Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 127: Konspiracja

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania wicegubernatora Csudo do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk pozbawiony wyższych uczuć. Jego świat to martwa technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie i wolności, nawet o gnoju równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę rozwoju. Jego rząd przypomina obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaką widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo potrafi tylko otaczać się tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania, i nosi tylko garnitury ze sztucznych tworzyw, bo są lżejsze i nie mną się.

Nie wszystko co stwierdziła, było prawdą. Na obronę Csudo przytaczano fakt, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który pozostawił w wicegubernatorze ciepłe wspomnienia.

Po nieudanej rozmowie Niotse z Csudo, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem dwóch prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Oskarżenie przedstawiało informację, co w sprawie koni i przyrody rząd zrobił, czego nie zrobił, co pozoruje oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli wprost podejrzewać ukrytą dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. Woła to o pomstę do nieba. – Tak podsumował sytuację akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu w społeczeństwie narastał opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz ostrzej wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na różne szkolenia. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji. Kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda znalazły się wyraźnie na kursie kolizyjnym. Konieczne było radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Podejmując misję stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie zdawali sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie mogło być uznane za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Było to wyzwanie rzucone Bogu i ludzkości. Konioczłowiek miał być równie albo i bardziej inteligentny niż człowiek, dużo silniejszy, bardziej wytrwały i dodatkowo jeszcze posiadać instynkt, słabo rozwinięty u człowieka. Już sam jego wygląd mógłby wystarczyć, aby go znienawidzono.

Ekoanarchiści wierzyli w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od zamysłu jego stworzenia. Myśleli tylko, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich wyobraźni i marzeń. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom i ekoanarchistom, z zasady traktowanym jako przeciwnicy państwa i władzy.

Konspiracja była sprawą życia i śmierci. Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na przesłaniu, róbmy wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co wydaje się słuszne, aby bronić się przed niebezpieczeństwem. Potem pracownicy Laboratorium przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsikuje i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do pnia – dla celów wewnętrznej komunikacji – pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami i przestano używać nazwisk. Każdy pracownik miał swoją ksywę. Wzięcie pod nóż imion, nazwisk, nazwy firmy i jej części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się ukryć, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią, ale bezwzględną koniecznością. Nie było to mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek, lecz walka o przetrwanie.

Szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba gruntownie znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem pracy w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej. Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach klubu znajdował się wysokiej rangi wojskowy, pułkownik, który ujawnił się dopiero wtedy, kiedy Niotse ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, ponieważ z nikim o sobie nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją. Po dwóch rozmowach uznała pułkownika za idealnego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium Szyfrowanych Koni i jego członkowie stali się automatycznie pracownikami firmy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 124: Kurs kolizyjny

Wicegubernator Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawach ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody jest równie pospolity jak lis pustynny zdolny odchudzać się w nieskończoność.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – wicegubernator lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczano do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i desperatów nieokreślonej maści gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. Sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleńcy i dewianci. Widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą jakiegoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują. – Powtarzając jego poglądy dodając przy okazji swoje trzy grosze asystentka wicegubernatora bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma on pełną rację.

Miłośników koni w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości i przekonań mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym, lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej; do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie złośliwie jako dwóch narodach: jednym wywodzącym się od człekokształtnej małpy afrykańskiej, która zeszła z drzewa, drugim wywodzącym się od bliskowschodniego dzikiego Adama, który wyszedł z jaskini. Bardziej rozwinięta wersja ewolucji narodu zawierała więcej jadu ideologicznego i mówiła o tym, że Adam tylko tym różnił się od małpy, że miał jaśniejsze oczy, pierwszy zaczął używać noża, aby mordować bliźnich, i pierwszy zaczął łysieć. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło się mieszkańcom Nomadii z przynależnością do tego samego narodu.

Wicegubernator Csudo nie zawracał sobie głowy teoriami pochodzenia społeczeństwa, gdyż koncentrował się na przyszłości, wierząc w inny, lepszy świat, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał jednak eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, kościołowi i sumieniu.  Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, całkowicie przeszklone budynki, wielkie banki z bankomatami na każdym rogu ulicy, wydajność, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia lub łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to praktyczne podejście, zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pozostali zastępcy gubernatora Blawatsky’ego i ministrowie podzielali jego poglądy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o członkach gabinetu gubernatora.

Rząd uznawał konie za przeżytek, rodzaj żywych przedmiotów, kosztownych w utrzymaniu, bezmyślnych i czasem narowistych, wymagających nawet więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i anarchiści surowo oceniali za to gubernatora i jego otoczenie, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione własnymi frazesami. Rząd był im obcy i wrogi; uważali, że niepotrzebnie wdziera się w każdą sferę życia prywatnego i publicznego, stawiając tylko ograniczenia i wymogi.

Wicegubernator Csudo odpowiedzialny za ochronę przyrody i bogactwa naturalne nawet nie starał się wyobrazić sobie, ku czemu to wszystko zmierza. Wiedział, że rząd i obrońcy koni muszą się kiedyś spotkać na kursie kolizyjnym w ciemnym tunelu.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce anarchiści porozumieli się z ekologami zwanymi „końskimi” i stworzyli jedną organizację o nazwie Ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, „une grande fusion”, jak pisała prasa francuska. Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ze swoją niechęcią czy wręcz wrogością wobec władzy, winiąc ją w pełni za coraz podlejszy los koni i degradację środowiska naturalnego.

Partia Konserwatywna natychmiast uznała ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i wypowiedziała im wojnę. Jej komórka propagandowa, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła przedstawiać w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne, na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców, ludzi o zaciśniętych ustach, okrutnych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo prymitywnej propagandy rządowej, część społeczeństwa dała się jej uwieść. Postępowanie rządu zmyliło wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwą postawę wobec koni, zachęcając do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To są miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w budynku mieszkalnym – ostrzegali ekoanarchiści.

Michael Tequila – książki:
https://tinyurl.com/y895884p oraz https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 99: Zamach

W trakcie przemówienia, dwie lub trzy minuty po jego rozpoczęciu, nastąpiło nieoczekiwane zdarzenie. Z samochodu wysiadło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach i kominiarkach na twarzy i zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, padły strzały z pistoletów maszynowych. Wybuchła ogromna panika. Uczestnicy wiecu, znajdujący się najbliżej samochodu, pierwsi rzucili się do ucieczki odpychając na boki służbę ochrony i innych uczestników. Stadny instynkt ucieczki spotęgował przerażenie wywołane strzelaniną.

Rozpętało się piekło. Pierwszym celem napastników był gubernator, który zaskoczony stał nieruchomo na trybunie wiecowej przypominającej wielki pomost. Strzały oddane w jego kierunku okazały się niecelne, co dało ochroniarzom czas na osłonięcie gubernatora własnymi ciałami. Terroryści przeładowali magazynki i zaczęli ponownie strzelać w kierunku gubernatora otoczonego już ludźmi. Strzelali do nich jak do kaczek, a ci padali na deski platformy niby snopki uderzane potężnym wiatrem. Nie czuli bólu, nic nie czuli, tylko uderzenia kul. Ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie decyzja dowódcy ochrony osobistej natychmiastowej ewakuacji gubernatora z platformy.

Zanim to nastąpiło, zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. Gubernator Blawatsky zachował się jak rozkapryszone dziecko, któremu odmówiono ukochanej zabawki; zaczął tupać, strasznie krzyczeć, potem wyć nie tyle z przerażenia, ile z wściekłości, że uniemożliwiono mu dokończenie przemówienia, do którego przygotowywał się od długiego czasu z niezwykłą starannością. Twarz rozciągnęła mu się spazmatycznie w osobliwym, małpim grymasie, a z gardła wydobył się nieludzki skowyt. Jego zachowanie było szokujące, dziwne i straszne zarazem. Ktoś nagrał te scenę telefonem komórkowym z bliskiej odległości, jakby specjalnie było to reżyserowane. Niespełna godzinę później jedna ze stacji telewizyjnych przerwała dziennik, aby pokazać nagranie. Tego samego dnia było ono transmitowane i retransmitowane przez wszystkie krajowe i wiele zagranicznych stacji telewizyjnych.

Szokujące zachowanie gubernatora obejrzeli wszyscy obywatele Nomadii. Nie było nikogo, oprócz osób głuchych, niewidomych i pomylonych, którzy by tego nie zrobili. Mimo współczucia, jakie z powodu terrorystycznego ataku mieli dla niego mieszkańcy kraju, jego zachowanie uznano za kompromitujące. Pojawiły się głosy, że gubernator wiedział lub przynajmniej domyślał się, że terroryści zechcą zrobić zamach w czasie wiecu, ale nie podjął środków zaradczych. Był to drugi powód jego kompromitacji.

Prawdziwe rewelacje pojawiły się kilka godzin później. W trakcie strzelaniny nikt nie zauważył, co naprawdę dzieje się na placu wiecowym. Domniemani terroryści strzelali do ludzi, ale kulami gumowymi. Nikt nie zginął ani nie został ranny. Jak na filmowej egzekucji napastnicy rozstrzeliwali przede wszystkim materiały propagandowe i reklamy partyjne: transparenty, flagi, bilbordy, zdjęcia, banery, wielkie afisze i małe kolorowe ulotki. Pod trybuną eksplodowały ładunki wybuchowe; efektem był jedynie przerażający huk i bryzgi czerwonej farby a nie ofiary w ludziach i szkody materialne.

Był to przedziwny zamach, zupełnie niezrozumiały dla przeciętnego obywatela, a nawet dla reportera czy choćby uważnego obserwatora. Na wiecu obecni byli tylko uczestnicy spotkania porażeni śmiertelnym strachem o własne życie. Powietrze rozdzierały krzyki nieszczęśników, którzy znaleźli się na drodze uciekającego tłumu. Następnego dnia okazało się, że były tylko dwie osoby poważniej – choć bez zagrożenia życia – poturbowane w trakcie ucieczki, ponieważ służby porządkowe były dobrze przygotowane do ewakuacji ludzi na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Każdy sektor miał odrębną drogę ewakuacji w innym kierunku, tak że odbywała się ona w sposób raczej bezkolizyjny. Po przesłuchaniach świadków okazało się także, że sami napastnicy wskazywali uciekającym właściwy kierunek ewakuacji. Nikt nie zorientował się od razu, że dzieje się coś dziwnego, ponieważ byli oni ubrani tak samo, jak regularna służba ochrony wiecu.

Pod koniec niezwykłych zdarzeń nad trybuną pojawił się helikopter, obniżył lot do wysokości kilkudziesięciu metrów, rozrzucił ulotki, po czym ktoś zaczął z niego strzelać w dół w kierunku trybuny. Z grubych desek posypały się drzazgi; żadna z osób tam się znajdujących nie poniosła jednak uszczerbku, czego nikt nie zauważył w ferworze strzelaniny i eksplozji materiałów wybuchowych. W chwili, kiedy zamarł huk oddalającej się maszyny, dały się słyszeć słowa płynące z głośników wiecowych zainstalowanych na metalowych słupach:

– Mówi przewodniczący rewolucji o lepsze jutro. Barras, ty satrapo! To jest twój pogrzeb, twojej partii i twojej ideologii! Bóg i naród odwrócili się od ciebie! Przegrałeś łajdaku!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 98: Gubernator i klakierzy

Szczególną rolę na wiecach odgrywali klakierzy. Byli oni oczkiem w głowie gubernatora, źródłem jego przewagi nad konkurencją. Wśród najbliższych współpracowników gubernator nie wahał się nazywać ich awangardą wiecową, wyróżnioną kastą lub przyboczną gwardią. Była to tajemnica poliszynela, nie upowszechniająca się nadmiernie, bo był to jego poliszynel, umiejący milczeć.

Klakierzy byli – można by rzec – dzieckiem gubernatora, bo naturalnych dzieci nie miał. Oczywiście nie w sensie dosłownym, bo klakę wynaleziono dużo wcześniej. Stosowano ją już w starożytnym Rzymie, w teatrze, gdzie wynajęci ludzie burzą entuzjastycznych oklasków wywoływali w publiczności przekonanie, że sztuka jest absolutnie rewelacyjna, wręcz boska, że o tak niesamowitym spektaklu nigdy nie mogli nawet marzyć, i że nic lepszego nie było, nie ma i nie będzie.

Gubernator nie dobierał sam klakierów, ale ustalał kryteria wyboru. Byli to głównie mężczyźni, osobnicy zdrowi, entuzjastycznie nastawieni do życia i do jego partii, wszyscy bez wyjątku o wielkich dłoniach, które uderzane o siebie budziły entuzjazm tłumu, mobilizowały, wzniecały podniecenie. Uczestnicy wiecu samoistnie podrywali się wtedy na nogi, bili brawo i skandowali:

– Brawo gubernator! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!, aby zakończyć potężnym Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras! – Nazwiska gubernatora nie używano; imię było krótsze, bardziej poręczne, przez co czyściej i mocniej brzmiało i o to właśnie chodziło.

Każdą akcję budzenia tłumu inicjował kierownik zespołu klakierskiego, wynagradzany później przez gubernatora pochwałą, podziękowaniem, uściskiem ręki, czasem nawet klepnięciem po plecach lub bezpośrednio gotówką do ręki. Po latach wysługi klakierskiej mógł on liczyć nawet na awans na jakieś dobrze płatne stanowisko nie wymagające nadzwyczajnych umiejętności.

Co do wielkich dłoni klakierów, to opozycja żartowała, że są to wiosła, których użyje on, aby uratować się przed zagładą, kiedy nadejdzie żywioł sprawiedliwości i zmyje go razem z jego dziadowskim aparatem partyjnym i rządowym oraz wszystkimi nepotami i podłymi szwindlami, jakie miał na sumieniu. On sam nie miał uczucia, że postępuje niezgodnie z prawem, dobrymi zasadami czy choćby zdrowym rozsądkiem i wyczuciem politycznym, które były dla niego najważniejsze.

Gubernator rozstawiał klakierów równo po wszystkich sektorach; byli ubrani tak jak inni ludzie w sektorze, aby nie wyróżniali się, bo i po co. Na jego dyskretny znak, w odpowiednim momencie jego wystąpienia, zapoczątkowywali lawinę oklasków i entuzjazmu tłumu. Tym znakiem było uniesienie prawej ręki z otwartą dłonią skierowaną do przodu; gubernator poruszał nią trzy razy, nie mniej i nie więcej, jakby dla uspokojenia zebranych. Był to znak: teraz burza oklasków i okrzyków.

*****

Kiedy o godzinie czternastej sprzed kościoła wyruszył kondukt pogrzebowy z prochami Sefardiego Baroki i zabrzmiały pierwsze takty muzyki sakralnej Mozarta, w niezbyt odleglej dzielnicy Dos Corrientes rozpoczynał się wiec Partii Konserwatywnej z udziałem gubernatora Barrasa. Było to dla niego ważne spotkanie; zapowiadano je od miesięcy jako wydarzenie, które zadecyduje o przyszłości jego partii, kraju i stanowiska.

Godzinę wcześniej, przez kordon silniejszej niż zwykle ochrony, spokojnie przejechało czarne BMW z zaciemnionymi szybami oznaczone imienną tablicą rejestracyjną „Gubernator Blawatsky”. Limuzyna była jedyna w swoim rodzaju, znał ją cały kraj. Niezapowiadany wcześniej pojazd nie zdziwił ochrony ani służb porządkowych. Nie był to pierwszy raz, kiedy gubernator, zmieniając swój program, niespodziewanie przyjeżdżał lub odjeżdżał. Kilkanaście minut wcześniej dowódca ochrony wiecu otrzymał komunikat od osobistego kierowcy Barrasa, że gubernator zamierza nieco wcześniej opuścić wiec, aby udać się na bardzo ważne spotkanie. Samochód podjechał przed trybunę i zatrzymał się. Nikt z niego nie wysiadł. 

O godzinie czternastej na trybunie ukazał się gubernator, aby wygłosić przemówienie. Najpierw powitał zebranych, powiedział dwa lub trzy zdania i zrobił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, a tak naprawdę, aby usłyszeć gromkie brawa i okrzyki. Wyglądało to bardzo naturalnie. Klakierzy zareagowali natychmiast, jak tylko kierownik grupy klakierskiej otrzymał umówiony sygnał od gubernatora. Rozległ się głos męskiego chóru: Gubernator! Gubernator!, któremu natychmiast towarzyszył okrzyk kobiet: Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras!, po czym sekwencja ta powtórzyła się kilka razy stwarzając uczucie jedności poparcia uczestników wiecu dla gubernatora i jego partii.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 81: Perypetie z opuchlizną

Sefardi umocnił się w przeświadczeniu o zaangażowaniu Barrasa, kiedy ten zaczął rozpowszechniać pogłoskę, że uczulenie Sefardiego nasila się, kiedy źle myśli i mówi o osobach znanych i zasługujących na uznanie za swoją działalność społeczną lub polityczną. Ktoś zasugerował Sefardiemu, że chodzi o związek psychosomatyczny, jaki tkwi w jego organizmie. Mistrz postanowił zapytać o to lekarza. Okazał się on zwykłym konowałem. Nie poznał się na chorobie, albo też, śpiesząc się przyjąć następnego pacjenta starał się zbyć Sefardiego, gdyż nic mu nie wyjaśnił. Zapisał mu tylko leki. Nie przyniosły mu one ulgi ani poprawy. Wobec braku pozytywnej reakcji organizmu, rozczarowany Mistrz postanowił sam stawiać sobie diagnozy i sprawdzać je po kolei. Wymagało to czasu. Po wyczerpaniu cierpliwości mniej więcej po tygodniu, Sefardi udał się do innej przychodni, tym razem specjalisty od ust. Był to okres, kiedy lekarze specjalizowali się już w pojedynczych organach ciała, ręce, nodze, uchu, ustach, a nawet grubym palcu prawej stopy.

Po drobiazgowym zapoznaniu się z historią choroby, lekarz zalecił pacjentowi przeprowadzenie kosmetycznej operacji poprawy kształtu ust. Zabieg był bolesny i wyłączył Sefardiego z życia publicznego na kilka tygodni. Po wygojeniu się blizn okazało się, że efekt operacji jest nienadzwyczajny. Wargi nadal były powiększone. W dodatku pojawiły się podejrzenia, nawet ze strony przyjaciół, że Sefardi chciał się „upiększyć” podobnie jak kobieta. W sprawie wypowiadał się także Wiktor, żartując na temat botoksu i chęci odmłodzenia się Sefardi. Bezsensowne, a zarazem przykre podejrzenia i komentarze wyprowadziły Sefardiego z równowagi. W obronie własnej wymyślił sposób kompromitowania plotkarzy i ich pomysłów. Twierdził, że opuchlizna to charakteryzacja do roli w filmie science-fiction, w którym gra kosmitę gromadzącego energię w wargach. Efekt kontrofensywy zaskoczył Sefardiego; wiele osób uwierzyło w jego rolę w filmie i z powagą zadawało mu pytania na ten temat.

Niezrozumiała i uparta opuchlizna warg doprowadziła w końcu do najgorszego: Barras rozpętał kampanię oszczerstw przeciwko Sefardiemu. W krzywych zwierciadłach na Plaza Central pojawiły się nowe, jeszcze bardziej karykaturalne wizerunki Sefardiego. Obok starych luster zaczęto instalować nowe, bardziej nowoczesne, zasilane energią z paneli słonecznych. Burmistrz tłumaczył inwestycję potrzebą rozjaśnienia miasta wykorzystując energię odnawialną. Rozbudowy sytemu luster zaniechano dopiero wtedy, kiedy okazało się, że ściągają one owady, które rozbijając się tysiącami o nagrzaną, błyszczącą powierzchnię, zanieczyszczają ją i wywołują zabójczy fetor.

*****

Puchnięcie warg powoli zmniejszało się. Lekarz nie wiedział, kiedy spuchlizna ostatecznie ustąpi, co gorsza, nie dawał gwarancji, że zniknie ona w ogóle. Nie wiadomo, co podejrzewał, gdyż wciąż zlecał wykonywanie dodatkowych badań. Najgorsze było to, że pojawiły się nowe plotki, że Sefardi prowadząc hulaszczy tryb życia zaraził się nieznaną, niebezpieczną chorobą. Sefardi dementował je, nazywał je bzdurami wyssanymi z palca lub wziętymi z sufitu.

Isabeli nie widział od dawna. Kiedy rano jak zwykle przyniosła mu herbatę, wyglądała jak ibis. Miała na sobie czerwone szpilki na wysokim obcasie, cienkie jedwabne pończochy z pionowym motywem roślinnym, wymyślny kapelusz oraz suknię o fakturze i kolorze upierzenia szkarłatnego ibisa. Przypominała go sylwetką, detalami ubioru i sposobem poruszania się: mocne nogi, dojrzałe jakby zdziwione oczy ostrożnego ptaka, gotowego odlecieć w każdej chwili unosząc ze sobą niezwykły majestat. Zwisający z szyi gruby wisior wyraźnie przypominał charakterystyczny długi dziób ptaka. Gospodyni wyglądała tak dziwnie i wyzywająco, że Sefardi skojarzył ją sobie z kurtyzaną. Myśl była tak obraźliwa, że zawstydził się.

Isabela była uroczysta i małomówna.

– Idę dzisiaj do kościoła – poinformowała, po czym zawahała się, zmieszała i zamilkła. Oboje milczeli, zażenowani niezręcznością sytuacji, choć nie było w niej nic żenującego. – Potem idę na przyjęcie – dodała, jej policzki zaróżowiły się.

Sefardi miał wrażenie, że chce mu jeszcze coś wyznać, podzielić się czymś, co ją męczy, ale milczała. Czuł się podobnie. Chciał jej powiedzieć, że wygląda uroczo, fascynująco, rewelacyjnie. Nawet jedno słowo nie przeszło mu przez gardło. Zabrzmiałoby to tak, jakby chciał jej się oświadczyć. Poczuł się zagubiony.

O puchnięciu warg Izabela wiedziała od dawna, ale bagatelizowała problem.

– Czy warga to taka ważna część ciała? – Pytała, przyglądając mu się z nieukrywaną powagą. – Sama mam wydatne wargi i nawet to sobie chwalę. Co do pana, to jest coś gorszego. Ktoś szerzy pogłoski, że ma pan chorobę weneryczną. Ja osobiście w to nie wierzę, ale moi znajomi tego nie wykluczają. – Podsumowała z niesmakiem.

Kiedy opuściła pokój, Mistrz powiedział sobie półgłosem: – Tak. Zdecydowanie przypomina ibisa. Nie był pewien, dlaczego uznał to za ważne. Coś błądziło mu po głowie, jakieś dalekie pragnienia, rajski ogród wypełniony zapachem konwalii snującym się między kwitnącymi drzewami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 66: Cud powrotu parlamentarzystów i fronty atmosferyczne

Przywrócenie parlamentarzystów społeczeństwu uznano za cud. Jego wytłumaczenie zajęło prezydentowi i jego gabinetowi sporo wysiłku.

– Co to za problem, kiedy ma się za sobą prasę, radio, telewizję i kontrolę nad dostawcami usług internetowych, aby zapewnić zgodną współpracę między panem prezydentem a rządem. – Oświadczył Blawatsky na spotkaniu swojego gabinetu, wybranego spośród najwierniejszych członków Partii Konserwatywnej. Była to grupa podziwiająca gubernatora, szczególnie jego zdolność zapewnienia im szybkich awansów w aparacie państwowym. Krytycy Barrasa twierdzili, że najbliższe otoczenie nazywa go „Słońcem Narodu” i wierzy, że w Nomadii gubernator stoi przed Bogiem.

Po przebudzeniu się z koszmaru zdarzeń parlamentarnych, Sefardi umył się, ogolił i zjadł śniadanie, po czym usiadł do biurka, aby spisać przeżycia. Czynił to w pośpiechu wystukując na klawiaturze wyrazy, co do których nie miał nawet pewności, czy piszą się przez „u” otwarte czy „ó” kreskowane, dużą czy małą literą. Rejestrując obserwacje pozostawiał tekst do późniejszego automatycznego sprawdzenia pisowni. Nie potrafił obyć się bez technologii wspomagającej zapis jego przeżyć.

*****

Doniesienia ośrodka meteorologicznego były tak niepokojące, że stacje radiowe i telewizyjne przerywały transmisje, aby dyżurny meteorolog mógł na bieżąco relacjonować to, co widzi z wieży obserwacyjnej, satelitów i sond pogodowych zawieszonych w kosmosie. Nad miastem pojawiły się dwa fronty atmosferyczne przypominające monstrualne wieloryby. Różniło je wszystko, temperatura, gęstość i wilgotność powietrza. Zderzenie tych frontów groziło eksplozją o mocy przekraczającej milion bomb wodorowych. Meteorolog był przerażony, a zarazem zachwycony niezwykłością zjawisk zachodzących w atmosferze.

Większy stwór wypełniony był gorącym powietrzem, jego przeciwnik, niewiele mu ustępujący rozmiarem, był zimny, bez serca i uczuć. Nie mogąc znieść się wzajemnie gotowe były do starcia. Agresorem okazał się front rozpalony powietrzem pustyń, które go zrodziły. Uniósł do góry wielki pysk i rzucił się na oszronionego przeciwnika. Natychmiast uległ ochłodzeniu, para buchnęła strumieniem z ogromnego łba skraplając się z wielkim sykiem i tworząc chmurę przykrywającą pół kontynentu.

W przedniej części układu atmosferycznego, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, zgromadziły się chmury Cirrus, wysokie, pierzaste, przypominające delikatne włókna i pajęcze nici waty cukrowej, zbudowane z kryształków zmrożonego lodu.

Piętro niżej, chmury Altostratus stworzyły szaroniebieską powłokę przetykaną rudym pasem rażącym jak fałsz, przysłaniając niebo na wysokości kilku kilometrów.

Na samym dole panoszyły się Nimbostratusy, niskie, warstwowo-deszczowe, ciemnoszare chmury, wypełnione kropelkami wody i kryształkami lodu. Nasączona wodą gąbka polewała ziemię w pasie szerokości kilkudziesięciu kilometrów.

Fatalna mieszanka wilgoci, zmian ciśnienia i mrocznych wiadomości stały się źródłem nieszczęść: ludzie dusili się, reumatyczny ból wykręcał im stawy do granic możliwości, serca biły jakby samobójczo pędziły pod stromą górę. Szczęście mieli tylko ludzie w stanie upojenia alkoholowego; było im obojętne, co dzieje się na zewnątrz. Rosnące przygnębienie, niepokój i rozdrażnienie owocowały depresjami, samobójstwami i zabójstwami.

*****

– Meteorolog mówi jawne kłamstwa – twierdzili ludzie prości, nie rozumiejący, że podobnie jak poeta upojony narodzeniem się długo oczekiwanego potomka, potrafi on widzieć rzeczy istniejące w skromniejszym wymiarze lub nie istniejące w ogóle. Relacja meteorologiczna była tak przekonywująca, że kilku słuchaczy usiłowało popełnić samobójstwo. Gdyby nie fakt, że ich odratowano, meteorolog poniósłby okropne konsekwencje. Dyrektor ośrodka meteorologicznego, porywczy biurokrata, usiłował zepchnąć nieszczęśnika z wieży obserwacyjnej; powstrzymano go w ostatniej chwili.

Po południu z chmur opadła mgła i skondensowała się na zimnym podłożu i roślinach wydzielając z siebie mieszaninę spalin samochodowych, dymu z kominów i innych okropności cywilizacji. Sefardi wyszedł na ganek i poczuł nienawiść do gatunku ludzkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 65: Hibernacja klasy politycznej

Kolejny dzień zapoczątkował ciąg zdarzeń przypominających długi i dziwny sen. Wypadki następowały jak w kalejdoskopie, oszołamiały i dopiero drugiego lub trzeciego dnia ustabilizowały się na poziomie przyzwoitości. Przeżywając je na jawie jak we śnie, Sefardi rejestrował spostrzeżenia i zadawał pytania, na które nikt nie odpowiadał. Wydarzenia opóźniły jego własne plany, gdyż nie sposób było zrealizować cokolwiek w czasie naszpikowanym niepokojącymi napięciami. W pamięci Mistrza pozostały kapryśne wyobrażenia szaleństw losu, wywołując fale zimna na przemian z falami gorąca. Nawiedzały go nocą potęgując uczucie umierania. Była to próba generalna rozstawania się z życiem oferowana przez los, umierania, które kiedyś musiało nastąpić, a które serce Sefardiego oprotestowywało skowytem przerażenia w ciemnościach nocy.

*****

Pamiętnego dnia temperatura spadła nagle i niespodziewanie poniżej zera. Była wczesna jesień i nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. W mroźny poranek, o godzinie ósmej zero sześć, radio podało niewiarygodną wiadomość: zginęła cała klasa polityczna, ocaleli jedynie prezydent i gubernator. Obydwie izby parlamentu, wyższa i niższa, uczestniczyły we wspólnym posiedzeniu, kiedy wskutek nagłej awarii systemu klimatyzacyjnego zamarzły na kość, ponieważ ktoś zablokował wszystkie drzwi wyjściowe. Prezydent był nieobecny z powodu choroby. Gubernator był w delegacji zagranicznej.

Wydarzenie było ciosem w serce narodu. Jeden z malarzy prymitywnych jeszcze tego samego dnia namalował wielki symboliczny obraz sztyletu rzucającego błyski rozdzierające budynek parlamentu Nomadii.

******

Prezydent, mimo choroby, bez wahania podjął decyzję, którą jego rzecznik określił jako jedyną i słuszną: budynek parlamentu otoczył natychmiast wojskiem, kazał wstawić dodatkowe sprężarki dla utrzymania niskiej temperatury, a następnie szczelnie zamknąć wszystkie pomieszczenia. Oznaczało to poddanie parlamentarzystów natychmiastowej hibernacji i przejściową zamianę parlamentu w mauzoleum.

– W ten sposób uratujemy ich do czasu, kiedy naukowcy wymyślą sposób skutecznego odmrażania hibernantów. – Oświadczył kategorycznie po konsultacji z naukowcami od niskich temperatur i krioterapii.

W ciągu dwóch dni ukazał się dekret, na podstawie którego prezydent przejął pełnię władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Otworzyło to możliwość natychmiastowego i skutecznego działania głowy państwa dla dobra kraju i obywateli. Wszyscy oczekiwali, że natychmiast ogłosi się despotą. Miał ku temu wszelkie warunki. Był wykształcony, co stwarzało szansę despotyzmu oświeconego, o jakim marzyli wszyscy obywatele wierzący, że mądrość rządzenia można pogodzić ze skutecznością i szybkością. Sefardi uważał osoby tak myślące za naiwniaków.

Następnym krokiem prezydenta było rozwiązanie wszystkich partii politycznych. W ich miejsce założył nową partię polityczną, którą postanowił kierować osobiście. Wyjaśnił to w orędziu do narodu.

– Partia, która jest nie jest niczym skompromitowana, oferuje nową jakość i daje pełną gwarancję sukcesu w dzisiejszym, wyjątkowo trudnym czasie.

Ten fragment jego wypowiedzi uspokoił obywateli, których znakomita większość udzieliła mu poparcia. Jedynie stale mu nieżyczliwa prasa opozycyjna, która nazywał brukową, pisała, że był szybki jak koń wyścigowy na narkotykach, przyznając jednak niechętnie, że istniały ku temu nadzwyczajne okoliczności.

Dalsze decyzje i działania prezydenta naród przyjmował bez słowa skargi, wielu obywateli nawet z dużym aplauzem. Jedynie zaprzysięgli przeciwnicy szeptali po kątach, że to niegodziwe. Nie wyrażali jednak swoich poglądów na głos z obawy, że odpowiedzią byłyby zsyłka w nieznanym kierunku. W tym czasie działała już cenzura wprowadzona trzecim dekretem prezydenta.

Prezydencka kampania ratowania kraju z opresji oznaczona była kryptonimem „Natychmiast” i była tajna. Środki masowego przekazu dowiedziały się jednak o niej wyjątkowo szybko. Jak zwykle w takich przypadkach, podzieliły się; jedne ganiły, inne chwaliły poczynania głowy państwa. Najbardziej krytyczna okazała się prasa popierająca Partię Liberalną, dotychczasowy sprzymierzeniec pałacu prezydenckiego, i wściekle atakowała prezydenta w imię prawdy i wolności. Prasa popierająca opozycję zachowała umiar licząc na to, że prezydent zmieni swoją orientację i będzie szukał porozumienia, aby odsunąć na bok gubernatora Barrasa i rządzić w sojuszu z liberałami.

Nic takiego nie nastąpiło. Prezydent, zachowujący się wcześniej wobec partii rządzącej jak idące na rzeź jagnię wobec swego oprawcy, pokazał lwi pazur. Dotychczas ustępliwy, usztywnił swoje stanowisko. Zmienił się także fizycznie. Przytłoczony masą nowych obowiązków zaniedbał się i przestał uprawiać jogging dla zdrowia, ćwiczenia utrzymujące go w dobrej kondycji. Dla komentatorów sportowych, którzy przekwalifikowali się szybko na sprawozdawców politycznych, ponieważ wobec głębokiego kryzysu sport przestał ludzi interesować, było to o tyle zrozumiałe, że Prezydent nigdy nie był typem sportowca, tylko molem książkowym stroniącym od wysiłku fizycznego. Uprawianie joggingu było mu potrzebne jedynie dla zachowania prestiżu. Jego pokojówka twierdziła, że tak bardzo nie znosił wysiłku fizycznego, że nawet wbicie gwoździa w ścianę dla zawieszenia obrazu stanowiło dla niego problem. Kiedy powtórzono mu tę opinię, nie zdenerwował się, tylko spokojnie wyjaśnił, że prezydent nie jest od wbijania gwoździ.

*****

Prawda o hibernacji parlamentarzystów i działaniach prezydenta ujawniała się stopniowo. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej komisja parlamentarna odkryła, że prezydent, będąc także naczelnym dowódcą sił zbrojnych, nadużył władzy udzielając firmie zagranicznej zlecenia na dostawę przestarzałego sprzętu lotniczego w zamian za ogromną łapówkę. Dochodzenie prowadziła Komisja Specjalna, która utajniła się do czasu zebrania dostatecznej informacji i przygotowania oskarżenia prezydenta do oceny parlamentu. Po zebraniu obciążający dowodów komisja miała przygotować procedurę zwolnienia prezydenta z urzędu.

Prezydent dowiedział się wszystkiego od swojego człowieka w komisji. To właśnie stało się podstawą decyzji wyłączenia klimatyzacji w parlamencie, w wyniku czego parlamentarzyści poddani zostali hibernacji z wyjątkiem Komisji Specjalnej. Prezydent trzymał członków komisji pod strażą, aby ustalić, jak daleko zaszli w śledztwie. Kiedy dowiedział się, że nikt poza komisją nie jest zorientowany w sprawie, zawarł porozumienie z „rebeliantami” jak określił aresztowanych, że odstąpi od hibernacji członków parlamentu, jeśli komisja odda mu całą dokumentację i zobowiąże się solenną przysięgą do zaniechania śledztwa. Powodem ich decyzji miała być „przedwczesna omyłkowa ocena stanu technicznego zakupionego sprzętu wojskowego”. Dla pewności prezydent zażądał od członków Komisji Specjalnej udzielenia mu indywidualnych gwarancji majątkowych, że nigdy nie upowszechnią posiadanych informacji ani nie podejmą nowej próby impeachmentu.

– Jestem naczelnym dowódcą sił zbrojnych i każdy problem rozwiążę siłą, jeśli wy sukinsyny, zechcecie pójść ze mną na udry. – Powiedział im wprost prezydent, zanim ostatecznie zawarto porozumienie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 57: Maski i spór Barras-Sefardi.

Na Placu Centralnym Afary pojawiły się nowe lustra deformujące sylwetkę Sefardiego. W ciągu kilku dni jego nieobecności rządowa prasa nie pozostawiła na nim suchej nitki. Przypisano mu zgubny wpływ na młodych, niedoświadczonych ludzi, odwracanie swoimi wynalazkami uwagi od spraw dzieci i rodziny, a w dodatku zachęcanie ich do konsumpcji dóbr luksusowych.

Wynalazca postanowił nie pozostać dłużny gubernatorowi. Czekał na okazję. Kiedy otrzymał zaproszenie do zwiedzenia zakładu wyrobów gumowych i środków pirotechnicznych, nie miał jeszcze żadnego planu. Zaproszenie dostarczył goniec firmy, mężczyzna o skromnej posturze i twarzy tak nabrzmiałej czerwienią, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zapraszającym był członek Fan Clubu Sefardiego, miłośnik jego twórczości, niejaki Asturias. Zachęcał Sefardiego do odwiedzenia swojego zakładu w dowolnym czasie obiecując niespodziankę. – Będzie dla mnie zaszczytem osobiście oprowadzić Pana po zakładzie i pokazać nasze osiągnięcia. Jestem pewien, że będzie Pan zadowolony – wykaligrafował odręcznie kończąc wyraźnym podpisem. Zaproszenie miało kształt i wygląd maski ludzkiej twarzy.

*****

Zakład mieścił się w budynkach dawnej manufaktury dywanów. Zaraz za bramą wjazdową, na której figurował wielki napis „Bania Spółka Rodzinna”, z niskiego fundamentu po lewej stronie drogi wewnętrznej wyrastał wielki komin; wyglądał, jakby zaraz miał zacząć dymić. Za nim rozciągał się długi budynek z przybrudzonej czerwonej cegły z frontową ścianą wypełnioną drobnymi oknami. Była to hala produkcyjna. Wewnątrz siedzieli w długim rzędzie pracownicy ubrani w białe fartuchy i sprawdzali gumowe maski przesuwające się przed nimi na taśmie. Dalsze pomieszczenie służyło za suszarnię. Rozwieszone na dolnym fragmencie ściany maski imitowały twarz Barrasa. Był to ten sam wizerunek, ale w wersjach demonstrujących różne uczucia: gniewu, zdziwienia, strachu, smutku i radości. Sefardi nie krył zaskoczenia.

Właściciel zakładu wyjaśnił, że maski cieszą się szczególną popularnością wśród młodzieży, ale nie tylko. Męski i żeński wizerunek twarzy gubernatora sprzedawał się równie dobrze. Ludzie używali masek na publicznych demonstracjach i wiecach, spotkaniach prywatnych, albo dla zabawy, albo dla demonstracji swych uczuć wobec gubernatora. Co dziwne – wyjaśnił Asturias – nabywały je dwie różne grupy obywateli: zwolennicy szefa rządu w celu okazania mu poparcia, przeciwnicy – w celu ośmieszania go. – Nie sposób to zrozumieć, ale tak jest. Sprawdziliśmy. Ta sama maska może być oceniana w różny sposób. Przez moment Sefardiemu wydawało się, że jego nazwisko brzmi Onegiras. Zwodniczość masek udzieliła się na moment jego własnej pamięci.

– Czy produkuje pan może podobizny głów zwierząt przypominające głowę człowieka? – Pytanie Sefardiego podobało się Asturiasowi. Zbliżała się pora obiadowa i właściciel firmy zaprosił gościa do pobliskiej restauracji dla przedyskutowania pomysłu.

Kilka dni później na ulicach pojawiły się „zwierzęce twarze gubernatora”. Były to egzemplarze próbne: dwa zwierzątka, żaba i lis, które po nadmuchaniu powiększały się do rozmiarów ludzkiej głowy. Doskonale przypominały twarz gubernatora w obszarze oczu, nosa i ust.

Zabawa z gumowymi zwierzątkami szalenie się podobała. Po kilku dniach we wszystkich zakątkach stolicy setki dzieci dmuchały ustnie, pompkami rowerowymi lub elektrycznymi, nowe, wciąż ulepszane wersje zwierząt z podobizną gubernatora, do której dodano wizerunki czołowych postaci jego gabinetu. Zwierzątka były poruszane małym urządzeniem na bateryjkę, skakały do przodu, niektóre wydawały ostre piski, rechot lub naśladowały śmiech Barrasa. Asturias wprowadził wkrótce innowacje; niektóre zwierzątka po zderzeniu ze ścianą przyklejały się do niej, inne wybuchały jak przekłute balony, jeszcze inne rozpadały się w powietrzu zostawiając niemiły zapach.

Produkty zostały zakwestionowane jako obrażające godność osobistą gubernatora. Rząd nie czekając na wyrok sądu uznał zabawki za pozbawione gustu, obrażające uczucia publiczne, a zabawę nimi za perwersyjną rozrywkę propagandową inspirowaną przez opozycję i wydał zakaz ich produkcji. Wkrótce produkcję i publiczne demonstrowanie także masek z podobizna gubernatora uznano za działalność antypaństwową.

Zakaz i nałożone kary wywołały sabotaż. Nieznani sprawcy wypuszczali w miejscach publicznych nowe, udoskonalone zwierzaki i eksplodowali je na odległość, kiedy zbliżał się policjant, strażnik miejski lub inny przedstawiciel władzy. Śledztwo okazało się trudne. Policji nie udało się udowodnić, kto zlecał, sponsorował lub opłacał produkcję lub dystrybucję. Wszyscy oskarżeni tłumaczyli się, że kupowali zabawki na bazarze, rynku lub lokalnym targu. Sprzedający natychmiast znikali ze sceny lub wymieniali się niepostrzeżenie po sprzedaży małej ilości egzemplarzy. 

Napięcie między Gubernatorem a Mistrzem stało się sprawą publiczną, kłopotliwą dla obydwu. Pojawili się mediatorzy, usiłujący załagodzić spór i zaproponowali, aby zainteresowani spotkali się i spróbowali dość do porozumienia. Nie była to inicjatywa ani Gubernatora, ani Mistrza, ale anonimowej wysokiej osobistości Kościoła Hierarchicznego, niemogącej pogodzić się z tym, że dwaj znani obywatele walczą ze sobą.

Wedle informacji prasowych, Mistrz oskarżał Barrasa o niszczenie sztuki i tradycji zegarmistrzostwa, zegara tradycyjnego oraz o wyrażanie krytycznych opinii o branży i o nim samym. Nie był to pogląd kompletny, gdyż spór był znacznie głębszy. Rzecznik rządu twierdził, że oskarżenia Sefardiego są całkowicie niesłuszne, ponieważ gubernator Barras nie jest przeciwnikiem sztuki zegarmistrzowskiej, rozumie i docenia osiągnięcia Mistrza Baroki, tylko inaczej widzi przyszłość zegarmistrzostwa w Nomadii; nie jako supernowoczesną technologię, lecz jako specjalizację zawodową opartą na tradycji. – Nasza tradycja zegarmistrzowska ma i będzie miała wielkie znaczenie także w przyszłości, ponieważ jest fundamentem tożsamości narodowej – kilkakrotnie powtarzał rzecznik gubernatora.

Do spotkania długi czas nie dochodziło, ponieważ gubernator był niezwykle zajęty. W odpowiedzi na nieustępliwość Barrasa, Sefardi skonstruował zegarek prześmiewczy. Na jednej połowie cyferblatu pokazywał on czas uniwersalny, a na drugiej czas Barrasa. Przesunięcie daty o jeden dzień do przodu na skali zegarka uniwersalnego, powodowało cofnięcie daty o jeden dzień na drugiej skali. Jedna część cyferblatu wskazywała czas posuwający się do przodu, druga cofający się.

Spotkanie nie doprowadziło do porozumienia, ani nawet zbliżenia stanowisk. Mężczyźni rozstali się chłodno.

– Mamy dwa różne charaktery. – Wyjaśniał Sefardi w gronie przyjaciół. – Jego zegarek wskazuje przeszłość, mój teraźniejszość. Ja patrzę w przód, on ogląda się za siebie, do tyłu. Ja chciałbym, aby społeczeństwo było nowoczesne i postępowe, on, aby trwało w historii i tradycji. Nic na to nie poradzimy, mamy oczy z przeciwnej strony głowy i w związku z tym zupełnie inne wizje świata. Rzecznik rządu, do którego dotarła ta informacja, odpowiedział, że sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 46: Sefardi Baroka kontra Barras Blawatsky

Sefardi podjął decyzję nieprzerwanego śledzenia Barrasa; był to jedyny sposób ujawnienia tajemnicy rosnących wydatków budżetowych. Zachęciły go do tego doświadczenia pracy nad zegarkiem z wodotryskiem, oparte na naukowej i rzemieślniczej precyzji oraz wytrwałości. Im dokładniej śledził polityka, czytał i rozmawiał o nim z ludźmi, czasem nawet we śnie, tym bardziej go nienawidził. Miał uczucie, że w tym człowieku było coś nieuchwytnie występnego.

Potwierdziła to pracowniczka uniwersytetu, do której Sefardi dotarł w poszukiwaniu informacji o studiach Barrasa. Była koleżanką Barrasa z czasów uniwersyteckich; Barras chodził z nią przez dwa lata, po czym ją porzucił z nieznanej przyczyny. Nikt nie mógł znać go lepiej. W jej opinii Barras był niezwykle utalentowanym i bezwzględnym manipulatorem, zdolnym wyprowadzić w pole samego Ulissesa. Uzbrojony w tę wiedzę, Sefardi poczuł się jak myśliwy polujący na przebiegłe i niebezpieczne zwierzę, zdolne do zadawania śmiertelnych ciosów. Stał się obsesjonatem, śledzącym dzień i noc najdrobniejsze kroki swojej ofiary. Stawką była tajemnica powiązań Barrasa z wielkim biznesem.

*****

Zamiast przeglądu ważnych wydarzeń wieczorny dziennik telewizyjny przedstawił kronikę wypadków, pożary, rozbite samochody, ludzi pogryzionych przez psy, zwęglone ciała, dom zgnieciony przez drzewo, jelenia padłego tuż przy jezdni, któremu weterynarz przez trzy dni nie udzielał pomocy, ponieważ wyczerpał mu się akumulator w samochodzie. Po wiadomościach transmitowano wywiad z Barrasem, wspominając, że w przeszłości był prezesem Abenaki Chemicals, międzynarodowego koncernu chemicznego, o którym mówiono, że jest w stanie zaspokoić potrzeby połowy świata na chemiczne środki dla rolnictwa. Koncern od lat prowadził działalność w Nomadii budząc coraz większe kontrowersje. Zarzucano mu nielegalne niszczenie konkurencji, praktyki monopolistyczne, przede wszystkim zaś produkcję środków chemicznych szkodliwych dla środowiska naturalnego. Firma zdecydowanie odrzucała takie poglądy i w odpowiedzi przedstawiała informacje o szybko rosnących inwestycjach, wzroście zatrudnienia, nakładach na badania naukowe i podatkach płaconych do skarbu państwa.

– Mówicie, jakby Abenaki robiła łaskę płacąc podatki – komentowali przeciwnicy firmy. Przytaczali wskaźniki opodatkowania, ale nikt ich nie rozumiał. 

*****

Niechęć Mistrza do Barrasa pogłębiała się, stawała się obsesją. Na zebraniach przy krawężniku coraz częściej oskarżał gubernatora i rząd o łajdackie praktyki, nie zrażając się krytyką swojego postępowania. Zarzucano mu, że udaje bojownika o uczciwość władzy, kiedy w istocie chodzi o względy osobiste, zawiść i podobne motywy. Pojawiły się plotki, że Sefardi i Barras rywalizowali kiedyś o tę samą kobietę, która ostatecznie wybrała Barrasa.

Jeśli coś powściągało Sefardiego w ostrzejszych oskarżeniach gubernatora, to tylko polityczna poprawność zakazująca publicznego używania epitetów i obelg oraz obawa o wytoczenie mu sprawy za naruszenie godności gubernatora i członków jego rządu. W swej gorliwości naprawy kraju, nie zdając sobie w pełni sprawy, Sefardi przypisywał adwersarzowi cechy demoniczne, wyolbrzymiał jego zdolność czynienia zła, deformacji umysłów i charakterów, zaniedbywanie interesu społecznego i środowiska naturalnego.

Od pewnego czasu Sefardi poddawał Barrasa analizie psychospołecznej. Nie osiągnął większych sukcesów, stopniowo gromadził jednak coraz większą ilość informacji poprawiających jakość analiz. Z uwagą obserwował dyskusje naukowców analizujących zachowania społeczeństwa, jego wynaturzenia i zboczenia, oraz zachowania przedstawicieli władzy doznających paralitycznych drgawek, kiedy ktoś kwestionował uczciwość ich postępowania.

– Przyparty do muru polityk zachowuje się jak katorżnik, któremu los oswobodził nogi z łańcuchów, dał nóż do ręki i otworzył dziurę w burcie galery z widokiem na zielony skrawek lądu – była to jedna z ulubionych obserwacji Sefardiego. Generalnie, potwierdzały one fakt, że kłamstwo, zwłaszcza u polityka publicznie demonstrującego swoją pobożność, jest silniejsze niż najgorętsza wiara w Boga. Barras Blawatsky znany był z wysiadywania w ławach kościelnych i modlenia się, także udziału w uroczystościach religijnych. Pytany przez dziennikarzy, nie komentował tej części swojego życia.

*****

W momentach najgłębszego zwątpienia w człowieczeństwo władzy, Sefardi ratował się przed depresją wiarą w zasadność Inkwizycji, odrzucając jednak jej metody łamania kołem i stosowania innych tortur, gdyż kłamstwo uznawał za niezniszczalne. 

– Pełną gwarancję daje jedynie palenie na stosie. Jest to kara najbardziej skuteczna, ponieważ wraz z kłamcą znikają także kłamliwe usta. Niestety, nie jest to możliwe obecnie z uwagi na przepisy o ochronie środowiska – Sefardi wygłosił ten pogląd w obecności Isabeli, po czym odniósł go do partii rządzącej: „Kłamstwo jest wieczne i niezniszczalne. Partia Barrasa opiera się na kłamstwie, ergo, jest niezniszczalna”.

Isabela nie zgodziła się z nim. Kiedy upierał się przy swoim, oświadczyła zdecydowanie, że jest dobrą chrześcijanką i nie znosi obłudy. Oboje byli pewni, że wypowiedź o obłudzie odnosi się do drugiej osoby, nigdy do siebie samego. Wtedy kobieta wyraziła przypuszczenie, że Sefardi jest chyba pijany i nie wypada jej zrobić nic innego jak przynieść mu pigułkę na kaca.

Mimo pesymistycznego poglądu na możliwość eksterminacji kłamstwa w polityce, Sefardi nie ustawał w pogrążaniu Blawatsky’ego na wszelkie możliwe sposoby. Był przekonany, że gubernator jest złoczyńcą, ale nie był w stanie tego udowodnić czarne na białym. Męczył go też rosnący w siłę partyjny i bezpartyjny ciemnogród wspierający gubernatora i jego rząd.

Aby rozładować negatywne emocje Mistrz kupił sobie obraz z wizerunkiem gubernatora, podkleił go od spodu grubą warstwą tektury i zawiesił na ścianie swego gabinetu. Używał go jako tarczę, do której rzucał ostrymi strzałkami. Kiedy okazały się za lekkie i rzucanie nimi nie sprawiało mu dostatecznej przyjemności, zaczął używać noża. Rezultaty gry uległy znacznej poprawie. Isabela nie wypowiadała się na ten temat, powstrzymując się – co było dla niej raczej nietypowe – od wyrażania aprobaty lub dezaprobaty. Skarżyć się i krytykować zaczęła dopiero wtedy, kiedy na podłodze znajdowała coraz więcej pociętych kawałków kartonu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Szalejący nepotyzm.

Wobec inwazji Konserwy na stanowiska państwowe, opozycja nie zasypiała gruszek w popiele. Powołała tajną grupę roboczą; pracując intensywnie w krótkim czasie sporządziła listę mianowań Konserwy na najwyższe stanowiska. Przy każdym nazwisku określono kwotę uposażenia miesięcznego, śledzono też jego wzrost. Okazał się on fenomenalny. Opozycja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiono kompletną listę nepotów, często osób bez kwalifikacji. Niektóre awanse były wręcz obraźliwe dla obywateli. Hodowca drobiu, półanalfabeta, reklamujący się w prasie pod hasłem „chodowla kór”, otrzymał stanowisko szefa państwowej straży pożarnej, odpowiedzialnej za gaszenie miliona pożarów rocznie.

– To wyraz najbardziej potwornego nepotyzmu, zjadającego nasz kraj – krzyczał w parlamencie przedstawiciel Libery.

Okazało się, że hodowca drobiu otrzymał uposażenie roczne stanowiące równowartość czterech samochodów straży pożarnej, których deficyt od lat nękał tę służbę. Stanowisko otrzymał za zasługi dla partii, konkretnie za bezpłatne dostawy kurczaków na konferencje i festyny partyjne. W odpowiedzi na krytykę rzecznik rządu stwierdził, że członek opozycji przedstawiający informację nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ponieważ sam jest prostym rolnikiem, w dodatku nie jest bez skazy, gdyż sąsiedzi oskarżali go o znęcanie się nad zwierzętami a nawet o zoofilię.

Ogłoszona publicznie lista uposażeń i wypowiedzi stron rozpętały burzę, porównywaną przez dziennikarzy do tornada wyrywającego z korzeniami drzewa, zmiatającego mosty i przenoszącego budynki na odległość kilkudziesięciu metrów. Była to walka na argumenty i kontrargumenty, twierdzenia i zaprzeczenia, prawdę i kłamstwo. Rząd natychmiast wszczął śledztwo i skierował sprawę do prokuratury oskarżając przywódców opozycji o ujawnienie tajemnicy państwowej oraz naruszenie godności członków partii konserwatywnej. Po uzyskaniu opinii prawników zmienił kwalifikację czynu na „ujawnianie wrażliwych danych państwowych”. Prorządowa prasa i telewizja rozpoczęły nagonkę na przywódców opozycji. Wkrótce otrzymali oni wezwania do prokuratury w celu składania zeznań. Złożenie jednego zeznania nie kończyło sprawy; za pierwszym poszły następne uzasadniane potrzebą uzupełnień i dodatkowych wyjaśnień. Pojawiły się też zakamuflowane groźby więzienia.

Reakcja rządu zaniepokoiła nie na żarty obywateli porażonych skalą nepotyzmu rujnującego skarb państwa. Organizowali się oni w grupy i utajniali swoją działalność, aby móc bezpiecznie śledzić kariery „ludzi z listy”. Stworzono system monitorowania nominacji i awansów. Informacje o uposażeniach były coraz trudniejsze do zdobycia, ponieważ władze mnożyły bariery dostępu do nich uzasadniając je potrzebą ochrony tajemnicy państwowej. W ministerstwach stworzono specjalne komórki do zwalczania wycieków informacji; ich klasyfikacja została rozbudowana do ośmiu poziomów: oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych, poufnych i bardzo poufnych, półtajnych, tajnych i supertajnych. Mimo utrudnień, bazy danych o ludziach z „Listy nepotów” powiększały się. Opozycjoniści posuwali się nawet do przekupstwa, aby zapewnić sobie dopływ informacji. Przy przekazie i odbiorze pieniędzy zachowywano najwyższą ostrożność. Zapłaty dokonywano przeważnie nocą w odosobnionych miejscach po upewnieniu się, że jest to bezpieczne.

Kolejna analiza dała ciekawe wyniki. W ciągu trzech miesięcy uposażenia ludzi z listy wzrosły prawie dwukrotnie. Zwiększyła się też ilość stanowisk. Duże firmy dzielono na mniejsze, tworząc w ten sposób nowe stanowiska dyrektorów rad nadzorczych i prezesów spółek oraz zwiększając liczbę ich zastępców. Okazało się, że prezesi urzędów i przedsiębiorstw państwowych mieli nawet po pięciu zastępców.

– To nie są już nawet oskarżenia, to kalumnie! – Krzyczeli posłowie Partii Konserwatywnej. – Zapłacicie nam za to!

*****

Sefardi był coraz bardziej zbulwersowany zmianami zachodzącymi w aparacie państwowym oraz drastycznie pogarszającym się stanem budżetu. Zagłębiał się w fotel i rozmyślał, dokąd zmierzają zmiany. Biurokraci rośli w siłę i zamożność, stając się klasą uprzywilejowaną. Należały do niej wyłącznie osoby typowane przez gubernatora, działacze Konserwy, członkowie ich rodzin i jego wierni przyjaciele. W swoim gronie nazywali siebie otwarcie nepotami, publicznie byli bardziej wstrzemięźliwi.

Wybrańcy gubernatora otrzymywali luksusowe, doskonale wyposażone, słoneczne gabinety z widokami na zieleń, stawy, jeziora lub rzeki. Budynki odnawiano i modernizowano układając na ścianach marmury sprowadzane z zagranicy, stanowiące same w sobie dzieła sztuki, oraz instalując posadzki zdobne w tak fantazyjne wzory, że wizytującym osobom dech w piersiach zapierało. Między piętrami budynków krążyły wielkie cichobieżne windy ze skórzanymi kanapami do relaksu. Kiedy parking okazywał się za mały, wykupowano sąsiednią posesję razem z budynkami i wyburzano je, aby zrobić miejsce na wielopiętrowy parking podziemny, gdzie samochody rozwoziła zautomatyzowana winda.

Po wprowadzeniu nowych, eleganckich uniformów nepoci chodzili po korytarzach jeszcze bardziej wyprostowani, z wysoko podniesionymi głowami, upierścienionymi palcami, niekiedy nawet ze złotymi łańcuchami na szyi. Najwyżsi urzędnicy nosili garnitury z lejącej się, jedwabistej wełny, latem cienkiej i przewiewnej, zimą ciepłej a mimo to lekkiej. Uniformy szyto na miarę, aby posiadacze prezentowali się w nich dystyngowanie. Opozycja złośliwie twierdziła, że niektórym nepotom z butów wystaje słoma; zaprzeczały temu zatrudnione przez rząd sprzątaczki, twierdząc, że na podłodze znajdowały tylko źdźbła siana, ale nigdy słomy.

W czasie przerw na posiłki nepoci zjeżdżali przeszklonymi windami prosto do restauracji zwanej Cafeteria Classica, gdzie o każdej porze dnia można było znaleźć w menu kawior, bakłażany, ser gorgonzola, świeżą rzodkiewkę normandzką i inne frykasy, łącznie z szerokim wyborem win i szampanów. Sprzedaż wódki ograniczono z uwagi na prostacki charakter i smak tego trunku. Posiłki, choć luksusowe, nie były kosztowne, subwencjonowało je państwo.

W ministerstwach i urzędach państwowych przeprowadzono reformę: kierownicy zostali awansowani na dyrektorów, dyrektorzy na dyrektorów generalnych. Wraz z usprawnieniami i poprawą warunków pracy wzrosło poczucie znaczenia pracy na państwowym stanowisku. Sumienia urzędników wydelikatniały jak puch gęsi, oni sami stali się niezwykle wrażliwi na punkcie swojego statusu i godności. Niektórzy zhardzieli i stali się aroganccy do tego stopnia, że zwierzchnicy a czasem nawet sam gubernator musieli im przypominać zasady savoir vivre urzędnika państwowego.

Wprowadzono również zmiany w obsłudze obywateli. Najpierw zmieniono ich nazwę z klientów na petentów, uznając tę drugą za bardziej stosowną i znaczącą. Na nowo określono prawa, obowiązki i odpowiedzialność petentów. Wkrótce musieli oni załatwiać sprawy urzędowe w białych rękawiczkach, aby nie wywoływać alergii urzędników widokiem zaniedbanych, zniszczonych lub niezbyt wypielęgnowanych dłoni. Zmieniono także procedury, usprawniając proces skarg i zażaleń. Wprowadzono nowe formularze, bardziej dokładne, aby skargi mogły być rozpatrzone z należną im uwagą i szczegółowością. Dyrektorzy urzędów i ich zastępcy zostali zobligowani regulaminami wewnętrznymi do osobistego rozpatrywania skarg nie rzadziej niż raz w miesiącu, co najmniej przez dwie godziny. Uznano to za niezwykłą szczodrość wobec petentów, zważywszy na ilość i złożoność obowiązków wysokich funkcjonariuszy administracji.

Dyskusję na temat pozycji i zachowań urzędników zakłóciła na krótko wiadomość o tajemniczej śmierci ministra finansów, znanego ze szczególnej ekstrawagancji i zamiłowania do ekskluzywnej kuchni. Policja ujawniła, że zginął on w wypadku drogowym. Kiedy rodzina i przyjaciele twierdzili, że było to zabójstwo, rzecznik policji oświadczył, że zbadają także ten motyw zgonu. Następnego dnia rzecznik nie zjawił się w pracy; jego następca podał do wiadomości, że odszedł on z pracy na własną prośbę. Indagowany przez dziennikarzy wyjaśnił tylko, że poprzednik przeszedł operację szczęki i bardzo trudno jest mu mówić.

Mimo, że sytuacja finansowa pogorszyła się wskutek ograniczeń wydatków, rząd uchwalił „Kartę funkcjonariusza państwowego” przyznając klasie urzędniczej nowe przywileje. Za funkcjonariusza uznawano „każdą osobę mianowaną na dowolne stanowisko przez gubernatora, wicegubernatora, ministra, dyrektora departamentu lub jego zastępcę”. Socjologowie określili sytuację mianem rozmytej rzeczywistości. Dokładnie nie było jednak wiadomo, co to znaczy.

Sefardi obudził się, kiedy już ciemniało za oknem. Przypomniał sobie wszystkie obrazy, jakie przewinęły mu się przed oczami. Nie uznał ich za sen, tylko za wizję, projekcję tego, co działo się w kraju. Natychmiast zadzwonił do Iwana Iwanowicza, aby podzielić się niezwykłym przeżyciem. Po wymianie zdań mężczyźni zgodzili się, że jest to jak najbardziej możliwe. Sefardi poczuł dreszcze. Powziął postanowienie, że będzie walczyć z rządem, w szczególności z gubernatorem-premierem Barrasem Blawatsky’m, na miarę wszystkich swoich sił i możliwości, aby nie dopuścić do nieszczęścia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 40: Podejrzenia o rabunek

Opozycja od dawna podejrzewała masowe rozkradanie środków publicznych. Pierwsze informacje o tym, że rząd okrada państwo, wywołały oburzenie, uznano je za podłe oszczerstwo. Kiedy pojawiły się dane liczbowe, ilustrujące jak szybko rosną wydatki i pokazano jakie luki są w statystyce, że dane pojawiają się z opóźnieniem i są niekompletne, a dziennikarzom utrudnia się dostęp do informacji publicznych, obywatele zaczęli wierzyć, że rząd ukrywa prawdę. Podejrzewano nadużycia na wielką skalę.

Rzecznik rządu zaprzeczał, gubernator również. Wychodził w obstawie tylnymi drzwiami z parlamentu. Pytany unikał odpowiedzi lub odpowiadał zdawkowo: – Bzdura. Nie wie pani, co pani mówi! Wkrótce ukazała się ustawa grożąca więzieniem za głoszenie poglądów antypaństwowych, a nawet za zadawanie pytań określanych jako oszczercze wobec państwa. Dziennikarze rezygnowali z pytań ze strachu przed więzieniem, napadem lub inną formą agresji. Zdarzyło się kilka pobić, policja nie była w stanie ustalić świadków ani znaleźć sprawców.

Sprawy nie stały jednak w miejscu. Najpierw pojawiły się informacje na portalu społecznościowym „Naga prawda”, o tym, ile zarabiają wysocy funkcjonariusze państwowi, po czym nastąpiły ataki na rząd w innych miejscach w sieci. Rząd uznał oskarżenia za bezzasadne, nazywając je jawnym absurdem i totalną głupotą. Opozycja żądała zwołania specjalnej komisji do zbadania sprawy, na co gubernator od razu się zgodził, zaskakując oponentów. Rozgorzała dyskusja na temat składu komisji. Mniejsze partie opozycyjne czuły się pokrzywdzone proponowaną liczbą swoich przedstawicieli w komisji. Najwięcej sprzeciwu wywołała kandydatura przewodniczącego komisji. Opozycja nie godziła się na przewodniczącego z partii rządzącej, ponieważ to partia rządząca była oskarżona o manipulacje przy budżecie. Gubernator wyjaśnił, że tematem pracy komisji nie będzie budżet, tylko bezpodstawne oskarżenia opozycji szkalujące państwo, a pośrednio wszystkich obywateli.

*****

Barras obudził się przed świtem. Nie śpieszył się, nie miał żadnych obowiązków. Była niedziela z dobrą prognozą pogody. Wyszedł na taras, z którego rozpościerał się widok na rzekę. Było to jego ulubione miejsce, teren należał do jego rodziny. Był przewidujący, wolał nie być właścicielem wszystkiego, co nabył. Nie gromadził majątku pod własnym nazwiskiem. To była jego zasada.

Kiedy wzeszło słońce, promienie zabarwiły ścianę domu tak intensywną czerwienią, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi. Mężczyzna poczuł dreszcz. Następnego dnia, w miejscu naznaczonym czerwonymi promieniami, pojawił się napis „Okradacie państwo”. Wykonany byle jak, w pośpiechu, czarnym sprayem, był bardzo wyraźny. Podobne napisy pojawiły się na domach innych członków kierownictwa Partii Konserwatywnej. Nie mieli pojęcia, jak to się stało. Kamery pokazywały tylko niewyraźny cień przypominający ludzką sylwetkę zbliżającą się do ściany. Nie było widać żadnych szczegółów.

– To fachowa robota. Sprawca musiał mieć na sobie rodzaj peleryny rozpraszającej obraz w kamerze. Takie rzeczy może mieć tylko wojsko. Nie wiem nawet, czy my to mamy. – Opinia nie podobała się gubernatorowi. Sprawa była poważniejsza niż sądził. Odbył naradę z doradcami, politycznym i od spraw wizerunku. Trzeba było coś wymyśleć.

Kolejne posiedzenie parlamentu przyniosło zmianę stanowiska rządu. Zamiast zaprzeczać faktom, gubernator uzasadniał, dlaczego osobom na najwyższych stanowiskach należy płacić wysokie uposażenia.

– Chodzi o talenty. Członkowie rad nadzorczych, prezesi i dyrektorzy, zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny obywatel, ponieważ kierowane przez nich jednostki przynoszą potężne zyski państwu. Odmówił wyjaśnień, ile dokładnie zarabiają i jakie są to zyski, zasłaniając się tajemnicą służbową. Opozycja stanęła w martwym punkcie. Pytania stawiane przez nich na sali obrad i dziennikarzy na korytarzach pozostawały bez odpowiedzi. Rządzący zasznurowali usta.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 38: Więź kościoła i państwa

Eminencja spotkał się ze współpracownikami. Miał wokół siebie tylko ludzi zaufanych, sam ich dobierał. Nosił się z pewnym zamysłem, pragnął podzielić się nim, potrzebował opinii. Chodziło o stosunki z państwem, o ich pogłębienie, nawiązanie cieplejszych kontaktów z rządem, zwłaszcza z gubernatorem. Idąc na spotkanie robił sobie podsumowanie. Gubernator Barras był osobą wierzącą, dobrej woli i co najważniejsze, był charyzmatycznym przywódcą. Arcybiskup był przekonany, że charyzma nie pochodzi znikąd, tylko od Boga. Od dawna z uznaniem obserwował postępowanie gubernatora. Był utalentowanym politykiem, miał osiągnięcia. Kiedyś trapiony wątpliwościami ontologicznymi, teraz dawał przykład głębokiej wiary. Regularnie uczęszczał na uroczystości kościelne, wyraźnie pragnął nadrobić zaległości.

– Moi drodzy! Co sądzicie o nim? – zadał pytanie po przedstawieniu sprawy. Starał się nadać swojemu głosowi ciepły ton. Eminencja był serdeczny szczególnie wobec młodych księży i kleryków. Dawał w ten sposób dobry przykład swoim potencjalnym następcom.

Zebrani życzliwie ocenili pomysł zwierzchnika.

– Tak, tak! Zgadzamy się z Eminencją w zupełności. Również popieramy – Padały głosy. Zgodność podwładnych ucieszyła Eminencję. Umocnił się w przekonaniu, że słusznie postępuje. Na przestrzeni lat rosło w nim przekonanie, że przyszłość kościoła jest związana z administracją państwa, z władzą. Pomyślał o udanych historycznych przypadkach kooperacji państwa i kościoła. 

Wieczorem, przed pójściem spać, Eminencję naszły myśli zalecające ostrożność. Nie wszyscy hierarchowie kościoła byli równie pozytywni jak on. Kościół miał swoją dynamikę. Przeważało jednak posłuszeństwo. Pomyślał jeszcze raz o Barrasie. Przypomniały mu się słowa kanonika Miguela, sekretarza osobistego.

– Eminencjo! Gubernator Blawatsky otoczył się ludźmi wierzącymi, jeden z nich jest podobno nawet mistykiem. Badam tę sprawę. Najważniejsze stanowiska w jego gabinecie zajmują ludzie wierzący i praktykujący. Są bardzo oddani gubernatorowi, podobnie jak panu Bogu. Razem przyjeżdżają na msze w niedzielę, przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zapytałem ich, zachowując należną sprawie delikatność, dlaczego nie częściej. Tłumaczyli, że muszą wyjeżdżać w teren, aby umacniać wpływy partii i zwalczać tych diabłów z Partii Liberalnej, choć może nie wszyscy oni są takimi diabłami, jak ich malują, jak to się popularnie mówi, bo wielu należy do naszego kościoła. Co do ludzi gubernatora, to uważają, że jest on naznaczony przez Boga do poprowadzenia kraju ku wielkości. Aha! Coś sobie przypomniałem. To bardzo ważne. W doborze kadr gubernator kieruje się – oprócz religijności – także wysokimi walorami osobistymi: zdyscyplinowaniem, wiernością partii i lojalnością wobec gubernatora. Osobiście też uważam, że głównym źródłem jego natchnienia jest Stwórca.

– Głównym? Czy to znaczy, że są także inne źródła?

– Gubernator rozczytuje się w literaturze klasycznej poświęconej władzy i rządzeniu. Zrobiłem rozeznanie. Jego pomoc domowa spowiada się regularnie w naszym kościele parafialnym u jednego z wikariuszy. Sprawdziłem, kiedy przychodzi ona do spowiedzi i tak zorganizowałem obowiązki księdza, abym to ja był w konfesjonale, kiedy przyjdzie. Wasza Eminencja dobrze wie, że nigdy nie zdradziłbym tajemnicy spowiedzi, ale tutaj chodzi o sprawy wyższe. Nie jest zresztą grzechem ujawnić, co czyta gubernator, bo tajemnica nie dotyczy osoby spowiadającej się, tylko osoby trzeciej.

Eminencja był zachwycony dyplomatyczną rozwagą i zręcznością sekretarza. O dawna darzył go ciepłym uczuciem. Czasem miał wrażenie, że to bardzo ojcowskie uczucie. Pamiętał swego ojca i jego serdeczność, zwłaszcza, kiedy został księdzem. Rozmarzył się. Widział Miguela jako swojego następcę. Postanowił zastanowić się głębiej nad przyszłością sekretarza, kiedy już dojdzie do porozumienia z gubernatorem. 

– Razem przywrócimy wielkość ojczyźnie. – Myśl tę powtórzył z zadowoleniem kilka razy w ciszy sypialni, umacniając się w przekonaniu, że idą lepsze czasy.

PS. Produkuję się także (głównie aforyzmy) na www.twitter.com (wpisz w pasku wyszukiwarki na stronie: Michael Tequila)  

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.