Szybka autostrada w kierunku Turcji

Mgła była tak gęsta, że zadusiła dwóch robotników. Wkrótce się okazało, że to nie robotnicy, tylko lekarze, nauczyciele, sędziowie i prokuratorzy, i nie dwóch, tylko dwa tysiące, i nie zadusiła mgła, tylko zwolnił rząd. Zwalniani usprawiedliwiali się jak mogli: rozumiemy bardzo dobrze, reforma musi iść naprzód, my jesteśmy słabiutcy jak pijane niemowlę, ci co przyjdą w nasze miejsce będą naprawdę dobrzy.

Sam fakt zwolnień bardzo dobrze robi narodowi, gdyż tworzy motywację, wszyscy stają się szczęśliwi i pracują jak wiatraki. Dobrze, że rząd reformuje służbę zdrowia, edukację, sądy i prokuraturę, bo były już nie do zniesienia. Oprócz samoobsługowych pułapek na myszy, nic tam nie działało, nawet proste w obsłudze drewniane schody ruchome.

Mamy silny rząd. Jakakolwiek ustawę uchwali, prezydent ją bez zwłoki akceptuje, (pod warunkiem, że ma prawo do współudziału), Trybunał Konstytucyjny od razu zaklepuje jako legalną i oddala ewentualne skargi. Jest to najprostsza droga, aby silny rząd stał się jeszcze silniejszy. I o to właśnie chodzi, gdyż coraz szybciej pędzimy do tyłu i zbliżamy się już do Turcji, gdzie wymienia się wszystko i wszystkich, od razu z imienia i z nazwiska, w dodatku prosto do więzienia, aby w kraju było więcej przestrzeni dla ludzi pracy.

W UE udało się pani premier załatwić sprawę wynagrodzeń pracowników delegowanych, „może nie wszystko, ale obroniliśmy się przed najgorszym”. Fantastycznie powiedziane: załatwiliśmy wiele, ale najważniejsze, że obroniliśmy się przed najgorszym. Rząd zna wszystkie przysłowia.

To, co teraz napiszę, to prawdziwa bomba. Forbes ogłosił, że premier Szydło jest dziesiatą najbardziej wpływową kobietą na świecie, dwa rzuty kajakiem za królową Elżbietą II (miejsce 8). Siła oddziaływania pani premier wzmocniła mnie na duchu. Poczułem się tak bardzo w sobie, że zamiast sześciu kaw wypiłem pięć. Cieszy mnie także to, że to zaszczytne miejsce zajmuje pani Premier (jest to sprawa tylko między nami Polakami) ex aequo z Jarosławem Kaczyńskim. Można by powiedzieć, że jest to niezwykle udana szyfrowana kombinacja otwartej decyzyjnie pani premier i ukrytego decyzyjnie Jarosława Kaczyńskiego.

Nie wiem, dlaczego tak dobry rząd ma być wymieniany. Chyba na jeszcze lepszy i to będzie fantastyczne, bo już jest doskonały. Świadczy o tym niezwykła wpływowość pani premier na świecie.

Obyśmy tylko zdrowi byli.

Kierunek Twitter

Tak bardzo nie mam nic do powiedzenia, że chyba powinienem zostać premierem. Pani premier sama prawie nie zabiera już głosu na temat obrony narodowej, polityki zagranicznej oraz współpracy z prezydentem. Są to sprawy wyłączone do osobistego użytku osób uprzywilejowanych przez los.

– A co ja się będę mieszać się w takie głupoty, jak inni robią to lepiej? – Premier odpowiedziała sama sobie patrząc w lustro, po czym rzuciła w nie pantofelkiem, który z związku ze zbliżającą się zimą i rosnącą stopą życiową będzie zmieniać na wysokie buty zimowe.

Tęgość naszego rządu wyraża się dzisiaj w ciele raczej niż czynach, z wyjątkiem oczywiście reformowania wszystkiego, co się rusza, a nawet tego, co od dawna nie wykazuje znaków życia. Jak zauważyłem, w górę wagowo idą nie tylko Amerykanie, ale i nasz Prezes, Premier oraz Minister Spraw Zagranicznych. Tęgość jest oznaką statusu, przykładem są choćby dawni chińscy mandaryni. Cieszy mnie, że mamy swoją wagę w skali międzynarodowej.

W reformowaniu jesteśmy mocni. Reformujemy siebie i innych. Idąc w ślad mistyków i proroków rządowych postanowiłem i ja się zreformować. Z Facebooka przechodzę na Twitter, na którym już zamieściłem ponad 20 tweetów. Na Facebooku będę zamieszać głównie fragmenty mojej twórczości literackiej (książki, opowiadania itp.).

O Twitterze Wikipedia mówi, co następuje: „Twitter jest modny wśród elit i chętnie wykorzystywany przez osoby publiczne, w tym m.in. przez polityków, dyplomatów, publicystów i dziennikarzy. Swoje profile na Twitterze mają także gazety, czasopisma, instytucje państwowe, firmy, ośrodki medyczne, celebryci itp. Tweety znanych osobistości (np. papieża, prezydenta USA i RP) nierzadko przygotowują specjaliści ds. komunikacji.”

Bądź elitarny, zapisz się na Twitter i śledź Michaela Tequilę. Nazwisko jest alkoholizowane, łatwe do zapamiętania. Jeśli jego tweety Ci się spodobają, daj swój „like”, jeśli nie, skop je w …., określ je mianem p…., albo wyraź swój słuszny gniew w inny jeszcze bardziej twórczy sposób.

Oto kolejny fragment mojego opowiadania jako zachęta do zakupu książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania":

„Racjonalny umysł Arturo Cwikly żywił ciepłe uczucia dla intuicji, przeznaczenia i czasu. Arturo wierzył w Nowy Rok, jako wyodrębniony moment w czasie. Równie dobrze mógłby uwierzyć, że noga zaczyna się od kolana albo od kostki, ponieważ Nowy Rok jest w istocie Starym Rokiem, który powiedział: – Dzisiaj odradzam się w niewiadomym celu. Bo czas nie ma celu. „A może ma?” – zadał sobie pytanie Arturo, Argentyńczyk słowiańskiego pochodzenia. Jego ojciec był imigrantem z Czech, człowiekiem niezamożnym, ale ambitnym, który pragnął zapewnić jedynakowi wysokie wykształcenie. I zapewnił, choć przez śmiercią nie był już pewien, czy jego decyzja była słuszna, ponieważ Arturo – zamiast poświęcić się karierze naukowej – oddał się namiętnościom.

Arturo był człowiekiem wolnej woli, ateistą z wyboru, który zdecydował się zapomnieć, kto spłodził go na początku długiej linii ewolucji i jakie wynikały stąd konsekwencje. Zignorował swoich przodków, uważając, że to los przypisał mu rolę mężczyzny i miejsce w życiu. W Boga nie wierzył. Ateizm był jego wiarą, a zarazem formą sieroctwa, samotności i odosobnienia”.

Rysio Czarnecki przemówił mi do rozumu

Spałem, kiedy obudził mnie głos posła uniwersalnego, wszechobecnego, czyli Rysia Czarneckiego. Widziałem go kiedyś w stroju sportowym, przy rowerze. Też dobrze wyglądał. Chłop pracuje jak dwa Herkulesy, dwoi się i troi, raz widzę go w Warszawie, innym razem w Brukseli, jeszcze innym w Strasburgu.

Przemówił mi do rozumu, wyjaśniając historię prezydenta Macrona, który odwiedził wszystkie kraje Europy Wschodniej z wyjątkiem Polski i Węgier. – To bardzo dobrze dla nas – powiedział Rysio. – Macron boi się Polski. Gdyby nas zaprosił do wspólnego stołu z innymi Wschodnimi Europejczykami, to wszyscy oni przeszliby na stronę Polski i Francja pozostałaby osamotniona jak palec, a wiadomo, jak palec u nich się kojarzy. Wtedy i Niemcy przeszłyby na naszą stronę i Francja jeszcze bardziej byłaby osamotniona, bo za Niemcami przeszłyby na naszą stronę pozostałe kraje, nie mające tej prężności, mądrości i odwagi, jaką wykazujemy walcząc z Unia Europejską. Przykład skutecznej walki? Wytniemy Puszczę Białowieską co do krzaczka i mogą nam nagwizdać! Zdusimy ich jak kurczaka naszymi odważnymi decyzjami. Ich, znaczy się Unię Europejską. Kiedy to już się stanie, obejmiemy w niej przewodnictwo i wtedy Niemcy będą u nas chodzić na pasku, a Francuzi nauczą się od nas w końcu jeść widelcem, bo oni wciąż tego nie umieją. I nic nie rozumieją. Na szczęście my mamy rozumny rząd przed sobą i mądrą część narodu za sobą, tą, która nas popiera. Znaczy się Suwerena. – A reszta? Reszta to ludzie pośledni, zagubieni we mgle niewiedzy, buntujący się, nie rozumiejący potrzeby podporządkowania wszystkiego rządowi, scentralizowania i mądrego rządzenia. To najkrótsza droga do ogólnego szczęścia.

Lubię słuchać Rysia Czarneckiego, fantastycznie przemawia do rozumu. 

Spotkałem pana Macierewicza. Nie podał mi ręki.

Spotkałem pana Macierewicza. Był na zdjęciu. Jaki tam on pan!? Baron, nie pan! Jednym ruchem zwalnia dziewięćdziesięciu generałów, drugim ruchem awansuje Misia na szczyty władzy, potem go zwalnia do rezerwy, w końcu bije medal ku jego pamięci. Wszystko jednym ruchem. Aby tak awansować podwładnego, potrzebne są trzy rzeczy: ogromna władza, miłość i decyzja. Gdybym ja tak kochał podwładnego, też awansowałbym go pod niebiosa. Zwolnienie do rezerwy było chyba wypadkiem losowym.

Pan Macierewicz wyglądał smutno na zdjęciu: szary, cera ziemista, wymęczony. Nie ma łatwego życia. Wyglądał jak po ekshumacji, bardzo smutno. Nie podał mi ręki. Obydwaj ucieszyliśmy się, sam nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że był tylko na zdjęciu. Jest w naszym kraju tyle tajemnic.

Dobrze, że przynajmniej mamy rząd, który wszystko rozumie i umie rozwikłać tajemnice, i czyni tyle dobra, że aż się ludzie buntują wychodząc na ulice. No bo jakżeż można tak się poświęcać? W Chinach żyła kiedyś przodownica pracy, która oprócz pracy w kopalni udzielała się także społecznie i wskutek wyczerpania zmarła w wieku czterdziestu lat. Nie wiem, czy to słuszny wniosek, ale od czynienia nadmiaru dobra można sobie potężnie zaszkodzić, może nawet się unicestwić. Chciałbym, aby pani premier Szydło to wiedziała, może nawet coś o tym powiedziała publicznie. Ona tak pięknie mówi. Mnie zawsze pociesza, że idzie ku dobremu, choć nie wszyscy w to wierzą. Ludzie są różni, wierzący i niewierzący. Taki mamy kraj.

Każdy ma swojego Trumpa

Przeczytałem w „The Economist” najnowszy artykuł na temat podziałów społecznych w Stanach Zjednoczonych, który skojarzył mi się z naszym, rodzimym podziałem na ludzi pierwszej i drugiej kategorii.

Amerykański Pew Research Center przeprowadził sondaż 40.447 osób w 37 krajach. Oto jego wyniki.

Poziom zaufania do prezydenta Obamy w końcowym okresie jego urzędowania wynosił 64 %, prezydentowi Trumpowi ufa dzisiaj tylko 22 %. 75 % ankietowanych określiło go jako osobę zarozumiałą (arogant), 65 % jako osobę nietolerancyjną (intolerant) i 62 % za niebezpieczną (dangerous). Poziom akceptacji Stanów Zjednoczonych w Europie Zachodniej spadł z 64 % do 49 %.

Nie jest źle; nie pozostajemy w tyle, też mamy swojego Trumpa. W dzisiejszych czasach chyba każdy musi mieć kogoś, kto go straszy. Na uspokojenie serca dobra jest waleriana, na uspokojenie społeczeństwa wyraźnie dobre są protesty, na których każdy może wykrzyczeć, co go boli. Tak wygląda zbiorowa terapia w czasach uduchowionych dyktatorów i satrapów, wierzących we własną zdolność zbawienia demokratycznego społeczeństwa wbrew woli większości.

Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

O ludziach, kraju, partii i dwóch prezydentach

Spotkałem w lesie człowieka. Znamy się od dawna, to mój czytelnik. Był ostry jak brzytwa. Dokumentnie schlastał moją ostatnią twórczość blogerską.

– Piszesz, człowieku, jakbyś nie jadł od dłuższego czasu. – Był z psem, który milczał, kiwał tylko głową potakująco.

Leśne słowa wziąłem sobie do serca, wróciłem i biczowałem się dłuższy czas. Taki już jestem – przyjmuję prawdę z godnością. Jestem w tym podobny do ministra przyrody, tego o twarzy dzika z przekrwawionymi oczami, który w odruchu patriotycznej szczerości podał Puszczę Białowieską do prokuratora za bezprawne zapisanie się do Unesco.

– Kto to jest ten Unesco? – Krzyczał minister. – Jest nikim. W ministerstwie nigdy o nim nic dobrego nie słyszeliśmy, oprócz tego, że przyjmuje lasy i puszcze pod bezprawną opiekę.

W perspektywie mamy wizytę prezydenta USA, Donalda, tego właściwego. Spotka się z naszym prezydentem, też Donaldem, tylko trochę innym.

– To mój odpowiednik. Jest drobniejszy niż ja, więc łatwo mu wyrwę rękę w geście powitania. – Powiedział Donald T.

Trzeba wiedzieć, że historia z ręką nie jest żadnym żartem. Pokazuje to video w Internecie. Prezydent Donald „szarpie, ciągnie, zgniata, poklepuje i długo trzyma cudze dłonie”.

– Mam słabość do dłoni. To kwestia serdeczności. Okazuję ją tylko przyjaciołom. Innym ludziom dłoni nie podaję i nie szarpię. – Tak to objaśnił.

My nie jesteśmy gorsi, mamy najwyższej klasy specjalistę od całowania dłoni, rąk i przedramion damskich. Widać go czasami na nocnych przemarszach. Lubi chodzić nocą i śpiewać.

Rząd i Partia zaplanowały wielki zjazd ludzi na spotkanie z Donaldem T. Oprócz autokarów, rowerów, koni, czołgów i helikopterów, będą tylko prawomyślni obywatele, bez przedstawicieli PO, Nowoczesnej i KOD, którzy postawili się poza nawias społeczeństwa. Prezydent Trump ma nas chwalić za odwagę i potęgę europejską. Jest już wstępne porozumienie: Polska i USA stworzą nowy sojusz militarno-gospodarczy, poza Unią Europejską.

– Co mi tam Chiny, Rosja i Unia Europejska! Polska to jest dla mnie partner! – Taką deklarację złoży prezydenta Donald.

Minister Antoni przygotował już wojsko do defilady. Najpierw będą szły konie, dla upamiętnienia tradycji, potem czołgi, dla pokazania siły, następnie pojawią się helikoptery, które dolecą, kiedy zostaną zakupione.

Władze przygotowały godne przyjęcie gościa. Przedstawiciele Partii i Rządu będą podchodzić dwójkami i całować go w … ciało w dowód wdzięczności za poparcie naszego wyjścia z Unii Europejskiej. Przygotowano pierwsze trzy trójki. Nie będzie tam tylko pani premier, bo kobiecie nie wypada całować się publicznie.

Rozmowy gospodarcze będą bardzo intensywne, ale konkretne. USA będzie nam dostarczać gaz ziemny, a my im węgiel. – Mamy więcej miejsca na składowanie. – Wyjaśnił prezydent T.

Nie wiadomo jeszcze, czy Naczelnik spotka się z Prezydentem.

– Kiedy myślę o waszym Prezydencie, mam złe skojarzenia. On jest taki nieporadny. – Wyjaśnił swoje stanowisko. Nie było to całkiem zrozumiałe, bo kiedy mówił, patrzył w kierunku dużego pałacu, a nie małego międzynarodowego lotniska.

Wszystko to jest jakieś tajemnicze. Właściwie to niewiele mnie już dziwi, bo idziemy coraz szybciej i w coraz lepszym kierunku. Skutecznie nie dopuszczamy do siebie uchodźców ani terrorystów, co w sumie znaczy to samo. Potrafimy nawet opluć uciekinierkę, która z czarnej Afryki przyjechała do Berlina, a stamtąd do Polski, aby pomodlić się w kościele. Jeden z wiernych rozpoznał w niej znaną i niebezpieczną brudaskę. Mamy czujnych obywateli. Kiedy to zrobił, krzyknął reklamowo: Brawo my!

Sursum corda w pierwszy dzień wiosny

Sursum corda, Bracia i Siostry!

W pierwszy dzień wiosny mam tylko dobre wiadomości. Rwiemy do przodu na falach postępu. Od czasu, jak konie pozdychały w państwowych stadninach, żadne zwierzę nie podjęło już prób samobójczych. Jest to prawdopodobnie wynikiem wyższej świadomości, która i mnie się udzieliła.

W kraju padają wciąż ważne pytania i jeszcze ważniejsze odpowiedzi. Na jedno z nich „Co jest ważniejsze prawo czy naród?” już odpowiedzieliśmy: „Naród stoi nad prawem”. Jest to słuszne tym bardziej, że Temida, która jest symbolem prawa, jest ślepa. Inne pytanie usłyszałem nie dalej jak wczoraj, nie znam jednak jeszcze odpowiedzi. Brzmi ono: „Czy obecna konstytucja jest zgodna z konstytucją?” Też nie wiem, ale mogę się domyślać, że nie jest, w związku z czym należy ją zmienić. Pan Prezydent zaproponował już referendum w tej sprawie i to mnie bardzo cieszy, ponieważ obecny rząd kieruje się wynikami referendów.

Jedna ważna zmiana jest już prawie zakończona. Trybunał Konstytucyjny zmienia się w Trybunał Ludowy. Jest to słuszne pociągnięcie, ponieważ wszyscy pragniemy dobrego prawa i sądów, które nas rozumieją. Obecna reforma sądownictwa zapewni nam wszystkim, że wyroki będą szybsze i trafniejsze. Z wyroków sądowych zadowoleni będą już nie tylko powód, ale i pozwany. Między innymi dlatego, że nowi sędziowie wybierani przez większość sejmową czyli PiS i Kukiz15 będą na pewno dużo lepsi niż obecni.

Dobrze się dzieje, że wciąż nie przyjmujemy uchodźców. Zgadzam się z panią premier Szydło i Ministrem Spraw Wewnętrznych, że uchodźcy, zwłaszcza ci z Syrii, gdzie trwa wojna, stanowią dla nas wielkie zagrożenie. Od wojny trzeba trzymać się z daleka. Osobiście czuję się przez nich bardzo zagrożony, zwłaszcza przez kobiety i dzieci, które nie wiadomo co myślą, jeśli w ogóle myślą. To potencjalni terroryści. O ich stanie zdrowia nawet nie ma potrzeby mówić, bo na pewno niosą ze sobą groźne choroby. Bardzo chciałbym, aby do przykazań „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” oraz „Nie cudzołóż” i „Nie kradnij”, dodano jeszcze „Nie pomagaj”. Takie uzupełnienie aż się prosi, bo jako naród jesteśmy bardzo religijni.  

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy u władzy światłą partię i uczciwy rząd, który mówi nam prawdę, w miejsce poprzedniego, który łgał jak najęty. Bardzo ich nie lubiłem także za to, że nabudowali autostrad i dróg szybkiego ruchu, na których teraz co raz to zdarzają się śmiertelne wypadki.

Na zakończenie, jeszcze raz serdeczne gratulacje. Oby Polska nadal rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Przypomniał mi o tym poseł Stanisław Piotrowicz, który jako prokurator już za czasów PRL-u pomagał osobom walczącym o demokrację. Bardzo go lubię, zwłaszcza kiedy przemawia, bo mówi szczerze, prosto od serca.

Sursum.

Miłość w dniu 1 Maja

Nie sądź, Drogi Czytelniku, że uprawiając groteskę jestem pozbawiony wyższych uczuć. Mam nadzieję, że poniższy tekst Cię przekona, że jest we mnie dobroć i serdeczność.

Photo: Thomas Bresson.

Manifestation du 1er mai, à Belfort.

Skończył się właśnie 1 Maja, dzień słońca i lewicy. Słońca było dużo więcej niż lewicy, co mnie zmartwiło do tego stopnia, że przysnąłem. Kiedy się obudziłem, popadłem w nastrój. Stałem się krotochwilny, dałbym się obłaskawić każdej kobiecie, ale nie było żadnej pod ręką. Obłaskawić, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż urodziłem się i niestety pozostałem w miarę niezależny.

Nastawiłem kawę i zapomniałem o niej. Parzenia dokończyła pani, która zjawiła się jak dobry duch. Jej dobroć zastanowiła mnie. Zadałem sobie pytanie:

– Kogo najbardziej kocha zamężna kobieta, po dzieciach, psie i kosmetykach?

– Odpowiedź była prosta: Męża. Wyjaśnię: to nie ja to wymyśliłem.

Miłość jest piękna, bo jest jej dzisiaj mało, szczególnie dla mężczyzn, których Bóg obarczył grzechem pierwotnym, choć to Ewa zgrzeszyła przyjmując jabłko z rąk węża. Ja bym od gada nie przyjął niczego, nawet ogryzka.

U nas Bóg nie obciążył grzechem tylko władzy. Okazał jej łaskę, prawdopodobnie dlatego, że jest bardzo pobożna; mało kto potrafi się modlić tak otwarcie i gorąco. Może również dlatego, że władza pochodzi od Boga. Minister Wojny i Pokoju na przykład. Jaką on ma rękę do generałów! Jak umie ich wybrać! I jak wspaniale umie odwzajemnić uczucia. Miłość odwzajemnia miłością! Ukochanemu aptekarzowi dał, tak po prostu, z serca, 50 000 miesięcznie, z kasy Rządowego Funduszu Dobroczynności, największego zbiornika miłości w kraju. Dobrze, że mamy taki zbiornik.

Święto 1 Maja przypomniało mi dawne czasy: trybuny w każdym mieście, gorące kiełbaski i ciepłe bułeczki, szturmówki, także słońce, rzadziej śnieg. PRL był hojniejszy w tym dniu; teraz to władza nawet cieplejszej pogody nie załatwi, choć Wódz Narodu, największy darczyńca też wywodzi się z PRL, podobnie jak ja, przez co jest mi bliski. Rozumiem go, dlaczego rządzi przez telefon, ustnie, nie wydaje poleceń pisemnych z podpisem, podobnie jak dawniej sekretarze centralni i wojewódzcy. Co było dobre, pozostaje dobre. Ważna jest tradycja. Dzień, styl i formy okazywania miłości.

Kochajmy się!

Podstępna zachęta do obnażenia się

Facebook zaproponował mi ostatnio, tak po prostu, sam od siebie, abym przedstawił się. „Napisz o sobie, jaki jesteś” – dokładnie tak zagadał napisem z ekranu. Było to bardzo miłe. Już dawno nikt nie był dla mnie tak uprzejmy. W prostocie mego serca przyjąłem propozycję i napisałem kilka słów prawdy, która bywa dla mnie bolesna (kiedy myślę, że obecny nasz rząd może się kiedyś skończyć), albo śpiewnie radosna jak skowronek (kiedy myślę, że rząd umocni się i zostanie już na zawsze).

Odpowiedziałem Facebookowi krótkim opisem:

Wysoki, przystojny, włos jak u niedźwiedzia, tak gęsty, że można mnie wyciągnąć z wody, gdybym tonął, czego sobie nie życzę (znaczy się tonięcia), zwłaszcza, kiedy jest mroźno. W takie dni w wodzie moczą się tylko śledzie i morsy, czyli mężczyźni z chudymi nogami i kobiety z podłużnymi piersiami. Zimna woda tak dobrze im służy, że zamiast wychodzić z niej rozmiękli, wychodzą utwardzeni. Dotknij takiego lub taką, to ci palce odpadną z zimna. Lepiej już dotykać ciepłego ciała, ale gdzie to ciało spotkać, skoro każdy się śpieszy do obowiązków i nie myśli o bliźnim, o rozkoszy, potrzebach cielesnych i duchowych, pieszczotach słownych i dosłownych.

„Pieścić i być pieszczonym!” – Uczucie to wezbrało we mnie i rozlało się po całym ciele, ogrzewając nawet mózg, gdzie podobno mieści się mój rozum. Hasło „Pieścić i być pieszczonym" w chłodny poranek zabrzmiało mi lepiej niż owo słynne „Być albo nie być, oto jest pytanie!”, które nasz Wódz (dla mnie Słońce Narodu większe i jaśniejsze niż Mao-Tse-Tung dla narodu chińskiego) niekończącą się serią podbojów i reform skutecznie przekuwa w „Bić albo nie bić!”. Wyjaśniam: To nie jest pytanie.

Wracając do wody, umiem pływać, więc nie ma potrzeby ratowania mnie. W takim razie, po co mi włos jak u niedźwiedzia? Znowu pytanie i to takie, na które nie umiem odpowiedzieć.

Lepsza rzecz niż propozycja Facebooka zmuszająca człowieka do publicznego obnażania się spotkała mnie na konkursie na krótkie opowiadanie zorganizowanym przez Wspólnotę Gdańską z okazji Oliwskiego Święta Książki. Uczestników było dwudziestu. Konkursu nie wygrałem, zdobyłem jednak wyróżnienie honorowe. Opowiadanie przedstawię następnym razem. Pocieszę Was: są w życiu sprawy bardziej dokuczliwe niż jedna strona tekstu.

Seks za pieniądze i inne poważne sprawy

Niniejszy zapis jest nieco żartobliwy w formie, ale poważny w treści w tym sensie, że przedstawia fakty i zdarzenia ubrane w słowa, jakich na co dzień nie używa się do opisu naszej – pozwólcie, że posłużę się chińszczyzną – słodko-kwaśnej rzeczywistości.

W telewizji Minister ds. Rodziny chwaliła kobiety za dzietność.

– Nasza zapomoga demograficzna 500 z hakiem jest skuteczna. Ilość urodzeń dzieci wzrosła o dziesięć procent w jednym miesiącu. Potem znowu wzrosła. I znowu. To już trzeci miesiąc z rzędu. Jesteśmy zachwyceni. – Mówiąc uśmiechała się tak radośnie, jakby to ona rodziła te dzieci.

Opozycja protestowała w sposób brutalny i nieokrzesany.

– Jesteście bezwstydni. Przepłacacie ludzi, aby uprawiali seks za pieniądze. To niemoralne. Ci ludzie rozmnażają się, nie mając ku temu żadnych kwalifikacji. Jest to produkcja chałupnicza, nieuregulowana przepisami. Aby jeździć samochodem, musisz mieć prawo jazdy. Nie możesz też prowadzić w stanie upojenia alkoholowego. Czy w akcie tak podniosłym, jak płodzenie i rodzenie dzieci, obowiązują jakies zasady prawne? Dopuściliście do tego, że ludzie to robią byle jak, byle gdzie, na łóżku, na dywanie, nawet w lesie, aby tylko zarobić. Wstyd! I to za państwowe pieniądze!

– Mamy jeszcze wiele do uregulowania, ale to wina Tuska. – Wyjaśniła Premier. – Jego rząd zrujnował nie tylko kraj, ale i pożycie małżeńskie, dopuszczając do głosu homoseksualistów, lesbijki, genderowców, in vitro i podobnych zboczeńców. My to naprawiamy.

– A co z przedszkolami i żłobkami? – Gardłowała opozycja.

– Po co nam one? – Odpowiedziała Minister ds. Kobiet. – Patrzymy długofalowo. Nasze rozwiązanie to więcej dzieci i więcej młodych emerytów. Starsze dzieci opiekują się młodszymi, młodsze jeszcze młodszymi, a emeryci zajmują się niemowlętami i oseskami. Po to jest wczesna emerytura. Odmłodzimy Polskę!

Rozległy się okrzyki z ław rządowych. Ktoś zaintonował: My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi. Potem recytowano „Odę do młodości”. Ktoś krzyknął: „Baba z wozu, chłopu lżej!”

Minister Finansów szybko obliczał. – Podwojenie 500 z hakiem da nam 20 procentowy przyrost ludności, potrojenie – 30-procentowy. Szybko wyprzedzimy Niemcy, a potem Indie i Chiny. Będziemy supermocarstwem!

– A skąd pieniądze na te 1500 z hakiem? – Wołała zgodnie opozycja.

– Zaoszczędzimy na armii! Nie kupię już ani jednego czołgu więcej, ani jednego helikoptera, ani okrętu. Pozwalniam wszystkich generałów. Damy radę. – Wyjaśnił z przekonaniem Minister Wojny i Pokoju.

– Ja dorzucę masę forsy ze ścinki drzew. – Zadeklarował Minister ds. Wyrębu Lasów.  Zaoszczędzimy też na oczyszczaniu powietrza. I tak jest już czysto.

Zrobiło się bardzo radośnie. Zapanował powszechny optymizm. Opozycja również wpadła w wir uniesienia. Wszyscy całowali się ze wszystkimi. Ściskano Prezesa na wszelkie możliwe sposoby.

– Geniusz! Geniusz! – Wiwatowano.

Prezes był tak wzruszony, że obiecał, że wyjście z Unii Europejskiej będzie bezbolesne.

– Zaoszczędzimy na Unii Europejskiej, na imigrantach i na pensji dla Tuska. Tego zaprzańca! – Kiedy to powiedział rumieńce radości pojawiły się na jego białej, poważnej, spracowanej twarzy.

– Niech żyje demografia! Niech żyje Prezes. Niech żyje Polexit! – Długo wołał suwerenny naród obserwujący posiedzenie parlamentu.

 

Dwaj kandydaci. Scenariusz rozwoju wydarzeń.

Premier Sz, Minister Wa i Kandydat Sa stoją przed Cesarzem Ka. Ten przygląda im się, po czym błogosławi na drogę.

– Macie załatwić przegraną Tu. Inaczej nie wracajcie. – Mówi to z rozwagą, spokojnie. Umie motywować ludzi. Kochają go za to. Wiedzą, że jego serce jest przepełnione miłością do ojczyzny, obywateli, wszystkich bez wyjątku.

*****

Premier Sy jedzie prosto do Przewodniczącego Rady Bractwa. Sprawa jest piekielnie trudna. Z miłości do Cesarza Ka gotowa jest do najwyższych poświęceń.

– On jest taki dobry! Robi tyle dla kraju, dla narodu, sam poświęca się bezgranicznie. – Premier decyduje się oddać Ex-Cesarzowi Tu, aby wycofał swoją kandydaturę. Po drodze kupuje w specjalnym sklepie różową koszulkę i czarne majteczki z koronami. Są szalenie atrakcyjne. Kiedy o tym myśli, odczuwa dreszcz emocji. Czuje się jak Mata Hari.

Drzwi otwiera jej sam Tu. Jest elegancko ubrany. To ją nastraja optymistycznie. Wyjaśnia mu cel wizyty. Błaga, aby ustąpił dla dobra kraju. W jego oczach widzi jakby błysk zrozumienia. To ją zachęca, bo czuje się strasznie zagubiona. Rozbiera się.

Przygląda jej się. Jest mile zaskoczony. Nie spodziewał się tego.

– Całkiem fajna babka. – Myśli. – Chyba w moim wieku. Jędrne ciało. Może tylko troszeczkę za tłusta. Wydatne usta. – Rozpalają się w nim żądze. Jest pełen uznania dla jej poświęcenia. Odmawia jednak.

– Ogromnie mi przykro, droga Sy (mówią już sobie po imieniu). Zdaję sobie sprawę z ogromu twojej miłości do Cesarza Ka, ale po prostu nie mam czasu na przyjęcie twojej ofiary. Muszę przygotować dwa przemówienia.

– Dlaczego dwa? – Pyta Premier, ubierając się. Odczuwa pewna ulgę.

– Jedno na wypadek wygranej, drugie na wypadek przegranej.

– Żal jej się robi Ex-Cesarza Tu. Widzi go z bliska. Całkiem fajny. – Myśli. – Ale rudy, czyli fałszywy. Przypomina sobie słowa Cesarza Ka. – No to co, że fałszywy. Nikt nie jest idealny z wyjątkiem Ka. – Prowadzi dialog wewnętrzy. – Co Ka chce od niego? – Usiłuje zrozumieć Cesarza. To chyba zazdrość. – Myśli i przypomina sobie, że Ka całował ją tylko w rękę do łokcia. Tu pocałował ją w policzek.  

Rozchodząc się, zbliżają się do siebie. Nigdy nie widzieli się i nie rozmawiali z tak bliska patrząc sobie w oczy. Coś pozytywnego iskrzy między nimi. W pokoju robi się jaśniej i przyjemniej. Sprawa jednakże jest niezałatwiona. To ją boli.

*****

Minister Wa rozmawia z każdym z ministrów-odpowiedników, zaprasza do najlepszych restauracji, stawia najlepszy alkohol. Wszyscy obiecują, że się poważnie zastanowią. Są dyplomatami. Żaden z nich nie zna kandydata Sa. Niektórzy przypominają go sobie jak przez mgłę. Wiedzą, że przyjaciele nazywają go Chłop na Schwał.

Minister Wa wraca do domu pijany jak nigdy w życiu. Zrobił to z obowiązku. Też kocha Cesarza Ka. Spełnił swoją rolę, więcej nie mógł zrobić. Jest nie tylko zmęczony, ale i rozczarowany. Wolałby, aby mu złożono bardziej konkretne przyrzeczenia. Wchodzi do toalety.

– Żygać mi się chce. – Mówi głośno. Przypomina sobie, że jest dyplomatą i wymiotuje.

*****

Kandydat Sa ma strasznie mało czasu. Decyduje się jechać konno.

– To się doskonale kojarzy. Rycerz, odwaga, walka. – Jadąc intensywnie myśli. Koń przerywa jego myślenie.

– Ile zarabiasz, Sy? Czy warto było tak ryzykować? – Rozmawiają.

– Nie robię tego dla pieniędzy. Też pokochałem Cesarz Ka. Przedtem tego nie czułem. Mówi szczerze. Wie, że koń to niemowa, nikomu nie rozpowie. Sa musi dbać o bezpieczeństwo swoje, Cesarza, Premier i Ministra Wa. O spisku nikt nie może się dowiedzieć.

Objeżdża premierów wszystkich państw członkowskich. Zaprasza do restauracji „Kozak Orientalny”. Najlepsza pierogarnia w kraju. Wspaniałe dania, nie tylko pierogi. Cudowne żarcie. – Tymi słowami zachęca każdego premiera. – Popatrz na mnie. Zdejmuje marynarkę, jest tylko w koszuli. Czyniąc to kilka razy przeziębia się. Co gorsze, w drodze powrotnej koń pod nim pada ze zmęczenia.

– Może też trochę za dużo wypił. – Myśli Sa zmęczony.

*****

Cesarz krzyczy. – Nic nie osiągnęliście! Ten typ Tu został na stanowisku. Jesteście niezgułami! Jeśli my nie zmodernizujemy Bractwa, to nikt tego nie zrobi i kontynent przepadnie z kretesem. – Cesarz wywala cała trójkę z pracy. Nie wypełnili zadania, nie mają w sobie dosyć miłości do ojczyzny.

Stoją milcząc ze wzrokiem wbitym w podłogę. Przegrali, stracili pracę. Jest im już obojętne, co się stanie. Wyzywają Ka nazywając różnymi imionami. Bluzgają. Cesarz każe ich ściąć. Nic z tego nie wychodzi, zapobiegawczo schowali topór. Uchodzą z życiem.

*****

Ten scenariusz jest mieszany. Jest to Opcja A, win-loose situation, jeden wygrywa -drugi przegrywa. Jest jeszcze inny scenariusz, Opcja B, loose-win situation, jeden przegrywa-drugi wygrywa. Nie ma jednak czasu, aby go przedstawić. Ale scenariusz jest. O trzecim nie ma co już pisać. Też jest możliwy. 

 

Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 2, ostatnia.

– Dlaczego ludzie nabierają wody w usta, choć nikt ich do tego nie zmusza? – Nie było to pytanie szekspirowskie, mógł je zadać każdy przeciętny polityk, umiejący myśleć i powiedzieć coś sensownego. Różne były mniemania i teorie. Niektórzy obywatele bali się o pracę, szczególnie w urzędach państwowych, policji, szkołach, tam gdzie zwierzchnik miał nad sobą drabinę dalszych zwierzchników sięgającą szczytów władzy, czyli rządu. Inni milczeli z wygody lub zobojętnienia. Jeszcze inni, aby zapomnieć co im dolega, wpadali w szpony seksu, narkotyków, papierosów lub alkoholu. Ci, którzy nie lubili wody, wyjeżdżali za granicę do pracy lub na długie wakacje, jeśli mieli kogoś, kto chciał ich sponsorować.

Skutki milczenia społeczeństwa odbijały się coraz bardziej na gospodarce. Drastycznie spadło zapotrzebowanie na kawę i herbatę. Zaoszczędzone w ten sposób dewizy rząd przeznaczył na potrzeby armii. Po dwóch latach kraj był potężnie uzbrojony, a jego armia budziła szacunek u wrogów, zwłaszcza kiedy rozwinęła amatorską partyzantkę, zakwaterowaną w ziemiankach po lasach i kiedy trzeba przerzucaną na miejsce akcji. Była to formacja cichociemna, cicha jak milczenie i ciemna jak noc bez księżyca. Dzięki wzrostowi siły militarnej państwa wzrosło poczucie bezpieczeństwa obywateli, z czego się wszyscy cieszyli. Mając wodę w ustach wyrażali to błyszczącymi z radości oczami i radosnym bulgotaniem w gardle. Określenie „nabrać wody w ustach” upowszechniło się, natomiast określenia „suche usta” i „spieczone usta” przeszły do archiwum, w końcu do historii.

*****

Członkowie PD i przedstawiciele rządu mieli zapewnione zaopatrzenie w wodę z zasobów strategicznych kraju, w związku z czym nie musieli nabierać jej w usta. Prywatnie wyrażali pogląd, że jest to nieestetyczne i niesmaczne. Mając usta wolne do gadania, zachowywali powagę i nie poświęcali czasu na płoche rozmowy z opozycją, organizacjami społecznymi i obywatelami.

– Byłoby to niepoważne. My jesteśmy po to, aby kierować społeczeństwem, a nie rozmawiać z nim, bo jest to czas obustronnie zmarnowany. – Wyjaśniał rzecznik rządu na konferencjach prasowych. Dwóch dyżurnych naukowców i dyrektor rządowego ośrodka badania opinii publicznej poważnym potakiwaniem potwierdzali tę prawdę. Dziennikarzom nie pozwalano zadawać pytań; były one z zasady beznadziejne i rządowi szkoda było na nie czasu.

Zamiast prowadzenia czczych rozmów z dziennikarzami, rząd koncentrował się na krytyce wrogów narodu oraz udzielaniu instrukcji obywatelom, jak żyć i postępować. Niezależnie od okoliczności, rząd regularnie weryfikował listy indywiduów zanotowanych w Rejestrze Specjalnym.

*****

Rejestr Specjalny stworzył fantastyczne możliwości doskonalenia państwa, którego celem nadrzędnym było zapewnienie szczęścia obywatelom. Nie chodziło o szczęście w ogóle, byłoby to zbyt prozaiczne, ale o szczęście totalne. Ilość totalnego szczęścia należnego każdemu obywatelowi określały wskaźniki wyliczane przez Ministerstwo Informacji Publicznej. Prawo do totalnego szczęścia określał z kolei Regulamin Rządu, naczelny akt normatywny państwa. Szczęścia nauczano w szkołach na lekcjach wychowania patriotycznego pod hasłem: „Każdy obywatel ma prawo do totalnego szczęścia”. W nauczaniu szczęścia rząd kierował się doświadczeniami historycznymi i tradycją, jak również instrukcjami zawartymi w podręczniku „Proces” autorstwa Franza Kafki.

Wyraz „totalny” nabrał pozytywnego znaczenia i upowszechnił się w różnych formach i ujęciach: totalne szczęście, totalna władza, w końcu totalitaryzm rozumiany jako najwyższa forma szczęścia indywidualnego obywatela i całego społeczeństwa. Totalitaryzm stał się hasłem naczelnym Partii Dobroczynności i rządu.

*****

Mimo ogromnego postępu w kierunku totalitaryzmu, najwyższej formy szczęścia obywatelskiego, w kraju zaczęło panoszyć się kłamstwo i chamstwo, spokrewnione ze sobą pojęcia zezwierzęcenia wywodzące się z jednego pnia ewolucji społecznej. Indywidua wrogie i niechętne władzy sugerowały, że dwaj bracia pojęciowi są sponsorowani przez partię i rząd, lubiące wyprzeć się prawdy, kiedy była ona zbyt bolesna lub prawdziwa. Wedle indywiduów regularne używanie terminu „prawdziwa” było nadużyciem, gdyż nie każda prawda przedstawiana przez władzę nosiła takie znamię.

W ramach totalitaryzmu mnożyły się doniesienia na indywidua, gdyż wielu obywateli pragnęło dołożyć swoją cegiełkę do eliminacji osób wrogich władzy. Powody doniesień, przybierających często formę anonimów, były bardzo różne: ludzie wyciągali prywatne żale, ktoś komuś nadepnął na piętę lub spojrzał krzywo, albo nazwał świńskim ryjem, albo powiedział coś za plecami, albo skrytykował choćby nawet nieśmiało jakiś organ władzy państwowej. W ślad za doniesieniami szły dochodzenia, różnego rodzaju komisje śledcze, procesy sądowe oraz wezwania do składania zeznań, wręczane o godzinie szóstej rano lub dwudziestej trzeciej w nocy. Były to oficjalne godziny wręczania wezwań sądowych.

Na pytania indywiduów otrzymujących wezwania, dlaczego dostarczano je bardzo wcześnie rano lub nocą, przedstawiciele służb doręczeniowych, ubrani w czarne dresy i kominiarki odsłaniające tylko orli nos i penetrujące oczy, mocniej ujmowali broń z obawy, że pytający zechce ją wyrwać w celu siania terroru, przed którym przestrzegał rząd. Z reguły też wyjaśniali uprzejmie: „Taką mamy pracę”, albo, „Chcieliśmy mieć pewność, że jest pan w domu”, albo „Proszę o to pytać mojego szefa”, albo „Lubimy sprawiać obywatelom niespodzianki”.

*****

Wraz z upowszechnianiem się praktyki nabierania wody w usta w kraju robiło się coraz ciszej. Narastało milczenie. Przyszedł taki czas, kiedy zaległo ono parki i ulice, urzędy i place targowe, ośrodki handlowe i media. Było to milczenie poważne. Coraz rzadziej ludzie ważyli się rozmawiać w miejscach publicznych. Praworządni właściciele telefonów komórkowych sami prosili Ministerstwo Służb Specjalnych o nagywanie i odsłuchiwanie ich rozmów. Nie prowadzono już rozmów o sprawach banalnych, dzięki czemu ludzie mogli bardziej koncentrować się na pracy i poświęcać więcej czasu na naukę i czytanie. Zyskała na tym ogromnie kultura narodowa, wzrósł znacznie poziom czytelnictwa; co najmniej czterdzieści pięć procent społeczeństwa czytało już jedną książkę w ciągu roku. Często był to zbiór wierszy o wodzu narodu, ulubiona lektura obowiązkowa wszystkich uczniów.

*****

Pod koniec okresu rządów Partii Dobroczynności w kraju zapanowała prawie kompletna cisza. Nabieranie wody w usta przez obywateli stało prawie obowiązkiem, opisywanym słowami "very trendy". Partia i rząd podejrzewali, że była to zmowa milczenia wymyślona przez opozycję parlamentarną oraz indywidua wrogie i niechętne władzy. Społeczeństwo milczące stało się ponure, choć na zewnątrz wszystko wydawało się normalne: otwarte były sklepy, urzędy, żłobki i przedszkola, stacje kolejowe i autobusowe, stadiony, lotniska, a nawet wychodki, w dużych miastach zwane szaletami.

Komunikacja ustna tak skarlała, że w końcu całkowicie zanikła. Wywołało to niekończącą się lawinę nieszczęść. Firmy przestały produkować, sklepy sprzedawać, warsztaty reparować, szkoły uczyć, szpitale leczyć. Towary i usługi były powszechnie dostępne, ale były to tylko pozory. Skoro nikt nie otwierał ust i nie udzielał informacji, nie można było porozumieć się, nawet w prostych sprawach, kupna pieczywa, cukru, alkoholu (obojętnie etylowego czy metylowego), pasty do obuwia, nie wspominając o samochodzie czy nieruchomości. Zamknięte wodą usta blokowały wszystko. Sprzedawcy pytani o produkt lub cenę pokazywali palcem na wypełnione policzki. Firmy zagraniczne przestały przysyłać swoich przedstawicieli, aby importować towary, bo nikt z nimi nie rozmawiał. W drogę nie wyruszały ciężarówki ani pociągi, gdyż kierowcy i maszyniści nie mogli porozumieć się ze zleceniodawcami. Wyglądało to jak strajk generalny.

Nawet w parlamencie, gdzie zawsze miały miejsce kłótnie między rządzącymi a opozycją, zanikły debaty, gdyż opozycji oprócz problemu wody wypełniającej usta załamały się także ręce. Partia i rząd nie musieli rozmawiać między sobą. Dla nich wszystko było jasne, gdyż łączył je prezes pełniący rolę dawnego uniwersalnego sekretarza partii.

*****

Przyszedł czas, kiedy partia i rząd uznali, że mur obywatelskiego milczenia stał się przeszkodą nie do pokonania. Po plecach zaczęły im chodzić ciarki niepokoju i strachu, pogubili się. Kiedy przyszły Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku postanowili wypocząć, nabrać więcej tlenu w płuca i odnaleźć się. W tym celu zaczęli rozjeżdżać się na narty, do kurortów, do dacz w leśnych ostępach, na wycieczki do ciepłych krajów, gdzie kto mógł. Czynili to w milczeniu, aby nie zakłócać pozytywnego nastawienia umysłu.

Takie były przynajmniej spekulacje, bo ludzie wciąż nabierali wody w usta i coraz mniej wiadomości docierało do kogokolwiek. Zastój w kraju zbliżał się do dna, życie objawiało się wyraźniej już tylko tam, gdzie sprawy kręciły się w sposób naturalny z rozpędu jak koło zamachowe.

*****

Pełna prawda o stanie narodu wyszła na jaw wiosną. Kiedy śniegi stopniały i dłuższe dni przynosiły więcej światła, społeczeństwo zaczęło dostrzegać wychudłe postacie dziarskich do niedawna działaczy partyjnych i rządowych. Ich przerzedzone szeregi sugerowały, że wielu z nich odeszło na zawsze w różnych okolicznościach, między innymi popełniając samobójstwa lub udając się na banicję. Fakty te potwierdziła policja. Obudzona wiosennymi powiewami wiatru, z własnej inicjatywy zdecydowała się podjąć śledztwo w sprawie tych, którzy dotychczas im śledztwa zlecali.

Metody samobójstw działaczy były różne. Bardziej oczytani w literaturze, zwłaszcza orientalnej, odbierali sobie życie stosując seppuku lub harakiri, inni – z niechęcią, gdyż byli ludzmi religijnymi – wybierali eutanazję. Młodsi działacze lubiący skoki bungee na długiej linie, wybierali skok na druty wysokiego napięcia. Było też sporo takich, którzy pogubili się po lasach lub postrzelali na polowaniach. Niemało też zginęło w wypadkach drogowych lub zapiło się na śmierć. Przypadki zgonu z głodu oraz zamarznięcia we własnym domu wskutek braku dostaw energii cieplnej były rzadsze.

Historycy nazwali ten okres zimowiosną ludów, wyjaśniając, że rządzący potknęli się o własne nogi nie doceniając roli obywateli, którzy protestując przeciwko władzy z jakiegokolwiek względu nabierają wody w usta i popadają w całkowite milczenie.

W tragicznym okresie czasu jedynie papierosy i alkohol zyskały na znaczeniu. Niektórzy obywatele nie będąc w stanie wytrzymać bólu milczenia popadali w nałogi. – Dym tytoniowy skutecznie zastępuje opary otaczającego nas absurdu. – Twierdzili, zaciągając się dymem. Inni pili umór alkoholizowane środki kąpielowe, kierując się modą przybyłą ze wschodu podobnie jak koncepcja partii – jedynej przywódczej siły narodu.

Jeśli chodzi o prezesa Partii Dobroczynności, to zniknął on całkowicie z pola widzenia. Po pewnym czasie odnalazł się i to w kilku miejscach na raz. Mówiono, że zapuścił czarną brodę i zajął się nauczaniem początkowym patriotyzmu, ale kiedy okazało się, że nie ma papierów ani kwalifikacji, zwolniono go. Próbował pracy misyjnej w różnych miejscach, ale bezskutecznie. Kiedy mówił o winie drugiego człowieka, wymieniając czasem jakieś nazwisko, cytowano mu Pismo Święte: "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? ". Kiedy mówił o wierze w człowieka i potrzebie sprawiedliwości na ziemi, przypominano mu Boga i życie wieczne.

Pewien poważny zakonnik zaklinał się, że prezes zjawił się któregoś wieczoru w jego zakonie w kapturze na głowie i z małym stołeczkiem w ręku, wyrażając gotowość nawracania braci na prawdziwą wiarę. Nie uwierzono mu jednak i przepędzono go. Nigdy później już go nie widziano.

– Nie miał łatwego życia, dlatego zniknął. Wszędzie mu się sprzeciwiano, był z tego powodu nieszczęśliwy. Minęły już czasy, kiedy jego słowa przyjmowano bezkrytycznie. – Podsumował ze smutkiem zakonnik, po czym przeżegnał się.

Oda do obywateli o głowie i prawie do gwałtu na politykach

autor-anonimowy-public-domain

Jest godzina 3.08. Opanowała mnie bezsenność. Błogosławię ją; gdybym spał dobrze w nocy, nie pisałbym blogów pełnych miłości, którą obdarzam Rząd i Partię, przodującą siłę narodu.

Wychodzę na balkon, a tam księżyc w pełni. Coś ostrzegawczego mi szepcze: Nie wychodź!, ale przełamuję się, bo mam rozum. Jest, jaki jest, nie może być większy, bo gdyby był, musiałbym mieć większą glowę, a mając większą głowę musiałbym mieć większe ciało, żeby zachować proporcje. Gdybym miał większe ciało, sprawiłbym przykrość Naczelnikowi Państwa, Piłsudskiemu, bo ma skromniejsze rozmiary. On wciąż żyje, doskonale rządzi i chyba szykuje jakiś przewrót.

Przewrót dobrze mi się kojarzy: z baraszkowaniem, pieszczotami, leżeniem na plecach albo na brzuchu, zależnie jak się upadnie. Myśląc o przewrocie, myślę oczywiście o polityce i politykach, przedmiocie ubóstwienia narodu. Komuniści mieli Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, Chińczycy Mao Tse Tunga i Czang Kai Szeka, a my mamy Partię Pamięci i Szczebiotu, która też wskazuje nam kierunek ku słońcu. Wrodzoną cechą wybitnych polityków jest to, że gwałcą naród. Nasi ostatnio gwałcą wszystko, co po drodze, łącznie z prawem narodu do radości i spokoju, a my, naród, pół Suweren, pół Niesuweren, nie możemy ich gwałcić. A przecież wzywa nas do tego wieszcz Adam Mickiewicz: „Gwałt niech się gwałtem odciska!” Mickiewicza wszyscy cenimy, bo jest historyczny, patriotyczny i ma pomniki, bardzo modne ostatnio.

Sam się sobie dziwię, jak mogę żyć bez pomnika. Jeśli mnie czytacie i ciarki wam chodzą po plecach z radości, zrzućcie się na pomnik, niekoniecznie dla mnie. Chciałbym, aby stał w centrum Warszawy, bo tam jest dużo miejsca i miejsce jest popularne. Może dla pana Boga, aby nas zauważył i uczynił cud, aby nie było nam tak dobrze, jak jest, bo to przesada. – Co za dużo to niezdrowo. – Nie powiedział tego byle kto, tylko Święty Dietetyk.

Zamierzam złożyć projekt do Laski Marszałkowskiej o prawie obywateli do gwałtu na rządzących politykach. Jest budżet obywatelski, czyli prawo do budżetu państwowego, dlaczego nie może być prawa obywateli do gwałcenia polityków? Projekt złożę do Laski Marszałkowskiej, nie do Marszałka, bo on ma łączność tylko z Naczelnikiem Państwa, nie z niebem, gdzie potrzebna jest interwencja. Laska dobrze mi się kojarzy, dwie długie, smukłe i namiętne nogi zaczynające się od ramion. Kojarzenie Marszałka daje gorsze wyniki. Wygląda jakiś taki nieświeży i mówi, jakby jego język dostał spowolnionej padaczki.

Uwierzcie mi, jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej. Po tych wszystkich inwokacjach, ulżyło mi. Jest mi dużo lepiej. Chyba będę wymiotować. Gdzie jest najbliższy sedes? Jeśli czujesz się równie dobrze jak ja, to potrzebujemy wielu sedesów. I to jest piękne, bo wzrost zapotrzebowania na sedesy napędza gospodarkę. A czego nam trzeba więcej oprócz cudu gospodarczego?

Publikacje i zapowiedzi:

  • Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Poezja. Nowy nakład w przygotowaniu. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.
  • Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. Wydanie w ciągłej sprzedaży: Matras, Dom Książki, wszystkie księgarnie internetowe. W przypadku braku książki w księgarni, prosić o ściągniecie z magazynu.
  • Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco i inne opowiadania. Opowiadania i humoreski. Publikacja w trakcie negocjacji. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.
  • Michael Tequila: Księga zdarzeń. Powieść. W przygotowaniu. Przewidywany termin wydania 2017.

O koniu, łabędziu, wrażliwości poetycko-pisarskiej i polityce

Castil de Tierra

Castil de Tierra

W trakcie spotkań autorskich w czasie pięciodniowych wakacji zwrócono mi uwagę, że moja wrażliwość poetycka stoi w sprzeczności z rzeczowym, chłodnym i wyważonym stylem pisania o polityce, dlatego też rozważam częściowe odejście od polityki na rzecz literatury, prozy i poezji. Te dwa nurty twórczości, dziennikarstwo społeczne oraz poezję-pisarstwo porównuję do podkutego konia ciężarowego i białego wdzięcznego łabędzia, ssaka i ptaka, które trudno pogodzić ze sobą, choć na dobrą sprawę jeden potrafi zdrowo kopnąć a drugi zdrowo uszczypnąć, dając tym wyraz zwyczajnej ludzkiej zwierzęcości. Nie wszyscy może to pamiętają, ale ludzie też są zwierzętami, co może poświadczyć każdy weterynarz znający obydwie strony drzwi stajni i obory, oraz politykę, którą każdy znać musi, gdyż jest to nasz chleb powszedni.

Wyłożywszy trochę materii cięższej, wypada mi dla równowagi wygłosić kilka słów pozytywnych. Wczoraj byłem pogodny jak bezchmurny dzień. Zachowywałem się wzorcowo i sympatycznie. Rejestratorce w przychodni lekarskiej życzyłem tego, czego powinno się życzyć każdemu w takim miejscu, czyli dużo zdrowia, a po jej zapytaniu, „co mogę jeszcze dla pana zrobić” poprosiłem o błogosławieństwo na drogę. Otrzymawszy je, uniosłem się w powietrze i lekko jak ptak sfrunąłem ze schodów.

Niezależnie od tego cudownego doświadczenia, z radością dowiedziałem się, że członkiem Rady Nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej zatrudniającej ponad sto tysięcy pracowników został pan Bartłomiej Misiewicz, osobnik niezwykle doświadczony i mądry mimo wieku 26 lat, odznaczony Złotym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju przez zawsze uśmiechniętego Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza, który ma wyjątkowy dryg do odnajdywania talentów militarnych w kraju zubożonym do dna przez poprzedzenie rządy.

Pan Misiewicz, mąż solidny na ciele i obliczu, jest z zawodu aptekarzem z licencjatem, i jak mało kto zna się na wojsku i uzbrojeniu. Jego koledzy i koleżanki farmakolodzy donoszą, że w aptece używał moździerza do ucierania prochów i to dało mu solidną wiedzę, jak funkcjonuje nowoczesna broń. Zawsze cieszy mnie, kiedy rząd wynajduje wśród milionów przeciętnych obywateli prawdziwą perłę wiedzy i umiejętności i osadza ją w narodowej koronie.

Równie bajeczna była wiadomość o pani Kępie, pozwólcie, że nazwę ją Beatką, bo jest to moja najulubieńsza aktorka sceny politycznej, największej sceny teatralnej w kraju, gdzie gra orkiestra pod batutą wybitnego kompozytora i dyrygenta, którego nazwisko wszyscy znają. Tylko ignorantom wyjaśnię, niech Bóg ma ich w swojej opiece, że jest to mąż wielce wpływowy, pobożny i utalentowany, lubiący używać wyrazów obcych, obficie podsuwanych mu przez leksykony i bujną wyobraźnię. Pani Beatka uzyskała ochronę BOR, ponieważ ktoś dybie na jej głowę. To akurat mnie nie dziwi, gdyż każdy chciałby mieć taką głowę na karku (pardon, karczku, skoro mówię o kobiecie niemałej urody językowej). W mojej ocenie pani Beatka jest bezcenna dla narodu i należy jej się ochrona; po nakręceniu potrafi odpowiedzieć na każde pytanie, zwłaszcza takie, na które nie zna odpowiedzi.

Kończąc, przyłączam się do modłów za pomyślność obecnego rządu PiS, znanego i poważanego w Europie, za Ministra Spraw Zagranicznych, Ministra Spraw Wewnętrznych, Ministra Obrony Narodowej oraz Ministra Rolnictwa, potrafiącego utrzymać w ryzach każdego konia stadniny państwowej, który chciałby być sprzedany na aukcji koni, aby wyrwać się za granicę, co można interpretować jedynie jako brak patriotyzmu.

Modlę się także za ukochanego przez nas wszystkich pana Prezydenta, który wspiera nasz dzielny rząd swoim mocnym głosem i bezkompromisowym podpisem.

Kontrrewolucja. Kierunek mądrości narodu: w parę czy w gwizdek?

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward. Coloured etching 1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

http://wellcomeimages.org
An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward.
Coloured etching
1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Kraj reformuje się. Dla mnie najciekawsza jest reforma systemu emerytalnego odbywająca się pod hasłem ” Emeryci, łączcie się w postemeryckim dobrobycie!”. Hasło jest zapożyczone z poprzedniego ustroju, który był ustrojem równości społecznej, z tym, że była to równość w ubóstwie. Obecny pomysł reformy emerytalnej jest demokratyczny i zmierza do równości w bogactwie. Jest to pomysł krajowy, nieimportowany; mając wielu geniuszy, nie mamy potrzeby sięgać za granicę.  

Mnie podobają się emerytalni geniusze zagraniczni. Jestem bardziej międzynarodowy. To wada rozwojowa, coś jak skrzywienie kręgosłupa, tylko w odwrotną stronę niż u krajowych reformatorów emerytur. Myślę o Australii, o antypodach, gdzie ludzie chodzą do góry nogami. Śmiesznie to wygląda, kiedy patrzy się z kosmosu; z innej, krótszej perspektywy widać tylko muszelki na plaży Bondi Beach. Plusem kosmicznego położenia Australii jest to, że krew napływa Australijczykom obficiej do głowy. Może dlatego wymyślili sobie inny system emerytalny.

Kiedy przyglądałem się sprawie z bliska, co nie było łatwe z uwagi na upały, w Australii były dwa systemy emerytalne: jeden państwowy o charakterze świadczeń społecznych przyznawanych osobom, które niezależnie od tego, czy pracowały czy nie, nie mają dostatecznych środków do życia i mogą uzyskać emeryturę państwową (zwaną pension). Jej wysokość zależała od wielkości dochodu (np. pomoc od rodziny, odsetki od oszczędności, praca dorywcza itp.) oraz od wartości posiadanych aktywów (oszczędności bankowych, domu, ziemi, papierów wartościowych itp.)

Drugi rodzaj to emerytura (zwana superannuation) gromadzona w czasie lat pracy, kiedy pracownik płaci składki emerytalne. Nie wiem jak jest teraz, ale kilkanaście lat temu były one elastyczne. Istniało jakieś minimum składki miesięcznej, ale – jeśli ktoś życzył sobie mieć wyższą emeryturę – mógł tę składkę zwiększyć. Ustawową zasadą było to, że do składki płaconej przez pracownika pracodawca dopłacał jej równowartość. Jeśli płaciłeś 50 $ składki miesięcznie, to drugie 50 $ dopłacał ci pracodawca. Jeśli decydowałeś się podwyższyć tę składkę do 100 $, to drugie 100 $ miał obowiązek dopłacić ci pracodawca. Głupie może było w Australii jedynie to, że podwyższała ona wiek emerytalny podobnie jak wszystkie inne kraje na świecie, zamiast wziąć dobry przykład z naszego kraju i wiek ten obniżyć.

Tak sobie myślę, nieśmiało, choć szczerze, że przydałby się nam oświecony rządca-jedynowładca, jeśli to już konieczne, choć nie sądzę, który rozwijałby już istniejące systemy: emerytalny, konstytucyjny, nauczania, pomocy rodzinie, podatkowy, ochrony zdrowia, sprawiedliwości, i inne, zamiast z poświęceniem zwalczać wszystkie istniejące już systemy.

Zadaję też sobie pytanie, czy jeśli władzy nie jest potrzebna konstytucja i inne systemy stworzone drogą demokratyczną, to może demokratycznemu społeczeństwu nie jest potrzebna taka władza? Przetrawmy to sobie, Bracia i Siostry, w naszej mądrości zbiorowej, która jest niczym innym jak mądrością rozproszoną, czasem mądrze a czasem głupio, w zależności od głowy, gdzie podobno mieści się rozum. Ostatecznie w narodzie liczy się suma mądrości mądrej i głupiej (modlę się, oby nasza miała znak dodatni) oraz kierunkowy impet tej sumy, inaczej mówiąc, czy idzie ona w parę czy w gwizdek. Po tym jak wysłuchałem dzisiaj Rysia Czarneckiego, którego ubóstwiam, bo rozjaśnia mi wszystko w głowie i to z perspektywy europejskiej, oczekuję, że na wiosnę na wierzbach będzie znacznie więcej gałązek do wyrobu doskonałych gwizdków.

Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy partię i rząd niezwykle rozważnie podejmujące decyzje, czy energia narodu ma iść w parę czy w gwizdek.

 

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

Czy znasz miarę swego szczęścia? Ciesz się, bo idzie ku lepszemu.

Sabat czarownic The Witch's Sabbath, Francisco Goya

Kiedy zobaczyłem wczoraj w telewizji rękę pana Prezesa wyciągniętą kolejny raz do narodu w geście przebaczenia i pojednania, zacząłem ją okrywać kwiatami serdecznych pocałunków wdzięczności za ogrom dobra i cierpliwości, jakie nam od lat okazuje.

Zapragnąłem także ucałować panią Pawłowicz, naszą hinduską Boginię Jadła i Przekleństw, lecz usta miała wypełnione pierożkami oraz szparagami, nie śmiałem więc liczyć na życzliwe przyjęcie.

Żyję w nieprzerwanym uniesieniu. Dni są coraz dłuższe, coraz więcej jest słońca, ptaki śpiewają coraz piękniej. Jestem pełen optymizmu i nadziei. Widząc oznaki zmian dobrych na coraz lepsze, prorokuję:

  • Więcej dobrego prawa i sprawiedliwości w miejsce niedobrej konstytucji.
  • Więcej dzieci z programu 500 Plus. Motywowani wiosną i wysypem pieniędzy, wielodzietni rodzice ruszą masowo do sypialni i parków, aby ochoczo realizować marzenia Partii o kraju bogatym demograficznie.
  • Więcej pomników na zasadzie równowagi: jeden pomnik na każde życzenie.
  • Więcej szybszych emerytów z wydłużonymi emeryturami;
  • Więcej wizyt Komisji Weneckiej i Kongresmenów USA zainteresowanych wielkimi osiągnięciami Partii i Rządu;
  • Więcej ziemi rolnej i bogatsze plony w pobożnych rękach. Szkolmy się na traktorzystów, aby spełnić się na ojczystej roli pracą i pieśnią „Hej traktory, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcie wy nas!”
  • Więcej wspaniałych stanowisk dla przyjaciół, rodzin, znajomych i osób zasłużonych Partii, „aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej";
  • Więcej cielesnej zasobności najukochańszych naszych polityków. Niech widok dobrze odżywionego lekarza narodu z uduchowioną bladą twarzą napawa nas nadzieją, że koniec problemów zdrowotnych społeczeństwa jest już bliski;
  • Więcej osób na demonstracjach KOD-u nieuzasadnienie tęskniących do utraconych przywilejów, stołków i żłobu;
  • Jeszcze głębszą nostalgię widzów na spektaklach Stanisława Wyspiańskiego „Miałeś chamie złoty róg”;
  • Więcej uśmiechniętych dzieci i szczęśliwych matek z programu „Zero Aborcji” otoczonych serdeczną pomocą kościoła i państwa;
  • Więcej światełek w tunelach i mniej Ryśków, którzy je dostrzegają;
  • Owocniejszej współpracy Partii i Opozycji opartej na zdrowej zasadzie: wy zawieracie z nami kompromis, my w zamian nie publikujemy wyroków Trybunału Konstytucyjnego i nie zaprzysięgamy sędziów wybranych przez Sejm;
  • Więcej kulturalnej rozrywki w lokalach psychiatrycznych finansowanych z rządowego programu „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”;
  • Na zakończenie, więcej szczerych i głębokich wypowiedzi elity ducha, serca i intelektu, że wspomnę tylko ulubieńców publiczności panów i panie Girzyńskiego, Kępę, Macierewicza, Seniora Morawieckiego, Pawłowicz, Sellina, Suskiego i Terleckiego.

O, Wybrany Narodzie! O, Ziemio Obiecana!

Wznieśmy teraz wspólnie, Bracia i Siostry Cyrkowcy, radosny okrzyk: Alleluja, Alleluja!

Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Konie, dyrektorzy, rządowy plan sanacji stadniny państwowej.

Entrée_de_l_empereur_Charles_IV_à_Saint-Denis by Jean Fouquet
Wobec nieuzasadnionych napaści gorszej części społeczeństwa na nowego dyrektora stadniny koni, rząd opracował plan sanacji stadniny. „Sanacja” znaczy „uzdrowienie”. Jest to określenie zgodne z tradycją narodową oraz dążeniem partii rządzącej (oby żyła wiecznie!) do uszczęśliwienia narodu.

– Poprzedni dyrektor stadniny takiego planu nie miał. Nie miał żadnego planu. Rządził stadniną kierując się węchem i intuicją. – Wyjaśnił rzeczowo nowy dyrektor.

– My kierujemy się zasadami prawa i moralności. Minister Rolnictwa i Minister Sprawiedliwości przygotowują już akt oskarżenia przeciw staremu dyrektorowi oraz koniom, które uczestniczyły w spisku. Okazało się, że w stadninie zorganizowano spisek przeciwko nam, uczciwym obywatelom. Podejrzane są pewne organizacje i grupy społeczne. Nic więcej państwu nie mogę powiedzieć. – Oświadczył nowy dyrektor, po czym zamilkł, aby oddać się wspomnieniom z czasów PRL-u, a konkretnie stosunkowi towarzysza Gomułki do koni, które uważał za darmozjady zżerające owies należny w postaci płatków śniadaniowych dzieciom chłopów i robotników.

– Sam plan sanacji jest prosty, ale skuteczny. – Dyrektor podjął wątek zagubiony w zamyśleniu. – Realizujemy go w trudnych warunkach. Poprzednia ekipa rządząca, Platforma Obywatelska, zostawiła po sobie kupę gnoju rzekomo do produkcji nawozu organicznego pod pieczarki. To jest jawne kłamstwo. Kto by jadł pieczarki wyprodukowane na nawozie końskim!? – Dyrektor zarżał serdecznie.

– Proszę nie dziwić się, że śmiech mi się zmienił. Nie znam się na koniach, ale znam się na ekonomii i psychologii. To dzięki tej wiedzy mianowano mnie na to stanowisko, abym ratował, co się da uratować. Umiem myśleć i wczuwam się w nową rolę. Musimy lepiej rozumieć konie. Było zbyt wiele skarg z ich strony. Wykorzystam moje kwalifikacje, aby ulżyć ich doli. Zamiast batem i ostrogami będę motywować je łagodną perswazją do wyższej źrebaczności. Bez rozwoju demograficznego stadniny koni pozostaniemy w tyle za Europą. Myślimy o programie „600” dla koni, aby zachęcić je do większej rozrodczości. Znaczy się 600 kostek cukru miesięcznie. Francuzi stworzyli taki program dla kóz. Tylko oni dają im kostki soli. Wie pan, ile teraz Francja produkuje koziego sera?

– Dlaczego nie program „500”? Mamy już udany precedens. – Rzucił reporter, jedyny, jakiemu udało się dotrzeć na konferencję prasową. Inni nie zdążyli przyjechać. Dyrektor prawdopodobnie nie dosłyszał pytania, ponieważ nic nie odpowiedział.

– Kto będzie uczestniczyć w planie sanacji stadniny? – Reporter rzucił pytanie.

– Rozpisaliśmy role. – Podjął dyrektor. – Nie znam się na hodowli zwierząt, ale znam się na liczbach i jestem w dobrej kondycji. Będę biegać razem z końmi; by poprawić ich kondycję. Poprzedni dyrektor fatalnie ją zaniedbał. W ogóle nie biegał. Przy okazji policzę wszystkie konie, bo sporo rozkradziono. Zrobię też inwentaryzację, ilu koniom sfałszowano dokumenty.

– Jak to? Czy to możliwe? – Wydusił z siebie reporter.

– Podejrzewaliśmy, że w stadninie są – dyrektor zniżył glos – lewe Araby. Pan wie, co to znaczy!? Nasze organy bezpieczeństwa podjęły natychmiast dochodzenie i założyły podsłuchy. Efekty nie kazały na siebie czekać. Pragnę zapewnic wszystkich Polaków, w kraju i za granicą, że mogą już czuć się bezpiecznie. Odesłałem już do Kataru ogiera przebywającego u nas rzekomo na leczeniu. Jak poinformował mnie pan Prezes, za ta aferą stoją pewni ludzie oraz pewne organizacje usiłujące nas poniżyć i zdezorganizować.

– Co jeszcze planuje pan zrobić?

Razem z Ministrem Środowiska pochylimy nad uciążliwością zapachową, o której pan Minister wspomniał ostatnio w telewizji. To poważne wyzwanie dla stadniny, naszego rządu oraz Sejmu pracujących nocami, aby dotrzymać obietnic wyborczych. Robimy bokami, a mimo to w kraju śmierdzi. Uciążliwość zapachowa to temat tak trudy, że nasz rząd będzie mógł go podjąć dopiero w 2026 roku. Teraz mamy pilniejsze zadania: budowy społeczeństwa naprawdę patriotycznego, nowej historii oraz stworzenia nowej moralności.

– A co z patriotyzmem koni? – Zawołam zachwycony wyjaśnieniami redaktor.

– O patriotyzmie koni nawet nie wspominam. Sam się nimi zajmę, bo doskonale znam się na ekonomii i psychologii. Będę z nimi biegać, liczyć je i motywować. Koń polski nie będzie naszym wrogiem.

Michael Tequila: „SĘDZIA OD ŚWIĘTEGO JERZEGO”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.