Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Kronika narodu wybranego. Przegląd znaczących wydarzeń krajowych

W dniach wcześnowiosennych w Nomadii nie zabrakło wielkich wydarzeń. Prezydent republiki wziął udział w zawodach przeciągania liny z Mężem Świątobliwym o puchar Referendum. Ludzie entuzjazmowali się. Przyjmowano zakłady, kto wygra i komentowano.

– Obydwaj zawodnicy to znane osiłki. Prezio to prawdziwy zakapior, ale Czcigodnemu też niczego nie brakuje. Popatrz, jak mocno stoi na nogach!

Prezydent powiedział ważne słowa: – Ufam. Uczciwość, a nie cynizm i draństwo,  na co Czcigodny odpowiedział, że on nie wierzy w jego zwycięstwo bez względu na słowa.

– To imposybilizm – dodał. – Nie takich zawodników kładłem na łopatki. Prezio jest tylko mocny w pysku, zupełnie jak moja papuga.

Opozycja jak zwykle twierdziła swoje: – Prezydent brnie w pomysły.

Zwolennicy Czcigodnego byli tak pewni jego zwycięstwa, że z uśmiechem lekceważenia leniwie sączyli słowa: – Spoko! Zobaczymy! Nie zastanawiałem się! Nasz zawodnik jest twardy jak żelazna sztaba.

W tym samym czasie Minister Uczciwości, zwany Osobnikiem o Rumianym Obliczu, niezwykle ciekawie mówił o sędziach.

– Kradną, nie są transparentni, widać na wylot, co myślą i co kradną.

– A co myślą i co ukradli – zapytał dziennikarz.

– Myślą tylko o sobie, to egoiści korporacyjni, najgorszy sort. A co do kradzieży to były one bardzo poważne: nożyczki pneumatyczne, kiełbasa oraz para zielonych skarpetek sportowych.

W parlamencie, gdzie wtargnęły kobiety w potrzebie, też nie zabrakło dynamiki. Rząd udostępnił im korytarz na konsultacje w sprawie pięciuset złotych na rehabilitację dorosłych dzieci.

– Pięćset złotych to bym prosto z serca wyjął, nie jadłbym cały tydzień, aby tylko wam pomóc. Ale od lat nie widziałem takiej kupy pieniędzy – oświadczył Czcigodny, który zjawił się prawie natychmiast na miejscu wydarzeń. Obecni byli także minister ds. długich negocjacji, premier i jego cały gabinet. Tylko ex-premier była nieobecna, ponieważ wyjechała służbowo na światowy spływ kajakowy w niezwykle ważnych i nieciepiących zwłoki sprawach państwowych. Kobietom w potrzebie przysłała telegram: „Myślę o was nieprzerwanie. Stop. Spać nie mogę z troski. Stop. Komary tu takie, że jak mnie obsiadły, to pytały siebie nawzajem: Zjemy ją tu na miejscu czy zabierzemy do domu? Stop. Cierpię, a mimo to myślę o was. Stop. Wytrwajcie. Kocham Was! Stop”.

W mieście dwie patriotki i jeden patriota narodowy pobiły Gwinejczyka Diaro, krzycząc, że nie dopuszczą, aby zaśmiecał ulice i w ogóle cały kraj. Jak kobiety zeznały po dojściu do siebie, to on ich pobił a następnie całą trójkę zaciągnął do aresztu.

Rzecznik rządu oświadczył:

– Uczyniliśmy wszystko, aby takie akty brutalności nigdy nie miały miejsca. Nie życzymy też sobie, aby obcy sprawcy zaśmiecali nam ulice i w ogóle cały kraj.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

 

Seks za pieniądze i inne poważne sprawy

Niniejszy zapis jest nieco żartobliwy w formie, ale poważny w treści w tym sensie, że przedstawia fakty i zdarzenia ubrane w słowa, jakich na co dzień nie używa się do opisu naszej – pozwólcie, że posłużę się chińszczyzną – słodko-kwaśnej rzeczywistości.

W telewizji Minister ds. Rodziny chwaliła kobiety za dzietność.

– Nasza zapomoga demograficzna 500 z hakiem jest skuteczna. Ilość urodzeń dzieci wzrosła o dziesięć procent w jednym miesiącu. Potem znowu wzrosła. I znowu. To już trzeci miesiąc z rzędu. Jesteśmy zachwyceni. – Mówiąc uśmiechała się tak radośnie, jakby to ona rodziła te dzieci.

Opozycja protestowała w sposób brutalny i nieokrzesany.

– Jesteście bezwstydni. Przepłacacie ludzi, aby uprawiali seks za pieniądze. To niemoralne. Ci ludzie rozmnażają się, nie mając ku temu żadnych kwalifikacji. Jest to produkcja chałupnicza, nieuregulowana przepisami. Aby jeździć samochodem, musisz mieć prawo jazdy. Nie możesz też prowadzić w stanie upojenia alkoholowego. Czy w akcie tak podniosłym, jak płodzenie i rodzenie dzieci, obowiązują jakies zasady prawne? Dopuściliście do tego, że ludzie to robią byle jak, byle gdzie, na łóżku, na dywanie, nawet w lesie, aby tylko zarobić. Wstyd! I to za państwowe pieniądze!

– Mamy jeszcze wiele do uregulowania, ale to wina Tuska. – Wyjaśniła Premier. – Jego rząd zrujnował nie tylko kraj, ale i pożycie małżeńskie, dopuszczając do głosu homoseksualistów, lesbijki, genderowców, in vitro i podobnych zboczeńców. My to naprawiamy.

– A co z przedszkolami i żłobkami? – Gardłowała opozycja.

– Po co nam one? – Odpowiedziała Minister ds. Kobiet. – Patrzymy długofalowo. Nasze rozwiązanie to więcej dzieci i więcej młodych emerytów. Starsze dzieci opiekują się młodszymi, młodsze jeszcze młodszymi, a emeryci zajmują się niemowlętami i oseskami. Po to jest wczesna emerytura. Odmłodzimy Polskę!

Rozległy się okrzyki z ław rządowych. Ktoś zaintonował: My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi. Potem recytowano „Odę do młodości”. Ktoś krzyknął: „Baba z wozu, chłopu lżej!”

Minister Finansów szybko obliczał. – Podwojenie 500 z hakiem da nam 20 procentowy przyrost ludności, potrojenie – 30-procentowy. Szybko wyprzedzimy Niemcy, a potem Indie i Chiny. Będziemy supermocarstwem!

– A skąd pieniądze na te 1500 z hakiem? – Wołała zgodnie opozycja.

– Zaoszczędzimy na armii! Nie kupię już ani jednego czołgu więcej, ani jednego helikoptera, ani okrętu. Pozwalniam wszystkich generałów. Damy radę. – Wyjaśnił z przekonaniem Minister Wojny i Pokoju.

– Ja dorzucę masę forsy ze ścinki drzew. – Zadeklarował Minister ds. Wyrębu Lasów.  Zaoszczędzimy też na oczyszczaniu powietrza. I tak jest już czysto.

Zrobiło się bardzo radośnie. Zapanował powszechny optymizm. Opozycja również wpadła w wir uniesienia. Wszyscy całowali się ze wszystkimi. Ściskano Prezesa na wszelkie możliwe sposoby.

– Geniusz! Geniusz! – Wiwatowano.

Prezes był tak wzruszony, że obiecał, że wyjście z Unii Europejskiej będzie bezbolesne.

– Zaoszczędzimy na Unii Europejskiej, na imigrantach i na pensji dla Tuska. Tego zaprzańca! – Kiedy to powiedział rumieńce radości pojawiły się na jego białej, poważnej, spracowanej twarzy.

– Niech żyje demografia! Niech żyje Prezes. Niech żyje Polexit! – Długo wołał suwerenny naród obserwujący posiedzenie parlamentu.