Miłość i dobroć od wielkiego dzwonu

O polityce piszę tylko od wielkiego dzwonu. Od kilku dni słyszę, jak głośno bije.

Prezydenci Sopotu i Gdańska w grudniu wystąpili do rządu o zgodę na przyjazd kilkunastu sierot z Aleppo w Syrii na leczenie i zobowiązali się pokryć koszty ich pobytu i leczenia.

Rząd zareagował natychmiast. Pani Premier Szydło rzuciła się do portmonetki, którą miała w płaszczu, i wyłożyła bez wahania 10 zł.

– Nie mogę dać więcej. – Powiedziała wzruszona. – Rano dałam 100 zł na tacę i zostało mi tylko te dziesięć złotych. Oddaję wszystko, co posiadam.

Oprócz pieniędzy dała też dobrą radę prezydentom, że szybciej i skuteczniej mogą pomóc dzieciom na miejscu w Aleppo.

– Ale tam nie można wjechać, tam trwa wojna. – Wyjaśnili.

Wiadomość ta zmartwiła ją. – Nie wiedziałam. – Odpowiedziała. – Ale to nic. Minister Obrony Narodowej udostępni panom super nowoczesny helikopter, abyście mogli tam bezpiecznie dotrzeć, jak tylko go otrzymamy. Zamówiliśmy kilkanaście sztuk.

Inni przedstawiciele władz też nie szczędzili wysiłków, aby pomóc sierotom. Minister Obrony Narodowej zaoferował im przejażdżkę nowoczesnym transporterem opancerzonym. – Dzieci ogromnie lubią jeździć takimi pojazdami. To będzie dla nich prawdziwa frajda. – Powiedział.  

Prezes Kaczyński wręcz entuzjastycznie poparł inicjatywę prezydentów błagając tylko, aby dopilnowali, żeby dzieci nie okazały się terrorystami i nie były chore, bo to mogło być niebezpieczne. – Bezpieczeństwo naszego kraju leży mi najbardziej na sercu. – Podkreślił to bardzo mocno.

Prezydent Duda podpisał się pod decyzjami rządu i Prezesa nie czekając nawet na nocną porę. Był zdecydowanie za, chciał nawet interweniować, aby sprawę przyspieszyć. Było to niepotrzebne, ponieważ cały rząd zaangażował się w jak najszybsze, pomyślne załatwienie sprawy.

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy władze pełne miłości i dobrej woli! Błogosławieni niech będą ci, którzy je wybrali. 

Czy znasz miarę swego szczęścia? Ciesz się, bo idzie ku lepszemu.

Sabat czarownic The Witch's Sabbath, Francisco Goya

Kiedy zobaczyłem wczoraj w telewizji rękę pana Prezesa wyciągniętą kolejny raz do narodu w geście przebaczenia i pojednania, zacząłem ją okrywać kwiatami serdecznych pocałunków wdzięczności za ogrom dobra i cierpliwości, jakie nam od lat okazuje.

Zapragnąłem także ucałować panią Pawłowicz, naszą hinduską Boginię Jadła i Przekleństw, lecz usta miała wypełnione pierożkami oraz szparagami, nie śmiałem więc liczyć na życzliwe przyjęcie.

Żyję w nieprzerwanym uniesieniu. Dni są coraz dłuższe, coraz więcej jest słońca, ptaki śpiewają coraz piękniej. Jestem pełen optymizmu i nadziei. Widząc oznaki zmian dobrych na coraz lepsze, prorokuję:

  • Więcej dobrego prawa i sprawiedliwości w miejsce niedobrej konstytucji.
  • Więcej dzieci z programu 500 Plus. Motywowani wiosną i wysypem pieniędzy, wielodzietni rodzice ruszą masowo do sypialni i parków, aby ochoczo realizować marzenia Partii o kraju bogatym demograficznie.
  • Więcej pomników na zasadzie równowagi: jeden pomnik na każde życzenie.
  • Więcej szybszych emerytów z wydłużonymi emeryturami;
  • Więcej wizyt Komisji Weneckiej i Kongresmenów USA zainteresowanych wielkimi osiągnięciami Partii i Rządu;
  • Więcej ziemi rolnej i bogatsze plony w pobożnych rękach. Szkolmy się na traktorzystów, aby spełnić się na ojczystej roli pracą i pieśnią „Hej traktory, rumaki stalowe, hej, na pola prowadźcie wy nas!”
  • Więcej wspaniałych stanowisk dla przyjaciół, rodzin, znajomych i osób zasłużonych Partii, „aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej";
  • Więcej cielesnej zasobności najukochańszych naszych polityków. Niech widok dobrze odżywionego lekarza narodu z uduchowioną bladą twarzą napawa nas nadzieją, że koniec problemów zdrowotnych społeczeństwa jest już bliski;
  • Więcej osób na demonstracjach KOD-u nieuzasadnienie tęskniących do utraconych przywilejów, stołków i żłobu;
  • Jeszcze głębszą nostalgię widzów na spektaklach Stanisława Wyspiańskiego „Miałeś chamie złoty róg”;
  • Więcej uśmiechniętych dzieci i szczęśliwych matek z programu „Zero Aborcji” otoczonych serdeczną pomocą kościoła i państwa;
  • Więcej światełek w tunelach i mniej Ryśków, którzy je dostrzegają;
  • Owocniejszej współpracy Partii i Opozycji opartej na zdrowej zasadzie: wy zawieracie z nami kompromis, my w zamian nie publikujemy wyroków Trybunału Konstytucyjnego i nie zaprzysięgamy sędziów wybranych przez Sejm;
  • Więcej kulturalnej rozrywki w lokalach psychiatrycznych finansowanych z rządowego programu „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”;
  • Na zakończenie, więcej szczerych i głębokich wypowiedzi elity ducha, serca i intelektu, że wspomnę tylko ulubieńców publiczności panów i panie Girzyńskiego, Kępę, Macierewicza, Seniora Morawieckiego, Pawłowicz, Sellina, Suskiego i Terleckiego.

O, Wybrany Narodzie! O, Ziemio Obiecana!

Wznieśmy teraz wspólnie, Bracia i Siostry Cyrkowcy, radosny okrzyk: Alleluja, Alleluja!

O prawdach i łgarstwach noworocznych. Bez polityki i na trzeźwo.

W południe przespałem się. Sjesta. Obudziłem się jak osesek po kieliszku ciepłego mleka prosto od piersi. Byłem twórczy. Wymyśliłem powiedzenie: „Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów”. Przyszło mi to z łatwością.Nie męczyłem się jak inni po nocach. Wymysł jednak średnio oryginalny, bo kobieta, którą dobrze znam, nie zachwyciła się.

Kobietom ogrody i kwiaty kojarzą się chyba głównie z kobietami. W każdej grupie społecznej są zboczeńcy. O niektórych ostatnio pisałem, ale zaniechałem. Porzuciłem tę uprawę, bo ziemia jest twarda i trudno pracować. Motyczka się łamie, chyba na kłamstwach.

Nie tylko dzieci lubią piersi. Jest w tym niesprawiedliwość zabawowa. „Pan Bóg stworzył piersi kobiece dla dzieci, ale bawią się nimi dorośli”. To nie moje powiedzenie, ale też ładne. Lubię piękno.

Czasem mówię kobietom: „Proszę nie wierzyć mężczyznom, bo kłamią. Nawet jak mówią prawdę”. To moje. Mało rodzę, ale to akurat urodziłem. Bez pieszczot i interwencji. I bez dotacji NFZ, na zasadzie: „Radź sobie sam”.

Po wypowiedzeniu powyższej sentencji obserwuję kobietę. Jedna uśmiecha się, inna chwilę zastanawia się, jeszcze inna entuzjazmuje, jakie to niezwykle trafne. Wtedy dodaję:, „Ale kobiety robią to lepiej!”. Reakcje bywają różne, przeważnie pozytywne.

Z poczuciem humoru niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. Najgorsze, że nie jest ono zaraźliwe. Epidemia bardzo by się nam przydała. Choć prawdopodobnie ktoś szybko wymyśliłby szczepionkę i reklamy w telewizji.

Reklamy leków to u nas normalność. Chorobliwa, ponieważ reklama sugeruje, że coś ci dolega. Ludzi robią sobie różne uzurpacje. Przypomina mi się napis na grobie hipochondryka. „A nie mówiłem, że jestem chory”.

W Australii reklamy leków są zakazane. Mądre społeczeństwo, nie tylko pod tym względem. Wymyślili i z powodzeniem praktykują uprzejmość. Bezinteresowną, spontaniczną, naturalną. I uproszczone procedury urzędnicze. Bez pieczątek, wystarczy podpis. My też do tego dojdziemy, choć nie jest to łatwe, bo klimat jest u nas surowszy. Wciąż ciągnie zimno z lat 1945 – 1989.
Nawet młodzi ludzie bywają wyziębieni grzecznościowo, mimo, że urodzili się i wychowali już w nowym czasie. Psują ich dziadkowie i rodzice. Tych najstraszniejszych pokazują w telewizji. Pracują nocami, choć nie muszą. Coś szybko uchwalą, a potem długo chwalą. To nowi stachanowcy. Cytuję Wikipedię: „Stachanow w nocy z 30/31 sierpnia 1935 r., podczas jednej zmiany w kopalni Centralnaja-Irmino, wykonał 1475% normy (tj. wydobył 102 tony węgla)”. To bogata i w istocie niesamowita idea. Patrz Wikipedia.

Biegałem dzisiaj pół godziny. Nie jest to prawdą, bo tylko piętnaście minut. Drugie piętnaście to szybki spacer. Łatwo jest mówić prawdę, kiedy nie boli. Z bieganiem nie przesadzam, chcę jeszcze trochę pożyć. Z kłamstwem jest inaczej, noworoczne nie noworoczne. Nie skraca życia. A szkoda.

Na drogach i ścieżkach w pobliżu osiedla mnóstwo wypalonych petard. Całe puszki i pojedyncze sztuki. Jesteśmy ludźmi, bo nawet świnia nie świni. Dlatego lubię zwierzęta.

Na zakończenie, tysięczne życzenia szczęścia i pomyślności w 2016. Obyśmy zdrowi byli i dostatecznie przytomni, aby nie oglądać za dużo telewizji i nie siedzieć w Internecie. Mówię to do siebie. Niemyślenie dobrze mi robi. Innym chyba też.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Limit słów

Nie znał już swego imienia. Wydawało mu się, że je ma, kiedy nagle dotarło do niego, że już go nie ma. Przez lata mówiono mu, a może wmawiał sam sobie, że jego imię, uproszczone i zinternacjonalizowane jak nienawiść lub obrzydzenie wobec obcych, nawet tych najbardziej niewinnych, jest pochodzenia biblijnego. I że ma w sobie urok wynikający z bliskości tego imienia wobec Boga. W dokumentach zawsze widział swoje imię, kiedy niespodziewanie nastąpił kryzys głębszy niż przepaść. Imię wyparowało, zniknęło jak kamfora. Został Bezimiennym.

Po rozmowie z Wielkim B naszło go widzenie. Potem nie był pewien, czy była to rozmowa czy może sen. Nie mogli dojść do porozumienia w ważnej dla niego, Bezimiennego, sprawie. Dla Wielkiego B sprawa wydawała się banalna jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Chciał żyć bez śniegu, do czego ma wszelkie ludzkie prawo, a może nawet i błogosławieństwo boże, ignorując to, że rzesze ludzi współczesnych korzystają z owego śniegu pełnymi rękami, wręcz tarzają się w nim. Śnieg stał się symbolem Internetu i nowych metod porozumiewania się. Lecz Wielki B, człowiek dojrzały jak mało kto, uznał, że pragnie żyć bez śniegu.

Sprawa okazała się głębsza niż sądził Bezimienny i trudna do rozstrzygnięcia. Zygmunt Freud przydałby się w celu rozcięcia spornego węzła gordyjskiego, lecz gdzieś się zapodział. Bezimienny pomyślał, że Zyga (wzywał go w duchu tym ciepłym imieniem) wyjaśniłby, że wszystko, co istnieje, ma dwie strony, dwie natury: dobrą i złą, pozytywną i negatywną. Nóż, którym kroimy chleb, warzywa, mięso lub – jako dzieci – strugamy patyk lub fujarkę, równie dobrze może być użyty do zastraszenia lub zabicia człowieka lub zwierzęcia, albo wymuszenia na kimś pieniędzy lub ustępstw tak głębokich, że aż pozostawiających blizny na duszy. Kwestią jest, czy ów nóż jest bardziej użyteczny czy też bardziej szkodliwy, pożyteczny czy też zguby. Jest i jednym i drugim – doszedł do wniosku Bezimienny.

To samo ludzie mówią o Internecie, ale nie wtedy, kiedy uciekają od niego jak diabeł od święconej wody uważając, że jest czymś złym i niepotrzebnym. Dziwne jest to uciekanie. Komputerem i Internetem posługują się dzieci już w wieku 5 lat, a niektórzy dorośli, oczytani i mądrzy wmawiają sobie, że ich na to nie stać, że to rzecz niegodna, niepotrzebna i zbyt trudna. Freud, który się w końcu odnalazł właśnie w Internecie, zapytany o takie postawy, odmówił im racji bytu. Uważał on, że są niegodne człowieka, któremu Bóg dał rozum, wolną wolę, zdolność zmiany punktu widzenia jak i porzucania niechęci, strachu i nawyków, które niekiedy formują się w garb skutecznie blokując człowieka.

Zapytany o szczegóły wyjaśnił: Domyślam się, że w tych ludziach, niekoniecznie mi bliskich, ale też niekoniecznie obcych, chyba zepsuło się coś w środku. Uczą dzieci, które uwielbiają, jak postępować, jak radzić sobie z tym, co niesie życie, a życie niesie tylko rzeczy nowe, lecz sami tkwią w ciemnym zaułku, z którego nie widzą wyjścia. Żyją jakby nie zdając sobie sprawy, że okłamują siebie samych i że owe dzieci, najpiękniejsze z istot, wykryją to wcześniej czy później. Bo dzieci nie uczą się słuchając tego, co mówią im dorośli, tylko krocząc ich przykładem i robiąc porównania. Tak to Freuda zrozumiał Bezimienny z krótkiej konwersacji, jaka zdarzyła się w zapomnianym już miejscu i czasie.

Bezimienny nie był całkiem bezinteresowny w wyrażaniu powyższych poglądów, ponieważ sam potrzebuje pomocy osób miłujących dzieci, przyrodę, pogodne niebo, ogórki i drzewa liściasto-iglaste oraz psy i co najmniej jednego kota. Jego potrzeba wynika z ubytku, jaki zauważył u siebie pewnej nocy, kiedy męczył się kolejny raz i przerażająco złorzeczył na swój los. Los okazał się dlań dziwnym tworem: nie potrafił zaspokoić ważnych pragnień, gdyż uciekały przed nim jak woda przed Tantalem, kiedy tylko próbował się jej napić. Ubytek Bezimiennego wyraził się w tym, że skończył mu się limit słów. Nie może już mówić, może tylko pisać, a to ma sens tylko wtedy, kiedy go ktoś czyta. Dzieciom wyświadczamy wielką radość i przysługę, kiedy im czytamy, a piszącemu, kiedy go czytamy. Niezależnie od tego, czy pisze na papierze, piasku czy w pamięci komputera.

 

Myślę, więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 3

Rozpoznanie stanu myślenia i zdrowia psychicznego, o którym mówiłem wcześniej, jest ważne także w relacjach z samym sobą. Każdy prowadzi dialog wewnętrzny – Wiktor spojrzał na mnie z uwagą, zapewne chcąc upewnić się, że nie jestem wyjątkiem. Ponieważ nie zaprzeczyłem, kontynuował.

Kiedy mówię do siebie: Ty kretynie, jak mogłeś to zrobić? – twarz Wiktora ożywiła się nadzwyczajnym wglądem we własną świadomość – to podświadomie ostrzegam się przed niebezpieczeństwem zejścia na drogę bezmyślności. Jeśli popełniłem poważny błąd, wybaczam go sobie i notuję w pamięci pobraną od życia lekcję.

Nie wiń siebie za błędy, ale dbaj o rozwagę w podejmowaniu decyzji i pamiętaj, czego się nauczyłeś na błędach! Ale tylko własnych, ponieważ nie można uczyć się na cudzych błędach. Nie są one dostatecznie dotkliwe i wyraziste, aby wryły się w naszą pamięć. Biedni ci rodzice, którzy mają nadzieję, że ich dzieci nauczą się wiele na ich błędach. Trochę, tak. Ale wiele? – twarz Wiktora wyrażała niezmierne zdziwienie, że można tyle oczekiwać od potomka.

Teraz dokończę mój skromniutki wykładzik na temat drugiej kategorii niemyślenia – Wiktor westchnął, jakby mówienie o temacie sprawiało mu przykrość. Używam słów „skromniutki wykładzik” podobnie jak niektórzy Polacy używają dziecinnych sformułowań w rodzaju „pieniążki”, kiedy mówią o 250.000 zł. Nie jest to zdrowe zdziecinnienie. Przypomina ono raczej kurczenie się organu myślowego do poziomu móżdżku sepleniącego przedszkolaka, choć dzisiaj zadbany przedszkolak wysławia się piękniej i bogaciej niż zaniedbany dorosły. Patrząc gdzieś w bok w przestrzeń mój rozmówca krzyknął: Dziadkowie i babcie, potwierdźcie prawdę moich słów!

C.d.n.

Mój ulubiony bohater Cz. 2

Wracam do mego bohatera. Stęskniłem się za nim. Od razu zaskoczę wszystkich stwierdzeniem, że drugą – obok finansów publicznych – silną stroną JK jest ojcostwo.

„Jak sobie radzić, by państwo nie zbankrutowało skoro społeczeństwo się starzeje i coraz więcej emerytów przypada na ludzi pracujących?

To nie było banalne pytanie z gatunku: „Jaka jest dziś pogoda?” Wszyscy członkowie Sejmu zaczęli w zakłopotaniu drapać się po głowie, kiedy Jarosław Kaczyński wstał i udzielił szokująco prostej odpowiedzi. Inaczej mówiąc palnął prosto z mostu: „Kto powiedział, że nie damy sobie rady z rodzeniem dzieci? Ponieważ nie wszyscy uwierzyli w jego słowa, zaczął się rozbierać, aby zademonstrować wigor i muskulaturę (tak bardzo pożądane w czasach drastycznego spadku zaufania do rządu). Zachęciła go do tego obecność kobiet na sali, lecz przed dalszą akcją powstrzymali go najbliżsi współpracownicy.

Daj spokój, Jarek, jeszcze się przeziębisz! I po co nam to? Kraj zostanie bez szans na dobrego premiera. Chcesz, aby nim został Ziobro? Te słowa podziałały otrzeźwiająco na JK. Usiadł i zaczął patrzeć swoimi rozmarzonymi oczami w przyszłość kraju bez Tuska, Unii Europejskiej, Rosji i Niemców.

Wzruszyła mnie odpowiedź i reakcja JK, ponieważ wiem, że wynika ona z jego głębokiego kawalerskiego doświadczenia życiowego.

„Nie będziesz uczyć ojca, jak dzieci robić” – to ulubione powiedzenie JK, które kieruje w swej nadzwyczajnej wyrozumiałości ojcowskiej do każdego niepokornego syna partii. Ostatnio usłyszał je Zbyszek Ziobro, kiedy usiłował wywołać dyskusję na temat rządzenia partią. I słusznie je usłyszał. Po co chciał wywołać ferment w partii, która chwalebnie przegrała w wyborach już sześć razy z rzędu?

W Sejmie zadaje się zbyt mało treściwych pytań. Mnie odpowiadałoby na przykład pytanie: Kto jest twoim ulubionym bohaterem i wzorem do naśladowania?

Jeśli takie pytanie padnie w Sejmie pod moim adresem, wówczas wstanę z krzesła, położę rękę na sercu i odpowiem pełnym zdaniem: Jest nim Jarosław Kaczyński, ponieważ sam, w pojedynkę, gwarantuje niedojście PiS do władzy do końca wieku. Amen!

 

 

Dzieci-rodzice-dziadkowie. Komunikacja i moralność.

Dobra dyskusja o komunikacji i moralności nie wymaga niczego więcej niż stół, temat, dyskutanci oraz duża odległość od rodziny. Dobrze, jeśli na stole znajdują się jeszcze cztery kieliszki, których zawartością można schłodzić gardło rozpalone dyskusją oraz orzeszki, których żucie zastępuje gryzienie paznokci w momencie gniewu, w jaki nas wpędzają inni dyskutanci.

Przypadek, który opisuję, obejmuje rodziców, których syn mieszka za oceanem oraz dwoje dziadków, których wnuczki też mieszkają za oceanem (ale innym).

Tematem dyskusji było: Jak kontaktować się z dziećmi i wnukami, które są na tyle niezrozumiałe lub buntownicze, że piszą i pokazują siebie i swoje rodziny na Facebooku, a nie mają czasu, aby przekazać garść informacji i kilka zdjęć emailem lub wykręcić numer telefonu i pogadać z australijską rodziną. Dwie panie uczestniczące w dyskusji reprezentowały pogląd, że dzieci i wnuki mają (święty?) obowiązek podtrzymywać kontakt emailowy lub telefoniczny z rodzicami i dziadkami. Jest to bardziej osobiste, przyjemne i zaangażowane niż komunikacja przez Facebook, który źle się kojarzy osobom dojrzałym bądź konserwatywnym. Wynika to również z obowiązku dziecka (nawet jeśli ma ono 40 lat) wobec rodziców i rodzica rodzica czyli dziadka lub babci.

Mój punkt widzenia był inny. Skoro Facebook jest uniwersalnym narzędziem komunikacji społecznej, to treść i zdjęcia tam zamieszczone mogą być czytane także przez rodziców i dziadków. Warunkiem jest akceptacja takiego poglądu i nauczenie się korzystania z Facebooka. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, aby (niezależnie od Facebooka) dzieci i wnuki traktowały najbliższą rodzinę za oceanem lepiej niż przyjaciół i znajomych (w tym samym wieku) i podsyłały im emaile ze zdjęciami lub łączyły się telefonicznie. Niekoniecznie tak często. Powiedzmy raz na dwa tygodnie.

Argumentu „Facebook czy prywatna korespondencja z rodzicami i dziadkami” nie rozstrzygnęliśmy. Może będę zbyt obcesowy, ale nie liczyłbym w tym zwariowanym świecie na tak wielką miłość dzieci i wnucząt, aby rezygnowały z części czasu poświęconego facebookowaniu na rzecz pisania emaila lub telefonowania do rodziny. Trzeba wykazać własną inicjatywę. Uważam, że „noblesse oblige” (szlachectwo zobowiązuje) jest zasadą ważną i stosowalną. To znaczy, jeśli Bóg dał ci rozum i wykształcenie, to zobowiązuje cię to moralnie do nauczenia się podstaw korzystania z nowoczesnego narzędzia komunikacji jakim jest Facebook (aby m. in. móc łatwo komunikować się z najukochańszą rodziną).

Przyznam, że w tym momencie rezygnuję z argumentu moralnego (dziecko ma obowiązek aktywnie kontaktować się z rodzicami/dziadkami) na rzecz argumentu zdroworozsądkowego i praktycznego, który brzmi: w dobie, kiedy młoda generacja powszechnie używa Facebooka, dziadkowie i rodzice mogliby nauczyć się Facebooka.

Jest to obowiązek człowieka cywilizowanego, niezależny od wieku. Wiek to zresztą niepoważny argument. Jeśli 5-latek potrafi nauczyć się korzystać z komputera, to dlaczego nie miałby umieć to zrobić 50, 60, 70 czy 80-cio latek. Wiek późniejszy niż 80 lat to dla mnie sprawa trudna do rozstrzygnięcia. Jeśli już teraz zdarza mi się nie móc odnaleźć okularów, kluczy czy fragmentu ubrania, to w przyszłości – obawiam się –mogę mieć problemy ze odszukaniem komputera stojącego na biurku.

Z rozważań o komunikacji i moralności wyłączam synowe. Niektóre umieją bardzo dobrze mówić, pisać, czytać i rachować, a nie umieją napisać emaila, choć mają adres emailowy. Ten stan umiejętności przerasta moje wyobrażenie ładu i porządku we wszechświecie.

W podsumowaniu dodam, że najwięcej światła w dyskusji rzucił czwarty dyskutant, bardzo sensowny i wyważony człowiek, przedstawiciel branży inżynierii elektrycznej. Był najbardziej opanowany i rzeczowy w dyskusji, rozważał też uczciwie wszystkie za i przeciw danej sytuacji. Mówiąc żartobliwie, może to nie powinno dziwić, że reprezentantowi tej branży łatwiej jest widzieć jaśniej i oświetlać innych. Choć może to nie mieć znaczenia. Jak mawia pewien mój przyjaciel: Możesz mieć trzy dyplomy inżyniera, dwa doktoraty a i tak liczy się najbardziej doświadczenie (zawodowe). Czasem, jeśli jest w dobrym humorze, dodaje: Wszystko inne to g….o. Mam nadzieję, że dobrze wyraziłem jego rewolucyjny stosunek do rzeczy żywych i martwych. Chyba wszystkim nam po trosze potrzeba rewolucji. Przynajmniej w sposobie, w jaki komunikujemy się między sobą.