taki literacki, to pan prezydent umie pisać, czytać i mówić, i na tej podstawie twierdzi z pełnym przekonaniem, i ja mu wierzę, że wie co czyta, pisze i mówi, nawet kiedy nie mówi od siebie tylko przemawia w czyimś imieniu, kogoś bardzo ważnego. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała w naszych warunkach klimatycznych, kiedy jest tak zimno, że człowiekowi osobiście nie chce się gęby otworzyć, zwłaszcza kiedy jest bardzo ważną osobą – podsumował rzecznik.

– Pan Dua znany jest podobno z szybkiej i niechybotliwej jazdy na nartach? Czy to prawda? – zapytał jeszcze dziennikarka, aby oryginalną informacją nadać dodatkowej świeżości wywiadowi.

– Tak, to prawda, z tym, że nie to jest najsilniejszą cechą Duy, używajmy tego skrótu, to ogromnie upraszcza porozumiewanie się, co jest ważne dla naszego ukochanego kraju, przez nas uczciwych urzędników państwowych zwanych ojczyzną, a nie wiadomo jak zwanych przez opozycję, ulicę i zagranicę – rzecznikiem wstrząsnęło, kiedy wymawiał trzy ostatnie słowa; o mało co nie uwięzły mu one w gardle ze zgrozy i niepokoju, co stałoby się, gdyby wymienione elementy mogły o czymkolwiek decydować.

Dziennikarka pomyślała, że to wszystko to bełkotliwa interpretacja wypowiedzi wszystkich krajowych najwyższych urzędników państwowych, ale nie była pewna, czy tak szeroka definicja ma ręce i nogi, podobnie jak je mają wszyscy normalni ludzie w Nomadii.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Odezwa do Czytelników 

Droga Czytelniczko!  Drogi Czytelniku! 

Zakrzyknę jak niegdyś Edward Gierek: „Pomożecie?”, a Wy mi odpowiedzcie: „Pomożemy!”, nawet gdybyście mieli skłamać.To mi doda otuchy. Nie będziecie pierwsi, którzy nie mówią prawdy. Kłamstwo jest dzisiaj w cenie, szczególnie w polityce. Widocznie czemuś ono służy, skoro jest w cenie. Na pewno ludziom łatwowiernych i szukającym mądrości w innych, nie w sobie. 

Zmieniłem zamysł. Miałem pisać na mojej stronie autorskiej opowiadanie, piszę powieść w odcinkach. Poniżej trzeci odcinek. Pomysły czerpię z otaczającej nas rzeczywistości, rodzimej i międzynarodowej. Przedstawiam to, co widzę, czytam, słyszę, co mi się śni w nocy, cofam się w tył, wybiegam do przodu, fantazjuję. Staram się, aby była to najlepszej klasy groteska, parodia, także realizm magiczny, który mnie urzeka (uwielbiam Gabriela Garcię Marqueza)

Pisanie kosztuje mnie dużo wysiłku. Jeden wpis na blogu (300 – 600 wyrazów) to 3 do 5 godzin pracy, może nawet dłużej. Sprawdzam treść wielokrotnie, zmieniam, uzupełniam, aby tekst był celny, interesujący, atrakcyjny. Pisząc blog, zaniedbuję inną powieść, nad którą pracuję już od blisko roku. To dodatkowe obciążenie dla mnie.

Dlatego, jeśli moje teksty Ci się podobają, zachęcaj jak najczęściej do wchodzenia na moją stronę przyjaciół, znajomych i rodzinę. Jeśli możesz, umieść link do mojej strony autorskiej na swoim Facebooku lub blogu. Będę wdzięczny. Im więcej osób mnie czyta, tym większa jest moja motywacja do pisania; czynię to w czynie społecznym.

Szczególnie byłym zachwycony, gdyby na mojej stronie pojawił się ktoś z Twoich znajomych, dziennikarz, pisarz, księgarz, recenzent, bibliotekarz, aktor, bloger książkowy, znana osobistość, jednym słowem osoba opiniotwórcza. To dla mnie bardzo ważne, gdyż potrzebuję promocji. Nawet najwybitniejsi pisarze się promowali. W księgarniach są moje trzy książki, mają dobre i bardzo dobre recenzje (patrz górny pasek menu nad blogiem), ale jestem mało znany. Nieliczni mnie kupują, rynek jest szalenie konkurencyjny.

Na zakończenie: uwielbiam uwagi, recenzje, sugestie. Nic mnie tak nie cieszy, jak krytyka; pisząc polubiłem cierpienie. Bądź markizem Donatien-Alphonse-François de Sade, chłostaj mnie krytyką! Pisz komentarze, jeśli życzysz sobie także bezpośrednio do mnie. Podaję adres: michael.tequila@anciano.pl

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Linki:

Najkrótszy dzień roku i Święta Bożego Narodzenia

Najkrótszy dzień w roku na bliskiej perspektywie cieszy mnie, ponieważ potem wszystko idzie z górki, dni stają się coraz dłuższe, mogę też sobie wyobrazić, że coraz bardziej słoneczne. Zdaję sobie sprawę, że tworzę w ten sposób wyobrażenie, które ułatwia mi przetrwanie dni zimowych, ponurych, męczących i przygnębiających, jak obecna polityka.

Polityka i władza mnie znużyły; konsekwentnie ciągną nas w dół, w nieznanym kierunku; mam złe przeczucia, ponieważ kłamstwo zbyt często rozdziobuje prawdę, a duża część społeczeństwa jakby tego nie dostrzegała zachowując się tak, jakby kasza manna padała z nieba. Mojemu rozczarowaniu daję wyraz tweetując na Twitterze, którzy stał się dla mnie głównym forum wypowiedzi.

Przygotowałem sobie kilka wpisów z Twittera, głównie o charakterze aforyzmów, na jutrzejsze spotkanie autorskie o godzinie 18.30 w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. Miejsce i czas spotkania przypominam także sobie, ponieważ jest to dla mnie ważne spotkanie. Myślę o nim od kilkunastu dni, zamierzam przedstawić fragmenty mojej twórczości, poezji, powieści, opowiadań, aforyzmów, blogów i tweetów, twórczości dosyć rozrzuconej gatunkowo, częściowo publikowanej, częściowo niepublikowanej.

Skończyłem właśnie czytać książkę Mariusza Szczygła: „Projekt prawda”, nietypową pod względem zawartości. Obok tekstów autora w książce zawarta jest powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, wyróżniona nieco ciemniejszym kolorem kart, wydana pierwotnie w roku 1959, której autora porównywano – jak podaje M Szczygieł – do takich znakomitości jak Camus, Beckett, Sartre i Proust. Pierwsza część Stanucha podobała mi się, nawet bardzo, druga pisana techniką „strumienia świadomości” już nie. Obydwie części, ta stanuchowa i ta szczygłowa, godne są uwagi, przynajmniej częściowo.

Część szczygłowa zawiera krótkie opowiadana, rodzaj wspomnień i refleksji, każda na temat jakiejś lub czyjejś prawdy, człowieka, zdarzenia lub miejsca. Literatura zawsze sprawia mi przyjemność, ponieważ czytam teraz mniej, za to uważniej i rzeczy, o których jestem przekonany, że warto je przeczytać.

Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Raj gastronomiczno-polityczny czyli obietnica lepszego życia

Umiem zachwycać się życiem. Przeczytałem folder Smaki Portugalii, smaki Hiszpanii i zachwyciłem daniami. Były to: królik po myśliwsku, kaczka z zielonymi oliwkami i pomarańczą, jagnięcina z soczewicą, karkówka z czarnej świni iberyjskiej.

Kocham kaczki, króliki i jagnięta jako dania. Oświadczam to z ręką na żołądku. Świnia niestety gorzej mi się kojarzy; nie dość, że jest czarna i iberyjska (co brzmi strasznie), to w dodatku w trakcie sprawdzania automatycznego pisowni otrzymałem komunikat: „Wskazany wyraz jest uznawany za wulgarny”. To rozpaliło mi wyobraźnię. Chyba nie ma potworniejszego przekleństwa niż „ty czarna świnio iberyjska!”.

Pozostałe trzy dania zapowiadają raj (wchodzi on w życie równocześnie z nową władzą, może jest to przypadek, a może nie). Raj, ale nie dla każdego. Na stronie Onetu przeczytałem wypowiedź posła PiS-u, że w Polsce katolicy są prześladowani. Wkrótce będą także i sędziowie. Współczuję im, jak każdemu prześladowanemu, z wyjątkiem uchodźców zmierzających (nie tak znowu tłumnie) do Polski, bo to straszni ludzie według Prezesa Kaczyńskiego.

Łącznikiem między rajem gastronomicznym a rajem społecznym jest pani prof. Krystyna Pawłowicz. Słuchałem ją przez radio jadąc samochodem. Nie powiem, mówiła bardzo przekonywająco. Ma szczęście, bo przemawiała w Radio Maryja. Skoro tam wystąpiła i to z ostrą oceną polskich sędziów to znaczy, że jest wyjątkiem wśród prześladowanych katolików. Swoją wiarę potwierdziła serdecznym „Z panem Bogiem”.

Jej postulat był następujący. Sędzia w Polsce może najwcześniej objąć urząd w wieku 29 lat (ona sugerowała 36 lat). Obejmując urząd sędzia ma obowiązek przedstawić zaświadczenie o zdrowiu psychicznym wystawione przez psychologa. Zakres tego zaświadczenia jest taki sam, jak osób nabywających broń. Pani Profesor uważała, że nie odpowiada to potrzebom, ponieważ praca sędziego jest innej (bardziej złożonej i odpowiedzialnej) natury. Inaczej mówiąc, sędziowie powinni być gruntowniej badani przez psychologa.

Nie piszę tego dla żartu, tylko satyrycznie, a to nie znaczy, że sprawa nie jest poważna. Jestem za jej propozycją, ale – jak to w życiu i w Sejmie bywa – pod pewnym warunkiem, czyli nie za darmo. Otóż postuluję, aby badaniom u psychologa byli poddawani także posłowie, ponieważ ich funkcja jest znacznie poważniejsza niż funkcja sędziów. Sędziowie mogą zrujnować życie niektórym ludziom, posłowie całemu społeczeństwu. Nalegam na to tym bardziej, że pani posłanka Pawłowicz kiedyś sama ubrudziła sobie ręce. Widziałem w telewizji, jak obficie posilała się fast food’em na sali sejmowej w trakcie obrad. Co więcej, tłustymi ustami obsobaczyła posłów protestujących z powodu jej rozpasanej konsumpcji w Sejmie.

Mam nadzieję, że postulaty, zarówno ten przedstawiony przez Panią Profesor jak i mój, dosłyszy i weźmie do serca nowy minister sprawiedliwości. Poznamy go jutro.
Wydaje mi się, że już go gdzieś widziałem, młodzieżowo łagodny i gładki na twarzy, choć trochę niegrzeczny. Kłócił się kiedyś z Prezesem Kaczyńskim. Nie wiem, dlaczego to robił. Tak się nie postępuje.

„Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Akt 1.

Na podstawie donosów prasowych powstaje scenariusz współczesnej sztuki teatralnej „Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Jest to tragedia nawiązująca do twórczości znanego pisarza Fiodora Dostojewskiego.

Sztuka przedstawia historię rodziny Karamazow, która w wyniku ciosów zadanych przez naród partii rządzącej obejmuje niepodzielną władzę w kraju. W przewrocie ważną rolę odegrały podsłuchy telefoniczne, wzrost gospodarczy, emigracja, uchodźcy i czynniki tzw. egzotyczne. Rodzina składa się z wielu braci i jednej siostry.

Przewodnie aspekty fabuły to niepodzielność władzy oraz najstarszy z braci Karamazow, niejaki Jaro, głowa rodziny.

Jest godzina 3.16 w nocy. Odczytuję to na pasku komputera. Trwa potworna cisza powyborcza. Nad krajem gromadzą się mroczne chmury telewizyjne, radiowe i prasowe. W powietrzu krąży upiór mrożący krew w żyłach. Nadszedl czas zemsty. Naród jest podzielony, pół narodu plus jeden jest za zemstą, drugie pół minus jeden drży z niepokoju i trwogi. Nikt nie wie, co się stanie.

Nadchodzi pierwszy donos prasowy. Cytuję: „Komitet polityczny braci Karamazow zdecydował, że kandydatem partii na premiera jest siostra Karamazow, Bea”. Zanim to się stało, potężny Jaro, spotkał się z siostrą w tak zwane „cztery oczy”. Trwało to (cytuję) „ponad godzinę i zdecydowało o jej ostatecznej nominacji”.

– Będziesz rządzić! – Rzucił twardo Jaro. Ktoś musi się poświęcić.

– Dlaczego ja? –Zapytała Bea. Jej głos owijała niepewność. – Przecież ty jesteś mądrzejszy i potężniejszy.

– Tak obiecałem narodowi! Nie kłóć się ze mną, wiesz przecież, że cię kocham. Dla twego bezpieczeństwa będę pociągać sznurki, abyś wiedziała, jak masz się poruszać.

– A co mam mówić? –Zapytała już śmielej siostra.

– Każdego dnia o świcie otrzymasz wytyczne emailem. Wszystko przemyślałem.

– Co robimy najpierw? Jakie priorytety, kochany bracie?

– Decyduję to właśnie w mojej głowie. Chcę, byście wszyscy wyłączyli się z myślenia. Ja jestem od tego.

– A co z poparciem miłościwie nam panującego Cesarza.

– Ha, ha, ha! – Zaśmiał się brat Jaro swobodnie jak ten wiatr pustynny. – Sam go wytypowałem na tron cesarski i udzieliłem poparcia w zdobyciu władzy. Będzie do mnie przyjeżdżać nocą, aby odbywać konsultacje.

– Dlaczego nocą?

– Bo w dzień razi go słońce.

– Mimo silnych okularów przeciwsłonecznych?

– Właśnie. Wszystko przewidziałem, włącznie z okularami.

Po skończonej audiencji siostra Karamazow wychodzi. Akcja dramatu wije się niby złowrogi wąż i nabiera przyśpieszenia. W najmniej spodziewanym momencie zjawia się opozycjoner polityczny niejaki Liro i oświadcza rzeczowo, jakby mówił o porcji zmrożonych ośmiorniczek (cytuję): „Chętnie domknę wieko trumny tym wszystkim ludziom”. Liczy na karierę podręcznego grabarza. Nad krajem pojawiają się chmury smolistych nietoperzy. Czuć zapach siarki i słychać pisk. Te dziwne niby ptaki chcą wkręcać się we włosy. Na widowni pozostają tylko łysi. Jedynie oni nie boją się nietoperzy.

Gubię się. Jest godzina 4.02. Trwa przejmująca cisza. Na dworze śmierdzący smog dusi noc. Jest strasznie. Myślę o narodzie. Przestaję myśleć, kiedy zdaję sobie sprawę, że myśli za nas i o nas wszystkich brat Jaro Karamazow. Uspokajam się. Jest mi smutno. Nie umiem przewidywać przyszłości. Jest godzina 4.07. Idę do toalety. To strach. Chodzę po pokoju. Godzina urasta do 4.30. Decyduję się wrócić do łóżka i głowę zakryć kołdrą. Będę czekać na donosy porannych mediów.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Debata „Rozmowa o Polsce”

Oglądałem debatę „Rozmowa o Polsce” z udziałem pani Beaty Szydło z PiS i pani Ewy Kopacz z PO. Debata była fantastyczna. Wygrała zdecydowanie pani Beata. Była jeszcze bardziej fantastyczna niż debata! Była w spodniach. Też były fantastyczne!

Na początku doszło do drobnych nieporozumień. Kwestia nazewnictwa.

– Nie będę pani nazywać premierem, tylko przewodniczącą. – Oświadczyła pani Beata. Może i słusznie. Kiedy już kwestię wyjaśniono, rozmowa ruszyła naprzód jak pijana furmanka. Pani Ewa z wdzięczności zaczęła nazywać panią Beatę „Pani Poseł”. Też nieźle.

W debacie zdecydowanie lepsza była pani Beata. Konkretna, rzeczowa, odpowiadała dokładnie na zadawane pytania, choć były one inne. Jak to robiła, nie wiem. To wielka sztuka. W ramach odpowiedzi wygłaszała też piękne mowy oskarżycielskie.

Była nie tylko lepsza, ale i ładniejsza niż konkurentka. Miała słodko-ponętne usta, bardzo podobne do ust pana Prezesa, dzięki czemu była w stanie wiernie powtarzać jego prorocze słowa.

Debata nasączyła mnie otuchą co do przyszłości. Mam teraz pewność, że pod rządami PiS odzyskam godność, która odebrała mi PO. Utrwaliła mnie w tym pani Beata słowami: – Mamy wszystko przygotowane: programy, projekty, ustawy, pieniądze.

– To niech pani pokaże! – Krzyknęła pani Kopacz, zawistna, że oni tego nie mają.

– Nie teraz! Później! – Rzeczowo odparowała pani Beata. W całym kraju zerwały się brawa podobne do ogromnego stada ptaków, szczęśliwych, że wreszcie nadchodzi wiosna.

Po zapewnieniach, że PiS ma już wszystko w kieszeni, łącznie z panem Prezydentem, który też kocha pana Prezesa, nadszedł wątek hydrauliczny.

– Będziemy uszczelniać VAT. – Powiedział pani Beata. Pomyślałem o niej ciepło, gdyż cieknący VAT był słabością PO. Sądzę, że ta zagubiona w swym nierządzie partia wybrała złą rurę na VAT. Teraz to się zmieni.

– Jak go uszczelnicie? – Padło podstępne pytanie.

-” Prawo i Sprawiedliwość wie, jak to zrobić.” – To dokładna odpowiedź pani Beaty, ostrej jak brzytwa cyrulika sewilskiego.

– A skąd weźmiecie na to pieniądze? – To było pytanie Przewodniczącej PO, dawniej zwanej Premierem. Byłem na nią wściekły. Tak beznadziejne pytanie! Uspokoiłem się dopiero wtedy, kiedy pani Beata spokojnie wyjaśniła: – Mamy program „Bilion na Rozwój”. Wyciśniemy go jak cytrynę.

W miarę rozwoju dyskusji, coraz więcej rozjaśniało mi się w głowie. Miałem ogromną wątpliwość, jaka naprawdę jest Polska. Pani Beata wyjaśniła to bardzo prosto: „Polska to piękny kraj.”

Strasznie mnie to ucieszyło, bo wydawało mi się, że Polska jest w ruinie. Przyznaję uczciwie, byłem chyba nieprzytomny. – Jaka ruina? Jak ja mogłem myśleć o ojczyźnie w ten sposób!?

Dalsze wypowiedzi pani Beaty rzucały wiadra światła na program wyborczy PiS. Cytuję panią Beatę, aby nie uszczknąć nawet literki z treści jej wypowiedzi: – „Prawa kobiet są bardzo ważne”. „Polskie dzieci są najwspanialsze”. „Nie ma wspanialszych dzieci niż polskie dzieciaki”.

Były to wypowiedzi niezwykle oryginalne. Zajęło mi trochę czasu, aby to zrozumieć. Wiele wtedy zrozumiałem.

Po zakończonej debacie zasięgnąłem języka, skąd pani Szydło czerpie wiedzę o dzieciach i polityce. Okazuje się, że ma w gabinecie zdjęcia pana Prezesa Kaczyńskiego w niemowlęcym i dziecięcym wieku. Cztery zdjęcia. Ze wszystkich dzieci on był najwspanialszy. Już wtedy w oczach miał mądrość, początki siwizny na głowie, czarujący, ukośny uśmiech i umiał powiedzieć „emiglanci mają lobaki”.

Kiedy pani Beata na koniec zapewniła, że „Pan Prezydent Andrzej Duda ma program naprawy Polski” wszystko stało się dla mnie proste i oczywiste. Dwa programy naprawy Polski, jeden PiS-u i drugi Pana Prezydenta, to gwarancja naszego szczęścia. Przyszłość Polski jest w pewnych rękach.

Kronika: Niezwykła szczerość Pana Prezydenta

Kubel zimnej wody Jak Siek kandydat na burmistrza

Od czasu wyświęcenia Prezydenta Elekta na Pełnego Prezydenta czuję się coraz lepiej. W kraju jest źle, ale wreszcie mamy kogoś, kto nazywa rzeczy po imieniu.
Nazywa i to nie w rozmowie z kronikarzem wielkich osób kieszonkowego rozmiaru, ale w rozmowach w innymi prezydentami i premierami.

Najpierw były jabłka.

– Co z tymi jabłkami przemycanymi z Polski? – Zapytał prezydent Putin swojego Ministra ds. Zaopatrzenia Owocowego.

– W Polsce dzieci masowo niedojadają. Nasze dzieci głodują. W szkołach nie ma dożywiania. – Głos prezydenta Dudy lotem błyskawicy dotarł do Prezydenta Rosji. Prezydent zadekretował: – Zwrócić jabłka na dożywianie głodnych dzieci w Polsce! Wszystkie gazety w Moskwie pisały o tym. Dzieci od razu poczuły się dożywione.

W Berlinie rozmowa toczyła się w cztery oczy. Prezydent Niemiec zapytał życzliwe przy wodzie sodowej:

– Panie Prezydencie Duda, co słychać w Polsce?

– Nędza, Panie Prezydencie. Nie jest to kraj sprawiedliwy! Ludziom dzieje się krzywda!

– Może pan powie konkretnie, co ma pan na myśli?

– Nie da się. W Polsce nie ma sprawiedliwości. To powszechne zjawisko. Sędziowie wydają niesprawiedliwe wyroki. Dają niskie wyroki tym, którym się nie należą, i wysokie tym, którym też się nie należą.

Szczerość polskiego prezydenta tak bardzo wzruszyła Prezydenta Niemiec, że nie wiedział, co odpowiedzieć.

Wizyta Prezydenta Dudy w Londynie też poszła gładko.

– Myślimy o powrocie do kraju! – Entuzjastycznie wspomniała młoda polska para na spotkaniu z Panem Prezydentem. – Zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy. Pracy nie szukamy, bo chcemy założyć własny biznes.

– Czyście oszaleli? Chcecie wracać do kraju? Nie mam odwagi zachęcać was do tego. Gospodarka istnieje tylko na papierze, w statystykach, a naprawdę to jest coraz gorzej!

Premier Cameron w trakcie późniejszej rozmowy nie krył swoich obaw.

– Słyszałem, że Polacy w Wielkiej Brytanii nie chcą wracać do kraju. Chcemy wprowadzić ograniczenia pomocy społecznej dla obcokrajowców.

– Chcą, ale ich zniechęcam. Po co mają wracać? Gospodarka w Polsce stoi coraz gorzej.

– Dobrze, że mi to pan mówi. Kilka brytyjskich firm myślało o inwestycjach w Polsce. A tu takie buty!

– Powiem panu szczerze, drogi Premierze Cameron. W moim kraju gospodarka jest tylko na papierze, bo sprawy idą ku gorszemu.

Zaskoczony dyplomatyczną otwartością gościa premier Cameron rzucił się w ramiona Prezydentowi Dudzie. Przepraszam pana, pańskie słowa bardzo mnie wzruszyły!

– Nigdy jeszcze nie słyszałem głowy państwa tak szczerze i bezstronnie przedstawiającej sytuację własnego kraju. – Grzmiał kilka godzin później w swoim parlamencie.

Królowa, kiedy to usłyszała, też uroniła łzę.

– A to ci Duda! – Powiedziała do męża. – U nas to Szkoci grają na dudach, a u nich to gra sam Duda. I to pierwsze skrzypce!

Jarosław K. Chiny patrzą z zawiścią na Polskę.

Jarosław K. został „Człowiekiem Roku 2015 i lat dalszych”. Wszyscy o tym piszą, wszyscy to czytają, oczywiście z wyjątkiem analfabetów, ale kto się nimi przejmuje. Wiadomość ta najbardziej zaskoczyła Chińczyków. Przestraszyli się.
Jarosław Kaczyński Człowiek Roku 2015 zdjecie PAP

– „Ponieważ Jarosław K. został wybrany Człowiekiem Roku 2015 i lat dalszych przez Forum Ekonomiczne, to Chiny pójdą teraz w odstawkę jako gigant gospodarczy. Za Chiny bym w to nie uwierzył, gdyby nie ogłosił tego redaktor Jacek K, naczelny tygodnika „W sieci”. A my jak głupi myśleliśmy, że rywalizujemy ze Stanami Zjednoczonymi!” – Miał podobno wykrzyknąć premier Chin zanim zemdlał i upadł na czerwony dywan.

Przeanalizowałem historię tej nominacji. Jest uzasadniona w 100 %, może nawet i 150 %. Jarosław K. to człowiek, który ma za sobą wiele wynalazków i uruchomił długi ciąg innowacji.

Polityka. To on wynalazł prezydenta Andrzeja D, który wynalazł Przewodniczącego Związków Zawodowych Piotra D, który z kolei wynalazł hotel w Kołobrzegu, gdzie za apartament kosztujący 1300 zł płaci się tylko 85 zł i nie ma umów śmieciowych, jest za to pies lubiący koszyczki z delikatesowym żarciem i spanie w łóżku z właścicielem. Jarosław K. wynalazł też panią Beatę S, która została premierem jeszcze przed wygraniem wyborów przez osobistą partię Jarosława K i wynalazła, że to ex-Premier Ewa K dzieli naród jeżdżąc pociągiem po kraju.

Gospodarka. Z chwilą wyświęcenia Prezydenta Elekta Andrzeja D na Prezydenta, ten w porozumieniu z Jarosławem K przekształcił Polskę z kraju nędzy i ubóstwa w kraj piękna i dobrobytu. Sytuacja ta poprawi się jeszcze, kiedy obniżony zostanie wiek emerytalny oraz dokończone zostanie 300 mieszkań, których Jarosław K z braku dokumentacji nie zdążył zbudować za wcześniejszej Rzeczpospolitej.

Sprawy społeczne. Jarosław K. wynalazł tanią metodę osobistego ukrywania się przed społeczeństwem przed referendami i wyborami parlamentarnymi. Metoda tę wykorzystał skutecznie do ukrycia Antoniego M przed ludźmi, którzy nachalnie nagabywali wybitnego eksperta w sprawach lotniczych o autografy.

Co najważniejsze, Jarosław K już kilka lat temu wynalazł klin, którym można skutecznie oddzielać w społeczeństwie patriotów nieautentycznych od patriotów autentycznych, złodziei od ludzi uczciwych, ludzi wierzących nie tak, jak trzeba od ludzi poprawnie i głęboko wierzących.

Wybór Człowieka Roku 2015 uważam za uzasadniony niezależnie do tego, co myślą sobie Chińczycy.

Powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna: Michael Tequila: "Sędzia od Świętego Jerzego" w sprzedaży ciągłej w ksiegarniach Matras i Dom Książki oraz wszystkich księgarniach internetowych.

Ostpolitik Pana Prezydenta.

Wielki Gabinet Pałacowy. Prezydent sam na sam z doradcą politycznym ogarnia wzrokiem sytuację. Intensywnie myśli.

– Polityka to nie zabawa. Popatrzmy na jej elementy na szachownicy europejskiego teatru politycznego. Stoi przed nami nierozwiązany konflikt Ukraina – Rosja. Problem w tym, że obowiązuje formuła 3+1: Niemcy, Francja, Ukraina + Rosja. Rosja jest wielka, sięga poza horyzont. Dlatego stoimy w miejscu, od miesięcy nie widać postępów. Po naszej stronie jest za mały potencjał. Sytuacja jest patowa. Niedobrze.

Doradca słucha, Prezydent myśli. – Trzeba zwiększyć potencjał Zachodu. Same Niemcy i Francja nie dadzą rady. Ukraina wymaga więcej pomocy. Prezydent podejmuje decyzję: Proponuję formułę 4 + 1. Do gry musi wejść Polska.

– Co my sobą reprezentujemy? Jaki potencjał? – Pyta Doradca.

Prezydent patrzy na niego z politowaniem. – Kto zadaje takie pytania? Toż to każde dziecko wie. Zwycięstwa: Polacy na Kremlu (1610-1612), Nad bolszewikami (1920). Nowy Prezydent (2015).

Po rozjaśnieniu sprawy Prezydent przedstawia Formułę 4+1. Europa z uwagą pochyla się nad nią. Prezydent Ukrainy oświadcza: „Nie potrzebujemy więcej pomocy”. Niemcy i Ukraina prawdopodobnie potakują głowami. Nie widać tego wyraźnie, bo jedzą kolację.

– Idzie dobrze, nawet bardzo dobrze, ale będzie jeszcze lepiej. – Ocenia Prezydent. – Niektórzy źle mnie zrozumieli, w kraju i za granicą. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie muszę siebie komentować. Inni robią to za mnie, jedni lepiej, drudzy gorzej. W większości nietrafnie. Co oni wiedzą o wielkiej polityce?

– Co dalej, panie prezydencie?

– Za kilka dni będę rozmawiać z panią Kanclerz. Przekonam ją do zmiany myślenia, że bez naszego udziału nic nie załatwi z Rosjanami. Teraz, kiedy objąłem władzę, widzę to lepiej. Trzymając rękę na pulsie, czuję też lepiej. Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko.

– To ostatnie zdanie. Kto to powiedział, panie Prezydencie? – Pyta doradca.

– Kiedyś Mickiewicz, teraz ja. Prezydent wzruszył się. Znowu zacytował Mickiewicza:

Źle mnie w złych ludzi tłumie,
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie;
Widzę, oni nie widzą!

Powieść Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego w ciągłej sprzedaży we wszystkich księgarniach internetowych oraz księgarniach stacjonarnych Matras i Dom Ksiązki.

Recenzje powieści (proszę wpisać, jeśli trzeba, „Michael Tequila” w wyszukiwarce na stronie księgarni):
Agnieszka Kolanowska www.nieterazwlasnieczytam.blogspot.com
Katarzyna Roszczenko www.zksiazkawdloni.pl
Maria Derejczyk www.czytelnia-mola-ksiazkowego.blogspot.com
Adrian Jaworek www.kolegaliterat.pl
Konrad Staszewski www.wiadomosci24.pl
Radosław Hućko: www.recenzjeoptymisty.blogspot.com

Prezydent: Podjąłem decyzję, że uszanuję decyzję.

Prezydent Duda Billboard
Pan Prezydent ma za sobą wszystkich: partię, która popiera go otwarcie, co on odwzajemnia, partie popierające go skrycie, czego nie odwzajemnia, żonę, córkę, armię, od niedawna także prezydenta z Tallina. Brak mu tylko kronikarza.

Wszystkie funkcje w otoczeniu PP zostały już objęte. Pełnią je najlepsi funkcjonariusze partyjni. Nie ustaliłem jeszcze, jakiej partii. Prawdopodobnie reprezentacja całego narodu, jego najlepszy partyjno-społeczny przekrój. Nie ma tylko jeszcze kronikarza. Sam miałbym chęć nim zostać. Mam ambicje, choć jestem samoukiem. Oficjalny Kronikarz Pana Prezydenta. W skrócie OKPP. Brzmi super.

Od chwili orędzia w Sejmie chwytam wszelkie przejawy myśli, słów i czynów Pana Prezydenta. Czynię to w locie jak jaskółka, trawię kawałkami jak gęś francuska, a następnie przedstawiam w punktach, aby czytelnicy mogli je szybko i łatwo przeczytać. Dzisiaj nikt nie ma czasu słuchać z wyjątkiem Pana Prezydenta, Pani Premier Kopacz i Pani Premier Szydło.

Pan Prezydent stanął w pałacu przed wielkim lustrem i przyjrzał się sobie uważnie. Był zadowolony. W oczy rzuciła mu się głowa, nie byle jaka, bo państwa. Zadowolony, pozytywnie ocenił lustro. Kiedyś, za PRL-u, były aparaty fotograficzne 6 x 9. – Pomyślał. Dzisiaj mam w pałacu lustro 6 x9. Tylko że wtedy było w centymetrach, a teraz jest w metrach. Poczuł się większy. Dla pewności sprawdził, z czego wykonano ściany pałacu. Zapukał. Odpowiedział mu dudniący glos. Dobrze! –Zdecydował. – Myślałem, że to dykta. Cały kraj jest pokryty dyktą, ale nie u mnie. To go uspokoiło.

Zrobił inwentaryzację zdarzeń ostatnich kilkunastu dni. Odnotowywał wszystko w myśli, punkt po punkcie.

1. Kasza. Byłem na Święcie Kaszy. Pojechałem, bo myślałem, że to Święto Kasy. Przydałaby się nam, jeśli naród w referendum zlikwiduje finansowanie partii politycznych z budżetu.

2. Wydatki. Zobaczyłem wydatki kancelarii mojego poprzednika. Były przesadne. Ja będę rządzić oszczędnie. Nie podwyższę ich więcej niż o 10%.

3. Polska. Oficjalnie uznałem, że Polska jest piękna. Powiedziałem to publicznie w gronie wysokich woskowych. Poprzednio myślałem, że kraj jest zabity dyktą i w ruinie. Od czasu nominacji widzę lepiej. Mam te nowe, różowe okulary. Dobrze w nich wyglądam. Był zadowolony.

4. Kościół. Odwiedziłem kościół kilka razy, modliłem się nawet, i raz odwiedziłem cerkwię. Wszyscy wiedzą, że jestem pobożny i nie czepiam się konkordatu. Popieram ludzi wierzących, ale tylko tych, którzy naprawdę wierzą. Wielu udaje. Taki to kraj. Ale piękny!

5. Ochrona środowiska. Posadziłem drzewo. Widziałem siebie w telewizji z łopatą. Dobrze się kojarzy. Prezydent bliski ludziom pracy.

6. Rada Gabinetowa. Odrzuciłem propozycję Premier Kopacz. To było niegrzeczne z jej strony. Sam zwołam Radę Gabinetową, kiedy uznam to za słuszne. Nikt nie będzie stawiać mi warunków. Jestem głową Państwa.

7. Referendum. W sprawie referendum, ja Prezydent, podjąłem decyzję, że uszanuję decyzję Prezydenta. Poprzedniego. Trzeba mieć charakter.

8. Znowu referendum. Referendum 1 uzupełniłem o Referendum 2. Dodałem je do kalendarza wyborczego. Kalendarze nie są dzisiaj drogie, więc naród nie poniesie wielkich kosztów. Trzeba być oszczędnym.

9. 500 zł na dziecko. Zaproponowałem to w kampanii wyborczej. Poprosiłem rząd, aby przygotował dokumenty i zorganizował wypłatę. Odmówili. Powiedzieli, że mam gabinet i sam mogę opracować, a oni nad tym podyskutują w Sejmie. To jest po prostu niewyobrażalne. Muszę to zmienić.

Prezydent zakończył podsumowanie. Poczuł stan wzniosłości. Czytał kiedyś, że cierpią na to tylko ludzie na najwyższych stanowiskach. Trudno się było z tym nie zgodzić. Czeka teraz na dalszy rozwój wydarzeń. Zdecydował się sponsorować niektóre z nich. Te najlepsze dla kraju.

Czytaj wiecej: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/prezydent_podjalem_decyzje_ze_uszanuje_decyzje_335717.html