Niedziela z Alberto. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

Odc. 2

Wracając wieczorem wspomnieniami do balkonu, tego z poranną niedzielną kawą i książką pełną niezwykłych opowiadań autora, w którym się zakochałem, oraz do wyznania Valerii, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu jest za dużo uczuć.

– Nie podołam trzem miłościom naraz. To po prostu za dużo. Nie jestem Herkulesem erotyki – tłumaczyłem sobie. Stopniowo nabierałem coraz większego przekonania, że moje zachowanie jest nie tylko przesadne ale i nieuczciwe. .

Ta myśl zaczęła mnie męczyć, wręcz mnie prześladowała, mimo że usilnie starałem się wyrugować ją z pamięci sięgającej minionych wspomnień, które mają to do siebie, że wracają do źródła jak węgorz do strumienia, gdzie się urodził. Przez chwilę moja uwaga skoncentrowała się nieoczekiwanie na rybie. Widziałem jej podłużny, opływowy i śliski kształt; fascynował mnie, czułem go w sobie w formie lubieżności właściwej chyba wszystkim namiętnym istotom.

Bezwstydna myśl zakończyła się osobliwą refleksją, czy ryby nie odczuwają pożądania równie intensywnie jak człowiek, tylko w inny, zwierzęcy, a dokładniej rzecz biorąc ichtiologiczny sposób. Roztrząsanie tego zajęło mi chwilę. Było to zrozumiałe, ponieważ jestem intelektualno-emocjonalnym typem człowieka, z natury skłonnym do zadumy i rozmyślań.

W wieku dziecięcym moje pożądanie seksualne, które stopniowo rozwinęło się w prawdziwą żądzę – później lubiłem ją nazywać chucią – pozostawało utajone. Pojawiło się i rozkwitło dopiero wtedy, kiedy zacząłem biegać za piłką. Całymi dniami graliśmy wtedy w piłkę nożną, co wzmacniało mnie fizycznie i rozwinęło kondycję. Gdy podrosłem, moja pożądliwość uległa pogłębieniu i nabrała cech jurności; zacząłem uganiać się za dziewczętami. Najpierw miało to miejsce w marzeniach, potem przyszło podglądanie, dotykanie i przytulanie się, w końcu prawdziwie szalone pożądanie, owa niepowstrzymana chuć.

Głównym celem mej miłości był teraz Alberto. Postanowiłem nie ujawniać jego nazwiska, aby nie narażać go na niepotrzebną przykrość oskarżeń, że jest obiektem miłości ze strony mężczyzny, który kocha dwie kobiety, a wcześniej kochał inne, nie mówiąc a dzieciach, jakie spłodził i wychowywał, które też miały poczesne miejsce w jego sercu. Myśl o dzieciach przywróciła mnie do pełnej przytomności. Pomyślałem, że sprowadziłbym na nie cierpienie, okrywając hańbą, gdyby wyszła na jaw moja miłość do dwóch odmiennych płci.

Ostatnia miłość była najświeższa i jeszcze nieskonsumowana, co mnie dodatkowo podniecało. Stanąłem wobec dylematu, jak poradzić sobie z trzema namiętnościami na raz. Z jednej strony czułem presję pożądania miłosnego wrodzonego każdej osobie, z drugiej krępowały mnie konwenanse społeczne kategorycznie odrzucające miłość z trzema osobami, a nawet marzenia o czymś takim. Zadałem sobie pytanie, jak zostałoby to przyjęte przez osoby zainteresowane, czy któraś z nich zrozumiałaby i zaakceptowała to, co myślę i czuję.

Osób, których mogło dotknąć moje postępowanie, było w rzeczywistości więcej. Oprócz żony, jej przyjaciółki, moich dzieci oraz Alberto, była też moja szefowa w pracy zbyt zainteresowana wynikami mojej pracy, aby było to czystym zainteresowaniem zawodowym. Ponadto było jeszcze moje rodzeństwo, rodzice oraz liczni krewni i kuzyni, z wujkami, ciotkami i ich dziećmi na czele, w końcu moi przyjaciele i znajomi.

Poza nimi wszystkimi był jeszcze biskup Montano, osoba wpływowa, dobrze znająca moją rodzinę, o niezwykle surowych poglądach na męsko-męskie relacje seksualne. Dwa dni wcześniej biskup wypowiedział się niezwykle ostro o osobach odmiennej orientacji, uczestniczących w paradzie równości. Porównał je do wynaturzonej czarnej róży o trujących kolcach. W przemówieniu kapłana znalazły się słowa budzące grozę, wszystko, co kojarzyło się z piekłem: czerń, czeluść, ogień piekielny, potępienie, grzech, perwersja, Sodoma i Gomora, i inne zboczenia, w końcu wołanie o pomstę do nieba.

Biskupowi współczułem serdecznie z powodu jego surowych napomnień przechodzących w bluźnierstwa. Uważałem, że pomylił on odmienną miłość do drugiej osoby z nienawiścią do wszelkiej odmienności, wrodzoną skłonność niektórych ludzi do osób tej samej płci – z przywoływaniem Boga, który sam przecież stworzył to bogactwo postaw i zachowań. Potępiające przesłanie biskupa było zupełnie niepotrzebne i zapewne niemiłe Najwyższemu, ponieważ wieczorem w podest stojący na zewnątrz katedry, z którego biskup publicznie wygłaszał swoją tyradę, uderzył piorun i wypalił znak szatana. Tak pisała prasa, a ja nie miałem podstawy, aby nie wierzyć, bo na zdjęciu pokazano wizerunek rzeczywiście przypominający czarne rogi i gniewne ślepia.

Miałem biskupowi za złe, że zapomniał, że to sam Najwyższy stworzył ludzką różnorodność, mężczyzn ze skłonnościami do mężczyzn i kobiet ze skłonnościami do kobiet. Hierarcha napominał i ganił społeczność LGBT tak, jakby człowieka urodzonego z krótszą nogą można było przekonać, że powinien mieć dłuższą, naturalnego rozmiaru. Zapominał on, że homoseksualizm istniał zawsze, od początku istnienia człowieka, także w społecznościach zwierzęcych, osobliwie wśród małp, tygrysów i kilku innych gatunków. Dyskutowałem to z moją żoną i Viktorią i obydwie zgadzały się ze mną co do tego, że biskup błądzi, a z całą pewnością przesadza w tych sprawach.

Pewnym argumentem w ich myśleniu był fakt, że uważały go za osobę mało użyteczną dla kobiet, choć niezwykle użyteczną społecznie. Dla nich nie był mężczyzną ale osobą duchowną o nieokreślonej tożsamości seksualnej.

Nie wchodziłem z nimi w dyskusję na ten temat, ponieważ miałem wrażenie, że arcybiskup mimo swej zaciętości jest w połowie po mojej stronie. Czułem to. W jego najbliższym otoczeniu widziałem głównie mężczyzn, przeważnie dobrze zbudowanych kleryków, przystojnych, niektórzy o twarzach wdzięcznych efebów. Biskup miał niewątpliwe poczucie piękna ludzkiego ciała, tego nie można było mu odmówić. Drażniła mnie tylko, a jeszcze bardziej martwiła, jego publiczna zawziętość wobec społeczności LGBT, szczególnie ludzi o biseksualnych zainteresowaniach.

Odc. 3

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

Odc. 4

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że właśnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5.02.2020

 

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 7: Inkwizytor Zbig Staniucha

Po opadnięciu fali braw, jakimi nagrodzono Plenipotenta, na środek sali wystąpił Zbig Stanucha, znany aktor i inscenizator. Otaczała go dyskretna aura zapachów z kadzielnicy. Mężczyzna miał na sobie strój inkwizytora: na głowie trójkątną zdobną infułę; lamowana zlotem narzuta na ramionach przykrywała górną część jasnej sukni biskupiej, piersi zdobił owalny medalion na łańcuchu. Strój dopełniały czerwone rękawiczki. Prawą dłoń inkwizytor uniósł do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzymał wysoki pastorał. Zza wąskich szkieł okularów spoglądały chłodne oczy odnowiciela ducha społeczeństwa. Czarne wąsy i dyskretna broda okalały zaróżowione policzki. Mimo obwisłych policzków i zbyt wąskich ust, twarz dostojnika pozostawała kształtna, wyrażając spokój i opanowanie.

Staniucha przemawiał bez pośpiechu, w duchu ugody i porozumienia.

Wybaczcie mi, przyjaciele. Znacie mnie, jestem inkwizytorem, skupiam w sobie ważne funkcje oskarżyciela, obrońcy i sędziego. W sztuce „Przebudzenie wiernych”, w której grałem kluczową rolę i którą sam inscenizowałem, trolle okazały się nieudanym eksperymentem. Wystraszyły niepotrzebnie społeczeństwo. Włączyliśmy je do sztuki bez dostatecznego przetestowania. Odbiło się to rykoszetem. Spadły gęste odłamki, jeden z moich przyjaciół został ranny. Tragiczne było to, że pod wpływem sztuki ludzie zakładali togi i łańcuchy, które okazywały się tak ciężkie, że wciągały ich pod koła samochodów, autobusów, tramwajów a nawet kombajnów. Pojawiły się protesty uliczne. Wydarzenia te wiązano z naszym teatrem, w szczególności ze mną. Przepraszam was za to. Wprawdzie konfrontacja, zderzenie postaw, jest częścią teatru, nie może jednak powodować, że ludzie rzucają się pod koła i popełniają samobójstwa. To dowód niedojrzałości społeczeństwa. Dla przywrócenia dobrego nastroju, trwa przecież nowy rok, serdecznie zapraszam na kiełbaski z rusztu. Jeśli ktoś się zatruje, to nie będzie to moja wina. – Zbig zaśmiał się serdecznie. Zauważając, że nikt mu w tym nie towarzyszył, przybrał poważny wyraz twarzy:

– To był tylko żart. Nie zawsze aktorowi wszystko się udaje, Teatr to wielka, ale i trudna sztuka.

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 6: Spotkanie opłatkowe.

Przełom starego i nowego roku prosił się o uświęcenie. Dyrektor Kukuła starał się o tym pamiętać, lecz wciąż zapominał. Żył w natłoku spraw i obowiązków; czasem mieszało mu się w głowie, co jest pilniejsze, a co mniej pilne. Jego myśli rwały się, przeskakiwały jedna na drugą jak strumień rozbijający się o kamienie, przęsła mostu i korzenie.

– Musi to być coś przełomowego, co wszyscy zapamiętaliby. Przypominał sobie wydarzenia z własnego życia, wielkie chwile, które głęboko przeżywał. Do głowy cisnęły mu się hasła: spowiedź w kościele, mądrość i przyzwoitość, zaufanie do drugiego człowieka. To ostatnie okazało się najważniejsze. Dyrektor marzył o uroczystości oczyszczającej pracowników i publiczność teatru duchowo i emocjonalnie.

Pomysł spotkania opłatkowego od razu przypadł mu do gustu. Rozmawiał ze sobą w duchu: „Spóźnione, bo spóźnione, ale ważne. Spóźnienie da się wytłumaczyć”. W ruch poszła wyobraźnia scenarzysty, reżysera, inspiratora. Dyrektor zobaczył przed oczami aktorów, publiczności, członków zarządu. Wszystkie postacie nabierają życia, mówią od serca o sobie i o teatrze, wyznają grzechy, kajają się, proszą o przebaczenie, obiecują poprawę.

Dyrektor od ręki ustalił termin i podał go sekretarce, aby nadała bieg sprawie. Poprosił ją, aby na ogłoszeniu zacytowano słowa Johanna Wolfganga Goethe: „Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe i nieprawdopodobne”.

*****

Spotkanie odbyło się na scenie nowej sali teatralnej „Nowenna”. Zgromadzili się tam wszyscy pracownicy teatru: zarząd, administracja, aktorzy sceniczni, aktorzy-widzowie. Na złotej mosiądzowanej tacy, zdobionej florystycznymi wzorami, wniesiono opłatek wielki jak bochen chleba i biały jak śnieg. Dyrektor Kukuła ubrany w czerwony królewski płaszcz Ferdynanda VII, zdobny złotym łańcuchem, białoniebieską wstęgą orderu i licznymi odznaczeniami na czarnym kaftanie, wykonał nad opłatkiem znak krzyża.

Głos mu się łamał ze wzruszenia.

– W ostatnim roku nastąpiły wielkie przemiany. Zmieniliśmy się. Ja sam się zmieniłem. Zakończenie starego roku i rozpoczęcie nowego skłania do refleksji, szczerej rozmowy, pojednania i podejmowania zobowiązań. 

Dyrektor oderwał się od stołu, gdzie ustawiono tacę z wielkim opłatkiem, przyciężki, z wystającym brzuchem, i ruszył w kierunku Karola Zajączka, stojącego w pieszym rzędzie oczekujących. Zajączek, przewodniczący związku zawodowego aktorów teatru, najczęściej przeciwstawiał się dyrektorowi, chciał rozmawiać i dyskutować jego pomysły. Wedle słów dyrektora Karol Zajączek był niezniszczalny, uparty jak kozioł, nieprzerwanie składał męczące go propozycje usprawnień, zmian i poprawek. Był aktorem, któremu dyrektor najczęściej kneblował usta. Kukuła nienawidził jego uśmiechu zaczepionego między dwoma zajęczymi zębami.

– Bracie! – dyrektor wyciągnął ręce w kierunku Zajączka. Łzy stanęły mu w oczach. Żółto błyszczące w blasku lampy i złoceń królewskiego płaszcza, zatrzymały się na policzkach dyrektora, rzucając połyskliwy złoty blask na najbliżej stojące osoby.

 – Pojednajmy się! – dokończył dyrektor.

Zajączek zawahał się. Rozejrzał się po osobach stojących obok, czekając na jakiś znak, sugestię, reakcję. W głowie mu szumiało.

– Gest dyrektora, jego oferta – myślał niespokojnie – są niesamowite. On szuka pojednania. To okazja – zdążył pomyśleć aktor, zanim rzucił się w ramiona pryncypała. Po złożeniu sobie życzeń mężczyźni natychmiast wdali się w rozmowę, zapominając o bożym świecie.

*****

Przed zebrany w sali tłum wysunął się plenipotent Dua. W przebraniu pasterza, bez garnituru – nigdy nie widziano go inaczej – wyglądał dostojniej, bardziej naturalnie i przekonująco. Rumiany na twarzy, z okrągłymi oczami zdziwionego wieśniaka, wyprostowany i swobodny, rozejrzał się z ciekawością na prawo i na lewo. Mówił od serca. Jego głos stopniowo stawał się coraz mocniejszy, pewniejszy siebie.

– To jest spotkanie, jakiego oczekiwałem od dawna. Dyrektor Kukuła dał nam przykład. Nadszedł czas, kiedy wszyscy, jak tu jesteśmy, dyrektorzy, pracownicy wyższego i niższego szczebla, aktorzy i widzowie, możemy powiedzieć sobie szczerze to, co leży nam na sercu. Byłem figurantem. Postanowiłem to zmienić. Dziś rano uruchomiłem resztkę mojej dumy.  Od dawna o tym myślałem. Podobnie jak Zajączek, czułem potrzebę zmniejszenia zależności od od dyrektora teatru, który i mnie często każe robić to, na co niekoniecznie mam ochotę. Przez kilka lat współpracy krępowałem się wyrazić głośno moją opinię na temat mojej godności, a przecież wokół dzieje się tyle ciekawego. Dlatego dzisiaj ogłaszam moją zawodową niezależność do dyrektora, co wyznaję w waszej obecności. Tak mi dopomóż Bóg!

Plenipotent uderzył się w pierś, po czym kontynuował.

– Jutro wezwę do siebie tego wysuszonego starca z nowym uzębieniem, łajdaka niezwykle udanie grającego rolę dobroczyńcy , którego ostatnio awansowałem, i powiem mu prosto w oczy:

– Stań tu, nikczemniku, to cię zdegraduję. Wyłudziłeś ode mnie awans, przejście na dobrze płatną emeryturę, oszukałeś mnie. Była noc, byłeś w przebraniu, nie zauważyłem, że to ty. Dlatego teraz musisz odejść. Jesteś symbolem zła dawnych czasów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym pozostawił cię na wysokim stanowisku, na które sam cię nierozważnie wyniosłem za rekomendacją dyrektora Kukuły. Dostaniesz jednak solidną odprawę, ponieważ ja ludzi nie krzywdzę.

Skoczywszy swoją kwestię, Plenipotent odetchnął.

– Tyle miałem do powiedzenia. To jest mój wkład w rozwój naszego ukochanego teatru.

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 4: Aktorzy i publiczność

Sala teatralna przypominała gigantyczną patelnię zakończoną długim uchwytem w postaci korytarza znikającego w głębi budynku. Rozdzielone tylko zasłoną rozsuniętą na boki, widownia i scena były na tym samym poziomie. W wysokich, wąskich fotelach, przypominających krzesła, siedzieli aktorzy, przypominający ubiorem urzędników. Mężczyźni mieli na sobie dobrze skrojone garnitury, dobrane kolorystycznie koszule oraz krawaty lub muszki, kobiety zaś sukienki, przeważnie sięgające kolan, lub bluzki ze spódnicą lub spodniami. Nieliczne miały na sobie dwuczęściowy kostium. Dominowały poważne, ciemne i szare kolory.

W części scenicznej, długie rzędy foteli obrzeżały stoły ustawione w kształt podkowy.

Ich blaty, przykryte zieloną materią, zastawione były butelkami z zimnymi napojami, szklankami, kanapkami i zakąskami. Z boku, na mniejszym stoliku, stały dzbanki z gorącą kawą, herbatą oraz filiżanki i spodeczki.

Przy stołach trwał nieprzerwany ruch. Ludzie rozmawiali, wertowali jakieś dokumenty, pisali notatki, wymieniali się uwagami i dyskutowali, większość na siedząco, niektórzy na stojąco. Dwaj mężczyźni, pochyleni ku sobie, kłócili się podniesionym głosem.

Zanurzona w łagodnym cieniu widownia reprezentowała inny świat. Mimo, że była zapełniona, panowała w niej cisza. Siedzący w fotelach mężczyźni i kobiety przypominali manekiny. Ich usta były pozaklejane szeroką brązową taśmą. Znieruchomiali, patrzyli w kierunku sceny. Niektóre twarze były blade i wystraszone, inne wyrażały mieszankę uczuć: zagubienia, niepokoju, gniewu, nawet wściekłości.

– Dlaczego ci widzowie mają zakneblowane usta? Czy coś jest z nimi nie w porządku? – wyrzuciła z siebie reporterka.

– To są widzowie, którzy są równocześnie aktorami. W moim teatrze wszyscy są sobie równi, aktorzy i publiczność. Panuje tu pełna demokracja, aktor jest widzem, widz jest aktorem. Oni razem tworzą spektakl, grają sztukę. To, co pani widzi, to wielki eksperyment. Wszyscy aktorzy zgodzili się na niego. Gdyby się nie zgodzili, nie byłoby ich tutaj; każdy może stąd wyjść w dowolnej chwili. Ci zakneblowani to aktorzy nie zgadzający się z porządkiem ustalonym dla tej sztuki. Jej tytuł to „Poszukiwanie wspólnych korzeni”. Jako dyrektor nie mogę zaakceptować sprzeciwu aktorów, bo to oznaczałoby akceptację buntu, Gdybym na to pozwolił, zapanowałaby anarchia. Oni uparli się jednak, aby forsować swoje przekonania. 

– Ale dlaczego kazał pan ich zakneblować? To szokujące.

– Muszę pani przypomnieć, że to jest teatr, a nie manifestacja publiczna. Ci ludzie mają grać określone role i podporządkować się moim poleceniom. Jest kilka przyczyn, dla których zakneblowano im usta. Niektórzy mówią za dużo lub niezupełnie to, co przewiduje scenariusz. Kiedy nadchodzi ich czas, zdejmujemy im plaster z ust na jedną minutę i pozwalamy wypowiedzieć się. Tyle mają czasu. To dostatecznie dużo, jeśli aktor zna swoją rolę. Ograniczony czas zmusza go do maksymalnej koncentracji. Uczymy w ten sposób publiczność, że każdy musi wiedzieć dokładnie, co ma powiedzieć i jak to uczynić w najkrótszym czasie. Bóg nie dał nam ust po to, abyśmy chlapali językiem. Dlatego aktorzy mają ograniczony czas wypowiedzi. To bardzo egzystencjalne, uczciwe podejście. Niektórzy z nich mówią od siebie, dlatego lepiej jest, aby w ogóle nie zabierali głosu. To jest tak beznadziejne, że sami nie byliby w stanie tego słuchać.

Dzięki kneblowi aktor uczy się uczestniczyć w wielkiej sztuce teatralnej, która jest niczym innym jak szkołą życia. Uczy się słuchać, a nie tylko mówić. Chyba zgodzi się pani ze mną, że to słuszne podejście? – Zapytał dyrektor Kukuła, zwracając głowę w kierunku reporterki.

Iza poczuła się nieswojo. Zlękła się, że dowie się jeszcze czegoś, co ją całkiem zdezorientuje. Eksperyment dyrektora Kukuły przekraczał ramy jej rozumienia teatru. Było to jak pokazywanie nieboszczyka w celu zniechęcania ludzi do przedwczesnego umierania. Sztuka zawierała w sobie ładunek jakiejś bolesnej abstrakcji, której nie była w stanie pojąć. Niespokojnie szukała w głowie właściwego określenia.

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 2: W nocy budzą mnie dzwony.

Przed przyjazdem do stolicy zebrałem informacje o Teatrze Abstrakcji, jego historii, organizacji, programie, ostatnio wystawianych sztukach. Ludzie piszą i mówią o teatrze różne rzeczy. O dyrektorze, że jest zamordystą. Nie wiem, co to znaczy. Dla jednego zamordysta, dla drugiego to człowiek twardą ręką prowadzący powierzoną mu organizację. Przestaję o tym myśleć, wracam do pokoju, kładę się do łóżka i staram się zasnąć.

W nocy budzi mnie dźwięk dzwonów. Wpadam w przerażenie. Nie wiem, o co chodzi, czy to sen czy rzeczywistość. Myślę, że to ktoś dzwoni na egzekucję mordercy albo dla odstraszenia potworów, jak to robili żeglarze w starożytności. Po chwili dudnienie dzwonów oddala się, odbija się echem o ścianę pokoju i zapada cisza. Przypomina mi się „Oda do młodości”, której uczyłem się na pamięć w szkole. Pamiętam dwie zwrotki, nucę je po cichu, czuję ich moc: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, do nieba pójdzie po laury. Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie! Młodości! Orla twych lotów potęga, jako piorun twe ramię!

Przychodzi mi na myśl, że w okolicy hotelu dzwony biją regularnie, bez względu na porę dnia, kiedy dzieje się coś ważnego. Kiedy kojarzę to sobie z Teatrem Abstrakcji, słyszę hałas za oknem. Wychodzę na balkon i rozglądam się z ciekawością. W dole widzę jasno oświetlone okna teatru. Odbywa się tam jakaś wielka feta, bo blask wylewa się na ulicę. Chodnik przy budynku pulsuje plamami światła, wygląda, jakby się poruszał. Stoi na nim kilka osób, wszystkie umundurowane, chyba strażnicy lub ochroniarze. Głośno rozmawiają między sobą, ale ich nie rozumiem. Znajdują się zbyt daleko ode mnie. Odrywam od nich wzrok i rozglądam się po okolicy. Mam wrażenie …nie … jestem przekonany, że byłem tu kiedyś, ale nie poznaję miejsca. W nocy wszystko jest inne, niesamowite. Czuję, jak ciarki przechodzą mi po plecach. To chyba od zimna.

W nocy śni mi się stado szalonych ptaków nad oceanem. Lecą z północy, końce ich skrzydeł płoną jak żagwie, przypominają mi strumień gorących kolorów neonu Teatru Abstrakcji.

Ptaki atakują okręt wojenny; ten broni się ostrzeliwując napastników z dział. Widzę ogień wydobywający się z luf, nie słyszę jednak huku. To mnie wyprowadza z równowagi. Denerwuję się, rzeczywistość wydaje mi się bezsensowna. Chciałbym coś zrobić, lecz czuję się bezwładny.

Rano budzę się wilgotny od potu. Myślę, że sen był zapowiedzią czegoś niedobrego, jakiegoś nieszczęścia. Jest w nim niezrozumiała symbolika. Te ptaki! Chyba były to bezzałogowe samoloty. Ciemny kolor oznacza, że mogły być pokryte specjalnym materiałem maskującym, przez co były niewidoczne dla radarów. Postanawiam rozgryźć tę tajemnicę. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi cierpliwości i energii. Mam tyle rzeczy do zrobienia; męczy mnie Teatr Abstrakcji.

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji (tekst uzupełniony dnia 14.12.2019 o godz. 22.48)

Od autora

Na początku zdało mi się (jak każdy zdrowy człowiek miewam przywidzenia), że historia, którą zaczynam, powinna nosić tytuł „Księga dżungli”, gdyż jest ona bogata w sceny życia na obszarze, gdzie splątany gąszcz ludzkich ambicji, uczuć i myśli zmaga się z pustynią bezmyślności, obojętności i ignorancji. Nie obowiązują tu żadne reguły, oprócz instynktu walki, ucieczki i przyczajenia, gdzie zabijanie i zjadanie świeżo upolowanej zdobyczy jest równie naturalne jak wśród dzikich zwierząt. Przedmiotem moich zainteresowań jest człowiek, szczególny gatunek zwierzęcia, wyłoniony drogą ewolucji, istota bardziej bezwzględna niż zwierzę. Człowiek (nie powtarzajcie tego nikomu), w odróżnieniu od zwierzęcia traktuje swoją ofiarę jak wroga lub przeszkodę do celu i potrafi przed jej unicestwieniem obdzierać ją ze skóry, posypując solą, aby pokazać kto tu naprawdę rządzi. Innym jego wymiarem, obcym zwierzętom, jest szaleństwo, perwersja i głupota prowadzące do niezrozumiałych, niekiedy dziwacznych zachowań.

W Teatrze Abstrakcji chcę zawrzeć wszystko, czego doświadczam sam jak i bohaterowie mojej twórczości na jawie i w marzeniach sennych, w fantazjach i urojeniach. Próbowałem tego podejścia wcześniej, ale bez większego powodzenia. Mam nadzieję, że tym razem uderzyłem we właściwą nutę i wydobędę z utworu dreszcz podniet, na jakie wszyscy zasługujemy, przede wszystkim zaś Czytelnicy. Mieści się tu tak wiele wątków, że sam nie wiem, czy nie urosną one do czegoś większego lub nie przerosną moich możliwości. Dlatego proszę Cię, Czytelniku, módl się równie szczerze jak ja, aby wystarczyło mi wyobraźni oraz energii, by doprowadzić to dzieło do końca.

Na pożegnanie powtórzę wcześniejsze ostrzeżenie: oglądając najbardziej bulwersujące sceny oczami swej niewinnej wyobraźni, strzeż się wściekłego psa własnych myśli, gotowego zaatakować cię w najbardziej nieoczekiwanym momencie, aby pogryźć rękę, która go karmi.

Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji

Do stolicy przyjechałem na kilka dni, aby odetchnąć atmosferą wielkiego miasta, zwiedzić Teatr Abstrakcji i obejrzeć którąś z aktualnie wystawianych sztuk. Nie nastawiałem się na żadne konkretne widowisko, chciałem po prostu zobaczyć coś z bieżącego repertuaru, bo dawno już nie byłem w teatrze, a w Teatrze Abstrakcji w ogóle. Wszystko w nim było dla mnie nowe i atrakcyjne.

Zamieszkałem na dziesiątym piętrze czterdziestopiętrowego hotelu Funda, położonego naprzeciwko Teatru Abstrakcji, celu mojej pielgrzymki. Nazwy hotelu nie byłem całkiem pewny, ponieważ ostatnio kilkakrotnie zmieniał on właściciela i nazwę.

Z balkonu apartamentu rozciągał się panoramiczny widok nie tylko na miasto, ale i na okolicę. Mówiono mi, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć góry odległe o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miałem wrażenie, że znajduję się w Abu Dhabi. Był wieczór. Wokół widziałem wielkie wieżowce a za nimi czarną przestrzeń przypominającą otwartą pustynię. Spojrzałem w dół. Mój wzrok przykuły kolorowe litery neonu Teatr Abstrakcji w zmieniającym się strumieniu barw: granat przechodził w płomienistą czerwień, przecinaną pasami czerni i bieli, powracającymi znowu do intensywnego granatu. Wyglądało to jak zaproszenie do piekła.

W ciągu kilku lat Teatr Abstrakcji stał się jednym z najbardziej znanych miejsc w kraju, a nawet na kontynencie, promieniującym oryginalnością swojej kultury. Słyszałem, jak ktoś mówił w przejściu do sali odpraw, kiedy wylądowaliśmy na lotnisku:

– Teatr Abstrakcji spokojnym widzom odbiera sen, a swoim wrogom otwiera rzeźnicki nóż w kieszeni.

Atmosfera panująca wokół teatru intrygowała mnie od dłuższego czasu. Przyjechałem, aby poznać bliżej jego program i zagłębić się nastrój, jakim opromieniał kraj i zagranicę. Był czymś nieporównywalnie ważniejszym niż jakikolwiek inny teatr. Miał w sobie tajemniczą moc.

– To miejsce, skąd promieniuje nowa kultura, wykluwa się nowa władza nad umysłami ludzkimi. – Tak to określał folder turystyczny otrzymany w recepcji hotelu.

Moje książki w jednej księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 112: Przygotowania do wielkiego happeningu

Poczucie odpowiedzialności i zwyczajny strach przed wyrządzeniem komuś krzywdy tak zaciążyły Sefardiemu na sumieniu, że rozchorował się poważnie. Kiedy bez widocznej przyczyny zemdlał na ulicy, trafił do szpitala; tam najpierw przywrócono go do zdrowia, a następnie poddano psychoterapii. W trakcie którejś z kolejnych sesji terapeutycznych wryło mu się w pamięć dziwne spojrzenie prowadzącej terapię kobiety, kiedy wyraził przypuszczenie, że być może cierpi on na jakieś zaburzenie psychiczne. Psychoterapeutka odrzuciła jego sugestię, tym niemniej pozostał w nim osad niepewności.

W krótkim czasie po zakończeniu terapii, powieść była gotowa do publikacji. Niespokojny duch Sefardiego, opanowany przez demona perfekcji, nie pozwolił mu jednak uznać tej wersji za ostateczną. Przeżywając wciąż rozterki, Sefardi wpadł na pomysł przetestowania powieści w formie wielkiego happeningu, czegoś w rodzaju teatru ulicznego, którego uczestnikami i świadkami miało być społeczeństwo, a treścią śmierć, pogrzeb i stypa pożegnalna.

– To nie ja miałem umierać, lecz bohater mojej powieści – wyjaśnił Sefardi ze smutnym uśmiechem.

W trakcie pracy nad happeningiem Sefardi częściej rozmawiał z Isabelą. Był pewien, że nie podzieli się z nikim treścią ich rozmów. Przetestował jej dyskrecję wcześniej i to kilka razy. Żaden szczegół powierzonych jej informacji nigdy nie przekroczył granic jego gabinetu. Nawet Penelopa nie wiedziała, o czym rozmawiali.

Plan Sefardiego przeraził Isabelę. Wyjaśniła mu potem, że na początku bała się go, potem przyzwyczaiła się, w końcu uspokoiła na tyle, żeby bez skrępowania wyrażać swoje opinie. Dla Sefardiego oznaczało to, że znowu stała się sobą, kobietą szczerą i otwartą. Jej poglądy wydawały mu się czasem szalone.

– Czytałam wspomnienia dyrektora szpitala wariatów, to mi pomogło zrozumieć wiele rzeczy. Wydaje mi się, don Sefardi, że rozumiem pana teraz dużo lepiej – gospodyni Penelopy jak zwykle bez żenady wygadywała historie, które Sefardi uznawał za bzdurne, choć nie odrzucał trafności niektórych jej obserwacji.

– Czy wspomnienia psychiatry pomogły także pani, droga Isabelo, w lepszym zrozumieniu siebie samej? – zapytał uszczypliwie, aby odreagować zwariowany komentarz, na jaki nie zasłużył, oraz skłonić rozmówczynię do refleksji nad samą sobą. Nie liczył jednak na wielki sukces.

*****

Dramat zawarty w powieści rozpisany był na wiele ról. Ogólny scenariusz pokazywał, jak wielkie i niezwykłe było to przedsięwzięcie. Sefardi przestraszył się, że bez zachowania ścisłej tajemnicy w trakcie realizacji happeningu cały plan mógł łatwo lec w gruzach. Zanim podjął ostateczną decyzję, dyskretnie wysondował opinię najpierw jednej, potem drugiej i kilku dalszych osób. Dopiero wtedy nabrał przekonania, że plan jest realny. Kontynuując jego realizację, Sefardi wytypował osoby niezbędne do przeprowadzenia widowiska. Byli to zawodowi aktorzy teatralni i filmowi, pozostający chwilowo bez zatrudnienia lub pracujący w ograniczonym zakresie. Zanim złożył im propozycję współpracy sprawdził, czy udział w projekcie, jaki zamierzał zrealizować, w ogóle ich interesuje i czy nadają się do ról, jakie miał do zaoferowania. Pomagała mu w tym agencja castingowa.

Niektórzy kandydaci od razu odrzucili propozycję Sefardiego uznając jego pomysł za przewrotny a nawet haniebny, przeciwny wierze w Boga i nauczaniu kościoła. Mimo dezaprobaty nie mogli nikomu ujawnić żadnych szczegółów jego planu, ponieważ każdorazowo przed rozmową zobowiązywali się na piśmie do zachowania tajemnicy. Szanse na zatrudnienie mieli tylko ci, którzy wierzyli w sens happeningu i pozytywne intencje autora.

Plan był sekretny. W pewnym momencie Sefardi zdał sobie sprawę, że zawiązuje rodzaj sprzysiężenia, spisku przeciwko dobrym obyczajom, być może nawet narusza prawo. Aby być pewnym powodzenia, Sefardi przekonał wspólników, że ujawnienie tajemnicy niosłoby najwięcej ryzyka dla nich samych, ponieważ każdy z nich miał swoje dobre imię i reputację, które z pewnością by utracił, gdyby sprawa wyszła na jaw. Najbardziej wątpiących przekonywał prostym pytaniem:

– Co by się stało, gdybym ujawnił wszystko, co wiem o tobie? – Sefardi nie pozostawiał złudzeń, że gotów był na wszystko. Niektórzy uczestnicy uznali jego postępowanie za próbę zastraszania. Mistrz ignorował takie głosy.

Aktorzy przystępujący do współpracy mieli otrzymać wynagrodzenie przewyższające uposażenia płacone im w teatrach. Dla dobra sprawy ustalono, że ujawnienie tajemnicy będzie pociągać za sobą karę finansową. Wszystkie kary miały iść do wspólnej puli, przeznaczonej do rozdzielenia między lojalnych uczestników happeningu. Zwiększało to szansę, że wszyscy będą pilnowali, aby ktoś nawet przypadkiem nie puścił farby, czy – jak sami to określali – nie chlapnął czegoś niepotrzebnie. Metoda okazała się skuteczna, nie zanotowano żadnej wpadki.

Uzgodnienie wszystkich szczegółów wymagało wielu rozmów i negocjacji. Zajęło to Sefardiemu sporo czasu, ale warte było zachodu. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione, Sefardi zawarł z uczestnikami happeningu umowę notarialną. Podnosiło to poziom bezpieczeństwa. Oryginał umowy pozostał w sejfie u notariusza, kopie miały być wydawane tylko na żądanie.

Porozumienie było tak udane, a jego uczestnicy tak bardzo zaangażowali się osobiście, że w miarę prosty teatr uliczny, jaki Sefardi miał na uwadze, przerodził się w dobrze skoordynowane, poważne widowisko teatralne.

Michael Tequila, powieść „ Sędzia od Świętego Jerzego”: https://michaeltequila.com/?page_id=39

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 111: Konferencja w Pałacu Metropolitalnym

A.S. Proszę zwrócić uwagę, że dziś na stronie zamieściłem dwa wpisy, odcinek powieści i opowiadanie. Pozdrawiam, Michael Tequila

Konferencja miała odbyć się wyłącznie za zaproszeniami w nowym Pałacu Metropolitalnym, w Wielkiej Sali Teatralnej specjalnie przygotowanej na tę okazję. Datę i szczegóły wydarzenia zachowano w tajemnicy do ostatniego momentu. Wiadomo było tylko tyle, że będzie to uroczystość, na której podpisana zostanie umowa na pośmiertne wydanie powieści Sefardiego Baroki “Wniebowstąpienie oszusta”. Przed wejściem do budynku czekały dwie karetki pogotowia; wydarzenie zapowiadało się tajemniczo.

Wielka Sala Teatralna miała kształt trapezu. Przy jej krótszym równoległym boku, na scenie, na wyłożonej dywanami podłodze, ustawiono długi stół z mahoniu. Po jego lewej stronie – patrząc od strony widowni – stała mównica, po prawej wysoki orientalny dzban z kwiatami. Całe pomieszczenie, widownię i scenę, oświetlało pięć żyrandoli w kształcie ogromnych kul. Ściany i sufit były w kolorze żywej szarości, nadającej ton całości wnętrza. Oparcia i siedzenia foteli wykonane były w dwóch odcieniach łagodnego granatu i doskonale uzupełniały wystrój wnętrza.

Konferencję organizował Związek Bezimiennych, mało znana fundacja pomocy osobom indywidualnym i rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Związek kierował się zasadą całkowitej anonimowości i świadczył pomoc bez oczekiwania na uznanie lub wdzięczność. Organizator konferencji był tak nietypowy, że dziennikarze zadali sobie sporo trudu, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Okazało się, że fundację założyła grupka milionerów, osób głęboko wierzących i praktykujących, niosących pomoc bliźnim znajdującym się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji życiowej. Jeden z dziennikarzy odkrył, że Związek Bezimiennych miał siedzibę ukrytą na farmie rolno-hodowlanej usytuowanej w trudno dostępnej partii gór. Jego pracownicy komunikowali się ze światem telefonicznie, pocztą elektroniczną lub przez gońca; korzystali też ze skrytki znajdującej się w urzędzie pocztowym w pobliskim miasteczku, z której w niezauważalny sposób ktoś regularnie wybierał korespondencję. Podejrzewano, że mógł to być goniec firmowy, listonosz lub pracownik urzędu pocztowego dysponujący uniwersalnym kluczem do skrytek.

Kiedy ciężka kotara rozsunęła się na boki, zgromadzonym na widowni ukazała się scena z długim, pustym stołem prezydialnym. Po chwili oczekiwania w milczącym napięciu, w głębi sceny pojawiła się postać oświetlona błękitnym światłem. W pierwszym momencie nie było wiadomo, czy był to efekt projekcji holograficznej czy też żywa osoba. Nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy włączono je ponownie, za stołem stał Sefardi Baroka. Jego ręce spoczywały na krawędzi krzesła. W pierwszym momencie widzowie uznali, że to doskonale ucharakteryzowany aktor lub sobowtór znanego wynalazcy. Po chwili milczenia mężczyzna przemówił, witając zebranych, a następnie wyjaśniając, że swoim wystąpieniem pragnie zakończyć dramatyczne wydarzenia, będące niczym innym jak czystą fikcją.

– Zanim wyjaśnię tajemnicę, wyznam, że głównym powodem mojej obecności tutaj jest podpisanie – w obecności państwa, telewidzów oraz radiosłuchaczy – umowy z renomowanym wydawnictwem Prensa Nacional na publikację miliona egzemplarzy mojej najnowszej powieści „Wniebowstąpienie oszusta”.

Krótkie przemówienie nie pozostawiło wątpliwości; na jasno oświetlonej scenie stał Sefardi Baroka. Na widowni podniósł się szum, padały okrzyki niedowierzania i pytania. Reporterzy i kamerzyści rzucili się do przodu, aby znaleźć się jak najbliżej człowieka, który wywołał tyle zamieszania. Kilka osób upadło na podłogę. Zostałyby one poturbowane przez biegnących za nimi, gdyby nie zdecydowana interwencja rosłych ochroniarzy, którzy zjawili się wybiegając z różnych stron sali. Jeden z nich wzywał telefonicznie karetkę pogotowia, pozostali wprowadzali porządek na sali.

Kiedy zamieszanie ustało, do stojącego za stołem Sefardiego dołączyły dwie osoby. Sefardi przedstawił je. Pierwszy był dyrektorem wydawnictwa Prensa Nacional, drugi agentem literackim. Mistrz podniósł rękę, aby zwrócić na siebie uwagę i uciszyć szum na widowni. Przeprosił zebranych za zamieszanie, jakie wywołał nieoczekiwanym pojawieniem się, po czym przedstawił historię wydarzeń związanych z powieścią. Pisząc ją, wzorował jej bohaterów na osobach, jakie znał osobiście – przyjaciołach, znajomych, członkach rodziny, osobach publicznych, pracownikach sklepów, bibliotek i podobnych miejsc, gdzie bywał.

– Chciałem, aby bohaterowie mojej powieści wyglądali i zachowywali się jak osoby rzeczywiste, były do głębi przekonywujące – takie było jego podsumowanie.

Niektóre osoby z otoczenia Sefardiego zaczęły domyślać się, że mógł on na nich wzorować bohaterów pisanej potajemnie powieści. Wiedzieli, że pisze jakąś nową książkę, ale nie wiedzieli co. Byli zaniepokojeni, że autor przedstawi ich w niej, eksponując zarówno ich zalety jak i wady, czy też kłopotliwe fakty z ich życia. Zażyczyli sobie rozmowy z Sefardim. Nie mógł im tego odmówić. Niezręczną sytuację postanowił obrócić na swoją korzyść. W głowie miał przewrotny plan. Zamiast tłumaczyć się, dlaczego naruszył ich prywatność, zapytał, czy mogliby wyrazić opinię, jak widzą i oceniają swoje literackie odpowiedniki. Reakcje były bardzo różne, niektórzy odrzucili jego prośbę, inni zaakceptowali. Tych ostatnich Sefardi poprosił, aby szczegółowo zapoznali się z dotyczącymi ich fragmentami powieści, a następnie ocenili swoje literackie sobowtóry i zasugerowali zmiany, jeśli uważali to za słuszne.

Krytyka i komentarze pomogły Sefardiemu wzbogacić sylwetki bohaterów, uczynić je doskonalszymi. Było to dla niego bardzo cenne, gdyż mając wielkie doświadczenie wynalazcze, nie miał jeszcze dostatecznej wiedzy i umiejętności pisarskich; miał natomiast ambicję, aby jego powieść stała się prawdziwym arcydziełem podobnie jak jego zegarki. Czuł się jak chirurg plastyczny doprowadzający do perfekcji twarz prawie już doskonałą.

Nie wszystkie kontakty z żywymi wzorami postaci literackich były łatwe i twórcze. Niektóre osoby miały oczekiwania, a nawet pretensje, wychodząc z założenia, że skoro wzoruje na nich swoich bohaterów, to przysługują im jakieś prawa autorskie, a co najmniej prawo do zgłaszania uwag i oczekiwania korekty.

Przeżycia związane z pisaniem powieści spowodowały, że Sefardi nie spał po nocach, tracił apetyt i chudł. Nie umiał sobie z tym poradzić. Czuł, że znalazł się między młotem a kowadłem. Aby wyciszyć się i doprowadzić do ładu, włóczył się po mieście, najczęściej wieczorami, odwiedzając znajome kąty, chodził też nad rzekę, gdzie cumowały łodzie i jachty.

Męczyły go wyrzuty sumienia, że nadużywa zaufania znanych mu, niekiedy bardzo bliskich osób. Ich tożsamości zostały wprawdzie zmienione, aby nikt nie mógł zauważyć podobieństwa, nie dawało to jednak pewności, że czytelnicy nie odgadną, o kogo naprawdę chodzi. Konsekwencje ujawnienia szczegółów ich życia w powieści mogły okazać się dla nich bardzo kłopotliwe.

Sefardi wziął sobie tę możliwość poważnie do serca, kiedy przeczytał o procesie sądowym o naruszenie godności osobistej. Chodziło o autora, który w swojej powieści ujawnił tajemnicę romansu osoby publicznej. Pisarz zapłacił wtedy bardzo poważne odszkodowanie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 82: Escuela Superior del Drama

Zgodnie z prognozą pogody ranek był piękny. Mimo tego Sefardi czuł się nie najlepiej, był ospały, w dodatku z nieznanego powodu rozbolał go żołądek. Zaczął chodzić po pokoju. Kiedy stanął na balkonie od strony wschodniej budynku, promienie słońca otoczyły jego głowę aureolą. Pomyślał, że dla celów promocji przydałby mu się wizerunek świętego. Ciepły obraz w szybie drzwi balkonowych i pogodna myśl niewiele mu pomogły. Nadal czuł się nijako. Zaparzył sobie i wypił mocną kawę, potem drugą, jeszcze mocniejszą, lecz nadal nie mógł się pozbierać. Podszedł do apteczki, gdzie kilka dni wcześniej znalazł paczuszkę narkotyku, którą schował tam – jak podejrzewał – jego wnuk, aby przejrzeć medykamenty w poszukiwaniu buteleczki z kroplami żołądkowymi. Napis na opakowaniu był słabo czytelny, ale naklejka miała charakterystyczny kształt zbuntowanego prostokąta w kolorze amarantowym. Była znakiem rozpoznawczym. Sefardi nalał sobie do szklanki wody, dodał przepisaną ilość mikstury, zamieszał łyżeczką o rączce cienkiej jak drut i wypił duszkiem napój. Nie było to smaczne, ale od razu zadziałało. Podszedł do kanapy, aby chwilę posiedzieć i odzyskać siły. Po południu o godzinie czternastej miał wykład inauguracyjny w Escuela Superior del Drama y Teatro, Wyższej Szkole Dramatu i Teatru. Musiał być w dobrej kondycji.

*****

W gmatwaninie ulic, budynków, pojazdów i własnych myśli kierowca poruszał się szybko i sprawnie dzięki nawigacji satelitarnej. Siedząc za kierownicą mówił głośno, jakby rozmawiał z inną osobą, że GPS nie jest przyjacielem szatana, jak to kiedyś określił zbuntowany klecha, lecz nowoczesnym narzędziem Boga, wydłużającym jego rękę wyciągniętą w stronę gubiącego się nieprzerwanie człowieka. Ludzie tracili orientację nie tylko w wierze i w życiu, ale i na ulicach. Sefardi wyobraził sobie największe miasto świata, liczące trzydzieści osiem milionów mieszkańców, więcej niż kraj, w którym mieszkał, i monstrualność wyzwań stojących przed kierowcami. Samochód zbliżał się do przejścia dla pieszych, nad którym zapaliło się czerwone światło, i kierowca przerwał monolog, aby się skoncentrować. Kiedyś taka rozmowa denerwowała go, uważał za nienormalne, że ktoś rozmawia ze sobą głośno, potem mu to przeszło.

– Bóg nie może pomagać każdemu z osobna, dlatego stworzył nawigację satelitarną. Kiedy na ziemi był raj, a w nim tylko Adam i Ewa, nie było to potrzebne. Ewa była na wyciągnięcie ręki, Adam mógł ją odnaleźć w każdej chwili. Teraz, kiedy na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, trzeba było zaprząc technologię do pomocy. Dlatego Bóg wynalazł GPS. Oczywiście nie osobiście, ale przez człowieka. Bez mojego Garmina byłbym dzisiaj jak bez głowy. – Kierowca przerwał monolog, aby skoncentrować się.

Obserwując pojazdy, znaki drogowe i ludzi na przejściach dla pieszych, Sefardi dotarł do celu. Była nim Wyższa Szkoła Dramatu i Teatru, Escuela Superior del Drama y Teatro, gdzie miał wygłosić wykład inaugurujący rok akademicki. Wjechał na parking i ustawił samochód w odległym, pustym miejscu. Zawsze bał się, że ktoś uszkodzi mu pojazd.

*****

Uczelnia mieściła się w budynku wyglądającym jakby składał się z pięciu części. Część centralną wieńczył tympanon nad drugim piętrem, nad którym górowały postacie dwóch muz połączonych wielką harfą. Wejście do budynku zdobiła marmurowa rzeźba rozczapierzonej dłoni. Parter był różowego koloru, pierwsze i drugie piętro pomalowano jaśniejszą farbą.

Korytarz prowadzący w głąb budynku zaprzeczał wystrojowi zewnętrznemu. Był surowy i niezbyt szeroki, pod sufitem biegły dwa rzędy świetlówek podwieszonych pod czarną kratką. Kremowych ścian nie urozmaicał żaden obraz, plakat, tablica, czy choćby kartka z ogłoszeniem. Nagość ścian rzucała się w oczy. W połowie korytarza znajdowała się wielka wnęka z kaloryferem, a naprzeciwko niej ławka, zajęta przez trzech studentów. Pięciu dalszych podpierało ściany. Dyskutowali między sobą jakiś temat, bez emocji i nadmiernej gestykulacji. Czarna podłoga i sufit z ciemnej kratki dominowały nad jaśniejszymi plamami ścian, wywołując uczucie niepewności i zwątpienia.

*****

Aula była wypełniona po brzegi studentami.

– Pierwszy rok. Nowozaciężni. – Mruknął do siebie Sefardi.

Myślał o nich z życzliwością, choć nie czuł się jeszcze najlepiej. Dobre samopoczucie wracało powoli. Miał kilka minut, aby rozejrzeć się po sali. Zastanawiał się nad wykładem, którego temat i treść były niespodzianką przygotowaną przez rektora dla studentów i wykładowców. Była to bardziej prezentacja niż typowy wykład. Rektor, starszy dystyngowany pan, był właścicielem uczelni i lubił zaskakiwać audytorium jakimś niezwykłym wydarzeniem raz do roku.

Tematem wykładu były związki między literaturą a teatrem. Scenariusz został uzgodniony wcześniej z donią Gabrielą, wykładowczynią i reżyserką sztuk dramatycznych. Sefardi omówił z nią hasła znane z literatury, jakimi planował się posłużyć, aby zbadać, jakie skojarzenia i reakcje wywołują one w audytorium, składającym się ze studentów pierwszego roku. Miał to być nietypowy wykład inauguracyjny, którym rektor pragnął wyróżnić swoją uczelnię.

– Proszę dać mi listę haseł, a ja przygotuję i wyreżyseruję ze studentami sceny, które ożywią reakcje widowni. Doda to płynności pańskiej prezentacji. Dodatkową korzyścią będzie zaangażowanie studentów; będąc słuchaczami staną się także widzami i aktorami.

Sefardiemu podobał się pomysł aktywnego udziału studentów w wykładzie. Martwił się jednak, czy reakcja na hasła będzie dostatecznie spontaniczna. Nie był pewien, jak skutecznie wykład przełoży się na prezentację teatralną studentów-amatorów, czy podołają oni zadaniu. Przedstawił swoje wątpliwości reżyserce.

– Proszę się nie martwić. Będzie jak w sztuce teatralnej, przypominającej sceny z życia. Żyjąc też gramy jakieś role: kochającej córki, dobrego ojca, pobłażliwej matki, wpływowego polityka, ambitnego pisarza, wymagającego reżysera. Wszyscy jesteśmy zarazem widzami i aktorami. – Sefardi uśmiechnął się w odpowiedzi na komentarz. Podobało mu się podejście rozmówczyni. Rozstając się z kobietą Mistrz był pewien, że jego wykład dużo zyska na oprawie scenicznej.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 55: Spiskowcy i plan pogrzebu.

Swój plan przyśpieszonego zakończenia życia Sefardi zachowywał w ścisłej tajemnicy. Był to plan przewrotny. Jego punktem centralnym, prawdziwym clue programu, był pogrzeb Sefardiego, obliczony na osiągnięcie efektów całkowitego zaskoczenia. Była to najgłębsza część tajemnicy.

Pierwszym krokiem realizacji planu był wybór odpowiedniego zakładu pogrzebowego. Okazało się to niezwykle łatwe, ponieważ zakład taki już istniał i to w idealnej postaci. Sefardi znał od lat jego właścicielkę i dyrektorkę, Anastazję Godano. Przyjaźnił się z nią od lat, żałując, że nie poznał jej wcześniej. Była to szczera i głęboka przyjaźń. Anastazję poznał przypadkowo, bynajmniej nie na pogrzebie, co byłoby naturalnym zbiegiem okoliczności, ale na prelekcji, jaką wygłaszał w muzeum techniki na temat historii pomiaru czasu.

Umówili się w kawiarni na obrzeżu miasta, na tarasie z widokiem na las i małe jezioro, po którym pływały kolorowe kaczki i dostojne białe łabędzie. Oboje lubili otwartą przestrzeń, zieleń i dzikie ptactwo. Wybrali wczesną porę dnia, kiedy w kawiarni nie było jeszcze gości. Sefardi jechał na spotkanie niepewny jego przebiegu i wyniku. Wiedział, że najtrudniej będzie przekonać Anastazję do idei wcześniejszego zakończenia życia. Była osobą rozsądną i jej reakcja na pomysł Sefardiego była raczej łatwa do przewidzenia; był prawie pewny, że kobieta, świadek niejednej tragedii ludzkiej, bólu i cierpienia, nie będzie entuzjastką wyręczania stwórcy w jego odwiecznej roli. Chodziło przecież o eutanazję, wymagającej pomocy drugiej osoby. Liczył jednak na to, że wzajemny szacunek i rozsądek przeważą, jeśli nie od razu, to po kilku dniach rozmów i przemyśleń.

Było pogodnie i słonecznie. Był to ten rodzaj dnia, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze: rozmowa o zdrowym odżywianiu się, zrywanie jabłek, podejmowanie trudnych decyzji, rozwiązywanie konfliktów rodzinnych. Siedząc przy kawie, uzgodnili najpierw ogólny plan, a potem omawiali szczegóły, punkt po punkcie.

Przedsięwzięcie było złożone. Sefardi przygotował scenariusz określający dni i zdarzenia, co będzie wykonywane, w jakiś sposób i przez kogo. Temat sprowadzał się do jednego, ostatecznego wymiaru – pożegnania Sefardiego z życiem, pogrzebu i stypy. Sprawny przebieg zdarzeń wymagał koordynacji i dyscypliny. Nietypową częścią pogrzebu było zapewnienie oprawy teatralnej, inscenizacji zdarzeń, akcesoriów i aktorów, tak jak wymarzył to sobie autor i główny bohater tragedii. Sefardi był postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Był autorem scenariusza, reżyserem i producentem spektaklu oraz jego głównym aktorem.

Anastazja zdała sobie sprawę, co oznacza dla niej zgoda na taki plan. Sefardi żądał od niej niemożliwego; że przyłoży ona rękę do jego śmierci, a następnie – jak gdyby nigdy nic – zajmie się jego pogrzebem. Rozumiała i szanowała intencje przyjaciela, który nade wszystko cenił sobie wolność wyboru, ale wzdragała się przed przyjęciem roli, o którą ją prosił, ponieważ darzyła go głębokim uczuciem. Sefardi zasugerował, aby decyzję odłożyła na później. Dał jej czas, licząc na to, że ją przekona.

Od strony organizacyjnej największym wyzwaniem było zachowanie się osób biorących udział w pogrzebie, począwszy od rodziny i zaproszonych gości, poprzez przypadkowych uczestników, orkiestry, mediów publicznych, a skończywszy na koniach ciągnących karawan, którym też przychodzą do łbów różne fanaberie. Sefardi obawiał się w szczególności zachowań swoich wrogów jak i gorących zwolenników. Nie dzielił się tymi obawami z Anastazją. Nie był z nią uczciwy, nie tylko w tym szczególe, obawiając się, że całkowita szczerość może tylko pogorszyć sytuację.

Pogrzeb miał być wydarzeniem o charakterze teatralnym, mimo tragedii, jaką ludzie widzą w rzeczywistej, a nie udawanej śmierci. Sama lista osób uczestniczących w uroczystości była imponująca: księża, biskupi, oficjele i ich ochroniarze, rodzina, przyjaciele i znajomi, pracownicy firmy pogrzebowej i pracownicy cmentarza, prasa, radio i telewizja, woźnica karawanu, w końcu policja i kościelne służby porządkowe. Potencjalnie do gry włączyć się mogli także ludzie Barrasa, chcący wykorzystać pogrzeb, aby się zemścić pośmiertnie na swoim wrogu lub ktoś inny, kto miał na pieńku z Sefardim. Anastazja uznała, że sprawa w ogóle nie jest podobna do Sefardiego, którego znała.

– On chyba oszalał! Coś go napadło! – myślała z przerażeniem, szukając w sobie nadziei, że obłąkany pomysł opuści Sefardiego zanim nastąpi tragedia.

*****

Misterium umierania reżyserował i główną rolę obsadził sam zainteresowany. Mówiąc o tym Sefardi był nad wyraz poważny, jak nigdy. Dla rozładowania napięcia żartował, aby przełamać w Anastazji schematy myślenia o śmierci. Twierdził, że sypialnia, mająca być zarazem sceną i widownią, jest za mała, a widzowie i tak nie są potrzebni, ponieważ ujmowaliby tylko niezwykłości misterium umierania.

Był to teatr dramatu skąpego organizacyjnie. Przygotowanie scenariusza umierania nie mogło być prostsze, ponieważ upraszczanie ma też granice: jedna i ta sama osoba była autorem scenariusza, reżyserem sztuki oraz wykonawcą głównej roli. Całość charakteryzowała prostota obsady aktorskiej i rekwizytów; obejmowały one Sefardiego, Anastazję, łóżko i viagrę. Powściągliwość i bezpretensjonalność sztuki nawiązywała do tragedii starogreckich.

Po sprawdzeniu ostatecznej wersji scenariusza, Sefardi wręczył go Anastazji i podał jej okulary, aby łatwiej było jej czytać tekst z naniesionymi odręcznie poprawkami. Scenariusz był ascetyczny, napisany w czasie teraźniejszym. Nie pozostawiał niedopowiedzeń; wszystko było jasne, przejrzyste, bez półprawd czy niespodzianek. Czytając go, kobieta starała się panować nad emocjami i głosem.

– W akcie miłosnym wszystko jest intensywne i okazałe: gra wstępna, uniesienie partnerów, uczucie zbliżającego się rozstania. Viagra działa zgodnie z planem, bohater odczuwa błogosławione efekty podniecenia. Gra wstępna jest krótka; mężczyzna, w obecności nagiej kochanki i pod wpływem przyjętego leku jest zbyt roznamiętniony, aby trwała ona dłużej. Akt miłosny jest zarazem grą jak i rzeczywistością. Po jego zakończeniu kochankowe leżą w łóżku i odpoczywają, po czym mężczyzna odchodzi do kuchni, gdzie popełnia samobójstwo przyjmując – w tajemnicy przed kochanką – lek wywołujący rozległy zawał serca. Gdyby z jakichkolwiek względów zgon nie nastąpił natychmiast, scena musiałaby być powtórzona. Aktorka, jego partnerka, wie o tym; wcześniej zgodziła się na taką opcję.

W pewnym momencie Anastazja zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

– To bardzo obcesowy opis. Piszesz, jakbym dokonywała zakupów perfum w outlecie „Markus i Spółka”. Nie udzielam tak łatwo zgody na uczestnictwo w tej grze. – Jesteś łajdakiem – stwierdziła, dodając zaraz szeptem: – kochanym łajdakiem. Przetarła okulary i po chwili czytała dalej.

– Mężczyzna zagłębia się jak szaleniec w ciało kochanki, aż wydaje ona jęk bólu i niepokoju. Pojękiwanie i stękanie pozostają ważnymi składnikami gry aż do momentu zakończenia aktu miłosnego”.

– Chyba trochę przesadziłeś z tym jęczeniem, Sefardi. Będę jęczeć, bo to jest gra, a zarazem prawdziwe przeżycie miłosne, ale orgazm kobiety nie trwa przecież w nieskończoność. Piszesz tak, jakby to miało trwać i trwać. Bądź realistą – Anastazja czekała na reakcję, spodziewając się zaprzeczenia, komentarza lub wyjaśnienia. Milczenie Sefardiego skłoniło ją do kontynuacji czytania. Po zakończeniu poprosiła o wyjaśnienia.

– Musisz mi powiedzieć, jak działa lek wywołujący zawał serca, od którego nie ma ucieczki. Co to jest za lek, jak działa i czy jego użycie pozostawia możliwe do wykrycia ślady. To w przypadku, gdyby ktoś zażądał autopsji po śmierci denata. Przepraszam cię bardzo, fatalnie to określiłam, chodzi oczywiście o głównego bohatera scenariusza, a nie żadnego denata, który jest drętwym określeniem. Chyba powinnam to wiedzieć?

Sefardi odmówił w możliwie najbardziej łagodny sposób. – To nie jest wiedza, którą musisz posiąść. Jakie to zresztą ma znaczenie? Lepiej nawet, abyś tego nie wiedziała w przypadku jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

– Jakiejś wpadki, tak? Ty coś wiesz, o czym nie chcesz mi powiedzieć! Ukrywasz to przede mną, choć to właśnie ja ponoszę pełne ryzyko uczestnictwa w twoim samobójstwie. Nie daj Boże, gdyby odkryto, że ci w nim pomagałam, że uczestniczyłam w eutanazji, albo jeszcze gorzej, gdyby padło podejrzenie, że ja ciebie celowo uśmierciłam! Mój Boże, ja tu sobie siedzę i rozmawiam spokojnie z tobą, moim teatralnym i rzeczywistym kochankiem, a tam czekają na mnie lata za kratami!

– Skarbie! Nie ma potrzeby denerwować się. Nie będzie żadnej wpadki. Ten lek nie pozostawia żadnego śladu oprócz symptomów typowych dla zawału serca. Przestudiowałem literaturę wzdłuż i wszerz, i to jest pewne. Wiesz dobrze, że umiem analizować przyczyny i skutki wydarzeń. Bez tego nie byłbym wynalazcą ani pisarzem. Pokłócili się. Wydało jej się podejrzane, że tak bardzo podkreśla konieczność zachowania tajemnicy. Przed opuszczeniem jej tego wieczoru, powtórzył kilka razy. – Najważniejsza jest dyskrecja. Błagam cię o to. Kiedy wyszedł, znalazła na stole czystą kartkę. Odwróciła ją dla sprawdzenia, czy nie ma nic na odwrocie. Był tylko lakoniczny tekst: – Ściśle tajne x 3! Ja będę milczeć jak grób!

Anastazja rozpłakała się. W nocy głęboko zasnęła i spała do samego rana. Zmęczenie wzięło górę nad przeżyciami i emocjami. Mądry organizm wyegzekwował swoją potrzebę.

Trzy dni zajęło Sefardiemu przekonanie Anastazji, że nie ponosi nadmiernego ryzyka jako potajemna kochanka i właścicielka zakładu wykonującego obowiązki związane z pogrzebem klienta zmarłego na zawał serca

2Shares

Dzień 4 czerwca z perspektywy reżysera teatralnego

– Mistrza spotkałem w drzwiach wyjściowych z teatru, był ubrany w obcisły strój sportowy. Imponował smukłą sylwetką mimo prawie siedemdziesięciu lat.

– Idzie pan poćwiczyć na wolnym powietrzu?

– Tak. Idę pobiegać, muszę utrzymać się w dobrej kondycji. Ludzie to cenią.

– Co pan sądzi o Święcie 4 Czerwca?

– To było strasznie dawno, mało co pamiętam.

– Odbyły się wtedy pierwsze wybory parlamentarne. To był wielki spektakl teatralny. Pan i pański kuzyn zostaliście wtedy parlamentarzystami. On uczestniczył wcześniej w Warsztacie Reżyserskim „Okrągły Stół”, a pan mu pomagał. Obydwaj reżyserowaliście ten wielki dramat. Obydwaj graliście w nim ważne role. Dzień spektaklu stał się wielkim świętem państwowym. Co się zmieniło, że dzisiaj już nie jest?

– Perspektywa czasowa. Teraz patrzę na to inaczej. Powinniśmy to inaczej zainscenizować. Krwawo. Rozstrzelać wszystkich negatywnych bohaterów i obalić władzę siłą. Wprowadzić czołgi na scenę. Pan wie jaki to dałoby efekt? Przejęcie władzy bez przemocy i rozlewu krwi to nie jest wydarzenie teatralne. Później, kiedy dyrektor teatru, Wąsal, zwolnił nas z pracy, zrozumiałem, że nie jest on taki wielki, jak mi się wydawało. Poza tym sam warsztat „Okrągły Stół” okazał się nie okrągły, tylko kwadratowy. Wtedy uznałem, że 4 czerwca to nic innego jak tylko rocznica taniego spektaklu teatralnego. Sztuka okazała się pospolitą szmirą, nie dramatem.

– Inni reżyserzy, aktorzy, krytycy i historycy teatru widzą to inaczej.

– Proszę pana! Kto się naprawdę zna na teatrze, wie dobrze, że to nie jest święto. Dlatego go nie obchodzimy. Ani ja ani mój zespół reżyserski, najlepszy w Europie, jeden z najlepszych na świecie. Beata, moja asystentka, pojechała na jarmark, aby obejrzeć folklor, fujarki i koguciki z gliny, i pomodlić się w kościele parafialnym z okazji Dnia Zesłania Ducha Świętego, a inscenizator Adrian skorzystał z zaproszenia wiejskiego chóru dziecięcego, aby pośpiewać razem z nim i opowiedzieć im o sztuce „Żona jako wartość dodana”. Nie ma o czym mówić!

– Nad czym pan teraz pracuje?

– Na nową sztuką. Jej tytuł to „Odprawa Unii”. Unia to najbardziej znana postać naszej literatury, znana, ale negatywna. Przygotowujemy jej historyczne odejście. To będzie wielki dzień w życiu narodu. Spektakl nawiązuje do „Odprawy Posłów Greckich”, renesansowej tragedii Jana Kochanowskiego. Tylko tyle mogę panu powiedzieć.

– Czy ta sztuka spodoba się widzom?

– Nie mam co do tego wątpliwości. Sztuka jest nowoczesna, dlatego przygotowujemy ich do niej stopniowo, bo to może być szok dla niektórych. Widz wymaga edukacji. To dla mnie ważne zadanie, ponieważ nasze społeczeństwo nie jest jeszcze dostatecznie wyedukowane kulturowo, nadal jest dużo ciemnoty. Mówię to panu w zaufaniu. Nie musi pan o tym pisać.

– Nie, nie, oczywiście! To się rozumie.

 

 

0Shares

Komiks literacki. Wywiad z komandorem Jaroszką. Odcinek 26.

Zadałem sobie pytanie: – „Dzieje wodza i narodu”, rzecz pisana w odcinkach. Co to za powieść? Aby odpowiedzieć na nie przeprowadziłem wywiad z komandorem Jaroszką, głównym bohaterem powieści. Jego słowa to wyjaśnienie dla czytelników oraz wskazówki dla autora.

– W co wy się bawicie? Pan i pańska załoga? – Zapytałem Komandora.

Popatrzył na mnie poważnie, wszedł na stołek, poważnie, z dostojeństwem, jak tylko on to potrafi, i przemówił z wysokości. Głos miał jedwabisty i ciepły.

– Prowadzę teatr okrętowy, jeden z najciekawszych na świecie. Bawimy się w Indian, a czasem w Czarnego Luda. Niesamowita sztuka. Gramy ją na żywo, często improwizując. Możemy w niej straszyć pasażerów okrętu, a jest ich niemało, bo audytorium jest wielkie. Bardzo dobrze mi to robi. Mam swobodę działania. Jestem dyrektorem teatru i reżyserem sztuki, obsadziłem także główną rolę.

– A dlaczego wchodzi pan na stołek, panie komandorze? Przecież i tak wszyscy pana znają i słuchają z uwagą.

– Lubię szczyty. Wzrok mi się poprawia, lepiej ogarniam tłumy. Kocham tłumy u mych stóp. Kiedy przemawiam z wysokości mój głos brzmi jakby dochodził z nieba. Rozumie pan moje skojarzenie?

– Jest pan osobą wierzącą?

– Oczywiście. Nawet bardzo. Najbardziej wierzę w teatr.

– Czy czasem to wszystko, co pan robi, nie myli się panu. Czy kieruje się pan jakimiś zasadami?

– Tak. Zostały one ustanowione już wcześniej, lecz my je zmieniamy. Jesteśmy teatrem nowoczesnym, eksperymentalnym. Prowadzę go dla dobra przyszłych pokoleń. Także po to, aby wyciszyć hałasy wewnętrzne, które mnie męczą, zaspokoić nieutuloną tęsknotę za czymś nieogarnionym. Sam tego czasem nie rozumiem. Ale tak właśnie wygląda proces twórczy!

– Dla mnie, odpowiedziałem komandorowi Jaroszce, to co pan robi, to komiks, dramat narodowy w odcinkach. Sztuka mocna, pełna zaskakujących zdarzeń i ostrych zakrętów. Trzyma w napięciu. To mnie kręci, gdyż w przeciwnym wypadku czułbym się jak bezrobotny na przednówku państwowego zasiłku. Wspaniale improwizujecie. Ubóstwiam was za to. Piszę ten komiks, a czasem nawet i czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem cudownie niepoważny, lekki i uduchowiony, tak jak pan, panie komandorze. Cudownie pan gra! Nie boi się pan, że pańska sztuka może przekształcić się w mroczny dramat?

– Zaraz tam dramat. Niech pan nie przesadza. Nawet jak do więzienia trafi pięć tysięcy osób, to nie znaczy, że to już jest dramat. Pięć tysięcy na tle milionów to statystyka. Nie boję się, bo mam to wszystko pod kontrolą, w głowie.

– Ale ma pan przeciwników. Opozycję. Ludzi prostych, nie lubiących teatru.

– Co to za opozycja? Ja mam charyzmę i wewnętrzny imperatyw.

– Co to jest ten „wewnętrzny imperatyw”?

– Ach, co za pytanie! – Dramatycznie wykrzyknął komandor Jaroszka. – To mania, która mnie prześladuje. Jako reżyser i aktor dzielę się nią jak tylko umiem najlepiej.

– Boże dopomóż! – Odkrzyknąłem odruchowo, przypominając sobie, co mówi się w takich wypadkach.

– Bóg zapłać, dobry człowieku!

Ucieszyłem się. Komandor nazwał mnie dobrym człowiekiem.  

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Recenzja: http://zaczytani.pl/ksiazka/sedzia_od_swietego_jerzego,druk: Intrygująca satyra, która w jaskrawy sposób punktuje wszystkie przywary i bolączki polityków oraz życia politycznego kraju. Zabawna i ironiczna, ale przede wszystkim bardzo prawdziwa. 

0Shares

Komiks literacki. Marionetka. Odcinek 22.

Na scenie wielkością przypominającą salę balową w baśniowym pałacu, gdzie okna są większe niż ściany, przy małym stoliczku do kawy siedzą dwaj mężczyźni. Rozgrywa się scena teatralna rozmowy tete a tete. To po francusku. W ludzkiej mowie oznacza to rozmowę łeb w łeb. Po ubiorach rozpoznajemy, że ci dwaj to Najwyższy Urzędnik Nijaki i dziennikarz, para teatralna kojarząca się, albo i nie kojarząca się, z tą ze spektaklu „Piękna i bestia”, gdzie piękno miesza się z brzydotą.

– Czy jest pan marionetką? – Pyta dziennikarz.

– Czemu pan pyta? Czy to jest ważne? – Sonduje Wysoki Urzędnik, prawie tak wysoki jak wieża.

– Dziennikarz zaskoczony aż dwoma pytaniami, patrzy na siebie, zdumiony własną odwagą zadania takiego pytania takiej osobie, po czym mówi. – Ale ja w to nie wierzę, sądzę, że to bzdura, nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, proszę mi wierzyć. – Zaczyna plątać się w zeznaniach, czerwienieć, dostaje drgawek, jego ciało wypręża się i sztywnieje. Nijaki tego nie widzi, gdyż spogląda w głąb siebie, ocenia starannie każdą część ciała, aby upewnić się, jest czy nie jest marionetką, przypomina sobie fragmenty życia, kiedy występował publicznie, bo przecież marionetka to teatr. Niedawno w nim byłem. – Szepcze do siebie, po czym wylicza: marionetka to kukiełka, lalka, pacynka, natomiast w języku, w przenośni, to figurant, manekin, popychadło, pionek, kukła, narzędzie, pantoflarz.

– Chyba nie. – Odpowiada na pytanie dziennikarza. – Na pewno nie. – Potwierdza. No nie, bo skądże i jak? – Po tym, jak to wypowiada, śmieje się z pytania, coraz mocniej, wychyla z fotela, jego okrągłe policzki się trzęsą, dziennikarz, który ledwo sam się uspokoił, przygląda się uważnie i widzi, że nie jest to śmiech, tylko spazm bólu, wiele spazmów, jeden po drugim. Nie rozumie tego, zadaje sobie pytanie: Czy to boli …

…być albo nie być marionetką? – Uzupełnia mocny głos spod sufitu, po czym na platformę nad sceną wkracza Szekspir, ten ze Stratford-on-Avon, aby nadać w swoim języku powagi historyczno-histerycznej kwestii: To be or not to be a puppet!, po czym wygłasza tę kwestię w pięknym tłumaczeniu na ludzki język: Być albo nie być marionetką!

Na scenę zapada kurtyna milczenia z pytaniem: Jest on czy nie jest marionetką? sformułowanym przez dziennikarza albo przez Szekspira, Bóg to jeden wie, oraz sugestią niezwykle sugestywną: Odpowiedz sobie sam!

Wstrząśnięci dramatyzmem sceny widzowie wychodzą z teatru. Jest zima i na dworze śnieg skrzy się w późnym słońcu. 

0Shares

Komiks literacki. Dance macabre. Odcinek 14.

W kabinie panowała ciemność. Komandor podszedł do bulaja i odsunął zasłonę, aby wpuścić do wnętrza szary dzień. Był poruszony. Nie chodzi o to, że ktoś go poruszył, tylko o widok, jaki ujrzał. Spodziewał się go, a mimo to był poruszony.

Za oknem odbywał się Dance Macabre. Z grobów wychodzili zmarli i wskazywali palcami w jego kierunku, jedni oskarżająco, inni życzliwie. Był przekonany, że większość patrzyła na niego życzliwie, ze zrozumieniem. Za nimi, na dalszym planie, stały rodziny zmarłych, smutne, niektóre wyraźnie porażone cierpieniem. Byli to aktorzy. Komandor zdziwił się, że byli oni smutni i cierpiący, gdyż był to tylko spektakl teatralny zorganizowany w celach rozrywkowych i badawczych. Dowódcę natychmiast otoczyli jego zastępcy i oficerowie, aby wyjaśnić mu niektóre szczegóły dotyczące spektaklu.

Kilka lat wcześniej nastąpiła potworna katastrofa, z nieba spadł na ziemię obiekt kosmiczny i pozabijał mnóstwo ludzi. Pochowani w ziemi, teraz powstawali z niej, aby odbyć makabryczny taniec. Zbrojmistrz Sęp, wybitny znawca teorii nieszczęść, z głębokim przekonaniem i błyskiem w oku przekonywał, że obiekt kosmiczny rozpadł się w powietrzu, a nie rozbił o ziemię, i że osoby wywołane z ziemi to potwierdzą i udokumentują ponad wszelką wątpliwość. Do Zbrojmistrza dołączył Oficer ds. Prawa Morskiego, określając sytuację krótką komendą „Prawo jest prawem” i wyrażając przekonanie, że należy je stosować w sposób bezwzględny, jeśli służy ono dobrym społecznie celom.

– My, załoga statku, dowodzonego przez komandora Jaroszkę, jednoczymy się z wami w bólu. – Wymawiając te słowa oficer zwrócił elegancko nieogoloną twarz do rodzin stojących za wykonawcami makabrycznego tańca i dodał dla pocieszenia: „Prawo jest prawem, nawet jeśli wywołuje w was żal, ból i wściekłość”. Po namyśle, a może i bez namysłu, bo wszystko miał zakodowane w ścisłym prawniczym umyśle, dyskretnie przeprosił komandora, że spektakl nie odbył się po cichu, głęboką nocą, tak, jak powinien, aby nie wzbudzać zaniepokojenia, bo przecież nie ma się czym niepokoić. Komandor i sztab oficerski uznali, że rodziny będące przeciwnikami spektaklu ogarnęła niepotrzebnie gęsta mgła szaleństwa, typowa dla jednostek egoistycznych, dążących po trupach do celu.

Zapadło grobowe milczenie. Nikt nie bił braw, ponieważ wszyscy zachwycali się scenerią Dance Macabre i grą aktorską, jak również oryginalnością pomysłu i wyrafinowaną reżyserią spektaklu. Najwyższe gremia artystyczne, akademie sztuk pięknych i baletu, zgodnie uznały, że Dance Macabre przejdzie do historii tańca i teatru jako jedno z najwybitniejszych osiągnieć artystycznych komandora Jaroszki i jego załogi.

0Shares

Nowy właściciel, nowa telewizja, nowy teatr czyli sześć w jednym.

Teatr Kabuki, Odori Keiyo Edo e no sakae, autor Toyokuni Utagawa III
Mamy nową telewizję. Nie jest to produkt importowany z Chin, lecz lokalny, bardzo udany, niezwykle oryginalny. Widzowie mają gwarancję, że jest niezależny od wad i błędów w instrukcjach, i nie będzie się psuł. W razie czego wymieni się jeden czy drugi komponent i znowu będzie działać.

Gwarantem niezawodności i jakości nowej telewizji jest znana firma, zajmująca się dotychczas wynalazkami i reklamą. Wynalazła kiedyś zagubionego krewnego, zdaje się wujka, sierotę, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Służył w tej samej formacji wojskowej, co dobry wojak Szwejk, ukrywający się tam razem z Jarosławem Haszkiem. Wujek okazał się prawdziwy i obrósł w legendę. Wynalazcę nie wiadomo dlaczego wyrzucono z wytwórni wynalazków i reklamy, gdzie pracował, potem znowu przyjęto. Okazał się przejściowym synem marnotrawnym.

W teatrze telewizyjnym wszystko się zmieniło na lepsze, zwłaszcza pejzarze. Pejzaż pisze się teraz przez „rz”, bo zmieniły się zasady ortografii. Nowa telewizja wystawia nową sztukę, a właściwie serial, pod tytułem „Groteska nieprzewidywalna”.

Akcja serialu dzieje się w Hollywood, gdzie sny stają się marzeniami, a marzenia rzeczywistością. Być może jest to jednak Bollywood, w Indiach, gdzie produkuje się najwięcej filmów na świecie. Trudno to wszystko rozeznać i zapamiętać. W Bollywood żyje pół miliarda ogłupiałych widzów i kilku bogatych producentów i reżyserów, organizujących społeczeństwu upragnione przez nich igrzyska, a sobie przyjęcia i fajerwerki.

To, co w telewizji było już wcześniej pomieszane, pomieszało się jeszcze bardziej, ale na lepsze, z korzyścią dla widza. Sam sypiam teraz doskonale, choć chodzę po nocach, pocę się intensywnie i niepokoję, czy ktoś kiedyś wynajdzie syrop na szalejącą, niebezpieczną epidemię grypy. Śnią mi się tłumy widzów, których nie ma, na ulicach, które są. Tytuł serialu jest znany, podobnie jak początek. Nieznany jest tylko środek i koniec. Jeśli w ogóle jest zakończenie.

W nowym kalejdoskopie teatralnym życie układa się coraz wyraźniej, dla poważnej części widzów życzliwie i rozwojowo, choć ich widownia trochę kurczy. Jak zapewnia reżyser o nieposkromionej wyobraźni, który jest także producentem, układ szkiełek w kalejdoskopie daje się przesypywać w dowolnym kierunku.

– W ten sposób mogę tworzyć nowe kompozycje i konfiguracje, zimowe, letnie, zabawne, smutne, prawdziwe i oryginalnie zakłamane. Celowo to wszystko przemieszałem, literaturę z teatrem, reportaż z fikcją. – Wyjaśnia z dumą. Nie wszyscy go rozumieją.

Są nowe postacie. Teatr znał je od dawna, ja nie. Może to niezbyt dokładnie powiedziane, że nowe, bo starzejące się. Pierwsza to Król Ubu, postać historyczna, zdecydowana; po scenie chodzi wolno i statecznie. Brzuch mu rośnie, ponieważ ciężko pracuje i ma mało czasu na sport. Nie wiadomo, czy celowo nie wyreżyserował tego wyglądu, aby wzbudzić szacunek.

Spektakl jest pełen cudów. Kobiety grają w nim mężczyzn, a mężczyźni kobiety. Zupełnie jak w japońskim teatrze kabuki, gdzie aktorzy noszą maski.

Spektakl jest frajdą dla widzów, o których słyszałem, że są jedynymi naturalnymi odmieńcami w Europie, choć nie wszyscy z nich o tym wiedzą. A może wiedzą, ale udają, bo to taki jest trend nowoczesnego teatru.

To wszystko śniło mi się oczywiście. Sam nie wymyśliłbym tego.

2Shares

Wielki Teatr Polityczny. Reżyser: Prezes Kaczyński, aktorzy: Prezydent i Trybunał, audytorium: Naród.

Prorok Jonasz, fresk Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej.
Teatr polski wyszedł na ulicę. Jarosław Kaczyński, wieszcz narodowy i dramaturg, reżyseruje sztukę teatralną pod tytułem „Wielkie wciskanie Kitu”.

Jarosław Kaczyński jest nieszczęśliwy. Pan Bóg dał mu pełnię władzy, lecz on jest nieszczęśliwy. Ma większość parlamentarną, wierną i szybką, zdolną w ciągu nocy uchwalić, co mógłby tylko sobie życzyć, na przykład powszechne ograniczenie dostępu do Internetu, podsłuchy albo zakaz zgromadzeń publicznych w imię walki z terroryzmem, albo szkołę większą niż PRL-owskie 1000 szkół na Tysiąclecie, lecz on jest nieszczęśliwy, czuje, że nic nie może zrobić. To wielkie poczucie frustracji jest pozytywne: daje mu siłę walki.

Jest wróg. Na drodze stanął mu Trybunał Konstytucyjny, biblijny wielki Wieloryb, otwierający paszczę, aby połknąć jego, Jarosława-Jonasza i uniemożliwić mu naprawę państwa. Trybunał chce mu odebrać 500 zł na dziecko, zniweczyć wiek emerytalny, wstrzymać reformę szkolnictwa, uniemożliwić połączenie prokuratury z sądami, i w ogóle rzucać PiS-owi kłody pod nogi. Trybunał nie chce szczęścia Narodu. Trybunał jest wrogiem Narodu.

Prezydent Duda jest inny, jest posłuszny, a zarazem odporny. Piszą do niego byli prezydenci, premierzy, marszałkowie sejmu i senatu, wydziały prawa polskich uniwersytetów, prawnicy, różne organizacje i osoby prywatne, aby przestrzegał obowiązujących w Polsce praw i zasad demokracji, ludzie tysiącami protestują na ulicach, w mediach publicznych i w Internecie, lecz on wytrwale i twórczo gra swoją życiową rolę w spektaklu „Wielkie wciskanie Kitu”. Sam wielki reżyser powołał go do niej.

Aktorstwo Andrzeja Dudy nie zna granic. On, Prezydent Rzeczypospolitej, jedzie nocą do Prezesa partii na konsultacje, a nie Prezes do niego, i jak trzeba, to o dowolnej nocnej porze zaprzysięga sędziów Trybunału Konstytucyjnego świeżutko wypieczonych w Sejmie, gdzie rządzi Jarosław Kaczyński.

Toczy się spektakl: „Wielkie wciskanie Kitu”.

Naród to widzi i docenia (Sondaż TNS przeprowadzony 10 i 11 grudnia): PiS – 27 % poparcia, Nowoczesna – 24 %: PO – 16%, Kukiz15 – 12 %, Zjednoczona Lewica – 6%. Było to badanie przeprowadzone „twarzą w twarz”.

Dla porównania, na początku grudnia wyniki sondażu TNS były następujące: PiS – 42 % poparcia, PO – 17%, Nowoczesna – 10 %: PO – 16%, Kukiz15 – 12 %, Zjednoczona Lewica – 6%. Było to badanie prowadzone drogą telefoniczną.

Czy metoda badań mogła wpłynąć na wyniki?

Dyrektor Krassowska z TNS wyjaśnia: „W badaniach face-to-face możemy mieć do czynienia z pewnym rodzajem poprawności politycznej, badani chętniej przyznają się do popierania zwycięzcy. W badaniach telefonicznych ten efekt może być słabszy ze względu na większe poczucie anonimowości respondenta”.

Naród widzi i docenia sztukę, reżysera i aktorów.

Obraz: Prorok Jonasz, fresk Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej.

0Shares

“Zbrodnia i kara” czyli “Bracia i siostra Karamazow”. Akt 1.

Na podstawie donosów prasowych powstaje scenariusz współczesnej sztuki teatralnej „Zbrodnia i kara” czyli “Bracia i siostra Karamazow”. Jest to tragedia nawiązująca do twórczości znanego pisarza Fiodora Dostojewskiego.

Sztuka przedstawia historię rodziny Karamazow, która w wyniku ciosów zadanych przez naród partii rządzącej obejmuje niepodzielną władzę w kraju. W przewrocie ważną rolę odegrały podsłuchy telefoniczne, wzrost gospodarczy, emigracja, uchodźcy i czynniki tzw. egzotyczne. Rodzina składa się z wielu braci i jednej siostry.

Przewodnie aspekty fabuły to niepodzielność władzy oraz najstarszy z braci Karamazow, niejaki Jaro, głowa rodziny.

Jest godzina 3.16 w nocy. Odczytuję to na pasku komputera. Trwa potworna cisza powyborcza. Nad krajem gromadzą się mroczne chmury telewizyjne, radiowe i prasowe. W powietrzu krąży upiór mrożący krew w żyłach. Nadszedl czas zemsty. Naród jest podzielony, pół narodu plus jeden jest za zemstą, drugie pół minus jeden drży z niepokoju i trwogi. Nikt nie wie, co się stanie.

Nadchodzi pierwszy donos prasowy. Cytuję: „Komitet polityczny braci Karamazow zdecydował, że kandydatem partii na premiera jest siostra Karamazow, Bea”. Zanim to się stało, potężny Jaro, spotkał się z siostrą w tak zwane „cztery oczy”. Trwało to (cytuję) „ponad godzinę i zdecydowało o jej ostatecznej nominacji”.

– Będziesz rządzić! – Rzucił twardo Jaro. Ktoś musi się poświęcić.

– Dlaczego ja? –Zapytała Bea. Jej głos owijała niepewność. – Przecież ty jesteś mądrzejszy i potężniejszy.

– Tak obiecałem narodowi! Nie kłóć się ze mną, wiesz przecież, że cię kocham. Dla twego bezpieczeństwa będę pociągać sznurki, abyś wiedziała, jak masz się poruszać.

– A co mam mówić? –Zapytała już śmielej siostra.

– Każdego dnia o świcie otrzymasz wytyczne emailem. Wszystko przemyślałem.

– Co robimy najpierw? Jakie priorytety, kochany bracie?

– Decyduję to właśnie w mojej głowie. Chcę, byście wszyscy wyłączyli się z myślenia. Ja jestem od tego.

– A co z poparciem miłościwie nam panującego Cesarza.

– Ha, ha, ha! – Zaśmiał się brat Jaro swobodnie jak ten wiatr pustynny. – Sam go wytypowałem na tron cesarski i udzieliłem poparcia w zdobyciu władzy. Będzie do mnie przyjeżdżać nocą, aby odbywać konsultacje.

– Dlaczego nocą?

– Bo w dzień razi go słońce.

– Mimo silnych okularów przeciwsłonecznych?

– Właśnie. Wszystko przewidziałem, włącznie z okularami.

Po skończonej audiencji siostra Karamazow wychodzi. Akcja dramatu wije się niby złowrogi wąż i nabiera przyśpieszenia. W najmniej spodziewanym momencie zjawia się opozycjoner polityczny niejaki Liro i oświadcza rzeczowo, jakby mówił o porcji zmrożonych ośmiorniczek (cytuję): „Chętnie domknę wieko trumny tym wszystkim ludziom”. Liczy na karierę podręcznego grabarza. Nad krajem pojawiają się chmury smolistych nietoperzy. Czuć zapach siarki i słychać pisk. Te dziwne niby ptaki chcą wkręcać się we włosy. Na widowni pozostają tylko łysi. Jedynie oni nie boją się nietoperzy.

Gubię się. Jest godzina 4.02. Trwa przejmująca cisza. Na dworze śmierdzący smog dusi noc. Jest strasznie. Myślę o narodzie. Przestaję myśleć, kiedy zdaję sobie sprawę, że myśli za nas i o nas wszystkich brat Jaro Karamazow. Uspokajam się. Jest mi smutno. Nie umiem przewidywać przyszłości. Jest godzina 4.07. Idę do toalety. To strach. Chodzę po pokoju. Godzina urasta do 4.30. Decyduję się wrócić do łóżka i głowę zakryć kołdrą. Będę czekać na donosy porannych mediów.

0Shares

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 10.

W ciągu następnego tygodnia Dział Rozrywki Edukacyjnej nieprzerwanie otrzymywał telefony, e-maile i listy w sprawie nadanego programu. Nikt nie spodziewał się takiej popularności programu.
Nie możecie przedstawiać wywiadu z nikomu nieznaną osobą, która uważa się za Boga, i nie zakwestionować prawdziwości jego wypowiedzi. Redakcja stosuje niedopuszczalną technikę masowej sugestii wobec widzów, z których część uwierzy w prawdziwość wypowiedzi mężczyzny, z którym prowadzono wywiad. To jest po prostu oburzające – ten fragment pochodził z listu osoby, która określiła się anonimowo jako osoba duchowna.
Tomasz Boski zdecydowanie bronił koncepcji i treści programu w trakcie dyskusji publicznej zorganizowanej przez „Telewizję Contigo”.
Program był starannie przemyślany i skonstruowany. Nie ma w nim nic niedopuszczalnego, a tym bardziej nieprzyzwoitego, żadnej manipulacji opinią społeczną. Spektakl nie sugeruje, że osoba, z którą sam prowadziłem wywiad, jest Bogiem. „Jestem Bogiem” jest wyłącznie odpowiedzią na moje pytanie „Kim pan jest?”, nic dodając, nic ujmując. Każdy ma prawo interpretować tę wypowiedź tak, jak mu się żywnie podoba. Telewizja podobnie jak i obywatele ma prawo do wolności wypowiedzi. To nam gwarantuje konstytucja – Tomasz był oburzony zarzutem nieodpowiedzialności stacji telewizyjnej.

*****

W Dziale Rozrywki Edukacyjnej odbywała się narada za naradą. Dyskutowano treść zewnętrznych opinii, interwencji, listów, e-maili i telefonów. Przygotowywano materiały dla dyrekcji. Ataki osób indywidualnych na program „Rozmowy o Bogu” nie były największym problemem.
To są najczęściej wypowiedzi ludzi zamkniętych na odmienność poglądów i ocen innych widzów – skomentował Tomasz.
Najpoważniejsze zarzuty pojawiły się w liście dostarczonym do Działu Rozrywki Edukacyjnej 10 dni po emisji. Pochodziły one od wpływowej grupy duchownych, którzy uznali autorów programu za „niewrażliwych na uczucia społeczeństwa i obrażających osoby wierzące w Boga w duchu tysiącletniej tradycji religijnej kraju”.
Nie podoba mi się ten list. Pochodzi od bardzo wpływowej organizacji kościelnej.
Co o tym sądzicie? – redaktor Boski nie był w stanie ukryć zdenerwowania. Jego twarz zbladła a ręka, w której trzymał list, nieznacznie drżała. Wcześniej udostępnił kopię listu pracownikom; spotkanie, jakie naprędce zorganizował, miało na celu zapoznanie się z opiniami i ustalenie strategii postępowania.
Krzysztof pierwszy zabrał głos.
Mam swoje zdanie na temat listu. Analizowałem jego treść. Niektóre zarzuty są dla mnie absurdalne. Przede wszystkim twierdzenie, iż propagujemy ideę, że osoba, z którą Tomasz prowadził wywiad, jest wcieleniem Boga. Jak oni do tego wniosku doszli, nie mam pojęcia. Do każdego indywidualnego widza należy ocena, czy uważa to za prawdę czy nieprawdę – Krzysztof zakończył swoje wystąpienie z ulgą. Rzadko zabierał głos w dyskusjach. Dopiero, kiedy usiadł, poczuł się zaskoczony swoją odwagą.
Krzysztof ma rację. Nawet zgrabnie to ujął. Zgadzam się z nim – poparła koleżanka. To jest argument do odparcia. O to bym się nie martwiła. Nie chcę krakać, ale możemy mieć inne zmartwienia.

0Shares