Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 208: Czarna Eminencja poświęca się Świątyni Wiary i Prokreacji

Pełną wiedzę o projekcie miał tylko sam arcybiskup. Był tak nim zajęty, że o postępach prac informował tylko gubernatora i to nie za często. Kiedy Blawatsky zauważył na sutannie Eminencji ślady cementu i farby zapytał, czy naprawdę nie potrzebuje pomocy.

– Nie napotykam najmniejszych problemów, bo Bóg jest ze mną. Jestem z nim w kontakcie prawie każdego dni i każdej nocy, bo pracujemy przez całą dobę. – Odparł duchowny.

Jego wychudzona twarz rozpromieniła się, oczy rozbłysły blaskiem misyjnego uniesienia. Gubernator nigdy wcześniej nie widział arcybiskupa w stanie takiego pobudzenia i pomyślał o nim, że jest szczęściarzem. Niekiedy przychodziło mu do głowy, że jest nawet nawiedzony. Odrzucał tę myśl zdecydowanie, kiedy arcybiskup fachowo, ze szczegółami i werwą, opowiadał o supernowoczesnej technologii instalowanej w Centrum Wiary i Prokreacji. Z tego, co gubernator zrozumiał, chodziło o rzeczywistość wirtualną. Miał o niej mgliste pojęcie.

Misja, plan i budowa świątyni stały się pasją Eminencji. Jeśli o niej rozmawiał, to tylko z gubernatorem, spowiednikiem i własnym cieniem. Nawet w Kościele Hierarchicznym niewiele wiedziano o powstającym sanktuarium. W pogodne wieczory widziano Eminencję nad brzegiem Mondegi, samotnie spacerującego i rozmawiającego z samym sobą. Na temat świątyni Eminencja tak rzadko udzielał wywiadów, że bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że w ogóle ich nie udzielał. W okresie ofensywy prokreacyjnej rzędu tylko jeden dziennikarz miał szczęście przeprowadzić z nim wywiad.

Sefardi oglądał to spotkanie w telewizji. Dziennikarzem okazał się jego samozwańczy opiekun z osiedla. Wynalazca był tak zaskoczony, że z wrażenia przewrócił filiżankę rozlewając gorącą kawę na spodnie. Wywiad zaczął się interesująco.

– Ratujemy człowieka przed nim samym, przed jego cywilizacyjnym obłędem. – Czarna Eminencja odpowiadał na pytania stonowanym głosem, patrząc prosto w obiektyw kamery.

O samej Świątyni Wiary i Prokreacji mówił niezwykle oszczędnie, jakby żałował słów. Wyjaśnił, że celem rządu i kościoła jest wykorzystanie symboliki wiary dla sprowadzenia człowieka z drogi grzechu na drogę prawdy. Jego wypowiedzi były tak skąpe i tajemnicze, że nawet dziennikarze specjalizujący się w sprawach wiary i kościoła nie byli w stanie zorientować się, w czym rzecz. Tajemnicę wypowiedzi hierarchy usiłowano rozszyfrować na różne sposoby. O pomoc poproszono jasnowidza i kabalistę, lecz ich wyjaśnienia były tak zawiłe, że tylko powiększyły zamieszanie. 

*****

Na niedzielnej mszy w katedrze Eminencja powrócił do tematu symboliki wiary i prokreacji. Jej potęgę porównał z cudownym ozdrowieniem rzeki Mondegi i leczniczymi własnościami jej wód. Przemawiając, przeszedł sam siebie. W pamięci zapadła wszystkim równie mocno jego pełna pasji homilia i orędzie, jak i biała szata zdobna w różnobarwne symbole prawdy, miłości, dobra i radości, macierzyństwa i ojcostwa. Słuchający go wierni widzieli, jak wzlatują one w powietrze na skrzydłach zachęty do odwiedzenia Świątyni Wiary i Prokreacji i uczestnictwa w misteriach, jakie będą tam mieć miejsce.

– Wiara w Boga i jej symbole są stare jak świat. Tu nie musimy nic zmieniać. Mamy wszystko podane jak na tacy.

Rewolucjonizujemy tylko sposób ich wykorzystania dla zmiany postaw kobiet zapiekłych w chciwości świata, niezdrowych ambicjach i zarozumiałości. – Eminencja używał mocnych słów, aby trafić do serc wiernych. Nieliczni twierdzili potem, że ten fragment jego przemówienia ambonnego był w pełni zrozumiały.

*****

W rozmowie z gubernatorem, arcybiskup wyjaśnił, że Świątynia Wiary i Prokreacji wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie komunikacji międzyludzkiej, interpretacji poglądów oraz kształtowania zachowań jednostki. Gubernator – nie była to w pełni świadoma reakcja – lapidarnie zreasumował, że Eminencji chodzi zapewne o pranie mózgu i indoktrynację, aby zachęcić kobiety do prokreacji.

– To słuszne podejście. W końcu muszą zacząć zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Do diabła! – wyrwało mu się.

Czarna Eminencja zesztywniał, zamilkł na chwilę, na jego twarzy pojawiła się niepewność, a moment później wyraz zniechęcenia. Szybko zakończył rozmowę.

– Barrasie! Modlę się każdego dnia, aby dobry Bóg mi wybaczył, jeśli robię coś niewłaściwego. Nawet wiem, że mi to wybaczy, ponieważ czynię wszystko z głębi serca w przekonaniu, że jest to zbawienne dla wiary i dla społeczeństwa.

Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 197: Celibat, pokuta i nowe inicjatywy rządu

Nie chcąc uronić nawet kropli energii z decyzji, jaką podjął, Czarna Eminencja wrócił do swojego pokoju, ubrał się cieplej i zszedł na dół do kaplicy dla dopełnienia pokuty. Na podłodze leżał tak długo, aż zasnął ze znużenia. Wcześniej położył sobie poduszeczkę pod głowę, aby nie spoczywała na zakurzonej podłodze. Pomyślał, że zgrzeszył nadmiernym folgowaniem sobie, choć z drugiej strony miał prawo, a nawet powinność dbać o higienę. Ponadto nigdy nie słyszał ani nie czytał, że korzystanie z poduszeczki w trakcie leżenia krzyżem było sprzeczne z zasadami wiary.

W trakcie snu przez głowę arcybiskupa przewinęła się długa historia celibatu. Najpierw pojawił prorok Jeremiasz i esseńczycy ze Starego Testamentu, potem postacie Jezusa, Jana Chrzciciela, Jana Ewangelisty, Pawła, Tytusa i Tymoteusza dających przykłady życia w stanie bezżenności. W końcu ukazały mu się zapisy Synodów w Elwirze w roku 300, Ancyrze w roku 314, Kartaginie w roku 390, po drodze zaś Sobór Nicejski z roku 325. W jedenastym wieku celibat został usankcjonowany przez papieża Grzegorza VII w ramach reformy gregoriańskiej i ostatecznie ugruntowany przez Sobór Trydencki z listopada 1563 roku.

Po dwóch dniach rozmyślań i pokuty Czarna Eminencja uspokoił się; wiedział już, jaką decyzję podejmie dla dobra kościoła, państwa i społeczeństwa. Ostatecznie zadecydowało o tym jedno zdanie podsumowujące sens bycia duchownym: całkowicie poświęcić siebie Bogu i ludziom.

*****

Miała to być zwyczajna narada robocza, jedna z wielu organizowanych każdego miesiąca. Chodziło o pozycję rządu koalicyjnego w oczach społeczeństwa, jak jest odbierany i jakie to stwarza możliwości. Rząd potrzebował niebudzącego wątpliwości autorytetu społecznego. Gubernator i Czarna Eminencja byli zgodni, że rząd powinien plasować się znacznie wyżej w opinii społecznej. Szczególnie mocno nalegał na to arcybiskup.

– Bóg i naród nie są byle kim, aby służyli mu zwyczajni ludzie. Bóg jest królem, władcą, sublimacją arystokracji siły i ducha. Władza pochodzi z nadania boskiego i w Nomadii my ją stanowimy.

Gubernatorowi słowa arcybiskupa wydały się bardzo wzniosłe; przez moment myślał nawet, czy nie za bardzo. Wątpliwość prawie natychmiast go opuściła, kiedy arcybiskup przypomniał, że już Święty Paweł z Tarsu nie miał wątpliwości, że wszelka władza pochodzi od Boga. Powtórzył to po łacinie: Non est potestas nisi a Deo. Bóg to nie jest byle kto! W dyskusji mężczyźni przytaczali i powtarzali argumenty tak długo, że nie pozostawiły one żadnych wątpliwości: władza, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jest uprzywilejowana przez Boga i zasługuje na najwyższy szacunek.

*****

Anemiczna reakcja społeczeństwa na kolejne wezwania rządu do prokreacji dała gubernatorowi i Eminencji wiele do myślenia. Wniknęli głębiej w przyczyny. Okazało się, że w wyniku Apokalipsy wielu obywateli straciło pewność siebie i skapitulowało. Rząd i kościół dostrzegli w tym nową szansę.

– Masy społeczne oczekują, że będziemy za nich myśleć i wskazywać im drogę. Ludzie pragną, aby nimi sterowano, bo tak jest im łatwiej żyć. –  Gubernator i Eminencja postanowili wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

Wśród osób najbardziej potrzebujących przewodnictwa zidentyfikowano analfabetów, ludzi z minimalnym wykształceniem, osoby zagubione w rzeczywistości, bez własnych poglądów i opinii, ignorantów. alkoholików, wyrobników o niskich kwalifikacjach i zarobkach, jednostki o niskim wskaźniku inteligencji, także niektórych bigotów i dewotów, zagubionych w drobiazgowej pobożności. Jak się wkrótce okazało, była to definicja zawężająca, ponieważ wśród potrzebujących przewodnictwa było sporo osób wykształconych. Jedynie artyści i ludzie wolnych zawodów okazali się odporni na wpływy rządzących, egoistycznie preferując własne sumienia i poglądy. Rząd uznał, że w sytuacji masowego zagrożenia, wolność jednostki musi być dawkowana, ponieważ może naruszać interes ogółu.

– Jeśli chodzi o wolność w sprawach prokreacji, to obywatele muszą dopiero nauczyć się z niej korzystać. – Czarna Eminencja zgodził się bez wahania z tym oświadczeniem gubernatora.

Czytaj Michaela Tequilę. Książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 193: Artyści włączają się do walki o prokreację

Rząd potrzebował specjalistów do przygotowania materiałów edukacyjnych i propagandowych. Tajna policja szybko ustaliła nazwiska artystów grafików, ilustratorów, malarzy, rzeźbiarzy i plastyków uczestniczących w manifestacjach i wezwała ich do wyjaśnienia swego udziału w antypaństwowych demonstracjach.

Protestowali twierdząc, że nie były to wystąpienia antypaństwowe, tylko zwykły protest obywatelski. Niewiele im to pomogło. Argumentacja policji była silniejsza. Mieli zdjęcia, nagrania, świadków. Wybrane osoby skierowano do Ministerstwa Kultury, gdzie przeprowadzono z nimi szczegółowe wywiady. Pytano ich, jak widzą swoją rolę jako artyści i jako obywatele. Wyjaśniano im, czego oczekuje od nich państwo. Większość wywiadów kończyła się umowami na tworzenie sztuki na potrzeby programu prokreacji.

*****

W warsztatach artystów rozpoczęła się intensywna praca. Malowano, rzeźbiono i tworzono na dziesiątki innych sposobów wizerunki gasnącej demografii, prezentując ją jako nową Apokalipsę, monstrualną klęskę, jaką przeciwnicy prokreacji ściągają na naród.

Poszukując nowych form wyrazu zwolennicy symboliki w sztuce powołali do życia Ruch Artystyczny Nomen Omen. Wykorzystywał on tajemnicze znaki i symbole, aby tworzyć wyobrażenia matek i ojców jako zbawicieli narodu. Przeciwników prokreacji prezentowano jako jego wrogów, nowoczesne kołtuństwo, skansen zabójczej przeszłości. Krytycy sztuki Nomen Omen nazywali jej wyznawców służalcami i propagandzistami rządu i zakłócali ich pracę, tak że musiała interweniować policja.

Maszyna propagandy artystycznej pracowała pełną parą, wymyślano nowe hasła i slogany. Rząd straszył obywateli statystyką czarnej przyszłości tak skutecznie, że masowo wykupowali miejsca na cmentarzach. Ludzie wierzyli propagandzie, nie zastanawiając się, czy dane są prawdziwe czy nie. Oddziaływanie nowego ruchu było coraz szersze, obejmując w końcu malarstwo, rzeźbę, literaturę, film, teatr i sztuki plastyczne.

Artyści prześcigali się w pomysłach, przedstawiając coraz bardziej oryginalne a czasem nawet szokujące idee i rozwiązania. Nie odrzucano niczego, co stwarzałoby choćby cień nadziei na wzrost prokreacji. Galeria sztuk wizualnych „Razem” pokazała obrazy mężczyzn wiążących sobie kokardki na członkach oraz kobiety ondulujące włosy łonowe i zdobiące je w finezyjny sposób, aby tylko wywołać pożądanie płci przeciwnej.

*****

Gubernator zdziwił się, kiedy w trakcie spotkania ze środowiskiem artystycznym nieznany malarz wręczył mu obraz olejny zatytułowany „Palący ogień Apokalipsy”.

– Namalowałem go specjalnie dla pana jako formę inspiracji do dalszych działań, ponieważ też czuję niepokój związany z pytaniem, co dalej.

Obraz miał charakter katastroficzny. Przedstawiał wybuch wulkanu, strumienie lawy, płonący las i ludzi kurczących się w ogniu oraz znikających za krawędzią horyzontu. Dominowały w nim cztery kolory: czerń, biel, zieleń i czerwień, ostro kontrastujące ze sobą. Kompozycja tak bardzo przemawiała do wyobraźni, że gubernator nie mógł oderwać od niej wzroku studiując szczegóły.

Obraz rzeczywiście był inspirujący, skoro następnego ranka, po zdumiewająco dobrze przespanej nocy, przyszło gubernatorowi do głowy malowidło przedstawiające ludzi i organizacje, sprzyjające i wrogie programowi prokreacji. Było to wyobrażenie tak namacalne, że gubernator w wielkim pośpiechu zapisał na kartce wszystkie nazwiska i nazwy, jakie tylko zapamiętał. Notatki okazały się niezwykle użyteczne.

Temat żywiołów pojawiał się jeszcze niejednokrotnie w dziełach rządowych propagandzistów. Ich autorzy twierdzili, że nieszczęścia doznane przez społeczeństwo mogą paradoksalnie stać się niewyczerpalnym źródłem inspiracji twórczej. Autor obrazu „Palący ogień Apokalipsy” wyjaśnił, że ogrom nieszczęść tak go osaczył, że nie musiał modlić się o natchnienie.

*****

Na drodze rozwoju prokreacji pojawiały się przeszkody częściej niż czarny kot na drodze przesądnego księdza. Rząd musiał usuwać je po kolei i to szybko, bo czas naglił. Na wniosek stowarzyszenia Pobożne Matrony gubernator wydał walkę prezerwatywom, które w sposób bezpośredni i oczywisty blokowały przyrost naturalny. Chciał je całkowicie wyeliminować, podobnie jak i inne środki antykoncepcyjne. Ustawa o zakazie produkcji nie przeszła jednak w parlamencie; lobby producenckie okazało się silniejsze. Niektórzy członkowie Konserwy, a nawet rządu, mieli swoje udziały w produkcji środków antykoncepcyjnych. Był to biznes tak dochodowy, że jego lobbyści zyskali poparcie po obydwu stronach parlamentu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 191: Nowe inicjatywy rządu i kościoła.

Nie było pomysłu, którego rząd nie wziąłby pod uwagę, ani kamienia, którego by nie przewrócił, aby zachęcić kobiety i mężczyzn do prokreacji. Obszarem zainteresowania rządu stała się moda, ważna szczególnie dla kobiet. Ku zaskoczeniu gubernatora pierwszy na to wpadł kościół, zachęcając wiernych do zmiany strojów nocnych na koncentrujące się wyłącznie na prokreacji. Zgodnie z informacją Czarnej Eminencji sięgnięto po wzorce średniowieczne, koszule nocne z wycięciami na genitalia.

Chloé, par Jules Joseph Lefebvre

– Nagość to pojęcie trudne do oceny moralnej, drogi Barrasie. Sama w sobie jest przyzwoita, skoro tak zostaliśmy stworzeni przez pana Boga, a równocześnie nieprzyzwoita, skoro publicznie jej nie demonstrujemy. Koszule nocne propagowane przez nas to dawny wzorzec z czasów, kiedy obyczaje i prawo były bardziej skoncentrowane na potrzebach państwa i społeczeństwa niż na zaspokajaniu żądz cielesnych, nie wspominając demona rozbuchanego seksu i wulgarnej chuci. Dzisiaj potrzebujemy zmiany.

*****

Nowe środki podjęte przez rząd nie przyniosły rezultatów. Sytuacja stała się patowa. Żadna ze stron nie była w stanie uzyskać przewagi. Rząd zastanawiał się nad podjęciem drastycznych środków, które doprowadziłyby do przełomu w zachowaniach obywateli.

Babochłop rozmawiał o tym z gubernatorem i Eminencją. Było to tajne spotkanie. Mężczyźni ukryci za kotarami, nie widzieli siebie nawzajem. W razie wpadki mogli z przekonaniem twierdzić, że na oczy się nie widzieli. Był to pomysł Babochłopa. Gubernator zaakceptował go od razu, Eminencja z pewnym wahaniem, gdyż pomysł wydał mu się prześmiewczy w stosunku do konfesjonału, gdzie spowiednik i spowiadający się też pozorują, że się nie widzą.

Był tylko jeden temat rozmowy. Przedstawił go Czarna Eminencja.

– Nasze formy walki z odmieńcami są jałowe. Nic albo bardzo niewiele wskóramy stosując dotychczasowe metody. Palenie na stosie, inkwizycja i podobne brutalne metody – to nie na dzisiejsze czasy. Nie zmienimy ich przekonań w ten sposób. Musimy wynaleźć i spróbować coś innego. Przede wszystkim musimy zdobyć pełniejszą wiedzę o naszych oponentach, o ich sposobie myślenia i naturze, wiedzieć więcej o nich niż oni sami o sobie.

Uzgodniono, że policja podejmie próby przeciwstawienia odmieńcom ich naturalnych wrogów, środowiska antygejowskie, aby zdyskredytować przeciwników prokreacji.

– Ich trzeba nawrócić, bo większość z nich to ludzie zagubieni w swoich przekonaniach i w życiu. – Wygłaszając ten pogląd, Eminencja zaoferował usługi swoich najlepszych kaznodziejów. Przywódcy zdali sobie sprawę, że muszą uzbroić się w cierpliwość, że walka będzie dłuższa i trudniejsza niż przewidywali.

*****

Kościół generalnie niechętny odszczepieńcom na początku w ogóle ich nie krytykował ani nie dyskryminował, wręcz przeciwnie – domagał się dla nich wyrozumiałości i miłości.

– Sama skłonność mężczyzny do mężczyzny to nie grzech. W praktyce rodzi jednak grzeszny czyn, które jest już złem i dlatego wymaga potępienia – wyjaśnił Eminencja przy głośnym poklasku zgromadzonych księży.

Jakiś czas później, Eminencja zmienił stanowisko.

– Demokracja ma skłonność, zupełnie niezrozumiałą, do równania praw dewiantów z prawami uczciwych ludzi. Kościół zawsze potępiał odmienne orientacje seksualne i dlatego my też nie będziemy ich tolerować. Ich styl życia jest całkowicie sprzeczny z naturalnym popędem prokreacji, ich związki nic nie wnoszą, są jałowe. Oni nie tylko nie płodzą potomstwa, ale jeszcze gorszą bogobojnych obywateli.

Stanowisko kościoła poparły patriotyczne organizacje, zrzeszenia matron i dewotek, koła nowoczesnych gospodyń i podobne. Nowy duch ożywił rząd, kościół i postępową część społeczeństwa zatroskaną o przyszłość kraju.

*****

Na prośbę rządu, do walki z przeciwnikami prokreacji władze Afary uruchomiły lustra na Plaza Central. Wieczorami ukazywały się na nich zdeformowane postacie dewiantów, wyzwolonych kobiet oraz miłośników cyberseksu, szermujących hasłami wolności osobistej i sumienia. Występowali oni w różnych rolach: uczestników manifestacji publicznych, mówców na zebraniach lokalnych społeczności, nauczycieli, a nawet członków opozycji przemawiających w parlamencie.

W kościołach, na ulicach i na placach targowych pojawili się kaznodzieje z ognistymi wystąpieniami. Kiedy przemawiali, słuchaczom wydawało się, że ogień prawdy płynie z ich ust i wypala kłamstwa wszystkich zboczeń i zboczeńców. Słuchano ich chętnie, ponieważ mówili szczerze, umieli przekonywać, ceniono ich zapał. Ich energia udzielała się zwłaszcza ludziom wątpiącym i zdezorientowanym poglądami, że wszyscy są sobie równi a tolerancja jest cnotą.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 190: Biblia i nowa ofensywa rządowa przeciw zboczeńcom

Kolejne spotkanie gabinetu poświęcono homoseksualizmowi i homoseksualistom. Prowadził je Czarna Eminencja, który na wstępie zwięźle podsumował sytuację:

– Homoseksualizm od początku był potępiony przez Biblię, ponieważ zachowania homoseksualistów są sprzeczne z naturą człowieka. Nie po to Bóg stworzył Adama i Ewę, protoplastów ludzkiego rodu, aby ich dzieło zniweczyli zboczeńcy, dla których prokreacja jest równie obca jak szachrajstwo dla praworządnego człowieka.

Eminencja przedstawił historię walki z homoseksualizmem, po czym poprosił swego asystenta o prezentację filmu dokumentalnego „Sodoma i Gomora” opracowanego na podstawie przekazów biblijnych. Pokazywał on degenerację i rozpustę mieszkańców dwóch miast biblijnych, Sodomy i Gomory, ich pogardę dla praw boskich i ludzkich. Eminencja kilka razy robił komentarze, przerywając projekcję.

– Zostali za to ukarani śmiercią. Ich miasta dotknęła zagłada. Biblia i historia nie pozostawiają wątpliwości, że zboczenia należy zwalczać w sposób bezwzględny. W średniowieczu wiele państw i miast w Europie surowo karało homoseksualistów. Nie było dla nich wybaczenia ani litości. Święty Paweł, święty Augustyn i inni ojcowie kościoła potępiali ich, ponieważ rozwiązłość jest przeciwna prokreacji.

Pietro_della_Vecchia: Ojcowie Kościoła

W 390 roku Cesarstwo Rzymskie, gdzie chrześcijaństwo stało się religią państwową, ustaliło karę śmierci za homoseksualizm przez spalenie na stosie. Potwierdził ją i utrzymał sobór laterański w 1179 roku.

Wszyscy zauważyli ostry ton wypowiedzi Eminencji, sprzeczny z jego powszechnie znaną łagodną naturą opartą na wyrozumiałości i wybaczeniu.

Kiedy gabinet zebrał się na kolejną naradę, oparty o ścianę gabinetu czekał na nich wielki płaski przedmiot zakryty płótnem. Arcybiskup odsłonił go osobiście. Był to obraz „Zniszczenie Sodomy i Gomory” Pietera Schoubroecka.

Wszyscy studiowali go uważnie; rozpoczęła się żywa dyskusja. Członkowie rządu jakby przebudzili się; ich determinacja rozprawy z przeciwnikami prokreacji stała się oczywista. Mimo to zachowywali się wstrzemięźliwie w okazywaniu swoich uczuć. W najgorszym wypadku nazywali homoseksualistów pederastami, dewiantami lub odmieńcami, nie było w tym jednak pogardy dla człowieka.

– Uważam, że taki język jest dopuszczalny. Mam na myśli zachowanie wielu obywateli Nomadii, niekiedy bardzo znamienitych, którzy wyrażają się o homoseksualistach nieporównywalnie ostrzej, nawet wulgarnie, nazywając ich degeneratami, pedałami i ciotami. – Czarna Eminencja przypomniał, że Kościół Hierarchiczny nie popiera wulgarności, sytuację zagrożenia doskonale jednak rozumie i jest zdecydowanie przeciwny homoseksualizmowi, jawnie odrzucającemu świętą powinność opisaną w Biblii słowami „Idźcie i rozmnażajcie się”.

*****

Departament Walki z Odmiennością Seksualną powstał w niespodziewanie krótkim czasie. Na jego czele stanęła kobieta, która w wojsku doszła do stopnia pułkownika. Była zajadła wobec wszelkiej dewiacji od czasu, kiedy jej syn trafił do sekty – jej członków nazywała popaprańcami – i uległ deprawacji zostając homoseksualistą. Pułkownik miała wielkie nadzieje wobec syna i w żaden sposób nie mogła pogodzić się z nieszczęściem. Ogromnie pragnęła mieć wnuki. Wciekłość w niej aż kipiała i gubernator postanowił to wykorzystać. Ale i ona ze swą zaciętością a nawet furią niewiele wskórała. Wyszło to na jak już po miesiącu.

– Można ich aresztować, wsadzić do więzienia, zlinczować, nawet unicestwić, ale nie można ich zmienić. To jest absolutnie niemożliwe. – Wyjaśniła na pożegnalnym spotkaniu. Niepowodzenie przeżywała tak bardzo, że usiłowała popełnić samobójstwo. Po rozmowie z gubernatorem zrezygnowała ze stanowiska.

*****

Nie zmniejszyło to determinacji rządu, który ze zwiększoną siłą ponowił natarcie na odmieńców, cyberseksiarzy i kobiety wyzwolone. Już wcześniej Babochłop w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych wyraził gotowość podjęcia takiej ofensywy. Czekał tylko na sygnał, jakąś formę aprobaty, przytaknięcia jego planom, rozumiejąc, że rząd krępuje się oficjalnie zaakceptować drastyczne środki. Otrzymał taki znak.

Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści i lesbijki, najliczniejsza grupa społeczna. Wkrótce rozpoczęły się procesy o organizację nielegalnych pochodów i spotkań oraz deprawację młodzieży. Nie wszystko odbywało się w świetle dnia. Nieznani sprawcy demolowali wnętrza domów najbardziej aktywnych homoseksualistów, podpalano ich samochody, upokarzano i zastraszano. Były też porwania i zniknięcia. Ofiary, którym udało się przeżyć, odmawiały udzielania informacji, gdzie były i co robiły, jakby zapomniały o swoich przeżyciach. Media donosiły o podpaleniach klubów homoseksualistów zwanych dla niepoznaki domami kawalerskich spotkań.

Rząd miał w zanadrzu plan przywrócenia podatku kawalerskiego zwanego bykowym, wymierzonego mężczyzn, niemających potomstwa. Zastanawiano się nad tym, czy wprowadzenie podatku nie doprowadzi do wylania dziecka razem kąpielą, ponieważ wielu samotnych mężczyzn nie będąc homoseksualistami popierało rząd w walce o ratowanie kraju przed zagładą demograficzną.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 187: Rząd państwowo-kościelny, oceny i perspektywy.

 Nadzieja.

Gubernator stał przy oknie i patrzył na rzekę. Jej brzegi coraz bardziej przypominały dziką dżunglę. W dali widoczny był most pochodzący jeszcze z czasów kolonialnych. Rzeka imponowała swoją wielkością i niewzruszonością, od czasu Apokalipsy także nieobliczalnością. Zamknął oczy, aby się skoncentrować. Nie czuł się już osamotniony, stał z nim teraz ramię w ramię arcybiskup Czarna Eminencja. Oczywiście gubernator mógł także wcześniej liczyć na wsparcie organizacji kościelnych i religijnych Pobożne Matrony, Związek Dewotów, Krucjata Przeciw Dewiantom czy różne towarzystwa różańcowe, ale to było za mało. Teraz miał potężnego sojusznika, Kościół Hierarchiczny.

Powstanie państwowo-kościelnego rządu ogłoszono dwukrotnie, prawie równocześnie: z ambony katedralnej oraz w parlamencie bezpośrednio po orędziu gubernatora o stanie państwa. Przemówienia transmitowały wszystkie stacje i kanały telewizyjne. Decyzję porozumienia gubernator podsumował wskazując synergię, wzajemne uzupełnianie się.

– Siłą rządu są środki materialne i finansowe oraz aparat administracyjny, siłą kościoła jest wiara w jedynego Boga.

Nie wszystkim obywatelom Nomadii podobała się idea takiej współpracy. Zadawano pytania, o co chodzi, o państwo religijne czy o kościół sprawujący rządy w kraju. Opinia publiczna opowiedziała się jednak w większości za wspólnym rządem. Zwolennicy państwa świeckiego zostali zepchnięci do defensywy. Zarzucono im defetyzm, wrogość wobec własnego narodu, faszyzm, wszystko, co najgorsze. Idea jedności państwa i kościoła zakwitła niby ogród rajski, źródło wiecznego szczęścia. Po świątyniach i na korytarzach budynków rządowych szeptano nawet o bliskiej symbiozie państwa i kościoła.

Sefardi Baroka nie bez rozterki doszedł do przekonania, że współpraca dwóch potężnych instytucji jest konieczna. I jemu udzielił się pozytywny nastrój większości społeczeństwa.

Nowy rząd wywołał najwięcej nadziei w kręgach biznesu najbardziej zagrożonych zanikiem prokreacji: producentów łóżeczek dziecięcych, wózków i wyprawek dla dzieci, sukni ślubnych, mebli dla młodych małżeństw, nie wspominając o parafiach, proboszczach i wikariuszach, dla których spadek zainteresowania ślubami i chrztami stanowił ciężki cios. Umiarkowana radość zapanowała, nie wiadomo dlaczego, także w kręgach wydawców magazynów pornograficznych, właścicieli domów schadzek, producentów skąpej bielizny i akcesoriów używanych do zabaw miłosnych, a nawet producentów prezerwatyw.

Bliskiej współpracy państwo-kościół nie poparły tylko partie opozycyjne.

– Nie przyłożymy ręki do matactw rządu, który najpierw rujnuje kraj beznadziejną polityką i zaniedbaniami, a potem udaje, że chce go ratować – oświadczył przywódca największej partii opozycyjnej, Sven Halabarda, o twarzy okraszonej uśmiechem spłoszonego zająca.

Nie przyniosło to korzyści opozycji. Jej popularność spadała na łeb na szyję, pogłębiając niepokój jej członków i zwolenników.

*****

Do pracy w rządzie Eminencja oddelegował dwóch pracowników ze swojego biura, zwalniając ich czasowo z obowiązków kościelnych. Otrzymali od niego instrukcję. Oprócz walki o prokreację ich powinnością było pilnować interesu kościoła, patrzeć na ręce współrządzącym, być przytomnym. Wytyczne wydały im się zbyt lakoniczne.

– Jak dla harcerzy. I to tych początkujących. – Ocenili szeptem między sobą. Oczekiwali czegoś bogatszego, przesłania zawierającego w sobie głębię słowa bożego Starego i Nowego Testamentu, nie śmieli jednak podejmować dyskusji z Eminencją. 

Rząd partyjno-kościelny był rozwiązaniem tak innowacyjnym, że naukowcy zaczęli szperać w historii poszukując wcześniejszych przykładów więzi sacrum i profanum oraz skutków ich działania. Znaleźli niewiele takich przypadków, wszystkie wydały im się prostsze niż nowatorski rząd Nomadii.

Nowy rząd ożywił w szczególności nadzieję tej części społeczeństwa, której na sercu leżało dobro ogólne. Wkrótce ujawniły się organizacje obywatelskie oferujące pomoc rządowi. Akcję pomocy sponsorował po cichu sam gubernator. Korzystając z pomocy policji doprowadził do tego, że dawni przeciwnicy podawali sobie ręce, aby wspomóc rząd. Wkrótce organizacje prorządowe zjednoczyły się tworząc Front Prokreacyjny. Jego członkowie rwali się do pracy, organizowano zespoły wolontariuszy, każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Spotkania i narady odbywały się jedna za drugą. Pierwsze spotkania Frontu Prokreacyjnego przebiegały dość chaotycznie, niektóre były wręcz burzliwie, tak różne były punkty widzenia. Czasem nie sposób było ustalić wspólnego stanowiska. 

*****

Współpracując na co dzień z Eminencją, gubernator stawał się coraz bardziej religijny. Rosło w nim poczucie, że im bardziej ulega wierze, tym silniejszy staje się jego rząd, ponieważ wiara w Boga była głębiej zakorzeniona w człowieku niż pragnienie dobrej władzy. Wkrótce procedurę posiedzeń gabinetu uzupełnił elementami praktyki kościelnej. Członkowie rządu modlili się przed każdym posiedzeniem, a kiedy nie mogli osiągnąć porozumienia wychodzili na zewnątrz, aby patrząc w niebo i śpiewając nabożne pieśni, trzymać się za ręce w poszukiwaniu znaku jedności i pojednania.

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 181: Gniew gubernatora i debata publiczna nad Apokalipsą

Przyczyny destrukcyjnej pogody długo pozostawały niewyjaśnione. Meteorolodzy sprawdzili historyczne zapisy pogody i nie znaleźli w nich niczego podobnego. Wyjaśnienie anomalii pogodowych stało się koniecznością, wręcz imperatywem, dla meteorologii, zarządzania antykryzysowego, nauki, a także dla zwykłych ludzi pragnących lepiej rozumieć los i przeznaczenie. Było to oczywiste dla wszystkich bez wyjątku.

Na pierwszym posiedzeniu rządu w sprawie Apokalipsy Barras zażądał wyjaśnień.

– Przedstawcie mi choćby najprostsze wyjaśnienie przyczyn. Tyle negatywnych zjawisk w jednym czasie! Musi być jakieś rozsądne wytłumaczenie.

Dyskusja przebiegała rachitycznie. Ministrowie koncentrowali się, starali się znaleźć wyjaśnienie, widać było wysiłek na ich twarzach. Gubernator siedział z boku, patrzył i przysłuchiwał się. Argumenty wydawały mu się naciągane, zbyt proste albo zbyt skomplikowane. W miarę dyskusji jego twarz coraz bardziej czerwieniała, oczy ciemniały, usta zaciskały się w gniewny paseczek. Siedzący obok minister zdrowia przestraszył się, że premier dostanie apopleksji i zapytał go, jak się czuje i czy nie potrzebuje pomocy. Gubernator wybuchł jak petarda.

– Milcz, cholerny konowale! – uciął brutalnie. Kiedy wszyscy zamilkli wpatrując się w niego z niepokojem, wstał i wyrzucił z siebie stek przekleństw.

– Wasze nieporadne wyjaśnienia można o kant dupy rozbić. Nie po to was tutaj zebrałem, abyście pieprzyli trzy po trzy i robili sobie żarty z najpoważniejszej sprawy, z jaką mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Nie krył się ze słowami ani emocjami. Poniosło go całkowicie. Mimo, że zachował się podlej niż pijany furman, któremu zdechł koń wskutek nadmiernego wysiłku, rozumieli go, mieli poczucie, że go zawiedli i że jest to najbardziej kryzysowa sytuacja, w jakiej kiedykolwiek znalazł się kraj. 

– Czy wy zdajecie sobie sprawę, gnojki, że los nas wszystkich zależy od tego, czy w pełni zrozumiemy, co się stało, dlaczego to się stało i czy na tej podstawie podejmiemy odpowiednie środki? Sytuacja jest gorsza niż wojna. Prosiłem was, abyście zastanowili się nad przyczynami i przedstawili jakieś wyjaśnienia. A wy co? – Kiedy mówił dyszał ciężko, twarz miał purpurowo-czerwoną. Siedzący przy stole ministrowie zbledli i skurczyli się. Gubernator patrzył na nich z pogardą. Zawiódł się na nich całkowicie. Było mu wszystko jedno, jak go odbierają. Zwrócił się do nich głosem cichym ze zmęczenia:

– Wynoście się z mojego gabinetu. Wszyscy bez wyjątku. Nie chcę was dzisiaj widzieć na oczy.

Po odejściu ministrów Blawatsky wezwał kierowcę i kazał wieźć się do domu. Zazwyczaj chętny do rozmowy nie odezwał się ani słowem. Kierowca wyczuł jego nastrój i nie otwierał ust. Prawda okazała się dla gubernatora bardziej bolesna i ponura niż myślał. Apokalipsa była karą także za fatalne decyzje gospodarcze i społeczne jego rządu. Rząd i społeczeństwo dopuścili się okropnych czynów i zaniedbań. Kościół nazywał je grzechami. Gubernatorowi wydało się, że nie ma skrawka ziemi, gdzie nie pleniłyby się chwasty błędów i wypaczeń, które wywołały Apokalipsę.

Następnego dnia gubernator wystąpił z propozycją szerokiej debaty publicznej pod egidą rządu. Sprawy potoczyły się szybko, jak tylko wyjaśniono, że „egida” nie oznacza bynajmniej tajnej inicjatywy rządu pod adresem opozycji lub społeczeństwa. Z inicjatywy urzędników państwowych, którzy w zwiększonej aktywności dostrzegli szansę poprawienia swego wizerunku, powołano komitet koordynacyjny. W jego skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Porządku Publicznego, Krajowego Sztabu Antykryzysowego, Głównego Instytutu Meteorologicznego, wojska, uczelni wyższych, związków pracodawców i pracobiorców, Kościoła Hierarchicznego, organizacji pozarządowych oraz Zrzeszenia Meteopatów.

Debata narodowa skończyła się na wielu mniejszych debatach, najpierw regionalnych, następnie okręgowych, miejskich i wiejskich, w końcu lokalnych prowadzonych w domach kultury i remizach strażackich. Dyskutowano również po domach. Skutkiem były najczęściej kłótnie rodzinne, pijaństwo oraz godzenie się małżonków w łóżku.

Niezwykle poważnie sprawę potraktowało Kolegium Naszej Pani Różańcowej, autonomiczna uczelnia wyższa, specjalizująca się w zagadnieniach rozwoju społecznego, religii oraz meteorologii. Uczelnia od lat głosiła pogląd, że klimat ma podstawowe znaczenie dla rozwoju społeczności ludzkich. Inicjatorem dyskusji był rektor, któremu trąba powietrzna zniszczyła dom na wsi oraz rozpędziła na cztery wiatry duże stado owiec.

– Poniesione przez społeczeństwo straty materialne stanowią potężną motywację do odkryć naukowych. – Słowa rektora miały być zachętą dla naukowców do rzetelnej pracy nad zagadnieniem.

Na spotkanie w Kolegium zaproszono przedstawicieli środowisk akademickich, rządu, instytucji kościelnych oraz instytutów meteorologicznych. Po kilku rundach wymiany poglądów, wedle prasy nieco chaotycznej, wykrystalizowało się przekonanie, że u podstaw Apokalipsy musiała leżeć jakaś głębsza przyczyna.

– Zjawiska atmosferyczne o takiej intensywności i różnorodności trwające kilka dni z rzędu to zbyt skomplikowany układ, aby był dziełem przypadku – podsumował matematyk, profesor Tatsche, nawiązując do pojęcia „zwykłej złożoności obliczeniowej”, zależnej od rozmiaru wejścia oraz „pamięciowej złożoności obliczeniowej”, która jest miarą wykorzystanej pamięci maszyny abstrakcyjnej.

Nikt obecny na sali nie zrozumiał jego wywodu, poza samym wnioskiem, że Apokalipsa nie mogła być dziełem przypadku, tylko że ktoś lub coś było jej powodem. Ponieważ mądrość przyrody, jaką częściowo reprezentuje mózg ludzki, nie znosi próżni, intepretowano to jako Bóg lub człowiek. Umysły prostsze nie zadały sobie nawet takiego wysiłku, upraszczając wypowiedź naukowca do stwierdzenia w rodzaju: „Stoi, bo stoi.” Z wystąpienia profesora Tatsche zapamiętano najbardziej jego dużą głowę ozdobioną bujną czupryną oraz chropawy akcent, o tyle niezrozumiały, że był to potomek niemieckich imigrantów, ale już w trzecim pokoleniu. Kraj pochodzenia profesora nie budził wątpliwości; nazwisko było aż nadto wymowne.

Intensywne debaty trwały kilka tygodni, lecz nie przyniosły nowych wyjaśnień. Oprócz mediów, rządu i społeczeństwa rozczarowani byli także sami ich uczestnicy. Dalsze działania mające na celu rozwikłanie zagadki Apokalipsy nie nazywano już debatami, tylko dyskusjami. Pojawiały się one i zanikały podobnie żywiołowo jak pogoda, nad którą dyskutowano. Brało w nich udział całe społeczeństwo, ponieważ skutki klimatycznych zdarzeń dotknęły bezpośrednio lub pośrednio wszystkich obywateli.

Wkrótce gubernator zlecił opracowanie nowego raportu na temat przebiegu zdarzeń i diagnozy przyczyn. Sam wytypował grono naukowców i powierzył im to zadanie.

Michael Tequila w księgarni internetowej: https://tinyurl.com/y7cza5ncKliknij i kup!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.180: Gubernator i Kościół wobec prokreacji

Drodzy Czytelnicy! Wznawiam publikację kolejnych odcinków powieści. Ostatni z numerem 179 był opublikowany dnia 18 stycznia 2019.

Gubernator chętnie oprowadzał po gabinecie towarzyszy partyjnych, przyjaciół i gości zagranicznych. Przedstawiając im niezwykły obraz objaśniał i interpretował jego artystyczne i duchowe walory, kolory, skalę i perspektywę. Momentami zapominał o grozie, jaką obraz budził i popadał w zachwyt. Kiedy przyjaciel zwrócił mu na to uwagę, ogarnął go niepokój, poczuł mrowienie pleców i drętwienie nóg. Zdarzyło mu się to tylko raz, tak jakby nabył odporności.

Nawet po upływie czasu obraz zagłady nie wprowadzał gubernatora w przygnębienie, jak się spodziewała jego sekretarka, serdecznie odradzająca mu ten rodzaj dekoracji, ale wręcz poprawiał jego samopoczucie. Pewnego razu, po dłuższym wpatrywaniu się w obraz gubernator popadł nawet w euforię. Pd tej pory wyjaśniał, że obrazy, wykresy i opisy tak bardzo rozjaśniły mu w głowie, że nieporównanie lepiej rozumie rzeczywistość, w związku z czym potrafi skuteczniej przewidywać nieszczęśliwe wybryki natury i im zapobiegać.

Przeżycia pogłębiły wiarę i religijność gubernatora; częściej chodził do kościoła i kładł się krzyżem na zimnej posadzce. Potrafił przetrwać w kompletnym bezruchu nawet godzinę. Kiedy sekretarka, która zastąpiła mu matkę, martwiła się, że doprowadzi się tym bolesnego reumatyzmu, gubernator wstawał rześki z posadzki, twierdząc, że akt wiary go odnawiał. Raz stwierdził nawet, że duch święty natchnął go dobrymi pomysłami.

Religijność gubernatora znalazła uznanie w oczach Czarnej Eminencji, człowieka bogobojnego i zasłużonego nie tylko dla Kościoła Hierarchicznego, ale i dla wszystkich wierzących obywateli. Mówiono o nim, że rozmawia z Bogiem. Nie był to żart, wszyscy traktowali to poważnie, bo byli na to świadkowie.

Barras przedstawiony Czarnej Eminencji jako wschodząca gwiazda wielkiej polityki przypadł mu do gustu. Życzliwość patriarchy stojącego na czele Kościoła Hierarchicznego były gubernatorowi na rękę; wiązał z nią dalekosiężne plany. Gubernator nie był jednak całkowicie szczery wobec Czarnej Eminencji; ostentacyjnie demonstrował więcej wiary niż posiadał. Pocieszał się, że Bóg mu to wybaczy, ponieważ czynił to dla dobra kraju.

*****

Wiadomości dotyczące skali antyprokreacji tak bardzo wzajemnie sobie przeczyły, że nie sposób było w końcu ustalić, co jest prawdą, a co nią nie jest. Opozycja oskarżała rząd o dezinformowanie społeczeństwa w swoim egoistycznym interesie. Ten zaprzeczał, aby jakakolwiek agencja państwowa była zamieszana w dezinformację. Zwyczajni obywatele czuli się skołowani i rezygnowali z oglądania telewizji, czytania prasy a nawet surfowania po Internecie. Granice między prawdą a fałszem zatarły się do tego stopnia, że otwarcie sugerowano, aby nie szukać różnic między nimi, ponieważ istnieje tylko prawdopodobieństwo prawdy i fałszu, a nie sama prawda lub fałsz. Pojawiły się poglądy, że nie ma to już większego znaczenia, gdyż odmieńcy seksualni zostali zmarginalizowani. Zboczeńcy, jak ich niektórzy wciąż nazywali, zeszli do podziemia, ukrywali się, wielu straciło orientację, kim właściwie są. Społeczeństwo więcej wiedziało o hidżrach w Indiach, mashoga w Kenii, muxe w Meksyku niż o członkach organizacji LGBT w Nomadii. Powodowało to stan zamieszania.

*****

Kościół postawił odmienną diagnozę zaniku prokreacji. Jej przyczyną miało być odwrócenie się ludzi od Boga. Wiele osób doznało w czasie Apokalipsy tyle bólu i cierpienia, że straciło wiarę. Jej miejsce zajęły wynaturzenia, które rozrosły się i przybrały głębszy charakter. Objęły one odstępstwa nie tylko seksualne, ale także rodzinne, towarzyskie i społeczne. Kobiety przyjmowały na siebie role męskie, ubierały się jak mężczyźni, konsumpcjonizm zastąpił duchowość, butelka piwa dobrą powieść, upadła tradycyjna obyczajowość, rozpanoszył się egoizm, w odstawkę poszedł patriotyzm.

– Widzimy panoszenie się grzechu i to o najcięższych wymiarach. Ludzie porzucili wiarę. U kobiet wywołało to najpierw niechęć, a potem odrazę do płodzenia potomstwa. Coraz więcej mężczyzn czuje i myśli tak samo. Dawniej tego nie było. – Pomstował Czarna Eminencja, winiąc nie tylko Apokalipsę, ale i demokrację.

Diagnoza kościoła oparta była na analizie tysiąca spowiedzi. Księża prosili wiernych o wywnętrzanie się i szczere wypowiedzi na temat płodzenia potomstwa przypominając wolę bożą wyrażoną w Biblii: „Idźcie i rozmnażajcie się”. W kręgach kościelnych rozgorzała namiętna dyskusja, czy nie złamano świętej tajemnicy spowiedzi. Niektórzy księża posługiwali się pytaniami ankietowymi i dyktafonem do nagrywania odpowiedzi. Uznano ich za nadgorliwców, aczkolwiek głosy były podzielone. Jedni duchowni ich krytykowali, inni chwalili za uczciwość i rzetelność. Sprawę rozstrzygnął Czarna Eminencja:

– Wobec Boga nie ma przesady w dążeniu do prawdy, która ma nas zbawić.

Na spotkanie z gubernatorem Eminencja przyniósł listę przyczyn zaniku prokreacji. Jego sekretarz nazwał ją „Czarną listą nieprawości”. Nazwa była tak trafna, że Arcybiskup jej nie zmienił, mimo że źle się kojarzyła z jego powszechnie używanym tytułem Czarnej Eminencji.

– Nieprzerwanie tłumaczę moim pracownikom i wiernym, że w moim przypadku „czarny” odnosi się do koloru sutanny, a nie do charakteru czy postaci. – Wyjaśnił gubernatorowi.

Lista obejmowała perwersje i zboczenia potocznie określane jako inne orientacje seksualne oraz zjawiska genderyzmu, eutanazji, ateizmu, sybarytyzmu, konsumpcjonizmu i relatywizmu moralnego.

PRL i Tajlandia. Wspomnienia i zdjęcia.

Gdybyśmy nadal żyli w PRL, nie wyjeżdżalibyśmy do Tajlandii na wycieczki. Za PRL tylko szczęśliwcy nosili portfele grubości świni. PRL kojarzy mi się jednak dobrze, głównie z twórczymi hasłami w rodzaju „Każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”, „Zamiast szczypać w rowie dziwki, rób wiosenne podorywki” oraz „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna”. Żywo kojarzy mi się także z prezesem Kaczyńskim i PiS, postępową partią starającą się nadać ton Unii Europejskiej, a w kraju przywrócić powszechny dobrobyt oparty o scentralizowaną gospodarkę, lotniska wielkości Luksemburga oraz samochody elektryczne produkowane w ilościach zdolnych obsłużyć wszystkich obywateli Chin. To nasza szansa eksportowa.

W Tajlandii podobały mi rozwiązania z odległości nieco przypominające nasz styl. Rządzi u nich junta wojskowa, co gwarantuje uczciwość sędziowską, porządek i szybką sprawiedliwość. Jedno tylko jest inne niż u nas: każdy tajski policjant musi sam kupić sobie rewolwer. Rząd uruchomił w tym celu specjalny program importowy, aby obniżyć ceny. Nie wyssałem tego z palca, tylko przeczytałem w dzienniku „Bangkok Post”. Sytuacja przypomina mityczną rybę, którą można jeść od głowy lub od ogona, z tym, że nie wiadomo dokładnie, gdzie jest jej początek.

Dziś trochę o miejscowości Pattaya. Mieszkałem tam sześć dni w hotelu Asia Pattaya. Sam hotel podobał mi się. Jeśli o nim nie pisałem, to napiszę.

Cytuję za Wikipedia: Pattaya – miasto w Tajlandii, nad Zatoką Tajlandzką, 120 km od Bangkoku. Liczba mieszkańców w 2003 roku wynosiła ok. 80 tys. Miasto jest jednym z najsłynniejszych ośrodków wypoczynkowych w Azji. W 2007 roku Pattaya odwiedziła rekordowa liczba turystów 6,5 mln. Do rozwoju miasta przyczyniają się seksturystyka i port lotniczy, który jest położony pomiędzy Bangkokiem a Pattaya. W latach 1991-2015 odbywał się tam kobiecy turniej tenisowy, zaliczany do cyklu WTA – PTT Pattaya Open.

Co zapamiętałem z Pattaya? Wszędzie, w hotelu, w sklepach, na ulicach, w restauracjach napisy w języku rosyjski, broszury, mapy, plany. Na ulicach słyszy się bardzo często język rosyjski.

Pattaya. Reklama apteki w języku rosyjskim.

Teraz Rosjan jest już tam niej; to od czasu, kiedy rubel spadł na łeb na szyję i wycieczki zaczęły kosztować dwa razy więcej lub podobnie. Transport uliczny w Pattayi: kilka rodzajów taksówek, różne tuk-tuki i inne. Ceny negocjuje się. Jedziesz sam taksówką, możesz zapłacić 250 bahtów (nieco ponad 25 złotych), jedziesz w kilka osób, cena może spaść nawet do 10 bahtów za osobę. Kiedy pada deszcz, cena wzrasta (to moja obserwacja).

Jedno z najbardziej znanych miejsc Pattayi to Walking Street (owa seksturystyka), miejsce znane z licznych klubów Go-Go, sklepów ze wszystkim, co produkuje Azja oraz tłumów turystów i ciekawskich, jacy pojawiają się tam wieczorem delektując się m. in. widokami roznegliżowanych pań, zachęcających do odwiedzenia ich klubu. Na ulicy panuje wielki ruch, prawie ścisk, hałas, głośna muzyka. Było to miejsce, gdzie doznałem ekstazy.  

Piszę bo muszę. Lasy Państwowe utajniają skalę wycinki drzew. Przy okazji więcej o Tajlandii.

Państwowe przedsiębiorstwo Lasów Państwowych znalazło sposób, by zataić skalę wycinki drzew: namawia swoich odbiorców, by nie podawali, ile drewna kupują. Ma to utrudnić aktywistom zbieranie informacji. Sieć Obywatelska Watchdog Polska dotarła do wzoru pisma, które nadleśnictwa Lasów Państwowych rozsyłają swoim klientom – firmom i indywidualnym osobom. Kto je wypełni i odeśle, ten się zgadza, by informacje o sprzedanym mu drewnie – cenie, ilości, historii zakupów, rodzaju drewna – nie były podawane do publicznej wiadomości. Nazwane jest to „tajemnicą przedsiębiorstwa”. Może potrzeba nam pustyni? Brawo PiS!

Pobyt w Tajlandii wzbogacałem sobie czytaniem Bangkok Post. Zebrałem kilka wiadomości na temat niedawnej uroczystości koronacji króla. Może i my będziemy mieli króla? Mam nawet mocną kandydaturę.

Zdjęcie to zrobiłem przy jakiejś świątyni. Nawet nie pamiętam gdzie.

 W drodze na targ na wodzie. Świątyńka przy domu. Służy do odstraszania złych duchów. Każdy szanujący się budynek ma taką.

To zdjęcie z rynku na wodzie. Ogromny zachwycający pięknem stół z jakiegoś rodzimego gatunku drzewa.

 W drodze na targ na wodzie. To chyba łódź – podręczna elektrownia?

 Sprzedaż z łodzi.Rzadki sklep z dziełami sztuki malarskiej. Cudowne były niektóre malunki. Ciekawe ujęcia, intensywne barwy. To taka moda teraz.

Głodomory targowe, azjatyckie, w głębi polskie. Znajomi z wycieczki. Sam jadłem tam lody kokosowe serwowane w połówce łupiny z kokosa. Sprzedawał je sympatyczny grubas. Wszyscy miłośnicy lodów kupowali właśnie u niego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 172: Pierwsze skutki Apokalipsy

Apokalipsa przyniosła przynajmniej jeden pozytywny efekt: grad, deszcze i pioruny oczyściły powietrze i ziemię tworząc warunki odnowy przyrody. Perspektywa poprawy wyzwoliła dziwną energię w obywatelach Nomadii, rodząc Ruch Odnowy Społecznej. Była to inicjatywa oddolna, żądająca powrotu do wartości tradycyjnych. Pierwszą inicjatywą ROS-u było przywrócenie społeczeństwu Ciemnogrodu, pomnika przeszłości. Prawie cudem odnaleziono go na składowisku odpadów. Po oczyszczeniu okazało się, że wbrew temu, co o nim mówiono i pisano, reprezentował on wartości bardzo pozytywne. Z masywnych drzwi Ciemnogrodu odczytano przykazania, jakie w przeszłości doprowadziły Nomadię do rozkwitu: wiedza oparta na biblii, wiara w jednego, tego samego Boga, rodzina patriarchalna, niezmienne obyczaje, rządy silnej ręki. Pomnik został w szybkim tempie odrestaurowany przez rząd stając się narodowym symbolem walki z zabobonami i błędnymi przekonaniami. Ustawiono go na głównym placu stolicy kraju usuwając dwa inne pomniki.

*****

Kraj wciąż ubożał. Tydzień szalonej pogody wywołał wielkie straty finansowe. Sytuacja materialna społeczeństwa pogarszała się szybciej niż przewidywali to najwięksi pesymiści. Gospodarka kurczyła się, dochód narodowy spadał szybciej niż uczucia kochanka porzuconego nago na mrozie.

– To klęska narodowa! – Krzyczała opozycja, pokazując w parlamencie partii rządzącej kartki z liczbami i wykresami. – To wy jesteście winni. Nieudacznicy!

– Macie w tym swój udział. – Odparowywali rządzący. Przez lata zaniedbywaliście kraj, nie stworzyliście żadnego funduszu gwarancyjnego, nie budowaliście zbiorników retencyjnych, nie wprowadziliście nowoczesnego zarządzania antykryzysowego.

*****

Sytuacja społeczna komplikowała się. Coraz więcej rodzin nie radziło sobie finansowo i uczuciowo. Rosła przemoc i alkoholizm, ludzie zachowywali się coraz dziwniej, bali się wszystkiego, starości, śmierci, wojny, ubóstwa, niepewnej przyszłości, napływu imigrantów, epidemii wścieklizny, zamachowców. Niektórzy sporządzali sobie dla jasności mapy i drzewka strachu. Kiedy ten ich dopadał, opowiadali sobie nawzajem kawały, aby odreagować napięcie.

Problemów nagromadziło się tyle, że Iwan Iwanowicz organizował spotkania przy krawężniku nawet dwa razy w miesiącu. Pytania padały gęsto jak grad w czasie Apokalipsy. Najczęściej pytano o sprawy demograficzne i obyczajowe: rosnącą liczbę zboczeń w rodzinie, choć nie było statystyk potwierdzających ten fakt, także o homoseksualizm i biseksualizm.

Rosnącą popularność homoseksualizmu Iwan Iwanowicz wyjaśnił jednym zdaniem:

– Im jest po prostu łatwiej wiązać koniec z końcem.

Jego odpowiedź zabrzmiała bałamutnie, jakby był niepewny swoich poglądów. Przewodniczący tłumaczył się, że chodziło mu o brak pieniędzy pod koniec miesiąca i łatanie dziur w budżecie rodzinnym. Mógł to być nawet nieudany żart. Niektórzy tak właśnie go zrozumieli i śmieli się, jakby miłość dwóch osób tej samej płci była najlepszym tematem do żartów. Inni potraktowali temat poważnie i zastanawiali się nad swoją biseksualnością.

Dyskusja tak rozgrzała towarzystwo, że ludzie zaczęli otwarcie mówić o skłonnościach seksualnych, a nawet deformacjach i zboczeniach. Tematy tabu sypały się obficie niczym z rękawa. Kilka kobiet przyznało, że ich małżeństwa rozpadły się z powodu podwójnych zainteresowań męża. Były w stanie zrozumieć, a nawet wybaczyć, zdradę męża z inną kobietą, ale nie z mężczyzną. Nazywały to podwójnym standardem miłosnym i uważały za ohydztwo.

Biseksualność mężów przybrała takie rozmiary, że wkrótce żony zorganizowały demonstrację pod ratuszem na znak protestu. Tydzień później podobną demonstrację zorganizowali mężczyźni, kiedy zauważyli, że żony były niewiele lepsze i robiły to samo z przyjaciółkami.

Gubernator pytany w parlamencie, jak jego rząd zamierza przeciwdziałać podwójnym standardom wyjaśnił, że jest to problem złożony, wynikający z ubóstwa duchowego poprzedniego rządu.

– To się udziela i daje właśnie takie skutki. Podwójne standardy moralne.

Zwolennicy bili mu brawo, opozycja gwizdała. Prasa określiła zachowanie parlamentu mianem dziczenia i wezwała do jego bojkotu, dodatkowo nakręcając spiralę absurdu.

*****

Mimo zwiększenia środków na pomoc dla najbiedniejszych, ubóstwo pogłębiało się. Na murach pojawiły się graffiti, pokazujące najpierw symbole głodu, w końcu totalnej nędzy. Nauczyciele wychowania fizycznego martwili się coraz bardziej, że dzieci garbacieją, stają się apatyczne, a ich sprawność fizyczna spada jak z pieca na łeb. Szkoły podejmowały akcje dożywiania, lecz ze znikomymi skutkami. Ludzie zaczęli bać się własnego cienia i to do tego stopnia, że coraz rzadziej przebywali na słońcu, ponieważ – uważali paradoksalnie – że cień jest wtedy najsilniejszy. Wkrótce żartowano o nim z bolesnym wykrzywieniem ust, że staje się coraz chudszy i coraz bardziej cherlawy. Opozycja oskarżała rząd o wszystko; rząd niezmiennie przypisywał winę poprzedniej władzy.

– Opróżniliście skutecznie dzban zamożności państwa. Z pustego i Salomon nie naleje. – To były słowa gubernatora.

Ktoś z opozycji zapytał: – Skąd pan to wie? – Z Biblii, z Księgi Przysłów. – Odpowiedział gubernator. Członkowie jego partii poparli go natychmiast oklaskami.

– To bzdura. Nie ma takiego powiedzenia w Księdze Przysłów – oponował poseł opozycji, niedoszły ksiądz. Znowu rozgorzała dyskusja, w której strony oskarżały się nawzajem o ignorancję i bluźnierstwa.

Polska po szczycie klimatycznym w Katowicach. „Brawo my!” według the Guardian.

Dla świata „śmiertelne uzależnienie”, dla polskich polityków „dar od Boga” i „czarne złoto” – po szczycie klimatycznym w Katowicach świat ostro krytykuje polskie przywiązanie do węgla.

„Wystawa węglowej biżuterii i mydła, węgiel pod szklaną podłogą, węgiel w powietrzu, którym tu oddychamy. Polscy gospodarze szczytu klimatycznego ONZ niezbyt subtelnie na każdym kroku przypominali delegatom, że nadal żyjemy w świecie paliw kopalnych, mimo palącej potrzeby znalezienia czystszej drogi” – zauważa Jonathan Watts z „Guardiana”.

 „Jakby tego było mało, prezydent Andrzej Duda, już otwierając szczyt, chwalił się, że jego kraj dosłownie siedzi na węglu, którego wystarczy na dobre 200 lat, więc ‚trudno byłoby z niego nie skorzystać'” – zżyma się publicysta „Guardiana”. „Dla konserwatysty, jakim jest Duda, węgiel do dar dla Polski od samego Boga. Nic dziwnego, że utrzymanie otwartych kopalń to dla niego sprawa narodowej suwerenności” – przekonuje.

„Guardian” cytuje też ekspertów, którzy przypominają, że Polska – chociaż chwali się zasobami węgla – jednocześnie coraz więcej go importuje – głównie z Rosji.

„Guardian” przypomina, że z 50 najbardziej zatrutych miast w UE aż 36 leży w Polsce, głównie na Śląsku, gdzie „odwiedzający już na lotnisku czują smród siarki”. „Wpływ zmian klimatycznych staje się coraz bardziej oczywisty. Polska boryka się z falami upałów i suszy, które coraz bardziej szkodzą zbiorom i narażają zdolność kraju do samowyżywienia się” – ostrzega Watts.

Cytuje ekspertkę od społeczności żyjących z węgla Irmę Allen z instytutu technologii w Sztokholmie. – Życie z węglem dziś nie przypomina tego sprzed 20-30 lat, bo dzisiaj jego koszty przewyższają korzyści. Górnik już nie jest bohaterem klasy pracującej, jak za socjalizmu, a młodzi ludzie nie chcą pracować w kopalniach – tłumaczy.

– Ale górnicy to wcale niekoniecznie ludzie, którzy są przeciwko środowisku. Jednak, żeby dać im nadzieję, trzeba dać im alternatywną wizję przyszłości ich regionu. Jeśli tego nie zrobimy, będą się bali, że w Polsce będzie tak, jak w Wielkiej Brytanii za czasów Thatcher – tłumaczy ekspertka.