Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Poezja australijska

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi. 

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Południowa Australia, Półwysep Fleurieu, 3 sierpnia 1996

To jeden z moich ulubionych wierszy, fragment opublikowanego zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Pamiętam tę podróż. Towarzyszyła nam niezwykła ulewa, jechaliśmy prawdziwym tunelem deszczu. Wracaliśmy z samego koniuszka Półwyspu Fleurieu, najbardziej południowego krańca Australii kontynentalnej; bardziej na południe jest tylko Wyspa Kangurów (Kangaroo Island). Mieszkałem w Australii dwadzieścia lat, ale nigdy jej nie odwiedziłem. Jest tam niewiele do oglądania z wyjątkiem wielkiej kolonii fok. Droga biegła między wzgórzami a brzegiem morza. Przed nami dosłownie wyrosła tęcza, jakiej nigdzie indziej ani nigdy później nie oglądałem. Była ogromna i niezwykle wyrazista. Zatrzymaliśmy się, aby ją podziwiać. Miałem wrażenie, że wyrasta z jednego krańca ziemi i wrasta w drugi. Zapamiętałem też las i wielkie pniaki dawno wykarczowanych eukaliptusów. Nie mogłem tego nie opisać.

To marina w miejscowości Wirrina po drodze.

0Shares

Nocna dawka poezji

Dla złagodzenia złych snów i wyprostowania pleców dwa wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Australia, Pemberton, Karri Valley Resort, 30 listopada 1996

Modlitwa lasu

Wiatr uczucia zamknął w liści zapomnieniu,
szmery poukrywał w omszałym kamieniu;
z kryjówek wyszły leśnych duchów zwidy
zdziwione ustaniem powiewów corridy.

Przyjdź, Zbawco, i rozwiąż przestrzenie,
wypuść na wolność liściastych harf drżenie,
niebo ustrój w wieczorne szkarłaty,
krzykiem burzy obudź pogubione kwiaty.

Przyjdź, Zbawco, przez deszczu kałuże,
rozrzuć jagody błękitem na wzgórze,
rozsyp promienie kroplami po trawie,
ukaż, co skryte, ukryj, co na jawie.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” w księgarni Empik w formie drukowanej i ebooka: https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-wybor-poezji-tequila-michael,p1137202017,ksiazka-p

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

„Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Marszałek składa oświadczenie. Powieść psychodeliczna. Odc. 16.

Wystąpienie Marszałka w parlamencie Amnezji wywołało wielkie poruszenie. Marszałek ukazał się na trybunie ubrany w stój galowy, z buławą w plecaku, wyprostowany, z głową uniesioną do góry. Nagrodzony został oklaskami. Od razu przystąpił do rzeczy.

– Jak państwo wiecie, nie lubię latać. W samolocie czuję się źle, ponieważ nie mogę uderzać laską w podłogę dla poprawy samopoczucia. Zabrałem ją raz ze sobą, ale pierwszy pilot ostrzegł mnie, abym z niej nie korzystał.

– Mogę latać z dziurą w dnie samolotu ale to nieestetyczne. Nie mogę narażać pańskiej reputacji na szwank. – Tak powiedział i zasalutował.

Chciałem jeździć do domu opancerzoną limuzyną, lecz wytłumaczono mi, że ostatnio miały one wypadki, tajemnicze i groźne. Podejrzewamy akty sabotażu, nawet terroru. W tej sytuacji poprosiłem o pociąg, ale okazało się, że nasz jedyny pociąg pancerny jest w remoncie, a mnie status drugiego VIP’a nie pozwala jeździć zwykłym pociągiem. W końcu zdecydowałem się latać zwyczajnymi liniami lotniczymi, nie miałem jednak szczęścia, bo zawsze brakowało biletów. Pani w kasie usprawiedliwiała się, że to dlatego, że jesteśmy krajem na dorobku i wszyscy spieszą się do pracy.

Samolotem odrzutowym latam z konieczności i tylko służbowo, przeważnie w czasie weekendu, kiedy jest mniejszy tłok. Spotykam się z ważnymi ludźmi. Okazje są różne, wszystkie są wagi państwowej. Wymienię kilka: grill pod lasem z prezydentem Francji, chrzest wnuczki pani premier Wielkiej Brytanii.

– O czym pan z nią rozmawiał? – przerwał ktoś nieuprzejmie.

– Omawiałem z nią metody exitu, jakie są plusy i minusy, czy jest to bolesne, czy też sprawia przyjemność. Słowem wszystko, o czym rozmawia się na tym szczeblu. Były też inne ważne okazje: wspólny zjazd na nartach z pensjonariuszami Domu Niekończącej się Starości oraz Światowy Zjazd Marszałków i Wicemarszałków mojego okręgu wyborczego.

W końcu postanowiłem, że będę latać, i to jak najczęściej. Przypomniałem sobie, co obiecaliśmy naszym wyborcom. Nie tak, jak nasi poprzednicy, którzy nie obiecywali, ale latali. My złożyliśmy obietnicę, że będziemy oszczędni, aby uszczęśliwić naród, latałem więc bez ograniczeń. Nie można szczęściu stawać na drodze. Dawałem w ten sposób wyraz dumy i godności, także przewagi człowieka nad przyrodą.

Przemówienie Marszałka przerwano oklaskami. Przyjął to pogodnie i kontynuował.

– Co do mojej rodziny, to latała ze mną tylko dlatego, że jestem dobrym ojcem i mężem. Nie chcieli, ale ich przekonałem. Nie mogę bez niej żyć. Kocham ich. Marszałek był wzruszony.

0Shares

Narada o stanie państwa i społeczeństwa. Powieść psychodeliczna. Odc. 15.

Na prośbę Namiestnika Krzepkiego Kukuły Partia Powszechnego Dobrobytu zorganizowała naradę poświęconą ocenie stanu państwa i społeczeństwa.

– Zorganizowaliśmy ją – zagaił Namiestnik – z kilku powodów. Pogoda zbiesiła nam się nie do poznania, i wprawdzie doskonale układają nam się stosunki międzynarodowe, ale hydra opozycji podnosi głowę i patrzy w kierunku nieba, kiedy naszym zasłużonym ludziom odmawia się awansowania na stanowiska w Bractwie Kontynentalnym, jakie należą im się od dziecka. W końcu pojawiły się skargi na nieuczciwą konkurencję. W ostatnim przypadku chodzi o tanią linię lotniczą Cheap VIP latającą regularnie na południe, oferującą możliwość odbycia lotu last minute prywatnym odrzutowcem po podaniu hasła „na VIP’a”. Nie dziwię się, że ludzie udają się w okresie chłodnego lata na południe, jest tam cieplej niż u nas, w centrum kraju, gdzie obywateli ogrzewa tylko nasza partia swoją wyobraźnią, pomysłowością i doskonałą księgowością.

Właścicielem taniej linii lotniczej Cheap VIP jest mi dobrze znany, przemiły człowiek, spokojny i uczynny. Nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej przysługi. Opozycja nalega na niego, aby przyznał, że to on jest tym dobroczyńcą transportowym, ale to człowiek honoru i nie zamierza poddać się niczyjej presji.

– Nie chcę być bohaterem. To byłoby nieskromne. Powiedział mi to w zaufaniu. – uzupełnił Namiestnik, po czym dodał:

– Opozycja jest po to, abyśmy ją mieli, ale niekonieczne tolerowali.

Na sali wybuchł ogromny entuzjazm, zebrani wstawali z krzeseł, krzyczeli Bis! Bis! Ukochany wodzu! Jedna z delegatek przybyła na spotkanie bezpośrednio z Brexitu krzyknęła nawet: I love you, Mr Namiestnik! I love you so much!

– W podsumowaniu powiem tylko tyle, podjął Namiestnik po przerwie, że sprawę badamy i informację o nowej linii lotniczej Cheap VIP ujawnimy albo i nie, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy nie jest to tajemnica państwowa. Ponadto jest jeszcze RODO, którego musimy strzec jak oka w głowie, bo jest dla nas prawem. Opozycja i ci pozostali, nie będę ich wymieniać po imieniu, ponieważ są to ludzie niewierzący w prawo i nadzieję na lepsze jutro bez potrzeby korzystania z sądu. Mogą nam co najwyżej nadmuchać w gwizdek lub zrobić sobie lewatywę, jeśli mają takie życzenie.

Naczelnik przemawiał tak żywiołowo i nietypowo, przytupując lekko nogą, że jedna część jego drużyny pomyślała z troską, że jest chory, inna że to efekt szampana z ostatnich imienin, jeszcze inni, że jest to krecia robota Rudego, jego odwiecznego wroga, który niegdyś pogrążył kraj w niebycie a nawet nagrał taśmy pokazujące, jak przejada państwowe pieniądze we włoskiej restauracji Ciao Ciao Bambini na Lazurowym Wybrzeżu.

0Shares

Byłem tam i postanowiłem zostać celebrytą

Byłem na spotkaniu z panią Arletą Szpurą i postanowiłem zostać celebrytą. Nie jest to łatwy chleb, ale jadłem już chleb z niejednego pieca, a kilka razy nawet bułeczkę z masłem z dodatkiem kubka kakao. Było to w barze mlecznym w Zamościu za czasów mojego dzieciństwa w okresie PRL, którego prawie żałuję od dnia, kiedy pewien Amerykanin nazwał go głupim ustrojem. Do tamtej pory myślałem o PRL tylko jako ustroju niesprawiedliwym, niedemokratycznym, niewydajnym, odręcznie sterowanym przez kacyków, ale nie głupim, aż tu nagle Amerykanin, postać poznana przeze mnie w zwykłym pociągu osobowym, przez co nieco podejrzana, mówi mi w oczy, że był to głupi ustrój. Zgodziłem się z nim ponieważ Amerykanie byli już wtedy potęgą militarną a nic mną tak nie wstrząsa jak wycelowany we mnie szybkostrzelny karabin maszynowy, nie mówiąc o armacie lub torpedzie. Zgodziłem się z nim także dlatego, że nie był mi jeszcze znany prezydent Donald Trump, człowiek, który każe innym ważnym osobom stać przy biurku, kiedy on siedzi. Dziś nie byłbym tak bardzo skłonny wierzyć Amerykanom, którzy oprócz Faulknera, Hemingwaya, Steinbecka i kilku innych przyzwoitych facetów (i facetek) nie mieli światu wiele do zaoferowania oprócz bomby atomowej, coca-coli, Facebooka, Amazona, Twittera i Instagrama i nowoczesnych technologii ogłupiania człowieka przez telefon.

Tak czy inaczej byłem na spotkaniu z panią Aretą Szpurą, autorką książki „Jak uratować świat? Czyli co dobrego możesz zrobić dla planety”, blogerką i aktywistką ekologiczną, osobą przemiłą i zaangażowaną, zaliczoną do najbardziej wpływowych kobiet w wieku poniżej 30 lat w Polsce. Byłem i nawet zrobiłem sobie wspólne zdjęcie.

0Shares

Przyczaiłem się w lesie przytłaczających wydarzeń

W obliczu wydarzeń górujących nad krajem jak smok wawelski nad Krakowem albo rachunek polityczny nad rozumem zatrzymałem się w rozwoju literackim.

Nie ma co się dziwić. Dzisiaj na przykład, w dniu niezwykłych tajemnic, o których nie wolno mówić, pisać ani nawet mruczeć, wykonałem, co miałem wykonać, byłem, gdzie miałem być i zaznaczyłem, co miałem zaznaczyć. Po powrocie z tajnej misji, po wypiciu dwóch kaw, jednej wzmocnionej herbaty i dwóch litrów filtrowanej wody, ożywiłem się w stopniu pozwalającym mi pisać a nie tylko przeklinać. Zaletą dojrzałego wieku jest zdolność budzenia się po wchłonięciu dużej ilości płynów, a nie tylko w nocy, kiedy rozpiera człowieka chuć potężna jak pragnienie sławy utalentowanego wynalazcy-samobójcy.  

Po południu idę na spotkanie w Empiku z udziałem pani Arlety Szpura, ekoeksperta, autorki książki „Jak uratować świat”, aktywnej w obszarze wykorzystywania zasobów środowiska w branżach takich jak żywność, kosmetyki czy fashion (jak to się dzisiaj mówi), jeśli chodzi o marki wspierające etyczną modę.

Też mam swój dorobek proekologiczny i to wcześniejszy niż wiek XXI, na dowód czego zamieszczam dwa wiersze z mojego zbioru poezji: „Klęczy cisza niezmącona”.

Gdzie są olszyny nadbrzeżne

Gdzie są olszyny nadbrzeżne, wysepki szuwarów,
łachy piasków i łąki nadrzecznych oparów?
Dzikich brzegów zakola, czar nurtu urzekał,
gdzie teraz kamieniem cembrowana rzeka.

Czy w kamieniu jaskółka gniazdo uwije,
zwinna wydra nocą wśród wykrotów uśnie,
dzika kaczka za rybą zanurzy wdzięczną szyję
albo człek znużony rozmarzy się gnuśnie?

Miast się roztańczyć dźwięcznym ptaków śpiewem
ja płaczę, płaczę żalem i rozpaczam gniewem,
bo mnie piękno prawdziwe wolnością urzeka,
a nie kajdany rzece kute przez człowieka!

Busselton, Australia, 11 listopada 1996

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Opinie o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 206: Szalony rozwój nowych form i języka indywidualizmu

Dzięki Internetowi indywidualizm kwitł jak szalony. Ludzie traktowali go jak biznes oferujący przedsiębiorczym jednostkom niesamowite korzyści. Wkrótce pojawiły się na rynku liczniki pomiaru aktywności internetowej, nieco później również mierniki indywidualizmu.

Indywidualizm pokazał także wilcze kły i pazury. Wielu ambitnych obywateli, byli to głównie mężczyźni, zapragnęło wyróżnić się tym, na czym znali się najlepiej, co było ich pasją, co ich najbardziej kręciło – zabijaniem i wysadzaniem w powietrze ze względów patriotycznych lub religijnych. Różnie to nazywano, jedni nazywali to terroryzmem, inni walką o słuszną sprawę lub ideały. Uprawianie terroryzmu stwarzało szansę błyskawicznego wybicia się, zostania celebrytą żyjącym na ustach setek tysięcy obywateli, przez jednych przeklinanym, przez innych wielbionym.

Ta droga do indywidualizmu okazała się tak atrakcyjna, że wkrótce pojawiły się kursy i szkoły terroryzmu. Terroryści uaktywnili się, byli wszędzie.

W Internecie zbierali informacje, gdzie i co można wysadzić w powietrze, kogo zamordować i gdzie najłatwiej rozjechać większą ilość osób samochodem. Najgorsze były samotne wilki. Nie pozostawali oni jednak bezpieczni; tajna policja Babochłopa i agenci wywiadu wojskowego Nomadii gromadzili o nich tony danych, deptali im po piętach, infiltrowali ich organizacje i rozsadzali od środka materiałami wybuchowymi.

To, że w Nomadii nie zanotowano poważniejszych aktów terroru, było nie tylko efektem czujności rządu i policji, ale również działań partii radykalnych. Obydwie strony wspierały się nawzajem. Rząd nie pozwalał przenikać do kraju elementom terrorystycznym zza granicy, partie radykalne zwalczały natomiast terroryzm wewnątrz kraju. Traktowały go jako znak braku patriotyzmu.

Cyniczni wyznawcy teorii spiskowych twierdzili, że zwolennikom indywidualizmu poruszającym się drogą między terroryzmem a patriotyzmem chodzi nie tyle o bezpieczeństwo państwa, ile o rządy nad produkcją i handlem narkotykami. Nie wiadomo czy było to prawda, wiadomo natomiast, że w tym obszarze wszyscy walczyli z wszystkimi.

*****

Wraz z technologią i zwyczajami przeobrażał się język. Obywatelem Nomadii coraz trudniej było porozumieć się. Obok zmieniających się pojęć opisu rzeczywistości, rodziły się nowe pojęcia. Najpierw pojawiła się ćwierćprawda, potem półprawda, w końcu postprawda i uczciwe kłamstwo. Były one wzorowane na pojęciach ćwierć i półinteligenta przemyconych z ustroju despocji ludowej. Na ostatnim etapie zmian dominowało uczciwe kłamstwo.

– Jest to forma najwyższej prawdy, ukrytej przed oczami zwykłego śmiertelnika, który niewiele rozumie ze spraw wielkiej polityki stanowiącej materię delikatną i skomplikowaną. Uczciwe kłamstwo zyskało sobie uznanie społeczne, dlatego staramy się je umocnić i upowszechnić. – Wyjaśniał specjalista ministerstwa sprawiedliwości, rumiany, drobny człowieczek w okularach intelektualisty, zajmujący się definicjami prawnymi i usprawnieniami zarządzania państwem. Mimo ministerialnej harówki zachował młodzieńczy wyraz twarzy. Raz po raz rozświetlał ją łagodny uśmiech. Wszyscy go za to lubili.

Uczciwe kłamstwo doczekało się wkrótce teorii naukowej, udowadniającej jego wyższość nad zwykłą prawdą, o której mówiono od dawna, że jest naga i prostacka.

– Jeśli nie jest naga i prostacka, to nie jest także prawdą. Licho wie, czym wtedy jest. – Tego rodzaju wyjaśnienia udzielił Sefardiemu jego wnuk Enrique w trakcie poobiedniej dyskusji na tematy krajowe.

Ludzie prości, mniej obyci w nowoczesności, nadal tęsknili za zwykłą prawdą, było o nią jednak coraz trudniej. Postępowa część społeczeństwa zwalczała ją, ponieważ nie służyła dobrze wizerunkowi kraju. Wulgarny język stał się normą zwłaszcza wśród osób młodych, nieskażonych zasadami dobrego wychowania. Używano go coraz powszechniej w miejscach publicznych, nazywając go „nowomową”. Przyznawano się do niej coraz częściej, pozbywając się poczucia zażenowania. Obywatele uważali ją za „signum temporis”, znak czasu, jak wyjaśnił pewien student. W rodzinie miał księdza i aptekarza i od dziecka przyswajał sobie łacinę, języka stosowany w nauce, zwłaszcza medycynie.

– Używanie łaciny w mojej rodzinie to chleb powszedni, kiedy spotykamy się razem na obiedzie. Dlatego jest mi łatwiej niż innym być wulgarnym. – Mówiąc to patrzył spokojnie w oczy rozmówcy albo zawieszał wzrok na wielkim patriotycznym obrazie zdobiącym ścianę rodzinnej rezydencji.

Wulgarne słowa i grubiańskie przekleństwa stały się równie naturalnym nawykiem jak jedzenie. Nikt już nie wyobrażał sobie innego życia. Ludzie maciowali, rzucali mięsem i lżyli swoich wrogów lub rząd, znajdując w tym coraz więcej upodobanie.

0Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Pierwsza niedzielna poezja noworoczna

Czuję się jak nawiedzony kaznodzieja. Byłem kontestatorem. Nadal nim jestem.

Wyjątkowo nie podoba mi się to, co człowiek czyni z przyrodą. Jest nieskończonym barbarzyńcą. Współczesność, z wyjątkiem „prymitywnych” społeczności z Amazonii i podobnych obszarów, traktuje ziemię i przyrodę jak swoją własność. To potworność. Aborygeni australijscy mieli bardzo specyficzny stosunek do ziemi. Uważali, jakżeż logicznie, że człowiek nie może być właścicielem ziemi, wzgórza, strumienia czy źródła. One istniały zanim on się pojawił i będą istnieć, kiedy jego już dawno nie będzie.

Niszczenie przyrody postępuje tak szybko, że prawie jestem przekonany, że ludzie ją zdewastują do granic samounicestwienia własnego gatunku. Nie ma takiej potworności, czy głupoty, której człowiek by nie popełnił. Ze wszystkich gatunków zwierząt istniejących kiedykolwiek na świecie, osiemdziesiąt procent już znikło. Nie sądźmy, że gatunek ludzki jest wieczny.

Poniższy wiersz to poetycki krzyk rozpaczy w obronie przyrody, Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż przyroda. To jedyna „rzecz”, na jaką mogę patrzeć nieprzerwanie i zachwycać się.

Gdzie są olszyny nadbrzeżne?

Gdzie są olszyny nadbrzeżne, wysepki szuwarów,
łachy piasków i łąki nadrzecznych oparów?
Dzikich brzegów zakola, czar nurtu urzekał,
gdzie teraz kamieniem cembrowana rzeka.

Czy w kamieniu jaskółka gniazdo uwije,
zwinna wydra nocą wśród wykrotów uśnie,
dzika kaczka za rybą zanurzy wdzięczną szyję
albo człek znużony rozmarzy się gnuśnie?

Miast się roztańczyć dźwięcznym ptaków śpiewem
ja płaczę, płaczę żalem i rozpaczam gniewem,
bo mnie piękno prawdziwe wolnością urzeka,
a nie kajdany rzece kute przez człowieka!

Busselton, Australia, 11 listopada 1996

Groty Ngilgi w Yallingup

Przepastne wieki strumień nachalny
wapń zlizywał, ściekał zimnym potem,
by w ciszy wyrzeźbić teatr skalny
i światu objawić głuchym skał łoskotem.

Przez tysiącleci niezmienny bieg czasu,
kropla po kropli, z pełnym namaszczeniem,
kryształy splatał zimnego atłasu,
tajemnic broniąc niezgłębionym cieniem.

Minerał scalał w ażurowe krople,
z sufitów zwieszał stalaktytów sople,
z góry sączył kalcyt deszczami rozmyty
cierpliwie tężały wzniosłe stalagmity.

W teatrze podziemi cisza rządzi głucha,
ciemność oślepła szmerów wody słucha.
Reflektor światła wprowadza reformy,
bezdusznego piękna zniewalają normy.

Busselton, Australia, 24 listopada 1996


Busselton. Dawny budynek sądu i posterunku policji.

2Shares

Izraelski magik Tomer Dudai

Mój przyjaciel, George, przysłał mi z Australii nagranie, które postanowiłem udostępnić Państwu. Jest niesamowite.

 

        Israeli Magician…...

 

 

You don’t have to understand Hebrew.

Just click below.

 https://www.youtube.com/ embed/ DXxtLIb0iF8 

 

2Shares

Dzisiaj jeszcze poezja jutro powieść plus opowiadanie kryminalne

 Uluru Wieka rafa koralowa 

Dwa światy

W eukalipta plamistym cieniu
ulegam dawnych dni wspomnieniu,
dąb pomnę, myślę, jak w mą dolę
wrosły dwa drzewa, dwa symbole.

Głęboko w sercu się rozrosły,
każdy z osobna potężny, wzniosły,
oba gościnne, bo w nich drzemie
starganej duszy tęskne pragnienie.

Przede mną płaszcz pól sfalowany,
te same kłosy, te same łany,
inna wszelako jest wiatru mowa,
nie taka swojska, nie te słowa.

Gdy tkwię tak w próżni, przepołowiony,
wielkiego świata nęcą dwie strony,
myśl uparta zakreśla koła,
duch Czarnolasu do mnie woła.

Australia, Merredin, 24 października 1996

Gdzie Gondwany

Gdzie Gondwany sprzed wieków
południowe ostały się zręby,
wnętrzności głębin rodzą
bezwolnej pary kłęby.

Nad lądem zapomnienia
wieczności słychać westchnienia,
gdy zjawy ogromne, krzywe,
wypełniają się białym tworzywem.

W objęcia się biorą i tańczą
w rozpierzchłym majestacie,
uchodzą w zakamarki pustyni,
kryją w bezcielesnej jej szacie.

Wiatr dziwami oniemiały,
obrazy ich klei do skały,
wlecze oddech wieloryba;
mitologiczna ożyła ryba.

Zamknięci w sobie patrzymy,
jak mnożą się wód symbole,
oceanu brzuchate olbrzymy
piętrzą się i pienią w dole.

Sopot, 27 września 1997

3Shares

Zwyczajowa dawka poezji niedzielnej

Oto dwa kolejne wiersze ze zbioru Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”

 Frenchman Bay, Zachodnia Australia

Frenchman Bay, Zachodnia Australia

Czas

Czas spoczął na nadbrzeżnych skałach,
przestwór oceanu w zadumaniu śledzi,
rozmywa opokę nieskończona fala,
a on niewzruszony wciąż myśli i siedzi.

Ocean przez wieki bryzgami go chłodzi,
w odblaskach kąpie i w szumów powodzi,
a on ogłuchły wciąż duma zmartwiały
nad swoją wiecznością, przemijaniem skały.

Na brzeg wyszedł człowiek z zielonego lasu
i stanął niezdarny wobec zmartwień czasu
otarł się o niego malejącym echem;
zrozumiał, on czasu przelotnym oddechem.

Australia, Frenchman Bay, 15 grudnia 1996

 Bezdomność, mural, Brazylia

Człowiek zapomniany

Na stacji kolejowej w Cieszynie. Los ludzi bezdomnych.

Z anonimowej wyszedł ściany
człowiek zdrobniały, zapomniany,
w szarzyźnie stacji kolejowej
zapomniany, niechciany człowiek.

Podchodzi, sięga w głąb śmietnika,
chrzęści papier po herbatnikach,
pusty, bezdomny, jak on bez treści,
bezdomny głodem, co szeleści.

Przyjął tabliczkę czekolady,
w kieszeń ją schował jak do szuflady,
milczał, nie patrzył i nie dziękował,
bez odpowiedzi, znużenia mowa.

Może to we mnie jest niemowa,
niezdolny z serca wyjąć słowa,
co ludzkich gestów nie umie czytać,
uczuciem ogarnąć, ciepłem powitać?

Sopot, 18 kwietnia 1998

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 147: Pierwszy dzień wolności

Pozycja laboratorium w stosunku do Josefa była trudna do określenia; firma występowała wobec niego w charakterze rodziców zastępczych, z tym, że nie była to sytuacja jednoznaczna. Prawnicy Laboratorium uważali, że bardziej kwalifikowało się ono do bycia opiekunem Josefa na zasadzie patentu.

Poza teren Laboratorium Josef nie wychodził sam. Zawsze i na każdym kroku towarzyszyli mu członkowie ochrony, niewidoczni, pozujący na przechodniów, policjantów, kierowców taksówek, osoby, które mogły znaleźć się w pobliżu w sposób naturalny, nie budzący zdziwienia.

Opiekunem Josefa został człowiek zaufany, doświadczony życiowo i niezwykle sprawny fizycznie. Nazywał się Daniel. Długo go poszukiwano. Oceniono masę kandydatów, żaden jednak nie spełniał niezwykle wymagających warunków postawionych przez Laboratorium. Granicą wieku było trzydzieści pięć lat. Laboranci żartowali, że kandydat nie może przekroczyć trzydziestego piątego roku życia, równocześnie musi mieć czterdziestoletnie doświadczenie zawodowe. Opiekuna uważano za człowieka „do wszystkiego”, istną złotą rączkę, potrafiącą radzić sobie w najtrudniejszej sytuacji. W życiu zawodowym Daniel był weterynarzem, dowódcą oddziału komandosów, hodowcą koni i psychoterapeutą. Ludzie, którzy znali go bliżej, twierdzili, że zna się na wszystkim z wyjątkiem astronomii, a może nawet i na tym się znał, gdyż potrafił opowiadać o gwiazdach, planetach, mgławicach i galaktykach w tak atrakcyjny sposób, że słuchaczom brakowało czasu na cokolwiek innego.

Josef sam wybrał mu pseudonim. W owym czasie Laboratorium najchętniej używało imion biblijnych w tym celu. Były one proste w wymowie, łatwe do zapamiętania i zawierały w sobie silną, pozytywną symbolikę. Daniel był imieniem osoby niezłomnej, biblijnego proroka, który znalazłszy się w niewoli nie wyrzekł się Boga. Kiedy Daniela wrzucono do jaskini lwów, Bóg uratował mu życie.

*****

Pierwszy dzień wolności Josef spędził poza Laboratorium, z dala od pracowników. Towarzyszył mu tylko osobisty opiekun zwany także gorylem oraz trzy psy, z którymi Josef zaprzyjaźnił się w okresie przygotowań do wyjścia na zewnątrz. W terenie towarzyszyli mu z bezpiecznej odległości ochroniarze rekrutujący się spośród byłych komandosów.

Laboratorium podjęło nadzwyczajne środki ostrożności. Stało się to po tym, jak dwa razy nad Laboratorium przeleciał dron nieznanego pochodzenia. Nie udało się ustalić, czy był to amatorski wyczyn czy też urządzenie szpiegowskie. Firmę dodatkowo uczuliło to na zagrożenia. 

– Lepiej dmuchać na zimne, niż tragicznie się sparzyć. Nie daj Boże, gdyby mu się coś stało! – Aaron lapidarnie wyjaśnił stosunek Zespołu Bezpieczeństwa do rzeczywistości.

W przededniu wyjścia Josefa na zewnątrz ogrodzonego terenu odbyła się odprawa pracowników. Zastanawiano się, tworzono scenariusze i spekulowano, czy w czasie takiej wyprawy mogłoby się zdarzyć coś, co naraziłoby na niebezpieczeństwo Josefa. Było to wielkie zgadywanie. Pracownicy czuli się niepewnie.

– Wiemy, kogo chronimy, chronimy Josefa, ale co my wiemy o nim samym?

Pytania rozpętały dyskusję nad mieszaną ludzko-zwierzęcą naturą Josefa i jego możliwymi zachowaniami. Wcześniej pytano o to Josefa, ale też nie umiał nic sensownego odpowiedzieć. Wydawało się, że nawet nie za bardzo rozumiał pytania. Spekulowano, co mogło znaczyć być konioczłowiekiem.

– On może być nieobliczalny, kiedy coś go ugryzie, napadnie lub wystraszy. W takiej sytuacji może go ponieść. Nie wiemy na przykład, jak zmienia się jego nastrój, przecież może mieć jakieś wahania nastroju. W połowie jest koniem i zwykła burza mogłaby go tak spłoszyć, że popędzi przed siebie jak szalony.

– Na szczęście nie mamy rozległych stepów w okolicy – ktoś usiłował żartować, aby rozładować napięcie.

Droga Czytelniczko! Drogi Czytelniku!

Jest czas kupowania upominków. Byłbym wdzięczny, gdyście zechcieli Państwo rozważyć zakup którejś z moich książek na upominek. Wszystkie cieszą się bardzo pozytywnymi opiniami recenzentów i czytelników (opinie są na górnym pasku menu tej strony). Są ponadto bardzo sensowne cenowo i powszechnie dostępne w księgarniach.

Księgarnie polecane przez portal czytelniczy http://lubimyczytac.pl do zakupu tych książek to:

www.TaniaKsiazka.pl
www.Empik.com
www.Woblink.com

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 136: Wybór postaci i imienia Obiektu

Drugi w rozważaniach był konioczłowiek, istota dwunożna, z przewagą cech zwierzęcych nad ludzkimi. Trzecim kandydatem był człowiekoń, też istota dwunożna, jednakże z przewagą cech ludzkich nad zwierzęcymi.

Wybór między dwoma ostatnimi kandydatami okazał się nie lada wyzwaniem. Należało dobrać cechy ludzkie i zwierzęce dla każdego z nich uwzględniając aspekty fizyczne, psychiczne, fizjologiczne i anatomiczne organizmu i następnie je porównać. Sprawę komplikowało pytanie, czy hybryda nie powinna być wyposażona w sztuczną inteligencję, rozszerzającą jej naturalne możliwości. Laborantom nie udało się uzgodnić nawet zbliżonego stanowiska. Nastał fatalny dla firmy impas, istny kocioł ludożerców, z którego nikt nie może wyjść cały.

Dla rozwiązania kryzysu Zespół Matematyczno-Informatyczny wymyślił wagę logiczną, aby z jej pomocą stworzyć optymalne modele konioczłowieka i człowiekonia. Decyzję podjęto po zażartej dyskusji, omalże nie doprowadzając do rozpadu Laboratorium na dwa obozy. Zwolennicy człowiekonia argumentowali, że w świecie zdominowanym przez człowieka istota z przewagą cech ludzkich ma większe szanse przeżycia. Wyrazicielem ich opinii był Klecha.

– Społeczeństwo łatwej zaakceptuje mieszańca, w którym człowieczeństwo ma przewagę nad zwierzęcością. Ludzie będą widzieć w nim bardziej człowieka niż konia i to zdecyduje o jego przeżyciu.

Była to mocna argumentacja, ale nieskuteczna. Ostatecznie Laboratorium wybrało model konioczłowieka jako bliższy natury i łatwiejszy w realizacji. Przyniesiono szampana. Wypito, ale nie za dużo.

– Jest masa roboty do odwalenia i musicie zachować trzeźwość. – zdecydowała przewodnicząca zarządu, wytrwale uczestnicząca w dyskusjach.

Laboranci długo zastanawiali się nad imieniem, jakie trzeba będzie nadać konioczłowiekowi, kiedy już pojawi się na świecie. Na początku było więcej pytań niż propozycji. W pierwszej kolejności rozważano, jaki charakter powinno mieć imię, czy nie powinno to być imię chrześcijańskie nadawane ludziom, skoro konioczłowiek reprezentuje także człowieczeństwo. W luźnej dyskusji padały niewyszukane propozycje jak Czarna Symfonia, Cyborg, Pierwszy Mohikanin, Czerwony Mustang, Pan Prerii. Niedźwiedź, najbardziej brutalny, ale też i boleśnie szczery uczestnik dyskusji, zwięźle przedstawił swój stosunek do imion.

– Chyba wam na łeb padło, że takie imiona przychodzą wam na myśl. Myślicie o konioczłowieku jak o grze komputerowej. Przecież to imię musi mieć charakter. Musi być na miarę Biblii, wyróżniać się, mieć dobre brzmienie i dobrze się kojarzyć. Niczego innego sobie nie wyobrażam.

Nowe propozycje spisywano na trzech dużych tablicach. Po zanotowaniu stu trzydziestu trzech imion uznano, że jest to liczba wystarczająca dla dokonania ostatecznego wyboru imienia. Odbyło się głosowanie. Największe poparcie uzyskał „Josef”, imię dobrze brzmiące we wszystkich językach. Jego angielskim odpowiednikiem był Joseph. Imię było popularne także w innych językach; zawsze było to brzmienie intrygujące i bogate: Jose, Giuseppe, Sepperl, Ossip. W świecie arabskim odpowiednikiem był Jussufs, co oznaczało dobry omen, szczęśliwy znak. Każdy chłopiec chciał tam nazywać się Jussufs. Zarząd również ocenił wysoko imię Josef, wiążąc z nim nadzieję zjednoczenia ludzkości pod sztandarem niewywyższania gatunku ludzkiego nad pozostałe.

Między sobą laboranci opisywali Josefa lapidarnie, choć nie całkiem prawdziwie: ludzki rozum w końskim organizmie. Przedstawiali go sobie jako istotę, która myśli jak człowiek, lecz odżywia się i funkcjonuje jak koń, zużywając zasoby naturalne w minimalnym zakresie, co odpowiadało ich ideałowi.

3Shares

Autorska poezja niedzielna dawka druga wcześniegrudniowa

Przedstawiam dzisiaj dwa wiersze „przyrodnicze” (z dwukrotnie wydawanego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”) związane a Australią, pisane w dwóch miejscach odległych od siebie od około 2000 km, w Pemberton w Australii Zachodniej oraz w Cape Jervis w Australii Południowej. Wszystkie moje poezje opatrywałem datą i miejscem powstania. Ma to ten plus, że mogę teraz prześledzić trasę moich podróży po kraju.

Pemberton pamiętam jako miejsce położone wśród lasów z potężnymi (podobno drugimi największymi na świecie po sekwojach amerykańskich) drzewami, konkretnie eukaliptusami z gatunku karri, bardzo nowoczesnego tartaku największego w tym czasie na półkuli południowej. W pobliżu miejscowości było jezioro, a obok niego ośrodek wypoczynkowy, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni w trakcie pięciomiesięcznej podróży po Australii samochodem osobowym z przyczepą kempingową. Nad samym jeziorem była restauracja, gdzie jadłem najlepszego smażonego pstrąga mojego życia, z dodatkiem czosnku i ziół.

Wiersz z Cape Jervis pisany był w sierpniu; w Australii jest to okres zimy charakteryzujący się dużymi opadami deszczu. Pamiętam ogromną, imponującą kolorami tęczę łączącą dwa krańce horyzontu, niezwykle wyrazistą, stąd ten wiersz.  

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Karri Valley Resort,
Pemberton, Australia, 30 listopada 1996

Cape Jervis

Chmurnych kłębów ciemna czasza,
pod nią deszczu skośne smugi,
światło słońca wnet przygasza,
tunel tworzy mroczny, długi.

W deszczu wzgórze się ukrywa,
lecz przy drodze skałą łamie,
pejzaż w dali się rozmywa,
zieleń chowa w kropel bramie.

Nagły błysk po lewej stronie,
w oczy kłuje skier tysiące,
chmurę w rozpalone dłonie
chwyta słońce gorejące.

Błysk miliardy kropel łamie,
zieleń lasu blask rozjaśnia,
w mroku chmury, w deszczu ramie
tęcza złudzeń z drzew wyrasta.

Wiatr welony deszczu strząsa,
miesza światła z wód mgławicą,
wpina w nią drobiny słońca,
wyolbrzymia krasne lico.

Półwysep Fleurieu, Australia, 3 sierpnia 1996

PS Jeśli znacie Państwo kogoś, kto lubi poezję, będę wdzięczny za przekazanie linku do tej strony.

4Shares