Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares

Dyktator. Powieść. Odc. 1- 34.

Odc. 1

Towarzystwo Różańcowe Dnia Powszedniego zanotowało w swoim rejestrze nowe osoby. Pod numerami 1215 i 1216 zapisano po raz pierwszy w jego historii dwóch mężczyzn. Prosili, aby nie ujawniać ich nazwisk.

– To zmiana pokoleniowa i obyczajowa i wolimy poczekać, aby dokonała się w pełni. Jeśli ogłosicie teraz nasze nazwiska to będziemy regularnie obrzucani błotem i wyzywani od degeneratów. Wielu mieszkańców naszego miasteczka jest wciąż przeciwnych, aby mężczyźni wchodzili w tradycyjne role kobiet. To nie jest dobrze widziane.

Idąca z tyłu przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, zwana Czarną Izabellą, zauważyła, że nowi członkowie czule ścisnęli sobie dłonie w wąskim przejściu korytarza prowadzącego do kaplicy, gdzie miało odbyć się pierwsze spotkanie z ich udziałem. Nie podzieliła się tym z nikim, ponieważ i jej zdarzało się szukać pieszczoty dłoni innej kobiety w dyskrecji zaciemnionego korytarza, samotni leśnej, a nawet sypialni. Wspominała te momenty z rozrzewnieniem. 

Lista członków Towarzystwa Różańcowego była długa; figurowały w niej  także nazwiska członków niegdysiejszych, dawno już zmarłych, jak i tych, co opuścili miasteczko w poszukiwaniu lepszego życia.

– Przywiązanie do tradycji jest obok pobożności, szczerej modlitwy, śpiewu i poczucia bliskości Boga naszą najmocniejszą cechą – Czarna Iza lubiła podkreślać więzi łączące organizację prowadzoną przez nią od piętnastu lat.

Czas towarzystwa różańcowego wypełniony był pracą na rzecz kobiet, które pobłądziły; niezamężnych matek z dziećmi, alkoholiczek, narkomanek, kobiet bezdomnych. Dla ich wspomożenia codziennie odmawiały dodatkowe dziesięciolecie różańca. Dwa razy w roku panie różańcowe prowadziły sprzedaż wypieków na wspomożenie kościoła. Ojciec Adalbert, opiekun świątyni, był im za to szczerze wdzięczny, gdyż parafia należała do biedniejszych w diecezji.

Odc. 2

Burmistrz Piotr Rafael przebywał w domu na przymusowym odwyku zarządzonym przez żonę, kiedy dopadł go wirus Quagga. Jak to się stało, że się zaraził przebywając w odosobnieniu, przerastało wyobrażenie doktora Brosa. Stan zakaźny burmistrza doktor odkrył podczas rutynowego badania w domu pacjenta.

Rafael miał dużo wolnego czasu i czuł się na tyle dobrze, aby zainteresować się wirusem. Dotychczas go ignorował wypowiadając się sceptycznie o epidemii, jej przyczynach i skutkach. Uważał, że pierwotnym źródłem zakażeń jest niedostatek higieny.

– Brud jest źródłem zła tak powszechnym, że możemy spokojnie uznać go również za przyczynę wirusa. Osobiście nie wierzę w bakcyle i zarazki, bo ich nigdy nie widziałem na oczy, i nie zamierzam nosić maseczki czy rękawiczek ochronnych.

Pierwszej lekcji o wirusie i epidemii dziesiątkującej mieszkańców miasta  udzielił mu doktor Bros. Wiedział więcej niż inni lekarze. Śledził najnowsze osiągnięcia naukowe i utrzymywał szerokie kontakty w świecie medycyny. 

– Wirus i wywołana przez niego epidemia to poważna sprawa. Nazwa wirusa pochodzi od ukrytej w dżungli Afryki Równikowej wsi Quagga, gdzie pojawił się on po raz pierwszy. O istnieniu samej miejscowości, a przy okazji o tajnym laboratorium medycznym, które tam istnieje, świat nigdy by się nie dowiedział, gdyby wirus – dotychczas uśpiony na  okolicznych bagnach – nie rozprzestrzenił się. Prawdopodobnie przeniosły go łopaty wirnika helikoptera dostarczającego do laboratorium pocztę, sprzęt, materiały zaopatrzeniowe i ludzi na wymianę. Są podejrzenia, że wirus powstał w laboratorium.

Na wiadomość o zakażeniu burmistrza wirusem, notable miasteczka przysłali mu telegramy z wyrazami współczucia, życząc szybkiego powrotu do zdrowia. Życzeniami zaskoczył go Cukor, zwany Cezarem, niezwykle wpływowy obywatel miasteczka, o którym było wiadome, że nie przepada za burmistrzem. Zorientowany w sekretnych sprawach  społeczności Ojciec Albert powiedział swojej gospodyni:

– Cezar korzysta z usług burmistrza, ale uważa go na osobę niepewną i niezrównoważoną emocjonalnie. Takie jest życie.

– Ojciec wie to najlepiej, bo jest spowiednikiem i zna ludzi od podszewki – odpowiedziała gosposia, przygotowując na obiad kukurydziane arepas, ulubione danie duchownego, zaspokajające głód i łagodzące pragnienie. Rzadko to czyniła, ponieważ Ojciec Albert lubił sam sobie gotować. 

Na stoliku w sypialni burmistrza leżał otwarty telegram; doktor Bros mimo woli przeczytał jego treść, kiedy burmistrz wyszedł do kuchni po szklankę wody. 

– Życzę Panu, Drogi Burmistrzu, szybkiego i skutecznego wyzbycia się tej zarazy, a przy okazji długich lat życia oraz wielu błogosławieństw bożych. Z poważaniem, Leon Cukor.

Po powrocie do domu doktor podzielił się z żoną swoimi wątpliwościami.

– Nie wiem, czy Cezar życzył burmistrzowi wyjścia z alkoholizmu czy też z zakażenia wirusem. Tak czy inaczej, nie były to miłe życzenia. Nie jestem także pewien, czy burmistrz zrozumiał aluzję nadawcy. Czasem wydaje mi się, że nie jest zbyt lotny. Nie jestem też pewien, czy nie jest to typ  służalca, co lgnie do ludzi wpływowych. Z wdzięczności za poparcie w wyborach na stanowisko burmistrza gotów byłby wejść Cezarowi w …. – Doktor nie zdążył dokończyć zdania; silniejszy powiew zbliżającej się burzy rozwarł drzwi mieszkania na oścież zmuszając go do interwencji.

– Wysoka wilgotność i nasilający się wiatr to symptomy zbliżającej się pory mokrej. Znowu ludzie pogrążą się w smutku a ja będę mieć więcej roboty.  – mruknął z niechęcią doktor, zapominając o telegramie, burmistrzu i Cezarze.

Pora wilgotna miała dać się we znaki nie tylko jemu. Wszyscy mieszkańcy miasteczka myśleli z niepokojem o powodzi i epidemii wirusa Quagga.

Odc. 3

Wirus niezmordowanie zbierał żniwo. Tuż po rozpoczęciu roku szkolnego odszedł nagle pryncypał szkoły średniej. Poszukiwano następcy. Spośród kandydatów na stanowisko wyróżniał się Igor Makara, mężczyzna o mocnym karku i smutnym obliczu świętego, jakie widuje się na obrazach w kruchtach kościelnych. Wychowany przez siostry zakonne miał surowe poglądy.

– Ale wyważone i sprawiedliwe – podkreślali jego zwolennicy. – Takich ludzi jest bardzo mało, tym bardziej należy go cenić a nie krytykować.

Kandydat Makara koncentrował się sprawach ważnych dla edukacji, szkoły i miasteczka: dzieciach, matkach, wychowaniu, obowiązkach rodzicielskich i patriotycznych. Jego kandydaturę przedstawił Cezar a poparły czołowe osobistości miasteczka. Dwa dni później magistrat zatwierdził kandydata i wyznaczył dzień jego uroczystego zaprzysiężenia. Zanim to nastąpiło, Makara przemówił do mieszkańców miasteczka zebranych przed szkołą na ulicy Przyleśnej. Mówił wyraźnie i zdecydowanie, powołując się na Boga i moralne obowiązki, jakie nałożył on na ludzkość, szczególnie na kobiety.

– Miejsce niewiasty jest w domu. Jej główną powinnością jest zawarcie związku małżeńskiego i wydawanie na świat dzieci. Im wcześniej tym lepiej. W krajach arabskich dziewczynki wychodzą za mąż już w wieku czternastu lat. U nas niestety później. 

Kobiety nazywał ukochanymi matkami i siostrami, dawał przykłady męstwa Joanny d’Arc, w końcu przywołał historyczny przykład niewiasty kobiety, która urodziła ponad sześćdziesięcioro dzieci.

– To nie jest możliwe – krzyczano.

– Jest możliwe, bo były to także ciąże mnogie – na dowód czego kandydat zacytował źródło historii medycyny.

Przed trybuną, skąd przemawiał, falował niespokojnie tłum przeciwników jego nominacji.

– Popierasz tych, co chcą mówić nam, jak mamy żyć. Niedoczekanie wasze! – krzyczano ze wszystkich stron. – Nie możecie decydować o wszystkim. Uzurpujecie sobie prawo do naszej przyszłości. Nadajesz się na woziwodę, a nie na pryncypała szkoły. Tu chodzi o nasze dzieci i naszą przyszłość. Taki pryncypał to tragedia dla edukacji. Nie może być na to naszej zgody!

W obronie dyrektora wystąpiły – oprócz Cukora i innych znanych osobistości  – także Koło Pobożnych Matron i Loża Masońska. Ojciec Albert zorganizował nabożeństwo w intencji nowego dyrektora, na które zaprosił także przedstawicieli innych religii, życzliwych kandydaturze Makary. Na nabożeństwie stali w pierwszym rzędzie razem z Cezarem i innymi osobistości miasta. Kobiet było niewiele. Wyróżniała się Czarna Iza, przewodnicząca Towarzystwa Różańcowego Dnia Powszedniego, ubrana w długą suknię z czarnej koronki.

– Wygląda jak wdowa po mężu, na którego śmierć czekała już od zamążpójścia – szepnęła Sandra, żona burmistrza, do stojącej obok przyjaciółki. 

Mężczyźni byli w ciemnych garniturach i w krawatach, z wyczyszczonymi na połysk butami, niektórzy z odznaczeniami na piersiach. Ojciec Albert wypowiadał się z szacunkiem i życzliwie za kandydatem, nie nachalnie, ale z przekonaniem, przedstawiając w tle zdarzenia i postacie biblijne. Mówił o Arce Noego, przerwanej płodności żony Lota, którą Bóg zamienił w słup soli za karę, że nie poszła z mężem do sypialni, tak jak prosił, tylko oglądała się za siebie.

Ojciec Albert przewodził procesji. Miał na sobie odświętną szatę w złotozielone wzory aniołów ze złotymi trąbkami. Szedł powoli pod baldachimem niesionym na zmianę przez Cezara, burmistrza, komendanta, plenipotenta, doktora Brosa, pocztmistrza i kilka innych, pomniejszych osobistości. W procesji uczestniczył także Henry Penryt, Hindus, reprezentujący mniejszość etniczną, poza tym dentysta oraz właściciel Telewizji Tuba. 

Kandydat nie zdążył podjąć obowiązków. W nocy przed zaprzysiężeniem przez burmistrza, mającym mu wręczyć symboliczne oznaki władzy szkolnej, rózgę, pióro i książkę, okazało się, że został ukąszony przez komara roznoszącego wirusy Quagga. To go przykuło go do łoża boleści.

Odc. 4

Od nadejścia pory deszczowej epidemia wirusa Quagga zabierała coraz więcej ofiar. Wielkie karawany pogrzebowe woziły ciała na cmentarz nocą. Ale ludzie i tak je widzieli. Kłopoty miasteczka nawarstwiały się tworząc łańcuchy i piramidy nieszczęść. Ludzie przestali myśleć o najbliższym otoczeniu, jakby straciło ono dla nich jakąkolwiek wartość. Cierpiały na tym zieleńce, parki miejskie, rzeka oraz okoliczne lasy i jeziora.

– To już nie jest zaśmiecanie, to morderstwo natury. Aż wstyd, że robią to nasi sąsiedzi, znajomi a może nawet rodzina, egoiści, którym brud moralny wychodzi z butów szybciej niż słoma, na jakiej się urodzili. Nasze lasy i rzeka są coraz bardziej zaświnione.

Były to słowa Trinity, gospodyni Ojca. Zdziwiły go, bo nie były do niej podobne. Nigdy nie używała takich słów ani nie była tak radykalna. Domyślał się, że ktoś ją nakręcił.

W obronie środowiska naturalnego demonstrowała już tylko młodzież i organizacje zielonych. Ich oburzenie nikogo nie interesowało. Tak to czuli. Dlatego szukali sprzymierzeńców i pomocy. Ich delegacja spotkała się drugi raz z Ojcem Albertem. Wierzyli, że im pomoże, choć był osobą bardzo konserwatywną. Chcieli go prosić, aby interweniował. Był kapłanem i znał wszystkich, jego słowa znaczyły więcej.

Przemówił Aleks, krewki młodzieniec o żywych, dziecięcych oczach, sypiącym się wąsie i włosach opadających na ramiona. Przypominał dużego nieopierzonego kurczaka.

– Niech Ojciec przemówi ludziom, tym brudasom, do sumienia. Przecież roślinność, woda, zwierzęta, ptaki i cała masa innych istot żywych to twory boskie, nie ludzkie. Może zrozumieją.

Ojciec Albert wysłuchał petycji z uwagą. Sprawa była poważniejsza niż myślał. Wypomniano mu, że on też o tym wiedział i nic nie zrobił, aby wykorzenić zło. W duchu przyznawał im rację. Chodziło nie tylko o zanieczyszczanie środowiska. Ludzie wycinali bez pozwolenia drzewa i budowali domy bez urzędowych zezwoleń. Było w tym przekupstwo, nadużywanie władzy i korzystanie z nienależnych przywilejów. Najgorsze było to, że winni byli ludzie Cezara, człowieka wyjątkowo wpływowego. Miał wielki majątek i mógł każdemu załatwić lukratywną pracę, korumpując ludzi, aby sprzeniewierzyli się własnemu sumieniu. Wielu mieszkańców wiedziało o nadużyciach, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos, gdyż chodziło o ludzi najbardziej wpływowych. Ojciec Albert znał ich wszystkich, chrzcił ich dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach ich bliskich oraz w rodzinnych uroczystościach.

Zdecydował się zabrać publicznie głos dopiero wtedy, kiedy Alex mruknął do swoich towarzyszy.

– Będziemy musieli coś podpalić. Jak spłonie dom lub kilka samochodów, może wtedy coś zrozumieją.

Potakiwano mu głowami. Dla Ojca Alberta był to znak, że żarząca się w nich anarchia ujawni się w czynach, jeśli on ich nie powstrzyma.

– Dobrze – powiedział mocniejszym głosem niż zamierzał. Zrozumiał, że jeśli nic się nie zmieni, w miasteczku wybuchną niepokoje. Przypomniał sobie czasy wojny domowej, kiedy ludzie stojący po przeciwnej stronie barykady ideologicznej wyrzynali się nawzajem.

W kościele były dwie ambony. Ta z lepszym nagłośnieniem była ładniejsza i wygodniejsza ale niska. Elektryk mieszkający w sąsiedztwie kościoła przemontował nagłośnienie na wyższą. Był zadowolony ze swojej roboty.

– Teraz będzie Ojciec przemawiać jak Mojżesz z Góry Synaj, w wielką mocą.

W niedzielę Ojciec Albert, sześćdziesięcioletni mężczyzna o radośnie okrągłym obliczu i charakterze umiarkowanego choleryka, przemówił. Zgromadzeni w kościele nie poznali go, jego niezwykłej kaznodziejskiej perswazji.

– Moje słowa kieruję do grzeszników, naszych współbraci, którzy błądzą okazując pogardę temu, co Bóg stworzył dla wszystkich żywych istot. Idea miłości bliźniego upadła na pysk. Nawet ludzie bogaci, może i ci najbogatsi, których stać dziesięciokrotnie na zapłacenie za wywóz śmieci, wyrzucają do lasu i do rzeki nie tylko butelki ale i stare opony, sedesy, meble, kafelki podłogowe i gruz budowlany. A przecież w lasach i wodach żyją zwierzęta i ptaki, nasi bracia mniejsi! Mówił o tym wielokrotnie Święty Franciszek z Asyżu, ale wy o tym zapomnieliście. A może nie zapomnieliście, tylko ignorujecie Świętego Franciszka, patrona naszego miasteczka? Zapominacie go, oraz przykazania boskie, bliskie jego sercu. To co jest dla was świętością?

Po nabraniu oddechu kapłan kontynuował.

– To nie wszystko. Chodzi też o łamanie prawa, korupcję i nadużycia władzy. Pohamujcie się, bracia i siostry, od zła, jakie czynicie. Mamy trudne czasy, epidemię wirusa i prawdziwe powodzie, i nie musimy dodawać do nieszczęścia podłych czynów.

– Wyszedł z ojca prawdziwy kaznodzieja – gratulowali mu wierni po zakończeniu nabożeństwa. – Tak trzeba było; przemówić z sercem do robaczywych sumień.

Gotowość naprawy społeczeństwa przetrwała kilkanaście dni; nie można było nic zrobić, gdyż z nieba nieprzerwanie padał deszcz. Kiedy zza chmur pojawiło się słońce, ludzie żartowali:

– To tylko po to, abyśmy wyraźniej widzieli klęskę.

Woda wypełniła koryto rzeki, okoliczne zalewiska, połowę piwnic i wszystkie dziury w mieście. Czekano na jej opadnięcie.

Kiedy przebrzmiały echa kaznodziejskiego zrywu, Ojciec Albert patrzył już na zło łagodniej, z pewną dozą optymizmu.

– Pan Bóg nie zapomniał nas, po prostu tylko przejściowo nas przeklął zsyłając wirusa i obfite deszcze – lamentował, kiedy spotkał doktora Brosa, mającego akurat chęć i czas, aby wysłuchać tyrady na temat czasów i moralności.

Narzekanie na upadek obyczajów najlepiej wychodziło mu rano, kiedy otwierał drzwi kościoła pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, i wieczorem, kiedy je zamykał. Był to rytuał, którego nie złamał w ciągu wieloletniej posługi, nawet w czasie choroby. Gorączka o mało co nie zabiła go wtedy rzucając na drzwi świątyni bogato zdobione miedzianymi ćwiekami.

Doktor Bros, ubrany w biały uniform lekarski, o nieokreślonej twarzy pozostającej w cieniu pokaźnego nosa, alfa i omega zdrowia publicznego, słuchał Ojca Alberta z uwagą. Uważał go za dobrego obserwatora,  człowieka zorientowanego w zawiłościach ludzkich losów.

– Ludzie przestali myśleć o bliźnich, nawet o sobie. Stali się egoistami prowadzącymi życie bez korzyści dla kogokolwiek. Zamożność i postęp stępiły ich wrażliwość. Mężczyźni myślą teraz jak kobiety, a kobiety jak mężczyźni. Nie wróży to nic dobrego. Nie dziwi mnie to jednak, gdyż wiem, że wyroki boskie są niezbadane – niejednoznacznie zakończył Ojciec Albert, jedyny człowiek łączący ludzi wszystkich wyznań, włącznie z klarobaptystami i cichowiercami.

Odc. 5

W pierwszej dekadzie października wykresy zachorowań, wyzdrowień i zgonów z powodu wirusa Quagga nieprzerwanie szły w górę. Oczekiwane przesilenie nie następowało. Nocą słychać było syreny pogotowia ratunkowego.

– Dlaczego oni używają syren nocą? Przecież o tej porze nie ma ruchu na ulicach! Chciałbym wypocząć po tygodniu ciężkiej pracy – denerwował się Józef Egipski, właściciel supermarketu z artykułami pierwszej potrzeby, aptekarz z zawodu. Był zmęczony po tygodniu wyczerpującej pracy. Najwięcej zajęcia miał w dziale sprzedaży artykułów farmaceutycznych, nie wymagających recepty, oraz drogeryjnych, związanych z ochroną przeciwwirusową. 

W niedzielę po południu burmistrz zadzwonił do żony. Wciąż był w magistracie, pracował. Czuł się rozdarty między obowiązkami męża a urzędowymi. Martwił się też oskarżeniami, że przedwcześnie zapowiedział zwycięstwo nad wirusem. Myślał o sytuacji, kiedy będzie musiał przyznać się do tego i przeprosić mieszkańców miasta. Żądali tego głośno jego przeciwnicy i część mediów. 

– Przepraszam cię, Sandro, ale dzisiaj będę nocować w pokoju gościnnym w magistracie. Mamy huk pracy i muszę…

– Co wy tam robicie w niedzielę? – przerwała niecierpliwie żona. Jego coraz częstsza nieobecność w domu wywoływała w niej podejrzenia, że ma kochankę. Nie miała jednak dowodów, że tak jest w istocie. Nie pozostawało to bez wpływu na jej samopoczucie. Od czasu wybuchu epidemii przybrała na wadze do tego stopnia, że koleżanki sobie z niej dworowały.

– Jakoś tak wyładniałaś, Sandro. Ta czerwona sukienka leży na tobie bez najmniejszej zmarszczki. Doskonale w niej wyglądasz, a na pewno jeszcze lepiej bez sukienki. Jak na obrazie „Maja naga” Francisco Goji.

Dla niej nie był to temat do żartów. Jej rozmyślania przerwał głos męża. Brzmiał trochę ochryple, tak że pomyślała, że pił alkohol.

– Uczestniczę w naradach i dyskusjach. Analizujemy przyczyny nagłego wzrostu zachorowań epidemicznych i szukamy rozwiązań – wyjaśniał cierpliwie. – Pracy jest taka masa, że po prostu nie daję rady. Dlatego do pomocy zaprosiłem doktora Brosa. Wyobraź sobie, że odmówił. Powiedział, że ma aż nadto obowiązków. Musiałem go przekonywać. Dopiero kiedy zaapelowałem do jego sumienia i patriotyzmu, zgodził się.

– Ty i ten twój dobroczyńca Cezar to tylko wciąż o wierze, tradycji i patriotyzmie! Na mózg wam padło. To nie jest tylko moja opinia, ale połowy miasta. Moglibyście wreszcie nabrać umiaru. Jeśli nie wy wszyscy, to przynajmniej ty.

Burmistrz nie sprzeciwiał się krytyce żony. Był zadowolony, że nie oponowała, że pozostanie w magistracie na noc. Zanim pożegnał się, dodał:

– Wierz mi, że ja i mój gabinet robimy bokami, aby wreszcie stłumić tę parszywą epidemię. Dwa razy dziennie występuję w telewizji i ogłaszam nowe instrukcje, wytyczne i inicjatywy rządu.

– Może dlatego, że zafajdaliście sprawę nie robiąc dostatecznie dużo lub robiąc rzeczy niewłaściwe. Mnie nie musisz wciskać propagandy, bo obracam się wśród ludzi i wiem, jak was oceniają. Znam wasze hasła: Mamy wielkie osiągnięcia! W innych miastach jest gorzej! Popatrzcie na statystykę! Zwiększamy ilość łóżek w szpitalach zakaźnych. Pamiętajcie o kwarantannie. Będziemy karać za nienoszenie maseczek. Ogłaszamy strefy zagrożeń; pokoloruj je sobie, jeśli chcesz. Chyba to wystarczy?

Burmistrz ucieszył się, że żona wyrzuciła z siebie tyle złej energii. Bał się, że zacznie się domyślać się, że znalazł sobie kochankę, z którą spotykał się wieczorem w swoim gabinecie.

Mimo zachęt ze strony magistratu do ograniczenia kontaktów towarzyskich i rodzinnych oraz ostrzeżeń doktora Brosa i innych lekarzy, jak niebezpieczny jest wirus Quagga, mieszkańcy miasta nie zmieniali trybu życia, spotykali się towarzysko, odwiedzali restauracje i bawili.

Doktor interweniował przemawiając do rozumu, ilekroć był świadkiem niestosownych zachowań.

– Skaranie boskie z wami. Jesteście młodzi i silni. Wielu was dobrze znam, niektórych przyjmowałem nawet na świat od waszych świętych matek. Niby inteligentni i rozsądni, ogłupieliście i gromadzicie się stadnie jak zwierzęta. Dotykacie się, obejmujecie, rozmawiacie, śpiewacie i krzyczycie do siebie, jakby zwykle słowa nie wystarczały.

Doktor wszedł do gabinetu burmistrza bez czapki, z rozwichrzonymi włosami i rozchylonym płaszczem. Pantofle nieczyszczone od kilku dni pokrywała warstwa szarego kurzu i błota, widoczny pod płaszczem biały fartuch wyraźnie stracił świeżość. Odezwał się już w progu.

– Ci młodzi ludzie chyba oszaleli. Spacerują po ulicach i gromadzą się w miejscach publicznych jakby to był czas niefrasobliwych wakacji. Maseczki najczęściej nie noszą, w najlepszym wypadku trzymają ją w kieszeni, w najgorszym wyrzucają do kosza lub w krzaki. Kiedy wychodzą z psami na spacer, te rozpoznają je po zapachu, wyciągają i roznoszą po parku. Ci ludzie nie rozumieją, że kiedy krzyczą lub śpiewają, wirus rozchodzi się znacznie dalej. W takim wypadku dystans społeczny nawet pięciu metrów nie wystarczy. Do ich obnażonych i spoconych rąk oraz twarzy wirusy kleją się jak błoto do karoserii samochodu. Im to nie przeszkadza. Sami nie chorują, tylko zarażają osoby starsze, własnych rodziców i dziadków. Co to za młodzież!

Tego dnia doktor niewiele pomógł burmistrzowi. Po kilku minutach oświadczył:

– Co ja będę panu i pańskim ludziom tłumaczyć, jak wy i tak to wszystko wiecie. Tu trzeba przykręcić śrubę mieszkańcom. Karać za nieprzestrzeganie zaleceń i wsadzać do więzienia. Wiem co to jest epidemia, dlatego chętnie kazałbym nawet rozstrzeliwać! – doktor popadł w nastrój niezdrowego podniecenia.

– Jest zmęczony albo pijany. Albo nie mógł wytrzymać napięcia i się narkotyzuje – pomyślał burmistrz. Nacisnął przycisk na biurku wzywając strażnika pilnującego wejścia do biura. Wyszedł mu naprzeciw, aby udzielić instrukcji.

– Niech pan pomoże doktorowi wyjść na świeże powietrze. Poczuł się słabo chyba z wyczerpania. I proszę wezwać do mnie tę nową sekretarkę i nie wpuszczać nikogo do mojego gabinetu. Muszę jej podyktować ważne komunikaty do przygotowania. W końcu musimy zwalczyć tę epidemię.

Po odejściu strażnika burmistrz wyjął telefon komórkowy i wykręcił numer Cezara. Przedstawił mu krótki raport o sytuacji epidemiologicznej.

– Musimy się spotkać i ustalić strategię postępowania. Inaczej wirus pogrzebie nas wszystkich. Szpitale zapełniają się stopniowo. Wkrótce pacjenci będą rywalizować o miejsca, respiratory i usługi lekarzy. To będzie pandemonium.

Głos z drugiej strony wyjaśniał coś przez minutę. Kiedy skończył, burmistrz zastanowił się, po czym odpowiedział.

 – Proszę mnie zawiadomić, kiedy będzie pan gotowy. Jestem na pańskie polecenia. Przyjadę, jak tylko pan mnie wezwie.

Od czasu wyboru burmistrza, decyzje magistratu zapadały w gabinecie Cezara. Była to cicha ale skuteczna współpraca. Zaczęła się znacznie wcześniej.

Odc 6

Wraz z porą deszczową nadeszła nowa fala epidemii. Rzeka i wirus jakby się zmówiły, pojawiając się razem, aby gnębić ludzi.

Pamiętny dzień rozpoczął się tak zwyczajnie, jakby było to wpisane w porządek świata.  Ranek był dżdżysty, potem rozpadało się na dobre, w końcu przyszła ulewa, która przerodziła się w oberwanie chmury. Niebo zwaliło się na ziemię miliardami ton wody. Jak zanotowały punkty pomiarowe lokalnej stacji meteorologicznej na każdy metr kwadratowy spadła tona deszczu. To wyjątkowe zdarzenie pozostało w pamięci mieszkańców miasta jako Dzień Wielkiej Wody.

W pierwszej kolejności fala powodziowa zmyła barki, łodzie i domy pływające zakotwiczone w porcie rzecznym, pędząc je jak bydło w dół rzeki, ku oceanowi. Większość jednostek znikła bezpowrotnie; poszła na dno albo zbłądziła gdzieś w chaszcze, aby zgnić w mrocznej samotności, albo została rozkradziona.

W miarę podnoszenia się poziomu wody w rzece, ludzie przenosili się z dobytkiem na wyżej położone obszary. Władze miasta udostępniły nieszczęśnikom teren kempingu, dostarczając także namioty i obiecując podłączyć „jak tylko można najszybciej” wodę i instalacje sanitarne. Rozmiar i gwałtowność powodzi zaskoczyły wszystkich, najbardziej zaś geometrę. Kiedy ludzie budowali domy i on wykonywał pomiary, robił z właścicielami działek zakłady, rodzaj ubezpieczenia, do jakiego poziomu powódź nigdy nie dojdzie. Chodziło o to, aby czuli się bezpieczni.

Nad wzbierającą rzeką zbierały się grupki ludzi. Zachowywali się różnie; niektórzy pomstowali, inni milczeli lub odchodzili, aby nie być świadkami rodzącej się klęski.

– Przeklinanie nic nie da. Rzeka i ludzki los nie zależą od człowieka. To kara boska za nasze grzechy. Nadchodzi niespodziewanie jak grom z jasnego nieba.

Komentarz Ojca Alberta nie we wszystkich wzbudził entuzjazm, mimo życzliwości, jaką go darzyli.

W przeddzień powodzi otwarto klub Ero. Była to instytucja prywatna, zastrzeżona wyłącznie dla mężczyzn. Jak się potem okazało, także dla kobiet, chociaż tych było bardzo mało. Zdarzenie od początku otoczone było tajemnicą. Było to miejsce wyłącznie dla wybrańców, którzy otrzymali zaproszenia na jego otwarcie. Kto to był imiennie nie było wiadome. Obowiązywała tajemnica; nikt zresztą nie spodziewał się niczego innego zważywszy na nazwę klubu.

Budynek klubu, kolumnami na froncie przypominający wiejską rezydencję z okolic Neapolu, był usytuowany w północnej, górnej części miasta. Były to dzielnice zamieszkałe przez osoby uprzywilejowane przez los, właścicieli fabryk, majątków ziemskich, odziedziczonych fortun jak i posiadłości zdobytych ciężką pracą. Większość notabli miasta miała tu swoje domy, z wyjątkiem tych, którzy dopiero rozpoczynali karierę zawodową, aby się dorobić.

Zaproszeni na otwarcie „Ero” zjawili się w maseczkach i ubiorach stylizowanych na postacie historyczne i nie tylko. Każdy z uczestników miał przypiętą na piersi złotą przywieszkę identyfikacyjną. Niektóre nazwy brzmiały raczej pretensjonalnie, sugerując dużo więcej niż postura i zachowanie osoby noszącej maseczkę i przywieszkę. W oczy rzucała się Mała Dama. W istocie rzeczy była to postać raczej rosła, proporcjonalnie zbudowana, posturą przypominająca lekkoatletę. Głos dochodzący zza maseczki był trudny do określenia, zbyt chrapliwy jak na kobietę i zbyt wysoki jak na mężczyznę. Większość gości sądziła, że to niewiasta, dopóki nie podciągnęła ona sukienki i nie podrapała się po goleni porośniętej gęstym męskim włosem.

– Aksamitny mężczyzna – skomentował jeden z gości. Po mocnym, przepitym głosie rozpoznano, że był to doktor Bros.

O Małej Damie szybko zapomniano z nadmiaru wrażeń. Dostarczyły ich wykwintna kolacja z szampanem, wyśmienite lody i napoje na deser, w końcu sztuczne ognie. Cały czas zebranym towarzyszyła muzyka kameralna w wykonaniu nieznanego zespołu.

Następnego dnia w mieście, jeszcze przed ujawnieniem się w pełni mocy powodzi, na temat klubu krążyły już pogłoski, plotki i domysły, bo nikt nie znał prawdy. Ci co ją prawdopodobnie znali, trzymali język za zębami. Wszyscy pracownicy klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy.

W rozmowach i dyskusjach było więcej pytań niż odpowiedzi. Co do jednego panowała zgodność, że członkami klubu jest mała grupa uprzywilejowanych mieszkańców miasta. Dyskutujący nie powstrzymali się od złośliwości. Przez niejednego przemawiała zazdrość.

– To chyba klub erotyczny?

– A może to klub samotnych serc? Albo gorzej, klub samca!

– Chyba raczej klub samotnych mężczyzn. Takich u nas nie brakuje, bo ludzie dzisiaj chętniej się rozwodzą niż żenią czy wychodzą za mąż – komentowały między sobą panie z Koła Pobożnych Matron, nie szczędząc języka na opisanie Sodomy i Gomory, jaka miała ogarnąć miasto.

Odc 7 

Najlepiej zorientowani w sprawach Klubu „Ero” wydawali się być taksówkarze dowożący gości, był jednak problem z ich wiarygodnością. Ojciec Albert, spowiednik i powiernik setek wiernych, zazwyczaj dobrze wtajemniczony w intymne sprawy miasta, tym razem wiedział mniej niż organista.

– Taksówkarze, dziś nimi są głównie obcokrajowcy, to naciągacze i donosiciele. Obwiozą cię dwa razy dłuższą drogą, zanim się zorientujesz, gdzie jesteś. Najgorsi są ci z Indii. Ja bym im nie ufał. 

Fakty dotyczące pierwszego dnia Klubu „Ero” zweryfikowano dopiero po kilku dniach. Ojciec Albert dowiedział się szczegółów z samego rana, kiedy otwierał drzwi kościoła. Informacji udzielił mu pocztmistrz, kierujący urzędem pocztowym usytuowanym kilka przecznic dalej. Jak wyjaśnił, był na spacerze. Zobaczywszy księdza, zatrzymał się, aby porozmawiać. Ojcu Albertowi wydało się, że nie znalazł się tam przypadkiem, ponieważ nigdy wcześniej go nie widział spacerującego w okolicy w dodatku o tak wczesnej porze.

– Na ceremonii otwarcia obecny był sam Cezar. Na twarzy miał maseczkę, poza tym ubrany był jak zawsze w ciemny garnitur. Żadnych tam strojów historycznych. Był bardzo krótko. Jak meteor przeleciał przez parkiet sali głównej pozdrawiając dyskretnie wybranych gości. Pokazywano go sobie nazywając Szarą Eminencją. Wielu nawet nie wiedziało, o kogo chodzi.

Lista innych ważnych uczestników przedstawiona przez pocztmistrza obejmowała także doktora, plenipotenta, komendanta i burmistrza oraz właściciela Telewizji Tuba. Było oczywiście więcej osób, ale ci byli najważniejsi.

Konwersując, poczmistrz przyglądał się rozmówcy, jakby usiłował go przeniknąć. Wiedział, że też ma swoje tajemnice, ale nie dzieli się nimi z nikim. Kilka dni przed otwarciem Klubu „Ero” Ojciec Albert pobłogosławił w tajemnicy przed ludźmi pomieszczenia klubowe. Sam nie zamierzał brać udziału w uroczystości otwarcia klubu, nie lubił takich miejsc. Jak mówił, odczuwał niechęć do wszystkich miejsc, gdzie ludzie są zachęcani do picia alkoholu. Miał wątpliwości moralne, wzdragał się też przed poświęceniem tego miejsca. Mówiono, że uległ w rozmowie z Cezarem. Obydwaj mężczyźni znali się dobrze, choć się nie przyjaźnili i rzadko pokazywali razem publicznie. Najczęściej było to w kościele pod wezwaniem Świętego Franciszka z Asyżu, gdzie Cezar w każdą niedziele uczestniczył w mszy celebrowanej przez księdza. Siedział zawsze w pierwszym rzędzie.

Pocztmistrz wiedział o tym dobrze. Kilka dni wcześniej powiedział doktorowi Brosowi, do którego miał zaufanie:

– Cezar to jastrząb wierzący w Boga i wspierający gołębia Ojca Alberta solidnymi datkami na kościół. Oni są jak ptaki połączone wspólną wiarą i pieniędzmi.

O Klubie „Ero” krążyły wieści tak dziwne i niezrozumiałe, że mało kto w nie wierzył. Z czasem ludzie przełamywali swoje uprzedzenia wobec tych pogłosek. Członkowie klubu byli zobowiązani do zachowania tajemnicy i uparcie trzymali język za zębami. Mówiono, że ktoś raz chlapnął, powiedział coś niewłaściwego czy za dużo, i po prostu zniknął. Znaleziono go martwego trzy dni później. Jak się okazało, popełnił samobójstwo. Zmarłego pochowano na cmentarzu, gdzie nigdy wcześniej żaden samobójca nie spoczął. Mowę pogrzebową wygłaszał Ojciec Albert; musiał wiedzieć więcej na ten temat, ale uparcie milczał. Zdarzały się także utonięcia, rzadziej nieznana choroba, po której ciało puchło do granic możliwości, siniało i śmierdziało już następnego dnia.

Pytany o te sprawy doktor Bros nie unikał odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, mówił chętnie a nawet więcej, niż to, o co go pytano, tak jakby miał w tym jakiś interes.

– Owszem, w mojej praktyce lekarskiej zdarzały się takie zgony, ale to o niczym nie świadczy. To, że ktoś wpadł pod samochód, nie znaczy, że ten samochód znalazł się celowo w jego pobliżu, aby ten ktoś mógł popełnić samobójstwo. Śmierć człowieka w takich okolicznościach to najczęściej przypadek a nie efekt czyjegoś celowego działania. Ludzie często zachowują się niezrozumiale. Miałem pacjenta, który umyślnie zaraził się wirusem Quagga, aby przekonać się, czy jest to poważna choroba, bo nie wierzył w żadne epidemie i szczepienia. Czy to był samobójca? Nie wiem. Raczej wariat, bo umarł w męczarniach.

Aktywny tryb życia mężczyzn pogłębiał samotność żon, które nie pracowały zajmując się domem. Mając więcej czasu, prowadziły życie bardziej towarzyskie, częściej się spotykały.

Teresa Bros, żona doktora, w rozmowie z aptekarzową Marleną, nie krępowała się nazywać rzeczy po imieniu. Nie było potrzeby; obydwie wychowywały się razem i od lat przyjaźniły, mimo że ich mężowie nie przepadali za sobą.

– Pal diabli Klub „Ero” i jego sekrety! Tu chodzi o zachowanie w tajemnicy życia elity, ludzi popierających się nawzajem. Czerpią z tego korzyści. Oni to wszystko pichcą we własnym sosie dla własnych potrzeb. Jeśli chodzi o te rzekome czy rzeczywiste samobójstwa, to orzeczenia zgonu wystawia doktor, poświadcza komendant policji i potwierdza oficjalnie burmistrz swoją pieczęcią. Czasem w tym uczestniczy Plenipotent, kiedy w grę wchodzi spadek. Możesz uśmiercić kogoś wbijając mu nóż w piersi, a z dokumentów będzie wynikać, że to samobójca. Władza to najbardziej elitarny klub w naszym mieście.

– Całe szczęście, że nasi mężowie należą do elity, bo nie wiadomo, co by się z nami stało w razie nieszczęścia.

– Największe nieszczęście to ubóstwo. Nie daj, Boże, być biedakiem – filozoficznie zauważyła Teresa. Wiedziała, co mówi, gdyż pochodziła z biednej rodziny. Oboje z mężem nigdy nie podejmowali tego tematu.

Życie wyższych sfer otaczało się coraz wyższym murem tajemnicy.

– Człowiek kulturalny nie rozmawia o własnych wpadkach ani seksie z własną żoną. – Tak miał powiedzieć kiedyś Cezar.

Ojciec Albert nie miał wątpliwości, że to nie Cezar był autorem powiedzenia, ponieważ nigdy nie był żonaty ani dzieciaty. Była to dziwna postać. Kapłan zamyślił się, przypominając sobie szczegóły jego życiorysu. Niektóre poznał osobiście, o innych słyszał od parafian lub czytał w prasie. Z Cezarem łączyły go relacje bliskości i oddalenia. Nie rozmawiał o tym z nikim, nie lubił nawet o tym myśleć. Problem tkwił w tym, że obydwaj lubili dominować.

Odc. 8

Miasto przeżywało kryzys. Wielka powódź, wzrost zachorowań na wirusa,  upadające firmy, zwolnienia pracowników, zapełniające się szpitale. Ludzie tracili dochody i nadzieję. Wszyscy obawiali się o przyszłość. Co gorsze, w mieście pojawiły się plotki, graffiti i anonimowe donosy szkalujące poważnych ludzi.

W ratuszu od rana obradował miejski sztab kryzysowy. Narada nie szła najlepiej. Brakowało kilku ważnych zaproszonych osób oraz dwóch stałych członków sztabu. Nieobecność uzasadniali chorobą lub innymi ważnymi obowiązkami. Burmistrz, prowadzący naradę, denerwował się. Było to najbardziej jałowe spotkanie, jakie mógł sobie wyobrazić. W pewnym momencie, wyprowadzony z równowagi brakiem najnowszych danych o liczbie zakażeń na wirusa, warknął do siebie: 

– Kurwa mać! Idzie nam jak krew z nosa.

Wieczorem zadzwonił do niego Cesarz. Wiedział już o niepowodzeniu posiedzenia sztabu kryzysowego. Także o donosach i graffiti .

– To wredna sprawa. Dotyczy nas wszystkich. Zaprosiłem na jutro do siebie kilka prominentnych osób, aby o tym porozmawiać. Razem stworzymy taki mały think-tank. Coś trzeba z tym zrobić. Chcę zaprosić także pana, powinniśmy spotykać się razem. To jak, przyjdzie pan? Jutro o godzinie piątej po południu.

Burmistrz zastanawiał się nad odpowiedzią, kiedy głos w telefonie odezwał się znowu.

– Nie musi pan podejmować natychmiast decyzji. Proszę się nad tym zastanowić. Niech pan zadzwoni do mnie jutro. O dowolnej porze, jestem dostępny od rana do południa. Ale nie później, bo będę zajęty.

Słuchając Cezara burmistrz wyobrażał sobie, co on naprawdę myślał.

„Chcę stworzyć własny sztab kryzysowy do zarządzania miastem. Mam odpowiednie warunki, no i przede wszystkim środki. Nie znaczy to, że będę proponować likwidację miejskiego sztabu kryzysowego. Niech sobie nadal istnieje. Ja po prostu nie wierzę, że oni mogą osiągnąć jakiekolwiek sukcesy. Do tego trzeba umiejętności, determinacji i środków. Ja tym wszystkim dysponuję w odróżnieniu od tego wolnomyśliciela burmistrza”.

Cezar rozłączył się tak szybko, że burmistrz nie zdążył nawet powiedzieć mu “do widzenia”. Był zły na niego, że zakończył rozmowę tak bezceremonialnie.

W nocy w sypialni wrócił myślą do rozmowy. Zastanawiał się głośno w obecności żony.  – Co ten typ ma na myśli? Co on knuje? – rzucił w przestrzeń pytanie. Zapadła cisza, jakby słowa rozmazały się w chłodnym powietrzu płynącym z uchylonego okna. 

– Może on chce ci pomóc? Nie idzie ci zbyt dobrze. Ale to nie twoja wina, masz masę problemów. Wirus, epidemia, sektor biznesu w opałach, szpitale, szkoły. Musisz nad tym wszystkim panować, a to prawie niemożliwe.

– Myślę, że bardziej niż mi pomóc, on chce mnie wysadzić z siodła i na stanowisko wstawić któregoś ze swoich pociotków. Wszędzie ich umieszcza, nie tylko w swoich firmach.

– Dziwisz się, że chciałaby zastąpić cię kimś innym? Nie masz najlepszej opinii w mieście. Ktoś pisze na ciebie anonimy i rozsyła do wszystkich, co chcą je czytać.

– Na przykład do kogo?

– Na przykład do prokuratora, sądu i na policję. To są najnowsze wiadomości. Wiem to od żony komendanta, powiedziała mi to w zaufaniu. A co było wczoraj?! Ten napis czerwoną farbą na ścianie naszego domu: „Burmistrz to złodziej”! – To straszne. Pojawiły się także graffiti w mieście. Nie tylko przeciwko tobie, ale i innym znanym ludziom. Kilka domów dalej na ścianie budynku ktoś namalował obsceniczny obraz i podpisał: Burdel Mama. Obrzydliwość. Nie znam tej kobiety, ale jej współczuję. Szczują nas jeden na drugiego. Kto to może być?

Następnego dnia jadąc samochodem do rezydencji Cezara burmistrz zastanawiał się nad jego propozycją. Pogrążony w myślach, nie zwrócił uwagi na ludzi gromadzących się przy ulicy i czekającą z boku policję. Szykowała się jakaś manifestacja.

– Dlaczego nie? Ten pomysł ma ręce i nogi. Warto mieć takiego krezusa po swojej stronie, a przynajmniej wiedzieć, co knuje. Nikt nie wątpi, że facet nie tylko śpi na pieniądzach ale ma też łeb na karku. Umie sobie radzić. Bez tego nie zgromadziłby takiego majątku. 

Dojazd zajął mu więcej czasu niż myślał. Rezydencja Cezara mieściła się na wzgórzu, skąd roztaczał się widok na miasto i rzekę. Na spotkanie przybyło kilkanaście osób. Wydawało się, że są tam wszyscy wpływowi ludzie w mieście. Kiedy burmistrz ich zobaczył, poczuł ukłucie zazdrości. Oprócz Cezara i jego przystojnego sekretarza, z którym się nie rozstawał, obecni byli już doktor, komendant policji, dyrektor szkoły, aptekarz i kilku biznesmenów, których znał.

Spotkanie odbywało się w małej sali konferencyjnej. Wokół stołu z przekąskami stały skórzane fotele. Na stole nie było żadnego alkoholu, nawet piwa, tylko kawa, herbata, napoje gazowane, soki. Burmistrz mruknął do stojącego obok doktora, który mu doradzał w sprawach medycznych. Znali się bardzo dobrze.  

– Pan domu sam nie pije, to i innym nie pozwoli nawet ust zamoczyć. To jest dyscyplina!

– Mój drogi! Przyjechaliśmy tutaj pracować, a nie pić. To chyba dobrze, bo ja do dzisiaj nie mogę jeszcze uspokoić się po ostatnim pijaństwie imieninowym. Ta epidemia mnie dobije.

Nie czekając na spóźnialskich, o godzinie siedemnastej gospodarz  rozpoczął spotkanie. Ubrany był jak zwykle w ciemny garnitur w paski.

– Koszula, krawat, pantofle i skarpetki – to chyba wszystko, co ma na jeszcze sobie. Wygląda jak stróż pilnujący dobytku mojej babci – pomyślał niechętnie burmistrz. 

Cezar przedstawił cel spotkania i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wirus i epidemia, sytuacja gospodarcza, rosnące bezrobocie oraz graffiti i donosy. Tak widzę najważniejsze problemy miasta. Chciałbym, abyśmy się zastanowili, dokąd to wszystko zmierza i co możemy wspólnie zrobić, aby poprawić sytuację.

Za oknami zaczęły ujadać wściekle psy. Zrobił się harmider, nie sposób było spokojnie słuchać.

– Przepraszam za to zakłócenie. Lubię zwierzęta, ale czasem przeszkadzają.

Cezar odwrócił głowę w kierunku sekretarza, dając mu znak niewidzialnym dla gości ruchem dłoni. Ten skinął głową i wyszedł z sali. Kiedy przechodził koło burmistrza i doktora, obywaj zauważyli jego smukłą, wysportowaną sylwetkę i obcisłe spodnie. Poczuli mocny, słodki  zapach perfum. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo.

Cezar nie był najlepszym mówcą. Mówił spokojnie, czasem się jednak powtarzał, używał obcych słów oraz wyrażeń nadających posmak sztuczności temu, co mówił. Obserwowano go uważnie. Aptekarz zastanawiał się, jak spożytkuje korzyści z uczestnictwa w naradzie. Chciał rozwinąć swój biznes na większą skalę, marzył o dominacji na rynku. Był już największym dystrybutorem artykułów farmaceutycznych, drogeryjnych i suplementów diety. Czekał na dyskusję na temat donosów i graffiti. Czuł się również zagrożony, na niego też pisano. Ktoś wiedział o nim więcej, niż mógł się spodziewać. Podejrzewał urząd podatkowy.

– Tam musi być ktoś, kto działa w porozumieniu albo za zgodą mojej konkurencji. A może maczał w tym palce sam burmistrz lub Cezar? Też mają wszędzie swoich ludzi i ambicje zrobienia dużych pieniędzy. Myślał o tym już wcześniej.

Odc. 9 

Doktora Brosa bardziej niż cokolwiek interesowały motywy i intencje kierujące Cezarem. Chcąc je zrozumieć, słuchał go uważnie, obserwując równocześnie, jak inni reagują na jego słowa.

Cezar wyglądał inaczej niż zwykle. Stracił nieco na wadze i jakby wyładniał. Ostatnie skojarzenie tak rozbawiło doktora, że o mało co a zaśmiałby się głośno. To go otrzeźwiło. Skoncentrował się, aby nic nie stracić z przemówienia Cezara. Analizował jego słowa. Znał się na tym, robił to codziennie rozmawiając z pacjentami, którzy nie zawsze umieli wyrazić, co im dolega. Cezar nie uśmiechał się, tak jakby nie umiał. Było w nim coś kobiecego. Jego sylwetka była zaokrąglona, a policzki mimo zmarszczek gładsze niż u mężczyzny.

– Chyba był u kosmetyczki – pomyślał doktor i skierował wzrok na jego nogi. Cezar nosił długie spodnie, szersze niż inni mężczyźni. Kiedy podniósł nogę, aby zrobić krok do przodu, doktor zauważył jego pantofle. Miały damski krój, były nieco węższe i delikatniejsze, też eleganckie ale w inny sposób niż męskie obuwie.

To zastanowiło Brusa, choć nie całkiem zdziwiło. Już wcześniej słyszał od pacjentów, że Cezar nie jest mężczyzną ale kobietą w przebraniu mężczyzny. Doktor odrzucał te plotki jako wyraz ludzkiej bezmyślności. Teraz sam nabrał wątpliwości.

Starał się skoncentrować na tym, co mówił gospodarz.

– Nastroje w mieście są bliskie eksplozji. Wszyscy wiemy dlaczego. Epidemia to zjawisko naturalne, ale za jej skutki społeczeństwo będzie obarczać władze, ale nie tylko. Także wielu z nas. Jeśli coś pójdzie nie tak jak trzeba, ludzie będą szukać winnych. I będą winić nas wszystkich, tak jak tu siedzimy. Burmistrza za wzrost bezrobocia, doktora za pogarszające się warunki w szpitalach, bo jest koordynatorem ich pracy, aptekarza za brak szczepionek, maseczek ochronnych lub przyłbic. Mógłbym się tym nie przejmować, bo żyję trochę na uboczu, ale jestem człowiekiem aktywnym i postanowiłem się włączyć. Indywidualnie możemy niewiele znaczyć, ale razem stanowimy siłę, czy to się komuś podoba czy nie. Musimy to wykorzystać, aby uspokoić sytuację.

Cezar mówił w sposób, który zaniepokoił zebranych. Mówił nie na temat. Nie o problemach i jak je rozwiązać, ale o przyszłości, kiedy już ich nie będzie. Mówił o pragnieniach i marzeniach. W końcu zaskoczył wszystkich zadając pytanie:

– Czego pragną zwykli obywatele? O czym marzą? Każdy z nas ma jakieś pragnienia i marzenia.

Zapadło milczenie. Nikt nie kwapił się z odpowiedzią.

– Chcą lepszego życia. Przekonania, że będą żyć lepiej niż obecnie, że łatwej będzie o pracę, będę lepiej zarabiać, że wszytko będzie się układać. To jest ich wizja przyszłości.

Doktor uświadomił sobie, że Cezar mówi skrótami. Zapamiętał niektóre z nich.

W czasie przerwy nalał sobie kawy i podszedł do burmistrza. Mówił ciszej, aby go inni nie słyszeli.

– Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę. Nasz wymowny hegemon używa pewnych słów, aby wywołać w głowach pozytywne skojarzenia. Manna z nieba. Mleko i miód. Świeże pieczywo na śniadanie. Dzieci. Kobiety rodzą dzieci. Żadnej nagości i wulgarności na ulicach. Lojalność wobec władzy. Sądy orzekają szybko i bezstronnie. Praca dla wszystkich. Liczy się czas i czyn. To fenomenalne, co ten stary cwaniak wymyślił. Jako lekarz wiem, że ludzie lubią słuchać o rzeczach pozytywnych, a nie negatywnych. Nawet kiedy te pierwsze są naciągane, a te drugie prawdziwe i ważne. Taka jest natura ludzka. Chętnie opowiedziałbym ci o pewnej pacjentce, kiedy byłem młody i nie znałem kobiet, ale nie mamy czasu. Już wołają na salę.

Po drodze na salę doktor zdołał jeszcze dodać:

– Cezar powinien mówić o patriotyzmie i tradycji, bo to wszyscy znają. Ludzie nadużywają tych słów tak, że są już wyświechtane. Te słowa były zbyteczne.

W dyskusji burmistrz pierwszy zabrał głos.

– Przecież to nie ma sensu – zaoponował. – To, co pan powiedział, to zbiór luźnych haseł, dobrych w filmie propagandowym o tym, jak zdobywać władzę w wyborach na prezesa klubu wioślarskiego. A nie dla naszego miasta. Jak pan to wytłumaczy?

Jego wypowiedź zaskoczyła wszystkich gwałtownością i bezkompromisowością wobec Cezara.

– Aha! Burmistrz poszedł na konfrontację – pomyślał doktor Brus. – Po co on to robi?

Gospodarz spotkania zamiast się zdenerwować, popatrzył uważnie na pytającego. Milczał, jakby oczekując, aż uspokoją się psy. Znowu szczekały, choć ciszej niż poprzednio. Po chwili się uspokoiły.

– Trafił pan, burmistrzu, w samo sedno. Ja wcale nie uważam, że musimy to realizować. To jest tylko wizja, a to, co mówiłem, to tylko słowa, które mają przekonać do nas ludzi. Jesteśmy ludźmi wpływowymi i powinniśmy to wykorzystać dla dobra miasta. Możemy pokierować losami miasta. Burmistrz sam nie jest w stanie tego zrobić.

W drodze do domu burmistrz był pewny, że wszyscy uczestnicy spotkania myśleli o tym samym, co on, o wizji Cezara. Chodziło o coś w rodzaju raju na ziemi. Cezar dał mu nawet nazwę: Ziemia Obiecana. Dla burmistrza była to mrzonka, fatamorgana, narkotyk dla naiwnych. Na jego zarzuty Cezar odpowiedział:

– Nie przeszkadza mi to tak długo, dopóki ludzie wierzą mnie, a nie moim przeciwnikom.

Burmistrz poczuł się jeszcze bardziej zagrożony.

Odc. 10 

Oddanie każdego kapłana wierze i kościołowi ma swoje granice. W przypadku Ojca Alberta wytyczały je sprawy prozaiczne, z pozoru mało ważne, określające jego codzienne życie. Najgorsze w nim było to, że po posiłkach natychmiast zasypiał. Następowało to niezależnie od okoliczności, czy było ciepło czy gorąco, czy pod głową miał poduszkę czy też twarde oparcie ławki kościelnej lub drewnianej ścianki konfesjonału. Była to jawna i wyjątkowo deprymująca słabość. Doktor Chyra, profesjonalista wtajemniczony w problem, podejrzewał, że przysypianie Ojca Alberta mogło mieć związek z jego dziedzictwem genetycznym. Było to tym boleśniejsze dla duchownego, że spanie w ciągu dnia uważał za marnotrawstwo czasu, jaki przeznaczył mu Stwórca na realizację ważnych zadań. Walcząc z nałogiem zasypiania, Ojciec Albert pił wodę w niezwykłych ilościach, aby pęcherz nie pozwolił mu zasnąć, ale wtedy musiał z kolei raz po raz pędzić do toalety. To go tak męczyło, że coraz częściej zdarzało mu się przekląć, co było jawnym grzechem.

Na początku, nie mając własnego spowiednika, nie korzystał w ogóle z sakramentu spowiedzi. Zapytany przez Trinity, dlaczego nie pojedzie do innej parafii, aby się wyspowiadać, odpowiadał:

– Byłoby to wielkim marnotrawstwem czasu, który muszę poświęcać parafii i parafianom. Ponadto spowiadam się z moich grzesznych czynów i myśli bezpośrednio panu Bogu i jest nam z tym dobrze.

Trinity nie zgadzała się z nim, tłumacząc mu, że uczył ją zupełnie czego innego.

– Sam mi ksiądz powtarzał i przypominał, że człowiek grzeszny musi korzystać z pomocy kapłana, ponieważ tylko taka spowiedź jest ważna. Tylko spowiednik jest w stanie dopytać penitenta o sprawy, które ten mógłby chcieć ukryć lub nie dopowiedzieć, oraz ustalić, jak bardzo żałuje on za grzechy, aby zadać mu odpowiednią pokutę. Spowiedź bezpośrednia wobec pana Boga, jak to praktykują inne religie, to tylko oszukiwanie siebie samego.

Odpowiadał wtedy Trinity:  

– Gdybym miał zaufanego spowiednika, jakim sam jestem, natychmiast poszedłbym do spowiedzi. Ale go nie mam, bo w parafii od dłuższego czasu nie mamy drugiego kapłana. Dlatego występuję w podwójnej roli, spowiednika i penitenta. Nic innego w tej sytuacji nie mogę zrobić. 

Z biegiem czasu Ojciec Albert zmienił zdanie. Bycie jednocześnie spowiednikiem i penitentem przerażało go. Tym mocniej bił się wtedy w piersi i tym głośniej wyrażał żal za grzechy. Trinity i organista, szczerze zatroskani o Ojca, którego uważali za świętego, widząc go w takim stanie cierpieli razem z nim. Zamykali wtedy w pośpiechu kościół, aby nikt postronny nie był świadkiem jego niezwykłego upokorzenia.

Drugą słabością Ojca Alberta było jego hobby – prowadzenie kroniki kościoła i parafii. Pożerało to jego czas i zużywało jego energię, ponieważ Ojciec nie tylko przedstawiał w kronice historię ale też snuł plany na przyszłość. Z czasem nabył skłonności do fantazjowania, tworzenia wizji i snucia marzeń na temat parafii, parafian i ich życia duchowego. Ze swoim naukowym zacięciem, przez dłuższy czas zbierał też informacje na temat Arki Noego, wnikając w jej historię. Była ona o tyle ciekawa, że wykopaliska archeologiczne potwierdziły prawdziwość opisu biblijnego. Zachwycało to kapłana, ponieważ nauka i doktryna kościelna na ogół rozmijały się ze sobą, co go bolało.

Trzecia słabość Ojca Alberta miała zupełnie inny charakter, nie przystający do zawodu duchownego. Była to słabość do techniki, w szczególności do pojazdów mechanicznych. Z tej pasji Ojciec czerpał dużo radości, ale też i niemało cierpienia, które niesie ze sobą każdy postęp techniczny.

– To dlatego, że w odróżnieniu od wszystkiego, co żyje, będąc tworem boskim, technika jest tylko tworem ludzkim, z konieczności więc niedoskonałym – tłumaczył wiernym kapłan.

Najbardziej leżał mu na sercu dar od parafianina, Jana Zadry, który na łożu śmierci zapisał mu w testamencie samochód. Nie był to pojazd nowy, ale w doskonałym stanie. W pierwszym momencie Ojciec Albert odrzucił propozycję tak kosztownego daru i zasugerował, aby darczyńca przekazał pojazd parafii. Jego właściciel nie zgodził się.

– Podaruję parafii samochód, dorobek mego życia, a biskup przeniesie ojca do innej parafii i dar przepadnie. Z czymś takim nie mogę się zgodzić. Bóg by się na mnie obraził i pokarał wiecznym potępieniem, bo Ojcu ten samochód należy się bardziej niż komukolwiek innemu. Zresztą Ojciec też nie będzie żyć wiecznie, wobec czego prędzej czy później, wołałbym aby później, mój dar i tak przypadnie w udziale parafii.

Odc 11

Ojciec Albert miał prawo myśleć, że dar parafianina może mu przynieść niepokój i kłopoty. Siedząc w konfesjonale spowiadał się po cichu.

– Boże, czemu nie skorzystałem z twojej łaski i popadłem w pychę myślenia, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Czemu usiłowałem zwodzić siebie, że to niemożliwe.

Tego dnia Ojciec Albert nie zjadł obiadu. Była to pokuta, jaką sam sobie zadał, za grzech ukrywania prawdy. Cierpiał, tym bardziej, że Trinity pogniewał się na niego.

– Przepraszam Ojca, ale to są jakieś fanaberie. To ja gotuję ulubione dania Ojca, a Ojciec odrzuca je jakby to była trucizna. Mnie to nie przekonuje, że to dobra pokuta. Ojciec oszukuje sam siebie.

Następnego dnia przystąpiła do spowiedzi, aby przeprosić Ojca Alberta na słowa krytyki.

– Trinity, oboje zgrzeszyliśmy. Wybacz mi, tak jak ja wybaczam tobie.

Oboje poczuli się lepiej. Nie rozwiązało to jednak sprawy donosu o kradzieży samochodu.

Ojciec Albert martwił się darem parafianina, tym bardziej, ze samochód bardzo przypadł mu do serca. Miał duże drzwi, fotele obciągnięte prawdziwą skórą oraz kierownice, którą można było obracać w czasie jazdy jednym palcem, tak lekko prowadził się.

Złą passę zdarzeń w mieście pogłębił donos, jaki otrzymał komendant. Wśród masy różnych anonimów trafiających ostatnio do policji, kierowanych przeciwko znanym i mniej znanym mieszkańcom miasta, pojawił się również i ten, że Ojciec Albert jeździ kradzionym samochodem, w dodatku bardzo luksusowym. Oskarżenie było tak absurdalne, że komendant wybuchnął śmiechem. Kiedy o tym myślał, przypomniał sobie rozmowę z żoną w sypialni.

– Ty nawet nie masz wyobrażenia, jak wielkie są potrzeby kościoła i jak skromne są jego środki. To nie jest duża parafia. W dodatku ludzie skąpią na kościół. Ojciec Albert wszystkiego sobie odmawia. To święty człowiek.

– Jaki kościół i jaka parafia? – zdenerwował się komendant. Żona często zaskakiwała go mętnymi tłumaczeniami.

– Jak to jaki kościół i jaka parafia? Co ty zadajesz głupie pytania? Parafia Świętego Franciszka z Asyżu, którą prowadzi Ojciec Albert, najuczciwszy z duchownych jakich spotkałam w życiu. Powinieneś pójść raz, bezbożniku, ze mną w niedzielę do kościoła, aby wiedzieć takie podstawowe rzeczy. Kościół wymaga poważnego remontu dachu i wymiany części instalacji klimatyzacyjnej, a co najmniej naprawy. Zaniedbany jest także z braku środków cmentarz przy kościele. Ma wartość historyczną.

Komendant uznał, że donos tym bardziej wymaga wyjaśnienia. Wracając po południu do domu, zatrzymał się kilkaset metrów przed kościołem. Postanowił się przejść. Nie zapowiedział się z wizytą proboszczowi. Lubił zaskakiwać ludzi, podobnie jak swoich pracowników. Uważał, że daje to dobre efekty. Dzięki temu wiedział, kto naprawdę pracuje, a kto pozoruje. Nawyk tak bardzo wszedł mu w krew, że nawet nie pomyślał, że będzie to nieuprzejme wobec szanowanego duchownego, inicjatora i opiekuna wielu szlachetnych przedsięwzięć.

Ojciec Albert nie pokazał po sobie zaskoczenia. Zaprosił gościa na patio wewnętrze plebanii przyległej do budynku kościoła, gdzie po chwili Trinity przyniosła napoje i świeżo upieczone ciasto.

– Co pana sprowadza do mnie, panie burmistrzu? Czyżby chciał się pan nawrócić?

Pytanie było zgoła żartobliwe, burmistrz jednak z jakiegoś powodu wziął je sobie do serca.

– Podobno parafia księdza jest jedną z najbiedniejszych w diecezji. Czy to prawda?

Zapytany popatrzył na niego z nieokreślonym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się.

– Może nie najbiedniejsza, ale też nie najbogatsza. Borykamy się z wieloma problemami wobec ogromu potrzeb. Proszę rozejrzeć się dokoła.

– Ale samochodem to Ojciec jeździ solidnym. Na pewno niemało kosztuje. „Samariteri” to doskonała marka.

– Nie zastanawiałem się nad tym. To dar od parafianina. Zapisał mi go w testamencie. Nazywaliśmy go dobrym samarytaninem, bo był bardzo uczynnym człowiekiem. Nazywał się Jan Zadra. Może pan słyszał o nim? Był innej wiary. Jakiś czas temu zmienił nazwisko i przeszedł do naszego kościoła. Pomagałem mu załatwić wszystkie formalności. Dawniej nazywał się Aram Aramie. To był naprawdę dobry samarytanin.

– Jak to się stało, że podarował ojcu tak kosztowny samochód. To wypasiona bryka. Chyba to jakoś wyjaśnił, zanim odszedł z tej ziemi.

– Powiedział mi: To za wieloletnią posługę Ojca w tej parafii. Ktoś musiał to docenić skoro nawet pan Bóg nie dostrzegł zasług Ojca. – Nie bluźnij synu. Nie bluźnij! – ostrzegłem go wtedy. To dobry człowiek, samarytanin – Ojciec Albert powtórzył w zamyśleniu. Jego siwa głowa przechyliła się na bok, jakby dziwiła się słowom swego właściciela.

– Oto cudowna różnorodność gatunku ludzkiego! Głowa mówi co innego niż usta – pomyślał komendant.

– Czy moglibyśmy razem obejrzeć ten samochód?

– Nie jest to możliwe w tej chwili, bo jest w naprawie. To niewielkie uszkodzenie. Najechałem na kamień. Na szczęście nic poważnego.

Komendant postanowił wrócić innego dnia. Donos wymagał wyjaśnienia. W grę wchodziło zarówno oskarżenie o korzystanie z kradzionego dobra jak i być może nadużycia podatkowe. Na odchodnym zapytał od niechcenia:

– Co Ojciec sądzi o Cezarze?

– Którym? W historii świata było wielu cezarów.

– Aha. No tak. Jego prawdziwe nazwisko to Leon Cukor, o ile sobie dobrze przypominam. Ojciec zapewne o nim słyszał. Ludzie nazywają go Cezarem.

– Nazywają go także Dyktatorem, choć to nie ma najmniejszego sensu, bo to spokojny i pobożny człowiek. Pan Cukor jest moim parafianinem, regularnie uczestniczy w wieczornych mszach świętych. Celebruję je regularnie raz w miesiącu. Pan Cukor przyjeżdża na nie razem z rodziną i przyjaciółmi.  

– Każdego z nas jakoś nazywają. Czy zasługujemy na to czy nie – filozoficznie zauważył komendant. Zadarł głowę do góry i przyglądając się wieży kościoła zastanawiał się, czy dar Ojca Alberta nie mógł pochodzić od kogoś znacznie bogatszego niż zwykły parafianin.

Odc 12 

Rosnąca ilość zakażeń wirusem Quagga wywołała niedowierzanie, przerażenie, a nawet przekonanie, że jest to manipulacja. Od rana przed ratuszem, siedzibą burmistrza, gdzie mieściły się jego biura i administracja miasta, gromadził się tłum. O godzinie dziewiątej rozpoczęły się protesty.

– Nie wierzymy w wirusa Quagga. Nie ma żadnej epidemii. Nikt nie widział go na oczy, a przecież to żywy organizm. Nie musimy się szczepić ani nosić maseczek na twarzy i rękawiczek ochronnych. Ludzie duszą się w maseczkach. Sam burmistrz ostatnio przemawiał i nie miał maseczki na twarzy.

– Czy wyście oszaleli? To w szpitalach ludzie umierają zakażeni wirusem, duszą się z braku tlenu, wysokiej gorączki i ogólnej niewydolności organizmu, a wy mówicie, że nie ma żadnego wirusa? – doktor Brus nie wytrzymał. Znalazł się w tym miejscu przypadkowo, idąc z pobliskiego parkingu do ciężko chorego pacjenta.

– Ludzie zawsze umierali, teraz tym bardziej, kiedy nieprzerwanie padają deszcze i robi się coraz zimniej. To grypa, a nie żaden wirus. Chcecie nam odebrać wolność, prawo do demonstracji, stłamsić i podporządkować. To co burmistrz i jemu podobni głoszą w mediach, to podły spisek albo zwykła głupota. Wirusa nie ma. Nabijacie tylko kieszenie wielkich firm farmaceutycznych, które zarabiają na szczepionkach. To ich robota. To oni wymyślili tego wirusa i płacą pseudonaukowcom, aby fałszowali badania, pokazując, jakie to korzystne szczepić się przeciwko wirusowi. Taka sama mądrość jak globalne ocieplenie!

Kiedy doktor słuchał wypowiedzi antyszczepionkowców, był bliski załamania. Zaczepił kobietę biegnącą z aparatem fotograficznym w ręce i torbą przewieszoną przez ramię.

– Czy pani notuje i pokazuje to, co ci szaleńcy krzyczą? To trzeba publicznie napiętnować!

– Nie moją rolą jest oceniać, ale pokazać argumenty obydwu stron. Protestujących i tych pozostałych, takich jak pan, przede wszystkim zaś policji. Oni mają tu najwięcej do powiedzenia.

Na miejscu dziennikarze i reporterzy robili zdjęcia, wywiady i sporządzali notatki. Robiło się coraz niespokojniej. Burmistrz zadzwonił do komendanta i poprosił, aby wzmocnił niewielką grupkę policjantów, który już byli na miejscu. Wkrótce przybyły posiłki. Ich dowódca usiłował przekonać zebranych do zaprzestania manifestacji.

– To jest nielegalna demonstracja, nie macie zezwolenia. Musicie się rozejść.

Policjanci zaczęli legitymować uczestników zgromadzenia, co tylko powiększyło zamieszanie. Dwóch najbardziej aktywnych policjanci usiłowali zabrać do samochodu, aby przewieźć na komisariat. W trakcie szamotaniny ktoś podpalił nieoznaczony samochód osobowy. Nastąpiły starcia i aresztowania. W końcu policja użyła armatek wodnych, aby rozpędzić demonstrację.

– Musimy ich w końcu uspokoić, to się rozejdą.

– To niebezpieczne, jest za zimno. Pochorują się na zapalenie płuc. A szpitale są coraz pełniejsze – jeden z policjantów wyraził ostrożny sprzeciw.

– Jeśli chcesz pozostać w pracy, to lepiej nie myśl o tym, co robisz. Masz wykonywać polecenia, a nie zastanawiać się nad ich sensem – skarcił go dowódca.

Wieczorem policja oskarżyła o podpalenie demonstrantów, ci upierali się, że podpalenie było prowokacją i pokazali w telewizji nagranie video, na którym rozpoznali tajnego pracownika policji.

– Za wszystko odpowiedzialny jest komendant policji. Demonstracja była pokojowa i policja nie miał prawa interweniować. Mieliśmy zezwolenie. Nie ma to zresztą znaczenia, bo wolność słowa i zgromadzeń zapewnia nam konstytucja – przekonywał Aleks, żywy młodzieniec, aktywista Zielonych występujący teraz w roli obrońcy praw człowieka. Kiedy poruszał głową, jego długie włosy rozsypywały się na ramiona.

Pod koniec telewizyjnej dyskusji przemówił profesor Zybe, doradca burmistrza. Był to starszy mężczyzna. Ubrany w brązową tweedową marynarkę i szare spodnie, z kilkudniowym zarostem, wyglądał nijako. Mówił mocnym głosem z metalicznym akcentem.

– Ludzie dzielą się na mądrych i głupich. Wiara antyszczepionkowców oparta jest na ignorancji i jeszcze raz na ignorancji. Zrobiono im pranie mózgów, a teraz oni chcą nam zrobić to samo. Niedoczekanie ich. Ich poglądy są wyświechtane jak stare buty. Już w 1802 roku przeciwnicy szczepień wyobrażali sobie ludzi z krowimi cechami, które ich zdaniem pojawiały się po przyjęciu szczepionki na prawdziwą ospę.

Wypowiedź profesora oburzyła wielu mieszkańców miasta. Profesor upierał się, że jego słowa wyrwano z kontekstu, że wcale tak nie myślał, jak mu zarzucano. Powołał się nawet na wywiad sprzed trzech miesięcy, w którym twierdził, że jest odwrotnie, że mieszkańcy miasta podciągają się w wiedzy o gospodarce, edukacji, technologii i zdrowiu.

– Jest dużo inicjatyw społecznych. Społeczeństwo się uczy, wie coraz więcej. Nie mam obłędnych poglądów, jak mi się zarzuca, niektórzy mnie po prostu niewłaściwie zinterpretowali. To tylko wskazuje, że wszyscy musimy nieprzerwanie się uczyć.

– Komendant nienawidzi zwyczajnych ludzi, dlatego policja zachowuje się tak brutalnie. A burmistrz, pański szef, to toleruje, sprzyjając przemocy i nadużyciom władzy – usłyszał w odpowiedzi. .

Burmistrz nie uniknął skojarzenia Zybego ze swoją osobą i urzędem. Był wściekły.

– Nie tylko sam wychyliłem się z niepożądaną opinią, to jeszcze dołożył mi Zybe swoją bezkompromisową wypowiedzią. Był zły na Cukora, który zasugerował mu zatrudnienie profesora jako eksperta.

Skruszony przyznał publicznie, że jego zachęta do zapomnienia o wirusie i opinia o jego ustępowaniu, były przedwczesne. Żałował tego.

W domu żona nie odzywała się do niego, kiedy wrócił z pracy. Myślał, że spotkała ją jakaś przykrość i zapytał o przyczynę. Wtedy wybuchła. 

– Ośmieszasz także mnie i rodzinę swoimi wypowiedziami. Jesteś po prostu niepoważny. Ludzie uważają cię za moczymordę nieodpowiedzialnego w słowach. Oczywiście twoi poplecznicy usiłują cię tłumaczyć. Upierają się, że nie to miałeś na myśli, że twoje słowa zostały wyrwane z kontekstu … No właśnie! To wasze ulubione stwierdzenie „wyrwane z kontekstu” …Można się od tego porzygać!

– Aby zyskać przebaczenie chyba będę musiał biczować się publicznie, a przynajmniej leżeć krzyżem w kościele twojego świątobliwego Ojca Alfreda!

– Lepiej tego nie rób, bo i tak ci nikt nie uwierzy. Tylko pogorszyłbyś swoją sytuację. Musisz wypić piwo, którego naważyłeś.

– Masz rację – odezwał się burmistrz pojednawczo. – To tylko może się pogorszyć. Jedni będą mówić tak, drudzy inaczej. Atmosfera już jest bagienna.

Późnym wieczorem do domu burmistrza ktoś zapukał. Burmistrz popatrzył przez judasza, było zbyt ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Postać wyglądała jak człowiek w kapturze na głowie. Burmistrz krzyknął „chwileczkę”, wrócił do pokoju i włożył rewolwer do kieszeni szlafroka. Za drzwiami stał mężczyzna. Był to posłaniec, ubłocony, zmęczony, prawie słaniał się na nogach. Odezwał się po chwili, kiedy ochłonął.

– Jestem sekretarzem pana Leona Cukora. Samochód mi się zepsuł, dlatego przyjeżdżam tak późno. Nie mogłem dodzwonić się do pana. Mam wiadomość. Pan Cukor prosi pana o przyjazd do niego do domu w bardzo ważnej sprawie. Dzwonił do pana, ale nikt nie odbierał. Dlatego mnie wysłał.

Burmistrz w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi. W głowie mu szumiało i czuł mdłości w żołądku.

– Kiedy miałbym przyjechać? Chyba nie teraz. Nie w taką pogodę!

– Pan Cukor prosił, aby pan do niego zadzwonił i umówił się. To wszystko, co mam do przekazania. Muszę już wracać. Dobranoc.

Odc. 13

Burmistrz postanowił swoją aktywnością przekonać do siebie mieszkańców miasta. Pierwszą decyzją było częściej organizować narady robocze.

– To, co dotychczas zrobiliśmy i robimy, nie wystarcza – zaczął spotkanie z pracownikami. – Musimy pracować wydajniej i mądrzej, aby ludzie byli bardziej zadowoleni.

Przed naradą z pracownikami rozmawiał telefonicznie z doktorem Brusem, który służył mu jako doradca i konsultant medyczny. Normalnie doktor pracował we własnej przychodni, którą nazywał kliniką. Pół godziny później burmistrz otrzymał od niego email. 

– Chodzi o naszą rozmowę. Przestań myśleć o seksie, zaostrz przepisy dotyczących zachowania się ludzi w miejscach publicznych. To jest najważniejsze. Epidemia nasila się, a większości ludzi wydaje się, że to wciąż gra w kulki. Trzeba ich zdyscyplinować. 

Burmistrz uśmiechnął się. Na szczęście email został wysłany na jego konto prywatne, a nie służbowe. Odpowiedział  SMS-em: –  Dzięki. Wpadnij do mnie pod koniec pracy, jeśli możesz. 

Na naradzie uzgodniono nowe przepisy, określając gdzie, kiedy i na jakich zasadach będą obowiązywać. Spotkanie zakończyło się późnym popołudniem. Sekretarka zawiadomiła go wkrótce o przybyciu doktora Brusa. Burmistrz polecił jej udać się do domu. Kiedy wyszła, zaprosił doktora do swego gabinetu, zamknął gabinet od środka i wyjął butelkę koniaku z barku.

– Mogę przynieść ci lodu z lodówki w kuchni, jeśli będziesz pić coś, co potrzebuje schłodzenia. Ja napiję się koniaku, bez dodatków. Mam tu ulubiony Hennessy X.O. Czy znasz jego historię? Jest naprawdę ciekawa.

Doktor kiwnął potakująco głową, bez specjalnego entuzjazmu, Myślał o problemach swojej przychodni. Pacjenci bali się przychodzić na konsultacje.

Burmistrz podjął przerwany wątek.

– W wieku dwudziestu lat niejaki Richard Hennessy opuścił rodzinny dom w Ballymacmoy w Irlandii, aby udać się do Francji, gdzie wstąpił do armii Króla Ludwika XV. Był ranny w bitwie pod Fontenoy in 1745, w której Brygada Irlandzka walcząca po francuskiej stronie poniosła wielkie straty. Po bitwie Hennessy osiadł w majątku nad rzeką Charente w departamencie Cognac i zajął się destylowaniem wina i produkcją koniaku. Biznes kontynuował jego syn James. W roku 1800 zawarł umowy z dystrybutorami alkoholi w Londynie i Nowym Jorku, budując stopniowo międzynarodową markę swojego koniaku. Dzisiaj sprzedają sześćdziesiąt milionów butelek. To prawdziwe imperium. Taki jest irlandzki początek historii słynnego francuskiego koniaku. Oni może nawet nie wiedzą, co mu zawdzięczają. My też prawdopodobnie nie doceniamy obcokrajowców w naszej historii.

– Pozwól, że wrócę do innego tematu. Wydałeś przepisy, ale wciąż wiele osób ich nie przestrzega. Co z tego, że noszą maseczki na twarzy, jeśli nos jest odsłonięty albo maseczka jest wykonana z tak cienkiego materiału, że eskadra wirusów może przelecieć między włóknami. Poza tym mamy tych szalonych antyszczepionkowców, twierdzących, że jeśli nie ma wirusa i nie ma epidemii, to i szczepienia są niepotrzebne.

– To prawdziwa zaraza – żachnął się burmistrz. – Mam na myśli nie wirusa, tylko tych ludzi. 

– Powinno się ich rozstrzeliwać, gdyby tylko prawo pozwalało na to. To brzmi okrutnie, ale w takich czasach jak dzisiaj, kiedy wirus jest w stanie nas zdziesiątkować, Hipokrates ze swoją przysięgą idzie do kosza. To wzór na lepsze czasy.

– Jeśli nie do kosza, to na pewno do piekła – burmistrz popatrzył na gościa, po czym przyciągnął sobie fotel, aby wygodnie usiąść i ułożyć nogi na biurku. Czuł potrzebę relaksu.

– No właśnie. Masz rację. Może nawet i do piekła, jeśli tylko ono istnieje. Powinniśmy o to zapytać Ojca Alberta, starego wygę od spraw nieba, piekła i czyśćca.

Burmistrz zastanawiał, dlaczego Brus nie lubi księdza. Postanowił nie ruszać tego tematu.

– Istnieje, istnieje! Jeśli nie na tamtym świecie, to tutaj na ziemi. To, co ostatnio dzieje się w mieście, jest po prostu niewiarygodne. Same nieszczęścia. Powódź, wirus, epidemia, zapaść gospodarcza, rosnące bezrobocie. I ja na tym cierpię. Mam na myśli moją reputację. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nawet Sandra, bo publicznie chlapnąłem, że wirusa Quagga widziałem za rogiem ratusza, jak uciekał w popłochu. Nawet pożartować nie można. Niepotrzebnie to powiedziałem.

– Dobrze, że na świecie są jeszcze kobiety gotowe poświęcić czas i na pocieszenie skołatanego męskiego serca i zmęczonego ciała. Doktor patrzył rozmarzony przez okno na rynek główny miasta, gdzie stała grupka kobiet w różnym wieku. Rozmawiały ze sobą. Widział je bardzo wyraźnie, ich sylwetki, twarze i gesty. Czy ty myślisz czasami o klubie Ero? Czy jego członkami są też kobiety? Chyba regulamin klubu tego nie zakazuje? Od czasu jego otwarcia jeszcze tam nie byłem. W motelu są podobno wygodne pokoje, ładnie wyposażone i przytulne. To idealne miejsce do wypoczynku dla nas, tubylców, i przyjezdnych gości. Czy wiesz, kto jest jego właścicielem?

– Jakżeż miałbym nie wiedzieć? Oczywiście. Nasz wspólny przyjaciel, przedsiębiorczy Leon Cukor. On chyba śpi na forsie. Burmistrza od dawna dręczyło pytanie, jak wielki jest majątek Dyktatora.

– Ciekawi mnie, po co on zbudował ten motel i założył klub. To jakoś nie pasuje mi do niego. Co to za typ właściwe? Znam go dobrze ale tylko z widzenia, z działalności charytatywnej i tego ostatniego spotkania. Wiem, że ma swojego zaufanego lekarza, nawet nie z naszego miasta. Trzyma się z dala od nas wszystkich, lokalnych lekarzy. Słyszałem od kolegów, że ten jego medyk to jakiś mruk.

– Albo trzyma język za zębami, żeby się z czymś nie wygadać. – Burmistrz odłożył kieliszek z koniakiem na biurko i wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa. – To on zajmuje się Cukorem i zapewne wie o nim wszystko.

– Ile Cukor ma lat, to nie jest tajemnica. Chyba wszyscy to wiedzą. Ale poza tym niewiele o nim jest wiadome. To bardzo skryty człowiek. Dlatego jest tyle plotek i domysłów. Mówią, że to kobieta pozująca na mężczyznę. Mówią też, że jest odwrotnie. Podobno nigdy nie widziano go, aby wchodził do męskiej toalety. Czy w ogóle wchodził do toalety. To bardzo skryty człowiek – powtórzył doktor w zamyśleniu.

– Może on w ogóle jest na bakier ze swoją tożsamością seksualną? Taki typ “ani w tę ani w tamtą stronę” – burmistrz ziewnął, kontynuując rozmowę z wyraźną niechęcią.

– Medycyna zna takie przypadki. To nie jest nic nadzwyczajnego.

– Tym bardziej zastanawia mnie, po co ufundował Klub Ero, skoro te tematy nie są mu bliskie w żaden sposób. Mam na ten temat pewną teorię. Nawet dwie. Burmistrz ożywił się.

– Pierwsza to możliwość organizacji miłych i dyskretnych spotkań. Można je nawet komuś zafundować w darze. Okazja zawsze się znajdzie. To sposób zyskania życzliwości a nawet lojalności. Mam na myśli głównie młodszych mężczyzn, w których żyłach namiętność krąży szybciej niż samochód po torze wyścigowym. Różne są sposoby kupowania ludzi.

– A ta druga teoria?

– Też nic skomplikowanego. Motel na uboczu to idealne miejsce schadzek i dyskretnych spotkań. Wprost wymarzone także do nagrywania gości ukrytą kamerą. Mówił mi znajomy policjant, że sam nigdy by tam nie poszedł.

– Może pan wejść tam nawet z własną żoną, lub przyjaciółką, jeśli nie jest pan żonaty, i wyjść jako człowiek szantażowany. Nawet jeśli jest się policjantem i wie się to i owo o nowych technologiach, to nie sposób jest sprawdzić, czy w pokoju nie ma ukrytej kamery. Dzisiaj nie można nikomu całkowicie ufać. Takie czasy.

– Po co właściciel klubu i motelu miałby to robić? – zapytał doktor, szykując się do wyjścia. Otrzymał SMS, miał coś pilnego do załatwienia.  Rozglądał się wokół, czy nie zostawił niczego w pokoju.

– Tego to nie wiem. Sam się nad tym zastanawiałem kilka razy. Dobrze byłoby to wiedzieć.

Odc. 14

– Uważasz, że Dyktator mógłby to robić?

– Z pewnością nie sam i nie bezpośrednio. To rola dla kogoś, kto jest na liście jego dłużników lub na liście płac. Cukor przez wielu jest uważany za dobroczyńcę, zapewniającego pracę ludziom w potrzebie. Ma tyle firm, że stanowisk nie brakuje. Można być dobroczyńcą, mecenasem sztuki, sponsorem a równocześnie prowadzić brzydkie interesy. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie twierdzę, że to on jest tą osobą, ale jak to mówi Szekspir „więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom”. 

Burmistrz Rafael od dawna miał swoją teorię na temat orientacji seksualnych. Był tolerancyjny.

– Skłonności seksualne innych ludzi mało mnie interesują. Rozumiem, że homoseksualność jest cechą wrodzoną i nikogo nie da się przekonać, aby był gejem, jeśli nie ma już w sobie tej skłonności. Homoseksualiści istnieją od tak dawna, jak istnieje ludzkość. Tych, którzy zatrudnieni są w ratuszu, traktuję tak samo jak inne osoby tak długo, jak długo są dobrymi pracownikami.

Burmistrz bez większych wahań wydawał zgodę na publiczne manifestacje osób o innej orientacji seksualnej, z którą kojarzył przede wszystkim gejów, lesbijki i transwestytów. Nie podobało się to wielu obywatelom.

– Jest pan bardzo liberalny w swoich poglądach, panie burmistrzu. Może za bardzo?– zapytał go Leon Cukor. Było to na uroczystości otwarcia miejskiego muzeum sztuki współczesnej. Leon Cukor był jednym ze sponsorów.

– Moje poglądy to moja osobista sprawa, jeśli pozwoli mi pan tak to sformułować. Podobnie jak pańskie są także pańską osobistą sprawą. To, jak pan się ubiera, z kim się pan spotyka, kogo pan u siebie zatrudnia, jakiej jest pan wiary, co pan lubi a co nie.

Dyktator zastanawiał się nad słowami burmistrza. Zazwyczaj nie odzywał się, dopóki nie rozważył opinii drugiej strony. Rzadko wpadał w rozdrażnienie lub gniew.

– Może z czasem pan zrozumie, panie burmistrzu, że nasze prywatne poglądy i zapatrywania nie są obojętne dla innych ludzi, zwłaszcza jeśli pełni się publiczną funkcję i podejmuje publiczne decyzje.

Burmistrz miał już odpowiedzieć Cukorowi, kiedy podszedł do nich kurator muzeum i włączył się do rozmowy. Ucieszyło to go, bo miał na języku złośliwą odpowiedź. Nie lubił psuć sobie stosunków z wpływowymi ludźmi, ale też i nie pozwalał nikomu chodzić sobie po głowie.

Po kilku dniach przypominania i karania mandatami za nienoszenie maseczek na twarzy, wciąż sporo mieszkańców miasta ignorowało prawo. 

– Policja nie może w nieskończoność karać i kierować do sądu wszystkich tych osób – przekonywał burmistrza komendant. Przyjechał do ratusza, aby rozmawiać o roli policji w zwalczaniu epidemii. Kiedy miał już wychodzić, obrócił się do burmistrza z błyskiem w oku.

– Mam pomysł, jak to rozwiązać. Chyba dobry. Wypróbujemy go najpierw, a potem panu opowiem, jak nam poszło.

Burmistrz popatrzył na niego pytająco.

– Nie mogę nic więcej panu powiedzieć, dopóki nie spróbuję. To nic nadzwyczajnego, proszę się nie martwić. Kierujemy się zawsze prawem. W czwartek wpadnę do pana, aby powiedzieć, jak nam poszło. Mam nadzieję, że znajdzie pan czas dla mnie.

Kiedy gość znalazł się w progu, burmistrz miał wrażenie, że odwraca się, aby go pożegnać zdejmując z głowy pióropusz i zamiatając nim podłogę w szerokim pokłonie muszkietera. Obydwaj uśmiechnęli się w tym samym momencie.

Komendant zjawił się zaledwie Rafel przekroczył próg swojego gabinetu. Pomyślał, że policja obserwuje, gdzie jest w danym momencie i co robi. Kilka razy już się zdarzyło, że komendant wpadł na niego w mieście w najmniej oczekiwanym momencie.

– Pewnie i mnie śledzi – pomyślał, patrząc z ukosa na gościa. Komendant zareagował szerokim uśmiechem.

– Wygląda jak rozbawiony dzieciak w mundurze. Tylko mu brakuje orlego pióra przy czapce – burmistrz mimo woli wpadł w lepszy nastrój.

– Rozwiązanie jest proste choć niekonwencjonalne. Moi ludzie, ubrani po cywilnemu, kiedy zauważą kogoś bez maseczki, nie zwracają delikwentowi uwagi, tylko z niewielkiej odległości, z tyłu lub z boku, krzyczą przez megafon.

– Noś maseczkę! Myj ręce! Zachowaj dystans!

Totalne zaskoczenie, nawet szok, ale bardzo skuteczne. Starsi mieszkańcy nas bardzo chwalą. Podoba im się to. Mówią:

– Wreszcie coś do nich przemawia. Niektórzy młodzi ludzie jakby zapomnieli, że chorują na wirusa bezobjawowo i ignorują fakt, że to my zarażamy się od nich i umieramy w cierpieniu. 

Odc 15

– To dosyć agresywne. To zachowanie z tymi megafonami.

– Agresywne, nie agresywne. Może niemiłe, ale skuteczne. Ludzie aż skaczą w górę, kiedy niespodziewanie usłyszą mocny głos dochodzący z boku albo zza pleców. Czasem się denerwują. Jeśli mają pretensję, wyjaśniamy, że nie możemy inaczej. Tłumaczymy, że gdyby wszyscy nosili maseczki i rękawiczki zgodnie z przepisami, nie byłoby potrzeby zwracania uwagi. Musieliśmy robić to często i często bez skutku. Teraz to się zmienia. Cokolwiek byśmy nie powiedzieć, burmistrzu, megafon to najlepsza forma perswazji. Przez zaskoczenie. Niech mi pan wierzy, to poprawi dyscyplinę mieszkańców miasta. Będzie pan zadowolony.

– Będziemy wszyscy zadowoleni, kiedy ilość zachorowań będzie spadać.

Ojciec Albert Grana nie spodziewał się takiego wyznania młodego mężczyzny na spowiedzi. Pamiętał, że miał jakieś dziwne imię. Znał dobrze jego rodziców. Byli to zwyczajni ludzie, ciężko pracujący Syryjczycy, chrześcijanie, od lat mieszkający w mieście. Prowadzili nad rzeką punkt sprzedaży kebabów. Jego matka była z zawodu nauczycielką fizyki, ojciec miał na imię Yasser i brakowało mu kciuka u lewej ręki. Na początku nosił shirwal, szerokie luźne spodnie z elastycznego materiału, potem ubierał się jak wszyscy inni mieszkańcy miasta.

– Biegałem jak zwykle, zaczynając przed świtem, bo wcześnie rozpoczynam pracę. Przy ścieżce nad rzeką zobaczyłem trzy martwe wrony. Dwie leżały do góry brzuchami, trzecia była przekrzywiona na bok jakby podpierała się skrzydłem. Skojarzyło mi się to ze szczudłem. Wyglądały dziwnie. Zgłosiłem ten fakt do punktu sanitarnego. Poprosili, abym poczekał, żeby nie musieli szukać tego miejsca i żeby nikt nie dotykał ptaków. Od razu przyjechali i zabrali do laboratorium. Boją się rozpowszechnienia zarazy. Mówili, że mógł je zaatakować wirus Quagga.

– Coś niepokojącego wisi w powietrzu – pomyślał duchowny. – Nie jestem zabobonny, ale nie podoba mi się to wszystko. Nie ma powodu, aby mu nie wierzyć, choć wyglądało to na wymysł.

Zaraz po spowiedzi Ojciec Albert zadzwonił do kogoś. Czekał dosyć długo na połączenie nie okazując zniecierpliwienia. Mówił cicho, jakby bał się, że Trinity go usłyszy.

– To rzuca nowe światło na rozpowszechnianie się wirusa. Musi pan podjąć jakieś działania. Tylko pan jest naszą nadzieją. Burmistrz sam nie da rady.

Słuchał jeszcze jakichś wyjaśnień lub poleceń, bo dopiero po dłuższej chwili, kiwając potakująco głową, zakończył połączenie i schował telefon do kieszeni sutanny.

– Świat kręci się coraz szybciej – mruknął nie wiadomo czy do siebie czy do Trinity, kiedy przechodził obok niej. Popatrzył na nią, a ona na niego. Oboje nie odezwali się słowem,  nawet nie wymienili zwyczajowego uśmiechu.

– Jakbyśmy w ogóle się nie znali – Trinity obejrzała się za Ojcem Graną, po czym skierowała się ku nawie bocznej kościoła, gdzie miała wymienić kwiaty.

Kolejne dni wraz z szybko rosnącą liczbą zakażeń przyniosły pogorszenie nastrojów w mieście. Burmistrz wiedział o tym z raportów, rozmów telefonicznych i spotkań z pracownikami. Kiedy zadzwonił do niego doktor Brus, poczuł ulgę, że może oderwać się od rzeczywistości. Jego również męczyło chodzenie w maseczce ochronnej i ciągłe pilnowanie się, brak towarzystwa, niemożność pójścia tam, gdzie się chce i kiedy się chce. Na szczęście nie męczyła go ciasnota pomieszczeń. Był za to wdzięczny losowi.

– W domach częściej wybuchają kłótnie i niesnaski. Ludzie czują się osaczeni. Zmęczenie, jakie wspomniałeś, daje się odczuć także w sypialni. Ludzie tracą apetyt na seks. To nie jest dobra wiadomość, bo każda miłość jest oznaką zdrowia. Jako lekarz wiem to najlepiej.

– Nie wszyscy tak to odczuwają. Ja na przykład jestem inny. Dobrze się czuję w sypialni.

– Ty jesteś wyjątkiem oczywiście. Gdybym ja był taki duży i przystojny, też zachowywałbym się jak szalony hegemon w łóżku. Mnie ta atmosfera się udziela i tracę wigor. Wiem nawet dlaczego. Mam nieprzerwanie do czynienia z ludźmi chorymi i cierpiącymi, a nie tak jak ty, ze zdrowymi. To nie uodparnia na złe samopoczucie, tak jak szczepionka na wirusa.

Burmistrz obudził się w nocy. Nad głową słyszał brzęczenie komara. Postanowił go zignorować. Nie mogąc zasnąć, cierpliwie leżał i myślał. Nie wiedział dlaczego się obudził; normalnie spał jak kłoda, zwłaszcza gdy był zmęczony. Obok niego leżała żona przykryta lekką kołdrą aż po szyję, miarowo oddychając przez półotwarte usta. Przez chwilę jej zazdrościł. Za oknem słyszał syrenę karetki pogotowia, taki sam dźwięk jak kiedyś, przed epidemią, ale bardziej przeraźliwy i długotrwały.

Rano spikerka Radia Broma komentowała zdarzenia minionej doby głosem tak beznamiętnym, jakby chodziło o sprawę zamykania na klucz śmietnika osiedlowego. 

– W mieście zanotowano dwa przypadki braku łóżek i respiratorów w szpitalach. Szpitale osiągnęły już granicę swoich możliwości. Pacjenci szpitalni będą niedługo walczyć o dostęp do lekarza, bo to najbardziej deficytowy towar dzisiaj. Łóżko można kupić szybko i łatwo, wykształcenie lekarza to całe lata. Tu pojawią się najpoważniejsze problemy.

– Oto zapowiedź nadchodzącej przyszłości – przeleciało przez myśl burmistrzowi. Wyobraził sobie, jaki ciężar spadnie na niego.

Odcinek 16 

Doktor Brus zjadł kolację z żoną i przyjaciółmi w restauracji Nova. To była ich ostatnia szansa, bo restauracja miała być wkrótce zamknięta. Wybrał sobie zupę „Frutti di mare”. Kiedy z ostrożności zapytał o świeżość składników, kelner zawahał się. To powinno go ostrzec. On jednak nie zrozumiał ostrzeżenia. Po wyjściu z restauracji chodził jeszcze po mieście i obserwował, co się dzieje. Niepokoił się, bo na ulicach było dziwnie spokojnie. Tylko karetka pogotowia jeździła tam i z powrotem z włączoną syreną.

Chyba rzeczywiście się zatruł lub wypił za dużo, gdyż w nocy męczył go ciężki sen. Ubrany jak grabarz burmistrz stał nad nim i ostrzegał:

– Pamiętaj, że będzie jeszcze gorzej! Wirus nie czeka. To będzie katastrofa. Przygotuj się więc zawczasu na jej nadejście, bo mocno bekniesz za to co nastąpi.

– Jak to? Przecież to odpowiedzialność magistratu! Kto utrzymuje i finansuje szpitale?

– Nie udawaj, ze zapomniałeś – burmistrz pogroził mu łopatą .- Jesteś koordynatorem walki z wirusem. Odpowiadasz na stan zdrowia mieszkańców miasta.

Doktor zdenerwował się i wyskoczył w piżamie z łóżka, podbiegł do drzwi i wyszedł na ulicę. Poczuł ulgę, że jest już sam. Szedł przed siebie, kiedy wpadł na niego pędzący dokądś mężczyzna. Był młody i miał rozwichrzone włosy, a w oczach niepokój. Dyszał ciężko.

– Strasznie się spieszę. Nie wie pan, czy jest tu w pobliżu jakiś szpital, gdzie by przyjęli mojego ojca. Jego stan jest pogarsza się z każdą chwilą. On chyba umiera. Przyjechaliśmy do szpitala, ale tam nie ma wolnych miejsce.

– A co mu jest? – odruchowo zapytał doktor.

– Wysoka gorączka, ból w piersiach, kaszel, duszności. Prawie nie może już mówić!

Opis choroby wskazywał na zakażenie wirusem Quagga. Mężczyzna zniknął, kiedy dotarli do szpitala Przemienienia. Tu też stały karetki, wszystkie z włączonymi syrenami, że aż szarpało za serce. Szpital nie przyjmował już pacjentów. Ani zakażonych wirusem Quagga ani żadnych innych, nawet ciężko chorych. Doktor postanowił upewnić się, o co chodzi.

– Nie przyjmujemy już nikogo. – dyżurna recepcjonistka miała niepewny, starczo gęgający głos i podkrążone oczy. Zdziwiło go to, bo była młoda i zgrabna. Na włosach z przodu miała kolorową opaskę.

Doktor odruchowo przedstawił się.

– Dlaczego tu jest taki tłok!? Przecież jeszcze przedwczoraj…

– To było bardzo dawno, panie doktorze. Ale dobrze, że pan jest – usta kobiety skrzywiły się w dziwnie cynicznym uśmiechu.

Doktor usłyszał jej chichot zza maseczki w kolorowe ciapki.

– Co jej jest? – zastanawiał się, kiedy mu obcesowo przerwała. – Co jest z panem, doktorze? Jest pan rozlazłym cywilem, czy zdyscyplinowanym wojskowym lekarzem? Tu nie ma czasu na myślenie. Mamy przygotowany dla pana strój ochronny, maseczkę, hełm, obuwie. Wszystko, czego pan potrzebuje i o co zresztą sam pan prosił. Może kombinezon i hełm są trochę za duże, ale niczego innego nie mieliśmy. Musi pan sobie poradzić. O, tutaj mam nawet przywieszkę z pańskim imieniem i nazwiskiem. Proszę przebrać się w strój ochronny w tej bocznej salce a ja zaraz wrócę i zaprowadzę pana, gdzie trzeba.

– Tu nie ma nadziei na cokolwiek. Mają tu cholerny bałagan! – pomyślał doktor.

– Od razu zaprowadzę pana do sali operacyjnej – dokończyła recepcjonistka. – Brakuje nam anestezjologa i chirurga. Pan będzie musiał za nich dwóch pracować. Dr Zabiega, ten rudy, łysy, pański serdeczny kolega, nasz najlepszy chirurg, sam jest teraz pacjentem szpitala.

– Zaraził się wirusem? Jak to się stało?

– Nie. Zupełnie coś innego. Najpierw się skaleczył lancetem w czasie operacji, ale dociągnął jakoś do końca. A potem usiłował popełnić samobójstwo. Wisiał głową w dół, kiedy go zdjęliśmy. Mówił już wcześniej, że nie wytrzyma tego napięcia, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo wszyscy to mówią. Tylko telewizja Tuba jest pozytywna. Twierdzą, że nie ma żadnego stanu epidemicznego. To jest oczywiście bzdura na resorach, bo to telewizja kościelna i ma obowiązek mówić dobrze, wzbudzać wiarę. Pokazują tłumy ludzi, przede wszystkim młodych, które wyszli na zewnątrz, aby pospacerować i nałykać się świeżego powietrza w naturalnym środowisku. Ścieżki spacerowe w lasach i nad jeziorami są pełne ludzi. Nawet plaża nad rzeką jest już pełna, chociaż synoptyk zapowiada, że lato zacznie się dopiero jutro. Ma być gorąco jak w piekle. Może niech pan lepiej przebierze się do operacji w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem. Zawsze to wygodniej. A ja pana spryskam wodą kolońską.

Odc. 17

Przekraczając wysoki próg domu Aptekarza doktor Chyra potknął się. Na szczęście utrzymał równowagę opierając się ręką o ścianę korytarza. Przypomniała mu się rozmowa z Ojcem Albertem. Spotkali się na Rynku Głównym w pełni minionego lata, rozpalonego czerwonymi połyskami słońca w ciągu dnia i rozleniwiającego pod wieczór niosący powiew chłodniejszego powietrza. Doktor żartował, że w taki dzień soki życia krążą nawet w martwej wiewiórce. Ludzie poruszali się żwawo z podniesionymi głowami. Nikomu nie przyszłaby wówczas do głowy nawet przypadkowa myśl, że kiedyś tę sielankę skutecznie zniweczy wirus i jego matka epidemia. Doktor pamiętał, że w ogóle się nie śpieszyli, choć obydwaj utrzymywali, że mają mało czasu. Czas się nie liczył.

– Ten człowiek, Aptekarz, ten … jak mu tam …Benjamin Czucha, którego chodzi pan leczyć, to diabeł, twórca czystego zła – zaczął Ojciec Albert z taką śmiałością, jakby chciał przekonać doktora, aby porzucił zamysł pomocy potworowi. – Moi parafianie twierdzą, że wyrządził on wielu ludziom wiele krzywd przekazując o nich nieprawdziwe informacje innym osobom.

– Jakie informacje i jakim osobom? – zapytał doktor. Nie zamierzał ustąpić pola plotkom i insynuacjom. Potrzebował prawdy.

– Aby ocenić to, co Ojciec mówi, dobrze byłoby znać jakieś konkrety. Obydwaj je lubimy, bo na nich osadza się prawda. Tylko taka wiedza się liczy.

– No właśnie – niezwłocznie podchwycił duchowny. – Sam chciałbym to wiedzieć.

Ojciec Albert wyglądał na ucieszonego, że mógł podzielić się z doktorem swoim niepokojem.

– Tego mi nie wyjaśniono. Wiem tylko z całkowitą pewnością, że były to informacje poufne. Moi parafianie wspominali też, że ten człowiek, czy też raczej diabeł wcielony, robi potajemnie intymne zdjęcia, które potem sprzedaje.

– Może to jakiś mąż zlecił mu śledzenie żony, podejrzewając ją o niewierność, albo żona, która wierzyła, że to on zdradza ją z kochanką i chciała mieć dowody – spekulował doktor. Był pewien, że ma rację, gdyż podobnie jak kapłan miał dostęp do szczerych wyznań swoich klientów.

– To się zdarza i na pewno jest nieprzyjemne dla zainteresowanych stron, czyli osoby śledzonej i zlecającej śledztwo. Ale Ojca nie powinno to dziwić. Czasem takie ujawnienie prawdy działa oczyszczająco, podobnie jak spowiedź. Szkoda tylko, że w momencie dokumentowania zdrady małżeńskiej nie ma spowiednika, który udzieliłby pokuty. Nie sądzi Ojciec?

Ojciec Grana popatrzył na pytającego z niechęcią, lecz nie odezwał się. Rękawem sutanny starł pot gromadzący się pod okiem na policzku i machnął ręką, opędzając się od drobnych muszek atakujących oczy. Zanim się rozstali, nachylił się do ucha doktora i szepnął:

– Wie pan, doktorze, ten pański podopieczny potrafi robić zdjęcia i nakręcać intymne sceny łóżkowe ukrytą kamerą nawet przez ścianę budynku. Bo jak można to zrobić inaczej? I to gdzie?! W motelu przy klubie Ero. To nieczysta sprawa. Chciałbym, aby to się kiedyś skończyło, bo będziemy się zawsze nurzać w bagnie niepewności. Chyba nigdy nie zrozumiem ludzkiej duszy! – westchnął kapłan, po raz drugi podnosząc rękaw sutanny do twarzy, aby zetrzeć krople potu z policzka. Gest wydał się doktorowi bezsensowny, kiedy w rękawie kapłana dostrzegł dużą, kremowobiałą chusteczkę.

Rozmowa dostarczyła doktorowi pożywki do myślenia na kilka dni. Lubił takie zagadki. Ich rozwiązywanie sprawiało mu przyjemność. Już w szkole i na studiach znany był z zamiłowania do rebusów, szarad i łamigłówek; układał także kalambury do studenckiej gazetki.

W domu wspomniał żonie o spotkaniu z Ojcem Albertem. Nie podzielił się jednak rewelacjami księdza na temat Aptekarza z żoną. Nie mówił Teresie wszystkiego, denerwowała się niepotrzebnie.

– Po tej rozmowie doszedłem do wniosku, że moja praca to właściwie jeden ciąg zagadek i zgadywania. Na jaką chorobę wskazują symptomy? Jakie są jej przyczyny? Jak pomóc choremu? Jak go leczyć?

– A jaki to ma związek z twoją rozmową z Ojcem Albertem?

– Dlaczego ma mieć związek? Tak sobie tylko pomyślałem, że właściwie praca lekarza to ciągłe poszukiwanie wyjścia z labiryntu, jaki tworzą dolegliwości i choroby.

Odc. 18

Doktor odwiedzał aptekarza Benjamina Czuchę z regularnością dyktowaną jego dziwnymi zatruciami pokarmowymi. Aptekarz skarżył się na bóle brzucha, gorączkę, ból głowy, często wymiotował. Czasem męczyła go biegunka. W sumie była to dolegliwość mało znacząca, nie zagrażająca zdrowiu. Zatrucia zdarzały się tak często, że medyk zastanawiał się, czy są one rzeczywiście całkiem przypadkowe. Był przekonany, że jego wizyty nie są konieczne. Nie potrafił jednak odmówić, kiedy pacjent prosił go o wizytę w domu i w dodatku dobrze płacił.

Aptekarz czekał na kozetce w salonie. Doktor przywitał go z dala dłonią uniesioną w górę i uśmiechem przyzwoitości, szukając wzrokiem krzesła. Potrzebował je, aby położyć na nie torbę lekarską z narzędziami w sposób ułatwiający sięgniecie do jej wnętrza. Rozejrzał po salonie. Nigdy wcześniej tutaj nie był.

Było to nowocześnie urządzone obszerne pomieszczenie z wielkim oknem od strony północnej. Wszystko tu było nowe: sześć oprawionych w ramy obrazów na ścianie, świece, fotel uszak, stolik kawowy, sofa w stylu skandynawskim i beżowy dywan na podłodze. Jasne powierzchnie mebli odbijały światło wpadające przez okno i jeszcze bardziej rozjaśniały wnętrze. Kształty i kolory mebli, a także ich ilość, podziałały na lekarza przytłaczająco. Nie lubił takich mebli w takich kolorach. Biel biła go po oczach swoją żarłoczną intensywnością. Atłasowy połysk wykładziny mebli przypomniał mu białą materię wyściełającą trumnę wuja zmarłego trzy lata wcześniej. Przez długi czas śniła mu się po nocach jego pośmiertna woskowa maska.

Oprócz lampy w suficie, stojącej lampy podłogowej z abażurem i lampki stołowej, pomieszczenie było wyposażono także w kinkiety ścienne. Doktorowi nie podobały się duże skrzyniowe meble, komoda, regał i szafka, wszystkie w kolorze białym. Tylko wypoczynkowa sofa i fotel były w kolorze grafitu. Wyglądały jak dwa czarne jaguary wpuszczone do klatki z białymi jagniętami. Wnętrze pokoju ożywiały kolorowe dodatki w barwach różu i błękitu umieszczone na poduszkach i dekoracjach.

– Pan chyba szalenie lubi lampy i biały kolor? Jasne kolory… – poprawił się po chwili.

Aptekarz nie zauważył krytycznych spojrzeń gościa ani uszczypliwości w jego głosie. Widział tylko, że jest pod wrażeniem aranżacji salonu.

– Otrzymałem ostatnio anonim, że niechybnie pójdę do piekła, chciałem więc zawczasu nacieszyć się światłem i jasnością. – Na obolałej twarzy leżącego pojawił się nieporadny uśmiech.

– Robi dobrą minę do złej gry. Wszystko tu jest popieprzone, włącznie z nim samym – zirytował się lekarz. Myślał, aby jak najszybciej zakończyć wizytę. – Jak się pan czuje? –zadał pytanie nie nastawiając się na wysłuchanie odpowiedzi. Wiedział, co mu powie pacjent.

– Jak zawsze w takim przypadku. Nudności, wymioty, gorączka, bóle i zawroty głowy, bóle brzucha, trochę bóle mięśniowe. Od wczoraj nic nie jadłem, czuję się osłabiony.

– Wiemy już, co wywołuje pańskie niedyspozycje. Badanie laboratoryjne ujawniło winowajcę. To rotawirus. U dorosłych do zakażenia dochodzi drogą kropelkową lub pokarmową. Podejrzewam to drugie. Nie wiem, jak się pan odżywia. Mógł pan połknąć wirusa z nieprzegotowaną wodą, niemytym owocem lub sałatką warzywną. A może ma pan w rodzinie małe dzieci, którym często zdarzają się zatrucia pokarmowe. Mógł się pan od nich zarazić.

Mężczyzna na kanapie poruszył się niespokojnie. Podniósł głowę i popatrzył uważnie na lekarza.

– Przyszło mi do głowy, że ktoś chciał mi zaszkodzić. Ostatnio dwa razy zamawiałem pizzę, po której czułem się bardzo źle. Zatrułem się. Dopiero teraz, kiedy pan zapytał, przyszło mi to do głowy.

– Niech się pan pilnuje. Nie jest pan aniołem. Może nadepnął pan komuś na bolący palec, i ten ktoś nie może panu wybaczyć. Ostatnio miałem dwa zgony, właśnie z powodu zatrucia pokarmowego. Ludzi tych po prostu otruto. Ustaliło to analiza laboratoryjna. Była to zemsta, jakieś porachunki osobiste. Nie mówię tego, aby pana straszyć.

Popatrzył na aptekarza i zobaczył jak blednie. Nie zamierzał dochodzić, dlaczego twarz pacjenta poszarzała nagle. Po mieście krążyły plotki na jego temat. – Jak sobie pościele, tak się wyśpi – pomyślał.

– Musimy nawodnić pański organizm. Zrobię panu kroplówkę. W momencie, kiedy miał już przebić skórę igłą, aptekarz zawahał się i wycofał rękę. Patrzył z niepokojem na lekarza. Ten zaśmiał się szorstko.

– Niech się pan uspokoi. Nie jestem mordercą. Choć kto wie… Zorientował się natychmiast, że żart był nietrafiony. Poczuł się bardzo niezręcznie i przeprosił Aptekarza.

W drodze powrotnej do kliniki doktor nie mógł sobie wybaczyć swojego zachowania. Było naganne. Tak to go męczyło, że zatrzymał samochód na końcu przystanku autobusowego, aby zadzwonić do żony. Rozmowa była bardzo lakoniczna.

– Nie przejmuj się. Jeśli ten palant przyjął to jako groźbę, to zasłużył sobie na to.

Aha – pomyślał doktor. – Teresa coś wie o nim, albo sama ma coś na sumieniu. Postanowił zakończyć rozmowę.

Odc. 19

Wraz ze wzrostem zachorowań na wirusa nasiliła się fala donosów. Coś trzeba było z tym zrobić. Ludzie oglądali się na burmistrza i na komendanta policji.

– Powinieneś coś przedsięwziąć. Wszyscy na to czekają – Sandra zaatakowała męża z samego rana zanim wszedł do łazienki.

Starał się zachować spokój, śpieszył się. Miał tego tematu i takich oczekiwań po uszy.

– Dlaczego właśnie ja? To nie ja je piszę i rozpowszechniam. I nie ja je wrzucam do skrzynek i piszę obrzydliwości na murach.

– Piotrze, co ty mówisz? Ty tu jesteś władzą. To do czegoś zobowiązuje.

Burmistrz nie podjął wyzwania, zdobył się tylko na komentarz.

– To prawdziwa plaga. Wprost niewiarygodne. Ludzie przestali już chyba czytać prasę i oglądać telewizję; o wszystkim dowiadują się z donosów. Ciekaw jestem, kto je wrzuca do skrzynek i maże graffiti po murach?

– Chyba połowa miasta. Każdy raptem ma pretensję do każdego, coś mu zrzuca, coś podejrzewa. Ludzie robią to to także z zawiści. Jeśli ci się dobrze powodzi, to powód aby cię oskarżyć o złodziejstwo. Ja wiem tylko jedno: ludzie są wściekli, bo kończą się miejsca w szpitalach i karetki już jeżdżą po kilka godzin po ulicach. To ich przeraża. Szczerze mówiąc, mnie również. Gdzieś lub na kimś muszą rozładować swój niepokój i niezadowolenie. Mają do dyspozycji manifestacje lub donosy. Te drugie są po prostu bezpieczniejsze.

Burmistrz zwołał sztab kryzysowy. W spotkaniu uczestniczyli także doktor, komendant i aptekarz. Zaprosił ich, aby przypomnieć im ich odpowiedzialność: za koordynacje pracy szpitali, za porządek publiczny i za zaopatrzenie w materiały niezbędne do obrony przed wirusem. Takie  ustalenia podjęli już wcześniej. 

Wspólnie zastanawiali się, co zrobić. Wniosków i sugestii było sporo, ale nic z tego nie wynikało. Każdy starał się wnieść coś od siebie. Jedna sprawa była bezsporna. Najbardziej aktywny był anonim podpisujący się “Kret”. Był najbardziej aktywny i agresywny. Oskarżał i szkalował nawet najspokojniejszych ludzi, tworząc atmosferę nienawiści. W jego działaniach była pewna prawidłowość: atakował tylko władze i kobiety.

– To jakiś maniak seksualny, zboczeniec. Nie znosi kobiet. Te ciągle oskarżenia o łajdactwa. – Odezwa się przedstawicielka organizacji kobiecych. Burmistrz zwrócił na nią uwagę już wcześniej. Podobała mu się.

Nic nie odpowiedział tylko słuchał. Miał swoje podejrzenia. Patrzył na komendanta, który zdawał się być obojętny. Siedział sztywno na krześle, eksponując jak na wystawie swoją okrągłą twarz i byczy kark i tylko raz lub dwa razy zabrał głos, niewiele wnosząc do dyskusji.

–  To jakiś epidemia. Trzeba poczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie. Do mnie na komisariat trafia najwięcej anonimów. Mam wrażenie, że to jakaś moda na wywnętrzanie się i wietrzenie złych uczuć. Wydaje się, że każdy ma komuś coś do zarzucenia i ludzie robią to chętnie, choć im nikt za to nie płaci.

Po zebraniu burmistrz Rafael zatrzymał komendanta w drzwiach. Chciał porozmawiać z nim w cztery oczy.

– Ma pan swoich ludzi wszędzie. Niech się pan ustali, kto to jest ten Kret. Kogo on może reprezentować i dlaczego tak nienawidzi kobiet. Może to rzeczywiście jakiś maniak seksualny?

Okrągła twarz komendanta pozostała nieporuszona. Nie powiedział tak, ani nie, wyglądał, jakby się namyślał czy przyjąć żądanie burmistrza do wiadomości czy nie.

Rafaelowi przyszła do głowy dziwna myśl. Przypomniał sobie, jak często natykał się na komendanta w dziwnych miejscach i czasie.  Postanowił mieć się na baczności i patrzeć mu na ręce.

Tego dnia burmistrz jadł obiad w domu. Czekając na zupę, którą żona przygotowywała w kuchni, zastanawiał się, czy warto podjąć z nią męczący go temat. Sandra nie znosiła dyskusji przy stole. Wchodząc do jadalni stąpała ostrożnie niosąc w prawej i lewej ręce talerz z błękitnym wężykiem sięgającym aż po zielonoszarą krawędź zupy ogórkowej. Była to jego ulubiona zupa. Kiedy poczuł jej zapach, prawie zapomniał, o czym chciał mówić. Czekał, aż żona postawi talerze na stole. Sięgną ręką, aby przyciągnąć swój bliżej krawędzi stołu. Wziął łyżkę do ręki i otworzył usta, pragnąc zacząć rozmowę. Uprzedziła go.

– Co tam u ciebie słychać w pracy? Wszyscy teraz mówią o donosach i o niczym więcej. Szalone czasy, zwariowane miasto. Nie wiem już komu można wierzyć, a komu nie. Ja to ja, ale ty to na pewno masz z tym urwanie głowy. Z każdym musisz współpracować.

Odc 20

– Po dzisiejszym spotkaniu w moim biurze mam przeczucie, że jest w to w jakiś sposób umoczony nasz ukochany Leoś Cukor. To najbardziej wpływowy człowiek w mieście. Wszystko wydaje się kręcić wokół niego, ma rozległe kontakty i każdemu chętnie oferuje pomoc. Dla mnie ta jego życzliwość jest podejrzana.

Sandra zaśmiała się. Coś jej się przypomniało, bo pokiwała głową, jakby się dziwiła.

– Chyba to prawda. Im bardziej ktoś jest pobożny, tym dalej jest od Boga. Znam takich ludzi. Lepiej pilnuj się i miej go na oku, aby coś nie zmajstrował przeciwko tobie.

– Dlaczego tak mówisz?

– Dwa dni temu, kiedy bawiłeś się z tym swoim sztabem kryzysowym, byłam na wieczornym nabożeństwie. Widziałam go tam. Był z całą rodziną. Nie! Nie! Co ja mówię. On nie ma rodziny. Był jak zawsze ze swoim towarzystwem; to chyba jego wspólnicy i pracownicy. Ten jego sekretarz to prawdziwy laluś, odstawiony jak radosna mężatka po odejściu kochanka. Byli też z nim ludzie, których nie znam. Z ciekawości zapytałam o nich Ojca Alberta. Lubi mnie i chyba ma do mnie zaufanie, ale powiedział mi tylko, że to bardzo pobożny człowiek i chętnie wspomaga kościół. Okazuje się, że naprawa dachu na wieży kościelnej i klimatyzacji to też jego zasługa. Znaczy się, jego pieniądze. Może księdza łączą z tym krezusem jakieś bliższe stosunki?

– Tego nie wiem, ale nie mogę wykluczyć, że klecha nie siedzi u niego w kieszeni. Ten jego Samariteri to prawdziwa zagadka. Wypasiona, luksusowa limuzyna. Nie pamiętam, czy mówiłem ci o niej?

– Wspomniałeś tylko, że mógł być kradziony. Ale to tylko spekulacja. Nie masz żadnych dowodów przeciwko księdzu.

– Nie będę dochodzić, czy ten samochód był kradziony czy nie, jak podano w anonimie, bo w to nie wierzę. Ojciec Grana jest zbyt inteligentny i rozważny, aby robić takie sztuczki. Na pewno ma dobrych doradców. Ale gdyby otrzymał to cacko w darze od Dyktatora i przyjął je, to by znaczyło, że jest od niego zależny. Kto daje takie upominki, nie robi tego za darmo. Musi mieć jakieś oczekiwania. To zresztą nie musi być dar bezpośrednio od niego. Na pewno ma jakąś fundację dobroczynności, która mogła to zrobić za niego.

– Co Cykor by na tym zyskał?

– Życzliwość wpływowego duchownego i jego kościoła. A bo to pierwszy raz takie rzeczy się dzieją? Rzecz nie jest bez znaczenia, bo ludzie wierzący mają szacunek dla Ojca Grany. Jakbyś dowiedziała się coś więcej, podziel się tym ze mną. Bardzo mnie to interesuje.

– Dlaczego? Chcesz wszcząć dochodzenie przeciwko księdzu? – Zaniepokojona Sandra zatrzymała się w połowie drogi do kuchni.

– Nie przesadzaj! Lubię po prostu wiedzieć, jak się świat kręci, zwłaszcza teraz, kiedy mamy same nieszczęścia: powódź, jakiej nie było od lat, wirusa Quagga, epidemię, niepokoje społeczne i na dodatek te cholerne anonimy.

– Ty chyba bardzo nie lubisz Leona Cykora?

– Tak, to prawda. Chyba z wzajemnością. Czuję przez skórę, że chce mnie wysadzić z siodła. Nie podoba mi się jego nadęta pobożność i niezwykła chęć pomagania wszystkim, uzależnianie ludzi od siebie. Dyktator z łaski bożej. Ktoś mi powiedział: – Kiedy Cukor był na wycieczce w Afryce, kazał się obszyć skórą słonia, ale to nie znaczy, że jest gruboskórny. Jest tylko odporny na krytykę i ma pamięć jak słoń”. 

To facet o wielkich umiejętnościach dyplomatycznych, lokalny Machiavelli. Muszę to docenić.

Odc .21

Benjamin Czucha zwany Aptekarzem miał złą passę. Najpierw otrzymał donos z oskarżeniami, potem kolejne, później nastąpiły dziwne telefony. Wprawdzie mu nie grożono, ale oskarżano o czyny, których nie popełnił. Tak to odbierał. Były to przeważnie oszczerstwa, ale były też krótkie złośliwości każde zakończone wykrzyknikiem: Łajdak! Sługus i donosiciel na niewinnych ludzi! Chciwy szpieg! Ty draniu, zrobisz każdą podłość, kiedy ktoś ci zapłaci! Trujesz ludzi w swoim supermarkecie sprzedając towar z przemytu! Żona cię zdradza i to z kim!? Zęby ci wypadną, jak się dowiesz!

Ktoś wrzucał je do skrytki pocztowej razem ze zwykłymi przesyłkami. Donosy czytał lecz nie pozbywał się ich. Pocieszał się tym, że w pewien sposób świadczą o jego popularności.

Najsilniejszy był nurt oskarżeń o donosicielstwo. Podejrzewano go o niecne sprawy i sprawki: szpiegowanie, podsłuchiwanie rozmów, filmowanie scen intymnych, a nawet rzucanie złego uroku.

Myślał o tym intensywnie. Wprawdzie nie miał uprawnień detektywa, ale prowadził coś w rodzaju nieoficjalnej agencji detektywistycznej. Cieszył się sławą człowieka potrafiącego zdobyć każdą informację. Miał dar przenikania ludzi, jak mówiono. Wierzył w to.

Swoimi niepokojami podzielił się z doktorem przy okazji kolejnej wizyty domowej. Był przekonany, że Julian Bros już to wie albo się domyśla, czym Aptekarz zajmuje się poza prowadzeniem supermarketu. Znał wielu ludzi i bywał w niejednym domu. Był osobą zaufania publicznego. Miał takie przekonanie, tymczasem ktoś usiłował mu to odebrać.

– Świadczę usługi detektywistyczne tylko ludziom zaufanym. Pan wie, doktorze, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Coś dla takiego zrobisz, natrudzisz się, naszarpiesz, narażając się na ryzyko, znajdziesz poszukiwane informacje, a potem ten ktoś ma do ciebie pretensje. A ile razy miała do mnie pretensje osoba śledzona, chociaż to nie ja zdecydowałem, aby ją śledzić, a czasem i fotografować in flagranti. Kobiety też nie są lepsze, choć to one częściej zlecają mi taką robotę.

Zapytany o jeden czy drugi szczegół przez doktora, śmiał się niepewnie i zaprzeczał, zagadywał albo wekslował sprawę na tor boczny.

Po rozmowie z Aptekarzem, doktor Bros zaczął kojarzyć sobie fakty. Czucha był obserwatorem ptaków biegłym w podglądaniu, robieniu zdjęć i nagrywaniu głosów ptaków na dużą odległość, miał też doskonały sprzęt. To było jego hobby. Pierwszy raz opowiedział mu o tym latem. Padał wtedy tak intensywny deszcz, że doktor nie mógł przejść nawet stu metrów do swojego samochodu. Przesiedział u Aptekarza co najmniej godzinę. Nie mając nic lepszego do roboty rozmawiali. Kiedy wreszcie zdecydował się pójść do samochodu, odnalazł go pięćdziesiąt metrów dalej, przesunięty w dół ulicy. Stał w zagłębieniu terenu zanurzony w wodzie aż po kierownicę.

Aptekarz chodził po supermarkecie Diva sprawdzając, czy towar jest należycie rozłożony i czy nie należałoby czegoś uzupełnić. Nie musiał się martwić, personel zadbał o wszystko. Był zadowolony. W biurze spotkał żonę. Zdziwił się, że zjawiła się tak wcześnie. Normalnie mógł spodziewać się jej godzinę później. Wpadła, aby porozmawiać z dala od domu, dzieci i telefonów. Miała na sobie jasnoniebieską sukienkę. Od razu zwrócił na nią uwagę. Lubił ten kolor i oryginalny wzór przypominający ptasie oczy. Zaprosił ją do swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz, aby nikt im nie przeszkadzał. Podzielił się z nią wiadomościami o donosach. Nie zamierzał wszystkiego powiedzieć. Były też i dobre wiadomości, w innych sprawach. Marlena zasugerowała mu, aby skupił się na nich.

Czucha miał powody do zadowolenia.

– Rośnie niepewność. Ludzie wykupują towary i tworzą zapasy. Sprzedaż w supermarkecie idzie nam wyjątkowo dobrze. Z półek szybko znikają płyny dezynfekujące i antywirusowe, maseczki, rękawiczki i inne związane z walką z wirusem i higieną osobistą.

Aptekarz tak się rozgadał, że żona zaczęła mu się przyglądać, czy czasem po cichu nie wypił kilku piw. Był jednak trzeźwy.

– Towary wykupione w hurtowniach, tylko w części pojawiły się w sklepach detalicznych, na rynku i na bazarach. Resztę zmagazynowano. To czysta spekulacja. Ktoś liczy na duży zarobek, kiedy przyjdzie prawdziwy kryzys wywołany epidemią i zacznie brakować artykułów pierwszej potrzeby.

Aptekarz rozmawiał o tym ze szwagrem, bratem Marleny, prowadzącym hurtownię mrożonek.

– Wprawdzie mrożonki to delikatny towar, łatwo psujący się, ale można go trzymać miesiącami w zamrażarkach. Teraz jest czas na podnoszenie cen. Mało kto protestuje, bo wiadomo, że koszty hurtowników rosną a ludzie mniej kupują i sprzedający muszą podnosić marże zysku, aby utrzymać się na rynku. Ja na to nie liczę, dla zachęty obniżam nawet niektóre ceny i sprzedaję jak można najwięcej. Spekulantom wydaje się, że w przyszłości ceny będą wyższe. To wcale nie jest pewne. Można się przejechać.

Marlena Czucha patrzyła na męża i zastanawiała się, jak sobie radzi w nowej sytuacji; z jednej strony podłe donosy, z drugiej sukcesy handlowe. Właśnie zakończył swoje przemówienie.

– Jestem zadowolony. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu.

Popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. W pokoju była kanapa. Uchwyciła jego wzrok, domyśliła się, o co chodzi. Jeszcze raz popatrzył na kanapę, wstał z krzesła i podszedł do żony. Zaczął delikatnie wodzić ręką po jej szyi i całować po twarzy. Uznała to za dobry moment. Zapragnęła się zrelaksować, mieć trochę przyjemności. Wirus dawał się jej we znaki, bała się go. Wstała, podeszła do kanapy i pomogła mężowi rozpiąć i zdjąć  sukienkę. Potem uklękła kolanami na kanapie, oparła się rękami o jej grzbiet i wypięła pośladki. Zanim zaczęli się kochać, poprosiła o włączenie radia.

– Nastaw jakąś muzykę. Aby tylko nie było za głośno. I sprawdź przy okazji, czy drzwi są dobrze zamknięte.

Albert Czucha zapomniał o supermarkecie, donosach i osiągnięciach w pracy detektywistycznej.

Odc. 22 

Nieszczęście nadeszło wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał z wyjątkiem czarnowidzów i katastrofistów. W ciągu trzech dni gwałtownie wzrosła ilość zachorowań. Opinie wirusologów były jednoznaczne.

– Wchodzimy na szczyt epidemii. Może to już nawet pandemia.

Burmistrz połączył się z doktorem Brusem Śpieszył się.

– Jak mogło do tego dojść? Mam na myśli to gwałtowne przyśpieszenie epidemii.

– Mamy tylko teorię. Sprawdzamy ją w badaniach laboratoryjnych. Wirus zmutował i podłącza się do pyłów i zanieczyszczeń obecnych w powietrzu, tak jakby się podklejał. Powstają w ten sposób niewidoczne dla oka skupiska, gdzie nie sposób się nie zarazić.

– Coś takiego jak zaraźliwa chmura.

– No właśnie. Dobre porównanie.

– Czy to już szczyt epidemii?

– Bóg jeden wie? Może być ich kilka. Tak długo jak nie mamy szczepionki, jesteśmy na łasce Quaggi. Nie wiadomo czy będzie ona dalej mutować. A jeśli będzie, to jak? To, co się dzieje, to zresztą wielka nowa mutacja.

– A jak w twojej ocenie wygląda sytuacja w szpitalach?

– Szpitale są przepełnione. Ludzie umierają w karetkach pogotowia stojących na ulicy. A także już w domach, bo nie ma ich kto przewieźć, ani dokąd. Niektóre szpitale nie przyjmują już pacjentów, bo jedna trzecia personelu jest na kwarantannie. Taka jest prawda i nie da się ona zaprzeczyć. Zupełnie jak na wojnie. Każdy chce przeżyć, a szpitale nie dają rady.

Burmistrz otrzymywał także doniesienia, którymi się z nikim nie dzielił, aby nie powiększać chaosu. Miał zawsze uzasadnienie, że musi je sprawdzić. W służbie zdrowia notowano pierwsze przypadki przekupstwa, a nawet szantażu i wymuszeń.

– Pieniądz stał się panem – pomyślał. To go przeraziło tak bardzo, że zrobił sobie przerwę, aby napić się alkoholu. – Lepiej być pijanym niż dać się zwariować – pomyślał. . Kiedy upił pół szklanki, był tak zmęczony, że zapadł w krótkotrwałą drzemkę. Chciał coś powiedzieć, kiedy usłyszał szept do ucha. – Już wróciłam do łóżka, kochanie. Mam dzisiaj chęć na ciebie. Choć pobaraszkujemy.

Zadzwonił telefon. Był to komendant Eliasz Prokura.

– Podobno jakąś karetkę zatrzymali w drodze do szpitala fałszywi policjanci, aby podmienić pacjenta. Nie wierzę w to, ale muszę sprawdzić. Cuda dzieją się na ziemi. Chyba przestanę wierzyć w Boga!

Przed szpitalem „Przemienienia” zorganizowano zapisy kolejkowe. Panował nastrój rezygnacji, niechęci i pełzającej wrogości. Młoda, grubo ubrana kobieta w kapturze naciągniętym na oczy, z plecakiem w prawej ręce, zapytała, dlaczego tyle osób stoi w kolejce i po co sam kolejka, skoro nie ma już wolnych miejsc.

– Rodziny osób w karetkach płacą innym za stanie w kolejce, aby czekali, aż coś się zwolni. Prawdziwa Sodoma i Gomora! – odpowiedział podniesionym głosem starszy, byle jak ubrany mężczyzna.

– Skrzypi jak zdezelowana szafa – pomyślała kobieta przekładając plecak do drugiej ręki, aby wyjąć z niego smartfon.

– Słyszała pani chyba o Sodomie i Gomorze?

– Adresatka pytania obruszyła się, ale nic nie odpowiedziała.

Sztab kryzysowy w ostatnich dniach pracował prawie bez przerwy. Ludzie byli wyczerpani. Dla zachowania ciągłości ustalono, że będą przychodzić na zmiany.

– Połowa tutaj, połowa w domu, aby wypocząć. Inaczej nie wytrzymamy – mówiąc to burmistrz poczuł się bezsilny. Miał wrażenie, że wszyscy mają do niego pretensje o to, co się dzieje w szpitalach i na ulicach. Zbuntowali się dyrektorzy trzech dużych szpitali miejskich. Odmówili przyjmowania pacjentów zakażonych wirusem oraz poleceń sztabu kryzysowego, sugerujących usprawnienia w systemie przyjmowania pacjentów.

W dyskusji burmistrz unosił w górę to jedną, to drugą rękę, jakby ważąc to, co mówi. Jego słowa komunikowały mniej niż ciało, pokazujące brak przekonania.

– Nie możemy nic im zrobić. Sytuacja jest tragiczna. Nie wyrzucę ich, bo to doskonali fachowcy, a innych i tak nie mamy. Burmistrz nastawił swój smartfon na głośne owinie i położył na stole, aby wszyscy słyszeli. To ordynator szpital Przemienienia – wyjaśnił. – Posłuchajcie.

– Nie możemy pracować dwadzieścia godzin na dobę. Potrzebujemy odpoczynku. Bez niego sami padniemy, zanim zdążymy dojść do łóżka pacjenta. Wczoraj zmarła na wirusa nasza koleżanka z pracy. Była anestezjologiem, osobą, bez której nie może się odbyć żadna operacja. Jeden z chirurgów dostał ataku szału i pobił sanitariusza, który spiesząc się do karetki odmówił mu pomocy w przeniesieniu respiratora do innej sali. Musieliśmy dać obydwu środki odkażające… Widzi pan, mnie też to się udziela. Zamiast uspokajające, powiedziałem odkażające. – Panie burmistrzu! Nie możemy przyjmować poleceń pańskich ani sztabu kryzysowego. Nie możemy dokonywać teraz żadnych zmian, bo nie mają one sensu. Szpitale są zatkane i nic nie jest w stanie nam pomoc. Chyba, że otworzy pan nowy szpital.

Odc. 23 

Przed szpitalem „Przemienienia” pojawiły się kobiety w większości w czarno-czerwonych strojach. Były to żony i matki męskiego personelu szpitala. Zamknięto go poprzedniego dnia, kiedy okazało się, że połowa pracowników zaraziła się wirusem. Wszyscy zostali poddani kwarantannie na terenie szpitala. O zakażenie oskarżono dyrektora, który zaniechał wprowadzenia żądanych przez załogę dodatkowych środków bezpieczeństwa. Z powodu wyłączenia dużej liczby pracowników, dyrektor nałożył dodatkowe obowiązki na pozostałych.

Komendant Eliasz Prokura połączył się krótkofalówką z burmistrzem.

– Wysyłam policjantów przed szpital Przemienienia, gdzie trwa wielka demonstracja. Manifestują głównie kobiety niezadowolone z zamknięcia szpitala i braku kontaktu z mężczyznami. Żądają kwarantanny w domu a nie w szpitalu oraz skrócenia ich dyżurów. Są wściekłe, niektóre wyglądają na zdesperowane. Otrzymałem informację, że są tam również ludzie wyposażeni w petardy, prawdopodobnie chuligani lub prowokatorzy. Obawiam się aktów przemocy i wandalizmu.

– Kto będzie dowodzić pańskimi ludźmi?

– Sam będę dowodzić oddziałem. Nie mogę dopuścić do zagrożenia życia i mienia. W razie potrzeby użyjemy gazów łzawiących, moi ludzie są także przygotowani do strzelania gumowymi kulami, ale to ostateczność. .

Dochodzący z zewnątrz ratusza hałas był coraz większy. Burmistrz podszedł do okna. Na rynku zebrał się tłum z transparentami. Ludzie okrzyki patrząc w kierunku ratusza.

– Za oknem też mam manifestację. Głównie kobiety. Mają transparenty i krzyczą. Chyba pod moim adresem, bo patrzą w okna ratusza.

– Tak, wiem o tym. Niedawno uzyskałem ostrzeżenie o tej demonstracji. Dlatego przydzieliłem panu dwóch ochroniarzy dla bezpieczeństwa. Może już nawet czekają w pańskim sekretariacie.

– Dotychczas obywałem się bez ochrony.

– Jest pan najważniejszym urzędnikiem miasta. Bóg jeden wie, co może się wydarzyć. Nie chcę mieć pana na sumieniu a prokuratora na karku. Przy okazji powiem, że otrzymujemy coraz więcej donosów. Piszą też na pana. Jak zwykle oskarżenia o malwersacje, nadużycia władzy, także jakieś sprawy prywatne. Same brudy.

– Piszą praktycznie na każdego, kto nosi imię i nazwisko i ma adres zamieszkania. Oszczędzają tylko chyba ludzi bezdomnych. Dobrze byłoby wiedzieć, kto to robi. Czy pan już znalazł albo przynajmniej ma jakieś namiary na tego Kreta?

– Nie. Na razie bez rezultatu. Mam zaufanych ludzi, już węszą. Nie podoba mi się to wszystko. Miasto coraz bardziej przypomina dżunglę, gdzie ludzie polują na siebie jak zwierzęta. Wygląda to dosyć prymitywnie.

Po południu ulica przed szpitalem była zblokowana z jednej strony przez ludzi, z drugiej przez kolumnę samochodów z włączonymi klaksonami. Dwaj młodzi mężczyźni i jedna kobieta stali na dachu samochodu dostawczego z zapalonymi pochodniami w rękach. Z wnętrza pojazdu dobiegała głośna muzyka. Tłum skandował w takt muzyki hasła podawane przez megafon. Pod adresem dyrekcji szpitala padały wyzwiska i żądania. Z chodników rozlegały się okrzyki zarówno zachęty dla demonstrujących jak i potępienia.

– Co ta policja tu robi? Po co oni są w ogóle potrzebni? Aby tylko prowokować!

– Ta manifa to przegięcie, cała ta gadka o sytuacji w szpitalu. I te klaksony samochodowe, tylko aby zakłócać spokój w mieście. 

– To lekceważenie, ośmieszanie, hipokryzja i żenada! Burmistrz nie jest w stanie zapewnić porządku w spokojny sposób. Nieudacznik!

Przed budynkiem szpitala stał wóz transmisyjny telewizji Tuba. Reporter z mikrofonem w ręku patrzył w ekran kamery.

 – Jesteśmy naprzeciwko szpitala Przemienienia. Policja, którą dowodzi komendant Eliasz Prokura, zachowuje się brutalnie i agresywnie. I to mimo tego, że demonstranci zachowują się spokojnie, wyrażając swój niepokój o to, co dzieje się w szpitalu. Nie widzę agresji z ich strony. Mamy informację, że nieco dalej, na ulicy Parkowej, policjanci strzelali gumowymi kulami, aby rozpędzić tłum. Zachowują się jakby byli pod wpływem narkotyków lub innych środków stymulujących. To okropne i zupełnie niezrozumiałe postępowanie.

Odc. 24 

W nocy dotychczas czyste ściany szpitali pokryły graffiti. Z niektórych znikły stare murale. Na ścianie frontowej szpitala Przemienienia pojawił się nowy mural z podpisem: „Kura na resorach. Patrzcie, jak będziecie wyglądać po wirusie.”

– Uaktywnił się Kret lub ktoś, kto się za niego podaje. Tak czasami bywa, że na fali popularności przestępcy ktoś inny chce wypłynąć, podszywając się pod niego – Komendant coraz głębiej wnikał w nowe formy komunikacji społecznej.

Autor donosów podpisywanych ksywą “Krt” był wciąż nieznany. Burmistrz wyznaczył nagrodę pieniężną, oczekując, to naprowadzi policję na ślad przestępcy. Kolejne dni nie przyniosły postępu w śledztwie. Nadal nie było wiadome, kto to może być.

– To jakiś dziwnie nieuchwytny człowiek? Chyba że … – Piotr Rafael powstrzymał się od komentarza. Przyszło mu na myśl, że może jest to ktoś z komisariatu policji lub z jego własnego otoczenia. Tracił zaufanie do ludzi, gotów był podejrzewać każdego.

Większość donosów kierowana była przeciwko niemu. Zastanawiał się, czy ktoś celowo nie podsyca czy wręcz nie inspiruje tej nagonki.

– Pomówieni i oszczerstwa idą w dwóch kierunkach, twoim i Cukora. Nie jesteś osamotniony. – Słowa żony stanowiły dla burmistrza marne pocieszenie. Siedzieli pod dachem na werandzie z tyłu domu i rozmawiali. Burmistrz słyszał telefon dzwoniący z wnętrza domu lecz nie reagował.

– Nie odbierzesz? – Głos Sandry był spokojny; udzielił jej się pogodny nastrój popołudnia, zastój wiszący w powietrzu i nieznany zapach przypominający podgrzany majeranek.

– Nie zamierzam. Należy mi się trochę spokoju, bo to pada mi już na rozum. Stałem się nerwowy i przewrażliwiony, zachowuję się jak mimoza. Robię, co mogę, aby sprawy miasta i jego mieszkańców układały się jak najlepiej. Pracuję prawie dzień i noc, ale nikt tego nie docenia; skoro donosy wymierzone są głównie we mnie. Dobrze chociaż, że komendant zapewnił mi ochronę policyjną. Przynajmniej jakaś przypadkowa cegła nie spadnie mi na głowę i nie zostanę napadnięty i pobity, wykonując czynności służbowe. Czuję, że ktoś chce mnie wyeliminować z konkurencji.

– Leon Cukor jest też obiektem ataków donosicielskich. Chyba nie mniej niż ty – Sandra usiłowała pocieszyć męża.

– Komendant zwrócił mi uwagę, że donosy na Dyktatora mają inny ton. Zauważył to psycholog policyjny. Też mają najczęściej charakter oskarżycielski, ale w sposób nieokreślony. Co innego, kiedy ktoś oskarża cię o złodziejstwo i sugeruje, co i kiedy ukradłeś, a co innego, kiedy mówi o tym w sposób ogólny „Jesteś złodziejem”. Na pewno też Dyktator otrzymuje dużo mniej donosów, bo jego skrytek pocztowych pilnują wynajęci strażnicy. Sam jest chyba nieobecny. bo nie pojawia się w miejscach publicznych.

– To po co utrzymuje armię ochroniarzy.

– Stać go na to – głos burmistrza był cierpki.

– Ale to może być niebezpieczne. Uzbrojeni i wyszkoleni ludzie na służbie jednego człowieka, w dodatku potentata.

– Dotychczas nie zrobili nic złego.

– To dobrze, ale musicie go obserwować. To może być niebezpieczne. Prywatna armia jak za Średniowiecza.

– To prawda. Tym bardziej, że krążą pogłoski, że to początki walki o władzę. Za kilka miesięcy odbędą się wybory nowego burmistrza. Kończy się moja kadencja – Rafael uznał, że było to wszystko, co miał do powiedzenia. Popadł w milczenie. Siedział i patrzył w przestrzeń. 

Dla Leona Cukora nastały ciężkie dni, donosy nie przestały napływać mimo zablokowania dostępu do skrytek pocztowych osobom postronnym. W dodatku, na kolacji z przyjaciółmi, świętując zakończenie budowy nowej fabryki paneli słonecznych, przejadł się. Tak powiedział swojemu sekretarzowi Alanowi, który nieostrożne – mimo zakazu mówienia czegokolwiek o życiu prywatnym pryncypała – wygadał się przed swoim bratem.   

Rano Dyktator obudził się mokry od potu i drżący z zimna. Był rozebrany do naga, leżał na kanapie, nie na łóżku. Miał straszny sen. Na początku nic nie pamiętał, potem przypomniał sobie nocne przeżycia fragment po fragmencie, jak klatki taśmy filmowej. Zdarzenia wracały do niego jakby chciały go jeszcze raz udręczyć. Burmistrza widział już z daleka przez okno, jak zbliżał się do domu i machał mu przyjaźnie ręką. Kiedy wszedł do środka, pozdrowił go i podszedł bliżej. Zapytał Leona jak się czuje i kiedy ten miał mu odpowiedzieć, burmistrz rzucił się na niego bez ostrzeżenia, zwalisty, szeroki w barach, bezwzględny, wprost zwierzęcy. Dysząc mu w twarz wykręcił mu prawą rękę, aby nie mógł się ruszać. 

– Leon, ty sukinsynu – powiedział twardym głosem – nic cię już nie ochroni przed ujawnieniem twojej skrzętnie ukrywanej tajemnicy. Za chwilę ją odkryję, ty szczwany kameleonie!

Napastnik powalił go na dywan, ściągnął mu spodnie i usiłował rozewrzeć zaciśnięte uda. Leon wołał na pomoc Alana, swego sekretarza, ale ten  chyba go nie słyszał, bo się nie zjawił.  Napadnięty wyrywał się, bił pięściami na oślep. Burmistrz tylko śmiał się złowrogo. Koszula rozchyliła mu się na piersiach i Leon zobaczył włosy, gęste i czarne, odrażające, twarde jak druty. Burmistrz był bliski odkrycia tajemnicy i upokorzenia Leona. Udałoby mu się to, gdyby nie psy. Leon słyszał je ujadające, usiłował nawet je zawołać, ale język, suchy z wysiłku i zdenerwowania, odmówił mu posłuszeństwa. Psy wpadły do pokoju w ostatniej chwili i uratowały go, budząc z potwornego snu głośnym ujadaniem.

Następnego dnia z wdzięczności Leon kupił im nowe smycze i kagańce. Uczynił to, mimo iż wiedział, że był to tylko sen. Postanowił jednak, że nie będzie ich zakładać. Starał się zapomnieć straszne przeżycie, nie był jednak w stanie. 

Był to początek dziwnych zachowań i zdarzeń w życiu Leona Cukora. Miał przeczucie, że będzie ich więcej. Było to dla niego niezrozumiałe. Kojarzył je sobie ze swoim dzieciństwem, swoim wzrostem oraz pobytem w szpitalu. Starał się o nich zapomnieć angażując się w sprawy miasta, pomagając innym ludziom. Jak sobie przypominał, zawsze miał ambicje naprawy otaczającej go rzeczywistości. Był wdzięczny Ojcu Albertowi, swojemu spowiednikowi, że sekundował mu w tym dyskretnie, nie narzucając się ani niczego nie oczekując w zamian. O Ojcu Granie Leon Cukor wiedział już wcześniej, że chętnie pomagał ludziom wierzącym w Boga i utrzymującym kontakt ze świętymi. Wspieranie ludzi pobożnych obydwaj uważali za szczególną cnotę. 

Odc. 25 

Burmistrz Rafael czuł się podle. Przed sobą widział tylko przeszkody: niezmordowany wirus Quagga w doniesieniach medialnych, niezakończona walka ze skutkami powodzi, przepełnione szpitale, demonstracje, donosy, zdezorientowani i niepewni przyszłości mieszkańcy miasta. Poparcie dla niego wciąż spadało. Autorzy anonimów tworzyli mu opinię złodzieja i malwersanta środków publicznych.

– Łatwo jest rzucać oskarżenia, nie sposób bronić się przed nimi. Ta myśl go męczyła.

Na drzwiach ratusza pojawił się w nocy rysunek szubienicy z wisielcem. Skojarzenie było wyraźne. Widać było, że robotę wykonał fachowiec.

– Chyba miał moją fotografię przed oczami. Gdybym tylko mógł dorwać tego drania! – dla burmistrza było to coś więcej niż marzenie.

W ciągu dnia obraz został powielony w prasie i na portalach informacyjnych, skomentowany w radio i pokazany w telewizji. Znajomi i przyjaciel dzwonili do Rafaela w ciągu dnia, aby mu o tym powiedzieć albo go pocieszyć. Wiedział, że niektóre osoby dzwoniły, bo miały w tym przyjemność. Mógł im obiecać tylko zemstę w duchu. Nie mogąc się skoncentrować, wezwał do siebie Lucynę, sekretarkę, aby zamienić z nią kilka słów, oderwać się od niepokojących spraw i wydać polecenia.

Nawet nie słyszał, kiedy weszła do gabinetu. Patrzył na nią z przyjemnością; była niezbyt ładna, ale zgrabna, miła i dyskretna. Nigdy się na nic nie skarżyła, mimo ze miała w domu problemy rodzinne. 

– Dobrze, że już jesteś. Mam już tego wszystkiego dosyć. Ostatnio w ogólne nie mamy dobrych wiadomości. Do tego, co przekazują media, można by dołożyć jeszcze depresję i problemy psychiczne zwłaszcza dzieci i młodzieży oraz samobójstwa. Nazbierało się tego trochę. Dodałabyś jeszcze coś do tego?

– Tak – odpowiedziała bez wahania jakby wiedziała, o co będzie pytana. – Przemoc w rodzinie. Na ulicy także, ale to już w mniejszym stopniu. W końcu ktoś kogoś zabije i nie będzie to pojedynczy przypadek.

Piotr Rafael domyślił się, że dziewczyna sama doświadczyła agresji w domu, lecz nie czuł się na siłach pytać ją o to. Współczuł jej, ale nie umiałby jej pomoc.

– Dobrze, że mi o tym przypomniałaś. To temat na spotkanie sztabu kryzysowego. Miasto musi zapewnić więcej pomocy kobietom maltretowanym przez mężów i partnerów. Chyba o to chodzi najbardziej?

Lucyna skinęła głową potakująco.

– Czy mam panu podać, panie burmistrzu, whisky z lodem czy coś innego?

Pomyślał, że zrobiła to z wdzięczności. Nigdy wcześniej nie zadawała mu takich pytań. Zawsze to on prosił o alkohol.

– Dzięki. Daj mi whisky. Proszę cię także, abyś nie łączyła nikogo ze mną, z wyjątkiem mojej żony. Wszyscy mówią mi to samo, stało się to nudne. Nie ma potrzeby marnować czasu na takie rozmowy.

W domu burmistrz starał się jak najmniej mówić o swojej pracy i problemach, mimo że żona nie miała mu tego za złe. Znajdował w niej oparcie, trochę mniej w synu i córce, którzy żyli bardziej we własnym świecie.

Kiedy rozebrał się, umysł ręce i wyszedł z łazienki, Sandra popatrzyła na niego z uwagą.

– Wyglądasz jak cień dawnego burmistrza. Ubranie wisi na tobie jakby przepuszczono cię przez pralkę automatyczną.

Nie miał jej tego porównania za złe. Wiedział, że mówi to z troski o niego. Wolał jednak inne tematy.

Nad ranem w komisariacie zadzwonił telefon. Blisko dworca kolejowego w bocznej uliczce znaleziono zakrwawione ciało. Mężczyzna dzwoniący w tej sprawie miał niewyraźny głos jakby był pijany lub mówił z oddali przez chusteczkę. Odmówił podania imienia i nazwiska.

Komendant zarządził dochodzenie. Wysłał na miejsce detektywa, lekarza i technika śledczego. Po zebraniu informacji zadzwonił do burmistrza.

– Podejrzewamy, że ten, kto dzwonił, mógł sam zabić. Ale to tylko podejrzenie. Zmarły to mężczyzna w wieku czterdziestu dwóch lat. Na piersi miał przyklejoną kartkę z napisem „Kret”. Jakoś to dziwnie pogmatwane, ponieważ ofiarą jest bezdomny, a Kret wydaje się być nadal aktywny. Przeprowadziliśmy wywiady. Zamordowany to bardzo spokojny człowiek, były technik drukarski, lubiący zaglądać do kieliszka, prawdopodobnie niezbyt rozgarnięty. Zakłuto go nożem. Znaleziono przy nim dwa anonimy podpisane Kret. Być może był to Kret, być może nie, nieskutecznie poszukiwany przez nas mimo znacznej nagrody, jaką pan wyznaczył za jego wskazanie.

– To znaczy, że teraz pod szyldem Kreta, żywego czy martwego, może działać ktoś inny. Może nawet więcej niż jedna osoba – wtrącił burmistrz.

– Zgadza się. Pomylona ofiara, to nie jest takie rzadkie w świecie narkomanów, przestępców i ludzi zagubionych, opętanych manią prześladowcą lub po prostu nienawiścią.

Odc. 26

Statystyki zakażeń wirusem i hospitalizacji chorych z uporem Syzyfa pięły się w górę. Powszechnie je dyskutowano, porównywano z wynikami ostatnich dni i tygodni i komentowano.

Doktor Brus zatopiony w myślach przecinał na ukos Rynek Główny miasta, kiedy dogonił go burmistrz. W rozpiętym ciemnym płaszczu z rozchylającymi się na boki połami przypominał czarnego łabędzia z przetrąconymi skrzydłami.

– Miło pana widzieć, doktorze. Ja też zmierzam do pracy. Czy nie sądzi pan, że pasja dyskutowania statystyk wirusa przez naszych współobywateli to jakaś paranoja? Ludzie zapominają o maseczkach na twarzy, rękawiczkach ochronnych i myciu rąk, ale nie o statystykach. Oni mówią o tym chyba przez sen a nawet w łóżku!

Jeśli pytanie zaskoczyło lekarza, to nie dał tego poznać po sobie. Obrócił twarz w kierunku burmistrza.

– Tak. Mogę się tylko zgodzić z panem. Myślę, że jesteśmy na granicy jakiegoś wykoślawienia cywilizacyjnego. Ludzie tracą perspektywę tego, co ważne. W telewizji ma dziś wystąpić jakiś nowy Nostradamus przepowiadający przyszłość. Powinien pan poświęcić więcej czasu i pieniędzy na edukację mieszkańców, bo całkiem zejdziemy na psy i zdziwaczejemy.

– Mam wrażenie, że nie jest pan dzisiaj w dobrym humorze.

– Faktycznie, nie jestem. Jestem lekarzem i widzę, że ludzie koncentrują się nie na tym, co trzeba. Poświęcają uwagę statystykom i manifestowaniu na ulicach swoich niepokojów, a nie pilnowaniu, aby nie zarażać się nawzajem.

– Czy sądzi pan, że to może być groźniejsze niż sama epidemia, bo powiększa ilość zachorowań? – Burmistrz usiłował zbagatelizować problem. Spodziewał się, że lekarz zaprotestuje przeciwko takiemu uproszczeniu.

– Jeszcze nie teraz, ale wkrótce. Niech pan się pilnuje, panie burmistrzu, i nie lekceważy znaczenia ludzkich zachowań. Epidemia wirusa jest czymś naturalnym, ale to my przyczyniamy się swoim zachowaniem do jej upowszechnienia lub zaniku. Chciałbym, aby w mieście pozostało jeszcze kilka normalnych osób, z którymi można porozmawiać, bo nie znoszę konwersacji tylko z papugą i psem.

Szczęśliwym trafem tego dnia nagrzane słońcem powietrze spowolniło rozpowszechnianie się wirusa.

Niepokój zrodził popyt na wiedzę o przyszłości epidemii. W mediach pojawiały się wywiady z każdym, kto miał coś do powiedzenia na ten temat, głównie jasnowidzami i wróżbiarzami, mniej z lekarzami i naukowcami.

– Co oni mogą wiedzieć? Siedzą zamknięci jak szczury w swoich laboratoriach i usiłują dojrzeć pod mikroskopem coś, co nie istnieje – zwolennicy ruchu antyszczepionkowego ze szczególną lubością negowali naukową wiedzę na temat wirusa Quagga.

W kolejnym dniu rosnących statystyk zachorowań wystąpił w telewizji jasnowidz Lon Benzi, noszący wcześniej pseudonim Galaxy. Jego publiczne pojawienie się wywołało wielkie zainteresowanie. Był znany już wcześniej, ale od kilku lat nikt go nie widział. Pytany o przyszłość, poprosił, aby dać mu chwilę czasu na skoncentrowanie się i wprowadzenie w trans.

– Tak jest mi łatwiej dostrzec to, co się stanie.

Miał damski głos i okrągłą twarz z obwisłymi policzkami. Kiedy zamknął oczy, aby się skoncentrować, przybrał wygląd istoty nieobecnej duchowo. Zbliżenie kamery pokazało, jak twarz mu szarzeje i oczy uciekają w głąb czaszki. Atmosferę napięcia pogłębiał jego matowy, pełen niepokoju głos dobywający się jakby z czeluści.

– Widzę nad miastem chmurę o kształcie ogromnego podłużnego balona w kolorach szarości i czerni. Jest wypełniony dziwną substancją, wyglądającą jak miliardy drobnych punkcików zawieszonych w gęstym płynie. Widzę wirusy łączące się z cząsteczkami zanieczyszczeń powietrza, pyłów, spalin i dymu a nawet mgły. Ten balon wisi nad wzgórzami i przesuwa się w kierunku miasta. Jeśli pęknie, będzie o to koniec naszej cywilizacji. Na razie nic na to nie wskazuje, bo jego powłoka jest gruba i mocna.

Odc. 27

W studio telewizyjnym zrobiło się cicho, słychać było tylko pełny napięcia głos wizjonera. Stwarzał wrażenie, jakby był to szelest przesuwających się w powietrzu milardow mikroskopijnych, różnoskrzydłych istot.

Po chwili milczenia, glos wizjonera zabrzmiał mocnej i groźniej.

– Epidemia żąda ofiar jako odkupienia za nasze grzechy. To ludzie wyzwolili wirusa swoimi niecnymi postępkami i pseudonaukowymi eksperymentami. Pan Bóg odwrócił się od nas, jest nieobecny. Zostaliśmy na łasce losu. Kiedy wymrze trzydzieści procent ludności, społeczeństwo uodporni się na wirusa i dopiero wtedy sytuacja się uspokoi. Ludzie wrócą do pracy i zacznie się nowa era. Wszyscy przypomną sobie, że są braćmi, będą pomagać sobie wzajemnie i współpracować dla dobra ogółu. Sami się zorganizują. Politycy staną się zbyteczni. Nastaną czasy powszechnej radości i szczęścia.

Kiedy Lon Benzi wychodził z budynku telewizji, czekał na niego tłum. Ze wszystkich stron rozlegały się okrzyki, trudno było jednak zrozumieć, o co im chodzi. Osoby towarzyszące wizjonerowi domyślały się, że ludzie proszą o autografy. Były to jednak okrzyki nienawiści. Policja musiała wezwać posiłki, aby zaprowadzić porządek z obawy o wizjonera. Pomoc przybyła za późno, ciężko pobitego mężczyznę przewieziono karetką do szpitala.

Burmistrz miał wyłączony telefon i dowiedział się o tragicznym zajściu następnego dnia rano. Po rozmowie z komendantem, lekarzem ze szpitala, gdzie trafił Lon Benzi, oraz swoim ekspertem do spraw bezpieczeństwa, był jeszcze bardziej zdezorientowany, jak doszło do pobicia. Okazało się, że wystąpienie wizjonera w telewizji było wcześniej dyskutowane na forach dyskusyjnych. Burmistrza zastanowiły słowa specjalisty od public relations.

– To była manipulacja. Ktoś tym sterował, wykorzystując trolle i fora dyskusyjne. Agresywny tłum czekał na niego przed budynkiem telewizji. Świadkowie zdarzenia mówili, że go pobito, ponieważ ludziom nie podobała się jego wizja przyszłości. Sam przyznaję, że była przerażająca. Ale to nie był powód linczu.

Ojciec Albert zorganizował modlitwy w intencji przywrócenia pokoju między ludźmi. Wirus podzielił ich; jedni byli przerażeni, inni lekceważyli niebezpieczeństwo zarażenia się.

– Dokąd to wszystko zmierza, Ojcze Albercie? – Zapytała z niepokojem Trinity. – Martwię się, że mniej ludzi przychodzi teraz do kościoła, bo się boją. Tym starszym, rodzicom i dziadkom, dzieci i wnuki zabraniają wychodzić z domu.

Ksiądz popatrzył na swoją gospodynię. Trinity wydała się mu jeszcze mniejsza i drobniejsza niż była.

– Wiesz dobrze, Trinity, że nie jestem bezbożnikiem, ale obawiam się, że nawet pan Bóg tego nie wie. To za trudne pytanie. Zmierzamy ku niepewnej przyszłości, kiedy ludzie będą jeszcze bardziej zagubieni i niepewni, co czynić.

W prasie ukazała się notatka „Trzy wrony Quagga” rozpatrująca możliwość roznoszenia wirusa przez ptaki. – Gdyby się okazało, że ptactwo, dzikie czy domowe, jest w stanie rozpowszechniać tę zarazę, będziemy mieli pandemonium, jakiego nikt jeszcze nie znał – zakończyła autorka.

Ojciec Albert, po przeczytaniu tekstu, powiedział krótko:

– Módlmy się, aby tak nie było.

Od pewnego czasu Leon Cukor nie pokazywał się publicznie. Pojawiły się pogłoski, że podjął nadzwyczajne środki ostrożności, zwiększył liczbę ochroniarzy i kryje się w domu przed wirusem za przezroczystymi ścianami z pleksiglasu. Ponieważ odmawiał wywiadów dziennikarze podejrzewali, że zaraził się wirusem i jest poważnie chory a nawet, że odjęło mu mowę.

Odc. 28 

U szczytu epidemii donosy nasiliły się. Można było mieć wrażenie, że stały się równie popularne jak raporty o jej skutkach. Wydawało się, że wszyscy je piszą i nie ma sprawy, której nie można by przedstawić jako insynuacji, pomówienia, oszczerstwa czy choćby zwykłej złośliwości. Burmistrz był zaniepokojony i rozdrażniony zachowaniem mieszkańców miasta.

Z doktorem Brusem spotkał się po kilku dniach przy okazji zebrania miejskiego sztabu kryzysowego. Wyglądał mizernie, policzki mu się zapadły, na twarzy widoczne było zmęczenie. Mieli jeszcze kilka minut czasu; burmistrz skorzystał z okazji i zaprosił go do swego gabinetu. Rozmawiali to tym, co najbardziej aktualne.

– Te anonimy to czyste szaleństwo. Ludzie piszą je z taką namiętnością i w takich ilościach jakby nie mieli kompletnie nic innego do roboty. Naprawdę już nie wiem, co o tym sądzić!

– To nie szaleństwo, ale odreagowywanie napięcia. Pisząc donosy ludzie przestają myśleć o zagrożeniu wirusem, kwarantannie, ograniczeniach i samotności. Wirus Quagga to najprawdziwsza zaraza, klęska żywiołowa na niespotykaną skalę, niebezpieczeństwo, którego rozmiar nie sposób określić. Boją się, a strach nie zna granic. W pisaniu anonimów jest więc jakaś racjonalność. To forma ucieczki, ale dla nas to mało pocieszające. Obydwaj na tym cierpimy.

Po wejściu do gabinetu, komendant Eliasz Prokura z obrzydzeniem popatrzył na stos kopert i luźnych kartek rozrzuconych na biurku.

– Co to za śmiecie? – warknął gniewnie. – Nie macie nic lepszego do roboty jak tylko się wygłupiać. Usuńcie je natychmiast.

– To są donosy z końca weekendu, panie komendancie. Nie otwieraliśmy ich zgodnie z pana poleceniem.

Kiedy dyżurny policjant podszedł do biurka, aby je sprzątnąć, komendant powstrzymał go gestem ręki. Zasady postępowań z anonimami określały wytyczne: skoro prawo nie wymaga ich rejestracji i wykorzystania, należy je zlikwidować. To go zwalniało z odpowiedzialności.

– Poczekaj. Zabierzesz to za chwilę, rzucę tylko okiem. Jest tego tyle, że nie da się nawet z grubsza przejrzeć. Nie ma zresztą po co. I tak wiem, co tam jest.

Wbrew deklaracji niechęci, komendant przeglądał powoli stos papierzysk. Donosy w kopertach otwierał nożykiem do papieru, a potem czytał je jeden po drugim. Było tam wszystko: oskarżenia o nadużywanie władzy, wyłudzenia pożyczek świadczeń emerytalnych, zdrady małżeńskie, pobicia, kradzieże, oszustwa, opisy dokonań seksualnych, a nawet informacja o wypasionym samochodzie Ojca Alberta.

Po namyśle Prokura odłożył na bok trzy anonimy, w tym jeden zarzucający mu nadużywanie władzy razem z groźbą ujawnienia szczegółów. Kusiło go wziąć więcej, bał się jednak, że stworzy to podejrzenie, że zbiera haki na ludzi. Zatrzymane zaniósł do swego gabinetu na piętrze i starannie zamknął w sejfie. Uczynił to tak, aby inni policjanci tego nie widzieli. Pozostałe donosy polecił przepuścić przez niszczarkę papieru. Stał obok i obserwował jak znikają jeden po drugim.

Miał problem. Większość anonimów pochodziła z tego samego źródła. Musiał znaleźć jakiś trop, który by go doprowadził do osoby lub osób piszących je. Burmistrz przypominał mu to kilkakrotnie. Sztab kryzysowy domagał się, aby coś z tym zrobić. Pamiętał te słowa.

– W końcu dojdzie do wojny wszystkich z wszystkimi i jeszcze bardziej pogorszy i tak już trudną sytuację.

Sprawa donosów przycichła chwilowo, kiedy pojawiła się wiadomość, że Leon Cukor jest zarażony wirusem, jest w szpitalu i ma wielkie trudności z oddychaniem. Komentarze były współczujące jak i nieżyczliwe.

– Żal człowieka, tym bardziej, że nie jest już taki młody. Nie może wydobyć powietrza z płuc? Czy to nie dlatego, że za dużo mówi i obiecuje? Sam ponosi odpowiedzialność za tą sytuację, po co wtyka nos w nie swoje sprawy.

Kiedy okazało się, że była to tylko plotka, komendant zastanawiał się, kto i w jakim celu stworzył całe zamieszanie.

W nabożeństwie wieczornym rzadko kiedy uczestniczyło tyle osób. Kościół był przepełniony. Leon Cukor, klęczący w pierwszym rzędzie wiernych, z trudem wstał z kolan i otrzepał spodnie. Odwracając głowę na boki przyglądał się dyskretnie osobom siedzącym w pierwszym rzędzie.

– To moi wyznawcy i zwolennicy – pomyślał i prawie się zaśmiał. Przyszło mu na myśl, że w kościele to on ma wyznawców a nie pan Bóg. Czasem nachodziło go uczucie, że traktuje Boga po macoszemu. Pocieszał się myślą, że Najwyższy darzy go tak wielką miłością, że wszystko mu wybaczy.

Odc. 29

Cukor obserwował pierwszy szereg wiernych zatrzymując się wzrokiem na niektórych postaciach. Szukał kandydata na stanowisko burmistrza w zbliżających się wyborach. Myślał o urzędującym burmistrzu Piotrze Rafaelu. Przyjrzał mu się: wysoki, masywny, z pierwszymi oznakami otyłości na twarzy. Zastanawiał się czy dałby się przeciągnąć na jego stronę. Potrzebował własnego kandydata. Teraz, kiedy patrzył na niego, czuł przez skórę, że w wyborach będzie jego przeciwnikiem. Kilka metrów dalej stał notariusz Rafał Mortana powszechnie zwany Plenipotentem. Różanolicy, wyprostowany, w dobrze skrojonym garniturze, ze wzrokiem utkwionym wysoko nad Ojcem Albertem wyglądał jak świeży nabytek muzeum figur woskowych. Nazywano go także Skarbonką, ponieważ miał łatwość przyciągania ludzi z pieniędzmi. Pieniądze kleiły się do niego.

– Może i byłby to dobry kandydat na burmistrza. Wystarczyłoby, abym go poparł. Potem by mi się za to odwdzięczył – pomyślał. Rozważał wybór rozmawiając ze sobą w duchu.

– Nie jest zbyt inteligentny, ale jest sprawny i energiczny. Trochę też bufonowaty. W sumie radzi sobie całkiem nieźle, pomagając także siostrze prowadzącej z mężem firmę developerską. Jest podatny na wpływy innych ludzi. Podobno żona nim kieruje. Oczywiście będzie trochę brykać na początku, ostatecznie jednak moje poparcie i zdobyta władza powinny go uspokoić.

Dyktator zamyślił się i nie zauważył, że stojący obok ludzie byli już na klęczkach. Ukląkł w pośpiechu postanawiając się pilnować.

Po powrocie do domu, wezwał Alana, swego ulubionego sekretarza.

– Podjąłem decyzję. Moim kandydatem na stanowisko burmistrza będzie Plenipotent. Muszę z nim porozmawiać. Połącz mnie z nim.

– Ale czy on się zgodzi? – sekretarz miał wątpliwości. Chciał uniknąć niezręcznej sytuacji, że rozmówca odrzuci prośbę szefa. Darzył Cukora zbyt wielkim uczuciem, to byłoby także jego niepowodzenie.

Cukor nie odpowiedział. Z przyjemnością przyglądał się swemu sekretarzowi, oceniając jego muskularną sylwetkę.

Po południowej mszy Ojciec Albert udał się do zakrystii. Mijając po drodze Trinity prawie nieuprzejmie burknął:

– Dopilnuj, Trinity, aby mi nie przeszkadzano przez piętnaście minut. Chcę być sam, aby się skoncentrować i pomodlić. Mogę to zrobić tylko tutaj, nie w kościele, bo tam ciągle wchodzą i wychodzą ludzie. Sprzątając kościół Trinity słyszała jak rozmawiał z kimś przyciszonym głosem. Kiedy w drzwiach kościoła pojawił się organista, pośpieszyła podzielić się z nim wiadomością.

– To musiała być ważna rozmowa, bo głos Ojca Alberta był jakiś zmieniony. Mówił ciszej niż zwykle.

– Tak, to rzeczywiście dziwne, bo proboszcz jest już trochę przygłuchy i mówi głośniej niż kiedyś.

– Z kim on tak konferuje?

Organista zastanawiał się chwilę patrząc na wielki obraz z wizerunkiem patrona parafii Św. Franciszka z Asyżu. Niechętnie odpowiedział.

– Z tym samym człowiekiem, co zawsze. Nie domyślasz się? Nie słyszałaś, kogo Ojciec Albert ostatnio bardzo chwalił za regularne uczestniczenie w nabożeństwie i szczodre datki na tacę. Chwalił go z takim przekonaniem, że pomyślałem, że chce abyśmy i my dawali więcej na tacę.

Leon Cukor miał być zajęty cały dzień. Z rana zadzwonił telefon. Sekretarz wypuścił na chwilę smycze, na których trzymał dwa dobermany pana domu, aby wyjść z nimi na spacer, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę. Odpowiedział mechanicznym głosem:

– Pan Cukor jest nieobecny i nie wiadomo kiedy będzie z powrotem w biurze. Załatwia bardzo ważne sprawy dla nas wszystkich. Jeśli pani sobie życzy, proszę zostawić numer swojego telefonu. Przekażę mu, kiedy wróci, że pani dzwoniła.

Odc. 30

Alan, sekretarz i pierwszy asystent Cukora, wpadł do gabinetu bez pukania. Był tak wzburzony, że z trudem wydobywał z siebie słowa.

– Czy wiesz, co się dzieje!? Szpitale są przepełnione. To straszne! Nie daj, Boże, abyśmy tam kiedykolwiek trafili.

Cukor spojrzał na niego zaskoczony i otworzył usta, chcąc powiedzieć coś uspokajającego. Nie miał jednak szansy wobec żywego monologu. Zdecydował się czekać, aż sekretarz nieco ochłonie.

Przyglądał mu się z przyjemnością: przystojny i zadbany młody mężczyzna, pachnący męską wodą kolońską. Dyktator wciągnął głębiej powietrze, zastanawiając się, co to za zapach.

Alan dbał o wygląd. Miał na sobie dopasowaną koszulę marki Lacoste nieznacznie poszerzającą go w ramionach oraz spodnie z bawełnianej tkaniny w kolorze grafitowym. Miały prosty fason, jaki sam lubił podobnie jak i kolor. Strój uzupełniały pantofle firmy Gucci. Od czasu, kiedy Alan został jego sekretarzem, nosił tylko markowe ubrania i to w najlepszym gatunku. Cukor płacił za nie traktując je jako ubiór służbowy.

– Znajomy przysłał mi nagranie video. Lżej chorzy leżą na korytarzach w prymitywnych warunkach. Ludzie umierają w karetkach pogotowia czekających przed szpitalem na zwolnienie łóżka lub respiratora, także w domach a nawet na ulicy! To straszne!

 – Kochany Alanie! O to nie musisz się martwić. Nas to nie dotyczy. Mieć pieniądze, mam na myśli duże pieniądze, lub mieć władzę, oznacza mieć przywileje. Jest to prawdziwe nawet w najbardziej sprawiedliwym systemie społecznym. Dlatego nie musisz martwić się o to, co się stanie, gdyby któryś z nas zachorował. 

Po wyjściu sekretarza, Dyktator zabrał się do pracy. Przed sobą miał listę osób przygotowaną poprzedniego dnia. Dzwonił ze swojego telefonu komórkowego wybierając po kolei nazwiska z listy. Kiedy zyskał pierwsze połączenie, ściszył głos. Alan zatrzymał się za lekko uchylonymi drzwiami gabinetu, aby przysłuchać się rozmowie. Chciał wiedzieć, co się dzieje, o czym Leon rozmawia. Był rozgoryczony. Już kilka razy usiłował mu to zakomunikować. Przypomniał sobie rozmowę.

– Musisz mnie informować o tym, co się dzieje. Mimo twoich słów i obietnic, czuję się wyłączony. Jestem ostatecznie twoim sekretarzem osobistym i asystentem, twoją prawą ręką. Beze mnie sobie nie poradzisz.

– Tak, tak, oczywiście – usłyszał w odpowiedzi, ale to go tylko rozdrażniło. Denerwował się w takich wypadkach nawet wtedy, kiedy Cukor patrzył na niego ciepłym wzrokiem opiekuna i wielbiciela.

– Przepraszam cię, Alanie, ale niektóre sprawy muszę załatwiać osobiście. Nie wszystko da się wytłumaczyć, to jest zbyt skomplikowane. Mamy wrogów. Gdybym bezpośrednio nie prowadził niektórych spraw, to by mnie … to by nas… zadeptali. Ja wiem, jak to załatwiać. Ty byś tego nie zrobił, bo nie masz dostatecznej odporności na ludzką nienawiść i agresję. Ponadto jesteś zbyt delikatny.

Aby nie dopuścić do roztrząsania niuansów, od razu zmienił temat.

– Wybory burmistrza zbliżają się coraz bardziej, w związku z czym zarządzam mobilizację naszych zwolenników. Liczę na ciebie, że się aktywnie włączysz. Musimy wspierać się wzajemnie, działając na rzecz przyszłości i dla dobra mieszkańców miasta. To jest dewiza, którą ludzie lubią: „Działamy dla dobra publicznego”. Musimy być aktywni. Nie wiadomo, co by się stało w mieście bez naszego udziału. Obecny burmistrz Piotr Rafael sobie nie radzi. Wszystko może się zawalić. Rób tylko to, co ustaliliśmy, a będzie dobrze.

– Uparty dobroczyńca – mruknął pod nosem sekretarz, rozżalony i niepewny, co powinien odczuwać w tym momencie. Była w nim czułość jak i niechęć do Leona, wynikająca z jego tajemniczości i przekonania o własnej nieomylności, także strachu przed niepowodzeniem, gdyby powierzył więcej spraw innym.

Znali się od trzech lat, byli ze sobą nieco krócej. Łączyły ich szczególne uczucia: mistrza i ucznia, a jednocześnie kochanków. Ufali sobie. Oprócz uczuć łączyły ich wspólne ideały: naprawy społeczeństwa, pomocy ludziom. Dużo rozmawiali o nich na początku, potem coraz mniej i to martwiło Alana, bo coraz częściej nie mogli dojść do porozumienia. 

– Ty jesteś idealistą, ja jestem bardziej krytyczny i przyziemny. A wiesz dlaczego? Bo lepiej znam naturę ludzką – powtarzał Leon, kiedy poróżniła ich ocena czyjegoś postępowania lub zdarzenia. – Życie jest pełne niuansów i ja to rozumiem lepiej niż ty. Jestem po prostu starszy i mam więcej doświadczenia.

– A władza? Co sądzisz o władzy? Masz już jej tak wiele i wciąż chcesz jeszcze więcej.

– To trudny ale pasjonujący temat. – Tak! Chcę więcej władzy. Czuję się wtedy lepiej, czuję się spełniony.

– A spełnienie przez miłość? To się nie liczy?

– Jedno i drugie jest ważne. I te dwie sprawy nie stoją w sprzeczności ze sobą. Można mieć miłość i można mieć też władzę.

Alana męczyło niezwykłe zaabsorbowanie Leona sprawami miasta i jego mieszkańców. Pochłaniało go. Alan nie mógł tego zrozumieć ani zaakceptować. Cieszyło go, że Leon był pełen energii, podziwiał go za to, ale martwiło, że czasem był nieczuły na jego prośby i potrzebę bliskości, nie tylko intymnej, ale również w działalności publicznej i zarządzaniu firmami, stanowiącymi jego majątek. Chciał być bardziej pomocny, a nie mógł.

Kiedy rozmawiali o uczuciach, Leon chętnie nawiązywał do starożytnej Grecji, do przypadków serdecznej, opiekuńczej miłości dojrzałego mężczyzny, często arystokraty, do młodzieńca, wkraczającego dopiero w życie bez większych środków i doświadczenia. Kierował się tymi wzorami. Przyjął Alana o do własnego domu i szczodrze wyposażył. Zapewnił mu edukację na najwyższym poziomie, dbał o niego, interesował się i cieszył postępami w studiach. W zamian – nie rozmawiali o ty, ale Alan to czuł – oczekiwał zrozumienia, lojalności i miłości. Nie było mu łatwo, musiał kryć się ze swoimi uczuciami. Na zewnątrz widział tylko zimny świat, niewyrozumiały dla ludzkiej odmienności. Czasem miał wrażenie, że dla Leona ważne jest tylko, aby nikt nie wiedział o ich bliskiej zażyłości.

Odc. 31

Julia, sekretarka burmistrza, miała na sobie szary żakiet ze spódnicą, pod żakietem bluzkę koszulową, rajstopy i pantofle z zakrytymi palcami i piętami. Apaszka na szyi dopełniała całości. Była zadowolona ze swojego wyglądu, nigdy nie ubierała się tak starannie do pracy.

– Wygląda jak z żurnala mody – pomyślał burmistrz z zadowoleniem. Chciał powiedzieć jakiś komplement, lecz go ubiegła.

– Od kilku dni dobija się do pana ten mężczyzna z propozycją pisania kroniki miejskiej, o którym panu wspominałam. Dzwonił już kilka razy, dwa razy był tu nawet osobiście. Siedzi teraz na korytarzu i czeka. Proszę go przyjąć, bo on mnie zamęczy. Upiera się, że koniecznie musi porozmawiać z panem, bo to sprawa ważna dla miasta. Powiedziałam mu, że w trudnych czasach jest wiele spraw ważniejszych niż kronika.

– Tym bardziej potrzebujecie kroniki – odpowiedział, a potem tak się rozgadał, że nie mogłam mu nawet przerwać.

– Kronika miasta może nie tylko opisywać i ilustrować to, co się zdarzyło, ale też ukierunkowywać myślenie mieszkańców. To zależy wyłącznie od tego, co się w niej pisze. Ja myślę o kronice przyszłości, a nie tylko przeszłości. O weselu i pogrzebie trzeba powiadamiać ludzi przed faktem, a nie po fakcie, kiedy dania weselne i nieboszczyk całkiem już wystygły. Wtedy to już nie jest żadna wiadomość, ale przypomnienie czegoś, o czym wszyscy dobrze już wiedzą.

– Nie wiem, co o nim myśleć. To jakiś dziwak, ale na pewno nie wariat czy szaleniec. Nie wpuściłabym go do pańskiego gabinetu. Wygląda rozsądnie.

Burmistrz usiadł w fotelu przy biurku, włączył komputer i rozglądał się po pokoju, kiedy zapukała sekretarka. Po usłyszeniu „Proszę wejść” otworzyła drzwi i szybko zamknęła je za sobą, jakby obawiała się nagłej i niepożądanej interwencji. Podeszła do biurka i szeptem poinformowała burmistrza.

– On już tu jest. Czeka za drzwiami. Ten, co to chce pisać kronikę. Nazywa się Jan Teolog, ale wymienił też jakiś pseudonim. Mówił mi tyle o sobie, że miałam już go dosyć. Umówiłam go z panem za pół godziny. Czy tak będzie w porządku? Czy może zechce go pan przyjąć teraz? Miałabym go wtedy z głowy, bo znowu zacznie mi coś tłumaczyć. Widać, że facet lubi mówić.

Burmistrz patrzył na sekretarkę oceniając jej ramiona i piersi, udając, że się zastanawia.

– Niech wejdzie. Oboje będziemy mieć go z głowy. To nie powinno zająć więcej niż piętnaście minut.

Przybysz był ubrany w brązową marynarkę, opadającą na krawędziach ramion, oraz w łagodnie różową koszulę bez krawata. W lewej ręce trzymał cienką skórzaną teczkę. Burmistrz ocenił go jednym rzutem oka. Nogawki luźnych, ciemnoszarych spodni, zakończone były mankietami opadającymi na niezbyt nowe, ale wyczyszczone do połysku czarne pantofle. Był szczupły, słusznego wzrostu; wyróżniała go lekko zmierzwiona, siwiejąca broda i okulary w cienkich oprawkach zasłaniające podkrążone oczy. Przypominał zmęczonego lub przepracowanego urzędnika biurowego.

Rafael wstał zza biurka. Zanim podszedł do gościa przyjrzał mu się uważnie, po czym podał mu rękę i zaprosił do zajęcia miejsca na krześle po drugiej stronie stolika stojącego z boku biurka. Z bliższa widoczne były zmarszczki okalające ciemnobrązowe oczy; tliły się w nich iskierki wyrażające skłonność do żartów.

Mężczyzna potwierdził powitanie skinieniem głowy.

Odc. 32

– Dziękuję panu za spotkanie. Nazywam się Jan Teolog. Proszę nie sugerować się nazwiskiem, bo z teologią mam niewiele wspólnego. Jestem kronikarzem i używam pseudonimu Skryba. Określę moją pozycję z pewną przesadą. Kronikarstwo kojarzy mi się z biblią i ze średniowiecznym cierpliwym skrybą aspirującym do wielkości, lecz ciągle nieopierzonym sławą. Mam wrażenie, że idzie ona za mną jak cień i łudzę się, że nadejdzie czas, kiedy opromieni mnie jak słońce. Zanim to nastąpi, chciałbym być pańskim kronikarzem. Mam na myśli, chciałbym pisać kronikę miasta. Mam w tym pewną wprawę i na pewno ambicję wykonania solidnej roboty. Człowiek bez ambicji niewiele dziś znaczy.

– Czym się pan zajmuje? Czym się pan zajmował dotychczas? – Burmistrz postanowił szybko zakończyć sprawę.

– Zbieram okruchy prawdy, jakie pojawiają się w gorącej przestrzeni informacyjnej naszego miasta. W dzisiejszych czasach prawda to kwiaty, które czasem trudno jest odróżnić od chwastów pleniących się w ogrodach bogaczy jak i ogródkach ludzi mniej majętnych. Mam na myśli donosy, materię samą w sobie obrzydliwą, mimo że zawiera czasem prawdę. Moje sumienie, raczej niż Bóg, którym chętnie wspierają się ludzie pragnący usprawiedliwić swoje niecne intencje, natchnęło mnie pragnieniem upowszechniania prawdy. Stąd moja chęć prowadzenia kroniki miasta. Wszyscy modlimy się o deszcz, aby zrosił glebę, na której obficie rośnie prawda i miłość.

Burmistrz postanowił przyśpieszyć bieg wydarzeń.

– A tak bardziej konkretnie, to czym się pan zajmuje?

– Analizuję wydarzenia w mieście i w kraju, śledzę kierunki rozwoju sytuacji, stawiam diagnozy i staram się zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. Usiłuję, podobnie jak pan, rozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Robię to z ciekawości i z obywatelskiego obowiązku. Mam też w tym przyjemność.

– To wielkie wyzwanie – rozumieć rzeczywistość. A sam temat jest niezwykle obszerny – Piotr Rafel wpadł w dobry nastrój. Podobały mu się swobodne i kwieciste ale nie pozbawione sensu wypowiedzi gościa. Słuchając go, umocnił się w przekonaniu, że to ekscentryk bardziej niż dziwak. Postanowił to sprawdzić.

– Ciekaw jestem, jak pan analizuje zdarzenia, jakie mają miejsce w życiu naszego miasta. Ma pan jakąś metodę, jakieś specjalne narzędzia?

– Zbieram informacje na konkretny temat, tworzę sobie model myślowy, upraszczam, co da się uprościć i wyciągam wnioski. Rzeczywistość, podobnie jak przysłowiowy kij, ma dwa końce. Jeden to przeszłość, odkrycia geograficzne, zagadki przyrody, postępy cywilizacji. Wszystko to, co mamy zasadniczo za sobą. Drugi koniec to tajemnice dnia dzisiejszego i rodzącej się przyszłości: nowoczesne technologie, inżynieria genetyczna, automaty i roboty, nowe zagrożenia społeczne, choćby przykładowo epidemia wirusa Quagga, zmieniające się zachowania ludzi. Mamy nowe tajemnice do odkrycia. Nie wiemy, dokąd świat zmierza w sensie technologii, rozwoju demograficznego, chorób i ich leczenia, klimatu, różnorodności biologicznej. Kto wie, czy nie zmierzamy ku katastrofie. Odnosi się to również do miasta, tylko w innej skali.

Burmistrz przyglądał się rozmówcy, zastanawiając się, co odpowiedzieć.

– Kronika miasta wydaje się sensownym pomysłem, ale nie jestem pewien, czy teraz jest odpowiedni czas, aby o tym myśleć. Wiem, że inne miasta prowadzą takie kroniki. Krótko mówiąc, muszę się zastanowić nad pańską propozycją. Mam w tej chwili wiele innych spraw na głowie. Domyśla się pan, że nie brakuje mi zmartwień.

Przez głowę burmistrza przelatywały myśli: dodatkowy wydatek, dodatkowy obowiązek, niejasne korzyści. Miał poczucie, że prawie w ogóle nie zna człowieka. Skryba! Postać historyczna, prawie biblijna! Pomyślał, że ktoś taki jak on, entuzjasta o szerokich i niebanalnych zainteresowaniach, może być użyteczny. Jego kadencja się kończyła, zbliżały się wybory nowego burmistrza. Postanowił zebrać więcej informacji o Skrybie. Mógł naprawdę się przydać.

Odc. 33 

Informacje o Skrybie nadeszły z kilku źródeł. Piotr Rafael nie spodziewał się tego. Myślał, że niewiele się dowie, tymczasem dotarło do niego całkiem sporo. Najpierw była to sekretarka Julia, potem żona, w końcu doktor Brus.

Julia wiedziała, gdzie mieszka i jakie prowadzi życie.

– Jest samotnikiem. Jeśli ma rodzinę, to się nią nie chwali. Może nawet ją ukrywa. Moja znajoma mówiła mi, że Skryba w rzeczywistości nazywa się Jan Teolog i przez długi czas był nieobecny. Mieszkał gdzieś w odosobnieniu. Powiedziała mi, że najprawdopodobniej był w więzieniu, bo długo nie było o nim słychać a on sam na ten temat nie chciał nic mówić. Była prawie pewna, że chodziło o więzienie.

– Skąd ona to wie?

– Jej matka sąsiadowała ze Skrybą. Teraz mieszka u niej, znaczy się u córki.

 – A ta historia z więzieniem? Czy jest prawdziwa? To byłaby ważna informacja.

– Nie mam pojęcia. Znajoma powiedziała mi coś w tym rodzaju:

– Ten Skryba to więzienie ma wypisane na twarzy. Broda, którą zahodował, bo dawniej nie nosił brody, to kamuflaż, za którym się kryje jakaś zbrodnia.

Nie wierzę jej, bo to plotkara i potrafi zmyślać.

Informacje żony Rafaela, Sandry, pochodziły głównie z kościoła.  

– Ojciec Albert wyraźnie go nie lubi. Nazwał go odszczepieńcem, który porzucił wiarę i Boga. Zdaje się, że jest to wzajemna niechęć. Okazuje się, że ten Jan Teolog był kiedyś w zakonie lecz porzucił życie zakonne po kilku latach razem z innym zakonnikiem, niejakim bratem Erazmem. Do dzisiaj utrzymują ze sobą kontakty. Podobno nawet się przyjaźnią. Erazm nie mieszka w naszym mieście ale to niczemu nie przeszkadza. Rozmawiają ze sobą telefonicznie i korespondują, korzystając z poczty elektronicznej i ze Skajpa. Wiem jeszcze tylko tyle, że zorganizowali swoją pracę i życie na wzór zakonny. Podobno w zakonie wszystko im się podobało z wyjątkiem ślepego posłuszeństwa.

– Ten nieudacznik zakonny koncentrował się na nauce, a nie na Bogu. Dlatego musiał opuścić zakon – tak to określił nasz proboszcz.

– Skąd on to wszystko wie? Czy on ma jakąś kopalnię wiedzy?

– Niee! Jest po prostu dobrym księdzem i odwiedza ludzi w domach w czasie ich choroby, pociesza i pomaga. Ludzie mu ufają i opowiadają mu wszystko o sobie i znajomych. Nie zapominaj też, że jest spowiednikiem, a spowiadający się – o ile wiem – lubią mówić o innych. To, co ci przekazałam, to na pewno nie są informacje, które można by traktować jako tajemnicę spowiedzi.

Doktor Brus zadzwonił do burmistrza wieczorem.

– Na temat tego ekscentryka, którego wspomniałeś, mam trochę informacji od mojego pacjenta. To technik komputerowy. Pomagał kiedyś Teologowi w przywróceniu jego komputera do użytku i odzyskaniu danych po awarii prądu. Niewiele tego jest, ale może ci się przyda. Skryba to człowiek o zainteresowaniach naukowych. Był nauczycielem, może nawet nadal jest, filozofii i logiki. Prowadził też zajęcia z młodzieżą z zakresu nauki o społeczeństwie. Ma przyjaciela, z którym utrzymuje bliskie kontakty. Mają te same zainteresowania. Używają pseudonimy. Mój pacjent dziwił się po co im potrzebne pseudonimy. Uważał, że to zwyczaj ludzi ze świata przestępczego, sportowców, celebrytów i części młodzieży. Co najważniejsze, Teolog powiedział mu:

– Interesują mnie zmiany zachodzące w otaczającej nas rzeczywistości.  Mało ludzi myśli o tym, jak wygląda dzień dzisiejszy, a już z pewnością nie zastanawia się głębiej, jak będzie wyglądało jutro.

Pytania, jakie interesowały Skrybę to na przykład: „Co się zmienia w otaczającej nas rzeczywistości” albo, „Co nas zmienia” lub „Co napędza te zmiany?”.

Według informatyka, ten twój ekscentryk to jakiś futurysta.

Odc. 34

Po rozmowie z burmistrzem Teologowi śniła się wielka sala gimnastyczna. Właściwie to wyobraził ją sobie, kiedy siedząc przed komputerem zbierał się do sprawdzenia poczty elektronicznej. Zobaczył siebie pośrodku sali a wokół morze ludzkich twarzy. Było to miejsce, gdzie pod jego kierownictwem miała odbyć się dyskusja nad przyszłością Santarosy. Widzowie patrzyli na niego i czekali aż otworzy usta i coś powie. Drugi raz zobaczył salę w nocy we śnie jako wyobrażenie tego, co ma się zdarzyć. Pomieszczenie było przybrane pachnącymi gałązkami świerka, tworząc atmosferę wieczoru Bożego Narodzenia. To go dobrze nastroiło. Nabrał nadziei, że w końcu coś zacznie się zmieniać na lepsze i on będzie mieć w tym znaczący udział. Zawsze tego pragnął, być aktywnym, dobrym obywatelem, a najbardziej wzorem lidera niosącego kaganek oświaty. Był zmęczony wirusem, epidemią, niepokojem społecznym, buntującymi się demonstrantami, perspektywą trafienia do szpitala. Pragnął zmiany.

Od dnia rozmowy z burmistrzem, kiedy zrodziła się nadzieja prowadzenia kroniki miasta, szukał możliwości uczestnictwa w walce o sprawy ważne dla mieszkańców. Chciał się sprawdzać, nie raz, nie dwa, ale nieprzerwanie. Przygotowując się do wystąpień studiował kazuistykę, sztukę dyskusji, rozumianej jako umiejętność wyprowadzania przeciwnika w pole. To go tak poruszyło, że musiał podzielić się swoim entuzjazmem z Erazmem, przyjacielem z zakonu.

– Co sądzisz o kazuistyce, Erazmie? Uważam, że jest nieunikniona w czasach, kiedy nie chodzi o dojście do prawdy lub osiągnięcie porozumienia, ale o przekonanie słuchaczy lub widzów, że ma się rację. Ludzie władzy mają tylko jeden instrument działania – język. Ręce pełnią rolę uzupełniającą, wspomagają wyrażanie uczuć. Przykładem jest ramię zgięte w łokciu, wysunięty palec wskazujący lub uniesiony w górę palec środkowy. To są nowe narzędzia komunikacji ze społeczeństwem. Nie upieram się, że mi się podobają, ale trzeba je rozumieć i umieć stosować. Jeśli ktoś wychodzi na ciebie z pałką lub kastetem, nie możesz mu oferować słów pojednania czy miłości, bo cię wdepcze w ziemię.

– Do czego ty zmierzasz, Janie? Zupełnie ciebie nie rozumiem. Jesteś typem analityka, naukowca, a nie politykierem. To, o czym mówisz, to czysty rozbój.

– W obronie słusznej sprawy muszę wkroczyć na twardy grunt rzeczywistości, bo wiem z kim mamy do czynienia. Polityka nigdy nie była czysta, a wczasach takich jak obecne, wirusa, epidemii i wrednych donosów, stała się bagnem. Mam na myśli ludzi, którzy używając frazesów o demokracji i miłości bliźniego, gotowi są stosować przemoc.

– Przecież ty się zajmujesz analizą otaczającej nas rzeczywistości a nie żadną polityką, zwłaszcza w barbarzyńskim wydaniu.

– To nie jest tak, jak mówisz. Przejrzałem na oczy. Wszystko jest polityką. Cokolwiek robisz, jest regulowane przez władze. Nawet jak kupujesz papier toaletowy, to wiedziesz, że czas otwarcia sklepu jest określany odgórnie, podobnie jak akcyza czy VAT, także minimalne wynagrodzenie sprzedawcy, który cię obsługuje, instytucja, która ma stanąć w twojej obronie jako konsumenta czy koszt użycia spłuczki klozetowej. Polityka dotyczy każdego aspektu życia. Nie ma w niej równowagi czy idealnej sprawiedliwości, kiedy wszyscy jednakowo zyskują lub tracą, jest tylko nakazowa decyzja i co najwyżej chaos. Co gorsza, grożą nam politycy wypaczeni żądzą stworzenia społeczeństwa na wzór i podobieństwo swoje, a nie boskie. Wy tu sobie gadu-gadu, a my wam powyrywamy paznokcie, jeśli nie zechcecie się podporządkować, tylko najpierw ogłupimy was naszą propagandą! Rzecz się ma podobnie jak z dzikimi królikami; zalały Australię i wyżarły do cna wszystko, co przypominało zieleń. To co pozostało, wypaliła susza, pioruny i podpalacze.

– Co ty mówisz, Janie? Nie poznaję cię. Chyba oszalałeś! Lepiej przerwijmy rozmowę, bo nie dojdziemy do niczego sensownego.

Skryba zgodził się bez dalszych zachęt, uznając, że się zapędził. Przyszedł mu do głowy pomysł zrobienia czegoś znaczącego dla miasta. Musiał porozmawiać o tym z burmistrzem. Piotr Rafael stał się dla niego Mekką, miejscem, gdzie ulokował swoje twórcze pragnienia. Doskwierała mu samotność, szczególnie uciążliwa w smutnym czasie epidemii i szalejących donosów i musiał coś z tym zrobić.

0Shares

Domek nad jeziorem

Przez życie Alleny Aleksiejewy przewaliły się wszystkie fale nieszczęść i radości. Nieszczęścia bardziej czuła niż pamiętała, bo było to bardzo dawno. Czasami widziała je jak za mgłą a czasem wyraźnie jakby stały jej przed oczami: susze, powodzie, wojny, wybuch bomby atomowej, wirus i epidemia oraz małe i wielkie grupy okropnie krzyczących ludzi.

Allena Aleksiejewa była już starszą panią. Tak ją określano. Czasem ktoś zwracał się do niej inaczej, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Kiedyś była naczelniczką poczty, oddaną pracy i obowiązkową jak mało kto. Bardzo ją ceniono. Zawsze taka była, już od dziecka. W szkole nauczyciele chwalili ją za dokładność, pracowitość i wzorowe zachowanie. W domu miała dwa odznaczenia za wzorową pracę na poczcie i wiele dyplomów.

Zwolniono ją, kiedy w krótkim czasie trzy razy zgubiła klucze od urzędu pocztowego. Dwa razy odnalazła je sama, za trzecim razem ktoś je znalazł i odniósł, bo miały metalową przywieszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i telefonem. Być może nic by z tego nie wynikło, gdyby urzędu nie okradziono. Brak śladów włamania przesądził sprawę. Wszyscy wiedzieli, że to nie ona, ale na żądanie prokuratora jej dom został przeszukany. To było bardzo przykre. Płakała wtedy kilka razy. Wszystko to pamiętała tylko do czasu. Potem niedobre wspomnienia zblakły i zostały tylko te lepsze, głównie z dzieciństwa.

Po wszystkich złych i dobrych przeżyciach została sama. Miała domek nad brzegiem jeziora. To był dorobek całego jej życia. Miała go, bo się zadłużyła w banku i długo spłacała, dorabiając wieczorną pracą w sklepie. Latem, kiedy siedziała na tarasie, ktoś powiedział:

– Takie miejsce. Żyć nie umierać!

Nie pamiętała już kto to był. Nie miało to zresztą znaczenia, bo miała swój świat i nic innego się nie liczyło.

Mieszkała sama i jakoś sobie radziła, choć zimą nie było łatwo. Najtrudniej było kiedy mróz barwił okna warstwą siwego szronu w gwiazdy, gałązki, koła i kwadraty. Chodziła wtedy grubo ubrana i była dobrej myśli.

Najbardziej nie lubiła samotności. Dokuczała jej coraz mocniej. Tak bardzo, że postanowiła uporządkować swoje życie, aby było jej lżej.

W gęstwinie drzew i krzewów otaczających domek odkryła kilka gniazd, a w nich ptaki. Upatrzyła sobie dwa z nich. Złapała pierwszego, był to gil lub czyżyk, nie była pewna. Potem okazało się, że jest to gil. Poznawała go po ubarwieniu i po śpiewie. Włożyła go do małej klatki znalezionej na poddaszu domu, nakarmiła i napoiła. Klatkę umieściła wśród drzew przed domem po lewej stronie. Zrobiła to wtedy, kiedy w pobliżu nie było kota. Nie chciała, aby to widział, bo był niebezpieczny. Wieczorem chodziła nakręcać gila, aby śpiewał. Nastawiała czas porannego śpiewu: godzina siódma rano. Przy okazji sprawdzała miniaturowy głośniczek oraz bateryjkę, taki paluszek, ile w niej było energii. Jeśli bateryjka była ciepła, to znaczyło, że ma dużo energii. Jeśli była zimna, wtedy ją wymieniała. Nie martwiła się o nią, bo miała w domu w szufladzie jeszcze inne bateryjki w zapasie.

Od pewnego czasu bateryjka ją dziwiła. Zawsze była bardzo ciepła, prawie gorąca.

– Jak to może być, zadawała sobie pytanie, że ptak śpiewa a bateryjka jest stale pełna energii. To ją niepokoiło. Jak tylko przestawała o tym myśleć, niepokój znikał. Było to tak wygodne, że w końcu w ogóle o bateryjce zapomniała.

Potem był czyżyk, mogła to być też zięba. Nigdy nie udało jej się wyjaśnić tego do końca. Umieściła go w drugim końcu pasma drzew przed domem po prawej stronie. Postępowała z nim tak samo jak z gilem, z tym, że czyżyk, czy też zięba, rozpoczynał śpiew dwadzieścia minut później. Słyszała ich trele przez cały dzień.

– Jeden kończy, drugi zaczyna. Zupełnie jak dyżur na poczcie – mówiła sobie. Czuła się z tym szczęśliwa.

Kilka razy, kiedy wychodziła z domu, aby odwiedzić ptaszki, zagubiła się. Błąkała się wtedy po lesie wśród chaszczy i po nierównej plaży nad jeziorem, szukając drogi do domu. Nie mogła jej odnaleźć. Najgorzej było, kiedy zapominała czego szuka. Było to bardzo niemiłe. Na szczęście teren był ogrodzony i w końcu odnajdywała dom. Czasem nawet ktoś jej pomagał ale nie wiedziała kto. Pamiętała tylko, że ta osoba miała ciepłe ręce i miły głos.

Raz Allena bardzo zmarzła, bo padał deszcz i cała przemokła. Kiedy wróciła do domu, w kuchni czekała już gorąca herbata i pigułki na przeziębienie. Zdziwiła się, bo nie pamiętała, kiedy je tam położyła.

Po ptaszkach przyszły zwierzęta. Odczuwała ich brak i często o nich myślała. Musiała coś sobie wybrać.

– Pies ani kot nie, bo jedzą mięso. To niezdrowe. A ponadto, skąd tu wziąć mięso? Ponieważ sama była wegetarianką, więc mięso wykluczyła. Krowy nie chciała, choć lubiła mleko, bo była za duża. Po prostu bała się jej. Koza? To była następna możliwość.

– Tak! – starsza pani uznała, że to dobre rozwiązanie.

Kiedy zwierzę pojawiło się przy domu, Allena Aleksiejewa była zdziwiona skąd się wzięło. Najważniejsze, że koza podobała jej się. Była brązowo-biała i miała bródkę. Była bardzo przyjazna, wręcz sympatyczna. Beczała nie za często, więc nazwała ją Istria. Myślała o imieniu Mećka, było jednak zbyt pospolite, aby nadać je zwierzęciu domowemu mieszkającemu tak jak ona nad jeziorem. Kiedy Allena miała już własne towarzystwo, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Ogólnie rzecz biorąc, nie przyjmowała gości, ale kiedy przychodzili, zapraszała ich bez wahania na werandę, bo tam było najwygodniej. Wpadali do niej niezapowiedziani, bo jej telefon nie działał. Sama nie dzwoniła, ponieważ po drugiej stronie linii nigdy nikogo nie było. Ponadto nie miała do kogo dzwonić.

Gościom przynosiła ciasto, zawsze miała jakieś w zapasie, i od razu proponowała kawę lub herbatę. Do jej naparzania używała dużego imbryka. Pamiętała nawet, kiedy i gdzie go kupiła. Podobał jej się, bo był biały w czerwone kropki, przez co był dobrze widoczny.

Goście dużo rozmawiali. Byli młodzi i lubili mówić a ona słuchała. Czasem do niej mówili “mamo” lub “babciu”, ale nie za bardzo to rozumiała.

– Młodzi jesteście, to musicie się wygadać. Ja już się w życiu dosyć nagadałam – tłumaczyła im.

Kiedyś przyjechała karetka pogotowia. Allena nie miała pojęcia, kto ją wezwał i po co. Lekarz badał ją bardzo starannie zadając pytania. Na koniec powiedział do siebie albo do swojego pomocnika:

– Starsza pani ma zaniki pamięci ale na szczęście jakoś sobie radzi. Dzielna kobieta.

Powiedział to głośno i Allena Aleksiejewa to zrozumiała. Coś jeszcze mówił, ale to już do niej nie dotarło, bo myślała o czymś innym. Potem zapytał się:

– Czy pani czuje się tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała, że tak i od razu zapomniała. On to chyba rozumiał, bo się ucieszył, że w domku nad jeziorem była szczęśliwa. Nie znała innego świata.

– Czy można było czegoś innego się spodziewać?

Odpowiadając na pytanie tłumaczyła sobie.

– Sami to zrobiliśmy. Te powodzie, susze, bomba atomowa i ci ludzie przechodzący z miejsca w miejsce.

Zanim odjechali, obwieźli ją dookoła jeziora i przywieźli z powrotem. Wkrótce karetka odjechała. Przed odjazdem Allena poprosiła doktora, aby kupił jej wełny.

– Kolor czerwony, cztery kłębki i kolor szary … Zawahała się. – Też cztery kłębki. Będę robić sweter dla brata.

– A jeśli brat nie zechce go nosić? – Zapytał lekarz, uśmiechając się tajemniczo.

Patrzyła na niego, ale nie widziała, aby otwierał usta. Domyśliła się, że był sztucznym tworem. Był dziwnie ubrany; nosił luźny biały strój i miał czarną brodę.

– To wtedy dam tym sportowcom, co tu biegają rano. Temu najchudszemu, bo jemu jest najzimniej.

Nie słuchała jego odpowiedzi. Wróciła do domku, obeszła wszystkie pomieszczenia i roześmiała się. Był to ten sam dom. Wkrótce pojawiła się koza. Allena Aleksiejewa zobaczyła ją przez okno i wyszła, aby pogłaskać zwierzaka. Chyba była zmęczona, bo usiadła na krawędzi tarasu i długo patrzyła na jezioro. Patrzyła i patrzyła, aż w końcu obraz rozmazał jej się przed oczami i wtedy zrobiło jej się bardzo smutno. Było to dziwne, bo zachód słońca był przepiękny. Do domu wróciła dopiero wtedy, jak zrobiło się ciemno i zimno. Była też już głodna.

Następnego dnia, jak tylko obudziła się, opuściła nogi na podłogę i włączyła radio. Wydawało jej się, że kiedyś wyrzuciła je na śmietnik. Chwilę słuchała muzyki lecz bez większej przyjemności. Potem popatrzyła przez duże oszklone drzwi prowadzące na taras. Stały tam kwiaty i uśmiechały się do niej. Odpowiedziała im uśmiechem. Nie śpieszyła się nigdzie, miała dużo czasu.

Michael Tequila
Gdańsk, 23 listopada 2020

0Shares

Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe.

Leon Zguba był hurtownikiem. Umiał handlować. Pracując wytrwale przez lata zdobył fortunę i stworzył największą hurtownię wnętrz dla kobiet w Europie. Prowadził ją pod hasłami: „Poprawiamy stare wnętrza i oferujemy nowe”, „Jakość dożywotnio gwarantowana”, „Murowana satysfakcja”. Nikt nie negował niezwykłych osiągnięć Zguby. Był znany, ponieważ pomagał ludziom, prowadząc także rozległą działalność charytatywną, choć sam żył skromnie.

Jego wielkość miała dwie strony: w starszych klientkach wzbudzał wielką miłość, ale były też takie, głównie młode niewiasty, co odczuwały do niego niechęć. Było to już nowe pokolenie, nazywające siebie kobietami a nie niewiastami, wykształcone i przedsiębiorcze, bardzo zróżnicowane. Były wśród nich istoty o ciemnych kolorach włosów lecz jasnych poglądach, muskułach ćwiczonych na siłowni, jeżdżące na wrotkach i zajmujące wysokie stanowiska w biznesie, kobiety-naukowcy, adwokatki, robotnice i pracownice rolne.

Prowadzenie hurtowni wnętrz i oferowanie najlepszych usług było pasją właściciela. Miał on klarowne i zdecydowane poglądy na rzeczywistość. Stał mocno na ziemi dwiema nogami. Ogarniał wszystko i uprzedzał zdarzenia. Jego poglądy i umiejętności były tak cenne, że wydawał się wielu osobom być z żelaza. Poza hurtownią generalnie unikał ludzi, chowając się w cienistych wnętrzach budynków państwowych, kościołów i muzeów. Kochał takie wnętrza. Był samotnikiem i trzymał się z dala od ludzi.

– Jest ostatecznie najlepszym hurtownikiem wnętrz w kraju – bronili go przyjaciele, kiedy go oskarżano o brak słońca w życiu i w charakterze. – Wielkim ludziom wiele się wybacza.

Pewnego dnia Zguba wyszedł na świeże powietrze. Ujawnił się, jak to mówiono. Nie wiadomo czy przez zapomnienie czy celowo, zmieszał się z tłumem klientów, głównie młodych kobiet i towarzyszących ich mężczyzn. Było także trochę starszych osób, matek i ojców, a nawet dziadków. Wszyscy oni przybyli do jego hurtowni, aby obejrzeć towary. Skorzystał z tej okazji, wyszedł na podest, który mu zbudowano, aby był bardziej widoczny, i przemówił. W krótkich słowach wyjawił, że chce zmienić ich wnętrza, ponieważ wie najlepiej, jak ludzie powinni czuć się wewnątrz, co myśleć i jak postępować.

– Chodzi tylko o wnętrza. To co na zewnątrz jest bez znaczenia, to tylko ubranie. We wnętrzu natomiast rodzi się sedno sprawy, idea życia, miłość. Wnętrze ma wymiar boski i jest najważniejsze. I ja chcę zmienić je wam na lepsze. I nie o zmianę indywidualną tu chodzi ale o hurtową, powszechną. W skali kraju, a nawet całej Europy.

– Jak to? – pytano.

– Tak. W skali całego kontynentu, ponieważ dobre przykłady podchwytywane są przez inne narody. To, co dobre, upowszechnia się lotem jaskółki. Wierzcie mi, będziecie dużo lepsze i szczęśliwsze. Ochronię was przed wami samymi, waszym samolubstwem, wygodą, chciwością – przekonywał i zapewniał.

Kobiety tłumaczyły mu, że nie potrzebują zmiany. Podjęły dyskusję.

– My myślimy i czujemy inaczej. Chcemy być sobą, niedoskonałymi istotami, po prostu takimi, jakie jesteśmy, prostymi w naszej ludzkiej złożoności. Nie narzucaj nam swoich przekonań. Daj nam spokój – prosiły.

Hurtownik miał chyba wadę słuchu, gdyż ich nie usłyszał albo nie zrozumiał. Albo miał w sobie wizję, której one nie rozumiały.

– To wy dajcie spokój. Żyję dużo dłużej niż wy i wiem to najlepiej. Jestem człowiekiem w pełni dojrzałym. Mam swoje lata, nawet kilka razy więcej od niejednej z was. Co wy możecie wiedzieć o życiu? – zapytał. Ponadto daję wam dobre warunki. Oferuję nowoczesne wnętrza na niezwykle korzystnych zasadach.

– Ma rację. Tylko on to wie. To samotnik, który miał czas wszystko zrozumieć i przemyśleć – powiedział starszy siwy mężczyzna. Poparła go stateczna matrona w czarnej sukni. Nie tylko oni popierali Zgubę, ale masa innych ludzi myślących hurtowo tak jak on.

Spór o idealne wnętrze narastał przez kilka lat. Nie sposób było rozstrzygnąć, kto ma rację. Czas płynął. Klientela hurtowni wnętrz była coraz młodsza, jej właściciela coraz bardziej pokrywała patyna czasu.

Jesienią, kiedy liście opadły z drzew i żarły je bakterie i wirusy, zagrażające nawet ludziom, Leon Zguba zdecydował, że jest to czas, aby ostatecznie dokonać zmiany ludzkich wnętrz. Wsparli go w tym patriarchowie, poważni mężczyźni, pobożni i stateczni, utrzymujący regularną łączność z Bogiem. Mieszkali w pałacach, których nie sprzątali sami, a tylko zaszczycali swoją nobliwą obecnością, gdyż większość czasu spędzali na rozmyślaniach i modlitwach w świątyniach, większych niż cokolwiek, co stworzył człowiek.

– Tak – powiedzieli. – Leon Zguba ma rację. Wnętrze kobiety trzeba zmienić. Bo jest to wnętrze z zasady doskonałe i takie powinno zostać, nienaruszone interwencją człowieka. Znaczy się, dziewicze, a nie takie, jak to wyobrażają sobie ich właścicielki.

Kiedy wieść o decyzji i determinacji Leona Zguby rozniosła się, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jedni nazywali to cudem, inni przewrotną podłością. Na placach i ulicach miast zebrały się młode kobiety w wielkich masach, wyszły na światło dnia i posuwając się ławą, śpiewały i krzyczały.

– Daj nam spokój, Leonie Zgubo! Nie chcemy twoich doskonałych hurtowych wnętrz. Chcemy pozostawić je takimi, jakie są, ukształtowanymi w sposób indywidualny, a nie zbiorowy. Nasze wnętrza nie zawsze są idealne. Czasem ulegają deformacji z niewiadomych przyczyn i to jest bardzo bolesne. I wtedy my, wspomagane przez naszych mężów, rodziny i przyjaciół, musimy podjąć decyzję, co z tym zrobić. Nikt inny nie może tego za nas uczynić.

Wtedy stał się drugi cud, zupełnie jak w Biblii. Zguba wyszedł z hurtowni i śmiało wkroczył w sam środek zgromadzenia kobiet, aby je przekonać do swojej prawdy. Mówił z pasją, bardzo sugestywnie, oferując jeszcze lepsze warunki. To tylko rozwścieczyło kobiety. Tłum wokół niego zawrzał żalem, rozpaczą i gniewem, słychać było straszne krzyki.

Po chwili nastąpiła głucha eksplozja i zapadła cisza. Stało się to w jednej chwili. Policja, która pojawiła się na miejscu prawie natychmiast, zastała na ziemi tylko kształt przypominający manekina. Obrysowano go białą kredą i przeprowadzono śledztwo. Szczątki sfotografowano i sporządzono ich dokładną ewidencję. Znalazły się wśród nich fragmenty ubrania, kępka siwych włosów, metalowe guziki i maska przypominająca ludzką twarz z ohydnie wykrzywionymi ustami. W miejscu, gdzie zwykle jest serce, znaleziono trochę zapiekłego czarnego osadu.

– To prawdopodobnie jest Golem, sztuczna istota stworzona z gliny i przypominająca człowieka, ale pozbawionego duszy – sugerował mężczyzna z bokobrodami, który w towarzystwie dwóch kobiet stał na boku i przyglądał się pracy policji.

Policjant prowadzący śledztwo obrócił się w jego kierunku.

– Bardziej mi to wygląda na humanoidalnego robota, automatycznie wykonującego ustalone zadania. Po niemiecku nazywa się to Maschinenmensch. Prawdopodobnie eksplodował z nadmiaru energii.

Wszyscy się dziwili, jak łatwo wielki hurtownik uległ unicestwieniu. Przedstawiano różne oceny zdarzenia. Bardzo radykalna była ocena organizatorki demonstracji kobiet, Aldony Zygadło. Przybyła na miejsce kilka minut później. Mówiła wyraźnie patrząc prosto w ekran kamery telewizyjnej.

– Leona Zgubę rozerwała niezwykła gorliwość uszczęśliwiania kobiet na siłę. Sam sobie zafundował taki los kierując się obłędnym przekonaniem, że to wie najlepiej, czego Bóg oczekuje od kobiety.

Zwolennicy Leona Zguby, hurtownika wnętrz, postawili mu na centralnym placu miasta masywny pomnik ze spiżu, aby stał tam dając dowód niezłomności i wiary w nieskazitelne ludzkie wnętrze. Potem zbudowano drugi i trzeci pomnik poświęcony jego pamięci. W sumie powstało ich co najmniej kilkanaście.

Następnego roku, w rocznicę tragicznego zdarzenia, w centrum miasta zgromadziła się wielka manifestacja. Czekano na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Zawiał wiatr, nie był to nawet mocny powiew, i na oczach osób stojących na placu pomnik od ognia zwykłej świeczki zapalił się jak wiązka wysuszonej trawy i spłonął w ciągu kilku minut.

– To niemożliwe – mówili świadkowie, przecierając oczy ze zdumienia.

Najgorsze miało nadejść. W ciągu kilku tygodni spłonęły wszystkie pozostałe pomniki Wielkiego Leona Zguby, jak go nazywano od dnia dziwnego zniknięcia.

Mimo intensywnych dochodzeń, policji nie udało się wyjaśnić, jak to się stało, że wszystkie pomniki wystawione na cześć wielkiego hurtownika wnętrz, okazały się również wykonane z dykty. Podejrzewano, że maczały w tym palce kobiety uczestniczące w manifestacji przed hurtownią, nie było na to jednak żadnych dowodów.

Michael Tequila
Gdańsk, 29 października 2020

0Shares

Aforyzmy i myśli

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U niektórych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaki od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 kwietnia 2021

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Życzenia Noworoczne 2020

 

 

Myślałem, że dzisiaj nic już z siebie nie wykrzeszę, a tu proszę, rozum i pamięć mi się objawiły, aby czerwonym dywanem wysłać drogę Życzeniom Noworocznym.

 

 

W Nowym Roku życzę (w kolejności alfabetycznej czyli niekoniecznie sprawiedliwej):

  • Biskupowi Jędraszewskiemu – łaski bożej objaśniającej różnice między ochroną środowiska, ekologizmem i ideologią;
  • Dzieciom – mniej słodyczy, za to więcej czasu i uwagi ze strony rodziców i dziadków;
  • Dzielnym strażakom – dużo pary w sikawce przy gaszeniu pożarów i nie tylko;
  • Hierarchom kościelnym – skuteczniejszych środków przeczyszczających umysły i serca;
  • Kandydatce na prezydenta Kidawie-Błońskiej – więcej testosteronu oraz trafiających do serc mocnych i prostych słów;
  • Kobietom – mniej obowiązków, więcej wolnego czasu;
  • Mężczyznom – mniej piwa, brzucha i prostaty, więcej czasu na myślenie, sport i spacery z rodziną;
  • Ministrowi Ziobrze – lepiej zakamuflowanych trolli, mocniejszych kagańców i jeszcze piękniejszych rumieńców na twarzy;
  • Młodzieży – smartfonu, który sam będzie pisać i czytać banały i oglądać tysiące zdjęć;
  • Narodowi polskiemu – aby spuścił jeszcze trochę pary ze zbiornika dumy, patriotyzmu i historii;
  • Narodowi rosyjskiemu – więcej pałaców rządzących oligarchów, aby przypomniały im pytania o bezdomnych, praworządność, służbę zdrowia, oświatę, płace i równość społeczną,
  • Opozycji sejmowej – pomysłów, zwartości szeregów i mocnej szczęki;
  • Osobom strzelającym sztuczne ognie i petardy – aby ten miły huk brzmiał im w uszach przez większą część roku;
  • Osobom wierzącym – więcej watykańskiego Franciszka, mniej toruńskiego Rydzyka i jego słodkich pierników;
  • Premierowi Morawieckiemu – aby okazał ludzką słabość i przestał mówić wyłącznie prawdę;
  • Prezesowi Kaczyńskiemu – szczudeł w upominku, z wysokości których dostrzeże drugą połowę Suwerena i przyczyny jego malkontenctwa;

  • Prezydentowi Dudzie – jeszcze większych bochenków chleba do całowania na dożynkach, udanych przemówień o żarówce oraz przejścia na dobrze zasłużoną emeryturę;
  • Prezydentowi Putinowi – udanych walk z niedźwiedziem, podniebnych lotów z łabędziami, wygranych meczów hokejowych w ocieplanej koszulce kuloodpornej oraz kolorowych snów ze zwycięskim Stalinem i przegranym Hitlerem.
  • Sędziom K. Pawłowicz i S. Piotrowiczowi – przegryzienia wszystkich łańcuchów i klamek w Trybunale Konstytucyjnym w dowód wierności Prezesowi i Jego Idei;
  • Sześćdziesięciu dwom procentom polskiego społeczeństwa – przeczytania jednej książki, a jeśli zdrowie im pozwoli to nawet dwóch;
  • Zwolennikom PiS – refleksji odnośnie osiągnięć i cnót miłościwie nam rządzących;
  • Sobie zaś – mniej przekleństw i polityki, więcej cierpliwości i szampana.

Wszystkiego Najlepszego,
Michael Tequila

0Shares

Sen bez granic. Groteska. Wersja podstawowa + Komentarz + Dodatek 1.

To była najdziwniejsza kobieta, jaką znałem. Nazywała się Vardy lub Valdy, jakoś tak. Rok temu zasnęła i już się nie obudziła. Dziś jest rocznica jej zaśnięcia. Była ciepła, więc zostawiono ją w spokoju. Potem ktoś wpadł na pomysł, aby postawić ją jako pomnik niezłomności charakteru. Ustawiono ją w Forum w Gdańsku, gdzieś na uboczu. Gdzie dokładnie, nie wiadomo, bo każdy, kto jej dotknął, zasypiał i tracił pamięć. Tego dnia w Gdańsku straciło pamięć trzydzieści pięć osób, nie do ustalenia więc było, kto.

Znałem Vardy tylko pięć godzin, a i tak mi zaimponowała. Mam na to certyfikat. To wszystko.

PS 1. Dodam jeszcze tylko, że swoją niezłomnością Vardy przewróciła mi gruntownie w głowie. Nie wiem teraz, co myśleć. Czy senność jest dobra, czy zła? Czy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? To jest ten sam dylemat, który miał Szekspir: „Być, czy nie być?” Dla mnie brzmi on lepiej i współcześniej jako: “Spać, czy nie spać?”

PS 2: Oto jest pytanie.

Komentarz:

Kiedy już napisałem wersję podstawową groteski, pomyślałem, że potraktuję ją jako eksperyment. Po prostu będę dopisywać, zachowując dotychczas stworzoną treść, nowe odcinki, nie kierując się żadnymi wcześniejszymi założeniami. Ot, swobodna gra wyobraźni bez planu podobnie jak robią to politycy. Mam na myśli tych potworów, którzy trzymając w rękach władzę trzymają także siekierę, z którą nie wiemy, co zrobią. Ja siekiery nie mam, więc jestem bezpieczny. 

Bój się polityka; mnie możesz spokojnie przytulić do serca.

Sen bez granic. Groteska. Dodatek 1

Od czasu zniknięcia pomnika Vardy dręczył mnie dylemat „Spać czy nie spać?”. Marzyłem, aby być Szekspirem, umieć nie tylko zadać pytanie głębokie jak ocean, trafnością przyszpilające myślącego człowieka do ściany, ale i umieć na nie odpowiedzieć. Gdyby mi się to udało, moje imię zastąpiłoby imię Szekspira. Przynajmniej na niektórych tablicach, bo jest on powszechnie znany i wielbiony.

Aby znaleźć rozwiązanie, musiałbym najpierw porozmawiać z Vardy, poznać jej tajemnicę. Było to możliwe, skoro tylko spała; najpierw trzeba by jednak odnaleźć jej pomnik.

Podjęcie decyzji szukać – nie szukać zajęło mi dwie godziny. Moje myśli krążyły po głowie jak szarańcza na ostatnim polu kukurydzy. Potrzebny był dobry plan poszukiwań. Musiałem także przemyśleć, co zrobię, kiedy już ją odnajdę. Dotknąć jej byłoby niebezpiecznie, zasnąłbym i utraciłbym pamięć. Byłbym trzydziestą szóstą ofiarą na liście utracjuszy pamięci (tak ich nazwałem). Przedtem chciałbym oczywiście poznać, co dokładnie powodowało utratę pamięci, bo sam sen nie mógł być przyczyną takiego nieszczęścia.

Myślenie o wyzwaniu, jakie sobie rzuciłem, skołowało mnie jak rozkwiecona łąka wygłodzoną pszczołę. Zacząłem zastanawiać się, jakiego rodzaju utrata pamięci mogłaby mnie dotknąć i jakie byłyby tego konsekwencje.

Sporządziłem listę. Opcji było sporo: stan pomroczny jasny, zapominanie, przejściowa utrata pamięci, przed którą można ratować się stosując Mefedron, amnezja dysocjacyjna, amnezja organiczna, zespół Korsakowa, zaburzenie pamięci świeżej (występujące przykładowo przy alkoholowym zespole abstynencyjnym), zaniki pamięci, niepamięć następcza.

Nie sposób było w tych warunkach podjąć decyzji. Musiałem odłożyć to na później. Mogłem to sobie wybaczyć, bo sam sobie jestem żeglarzem, sterem i okrętem. 

0Shares

Dzisiaj blodżek skromniutki jak dwa nadwiędłe płatki róży z emeryckiego ogródka. Temat: energia, apteka, pies.

Piszę na luzie, z wolnej stopy, czując się jak więzień w klatce przesłuchań, sam nie wiem dlaczego. Po marnie przespanej nocy wyszedłem jakiś taki słabosilny na balkon, a tam słoneczko też dychawiczne, ledwie ogrzewa barierki balkonu.

Zamierzałem pisać o rzeczach wielkich, a tu nici wskutek braku energii. Coraz mniej węgla w naszym bogacącym się kraju, coraz mniej energii w człowieku – myślę, i jest w tym chyba trochę racji. Miałem pisać o psach i będę, ale może jeszcze nie dzisiaj. Wybaczcie mi to, o szlachetne zwierzęta, zrodzone z prawego i nieprawego łoża, o skłonnościach prawidłowych jak życzą sobie władze, jak i te o wykoślawionych zainteresowaniach płcią.

Wczoraj dzień też był rachityczny, nie taki jak trzeba. Do mojej ulubionej apteki zaszedłem jedynie z potrzeby serca i oczu. Traktuję to miejsce jak Luwr, wchodzę oglądać piękne obrazy za ladą. Było pusto, więc się ośmieliłem. Po krótkim pozdrowieniu obydwu pań, jedna była czarnulą, druga blondyneczką, przemówiłem zgrabnymi słowami człowieka parającego się piórem wyjaśniając, że przychodzę jedynie w celach towarzyskich, aby popatrzeć na widoki.

– Proszę nie liczyć na mnie jako na klienta, nic nie kupuję, bo zdrów jestem jak ryba, zachodzę tu tylko z tęsknoty. W Paryżu byłem kilka razy po kilka tygodni, ale w okresie zimowym. Były to wyjazdy służbowe. W Luwrze byłem tylko jeden raz i to tak krótko, że pozostawiło to we mnie tylko artystyczny żal i dlatego tu zaglądam.

Rozmowa zeszła na psy, to znaczy ja zapytałem, czy mają te zwierzęta. Obydwie panie miały. Psa Czarnuli poznałem wcześniej, raz na zdjęciu i raz osobiście. Robił już wtedy za celebrytę, Ludzie chodzili wokół niego i cmokali z podziwu, jako to on wielki i urodziwy, A on jakby nigdy nic, patrzył sobie obojętnie w dal i cichutko warczał przez zęby skoczną marynarską piosenkę, jaka pozostała mu w pamięci z okresu młodości. 

To nas uwzniośliło, mnie dodatkowo umocniło w przekonaniu, że powinienem pisać o psach i ich właścicielach, bo to jedyna nadzieja ludzkości wobec dewastacji środowiska naturalnego. Na rząd już nie liczę, robi bokami, prokuruje prawdę, obietnice i trolle; jest to wspaniałe, że każdy robi to co umie i lubi, ale dla mnie to za mało.

Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę dnia świątecznego wypasionego dobrym żarciem, żartami i wycieczkami do ogródka za oknem.

PS. Obraz na górze przedstawia Salę “Apollo” w Luwrze.

Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Ciąg dalszy o psach, krowie, łóżku i pieszczotach. Humoreska.

Wracam do krowy, która mi się przyśniła.

– Co ty gadasz, chłopie? – tak mnie zapytała. – Ja to mam ciężkie życie. Wiesz ile wymiona ważą, ile to muszę mleka nosić ze sobą, zanim mnie wydoją. A co to za przyjemność być dojonym mechaniczną dojarką, bez pieszczot i łagodności dotyku damskiej ręki?

Popatrzyłem na nią zdziwiony. Wtedy mi wyjaśniła:

– Mężczyźni też to czasem robią, ale nie reprezentują tej samej aksamitnej delikatności, jaką dysponuje kobieta.

Obydwaj z Iwanem Iwanowiczem wzruszyliśmy się możne nie tyle z powodu ciężaru wymion, bo co my możemy o tym wiedzieć, ile łagodności damskiej ręki, która potrafi uszczęśliwić dzieciątko w kołysce, dorosłego mężczyznę a nawet – jak się okazuje – zwierzę domowe.

– Eh, te kobiety! – wyrwało się z piersi Iwanowi Iwanowiczowi.

Ustaliliśmy, że ostatecznie będę pisać o psach i ich właścicielach, nie rozwodząc się nadmiernie nad częściami damskiego ciała. Martwiła mnie tylko skarga wielu osób, że pies lubi spać z nimi w łóżku, a oni nie potrafią temu zaradzić.

– On wtedy patrzy na mnie takimi oczami, że łzy wprost cisną się do oczu a kołdra sama zapraszająco odchyla się na bok. Mężowi bym odmówiła, ale nie mogłabym zgodzić się, aby mój ukochany Pimpuś spał na twardej podłodze!

– A propos łóżka i psa, to zdarzyła się taka historia – Iwan Iwanowicz przerwał nasze rozważania. – Mąż wraca do domu i zastaje w swoim łóżku …Wyobrażasz to sobie!? … żonę z jakimś obcym mężczyzną.

– Co on robi w moim łóżku? – ryczy ze wściekłości.

– Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie żona.

– A jaki to ma związek z psem? – zapytałem nierozważnie.

– Ten facet to był pies na kobiety – wyjaśnił Iwan Iwanowicz, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie o coś oskarżyć.

-Sam miałem kiedyś podobne ambicje, ale wyperswadował mi je duchowny, z którym czasem rozmawiałem w zakrystii o życiu, psach i kobietach. Niestety posłuchałem go, zamiast się sprzeciwić. Kto mógł się wtedy oprzeć księdzu? Chyba tylko ministranci i biskupi, jeżeli jeszcze istnieją hierarchowie posiadający sumienie.

If you like this short story, read Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: https://www.wyczerpane.pl/michael-tequila,n.html?name=Michael+Tequila 

0Shares

Kampania wyborcza trwa. Dwa zdarzenia. Myśl, co chcesz! Rób, co powinieneś!

Greek vase at Getty Villa. Drunken man singing and urinating. 

Scenka rodzajowa:

– Biba! – Mówi do mnie. – Co ty rżniesz przygłupa? Robisz ludziom wodę w mózgu. – Namiestnik przedstawił rozmowę z dawnym przyjacielem, starając się zachować spokój.

– Panie Namiestniku! Dlaczego on do pana mówi Biba?

– Ach, to jeszcze z dzieciństwa. Byłem trochę grubszy niż inne dzieci i tak mnie nazwano. On nie ma dla mnie żadnego szacunku. Sam nie wiem dlaczego. Przecież jestem porządnym facetem.

*****

Gazeta Wyborcza: Polscy artyści w końcu zareagowali na obywatelskie wezwanie do wsparcia wykluczanych i stygmatyzowanych przez PiS. W trwającym niecałe dwie minuty klipie wymieniają grupy społeczne, które w ostatnim czasie były w Polsce prześladowane: osoby niepełnosprawne, kobiety, uchodźców, Ukraińców, Żydów, gejów, lesbijki, osoby transseksualne, sędziów i nauczycieli. W akcji wzięli udział m.in.: Andrzej Seweryn, Maria Dębska i Magdalena Boczarska.

– Jeśli nie protestuję, kto zaprotestuje, kiedy mnie zaatakują? Bądźmy z tymi, których prześladują. Bądźmy solidarni – apelują artyści, którzy wzięli udział w kampanii społecznej Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Otwarta Rzeczpospolita.

Link do informacji: https://tinyurl.com/y6cts464

Gazeta Wyborcza Olsztyn: Konflikt o drogę ekspresową S16 przez Mazury musiał wybuchnąć, bo urzędnicy zmarnowali dekadę, jaka minęła od poprzedniej dyskusji na temat budowy drogi przez środek Krainy Wielkich Jezior Mazurskich. Przez ten czas nikt nie zastanowił się, czy budowa szerokiej, czteropasmowej drogi przez środek Mazur to jedyne i najlepsze rozwiązanie. Obecnie drogowcy znaleźli w PiS-ie politycznych klakierów, którzy zapowiedzieli, że droga – bez względu na protesty – i tak powstanie. Ostrzeżeniami przed drugą Rospudą się nie przejmują. Na Mazurach mamy więc kolejny dowód, że z Biblii politycy prawicy zapamiętali tylko wezwanie do czynienia ziemi poddaną, a potrzeby dbania o nią tam nie wyczytali.

Francisco Goya: La casa de los locos (Dom wariatów).

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Życzenia Wielkanocne 2019

Wielkanoc w Goodchildren Social Aid & Pleasure Club, New Orleans.

Wielkanoc w St Roch Tavern  2012 

Po wgłębieniu się w tradycję Świąt Wielkanocnych i wiosenną naturę ludzi, szczególnie kobiet oraz zwierząt, z uwzględnieniem mężczyzn, życzę od serca:

  • Prezydentowi, łaskawcy od ułaskawień – aby i on doznał słodyczy ułaskawienia ze stanu świątecznego przejedzenia;
  • Rządowi – dalszych sukcesów reformatorskich, ale bez przesady, bo – jak mówi przysłowie – co za dużo, to i świnia nie chce;
  • Członkom LGBT – kolorowych kokard i tęczowych pisanek oraz mniej kamieni obrazy ze strony społeczeństwa;
  • Ludziom ubogim, bezdomnym i nauczycielom – aby Ojciec Rydzyk, namiestnik Boga na ziemi, wziął ich w serdeczną opiekę;
  • Kobietom – spełnienia marzeń, aby ich mężowie, partnerzy i kochankowie okazali się wzorcami odpowiedzialności, zaradności i zasobności finansowej;
  • Dzieciom – nowych, lepszych i szybszych smartfonów, aby nie musiały marnotrawić czasu biegając po podwórku za piłką, bo to męczy;
  • Czarnym Łaniom z Wędliniarni oraz innym równie pracowitym i powabnym sprzedawczyniom – egzotycznych marzeń w chwilach wolnych od troski o klienta;
  • Kurom (także domowym) – więcej złotych jaj w koszyczku i więcej czasu na wolnym wybiegu;

  • Kogutom, wszystkim bez wyjątku – tego wszystkiego, o czym marzy każdy prawdziwy kogut.

Nam wszystkim, abyśmy zdrowi byli jak rydze, silni jak tury, bogaci jak Krezus i odporni na władzę równie mocno, jak ona sama jest odporna na rozum, przyzwoitość i prawdę.

Alleluja Bracia i Siostry! Alleluja!

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 205: Ruch celebrycki, indywidualizm i Internet

Babochłop, mający za sobą długi epizod kobiecości, szybko wyczuł pismo nosem. Natychmiast po ukonstytuowaniu się pierwszego Klubu Celebrytek wysłał swoją najzdolniejszą agentkę-dziennikarkę do rozeznania sytuacji. Udało jej się umówić z Marią, szefową Ruchu Celebrytek, dzięki wtyczkom, jakie tajna policja miała już niemal wszędzie.

– Jaki jest stosunek Ruchu Celebrytek do prokreacji? – Było to podstawowe pytanie, jakie miała zadać dziennikarka.

– Nie mamy czasu na życie osobiste. Jest to zjawisko nam obce. Prokreacja to tylko popęd krępujący życie każdej niezależnej kobiety. My musimy być wolne, aby rozwinąć skrzydła. Na dowód swoich słów Maria podniosła do góry ramiona, z których wysunęły się niezwykłe skrzydła otoczone falującym muślinem, nadającym oczom i twarzy nadzwyczajny blask.

Nie wszystkie celebrytki potrafiły wyeliminować cielesne pożądanie, przestać myśleć o seksie. Wszystkie starały się stworzyć w sobie odruchy i mechanizmy zastępujące mężczyzn i w sposób naturalny eliminujące macierzyństwo. Wśród młodych członkiń Ruchu Celebrytek wkrótce dała znać o sobie lubieżność. Nie była to forma rozpasania, lecz szczerego okazywania sobie uczuć, od których nie jest w stanie uciec gorące młode ciało. Siostrzana miłość szybko rozwinęła własną symbolikę, język i rytuały. Latem były to ciche spotkania przy świetle lamp imitujących zmienne fazy księżyca, symbolu kobiecości. Kontakty między celebrytkami były spontaniczne, ceniono prostotę, bezpośredniość i jednoznaczność.

– Gdzie i kiedy się spotkamy, kochanie? – Była to typowa zachęta do bliższego poznania się, powiedzenia czegoś o sobie, wymiany uczuć i wspólnego doświadczenia radości.

– Na Alei Indywidualistek, lampa trzeciej fazy księżyca. Klub ma tam piękny domek otoczony akacjami. Cudownie pachną o tej porze roku.

– Co powinnam zabrać ze sobą?

– Nic. Kompletnie nic. Klub o wszystkim pomyślał. Domki są doskonale wyposażone. Możesz nawet przyjść naga, noce są teraz takie ciepłe. Nie musimy martwić się o szampana czy jedzenie. Kocham to miejsce. Mają tam aksamitną pościel w kolorze łagodnego lazuru, który uwielbiam.

*****

Kiedy Babochłop poznał zasady i zwyczaje Ruchu Celebrytek, uznał, że nie ma sensu, aby starać się je zmienić. Przedstawił to jak zwykle w bezpośredni i szczery sposób.

– Tego poziomu zboczenia nie da się pokonać. Te baby są okopane w fortecach swojej wściekłej wiary i nawyków. Nic ich nie zmieni. Zresztą nie ma ich tak dużo, aby martwić się nimi. To elitarny ruch. Lepiej skoncentrujmy się na pozostałych kobietach. 

Gubernator i Czarna Eminencja po zadaniu kilku pytań byli pewni, że jak zwykle ma rację. Jego argumenty wyrastające z korzeni minionej kobiecości i aktualnej męskości były nie do zbicia. Sami nie mieli doświadczeń z kobietami, były dla nich zagadką, tajemnicą, czasem nawet czarną magią. Mieli przekonanie do Babochłopa.

Indywidualizm nie pojawił się nagle. Poprzedziły go symboliczne jaskółki. Na Plaza Central Afary, uważanym przez obywateli kraju za pępek świata, wyrosła w nocy kilkumetrowej wielkości tablica z hasłem „Jednostka naszym najwyższym dobrem”. Powyżej umieszczono symbole drogi do indywidualizmu: złotą koronę, pięć rumaków w zaprzęgu z rydwanem oraz wysoką drabinę.

Była ona tak solidna, że ludzie z doświadczeniem wojskowym twierdzili, że jest tak mocna jakby była pancerna. Mieszkańcy i goście Afary zatrzymywali się tłumnie przed tablicą, czytali i dyskutowali. Hasło i symbole rozpalały ich wyobraźnię, dyskusje rozbudzały aspiracje. Społeczeństwo zmieniało się. Obywatele pragnęli piąć się po drabinie społecznej w górę. Każdy chciał wyróżnić się. W dobrym stylu było szczycić się tym, co w danej jednostce było najsilniejsze. Niektórzy szczycili się nawet swoją niewiedzą, dzięki czemu stawali się bardziej wyraziści, wyróżniali się w szarym tłumie. Indywidualizm wszystkim dawał szansę wybicia się ponad przeciętność.

Ludzie młodsi i słabiej rozwinięci fizycznie, chętnie szczycili się znajomością nowoczesnych technologii, czy było to auto bez kierownicy i kierowcy, smartfon mówiący trzema językami obcymi, czy sztuczna inteligencja służąca błyskawicznej wymianie kół w samochodzie osobowym. Ta ostatnia zyskała niezwykłą popularność. Wielka ilość samochodów w kombinacji z czterema sezonowymi zmianami kół w porze zimnej, gorącej, deszczowej i suchej, wysoko podniosła rangę technologii zwanej skrótowo IWK, czyli Inteligentna Wymiana Kół. Jej znajomość była w cenie.

Rząd podjął energiczną walkę z indywidualizacją przede wszystkim dlatego, że aktywnie uczestniczyły w niej wyzwolone kobiety, stając się jej forpocztą, bazą i motorem dalszego rozwoju. Środowiskiem, sprzyjającym indywidualizmowi, można by powiedzieć jego wylęgarnią, stał się Internet. Ludzie wyróżniali się już poprzez samą aktywność w Internecie.

– Internet otworzył nam bramy do raju – głosili miłośnicy gier komputerowych i uczestnicy forów dyskusyjnych. – Raj polega na tym, że pozostajemy anonimowi, bez względu na gry, w jakie się angażujemy, oraz poglądy, jakie głosimy. Internet to esencja wolności. Możemy wreszcie przeklinać, kłamać do woli, szkalować i wyzywać innych, ile wlezie. W domu, w szkole ani w pracy tego nie da się tego zrobić – entuzjazmowali się aktywiści internetowi, miłośnicy portali i serwisów internetowych. Na Facebooku, Instagramie i Twitterze ich opinie pojawiały się obok wypowiedzi prezydentów, premierów, prezesów firm-gigantów oraz celebrytów. To ich raiło, wprowadzało na najwyższe obroty.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 200: Fenomeny nawiedzają kraj

Drodzy Czytelnicy!

To już dwusetny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Powoli zbliżamy się do końca. Dziękuję Wam za zainteresowanie, sobie za wytrwałość. Poprawiając nieprzerwanie tekst zgarbaciałem, ale mimo to trzymam się prosto i chodzę z podniesioną głową. Jeśli zauważycie na ulicy tak wyglądającego poważnego faceta, to właśnie ja.  W czasie pobytu w sanatorium w Jeleniej Górze miałem dwa spotkania autorskie i sprzedałem łącznie osiemnaście egzemplarzy moich książek (poezje „Klęczy cisza niezmącona”, powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”). To mnie trzyma przy życiu i nadziei, że kiedyś przestanę dopłacać do mojej twórczości, bo w końcu rodzina się zbuntuje i mnie wydziedziczy, a nie chciałbym mimo wrodzonego optymizmu i szalonej miłości do obecnej władzy mieszkać pod mostem.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

*****

Gubernator intensywnie myślał, jaką strategię przyjąć wobec wyzwolonych kobiet. Czuł się zagubiony podobnie jak Czarna Eminencja. Obydwaj nie mieli pojęcia, co robić.

– Co pan sugeruje? – pytali z nadzieją Babochłopa.

Szef tajnej policji nie odpowiedział od razu. Wyjął z teczki schemat zatytułowany „Ideo” przedstawiający dwa kwadraty. Jeden nosił tytuł „Rząd”, drugi zaś „Kościół”.

– „Ideo” to robocza nazwa naszego planu. Pracujemy nad jego rozwinięciem. Przedstawia on strategię prowadzenia wojny, którą musimy wygrać. Państwo i kościół to dwie siły wywierające presję na społeczeństwo, aby je przekonać do prokreacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy panowie, kobiety są życiowo bardziej odporne i dlatego odgrywają coraz większą rolę. Coraz częściej przejmują rolę mężczyzn. Już dzisiaj mają dużo więcej do powiedzenia, mimo powszechnego przekonania, że jest to głównie świat mężczyzn, że to oni rządzą.

Babochłop powiedział to w taki sposób, że Gubernator nabrał wrażenia, iż jest on dumny z kobiecości, mimo że sam zmienił płeć na męską. Nie zastanawiał się dalej, ile jest w tym prawdy, chciał wysłuchać propozycji do końca. Babochłop kontynuował.

– Nie odniesiemy zwycięstwa stosując twarde metody, prawo, zakazy i nakazy, przymus, choć nie neguję ich znaczenia. Nasza jedyna opcja to metody miękkie, indoktrynacja oparta na propagandzie i pranie mózgów. Będziemy kontynuować też nacisk i perswazję.

Oczy mówiącego zabłysły wilczo, a rysy twarzy stwardniały. Gubernator pomyślał o zastraszaniu i terrorze.

– To nie są żarty. Chodzi o zmuszenie kobiet do powrotu do ich przyrodzonej roli. To jest nasz ostateczny cel – uzupełnił mówca. – Co do zboczeńców, to musimy ich zostawić w spokoju. I tak ich nie zmienimy.

W swoim gronie mężczyźni nie krępowali się nazywać rzeczy po imieniu.

*****

Po ustaniu epidemii chorób i głodu, kiedy już ludzie odetchnęli od nieszczęść, kraj zaczęły nawiedzać fenomeny, zjawiska niekiedy dziwne i trudne do wytłumaczenia. Były one ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką sieć przyczynowo-skutkową, tak skomplikowaną, że nie sposób było nawet zrozumieć wzajemnych powiązań. Wyglądało to tak, jakby różne potworności nawiedziły kraj okazji przynosząc kilka drobnych błogosławieństw dla okrasy. Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne; w miastach ludzie poruszali się po chodnikach, ulicami jeździły samochody, dzieci bawiły się na placach zabaw, ale wszystko odbywało się jakoś inaczej.

Aby opisać fenomenalną rzeczywistość, naukowcy analizowali stare określenia i je modyfikowali albo wykuwali nowe. Najczęściej były one oparte na przeciwieństwach: przestrzeń fizyczna i wirtualna, materia i antymateria, grzech i antygrzech, kobieta i antykobieta, pro i contra. Już same nazwy fenomenalnych zjawisk wprowadzały ludzi w zdumienie powiększając chaos umysłowy. Wydawało się, że kraj stanął na głowie.

– Trzeba stworzyć świat od nowa! – krzyczeli anarchiści i wzywali do czynu nawet Boga oferując mu modły i ofiary.

Nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed skutkami fenomenów.

*****

Po dwóch tygodniach nieprzerwanych opadów deszczu Mondega oczyściła się całkowicie nabierając niezwykłych właściwości. Kąpiący się w rzece, zwłaszcza młodzi chłopcy, twierdzili, że nurkując mogą pozostać pod wodą dwa lub trzy razy dłużej niż dawniej. Kiedy zbadano wodę laboratoryjnie, okazało się, że jest ona lżejsza niż zwykła woda z kranu i woda źródlana, ponieważ zawiera nadzwyczaj wysoką ilość tlenu. Ludzie przyjeżdżali z daleka, aby zanurzać się w rzece i leczyć z trapiących ich schorzeń i dolegliwości, którym lekarze nie byli w stanie zaradzić. Widziano ich nagich, jak stojąc w nurcie połyskliwej wody obmywali ciała i wychodzili oczyszczeni, błyszczący od drobinek srebra, podobnie jak pielgrzymi znad Gangesu.

Mondega zyskiwała nową sławę; coraz częściej zdarzały się przypadki cudownego uzdrowienia. W chłodnej porze roku okazały się one tak liczne, że rzekę uznano za świętą. Kiedy zanotowano dwa przypadki zmartwychwstania, stała się przedmiotem kultu religijnego.

W jednym wypadku chodziło o młodego mężczyznę, Cesara Tujo, na którego w czasie apokaliptycznej burzy zwaliło się drzewo powodując śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei. Cesar żył tylko dzięki wytrwałości rodziny, przekonanej o jego nieuchronnym powrocie do zdrowia. Byli to ludzie prości, wieśniacy, głęboko wierzący w cudowne ocalenie. Pielęgnowali go i karmili, aż pewnego dnia, niespodziewanie, zbudził się z letargu jak z długiego pijaństwa, siadł na łóżku i poirytowanym, chropawym głosem zapytał:

– Gdzie do cholery są moje spodnie? Czy tu zawsze musi być taki bałagan? 

Drugi przypadek dotyczył starszego mężczyzny, który utonął w jeziorze. Kiedy wydobyto ciało, było już lekko napuchnięte. Topielec był dziwnie ubrany, jakby wybierał się na bal; miał twarz przestępcy znużonego długą bezsennością w oczekiwaniu na wykonanie wyroku. Student medycyny, jaki znalazł się na miejscu zdarzenia – lekarza za żadne skarby nie można było znaleźć, byli jak na lekarstwo – nie usiłował go nawet resuscytować. Orzekł, że denat musiał być w wodzie co najmniej kilka godzin. Na gorące prośby rodziny zgodził się tylko wypompować wodę z nieboszczyka.

– To zupełny bezsens – zarzekał się, ale zadanie wykonał.

Kiedy to się stało, topielec zaczął oddychać i mrugać oczami, jakby raziło go światło. Po pewnym czasie wstał i zaczął się rozglądać. Opowiedziano mu, co zaszło, ale nie uwierzył. Nie mógł sobie niczego przypomnieć, nie umiał nawet podać swego imienia ani nazwiska, ani daty urodzenia. Jego tożsamości nie można było ustalić, ponieważ nikt go nie znał, a dokumenty, jakie razem z ubraniem pozostawił rzekomo na brzegu, znikły podobnie jak jego dwaj bracia. W tej sytuacji zawieziono go do przytułku dla bezdomnych, licząc, że kiedyś wróci mu pamięć. 

Obydwa przypadki odbiły się tak głośnym echem w kraju i za granicą, że gubernator polecił je zbadać. Powołano specjalną komisję i rozpoczęto gromadzenie zeznań i dowodów rzeczowych, aby stworzyć pełną dokumentację. Niewiele osób liczyło na pomyślne zakończenie sprawy, ponieważ od samego początku był jej niechętny kościół. Czarna Eminencja był przekonany, że cudowne ocalenie bez wyraźnego udziału jakiegoś świętego nie jest możliwe. Swoją opinię uzasadniał historycznymi opisami podobnych zdarzeń.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

1Shares