Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 30: Rozwój kariery politycznej Barrasa Blawatsky’ego

W wyborach do parlamentu stanęły naprzeciw siebie rządząca Partia Liberalna oraz opozycyjna Partia Konserwatywna. Żadna z nich nie wiedziała, jaki los jej przypadnie w udziale, każda z nich była jednak przekonana, że to jej należy się zwycięstwo. Inne partie nie liczyły się. Rywalizacja rozpaliła emocje do tego stopnia, że na ulicach i skwerach, w kawiarniach i w klubach, pojawili się fachowcy typujący zwycięzców i dający gwarancję wygranej, jak również amatorzy-zgadywacze, hazardziści i wróżbici rzucający losy i stawiający kabałę. Wywołało to wielki szum informacyjny, przez który z trudem przebijały się programy wyborcze rywali. Do chaosu przyczynili się najbardziej liberałowie; w swojej zapiekłej hardości nie przyjmowali do wiadomości nawet najdrobniejszej możliwości porażki.

Z bezwzględnej walki wyborczej zwycięską ręką wyszła Konserwa. Przeciwnicy przyjęli to boleśnie. Szczypali się po rękach i tułowiu, aby upewnić się, że nie śnią, oszczędzając ze względów estetycznych tylko twarze. Nic im to nie pomogło. Stracili przywileje, godła, sztandary, insygnia a także paradne samochody, powozy, konie i ich pozłacaną uprząż. Wszystko zagarnęła Konserwa, kierowana przez Barrasa Blawatsky’ego, powszechnie już uznawanego za przywódcę z charyzmą. Zwycięska drużyna wynosiła go pod niebiosa przeciwstawiając go poprzednikowi.

– To poważny człowiek, geniusz. Nie to, co jego poprzednik, rudy odszczepieniec, polityk tuzinkowy, prywatnie arogancki bon vivant, jakich tysiące tuła się po spelunkach portowych całego świata – mówiąc to zwolennicy Barrasa wyzywająco spluwali na ziemię i rozcierali ślinę butem.

Pierwszego dnia po zebraniu się nowego parlamentu Partia Konserwatywna utworzyła rząd i ustanowiła Barrasa premierem, a następnie powołała go na stanowisko gubernatora kraju dla podniesienia prestiżu urzędu, który i tak był już niezmiernie wysoki.

Początki kariery życiowej i zawodowej Barrasa były skromne. Był on potomkiem pobożnego Greka i patriotycznej Nomadyjki, co mogło oznaczać tylko mieszankę wybuchową lub niezwykłą siłę pokonywania przeszkód i osiągania celów. Kiedy ukończył szkołę podstawową, rodzice oddali go do Szkoły Zakonnej im. Przeczystej Prawdy. Był to okres, kiedy ubrany w szary siermiężny strój pątniczy przepasany grubym sznurem młody Barras pielgrzymował do miejsc świętych. Skromność ukształtowaną w tamtych latach umacniał później nawykami skąpych posiłków, żyjąc w mieszkaniu zdobnym obrazami męczenników. Nigdy nie mówił o swojej pobożności, ale ludzie go znający potwierdzali ją dodając ”Niech Bóg ma go w swojej opiece” albo „Niech mu Najwyższy błogosławi”. Kiedy przychodziły jego urodziny, świętował je uczestnicząc w procesji religijnej razem z najbliższą rodziną, kuzynostwem lub współpracownikami.

Był urzędnikiem państwowym, do pracy uczęszczał pieszo. Wykonywał ją bardzo solidnie, aby zasłużyć na uznanie zwierzchników, po czym wracał do skromnego, lecz gustownie urządzonego apartamentu. Zamieszkiwał go ze swoimi ulubieńcami, królikiem i kolorową papużką. Za królikiem przepadał, ubóstwiał go wręcz; była to jedyna istota w jego życiu dająca się nieprzerwanie głaskać. W okresie pracy urzędniczej Barras zapisał się do Partii Konserwatywnej, zwanej powszechnie Konserwą, opartej na solidnych wartościach wiary, ojczyzny i tradycji. Szacunek dla tych wartości kształtował się w nim już w domu rodzinnym i szkole zakonnej.

Jako członek partii, Barras nie wykazywał się początkowo nadmierną aktywnością. Podobnie było z życiem towarzyskim. Nie stronił od ludzi; bardziej to oni stronili od niego, wskutek czego wyrobił sobie niezasłużenie opinię dziwaka. Pozostał w stanie bezżennym, nie ślubując bynajmniej stanu kawalerskiego, a czyniąc to jedynie z przyzwyczajenia, z nawyku, jaki utrwalił w sobie w szkole zakonnej. Kobietami nie pogardzał, wręcz przeciwnie, szanował je nad wyraz, przede wszystkim swoją matkę, już świętej pamięci, oraz Świętą Józefinę, powszechnie czczoną w Nomadii.

Po kilku spokojnych latach na scenie politycznej, Barras nagle uaktywnił się. Stało się to w przededniu wyborów parlamentarnych. Okazał się znakomitym organizatorem, motywatorem i agitatorem. Miał spokojny głos, jego przemówienia nie były ekscytujące, ale porywały tłumy wizją społeczeństwa uczciwego i doskonałego moralnie.

Partia uznała go za objawienie. On sam widział to inaczej, twierdząc, że to on ją wymyślił, zdefiniował w szczegółach i powołał do życia. Dla członków partii stał się ojcem i matką, fundamentem stabilizacji równie solidnej jak kasa pancerna Schuster und Schuster z potrójnie szyfrowanym zamkiem zainstalowana w banku szwajcarskim z jednym piętrem na wysokości ulicy i pięcioma ukrytymi pod ziemią.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Kronika narodu wybranego. Odc 2: Iwan Iwanowicz niecierpliwi się

Iwan Iwanowicz zniecierpliwił się, a nawet wzburzył. Mógłby nawet powiedzieć, że ogarnęła go szewska pasja, gdyby tylko potrafił ocenić jej intensywność. Ten rodzaj pasji stawał się mu szczególnie bliski, kiedy przypominał sobie, że jego mateczny dziadek był szewcem. Krótko, ale był.

Wzburzenie dojrzewało w nim od dawna. Teraz czuł je w postaci dojmującego chłodu wypełniającego nogę do kostki, potem do kolana i pełznącego powoli w górę. Zdarzyło się to w najmniej stosownym momencie; Iwan Iwanowicz wracał pieszo do domu i na dworze panował siarczysty mróz. Kiedy zimno doszło do miejsca, które szanuje każdy mężczyzna a ceni, najwyżej po pieniądzach, każda szanująca się dojrzała niewiasta, Iwan Iwanowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie. To mu przypomniało zimne lato i wchodzenie do morza.

– Najtrudniej jest zanurzyć termometr – zamruczał pod nosem – potem już idzie łatwo.

Przedmiotem jego nagłego niepokoju i zapamiętania była szalona sprzeczność, jaką od pewnego czasu dostrzegał w społeczeństwie Błądzących Nomadów, głęboko i boleśnie podzielonych. Jedna ich część entuzjazmowała się władzą, jej obietnicami i osiągnięciami i był gotowa w dowód uwielbienia obnosić ją na rękach, gdyby tylko było to możliwe. Druga część, opozycyjna, zadeptałby tę władzę razem z przywódcą, Czcigodnym Mężem, osobnikiem niezwykłej religijności, dopatrując się w nim źródła najgorszego zła.

Tego Iwan Iwanowicz nie mógł zrozumieć, a nie mogąc zrozumieć, nie mógł wybaczyć, a tym bardziej ścierpieć. Stąd jego szalony gniew.

Po godzinie, dłużącej się jak nigdy wcześniej, doszedł do siebie. Nie tylko dlatego, że wypił kawę dla uspokojenia rozkołatanego serca a potem kieliszeczek sherry, która wyjątkowo dobrze mu się kojarzyła z późnomłodzieńczymi latami, kiedy ludzie nie mieli pieniędzy i piło się malutkimi kieliszkami, a nie szklanicami i kielichami o pojemności dziecięcego nocnika. Skojarzenie z metalowym naczyniem wskrzesiło w nim moment dziecięctwa; przypomniał sobie, jak strofowała go ukochana niania, kiedy zamiast wypić mleko wlewał je w szparę między deskami podłogi, co nie uszło jej czujnemu oku.

– Dlaczego to robisz, skarbie? – zapytała, choć gniew palił jej usta bardziej niż wspomnienie gorącej czuszki.

– Enrique mi pokazał – odpowiedział z poczuciem słabnącej niewinnosci. Wydanie brata na pastwę rodziców zapamiętał jako pierwszą bolesną zdradę, długo uwierającą jego sumienie.

Po powrocie do świeżości umysłu, Iwan Iwanowicz podjął decyzję: wytłumaczy podzielonemu na fragmenty narodowi Błądzących Nomadów, jak dokonywać wyboru wodza, partii i władzy, i jak je oceniać, co przecież każdy musi czynić czy tego łaknie czy nie, gdyż być rządzonym jest losem każdego człowieka, choćby był żebrakiem, nędznym rabem kupionym na afrykańskim targu za marne centy czy robakiem zdatnym wyłącznie na rybią przynętę.

Tego dnia Iwan Iwanowicz zrobił niewiele, dużo jednak sobie obiecał. Potwierdził przede wszystkim kolejność myślenia: najpierw wódz, potem partia, w końcu władza. Nie był to wybór w rodzaju „kura czy jajo”. Obowiązała tu żelazna logika: zanim powstanie partia, musi zaistnieć czynnik organizujący, czyli przywódca. Władza pojawiała się dopiero w trzeciej kolejności jako efekt wygranych wyborów lub użycia siły bezwzględnego despotyzmu.

– To tak jak z Big Bangiem – pomyślał starzec i wyobraził sobie sekwencję zamierzchłych zdarzeń: najpierw zjawia się Wszechmocny Bóg, potem następuje kosmiczna eksplozja, w końcu nadchodzi ludzka władza.

Pozytywnie usposobiony dobrym początkiem, Iwan Iwanowicz spokojnie udał się spać. Tej nocy wyjątkowo nie miał snów.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Wszystkie recenzje na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

 

Totalne zwycięstwo Prezesa Kaczyńskiego w wojnie o sprawiedliwość

Rewolucja Fragment muralu Rewolucja 1905 Łódź PPS, by Nimrod7777, Creative Commons

Na kongresową trybunę wstąpił mój ukochany Wódz, Prezes, Król, Jarosław. Wódz to po łacinie Dux. Król to po łacinie Rex. To także mój Rex.

Na sali tłum. Sala była ogromna, tłum jeszcze większy, ponad 1000 osób. Były to wierne szeregi partyjne, jednolity standard myślenia, mowy i gestów.

W drzwiach wejściowych informowano: Żadnych dziennikarzy! No journalists! Dlaczego? – Chcemy w spokoju nacieszyć się wyborami przywódcy. Głęboko je przeżywamy. Nigdy nie wiadomo, kto zostanie wybrany.

Ku zaskoczeniu wiernych i świata wybrany został Jarosław Kaczyński. Zwycięstwo totalne, zwycięzca nieposkromiony. Eksplozja oklasków, naręcza uwielbienia, a potem pieśń świąteczna, rozległa jak wszystkie rzeki świata: „Cuda, cuda ogłaszają”.

Okazało się, że on jeden spośród wielu zgłoszonych kandydatów uzyskał sto procent głosów.

– Towarzysze, zagaił przewodniczący komisji wyborczej, takich wyników nikt nie uzyskuje dzisiaj na świecie, z wyjątkiem Azji i Afryki. Całkowita jednomyślność! Rewelacja.

Komisja skrutacyjna zgłosiła poważne zastrzeżenie: Było siedem głosów przeciw. Wszczęto natychmiastowe śledztwo. Padły pytania? Kto to zrobił? Kto wyznaczył siedmiu niewiernych, aby głosowali przeciw? Dochodzenie unieważniono, bo nastąpiła fiesta.

Nadeszły kwiaty. Prawdziwa powódź. Dowożono wozami. Strumień bukietów płynął w kierunku trybuny, zagrażając Wodzowi. Uratowano go szczęśliwie. Wrócił z naręczem, ogromnym jak wieża. Wygłosił przemówienie. Mówił mocno, zdecydowanie, używając słów barwnych jak kolory tęczy. Mówił rzeczowo i pięknie.

– Wrogowie! Kim są nasi wrogowie? – Balcerowicz. Rzepliński. Żadni profesorowie. Po prostu szkodnicy.

– Co za głos!? – Wzruszyłem się. Zawsze się wzruszam, kiedy słyszę coś, co kołysze moim umysłem, w prawo i w lewo, w lewo i w prawo, z góry na dół, z dołu do góry.

– Konstytucja. Nie ma konstytucji. Ta, co była, to PRL. Wprowadzimy nową konstytucję. Lepszą, radośniejszą. Huczne brawa. Ruch na sali.

Wierne szeregi powstają na nogi, wasale, lennicy, poddani, posłuszni, karni, ulegli, wspaniali. Wszyscy. Chcemy przysięgać na wierność Wodzowi! – Okrzyki z sali.

– Nie trzeba! Nie trzeba! – Wódz uspokaja tłumy.

– Prawo! Pytanie: Jakie prawo? Szariat PiS. Na czym on polega? Każdy na sali wie. Prawo zapewniające warunki duchowego i fizycznego rozwoju jednostki, określające czyny konieczne, chwalebne, dozwolone, naganne oraz zakazane. Skonsolidowana władza sądownicza dla dobra narodu. Dla całego narodu, pełne 39 % Suwerena!

– Program rozwoju kraju! Wspaniały. Rewelacyjny. Następują konkrety, konkretnie jeden, ale wielki, bo więcej męczy.

– Nasza strategia! – Jaka? – Dużo pieniędzy! – Skąd je weźmiemy? – Z OFE. Z tego samego OFE, skąd wzięła je Platforma Obywatelska. – Dlaczego robimy to samo? – Bo oni nie wiedzieli, co z tymi pieniędzmi zrobić, a my wiemy.

Potem występowali poddani, tradycyjnie już poseł Suski. Mówił porywająco, jak to on.

Wszystko zrozumiałem, przyjąłem do serca, przyswoiłem. Było tego tak dużo i było to tak słodkie, że dobrze mi się zrobiło. Taka jest cena rzeczy wielkich i słodkich.

Obraz: Fragment muralu o rewolucji 1905 roku w Łodzi, PPS.

Mam prawo czuć się skołowany

Generalnie wyłączyłem się z dyskusji na temat wyborów, zmęczyli mnie obydwaj kandydaci. Dzięki ich zmęczeniu kraj jednak posunął się do przodu. Kilka tygodni kampanii + kandydat Kukiz ujawnili poziom rozgoryczenia dużej części społeczeństwa, zwłaszcza ludzi młodych. To nie było takie widoczne wcześniej.

Głosować oczywiście będę na mojego kandydata Komorowskiego. Uważam, że otrzymał dobrą nauczkę, on i PO, aby żywiej myśleć i działać w nowej kadencji. Ludzie czasem potrzebują kopniaka od życia, aby zrozumieć, co się dzieje. Jeśli wygra, nie będzie mieć już więcej kadencji. W takich sytuacjach prezydenci stają się bardziej niezależni od swojej bazy politycznej. To też może mu pomóc.

Rozmawiałem o tym wszystkim z Iwanem Iwanowiczem, kiedy spłynęła na nas niby błogosławieństwo ojca Rydzyka lista osób, którzy także głosują na kandydata B. Komorowskiego.

Politycy: Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa, Cimoszewicz Włodzimierz i 5 byłych ministrów spraw zagranicznych:  http://wiadomosci.onet.pl/kraj/list-otwarty-bylych-szefow-msz-ws-polityki-zagranicznej-kraju/8wmgqd  

Aktorzy, reżyserzy, ludzie estrady: Bajon Filip, Bałtroczyk Piotr, Barciś Artur, Boczarska Magdalena, Chyra Andrzej, Czartoryska-Niemczycka Anna, Fedorowicz Jacek, Figura Katarzyna, Frycz Olga, Gajos Janusz, Grabowski Andrzej, Hoffman Jerzy, Holland Agnieszka, Jackowska Kora, Janda Krystyna, Karolak Tomasz, Kayah, Kowalewski Krzysztof, Krall Hanna, Lis Tomasz, Łukaszewicz Olgierd, Materna Krzysztof, Mleczko Andrzej, Młynarski Wojciech, Nehrebecka Anna, Olbrychski Daniel, Opania Marian, Penderecki Krzysztof, Pszoniak Wojciech, Seweryn Andrzej, Skolimowski Jerzy, Szaflarska Danuta, Turnau Grzegorz, Tym Stanisław, Wajda Andrzej, Wojewódzki Kuba, Zachwatowicz Krystyna, Zamachowski Zbigniew.

Sportowcy: Fortuna Wojciech, Gortat Marcin, Hołowczyc Krzysztof, Jędrzejczak Otylia, Korzeniowski Robert, Kuśnierewicz Mateusz, Michalczewski Dariusz, Saleta Przemysław, Sonik Rafał, Szewińska Irena, Szurkowski Ryszard, Wszoła Jacek, Zasada Sobiesław. 

Popatrzyliśmy sobie w oczy i zapytaliśmy się: Oni także się mylą?

Potem spłynęła na nas druga lista, tym razem poparcia znanych postaci dla kandydata Dudy/PiS: Pietrzak Jan, Rewiński Janusz „Siara”, Zelnik Jerzy. Nie wiem, ilu sportowców wybitnych sportowców popiera tego kandydata i stojącą za nim formacje polityczną. 

Zadaję sobie pytanie: czy naprawdę mam prawo czuć się skołowany?

 

 

 

Ostatki wyborcze

Zapętliłem się przedwyborczo tak niesamowicie, że nie wiem jak teraz wyzwolić się od nadmiaru uczuć. Pod naporem dyskusji internetowych i facebookowych o prezydencie zidentyfikowanym jako Komoruski, zmieniłem zdanie. Jestem neutralny.

Daję równe szanse obu kandydatom na prezydenta, kierując się zasadą rewolucji francuskiej: Równość, Wolność, Braterstwo. W polskim braterstwie wyraża się miłość do bliźniego w formach, o których nie śniło się nawet Świętemu Franciszkowi.

Moja ocena kandydatów: Bronisław. Komorowski jest starszy i powolniejszy, co mam mu za złe, Andrzej Duda jest młodszy i szybszy, także w składaniu obietnic, co mam mu za dobre. Rokuję mu więc lepsze szanse. Dzisiaj największe znaczenie ma ilość słów nadziei, nie całusy, uściski i kiełbasa wyborcza z całego kurczaka.

Obejrzałem spot a Andrzejem Dudą, jego rodziną osobistą i rodziną partyjną. Pojawił się na nim także Jarosław Kaczyński, uśmiechał się i szedł bardzo wolno. Wyglądał mi na chorego. Wszyscy pozostali byli zdrowi.

Żona pana Dudy oświadczyła, że stoi za mężem, po czym patrząc w oczy panu Prezesowi oświadczyła wznosząc ostrzegawczo palec środkowy uniesiony w górę: „Stoję za mężem i nie boję się Pana Prezesa”. Na co on odpowiedział godnym milczeniem i tak łagodnym uśmiechem, jakby prosił o pigułkę przeciwbólową. Wydawało mi się, że wyszeptał suchymi wargami: Ja też się pani nie boję! Czy pokazywał coś palcem środkowym, tego nie zauważyłem.

Czekam z niecierpliwością na wynik dyskusji wyborczej, a potem wyborów. Jestem dobrej myśli. Jeśli wygra Komorowski, wygrają starsi dojrzali obywatele, tacy jak ja, którzy oczekują stabilności i zwykłego rozwoju, jeśli wygra Duda, wygra młodość, która wyżyje się w nowych stanowiskach pracy, szybszych awansach, szybszych powrotach z emigracji; w sumie kraj ruszy jak z kopyta ku prawdzie, uczciwości i zamożności.

Starsi obywatele będą potrzebować skrzydeł, aby dotrzymać im kroku. Słabsi w ramionach mogą potrzebować szczudeł. Nie martwię się on nich jednakże, bo pan Antoni Macierewicz będzie ministrem obrony narodowej i każdemu przydzieli skrzydła bezpieczeństwa. Będzie dobrze.

W gronie osób popierających pana Dudę, ktoś trzymał transparent: „Popieraj Andrzeja Dudę! Zawsze możesz popełnić samobójstwo!” Myśl, pomyślałem, jest przednia, ponieważ daje popierającemu opcję wolności, gdyby się zawiódł, co nie jest możliwe, choć niektórzy mówią, że jest możliwe. Krótko mówiąc, różnie to ludzie mówią.

Od dzisiaj ogłaszam dla siebie stan milczenia przedwyborczego. Usta już zakleiłem, teraz tylko przymocuję ręce do biurka z dala od klawiatury.

Do zoba przy urnach wyborczych! 

Dyskusje polityczne gigantów

W telewizji trwa dyskusja kandydatów na stanowisko prezydenta. Posłuchałem ich autoprezentacji, potem wypowiedzi o polityce zagranicznej, potem wynurzeń o sprawach społecznych i gospodarczych.

Dyskusja bardzo mi się podobała, poczułem się odnowiony, motywowany do życia. Ponieważ ciężko mi było, że obecnie mamy jedynie same problemy, że otaczają nas zewsząd wrogowie, zdrajcy, Żydzi, masoni, wrodzy nam Amerykanie, przyjaźni nam Rosjanie, polski przemysł zbrojeniowy gotów dostarczać za pół darmo supernowoczesną broń, cały jej asortyment, już za dziesięć lat, prezydent, który nie jest patriotą a tylko kucykiem polityki zagranicznej w porównaniu z Magdaleną Ogórek, Braunem i Korwinem Mikke – jej wyścigowymi wierzchowcami, którzy ponadto są patriotami do głębi szczerozłotych serc, kiedy popatrzyłem na tych wszystkich kandydatów, z wyjątkiem może jednego, góra dwóch, poszedłem do łazienki i wyżygałem się. Od razu zrobiło mi się lżej na duszy.

Pan Kukiz, trzeci w kolejce do prezydentury, istny magnat poparcia społecznego, od razu oczarował mnie głębią wiedzy i szarmancji, proponując szczerze i przekonywująco zniesienie podatków, nie wiem czy wszystkich, lecz z mocy jego słów wnoszę, że bardzo wielu.

Poraził mnie nie tyle poziom ignorancji czy wręcz tępoty niektórych kandydatów, ile tych dziesiątek tysięcy ludzi, którzy ich popierają. Nie wiedziałem, że jesteśmy tak potwornie bogaci w guano intelektualne, masy słuchające i przyjmujące za dobrą monetę argumenty o zniesieniu podatków ( i podobnie nonsensy), nierozumiejące, że są one źródłem finansowania lub co najmniej dofinansowania wszystkiego, co nas otacza: wyższych uczelni i szkół średnich, szkół podstawowych, armii, policji, straży pożarnych, administracji, autostrad, kolei, kultury, emerytur i rent, ochrony zdrowia i ochrony przyrody, świadczeń społecznych a nawet dopłat do górnictwa. Czyli, znieśmy podatki, i wszystko samo się będzie finansować. Chyba z datków dobroczynnych? – Tak sobie spekuluję.

Poza tym argumentowano, jak bardzo jesteśmy samowystarczalni, nie potrzebujemy żadnych sojuszy, ani współpracy, ani wymiany towarowej, ani z UE, ani ze Stanami Zjednoczonymi, tymi manipulantami, tylko z Litwą, Łotwą i Estonią, nie, z nimi też nie, ani dobrych relacji ze światem, z wyjątkiem Rosji i Putina.

Jest to tak straszne, że nie jestem w stanie napisać nic więcej o kampanii prezydenckiej, bo pognębię się do końca, skurczę się i nie będę musiał udawać, że mnie z tymi ludźmi cokolwiek łączy. Boże, czemu mnie każesz świadomością, że obok ludzi mądrych i przytomnych, mamy w Polsce nieprzenikniony ciemnogród, który coraz bardziej wydaje mi się nie do pokonania?

Nie pozostanę jednak negatywem w morzu narodowego optymizmu. Myśląc o dobrodziejstwie posiadania tylu zdolnych kandydatów na prezydenta uważam, że powinno być tylu prezydentów, ilu mamy kandydatów. Wtedy wszyscy popierający danego kandydata mieliby swojego prezydenta. Jest to jedyna pewna droga narodu do pojednania i szczęścia.

Andrzej Duda, nowy dr Jekyll and Mr Hyde

Jestem pod świeżym wrażeniem przemówienia Andrzeja Dudy, kandydata na prezydenta. Przemawiał do górników Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Najpierw mówił jako Andrzej, potem jako Jarosław, w końcu tylko jako Jarosław. Nakrzyczał na Prezydenta i panią Premier. No i najważniejsze, rozwiązał problem opłacalności węgla. Międzynarodowe ceny węgla spadły, jak mówił ktoś w TV, z 300 zł za tonę do 120 zł za tonę, a on twierdzi, że produkcja węgla w Polsce jest opłacalna. Zdolny prawnik zna się także na sprawach gospodarczych. Z dopłatami państwa do węgla wzrośnie nasze bezpieczeństwo energetyczne, choć wzrosną ceny energii. Można i tak, bo to najprostsze rozwiązanie.

Węgiel jest nam potrzebny. Tani węgiel, czyli polski węgiel. Przewodniczący Solidarności Naszych Rolników kupuje go nawet w Rosji, aby tylko poprzeć polskich górników. Też uważa, że produkcja węgla w Polsce jest opłacalna.

2015 02 13 Kominy i elektrowania wiatrowa 20115 02 13 Węgiel na barbecue

Wzmocniło mnie przemówienie A. Dudy, ponieważ nie wiedziałem na kogo głosować. Teraz już wiem.

Górnicy wysłuchali go z pocałunkami na ustach, ale chyba ręce im pomarzły, bo oklaski mnie nie ogłuszyły. Myślę, że Pan Duda nie pomógł sobie, mimo rozwiązania w pięciominutowym przemówieniu kilku ważkich spraw: podwyższył opłacalność produkcji węgla, popędził Prezydenta spod żyrandola na zimno i skłonił panią Premier, aby wreszcie poszła do spowiedzi.

Mamy religijne społeczeństwo. Mam nadzieję, że pan Bóg nas słucha. Jeśli nie wszystkich, to przynajmniej Andrzeja Dudę.

Zaległy blog z 25 11 2014 Marsz z Paranoją

Mam tak mało czasu, że nie starcza mi go na życie. Robię zakupy, śpię, jeśli jest to prawdą, wykonuję czynności domowe (nie wiem, dlaczego pan Bóg mnie tym pokarał) i piszę blogi. Po podsumowaniu widzę, że prawie nie żyję, bo doba ma tylko 24 godziny. I tak mam szczęście, bo doba księżycowa jest krótsza.

Efekt jest taki, że bełkoczę. Ostatnio oglądałem Jarosława Kaczyńskiego w telewizji i doskonale zrozumieliśmy się, bo on też bełkotał. Robi to lepiej ode mnie, choć niełatwo oddaję mu palmę pierwszeństwa.

Jarek jest teraz moim największym przyjacielem. Doskonale rozumiemy się, choć mój głos nie jest tak donośny jak jego. Zgadzamy się w sprawach fundamentalnych dla przyszłości kraju:

Demokrację trzeba rozwiązać, bo nie sprawdziła się w ostatnich wyborach. Może tego nie wiecie, ale wybory były sfałszowane w całości. Winien jest rząd, który nie dopilnował, oraz prezydent broniący sędziów przed systemem informatycznym, który nie ustawał w atakach. Atakował również Jarka, ale nieudanie.

Wyborcy Jarka, z którymi serdecznie sympatyzuję, występują zbrojnie. To dobrze. Zrobimy rewoltę, wychodzimy na ulice. Nie na ulicę, ale na wiele ulic.

W Brukseli Jarek również ma wrogów. Zablokowali dyskusję nad projektem „Niedemokratyczna Polska” przedstawionym i gruntownie udokumentowanym przez Jarka, którego wkrótce będziemy nazywać Ojcem Narodu.

Więcej nie piszę, ponieważ muszę mieć czas na życie. Bogactwo pomysłów Jarka jest tak wielkie, że nie wystarczy mi życia nawet po śmierci. Jest taka książka: „Życie po śmierci”. Czytałem ją. Nie jest to utwór napisany przez Jarka, a więc nienajlepszy.

Szyję już sztandar, ręcznie, na okrętkę, aby zdążyć na najbliższy pochód, któremu przewodniczyć będzie Jarek. Na sztandarze będzie hasło: „Paranoja”. Nikt nie będzie miał lepszego.

Teraz prowadzę akcję promocyjną. „Nieszczęśliwcy całego kraju, łączcie się!” Udzielmy poparcia Jarosławowi Kaczyńskiemu.

– Niech żyje paranoja! Niech żyje! – Wyraźnie słyszę okrzyki i oklaski. Mam już omamy. To zdrowy wpływ naszego ojczystego Jarosława Kaczyńskiego.