Cz. 119: Koniec dyskusji Izabela Sefardi. Klub Anarchia walczy o konie.

– Don Sefardi! – Izabella wykorzystała moment, kiedy adwersarz był zmuszony zaczerpnąć powietrza, aby przerwać nurt jego argumentacji. Była oburzona w najwyższym stopniu. – Wychodzę, bo wyprowadził mnie pan z równowagi. Nie jestem w stanie słuchać słów zabijających we mnie ludzką godność, która też jest częścią przyrody… chciałam powiedzieć, jest czymś naturalnym. Odchodziła z przekonaniem, że Sefardi to skończony wariat opętany niezrozumiałą niechęcią do kobiet.

– To i ja powiem pani też coś równie dosadnego. Wyłączam się całkowicie z tej bezsensownej zabawy w ochronę przyrody, przestaję się interesować ochroną koni, kucyków i pastwisk.

Sefardi był wściekły na siebie, że uczestniczył w rozmowie, która tylko go upewniła, że Isabela to skończona ignorantka, dla której przyroda to kwiatuszek w doniczce, krzewik na klombiku blisko torów tramwajowych i ptaszek na drzewie usychającym z braku wody i nadmiaru smogu. Poczuł się całkowicie zniechęcony do przyrody i koni. Izabela i jej słowa skojarzyły mu się z pierzastym stworem, jaki przeraził go wielkimi skrzydłami i przerażającym skrzekiem, kiedy był jeszcze dzieckiem w wózeczku.

*****

Od czasu napadu na parlament w kraju zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Niezwykłe zdarzenia następowały jedno po drugim, fakty prasowe wyprzedzały fakty społeczne, zaprzeczając sobie nawzajem. Kiedy mgła dwuznaczności i niejasności nieco opadła, okazało się, że w centrum uwagi społeczeństwa stoi rywalizacja człowieka i konia o przetrwanie. Stawka w grze była wysoka; była nią groźba całkowitego zniknięcia z powierzchni ziemi jednego lub drugiego gatunku. Naukowcy nazywali to anihilacją. Nikt nie miał wątpliwości, kto przegra w tym wyścigu, jeśli reguły gry nie ulegną zmianie. Przyroda mogła mieć tylko jednego pana.

Przetrwanie konia rywalizującego z człowiekiem stały się sensem istnienia Anarchii, klubu oryginałów, intelektualistów i buntowników, entuzjastów ekologii radykalnej. Byli miłośnikami tych zwierząt w skali porównywalnej jedynie ze wzburzonym morzem i głębokimi odstępstwami od normy psychicznej – taka była opinia wicegubernatora Matteo Csudo, odpowiedzialnego w rządzie za sprawy ochrony przyrody.

– Jesteśmy zboczeńcami na punkcie koni – członkowie Anarchii żartowali między sobą, poklepując się po plecach, podobnie jak poklepywali ulubionego rumaka dla wyrażenia uczuć sympatii międzygatunkowej. Byli to głównie mężczyźni, choć nie brakowało i kobiet. Z czasem liczebność obu płci w klubie wyrównała się.

Spotkali się przypadkiem. Trzymali konie w tej samej stajni i przyjeżdżali, aby pojeździć dla przyjemności, a czasem z obowiązku, dla zapewnienia zwierzętom minimum ruchu, którego potrzebowały nade wszystko. Na początku były to spotkania nieregularne, głównie w weekendy, z czasem nabrali nawyku regularnych spotkań, aby rozmawiać o końskich sprawach. Znali tylko swoje imiona, a i to nie zawsze prawdziwe. Wkrótce nabrali nawyku używania pseudonimów i niepytania się, gdzie kto pracuje, czym się zajmuje, czy jak mu się powodzi. Jedynym sensownym tematem były konie i ich przyszłość, kiedy okazało się, że są skazane na wymarcie. To wtedy w sercach i duszach anarchistów zbudził się bunt. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że muszą zrobić coś pozytywnego i znaczącego dla zwierząt, od wieków wiernie służących człowiekowi.

Kiedy już zżyli się ze sobą, pozwalali sobie na większą szczerość. Starali się być uczciwi w słowach i czynach. Okazało się, że nie ma wśród nich nikogo, kto nie byłby na jakimś etapie życia związany z końmi, i to na śmierć i życie. Byli wśród nich hodowcy, dżokeje, woźnice rydwanów cyrkowych, członkowie związków jeździeckich, hipnoterapeuci, artyści woltyżerki, producenci sprzętu i ubiorów dla koni, trenerzy koni, weterynarze, a nawet hazardziści i bukmacherzy stawiający i przyjmujący zakłady na wyścigach konnych. Dla tych ostatnich koń był czymś więcej niż przyjemnością, był także formą ruletki i pasją życiową.

Wkrótce zaadaptowali hasło, jakie głosił członek klubu, wieloletni mieszkaniec równin patagońskich: Siempre con el caballo, para la vida o muerte. Zawsze z koniem, na życie lub śmierć. Był to rodzaj zaprzysiężenia, głębszego niż przysięga wojskowa, wyrażającego gotowość obrony konia nawet z poświęceniem własnego życia.

*****

Klub Anarchia nie cieszył się popularnością w społeczeństwie. Nie było to przypadkowe. Wielu obywatelom nie podobały się maniery i górnolotne słowa anarchistów o miłości do koni, przekraczające pojęcie człowieka, który umie kochać tylko swój najnowszy samochód, piękny, szybki i wypasiony sprzętowo. Z czasem okazało się, że złą opinię urabiali anarchistom przedstawiciele rządu głęboko wierzący w prymat technologii nad końmi, traktujący zasłużone zwierzęta jako przeżytki. To oni udzielali wywiadów i potajemnie sponsorowali doniesienia medialne przedstawiające w złym świetle Anarchię i jej członków.

Po bulwersujących opinię społeczną wydarzeniach w parlamencie, klub zaczęto podejrzewać, że jest rozsadnikiem ekoterroryzmu, choć niczego takiego nikt nie dowiódł. Na wszelki wypadek gubernator Blawatsky zlecił zbieranie informacji o tym, co dzieje się w klubie i wokół niego; tajnej policji nie udało się jednak przeniknąć do jego struktur. Organizacja okazała się hermetyczna. Kiedy było już jasne, że rząd jest zdecydowanym choć cichym wrogiem koni, klubowiczów opanowała obsesja konspiracji. Niegdyś otwarty dla wszystkich, od pewnego czasu klub działał potajemnie, mobilizując się radykalnymi hasłami „Precz z nieekologicznym państwem”, „Rozwalmy tę budę sadyzmu ekologicznego”, a nawet „Śmierć wrogom koni”.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 103: Przygotowania do audiencji

W niebie już wcześniej wydano dyspozycje. Wszystko było przygotowane. Zaproszenia rozesłane, stoły zastawione, orkiestra w komplecie. Ustalono, jakie utwory będą grane. Były to głównie marsze weselne, muzyka klasyczna. W wyborze kierowano się przede wszystkim tym, co lubi pisarz, serdecznie oczekiwany gość. Nie używano czasu przeszłego, form „lubił” i „nie lubił”, tylko teraźniejszego, zgodnego z nową rzeczywistością.

*****

Isabela przejrzała kartki z nazwiskami osób zaproszonych na uroczystość powitania Sefardiego w sali audiencyjnej. Stały równo ustawione na stole. Wśród zaproszonych nie dostrzegła nazwiska gubernatora Barrasa Blawatsky’ego. Dziwiła się, dlaczego myśl o gubernatorze w ogóle przyszła jej do głowy. Byłaby to absurdalna sytuacja, ponieważ obydwaj mężczyźni nie znosili się. Ponadto Barras okazał się gejem. Ukrywał się z tym przez lata. Geje byli jej obojętni, nie interesowali jej.

– Barras nie akceptował swojej seksualności. Dlatego ukrywał się ze swoimi znajomościami i relacjami. – Tym stwierdzeniem Isabela postanowiła zakończyć tę część opowiadania. W głowie szumiały jej koniak i kawa. W pokoju rozległ się chichot. Isabela poznała głos Sefardiego i wzdrygnęła się. Był tak wyraźny, jakby dobiegał zza pleców. Mimo woli obejrzała się do tyłu. W uchylonym oknie poruszyła się firanka. Była pewna, że jest zamknięte.

– Sefardi chichocze jak Barras – Skwitowała i sama zaśmiała się nerwowo. Może on też był gejem. Nigdy nie dobierał się do mnie. Zastanowiła się nad tym. Wstała i podeszła do lustra. Popatrzyła na siebie i pomyślała, że jest warta grzechu.

*****

– Z nieba pogrzeb wygląda zupełnie inaczej – Isabela opisywała orszak żałobników widziany z góry. –Widoczne są same głowy i ramiona, nie widać żadnych sylwetek. Karawan to kwadracik przesuwający się w dole, konie to pogrubiałe kreski. Kropki, setki kropek, to głowy ludzkie. Na końcu ukazuje się cmentarz, trochę nierówny w kształcie, nie jego płaski fragment, jak to widzą ludzie na ziemi.

Wróciła myślą do Sefardiego, który lada moment miał przybyć do nieba na spotkanie z Bogiem, kiedy nagle wątpliwość poraziła ją swoją realnością.

– A może do czyśćca? – Zadała sobie pytanie. W głowie nadal czuła szum, wypiła więc jeszcze jeden kieliszek koniaku, aby rozjaśnić myśli, po czym odpowiedziała samej sobie.

– Nie może iść do czyśćca, bo to skomplikuje spotkanie z Bogiem. Nigdy nie słyszałam, aby na takie spotkanie ktoś po drodze szedł do czyśćca albo on tam przebywał. Są zresztą ludzie, którzy twierdzą, że czyśćca nie ma, jest tylko niebo i piekło, a w nich dobro i zło, radość i rozpacz.

W czasie uroczystości pogrzebowej Sefardi był jakby nieobecny. Nie za bardzo wiedział, czy cieszyć się tym, czy martwić. Starał się zachowywać zgodnie z tradycją i wyobrażeniami o przyzwoitości pośmiertnej. Nie był sobą, był roztrojony. W urnach spoczywało jego spopielone ciało, dusza jednak pozostała nienaruszona, a on unosił się nad tym wszystkim. Patrzył na duszę, a ona na niego; również wyglądała osamotniona. Nie cieszyła ją nawet perspektywa wniebowstąpienia. Myślała o tym, jak zintegrować się z ciałem choćby częściowo, nawet przejściowo, jak rekwizyt pojawiający się w rękach aktora w teatrze.

– Jeśli to nie nastąpi, wypadnę głupio. Jestem taka mała i lekka, prawie niezauważalna. Muszę mieć jakieś ciało. – Przekonywała sama siebie.

Sefardi nie rwał się do jednania duszy i ciała. Uznał to za dylemat niemożliwy do rozstrzygnięcia. Tak go widzieli ojcowie i doktorzy kościoła, cała szesnastka, których dzieła czytał, a przynajmniej przewertował. Ich rozumienie i interpretacja spraw życia i śmierci stanowiły dla niego wytyczne myślenia i postępowania.

Diabeł cieszył się perspektywą przybycia Sefardiego na niebiańską audiencję bardziej niż ktokolwiek inny. Nie był aniołem, miał swoje za uszami, reputację zszarganą swoimi poglądami i sprzeciwem wobec legalnej władzy. On sam, rządca piekła w imieniu Szatana, który po stronie zła równoważył moc i dobroć Boga, uważał jednak, że był na swój sposób uczciwy, choć wielu się to nie podobało, zarzucając mu okrucieństwo.

– To tak, jakby zarządcy więzienia zarzucano odpowiedzialność za to, że trzyma w więzieniu, którego sam przecież nie zbudował, w warunkach, których sam przecież nie stworzył, ludzi bardziej lub mniej cierpiących. Potrafił też być obiektywny, tak mu się przynajmniej wydawało.

Jednego nie był pewien: jakie imię przybrać na czas uroczystości. Miało ono być zapisane na kartach ustawionych na stole w sali audiencyjnej. Nie mógł zdecydować się, które z jego licznych imion będzie najbardziej stosowne. Przedtem wybrał swój najlepszy wizerunek, przeglądając niezliczone obrazy powstałe na przestrzeni wieków. Najbardziej przypadł mu do gustu diabeł z szesnastego wieku anonimowego malarza portugalskiego. Ten wizerunek kosmatej, nagiej istoty z długim ogonem, rogami i ogniście czerwonymi oczami, uznał za najwłaściwszy. Z imieniem nie szło mu tak łatwo.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Upalny dzień powszechnej radości. Groteska abstrakcyjna z serii „Szyderstwem w dyktaturę”.

Dzień 19 października okazał się bardziej upalny niż piec kaflowy mroźną zimą. Iwana Iwanowicza spotkałem na torach tramwajowych. Zagadaliśmy się, w ostatnim momencie uskoczyliśmy przed tramwajem. Uniknęliśmy nieszczęścia. To był dobry znak. Wdaliśmy się w rozmowę. Entuzjazm rozsadzał nam piersi. Wokół towarzystwo rozgrzane słońcem podobnie jak my. Jedna dziewczyna z nogami aż po pachy, ale to tak głęboko, że poza tym nie było widać nic więcej tylko głowę. Nogi miała ubrane we wzorzyste rajstopy, zakończone na dole długimi butami. Wszyscy domyślali się, że piersi też miała, ale nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Ona sama na ten temat milczała.

– Czyste piękno – krzyknęliśmy zgodnie w tym samym momencie.

Na mężczyzn nie zwracaliśmy uwagi, to był inny gender. Bawiliśmy się jak dzieci. Od ręki zorganizowaliśmy Hyde Park przy chodniku, aby każdy mógł mówić, co mu się podoba. Zakazana była tylko polityka.

– W kraju i bez tego panuje zamieszanie. – Rzucił Iwan Iwanowicz z lekkością zjadacza tanich jabłek. – Słychać głosy, że robi to jakiś chudy facet i to podobno wysokiej rangi, Podejrzewam, że to wojskowy. Jego zwolennicy tłumaczą, że on nie kłamie, tylko nie mówi prawdy.

– Nagrywał się na taśmę, aby się przekonać, jaki naprawdę jest w słowach i w sumieniu. -Dodała przechodząca obok staruszka w okularach Hugo Boss Sunglasses Free Shipping. Wyglądała niebiańsko. Towarzyszył jej mężczyzna, niezwykle poważny, cały w czerni. Mówił, że prawdą jest, że niektórzy jego koledzy cudzołożą, a inni strasznie przeklinają.

– Ja sam tego nie robię. Najwyżej powiem k…a mać, ale to nie przekleństwo, tylko przecinek. Teraz inaczej nikt nie mówi, nawet dzieci. Czują, że rodzice lepiej rozumieją dziecko, kiedy używa brzydkich słów. Proste słowo nie porusza już nikogo.

– Każde dziecko na miarę złota! – Krzyknęła niewiasta pchająca przed sobą wózek z jarzynami.

To nam się podobało. Zaczęliśmy namawiać ludzi na ulicy, aby dziecinnieli, dla dobra kraju i ojczyzny. Chodziło nam o to, aby przestali być oseskami wyciągającymi chciwą rękę po obfitą matczyną pierś i świeże mleko, by w końcu spoważnieli, zadbali o rozum i zaczęli budować wielkie obiekty, porty lotnicze na tysiące samolotów i miliony dronów, oraz nabywali świeżość intelektualną opartą na tym, co mówią głosy u samej góry zalecające, aby oderwać się od bytów wyimaginowanych.

Nieoczekiwanie na chodniku pojawił się rumiany mężczyzna. Popatrzył w prawo, w lewo, uśmiechnął się rozkosznie i przedstawił się.

– Jestem Głowa. Stoję na czele wszystkiego. Jestem tu najważniejszy. – Jest źle – powiedział. Trzeba wszystkich poważnie ubranych ludzi zwolnić ze stanowisk.

– To chyba jakiś prezydent? Mówi tak dziwnie. Chyba nie myśli tego poważnie? Co on będzie nas straszyć? Czy my nie mamy własnego rozumu i nie wiemy jak się koła toczą? – Pytania padały gęsto jak wiosenny deszcz jesienią.

Okazało się, że był to prezydent Związku Wszystkich Nafciarzy.

– Co to za różnica, kim on jest?! Odezwały się głosy. – Taka Głowa to zawsze coś palnie, czy zrobi coś głupiego. To nieudacznik. Nie będzie nafciarz wciskać nam głupoty w brzuch. Niech się wreszcie weźmie do solidnej roboty, murarki, sprzątania, a nie jeździ tam i z powrotem. – Rozkrzyczeli się ludziska.

Zaraz po zniknięciu Głowy na chodniku pojawił się chudy osobnik w garniturze i okularkach w cienkiej oprawie. Zebrał się w sobie, zsynchronizował wąskie usta i zaczął obiecywać, że wkrótce będzie padać manna z nieba i żądał, aby ludzie patrzyli do tyłu, a nie do przodu jak koń. Swoją gadką tak wyprowadził z równowagi pasażerów wysiadających z tramwaju, że motorniczy krzyknął oburzony:

– Chudy cwaniaczku, co ty chcesz ukręcić? Lepiej byś przyznał się do grzechów przeszłości i wyspowiadał. Na dwóch koniach nie będziesz wiecznie jeździć. I Bogu świeczkę i diabłu zegarek!

Chudy wymamrotał spod okularów jakieś złe słowa, prawdopodobnie przekleństwa, bo powietrze zagotowało się wokół. Widać było po jego wykrzywionej facjacie, że nie zamierza do niczego się przyznawać i nie zrezygnuje z manii wielkości, która każe mu wmawiać innym, że wie najlepiej, gdzie kwitną róże.

Scenę skomentował duchowny podobny do pobożnej grubej szychy w filmie, który każdy ogląda z wyjątkiem tych, którzy nie wierzą w Boga.

– W kraju jest burdel i my to wiemy. Chodzi o naprawę, ale my nie mieszamy się do ideologii. Nam jest dobrze. Niech to rozstrzygną wybory.

– Jakie? Kiedy? – pytano. Nie umiał tego wytłumaczyć. – Nie będę mieszać się do ideologii. – Powtarzał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 91: Śmierć w sypialni

Anastazja przeraziła się.

– Tego nie było w scenariuszu! – Wyszeptała zmartwiałymi ustami. Jej przerażenie nie było udawane. Nie grała już przypisanej roli, zachowywała się naturalnie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, osiągając apogeum w momencie, kiedy ciało kochanka, bezsilne i bezwładne, opadło na nią całym swoim ciężarem. Leżała oniemiała, w szoku, wiedząc, że Sefardi już nie żyje. Patrzyła w górę niepewna, co robić.

– Miał umrzeć na fotelu w salonie po zażyciu tabletek, a nie na mnie! A to drań! – Wykrzyknęła, po czym zawstydziła się, przypominając sobie, że nie można odmówić umierającemu ostatniej przysługi, jaką sobie wymarzył.

Po chwili niepewności zepchnęła na bok wciąż ciepłe, lecz już sztywniejące ciało i usiadła na krawędzi łóżka, aby ochłonąć. Dochodziła do siebie. Kiedy uspokoiła się trochę, wstała i udała się do łazienki. Wyciągnęła z szafki ulubiony włochaty ręcznik w czerwone kwiaty i wzięła prysznic. Strumień gorącej wody zagłuszył na chwilę przeżycia i niepokój. Skoncentrowała się, starając się nie myśleć o strasznym wydarzeniu. Czuła presję czasu. Nie mogła się ociągać, musiała jak najszybciej wezwać pogotowie ratunkowe lub zawiadomić kogoś o śmierci. Chciała nałożyć na siebie inny, ładniejszy i bogatszy szlafrok, była przecież pora nocna i miała do tego prawo, zmieniła jednak zamiar i ubrała się jak najszybciej, aby przystąpić do realizacji pozostałej części umowy zawartej z Sefardim, jak też ratować się przed oskarżeniami, że natychmiast nie wezwała pomocy.

– Wygląda jak chłopiec. – Wyszeptała do siebie, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę, że w obliczu śmierci nie ma czasu na słowa ani improwizacje. Ułożyła ciało w pozycji siedzącej, przypominającej naturalny efekt zabójczego zawału serca. Wiedziała, jak zachowują się w takich okolicznościach naoczni świadkowie takich zdarzeń; wcześniej obejrzała dwa filmy na YouTube. Była dobrze przygotowaną amatorką. Chwilę później dzwoniła na pogotowie ratunkowe pełna niepokoju i częściowo udawanego przerażenia. Nie była to zwyczajna rozmowa telefoniczna, wcześniej przemyślała sobie scenę wzywania pomocy, co mówi i jak się zachowuje.

– Proszę natychmiast przysłać karetkę pogotowania. Sefardi Baroka, mój przyjaciel, miał zawał serca. Jest nieprzytomny, może nawet już nie żyje. W ogóle nie porusza się.

Na prośbę operatora podała swój numer telefonu, nazwisko i adres. Był to adres budynku przyległego do domu pogrzebowego. Anastazja nie informowała o tym operatora, aby nie wywoływać złych skojarzeń. – Dom pogrzebowy nie jest umieralnią, tylko miejscem pożegnania zmarłego z rodziną i przyjaciółmi. – Tak zawsze uważała i mówiła.

*****

Po zakończeniu rozmowy telefonicznej rozejrzała się po pokoju, czy wszystko jest w porządku. Musiała się pilnować, była przecież konspiratorką, osobą świadomą sprowokowanej śmierci. Dopiero teraz ogarnęło ją przerażenie. Była sama, Sefardi był już przeszłością. Podeszła do stolika w salonie. Stała na nim szklanka z wodą, którą miał popić lekarstwo wywołujące zawał serca. Rozejrzała się niespokojnie szukając wzrokiem fiolki lub pudełeczka.

– Nigdzie nie ma żadnego lekarstwa! Oszukał mnie! – Ogarnął ją gniew, rozżalenie i niepokój, jakie będą konsekwencje. Jeszcze raz spojrzała na bibeloty na stoliku i dopiero teraz zauważyła małą kopertę. Otworzyła ją i znalazła wewnątrz karteluszek papieru zapisany łatwym do rozpoznania pismem.

Droga Anastazjo! Wszystko, co zdarzyło się tutaj zostało zarejestrowane przez dwie kamery. To dla ciebie i dla sądu, jeśli nie usuniesz zapisu. Jedna kamera jest zamontowana w sypialni w rogu pokoju, najbardziej oddalonym od łóżka, pod paskiem gzymsu. Znajdziesz ją łatwo. Druga znajduje się nad twoją głową, w rogu salonu, gdzie teraz przebywasz. Aby je zdemontować wystarczy wyciągnąć wtyczki z miejsca ich podłączenia. Nie zostawi to żadnego śladu, a jeśli zostawi to tak nieznaczny, że nikt niczego się nie domyśli. Nikt zresztą nie będzie ciebie o nic posądzać. Zawał serca był jak najbardziej prawdziwy. Nigdzie nie znajdziesz żadnego lekarstwa, bo nie zamierzałem niczego brać oprócz podwójnej dawki viagry i extasy. Dwie kasety z nagraniami z kamer są w szafce pod telewizorem. Są podarkiem ode mnie na wieczną pamiątkę. Możesz je zniszczyć i zapewne dobrze zrobisz na wypadek, gdyby sprawą miała zainteresować się policja. Twój na zawsze, Sefardi. 

– A to drań. Przewrotny degenerat! Nagrał wszystko, co miało być intymne i miało pójść w zapomnienie. Myśli, że to zniszczę ze strachu przed policją, prokuratorem i sądem. Tym razem jednak się pomylił. Niedoczekanie twoje! – Wyszeptała, zdając sobie sprawę, że kamery wciąż pracują, po czym dodała. – Omyliłeś się tym razem. Zatrzymam kasety dla siebie, mam dosyć kryjówek, aby je ukryć. Nikt nie będzie szukać w starym piecu kremacyjnym. – Ucieszyła się z własnej przebiegłości i decyzji, jakby wygrała szczęśliwy los na loterii.

*****

Pogotowie ratunkowe przyjechało z opóźnieniem. Lekarz stwierdził zgon wskutek rozległego zawału serca. Anastazja znała lekarza, wiedziała, że lubił alkohol. Wcześniej wystawiał już świadectwa zgonu osób zgłaszanych przez klientów jej firmy. Mieszkał blisko jej zakładu. Sprawdziła, że to on będzie na dyżurze tego dnia. Kilka dni wcześniej wysłała mu paczkę z dwiema butelkami dobrego koniaku. Okazją były jego imieniny, pamiętała datę. Podziękowała mu za pomoc.

– Czy nie potrzeba wezwać policji? – zapytała Anastazja. Słowa wyrwały jej się, pytanie było niepotrzebne. Natychmiast zdenerwowała się, jak zareaguje medyk. Oczekiwała jego spojrzenia, podejrzliwości, dlaczego o to pyta. Pytanie nie zdziwiło go w najmniejszym stopniu. Odpowiedział spokojnie. – Nie ma potrzeby. Objawy są tak oczywiste, nie ma tu żadnych wątpliwości, nie ma więc potrzeby sekcji zwłok. Chyba, że pani ma jakieś podejrzenia i chciałaby je wyjaśnić?

Poprosiła o świadectwo zgonu. Zapytał, czy jest osobą spokrewnioną lub rodziną zmarłego. Wyjaśnił, że tylko najbliższa rodzina może uzyskać świadectwo. Przekazał formularz i poinstruował, jak trzeba wypełnić. – Proszę tylko wpisać imię i nazwisko zmarłego. Reszta to moja rola: przyczyna śmierci, data zgonu, miejsce zgonu, nazwa cmentarza, gdzie zmarły zostanie pochowany. Po chwili wahania, zdecydował się sam wypełnić i podpisać dokument.

– Zrobię to od ręki, przekażę do urzędu, skąd uprawniona osoba będzie mogła odebrać świadectwo po przedstawieniu dowodu tożsamości. Ciało chyba zostanie do pogrzebu w chłodziarce zakładu pogrzebowego?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 90: Tworzenie ideału kobiety. Umieranie.

Po doświadczeniach z rekonstrukcją Boga wedle swojej wizji, projektem niezbyt udanym, Sefardi postanowił stworzyć ideał kobiety. Zapisał się na warsztaty rzeźby postaci i charakterów. Nie musiał z nikim dyskutować swoich zamierzeń, wiedział, czego chce.

Nie musiał, ale dyskutował, ponieważ inni uczestnicy warsztatu, osoby obu płci, przyglądali się jego pracy, komentowali i zadawali pytania. Widzieli zalety i wady jego tworu. Kiedy z nimi rozmawiał, krystalizował swoje myśli.

– Sefardi! Co chcesz pokazać swoją rzeźbą idealnej kobiety: Piękno? Dobroć? Seksualność?

Pamiętał większość pytań. Powtarzały się. Najchętniej udzielał objaśnień uczestniczkom warsztatu, łatwiej mu to szło, bo temat dotyczył je bezpośrednio.

– Po pierwsze, ideał to kobieta chętnie oddająca się mężczyźnie, którego kocha lub choćby lubi, także rozsądna, nie przesadzająca w kryteriach i surowości ocen, która rozumie naturę mężczyzny, że jest popędliwy, nieporównanie bardziej niż ona, że kieruje nim żądza i namiętność. Kobieta idealna powinna akceptować tę namiętność, dostrzegając ją w jego oczach, ustach, rękach i w jego osobowości. Nie powinna dziwić się, że mężczyzna pragnie jej fizycznie nade wszystko, bo bez tego nie byłby mężczyzną. Co do wyglądu, to istnieje tylko jedno kryterium: musi być ponętna. Nie jest łatwo określić, na czym polega ponętność. Wyraża się ona przede wszystkich w oczach, ustach i uśmiechu oraz w biodrach, piersiach i nogach. Każda kobieta jest ponętna w inny sposób. 

Z kolegami z warsztatu mniej dyskutował, bo wiedział, że każdy ma swój własny ideał kobiety. Sefardiemu nie podobały się jedynie kobiety z wąskimi biodrami, ale rozumiał, że i one znajdują sobie partnerów, dla których są ideałami.

Kiedy już skończył swój projekt, tchnął w niego życie. Ideał ożył, ale chyba na krótko, ponieważ pozostał mu w pamięci w stanie niejasnego półuśpienia. Potem w życiu Sefardi ideały kobiecości pojawiały się już tylko fragmentami, jedna część doskonała, inna nieco mniej, czasem nawet fatalna. Były tylko przybliżeniem ideału, jaki nosił w głowie i w sercu. W późniejszych latach, kiedy rozwinął w sobie głębsze poczucie refleksji, doszedł do wniosku, że Isabela była pozytywnym wzorcem kobiecości, na pewno nie tak doskonałym, ale jednak.

Od kiedy ją poznał, obserwował ją uważnie. Raz przypominała mu pogodę, innym razem, ubiorem i zachowaniem upodabniała się do ptaka. Potrafiła mienić się tęczą, rozbłysnąć gwiazdami, to znowu ukryć się za kurtyną deszczu, czasem nawet w błyskawicach. Najbardziej imponowała mu jej solidność cielesna. Wyobrażał sobie, że jej przeciwieństwem jest chimeryczność ciała, coś, czego nie można dotknąć ani poczuć, co nie wprowadza mężczyzny w stan ożywczego pobudzenia.

*****

Połączenie leku na potencję i narkotyku zapewniało niesamowite wrażenia zmysłowe i seks pełniejszy i żywszy niż kiedykolwiek wcześniej. Mistrz miał w sobie energię młodego mężczyzny, nie odczuwał zmęczenia, widział wszystko przezroczyście, na niebiesko. W krytycznym momencie, bliskim końca aktu miłosnego, poczuł gorąco, duszność i rozpierające go ciśnienie. Krew zaczęła się w nim burzyć po wpływem podwójnej dawki viagry i extasy. Ogarnął go piekący ból, rozrywający klatkę piersiową i promieniejący w kierunku lewego ramienia, szyi, ręki i brzucha. Poczuł nudności i zimny pot na skórze, wszystko prawie jednocześnie. Nie odczuwał strachu przed śmiercią, miał to już przemyślane do głębi, ostatecznie rozliczył się już z życiem. Wiedział, co nastąpi. Serce waliło mu jak młotem, klatka piersiowa unosiła się i opadała z wysiłkiem, drętwiało lewe ramię. Z trudem utrzymywał się nad leżącą pod nim kobietą. Wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz, serce biło spazmatycznie. Zdążył wyszeptać tylko:

– Przepraszam cię, Anastazjo, za tę niespodziankę. Wiem, jak działała kombinacja viagry i extasy. Wyliczyłem sobie dokładnie, chciałem umrzeć w akcie miłości. To mój ostatni raj. Studiowałem raj mahometański, też piękny, ale dopiero po śmierci. To tylko obietnica. Ja byłem bardziej rozważny,

Minione życie przewinęło mu się przed oczami, jaśniejsze niż światło dnia, bardzo wyraziście, klatka po klatce, czasem kilka klatek sklejonych w jedną dłuższą scenę. Właściwie to nie umierał, ale odchodził, nawet nie tak boleśnie, z wewnętrznym uspokojeniem, o które nigdy siebie nie podejrzewał, jakby za progiem miała zaraz otworzyć się strojna łąka z dzieciństwa i odpływowy rów z wodą i kaczeńcami, wśród których pływały karaski, linki i płotki zbiegłe z małego stawu ocienionego trzema olchami. Chwilę później naszło go poczucie niepewności; świadomość, że to co zrobił, to niezdarne i nieuzasadnione, może nawet karalne, naśladowanie Boga, jedynej doskonałości, jaką mógł sobie wyobrazić. W końcu zjawiła się zwyczajna ludzka niecierpliwość, użyteczna i niezbędna, kiedy trzeba skończyć fantastyczny zegarek lub poruszającą serce opowieść.

Umieranie, zapisywał to sobie na ostatniej taśmie wspomnień, nie wiadomo zresztą po co, było czynnością przyjemną i budzącą nadzieję. Wywołało pokusę pozostania na ziemi, trwającą tylko do momentu, kiedy zjawił się przed nim Stwórca, ogromny jak góra, mimo tego bardzo ludzki, jasnowłosy, gładko ogolony, jakby chciał się odmłodzić, co było nonsensem, bo nikt nie musi się odmładzać, kto jest wieczny. Wraz z nadejściem Stwórcy taśma świadomości urwała się z suchym trzaskiem, wyzwalając zapach róż, a zaraz po nim kwiatu pomarańczowego, który Sefardi kochał najbardziej. Umierając uśmiechał się jakoś dziwnie, półpoważnie, półchłopięco, trochę przekornie. Sekundę później padł martwy na ciało kochanki w jednoczesnym akcie miłości, rozliczenia się i pożegnania, o jakim marzył.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 89: Ideał kobiety widziany z okna

Kiedy znaleźli się na zewnątrz, otoczyło ich nagrzane, łagodne powietrze, niosące słony zapach oceanu.

– Teraz zaprowadzę was na plażę dla nudystów, dobrze mi znaną. – Zapowiedział marynarz odrzucając ręcznik obwiązany wokół bioder i biorąc za rękę swoją towarzyszkę z rozwianymi przez wiatr włosami. Mistrz nie miał czasu myśleć o tym, co dzieje się dwa kroki od niego, gdyż roztoczyła się przed nimi rozległa plaża z piaszczystymi diunami, wyraźnie oznaczona na krańcach palikami z czerwonymi wstążkami. Uczestnicy przyglądali się sobie jak dzieci, w sposób naturalny, niekrępujący i niemęczący. Wkrótce zmieszali się z innymi nudystami, leżącymi, spacerującymi, grającymi w karty lub bawiącymi się.

Trzydzieści lub czterdzieści lat wcześniej, Sefardi nie pamiętał już dobrze tego okresu, z okna mieszkania zobaczył młodą kobietę, właściwie dziewczynę. Zakochał się w niej od pierwszego wrażenia. Była cudowna. Stała na chodniku kilkadziesiąt metrów od niego i przeglądała zawartość torebki. Ubrana była w letnią, plażową sukienkę w duże, stylizowane kwiaty podobne do róż, pod którą widoczna była ciemniejsza haleczka. Mistrz widział jej ciało jak na dłoni, ponieważ letni strój nie był w stanie niczego ukryć ani zniekształcić. Kwiaty były wyraziste i zdały mu się tak pachnące, że uchylił okno, aby wchłonąć choćby odrobinę niezwykłego zapachu. Były to róże i orchidee, wydzielały mieszankę słodko-duszących woni. W atmosferze kwiatów i zapachów dziewczyna natychmiast stała się jego ideałem, wrastając w pamięć, serce i wrażliwość artystyczną tak głęboko, że nigdy już nie wyrwał się spod jej uroku.

Szukała czegoś w torebce. Chyba nie mogła tego znaleźć, gdyż przerwała szukanie. Zbliżyła się do ławki, oparła na niej nogę i podciągnęła sukienkę, aby poprawić coś przy cienkiej jedwabnej pończoszce. W zbłąkanym strumyku porannego słońca, na złotobrązowej skórze uda zaiskrzyły błękitne żyłki i delikatnie zadrgał napięty nerw. Dziewczyna powtórzyła operację na drugim udzie, jakby piękne zdarzenia chodziły parami, nawet te najmniejsze, które tak naprawdę nie są zdarzeniami. Sefardiemu wydało się, a właściwie to zamarzył o tym, że uczyniła to specjalnie dla niego, aby sprawić mu radość i wyśpiewać delikatnymi gestami poezję kobiecego ciała. Kiedy schylała się najpierw do jednego, a potem do drugiego uda, zsunęło jej się ramiączko błękitnej haleczki. Poprawiając je, obnażyła idealnie opalone ramię, wprost napraszające się o pocałunki i pieszczoty.

Mężczyzna zachłannie studiował szczegóły jej ciała, bojąc się, że znajdzie to czego szukała i zaraz odejdzie. Była proporcjonalnie zbudowana, wyrazista w detalach jakby regularnie uprawiała sport, żadna kulturystka, po prostu dziewczyna z kształtnymi biodrami, piersiami i ciemnymi oczami.

Wybiegł z mieszkania, aby zapytać, czy mógłby jej w czymś pomóc, z cichą nadzieją, że zamieni z nią kilka słów lub choćby popatrzy na nią z bliska. Kiedy zbiegł po schodach na parter, nie było już jej, choć minęło zaledwie pół minuty. Zniknęła. Pytał się, ale nikt jej nawet nie widział.

Od tego dnia Sefardi nieprzerwanie poszukiwał ideału kobiecości. Objawiał się on w wielu żeńskich postaciach, zawsze był to jednak ideał niekompletny, czasem trudno było nawet określić, co mu brakowało. Pewnego wtorku, pracując od niedawna w poważnej firmie państwowej, Sefardi zobaczył na korytarzu wysmukłą dziewczynę, o delikatnej i uroczej buzi, i czarujących oczach. Jasna błyszcząca szminka podkreślała jej niezwykłe usta. Otaczali ją mężczyźni, patrzyli na nią z podziwem, niektórzy dotykali jej wzrokiem. Ona sama zachowywała się tak, jakby w ogóle nie odczuwała zamachów na swoje ciało. Sefardi pomyślał, że była przyzwyczajona do adoracji.

Okazało się, że była to sekretarka dyrektora, z którym Sefardi miał umówione spotkanie następnego dnia. Kiedy wszedł do sekretariatu, zmieszał się, nie spodziewał się bowiem spotkania z pięknością sam na sam. Wybąkał, że jest umówiony z dyrektorem. Kiedy podniosła głowę znad biurka, aby go powitać, z jej ust wydobył się wysoki, skrzekliwy głos, szokujący dla uszu, zaprzeczający wszystkiemu, co sobą reprezentowała. Czar jej urody prysnął w jednym momencie. 

Po otrząśnięciu się z osobliwej przykrości Sefardi kontynuował poszukiwanie ideału. Im dłużej to robił, tym silniejszej ulegał frustracji. Niewiasty, jakie napotykał, choćby najpiękniejsze, zawsze wykazywały jakiś niedostatki. Nie miał im tego oczywiście za złe, uważał to wręcz za naturalne, bo sam przecież nie był doskonałym tworem. Był to początek niejasnych przeczuć, że Bóg, którego potem zaczął utożsamiać z naturą, musi też mieć jakieś słabości.

Na przestrzeni lat Sefardi spotykał różne kobiety. Im bliżej je poznawał, tym częściej widział w nich cechy, których one same w ogóle nie dostrzegały. Niektóre kobiety poznał na tyle, aby wyraźnie dostrzec, że są uparte, kiedy powtarzały mu coś, co doskonale sam wiedział, czego był w pełni świadomy. Zajęło mu trochę czasu, zanim zrozumiał, że jest to cecha kobieca ujawniająca się jedynie w kontaktach z mężczyzną. Zżymał się wtedy.

– To tak, jakby kuternodze przypominać: pamiętaj, masz jedną nogę krótszą i musisz chodzić ostrożnie, aby nie upaść. Albo mówić komuś w podeszłym wieku: nie męcz się zbytnio, dużo wypoczywaj, nie przejadaj się, dbaj o siebie.

Wiele z kobiet, jakie spotkał, nie zdawało sobie sprawy, że są to banały, rzeczy tak oczywiste, że jest niemożliwe, aby rozmówca o nich nie wiedział lub nie pamiętał. Wydawały się być drobiazgami, które mógłby pominąć lub zignorować, gdyby mu nie przypominano. Jedna czy druga niewiasta, potencjalna kandydatka do ideału, potrafiła nagle zepsuć atmosferę budzącego się zaufania przypominając, że nie ma dla niej czasu, kiedy on odczuwał, że to ona nie ma dla niego, ponieważ pracuje w dni robocze i święta. Kiedy usiłował wyjaśnić, że jest to obustronna słabość, odpowiadała:

– Nie, to ty nie masz czasu dla mnie.

Szukając ideału kobiety, Sefardi nie rozumiał, czego one potrzebują. Dotarło do niego znacznie później, że i one poszukują swojego ideału. Po latach wiedział, że nie był nawet dostatecznie dobry dla żadnej z nich. Rzadko rozumiały, o co mu chodzi, dlaczego reaguje tak, a nie inaczej, a potrzebował raczej niewiele. Poświęcał się, oszczędzał, aby coś kupić swojej wybrance, starał się też całkowicie ją akceptować. Mimo, że nie był głupi, popełniał błąd za błędem. Nie potrafił być naturalny i wyrazisty, nie umiał jasno i zdecydowanie przedstawić swojego stanowiska, swojego punktu widzenia. Z innymi rzeczami radził sobie dobrze.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 86: Erotyczny kankan z genialnym malarzem

Aktorki rytmicznie poruszały się po scenie. Kiedy na ich drodze pojawiła się mównica, zamiast usunąć ją z drogi, aby zrobić sobie więcej miejsca, odsunęły ją na bok. Obróciły się przodem do audytorium, wyrównały szereg i z niespotykaną energią zaczęły tańczyć kankana. Erotyczny taniec wyraźnie poruszył widzów na sali, głównie mężczyzn, choć i płeć żeńska nie uniknęła podniety. Spektakl kręcił się na całego.

Przy akompaniamencie muzyki dobiegającej gdzieś zza sceny i ogłuszającej lawinie oklasków z widowni studentki popadły w taneczny trans. Wykonały zaledwie kilkanaście pierwszych figur kankana, kiedy z bocznych drzwi wkroczył na scenę Toulouse-Lautrec z pełnym ekwipunkiem roboczym. Postać artysty, kalekiego, lecz utalentowanego produktu miłości kazirodczej, nie budziła wątpliwości. Mężczyzna miał nieproporcjonalnie krótkie nogi. Stanął na nich mocno, rozłożył sztalugi, farby i pędzel, i zaczął malować. Dobrze ucharakteryzowany aktor znakomicie parodiował francuskiego malarza. Sefardi zachodził w głowę, skąd reżyserka wytrzasnęła człowieka tak nietypowej postury. Pomyślał, że jest to pracownik cyrku.

Tancerki nie skończyły kankana w sposób tradycyjny, siadając na podłodze w szpagacie, lecz podzieliły się na trzyosobowe grupy. Widownia obserwowała występ z najwyższym zaciekawieniem. Nastrój udzielił się także Sefardiemu; aż podskoczył, kiedy ktoś w pobliżu sceny nagle wrzasnął: „Trójca jest doskonałością”.

– Znowu produkuje się jakiś kretyn, kryjący się za plecami innych. – Pomyślał z niechęcią Sefardi.

Hasło wywołało reakcję łańcuchową. Mnożyły się skojarzenia. Klerycy w sutannach modlili się na głos: „W imię ojca i syna i ducha świętego”, kiedy przerwał im okrzyk: „Jeśli ojciec, to i matka”. Nastrój udzielił się także wykładowcy przedmiotu „Kultura materialna”; wstał i lakonicznie stwierdził: „Potrzeba matką wynalazków”. Kiedy koledzy popatrzyli na niego zaskoczeni jego nietypowym zachowaniem, zaczerwienił się, rozejrzał się niepewnie i usiadł zrezygnowany. Kolejne, następujące po sobie, epizody teatralne kontynuowały ciąg wyraźnie zaplanowanych, paranoidalnych zachowań. Zagubiony w łańcuchu szalonych zdarzeń, Sefardi określił je mianem „burdelu akademickiego”.

– Coś takiego jest możliwe tylko w domu wariatów. Ktoś ich chyba nafaszerował narkotykami lub dopalaczami powodującymi przywidzenia i halucynacje. Coś niepojętego! – Doszedł do wniosku, uznając sytuację za beznadziejną.

Przeciągający się wykład stanął pod kolejnym znakiem zapytania, kiedy w ciągu zdarzeń z piekła rodem pojawiła się barczysta postać. Ktoś na sali powiedział, że to dziewoja; inni studenci używali określenia parobczak. Tajemnicza postać miała włosy ułożone w dredy i spuchniętą twarz. Nie sposób było rozpoznać ostatecznie, czy jest to mężczyzna czy kobieta. Nie zdziwiło to zbytnio Sefardiego. Był świadomy, że na świecie jest coraz więcej trzeciej płci. Nawet intuicja nie była w stanie mu zasugerować, czy ma do czynienia z mężczyzną, kobietą, hermafrodytą czy też transwestytą.

Jego rozważania przerwał organizm. Mężczyzna odczuł naglą potrzebę udania się do toalety. Ruszył w kierunku bocznych drzwi sceny. Kiedy przechodził obok przesuniętej na bok mównicy, coś go podkusiło, aby spróbować odzyskać uwagę widowni szalonym oświadczeniem, które w tym momencie przyszło mu do głowy: „Idąc drogą szalonych skojarzeń dochodzimy do absurdu matematycznego, że trójka z równania słownego „Trójca jest doskonałością” równa się czwórce w równaniu „Spaść na cztery łapy”. Wygłosił tę kwestię, dodając: – Mówię to jako człowiek wolnego zawodu, pisarz, dla którego porównania są chlebem codziennym. Ciekaw jestem, co by na to powiedzieli matematycy?”. Słyszała go cała sala, on jednak był już nieświadomy jej reakcji, ponieważ nogi nagle ugięły się pod nim i upadł. Dobiegły go oddalające się głosy otaczających go ludzi. Było ich coraz więcej.

– Czy pan jest może matematykiem? – Były to ostatnie słowa, jakie zapamiętał. Widział postać pytającego, po chwili rozmyła się w szarej mgle. Sefardi wytężył wzrok, nie był jednak w stanie niczego już dostrzec.

Michael Tequila books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 85: Szaleństwa w szkole dramatu

W przebłysku opamiętania Sefardi zaczął uważniej obserwować wydarzenia na sali. Każdy epizod wydawał się mieć jakiś schemat. Istniała pewna sekwencja zdarzeń, której nie rozumiał, ale wyczuwał. Były to mini spektakle, składające się z trzech części. Najpierw ktoś anonimowy wykrzykiwał hasło, potem pojawiała się postać aktora, a następnie rozwijała się akcja.

– To jest ta kolejność: hasło, postać, akcja. – Był tego pewien.

Postanowił sprawdzić słuszność swojej obserwacji. Na dobrą sprawę nie miał nic lepszego do roboty, ponieważ zajścia na sali następowały i tak bez jego udziału. Wyglądały na spontaniczne zachowania się studentów.

Incydent, jaki akurat się rozgrywał, o którym był już przekonany, że nie jest wyreżyserowany przez panią Gabrielę, zbliżał się do końca. Sefardi wiedział, że zaraz zacznie się nowa akcja. Czekał na nowy okrzyk, nowe hasło. I rzeczywiście. Ktoś anonimowy krzyknął: „Co w sercu, to na języku”. Był to kobiecy głos. Z wysokości sceny Sefardi był w stanie zlokalizować miejsce, skąd pochodził, a przynajmniej kierunek. Patrząc na audytorium ocenił, że było to po lewej stronie w głębi auli. Wcześniej podzielił ją sobie w myśli na cztery części, cztery kwadraty i ponumerował. Był to kwadrat numer jeden.

– Za chwilę pojawi się osoba aktora. – Mruknął do siebie. Mógłby powiedzieć to głośno i tak nikt by go usłyszał. Jego przewidywanie spełniło się dokładnie. W miejscu, które obserwował, wstała z krzesła studentka, o zgrabnej sylwetce choć nienadzwyczajnej urody. Miała płaską twarz i włosy w nieładzie, nie wiadomo, celowym czy przypadkowym. Przyglądał jej się z zainteresowaniem; była konkretem, pierwszą osobą na widowni, której zachowanie rozumiał, co dawało mu satysfakcję i poczucie rosnącej kontroli. Przyglądał się dziewczynie notując szczegóły: średniego wzrostu, szczupła, blond włosy, ubrana w niemodny już standardowy strój uczniów i studentów pierwszego roku – granatową spódniczkę i białą bluzkę z wykładanym kołnierzykiem. Dziewczyna miała na głowie czapkę studencką.

– Chce podkreślić swój status. – Doszedł do wniosku. Skoncentrował się na milczącej obserwacji i opisie tego, co się działo. – Stoi, rozgląda się na prawo i na lewo, obraca głową dookoła, chce, aby ją zauważono. Obraca się dookoła, aby wszyscy ją dostrzegli i docenili. Sefardi czuł, że to szczególne doświadczenie będzie mógł wykorzystać w swojej twórczości. Była to praktyczna lekcja opisu i charakterystyki postaci. Widowisko zaczynało mu się podobać.

–Teraz wygłosi swoją kwestię i zagra swoją scenę. Ledwo to pomyślał, już słyszał jej słowa, wyraźne, głośne, teatralne: „Mam serdecznie dosyć cnotliwego życia. Chcę się oddać. Nie nauce, ale mężczyźnie. Nie chcę być dłużej dziewicą, bo to mnie męczy. Pragnę jak najszybciej pozbyć się cnoty, tego przeżytku współczesnej młodej kobiety”

– Reklamuje się, jakby chciała się sprzedać. – Uznał Sefardi. Mimo, iż wiedział, że jest to gra, nie podobało mu się wrażenie, jakie wywołała swoimi słowami. Było w niej coś fałszywego. Przywołał się do porządku przypomnieniem, że to tylko teatr. Skoncentrował się, znowu uważnie słuchał i obserwował. Dziewczyna dodała głośno: „Wierzę głęboko w moją prawdę!”, po czym wykonała gest połączonych rąk płynący od piersi na zewnątrz. Sefardi nie zrozumiał go, lecz domyślił się, że dziewczyna symbolicznie wyjmuje miłość z serca i podaje komuś siedzącemu obok, po czym wygłasza kwestię: „To jest moja prawda”.

Nikt siedzący obok nie zareagował. Wszyscy pozostali nieruchomi jakby byli sparaliżowani lub nie rozumieli, o co chodzi.

– To koniec jej aktu. – Doszedł do wniosku Sefardi.

Na moment zagubił się, nie miał pojęcia, co teraz nastąpi. Słowa i gra młodocianej aktorki miały jednak sens; jakiś inny, tym razem męski głos, zawołał: „Wiara czyni cuda”. Stało się oczywiste, że słowa „Wierzę głęboko w moją prawdę” miały na celu zainicjować następny akt teatralny, który zaczynał się właśnie od słów „Wiara czyni cuda”.

Sefardi zapragnął, aby męczące widowisko wreszcie się skończyło.

– Jeszcze się dobrze nie rozkręciło, a on już myśli o zakończeniu. – Przedrzeźniająco stwierdził osobnik przypominający ubiorem i wyglądem belfra szkoły średniej, który nagle pojawił się w pierwszym rzędzie na sali na wprost Sefardiego. Wykładowca był pod wrażeniem, że nieznajomy usłyszał jego głos wewnętrzny. Był to nauczyciel łaciny zatrudniony na pół etatu w Zakładzie Filologii Obcojęzycznej.

Dziwactwa nie skończyły się, gdyż za chwilę z sali dobiegły słowa: „Finis coronat opus”. Sefardi nie zdziwił się, że był to głos anonimowy. Znał już mechanizm zdarzeń.

„Finis coronat opus” znaczy „Koniec wieńczy dzieło” – przetłumaczył łacinnik podkreślając słowa okrągłym, przesadnym ruchem prawej dłoni. Rzeka skojarzeń, haseł, interpretacji i tłumaczeń popłynęła wartkim nurtem dalszych wypowiedzi.

– „Opus w liczbie mnogiej to opera”. – Zawołał z dumą jakiś domorosły znawca łaciny, gołowąs w markowym dresie, podkreślającym jego wysportowaną sylwetkę.

– Opera? Jeśli opera, to Puccini. Niech żyje Puccini! Niech żyją wielcy kompozytorzy! Niech żyje córka opery, operetka. – Bezsensowne okrzyki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wywołując nieoczekiwany efekt: na scenie, obok Sefardiego, pojawiło się sześć tancerek. Wcześniej musiały chyba zażyć jakiegoś narkotyku, gdyż ich ruchy były dziwnie płynne i rozmazane jak na zwolnionym filmie.

– Są wyraźnie nabuzowane. – Uznał Sefardi. Po chwili, urzeczony delirycznymi wygibasami tancerek, milcząco pochłaniał symbolikę ruchów ich ciał, nóg, rąk i głów. Było to pasjonujące, pragnął zapamiętać jak najwięcej. Miał wrażenie, że uczestniczy w najdoskonalszym spektaklu tanecznym, jaki oglądał w życiu. – Nadzwyczajne! – Z trudem powstrzymał się, aby nie wykrzyczeć swego entuzjazmu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 82: Escuela Superior del Drama

Zgodnie z prognozą pogody ranek był piękny. Mimo tego Sefardi czuł się nie najlepiej, był ospały, w dodatku z nieznanego powodu rozbolał go żołądek. Zaczął chodzić po pokoju. Kiedy stanął na balkonie od strony wschodniej budynku, promienie słońca otoczyły jego głowę aureolą. Pomyślał, że dla celów promocji przydałby mu się wizerunek świętego. Ciepły obraz w szybie drzwi balkonowych i pogodna myśl niewiele mu pomogły. Nadal czuł się nijako. Zaparzył sobie i wypił mocną kawę, potem drugą, jeszcze mocniejszą, lecz nadal nie mógł się pozbierać. Podszedł do apteczki, gdzie kilka dni wcześniej znalazł paczuszkę narkotyku, którą schował tam – jak podejrzewał – jego wnuk, aby przejrzeć medykamenty w poszukiwaniu buteleczki z kroplami żołądkowymi. Napis na opakowaniu był słabo czytelny, ale naklejka miała charakterystyczny kształt zbuntowanego prostokąta w kolorze amarantowym. Była znakiem rozpoznawczym. Sefardi nalał sobie do szklanki wody, dodał przepisaną ilość mikstury, zamieszał łyżeczką o rączce cienkiej jak drut i wypił duszkiem napój. Nie było to smaczne, ale od razu zadziałało. Podszedł do kanapy, aby chwilę posiedzieć i odzyskać siły. Po południu o godzinie czternastej miał wykład inauguracyjny w Escuela Superior del Drama y Teatro, Wyższej Szkole Dramatu i Teatru. Musiał być w dobrej kondycji.

*****

W gmatwaninie ulic, budynków, pojazdów i własnych myśli kierowca poruszał się szybko i sprawnie dzięki nawigacji satelitarnej. Siedząc za kierownicą mówił głośno, jakby rozmawiał z inną osobą, że GPS nie jest przyjacielem szatana, jak to kiedyś określił zbuntowany klecha, lecz nowoczesnym narzędziem Boga, wydłużającym jego rękę wyciągniętą w stronę gubiącego się nieprzerwanie człowieka. Ludzie tracili orientację nie tylko w wierze i w życiu, ale i na ulicach. Sefardi wyobraził sobie największe miasto świata, liczące trzydzieści osiem milionów mieszkańców, więcej niż kraj, w którym mieszkał, i monstrualność wyzwań stojących przed kierowcami. Samochód zbliżał się do przejścia dla pieszych, nad którym zapaliło się czerwone światło, i kierowca przerwał monolog, aby się skoncentrować. Kiedyś taka rozmowa denerwowała go, uważał za nienormalne, że ktoś rozmawia ze sobą głośno, potem mu to przeszło.

– Bóg nie może pomagać każdemu z osobna, dlatego stworzył nawigację satelitarną. Kiedy na ziemi był raj, a w nim tylko Adam i Ewa, nie było to potrzebne. Ewa była na wyciągnięcie ręki, Adam mógł ją odnaleźć w każdej chwili. Teraz, kiedy na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, trzeba było zaprząc technologię do pomocy. Dlatego Bóg wynalazł GPS. Oczywiście nie osobiście, ale przez człowieka. Bez mojego Garmina byłbym dzisiaj jak bez głowy. – Kierowca przerwał monolog, aby skoncentrować się.

Obserwując pojazdy, znaki drogowe i ludzi na przejściach dla pieszych, Sefardi dotarł do celu. Była nim Wyższa Szkoła Dramatu i Teatru, Escuela Superior del Drama y Teatro, gdzie miał wygłosić wykład inaugurujący rok akademicki. Wjechał na parking i ustawił samochód w odległym, pustym miejscu. Zawsze bał się, że ktoś uszkodzi mu pojazd.

*****

Uczelnia mieściła się w budynku wyglądającym jakby składał się z pięciu części. Część centralną wieńczył tympanon nad drugim piętrem, nad którym górowały postacie dwóch muz połączonych wielką harfą. Wejście do budynku zdobiła marmurowa rzeźba rozczapierzonej dłoni. Parter był różowego koloru, pierwsze i drugie piętro pomalowano jaśniejszą farbą.

Korytarz prowadzący w głąb budynku zaprzeczał wystrojowi zewnętrznemu. Był surowy i niezbyt szeroki, pod sufitem biegły dwa rzędy świetlówek podwieszonych pod czarną kratką. Kremowych ścian nie urozmaicał żaden obraz, plakat, tablica, czy choćby kartka z ogłoszeniem. Nagość ścian rzucała się w oczy. W połowie korytarza znajdowała się wielka wnęka z kaloryferem, a naprzeciwko niej ławka, zajęta przez trzech studentów. Pięciu dalszych podpierało ściany. Dyskutowali między sobą jakiś temat, bez emocji i nadmiernej gestykulacji. Czarna podłoga i sufit z ciemnej kratki dominowały nad jaśniejszymi plamami ścian, wywołując uczucie niepewności i zwątpienia.

*****

Aula była wypełniona po brzegi studentami.

– Pierwszy rok. Nowozaciężni. – Mruknął do siebie Sefardi.

Myślał o nich z życzliwością, choć nie czuł się jeszcze najlepiej. Dobre samopoczucie wracało powoli. Miał kilka minut, aby rozejrzeć się po sali. Zastanawiał się nad wykładem, którego temat i treść były niespodzianką przygotowaną przez rektora dla studentów i wykładowców. Była to bardziej prezentacja niż typowy wykład. Rektor, starszy dystyngowany pan, był właścicielem uczelni i lubił zaskakiwać audytorium jakimś niezwykłym wydarzeniem raz do roku.

Tematem wykładu były związki między literaturą a teatrem. Scenariusz został uzgodniony wcześniej z donią Gabrielą, wykładowczynią i reżyserką sztuk dramatycznych. Sefardi omówił z nią hasła znane z literatury, jakimi planował się posłużyć, aby zbadać, jakie skojarzenia i reakcje wywołują one w audytorium, składającym się ze studentów pierwszego roku. Miał to być nietypowy wykład inauguracyjny, którym rektor pragnął wyróżnić swoją uczelnię.

– Proszę dać mi listę haseł, a ja przygotuję i wyreżyseruję ze studentami sceny, które ożywią reakcje widowni. Doda to płynności pańskiej prezentacji. Dodatkową korzyścią będzie zaangażowanie studentów; będąc słuchaczami staną się także widzami i aktorami.

Sefardiemu podobał się pomysł aktywnego udziału studentów w wykładzie. Martwił się jednak, czy reakcja na hasła będzie dostatecznie spontaniczna. Nie był pewien, jak skutecznie wykład przełoży się na prezentację teatralną studentów-amatorów, czy podołają oni zadaniu. Przedstawił swoje wątpliwości reżyserce.

– Proszę się nie martwić. Będzie jak w sztuce teatralnej, przypominającej sceny z życia. Żyjąc też gramy jakieś role: kochającej córki, dobrego ojca, pobłażliwej matki, wpływowego polityka, ambitnego pisarza, wymagającego reżysera. Wszyscy jesteśmy zarazem widzami i aktorami. – Sefardi uśmiechnął się w odpowiedzi na komentarz. Podobało mu się podejście rozmówczyni. Rozstając się z kobietą Mistrz był pewien, że jego wykład dużo zyska na oprawie scenicznej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 81: Perypetie z opuchlizną

Sefardi umocnił się w przeświadczeniu o zaangażowaniu Barrasa, kiedy ten zaczął rozpowszechniać pogłoskę, że uczulenie Sefardiego nasila się, kiedy źle myśli i mówi o osobach znanych i zasługujących na uznanie za swoją działalność społeczną lub polityczną. Ktoś zasugerował Sefardiemu, że chodzi o związek psychosomatyczny, jaki tkwi w jego organizmie. Mistrz postanowił zapytać o to lekarza. Okazał się on zwykłym konowałem. Nie poznał się na chorobie, albo też, śpiesząc się przyjąć następnego pacjenta starał się zbyć Sefardiego, gdyż nic mu nie wyjaśnił. Zapisał mu tylko leki. Nie przyniosły mu one ulgi ani poprawy. Wobec braku pozytywnej reakcji organizmu, rozczarowany Mistrz postanowił sam stawiać sobie diagnozy i sprawdzać je po kolei. Wymagało to czasu. Po wyczerpaniu cierpliwości mniej więcej po tygodniu, Sefardi udał się do innej przychodni, tym razem specjalisty od ust. Był to okres, kiedy lekarze specjalizowali się już w pojedynczych organach ciała, ręce, nodze, uchu, ustach, a nawet grubym palcu prawej stopy.

Po drobiazgowym zapoznaniu się z historią choroby, lekarz zalecił pacjentowi przeprowadzenie kosmetycznej operacji poprawy kształtu ust. Zabieg był bolesny i wyłączył Sefardiego z życia publicznego na kilka tygodni. Po wygojeniu się blizn okazało się, że efekt operacji jest nienadzwyczajny. Wargi nadal były powiększone. W dodatku pojawiły się podejrzenia, nawet ze strony przyjaciół, że Sefardi chciał się „upiększyć” podobnie jak kobieta. W sprawie wypowiadał się także Wiktor, żartując na temat botoksu i chęci odmłodzenia się Sefardi. Bezsensowne, a zarazem przykre podejrzenia i komentarze wyprowadziły Sefardiego z równowagi. W obronie własnej wymyślił sposób kompromitowania plotkarzy i ich pomysłów. Twierdził, że opuchlizna to charakteryzacja do roli w filmie science-fiction, w którym gra kosmitę gromadzącego energię w wargach. Efekt kontrofensywy zaskoczył Sefardiego; wiele osób uwierzyło w jego rolę w filmie i z powagą zadawało mu pytania na ten temat.

Niezrozumiała i uparta opuchlizna warg doprowadziła w końcu do najgorszego: Barras rozpętał kampanię oszczerstw przeciwko Sefardiemu. W krzywych zwierciadłach na Plaza Central pojawiły się nowe, jeszcze bardziej karykaturalne wizerunki Sefardiego. Obok starych luster zaczęto instalować nowe, bardziej nowoczesne, zasilane energią z paneli słonecznych. Burmistrz tłumaczył inwestycję potrzebą rozjaśnienia miasta wykorzystując energię odnawialną. Rozbudowy sytemu luster zaniechano dopiero wtedy, kiedy okazało się, że ściągają one owady, które rozbijając się tysiącami o nagrzaną, błyszczącą powierzchnię, zanieczyszczają ją i wywołują zabójczy fetor.

*****

Puchnięcie warg powoli zmniejszało się. Lekarz nie wiedział, kiedy spuchlizna ostatecznie ustąpi, co gorsza, nie dawał gwarancji, że zniknie ona w ogóle. Nie wiadomo, co podejrzewał, gdyż wciąż zlecał wykonywanie dodatkowych badań. Najgorsze było to, że pojawiły się nowe plotki, że Sefardi prowadząc hulaszczy tryb życia zaraził się nieznaną, niebezpieczną chorobą. Sefardi dementował je, nazywał je bzdurami wyssanymi z palca lub wziętymi z sufitu.

Isabeli nie widział od dawna. Kiedy rano jak zwykle przyniosła mu herbatę, wyglądała jak ibis. Miała na sobie czerwone szpilki na wysokim obcasie, cienkie jedwabne pończochy z pionowym motywem roślinnym, wymyślny kapelusz oraz suknię o fakturze i kolorze upierzenia szkarłatnego ibisa. Przypominała go sylwetką, detalami ubioru i sposobem poruszania się: mocne nogi, dojrzałe jakby zdziwione oczy ostrożnego ptaka, gotowego odlecieć w każdej chwili unosząc ze sobą niezwykły majestat. Zwisający z szyi gruby wisior wyraźnie przypominał charakterystyczny długi dziób ptaka. Gospodyni wyglądała tak dziwnie i wyzywająco, że Sefardi skojarzył ją sobie z kurtyzaną. Myśl była tak obraźliwa, że zawstydził się.

Isabela była uroczysta i małomówna.

– Idę dzisiaj do kościoła – poinformowała, po czym zawahała się, zmieszała i zamilkła. Oboje milczeli, zażenowani niezręcznością sytuacji, choć nie było w niej nic żenującego. – Potem idę na przyjęcie – dodała, jej policzki zaróżowiły się.

Sefardi miał wrażenie, że chce mu jeszcze coś wyznać, podzielić się czymś, co ją męczy, ale milczała. Czuł się podobnie. Chciał jej powiedzieć, że wygląda uroczo, fascynująco, rewelacyjnie. Nawet jedno słowo nie przeszło mu przez gardło. Zabrzmiałoby to tak, jakby chciał jej się oświadczyć. Poczuł się zagubiony.

O puchnięciu warg Izabela wiedziała od dawna, ale bagatelizowała problem.

– Czy warga to taka ważna część ciała? – Pytała, przyglądając mu się z nieukrywaną powagą. – Sama mam wydatne wargi i nawet to sobie chwalę. Co do pana, to jest coś gorszego. Ktoś szerzy pogłoski, że ma pan chorobę weneryczną. Ja osobiście w to nie wierzę, ale moi znajomi tego nie wykluczają. – Podsumowała z niesmakiem.

Kiedy opuściła pokój, Mistrz powiedział sobie półgłosem: – Tak. Zdecydowanie przypomina ibisa. Nie był pewien, dlaczego uznał to za ważne. Coś błądziło mu po głowie, jakieś dalekie pragnienia, rajski ogród wypełniony zapachem konwalii snującym się między kwitnącymi drzewami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 80: Niezwykłe spotkania i puchnące wargi

Spotkanie z Tedem było planowane od dawna. Po latach niewidzenia Sefardi odwiedził swego serdecznego przyjaciela z lat dziecinnych. Mimo dojrzałości wiekowej, mężczyźni zachowali ciepło chłopięcych imion z dzieciństwa. Ted zwracał się do niego Eddy. Na spotkaniu Sefardi poznał żonę Teda, niewiastę pobożną, sfatygowaną trudami życia, które uwidoczniły się na twarzy głębokimi zmarszczkami i wyrazem rzetelnego smutku. Zaczęli rozmawiać zupełnie luźno na tematy obojętne, kiedy żona przyjaciela oświadczyła:

– Wie pan, nie miałam lekkiego życia. Ted nie jest łatwym człowiekiem, jak pan zauważył prawdopodobnie już czterdzieści lat temu, a mnie los, oprócz małżeństwa dotknął także chorobą. Musiałam przejść kilka operacji na szczęście bardzo udanych. To nie znaczy, że jestem teraz szczęśliwa. Chodzi o mastektomię, którą przeprowadził doktor Corduro w lokalnym szpitalu. Szpital jak szpital, ale doktor był w porządku. Musieliśmy dać mu dużą kopertę, bo był przecież ordynatorem działu chirurgii. Doktor Corduro usunął mi prawą pierś, bardzo skutecznie, ponieważ od lat nic mnie już nie trapi. Nie było to wszystko. Miałam jeszcze inne okropne przeżycia. W zeszłym roku zatrudniłam się na czarno u pewnego biznesmena, pracowałam w jego restauracji, gdzie smażyłam naleśniki. To była straszna praca, gorąco, w dymie, pod presją czasu. Ale wytrwałam, bo byłam sumienna, zaangażowana i miałam pozytywne nastawienie, tak jak oczekiwali. Smażyć to ja umiem bardzo dobrze, nauczyła mnie tego mama. Ten drań jednak mnie oszukał.

W długim opowiadaniu kobieta otworzyła Sefardiemu wrota do dziesiątków nadzwyczajnych przeżyć i doświadczeń. Nie mógł przerwać potoku jej słów zważywszy, że rozmówczyni traktowała go niezwykle poważnie, jak spowiednika z kwalifikacjami psychoterapeuty, więcej – jak powiernika, z racji wieloletniej przyjaźni z jej mężem. Ted protestował, miał inne zdanie, głos jego nie brzmiał jednak dostatecznie głośno, aby wywołał jakiś skutek.

– Moje zatrudnienie u tego łajdaka biznesmena, oby ziemia go pochłonęła, im szybciej tym lepiej, skończyło się moim odejściem. Do dzisiaj wisi mi dwie miesięczne pensje. Przeżyłam to jakoś, ale żal w sercu pozostał.

Za wyznaniem kobiety poszły dalsze, poczynione przez innych mieszkańców wsi. Obserwacje ludzkich zachowań u fundamentów społeczeństwa, pozwoliły Sefardiemu pogłębić swoje zrozumienie wiejskiej polityki. Tego wieczoru wyłożył przyjacielowi po wypiciu kilku kieliszków wina, których nie mógł odmówić z uwagi na gościnność, swoje poglądy na demokrację, podkreślając jej prymitywny charakter.

 – Widzisz, Ted, ludzie mają poglądy, które ich dzielą, co nie wychodzi nikomu na dobre. Upierają się przy tych poglądach, często przestarzałych i zgubnych, bronią ich, w końcu biją się z ludźmi myślącym inaczej, widząc w nich wrogów raczej niż zwyczajnych obywateli, często im życzliwych, mających tylko inny pogląd na świat. W efekcie, w kraju nastąpiły podziały, pogłębiły się niesnaski, społeczeństwo poszatkowało się na grupy, z których wyłoniły się trzy wielkie trzy nurty myślenia i działania. Sefardi nie zdążył wyłożyć więcej, ponieważ żona Teda nakazała mu pomóc w kuchni przy obieraniu ziemniaków, co uniemożliwiło dalszą dyskusję.

– Wiele rzeczy trzeba zmienić, wiele nowych stworzyć i wiele się jeszcze nauczyć. To zadanie dla nas wszystkich, dla społeczeństwa – zdążył jeszcze podsumować Sefardi.

Po latach Sefardi nie był nawet pewien, czy poglądy te wyłożył w rozmowie z Tedem czy może z Enrique, z którym czasem konwersował przez telefon. Był to drugi przyjaciel z dzieciństwa mieszkający na przeciwległym krańcu Nomadii.

*****

W trakcie rozmowy z Isabelą Sefardi zauważył, że jego wargi niepokojąco puchną. Czuł to nabrzmiewanie fizycznie, kiedy dotykał ust. Zjawisko powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiał, potem znikło, potem znowu wróciło i występowało ze zmienną częstotliwością. Wizyta Sefardiego u lekarza niewiele przyniosła. Lekarz nie umiał rozpoznać choroby. Tym niemniej zalecił pacjentowi zagraniczne serum, zapewniając, że jeśli ono nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Była to znana formuła medyczna służąca poprawie samopoczucia pacjentów.

Nabrzmiałe wargi Sefardiego wywoływały różne reakcje. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ludzie nieoczekiwanie wybuchali śmiechem, twierdząc, że właśnie przypomnieli sobie coś bardzo zabawnego. Inni wpadali w panikę i pod byle pretekstem opuszczali towarzystwo Sefardiego z obawy o nagłe zarażenie się, mimo że z góry wszystkich zapewniał, że opuchlizna nie jest zaraźliwa ani niebezpieczna. Dla niego samego najdziwniejsze było to, że wszyscy pytali go, czy jest świadomy, że puchną mu wargi i sugerowali pilne udanie się do lekarza.

Przez pewien czas Mistrz podejrzewał, że jego problem kosmetyczno-zdrowotny jest efektem jakieś sztuczki Barrasa, usiłującego wyeliminować go jako krytyka jego rządu. Podejrzenia te miały swoje uzasadnienie, gdyż od pewnego czasu Sefardi miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi i śledzi każdy jego krok. Czując to bardziej niż będąc pewnym, zastanawiał pułapki, aby sprawdzić podejrzenia, niczego nie udało mu się jednak odkryć. Umówił się wtedy ze znajomym, aby obserwował, co dzieje się wokół niego, kiedy idzie ulicą w centrum miasta, czy ktoś nie towarzyszy mu po cichu. Nikt mu nie towarzyszył.

Dla pewności, spróbował tej samej metody weryfikacji, czy nie jest śledzony, na wystawie sztuki rzemieślniczej, kiedy przesuwał się między straganami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby o coś zapytać, kupić lub zrobić zdjęcie. Tym razem rzeczywiście go śledzono. Znajomy nagrał to kamerą video z drugiej strony ulicy. W ślad za Sefardim poruszał się w stałej odległości nieznany, szczupły mężczyzna, z wąsem, o twarzy wieśniaka, wyglądający podobnie jak tysiące innych osób przybyłych na wystawę rzemiosła artystycznego. Był to złodziej. Jego twarz Sefardi rozpoznał kilka dni później na zdjęciu w gazecie. Osobnik okazał się sprytnym i niezwykle skutecznym złodziejem aparatów fotograficznych, którego w końcu ujęto. Nic mu się nie stało. Wkrótce go wypuszczono z aresztu z braku dostatecznych dowodów i niskiej szkodliwości społecznej. Sefardi uspokoił się na tyle, że wiedział już teraz na pewno, że nie był to człowiek nasłany przez Barrasa.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 78: Rozmowy Sefardiego z Kanapą

Od pewnego czasu Sefardi rozmawiał z Kanapą podobnie jak ludzie rozmawiają z psem lub małym dzieckiem, które niewiele pojmuje. Zaczęło się to mniej więcej w połowie Planu Czterdziestu Dni. Mówił do niej, jakby była żywą osobą i mogła go zrozumieć. Najdziwniejsze, że mu odpowiadała, tak to odbierał, reagując przytomnie na jego słowa. Było mu to bardzo na rękę, ponieważ wprowadzało w jego życie poczucie spokoju, którego mu czasem brakowało. W rozmowie mógł bez pośpiechu wyłuszczyć swoje poglądy na dowolną sprawę, przedstawić argumenty, nie będąc kontrowany od samego początku, jak to robiła Penelopa czy też, w nieco mniejszym wymiarze, inne osoby, które zazwyczaj dochodziły do wniosku, że jest on apodyktyczny.

Z szacunku myślał o Kanapie jako o Meblu przez duże M, tak jakby to było imię. Mebel sugerował imię męskie, choć sama Kanapa była rodzaju żeńskiego. Na początku mu to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie sytuacja się zmieniła i dwoistość imion skonfrontowana z martwą naturą przedmiotu zaczęła mu dokuczać coraz bardziej. Stała w sprzeczności z logiką.

Poruszył to w rozmowie z Kanapą. Przedstawił jej rozterkę logiczno-semantyczną, jaką przeżywał i zdziwił się, że nie zareagowała na jego słowa, choć z drugiej strony uznawał jej prawo do zachowania innego niż oczekiwał. Szanował je podobnie jak prawo każdej innej istoty do nieudzielania odpowiedzi lub wstrzymania się z nią do czasu lepszego rozpoznania sprawy. Uważał, że każdy ma prawo do zastanowienia się. Nie znosił ludzi, którzy chlapali językiem zaraz po usłyszeniu pytania. Uznawał to za typowe dla polityków, szczególnie pewnej grubej jędzy z Partii Konserwatywnej. Nie znosił tego babsztyla.

Milczenie Kanapy w tej sprawie zaczęło mu ciążyć. W grę wchodził czas. Zawsze miał on dla Mistrza znaczenie. Mógł zrozumieć, że ktoś nie odpowiada od razu, ale brak jakiejkolwiek reakcji w rozmowie uważał za naganny. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym bardziej nabierał przekonania, a z czasem pewności, że nie jest to problem Kanapy, tylko jego własnej osobowości.

Nie była to jedyna zgryzota. Drugą były omamy i urojenia. Pojawiały się i znikały. Na szczęście nie zdarzały się zbyt często. Miały różną postać: żywiołów z chińskich horoskopów i zjawy w rodzaju baby z pustymi wiadrami, także zmaltretowane postacie z obrazów Francisco Goi z czasów krwawej inkwizycji, jakie oglądał w Museo del Prado w Madrycie. Napisał nawet wiersz na ten temat, jakby na potwierdzenie prawdy o nawiedzających go chimerach. Kiedy sobie o nim przypomniał, odszukał go i odczytał na głos dwa razy. Pamiętał nawet, kiedy i gdzie go napisał.

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Nocą nawiedzały Sefardiego najgorsze potwory, zmory nocne, które go dusiły. Tych nie znosił najbardziej. Zastanawiając się nad nimi uznał, że problem i jego rozwiązanie tkwią chyba znowu w nim samym. Czuł przez skórę, że coś z nim nie jest w porządku. Mówił to sobie po cichu, jakby bał się, że ktoś inny może je usłyszeć.

Był to początek świadomości Mistrza, że ogarnia go szaleństwo. Uznał je za rzecz straszną jak i niezmiernie pasjonującą. Interesując się psychologią wiedział, że ludzie zaburzeni psychicznie dzielą się na tych, którzy nie mają świadomości, że coś z nimi jest nie w porządku, oraz tych, którzy tę świadomość mają. Obydwie grupy zrównywał fakt, że nie umieją sobie poradzić z problemem.

Rozumienie sprawy nie zmieniło postawy Sefardiego wobec Kanapy. Nadal był przyjaźnie do niej usposobiony i wciąż z nią rozmawiał, może tylko rzadziej. Starał się przy tym pamiętać, aby zwracać się do niej „Kanapo”, co było zgodne z naturalną płcią rozmówczyni. Oczywiście nie chodziło mu o płeć, ale o rodzaj. Było to jak zapadanie się w przepastny śnieg. Pogorszenia samopoczucia nie były częste, stopniowo jednak nasilały się, co go tylko umacniało w przekonaniu, że decyzja przyspieszonego zakończenia życia jest jak najbardziej na czasie. Do tajemnicy nie dopuszczał nikogo, nawet Anastazji, którą darzył szczególnym zaufaniem, ani Amizgao, który był jego najbliższym przyjacielem i powiernikiem. 

If you like this story, you will also enjoy other books by Michael Tequila: : https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 77: Baba z wiadrami

Zmagania z samym sobą tak zaabsorbowały Sefardiego, że nie zauważył, kiedy na drodze pojawiła się kobieta z wiadrami. Zahamował tak gwałtownie, że o mało co nie poleciał do przodu na zbity pysk.

– Nie mogłaś mnie, babo, ostrzec choćby krzyknięciem, że jesteś na drodze! – Wrzasnął zdenerwowany spod kasku, który zsunął mu się na oczy pod wpływem gwałtownego hamowania.

– A pan, to co? Jedzie sobie jak lord admiralicji i gapi się jak zwykły cham w ziemię! Nie łaska to patrzeć do przodu, aby komuś nie zrobić krzywdy? Wodę bym rozlała, gdybym tylko niosła. Na szczęście wiadra są puste – krzyknęła, jej twarz zaczerwieniła się.

Zawiał wiatr i sypnął obficie pylistym piaskiem w twarze wędrowców. Sefardi, mrużąc oczy, przyjrzał się kobiecie, zauważając okrągłe policzki i mały wąsik pod nosem. Przypominała zniewieściałego mężczyznę. Kiedy odwracał wzrok, na jej sweterku mysiego koloru dostrzegł malutką plakietkę z napisem „Partia Konserwatywna” okrągłą jak twarz właścicielki, z literami w kolorze zjadliwej zieleni. Naszła go natychmiastowa chęć spojrzeć jej w oczy. Dostrzegł w nich, był o tym przekonany, bezbrzeżne poparcie dla Barrasa. Była to ostatnia kropla, która przelała czarę rozczarowań Sefardiego. Ogarnęła go nieokiełznana, szewska pasja. Wściekłość z powodu wczesnego przebudzenia, jazdy donikąd, gwałtownego wiatru, śmierdzących świń w zagrodzie, ich obrzydliwego kwiku, bezmyślnego wieśniaka na furmance oraz widoku okropnej baby z wiadrami musiała znaleźć ujście. Organizm mężczyzny nie był już w stanie więcej zdzierżyć.

Zsiadł z roweru i podszedł do kobiety. Niepewnie przyglądała mu się z bliska. Niepokój odmalował się na twarzy, która skurczyła się dziwnym grymasem. Kobieta usunęła się nieznacznie na bok, ustępując agresorowi. Nie wiedziała, co zrobić z rękami podtrzymującymi wiadra zawieszone na łańcuchach.

– Niech pani zdejmie te wiadra! – krzyknął rozkazująco. – No szybko!

– Dlaczego? Dlaczego chce mi pan zabrać wiadra? To w czym będę nosić wodę? – Zapytała półgniewnie, półbłagalnie.

– Do diabła z kretyńskimi wiadrami! Nie są mi one potrzebne. Ściągnij wreszcie, babo, z siebie te cholerne baniaki!

Zaskoczenie w oczach kobiety przerodziło się w strach. Poruszyła nerwowo rękami, jakby szukała dla nich miejsca, po czym nagłym ruchem bez dalszego wahania zdjęła ciężar z barków. Stała wyprostowana z opadłymi ze zmęczenia ramionami i niepokojem czającym się w oczach. W Sefardiego wstąpił diabeł. Bez chwili namysłu trzasnął kobietę w twarz otwartą prawą ręką. Głowa ofiary odskoczyła na bok, po czym powróciła na miejsce jakby była na sprężynie. Jej oczy były pełne przerażenia, osłupiałe nie tyle z zaskoczenia, ile ze zwierzęcego strachu. Rowerzysta, zamiast się opamiętać, wymierzył drugi, płaski cios w lewy policzek. Kobieta usiłowała zrobić krok do tyłu, potknęła się albo ugięła pod wpływem uderzenia i upadła na kolana. Dopiero wtedy napastnik oprzytomniał. Nie wiedział, jak się zachować. Pomógł kobiecie podnieść się na nogi i zaczął gorączkowo przepraszać. Kiedy ofiara otrzepywała się z kurzu i wygładzała spódnicę, Sefardi rzucił się do torebki z narzędziami przymocowanej do ramy roweru i gorączkowo zaczął w niej coś szukać.

– Zaraz pani wynagrodzę moje szalone zachowanie. Sam nie wiem, co mi się stało! Przepraszam panią. Prześladowało mnie wspomnienie kobiety z pustymi wiadrami. Chyba dlatego, że matka mi opowiadała, jak kiedyś taka jedna doprowadziła ją do nieszczęścia. Musiałem w to uwierzyć. Jak jakiś wariat! Jeszcze raz najmocniej panią przepraszam!

Niewiasta stała już mocno na nogach i ukradkiem rozglądała się za wiadrami oceniając agresora spod oka, niepewna, czy nie udaje i nie stara się jej zagadać tylko po to, aby znowu ją sponiewierać.

– Niech pan da spokój. Pan, taki stary człowiek, prawie nad grobem. – Ostatnie zdanie powiedziała chyba po to, aby mu dopiec. – Wiem, że puste wiadra ludziom źle się kojarzą, ale nikt to tej pory na mnie nie napadł.

Sefardi w końcu znalazł w torebce rowerowej kilka banknotów. Ucieszył się. Błagał kobietę, aby przyjęła, ale odmówiła. Chciała jak najszybciej oddalić się. Na odchodnym popatrzyła na niego jak na chorego i dodała spokojnie: – Ja pójdę w moją stronę, a pan niech jedzie w swoją i zastanowi się nad sobą. Pijaństwo nikomu nic dobrego jeszcze nie przyniosło. – Znalazła sobie wytłumaczenie zachowania nieznajomego mężczyzny odpowiadające jej życiowym doświadczeniom.

Sefardi zdał sobie sprawę, że nic więcej nie wskóra. Nie zwlekając dłużej obrócił rower i pognał przed siebie jak szalony. Nie oglądał się do tyłu, tylko naciskał pedały całym ciężarem ciała. Czuł się jak skopany pies, jakby to jego powalono na ziemię. Wyrzuty sumienia były tak silne, że odczuł fizyczny ból. Zatrzymał się, zsiadł z roweru i zaczął wymiotować.

Ogarnął go wielki wstyd. Z gniewem odrzucił myśl, że powinien się wyspowiadać. Po chwili zmienił zdanie i zaczął chaotycznie modlić się spoglądając mimochodem na rower, obsesyjnie drażniący go swoją nazwą. Czuł w sobie nienawiść, dusił się. Kiedy osiągnął wzgórze, na którym wcześniej o mało co nie usnął mimo silnego wiatru, doszedł do wniosku, że ogarnął go jakiś całkowicie niezrozumiały amok na widok kobiety z wiadrami, uczucie, o jakim miał niejasne pojęcie tylko z literatury. Usiłował usprawiedliwić swoje zachowanie nabytą w dzieciństwie wiarą w zabobon i twarzą z wąsikiem przypominającym Barrasa. Próby wyjaśnienia nie uspokoiły go; czuł się uwikłany w wielkie, wszechogarniające kłamstwo. Był skłonny do konfrontacji, taki miał temperament, choć starał się nad nim panować. Robił to od czasu, kiedy przyjął Plan Czterdziestu Dni oparty na zasadzie prawdy i wolności. Ten dzień wymknął mu się z ręki.

– Przeszarżowałem bardziej niż było to do pomyślenia. Kretyńsko przeholowałem. Wprost kretyńsko – przeklinał siebie, nie mogąc znaleźć usprawiedliwienia dla swego czynu.

Po powrocie do domu zaprosił żonę do gabinetu. Zrobił to niechętnie, ponieważ wytykała mu nieporządek, nazywając go wielkim bałaganiarzem, którego on sam w takiej skali nie dostrzegał w sobie. Musiał z kimś porozmawiać. Chciał wiedzieć, co sądzi o jego moralnym rozwydrzeniu. Do opinii żony, z racji jej krytycyzmu, nie przywiązywał nadmiernego znaczenia, tym niemniej cenił większość jej opinii i obserwacji.

– Byłem na rowerze. Na przejażdżce. – Zaczął mało poetycko, po czym wyjaśnił okoliczności i przebieg zajścia z kobietą z wiadrami. Żona wysłuchała go do końca, nie przerywając. Niewiele miała do powiedzenia.

– Sytuacja jest prosta. – Powiedziała, patrząc mu w oczy. Nie lubił tego spojrzenia, zawsze wydawało mu się oskarżycielskie. Tym razem było spokojne i nawet jakby życzliwe. Uważała go za roztargnionego z własnej winy. Nie mogła zrozumieć, że nie potrafi się skoncentrować. Uczucie to było dla niej obce. – Związek z kobietą oparty jest na nieporozumieniach. – Pomyślał.

– Sytuacja jest prosta. – Powtórzyła Penelopa. – Byłeś nieprzytomny jak zawsze. Ponadto, nie pojechałeś swoim rowerem. Twój rower cały czas stoi w komórce w garażu. Nie wierzył. Zszedł na dół do komórki, aby sprawdzić. Kiedy wrócił, żona ogarnęła go ewangelicznym spojrzeniem o niewiernym Tomaszu.

To nie był jego rower. Zdał sobie sprawę, że zabrał rower sąsiada, który udostępnił mu swoją komórkę na kilka miesięcy. Siadł na walizie i zapłakał. Coś się w nim rozlało. Uznał to za dzień szaleństwa rowerzysty, którym tak naprawdę nigdy nie był, ponieważ nie lubił jeździć na rowerze.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 76: Wyprawa rowerowa i świnie

O czwartej czterdzieści pięć, razem z głosem kukułki wielkiego zegara ściennego, słońce wtargnęło do sypialni i poraziło promieniami Sefardiego, wyrywając go bezpardonowo ze snu. Mistrz nigdy nie wstawał tak wcześnie, tym razem uczynił wyjątek.

– Teraz to już na pewno nie zasnę – nabrał przekonania, usiłując wymacać stopami leżące na podłodze kapcie domowe. Ubrał się szybko, w pośpiechu wypił pół kubka gorącej herbaty i zjadł dwie kanapki z szynką z poprzedniego wieczoru. Od rana, bez powodu, ponosiły go nerwy. Byle drobiazg wyprowadzał go z równowagi. Pocił się, mimo że nie było gorąco, a nawet ciepło. Odszukał plecak i włożył do niego butelkę wody mineralnej, po czym zszedł schodami do garażu, gdzie trzymał rower. Kiedy znalazł się na zewnątrz, nie zastanawiał się, dokąd jechać. Uznał, że nie ma to znaczenia. Wsiadł na rower i ruszył przed siebie. Złościła go nazwa roweru „Kombinatoryka”, którą sam wymyślił, ponieważ tego ranka dłuższe nazwy wyjątkowo mu nie pasowały. Poprzedniego dnia nie udało mu się skończyć prostej naprawy zegarka, dłużyła mu się niepomiernie. W nocy potknął się o róg stołu i odczuł mocny ból w dolnej części krzyża, potem obudził się przedwcześnie i uznał, że nie będzie już mógł zasnąć. Był to zdecydowanie niedobry dzień.

Na drodze wiatr hulał silnymi porywami i na pierwszym ostrzejszym zakręcie o mało co nie powalił Sefardiego na ziemię razem z rowerem. W dodatku do głowy pchały mu się jakieś dziwaczne pomysły wynalazcze.

– Wszystko sprzysięgło się przeciw mnie – warknął w powietrze. Coś się w nim gotowało; ogarnęła go osobliwa mieszanka zdenerwowania, żalu, złych wspomnień i frustracji. Przypomniał sobie piekło Dantego Alighieri i jego złowieszcze słowa: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tutaj wchodzicie”. Cytat przyswoił sobie dzięki Paulowi, pogodnemu i zabawnemu Włochowi mieszkającemu na drugim końcu jego dzielnicy. Rzadko go spotykał; za każdym razem zamieniał z nim kilka słów, aby poduczyć się włoskiego mimo przekonania, że na nic mu się to nie przyda.

Na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się rozległy widok na dolinę, schylił głowę pod silniejszym podmuchem wiatru. Dolina była malownicza, on jednak nie dostrzegł piękna ścielącego się mu przed oczami. Ponownie rzuciła mu się w oczy nazwa „Kombinatoryka” na ramie roweru.

– Przecież to kretyństwo tak nazywać rower. Jakieś urządzenie mogłoby się tak nazywać, nawet owca, ale nie dwukołowy pojazd. – podsumował z niesmakiem przypominając sobie, że była to jego własna decyzja, która w innej chwili w ogóle nie miałaby znaczenia.

Czas na wzgórzu był inny. Sefardi nie zdawał sobie z tego sprawy. Na myśl przyszła mu hodowla świń rasowych. Ot, tak sobie, jakby strzelił palcami. Dwa lub trzy razy powtórzył słowa „hodowla świń rasowych”, delektując się nią. Spodobała mu się.

– Mógłby to być dobry tytuł na przykład dla powieści – doszedł do wniosku starając się go zapamiętać.

Mając w dorobku poważne dzieła na temat wynalazków i zegarków, marzył o karierze pisarskiej, konkretnie o powieściach kryminalnych, których bohaterami byliby przestępcy równie precyzyjni jak zegarki, jakie projektował. Jak sięgał wspomnieniami w przeszłość, niejednokrotnie przeżywał chwile pisarskiego natchnienia. Przychodziły mu wtedy do głowy różne pomysły. Z niektórych powstały opowiadania, czasem jakaś idea przyniosła mu w darze nowelę, raz nawet urosła do rozmiarów niezłej powieści. Wszystko to trafiało do szuflady. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ zawsze notował pomysły i idee wynalazcze, zegarmistrzowskie, literackie i wszelkie inne, jakie przychodziły mu do głowy, aby przetrwały do czasu, kiedy będzie mógł je wykorzystać. Unikał powierzania ich wyłącznie pamięci. Była zawodna.

Tym razem nie miał jak zanotować tytułu „Hodowla świń rasowych”; nie zabrał ze sobą długopisu ani dyktafonu, najbardziej poręcznych narzędzi rejestracji myśli. Czuł rosnący zamęt w głowie. Powodował go prawdopodobnie zmienny i porywczy wiatr. Miał wrażenie, że nie poznaje samego siebie.

– Może to brak kawy, która podniosłaby mi ciśnienie – spekulował czując, jakby głowa miała chęć opaść na kierownicę roweru.

Z ciśnieniem krwi zawsze miał problemy. Chyba od dziecka. Mógł zasnąć omalże w dowolnym miejscu i czasie. Czuł się niekiedy tak podle, że zasypiał w warunkach, które można by określić mianem absurdu do kwadratu. Raz zdarzyło się to w basenie kąpielowym. Zbliżał się wtedy zmierzch, nie zapalono jeszcze świateł wewnątrz budynku. Woda była ciepława i rozleniwiająca. Ogarnęła go niezmożona senność, przestraszył się, że głowa opadnie mu do wody i utonie, nie zdając sobie nawet sprawy, kiedy i jak. Z trudem podpłynął do krawędzi basenu, stanął na dnie i kilka razy uderzył się mocno po twarzy. Teraz przeżywał to samo uczucie zasypiania i tonięcia. W dodatku czuł, jak ucieka mu z pamięci pomysł z hodowlą świń rasowych, co doprowadzało go do rozpaczy. Nie zamierzał zrezygnować z tak dobrego tytułu. Mimo usiłowań, myśl oddalała się od niego bezpowrotnie.

Tak to go wyprowadziło z równowagi, że zdecydował się wystrzelać wszystkie świnie. Sam się zdziwił tym bezmiarem okrucieństwa, nigdy przedtem czegoś takiego nie uczynił. Stanął w drzwiach wejściowych chlewu i walił seriami z pistoletu maszynowego, który nie wiadomo jak znalazł się w jego rękach. Opony roweru szumiały po asfalcie, lecz bez jego udziału, ponieważ znajdował się w chlewie strzelając do Bogu ducha winnych zwierząt. W trakcie egzekucji ogarnął go straszny niepokój, że kiedyś będzie musiał wytłumaczyć, a może i odpowiedzieć za akt obłąkanej agresji. Szukał usprawiedliwienia.

– Niewinna świnia! Co za kretyńskie określenie! Świnia to świnia, zwłaszcza taka, która usiłuje uciec kradnąc nazwę „Hodowla świń rasowych”. Powtórzenie tych wyrazów jeszcze bardziej wzmocniło jego przekonanie, że byłby to doskonały tytuł książki. Miał wiele pomysłów powieści, lecz większość bez przyzwoitej nazwy. Zdobyć dobry tytuł było prawdziwą sztuką. Kiedy o tym pomyślał, palec na spuście zacisnął się jeszcze mocniej i Sefardi przesuwając się wzdłuż chlewni z rosnącą odrazą rozwalał zwierzęta w kolejnych przegrodach. Czuł okropne obrzydzenie do świń, do świata i do siebie. Nie chciał odwrócić głowy, aby ogarnąć wzrokiem jatkę, jaką rozpętał.

– Tyle mięsa! – krzyknął do siebie, po czym wybieg na drogę, zbliżył się do nadjeżdżającego w jego kierunku wieśniaka na furmance, który przyglądał się w zdumieniu szaleńcowi zachęcającemu go głosem i rękami, aby jak najśpieszniej udał się na farmę „Hodowla Rasowych Świń” i nabrał sobie na wóz rąbanki, ile dusza zamarzy. Tylko tyle Sefardi zdążył przekazać, a furman usłyszeć, gdyż rozdzieliła ich odległość.

Po incydencie ze zwierzętami i wieśniakiem Sefardi zapragnął jak najszybciej wrócić do domu. Zjechał na boczną ścieżkę biegnącą wzdłuż lasu. Zbliżał się do wsi, o czym świadczyły pojawiające się kolejno domy i zabudowania gospodarcze. Ścieżka przeszła w polną drogę. Panował na niej spokój, nie było nikogo w zasięgu wzroku. Sefardi musiał uważać, aby nie wpaść w koleinę. Po przejechaniu długiego odcinka drogi balansując ciałem i rowerem, poczuł głód i zmęczenie. Zatrzymał się w zacisznym miejscu, osłoniętym krzakami z trzech stron, słonecznym i otwartym na drogę. Położył rower na ziemię i sięgnął do plecaka, bez którego nigdzie się nie wybierał. Szperał w nim z niewielką nadzieją znalezienia czegoś do zjedzenia. Miał szczęście. Na dnie plecaka leżało pół tabliczki czekolady z bakaliami zawiniętej w szeleszczącą plastikową torebkę. Ucieszył się, że choć raz zapomnienie okazało się dobroczynne.

Jadąc dalej, żuł w ustach czekoladę przymykając oczy pod wpływem słońca i bronił się przed ogarniającą go sennością. Zasypiał i budził się.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.