Wirus. Opowiadanie prawie realistyczne. Odc. 1-5 i 6 (dodany dnia 26 03 2020 godz 22.56) oraz 7 (dodany 27 03 2020 godz. 20.35)

Wydarzenia ostatnich miesięcy skłoniły mnie do pisania opowiadania odzwierciedlającego rzeczywistość, a przy okazji pokazania fikcji, jaka rozgrywa się równolegle do faktów. Po głowie chodzą mi scenariusze, w jakim kierunku zmierza rzeczywistość. Myślę o pisaniu tego opowiadania jako serialu coraz nowszych odcinków.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu w historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych bliższych kontaktów – wyjaśniali sąsiedzi, którzy ich dobrze znali. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał więcej wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef rządu miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych.

Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu publicznym razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Monit premiera zapadł ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował odprawy w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

0Shares

Patriarcha Anastasio Gerylas. Opowiadanie fantastyczne.

Patriarsze Gerylasowi po nocach śniły się prostytutki, homoseksualiści i lesbijki. Nie zdarzało się to w ciągu dnia, kiedy drzemiąc zapadał w głęboki sen. Rozumiał to w ten sposób, że w dzień ci osobnicy i te osobniczki, jak ich nazywał, przebywali w dużych miastach, gdzie uczestniczyli w demonstracjach i przemarszach pod tęczową flagą LGBT. Flaga też mu się śniła, ale mniej i tylko w dni, kiedy widział tęczę na niebie. Potem, oprócz LGBT, zaczął śnić mu się także ekologizm. Był to inny rodzaj zła. Ekologizm patriarcha rozumiał jako walkę z węglem, który był bardzo ważny dla gospodarki Nomadii, i górnikami, oraz odebranie człowiekowi siły sprawczej w przyrodzie, czyli opieki nad zwierzętami i roślinami. Aby przypomnieć sobie dokładnie, co powiedział Pan na ten temat, Patriarcha przewertował odpowiednie strony Biblii i na najbliższym kazaniu przypomniał jej słowa.

Do tej trójki dołączył później jeszcze gender, którego patriarcha nie znosił, ponieważ dawał władzę kobietom i odbierał mężczyznom. To było podłe.

Na temat trzech nieszczęść, LGBT, gender i ekologizmu, patriarcha po raz pierwszy wypowiedział się donośnie w czasie ważnego pouczenia wiernych w katedrze metropolitalnej, której wielkość uświęciła jego słowa. Powiedział wówczas:

– To śmiertelnie niebezpieczne ideologie, wypaczające ducha społeczeństwa, przeciwne Bogu i deformujące ludzkie ciała. Martwię się o losy naszego społeczeństwa.

Patriarcha nazwał te ideologie Trójcą Zła.

*****

Z potępieniem Trójcy Zła patriarcha Gerylas występował wielokrotnie. Wygłaszał w tym celu uroczyste homilie z wysokości ambony największej w kraju katedry, skąd jego głos rozchodził się najdalej. Występował wówczas w pełnym ekwipunku liturgicznym, w gali kolorów przypominających pulsującą życiem tęczę: krwistej czerwieni, głębokiej bieli, przepastnej czerni, złota oraz uspokajającej zieleni. W swoim stroju wyglądał tak nadzwyczajnie, że wierni nie byli w stanie powstrzymać się od gratulacji.

On sam podobał się sobie podwójnie, w ubiorze jak i w poglądach. Kazał nawet robić sobie zdjęcia, także z wiernymi, którzy krzyczeli najgłośniej precz z LGBT, gender i ekologizmem.

Patriarsze odpowiedziało dwunastu hierarchów kościelnych, wszyscy utytułowani, patriarchowie zwykli i patriarchowie starsi, elegancko ubrani, wypoczęci i dostojni cieleśnie. Ich wsparcie było dla niego ważne, ponieważ ich siła była jego siłą, a jego siła wzmacniała także ich ducha.

Od czasu uświadomienia sobie niebezpieczeństwa LGBT, gender i ekologizmu, te trzy słowa, trzy ideologie pojawiały się częściej w jego orędziach i homiliach. Patriarcha miał duże usta i nawet kiedy nie przemawiał, to one tam były i błądziły po wargach stwarzając szmerem ciche wypowiedzi.

*****

W życiu patriarchy nastąpiły wkrótce dziwne incydenty. Nie wszystko zdarzyło się od razu, za jednym zamachem.

Najpierw patriarcha oczadział. Stało się to w ogrodzie przy jego pałacu, gdzie zwykł spacerować po obiedzie. Kiedy powrócił ze spaceru, miał zaczerwienione oczy. Opowiadał o nich.

– Atmosferę wypełniło brudne powietrze śmierdzące dymem pomieszanym z mgłą. Moje oczy stały się tak czerwone, jak mój strój patriarchy.

Potem przyszła powódź i zalała ogród i piwnice pałacu patriarchy, kryptę kościoła w sąsiedztwie oraz okoliczne łąki. Kościół zaczął gnić od dołu. W dni silnej wichury wieża kościelna wychylała się w bok, zachowując się tak, jakby huśtała się na swoim fundamencie. Sytuacja pałacu była niewiele lepsza; butelki z winem mszalnym leżały w piwnicy wypełnionej po kolana mieszaniną wody, śmieci i błota.

W końcu – było to nieuniknione, gdyż wszystko ma swój koniec – wielki pożar spustoszył pałac, spłonęła drewniana część dzwonnicy podtopionego kościoła, ponadto trzy ławki i opony roweru stojącego przed zakrystią. Po rowerze pozostał tylko zdeformowany kształt: owalne koła, rama i wygięte od gorąca szprychy.

*****

Patriarcha Gerylas nie widział w tych zdarzeniach nic niezwykłego. Uznał je za dopust boży, coś, co wydarza się zawsze i wszędzie. Może tylko dziwiła go trochę zbieżność trzech poważnych zdarzeń losowych w jednej linii czasu, ale szybko mu to przeszło.

– To były tylko wybryki natury wykorzystującej żywioły powietrza, wody i ognia. Ważniejszy od nich jest duch, a jemu nie mogą zagrozić zanieczyszczone powietrze, powódź ani pożar.

Kiedy to mówił, widać było po nim, że coś go trapi.

*****

Trapiło go coś innego, a był nim nawrót trójcy zła. Nasiliły się demonstracje LGBT, podniosło głowę gender, zieloni zaczęli żądać nadzwyczajnych uprawnień dla zwierząt i przyrody. Jedni obywatele Nomadii wspomagali nowe ruchy, inni usiłowali z nimi walczyć. Trójca zła podzieliła mieszkańców Nomadii. W efekcie, społeczeństwo i lokalne społeczności uległy rozbiciu, obywatele, ludzie wierzący, nawet dzieci w przedszkolu, zachowywali się dziwnie i nieprzyjemnie jedni wobec drugich. Ludzie stali się wrogami nawet osób najbliższych.

*****

Patriarcha postanowił walczyć ze złem. Głośno to powiedział.

– Bóg jest po mojej stronie – zakończył i przeżegnał się.

Patriarcha to wiedział, choć Bóg nigdy nie odezwał się do niego ani słowem. Duchowny tłumaczył to nadmiarem obowiązków Boga i nadmierną ilością płynących doń głosów, petycji i życzeń.

Wszystko to znalazło swoją kulminację, kiedy patriarsze przyśniły się trzy wielkie ideologie sprzeczne z duchem kościoła. Po raz pierwszy rozmawiał o tym bezpośrednio z panem Bogiem. Skarżył mu się i prosił o wsparcie w ich zwalczaniu.

– Nie mogę się z nimi w żaden sposób pogodzić.

– Czy oddałbyś życie za to, aby ich nie było? – padło pytanie.

Na początku patriarcha zmieszał się, bo nie był pewny, kto pyta; noc była ciemna a jego sen się gmatwał tak bardzo, że trudno było się zorientować w czymkolwiek. Szybko domyślił się jednak, że pyta sam Bóg, jedyna istota mogąca zadawać tego rodzaju pytania. Ufając bezgranicznie opatrzności bożej, odpowiedział bez wahania.

– Tak. Gotów byłbym umrzeć za moją wiarę i poglądy.

Nastąpiła cisza. Patriarcha czekał na odpowiedź. Wkrótce nastał szum. Były to dwa anioły.

W mroku snu widział tylko, że miały szare  skrzydła z czarnymi końcówkami i małe lampki w prawej ręce. To go zdziwiło, bo nie tak wyobrażał sobie anioła. Skrzydlate istoty podleciały do patriarchy i wtedy dostrzegł ich mocarne ramiona. Oczekiwał, że coś mu objawią, a przynajmniej wyjaśnią. One jednak – w milczeniu kryjącym w sobie niezwykłe dostojeństwo – chwyciły go pod pachy, podniosły i zabrały ze sobą.

*****

Wyrażając głęboki żal, rząd i kościół we wspólnym oficjalnym komunikacie ogłosili, że patriarcha Anastasio Gerylas zmarł we śnie, przedwcześnie i w sile wieku.

Jego odejście nastąpiło tak szybko i nieoczekiwanie, że patriarcha nie zdążył nawet wydać instrukcji gosposi, aby więcej nie grzała mu łóżka. Robiła to regularnie zimą, grzejąc mu łóżko własnym ciałem. Pierwszy raz to go zdziwiło, potem już nie. 

– Mam gorące serce, zawsze czuję w nim żar i dlatego chętnie to robię – mówiła patriarsze, kiedy opuszczała łóżko zanim on się do niego położył.

*****

Po odejściu patriarchy Gerylasa, w Nomadii zapanowała powszechna żałoba. Pogrzeb odbył się na koszt państwa z wielką pompą i paradą. Takiego pochówku nikt wcześniej nie widział. Uczestniczył w nim sam prezydent jako głowa państwa, premier, ministrowie, hierarchowie kościelni, delegacje wszystkich zawodów włącznie z artystami. Patrzono na nich z nieufnością, bo byli wśród nich ludzie trudni, krytyczni wobec dygnitarza za jego życia. Przybyły także wybitne osobistości zza granicy, które też nienawidziły LGBT, gender oraz ekologizmu. Oprócz tego w pogrzebie uczestniczyły rzesze wiernych. Niektórzy do głębi wstrząśnięci nagłą śmiercią ukochanego zwierzchnika kościoła posypywali sobie głowę popiołem.  Nie było tylko widać nigdzie kolorowej flagi LGBT, która powszechnie panoszyła się już w kraju, ale też nikt z żałobników jej nie oczekiwał.

– Niepotrzebne nam flagi LGBT, gender i ekologizm. To są ludzie niewierzący – uczestnicy pogrzebu szeptali między sobą. – Gdyby nie oni, to nasz patriarcha żyłby jeszcze długie lata między nami ciesząc się należną mu sławą.

0Shares

Prowadzę się niezwykle intensywnie. Proza i poezja.

Noc. W nocy chodzę po domu i myślę czasem tylko wpadając na ścianę lub drzwi. Robię to podświadomie, aby wrócić do rozpoczętej wcześniej myśl, która mi ucieka.

Blog. Nie piszę już o sprawach politycznych, bo idą w dobrym kierunku. Konkretnie, w kierunku Ziemi Obiecanej. Jeśli to proroctwo się nie spełni, to chyba tylko dlatego, że nie jesteśmy narodem wybranym.

Zakupy. Zawsze kupuję więcej niż trzeba. Kupiłem śliwki węgierki, moje ulubione. Lubię Orbana, ale jeszcze bardziej lubię ich śliwki. Autor książki o Węgrzech określił Orbana krótko: To cynik, który eksploatuje państwo w celach nabicia sobie i przyjaciołom kabzy.

Kultura: Wczoraj byłem na prezentacji podróży po Sycylii oraz kuchni sycylijskiej. Potem pół godziny słuchałem pani harfiarki z Poznania.

– Jestem harfiarką, nie harfistką – przedstawiła się. Nie gram zawodowo w orkiestrze.

Kultura spowalnia chamienie, stanowiące dziś ważny trend społeczny. Łatwej staczać się w dół, niż iść do góry, choć niektórym z nas wydaje się, że jest odwrotnie. Życie jest dla mnie tajemnicą.

Poezja. Skoro nie proza życia, to może poezja? Przedstawiam dwa kolejne wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”. Po lajkach widzę, że poezja jest dobrze odbierana.

Na zdjęciu: Valley of Tasman River na Tasmanii. Zwiedzałem Tasmanię. Niesamowite, przemawiające do serca pustkowia.

Leśne przywidzenia

W półcieniu pagórka niby stara dama
skryła się jeziora zapieczona plama.
Płachty szarej soli i rdzawego piasku
krzewy uwięziły w pustynnym potrzasku.

W ukwieconym gąszczu kształt ukrzyżowany
dziwnie przypomina Chrystusowe rany.
W zdrewniałej szarości nie widać rozpaczy,
w kwietnym raju zasnął – los mu tak naznaczył.

Z jednego korzenia kilka pni wyrasta,
każdy gładki i czysty – brązowość trawiasta.
Obok sąsiad samotny, brodaty i stary
płatami korę zrzuca – smutek jasnoszary.

Australia, Freemantle, 31 października 1996

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

„Klęczy cisza niezmącona”, ebook, Empik https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-tequila-michael,p1234860172,ebooki-i-mp3-p

0Shares

Ptachu wraca myślą do dawnych lat. Powieść psychodeliczna. Odc. 1.

Wieczorami Ptachu wracał myślą do dawnych lat. Przypominał sobie, jak to wówczas było. Ottar Nepomucen nie był dobrym człowiekiem. Jego człowieczeństwo kurczyło się, pokazując coraz więcej pęknięć i słabości. Już sam jego wygląd i zachowanie napawały obywateli niepokojem, nawet przerażeniem. Nazywano go Rudym i nie bez kozery, bo włosy miał koloru żywego ognia. Wyglądał jakby płonął. Ptachu pierwszy dostrzegł jego diabelskie cechy, pierwszy nazwał go demonem, pierwszy ostrzegał ludzi przed nim i czającym się wokół złem.

Pod koniec reżimu Nepomucena, Ptachu nie wahał się używać tego określenia, obywatele ostatecznie stracili ikrę, zapał i energię. Pozostało im tylko tyle, aby wyrazić to słownie, smutną pieśnią bez refrenu lub malarstwem muralnym. Ptachu pomagał im dobierać słowa i obrazy, z którymi nie każdy człowiek ma lekko i po drodze. Pomagał im także wyrażać uczucia.

Był to czas, kiedy obywatele zaczęli zdawać sobie sprawę, że oprócz marzeń potrzebują także ludzkiego ciepła, życzliwości i wsparcia. Nepomucen ich zawiódł; nie tulił do piersi, nie pocieszał, nie tłumaczył, jacy są wielcy i jak wspaniałą mają tradycję i historię. Czując się podle mówili:

– Ten typ nam się przeżył. Jest zimny jak ryba, interesuje się tylko sprawami przyziemnymi, naprawą parkanów i dróg, budową jakiejś autostrady słońca i grą w ping-ponga. Po co nam autostrada słońca, zwłaszcza zimą? Nie informuje nas nawet, kiedy i gdzie zbudował żłobek, przedszkole lub choćby obórkę dla krów. Odwala fizyczną robotę jak prostak, zamiast pocieszać nas i mówić, co mamy robić, aby doznać radości.

Był to wielki błąd Nepomucena. Sam sobie ściągnął na łeb nieszczęście; przykryło go ono jak plandeką. Ptachu, ambasador władzy uczciwej i aktywnej, widząc, że Nepomucen kuleje na prawą nogę i grozi mu poważniejsza niemota i paraliż, uznał, że obywatelom należy się wytchnienie.

– To jest naród, który ma w sobie parę, inaczej mówiąc dynamit. Muszą one znaleźć ujście, bo inaczej rozwalą ten wielki kocioł parowy, jakim jest nasz kraj.

Ptachu zaobserwował też, że wielu ludziom nie powodził się tak dobrze jak innym, bardziej przytomnym, pracowitym, trzeźwiejszym a może po prostu młodszym. Serce mu to podpowiedziało, nie rozum, bo wychowywał się na salonach i nie za często bywał na podwórku. Postanowił to naprawić. 

*****

Negatywnych opinii o Nepomucenie i jego władzy nie wyrażali oczywiście wszyscy obywatele. Ich liczba jednak rosła, tym bardziej, że Ptachu liczył niezadowolonych i uświadamiał im, jacy są nieszczęśliwi. Chodząc nad rzeką dla ochłody, bo dni bywały gorące już od samego myślenia, powtarzał sobie głośno, aby nie zapomnieć.

– Obywatelom należy się wielka zmiana na lepsze.

Myśląc o niej, drogą intensywnej medytacji w fotelu doszedł do wniosku, że musi za wszelką cenę ratować kraj przed nieszczęściem. Kiedy opowiedział o tym znajomemu proboszczowi, z którym w niedzielę grywał w wista, ten uścisnął go serdecznie.

– Masz rację, synu. Nie zapomnij skorzystać w razie potrzeby z metod Inkwizycji, której celem było przecież zbawianie grzeszników i pomyleńców. 

Widząc pobożność Ptacha, ludzie cenili go tym bardziej. Tej nocy prorok przyszłości zapadł w głęboki, radosny sen. Śniły mu się garota, sąd boży i młot na czarownice. Rano obudził się świeższy niż poranny świąteczny pączek. Od razu wezwał służbę i krzyknął:

– Na koń, kto w Boga wierzy!

0Shares

Powieść”Cezarea”. Odc. 13: Premier, jego zastępczyni oraz minister Pakuła przemawiają do narodu

Wieczorem Premier obejrzał swoje wystąpienia publiczne z ostatnich dni. Regularnie je nagrywano. Na podstawie tych nagrań Premier oceniał swój wizerunek publiczny, pracę oraz postępy w uszczęśliwianiu narodu. Wyłapywał błędy i niedociągnięcia, doskonalił swoje zachowania. Kiedy pozwalał mu czas, ćwiczył postawę i ruchy przed lustrem. Był perfekcjonistą w najdrobniejszym szczególe. Wszyscy przyznawali, że trzymał się wyjątkowo prosto i elegancko.

Premier przyznał, że nie spotyka się ze zbuntowanymi członkami Przyziemia, choć go wielokrotnie zapraszali, ponieważ ostrzegano go regularnie, że są niebezpieczni.

– Z uwagi na bezpieczeństwo państwa, kontynuował Premier, które opiera się jedną z swoich trzech nóg na mnie jak na filarze, mimo gorącego pragnienia nieprzerwanego obcowania z całym narodem, nie spotykałem się jeszcze z przedstawicielami Przyziemia. Gdybym to uczynił i pogadał z nimi choćby chwilę, okazując im serce, powiedzieliby, że chcę im wręczyć jałmużnę. To ludzie nieodpowiedzialni, swarliwi i roszczeniowi do trzeciej potęgi.

Kiedy Premier skończył, na scenie pojawiła się tęga niewiasta. Przedstawiła się jako prawa ręka Premiera. Patrzyła w kamerę telewizyjną, jakby chciała dokładnie rozpoznać słuchaczy telewizyjnych. Oprócz szamerowanej złotem bluzki, miała na sobie także białą spódnicę oraz brązowe pantofle skrzące się od ozdób. Premier przypominał ją sobie przez mgłę, ponieważ była ciągle w delegacjach służbowych. Ona też nie miała pogodnych wspomnień o nim. Źle jej się kojarzył, bo był podobny do jej męża.

Zastępczyni Premiera nie miała wiele do powiedzenia. Wyjawiła tylko spokojnym głosem, że oczekuje przybycia delegacji Przyziemia i podpisania umowy już podpisanej przez Grupę Przyziemia Solidaryzującą się z Rządem. Zakończyła podsumowaniem.

– Solidarność jest najwyższą formą istnienia państwa, prawa i obywateli, nie wspominając nawet zwierząt domowych, gospodarstw rolnych oraz dzieci w przedszkolach. Osoby pragnące wiedzieć coś więcej na ten temat odsyłam do moich wcześniejszych wypowiedzi, wypowiedzi pana Premiera oraz pana Namiestnika. Niech im Bóg błogosławi.  

*****

Kolejna osoba występująca przed narodem – zgodnie z rejestrem prowadzonym przez Wirgila Tarantę, uważnie obserwującym przebieg zdarzeń – była niejaka Pakuła, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi. Stała na czele nowego ministerstwa mającego wprowadzić społeczeństwo Cezarei w wiek XXII przeskakując wiek XXI.

– Zaoszczędzimy na tym masę pieniędzy. – Argumentowała, co ogromnie podobało się funkcjonariuszom państwowym otrzymującym wysokie pensje za osiągnięcia w zarządzaniu majątkiem państwowym bez posiadania dostatecznych kwalifikacji. Te osoby również pragnęły przeskoczyć od razu do wieku XXII.

– Po jaka cholerę potrzebny jest nam wiek XXI, skoro i tak już nam namotał zwariowanymi cenami ropy naftowej, węglem, zanieczyszczeniami środowiska, dzikami afrykańskimi roznoszącymi zarazę, emerytami, nauczycielami, lekarzami i podobnymi wyzwaniami dla logiki, rozumu i rozwagi.

Ze skromniejszym uśmiechem niż Premier Jeremi Chudy, co było jak najbardziej słuszne zważywszy na hierarchię służbową, Minister Pakuła uspokajała tłumy zebrane na placach i skwerach całego kraju, że wszystko jest w idealnym porządku. Kilkakrotnie wyciągała przed siebie białą jak śnieg rękę powtarzając:

– Wszystko mamy gotowe. Logika, rozum i rozwaga plus nowoczesne technologie uratują nas przed nieszczęściem, gotowym spaść na nas jak amen w pacierzu. Dzięki nim będziemy rozwiązywać wszystkie nasze problemy taniej, szybciej i prościej. Egzaminujemy już, kogo trzeba. W ogóle to jest w dechę.

Ludzie znający Minister Pakułę podejrzewali, że z samego rana trochę za dużo wypiła albo wzięła za dużo prochów. Mówili to dlatego, być może niesłusznie, że na jej służbowym Rolls-Royce’u naklejone były ogłoszenia o taniej marihuanie zwanej leczniczą, zdolnej powstrzymać każdego człowieka od drgawek, szumu w głowie, osłabienia miesiączkowego a nawet jazdy hulajnogą elektryczną po ruchliwych ulicach miasta. Rząd premiera Chudego upowszechniał marihuanę jako skuteczny sposób dochodzenia społeczeństwa do zdrowia po załamaniu się pogody nastrojów społecznych. 

W końcu Minister zaprosiła zbuntowanych nauczycieli Podziemia do współpracy proponując podpisanie umowy już podpisanej z rządem przez Związek Nauczycieli-Patriotów. Minister poinformowała, że przygotowuje się do długiej i wyczerpującej podróży na Zachód, gdzie zamierza poprawić sposób myślenia o Cezarei stosując najnowsze metody logiki, rozwagi i rozumu oraz wiedzę o marihuanie zwanej leczniczą.

– Mam jeszcze kilkanaście waliz do spakowania. To nie jest mój bagaż osobisty, tylko materiał do prezentacji poglądów Namiestnika Krzepkiego Kukuły oraz Premiera Jeremiego Chudego w lobby zachodnim, które zamierzamy przenieść od razu w wiek XXII korzystając z naszych nadzwyczajnych doświadczeń, osiągnięć oraz metod, zwłaszcza rozwagi finansowej. Są to rzeczy bardzo ważne szczególnie w rodzinach degeneratów, alkoholików i komunach wielodzietnych.

– Dobrze je poznałam wędrując po kraju w poszukiwaniu szczęścia. Tak czy inaczej, nie zapomnę o was, kiedy już znajdę się na Zachodzie. Będę was dobrze reprezentować, jak tylko poduczę się języka angielskiego, który już doskonale znam w wersji migowej. Zamierzam otrzaskać się z angielskim lepiej niż ta ich Teresa z Kalkuty, przepraszam, Święta Teresa z Londynu, ich premier.

Ludzie, którzy osobiście znali Minister Pakułę jeszcze mocniej krzyczeli, że jest niewyspana lub przyjęła z herbatą poranną prochy zamiast aspartamu. Na pytanie człowieka z tłumu, jak długo będzie na Zachodzie, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi odpowiedziała, że nie wie, po czym zapewniła: – Na pewno o was nie zapomnę. Niech wam Bóg błogosławi, pociesza kolorowa tęcza oraz wspiera radą i dobrymi uczynkami pan Namiestnik Krzepki-Kukuła oraz pan Premier Chudy.

W tłumie były trzy osoby, które z własnej woli zeznały potem w prokuraturze, że słyszały, jak Minister Pakuła pochyliła się do swojego doradcy i pytała, czy premier jest rzeczywiście chudy czy tylko tak jej się wydaje.

– Skoro mówi, że jest chudy, to jest. – Odpowiedział po namyśle doradca.

Minister Pakuła zdecydowała, że będzie to pierwsza radosna nowina jak będzie rozpowszechniać na Zachodzie w ramach rozwoju stosunków dobrosąsiedzkich z Cezareą.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 12: Rząd składa propozycję negocjacji przy okrągłym stole

Rząd przygotowywał się do negocjacji. Wymagało to czasu. Wobec agresywności strony przeciwnej premier stosował taktykę zwodów i opóźnień. Wyjaśniał trudną sytuację państwa, jednocześnie dodawał otuchy:

– Nie mamy pieniędzy, ale będziemy mieli.

Dla udokumentowania prawdy premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni w czasie telewizyjnego wystąpienia. Wypadły tylko dwa spinacze, grzebyk i książeczka do nabożeństwa.

Przemówiło to do wyobraźni zwłaszcza osób starszych, pamiętających czasy pustych półek, naparstka, nożyczek oraz drobnej naprawy odzieży. Niektórzy wzruszyli się nawet do tego stopnia, że wysyłali pieniądze na wsparcie bezdomnych.

Premier zapewnił, że jego rząd będzie ściśle współpracować z Przyziemiem, aby wyprowadzić kraj na prostą.

W następnych dniach rząd zaskakiwał wszystkich niezwykłą energią i pomysłami. Strajkującym zaproponowano wspólną pracę nad reformowaniem gospodarki.

– Chodzi nam o rzeczywistą reformę, pełną, bez żadnych ulg dla kogokolwiek. Począwszy od programów usprawnień zarządzania koleją, przez ekologię, loty kosmiczne, aż do gaszenia pożarów wysypisk śmieci.

Za każdym wystąpieniem premier przedstawiał nowe propozycje: reformy całkowite i cząstkowe, poprawa jakości myślenia obywatelskiego, podwyższenie smaku produktów rolnych, lepsza łączność z Chinami, edukacja seksualna młodzieży. W końcu premier zaproponował negocjacje przy wspólnym stole.

Strajkujący odpowiedzieli okrzykami sprzeciwu.

– Nie ma takiego stołu, który pomieściłby nas wszystkich.

W odpowiedzi premier polecił wyświetlić animację negocjacji. Miały się odbyć na błoniach podmiejskich, gdzie zarezerwowano pięć hektarów terenu. Stół był okrągły i miał średnicę stu metrów.

Wokół niego stały dziesiątki mniejszych kwadratowych stołów. Przy głównym stole, przyciętym z jednej strony, aby nie miał krągłości (nie znosił jej Namiestnik Kukuła), siedział sam Namiestnik, Premier Chudy, jego ministrowie, przewodniczący organizacji społecznych, dyrektorzy wielkich koncernów, przedstawiciele mediów krajowych i zagranicznych. Drony unosiły nad nimi wielkie wachlarze. To poruszyło wyobraźnię. Strony szybko doszły do porozumienia w sprawie negocjacji już po wakacjach.

– Tak będzie najlepiej. – Podsumował premier, zacierając dyskretnie ręce. – Cieszył się, miał ambitne plany.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 221: Bolesne doświadczenia gubernatora

Dzieci stały się produktem rynkowym. Z prawnego punktu widzenia sytuacja była wyjątkowo korzystna dla obywateli; państwo płaciło za dziecko nie żądając w zamian tytułu własności.

Potomstwo stało się pomysłem nie tylko na godziwe utrzymanie się, ale i na dostatnie, a nawet bogate życie. Na spotkaniu Krajowego Zrzeszenia Matek i Ojców z przedstawicielami rządu pewien ojciec wyraził to klarownie:

– My zapewniamy dzieci, ale państwo i kościół muszą nam za to płacić. Za wszystko. Za cały nasz trud i znój. Za urodzenie, utrzymanie i wychowanie każdego szczeniaka do osiemnastego roku życia. To chyba uczciwy układ? – Zapytał wyzywająco.

Postępowe kobiety coraz bardziej nurzały się w rozwydrzeniu. Ich mężom i partnerom to odpowiadało. Żądali kolejnych spotkań z przedstawicielami rządu, aby stawiać kolejne wymagania. Społeczeństwo zaczęło także zaglądać do kieszeni urzędnikom, nawet tym najbardziej upierścienionym. Role odwróciły się.

Po zwycięskich starciach z rządem, coraz szerszym kręgom obywateli udzielała się atmosfera chciwości. Rząd potwierdził dalszą rozbudowę i tak już rozdętego programu pomocy oraz podjął decyzję wprowadzenia marihuany do powszechnego użytku. Celem było rozluźnienie ostatnich barier wstrzemięźliwości seksualnej. Decyzja przyniosła niezwykłe skutki. Obywatele narkotyzowali się, mieli kolorowe widzenia seksualne i zachowywali się coraz bardziej wyuzdanie. Mężczyźni chodzili po ulicach Afary z obnażonymi przyrodzeniami, jak ich pan Bóg stworzył. Kobiety były niewiele bardziej wstrzemięźliwe; towarzyszyły mężczyznom ubrane w przezroczyste stringi zapinane na biodrze. Wszyscy byli przekonani, że są równie nagie jak Ewa z biblijnego raju.

Nie były to przypadkowe ekscesy lub urojenia. Sceny nagości i rozpasania rozgrywały się masowo w sypialniach domów i apartamentów, motelach i hotelach, na łonie przyrody, nad rzekami i jeziorami, w lasach i ogrodach, a nawet w samochodach stojących na uboczu, wszędzie, gdzie zaistniał choćby pozór intymności.

*****

Drugim szokiem okazała się dla gubernatora firma Abenaki. Rozwinęła ona własny program prokreacji, prowadząc na wielką skalę akcję charytatywną i inwestycyjną. Szło jej tak dobrze, że w końcu wchłonęła w siebie państwowy program prokreacji wykupując do niego prawa od skorumpowanej grupy urzędników państwowych. Oprócz danin regularnie płaconych przez nepotów gubernatora, firma zbierała pieniądze, gdzie tylko mogła, w kraju i za granicą, aby finansować własny program prokreacji i opieki nad dzieckiem. Później okazało się, Abenaki oferowała tanie usługi opieki nad dzieckiem pod szyldami różnych organizacji. Utrzymywano to w tajemnicy.

– Dlaczego ukrywali to przed społeczeństwem? – zadawał sobie pytanie gubernator. Nurtowało go to. Oświecił go Czarna Eminencja:

Abenaki, zachowując starą nazwę, powołała w tajemnicy nową firmę, o tej samej nazwie, tylko z końcówką „unlimited”. Na jej konto przelewała pieniądze otrzymywane od nepotów Blawatsky’ego oraz z innych źródeł, aby w tajemnicy budować szpitale położnicze oraz wyposażać je w sale porodowe, łóżka i inkubatory. Ponadto prowadziła badania, szkolenia prenatalne, budowała tysiące żłobków i przedszkoli, zaopatrywała je w pieluchy, zabawki i żywność oraz szkoliła opiekunki i przedszkolanki. Kto z tego dóbr korzystał i na jakich warunkach, nie było całkiem jasne.

Za usługi świadczone na rzecz matki i dziecka firma pobierała minimalne opłaty. Czyniła to tylko po to, aby ludzie docenili, co otrzymują, bo wiadomo, że to, co nic nie kosztuje szybko traci na wartości. Było to czyste wyrachowanie: potajemnie stworzyć sobie potężny rynek zbytu, przyzwyczajając ludzi do swoich praktyk, produktów, porad i pomieszczeń. Abenaki zamierzała kontynuować te praktyki tylko do czasu, kiedy zdecyduje się wycofać wszystkie dotacje i subwencje do usług i produktów. Niewiele ją to kosztowało, bo wydatkowane środki pochodziły z kasy państwowej, przekazywane potajemnie przez armię nepotów zatrudnianych przez rząd.

Gubernator był wściekły, bo to on powołał tę armię do życia, ale w innym celu, który znał tylko on sam, a mianowicie zdobycia nieograniczonej władzy. Armia nepotów rozrosła się niewyobrażalnie podczas jego letargicznej nieobecności i zmieniła swoją lojalność. 

Blawatsky był w szoku; nie mógł sobie wybaczyć, że był tak beznadziejnie ślepy i nie zauważył, co w trawie piszczy i nie docenił ludzkiej chciwości. Aby upewnić się do końca, że wszystko, co oglądał, jest prawdą, kazał się wozić po kraju. Odwiedzał sale porodowe, żłobki, przedszkola i szkoły, aby obejrzeć je na własne oczy i dotknąć.

– Przecież to wszystko dokumentnie mu wytłumaczyłem. Zachował się jak niewierny Tomasz – skarżył się podwładnym Czarna Eminencja zdegustowany brakiem zaufania świeżo odzyskanego partnera.

Kiedy gubernator zaspokoił już swoją ciekawość cudem przyśpieszonej prokreacji, przestał wierzyć w wyższe uczucia obywatelskie, patriotyzm i dobro wspólne. To go tak zmieniło, że codziennie przeglądał się w lustrze, aby upewnić się, czy jest to wciąż ten sam inteligentny człowiek, czy też ktoś zupełnie inny. Było to bardzo bolesne przebudzenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Nie samym alkoholem człowiek żyje.

Dziś, zamiast regularnego blogu, dla odświeżenia pamięci, serca i ducha, o strajku, nauczycielach, rządzie i podobnych zjawiskach. Wyciąłem tylko niektóre fragmenty, aby skrócić i uprościć tekst, i pogrubiłem tematy spraw. Trzewia pozostały te same. Pozostawiłem też linki do artykułów, o których mowa w tekście.

Źródło: Wyborcza.pl newsletter_wyborcza@wyborcza.pl  Wydarzenia dnia, 24 kwietnia 2019.

 Rostam killing the White Demon

Cytuję:

17-y dzień strajku nauczycieli. Rząd zamierza w ekspresowym tempie zmienić prawo i „doprowadzić do przeprowadzenia matur”. Mimo że nauczyciele zapowiedzieli, iż nie zamierzają utrudniać życia swoim wychowankom. Premier Morawiecki wyjaśnił obywatelom, że teraz dyrektorzy będą mogli klasyfikować uczniów.

Ciekawy komentarz o strajku, który przeradza się w bunt, publikuje dziś w „Wyborczej” znawczyni putinowskiej Rosji Krystyna Kurczab-Redlich. Pisze między innymi: „Nauczyciel przystępujący do strajku na dalekiej prowincji nie przypuszczał, że perfidia, z jaką przedstawiciele władz dobiorą mu się do duszy, zrani połowę społeczeństwa. Nie przypuszczał też, że zajadła wściekłość pozostałej połowy zepchnie go w samotność. Nie przyszło mu także do głowy, że legalny, pokojowy protest pokaźnej warstwy polskiej inteligencji, do której należą nauczyciele, urośnie na drożdżach propagandy do dramatu narodowego”. Trudno się nie zgodzić.

Błyskotliwy jak zawsze Jacek Dehnel wyruszył dziś na poszukiwania tuzinów naszych „kuzynek, które zapłakane wróciły ze szkoły”. Pisarz w trudnym do podrobienia stylu rozjeżdża – jak mówi młodzież – zastępy trolli na usługach walczących ze strajkiem.

Stołeczny ratusz wydał decyzję, na mocy której spółka Srebrna związana z Prawem i Sprawiedliwością może zbudować na działce położonej w centrum Warszawy budynek o wysokości zaledwie 30 metrów. A nie 190 metrów. To znacząca różnica. Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski przypominają, czego państwo i instytucje podległe ministrowi sprawiedliwości w sprawie wież przy Srebrnej nadal nie robią.

Rzecznik dyscyplinarny bada, czy dwoje nowych sędziów SN naruszyło prawo. Aleksander Stępkowski miał wydać orzeczenie bez akt sprawy, a Małgorzata Manowska – zignorować sprzeciw pierwszej prezes SN. Oboje nie zgadzają się z zarzutami. Cały świat może nam pozazdrościć tak wyjątkowego oblicza parlamentaryzmu.

A na koniec informacja mrożąca krew w żyłach. Pył z Sahary, który właśnie dociera nad nasz kraj, to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Z powodu globalnego ocieplenia zimy robią się w Polsce mniej śnieżne, a lata bardziej suche. Z kolei opady stają się coraz bardziej gwałtowne. Taka „pogoda na sterydach” jest jednym z najpoważniejszych efektów zmian klimatu. Ale z węgla nie zrezygnujemy!. Zatem: po nas choćby potop!

Koniec cytatu

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

2Shares

Król Kacyk I zabiera głos mocny jak dzwon

Król Kacyk I, milczący od kilku tygodni, zabrał głos. Stało się to w nocy o godzinie czwartej czterdzieści, kiedy zapiał kur prasowy, może nawet wcześniej. Mówił gromkim głosem, ale ponieważ mówił pod wiatr, nikt go nie słyszał. Jego słowa zanotowała jednak sekretarka, śpiąca nocą przy biurku jak zając z otwartymi oczami i widząca wszystko, nawet to, co w trawie piszczy.

Król mówił od serca, jak to zwykle on.

– Rodacy Indianie! Dzisiaj każdy może bełkotać do woli jak pijany szczur, albo i gorzej, jak schlany do nieprzytomności królik. My jesteśmy inni. Mam na myśli siebie, waszego ukochanego wodza, i moją drużynę, z którą rozgrywamy sprytne partyjki z wami jak i z drużynami zagranicznymi. To my, ja i moja drużyna, mieliśmy tyle inwencji, aby zmienić nasze rolnictwo nie do poznania: zamiast kukurydzy i buraków cukrowych zaczęliśmy siać zamęt i zamieszanie. To ważny dla kraju płodozmian.

Wszystko dzisiaj jest inne niż kilka lat wcześniej. Jesteśmy inni. Ja jestem inny. Wy jesteście inni. Wynika to z niestrawności, jaka ogarnęła świat. Widzę ją w oczach i umysłach naszej wielkiej rodziny indiańskiej, Ungarów, Italianów, LePen Maryjnych oraz Starszego Brata ze Wschodu, do której i my należymy.

Być politykiem znaczy dzisiaj mówić w taki sposób, żeby rozumieli przede wszystkim Bracia Indianie słuchający szumu Fal I, II i III, dobrych choć wysłużonych jak warzecha do zjełczałej zupy. Fale te stanowią naszą tubę prawdy. Przekażą one także moje serdeczne słowa i pozdrowienia.

Mamy wielkie osiągnięcia. Ja sam, wasz wódz, znam pewnego człowieka, syna kurtyzany i obszarnika, prowadzącego gospodarstwo jednohektarowe, gdzie hoduje dziki na potrzeby pijanych myśliwych, strzelających do zwierząt nowocześnie, z pistoletów maszynowych. Dziki nie są już nam potrzebne. Sama kurtyzana, rozumie się Japonka z krwi i kości, oryginalna jak Origami, jest wielką damą, panią na moim dworze. Pomagała mi i wciąż pomaga w realizacji wizji, jacy to jesteśmy mądrzy, dobrzy i sprawiedliwi, i jak dzielnie idziemy wciąż do przodu.

Jak wiecie, jestem człowiekiem spokojnym, wytrawnym politykiem, z dużym wyczuciem, co jest co, a co nie jest, umiejącym nakręcać i odkręcać ludzi, opinie i sytuacje. Jestem człowiekiem …. co ja mówię …jestem politykiem, a nie człowiekiem, eleganckim, zupełnie innym niż mój poprzednik, Czarna Stopa. Powiem wam całą prawdę o nim: najchętniej odżywiał się on, szczerze mówiąc, żarł – co zostało skrzętnie udokumentowane na filmie – słynne frutti di mare, zamiast naszego rodzimego indiańskiego kapuśniaku i ziemniaków ze słoniną. U niego cała para szła w gwizdek, u mnie natomiast cały gwizdek idzie w parę. To wielka i zasadnicza różnica. O Czarnej Stopie dodam jeszcze tylko, że jest podstępny, bo zwiódł mnie i uciekł na wielbłądzie na Wielkie Prerie, aby tam kopać dołki i mnie jak i wam szkodzić.

Aby poprawić wam samopoczucie, Drodzy Indiańscy Krajanie, przytoczę przykłady naszych osiągnięć. Mamy najczystsze miasta w Europie, najbielszy węgiel, najwięcej dzików, najgęstsze puszcze, najniżej płatnych dyrektorów firm państwowych oraz największą głowę państwa, która, mimo że jest tworem nowoczesnej technologii, przemawia jak żywa, a nawet obraca się automatycznie w kierunku, skąd wieje wiatr. Przypomniałem też sobie, że za czasów Czarnej Stopy mieliśmy wielkie i luksusowe hodowle koni, które kupowali jedynie nadziani ropą szejkowie. Teraz mamy hodowle małe i tak tanie, że każdy Indianin może kupić sobie konia prawie za bezcen. To nasze wielkie osiągnięcie na drodze realizacji idei równości, wolności, braterstwa oraz wyższych uposażeń dla Braci Nepotów, w czym wyraża się najdostojniej idea powszechnej sprawiedliwości.

Alby wam ulżyć, chciałem zbudować dwa wielkie wigwamy, większe niż Góry Abu Dhabi, abyście mogli patrzeć z ich szczytów na świat z rozjaśnionymi oczami, ale niestety rzucono mi kłody pod nogi. Nie jestem więc pewien zakończenia tej budowy, co mnie martwi tak bardzo, że stopy mi cierpną nawet wtedy, kiedy stoję w kolejce po ogórki małosolne.

W tej sytuacji postanowiłem, Drodzy Bracia Indianie, uszczęśliwić was czymś innym. Jako jednostka szczodra nad miarę, obiecuję wam złote góry, inaczej mówiąc góry złota, w postaci brzęczącej mamony: na dzieci, na wnuki, na starość, na co chcecie. Rzucam wam masę złota pod stopy, abyście do końca życia mogli jeść do woli słodkiej chałwy i marcepanu oraz pić, ile tylko zapragniecie, płynnego miodu i mleka oraz czarnej kawy. Kawę sam piję, bo dzięki niej mam jaśniejszy obraz rzeczywistości, który dla żartu chowam czasami za plecami.  

Kiedy już nasycicie się do woli moimi darami, będziecie błagać mnie na kolanach, abym dał wam więcej. I ja to zrobię, bo cenię was jak mało kto, szczególnie wasze umiłowanie dobrej władzy i pieniędzy. Zrobię to! Zapożyczę się, na trzy pokolenia do przodu, i sypnę wam złota jak lodu, jak szarańczy na pustyni, ile tylko zmieści się w waszych rodzinnych sakwach i emeryckich kieszeniach. Do tego dorzucę samochody elektryczne, po jednym na mieszkańca i po dwa dla osób najbardziej zasłużonych. Jeśli trzeba będzie, złożę wam jeszcze więcej obietnic. Taki już jestem, szczodry i kochający. Pamiętajcie tylko, aby na mnie głosować.

Szczerze Wam oddany,
Król Kacyk I,
pseudonim Złota Rączka

Czytaj Michaela Tequilęhttps://tinyurl.com/y895884p

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 192: Rządowy program prokreacji nabiera rozpędu

Organizacje patriotyczne organizowały lotne oddziały vigilanti, patrolujące ulice i place miast i miasteczek.

Tworzyli je obywatele zatroskani o przyszłość kraju, identyfikujący się z rządem gubernatora Blawatsky’ego i jego polityką. Ich cichym zawołaniem stało się „Bić dewianta”. Atakowały one znienacka kluby i zgromadzenia oraz rozpędzały spotkania przeciwników prokreacji.

Patriotycznie nastawieni obywatele byli życzliwie do nich nastawieni. Kiedy przybywała policja, nie było świadków zdarzenia. Ofiary napaści twierdziły, że nie wiedzą, kto ich napadł, ponieważ napastnicy nosili maski na twarzach. Były to zeznania tak nieskładne i wzajemnie ze sobą sprzeczne, że policja podejrzewała ich o prowokację, wzajemne napady na siebie oraz samookaleczenia.

– Mówią tak dziwne rzeczy, że trudno w to uwierzyć. Że też ludziom chce się organizować takie hucpy. Zamiast pójść z dziećmi do kina lub do teatru, spotykają się, aby organizować happeningi udając, że biją. Nie dziw, że któryś z nich upadnie, uderzy się głową o krawężnik, dozna wstrząsu mózgu, a potem nie wie, co mówi. Bardzo im współczuję. – Wyjaśniał dowódca patrolu dziennikarzom przybyłym na miejsce.

Abraham Diepraam: Peasants brawling

Pytany o inne szczegóły zajścia rozwijał wyjaśnienia.

– Rozumiem doskonale taką sytuację, bo sam ćwiczę taekwondo i czasem zdarzy mi się boleśnie upaść na matę. Przyzwyczaiłem się do tego. Raz nawet uderzyłem głową o krzesło, które kolega przysunął do maty, aby lepiej widzieć przebieg ćwiczenia. Uderzyć się o coś ostrego, to żadna historia. Ludzie nieprzerwanie to robią. Czasem nawet myślę, że jest to forma rozrywki.

Media prorządowe nazywały zdarzenia pozorowanego pobicia happeningami i podejrzewały, że uczestniczyli w nich ludzie o niespełnionych ambicjach aktorskich.

Na ekranach kin pojawiły się filmy dokumentalne i fabularne ambitnych reżyserów pokazujące czyny patriotyczne minionych okresów historii, palenia heretyków na stosie, zwalczania fałszywych bohaterów narodowych, budowy pomników większych niż wieżowce oraz nawracania nimfomanów i nimfomanek na drogę umiarkowania i szacunku dla rządu i kościoła, w miejsce ślepego wpatrywania się w siebie jako ósmego cudu świata.

*****

Kilka dni później gubernator uzyskał kolejny dowód wsparcia dla swojej polityki. Na Plaza Central zgromadził się wielki tłum ludzi, przerastający liczebnością wszystkie demonstracje, jakie kiedykolwiek miały tam miejsce od czasów historycznych. Uczestnicy nieśli ogromne transparenty i plakaty oraz wznosili okrzyki „Precz z wrogami prokreacji”. Nikt nie wiedział, kto organizował to masowe wystąpienie. Nie udało się tego ustalić nawet policji.

– Ktoś, kto wpadł na pomysł organizacji tak wielkiej imprezy, wykonał kawał solidnej roboty i z tego tytułu należy mu się wyróżnienie. Wiemy, że uczestnicy otrzymywali informacje i zaproszenia pocztą elektroniczną, poprzez Facebook, portale informacyjne i tematyczne, nie sposób było jednak ustalić, kto był ich autorem lub inicjatorem. To sztuczka Internetu, podstępna anonimowość, której nie znoszę – w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych Babochłop nie krył rozczarowania.

Wkrótce policja zdobyła jednak dokładniejsze informacje. Demonstracja na Plaza Central była wspólną inicjatywą organizacji „Rycerze Przeszłości” oraz zgromadzenia „Pobożnych Matron” reprezentujących środowiska bigotek uczęszczających do kościoła z regularnością zegarka. Ich zlot nagłośniły media i serwisy internetowe, oglądane masowo przez obywateli szczerze wierzących, że umieją odróżnić dobro od zła. Pewną role odegrali także artyści szukający nowych inspiracji.

Były to potężne zastrzyki wsparcia dla rządu. Gubernator wyobraził sobie, jak stojąc na trybunie razem z Czarną Eminencją, ogląda tłum skandujący ich nazwiska i składający im hołd zniżając sztandary i salutując.

*****

Nowy rządowy program edukacji prokreacyjnej był niezwykle ambitny. Jego celem była pełna reedukacja społeczeństwa w sprawach prokreacji, potomstwa i patriotyzmu, determinującego motywację obywateli. Prokreacja znalazła się we wszystkich programach edukacji. Na zajęciach plastycznych uczniowie ćwiczyli wyobraźnię i wrażliwość na bodźce stymulujące ciało, głównie dotykowe. Program nawiązywał do pięciu zmysłów człowieka ze szczególnym uwzględnieniem dotyku, do których dodano także intuicję.

Zanim to nastąpiło, naukowcy zweryfikowali słownictwo i definicje oraz opracowali nowe hasła promocji prokreacji. Pierwsze kroki były proste. Odrzucono termin „członek”, ponieważ kojarzył się z przynależnością do organizacji. Zastąpiły go określenia „penis” i „prącie”, a w edukacji dzieci – siusiak i kuśka. Założenia programu określała ustawa „O edukacji społeczeństwa w duchu wiary i prokreacji”.

W sferze prokreacji interesy rządu i kościoła były zbieżne. Wspólnie ustalono hasła: „Seks dla prokreacji – tak, seks dla przyjemności – nie!” oraz „Obowiązek przed przyjemnością”. Wolny seks został zakazany do czasu, aż rząd opracuje ustawę regulującą tę sferę życia. Walkę z seksem prowadzono pokazując jego zgubne skutki: straszne choroby weneryczne, monstrualne członki męskie porażone elefantiazą, trąd wyniszczający. Spodziewano się wielkiego oporu ze strony wyuzdanej, chciwej bogactwa i zagubionej mentalnie części społeczeństwa, włącznie z opozycją, zawsze torpedującej inicjatywy rządu bez względu na ich cel, charakter i znaczenie.

Opozycja była jak zwykle krytyczna.

– Proponowane środki nic nie dadzą, ponieważ ten beznadziejny rząd angażuje edukatorów niemających własnych doświadczeń i znających się na prokreacji jak Manemunes na gęsich jajach. Stoją oni bliżej dewiantów seksualnych i religijnych niż ludzi rozwiniętych etycznie i estetycznie.

Wszystkim nauczycielom przydzielono odpowiedni fragment nauki o prokreacji. Koordynatorami nauczania byli wychowawcy. W nauczania uczuć i emocji korzystali oni z pomocy psychologów, wrażliwości prokreacyjnej – poetów i pisarzy, języka – nauczycieli literatury, organów i funkcji organizmu – biologów, położników i ginekologów, historii prokreacji – historyków a duchowości – księży, katechetów i biblistów.

Nieoczekiwanym wyzwaniem okazało się słownictwo. Do języka wkradło się mnóstwo wulgaryzmów i uproszczeń, odwracających uwagę od piękna i znaczenia aktu prokreacji. Korektę wypaczeń powierzono nauczycielom, obarczając ich częściowo winą za zaniedbania. Ich nową rolą było upowszechnienie słownictwa stymulującego wyobraźnię w kierunku prokreacji.

W sensie historycznym chodziło o pokazanie jej roli w ewolucji człowieka i rozwoju cywilizacji. Brzmiało to bardzo naukowo i dlatego rząd doszedł do wniosku, że konieczne jest jej powiązanie z patriotyzmem, motywującym ludzi do działania na rzecz społeczeństwa, narodu i kraju. Na początku było niejasne, czy rząd i kościół nie będą dublować wysiłków w promocji prokreacji, ustalono więc, że kościół będzie koncentrować się na sprawach duchowości, rząd natomiast na aspektach cielesnych oraz motywacji. Dla łatwiejszej identyfikacji ustalono, że rząd odpowiada za edukację obywatela od pasa w dół, kościół – od pasa w górę.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 183: Przerażenie i apel gubernatora

Dwa dni później odbyła się narada w gabinecie gubernatora.

– Mamy dodatkową diagnozę przyczyn zaniku prokreacji – oświadczył u progu gabinetu minister zdrowia. Był blady i zmęczony, oczy miał podkrążone z niewyspania, chwiał się na nogach. Opozycja sugerowała potem, nie wiadomo czy słusznie, że czuć było od niego alkoholem. Diagnoza ministra była sucha i lakoniczna, prawie zdawkowa. Nikt nie kwestionował jej treści, proszono tylko o wyjaśnienie niuansów.

– Trauma doprowadziła społeczeństwo Nomadii do głębokiej i powszechnej depresji. To właśnie ta depresja jest odpowiedzialna za zanik popędu seksualnego, tej naturalnej gorliwości mężczyzn i kobiet do rozmnażania się. – Podkreślił z emfazą minister.

W jego wyjaśnieniach pojawił się też inny znaczący wątek. Zanikowi prokreacji towarzyszył niezwykle silny wzrost konsumpcji, co minister uznał za wyraz egoizmu, równoznaczny z zanikiem uczuć patriotycznych.

– Społeczeństwo przyjęło, że powrót do dobrobytu i egoistycznie rozumiane szczęście osobiste są najważniejsze. Kariera zawodowa, dom, samochód, modne meble, eleganckie ubiory i wycieczki zagraniczne – oto ideały ważniejsze niż potomstwo. Minister powtórzył to dwa razy, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ gubernator kupił jego wyjaśnienie na pniu. W trakcie dyskusji ukuto hasło „Rekreacja ważniejsza niż prokreacja”, choć nikomu nie było do śmiechu.

– Zanik prokreacji jest niezaprzeczalny. Jest to nasza druga Apokalipsa, jeszcze bardziej podstępna i niezrozumiała. – Formułując tę bolesną myśl gubernator nie doświadczał negatywnych emocji. Było to proste stwierdzenie faktu.

*****

Od zakończenia Apokalipsy gubernator regularnie znajdował na biurku nowe statystyki. Były one coraz bardziej ponure. Nie dość, że kraj w krótkim czasie stracił miliony mieszkańców, to ich liczba nadal kurczyła się tragicznie. Dane analizowano niezwykle sumiennie i wyliczano na ich podstawie wskaźniki. Spadała liczba narzeczeństw, małżeństw, ciąż i urodzeń. Statystyki potwierdzały bolesną prawdę; naturalny popęd seksualny zanikł nawet wśród ludzi młodych, do niedawna gotowych rozmnażać jak króliki. Rokowało to tragicznie dla przyszłości narodu. Kiedy gubernator zażądał codziennych raportów, wytłumaczono mu, że nie ma to sensu, bo sytuacja nie zmienia się z dnia na dzień i niepotrzebnie będzie tracić czas i wzrok.

Dla wyjaśnienia tajemnicy specjalna komisja podjęła analizę zachowań seksualnych społeczeństwa, nawet tych najbardziej wstydliwych, podejrzewając, że tam kryje się źródło zła. Było to konieczne, gdyż demografowie prześcigali się w ostrzeżeniach przed konsekwencjami rozwoju sytuacji. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, podsumował ją lapidarnie:

– Społeczeństwo straciło żywość seksualną równie łatwo i szybko jak pijak treść żołądka pod wpływem denaturatu, do którego przez omyłkę zamiast soku malinowego dolano kalium hipermanganicum.

Spadek liczby ludności wywołał spiralę niechęci, a wkrótce wrogości, do osób w wieku reprodukcyjnym niepoczuwających się do obowiązków macierzyństwa i ojcostwa.

*****

Od pewnego czasu posiedzenia rządu odbywały się prawie bez przerwy. Nie dyskutowano niczego innego jak prokreacja. Na spotkaniach publicznych gubernator straszył i przekonywał.

– Brak prokreacji to także, a może nawet przede wszystkim, upadek obywatelskiego patriotyzmu. Dziś ludzie interesują się tylko konsumpcją, wszyscy chcą wypasionego dobrobytu, worów pieniędzy, a nie dzieci, bez których żaden kraj nie ma przyszłości. Załamanie demograficzne to śmierć społeczeństwa, również zgon partii i rządu.

Wypowiadając te słowa Blawatsky miał sine usta; zachowywał się tak, jakby coś w nim umierało. Jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, chciał rzucić się na pomoc, ale jakaś niezwykła siła przykuła go do fotela.

*****

Po zapoznaniu się z kolejnym tragicznym raportem demograficznym gubernator wygłosił orędzie telewizyjne. Transmitowały je wszystkie kanały telewizji. Partia rządząca nazwała jego wystąpienie „porywającym wezwaniem do bohaterskiego zrywu”, opozycja – „jałowym, beznadziejnie spóźnionym przemówieniem”. Mówca odwołał się do patriotyzmu obywateli i przeciwstawienia się opresji.

Gubernator zaczął od słów „Nasz ukochany kraj wyludnia się”. W dalszej części przemówienia stwierdził, że „nie może być gorzej” oraz „to jest głęboki dół, a nie dołek wygrzebany w piasku przez niewinne dziecko”. Potem gorąco apelował „o powszechną mobilizację seksualną” oraz „pozostanie w gotowości, a nie na konsumpcyjnym wypasie”. Przemówienie zakończył wezwaniem do „sprężenia się seksualnego”. Po drodze nawiązał do świętego aktu prokreacji, który „zawierał w sobie niezwykły ładunek miłości jak i patriotyzmu”.

Orędzia słuchał wielki tłum zgromadzony na Plaza Central. Kiedy Barras nazwał stosunek małżeński aktem patriotycznego uniesienia, wywołało to oklaski osób prawomyślnych oraz buczenie zwolenników nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Rozpaczliwy apel gubernatora okazał się głosem wołającym w górach do niemego i ślepego starca, który potrafi tylko wzruszyć ramionami. Orędzie nikogo nie przekonało; co gorsze, wywołało odwrotny skutek. W ciągu następnego tygodnia wzrosła dwukrotnie sprzedaż nieruchomości, luksusowych artykułów konsumpcyjnych oraz rezerwacje wycieczek zagranicznych. Winą za to rząd obarczył opozycję oraz agentów obcych mocarstw dążących do rychłego upadku Nomadii.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

0Shares

Życzenia z okazji piątku i obłędnej pogody (w kategoriach rozmiarów i kształtów)

Z okazji piątku, ostatniego dnia tygodnia pracy, i obłędnie pięknej pogody, serdecznie życzę:

Tym, którzy niezdrowo trzęsą krajem – gwałtownego przyśpieszenia emerytalnego,

Kochającym samotne zdjęcia przy biurku – ciasnych butów, aby zimą mogli bezpiecznie zjeżdżać na nartach, kiedy pogoda się zepsuje,

Wyróżnionym sądownie za prawdę – aby dla równowagi nauczyli się także kłamać,

Kobietom o piersiach jak rajskie jabłuszka – piersi jak pachnący melon zdobny plastrem szynki parmeńskiej,

Muzykom z małą fujarką – instrumentu muzycznego odpowiadającego ich potrzebom i aspiracjom,

Osobom o nienasyconej żądzy seksu, władzy lub pieniędzy – żądzy nasyconej,

Osobnikom bez poczucia humoru – wygranej w Lotto jako rekompensaty za nieszczęście.

W końcu, wszystkim obywatelem naszego kraju, w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, europarlamentarnymi, parlamentarnymi i prezydenckimi życzę małego PiSu i dużej Opozycji.

Michael Tequila

P.S. „Czytajcie mnie, a odnajdziecie siebie”, jak mówi Pismo Święte. 

3Shares