Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 197: Celibat, pokuta i nowe inicjatywy rządu

Nie chcąc uronić nawet kropli energii z decyzji, jaką podjął, Czarna Eminencja wrócił do swojego pokoju, ubrał się cieplej i zszedł na dół do kaplicy dla dopełnienia pokuty. Na podłodze leżał tak długo, aż zasnął ze znużenia. Wcześniej położył sobie poduszeczkę pod głowę, aby nie spoczywała na zakurzonej podłodze. Pomyślał, że zgrzeszył nadmiernym folgowaniem sobie, choć z drugiej strony miał prawo, a nawet powinność dbać o higienę. Ponadto nigdy nie słyszał ani nie czytał, że korzystanie z poduszeczki w trakcie leżenia krzyżem było sprzeczne z zasadami wiary.

W trakcie snu przez głowę arcybiskupa przewinęła się długa historia celibatu. Najpierw pojawił prorok Jeremiasz i esseńczycy ze Starego Testamentu, potem postacie Jezusa, Jana Chrzciciela, Jana Ewangelisty, Pawła, Tytusa i Tymoteusza dających przykłady życia w stanie bezżenności. W końcu ukazały mu się zapisy Synodów w Elwirze w roku 300, Ancyrze w roku 314, Kartaginie w roku 390, po drodze zaś Sobór Nicejski z roku 325. W jedenastym wieku celibat został usankcjonowany przez papieża Grzegorza VII w ramach reformy gregoriańskiej i ostatecznie ugruntowany przez Sobór Trydencki z listopada 1563 roku.

Po dwóch dniach rozmyślań i pokuty Czarna Eminencja uspokoił się; wiedział już, jaką decyzję podejmie dla dobra kościoła, państwa i społeczeństwa. Ostatecznie zadecydowało o tym jedno zdanie podsumowujące sens bycia duchownym: całkowicie poświęcić siebie Bogu i ludziom.

*****

Miała to być zwyczajna narada robocza, jedna z wielu organizowanych każdego miesiąca. Chodziło o pozycję rządu koalicyjnego w oczach społeczeństwa, jak jest odbierany i jakie to stwarza możliwości. Rząd potrzebował niebudzącego wątpliwości autorytetu społecznego. Gubernator i Czarna Eminencja byli zgodni, że rząd powinien plasować się znacznie wyżej w opinii społecznej. Szczególnie mocno nalegał na to arcybiskup.

– Bóg i naród nie są byle kim, aby służyli mu zwyczajni ludzie. Bóg jest królem, władcą, sublimacją arystokracji siły i ducha. Władza pochodzi z nadania boskiego i w Nomadii my ją stanowimy.

Gubernatorowi słowa arcybiskupa wydały się bardzo wzniosłe; przez moment myślał nawet, czy nie za bardzo. Wątpliwość prawie natychmiast go opuściła, kiedy arcybiskup przypomniał, że już Święty Paweł z Tarsu nie miał wątpliwości, że wszelka władza pochodzi od Boga. Powtórzył to po łacinie: Non est potestas nisi a Deo. Bóg to nie jest byle kto! W dyskusji mężczyźni przytaczali i powtarzali argumenty tak długo, że nie pozostawiły one żadnych wątpliwości: władza, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jest uprzywilejowana przez Boga i zasługuje na najwyższy szacunek.

*****

Anemiczna reakcja społeczeństwa na kolejne wezwania rządu do prokreacji dała gubernatorowi i Eminencji wiele do myślenia. Wniknęli głębiej w przyczyny. Okazało się, że w wyniku Apokalipsy wielu obywateli straciło pewność siebie i skapitulowało. Rząd i kościół dostrzegli w tym nową szansę.

– Masy społeczne oczekują, że będziemy za nich myśleć i wskazywać im drogę. Ludzie pragną, aby nimi sterowano, bo tak jest im łatwiej żyć. –  Gubernator i Eminencja postanowili wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

Wśród osób najbardziej potrzebujących przewodnictwa zidentyfikowano analfabetów, ludzi z minimalnym wykształceniem, osoby zagubione w rzeczywistości, bez własnych poglądów i opinii, ignorantów. alkoholików, wyrobników o niskich kwalifikacjach i zarobkach, jednostki o niskim wskaźniku inteligencji, także niektórych bigotów i dewotów, zagubionych w drobiazgowej pobożności. Jak się wkrótce okazało, była to definicja zawężająca, ponieważ wśród potrzebujących przewodnictwa było sporo osób wykształconych. Jedynie artyści i ludzie wolnych zawodów okazali się odporni na wpływy rządzących, egoistycznie preferując własne sumienia i poglądy. Rząd uznał, że w sytuacji masowego zagrożenia, wolność jednostki musi być dawkowana, ponieważ może naruszać interes ogółu.

– Jeśli chodzi o wolność w sprawach prokreacji, to obywatele muszą dopiero nauczyć się z niej korzystać. – Czarna Eminencja zgodził się bez wahania z tym oświadczeniem gubernatora.

Czytaj Michaela Tequilę. Książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 195: Karty kredytowe i kaznodzieje

Kiedy okazało się, że siłą nie da się przekonać ludzi do prokreacji, policja opracowała i przetestowała kilka form perswazji. Najbardziej obiecująca okazała się pomoc finansowa, rzecz niekontrowersyjna sama w sobie, praktykowana na przestrzeni wieków.

Wytypowanym osobom rząd oferował bezpłatne karty kredytowe. Jak przekonywały ogłoszenia reklamowe, były one tak nadziane gotówką, że mogły nie mieścić się w portfelu. Karty wydawał wytypowany przez rząd bank. Krążyły o nim pogłoski, że jest pralnią brudnych pieniędzy. Oczywiście nikt nie brał tego poważnie, ponieważ nikt nigdy nie słyszał o pralni rozdającej gratis karty kredytowe. Karty były łatwe do identyfikacji: karta brązowa za pierwsze dziecko, srebrna za drugie i złota za trzecie. W przypadku nienarodzenia się dziecka w ciągu dwunastu miesięcy od otrzymania karty, beneficjent miał obowiązek zwrócić kartę bankowi oddając tylko połowę środków na niej zdeponowanych. Była to forma zachęty do zapoznania się z systemem. Rząd przewidywał wydanie kart diamentowych, wstrzymywał się jednak z decyzją do czasu sprawdzenia, jakie efekty przyniosły trzy pierwsze karty. 

„Kredytowy system perswazyjny”, jako go nazywano, obliczony był na ludzką chciwość. Oczywiście nikt nie mówił o tym głośno. Mając coraz więcej dzieci obywatele byli w stanie nie tylko poprawić swoją sytuację, ale i dorobić się, stać się ludźmi majętnymi, a przy kilkunastu dzieciach wręcz bogaczami.

Mimo niewątpliwych korzyści i intensywnej reklamy ludzie nie przyjmowali kart, bojąc się powtórki Apokalipsy, a jeszcze bardziej uzależnienia od banku. Nie miał on dobrej opinii. Wiele osób uważało, że został założony przez oszustów, aby naciągnąć klienta na kredyt lub pożyczkę i zlicytować go przy pierwszej niemożności spłaty, przejąć jego mienie i wypluć na bruk w charakterze bezdomnego nieudacznika.

Otrzymywane pocztą karty ludzie palili często nie zastanawiając, czy nie warto byłoby podjąć z nich choćby trochę gotówki. Karty były wykonane z tworzywa sztucznego i przy spalaniu wydzielały charakterystyczny dym i swąd.

Drony potajemnie wysyłane przez policję wykrywały nietypowy dym i zapach. Był to znak sugerujący, że osobnik niszczący kartę jest przeciwnikiem prokreacji. Korzystając z organizacji  prania brudnych pieniędzy, głównie pochodzących z handlu narkotykami, rząd dysponował już wtedy worami pieniędzy i mógł pozwolić sobie na supernowoczesne techniki i technologie, o jakich zwykli śmiertelnicy nie mieli nawet pojęcia.

*****

Najbardziej oddani sprawie ratowania społeczeństwa byli kaznodzieje. Byli niezwykle aktywni; gromili przeciwników prokreacji oraz tłumaczyli, wyjaśniali i nawracali zgodnie z posłaniem „Idźcie i rozmnażajcie się”. Kościół opłacał ich sowicie, aby bez codziennej troski o utrzymanie mogli głosić prawdy boże. Zdarzały się przypadki, że kaznodzieja miał nawet kilkoro dzieci. Nie wpływało to najlepiej na reputację kościoła, gdyż ludzie mu niechętni nazywali ich dzieciorobami żerującymi na łatwowierności społeczeństwa. Kościół ich nie bronił, ale też nie ganił, mając na uwadze demograficzne korzyści ich postępowania.

Kaznodzieje byli niezwykle skuteczni, ponieważ – w odróżnieniu od księży – trafiali przede wszystkim do osób, które nie przychodziły do kościoła. Zjawiali się wszędzie tam, gdzie było dużo ludzi. Ulubionym miejscem ich wystąpień były ośrodki handlowe, place przed supermarketami i dużymi sklepami, szkoły, a nawet więzienia. Ustawiali tam przenośne regały z broszurami promującymi wiarę i prokreację. Głosząc kazania nawiązywali do najlepszych tradycji krasomówstwa z czasów średniowiecza, które cechowała głęboka religijność. Po pewnym czasie do zawodu kaznodziei – z uwagi na tragiczną sytuację demograficzną – dopuszczano także kobiety.

Sytuacja Kościoła Hierarchicznego była mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Wielu obywateli doznało tak wielkich cierpień w okresie Apokalipsy, że odwrócili się od Boga obarczając go winą za nieszczęścia. Niektórzy zhardzieli do tego stopnia, że nie wierzyli już nawet kościołowi mimo jego szczerego zaangażowania w niesienie pomocy ofiarom żywiołów. Wskutek przebytych cierpień ludzie stali się cyniczni nawet wobec przyjaciół, modlących się o pomoc do Boga w tragicznych momentach. Pytali i szydzili:

– I co? Wymodliliście coś w czasie Apokalipsy? Jakiś ratunek lub pomoc otrzymaliście, choćby ulgę w rozpaczy?

Z okazji Dnia Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet, Dnia Wiosny oraz Dnia Miłosnych Uniesień, składam Wszystkim Paniom najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Paniom smutnym życzę radości, radosnym, aby takie pozostały, a wszystkim bez wyjątku życzę miłości, dzieci pięknych i mądrych, mężów i partnerów wiernych jak pingwin, czułych jak rybka i bogatych jak szejk arabski, także egzotycznych wycieczek

oraz uposażeń na poziomie dyrektorek departamentów Narodowego Banku Polskiego.

Do życzeń dołączam wiersz i wielkie, kwieciste Alleluja.
Michael Tequila

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Australia, Morphett Vale, 24 luty 1996
(Ze zbioru: Michael Tequila: „Oniemiałość”, przewidzianego do publikacji w 2019)

PS „wiernych jak pingwin, czułych jak rybka” to zapożyczenie z GS24.pl.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 193: Artyści włączają się do walki o prokreację

Rząd potrzebował specjalistów do przygotowania materiałów edukacyjnych i propagandowych. Tajna policja szybko ustaliła nazwiska artystów grafików, ilustratorów, malarzy, rzeźbiarzy i plastyków uczestniczących w manifestacjach i wezwała ich do wyjaśnienia swego udziału w antypaństwowych demonstracjach.

Protestowali twierdząc, że nie były to wystąpienia antypaństwowe, tylko zwykły protest obywatelski. Niewiele im to pomogło. Argumentacja policji była silniejsza. Mieli zdjęcia, nagrania, świadków. Wybrane osoby skierowano do Ministerstwa Kultury, gdzie przeprowadzono z nimi szczegółowe wywiady. Pytano ich, jak widzą swoją rolę jako artyści i jako obywatele. Wyjaśniano im, czego oczekuje od nich państwo. Większość wywiadów kończyła się umowami na tworzenie sztuki na potrzeby programu prokreacji.

*****

W warsztatach artystów rozpoczęła się intensywna praca. Malowano, rzeźbiono i tworzono na dziesiątki innych sposobów wizerunki gasnącej demografii, prezentując ją jako nową Apokalipsę, monstrualną klęskę, jaką przeciwnicy prokreacji ściągają na naród.

Poszukując nowych form wyrazu zwolennicy symboliki w sztuce powołali do życia Ruch Artystyczny Nomen Omen. Wykorzystywał on tajemnicze znaki i symbole, aby tworzyć wyobrażenia matek i ojców jako zbawicieli narodu. Przeciwników prokreacji prezentowano jako jego wrogów, nowoczesne kołtuństwo, skansen zabójczej przeszłości. Krytycy sztuki Nomen Omen nazywali jej wyznawców służalcami i propagandzistami rządu i zakłócali ich pracę, tak że musiała interweniować policja.

Maszyna propagandy artystycznej pracowała pełną parą, wymyślano nowe hasła i slogany. Rząd straszył obywateli statystyką czarnej przyszłości tak skutecznie, że masowo wykupowali miejsca na cmentarzach. Ludzie wierzyli propagandzie, nie zastanawiając się, czy dane są prawdziwe czy nie. Oddziaływanie nowego ruchu było coraz szersze, obejmując w końcu malarstwo, rzeźbę, literaturę, film, teatr i sztuki plastyczne.

Artyści prześcigali się w pomysłach, przedstawiając coraz bardziej oryginalne a czasem nawet szokujące idee i rozwiązania. Nie odrzucano niczego, co stwarzałoby choćby cień nadziei na wzrost prokreacji. Galeria sztuk wizualnych „Razem” pokazała obrazy mężczyzn wiążących sobie kokardki na członkach oraz kobiety ondulujące włosy łonowe i zdobiące je w finezyjny sposób, aby tylko wywołać pożądanie płci przeciwnej.

*****

Gubernator zdziwił się, kiedy w trakcie spotkania ze środowiskiem artystycznym nieznany malarz wręczył mu obraz olejny zatytułowany „Palący ogień Apokalipsy”.

– Namalowałem go specjalnie dla pana jako formę inspiracji do dalszych działań, ponieważ też czuję niepokój związany z pytaniem, co dalej.

Obraz miał charakter katastroficzny. Przedstawiał wybuch wulkanu, strumienie lawy, płonący las i ludzi kurczących się w ogniu oraz znikających za krawędzią horyzontu. Dominowały w nim cztery kolory: czerń, biel, zieleń i czerwień, ostro kontrastujące ze sobą. Kompozycja tak bardzo przemawiała do wyobraźni, że gubernator nie mógł oderwać od niej wzroku studiując szczegóły.

Obraz rzeczywiście był inspirujący, skoro następnego ranka, po zdumiewająco dobrze przespanej nocy, przyszło gubernatorowi do głowy malowidło przedstawiające ludzi i organizacje, sprzyjające i wrogie programowi prokreacji. Było to wyobrażenie tak namacalne, że gubernator w wielkim pośpiechu zapisał na kartce wszystkie nazwiska i nazwy, jakie tylko zapamiętał. Notatki okazały się niezwykle użyteczne.

Temat żywiołów pojawiał się jeszcze niejednokrotnie w dziełach rządowych propagandzistów. Ich autorzy twierdzili, że nieszczęścia doznane przez społeczeństwo mogą paradoksalnie stać się niewyczerpalnym źródłem inspiracji twórczej. Autor obrazu „Palący ogień Apokalipsy” wyjaśnił, że ogrom nieszczęść tak go osaczył, że nie musiał modlić się o natchnienie.

*****

Na drodze rozwoju prokreacji pojawiały się przeszkody częściej niż czarny kot na drodze przesądnego księdza. Rząd musiał usuwać je po kolei i to szybko, bo czas naglił. Na wniosek stowarzyszenia Pobożne Matrony gubernator wydał walkę prezerwatywom, które w sposób bezpośredni i oczywisty blokowały przyrost naturalny. Chciał je całkowicie wyeliminować, podobnie jak i inne środki antykoncepcyjne. Ustawa o zakazie produkcji nie przeszła jednak w parlamencie; lobby producenckie okazało się silniejsze. Niektórzy członkowie Konserwy, a nawet rządu, mieli swoje udziały w produkcji środków antykoncepcyjnych. Był to biznes tak dochodowy, że jego lobbyści zyskali poparcie po obydwu stronach parlamentu.

Król Kacyk I zabiera głos mocny jak dzwon

Król Kacyk I, milczący od kilku tygodni, zabrał głos. Stało się to w nocy o godzinie czwartej czterdzieści, kiedy zapiał kur prasowy, może nawet wcześniej. Mówił gromkim głosem, ale ponieważ mówił pod wiatr, nikt go nie słyszał. Jego słowa zanotowała jednak sekretarka, śpiąca nocą przy biurku jak zając z otwartymi oczami i widząca wszystko, nawet to, co w trawie piszczy.

Król mówił od serca, jak to zwykle on.

– Rodacy Indianie! Dzisiaj każdy może bełkotać do woli jak pijany szczur, albo i gorzej, jak schlany do nieprzytomności królik. My jesteśmy inni. Mam na myśli siebie, waszego ukochanego wodza, i moją drużynę, z którą rozgrywamy sprytne partyjki z wami jak i z drużynami zagranicznymi. To my, ja i moja drużyna, mieliśmy tyle inwencji, aby zmienić nasze rolnictwo nie do poznania: zamiast kukurydzy i buraków cukrowych zaczęliśmy siać zamęt i zamieszanie. To ważny dla kraju płodozmian.

Wszystko dzisiaj jest inne niż kilka lat wcześniej. Jesteśmy inni. Ja jestem inny. Wy jesteście inni. Wynika to z niestrawności, jaka ogarnęła świat. Widzę ją w oczach i umysłach naszej wielkiej rodziny indiańskiej, Ungarów, Italianów, LePen Maryjnych oraz Starszego Brata ze Wschodu, do której i my należymy.

Być politykiem znaczy dzisiaj mówić w taki sposób, żeby rozumieli przede wszystkim Bracia Indianie słuchający szumu Fal I, II i III, dobrych choć wysłużonych jak warzecha do zjełczałej zupy. Fale te stanowią naszą tubę prawdy. Przekażą one także moje serdeczne słowa i pozdrowienia.

Mamy wielkie osiągnięcia. Ja sam, wasz wódz, znam pewnego człowieka, syna kurtyzany i obszarnika, prowadzącego gospodarstwo jednohektarowe, gdzie hoduje dziki na potrzeby pijanych myśliwych, strzelających do zwierząt nowocześnie, z pistoletów maszynowych. Dziki nie są już nam potrzebne. Sama kurtyzana, rozumie się Japonka z krwi i kości, oryginalna jak Origami, jest wielką damą, panią na moim dworze. Pomagała mi i wciąż pomaga w realizacji wizji, jacy to jesteśmy mądrzy, dobrzy i sprawiedliwi, i jak dzielnie idziemy wciąż do przodu.

Jak wiecie, jestem człowiekiem spokojnym, wytrawnym politykiem, z dużym wyczuciem, co jest co, a co nie jest, umiejącym nakręcać i odkręcać ludzi, opinie i sytuacje. Jestem człowiekiem …. co ja mówię …jestem politykiem, a nie człowiekiem, eleganckim, zupełnie innym niż mój poprzednik, Czarna Stopa. Powiem wam całą prawdę o nim: najchętniej odżywiał się on, szczerze mówiąc, żarł – co zostało skrzętnie udokumentowane na filmie – słynne frutti di mare, zamiast naszego rodzimego indiańskiego kapuśniaku i ziemniaków ze słoniną. U niego cała para szła w gwizdek, u mnie natomiast cały gwizdek idzie w parę. To wielka i zasadnicza różnica. O Czarnej Stopie dodam jeszcze tylko, że jest podstępny, bo zwiódł mnie i uciekł na wielbłądzie na Wielkie Prerie, aby tam kopać dołki i mnie jak i wam szkodzić.

Aby poprawić wam samopoczucie, Drodzy Indiańscy Krajanie, przytoczę przykłady naszych osiągnięć. Mamy najczystsze miasta w Europie, najbielszy węgiel, najwięcej dzików, najgęstsze puszcze, najniżej płatnych dyrektorów firm państwowych oraz największą głowę państwa, która, mimo że jest tworem nowoczesnej technologii, przemawia jak żywa, a nawet obraca się automatycznie w kierunku, skąd wieje wiatr. Przypomniałem też sobie, że za czasów Czarnej Stopy mieliśmy wielkie i luksusowe hodowle koni, które kupowali jedynie nadziani ropą szejkowie. Teraz mamy hodowle małe i tak tanie, że każdy Indianin może kupić sobie konia prawie za bezcen. To nasze wielkie osiągnięcie na drodze realizacji idei równości, wolności, braterstwa oraz wyższych uposażeń dla Braci Nepotów, w czym wyraża się najdostojniej idea powszechnej sprawiedliwości.

Alby wam ulżyć, chciałem zbudować dwa wielkie wigwamy, większe niż Góry Abu Dhabi, abyście mogli patrzeć z ich szczytów na świat z rozjaśnionymi oczami, ale niestety rzucono mi kłody pod nogi. Nie jestem więc pewien zakończenia tej budowy, co mnie martwi tak bardzo, że stopy mi cierpną nawet wtedy, kiedy stoję w kolejce po ogórki małosolne.

W tej sytuacji postanowiłem, Drodzy Bracia Indianie, uszczęśliwić was czymś innym. Jako jednostka szczodra nad miarę, obiecuję wam złote góry, inaczej mówiąc góry złota, w postaci brzęczącej mamony: na dzieci, na wnuki, na starość, na co chcecie. Rzucam wam masę złota pod stopy, abyście do końca życia mogli jeść do woli słodkiej chałwy i marcepanu oraz pić, ile tylko zapragniecie, płynnego miodu i mleka oraz czarnej kawy. Kawę sam piję, bo dzięki niej mam jaśniejszy obraz rzeczywistości, który dla żartu chowam czasami za plecami.  

Kiedy już nasycicie się do woli moimi darami, będziecie błagać mnie na kolanach, abym dał wam więcej. I ja to zrobię, bo cenię was jak mało kto, szczególnie wasze umiłowanie dobrej władzy i pieniędzy. Zrobię to! Zapożyczę się, na trzy pokolenia do przodu, i sypnę wam złota jak lodu, jak szarańczy na pustyni, ile tylko zmieści się w waszych rodzinnych sakwach i emeryckich kieszeniach. Do tego dorzucę samochody elektryczne, po jednym na mieszkańca i po dwa dla osób najbardziej zasłużonych. Jeśli trzeba będzie, złożę wam jeszcze więcej obietnic. Taki już jestem, szczodry i kochający. Pamiętajcie tylko, aby na mnie głosować.

Szczerze Wam oddany,
Król Kacyk I,
pseudonim Złota Rączka

Czytaj Michaela Tequilęhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 192: Rządowy program prokreacji nabiera rozpędu

Organizacje patriotyczne organizowały lotne oddziały vigilanti, patrolujące ulice i place miast i miasteczek.

Tworzyli je obywatele zatroskani o przyszłość kraju, identyfikujący się z rządem gubernatora Blawatsky’ego i jego polityką. Ich cichym zawołaniem stało się „Bić dewianta”. Atakowały one znienacka kluby i zgromadzenia oraz rozpędzały spotkania przeciwników prokreacji.

Patriotycznie nastawieni obywatele byli życzliwie do nich nastawieni. Kiedy przybywała policja, nie było świadków zdarzenia. Ofiary napaści twierdziły, że nie wiedzą, kto ich napadł, ponieważ napastnicy nosili maski na twarzach. Były to zeznania tak nieskładne i wzajemnie ze sobą sprzeczne, że policja podejrzewała ich o prowokację, wzajemne napady na siebie oraz samookaleczenia.

– Mówią tak dziwne rzeczy, że trudno w to uwierzyć. Że też ludziom chce się organizować takie hucpy. Zamiast pójść z dziećmi do kina lub do teatru, spotykają się, aby organizować happeningi udając, że biją. Nie dziw, że któryś z nich upadnie, uderzy się głową o krawężnik, dozna wstrząsu mózgu, a potem nie wie, co mówi. Bardzo im współczuję. – Wyjaśniał dowódca patrolu dziennikarzom przybyłym na miejsce.

Abraham Diepraam: Peasants brawling

Pytany o inne szczegóły zajścia rozwijał wyjaśnienia.

– Rozumiem doskonale taką sytuację, bo sam ćwiczę taekwondo i czasem zdarzy mi się boleśnie upaść na matę. Przyzwyczaiłem się do tego. Raz nawet uderzyłem głową o krzesło, które kolega przysunął do maty, aby lepiej widzieć przebieg ćwiczenia. Uderzyć się o coś ostrego, to żadna historia. Ludzie nieprzerwanie to robią. Czasem nawet myślę, że jest to forma rozrywki.

Media prorządowe nazywały zdarzenia pozorowanego pobicia happeningami i podejrzewały, że uczestniczyli w nich ludzie o niespełnionych ambicjach aktorskich.

Na ekranach kin pojawiły się filmy dokumentalne i fabularne ambitnych reżyserów pokazujące czyny patriotyczne minionych okresów historii, palenia heretyków na stosie, zwalczania fałszywych bohaterów narodowych, budowy pomników większych niż wieżowce oraz nawracania nimfomanów i nimfomanek na drogę umiarkowania i szacunku dla rządu i kościoła, w miejsce ślepego wpatrywania się w siebie jako ósmego cudu świata.

*****

Kilka dni później gubernator uzyskał kolejny dowód wsparcia dla swojej polityki. Na Plaza Central zgromadził się wielki tłum ludzi, przerastający liczebnością wszystkie demonstracje, jakie kiedykolwiek miały tam miejsce od czasów historycznych. Uczestnicy nieśli ogromne transparenty i plakaty oraz wznosili okrzyki „Precz z wrogami prokreacji”. Nikt nie wiedział, kto organizował to masowe wystąpienie. Nie udało się tego ustalić nawet policji.

– Ktoś, kto wpadł na pomysł organizacji tak wielkiej imprezy, wykonał kawał solidnej roboty i z tego tytułu należy mu się wyróżnienie. Wiemy, że uczestnicy otrzymywali informacje i zaproszenia pocztą elektroniczną, poprzez Facebook, portale informacyjne i tematyczne, nie sposób było jednak ustalić, kto był ich autorem lub inicjatorem. To sztuczka Internetu, podstępna anonimowość, której nie znoszę – w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych Babochłop nie krył rozczarowania.

Wkrótce policja zdobyła jednak dokładniejsze informacje. Demonstracja na Plaza Central była wspólną inicjatywą organizacji „Rycerze Przeszłości” oraz zgromadzenia „Pobożnych Matron” reprezentujących środowiska bigotek uczęszczających do kościoła z regularnością zegarka. Ich zlot nagłośniły media i serwisy internetowe, oglądane masowo przez obywateli szczerze wierzących, że umieją odróżnić dobro od zła. Pewną role odegrali także artyści szukający nowych inspiracji.

Były to potężne zastrzyki wsparcia dla rządu. Gubernator wyobraził sobie, jak stojąc na trybunie razem z Czarną Eminencją, ogląda tłum skandujący ich nazwiska i składający im hołd zniżając sztandary i salutując.

*****

Nowy rządowy program edukacji prokreacyjnej był niezwykle ambitny. Jego celem była pełna reedukacja społeczeństwa w sprawach prokreacji, potomstwa i patriotyzmu, determinującego motywację obywateli. Prokreacja znalazła się we wszystkich programach edukacji. Na zajęciach plastycznych uczniowie ćwiczyli wyobraźnię i wrażliwość na bodźce stymulujące ciało, głównie dotykowe. Program nawiązywał do pięciu zmysłów człowieka ze szczególnym uwzględnieniem dotyku, do których dodano także intuicję.

Zanim to nastąpiło, naukowcy zweryfikowali słownictwo i definicje oraz opracowali nowe hasła promocji prokreacji. Pierwsze kroki były proste. Odrzucono termin „członek”, ponieważ kojarzył się z przynależnością do organizacji. Zastąpiły go określenia „penis” i „prącie”, a w edukacji dzieci – siusiak i kuśka. Założenia programu określała ustawa „O edukacji społeczeństwa w duchu wiary i prokreacji”.

W sferze prokreacji interesy rządu i kościoła były zbieżne. Wspólnie ustalono hasła: „Seks dla prokreacji – tak, seks dla przyjemności – nie!” oraz „Obowiązek przed przyjemnością”. Wolny seks został zakazany do czasu, aż rząd opracuje ustawę regulującą tę sferę życia. Walkę z seksem prowadzono pokazując jego zgubne skutki: straszne choroby weneryczne, monstrualne członki męskie porażone elefantiazą, trąd wyniszczający. Spodziewano się wielkiego oporu ze strony wyuzdanej, chciwej bogactwa i zagubionej mentalnie części społeczeństwa, włącznie z opozycją, zawsze torpedującej inicjatywy rządu bez względu na ich cel, charakter i znaczenie.

Opozycja była jak zwykle krytyczna.

– Proponowane środki nic nie dadzą, ponieważ ten beznadziejny rząd angażuje edukatorów niemających własnych doświadczeń i znających się na prokreacji jak Manemunes na gęsich jajach. Stoją oni bliżej dewiantów seksualnych i religijnych niż ludzi rozwiniętych etycznie i estetycznie.

Wszystkim nauczycielom przydzielono odpowiedni fragment nauki o prokreacji. Koordynatorami nauczania byli wychowawcy. W nauczania uczuć i emocji korzystali oni z pomocy psychologów, wrażliwości prokreacyjnej – poetów i pisarzy, języka – nauczycieli literatury, organów i funkcji organizmu – biologów, położników i ginekologów, historii prokreacji – historyków a duchowości – księży, katechetów i biblistów.

Nieoczekiwanym wyzwaniem okazało się słownictwo. Do języka wkradło się mnóstwo wulgaryzmów i uproszczeń, odwracających uwagę od piękna i znaczenia aktu prokreacji. Korektę wypaczeń powierzono nauczycielom, obarczając ich częściowo winą za zaniedbania. Ich nową rolą było upowszechnienie słownictwa stymulującego wyobraźnię w kierunku prokreacji.

W sensie historycznym chodziło o pokazanie jej roli w ewolucji człowieka i rozwoju cywilizacji. Brzmiało to bardzo naukowo i dlatego rząd doszedł do wniosku, że konieczne jest jej powiązanie z patriotyzmem, motywującym ludzi do działania na rzecz społeczeństwa, narodu i kraju. Na początku było niejasne, czy rząd i kościół nie będą dublować wysiłków w promocji prokreacji, ustalono więc, że kościół będzie koncentrować się na sprawach duchowości, rząd natomiast na aspektach cielesnych oraz motywacji. Dla łatwiejszej identyfikacji ustalono, że rząd odpowiada za edukację obywatela od pasa w dół, kościół – od pasa w górę.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 191: Nowe inicjatywy rządu i kościoła.

Nie było pomysłu, którego rząd nie wziąłby pod uwagę, ani kamienia, którego by nie przewrócił, aby zachęcić kobiety i mężczyzn do prokreacji. Obszarem zainteresowania rządu stała się moda, ważna szczególnie dla kobiet. Ku zaskoczeniu gubernatora pierwszy na to wpadł kościół, zachęcając wiernych do zmiany strojów nocnych na koncentrujące się wyłącznie na prokreacji. Zgodnie z informacją Czarnej Eminencji sięgnięto po wzorce średniowieczne, koszule nocne z wycięciami na genitalia.

Chloé, par Jules Joseph Lefebvre

– Nagość to pojęcie trudne do oceny moralnej, drogi Barrasie. Sama w sobie jest przyzwoita, skoro tak zostaliśmy stworzeni przez pana Boga, a równocześnie nieprzyzwoita, skoro publicznie jej nie demonstrujemy. Koszule nocne propagowane przez nas to dawny wzorzec z czasów, kiedy obyczaje i prawo były bardziej skoncentrowane na potrzebach państwa i społeczeństwa niż na zaspokajaniu żądz cielesnych, nie wspominając demona rozbuchanego seksu i wulgarnej chuci. Dzisiaj potrzebujemy zmiany.

*****

Nowe środki podjęte przez rząd nie przyniosły rezultatów. Sytuacja stała się patowa. Żadna ze stron nie była w stanie uzyskać przewagi. Rząd zastanawiał się nad podjęciem drastycznych środków, które doprowadziłyby do przełomu w zachowaniach obywateli.

Babochłop rozmawiał o tym z gubernatorem i Eminencją. Było to tajne spotkanie. Mężczyźni ukryci za kotarami, nie widzieli siebie nawzajem. W razie wpadki mogli z przekonaniem twierdzić, że na oczy się nie widzieli. Był to pomysł Babochłopa. Gubernator zaakceptował go od razu, Eminencja z pewnym wahaniem, gdyż pomysł wydał mu się prześmiewczy w stosunku do konfesjonału, gdzie spowiednik i spowiadający się też pozorują, że się nie widzą.

Był tylko jeden temat rozmowy. Przedstawił go Czarna Eminencja.

– Nasze formy walki z odmieńcami są jałowe. Nic albo bardzo niewiele wskóramy stosując dotychczasowe metody. Palenie na stosie, inkwizycja i podobne brutalne metody – to nie na dzisiejsze czasy. Nie zmienimy ich przekonań w ten sposób. Musimy wynaleźć i spróbować coś innego. Przede wszystkim musimy zdobyć pełniejszą wiedzę o naszych oponentach, o ich sposobie myślenia i naturze, wiedzieć więcej o nich niż oni sami o sobie.

Uzgodniono, że policja podejmie próby przeciwstawienia odmieńcom ich naturalnych wrogów, środowiska antygejowskie, aby zdyskredytować przeciwników prokreacji.

– Ich trzeba nawrócić, bo większość z nich to ludzie zagubieni w swoich przekonaniach i w życiu. – Wygłaszając ten pogląd, Eminencja zaoferował usługi swoich najlepszych kaznodziejów. Przywódcy zdali sobie sprawę, że muszą uzbroić się w cierpliwość, że walka będzie dłuższa i trudniejsza niż przewidywali.

*****

Kościół generalnie niechętny odszczepieńcom na początku w ogóle ich nie krytykował ani nie dyskryminował, wręcz przeciwnie – domagał się dla nich wyrozumiałości i miłości.

– Sama skłonność mężczyzny do mężczyzny to nie grzech. W praktyce rodzi jednak grzeszny czyn, które jest już złem i dlatego wymaga potępienia – wyjaśnił Eminencja przy głośnym poklasku zgromadzonych księży.

Jakiś czas później, Eminencja zmienił stanowisko.

– Demokracja ma skłonność, zupełnie niezrozumiałą, do równania praw dewiantów z prawami uczciwych ludzi. Kościół zawsze potępiał odmienne orientacje seksualne i dlatego my też nie będziemy ich tolerować. Ich styl życia jest całkowicie sprzeczny z naturalnym popędem prokreacji, ich związki nic nie wnoszą, są jałowe. Oni nie tylko nie płodzą potomstwa, ale jeszcze gorszą bogobojnych obywateli.

Stanowisko kościoła poparły patriotyczne organizacje, zrzeszenia matron i dewotek, koła nowoczesnych gospodyń i podobne. Nowy duch ożywił rząd, kościół i postępową część społeczeństwa zatroskaną o przyszłość kraju.

*****

Na prośbę rządu, do walki z przeciwnikami prokreacji władze Afary uruchomiły lustra na Plaza Central. Wieczorami ukazywały się na nich zdeformowane postacie dewiantów, wyzwolonych kobiet oraz miłośników cyberseksu, szermujących hasłami wolności osobistej i sumienia. Występowali oni w różnych rolach: uczestników manifestacji publicznych, mówców na zebraniach lokalnych społeczności, nauczycieli, a nawet członków opozycji przemawiających w parlamencie.

W kościołach, na ulicach i na placach targowych pojawili się kaznodzieje z ognistymi wystąpieniami. Kiedy przemawiali, słuchaczom wydawało się, że ogień prawdy płynie z ich ust i wypala kłamstwa wszystkich zboczeń i zboczeńców. Słuchano ich chętnie, ponieważ mówili szczerze, umieli przekonywać, ceniono ich zapał. Ich energia udzielała się zwłaszcza ludziom wątpiącym i zdezorientowanym poglądami, że wszyscy są sobie równi a tolerancja jest cnotą.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 187: Rząd państwowo-kościelny, oceny i perspektywy.

 Nadzieja.

Gubernator stał przy oknie i patrzył na rzekę. Jej brzegi coraz bardziej przypominały dziką dżunglę. W dali widoczny był most pochodzący jeszcze z czasów kolonialnych. Rzeka imponowała swoją wielkością i niewzruszonością, od czasu Apokalipsy także nieobliczalnością. Zamknął oczy, aby się skoncentrować. Nie czuł się już osamotniony, stał z nim teraz ramię w ramię arcybiskup Czarna Eminencja. Oczywiście gubernator mógł także wcześniej liczyć na wsparcie organizacji kościelnych i religijnych Pobożne Matrony, Związek Dewotów, Krucjata Przeciw Dewiantom czy różne towarzystwa różańcowe, ale to było za mało. Teraz miał potężnego sojusznika, Kościół Hierarchiczny.

Powstanie państwowo-kościelnego rządu ogłoszono dwukrotnie, prawie równocześnie: z ambony katedralnej oraz w parlamencie bezpośrednio po orędziu gubernatora o stanie państwa. Przemówienia transmitowały wszystkie stacje i kanały telewizyjne. Decyzję porozumienia gubernator podsumował wskazując synergię, wzajemne uzupełnianie się.

– Siłą rządu są środki materialne i finansowe oraz aparat administracyjny, siłą kościoła jest wiara w jedynego Boga.

Nie wszystkim obywatelom Nomadii podobała się idea takiej współpracy. Zadawano pytania, o co chodzi, o państwo religijne czy o kościół sprawujący rządy w kraju. Opinia publiczna opowiedziała się jednak w większości za wspólnym rządem. Zwolennicy państwa świeckiego zostali zepchnięci do defensywy. Zarzucono im defetyzm, wrogość wobec własnego narodu, faszyzm, wszystko, co najgorsze. Idea jedności państwa i kościoła zakwitła niby ogród rajski, źródło wiecznego szczęścia. Po świątyniach i na korytarzach budynków rządowych szeptano nawet o bliskiej symbiozie państwa i kościoła.

Sefardi Baroka nie bez rozterki doszedł do przekonania, że współpraca dwóch potężnych instytucji jest konieczna. I jemu udzielił się pozytywny nastrój większości społeczeństwa.

Nowy rząd wywołał najwięcej nadziei w kręgach biznesu najbardziej zagrożonych zanikiem prokreacji: producentów łóżeczek dziecięcych, wózków i wyprawek dla dzieci, sukni ślubnych, mebli dla młodych małżeństw, nie wspominając o parafiach, proboszczach i wikariuszach, dla których spadek zainteresowania ślubami i chrztami stanowił ciężki cios. Umiarkowana radość zapanowała, nie wiadomo dlaczego, także w kręgach wydawców magazynów pornograficznych, właścicieli domów schadzek, producentów skąpej bielizny i akcesoriów używanych do zabaw miłosnych, a nawet producentów prezerwatyw.

Bliskiej współpracy państwo-kościół nie poparły tylko partie opozycyjne.

– Nie przyłożymy ręki do matactw rządu, który najpierw rujnuje kraj beznadziejną polityką i zaniedbaniami, a potem udaje, że chce go ratować – oświadczył przywódca największej partii opozycyjnej, Sven Halabarda, o twarzy okraszonej uśmiechem spłoszonego zająca.

Nie przyniosło to korzyści opozycji. Jej popularność spadała na łeb na szyję, pogłębiając niepokój jej członków i zwolenników.

*****

Do pracy w rządzie Eminencja oddelegował dwóch pracowników ze swojego biura, zwalniając ich czasowo z obowiązków kościelnych. Otrzymali od niego instrukcję. Oprócz walki o prokreację ich powinnością było pilnować interesu kościoła, patrzeć na ręce współrządzącym, być przytomnym. Wytyczne wydały im się zbyt lakoniczne.

– Jak dla harcerzy. I to tych początkujących. – Ocenili szeptem między sobą. Oczekiwali czegoś bogatszego, przesłania zawierającego w sobie głębię słowa bożego Starego i Nowego Testamentu, nie śmieli jednak podejmować dyskusji z Eminencją. 

Rząd partyjno-kościelny był rozwiązaniem tak innowacyjnym, że naukowcy zaczęli szperać w historii poszukując wcześniejszych przykładów więzi sacrum i profanum oraz skutków ich działania. Znaleźli niewiele takich przypadków, wszystkie wydały im się prostsze niż nowatorski rząd Nomadii.

Nowy rząd ożywił w szczególności nadzieję tej części społeczeństwa, której na sercu leżało dobro ogólne. Wkrótce ujawniły się organizacje obywatelskie oferujące pomoc rządowi. Akcję pomocy sponsorował po cichu sam gubernator. Korzystając z pomocy policji doprowadził do tego, że dawni przeciwnicy podawali sobie ręce, aby wspomóc rząd. Wkrótce organizacje prorządowe zjednoczyły się tworząc Front Prokreacyjny. Jego członkowie rwali się do pracy, organizowano zespoły wolontariuszy, każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Spotkania i narady odbywały się jedna za drugą. Pierwsze spotkania Frontu Prokreacyjnego przebiegały dość chaotycznie, niektóre były wręcz burzliwie, tak różne były punkty widzenia. Czasem nie sposób było ustalić wspólnego stanowiska. 

*****

Współpracując na co dzień z Eminencją, gubernator stawał się coraz bardziej religijny. Rosło w nim poczucie, że im bardziej ulega wierze, tym silniejszy staje się jego rząd, ponieważ wiara w Boga była głębiej zakorzeniona w człowieku niż pragnienie dobrej władzy. Wkrótce procedurę posiedzeń gabinetu uzupełnił elementami praktyki kościelnej. Członkowie rządu modlili się przed każdym posiedzeniem, a kiedy nie mogli osiągnąć porozumienia wychodzili na zewnątrz, aby patrząc w niebo i śpiewając nabożne pieśni, trzymać się za ręce w poszukiwaniu znaku jedności i pojednania.

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 184: Statystyka prokreacji, ocena strat, niepokój gubernatora i homilia Czarnej Eminencji

Pod naciskiem gubernatora naukowcy wznowili poszukiwania statystycznych wyjaśnień zaniku prokreacji. Gubernator był przychylny tym wysiłkom w przekonaniu, że nic nie daje głębszego zrozumienia postępowania społeczeństwa niż liczby. Pierwsze odkrycie okazało się żenująco proste: im wyższe ktoś miał wykształcenie, tym łatwiej i chętniej rezygnował z potomstwa. Było to zaskoczeniem, gdyż ujawniło postawy, których nikt się nie spodziewał. Po Apokalipsie ludzie chcieli żyć inaczej, uważając, że życie ich nauczyło, że są dostatecznie już mądrzy, aby nie dać się ogłupiać dzieciom i niezliczonym obowiązkom z nimi związanym. Czasem dodawali – jakby usprawiedliwiając samych siebie – że dzieci można mieć, ale niekoniecznie od razu, tylko później.

– To bardzo racjonalna postawa. Po co nam teraz dzieci, jeśli otacza nas ocean innych możliwości ciekawego i dobrego życia. Odłożyć dzieci w czasie, a może i w ogóle z nich zrezygnować. Dobre stanowisko, duże pieniądze, władza, towarzystwo, podróże są bardziej atrakcyjne i ważniejsze. – takie były postulaty wykształconego społeczeństwa. Podobnie argumentowali ludzie zamożni, ceniący sobie wygodne życie i chętnie oddający się rozrywkom. Dzieci stanowiły dla nich obciążenie, ponieważ uniemożliwiały lub co najmniej utrudniały oddawanie się bibkom, hazardowi, flirtowaniu, grillowaniu i oglądaniu telewizji nie wspominając egzotycznych podróży.

Mniej wykształceni rodzice okazali się statystycznie najlepszymi gwarantami rodzicielstwa. Potwierdzały to liczby: im niższy był poziom wykształcenia, tym więcej ludzie mieli dzieci. Wynikał z tego wniosek, aby przynajmniej czasowo nie zachęcać ludzi do nauki, zwłaszcza na wyższym poziomie, bo to zmanieruje ich odczucia rodzicielskie. Rząd czerpał z tego pewną otuchę; oszczędności w szkolnictwie ułatwiłyby finansowanie programów rozwoju prokreacji.

*****

Z inicjatywy gubernatora opracowano statystykę strat w ludziach i majątku. Najwięcej ludzkich ofiar, ponad czterdzieści procent, pochłonęły powodzie. W drugiej kolejności, było to prawie trzydzieści procent, zabrała susza i związana z nią klęska głodu, kolejne dwadzieścia procent zgonów spowodowały epidemie. Pozostałe dwadzieścia procent miało inne przyczyny: pożary domów i upraw, osunięcia ziemi, także samobójstwa i zabójstwa. Ludzie wpadali w amok i zabijali siebie lub innych. Wiele osób zaginęło; ich liczbę szacowano na dziesiątki tysięcy. Straty materialne szły w miliardy dolarów. Dane były tak przygnębiające, że gubernator, po naradzie ze swoim gabinetem, zdecydował się ich nie ujawniać.

– Nie możemy dobijać społeczeństwa – stwierdził, zdając sobie sprawę, że nie ominie go wściekła krytyka ze wielu stron, posądzenia o ukrywanie prawdy i chęć fałszowania danych.

Po dwóch dniach, po przemyśleniu sprawy, zmienił opinię. Zdecydował się sztucznie powiększyć rozmiary Apokalipsy. Miał w tym interes: wyolbrzymić skalę nieszczęść do tego stopnia, aby całkowicie porazić ludzi i łatwiej zyskać akceptację zastosowania środków nadzwyczajnych. Wyobraził sobie, że kiedy będzie podejmować trudne decyzje, wykazując niezłomność charakteru, zasłuży na powszechne uznanie jako zbawca narodu. Nadludzki wysiłek, jaki podejmował i ogrom wyzwań, doprowadziły go do tego, że coraz częściej na jawie śnił o królestwie. Jego marzenia miały aż nadto uzasadnień w historii, do której sięgał jako źródła wiedzy i doświadczeń. Widział w niej wielkie postacie faraonów, wodzów i kapłanów, którzy zasłużyli sobie na wielkość właśnie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. 

*****

Barras po raz drugi i trzeci wysłuchał arcybiskupiej homilii. Jego pracownicy regularnie nagrywali wypowiedzi Czarnej Eminencji i innych osób o największym autorytecie i wpływach. Ucieszył się, że on i arcybiskup światopoglądowo coraz bardziej zbliżają się do siebie. W homilii głowy kościoła dostrzegł możliwość ściślejszej współpracy.

Akceptując poglądy Czarnej Eminencji, gubernator zachował jednak rezerwę; był powściągliwy i ostrożny. Po cichu zlecił sondaż dla sprawdzenia, jaki jest społeczny odbiór homilii. Zamierzał wykorzystać wystąpienie arcybiskupa, obrócić je na własną korzyść. Dwa dni później wyniki sondażu leżały już na jego biurku. Pokazywały wyraźny wzrost poparcia dla wartości tradycyjnych. Gubernator postanowił spotkać się z arcybiskupem. Miało to być spotkanie nieoficjalne.

*****

Zastanawiając nad wciąż pogarszającą się sytuacją demograficzną, Blawatsky doszedł do wniosku, że sam nie jest bez winy. Najpierw, w czasie tragicznych powodzi, zawiodło państwowe centrum kryzysowe. Tysiące osób potonęło, bo nikt nie ostrzegł mieszkańców miast, miasteczek i wsi przed falą powodziową i to tylko dlatego, że nie chciano wywoływać paniki. Decyzja ta prześladowała go najbardziej, ponieważ to była jego decyzja. Miał szczęście, że nikt nie myślał o oskarżaniu jego ani jego rządu o niedociągnięcia lub zaniedbania. Ludzie byli przekonani, że rząd czynił wszystko, co było w jego mocy.

Druga kwestia miała zupełnie inny charakter. Nurtowała go i niepokoiła tym bardziej, że z pozoru wyglądała absurdalnie. Błędem było pozostawienie prokreacji bez regulacji prawnych. Państwo nie wymagało od obywateli żadnych kwalifikacji, wiedzy czy umiejętności, czy choćby poczucia odpowiedzialności za prokreację. Wymagało to korekty.  W swoim notatniku gubernator zapisał: „Płodzenie potomstwa, które niespodziewanie stało się sprawą państwową i to najwyższej rangi, przypomina prymitywną działalność chałupniczą, którą obywatel może podjąć lub porzucić w dowolnej chwili, jakby to była decyzja oglądania lub nieoglądania spektaklu telewizyjnego”.

Nurtowało go to tak bardzo, że od razu zadzwonił do Eminencji, aby wysondować, co sądzi o odpowiedzialności obywatelskiej za prokreację. Uczynił to jak mógł najdelikatniej, niepewny reakcji duchownego. Eminencja zaskoczył go. Zachował się tak, jakby miał podobne odczucia; o nic nie pytał, niczemu nie zaprzeczał, nie krytykował, tylko słuchał, aby w końcu zgodzić się z rozmówcą.

Wychodząc poza sprawy prokreacji, niezwykle ważne, ale i prozaiczne, rozmawiali także o filozofii, sztuce rządzenia państwem i kościołem, duchowości, a nawet o Bogu, który tak skonstruował mężczyznę i kobietę, aby się spotykali i rozmnażali kierując się wrodzonym popędem. Gubernator i Eminencja byli zgodni, że stwórca obdarzył ludzi poczuciem estetyki i wrażliwości, aby czynili to w sposób przewyższający zachowanie się zwierząt w czasie rui. Obydwaj byli zgodni, że zwierzęca natura człowieka może być przeszkodą jak i pomocą w przywróceniu prokreacji i oni, szef rządu i głowa kościoła, muszą to w pełni zrozumieć, aby móc uratować kraj przed zagładą demograficzną. Atmosfera rozmowy była tak dobra, że mężczyźni doszli do wniosku, że jeśli podejmą współpracę, to będą kierować się zasadą, że kościół nie będzie wkraczać w sferę polityki, a rząd w sferę religii i wiary.

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.180: Gubernator i Kościół wobec prokreacji

Drodzy Czytelnicy! Wznawiam publikację kolejnych odcinków powieści. Ostatni z numerem 179 był opublikowany dnia 18 stycznia 2019.

Gubernator chętnie oprowadzał po gabinecie towarzyszy partyjnych, przyjaciół i gości zagranicznych. Przedstawiając im niezwykły obraz objaśniał i interpretował jego artystyczne i duchowe walory, kolory, skalę i perspektywę. Momentami zapominał o grozie, jaką obraz budził i popadał w zachwyt. Kiedy przyjaciel zwrócił mu na to uwagę, ogarnął go niepokój, poczuł mrowienie pleców i drętwienie nóg. Zdarzyło mu się to tylko raz, tak jakby nabył odporności.

Nawet po upływie czasu obraz zagłady nie wprowadzał gubernatora w przygnębienie, jak się spodziewała jego sekretarka, serdecznie odradzająca mu ten rodzaj dekoracji, ale wręcz poprawiał jego samopoczucie. Pewnego razu, po dłuższym wpatrywaniu się w obraz gubernator popadł nawet w euforię. Pd tej pory wyjaśniał, że obrazy, wykresy i opisy tak bardzo rozjaśniły mu w głowie, że nieporównanie lepiej rozumie rzeczywistość, w związku z czym potrafi skuteczniej przewidywać nieszczęśliwe wybryki natury i im zapobiegać.

Przeżycia pogłębiły wiarę i religijność gubernatora; częściej chodził do kościoła i kładł się krzyżem na zimnej posadzce. Potrafił przetrwać w kompletnym bezruchu nawet godzinę. Kiedy sekretarka, która zastąpiła mu matkę, martwiła się, że doprowadzi się tym bolesnego reumatyzmu, gubernator wstawał rześki z posadzki, twierdząc, że akt wiary go odnawiał. Raz stwierdził nawet, że duch święty natchnął go dobrymi pomysłami.

Religijność gubernatora znalazła uznanie w oczach Czarnej Eminencji, człowieka bogobojnego i zasłużonego nie tylko dla Kościoła Hierarchicznego, ale i dla wszystkich wierzących obywateli. Mówiono o nim, że rozmawia z Bogiem. Nie był to żart, wszyscy traktowali to poważnie, bo byli na to świadkowie.

Barras przedstawiony Czarnej Eminencji jako wschodząca gwiazda wielkiej polityki przypadł mu do gustu. Życzliwość patriarchy stojącego na czele Kościoła Hierarchicznego były gubernatorowi na rękę; wiązał z nią dalekosiężne plany. Gubernator nie był jednak całkowicie szczery wobec Czarnej Eminencji; ostentacyjnie demonstrował więcej wiary niż posiadał. Pocieszał się, że Bóg mu to wybaczy, ponieważ czynił to dla dobra kraju.

*****

Wiadomości dotyczące skali antyprokreacji tak bardzo wzajemnie sobie przeczyły, że nie sposób było w końcu ustalić, co jest prawdą, a co nią nie jest. Opozycja oskarżała rząd o dezinformowanie społeczeństwa w swoim egoistycznym interesie. Ten zaprzeczał, aby jakakolwiek agencja państwowa była zamieszana w dezinformację. Zwyczajni obywatele czuli się skołowani i rezygnowali z oglądania telewizji, czytania prasy a nawet surfowania po Internecie. Granice między prawdą a fałszem zatarły się do tego stopnia, że otwarcie sugerowano, aby nie szukać różnic między nimi, ponieważ istnieje tylko prawdopodobieństwo prawdy i fałszu, a nie sama prawda lub fałsz. Pojawiły się poglądy, że nie ma to już większego znaczenia, gdyż odmieńcy seksualni zostali zmarginalizowani. Zboczeńcy, jak ich niektórzy wciąż nazywali, zeszli do podziemia, ukrywali się, wielu straciło orientację, kim właściwie są. Społeczeństwo więcej wiedziało o hidżrach w Indiach, mashoga w Kenii, muxe w Meksyku niż o członkach organizacji LGBT w Nomadii. Powodowało to stan zamieszania.

*****

Kościół postawił odmienną diagnozę zaniku prokreacji. Jej przyczyną miało być odwrócenie się ludzi od Boga. Wiele osób doznało w czasie Apokalipsy tyle bólu i cierpienia, że straciło wiarę. Jej miejsce zajęły wynaturzenia, które rozrosły się i przybrały głębszy charakter. Objęły one odstępstwa nie tylko seksualne, ale także rodzinne, towarzyskie i społeczne. Kobiety przyjmowały na siebie role męskie, ubierały się jak mężczyźni, konsumpcjonizm zastąpił duchowość, butelka piwa dobrą powieść, upadła tradycyjna obyczajowość, rozpanoszył się egoizm, w odstawkę poszedł patriotyzm.

– Widzimy panoszenie się grzechu i to o najcięższych wymiarach. Ludzie porzucili wiarę. U kobiet wywołało to najpierw niechęć, a potem odrazę do płodzenia potomstwa. Coraz więcej mężczyzn czuje i myśli tak samo. Dawniej tego nie było. – Pomstował Czarna Eminencja, winiąc nie tylko Apokalipsę, ale i demokrację.

Diagnoza kościoła oparta była na analizie tysiąca spowiedzi. Księża prosili wiernych o wywnętrzanie się i szczere wypowiedzi na temat płodzenia potomstwa przypominając wolę bożą wyrażoną w Biblii: „Idźcie i rozmnażajcie się”. W kręgach kościelnych rozgorzała namiętna dyskusja, czy nie złamano świętej tajemnicy spowiedzi. Niektórzy księża posługiwali się pytaniami ankietowymi i dyktafonem do nagrywania odpowiedzi. Uznano ich za nadgorliwców, aczkolwiek głosy były podzielone. Jedni duchowni ich krytykowali, inni chwalili za uczciwość i rzetelność. Sprawę rozstrzygnął Czarna Eminencja:

– Wobec Boga nie ma przesady w dążeniu do prawdy, która ma nas zbawić.

Na spotkanie z gubernatorem Eminencja przyniósł listę przyczyn zaniku prokreacji. Jego sekretarz nazwał ją „Czarną listą nieprawości”. Nazwa była tak trafna, że Arcybiskup jej nie zmienił, mimo że źle się kojarzyła z jego powszechnie używanym tytułem Czarnej Eminencji.

– Nieprzerwanie tłumaczę moim pracownikom i wiernym, że w moim przypadku „czarny” odnosi się do koloru sutanny, a nie do charakteru czy postaci. – Wyjaśnił gubernatorowi.

Lista obejmowała perwersje i zboczenia potocznie określane jako inne orientacje seksualne oraz zjawiska genderyzmu, eutanazji, ateizmu, sybarytyzmu, konsumpcjonizmu i relatywizmu moralnego.

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.