Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 223: Kolejne kataklizmy

Z pozytywnym oczekiwaniem, ale i pewnym niepokojem, Sefardi kroczył samotnie Ulicą Czterdziestą Drugą w kierunku skrzyżowania z Czternastą Aleją, gdzie firma wydawnicza Prensa Nacional zorganizowała wielką uliczną księgarnię. Na dwóch gigantycznych regałach sięgających trzeciego piętra stały obok siebie, jak karni żołnierze, tysiące egzemplarzy jego książki „Wniebowstąpienie oszusta”. Zbliżając się do skrzyżowania widział z daleka rozległą ścianę książek, w różnych oprawach i wersjach językowych. Przesuwając się powoli w różnobarwnym tłumie usłyszał nagle dzwony; biły jak szalone zapowiadając coś niezwykłego. Ludzi zatrzymywali się zaniepokojeni i patrzyli w górę w kierunku źródła dźwięków. Za chwilę na ścianie czarnego budynku zalśnił wielki ekran telebimu, aby ukazać dziesiątki dziwnych postaci, skaczących, stojących i biegnących. Przebijając głosy dzwonów i wielkiego miasta męski głos wyjaśnił, że w Nomadii pojawił się nowy gatunek biologiczny, człowiekoń, zapowiadający nową przyszłość człowieka, zwierząt i natury, całej planety.

Ludzki strumień płynący w kierunku skrzyżowania, gdzie miał za chwilę rozpocząć się wielki festyn sprzedaży najgłośniejszej książki świata, skurczył się, zwątlał, w końcu zamarł. Przytłoczeni głosem huczących dzwonów, ludzie zawracali w kierunku telebimu. Dzwony nagle zamilkły. Sefardi popatrzył na ścianę książek i zmartwiał. Na jego oczach najpierw jedna, a zaraz potem druga prostopadła do niej ściana książek, przechyliły się w kierunku jezdni. Słychać było łoskot metalowych półek przygniatających pojazdy i ludzi oraz rumor setek tomów padających na ziemię z trzepotem okładek i kartek.

Sefardi poczuł się niepewnie, nie na swoich nogach. Jego książki, jego wielka nadzieja, rozpadły się jak domek z kart; mężczyzna zasłabł i osunął się na chodnik. Nikt na niego nie patrzył. Przechodnie przyglądali się zszokowani chaotycznym stosom książek na jezdni, aby za chwilę skierować oczy na telebim transmitujący przekaz o niezwykłym gatunku człowiekoni.

– To koniec świata! – zawył brodacz w czarnym garniturze, wyglądający na kaznodzieję. – Módlmy się! – Zawołał. – Módlmy się! – Powtórzył i uklęknął z oczami wtopionymi w czarny asfalt.

*****

Świątynia Wiary i Prokreacji zanurzyła się w wielkiej chmurze płomieni i dymu. Zewsząd słychać było płacz i okrzyki przerażenia. Wszyscy jednako uczestniczyli w ponurym spektaklu: widzieli ten sam obraz klęski, słyszeli ten sam huk padających na ziemię konstrukcji, dotykał ich ten sam podmuch płomieni trawiących wnętrze świątyni. Płonęło wszystko, co było w niej najcenniejsze: monstrancje, szaty, obrazy. Pożar poprzedziła seria niezbyt głośnych wybuchów. Jedynie obecni w świątyni księża nie przestraszyli się, pożar odczytali jako ostrzeżenie przed jeszcze większym, nieokreślonym niebezpieczeństwem i podjęli ewakuację wiernych.

Tragiczna wiadomość dopadła Czarną Eminencję, kiedy zmęczony sposobił się do krótkiej sjesty. Natychmiast udał się na miejsce zdarzenia. W otoczeniu współpracowników oglądał obraz własnej klęski: na jego oczach rozpadała się Świątynia Wiary i Prokreacji, duma jego życia. Starszy, siwiejący ksiądz o twarzy zdegenerowanego alkoholika, w usmolonej i pomiętej sutannie, biegł w jego kierunku wołając z daleka, że straszny pożar to kara za grzechy. Eminencja, sam w szoku, uspokoił podwładnego, aby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia. Ksiądz powtarzał wciąż to samo „kara za grzechy”. Po chwili przyszedł do siebie na tyle, żeby wyjaśnić, że krótko przed pożarem ze świątyni wybiegła duża grupa kobiet zdeprawowanych wygodami cywilizacji, ograniczonych przyziemnymi ambicjami, chciwością wygodnego życia i zubożałą wyobraźnią.

– Miały za nic Boga, kościół i państwo. Powiedziały mi, że nie jest to miejsce dla nich. Jeśli będą rodziły dzieci to tylko za pieniądze. – Wydusił z siebie zadyszany starzec, dławiąc się z oburzenia.

Nieskładną rozmowę dwóch mężów kościoła przerwało zawalenie się frontowej ściany budynku. Zanim dym i kurz wypełniły przestrzeń, Czarna Eminencja zdążył zauważyć palec boży, ów cudowny palec boży, jak gwałtownie kurczy się w ogniu i szarzeje sycząc i parując jak wilgotna gałąź wrzucona do ogniska. Widok symbolu władzy bożej był dla niego cierpieniem, dotykającym go bezpośrednio i osobiście. Arcybiskup poczuł ból w klatce piersiowej. Zanim ogarnęła go ciemność, usłyszał syrenę karetki pogotowia i zdążył pomyśleć, że nadeszła nowa Apokalipsa, straszniejsza od poprzedniej.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 109: Ksiądz, pani Godano, media i oceny pogrzebu

Sefardi mówił mi o tym i o wielu innych sprawach. – Kontynuował ksiądz Terrano. – Zawarliśmy ciche porozumienie, że cokolwiek mi powie osobistego, będę to traktować jak spowiedź. Bardzo jasno to sobie wyjaśniliśmy. Wiedziałem o jego prawdziwych planach, nie tylko tych deklarowanych. Nie sądzi pani, że brała pani udział w eutanazji?

Anastazja zaprzeczyła spokojnie. Wszystko miała przemyślane, rozmawiała o eutanazji z Sefardim nie raz i nie dwa. Na początku idea ta męczyła ją; potem, kiedy sobie wszystko wyjaśnili, już nie. –

– Nawet gdyby to był akt eutanazji, a nie był, to i tak pomogłabym mu. Osoba świadoma, co to jest eutanazja, ma do niej prawo. 

– Zgadzam się z panią. – Poświadczył ksiądz z dziwnym zdecydowaniem. Ręka ułożona na czarnej, gęstej sutannie drgnęła i ledwo dostrzegalny tik poruszył kącik ust zamierając w dolnej części policzka. 

– A co ksiądz sądzi na ten temat? Na temat eutanazji? – Zapytała Anastazja zaskoczona jego akceptacją. Nie wyobrażała sobie, aby duchowny mógł wypowiedzieć się niezgodnie z oficjalnym stanowiskiem kościoła.

– To trudna sprawa. Może nie tyle trudna, ile budząca wielkie kontrowersje. Przemyślałem sobie ją do głębi, mnie już ona nie męczy. Mam swój pogląd i czuję się z nim szczęśliwy.

Anastazja patrzyła pytająco. Ksiądz uznał jej milczenie za prośbę o wyjaśnienie.

– Ludzie są niekonsekwentni. Zdecydowanie wypowiadają się przeciw eutanazji, czyli skróceniu życia, uważając to za przeciwstawienie się woli boskiej, a równocześnie z wielkim powodzeniem i gorliwością podtrzymują ludzkie życie w sytuacjach, kiedy Bóg podjął już inną decyzje. Mam na myśli ratowanie wczesnych noworodków, skazanych przez Stwórcę na odejście z powodu fatalnych wad lub schorzeń, których nigdy by nie przeżyły bez ludzkiej interwencji, bez intensywnej pomocy medycznej. To czysta manipulacja boską władzą. Przedłużać życie umierającemu wcześniakowi „tak”, skrócić życie osobie cierpiącej „nie”.

– Coś w rodzaju „i Bogu świeczkę, i diabłu ogarek” – Podpowiedziała rozmówczyni.

Amizgao Terrano życzliwie spojrzał na Anastazję. Nabrał już całkowitej pewności, że była powiernikiem, partnerką w miłości i pomocnicą Sefardiego w szalonym pędzie jego ostatnich dni. Poczuł jak pod wpływem wzruszenia krew napływa mu do mózgu. Skoncentrował się na kontroli oddechu, aby doprowadzić się do równowagi.

– My, Indianie, reagujemy z reguły spokojnie. Zbyt długo żyjemy bardzo blisko natury, w której wyraża się stwórca tego świata. – Wyjaśnił Amizgao Terrano i z ufnością popatrzył na Anastazję gotów kontynuować rozmowę o człowieku, który był jego przyjacielem. Jedynym nie licząc Boga.

Zebrani przy krawężniku mieszkańcy osiedla Aura złożyli milczący hołd Sefardiemu. Przemówił Iwan Iwanowicz; starannie przygotował się do tego wystąpienia. Mówił krótkimi urywanymi zdaniami. Tłumaczył się potem, że coś go drapało w gardle, prawdopodobnie z powodu przeziębienia.

– Sefardi był wspaniałym człowiekiem. Znałem go od lat, przyjaźniliśmy się. Zaskoczył mnie jednak. Nie mnie jednego zresztą. Okazał się niezwykłym oryginałem, ekscentrykiem. Zorganizował pogrzeb łamiący zasady powagi i smutku na rzecz czegoś bardziej przyszłościowego, konsumpcyjnego, a mianowicie szokującej rozrywki, którą ludzie będą długo pamiętali wspominając człowieka porzucającego niepewność i cierpienie na rzecz zabawy i radości.

Przemawiając, Iwan Iwanowicz miał poczucie, że nie mówi całej prawdy, nie potrafił jednak zachować się inaczej. Przyjaźnił się z Sefardim i nie mógł zaprzeczyć tej przyjaźni tylko dlatego, że Sefardi przesadził i zorganizował imprezę, którą on, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, prywatnie ocenił jako przesadną i gorszącą. Ukrywając prawdę w imię przyjaźni, liczył na zrozumienie przynajmniej ze strony młodych ludzi, których cenił i w których widział nadzieję na przyszłość. I rzeczywiście, kiedy zakończył mowę wspominkową przez długi czas zbierał burzę oklasków. Starsi milczeli wyzywająco lub szeptali coś między sobą jak spiskowcy. W sercu miał do nich żal, ponieważ wiekowo sam należał do tej grupy i po cichu liczył na ich wsparcie z racji choćby pięknego przemówienia, jakie z wielkim nakładem czasu i trudu przygotował i wygłosił.

Media okazały się nieżyczliwe zmarłemu. Było tego niemało: gazety, dzienniki, tygodniki, miesięczniki, dwumiesięczniki, kwartalniki i jedno wydawnictwo nieregularne. W krytyce przodowała prasa związana z Partią Konserwatywną i Kościołem Hierarchicznym. Redaktor naczelny Noticiero Conservador zaczął nutą pozornej życzliwości przypominając, że odszedł powszechnie znany obywatel, człowiek zasłużony i światowy. Po chwili uznał, że pożegnał się on ze społeczeństwem w stylu zwariowanego malarza hiszpańskiego, który umieścił sobie na głowie kotlet siekany, dając tym wyraz błazeńsko-krytycznego stosunku do obywateli, kraju i świata. Na zakończenie artykułu redaktor nie szczędził krytyki.

– Pogrzeb Sefardiego był w złym stylu. Był dziwaczną kombinacją ciasta przekładańca i menażerii egzotycznych zwierząt.

Odmienny był stosunek środowisk i mediów otwartych na powiewy nowoczesności, nauki i technologii. Reprezentowały one lepiej wykształconą i młodszą część społeczeństwa.

– Pogrzeb był innowacyjny i niesztampowy. Był wspaniały.

Wieczorem w telewizji ukazały się wiadomości sponsorowane przez Sefardiego, który z wyprzedzeniem zadbał o relację o pogrzebie i stypie, oddzielającą prawdę od kłamstwa i bezstronność od uprzedzeń. Wiadomości przedstawiły oświadczenie Sefardiego, brzmiące jak credo życiowe: „Byłem sponsorem własnego życia, zgonu i pochówku”. W nagranych na video na YouTube „Ostatecznych zapiskach” zostawił wiadomość, że reklama w tym medium nie kosztowała go tyle, ile myślał. – „Ucieszyło mnie to, ponieważ zawsze byłem oszczędny”. – Podsumował swoje wystąpienie.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 33: Konwersacje o spowiedziach i imionach

W nocy Sefardi nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku usiłując ułożyć się wygodnie na grubym materacu. Kiedy to mu się nie udało, przeszedł do salonu na kanapę. Znowu spotkało go niepowodzenie, choć kanapa była sprężysta, obszyta naturalną, dobrze wyprawioną i miękką skórą. Rano obudził się zmęczony. Poleżał chwilę, wstał, włożył szlafrok i usiadł przy biurku.

Wkrótce Isabela przyniosła mu herbatę, z dwoma plasterkami cytryny, taką, jaką lubił. Od pewnego czasu robiła to regularnie. Nie prosił ją o to, nie miała też takiego obowiązku. Została zatrudniona wyłącznie do pomocy żonie, Penelopie.

Kobieta była zamyślona. Kiedy stawiała spodeczek i szklankę na biurko stwierdziła jakby od niechcenia:

– Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo pobożnie.

Jej śmieszna obserwacja ożywiła Sefardiego. Patrzył na nią oczekując wyjaśnienia, co ma na myśli. Nie odpowiedziała od razu. Pomyślał, że testuje jego cierpliwość.

– Znaczy się, wygląda pan jak nieboszczyk zdjęty z krzyża, albo jak ksiądz-staruszek po wyspowiadaniu Alibaby i czterdziestu rozbójników. Dzisiaj tymi rozbójnikami mogłyby być kobiety. Kobiety zawsze były aktywne zawodowo, obecnie nawet bardziej niż mężczyźni. Na przykład w wojsku. Wie pan, ile kobiet służy dzisiaj w wojsku? Uważam, że kobieta mogłaby z powodzeniem być nawet kapelanem. Oczywiście nie w naszym kościele, bo jest staromodny i strasznie przyzwoity; ksiądz to ksiądz, baba to baba, ale …. – Isabela popadła w typowy dla niej stan niekończących się dywagacji.

Sefardi wiedział, że jeśli jej nie przerwie, to zajmie mu czas wykładając teorię niezwykłej roli kobiet w kościele, armii i społeczeństwie, może nawet i więcej.

– A wie pani, Isabelo – wpadł jej w słowo – że kiedyś miałem być księdzem.

Popatrzyła na niego zdezorientowana.

– Naprawdę chciałem być księdzem i specjalizować się w spowiedziach. Ale tylko młodych kobiet. Byłem wtedy bardzo przystojny. Powiedziałem to proboszczowi mojej parafii, a on zapytał mnie: „Jak młodych?”.

Sefardi nie wiedział, dlaczego pytanie o wiek miało dla proboszcza znaczenie. Myślał o przedziale dwudziestu do trzydziestu pięciu lat. To zaspokajałoby jego ambicje bycia użytecznym. Był młody, więc łatwiej było mu zrozumieć kobiety w tym wieku. Kościół, jednakże odrzucił jego dobre chęci, mimo że był wówczas przystojnym i wykształconym mężczyzną doskonale nadającym się do stanu duchownego. Miał długie nogi i czarną czuprynę, gęstą jak niedźwiedź późną jesienią.

Opowiadając historię swoich marzeń, Mistrz odczuwał perwersyjną satysfakcję naśladując Isabelę stylem wypowiedzi i obfitością słów. Ponieważ nie przerywała mu, kontynuował.

– Teraz to już nie wszystko pamiętam, ale miewałem różne pragnienia. Wtedy myślałem najbardziej o stanie duchownym. Każdy ksiądz jest mężczyzną, ale nie każdy mężczyzna może być księdzem. – Tak mi odpowiedział proboszcz. Odrzucił logikę mojego rozumowania. Negatywna postawa kościoła wobec moich aspiracji nie zniechęciła mnie do kontynuacji dialogu z kościołem. Kościół to nasza matka. Ale cóż to za matka, która nie pozwala dziecku na radość udzielania pierwszej pomocy bliźnim pragnącym ujawnić swoje troski w szczerej spowiedzi, aby uzyskać pokutę i przebaczenie.

Kiedy to powiedział, przeszła mu chęć dalszego fantazjowania. Zaniepokoił się, że przesadził i Isabela uzna, że się z niej nabija. Nie zamierzał zrazić jej do siebie. Isabela nie odzywała się, po chwili wymówiła się innymi obowiązkami i wyszła.

W młodości Sefardi rzeczywiście miał marzenia, ale inne, które też się nie spełniły. Marzył o szczęśliwej rodzinie, puszystym śniegu, konwaliach w ogródku, choince ubieranej przez dzieci, wspólnych wyprawach nad jezioro. Idealizował swoją przeszłość, może nawet miał halucynacje. Nie dzielił się tym z nikim.

*****

Temat imienia pojawił się zupełnie przypadkowo, jakby ktoś zauważył przelotny kształt nad łąkami i wykrzyknął: – O, jaskółka! Jaka ona jest zwinna!

– Sama nadałam sobie imię Isabela. Nikt mnie do tego nie upoważnił. Nie podobało mi się poprzednie – stwierdziła Isabela, zapytana o pochodzenie jej imienia.

-A jakie było poprzednie?

– Tego nie mogę panu powiedzieć, don Sefardi. Nie jestem taka głupia. Śmiałby się pan ze mnie. Po prostu, nie podobało mi się ono. Wymazałam je z pamięci, zapomniałam o nim.

– Pani imię jest przecież zapisane w dowodzie osobistym, Isabelo. Nie można go wymazać, ot tak sobie, na widzimisię.

– No właśnie. A ja to zrobiłam. Wystawiono mi nowy dowód już z imieniem, które sobie wymyśliłam. W poprzednim dowodzie było inne, pospolite i brzydkie.

– Dlaczego brzydkie? Czy pani nie przesadza? Brzydkich imion jest niewiele. To ludzie bywają brzydcy, nie imiona. – Sefardi przekomarzał się, ale nie przeciągał struny, pamiętając o wrażliwości rozmówczyni w sprawach osobistych. Nie była to trwała cecha jej charakteru; zazwyczaj zachowywała się tak, jakby jej nie zależało, co się o niej mówi lub myśli.

– Tamten dowód mi zginął. Nie pamiętam już; może mi go ukradli, a może wpadł do wody z mydlinami i rozpuścił się. Albo zużył kompletnie jak papier, którego litery wdeptano długim chodzeniem w podłogę. Raz nawet widziałam małe literki na podłodze, mogły pochodzić z mojego dowodu. Od razu zapytałam siebie, czy to możliwe. Okazało się, że tak. Na pewno tak było. Jestem tego pewna – Isabela modulowała głos jak poetka.

– Opowiada pani głupstwa i jest pani uzurpatorką, Isabelo.

– Co też pan mówi!? Nie znam tego wyrazu. To pewnie coś złego?

– Uzurpować znaczy sięgać po cudze, coś sobie przywłaszczać, nadawać sobie tytuł, albo imię, nikogo nie pytając o zdanie lub zgodę. Sama przyznała sobie pani przywilej ustalenia nowego imienia.

Isabela patrzyła na Mistrza skonfundowana. Nie była pewna, jak zareagować. Sefardi kontynuował.

– Teraz jestem królową. Powiedzmy, że tak pani sobie pomyślała i naprawdę wierzy, że nią jest i siedzi sobie na tronie z koroną na głowie i berłem w ręku, czekając aż mężczyźni zaczną jej okazywać podziw i szacunek, jaki poddani mają wobec władcy. Tej historyjki z imieniem i rozdeptanym dowodem osobistym nie opowiada chyba pani kobietom, tylko mężczyznom? Albo tylko mnie? – Sefardi pomyślał, że powiedział to niepotrzebnie; zrujnował fantazję zakwitłą przelotnie w głowie kobiety. Głupio mu się zrobiło, że zachował się tak, jakby miał do niej pretensję o drobinę iluzji, dziwaczny wymysł lub niewinne kłamstwo.

Isabela popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. Nagle zerwała się, podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Był to impuls, odruch, który zaskoczył ich oboje. Zdezorientowany Sefardi uznał to za pieszczotę, coś spontanicznego, wyraz niechęci pomieszanej z podziwem. Potraktowała go jak urwipołcia, chłopca, który uczynił coś niewłaściwego, nie w złej intencji, tylko z przekory i ciekawości, jak to zostanie odebrane, z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Popatrzyli na siebie zaskoczeni, po czym Isabela w pośpiechu wyszła z pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Mistrz miał wrażenie, że zrobiła to pragnąc, aby pobiegł za nią i usprawiedliwił się z wszystkiego, co niepotrzebnie powiedział.

5Shares

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 2 plus kilka słów o grzechu.

Słowa księdza kierowane do dzieci, nieświadomych bohaterów chrztu, zawierały znaczące elementy wiedzy i poezji. Czytając je należy wziąć poprawkę, że mogą być wyrwane z kontekstu, choć wyrywałem je bardzo ostrożnie. Są jednak autentyczne i objawiają ducha komunikacji religijnej z poetami i prozaikami: „Jesteście zaproszeni do udziału w nieskończoności”, „rozpoczynamy od egzorcyzmów”, chrzest to „nuklearna tarcza boża”, „dzieciaczki w pierwszej linii, bo rękę mam krótką”, „uwalnia je od skazy grzechu pierworodnego”, aby „otrzymali życie z wody i ducha świętego”. Księży język zbrojny był w poezję i moc sprawczą.

Kiedy ksiądz zwrócił się do rodziców: „Wyrzeknijcie się grzechów”, a oni głośno i zdecydowanie potwierdzili „Wyrzekamy się”, odpowiedź uznałem za niebezpiecznie twórczą. Wyrzec się grzechu to tak, jakby zdecydować się nie jeść. Nie śledziłem dalszych dziejów rodziców, podejrzewam jednak, że ich obietnica nie w pełni była uczciwa. Mam nadzieję, że pan Bóg jej nie słyszał, bo by nie uwierzył.

Na scenę przywołany został Szatan. Mało go znam, ale dużo o nim słyszałem. Pojawił się w pytaniu księdza: „Czy wyrzekacie się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu?”. Wyrzekłem się go razem z innymi, choć wiem, jak trudno jest powstrzymać się od grzechu, który jawi się w tylu postaciach, że trudno spamiętać: agresywności, krzyku, podejrzliwsi, niecierpliwości, kłamstwa. Wiem coś o tym, bo nie jestem bez winy. Wypada mi przypomnieć listę grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. „Nazywa się je „głównymi”, ponieważ powodują inne grzechy i inne wady, a także są podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się wiele innych występków, nieprawości, zaniedbań” (Wikipedia). Hieronim Bosch przedstawił to pieknie na swoim obrazie „Siedem grzechów głównych”.

hieronymus_bosch_siedem_grzechow_glownych

Nie wypada mi, obserwatorowi i samozwańczemu protokolantowi jednej mszy i wielu chrztów, przeciągać struny cierpliwości, dlatego przyśpieszę akcje przypomnieniem żołnierskiego zawołania księdza. Tak mnie ono urzekło, że zapisałem je sobie po kryjomu: „Teraz rodzice w lewo zwrot, tu jest chrzcielnica i zaczynamy! Odtwórca głównej roli przemawiał głosem dowódcy, który doskonale pamiętam z przeszłości: przeciągał, akcentował i wyróżniał zgłoski barwą głosu. Chrzest nabrał charakteru prostej żołnierskiej uroczystości, gdzie ważna jest szybkość, skuteczność i zgodność z regulaminem. Do głowy przyszła mi myśl, że prowadzący być może jest po kielichu wina (Jeśli był to kapelan, to to go rozumiem. Kapelan jest i kapłanem i żołnierzem, czasami urzekająco wysokiej rangi). Padały słowa: „Anno Mario! Ja ciebie chrzczę”, a zaraz potem „Proszę następne dzieciątko”. „Dzieciątko” było ulubionym i jednym określeniem płci niemowlęcej. Wezwani zbliżali się niesieni przez rodziców, jeden po drugim. W międzyczasie chór intonował: Gloria, gloria, gloria!

Zakończenie uroczystości nie było dramatyczne. Zapadło jednak w pamięć, co odczuły osoby wrażliwe, do których niechcący zaliczyłem także siebie. Duchowny w czerwonej komży z jasną, prawie białą stułą, w okularach, które wyróżniają współczesnych kapłanów od wcześniejszych, kiedy Zeiss jeszcze nie produkował soczewek, podsumował: „Żadne ciemności nie przeszkodziły, ani nie utrudniły. Wszystkie dzieciątka dotarły do celu!”, po czym zaintonował: Alleluja. Pojawiły się żywe oklaski. Chyba dawno nie byłem już w kościele, ponieważ ten przejaw spontaniczności mnie zaskoczył.

0Shares