Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Informacja o zmianie miejsca blogowania. Ważne!

Pragnę poinformować Wszystkich Czytelników, że zmieniam miejsce blogowania. Odkryłem w sobie ducha dziennikarstwa społecznego i udzielam się teraz na portalu www.wiadomosci24.pl pod tym samym imieniem „Michael Tequila”.

Poniżej przedstawiam link do ostatniego (dzisiejszego) artykułu.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/o_pragnieniu_zmiany_jako_sile_motorycznej_wyborow_prezydenckich_331303.html

Jeśli zechcecie Państwo mnie czytać i komentować, na co bardzo liczę, proszę zaglądać na www.wiadomosci24.pl wpisując w wyszukiwarce portalu (u góry po prawej stronie) „Michael Tequila”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

 

PS. Zachęcam również do przeczytania mojej powieści, która przedstawia literacką, bardziej dramatyczną opcję wydarzeń zbliżonych do wyborów prezydenckich 2015. Powieść jest dostępna w księgarniach w wersji drukowanej i elektronicznej (ebooka).

Poniżej zamieszczam linki do dwóch najnowszych recenzji:

http://www.kolegaliterat.pl/michael-tequilla-sedzia-od-swietego-jerzego/

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/recenzja_sedziego_od_swietego_jerzego_michaela_tequili_329971.html

Czterdzieści procent zbuntowanych

Znam pewien kraj, gdzie bezrobocie wynosi 11%, ale nieszczęśliwych, rozczarowanych, zbuntowanych a nawet wściekłych jest 40%.

Dzisiaj ten próg został przekroczony, ponieważ ja też przekroczyłem barierę cierpliwości i deklaruję moją wściekłość. Jestem zły na rząd i prezydenta. Napisałem powieść, włożyłem duże pieniądze w jej wydanie, a ona mimo bardzo dobrych recenzji sprzedaje się marnie. Podobnie jak ludzie bez pracy też mam ambicje, ale ani rząd ani prezydent mi nie pomagają. Jestem starszym facetem, a wokół jest tylu młodych, uważam to za niesprawiedliwe. Inni mają energię i pomysły, a ja jej nie mam, kiedy inni są ożywieni jak szczygły, ja popadam w uśpienie.

Drogę do mieszkania, samochodów, podróży i dobrej emerytury miałem usłaną różami. Nie brałem nigdy żadnych kredytów, mieszkanie samo mi się kupowało, kredyt sam się spłacał i to zawsze nisko oprocentowany, dobre kwalifikacje zawodowe podano mi na tacy, wybrano mi kierunek studiów, który gwarantował mi pracę, w dodatku rewelacyjnie płatną, dużo lepiej płatną, bo za czasów PRL-u. To były dobre czasy, bo pracy było dużo. Najciekawsze, że za tę pracę doskonale płacili: za miesięczny zarobek mogłeś sobie kupić pół a może nawet jedną trzecią pralki. O dostępności pracy za PRL wszyscy pamiętają, zarobki jakoś wyparowują z pamięci. Kiedy pytałem wtedy, jak wyżyć z pensji miesięcznej, za którą można było kupić taki solidny kawał pralki, wszyscy rzucali się z odpowiedziami, dzięki czemu dobrze sobie radziłem. Pierwszy samochód, a był to Fiat 125 P, dano mi bezpłatnie, kiedy byłem nastolatkiem, a nie w wieku 33 lat, po kilku latach oszczędzania, jak mówią ludzie mi nieżyczliwi.

Oczywiście porównywanie poprzedniego ustroju z obecnym nie ma najmniejszego uzasadnienia. W demokracji sukces osobisty nie jest wynikiem osiągnieć jednostki, tylko systemu, rządu i prezydenta.

Potem wyjechałem za granicę, do Australii. Tam od razu znalazłem raj. Rząd i gubernator (odpowiednik prezydenta) zrobili wszystko, aby mi pomóc. Od razu napisali za mnie ponad 130 podań, dzwonili, pytali, jeździli na rozmowy kwalifikacyjne, nie tracili wiary i cierpliwości. Najpierw pomogli mi zdobyć kwalifikacje, nauczyć się solidnie języka angielskiego, wszystko za mnie załatwiali. Życie mnie pieściło, pławiłem się w luksusie, nie wymagałem nic od siebie, niczego się nie wyrzekałem. Liczyłem na rządzących, a oni mnie nie zawiedli. Przez pierwsze trzy lata pracy odczuwali nawet za mnie ból żołądka, tak się denerwowali, czy sprostają oczekiwaniom pracodawcy. Pracy oczywiście było w bród, bo rząd i gubernator królowej (zamiast prezydenta) tworzyli stanowiska pracy. To był ich parszywy obowiązek.

Co do emigracji, to emigracja i praca za granicą jest przekleństwem, to mówię wam ja, człowiek, który żył i pracował za granicą wiele lat, może, dlatego, że nie wymagają tam niczego, ani pracowitości, ani rzutkości, przedsiębiorczości, poświęcenia, tylko dobrze płacą,  

Teraz jestem w kraju i też jestem wściekły i w imieniu ogółu żądam sprawiedliwości zarobkowo-kredytowo-mieszkaniowo-samochodowej. Jestem po waszej stronie, nieszczęśliwi i pokrzywdzeni, ambitni i pragnący. Mnie to przyszło za darmo i teraz pławię się w luksusie, co mi nawet rodzina życzliwie wypomina. Oczywiście nie zapracowałem na to, wystarczyło, że czekałem. I doczekałem się.

Zakończę pozytywnie. Życzę wszystkim młodym i starszym współobywatelom „godziwych” zarobków, apartamentów, domów, samochodów, podróży wakacyjnych, spotkań w restauracji, dobrych rowerów (a nie jakiejś tam tandety za 800 zł), aparatów fotograficznych, smartfonów, laptopów (każdy przecież to musi mieć), tanich żłobków, wszystkiego, co człowiekowi się należy od życia. I to wszystko to bez wyrzeczeń i narzekania.

Na szczęście mamy Andrzeja Dudę i Kukiza, teraz też jestem ich zwolennikiem, bo wiem, że oni załatwią to, czego obecny rząd i obecny prezydent nie załatwili. Tak mi obiecali.

Dzięki za uwagę. Niech Bóg nam wszystkim błogosławi. Będę głosować tak jak wy. Na jedynie słusznego kandydata.

Wybory prezydenckie w Polsce i w Moskwie

Polskie wybory prezydenckie są szeroko komentowane w Rosji. Znana jest rozpoznawalność kandydatów: Duda 2 %, Komorowski 5 %, Ogórek 20%, Korwin Mikke 90 %. Wszyscy mówią o polskiej polityce i politykach.

„Korwin Mikke to najbardziej znany w Rosji polski paralityk, kandydat do stanowiska prezydenta w Polsce”. – Powtarzają w dziennikach telewizyjnych komentatorzy moskiewscy. „Wygrał ostatnio drugą nagrodę w ogólnorosyjskim konkursie politycznym”.

Nagrody były następujące: Trzecia nagroda: „Wycieczka na dwa tygodnie na Syberię”. Druga nagroda: „Wycieczka na dwa tygodnie na Syberię bez możliwości powrotu”, pierwsza zaś to „Osobiste spotkanie z Towarzyszem Leninem”. Korwin Mikke o mało co nie zdobył pierwszej nagrody.

Drugą nagrodę wygrał podając trafną odpowiedź na pytanie konkursowe: Kto, gdzie, kiedy i ilu szkolił spadochroniarzy amerykańskich, mających wykonać desant na Kreml? Korwin Mikke odpowiedział: „Rząd polski, na Placu Defilad, 2014 rok, 15 tysięcy żołnierzy amerykańskich”.

W wywiadzie po rozmowie z Prezydentem Putinem zachował się bardzo skromnie. „Ujawniłem tylko prawdę historyczną. Za to mnie cenią w Rosji. Nazywają mnie tutaj Siwym Wilkiem, Drugim Dzierżyńskim, trochę tylko przekręcają moje nazwisko mówiąc Kurwin-Mikke, ale tak lepiej brzmi po rosyjsku i to mi się podoba. Amerykanie to zdrajcy, a Polacy im pomagają”. – Dodał wykrzywiając usta z niesmakiem. – „Ja to wszystko rozwalę, łącznie z Unią Europejską, jak tylko zostanę prezydentem”.

Jego wypowiedzi wywołały ogromny entuzjazm po obydwu stronach granicy. Rosjanie proponują nam pojednanie na zasadzie: Oddacie nam tylko jedną trzecią województwa mazowieckiego i połowę województwa warmińsko-mazurskiego.

Popularność kandydatki Ogórek wynika z dyskusji o zakazie importu do Rosji polskich warzyw i owoców. Ogórki, ziemniaki jabłka to trzy podstawowe produkty zdjęte z list importowych. W odróżnieniu od ziemniaków i jabłek, w Rosji kochają polskie ogórki. Przy okazji wspomina się tam, że Leszek Miller też bardzo je lubi.

Nigdy jeszcze nie byliśmy tak popularni politycznie w Rosji jak za sprawą Korwina Mikke, a w Polsce za sprawą Leszka Millera.

Blog o życiu i pisaniu

Życie nie jest całościowe, lecz fragmentaryczne. Patrzę przez okno i obserwuję mężczyznę, nie wiem jak go nazwać, chyba jest to sprzątacz. Wychodzi z niewielkiego budynku mieszczącego pojemniki ze śmieciami, w ręku trzyma kubełek i wielką szczotkę. Widzę go codziennie jak zbiera śmieci, podmiata, piele, porządkuje, uzdatnia wszystko, czego wymaga osiedle. Osiedle nazywa się „Klimaty”, może i trafnie; wczoraj słońce spacerowało po drodze wewnętrznej, ścianach budynków i zieleni, dzisiaj popaduje deszcz. Pogoda i sprzątacz stworzyli poranny fragment mojego życia.

Wcześniej był fragment przedporanny, z zaciemnionymi przysłonami w oknach. Nie mogę spać, chyba dlatego, że wypiłem wczoraj trochę wina (tak mało, że aż prawie wstyd się przyznać), co mnie jednak wytrąciło z równowagi snu i czuwania. Spaceruję więc po pokoju, gdzie mieści się łóżko i biurko, potem idę do salonu, znowu spaceruję, okrążam stół kilka razy, kładę się na kanapie, usiłuję znaleźć dobre położenie, leżę, wstaję, znowu spaceruję. Kiedy nastaje godzina siódma, decyduję się zrobić sobie kawę. Nie lubię gotować wody z samego rana, ponieważ czajnik elektryczny pracuje bardzo głośno. Piszę „pracuje”, ale czy to bezduszne stworzenie jest zdolne do prawdziwej pracy?

Ten fragment życia obejmuje głównie rozmyślania, rozmamłane, senne, przez półwidzące oczy. To nieprzyjemny stan samopoczucia. Chce ci się spać, a równocześnie nie możesz zasnąć. Tak mnie to męczy, że przeklinam cicho od czasu do czasu, nie zawsze, ponieważ przeklinanie zależy od intensywności męczenia się. Po głowie przemieszczają mi się imiona i myśli-mrówki, uparcie wyłażące z zakamarków pamięci: Zenon, tylko imię filozofa, niewiele z nim kojarzę, a zaraz potem Epiktet, o którym od miesięcy planuję poczytać, potem figowe drzewo-dusiciel (dosłownie duszące inne drzewo swoimi oplotami)

450px-Drzewo_dusiciel

 

oraz drzewko „krwawiące serce”, którego dokładnie co dwudziesty liść (jak sobie przypominam) jest czerwony.

Bleeding-Heart-300x224

w końcu krokodyl na plaży, trzy ostatnie wspomnienia z dawno zakopanej w pamięci wycieczki do Queenslandu.

Te wspomnienia nie wracają do mnie bez kozery. Pracuję nad powieścią, wydaną już kilka lat temu w formie ebooka na amerykańskiej platformie wydawniczej, o której prawdopodobnie żaden czytelnik w Polsce nie słyszał. Utwór chcę teraz wydać w postaci książki drukowanej. To była moja pierwsza powieść, uznałem, że potrzebuje i wymaga ona znaczących zmian i poprawek. Akcja dzieje się w Australii, i bardzo dobrze, ale niewiele jest w niej australijskości, konkretów, z wyjątkiem ogólnej atmosfery, imion, nazw miejscowości i kilku obiektów, głównie gastronomicznych. Tę słabość teraz eliminuję, stąd moje międzykontynentalne skojarzenia.

Po południu oglądam program TV „Tak jest” i słyszę z ust kobiety, w których mieści się PiS radosnej twórczości: „Prezydent cynicznie wykorzystał Konwencję o przemocy. Bez namysłu, bez refleksji. Tylko tytuł jest dobry w konwencji i my go akceptujemy”. Jej słowa dopingują mnie do dalszej pracy. Gdyby nie PiS, w kraju nie byłoby nic do poprawienia. Czułbym się jak na pustyni. To ostatnia część dnia, fragment uskrzydlenia.

Serdecznie zapraszam na moje spotkania autorskie w Gdańsku:

 

Życzenia Wielkanocne

Postanowiłem popełnić dzisiaj, w przeddzień Wielkanocy, blog radosny, równie okolicznościowy jak makaron czterojajeczny, który tym różni się od dwujajecznego, że zawiera tę samą ilość jajek.

Z okazji Świąt Wielkanocnych składam moim Czytelnikom i Czytelniczkom najserdeczniejsze życzenia, a w szczególności:

  • Nienasyconym jajecznie – jaja strusiego, odpowiednika 27 jaj kurzych.
  • Facetom bez jaj – kopy jaj lub żony z charakterem. Ktoś w domu musi przecież nosić spodnie.
  • Kangurom i kanguropodobnym – większej torby na zakupy wielkanocne.
  • Przeklinającym brzydkimi wyrazami „kurza twarz” – nauczenia się przekleństw godnych mężczyzny.
  • Czującym wielkanocną suchość w ustach – wiosennego deszczu za oknem.
  • Jajogłowym – kwadratowej głowy lub otwarcia w pobliżu sklepu ze stosownymi kapeluszami.
  • Osobom z problemami – pomysłów typu „Jajko Kolumba” lub miecz do przecinania węzłów gordyjskich.
  • Mężczyznom-kogutom – seksownych kur domowych lub zmiany znaku horoskopu chińskiego na poważniejszy.
  • Powagi – tym, którzy robią sobie jaja ze wszystkiego.
  • Kurom – okolicznościowego złożenia pisanek ekologicznych oraz uznania historycznego pierwszeństwa jaja.
  • Jajom – uznania historycznego pierwszeństwa kury.
  • Politykom – zakończenia wkurzającej wszystkich wojny polsko-polskiej.
  • Istotom jajorodnym – rozważenia innej opcji przychodzenia na świat.

IMG_20120926_070725

Wszystkim zaś, bez względu płeć, przynależność, poglądy, zboczenia i stosunek do świąt i jaj, życzę pięknej pogody, dobrego samopoczucia oraz szczerego i pełnego pojednania z sobą, bliźnimi i losem.

PS. Struś i kangur to jedyne zwierzęta, które nie umieją chodzić do tyłu. Kangurowi się nie dziwię, ale struś? Strusiowi też nie, bo w razie problemu może schować głowę w piasek.

 

 

 

Zanim zacznę poważne życzenia

Zanim zacznę poważne życzenia, najpierw dla rozgrzewki wiersz okolicznościowy, popełniony wiele lat temu, stanowiący dowód budzącej się religijności i umiłowania kariery, która nie przypadła mi w udziale.

Wielkanoc

W wielkanocną Wielką Sobotę,

nim rozpoczął kropidłem robotę,

Dobrodziej witał rozanielony

„Niech będzie   poświęcony”.

 

Wiernych wodą pobłogosławił,

ich i jaja ich wielkanocne,

kropidłem wiarę utrwalił

i zwyczaje wierze pomocne.

 

Siedzą teraz szczęśliwi jak w raju

i święcone potrawy wcinają,

ale wódki nie wleją do szklanki,

aby grzechem nie splamić pisanki.

 

I my wdziejmy wiosenne stroje,

precz odrzućmy myśli wszeteczne

i otwórzmy gościom podwoje.

Niechaj żyją nam Święta Jajeczne!

Michael Tequila

Unley, 6 kwietnia 1996

 

Spotkania z pisarzami

Przytaczam komentarz Czytelnika na blogu z 27 bm (temat: Stasiuk):

Pisarz nie powinien chodzić na żadne spotkania autorskie organizowane dla innych Pisarzy. Owszem powinni się Oni kontaktować ze sobą tak często jak tylko to jest możliwe ale nie na spotkaniach autorskich tylko gdzieś w pabach przy degustacji i ocenie wysokoenergetycznych i wysokoprocentowych trunków. Ostatecznie może być piwo. W tej materii ich uwagi i sugestie przyniosą więcej dobrego i pożytecznego niż wymiana zdań na spotkaniach autorskich, które moim zdaniem bywają nudne i wymuszone. Organizowane są przeważnie przez Wydawców i mają charakter wyraźnie komercyjny. Czytelników ( ich chlebodawców ) mniej interesuje pisarz jako osoba a bardziej ludzie i problemy o których pisze. Zainteresowanie czytelników osobą samego pisarza czyni z niego mimo woli Celebrytę a to już nie ma nic wspólnego z literaturą. Pan Andrzej wyraźnie nie chce nim być.

Dzięki za bardzo rzeczowy i cenny komentarz.

Uczestniczyłem w kilku spotkaniach autorskich i zacząłem powoli tracić zainteresowanie. Uczestniczyłem w nich, aby zobaczyć jak one przebiegają, kto przychodzi, o czym toczy się dyskusja, również dlatego, że sam prowadzę spotkania autorskie i chciałbym, aby wypadały one jak najlepiej.

Zdaje się, że nie jest to takie proste. Rozmawiałem z kierowniczką jednej z bibliotek publicznych na temat takich spotkań. Twierdziła, że czytelnicy nie zawsze chętnie przychodzą, ze najchętniej to by przyszli, gdyby zapewniła pisarza lub pisarkę wielkiej sławy, że nie za bardzo lubią zdawać pytania, że obawiają się, iż prowadzący spotkanie może zaskoczyć uczestnika pytaniem, aby zachęcić do dyskusji.

Co do moich spotkań, to sam je organizuję niezależnie od wydawcy. Moim zamysłem jest nie tyle dyskusja o mojej powieści czy twórczości, ile o sztuce pisania, sprawach warsztatowych, promocji i autopromocji i podobnych kwestiach.

Co do spotkań z innymi pisarzami, to mieszkam na Wybrzeżu od niedawna i nie nawiązałem jeszcze kontaktów. Jest to oczywiście naturalne środowisko wymiany poglądów na poziomie zawodowym, nie jestem jednak pewien, czy ludzie z branży chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Testowałem to wstępnie na jednym lub dwóch spotkaniach z pisarzami.

Sam nie odczuwam takich ograniczeń; uważam, że swobodne dzielenie się z innymi „sekretami” zawodu w niczym nie umniejsza mojej pozycji ani szans powodzenia, ponieważ pisarstwo jest rzeczą niezwykle indywidualną a na rynku jest dosyć miejsca dla dowolnej liczby geniuszy.

Istnienie setek podręczników, kursów pisarskich i udział nawet w dziesiątkach spotkań, samo z siebie nie uczyni z nikogo dobrego pisarza. Jest to efekt – jak to określił pewien amerykański pisarz a zarazem redaktor magazynu dla pisarzy – trzech czynników: wrodzonego talentu (rozumiem to jako naturalną łatwość ekspresji) umiejętności pisarskich (warsztat, którego można nauczyć się) oraz wytrwałości. Ostatni czynnik jest chyba niedoceniany.

Zapraszam na moje spotkania autorskie:

16 kwietnia godz. 18.30, Biblioteka Morena, Ul Wyrobka 5A, 80-288 Gdańsk, tel. 58 348 70 06

24 kwietnia godz. 18.00, Biblioteka Manhattan, al. Grunwaldzka 82, 80-244 Gdańsk-Wrzeszcz, tel.: 58 500 00 80

Oto najświeższy link do opinii o mojej powieści: Kamil Na półce przeczytane 2015 03 28

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251623/sedzia-od-swietego-jerzego

Proszę pamiętać o przewinięciu strony docelowej, ponieważ jest tam kilka opinii umieszczonych jedna pod drugą.

Andrzej Stasiuk, pisarz. Co z nim?  

Uczestniczyłem dzisiaj w spotkaniu z Andrzejem Stasiukiem. Przeczytałem wcześniej na Wikipedii jego życiorys. Bardzo znany i zasłużony dla literatury i kultury polskiej pisarz. Zabrałem ze sobą jego książkę „Wschód”, otrzymałem ją na imieniny w upominku, podpisał mi. Ucałowałem jego autograf i zalałem się łzami. Może i zrobiłbym to, gdyby jej autor był w lepszej formie w czasie spotkania.

Po niedawnym spotkaniu z Katarzyną Bonda, znaną autorką kryminałów i dzisiaj z Andrzejem Stasiukiem, bardzo znanym pisarzem, porównałem ich sobie Australijczykami. W Adelajdzie też uczestniczyłem w spotkaniach z pisarzami. Wypadli oni korzystniej. W moim odczuciu byli bardziej otwarci w kontaktach z publicznością, bardziej zaangażowani, chętni do rozmowy, bardziej sympatyczni.

Pan Stasiuk stwarzał wrażenie, jakby był zmęczony albo znużony pytaniami, jakie mu zadawano. Dużo jeździł na Wschód, Rosja, byłe republiki radzieckie, Ukraina, Azja. Zapytany, jak widzi różnice miedzy Rosjaninem i Ukraińcem, oświadczył coś w rodzaju, że nie posiada takiej wiedzy, albo że nie czuje się kompetentny mówić na ten temat.

Jeździł prawie wyłącznie na wschód i na południe od Polski. Napisał w związku z tymi podróżami kilka książek. Lubi przestrzenie, kultury i ludzkie losy. Zapytałem go, czy nie miał chęci zwiedzić Ameryki Południowej i Środkowej. Tam też są ogromne przestrzenie, bogate kultury i przebogata literatura. Nie, nie miał takiej chęci. Był tylko raz w Stanach Zjednoczonych, lecz chętnie pojechałby tam ponownie. Pomyślałem, że nie czułby się dobrze w Ameryce Południowej ze względów językowych, jeśli nie zna albo zna słabo język hiszpański i angielski. To drobny szczegół, który być może lepiej określa motywacje podróży niż inne względy. To jest oczywiście moja spekulacja. Ale myślę, że jest w tym trochę prawdy.

Tak czy inaczej, ta i inne odpowiedzi pisarza wzbudziły we mnie sceptycyzm, co do autentyczności jego kontaktów z audytorium. Szczerość, otwartość, naturalność dają się wyczuć, wydają mi się wspaniałą cechą u autora czy autorki, którzy są także ludźmi. W wymienionych zachowaniach jest prawda i autentyczność, taka sama jak w pejzażach, dzieciach, zwierzętach i przyrodzie. Coś, co ujmuje, zjednuje i cieszy.

U wielu Polaków wyczuwam prawie nieuchwytną sztuczność, jakiś łagodny albo i nie łagodny rodzaj nadęcia, nienaturalność, nawet arogancję. Coś w rodzaju: Co ja będę z wami rozmawiać!? Już tyle razy mnie o to pytano!

Być może, kiedy jesteś już bardzo popularny, nie potrzebujesz więcej uznania i uwagi bliźnich. Temat godny ujęcia w powieści.

Pytanie: Gdzie zamieszczać opinie o książce i jej autorze?

A. Na stronach księgarni internetowych, zwłaszcza tych większych.

B. Na poważnych portalach pisarskich, literackich i czytelniczych:

www.lubimyczytac.pl

http://liternet.pl

http://portalliteracki.pl

www.granice.pl

www.portal-pisarski.pl

Komentarz na blogu i linki do recenzji

Przeczytałem z zainteresowaniem komentarz Czytelnika na moim ostatnim blogu z dnia 21 marca br. Podzielam opinię Czytelnika co do szczególnej odpowiedzialności polityków za podejmowanie ważnych decyzji. Zbyt często lub zbyt głęboko liczą się dla nich interesy własnych partii, raczej niż interesy społeczeństwa, które reprezentują oraz interesy szerszych społeczności (na przykład w kwestiach pokoju czy ochrony środowiska). Zgadzam się również co do czasowej aktualności powieści w odniesieniu do trwających właśnie wyborów prezydenckich i zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Bardzo dziękuję Czytelnikowi za życzliwą ocenę powieści.

Poniżej przedstawiam linki do innych recenzji; ten ostatni odnosi się do autorecenzji świeżo zamieszczonej przeze mnie na portalu „LubimyCzytać”.

 

Paszkwil na kobiety

Zamiast wstępu: Jest piątek wieczór. Poczułem się tak smutno, że musiałem napisać coś podniosłego.

Wybiegłem z domu wzburzony tym, co usłyszałem o sobie i popędziłem jak szalony w kierunku pól jeszcze nie złocistych i łąk jeszcze nie zielonych, aby zanurzyć się w wolność, która jeszcze nie zakwitła. Na zakręcie (nie pamiętam, jakiej ulicy) zderzyłem się z Iwanem Iwanowiczem, a za chwilę obydwaj zderzyliśmy się z Wiktorem.

– Dlaczego zderzenia są takie bolesne? – Zaczęliśmy wołać jeden przez drugiego. Kto jest temu winien?

– Kobiety! – Zawołaliśmy zgodnie jak jeden mąż. To był cud.

– Dlaczego mówi się „jak jeden mąż”, a nie mówi „jak jedna niewiasta”? – Zapytałem.

– Ponieważ mężczyźni są zgodni, a kobiety nie. – Iwan Iwanowicz w tym momencie zapłakał. Głupio mi się zrobiło, bo to starszy facet, a płakał jak bóbr. – Dobrze, że ziemia jest miękka, to nie będzie kałuży. – Pomyślałem ze współczuciem.

– Kiedy Iwan Iwanowicz doszedł już do siebie, wyznał: Dzisiaj trzynastego, w dzień nieszczęścia, wywalę całą prawdę o kobietach! Napiszę o nich paszkwil!

– Co masz na myśli? – Zapytał Wiktor, logiczny i dociekający prawdy z determinacją równą jamnikowi szukającemu borsuka w norze.

– Mam na myśli prawdę.

– To nie mów „paszkwil”, tylko „prawda”. Prawda o kobietach. Do tego to i ja rękę przyłożę. – Zdecydował Wiktor.

– I ja. – Dodałem z determinacją. – Prawda zawsze mi była bliska.

– Co mamy im do zarzucenia? – Rozpoczął dochodzenie Wiktor siadając pomnikowo na kamieniu podobnie jak Jarosław Kaczyński albo inna wielka postać historyczno-polityczna.

– Żyją dłużej! To jawna krzywda gatunkowa. – Prawie krzyknął Iwan Iwanowicz. Nastrój mu się zmienił, ogień płonął mu w oczach. Pomyślałem, że w starym piecu diabeł pali, lecz dla równowagi dodałem: – Iwanie Iwanowiczu, zgadzam się z panem co do joty, a nawet co do bukwy. Użyłem ostatniego wyrazu chcąc nawiązać do rosyjskich korzeni tego miłego mężczyzny.

– Żyją dłużej, ponieważ żyją kosztem nas, mężczyzn! Tak mówią najnowsze teorie naukowe.

– Co jeszcze? Mówcie szczerze. – Wiktor był aktywny jak zbrojny patriotyzmem separatysta na froncie ukraińskim. Na jego wezwanie wylała się rzeka prawdy, pomieszanej ze złorzeczeniami.

– Gdybym nie był żonaty, to byłbym bogaty jak … jak….Iwan Iwanowicz nie wyjaśnił do końca zasady bogactwa wynikającego z bezżenności.

– Wiemy, drogi Iwanie Iwanowiczu, co ma pan na myśli. – Podniosłem w górę sztandar męskiej krzywdy.

– Kobieta wydaje pieniądze szybciej, niż mężczyzna jest w stanie je zarobić. – To był głos Wiktora. Powiedzenie tak mi się podobało, że zacząłem szukać po kieszeniach dłuta, aby je uwiecznić w kamieniu. Narzędzia nie znalazłem, ale przypomniałem sobie własną krzywdę.

– Żona mi wypomina, że stale myślę o niebieskich migdałach. To mnie boli. A wiecie dlaczego? Dlatego, że ja to wiem, a ona mi to powtarza.

– Zamyśliliśmy się głęboko nad losem mężczyzny. W nastroju powagi staliśmy wyprostowani przez minutę.

– Słuchajcie! Kończmy już dzisiaj, jest zbyt wiele prawdy do powiedzenia o kobietach. Rozejdźmy się, dokończymy innego dnia. – Zaproponował Wiktor. Na dowód zgody rozdaliśmy sobie po kieliszeczku Absolutu.

– Hej, góralu, czy ci nie żal? –Wyrwało nam się z piersi. Było to okrzyk spontaniczny i rozszedł się takim echem, że psy zaczęły wyć w oddali.

– Pieski los mężczyzny! – To była oczywista konkluzja. Dobił nas Iwan Iwanowicz wiadomością odczytaną ze smartfonu, że prezydent Putin zgubił się w lesie i nie chce z niego wyjść. Nikt nie widział go od tygodnia.

Sędzia od Świętego Jerzego

Drodzy Czytelnicy,

W związku z faktem, że moja powieść jest już w sprzedaży w wielu księgarniach, pragnę udostępnić tę informację łącznie z informacją o samej powieści. Zależy mi na maksymalnym spopularyzowaniu książki i osiągnięciu poziomu sprzedaży, który zagwarantuje powodzenie rynkowe dalszych pozycji. Pierwsza powieść może tylko utorować drogę autorowi, który wcześniej nie publikował w Polsce.

W przygotowaniu mam już dwie kolejne powieści oraz zbiór opowiadań nadający się prawie natychmiast do publikacji. Wydawcy niechętnie jednak akceptują opowiadania, ponieważ sprzedają się one słabiej niż powieści. Pierwszy sukces autora i powieści otwiera szerzej rynek i serca wydawców.

Będzie mi miło, jeśli zechcecie Państwo kupić i rekomendować moją powieść. Wkrótce będę pisać o gwarancji satysfakcji i innych poważnych i mniej poważnych sprawach.

Informacja o powieści

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego, ISBN 978-83-7942-566-2, Format: książka drukowana, 19,5 cm x 12 cm, 116 stron, Wydawca Novae Res, Gdynia.

10838084_1066630610029624_4327640429651752916_o

Streszczenie powieści

Społeczeństwo żyje w stanie niepewności. Niebezpiecznie jest mieć „niewłaściwe” poglądy polityczne. To efekt śmiertelnej rywalizacji największych partii politycznych i polaryzacji społecznej.

Ani rząd, ani prezydent nie umieją rozwiązać problemu. Perspektywa wydarzeń staje się coraz bardziej niejasna. Sportowe igrzyska polityczne doprowadzają do niebezpiecznej konfrontacji przywódców dwóch partii. Rozstrzyga ją sędzia główny igrzysk ku bezgranicznej radości tysięcy widzów na trybunach. Uważają go za bohatera.

W ocenie prezydenta państwa decyzja sędziego jest bardzo ryzykowna. Prezydent nie myli się. W najmniej oczekiwanym momencie przynosi ona nieoczekiwane, szokujące konsekwencje.

Powieść można zaliczyć do gatunku psychologiczno-obyczajowo-kryminalnego. Stanowi ona swobodną alegorię kraju, gdzie rywalizacja czołowych postaci nabiera wymiarów szaleństwa. W narracji i dialogach autor chętnie korzysta z łagodnej groteski i karykatury.

Księgarnie sprzedające powieść Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego

(Stan z dnia 9.03.2015 godzina 24.00)

www.bookmaster.pl                           19,80 zł

www.eskahurt.pl                                23,00 zł

www.gandalf.com.pl                         19,50 zł

www.hokus.osdw.pl                           20,00 zł

www.inbook.pl                                  17,31 zł

www.ksiegarnia.pwn.pl                     20,70 zł

www.ksiegarniaklimczok.pl              20,20 zł

www.ksiegarnialichosik.pl                21,80 zl

www.lideria.pl                                   17,25 zł

www.madbooks.pl                             17,50 zł

www.merlin.pl                                   23,00 zł

www.nieprzeczytane.pl                     15,15 zł

www.pocztaksiazkowa.pl                  23,00 zł

www.profit24.pl                                 16,61 zł

www.ravelo.pl                                   17,02 zł

www.sklep.gildia.pl                           20,70 zł

www.taniaksiazka.pl                         20,24 zl

www.tropy.pl                                     23,00 zł

www.wydawnictwopzwl.pl               20,70 zł

www.zaczytani.pl                              19,00 zł

www.zinamon.pl                                20,70 zł

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

 

Z życia aktywnego pisarza

Ten blog pisze się sam, od serca, które odkryłem w sobie dwa lata temu razem z prawdziwym charakterem błądzącym od lat po rozdrożach mego ciała. To i tak lepiej niż Edward Gierek, o którym społeczeństwo dowiedziało się, że ma serce, dopiero kiedy trafił do kliniki kardiologicznej. Piszę te słowa z perspektywy dojrzałości sercowo-charakterologicznej.

Życie pisarza jest samotnicze. Potwierdziła to na niedawnym spotkaniu w Gdańsku pani Katarzyna Bonda, niezwykle popularna autorka kryminałów w Polsce. Wspomniała ona, że kiedy jest w domu, to pisze w każdej sytuacji, w piżamie, w szlafroku, stroju wyjściowym, w pantoflach lub boso. Z niedostatku kobiecości, nie mam tylu możliwości ubioru, ale potwierdzam zdolność pisania w każdej sytuacji z wyjątkiem snu, który nie nastraja twórczo.

W dojrzałym wieku małe sprawy nabierają wymiarów dużych spraw, a duże – wielkich. Jest to życie w powiększeniu. Są ludzie, którzy powiększają swoje życie w kierunku pozytywnym, widząc je w dobrej lub co najmniej znośnej perspektywie, są też tacy, który powiększają je,  że tak powiem do tylu, negatywnie myśląc i mówiąc o sobie i otoczeniu. Osobiście wolę pozytywa; negatywnie mówię tylko wtedy, kiedy wyrażam się o politykach.

W dojrzałym wieku nie wszystko jest usłane różami, zwłaszcza na początku marca, kiedy jest trudniej o kolce. I bez kolców człowiek również się potyka. Mnie potknięć dostarcza pamięć i to nader chętnie, może dlatego, że pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

O godzinie piątej rano Wena szturchnęła mnie w prawy bok (spałem wtedy na lewym), więc wstałem i napisałem zgrabny jednostronicowy fragment nowej powieści, jeszcze lepszej niż dwie dotychczasowe, co jest prawie niemożliwe.

Wspomniany fragment jest przełomowy, ponieważ dostarczył mi brakującego łącznika między wątkiem głównym a wątkiem bocznym powieści. Dzisiaj będę musiał jeszcze poświęcić dodatkowe piętnaście minut na korektę tekstu. Kiedy jestem „natchniony” piszę szybciej nie zważając na błędy. Ważna jest wtedy treść, a nie poprawność stylistyczna czy gramatyczna.

Życie liczę odcinkami piętnastominutowymi; nauczył mnie tego pewien prawnik w Adelajdzie na przystanku autobusowym. Tak, tak, proszę nie przecierać oczu, prawnicy w Australii biorą tyle pieniędzy za swoje usługi, że klienci chcą wiedzieć, ile i na co prawnik poświęcił czasu, kiedy wystawia rachunek na setki dolarów.

Kilka minut po godzinie ósmej zainaugurowałem wiosenny sezon biegów po zdrowie. Był to powód do dumy, jako że ciało z zasady stawia mi opór, woląc jeść i spać niż biegać. Tylko ze spaniem jestem podobny (i to częściowo) do kota.

Jeszcze przed południem zacząłem świętować Dzień Kobiet. Zainicjowałem go życzeniem, aby podano ciasto upieczone wczoraj, skoro ja funduję kwiaty i alkohol. Życzenie zostało przyjęte z życzliwością; kobiety wyraźnie zmieniają się w ten dzień.

2015 03 08 Dzień kobiet 12015 03 08 Dzień kobiet 2

Korzystam z okazji, aby złożyć wszystkim Czytelniczkom serdecznie życzenia wszelkiej pomyślności, radości, sukcesów, bogactwa, zdrowia i miłości, której nigdy za dużo, chyba, że ktoś ma kilka zwierząt domowych. Jeszcze bogatsze życzenia serce nakazuje mi złożyć tym Czytelniczkom, a przy okazji i Czytelnikom, którzy z różnych względów – mądrości, ciekawości, litości, zdolności przeżywania piękna, nonszalancji, hobby czy czystego impulsu – nabędą powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”, przyśpieszając tym szlachetnym czynem opóźnioną nieco karierę Michaela Tequili, autora, którego – zgodnie z dobrym zwyczajem dworu brytyjskiego – nie powinien ani ganić, ani chwalić. Tym razem zrezygnuję jednak z królewskich manier i pójdę w ślady Balzaka, pisarza o zdecydowanych poglądach w sprawach autopromocji.

Zobacz, jak pisze powieści ten, który pisze blogi!

Z powagą o autopromocji powieści i autora

Na początku marca ukaże się (w końcu) na rynku moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”. Cały czas myślę o tym, jak będzie się sprzedawać.

Sukcesu pisarskiego nie mierzy się napisaniem (nawet bardzo dobrej) powieści, ale wprowadzeniem jej na rynek, upowszechnieniem w świadomości czytelników, pozytywnymi recenzjami i reakcjami, a w końcu wynikami sprzedaży.

Wczoraj oglądałem w nocy z żoną ceremonię przyznawania Oskarów filmowych. W dyskusji padły znamienne słowa: W okresie przed głosowaniem wszyscy zapominają, że film jest dziełem artystycznym i koncentrują się na nim jak na towarze (który wymaga promocji, aby dobrze się sprzedał). To mnie tylko umocniło w przeświadczeniu, że w najbliższych miesiącach muszę zakasać rękawy i aktywnie włączyć się w promocję własnej książki.

O potrzebie aktywnego udziału autora w promocji książki pisałem na blogu „O autopromocji. Pasja zwierzęca” z dnia 10 lutego 2015. Blog napisałem pod wpływem objawienia, jego doznałem w księgarni tysiąca książek.

Autopromocja pisarzy i poetów nie jest nowym wynalazkiem.

„Dla artystów, największym problemem do rozwiązania jest, jak dać się zauważyć” – Napisał Balzac w „Straconych złudzeniach”, powieści o życiu literackim w Paryżu na początku XIX wieku. Stendhal w swojej powieści bibliograficznej „Pamiętnik egotysty” pisał: ” Wielki sukces nie jest możliwy bez pewnego bezwstydu, a nawet otwartego szarlatanizmu”.

Autor tych obserwacji (Tony Perrottet) pisze, że te słowa powinny znaleźć się na herbie zrzeszenia autorów”. Przytaczam kilka jego dalszych wypowiedzi.

„Hemingway ustanowił nowoczesny złoty standard budowy własnej marki, przedstawiając swój wizerunek uzupełniony zdjęciami z wypraw safari, na ryby czy w miejsca, gdzie trwa wojna. Reklamował się również pozując do reklam piwa. W 1951 roku reklamował piwo „Ballantine Ale” na dwustronicowej wkładce magazynu „Life”, na której uwidoczniono jego zdjęcie w apartamencie w Hawanie”

Tyle na dzisiaj o wielkich pisarzach. Ich lista i opis działań autopromocyjnych jest przebogata. Przyjąłem je do wiadomości jako natchnienie dla własnych działań.

Dzisiaj potwierdziłem spotkanie autorskie w fili biblioteki wojewódzkiej mieszczącej się w dużym centrum handlowym w Gdańsku. Staram się równocześnie o zgodę na rozdanie tam ulotek reklamujących spotkanie autorskie na godzinę przed jego rozpoczęciem. Rzecz niby mała, lecz wymagająca zachodu i zawierająca w sobie wiele szczegółów.

C.d.n.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Nr ISBN 978-83-7942-566-2. Format: książka drukowana. Wydawca Novae Res, Gdynia. Planowany termin wydania: początek marca 2015. Gatunek literacki: powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna.Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

O autopromocji powieści i autora. Pasja zwierzęca.

Z pasją i zaangażowaniem rzuciłem się w wir promocji mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” . Pasję mogę nazwać zwierzęcą, zaangażowanie ma charakter ludzki z uwagi na narzędzia. Jest godzina 5.08 rano, a ja siedzę przy komputerze i piszę ten blog. Los powieści od dnia ukazania się na rynku w końcu lutego br. już teraz spędza mi sen z oczu.

2015 02 10 Pisarz grafika

Najpierw ogólnie o promocji książki i autora. Podstawową promocję prowadzi wydawnictwo, drugi nurt realizuje autor. Uznałem, że jest to nie tylko moim obowiązkiem, ale wręcz koniecznością (o czym później i więcej) i postawiłem tę sprawę na piedestale priorytetów działań w najbliższych miesiącach.

Źródła motywacji autora są liczniejsze niż dopływy świętej rzeki Ganges, nad którą chciałby dać się spalić każdy wyznawca hinduizmu. Palić się nie zamierzam, ponieważ nie będę mieć czasu na rozrywkę. Oto powody:

Sukces sprzedaży „Sędziego” w formie drukowanej zachęci Wydawcę do aktywniejszego zaangażowania w dalsze działania: wydanie powieści w wersji elektronicznej (ebook) oraz wydanie zbioru opowiadań, który od ponad pół roku czeka na decyzję „tak”. Opowiadania sprzedają się gorzej niż powieści. Jeśli „Sędzia” będzie sprzedawać się dobrze, to zwiększy to szansę wydania tomu opowiadań. Co więcej, mam już zaawansowaną kolejną powieść, o innym charakterze, równie albo jeszcze bardziej atrakcyjną, którą chciałbym jak najszybciej opublikować.

Moja aktywność promocyjna płynie także z przekonania, że „Sędzia od Świętego Jerzego” jest dobrą powieścią (niezależnie od tego, że to ja jestem jej autorem, pierwszym miłośnikiem i adoratorem, szaloną kombinacją ojca, matki dwóch dziadków i dwóch babć udanego nad wyraz dziecka, którego z miłości nazwałbym rozkosznym bobasem, gdyby nie jego psychologiczno-obyczajowo-kryminalna natura).

O jakości powieści wnioskuję po fakcie, że propozycję publikacji wysłałem – niejako sondażowo, od czegoś trzeba zacząć – tylko do dwóch wydawnictw. Jedno z nich (aktualny wydawca) od razu zaakceptował moją propozycję. Drugie wydawnictwo odpowiedziało mi, że „Powieść podoba się nam, lecz ma za małą objętość’ (nota bene, pod wpływem tej sugestii powiększyłem objętość utworu; powieść, która ukaże się w sprzedaży w końcu tego miesiąca jest obszerniejsza niż ta pierwotna przesłana do oceny wydawców). Okazało śię, że sama jakość nie wystarczy, powieść musi być dostatecznie duża objętościowo.

Podsumowując, wydawcy otrzymują takie ilości manuskryptów do publikacji, że są w stanie zaakceptować – jak to czytam – nie więcej niż pięć procent wszystkich nadsyłanych propozycji. „Sędzia od Świętego Jerzego ” znalazł się już przy pierwszym podejściu w wyróżnionych pięciu procentach. To musi coś znaczyć.

 

Frank

Frank był przyjacielem Polaków, okazał się wrogiem. Nie pierwszy raz. W czasie drugiej wojny światowej w Europie szalał jeszcze inny Frank, ale ten był nazistą.

Sprawa pożyczek we frankach szwajcarskich jest śmierdząca jak na mój gust. Jeśli polskie banki namawiały swoich klientów do zaciągania kredytów w tej walucie, to powinny ponieść konsekwencje. W Australii miało miejsce coś podobnego, ale w łagodniejszej formie. Nie pamiętam, czy waluta była ta sama, ale historia bardzo podobna. Skończyło się to tak zwaną „class action”, co oznacza, że duża grupa klientów zaangażowała firmę prawniczą i wystąpiła zbiorowo przeciw bankowi z roszczeniami o odszkodowania. Banki australijskie – osobiście nie mam co do tego wątpliwości – były i prawdopodobnie są (ogólnie rzecz biorąc) bardziej etyczne niż banki polskie.

Bank nie ma prawa namawiać klienta do wzięcia pożyczki w walucie zagranicznej, a jedynie zaoferować i zachęcić uświadamiając mu plusy i minusy takiej pożyczki (jest ogromna różnica między „zachęceniem” a „namawianiem” – zwłaszcza usilnym – do czego dochodzą jeszcze intencje banku, z jakimi zachęca lub namawia klienta). Tym plusem i minusem jest ryzyko walutowe. Banki australijskie postępowały rozważnie i zapewne uczciwie, gdyż nieliczne przegrane sprawy banków z klientami, jakie miały miejsce wskutek owej class action odnosiły się do tylko sytuacji, kiedy bank rzeczywiście niedostatecznie poinformował klienta o ryzyku walutowym pożyczki.

Podkreślę wyraźnie, że chodzi o uświadomienie klientowi, na czym polega ryzyko pożyczki w walucie zagranicznej, ale nie namawianie do wzięcia takiej pożyczki. Jeśli polskie banki namawiały do tego, to teraz powinny „beknąć”, głośno i boleśnie. Życzę im tego, ponieważ etyka w działalności bankowej przy złożoności spraw bankowych nie może być czczym słowem. Podobnie jak w ochronie zdrowia.

W zaciąganiu pożyczek istnieją zasady, które dobrze jest znać. Mało jest dzisiaj świętości, ale ta jest święta, przynajmniej dla mnie. Jeśli bierzesz pożyczkę, to bierz ją w walucie, w której otrzymujesz dochody. Czyli, jeśli pracujesz w Polsce i masz dochód w złotówkach, to bierz kredyt złotówkowy. Nie ponosisz wtedy ryzyka zmiany kursu waluty. To jest ta sama waluta.

Ryzyko walutowe to sprawa pachnąco-śmierdząca. Taka jest natura ryzyka. Kiedy kurs franka był korzystny, polscy klienci wygrywali, kiedy zmienił się niekorzystnie, przegrywają. To wygrywanie-przegrywanie nie jest równomiernie rozłożone. Oszczędności z tytułu korzystnego kursu waluty przy spłacie pożyczki są miłe, grzeją ci portfel i serce, ale straty mogą doprowadzić cię do zawału serca i ruiny. Inaczej mówiąc, intensywność bólu przegranej może być nieporównywalnie większa, niż intensywność radości z wygranej.

Nie ufam bankom w Polsce. Mała ilustracja. W banku w Polsce możesz otrzymać znaczną pożyczkę lub uzyskać kartę kredytową nie mając pojęcia o istotnych warunkach umowy. Oczywiście, prawnie masz obowiązek wiedzieć, co podpisujesz. Przed podpisaniem umowy możesz zadawać pytania lub przeczytać tekst. Jeśli tego jednak nie zrobisz, to banku to nie zmartwi. Urzędnik (czy raczej urzędas) bankowy potrafi ci wręczyć dokumenty i nawet nie podsumuje w kilku punktach najważniejszych warunków pożyczki lub karty. Może dlatego, że mogłyby cię one przerazić. Po co robić przykrość klientowi?

A mogą być one naprawdę zaskakujące. Podam konkretny przykład. Limit kredytowy na karcie wynosi powiedzmy 10.000 zł, ale jeśli w ciągu jednego roku nie uregulujesz kwoty wymaganej do spłaty, to bank ma prawo dochodzić od ciebie należności w wysokości do 20.000 zł. Ciekawe i fenomenalne! Winien jesteś 10.000 (plus zapewne odsetki), a oni mogą dochodzić od ciebie 20 000 zł!

– O co tu chodzi? – Zapytałem.

– To jest rodzaj kary. –Wyjaśniła mi z uśmiechem przemiła poniekąd urzędniczka po króciutkim wahaniu. W klauzuli, która odnosi się do tej sytuacji, nie ma jednak słowa „kara”.

Są w tym kraju zjawiska, które śmierdzą, nawet jeśli tego nie czuć.

Dbajmy o powonienie! Czuj duch!

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.

 

Ranek po bożemu

Wychodząc na korytarz, aby sprawdzić czy dzień już czeka za progiem z dobrymi wiadomościami, natknąłem się niespodziewanie na Iwana Iwanowicza Iwanczyna, osobę dobrze mi znaną. Było to spotkanie nienormalne, gdyż normalnie spotykam go w drodze do sklepu.

– Co pan tu robi? – Wykrzyknąłem zaskoczony obecnością żywej istoty za progiem.

– Nic specjalnego. Ja tutaj mieszkam.

– Tu, na progu? -Zapytałem niedowierzająco oglądając się za siennikiem lub materacem. Od razu przypomnieli mi się nędzarze z Indii, posegregowani od wieków w kasty wedle skali niedotykalności-dotykalności oraz ubogi-bardziej ubogi. W tej drugiej kategorii klasa najniższa zaczyna się od nieposiadania czegokolwiek, z wyjątkiem ciała, gdyż w warunkach bezbrzeżnego ubóstwa trudno jest myśleć o posiadaniu duszy. Wyżej stoi już osoba z garnuszkiem, w który zbiera datki, następnie ktoś nieporównywalnie bogatszy, lokalnie może nawet i bogacz, gdyż ma garnuszek i łyżkę. Jeszcze wyżej stoi gość z materacem, o którym myślałbym, czy nie nazwać go lokalnym prawie-Krezusem. Odepchnąłem jednak myśl, aby skończyć konwersację z Iwanem Iwanowiczem.

– Wpadłem z rana, aby świeżutkim cytatem z Marka Twaina pobudzić pański umysł murszejący wskutek niedostatku snu i myśli błądzących po manowcach.

– Skąd pan go zna? – Zapytałem mając na myśli cytat. Nie było to pytanie tak oryginalne, jakie zadaje pracownikom szef z samego rana. Ja już sobie tego nie przypominam, gdyż już od kilku lat jestem szczęśliwie bezrobotny, to znaczy zatrudniam siebie w roli pisarza blogów i jednej poważnej powieści (w procesie wydawniczym). Finansowo jest to zatrudnienie na poziomie indyjskim, gdyż pisarz nie tylko, że nic nie zarabia, to jeszcze dopłaca do wydania. Rozmyślania przerwał mi Iwan Iwanowicz.

– Myśl należy do Marka Twaina i jest następująca: Żyjmy tak, że kiedy umrzemy, to zasmuci się nawet przedsiębiorca pogrzebowy. – Podał werbalnie starzec, po czym odczytał z karteczki po angielsku: (Let us so live that when we die even the undertaker will be sorry”).

– Skąd pan to ma? – Pytanie było odpowiedzią na przyjemność, jaką sprawił mi cytator stymulującą myślą, część spadku ludzkości po wybitnym pisarzu, Einsteinie celnych powiedzeń.

– To z książki „Your Daily Walk with the Great Minds” Richarda Singera Juniora. Była to książka roku 2006 w kategorii nonfiction. Są tam cytaty na każdy dzien. Dzisiejszy panu właśnie przeczytałem.

Uścisnąłem serdecznie przemiłego starca i zaprosiłem na filiżankę kawy, lecz odmówił. To nara. – Rzucił mi na pożegnanie, po czym dodał: Have a good day, mate!

Domyśliłem się, świeżo wrócił z Australii albo jest aborygenem zamieszkałym w Polsce. Ciemna cera, szeroka broda i masywny nos, który kiedyś wydawał mi się skromniejszy, mogły o tym świadczyć.

Pobudzony ożywczym powiewem myśli Marka Twaina wróciłem do mieszkania, w porywie niespotykanego entuzjazmu scałowałem ślady, jakie czterdzieści lat wcześniej pozostawiła mi na duszy kochanka i zacząłem intensywnie myśleć, jak tu doprowadzić się do ładu.

– Najpierw zrobię porządek wokół siebie, aby myśli łatwiej mi się układały. – Zdecydowałem tak szybko, że nie zdążyłem nawet zapamiętać, co postanowiłem.

Dobrze jest wystartować wczesnym rankiem i po bożemu powitać dzień i niespodziewanych gości.

Teoria dobrobytu społecznego. Ciąg ostatni rozważań z dnia 15 08 2014.

Nowa Huta, stara wiara, pomniki Edwarda Gierka i Władysława Gomułki, sztuczne Jezioro Solińskie, Mały Fiat dla wielodzietnej rodziny.

– Mój Boże, ile tego było! – Zachwyciłem się osiągnięciami socjalizmu, niesłusznie, bo z wyprzedzeniem zwanego komunizmem. Też pragnę powrotu starych czasów; czasem chodzę na cmentarz i modlę się słowami: Powstańcie, których gnębi głód. W miejscu szlachetnego i cichego odosobnienia widuję niekiedy ludzi wielkiego formatu, poważnych polityków, ex-prezydenta Kwaśniewskiego, ex-premiera Millera, ex-premiera Kaczyńskiego, którego też zrodził socjalizm, a którego podobno nie znosi gdyż wywołuje weń niezrozumiałe drżenie nóg i rąk. Bądźmy szczerzy: wypieranie się rodziny nie znaczy, że nie odziedziczyliśmy po niej żadnych cech.

Snuję dzisiaj te wspomnienia jako poeta, bez historii twórczego rozwoju i szans spóźnionego awansu społecznego. – Hej, to były czasy chędogie, lecz pełne fantazji i szlachetnej rozrywki. Czytelnictwo kwitło wtedy szalenie jak powabna róża albo smaczne pieczarki na ciepłym, końskim łajnie. Nie wiem, jak to się dzieje, że rosnąc na łajnie kwiaty Pracujemy w trójkę - socrealizmpachną a grzyby nadają się do konsumpcji. Ten aspekt przyrody pozostaje dla mnie tajemnicą.

Za czasów bujnego czytelnictwa ludzie stali w kolejkach, aby mieć czas zachwycać się arcydziełami literatury, w tym trzytomowym dziełem „Lenin a higiena i bezpieczeństwo pracy”, odpowiednikiem współczesnej powieści „50 seksualnych twarzy Greya”.

Twórczość poetycką uprawiał wtedy każdy, kto umiał czytać i pisać, a nawet i bez tego. Ludzie pozdrawiali się na ulicach lirykami, prawdziwymi, rymowanymi, nie to, co dzisiaj, wierszem białym, atrapą, której zaletą jest to, że zmusza organizm do głębokiego oddychania, kiedy stoisz przed wierszem z otwartymi ustami i zastanawiasz się, co też autor chciał powiedzieć. Nie znajdujesz odpowiedzi, biegniesz więc do źródła czyli do autora i pytasz go o to. To, że on też nie wie, ma znaczenie twórcze, gdyż obydwaj zagłębiacie się w dyskurs na temat sensu i piękna poezji.Rolniku daj krowie

Poezja jako twórczość masowa wtedy też kwitła, ale trochę inna, bardziej zachęcająca i bezpośrednia. Sam w tym uczestniczyłem. Dzieci w szkole a dorośli poza szkołą recytowali poezję odpowiedzialną społecznie: „Zamiast szczypać w rowie dziwki, rób wiosenne podorywki”, albo: „Każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”, albo też: „Zamiast chodzić wciąż na ksiuty, zbieraj złom dla Nowej Huty”. Wiersz w owych wzniosłych czasach służył celom społecznym, patriotycznym, wydajności pracy i uduchowieniu ciemnych mas, które dzisiaj rozjaśniają się blaskiem konsumpcji.

– Czemu służy dzisiaj poezja i literatura? – Pytam pełen gniewu na bezmyślność społeczeństwa odżywiającego się kiełbasą z trzydziestoprocentową zawartością mięsa. Nie dziw, że w PRL-u nie było mięsa w wolnej sprzedaży tylko na kartki, bo ludzie je zjadali w kiełbasie, a nie w dodatkach w rodzaju uszczelniaczy, barwników syntetycznych, wzmacniaczy smaku, dopalaczy i spulchniaczy. Dodatki te, zwane przez emigrantów prezerwatywami (ang. preservatives), są zdrowsze i bardziej odżywcze niż samo wulgarne mięso, nie powodują bowiem wzrostu masy ciała, lecz działają rozluźniająco na żołądek pozwalając ci czuć się lekko i radośnie. Mimo ogromnych dawek szczęścia dostępnego dzisiaj w dodatkach do mięsa, ludzie śmieją się rzadziej, są poważniejsi, mniej skłonni do żartów i kawałów, inaczej mówiąc do wypróżniania się ze złych humorów. – Co takiego było w tamtym ustroju, że ludzie cieszyli się jakby im ktoś w kieszeń narobił, a dzisiaj chodzą poważnie jak matrona w mnogiej ciąży? Sex w ZSRR Muzeum Erotyki

Zadaję sobie to i inne pytania, aby zrozumieć tęsknotę dużej części społeczeństwa do poprzedniego ustroju. – Czemu ta tęsknota ma służyć? – Nie wiem. Do czego ona zmierza? –Jeszcze bardziej nie wiem. W mojej ignorancji pocieszam się tym, że nie znając odpowiedzi przynajmniej zadaję pytania.