Pracowita noc malarza Sapiehy. Opowiadanie.

Grudniowa noc była wyjątkowo zimna. W czasie nieszporów Napoleon Sapieha stał pod amboną i słuchał kazania kanonika Leona Karnego o początku świata i stworzeniu pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Rozglądał się po kościele, pocieszając się widokiem ciepło ubranych świętych na obrazach. Był malarzem, widział niejeden obraz i był przekonany, że postacie świętych nie grzeszą nadmiarem ubioru, a tu takie zaskoczenie! Byli ubrani wyjątkowo solidnie, okutani szubami z naturalnego futra lisów i gronostajów. Zazdrościł im, bo sam odczuwał dojmujący chłód ciągnący od kamiennej podłogi, od którego stopy marzły w butach.

Do kościoła Sapieha chodził rzadko, głównie aby się wyspowiadać i pomodlić, aby wszyscy święci pomogli mu sprzedawać obrazy, źródło jego pasji i utrzymania. Z czasem zaprzyjaźnił się ze spowiednikiem, kanonikiem Leonem Karnym. W duchu nazywał go klechą. Nie było to negatywne określenie. No, może trochę. Kilka razy rozmawiali w zakrystii. Kiedy już malarz poczuł się swobodniej, powiedział mu:

– Nie za bardzo wierzę w spowiedź.

Klecha nie zdziwił się.

– To akt symboliczny. Słucham cię w zastępstwie pana Boga. Niektórych grzeszników taka spowiedź skłania do większej szczerości. A jeśli zadam im pokutę, także do większego żalu za grzechy i gorętszej chęci poprawy. To jedyny sens spowiedzi i pokuty.

Napoleon przypomniał sobie swoje obrazy. Od kilku tygodni były eksponowane w dwóch galeriach w mieście i nie sprzedawały się. Dotychczas nie znalazł się kupiec. Oprócz tego miał jeszcze do zbycia grafiki i rysunki. Prezentował je na własnej stronie internetowej, kilka także na wystawie Ośrodka Kultury Miejskiej „Bufor”.

– Obrazy wyjątkowo trudno się sprzedają. Może to z powodu ciężkiej zimy, bo ludziom nie chce się nigdzie chodzić, nawet jeśli jest to galeria obrazów położona kilkaset metrów dalej.

Wyobraźnia przeniosła go na zewnątrz, gdzie padał śnieg, a wcześniej zapowiedziano zamieć.

Z zamyślenia wyrwał go mocny głos kaznodziei.

– Ta dwójka zapoczątkowała ludzki ród, z którego wyłoniło się wiele ras ludzkich. Wy, drodzy parafianie, tak samo jak ja, też od nich pochodzimy. Ponieważ rasy mieszały się ze sobą, mamy w sobie domieszki różnej krwi. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. Nie zapominajmy o tym, aby nie wynosić się nad innych ludzi, odmiennych od nas kolorem skóry, wyglądem czy zachowaniem.

Mimo zaawansowanego wieku kanonik trzymał się prosto. Był tak stary, że pamiętał nawet dziadka Napoleona Sapiehy, tego ze strony matki. Nazywał się Grzegorz Orda i był złośliwym karłem, który po wzbogaceniu się na handlu kradzionym drewnem, został filantropem i dobroczyńcą. Stał się tak bogaty, że mimo wyraźnej ułomności, ożenił się niezwykle udanie, biorąc za żonę najładniejszą dziewczynę we wsi.

Więcej szczęścia miał Napoleon do matki, mądrej i urodziwej kobiety. Co najważniejsze, była normalnego wzrostu i rozsądnej wagi, choć pod koniec życia trochę utyła. Miała jedną słabość; była melancholiczką. To po niej Napoleon odziedziczył obezwładniający smutek. Nie miał pojęcia o tej przypadłości, dopóki nie skończył trzydziestego roku życia, kiedy melancholia objawiła się w całej krasie. Dowiedział się o niej od lekarza. Zgłosił się do niego, skarżąc się na złe samopoczucie. Ataki melancholii pojawiały się i męczyły Napoleona głównie w dni, kiedy środki masowego przekazu pokazywały ciężkie wypadki drogowe, katastrofy, pożary i powodzie, w których masowo ginęli ludzie i zwierzęta.

Wierni opuszczali kościół tak powoli, jakby nie było im zimno. Padał drobny śnieg i panoszył się siwy mróz. W drodze do domu Napoleon przemarzł jeszcze bardziej. Po przybyciu na miejsce, natychmiast zaparzył sobie duży kubek gorącej herbaty. Sączył ją powoli, myśląc o niesprzedanych obrazach wystawionych w galeriach miejskich. Zamierzał położyć się już spać, kiedy usłyszał dzwonek u drzwi. Zaniepokoił się. Zastanawiał się, kto mógłby chcieć odwiedzić go tak późno w taką pogodę. Był to syn Rafał z żoną i dwójką dzieci.

– Przepraszam, że nie powiadomiłem cię o naszym przyjeździe. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Przyjechaliśmy na weekend, aby cię trochę rozerwać. Najbardziej pragnęły cię widzieć Paweł i Karolinka. Nie musisz o nic się martwić, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Mamy nawet własną pościel, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zanim Napoleon znalazł się w łóżku, była już jedenasta. Zmęczony, zasnął od razu. W nocy na przemian budził się i zasypiał. Na początku jak zwykle miał krótki sen. Odwiedził go dziadek po kądzieli, karzeł, któremu się poszczęściło, oraz matka, urodziwa i mądra kobieta, po której odziedziczył melancholię. Potem zobaczył siebie samego w uścisku głębokiego smutku; patrzył w milczeniu przed siebie, nic nie widząc. Chwilę później straszliwie przeklinał, nie mogąc się wyrwać z potwornego nastroju.

Napoleon nigdy nie potrafił określić, jaki będzie przebieg nocy, kiedy będzie ona bezsenna, a kiedy coś będzie mu się śniło. Nie wiedział, od czego to wszystko zależało. W grę mogła wchodzić kawa, którą chętnie i często pił, ciśnienie atmosferyczne, nieobliczalne w swoich wahaniach, hormony wydzielane przez organizm, hamujące lub stymulujące delikatne połączenia nerwów w mózgu. Myślał także o działaniu leków, choć nie brał ich za dużo.

Po śnie o przodkach i melancholii, naszedł go upiór bezsenności. Kształtem przypominał niewyrosłego chłopca, ubranego w siną opończę z kapturem, z maską w miejscu twarzy, w której świeciły otwory na oczy. Po figurze i oczach Napoleon rozpoznał dziadka Ordę. Mieszkańcy wsi nazywali go złośliwym karłem. Napoleon miał go teraz przed sobą. Dziadek przypatrywał mu się uważnie, po czym wyciągnął rękę szarpnął go za ramię. To go zabolało, zacisnął więc zęby. Napoleon zacisnął zęby. Milczał, nie będąc stanie wykonać najmniejszego ruchu. Karzeł – trzymając go wciąż za ramię – drugą ręką wyciągnął zza pleców przedmiot przypominający małe widły i zaczął go żgać. Napoleon usiłował wyrwać się i uciec. Po kolejnym bolesnym pchnięciu wiedział, że musi zrobić coś drastycznego. Zaangażował w to całą siłę woli. Podjął decyzję. Zwarł się w sobie i kiedy oprawca nieznacznie się obrócił, skoczył mu na plecy, aby go okiełznać jak dzikiego mustanga i zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń.

– Będziesz posłusznie zmieniać moje nieudolne obrazy w użyteczne  przedmioty, które ludzie będą kupować – krzyknął dziadkowi do ucha. Na wszelki wypadek powtórzył polecenie, lecz usłyszał tylko szept. To go tak zaniepokoiło, że się obudził.

Wstając z łóżka, popatrzył na duży zegar ścienny rozjaśniony bladym światłem księżyca. Była godzina pierwsza piętnaście. Poczuł ucisk w dole brzucha i pomyślał, że pęcherz jest bardziej regularny niż budzik. Pierwszą potrzebę wyjścia do toalety odczuwał zawsze o tej samej godzinie.

Po powrocie z łazienki Napoleon nie kładł się już spać. Był przekonany, że nie zaśnie. Za bardzo się ożywił. Postanowił zająć się swoim biznesem. Nie był to pierwszy raz, kiedy zdecydował się pracować po nocy.

Najpierw włączył komputer i sprawdził pocztę elektroniczną. Ucieszył się; czekało na niego kilka emaili w sprawie grafik wiszących w galerii „Bufor” w centrum miasta. Miał kupców na trzy z nich. Były jeszcze emaile od osób pytających, czy mogą liczyć na rabat kupując większą ilość gadżetów z nadrukami jego grafik wystawionych na aukcji.

Siedząc wygodnie w fotelu pomyślał, że dobre wieści warto uczcić kieliszkiem wina. Podszedł do barku i wyjął kieliszek i butelkę. Przypatrywał się jej przez chwilę, po czym uznał plan za nieprzyzwoity. Przypomniał sobie zasadę, że nie pije przy pracy. Wrócił do biurka i zabrał się do roboty.

Miał szczęście, bo pracowało mu się bardzo dobrze. Nocna praca stała się normalną praktyką. W dzień malował obrazy, wykonywał grafiki i rysunki, głównie ilustracje książek, noc zaś poświęcał na ich promocję, sprzedaż oraz obsługę klienta. Robił to głównie przez Internet korzystając z poczty elektronicznej, rzadziej Skype’a. Z telefonu starał się korzystać jak najmniej; rozmowy telefoniczne uważał za stratę czasu.

Po udzieleniu odpowiedzi osobom zainteresowanym kupnem grafik, Napoleon podsumował wartość prac sprzedanych w ostatnim tygodniu  oraz sprawdził, ile pieniędzy ma na koncie w banku. Teraz miał czas na przyjemności.

W ciągu niecałej godziny opracował „dobową teorię życia artysty”. Wydała mu się niebanalna, ponieważ porządkowała działania twórcy sztuki w ciągu doby, co robił, o której godzinie i po co. Teoria miała sens praktyczny; była odpowiedzią na wyzwania i niepokoje codziennego życia. Pomysł chodził mu po głowie od dwóch miesięcy. Był to projekt natury prawie naukowej. W akademii sztuk pięknych, gdzie studiował malarstwo, nachodziły go ciągoty, aby zostać naukowcem. Myśląc o tym, zapisał tytuł i streszczenie teorii. Ostateczny tekst postanowił opracować w późniejszym czasie. Kiedy skończył, od razu zadzwonił do Erazma, wieloletniego przyjaciela, podobnie jak on aktywnego nocą. Chciał pochwalić się nietypowym osiągnięciem i usłyszeć jego opinię.

Prezentując teorię Sapieha nie dopuścił przyjaciela do głosu. Zrobił to celowo. Mówił tak, aby Erazm mógł się wypowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poznał całą treść. Był przygotowany na krytyczne uwagi przyjaciela, którego uważał za osobę mądrą i wyjątkowo zrównoważoną. Na ogół były one pozytywne. Tym razem Erazm zaskoczył go dosadnym i kwiecistym wezwaniem.

– Napoleonie! Doskonale wiesz, jak bardzo jestem ci życzliwy i dlatego boli mnie to, co muszę ci powiedzieć. Nie podoba mi się twoja teoria. Jest dobra dla biologa albo lekarza. Nie widzę czemu miałaby służyć. Nie widzę też rzesz artystów, którzy mieliby się nią entuzjazmować. Co innego twoje obrazy, rysunki i grafiki. W tym jesteś naprawdę dobry, osiągasz sukcesy, masz przed sobą perspektywy, których większość malarzy, grafików i rysowników mogłaby ci pozazdrościć. Jesteś doskonałym artystą, ale marnym teoretykiem. Teoria to nie jest twoja działka do uprawy.

Po zakończeniu rozmowy, Napoleon jeszcze raz uważnie przeczytał „dobową teorię życia artysty”. Uznał ją za niepotrzebny wybryk, nawet wygłup. Dziwił się sobie, że wcześniej myślał zupełnie inaczej. Wydrukowaną kartkę złożył w zamyśleniu w czworokąt, a potem jeszcze dwa razy przylegające do siebie trójkąty. To mu przypomniało Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę pojęć punktu, prostej, płaszczyzny, twierdzenia i teorii. Kiedy przypomniał sobie, że miało to miejsce w szóstym wieku przed Chrystusem i było niezwykle odkrywcze, wyrzucił kartkę z zapisem teorii do kosza na śmieci. Pomyślał o nim, że jest to pojemnik zużytych myśli i poronionych wyobrażeń.

Po odrzuceniu zbędnego balastu, Napoleon wrócił do łóżka. Ułożył się wygodnie i od razu zasnął. Nie spał jednak długo. Organizm zasilony wodą mineralną w czasie pracy przypomniał mu o sobie. Malarz po raz kolejny udał się do toalety.

Ponowny powrót do łóżka okazał się przyjemniejszy niż się spodziewał. Zapadł w głęboki sen. Otoczyła go obfitość dziwnych rekwizytów teatralnych. Najpierw były to figury geometryczne, co go nie zdziwiło. Zaraz po nich pojawiły się damskie figi i stringi w ciapki, sztuczny członek męski średnich rozmiarów oraz szczegóły damskiej anatomii ukryte w cieniu rudego uwłosienia. Był to prawdopodobnie efekt teorii Freuda i jego kontynuatorów, którymi Napoleon delektował się w chwilach, kiedy znajdował czas na czytanie dla przyjemności. Większość akcesoriów kojarzyła mu się jednak z teatrzykiem szkolnym, w którym występował jego jedyny wnuk, pięciolatek Pawełek.

Teatralia nie były największym zmartwieniem Napoleona, gdyż chwilę później napadła go nocna zmora. Nie wyglądało to na przywidzenie, ale zwyczajną, brutalną rzeczywistość. Zjawa hipnotyzowała go oczami bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Czując jej ciężki oddech na sobie, Napoleon stawiał opór, aby nie dać się sprowadzić do parteru jak w zapasach. Napięcie było tak wielkie, że z gardła wyrwał mu się okrzyk.

– Tym razem, zakało, skuję ci mordę!

Chwilę potem Napoleon był już górą; założył potworowi nelsoński chwyt i go dusił. Cieszył się słysząc, jak charczał. Było to przerażające przeżycie.

Zbudziło go łomotanie do drzwi. Kiedy otworzył oczy, w pokoju paliło się światło. W progu obszernej sypialni, służącej mu także za gabinet i atelier malarskie, stał przerażony Rafał.

– Usłyszałem potworne krzyki! Co się stało? Czy wezwać pogotowie?

Napoleon uspokoił się. Patrząc na bladego jak ściana syna, zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie mógł wywołać wśród domowników krzycząc przeraźliwie po nocy. Uspokoił syna i przeprosił. Po jego wyjściu z pokoju, zasnął po raz kolejny, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć.

Rano rodzina spotkała się przy śniadaniu. Napoleon Sapieha wyglądał na zmęczonego, oczy miał podkrążone a twarz oblekał mu wyraz znużenia. Pawełek, ukochany wnuczek, patrzył na niego spod oka kilka razy zanim się odezwał.

– Dziadek się zmienił. To nie jest ten sam dziadek. Bardziej podobał mi się ten poprzedni. Ktoś go nam podmienił w nocy – dzieciak był tak poruszony, że się rozpłakał i nie sposób było go uspokoić.

Rafał nie dostrzegł w ojcu żadnej zmiany, podobnie jak synowa. Dla nich był tym samym Napoleonem Sapiehą, człowiekiem, którego dręczą potworne sny i prześladuje mania pracy nocą.

Syn był niewyspany i zły. Miał pretensje do ojca.

– Ty mnie wykończysz swoim nocnym życiem. Zachowujesz się jak nietoperz. Z tym, że nietoperz porusza się cicho, ty natomiast robisz raban. To jest nie do zniesienia – skarżył się głośno. – Cały czas chodzisz po nocy, przestawiasz meble, prowadzisz z kimś rozmowy. Nad ranem, słyszałem to wyraźnie, rozmawiałeś przez drzwi wejściowe z listonoszem. Powiedziałeś mu, żeby zostawił listy w skrytce pocztowej przy furtce. Tato! Co się z tobą dzieje?

– Opowiadasz dziwactwa. To nie było tak – zaprotestował senior. – To ty musiałeś mieć jakieś niedobre sny. Ja pracowałem, robiąc wszystko po cichu. Nie było mowy, abym mógł kogokolwiek zbudzić. Owszem, otrzymałem i wysłałem kilka emaili, ale nie telefonowałem i nie odbierałem od nikogo żadnej przesyłki, ani z nikim nie rozmawiałem przez drzwi wejściowe. Wydrukowałem sobie natomiast założenia pewnej teorii. Można to sprawdzić, bo kartkę wyrzuciłem do kosza na śmieci.

Odpowiedź ojca jeszcze bardziej rozdrażniła Rafała. Uznał, że czas wyjaśnić ostatecznie jego nienormalne zachowania, to, co robi po nocy. Zastanawiał się chwilę, układając plan działań. Włożył buty i wyszedł na zewnątrz, przed dom. Na ścieżce prowadzącej z domu do furtki wyjściowej na ulicę nie było widać żadnych śladów, które by wskazywały, że ktoś nad ranem tamtędy chodził. Rafał popatrzył na skrytkę pocztową umocowaną przy furtce wejściowej. Tknęło go przeczucie. Wrócił do domu i zabrał klucz do skrytki. Wewnątrz nie było żadnych listów. Po powrocie do domu sprawdził kosz na śmieci w pokoju ojca. Znalazł tam złożoną kartkę papieru z opisem jakiejś dziwacznej teorii. Ojciec był skrupulantem i dokładnie oznaczał dokumenty datą i godziną ich aktualizacji, aby nie myliły mu się kolejne wersje.

Po nieudanej ponownej rozmowie, Rafał miał wszystkiego dość. Wytłumaczył żonie i dzieciom, że muszą natychmiast wracać do domu, bo zapomniał, że ma ważną pracę do wykonania na poniedziałek.

– Przypomniano mi to telefoniczne. To bardzo ważne. Przepraszam was za to, że zapomniałem.

Jadąc samochodem razem z żoną i dziećmi, Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co zaszło w nocy. Czuł, że coś jest nie w porządku i to niekoniecznie z ojcem. Przypomniał sobie, co mówiła mu przed laty nieżyjąca już sąsiadka, która znała Grzegorza Ordę.

– Pański pradziadek pod koniec życia miał problemy z głową. Zdziwaczał, stał się odludkiem, w dodatku nerwowym i wybuchowym. Męczyła go mania prześladowcza. Wpadał we wściekłość. Nie można było do niego podejść, bo chyba by człowieka rozszarpał na kawałki. Zdawało mu się, że ludzie go śledzą i robią mu na złość, że ktoś go nachodzi nad ranem, nawet w niedzielę. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił na głos, bo ludzie się go bali. Starsi ludzie pamiętali, że taki sam był jego dziadek czy też pradziadek. Bezpieczna była tylko jego żona, pańska babka, oraz pańska matka. Ten karzeł kochał je do szaleństwa.

Rafał przejechał kilkaset metrów i zatrzymał samochód. Przypomniał sobie, jak kilkakrotnie wpadał we wściekłość na jadącego przed nim kierowcę, który zwalniał przed zakrętami blokując mu drogę. Myślał wtedy, aby go wyprzedzić i gwałtownie zahamować. Raz nawet to zrobił. Zakończyło się to na szczęście tylko stłuczką i przekleństwami poszkodowanego właściciela samochodu. Raz pomyślał nawet, aby zjechać na przeciwny pas jezdni i zderzyć się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem.

Żona i dzieci siedzieli spokojnie czekając, aż im powie, dlaczego się zatrzymał.

– Wyjdę na chwilkę, aby się przewietrzyć. Nie czuję się dobrze po wczorajszej nocy. Ojciec mnie przeraża. Pobyt u niego źle na mnie wpłynął.

Popatrzył na żonę.

– Przesiądź się, Adrianno, na siedzenie kierowcy, zanim wrócę. Wolę, abyś ty prowadziła.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, sierpień 2020

0Shares

Zimowy las. Opowiadanie.

Wypełniała go fantazja. Płynęła w nim strumieniem źródlanej wody, przezroczystej i ożywczej, z którego mógł czerpać do woli, aby gasić pragnienia żyjące w każdym człowieku. Zamiast pozwolić jej ujawnić się w pełni, tłumił ją, wzbraniał się przed nią, przyglądał jej się niezdecydowanie, bez pewności sukcesu, na jaki zasługiwała. Zamiast wyjąć sztalugi i płótno, i malować cudowne pejzaże, łamał pędzle i wylewał farby, zamiast pisać poezję, upijał się niepewnością i dusił w sobie wzruszające słowa.

Fantazja pojawiła się w nim znacznie wcześniej niż wszystkie małe i duże psy, które uwielbiał, chyba z wzajemnością, ponieważ łasiły się do niego i prosiły głośnym ujadaniem, aby rzucał im patyk w powietrze, daleko. Kiedy to czynił, biegły jak szalone, chwytały go w pysk, przynosiły, aby zaraz potem żartobliwie warcząc odmawiać wydania zdobyczy,  równocześnie jakby prosząc, aby ją siłą odebrał i znowu rzucił.

W zabawie niezmordowana była suczka. Nazywała się Cezarea, miała krótką sierść i śmieszny pysk bokserki i zwyczaj wbiegania na zmarzniętą taflę lodu i drapania, prosząc szczekaniem, aby pękł i pozwolił bawić się z nią ukrytej pod nim wodzie.

Działo się to zimą, w lesie zaklętym w ciszy i śniegu, puszystym i skrzącym z mrozu, zaludnionym kwiczołami. Siedziały nieruchomo na gałęziach, jeden obok drugiego, niepłochliwe, ubrane w grube futra piór, milczące, czekające na zbawienie. Miały je otrzymać od słonecznych promieni schowanych za górą, które niby złote strzały wytrwale wspinały się po stromym stoku, ściśle porośniętym lasem podobnie jak ptaki piórami.

Tam właśnie mężczyzna z plecakiem, nałożonym na grubą kurtkę, spotkał kobietę ukrywającą przed światem czar i wdzięk dojrzałości. Ubrana była w duże buty i szorstkie spodnie, i karmiła dwa psy, śmiejąc się do nich i opowiadając o nich niebywałe historie. Nosiła ciemne okulary; chroniły ją przed promieniami słońca odbitymi od zimowego puchu, stworzonego przez Boga dla zabawy, a naprawdę to dla ukrycia prawdy o kobiecości i męskości. Promieniowało od niej łagodne ciepło, prawie niewyczuwalne w mroźnym powietrzu, miłe dla ucha wdziękiem słów i treścią opowiadań.

W momentach, kiedy się śmiała, śnieg topił się wokół niej, pojawiały się strumyczki wody i rosły, spływając w dół drogi, zaraz potem dzieląc się na warkocze, nad którymi zakwitały intensywnie żółte kaczeńce. Pochodziły one ze wspomnień mężczyzny z plecakiem, z odległego rowu przekopanego przez łąkę, odprowadzającego wiosną nadmiar wody ze stawiku z malutkimi karasiami, linami i płotkami. Dobrze pamiętał ten stawik, bo to nad nim siadł mu kiedyś na ramieniu kolorowy ptak i milcząco zastanawiał się, czy warto lecieć dalej, a jeśli tak, to dokąd.

Wszystko to słyszały i widziały psy, albo czuły przez skórę, ponieważ cieszyły się jak szalone, biegając po głębokim śniegu i strasząc ujadaniem, że go zjedzą. Ciemniejszy z nich, o imieniu Salazar, był już poważnym seniorem. Nie przyznawał się jednak do tego, nie pokazywał swojego wieku ani też go nie ukrywał, tak jak ludzie, tylko bawił się buszując w śniegu w poszukiwaniu myszy. Zagłębiał się w chaszcze i węszył, wynurzając od czasu do czasu nos obsypany białym puchem. Rozradowany swoim niby to polowaniem, niby zabawą, zapominał o bożym świecie i kompletnie ignorował przyzywające go okrzyki i gwizdy właścicielki.

Jak tylko nadeszła wiosna niezwykła poezja zimy, ptaków, psów i ludzi rozpuściła się w leśnych wspomnieniach, jak wszystko, co przynoszą i zabierają ze sobą kolejne pory roku.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 08 2020

0Shares

Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares

Autobiograficzne podsumowanie staroroczne

Dziś nie mam o czym pisać, więc napiszę o sobie. Pominę czarne strony mego charakteru, bo sprowadziłbym na was piekło. A po co? I tak macie dosyć własnego. A jeśli nie macie, to go Wam nie życzę, życzę natomiast waszym wrogom. Jeśli ich nie macie, to już nie wiem, czego wam życzyć. Chyba tylko

władzy,

seksu

 

 

 

 

 

i pieniędzy,

świętej trójcy ludzkiej cywilizacji. Ewentualnie jeszcze alkoholu i owoców granatu. Jedzcie go koniecznie z pestkami. To źródło zdrowia od czasów Adama i Ewy, Mezopotamii i Babilonu, Sodomy i Gomory.

Piszę, publikuję, sporo też czytam. Mój dorobek literacki (w księgarniach) to powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” i „Sędzia od Świętego Jerzego”, zbiór poezji „Klęczy cisza niezmącona” oraz zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Recenzje wszystkich tych książek są na górnym pasku menu strony autorskiej www.MichaelTequila.com.

Jestem też aktywny na Facebooku i Twitterze.

Na stronie autorskiej piszę teraz krótkie opowiadania, różnej natury, fantastyka, groteska, humoreski. Ostatnio opublikowane: Znak pokoju – 22 grudnia 2019, Pies gończy słowa mówionego – 20 grudnia, Sen bez granic – 12 grudnia, Automat – 11 grudnia, Galeria handlowa – 10 grudnia, – Nienawiść organiczna – 7 grudnia. Zamierzam je kontynuować.

Od czasu do czasu na www.MichaelTequila.com  przedstawiam także poezje, głównie ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Myślę o stworzeniu podcastu z krótszymi utworami na YouTube.

Moi ulubieni autorzy to Gabriel Garcia Marquez, Friedrich Durrenmatt, Isaac Bashevis Singer, Alberto Moravia i Olga Tokarczuk. Jeśli i Tobie podobają się oni, to jesteś mi bratem i siostrą.

0Shares

Poezja. W nijaką zimową noc nastrojowa Australia

Nie mam dziś nic więcej do zaoferowania jak dwa australijskie wiersze. Sam bardzo je lubię, mam dobre wspomnienia.

Temat pierwszego to pelikany. Żyje ich w Australii bardzo dużo, są wszędzie, gdzie jest trochę więcej słodkiej wody. Zasięg ich skrzydeł jest imponujący; sięga nawet 3,4 m. Jak podają fachowe źródła, kości tych ptaków są niezwykle lekkie, szkielet stanowi około 10% wagi ciała. Stado pelikanów może przekroczyć nawet tysiąc sztuk.

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

W okolicach Adelajdy (gdzie mieszkałem), mgła jest rzadkością. Gęstą mgłę zdarzyło mi się widzieć tylko raz w ciągu kilkunastu lat, na równinie w pobliżu rzeki Murray. Dzień był niezwykle spokojny, bez wiatru. To wtedy napisałem ten wiersz.  

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Poezja australijska

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi. 

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Południowa Australia, Półwysep Fleurieu, 3 sierpnia 1996

To jeden z moich ulubionych wierszy, fragment opublikowanego zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Pamiętam tę podróż. Towarzyszyła nam niezwykła ulewa, jechaliśmy prawdziwym tunelem deszczu. Wracaliśmy z samego koniuszka Półwyspu Fleurieu, najbardziej południowego krańca Australii kontynentalnej; bardziej na południe jest tylko Wyspa Kangurów (Kangaroo Island). Mieszkałem w Australii dwadzieścia lat, ale nigdy jej nie odwiedziłem. Jest tam niewiele do oglądania z wyjątkiem wielkiej kolonii fok. Droga biegła między wzgórzami a brzegiem morza. Przed nami dosłownie wyrosła tęcza, jakiej nigdzie indziej ani nigdy później nie oglądałem. Była ogromna i niezwykle wyrazista. Zatrzymaliśmy się, aby ją podziwiać. Miałem wrażenie, że wyrasta z jednego krańca ziemi i wrasta w drugi. Zapamiętałem też las i wielkie pniaki dawno wykarczowanych eukaliptusów. Nie mogłem tego nie opisać.

To marina w miejscowości Wirrina po drodze.

0Shares

Nocna dawka poezji

Dla złagodzenia złych snów i wyprostowania pleców dwa wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Australia, Pemberton, Karri Valley Resort, 30 listopada 1996

Modlitwa lasu

Wiatr uczucia zamknął w liści zapomnieniu,
szmery poukrywał w omszałym kamieniu;
z kryjówek wyszły leśnych duchów zwidy
zdziwione ustaniem powiewów corridy.

Przyjdź, Zbawco, i rozwiąż przestrzenie,
wypuść na wolność liściastych harf drżenie,
niebo ustrój w wieczorne szkarłaty,
krzykiem burzy obudź pogubione kwiaty.

Przyjdź, Zbawco, przez deszczu kałuże,
rozrzuć jagody błękitem na wzgórze,
rozsyp promienie kroplami po trawie,
ukaż, co skryte, ukryj, co na jawie.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” w księgarni Empik w formie drukowanej i ebooka: https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-wybor-poezji-tequila-michael,p1137202017,ksiazka-p

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

“Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść “Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Marszałek składa oświadczenie. Powieść psychodeliczna. Odc. 16.

Wystąpienie Marszałka w parlamencie Amnezji wywołało wielkie poruszenie. Marszałek ukazał się na trybunie ubrany w stój galowy, z buławą w plecaku, wyprostowany, z głową uniesioną do góry. Nagrodzony został oklaskami. Od razu przystąpił do rzeczy.

– Jak państwo wiecie, nie lubię latać. W samolocie czuję się źle, ponieważ nie mogę uderzać laską w podłogę dla poprawy samopoczucia. Zabrałem ją raz ze sobą, ale pierwszy pilot ostrzegł mnie, abym z niej nie korzystał.

– Mogę latać z dziurą w dnie samolotu ale to nieestetyczne. Nie mogę narażać pańskiej reputacji na szwank. – Tak powiedział i zasalutował.

Chciałem jeździć do domu opancerzoną limuzyną, lecz wytłumaczono mi, że ostatnio miały one wypadki, tajemnicze i groźne. Podejrzewamy akty sabotażu, nawet terroru. W tej sytuacji poprosiłem o pociąg, ale okazało się, że nasz jedyny pociąg pancerny jest w remoncie, a mnie status drugiego VIP’a nie pozwala jeździć zwykłym pociągiem. W końcu zdecydowałem się latać zwyczajnymi liniami lotniczymi, nie miałem jednak szczęścia, bo zawsze brakowało biletów. Pani w kasie usprawiedliwiała się, że to dlatego, że jesteśmy krajem na dorobku i wszyscy spieszą się do pracy.

Samolotem odrzutowym latam z konieczności i tylko służbowo, przeważnie w czasie weekendu, kiedy jest mniejszy tłok. Spotykam się z ważnymi ludźmi. Okazje są różne, wszystkie są wagi państwowej. Wymienię kilka: grill pod lasem z prezydentem Francji, chrzest wnuczki pani premier Wielkiej Brytanii.

– O czym pan z nią rozmawiał? – przerwał ktoś nieuprzejmie.

– Omawiałem z nią metody exitu, jakie są plusy i minusy, czy jest to bolesne, czy też sprawia przyjemność. Słowem wszystko, o czym rozmawia się na tym szczeblu. Były też inne ważne okazje: wspólny zjazd na nartach z pensjonariuszami Domu Niekończącej się Starości oraz Światowy Zjazd Marszałków i Wicemarszałków mojego okręgu wyborczego.

W końcu postanowiłem, że będę latać, i to jak najczęściej. Przypomniałem sobie, co obiecaliśmy naszym wyborcom. Nie tak, jak nasi poprzednicy, którzy nie obiecywali, ale latali. My złożyliśmy obietnicę, że będziemy oszczędni, aby uszczęśliwić naród, latałem więc bez ograniczeń. Nie można szczęściu stawać na drodze. Dawałem w ten sposób wyraz dumy i godności, także przewagi człowieka nad przyrodą.

Przemówienie Marszałka przerwano oklaskami. Przyjął to pogodnie i kontynuował.

– Co do mojej rodziny, to latała ze mną tylko dlatego, że jestem dobrym ojcem i mężem. Nie chcieli, ale ich przekonałem. Nie mogę bez niej żyć. Kocham ich. Marszałek był wzruszony.

0Shares

Narada o stanie państwa i społeczeństwa. Powieść psychodeliczna. Odc. 15.

Na prośbę Namiestnika Krzepkiego Kukuły Partia Powszechnego Dobrobytu zorganizowała naradę poświęconą ocenie stanu państwa i społeczeństwa.

– Zorganizowaliśmy ją – zagaił Namiestnik – z kilku powodów. Pogoda zbiesiła nam się nie do poznania, i wprawdzie doskonale układają nam się stosunki międzynarodowe, ale hydra opozycji podnosi głowę i patrzy w kierunku nieba, kiedy naszym zasłużonym ludziom odmawia się awansowania na stanowiska w Bractwie Kontynentalnym, jakie należą im się od dziecka. W końcu pojawiły się skargi na nieuczciwą konkurencję. W ostatnim przypadku chodzi o tanią linię lotniczą Cheap VIP latającą regularnie na południe, oferującą możliwość odbycia lotu last minute prywatnym odrzutowcem po podaniu hasła „na VIP’a”. Nie dziwię się, że ludzie udają się w okresie chłodnego lata na południe, jest tam cieplej niż u nas, w centrum kraju, gdzie obywateli ogrzewa tylko nasza partia swoją wyobraźnią, pomysłowością i doskonałą księgowością.

Właścicielem taniej linii lotniczej Cheap VIP jest mi dobrze znany, przemiły człowiek, spokojny i uczynny. Nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej przysługi. Opozycja nalega na niego, aby przyznał, że to on jest tym dobroczyńcą transportowym, ale to człowiek honoru i nie zamierza poddać się niczyjej presji.

– Nie chcę być bohaterem. To byłoby nieskromne. Powiedział mi to w zaufaniu. – uzupełnił Namiestnik, po czym dodał:

– Opozycja jest po to, abyśmy ją mieli, ale niekonieczne tolerowali.

Na sali wybuchł ogromny entuzjazm, zebrani wstawali z krzeseł, krzyczeli Bis! Bis! Ukochany wodzu! Jedna z delegatek przybyła na spotkanie bezpośrednio z Brexitu krzyknęła nawet: I love you, Mr Namiestnik! I love you so much!

– W podsumowaniu powiem tylko tyle, podjął Namiestnik po przerwie, że sprawę badamy i informację o nowej linii lotniczej Cheap VIP ujawnimy albo i nie, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy nie jest to tajemnica państwowa. Ponadto jest jeszcze RODO, którego musimy strzec jak oka w głowie, bo jest dla nas prawem. Opozycja i ci pozostali, nie będę ich wymieniać po imieniu, ponieważ są to ludzie niewierzący w prawo i nadzieję na lepsze jutro bez potrzeby korzystania z sądu. Mogą nam co najwyżej nadmuchać w gwizdek lub zrobić sobie lewatywę, jeśli mają takie życzenie.

Naczelnik przemawiał tak żywiołowo i nietypowo, przytupując lekko nogą, że jedna część jego drużyny pomyślała z troską, że jest chory, inna że to efekt szampana z ostatnich imienin, jeszcze inni, że jest to krecia robota Rudego, jego odwiecznego wroga, który niegdyś pogrążył kraj w niebycie a nawet nagrał taśmy pokazujące, jak przejada państwowe pieniądze we włoskiej restauracji Ciao Ciao Bambini na Lazurowym Wybrzeżu.

0Shares

Byłem tam i postanowiłem zostać celebrytą

Byłem na spotkaniu z panią Arletą Szpurą i postanowiłem zostać celebrytą. Nie jest to łatwy chleb, ale jadłem już chleb z niejednego pieca, a kilka razy nawet bułeczkę z masłem z dodatkiem kubka kakao. Było to w barze mlecznym w Zamościu za czasów mojego dzieciństwa w okresie PRL, którego prawie żałuję od dnia, kiedy pewien Amerykanin nazwał go głupim ustrojem. Do tamtej pory myślałem o PRL tylko jako ustroju niesprawiedliwym, niedemokratycznym, niewydajnym, odręcznie sterowanym przez kacyków, ale nie głupim, aż tu nagle Amerykanin, postać poznana przeze mnie w zwykłym pociągu osobowym, przez co nieco podejrzana, mówi mi w oczy, że był to głupi ustrój. Zgodziłem się z nim ponieważ Amerykanie byli już wtedy potęgą militarną a nic mną tak nie wstrząsa jak wycelowany we mnie szybkostrzelny karabin maszynowy, nie mówiąc o armacie lub torpedzie. Zgodziłem się z nim także dlatego, że nie był mi jeszcze znany prezydent Donald Trump, człowiek, który każe innym ważnym osobom stać przy biurku, kiedy on siedzi. Dziś nie byłbym tak bardzo skłonny wierzyć Amerykanom, którzy oprócz Faulknera, Hemingwaya, Steinbecka i kilku innych przyzwoitych facetów (i facetek) nie mieli światu wiele do zaoferowania oprócz bomby atomowej, coca-coli, Facebooka, Amazona, Twittera i Instagrama i nowoczesnych technologii ogłupiania człowieka przez telefon.

Tak czy inaczej byłem na spotkaniu z panią Aretą Szpurą, autorką książki „Jak uratować świat? Czyli co dobrego możesz zrobić dla planety”, blogerką i aktywistką ekologiczną, osobą przemiłą i zaangażowaną, zaliczoną do najbardziej wpływowych kobiet w wieku poniżej 30 lat w Polsce. Byłem i nawet zrobiłem sobie wspólne zdjęcie.

0Shares

Przyczaiłem się w lesie przytłaczających wydarzeń

W obliczu wydarzeń górujących nad krajem jak smok wawelski nad Krakowem albo rachunek polityczny nad rozumem zatrzymałem się w rozwoju literackim.

Nie ma co się dziwić. Dzisiaj na przykład, w dniu niezwykłych tajemnic, o których nie wolno mówić, pisać ani nawet mruczeć, wykonałem, co miałem wykonać, byłem, gdzie miałem być i zaznaczyłem, co miałem zaznaczyć. Po powrocie z tajnej misji, po wypiciu dwóch kaw, jednej wzmocnionej herbaty i dwóch litrów filtrowanej wody, ożywiłem się w stopniu pozwalającym mi pisać a nie tylko przeklinać. Zaletą dojrzałego wieku jest zdolność budzenia się po wchłonięciu dużej ilości płynów, a nie tylko w nocy, kiedy rozpiera człowieka chuć potężna jak pragnienie sławy utalentowanego wynalazcy-samobójcy.  

Po południu idę na spotkanie w Empiku z udziałem pani Arlety Szpura, ekoeksperta, autorki książki “Jak uratować świat”, aktywnej w obszarze wykorzystywania zasobów środowiska w branżach takich jak żywność, kosmetyki czy fashion (jak to się dzisiaj mówi), jeśli chodzi o marki wspierające etyczną modę.

Też mam swój dorobek proekologiczny i to wcześniejszy niż wiek XXI, na dowód czego zamieszczam dwa wiersze z mojego zbioru poezji: „Klęczy cisza niezmącona”.

Gdzie są olszyny nadbrzeżne

Gdzie są olszyny nadbrzeżne, wysepki szuwarów,
łachy piasków i łąki nadrzecznych oparów?
Dzikich brzegów zakola, czar nurtu urzekał,
gdzie teraz kamieniem cembrowana rzeka.

Czy w kamieniu jaskółka gniazdo uwije,
zwinna wydra nocą wśród wykrotów uśnie,
dzika kaczka za rybą zanurzy wdzięczną szyję
albo człek znużony rozmarzy się gnuśnie?

Miast się roztańczyć dźwięcznym ptaków śpiewem
ja płaczę, płaczę żalem i rozpaczam gniewem,
bo mnie piękno prawdziwe wolnością urzeka,
a nie kajdany rzece kute przez człowieka!

Busselton, Australia, 11 listopada 1996

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Opinie o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” https://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 206: Szalony rozwój nowych form i języka indywidualizmu

Dzięki Internetowi indywidualizm kwitł jak szalony. Ludzie traktowali go jak biznes oferujący przedsiębiorczym jednostkom niesamowite korzyści. Wkrótce pojawiły się na rynku liczniki pomiaru aktywności internetowej, nieco później również mierniki indywidualizmu.

Indywidualizm pokazał także wilcze kły i pazury. Wielu ambitnych obywateli, byli to głównie mężczyźni, zapragnęło wyróżnić się tym, na czym znali się najlepiej, co było ich pasją, co ich najbardziej kręciło – zabijaniem i wysadzaniem w powietrze ze względów patriotycznych lub religijnych. Różnie to nazywano, jedni nazywali to terroryzmem, inni walką o słuszną sprawę lub ideały. Uprawianie terroryzmu stwarzało szansę błyskawicznego wybicia się, zostania celebrytą żyjącym na ustach setek tysięcy obywateli, przez jednych przeklinanym, przez innych wielbionym.

Ta droga do indywidualizmu okazała się tak atrakcyjna, że wkrótce pojawiły się kursy i szkoły terroryzmu. Terroryści uaktywnili się, byli wszędzie.

W Internecie zbierali informacje, gdzie i co można wysadzić w powietrze, kogo zamordować i gdzie najłatwiej rozjechać większą ilość osób samochodem. Najgorsze były samotne wilki. Nie pozostawali oni jednak bezpieczni; tajna policja Babochłopa i agenci wywiadu wojskowego Nomadii gromadzili o nich tony danych, deptali im po piętach, infiltrowali ich organizacje i rozsadzali od środka materiałami wybuchowymi.

To, że w Nomadii nie zanotowano poważniejszych aktów terroru, było nie tylko efektem czujności rządu i policji, ale również działań partii radykalnych. Obydwie strony wspierały się nawzajem. Rząd nie pozwalał przenikać do kraju elementom terrorystycznym zza granicy, partie radykalne zwalczały natomiast terroryzm wewnątrz kraju. Traktowały go jako znak braku patriotyzmu.

Cyniczni wyznawcy teorii spiskowych twierdzili, że zwolennikom indywidualizmu poruszającym się drogą między terroryzmem a patriotyzmem chodzi nie tyle o bezpieczeństwo państwa, ile o rządy nad produkcją i handlem narkotykami. Nie wiadomo czy było to prawda, wiadomo natomiast, że w tym obszarze wszyscy walczyli z wszystkimi.

*****

Wraz z technologią i zwyczajami przeobrażał się język. Obywatelem Nomadii coraz trudniej było porozumieć się. Obok zmieniających się pojęć opisu rzeczywistości, rodziły się nowe pojęcia. Najpierw pojawiła się ćwierćprawda, potem półprawda, w końcu postprawda i uczciwe kłamstwo. Były one wzorowane na pojęciach ćwierć i półinteligenta przemyconych z ustroju despocji ludowej. Na ostatnim etapie zmian dominowało uczciwe kłamstwo.

– Jest to forma najwyższej prawdy, ukrytej przed oczami zwykłego śmiertelnika, który niewiele rozumie ze spraw wielkiej polityki stanowiącej materię delikatną i skomplikowaną. Uczciwe kłamstwo zyskało sobie uznanie społeczne, dlatego staramy się je umocnić i upowszechnić. – Wyjaśniał specjalista ministerstwa sprawiedliwości, rumiany, drobny człowieczek w okularach intelektualisty, zajmujący się definicjami prawnymi i usprawnieniami zarządzania państwem. Mimo ministerialnej harówki zachował młodzieńczy wyraz twarzy. Raz po raz rozświetlał ją łagodny uśmiech. Wszyscy go za to lubili.

Uczciwe kłamstwo doczekało się wkrótce teorii naukowej, udowadniającej jego wyższość nad zwykłą prawdą, o której mówiono od dawna, że jest naga i prostacka.

– Jeśli nie jest naga i prostacka, to nie jest także prawdą. Licho wie, czym wtedy jest. – Tego rodzaju wyjaśnienia udzielił Sefardiemu jego wnuk Enrique w trakcie poobiedniej dyskusji na tematy krajowe.

Ludzie prości, mniej obyci w nowoczesności, nadal tęsknili za zwykłą prawdą, było o nią jednak coraz trudniej. Postępowa część społeczeństwa zwalczała ją, ponieważ nie służyła dobrze wizerunkowi kraju. Wulgarny język stał się normą zwłaszcza wśród osób młodych, nieskażonych zasadami dobrego wychowania. Używano go coraz powszechniej w miejscach publicznych, nazywając go „nowomową”. Przyznawano się do niej coraz częściej, pozbywając się poczucia zażenowania. Obywatele uważali ją za “signum temporis”, znak czasu, jak wyjaśnił pewien student. W rodzinie miał księdza i aptekarza i od dziecka przyswajał sobie łacinę, języka stosowany w nauce, zwłaszcza medycynie.

– Używanie łaciny w mojej rodzinie to chleb powszedni, kiedy spotykamy się razem na obiedzie. Dlatego jest mi łatwiej niż innym być wulgarnym. – Mówiąc to patrzył spokojnie w oczy rozmówcy albo zawieszał wzrok na wielkim patriotycznym obrazie zdobiącym ścianę rodzinnej rezydencji.

Wulgarne słowa i grubiańskie przekleństwa stały się równie naturalnym nawykiem jak jedzenie. Nikt już nie wyobrażał sobie innego życia. Ludzie maciowali, rzucali mięsem i lżyli swoich wrogów lub rząd, znajdując w tym coraz więcej upodobanie.

0Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares