Przydługi komunikat o formularzu i stanie zdrowia

Jak Państwo zauważyliście, można się skontaktować ze mną wysyłając wiadomość z formularza „Kontakt” na pasku menu u góry po prawej stronie ekranu.

Nie byłem świadomy, że od jakiegoś czasu wiadomości z tego formularza są kierowane automatycznie do spamu. Niedawno prowadzona była aktualizacja platformy WordPress, być może to spowodowało zmianę przekierowań. Mógłbym jeszcze wymyślić inne wątpliwe usprawiedliwienia, ale nie będę bo się spieszę. Inaczej mówiąc, nie kijem go to pałką. Co tu będę mącić, czuję się nędznie w tej sytuacji. Jest ona o tyle korzystna, że tak powiem z drugiej strony (która bywa również stroną miłosną, co mnie zachwyca), że pobudza mnie do kontynuacji powieści „Pamiętnik zmyślnego świrusa”.

Tak czy inaczej, przepraszam. Poprawiłem oczywiście wadliwy mechanizm.

Skorzystam z okazji, aby wydać, jak każdy szanujący się celebryta, komunikat o stanie mojego zdrowia.

Poza wyżej wymienioną – i minioną już na szczęście dolegliwością komunikacyjną – czuję się doskonale, nic mi nie dolega, oprócz braku czasu i uczucia serdeczności do miłościwie nam panującej Partii Rządzącej, którą ukochało czterdzieści procent społeczeństwa. Jak oni wzbudzają w sobie tyle miłości nie wiem. Jest to zagadka patriotycznie-erotyczna, której nie jestem w stanie rozgryźć mimo że regularnie ostrzę sobie zęby.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Tu znajdziesz wszystkie moje utwory, przyzwoite jak i bezecne: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 4: Dzieci i statystyka

Pisząc pamiętnik przypomniałem sobie pracę w szkole. Może i ogłupiałem dzieci ucząc je matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć, ale nauczyłem je także rozumowania zgodnie z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, technice a nawet naukach humanistycznych.

Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce, astronomii oraz filozofii. Najbardziej ich interesowały terminy takie jak antynomia, łamacz kodów, kryptologia. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, wyrażenia algebraiczne, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich zbyt proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytałem dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się odważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Zaskoczył mnie. Byłem pewny, że nie powiedział tego, aby sprawić mi przykrość, ośmieszyć czy zdegradować pozycję matematyki. Zapytałem, dlaczego tak sądzi. Odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie umieją nawet dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi.

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – ciągnąłem temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest jak najbardziej użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala kwantyfikować rzeczywistość.

Poprosiłem Adasia o przykład. Dzieciak jest tak bystry, że czasem nie nadążam za nim, zwłaszcza kiedy używa skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytałem. Lubiłem go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż mnie, starego nauczyciela.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce a wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Zgodziłem się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom. Pochwaliłem też za to, że użył słowa „tyłek”, bardzo cywilizowanego, a nie „dupa”. Wyjaśniłem im to.

– Nigdy nie używajcie tego słowa, bo jest wulgarne. Posługują się nim najczęściej ludzie prości jak szyna kolejowa, którym piękno języka ojczystego jest obce. Ja je wymówiłem, abyście dokładnie wiedzieli, o czym mówię i co o tym sądzę.

Teraz sobie myślę, że dzieci traktowałem jak dorosłych, co nie podobało się wielu rodzicom ani dyrektorowi szkoły. To dlatego niektórzy z nich nazywają mnie świrusem. Dobrze, że dodają do tego „zmyślny”. Traktuję to jako pochlebstwo. W ich oskarżeniach o świrowanie jest jednak sporo prawdy, bo w życiu czuję się jak szczur zagubiony w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia. Aby wydobyć się z pułapki przekraczam czasem trudne do zdefiniowania bariery między normalnością a nienormalnością. Tak widzę przyszłość społeczeństwa, pełną kłopotliwych dwuznaczności. Bycie świrusem daje mi poczucie luzu.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Jeśli nie polityka, to co? Oczywiście dobra powieść, gdzie prawda jest spontaniczna a kłamstwo nie udaje prawdy.

Zadałem sobie pytanie o politykę i poczułem do siebie taki wstręt, że wyszedłem na ulicę, aby się publicznie wybatożyć i upokorzyć, wznosząc okrzyki: „Należy mi się to! Należy mi się to!” Ludzie, jak tylko dowiedzieli się o co chodzi, zachęcali mnie do  chłostania się aż do upadłego. Uznałem to za przesadę, przypominając sobie boleśnie, że to moje ciało, nie ich, więc szybko zakończyłem.

W sercu zachowałem jednak urazę, że w ogóle myślę o polityce i władzy, która co raz to chwali się jakimś oryginalnym sukcesem: jak nie podniebne loty tanie jak barszcz, to trolle i hejty na najwyższym piętrze, albo hotel na godziny prowadzony przez wysokiego nominata, który okazuje się niewinny aż upadłego. Dzisiaj, kiedy pokażesz nawet nieboszczyka, to jeden czy drugi pseudointelektualista w okularach z cienkimi oprawkami będzie twierdzić, że nieboszczyk jest tak długo żywy, dopóki mu się nie udowodni w sądzie, że nie żyje.

Nie o tym chciałem pisać, ale o czymś pozytywnym, w dodatku pokazać to w kolorach. Oto dwie bardzo udane okładki moich książek oraz ich projektant, Lechosław Martyński, na zdjęciu z synkiem, który inspiruje go do efektywnej pracy pytaniami w rodzaju „Tato! Kiedy wreszcie pójdziemy na lody?” Trzeba przyznać, że zdjęcie jest wyjątkowo urocze.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Cztery-portrety-str-przed.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Okładka-Klęczy-352x500-do-Lubimyczyt-Leszek-1.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Leszek-Martyński-i-Jaś-1.jpg

Do wyznań o pięknie, efektywności i lodach dołączam fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, jako zachętę do jej przeczytania. Książka jest od wczoraj we wszystkich księgarniach internetowych.

Oto kolejny fragment:

Po powrocie z wycieczki przyjaciele zasiedli w fotelach z takim zadowoleniem, jakby w trakcie pobytu w letniej rezydencji Ambasadora i jazdy samochodem odmówiono im nawet najkrótszego odpoczynku. Przez kilka minut milczeli. Rozglądali się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji do dalszego działania. Wyglądało to tak, jakby usiłowali przypomnieć sobie, skąd znają to miejsce. Dosięgnęło ich znużenie nadmiarem przeżyć i dojrzałym wiekiem. W trakcie kilkugodzinnej jazdy samochodem miliony widoków przesunęły im się przed oczami.

– Na emeryturze nawet Pan Bóg ma prawo czuć się zmęczony – pomyślał Boss, przysypiając wygodnie w fotelu. Zanim dokończył pobożną myśl, nasunęła mu się druga, z zupełnie innego wymiaru. Wydało mu się, że jest referendarzem na kolei. Usiłował rozwikłać tę zagadkę.

– Skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł? Przecież nigdy nie pracowałem na kolei. Przypomniał sobie, że w rodzinie miał referendarza, ale to było bardzo dawno. Ponadto była to kobieta. Nie przepadał za nią. Nie podobało mu się też określenie „referendarz”. Brzmiało brzęcząco i staromodnie. Uspokoił się tym wspomnieniem.

Spotkanie odbywało się w apartamencie Ambasadora, a konkretnie w salonie, stanowiącym równocześnie pokój gościnny. Wypełniały go tradycyjne meble i sprzęty, tapczan, biurko z ustawionym na nim komputerem, regał z książkami, kilka obrazów prezentujących postacie świętych oraz drobne akcesoria i bibeloty, których nie sposób było zliczyć. Podłogę salonu przykrywał gruby na trzy palce dywan perski w kolorach flagi Ambasadorii, dar serca pewnego bogacza, którego Ambasador rozgrzeszył z zamierzonego aktu głupoty. Skuteczność wynikała z uświadomienia grzesznikowi, że musi najpierw wybaczyć sam sobie, zanim spłynie na niego z góry łaska ostatecznej dyspensy. Obok salonu znajdowała się kuchnia i łazienka.

Goście doszli do wniosku, że właściciel jest o wiele bardziej uporządkowany niż jego mieszkanie. Po cichu wymieniali się uwagami na ten temat. Relaksując się w fotelach z ciemnozielonymi obiciami, trudnymi do zdefiniowania, opowiadali sobie historie i dykteryjki, prawdziwe i zmyślone, niekiedy tak zawiłe, że nie sposób było określić granicy między prawdą a zmyśleniem. Odnosiły się przeważnie do przeszłości, skłonnej po latach przeinaczać i zniekształcać wydarzenia. Od czasu do czasu towarzysze dawnych lat wybuchali śmiechem młodości, najlepszym z najlepszych, wyuczonym w chłopięctwie i niezapomnianym mimo upływu lat.

Czasem mówili jeden przez drugiego, bojąc się, że zapomną, co chcą powiedzieć, albo sprzeciwiając się jakiejś niewydarzonej ich zdaniem wypowiedzi. Tylko jeden raz rozczulili się jak prawdziwi staruszkowie, a nie poważni seniorzy, czujni w przestrzeganiu zasad dobrego zachowania. W sumie traktowali się przyzwoicie, nie raniąc się nawzajem niestosownymi aluzjami lub uwagami, które mogłyby być odebrane jako uszczypliwości, rozmyślne lub niezamierzone.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Niedzielny fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”

W planie na dziś miałem opowiastkę o psach i dronach, naszkicowałem ją sobie w notatniku. Ostatecznie postanowiłem jednak opublikować kolejny fragment mojej świeżo wydanej powieści, aby przybliżyć ją szczególnie tym osobom, które spotykają po latach z przyjaciółmi z tej samej klasy i szkoły.

Pozdrawiam, życząc pogodnej, ciepłej niedzieli,

Michael Tequila

Spotkanie u Ambasadora okazało się ożywcze jak źródlana woda. Rozmowa przebiegała spontanicznie.

– Koledzy, druhowie, bracia! – Ambasador przejął inicjatywę. Mówienie ćwiczył od lat i przemawianie było dla niego czymś tak powszednim jak chleb z masłem dla hodowcy krów mlecznych. – Nie widzieliśmy się pięćdziesiąt trzy lata, nic dodać, nic ująć, od czasu ukończenia przez nas szkoły.

– Brawo! Brawo! – Zerwały się spontaniczne okrzyki aprobaty i zachęty do dalszego mówienia. Zebrani zachowywali się jak chłopcy, sprawiało im to przyjemność.

– Cisza! Uspokójcie się! Pozwólcie mi zapobiec bałaganowi, jaki tu stworzymy za chwilę! Odbieram wam głos i udzielam sobie, jedynej osobie zdolnej zapanować nad żywiołem odrodzonej niepoprawnej młodości. Dajcie mi skończyć! – nalegał gospodarz w poczuciu odpowiedzialności za zebranie odbywające się na jego terytorium.

– W sumie byłoby to bardzo miłe, gdyby nie niecierpliwy cień władzy dyktatorskiej, który przemknął po jego twarzy – zauważył w duchu Mistrz, mający wprawę w interpretacji mowy ciała.

Odnowieni przyjaciele przywracali do życia odległą przeszłość stopniowo, nie żadnym „hurra”, lecz wspominając fragmenty życia w szkole i w internacie. Żartowali bez ograniczeń i bez skrępowania, bawili się słowami, wygłupiali, podświadomie czując, że jest to najlepsza forma ożywienia przeszłości.

– Łączyło nas wszystko – podjął Ambasador. – Niedostatek materialny naszych rodzin, wspólna nauka w tej samej klasie, ci sami nauczyciele, ta sama dyscyplina szkoły bez koedukacji, ten sam woźny.

– Niektórych z nas łączyło także mieszkanie w tym samym internacie, apele poranne, śniadania, obiady i kolacje, wspólna droga pieszo do szkoły i ze szkoły, wspólnie uprawiane gry i sport – uzupełnił Mistrz, który wraz z Poetą mieszkał w internacie na krańcu miasta.

– Masz rację – poparł mówiącego Ambasador.

Nie wiadomo, dlaczego przemawiał, stojąc. Był to mężczyzna średniego wzrostu, o sylwetce wyrywającej się z objęć szczupłości pod wpływem dobrego jedzenia i ograniczonego ruchu na świeżym powietrzu. Przemawiał ze swadą i nonszalancją. Miał wprawę i doświadczenie tysiąca wcześniejszych przemówień, niewiele więc improwizował. Nie musiał też dobierać słów ze starannością, gdyż był wśród swoich. Gdyby nawet chlapnął coś nieodpowiedniego, obróciliby to w żart.

– Nie było niczego, co by nas dzieliło. Byliśmy braćmi bliźniakami, więźniami systemu szkolnego. Tylko z pozoru byliśmy osobami wolnymi, pozbawionymi czasu i pieniędzy, aby zrozumieć, co to znaczy wolność. Wszytko było w szkole i szkoła była wszystkim. Cyrkiem. Więzieniem. Oazą radości na ugorach życia, których doświadczali nasi rodzice. Kiedy patrzę z obecnej perspektywy, widzę, że było to studium przyspieszonego dojrzewania i mądrości. – Znowu rozległy się okrzyki i wiwaty. Trwały krótko, bo wszyscy byli ciekawi, jaki będzie dalszy ciąg przemówienia i co z tego wyniknie.

Empik Cztery portrety: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Pisarz, wydawca oraz poezja jako wypełniacz na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Ostatnie dni były wyczerpujące. Mam wiele obowiązków, oprócz rodzinnych także te związane z dystrybucją, promocją i reklamą  najnowszej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” i jej udostępnieniu w księgarniach. Poświęciłem się temu. Jestem pod presją czasu, ponieważ efekt nowości nie trwa długo. Dlatego też będę teraz częściej publikować na blogu fragmenty mojej dotychczasowej twórczości, poezji, powieści i opowiadań, raczej niż tworzyć nowe treści.

Myślę o poezji. Wierszy w zbiorze „Klęczy cisza niezmącona” jest w sumie około czterdziestu siedmiu. Wiem, że moje poezje podobają się. Części czytelników czy raczej czytelniczek tak przypadły do gustu (co najmniej dwie panie), że znają niektóre wiersze na pamięć. To mi imponuje, ponieważ sam nie umiałbym wyrecytować nawet jednego.

Jestem zarówno autorem jak i wydawcą. Wydaję we własnym zakresie i na własny rachunek. Wydanie powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” kosztuje mnie, proszę sobie wyobrazić, 4 x mniej niż oficjalne wydanie przez firmę wydawniczą (sic!), ale muszę też podjąć ogrom wysiłków dystrybucji, promocji i reklamy książki. Gdyby nie wydanie własne, nie wydałbym tej książki. 

Przykładowo, niektóre obowiązki wydawcy: uzyskanie numeru ISBN (rejestracja i opis książki w systemie ISBN), wybór drukarni, dostarczenie  tekstu do przygotowania książki, dwie korekty tekstu, edycja i skład tekstu, ustalenie formatu książki, czcionki i wybór papieru, jego rodzaju, koloru i gramatury, zaprojektowanie i  przygotowanie okładki, zlecenie druku, zawarcie umowy dystrybucyjnej, opłacenie okładki, druku, składu i co tam jeszcze jest do opłacenia, załatwianie recenzji (wystąpiłem o nią do ponad dwudziestu recenzentów, dotychczas odpowiedziało tylko siedmiu, wysłanie książek do recenzji, ustalenie spotkań autorskich, przygotowanie spotkań (korzystam z własnego notebooka i rzutnika), publikacje fragmentów książki na blogu, na Facebooku i krótkich komunikatów na Twitterze, prośby kierowane do najbliżej rodziny przyjaciół i dobrych znajomych, aby publikowali na swoich stronach na Facebooku informacji o książce, zachęcali do kupna i sami zechcieli kupić egzemplarz książki. To praktycznie nie kończący się proces. Chcę zorganizować jeszcze konkurs z nagrodami na temat najnowszej powieści.

Kiedyś uważano, że dobry produkt sprzedaje się sam, dziś jest to jawna nieprawda. Czytelnicy mają ogromny wybór, ponadto jako społeczeństwo mało czytamy, rzadko kupujemy książki. W Polsce czyta książki 37 procent osób dorosłych, w Czechach ponad 80 %. Kiedy to piszę, chciałbym być Czechem, zbratałbym się literacko z dzielnym wojakiem Szwejkiem, piłbym piwo pilzneńskie i jadłbym knedle.  

Kupno książki w księgarni. Nie jest to już sytuacja, że pójdziesz do księgarni i znajdziesz każdą książkę na półce. Księgarnia ma u siebie powiedzmy 5.000 egzemplarzy różnych książek, w sumie w sprzedaży może mieć 25.000 tytułów. Dziś większość książek zamawia się w księgarni (na miejscu) lub przez Internet, aby otrzymać je kilka dni później w księgarni lub do domu kurierem, pocztą lub przez paczkomat.

„Klęczy cisza niezmącona” jak i pozostałe moje książki są wciąż w atrakcyjnych promocyjnych cenach. Wkrótce zostaną one podwyższone. Mój nowy dystrybutor uznał, i przychyliłem się do ich sugestii, że ceny moich książek – porównując z innymi książkami – mogą i powinny być wyższe. Zbyt niska cena może sugerować, że produkt jest niskiej wartości. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie!

Podaję linki do księgarni:

Klęczy cisza, Sędzia i Niezwykła decyzja: https://tinyurl.com/y2r45ew5

Cztery portrety cudze i jeden własny:

Księgarnia Wyczerpane.pl:  https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Empik: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

 

0Shares

Urzeczenie. Opowiadanie abstrakcyjne.

Najczęściej zdarza się to rano. Marnieję. To smutne. Idę szeroką aleją Centrum Handlowego Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest nie tak. Czuję jak klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Idę do sklepu ubraniowego, pożyczam miarę krawiecką, mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” świadczy, że coś się we mnie zapada i kurczy. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr siedemdziesiąt. Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer, urzędnik paszportowy, kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara.

Niepewny wychodzę na korytarz Galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia, fakt pozostaje faktem. Dostrzegam szczegóły.

Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby, te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy jak migdały, czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Mam wrażenie, że słyszę nawet jak brzęczy pszczoła zbierająca nektar. No i biodra, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że palce lizać. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje palce, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt, nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te dobrze wypieczone z Lajkonika. Moja rodzina je lubi.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już jej nie mam w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę. Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

Z naprzeciwka zbliża się inna kobieta, jest niezwykła, niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej.

Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie rozpiera.

Mówię sobie: – Uspokój się, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę, marnieję, na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja. Malenie i wzrastanie. Brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji, plus zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu mężczyźnie tego życzę. Niech dorodna kobieta, słodka i gorąca jak czekolada, ma Cię w opiece w godzinach porannych!

Szczerze Wam oddany,

Obserwator Życia, Adorator Kobiet i Miłośnik Galerii Handlowych.

Powieść obyczajowo-psychologiczna „Cztery portrety cudze i jeden własny”: 

https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-

https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Nie wahaj się, kup! Daj artyście zarobić na motywację do dalszego pisania! 

0Shares

Powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” i wpisy na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Moja powieść jest już w sprzedaży także w Empiku po promocyjnej cenie. Podaję link: 

https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

Poniżej przedstawiam kolejny fragment powieści. Mam nadzieję, że się spodoba i skłoni Państwa do poważnego zainteresowania się książką. Wkrótce ukażą się pierwsze recenzje powieści.  

Nie udzielam się na moim blogu tak aktywnie jak to planowałem jedynie dlatego, że absorbuje mnie promocja książki oraz organizacja spotkań z czytelnikami. Planuję też zorganizowanie konkursu na temat powieści z motywującymi nagrodami. Wszystko to wymaga czasu i energii.

Materiałów do publikacji na blogu mam aż nadto, gdyż nieprzerwanie coś dodaję do moich zbiorów, ostatnio głównie opowiadania, między innymi opowiadania kryminalne.

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

Fragment powieści:

W trakcie jazdy samochodem tematem numer jeden nie było ani spotkanie, ani uczestnicy, ani nadzwyczajnej jakości upominki, ale samochód Bossa. Był to pojazd wyjątkowy, imponujący rozmiarami i konstrukcją. Samo wejście do pojazdu nie nastręczało problemów, było proste i łatwe. Wyzwaniem było wysiadanie. Z samochodu nie sposób było się wydostać, gdyż był głęboki jak fosa. Kiedy trzeba było wysiąść, co na końcu podróży było nieuniknione, okazało się to niemożliwe.

Najpierw wysiadał Mistrz, siedzący bliżej drzwi. Górna partia jego ciała była już na zewnątrz, lecz nogi uwięzły w środku, przy podłodze, jakby je do niej przywiązano. Przeszkodą był niespotykanie wysoki próg samochodu. Do pojazdu trzeba było przystawić stołeczek, aby po ułożeniu nań pośladków móc wyciągnąć nogi z wnętrza. Operacja była na tyle skomplikowana, że mimo synchronizacji ruchów Mistrza przez pomocników, nie był on w stanie wydostać się z pojazdu za pierwszą próbą.

Po udanej operacji kłopotliwy problem stał się tematem żartów. Oczywiście samochód, jak i sytuacje, jakie stwarzało korzystanie z niego, były absurdalne. Właściciel wehikułu bronił go, podkreślając jego wyjątkowe zalety.

– Kiedy inni muszą wynajmować bagażówkę do przewiezienia kwintala ziemniaków, węgla czy wieprzowiny, ja ładuję to bez trudu do mojego samochodu. – Boss mówił to bardzo poważnie.

Jego wypowiedź stała się drugim tematem żartów. Wszyscy na przemian żartowali i śmieli się, jednakże nie wyglądało to tak niewinnie i żartobliwie jak sugerowałby opis sytuacji, gdyż w grę wchodziły frustrujące doświadczenia związane z opuszczaniem pojazdu. Żarty przybierały taką postać, że przyjaciele niekiedy nie wiedzieli, czy jest to jeszcze żart, czy już nie. Było to dosyć skomplikowane. Towarzystwo bawiło się słowami jak dzieci zabawkami, z tym że dorośli nie usiłowali ich dzielić na kawałki, jak to mają w zwyczaju ciekawskie maluchy, aby zobaczyć, co jest wewnątrz.

*****
Na spotkaniu u Ambasadora, zgodnie z umową, przyjaciele zachowywali się tajemniczo, przynajmniej na początku, zgadując przede wszystkim, kto czym się zajmował do czasu wycofania się z pracy zawodowej. Od kilku lat byli już na stałych wakacjach, o czym wszyscy wiedzieli. Poza tym musieli się wszystkiego domyślać.

– Domysł jest czasem równie mocną podstawą orientacji w świecie jak pewność – spekulował na głos Poeta.

Przedstawiając się, nikt oczywiście nie wspomniał ani słowem, czym się zajmował lub zajmuje, albo jaka jest jego sytuacja rodzinna, aby była to niespodzianka, wymagająca odkrywania ich na nowo. Podobała im się ta zabawa; był to powiew młodości, dla której psikus, żart i krotochwila stanowiły sens życia.

– Teraz chodzi nam chyba bardziej o rozrzedzenie atmosfery zagubienia wiekowego, materii obrzydłej, lecz nieuniknionej – tak to ujął Poeta niezaniedbujący żadnej okazji, aby ćwiczyć umiejętność wypowiadania słów lekkich i skrzydlatych.

– Masz łatwość wysławiania się, choć i nam nic nie brakuje, tylko robimy to rzadziej – zauważył Ambasador, a pozostali mu przytaknęli. Zachowywał się swobodnie jak Zagłoba, twórca forteli i łamigłówek, postać genialnie skonstruowana przez autora.

Poeta zgodził się z przyjaciółmi. Był zbyt dumny, aby protestować. Pierwsze lody zostały przełamane, konwersacja rozkręcała się coraz bardziej. Aby zapobiec nadmiernemu rozluźnieniu atmosfery, gospodarz postanowił wprowadzić ład do spotkania, przynosząc najpierw ciasta, a zaraz potem pokazując przyjaciołom swój piękny samochód, nowiutki jak spod igły, wysoki, solidny i twardy jak meksykański macho. Demonstrując błyszczący od nowości, zmotoryzowany domek na kółkach, Ambasador obiecał zabrać gości w okrężną podróż po okolicach słonecznych i przewiewnych, tak bliskich im wszystkim wspomnieniami, że aż się w głowie kręciło.

0Shares

Trzeci fragment powieści 4 portrety cudze i 1 własny

Tytułem zachęty do przeczytania powieści przedstawiam trzeci jej fragment. Jest to historia spotkania czterech przyjaciół ze szkoły średniej po kilkudziesięciu latach od jej ukończenia. Każdy z nich ma wiele do powiedzenia i coś do ukrycia o sobie.

Fragment 3:

– Ależ ty robisz sobie ze mnie jaja! – wykrzyknął Mistrz, ubawiony, ale i zawiedziony. Przyglądał się Poecie z takim zainteresowaniem, jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu. Poruszył głową, wyglądało to na otrząśnięcie się z zaskoczenia i kontynuował. – Będzie to podobne do wielkiego quizu, rozwiązywania zagadek. To tak, jakby nieznający się ludzie spotkali się na obozie szkoleniowym, wiedząc, że są wśród nich donosiciele i chcieli jak najwięcej dowiedzieć się o innych, mówiąc jak najmniej o sobie. To będzie podróż odkrywcza, prawdziwa frajda. Nie sądzisz? – Mistrz odmłodniał, oczy mu się zaświeciły, twarz ożywił rumieniec.

– Domyślam się, że chodzi ci o coś w rodzaju zabawy w kotka i myszkę, z pewną dozą zagrożenia i ryzyka. Inaczej mówiąc, nie mówimy od razu niczego o sobie, bo boimy się, że otwarte przedstawienie faktów może mieć dla nas negatywne konsekwencje. W postaci na przykład ośmieszenia się. Dlatego lepiej jest pozwolić innym dochodzić do prawdy, bo wtedy mamy możliwość robienia uników. Poeta zastanawiał się chwilę, po czym dodał: – Powiedzmy, że z zawodu jestem parobkiem, a tu okazuje się, że moi koledzy to ministrowie, biskupi i wielcy artyści. Byłoby mi wtedy bardzo głupio – Poeta precyzował swoje przypuszczenia, dając unieść się fantazji. Przypomniał sobie zabawę w sztukę udawania, w którą bawili się w internacie. Mistrz spojrzał niepewnie. Nie wiedział, jak zareagować na słowa przyjaciela. Poeta uznał, że sytuacja wymaga wyjaśnienia. – Mistrzu! Nie przejmuj się moim gadaniem. Tak tylko żartowałem. To moja przywara, czasem opowiadam żarty, niekiedy głupie. W sumie podoba mi się aura tajemniczości, którą roztoczyłeś, przyjmuję więc twoją propozycję. Nie musimy nawet specjalnie udawać, że się nie znamy. Praktycznie się nie znamy. Na naszym wspólnym zdjęciu szkolnym rozpoznałem tylko kilka twarzy. Moje wspomnienia z tamtych czasów są naprawdę rozmazane. To już pięćdziesiąt lat! – podsumował, ponownie studiując twarz Mistrza. Jego pamięć żądała aktualizacji wizerunku kolegi, konfrontacji z odległymi wspomnieniami. W drodze do samochodu Mistrza opadły wątpliwości.

– Czy to nie będzie wyglądać dziecinnie? Jesteśmy teraz poważnymi facetami, żonatymi, dzieciatymi, na emeryturze. W przeszłości wszyscy wykonywaliśmy na pewno poważną pracę.

– Mistrzu! Nie psuj zabawy, którą sam wymyśliłeś i zaproponowałeś, a ja zaakceptowałem. Nie mów o sobie rzeczy, które miałem zgadnąć. Mnie się podoba twój pomysł. Każdy trochę dziecinnieje w miarę upływu czasu i nic na to nie poradzimy. Zawsze uważałem, że świeżość umysłu, zdolność spontanicznego zachowania, wyrażanie radości, ciekawość, czyli zachowania typowe dla dzieci, to rzecz nadzwyczajna u dorosłych. Chyba zgodzisz się ze mną? Jestem za zachowaniem tajemniczości przynajmniej do pierwszego wspólnego spotkania. Nie wiem, jak Boss i Ambasador to przyjmą. Może powinieneś uzgodnić z nimi, jaką grę prowadzimy. – Kiedy skończył, uznał, że chyba niepotrzebnie robi nadzieję koledze na jakieś tajemnicze dochodzenia, kim są i czym się zajmowali w przeszłości. W kontaktach z ludźmi preferował zawsze bezpośredniość i otwartość. Jeśli zgodził się z propozycją Mistrza, to głównie dlatego, aby nie robić mu przykrości. To był jego pomysł towarzyskiej zabawy. Jego rozmyślania przerwał głos przyjaciela:

– Chyba masz rację. Zadzwonię do nich wieczorem, aby wyjaśnić reguły postępowania. Jestem pewny, że je przyjmą. Każdy potrzebuje odmiany. Humor nigdy nikomu nie zaszkodził.

Cztery portrety cudze i jeden własny”https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Moja najnowsza powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w księgarniach.

Z wielką przyjemnością ogłaszam Urbi et Orbi, że moja najnowsza powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” ukazała się właśnie w księgarniach. Link poniżej. Wkrótce, bo w dniu 9 września, będzie ona dostępna także w wersji elektronicznej ePub i Mobi.

Zachęcam do zakupu, zwłaszcza osoby, które spotykają się z dawnymi przyjaciółmi ze szkoły czy uczelni. Książka mówi o takim spotkaniu.  

https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Przy okazji zamieszczam link do strony znanej recenzentki Pani Izabeli Wyszomirskiej, gdzie ukazały się pierwsze informacje o powieści.  

https://www.facebook.com/718659221618798/posts/1396920747125972/

Dla zachęty przedstawiam jej kolejny fragment.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Fragment książki:

Czekając na przyjazd Poety, Mistrz przypomniał sobie rozmowę z ciotką. Potrafiła być niemiła, druzgocąc go swoimi poglądami na temat jego postępowania i osoby, ale naprawdę to go kochała. Było to poprzedniego wieczora. Zapytała go bez ogródek:

– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co ci najbardziej utrudnia życie? Jakie są twoje najgorsze przywary?

Domyślał się, o co jej chodzi. Zdawał sobie sprawę, ale unikał tego tematu, aby nie wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Chodziło o jego rzeczywiste i domniemane wady, jakie ciotka chciała wyeliminować. Tym razem podjął wyzwanie. Odpowiedział.

– Zdaję sobie doskonale sprawę, ciociu.

– No więc!? – Odrzuciła rękawicę.

Zaczął wymieniać swoje wady. Mówił jak przepowiadacz, który, obdarzony intuicją pozaziemską, jest w stanie powiedzieć wszystko o człowieku. Trochę ironizował.

– Nie mogę jeździć po nocy, ponieważ wzrok przykleja mi się do szyby, a oczy zachodzą mgłą złych wspomnień lub gniewu na pijanych kierowców, którzy w dodatku mają źle ustawione światła w samochodzie. Ponadto dzielę włos na czworo, mam swój zamknięty mały świat, kocham do szaleństwa moje wnuczki i niepotrzebnie martwię się o żonę, kiedy prowadzi samochód.

Kiedy skończył, ciotka czule pocałowała go w czoło.

– Myślałam, że tego nie wiesz, a to, że w ogóle ty sam o tym powiesz, to nawet do głowy by mi nie przyszło. Ale nie powiedziałeś całej prawdy, co?

– Nie powiedziałem? – Nie udawał zaskoczenia. – Czego nie powiedziałem?

– Jeśli nie pamiętasz, to ci dopowiem. – Ciotka jak zwykle była przygotowana do ataku. Miał wrażenie, że bierze szablę do ręki i prowadzi na niego szarżę lekkiej brygady. Mimo że umiał przewidywać jej zachowania, zaskoczyła go. Nie spodziewał się tego.

– Lubisz obnażać się, aby robili ci zastrzyki w pośladek, a także rozmowy z pielęgniarkami.

Mistrz zaoponował, ale bez przekonania.

– To nie wszystko – kontynuowała ciotka. – Lubisz gadać z żeńskim personelem szpitalnym i to tylko w limitowanym przedziale wieku do trzydziestego piątego roku życia. – Nie dała mu czasu na reakcję. – Ponadto wciąż żyjesz wśród zdeprawowanych i nieszczęśliwych ludzi, którym służyłeś pomocą, swoim czasem i energią. To twoje dziwactwo niczemu dobremu nie służy.

Gwizd nadjeżdżającego pociągu wystraszył gołębie i przerwał myśli kilku osób stojących na peronie. Pies siedzący obok nich zaskowytał z przerażenia i usiłował zerwać się ze smyczy.

0Shares

Zapowiedź nowej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”

Drodzy Czytelnicy!

Wkrótce ukaże się w księgarniach moja najnowsza powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny”. Być może już jutro, 30 lipca. Wkrótce po książce drukowanej pojawi się na rynku jej wersja elektroniczna epub i mobi. To mnie cieszy, ponieważ jest to szybko rozwijająca się część rynku. 

Poniżej, oprócz krótkiego opisu, przedstawiam fragment powieści.

Powieść liczy siedemdziesiąt sześć stron i ma charakter obyczajowo-psychologiczny. Fabuła osnuta jest wokół spotkania czterech przyjaciół z tej samej klasy po kilkudziesięciu latach od ukończenia szkoły. Okazją jest czterechsetlecie Akademii, liceum, do którego uczęszczali. Przyjaciele nie pamiętają już swoich imion i nazwisk, tylko pseudonimy. Każdy z bohaterów powieści kryje w sobie jakąś męczącą go tajemnicę.

Jeśli spotykasz się z dawnymi kolegami i koleżankami z klasy szkolnej, to jest to coś dla Ciebie. Wkrótce pojawią się recenzje na temat tej powieści. Śledźcie je i jeśli będą Wam się podobać, kupcie książkę. To najlepszy utwór literacki, jaki dotychczas napisałem. Na górnym pasku menu tej strony znajdują się skróty recenzji pozostałych książek, które dają wyobrażenie o jakości pisarstwa autora.   

Oto fragment:.

Spotkania z młodością mają to do siebie, że pamiętasz charakterystyczne sylwetki, a niektóre twarze widzisz tak, jakbyś ostatni raz oglądał je poprzedniego dnia, oprawione w ramy uśmiechu, kształt znanych ci oczu i ust, gładkiego czoła i włosów jak strzechy. Wtedy wszyscy byli szczupli, biegali po boisku, krzykiem wyrażali entuzjazm, gestykulowali. Byli szybcy jak zwierzęta, z wyjątkiem flegmatyków, których chód był emanacją temperamentu, silnika przyśpieszającego lub spowalniającego ruchy i gesty. Poeta dokonał w pamięci przeglądu twarzy kolegów, niewiele ich tam pozostało. Starał się odtworzyć listę wszystkich kolegów, jacy razem z nim kończyli liceum. Niektóre imiona wybiegały naprzeciw jego pamięci, inne kryły się w oparach zapomnienia, jakby nigdy ich nie było.

*****

W szkole, a było to liceum na dalekim Południu, i to przed ponad pół wiekiem, wybrali sobie pseudonimy zwane teraz ksywami. Zrobili to z takim przekonaniem i tak skutecznie, że zastąpiły one ich imiona i nazwiska. Jadąc na Południe, Poeta przypominał sobie wszystkie zdarzenia.

Ksywy sami sobie wymyślali. Kiedy się utrwaliły, tylko one były w użyciu. Przywierały do właścicieli tak skutecznie, że używano ich zamiast imion. Nawet nauczyciele, przeciwni tej praktyce, też się zapominali. Poeta przypomniał sobie nauczycielkę geografii wzywającą do tablicy Ambasadora lub przypominającą Bossowi o nieodrobionej lekcji. Na początku ciało pedagogiczne zgodnie uważało, że uczniowskie ksywy są pretensjonalne i egzaltowane, nawet głupie. Po pewnym czasie wszelkie pretensje pod ich adresem znikły, rozmydliły się. Ksywy zyskały własne życie i były równie autentyczne jak imiona, a nawet bardziej, bo to one były w użyciu, a nie przypadkowe coś, co figurowało na świadectwie urodzenia lub innym oficjalnym dokumencie.

Trzej koledzy, których spodziewał się spotkać, nazywali się Mistrz, Ambasador i Boss. Nie były to nazwy przypadkowe, ponieważ każda z nich odzwierciedlała aspiracje i charakter osoby. Mistrz szukał doskonalenia duchowego, patrzył bardziej w niebo niż na ziemię, Ambasador wykazywał naturalne umiejętności dyplomatyczne i negocjacyjne i łatwo układał sobie relacje z bliźnimi. Charakter Bossa miał w pełni uwidocznić się dopiero później, kiedy skończył studia i został kapitanem przemysłu, wielkim szefem.

0Shares

Ptachu nocą spotyka się Rudym. Powieść psychodeliczna. Odc. 22.

Trudna noc, a następnie pracowity dzień, nie zmieniły wiele. Namiestnik wrócił do domu zmęczony, rozebrał się, umył ręce i w samotności zjadł kolację. Usiłował zająć się czymś. Nie miał chęci oglądać telewizji. Wiedział, o czym będą mówić. On i jego rząd byli w centrum zainteresowania, a informacje o wypadkach drogowych, pożarach i ludzkim kalectwie go nie interesowały. Siedząc w wygodnym fotelu przysnął.

Nie był to udany wypoczynek. Budził się i znowu przysypiał. Właściwie to drzemał, kiedy zobaczył przed sobą Rudego. Nawet nie odczuł do niego niechęci. Mężczyzna siedział naprzeciwko i przyglądał mu się przyjaźnie, przynajmniej obojętnie. Takie Ptachu miał wrażenie. To go uspokoiło. Czekał, co ma mu do przekazania. Rudy po chwili otworzył usta, zawahał się, po czym przemówił. Opowiedział Ptachowi fragmenty swojego życia, jakby pragnął wyjaśnić, że nie jest takim potworem, za jakiego ma go gospodarz. Była to opowieść co najmniej dziwna, przypominająca wyznanie.

– Nie przejadałem państwowych pieniędzy, jak to głosisz. Faktem jest jednak, że spędziłem sporo godzin w restauracjach. Taki prowadziłem tryb życia. Dnia nie starczało na załatwienie wszystkich spraw rządowych. Dlatego spotykaliśmy się przy obiedzie i kolacji i kontynuowaliśmy dyskusje na najważniejsze tematy. Kazałeś to nagrywać. Teraz wiem, że było to rozsądne. Zalecam ci, abyś nagrywał także siebie i swoich ludzi. Przekonasz się, że kiedyś ci się to przyda. Ktoś napisał, że na podstawie tych nagrań opracowano scenariusz do znanego filmu „Wielkie żarcie”. To bzdura. Ten film powstał wiele lat wcześniej, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku. Pomysł był rzeczywiście ciekawy: kilku mężczyzn organizuje ucztę w podmiejskiej willi, aby popełnić samobójstwo z przejedzenia. To ciekawe, ale to nie ja. To do mnie w ogóle nie pasuje. Dlatego niesłusznie mnie traktujesz, pokazując mnie i moich współpracowników jako obżartuchów. A do tego jeszcze wprowadziłeś tę historyjkę do podręczników szkolnych, jako metodę zniechęcania dzieci do objadania się. Może zamiar miałeś pozytywny, bo o szlachetność cię nie podejrzewam, ale było to nieuczciwe.

Ptachu wpatrywał się w człowieka i nie poznał go. Pomyślał o nim życzliwie, jak bardzo się zmienił. Za chwilę jednak otrząsnął się z wrażenia. Zdał sobie sprawę, że gdyby przestał myśleć o nim negatywnie, zniknąłby temat jednoczący ludzi w poparciu dla Partii Powszechnego Dobrobytu.  

– Słyszę, co mówisz, ale nie mogę niczego już zmienić. Jesteś politykiem, więc mnie zrozumiesz. Doszedłem do władzy po długich latach oczekiwań i teraz jesteś, ty i twój rząd, spoiwem mojej polityki. Mówienie i myślenie o tobie jednoczy ludzi mnie popierających, nawet jest to niesprawiedliwe, nie całkiem prawdziwe.

– To mogę zrozumieć – odpowiedział Nepomucen – ale przynajmniej nie przesadzaj, nie opowiadaj głodnych kawałów o tym, jak to nurzaliśmy się w rozpuście, nie pokazuj scen z miejsc, gdzie rzekomo pojawialiśmy się, domów schadzek, pensjonatów ukrytych w górach, nieistniejących restauracji, nawet starych sztolni górniczych. Ty, twój złotousty Zarządca i ten rozmamłany duchowo Plenipotent na spotkaniach z ludźmi opowiadają, ile to zła wyrządziłem narodowi, jaki byłem nieodpowiedzialny, rozrzutny i zdemoralizowany. Twoi ludzie rozpracowali szczegółowo moje życie. Nie będę się upierać, że to wszystko jest nieprawdą, ale zdecydowana większość zdecydowanie tak.

Głos Nepomucena stał się bardziej wyrazisty. Ptachu nie odzywał się, czekając co jeszcze ma do powiedzenia.

– Oglądaj sobie i pokazuj ludziom słupki swojego poparcia, i rób porównania z tym, jak to było za moich czasów, ale nie przejaskrawiaj, bo to zwykła polityczna blaga, oszustwo, rozbój w biały dzień. To wróci do ciebie jak bumerang i bardzo cię zrani. Kiedyś nawet naiwni przejrzą na oczy i wtedy cię rozliczą. W bardzo prosty sposób; po prostu przestaną ci wierzyć. Możesz mnie nazywać wrogiem publicznym numer jeden, ale nie oszukuj, bo na tym przegrasz. Pamiętaj, że cię ostrzegałem.

Mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu. Ptachu zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Nepomucena już nie było. Odetchnął z ulgą. Po namyśle postanowił zmienić nieco swoje postępowanie, złagodzić swoje wypowiedzi, bardziej je polerować. Miało to sens, ponieważ zbliżały się wybory. 

Książki Michaela Tequili w księgarniach – najlepsze ceny https://tinyurl.com/y2r45ew5

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Recenzje opowiadań Michaela Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Opinie czytelników o zbiorze poezji Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

0Shares

Ptachu i Rudy. Rywalizacja i nienawiść. Początki. Powieść rosnąco psychodeliczna. Odc. 21.

Historia nienawiści Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukuły do Ottara Nepomucena, byłego przywódcy Partii Liberalnej, była powszechnie znana. Wspomnienia dotyczące największego wroga snuły się po głowie Namiestnika niby duszący dym nad jesiennym rżyskiem. Były zdumiewająco świeże i intensywne wobec zdarzeń z odległej przecież przeszłości. Bolało go, że sprawca jego niepowodzeń i upokorzeń wciąż chodzi po ziemi. Uczucie wrogości tak bardzo męczyło Namiestnika, że poprosił swego spowiednika o wysłuchanie i zadanie pokuty. Efekt był nieoczekiwany.

– Synu, takiego typa możesz szczerze nienawidzić! Po tym, co od ciebie usłyszałem, sam go nienawidzę, choć jest to straszne. Nie myśl sobie, że my, duchowni, nie mamy serca w piersi czy uczuć! Ze złem trzeba walczyć! Dlatego cię rozgrzeszam. Nie proponuję ci żadnego pax vobiscum, ale życzę, aby wojna między wami zakończyła się twoją wygraną. 

Namiestnik pamiętał w szczegółach wszystkie zdarzenia związane z Nepomucenem. Śnił mu się często, nękając go swoją obecnością. Czasem wydawało mu się, że pragnienie zemsty pojawiło się już w dniu pierwszego spotkania z Ottarem na podwórku, gdzie chłopcy grywali w kiczki. Byli sąsiadami. Leon był przekonany, że dobrze opanował sztukę tej gry, rówieśnicy go cenili, tymczasem przegrał i to dwa razy z rzędu z Rudym.

Od dnia objęcia władzy, Namiestnik nie szczędził czasu ani wysiłku na rejestrację, dokumentowanie, opisywanie i wycenę szkód wyrządzonych obywatelom Amnezji przez Rudego. Zatrudnił księgowego. Ważna była dokładność, dokumentacja i wyliczenie szkód, jakie spowodował Rudy budując bez opamiętania autostrady i koleje, naprawiając drogi polne, wznosząc wiadukty, budując wielkie lotniska, jakby miały lądować tam promy kosmiczne, i organizując boiska nadające się bardziej do handlu warzywami niż do uprawiania sportu. W końcu stworzył nawet ścieżki zdrowia przez bagna, gdzie oprócz pijanego diabła i nocnych oparów nie było niczego. Budował także tanie oczyszczalnie ścieków. Na to wspomnienie Ptachu odwrócił głowę i zacisnął palcami nozdrza. Dusiło go.

– Tfu! Co to był za smród! Co za pomysł, żeby coś takiego robić!

Na spotkaniach publicznych ludzie pytali Namiestnika:

– Po co on to wszystko robił? Po co komu ścieżki zdrowia przez bagna? Przecież to kosztowało majątek. Kto to wszystko będzie sprzątać i remontować?

Wszystko, co stworzył Rudy, w ocenie Namiestnika było anormalne. Cieszył się, że jego pogląd podzielają miliony obywateli, choć czasem jego oskarżenia brzmiały absurdalnie. To go umacniało, że jest na słusznej drodze. Przygotowywał się do walki. Sprawa musiała trafić do sądu. Należało liczyć się z możliwością długiego procesu. Ptachu wolałby wymierzyć sprawiedliwość Rudemu szybciej i po cichu, jeśli byłoby to możliwe, ale było to obciążone ryzykiem. Konsekwencje niepowodzenia mogły być poważne. Takie były realia. Wróg narodu nie był w ciemię bity. Wręcz przeciwnie, był kutym na cztery nogi specjalistą od malwersacji i manipulacji. Tak myślał o nim Ptachu. Również coraz więcej obywateli. Była to wojna, a nie bitwa. Potrzebna była strategia, sąd i wyrok.

– Ten rudy diabeł musi ponieść zasłużoną karę! – Powtarzał to sobie, aby nie osłabło w nim pragnienie doprowadzenia do osądzenia i ukarania złoczyńcy. We śnie widział Rudego w celi więziennej. Raz nawet, był to makabryczny sen, w celi tortur, jak darł z niego pasy i posypywał rany solą. To było tak straszne, że rano zwymiotował na samo wspomnienie.

Książki Michaela Tequili w księgarniach – najlepsze ceny https://tinyurl.com/y2r45ew5

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Recenzje opowiadań Michaela Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Opinie czytelników o zbiorze poezji Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Ptachu zamyka się w sobie i śni kolorowo. Odc. 20. Powieść coraz bardziej psychodeliczna.

Namiestnik Kukuła, zwany wśród przyjaciół Ptachu, zamknął się w sobie jak ślimak w skorupie i zamyślił się. Dzień był świąteczny, bardzo pobożny, w dodatku słoneczny, nastrajający do optymizmu i marzeń.

Poruszyło go to do tego stopnia, że zamarzył, aby zażyć kąpieli w gorących źródłach w cieniu dwóch wulkanów. Myśl była tak oryginalna, nieocenzurowana, że przed oczy nasunęła mu się Payachata, łańcuch wulkanów na granicy Boliwii i Chile w Parku Narodowym Sajama, gdzie turyści podziwiali bulgoczące gorące źródła oraz obserwowali dziką zwierzynę, niedźwiedzie, pumy, pancerniki i wiskacze górskie. Kiedy przetarł oczy, zauważył, że był to napis na ekranie laptopa.

Odrzucił niedorzeczne myśli o kąpieli, po czym podsumował sytuację w głowie, mieszczącej nieprzebrane bogactwa pomysłów i rozwiązań, a nawet kar dla ludzi krnąbrnych i nagród dla prawidłowo myślących.

Ocenił najnowsze zdarzenia. Zrobił to prawdopodobnie nie całkiem udanie, ponieważ w nocy wróciły do niego w postaci mary sennej, nieco chaotycznej, ale jakie to miało znaczenie. Ważne było to, że coraz trudniej było mu iść pod prąd, sam widział we śnie, jak kulał, zobaczył siebie nawet w zagubieniu, jak chodzi po polach i lasach szukając zapałek, aby rozpalić ognisko i oświetlić sobie dalszą drogę. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, wstał, poszedł do kuchni, nalał szklankę wody i przyjął paranoium, uspokajający lek, dający kolorowe sny i oryginalne wizje. Przyjmował go już od kilku lat i czuł się coraz lepiej.

Pierwszą wizją, jaka go nawiedziła, była integracja. Było to rodzaj kombinacji scalającej w jedno ramiona władzy rządowej, przemyślne instytucje i organizacje państwowe, gdzie klują się decyzje i pomysły polityczne oraz umysł podpowiadający, jak to wszystko wykorzystać dla kontroli społeczeństwa. Wydało mu się, że stoi przed nim mężczyzna średniego wzrostu, w okularach, o mysiej twarzy wykrzywionej bolesnymi wspomnieniami, i coś mu melduje. Nie wierzył w to, dopóki nie usłyszał jego usłużnego głosu.

– Towarzyszu Namiestniku! Nastąpiła integracja władzy zgodnie z instrukcjami. Dwa resorty, siłowo – porządkowy oraz wywiadowczo-konspiracyjny, połączyłem pod swoimi skrzydłami. Wiem teraz o niebo lepiej, co w trawie piszczy, mam ludzi i pieniądze oraz sprzęt, aby na każde skinienie pana Namiestnika rzucić się do gardła przeciwnikom pańskich rewolucyjnych idei,

dowiedzieć się o nich więcej niż wie ich rodzona matka, w końcu usidlić ich w majestacie prawa, ograniczając przenikanie naszych słodkich tajemnic, ich rozlewanie się ich po kraju i zatruwanie świadomości bogobojnych obywateli. To zwiększa nasze możliwości kontynuacji cudów, jak ten z fakturami zawierającymi wyimaginowane żądania zapłaty za nędznej jakości papę i krzywe gwoździe na pierwszy wieżowiec Abu Dhabi, jaki pan Naczelnik sobie zamarzył.

Raport mężczyzny o mysiej twarzy nasunął Namiestnikowi wspomnienie ludzi pokornego serca, podążających za nim, jego myślami i dobrymi czynami, maszerujących w skupieniu i nie zadającymi pytań. Ich liczba wynosiła czterdzieści cztery. Podpowiedział mu to Mistyk, wieszcz, którego ostatnio Namiestnik nie czytał, bo nie miał czasu. Po chwili wieszcz zwany także Poetą pojawił się ponownie.

– Przeliczyłem słupki przydrożne. – Jest ich czterdzieści sześć, a nie czterdzieści cztery, jak sądziłem. – Wyjaśnił przytomnie i zniknął. Jego miejsce zajęli ludzie o twarzach zniwelowanych beztroską, aby dzielić się z Namiestnikiem swoimi przemyśleniami.

– Jest nam tak dobrze, że nie musimy myśleć. Bo i po co, skoro pan Namiestnik za nas myśli? Po co mamy zadawać pytania, skoro i tak pan Namiestnik zna już na nie odpowiedzi, skoro pan Namiestnik jest ze swoimi asystentami przed nami, za nami i po bokach? Na zakończenie, całkiem niespodziewanie, odśpiewali „Alleluja, Alleluja!”

Uświadomiwszy sobie z radością, że istnieją na świecie ludzie bez troski, Namiestnik zapadł w czysty sen. Śniły mu się dwa białe i dwa czarne króliki. Pomyślał, że to omen nomen, i tak już zostało do rana.

0Shares

Namiestnik wygłasza przemówienie o zmianach i wyzwaniach społecznych. Powieść psychodeliczna. Odc. 19.

Namiestnik Kukuła wszedł na trybunę, ustabilizował się w pionie, po czym jednym ruchem głowy odrzucił siwiznę do tyłu, aby łatwiej przyjrzeć się zgromadzonym. Na sali obecni byli jego najwierniejsi wyznawcy, na czele z rządem i kierownictwem Partii Powszechnego Dobrobytu.

Obecność Namiestnika nagrodzono oklaskami. Ich serdeczność i obfitość zaskoczyła go. Podziękował, poprosił o spokój, po czym zabrał głos. Miał do wygłoszenia ważne przemówienie.

– Kochani! Musimy stanąć oko w oko z opozycją głoszącą bezwstydnie, że jako naród coraz bardziej tumaniejemy, a nawet kretyniejemy. Wiem, tu nas opozycja nie zaskoczy, że zaczęło się to kilka lat temu, kiedy doszliśmy do władzy. Wyzwanie, przed jakim teraz stoimy, to nauczyć się mierzyć zmiany społeczne zachodzące pod naszymi rządami. Niestety tumanienia nie da się dokładnie zmierzyć, a szkoda, bo wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Nie powiem jednak, że jesteśmy bez osiągnięć, ponieważ dorobiliśmy się już testów ciążowych pozwalających nam zrozumieć, jak zmieniają się perspektywy demograficzne kraju po zastosowaniu bodźców prokreacyjnych. Teraz musimy solidniej popracować nad stworzeniem wiarygodnych testów tumanienia. Uważam, że nie jest najgorzej. Pewna życzliwa dla nas osoba powiedziała mi:

– Dzięki obecnym testom przeciążenia umysłowego wiem, że cofnąłem się o trzydzieści procent, ale to za mało, ponieważ chciałbym cofnąć się jeszcze więcej.

Zjawisko cofania się, jeśli się upowszechni, niestety niesie ze sobą poważne zagrożenia, ponieważ w przyszłości możemy mieć za dużo dzieci a za mało emerytów. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Wielu z was poświęca się – co należy pochwalić – ratowaniu społeczeństwa przed zgubną przewagą dzieci nad emerytami. Osobiście poznałem kiedyś obywatela o poważnej pozycji społecznej, który woził bezpłatnie samolotem przyjaciół i znajomych, tam i z powrotem, aby tylko odwrócić ich uwagę od seksu. Wspólne latanie sprawiało im dużą przyjemność. Cieszyło ich przebywanie w świetle dostojnika – tak, nie wahajmy się go tak nazwać, bo to człowiek zasługujący na szacunek – tym bardziej, że przy okazji mogli uzyskać jeszcze jego autograf.

Podejmujemy także inne działania mające chronić nasz naród przed nieszczęśliwym upadkiem – że tak powiem – na pysk demograficzny. Przykładowo, pan Plenipotent spotyka się często z ludnością wiejską, aby całować świeże bochny chleba jako formę błogosławieństwa dla plonów. Kiedyś wygłosił płomienne przemówienie w obronie samotnej żarówki. To skutecznie odwróciło uwagę społeczeństwa od szalonej prokreacji. Zbudowało nam też reputację na Zachodzie, szczególnie w Bractwie Kontynentalnym.

Dla poprawy sytuacji społecznej wymieniliśmy też wielu sędziów z nieudolnych na udolnych, kleptomanów kradnących młotki na sędziów uważnych, czytających wytyczne, rozumiejących, gdzie pies leży pogrzebany. Są to ludzie ustabilizowani, nie lubiący jeździć niepotrzebnie w delegacje służbowe z jednego krańca kraju na drugi, ani wydawać kontrowersyjnych wyroków, niezgodnych z naszą oceną, która – jak wiemy – jest jedyna i miarodajna. Wszystko to, o czym mówię, to imprezy mobilizujące wyobraźnię narodu w ramach naszej wspólnej, wielkiej pielgrzymki do Ziemi Obiecanej, którą wam solennie przyrzekłem kilka lat temu.

Po zakończeniu przemówienia Namiestnika zarządzono przerwę, aby mógł on odetchnąć, wydać kilka poleceń i przygotować się do kolejnej debaty na tematy najbardziej znaczące dla społeczeństwa i państwa.

0Shares

Tajemnica Marszałka. Powieść psychodeliczna. Odc. 18.

Tajemnica Marszałka pogłębiała się. W ocenie Śruby, byłego grabarza, podobno bardzo utalentowanego, grał na cytrze, harfie i skrzypach, , była już pół metra pod ziemią.

– Może trochę mniej, może trochę więcej. Tego nie da się zmierzyć linijką – wyjaśnił trzeźwo.

W sumie były dwie tajemnice, może nawet więcej. Z jednej strony chodziło o rodzinę Marszałka, jak bardzo była liczna i dlaczego zamiast chodzić dla zdrowia piechotą, latała samolotami. To było niejasne. Z drugiej strony ludzie zastanawiali się, dlaczego Marszałek oddalił się tak nagle od swego biurka i ukochanej buławy w plecaku, skoro nie złamał prawa, ani dobrych obyczajów, nie kłamał, nie złorzeczył, nie kradł sprzętu jak ten sędzia od wiertarki i młotka, zachowywał się godnie w samolocie, pluł wyłącznie do spluwaczki, o niczym nie wiedział i nie wydawał pieniędzy państwowych na lody i podobne fanaberie.

Marszałek niepokoił się też, dlaczego opinia publiczna odwróciła się od niego, skoro był czysty jak łza. Na wszelki wypadek sypnął groszem na cele charytatywne, a nuż los się odmieni. Dla zrelaksowania się, wciągnął mocniej powietrze w płuca i wtedy poczuł zapach bagienny, niemiły, otwarcie mówiąc mocno śmierdzący.  Zdziwił się: 

– Teraz? W ciągu lata?

Gryzł się coraz bardziej otaczającymi go tajemnicami, ale tylko w prawą rękę. Widać to na zdjęciu, jak stoi z obandażowaną dłonią i z twarzą smutną jakby zawieszoną na krzyżu.

To nie było wszystko. Martwił się również, dlaczego Namiestnik Kukuła nie podziękował mu za lata służby narodowi i Partii Powszechnego Dobrobytu. Ludzie różnie tłumaczyli zachowanie Namiestnika. A to, że się zapomniał, był już przecież na emeryturze, charakteryzującej się słabszą pamięcią, nawet amnezją. Twierdzili, że rano, zanim wypił kawę, przez nieuwagę zasznurował sobie usta zamiast butów i nie będzie mógł ich otworzyć wcześniej niż jesienią, która podobno zapowiada się burzliwie.

– W sumie wygląda to paranoidalnie – tłumaczył pewien malarz abstrakcyjny, specjalista od interpretacji arcydzieł sztuki politycznej.

Tylko Fanatycy ze wschodu kraju, wierni Partii i Ideałom, zapowiadali zgodnie:

– Nie martwcie się. Jesteśmy z wami aż do grobowej deski a może i dłużej. Pytali też dziennikarzy: – Po co o tym piszecie? Po co rozdrapujecie rany Marszałka? Kto je będzie leczyć i kiedy, skoro kolejki w służbie zdrowia wydłużyły się?

Pytań i pytających było wielu, brak było tylko wyjaśnień.  

0Shares

Marszałek kończy oświadczenie w sprawie lotów. Powieść psychodeliczna. Odc. 17.

– Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Mówię to szczerze. – Kontynuował Marszałek. – Znacie mnie. Jestem prawdomówny i prostolinijny. Jeśli ktoś miałby wątpliwości co do mego charakteru, niech przypomni sobie przemówienie pana Namiestnika Kukuły, kiedy nadawał mi tytuł Marszałka. Jestem mu wdzięczny. Jest dla mnie jak ojciec. Nie boję się odejść ze stanowiska, Mój los jest w rękach Boga.

– Czy wierzy pan w tego samego Boga, co my? – Krzyknął mężczyzna z opozycji. Nikt go nie lubił, bo zabierał głos tak natarczywie, że skracano mu czas wypowiedzi do jednej minuty. Kiedy czas ten przekraczał, a robił to często, płacił dobrowolnie pieniądze na cele charytatywne. Tłumaczył się potem brakiem równowagi, ponieważ jedną nogę miał krótszą.

– Moja wiara jest prosta. Bóg jest tu, z nami, na tej sali. To on decyduje o wszystkim. – Marszałek popatrzył w kierunku Namiestnika. Rozległy się oklaski.

– Co do kosztów przelotu, to zawsze chciałem płacić za loty mojej rodziny, nalegałem na to, nawet groziłem, że jak nie przyjmą zapłaty, to nie polecę. Nic to nie dało, odmawiano mi wydania biletów i przyjęcia należności.

– Zepsuł nam się biletomat pokładowy, nie jesteśmy w stanie go uruchomić. – Takie tłumaczenie wydało mi się niezbyt poważne. Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie. Nie wiadomo, kiedy się skończy, bo jest to sprawa skomplikowana. Musimy przesłuchać dziesiątki ludzi. Były też inne poważne względy. Kiedy byłem u spowiedzi, ksiądz powiedział mi:

– Chłopie. Byłeś dobrym ogrodnikiem, a teraz jesteś dobrym marszałkiem i co najważniejsze, dobrym chrześcijaninem. Korzystaj z życia. Carpe diem. Coś w tym stylu. Poczytałem i zrozumiałem, że życie ludzkie jest zbyt krótkie, aby spędzać je w pociągu, autobusie czy nawet w samochodzie osobowym. Wziąłem sobie to do serca, postanowiłem dawać wzór innym ludziom nie umiejącym żyć ani latać. Taki już jestem. – Dodał Marszałek na zakończenie, odrzucając jednym ruchem głowy grzywę włosów do tyłu. – I nie zmienię się za nic. Taki już jestem – powtórzył. – Co ważne, nie latam dla przyjemności. Nie lubię latać. Latanie sprawia mi autentyczną przykrość. W samolocie jest duszno i ciasno. Kiedy w czasie lotu usiłowałem otworzyć drzwi, aby wywietrzyć, napadli na mnie pilot i stewardessa i powalili mnie na podłogę. Co jeszcze mogę powiedzieć? Jedzenie w samolocie też jest podłe. Nic tylko frytki i hamburgery. Fotel z kolei jest tak twardy, że – przepraszam za określenie – dupa drętwieje mi nieprzerwanie.

Po wyjaśnieniach Marszałka poparcie dla niego wzrosło trzykrotnie. Ludzie uwierzyli w prawdę, którą głosił.

– Teraz nikt nie mówi prawdy, tylko on jeden. To nadzwyczajny człowiek. – Mówiono.

Spontanicznie powstawały komitety poparcia dla Marszałka. Hierarchowie kościelni złożyli mu nawet propozycję, aby został kaznodzieją.

– Mówisz cudownie. Z ust płynie ci prawda w ilościach, którymi można wykarmić pół narodu. Jesteś nam potrzebny dla szerzenia wiary w uczciwość, mądrość i sprawiedliwość. Przyłącz się do nas, udostępnimy ci ambonę. Nie jedną, ale wiele. Zorganizujemy ci także wielkie Alleluja z grillem i kiełbaskami. Piwo musisz jednak sam przynieść, bo my nie pijemy tandety za trzy złote z groszami.

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Recenzja powieści „Droga do Indii” Edwarda M. Forstera

To arcydzieło. Żałuję, że nie znałem wcześniej autora i jego twórczości. Stawiam go na piedestale – niedaleko Gabriela Garcii Marqueza, geniusza pisarstwa, mojego najulubieńszego autora.

 „Droga do Indii” to cudowny język, niekiedy skomplikowany, poezja słów, porównań, wyobrażeń. Początkowo czytało mi się nie najlepiej, bez entuzjazmu, potem szło coraz płynniej, sam koniec powieści jest rewelacyjny. Cytuję tylko nieliczne fragmenty, które wpadły mi w oko, ucho i pamięć:

 „Nagle znaleźli się w pełnym słońcu i ujrzeli trawiaste zbocze iskrzące się od motyli oraz kobrę, która pełzła sobie spokojnie po trawie i zniknęła między flaszowcami” (str. 505).

„Umilkł, a krajobraz wokół nich, chociaż się uśmiechał, legł niczym kamień nagrobny na wszelkich ludzkich nadziejach. Przegalopowali koło świątyni Hanumana – Bóg tak ukochał świat, że przyoblekł ciało małpy – i koło świątyni siwaistycznej, która zachęcała do rozkoszy, ale pod pozorami wieczności, a jej sprośność nie miała żadnego związku ze sprośnością naszej krwi i ciała” (str. 512).

Nadzwyczajność powieści upatruję w umiejętności autora pokazania relacji Brytyjczycy (Anglicy), kolonialiści oraz Hindusi, naród podporządkowany. Były to niezwykle relacje. Hindus i Anglik, konkretni ludzie, mogli zachwycać się sobą, przyjaźnić, cenić, nawet uwielbiać, należąc równocześnie do dwóch światów, wzajemnie się nienawidzących, obcych i nieufnych. Musiało to być potworne, ponieważ komplikowało wartości, uczucia i samo życie, stwarzając dylematy lojalności, wymagające nieprzerwanego zadawania sobie pytań, gdzie ja jestem, po której jestem stronie.

Powieść została wydana w 1924 roku, przedstawia więc Indie z okresu pełni panowania brytyjskiego. Więzi te rozerwał dopiero Mahatma Gandhi w 1947 roku, kiedy za jego przewodnictwem Indie uzyskały niepodległość.

Autor przedstawia bogactwo wiary i przekonań, złożoność religii, rytuałów, także odmienność obyczajów i przyrody. Indie to nie kraj, ale kontynent, jeśli nie z tysiącami to z pewnością setkami kultur i Forster ukazał tę złożoność w mistrzowski sposób. Powieści przyznaję 9 gwiazdek, nawet jeśli zawiera ona pewne rysy. Jest ona dla mnie tym doskonalsza, że sam jestem autorem i w pisarstwie jak i w lekturze szukam piękna formy i treści, i mocy pokazania i godzenia przeciwieństw, miłości i nienawiści, pasji i uśpienia, co jest prawie niemożliwe, a jednak.

Zwiedzałem Indie. Był to krótki a przez to i skromny pobyt, który pozwolił mi dostrzec i odczuć niezwykłą odmienność kraju; tym bardziej doceniam mistrzostwo Forstera literackiej prezentacji jego bogactw, przede wszystkim kulturowych.

Kiedyś oglądałem, było to bardzo dawno temu, film „Podróż do Indii” nakręcony w 1984 roku na podstawie tej powieści. Też mi się ogromnie podobał. To pamiętam. Grało w nim wielu wspaniałych aktorów, w tym kilku wybitnych. Wymienię tylko nazwiska: Judy Davis, Peggy Ashcroft, Alec Guiness i James Fox.

0Shares

Trzecie przesłuchanie Namiestnika. Powieść psychodeliczna. Odc. 13.

Sprawa niezapłaconych faktur odbijała się Namiestnikowi przykrą czkawką. Odczuwał gorycz w gardle i niesmak w ustach. Zagraniczni kuzyni, którym winien był pieniądze, nie ustępowali, upierając się, że zapłata należy im się jak amen w pacierzu. Skierowali sprawę do sądu, tym razem w swoim kraju. Było to niewygodne dla Namiestnika. Nie podobało mu się bardzo, że musi wystąpić w sądzie jako oskarżony o niezapłacenie faktur. Psuło to jego reputację. O powodach powiedział krótko:

– To podli ludzie. To ma być rodzina?!

Rozprawa odbyła się za granicą. Z uwagi na pilne obowiązki służbowe Namiestnik odpowiadał przez Skype. Sędzia, prokurator, powód i świadkowie oraz pozostali uczestnicy rozprawy oglądali transmisję na dużym ekranie telewizyjnym w sali sądowej.

Rozprawa zaczęła się chaotycznie. Prokurator był marnie przygotowany. Miał znikome pojęcie o budownictwie, zwłaszcza budowie wieżowców. Jak później zgodnie poinformowały media krajowe, sponsorowane i niesponsorowane, osobiście zbudował on tylko własny dom jednorodzinny, chatkę w ogrodzie dla synka oraz dwie budki dla ptaków.

Namiestnik spokojnie i rzeczowo odpowiadał na jego napastliwe pytania. W pewnym momencie prokurator z wściekłości wyszczerzył zęby, jakby chciał ugryźć pozwanego siedzącego z podniesioną głową i oczami wpatrzonymi w odległy ekran. Scenę tę wychwycili reporterzy sądowi. Pokazano ją w telewizji obydwu krajów.

Na pytanie prokuratora, jaką rolę pełni oskarżony w budowie wieżowców, wyjaśnił, że oprócz roli Namiestnika, spełnia się także jako przedsiębiorca.

– Robię to dorywczo na zasadzie hobby, tym chętniej, że nie są to byle jakie wieże, ale typu Abu Dhabi, najwyższego lotu, w pełni oszklone, samomyjne, dokumentujące wielkość osiągnięć kraju, jaki reprezentuję.

– Jakim konkretnie celom mają służyć te wieże, oprócz zaspokojenia pasji hobbystycznej oskarżonego? – Zapytał niechętnie prokurator, na co Namiestnik wytłumaczył, że mają być w nich zorganizowane zbiorniki do myślenia.

Wyjaśnienie zaskoczyło prokuratora jak i sędziego. Dziennikarze obecni na rozprawie rzucili się do laptopów i smartfonów, szukając wyjaśnień w Internecie. Prokurator podszedł do sędziego i poprosił o słowo. Po krótkiej konsultacji sędzia zapytał Namiestnika, jak rozumie określenie „zbiornik do myślenia”. Oskarżony, korzystając z pomocy tłumacza, wyjaśnił, że jest to termin naukowy pochodzący z języka angielskiego. Na prośbę sędziego przeliterował litera po literze „t-h-i-n-k-t-a-n-k”. 

– Jest to konstrukcja ułatwiająca zbiorcze myślenie na wielką skalę. Nas interesuje przede wszystkim myślenie strategiczne w skali krajowej jak i międzynarodowej. Na dowolny temat.

Na te słowa głowa sędziego opadła. Rzecznik sądu, mężczyzna wygadany, ale o tak nierównej twarzy, jakby go pokręciło, wytłumaczył, że sędzia uznał oświadczenie pozwanego za obrazę sądu. Obrońca Namiestnika stwierdził, że zaszło nieporozumienie, choćby dlatego, że jego klient sam serdecznie nie znosi chamstwa, kłamstwa i obrazy.

Ostatecznie wyjaśniono, że Namiestnik odmówił zapłaty faktury za papę i gwoździe, ponieważ dostarczony towar był wadliwy. Co więcej, nie zgadzała się także ilość materiału ani termin dostawy.

– Nic się nie zgadzało – podkreślił z powagą świadek pozwanego.

Przyjmując to do wiadomości, prokurator zaskoczył wszystkich niezwykłą obserwacją.

– Prawo międzynarodowe nie zezwala, aby osoba na takim stanowisku – prokurator podkreślił wyraz „takim” – jakie pan zajmuje, prowadziła działalność budowlaną.

W odpowiedzi to Namiestnik złożył oświadczenie.

– W moim kraju każdy człowiek jest wolny, duży czy mały, łysy czy owłosiony, na całym ciele czy lokalnie, i ma święte prawo do posiadania hobby, namiętności, pasji a nawet manii, która go rozwija, zgodnie z Instrukcją Obsługi Państwa i Obywatela, stanowiącej najwyższą formę prawa i praworządności w każdym kraju. Dla mnie jest ona świętością. Ja sam, zajmując wysokie stanowisko, też mam do tego prawo, ponieważ przestrzegam prawa i głęboko wierzę w Boga.

W stanie wzruszenia powiedział to tak niewyraźnie, że nie dosłyszano go na sali rozpraw, w związku z czym jego słowa nie mogły być zaprotokołowane. Sędzia uznał oświadczenie za nieważne. Prokurator ponownie poprosił sędziego o słowo, aby złożyć wyjaśnienie. Po uzyskaniu zgody, zbliżył się do sędziowskiego stołu. Kiedy sędzia nachylił się, aby go wysłuchać, prokurator jakby zawahał się, po czym szepnął: 

– Szanowny panie sędzio! Proponuję zdecydować o tym po konsultacji z naszym najwyższym zwierzchnikiem.

0Shares