Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Niefrasobliwie o życiu niedzielnym. Groteska nie tak znowuż abstrakcyjna.

Ciepły wiosenny dzień jesienny rozchybotał mnie, rozhuśtał. Idąc zwyczajnie ulicą uniosłem się w powietrze, lewitowałem, patrzyłem z góry na wykopy, samochody, ludzi i zwierzęta. Doznałem niezwykłego uczucia lekkości, w piesiach mi grało utwory Mozarta, najpierw Marsz Turecki, który mnie wyprostował szybciej i dokładniej niż ewolucja małpę zeszłą tydzień wcześniej z drzewa.

Przywrócony do pionu, już po zejściu na ziemię, doznałem dalszych niezwykłych przeżyć. W piekarni sprzedawczyni odezwała się do mnie po angielsku, bardzo szykownie i elegancko: – How are you today, sir? Szybko odnalazłem język w gębie i uprzejmie odpowiedziałem: – I am fine, indeed. Thanks a lot for your kind welcome.

Krótka, stymulująca konwersacja przywróciła mi pamięć, przypomniałem sobie po co przyszedłem i poprosiłem: – Two wheat rolls and one rye bread, please.

To nas zbliżyło do tego stopnia, że omówiliśmy sprawy wagi państwowej, o których nie wolno w niedzielę dyskutować, ustaliśmy, że kraj idzie we właściwym kierunku, że przepaść jedna i druga jest wprawdzie przed nami, ale to małe piwo, bo mamy na szczęście gumiaki, które uchronią nas przed szaleństwem ludzi nieczułych, lubiących przemawiać zza okularów z cienkimi oprawkami, z podnóżka lub przez kask narciarski.

Po wyjściu z piekarni usłyszałem ciepły głos kobiety, która wiedziała wszystko o muzyce, grała na harfie i kilku innych instrumentach, znała się na nich jak mało kto, a przy tym śmiała się tak serdecznie i radośnie, że zimą śnieg topniał wokół a wiosną piekarze piekli słodkie praliny i śliwki w czekoladzie zamiast powszedniego chleba, o który wszyscy proszą od czasów Adama i Ewy oraz Biblii.

Przyszło mi do głowy, aby chwytać ten radosny śmiech, pakować go w eleganckie woreczki zdobne kwiatami i wstążeczkami i sprzedawać ludziom spragnionym pocieszenia. Zapytałem kilka osób, czy potrzebują pocieszenia. Jedna kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, druga niecierpliwie odpowiedziała, że opiekuje się trojką małych dzieci i nie w głowie są jej uniesienia duchowe. Mężczyźni byli bardziej życzliwi i odpowiadali poważnie, że pocieszenie znajdują w zimnym piwie i ciepłych wspomnieniach, oraz słowach prawdy płynących obficie z ust ich żon, kochanek oraz szefa. Jeden z nich popatrzył nawet do góry i dodał: – Niech mu zima lekką będzie!

Te przyziemne wzmianki o życiu otrzeźwiły mnie, nie czułem już ciepła ani nie słyszałem muzyki w piersiach, co uznałem za powrót do normalności, której mi brakuje od czasu do czasu.

Drogi Czytelniku! Jeśli podoba Ci się moje pisanie, zachęcaj rodzinę, przyjaciół i znajomych do wchodzenia na tę stronę, abym widział, że rosnę, co mnie uwznioślili do jeszcze większych wysiłków na rzecz porozumienia autorsko-czytelniczego, pozwalając zapomnieć o garbieniu się i samotności siedzenia przed ekranem.

Wojna i pokój

Po powrocie z Australii prezydent Duda wyjaśnił, że nie chodziło mu o zakup fregat rakietowych, ale o ich wypożyczenie w celu organizacji ważnych parad wojskowych. – Taka uroczystość mogłaby z powodzeniem odbyć się na Bałtyku naprzeciw mojej rezydencji na Helu – oświadczył prezydent.

Na spotkaniu prezydentów USA i Polski przekażą oni sobie upominki: wytyczne, jak pisać genialne tweety, oprawione w skórę Meksykanina, który nielegalnie przekroczył granicę, oraz instrukcję wygrawerowaną na miniaturowej narcie, jak sprawnie podpisywać w biegu dokumenty państwowe.

Spiżowe pomniki wystawiane przez satrapów ku chwale własnej po zmianie władzy okazują się podróbkami wypchanymi trocinami historii.

Wakacyjna poezja ratunkowa

Podróżnym, pięknym kobietom i bogatym mężczyznom, wysokim czynnikom połączonym chomątem pożądania władzy, biedakom oczekującym cudu, bezdomnym lunatykom pracującym pod mostem nad pomysłem lepszego życia oraz wszystkim Czytelnikom zagubionym w upale lub w deszczu oferuję nastrojowy wiersz ze słonecznej Australii, latem wściekle gorącej, zimą chłodnej i wietrznej, a zawsze przestrzennej. Czy wiesz, że najniższa temperatura zanotowana w Australii to – 22 stopnie C, a najwyższa to + 55 stopni C. 

Od dzisiaj żłopię

Tekst napisany w nastroju kempingowym w spokojnej, nadmorskiej miejscowości Streaky Bay na półwyspie Eyre.

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Streaky Bay, 14 października 1997

Link do opinii o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47 

Historyjka dwóch szczytów

Za czasów PRL szczytem bezczelności było wywiercić dziurę w Rurociągu Przyjaźni i sprawdzić, w którą stronę płynie ropa. W IV Rzeczpospolitej jest nim wygłaszanie przemówień w obronie demokracji przez posła Piotrowicza oraz w obronie przyrody przez profesora Szyszko.

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Zaproszenie na spotkanie autorskie

Serdecznie zapraszam na moje spotkanie autorskie w dniu 18 grudnia br. (poniedziałek), godz. 18.30, Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, ul. Długi Targ 39/40.

Spotkanie będzie prowadzić redaktor Piotr Wyszomirski z portalu PomorzeCzyta. Treść ogłoszenia: http://pomorzeczyta.pl/spotkania/18-12-pomorze-czyta-michael-tequila-instytut-kultury-miejskiej/

W programie m. in. rozmowa o dorobku literackim, planach pisarskich i sztuce pisania.

Wszystkie recenzje i opinie dotyczące moich utworów literackich znajdziecie Państwo na górnym pasku menu.

Będę wdzięczny za zaproszenie także przyjaciół i znajomych; zawsze cieszą mnie twarze ludzi pięknych i inteligentnych. Jestem także przygotowany na pytania i krytykę, ponieważ ambitnemu pisarzowi nic nie sprawia większej przyjemności niż cierpienie.

Krótko mówiąc, każdy będzie mógł się kulturalnie wyżyć wedle swojego uznania.

Michael Tequila

Recenzja książki, postaci literackiej, autora i wydawcy

– Jak zostać grafomanem? – Oto jest pytanie.

Właściwie nie powinienem zadawać tego pytania, tylko od razu wyjaśnić: Jestem grafomanem. Odkrycia dokonała recenzentka mojej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania” zamieszczonej pod adresem http://lesnaczytelnia.blogspot.com/2017/06/niezwyka-decyzja-abuelo-caduco.html

Autorką recenzji jest Leśna Czytelnia aka Karolina Purłan, (cytuję) „absolwentka filologii polskiej, miłośniczka literatury iberoamerykańskiej, równie chętnie sięgająca po przypadkowe lektury, status: Oficjalna recenzentka”.

Recenzję autorki uważam za treściwą i niezwykle trafną. Bardzo mnie ona ucieszyła, ponieważ ujawniła coś, czego nie wiedziałem, mianowicie czarne wnętrza bohaterów książki (Kacyka i Abuelo Caduco), jej autora (Michaela Tequili) oraz wydawcy (Michała Wrzesińskiego). Recenzja okazała się tak odkrywcza, że z radości biegałem wokół własnej osi, która u mnie przebiega od czubka głowy pionowo w dół i dalej, aż do dna czyli osobistego piekła.

Cytuję ważniejsze fragmenty recenzji:

„Odważę się i powiem to – na literaturze iberoamerykańskiej trochę się znam. Moja wiedza wykracza daleko poza najpopularniejsze tytuły i nazwiska, wiem, czym było zjawisko tzw. boomu iberoamerykańskiego i jaka była recepcja dzieł z Ameryki Południowej w Polsce. Wiem również, jakie są cechy charakterystyczne dla tego rodzaju prozy i poezji oraz skąd wziął się realizm magiczny. Dzięki temu szybko jestem w stanie zweryfikować falsyfikat, zwłaszcza, gdy jest tak nieudolny jak humoreski i opowiadania ze zbioru Niezwykła decyzja Abuelo Caduco.

… Michaelowi Tequili nie wierzę za grosz. Tworzenie literatury w warunkach polskich, która atmosferą ma być zbliżona do literatury iberoamerykańskiej nie ma szans na powodzenie z kilku powodów. Pierwszym z nich są liczne odwołania do polskiej rzeczywistości i języka, które nie powinny w ogóle się tu pojawić. Jak chociażby Kacyk z tytułowego opowiadania, który „był niski i chodził na koturnach” oraz „żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem”. Kolejny powód to usilne tłumaczenie tego, co powinno zostać w sferze domysłów. Planowany zamach na władzę okazuje się tematem sztuki, która ma być wystawiona w eksperymentalnym teatrze, a inne opowiadania okazują się snem, marą, grą. Literatura iberoamerykańska chwyciła ze serca czytelników na całym świecie właśnie tym, że pozostawiała ogromną przestrzeń do indywidualnej interpretacji, a nie wyręczała ich we wszystkim, włączając w to myślenie.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania nie mają w sobie za grosz humoru, niezwykłości właściwej dla tekstów, które pretendują do miana wywodzących się z realizmu magicznego ani opowieści, które zostałby z czytelnikiem na dłużej. Przeżyłam ogromny zawód i rozczarowanie, ale lektura (nieskończona) tego tomu, przyniosła jedną dobrą rzecz – z tęsknoty za przekraczaniem granic między tym co realne, a nie realne, życiem a literaturą, sięgnęłam ponownie po Sto lat samotności. (Koniec cytatu).

Mogę jedynie domyślać się, co wywołało twórczy gniew recenzentki. Był to prawdopodobnie bohater pierwszego (tytułowego) opowiadania niejaki Kacyk, którego autorka recenzji musiała skojarzyć sobie boleśnie z kimś innym.

Kacyk i Abuelo Caduco to kluczowe postacie opowiadania. Ten drugi, to starszy mężczyzna żyjący marzeniem godnej śmierci, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Kacyk jest jego adwersarzem. Cytuję fragmenty opowiadania dotyczące tych postaci:

Abuelo Caduco „był zwykłym człowiekiem, nauczycielem w szkole podstawowej, katechetą, … dużo czytał, dyskutował i miał swój rozum. Gdyby jego rodzice byli bogatsi, też byłby kimś więcej. Nie uważał się za gorszego od Kacyka czy jakiejkolwiek innej ważnej osobistości”

Kacyk „ pokazywany często w telewizji, … żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazywał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali”. „Kacyk był niski i chodził na koturnach. Z wyfiokowanymi włosami wyglądał jak cyrkowy karzeł w kapeluszu i na łyżwach”. „Kacyk namiętnie kłamał i oszukiwał. I był okrutny. Nie to, że więził lub zabijał ludzi, ale poniżał. Nazywał ich geniuszami egoizmu, psychopatami idącymi pod prąd nowoczesności, odmieńcami”.

Przewidując możliwość niezdrowych skojarzeń fikcyjnych postaci i wydarzeń zastrzegłem się na drugiej stronie książki („Discaimer”), że: „Niniejsza powieść jest wytworem wyobraźni autora. Imiona, nazwiska, miejsca, nazwy i wydarzenia są fikcyjne i ich podobieństwo do rzeczywistości może być tylko przypadkowe”. Nie przyszło mi jednak wtedy do głowy, że któreś z opowiadań może doprowadzić recenzentkę, osobę oczytaną, do jednoczesnego gniewu na postać literacką, autora i wydawcę.

Uzupełniając informacje recenzentki na temat Gabriela Garcii Marqueza, Julio Cortazara i Jorge Luisa Borgesa dodam tylko, że oprócz tego, że byli oni wspaniałymi pisarzami, to również byli osobami zaangażowanymi społecznie i politycznie.

Oto kilka cytatów:

Gabriel García Marquez: (www.wikipedia.org ) „wypowiadał się krytycznie na temat polityki władz kolumbijskich, a kilkakrotnie uczestniczył jako mediator w rozmowach prowadzonych pomiędzy legalnymi władzami Kolumbii i skrajnymi grupami opozycyjnymi”.

Julio Cortazar: (www.eszkola.pl) „Cortázar angażował się w walkę o prawa człowieka w Ameryce Łacińskiej, popierał działania rewolucjonistów na Kubie i w Nikaragui. Honorarium za „Powieść dla Manuela” przeznaczył na pomoc Chilijczykom walczącym z dyktaturą Pinocheta”.

Bardzo wyrazisty był Jorge Luis Borges: (www.wikipedia.org) „W 1946 roku Juan Domingo Perón został wybrany na prezydenta, pokonując Unię Demokratyczną. Borges, który popierał tę drugą opcję, otwarcie krytykował nowy rząd. Sława antyperonisty towarzyszyła mu przez całe życie. Swój stosunek do tego rządu, który uznawał za dyktaturę, manifestował m.in. tymi słowami: Dyktatury rozwijają ucisk, dyktatury sprzyjają niewolnictwu, dyktatury podsycają okrucieństwo; bardziej odrażające jest tylko to, że promują również tępotę. Gliniarze paplający o imperatywach, podobizny wodzów, ludzkie życia i śmierci z góry ustalone, jednorodne obrzędy, twarda dyscyplina zajmując miejsce jasności umysłu… Walka z taką smutną monotonią jest jednym z wielu zadań pisarza. Nie pamiętacie wykładów Martina Fierro i Don Segundo Sombra o tym, że indywidualizm jest jednym z odwiecznych przymiotów argentyńskich?”.

Ponieważ daję na moje utwory literackie gwarancję jakości, przedstawiam poniżej formularz zażalenia, jaki wydaje mi się najbardziej stosowny w tym przypadku:

Zażalenie – Formuła 1

Wredny autorze (tu wstawić tytuł książki)!

Przeklinam Pana w żywe kamienie. Swoją nędzną bazgraniną odebrał mi Pan czas, zdrowie i pieniądze. Jest Pan bezwstydnym nieukiem niemającym pojęcia o pisaniu poezji/powieści/opowiadań (niepotrzebne skreślić). Zrażona przez Pana do literatury pięknej sama zaczęłam pisać i idzie mi bardzo dobrze. Żegnam Pana obelgami i epitetami. Szczerze Panu nieżyczliwa,

(tu imię i nazwisko osoby składającej zażalenie).

Mam też przygotowane formuły przeprosin. Oto jedna z nich:

Przeprosiny – Formuła 1

„Szanowna Pani,

Pani krytyka mojej powieści/zbioru opowiadań (niepotrzebne skreślić) jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za nędzną jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem, Michael Tequila”.

Osobom zagubionym na rozdrożu udostępniam adresy internetowe kilku innych recenzji tej książki:

Pozwól Czytelniku, że teraz i ja zagłębię się w lekturę „ Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, która jest moją najulubieńszą lekturą, czemu zawsze daję wyraz w wielką przyjemnością. Miłość do Marqueza łączy mnie z autorką recenzji. Cieszy mnie to, ponieważ nie samymi różnicami anatomicznymi i wyobraźnią żyje mężczyzna i kobieta.

Autorce recenzji wyrażam wdzięczność za promocję mojej twórczości.

Zdjęcie: Nie pamiętam, czy na zdjęciu jestem pierwszy z lewej czy też w środku. 

 

Prywatny wieczór poetycki

Tematem dzisiaj przedstawionych wierszy jest przyroda. Jeden z nich, napisany w Polsce, był inspirowany Australią. Cała moja poezja powstała z inspiracji australijskich.

Dzisiaj przedstawiam kolejne pozycje ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, którego drugie wydanie ukazało się w sprzedaży Polsce i w polskich księgarniach za granicą 1 lutego bieżącego roku. Zawiera on czterdzieści pięć wierszy, każdy oznaczony miejscem i datą powstania. Większość z nich nawiązuje do pięciomiesięcznej podróży po Australii samochodem z przyczepą kempingową, podróży mojego życia. Każdemu życzę takiej podróży.

Zachęcam do zakupu tomiku „Klęczy cisza niezmącona” dla własnej przyjemności. Doskonale nadaje się on także na upominek. Opinie o nim znajdziecie Państwo powyżej, na tej stronie, pod przyciskiem „Poezje” na górnym pasku menu.

Życzę przyjemnej lektury.

Modlitwa lasu

Wiatr uczucia zamknął w liści zapomnieniu,
szmery poukrywał w omszałym kamieniu;
z kryjówek wyszły leśnych duchów zwidy
zdziwione ustaniem powiewów corridy.

Przyjdź, Zbawco, i rozwiąż przestrzenie,
wypuść na wolność liściastych harf drżenie,
niebo ustrój w wieczorne szkarłaty,
krzykiem burzy obudź pogubione kwiaty.

Przyjdź, Zbawco, przez deszczu kałuże,
rozrzuć jagody błękitem na wzgórze,
rozsyp promienie kroplami po trawie,
ukaż, co skryte, ukryj, co na jawie.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Morphett Vale, 1996

Król drzew

Zmierzch zapada w dolinie drzew karri,
pnie-olbrzymy czernieją jak mary.
Głowy starców czułością natchniona
mgła oplata w błękitnawe ramiona.

Król drzew bajecznie wręcz stary
wznosi w górę mocarne konary,
zgrubiałe, zwęźlone jak sznury;
on z burzami staje w konkury.

Kookaburra szczerze czymś rozbawiona
w mroczną dal się śmieje szalona;
może myśl jej przychodzi do głowy,
że królową jest puszczy ptak płowy?

Pemberton, 27 listopada 1996

 

 

Dobrze jest być idiotą

Przygotowując drugi zbiór poezji do wydania, napotkałem wiersz, który postanowiłem dla rozrywki opublikować na blogu.  

Dobrze jest być idiotą

Człowiek czasem popada
w nastrój ponury jak noc,
kamień mu ciąży na piersi
i chandry ma w sobie moc.

Właśnie wtedy sobie pomyśli,
a gdyby tak innym być,
jakąś inną wspaniałą istotą,
na przyklad – zwykłym idiotą.

Być politykiem też nie jest źle,
polityk wiele dobrego chce,
ale i on ma czasem ochotę,
zrobić z siebie kompletnego idiotę.

Pomyśl o innych i stresie,
ty się czujesz jak w lesie,
spokojny wietrzyk powiewa,
ptaszę kwili zza drzewa,
żuczki w trawie igrają,
mrówki ciężary targają,
motylek kwiatek muśnie,
idiota spokojnie se uśnie.

Czasem boli cię głowa,
drażni cię czyjaś mowa,
gdy ktoś mówić nie umie,
idiota i tak nie rozumie.

Są też w życiu momenta,
które każdy pamięta,
kiedy chudnie lub tyje,
wzrusza się, rusza i żyje,
idioty nic zaś nie rusza,
nic go nie cieszy, nie wzrusza.
Czy w sumie nie chodzi więc o to,
że niedobrze jest być idiotą?!

Michael Tequila
Morphett Vale, 5 września 1995

Opis obrazu: Adolfo Wildt, Maschera dell' idiota, 1918, autor Sailko, Padwa, Galeria Gomiero.

Powieść Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór poezji Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” są już w stałej sprzedaży w księgarniach stacjonarnych i internetowych w kraju i za granicą (księgarnie polonijne). Aby zobaczyć recenzje i opinie kliknij przycisk Powieści i Poezje na górnym pasku menu. 

 

 

Michael Tequila – poezje.

Pozwalam sobie przedstawić Państwu dla urozmaicenia dwa wiersze mojego autorstwa (wybrane w kolejności alfabetycznej z tomiku „Klęczy cisza niezmącona”), którego drugie wydanie ukazało się właśnie dzisiaj w sprzedaży. Niektórzy uważają, że poezja to najlepsza część mojej twórczości. Faktem jest, że ten zbiór poezji (pierwsze wydanie, opublikowane w 2000 roku jeszcze pod moim prawdziwym nazwiskiem) znajduje się w ośmiu bibliotekach uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za wyróżnienie.  

Moje poezje przedstawiałem wielokrotnie na spotkaniach autorskich w różnych miejscach i miejscowościach jako uzupełnienie prezentacji slajdów z Australii, gdzie mieszkałem dwadzieścia lat. Sporo wierszy powstało w ciągu pięciomiesięcznej podróży samochodem z przyczepą kempingową przez cztery stany Australii. Te pięć miesięcy to najwspanialsza część mojego życia. Każdy z wierszy jest opatrzony datą i miejscem jego powstania.

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Sopot, 24 października 1997

 

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Karri Valley Resort, Pemberton, 30 listopada 1996

 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Poezje. Cena z rabatem 20%: https://goo.gl/2arNrI

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. W sprzedaży: Matras, Empik, wszystkie księgarnie internetowe. Ebook można kupić okazyjnie za 9,12 zł (rabat 40 %) : http://upolujebooka.pl/oferta,38398,sedzia_od_swietego_jerzego.html

 

Życzenia i refleksje noworoczne 2017

Wszystkiego Najlepszego w roku 2017 ! Oby był lepszy, niż poprzedni – głoszą minimaliści. Ja, maksymalista, życzę Państwu i sobie, aby nie był gorszy niż poprzedni, który przecież był wspaniały.

Końcówka minionego roku była bardzo udana. Uniknęliśmy puczu, na który jej organizatorzy, opozycja parlamentarna, przygotowała masę kanapek, prawdopodobnie po to, aby ukryć w niej broń, której nie było, kiedy okazało się, że kanapki zamówił marszałek Sejmu. Żal mi było, że pucz się nie odbył, ponieważ liczyłem na odmianę, gdyż nie sposób pławić się bez przerwy w strumieniu sukcesów, zwłaszcza zimą. Pod koniec roku stał się też drugi cud – zmartwychwstał Trybunał Konstytucyjny, kiedy w ręce wzięła go kobieta, której odmówiono wykształcenia wyższego niż magisterium, i pobłogosławił prezydent, przesyłając doń pierwszy projekt ustawy. Pisząc o zmianie zwierzchnika trybunału, podobno nie jest to pierwszy przypadek, kiedy kobieta bierze coś w ręce i to coś powstaje i nabiera wigoru.

Pirotechnika poszła niesamowicie naprzód. Rok temu w Sylwestra strzelali petardami i odpalali fajerwerki tylko nieliczni, minionej nocy obywatele uznali to powszechny obwiązek. Na moim osiedlu i wokół strzelali wszyscy, duzi i mali, z balkonów, na wzgórzach i w dolinach, w piwnicach, z biodra i spod pachy.

Kiedy biegałem dzisiaj dla zdrowia (część pakietu moich stałych noworocznych rezolucji), widziałem fragment rodzącej się nowej rzeczywistości; dziki zryły okoliczne tereny, a dzicy pozostawili na nich opakowania po petardach, puszki po piwie i butelki po szampanie. Jeśli ktoś bardzo pragnie się wzbogacić, powinien szybko zbierać  puszki po piwie i butelki.

W sumie, na podstawie dwunastogodzinnej oceny, stałem się pełnym optymistą, że ten rok będzie OK. Optymizmem napawa mnie Jarosław Kaczyński, przywódca niezwykle pomysłowy i odpowiedzialny, oraz współobywatele, którzy czytając coraz mniej książek każdego roku, wiedzą coraz lepiej, na kogo głosować i dlaczego. Jest to trend ogólnoświatowy, widoczny w klubie nowoczesnych państw, w którym odgrywamy coraz ważniejszą rolę, a do którego należą również Węgry, Syria, Libia, Korea Północna, Stany Zjednoczone (na czele z Trumpem, pierwszym politykiem, który wyciągnął prawicę braterskiej pomocy do Rosji) oraz Rosja (na czele z prezydentem Putinem, który okazał serce Stanom Zjednoczonym nie wyrzucając 35 ich dyplomatów w odwet za ekstradycję jego dyplomatów), być może wkrótce także Francja na czele z Marie le Pen i Holandia.

Są jeszcze dobrzy i mądrzy ludzie na świecie i to jest źródło mojego optymizmu. Będzie dużo  lepiej, pod warunkiem, że nie będzie dużo gorzej. Takie jest moje proroctwo. Gotów jestem założyć się o 500 złotych i więcej, że mam rację. Jeśli wyłożycie te pieniądze, uwierzę wam.

Komiks literacki. Dzień Paranoi. Odcinek 17.

Wczoraj z samego rana ogłoszono publicznie w prasie, radiu i telewizji, w Internecie oraz w miejscach publicznych (przez megafony), że ustanowione zostało Święto Paranoi. Kto to ogłosił, nie wiadomo. Rzecz się wzięła stąd, że organizatorzy protestów przeciwko komandorowi Jaroszce i jego załodze w końcu zrozumieli, że nie mając własnego zdania dawali się bezwstydnie manipulować. To dlatego protestowały Czarne Parasolki, Białe Fartuchy Szpitalne, Kolorowi Belfrowie oraz jednostki bezwstydnie choć już tylko historycznie związane ze żłobem. Prawdopodobnie był to cud, że osoby dotychczas przeciwne Komandorowi zdecydowały się go popierać.

Widok tłumów na ulicach w Dniu Paranoi był niezwykły. Zamiast dwóch kolumn marszowych posuwających się w przeciwnych kierunkach, szła tylko jedna, prosto w słońce, z transparentami, plakatami, obrazami świętych tureckich oraz okrzykami poparcia dla Wodza Narodu. W miejsce sztandarów protestu wielkości płachty na byka na ulicach kwitły sztandary poparcia wielkości boiska sportowego.

Pochód był logicznie uporządkowany. Najpierw szły osoby pozytywne, choć lekko wątpiące, z hasłami „Może Komandor ma jednak rację?”, następne ludzie z transparentami pewności „Komandor ma rację!”. Za nimi szły transparenty „Komandor na pewno ma rację!”, na samym zaś końcu widać było jak na dłoni już tylko napisy „Komandor zawsze i absolutnie ma rację!”. Niosący je demonstranci mieli kwadratowe głowy, te najbardziej pojemne, w które można upchać najwięcej wiary i pewności. Na samym końcu kolumny maszerowali demonstranci z plakietkami „Alleluja”, „Sursum Corda” oraz transparentem „Niech żyje Święty Nepotyzm błogosławiący nominowanych na wysokie stanowiska”.

Komentarze życzliwości, zrozumienia i poparcia dla Komandora były tak liczne, że nie dało się wszystkich wydrukować w kraju. Część sprowadzono z Chin, gdzie tradycja poparcia dla Naczelnego Wodza zwanego tam Słońcem Narodu jest najsilniejsza.

Cała przyroda doceniła Święto Paranoi; ptaki szalejąc ze szczęścia latały do góry nogami, śnięte ryby ożywały i nurkowały w głębiny, a dotychczasowi przeciwnicy Komandora i jego załogi przecierali oczy ze zdumienia, że tak długo dawali się oszukiwać. Kilku bardziej krewkich chciało nawet dać po pysku manipulatorom, lecz ręce im opadły, kiedy zobaczyli, że ci też płaczą ze szczęścia, z oczami szeroko otwartymi na prawdę Wodza Narodu.

Paradę Paranoi odbierał osobiście Komandor Jaroszka, otoczony załogą, z okazji nadzwyczajnego święta zwanego „Świtą”. Ci najgłośniej płakali z radości, że okręt jak jeden mąż zjednoczył się w słusznej sprawie. Jedynie Komandor miał suche oczy, ponieważ nie wierzył temu, co mu one mówiły. Komandor po prostu nie wierzy w manipulację. 

Kontrrewolucja. Kierunek mądrości narodu: w parę czy w gwizdek?

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward. Coloured etching 1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

http://wellcomeimages.org
An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward.
Coloured etching
1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Kraj reformuje się. Dla mnie najciekawsza jest reforma systemu emerytalnego odbywająca się pod hasłem ” Emeryci, łączcie się w postemeryckim dobrobycie!”. Hasło jest zapożyczone z poprzedniego ustroju, który był ustrojem równości społecznej, z tym, że była to równość w ubóstwie. Obecny pomysł reformy emerytalnej jest demokratyczny i zmierza do równości w bogactwie. Jest to pomysł krajowy, nieimportowany; mając wielu geniuszy, nie mamy potrzeby sięgać za granicę.  

Mnie podobają się emerytalni geniusze zagraniczni. Jestem bardziej międzynarodowy. To wada rozwojowa, coś jak skrzywienie kręgosłupa, tylko w odwrotną stronę niż u krajowych reformatorów emerytur. Myślę o Australii, o antypodach, gdzie ludzie chodzą do góry nogami. Śmiesznie to wygląda, kiedy patrzy się z kosmosu; z innej, krótszej perspektywy widać tylko muszelki na plaży Bondi Beach. Plusem kosmicznego położenia Australii jest to, że krew napływa Australijczykom obficiej do głowy. Może dlatego wymyślili sobie inny system emerytalny.

Kiedy przyglądałem się sprawie z bliska, co nie było łatwe z uwagi na upały, w Australii były dwa systemy emerytalne: jeden państwowy o charakterze świadczeń społecznych przyznawanych osobom, które niezależnie od tego, czy pracowały czy nie, nie mają dostatecznych środków do życia i mogą uzyskać emeryturę państwową (zwaną pension). Jej wysokość zależała od wielkości dochodu (np. pomoc od rodziny, odsetki od oszczędności, praca dorywcza itp.) oraz od wartości posiadanych aktywów (oszczędności bankowych, domu, ziemi, papierów wartościowych itp.)

Drugi rodzaj to emerytura (zwana superannuation) gromadzona w czasie lat pracy, kiedy pracownik płaci składki emerytalne. Nie wiem jak jest teraz, ale kilkanaście lat temu były one elastyczne. Istniało jakieś minimum składki miesięcznej, ale – jeśli ktoś życzył sobie mieć wyższą emeryturę – mógł tę składkę zwiększyć. Ustawową zasadą było to, że do składki płaconej przez pracownika pracodawca dopłacał jej równowartość. Jeśli płaciłeś 50 $ składki miesięcznie, to drugie 50 $ dopłacał ci pracodawca. Jeśli decydowałeś się podwyższyć tę składkę do 100 $, to drugie 100 $ miał obowiązek dopłacić ci pracodawca. Głupie może było w Australii jedynie to, że podwyższała ona wiek emerytalny podobnie jak wszystkie inne kraje na świecie, zamiast wziąć dobry przykład z naszego kraju i wiek ten obniżyć.

Tak sobie myślę, nieśmiało, choć szczerze, że przydałby się nam oświecony rządca-jedynowładca, jeśli to już konieczne, choć nie sądzę, który rozwijałby już istniejące systemy: emerytalny, konstytucyjny, nauczania, pomocy rodzinie, podatkowy, ochrony zdrowia, sprawiedliwości, i inne, zamiast z poświęceniem zwalczać wszystkie istniejące już systemy.

Zadaję też sobie pytanie, czy jeśli władzy nie jest potrzebna konstytucja i inne systemy stworzone drogą demokratyczną, to może demokratycznemu społeczeństwu nie jest potrzebna taka władza? Przetrawmy to sobie, Bracia i Siostry, w naszej mądrości zbiorowej, która jest niczym innym jak mądrością rozproszoną, czasem mądrze a czasem głupio, w zależności od głowy, gdzie podobno mieści się rozum. Ostatecznie w narodzie liczy się suma mądrości mądrej i głupiej (modlę się, oby nasza miała znak dodatni) oraz kierunkowy impet tej sumy, inaczej mówiąc, czy idzie ona w parę czy w gwizdek. Po tym jak wysłuchałem dzisiaj Rysia Czarneckiego, którego ubóstwiam, bo rozjaśnia mi wszystko w głowie i to z perspektywy europejskiej, oczekuję, że na wiosnę na wierzbach będzie znacznie więcej gałązek do wyrobu doskonałych gwizdków.

Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy partię i rząd niezwykle rozważnie podejmujące decyzje, czy energia narodu ma iść w parę czy w gwizdek.

 

Sprawozdanie z 70-go Zjazdu Absolwentów i przeżyć osobistych

Creation_of_the_Sun_and_Moon_face_detail, by Michelangelo, Kaplica Sykstyńska

Wczorajszy Zjazd 70-lecia Stowarzyszenia Absolwentów Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie, Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie i Wydziałów Ekonomicznych Uniwersytetu Gdańskiego bardzo mnie odmłodził. Jestem rocznikiem, jakim jestem, nie lubię się chwalić, ale na pewno dojrzałym. Na spotkaniu wręczano nagrody i medale najstarszym absolwentom, rok urodzenia 1925. Nie wiedziałem nawet, że taki rocznik istnieje. To mnie właśnie odmłodziło.

Zdałem sobie sprawę, w jak szczenięcej wciąż jestem kondycji na skali dojrzałości ogólnej. Od wczoraj widzę czas osobniczy w innej perspektywie: rocznik 1945, rocznik 1925, Matuzalem (syn Henocha, ojciec Lamecha i dziadek Noego, wiek 969 lat), Pan Bóg (data urodzenia niezbyt dokładnie znana, w każdym bądź razie sprzed Matuzalema i powstania WSHM, WSE oraz Wydziałów Ekonomicznych UG).

Główne obchody 70-lecia odbywały się w auli uniwersyteckiej. Bardzo mnie one odświeżyły. Aulę zbudowano bez klimatyzacji, ekonomiczne, w pełni zgodnie z charakterem uczelni i absolwentów. Ponieważ temperatura na zewnątrz sięgała 32 stopni C (odczuwalne jako 35 stopni C), zastosowano trzy rozwiązania, również ekonomiczne: wentylację przez otwarte drzwi, wachlarze oraz wychodzenie na zewnątrz. Sam wyszedłem, raz czy dwa razy, dla schwytania powietrza prosto spod drzew, które jak wiadomo wydzielają tlen. Nie jestem jednak pewien, czy tego dnia pamiętały o swoim psim obowiązku produkcji tlenu.

Część biesiadną Zjazdu zorganizowano w restauracji „Smaki Morza”. Uczestniczyłem w niej. Gra była warta świeczki. Przekonałem się, jakim jesteśmy szczęśliwym narodem, spokojnym, zrelaksowanym i opanowanym. W biesiadzie uczestniczyło ponad 450 osób. Jest to tak wielka rzesza wiernych, że tylko cud z Kany Galilejskiej mógłby uratować sytuację. O cuda jednak jest coraz trudniej na świecie. Ostatnim były wybory prezydenckie i parlamentarne w Polsce. Pan Bóg obiecał mi wówczas, że więcej już cudów w Polsce nie będzie, pod warunkiem, że w przyszłości wejdę w z nim w większą zażyłość, na co się zgodziłem. No i nie było (oprócz Brexitu), ale to nie jest nasz cud, bo Anglicy to niestety odmieńcy.

Dania serwowano mniej więcej co godzinę. Impreza zaczęła się o godzinie 18.00, ja wychodziłem przed godziną 22.00 z uczuciem smaku deseru, który miał się dopiero ujawnić. Ponieważ menu nie podano do wiadomości biesiadnikom (przypominam aspekt ekonomiczności), nikt nie wiedział, co i kiedy będzie serwowane. Nie wiedziała tego również obsługa restauracji. To było fajne, można było zgadywać i robić zakłady. Obok muzyki, była to najpoważniejsza rozrywka. Jej powaga godnie licowała z dojrzałością uczestników spotkania.

Na biesiadzie oszczędności było mniej. Najbardziej podobało mi się to, że szampan był słonecznie letni. Kiedy to potwierdziłem kelnerowi serwującemu ciepłe napoje, uśmiechnął się do mnie serdecznie dodając „tak, rzeczywiście, jest ciepły”. Zdałem sobie wówczas sprawę, że przekroczyłem wcześniej mi nieznaną barierę poznania, że logiki nie można przenieść z jednego kontynentu na drugi. Piszę to dlatego, że kiedyś mieszkałem w Australii, od niedawna znowu mieszkam w Polsce (klimatycznie jest to bez różnicy, gdyż latem i tu i tam panują mniej więcej te same temperatury), i mam porównania. Myślałem, że kelner powie mi „sorry” albo „very sorry” i kopnie się na zaplecze, aby schłodzić szampana choćby tylko dla kilku uparcie wybrednych osób. Byłoby to zrozumiałe zważywszy, że biesiada miała trwać do godziny 23.59. Pomyliłem się jednak, za co siebie i wszystkich absolwentów przepraszam. Było to zderzenie dwóch logik: restauracyjno-kelnerskiej i absolwencko-konsumenckiej, zabarwionej nieco uporem kangura. Kiedy moi współbiesiadnicy przy stole stwierdzili, że wino też jest letnie, zrozumiałem, że cieple alkohole latem w Sopocie to zasada. To był właśnie ten przełom w barierze poznawczej.

Klimatyzacja w salach biesiadnych była podobnie jak w auli tzn. oszczędna, za to wspomagana bliskością Bałtyku (sto metrów od restauracji). Poczułem wówczas, co znaczy „smak morza” bez zwilżania warg jego zawartością. Było to poetyckie przeżycie.

W pewnym momencie powietrze dodatkowo schłodził intensywny opad deszczu. Nie wiem, kto go zamawiał, ale był to bardzo sensowny pomysl.

Poczyniłem jeszcze inne ważne obserwacje. Na sali na moje oko (uzbrojone w soczewkę o zmiennej ogniskowej, co tłumaczy zakres ocen) 70-80 % uczestników stanowiły kobiety. Perswadowałem sobie, że nie da się tego wytłumaczyć znaczniejszą umieralnością mężczyzn w Polsce. Ostatecznie uznałem, że jest to kwestia wyższego pobudzenia intelektualnie-uczuciowego kobiet. Upieram się przy tym stwierdzeniu, ponieważ obserwowałem to wielokrotnie na własnych i cudzych spotkaniach autorskich oraz na wykładach Akademia 30+ na Uniwersytecie Gdańskim. Sąsiadka przy stole tłumaczyła mi, że jest to efekt syndromu „Macho”, ale jej nie uwierzyłem. Sam jestem macho od czasu mojej opóźnionej emancypacji seksualno-obyczajowej i wiem, co to znaczy. Nie dałem sobie narzucić przewagi uczuciowo-intelektualnej kobiet. Obydwie moje obserwacje mają walor naukowy.

Być może stworzyłem nadmierne wrażenie oszczędności, dzień jednak podsumuję bardzo pozytywnie. Zrobię to w punktach, czyli oszczędnie. Noblesse oblige.

  • Polska wygrała ze Szwajcarią w piłkę nożną. Nasza wrodzona rubaszność zatriumfowała nad zegarkiem szwajcarskim, rzekomo tak precyzyjnym. Powinniśmy produkować własne zegarki z podobizną Lewandowskiego.
  • Spadł obfity deszcz. Odświeżył on atmosferę, dość ciężką w Polsce od kilku miesięcy, mimo że jest to okres wypełniony patriotyczną godnością i dumą.
  • W obchodach uczestniczyli były prezydent A. Kwaśniewski i były Premier K. Bielecki. Bardzo ładnie mówili i żartowali. To mnie jeszcze bardziej zintegrowało z przeszłością kraju. Mój organizm, nie wiem dlaczego, odmawia mi integracji z teraźniejszością.
  • Z przyjacielem-absolwentem z powodzeniem omówiliśmy sytuację międzynarodową po Brexicie, aczkolwiek samego problemu nie rozwiązaliśmy. Pozostawiliśmy go Rysiowi Czarneckiemu, mojemu ulubionemu komentatorowi spraw Polski, UE i świata. Bez jego światła przewodniego błądziłbym w rzeczywistości jak ślepiec od Homera.

Przy okazji, wszystkie osoby w Polsce, które kochamy, obdarzamy jakimś pieszczotliwym imieniem: Rysio, Zdzisio, Jaruś, Hania, Zosia. Ja nie mam szczęścia, bo do mnie rodzina i przyjaciele zwracają się per „Michał”, a niektórzy nawet per „Michale”, co mnie boli, bo brzmi to brutalnie. Wiem, że inni mają jeszcze gorzej, na przykład Adolf lub Alfons i to stanowi dla mnie pewne pocieszenie.

Powstańcie teraz z klęczek, Drodzy Absolwenci WSHM, WSE i Wydziałów Ekonomicznych Uniwersytetu Gdańskiego oraz pozostałe osoby, jeśli tego nie uczyniliście jeszcze od dnia zakończenia pamiętnych wyborów prezydencko-parlamentarnych, abym udzielił Wam błogosławieństwa.

Sursum corda, Bracia i Siostry!

Pozdrawiam serdecznie. Michael Tequila

Obraz: Creation of the Sun and Moon, face detail of God, Michelangelo, Kaplica Sykstyńska

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Miniopowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Tym razem postanowiłem uraczyć Państwa krótkim opowiadaniem typu południowoamerykańskiego, w którym dzieją się rzeczy tak niezwykłe, że trudno je sobie wyobrazić w naszym kraju. Rzecz jest złożona.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Four Generations, by Miansari66, Wikimedia CommonsPunktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. W pełni dojrzał do tego. Czas i pogoda mu sprzyjały. Dzień był majowy, słoneczny, świeży, ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie gracując szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała młotkiem mięso na kotlety.

Mimo niewątpliwych zachęt do życia, Abuelo gwałtownie opadł z sił. Ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany symptom syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego marzenia bez wahania, co było bardzo miłe. Nie musiał go prosić ani przypominać. Był zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Nie widział sensu żyć dłużej. Przywódca partii rządzącej przez aklamację obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Pomyślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobiło.

Po podjęciu decyzji o dobrowolnym zejściu z tego świata, pozostało Abuelo już tylko tyle czasu, aby usiąść do komputera i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu woli.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Lubił teatr i cyrk, mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał to doskonale, bo poprzedniego dnia w urzędzie skarbowym złożył deklarację PIT i pytał, czy miała być na formularzu PIT 70 czy PIT 90. Cenił sobie powagę wieku, ponieważ była znakiem, ostoją i oazą dojrzałości.

Zawiadomień o pogrzebie nie wysyłał. Była to rozsądna decyzja.

– Nie mam teraz czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po wahaniu. Wahał się krótko, bo nie miał czasu.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się. Ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz okazji do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości, oderwał się od komputera, aby nastawić budzik. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do komputera, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie stoi i dlaczego się oderwał. Działał szybko i sprawnie, gdyż miał problemy z pamięcią, która starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się tylko rozumem i termometrem, najlepiej mierzącym czas nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił to opublikować. Nie doszło jednak do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że on pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy przyglądał się tylko młodym kobietom. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, które poruszają się wzruszająco w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami, które unosiły biodra na wysokość jego wzroku. Oczu i piersi nie widział. Zrobiło mu się z tego powodu tak smutno, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie ciemne okulary.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był bynajmniej niski, jak wielki przywódca partyjny z telewizji żyjący z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Uważał go za wielkiego geniusza; umocnił się w swym przekonaniu, kiedy zobaczył go w kapeluszu i na łyżwach. Doszedł do wniosku, że powinien mu wysłać kartkę z gratulacjami i serdecznym życzeniem „Pocałuj nie w” z wykropkowana na końcu treścią i wizerunkiem środkowego palca wzniesionego do góry w geście drugiego, pogłębionego, jeszcze bardziej serdecznego życzenia. Odłożył to na później, ponieważ miał inne pilne sprawy do załatwienia.

Następnego dnia, punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco ponownie zdecydował się umrzeć. Czas i pogoda mu sprzyjały. Dzień był majowy, słoneczny, świeży, ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali gracując szarą ziemię pod nowy trawnik. Nie usłyszał jednak dochodzącego z oddali jęku piły tarczowej, ani sąsiadki za ścianą ubijającej młotkiem mięso na kotlety.

To go wyprowadziło z równowagi. Serce zaczęło bić mu żywiej, adrenalina rzuciła się jak szalona do mózgu, dotlenione nogi przestały skakać epileptycznie. Wróciła mu pamięć. Przypomniał sobie, że żona prosiła go, aby zawiesił karnisz przy balkonowym oknie; od razu przyszedł mu do głowy pomysł, jak to szybko i dobrze wykonać. Wziął młotek do ręki, kiedy nagle, już po raz trzeci w ciągu dwóch dni, stanął mu przed oczami przywódca partii rządzącej nocą, z wielką głową otoczoną aureolą w kształcie fryzury afro i ustami pełnymi kolorowych obietnic. Abuelo chyba był do tej fryzury szczególnie życzliwie usposobiony, gdyż krzyknął „ka-mać” i popędził do piwnicy, aby zrobić jej właścicielowi niespodziankę w postaci wspaniałego fajerwerku. Postanowił, że będzie on jeszcze bardziej kolorowy niż obietnice wielkiego przywódcy. Szybko przygotował małą wyrzutnię rakiet, trzy granaty i butelkę z benzyną. Załadował to wszystko do samochodu. Przed uruchomieniem silnika przestudiował plan dojazdu do miejsca oznaczonego na mapie i jeszcze raz dokładnie przyjrzał się twarzy na zdjęciu, aby się nie pomylić. Decyzję z godziny 11.45 odłożył na później, gdyż poczuł się młodo jak nigdy w życiu. Nie było sensu umierać. Miał ważną misję do spełnienia.

P.S. Jeśli opowiadanie Ci się podoba, podaj adres blogu rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Wszystkie korzyści stąd płynące zostaną przekazane na Fundusz Wsparcia Pogodnej Starości im. Abuelo Caduco.

Ten sam tekst jest także na: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/niezwykla_decyzja_abuelo_caduco_348325.html

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

 

 

 

Życzenia Wielkanocne 2016

Osterstrauss, by Goldi61, Creative Commons
W roku Ognistej Małpy 2016 według Horoskopu Jacka Kryga serdecznie, wielkanocnie i politycznie życzę:

Panu Prezesowi – zdrowej sałatki warzywnej oraz dużo ćwiczeń na świeżym powietrzu z tarczą ochronną przed gniewem bożym i ludzkim;

Panu Prezydentowi – świeżutkiego jaja z majonezem i instrukcją „Jak sprawnie przyjmować przysięgę bez strachu przed Omnipotentnym”;

Pani Premier – święconki w koszyczku w kształcie broszki oraz naprawy drukarki do publikacji wyroków zanim nadejdzie zimny Śmigus-Dyngus,

Panu Antoniemu – obfitości stołu oraz odkrycia w nastroju świątecznym niespełnionej wielkiej tajemnicy i sztuki blitzkriegu;

Miłośnikom KOD – spokojnego oddania żłobów, przywilejów i stołków miłośnikom dobrej zmiany;

Kandydatom z listy nepotycznej Pana Prezesa – nieskończonej ilości dobrze płatnych stanowisk;

Opozycji – świętej cierpliwości i nauczenia się egzorcyzmów do walki z mocami nieczystymi;

Rodzinom małodzietnym – dużo miłości, więcej dzieci i jeszcze więcej dodatków finansowych;

Emigrantom – z góry płynących życzeń szczęśliwego powrotu do odnowionego kraju;

Koniom w stadninach – wiosennej trawy oraz wymiany nowych stajennych na jeszcze nowszych;

Żubrom i innym zwierzętom – nowej Puszczy Białowieskiej.

Drogim Czytelnikom, miłym Przyjaciołom i ukochanej Rodzinie oraz wszystkim innym osobom dobrej woli życzę zaś spokojnych, zdrowych i nastrojowych Świąt Wielkanocnych.

Michael Tequila

Australia, happy hour. Polska, polityka i zwierzęta.

Psy staroegipskie Tesem couple Wikimedia Commons
Jest piątek. Piszę krótko i dosadnie, choć mógłbym rozwlekle. O zwyczajach, zwierzętach, których widok sprawia mi radość, oraz o niektórych (pożal się Boże) politykach zesłanych społeczeństwu przez los w charakterze bicza bożego za to, że dopuściło ich do władzy. W tym momencie wspomnień proszę was, Drodzy Czytelnicy, o wspólną wieczorną śpiewną modlitwę: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!

Dzień zaczął się obiecująco. Kupiłem gazetę, położyłem na ladzie i płaciłem, kiedy odezwał się mężczyzna obok:

– Cieszę się, że ktoś jeszcze czyta „Gazetę Wyborcza”. Też się ucieszyłem, że jest taki ktoś oprócz mnie. Wyszliśmy razem. Idąc w tym samym kierunku rozmawialiśmy o polityce i politykach. Pies mojego towarzysza drogi i czytania nic niestety nie mówił, tylko na końcu mruknął: Szkoda strzępić język.

– Mądre zwierzę. – Rozsądnie pomyślałem.

Rozpoznaliśmy sytuację polityczną; była żałobna, źle się kojarzy. Do tego stopnia, że chcieliśmy rzucić paskudnym mięsem kilka razy, lecz zaistniała obawa, że pies chwyci, zje i zejdzie śmiertelnie. I to z powodu polityki. Jad w niej zawarty jest nie do strawienia nawet dla zwierzęcia.

Dyskusją nic niestety nie załatwiliśmy, lecz połączyły nas poglądy. Ten prosty, obywatelski sojusz przyjęliśmy jako dobry początek dnia.

Jest nadal piątek, dokładnie godzina 17.00. W Australii o tej porze zaczyna się „happy hour”. Pamiętam te imprezy. Pracownicy opuszczają miejsce pracy i jak pracowite lemingi ciągną zgodnie do najbliższego pubu, aby bratać się w radosnym nastroju.

U nas z brataniem jest dużo gorzej, nawet z własnym bratem. Z jednym się bratam, drugi mnie odrzucił i nawet nie powiedział dlaczego. Tylko rządzący są mi życzliwi, głownie w tym sensie, że wiem, że nic nie trwa wiecznie. Szkoda, że oni tego nie wiedzą, zwłaszcza jeden, ten taki, dla którego zbudowano nowe mównice powiększono garnitur z przodu, aby zmieścił brzuch dobrobytu, jaki słowem i czynem niesie w darze narodowi. Jego słowa często rozumiem, czyny kojarzą mi się natomiast z czynownikiem. To chyba coś ze Wschodu.

Biegałem w lesie. Jak zwykle, oprócz drzew, ciszy i śmieci byli tam także ludzie i psy. Nic mnie tak nie cieszy, jak psy. Dzisiejsze mijane spotkania z psami i ich właścicielkami zachęciły mnie do napisania tego blogu.

Pies w języku pisanym i mówionym różnie się kojarzy: pod psem, pieski świat, pies na kobiety (dobre!), warczeć, odszczekać coś (ten termin powinien znaleźć się obowiązkowo w regulaminie Sejmu), kaganiec (to też powinno być na wyposażeniu rzeczonej instytucji, idealnie z regulacją głośności), pies z kulawą nogą, pies ogrodnika, co to sam nie zje i nie da, psy szczekają, a karawana idzie dalej, francuski piesek (tylko, jeśli masz salony), nie dla psa kiełbasa, no i najbardziej nieproduktywne „pies, który dużo szczeka, mało mleka daje”. Jak widać, człowiek nie jest psu życzliwy, a przecież jest to istota niezwykle udana.

Liczne przykłady pozytywnych zachowań zwierząt oraz przykłady fatalnych zachowań ludzi zwanych wybrańcami narodu, tych deliberujących nocą i tych szybkopiszących, rozstrajają mnie. Nie wiem, dlaczego jeden i drugi wybraniec łże jak pies, i kiedy czyni to w jakimś celu, a kiedy zupełnie bez celu. To mnie dezorientuje i deprawuje do tego stopnia, że czasem warczę na siebie patrząc w lustro. Deprawacja polityczna tylko pogłębia mój i tak już przykry charakter.

Psów się nie boję, lubię je, a one to wiedzą. Lubię także właścicieli psów, a jeśli tego nie wiedzą, to im to mówię. Nie jest to kompletny opis sytuacji, gdyż w grę wchodzi także nasza rodzima, ojczysta, niesponsorowana zza granicy, wszechobecna wielka polityka, wciskająca się w oczy jak pustynny piasek w czasie burzy.

Zwierzęta związane z polityką mogą być niebezpieczne. Gdybym spotkał pewnego wielce szacownego prezesa (poznaję go po tym, że wyznawcy jego kaznodziejskich teorii i praktyk podchodzą do niego na palcach, pochylają się i dyskretnie całują w rękę łaskawą w zaszczyty i kary), gdybym go spotkał z psem, to bałbym się, że jest podobnie nieobliczalny; znaczy się pies, bo zwierzęta szarych eminencji z racji wspólnego zamieszkania upodabniają się nierozważnie do właścicieli i cierpią już do końca życia.

Psie życie. Psia mać!

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.