Ciąg dalszy o psach, krowie, łóżku i pieszczotach. Humoreska.

Wracam do krowy, która mi się przyśniła.

– Co ty gadasz, chłopie? – tak mnie zapytała. – Ja to mam ciężkie życie. Wiesz ile wymiona ważą, ile to muszę mleka nosić ze sobą, zanim mnie wydoją. A co to za przyjemność być dojonym mechaniczną dojarką, bez pieszczot i łagodności dotyku damskiej ręki?

Popatrzyłem na nią zdziwiony. Wtedy mi wyjaśniła:

– Mężczyźni też to czasem robią, ale nie reprezentują tej samej aksamitnej delikatności, jaką dysponuje kobieta.

Obydwaj z Iwanem Iwanowiczem wzruszyliśmy się możne nie tyle z powodu ciężaru wymion, bo co my możemy o tym wiedzieć, ile łagodności damskiej ręki, która potrafi uszczęśliwić dzieciątko w kołysce, dorosłego mężczyznę a nawet – jak się okazuje – zwierzę domowe.

– Eh, te kobiety! – wyrwało się z piersi Iwanowi Iwanowiczowi.

Ustaliliśmy, że ostatecznie będę pisać o psach i ich właścicielach, nie rozwodząc się nadmiernie nad częściami damskiego ciała. Martwiła mnie tylko skarga wielu osób, że pies lubi spać z nimi w łóżku, a oni nie potrafią temu zaradzić.

– On wtedy patrzy na mnie takimi oczami, że łzy wprost cisną się do oczu a kołdra sama zapraszająco odchyla się na bok. Mężowi bym odmówiła, ale nie mogłabym zgodzić się, aby mój ukochany Pimpuś spał na twardej podłodze!

– A propos łóżka i psa, to zdarzyła się taka historia – Iwan Iwanowicz przerwał nasze rozważania. – Mąż wraca do domu i zastaje w swoim łóżku …Wyobrażasz to sobie!? … żonę z jakimś obcym mężczyzną.

– Co on robi w moim łóżku? – ryczy ze wściekłości.

– Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie żona.

– A jaki to ma związek z psem? – zapytałem nierozważnie.

– Ten facet to był pies na kobiety – wyjaśnił Iwan Iwanowicz, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie o coś oskarżyć.

-Sam miałem kiedyś podobne ambicje, ale wyperswadował mi je duchowny, z którym czasem rozmawiałem w zakrystii o życiu, psach i kobietach. Niestety posłuchałem go, zamiast się sprzeciwić. Kto mógł się wtedy oprzeć księdzu? Chyba tylko ministranci i biskupi, jeżeli jeszcze istnieją hierarchowie posiadający sumienie.

If you like this short story, read Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: https://www.wyczerpane.pl/michael-tequila,n.html?name=Michael+Tequila 

0Shares

W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska.

Kilka dni temu, w nocy, nie mogąc zasnąć, poczułem się tak samotny, że wymyśliłem sobie diabła. Chciałem mieć kogoś do towarzystwa, kogoś użytecznego, przydatnego, tylko na własny użytek. Był to, jest właściwie, diabeł współczesny, podporządkowany, o wyglądzie zwykłego mężczyzny, czyli raczej niekształtny, nie żaden Apollo, tylko lekko łysiejący, zgodnie z ewolucyjną zasadą stopniowej utraty uwłosienia, z tradycyjnymi atrybutami, różkami, ogonem, niezbyt wybujałą kosmatością, mało ruchliwy. Nie jest to okaz piękności, rozczulił mnie jednak naturalnością i podobieństwem do człowieka.

Wydało mi się, że ma chęć rozbrykać się, wziąłem go więc na smycz i założyłem mu kaganiec. Aby się usprawiedliwić w moim okrucieństwie, uznałem, że jest to postępowanie normalne, powszechnie przyjęte.

– Ostatecznie ludzie traktują tak swoich pupilów, własne psy, które kochają, dobrze karmią i chodzą z nimi na spacer do lasu, albo na łąkę. – Wytłumaczyłem mu, kiedy popatrzył na mnie niepewnie.

Do łapy dałem mu smartfon, aby mógł połączyć się ze mną w każdej chwili i wyjaśniłem z grubsza, jak to działa. Od razu zagłębił się w konwersację nawet nie wiem z kim, potem oglądał jakieś obrazki i diabelsko chichotał. Była to prawdopodobnie pornografia, czemu się nie dziwiłem, bo ostatecznie jest sam, młody i prawdopodobnie czuje tak zwany zew natury.

Siedzę teraz przed komputerem i piję czarną kawę, którą mi przygotował, z trzema rodzynkami w środku, aby złagodzić gorycz, i myślę, jak go nazwać. Chciałbym, aby było to coś urokliwego, oddającego sens przewrotności, a równocześnie człowieczego, bo tak sobie spekuluję, że jesteśmy chyba, przynajmniej mężczyźni, z diabłem spokrewnieni. Nie wyobrażam sobie bowiem diablicy, istoty żeńskiej, takiej z białymi piersiami rozczulającymi nawet dziecko, i pełniejszymi biodrami, i tak dalej, nie będę wnikać w anatomiczne szczegóły, ale kosmatej, z ogonem i czarnymi różkami. Zastanowię się jeszcze nad tym.

Więcej czasu wam nie zajmuję. Życzę piekielnie udanego dnia.

PS. Przepraszam, używam nowego programu Gutenberg do edycji tekstów na blogu i nie mogę dojść, jak powiększyć rozmiar czcionki.

„Cztery portrety:cudze i jeden własny” w księgarni:  https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Piszę tylko dla tych, co nie mają czasu.

To moje postanowienie. Ponieważ dzisiaj nikt nie ma czasu, będę pisać dla nikogo. Sposób pisania: zwięźle, dosadnie i niegłupio. To mój zamiar. Ponieważ piszę dużymi literami, możesz czytać blog na smartfonie, jadąc tramwajem, autobusem, stojąc w kolejce po sanki dla dziecka lub czekając na dzienną dawkę pieszczot od żony albo kochanki. Wystarczą Ci dwie minuty czasu. Nie na pieszczoty oczywiście, tylko na czytanie.

Piszę prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Kłamię tylko wtedy, kiedy pewien intelektualista w złotych okularach zachęci mnie do tego dobrym przykładem. To zasady, od których nie odstępuję bez uzasadnienia. Jeśli trzeba, uzasadnienie zawsze się znajdzie. 

Język mam bogaty. Dziś rano w łazience, kiedy oceniałem jego stan przed użyciem, zauważyłem na nim pięćset dolarów amerykańskich, w jednym banknocie z wizerunkiem prezydenta Trumpa. Konsultowałem ten fakt ze znajomym księdzem, poważnym, brodatym, ze wzrokiem wbitym w niebo, nie w dół na sprawy cielesne. Potwierdził mi jak na spowiedzi, że są takie banknoty. Są bardzo rzadkie i mają wartość kolekcjonerską.

– Prezydenta Trumpa każdy ci wymieni na butelkę dobrego koniaku lub trzy butelki wina mszalnego. Taki banknot to rarytas. – Ksiądz zachwycił się, zaczął cmokać i cytować fragmenty Biblii o uprawie winorośli. Wyszedłem, aby nie zostać świętym.

Jego wypowiedź poruszyła mnie tym bardziej, że słyszałem, że prezydent Trump jest bliskim krewnym prezesa Kaczyńskiego; obydwaj używają tych samych słów, tak samo myślą, a nawet mają te same sny o potędze i rodzinie. Z tym, że prezydent jest żonaty, a prezes pozostaje w stanie starokawalerskim, co mu się chwali, bo niejeden mężczyzna też chciałby być w takim stanie, mimo że jest żonaty.

Zszedłem na niebezpieczne tory. Mogę nie zauważyć, kiedy nadjedzie pociąg i uwiezie mnie w nieznane, gdzie nie będą grać Błękitnej Rapsodii ani opery Porgy nad Bess Gershwina, mimo że będzie to już amerykański raj.

Zakończę apelem: Pobieraj tutaj codzienną dawkę rozrywki, a nastroi cię to optymistycznie, nie będziesz myśleć o braku czasu ani szefie, który grzebie ci w sumieniu lub komputerze.

To moja najnowsza powieść Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

A to jej pierwsza bardzo pozytywna recenzja: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898774/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny/opinia/53663296#opinia53663296 

0Shares

Rasizm wczesnojesienny. Opowiadanie krótkie i bezwstydnie dosadne.

Poszedłem na spacer. Wszędzie widziałem rasizm. Postanowiłem go zilustrować i opisać w 150 słowach. Najpierw zdjęcia.

To efekt golenia trzech psów lub jednego ale w trzech odsłonach. Nienawidzę psów. To inna rasa człowieka. Szczekają, nie mówią.

To maszyny na budowie Nowej Bulońskiej w Gdańsku. Wyglądają niewinnie. Wyprodukowano je w Skandynawii, nie u nas. Nienawidzę Skandynawów. To obcy, mieszkają na północy i mówią innym językiem.

To obrazki z Afryki. Popatrzcie na ich skórę, włosy i wyraz twarzy. Oni widzą nas kolorowo. Dla nich jesteśmy białasami. Pisał o tym Faulkner. Nienawidzę białych, czarnych i Faulknera. Afrykanie i Amerykanie nie są nasi. Są odmieńcami. Mówią dziwnym językiem, bulgoczą.

– Nigdy nie wpuścimy ich do siebie. Tak powiedział siwy Indianin, wódz plemienia Toffu. Wielu go słucha. Ja go nie słucham, choć to nasz własny ksenofob.

– Rasizm to nienawiść odmienności. Wystarczy być ograniczonym, aby nienawidzić odmienność. Do diabła, mam nadzieję, że wyraziłem się jasno!

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

„Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Broda. Opowiadanie z gatunku „triste”.

Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Zapuszczam brodę. Moim ideałem jest zarost gęsty, czarny jak smoła, imponujący wielkością.

Co do kształtu, nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, tak czy inaczej, musi on być oryginalny może nawet perwersyjny (to dobre skojarzenie dla artysty słowa), abym patrząc na siebie odczuwał radość a nie chęć rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia.

Głównym powodem mojej fascynacji brodą jest poczucie bycia niekochanym, porzuconym jak stary kapeć w rowie w okresie późnojesiennym. Protestuję przeciwko temu. Hodując nienormatywny zarost na twarzy obrzydzam się nie dla śmiechu, jestem na to zbyt poważny, ale po to, aby mnie wreszcie zauważono, dostrzeżono we mnie dobroć, talent, czy choćby nawet skromne poczucie humoru, cokolwiek wartościowego.

Życie bez miłości i uwielbienia wydaje mi się niejakie, jakżeż odmienne od stanu wczesnej dziecięcości, kiedy to każdy członek rodziny i niejedna osoba obca prześciga się z innymi, aby powiedzieć ci ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, aby ciumkać, pomachać ci ręką, dotknąć stopki, całować w dowolną część ciała, pieścić, nagradzać, pomachać ci ręką na pożegnanie, w zamian za łaskawy uśmiech czy nawet nieporadne gaworzenie.

Teraz, opuszczony w mej samotności, tym bardziej potrzebuję adoratorów, zwłaszcza adoratorki. Kobieta jest dla mnie istotą piękniejszą, kształtniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata jest to istota niejako wtórna, stworzona w drugiej kolejności, jak wiadomo z żebra Adama. Mówiło mi o tym wielu księży.

Martwiłbym się, gdyby proporcja moich adoratorów była zwichnięta na rzecz mężczyzn. Uznałbym to za niezdrowe, być może do tego stopnia, że czułbym się zmuszony zapisać się do LGBT (ostatnio modnej choć zwalczanej przez różnych kacyków), formacji ludzi niezależnych uczuciowo, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie. Chciałem dodać „i dla potomnych”, ale uznałem to za przesadę.

0Shares

Nienawiść organiczna. Groteska perwersyjnie optymistyczna.

Jeśli ją czytasz, to czynisz to na własną odpowiedzialność. Strzeż się wściekłego psa własnych myśli i uczuć.  

„Żyrafy. Najwyższe ze zwierząt lądowych są roślinożerne. Żyrafy żyją na wolności do 25 lat i obecnie są w czerwonej księdze IUCN zaliczane do gatunków narażonych. Dzięki półmetrowemu językowi z łatwością są w stanie skubać liście z najwyższych drzew. Te smukłe zwierzęta roślinożerne mają bardzo długie języki” – napisał do mnie kolega szkolny Joseph Microsoft na monitorze mojego komputera z Windows 10.

Wspomnienie korespondencji rozbudziło mnie niczym kubeł zimnej wody, jaki zwykł fundować synowi zmożonemu głębokim snem narkotycznym pewien – znany mi osobiście – kochający ojciec. Wstałem. Za oknem darły się koty. Była godzina czwarta czterdzieści pięć rano. Pokazał mi to zegarek lekko uderzając wskazówkami o metalową obudowę. Udałem się do łazienki i tam w cichości kabiny prysznicowej, blatu z głębokim zlewem oraz białej spłuczki i uroczej deski klozetowej przyjrzałem się mojemu językowi. Mały, czerwony, ubożuchny jak koszula ściągnięta z nieboszczyka po dwóch miesiącach zmagania się z wiecznością.

Poczułem do siebie wstręt. Zacząłem nienawidzić własne ciało. Ja, istota intelektualna i uczuciowa, reprezentowana przez lotny rozum i wezbrane miłością serce, znienawidziłem fizyczną część mojego organizmu, przede wszystkim bebechy i warstwę tłuszczu na brzuchu, i to wszystko co sobą reprezentują.

Aby umocnić i pogłębić w sobie nowe uczucia, rozebrałem się do naga i przyjrzałem się sobie dokładnie przed lustrem. Był to obraz nędzy i rozpaczy. To wzmocniło moją determinację doprowadzenia sprawy nienawiści do końca. Przyniosłem z biurka i rozłożyłem na blacie zdjęcia przywódców różnych narodowości, zboczeńców i wyuzdańców, rozchełstanych Borysów, krzykliwych Farage’ów, kłamliwych Mateuszów, stetryczałych Jarosławów, tłustych Donaldów i zdziwaczałych Dim Dongów, aby przyjrzeć się ich skwaśniałym twarzom na tle własnego niekochanego już organizmu.

W miarę przyglądania się, czułem się coraz lepiej. Uczucie nienawiści, w odróżnieniu od tego co piszą naukowcy i inni niedorobieni członkowie społeczeństwa, dobrze mi zrobiło. Poszwendałem się jeszcze trochę po łazience, doceniając szlachetny charakter klatki więziennej bez okien, i uspokojony wróciłem do łóżka.

Jeśli miałem jeszcze sny, to wyłącznie kolorowe, ponieważ rano obudziłem się śpiewny niby opity chmielem skowronek, z głową  na poduszce wysłanej promienistą tęczą. Myślałem, że to LGBT, ale nie, była to tęcza promieni słonecznych filtrowanych przez firanki w oknach sypialni.

Była to najbardziej udana noc. Nie powiem, że całego życia, bo wszystko jeszcze przede mną.

Najnowsza powieść: Michael Tequila: Cztery portrety cudze i jeden własny:  https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Pisarz, wydawca oraz poezja jako wypełniacz na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Ostatnie dni były wyczerpujące. Mam wiele obowiązków, oprócz rodzinnych także te związane z dystrybucją, promocją i reklamą  najnowszej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” i jej udostępnieniu w księgarniach. Poświęciłem się temu. Jestem pod presją czasu, ponieważ efekt nowości nie trwa długo. Dlatego też będę teraz częściej publikować na blogu fragmenty mojej dotychczasowej twórczości, poezji, powieści i opowiadań, raczej niż tworzyć nowe treści.

Myślę o poezji. Wierszy w zbiorze „Klęczy cisza niezmącona” jest w sumie około czterdziestu siedmiu. Wiem, że moje poezje podobają się. Części czytelników czy raczej czytelniczek tak przypadły do gustu (co najmniej dwie panie), że znają niektóre wiersze na pamięć. To mi imponuje, ponieważ sam nie umiałbym wyrecytować nawet jednego.

Jestem zarówno autorem jak i wydawcą. Wydaję we własnym zakresie i na własny rachunek. Wydanie powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” kosztuje mnie, proszę sobie wyobrazić, 4 x mniej niż oficjalne wydanie przez firmę wydawniczą (sic!), ale muszę też podjąć ogrom wysiłków dystrybucji, promocji i reklamy książki. Gdyby nie wydanie własne, nie wydałbym tej książki. 

Przykładowo, niektóre obowiązki wydawcy: uzyskanie numeru ISBN (rejestracja i opis książki w systemie ISBN), wybór drukarni, dostarczenie  tekstu do przygotowania książki, dwie korekty tekstu, edycja i skład tekstu, ustalenie formatu książki, czcionki i wybór papieru, jego rodzaju, koloru i gramatury, zaprojektowanie i  przygotowanie okładki, zlecenie druku, zawarcie umowy dystrybucyjnej, opłacenie okładki, druku, składu i co tam jeszcze jest do opłacenia, załatwianie recenzji (wystąpiłem o nią do ponad dwudziestu recenzentów, dotychczas odpowiedziało tylko siedmiu, wysłanie książek do recenzji, ustalenie spotkań autorskich, przygotowanie spotkań (korzystam z własnego notebooka i rzutnika), publikacje fragmentów książki na blogu, na Facebooku i krótkich komunikatów na Twitterze, prośby kierowane do najbliżej rodziny przyjaciół i dobrych znajomych, aby publikowali na swoich stronach na Facebooku informacji o książce, zachęcali do kupna i sami zechcieli kupić egzemplarz książki. To praktycznie nie kończący się proces. Chcę zorganizować jeszcze konkurs z nagrodami na temat najnowszej powieści.

Kiedyś uważano, że dobry produkt sprzedaje się sam, dziś jest to jawna nieprawda. Czytelnicy mają ogromny wybór, ponadto jako społeczeństwo mało czytamy, rzadko kupujemy książki. W Polsce czyta książki 37 procent osób dorosłych, w Czechach ponad 80 %. Kiedy to piszę, chciałbym być Czechem, zbratałbym się literacko z dzielnym wojakiem Szwejkiem, piłbym piwo pilzneńskie i jadłbym knedle.  

Kupno książki w księgarni. Nie jest to już sytuacja, że pójdziesz do księgarni i znajdziesz każdą książkę na półce. Księgarnia ma u siebie powiedzmy 5.000 egzemplarzy różnych książek, w sumie w sprzedaży może mieć 25.000 tytułów. Dziś większość książek zamawia się w księgarni (na miejscu) lub przez Internet, aby otrzymać je kilka dni później w księgarni lub do domu kurierem, pocztą lub przez paczkomat.

„Klęczy cisza niezmącona” jak i pozostałe moje książki są wciąż w atrakcyjnych promocyjnych cenach. Wkrótce zostaną one podwyższone. Mój nowy dystrybutor uznał, i przychyliłem się do ich sugestii, że ceny moich książek – porównując z innymi książkami – mogą i powinny być wyższe. Zbyt niska cena może sugerować, że produkt jest niskiej wartości. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie!

Podaję linki do księgarni:

Klęczy cisza, Sędzia i Niezwykła decyzja: https://tinyurl.com/y2r45ew5

Cztery portrety cudze i jeden własny:

Księgarnia Wyczerpane.pl:  https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Empik: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

 

0Shares

Urzeczenie. Opowiadanie abstrakcyjne.

Najczęściej zdarza się to rano. Marnieję. To smutne. Idę szeroką aleją Centrum Handlowego Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest nie tak. Czuję jak klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Idę do sklepu ubraniowego, pożyczam miarę krawiecką, mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” świadczy, że coś się we mnie zapada i kurczy. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr siedemdziesiąt. Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer, urzędnik paszportowy, kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara.

Niepewny wychodzę na korytarz Galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia, fakt pozostaje faktem. Dostrzegam szczegóły.

Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby, te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy jak migdały, czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Mam wrażenie, że słyszę nawet jak brzęczy pszczoła zbierająca nektar. No i biodra, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że palce lizać. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje palce, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt, nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te dobrze wypieczone z Lajkonika. Moja rodzina je lubi.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już jej nie mam w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę. Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

Z naprzeciwka zbliża się inna kobieta, jest niezwykła, niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej.

Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie rozpiera.

Mówię sobie: – Uspokój się, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę, marnieję, na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja. Malenie i wzrastanie. Brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji, plus zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu mężczyźnie tego życzę. Niech dorodna kobieta, słodka i gorąca jak czekolada, ma Cię w opiece w godzinach porannych!

Szczerze Wam oddany,

Obserwator Życia, Adorator Kobiet i Miłośnik Galerii Handlowych.

Powieść obyczajowo-psychologiczna „Cztery portrety cudze i jeden własny”: 

https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-

https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Nie wahaj się, kup! Daj artyście zarobić na motywację do dalszego pisania! 

0Shares

Krótka dyskusja o naturze dyktatora

W Małym Pałacu Dożów odbyła się dyskusja o naturze dyktatora. Przybyło sześćset dwudziestu pięciu dziennikarzy. Niektórych nie wpuszczono.

– Państwo nie jesteście z właściwej opcji. Nie popieracie dyktatury – informował stojący przy drzwiach chudy cerber w złotych okularach, rodzaj budzącego się satrapy.

Dyskusja była rozsądnie burzliwa, głosy jak zwykle były podzielone na części. Rozważano dwa przypadki: Polifema i dyktatora niejawnego.

– Na przykład Polifem, istota potężna, panująca nad wszystkimi owcami w jaskini. To, że ma jedno oko, nie przeszkadza. Rządzi bez zahamowań, nie liczy się z nikim. – wyjaśnił Mitolog, ekspert od dyktatury jednostronnej.

Drugi casus dotyczył dyktatora niejawnego. Omówiono taki przypadek na przykładzie Namiestnika. Niewielu wiedziało, że dyktator niejawny może być człowiekiem siwym, wyglądać nobliwie i być bardzo pobożnym, a równocześnie być kimś osobliwym aż do granic śmieszności.

– Przypadek, jaki rozważamy, dotyczy człowieka o tak silnych rękach, że jest on w stanie łamać podkowy wielkiej polityki, gubi się jednakże w rozplątywaniu sznurówek do butów, przewodu smartfonu czy kłębka sznurka w kolorze tęczy. Gubi się, bo chciałby aby tęcza była szara, jak wszystko – wyjaśnił prelegent.

Przypadek Namiestnika uznano za osobliwy, niedorzeczny, nie pasujący do współczesności, kiedy trzeba rozwiązywać problemy zdrowia psychicznego i fizycznego społeczeństwa, sposobić się do nowych technologii i myśleć o poważnej współpracy międzynarodowej, a nie modlić się o rozum dla narodu.

Na tym dyskusję zakończono.

0Shares

Powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” i wpisy na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Moja powieść jest już w sprzedaży także w Empiku po promocyjnej cenie. Podaję link: 

https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

Poniżej przedstawiam kolejny fragment powieści. Mam nadzieję, że się spodoba i skłoni Państwa do poważnego zainteresowania się książką. Wkrótce ukażą się pierwsze recenzje powieści.  

Nie udzielam się na moim blogu tak aktywnie jak to planowałem jedynie dlatego, że absorbuje mnie promocja książki oraz organizacja spotkań z czytelnikami. Planuję też zorganizowanie konkursu na temat powieści z motywującymi nagrodami. Wszystko to wymaga czasu i energii.

Materiałów do publikacji na blogu mam aż nadto, gdyż nieprzerwanie coś dodaję do moich zbiorów, ostatnio głównie opowiadania, między innymi opowiadania kryminalne.

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

Fragment powieści:

W trakcie jazdy samochodem tematem numer jeden nie było ani spotkanie, ani uczestnicy, ani nadzwyczajnej jakości upominki, ale samochód Bossa. Był to pojazd wyjątkowy, imponujący rozmiarami i konstrukcją. Samo wejście do pojazdu nie nastręczało problemów, było proste i łatwe. Wyzwaniem było wysiadanie. Z samochodu nie sposób było się wydostać, gdyż był głęboki jak fosa. Kiedy trzeba było wysiąść, co na końcu podróży było nieuniknione, okazało się to niemożliwe.

Najpierw wysiadał Mistrz, siedzący bliżej drzwi. Górna partia jego ciała była już na zewnątrz, lecz nogi uwięzły w środku, przy podłodze, jakby je do niej przywiązano. Przeszkodą był niespotykanie wysoki próg samochodu. Do pojazdu trzeba było przystawić stołeczek, aby po ułożeniu nań pośladków móc wyciągnąć nogi z wnętrza. Operacja była na tyle skomplikowana, że mimo synchronizacji ruchów Mistrza przez pomocników, nie był on w stanie wydostać się z pojazdu za pierwszą próbą.

Po udanej operacji kłopotliwy problem stał się tematem żartów. Oczywiście samochód, jak i sytuacje, jakie stwarzało korzystanie z niego, były absurdalne. Właściciel wehikułu bronił go, podkreślając jego wyjątkowe zalety.

– Kiedy inni muszą wynajmować bagażówkę do przewiezienia kwintala ziemniaków, węgla czy wieprzowiny, ja ładuję to bez trudu do mojego samochodu. – Boss mówił to bardzo poważnie.

Jego wypowiedź stała się drugim tematem żartów. Wszyscy na przemian żartowali i śmieli się, jednakże nie wyglądało to tak niewinnie i żartobliwie jak sugerowałby opis sytuacji, gdyż w grę wchodziły frustrujące doświadczenia związane z opuszczaniem pojazdu. Żarty przybierały taką postać, że przyjaciele niekiedy nie wiedzieli, czy jest to jeszcze żart, czy już nie. Było to dosyć skomplikowane. Towarzystwo bawiło się słowami jak dzieci zabawkami, z tym że dorośli nie usiłowali ich dzielić na kawałki, jak to mają w zwyczaju ciekawskie maluchy, aby zobaczyć, co jest wewnątrz.

*****
Na spotkaniu u Ambasadora, zgodnie z umową, przyjaciele zachowywali się tajemniczo, przynajmniej na początku, zgadując przede wszystkim, kto czym się zajmował do czasu wycofania się z pracy zawodowej. Od kilku lat byli już na stałych wakacjach, o czym wszyscy wiedzieli. Poza tym musieli się wszystkiego domyślać.

– Domysł jest czasem równie mocną podstawą orientacji w świecie jak pewność – spekulował na głos Poeta.

Przedstawiając się, nikt oczywiście nie wspomniał ani słowem, czym się zajmował lub zajmuje, albo jaka jest jego sytuacja rodzinna, aby była to niespodzianka, wymagająca odkrywania ich na nowo. Podobała im się ta zabawa; był to powiew młodości, dla której psikus, żart i krotochwila stanowiły sens życia.

– Teraz chodzi nam chyba bardziej o rozrzedzenie atmosfery zagubienia wiekowego, materii obrzydłej, lecz nieuniknionej – tak to ujął Poeta niezaniedbujący żadnej okazji, aby ćwiczyć umiejętność wypowiadania słów lekkich i skrzydlatych.

– Masz łatwość wysławiania się, choć i nam nic nie brakuje, tylko robimy to rzadziej – zauważył Ambasador, a pozostali mu przytaknęli. Zachowywał się swobodnie jak Zagłoba, twórca forteli i łamigłówek, postać genialnie skonstruowana przez autora.

Poeta zgodził się z przyjaciółmi. Był zbyt dumny, aby protestować. Pierwsze lody zostały przełamane, konwersacja rozkręcała się coraz bardziej. Aby zapobiec nadmiernemu rozluźnieniu atmosfery, gospodarz postanowił wprowadzić ład do spotkania, przynosząc najpierw ciasta, a zaraz potem pokazując przyjaciołom swój piękny samochód, nowiutki jak spod igły, wysoki, solidny i twardy jak meksykański macho. Demonstrując błyszczący od nowości, zmotoryzowany domek na kółkach, Ambasador obiecał zabrać gości w okrężną podróż po okolicach słonecznych i przewiewnych, tak bliskich im wszystkim wspomnieniami, że aż się w głowie kręciło.

0Shares