Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 35: Żywa rozmowa o kurach i kogutach

Sefardi siedział przy biurku i gapił się bezmyślnie przez okno. Zmęczył się, usiłując nadać przekonywujący kształt fragmentowi powieści, jaką pisał od niedawna w skrytości. Odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.

– Pańska żona mnie przysyła, don Sefardi. Przyniosłam panu herbatę, tę czerwoną, którą pan lubi najbardziej. Mam powiedzieć, aby nie siedział pan zbyt długo przed komputerem, bo do cna zepsuje pan sobie oczy. – Isabela popatrzyła na niego uważnie. – Rzeczywiście, żona ma rację. Ma pan oczy zaczerwienione jak kogut zmęczony uganianiem się za kurą, z którą chciał porozmawiać o mistrzostwach świata w piłce nożnej. – Isabela przerwała, aby odsunąć długopisy z brzegu biurka i postawić szklankę z gorącą herbatą. – To najbardziej zwariowany sport, jaki wynaleziono. Osobiście nie znoszę głupiego ścigania się po boisku.

Dopiero po tych słowach odwróciła się w kierunku siedzącego. Zaskoczyła go swoją wypowiedzią. Był pewien, że to nie były jej słowa. Nie dałby sobie jednak głowy za to uciąć, gdyż potrafiła być oryginalna. Jego uwagę zwróciło coś innego. Już wcześniej zauważył, że Isabela błądzi po obrzeżach erotyki, czyniąc zwiewne aluzje i drobne przyczynki do seksu, praktycznie przy każdym temacie, jaki pojawiał się na horyzoncie ich rozmów. Sefardi widział to w jej oczach, nieobecnych, zagubionych w przestrzeni, niezależnych od ust, z których wypływały słowa. Nie za bardzo rozumiał jej myśli i postępowanie. Po chwili zastanowienia, zapytał ją o to jak mógł najostrożniej. Oczekiwał spokojnej reakcji.

Isabela wyskoczyła na niego ostro, nazwała go zboczeńcem, zdegenerowanym samcem szukającym zemsty na kobietach. – Ciągle pan o tym myśli, dlatego ma pan zaczerwienione oczy. To nie ze zmęczenia!

Spontaniczna reakcja kobiety nie pozostawiła wątpliwości, co do jej szczerości. Sefardi domyślał się, że jest to kwestia podświadomości, wyzwalającej erotyczne skojarzenia, wspomnienia przeszłych doświadczeń, może nawet niespełnionych pragnień.

– Skąd zna się pani, Isabelo, na kogutach ścigających kury? Prowadziła pani gospodarstwo wiejskie? – Odpowiedział niechętnie pytaniami, aby odwrócić uwagę od drażliwego tematu. Jej słowa wyprowadziły go z równowagi tylko dlatego, że sam doskonale wiedział, że ma podkrążone i zaczerwienione oczy. Traktował to jako daninę, jaką zmuszony jest płacić, starając się stworzyć wartościowy tekst tego, co pisał, pracując nad kolejną, piątą lub szóstą wersją, zastanawiając się nad każdym zwrotem, sceną czy ujęciem.

– Nie prowadziłam gospodarstwa, ale wiem, jak wygląda kura i kogut, jak się zachowują, co jedzą i jaki głos wydają. – Isabela rozgadała się jak niemowa, której cudem przywrócono język. Kiedy zaczęła opowiadać o gospodarstwie, Sefardi potraktował to jak przyganę; chciała udowodnić mu, że wie lepiej, o czym mówi.

– Kura to kura, kogut to kogut. Koguty są głupie, to zasadniczo bezużyteczne darmozjady. Kury niosą jaja, które pan chętnie je na śniadanie i jeszcze sobie chwali. – Wyrzuciła z siebie, odchodząc. Była obrażona. W drzwiach złagodziła swój wyrok.

– Koguty są głupie, ale nie każdy i nie w każdej sytuacji. Kury też są głupie, może trochę mniej. Głos jej się zmienił, był łagodniejszy. – Jakby miał pan coś do poczytania z tej pańskiej pisaniny, to chętnie bym poczytała. Mam trochę czasu.

Sefardi zbył ją. – Może za kilka dni. Dzisiaj nie mam nic, co dałoby się czytać.

– Dobrze. Nie będę się narzucać. Nie potrzebuję łaski. – Zrezygnowana zamknęła drzwi do pokoju bardziej energicznie niż zwykle.

Michael Tequila: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 33: Konwersacje o spowiedziach i imionach

W nocy Sefardi nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku usiłując ułożyć się wygodnie na grubym materacu. Kiedy to mu się nie udało, przeszedł do salonu na kanapę. Znowu spotkało go niepowodzenie, choć kanapa była sprężysta, obszyta naturalną, dobrze wyprawioną i miękką skórą. Rano obudził się zmęczony. Poleżał chwilę, wstał, włożył szlafrok i usiadł przy biurku.

Wkrótce Isabela przyniosła mu herbatę, z dwoma plasterkami cytryny, taką, jaką lubił. Od pewnego czasu robiła to regularnie. Nie prosił ją o to, nie miała też takiego obowiązku. Została zatrudniona wyłącznie do pomocy żonie, Penelopie.

Kobieta była zamyślona. Kiedy stawiała spodeczek i szklankę na biurko stwierdziła jakby od niechcenia:

– Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo pobożnie.

Jej śmieszna obserwacja ożywiła Sefardiego. Patrzył na nią oczekując wyjaśnienia, co ma na myśli. Nie odpowiedziała od razu. Pomyślał, że testuje jego cierpliwość.

– Znaczy się, wygląda pan jak nieboszczyk zdjęty z krzyża, albo jak ksiądz-staruszek po wyspowiadaniu Alibaby i czterdziestu rozbójników. Dzisiaj tymi rozbójnikami mogłyby być kobiety. Kobiety zawsze były aktywne zawodowo, obecnie nawet bardziej niż mężczyźni. Na przykład w wojsku. Wie pan, ile kobiet służy dzisiaj w wojsku? Uważam, że kobieta mogłaby z powodzeniem być nawet kapelanem. Oczywiście nie w naszym kościele, bo jest staromodny i strasznie przyzwoity; ksiądz to ksiądz, baba to baba, ale …. – Isabela popadła w typowy dla niej stan niekończących się dywagacji.

Sefardi wiedział, że jeśli jej nie przerwie, to zajmie mu czas wykładając teorię niezwykłej roli kobiet w kościele, armii i społeczeństwie, może nawet i więcej.

– A wie pani, Isabelo – wpadł jej w słowo – że kiedyś miałem być księdzem.

Popatrzyła na niego zdezorientowana.

– Naprawdę chciałem być księdzem i specjalizować się w spowiedziach. Ale tylko młodych kobiet. Byłem wtedy bardzo przystojny. Powiedziałem to proboszczowi mojej parafii, a on zapytał mnie: „Jak młodych?”.

Sefardi nie wiedział, dlaczego pytanie o wiek miało dla proboszcza znaczenie. Myślał o przedziale dwudziestu do trzydziestu pięciu lat. To zaspokajałoby jego ambicje bycia użytecznym. Był młody, więc łatwiej było mu zrozumieć kobiety w tym wieku. Kościół, jednakże odrzucił jego dobre chęci, mimo że był wówczas przystojnym i wykształconym mężczyzną doskonale nadającym się do stanu duchownego. Miał długie nogi i czarną czuprynę, gęstą jak niedźwiedź późną jesienią.

Opowiadając historię swoich marzeń, Mistrz odczuwał perwersyjną satysfakcję naśladując Isabelę stylem wypowiedzi i obfitością słów. Ponieważ nie przerywała mu, kontynuował.

– Teraz to już nie wszystko pamiętam, ale miewałem różne pragnienia. Wtedy myślałem najbardziej o stanie duchownym. Każdy ksiądz jest mężczyzną, ale nie każdy mężczyzna może być księdzem. – Tak mi odpowiedział proboszcz. Odrzucił logikę mojego rozumowania. Negatywna postawa kościoła wobec moich aspiracji nie zniechęciła mnie do kontynuacji dialogu z kościołem. Kościół to nasza matka. Ale cóż to za matka, która nie pozwala dziecku na radość udzielania pierwszej pomocy bliźnim pragnącym ujawnić swoje troski w szczerej spowiedzi, aby uzyskać pokutę i przebaczenie.

Kiedy to powiedział, przeszła mu chęć dalszego fantazjowania. Zaniepokoił się, że przesadził i Isabela uzna, że się z niej nabija. Nie zamierzał zrazić jej do siebie. Isabela nie odzywała się, po chwili wymówiła się innymi obowiązkami i wyszła.

W młodości Sefardi rzeczywiście miał marzenia, ale inne, które też się nie spełniły. Marzył o szczęśliwej rodzinie, puszystym śniegu, konwaliach w ogródku, choince ubieranej przez dzieci, wspólnych wyprawach nad jezioro. Idealizował swoją przeszłość, może nawet miał halucynacje. Nie dzielił się tym z nikim.

*****

Temat imienia pojawił się zupełnie przypadkowo, jakby ktoś zauważył przelotny kształt nad łąkami i wykrzyknął: – O, jaskółka! Jaka ona jest zwinna!

– Sama nadałam sobie imię Isabela. Nikt mnie do tego nie upoważnił. Nie podobało mi się poprzednie – stwierdziła Isabela, zapytana o pochodzenie jej imienia.

-A jakie było poprzednie?

– Tego nie mogę panu powiedzieć, don Sefardi. Nie jestem taka głupia. Śmiałby się pan ze mnie. Po prostu, nie podobało mi się ono. Wymazałam je z pamięci, zapomniałam o nim.

– Pani imię jest przecież zapisane w dowodzie osobistym, Isabelo. Nie można go wymazać, ot tak sobie, na widzimisię.

– No właśnie. A ja to zrobiłam. Wystawiono mi nowy dowód już z imieniem, które sobie wymyśliłam. W poprzednim dowodzie było inne, pospolite i brzydkie.

– Dlaczego brzydkie? Czy pani nie przesadza? Brzydkich imion jest niewiele. To ludzie bywają brzydcy, nie imiona. – Sefardi przekomarzał się, ale nie przeciągał struny, pamiętając o wrażliwości rozmówczyni w sprawach osobistych. Nie była to trwała cecha jej charakteru; zazwyczaj zachowywała się tak, jakby jej nie zależało, co się o niej mówi lub myśli.

– Tamten dowód mi zginął. Nie pamiętam już; może mi go ukradli, a może wpadł do wody z mydlinami i rozpuścił się. Albo zużył kompletnie jak papier, którego litery wdeptano długim chodzeniem w podłogę. Raz nawet widziałam małe literki na podłodze, mogły pochodzić z mojego dowodu. Od razu zapytałam siebie, czy to możliwe. Okazało się, że tak. Na pewno tak było. Jestem tego pewna – Isabela modulowała głos jak poetka.

– Opowiada pani głupstwa i jest pani uzurpatorką, Isabelo.

– Co też pan mówi!? Nie znam tego wyrazu. To pewnie coś złego?

– Uzurpować znaczy sięgać po cudze, coś sobie przywłaszczać, nadawać sobie tytuł, albo imię, nikogo nie pytając o zdanie lub zgodę. Sama przyznała sobie pani przywilej ustalenia nowego imienia.

Isabela patrzyła na Mistrza skonfundowana. Nie była pewna, jak zareagować. Sefardi kontynuował.

– Teraz jestem królową. Powiedzmy, że tak pani sobie pomyślała i naprawdę wierzy, że nią jest i siedzi sobie na tronie z koroną na głowie i berłem w ręku, czekając aż mężczyźni zaczną jej okazywać podziw i szacunek, jaki poddani mają wobec władcy. Tej historyjki z imieniem i rozdeptanym dowodem osobistym nie opowiada chyba pani kobietom, tylko mężczyznom? Albo tylko mnie? – Sefardi pomyślał, że powiedział to niepotrzebnie; zrujnował fantazję zakwitłą przelotnie w głowie kobiety. Głupio mu się zrobiło, że zachował się tak, jakby miał do niej pretensję o drobinę iluzji, dziwaczny wymysł lub niewinne kłamstwo.

Isabela popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. Nagle zerwała się, podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Był to impuls, odruch, który zaskoczył ich oboje. Zdezorientowany Sefardi uznał to za pieszczotę, coś spontanicznego, wyraz niechęci pomieszanej z podziwem. Potraktowała go jak urwipołcia, chłopca, który uczynił coś niewłaściwego, nie w złej intencji, tylko z przekory i ciekawości, jak to zostanie odebrane, z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Popatrzyli na siebie zaskoczeni, po czym Isabela w pośpiechu wyszła z pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Mistrz miał wrażenie, że zrobiła to pragnąc, aby pobiegł za nią i usprawiedliwił się z wszystkiego, co niepotrzebnie powiedział.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Słodko-kwaśne wspomnienia Sefardiego

Wiek dawał się najbardziej we znaki Sefardiemu. Katował go tak, jakby był odrębną istotą, choć przecież stanowili wspólnotę. Mężczyzna gubił się w prostych czynnościach, zawodziły go koncentracja i pamięć. Tylko wyobraźnia i ciekawość świata pozostały w nim młode i aktywne, niekiedy wręcz dziecinnie żywe, podobnie jak skłonność do żartów.

Kiedy obudził się, na dworze było jeszcze ciemno. Nie mogąc zasnąć, wstał i czytał chodząc po salonie z książką w ręku. Pół godziny później rozbolały go oczy. Pomyślał, że szkła okularów są przybrudzone. Zdjął je, aby przetrzeć. Dopiero wtedy zauważył, że były to okulary do pracy przy komputerze, nie do czytania. Ogarnął go płomień gniewu. Nieszczęśnik kontrolował się na tyle, że eksplodował tylko wewnętrznie, z dziwną rozwagą, jakby bał się obudzić domowników lub sąsiadów śpiących z uchem przy ścianie. Z sercem wypełnionym goryczą przeklinał swój los w najbardziej grubiański sposób. Uznając wulgarność za szczególną formę prostactwa, nie odrzucał jej w przekleństwach. Wręcz przeciwnie, godził się z nią, nawet błogosławił, ponieważ pozwalała mu lepiej wyrażać uczucia, oburzenie na siebie, świat i Boga.

Tego ostatniego oskarżał otwarcie, że poskąpił mu potomstwa, jakim szczodrze obdarzał większość ludzi. Innym przychodziło ono łatwo jak splunięcie, podczas gdy liczna rzesza nieszczęśników, do których sam się zaliczał, pozostawała w zamknięciu żelaznych sztab i kłódek samotności. Jedyne dziecko, jakie miał, była to dziewczynka, kiedy podrosła, wdała się w złe towarzystwo i po kilku rodzinnych burzach zniknęła na zawsze.

Tego dnia po raz pierwszy naszło Sefardiego pragnienie, aby w proteście wobec macoszego traktowania go przez Boga odejść ze świata szybciej niż mu to przeznaczył. Uciekając od ponurej myśli, Sefardi zdał sobie sprawę, że otrzymał tak wiele innych dóbr, że mimo wszystko nie powinien rozpaczać. Wprawdzie w połowie był nieszczęśliwy, to przecież w drugiej połowie miał prawo odczuwać szczęście.

– Czuję się jak skazaniec posadzony na rozgrzanych węglach, którego polewają zimną wodą, aby przynieść mu ukojenie – nie potrafił powstrzymać się od milczącej uszczypliwości wobec losu.

Dojrzałe życie Sefardiego przypadło na czas niezwykłych zmian, przechodzenia z epoki spraw prostych i uporządkowanych do epoki komputera i przestrzeni wirtualnej, o pojemności miliony razy większej niż przestrzeń fizyczna. Był to czas osobliwości, rowerów elektrycznych z podręczną kafeterką do parzenia kawy, robotów wykonujących salto do tyłu, sztucznej inteligencji cudownie podwyższającej poziom IQ za jedno szczere „Bóg zapłać”, samojezdnych autobusów stawiających pasjanse znudzonym pasażerom, tanich jak barszcz podróży kosmicznych oraz cichego terroryzmu służącego rozwiązywaniu trudnych problemów rodzinnych. Także gadżetów i produktów w rodzaju cztery w jednym, w tym proszku do prania służącego za perfumy i zapewniającego biel tak olśniewającą, że bez ciemnych okularów można było oślepnąć w jednej chwili.

Największą rewolucję wywołał smartfon, produkowany w astronomicznych ilościach we wszystkich kolorach tęczy. Na ulicach pojawiły się tabuny rozpromienionych osobników trzymających w rękach nawet trzy smartfony, aby sycić się rozmową jednocześnie z wieloma osobami. Zamiast ssać matczyne piersi małe dzieci namiętnie uczyły się korzystania ze smartfonu. Zachwycało to rodziców, szczęśliwych, że nie musieli wychodzić z pociechami na place zabaw, aby niepotrzebnie biegały, pociły się i brudziły ubranka.

– Można by powiedzieć, że postęp oszalał, a pan, don Sefardi, razem z nim, bo wyraża się pan o nim tak pozytywnie – wnosząc herbatę do gabinetu Isabela burzyła życzliwy, aczkolwiek nie bezkrytyczny stosunek Mistrza do nowoczesności.

– Smartfon to zaraza – Isabela postawiła szklankę na biurku, aby kontynuować temat ze znajomością rzeczy profesora uniwersytetu. Wprowadziła Sefardiego najpierw w podziw, a następnie w zniechęcenie, kiedy zdał sobie sprawę, że wygłasza poglądy wyuczone w kolejce sklepowej. Sam miał niechętny stosunek do smartfonu. Uważał, że zainicjował on migrację międzykontynentalną milionów biedaków. Żyjąc w Afryce schodzącej na dziady po wyzwoleniu się z kolonializmu widzieli na swoich malutkich ekranikach kraje niewyobrażalnie bogate, o których wcześniej tylko słyszeli. Dzięki smartfonowi mogli oglądać na własne oczy ludzi wielkich i otyłych; zachwycało ich to, ponieważ sami żyli w głodzie wysuszającym ciało i nadymającym brzuch pustką niezaspokojenia.

– Głód i pragnienie, Isabelo, to popędy najsilniej motywujące człowieka, nawet bardziej niż popęd seksualny, najprostszy i najbardziej prymitywny. To natura zmusza biedaków, aby starać się uszczknąć choćby odrobinę niezmierzonego bogactwa, jakim dysponują zamożne społeczeństwa.

Isabela nie dała się sprowokować wzmianką o seksie, czujnie pamiętając, o czym zawsze i w każdych okolicznościach myślą mężczyźni bez względu na wiek i stan posiadania. Zdecydowała się bronić kobiecości podejmując krytykę irracjonalnych postaw starzejącej się lubieżności. Przyszło jej to tym łatwiej, że kilka dni wcześniej uczestniczyła w spotkaniu promującym zdrowsze miasta.

– Mówi pan, don Sefardi, o bogactwie, ja na to odpowiem panu ironicznym uśmiechem od ucha do ucha. Więcej towarów znaczy więcej opakowań, góry śmieci, na których gnije wyrzucona żywność i ubrania, jakie z powodzeniem mogłyby służyć nędzarzom. To także więcej smogu, który zatruwa miasta przylegle do wysypisk, więcej samochodów do transportu śmieci, więcej dymu ze spalarni i smrodu z oczyszczalni ścieków. Co mi na to odpowie, proszę mi wybaczyć, osobnik taki jak pan, męski szowinista okopany na stanowisku dominacji nad kobietą?

Prowokatorskie pytanie Isabeli zniechęciło Sefardiego do dalszej rozmowy. Wymówił się stwierdzeniem, że ma dużo pracy i nie może poświęcić więcej czasu na pasjonującą rozmowę o bogactwie i nędzy.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Najserdeczniejsze życzenia z okazji Dnia Kobiet

W dniu, co tu dużo gadać, niezwykle kobiecym, z okazji Międzynarodowego Dnia Powszechnej Radości,
wszystkim Paniom, małym, średnim i dużym,
babciom, mamom, córkom i wnuczkom,
mężatkom oraz dziewczynom marzącym o schwytaniu małżeńskiego szczęścia za owłosione nogi,


a także – aby nie dyskryminować – córom Koryntu, gejszom i przedstawicielkom innych organizacji pogotowia ratunkowego dla mężczyzn,
a nawet mężczyznom, którzy psychicznie i cieleśnie przeszli na kobiecość,
życzę Wszystkiego Najlepszego, a konkretnie:

  • zasobnego jak niemiecki portfela,
  • australijskiej pogody w domu i w sercu jak rok długi i szeroki,
  • egzotycznych wycieczek do krajów, gdzie na złocistej plaży słońce nie zachodzi,
  • szalonej miłości, która się dobrze kończy,
  • wyśmienitego samopoczucia w każdej chwili cyklu,
  • mniej złego a więcej dobrego cholesterolu,
  • więcej dietetycznych owoców i warzyw, i to w ekologicznym wydaniu,
  • mniej zanieczyszczeń, a więcej powietrza w tym, co nas otacza,
  • dużo zdrowego ruchu na łonie przyrody,
  • psa, który wyprowadza na spacer bez względu na pogodę, zdolnego boleśnie pogryźć prezesa, który tylko koty rozpieszcza,
  • większych piersi, jeśli obecne są za małe i (rozsądnie) mniejszych, jeśli są za duże,
  • kosmetyków przywracających wiek maturalny w niepełne dwa tygodnie,
  • cudownie chybotliwych pośladków na wysokich obcasach, które wprawdzie naciągają ścięgna, ale jakżeż serdecznie kojarzą się mężczyznom,
  • lekkiej pracy za duże pieniądze,
  • więcej ciała, jeśli obecne jest zbyt skąpe lub mniej, jeśli zbytnio rozciąga sukienkę,
  • dzieci nieskończenie urodziwych, rozumnych, grzecznych i pomocnych,
  • męża, który byłby ozdobą i chwałą rodziny finansowo wypasioną jak szejk arabski,

  • cierpliwości wobec władzy, która nawet jeśli jest dana od Boga, to nie jest nieśmiertelna,
  • życiowej mądrości, aby nam błędów nie wytykano.

W końcu i przede wszystkim, pełni zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Michael Tequila

P.S. Drobny upominek ze zbioru poezji „Klęczy cisza niezmącona":

Rozwierasz dłonie

Rozwierasz dłonie kwiatami pachnące
– ja je całuję,
otwierasz serce miłością tętniące
– ja je miłuję,

płaczesz ze smutku, z nieznanej przyczyny
– ja z Tobą szlocham,
śmiejesz się warg rozchylając karminy
– taką Cię kocham.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Przyjaźń w poczuciu jesiennego relaksu

Spotkałem dzisiaj Iwana Iwanowicza na osiedlu. Prawie zderzyliśmy się ze sobą, tak było ciemno. Ucieszeni, że do wypadku nie doszło, wymieniliśmy uprzejmości. Ludzie wymieniają je zdawkowo, poszliśmy w ich ślady.

– Dlaczego młodsi mają naśladować starszych, a nie odwrotnie? – Zapytał Iwan Iwanowicz, na co ja zawtórowałem głosem poparcia. Przy okazji przyjrzałem się przyjacielowi uważnie i zdumiałem się, choć znam go od dawna. Jest bardzo podobny do mnie. On chyba zrobił to samo, ponieważ doszedł do tego samego wniosku, że jest podobny do siebie. Jego zręczna uwaga rozbawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłem uczynić go bohaterem mojej powieści, jaką piszę w wielkim bólu tworzenia. Zgodził się, choć nie bez oporów. Bał się, że ludzie zaczną powszechnie czytać moją powieść i on, jej bohater, stanie się sławniejszy od autora. Zapewniłem go, że nie powinien się martwić, bo sława jest wyjątkowo powolna i skąpa w moim przypadku.

– To dlatego, że nie piszesz o sprawach nieprzyzwoitych, grubiańskich, morderstwach, sensacjach, spiskach i pedofilach, tylko o polityce i podobnych miłostkach. Napisz coś nieprzyzwoitego, rzuć kilka razy macią, dołóż seksu i zobaczysz, jak twoi czytelnicy się rozhulają.

Obiecałem zastanowić się nad jego propozycją. – Jest dobra, ale chyba zbyt mocna, może nawet i wulgarna. – Wyjaśniłem.

– No i co z tego? – Replikował przyjaciel. – Popatrz na otaczający cię świat. Kto tu jest przyzwoity? Dzisiaj nawet małe dzieci, wręcz dziateczki, w wieku dwóch – trzech lat, są agresywne fizycznie i słownie, krótko mówiąc przeklinają. Mówiła mi to pewna przedszkolanka. Nie jest to oczywiście ich zasługą, tylko rodziców. Dziecko uczy się manier od kogoś, bo przecież nie od premiera, który chodzi na palcach, mówi aksamitnym językiem i pieści słowami.

– Ani też od psa, który w najlepszym wypadku umie rozróżniać liczby od jednego do dziesięciu. Widziałem to w telewizji. – Uzupełniłem.

Iwan Iwanowicz zgodził się. Wydało mi się to podejrzane, bo starsi ludzie mają fatalne charaktery. Wiem to po sobie, kiedy patrzę w lutro i widzę czarne podniebienie i język rozdwojony kłamstwem.

– Ja jestem taki sam. – Odpowiedział szczerze przyjaciel, po czym padliśmy sobie w objęcia. – Tuś mi brat! – krzyczeliśmy z taką ochotą, że ludzie pootwierali okna, aby zobaczyć, kto hałasuje. Uspokoiliśmy się dopiero wtedy, kiedy jakaś kobieta wychyliła się nadmiernie i wypadła na zewnątrz.

Rozchodząc się, obiecałem Iwanowi Iwanowiczowi, że będę publikować fragmenty mojej nowej powieści, aby oswoić czytelników z arcydziełem, w którym i on będzie mieć niemałą rolę do odegrania.

Michael Tequila – fragment powieści w pisaniu: 

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie mrocznego tunelu, bez jakiegokolwiek oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesna gospodarka i sprawne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo dobre. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym krajom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze za półdarmo kupić przepyszne lody Maraska i soczyste owoce liu-tsi w likierowej polewie. 

 

 

Dwa znamienne dni. Psychiatryczny zapis przeżyć.

Wain cats 6, by Lous Wain, public domainPrzeżycia układają mi się w dni, dni w blogi, a blogi w książkę. Piszę ją od trzech lat. Wkrótce skończę.

Rano, w drodze po Coca-Colę i 2 x Nimm, które okazały się zamknięte razem z Żabką, spotkałem Malamuta Alaskańskiego. On, rodzaj męski, szedł w towarzystwie, rodzaj żeński, który trzymał go na smyczy. To mnie upewniło, że kobiety są władcze, kiedy nie są okrutne. W kraju mamy matriarchat, tylko w Sejmie patriarchat.

Malamut miał na sobie puszyste srebrnoszare futro z białym kapturem mordy i przepiękne oczy. W futrze, twarzy i oczach można było się zakochać. Podjęliśmy konwersację. Była trudna, bo mówiliśmy różnymi językami, podobnie jak partia i naród. Utożsamiam się na narodem, co mi wolno; razem z wiekiem otrzymałem licencję poetycką.

Ja mówiłem po polsku, on po malamutańsku. Mimo to porozumieliśmy się w sprawach fundamentalnych. Zapraszał mnie na jogging. Bardzo serdecznie. Pokazywał to także na migi, podskakując, podbiegając i szczekając. Odpowiedziałem, że nie mogę, że jestem w sandałach, idę do sklepu i w ogóle to pić mi się chce. Chyba mi nie uwierzył. Szczekał i szczekał, zachęcając do przebieżki. Raz nawet polizał mnie w rękę. Boże, jak ja chciałbym, aby politycy mieli takie piękne twarze i maniery!

W drodze powrotnej spotkałem kobietę, wiek średniomłody, cała czarna, na czarnych koturnach; twarz nie pozostawiała wątpliwości, że trzymana była w mące. Olśniewająca niewiasta.

Obie istoty z białymi twarzami zapewniły mi pozytywne przeżycia; ustawiło mnie to na cały dzień.

Dwa dni temu miałem mniej szczęścia. W TV też ukazała się kobieta, też miała bladą twarz. Najpierw krzyczała, potem wskazała mnie palcem i grzmiała. Poznałem ją. Przestraszyłem się, czy jej to nie zaszkodzi.

Sporządziłem psychiatryczny zapis przemówienia. W większości są to cytaty. Sam bym tego nie wymyslił.

Prolog. Frans Timmermans, UE, wyraźnie wzruszony, Prezes Jarosław, Deus ex Machina, wyraźnie nieobecny.

Obraz: Kobieta, Beata, od Prezesa, słuszna budowa ciała, niebieska suknia na tle flag, spracowane ręce, usta do całowania. Broszki nie zauważyłem. Była tylko plakietka: Niech żyje Prezes!

Okrzyki: Mamy silną wolę, jesteśmy zainteresowani, wszystkie siły polityczne, odpowiedzialność, dziś prowadzimy dialog, podejmujemy kroki, ważny dzień, jesteśmy blisko, uspokoić i wyjaśnić, przyjazny dialog, rozwiązać spór polityczny, nie złamiemy prawa i konstytucji, szukamy wspólnego języka, wypracować i znaleźć.

Kosiniak-Kamysz, od Wyspiańskiego: Był podnoszony temat, zachęcanie, szansa na rozmowę, podpowiedź na postulat, jesteśmy otwarci.

Wnioski: Zasługujesz na to. Czy mnie ktoś słyszy? Operacja się udała, ale nieboszczyk umarł. Brawo ty.

Paszkwil na kobiety

Zamiast wstępu: Jest piątek wieczór. Poczułem się tak smutno, że musiałem napisać coś podniosłego.

Wybiegłem z domu wzburzony tym, co usłyszałem o sobie i popędziłem jak szalony w kierunku pól jeszcze nie złocistych i łąk jeszcze nie zielonych, aby zanurzyć się w wolność, która jeszcze nie zakwitła. Na zakręcie (nie pamiętam, jakiej ulicy) zderzyłem się z Iwanem Iwanowiczem, a za chwilę obydwaj zderzyliśmy się z Wiktorem.

– Dlaczego zderzenia są takie bolesne? – Zaczęliśmy wołać jeden przez drugiego. Kto jest temu winien?

– Kobiety! – Zawołaliśmy zgodnie jak jeden mąż. To był cud.

– Dlaczego mówi się „jak jeden mąż”, a nie mówi „jak jedna niewiasta”? – Zapytałem.

– Ponieważ mężczyźni są zgodni, a kobiety nie. – Iwan Iwanowicz w tym momencie zapłakał. Głupio mi się zrobiło, bo to starszy facet, a płakał jak bóbr. – Dobrze, że ziemia jest miękka, to nie będzie kałuży. – Pomyślałem ze współczuciem.

– Kiedy Iwan Iwanowicz doszedł już do siebie, wyznał: Dzisiaj trzynastego, w dzień nieszczęścia, wywalę całą prawdę o kobietach! Napiszę o nich paszkwil!

– Co masz na myśli? – Zapytał Wiktor, logiczny i dociekający prawdy z determinacją równą jamnikowi szukającemu borsuka w norze.

– Mam na myśli prawdę.

– To nie mów „paszkwil”, tylko „prawda”. Prawda o kobietach. Do tego to i ja rękę przyłożę. – Zdecydował Wiktor.

– I ja. – Dodałem z determinacją. – Prawda zawsze mi była bliska.

– Co mamy im do zarzucenia? – Rozpoczął dochodzenie Wiktor siadając pomnikowo na kamieniu podobnie jak Jarosław Kaczyński albo inna wielka postać historyczno-polityczna.

– Żyją dłużej! To jawna krzywda gatunkowa. – Prawie krzyknął Iwan Iwanowicz. Nastrój mu się zmienił, ogień płonął mu w oczach. Pomyślałem, że w starym piecu diabeł pali, lecz dla równowagi dodałem: – Iwanie Iwanowiczu, zgadzam się z panem co do joty, a nawet co do bukwy. Użyłem ostatniego wyrazu chcąc nawiązać do rosyjskich korzeni tego miłego mężczyzny.

– Żyją dłużej, ponieważ żyją kosztem nas, mężczyzn! Tak mówią najnowsze teorie naukowe.

– Co jeszcze? Mówcie szczerze. – Wiktor był aktywny jak zbrojny patriotyzmem separatysta na froncie ukraińskim. Na jego wezwanie wylała się rzeka prawdy, pomieszanej ze złorzeczeniami.

– Gdybym nie był żonaty, to byłbym bogaty jak … jak….Iwan Iwanowicz nie wyjaśnił do końca zasady bogactwa wynikającego z bezżenności.

– Wiemy, drogi Iwanie Iwanowiczu, co ma pan na myśli. – Podniosłem w górę sztandar męskiej krzywdy.

– Kobieta wydaje pieniądze szybciej, niż mężczyzna jest w stanie je zarobić. – To był głos Wiktora. Powiedzenie tak mi się podobało, że zacząłem szukać po kieszeniach dłuta, aby je uwiecznić w kamieniu. Narzędzia nie znalazłem, ale przypomniałem sobie własną krzywdę.

– Żona mi wypomina, że stale myślę o niebieskich migdałach. To mnie boli. A wiecie dlaczego? Dlatego, że ja to wiem, a ona mi to powtarza.

– Zamyśliliśmy się głęboko nad losem mężczyzny. W nastroju powagi staliśmy wyprostowani przez minutę.

– Słuchajcie! Kończmy już dzisiaj, jest zbyt wiele prawdy do powiedzenia o kobietach. Rozejdźmy się, dokończymy innego dnia. – Zaproponował Wiktor. Na dowód zgody rozdaliśmy sobie po kieliszeczku Absolutu.

– Hej, góralu, czy ci nie żal? –Wyrwało nam się z piersi. Było to okrzyk spontaniczny i rozszedł się takim echem, że psy zaczęły wyć w oddali.

– Pieski los mężczyzny! – To była oczywista konkluzja. Dobił nas Iwan Iwanowicz wiadomością odczytaną ze smartfonu, że prezydent Putin zgubił się w lesie i nie chce z niego wyjść. Nikt nie widział go od tygodnia.

Z życia aktywnego pisarza

Ten blog pisze się sam, od serca, które odkryłem w sobie dwa lata temu razem z prawdziwym charakterem błądzącym od lat po rozdrożach mego ciała. To i tak lepiej niż Edward Gierek, o którym społeczeństwo dowiedziało się, że ma serce, dopiero kiedy trafił do kliniki kardiologicznej. Piszę te słowa z perspektywy dojrzałości sercowo-charakterologicznej.

Życie pisarza jest samotnicze. Potwierdziła to na niedawnym spotkaniu w Gdańsku pani Katarzyna Bonda, niezwykle popularna autorka kryminałów w Polsce. Wspomniała ona, że kiedy jest w domu, to pisze w każdej sytuacji, w piżamie, w szlafroku, stroju wyjściowym, w pantoflach lub boso. Z niedostatku kobiecości, nie mam tylu możliwości ubioru, ale potwierdzam zdolność pisania w każdej sytuacji z wyjątkiem snu, który nie nastraja twórczo.

W dojrzałym wieku małe sprawy nabierają wymiarów dużych spraw, a duże – wielkich. Jest to życie w powiększeniu. Są ludzie, którzy powiększają swoje życie w kierunku pozytywnym, widząc je w dobrej lub co najmniej znośnej perspektywie, są też tacy, który powiększają je,  że tak powiem do tylu, negatywnie myśląc i mówiąc o sobie i otoczeniu. Osobiście wolę pozytywa; negatywnie mówię tylko wtedy, kiedy wyrażam się o politykach.

W dojrzałym wieku nie wszystko jest usłane różami, zwłaszcza na początku marca, kiedy jest trudniej o kolce. I bez kolców człowiek również się potyka. Mnie potknięć dostarcza pamięć i to nader chętnie, może dlatego, że pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

O godzinie piątej rano Wena szturchnęła mnie w prawy bok (spałem wtedy na lewym), więc wstałem i napisałem zgrabny jednostronicowy fragment nowej powieści, jeszcze lepszej niż dwie dotychczasowe, co jest prawie niemożliwe.

Wspomniany fragment jest przełomowy, ponieważ dostarczył mi brakującego łącznika między wątkiem głównym a wątkiem bocznym powieści. Dzisiaj będę musiał jeszcze poświęcić dodatkowe piętnaście minut na korektę tekstu. Kiedy jestem „natchniony” piszę szybciej nie zważając na błędy. Ważna jest wtedy treść, a nie poprawność stylistyczna czy gramatyczna.

Życie liczę odcinkami piętnastominutowymi; nauczył mnie tego pewien prawnik w Adelajdzie na przystanku autobusowym. Tak, tak, proszę nie przecierać oczu, prawnicy w Australii biorą tyle pieniędzy za swoje usługi, że klienci chcą wiedzieć, ile i na co prawnik poświęcił czasu, kiedy wystawia rachunek na setki dolarów.

Kilka minut po godzinie ósmej zainaugurowałem wiosenny sezon biegów po zdrowie. Był to powód do dumy, jako że ciało z zasady stawia mi opór, woląc jeść i spać niż biegać. Tylko ze spaniem jestem podobny (i to częściowo) do kota.

Jeszcze przed południem zacząłem świętować Dzień Kobiet. Zainicjowałem go życzeniem, aby podano ciasto upieczone wczoraj, skoro ja funduję kwiaty i alkohol. Życzenie zostało przyjęte z życzliwością; kobiety wyraźnie zmieniają się w ten dzień.

2015 03 08 Dzień kobiet 12015 03 08 Dzień kobiet 2

Korzystam z okazji, aby złożyć wszystkim Czytelniczkom serdecznie życzenia wszelkiej pomyślności, radości, sukcesów, bogactwa, zdrowia i miłości, której nigdy za dużo, chyba, że ktoś ma kilka zwierząt domowych. Jeszcze bogatsze życzenia serce nakazuje mi złożyć tym Czytelniczkom, a przy okazji i Czytelnikom, którzy z różnych względów – mądrości, ciekawości, litości, zdolności przeżywania piękna, nonszalancji, hobby czy czystego impulsu – nabędą powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”, przyśpieszając tym szlachetnym czynem opóźnioną nieco karierę Michaela Tequili, autora, którego – zgodnie z dobrym zwyczajem dworu brytyjskiego – nie powinien ani ganić, ani chwalić. Tym razem zrezygnuję jednak z królewskich manier i pójdę w ślady Balzaka, pisarza o zdecydowanych poglądach w sprawach autopromocji.

Zobacz, jak pisze powieści ten, który pisze blogi!

Ksiądz doktor habilitowany w akcji

Czasami myślę i to sprawia mi ogromną przyjemność, bo mnie podnieca. Nie mogę żyć bez podniety, gdyż ona jedna skutecznie budzi moje ciało i umysł z letargu. Myślenie jest solidniejsze w działaniu niż afrodyzjak a nawet Viagra, nie mówiąc już o wybitnie leczniczym działaniu.

Niedawno odkryłem, że nie tylko myślenie jest podniecające, ale i słuchanie. Znany mi dobrze zboczeniec mówił mi, że wprawdzie i podglądanie ma też poważne walory poznawcze, ale mu nie uwierzyłem, bo to przecież zboczeniec.

A jak jest w innych krajach? W Australii o seksie jako o podniecie mało już kto mówi od czasu, kiedy wyniki ankietowania kobiet pokazały, że 50% z nich nad seks stawia wyżej czynności domowe.

Wyraz „seksualny” przechodzi powoli do lamusa, co jest zrozumiałe o tyle, że społeczeństwo starzeje się w przyspieszonym tempie. Niektórzy są już bardzo starzy, a mimo to jarzy, skoro występują wciąż w parlamencie. Na przykład pan Kaczyński, którego pamiętam, kiedy jako pacholę energicznie tworzył nowe partie i wyzwalał nowe inicjatywy społeczne. Od czasu ś. p. hippisów był on największym objawieniem na scenie społecznej, choć nie propagował „Make sex, not war”. To powabne hasło pan Prezes zamienił w prostsze „Make war, not seks” podejmując bezpardonową walkę z rządem, przejawami liberalizmu ekonomicznego, oraz stosunkami partnerskimi. Zapomniałem jeszcze o Rosji, Niemczech, Ślązakach, ale to każdy wie, więc nie mam co szczycić się resztkami pamięci.

Poza Sejmem dzieją się rzeczy większe, niż wewnątrz. Pojawił się tam nowy rodzaj Dzieci-Kwiatów, którzy jak hippisi głoszą hasła wyzwolenia od Diabła, Szatana i Biesa.

Z oczami pełnymi łez wzruszenia i niepokoju o przyszłość narodu słuchałem kiedyś prelekcji dr hab. Natanka, którego uważam za wybitną osobę duchowną, integrującą w sobie biskupa, Matkę Teresę z Kalkuty oraz socjologa przebijającego szpilą problemy społeczne z precyzją owadologa. Krążą opinie w kręgach słuchaczy znakomitego oratora, że zostanie on prorokiem, jednakże na to nie zgadza się jeszcze Episkopat. Przyjaciel odmówił przysłania mi tego nagrania.

– Boję się, że zburzy to twoją wiarę w Boga i ludzką dobroć. – Odkrzyknął mi w telefon w trakcie negocjacji.

Ostatniej nocy księdzu doktorowi habilitowanego przyśnił się anioł. Nie był to zwykły anioł, ale czarny jak kruk, nawet skrzydła miał czarne.

– Dlaczego jesteś czarny? – Zapytał uszlachetniony tytułem naukowym duchowny, choć wszystkie odpowiedzi były mu już znane.

-To kamuflaż, synu. – Pośpieszył anioł z wyjaśnieniem, po czym dodał w pospiechu „doktorze habilitowany”, aby nie uchybić honorowi człowieka, który kładzie podwaliny pod nowy, lepszy i bogatszy kościół. – Podobnie jak ty walczę z biesami, demonami, diabłami, szatanem (wyraz ten jest uznawany za wulgarny) i kusym, które to fenomeny rozmnożyły się jak pijane szczury.

 

Infekcja intymna

Infekcja intymna. Mówiła o niej kobieta w telewizji, instytucji, która już nie służy celom kulturalnym i edukacyjnym, tylko wyłącznie reklamowym. Reklamy w telewizji powinni oglądać miliarderzy, w drugiej kolejności milionerzy, w trzeciej rząd, który ma nadwyżki finansowe i nie wie, co z nimi zrobić.

Dzisiaj najlepszą inwestycją są leki. Kupuj leki, zwłaszcza Panadol, bo jest uniwersalny: na duży palec, na mały palec, ma długotrwałe i krótkotrwałe działanie, jest dobry dla dziecka, nastolatka, osoby dojrzałej i starca. To jest najpiękniejsze: dużo leków dla dzieci. Rodzice, dawajcie dzieciom leki!

Założę się, że lek dla dzieci jest dokładnie tym samym lekiem, który serwuje się dorosłym, może tylko dawka aktywnej substancji jest ociupinkę mniejsza. Jest za to więcej mleka w proszku. Od kozy oczywiście, bo jest bardziej tłuste.

Infekcja intymna jest wyobrażeniem z kategorii piękna, gdyż z intymnością kojarzy się tajemnica, bliskość, poczucie przynależności cielesnej lub innej, o której nawet boję się myśleć.

Podobne sytuacje zdarzają się przy stole śniadaniowym. Podsłuchałem, czego się nie wstydzę, konwersację zaszłą między Panem (mężczyzna) oraz Plebanem (kobieta). Nie mogę napisać „Plebanka”, bo brzmiałoby to jak Plebejka, a to byłoby „fe” albo i „be”, w zależności od tego, czy czytającym jest osoba powoli dochodząca do dorosłości czy też niewinne dzieciątko.

– O, jajko ugotowane na twardo! – Wykrzyknął Pan w zdumieniu, kiedy podano mu śniadanie.

– Nie chciałabym być kurą. Musi jej być przykro, kiedy zabierają jej jajko, aby je ugotować na twardo. –Rozżaliła się pani Pleban. To tak, jakby zabili jej dziecko.

Pani Pleban to osoba marzycielska, prawdopodobnie przedstawicielka Armii Zbawienia lub moralizatorka.

– No nie całkiem, bo jajko jest tylko potencjałem dziecka kury, jest potomkiem na etapie marzeń. Nie wiem nawet, czy tak bardzo upragnionym skoro kura może znieść od 230 do 320 jaj w ciągu roku. Jaka kura-matka jest w stanie oporządzić taką ilość potomstwa? – Podsumował Pan, mężczyzna o poetyckich aspiracjach i usposobieniu oraz częściowo rustykalnej przeszłości.

– Kogutowi też może być przykro. – Dorzuciła współczująco pani Pleban.

– Kogutowi!?

– Tak. Jako ojcu.

Pana zamurowało. Z bólu wypływającego ze współczucia niedoszłemu ojcu kurczaka przestał jeść. Dobrze mu tak. I tak je za dużo. Jak to panowie, burżuazja.

– Strasznie jestem śpiący. – Wyszeptał Pan przez zamykające się powoli usta po skonsumowaniu moralnie kontrowersyjnego jajka . – Senność po jedzeniu mnie zabija. Nie życzyłbym tego nawet moim wrogom. Kiedy to mówię, ogarnia mnie refleksja, że ja przecież nie mam wrogów, wobec czego nie życzę tego nawet wrogom moim przyjaciół. – Zakończył i zapadł w sen. Tak to się zachowuje zepsuta dobrobytem burżuazja.

Konwersacje na wzór przedstawionej wyolbrzymiają i udoskonalają rzeczywistość, która za oknem wygląda dzisiaj mgliście, ponuro i zimno.

Myślę, więc jestem. Jestem, więc piszę.

 

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.

 

Alleluja dalszych odkryć

Obudziłem się w nocy około 4.44 rano i nie byłem zlany potem. Wręcz przeciwnie, byłem świeżutki po odnawiającym śnie jak liczne pączki róży wykwitłe w sercach przywódców politycznych. Obudziłem się i odnalazłem w sobie dalsze odkrycia. Zaraz potem odkryłem też obszerny i bogaty komentarz czytelnika, który zainspirował mnie do myślenia. Odpowiem nań, ale nie natychmiast, jako że sprawa jest zasobna także w wątpliwości i pytania Czytelnika.

W tyglu pytań i zwątpień czuję się jak redaktor znanej stacji radiowej z czasów PRL, do którego skierowano pytanie: Szanowny Panie Rumian! Czy jest możliwe, aby zarazić się chorobą weneryczną od deski klozetowej? Odpowiedź redaktora Rumiana była uprzejmie treściwa: Owszem, można. Ale po co? Jest przecież tyle innych, piękniejszych sposobów. Może i mnie uda się wydobyć na światło dzienne nowe, ożywcze idee?

Dobra odpowiedź na złożony temat wymaga uduchowienia. Nie wystarczy prosta wiedza. Mam nadzieję, że okażę dostatecznie uduchowiony, aby udzielić czytelnikom odpowiedzi tak krzepiącej, aby mogli spać spokojnie przez co najmniej trzy noce. W dłuższym okresie czasu mogą być skuteczne już tylko zioła oczyszczające. Nie ma nic bardziej pożądanego, jak spokojny sen w czasach burzy politycznej!

Jednoczenie się Prawicy podyktowane jest chrześcijańskim pragnieniem pojednania. My Słowianie, mamy bogate dusze, które czasami kojarzą się z innymi wyrazami na „d”, jak na przykład „dramat”, „dojrzałość” i inne „D” duże i „d” małe. Tacy już jesteśmy i nikt nam tego nie odbierze, chociażby siekał nas rózgą na kawałki. Podsumowując, po latach nazywania siebie nawzajem „Ty świnio!” lub dla równowagi płci także „Ty wieprzu!” i wznoszenia w górę środkowego palca, obudziło się w posłach mistyczne pragnienie pojednania w obliczu zła. A jest nim zło obnażone „dhamatycznie” (jak powiedziałby Prezydent Miasta Warszawy) w wielu przekleństwach i niewielu innych słowach nagranych cyfrowo i taśmowo, oraz zło samego aktu nagrywania, które jawi się wielu jakby mniejsze i łatwiejsze do konsumpcji.

Zauważyłem, że piszę napuszonym stylem. Zaskoczyło mnie to, lecz uspokoiłem się kiedy tylko zauważyłem skrzydła wyrosłe u ramion. Jedno było nieco przybrudzone, a drugie chyba nadłamane, ale wszystko da się oczyścić i naprawić.

Idea „oczyszczenia” i „naprawy” to szlachetna intencja leżąca także u podstaw jednoczenia się Prawicy. Za pragnieniem pojednania stoję także ja, a za mną stoi Kościół, może nie w całości, ale stoi. Kościół broni też innej szlachetnej idei i postaci, a mianowicie Profesora Chazana, który zakłada nową klinikę miłosierdzia lekarskiego pod wezwaniami: „Każda kobieta ma prawo do urodzenia ciężko zdeformowanego dziecka” oraz „Nie będzie baba pluć mi w twarz głupimi pragnieniami”. Profesor Chazan jest osobą natchnioną razem z tymi matkami i ojcami, którzy wiedzieli od początku, że ich dzieci będą zdrowe jak rydze.

Od polityki do religii jest tak blisko, że nieuważnie przekroczyłem w ciemnościach słabo oznaczoną granicę. My, naród chrześcijański – zacznę jak Prezydent Wałęsa w Kongresie USA – potrzebujemy nie prawa, które od czasów rzymskich jest „dura lex, sed lex” (ciężkie prawo, lecz prawo), ale uduchowienia, sumienia i uniesienia religijno-etycznego.

Nie było to możliwe jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, jest możliwe teraz i za to powinniśmy wielbić demokrację. Na wszelki wypadek dodam jeszcze życzeniowo-nabożne „Amen!”.

Spór międzygatunkowy

Poszło o pierzynę puchową. Została wyprana w pralce, po raz któryś z rzędu. Rzędy bywają długie, prorokuję więc, że będzie jeszcze wielokrotnie prana.

Powyższa scena jest początkiem opisu odmienności widzenia świata przez mężczyznę i kobietę, strony odwiecznego sporu. Dokładniej, po stronie żeńskiej były w sporze pierzynowym nie jedna, ale dwie niewiasty, sprzężone poglądami jak siostry syjamskie widzące tylko na jedno oko. Przeciwwagą dla nich był osobnik rodzaju męskiego, gatunku podobno na wymarciu, pozostający sam jak palce w słusznym rozumieniu teorii i praktyki suszenia pierzyn.

Są to trzy dramatis personae, gdyż sprawa jest natury dramatyczno-teatralnej.

Suszenie pierzyny okazało się niełatwe. Pralko-suszarka włączała automatyczny program „Pranie delikatne” na dwie godziny, ni mniej ni więcej, co mężczyzna postanowił zmienić.

– Pranie przez dwie godziny zda się tylko psu na budę. It tak pierzyna będzie bardzo wilgotna i trzeba będzie suszyć ją na słońcu.- Wyjaśnił potomek odległego dziejowo Adama sympatycznie kojarzonego z rajem i panem Bogiem.

Wiedział, co mówi; miał doświadczenie. Dzień był gorący, trzydzieści stopni Celsjusza, słońce na balkonie sypało ogniem piekielnym, zmienił więc czas suszenia na piętnaście minut po konsultacji z instrukcją obsługi. Konsultację z kobietami uznał za niepotrzebnie wyczerpującą. Po zakończeniu aktu suszenia, wyjął pierzynę i rozwiesił na suszarce balkonowej na słońcu.

Wezwanie było krótkie. – Słuchaj przez minutę i nic nie mów. Jeśli perzyna nie wyschnie, to ty nie będziesz … Ostrzeżenie było podobnie zdecydowane jak pięćset osiemdziesiąte trzecie ostrzeżenie kierowane przez Chińską Republikę Ludową przeciwko Republice Indii w słynnym przed laty sporze granicznym.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć, kiedy jedna z dwóch sprężonych ze sobą niewiast oświadczyła: – Lepiej, żeby pan nic nie mówił. A jeszcze lepiej, gdyby pan ugryzł się w język!

Sugestia była zwierzęca, a sytuacja nabrzmiała politycznie. Adresat podjął męską decyzję.

– Nie ugryzę się w język, a odgryzę sobie język! Co uczynił. Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Bohater opowiadania, do końca nie wiadomo dokładnie, pozytywny czy negatywny, czy też fifty-fifty, cieszy się teraz niebiańskim spokojem. Nagle odkrył, jak bardzo jest bogaty, zważywszy, że „milczenie jest złotem”. Ze światem zewnętrznym komunikuje się pisemnie, co znaczy, że bardziej rozważnie. Jest też powszechnie uznawany za osobę dyskretną.

–„ Nic nie wypapla, nie dyskutuje, nie kłóci się. Po prostu ideał” – tak mówią teraz nawet ci, którzy nie przepadali za nim w przeszłości.

Sądzę, że gdyby zapytać o zdanie kobiety, to większość z nich wyraziłaby podobne opinie. Sytuacja objaśnia też lepiej słowa Pisma Świętego definiujące mężczyznę: „Cichy, niepokornego serca”.

 

Historia głodu i miłości

W wiosce od wielu dni panował głód. Pożywienia było jak na lekarstwo, gdyż od dawna nikt nie zapuszczał się w te strony z uwagi na upały, komary i ostrzeżenia o kanibalach grasujących na rozstajach dróg i w buszu. Kanibale też muszą jeść.

W chacie na skraju wsi trwały przygotowania do wyprawy w dalsze okolice w poszukiwaniu żywności. W drogę ruszali ojciec z synem, lat osiem, dla którego nadszedł czas wtajemniczenia w arkana sztuki zdobywania pożywienia. Pani domu wyposażyła męża i syna w wodę, świeżo uprane przepaski na biodra oraz pożegnała czułymi pocałunkami: synka w czoło, a męża w usta. Kobieta i mężczyzna byli dobrym małżeństwem; wprost nie mogli oderwać się od siebie, tak wielką pałali do siebie miłością. Jak ja przeżyję to rozstanie? – Zamyśliła się żona kanibala. Podobne myśli, tylko bardziej intensywne i namiętne, kłębiły się w głowie męża.

Wyruszyli. Szli już trzeci dzień, jeszcze bardziej głodni i spragnieni niż w momencie wyprawy z domu. Nigdzie nie było widać śladów ani innych oznak życia ze strony potencjalnego pokarmu. Zbliżając się do rzeki mężczyzna zauważył w cieniu drzewa eukaliptusowego młodą kobietę. Natychmiast zwrócił na nią uwagę synkowi, aby ten przypadkiem okrzykiem radości nie wystraszył ofiary.

Przyglądając się jej z uwagą dzikus obmyślał technikę ujęcia ofiary. Był wrażliwy na piękno natury, a teraz miał do czynienia z wyjątkowym jego obiektem. Powabne piersi unosiły się i opadały w miarę oddychania, różane usta były rozchylone jak do pocałunku, biodra zachwycały swymi pełnymi kształtami ujawnianymi przez obcisły kostium kąpielowy.

– Jest to pewnie turystka z dużego miasta. – Spekulował mężczyzna czerpiąc idee ze skarbca kanibalskiej akademii życia. -Przybyła w te dzikie okolice, aby doznać prawdziwej samotności i pomedytować na łonie przyrody, ufna i niewinna. Zdał sobie sprawę, że i on sam jest osobą wrażliwą. Stłumił w sobie uczucie, zbyteczne i sprzeczne z obyczajami i tradycjami plemienia.

Przy zgrabnym nosku śpiącej niewiasty myśliwy zauważył kropelkę potu, która powolutku i urokliwie zbliżała się do namiętnych ust żeglując ku wardze koloru świeżej maliny. Ojciec i syn oblizali się z głodu. Obydwaj ubóstwiali świeże dzikie maliny, jakie nasadzili w buszu ich praprzodkowie przybyli z Azji. Ojciec patrzyłby zapewne dłużej w zamyśleniu, gdyby nie synek, który trącił go delikatnie w łokieć i wyszeptał. – Tato, na co my czekamy? Jestem strasznie głodny! Proszę cię. Zjedzmy ją tutaj, na miejscu!.

– Jak możesz być tak niewytrwały! – Ojciec wpadł prawie w gniew. Uczę cię sztuki polowania wymagającej cierpliwości i artyzmu ze strony myśliwego, a ty chcesz zepsuć wszystko! – Wykrzyknął ojciec i dodał wracając do opamiętania: Czy ty oszalałeś, synku? Zabierzemy ją do domu. Mamusię zjemy!

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Relaks powyborczy

Wybory do Europarlamentu wywołały więcej pytań niż dały odpowiedzi. Tak to już jest: łatwiej jest pytać niż odpowiadać.

PiS poniósł kolejną siódmą lub ósmą porażkę wyborczą, tym razem delikatną jak piana na piwie. Wynik wyborów wzbudził ich podejrzenia już kilka dni przed wyborami. Antoni Macierewicz jeździł po kraju i głosił potajemnie, że wybory będą sfałszowane.

– Jest to pełzające oszustwo, a my śledzimy wszelkie przejawy pełzania w kraju – Wyjaśniał potrząsając siwą jak czapla czupryną.

– Skąd pan to wie?

– Mam przeczucie. – Odpowiadał pochylając zamyślone czoło nad niegodziwością ludzką.

Po wyborach Joachim Brudziński demonstrował jak można sfałszować kartę wyborczą. Inni członkowie jego partii mówili jeszcze o „dziwnej przegranej”. Najbardziej zmartwiło mnie to, że nie wyjaśnili, czy fałszowanie wyborów bylo przeciw czy na korzyść PiS-u.

Janusz Palikot chodzi wstrząśnięty. Żaden z jego posłów nie dostał się do Europarlamentu. On sam postarzał się, nieprzerwanie kręci głową z niedowierzaniem na to, co się stało. Posłowie, którzy stali za nim murem są mu wdzięczni. Mur upadł i odzyskali wolność. Przejściowy wódz wyzwolił ich od odległej, zimnej i drogiej Brukseli.

Do rządu wpłynął wniosek na budowę pomnika dla posła Korwina-Mikkego, bohatera wyborów, twórcy partii zrodzonej z popiołów jak Sfinks żywiący się tekstami o kobietach mówiących „no” zamiast „yes”, głuchym i niewidomym Adolfie Hitlerze oraz raju bez podatków. Nowa Prawica to wyraz rozpaczy tych, którzy nie widzą wartości w innych partiach, i nadziei tych, których olśnił blask nowej gwiazdy zarannej. Wszyscy czekamy teraz na ciekawe występy aktorów Nowej Prawicy w teatrze Unii Europejskiej, z nową inscenizacją wzbogaconą fajerwerkami i wybuchami. Niezła jest też idea pana Korwina-Mikkego zamiany UE w wielki dom publiczny. Ileż to kobiet poczuje się szczęśliwych, że męża nie ma w domu, ileż to kobiet (i mężczyzn) poczuje się szczęśliwych, że może umilać czas na nowiutkich kanapach zamożnym posłom z całej Europy.

Mówiąc poważnie, prawdziwe nieszczęścia to wojna, bieda, ciężka choroba i ciężka ignorancja. Śmierć nie jest tylko połowicznym nieszczęściem, ponieważ dotyczy jedynie tych, którzy zostali na tym padole łez rozpaczy i rozpusty słownej.

Przy powyższych, sukcesy i występy Korwina Mikkego, potknięcia Janusza Palikota, przegrana kilku znanych posłów i przywidzenia PiS-u to tylko ludowy folklor i łagodna rozrywka dla osób, które umieją patrzeć na życie z dystansu większego niż krzesło przed telewizorem i gazeta przed oczami.

Z innych ważnych spraw warto wspomnieć, że Pradziadek Mick Jagger kontynuuje koncerty po świecie. Rząd chce go wypożyczyć na dwa tygodnie, aby objeżdżał Polskę agitując za dalszym podwyższeniem wieku emerytalnego. Pradziadek będzie miał dwa mocne argumenty w ręku: w wieku 75 lat można twórczo pracować i zarabiać dobre pieniądze, oraz drugi, równie ważny: Dziś ludzie żyją dłużej. Ma on podobno plan założenia w Polsce „Muzycznego Stowarzyszenia Geriatrycznego”.