Australia, happy hour. Polska, polityka i zwierzęta.

Psy staroegipskie Tesem couple Wikimedia Commons
Jest piątek. Piszę krótko i dosadnie, choć mógłbym rozwlekle. O zwyczajach, zwierzętach, których widok sprawia mi radość, oraz o niektórych (pożal się Boże) politykach zesłanych społeczeństwu przez los w charakterze bicza bożego za to, że dopuściło ich do władzy. W tym momencie wspomnień proszę was, Drodzy Czytelnicy, o wspólną wieczorną śpiewną modlitwę: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!

Dzień zaczął się obiecująco. Kupiłem gazetę, położyłem na ladzie i płaciłem, kiedy odezwał się mężczyzna obok:

– Cieszę się, że ktoś jeszcze czyta „Gazetę Wyborcza”. Też się ucieszyłem, że jest taki ktoś oprócz mnie. Wyszliśmy razem. Idąc w tym samym kierunku rozmawialiśmy o polityce i politykach. Pies mojego towarzysza drogi i czytania nic niestety nie mówił, tylko na końcu mruknął: Szkoda strzępić język.

– Mądre zwierzę. – Rozsądnie pomyślałem.

Rozpoznaliśmy sytuację polityczną; była żałobna, źle się kojarzy. Do tego stopnia, że chcieliśmy rzucić paskudnym mięsem kilka razy, lecz zaistniała obawa, że pies chwyci, zje i zejdzie śmiertelnie. I to z powodu polityki. Jad w niej zawarty jest nie do strawienia nawet dla zwierzęcia.

Dyskusją nic niestety nie załatwiliśmy, lecz połączyły nas poglądy. Ten prosty, obywatelski sojusz przyjęliśmy jako dobry początek dnia.

Jest nadal piątek, dokładnie godzina 17.00. W Australii o tej porze zaczyna się „happy hour”. Pamiętam te imprezy. Pracownicy opuszczają miejsce pracy i jak pracowite lemingi ciągną zgodnie do najbliższego pubu, aby bratać się w radosnym nastroju.

U nas z brataniem jest dużo gorzej, nawet z własnym bratem. Z jednym się bratam, drugi mnie odrzucił i nawet nie powiedział dlaczego. Tylko rządzący są mi życzliwi, głownie w tym sensie, że wiem, że nic nie trwa wiecznie. Szkoda, że oni tego nie wiedzą, zwłaszcza jeden, ten taki, dla którego zbudowano nowe mównice powiększono garnitur z przodu, aby zmieścił brzuch dobrobytu, jaki słowem i czynem niesie w darze narodowi. Jego słowa często rozumiem, czyny kojarzą mi się natomiast z czynownikiem. To chyba coś ze Wschodu.

Biegałem w lesie. Jak zwykle, oprócz drzew, ciszy i śmieci byli tam także ludzie i psy. Nic mnie tak nie cieszy, jak psy. Dzisiejsze mijane spotkania z psami i ich właścicielkami zachęciły mnie do napisania tego blogu.

Pies w języku pisanym i mówionym różnie się kojarzy: pod psem, pieski świat, pies na kobiety (dobre!), warczeć, odszczekać coś (ten termin powinien znaleźć się obowiązkowo w regulaminie Sejmu), kaganiec (to też powinno być na wyposażeniu rzeczonej instytucji, idealnie z regulacją głośności), pies z kulawą nogą, pies ogrodnika, co to sam nie zje i nie da, psy szczekają, a karawana idzie dalej, francuski piesek (tylko, jeśli masz salony), nie dla psa kiełbasa, no i najbardziej nieproduktywne „pies, który dużo szczeka, mało mleka daje”. Jak widać, człowiek nie jest psu życzliwy, a przecież jest to istota niezwykle udana.

Liczne przykłady pozytywnych zachowań zwierząt oraz przykłady fatalnych zachowań ludzi zwanych wybrańcami narodu, tych deliberujących nocą i tych szybkopiszących, rozstrajają mnie. Nie wiem, dlaczego jeden i drugi wybraniec łże jak pies, i kiedy czyni to w jakimś celu, a kiedy zupełnie bez celu. To mnie dezorientuje i deprawuje do tego stopnia, że czasem warczę na siebie patrząc w lustro. Deprawacja polityczna tylko pogłębia mój i tak już przykry charakter.

Psów się nie boję, lubię je, a one to wiedzą. Lubię także właścicieli psów, a jeśli tego nie wiedzą, to im to mówię. Nie jest to kompletny opis sytuacji, gdyż w grę wchodzi także nasza rodzima, ojczysta, niesponsorowana zza granicy, wszechobecna wielka polityka, wciskająca się w oczy jak pustynny piasek w czasie burzy.

Zwierzęta związane z polityką mogą być niebezpieczne. Gdybym spotkał pewnego wielce szacownego prezesa (poznaję go po tym, że wyznawcy jego kaznodziejskich teorii i praktyk podchodzą do niego na palcach, pochylają się i dyskretnie całują w rękę łaskawą w zaszczyty i kary), gdybym go spotkał z psem, to bałbym się, że jest podobnie nieobliczalny; znaczy się pies, bo zwierzęta szarych eminencji z racji wspólnego zamieszkania upodabniają się nierozważnie do właścicieli i cierpią już do końca życia.

Psie życie. Psia mać!

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Jest dobrze. Co dalej? Tym razem pytam siebie o przyszłość.

Obraz Ned Kelly, autor Sydney Nolan, Australia
W odpowiedzi na zachęty na Facebooku, aby kontynuować działalność społeczno-dziennikarsko-literacką, napiszę wkrótce, czym się będę zajmować. Coś będę pisać, ale nie wiem jeszcze, co i jak. Chciałbym, aby było to coś mądrego i użytecznego. Pod tym względem jestem cholernie ambitny. Marzy mi się własna dobra zmiana.

Lubię opowiadać kawały, czyli słowne żarty, ale wychodzi mi to różnie. Mógłbym przedstawiać je na piśmie. Waham się jednak. Jeśli opowiadając kawał odkrywam (razem ze słuchaczami, lub samodzielnie), że jest to coś sensownego, wtedy w pełnej zachwytu poważnej zadumie pochylam się nad sobą podobnie jak Prezes Kaczyński i Prezydent Duda nad Konstytucją, a kiedy mi nie wychodzi kawał, wtedy wdeptuję siebie w głęboki śnieg, aby otrzeźwieć, i tylko patrzę, aby nie za głęboko się wkopać. Lubię śnieg. Jest piękny zwłaszcza na Roztoczu Lubelskim, w Bieszczadach i w Australii (zima w Wiktorii).

A propos zimy. Kiedy pracowałem w banku w Adelajdzie, jeden z moich pracowników, młody Australijczyk, jeśli sobie dobrze przypominam jego nazwisko, John Toby, wziął roczny bezpłatny urlop i wyjechał do Europy. Po powrocie rozmawialiśmy o jego wojażach. Zapytałem go, co tam robił. – Pracowałem jako instruktor narciarski w Austrii. – Odpowiedział. Nie żartował, to była prawda. To mnie zachwyciło i ubawiło. Australijczyk uczy Austriaków jeździć na nartach! Prawdziwa egzotyka.

Tak sobie pomyślałem, że szkoda, że w naszej polityce jest tak mało egzotyki. Tylko zwyczajna szara przyzwoitość, nudna jak flaki z olejem.

Pozdrawiam serdecznie.

O prawdach i łgarstwach noworocznych. Bez polityki i na trzeźwo.

W południe przespałem się. Sjesta. Obudziłem się jak osesek po kieliszku ciepłego mleka prosto od piersi. Byłem twórczy. Wymyśliłem powiedzenie: „Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów”. Przyszło mi to z łatwością.Nie męczyłem się jak inni po nocach. Wymysł jednak średnio oryginalny, bo kobieta, którą dobrze znam, nie zachwyciła się.

Kobietom ogrody i kwiaty kojarzą się chyba głównie z kobietami. W każdej grupie społecznej są zboczeńcy. O niektórych ostatnio pisałem, ale zaniechałem. Porzuciłem tę uprawę, bo ziemia jest twarda i trudno pracować. Motyczka się łamie, chyba na kłamstwach.

Nie tylko dzieci lubią piersi. Jest w tym niesprawiedliwość zabawowa. „Pan Bóg stworzył piersi kobiece dla dzieci, ale bawią się nimi dorośli”. To nie moje powiedzenie, ale też ładne. Lubię piękno.

Czasem mówię kobietom: „Proszę nie wierzyć mężczyznom, bo kłamią. Nawet jak mówią prawdę”. To moje. Mało rodzę, ale to akurat urodziłem. Bez pieszczot i interwencji. I bez dotacji NFZ, na zasadzie: „Radź sobie sam”.

Po wypowiedzeniu powyższej sentencji obserwuję kobietę. Jedna uśmiecha się, inna chwilę zastanawia się, jeszcze inna entuzjazmuje, jakie to niezwykle trafne. Wtedy dodaję:, „Ale kobiety robią to lepiej!”. Reakcje bywają różne, przeważnie pozytywne.

Z poczuciem humoru niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. Najgorsze, że nie jest ono zaraźliwe. Epidemia bardzo by się nam przydała. Choć prawdopodobnie ktoś szybko wymyśliłby szczepionkę i reklamy w telewizji.

Reklamy leków to u nas normalność. Chorobliwa, ponieważ reklama sugeruje, że coś ci dolega. Ludzi robią sobie różne uzurpacje. Przypomina mi się napis na grobie hipochondryka. „A nie mówiłem, że jestem chory”.

W Australii reklamy leków są zakazane. Mądre społeczeństwo, nie tylko pod tym względem. Wymyślili i z powodzeniem praktykują uprzejmość. Bezinteresowną, spontaniczną, naturalną. I uproszczone procedury urzędnicze. Bez pieczątek, wystarczy podpis. My też do tego dojdziemy, choć nie jest to łatwe, bo klimat jest u nas surowszy. Wciąż ciągnie zimno z lat 1945 – 1989.
Nawet młodzi ludzie bywają wyziębieni grzecznościowo, mimo, że urodzili się i wychowali już w nowym czasie. Psują ich dziadkowie i rodzice. Tych najstraszniejszych pokazują w telewizji. Pracują nocami, choć nie muszą. Coś szybko uchwalą, a potem długo chwalą. To nowi stachanowcy. Cytuję Wikipedię: „Stachanow w nocy z 30/31 sierpnia 1935 r., podczas jednej zmiany w kopalni Centralnaja-Irmino, wykonał 1475% normy (tj. wydobył 102 tony węgla)”. To bogata i w istocie niesamowita idea. Patrz Wikipedia.

Biegałem dzisiaj pół godziny. Nie jest to prawdą, bo tylko piętnaście minut. Drugie piętnaście to szybki spacer. Łatwo jest mówić prawdę, kiedy nie boli. Z bieganiem nie przesadzam, chcę jeszcze trochę pożyć. Z kłamstwem jest inaczej, noworoczne nie noworoczne. Nie skraca życia. A szkoda.

Na drogach i ścieżkach w pobliżu osiedla mnóstwo wypalonych petard. Całe puszki i pojedyncze sztuki. Jesteśmy ludźmi, bo nawet świnia nie świni. Dlatego lubię zwierzęta.

Na zakończenie, tysięczne życzenia szczęścia i pomyślności w 2016. Obyśmy zdrowi byli i dostatecznie przytomni, aby nie oglądać za dużo telewizji i nie siedzieć w Internecie. Mówię to do siebie. Niemyślenie dobrze mi robi. Innym chyba też.

Czterdzieści procent zbuntowanych

Znam pewien kraj, gdzie bezrobocie wynosi 11%, ale nieszczęśliwych, rozczarowanych, zbuntowanych a nawet wściekłych jest 40%.

Dzisiaj ten próg został przekroczony, ponieważ ja też przekroczyłem barierę cierpliwości i deklaruję moją wściekłość. Jestem zły na rząd i prezydenta. Napisałem powieść, włożyłem duże pieniądze w jej wydanie, a ona mimo bardzo dobrych recenzji sprzedaje się marnie. Podobnie jak ludzie bez pracy też mam ambicje, ale ani rząd ani prezydent mi nie pomagają. Jestem starszym facetem, a wokół jest tylu młodych, uważam to za niesprawiedliwe. Inni mają energię i pomysły, a ja jej nie mam, kiedy inni są ożywieni jak szczygły, ja popadam w uśpienie.

Drogę do mieszkania, samochodów, podróży i dobrej emerytury miałem usłaną różami. Nie brałem nigdy żadnych kredytów, mieszkanie samo mi się kupowało, kredyt sam się spłacał i to zawsze nisko oprocentowany, dobre kwalifikacje zawodowe podano mi na tacy, wybrano mi kierunek studiów, który gwarantował mi pracę, w dodatku rewelacyjnie płatną, dużo lepiej płatną, bo za czasów PRL-u. To były dobre czasy, bo pracy było dużo. Najciekawsze, że za tę pracę doskonale płacili: za miesięczny zarobek mogłeś sobie kupić pół a może nawet jedną trzecią pralki. O dostępności pracy za PRL wszyscy pamiętają, zarobki jakoś wyparowują z pamięci. Kiedy pytałem wtedy, jak wyżyć z pensji miesięcznej, za którą można było kupić taki solidny kawał pralki, wszyscy rzucali się z odpowiedziami, dzięki czemu dobrze sobie radziłem. Pierwszy samochód, a był to Fiat 125 P, dano mi bezpłatnie, kiedy byłem nastolatkiem, a nie w wieku 33 lat, po kilku latach oszczędzania, jak mówią ludzie mi nieżyczliwi.

Oczywiście porównywanie poprzedniego ustroju z obecnym nie ma najmniejszego uzasadnienia. W demokracji sukces osobisty nie jest wynikiem osiągnieć jednostki, tylko systemu, rządu i prezydenta.

Potem wyjechałem za granicę, do Australii. Tam od razu znalazłem raj. Rząd i gubernator (odpowiednik prezydenta) zrobili wszystko, aby mi pomóc. Od razu napisali za mnie ponad 130 podań, dzwonili, pytali, jeździli na rozmowy kwalifikacyjne, nie tracili wiary i cierpliwości. Najpierw pomogli mi zdobyć kwalifikacje, nauczyć się solidnie języka angielskiego, wszystko za mnie załatwiali. Życie mnie pieściło, pławiłem się w luksusie, nie wymagałem nic od siebie, niczego się nie wyrzekałem. Liczyłem na rządzących, a oni mnie nie zawiedli. Przez pierwsze trzy lata pracy odczuwali nawet za mnie ból żołądka, tak się denerwowali, czy sprostają oczekiwaniom pracodawcy. Pracy oczywiście było w bród, bo rząd i gubernator królowej (zamiast prezydenta) tworzyli stanowiska pracy. To był ich parszywy obowiązek.

Co do emigracji, to emigracja i praca za granicą jest przekleństwem, to mówię wam ja, człowiek, który żył i pracował za granicą wiele lat, może, dlatego, że nie wymagają tam niczego, ani pracowitości, ani rzutkości, przedsiębiorczości, poświęcenia, tylko dobrze płacą,  

Teraz jestem w kraju i też jestem wściekły i w imieniu ogółu żądam sprawiedliwości zarobkowo-kredytowo-mieszkaniowo-samochodowej. Jestem po waszej stronie, nieszczęśliwi i pokrzywdzeni, ambitni i pragnący. Mnie to przyszło za darmo i teraz pławię się w luksusie, co mi nawet rodzina życzliwie wypomina. Oczywiście nie zapracowałem na to, wystarczyło, że czekałem. I doczekałem się.

Zakończę pozytywnie. Życzę wszystkim młodym i starszym współobywatelom „godziwych” zarobków, apartamentów, domów, samochodów, podróży wakacyjnych, spotkań w restauracji, dobrych rowerów (a nie jakiejś tam tandety za 800 zł), aparatów fotograficznych, smartfonów, laptopów (każdy przecież to musi mieć), tanich żłobków, wszystkiego, co człowiekowi się należy od życia. I to wszystko to bez wyrzeczeń i narzekania.

Na szczęście mamy Andrzeja Dudę i Kukiza, teraz też jestem ich zwolennikiem, bo wiem, że oni załatwią to, czego obecny rząd i obecny prezydent nie załatwili. Tak mi obiecali.

Dzięki za uwagę. Niech Bóg nam wszystkim błogosławi. Będę głosować tak jak wy. Na jedynie słusznego kandydata.

Ksiądz doktor habilitowany w akcji

Czasami myślę i to sprawia mi ogromną przyjemność, bo mnie podnieca. Nie mogę żyć bez podniety, gdyż ona jedna skutecznie budzi moje ciało i umysł z letargu. Myślenie jest solidniejsze w działaniu niż afrodyzjak a nawet Viagra, nie mówiąc już o wybitnie leczniczym działaniu.

Niedawno odkryłem, że nie tylko myślenie jest podniecające, ale i słuchanie. Znany mi dobrze zboczeniec mówił mi, że wprawdzie i podglądanie ma też poważne walory poznawcze, ale mu nie uwierzyłem, bo to przecież zboczeniec.

A jak jest w innych krajach? W Australii o seksie jako o podniecie mało już kto mówi od czasu, kiedy wyniki ankietowania kobiet pokazały, że 50% z nich nad seks stawia wyżej czynności domowe.

Wyraz „seksualny” przechodzi powoli do lamusa, co jest zrozumiałe o tyle, że społeczeństwo starzeje się w przyspieszonym tempie. Niektórzy są już bardzo starzy, a mimo to jarzy, skoro występują wciąż w parlamencie. Na przykład pan Kaczyński, którego pamiętam, kiedy jako pacholę energicznie tworzył nowe partie i wyzwalał nowe inicjatywy społeczne. Od czasu ś. p. hippisów był on największym objawieniem na scenie społecznej, choć nie propagował „Make sex, not war”. To powabne hasło pan Prezes zamienił w prostsze „Make war, not seks” podejmując bezpardonową walkę z rządem, przejawami liberalizmu ekonomicznego, oraz stosunkami partnerskimi. Zapomniałem jeszcze o Rosji, Niemczech, Ślązakach, ale to każdy wie, więc nie mam co szczycić się resztkami pamięci.

Poza Sejmem dzieją się rzeczy większe, niż wewnątrz. Pojawił się tam nowy rodzaj Dzieci-Kwiatów, którzy jak hippisi głoszą hasła wyzwolenia od Diabła, Szatana i Biesa.

Z oczami pełnymi łez wzruszenia i niepokoju o przyszłość narodu słuchałem kiedyś prelekcji dr hab. Natanka, którego uważam za wybitną osobę duchowną, integrującą w sobie biskupa, Matkę Teresę z Kalkuty oraz socjologa przebijającego szpilą problemy społeczne z precyzją owadologa. Krążą opinie w kręgach słuchaczy znakomitego oratora, że zostanie on prorokiem, jednakże na to nie zgadza się jeszcze Episkopat. Przyjaciel odmówił przysłania mi tego nagrania.

– Boję się, że zburzy to twoją wiarę w Boga i ludzką dobroć. – Odkrzyknął mi w telefon w trakcie negocjacji.

Ostatniej nocy księdzu doktorowi habilitowanego przyśnił się anioł. Nie był to zwykły anioł, ale czarny jak kruk, nawet skrzydła miał czarne.

– Dlaczego jesteś czarny? – Zapytał uszlachetniony tytułem naukowym duchowny, choć wszystkie odpowiedzi były mu już znane.

-To kamuflaż, synu. – Pośpieszył anioł z wyjaśnieniem, po czym dodał w pospiechu „doktorze habilitowany”, aby nie uchybić honorowi człowieka, który kładzie podwaliny pod nowy, lepszy i bogatszy kościół. – Podobnie jak ty walczę z biesami, demonami, diabłami, szatanem (wyraz ten jest uznawany za wulgarny) i kusym, które to fenomeny rozmnożyły się jak pijane szczury.

 

Realistyczna teoria dobrobytu społecznego

Społeczeństwo mamy wrażliwe społecznie i historycznie. Czterdzieści procent ludzi tęskni za dawnym ustrojem, za którym i ja uroniłem już niejedną łzę.

Wspomnienia przeszłości zalały mnie falą szeroką jak front zrzeszający zwolenników PRL-u. Duchem i sercem przyłączyłem się do masy ludzi wrażliwych, odrzucających blichtr masowej konsumpcji i tęskniących za pełnym zatrudnieniem.

Mieliśmy wtedy naprawdę pełne zatrudnienie, prawdziwe błogosławieństwo, podobnie jak i niepełne półki. Dzisiaj mamy na odwrót, ale z jakim fatalnym skutkiem? Ludzie są nieszczęśliwi, mniej się śmieją, mało żartują i prawie w ogóle nie tańczą. W telewizji nie ma Edwarda Gierka odbierającego bochen chleba z solniczką na Święto Dożynek od rosłej dziewoi lat pięćdziesiąt sześć. A co w ogóle jest w telewizji? Jest rozrywka, ale inna, może nawet i nie taka zła: dyskusje o pedofilach i homoseksualizmie, gender panoszący się na ustach Danuty Kępy zamiast szminki, arcybiskup prowadzący rekolekcje o wyższości alkoholu nad wodą świeconą.

Czyż można się dziwić, że – niezależnie od telewizji – ludzie tęsknią do czasów PRL-u i nienawidzą rządów Tuska, który nie zapewnia pełnego zatrudnia? Nie!

Wszystko wtedy było za darmo, albo bardzo tanio, nie tylko praca. Nie tylko było jej w bród, ale była ona bogatsza. W pracy za niewielkie pieniądze nabywałeś cebulę w workach po 20 kilogramów i otrzymywałeś bezpłatne skierowanie na wczasy po uzyskaniu stempelka w legitymacji partyjnej o zapłaceniu składki. Przodownicy pracy to nawet otrzymywali vouchery na małego Fiata, bo duży nie mieścił się na ulicach i był bezużyteczny! Brak mi dzisiaj owego realizmu i tężyzny, którą wyrabiałeś sobie stojąc w kolejkach, czekając na autobus lub pędząc kilometr za stację kolejową, aby wsiąść do pociągu zanim wjedzie on na peron. To były czasy!

Jedyną przewagą dzisiejszych czasów jest tylko Odnowiony Związek Radziecki, jeszcze bardziej szlachetny niż oryginał, dowożący setkami ciężarówek pomoc humanitarną do sąsiednich krajów w ramach wymiany: My wam dajemy (bezpłatnie!) separatystów i wyrzutnie rakietowe, a wy w zamian dajecie nam Krym i kilka mniejszych miast. Takiego braterstwa to nawet wtedy nie było. Kraj ten wyrosły ze zdrowej gleby przeszłości ma też zdrowe podejście do gospodarki.-„My to nawet cieszymy się z sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską, gdyż pozwalają nam one rozwinąć rodzimy przemysł, któremu do tej pory brakowało naturalnego bodźca rozwoju”. – Pięknie to powiedział Władimir Putin, prezydent, który dla dobra ojczyzny gotów jest pozostać dożywotnio na stanowisku, a nawet zintegrować je w stanowisko Prezydenta-Premiera. Jeden etat zamiast dwóch, jeden rząd zamiast dwóch, to ogromna oszczędność dla kraju.

Nie to, co w Australii, gdzie niezależnie od parlamentu i rządu federalnego są jeszcze parlamenty i rządy stanowe. Ambitni, ale niepraktyczni to ludzie. Taka Australia Południowa: 2 miliony ludzi i własny parlament i rząd! Ba, nawet własny, choć nie całkiem, gubernator stanowy oddelegowany do pracy przez Królowa Elżbietę II, miłosiernie panującą Królową Wielkiej Brytanii i Australii. Czyż można się dziwić, że Nowy Związek Radziecki rześko pędzi do przodu, a Australia szybko pedałuje do tylu?

Wypada mi przyznać z dumą, że na świecie to tylko Jarosław Kaczyński pedałuje szybciej do tyłu z lotnym peletonem PiS zmierzając niezawodnie po górską premię wyborczą i żółtą koszulkę lidera.

Mój przyjaciel Dzieciol

Dzięcioł na drzewieNa wielkich, równinnych i pustynnych przestrzeniach zostawiłem za sobą wieloletniego przyjaciela. Był w bardzo dobrej kondycji. Z postury jest to mężczyzna słusznego wzrostu i o miłym owalu twarzy, z nawyków – bardzo inteligentny kolekcjoner tysięcznych faktów, liczb, wydarzeń i ludzi, z przyzwyczajenia – człowiek łatwo nawiązujący kontakty, ustosunkowany lokalnie i międzynarodowo, z natury zaś – dzieciol (pol. dzięcioł) rozstrojony upałami. Ptak ten budzi się czasami w dzień, czasami nocą, puka w drzewo jak to dzięcioły i alfabetem Morsa nadaje pytania lub zgaduje.

To ty teraz mieszkasz na Kamczatce? No, no! Nie wiedziałem. Jaka to jest miejscowość: Kołobrzeg czy Gdynia? A jak jest w twojej dziupli? Coś robisz, czy już tylko czekasz na Godota?

W tym, co pisze i o co pyta, Dzieciol jest dowcipny, gdyż pisałem już mu kilkakrotnie, gdzie mieszkam, a nawet podałem adres, lecz on widocznie zbyt szybko przesiewa pokarm literacki przez sito pamięci i rzuca kaczkom do rzeki, która płynie za oknem, wielka zimą i ubożuchna latem, kiedy ptaki, kijanki i słońce chlają wodę na potęgę.

Zdziwi się na pewno, kiedy mu napiszę, że prowadzę blog autorski, który najlepiej określa moje miejsce stania, siedzenia i leżenia, ponieważ nic tak nie określa człowieka na ziemi, jak to, co czyni. Czynisz dobro, oferujesz przyjaźń i braterską pomoc? Od razu cię rozpoznają jako Cara Dobroci, o którym jakżeż życzliwie piszą Śp. dziennikarka Anna Politkowska i Śp. Aleksander Litwinienko, amator herbaty z promieniotwórczymi dodatkami.

Tak oto historycznymi już słowami zamykam opowieść o życiu człowieka-dzieciola, który mnie zna i którego ja znam, a który coraz bardziej oddala się od rzeczywistości wymieniając sen na letarg, łatwiejszy po drugiej stronie globu, gdzie wskutek nadzwyczajnych upałów skrzydła snu i wyobraźni najzwyczajniej w świecie kleją się do ramion.

W ostatnich słowach, mego listu, jak to drzewiej pisano, pozdrawiam wszystkich przyjaciół, życząc im przebudzenia i przyjazdu na wakacje do kraju, gdzie budynki są bardziej nowoczesne, kobiety o niebo piękniejsze, a życie o trzy bezchmurne nieba ciekawsze (nawet, kiedy jest zimno) niż na antypodach.

Poszerzanie horyzontów

Zbudził mnie niepokój, nie tak niezrozumiały, ile nieprzyjemny, że moje horyzonty są za wąskie, nieadekwatne do współczesności, węższe niż biblijne ucho igielne, przez które nie jest w stanie przejść nawet wygłodzony wielbłąd.

O wielbłąda i ucho przestałem się martwić skoro tylko zobaczyłem we śnie (równie wyraziście jak na jawie), z jaką energią i oddaniem armia izraelska poszerza na Bliskim Wschodzie wszystkie bramy i przejścia z wyjątkiem tuneli energicznie kopanych przez uzbrojone króliki palestyńskie. Uciekłem stamtąd jak najszybciej, aby nie dostać pomieszania zmysłów, co jest prawdą a co fałszem. Jest to obszar zmagań sięgających czasów przedchrystusowych, które poprzez meandry historii z udziałem różnych Wielkich Braci przerodził się w skansen zwany „Galimatiasem Pokoju i Nienawiści”.

Na Jeszcze Bliższym Wschodzie, tuż za granicą obszaru zwanego Bratem Ruro, też jest bardzo ciekawie. Ktoś dobrze wszystkim nieznany dostarcza tam bezpłatnie rozrywki turystom podróżującym samolotami z pomyloną nawigacją. Nieznani fundatorzy, którzy jak się ostatnio okazało okropnie nie znoszą jabłek, sprowadzają w szaleńczym tempie na ziemię ludzi oraz bagaże i czarne skrzynki, aby udostępnić je również bezpłatnie kolekcjonerom dokumentów, biżuterii i mocnych wrażeń.

Tak oto w lapidarny sposób przesunął się przez moją głowę kalejdoskopowy zapis zdarzeń kilku tygodni, które możni tego świata potępiają, bardzo rozważnie i z umiarem, nie za szybko i nie za mocno, aby nie wykoleić pociągu, który wiezie nas ku szczęściu. Jest to pociąg na wzór australijskiego „Ghana” podróżującego między Sydney a Perth, z wagonami restauracyjnymi i małym kasynem, lecz wyposażony w urządzenia, gdzie wycenia się, a może nawet i wymienia na twardą walutę, jawne kłamstwa i barbarzyńskie czyny.

the-ghanKangaroo and a train on the plainsthe Ghan inside

Najgorsze jest to, że człowiek, którego dobrze znam, wydawałoby się obyty i w miarę myślący, tkwi w dezorientacji, czy eksperci wyceniający czyny barbarzyńskie w twardej walucie mają rację czy nie.

Osobom wierzącym pozostawiam niezdrową nadzieję, że autor i sponsor oryginalnych wschodnich pomysłów lotniczych zacznie w końcu dławić się walutą albo jabłkami, co pobudzi jego imperialny chłodny umysł do bardziej przyziemnego myślenia.

 

 

Historia głodu i miłości

W wiosce od wielu dni panował głód. Pożywienia było jak na lekarstwo, gdyż od dawna nikt nie zapuszczał się w te strony z uwagi na upały, komary i ostrzeżenia o kanibalach grasujących na rozstajach dróg i w buszu. Kanibale też muszą jeść.

W chacie na skraju wsi trwały przygotowania do wyprawy w dalsze okolice w poszukiwaniu żywności. W drogę ruszali ojciec z synem, lat osiem, dla którego nadszedł czas wtajemniczenia w arkana sztuki zdobywania pożywienia. Pani domu wyposażyła męża i syna w wodę, świeżo uprane przepaski na biodra oraz pożegnała czułymi pocałunkami: synka w czoło, a męża w usta. Kobieta i mężczyzna byli dobrym małżeństwem; wprost nie mogli oderwać się od siebie, tak wielką pałali do siebie miłością. Jak ja przeżyję to rozstanie? – Zamyśliła się żona kanibala. Podobne myśli, tylko bardziej intensywne i namiętne, kłębiły się w głowie męża.

Wyruszyli. Szli już trzeci dzień, jeszcze bardziej głodni i spragnieni niż w momencie wyprawy z domu. Nigdzie nie było widać śladów ani innych oznak życia ze strony potencjalnego pokarmu. Zbliżając się do rzeki mężczyzna zauważył w cieniu drzewa eukaliptusowego młodą kobietę. Natychmiast zwrócił na nią uwagę synkowi, aby ten przypadkiem okrzykiem radości nie wystraszył ofiary.

Przyglądając się jej z uwagą dzikus obmyślał technikę ujęcia ofiary. Był wrażliwy na piękno natury, a teraz miał do czynienia z wyjątkowym jego obiektem. Powabne piersi unosiły się i opadały w miarę oddychania, różane usta były rozchylone jak do pocałunku, biodra zachwycały swymi pełnymi kształtami ujawnianymi przez obcisły kostium kąpielowy.

– Jest to pewnie turystka z dużego miasta. – Spekulował mężczyzna czerpiąc idee ze skarbca kanibalskiej akademii życia. -Przybyła w te dzikie okolice, aby doznać prawdziwej samotności i pomedytować na łonie przyrody, ufna i niewinna. Zdał sobie sprawę, że i on sam jest osobą wrażliwą. Stłumił w sobie uczucie, zbyteczne i sprzeczne z obyczajami i tradycjami plemienia.

Przy zgrabnym nosku śpiącej niewiasty myśliwy zauważył kropelkę potu, która powolutku i urokliwie zbliżała się do namiętnych ust żeglując ku wardze koloru świeżej maliny. Ojciec i syn oblizali się z głodu. Obydwaj ubóstwiali świeże dzikie maliny, jakie nasadzili w buszu ich praprzodkowie przybyli z Azji. Ojciec patrzyłby zapewne dłużej w zamyśleniu, gdyby nie synek, który trącił go delikatnie w łokieć i wyszeptał. – Tato, na co my czekamy? Jestem strasznie głodny! Proszę cię. Zjedzmy ją tutaj, na miejscu!.

– Jak możesz być tak niewytrwały! – Ojciec wpadł prawie w gniew. Uczę cię sztuki polowania wymagającej cierpliwości i artyzmu ze strony myśliwego, a ty chcesz zepsuć wszystko! – Wykrzyknął ojciec i dodał wracając do opamiętania: Czy ty oszalałeś, synku? Zabierzemy ją do domu. Mamusię zjemy!

Wzorem – świat zwierzęcy

Wczorajszy film o zwierzętach na kanale Planet wywarł na mnie wrażenie. Oglądałem wiele takich filmów, ten uznałem jednak za przełomowy. Okazał się brakującym ogniwem łańcucha mojej wiedzy, jak utrzymać się w doskonałej formie i zdrowiu do końca życia. Jedynym dobrym wzorem są zwierzęta. Po nich dopiero idzie Jane Fonda i podobni pasjonaci fitness.-– Wiktor rozpoczął filozoficzno-zwierzęce refleksje nad tematem, którym obydwaj się pasjonujemy. Nie jest to pasja przypadkowa.

Już wcześniej wspomniałeś, Wiktorze, o analogii życia ludzi i zwierząt, i dawałeś przykłady, kiedy te dwa nurty życia się rozeszły.

Zgadza się. Rozeszły się w sposób zgubny dla człowieka. Kiedy obserwujesz żyjące dziko zwierzęta (nie zwierzęta domowe, którym człowiek narzucił własna sposób odżywiania i tryb życia) to w oczy się rzuca natychmiast ich piękno: sylwetki, futerka, sprawności, kondycji, zdrowia. Tam nie ma cherlaków, istot upośledzonych fizycznie, zbyt tęgich i niezgrabnych. Nie jest to sprawą przypadku. Decyduje o tym przyroda. Jest ona nie tyle okrutna, ile bezwzględna. Nie utrzymujesz się w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej – odpadasz, przegrywasz. Z ludźmi jest inaczej. Mówię o tym, ponieważ współczesny świat razi mnie deformacją ludzkiego ciała. Wygląda tak, jakby straciło ono walor dla jego posiadacza.

Mogę ci tylko przytaknąć, Przyglądałem się kiedyś na deptaku w Adelajdzie przechodniom i doszedłem do wniosku, ze ludzie są fatalnie zaniedbani fizycznie. Nie dotyczy to tylko starszych osób. Dzisiaj nawet młodzi chłopcy i dziewczęta są nieforemni: platfusowaty chód, niezgrabne sylwetki, opadające ramiona, otyłość. I to wszystko w Australii, która kojarzy się ze słońcem, zamożnością i fantastycznymi warunkami uprawiania sportów. Nasunął mi się wtedy nieodparty wniosek, że jako społeczeństwo Australijczycy odeszli zdecydowanie od ideału pięknego ciała, a tym samym i zdrowia.

Wiktor wysłuchał mnie z uwagą, pokiwał głową na znak zgody, po czym wrócił do zwierzęcia, które oglądał w telewizji. – Życie tego wspaniałego zwierzaka, coś w rodzaju borsuka, którego oglądałem w telewizji, tym różni się od naszego, że jest pasmem nieprzerwanego wysiłku fizycznego, nieprzejadania się, ale także swoistej przedsiębiorczości. Zwierzę musi utrzymać się w nadzwyczajnej formie fizycznej i psychicznej, aby przeżyć. Najpierw władował mu się do nory jeżozwierz, którego borsuk zdecydował się „wykurzyć”. Wykazał w tym niezwykłą wytrwałość. Nieprzerwanie go „molestował”, że tak powiem, zbliżając się doń tak blisko, jakby chciał go zaatakować. Nie szukał jednak bezpośredniej konfrontacji, walki. Był mądry, ostrożny i wytrwały. Osiągnął sukces, gdyż jeżozwierz opuścił jamę. Ale to nie wystarczyło. Borsuk tak długo go męczył pozorowanymi atakami, że ten opuścił jego rejon. Godnych podkreślenia jest kilka cech jego postepowania: wytrwałość, koncentracja uwagi, dążenie do pełnego, nie połowicznego sukcesu, działanie na długą metę. Czy nie są to cechy, które przypisujemy gatunkowi ludzkiemu?

Następna kwestią okazało się pożywienie. Borsuk przeszedł węsząc setki metrów, zanim wykrył norę z myszami. Wykonał kawał solidnej roboty, dokopując się do niej. Okazało się to nieudanym przedsięwzięciem: mysz uciekła. Po znalezieniu drugiej nory z „posiłkiem”, borsuk po kolejnej kopaniu zdobył wreszcie kawałek mięsa. Zjadł je, i chyba nic więcej. Żadnych ciasteczek, torcików, czekoladek, kawy czy kieliszka alkoholu. Super proste pożywienie. Żadnego dojadania ani popijania. Zwierzę, kiedy je, nie popija pokarmu wodą ani niczym innym. Pokarm jest trawiony „na czysto”.

Wiktorze, może przedstaw jakąś konkluzję, aby twoja relacja nabrała przejrzystości.

Nasuwa mi się kilka wniosków. Pierwszy jest taki: Jako ludzie, jako jedyny „ucywilizowany” gatunek zwierząt, odeszliśmy w sposób szokujący od naturalnego, przypisanego każdemu gatunkowi sposobu życia: ciągły wysiłek fizyczny, dużo ruchu, naturalne pożywienie w ograniczonej ilości, niezbyt urozmaicone, bez popijania lub dojadania. Urozmaicenie to wynalazek człowieka.

Czy sądzisz, że takie proste jedzenie jest smaczne? Ludzie kochają smakować jedzenie. Lubią różnorodność, ponieważ to zaspokaja wyrafinowane podniebienie.

Nie mam cienia wątpliwości, że proste jedzenie jest smaczne, ale pod pewnym warunkiem. Gdybyś widział, z jakim apetytem borsuk zjadał swoje danie. To było lepsze niż frykasy. Prawda jest taka. Zwykłe jedzenie będzie ci nadzwyczajnie smakować, pod warunkiem, że jesteś głodny. Natura nieprzerwanie przypomina o tym, co my znamy z przysłowia, ale ignorujemy: Fames optimus cocus. Głód jest najlepszym kucharzem. Pozwól mi zrobić podsumowanie: Jeśli chodzi o utrzymanie się w idealnej formie fizycznej, sprawności, pięknego wyglądu, dobrego samopoczucia, zdrowia, to moim ideałem jest dziko żyjące zwierzę, nie człowiek. Nawet nie zwierzę domowe, bo ono zmuszone jest żyć tak, jak jego pan czy właściciel.

Zadaję sobie pytanie: dlaczego odeszliśmy od takiego trybu życia? Nie to, ze odeszliśmy w jakiś sposób szczególny, ale w sposób totalny, całkowity, zaprzeczający normom żywienia wyznaczonym przez miliony lat istnienia przyrody i milion czy dwa miliony lat istnienia człowieka.

Nie przesadzasz, Wiktorze?

A skadże! Jedyny wyjątek jaki widziałbym, to to, że zwierzęta jedzą wszystko na surowo, my moglibyśmy stosować obróbkę żywności w formie gotowania lub pieczenie. Tylko to. Wiem, że brzmi to szokująco, ale w tym tkwi prawda. Musimy ją jeszcze rozwałkować. Tego nie da się przełknąć za jednym razem. Co za dużo, to niezdrowo. Muszę sobie wbić do głowy tę maksymę, ponieważ nie jestem bez winy.

Prawdziwe grzybobranie? Tylko w Australii!  

Jeśli lubisz zbierać rydze, to zapomnij o polskim lesie. Prawdziwe rydze są już chyba tylko w Australii, a konkretnie w okolicach Adelajdy. Być może także w innych regionach Australii, tego nie wiem.

Pierwszy raz pojechałem na rydze z przyjaciółmi do lasu w Second Valley, ponad 100 km Las w okolicach Adelajdy, gdzie rosną rydze Rodzina rydzów Rydze z rusztu Stadko kangurów w okolicach Adelajdy To chyba maślaki Widoczek z miejsca grzybobraniana południe od Adelajdy. To było przeżycie. Rydzów było w bród. Najciekawsze, że nawet wiekowe „kapcie” wielkości małego talerza były zdrowe jak przysłowiowy rydz. Ale kto zbierałby takie wielkie grzyby, jeśli wokół było mnóstwo mniejszych okazów? Najbardziej zdumiewający dla mnie był las, gdzie rosły rydze. Wydawał mi się identyczny jak lasy na Roztoczu Lubelskim: takie same sosny, prawie takie same paprocie i poszycie lasu. Czekałem tylko, kiedy zobaczę zająca lub sarnę. I tu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka: w niewielkiej odległości od skraju lasu, gdzie niedawno zrobiono wycinkę drzew, skakały sobie spokojnie dwa małe kangurki!

Co do smaku australijskich rydzów, to nie różnią się one niczym od polskich. Są znakomite do smażenia na patelni i marynowania w occie. Ciekawe, że rodowici Australijczycy grzybów nie zbierają i raczej nie znają. To przysmak Europejczyków, z całą pewności Wschodnich Europejczyków, oraz Chińczyków i prawdopodobnie innych nacji na północ od Australii.

Kiedy zbierałem rydze w okolicach Adelajdy i widziałem ludzi wychodzących z lasu z pełnymi wiaderkami, mogłem być prawie pewny: to Polak, Czech albo Słowak. Australijczycy boją się grzybów, że mogą być trujące. Nie ma tam tradycji zbierania i jedzenia grzybów. Leśniczy mówił mi, że pojawiają się czasem na jego terenie młodzi Australijczycy, ale ci zbierali grzyby halucynogenne. Co kraj, to obyczaj.

To było około trzydziestu lat temu. Od tego czasu rydze zbliżyły się do Adelajdy. Teraz można pojechać dziesięć lub dwadzieścia kilometrów za miasto, aby znaleźć je w obfitości. Najlepszym okresem zbiorów jest kwiecień i maj. Jest wciąż ciepło i coraz więcej opadów.

Jak rydze trafiły do Australii, Bóg raczy wiedzieć. Podejrzewam, że ktoś przywiózł z Polski grzybnię i „zasadził” ją w lesie. Co więcej, jak donosi mój „specjalny korespondent”, przyjaciel mieszkający w Adelajdzie, ostatnio pojawiły się tam również prawdziwki, których przedtem nikt nie widział. Gdzie one rosną, wiedzą tylko wtajemniczeni Polacy, którzy niechętnie dzielą się sekretem z innymi osobami. Typowa polska życzliwość.

Wracam do rydzów. W relacji przyjaciela tego sezonu było ich tyle, że „można je było kosą ścinać”. Dosłownie. Wraz z żoną nazbierał cztery wiaderka. „I nie zbieraliśmy wcale tych dużych, ale tylko średnie i małe”. – Wyjaśnił.

Jeśli na rydze i maślaki, to tylko do Adelajdy! Darz bór! Na wszelki wypadek dodam także: Boże dopomóż!

W świąteczny dzień ciszy wyborczej

Mam do pomocy już dwie osoby, Wiktora i Martynę, które proszę od czasu do czasu, aby zrelacjonowały wydarzenia bieżące, filozoficzne i ponadczasowe. Dzisiaj akurat takich nie było i to jest dobra wiadomość. „No news is a good news” mawiają ludzie po drugiej stronie kuli ziemskiej chodzący do góry nogami, kiedy my tutaj chodzimy na dół nogami, co wydaje mi się ze wszech miar rozsądne.

Wiktor zrelacjonował mi swój stosunek do osób, reprezentowanych tym razem przez kobietę, która uznała, że wie wszystko. Nie o wszystkim, ale o pewnym schorzeniu. Jest to osoba wyjątkowo miła, uczynna i sympatyczna, jednakże od czasu do czasu chyba wskutek nieuwagi nabiera w płuca tak wielką ilość powietrza, że zaczyna głosić prawdy uniwersalne. Jeśli cierpisz na uporczywe bóle wątroby, żyjesz z tym od lat, byłeś u dwudziestu a może nawet dwustu lekarzy, spędziłeś godziny w Internecie szukając informacji na temat, jak złagodzić swoje cierpienie, wówczas – Wiktor zawiesił głos i pokręcił głową z niedowierzaniem, że taka rzecz jest możliwa – wyprowadza cię z równowagi czyjeś przeświadczenie, że wie najlepiej, co ci jest i jak to wyleczyć.

Pokiwałem głową i dodałem własną obserwacje. Mój przyjaciel z Adelajdy, Polak z pochodzenia, wielokrotnie przebywał w Polsce, mieszkał tu nawet dłuższy czas. „Polacy mają powiększone ego” – skwitował kiedyś w rozmowie, z czym zgodziłem się bez większych wahań sugerując jedynie uściślenie: „Nie wszyscy” i zamiast „Powiększone ego” mówić „Nadęte ego”, co lepiej kojarzy tę przypadłość z naturą męczącego i obrzydliwego wzdęcia brzucha.

Z czego bierze się wspomniana dętość, nie umiem powiedzieć. Jest wytworem klimatu, warunków bytowych, poczucia rozpaczy? – Nie wiem. Kojarzy mi się z zarozumialstwem, przeświadczeniem, że doświadczenia życiowe jednostki wywyższają ją ponad przeciętność, a nawet i ponadprzeciętność. Rozumiałem niechętną reakcję Wiktora wobec sytuacji, która go spotkała i pozostaję wdzięczny za historyjkę, która przypomniała mi także o własnych możliwościach nadymania ego.

Międzynarodowy Dzień Kota

DSCF0074Była godz1795510_758812254139788_2073604005_n (1)ina czwarta nad ranem, kiedy Wiktor wypuścił kotkę do ogrodu z tyłu domu. Normalnie budziła się około godziny piątej rano, ale tym razem chyba on ją zbudził, kiedy zaczął chodzić po domu. Drewniane podłogi głośno skrzypiały, zwłaszcza w korytarzu, tuż przed pokojem siostry. Denerwowało go to, starał się więc chodzić długimi krokami i omijać najbardziej skrzypiące deski. Starał się zachowywać w nocy jak najciszej. Uważał, że każdemu należy się spokojny sen, czy to jest człowiek czy kot.

Do kotki miał uczucia wręcz religijne. Siostra śmiała się, a może nawet ją to trochę denerwowało.

– Traktujesz kota z większą atencją niż mnie. Zawsze mnie uciszasz, kiedy jest już po godzinie 22.30 i kotka jest w swoim pokoju.

Faktycznie, kiedy zwierzątko ułożyło się do snu, a było pod tym względem bardzo punktualne, uważał, że jest to czas, aby wyciszyć się samemu i przestać mówić głośno jak w ciągu dnia.

– Nie krzycz do mnie, przecież jestem tuż obok ciebie i bardzo dobrze cię słyszę. Jest już noc i nic nie zakłóca ciszy – upominał siostrę.

Po wyjściu rano z kotką do ogrodu zatrzymał się tam kilka minut. Wiedział, że szybko nie zaśnie, że potrzebuje zmęczyć się, aby nadszedł upragniony sen. Otworzył drzwi szopy w ogrodzie, gdzie rankiem kryła się kotka, aby się ogrzać się, kiedy pierwsze promienie słońca nagrzały metalowy dach. Potem przykucnął przed werandą na podeście betonowym tuż obok kotki, która siedziała i obserwowała jego ruchy. Wziął do ręki długi liść eukaliptusa, z szypułką, którymi w palcach mógł kręcić jak wiatraczkiem.

Obserwował zachowanie się kotki. Kręcący się przedmiot intrygował ją. Wyciągała owłosioną łapkę usiłując przyciągnąć go do siebie, a następnie złapać ząbkami. Siedzieli tak oboje kilka minut, bawiąc się nawzajem. Sprawiało mu to przyjemność, nie miał zresztą niczego lepszego do roboty. Bawił się tym chętniej, że było bardzo pogodnie. Lekki przyjemny chłód, czyste niebo w okolicach jasno świecącego księżyca, powietrze z delikatnym zapachem eukaliptusa w momentach, kiedy zawiał leciutki wiatr, zapowiadały piękny dzień. Lubił takie chwile. Chętnie spędziłby w ogrodzie więcej czasu, gdyby nie przekonanie, że musi się przecież jeszcze wyspać.

– Muszę, bo rano będę zmęczony i rozdrażniony – zamruczał pod nosem. To fatalne uczucie – pomyślał. – Czy ja muszę zawsze tak cierpieć?

Aby uspokoić się, wziął na ręce i przytulił do twarzy swoją Kicię, puszystą i delikatną jak marzenie, najlepszą towarzyszkę spacerów po ogrodzie i zabaw w bezsenne noce. Święty Franciszek z Asyżu nie musiał mu przypominać swoimi kazaniami, że należy kochać braci mniejszych. Zwierzę, które karmisz i dobrze traktujesz, odzwierciedla zawsze twoje uczucia. A człowiek? Z tym różnie bywa.

Wiktor z przekonaniem głosił wyższość zwierzęcia nad człowiekiem. IMG_20120926_070725

 

Najnowsza powieść w formie ebooka w formacie: EPUB, MOBI, PDF

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego

 Informacja i zakup: http://virtualo.pl/sedzia_od_swietego_jerzego/i140603/?q=Michael+Tequila

Sklep internetowy: www.virtualo.pl

Zimowa konwersacja o geograficznie odległym lecie

Najszybciej w oczy rzucił mi się baleron, który lubię najbardziej ze wszystkich słodyczy, a zaraz potem udo indycze, którego zapragnęła rodzina. Udo ma wymowę szczególną jako element konstrukcji także ludzkiej, bliski sercu niejednego mężczyzny z wyobraźnią i dwiema zdrowo myślącymi rękami. Bliższa znajomość anatomii nie jest potrzebna dla doznawania głębokich przeżyć.
Pani ekspedientka mnie zaskoczyła. – Czytałam wczoraj pański blog. – Wyszeptała ważąc baleron, do którego dołączyła gratis uśmiech rozświetlający zachmurzoną okolicę.1373079644241
No i jak? – Zapytałem z drżącym sercem, gdyż pozytywne opinie czytelniczek i czytelników są dla mnie cenniejsze niż najlepsza wędlina bez konserwantów.
Bardzo mi się podobał! – Odrzekła obdarzając mnie, szczęściarza, życzliwym spojrzeniem oczu ocienionych długimi rzęsami. – Podobały mi się też zdjęcia. Australia jest taka piękna! – Westchnęła tak głęboko, że mogłoby to poruszyć nawet rzezimieszka i skłonić go do powrotu na drogę cnoty. Władze powinny zatrudniać takie kobiety w więzieniach, aby przywracały recydywistów społeczeństwu. Czarowne westchnienie kobiety może być warte więcej niż nawet szczera spowiedź więźnia połączona z żalem za grzechy, pokutą i odkupieniem win.

DSCF0061
Nie było panu żal opuszczać Australii? – Współczująco zapytała ekspedientka  przerywając krojenie wędliny.
Nie byłem w stanie wyrzec słowa. Coś we mnie zaskowyczało z tęsknoty. Zdałem sobie sprawę, jak głęboki jest mój żal za utraconym światem upałów latem i niskich temperatur zimą, strumieni, na dnie których latem nie ma kropli wody, zimą przelewającej się przez brzegi, mszyc, które zjadały pączki młodych róż, mrówek, dla których Australia jest rajem, zwłaszcza jeśli uda im się opanować cukiernicę, a nawet jadowitego pająka Redback, który przyprawia cię o fascynujący dreszcz na myśl, że zachciałby bliżej zapoznać się z gołą ręką, kiedy przesuwasz coś w garażu. Hibiscus Feb 2008
W poszukiwaniu skowytu wejrzałem w głąb siebie, lecz nic nie znalazłem. Dotknąłem ręką klatki piersiowej, gdzie bije moje dwubiegunowe serce. Po lewej stronie nic nie wyczułem, przesunąłem więc dłoń na prawą stronę. Na wszelki wypadek, gdyby głos odbijał się echem w drodze do ucha właściciela. Też nic! Poczułem się zakłopotany skowytem dobywającym się Bóg wie skąd na wspomnienie Australii. Już miałem zarumienić się, aby pąsem policzków pokryć zakłopotanie i niezręczność sytuacji, kiedy nieoczekiwanie u moich stóp pojawił się mały, biały piesek, autor tajemniczego dźwięku. Patrzył na mnie wzrokiem mówiącym: Nie odczuwasz żalu na wspomnienie kraju, który opuściłeś?
Schyliłem się, aby pogłaskać zwierzaka i …schwytałem tylko gaDSCF0074rść powietrza. Sprawa była jasna: był to głos serca wydającego jęk na wspomnienie przeszłości pełnej słońca i przestrzeni, szerokich plaż i ciepłego oceanu, pomarańczy rosnących w ogrodzie za domem, które po osiągnięciu dojrzałości niezrywane pozostają soczyste przez kilka miesięcy, obszernej werandy wychodzącej na park oraz   mojej puszystej kotki radośnie szalejącej nocą po drzewie za domem.

Kicia-i-pan-2006Kto mi teraz podrzuci szczura na wycieraczkę na werandzie jako dowód pasji myśliwskiej oraz miłości zwierzęcia do człowieka?

 

 

Czasami tęsknię za Australią.

 

Australia Day

Dzisiaj jest, a właściwie było, święto narodowe Australii obchodzone oficjalnie jako „Australia Day”.

Zaprosiłem gości, rodzinę i przyjaciół. Przy balkonie na drzewcach powiewały dwie flagi państwowe: polska i australijska. Zachowywały się godnie. Nie kłóciły się ze sobą jak posłowie w Sejmie tylko szemrały „Waltzing Matilda” oraz „Niech żyje przyjaźń między narodami”. Jedyną ich słabością było zwijanie się na drzewcu pod wpływem wiatru. Co jakiś czas musiałem je „odkręcać”.

Australia Day w Gdańsku 26 stycznia 2014

Australia Day w Gdańsku 26 stycznia 2014

Cytuję Wikipedię: Bohaterem (piosenki „Waltzing Matida”)  jest włóczęga, który zatrzymał się przy niewielkim stawie, by w cieniu eukaliptusa przyrządzić herbatę. Gdy w międzyczasie do wodopoju przychodzi owca, tramp porywa ją i ukrywa. Po jakimś czasie nad staw przybywają konno trzej policjanci wraz z właścicielem owcy. Gdy odkrywają kradzież, włóczęga rzuca się do wody z okrzykiem „Nie dam wziąć się żywcem” i tonie. Ktokolwiek pojawi się później w okolicach stawu, może usłyszeć jego ducha, śpiewającego refren piosenki – będący zaproszeniem do wspólnej wędrówki. Piosenka jest apoteozą australijskiego umiłowania wolności i włóczęgi (koniec cytatu).                                                                                                                        640px-Australia_Dayaustralia day 2014Zadzwoniłem do przyjaciela w Sydney, Polaka zamieszkałego tam o wielu lat.  Australia Day obchodzony jest w Australii w dniu 26 stycznia. Jednakże, jeśli święto przypada na weekend, wówczas Australia Day przekłada się na poniedziałek. Dzisiaj odbywały się spotkania, koncerty, ceremonie nadawania obywatelstwa, wręczanie tytułu „Australijczyk Roku” i podobne imprezy. Nie zmienia to postaci rzeczy, że jutro, w poniedziałek jest także święto państwowe, dzień wolny od pracy (public holiday). Piękne jest życie na antypodach. Świętujemy w niedzielę, a w poniedziałek mamy znowu dzień świąteczny.

Wracam do sali biesiadnej. Czerwone wina były australijskie, wino białe było nowozelandzkie, szampan był hiszpański. Jacob’s Creek Shiraz Cabernet jest winem dobrze znanym. Black Hill Shiraz 2005 to prawdziwy rarytas, najlepsze wino, jakie piłem w życiu, zostawiające aksamitny smak na podniebieniu. Kilka butelek tego wina przywiozłem z Australii dla uświetniania wyjątkowych okazji. Toast przyszedł mi z łatwością. Skoncentrowałem uwagę gości uparcie stukając łyżeczką w kieliszek, aby wygłosić toast krótki i szczery: „Za przyjaźń polsko-australijską”. W toaście spełniłem się w obydwu rolach narodowych.

Przyjaźń jest łatwiejsza, kiedy odbywa się na odległość. Być może w tym tkwi warunek dobrej przyjaźni: sensowna odległość. Czy wyobrażasz sobie przyjaciela, który mieszka bardzo blisko lub razem z tobą? Byłoby to jak połączenie dwóch postaw: „Gość w dom, Bóg w dom” oraz „Gość nie w porę gorszy Tatarzyna”.

Wywiady z sobowtórem: Powitania i prawdy uniwersalne.

Piękna pogoda jest twórcą: kreuje dobre samopoczucie. W klimacie wyraża się jedność człowieka i natury. Wielu wydaje się, że jesteśmy oderwani od matki-ziemi. Nie czują tego. Kiedy na dworze jest zimno, mogą sobie podgrzać mieszkanie. Ale to nie znaczy, że przestają odczuwać zimę, klimatyczną twarz natury. Przypomina się im przygnębieniem, ospałością, bólami w stawach, o ile nie masz protez zamiast kolan, czasami depresją. Depresja nie jest wynalazkiem medycyny, a jedynie opisem stanu zdrowia związanego z otoczeniem, przeżyciami, kondycją fizyczną.

Dzień był przygnębiający. Potrzebowałem pobudzenia, wymiany myśli na świeższe. Świeżość każdemu dobrze robi. Zadzwoniłem do Wiktora i zaprosiłem go do siebie. Mam mało czasu i wolałem go nie tracić. Czas ma dla mnie wartość większą niż pieniądze. Czytaj dalej

Stare i Nowe

Przed zakończeniem Starego Roku strzeliliśmy sobie z Wiktorem na wiwat, szampanem oczywiście. Petard nie znoszę, bo straszą zwierzęta. Dwieście czy sto lat temu szampan był dla bogatych, dzisiaj każdy może kąpać się w tym trunku tym bardziej, że rozmnożył się w wersjach tańszych podobnie jak proszek do prania, chipsy ziemniaczane i ludzki rozum.

Wszystko nam się rozpoławia na przełomie roku. Pół ust pozostaje ścierpłych od głupot i niedorzeczności, jakie poczyniliśmy na przestrzeni minionych dwunastu miesięcy, drugie pół (przeważnie mniejsze) jest pełne i słodkie jak w pieśni buntowniczego plebsu „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co ust słodsze ma od malin”. Były to czasy, kiedy w tej części świata istniał głównie plebs oraz kilku Sekretarzy KC, którzy dzielnie dźwigali na barkach odpowiedzialność przewodniej siły więcej niż jednego narodu.

Z niedawnej historii płynie pierwsza radosna wieść dla każdego obywatela na Nowy Rok: jest dobrze, rewelacyjnie, nawet bosko! Możesz opowiadać kawały polityczne, nikt nie uderzy kolbą karabinu w twoje drzwi, nie musisz prosić z czapką w ręku o zezwolenie na wyjazd do Włoch na narty ani stać czterdzieści pięć minut w kolejce przed kasą PKP po miejscówkę na przejazd do Warszawy. Nie wszyscy mają jednak takie szczęście jak Wiktor i ja; są w naszym kraju ludzie uciskani, którzy zza krat więziennych modlą się do Boga, aby przywrócił im wolną ojczyznę. Ci, nawet zaproszeni przez Prezydenta, nie mogą uczestniczyć w ważnych uroczystościach państwowych, takie to jest dla nich niebezpieczne.

Wiktorze, nie wyzbyliśmy się uszczypliwości wobec ludzi nieszczęśliwych! – rzuciłem pełen obaw o duchową postawę dobrego chrześcijanina.

Niestety, nie wyzbyliśmy się! – Wiktor nie wydawał się w ogóle zmartwiony brakiem zmiany dodając: Płynie stąd druga radość noworoczna. Jesteśmy zdrowi na umyśle i nie musimy sobie oświetlać życia pochodniami szukając nieszczęścia, którego nie ma. Przytaknąłem z aprobatą, jako że nie widzę siebie w roli poszukiwacza białego kaftana z długimi rękawami, do którego nawiązuje wiersz z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”.

To tylko słowa

Bramy zabite i ślepe ściany,
mur wzniósł wysoki, niepokonany,
strażnik, co żyje o suchym chlebie
pilnując więźnia – samego siebie.
 
Wolność zamknął w okowy czaszki,
okrutnie tłumi rozpaczy wrzaski;
choć swobód nosi w sobie zarzewie
żywcem je grzebiąc, grzebie siebie.
 
Czuwa i dławi niepokorne myśli,
marzy, że szczęście po cichu wyśni.
Gdy w czyn urasta pragnień mowa,
jego pragnienia …to tylko słowa.
 
Niechaj powrócą swobód przestrzenie,
gdzie wolność burzy a nie drzemie!
Niechaj wybuchnie żywej krwi mowa!
On w ciszy więzi krzyczące słowa.

Sopot, 1 listopada 1997

Trzecia radość jest czysto męska i cieplejsza niż zimowa skarpeta, w której wierni Św. Mikołajowi otrzymują upominki. Stanowi ją dar obdarzania uśmiechem i komplementem kobiety bez obawy oskarżenia o molestowanie. W miarę upływu czasu piękno kobiety przekształca się stopniowo w dobroć i ten proces należy docenić na każdym etapie jego rozwoju. Zważ, Drogi Czytelniku i Droga Czytelniczko, że dobroć jest piękniejsza niż piękno, podobnie jak czyn jest piękniejszy niż słowa i obietnice. Co do molestowania, to ostrzegam mężczyzn: Nie jedźcie do Australii, gdzie sprawy gender postawiono na poziomie wyższym niż Pałac Kultury i Nauki. Powiesz coś miłego niewieście i możesz znaleźć się w więzieniu za molestowanie (bez widoku na ocean i plażę).

W Nowy Rok wchodzimy z hasłem „gender” na ustach. Jest także „genderyzm”, który kojarzy mi się z żandarmerią. Hasło „gender” ożywia twórczość literacką: z radością słyszę, że niektórzy piszą długie listy na ten temat, aby inni je odczytywali i komentowali. Jak to zgrabnie ujął niegdyś pewien prestidigitator słowa: Naród jest rozdyskutowany, gęby ma otwarte; korzyść jest taka, że mniej je i oszczędzamy na rolnictwie. Dziś na rolnictwie oszczędzać nie musimy, ale możemy i powinniśmy oszczędzać na jedzeniu, aby zachować sylwetkę, zdrowie i w chwale Opatrzności głosić prawdę o gender z wysokości kilku metrów nad słuchaczami.

Blogowanie 2013 zakończę na zdrowiu, choć kojarzy mi się zwierzęco: z koniem i turem. Niech i tak będzie. Koń też człowiek i szacunek mu się należy, jeśli dba o zdrowie, fizyczne i psychiczne. Tura znam mniej, więc nie będę zgadywać, co czyni i myśli.

Czas na życzenia noworoczne 2014. Bądź zdrów/zdrowa jak koń, dobrze wypoczywaj, pracuj mało, ale zarabiaj dużo pieniędzy. Dbaj o zdrową jedność czynnika fizycznego, psychicznego i duchowego własnego organizmu, aby nie szukać ratunku po nocy z płonącym łuczywem w ręku.

Tak nam dopomóż Bóg w Nowym, Piękniejszym Roku 2014!

Święto Wielu Błogosławieństw

Dzień wstawał słoneczny. Białe podświetlone promieniami chmury przesuwały się za otwartym oknem z prawej strony w lewo na tle brzozy, wielkich okien balkonowych budynków z naprzeciwka, kwiatów na balkonach oraz kominów porośniętych pionowymi rurami wywietrzników. Nie mogłem spać i wstałem dużo wcześniej niż zawsze, o godzinie 5.30. Zaparzyłem sobie kawy i zabrałem się za czytanie. Ukończyłem „Proces” Franza Kafki, powieść, którą zawsze chciałem poznać. Zachwyciłem się jej ostatnim rozdziałem, najbardziej absurdalnym, z wyjątkiem samego zakończenia, które mnie zaskoczyło i przygnębiło, gdyż spodziewałem się czegoś innego, nie tak barbarzyńskiego. Duszenie bohatera i wbijanie mu ostrego noża rzeźnickiego w serce nie stanowi najbardziej uroczej formy uśmiercania człowieka, wobec którego toczy się niejasny proces sądowy. Niektórzy pisarze to urodzeni mordercy.

Mam przyczyny cieszyć się. Dwa dni temu, 23 sierpnia, liczba subskrybentów mojego blogu osiągnęła równy 1000. Pragnę za to złożyć szczere podziękowania Szanownym Czytelnikom. Program Google Analytics zainstalowany na mojej stronie internetowej ujawnił mi, komu mam dziękować.

Grono czytelników blogu jest międzynarodowe. Z 250 wizyt, 208 pochodziło z Polski, 9 z USA, 8 z Wielkiej Brytanii, 7 z Australii, 4 z nieznanych miejsc, 3 z Niemiec i po jednym ze Szwajcarii, Chin, Irlandii i Indii. Wynika z tego, że piszę dla bogatych, do grona których zaliczam oczywiście Polaków. Skromność rodaków nieobnoszących się z opinią, ze im się dobrze powodzi, budzi moją dumę. W 70 procentach czytelnikami mojego blogu są mieszkańcy dużych miast, co skłania mnie do zachęcenia mieszkańców wsi i mniejszych miasteczek do życzliwszego potraktowania mojej twórczości.

Rolnicy, dzieci rolników i inni piśmienni mieszkańcy wsi i małych miasteczek! Zaglądajcie łaskawie na blog, którego autor ma ambicje głoszenia wyłącznie prawdy, jak każdy zdrowy obywatel tego kraju, z wyjątkiem polityków i uwodzicieli. Niech będzie dla Was zachętą, że w skromnych Kartuzach mam dzisiaj więcej czytelników ( siedem osób) niż w ponad milionowej Adelajdzie (pięć osób). Jest to prawdziwa statystyka, z której można wyciągnąć fałszywe wnioski, gdyż w Adelajdzie jest mało Polaków, dużo natomiast innych nacji. Co do Kartuz to nie słyszałem, żeby żył tam Australijczyk (z wyjątkiem pana Banasia, byłego poszukiwacza opali z Coober Pedy a obecnie hodowcy wyścigowych strusi emu, które mają szansę stać się polskim artykułem eksportowym na miarę mebli). Coober Pedy znane jest nie tylko z najpiękniejszych opali, ale i z tego, że wielu obywateli mieszka tam pod ziemią w pomieszczeniach wykutych w skałach dla uniknięcia wysokich temperatur. Jest to pomysł pierwszej klasy na rozwiązanie problemów mieszkaniowych w Polsce w gorące letnie dni. Rzecz godna polecenia szczególnie tym, których niezadowolenie, gniew lub namiętność wymaga szybkiego schłodzenia. Praca z kilofem może mieć swój urok.

Polskie cuda

Już w pierwszych dniach pobytu  w kraju doznałem objawień, świadczących o moim nadzwyczajnym uprzywilejowaniu przez Pana Boga a może i niezwykłych uzdolnieniach, które nie objawiły się we mnie w Australii, gdzie ustrój opiera się na innej logice relacji społecznych. Załatwiając sprawy typowe dla okresu osiedlania się w nowym miejscu, narastała i opadała we mnie fala miłości i nienawiści do ludzi i ustroju.

W urzędzie miejskim w ciągu jednego dnia udało mi się załatwić zameldowanie na pobyt stały. Częściowo meldowałem się sam. Było to przeżycie tak wzruszające, że wzbudziło we mnie podziw w potęgę polskiego rozumu w dwadzieścia cztery lata po upadku totalitarnego ustroju. W rubryce nr 21 „Adres nowego miejsca pobytu stałego” wpisałem adres, pod którym mieszkam a następnie wypełniłem rubrykę Stwierdzam, że wyżej wymieniona osoba przebywa pod wskazanym adresem”. Uczyniłem to wpisując moje imię i nazwisko, rodzaj i numer dokumentu stwierdzającego tożsamość, miejscowość i datę oraz składając podpis. Dopełnienie cudu zjednoczenia w mojej skromnej osobie petenta i urzędnika wymagał wyciągnięcia jeszcze jednego królika z kapelusza, a mianowicie wypełnienia rubryki „Stwierdzam wiarygodność powyższych danych”. Uczyniłem to składając wymagany „własnoręczny, czytelny podpis osoby zgłaszającej pobyt stały”.

Ten ogrom urzędniczej pracy odwaliłem w rozumieniu, że jest ona niezbędna do prawidłowego funkcjonowania nowoczesnego polskiego państwa: podałem gdzie mieszkam, potwierdziłem, że tam mieszkam oraz potwierdziłem prawdziwość mojego podpisu. Poczułem się jak organ sprawiedliwości, który przeprowadził dochodzenie we własnej sprawie, odbył sąd nad samym sobą oraz potwierdził słuszność wydanego przez siebie wyroku. Franz Kafka napisałby w polskich warunkach „Proces” o wiele bogatszy i ciekawszy niż austriacki oryginał. Wykonując pracę petenta i urzędnika meldunkowego osiągnąłem słynne „trzy w jednym”. Jedynie proszek do prania reprezentuje wyższy poziom rozwoju legitymując się pozycją „pięć w jednym”.

Co do podpisu na dokumencie meldunkowym, to był on własnoręczny, ale niestety nieczytelny. Fakt ten, podobnie jak brak w dokumencie meldunkowym danych dotyczących numeru i serii mojego dowodu osobistego w najmniejszym stopniu nie wzruszył urzędniczki. Wyjaśniłem jej, że nie mogłem wpisać tych danych, ponieważ literki na dowodzie osobistym są tak małe, że nie mogę ich odczytać nawet w okularach. Zbyła moje słowa wymownym spojrzeniem pięknych oczu, które niejednego petenta doprowadziły już do rozstroju nerwowego. W oku niewzruszonej stróżki porządku prawno-administracyjno-śledczego nie zalśniła nawet najmniejsza łza zrozumienia lub współczucia. Nie tego oczekiwałem.

Urzędniczka nie była jednak całkiem bezduszna, gdyż poświęciła wiele czasu na czytanie aktu notarialnego zakupu mieszkania – podstawy mego zameldowania.  Chyba pragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o mnie i moich warunkach bytowych. A może zapragnęła pogłębić swa wiedze o gatunku ludzkim odbywającym migrację z półkuli południowej na półkulę północną? Podpierając rękami brodę w oczekiwaniu, kiedy wreszcie skończy studiowanie strony drugiej i trzeciej aktu, obmyślałem plan szybkiego sklecenia transparentu z hasłem „Śmierć parlamentarzystom opóźniającym zniesienie powszechnej pańszczyzny obowiązku meldunkowego” i wyjście na ulicę. Szybko odszedłem jednak od szalonego pomysłu; tłum uwiedziony hasłem mógłby zechcieć podpalić urząd miejski, wojewódzki oraz budynek Sejmu. Przyszedł mi wtedy do głowy inny pomysł, aby przy nazwach urzędów miejskich dopisywać „imienia Franza Kafki”. Być może ktoś ten pomysł wykorzysta.

Nie mając chwilowo nic lepszego do roboty zatęskniłem do nieskomplikowanej Australii, gdzie nikt nie słyszał o obowiązku meldunkowym. Ten zacofany kraj nie zna nawet dowodu osobistego. Ostatni projekt w sprawie jego wprowadzenia odrzucony został w referendum kilkanaście lat temu.

Powrót do Ziemi Obiecanej

Oto jestem, Syn Marnotrawny, ponownie w Ziemi Obiecanej, gdzie sklep „Żabka” pełen piwa i innych napojów wyskokowych oraz dodatków w postaci świeżego pieczywa, majonezu, papierosów i sprzedawcy jest otwarty od godziny 6 do 22. Piwo w Australii sprzedaje się tylko w licencjonowanych sklepach nazywanych po ludzku „bottle shops”, aby nadmiernie nie ułatwiać dostępu do źródła natchnienia i dobrego samopoczucia osób o niskich dochodach i wysokich ambicjach.

„Syn Marnotrawny” piszę z dużej litery z szacunku do siebie samego, osoby, która zdobyła się na odwagę zmiany antypodów i spróbowania rozkoszy niedostępnych w gorącym klimacie. Taka sytuacja rzuca wyzwania; jednym z pierwszych jest wyuczenie się instrukcji obsługi szlabanu przy wjeździe na osiedle. Aby spotęgować przeżycia, podejmę się tego oczywiście z rozkoszą.

Przepraszam, że nie skończę tego wpisu wcześniej niż za dwa dni. Piszę na iPadzie, który nieprzerwanie blokuje się lub stawia mi jakieś inne beznadziejne wymagania. IPad jest dobry do wszystkiego, ale nie do pisania blogów oraz odbioru poczty elektronicznej z załącznikami, ktore mają skłonność znikania. Za dwa dni spodziewam się mieć już normalny komputer stacjonarny; sam jego wygląd zachęca do pisania. Nie samym chlebem czlowiek żyje.