Myśli i aforyzmy jako uzupełnienie chleba naszego wieczornego

Prezydent Duda, niech Bóg mu błogosławi na drodze celnych dowcipów i uśmiechów opromieniających ziemię, na spotkaniu z wieloletnimi małżeństwami przyznał się, że siwieje i łysieje. Tego samego dnia w telewizji ktoś to skomentował:

Można siwieć i łysieć, chodzi o to, aby tylko nie głupieć.

Mocne! Takie piwo lubię.

Do powyższego dodam, gwoli wieczornej rozrywki, dwie myśli, jakie ostatnio przyszły mi do głowy.

W roku 2018 polska niepodległość miała trzech ojców: stuletniego, dwudziestodziewięcioletniego oraz ośmioletniego. Dwóch pierwszych wyróżniały sumiaste wąsy i historia, trzeciego – kochający brat i nowiutki pomnik.

Niektórych ludzi łączy z psem niezwykle mocna więź. Jest nią łańcuch a czasem gruby drut. Miłość przybiera różne formy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 117: Negocjacje z terrorystami

 

 

Rząd zachęcany przez większą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania. Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć gubernator Blawatsky. Miał problemy ze zdrowiem; napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Gubernator wcześniej upadł na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej; w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo częściowego paraliżu twarzy i bezwładu prawej nogi zdecydował się spotkać z porywaczami, aby zakończyć kryzys. Spotkanie odradzali mu najbliżsi współpracownicy oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywoził mu próbki nowych protez nogi do domu.

Kiedy stan zdrowia gubernatora pogorszył się, zabrano go do szpitala. W separatce był starannie strzeżony przez antyterrorystów, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament jest częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Wychodzącego ze szpitala gubernatora, bladego i wycieńczonego, witały rzesze zwolenników. Podziwiano go za gotowość uczestnictwa w negocjacjach mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią i rządem, konsultować się ze społeczeństwem oraz prowadzić negocjacje.

Problem rozwiązał się tego samego dnia, kiedy gubernator opuszczał szpital. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostali czekali niezdecydowani, co robić. Kiedy do akcji wkroczyli antyterroryści rządowi, nikt nie stawiał im oporu. Okazało się, że okupanci nie mieli prawdziwej broni, tylko atrapy. Znikli jedynie napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Wszczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi całą policję i wojsko, obiecał też wysoką nagrodę za pomoc w śledztwie.

Napad na parlament media uznały za test ekoterrorystów, jak długo rząd jest gotów trwać w swoim uporze.

– To tylko kwestia czasu. Gubernator będzie musiał w końcu ustąpić zapewniając pełną ochronę koni – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to tylko jego prywatna opinia.

*****

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z nocnego koszmaru, rzecznik rządu przedstawił oficjalną wersję wydarzeń. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie oraz opieki nad ich braćmi, którzy wcześniej stamtąd uciekli. Groził, że się wysadzi w powietrze, jeśli rząd odmówi jego żądaniom. Uznano to za bluff i siłą usunięto go z parlamentu.

Dowódca straży parlamentarnej bardzo przeżył obydwa tragiczne wydarzenia.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie koni i terroryzmu. To wszystko przeminie tak, jak każdy inny radykalny ruch – usiłowała pocieszyć go żona.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Miał jednak wątpliwości, ponieważ wypadki zaszłe na terenie parlamentu i jego przeżycia senne były jak najbardziej realistyczne. Czuł podświadomie, że były to wydarzenia prorocze i będą miały dalszy ciąg. Już wcześniej miał takie doznania, ukrywał je jednak skrzętnie przed otoczeniem. Miał zdolność jasnowidzenia, praktykował je w przeszłości. Dwa razy zdarzyły mu się potknięcia, kiedy jego przewidywania nie sprawdziły się. Musiał wtedy porzucić ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed administracją parlamentu. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 91: Śmierć w sypialni

Anastazja przeraziła się.

– Tego nie było w scenariuszu! – Wyszeptała zmartwiałymi ustami. Jej przerażenie nie było udawane. Nie grała już przypisanej roli, zachowywała się naturalnie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, osiągając apogeum w momencie, kiedy ciało kochanka, bezsilne i bezwładne, opadło na nią całym swoim ciężarem. Leżała oniemiała, w szoku, wiedząc, że Sefardi już nie żyje. Patrzyła w górę niepewna, co robić.

– Miał umrzeć na fotelu w salonie po zażyciu tabletek, a nie na mnie! A to drań! – Wykrzyknęła, po czym zawstydziła się, przypominając sobie, że nie można odmówić umierającemu ostatniej przysługi, jaką sobie wymarzył.

Po chwili niepewności zepchnęła na bok wciąż ciepłe, lecz już sztywniejące ciało i usiadła na krawędzi łóżka, aby ochłonąć. Dochodziła do siebie. Kiedy uspokoiła się trochę, wstała i udała się do łazienki. Wyciągnęła z szafki ulubiony włochaty ręcznik w czerwone kwiaty i wzięła prysznic. Strumień gorącej wody zagłuszył na chwilę przeżycia i niepokój. Skoncentrowała się, starając się nie myśleć o strasznym wydarzeniu. Czuła presję czasu. Nie mogła się ociągać, musiała jak najszybciej wezwać pogotowie ratunkowe lub zawiadomić kogoś o śmierci. Chciała nałożyć na siebie inny, ładniejszy i bogatszy szlafrok, była przecież pora nocna i miała do tego prawo, zmieniła jednak zamiar i ubrała się jak najszybciej, aby przystąpić do realizacji pozostałej części umowy zawartej z Sefardim, jak też ratować się przed oskarżeniami, że natychmiast nie wezwała pomocy.

– Wygląda jak chłopiec. – Wyszeptała do siebie, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę, że w obliczu śmierci nie ma czasu na słowa ani improwizacje. Ułożyła ciało w pozycji siedzącej, przypominającej naturalny efekt zabójczego zawału serca. Wiedziała, jak zachowują się w takich okolicznościach naoczni świadkowie takich zdarzeń; wcześniej obejrzała dwa filmy na YouTube. Była dobrze przygotowaną amatorką. Chwilę później dzwoniła na pogotowie ratunkowe pełna niepokoju i częściowo udawanego przerażenia. Nie była to zwyczajna rozmowa telefoniczna, wcześniej przemyślała sobie scenę wzywania pomocy, co mówi i jak się zachowuje.

– Proszę natychmiast przysłać karetkę pogotowania. Sefardi Baroka, mój przyjaciel, miał zawał serca. Jest nieprzytomny, może nawet już nie żyje. W ogóle nie porusza się.

Na prośbę operatora podała swój numer telefonu, nazwisko i adres. Był to adres budynku przyległego do domu pogrzebowego. Anastazja nie informowała o tym operatora, aby nie wywoływać złych skojarzeń. – Dom pogrzebowy nie jest umieralnią, tylko miejscem pożegnania zmarłego z rodziną i przyjaciółmi. – Tak zawsze uważała i mówiła.

*****

Po zakończeniu rozmowy telefonicznej rozejrzała się po pokoju, czy wszystko jest w porządku. Musiała się pilnować, była przecież konspiratorką, osobą świadomą sprowokowanej śmierci. Dopiero teraz ogarnęło ją przerażenie. Była sama, Sefardi był już przeszłością. Podeszła do stolika w salonie. Stała na nim szklanka z wodą, którą miał popić lekarstwo wywołujące zawał serca. Rozejrzała się niespokojnie szukając wzrokiem fiolki lub pudełeczka.

– Nigdzie nie ma żadnego lekarstwa! Oszukał mnie! – Ogarnął ją gniew, rozżalenie i niepokój, jakie będą konsekwencje. Jeszcze raz spojrzała na bibeloty na stoliku i dopiero teraz zauważyła małą kopertę. Otworzyła ją i znalazła wewnątrz karteluszek papieru zapisany łatwym do rozpoznania pismem.

Droga Anastazjo! Wszystko, co zdarzyło się tutaj zostało zarejestrowane przez dwie kamery. To dla ciebie i dla sądu, jeśli nie usuniesz zapisu. Jedna kamera jest zamontowana w sypialni w rogu pokoju, najbardziej oddalonym od łóżka, pod paskiem gzymsu. Znajdziesz ją łatwo. Druga znajduje się nad twoją głową, w rogu salonu, gdzie teraz przebywasz. Aby je zdemontować wystarczy wyciągnąć wtyczki z miejsca ich podłączenia. Nie zostawi to żadnego śladu, a jeśli zostawi to tak nieznaczny, że nikt niczego się nie domyśli. Nikt zresztą nie będzie ciebie o nic posądzać. Zawał serca był jak najbardziej prawdziwy. Nigdzie nie znajdziesz żadnego lekarstwa, bo nie zamierzałem niczego brać oprócz podwójnej dawki viagry i extasy. Dwie kasety z nagraniami z kamer są w szafce pod telewizorem. Są podarkiem ode mnie na wieczną pamiątkę. Możesz je zniszczyć i zapewne dobrze zrobisz na wypadek, gdyby sprawą miała zainteresować się policja. Twój na zawsze, Sefardi. 

– A to drań. Przewrotny degenerat! Nagrał wszystko, co miało być intymne i miało pójść w zapomnienie. Myśli, że to zniszczę ze strachu przed policją, prokuratorem i sądem. Tym razem jednak się pomylił. Niedoczekanie twoje! – Wyszeptała, zdając sobie sprawę, że kamery wciąż pracują, po czym dodała. – Omyliłeś się tym razem. Zatrzymam kasety dla siebie, mam dosyć kryjówek, aby je ukryć. Nikt nie będzie szukać w starym piecu kremacyjnym. – Ucieszyła się z własnej przebiegłości i decyzji, jakby wygrała szczęśliwy los na loterii.

*****

Pogotowie ratunkowe przyjechało z opóźnieniem. Lekarz stwierdził zgon wskutek rozległego zawału serca. Anastazja znała lekarza, wiedziała, że lubił alkohol. Wcześniej wystawiał już świadectwa zgonu osób zgłaszanych przez klientów jej firmy. Mieszkał blisko jej zakładu. Sprawdziła, że to on będzie na dyżurze tego dnia. Kilka dni wcześniej wysłała mu paczkę z dwiema butelkami dobrego koniaku. Okazją były jego imieniny, pamiętała datę. Podziękowała mu za pomoc.

– Czy nie potrzeba wezwać policji? – zapytała Anastazja. Słowa wyrwały jej się, pytanie było niepotrzebne. Natychmiast zdenerwowała się, jak zareaguje medyk. Oczekiwała jego spojrzenia, podejrzliwości, dlaczego o to pyta. Pytanie nie zdziwiło go w najmniejszym stopniu. Odpowiedział spokojnie. – Nie ma potrzeby. Objawy są tak oczywiste, nie ma tu żadnych wątpliwości, nie ma więc potrzeby sekcji zwłok. Chyba, że pani ma jakieś podejrzenia i chciałaby je wyjaśnić?

Poprosiła o świadectwo zgonu. Zapytał, czy jest osobą spokrewnioną lub rodziną zmarłego. Wyjaśnił, że tylko najbliższa rodzina może uzyskać świadectwo. Przekazał formularz i poinstruował, jak trzeba wypełnić. – Proszę tylko wpisać imię i nazwisko zmarłego. Reszta to moja rola: przyczyna śmierci, data zgonu, miejsce zgonu, nazwa cmentarza, gdzie zmarły zostanie pochowany. Po chwili wahania, zdecydował się sam wypełnić i podpisać dokument.

– Zrobię to od ręki, przekażę do urzędu, skąd uprawniona osoba będzie mogła odebrać świadectwo po przedstawieniu dowodu tożsamości. Ciało chyba zostanie do pogrzebu w chłodziarce zakładu pogrzebowego?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 90: Tworzenie ideału kobiety. Umieranie.

Po doświadczeniach z rekonstrukcją Boga wedle swojej wizji, projektem niezbyt udanym, Sefardi postanowił stworzyć ideał kobiety. Zapisał się na warsztaty rzeźby postaci i charakterów. Nie musiał z nikim dyskutować swoich zamierzeń, wiedział, czego chce.

Nie musiał, ale dyskutował, ponieważ inni uczestnicy warsztatu, osoby obu płci, przyglądali się jego pracy, komentowali i zadawali pytania. Widzieli zalety i wady jego tworu. Kiedy z nimi rozmawiał, krystalizował swoje myśli.

– Sefardi! Co chcesz pokazać swoją rzeźbą idealnej kobiety: Piękno? Dobroć? Seksualność?

Pamiętał większość pytań. Powtarzały się. Najchętniej udzielał objaśnień uczestniczkom warsztatu, łatwiej mu to szło, bo temat dotyczył je bezpośrednio.

– Po pierwsze, ideał to kobieta chętnie oddająca się mężczyźnie, którego kocha lub choćby lubi, także rozsądna, nie przesadzająca w kryteriach i surowości ocen, która rozumie naturę mężczyzny, że jest popędliwy, nieporównanie bardziej niż ona, że kieruje nim żądza i namiętność. Kobieta idealna powinna akceptować tę namiętność, dostrzegając ją w jego oczach, ustach, rękach i w jego osobowości. Nie powinna dziwić się, że mężczyzna pragnie jej fizycznie nade wszystko, bo bez tego nie byłby mężczyzną. Co do wyglądu, to istnieje tylko jedno kryterium: musi być ponętna. Nie jest łatwo określić, na czym polega ponętność. Wyraża się ona przede wszystkich w oczach, ustach i uśmiechu oraz w biodrach, piersiach i nogach. Każda kobieta jest ponętna w inny sposób. 

Z kolegami z warsztatu mniej dyskutował, bo wiedział, że każdy ma swój własny ideał kobiety. Sefardiemu nie podobały się jedynie kobiety z wąskimi biodrami, ale rozumiał, że i one znajdują sobie partnerów, dla których są ideałami.

Kiedy już skończył swój projekt, tchnął w niego życie. Ideał ożył, ale chyba na krótko, ponieważ pozostał mu w pamięci w stanie niejasnego półuśpienia. Potem w życiu Sefardi ideały kobiecości pojawiały się już tylko fragmentami, jedna część doskonała, inna nieco mniej, czasem nawet fatalna. Były tylko przybliżeniem ideału, jaki nosił w głowie i w sercu. W późniejszych latach, kiedy rozwinął w sobie głębsze poczucie refleksji, doszedł do wniosku, że Isabela była pozytywnym wzorcem kobiecości, na pewno nie tak doskonałym, ale jednak.

Od kiedy ją poznał, obserwował ją uważnie. Raz przypominała mu pogodę, innym razem, ubiorem i zachowaniem upodabniała się do ptaka. Potrafiła mienić się tęczą, rozbłysnąć gwiazdami, to znowu ukryć się za kurtyną deszczu, czasem nawet w błyskawicach. Najbardziej imponowała mu jej solidność cielesna. Wyobrażał sobie, że jej przeciwieństwem jest chimeryczność ciała, coś, czego nie można dotknąć ani poczuć, co nie wprowadza mężczyzny w stan ożywczego pobudzenia.

*****

Połączenie leku na potencję i narkotyku zapewniało niesamowite wrażenia zmysłowe i seks pełniejszy i żywszy niż kiedykolwiek wcześniej. Mistrz miał w sobie energię młodego mężczyzny, nie odczuwał zmęczenia, widział wszystko przezroczyście, na niebiesko. W krytycznym momencie, bliskim końca aktu miłosnego, poczuł gorąco, duszność i rozpierające go ciśnienie. Krew zaczęła się w nim burzyć po wpływem podwójnej dawki viagry i extasy. Ogarnął go piekący ból, rozrywający klatkę piersiową i promieniejący w kierunku lewego ramienia, szyi, ręki i brzucha. Poczuł nudności i zimny pot na skórze, wszystko prawie jednocześnie. Nie odczuwał strachu przed śmiercią, miał to już przemyślane do głębi, ostatecznie rozliczył się już z życiem. Wiedział, co nastąpi. Serce waliło mu jak młotem, klatka piersiowa unosiła się i opadała z wysiłkiem, drętwiało lewe ramię. Z trudem utrzymywał się nad leżącą pod nim kobietą. Wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz, serce biło spazmatycznie. Zdążył wyszeptać tylko:

– Przepraszam cię, Anastazjo, za tę niespodziankę. Wiem, jak działała kombinacja viagry i extasy. Wyliczyłem sobie dokładnie, chciałem umrzeć w akcie miłości. To mój ostatni raj. Studiowałem raj mahometański, też piękny, ale dopiero po śmierci. To tylko obietnica. Ja byłem bardziej rozważny,

Minione życie przewinęło mu się przed oczami, jaśniejsze niż światło dnia, bardzo wyraziście, klatka po klatce, czasem kilka klatek sklejonych w jedną dłuższą scenę. Właściwie to nie umierał, ale odchodził, nawet nie tak boleśnie, z wewnętrznym uspokojeniem, o które nigdy siebie nie podejrzewał, jakby za progiem miała zaraz otworzyć się strojna łąka z dzieciństwa i odpływowy rów z wodą i kaczeńcami, wśród których pływały karaski, linki i płotki zbiegłe z małego stawu ocienionego trzema olchami. Chwilę później naszło go poczucie niepewności; świadomość, że to co zrobił, to niezdarne i nieuzasadnione, może nawet karalne, naśladowanie Boga, jedynej doskonałości, jaką mógł sobie wyobrazić. W końcu zjawiła się zwyczajna ludzka niecierpliwość, użyteczna i niezbędna, kiedy trzeba skończyć fantastyczny zegarek lub poruszającą serce opowieść.

Umieranie, zapisywał to sobie na ostatniej taśmie wspomnień, nie wiadomo zresztą po co, było czynnością przyjemną i budzącą nadzieję. Wywołało pokusę pozostania na ziemi, trwającą tylko do momentu, kiedy zjawił się przed nim Stwórca, ogromny jak góra, mimo tego bardzo ludzki, jasnowłosy, gładko ogolony, jakby chciał się odmłodzić, co było nonsensem, bo nikt nie musi się odmładzać, kto jest wieczny. Wraz z nadejściem Stwórcy taśma świadomości urwała się z suchym trzaskiem, wyzwalając zapach róż, a zaraz po nim kwiatu pomarańczowego, który Sefardi kochał najbardziej. Umierając uśmiechał się jakoś dziwnie, półpoważnie, półchłopięco, trochę przekornie. Sekundę później padł martwy na ciało kochanki w jednoczesnym akcie miłości, rozliczenia się i pożegnania, o jakim marzył.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 55: Spiskowcy i plan pogrzebu.

Swój plan przyśpieszonego zakończenia życia Sefardi zachowywał w ścisłej tajemnicy. Był to plan przewrotny. Jego punktem centralnym, prawdziwym clue programu, był pogrzeb Sefardiego, obliczony na osiągnięcie efektów całkowitego zaskoczenia. Była to najgłębsza część tajemnicy.

Pierwszym krokiem realizacji planu był wybór odpowiedniego zakładu pogrzebowego. Okazało się to niezwykle łatwe, ponieważ zakład taki już istniał i to w idealnej postaci. Sefardi znał od lat jego właścicielkę i dyrektorkę, Anastazję Godano. Przyjaźnił się z nią od lat, żałując, że nie poznał jej wcześniej. Była to szczera i głęboka przyjaźń. Anastazję poznał przypadkowo, bynajmniej nie na pogrzebie, co byłoby naturalnym zbiegiem okoliczności, ale na prelekcji, jaką wygłaszał w muzeum techniki na temat historii pomiaru czasu.

Umówili się w kawiarni na obrzeżu miasta, na tarasie z widokiem na las i małe jezioro, po którym pływały kolorowe kaczki i dostojne białe łabędzie. Oboje lubili otwartą przestrzeń, zieleń i dzikie ptactwo. Wybrali wczesną porę dnia, kiedy w kawiarni nie było jeszcze gości. Sefardi jechał na spotkanie niepewny jego przebiegu i wyniku. Wiedział, że najtrudniej będzie przekonać Anastazję do idei wcześniejszego zakończenia życia. Była osobą rozsądną i jej reakcja na pomysł Sefardiego była raczej łatwa do przewidzenia; był prawie pewny, że kobieta, świadek niejednej tragedii ludzkiej, bólu i cierpienia, nie będzie entuzjastką wyręczania stwórcy w jego odwiecznej roli. Chodziło przecież o eutanazję, wymagającej pomocy drugiej osoby. Liczył jednak na to, że wzajemny szacunek i rozsądek przeważą, jeśli nie od razu, to po kilku dniach rozmów i przemyśleń.

Było pogodnie i słonecznie. Był to ten rodzaj dnia, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze: rozmowa o zdrowym odżywianiu się, zrywanie jabłek, podejmowanie trudnych decyzji, rozwiązywanie konfliktów rodzinnych. Siedząc przy kawie, uzgodnili najpierw ogólny plan, a potem omawiali szczegóły, punkt po punkcie.

Przedsięwzięcie było złożone. Sefardi przygotował scenariusz określający dni i zdarzenia, co będzie wykonywane, w jakiś sposób i przez kogo. Temat sprowadzał się do jednego, ostatecznego wymiaru – pożegnania Sefardiego z życiem, pogrzebu i stypy. Sprawny przebieg zdarzeń wymagał koordynacji i dyscypliny. Nietypową częścią pogrzebu było zapewnienie oprawy teatralnej, inscenizacji zdarzeń, akcesoriów i aktorów, tak jak wymarzył to sobie autor i główny bohater tragedii. Sefardi był postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Był autorem scenariusza, reżyserem i producentem spektaklu oraz jego głównym aktorem.

Anastazja zdała sobie sprawę, co oznacza dla niej zgoda na taki plan. Sefardi żądał od niej niemożliwego; że przyłoży ona rękę do jego śmierci, a następnie – jak gdyby nigdy nic – zajmie się jego pogrzebem. Rozumiała i szanowała intencje przyjaciela, który nade wszystko cenił sobie wolność wyboru, ale wzdragała się przed przyjęciem roli, o którą ją prosił, ponieważ darzyła go głębokim uczuciem. Sefardi zasugerował, aby decyzję odłożyła na później. Dał jej czas, licząc na to, że ją przekona.

Od strony organizacyjnej największym wyzwaniem było zachowanie się osób biorących udział w pogrzebie, począwszy od rodziny i zaproszonych gości, poprzez przypadkowych uczestników, orkiestry, mediów publicznych, a skończywszy na koniach ciągnących karawan, którym też przychodzą do łbów różne fanaberie. Sefardi obawiał się w szczególności zachowań swoich wrogów jak i gorących zwolenników. Nie dzielił się tymi obawami z Anastazją. Nie był z nią uczciwy, nie tylko w tym szczególe, obawiając się, że całkowita szczerość może tylko pogorszyć sytuację.

Pogrzeb miał być wydarzeniem o charakterze teatralnym, mimo tragedii, jaką ludzie widzą w rzeczywistej, a nie udawanej śmierci. Sama lista osób uczestniczących w uroczystości była imponująca: księża, biskupi, oficjele i ich ochroniarze, rodzina, przyjaciele i znajomi, pracownicy firmy pogrzebowej i pracownicy cmentarza, prasa, radio i telewizja, woźnica karawanu, w końcu policja i kościelne służby porządkowe. Potencjalnie do gry włączyć się mogli także ludzie Barrasa, chcący wykorzystać pogrzeb, aby się zemścić pośmiertnie na swoim wrogu lub ktoś inny, kto miał na pieńku z Sefardim. Anastazja uznała, że sprawa w ogóle nie jest podobna do Sefardiego, którego znała.

– On chyba oszalał! Coś go napadło! – myślała z przerażeniem, szukając w sobie nadziei, że obłąkany pomysł opuści Sefardiego zanim nastąpi tragedia.

*****

Misterium umierania reżyserował i główną rolę obsadził sam zainteresowany. Mówiąc o tym Sefardi był nad wyraz poważny, jak nigdy. Dla rozładowania napięcia żartował, aby przełamać w Anastazji schematy myślenia o śmierci. Twierdził, że sypialnia, mająca być zarazem sceną i widownią, jest za mała, a widzowie i tak nie są potrzebni, ponieważ ujmowaliby tylko niezwykłości misterium umierania.

Był to teatr dramatu skąpego organizacyjnie. Przygotowanie scenariusza umierania nie mogło być prostsze, ponieważ upraszczanie ma też granice: jedna i ta sama osoba była autorem scenariusza, reżyserem sztuki oraz wykonawcą głównej roli. Całość charakteryzowała prostota obsady aktorskiej i rekwizytów; obejmowały one Sefardiego, Anastazję, łóżko i viagrę. Powściągliwość i bezpretensjonalność sztuki nawiązywała do tragedii starogreckich.

Po sprawdzeniu ostatecznej wersji scenariusza, Sefardi wręczył go Anastazji i podał jej okulary, aby łatwiej było jej czytać tekst z naniesionymi odręcznie poprawkami. Scenariusz był ascetyczny, napisany w czasie teraźniejszym. Nie pozostawiał niedopowiedzeń; wszystko było jasne, przejrzyste, bez półprawd czy niespodzianek. Czytając go, kobieta starała się panować nad emocjami i głosem.

– W akcie miłosnym wszystko jest intensywne i okazałe: gra wstępna, uniesienie partnerów, uczucie zbliżającego się rozstania. Viagra działa zgodnie z planem, bohater odczuwa błogosławione efekty podniecenia. Gra wstępna jest krótka; mężczyzna, w obecności nagiej kochanki i pod wpływem przyjętego leku jest zbyt roznamiętniony, aby trwała ona dłużej. Akt miłosny jest zarazem grą jak i rzeczywistością. Po jego zakończeniu kochankowe leżą w łóżku i odpoczywają, po czym mężczyzna odchodzi do kuchni, gdzie popełnia samobójstwo przyjmując – w tajemnicy przed kochanką – lek wywołujący rozległy zawał serca. Gdyby z jakichkolwiek względów zgon nie nastąpił natychmiast, scena musiałaby być powtórzona. Aktorka, jego partnerka, wie o tym; wcześniej zgodziła się na taką opcję.

W pewnym momencie Anastazja zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

– To bardzo obcesowy opis. Piszesz, jakbym dokonywała zakupów perfum w outlecie „Markus i Spółka”. Nie udzielam tak łatwo zgody na uczestnictwo w tej grze. – Jesteś łajdakiem – stwierdziła, dodając zaraz szeptem: – kochanym łajdakiem. Przetarła okulary i po chwili czytała dalej.

– Mężczyzna zagłębia się jak szaleniec w ciało kochanki, aż wydaje ona jęk bólu i niepokoju. Pojękiwanie i stękanie pozostają ważnymi składnikami gry aż do momentu zakończenia aktu miłosnego”.

– Chyba trochę przesadziłeś z tym jęczeniem, Sefardi. Będę jęczeć, bo to jest gra, a zarazem prawdziwe przeżycie miłosne, ale orgazm kobiety nie trwa przecież w nieskończoność. Piszesz tak, jakby to miało trwać i trwać. Bądź realistą – Anastazja czekała na reakcję, spodziewając się zaprzeczenia, komentarza lub wyjaśnienia. Milczenie Sefardiego skłoniło ją do kontynuacji czytania. Po zakończeniu poprosiła o wyjaśnienia.

– Musisz mi powiedzieć, jak działa lek wywołujący zawał serca, od którego nie ma ucieczki. Co to jest za lek, jak działa i czy jego użycie pozostawia możliwe do wykrycia ślady. To w przypadku, gdyby ktoś zażądał autopsji po śmierci denata. Przepraszam cię bardzo, fatalnie to określiłam, chodzi oczywiście o głównego bohatera scenariusza, a nie żadnego denata, który jest drętwym określeniem. Chyba powinnam to wiedzieć?

Sefardi odmówił w możliwie najbardziej łagodny sposób. – To nie jest wiedza, którą musisz posiąść. Jakie to zresztą ma znaczenie? Lepiej nawet, abyś tego nie wiedziała w przypadku jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

– Jakiejś wpadki, tak? Ty coś wiesz, o czym nie chcesz mi powiedzieć! Ukrywasz to przede mną, choć to właśnie ja ponoszę pełne ryzyko uczestnictwa w twoim samobójstwie. Nie daj Boże, gdyby odkryto, że ci w nim pomagałam, że uczestniczyłam w eutanazji, albo jeszcze gorzej, gdyby padło podejrzenie, że ja ciebie celowo uśmierciłam! Mój Boże, ja tu sobie siedzę i rozmawiam spokojnie z tobą, moim teatralnym i rzeczywistym kochankiem, a tam czekają na mnie lata za kratami!

– Skarbie! Nie ma potrzeby denerwować się. Nie będzie żadnej wpadki. Ten lek nie pozostawia żadnego śladu oprócz symptomów typowych dla zawału serca. Przestudiowałem literaturę wzdłuż i wszerz, i to jest pewne. Wiesz dobrze, że umiem analizować przyczyny i skutki wydarzeń. Bez tego nie byłbym wynalazcą ani pisarzem. Pokłócili się. Wydało jej się podejrzane, że tak bardzo podkreśla konieczność zachowania tajemnicy. Przed opuszczeniem jej tego wieczoru, powtórzył kilka razy. – Najważniejsza jest dyskrecja. Błagam cię o to. Kiedy wyszedł, znalazła na stole czystą kartkę. Odwróciła ją dla sprawdzenia, czy nie ma nic na odwrocie. Był tylko lakoniczny tekst: – Ściśle tajne x 3! Ja będę milczeć jak grób!

Anastazja rozpłakała się. W nocy głęboko zasnęła i spała do samego rana. Zmęczenie wzięło górę nad przeżyciami i emocjami. Mądry organizm wyegzekwował swoją potrzebę.

Trzy dni zajęło Sefardiemu przekonanie Anastazji, że nie ponosi nadmiernego ryzyka jako potajemna kochanka i właścicielka zakładu wykonującego obowiązki związane z pogrzebem klienta zmarłego na zawał serca

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Kobieta, mężczyźni i nepotyzm

Sefardi zażartował kiedyś, nie pamiętał, w jakich to było okolicznościach, że uczyni Isabelę bohaterką swojej powieści. Rozgniewała się, uznając, że chce to zrobić, aby ją ośmieszyć i wydrwić. Starał się wytłumaczyć jej możliwości wykorzystania rzeczywistej osoby jako modelu postaci literackiej.

– Muszę panią uspokoić, Isabelo. Można zapożyczyć sobie jakąś cechę charakterystyczną, może nawet kilka, ale całego bohatera powieści nie sposób wziąć z życia. Przestałoby to być fikcją literacką, a stało się biografią. Pisarze tego nie robią, nie chcą, aby ich bohaterowie przypominali kogoś prawdziwego, kogo dobrze znają i kto ich zna. Ponadto ludzie mogliby nie życzyć sobie, aby ich opisywano.

Wyjaśnienie Sefardiego Isabela wzięła do serca. Zapamiętała jego słowa, lecz mimo to od czasu do czasu pytała niepewnie, czy czegoś już nie pisze o niej w swojej książce.

*****

Administracja państwowa stała się dla gubernatora narzędziem realizacji prywatnych celów. Obsadzał swoimi ludźmi najwyższe stanowiska i nadawał im szerokie uprawnienia. Nie żałował pieniędzy na podwyżki, bogacili się więc szybko, kupowali domy, samochody, ziemię, zakładali przedsiębiorstwa. Modne stały się farmy hodowli zwierząt, szczególnie lam sprowadzanych z Andów. Gubernatorowi podobały się lamy. Lubił rozmawiać na ich temat. Ich hodowla była jego marzeniem.

– Chętnie zająłbym się tym, ale nie mam czasu. Lamy mają w sobie godność. Wysoko noszą głowy, patrzą na inne zwierzęta z góry.

Lubił przyglądać się, jak samce plują na siebie walcząc o pozycję w stadzie. Rozumiał, że jest to forma ustalania hierarchii władzy. Plucie podobało mu się jako sport, nie wspominał o tym jednak nikomu. W szkole razem z kolegami praktykował plucie na odległość. Kto splunął najdalej, stawał się mistrzem i cieszył się szacunkiem kolegów i koleżanek. Każdego roku młodzież organizowała zawody o tytuł mistrza szkoły, choć dyrekcja i nauczyciele tego zakazywali. Barrasowi nigdy nie udało się uzyskać tego tytułu, zawsze był ktoś lepszy. Kiedy oglądał lamy, przypominał sobie wszystko.

*****

Na ścianie gabinetu Sefardiego Isabela zauważyła obraz przedstawiający kobietę o pełnych kształtach w tanecznym uścisku z mężczyzną podobnej postury. Była to replika obrazu „Tańczący” nieznanego autora. Isabela widziała obraz niejednokrotnie, ale dopiero teraz zwróciła na niego uwagę. Przyglądała mu się dłuższy czas, w zamyśleniu, przechylając głowę jak psiak, który dziwi się przedmiotowi wydającemu dziwne dźwięki.

Sefardi obserwował ją dyskretnie, udając, że jest zajęty pisaniem. Podeszła do ściany, uniosła obraz do góry, zdjęła z haczyka, obróciła tylną częścią do siebie i z uwagą studiowała napis na odwrocie płótna. Po zawieszeniu znowu przyglądała się tanecznej parze, obfitej kobiecie w czerwonej sukni, z uniesioną prawą nogą i tęgiemu mężczyźnie w czarnym garniturze, z oczami zamkniętymi w tanecznym zapomnieniu.

– Zawsze byłam miła dla mężczyzn – odezwała się nagle, przerywając milczenie. Miałam nie jednego, ale kilku, bez przesady. Nie byłam puszczalska jak ta, którą kiedyś poznałam, która … – Przerwała mówienie, jej twarz zmieniła się, cień przebiegł przez jej oblicze niby przelotna chmura zasłaniająca słońce.

– To jakaś tajemnica. – Pomyślał Sefardi, pochylając się odruchowo w kierunku gospodyni, aby lepiej słyszeć.

– Kiedy byłam młoda, łatwo się zakochiwałam. Mężczyźni bardzo mnie lubili. Podobałam się. Nie ściskałam cipy między nogami, zastanawiając się bardzo długo, jak to robią niektóre kobiety, czy oddać się mężczyźnie, sprawiając przyjemność jemu i sobie, czy go uszczęśliwić, czy w ogóle zaangażować się uczuciowo. Tego nigdy się nie dowiesz, dopóki nie prześpisz się z kochankiem. Nie musisz tego robić od razu, możesz dać sobie czas, aby go poznać, porozmawiać z nim, pójść na spacer albo razem pojeździć na rowerze, zobaczyć go w różnych sytuacjach. Ale nie możesz przeciągać sprawy w nieskończoność, trzymać go w niepewności, w oczekiwaniu. Mężczyzna inaczej widzi i czuje, ma prostsze potrzeby niż kobieta, to trzeba zrozumieć i docenić. Gotowy jest zrobić dla ciebie dużo, bardzo dużo, jeśli jesteś mu oddana. Oddana, znaczy się chętna rozłożyć nogi i cieszyć się miłością. – Isabela mówiła tak, jakby w pokoju nie było mężczyzny, tylko inna kobieta, młodsza, może nawet córka, z którą szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Mistrz przyjrzał jej się uważnie, jakby widział ją po raz pierwszy. Miała raczej grube, pełne wargi, oczy w kolorze zielonkawym, nabierające w słonecznym świetle orzechowej głębi, mieniące się. Wyróżniała ją lekka nadwaga, wyraźne, choć niezbyt obfite biodra i wzrost poniżej średniego. Pomyślał o jej zachowaniu. Miała pogodny charakter, łatwo się z nią rozmawiało, choć czasami uciekała od tematu; zawsze była jednak ciekawa wszystkiego. Ciekawość była jej cechą szczególną. Wiedział, że za chwilę odejdzie jak aktorka, która skończyła swoją kwestię na scenie. Była w niej zarówno naturalność jak i teatralność, nie zawsze łatwe do odróżnienia.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Rozmowa o dojrzałej miłości

Temat miłości pojawił się zupełnie przypadkowo. Sefardi nie zamierzał podejmować z Isabelą dyskusji na ten temat. Sprowokowany jakąś jej uwagą powiedział, natychmiast uznając swoją wypowiedź za nieopatrzną, że dojrzałe kobiety uciekają od miłości cielesnej, zaniedbując rolę partnerską wobec mężczyzn, jaką dojrzała Ewa pełniła względem Adama, oraz potrzeby erotyczne własnego organizmu. Chciał jeszcze wyjaśnić coś o bezsensie zrzucania na ziemię nasienia przez Onana, o czym mówi Biblia, o samogwałcie popełnianym przez Adama, protoplaście wszystkich mężczyzn, kiedy był sam jak palec, lub kiedy Ewa gniewała się na niego, ale uznał, że jest to zbyt zawiłe. Księżyc tej nocy pędził po niebie egzotyczne chmury i Sefardi poczuł twórcze prawie poetyckie uniesienie, co wiązało go długą nicią ewolucji z pierwotnym Adamem, przypomniały mu się bezkresne łąki w raju, po których biegała roznegliżowana Ewa. Dał się unieść erotyce, wezbrała w nim fala męskości. Nie mając możliwości popłynąć na niej, zdeptał ją w sobie, popadając omalże w depresję. Kiedy zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział coś, czego nie zamierzał mówić, Isabela go zaskoczyła.

– Z nikim o tym nie rozmawiałam, ale to mnie bardzo interesuje. Niech pan nie sądzi, don Sefardi, że jestem kobietą … zawahała się, aby dodać po chwili … zaściankową.

– Nie mam nic do dodania – odparł pośpiesznie Sefardi – oprócz tego, że kobiety w wieku dojrzałym, nawet te piękne jak jutrzenka w dniu, kiedy nastąpiło zbawienie, pozbawione męża lub partnera, zamiast znaleźć sobie mężczyznę, który by sprawiał im radość cielesną, przestają ufać mężczyznom i rzucają się w wir pracy lub niekończącą się opiekę nad małymi dziećmi. Niektóre przechodzą nawet do polityki, ucząc się słuchania i wygłaszania kłamstw, tak jakby było go za mało bez ich udziału. Sefardiemu coś się przypomniało, zdenerwował się i wypalił:

– Nie znoszę kłamliwych bab. Są gorsze niż schlany mężczyzna w rynsztoku.

– Zgadzam się z panem całkowicie, don Sefardi – skwapliwie przytaknęła rozmówczyni, ponownie zaskakując go swoją otwartością. Przyjrzał jej się uważnie i dopiero teraz zauważył, że była ubrana inaczej niż zazwyczaj, w luźny różowy strój. Wyglądała raczej skromnie w górnych partiach ciała, lecz bogato w dolnej części. Zdziwiło go to, bo inaczej ją pamiętał. Doszedł do wniosku kolejny raz, że jej biodra mogłyby zachwycić najbardziej wymagającego miłośnika kształtnych kobiet. Była przeciwieństwem modelek, obnoszących z dumą wygłodzone biodra i usychające uda.

Isabela niespodziewanie podjęła wątek zaniedbanej kobiecości. Chyba pragnęła i potrzebowała wypowiedzieć się na ten temat od dawna, gdyż mówiła śpiesznie, jakby bała się, że ktoś jej przerwie.

– Mam przyjaciółkę. Od piętnastu lat żyje samotnie. Ma pięćdziesiąt pięć lat, nie ma kota ani psa, za to dwójkę dorosłych, niezależnych już dzieci, córkę i syna. Zalecali się do niej różni mężczyźni. Ale co to byli za mężczyźni? Zjawił się taki jeden na wstępnej randce w kawiarni z teczką wypchaną dokumentami i opowiadał ze łzami w oczach, jaki to on jest dobry, cały majątek zostawił żonie i dzieciom i teraz szuka tylko miłości. Moja przyjaciółka od razu wyczuła, że on nie szuka miłości, tylko opieki, kiedy zdziadzieje i chciałby, aby ktoś się nim zaopiekował. Przegoniła go na cztery wiatry. To łachudra liczący na kobiecą dobroć – tak mi powiedziała. Potem żałowała swojej decyzji, bo on autentycznie był nią zainteresowany. Isabela przerwała i zamyśliła się. Kąciki jej ust zadrgały jakby podrażnione czymś szorstkim. – Teraz jakoś sobie radzi bez mężczyzny, przyzwyczaiła się. – Zakończyła, opuszczając wzrok. Być może zobaczyła coś na podłodze, może chciała przyjrzeć się swoim nowiutkim pantofelkom, być może było to zupełnie przypadkowe. Kiedy podniosła twarz, kąciki jej ust opadły, wyglądała na przygnębioną. Trwało to tylko sekundę. Po chwili jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Sefardi domyślił się, że opowiedziała mu swoją historię.

Wiadomości poranne z serenadą i obrazami

Zbudził mnie pomysł opowiadania o świecie zezwierzęconym, jak to zwierzęta obracają się przeciwko człowiekowi. Chyba je napiszę. Takie szalone kawałki traktuje jak żart, krotochwilę, niewinny kawał, odstępstwo od rzeczywistości, która mnie czasem męczy poczuciem upływającego życia.

Wstałem tak wcześnie, że ptaki pobudziłem, choć to prawie niemożliwe. Jeden z zemsty zanieczyścił mi okno, czyniąc to dyskretnie i z zachowaniem umiaru. Lubię ptaki.

Poza tym zrobiłem sobie ziołowy okład na oczy zmęczone siedzeniem po nocy (wciąż kończę powieść). Tym razem na czas leżenia włączyłem sobie Marsz turecki Mozarta. Jeśli mężczyzna może prawdziwie kochać drugiego mężczyznę, to jest to właśnie mój przypadek, oczywiście miłość platoniczna na odległość rozdzieloną czasem, ale w złotych ramach.

Kocham także obrazy. Przypomniało mi je zaproszenie na wernisaż otrzymane z Galerii „Taki mój świat” z Gdańska -Wrzeszcza. Dziękując za zaproszenie, przedstawiam kilka ich obrazów.

Na zakończenie link do wspomnianego utworu Mozarta, to tylko 4,2 minuty:

https://www.youtube.com/watch?v=HMjQygwPI1c

Oddam cały obecny rząd polski (na zawsze) za jedną minutę tej muzyki! Panie, wysłuchaj mnie i znajdź mi chętnego!

Rysio. Portret artysty w sosie własnym.

Rysio jest w dobrej formie. Jest aktorem. Robota słowna pali mu się w rękach. Najpierw zajął się rękaw, potem kabacik, ale udało się zagasić. Sam to zrobił. Śliną, którą przechowuje w ustach. Normalnie używa jej do sączenia słow. Czasem łagodnych, czasem zatrutych prawdą, bo jest człowiekiem teatru. Taki zawsze był. Nie znaczy to, że nie jest. Jest i czuje się dobrze, tylko trochę zaokrąglił się na twarzy.

– To od mówienia. Powiększyłem się, bo wciąż rosnę. Dużo mówię. Właściwie to intepretuję rzeczywistość. Jestem wiceprzewodniczącym dużej organizacji.

Dalej Rysio wyjaśnia, dlaczego mówi o niej źle.

– Nienawidzę jej, ale tylko dlatego, że kocham inną organizację. Taki już jestem. Trwały w uczuciach. Po prostu kocham i nie umiem przestać. Zawsze byłem mocny uczuciowo, nawet jak jeździłem rowerem.

Rysio rozczula się. Twarz zaokrągla mu się uśmiechem. Wyjaśnia, że tak naprawdę to kocha osobę stojącą wysoko nad tą organizacją. To mężczyzna. Piękna postać. Gotów jest za nią skoczyć do ognia. Pyta niecierpliwie, czy w pobliżu coś się nie pali.

– Dajcie mi pożar, aby udowodnił moją miłość! – krzyczy dramatycznie.

Rysio jest dobrym aktorem. Chce zmienić zawód, bo mało zarabia, a ma talent. Zdecydował się zostać chińską primabaleriną. Wyjaśnił to w wywiadzie.  

– Muszę jeszcze tylko dopracować jeden piruet słowny –  wyjaśnia. – Przygotowałem już plakat i transparent: Rysio Czarnecki, Lew Salonowy, Złotousty Podnóżek.

– To po chińsku – mówi i kłania się skromnie, jak to on, i dziękuje obficie: merci beaucoup et merci bien, vielen Dank und danke schön, thank you very much, indeed, hasta luego, molto grazie e grazie mille! Twarz przysłania mu kurtyna tajemniczego uśmiechu.

Publikacje autora blogu: "Sędzia od Świętego Jerzego" (powieść), "Klęczy cisza niezmącona" (poezje), "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco" (opowiadania).  

Miłość w dniu 1 Maja

Nie sądź, Drogi Czytelniku, że uprawiając groteskę jestem pozbawiony wyższych uczuć. Mam nadzieję, że poniższy tekst Cię przekona, że jest we mnie dobroć i serdeczność.

Photo: Thomas Bresson.

Manifestation du 1er mai, à Belfort.

Skończył się właśnie 1 Maja, dzień słońca i lewicy. Słońca było dużo więcej niż lewicy, co mnie zmartwiło do tego stopnia, że przysnąłem. Kiedy się obudziłem, popadłem w nastrój. Stałem się krotochwilny, dałbym się obłaskawić każdej kobiecie, ale nie było żadnej pod ręką. Obłaskawić, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż urodziłem się i niestety pozostałem w miarę niezależny.

Nastawiłem kawę i zapomniałem o niej. Parzenia dokończyła pani, która zjawiła się jak dobry duch. Jej dobroć zastanowiła mnie. Zadałem sobie pytanie:

– Kogo najbardziej kocha zamężna kobieta, po dzieciach, psie i kosmetykach?

– Odpowiedź była prosta: Męża. Wyjaśnię: to nie ja to wymyśliłem.

Miłość jest piękna, bo jest jej dzisiaj mało, szczególnie dla mężczyzn, których Bóg obarczył grzechem pierwotnym, choć to Ewa zgrzeszyła przyjmując jabłko z rąk węża. Ja bym od gada nie przyjął niczego, nawet ogryzka.

U nas Bóg nie obciążył grzechem tylko władzy. Okazał jej łaskę, prawdopodobnie dlatego, że jest bardzo pobożna; mało kto potrafi się modlić tak otwarcie i gorąco. Może również dlatego, że władza pochodzi od Boga. Minister Wojny i Pokoju na przykład. Jaką on ma rękę do generałów! Jak umie ich wybrać! I jak wspaniale umie odwzajemnić uczucia. Miłość odwzajemnia miłością! Ukochanemu aptekarzowi dał, tak po prostu, z serca, 50 000 miesięcznie, z kasy Rządowego Funduszu Dobroczynności, największego zbiornika miłości w kraju. Dobrze, że mamy taki zbiornik.

Święto 1 Maja przypomniało mi dawne czasy: trybuny w każdym mieście, gorące kiełbaski i ciepłe bułeczki, szturmówki, także słońce, rzadziej śnieg. PRL był hojniejszy w tym dniu; teraz to władza nawet cieplejszej pogody nie załatwi, choć Wódz Narodu, największy darczyńca też wywodzi się z PRL, podobnie jak ja, przez co jest mi bliski. Rozumiem go, dlaczego rządzi przez telefon, ustnie, nie wydaje poleceń pisemnych z podpisem, podobnie jak dawniej sekretarze centralni i wojewódzcy. Co było dobre, pozostaje dobre. Ważna jest tradycja. Dzień, styl i formy okazywania miłości.

Kochajmy się!

Miniopowiadanie: Niewinne wygłupy i poważne wspomnienia

Dawno już nie widziałem Wiktora, przyjaciela z lat dziecinnych, objawiającego się cieleśnie a ostatnio najczęściej wizyjnie poprzez Skype’a. Kiedy zadzwonił i połączyliśmy się, powitał mnie radosnym okrzykiem „Cześć pracy” nielicującym z jesienną pogodą. Chyba wygrał większe pieniądze na loterii – ucieszyłem się bez wysiłku. Męczy mnie tylko dłuższe myślenie oraz ludzie, którzy myślą dłużej niż ja.

Powiem ci coś o kobietach, czego zapewne nie wiesz – zaproponował Wiktor bez wstępu. „Naga kobieta w łóżku jest jak liść osiki drżący przed jesiennym podmuchem wiatru, jakim jest mężczyzna zdolny do heroicznych czynów”.

Nie, tego nie znałem. Piękne to jest i poetyckie  – przyznałem chętnie. Rumienię się ze wstydu, Wiktorze, że tak urocza myśl nigdy nie zawitała w mojej głowie, choć różne idee i pomysły tam chadzają. Czasem bez mojego udziału. Od ręki zrewanżuję ci się krótkim żarcikiem. Chyba go nie znasz. Koncentruj się.

Pewien mężczyzna wraca wcześniej do domu z delegacji służbowej i zastaje żonę w łóżku z nieznanym facetem. Patrzy i oczom nie wierzy.

Co ten facet robi w moim łóżku? – krzyczy do żony.

Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie kobieta głosem pełnym słodyczy.

Wiesz, jak kobiety potrafią słodzić głos, kiedy ogrania je zachwyt – dopowiadam zanim Wiktor wpadnie w euforię olśniony moją bajką o przewrotności kobiet i okrucieństwach losu spotykających mężczyzn w delegacji.

Nie podoba mi się twoja bajka. Nie lubię delegacji służbowych. Kiedyś lubiłem, teraz już nie. Chyba się starzeję.

Nie martw się, Wiktorze. Wszyscy znamy ten ból, a najbardziej ci, którzy mają dobrą pamięć. Mnie ona nie zawodzi – odpowiedziałem pewnie jak beton łamiący się pod ciężarem worka z kapustą. Czasem miewam wątpliwości, ale to szybko mi przechodzi. A propos, chciałem ci coś powiedzieć, ale nie pamiętam co. Nie wiesz przypadkiem, o co mi chodziło?

Wiktor odpowiedział przecząco. Miałem mu za złe, że w chwili potrzeby nie jest w stanie okazać mi życzliwości. Uczucie to przeminęło wraz z falą wielkodusznego przebaczenia, która zapomina o mnie tylko wtedy, gdy słucham dyskusji polityków w telewizji. Zamiast wybaczenia nachodzi mnie wtedy pytanie: Czym ich karmią? Musi to być żarcie marnej jakości i nieświeże. Toksyczność aż z nich promieniuje.

Tu myśl ma skoczyła w bok jak rozbawiony źrebak i zapytałem ni z tego ni z owego: Czy sądzisz Wiktorze, że politycy powinni otrzymywać lewatywę przed każdą dyskusją w telewizji?

Absolutnie tak. Przed, w przerwie i po dyskusji – odpowiedział przyjaciel bez wahania. Na koszt państwa – dodał po chwili zastanowienia, że jego też by to kosztowało.

Rozstaliśmy się w podniosłych nastrojach. Rzadko zdarza się, aby ludzie byli tak zgodni w przekonaniach politycznych.

Krótka kronika wydarzeń sejmowych

W Sejmie i poza Sejmem dzieją się rzeczy tajemnicze. Wydarzenia mają charakter okultystyczny, zaobserwowano też przypadki szamaństwa. Na pierwszy ogień poszedł Jan Maria Rokita wyrzucony z Platformy Obywatelskiej za niedobór składek członkowskich w kwocie 22 zł i 32 gr. Nie była to suma imponująca, ponieważ JMR cieszył się w PO statusem emeryta, nisko opłacanego wykładowcy oraz pokątnego pisarza.
Historia Jana Marii Rokity jest owiana grozą. W PO szerzy się ostatnio kult jednostki i JMR został uznany za niebezpiecznego dysydenta, podkopującego morale jej najwyższego wodza. Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że JMR nocami skradał się pod pomniki wystawione na część Donalda Tuska i malował na nich obsceniczne hasła i obrazy. Pomagał mu w tym niższy wzrostem mężczyzna, którego tożsamości nie ustalono, a którego nienawiść do Tuska przerosła nawet najwyższe polskie topole. W ramach kontrakcji Komórka Specjalna PO przygotowała kopertę z DDT, aby podesłać dysydentowi. Jednakże Donald Tusk, którego wizerunek jest ostatnio kształtowany przez spin-doktora importowanego z Chin, uznał, że nie można na tyle ufać Poczcie Polskiej, aby skorzystać z ich usług w kwestiach delikatnej materii.
Zawsze może znaleźć się jakiś, który z zemsty za niskie wynagrodzenie oraz obgryzanie mu łydek przez psy, zabierze kopertę do domu i nieszczęście gotowe – zawyrokował i skinięciem ręki odesłał kopertę i pomysłodawcę w miejsce, na które słusznie zasłużyli. Nazwa tego miejsca pozostaje nieznana.
Historia JMR jest równie bogata jak tragiczna i wiąże się poświęceniem małżeńskim, który przerosło ludzkie miary. Janek odszedł z PO z powodu szalonej miłości do żony, którą niezaspokojone małżeńskie i macierzyńskie uczucia rzuciły w szeregi PiS z siłą huraganu targającego niewinnym ptasim piórkiem.
Przecież ktoś musi pomóc temu biedakowi – oświadczyła publicznie żona Janka przed podpisaniem deklaracji o lojalności wobec Najwyższego Wodza PiS. Mówiąc „biedaku” oczywiście miała na myśli naszą jedyną w europejskiej polityce pomnikową postać.
Piszę stanowiska i tytuły dużymi literami, ponieważ kult jednostki w PiS jest dłuższy niż w PO i ma masywne korzenie. W PiS-ie dysydenci skazani są na ostracyzm (słowo brzmi fatalnie, ale słusznie należy się odszczepieńcom od nieomylnej wiary Jarosława Kaczyńskiego) tak głęboki, że mało kto w Sejmie już ich rozpoznaje. Poza Sejmem to nawet ich cienie rozpuściły się we mgle zapomnienia intensywniejszej niż odór nepotyzmu i afer politycznych. Nazwisko „Ziobro” pamiętam już tylko ja i tylko dlatego, że parając się dramatopisarstwem i wiadomościami z salonów politycznych skrzętnie notuję nazwiska i odświeżam w pamięci częstym powtarzaniem. Repetitio est studiorum mater.
Siłą odrywam prawą dłoń od klawiatury komputera, aby większa dawka relacji nad losem zagubionych polityków nie okazała się zabójcza dla czytelników. Od czasu, kiedy mój blog opuściła moja żona, rodzina i przyjaciele, pozostali mi już tylko wierni Czytelnicy w liczbie 750 subskrybentów i nieznanej liczby wolontariuszy. Umocnię się w moim uwielbieniu dla nich zawołaniem wszystkich prezydentów amerykańskich oraz niektórych matek australijskich: I love you!

Recenzja „Babuni” Frederique Deghelt. Świat Książki, Warszawa, 2011. Część 2.

W powieści liczne są fragmenty, które wyjaśniają, w jaki sposób czytelnicy odbierają autora oraz jak treść powieści autora oddziałuje na opinie, zaangażowanie oraz uczucia czytelników w trakcie czytania powieści.

Podziwiam artyzm tłumaczenia. Sam jestem tłumaczem i mimo woli szukałem lub po prostu zwracałem większą uwagę na trafność, oryginalność i piękno form językowych. Wprawdzie nie dysponuję francuskim oryginałem powieści i nie robiłem porównań, ale odczuwałem piękno tłumaczenia. To trudna i pełna wyzwań praca, ale jakżeż wdzięczny jest efekt, jeśli książka w innym języku oddaje kunszt myśli twórcy dzieła.

Nie podobał mi się natomiast tytuł powieści w języku polskim. W oryginale brzmi on „La Grand-Mere de Jade”, co oznacza Babka Jade (Jade to imię wnuczki). Pierwszym zdrobnieniem jest Babcia. Być może byłoby ono do zaakceptowania, ale już zdrobnienie Babunia to niedopuszczalna moim zdaniem deformacja oryginału. Babka to forma taka jak stryj, wuj czy ciotka, a nie stryjaszek, wujcio czy cioteczka.

Autorka jest osobą wrażliwą społecznie i tak też pisze. Przedstawia ona współczesne wielkie miasto (Paryż) i społeczeństwo używając jednoznacznych, trafnych i krytycznych sformułowań: „Obojętność zdobywała teren. Tłum z pogardą mijał biednych i nieszczęśników. Trywialność tematów. Artykuły bez zawartości. Reklamy, puste lub mało wartościowe treści produktów dziennikarskich” (str. 53-54).

Powieść ma charakter małej akademii sztuki pisania powieści fikcyjnych i analizy zachowań czytelnika. Zawiera ona wiele praktycznych złotych myśli o pisaniu i sprawach ważnych szczególnie dla początkującego pisarza.

Słabość powieści widzę w postaci Babuni. Jest to nieco naciągana, niezbyt autentyczna i prawdziwa postać. Babunia jest – moim zdaniem – zbyt pozytywna, postępowa i „słodka”, jak na osobę w wieku 80 lat, prawie bez wad. Jeśli nawet ma ona jakieś wady charakteru, to objawiają się one w niezwykle łagodnej formie. Babunia przez kilka dziesiątków lat nie ujawniła nikomu swojej wielkiej pasji czytania, poznając utwory wielu autorów. I nikt tego nie zauważył, z wyjątkiem jednej osoby arystokratycznego pochodzenia. W powieści Babunia używa wyszukanego języka osoby wykształconej używając określeń takich jak: karykaturalne marionetki, kadr literatury, zakrawa na banał, zwinność umysłu, gimnastyka intelektualna. Jest ich mnóstwo. Stoi to w kontraście z faktem, że według tekstu powieści nikt nie zauważył głębokiej przemiany intelektualnej i językowej Babuni (z pochodzenia wieśniaczki i góralki), jaka dokonała się pod wpływem lektur dziesiątek książek niejednokrotnie trudnych i ambitnych autorów.

Zakończenie powieści jest zaskakujące, może nawet szokujące. Stanowi ono oryginalną „woltę” autorki, co świadczy na jej korzyść (autorka jest także realizatorką telewizyjną).  Forma zakończenia powieści zasmuciła mnie jednak. Ten smutek to prawdopodobnie sprawa osobistej wrażliwości i wieku.

Recenzja „Babuni” Frederique Deghelt. Świat Książki, Warszawa, 2011. Część 1.

Wczoraj zakończyłem czytanie powieści „Babunia”. W trakcie czytania robiłem sobie notatki z myślą o recenzji.

Jest to mądra powieść. Będzie ona interesująca w szczególności dla osób piszących, ponieważ przedstawia rozległe obszary świadomości i uczuć czytelnika uruchamiane w trakcie czytania książek.

Powieść koncentruje się na relacjach zachodzących między dorosłą wnuczką Jade, która pisze własną powieść, a jej babką, która zawsze była namiętną czytelniczką książek, choć ukrywała to przed światem. Od momentu, kiedy obie kobiety zamieszkały razem, Babunia stara się pomóc wnuczce w pisaniu i wydaniu jej powieści. Jej pomoc polega na komentowaniu treści powieści wnuczki, którą ta jej udostępniła, jak i dzieleniu się własnymi przeżyciami, odczuciami i doświadczeniami pochodzącymi z literatury wielu książek różnych autorów. Pomijam tutaj wątki i treści niedotyczące samej kwestii pisania i czytania książek, a są one jak najbardziej ciekawe i intrygujące: interakcji między wnuczką a Babunią, relacji rodzinnych, minionej i aktualnej miłości wnuczki do mężczyzny, miłości Babuni do męża i jej zauroczenia innymi mężczyznami.

Zachwycił mnie czar języka autorki, jej „poezja słowa”. Powieść jest przykładem pięknej formy i stylu. Zdania, ich fragmenty, zwroty porywają i nadają szczególnego smak u powieści; są jak doskonałe lody dla podniebienia miłośnika rzeczy słodkich i rozkosznych. Z tego punktu widzenia jest to powieść o walorach, które cenią sobie poeci i miłośnicy poezji. Przytoczę dwa cytaty: „Moje dłonie były towarzyszkami duszy, rzemieślnikami spełnionych marzeń”, „Stąpałam po słowach podszeptywanych mi przez niebo, w którym mieszka moja miłość do pisarzy” (str. 50). Wspaniały jest również wiersz o pocałunku pochodzący z Cyrano de Bergerac” Edmonda Rostanda w tłumaczeniu Marii Konopnickiej i Włodzimierza Zagórskiego. Wiersz, tak jak został przetłumaczony, to istne arcydzieło. Nie wiedziałem, że Maria Konopnicka i Włodzimierz Zagórski (postać mi nie nieznana) tak rewelacyjnie tłumaczyli.

W powieści zasługują również na uwagę oryginalne obserwacje, opinie i powiedzenia. Wynotowałem sobie kilka z nich: Str. 26: „Udana starość to druga młodość. Odmłodnieć albo zniknąć – oto wybór”, str. 33: „Przyzwyczajenie do głupoty i biedy”, str. 35: „Czytanie było przede wszystkim stratą oświetlenia i marnowaniem czasu”, str. 36: „On nie wie już niczego, ma książki”. „Śmierć kpi sobie z książek i wiedzy”, str. 130 „Szkoła …nauczyła mnie czytać, szkoła czytania nauczyła mnie żyć”.

Pozytywnych wrażeń językowych powieści nie psują nieliczne niedociągnięcia i błędy takie, jak brak przecinków przed „że” i „żeby” czy też zdanie wypowiedziane przez Babunię (str. 35) „Kiedy opowiadam Jade swoją historię”, co powinno mieć formę „Kiedy opowiadam Jade moją historię”. W powieści jest więcej problematycznych użyć zaimka dzierżawczego „swój”, ale mogą one nie zwrócić uwagi czytelnika. To zaimek trudny w użyciu.

„Babunia” jest dowodem pomysłowości literackiej w sensie prezentacji w formie powieści bogatego tematu pisania, czytania i dyskusji o książkach. Jest ona swoistą rozprawą o sztuce czytania, pisania i wymiany poglądów na temat książek. Osoby piszące (pisarze o różnym stopniu zaawansowania) jak i te zainteresowane pracą pisarską zajdą tutaj wiele wskazówek, rad i treści do przemyśleń. Zawarte są one przede wszystkim w refleksjach głównej bohaterki powieści, Babuni. Oto cytat z jej rozważań na temat powieści pisanej przez wnuczkę: „W swojej powieści Jade angażuje czytelnika w odkrywanie postaci. Bohaterowie maja mało czasu, ale tego nie wiedzą. Intryga zawiązuje się tylko wokół tej kwestii: pochłonięci ich życiem, my, czytelnicy, nie wiemy o tym, że wkrótce znikną” (str. 118).

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.