Narada o stanie państwa i społeczeństwa. Powieść psychodeliczna. Odc. 15.

Na prośbę Namiestnika Krzepkiego Kukuły Partia Powszechnego Dobrobytu zorganizowała naradę poświęconą ocenie stanu państwa i społeczeństwa.

– Zorganizowaliśmy ją – zagaił Namiestnik – z kilku powodów. Pogoda zbiesiła nam się nie do poznania, i wprawdzie doskonale układają nam się stosunki międzynarodowe, ale hydra opozycji podnosi głowę i patrzy w kierunku nieba, kiedy naszym zasłużonym ludziom odmawia się awansowania na stanowiska w Bractwie Kontynentalnym, jakie należą im się od dziecka. W końcu pojawiły się skargi na nieuczciwą konkurencję. W ostatnim przypadku chodzi o tanią linię lotniczą Cheap VIP latającą regularnie na południe, oferującą możliwość odbycia lotu last minute prywatnym odrzutowcem po podaniu hasła „na VIP’a”. Nie dziwię się, że ludzie udają się w okresie chłodnego lata na południe, jest tam cieplej niż u nas, w centrum kraju, gdzie obywateli ogrzewa tylko nasza partia swoją wyobraźnią, pomysłowością i doskonałą księgowością.

Właścicielem taniej linii lotniczej Cheap VIP jest mi dobrze znany, przemiły człowiek, spokojny i uczynny. Nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej przysługi. Opozycja nalega na niego, aby przyznał, że to on jest tym dobroczyńcą transportowym, ale to człowiek honoru i nie zamierza poddać się niczyjej presji.

– Nie chcę być bohaterem. To byłoby nieskromne. Powiedział mi to w zaufaniu. – uzupełnił Namiestnik, po czym dodał:

– Opozycja jest po to, abyśmy ją mieli, ale niekonieczne tolerowali.

Na sali wybuchł ogromny entuzjazm, zebrani wstawali z krzeseł, krzyczeli Bis! Bis! Ukochany wodzu! Jedna z delegatek przybyła na spotkanie bezpośrednio z Brexitu krzyknęła nawet: I love you, Mr Namiestnik! I love you so much!

– W podsumowaniu powiem tylko tyle, podjął Namiestnik po przerwie, że sprawę badamy i informację o nowej linii lotniczej Cheap VIP ujawnimy albo i nie, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy nie jest to tajemnica państwowa. Ponadto jest jeszcze RODO, którego musimy strzec jak oka w głowie, bo jest dla nas prawem. Opozycja i ci pozostali, nie będę ich wymieniać po imieniu, ponieważ są to ludzie niewierzący w prawo i nadzieję na lepsze jutro bez potrzeby korzystania z sądu. Mogą nam co najwyżej nadmuchać w gwizdek lub zrobić sobie lewatywę, jeśli mają takie życzenie.

Naczelnik przemawiał tak żywiołowo i nietypowo, przytupując lekko nogą, że jedna część jego drużyny pomyślała z troską, że jest chory, inna że to efekt szampana z ostatnich imienin, jeszcze inni, że jest to krecia robota Rudego, jego odwiecznego wroga, który niegdyś pogrążył kraj w niebycie a nawet nagrał taśmy pokazujące, jak przejada państwowe pieniądze we włoskiej restauracji Ciao Ciao Bambini na Lazurowym Wybrzeżu.

0Shares

Kampania wyborcza trwa. Prawda czy nie prawda?

Moje motto:

„Myślę, więc piszę. Piszę, więc kopię. W ten sposób demonstruję zwierzęcą naturę człowieka”. 

Kancelaria Sejmu wciąż nie ujawnia pełnego wykazu 23 rodzinnych lotów marszałka Marka Kuchcińskiego. Zamiast tego prezes PiS zarządził, by takie przeloty można było zalegalizować i opłacać. Sam Kuchciński milczy. We wtorek w Sejmie omijał ekipy dziennikarskie. Jeden z reporterów krzyknął: „Panie marszałku, dlaczego pan zabierał rodzinę na pokład i czy nie jest panu wstyd?”. Kuchciński nie zareagował, a funkcjonariusz straży marszałkowskiej zabronił dziennikarzom filmowania.

Wykazy z listą pasażerów i z datami, w których Kuchciński wraz z rodziną latał rządowym gulfstreamem na trasie Warszawa-Rzeszów i z powrotem, są ważne z dwóch powodów. Na podstawie dat można sprawdzić, czy marszałek – jak twierdzi – wykonywał w tym czasie obowiązki służbowe, czy też po prostu wykorzystywał samolot specjalny, by latać na weekendy do domu. Z kolei listy pasażerów pozwoliłyby zweryfikować spekulacje, że zdarzały się przeloty, w czasie których Kuchcińskiego nie było na pokładzie, a samolot przewoził tylko jego żonę lub któreś z trojga dzieci. Informacje o tym, że na lotnisku w Rzeszowie z samolotu wysiadały same dzieci marszałka, podała wczoraj „Rzeczpospolita” powołując się na relacje pracowników lotniska.

Bądź przyzwoity! Głosuj na PiS!

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Dodatek nadzwyczajny „Powaga i Groteska” dla osób intelektualnie i uczuciowo błądzących i niepewnych.

Kampania wyborcza trwa.

Krzyczą: Prywatyzacja Trybunału Konstytucyjnego! Tanie przewozy małej rodziny wielkim boeingiem Marszałka Ogrodnika! Dotacja narodowa cztery miliardy złotych dla zubożałych Skoków! Pytam: Czy to jest koniec świata, małe piwo czy duża paranoja? Głosuj na PiS!

Po torach chodził siwy facet z krótszą prawą nogą. Lewą miał w porządku. Mówił, że tamci to wszystko oddali za darmo albo ukradli. Potem machał grzechotką w telewizji i składał obietnice. Wszystkim się to podobało. Szczególnie niewidomym. – Mamy tak mało rozrywki. – Mówili, a potem zachęcali: Głosuj na PiS!

0Shares

Recenzja powieści „Droga do Indii” Edwarda M. Forstera

To arcydzieło. Żałuję, że nie znałem wcześniej autora i jego twórczości. Stawiam go na piedestale – niedaleko Gabriela Garcii Marqueza, geniusza pisarstwa, mojego najulubieńszego autora.

 „Droga do Indii” to cudowny język, niekiedy skomplikowany, poezja słów, porównań, wyobrażeń. Początkowo czytało mi się nie najlepiej, bez entuzjazmu, potem szło coraz płynniej, sam koniec powieści jest rewelacyjny. Cytuję tylko nieliczne fragmenty, które wpadły mi w oko, ucho i pamięć:

 „Nagle znaleźli się w pełnym słońcu i ujrzeli trawiaste zbocze iskrzące się od motyli oraz kobrę, która pełzła sobie spokojnie po trawie i zniknęła między flaszowcami” (str. 505).

„Umilkł, a krajobraz wokół nich, chociaż się uśmiechał, legł niczym kamień nagrobny na wszelkich ludzkich nadziejach. Przegalopowali koło świątyni Hanumana – Bóg tak ukochał świat, że przyoblekł ciało małpy – i koło świątyni siwaistycznej, która zachęcała do rozkoszy, ale pod pozorami wieczności, a jej sprośność nie miała żadnego związku ze sprośnością naszej krwi i ciała” (str. 512).

Nadzwyczajność powieści upatruję w umiejętności autora pokazania relacji Brytyjczycy (Anglicy), kolonialiści oraz Hindusi, naród podporządkowany. Były to niezwykle relacje. Hindus i Anglik, konkretni ludzie, mogli zachwycać się sobą, przyjaźnić, cenić, nawet uwielbiać, należąc równocześnie do dwóch światów, wzajemnie się nienawidzących, obcych i nieufnych. Musiało to być potworne, ponieważ komplikowało wartości, uczucia i samo życie, stwarzając dylematy lojalności, wymagające nieprzerwanego zadawania sobie pytań, gdzie ja jestem, po której jestem stronie.

Powieść została wydana w 1924 roku, przedstawia więc Indie z okresu pełni panowania brytyjskiego. Więzi te rozerwał dopiero Mahatma Gandhi w 1947 roku, kiedy za jego przewodnictwem Indie uzyskały niepodległość.

Autor przedstawia bogactwo wiary i przekonań, złożoność religii, rytuałów, także odmienność obyczajów i przyrody. Indie to nie kraj, ale kontynent, jeśli nie z tysiącami to z pewnością setkami kultur i Forster ukazał tę złożoność w mistrzowski sposób. Powieści przyznaję 9 gwiazdek, nawet jeśli zawiera ona pewne rysy. Jest ona dla mnie tym doskonalsza, że sam jestem autorem i w pisarstwie jak i w lekturze szukam piękna formy i treści, i mocy pokazania i godzenia przeciwieństw, miłości i nienawiści, pasji i uśpienia, co jest prawie niemożliwe, a jednak.

Zwiedzałem Indie. Był to krótki a przez to i skromny pobyt, który pozwolił mi dostrzec i odczuć niezwykłą odmienność kraju; tym bardziej doceniam mistrzostwo Forstera literackiej prezentacji jego bogactw, przede wszystkim kulturowych.

Kiedyś oglądałem, było to bardzo dawno temu, film „Podróż do Indii” nakręcony w 1984 roku na podstawie tej powieści. Też mi się ogromnie podobał. To pamiętam. Grało w nim wielu wspaniałych aktorów, w tym kilku wybitnych. Wymienię tylko nazwiska: Judy Davis, Peggy Ashcroft, Alec Guiness i James Fox.

0Shares

Trzecie przesłuchanie Namiestnika. Powieść psychodeliczna. Odc. 13.

Sprawa niezapłaconych faktur odbijała się Namiestnikowi przykrą czkawką. Odczuwał gorycz w gardle i niesmak w ustach. Zagraniczni kuzyni, którym winien był pieniądze, nie ustępowali, upierając się, że zapłata należy im się jak amen w pacierzu. Skierowali sprawę do sądu, tym razem w swoim kraju. Było to niewygodne dla Namiestnika. Nie podobało mu się bardzo, że musi wystąpić w sądzie jako oskarżony o niezapłacenie faktur. Psuło to jego reputację. O powodach powiedział krótko:

– To podli ludzie. To ma być rodzina?!

Rozprawa odbyła się za granicą. Z uwagi na pilne obowiązki służbowe Namiestnik odpowiadał przez Skype. Sędzia, prokurator, powód i świadkowie oraz pozostali uczestnicy rozprawy oglądali transmisję na dużym ekranie telewizyjnym w sali sądowej.

Rozprawa zaczęła się chaotycznie. Prokurator był marnie przygotowany. Miał znikome pojęcie o budownictwie, zwłaszcza budowie wieżowców. Jak później zgodnie poinformowały media krajowe, sponsorowane i niesponsorowane, osobiście zbudował on tylko własny dom jednorodzinny, chatkę w ogrodzie dla synka oraz dwie budki dla ptaków.

Namiestnik spokojnie i rzeczowo odpowiadał na jego napastliwe pytania. W pewnym momencie prokurator z wściekłości wyszczerzył zęby, jakby chciał ugryźć pozwanego siedzącego z podniesioną głową i oczami wpatrzonymi w odległy ekran. Scenę tę wychwycili reporterzy sądowi. Pokazano ją w telewizji obydwu krajów.

Na pytanie prokuratora, jaką rolę pełni oskarżony w budowie wieżowców, wyjaśnił, że oprócz roli Namiestnika, spełnia się także jako przedsiębiorca.

– Robię to dorywczo na zasadzie hobby, tym chętniej, że nie są to byle jakie wieże, ale typu Abu Dhabi, najwyższego lotu, w pełni oszklone, samomyjne, dokumentujące wielkość osiągnięć kraju, jaki reprezentuję.

– Jakim konkretnie celom mają służyć te wieże, oprócz zaspokojenia pasji hobbystycznej oskarżonego? – Zapytał niechętnie prokurator, na co Namiestnik wytłumaczył, że mają być w nich zorganizowane zbiorniki do myślenia.

Wyjaśnienie zaskoczyło prokuratora jak i sędziego. Dziennikarze obecni na rozprawie rzucili się do laptopów i smartfonów, szukając wyjaśnień w Internecie. Prokurator podszedł do sędziego i poprosił o słowo. Po krótkiej konsultacji sędzia zapytał Namiestnika, jak rozumie określenie „zbiornik do myślenia”. Oskarżony, korzystając z pomocy tłumacza, wyjaśnił, że jest to termin naukowy pochodzący z języka angielskiego. Na prośbę sędziego przeliterował litera po literze „t-h-i-n-k-t-a-n-k”. 

– Jest to konstrukcja ułatwiająca zbiorcze myślenie na wielką skalę. Nas interesuje przede wszystkim myślenie strategiczne w skali krajowej jak i międzynarodowej. Na dowolny temat.

Na te słowa głowa sędziego opadła. Rzecznik sądu, mężczyzna wygadany, ale o tak nierównej twarzy, jakby go pokręciło, wytłumaczył, że sędzia uznał oświadczenie pozwanego za obrazę sądu. Obrońca Namiestnika stwierdził, że zaszło nieporozumienie, choćby dlatego, że jego klient sam serdecznie nie znosi chamstwa, kłamstwa i obrazy.

Ostatecznie wyjaśniono, że Namiestnik odmówił zapłaty faktury za papę i gwoździe, ponieważ dostarczony towar był wadliwy. Co więcej, nie zgadzała się także ilość materiału ani termin dostawy.

– Nic się nie zgadzało – podkreślił z powagą świadek pozwanego.

Przyjmując to do wiadomości, prokurator zaskoczył wszystkich niezwykłą obserwacją.

– Prawo międzynarodowe nie zezwala, aby osoba na takim stanowisku – prokurator podkreślił wyraz „takim” – jakie pan zajmuje, prowadziła działalność budowlaną.

W odpowiedzi to Namiestnik złożył oświadczenie.

– W moim kraju każdy człowiek jest wolny, duży czy mały, łysy czy owłosiony, na całym ciele czy lokalnie, i ma święte prawo do posiadania hobby, namiętności, pasji a nawet manii, która go rozwija, zgodnie z Instrukcją Obsługi Państwa i Obywatela, stanowiącej najwyższą formę prawa i praworządności w każdym kraju. Dla mnie jest ona świętością. Ja sam, zajmując wysokie stanowisko, też mam do tego prawo, ponieważ przestrzegam prawa i głęboko wierzę w Boga.

W stanie wzruszenia powiedział to tak niewyraźnie, że nie dosłyszano go na sali rozpraw, w związku z czym jego słowa nie mogły być zaprotokołowane. Sędzia uznał oświadczenie za nieważne. Prokurator ponownie poprosił sędziego o słowo, aby złożyć wyjaśnienie. Po uzyskaniu zgody, zbliżył się do sędziowskiego stołu. Kiedy sędzia nachylił się, aby go wysłuchać, prokurator jakby zawahał się, po czym szepnął: 

– Szanowny panie sędzio! Proponuję zdecydować o tym po konsultacji z naszym najwyższym zwierzchnikiem.

0Shares

Namiestnik przeżywa objawienie. Powieść psychodeliczna. Odc. 12.

Wieczorem Namiestnika ogarnął dziwny nastrój, rodzaj rozmamłania, sam nie wiedział skąd to przyszło i dlaczego rozpanoszyło się w jego wnętrzu. Siedział w pierwszej ławie przed ołtarzem, w pustym kościele, nie mając pojęcia, jak się tam znalazł. Pamiętał tylko tyle, że miało być nabożeństwo. Pachniało starym kadzidłem, zwiędłymi kwiatami i chłodem.  

– Po co ci to wszystko? Dlaczego wciąż wprowadzasz zmiany? Nieprzerwanie coś udoskonalasz, usprawniasz, polepszasz? – Męski głos zadający te pytania dochodził z prawej strony. Namiestnik obrócił głowę i dostrzegł mężczyznę, podobnie siwego jak on, dobrze zbudowanego, wpatrującego się w niego natarczywie. Wiedział, kto to jest, ale nie zdziwił się, powieka mu nawet nie drgnęła. Przyjął obecność Najwyższego tuż obok siebie tak jakby to była codzienność, powtarzająca się od lat, jakby to był jego kierowca, albo ochroniarz, albo Zarządca Smukły, z którym spotykał się najczęściej. Widząc prawdziwego Boga po raz pierwszy w życiu, pomyślał, że widzi go także po raz ostatni, że skończy się to wraz z jego własnym życiem.

Po chwili zmienił zdanie. Uznał, że jest to przywidzenie, jedno z wielu, jakie ostatnio go nachodziły, prawdopodobnie podyktowane lekturą obszernej ilustrowanej księgi o Indiach, Hindusach i duchowości zdominowanej przez wielu bogów.

Ostatnia myśl wydała mu się tak nieprzyzwoita, że natychmiast ją odrzucił. 

Namiestnik przymknął oczy i przed twarzą zaczęły przelatywać mu własne myśli przybierając postać pytań, każde z nich zakończone znakiem zapytania. Czuł ich lekki powiew, coś jakby skrzydła dużego motyla. Pytań było coraz więcej, ale nie niepokoiły go, tylko uspokajały, bo poznał je wcześniej. Dotyczyły spraw, które wyrwały się z jego wnętrza, usamodzielniły, nabrały własnego życia.

– Po co ci reformy ludzkich sumień, powrót do przeszłości i budowa pomników? Po co dwa szalone wieżowce? Czy chcesz w nich zamknąć przekonanie o wielkości własnej oraz Sobowtóra, który tkwi w tobie tak mocno, jakbyście byli zrośnięci? – Dlaczego prześladujesz ludzi mających odmienne poglądy?

Były to pytania zadawane przez własny, lekko chrypliwy, głos. Kukuła zobaczył go wyraźnie w przestrzeni przed zamkniętymi oczami. Miał kształt języka, wydłużonego i rozdwojonego na końcu. Zastanowił się, co to może znaczyć. Pomyślał, że traktuje oponentów zupełnie odmiennie niż swoich popleczników, choć byli to przecież obywatele tego samego kraju, żyjący obok siebie, często przyjaźniący się lub nawet spokrewnieni, mający takie same marzenia.

Już otwierał usta, aby odpowiedzieć na pytania, kiedy odezwały się organy niwecząc jego myśli. Potężny, huczący dźwięk, wydobywający się z wielu rur i piszczałek wstrząsnął nim. Namiestnik otworzył oczy i zobaczył, że w miejscu gdzie stał Bóg, stoi teraz stara kobieta o czarnej, pomarszczonej twarzy i przekrwionych oczach.

Wpatrywała się w niego z uwagą widoczną w każdym zakątku oblicza barwionego czasem i ciemnością. Z drugiej strony kościelnej ławy, nie dalej niż półtora metra, zauważył ochroniarza, trzymającego prawą rękę w kieszeni, jakby obawiał się, że Namiestnikowi grozi natychmiastowe niebezpiecznego.

– Kto to naprawdę wie? – Kukuła zwątpił w zasadność postępowania pytania.

Oderwał się od wątpliwości, aby jak najszybciej wrócić do świata, którego doświadczał przed wejściem do kościoła. Postanowił bezwzględnie kontynuować nawracanie społeczeństwa na drogę cnoty, ładu, zasług historycznych, wiary i porządkowania prawdy, o której w głębi duszy wiedział, że nie zawsze jest prawdą.

Do pełnej przytomności Namiestnik powrócił dopiero wtedy, kiedy ławki kościelne z boku i poza nim zaczęli zajmować najbliżsi współpracownicy: Bea Tschubaschek – była prawa ręka, Teo Dua – plenipotent, użyteczny lecz nadęty krzykacz, zarządca Jeremi Smukły ze szpiczastym nosem i okularach w cienkich złotych oprawkach, przemycających słodzone na niebiesko spojrzenia właściciela. Zaraz po nich pojawił się pułkownik Staniucha o policzkach różowego prosiaczka, wypełnione powietrzem, egocentryzmem i determinacją. W końcu nadeszła jego własna sekretarka, stara panna, z którą łączył go stan bezżenności i wieloletnie biurowe spoufalenie.

Namiestnik poczuł się znowu sobą, nieustępliwym wodzem, z oczami wpatrzonymi w Ziemię Obiecaną, do której zamierzał doprowadzić swój wybrany naród.

– Zrobię to wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi. Ptachu pomyślał o opozycji z dwuzębnym Zajączkiem na czele, Rudym oraz niechętnej mu części  społeczeństwa.  Znowu poczuł twardą zawziętość w piersiach.

– Muszę natychmiast porozmawiać ze Staniuchą w sprawie reform w resorcie dochodzenia prawdy, które zacięły się jak stary nienaoliwiony zamek – zdecydował.

Kilka minut później siedział już w swoim opancerzonym samochodzie.

0Shares

Namiestnik Kukuła udaje się do sądu. Powieść psychodeliczna. Odc. 11.

Równy miesiąc później Namiestnik Kukuła otrzymał wezwanie do sądu. Podobnie jak poprzednio był to piątek, trzynasty dzień miesiąca. Chodziło o uzupełnienie i uściślenie zeznań złożonych wcześniej w prokuraturze a dotyczących budowy dwóch wysokościowców typu Abu Dhabi.

Szef kancelarii Namiestnika po zapoznaniu się z wezwaniem uznał, że jest to dokument niewątpliwie urzędowy ale niekoniecznie ważny. Poparła go sekretarka, poruszona dziwną zbieżnością dat wręczenia obydwu wezwań. Oboje serdecznie odradzali Namiestnikowi udział w rozprawie.

– Już raz składał pan zeznania w prokuraturze. Jest pan zbyt ważną osobą, aby angażować swój czas i umysł w kwestii tak nędznej drobnicy budowlanej jak papa i gwoździe. Gdyby to chociaż chodziło o otwory okienne lub drzwiowe, to coś innego. Ale papa i gwoździe?

Naczelnik uparł się jednak, że wystąpi.

– Znacie mnie. Nie ukrywam niczego przed opinią publiczną.

– Ponieważ będzie pan odpowiadać z wolnej stopy, niech pan przynajmniej ubierze się lekko, aby się pan nie zmęczył stojąc w ławie świadków. O tej porze roku sugeruję lekkie pantofle marki „Wolni i Niezależni”, te ciemne, skórzane, zapinane na klamry – sugerowała sekretarka.

*****

W nocy Namiestnikowi śniło się, że wezwanie ma zupełnie inne brzmienie.

– Z uwagi na Pański wiek, sąd postanowił nie wzywać Pana do składania zeznań. Uzasadniają to okoliczności: pogoda, stan zdrowia i pańskie notoryczne przepracowanie. Wiemy też, że nie ma Pan wiele do powiedzenia. Co miał Pan powiedzieć, to zeznał Pan już w prokuraturze. Poinformował nas o tym, oczywiście w trybie niezwykle poufnym, pan pułkownik Zbig Staniucha, szef Ministerstwa Dochodzenia Prawdy. Jeśli mimo wszystko chciałby Pan coś jeszcze uzupełnić, zmienić lub odwołać, to chętnie przyjmiemy zeznanie w Pańskim domu lub w biurze, gdzie będzie Panu wygodniej. Jeśli – dla ułatwienia spotkania – przygotuje Pan zagrychę, to my dostarczymy siwuchę. Prosimy zapewnić kieliszki nie większe niż 50 gramowe, ponieważ w pracy nie pijemy, chyba że przy wyjątkowej okazji, jaką będzie dla nas spotkanie a Panem. Serdecznie przepraszamy za kłopot. Z poważaniem, Sędzia Oddelegowany do Prac Specjalnych. 

******

Namiestnik Krzepki-Kukuła stawił się w sądzie ubrany jak zwykle w czarny garnitur i białą koszulę z eleganckim czarnym krawatem. Na nogach miał czarne pantofle. Tym razem miał także różę w butonierce. Do sądu przybył sam. Nie życzył sobie, aby ktokolwiek mu towarzyszył, choć współpracownicy nalegali na ochronę osobistą.

W sądzie wszyscy odnosili się do Namiestnika z rewerencją.

– Wszyscy tu pana dobrze znają, jest pan figurą numer jeden. Pańska elegancja też nie uszła uwadze – szepnął woźny sądowy podkładając Namiestnikowi miękką poduszeczkę pod siedzenie.

Wcześniej do Namiestnika podszedł sędzia prowadzący rozprawę, aby go przywitać uściskiem ręki.

Kiedy skłonił głowę, zadźwięczały ogniwa łańcucha na szyi, niezwykle ciepło i łagodnie. Chwilę potem sędzia wygłosił krótkie przemówienie, witając zaproszonych gości, świadków oraz oskarżonych, nazywając Ptacha Czcigodnym Namiestnikiem i osobą wielkiego kalibru, która zawsze użycza swego czasu i energii dla dobra sprawiedliwości. Sędzia pogratulował i podziękował Namiestnikowi, że zechciał przybyć na rozprawę.

– Nie musiał pan tego robić, gdyż należy pan do ludzi wyróżnionych przez los, którzy nie muszą chodzić na pasku wezwań sądowych i prokuratorskich jak stary koń na lonży.

Sędzia był wyraźnie poruszony, mówił przekonywująco, posługując się słownictwem z zakresu hodowli koni oraz wędkarstwa, używając w pewnym momencie porównania ze spławikiem, który utrzymuje rybę na powierzchni. Brzmiało to tajemniczo, a zarazem poetycko.

– Sędzia słusznie wyraził uznanie dla wybitnego działacza państwowego, któremu powszechne dobro zawsze leży na sercu – pisała na drugi dzień prasa.

*****

Na prośbę sądu Namiestnik złożył wyjaśnienia dotyczące sprawy  fakturowania pierwszego etapu budowy wieżowców.

– Wykonawca projektu, moja odległa rodzina zamieszkała za granicą, dostarczyła tak słabej jakości papę na pokrycie dachu pierwszego wieżowca i niewymiarowe gwoździe do jej mocowania, że zmuszony byłem odmówić zapłaty faktury. Była to dla mnie podwójnie przykra sprawa. Po pierwsze, jest to moja rodzina, z którą łączyły mnie serdeczne stosunki. Składaliśmy sobie regularnie życzenia wielkanocne i noworoczne oraz urodzinowe i imieninowe, a nawet wręczaliśmy drobne upominki. Po drugie, jestem estetą, i w żaden sposób nie mogłem zaakceptować, aby materiały użyte do budowy tak wspanialej konstrukcji –  miał to być rodzaj pomnika głoszącego chwałę uczciwości i rozumu – drastycznie odstawały od tego, co jest piękne i użyteczne. Nie mogłem zaakceptować ich argumentu, że każda papa jest dobra na pokrycie dachu wieżowca, a gwoździ nikt nawet nie zauważy, bo nikt nie chodzi po dachu oprócz gołębi. Moi dostawcy okazali się ludźmi nieodpowiedzialnymi. Niby tacy zgodni i uczynni, wystawili rogi jak zbuntowany ślimak i zaczęli na mnie warczeć. To bardzo niesmaczne zdarzenie. Tym bardziej przykre dla mnie, że jestem osobą pojednawczą i wybaczającą. Proszę sąd o stwierdzenie,że to ja doznałem krzywdy odmawiając zapłaty faktury ludziom, którzy usiłowali mnie oszukać. 

Sędzia po wysłuchaniu zeznań świadka podsumował:

– Jest oczywiste dla sądu, że świadek jest poszkodowany. Widzimy wyraźnie, że winny jest pański kontrahent, który okazał się – proszę mi wybaczyć to określenie – łajdakiem, dostarczając materiały podłej jakości. W dodatku, jak ustaliła prokuratura, jest to obcokrajowiec, osoba o ciemniejszej, oliwkowej cerze.

Sąd zbada jeszcze, czy nie jest to okoliczność dodatkowo go obciążająca. Możemy tylko panu współczuć, panie Namiestniku, że jest on z panem spokrewniony.

– Na szczęście, proszę wysokiego sądu, jest to pokrewieństwo w rodzaju dziesiątej wody po kisielu. Odcinam się od niego jak uczciwy wisielec od duszącej go liny, że użyję tego poetyckiego porównania – wyjaśnił Naczelnik Kukuła, po czym lekko pochylił głowę. 

– Proszę zaprotokołować wszystko co tutaj usłyszeliśmy i wręczyć jeden egzemplarz protokołu panu Namiestnikowi Leonowi Krzepkiemu Kukule, któremu serdecznie dziękujemy za udział w rozprawie i szczere wyjaśnienia – oświadczył sędzia, kończąc rozprawę. 

0Shares

Sprawiedliwość Ministerstwa Sprawiedliwości

NIK opublikował w miniony piątek analizę wykonania budżetu państwa w 2018 r. W części poświęconej Ministerstwu Sprawiedliwości podano wyniki kontroli wydatków Funduszu Sprawiedliwości.

W zeszłym roku miał wydać:

  • 245 mln zł na pomoc dla świadków i ofiar przestępstw oraz
  • 17,5 mln zł na pomoc dla osób opuszczających po odbyciu kary więzienie

W rzeczywistości Fundusz wydał:

  • 107 mln zł na doposażenie ponad 2 tys. jednostek ochotniczej straży pożarnej, część poza konkursem – np. dla OSP w Raciborzu, skąd pochodzi Michał Woś z Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości nadzorujący Fundusz do czerwca zeszłego roku.
  • 100 mln zł na modernizację Służby Więziennej (tyle ile zaplanowano)
  • 25 milionów zł a na pomoc dla ofiar przestępstw
  • Kilka milionów złotych na pomoc dla byłych więźniów

Na początku czerwca br. Woś objął po Beacie Kempie stanowisko ministra ds. pomocy humanitarnej w kancelarii premiera.

0Shares

Namiestnik Kukuła otrzymuje wezwanie. Powieść psychodeliczna. Odc. 10.

Z samego rana w piątek sekretarka z płaczem przyniosła Namiestnikowi pismo w kopercie opatrzonej pieczęciami.

– Musiałam je pokwitować. Chciałam odmówić, ale mi nie pozwolono. Listonosz w mundurze powołał się na jakąś Instrukcję Obsługi Państwa i Obywatela, nazywał to IOPO, powiedział, że to najwyższy akt prawa, jakaś alfa i omega, że pójdę do więzienia, jeśli nie przyjmę, że przyjdą po mnie o godzinie szóstej rano, kiedy jest jeszcze bardzo zimno i ciemno, i w ogóle może być strasznie.

– „Czemu płaczesz, nieszczęsna niewiasto?” chciał zapytać Ptachu, ale powstrzymał się kierując się wrodzoną delikatnością. Po chwili, potrzebnej mu dla dokonania błyskawicznej refleksji nad niespodziankami losu, zaśmiał się lekceważąco i zapytał:

– Ale dlaczego nie chciała pani przyjąć zwykłego urzędowego pisma? Otrzymuję takich pism dziesiątki, może nawet setki. To dla mnie mała kawa bez cukru ale z mlekiem – Namiestnik celował w kulinarnych porównaniach, kiedy chodziło o pocieszenie sekretarki, którą bardzo cenił.

– Bo dzisiaj jest piątek trzynastego dnia miesiąca a to oznacza nieszczęście – odparła ścierając łokciem łzy z koperty.

Ptachu domyślał się, w jakiej sprawie mogła go wzywać prokuratura. O takiej możliwości życzliwie wspomniał mu kilka dni wcześniej szef Ministerstwa Zwalczania Bezprawia, pułkownik Staniucha. Pamiętał jego słowa:

– Proszę się niczym nie martwić, Panie Namiestniku. Stoimy za panem murem, a nasze mury są wyjątkowo solidne i wysokie. Sam nadzoruję ich wznoszenie, wiem, o czym mówię.

*****

Sprawa dotyczyła niedokończonych wieżowców typu Abu Dhabi. Pojawiła się w sądzie z powodu nieporozumień rodzinnych. Budowę wstrzymano, kiedy pojawił się spór o niezapłaconą fakturę za papę i gwoździe przeznaczone do wykończenia dachu wieżowca. Zapomniano by o tym wszystkim, gdyby nie plotki, że doradcą przy budowie był Namiestnik Kukuła. Postępowa prasa bagatelizowała to, uważając, że jest to afera w rodzaju płaszcza i szpady, w której występują postacie egzotyczne Kto, Kiedy, Gdzie, Poco i Zaile.

Kiedy dziennikarze zapytali na korytarzu Namiestnika, co wie o sprawie, choć bardzo się śpieszył, zatrzymał się, uśmiechnął się do grupki reporterów. Była tam także ekipa Nasza Tuba TV.

– To sprawa inwestycji, którą realizuje moja dalsza rodzina, cioteczny bratanek i cioteczna siostrzenica. Bardzo mało o niej wiem, praktycznie prawie nic. To błahostka. Zajmowałem się nią można by powiedzieć w przelocie, inaczej mówiąc ubocznie, hobbystycznie. Poproszono mnie o poradę w kwestii estetyki budynku i rozwiązań proekologicznych. Jak państwo wiecie, budownictwo to moje ulubione hobby w cieplejszych miesiącach roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, jedno z nielicznych w moim pracowitym życiu. Poświęcam mu zazwyczaj kilka minut rano w sobotę lub w niedzielę, czasem także w czasie śniadania z rodziną. Zwłaszcza wtedy, kiedy gosposia podaje racuchy z pełnej mąki, bardzo odżywcze, ale nie takie smaczne jak te z tortowej mąki pszennej. 

– A jak było z tą fakturą, o której pisała prasa?\

– Bratanek wspomniał mi coś o tej fakturze. Wiem, że był taki dokument. Ale nie mam czasu, aby tym się teraz zajmować. Serdecznie za to przepraszam. Wiecie dobrze państwo, jak chętnie udzielam wywiadów, ale muszę jeszcze przygotować się do ważnego posiedzenia rządu, ma zacząć się dzisiejszej nocy o godzinie drugiej zero pięć. Sam nie wiem, dlaczego oni tak się spieszą. Co do samych budynków, tych wieżowców, to są to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i ciemniejszy kolor stali. Rodzina zaproponowała, żeby na szczycie jednego z nich umieścić mój wizerunek, od strony północnej en face, a od południowej z profilu. Stąd po trosze moje zainteresowanie, bo nie przywiązuję wagi do takich błahostek wizerunkowych, tak jak opozycja, która z małej igły robi zaraz wielkie widły. I to z rogami.

W księgarniach: Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania.  https://tinyurl.com/y2l92q5o

0Shares

Bolesne wspomnienia Bey Tschubaschek. Powieść psychodeliczna. Odc. 9.

Bea Tschubaschek westchnęła ciężko. Wszystko przestało jej się podobać, sala konferencyjna, miasto i samo Bractwo Kontynentalne. Uczestniczyła w spotkaniach już kilkanaście dni i nikt jeszcze jej nie zauważył. A przecież bywała tu wcześniej i to ważnej roli. Teraz podchodzili do niej różni ludzie, patrzyli pytająco, wyciągali rękę na powitanie i przedstawiali się, jakby nigdy nie widzieli jej na oczy. Mówili coś niezrozumiale. Jakieś guten morgen, bonjour toujour, good morning. Domyśliła się, że to po niemiecku. Dziwne było tylko, że nikt do niej nie powiedział „Frau Tschubaschek”. Lubiła te słowa.

– Ci ludzie zachowują się po prostu okropnie. Uśmiechają się, ale jakoś tak półgębkiem. Niby uprzejmi, a w rzeczywistości jacyś obcy – pomyślała. Rozejrzała się po sali konferencyjnej. Była wielka jak boisko. Na żadnej ścianie nie było krzyża! To ją zszokowało.

– Nienormalni ludzie. Istna wieża Babel. Jakieś niereligijne niemoty, czy co? Nikt nie mówi ludzkim językiem. To okropne – żaliła się w duchu. Z braku towarzystwa rozmawiała sama ze sobą.

Po południu, kiedy doszło do głosowania, aby ustalić, kto co będzie robić, za każdym razem głosowano przeciwko niej. W przerwie przed głosowaniem chodziła i mówiła po kolei każdemu delegatowi, wręczając plastikową torebkę z upominkiem w postaci makatki ludowej:

– Hej! To ja, Bea Tschubaschek, prawa ręka Naczelnika Kukuły. No, Ptacha! Teraz to chyba przypominasz mnie sobie!

Wieczorem, w apartamencie hotelowym, Bea pomyślała, że nikt jej nie poznaje, ponieważ bardzo się zmieniła. Wstała z krzesła i przeszła do sypialni, aby przejrzeć się w dużym lustrze. Zobaczyła wściekłą kobietę z wykrzywionymi ustami i prawą dłonią zaciśniętą w pięść. Z trudem poznała siebie.

W głębi lustra dostrzegła rozmazane postacie. Była to cała procesja. Na przodzie szedł mężczyzna. Poznała go natychmiast. To był Rudy, wróg Ptacha. Przyglądał jej się dziwnym wzrokiem. Na szczęście oddalił się szybko. Następny był młody człowiek, stał przy samochodzie z migającymi światłami. Po nim pojawili się chłopcy na wózkach inwalidzkich. Na końcu ktoś wniósł flagę Bractwa Kontynentalnego przypominającą kształtem usta wykrzywione sardonicznym śmiechem. Zdenerwowało ją to, ten cały korowód absurdalnych postaci i zdarzeń. Dobrze wszystko pamiętała. Aby zatrzeć niemiłe wrażenie, znowu popatrzyła na siebie.

– Ależ ja się zmieniłam. Strasznie utyłam! To dlatego tak na mnie patrzyli. Tak, to tłumaczy całą sytuację – pomyślała.

Potrzebowała porozmawiać z kimś bliskim. Zadzwoniła do Namiestnika Kukuły.

– Już wiesz, Ptachu?

– Tak, odrzucili cię – wybuchł Ptachu. – To dranie. On cię nienawidzą, Jesteś pobożną kobietą, chrześcijanką i katoliczką, chodzisz regularnie do kościoła, modlisz się gorąco, a oni takich nie lubią. Znasz trzydzieści modlitw na każdą okazję. Pamiętasz, jak modliłaś się o obfity deszcz? Spadł jeszcze tej samej nocy! Nie to, co ci ludzie, oni nie wierzą nawet we własną kieszeń. To odmieńcy, bezbożnicy i zaprzańcy. Nie to co my, ty i ja. Dlatego nas nienawidzą.

– Co robić?

– Próbuj aż do skutku. Jest Bóg na niebie, może on coś wymyśli.

Rozmowa z Ptachu nie uspokoiła jej. Liczyła na niego. Zawsze umiał coś wymyśleć, zaradzić. Była przecież jego prawą ręką. Przypomniała sobie uroczystość powitania na lotnisku. Wróciła właśnie z meczu i utonęła w kwiatach, jakie na nią czekały. Zapach był tak odurzający, że musiano ją cucić. Mało co nie umarła. Przypomniała sobie późniejszą uroczystość, nieformalną, w gabinecie Namiestnika. Wręczył jej nagrodę za niezłomną postawę, za przeciwstawienie się Rudemu.

– To jest odlew mojej prawej ręki – powiedział wzruszony.

Kiedy to sobie przypomniała, sięgnęła do walizki, częściowo tylko rozpakowanej, stojącej na dnie szafy i po chwili trzymała odlew w ręku. Położyła go na stoliku i przyglądała się. Był piękny, idealnie oddawał kształt mocnych palców Ptacha. Artysta doskonale odtworzył też złoty pierścień na palcu prawej ręki. Zrobiło jej się smutno.

– Tutaj nie mają dla mnie uznania, za to co zrobiłam i osiągnęłam, za moje oddanie sprawie. Mam za sobą przeszłość, której ta dzicz nie akceptuje.

Zrozumiała, że jej przeszłość nie pasuje do atmosfery i oczekiwań Bractwa Kontynentalnego. Zastanawiała się, co robić. Wyciągnęła z szuflady nuty, teksty pieśni i piosenek, i z tęsknoty za ponowną akceptacją i kwiatami zaczęła ćwiczyć chwyty na gitarę. Zapragnęła znowu doznać uczucia słodkiej duszności jak na lotnisku w chwili największej chwały.

0Shares

Ptachu ujawnia swoją tożsamość. Powieść psychodeliczna. Odc. 8.

Wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Ptachu udzielił wywiadu telewizyjnego, w jedynej stacji, która filtruje wiadomości i oddziela dobre od złych. Dziennikarz prowadzący wywiad przedstawił go krótko i podał kilka danych biograficznych: Leon Krzepki-Kukuła. Namiestnik. Swoją karierę zawodową zaczynał od stanowiska Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych.

Ptachu był w dobrym nastroju, rozgadał się i nie patrzył na zegarek, wyjaśniając początki swojej kariery.

– Tory kolejowe normalnie należą do kolei, ale akurat pewien ich odcinek razem ze stacją kolejową, budką dróżnika, szlabanem i ubikacją wskutek zmian administracyjnych znalazł się na terenie wioski. To był tak mały fragment majątku kolei, że dyrekcja nawet nie zauważyła, że przeszedł pod naszą administrację. Kiedy się zorientowali, przysłali mi list wyrażając wdzięczność za zaoszczędzenie im kosztów.

Namiestnik mówił dłużej, lecz nie zdołałem wiele zapamiętać z wyjątkiem tego, że wcześniej był dyrektorem cyrku.

– Pasjonowałem się wtedy tresurą, przede wszystkim niedźwiedzi, małp i koni. Niedźwiedzi uczyłem chodzić w wyprostowanej postawie, kiedy palił im się grunt pod nogami, małpy uczyłem wykonywania na komendę nagłych zwrotów w lewo, w prawo i do tyłu, inaczej mówiąc ekwilibrystyki użytkowej, konie zaś przysposabiałem chodzić w równym szeregu i nie wydawać z siebie głosu, kiedy głośno trzaskałem z bata. Jestem wdzięczny losowi, że dał mi okazję nabycia solidnej wiedzy na temat tresury. Teraz wykorzystuję ją do szkolenia kadr kierowniczych.

Prośbę o przedstawienie czegoś więcej na interesujące tematy Ptachu zbył krótkim gestem mówiącym – jak to zinterpretowała tłumaczka wywiadu na język Braille’a – „powiem o tym więcej, ale kiedy indziej, bo teraz już jestem za bardzo zmęczony i nie dam się wciągnąć głupimi pytaniami w niepotrzebną dyskusję”.

Postanowiłem czekać na inną sposobność poznania jego zamysłów, pragnień i planów. Wciągnęło mnie to do głębi. Chciałem też poznać jego hobby, zainteresowania i pasje, podejrzewając, że jest człowiekiem namiętnym. Sugerował to jego rześki sposób poruszania się, mówienia i gestykulacji, zwłaszcza kiedy opowiadał żarty. Był człowiekiem pełnym wylewnego humoru. U ludzi tego pokroju pasja jest równie pewna jak kradzież pieniędzy z tacy zapomnianej w lesie przez roztargnionego kleryka.

Takie zdarzenie miało rzeczywiście miejsce. Duchowny tłumaczył się potem, że zapomniał o tacy, ponieważ szukał ważnego obiektu, który miał poświęcić, nie mógł go znaleźć, w dodatku po drodze zapodziało mu się gdzieś kropidło. Kiedy ze zmartwienia się zachwiał, zaczepił nogą o korzeń, upadł i wtedy zgubił tacę z datkami oraz wylał całą święconą wodę.

Historia ta wydała mi się mało prawdopodobna. W rozmowie z rodziną i przyjaciółmi uznałem jednak, że w kraju zachodzi tyle zmian, że jest to jak najbardziej możliwe. Napisałem o tym tylko dlatego, że Namiestnik Kukuła kojarzy się powszechnie z wiarą, kościołem, hierarchią i pobożnością. Potwierdził to mój siostrzeniec, uważny obserwator życia religijnego.

– Krzepki-Kukuła jest tak pobożny, że dostrzeże bliźniego nawet w chomiku. On by każdemu nieba przychylił, nie tylko kobietom w ciąży i kobietom rokującym nadzieję, że zasilą kraj w nowe pokolenia, ale także matkom karmiącym i rodzinom wielodzietnym, nawet jeśli przewodzą im ojcowie alkoholicy. Do kościoła Namiestnik chodzi tak często, że wydeptuje posadzkę i musi regularnie przydzielać dotacje na remont kościoła. Proboszcz z wdzięczności udostępnia mu ambonę, kiedy on z kolei potrzebuje wygłosić przemówienie patriotyczne.

W wywiadzie z Namiestnikiem wyszło na jaw, że on sam hoduje w domu chomika i uważa go za ósmy cud świata. Określenie „cud świata” w odniesieniu do chomika był to oczywiście żart z jego strony, podobno tak dobry, że wizytująca go grupa aktywistów partyjnych śmiała się serdecznie przez pół godziny.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania

0Shares

Zacząłem obserwować Ptacha. Powieść psychodeliczna. Odc. 7.

Najpierw przedstawię się.

Jestem skromnym urzędnikiem, dawniej zwanym skrybą, umiejącym trzymać pióro w garści i widelec w ręku. Urodziłem się w rodzinie kancelistki i magazyniera cenionego przez zwierzchników za posłuszeństwo. Były to czasy państwa opiekuńczego i popędliwego alkoholizmu, transparentów krzyczących – podobnie jak dzisiaj – Partia z Narodem i Naród z Partią, na których nieznani sprawcy dopisywali „Jeśli Bóg tak zechce”, także bonów na pralkę i lodówkę oraz cebuli dostarczanej w workach bezpośrednio na stanowisko pracy. Partia, Bóg, Kościół, to były hasła, jakie zapamiętałem szczególnie mocno.

Z natury jestem introwertykiem psychodelicznym, poszukującym wzorca, jak żyć, co myśleć i dokąd zmierzać. Wszystkie ważne cechy osobowe, edukację w czasach państwa opiekuńczego, samogonu, uwielbienia władzy centralnej i kościoła, sloganów piękniejszych niż jeleń na rykowisku, cichej psychodelii oraz skromnej siwizny, śmiało dzielę dzisiaj z Ptachem, urodzonym i edukowanym w tych samych okolicach czasowych. To one zbliżyły mnie do niego.

Dotychczasowy wpływ Ptacha na moje życie, człowieka spokojnie żeglującego z prądem czasu i zdarzeń, nie tak, jak ci młodzi i piękni od ambicji, smartfonów, szybkich samochodów i nowych mieszkań, był mało widoczny. A może po prostu jestem mało spostrzegawczy? Nie jestem tego pewien. Mam na myśli to, że nie wszystko, co się dzieje dookoła, rozumiem, zwłaszcza zaś szybkości działań władz, nocnego pośpiechu, pracy do godziny drugiej rano oraz zawiłości strategicznego myślenia Ptacha. Pocieszam się, że pragnie on w swoim pędzie do gwiazd uczynić nasz naród jeszcze doskonalszym i jeszcze dumniejszym, choć dumą i ambicją przerastamy od dawna inne dumne nacje. Podziwiam go za to, że należąc do kategorii dojrzałych emerytów, umysł ma bardziej giętki niż nowy skórzany bat na leniwego pracownika. Ptachu imponuje także swoją wrażliwością społeczną i chęcią pomocy.

Jeśli używam wobec niego nazwy „Ptachu”, a nie imienia i nazwiska lub stanowiska, jakie zasłużenie zajmuje, to tylko dlatego, że jest ona powszechna i wygodna w użyciu. Nie bez znaczenia jest również, że kojarzy mi się ona z Garudą, boską krzyżówką człowieka i orła, krótko mówiąc z ptakiem.

Ostatecznego olśnienia wielkością i złożonością Ptacha doznałem u lekarza. Wizytę miałem wyznaczoną na godzinę dziesiątą piętnaście. Kiedy wchodziłem do jego gabinetu zbliżała się godzina czternasta. Był to już okres upiększania rzeczywistości, dlatego nie zdziwiło mnie to, co ujrzałem. Gabinet był bogato zdobiony, każda ściana miała inny kolor, u sufitu wisiał rozsądnych rozmiarów kandelabr wzbogacony wisiorkami z kryształu górskiego mieniącego się kolorami tęczy. Biurko lekarza odnalazłem za dwoma kształtnymi filarami połączonymi jedwabną zasłoną z wizerunkami słoni indyjskich. Lekarz siedział na rzeźbionym krześle ubrany w biały fartuch o kroju kimona. Był to mężczyzna w pełni rozkwitu, podobnie jak Ptachu i ja. To skojarzenie mnie wzmocniło. Lekarz wstał, kiedy wszedłem, podał mi rękę i przeprosił za trud czekania. Widocznie zauważył, jak długo czekałem albo po prostu chciał się zwierzyć.

– Ptachu, ten nasz kochany Ptachu, pomaga nam finansowo jak tylko może, ale to wciąż jest za mało, dlatego upiększamy rzeczywistość we własnym zakresie jak kto umie i lubi. Mimo to ludzie się skarżą na niego i na rząd, czego zupełnie nie rozumiem. Jeśli pan mówi, że wyznaczono panu termin prześwietlenia nogi za trzy miesiące, to znaczy, że pan kłamie podobnie jak inni pacjenci.

Popatrzyłem na niego zdumiony, ponieważ nikt nigdy tak bezkompromisowo nie potraktował moich słów co do terminu badania. Równocześnie zauważyłem, że „Ptachu, ten nasz ukochany Ptachu”, jest ulubioną formułą uwielbieniową lekarza. Postanowiłem ją zapamiętać.

– Minister Zdrowia mówi, że kolejki się zmniejszają, a ja jako lekarz, muszę wierzyć jemu a nie pacjentom, którzy często utrudniają nam życie przychodząc zbyt często z problemami, jakich powinni zdecydowanie unikać, aby nie komplikować życia sobie i innym.

– Ptachu ma w sobie tyle dobroci. – Podjął medyk i zamyślił się. – Szerokim gestem rozdaje pieniądze obywatelom najbardziej potrzebującym, sponsoruje dzieci narodzone i nienarodzone, rodziny wielodzietne, matki opuszczone i samotne z własnej woli, kobiety przy nadziei. Nie żałuje też pieniędzy rzeszom bogobojnych członków aparatu państwowego, przyznając im wysokie stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych, aby przysparzali im sukcesów a narodowi chwały.

Jego wypowiedź wydała mi się cyniczna, ale powstrzymałem się od krytyki, tym bardziej, że podjęliśmy ciekawą dyskusję, czy pacjent-cukrzyk nie powinien sam dokonywać amputacji swojej nogi z powodu gangreny, kiedy szpital wyznacza mu odległy kilkumiesięczny termin operacji. Powołując się na literaturę piękną i bogatą w fakty, głównie „Chłopów” Reymonta, byłem zdania, że tak.

– Potrzeba jest matką wynalazków. – Podsumowałem.

Lekarz rozwinął wątek samoleczenia, dokładniej definiując wyzwanie i przedstawiając szczegóły.

– Jest to kwestia decyzji medyczno-życiowej, wyważenia plusów i minusów, czy zrobić to teraz, bez zwłoki, stosując proste narzędzie chirurgiczne w postaci siekiery ze znieczuleniem ogólnym czy też później, dużo później, stosując nowoczesne narzędzie w postaci elektrycznej piły tarczowej o ostrzu schładzanym wodą, aby uniknąć przegrzania ciętego materiału. Widzę korzyści pierwszego rozwiązania: taniość. szybkość, prostota rozwiązania.

Kiedy lekarz snuł swoje wyjaśnienia przyszło mi na myśl, miałem takie wrażenie, że jest on filozofem niepozbawionym umiejętności trafnego i lapidarnego opisu rzeczywistości cierpliwie budowanej przez władzę.

Pod koniec szczęśliwego dnia postanowiłem śledzić losy Ptacha, rejestrować jego decyzje oraz analizować problemy, z jakimi się boryka, jak również notować jego marzenia. Pragnąłem wspomagać go na tyle, na ile ten szlachetny starzec zechce skorzystać z mojej pomocy. Myślałem o pracy wolontariusza przy rozwieszaniu ulotek w okresach gorących potrzeb reklamy władzy, rąbaniu drewna na zimę na ogrzewanie jego daczy, a nawet o głośnym wyrażaniu aplauzu, kiedy będzie przemawiać publicznie.

To pragnienie stało się dla mnie objawieniem. Patrzę teraz w przyszłość z ufnością, wręcz radośnie.

0Shares

Podobieństwo Ptacha do Garudy. Powieść psychodeliczna. Odc. 6.

Ptachu okazał się jednostką większego pokroju niż myślano, symboliczną, przerastającą zwyczajnych ludzi podobnie jak maszt telewizyjny przewyższa zwykły domek. Miał imię i nazwisko, lecz powszechnie zwano go Ptachu, co brzmiało poręczniej, było bardziej ludzkie, bliższe szaremu obywatelowi. Na obrazach przedstawiano go w formie dostojnika poważnego na obliczu i w ubiorze, w świątecznym, ciemnym garniturze w paski, płaskim kaszkiecie i elegancko wypastowanych pantoflach zawiązywanych na sznurówki. Opozycja szydziła z niego twierdząc, że wygląda jak szczęśliwy ślusarz na kościelnej procesji w intencji obfitego deszczu.

Wkrótce` po ogłoszeniu zwycięstwa Ptacha naukowcy odkryli jego podobieństwo do Garudy, mitycznego ptaka, bóstwa znanego w hinduizmie i buddyzmie tybetańskim, przedstawianego jako złoty lub czerwony orzeł o ciele człowieka.

– Ptachu to mityczny Garuda. Nie miejmy co do tego wątpliwości. – Taki tytuł ukazał się w czołowej gazecie.

Odkrycie, czy raczej jego opis, tak serdecznie ujęły obywateli, że pojawiły się poważne propozycje, aby od dnia dojścia Ptacha do władzy liczyć czas, pozmieniać kalendarze i inaczej patrzeć na życie. Okazało się to niepraktyczne.

– Wielu zwolenników Ptacha umie czytać i pisać, ale trudno jest im zrozumieć – prawdopodobnie z głębokiego wzruszenia – teksty historyczne traktujące o naturze bóstw i ludzi. Jest ona całkowicie odmienna. To, co można odnieść do Garudy, istoty nie z tej ziemi, nie można przykleić do Ptacha, istoty przypisanej do ziemi podobnie jak pień drzewa, roślina czy zwierzę. – Tłumaczył psycholog społeczny.

Podobieństwo odkrył zespół specjalistów zatrudnionych w Ministerstwie Masowej Edukacji przeszukując archiwa historyczno-geograficzne. Odkrycie przypadło do gustu zwolennikom Ptacha przede wszystkim dlatego, że Garuda miał śmiertelnych wrogów, Nagów.

– Każda wybitna jednostka musi mieć wrogów. Tak też jest w przypadku Ptacha. Jego wrogiem jest Rudy. To demon. To podobieństwo przemawia do nas najsilniej.

Kiedy naukowcy wyjaśnili, że w hinduizmie Garuda jest wierzchowcem boga Wisznu, bratem Aruny, woźnicy Surji, boga słońca, symbolizuje nauki tajemne Wed i jest malezyjską odmianą Feniksa, na widowni wybuchły oklaski i okrzyki.

– To cudownie się zgadza. Ta mistyka, tajemniczość, skrzydlatość, krzyżówka człowieka i orła. To on, nasz Ptachu!

Opozycja zdewastowana przegraną twierdziła, że odkrycie podobieństwa Ptacha do Garudy chyba padło ludziom na umysły, skoro uwierzyli w boskość zwykłego wybrańca losu na Loterii Państwowej.

Zwykli ludzie nie zgadzali się z tym. Argumentowali, że Ptachu jest jedynym przywódcą, który ich rozumie i umie wskazać, kto jest winien ich niepowodzeń i życiowych nieszczęść.

– To przyniosło nam wielką ulgę. – Twierdzili zgodnie, odmawiając odpowiedzi na pytania, dlaczego tak sądzą.

Zwycięstwo Ptacha i jego boskie parantele głęboko zmieniły naród. Ludzie uświadomili sobie, że Ptachu nie jest zwykłym obywatelem, ale kimś niepomiernie większym, jest symbolem wielkości narodu. Przypisywano mu różne atrybuty, na jego cześć fundowano wotywa, idealizowano go, nazywano Słoneczkiem, Pasterzem Tysięcy Ociemniałych i Patronem Złotego Runa.

0Shares

Poezje własne ze zbioru do publikacji „Oniemiałość”

Anioł miłości 

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Ten wiersz to klasyk mojej twórczości, wyraz czystej poezji. Bardzo go lubię. Łączy wiarę w Boga z młodością, namiętnością i miłością. Nawiązuje do zjawisk i miejsc trwale zadomowionych w mojej pamięci – nasturcji nad Suchym Potokiem (Dry Creek) w Adelajdzie i zakrętu kamienistej drogi prowadzącej do Parque Arqueológico de San Agustín w Departamencie Huila (wedle Wikipedii „uno de los más importantes espacios arqueológicos de Colombia”).

Nasturcje posadziłem sobie w ogrodzie za domem. Podlewane, wspaniale się rozrosły, sięgając szczytu płotu. Miały liście wielkości dwóch dużych męskich dłoni i kwiaty w kolorach żółci, pomarańczy i czerwieni.

Bałkany 

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.

Wiersz powstał w okresie wojny domowej w Bośni i Hercegowinie toczącej się w latach 1991–1995. Opisy jej okrucieństw mnie prześladowały. Był to najbardziej krwawy konflikt w Europie od zakończenia II wojny światowej. Niezależni obserwatorzy podają od 97 000 do nawet 200 000. ofiar śmiertelnych, z czego 65% stanowili Bośniacy, 25% Serbowie, 8% Chorwaci, a 2% inni. W samym Sarajewie zginęło 10 000 ludzi, a 35 000 zostało rannych. Liczbę osób, które opuściły swoje domy w wyniku obu tych wojen, szacuje się na 3,5 miliona osób. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy kobiet zostało zgwałconych. Wszystkie strony konfliktu prowadziły politykę tzw. „czystek etnicznych”, które sprowadzały się do wysiedleń lub masowych morderstw przedstawicieli przeciwnych nacji. Za czystki etniczne powszechnie oskarża się Serbów. Zgodnie z raportem CIA, są oni odpowiedzialni za 90% zbrodni wojennych podczas wojny w Bośni. Źr: Wikipedia.

Poezje opublikowane M Tequila: Klęczy cisza niezmącona http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Nocą odwiedza Ptacha nieznajomy mężczyzna. Powieść psychodeliczna. Odc. 5.

W nocy Ptacha znowu odwiedził Siwy. Był to już któryś raz z rzędu. Ptachu nie wiedział, jak intruz się nazywa, więc nazwał go Siwy. Potem ktoś zadzwonił do Siwego i Ptachu posłyszał jak ten ktoś mówi do niego „Zyga, sprawdź go dokładnie. To dziwny  człowiek”. 

Mężczyźni rozmawiali po angielsku, w języku obcym, trudnym do określenia. Ich angielski miał jakiś płaski niemiecki akcent, jakby mówiący pochodzili z nizin, z których wyrosły góry, aby wszystko zmienić. Ich słowa były bardziej dźwięczne niż niemieckie. Ptachowi kojarzyły się z ostrymi dźwiękami fanfar przeplatanymi słodkim drżeniem harfy.

Siwy krępował Ptacha. Przychodził nocą, kiedy Ptachu był sam jak oko w głowie cyklopa Polifema, centralnie położone, ale samotne. Nocą był też nagi jak niemowlę, bo spał bez piżamy, przez co czuł się  bezbronny. Krępował go też zbyt duży brzuch, choć wiedział, że Siwego takie rzeczy nie interesują.

Pasjonowało go co innego. Badał Ptacha, ankietował, sprawdzał, mierzył i oceniał jego wnętrze. Interesowało go wszystko, jakby obiekt jego zainteresowań stanowił muzeum, w którym sztukę starożytną pomieszano z nowoczesną. Ten ostatni wyraz źle się kojarzył Ptachowi, brzmiał modernistycznie i jakoś sztucznie. Wolałby wyraz historyczny, tradycyjny, z przeszłości. Uświadomił mu to Siwy, który traktował Ptacha jak pacjenta.

– Chcę panu pomóc. Ma pan problemy. Z niektórych zdaje pan sobie sprawę, z innych nie. To pana męczy. Tym bardziej, że zajmuje pan niezwykle wysoką pozycję społeczną.

Ptachu nie protestował. Nawet ucieszył się, że Siwy mu to powiedział. To tak, jakby upewnił go w czymś, co było dla niego ważne, ale sam nie był tego zbyt świadomy. 

W ostatecznym rozrachunku, Ptachu nie cierpiał Siwego. Był jedynym człowiekiem, który miał nad nim przewagę i chciał wydrzeć jego tajemnicę, dlaczego jest taki, jaki jest sugerując w dodatku swoimi pytaniami, że Ptachu cierpi na jakąś dolegliwość psychiczną. Coś musiało w tym być, czego nie rozumiał. Nie rozumiał choćby tego, dlaczego w rozmowie z Siwym staje się bezwolny jakby rozmawiał z własnym sumieniem. Kiedy Siwy kazał mu coś robić, robił to, kazał mu opowiadać o sobie, opowiadał. Czuł się wtedy zagubiony i bezsilny. Tak, jakby Siwy był nie tylko jego sumieniem, ale matką i ojcem, którzy zadają mu pytania dla jego dobra, sprawdzając jak czuje się ich pociecha i co jej potrzeba.

*****

Tej nocy Siwy przytachał ze sobą kozetkę. Jak to zrobił, nie wiadomo, bo na siłacza nie wyglądał. Kiedy ustawiał mebel, Ptachu przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna miał na sobie kaszkiet, marynarkę, białą koszulę z krawatem i bryczesy. Na nogach miał czarne pantofle. Ptachu zwrócił też uwagę na jego okulary z nietypowo okrągłymi szkłami.

Kozetka była wygodna i zielona jak świeża trawa. Ptachowi wydało się, że pachnie późnym latem i sianokosami. Położył się na niej na brzuchu i wtedy Siwy się zaśmiał.

– Nie będę panu robić lewatywy. Czy to przyszło panu na myśl, kiedy kładł się pan na kozetkę? – Zapytał i kazał przewrócić się na plecy.

Zadawał pytania, niektóre były wręcz bezczelne. 

– Dlaczego lubi pan podejmować decyzje, które wielu ludziom sprawiają przykrość? Jak pan ocenia siebie? Jako osobę społeczną, aspołeczną czy typ mieszany? Robił też testy, na których Ptachu oceniał swoje postępowanie w skali od jednego do dziesięciu lub jednego do pięciu. Notował i zapisywał. Zawsze był uprzejmy i usłużny.

– Może podłożyć panu pod głowę poduszeczkę? Może podać szklaneczkę wody?

Mężczyzna miał już swoje lata. Wyglądał jakby wyjęto go z końca dziewiętnastego lub początku dwudziestego wieku, i używał właśnie takich zdrobnień jak poduszeczka, szklaneczka i podobne. To łagodziło jego wizerunek w oczach Ptacha.

Michael Tequila – publikacje własne:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Jest piątek. Widzę świat w różowych kolorach. Będę prorokować.

Przespałem się. Bezczelnie, w białym świetle dnia. Wyszedłem na balkon i wypełniłem się świeżym powietrzem. Przestałem się starzeć. Będę prorokować. Mam wizję w oczach. Widzę ptaki podobne do orłów. Konkretnie, widzę kurę, dużą, siwą, tęgawą. Rozgrzebuje przeszłość, teraźniejszość i … nie da się tego ukryć, także przyszłość. Bardziej twoją, niż moją, bo dojrzałość mnie ogranicza. Widzę więcej, ale nie mam teraz czasu. Wychodzę, aby spełnić misję.

– Kup kartofelki. Te, które tylko ty umiesz kupić. – Mówi mi pewna ważna postać.

Czuję się ważny jak Bea Tschubaschek z nowym portfelem w nowym parlamencie. Wkrótce więcej. Nie odchodź i nie zasypiaj. Wieczorem dokończę. Taki już jestem. Niepowstrzymany, podobnie jak każda władcza siwa kura z przesłaniem pod lewym i prawym skrzydłem.

0Shares

Zdobywca głównej wygranej loterii „Kto rządzi”. Powieść psychodeliczna. Odc. 4.

Szczęśliwy los na loterii przypadł Ptachowi. Miejsce zużytego rządu Nepomucena działającego pod skromnym szyldem „Demokracja Libero” zajął rząd Ptacha pod złotym sztandarem „Demokracja Bez Granic”. Ptachu przygotowywał się do tego dnia, nie spodziewał się jednak takiej masy szczęścia. Zwaliła się na niego niby góra lodowa na zbłąkanego żeglarza.

Uroczystość dziękczynną zorganizowano na wielkiej sali bankietowej. Ilość i bogactwo kwiatów przerosły wyobrażenie holenderskiego ogrodnika, serwowano najlepszy szampan francuski z opisem w rodzimym języku dla osób z deficytem znajomości języków obcych, ciasteczka Fricasso oraz kawę, którą uczestnicy bankietu pieszczotliwe nazywali kawusią lub kawunią.

Uczestników uroczystości opuszczających salę powitały fanfary, ło okrzyki entuzjazmu, sztandary i cheerliderki o zmysłowych udach. Tłum przemaszerował przed trybuną honorową, na której stał Ptachu w otoczeniu towarzyszy.

Ptachu stojąc przed mównicą ogarnął wzrokiem zgromadzone tłumy i zamilkł na chwilę, aby wywołać wrażenie. Wygłosił przemówienie. 

– Jesteśmy nową siłą przewodnią narodu, gwarantującą spełnienie wszystkich nadziei obywatelom, od taniego mleka w proszku po hulajnogę elektryczną, a nawet wymarzony domek z ogródkiem, gdzie słodko śpiewają ptaki. Zapomnijcie o tych nieudacznikach, co tu rządzili przed nami, liberałach z łaski bożej, którzy pozwolili, aby kraj zarósł chwastami, a miejsce zielonych parków zajęły płonące wysypiska śmieci i hałdy węgla kamiennego importowanego ze wschodu. Na szczęście oderwaliśmy tych liberalnych lewaków od rzeźbionych stołków, biurek w stylu Ludwika XV oraz pozłacanego żłoba.

Mówca dał się unieść fali swobodnych skojarzeń. Mówił o wdzięczności, ciężko zarobionych pieniądzach, równości, wolności i braterstwie oraz obywatelach szanujących władzę i porządek w życiu prywatnym, towarzyskim i służbowym. Na zakończenie uroczystości zebrani odśpiewali pieśni patriotyczne „Pod twoją obronę”, „Fanfara na cześć komendanta” oraz „Komendancie nasz”.

Ocena opozycji była skąpa. Nie gratulowano Ptachowi zwycięstwa. Porównano go jedynie do kury, co publicznie składa złote jaja wypełnione czekoladą przysłów, ludowych mądrości i obietnic.

*****

Nocą Ptachu urósł kilka centymetrów. Nie czuł tego, wydało mu się jedynie, że się powiększył i zmężniał. Zmierzył klatkę piersiową, obwód był większy o kilka centymetrów. Czuł w sobie niezwykłą moc. Ludzie patrzyli na niego jakoś inaczej, jedni nabożnie, inni z niepokojem. To mu odpowiadało. Był dumny z tego, że to on stworzył nową rzeczywistość. Był geniuszem, mężem opatrznościowym i zbawcą narodu. Tak o nim mówiono. Były też głosy niezwykle krytyczne. Ignorował je.  

0Shares

Poezje własne: „A ja cię błagam” i „Alegorie”

Drodzy Czytelnicy,

Dla rozrywki dwa moje wiersze z przygotowywanego do publikacji drugiego zbioru poezji Michael Tequila: „Oniemiałość”. W sprzedaży jest już od trzech lat mój pierwszy zbiór o tytule „Klęczy cisza niezmącona”. 

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila 

Pieter Pourbus : Allegory of true love.

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Sacconi: Allegory of poetry

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

0Shares

Prawda nas zaboli. Wyborcza v. PiS w sądzie.

 Anton Raphael Mengs : Prawda (dodajmy: jest piękna).

„Prawda nas zaboli” to hasło i audycja Radia TOK FM. Mnie nie zabolało. Mam grubą skórę.

Wyborcza wygrała proces w sprawie uwikłania polityków i funkcjonariuszy PiS w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Chodzi o teksty opublikowane w papierowym wydaniu „Wyborczej” i serwisie Wyborcza.pl od 13 lutego do 13 marca 2018 r. PiS uznał, że zostały napisane nierzetelnie i że naruszyły „dobre imię partii”.

Warszawski sąd uznał, że artykuły Wyborczej były rzetelnie udokumentowane, a dziennikarze działali w interesie publicznym. Prowadzący sprawę sędzia Jacek Tyszka oddalił żądania PiS (usunięcie tekstów z Internetu, wielokrotne przeprosiny oraz 30 tys. zł zadośćuczynienia) i obciążył partię kwotą 4,3 tys. zł kosztów prawnych. Wyrok nie jest prawomocny.

0Shares