Ostatni dzień

W ostatnim dniu przygotowań do Turnieju o Złoty Puchar, sceneria i zdarzenia nabrały teatralnych wymiarów. Pojawiły się nowe symptomy i symbole. Wszystko tego dnia było nadzwyczajne: postacie, słowa, emocje, tłumy, rzeczywistość. Nawet małe dzieci były większe i bardziej kolorowe. Co miało nastąpić, nikt jednak nie wiedział, bo od pewnego czasu pańska łaska na pstrym koniu jeździła. Dlatego też modlono się usilnie ze wszystkich stron o błogosławieństwo, życząc sobie zwycięstwa i ciężkiego niedowładu nóg przeciwnikom.

Obóz, gdzie Dobro i Zło odmieniano przez przypadki, wymodlił zmienną pogodę, ulewy słońca i ciche burze, aby dodać kolorytu ostatnim wystąpieniom turniejowym swego zawodnika. Na ten dzień przybrał on nowe, odświętne imiona: Adadu, Colombini i Chuchu,  wyrażającymi bogactwo jego myśli i uczuć, rozciągających się od miłości, poprzez pogardę do nienawiści.

Dzielny Adadu był pewien zwycięstwa. Pokazywały to słupki, przekazywane sobie z rąk do rąk, z oczu do oczu, z ust do ust. Dla pewności, spotkał się w ostatniej chwili ze swym protektorem, Potężnym Szamanem zza Wielkiej Wody, i poprosił go o błogosławieństwo. Starzec, broń Boże jeszcze nie zgrzybiały, jak twierdzili o nim jego przeciwnicy (Kto ich nie ma?), położył swe cudotwórcze ręce na głowę Dzielnego Adadu, aby odczynić zło i wymodlić błogosławieństwa. Po zakończonej ceremonii nazwał Adadu przyjacielem i wiernym giermkiem, po czym pożegnał go serdecznymi słowami God bless you, I love you, see you later. Oczy Adadu zalśniły  łzami, że to właśnie z nim w tak trudnym czasie powszechnej zarazy spotkał się Potężny Szaman. Wzruszony wyszeptał: God bless you, too, Potężny Szamanie! Obyśmy zdrowi byli w czasach zarazy i dzikich oszołomów!

Po powrocie z podróży, odświeżony błogosławieństwami Adadu przemianował się na Chuchu i natychmiast uruchomił Szczwanego Lisa, który drogą magii i przemyślnych ekranów umiał odczyniać rzeczywistość: pomniejszać przeciwników, wykoślawiać ich postacie i wypowiedzi, wkładać im w usta bezeceństwa i robaczywe przekleństwa.

Tego dnia Chuchu wygłosił niezliczoną ilość przemówień. Był w wielu miejscach na raz, dwoił się i troił, natężał głos, w końcu krzyczał, tyle miał w sobie pary i miłości. Nieprzerwanie głosił zwycięstwo dobra nad złem, zwłaszcza nad podłym Kardamonem, powszechny dobrobyt, kieszenie tak wypełnione pieniędzmi, że urywały się pod ciężarem, zamożność w domach i zagrodach, wyższą mleczność bydła rogatego i przebogate zbiory kukurydzy. Wierni giermkowie otaczali go obracając się twarzami w kierunku tłumów, uzbrojeni w jastrzębie oczy oraz broń krótką, aby móc odeprzeć niespodziewany atak. Ukryci w tłumie krzykacze, po każdej wypowiedzi Chuchu, sławiącego własne czyny, rozgrzewali tłumy entuzjastycznymi krzykami: Chuchu twoim zbawicielem! Popieraj go, jeśli nie chcesz piekła! Tylko Chuchu ochroni twe dzieci przed złem, a starców przed nędzą!

Wieczorem wszyscy, jak świat długi i szeroki, zasznurowali usta. Zapadła niewiarygodna cisza, pełna oczekiwania i sposobienia się do nadzwyczajności. Modlono się i czekano. Nawet najodważniejszym zwolennikom Chuchu zimne ciarki pełzały po plecach, co będzie dalej.

0Shares

Polowanie. Opowiadanie kryminalne.

Zima zaczęła się znacznie wcześniej, prawie w połowie jesieni i była znacznie dłuższa niż kiedykolwiek, mroczna i mroźna. Temperatura utrzymywała się poniżej wieloletnich notowań. Światło słoneczne prawie znikło, ludzie wyjeżdżali do pracy w ciemnościach i tak samo wracali. Niektórzy nie mogąc poradzić z okropnym zimnem i ciemnością upijali się, brali leki, myśleli nawet o samobójstwie.

– Takiej zimy to nawet najstarsze wieloryby nie pamiętają. – Sven Larsen lubił takie powiedzenia. Był to jego sposób żartowania. Wyglądał zresztą na człowieka, który nie umie inaczej żartować: mocnej budowy, nieśpieszny w ruchach, długie włosy opadające na ramiona, gęsta, zmierzwiona broda, wąsy i nieco ociężałe spojrzenie.

Mimo tego, że dobrze radził sobie zimą, tym razem nie powiodło mu się, został sam w domu, bez rodziny. Arne, wyjeżdżając z dziećmi do swojej matki powiedziała mu na odchodnym:

– Jesteś nie do zniesienia. Wkrótce zamęczyłbyś nas, najpierw mnie, potem dzieci. Musisz się leczyć. Ja nie mogę żyć w takich warunkach.

Długa i ostra zima wyjątkowo źle wpływała na wszystkich. Ludzie ratowali się jak mogli. W domu, po powrocie z pracy oraz w czasie weekendu, Arne postępowała podobnie jak inne kobiety, podejmowała środki zaradcze. Tłumaczyła mężowi:

– Jest tak ciemno, że wyć się chce, mimo, że mieszkamy w Norwegii od zawsze i powinniśmy być przyzwyczajeni. Dlatego ubieram się kolorowo, zasłaniam okna, zainstalowaliśmy przecież w tym celu specjalne zimowe zasłony, zapalam wszystkie światła, dodatkowo nawet świece dla poprawy nastroju. Kiedy tylko jest to możliwe staram się wychodzić na zewnątrz między jedenastą rano i drugą po południu, aby łyknąć trochę słońca. Korzystam także z solarium. A co ty?

Namawiała Svena:

– Idź chociaż do solarium, pamiętaj tylko, aby zachować ostrożność. Nie opalaj się intensywnie, przynajmniej na początku naświetlaj się jednorazowo nie dłużej niż cztery, pięć minut.

Prawie wszystko, co mówiła i robiła Arne, Sven nie odbierał tak, jak dawniej, kiedy jeszcze chodzili ze sobą i łatwo im było porozumieć się. W weekendy, zamiast siedzieć w domu razem z żoną i dwójką dzieci, które bardzo kochał, wychodził na dwór i przy świetle żarówki rąbał drewno, albo wyjeżdżał do domku nad fiordem, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ i tam spędzał czas, zajmując się Bóg wie jakimi sprawami.

Namówiony do skorzystania z solarium, wbrew ostrzeżeniom żony i zaleceniom pracowniczki zakładu, już pierwszego razu naświetlił się tak intensywnie, że doznał poważnego poparzenia skóry. To jeszcze bardziej zniechęciło go do żony. Uznał, że niepotrzebnie przekonywała go do solarium, skoro nie miał na to najmniejszej chęci.

Rozbieżne poglądy małżonków coraz częściej doprowadzały do sprzeczek; Sven uznawał je za normalne różnice zdań między mężem a żoną, ona zaś za nienormalne zachowanie z jego strony. Rozmawiała o tym z koleżankami, ich mężowie postępowali inaczej niż Sven.

– Sven, może jesteś chory? – pytała Arne. Te twoje ucieczki z domu na podwórko i do domku nad fiordem, wyglądają mi na depresję. Przebywasz w samotności, kryjesz się przed ludźmi.

Nie uważał tego za coś nienormalnego, nie miał też poczucia, że coś mu dolega.

– Daj spokój, nie jestem chory. Przeżywam zimą taką samą depresję jak każdy inny Norweg w moim wieku, jak większość ludzi w tym kraju.

Jedyne co praktykowali razem, co jeszcze udawało im się robić zgodnie, to wypaść od czasu do czasu na narty lub sanki razem z dziećmi i trochę się rozruszać. Było to możliwe jedynie w czasie weekendu, ponieważ Sven pracował. Był drwalem i wyjeżdżał do pracy tam, gdzie go wzywano. Najczęściej wracał do domu przed nocą.

Latem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sven stawał się tym samym pogodnym człowiekiem, jakim był od dziecka. Ale teraz była zima i to najgorsza ze wszystkich.

Od czasu wyjazdu Arne z dziećmi, Sven nie znosił obcokrajowców, przyjaciół żony. Uważał, że to oni namówili ją, aby wyjechała do matki. Tłumaczyła mu telefonicznie, że to nie tak, ale jej nie wierzył. Zanim jeszcze wyjechała, też za nimi nie przepadał. Nie podobali mu się; mogli być nawet sympatyczni, ale byli inni, szczególnie właśnie zimą. Uważał to za jakiś koszmar.

– Oni ciągle narzekają – mówił żonie. – Że stale pada śnieg, że szyby zamarzają, drogi są nieoczyszczone, że jest stromo i ślisko. To po co tutaj przyjeżdżali? Widzą tylko mróz, szarugę i gołoledź za oknem.

– Nie przesadzaj – odpowiadała Arne. – Nie ciągle narzekają, tylko od czasu do czasu, podobnie jak każdy z nas. To tacy sami ludzie.

Sven uważał przyjezdnych za mięczaków, nie wszystkich oczywiście. Sam potrafił zachować się inaczej. Kiedy był na wycieczce w Afryce, w Kenii, było bardzo gorąco, jakoś jednak poradził sobie z upałem i wściekłym słońcem. Nie narzekał. Nawet ten temat poróżnił go z żoną. Zapytała go:

– To po co wykupiłeś wycieczkę, całe dwa tygodnie pobytu, w najgorętszym okresie roku? Chciałeś mieć tanio, last minute, to miałeś tanio, ale było gorąco. A co do obcokrajowców, to trudno dziwić się Abarowi urodzonemu w Afryce, że od czasu do czasu narzeka, bo przecież zima u nas daje się we znaki nam samym, urodzonym i mieszkającym tu od pokoleń.

Abar był zaprzeczeniem Svena. Czarny, szczupły, nieprzerwanie wesoły, ożeniony z Norweżką, często bywał w ich domu, kiedy obchodzili urodziny lub organizowali jakieś spotkanie towarzyskie. Zajmował się ich dziećmi, był animatorem w domu kultury. Dobrze nauczył się języka, dzieci bardzo go lubiły, bo umiał znaleźć z nimi porozumienie, organizował spektakle, zabawy, naukę. Traktował swój zawód poważnie i Sven to doceniał. Starał się być obiektywny. Tym niemniej nie przepadał za Abarem, jakoś nie mógł przyzwyczaić się do jego koloru skóry, innego poczucia humoru i niezrozumiałej dzikości w jego oczach. Nie umiał tego określić. Przypomniał sobie swoją pierwszą dziewczynę, z którą chodził do szkoły. Było to jeszcze w Bergen. W ich klasie był chłopak z Afryki. Kiedy Sven wyraził swoją opinię na jego temat, zupełnie niewinną, sprzeciwiła się.

– Czego chcesz od niego? Chłopak jest zupełnie do rzeczy, wesoły, ma żywy temperament, żartuje. A to, że jest inny od nas, to co? Kiedy znalazłbyś się w Afryce, też mogliby wytykać ciebie palcami i nazywać białasem. U nich to my jesteśmy kolorowi, bo biały to też kolor.

Rozmowy o obcokrajowcach prowadziły najczęściej do nikąd, więc Sven starał się ich unikać. W końcu nawet uznał, że milczenie na ten temat jest poprawne polityczne.

– Skoro już przyjęliśmy uciekinierów z Afryki, to musimy ich przyzwoicie traktować. – Powtarzał sobie w duchu, aby nie dać się ponieść emocjom.

W okresie, kiedy Svenowi nie układało się najlepiej z Arne, kiedy go krytykowała za to, że wychodzi na dwór rąbać drzewo, zamiast zająć się dziećmi, zaczął jeździć do knajpy w sąsiednim miasteczku. Potem, kiedy żona już go opuściła, stało się to nawykiem, coraz częściej praktykowanym. Trzydzieści pięć kilometrów nie była to odległość, aby nie chciało mu się jechać.

Któregoś dnia spotkał tam dwóch mężczyzn, zaczęli rozmowę od niechcenia. Przedstawili się sobie i pośmiali, bo wszyscy mieli na imię Sven. Po raz drugi śmieli się serdecznie, kiedy nadali sobie pseudonimy, Sven Duży, Średni i Mały. On był Svenem Dużym, był ostatecznie drwalem i miał krzepę. Na początku spotykali się nieregularnie, od przypadku do przypadku, i tak zaczęła się jeśli nie przyjaźń, to przynajmniej kumplostwo. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Oprócz imion mieli podobne przemyślenia, chodziło o poglądy na imigrantów i obcokrajowców.

Sven Mały i Średni byli bardziej radykalni niż Sven Duży. Na początku nie za bardzo akceptował ich poglądy, bo były czasem nieprzyjemne. Potem jednak dostosował się. Pogodziła ich sprawa dwóch podpaleń. Szczegóły przedstawił przy piwie Mały Sven, wiedział o tych wydarzeniach wszystko.

– Kiedy policja prowadziła śledztwo, kto dokonał podpaleń, jeden z tych typków, nazwę go Czarnuchem, choć nie powinienem, oskarżył policjantów o brutalność i napastliwość w trakcie śledztwa. Zamknęli go na dwa dni, bo był pijany i stawiał się policjantowi, który z nim rozmawiał. Znam gliniarza. To najspokojniejszy facet na świecie. Jest silny tak jak ty i nie musi używać siły, radzi sobie bez tego. Sprawa trafiła do sądu. Ostatecznie wyszło na to, że Czarnuch przesadził ze swym oskarżeniem i policjant został uniewinniony, ale niesmak pozostał.

Kilka dni później Mały Sven wyznał, że żona go opuściła, dlatego przychodził do knajpy.

– Po prostu, wyjechała z tym Murzynem czy też Arabem, o którym wam opowiadałem. Nie był pewien, jakiego pochodzenia był ten człowiek.

– Albo był to jasny Murzyn, albo ciemny Arab – zasugerował Sven Średni. Uśmieli się z tego porównania.

– Było w tym trochę mojej winy – kontynuował Mały Sven – bo popijałem wtedy za bardzo. Moje małżeństwo było w kryzysie, zaczęliśmy chodzić do poradni małżeńskiej, ale to nie znaczy, że Kristina musiała zaraz z nim uciekać.

Historie, o jakich rozmawiali, były prawdziwe i każda z nich pozostawiła osad niechęci w sercu Svena.

– Imigranci są naprawdę od nas różni i trzeba to uczciwie przyznać. Nie zawsze są tacy porządni, jak wielu ludziom się wydaje. Myśl ta chodziła mu po głowie i wracała, choć starał się tak nie myśleć. Chciał być pozytywny.

Tej zimy, bardziej niż obcokrajowcy, warunki klimatyczne i narzekanie, interesował go drewniany dom położony kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasteczka, gdzie mieszkali. Był to dom letni podarowany mu przez rodziców, kiedy żenił się z Arne. Stał na lekko pochyłej skalnej półce na brzegu fiordu. Roztaczał się z niego wspaniały widok: obszar ciemnogranatowej wody, malownicza wielka skała po drugiej stronie fiordu, prawie góra, porośnięta lasem. Latem w okolicy było dużo zieleni, zimą dominowały drzewa iglaste przysypane śniegiem.

W połowie zimy, w piątek, kiedy Arne z dziećmi nie mieszkali już razem z nim, Sven wybrał się nad fiord, aby oderwać się od przygnębiających go wspomnień. Było to nawet uzasadnione, ponieważ miał pracę do wykonania; przygotowywał dom na zimę, ocieplając ściany i trochę modernizując wnętrze. Przy okazji przebudowywał swój warsztat, mieszczący się w przybudówce domu.

W sobotę, około godziny dziesiątej rano, zapukał do drzwi jakiś nieznajomy mężczyzna. Był szczupły i wysoki, wyższy nawet niż gospodarz. Mówił dobrze po angielsku, choć z dziwnym akcentem, nie było więc problemu, aby się porozumieć. Na imię miał Adam. Sven zapamiętał tylko jego imię, choć obcy przedstawił mu się także z nazwiska. Było trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Nawet samo słowo Adam brzmiało dziwnie w ustach przybysza. Stojąc w drzwiach, drżał z zimna. Był słabo ubrany, widać to było na pierwszy rzut oka. Przez głowę Svena przeszła myśl, że to jakiś nieudacznik, w ogóle nie mający pojęcia o podróżowaniu zimą po Norwegii.

– Zepsuł mi się samochód, którym przyjechałem, aby popatrzeć na ten wspaniały fiord. Chciałbym prosić pana o pomoc. – To był początek ich rozmowy.

Była to jakaś poważniejsza awaria. Ktoś przejezdny próbował pomóc kierowcy uruchomić samochód korzystając z własnego akumulatora, ale nie dał rady. Samochód nie zapalił. Adam zadzwonił wtedy po pomoc drogową, mogła przybyć dopiero następnego dnia.

– Mamy za dużo zgłoszeń. Jutro tak, dzisiaj jest to już niemożliwe. Możemy pomóc panu załatwić hotel w pobliżu miejsca, gdzie pan się znajduje. – Taka była ich odpowiedź.

Sven, kierując się bardziej współczuciem z powodu ludzkiej głupoty niż odruchem serca, zaproponował przybyszowi nocleg w swoim domu.

– Jeszcze nie jest całkiem wykończony, ale przespać się jak najbardziej można – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju jakby dla sprawdzenia, czy rzeczywiście warunki są odpowiednie do noclegu.

Wieczorna rozmowa nie kleiła im się. Jak się okazało, Adam był artystą-muzykiem intersującym się zupełnie innymi sprawami. Łączył ich tylko zachwyt nad zimową i letnią urodą Norwegii, ale ile czasu można na ten temat rozmawiać. Ostatecznie Sven przenocował gościa, nie przyjmując pieniędzy, które mu zaoferował. Był tylko niezadowolony, że Adam zbyt chętnie raczył się jego ulubioną whisky, obiecując odkupić ją, jak tylko znajdą się w sklepie alkoholowym.

Następnego dnia z rana Adam poprosił Svena o podwiezienie do sklepu, aby spełnić swoją obietnicę. Sklep okazał się zamknięty z powodu choroby właściciela, zdecydowali się pojechać wtedy do następnej miejscowości. Adam płacił za przejazd, zwracał koszt benzyny, Sven nie widział więc problemu. Do przyjazdu pomocy technicznej było jeszcze dużo czasu. W drodze gość poprosił kierowcę o zatrzymanie się; potrzebował odpowietrzyć się, jak to określił. Wyjaśnił, że nie może wytrzymać, bo ma słaby pęcherz. Powtórzył to kilka razy, ale Sven nie mógł znaleźć miejsca, gdzie można by zatrzymać samochód. Droga wiodła wzdłuż wysokiej skalnej ściany, po drugiej stronie była przepaść, jak w wielu innych miejscach. Mimo to gość nalegał, aby się zatrzymał, jakby nie rozumiał, że jest to niemożliwe.

Zatrzymali się na dopiero na niewielkim leśnym parkingu, położonym nieco z boku drogi, pustym o tej porze roku. Adam, zamiast odejść gdzieś w krzaki, zaczął sikać tuż przy samochodzie prosto na koło. To Svena tak wykurzyło, że nie zastanawiając się wyciągnął spod siedzenia wielki klucz francuski, który woził przy sobie przez zapomnienie, wyszedł i uderzył go w głowę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu był tak wściekły, że nie mógł się pohamować.

Stał i zszokowany patrzył na ciało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się naprawdę stało. Po chwili całkiem oprzytomniał i sprawdził, czy Adam naprawdę nie żyje. W jego głowie kołatała jeszcze iskierka nadziei. Było już za późno. Nie zastanawiał się dłużej. Wokół nie było żywej duszy. Otworzył tylne drzwi furgonetki, śpiesząc się bardziej rzucił niż położył ciało na podłogę i przykrył plandeką, po czym umocnił ją kilkoma leżącymi obok kawałkami drewna. Wkładając nieboszczyka do furgonetki poczuł dotyk obcego, śliskiego ciała, przelewającego się przez ręce. Było jeszcze ciepłe, wywołując nieprzyjemne uczucie śliskości i rozlazłości. Pracując w lesie Sven był przyzwyczajony do przedmiotów twardych i szorstkich. Nie pomyślał nawet o rękawicach, które trzymał w schowku w samochodzie.

Odległość do domu nad fiordem nie była duża, nie ryzykował więc wiele. Zresztą i tak nie miał wyboru. Jadąc zastanawiał się, co się stało i co powinien zrobić z nieboszczykiem. Mimo, że miał wyrzuty sumienia, czuł się jednocześnie dobrze; ulżyło mu. Śmierć praktycznie nieznanego mężczyzny uznał za spłatę długu za wszystkie upokorzenia, jakich doznał od obcych, również żony i innych osób, jak i kretyńskiego zachowania się ofiary.

Po wstawieniu furgonetki do garażu, Sven wszedł do domu i przygotował sobie gorący posiłek. Był to jego obiad. Miał już wszystko przemyślane. Z warsztatu wyciągnął piłę. Używał jej do wycinania przerębla, kiedy łapał ryby. Pomyślał o przeręblu, ponieważ był to najlepszy sposób szybkiego i skutecznego pozbycia się ciała. Był pewien, że prąd płynący w kierunku morza zabierze ciało ze sobą, gdzie zniknie bezpowrotnie. Była też jakaś szansa, że odnajdą je rekiny i rozszarpią.

Wieczorem, jak tylko zapadł zmierzch, Sven zdjął sztywne zwłoki z furgonetki i zaciągnął nad brzeg, w miejsce, gdzie przygotował przerębel. Zdecydował się zdjąć z nieboszczyka ubranie, aby rekiny łatwiej sobie z nim poradziły. Okazało się to trudniejsze niż myślał. Zaczęła się zamieć śnieżna i ręce mu drętwiały, ponieważ zapomniał rękawic, a nie chciało mu się wracać do samochodu. Kiedy już uporał się ze wszystkim i miał zanurzyć ciało w dziurze wyciętej w lodzie, usłyszał odległy, ponury ryk syreny okrętowej. Zabrzmiał jak ostrzeżenie. Mężczyzna wzdrygnął się.

Wciskając ciało pod lód, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że jeśli miałoby to zdarzyć jeszcze raz, to powinien pamiętać o rękawicach, rozebraniu nieboszczyka już w garażu, gdzie jest cieplej i wygodniej, oraz wycięciu szerszego przerębla. Nie będzie też wozić nieboszczyka jeszcze ciepłego, poczeka aż ostygnie i zesztywnieje, bo wtedy łatwej jest nim manipulować. Sam pomysł, że mógłby jeszcze kogoś zamordować, tak go zszokował, że rozpiął kurtkę, aby się uspokoić na zimnym wietrze.

Po powrocie do domku Sven spalił ubranie Adama w palenisku kominka. Paliło się bez przeszkód, ponieważ użył dobrze wysuszonego twardego drewna. Popiół z kominka zebrał po wystygnięciu następnego dnia przepatrzył, czy nie ma w nim jakichś metalowych przedmiotów. Znalazł tylko sprzączkę od paska, tak wygiętą w ogniu, że nie sposób było rozpoznać, co to za przedmiot. Razem z popiołem wrzucił ją do mocnego plastykowego worka, w którym zabierał śmieci do domu w mieście, aby umieścić je w wielkim metalowym pojemniku na odpadki nie nadające się do dalszego segregowania.

Przed samym wyjazdem w niedzielę rano, przypomniał sobie samochód Adama. Z jego opowieści wiedział, jaka to była marka, model i kolor, i gdzie go zostawił. Wracając do domu zatrzymał się na chwilę, aby nań popatrzeć. Stał w najlepszym miejscu, przy innych samochodach. Tak to ocenił, biorąc pod uwagę, że niektóre z nich właściciele trzymali w tym miejscu nawet tygodniami. Sven przestał się nim interesować.

Przez kilkanaście dni śledził lokalną prasę, ale nie ukazały się żadne wiadomości, które mogłyby go zainteresować. Z tego, co mu powiedział Adam, odniósł wrażenie, że nikt nie wiedział o jego wyprawie w te okolice.

– Zupełnie przypadkowy człowiek, w zupełnie przypadkowym miejscu – Sven powtórzył to kilka razy, aby się w pełni uspokoić. 

Do domu wrócił wieczorem. Okazało się, że była już w nim żona z dziećmi. Ucieszył się ich obecnością. Arne nie mogła sprawić mu większej przyjemności.

– Przyjechałam tylko na weekend. Dzieci bardzo pragnęły cię widzieć. Nie mogłam im tego odmówić. Zrobiłam to na zasadzie wyjątku, bo nie mam żadnego dowodu, że się chociaż trochę zmieniłeś. Nie poszedłeś nawet do psychologa, którego ci załatwiłam, aby przynajmniej z nim porozmawiać.

Sven był w dobrym nastroju, wszystko poszło gładko a w domu były dzieci, do tego stopnia, że żona go pochwaliła, że pobyt nad fiordem dobrze mu zrobił. Przytaknął jej chętnie i kontynuował zabawę z dziećmi.

*****

Dwa tygodnie później, był to również weekend, Sven ponownie wybrał się do domku nad fiordem. Arne nie mieszkała już z nim, miał więc mnóstwo czasu. Było jeszcze zimniej, temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.

Na parkingu, gdzie się zatrzymał, podszedł do niego mężczyzna ze stojącego obok samochodu i zapukał w szybę. Chciał uzyskać informację na temat wzgórz rozciągających się przed nimi. Okazał się być alpinistą planującym pieszą wyprawę jako trening przed zimową wspinaczką w górach.

– Znowu facet z obcym akcentem – pomyślał Sven niechętnie. – Ci ludzie chyba mnie prześladują. 

Pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie udzielania wyjaśnień, nie był jego własny. Historia zdarzyła się wcześniej na innym kontynencie. Była to głośna sprawa, czytał o niej. Chodziło o polowanie. Przypadła mu do gustu. Od razu postanowił go zrealizować. W samochodzie miał sztucer myśliwski z lornetką, idealnie nadawał się do jego planu. Nie zastanawiając się dłużej, zaproponował mężczyźnie podwiezienie go do miejsca położonego kilkaset metrów dalej, gdzie znajdował się punkt widokowy, skąd mógł mu pokazać i wytłumaczyć trasę, o jakiej myślał.

– Odwiozę pana z powrotem – zaproponował. Samochód sobie tu spokojnie poczeka. W Norwegii nie kradną samochodów. – Dodał z uśmiechem.

Mężczyzna wahał się krótko, zanim przystał na propozycję i wsiadł do samochodu. Był dobrze ubrany, miał na sobie zimową kurtkę i porządny plecak znanej marki, przygotowany na dłuższą wędrówkę.

Punkt widokowy okazał się małym placykiem na skale sterczącej poziomo nad wybrzuszonym stokiem. Kiedy obydwaj wysiedli i obcy rozglądał się po okolicy, Sven odtworzył tylne drzwi furgonetki i wyciągnął sztucer spod plandeki. Nie bawił się w żadne wyjaśnienia. Zaskoczenie było całkowite.

– Urządzę ci dzisiaj trening, gnojku, który zapamiętasz na całe życie. A nawet dłużej – dodał złowróżbnie. Twarz mężczyzny nagle zbladła, w jego oczach pojawił się strach.

Plan był prosty. Sven wyłożył go w kilku zdaniach.

– Masz szansę przeżycia, jeśli uda ci się umknąć mojej pogoni. Daję ci dziesięć minut forów, zanim wyruszę za tobą. To dużo. Jesteś zdrowy i sprawny, masz więc szansę. Uciekniesz, twoje szczęście, nie uda ci się, twoja przegrana. Pamiętaj: od tego momentu ja jestem myśliwym, a ty zwierzęciem, na które poluję.

Wiedział, że mężczyzna jest praktycznie bez szans. Musiałby mieć niezwykłe szczęście albo użyć jakiegoś nieprawdopodobnego fortelu, aby mu umknąć. Na to nie mógł sobie pozwolić; gdyby to nastąpiło, jego własny los byłby przesądzony. Obcy ściągnąłby z pewnością policję; mogliby szukać także sprawcy zniknięcia Adama. Niewiele ryzykował, ponieważ każdy uciekinier, jeśli tylko miał trochę rozsądku, miał tylko jedną drogę ucieczki. Jak najdalej lasem po stoku, następnie w dół, w kierunku południowym między skałami, aby znaleźć się przy drodze, gdzie mógłby liczyć na pomoc ze strony kierowcy samochodu jadącego tą drogą. O tej porze roku była ona używana głównie przez myśliwych, prawie nikt inny tędy nie jeździł, może jeden samochód na dobę, nie więcej.

Prawa strona nie dawała żadnych szans uciekinierowi. Musiałby uciekać pod górę i następnie przekroczyć łańcuch górski, za którym najbliższa droga była w odległości co najmniej dwudziestu kilometrów. Razem byłby to dystans około trzydziestu kilometrów terenu bardzo trudnego do pokonania w warunkach zimowych, nawet przy niezbyt silnym wietrze i niezbyt ostrym mrozie.

Mężczyzna popatrzył na Svena, jakby chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać. Widocznie zrozumiał, że nie ma żadnych szans negocjacji, ponieważ zacisnął zęby, rozejrzał się po terenie, jakby chciał zapamiętać przestrzeń przed sobą i nie oglądając się wstecz wyruszył. Svenowi podobało się, że się nie oglądał. Pomyślał, że człowiek w warunkach zagrożenia zachowuje się jak zwierzę, kierujące się instynktem.

Równo po dziesięciu minutach Sven ruszył w górę. Kilkadziesiąt metrów dalej był występ skalny, dobry punkt obserwacyjny, z którego widać było wyraźnie całą okolicę. Jego plan by prosty. Korzystając z lornetki wyśledzić uciekiniera, wziąć sztucer do ręki i poczekać, aż wystawi się na strzał. Nie martwił się o wynik, sztucer był doskonały, a on był dobrym strzelcem. Broń nie mogła być lepsza. Kilka miesięcy wcześniej Sven nabył nową lunetę celowniczą Swarovskiego z laserowym dalmierzem, komputerem balistycznym i automatyczną korektą punktu celowania; idealne wyposażenie do strzelania na dalekie dystanse. Mógł zresztą spudłować i próbować ponownie, nawet kilka razy. Strzały w tej okolicy o tej porze roku nikogo by nie zdziwiły. Był to teren polowań na dziką zwierzynę, renifery, łosie, jelenie jak i mniejsze gatunki.

Dotarłszy na punkt obserwacyjny, Sven spodziewał się wyśledzić swój cel w ciągu kilku minut. Słabo zalesiony teren opadał płasko w dół w kierunku drogi i był doskonale widoczny przez lornetkę na przestrzeni kilku kilometrów. W przeciwnym kierunku Sven nie patrzył, były tam skały i teren był trudno dostępny. Uciekinier musiałby być idiotą, aby wybrać ten kierunek, tym bardziej, że Sven w czasie jazdy samochodem celowo powiedział mu, jak teren jest ukształtowany i gdzie jest najbliżej drogi.

Po trzech minutach, spoglądając na zegarek, myśliwy zaczął się niecierpliwić. Pomyślał, że alpinista mógł zwichnąć nogę, lub zdarzyło się coś podobnego, i dlatego pozostawał w ukryciu. Z drugiej strony uspokajał się, że tym bardziej nie powinien mu umknąć. Czas jednak płynął, a on wciąż nic nie widział, żadnego ruchu. Po kolejnych pięciu minutach był już mocno zdenerwowany; na całym płaskowyżu nie było najmniejszego śladu ludzkiej obecności.

W górę, w kierunku grani, spojrzał zupełnie przypadkowo, był to raczej odruch niecierpliwości niż intuicja. Na samym szczycie, prawie na tle nieba, dojrzał ciemną sylwetkę człowieka. Był to ostatni moment. Podnosząc sztucer pomyślał, że albo alpinista był rzeczywiście szalony, albo niezwykle przebiegły; prawie go przechytrzył. Strzał padł w ostatniej chwili, postać zwaliła się na ziemię. Ciemny kształt zastygł między drzewami.

Myśliwemu ciężar spadł z serca. Nie sprawdzając nawet, czy nie był to wybieg ściganego, który padł na ziemię w momencie usłyszenia strzału, który mógł być przecież niecelny, Sven szybko wybrał wzrokiem zdeformowane drzewo w pobliżu szczytu jako punkt orientacyjny, starając się je zapamiętać. Po drodze obmyślał sposób ściągnięcia ofiary na dół do samochodu. Nie powinno to stanowić większego problemu, wystarczyły związane razem gałęzie świerka, które planował użyć jako toboganu. Miał szczęście, ponieważ śnieg był ubity przez wichurę i nie utrudniał poruszania się. Mógł też zostawić ofiarę w lesie, aby z ciałem rozprawiły się dzikie zwierzęta. Po namyśle odrzucił takie rozwiązanie.

Śmierć musiała być natychmiastowa. Pocisk przebił plecak w miejscu, gdzie był koc złożony w spłaszczony rulon, przeszedł przez klatkę piersiową i zatrzymał się na skórzanym portfelu, usztywnionym plastikowymi kartami. Sven uznał to za znak szczęścia. Zabrał pocisk ze sobą, jedyny bezsprzeczny dowód zabójstwa oraz portfel, aby je ukryć w jakimś niedostępnym miejscu lub zniszczyć.

Po powrocie do furgonetki i ułożeniu zwłok wewnątrz, Sven chwilę odpoczywał, po czym wrócił na parking i przeładował nietypowy ładunek do samochodu ofiary. Po namyśle podjechał nim na krawędź skalnej przepaści kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie nie było barierek ograniczających, wysiadł, zwolnił hamulce i pozwolił stoczyć się pojazdowi w głęboki kanion. Słyszał potworny trzask metalowej konstrukcji walącej się w dół po skałach, po którym nastała niezrozumiała cisza. Czekał na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Pomyślał, że samochód musiał zatrzymać się na drzewie lub w zagłębieniu terenu z dużą ilością śniegu. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż krawędzi szosy, aby sprawdzić, czy wraka nie widać z drogi. Stroma krawędź kanionu wyglądała jak zawsze, jakby nic się nie zdarzyło. Sven doszedł do wniosku, że jest niemożliwe, aby szybko odkryto rozbity samochód, o ile w ogóle ktoś go kiedykolwiek zauważy. Była to dzika, niedostępna okolica. O ślady wewnątrz wraka nie martwił się, ponieważ używał rękawiczek, zresztą śnieg, wiatr i korozja działały na jego korzyść.

Jadąc do domu nad fiordem cieszył się, że skutecznie pozbył się ciała ofiary. Wyobraził sobie, co musiałby zrobić. Miał już wypraktykowaną procedurę: najpierw wycięcie przerębla w lodzie, potem ściągnięcie ubrania w garażu, następnie zwleczenie trupa na dół i wepchnięcie w lodowatą wodę. Pracowałby w rękawiczkach i wszystko poszłoby mu łatwiej i szybciej niż za pierwszym razem, łącznie z paleniem ubrania na kominku. Ostatni raz wykonując tę czynność pomyślał, że być może niepotrzebnie usuwa ubranie. Uznał jednak, że to, co podpowiadała mu intuicja było ważniejsze niż zastanawianie się.

*****

Przez następne dwa tygodnie Sven śledził informacje o wydarzeniach w okolicy, interesował się również wydarzeniami w kraju. Chętnie buszował po portalach i serwisach informacyjnych organizacji zajmujących się problematyką społeczną, kryminalną i imigracyjną. Najbardziej zajmowały go sprawy obcokrajowców. Miał już rozeznanie, ilu ich jest w kraju i jakie problemy stwarzali. Było to niewiarygodne. Nie szukając niczego konkretnego, znajdował dziesiątki relacji dotyczących oszustw, malwersacji, wykorzystywania pomocy socjalnej, kradzieży, bójek, a nawet zabójstw popełnianych przez imigrantów. Miał już wyrobioną opinię na ich temat.

*****

Miejsce, w którym wycinał przerębel, znajdowało się kilka metrów od brzegu fiordu. Było tam głęboko; co najważniejsze, pod lodem płynął dosyć silny prąd znoszący wszystko na otwarte morze. Wiedział to z doświadczenia, jakie nabył wypływając latem łódką, aby łowić ryby. Uznał za bardzo ważne, wręcz konieczne, aby ciało ofiary był nagie, ponieważ stanowiło to zachętę dla rekinów. Łatwiej przyciągał je zapach ciała ulegającego stopniowemu rozkładowi. Zdarzało się, że nie ruszały ofiary przez kilka dni.  

Po pewnym czasie, przy kolejnych ofiarach, rekiny już czekały. Widział je pod lodem. Wiedział nawet, jakiego są gatunku. Nie musiały być duże, aby wykonać swoją robotę. Uznał je za pomocników.

– Doskonała symbioza – myślał. Jako drwal znał wiele tajemnic przyrody, miał odpowiednie wykształcenie.

Kiedy myślał o swoim nowym upodobaniu, o wojnie wypowiedzianej obcokrajowcom, krew intensywnej krążyła mu w żyłach. Polubił tę rozrywkę. Czuł się jak nigdy wcześniej. Marzył, aby spotkać kogoś podobnego do siebie, o podobnych zainteresowaniach, osobę zaufaną, z którą mógłby wymieniać się informacjami, podyskutować o szczegółach. Myślał też o powrocie żony i dzieci, okazało się to jednak bardzo trudne. Tym bardziej cieszył się nową misją, jaką miał do spełnienia.

Ryzyku i swojemu bezpieczeństwu nie poświęcał wiele uwagi. Wszystko szło, jak trzeba. Nie zaniedbywał jednak żadnych środków ostrożności. Przede wszystkim postępował tak, aby w jego rejonie nie szukano osób zaginionych. Zabójstw dokonywał z dala od domu nad fiordem, przeważnie w bezludnej okolicy, gdzieś na ustroniu, rzadko w jakimś odległym miasteczku i tylko raz w pobliżu większego miasta. Wyzwaniem było niekiedy pozbycie się samochodu ofiary, najczęściej Sven pozostawiał go tam, gdzie zostawił go właściciel. Było to rozsądne, ponieważ nie dokonywał zabójstw ani w samochodzie, ani w domu ofiary. Zawsze wywabiał upatrzoną ofiarę gdzieś dalej, w miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie.

Wieczorem, obserwując z domu spokojną powierzchnię fiordu, wyobraził sobie, że kupi kiedyś mały prom z opuszczaną klapą w środku pokładu i będzie nim wypływać wieczorem, aby otworzyć luk i patrzeć, jak samochód, z ofiarą lub bez, zsuwa się na dno. Na środku fiordu było bardzo głęboko, prawie dwieście metrów. Sprawdził to. Nikt tam nigdy nie nurkował, ponieważ nie było tam nic do zobaczenia, z wyjątkiem skał i piasku. Przed spuszczeniem samochodu usunąłby wszystkie luźne przedmioty, część porzuciłby w odległych miejscach w komunalnych i osiedlowych pojemnikach na śmieci, a to co było absolutnie konieczne i praktyczne do usunięcia na zawsze, na przykład dokumenty, paliłby na kominku. I to tylko wtedy, kiedy wiatr wiał w kierunku otwartego morza, nie odwrotnie. Nikt nigdy nie czuł żadnego smrodu czy swędu z jego komina. Sam zresztą tego nie znosił.

*****

W grudniowy piątek, była to już kolejna zima bez żony i dzieci, jadąc furgonetką myślał o choince bożonarodzeniowej. Nie lubił piątków. Tego dnia jak zwykle odczekał, aż ciało ofiary zesztywnieje, bo bał się także zarazków, choć nie było to takie ważne, i załadował je do samochodu, po czym ukrył w oddalonym od drogi, nieczynnym od lat kamieniołomie przywalając kawałkami płaskich skał.

Dzień był idealny do przeprowadzenia akcji. Powietrze było białe od mgły, temperatura dużo poniżej zera w skali Celsjusza. Było tajemniczo i chłodno, emanował spokój, nie czuć było nawet drobiny wiatru. Jadąc nad fiord, przyglądał się szeregom małych świerczków na krawędzi lasu, prawie idealnie równych, jakby posadzonych przez człowieka oraz krzakom wyglądającym jak żywopłot z czapami śniegu na wierzchu. Obrazy te uspokajały go, dając pewność, że natura go chroni i nikt nigdy nie odkryje jego tajemnicy. Zatrzymał się, dla samej przyjemności przyjrzenia się zimowej przyrodzie, wysiadł i wciągnął mroźne powietrze w płuca. Na dachu samochodu gęsty szron wyglądał jak sierść renifera pokryta białą szadzią. Kochał taką pogodę. Trwał mroźny, czysty poranek; wokół panowała śnieżna biel zatopiona w ciszy. Wiedział, że będzie to udany dzień.

Jechał znaną drogą wijącą się po zboczach gór stępionych wiekiem, trochę niebezpieczną. Po lewej stronie szosy ostro pięła się do góry ściana skalna, po prawej stronie biegła ocynkowana metalowa barierka. W połowie drogi zaczął padać śnieg. W pewnym momencie usłyszał stukot, jakby ktoś pukał do drzwi prosząc o otwarcie. Wzdrygnął się. Chwilę później zaśmiał się, wydając z siebie stłumiony, odprężający chichot.

– Nieboszczyk stuka. Ciekawe o co mu chodzi – zażartował półgłosem.

Wyjechawszy zza zakrętu osłoniętego wysoką skałą, otworzył pilotem bramę i wjechał na swoją posesję. Nie zauważył ich od razu, bo padał śnieg, a on był zamyślony. Czekali na niego: dwaj mężczyźni i kobieta, wszyscy ciemno ubrani, w spodniach, solidnych zimowych butach i wojskowych kurtkach. Kiedy ich spostrzegł, było już za późno, zresztą i tak nie miałby szans. Miejsce było idealną pułapką, a cała trójka była uzbrojona. Najbliżej stojący mężczyzna, widział go wyraźnie wjeżdżając w głąb posesji, przypomniał mu drżącego z zimna chudzielca, Adama, pierwszą ofiarę. Sven domyślił się, że był to jego brat. Mijając go zauważył kątem oka w lusterku jak mężczyzna ustawia się z boku za samochodem. Nie miał pojęcia, kim były pozostałe dwie osoby, czy byli to ubrani po cywilnemu policjanci czy też może rodzina lub przyjaciele zmarłego.

Kiedy wysiadł, drugi mężczyzna kazał mu odsunąć się od samochodu, zatrzymać się i nie ruszać się z miejsca, pozostała dwójka trzymała go na muszce. Mężczyzna podszedł do furgonetki i otworzył bagażnik. Ściągnął plandekę, chwilę patrzył do wnętrza, po czym zabrał leżący z boku sztucer i kiwnął głową w kierunku swoich towarzyszy, po czym podszedł do kobiety i podał jej sztucer. Znieruchomieli i patrzyli na niego. Nie wydawali mu żadnych komend. Czekali, nie odzywając się ani słowem. Zachowywali się dokładnie tak jak on. Sven widział w tym czysty profesjonalizm, w ciszy gór, śniegu i skutego lodem morza. Domyślił się, co ma zrobić. Znał już wyrok i procedurę postępowania, którą sam stworzył.

Poszedł w kierunku przerębla. Świadkowie sceny milczeli. Zachowywali się tak jak on, poważnie, jak należało w takich okolicznościach; wykonywali spokojne, wystudiowane ruchy, żadnej szarpaniny. Był pewien, że musieli go wcześniej podglądać. Już z daleka dostrzegł otwór w lodzie, okrągły, równo wycięty. Dokładnie tak, jak on to robił.

Nie myślał o ucieczce. Przyszło mu do głowy, że gdyby nawet miał przy sobie nóż i chciałby go użyć, aby uniknąć dalszego cierpienia, nie pozwoliliby mu na to. Kiedy znalazł się nad przeręblem, zobaczył swoje rekiny. Czekały już. Zebrało mu się na wymioty. Odczuł nagłe swędzenie ciała i potworne zimno. I wtedy przypomniał sobie, a może nawet usłyszał, odległy, ponury ryk syreny okrętowej.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 13 kwietnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Życzenia Noworoczne 2020

 

 

Myślałem, że dzisiaj nic już z siebie nie wykrzeszę, a tu proszę, rozum i pamięć mi się objawiły, aby czerwonym dywanem wysłać drogę Życzeniom Noworocznym.

 

 

W Nowym Roku życzę (w kolejności alfabetycznej czyli niekoniecznie sprawiedliwej):

  • Biskupowi Jędraszewskiemu – łaski bożej objaśniającej różnice między ochroną środowiska, ekologizmem i ideologią;
  • Dzieciom – mniej słodyczy, za to więcej czasu i uwagi ze strony rodziców i dziadków;
  • Dzielnym strażakom – dużo pary w sikawce przy gaszeniu pożarów i nie tylko;
  • Hierarchom kościelnym – skuteczniejszych środków przeczyszczających umysły i serca;
  • Kandydatce na prezydenta Kidawie-Błońskiej – więcej testosteronu oraz trafiających do serc mocnych i prostych słów;
  • Kobietom – mniej obowiązków, więcej wolnego czasu;
  • Mężczyznom – mniej piwa, brzucha i prostaty, więcej czasu na myślenie, sport i spacery z rodziną;
  • Ministrowi Ziobrze – lepiej zakamuflowanych trolli, mocniejszych kagańców i jeszcze piękniejszych rumieńców na twarzy;
  • Młodzieży – smartfonu, który sam będzie pisać i czytać banały i oglądać tysiące zdjęć;
  • Narodowi polskiemu – aby spuścił jeszcze trochę pary ze zbiornika dumy, patriotyzmu i historii;
  • Narodowi rosyjskiemu – więcej pałaców rządzących oligarchów, aby przypomniały im pytania o bezdomnych, praworządność, służbę zdrowia, oświatę, płace i równość społeczną,
  • Opozycji sejmowej – pomysłów, zwartości szeregów i mocnej szczęki;
  • Osobom strzelającym sztuczne ognie i petardy – aby ten miły huk brzmiał im w uszach przez większą część roku;
  • Osobom wierzącym – więcej watykańskiego Franciszka, mniej toruńskiego Rydzyka i jego słodkich pierników;
  • Premierowi Morawieckiemu – aby okazał ludzką słabość i przestał mówić wyłącznie prawdę;
  • Prezesowi Kaczyńskiemu – szczudeł w upominku, z wysokości których dostrzeże drugą połowę Suwerena i przyczyny jego malkontenctwa;

  • Prezydentowi Dudzie – jeszcze większych bochenków chleba do całowania na dożynkach, udanych przemówień o żarówce oraz przejścia na dobrze zasłużoną emeryturę;
  • Prezydentowi Putinowi – udanych walk z niedźwiedziem, podniebnych lotów z łabędziami, wygranych meczów hokejowych w ocieplanej koszulce kuloodpornej oraz kolorowych snów ze zwycięskim Stalinem i przegranym Hitlerem.
  • Sędziom K. Pawłowicz i S. Piotrowiczowi – przegryzienia wszystkich łańcuchów i klamek w Trybunale Konstytucyjnym w dowód wierności Prezesowi i Jego Idei;
  • Sześćdziesięciu dwom procentom polskiego społeczeństwa – przeczytania jednej książki, a jeśli zdrowie im pozwoli to nawet dwóch;
  • Zwolennikom PiS – refleksji odnośnie osiągnięć i cnót miłościwie nam rządzących;
  • Sobie zaś – mniej przekleństw i polityki, więcej cierpliwości i szampana.

Wszystkiego Najlepszego,
Michael Tequila

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odcinki 1, 2 i 3.

 

Na przełomie starego i nowego roku eksplodowała rzeczywistość. Teraźniejszość stała się przeszłością. Nie była to jedna eksplozja, ale cała seria, trwająca nie dłużej niż kilka minut. Zaczęła się tuż przed północą i skończyła pięć minut po północy. Wybuchy słyszano w wielu miejscach. Pierwsi usłyszeli je obywatele Europy Wschodniej; mieszkańcy innych krajów kontynentu nie mieli tyle szczęścia, wyczucia a może nawet i chęci wsłuchiwania się w jakieś odlegle detonacje. Wkrótce okazało się, że eksplozje nastąpiły w jednym kraju, w Nomadii, a to, co słyszano za granicą, to było tylko echo. Potworny hałas wystraszył ptaki, zwierzęta oraz nowonarodzone dzieci. Meteorolodzy, śledzący zmiany zachodzące na ziemi i w atmosferze spekulowali, że zdarzenia te mogły zapoczątkować inne problemy.

– Ten kraj ma coraz mniej czasu na cokolwiek, a jego kłopoty będą narastać wraz z upływem dni, tygodni i miesięcy. O latach nie wspominam, bo to zbyt odległa perspektywa. Oni nie radzą sobie praktycznie z niczym, z rzeczywistością, czasem, rozwojem gospodarczym, ładem społecznym czy porządkiem prawnym – oświadczył przywódca dużego kraju europejskiego.

*****

Policja krajowa podjęła śledztwo traktując serię wybuchów jako zapowiedź zmasowanego terroru. Poszukiwania sprawców, potencjalnych terrorystów, zaczęto od analizy nagrań z kamer przemysłowych. Ich zapisy poddano analizie w poszukiwaniu nietypowych i dziwnych zachowań. Prowadzono dokładną statystykę. W ciągu pięciu minut nowego roku kamery zarejestrowały obrazy blisko dwudziestu milionów osób. Większość z nich była w ruchu, pozostałe osoby stały na placach i ulicach przed budynkami użyteczności publicznej w różnych miejscowościach i wznosili okrzyki. Nie miało to nic wspólnego z obchodami Nowego Roku. Policja ustaliła to analizując okrzyki jakie wznoszono, mowy jakie wygłaszano i treść transparentów i flag. Zachowania ludzi wydawały się nietypowe, dziwne, budzące wątpliwość.

– Po co ludzie mieliby gromadzić się na ulicach i placach na przełomie starego i nowego roku i protestować, skoro jest to czas spokojnego świętowania? – zadał sobie pytanie komendant. – Coś mi tu śmierdzi. Zgromadzenia, protesty, gniewne twarze i gwałtowne gesty, a zaraz potem seria wybuchów, których nie umiemy nawet porządnie opisać!

Sprawę powierzono specjalnej grupie policyjnej, do której zaproszono także meteorologa, klimatologa, specjalistę od balistyki, socjologa i politologa. Szef policji był przeciwny temu, gdyż nadawało to rozgłos niejasnej sprawie, do powołania grupy przekonał go zastępca. Komendant zaufał mu, bo już kilkakrotnie wykazał się intuicją.

Wkrótce przewodniczący grupy specjalnej wyjaśnił sprawę z pewnym zażenowaniem.

– Analizowane zdarzenia okazały się fikcją. Nie było żadnych eksplozji, nikt się nie wystraszył, ani nie zbudził. Wszystko okazało się inscenizacją zorganizowaną przez Teatr Narodowy. Rzekome wybuchy rzeczywistości to były happeningi teatralne, próby szopki świąteczno-noworocznej. Zaczęły się już dosyć dawno i wciąż trwają. Teatr przygotowuje się do wielkiego spektaklu. Organizatorzy czekają tylko na śnieg, bo bez śniegu nie ma odpowiedniego nastroju. Z uwagi na rozmiar i skalę przedsięwzięć powinno się je nazywać nie szopką, ale szopą świąteczno-noworoczną. Rządzi się ona własnymi prawami, opartymi na historii i tradycji, z nowatorskimi akcentami wprowadzonymi przez Teatr Narodowy.

– To jakieś wariactwo – zgodnie podsumowali komendant i jego zastępca. – Nic nam do tego.

Odc. 2. Negocjacje

Tematem zainteresowały się media. Natychmiastową inicjatywę wykazała telewizja niezależna Newsroom TV. Reporterka, Iza Karbo, której powierzono sprawę, nie ociągając się przeprowadziła wywiady z teatrologiem i miłośnikami teatru, ludźmi znającymi nie tylko scenę krajową ale i teatry europejskie. Niewiele udało jej się ustalić, z jednym wyjątkiem. W grę nie wchodził Teatr Narodowy ale Teatr Nowy, na czele którego kilka lat wcześniej stanął znany ze śmiałych pomysłów dyrektor Kukuła, wielki animator kultury. Iza zastanawiała się, jak można było pomylić Teatr Narodowy z Teatrem Nowym.

O dyrektorze Leonie Kukule niewiele było wiadomo. Był to człowiek nietuzinkowej osobowości, wytrwały introwertyk, pobożny, regularnie chodzący do kościoła. Jego współpracownicy, niechętnie wypowiadający się na jego temat, mówili, że w swoim teatrze jest Bogiem „jedynym, ale w trzech osobach: dyrektora, scenarzysty i reżysera”. Kiedyś był on właścicielem cyrku i miał opatentowanych kilka oryginalnych metod tresury zwierząt i szkolenia artystów cyrkowych. Mówiono też o nim, że jest właścicielem kuźni charakterów. Co to dokładnie znaczyło, nikt nie umiał wyjaśnić.

Dyrektor Kukuła nie udzielał wywiadów. Nie udzielał, ponieważ nie ufał dziennikarzom ani reporterom. Nie wierzył w cudzą obiektywność. Tylko swoje poglądy uznawał za miarodajne i uczciwe.

– Jestem obiektywny, bo zależy mi wyłącznie na prawdzie. Nie interesuje mnie babranie się w łajnie kłamstw, zmyśleń i dezinformacji – kiedy wygłaszał tę opinię, stukał laską w podłogę jakby dla wzmocnienia wagi słów.

Iza Karbo postanowiła ubiegać się o wywiad. Spróbowała, choć nie miała wielkich szans. Miała jednak szczęście. Sekretarka dyrektora, którą kiedyś poznała na spotkaniu towarzyskim, obiecała jej, że będzie mogła przynajmniej osobiście porozmawiać na ten temat z dyrektorem. Dziesięć minut później zadzwoniła i podała jej termin i godzinę spotkania.

Kiedy reporterka zjawiła się w gabinecie dyrektora, poważna, szczupła, ciemnowłosa, wydała mu się inna niż reporterzy i dziennikarze, z jakimi miał wcześniej do czynienia. Dowiedział się od niej, że jest gotowa opisać sprawy tak, jak on je widział, a nie po swojemu czyli „obiektywnie” jak zazwyczaj przekonywali go jej koledzy i koleżanki po fachu. Uwierzył jej. Była podobna do jego matki, to go ostatecznie przekonało. Interesowały ją cele teatru, plany i metody zarządzania.

Iza nie widziała wcześniej dyrektora z bliskiej odległości. Był to starszy pan, starszy niż sądziła, lekko utykający na prawą nogę. W trakcie rozmowy chodził po gabinecie podpierając się laską z czarnego hebanu, z poozłacaną rączką. Kontrastowały z nią jego siwe włosy. Jego krągła twarz podobnie dobrze prezentowała się na tle wąskich masek afrykańskich zdobiących ściany gabinetu.

Zapytany o maski wyjaśnił, że jest wielkim miłośnikiem kultur innych krajów i kontynentów.

– Życzyłbym sobie, abyśmy mieli w kraju więcej obcokrajowców, ludzie z różnych kontynentów, aby tutaj mieszkali a przynajmniej, aby przyjeżdżali do nas jak najczęściej. Bylibyśmy przez to bogatsi. Odmienność jest piękna. Niby są tacy sami jak my, a jednak są inni. Te kolory skóry, kształty a nawet zapachy ciała. Używają innych rodzajów mydła, wonności, pachnideł. Ja szczególnie lubię zapach imbiru i goździków, trochę mniej cynamonu. Jest dla mnie za słodki. My jako naród jesteśmy niesamowicie bogaci kulturowo, ale jako znawcy innych kultur jesteśmy ubodzy jak mysz kościelna, nie umielibyśmy nawet zadać sensownych pytań. Podróżowałem trochę po Afryce, to mam pojęcie, jak ci ludzie wyglądają, co mówią, jak się zachowują. Wiem nawet jak wygląda Pigmej. Ale kto inny u nas wie to jeszcze? To nie to samo, co mieć własnych obcokrajowców. Kiedyś można było mieć niewolników, dzisiaj niestety jest to niemożliwe. Nie będę tego wyjaśniać pani, bo i tak pani tego nie zrozumie. – Dyrektor zamyślił się patrząc w przestrzeń ponad jej głową.

Reporterka zastanawiała się, czy historyjka o Afryce była prawdziwa czy był to jakiś dziwny żart, balansujący miedzy prawdą a zmyśleniem. Popatrzyła na dyrektora niepewnie; Wiedziała, że jest oryginałem, że trudno go czasem zrozumieć. Zaskoczył ją, podobnie jak zaskakiwał innych, nie dając poznać po sobie, co naprawdę myśli.

– Taki z cicha pęk, a wewnątrz geniusz! – Na chwilę zgniewało ją jego zachowanie.

Odrzuciła od siebie jak najszybciej to uczucie. Najważniejsze było to, że zgodził się na wywiad i wyznaczył jej termin spotkania. Uczynił to pod warunkiem, że nie będzie żadnych kamerzystów, żadnego nagrywania obrazów i robienia zdjęć. Tylko on i ona.

– Oprowadzę za to panią po teatrze – obiecał.

Było to kolejne osiągnięcie reporterki. Wiele sobie obiecywała po zapowiedzianej rozmowie i zwiedzaniu.

Odc. 3 Wizyta w teatrze

W dniu spotkania dyrektor był ubrany identycznie jak za pierwszym razem. Iza zauważyła to od razu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Przestała o tym myśleć, bo coś innego zwróciło jej uwagę. Zaskoczyły ją wyjaśnienia dyrektora, jego narracja, prosta i bezpretensjonalna. Nie oczekiwała tego. Czasem powiedział coś, czego nie rozumiała, użył jakiego dziwnego zwrotu; wydawało jej się wtedy, że coś jest z nim nie w porządku i rzucała na niego ukradkowe spojrzenie, nic nie odkrywając. Był niestandardowy, wymykał się wszystkim porównaniom. Na jego pełnej, bladawej twarzy rzadko pojawiał się wyraz ożywienia.

Kiedy rozmawiali, czasem były to szczegóły niewarte uwagi, zbyt drobne i mało znaczące, poświęcała wtedy czas obserwacji swego przewodnika. Nabierała stopniowo wrażenia, że za spokojem dyrektora kryje się jakiś niezrozumiała niechęć do świata, rodzaj nienawiści, tak głęboko ukrytej, że sam nie był jej świadomy. Wynikało to z fragmentów jego wypowiedzi, pewnej niecierpliwości, kiedy mówił o konieczności zmian w teatrze i uksztaltowaniu nowego widza, bardziej wrażliwego na ludzki dramat. Kiedy wspomniał o konieczności zmiany niedobrego świata na dobry, a co najmniej na lepszy, zapamiętała to zdanie.

On sam z nikim o tym nie rozmawiał, nawet z osobami najbliższymi, z wyjątkiem swojego serdecznego przyjaciela, Sobowtóra, jak go nazywał, kiedy ten jeszcze żył. Tylko z nim dzielił się swoimi wizjami i marzeniami o lepszym świecie.

*****

Dyrektor oprowadzał Izę po teatrze, opisując wszystko jak najdokładniej i najbardziej przekonująco. Kilkakrotnie powtarzał „mój teatr”, odmieniając te słowa przez wszystkie przypadki. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że to on stworzył ten teatr, wprowadził nowy program i zmienił wielu aktorów, zwalniając najchętniej tych, którzy wyrażali wątpliwości w jego pomysły, nawet jeśli odnosiły się one do pojedynczej sceny czy odsłony.

– To mój teatr – powtarzał z dumą. – Najpierw coś sobie wyobrażam, potem piszę scenariusz, w końcu reżyseruję.

Iza Karbo była przekonana, że mówi to nawet w myśli, bo jest to głos wewnętrzny, który sam pojawia się w jego głowie. Nie miała już wątpliwości, że Leon Kukuła jest dyktatorem.

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 4: Dzieci i statystyka

Pisząc pamiętnik przypomniałem sobie pracę w szkole. Może i ogłupiałem dzieci ucząc je matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć, ale nauczyłem je także rozumowania zgodnie z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, technice a nawet naukach humanistycznych.

Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce, astronomii oraz filozofii. Najbardziej ich interesowały terminy takie jak antynomia, łamacz kodów, kryptologia. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, wyrażenia algebraiczne, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich zbyt proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytałem dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się odważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Zaskoczył mnie. Byłem pewny, że nie powiedział tego, aby sprawić mi przykrość, ośmieszyć czy zdegradować pozycję matematyki. Zapytałem, dlaczego tak sądzi. Odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie umieją nawet dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi.

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – ciągnąłem temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest jak najbardziej użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala kwantyfikować rzeczywistość.

Poprosiłem Adasia o przykład. Dzieciak jest tak bystry, że czasem nie nadążam za nim, zwłaszcza kiedy używa skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytałem. Lubiłem go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż mnie, starego nauczyciela.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce a wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Zgodziłem się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom. Pochwaliłem też za to, że użył słowa „tyłek”, bardzo cywilizowanego, a nie „dupa”. Wyjaśniłem im to.

– Nigdy nie używajcie tego słowa, bo jest wulgarne. Posługują się nim najczęściej ludzie prości jak szyna kolejowa, którym piękno języka ojczystego jest obce. Ja je wymówiłem, abyście dokładnie wiedzieli, o czym mówię i co o tym sądzę.

Teraz sobie myślę, że dzieci traktowałem jak dorosłych, co nie podobało się wielu rodzicom ani dyrektorowi szkoły. To dlatego niektórzy z nich nazywają mnie świrusem. Dobrze, że dodają do tego „zmyślny”. Traktuję to jako pochlebstwo. W ich oskarżeniach o świrowanie jest jednak sporo prawdy, bo w życiu czuję się jak szczur zagubiony w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia. Aby wydobyć się z pułapki przekraczam czasem trudne do zdefiniowania bariery między normalnością a nienormalnością. Tak widzę przyszłość społeczeństwa, pełną kłopotliwych dwuznaczności. Bycie świrusem daje mi poczucie luzu.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 9: Przyziemie konsoliduje się i pokazuje siłę

Na wielkim spotkaniu zjednoczeniowym członkowie Przyziemia ocenili swoje położenie. Głos zabierali po kolei przedstawiciele głównych nurtów.

– Nasza praca ma podwójnie przyziemny charakter. Po pierwsze, pracujemy blisko ziemi, po drugie, nikt nas nie dostrzega. Dlatego jesteśmy Przyziemiem, a nie czymś bardziej wzniosłym. – W wypowiedziach była pogarda dla losu i bunt. Ta zawziętość ich nakręcała.

Zjednoczenie sił Przyziemia podziałało zaraźliwie na iobywateli Cezarei. Buntowały się kolejne grupy zawodowe i społeczne. Ludzie identyfikowali się z Przyziemiem, kiedy czuli, że ich praca jest niedoceniana przez władzę.

Niby masywna czarna dziura Przyziemie wchłaniało w siebie coraz więcej organizacji, firm i ludzi. Lista objęła wkrótce recykling i surowce wtórne, edukację ekologiczną, służby kanalizacyjne i zalesianie. Następne w kolejności były stacje epidemiologiczne, dostawcy wody źródlanej i mineralnej, oczyszczalnie mechaniczne i biologiczne, hodowcy grzybów ekologicznych, wysypiska śmieci importowanych i krajowych, strażacy a nawet służby meteorologiczne i ośrodki zarządzania kryzysowego. Ci ostatni przyszli na mityng poznawczy z transparentem „Jesteśmy z wami, bo nie chcemy, aby na głowę spadały wam nieszczęścia”.

Zaraz potem do ruchu przyłączyli się freeganie, zbierający nadającą się do spożycia żywność wyrzucaną bezmyślnie do śmietników oraz ludzie bezdomni, dla których ziemia była domem. Ostatnie dołączyły instytucje planowania przestrzennego, widzące w Przyziemiu szansę uporządkowania zabagnionych spraw środowiska. Niezadowolenie strajkujących wylewało się na społeczeństwo jak brudna woda z uszkodzonej balii.

*****

Rząd przyglądał się temu, co dzieje się w Przyziemiu, ale nie reagował. Namiestnik i Premier czekali, licząc na to, że ruch wygaśnie w sposób naturalny. Zawiedli się. Ruch nie tylko nie wygasł, ale skonsolidował się. Powstała Konfederacja Ludzi Przyziemia. Podjęto ważne ustalenia.

– Będziemy używać nazwy KLUP oraz identyfikować się jako Przyziemcy. To brzmi lepiej niż Przyziemni, którzy kojarzą się z ludźmi upodlonymi przez własną głupotę. W naszym przypadku chodzi o władzę, która nas ignoruje i nie docenia. Każdy z nas ma własną godność i chce ją nosić otwarcie na piersi a nie trzymać w ukryciu w kieszeni.

Wzrost siły Przyziemia wywołał wizję licznych zagrożeń: epidemii, zapchanej kanalizacji, gór śmieci, płonących wysypisk, powodzi i pożarów, brudu i smrodu, upadku edukacji ekologicznej, szczurów, ton żywności gnijącej na śmietnikach, lasów zaśmieconych do nieprzyzwoitości, plastiku unoszącego się na powierzchni jezior i oceanów, w końcu niedouczonej młodzieży i obywateli bez zaangażowania społecznego.

Najważniejszą sprawą stało się nauczenie społeczeństwa lepszego rozumienia rzeczywistości, nowego myślenia i szybkiego podejmowania kroków naprawczych. Pierwszym wyzwaniem była gospodarka śmieciami. Podjęto ważne decyzje, jak lepiej segregować i utylizować śmieci oraz jak przygotować młodzież do egzaminów z tematów związanych z działalnością Przyziemia.

– Będziemy walczyć o coś więcej niż podwyżki płac i poprawę warunków pracy. – Ta propozycja spotkała się z powszechna akceptacją.

Na transparentach pojawiły się hasła: 

– Uporządkujmy nasze życie. Precz z górami śmieci! Precz z dewastacją środowiska naturalnego! Na pohybel niewiedzy i głupocie! Najważniejsza jest ekologia i nauczanie, jak żyć. Żądamy głębokiej reformy edukacji.

*****

W nocy, pod Gabinetem Premiera Chudego, gdzie zbiegały się wszystkie nici niepokoju i żądań, pojawił się tłum milczących ludzi. Wszyscy byli ubrani na czarno, twarze były mroczne i nieprzeniknione.

Kiedy pojawił się opancerzony samochód premiera, demonstranci wyciągnęli w górę ręce z zaciśniętymi w pięść dłońmi ubranymi w czarne rękawiczki. Był tylko jeden transparent:

– Żądamy widzenia się z Namiestnikiem i Premierem.

Jeremi Chudy i jego świta poczuli zimne ciarki na plecach.

– O kurwa! To nie przelewki! – wyszeptał Premier do ochroniarza. – To kryzys państwa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 222: Upadek świata gubernatora Blawatsky’ego

Partia Konserwatywna uznała, że gubernator powinien jak najszybciej wystąpić publicznie z orędziem, aby poinformować naród o cudownym powrocie do władzy i przedstawić wielkie osiągnięcie rządu – powrót do prokreacji jako siły napędowej społeczeństwa. Ustalono, że gubernator uczyni to stojąc jak zwykle na podwyższeniu. W tej pozycji najpełniej wyrażała się jego niezwykła osobowość, zdolność ogarnięcia wzrokiem szerokiego świata oraz wrodzona siła przekonywania. Naród to cenił, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego najgorętsi zwolennicy nazywali to charyzmą.

Ważniejsze wystąpienia gubernatora konserwatyści określali mianem orędzia. Najlepsze z nich, zdolne wstrząsnąć społeczeństwem, uznawano za wydarzenia równie znaczące jak wybuch mniejszego wulkanu. Wielu obywatelom wydawało się to przesadą; współpracownicy Blawatsky’ego uważali to za normę.

Na wystąpienie wybrano Plac Dziękczynienia, miejsce najpełniej wyrażające wiarę narodu w Boga. Plac był rozległy jak słynne Pole Marsowe z czasów Republiki Rzymskiej, gdzie organizowano imprezy masowe, zaciągi do wojska, zebrania wyborcze oraz komicja centurialne, które wybierały wyższych urzędników, konsulów, pretorów i cenzorów oraz decydowały o wojnie i pokoju. Były to fakty potwierdzone przez historyków. Szukanie precedensów współczesności w historii, zwłaszcza starożytnej, stało się tradycją Partii Konserwatywnej.

Mównicę ustawiono wyżej niż zazwyczaj, aby orator był dobrze słyszany przez wszystkich uczestników zgromadzenia. Gubernator wstępował na mównicę dwa razy, gdyż nie sposób było wygłosić tak ważnego przemówienia za jednym zamachem. Wchodząc na podwyższenie za drugim razem Blawatsky zachwiał się. Opozycja natychmiast uznała, że jest chory. Zwolennicy Konserwy przekonani, że nawet najbardziej sprawnemu człowiekowi zdarza się potknąć, zachwycili się, jak łatwo ich przywódca powrócił do stanu równowagi. Natychmiast ujawnili się klakierzy, bijąc brawa i wznosząc okrzyki:

– Patrzcie! Niemłody już mężczyzna, a jaki sprawny mimo ciężkich przepraw ze zdrowiem!

Dla wzmocnienia przekazu na telebimie pokazano fragment przemówienia gubernatora z wcześniejszych lat; jego wigor i sprężystość rzucały się w oczy. Barras uspokoił nadgorliwych klakierów dyskretnym ruchem ręki. Znali ten znak; na placu zaległa cisza jakby spadła nań platforma wypełniona piaskiem milczenia.

Pod koniec przemówienia uczestników wiecu dobiegł niepojęty szum. Twarze wiecujących zwróciły się na zewnątrz w kierunku terenów parkowych obrzeżających Plac Dziękczynienia. Wydając przenikliwe dźwięki zza drzew i krzewów wybiegły setki młodziutkich istot, pełnych wigoru i radości.

*****

Słysząc tysięczne uderzenia drobnych stóp o ziemię, dzwoneczki o wymyślnych dźwiękach oraz głosy ni to ludzkie, ni zwierzęce, pomieszane i trudne do zrozumienia, gubernator przerwał przemówienie. Wraz ze świtą udał się na punkt widokowy znajdujący się na krawędzi Placu Dziękczynienia, aby ogarnąć wzrokiem teren i zorientować się dokładnie, co się dzieje. Obraz, jaki ujrzał, poraził go paraliżując kończyny, wywołując ucisk w piersiach oraz szum w głowie. Przed nim, jak okiem sięgnąć, mieszały się ze sobą hałaśliwe, kolorowo ubrane stworzenia przypominające dzieci. Były młode, w wieku od jednego roku do dwóch lat. Zachowywały się swobodnie, figlując ze sobą i poruszając się głównie skokami jak niezdarne żabki. Kiedy podbiegły bliżej okazały się zdumiewająco podobne do siebie; różniły się tylko wzrostem, fryzurą i ubiorem. Były ubrane w zgrabne uniformy lub dresy. Przeważały kolory ochronne, szaroniebieski i zielony. Wyglądały jak armia urwisów zmierzających na plac zabaw.

Towarzystwo na punkcie widokowym zastygło ze zdumienia. Z tłumu na dole dobiegały niezrozumiałe zawołania: „Jedynki w dwuszeregu! „Dwojaczki, nie ociągajcie się, formułujcie kolumnę! Gubernator i jego świta zachodzili w głowę, co to mogło znaczyć.

– To klony! – wykrzyknął nagle asystent gubernatora. – To są klony człowiekonia i to dwóch generacji! – zawyrokował podnieconym głosem. Jego ciemna, równo przycięta broda poruszała się miarowo, kiedy przenosił wzrok z jednej grupki ludziokoni na drugą. – To fascynujące! – Wykrzyknął, dodając prawie natychmiast głosem pełnym niedowierzania: – To przerażające!

Nastrój asystenta udzielił się pozostałym osobom. Uważnie obserwowali rozbiegane klony. Człowiekoniki poruszały się niby żywe srebro; zdawało się, że są wszechobecne. Ich głód ruchu i wrażeń był widoczny gołym okiem; drobne postacie wyskakiwały zza każdego pnia drzewa i kryły się za każdym krzewem. Niektóre poruszały się tak energicznie, że po kilku minutach zmęczone kładły się na ziemię i zapadały w sen.

Ktoś zauważył dwa opancerzone samochody stojące na dwóch krańcach równiny. Zwrócono na to uwagę gubernatorowi i podano mu lornetkę. Gubernator szybko skojarzył, o co chodzi. Wszystko stało się jasne. Na równinie rozciągającej się przed jego oczami hałasowały dwa pokolenia człowiekoni, żołnierzy przyszłości, jednolitych i sprawnych.

– Tu leży pies pogrzebany. – Mruknął Barras do stojącego obok ministra. Zdał sobie nagle sprawę, że stracił kontrolę nad krajem. Obejrzał się wokół siebie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy patrzyli na równinę.

Gubernator zamyślił się. Patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża Babel, wieża jego marzeń.

Pieter Bruegel the Elder: The Tower of Babel

Znał ją na pamięć, bo śniła mu się wielokrotnie, czasem nawet ukazywała się na jawie na tle kolorowej tęczy, wielopiętrowa, obudowana brunatną i czerwoną cegłą, cudowna jak na obrazku. Patrzył z przerażeniem, jak ukochana wieża wali się z wielkim hukiem, nierówno, fragmentami. Najpierw runął mur z lewej strony, potem koliście opadł wielki wewnętrzy krąg przypominający cembrowinę studni, obnażając rozległe przejścia i luki między piętrami.

Gubernator poczuł duszący swąd pożaru. Patrzył jak płomienie sycząc konają, każdy z osobna. Wraz z wieżą waliło się w gruzy jego pracowite życie. Zrozumiał, że było to piekło, jakie sam stworzył swoimi błędnymi decyzjami i zaniechaniami. Na jego oczach gasło zgodne i szczęśliwe społeczeństwo, rozmnażające się w poczuciu patriotycznej prokreacji.

Widok i łoskot upadającej wieży był tak przerażający, że nogi ugięły się pod nim i stracił przytomność. Jego ochrona osobista, ludzie przysięgający mu wierność aż po grób, pozostawili go samemu sobie. Zafascynowani upadającą wieżą obserwowali, jak wyrzuca z siebie krótkie zygzaki niebieskich spięć i długie warkocze białych wyładowań elektrycznych, na tle których rozpadały się w powietrzu wykoślawione żarem wielkie drabiny starożytności.

– Czegoś tak monstrualnego i przepięknego nie widziałem w całym moim życiu! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Blawatsky zapadając się w czarną czeluść nieświadomości

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 221: Bolesne doświadczenia gubernatora

Dzieci stały się produktem rynkowym. Z prawnego punktu widzenia sytuacja była wyjątkowo korzystna dla obywateli; państwo płaciło za dziecko nie żądając w zamian tytułu własności.

Potomstwo stało się pomysłem nie tylko na godziwe utrzymanie się, ale i na dostatnie, a nawet bogate życie. Na spotkaniu Krajowego Zrzeszenia Matek i Ojców z przedstawicielami rządu pewien ojciec wyraził to klarownie:

– My zapewniamy dzieci, ale państwo i kościół muszą nam za to płacić. Za wszystko. Za cały nasz trud i znój. Za urodzenie, utrzymanie i wychowanie każdego szczeniaka do osiemnastego roku życia. To chyba uczciwy układ? – Zapytał wyzywająco.

Postępowe kobiety coraz bardziej nurzały się w rozwydrzeniu. Ich mężom i partnerom to odpowiadało. Żądali kolejnych spotkań z przedstawicielami rządu, aby stawiać kolejne wymagania. Społeczeństwo zaczęło także zaglądać do kieszeni urzędnikom, nawet tym najbardziej upierścienionym. Role odwróciły się.

Po zwycięskich starciach z rządem, coraz szerszym kręgom obywateli udzielała się atmosfera chciwości. Rząd potwierdził dalszą rozbudowę i tak już rozdętego programu pomocy oraz podjął decyzję wprowadzenia marihuany do powszechnego użytku. Celem było rozluźnienie ostatnich barier wstrzemięźliwości seksualnej. Decyzja przyniosła niezwykłe skutki. Obywatele narkotyzowali się, mieli kolorowe widzenia seksualne i zachowywali się coraz bardziej wyuzdanie. Mężczyźni chodzili po ulicach Afary z obnażonymi przyrodzeniami, jak ich pan Bóg stworzył. Kobiety były niewiele bardziej wstrzemięźliwe; towarzyszyły mężczyznom ubrane w przezroczyste stringi zapinane na biodrze. Wszyscy byli przekonani, że są równie nagie jak Ewa z biblijnego raju.

Nie były to przypadkowe ekscesy lub urojenia. Sceny nagości i rozpasania rozgrywały się masowo w sypialniach domów i apartamentów, motelach i hotelach, na łonie przyrody, nad rzekami i jeziorami, w lasach i ogrodach, a nawet w samochodach stojących na uboczu, wszędzie, gdzie zaistniał choćby pozór intymności.

*****

Drugim szokiem okazała się dla gubernatora firma Abenaki. Rozwinęła ona własny program prokreacji, prowadząc na wielką skalę akcję charytatywną i inwestycyjną. Szło jej tak dobrze, że w końcu wchłonęła w siebie państwowy program prokreacji wykupując do niego prawa od skorumpowanej grupy urzędników państwowych. Oprócz danin regularnie płaconych przez nepotów gubernatora, firma zbierała pieniądze, gdzie tylko mogła, w kraju i za granicą, aby finansować własny program prokreacji i opieki nad dzieckiem. Później okazało się, Abenaki oferowała tanie usługi opieki nad dzieckiem pod szyldami różnych organizacji. Utrzymywano to w tajemnicy.

– Dlaczego ukrywali to przed społeczeństwem? – zadawał sobie pytanie gubernator. Nurtowało go to. Oświecił go Czarna Eminencja:

Abenaki, zachowując starą nazwę, powołała w tajemnicy nową firmę, o tej samej nazwie, tylko z końcówką „unlimited”. Na jej konto przelewała pieniądze otrzymywane od nepotów Blawatsky’ego oraz z innych źródeł, aby w tajemnicy budować szpitale położnicze oraz wyposażać je w sale porodowe, łóżka i inkubatory. Ponadto prowadziła badania, szkolenia prenatalne, budowała tysiące żłobków i przedszkoli, zaopatrywała je w pieluchy, zabawki i żywność oraz szkoliła opiekunki i przedszkolanki. Kto z tego dóbr korzystał i na jakich warunkach, nie było całkiem jasne.

Za usługi świadczone na rzecz matki i dziecka firma pobierała minimalne opłaty. Czyniła to tylko po to, aby ludzie docenili, co otrzymują, bo wiadomo, że to, co nic nie kosztuje szybko traci na wartości. Było to czyste wyrachowanie: potajemnie stworzyć sobie potężny rynek zbytu, przyzwyczajając ludzi do swoich praktyk, produktów, porad i pomieszczeń. Abenaki zamierzała kontynuować te praktyki tylko do czasu, kiedy zdecyduje się wycofać wszystkie dotacje i subwencje do usług i produktów. Niewiele ją to kosztowało, bo wydatkowane środki pochodziły z kasy państwowej, przekazywane potajemnie przez armię nepotów zatrudnianych przez rząd.

Gubernator był wściekły, bo to on powołał tę armię do życia, ale w innym celu, który znał tylko on sam, a mianowicie zdobycia nieograniczonej władzy. Armia nepotów rozrosła się niewyobrażalnie podczas jego letargicznej nieobecności i zmieniła swoją lojalność. 

Blawatsky był w szoku; nie mógł sobie wybaczyć, że był tak beznadziejnie ślepy i nie zauważył, co w trawie piszczy i nie docenił ludzkiej chciwości. Aby upewnić się do końca, że wszystko, co oglądał, jest prawdą, kazał się wozić po kraju. Odwiedzał sale porodowe, żłobki, przedszkola i szkoły, aby obejrzeć je na własne oczy i dotknąć.

– Przecież to wszystko dokumentnie mu wytłumaczyłem. Zachował się jak niewierny Tomasz – skarżył się podwładnym Czarna Eminencja zdegustowany brakiem zaufania świeżo odzyskanego partnera.

Kiedy gubernator zaspokoił już swoją ciekawość cudem przyśpieszonej prokreacji, przestał wierzyć w wyższe uczucia obywatelskie, patriotyzm i dobro wspólne. To go tak zmieniło, że codziennie przeglądał się w lustrze, aby upewnić się, czy jest to wciąż ten sam inteligentny człowiek, czy też ktoś zupełnie inny. Było to bardzo bolesne przebudzenie.

0Shares

Życzenia Wielkanocne 2019

Wielkanoc w Goodchildren Social Aid & Pleasure Club, New Orleans.

Wielkanoc w St Roch Tavern  2012 

Po wgłębieniu się w tradycję Świąt Wielkanocnych i wiosenną naturę ludzi, szczególnie kobiet oraz zwierząt, z uwzględnieniem mężczyzn, życzę od serca:

  • Prezydentowi, łaskawcy od ułaskawień – aby i on doznał słodyczy ułaskawienia ze stanu świątecznego przejedzenia;
  • Rządowi – dalszych sukcesów reformatorskich, ale bez przesady, bo – jak mówi przysłowie – co za dużo, to i świnia nie chce;
  • Członkom LGBT – kolorowych kokard i tęczowych pisanek oraz mniej kamieni obrazy ze strony społeczeństwa;
  • Ludziom ubogim, bezdomnym i nauczycielom – aby Ojciec Rydzyk, namiestnik Boga na ziemi, wziął ich w serdeczną opiekę;
  • Kobietom – spełnienia marzeń, aby ich mężowie, partnerzy i kochankowie okazali się wzorcami odpowiedzialności, zaradności i zasobności finansowej;
  • Dzieciom – nowych, lepszych i szybszych smartfonów, aby nie musiały marnotrawić czasu biegając po podwórku za piłką, bo to męczy;
  • Czarnym Łaniom z Wędliniarni oraz innym równie pracowitym i powabnym sprzedawczyniom – egzotycznych marzeń w chwilach wolnych od troski o klienta;
  • Kurom (także domowym) – więcej złotych jaj w koszyczku i więcej czasu na wolnym wybiegu;

  • Kogutom, wszystkim bez wyjątku – tego wszystkiego, o czym marzy każdy prawdziwy kogut.

Nam wszystkim, abyśmy zdrowi byli jak rydze, silni jak tury, bogaci jak Krezus i odporni na władzę równie mocno, jak ona sama jest odporna na rozum, przyzwoitość i prawdę.

Alleluja Bracia i Siostry! Alleluja!

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 213: Niezwykła Maria, lustra i seks po japońsku

O Marii ludzie Babochłopa mówili otwarcie i z przekonaniem, że jest wściekła. Agent policji nagrał potajemnie jej wystąpienie. Maria miała ciepły, perfidnie przekonywujący głos.

– Związek kobiety i mężczyzny zawsze prowadzi do nieszczęścia. Są nim dzieci. W małżeństwie, które znałam przez wiele lat, oboje byli kalekami. Mężczyzna miał tak krótkie nogi, że nie sięgały podłogi, kiedy siedział na krześle, a kobieta nienormalnie długie. Miała za to bardzo krótki tors, wyglądała tak, jakby nie wystarczało jej miejsca na pachy. Mówię to z pewną przesadą, ale taki był problem. Ci ludzie pobrali się mimo sprzeciwu rodziców, którzy czuli, że potomstwo jakie spłodzą, przyniesie im nieszczęście. Wynik był inny niż można by się spodziewać, ponieważ dzieci okazały się normalne. Kiedy podrosły, nikt im jednak nie pomagał w opiece nad rodzicami, ani kościół, ani państwo, ani żadne towarzystwo dobroczynne. Nikt! To było dla nich nie do wytrzymania. Pragnęły mieć swoje własne życie, cieszyć się nim, jak wszyscy normalni ludzie. Najpierw znęcały się nad rodzicami fizycznie i moralnie, potem porzuciły je bez pardonu na pastwę losu. Straciłam ich wtedy z pola widzenia. Co się z nimi stało, nie mam pojęcia. Była to potworna nauczka, czym mogą stać się dzieci, kiedy zajdzie potrzeba pomocy rodzicom. Ja sama nigdy o dzieciach nie myślałam i jestem szczęśliwa.

*****

Gubernator starał się nie pozostawać w tyle za Eminencją w promocji postaw reprodukcyjnych. Nie lubił wyrazu „reprodukcja”, kojarzył mu się za bardzo ze zwierzętami, ale posługiwał się nim, aby wyrazić istotę sprawy. Jego doradca, demograf, używał często tego terminu, mówiąc o reprodukcji prostej, rozszerzonej i zawężonej. Oczywiście celem rządu była reprodukcja rozszerzona. Obydwaj mężczyźni, gubernator i Eminencja, rywalizowali ze sobą, kto wykaże się większą inwencją w metodach przekonywania do reprodukcji.

Na lustrach w centrum miasta pojawił się jego specjalny program propagandowy. Przechodzące obok luster kobiety widziały na nich swój obraz. Był on pozytywny i miły dla oka, kiedy kobieta przysparzała krajowi dzieci, ale negatywny i mroczny, kiedy była niechętna prokreacji. Działo się to w ten sposób, że kamery skanowały twarze osób w zasięgu luster, obraz w ułamku sekundy był analizowany przez komputer w celu identyfikacji osoby. Rząd miał już wtedy teczki z dossier większości kobiet, tak że system był w stanie generować na lustrach obrazy kobiet uwzględniając ich stosunek do prokreacji. Najczęściej na lutrze ukazywał się palec boży wytykający kobiecie grzech nieprzestrzegania boskiego polecenia „Idźcie i rozmnażajcie się”. Niektóre kobiety ogarniał taki wstyd, że rzucały kamieniami w lustro. Było to nieskuteczne. Obraz nie znikał ani nie ulegał deformacji; lustra były odporne na tego rodzaju ataki.

Rząd utrzymywał w tajemnicy „Lustrzany program”. Jego powstanie gubernator uważał za krok milowy w walce o prokreację. Nie omieszkał wykorzystywać go także do walki z przeciwnikami politycznymi. Kiedy opozycja stawiała mu zarzuty łamania prawa, tłumaczył, że z uwagi na kryzys demograficzny parlament przyznał mu prawo stosowania środków perswazji przekraczających granice publicznej reklamy i promocji.

*****

Enrique opowiedział dziadkowi historię młodych, aktywnych zawodowo mężczyzn adoptujących japoński styl życia. Jedna trzecia z nich nie utrzymywała seksualnych kontaktów z kobietami. W Afarze organizowali oni sobie kluby i kawiarnie „only for men”. Pragnąc zrozumieć nową rzeczywistość, Sefardi poprosił wnuka o pokazanie mu takiego miejsca.

Kawiarnia nazywała się „Gwiazda przyszłości” i przypominała długą halę fabryczną, odnowioną i udekorowaną obrazami, rzeźbami i kwiatami w doniczkach. Wzdłuż ścian ustawione były dwa rzędy stolików. Siedzieli przy nich mężczyźni w różnym wieku, przeważnie młodzi, przed komputerami, laptopami, tabletami, a nawet smartfonami. Wszyscy mieli słuchawki na uszach i byli zatopieni w obrazach, rozmowach i muzyce. Nieco dalej znajdowały się pokoje przypominające małe gabinety, z wysokimi fotelami i wygodnymi kanapami, zapewniającymi poczucie intymności.

Nie pukając, Enrique otworzył drzwi jednego z gabinetów. Widać było, że czuje się w kawiarni jak u siebie w domu. Zajrzeli do środka. Sefardi dostrzegł starannie ostrzyżoną głowę mężczyzny i fragment stojącego przed nim ekranu komputera. Zaciekawiony zapytał wnuka, co mężczyzna tam robi.

– Jak to, co? – odpowiedział pytaniem Enrique. – To samo, co robi każdy mężczyzna, kiedy odczuwa potrzebę seksu, a jest sam.

Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia wprowadził dziadka do gabinetu, popatrzył na ekran komputera, po czym bezceremonialnie przerwał sesję siedzącemu w fotelu mężczyźnie, aby przedstawić go dziadkowi. Był to przyjaciel Enrique. Nazywał się Sato Mitori i był japońskiego pochodzenia, choć nie wyglądał na Japończyka. Mówił bez naleciałości językowych podobnie jak obywatele Nomadii mieszkający tam od wieków. Sefardi zapamiętał tylko jego imię, twarz i niektóre fragmenty wypowiedzi. Do kawiarni Sato przychodził regularnie, wybierał zawsze ten sam pokój, jeśli tylko był wolny i spędzał tam wieczory.

Po zakończeniu spotkania Enrique opowiedział Sefardiemu pozostałą część historii. Sato oglądał pornografię, wchodził w słowny i wizualny kontakt z kobietami, aby prowadzić z nimi erotyczne konwersacje, podniecić się i przeżyć orgazm. Za opłatą, a często nawet bez niej, wirtualna kochanka po drugiej stronie ekranu rozbierała się i wykonywała wszystko to, o co ją prosił, zachowując się, jeśli trzeba, wyuzdanie dla zaspokojenia jego fantazji erotycznych.

– Nie jest to jednostronne, że ona robi to, o co prosi ją Sato. Ona sama też może poprosić go o obnażenie się, podniecanie jej, opowiedzenie frywolnej historyjki, jakiejś fantazji lub zachowanie się w inny sposób, tak jakby byli razem nadzy w jednym pomieszczeniu. Oni po prostu współżyją ze sobą. Znam ją i jego na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to udana para. – Enrique zakończył wyjaśnienie w taki sposób, jakby wszyscy tak postępowali i byli z tego tytułu szczęśliwi.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 195: Karty kredytowe i kaznodzieje

Kiedy okazało się, że siłą nie da się przekonać ludzi do prokreacji, policja opracowała i przetestowała kilka form perswazji. Najbardziej obiecująca okazała się pomoc finansowa, rzecz niekontrowersyjna sama w sobie, praktykowana na przestrzeni wieków.

Wytypowanym osobom rząd oferował bezpłatne karty kredytowe. Jak przekonywały ogłoszenia reklamowe, były one tak nadziane gotówką, że mogły nie mieścić się w portfelu. Karty wydawał wytypowany przez rząd bank. Krążyły o nim pogłoski, że jest pralnią brudnych pieniędzy. Oczywiście nikt nie brał tego poważnie, ponieważ nikt nigdy nie słyszał o pralni rozdającej gratis karty kredytowe. Karty były łatwe do identyfikacji: karta brązowa za pierwsze dziecko, srebrna za drugie i złota za trzecie. W przypadku nienarodzenia się dziecka w ciągu dwunastu miesięcy od otrzymania karty, beneficjent miał obowiązek zwrócić kartę bankowi oddając tylko połowę środków na niej zdeponowanych. Była to forma zachęty do zapoznania się z systemem. Rząd przewidywał wydanie kart diamentowych, wstrzymywał się jednak z decyzją do czasu sprawdzenia, jakie efekty przyniosły trzy pierwsze karty. 

„Kredytowy system perswazyjny”, jako go nazywano, obliczony był na ludzką chciwość. Oczywiście nikt nie mówił o tym głośno. Mając coraz więcej dzieci obywatele byli w stanie nie tylko poprawić swoją sytuację, ale i dorobić się, stać się ludźmi majętnymi, a przy kilkunastu dzieciach wręcz bogaczami.

Mimo niewątpliwych korzyści i intensywnej reklamy ludzie nie przyjmowali kart, bojąc się powtórki Apokalipsy, a jeszcze bardziej uzależnienia od banku. Nie miał on dobrej opinii. Wiele osób uważało, że został założony przez oszustów, aby naciągnąć klienta na kredyt lub pożyczkę i zlicytować go przy pierwszej niemożności spłaty, przejąć jego mienie i wypluć na bruk w charakterze bezdomnego nieudacznika.

Otrzymywane pocztą karty ludzie palili często nie zastanawiając, czy nie warto byłoby podjąć z nich choćby trochę gotówki. Karty były wykonane z tworzywa sztucznego i przy spalaniu wydzielały charakterystyczny dym i swąd.

Drony potajemnie wysyłane przez policję wykrywały nietypowy dym i zapach. Był to znak sugerujący, że osobnik niszczący kartę jest przeciwnikiem prokreacji. Korzystając z organizacji  prania brudnych pieniędzy, głównie pochodzących z handlu narkotykami, rząd dysponował już wtedy worami pieniędzy i mógł pozwolić sobie na supernowoczesne techniki i technologie, o jakich zwykli śmiertelnicy nie mieli nawet pojęcia.

*****

Najbardziej oddani sprawie ratowania społeczeństwa byli kaznodzieje. Byli niezwykle aktywni; gromili przeciwników prokreacji oraz tłumaczyli, wyjaśniali i nawracali zgodnie z posłaniem „Idźcie i rozmnażajcie się”. Kościół opłacał ich sowicie, aby bez codziennej troski o utrzymanie mogli głosić prawdy boże. Zdarzały się przypadki, że kaznodzieja miał nawet kilkoro dzieci. Nie wpływało to najlepiej na reputację kościoła, gdyż ludzie mu niechętni nazywali ich dzieciorobami żerującymi na łatwowierności społeczeństwa. Kościół ich nie bronił, ale też nie ganił, mając na uwadze demograficzne korzyści ich postępowania.

Kaznodzieje byli niezwykle skuteczni, ponieważ – w odróżnieniu od księży – trafiali przede wszystkim do osób, które nie przychodziły do kościoła. Zjawiali się wszędzie tam, gdzie było dużo ludzi. Ulubionym miejscem ich wystąpień były ośrodki handlowe, place przed supermarketami i dużymi sklepami, szkoły, a nawet więzienia. Ustawiali tam przenośne regały z broszurami promującymi wiarę i prokreację. Głosząc kazania nawiązywali do najlepszych tradycji krasomówstwa z czasów średniowiecza, które cechowała głęboka religijność. Po pewnym czasie do zawodu kaznodziei – z uwagi na tragiczną sytuację demograficzną – dopuszczano także kobiety.

Sytuacja Kościoła Hierarchicznego była mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Wielu obywateli doznało tak wielkich cierpień w okresie Apokalipsy, że odwrócili się od Boga obarczając go winą za nieszczęścia. Niektórzy zhardzieli do tego stopnia, że nie wierzyli już nawet kościołowi mimo jego szczerego zaangażowania w niesienie pomocy ofiarom żywiołów. Wskutek przebytych cierpień ludzie stali się cyniczni nawet wobec przyjaciół, modlących się o pomoc do Boga w tragicznych momentach. Pytali i szydzili:

– I co? Wymodliliście coś w czasie Apokalipsy? Jakiś ratunek lub pomoc otrzymaliście, choćby ulgę w rozpaczy?

1Shares

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

2Shares