Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Refleksje prawie świąteczne w miejsce powieści

Wczoraj życzenia, dzisiaj refleksje, jutro opowiadanie.

Jutro, zamiast kolejnego odcinka powieści „Wódz i jego naród”, pojawi się w tym miejscu opowiadanie okolicznościowe. Czytelnik może je nazwać opowiadaniem spekulatywnym, jeśli sobie tego życzy, ostatecznie żyjemy w wolnym kraju, jeśli tak sądzi, i może robić, co mu się podoba, jeśli mu na to pozwoli siła wyższa, która wie najlepiej, jak powinien on żyć.

Opowiadanie będzie przydługie, sześć stron tekstu A4. Można je czytać dwuetapowo, jeśli ktoś uważa, że co za dużo, to niezdrowo. Po ostatnich wydarzeniach w Sejmie lepiej dzisiaj uważać, co się uważa. Opowiadanie jest w zamierzeniu utworem refleksyjnym, mającym wywołać łzy rozpaczy i radości, co najlepiej odzwierciedla naturę życia w naszym kraju. Życzę więc czytania, czy miłego, to się jeszcze okaże.

W dobie dzisiejszej opowiadania nie są ulubionym gatunkiem literackim. Czytelnicy preferują powieść kryminalną, horror, romans, czternastotonową sagę rodzinną, powieść obyczajową, książkę podróżniczą. Wszystko, tylko nie opowiadanie, bo jest za krótkie, w związku z czym można się wynudzić. Czytałem ostatnio, że to się zmienia i że opowiadanie staje się trendy. Może dlatego, że ludzie mają mniej czasu, za to więcej wielkoekranowych smartfonów, które pozwalają czytać dużo szybciej, jednym palcem.

Czytelnictwo u nas nie kwitnie, bo jest pora zimowa, choć nie jest źle, skoro aż 45 % obywateli czyta co najmniej jedną książkę rocznie. Jest to szansa dla autorów takich jak ja, ponieważ wkrótce statystyka czytelnictwa w Polsce będzie podawać jako jednostkę statystyczną nie książkę, ale jej streszczenie, jeden rozdział, opowiadanie lub wiersz. Statystycznie będzie to brzmiało bardzo podobnie, czyli nieźle: 45 % Polaków przeczytało w ciągu roku co najmniej jeden rozdział książki, albo jej streszczenie, albo opowiadanie albo jeden wiersz.

Pocieszam się, że w najgorszym wypadku sam będę sobie pisać i czytać. Proszę więc o porzucenie mnie bez skrupułów, jeśli przyjdzie Państwu nierozsądna ochota to zrobić; poradzę sobie. W jeszcze gorszym wypadku, czyli w ostateczności, mogę po prostu przestać czytać; wystarczy, jeśli będę oglądać telewizję publiczną zwaną narodową. Robi to przecież z powodzeniem około 36 % obywateli. 

Blog o życiu i pisaniu

Życie nie jest całościowe, lecz fragmentaryczne. Patrzę przez okno i obserwuję mężczyznę, nie wiem jak go nazwać, chyba jest to sprzątacz. Wychodzi z niewielkiego budynku mieszczącego pojemniki ze śmieciami, w ręku trzyma kubełek i wielką szczotkę. Widzę go codziennie jak zbiera śmieci, podmiata, piele, porządkuje, uzdatnia wszystko, czego wymaga osiedle. Osiedle nazywa się „Klimaty”, może i trafnie; wczoraj słońce spacerowało po drodze wewnętrznej, ścianach budynków i zieleni, dzisiaj popaduje deszcz. Pogoda i sprzątacz stworzyli poranny fragment mojego życia.

Wcześniej był fragment przedporanny, z zaciemnionymi przysłonami w oknach. Nie mogę spać, chyba dlatego, że wypiłem wczoraj trochę wina (tak mało, że aż prawie wstyd się przyznać), co mnie jednak wytrąciło z równowagi snu i czuwania. Spaceruję więc po pokoju, gdzie mieści się łóżko i biurko, potem idę do salonu, znowu spaceruję, okrążam stół kilka razy, kładę się na kanapie, usiłuję znaleźć dobre położenie, leżę, wstaję, znowu spaceruję. Kiedy nastaje godzina siódma, decyduję się zrobić sobie kawę. Nie lubię gotować wody z samego rana, ponieważ czajnik elektryczny pracuje bardzo głośno. Piszę „pracuje”, ale czy to bezduszne stworzenie jest zdolne do prawdziwej pracy?

Ten fragment życia obejmuje głównie rozmyślania, rozmamłane, senne, przez półwidzące oczy. To nieprzyjemny stan samopoczucia. Chce ci się spać, a równocześnie nie możesz zasnąć. Tak mnie to męczy, że przeklinam cicho od czasu do czasu, nie zawsze, ponieważ przeklinanie zależy od intensywności męczenia się. Po głowie przemieszczają mi się imiona i myśli-mrówki, uparcie wyłażące z zakamarków pamięci: Zenon, tylko imię filozofa, niewiele z nim kojarzę, a zaraz potem Epiktet, o którym od miesięcy planuję poczytać, potem figowe drzewo-dusiciel (dosłownie duszące inne drzewo swoimi oplotami)

450px-Drzewo_dusiciel

 

oraz drzewko „krwawiące serce”, którego dokładnie co dwudziesty liść (jak sobie przypominam) jest czerwony.

Bleeding-Heart-300x224

w końcu krokodyl na plaży, trzy ostatnie wspomnienia z dawno zakopanej w pamięci wycieczki do Queenslandu.

Te wspomnienia nie wracają do mnie bez kozery. Pracuję nad powieścią, wydaną już kilka lat temu w formie ebooka na amerykańskiej platformie wydawniczej, o której prawdopodobnie żaden czytelnik w Polsce nie słyszał. Utwór chcę teraz wydać w postaci książki drukowanej. To była moja pierwsza powieść, uznałem, że potrzebuje i wymaga ona znaczących zmian i poprawek. Akcja dzieje się w Australii, i bardzo dobrze, ale niewiele jest w niej australijskości, konkretów, z wyjątkiem ogólnej atmosfery, imion, nazw miejscowości i kilku obiektów, głównie gastronomicznych. Tę słabość teraz eliminuję, stąd moje międzykontynentalne skojarzenia.

Po południu oglądam program TV „Tak jest” i słyszę z ust kobiety, w których mieści się PiS radosnej twórczości: „Prezydent cynicznie wykorzystał Konwencję o przemocy. Bez namysłu, bez refleksji. Tylko tytuł jest dobry w konwencji i my go akceptujemy”. Jej słowa dopingują mnie do dalszej pracy. Gdyby nie PiS, w kraju nie byłoby nic do poprawienia. Czułbym się jak na pustyni. To ostatnia część dnia, fragment uskrzydlenia.

Serdecznie zapraszam na moje spotkania autorskie w Gdańsku:

 

Zagubiłem się

Zagubiłem się. W polityce, w planach imperialnej Rosji, w Internecie szukając recenzenta, w pogodzie, która w Gdańsku jest marna, pochmurna, deszczowo-śniegowa, za to we Wrocławiu słoneczna i ciepła.

W ciągu dnia odnajdywałem się w różnych miejscach: w sklepie warzywnym, gdzie kupiłem kilka produktów do domu, lecz nie znalazłem łuski cebulowej do malowania pisanek wielkanocnych, na dworze, gdzie znajoma ścieżka prowadziła mnie do domu jak wóz z pijanym woźnicą konia do rodzonej stajni, w myślach, lecz nie w pamięci, która – jest to już wspominałem – starzeje się szybciej niż ciało.

Wierzę w to stwierdzenie, jak w mało co, z wyjątkiem pana Boga, który nie wiem, czy nawet słyszał o Michaelu Tequili, podobnie jak przedstawiciele nieba na ziemi czyli hierarchia kościelna, którą bardziej niż czytanie dobrych powieści trapią wierni oddalający się od Kościoła, oraz niewierni występujący do sądu z żądaniami rekompensat finansowych za molestowanie.

Molestowanie to czynność, która przychodzi zbyt wcześnie: kiedy chciałbyś, aby cię molestowano, to jakoś brakuje chętnych. Tylko politycy są wytrwali w męczeniu obywateli poglądami, podobnie jak Prezydent Putin w molestowaniu Europy i Ameryki ambitnymi planami. Ciekaw jestem, czy sprawy te trafią kiedyś do sądu z żądaniami rekompensaty ze strony poszkodowanych?

Na szczęście odnajduję się łatwo w moim pokoju, konstrukcji nader prostej: z tyłu ściana, z lewej strony okno, z prawej łóżko z materacem, z którego jestem dumny, z przodu biurko z dwoma monitorami. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to przekonuję z całej siły, że warto mieć dwa monitory: idealne rozwiązanie, kiedy potrzebujesz coś kopiować, porównywać, pisać tekst i równocześnie czytać inny tekst na ekranie. Jeśli zyskam sławę, to z pewnością częścią drogi do niej będą dwa monitory, ułatwiające pracę i przyśpieszające myślenie.

W momentach zagubienia zwracaj się o pomoc do swojej żony. Nie dziwię się, że Kościół, matka nasza, popiera instytucję małżeństwa, ponieważ jedynym źródłem prawdy o mężczyźnie jest jego żona. Jeśli nie jesteś żonaty, ożeń się, aby poznać tę prawdę, a jeśli jesteś, to możesz pomyśleć o rozwodzie, ponieważ znasz już prawdę i wiesz, ile jesteś wart. Określenie „ile” jest rozciągliwe: może oznaczać „nic”, „mało”, „dużo”, „czy ja wiem” i jeszcze więcej.

Chyba znowu pogubiłem się. Trudno, taki dzień.

Drogi Czytelniku,

Niniejszym daję Ci gwarancję wysokiej jakości mojej powieści. Gdybyś nie daj, Boże, poczuł się rozczarowany, masz gwarancję przeprosin z prawem wyboru formuły. Poniżej przedstawiam Formułę 1. W przyszłości dalsze formuły.

Pośpiesz się z zakupem, nie musisz spieszyć się z reklamacją!

Formuła 1:

Pana/Pani krytyka mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panem/Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie powieści jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem czytać powieść. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić.

Szczerze przepraszam za lichą jakość utworu.

Niech Bóg Pana/Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze, jeśli taka istnieje.

Z poważaniem,

Michael Tequila.

 

Biznes i pisanie opinii o książkach

Zacząłem (przejściowo) traktować pisanie jak biznes: promuję i sprzedaję produkt. Proszę mi wierzyć, dzisiaj bez tego pisarz nie istnieje. Na rynku są tony książek, konkurencja jest zabójcza.

„Sędzia od Świętego Jerzego” jest w sprzedaży w księgarniach internetowych, z wyjątkiem – jak na razie – Empiku i Domu Książki. W nadchodzącym tygodniu ukaże się w księgarniach Matras (jest ich 200 w Polsce). Zaczynają też kupować biblioteki. Proszę zwrócić się do swojej biblioteki o zakup, nie jest to propozycja obraźliwa, wręcz przeciwnie, tym bardziej, że książka nie jest droga – ceny w księgarniach internetowych są od 15,15 zł do 23,00 zł. Proszę nie kupować wersji elektronicznej (ebooka); jest to zeszłoroczna uboższa wersja powieści. Wystąpiłem już do wydawcy (Virtualo Self-Publishing) o jej usunięcie.

Odczuwam brak opinii na temat mojej powieści, przed wszystkim na stronach księgarni, które ją sprzedają. Dlatego też wdzięczny będę nie tylko za przeczytanie powieści, ale także wystawienie opinii. Dobrym miejscem jest strona księgarni, idealnym portal www.LubimyCzytac.pl.

Dobrze mi zrobiło poświęcenie kilku godzin i przygotowanie sugestii, jak napisać opinię o książce, oraz przykładów, jak robią to inni. Większość przykładów to fragmentyopinii, które zostały określone przez czytelników jako „najbardziej wartościowe”.

Poniżej przedstawiam sugestie, jak pisać ocenę książki oraz dziewięć przykładów ocen. Nie ma potrzeby czytać ich do końca, chyba że ktoś ma na to chęć. Niektóre są naprawdę ciekawie napisane – dobra lektura także dla młodzieży. Pozdrawiam serdecznie.

IMG_3227-001Przerwa na kawę ale czyta się dobrze.

Jak napisać opinię o powieści:

  • Oceń tematykę. O czym jest powieść? Jaki to rodzaj: kryminalna, obyczajowa, romans, psychologiczna, thriller?
  • Ujęcie tematu, jego aktualność?
  • Ogólne wrażenie: Co jest szczególne, ciekawe, oryginalne, nowatorskie? Jak czyta się powieść?
  • Jakie ma mocne, słabe punkty? Co ci się podoba, a co nie i dlaczego?
  • Oceń fabułę/akcję: pasjonująca, wartka, wciąga, z pomysłem, nudna, schematyczna?
  • Oceń język: literacki, potoczny, piękny, wulgarny, nieporadny?
  • Oceń inne elementy: styl, temat, dialogi, początek i koniec powieści, wątki?
  • Oceń postacie bohaterów: interesujące, dobrze skonstruowane, oryginalne, nudne?
  • Jak widzisz powieść/autora w porównaniu z innymi powieściami/autorami?
  • Napisz, do kogo adresowana/kto mógłby być zainteresowany: młodzież, każdy, kobiety, ludzie starsi?
  • Podsumuj, jak oceniasz książkę? Bestseller/ świetna/udane nieudane dzieło?
  • Napisz, czy polecasz ją innym?

Przykłady opinii:

Opinia 1: Dobra na poziomie szkoły podstawowej. W pustyni i w puszczy to powieść dla młodzieży wydana przez Henryka Sienkiewicza. Opowiada o przygodach Stanisława Tarkowskiego i Nel Rawlison. Zarówno książka jak i film bardzo mi się podobały, to ciekawa i wciągająca historia młodych ludzi narażonych na wiele niebezpieczeństw w Afryce. Książka umożliwia nam poznanie obcych kultur i historii narodów, dzięki niej możemy nauczyć się czym jest prawdziwa przyjaźń, oddanie i poświęcenie. Uważam, że warto przeczytać tę powieść.

Opinia 2: W skrócie? Książka śliczna. Chociaż to słowo nie do końca oddaje to, co się czuje po jej przeczytaniu. Nie jest to książka o wojnie. Ale z wojną w tle. Nie jest to książka o romansach. Ale miłość zerka na czytelnika niemal z każdej strony. Więc o czym to książka? O tym, że trzeba być człowiekiem, bez względu na okoliczności. O tym, że trzeba kochać, bo jutro może być już za późno. Nie jest to powieść babska czy ckliwa. Myślę, że to powieść dla każdego, kto znajdzie chociaż odrobinę czasu by zagłębić się w świat Złodziejki: kraść z Nią jabłka, słuchać gry na akordeonie i przynosić radość ludziom…

Opinia 3: Powieść utrzymana jest w klimacie podobnym do „Cienia wiatru”, jednak więcej tu polityki i współczesnej historii. Reżim generała Franco kładzie się cieniem na losach jednego z głównych bohaterów, którego znamy dobrze z pierwszej części opowieści. Okazuje się jednak, że nie wiemy wielu rzeczy o przeszłości rodziców Daniela. Nie wie tego nawet sam młody księgarz.

W utworze jest sporo aluzji do wcześniejszych książek, co pozwala czytelnikowi na literacką zabawę, której trudno się oprzeć. Całość napisana jest pięknym językiem, a kwestie Fermina to literacki majstersztyk, łączący erudycję, inteligentny humor i rubaszność. Jest to powieść o wolności, przyjaźni, miłości i – oczywiście – o książkach i czytelniczej pasji.

Z bohaterami i ich światem żegnałam się z wielkim żalem, ale i z nadzieją, gdyż zakończenie jednoznacznie sugeruje, że będzie dalszy ciąg. Już czekam na kolejną powieść Zafona i mam nadzieję, że okaże się ona równie nastrojowa i piękna.

Opinia 4: „Złoto Bombaju” to powieść o mężczyźnie, uznawanego przez rodzinę i znajomych za nieudacznika. Akcja książki rozpoczyna się w Polsce w latach osiemdziesiątych. Eryk ma żonę i dwójkę dzieci. Ledwo wiążą koniec z końcem. Mężczyzna poddaje się losowi, bo uważa, że jego inicjatywa i tak by nic nie zmieniła, co nie zyskuje uznania w oczach innych. Pewnego dnia jego przyjaciel, Konrad, daje mu niezwykłą propozycję: razem wyjechać do Indii i przeżyć wielką przygodę, ale w zamian za przysługę. Jak się okazuje, przyjęcie propozycji nie jest do końca rozsądne, ani zgodne z prawem.

Książka jest dobra dla marzycieli. Autor świetnie opisał atmosferę bombajskich ulic, indyjskiej dżungli Goa i singapurskich ulic, przez co czujemy, jakbyśmy uczestniczyli w tej niesamowitej przygodzie, ale uwaga! Może brutalnie ściągnąć na ziemię!

Opinia 5: Czasami trafia się na książkę, podczas czytania której na myśl przychodzi cała masa zdań, wyrażeń, myśli, którymi można się posłużyć do opisania danej powieści, jednak po jej odłożeniu nie można sformułować nawet jednego, prostego zdania.

Jest to powieść, przez którą się płynie, głównie dzięki przyjemnemu językowi autora, którym się posługuje. Wpływ na to ma także prawdziwość tej historii, gdyż ja osobiście nie jestem w stanie zarzucić jej ani odrobiny nierealności – czy to w postawie bohaterów, czy może w toczących się wydarzeniach. Autor cechuje się wnikliwością przy analizowaniu podjętych przed siebie tematów, jednak robi to w taki sposób, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością i satysfakcją z udanej lektury.

Opinia 6: Na języku nadal czuję smak jej słów, w myślach cały czas mam historie i przygody bohaterów, którzy mnie wprost oczarowali. Klimat tej książki jest niesamowity, nie mogłam się od niej oderwać. Były momenty, gdy łzy nie chciały przestać płynąć, albo uśmiech sam pojawiał się na ustach. Historia Juliana była tak niesamowita i realna, że czułam się, jakbym ja sama ją przeżywała. Niebanalna, zaskakująca fabuła i piękne, idealnie moim zdaniem dopasowane do książki zakończenie. Urzekająca miłość Juliana i Penelope, która z góry została skazana na klęskę. Jestem pewna, że ta lektura pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo i z przyjemnością do niej kiedyś powrócę. Po raz pierwszy spotkałam się z książką, w której smutek tak dziwnie przeplata się z radością. Bardzo polecam!

Opinia 7: Książka ukazuje dylematy młodych ludzi, i nie tylko. Niki i Alex tworzą udany związek do czasu, aż ten się jej oświadcza. Niki zaczyna mieć dylemat. Czy aby Alex jest tym jedynym, czy 20 lat różnicy to nie za dużo? Każdy ma dylematy, każdy się zastanawia czy to ta jedyna osoba, z którą chcemy dzielić resztę naszego życia. Co mi się nie podobało to cytaty. Mało ludzi sypie cytatami jak z rękawa a tutaj co druga postać miała zawsze jakiś cytat na poczekaniu, przez to książka chwilami traciła na autentyczności.

Opinia 8: „Mistrz i Małgorzata” jest zupełnie inna od tych wszystkich książek, które teraz czytałam. Ma w sobie coś zupełnie innego, coś, czego nie potrafię nazwać. Najważniejsze dla mnie jest to, że wciąga w zupełnie inny sposób, niż pozostałe książki. Nie ma jakichś zaskakujących zwrotów akcji, nie zaskakuje, nie wbija w fotel. Ale mimo to wciąga niesamowicie. To trochę tak, jakby owinęła się dookoła mnie niewidzialnymi sznurkami i nie pozwalała ani na chwilę przerwać czytania.

Opinia 9: Powieść ma klimat i język. Dużo tu ironii, groteski, czarnego humoru, sprzeczności i hiperboli. Świat, mimo że rzeczywisty i jak najbardziej realny, pokazany jest w krzywym zwierciadle, w którym liryzm łączy się z dosadnością, a poetyckie porównania przeplatają się z wulgaryzmami. Długie, niemal barokowe, wielokrotnie złożone zdania stanowią odrębny smaczek. Fabuła momentami przypomina pijacki sen. I śmieszno, i straszno – chce się powiedzieć, śledząc perypetie narratora i jego znajomych z odwyku. Sam bohater jest człowiekiem światłym, elokwentnym, wszechstronnym i błyskotliwym. Oprócz studium alkoholizmu mamy tu obraz współczesnej Warszawy i różnych środowisk zawodowych oraz społecznych. Całość czyta się szybko, raz z uśmiechem, raz z niemal filozoficzną zadumą.

 

Z powagą o autopromocji powieści i autora

Na początku marca ukaże się (w końcu) na rynku moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”. Cały czas myślę o tym, jak będzie się sprzedawać.

Sukcesu pisarskiego nie mierzy się napisaniem (nawet bardzo dobrej) powieści, ale wprowadzeniem jej na rynek, upowszechnieniem w świadomości czytelników, pozytywnymi recenzjami i reakcjami, a w końcu wynikami sprzedaży.

Wczoraj oglądałem w nocy z żoną ceremonię przyznawania Oskarów filmowych. W dyskusji padły znamienne słowa: W okresie przed głosowaniem wszyscy zapominają, że film jest dziełem artystycznym i koncentrują się na nim jak na towarze (który wymaga promocji, aby dobrze się sprzedał). To mnie tylko umocniło w przeświadczeniu, że w najbliższych miesiącach muszę zakasać rękawy i aktywnie włączyć się w promocję własnej książki.

O potrzebie aktywnego udziału autora w promocji książki pisałem na blogu „O autopromocji. Pasja zwierzęca” z dnia 10 lutego 2015. Blog napisałem pod wpływem objawienia, jego doznałem w księgarni tysiąca książek.

Autopromocja pisarzy i poetów nie jest nowym wynalazkiem.

„Dla artystów, największym problemem do rozwiązania jest, jak dać się zauważyć” – Napisał Balzac w „Straconych złudzeniach”, powieści o życiu literackim w Paryżu na początku XIX wieku. Stendhal w swojej powieści bibliograficznej „Pamiętnik egotysty” pisał: ” Wielki sukces nie jest możliwy bez pewnego bezwstydu, a nawet otwartego szarlatanizmu”.

Autor tych obserwacji (Tony Perrottet) pisze, że te słowa powinny znaleźć się na herbie zrzeszenia autorów”. Przytaczam kilka jego dalszych wypowiedzi.

„Hemingway ustanowił nowoczesny złoty standard budowy własnej marki, przedstawiając swój wizerunek uzupełniony zdjęciami z wypraw safari, na ryby czy w miejsca, gdzie trwa wojna. Reklamował się również pozując do reklam piwa. W 1951 roku reklamował piwo „Ballantine Ale” na dwustronicowej wkładce magazynu „Life”, na której uwidoczniono jego zdjęcie w apartamencie w Hawanie”

Tyle na dzisiaj o wielkich pisarzach. Ich lista i opis działań autopromocyjnych jest przebogata. Przyjąłem je do wiadomości jako natchnienie dla własnych działań.

Dzisiaj potwierdziłem spotkanie autorskie w fili biblioteki wojewódzkiej mieszczącej się w dużym centrum handlowym w Gdańsku. Staram się równocześnie o zgodę na rozdanie tam ulotek reklamujących spotkanie autorskie na godzinę przed jego rozpoczęciem. Rzecz niby mała, lecz wymagająca zachodu i zawierająca w sobie wiele szczegółów.

C.d.n.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Nr ISBN 978-83-7942-566-2. Format: książka drukowana. Wydawca Novae Res, Gdynia. Planowany termin wydania: początek marca 2015. Gatunek literacki: powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna.Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

O autopromocji powieści i autora. Pasja zwierzęca.

Z pasją i zaangażowaniem rzuciłem się w wir promocji mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” . Pasję mogę nazwać zwierzęcą, zaangażowanie ma charakter ludzki z uwagi na narzędzia. Jest godzina 5.08 rano, a ja siedzę przy komputerze i piszę ten blog. Los powieści od dnia ukazania się na rynku w końcu lutego br. już teraz spędza mi sen z oczu.

2015 02 10 Pisarz grafika

Najpierw ogólnie o promocji książki i autora. Podstawową promocję prowadzi wydawnictwo, drugi nurt realizuje autor. Uznałem, że jest to nie tylko moim obowiązkiem, ale wręcz koniecznością (o czym później i więcej) i postawiłem tę sprawę na piedestale priorytetów działań w najbliższych miesiącach.

Źródła motywacji autora są liczniejsze niż dopływy świętej rzeki Ganges, nad którą chciałby dać się spalić każdy wyznawca hinduizmu. Palić się nie zamierzam, ponieważ nie będę mieć czasu na rozrywkę. Oto powody:

Sukces sprzedaży „Sędziego” w formie drukowanej zachęci Wydawcę do aktywniejszego zaangażowania w dalsze działania: wydanie powieści w wersji elektronicznej (ebook) oraz wydanie zbioru opowiadań, który od ponad pół roku czeka na decyzję „tak”. Opowiadania sprzedają się gorzej niż powieści. Jeśli „Sędzia” będzie sprzedawać się dobrze, to zwiększy to szansę wydania tomu opowiadań. Co więcej, mam już zaawansowaną kolejną powieść, o innym charakterze, równie albo jeszcze bardziej atrakcyjną, którą chciałbym jak najszybciej opublikować.

Moja aktywność promocyjna płynie także z przekonania, że „Sędzia od Świętego Jerzego” jest dobrą powieścią (niezależnie od tego, że to ja jestem jej autorem, pierwszym miłośnikiem i adoratorem, szaloną kombinacją ojca, matki dwóch dziadków i dwóch babć udanego nad wyraz dziecka, którego z miłości nazwałbym rozkosznym bobasem, gdyby nie jego psychologiczno-obyczajowo-kryminalna natura).

O jakości powieści wnioskuję po fakcie, że propozycję publikacji wysłałem – niejako sondażowo, od czegoś trzeba zacząć – tylko do dwóch wydawnictw. Jedno z nich (aktualny wydawca) od razu zaakceptował moją propozycję. Drugie wydawnictwo odpowiedziało mi, że „Powieść podoba się nam, lecz ma za małą objętość’ (nota bene, pod wpływem tej sugestii powiększyłem objętość utworu; powieść, która ukaże się w sprzedaży w końcu tego miesiąca jest obszerniejsza niż ta pierwotna przesłana do oceny wydawców). Okazało śię, że sama jakość nie wystarczy, powieść musi być dostatecznie duża objętościowo.

Podsumowując, wydawcy otrzymują takie ilości manuskryptów do publikacji, że są w stanie zaakceptować – jak to czytam – nie więcej niż pięć procent wszystkich nadsyłanych propozycji. „Sędzia od Świętego Jerzego ” znalazł się już przy pierwszym podejściu w wyróżnionych pięciu procentach. To musi coś znaczyć.

 

Blog Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 2 i ostatnia.

Dzisiaj nie czuję się na siłach zadeklarować dnia uprzejmości.

Nie łudźmy się, jeśli jeszcze nie jesteśmy to stajemy się (w większości, nie w całości) społeczeństwem prostackim i prymitywnym. Opinie te wciskają mi usilnie i nieprzerwanie m. in. osoby wypowiadające się na licznych blogach Onetu, jak również sami właściciele platformy, którzy tolerują obraźliwą beznadziejność wypasającą się na ich łąkach.

Społeczeństwo garbacieje powoli, stopniowo. Widać to po stronie popytu jak i podaży kultury. Schodzi ona na psy, nie miejmy co do tego złudzeń. Łatwa, tandetna rozrywka krok po kroku, niezauważalnie, zajmuje miejsce rozrywki bardziej wyrafinowanej. Lubiłem kiedyś kabarety, szczególnie „Kabaret ani mru, mru”, „Kabaret Moralnego Niepokoju” oraz „Kabaret Hrabi”. Moje uczucia powoli więdną i umierają. Obserwuję widownię, za co oklaskuje aktorów kabaretowych. Ze scen kabaretowych coraz częściej i gęściej padają grubiańskie słowa i aluzje seksualne na poziomie zaświnionych krzaków, co – o zgrozo – widzowie entuzjastycznie oklaskują, jakby im ktoś w kieszeń narobił. Przepraszam za dosadność.

Są oczywiście twórcy, którym należałoby całować stopy, walczący z przemożnym trendem rosnącej bylejakości. Krystyna Janda wyjaśniała kiedyś, że wystawia niektóre spektakle teatralne bez specjalnych ambicji tylko po to tylko, aby zaspokajając gusta masowej widowni zarobić pieniądze i wystawić bardziej ambitną sztukę, na którą przychodzą nieliczni, bo jest bardziej ambitna, wymagająca i wyszukana.

W świecie komercji, która coraz bardziej osacza społeczeństwo, dostawcy kultury kierują się coraz wyraźniej gustami niższych szeregów konsumentów. Jeśli odbiorca, dostatecznie „masowy” życzy sobie produkt, o którym bohater Krokodyl Dundee mówi „It tastes like shit, but you can live on it” to coraz łatwej znajdują się producenci takiego g…a.

Kultura masowa w telewizji nie ma ambicji ciągnięcia społeczeństwa w górę oferując twórczość bardziej uduchowionych i utalentowanych autorów. Reaguje ona chętniej na ludzi mniej wybrednych, który pragną napchać się raczej niż nasmakować pięknem formy i bogactwem treści konsumując je bardziej w stanie fizycznej niż duchowej satysfakcji.

Powieść źle się sprzedaje, jeśli książka nie jest dostatecznie gruba. Ceny książek są ustalane w proporcji do ich grubości; im więcej stron tym lepiej. Możesz napisać arcydzieło literackie, ale nikt go nie opublikuje, jeśli książka jest zbyt cienka. Są techniki nadmuchiwania grubości książki: mniejszy format, większa czcionka, grubszy papier.

Dzisiejszy czytelnik coraz wyraźniej przepoczwarzający się w konsumenta, chce dużo treści za pieniądze i ją dostaje. To on określa wartość książki, kupując ją, a nie krytycy literaccy, znawcy literatury, nauczyciele-poloniści, ludzie kultury i wyrobieni czytelnicy, umiejący napisać rzeczową, wyważoną i przekonywującą opinię. Duże jest łatwe. Małe jest trudniejsze, ponieważ trudne jest wydobycie esencji. Prezydent de Gaulle zapytany, jak przygotowuje się do przemówień, z których był znany, odpowiedział mniej więcej tak: Jeśli mam mówić kilka godzin, mogę zacząć od razu, bez przygotowania. Przemówienie półgodzinne zajęłoby mi kilka godzin przygotowań. Jeśli miałby mówić trzy minuty, to musiałbym popracować nad tym kilka dni.

Sztuka nie służy zabijaniu czasu, ani leniwemu pochłanianiu treści, ale głębszym przeżyciom, intensywnym i oryginalnym, poszerzającym horyzonty ludzkiej egzystencji. Musi być bliżej Boga, na wzór którego podobno zostaliśmy stworzeni, niż dostawców kultury starających się zaspokoić masowe, czyli nijakie, gusta. Masowość nie jest domeną wielkiej sztuki, ale konsumpcji. Kultura jest elitarna, a masy nie lubią elit.

Dziwimy się politykom, tym na piedestale, premierom i przywódcom opozycji, że nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, aby byli. Oni nie są i nie będą inni; są tacy sami jak większość społeczeństwa. Gdyby byli mądrzejszy, uczciwsi, walczyliby o dobro narodu, społeczeństwo nie udzieliłaby im tyle poparcia, aby przetrwali. – Dlaczego do polityki nie garną się profesorowie, wybitni artyści, najlepsi prawnicy? – Bo my, społeczeństwo, nie pomoglibyśmy im realizować aspiracji wznoszenia się na wyższe poziomy, sięgania poza własne egoistyczne pragnienia i ambicje.

Wyraziłem swój niepokój, lecz nie oferuję rozwiązania. Nie znam go, może dlatego, ze rozwój społeczeństw widzę najwyraźniej w kategorii alienacji rozumianej jako „ proces odrywania się wytworów ludzkiej działalności od swych twórców, urzeczowienia produktów ludzkiej pracy, instytucji społecznych oraz idei, jako niebezpieczeństwo podporządkowania sobie człowieka”.

 

 

Czytajcie książki!

Aby nie być gołosłownym w kaznodziejskiej pasji nawoływania do dobrego czynu, sam dużo czytam. Z przyjemnością poznaję teraz powieści i opowiadania pisarzy południowoamerykańskich, najchętniej utwory z lat 1980-tych i późniejszych, autorów takich, jak Carlos Fuentes (Instynkt pięknej Inez), Mario Vargas Llosa (Rozmowa w „Katedrze”), Julio Cortazar (Opowiadania 1), Gabriel Garcia Marquez (Nie ma kto pisać do pułkownika).

Każdy ma swoje preferencje. Sam cenię szczególnie pisarzy Ameryki Południowej. Nie jest to przypadek. Spędziłem cztery lata na tamtym kontynencie i znam dobrze język hiszpański. Sceny i ludzie z książek wspomnianych autorów są dla mnie zrozumiałe, bliskie, serdeczne i swojskie. Ameryka Południowa i jej kultura ma swoją odrębność. Jest w niej między innymi tajemniczość i nostalgia. Za racji przeżytych tam kilku lat, spotkań, rozmów, podróży i obserwacji, łatwiej jest mi rozumieć, co to znaczy maniana, religijność i sposób postępowania bohaterów oraz widzieć i rozpoznawac kształty budowli, krajobrazy, roślinność i zapachy. Do dziś pamiętam intensywny zapach wielkich plantacji cebuli w okolicach jeziora otoczonego wzgórzami czy widok kolumbijskich wieśniaków czekających na pogrzeb przed masywnym kościołem w zagubionej miejscowości. Większość z nich nosiła kapelusze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, oraz ruany, gdzie indziej zwane poncho. W pierwszym przypadku zapamiętałem ogromne ciężarówki pełne cebuli, w drugim kobiety, ich indiańskie rysy i czarne kapelusze przypominające cylindry.

Książka daje szczególną radość i satysfakcję. W szalonym, coraz bardziej zwariowanym świecie, w jakim żyjemy, dostarcza emocji, rozrywki i wiedzy wielokrotnie przewyższającej telewizję. Książka stymuluje umysł czytelnika wywołując jego własne skojarzenia i myśli, telewizja zaś tłoczy własne obrazy i idee do głowy widza. Książka oznacza delektowanie się, telewizja pochłanianie akcji i wrażeń, często beznadziejnie uproszczonych lub wręcz głupich.

To, czym jesteśmy, jest wynikiem dziedzictwa genetycznego, wychowania i doświadczeń życiowych. Nie wszytko można przeżyć, aby nauczyć się, jak mądrzej żyć. Mądrość można czerpać z książek. Uczymy się z nich myślenia innego niż nasze własne, rozwiązywania problemów, widzenia i rozumienia świata odmiennego od tego, w którym sami żyjemy, prawdziwego lub wyimaginowanego. Czytając, rozwijamy i wzbogacamy własne umiejętności przeżywania tego, co nas spotyka każdego dnia.

Mam przyjaciela, który uważa, że literatura beletrystyczna nie daje satysfakcji, ponieważ nie przedstawia faktów i prawdy o tym, co się naprawdę zdarzyło. Akceptuje on zasadniczo tylko przekazy tekstowe i obrazowe, które pokazują rzeczywistość taką, jaka miała miejsce, fakty i wydarzenia.

Ja odbieram świat inaczej. Uważam, że fikcja literacka, o ile nie jest to czysta fantastyka, też pokazuje rzeczywistość, tylko w inny sposób, może bardziej artystyczny, ale również prawdziwy. Jeśli powieść opisuje romans, jaki miał miejsce w czasie wojny, to przedstawia ona czasy, bieg rzeczy, naturę zdarzeń i uczucia, jakich ludzie wówczas doświadczali. Być może nie dokładnie tak, jak sami kochankowie powieści, ale jak inni ludzie, którzy kochali się w czasie wojny przeżywając strach, niepokój, przerażenie, nadzieję, osamotnienie, biedę, chwile szczęścia, ciepło i zimno, dotyk bliskiej osoby.

Warunkiem sukcesu czytelniczego jest znalezienie dobrej, ciekawej, a idealnie pasjonującej książki. Wybór autora i utworu zależy tylko od nas. Jest to wielkie wyzwanie. Warto poświęcić czas i znaleźć dobrą książkę, niż iść na łatwiznę i czytać potem coś, co nie jest najwyższego lotu i nie przynosi pełnej satysfakcji.

Jak pisać? Mieć coś ważnego do powiedzenia

Od kilku tygodni czytam z uwagą i autentycznym zainteresowaniem książkę autorstwa Giulii Giuffre, dziennikarki, zatytułowaną „A Writing Life”, który to tytuł (znając treść książki) przetłumaczyłbym na polski język jako „Życie pisarki”. Jest to zbiór wywiadów z 16 pisarkami australijskimi starszego pokolenia (książka została wydana w 1990 roku). Jedna z pisarek, Helen Heney, co jest nader ciekawe, spędziła w Polsce pięć lat i to w latach 1950-ych, co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało. Helen Heney mówi o osobie: Po prostu zakochałam się w tym kraju (I simply lost my heart to the place). Moja pierwsza powieść jest osadzona w Polsce (The Proud Lady, 1951).

Wydaje się, że w wywiadach przewijają się wszystkie tematy, jakie mogą interesować pisarza (Posługuję się rodzajem męskim opisu zawodu, aczkolwiek mam na myśli jak najbardziej także kobiety-pisarki. Każdy język ma swoje słabości i niedostatki. W języku polskim brak jest terminu, który obejmowałby zarówno mężczyzn jak i kobiety uprawiające zawód pisarski).

Wywiady dostarczają niezwykłej, „z pierwszej ręki” wiedzy zawierającej zalecenia jak pisać. Z własnego doświadczenia wiem, jak znaczące mogą to być zalecenia.

„Miej coś ważnego do powiedzenia”. Szczerze podzielam tę opinię-imperatyw. Nie sposób jest napisać dobrą powieść, jeśli nie mam czegoś ważnego do przedstawienia. W powieści chcę coś zakomunikować, wyrazić coś, co ma szczególne znaczenie: przeżycie, ostrzeżenie, opinię o czymś lub o kimś ważnym. Może to być konflikt, walka, miłość lub niezdolność do kochania, okropna porażka lub wielkie zwycięstwo, odkrycie, cierpienie lub szczególne przeżycie, tęsknota, cokolwiek, co czytelnik zrozumie i doceni.

„Ważność” tego, co chcemy wyrazić, inspiruje wyobraźnię i wyzwala myśli i sformułowania, których inaczej nie sposób wydobyć. Tak widzę w szczególności twórczość poetycką i towarzyszące jej dwa krańcowe nastroje: wzniosłości, uniesienia, ogromnej radości oraz przygnębienia, smutku i rozpaczy. Poruszanie się między dwoma ekstremami uczuć pozwala dogłębniej widzieć dwie strony rzeczywistości, wzbogaca i stymuluje zdolność pisania.

Aby dobrze pisać, musisz naprawdę pragnąć wyrazić coś doniosłego, niebanalnego.

Za i przeciw umowie ACTA

Najpierw cytat z Wikipedii: „Porozumienie ACTA jest wymierzone przeciwko wszystkim przejawom naruszania cudzej własności intelektualnej. Największe kontrowersje wzbudzają jednak przepisy dotyczące wykroczeń w środowisku cyfrowym, głównie z wykorzystaniem sieci komputerowych”.

W istocie „Porozumienie ACTA” jest nieporównywalnie obszerniejsze. Dotyczy także sprzedaży leków (i to nie tylko przez Internet), towarów fałszowanych (podróbek), naruszania praw autorskich, kontroli granicznych i kilku innych spraw.

Niektóre zastrzeżenia i protesty wobec ACTA rozumiem i popieram. Niektórych nie rozumiem i założyłbym się, że wiele osób protestujących „hurtowo” wobec ACTA też ich nie rozumie. Popieram sprzeciw wobec niejawnej formy negocjacji w sprawie porozumienia ACTA. Nie wiem jednak, w jaki sposób ACTA narusza konstytucyjną wolność słowa. Musiałbym wgryźć się w ten temat, gdyż jak dotychczas sam nie odczułem naruszania mojej wolności słowa w Internecie, choć jestem pisarzem, publikuję książki w formie cyfrowej w Internecie, prowadzę własną stronę internetową, mam stronę na Facebooku, prowadzę obszerną korespondencję elektroniczną, korzystam ze Skypa, uczestniczę w dyskusjach na forach elektronicznych itp.

Zdecydowanie popieram ACTA w jednym konkretnym obszarze. Chodzi o autorskie prawa osobiste i autorskie prawa majątkowe (copyright). Jestem za prawnym zakazem swobodnego dysponowania utworami (książkami publikowanymi i sprzedawanymi w Internecie) sięgającego poza granice zwykłych uprawnień nabywcy utworu i ściganiem tych wykroczeń. Moje publikacje są sprzedawane po bardzo umiarkowanej cenie (US$ 1.99 tomik wierszy i US$ 2.99 powieść) i byłbym bardzo niezadowolony, gdyby ktoś kupił lub otrzymał ode mnie bezpłatnie moją książkę w wersji elektronicznej (ebook) a następnie rozprowadzał ją w sposób nieograniczony wśród przyjaciół i znajomych czy wręcz sprzedawał w Internecie lub poza Internetem (po wydrukowaniu). Ceny książek elektronicznych są znacznie niższe niż książek drukowanych i to dodatkowo uzasadnia zakaz naruszania autorskich praw majątkowych.

Za książką (drukowaną bądź elektroniczną) stoją miesiące a nawet lata pracy autora. Autor książki elektronicznej oprócz wielkiego wkładu czasu, pracy, energii ponosi także ryzyka i koszty. Przez kilka lat jego sytuacja może być taka, że ponosząc koszty nie osiąga żadnych lub osiąga bardzo minimalne wpływy. Pisarze i wydawcy książek ostro konkurują ze sobą; sprzedać książkę jest bardzo trudno. Moje koszty jako autora to przykładowo (w kolejności ich powstawania): korekta/edycja tekstu, formatowanie tekstu zgodnie z wymaganiami platformy wydawniczej (około 50 dolarów), opracowanie okładki elektronicznej (100 – 200 zł). Profesjonalna korekta tekstu jest szczególnie kosztowna: korekta jednej (!) standardowej strony (1800 znaków włącznie ze spacjami) może kosztować od 5 do 11 zł). To są koszty bezpośrednie. Oprócz tego są koszty pośrednie.

Przedstawiam powyższe fakty z nadzieją, że mój głos w dyskusji o ACTA zostanie wysłuchany a moje racje zrozumiane. Wypowiadam się w konkretnej sprawie odnoszącej się do Porozumienia ACTA i nie mam w tej materii wątpliwości. Internet stał się polem do nadużyć dla osób, które przyzwyczaiły się do bezpłatnego pobierania, kopiowania, powielania i dystrybucji materiałów, za którymi stoją ich autorzy oczekujący uznania ich praw autorskich. Rozumiem niechęć wobec autorów, którzy żądają za swoje utwory tak wygórowanych cen, że staje się on praktycznie niedostępny dla wielu osób. Część z nich może to uznać za wygodną wymówkę do nielegalnego „przyswojenia sobie” lub „zdobycia” utworu. Myślę, że autorzy ustalający rozsądne ceny mają szczególne prawo oczekiwać uczciwego postępowania z ich książkami oraz ścigania tych osób, którzy nadużywają praw autorskich.