Myśli i aforyzmy jako uzupełnienie chleba naszego wieczornego

Prezydent Duda, niech Bóg mu błogosławi na drodze celnych dowcipów i uśmiechów opromieniających ziemię, na spotkaniu z wieloletnimi małżeństwami przyznał się, że siwieje i łysieje. Tego samego dnia w telewizji ktoś to skomentował:

Można siwieć i łysieć, chodzi o to, aby tylko nie głupieć.

Mocne! Takie piwo lubię.

Do powyższego dodam, gwoli wieczornej rozrywki, dwie myśli, jakie ostatnio przyszły mi do głowy.

W roku 2018 polska niepodległość miała trzech ojców: stuletniego, dwudziestodziewięcioletniego oraz ośmioletniego. Dwóch pierwszych wyróżniały sumiaste wąsy i historia, trzeciego – kochający brat i nowiutki pomnik.

Niektórych ludzi łączy z psem niezwykle mocna więź. Jest nią łańcuch a czasem gruby drut. Miłość przybiera różne formy.

Cz. 110: Burza medialna. Wrogowie i przyjaciele.

– Gdyby Sefardi, mój serdeczny przyjaciel, widział te niekończące się relacje, to by się wyrzygał – Iwan Iwanowicz zdenerwował się. Było to w knajpie „Pod Czarnym Buforem”, gdzie spotkał się ze znajomymi, aby ostatecznie pożegnać Sefardiego jako przyjaciela, patriotę, współobywatela i aktywistę lokalnej społeczności. Kiedy energiczny starzec wzniósł toast o pomyślność Sefardiego w niebie, przemówiła kolorowa papuga właściciela lokalu, milcząca od lat. Nikt nie był bardziej zszokowany niż on sam. Papuga wygłosiła kilkuzdaniowy panegiryk na cześć zmarłego. W jej pierwszym od lat wystąpieniu publicznym podejrzewano cichy udział właściciela. On sam przysięgał na dzieci i żonę, że kiedy pięć lat wcześniej przez niedopatrzenie podał papudze nieświeże ziarno, które spowodowało ciężki rozstrój ptasiego organizmu, gadatliwe czupiradło oświadczyło, że nie odezwie się więcej. Mimo jego przysięg i bicia się w piersi, bardziej wierzono papudze niż jemu.

Sefardi nie pozostawił suchej nitki na politykach. Jego pisemne przesłanie do parlamentu nadeszło w idealnym czasie, jakby w odpowiedzi na kąśliwe recenzje jego życia i śmierci. Zarzucił im ubóstwo rozumu, wrażliwości i etyki, złośliwie nawet niedorozwój penisów. Szydził z nich, okazał się niewybredny, wręcz chamski. W liście pożegnalnym, nadanym już przed śmiercią, przekazał klubom parlamentarnym sążnistą listę nazw członka męskiego, sugerując nauczenie się jej na pamięć, aby wiedzieli, co myśleć o sobie i swoich kolegach partyjnych. Rodzina i przyjaciele byli oburzeni, upierali się, że jest to jawne pomówienie, ponieważ Sefardi nigdy by się na coś takiego nie zdobył.

– To nie jest w jego stylu. Sefardi Baroka był zbyt kulturalny i wyrafinowany, aby zniżyć się do takiego poziomu. Wiadomo, że nie lubił polityków, ponieważ nie znosił prostactwa, bezguścia i wulgarności, z którymi niektórzy z nich obnosili się publicznie. To przesłanie to jednak zupełnie coś innego. To tak, jakby pomawiać jego, mistrza wynalazczości, o przyczepienie ciężkiego łańcucha do misternego zegarka kieszonkowego. Przesłanie do parlamentu z całą pewnością nie było jego dziełem. – Opinię tę wyraził na konferencji prasowej rzecznik rodziny, składając wniosek do prokuratury o podjęcie śledztwa w związku z przestępstwem. Prawda była tak oczywista, że nie użył nawet słowa „domniemany” w odniesieniu do przestępstwa.

Nie zmieniło to postaw członków partii rządzącej. – Sefardi Baroka to wariat i zboczeniec. – Napisał ktoś na tablicy ogłoszeń w korytarzu parlamentu. – Po co ten degenerat robi sobie taką reklamę? Przecież teraz do niczego mu się ona nie przyda!

Nieparlamentarna wypowiedź anonimowego posła wywołała powszechne oburzenie. Uznano, że oskarżanie kogokolwiek o szaleństwo, zboczenia i degenerację narusza cześć, jaka należy się każdemu zmarłemu, bez względu na jego przeszłość, na mocy uświęconej tradycji. Większość obywateli była zgorszona poselskim wandalizmem słownym. Nawet kościół przyłączył się do głosów krytyki, mimo iż Sefardi nie był obiektem jego uwielbienia, wręcz przeciwnie. Organizacje broniące praw obywatelskich żądały znalezienia sprawcy i oddania go pod sąd, choćby komisji etycznej parlamentu, o której mówiono, że standardy etyczne oparła na zasadzie „Kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Emitowany następnego dnia program telewizyjny nosił nazwę „Sztuka życia i umierania”. Uczestnicy zebrania przy krawężniku różnie go komentowali. Salman, pracownik działu zaopatrzenia dużego supermarketu, uznał program za ambitny, choć trochę na wyrost. Oglądał go razem z żoną, przygotowującą wieczorny posiłek w aneksie kuchennym przyległym do salonu, gdzie znajdował się telewizor. Program tak ich wciągnął, że odłożyli obiad na później, posilając się paczką chrupek, aby zabić głód. Byli młodym małżeństwem o nieokreślonych poglądach politycznych i społecznych. Oglądali program, ponieważ Salman zawsze marzył o poznaniu kogoś, kto naprawdę był mistrzem sztuki życia. Sam nie umiał tak żyć, często był wyrzucany z pracy i miał ciągłe nieporozumienia ze zwierzchnikami. W końcu zaczął wątpić, czy taki człowiek w ogóle istnieje.

Telewizja prywatna uznała pogrzeb Sefardiego Baroki za jego wielki triumf, a jego samego za bohatera narodowego. Wychwalano go za poświęcenie życia wynalazczości, której efekty szeroko rozsławiły kraj. Podkreślano jego odwagę oskarżenia gubernatora Barrasa o korupcję i barbarzyństwo polityczne. Tego samego wieczoru pokazano jeszcze film „Klęska satrapy”, dokumentujący dziwny zamach bombowy na zgromadzenie zwolenników Partii Konserwatywnej, którą Sefardi nazywał pseudodemokratycznym krzewicielem barbarzyństwa. Nie dziw, że przypisano mu autorstwo zamachu.

Od dnia pogrzebu, telewizja państwowa regularnie prezentowała i komentowała postać i życie Sefardiego Baroki. Redaktor prowadzący wstrzemięźliwie określił go jako ciekawego zegarmistrza i dobrze zapowiadającego się pisarza. Programy były pełne powagi, nostalgii, w konkluzjach raczej smutne. W trakcie dyskusji telewizyjnych pojawiały się jednak ostrzejsze wypowiedzi. Przedstawiciel Partii Konserwatywnej uważał, że gdyby nie fakt, że Sefardi Baroka jest już w grobie, to jego życie byłoby niewarte funta kłaków zważywszy jego nieuzasadniony, wrogi stosunek do demokratycznie wybranego rządu, zwłaszcza gubernatora.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 99: Zamach

W trakcie przemówienia, dwie lub trzy minuty po jego rozpoczęciu, nastąpiło nieoczekiwane zdarzenie. Z samochodu wysiadło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach i kominiarkach na twarzy i zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, padły strzały z pistoletów maszynowych. Wybuchła ogromna panika. Uczestnicy wiecu, znajdujący się najbliżej samochodu, pierwsi rzucili się do ucieczki odpychając na boki służbę ochrony i innych uczestników. Stadny instynkt ucieczki spotęgował przerażenie wywołane strzelaniną.

Rozpętało się piekło. Pierwszym celem napastników był gubernator, który zaskoczony stał nieruchomo na trybunie wiecowej przypominającej wielki pomost. Strzały oddane w jego kierunku okazały się niecelne, co dało ochroniarzom czas na osłonięcie gubernatora własnymi ciałami. Terroryści przeładowali magazynki i zaczęli ponownie strzelać w kierunku gubernatora otoczonego już ludźmi. Strzelali do nich jak do kaczek, a ci padali na deski platformy niby snopki uderzane potężnym wiatrem. Nie czuli bólu, nic nie czuli, tylko uderzenia kul. Ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie decyzja dowódcy ochrony osobistej natychmiastowej ewakuacji gubernatora z platformy.

Zanim to nastąpiło, zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. Gubernator Blawatsky zachował się jak rozkapryszone dziecko, któremu odmówiono ukochanej zabawki; zaczął tupać, strasznie krzyczeć, potem wyć nie tyle z przerażenia, ile z wściekłości, że uniemożliwiono mu dokończenie przemówienia, do którego przygotowywał się od długiego czasu z niezwykłą starannością. Twarz rozciągnęła mu się spazmatycznie w osobliwym, małpim grymasie, a z gardła wydobył się nieludzki skowyt. Jego zachowanie było szokujące, dziwne i straszne zarazem. Ktoś nagrał te scenę telefonem komórkowym z bliskiej odległości, jakby specjalnie było to reżyserowane. Niespełna godzinę później jedna ze stacji telewizyjnych przerwała dziennik, aby pokazać nagranie. Tego samego dnia było ono transmitowane i retransmitowane przez wszystkie krajowe i wiele zagranicznych stacji telewizyjnych.

Szokujące zachowanie gubernatora obejrzeli wszyscy obywatele Nomadii. Nie było nikogo, oprócz osób głuchych, niewidomych i pomylonych, którzy by tego nie zrobili. Mimo współczucia, jakie z powodu terrorystycznego ataku mieli dla niego mieszkańcy kraju, jego zachowanie uznano za kompromitujące. Pojawiły się głosy, że gubernator wiedział lub przynajmniej domyślał się, że terroryści zechcą zrobić zamach w czasie wiecu, ale nie podjął środków zaradczych. Był to drugi powód jego kompromitacji.

Prawdziwe rewelacje pojawiły się kilka godzin później. W trakcie strzelaniny nikt nie zauważył, co naprawdę dzieje się na placu wiecowym. Domniemani terroryści strzelali do ludzi, ale kulami gumowymi. Nikt nie zginął ani nie został ranny. Jak na filmowej egzekucji napastnicy rozstrzeliwali przede wszystkim materiały propagandowe i reklamy partyjne: transparenty, flagi, bilbordy, zdjęcia, banery, wielkie afisze i małe kolorowe ulotki. Pod trybuną eksplodowały ładunki wybuchowe; efektem był jedynie przerażający huk i bryzgi czerwonej farby a nie ofiary w ludziach i szkody materialne.

Był to przedziwny zamach, zupełnie niezrozumiały dla przeciętnego obywatela, a nawet dla reportera czy choćby uważnego obserwatora. Na wiecu obecni byli tylko uczestnicy spotkania porażeni śmiertelnym strachem o własne życie. Powietrze rozdzierały krzyki nieszczęśników, którzy znaleźli się na drodze uciekającego tłumu. Następnego dnia okazało się, że były tylko dwie osoby poważniej – choć bez zagrożenia życia – poturbowane w trakcie ucieczki, ponieważ służby porządkowe były dobrze przygotowane do ewakuacji ludzi na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Każdy sektor miał odrębną drogę ewakuacji w innym kierunku, tak że odbywała się ona w sposób raczej bezkolizyjny. Po przesłuchaniach świadków okazało się także, że sami napastnicy wskazywali uciekającym właściwy kierunek ewakuacji. Nikt nie zorientował się od razu, że dzieje się coś dziwnego, ponieważ byli oni ubrani tak samo, jak regularna służba ochrony wiecu.

Pod koniec niezwykłych zdarzeń nad trybuną pojawił się helikopter, obniżył lot do wysokości kilkudziesięciu metrów, rozrzucił ulotki, po czym ktoś zaczął z niego strzelać w dół w kierunku trybuny. Z grubych desek posypały się drzazgi; żadna z osób tam się znajdujących nie poniosła jednak uszczerbku, czego nikt nie zauważył w ferworze strzelaniny i eksplozji materiałów wybuchowych. W chwili, kiedy zamarł huk oddalającej się maszyny, dały się słyszeć słowa płynące z głośników wiecowych zainstalowanych na metalowych słupach:

– Mówi przewodniczący rewolucji o lepsze jutro. Barras, ty satrapo! To jest twój pogrzeb, twojej partii i twojej ideologii! Bóg i naród odwrócili się od ciebie! Przegrałeś łajdaku!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 97: Szampan i wiec przedwyborczy

Tuż za bramą cmentarza, na wychodzącą na końcu rodzinę i przyjaciół zmarłego, czekało dwóch kelnerów w lokajskich strojach ze stolikiem, szampanem w lodzie i kieliszkami, zachęcając serdecznie do pocieszenia się trunkiem. Byli to aktorzy wynajęci przez Sefardiego Barokę.

– To dar wspominkowy od Mistrza. – Dodawali z promiennym uśmiechem, jakby częstowanie gości pogrzebowych sprawiało im szczególną radość. Sami też nie krępowali się pić, twierdząc, że tak im nakazał zleceniodawca. Wyjaśnił im, że lubi szokować ludzi łamiąc sztywne zasady i konwenanse, i oni też tak mają postępować. Do pijących szampana przyłączyło się kilku przedstawicieli władz, kiedy im wyjaśniono, że zmarły był oryginałem i serwowanie szampana za bramą cmentarza było zgodne z jego wolą.

– Prawo tego nie zabrania – wyjaśnił z uśmiechem starszy kelner, wysuwając tacę z kieliszkami szampana w kierunku prezesa sądu okręgowego i towarzyszących mu osób.

– Prawo to prawo – podsumował gość z przekonaniem. Wciąż myśląc o tym, jak mało znał zmarłego, podniósł do góry kieliszek, aby wznieść toast. Miał już na języku „za zdrowie Sefardiego Baroki”, kiedy zdał sobie sprawę, że byłoby to niewybaczalne faux pas.

*****

Tłum gromadził się od godzin porannych, mimo że wiec miał rozpocząć się dopiero o godzinie czternastej. Organizatorzy mieli ogrom pracy do wykonania. W pierwszej kolejności należało pokierować osobami przybywającymi indywidualnie i grupowo w taki sposób, aby wchodziły na teren wiecu przez odpowiednio oznaczone bramki. Na ich prośbę, powtórzoną w przekazie radiowym i telewizyjnym przez samego gubernatora, przybywający na wiec ludzie identyfikowali się kolorami ubiorów i plakietkami osobistymi.

Ustawienie wielkiej masy ludzi wymagało jakiegoś schematu, planu przestrzennego. Przygotował go wcześniej sam gubernator. Nie oczekiwał od siebie arcydzieła, tylko zwykłego, dobrze wykonanego szkicu, co mu się udało choć nie bez wysiłku, jak każda intelektualnie angażująca czynność, oraz kilku gniewnych splunięć na podłogę, które dedykował swoim przeciwnikom politycznym. Gubernator Blawatsky potrafił był wyrazisty.

Nie zawsze planowanie wiecu szło mu dokładnie tak, jak sobie z góry założył, dlatego dla dodania sobie animuszu i rozjaśnienia umysłu, nalewał sobie do kieliszka trochę koniaku i uzupełniał go w miarę potrzeby. Camus XO Borderies był jego najulubieńszym trunkiem, można by powiedzieć, wręcz ukochanym, również ze względu na kształt butelki wykonanej w stylu retro. Planując wiec gubernator doznawał szczególnego uczucia wykonywania pracy ważnej dla społeczeństwa, kraju, a może nawet i ludzkości. Tak go to uwznioślało, że odczuwał szum w głowie. Czasem nawet miał wrażenie, że unosi się w powietrzu, a raz nawet faktycznie lewitował. Nie wspominał o tym nikomu, bo by mu nie uwierzono. Jego umysł pracował z niezwykłą jasnością, wszystko doskonale porządkował, szufladkował i pamiętał, gdzie kto sto i co robi. Gubernator miał na myśli oczywiście uczestników wiecu, których autentycznie szanował, ponieważ decydowali w wyborach o jego sukcesie.

Planując wiec przedwyborczy, na którym ludzie będą czuć się wygodnie i podniośle, przynosiło mu radość. Był to stan umysłu tak wyjątkowy, że gubernator nie potrafił go nawet dokładnie określić. Nie było zresztą takiej potrzeby. Ważne było jedynie to, że zgromadzenie było przygotowane na tip top dzięki jego perfekcyjnemu podejściu. Wyraz pedantyczny, który byłby może i lepszy do opisu sytuacji, wydawał mu się niestosowny. Nawet jeśli jego postępowanie nie zawsze było zrozumiałe dla wszystkich – tak sobie rozumował gubernator, ciesząc się, że uczestniczy w rzeczach wielkich – to nie była to jego wina, że inni nie nadążają za nim.

*****

Uczestnicy wiecu Partii Konserwatywnej zostali podzieleni na cztery kategorie. Termin „kategoria” nie kojarzył się zbyt dobrze gubernatorowi, był obcego pochodzenia i aczkolwiek zadomowiony w języku ojczystym, był niechętnie przez niego stosowany.

Przed trybuną wiecową, na samym przodzie zgromadzenia, w pierwszym rzędach krzeseł, siedzieli reprezentanci Kościoła Hierarchicznego, hierarchowie i półhierarchowie. Za nimi stali kapłani niżsi rangą i różni urzędnicy kościelni. Była to duża grupa, nazywana kościelną przez organizatorów. Na planie oznaczono ją numerem jeden. Ubrani na czarno wyróżniali się nie tylko ubiorem, ale powagą zachowania. Duchowni cieszyli się szczególnym szacunkiem gubernatora, który nie omieszkał podkreślać tego w swoich powitaniach. Kościół, ze względu na pozycję społeczną i wpływy, był jednym z najważniejszych filarów wsparcia Partii Konserwatywnej w sprawowaniu władzy i budowie wizerunku mądrego i cieszącego się zaufaniem rządu.

Za grupą kościelną ustawili się przedstawiciele wolnych zawodów, aktorzy, prawnicy, lekarze, pracownicy naukowi, włącznie z profesorami zwyczajnymi i nadzwyczajnymi. Była to grupa numer dwa. Barras traktował tych ludzi jako zaplecze intelektualne partii, z którego pomocy chętnie korzystał on i jego sztab. Jeden z zaufanych pracowników Barrasa szybko policzył członków tej grupy, o czym później dyskutowano. Na pół godziny przed rozpoczęciem wiecu zanotowano w tej grupie trzech artystów teatralno-filmowych, jednego satyryka, sześciu dziennikarzy i redaktorów, dwudziestu pracowników naukowych niższej rangi oraz trzech profesorów zwyczajnych, czterech nadzwyczajnych i dwunastu z plakietkami „profesor emeritus”. Kontakt z tymi ostatnimi był utrudniony, ponieważ byli przygłusi z powodu hałasu, na jaki byli narażeni przez kilkadziesiąt lat pracy na uczelni.

Po prawej stronie grupy kościelnej ustawiali się emeryci, renciści i inwalidzi. Była to grupa numer trzy. Ten sektor zastawiony był rzędami krzeseł, aby zapewnić wygodę starszym i mniej sprawnym uczestnikom wiecu. Było to ważne, ponieważ gubernator lubił przemawiać; podekscytowany licznym audytorium potrafił zapętlić się w długie wystąpienie.

Grupę numer cztery, stojącą na lewo od grupy kościelnej, stanowili bezrobotni i ludzie o niskich dochodach. Mieli tu także być przedstawiciele urzędów pracy, którzy wspierali jednostki poszukujące pracy poradami, jak jej szukać, jak pisać CV oraz jak udanie uczestniczyć w wywiadach. Była to usługa bezpłatna. Sporo osób korzystało z niej przed rozpoczęciem i po zakończeniu wiecu, czasem nawet w czasie jego trwania. Gubernator przymykał na to oczy, choć wolałby, aby wszyscy uczestnicy koncentrowali się na wystąpieniach przywódcy partii i zaproszonych dygnitarzy. 

Z tyłu za wszystkimi grupami zgromadzili się zwyczajni obywatele, ludzie prości, często niewykształceni. Ubrani w różne odcienie szarości, czerni i brązu, a nawet ciemnoróżowo, jak kto mógł i lubił, stanowili oni trzon społecznego wsparcia Partii Konserwatywnej. Liczebnie przewyższali wszystkie pozostałe grupy razem wzięte. Nazywano ich żelaznym elektoratem.

Nie była to łatwa grupa. Ludzie ci mieli swoje fochy i oczekiwania. Zdarzało się, że przychodzili tłumnie, innym razem sektor wyglądał jakby był przetrzebiony ciężką epidemią. Najczęściej to właśnie dla nich gubernator organizował poczęstunek, popularnie nazywany kiełbasą wyborczą. Z reguły był to caldo de pollo, solidny rosół z kawałkami mięsa kurczaka, ziemniakami i warzywami, pomidorami, cebulą, wszystko to przyprawione czosnkiem i kolendrą.

Upalny dzień powszechnej radości. Groteska abstrakcyjna z serii „Szyderstwem w dyktaturę”.

Dzień 19 października okazał się bardziej upalny niż piec kaflowy mroźną zimą. Iwana Iwanowicza spotkałem na torach tramwajowych. Zagadaliśmy się, w ostatnim momencie uskoczyliśmy przed tramwajem. Uniknęliśmy nieszczęścia. To był dobry znak. Wdaliśmy się w rozmowę. Entuzjazm rozsadzał nam piersi. Wokół towarzystwo rozgrzane słońcem podobnie jak my. Jedna dziewczyna z nogami aż po pachy, ale to tak głęboko, że poza tym nie było widać nic więcej tylko głowę. Nogi miała ubrane we wzorzyste rajstopy, zakończone na dole długimi butami. Wszyscy domyślali się, że piersi też miała, ale nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Ona sama na ten temat milczała.

– Czyste piękno – krzyknęliśmy zgodnie w tym samym momencie.

Na mężczyzn nie zwracaliśmy uwagi, to był inny gender. Bawiliśmy się jak dzieci. Od ręki zorganizowaliśmy Hyde Park przy chodniku, aby każdy mógł mówić, co mu się podoba. Zakazana była tylko polityka.

– W kraju i bez tego panuje zamieszanie. – Rzucił Iwan Iwanowicz z lekkością zjadacza tanich jabłek. – Słychać głosy, że robi to jakiś chudy facet i to podobno wysokiej rangi, Podejrzewam, że to wojskowy. Jego zwolennicy tłumaczą, że on nie kłamie, tylko nie mówi prawdy.

– Nagrywał się na taśmę, aby się przekonać, jaki naprawdę jest w słowach i w sumieniu. -Dodała przechodząca obok staruszka w okularach Hugo Boss Sunglasses Free Shipping. Wyglądała niebiańsko. Towarzyszył jej mężczyzna, niezwykle poważny, cały w czerni. Mówił, że prawdą jest, że niektórzy jego koledzy cudzołożą, a inni strasznie przeklinają.

– Ja sam tego nie robię. Najwyżej powiem k…a mać, ale to nie przekleństwo, tylko przecinek. Teraz inaczej nikt nie mówi, nawet dzieci. Czują, że rodzice lepiej rozumieją dziecko, kiedy używa brzydkich słów. Proste słowo nie porusza już nikogo.

– Każde dziecko na miarę złota! – Krzyknęła niewiasta pchająca przed sobą wózek z jarzynami.

To nam się podobało. Zaczęliśmy namawiać ludzi na ulicy, aby dziecinnieli, dla dobra kraju i ojczyzny. Chodziło nam o to, aby przestali być oseskami wyciągającymi chciwą rękę po obfitą matczyną pierś i świeże mleko, by w końcu spoważnieli, zadbali o rozum i zaczęli budować wielkie obiekty, porty lotnicze na tysiące samolotów i miliony dronów, oraz nabywali świeżość intelektualną opartą na tym, co mówią głosy u samej góry zalecające, aby oderwać się od bytów wyimaginowanych.

Nieoczekiwanie na chodniku pojawił się rumiany mężczyzna. Popatrzył w prawo, w lewo, uśmiechnął się rozkosznie i przedstawił się.

– Jestem Głowa. Stoję na czele wszystkiego. Jestem tu najważniejszy. – Jest źle – powiedział. Trzeba wszystkich poważnie ubranych ludzi zwolnić ze stanowisk.

– To chyba jakiś prezydent? Mówi tak dziwnie. Chyba nie myśli tego poważnie? Co on będzie nas straszyć? Czy my nie mamy własnego rozumu i nie wiemy jak się koła toczą? – Pytania padały gęsto jak wiosenny deszcz jesienią.

Okazało się, że był to prezydent Związku Wszystkich Nafciarzy.

– Co to za różnica, kim on jest?! Odezwały się głosy. – Taka Głowa to zawsze coś palnie, czy zrobi coś głupiego. To nieudacznik. Nie będzie nafciarz wciskać nam głupoty w brzuch. Niech się wreszcie weźmie do solidnej roboty, murarki, sprzątania, a nie jeździ tam i z powrotem. – Rozkrzyczeli się ludziska.

Zaraz po zniknięciu Głowy na chodniku pojawił się chudy osobnik w garniturze i okularkach w cienkiej oprawie. Zebrał się w sobie, zsynchronizował wąskie usta i zaczął obiecywać, że wkrótce będzie padać manna z nieba i żądał, aby ludzie patrzyli do tyłu, a nie do przodu jak koń. Swoją gadką tak wyprowadził z równowagi pasażerów wysiadających z tramwaju, że motorniczy krzyknął oburzony:

– Chudy cwaniaczku, co ty chcesz ukręcić? Lepiej byś przyznał się do grzechów przeszłości i wyspowiadał. Na dwóch koniach nie będziesz wiecznie jeździć. I Bogu świeczkę i diabłu zegarek!

Chudy wymamrotał spod okularów jakieś złe słowa, prawdopodobnie przekleństwa, bo powietrze zagotowało się wokół. Widać było po jego wykrzywionej facjacie, że nie zamierza do niczego się przyznawać i nie zrezygnuje z manii wielkości, która każe mu wmawiać innym, że wie najlepiej, gdzie kwitną róże.

Scenę skomentował duchowny podobny do pobożnej grubej szychy w filmie, który każdy ogląda z wyjątkiem tych, którzy nie wierzą w Boga.

– W kraju jest burdel i my to wiemy. Chodzi o naprawę, ale my nie mieszamy się do ideologii. Nam jest dobrze. Niech to rozstrzygną wybory.

– Jakie? Kiedy? – pytano. Nie umiał tego wytłumaczyć. – Nie będę mieszać się do ideologii. – Powtarzał.

Życzenia z okazji piątku i obłędnej pogody (w kategoriach rozmiarów i kształtów)

Z okazji piątku, ostatniego dnia tygodnia pracy, i obłędnie pięknej pogody, serdecznie życzę:

Tym, którzy niezdrowo trzęsą krajem – gwałtownego przyśpieszenia emerytalnego,

Kochającym samotne zdjęcia przy biurku – ciasnych butów, aby zimą mogli bezpiecznie zjeżdżać na nartach, kiedy pogoda się zepsuje,

Wyróżnionym sądownie za prawdę – aby dla równowagi nauczyli się także kłamać,

Kobietom o piersiach jak rajskie jabłuszka – piersi jak pachnący melon zdobny plastrem szynki parmeńskiej,

Muzykom z małą fujarką – instrumentu muzycznego odpowiadającego ich potrzebom i aspiracjom,

Osobom o nienasyconej żądzy seksu, władzy lub pieniędzy – żądzy nasyconej,

Osobnikom bez poczucia humoru – wygranej w Lotto jako rekompensaty za nieszczęście.

W końcu, wszystkim obywatelem naszego kraju, w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, europarlamentarnymi, parlamentarnymi i prezydenckimi życzę małego PiSu i dużej Opozycji.

Michael Tequila

P.S. „Czytajcie mnie, a odnajdziecie siebie”, jak mówi Pismo Święte. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

O zezwierzęceniu, okularach i aparacie słuchowym (Z serii: Szyderstwem w satrapę)

Tę swawolną historyjkę opowiedział Iwanowi Iwanowiczowi pewien niedorozwinięty młodzieniec w opóźnionym średnim wieku, który po zrobieniu doktoratu z prawa został najpierw – ku swemu zaskoczeniu – awansowany na strasznego ważniaka, a potem, kiedy już wyszedł z więzienia za bunt przeciwko moralności publicznej zajął się tropieniem wysublimowanych przestępstw popełnianych przez cwaniaczków udających przyzwoitych ludzi.

Od czasu, kiedy najpierw rząd, a potem kraj ulegli zezwierzęceniu, premierowi, pseudonim Chudy Chomik, śniło się po nocach, ale tylko nad ranem, że go przesłuchiwano, najpierw w prokuraturze, potem w sądzie, pytając o szczegóły, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach kłamał, dlaczego to robił, oraz dlaczego nie chce przyznać się do kłamstw.

Rano, kiedy szedł do pracy ogolony, pachnący i wyprostowany jak struna najpiękniejszej gitary, jak nazywano rzeczniczkę rządu, choć była gruba i starszawa, i potrafiła gwizdać na opozycję przez zęby, premiera zatrzymała grupka dziennikarzy z mikrofonami. Zaczęli z nim rozmowę niby to pytając o drobiazgi, jakiej wody kolońskiej używa, lub czy używa pasty kiwi czy też innej do uzyskania tak fantastycznego połysku lakierek. Premier wiedział, że to wybieg, że zaraz mu zrobią świństwo wyciągając kartkę z pytaniem z lewej, zamiast z prawej kieszeni, jak miał to umówione z przedstawicielami życzliwej mu prasy.

Tak rzeczywiście się stało. Chudy Chomik zdenerwował się, kiedy kolejny, dziesiąty już raz, co uważał za grubą przesadę, zarzucono mu kłamstwo. I to w taki sposób, jakby mu zarzucano lasso na szyję, aby go powalić na brudną ziemię i ujarzmić. Tak to go to rozwścieczyło, że najpierw krzyknął do dziennikarza „Co za dużo, to niezdrowo, to i świnie nie chcą”, po czym zapragnął uderzyć go pięścią w twarz, ale się zreflektował, kiedy zauważył, że była to dziennikarka. Ochłonął nieco i rzucił półgębkiem do swojego sekretarza, tęgiego osobnika o ospowatej twarzy, w rogowych okularach, z brzuchem wydętym frazesami, który mu towarzyszył niosąc teczkę wypchaną tajemnicami służbowymi i partyjnymi.

– Uderzyłem kiedyś kochankę, to mi oddala i to butem w dolną część brzucha. To mnie tak zabolało, że do dzisiaj pamiętam. Innym razem uderzyłem żonę, nie te pierwszą, wysmukłą, tylko tę drugą, tęższą. Źle to się dla mnie skończyło, bo skierowała sprawę do sądu o przemoc w rodzinie. Pamiętam to doskonale, bo mnie to kosztowało grube miliony.

– To pan zarabiał tyle pieniędzy? – Zapytał sekretarz z niedowierzaniem, bo sam otrzymywał dochody idące tylko w dziesiątki tysięcy.

– No cóż! – Westchnął Chomik. – Zarabiało się kiedyś niezłe pieniążki. Prezes mnie lubił to i płacił. Byłem wtedy bardzo przystojny. Wiesz, chłopie – premier poweselał i rozgadał się – nosiłem wtedy elegancki garniturek wyjęty prosto spod parowej prasowalnicy, bez najmniejszej zmarszczki, smukłe szeleczki w miniaturowe, białe koniki, czarne buciki z wąskimi szpicami, okularki w złoconej oprawie, złoto 24 karaty, ze szkłami antyrefleksyjnymi, a na samej górze, pod szyją, wąziutki krawacik w ciapki. No i miałem sylwetkę, wierz mi chłopie, jak od Gianniego Versace Online Store lub innego Diora. Ech, było się przystojnym chłoptysiem! – Premier rozczulił się zapominając o dziennikarce i kłamstwach, które – tak czy inaczej – trzy razy w tygodniu, kiedy brał gorący prysznic, spływały po nim jak po gęsi.

– A w jakim zawodzie pan pracował, panie premierze? – Zapytał sekretarz udając głupiego, bo dobrze wiedział, że premier był banksterem i to międzynarodowym, bo mówił jednym językiem swoim i jednym obcym, a w tamtych czasach w banksterstwie to się liczyło na wagę brylantów. 

– Więcej mój informator nie słyszał, bo spadły mu akurat okulary i aparat słuchowy. – Usprawiedliwiał się Iwan Iwanowicz. – Nie mając okularów, nie mógł znaleźć aparatu słuchowego, a nie mając aparatu, nie słyszał, kiedy okulary uderzyły o chodnik, aby wiedzieć, gdzie ich szukać. Trudno jest żyć bez okularów i aparatu słuchowego. Choć z drugiej strony dobre jest to, że bez nich widzi się mniej wrednych ludzi i słyszy mniej kłamstw. – Iwan Iwanowicz potrafił każdego zaskoczyć swoją refleksyjną filozofią.

*****

Aforyzm: Pies! Co to jest pies? Proste pytanie, prosta odpowiedź. Pies to wyższy gatunek człowieka na smyczy!

Ordery


Ktoś załomotał do drzwi. Wystraszyłem się. Był to Iwan Iwanowicz, niezwykle podekscytowany. Prawie krzyczał:

– Telewizor mi się zepsuł, a tu za dziesięć minut wielka uroczystość. Brazylia na kolanach! Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce! Wstaliśmy z kolan. I to w jakim stylu. – Entuzjazmował się Iwan Iwanowicz. – Prezydent jest oczarowany. Stworzył jednoosobową grupę inicjatywną. Ma nadać tytuły szlacheckie naszym siatkarzom. Zaraz odbędzie się transmisja z uroczystości.

Szybko włączyłem telewizor. Ręce mi drżały ze wzruszenia, że zaraz zobaczę prezydenta wszystkich obywateli. – Czyli także mojego. – Tłumaczyłem sobie na wypadek, gdyby dopadły mnie wątpliwości.

Prezydent był wzruszony. Owinął się flagą narodowa, na policzkach miał wymalowane dwa motylki w narodowych barwach. Ważnym ciałem wstrząsał szok radości. Wydatne usta były wilgotne, prawdopodobnie od płaczu. Intensywnie myślał.

– To najbardziej fantastyczne wstanie z kolan, połączone z równoczesnym rzuceniem Brazylijczyków na kolana. To ich nauczy pokory!

Podochodził do każdego zawodnika po kolei, wspinał się na palce, unosił ręce do gry w akcie podziwu, przyczepiał order „Za wstanie z kolan. Od Prezydenta” i łagodnym ruchem ręki wygładzał dres odznaczonego.

Ordery podawał Premier. Oczy miał spuszczone w dół, jakby wstydził się za coś. Zazdrościł Prezydentowi, że to nie on wręcza medale. Pomyślał: – Co to za ordery?! Malutkie, mało znaczące, tymczasowe! Mennica nie zdążyła wybić prawdziwych, że szczerego złota.

Po wręczeniu orderów prezydent wyszedł na środek sali, aby wygłosić mowę okolicznościową. Ogarnął wzrokiem wyróżnionych siatkarzy.

– Ile razy spełnią oni jeszcze nasze odwieczne pragnienie wstawiania z kolan!? – zadał sobie pytanie.

Odpoczął chwilę i przemówił. Wzniósł się ponad podziałami, ogarniając cały kraj, wszystkich obywateli, bez względu na poparcie polityczne. Był bezstronny, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Serce nie sługa! – przypominał sobie po cichu.

Myślał o Tym, Który Stał Nad Nim. To imię było tak ważne i święte, że je szyfrował w pamięci. Łączyła ich miłość do wspólnego wstawania z kolan. Prezydent wzruszył się.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 75: Transformacja wsi i mieszkańców

Dwa dni później na Placu Zgromadzeń Obywatelskich odbył się wielki festyn. Mieszkańcy wsi stawili się tłumnie, niektórzy przynieśli ze sobą sprzęt komputerowy, audiowizualny i telefoniczny w celu wymiany lub odsprzedaży. Zorganizowano pokazy sprzętu oraz konkursy wiedzy i umiejętności jego użytkowania.

Sondaż opinii pokazał gwałtowny wzrost poziomu uświadomienia technologicznego i aspiracji technicznych mieszkańców Casi. Na festyn przybyli także uczniowie, aby oklaskiwać swoich nauczycieli, rodziców i dziadków. Nastąpiła integracja społeczności wsi. Składano sobie nawzajem obietnice bliskich i serdecznych więzi. Córka przebaczała matce, matka przebaczała córce. Proboszcz, do niedawna abnegat komputerowy, widzący w komputerze narzędzie diabla, z powagą pobłogosławił zgromadzenie, a potem poświęcił remizę strażacką oraz komputery, tablety, smartfony i inne urządzenia przyniesione przez uczestników festynu. Nastrój był bardzo podniosły. 

W krótkim czasie wieś zmieniła się nie do poznania. Zmodernizowała się światopoglądowo. Role pokoleniowe zostały przewartościowane. Jeśli ktoś starszy czegoś nie wiedział, natychmiast zjawiał się uczeń szkoły podstawowej lub średniej, aby pomóc w nabyciu nowych umiejętności. Użyteczni byli w szczególności uczniowie biegli w obsłudze komputerów i tabletów, ale nie tylko. Pogardzani dotychczas przez nauczycieli, poczuli się ważni i znaczący. Przebaczano sobie nawzajem brak praktycznych umiejętności korzystania z komputera i płynącą stąd pogardę. Rodzice wysłali petycję do kuratorium, aby zwiększyć zakres nauki obsługi komputera kosztem lekcji świadomego macierzyństwa i życia w rodzinie. Kierownictwu gminy zarzucono opóźnienie technologiczne oraz brak elektronicznego dostępu obywateli do urzędowych danych.

Z wyjątkiem straży pożarnej, policji i dyżurnego lekarza wszyscy chodzili pijani z radości, obejmowali się i gratulowali sobie nawzajem: konferansjer, wójt gminy, lokalny rzecznik praw obywatelskich, proboszcz i wikary, dyrektor szkoły, kierowniczka biblioteki, a nawet przewodniczący komitetu anonimowych alkoholików. Wrogowie godzili się ze sobą, przyjaźnie pogłębiały się.

Tego dnia w oknach budynków przy głównej ulicy ukazały się tylko dwie głowy wsparte na dłoniach. Byli to głuchoniemi nie mający pojęcia, że wokół zachodzą przełomowe zmiany. Większość mieszkańców siedziało przy komputerach rozsyłając pocztę elektroniczną do znajomych, przyjaciół i rodziny, przekazując wieść o narodzinach skomputeryzowanej społeczności i zmianie nazwy wsi z Casi na Computi.

Mistrz był w siódmym niebie. Zainicjowane przez niego działania całkowicie zmieniły zagubioną wieś. Wieczorem, w notatniku elektronicznym odznaczył kolejny dobry uczynek zrealizowany w ramach Planu Czterdziestu Dni. Kilkanaście dni później wrócił do Computi, aby ocenić zmiany. Z trudem wieś poznał. Była oazą nowoczesności, w której Internet napędzał wszystkie działania komunikacyjne, edukacyjne i gospodarcze. W Internecie koncentrowało się życie codzienne, rodzinne i towarzyskie: zamawiano towary w sklepach i rezerwowano wizyty u lekarza, stomatologa a nawet weterynarza, elektronicznie wymieniano korespondencję z urzędem gminy. Szkoła łączyła się interaktywnie światłowodem z uniwersytecką bazą wiedzy przyrodniczej, prosperowały dwa sklepy ze sprzętem i programami komputerowymi, klub gier komputerowych prowadził szkolenia, w co grać i jak grać, działała nowoczesna biblioteka z bogatym zasobem ebooków.

W Centrum Nowych Technologii zachwycił gościa piętnastolatek, kierownik pracowni komputerowej. To on opracowywał i prowadził konkursy wiedzy komputerowej sponsorowane przez szkołę podstawową, parafię, sklepy komputerowe oraz Klub Emeryta. E-booki upowszechniły się do tego stopnia, że korzystał z nich co drugi mieszkaniec. Nikt nie był w stanie uwierzyć, że tak szybki postęp był możliwy. Pytaniem było, kto to sfinansował. Tajemnica wyszła na jaw dopiero po kilku miesiącach. Był to miliarder, dawny mieszkaniec Computi, który wyemigrował do Hong Kongu i tam zrobił wielką fortunę na handlu narkotykami.

– Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, tym bardziej, jeśli jest to złoty koń, a nie wałach z likwidacyjnej przeceny. – wyjaśnił Sefardiemu rzeźnik, cieszący się sławą dorobkiewicza. Milioner darowiznę miał już gotową od dawna, czekał tylko na okazję, na wyrwanie się mieszkańców wsi ze szponów marazmu.

– U nas, w Hong Kongu, marazm nie jest znany, dlatego byłem w stanie zarobić wielkie pieniądze – mężczyzna wyjaśnił tajemnicę swojego powodzenia.

*****

Po powrocie z Computi, w życiu Sefardiego nastąpił okres dziwnych zdarzeń. Kiedy myślał o nich z perspektywy czasu, nie umiał wyjaśnić sobie ich znaczenia. Mógł tylko zrozumieć, jak to się stało, że w ogóle one nastąpiły. Isabela, jak również Penelopa, przemawiająca teraz tylko za pośrednictwem gosposi, sugerowały mu, a czasami nawet przekonywały, że wydarzenia te były efektem podświadomości sterującej jego losem w dyskretny i niezrozumiały sposób. Sefardi wiązał je z wróżbą dawno spotkanej osoby. Czekał kiedyś na autobus, kiedy podeszła do niego kobieta w kolorowej sukni i zaproponowała, że mu powróży. Nie miał wątpliwości, że to była Cyganka. Na początku odmówił, wiedziony jednak ciekawością poprosił o wróżbę. Oprócz kilku mało znanych faktów z jego życia, które mu przypomniała, zaskakując go całkowicie, powiedział mu także, że nastąpi w jego życiu okres dziwnych zdarzeń.

– Nie będzie pan umiał ich sobie wytłumaczyć, ale proszę się tym nie przejmować. One pokazują ludzkie wnętrze, do którego nie można dotrzeć w sposób zwyczajny, ponieważ ukryte są w podświadomości.

Zaskoczyła go tą podświadomością, bo było to określenie psychologiczne, zapytał ją więc o to. Nie zdziwił się specjalnie, kiedy ujawniła, że z wykształcenia była psycholożką, praktykującą, ale zarabiającą tak mało, że nie miało to sensu. Wtedy ktoś jej zasugerował, że może nadal pomagać ludziom jako psycholożka, ale robić to w inny sposób, łatwiejszy do przyjęcia.

– Ludzie chętnie słuchają wróżbiarki, kabalarki czy cyganki, ale niechętnie psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty. Boją się. Kiedy przyznasz się komuś, że byłeś u psychiatry, od razu myślą, że jesteś pomyleńcem udającym osobę normalną. Przyznając się do rozmowy z Cyganką, nie narażasz się na nic. Dla ludzi to normalne, podobnie jak wiara w zabobony, trzynastkę jako liczbę przynoszącą nieszczęście czy czarnego kota przebiegającego ulicę. Ponadto specjaliści dużo drożej kosztują i są do nich kolejki. Poradzono mi: – Rób to samo dziewczyno, tylko pod inną postacią. Przebierz się za wróżbiarkę lub Cygankę, wróż z dłoni, stawiaj kabałę, a pójdzie ci dużo łatwiej. Jak zdobędziesz trochę uznania, ludzie będą ustawiać się w kolejce, aby posłuchać twoich rad. Pieniądz będzie płynąć szeroką strugą, a ty nie będzie ponosić żadnej odpowiedzialności. No bo za co? Za wróżby czy układanie kabały czy pasjansa?

Sefardi wysłuchał jej uważnie, zapamiętując tylko część jej przepowiedni, ale potem przypomniał sobie wszystko, kiedy spotkały go dziwne zdarzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Bolesny wątek prawdy i kłamstwa.

– Robiąc zakupy korzystam z każdej okazji, aby wzbogacić się i rozwinąć politycznie, zrozumieć złożoną rzeczywistość oraz nasycić wiadomościami krążącymi lotem jastrzębia po kraju, Europie i świecie. – Objawił mi w zaufaniu Iwan Iwanowicz.

– Stałem cierpliwie w kolejce w sklepie „Pod Przecudnym Owadem”, kiedy zaskoczono mnie pytaniem, co myślę o potwornym kłamstwie premiera Chudego, który w palącym słońcu na wiecu bezlitośnie obnażył prawdę liczbową o opozycji. Odpowiedziałem, że jestem średnio zorientowany, na co odezwały się głosy oburzenia, że „brak ci człowieku zaangażowania”, „taki stary a taki niemrawy intelektualnie”, „a gdzie rześkość emeryta postpeerelowskiego” i podobne.

Rozpętała się dyskusja. Jak zwykle głosy w kolejce rozdwoiły się niby język węża, jedni bronili premiera, że nie skłamał tylko się omylił podając fakty sięgające nawet ośmiu lat do tyłu, inni upierali się, że nie tylko on kłamie, ale i opozycja, jeszcze inni mówili o kłamliwych nie tylko ustach premiera, ale i jego okularach, którymi wprowadza w błąd tworząc aurę profesora, kiedy w istocie jest zwykłym sługusem i pomagierem Tego, Który Stoi Nad Nim. Ostatnia głos zabrała niewiasta, która w telewizji szeptała orzeczone przez sąd przeprosiny premiera zsiniałymi z przerażenia ustami, wyjaśniając, że uczyniła to tylko dlatego, że jej obiecał złotą górę i paczkę bezpłatnych voucherów do sklepów „Pod Przecudnym Owadem”. – Muszę dorabiać do emerytury – dodała ze szlochem.

Zrobił się rozgardiasz, który doprowadziłby do awantury, gdyby nie szczęśliwy traf, że w sklepie znalazł się współpracownik premiera Chudego, jego prawa ręka, wyposażony w wiedzę bogatszą niż niejeden gabinet polityczny. Był to osobnik masywny jak zapaśnik mongolski o obfitych ustach wioślarza znad Nigru. Wyjaśnił szczegółowo sytuację premiera.

– Premier swoje rzekome kłamstwo przeżywa bardzo ciężko, wręcz je odchorowuje, leczy się szumem strumieni górskich, szukając ukojenia także w miejscach słonecznych nad jeziorem Garda we Włoszech oraz w muzyce uderzeń siekiery w twardy pień dębu. Przez to oskarżenie o kłamstwo, które w mojej ocenie było czystą prawdą, pan premier mniej jeździ na spotkania z wyborcami, a jak jedzie, to tylko tam, gdzie odbywają się akurat dożynki i gospodarze rozdają chleb do całowania oraz kwiaty do wpięcia w górną kieszonkę marynarki, ponieważ premier kocha jedno, drugie i trzecie, i zatracając się w miłości zapomina o bólu.

– A co robi w domu? – zapytano. Przecież nie jest cały czas w rozjazdach!

– W domu pan premier siedzi najczęściej przed lustrem, kaja się, zadaje sobie pytanie, dlaczego to akurat jego złapali na kłamstwie, powtarza „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, pluje sobie w brodę, co kończy się na lustrze, karci siebie i udziela sobie pokuty, po czym sięga po cieniutki flet i gra na nim tęskne melodie dla uspokojenia skołatanego serca.

– Flet – wyjawiła prawa ręka premiera – wpływa na niego kojąco, przypomina mu ukochaną muzykę harfy, która podobno szczególnie mocno zniechęca do kłamstwa. Pan premier to człowiek nadzwyczajny. Jak zapewne zauważyliście, jest elegancko smukły, jego głos rozchodzi się promieniście po całym kraju, jego okulary o cienkich złotych oprawkach promieniują dobrocią jego osobistej władzy oraz Tego, Który Stoi Nad Nim.

– Jak scharakteryzowałby pan premiera Chudego jako polityka? – Padło dociekliwe pytanie.

– O tym cudownym człowieku mogę mówić tylko w superlatywach, wywyższać go, ale nie bardziej niż Tego, Który Stoi Nad Nim, bo on jest dla nas wszystkich Ojcem Narodu, Słońcem i Kosmosem Nadziei. Premier jest osobą serdeczną, ciepłą, o anielskim usposobieniu, a to, że nie udało mu się skłamać tak, jak by powiedział prawdę, świadczy tylko o nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatycznych, bo powiedzieć dobre kłamstwo nie jest tak łatwo. Ćwiczymy to od kilku lat i sam wiem, jaka to odpowiedzialność wobec pana Boga, który na szczęście jest po naszej stronie, podobnie jak Różowa Pantera, jak nazywamy ministra z różanymi policzkami i sylwetką greckiego efeba, który będzie rozliczać opozycję za oszczerstwa wobec pana premiera Chudego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 70: Awantura na przystanku autobusowym

Coś trzeba było zrobić z samochodem. Próbowali znaleźć pomoc drogową w Internecie korzystając z telefonu komórkowego. Okazało się to niemożliwe z braku zasięgu lub jakiejś innej przyczyny. Wypadało zostawić samochód na miejscu i udać się po pomoc. Sefardi wahał się; miejsce było położone za miastem i wyglądało odludnie. W oddaleniu widać było dwa domy, lecz w obejściach nie było żywej duszy. Nie martwił się o kradzież samochodu; miał sflaczałe trzy opony i nie można było nim jechać. Kradzież była praktycznie niemożliwa, chyba że złodziej miałby ze sobą platformę transportową. Ktoś mógłby jednak usiłować włamać się do środka.

Po naradzie postanowili, że Iwan Iwanowicz zostanie przy pojeździe, zaś Sefardi i Wiktor udadzą się w kierunku widocznych dalej dwóch domów, aby szukać pomocy. Wrócili z dobrą wieścią, że znaleźli miejsce, gdzie można bezpiecznie zostawić samochód do następnego dnia. Trzeba było tylko przejechać kilkadziesiąt metrów w kierunku budynku z rudawej cegły. Po wymianie tylnej uszkodzonej opony na zapasową wyjętą z bagażnika, Sefardi przejechał samochodem na dwóch sflaczałych oponach. Pojazd zostawili na podwórku, w otoczeniu zabudowań gospodarczych.

Właścicielka gospodarstwa stała przed drzwiami wejściowymi swojego domu i przyglądała się. Sefardi usiłował wręczyć jej pieniądze, wydawało mu się to obowiązkiem, bo widać było, że gospodarze żyją skromnie. Odmówiła przyjęcia zapłaty, powtarzając kilka razy „nie” i wyjaśniając, że byłoby nieuczciwe wykorzystać kogoś w nieszczęściu. Nie przeszkadzało jej to, że samochód częściowo blokował drogę na podwórko. Poprosiła tylko o zabranie go do końca niedzieli. Od poniedziałku przejazd był potrzebny. Dla pewności Sefardi zaproponował, że zostawi kluczyki do samochodu. Kobieta zawahała się, po czym przyjęła je prosząc jeszcze raz, aby samochód został zabrany nie później niż w niedzielę. 

– Nie ma obawy, zrobię to z pewnością. Samochód jest mi potrzeby. Serdecznie pani dziękuję, Sefardi był wylewny.

– Nie musi pan. Jestem chrześcijanką. Ludziom trzeba pomagać.

*****

Nie musieli zastanawiać się, jak dostać się do miasta. Przystanek znajdował się dwieście metrów dalej. Był to najzwyklejszy przystanek autobusowy, ani nowy, ani stary, oszklony z tyłu i po bokach, z daszkiem nad głową. Naprzeciw metalowo-szklanej konstrukcji sterczał słup z przewodami elektrycznymi, po prawej i po lewej stronie znajdowały się – wydało im się to dziwne – dwa wielkie betonowe kosze na śmieci. Z tyłu widoczny był skwer z trawnikiem, krzewami i drzewami.

Na miejscu zastali sporą grupę ludzi, głównie starsze osoby. Niektóre przestępowały z nogi na nogę, jakby niecierpliwiły się lub pilnie potrzebowały pójść do toalety. Iwan Iwanowicz wyraził zdziwienie zadając po cichu pytanie, skąd na tak odległym przystanku znalazło się tyle osób. Wśród zgromadzonych wyróżniał się tęgi, wysoki mężczyzna, byle jak ubrany. Jego czyste wypolerowane buty kontrastowały z pozostałą częścią ubioru. Wyglądały jakby je komuś ukradł. Był pijany i głośno przeklinał. Czekający na przystanku nie zwracali na niego uwagi.

– Co się gapicie? – rzucił zaczepnie. Nie widzieliście ludzi na przystanku? Wyraźnie szukał pretekstu do wywołania awantury, prowokował nowoprzybyłych. Nie odpowiedzieli na zaczepkę. Pozostałe osoby przyglądały im się, jakby przyjechali z innej planety, uważnie i taksująco. Ich spojrzenia były niechętne, wręcz napastliwe. Chuda, starsza niewiasta, w ciemnym płaszczu i berecie na głowie, nie wytrzymała milczenia. Podeszła do nich, przyjrzała się każdemu z osobna i zatrzymała przed Sefardim.

– Ty bezbożniku! Chcesz wpędzić do grobu swoją starą matkę?! Ty bezduszny potworze! – Krzyknęła i zaczęła żgać go parasolką w piersi i brzuch. Tłum zacieśnił się wokół nich. Sefardi poczuł na plecach uderzenia jakimś niezbyt twardym, kanciastym przedmiotem. Odwrócił się. Leciwa, tęgawa kobieta okładała go torebką, oddychając ciężko przez szeroki nos. Jej srebrno-blond fryzura miała przedziałek pośrodku głowy, ujawniający ciemniejszy, naturalny kolor włosów. Kiedy otwierała usta ujawniała się szpara między dolnymi zębami. Po wydaniu okrzyku, usta jej się zaciskały, dolna warga odstawała na zewnątrz, wydatny biust podnosił się i opadał. Ubrana w staromodną suknię energicznie wymachiwała palcem przed jego twarzą.

– Dlaczego niszczysz kraj prześladując porządnych ludzi, którzy dla niego coś robią? Nie to, co ty, pasożycie! Ty pismaku!

Sefardi domyślił się, że go rozpoznała, że wie kim jest. Wciąż naciskany ze wszystkich stron i atakowany, nie wiedział, co robić. Wiedział już natomiast, że wypadek samochodowy i agresywny tłum na przystanku to był ukartowany plan. Nie było w tym żadnego przypadku.

– Ludzie! O co wam chodzi? – Zapytał rwącym się głosem, zerkając w kierunku skąd miał nadjechać autobus. To naturalne pytanie okazało się niefortunne, dolał nim oliwy do ognia. Ze wszystkich stron padały w jego stronę okrzyki i pytania. Zorientował się natychmiast, że otaczający go ludzie znali go, a teraz oskarżali, że jest zagranicznym sługusem i wrogiem ojczyzny. Słowa kobiety z parasolką skojarzył z manifestacją na Placu Centralnym, gdzie krytykował gubernatora Barrasa za finansową dewastację kraju.

– Może powiecie mi, kim jesteście i czego chcecie? – Wydusił z siebie, niepewny, czy pytanie jeszcze bardziej nie rozeźli tłumu.

– Komu mamy się przedstawiać? Tobie łachudro? Jesteś taki gniot, że pierwszy lepszy wieśniak przy tobie to pan. – Padły obraźliwe słowa. Świdrując go gniewnymi oczami, po każdym zdaniu kobieta powtarzała „No!” „No!” a jej podbródek podnosił się do góry jeszcze bardziej zaokrąglając nalaną twarz.

Tłum stawał się coraz bardziej nieprzyjazny, gęstniał, osaczał go. Mistrz chciał zawołać przyjaciół na pomoc, lecz ich rozdzielono. Kątem oka zauważył, że Iwan Iwanowicz ma na karku swoich napastników. Atakujący stawali się bardziej agresywni. Zaczęły się poszturchiwania, padały coraz ostrzejsze epitety. Nie wiedział, jak się bronić, tym bardziej, że byli to tylko starsi ludzie. Gdyby w obronie własnej uderzył którąkolwiek z atakujących go osób, wywołałby Bóg wie jaką reakcję. Wyraźnie go prowokowano. Opędzając się od napastników usłyszał, jak ktoś woła:

– Gdzie są ci dwaj, co mieli dać mu nauczkę. Niech ktoś zadzwoni. Już dawno powinni tutaj być!

– Te dwa osiłki? Ci ochroniarze? – Dopytywał się jakiś mężczyzna.

Nastąpiło najgorsze. Jedna z kobiet rzuciła się na niego z pięściami i zaczęła okładać go po głowie, piersi i ramionach. Chwilę później leżał powalony na ziemię. Przerażony usłyszał, jak ktoś krzyczy spazmatycznie: – Zabić tego zaprzańca! Zabić go!

*****

To go wyrwało z odrętwienia. Zwinął się w kłębek i przeturlał się kilka metrów w kierunku małego parku, po czym, bez zastanowienia, nie oglądając się do tyłu ani na boki, nie oceniając, co się dzieje, zerwał się na nogi i zaczął uciekać. Ktoś rzucił się za nim w pościg. Sefardi słyszał krzyki, lecz był już w zaroślach i pędził przed siebie. Zwolnił, kiedy tracił już oddech.

Znalazł się na terenie zabudowanym. Kilka luźno stojących domów przypominało małą osadę. Był nawet urząd pocztowy. Zatrzymał się, aby zastanowić się, co robić dalej. Przypomniał sobie telefon komórkowy. Sięgnął do kieszeni, na szczęście telefon nie był uszkodzony. Zastanawiał się do kogo dzwonić, Wiktora czy Iwana Iwanowicza. Wybrał numer Wiktora. Odpowiedział mu obcy, męski głos. – Słucham. Nie przedstawiając się Sefardi powiedział, że chce rozmawiać z Wiktorem?

– Wiktor jest teraz zajęty. Proszę poczekać. W chwilę później nieznany głos dodał, jakby po krótkiej konsultacji: – Wiktor pyta, gdzie pan jest teraz. Sefardi domyślił się, że chcą go namierzyć. Natychmiast wyłączył telefon.

Do domu dotarł późnym wieczorem. Przywiózł go przypadkiem spotkany mężczyzna, który wsiadał do samochodu przy domu na osiedlu i za opłatą zgodził się zboczyć ze swojej stałej trasy. Na pytanie, co się z nim stało, czy ktoś go pobił, Mistrz wyjaśnił tylko, że miał wypadek, uderzył w drzewo, wydostał się z samochodu, potem chyba przysnął albo stracił przytomność, potem zabłądził.

Do domu trafił w nocy. Najpierw wziął gorący prysznic, ubrał się w strój domowy, zjadł coś naprędce i usiadł w fotelu, aby zastanowić się nad tym, co się stało i dlaczego. Po raz pierwszy w życiu poczuł się zagrożony. Sprawę, zawiadomić policję czy nie, zostawił na później. Nie umiał podjąć natychmiastowej decyzji. Najpierw musiał spotkać się z Iwanem Iwanowiczem i Wiktorem. Ich telefony nie odpowiadały. Postanowił czekać wiedząc, że Barras wypowiedział mu podstępną wojnę. Wydarzenia na przystanku wziął sobie mocno do serca. Postanowił pilnować się, ale nie ograniczać swoich działań. Zastanawiał się, jak najlepiej się zemścić na Barrasie. Nie dawało mu to spokoju. Wkrótce inna sprawa przysłoniła mu horyzont. Miał ważny, dobroczynny cel do spełnienia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 66: Cud powrotu parlamentarzystów i fronty atmosferyczne

Przywrócenie parlamentarzystów społeczeństwu uznano za cud. Jego wytłumaczenie zajęło prezydentowi i jego gabinetowi sporo wysiłku.

– Co to za problem, kiedy ma się za sobą prasę, radio, telewizję i kontrolę nad dostawcami usług internetowych, aby zapewnić zgodną współpracę między panem prezydentem a rządem. – Oświadczył Blawatsky na spotkaniu swojego gabinetu, wybranego spośród najwierniejszych członków Partii Konserwatywnej. Była to grupa podziwiająca gubernatora, szczególnie jego zdolność zapewnienia im szybkich awansów w aparacie państwowym. Krytycy Barrasa twierdzili, że najbliższe otoczenie nazywa go „Słońcem Narodu” i wierzy, że w Nomadii gubernator stoi przed Bogiem.

Po przebudzeniu się z koszmaru zdarzeń parlamentarnych, Sefardi umył się, ogolił i zjadł śniadanie, po czym usiadł do biurka, aby spisać przeżycia. Czynił to w pośpiechu wystukując na klawiaturze wyrazy, co do których nie miał nawet pewności, czy piszą się przez „u” otwarte czy „ó” kreskowane, dużą czy małą literą. Rejestrując obserwacje pozostawiał tekst do późniejszego automatycznego sprawdzenia pisowni. Nie potrafił obyć się bez technologii wspomagającej zapis jego przeżyć.

*****

Doniesienia ośrodka meteorologicznego były tak niepokojące, że stacje radiowe i telewizyjne przerywały transmisje, aby dyżurny meteorolog mógł na bieżąco relacjonować to, co widzi z wieży obserwacyjnej, satelitów i sond pogodowych zawieszonych w kosmosie. Nad miastem pojawiły się dwa fronty atmosferyczne przypominające monstrualne wieloryby. Różniło je wszystko, temperatura, gęstość i wilgotność powietrza. Zderzenie tych frontów groziło eksplozją o mocy przekraczającej milion bomb wodorowych. Meteorolog był przerażony, a zarazem zachwycony niezwykłością zjawisk zachodzących w atmosferze.

Większy stwór wypełniony był gorącym powietrzem, jego przeciwnik, niewiele mu ustępujący rozmiarem, był zimny, bez serca i uczuć. Nie mogąc znieść się wzajemnie gotowe były do starcia. Agresorem okazał się front rozpalony powietrzem pustyń, które go zrodziły. Uniósł do góry wielki pysk i rzucił się na oszronionego przeciwnika. Natychmiast uległ ochłodzeniu, para buchnęła strumieniem z ogromnego łba skraplając się z wielkim sykiem i tworząc chmurę przykrywającą pół kontynentu.

W przedniej części układu atmosferycznego, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, zgromadziły się chmury Cirrus, wysokie, pierzaste, przypominające delikatne włókna i pajęcze nici waty cukrowej, zbudowane z kryształków zmrożonego lodu.

Piętro niżej, chmury Altostratus stworzyły szaroniebieską powłokę przetykaną rudym pasem rażącym jak fałsz, przysłaniając niebo na wysokości kilku kilometrów.

Na samym dole panoszyły się Nimbostratusy, niskie, warstwowo-deszczowe, ciemnoszare chmury, wypełnione kropelkami wody i kryształkami lodu. Nasączona wodą gąbka polewała ziemię w pasie szerokości kilkudziesięciu kilometrów.

Fatalna mieszanka wilgoci, zmian ciśnienia i mrocznych wiadomości stały się źródłem nieszczęść: ludzie dusili się, reumatyczny ból wykręcał im stawy do granic możliwości, serca biły jakby samobójczo pędziły pod stromą górę. Szczęście mieli tylko ludzie w stanie upojenia alkoholowego; było im obojętne, co dzieje się na zewnątrz. Rosnące przygnębienie, niepokój i rozdrażnienie owocowały depresjami, samobójstwami i zabójstwami.

*****

– Meteorolog mówi jawne kłamstwa – twierdzili ludzie prości, nie rozumiejący, że podobnie jak poeta upojony narodzeniem się długo oczekiwanego potomka, potrafi on widzieć rzeczy istniejące w skromniejszym wymiarze lub nie istniejące w ogóle. Relacja meteorologiczna była tak przekonywująca, że kilku słuchaczy usiłowało popełnić samobójstwo. Gdyby nie fakt, że ich odratowano, meteorolog poniósłby okropne konsekwencje. Dyrektor ośrodka meteorologicznego, porywczy biurokrata, usiłował zepchnąć nieszczęśnika z wieży obserwacyjnej; powstrzymano go w ostatniej chwili.

Po południu z chmur opadła mgła i skondensowała się na zimnym podłożu i roślinach wydzielając z siebie mieszaninę spalin samochodowych, dymu z kominów i innych okropności cywilizacji. Sefardi wyszedł na ganek i poczuł nienawiść do gatunku ludzkiego.

Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.