Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

2Shares

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 181: Gniew gubernatora i debata publiczna nad Apokalipsą

Przyczyny destrukcyjnej pogody długo pozostawały niewyjaśnione. Meteorolodzy sprawdzili historyczne zapisy pogody i nie znaleźli w nich niczego podobnego. Wyjaśnienie anomalii pogodowych stało się koniecznością, wręcz imperatywem, dla meteorologii, zarządzania antykryzysowego, nauki, a także dla zwykłych ludzi pragnących lepiej rozumieć los i przeznaczenie. Było to oczywiste dla wszystkich bez wyjątku.

Na pierwszym posiedzeniu rządu w sprawie Apokalipsy Barras zażądał wyjaśnień.

– Przedstawcie mi choćby najprostsze wyjaśnienie przyczyn. Tyle negatywnych zjawisk w jednym czasie! Musi być jakieś rozsądne wytłumaczenie.

Dyskusja przebiegała rachitycznie. Ministrowie koncentrowali się, starali się znaleźć wyjaśnienie, widać było wysiłek na ich twarzach. Gubernator siedział z boku, patrzył i przysłuchiwał się. Argumenty wydawały mu się naciągane, zbyt proste albo zbyt skomplikowane. W miarę dyskusji jego twarz coraz bardziej czerwieniała, oczy ciemniały, usta zaciskały się w gniewny paseczek. Siedzący obok minister zdrowia przestraszył się, że premier dostanie apopleksji i zapytał go, jak się czuje i czy nie potrzebuje pomocy. Gubernator wybuchł jak petarda.

– Milcz, cholerny konowale! – uciął brutalnie. Kiedy wszyscy zamilkli wpatrując się w niego z niepokojem, wstał i wyrzucił z siebie stek przekleństw.

– Wasze nieporadne wyjaśnienia można o kant dupy rozbić. Nie po to was tutaj zebrałem, abyście pieprzyli trzy po trzy i robili sobie żarty z najpoważniejszej sprawy, z jaką mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Nie krył się ze słowami ani emocjami. Poniosło go całkowicie. Mimo, że zachował się podlej niż pijany furman, któremu zdechł koń wskutek nadmiernego wysiłku, rozumieli go, mieli poczucie, że go zawiedli i że jest to najbardziej kryzysowa sytuacja, w jakiej kiedykolwiek znalazł się kraj. 

– Czy wy zdajecie sobie sprawę, gnojki, że los nas wszystkich zależy od tego, czy w pełni zrozumiemy, co się stało, dlaczego to się stało i czy na tej podstawie podejmiemy odpowiednie środki? Sytuacja jest gorsza niż wojna. Prosiłem was, abyście zastanowili się nad przyczynami i przedstawili jakieś wyjaśnienia. A wy co? – Kiedy mówił dyszał ciężko, twarz miał purpurowo-czerwoną. Siedzący przy stole ministrowie zbledli i skurczyli się. Gubernator patrzył na nich z pogardą. Zawiódł się na nich całkowicie. Było mu wszystko jedno, jak go odbierają. Zwrócił się do nich głosem cichym ze zmęczenia:

– Wynoście się z mojego gabinetu. Wszyscy bez wyjątku. Nie chcę was dzisiaj widzieć na oczy.

Po odejściu ministrów Blawatsky wezwał kierowcę i kazał wieźć się do domu. Zazwyczaj chętny do rozmowy nie odezwał się ani słowem. Kierowca wyczuł jego nastrój i nie otwierał ust. Prawda okazała się dla gubernatora bardziej bolesna i ponura niż myślał. Apokalipsa była karą także za fatalne decyzje gospodarcze i społeczne jego rządu. Rząd i społeczeństwo dopuścili się okropnych czynów i zaniedbań. Kościół nazywał je grzechami. Gubernatorowi wydało się, że nie ma skrawka ziemi, gdzie nie pleniłyby się chwasty błędów i wypaczeń, które wywołały Apokalipsę.

Następnego dnia gubernator wystąpił z propozycją szerokiej debaty publicznej pod egidą rządu. Sprawy potoczyły się szybko, jak tylko wyjaśniono, że „egida” nie oznacza bynajmniej tajnej inicjatywy rządu pod adresem opozycji lub społeczeństwa. Z inicjatywy urzędników państwowych, którzy w zwiększonej aktywności dostrzegli szansę poprawienia swego wizerunku, powołano komitet koordynacyjny. W jego skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Porządku Publicznego, Krajowego Sztabu Antykryzysowego, Głównego Instytutu Meteorologicznego, wojska, uczelni wyższych, związków pracodawców i pracobiorców, Kościoła Hierarchicznego, organizacji pozarządowych oraz Zrzeszenia Meteopatów.

Debata narodowa skończyła się na wielu mniejszych debatach, najpierw regionalnych, następnie okręgowych, miejskich i wiejskich, w końcu lokalnych prowadzonych w domach kultury i remizach strażackich. Dyskutowano również po domach. Skutkiem były najczęściej kłótnie rodzinne, pijaństwo oraz godzenie się małżonków w łóżku.

Niezwykle poważnie sprawę potraktowało Kolegium Naszej Pani Różańcowej, autonomiczna uczelnia wyższa, specjalizująca się w zagadnieniach rozwoju społecznego, religii oraz meteorologii. Uczelnia od lat głosiła pogląd, że klimat ma podstawowe znaczenie dla rozwoju społeczności ludzkich. Inicjatorem dyskusji był rektor, któremu trąba powietrzna zniszczyła dom na wsi oraz rozpędziła na cztery wiatry duże stado owiec.

– Poniesione przez społeczeństwo straty materialne stanowią potężną motywację do odkryć naukowych. – Słowa rektora miały być zachętą dla naukowców do rzetelnej pracy nad zagadnieniem.

Na spotkanie w Kolegium zaproszono przedstawicieli środowisk akademickich, rządu, instytucji kościelnych oraz instytutów meteorologicznych. Po kilku rundach wymiany poglądów, wedle prasy nieco chaotycznej, wykrystalizowało się przekonanie, że u podstaw Apokalipsy musiała leżeć jakaś głębsza przyczyna.

– Zjawiska atmosferyczne o takiej intensywności i różnorodności trwające kilka dni z rzędu to zbyt skomplikowany układ, aby był dziełem przypadku – podsumował matematyk, profesor Tatsche, nawiązując do pojęcia „zwykłej złożoności obliczeniowej”, zależnej od rozmiaru wejścia oraz „pamięciowej złożoności obliczeniowej”, która jest miarą wykorzystanej pamięci maszyny abstrakcyjnej.

Nikt obecny na sali nie zrozumiał jego wywodu, poza samym wnioskiem, że Apokalipsa nie mogła być dziełem przypadku, tylko że ktoś lub coś było jej powodem. Ponieważ mądrość przyrody, jaką częściowo reprezentuje mózg ludzki, nie znosi próżni, intepretowano to jako Bóg lub człowiek. Umysły prostsze nie zadały sobie nawet takiego wysiłku, upraszczając wypowiedź naukowca do stwierdzenia w rodzaju: „Stoi, bo stoi.” Z wystąpienia profesora Tatsche zapamiętano najbardziej jego dużą głowę ozdobioną bujną czupryną oraz chropawy akcent, o tyle niezrozumiały, że był to potomek niemieckich imigrantów, ale już w trzecim pokoleniu. Kraj pochodzenia profesora nie budził wątpliwości; nazwisko było aż nadto wymowne.

Intensywne debaty trwały kilka tygodni, lecz nie przyniosły nowych wyjaśnień. Oprócz mediów, rządu i społeczeństwa rozczarowani byli także sami ich uczestnicy. Dalsze działania mające na celu rozwikłanie zagadki Apokalipsy nie nazywano już debatami, tylko dyskusjami. Pojawiały się one i zanikały podobnie żywiołowo jak pogoda, nad którą dyskutowano. Brało w nich udział całe społeczeństwo, ponieważ skutki klimatycznych zdarzeń dotknęły bezpośrednio lub pośrednio wszystkich obywateli.

Wkrótce gubernator zlecił opracowanie nowego raportu na temat przebiegu zdarzeń i diagnozy przyczyn. Sam wytypował grono naukowców i powierzył im to zadanie.

Michael Tequila w księgarni internetowej: https://tinyurl.com/y7cza5ncKliknij i kup!

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.180: Gubernator i Kościół wobec prokreacji

Drodzy Czytelnicy! Wznawiam publikację kolejnych odcinków powieści. Ostatni z numerem 179 był opublikowany dnia 18 stycznia 2019.

Gubernator chętnie oprowadzał po gabinecie towarzyszy partyjnych, przyjaciół i gości zagranicznych. Przedstawiając im niezwykły obraz objaśniał i interpretował jego artystyczne i duchowe walory, kolory, skalę i perspektywę. Momentami zapominał o grozie, jaką obraz budził i popadał w zachwyt. Kiedy przyjaciel zwrócił mu na to uwagę, ogarnął go niepokój, poczuł mrowienie pleców i drętwienie nóg. Zdarzyło mu się to tylko raz, tak jakby nabył odporności.

Nawet po upływie czasu obraz zagłady nie wprowadzał gubernatora w przygnębienie, jak się spodziewała jego sekretarka, serdecznie odradzająca mu ten rodzaj dekoracji, ale wręcz poprawiał jego samopoczucie. Pewnego razu, po dłuższym wpatrywaniu się w obraz gubernator popadł nawet w euforię. Pd tej pory wyjaśniał, że obrazy, wykresy i opisy tak bardzo rozjaśniły mu w głowie, że nieporównanie lepiej rozumie rzeczywistość, w związku z czym potrafi skuteczniej przewidywać nieszczęśliwe wybryki natury i im zapobiegać.

Przeżycia pogłębiły wiarę i religijność gubernatora; częściej chodził do kościoła i kładł się krzyżem na zimnej posadzce. Potrafił przetrwać w kompletnym bezruchu nawet godzinę. Kiedy sekretarka, która zastąpiła mu matkę, martwiła się, że doprowadzi się tym bolesnego reumatyzmu, gubernator wstawał rześki z posadzki, twierdząc, że akt wiary go odnawiał. Raz stwierdził nawet, że duch święty natchnął go dobrymi pomysłami.

Religijność gubernatora znalazła uznanie w oczach Czarnej Eminencji, człowieka bogobojnego i zasłużonego nie tylko dla Kościoła Hierarchicznego, ale i dla wszystkich wierzących obywateli. Mówiono o nim, że rozmawia z Bogiem. Nie był to żart, wszyscy traktowali to poważnie, bo byli na to świadkowie.

Barras przedstawiony Czarnej Eminencji jako wschodząca gwiazda wielkiej polityki przypadł mu do gustu. Życzliwość patriarchy stojącego na czele Kościoła Hierarchicznego były gubernatorowi na rękę; wiązał z nią dalekosiężne plany. Gubernator nie był jednak całkowicie szczery wobec Czarnej Eminencji; ostentacyjnie demonstrował więcej wiary niż posiadał. Pocieszał się, że Bóg mu to wybaczy, ponieważ czynił to dla dobra kraju.

*****

Wiadomości dotyczące skali antyprokreacji tak bardzo wzajemnie sobie przeczyły, że nie sposób było w końcu ustalić, co jest prawdą, a co nią nie jest. Opozycja oskarżała rząd o dezinformowanie społeczeństwa w swoim egoistycznym interesie. Ten zaprzeczał, aby jakakolwiek agencja państwowa była zamieszana w dezinformację. Zwyczajni obywatele czuli się skołowani i rezygnowali z oglądania telewizji, czytania prasy a nawet surfowania po Internecie. Granice między prawdą a fałszem zatarły się do tego stopnia, że otwarcie sugerowano, aby nie szukać różnic między nimi, ponieważ istnieje tylko prawdopodobieństwo prawdy i fałszu, a nie sama prawda lub fałsz. Pojawiły się poglądy, że nie ma to już większego znaczenia, gdyż odmieńcy seksualni zostali zmarginalizowani. Zboczeńcy, jak ich niektórzy wciąż nazywali, zeszli do podziemia, ukrywali się, wielu straciło orientację, kim właściwie są. Społeczeństwo więcej wiedziało o hidżrach w Indiach, mashoga w Kenii, muxe w Meksyku niż o członkach organizacji LGBT w Nomadii. Powodowało to stan zamieszania.

*****

Kościół postawił odmienną diagnozę zaniku prokreacji. Jej przyczyną miało być odwrócenie się ludzi od Boga. Wiele osób doznało w czasie Apokalipsy tyle bólu i cierpienia, że straciło wiarę. Jej miejsce zajęły wynaturzenia, które rozrosły się i przybrały głębszy charakter. Objęły one odstępstwa nie tylko seksualne, ale także rodzinne, towarzyskie i społeczne. Kobiety przyjmowały na siebie role męskie, ubierały się jak mężczyźni, konsumpcjonizm zastąpił duchowość, butelka piwa dobrą powieść, upadła tradycyjna obyczajowość, rozpanoszył się egoizm, w odstawkę poszedł patriotyzm.

– Widzimy panoszenie się grzechu i to o najcięższych wymiarach. Ludzie porzucili wiarę. U kobiet wywołało to najpierw niechęć, a potem odrazę do płodzenia potomstwa. Coraz więcej mężczyzn czuje i myśli tak samo. Dawniej tego nie było. – Pomstował Czarna Eminencja, winiąc nie tylko Apokalipsę, ale i demokrację.

Diagnoza kościoła oparta była na analizie tysiąca spowiedzi. Księża prosili wiernych o wywnętrzanie się i szczere wypowiedzi na temat płodzenia potomstwa przypominając wolę bożą wyrażoną w Biblii: „Idźcie i rozmnażajcie się”. W kręgach kościelnych rozgorzała namiętna dyskusja, czy nie złamano świętej tajemnicy spowiedzi. Niektórzy księża posługiwali się pytaniami ankietowymi i dyktafonem do nagrywania odpowiedzi. Uznano ich za nadgorliwców, aczkolwiek głosy były podzielone. Jedni duchowni ich krytykowali, inni chwalili za uczciwość i rzetelność. Sprawę rozstrzygnął Czarna Eminencja:

– Wobec Boga nie ma przesady w dążeniu do prawdy, która ma nas zbawić.

Na spotkanie z gubernatorem Eminencja przyniósł listę przyczyn zaniku prokreacji. Jego sekretarz nazwał ją „Czarną listą nieprawości”. Nazwa była tak trafna, że Arcybiskup jej nie zmienił, mimo że źle się kojarzyła z jego powszechnie używanym tytułem Czarnej Eminencji.

– Nieprzerwanie tłumaczę moim pracownikom i wiernym, że w moim przypadku „czarny” odnosi się do koloru sutanny, a nie do charakteru czy postaci. – Wyjaśnił gubernatorowi.

Lista obejmowała perwersje i zboczenia potocznie określane jako inne orientacje seksualne oraz zjawiska genderyzmu, eutanazji, ateizmu, sybarytyzmu, konsumpcjonizmu i relatywizmu moralnego.

0Shares

PRL i Tajlandia. Wspomnienia i zdjęcia.

Gdybyśmy nadal żyli w PRL, nie wyjeżdżalibyśmy do Tajlandii na wycieczki. Za PRL tylko szczęśliwcy nosili portfele grubości świni. PRL kojarzy mi się jednak dobrze, głównie z twórczymi hasłami w rodzaju „Każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”, „Zamiast szczypać w rowie dziwki, rób wiosenne podorywki” oraz „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna”. Żywo kojarzy mi się także z prezesem Kaczyńskim i PiS, postępową partią starającą się nadać ton Unii Europejskiej, a w kraju przywrócić powszechny dobrobyt oparty o scentralizowaną gospodarkę, lotniska wielkości Luksemburga oraz samochody elektryczne produkowane w ilościach zdolnych obsłużyć wszystkich obywateli Chin. To nasza szansa eksportowa.

W Tajlandii podobały mi rozwiązania z odległości nieco przypominające nasz styl. Rządzi u nich junta wojskowa, co gwarantuje uczciwość sędziowską, porządek i szybką sprawiedliwość. Jedno tylko jest inne niż u nas: każdy tajski policjant musi sam kupić sobie rewolwer. Rząd uruchomił w tym celu specjalny program importowy, aby obniżyć ceny. Nie wyssałem tego z palca, tylko przeczytałem w dzienniku „Bangkok Post”. Sytuacja przypomina mityczną rybę, którą można jeść od głowy lub od ogona, z tym, że nie wiadomo dokładnie, gdzie jest jej początek.

Dziś trochę o miejscowości Pattaya. Mieszkałem tam sześć dni w hotelu Asia Pattaya. Sam hotel podobał mi się. Jeśli o nim nie pisałem, to napiszę.

Cytuję za Wikipedia: Pattaya – miasto w Tajlandii, nad Zatoką Tajlandzką, 120 km od Bangkoku. Liczba mieszkańców w 2003 roku wynosiła ok. 80 tys. Miasto jest jednym z najsłynniejszych ośrodków wypoczynkowych w Azji. W 2007 roku Pattaya odwiedziła rekordowa liczba turystów 6,5 mln. Do rozwoju miasta przyczyniają się seksturystyka i port lotniczy, który jest położony pomiędzy Bangkokiem a Pattaya. W latach 1991-2015 odbywał się tam kobiecy turniej tenisowy, zaliczany do cyklu WTA – PTT Pattaya Open.

Co zapamiętałem z Pattaya? Wszędzie, w hotelu, w sklepach, na ulicach, w restauracjach napisy w języku rosyjski, broszury, mapy, plany. Na ulicach słyszy się bardzo często język rosyjski.

Pattaya. Reklama apteki w języku rosyjskim.

Teraz Rosjan jest już tam niej; to od czasu, kiedy rubel spadł na łeb na szyję i wycieczki zaczęły kosztować dwa razy więcej lub podobnie. Transport uliczny w Pattayi: kilka rodzajów taksówek, różne tuk-tuki i inne. Ceny negocjuje się. Jedziesz sam taksówką, możesz zapłacić 250 bahtów (nieco ponad 25 złotych), jedziesz w kilka osób, cena może spaść nawet do 10 bahtów za osobę. Kiedy pada deszcz, cena wzrasta (to moja obserwacja).

Jedno z najbardziej znanych miejsc Pattayi to Walking Street (owa seksturystyka), miejsce znane z licznych klubów Go-Go, sklepów ze wszystkim, co produkuje Azja oraz tłumów turystów i ciekawskich, jacy pojawiają się tam wieczorem delektując się m. in. widokami roznegliżowanych pań, zachęcających do odwiedzenia ich klubu. Na ulicy panuje wielki ruch, prawie ścisk, hałas, głośna muzyka. Było to miejsce, gdzie doznałem ekstazy.  

0Shares

Piszę bo muszę. Lasy Państwowe utajniają skalę wycinki drzew. Przy okazji więcej o Tajlandii.

Państwowe przedsiębiorstwo Lasów Państwowych znalazło sposób, by zataić skalę wycinki drzew: namawia swoich odbiorców, by nie podawali, ile drewna kupują. Ma to utrudnić aktywistom zbieranie informacji. Sieć Obywatelska Watchdog Polska dotarła do wzoru pisma, które nadleśnictwa Lasów Państwowych rozsyłają swoim klientom – firmom i indywidualnym osobom. Kto je wypełni i odeśle, ten się zgadza, by informacje o sprzedanym mu drewnie – cenie, ilości, historii zakupów, rodzaju drewna – nie były podawane do publicznej wiadomości. Nazwane jest to „tajemnicą przedsiębiorstwa”. Może potrzeba nam pustyni? Brawo PiS!

Pobyt w Tajlandii wzbogacałem sobie czytaniem Bangkok Post. Zebrałem kilka wiadomości na temat niedawnej uroczystości koronacji króla. Może i my będziemy mieli króla? Mam nawet mocną kandydaturę.

Zdjęcie to zrobiłem przy jakiejś świątyni. Nawet nie pamiętam gdzie.

 W drodze na targ na wodzie. Świątyńka przy domu. Służy do odstraszania złych duchów. Każdy szanujący się budynek ma taką.

To zdjęcie z rynku na wodzie. Ogromny zachwycający pięknem stół z jakiegoś rodzimego gatunku drzewa.

 W drodze na targ na wodzie. To chyba łódź – podręczna elektrownia?

 Sprzedaż z łodzi.Rzadki sklep z dziełami sztuki malarskiej. Cudowne były niektóre malunki. Ciekawe ujęcia, intensywne barwy. To taka moda teraz.

Głodomory targowe, azjatyckie, w głębi polskie. Znajomi z wycieczki. Sam jadłem tam lody kokosowe serwowane w połówce łupiny z kokosa. Sprzedawał je sympatyczny grubas. Wszyscy miłośnicy lodów kupowali właśnie u niego.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 172: Pierwsze skutki Apokalipsy

Apokalipsa przyniosła przynajmniej jeden pozytywny efekt: grad, deszcze i pioruny oczyściły powietrze i ziemię tworząc warunki odnowy przyrody. Perspektywa poprawy wyzwoliła dziwną energię w obywatelach Nomadii, rodząc Ruch Odnowy Społecznej. Była to inicjatywa oddolna, żądająca powrotu do wartości tradycyjnych. Pierwszą inicjatywą ROS-u było przywrócenie społeczeństwu Ciemnogrodu, pomnika przeszłości. Prawie cudem odnaleziono go na składowisku odpadów. Po oczyszczeniu okazało się, że wbrew temu, co o nim mówiono i pisano, reprezentował on wartości bardzo pozytywne. Z masywnych drzwi Ciemnogrodu odczytano przykazania, jakie w przeszłości doprowadziły Nomadię do rozkwitu: wiedza oparta na biblii, wiara w jednego, tego samego Boga, rodzina patriarchalna, niezmienne obyczaje, rządy silnej ręki. Pomnik został w szybkim tempie odrestaurowany przez rząd stając się narodowym symbolem walki z zabobonami i błędnymi przekonaniami. Ustawiono go na głównym placu stolicy kraju usuwając dwa inne pomniki.

*****

Kraj wciąż ubożał. Tydzień szalonej pogody wywołał wielkie straty finansowe. Sytuacja materialna społeczeństwa pogarszała się szybciej niż przewidywali to najwięksi pesymiści. Gospodarka kurczyła się, dochód narodowy spadał szybciej niż uczucia kochanka porzuconego nago na mrozie.

– To klęska narodowa! – Krzyczała opozycja, pokazując w parlamencie partii rządzącej kartki z liczbami i wykresami. – To wy jesteście winni. Nieudacznicy!

– Macie w tym swój udział. – Odparowywali rządzący. Przez lata zaniedbywaliście kraj, nie stworzyliście żadnego funduszu gwarancyjnego, nie budowaliście zbiorników retencyjnych, nie wprowadziliście nowoczesnego zarządzania antykryzysowego.

*****

Sytuacja społeczna komplikowała się. Coraz więcej rodzin nie radziło sobie finansowo i uczuciowo. Rosła przemoc i alkoholizm, ludzie zachowywali się coraz dziwniej, bali się wszystkiego, starości, śmierci, wojny, ubóstwa, niepewnej przyszłości, napływu imigrantów, epidemii wścieklizny, zamachowców. Niektórzy sporządzali sobie dla jasności mapy i drzewka strachu. Kiedy ten ich dopadał, opowiadali sobie nawzajem kawały, aby odreagować napięcie.

Problemów nagromadziło się tyle, że Iwan Iwanowicz organizował spotkania przy krawężniku nawet dwa razy w miesiącu. Pytania padały gęsto jak grad w czasie Apokalipsy. Najczęściej pytano o sprawy demograficzne i obyczajowe: rosnącą liczbę zboczeń w rodzinie, choć nie było statystyk potwierdzających ten fakt, także o homoseksualizm i biseksualizm.

Rosnącą popularność homoseksualizmu Iwan Iwanowicz wyjaśnił jednym zdaniem:

– Im jest po prostu łatwiej wiązać koniec z końcem.

Jego odpowiedź zabrzmiała bałamutnie, jakby był niepewny swoich poglądów. Przewodniczący tłumaczył się, że chodziło mu o brak pieniędzy pod koniec miesiąca i łatanie dziur w budżecie rodzinnym. Mógł to być nawet nieudany żart. Niektórzy tak właśnie go zrozumieli i śmieli się, jakby miłość dwóch osób tej samej płci była najlepszym tematem do żartów. Inni potraktowali temat poważnie i zastanawiali się nad swoją biseksualnością.

Dyskusja tak rozgrzała towarzystwo, że ludzie zaczęli otwarcie mówić o skłonnościach seksualnych, a nawet deformacjach i zboczeniach. Tematy tabu sypały się obficie niczym z rękawa. Kilka kobiet przyznało, że ich małżeństwa rozpadły się z powodu podwójnych zainteresowań męża. Były w stanie zrozumieć, a nawet wybaczyć, zdradę męża z inną kobietą, ale nie z mężczyzną. Nazywały to podwójnym standardem miłosnym i uważały za ohydztwo.

Biseksualność mężów przybrała takie rozmiary, że wkrótce żony zorganizowały demonstrację pod ratuszem na znak protestu. Tydzień później podobną demonstrację zorganizowali mężczyźni, kiedy zauważyli, że żony były niewiele lepsze i robiły to samo z przyjaciółkami.

Gubernator pytany w parlamencie, jak jego rząd zamierza przeciwdziałać podwójnym standardom wyjaśnił, że jest to problem złożony, wynikający z ubóstwa duchowego poprzedniego rządu.

– To się udziela i daje właśnie takie skutki. Podwójne standardy moralne.

Zwolennicy bili mu brawo, opozycja gwizdała. Prasa określiła zachowanie parlamentu mianem dziczenia i wezwała do jego bojkotu, dodatkowo nakręcając spiralę absurdu.

*****

Mimo zwiększenia środków na pomoc dla najbiedniejszych, ubóstwo pogłębiało się. Na murach pojawiły się graffiti, pokazujące najpierw symbole głodu, w końcu totalnej nędzy. Nauczyciele wychowania fizycznego martwili się coraz bardziej, że dzieci garbacieją, stają się apatyczne, a ich sprawność fizyczna spada jak z pieca na łeb. Szkoły podejmowały akcje dożywiania, lecz ze znikomymi skutkami. Ludzie zaczęli bać się własnego cienia i to do tego stopnia, że coraz rzadziej przebywali na słońcu, ponieważ – uważali paradoksalnie – że cień jest wtedy najsilniejszy. Wkrótce żartowano o nim z bolesnym wykrzywieniem ust, że staje się coraz chudszy i coraz bardziej cherlawy. Opozycja oskarżała rząd o wszystko; rząd niezmiennie przypisywał winę poprzedniej władzy.

– Opróżniliście skutecznie dzban zamożności państwa. Z pustego i Salomon nie naleje. – To były słowa gubernatora.

Ktoś z opozycji zapytał: – Skąd pan to wie? – Z Biblii, z Księgi Przysłów. – Odpowiedział gubernator. Członkowie jego partii poparli go natychmiast oklaskami.

– To bzdura. Nie ma takiego powiedzenia w Księdze Przysłów – oponował poseł opozycji, niedoszły ksiądz. Znowu rozgorzała dyskusja, w której strony oskarżały się nawzajem o ignorancję i bluźnierstwa.

0Shares

Polska po szczycie klimatycznym w Katowicach. „Brawo my!” według the Guardian.

Dla świata „śmiertelne uzależnienie”, dla polskich polityków „dar od Boga” i „czarne złoto” – po szczycie klimatycznym w Katowicach świat ostro krytykuje polskie przywiązanie do węgla.

„Wystawa węglowej biżuterii i mydła, węgiel pod szklaną podłogą, węgiel w powietrzu, którym tu oddychamy. Polscy gospodarze szczytu klimatycznego ONZ niezbyt subtelnie na każdym kroku przypominali delegatom, że nadal żyjemy w świecie paliw kopalnych, mimo palącej potrzeby znalezienia czystszej drogi” – zauważa Jonathan Watts z „Guardiana”.

 „Jakby tego było mało, prezydent Andrzej Duda, już otwierając szczyt, chwalił się, że jego kraj dosłownie siedzi na węglu, którego wystarczy na dobre 200 lat, więc ‚trudno byłoby z niego nie skorzystać'” – zżyma się publicysta „Guardiana”. „Dla konserwatysty, jakim jest Duda, węgiel do dar dla Polski od samego Boga. Nic dziwnego, że utrzymanie otwartych kopalń to dla niego sprawa narodowej suwerenności” – przekonuje.

„Guardian” cytuje też ekspertów, którzy przypominają, że Polska – chociaż chwali się zasobami węgla – jednocześnie coraz więcej go importuje – głównie z Rosji.

„Guardian” przypomina, że z 50 najbardziej zatrutych miast w UE aż 36 leży w Polsce, głównie na Śląsku, gdzie „odwiedzający już na lotnisku czują smród siarki”. „Wpływ zmian klimatycznych staje się coraz bardziej oczywisty. Polska boryka się z falami upałów i suszy, które coraz bardziej szkodzą zbiorom i narażają zdolność kraju do samowyżywienia się” – ostrzega Watts.

Cytuje ekspertkę od społeczności żyjących z węgla Irmę Allen z instytutu technologii w Sztokholmie. – Życie z węglem dziś nie przypomina tego sprzed 20-30 lat, bo dzisiaj jego koszty przewyższają korzyści. Górnik już nie jest bohaterem klasy pracującej, jak za socjalizmu, a młodzi ludzie nie chcą pracować w kopalniach – tłumaczy.

– Ale górnicy to wcale niekoniecznie ludzie, którzy są przeciwko środowisku. Jednak, żeby dać im nadzieję, trzeba dać im alternatywną wizję przyszłości ich regionu. Jeśli tego nie zrobimy, będą się bali, że w Polsce będzie tak, jak w Wielkiej Brytanii za czasów Thatcher – tłumaczy ekspertka.

1Shares

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 127: Konspiracja

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania wicegubernatora Csudo do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk pozbawiony wyższych uczuć. Jego świat to martwa technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie i wolności, nawet o gnoju równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę rozwoju. Jego rząd przypomina obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaką widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo potrafi tylko otaczać się tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania, i nosi tylko garnitury ze sztucznych tworzyw, bo są lżejsze i nie mną się.

Nie wszystko co stwierdziła, było prawdą. Na obronę Csudo przytaczano fakt, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który pozostawił w wicegubernatorze ciepłe wspomnienia.

Po nieudanej rozmowie Niotse z Csudo, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem dwóch prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Oskarżenie przedstawiało informację, co w sprawie koni i przyrody rząd zrobił, czego nie zrobił, co pozoruje oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli wprost podejrzewać ukrytą dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. Woła to o pomstę do nieba. – Tak podsumował sytuację akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu w społeczeństwie narastał opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz ostrzej wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na różne szkolenia. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji. Kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda znalazły się wyraźnie na kursie kolizyjnym. Konieczne było radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Podejmując misję stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie zdawali sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie mogło być uznane za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Było to wyzwanie rzucone Bogu i ludzkości. Konioczłowiek miał być równie albo i bardziej inteligentny niż człowiek, dużo silniejszy, bardziej wytrwały i dodatkowo jeszcze posiadać instynkt, słabo rozwinięty u człowieka. Już sam jego wygląd mógłby wystarczyć, aby go znienawidzono.

Ekoanarchiści wierzyli w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od zamysłu jego stworzenia. Myśleli tylko, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich wyobraźni i marzeń. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom i ekoanarchistom, z zasady traktowanym jako przeciwnicy państwa i władzy.

Konspiracja była sprawą życia i śmierci. Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na przesłaniu, róbmy wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co wydaje się słuszne, aby bronić się przed niebezpieczeństwem. Potem pracownicy Laboratorium przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsikuje i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do pnia – dla celów wewnętrznej komunikacji – pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami i przestano używać nazwisk. Każdy pracownik miał swoją ksywę. Wzięcie pod nóż imion, nazwisk, nazwy firmy i jej części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się ukryć, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią, ale bezwzględną koniecznością. Nie było to mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek, lecz walka o przetrwanie.

Szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba gruntownie znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem pracy w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej. Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach klubu znajdował się wysokiej rangi wojskowy, pułkownik, który ujawnił się dopiero wtedy, kiedy Niotse ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, ponieważ z nikim o sobie nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją. Po dwóch rozmowach uznała pułkownika za idealnego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium Szyfrowanych Koni i jego członkowie stali się automatycznie pracownikami firmy.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 125: Ekoanarchiści mobilizują się

Stanowisko rządu dotyczące koni gubernator przedstawił w przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach zniszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób najbardziej poszkodowanych. Niektóre zdarzenia ilustrował slajdami, pokazując, jak stado koni pędząc na pastwisko rozdeptuje stado owiec oraz jak znarowione konie blokują ruch uliczny w Afarze. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – Tym pytaniem gubernator przypomniał niebezpieczeństwo skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach zwierząt, wygodnie zapominając, że właściciele skutecznie odrobaczają swoje konie. Nie martwił się o to, ponieważ miał przygotowany kontrargument, że są przecież jeszcze dzikie konie zapomniane przez opatrzność i człowieka.

– Potrzeba nam krowiego mleka, a nie końskiego nawozu do hodowli pieczarek. Potrzebujemy krów, a nie koni. – Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj gubernator ostatecznie podsumował stanowisko rządu w sprawie koni.

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta przypominająca posturą dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła ona egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse i była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa. Jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada. Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowało jej kształtne ciało krągłościami przypominające hinduską boginię płodności. Kiedy Niotse szła ulicą poruszając biodrami, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je tylko po to, aby uniknąć powiedzenia czegoś szalenie bezecnego lub intymnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką z wizją przyszłości i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady. W jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; Niotse była wnuczką przywódczyni słynnej grupy partyzanckiej Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, gdzie urodziły się jej babka i matka. 

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń związanych z anarchią. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Eko lub po prostu Front.

Nowy manifest organizacji skutecznie integrował – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody obrońców koni i anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: zdecydowana opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem Frontu było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Organizacja dopuszczała każdą metodę działania koncentrując się na mobilizacji społeczeństwa dla realizacji swoich celów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień, aby dokonywać przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o szczególnym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt. W praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując, gdzie tylko można, urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami. Front skrzętnie dokumentował praktyki rządu. Ich publiczne ujawnienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie świadomości obywatelskiej, że rząd postępuje nieuczciwie i jest dwulicowy. Nienawiść do władzy stanowiła podstawową siłę anarchii, u której podstaw leżało umiłowanie wolności i dobro wszystkich żywych istot. W odpowiedzi ideolodzy rządowi piętnowali postępowanie Frontu Wyzwolenia Koni nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że część obywateli odrzucała je od ręki. Ucząc się na błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować od razu i w całości, tylko je dawkować, kawałek po kawałku, aby łatwiej trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję ich poglądów Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań organizowanych przez Front Wyzwolenia Koni. W odpowiedzi na takie pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo pomiaru gruntów i sporządzania planów zagospodarowania zostało tak skonstruowane, że ludzkie siedliska ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki – miejsca niezbędne koniom do życia. Co więcej, w imię ochrony własności prywatnej państwo zezwalało grodzić wszystko, co tylko dało się oznaczyć słupkami. Obywatele mieli prawo nabywać grunty włącznie ze źródłami, strumieniami, stawami i jeziorami. Nabyte tereny właściciele otaczali murem lub stalową siatką, skutecznie blokując dostęp zwierząt do wody. Były to zabójcze praktyki.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 120: Propozycja rozwiązania problemu koni

Na kolejnym spotkaniu klubu dyskutowano stosunek rządu do koni i środowiska naturalnego. Brak regulacji prawnych zapewniających koniom ochronę wyczerpał do dna cierpliwość członków klubu; byli zdecydowani podjąć drastyczne kroki. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę Eryka Humusa, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis, rodzaj testamentu, świadczący o jego zagubieniu i rozpaczy. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Zapytany kiedyś, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez noża, odpowiedział:

– Próbowałem skończyć z sobą. Wisiałem już u sufitu z liną zaciskającą się wokół mojej szyi, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Przeciąłem linę. To on mnie uratował. – Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża przy sobie sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny samobójcy.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Proszę was o rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję. Wierzę, że im bardziej będzie ona radykalna, tym skuteczniejsza. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i zbuntowani ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący w wygodnych fotelach sprawy bez znaczenia dla przyszłości kraju i świata.

List przedstawiał dane statystyczne oparte na najnowszych badaniach naukowych; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosi 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,10 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Obliczenia naukowców wskazywały też, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę. Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie dopuścić do unicestwienia przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wyliczenia tylko potwierdzały to, co członkowie Anarchii wiedzieli od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla koni i innych zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcina gałąź, na której siedzi. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która ostatecznie rozwiązałaby problem. Okazała się ona szaleńczo trudna.

W trakcie dyskusji największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy i pseudonimie Anabaptysta, przedstawił zaskakującą propozycję integracji człowieka i konia. Proponował nazwać tę hybrydę Centaurem. Miało to być idealne zwierzę, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślenie, użyteczność, siłę, pracowitość, nieagresywność. Co najważniejsze, Centaur miał konsumować tylko tyle zasobów, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji.

– Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy nawet kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą. – Podsumował Anabaptysta.

Pomysł wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali go za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd uczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad zwierzętami. Było pewne, że napotka zdecydowany opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, regularnie powołującego się na Biblię, źródło mądrości Stwórcy, poddającą zwierzęta panowaniu ludzi.

Zarządzono głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że będą głosować nieformalnie, tylko dla wyrażenia opinii, co sądzą o propozycji.

Wynik głosowania okazał się nierozstrzygający: tyle samo osób było za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak ty, Anabaptysto, widzisz w praktyce stworzenie takiego Centaura w sensie produkcyjnym, medycznym czy technologicznym?

Anabaptysta odpowiedział bez wahania, wyraźnie wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wielu obywateli Nomadii uzna za manipulację genetyczną. Stworzenie Centaura będzie łączyć się z wieloma ryzykami; nie umiem ich ocenić. Jest to projekt piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości.

Szczerość Anabaptysty była przekonywująca. Wyzwań było więcej niż można było sobie wyobrazić. Członkowie Anarchii byli zgodni tylko w jednym: hybryda człowieka i konia była dla ludzkości jedynym rozwiązaniem.

– Nie mamy alternatywy. – Zreasumował Anabaptysta.

0Shares

Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 97: Szampan i wiec przedwyborczy

Tuż za bramą cmentarza, na wychodzącą na końcu rodzinę i przyjaciół zmarłego, czekało dwóch kelnerów w lokajskich strojach ze stolikiem, szampanem w lodzie i kieliszkami, zachęcając serdecznie do pocieszenia się trunkiem. Byli to aktorzy wynajęci przez Sefardiego Barokę.

– To dar wspominkowy od Mistrza. – Dodawali z promiennym uśmiechem, jakby częstowanie gości pogrzebowych sprawiało im szczególną radość. Sami też nie krępowali się pić, twierdząc, że tak im nakazał zleceniodawca. Wyjaśnił im, że lubi szokować ludzi łamiąc sztywne zasady i konwenanse, i oni też tak mają postępować. Do pijących szampana przyłączyło się kilku przedstawicieli władz, kiedy im wyjaśniono, że zmarły był oryginałem i serwowanie szampana za bramą cmentarza było zgodne z jego wolą.

– Prawo tego nie zabrania – wyjaśnił z uśmiechem starszy kelner, wysuwając tacę z kieliszkami szampana w kierunku prezesa sądu okręgowego i towarzyszących mu osób.

– Prawo to prawo – podsumował gość z przekonaniem. Wciąż myśląc o tym, jak mało znał zmarłego, podniósł do góry kieliszek, aby wznieść toast. Miał już na języku „za zdrowie Sefardiego Baroki”, kiedy zdał sobie sprawę, że byłoby to niewybaczalne faux pas.

*****

Tłum gromadził się od godzin porannych, mimo że wiec miał rozpocząć się dopiero o godzinie czternastej. Organizatorzy mieli ogrom pracy do wykonania. W pierwszej kolejności należało pokierować osobami przybywającymi indywidualnie i grupowo w taki sposób, aby wchodziły na teren wiecu przez odpowiednio oznaczone bramki. Na ich prośbę, powtórzoną w przekazie radiowym i telewizyjnym przez samego gubernatora, przybywający na wiec ludzie identyfikowali się kolorami ubiorów i plakietkami osobistymi.

Ustawienie wielkiej masy ludzi wymagało jakiegoś schematu, planu przestrzennego. Przygotował go wcześniej sam gubernator. Nie oczekiwał od siebie arcydzieła, tylko zwykłego, dobrze wykonanego szkicu, co mu się udało choć nie bez wysiłku, jak każda intelektualnie angażująca czynność, oraz kilku gniewnych splunięć na podłogę, które dedykował swoim przeciwnikom politycznym. Gubernator Blawatsky potrafił był wyrazisty.

Nie zawsze planowanie wiecu szło mu dokładnie tak, jak sobie z góry założył, dlatego dla dodania sobie animuszu i rozjaśnienia umysłu, nalewał sobie do kieliszka trochę koniaku i uzupełniał go w miarę potrzeby. Camus XO Borderies był jego najulubieńszym trunkiem, można by powiedzieć, wręcz ukochanym, również ze względu na kształt butelki wykonanej w stylu retro. Planując wiec gubernator doznawał szczególnego uczucia wykonywania pracy ważnej dla społeczeństwa, kraju, a może nawet i ludzkości. Tak go to uwznioślało, że odczuwał szum w głowie. Czasem nawet miał wrażenie, że unosi się w powietrzu, a raz nawet faktycznie lewitował. Nie wspominał o tym nikomu, bo by mu nie uwierzono. Jego umysł pracował z niezwykłą jasnością, wszystko doskonale porządkował, szufladkował i pamiętał, gdzie kto sto i co robi. Gubernator miał na myśli oczywiście uczestników wiecu, których autentycznie szanował, ponieważ decydowali w wyborach o jego sukcesie.

Planując wiec przedwyborczy, na którym ludzie będą czuć się wygodnie i podniośle, przynosiło mu radość. Był to stan umysłu tak wyjątkowy, że gubernator nie potrafił go nawet dokładnie określić. Nie było zresztą takiej potrzeby. Ważne było jedynie to, że zgromadzenie było przygotowane na tip top dzięki jego perfekcyjnemu podejściu. Wyraz pedantyczny, który byłby może i lepszy do opisu sytuacji, wydawał mu się niestosowny. Nawet jeśli jego postępowanie nie zawsze było zrozumiałe dla wszystkich – tak sobie rozumował gubernator, ciesząc się, że uczestniczy w rzeczach wielkich – to nie była to jego wina, że inni nie nadążają za nim.

*****

Uczestnicy wiecu Partii Konserwatywnej zostali podzieleni na cztery kategorie. Termin „kategoria” nie kojarzył się zbyt dobrze gubernatorowi, był obcego pochodzenia i aczkolwiek zadomowiony w języku ojczystym, był niechętnie przez niego stosowany.

Przed trybuną wiecową, na samym przodzie zgromadzenia, w pierwszym rzędach krzeseł, siedzieli reprezentanci Kościoła Hierarchicznego, hierarchowie i półhierarchowie. Za nimi stali kapłani niżsi rangą i różni urzędnicy kościelni. Była to duża grupa, nazywana kościelną przez organizatorów. Na planie oznaczono ją numerem jeden. Ubrani na czarno wyróżniali się nie tylko ubiorem, ale powagą zachowania. Duchowni cieszyli się szczególnym szacunkiem gubernatora, który nie omieszkał podkreślać tego w swoich powitaniach. Kościół, ze względu na pozycję społeczną i wpływy, był jednym z najważniejszych filarów wsparcia Partii Konserwatywnej w sprawowaniu władzy i budowie wizerunku mądrego i cieszącego się zaufaniem rządu.

Za grupą kościelną ustawili się przedstawiciele wolnych zawodów, aktorzy, prawnicy, lekarze, pracownicy naukowi, włącznie z profesorami zwyczajnymi i nadzwyczajnymi. Była to grupa numer dwa. Barras traktował tych ludzi jako zaplecze intelektualne partii, z którego pomocy chętnie korzystał on i jego sztab. Jeden z zaufanych pracowników Barrasa szybko policzył członków tej grupy, o czym później dyskutowano. Na pół godziny przed rozpoczęciem wiecu zanotowano w tej grupie trzech artystów teatralno-filmowych, jednego satyryka, sześciu dziennikarzy i redaktorów, dwudziestu pracowników naukowych niższej rangi oraz trzech profesorów zwyczajnych, czterech nadzwyczajnych i dwunastu z plakietkami „profesor emeritus”. Kontakt z tymi ostatnimi był utrudniony, ponieważ byli przygłusi z powodu hałasu, na jaki byli narażeni przez kilkadziesiąt lat pracy na uczelni.

Po prawej stronie grupy kościelnej ustawiali się emeryci, renciści i inwalidzi. Była to grupa numer trzy. Ten sektor zastawiony był rzędami krzeseł, aby zapewnić wygodę starszym i mniej sprawnym uczestnikom wiecu. Było to ważne, ponieważ gubernator lubił przemawiać; podekscytowany licznym audytorium potrafił zapętlić się w długie wystąpienie.

Grupę numer cztery, stojącą na lewo od grupy kościelnej, stanowili bezrobotni i ludzie o niskich dochodach. Mieli tu także być przedstawiciele urzędów pracy, którzy wspierali jednostki poszukujące pracy poradami, jak jej szukać, jak pisać CV oraz jak udanie uczestniczyć w wywiadach. Była to usługa bezpłatna. Sporo osób korzystało z niej przed rozpoczęciem i po zakończeniu wiecu, czasem nawet w czasie jego trwania. Gubernator przymykał na to oczy, choć wolałby, aby wszyscy uczestnicy koncentrowali się na wystąpieniach przywódcy partii i zaproszonych dygnitarzy. 

Z tyłu za wszystkimi grupami zgromadzili się zwyczajni obywatele, ludzie prości, często niewykształceni. Ubrani w różne odcienie szarości, czerni i brązu, a nawet ciemnoróżowo, jak kto mógł i lubił, stanowili oni trzon społecznego wsparcia Partii Konserwatywnej. Liczebnie przewyższali wszystkie pozostałe grupy razem wzięte. Nazywano ich żelaznym elektoratem.

Nie była to łatwa grupa. Ludzie ci mieli swoje fochy i oczekiwania. Zdarzało się, że przychodzili tłumnie, innym razem sektor wyglądał jakby był przetrzebiony ciężką epidemią. Najczęściej to właśnie dla nich gubernator organizował poczęstunek, popularnie nazywany kiełbasą wyborczą. Z reguły był to caldo de pollo, solidny rosół z kawałkami mięsa kurczaka, ziemniakami i warzywami, pomidorami, cebulą, wszystko to przyprawione czosnkiem i kolendrą.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 57: Maski i spór Barras-Sefardi.

Na Placu Centralnym Afary pojawiły się nowe lustra deformujące sylwetkę Sefardiego. W ciągu kilku dni jego nieobecności rządowa prasa nie pozostawiła na nim suchej nitki. Przypisano mu zgubny wpływ na młodych, niedoświadczonych ludzi, odwracanie swoimi wynalazkami uwagi od spraw dzieci i rodziny, a w dodatku zachęcanie ich do konsumpcji dóbr luksusowych.

Wynalazca postanowił nie pozostać dłużny gubernatorowi. Czekał na okazję. Kiedy otrzymał zaproszenie do zwiedzenia zakładu wyrobów gumowych i środków pirotechnicznych, nie miał jeszcze żadnego planu. Zaproszenie dostarczył goniec firmy, mężczyzna o skromnej posturze i twarzy tak nabrzmiałej czerwienią, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zapraszającym był członek Fan Clubu Sefardiego, miłośnik jego twórczości, niejaki Asturias. Zachęcał Sefardiego do odwiedzenia swojego zakładu w dowolnym czasie obiecując niespodziankę. – Będzie dla mnie zaszczytem osobiście oprowadzić Pana po zakładzie i pokazać nasze osiągnięcia. Jestem pewien, że będzie Pan zadowolony – wykaligrafował odręcznie kończąc wyraźnym podpisem. Zaproszenie miało kształt i wygląd maski ludzkiej twarzy.

*****

Zakład mieścił się w budynkach dawnej manufaktury dywanów. Zaraz za bramą wjazdową, na której figurował wielki napis „Bania Spółka Rodzinna”, z niskiego fundamentu po lewej stronie drogi wewnętrznej wyrastał wielki komin; wyglądał, jakby zaraz miał zacząć dymić. Za nim rozciągał się długi budynek z przybrudzonej czerwonej cegły z frontową ścianą wypełnioną drobnymi oknami. Była to hala produkcyjna. Wewnątrz siedzieli w długim rzędzie pracownicy ubrani w białe fartuchy i sprawdzali gumowe maski przesuwające się przed nimi na taśmie. Dalsze pomieszczenie służyło za suszarnię. Rozwieszone na dolnym fragmencie ściany maski imitowały twarz Barrasa. Był to ten sam wizerunek, ale w wersjach demonstrujących różne uczucia: gniewu, zdziwienia, strachu, smutku i radości. Sefardi nie krył zaskoczenia.

Właściciel zakładu wyjaśnił, że maski cieszą się szczególną popularnością wśród młodzieży, ale nie tylko. Męski i żeński wizerunek twarzy gubernatora sprzedawał się równie dobrze. Ludzie używali masek na publicznych demonstracjach i wiecach, spotkaniach prywatnych, albo dla zabawy, albo dla demonstracji swych uczuć wobec gubernatora. Co dziwne – wyjaśnił Asturias – nabywały je dwie różne grupy obywateli: zwolennicy szefa rządu w celu okazania mu poparcia, przeciwnicy – w celu ośmieszania go. – Nie sposób to zrozumieć, ale tak jest. Sprawdziliśmy. Ta sama maska może być oceniana w różny sposób. Przez moment Sefardiemu wydawało się, że jego nazwisko brzmi Onegiras. Zwodniczość masek udzieliła się na moment jego własnej pamięci.

– Czy produkuje pan może podobizny głów zwierząt przypominające głowę człowieka? – Pytanie Sefardiego podobało się Asturiasowi. Zbliżała się pora obiadowa i właściciel firmy zaprosił gościa do pobliskiej restauracji dla przedyskutowania pomysłu.

Kilka dni później na ulicach pojawiły się „zwierzęce twarze gubernatora”. Były to egzemplarze próbne: dwa zwierzątka, żaba i lis, które po nadmuchaniu powiększały się do rozmiarów ludzkiej głowy. Doskonale przypominały twarz gubernatora w obszarze oczu, nosa i ust.

Zabawa z gumowymi zwierzątkami szalenie się podobała. Po kilku dniach we wszystkich zakątkach stolicy setki dzieci dmuchały ustnie, pompkami rowerowymi lub elektrycznymi, nowe, wciąż ulepszane wersje zwierząt z podobizną gubernatora, do której dodano wizerunki czołowych postaci jego gabinetu. Zwierzątka były poruszane małym urządzeniem na bateryjkę, skakały do przodu, niektóre wydawały ostre piski, rechot lub naśladowały śmiech Barrasa. Asturias wprowadził wkrótce innowacje; niektóre zwierzątka po zderzeniu ze ścianą przyklejały się do niej, inne wybuchały jak przekłute balony, jeszcze inne rozpadały się w powietrzu zostawiając niemiły zapach.

Produkty zostały zakwestionowane jako obrażające godność osobistą gubernatora. Rząd nie czekając na wyrok sądu uznał zabawki za pozbawione gustu, obrażające uczucia publiczne, a zabawę nimi za perwersyjną rozrywkę propagandową inspirowaną przez opozycję i wydał zakaz ich produkcji. Wkrótce produkcję i publiczne demonstrowanie także masek z podobizna gubernatora uznano za działalność antypaństwową.

Zakaz i nałożone kary wywołały sabotaż. Nieznani sprawcy wypuszczali w miejscach publicznych nowe, udoskonalone zwierzaki i eksplodowali je na odległość, kiedy zbliżał się policjant, strażnik miejski lub inny przedstawiciel władzy. Śledztwo okazało się trudne. Policji nie udało się udowodnić, kto zlecał, sponsorował lub opłacał produkcję lub dystrybucję. Wszyscy oskarżeni tłumaczyli się, że kupowali zabawki na bazarze, rynku lub lokalnym targu. Sprzedający natychmiast znikali ze sceny lub wymieniali się niepostrzeżenie po sprzedaży małej ilości egzemplarzy. 

Napięcie między Gubernatorem a Mistrzem stało się sprawą publiczną, kłopotliwą dla obydwu. Pojawili się mediatorzy, usiłujący załagodzić spór i zaproponowali, aby zainteresowani spotkali się i spróbowali dość do porozumienia. Nie była to inicjatywa ani Gubernatora, ani Mistrza, ale anonimowej wysokiej osobistości Kościoła Hierarchicznego, niemogącej pogodzić się z tym, że dwaj znani obywatele walczą ze sobą.

Wedle informacji prasowych, Mistrz oskarżał Barrasa o niszczenie sztuki i tradycji zegarmistrzostwa, zegara tradycyjnego oraz o wyrażanie krytycznych opinii o branży i o nim samym. Nie był to pogląd kompletny, gdyż spór był znacznie głębszy. Rzecznik rządu twierdził, że oskarżenia Sefardiego są całkowicie niesłuszne, ponieważ gubernator Barras nie jest przeciwnikiem sztuki zegarmistrzowskiej, rozumie i docenia osiągnięcia Mistrza Baroki, tylko inaczej widzi przyszłość zegarmistrzostwa w Nomadii; nie jako supernowoczesną technologię, lecz jako specjalizację zawodową opartą na tradycji. – Nasza tradycja zegarmistrzowska ma i będzie miała wielkie znaczenie także w przyszłości, ponieważ jest fundamentem tożsamości narodowej – kilkakrotnie powtarzał rzecznik gubernatora.

Do spotkania długi czas nie dochodziło, ponieważ gubernator był niezwykle zajęty. W odpowiedzi na nieustępliwość Barrasa, Sefardi skonstruował zegarek prześmiewczy. Na jednej połowie cyferblatu pokazywał on czas uniwersalny, a na drugiej czas Barrasa. Przesunięcie daty o jeden dzień do przodu na skali zegarka uniwersalnego, powodowało cofnięcie daty o jeden dzień na drugiej skali. Jedna część cyferblatu wskazywała czas posuwający się do przodu, druga cofający się.

Spotkanie nie doprowadziło do porozumienia, ani nawet zbliżenia stanowisk. Mężczyźni rozstali się chłodno.

– Mamy dwa różne charaktery. – Wyjaśniał Sefardi w gronie przyjaciół. – Jego zegarek wskazuje przeszłość, mój teraźniejszość. Ja patrzę w przód, on ogląda się za siebie, do tyłu. Ja chciałbym, aby społeczeństwo było nowoczesne i postępowe, on, aby trwało w historii i tradycji. Nic na to nie poradzimy, mamy oczy z przeciwnej strony głowy i w związku z tym zupełnie inne wizje świata. Rzecznik rządu, do którego dotarła ta informacja, odpowiedział, że sytuacja jest dokładnie odwrotna.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Szalejący nepotyzm.

Wobec inwazji Konserwy na stanowiska państwowe, opozycja nie zasypiała gruszek w popiele. Powołała tajną grupę roboczą; pracując intensywnie w krótkim czasie sporządziła listę mianowań Konserwy na najwyższe stanowiska. Przy każdym nazwisku określono kwotę uposażenia miesięcznego, śledzono też jego wzrost. Okazał się on fenomenalny. Opozycja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiono kompletną listę nepotów, często osób bez kwalifikacji. Niektóre awanse były wręcz obraźliwe dla obywateli. Hodowca drobiu, półanalfabeta, reklamujący się w prasie pod hasłem „chodowla kór”, otrzymał stanowisko szefa państwowej straży pożarnej, odpowiedzialnej za gaszenie miliona pożarów rocznie.

– To wyraz najbardziej potwornego nepotyzmu, zjadającego nasz kraj – krzyczał w parlamencie przedstawiciel Libery.

Okazało się, że hodowca drobiu otrzymał uposażenie roczne stanowiące równowartość czterech samochodów straży pożarnej, których deficyt od lat nękał tę służbę. Stanowisko otrzymał za zasługi dla partii, konkretnie za bezpłatne dostawy kurczaków na konferencje i festyny partyjne. W odpowiedzi na krytykę rzecznik rządu stwierdził, że członek opozycji przedstawiający informację nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ponieważ sam jest prostym rolnikiem, w dodatku nie jest bez skazy, gdyż sąsiedzi oskarżali go o znęcanie się nad zwierzętami a nawet o zoofilię.

Ogłoszona publicznie lista uposażeń i wypowiedzi stron rozpętały burzę, porównywaną przez dziennikarzy do tornada wyrywającego z korzeniami drzewa, zmiatającego mosty i przenoszącego budynki na odległość kilkudziesięciu metrów. Była to walka na argumenty i kontrargumenty, twierdzenia i zaprzeczenia, prawdę i kłamstwo. Rząd natychmiast wszczął śledztwo i skierował sprawę do prokuratury oskarżając przywódców opozycji o ujawnienie tajemnicy państwowej oraz naruszenie godności członków partii konserwatywnej. Po uzyskaniu opinii prawników zmienił kwalifikację czynu na „ujawnianie wrażliwych danych państwowych”. Prorządowa prasa i telewizja rozpoczęły nagonkę na przywódców opozycji. Wkrótce otrzymali oni wezwania do prokuratury w celu składania zeznań. Złożenie jednego zeznania nie kończyło sprawy; za pierwszym poszły następne uzasadniane potrzebą uzupełnień i dodatkowych wyjaśnień. Pojawiły się też zakamuflowane groźby więzienia.

Reakcja rządu zaniepokoiła nie na żarty obywateli porażonych skalą nepotyzmu rujnującego skarb państwa. Organizowali się oni w grupy i utajniali swoją działalność, aby móc bezpiecznie śledzić kariery „ludzi z listy”. Stworzono system monitorowania nominacji i awansów. Informacje o uposażeniach były coraz trudniejsze do zdobycia, ponieważ władze mnożyły bariery dostępu do nich uzasadniając je potrzebą ochrony tajemnicy państwowej. W ministerstwach stworzono specjalne komórki do zwalczania wycieków informacji; ich klasyfikacja została rozbudowana do ośmiu poziomów: oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych, poufnych i bardzo poufnych, półtajnych, tajnych i supertajnych. Mimo utrudnień, bazy danych o ludziach z „Listy nepotów” powiększały się. Opozycjoniści posuwali się nawet do przekupstwa, aby zapewnić sobie dopływ informacji. Przy przekazie i odbiorze pieniędzy zachowywano najwyższą ostrożność. Zapłaty dokonywano przeważnie nocą w odosobnionych miejscach po upewnieniu się, że jest to bezpieczne.

Kolejna analiza dała ciekawe wyniki. W ciągu trzech miesięcy uposażenia ludzi z listy wzrosły prawie dwukrotnie. Zwiększyła się też ilość stanowisk. Duże firmy dzielono na mniejsze, tworząc w ten sposób nowe stanowiska dyrektorów rad nadzorczych i prezesów spółek oraz zwiększając liczbę ich zastępców. Okazało się, że prezesi urzędów i przedsiębiorstw państwowych mieli nawet po pięciu zastępców.

– To nie są już nawet oskarżenia, to kalumnie! – Krzyczeli posłowie Partii Konserwatywnej. – Zapłacicie nam za to!

*****

Sefardi był coraz bardziej zbulwersowany zmianami zachodzącymi w aparacie państwowym oraz drastycznie pogarszającym się stanem budżetu. Zagłębiał się w fotel i rozmyślał, dokąd zmierzają zmiany. Biurokraci rośli w siłę i zamożność, stając się klasą uprzywilejowaną. Należały do niej wyłącznie osoby typowane przez gubernatora, działacze Konserwy, członkowie ich rodzin i jego wierni przyjaciele. W swoim gronie nazywali siebie otwarcie nepotami, publicznie byli bardziej wstrzemięźliwi.

Wybrańcy gubernatora otrzymywali luksusowe, doskonale wyposażone, słoneczne gabinety z widokami na zieleń, stawy, jeziora lub rzeki. Budynki odnawiano i modernizowano układając na ścianach marmury sprowadzane z zagranicy, stanowiące same w sobie dzieła sztuki, oraz instalując posadzki zdobne w tak fantazyjne wzory, że wizytującym osobom dech w piersiach zapierało. Między piętrami budynków krążyły wielkie cichobieżne windy ze skórzanymi kanapami do relaksu. Kiedy parking okazywał się za mały, wykupowano sąsiednią posesję razem z budynkami i wyburzano je, aby zrobić miejsce na wielopiętrowy parking podziemny, gdzie samochody rozwoziła zautomatyzowana winda.

Po wprowadzeniu nowych, eleganckich uniformów nepoci chodzili po korytarzach jeszcze bardziej wyprostowani, z wysoko podniesionymi głowami, upierścienionymi palcami, niekiedy nawet ze złotymi łańcuchami na szyi. Najwyżsi urzędnicy nosili garnitury z lejącej się, jedwabistej wełny, latem cienkiej i przewiewnej, zimą ciepłej a mimo to lekkiej. Uniformy szyto na miarę, aby posiadacze prezentowali się w nich dystyngowanie. Opozycja złośliwie twierdziła, że niektórym nepotom z butów wystaje słoma; zaprzeczały temu zatrudnione przez rząd sprzątaczki, twierdząc, że na podłodze znajdowały tylko źdźbła siana, ale nigdy słomy.

W czasie przerw na posiłki nepoci zjeżdżali przeszklonymi windami prosto do restauracji zwanej Cafeteria Classica, gdzie o każdej porze dnia można było znaleźć w menu kawior, bakłażany, ser gorgonzola, świeżą rzodkiewkę normandzką i inne frykasy, łącznie z szerokim wyborem win i szampanów. Sprzedaż wódki ograniczono z uwagi na prostacki charakter i smak tego trunku. Posiłki, choć luksusowe, nie były kosztowne, subwencjonowało je państwo.

W ministerstwach i urzędach państwowych przeprowadzono reformę: kierownicy zostali awansowani na dyrektorów, dyrektorzy na dyrektorów generalnych. Wraz z usprawnieniami i poprawą warunków pracy wzrosło poczucie znaczenia pracy na państwowym stanowisku. Sumienia urzędników wydelikatniały jak puch gęsi, oni sami stali się niezwykle wrażliwi na punkcie swojego statusu i godności. Niektórzy zhardzieli i stali się aroganccy do tego stopnia, że zwierzchnicy a czasem nawet sam gubernator musieli im przypominać zasady savoir vivre urzędnika państwowego.

Wprowadzono również zmiany w obsłudze obywateli. Najpierw zmieniono ich nazwę z klientów na petentów, uznając tę drugą za bardziej stosowną i znaczącą. Na nowo określono prawa, obowiązki i odpowiedzialność petentów. Wkrótce musieli oni załatwiać sprawy urzędowe w białych rękawiczkach, aby nie wywoływać alergii urzędników widokiem zaniedbanych, zniszczonych lub niezbyt wypielęgnowanych dłoni. Zmieniono także procedury, usprawniając proces skarg i zażaleń. Wprowadzono nowe formularze, bardziej dokładne, aby skargi mogły być rozpatrzone z należną im uwagą i szczegółowością. Dyrektorzy urzędów i ich zastępcy zostali zobligowani regulaminami wewnętrznymi do osobistego rozpatrywania skarg nie rzadziej niż raz w miesiącu, co najmniej przez dwie godziny. Uznano to za niezwykłą szczodrość wobec petentów, zważywszy na ilość i złożoność obowiązków wysokich funkcjonariuszy administracji.

Dyskusję na temat pozycji i zachowań urzędników zakłóciła na krótko wiadomość o tajemniczej śmierci ministra finansów, znanego ze szczególnej ekstrawagancji i zamiłowania do ekskluzywnej kuchni. Policja ujawniła, że zginął on w wypadku drogowym. Kiedy rodzina i przyjaciele twierdzili, że było to zabójstwo, rzecznik policji oświadczył, że zbadają także ten motyw zgonu. Następnego dnia rzecznik nie zjawił się w pracy; jego następca podał do wiadomości, że odszedł on z pracy na własną prośbę. Indagowany przez dziennikarzy wyjaśnił tylko, że poprzednik przeszedł operację szczęki i bardzo trudno jest mu mówić.

Mimo, że sytuacja finansowa pogorszyła się wskutek ograniczeń wydatków, rząd uchwalił „Kartę funkcjonariusza państwowego” przyznając klasie urzędniczej nowe przywileje. Za funkcjonariusza uznawano „każdą osobę mianowaną na dowolne stanowisko przez gubernatora, wicegubernatora, ministra, dyrektora departamentu lub jego zastępcę”. Socjologowie określili sytuację mianem rozmytej rzeczywistości. Dokładnie nie było jednak wiadomo, co to znaczy.

Sefardi obudził się, kiedy już ciemniało za oknem. Przypomniał sobie wszystkie obrazy, jakie przewinęły mu się przed oczami. Nie uznał ich za sen, tylko za wizję, projekcję tego, co działo się w kraju. Natychmiast zadzwonił do Iwana Iwanowicza, aby podzielić się niezwykłym przeżyciem. Po wymianie zdań mężczyźni zgodzili się, że jest to jak najbardziej możliwe. Sefardi poczuł dreszcze. Powziął postanowienie, że będzie walczyć z rządem, w szczególności z gubernatorem-premierem Barrasem Blawatsky’m, na miarę wszystkich swoich sił i możliwości, aby nie dopuścić do nieszczęścia.

 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 40: Podejrzenia o rabunek

Opozycja od dawna podejrzewała masowe rozkradanie środków publicznych. Pierwsze informacje o tym, że rząd okrada państwo, wywołały oburzenie, uznano je za podłe oszczerstwo. Kiedy pojawiły się dane liczbowe, ilustrujące jak szybko rosną wydatki i pokazano jakie luki są w statystyce, że dane pojawiają się z opóźnieniem i są niekompletne, a dziennikarzom utrudnia się dostęp do informacji publicznych, obywatele zaczęli wierzyć, że rząd ukrywa prawdę. Podejrzewano nadużycia na wielką skalę.

Rzecznik rządu zaprzeczał, gubernator również. Wychodził w obstawie tylnymi drzwiami z parlamentu. Pytany unikał odpowiedzi lub odpowiadał zdawkowo: – Bzdura. Nie wie pani, co pani mówi! Wkrótce ukazała się ustawa grożąca więzieniem za głoszenie poglądów antypaństwowych, a nawet za zadawanie pytań określanych jako oszczercze wobec państwa. Dziennikarze rezygnowali z pytań ze strachu przed więzieniem, napadem lub inną formą agresji. Zdarzyło się kilka pobić, policja nie była w stanie ustalić świadków ani znaleźć sprawców.

Sprawy nie stały jednak w miejscu. Najpierw pojawiły się informacje na portalu społecznościowym „Naga prawda”, o tym, ile zarabiają wysocy funkcjonariusze państwowi, po czym nastąpiły ataki na rząd w innych miejscach w sieci. Rząd uznał oskarżenia za bezzasadne, nazywając je jawnym absurdem i totalną głupotą. Opozycja żądała zwołania specjalnej komisji do zbadania sprawy, na co gubernator od razu się zgodził, zaskakując oponentów. Rozgorzała dyskusja na temat składu komisji. Mniejsze partie opozycyjne czuły się pokrzywdzone proponowaną liczbą swoich przedstawicieli w komisji. Najwięcej sprzeciwu wywołała kandydatura przewodniczącego komisji. Opozycja nie godziła się na przewodniczącego z partii rządzącej, ponieważ to partia rządząca była oskarżona o manipulacje przy budżecie. Gubernator wyjaśnił, że tematem pracy komisji nie będzie budżet, tylko bezpodstawne oskarżenia opozycji szkalujące państwo, a pośrednio wszystkich obywateli.

*****

Barras obudził się przed świtem. Nie śpieszył się, nie miał żadnych obowiązków. Była niedziela z dobrą prognozą pogody. Wyszedł na taras, z którego rozpościerał się widok na rzekę. Było to jego ulubione miejsce, teren należał do jego rodziny. Był przewidujący, wolał nie być właścicielem wszystkiego, co nabył. Nie gromadził majątku pod własnym nazwiskiem. To była jego zasada.

Kiedy wzeszło słońce, promienie zabarwiły ścianę domu tak intensywną czerwienią, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi. Mężczyzna poczuł dreszcz. Następnego dnia, w miejscu naznaczonym czerwonymi promieniami, pojawił się napis „Okradacie państwo”. Wykonany byle jak, w pośpiechu, czarnym sprayem, był bardzo wyraźny. Podobne napisy pojawiły się na domach innych członków kierownictwa Partii Konserwatywnej. Nie mieli pojęcia, jak to się stało. Kamery pokazywały tylko niewyraźny cień przypominający ludzką sylwetkę zbliżającą się do ściany. Nie było widać żadnych szczegółów.

– To fachowa robota. Sprawca musiał mieć na sobie rodzaj peleryny rozpraszającej obraz w kamerze. Takie rzeczy może mieć tylko wojsko. Nie wiem nawet, czy my to mamy. – Opinia nie podobała się gubernatorowi. Sprawa była poważniejsza niż sądził. Odbył naradę z doradcami, politycznym i od spraw wizerunku. Trzeba było coś wymyśleć.

Kolejne posiedzenie parlamentu przyniosło zmianę stanowiska rządu. Zamiast zaprzeczać faktom, gubernator uzasadniał, dlaczego osobom na najwyższych stanowiskach należy płacić wysokie uposażenia.

– Chodzi o talenty. Członkowie rad nadzorczych, prezesi i dyrektorzy, zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny obywatel, ponieważ kierowane przez nich jednostki przynoszą potężne zyski państwu. Odmówił wyjaśnień, ile dokładnie zarabiają i jakie są to zyski, zasłaniając się tajemnicą służbową. Opozycja stanęła w martwym punkcie. Pytania stawiane przez nich na sali obrad i dziennikarzy na korytarzach pozostawały bez odpowiedzi. Rządzący zasznurowali usta.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Podejrzenia wobec rządu

Podejrzliwość Sefardiego wobec rządu miała swoje uzasadnienie. Wydatki budżetowe kraju od wielu miesięcy rosły w niebotycznym tempie. Nikt nie umiał przekonująco wytłumaczyć, dlaczego. Indagowany o to na korytarzu parlamentu gubernator odpowiadał lapidarnie:

– Proszę pytać ministra finansów.

Po kolejnym pytaniu, czy on sam nie potrafi tego wytłumaczyć, Blawatsky zatrzymywał się, patrzył wymownie na dziennikarkę i z uśmiechem politowania odpowiadał:

– Ja wiem wszystko, co dzieje się w kraju. Jeśli odsyłam panią do ministra finansów, to tylko dlatego, że jest on w stanie udzielić bardziej szczegółowej odpowiedzi. To jest jego działka. Zna budżet na wylot, z góry na dół i z dołu do góry, z lewej strony na prawą i z prawej na lewą.

Przedstawiciele mediów skarżyli się na utrudniony dostęp do danych statystycznych na stronie internetowej rządu. Informacje pojawiały się z opóźnieniem i były niekompletne. Rzecznicy rządu i ministra finansów dwoili się i troili, starając się wyjaśnić przyczyny trudności, wskazując awarie sieci komputerowej i sprzętu, pożary wywołane przez pracownika pominiętego w awansie, niedobór kwalifikowanych kadr, w końcu ograniczoną przepustowość systemu informatycznego.

– Ministerstwo już dwa razy zmieniało firmę wykonującą konserwację i naprawę systemu informacyjnego. To problem jeszcze z czasów poprzedniego rządu. Nie zrobili tego porządnie i teraz wszyscy cierpimy – tłumaczyła rzeczniczka rządu, postawna, niemłoda już kobieta, o oczach pozbawionych nawet cienia litości.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

3Shares