Marsz wolności pana prezydenta

Trwała parada wolności. Towarzyszyła jej aura radości i szczerości. Pan prezydent aktywnie uczestniczył, przyglądając się demonstracji z boku. Na życzliwą wzmiankę o sobie wygłosił przemówienie okolicznościowe:

– Śmiać i płakać mi się chce, jak słyszę, że nie jestem prezydentem wszystkich obywateli, bo podpisałem jakąś ustawę, z którą jakaś grupa się nie zgadza. Stwierdzam z całą mocą, że jestem prezydentem wszystkich obywateli, czy im się to podoba czy nie. Muszę to powiedzieć, ponieważ oprócz serdecznie mi życzliwego sponsora, kocham także prawdę. – Prezydent przerwał, aby wzrokiem ogarnąć słuchające go tłumy i zebrać ich brawa. – Oczywiście pamiętam, że wybrało mnie tylko 51 % z ogonkiem, ale czy dla ogonka warto toczyć boje? Jestem prezydentem wszystkich i basta. Nawet tego ministra, który mąci mi wodę w stawie pałacowym. Tego pajaca – prezydent zakrztusił się, gdyż ostatnie słowo przechodząc mu przez gardło podrażniło mu boleśnie jabłko Adama.

– W związku z powyższym – kontynuował prezydent – moja kancelaria sporządzi listę wszystkich obywateli i będzie im przesłać na imieniny moje zdjęcie z przypomnieniem, że jestem prezydentem wszystkich obywateli i podpisem: „To jestem ja, Twój Prezydent. Serdecznie pozdrawiam, Twój Prezydent”.

Inicjatywa podobała się ogromnie, wszyscy uznali ją za przednią, niezwykle optymistyczną i udaną, odpowiednią do wysyłania nie tylko na imieniny obywateli, ale także na urodziny każdego drugiego i kolejnego dziecka, aby i ono otrzymało zdrową porcję radości, zwłaszcza w przypadku braku żłobka lub przedszkola.

W kraju zrobiło się głośno, ponieważ naród potężnie bił brawo, że w końcu doczekał się prezydenta, którzy należy do wszystkich.

– Nie to, co poprzednik siedzący pod żyrandolem i polujący na kuropatwy, który należał tylko do siebie. – krzyczeli obywatele zachwyceni zmianą.

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Od nastroju do Nobla

Dzień był mroczny, zimny, zmiennoustrojowy, jednym słowem – obskurny i nędzny. Prawdziwa zmora, która skacze ci na plecy i dusi nie czekając nawet nocy. Nastrój sklecony pośpiesznie przez zmorę był jeszcze gorszy. Katastrofa siedziała na plecach klęski, a ta na moim grzbiecie. Kiedy podły nastrój ujawnił swe czarne oblicze w wianuszku zimnych przekleństw, wrzasnąłem do niego: Nogi ci z …..powyrywam! Po literze „z”, która jest ostatnią literą alfabetu o symbolicznym znaczeniu końca, zawiesiłem głos. Dłuższy czas wisiał w powietrzu jak skała nad domem niewinnych staruszków.

Skąd mi je powyrywasz? – odkrzyknął nastrój z przekory albo z głupoty. Czytaj dalej

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Limit słów

Nie znał już swego imienia. Wydawało mu się, że je ma, kiedy nagle dotarło do niego, że już go nie ma. Przez lata mówiono mu, a może wmawiał sam sobie, że jego imię, uproszczone i zinternacjonalizowane jak nienawiść lub obrzydzenie wobec obcych, nawet tych najbardziej niewinnych, jest pochodzenia biblijnego. I że ma w sobie urok wynikający z bliskości tego imienia wobec Boga. W dokumentach zawsze widział swoje imię, kiedy niespodziewanie nastąpił kryzys głębszy niż przepaść. Imię wyparowało, zniknęło jak kamfora. Został Bezimiennym.

Po rozmowie z Wielkim B naszło go widzenie. Potem nie był pewien, czy była to rozmowa czy może sen. Nie mogli dojść do porozumienia w ważnej dla niego, Bezimiennego, sprawie. Dla Wielkiego B sprawa wydawała się banalna jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Chciał żyć bez śniegu, do czego ma wszelkie ludzkie prawo, a może nawet i błogosławieństwo boże, ignorując to, że rzesze ludzi współczesnych korzystają z owego śniegu pełnymi rękami, wręcz tarzają się w nim. Śnieg stał się symbolem Internetu i nowych metod porozumiewania się. Lecz Wielki B, człowiek dojrzały jak mało kto, uznał, że pragnie żyć bez śniegu.

Sprawa okazała się głębsza niż sądził Bezimienny i trudna do rozstrzygnięcia. Zygmunt Freud przydałby się w celu rozcięcia spornego węzła gordyjskiego, lecz gdzieś się zapodział. Bezimienny pomyślał, że Zyga (wzywał go w duchu tym ciepłym imieniem) wyjaśniłby, że wszystko, co istnieje, ma dwie strony, dwie natury: dobrą i złą, pozytywną i negatywną. Nóż, którym kroimy chleb, warzywa, mięso lub – jako dzieci – strugamy patyk lub fujarkę, równie dobrze może być użyty do zastraszenia lub zabicia człowieka lub zwierzęcia, albo wymuszenia na kimś pieniędzy lub ustępstw tak głębokich, że aż pozostawiających blizny na duszy. Kwestią jest, czy ów nóż jest bardziej użyteczny czy też bardziej szkodliwy, pożyteczny czy też zguby. Jest i jednym i drugim – doszedł do wniosku Bezimienny.

To samo ludzie mówią o Internecie, ale nie wtedy, kiedy uciekają od niego jak diabeł od święconej wody uważając, że jest czymś złym i niepotrzebnym. Dziwne jest to uciekanie. Komputerem i Internetem posługują się dzieci już w wieku 5 lat, a niektórzy dorośli, oczytani i mądrzy wmawiają sobie, że ich na to nie stać, że to rzecz niegodna, niepotrzebna i zbyt trudna. Freud, który się w końcu odnalazł właśnie w Internecie, zapytany o takie postawy, odmówił im racji bytu. Uważał on, że są niegodne człowieka, któremu Bóg dał rozum, wolną wolę, zdolność zmiany punktu widzenia jak i porzucania niechęci, strachu i nawyków, które niekiedy formują się w garb skutecznie blokując człowieka.

Zapytany o szczegóły wyjaśnił: Domyślam się, że w tych ludziach, niekoniecznie mi bliskich, ale też niekoniecznie obcych, chyba zepsuło się coś w środku. Uczą dzieci, które uwielbiają, jak postępować, jak radzić sobie z tym, co niesie życie, a życie niesie tylko rzeczy nowe, lecz sami tkwią w ciemnym zaułku, z którego nie widzą wyjścia. Żyją jakby nie zdając sobie sprawy, że okłamują siebie samych i że owe dzieci, najpiękniejsze z istot, wykryją to wcześniej czy później. Bo dzieci nie uczą się słuchając tego, co mówią im dorośli, tylko krocząc ich przykładem i robiąc porównania. Tak to Freuda zrozumiał Bezimienny z krótkiej konwersacji, jaka zdarzyła się w zapomnianym już miejscu i czasie.

Bezimienny nie był całkiem bezinteresowny w wyrażaniu powyższych poglądów, ponieważ sam potrzebuje pomocy osób miłujących dzieci, przyrodę, pogodne niebo, ogórki i drzewa liściasto-iglaste oraz psy i co najmniej jednego kota. Jego potrzeba wynika z ubytku, jaki zauważył u siebie pewnej nocy, kiedy męczył się kolejny raz i przerażająco złorzeczył na swój los. Los okazał się dlań dziwnym tworem: nie potrafił zaspokoić ważnych pragnień, gdyż uciekały przed nim jak woda przed Tantalem, kiedy tylko próbował się jej napić. Ubytek Bezimiennego wyraził się w tym, że skończył mu się limit słów. Nie może już mówić, może tylko pisać, a to ma sens tylko wtedy, kiedy go ktoś czyta. Dzieciom wyświadczamy wielką radość i przysługę, kiedy im czytamy, a piszącemu, kiedy go czytamy. Niezależnie od tego, czy pisze na papierze, piasku czy w pamięci komputera.

 

Australijsko-polska Kamasutra

Australia pozostała prosta i nieskomplikowana w swojej kobiecości od czasu pierwszych osadników, w jedzeniu, gotowaniu, sprzątaniu, utrzymaniu domu, lecz niekoniecznie miłości. Premier Australii, panna Julia Gillard, jest osobą bardziej dystyngowaną i wyrafinowaną niż przeciętna Australijka (może z racji swego brytyjskiego urodzenia?). Niektórzy dodają, że jest także kobietą bardziej wyrachowaną. Mnie ona nie przeszkadza; ja ją wręcz lubię.

Panien takich jak ona są dziesiątki tysięcy w Australii. Chodzi o kobiety, które nie są mężatkami, lecz mają partnerów (rzadziej partnerki). Związek partnerski w Australii jest czymś tak naturalnym jak piasek na Pustyni Simpsona, upalne dni latem, studenci chińscy na Rundle Mall w Adelajdzie albo Hindus za kierownicą taksówki.

Mężczyzna i kobieta w Australii zawierają małżeństwo (jeśli są w dobrym humorze) wtedy, kiedy urodzi się dziecko. Nie wypada, aby miało rodziców żyjących pod jedną kołdrą, lecz pod różnymi nazwiskami. Kołdry na antypodach prawdopodobnie nie tolerują różnic w nazwiskach osób kochających się, podobnie jak część polskiego Sejmu. Ich moralność jest z wyższej półki: bezwarunkowo popierają małżeństwo mężczyzny z kobietą, niezależnie od tego, że żyją niekiedy jak pies z kotem, odżegnuje natomiast mężczyznę i kobietę od związku partnerskiego, w którym związkowcy mogą tulić się do siebie jak dwa gołąbki.

Tulenie się w Australii jest bogatsze niż w Polsce. Przypomina Kamasutrę, tyle jest tu ciekawych pomysłów: gołąbek – gołąbka, gołąbek – gołąbek, gołąbka- gołąbka. Na pewno są jeszcze inne kombinacje, ale o tym szczerze rozmawiać mógłbym tylko w cztery oczy i to w półmroku. Nie wszystko da się wyciągnąć na światło dzienne, bo od tego można się rozchorować. Nieśmiałość prowadzenia rozmów na tematy cielesne odziedziczyłem zdaje się z lat dziecięcych. Jest ona jak ospa: pozostawia ślady wstydu widoczne w zachowaniu.

Czy jest jakaś różnica między małżeńskim a partnerskim związkiem? Jeśli zapytacie o to osobę mądrą, odpowie szczerze: stosunkowo – żadna. Ta śmiała i jakżesz trzeźwa myśl powinna jak pochodnia oświetlać drogę posłom Gowinowi i Godsonowi w mrokach sejmowych deliberacji nad „Być albo nie być związków partnerskich”. Ja sam gotów jestem poświęcić sie dla Ojczyzny i za skromny kąt z prysznicem, łóżkiem, komputerem oraz solidne wegetariańskie utrzymanie z kieliszkiem czerwonego szampana „Sparkling Shiraz” nieść kaganek oświaty i postępu przed posłami i posłankami, aby zrozumieli rzecz całą nie poprzez rozmowy przy wódce lub konfesjonale, lecz spijając mądrość obficie spływającą z niniejszej ambony szacunku dla natury ludzkiej.

Bogactwo związków jest niewyczerpane. Dziwię się przywódcy związków zawodowych NSZZ Solidarność Piotrowi Dudzie, że zamiast zużywać swoje starzejące się gardło na okrzyki zachęcające naród do boju z własnym rządem, nie zajmie się związkami partnerskimi. Hasło „Zwiąż się z partnerem, a nie z zawodem” wniosłoby go na rączych skrzydłach do Sejmu sprawniej i pewniej, niż dwuznaczna miłość z PiS, z której będzie musiał się kiedyś serdecznie wyspowiadać, a potem długo leczyć. A może odwrotnie: najpierw długo się leczyć, aby zrozumieć, że powinien się wyspowiadać i pokajać. Może wystarczyłaby nawet sama zmiana spowiednika; Ksiądz Jarosław nie jest jedyną osobą mądrą i uduchowioną na polskim padole łez szczęścia i rozpusty politycznej.

 

Przerywnik literacki. Szekspirowskie „Bić czy nie bić”.

Lokomotywa polskiej polityki rwie naprzód jak koń wyścigowy o rozdmuchanej wyobraźni. Wie, że jak przegra, to do rzeźni, a jak wygra, to dobra emerytura i obrok. Kierunek lokomotywy to Nowa Europa, gdzie zwycięzców witać będą girlandy, zaszczyty, tytuły, duże pieniądze i zimna pogoda, jeśli przyśpieszą. O czym mało kto wie, lokomotywa ma także ambitny program artystyczny.

W południe stanął przed telewidzami duch Williama Szekspira. Chyba przebywał jakiś czas na Litwie, ponieważ w Polsce posługiwał się uproszczonym nazwiskiem. Normalnie to pisze się Shakespeare. Stanął, ale nie osobiście. Reprezentowali go Aleksander Kwaśniewski, Janusz Palikot, Marek Siwiec oraz Leszek Miller. Przedstawili oni mało znaną tragedię Szekspira „Chamlet Polski”. Sztuka przepiękna, choć skomplikowana i tragiczna. Prawdopodobnie tylko sami aktorzy rozumieli, o co w niej chodzi. Tym niemniej spektakl był tak fascynujący, że Szekspir aż dwa razy przewrócił się w grobie z żalu, że nie dożył późnej emerytury w Polsce anno domini 2013.

W wielkim skrócie treść dramatu:

Odsłona pierwsza. Na scenę wchodzą trzej tenorzy-aktorzy. Najdostojniejszy z nich, Prezydent Kwaśniewski, ze zmęczenia chwieje się na nogach i milczy swoim mistycznie zamglonym wzrokiem. Tworzy to głęboki nastrój tajemniczości. Wychudła twarz i duży nos drugiego tenora, Janusza Palikota, doskonale oddają uczucia zlewicowanych obywateli narodu. Okulary i szczecina trzeciego tenora, Marka Siwca, symbolizują niepokój. Bohater nie wie, co ze sobą zrobić, jak nawiązać do mistycyzmu byłego szefa. Z boku patrzy na nich Leszek Miller i czule stwierdza: „Nie będę tego komentować”. Uśmiech błąka się po jego poważnym obliczu i niby dym z kubańskiego cygara wsiąka za biust posłanki o śmiałych oczach, obfitych kształtach i niedożywionych strunach głosowych.

Odsłona druga. Leszek Miller zaprasza Prezydenta Kwaśniewskiego na Kongres Rozbitków; adresat zaproszenia wymownie milczy. Narasta strach. Miller z rozpaczy zaprasza Prezydenta Wałęsę, który przyjmuje zaproszenie. Niepokój opada, wszyscy oddychają z ulgą, z wyjątkiem nieobecnego na scenie Oleksego, który preferuje Kwaśniewskiego na Kongresie. Niepokój znowu idzie w górę. Nieoczekiwanie pojawia się kobieca postać o imieniu Dwuznaczność i pozostaje na scenie.

Czemu tu przylazłaś? Zamierzasz tu zostać?  – obcesowo zagaduje Leszek Miller. Tylko on umie rozmawiać z kobietami.

Daj spokój. Nigdzie mi się nie śpieszy – burczy gniewnie dwuwartościowa postać.

Odsłona trzecia, prawdopodobnie nie ostatnia (Szekspir zostawił w sztuce niedopowiedzenia co do ilości aktów i odsłon).

Scena przedstawia przeciętny polski dom, gdzie panuje bieda, ale wszyscy doskonale sobie radzą. Tylko nastrój jest fatalny. Czuć odór dyskusji na tematy polityczne i społeczne. Dom ma rozstrój żołądka na tle wydarzeń sejmowych.

To poważny, choć zapewne przejściowy problem – konkluduje pijany Chochoł, który nie wiadomo dlaczego i jak tu się znalazł.

Mój problem to mąż, dzieci i pieniądze – wyjaśnia żona przygotowując się do włączenia telewizora na dziennik telewizyjny.

A pański? – Chochoł zdobywa się na moment trzeźwości.

Moim problemem jest polityka, żona i alkohol. Nie potrafię odzwyczaić się od nich.

A dzieci?

Dziękuję, zdrowe. Nieczęsto je widuję. Żona zajmuje się nimi.

Polityka w Polsce wciąż przeżywa renesans. Jest bogatsza niż bajki Andersena. Nie lubię słuchać polskich polityków. Preferuję głaskanie mojej puszystej rudej kotki, kiedy mnie o to prosi. Przynajmniej jedna istota ma przyjemność.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 4.

Strasznie rozgadałeś się, Wiktorze. Zacząłeś od nagości i wszedłeś na politykę. Skracaj się, jeśli możesz. Nagość ma więcej wspólnego z religią niż z polityką.

Jak to?. – brwi rozmówcy uniosły się w górę pytająco.

A tak. Przypomnij sobie choćby powiedzenie „Nagi jak święty turecki”.

Nie rób niepoważnych aluzji do osób świętych, chłopie – Wiktor o mało nie zakrztusił się z oburzenia.

To teraz ja zapytam: Jak to?

A tak. Niejeden biskup chciałby zasłużyć sobie na miano świętego, ale nigdy nie odważyłby się obnażyć. Oni mają za dużo ciała; wyglądaliby niepoważnie jako święci. Święci to często męczennicy. Odjęliby sobie od ust i dali innym. U nas wielu duchownych wygląda tak, jakby zabierali innym. Trudno się połapać w świętości w kontekście ciała. Ale przestań zagadywać mnie, bo chcę mówić o rzeczach ważnych. O tym, jak wyjść z impasu nadwagi i niesportowej sylwetki.

No, no, ciekaw jestem! –rzuciłem szczerze zainteresowany.

Będę mówić krótko, choć nie jest to u mnie we zwyczaju i przychodzi mi z trudem – zdecydował Wiktor. Wczoraj wkurzyłem się w łazience, choć nie było tam ani grama kurzu. Podjąłem poważne decyzje. Chcę uzyskiwać rezultaty. Zaczynam od rzeczy prostych i wykonalnych. Przed wszystkim od zmiany sposobu myślenia i patrzenia na siebie.

No, no! – wyrwało mi się bez złych intencji. Wiktor nawet nie zauważył eksklamacji.

Tak więc, nie ma jedzenia między posiłkami. Po posiłku myję zęby i zaciskam je, kiedy widzę jedzenie. Sam fakt, że je umyłem przypomina mi o unikaniu jedzenia do następnego posiłku. Nie jestem kurą, abym musiał bez przerwy coś dziobać! Nie sądzisz? Daje to mi dobre samopoczucie. Poza tym, good-bye cukierki, ciasteczka i herbatniczki. To tylko rafinowany cukier, najgorsza mąka i chemikalia. Co więcej? – Wiktor zastanowił się chwilę. Od dziś mięso jem bez chleba. Nie mieszać protein z węglowodanami to bardzo zdrowa reguła. Żołądek nie głupieje wtedy i dużo lepiej trawi. Trudno jest mu trawić, jeśli jeden rodzaj pokarmu wymaga środowiska kwaśnego, a inny zasadowego. To tak, jakbyś raz wołał do dziecka: Biegnij w prawo! A za chwilę: Nie, nie!. Biegnij w lewo! Wiesz, co wtedy się stanie?

No, nie wiem – usiłowałem zrobić mądrą minę, aby nie wypaść jako kompletny ignorant pediatryczny.

To proste. Dzieciak wpadłby na najbliższy słupek lub huśtawkę. Tak jest z żołądkiem, który protestuje wzdętym brzuchem. To nieładne, niepraktyczne i niezdrowe.

Słuchałem nie wierząc własnym uszom. To chyba jakiś podmieniony Wiktor – przyszło mi do głowy.

W ogóle to ograniczam konsumpcję chleba. Węglowodany tuczą. Pan Bóg cierpliwie spełniał moje prośby „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, Panie” i dawał mi go w obfitości, do której się przyzwyczaiłem. Postanowiłem nie nadużywać dobrodziejstwa niebios i jeść mniej pieczywa.

Mój rozmówca nagle przerwał przypominając sobie coś.

Co dalej, to ci powiem przy najbliższej okazji. Teraz idę na mój ulubiony mix: szybki spacer połączony z bieganiem. Raz szybko idę, raz biegnę. Boskie doświadczenie, mówię ci! – wykrzyknął kierując się do wyjścia.

Znaczenie imion w życiu i literaturze

Imiona i nazwiska postaci literackich mają swoją wymowę. Nie pojawiają się one przypadkowo, przynajmniej nie powinno tak być z punktu widzenia dzisiejszej sztuki pisarskiej. Muszą one spełniać pewne kryteria, przede wszystkim odpowiadać charakterowi i roli postaci (zwłaszcza pierwszoplanowej). Imię bohatera jest z nim integralnie związane poprzez jego osobowość, historię, działania. Osoba pozytywna będzie mieć zapewne imię miłe w brzmieniu lub skojarzeniach, zupełnie odmiennie autor „ochrzci” natomiast czarny charakter, łajdaka. W powieści nie powinny pojawić się imiona lub nazwiska, które są do siebie podobne, ponieważ może to dezorientować czytelnika. Nie powinny też być one zbyt długie lub skomplikowane, ponieważ utrudnia to ich zapamiętywanie.

Życie też ma swoje „imienne” wymagania i mody. Jak wybrać imię dziecka? – oto pytanie na miarę omalże szekspirowską. Rozważania o imionach dzieci przedstawia dalszy ciąg dzisiejszego blogu. Został on przygotowany przez Olę Michalak, osobę przeuroczą a zarazem zdecydowaną, jeśli chodzi o wybór imienia.

Co do imienia, to od dłuższego czasu trwa w Polsce era przywracania do łask pięknych polskich imion takich jak Franciszek, Stanisław, Leonard, Antonina, Klara, Apolonia, Pola itp. Wciąż także popularne są imiona pochodzenia rosyjskiego jak Nadia, Lena, Natasza. Sama osobiście znam kilka Antosi. Jako dziecko wołają na te dziewczynki Antosia lub Tosia, ale jak będzie dorosła to raczej zwrócą się do nich Pani Antonino, a nie Pani Antosiu. Tak samo jest z popularnym imieniem Zosia; pełne imię to wciąż Zofia. Brzmi również niezwykle poważnie. Uczyłam dziewczynki o imieniu Róża i Jaśmina i nigdy nie zauważyłam, by komukolwiek, kto według naszego uznania nosi oryginalne imię, dzieci dokuczały czy przezywały.

To tak samo jak żadnego dziecka nie dziwi, że po szkole poruszają się dzieci na wózkach inwalidzkich, czy przez porażenie mózgowe mają inny wyraz twarzy niż zdrowe dzieci. Myślę, że to już nie te czasy. Szybciej będą się wyśmiewać, jak ktoś będzie miał niemodny telefon komórkowy niż oryginalne imię. Po prostu w szkołach jest już tyle dzieci o najróżniejszych imionach, że nikomu się to już nie wydaje ani dziwne, ani wyjątkowe.

Poza tym niedaleko patrząc, kiedy nasi rodzice nadawali imię Sonia, to były to czasy, kiedy to imię nadawano ulubionej suczce. Dzisiaj chyba już nikt nie nadaje tego imienia zwierzakom. Podobne dobre rady dostawała teściowa, kiedy decydowała się nazwać syna Fryderyk. Pojawiły się zastrzeżenia: A że poważne, a że będą się śmieli i wołali Chopin. Ani Sonia, ani Fryderyk nie mają problemów z akceptacją swojego imienia i przynajmniej ludzie zwracają się do nich z pełnego imienia: Soniu, Fryderyku. Do mnie natomiast nikt nie mówi Aleksandra, wszyscy mówią Ola. Także, co mi z tego, że mam ładne pełne imię, jak i tak ludzie posługują się o wiele brzydszym skrótem.

A co do skojarzeń z chorobami. Na przykład imię Amelia. Co się okazało? Amelia (łac. amelia, z gr. α = „bez” + μέλος, μέλεα = „kończyna, kończyny”) – to wada wrodzona polegająca na całkowitym braku kończyny lub kończyn. Może ona stanowić część zespołu wad wrodzonych lub występować jako wada izolowana, w części przypadków będąca wynikiem działania szkodliwych czynników (teratogenów) na rozwijający się zarodek lub płód.

A jeśli chodzi o Panią Luksemburg, to myślę, że pokolenie naszych dzieci nie będzie wiedziało, kto to był. A nawet jeśli tak, to takiej historii uczy się w liceach, kiedy nikomu do głowy nie przychodzi dokuczanie z powodu imienia. Jako przeciwwagę mogę podać inną postać historyczną o tym imieniu: Róża Maria Sapieha. Była to księżniczka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, pełniąca funkcję sanitariuszki. Zastanawiałam się nad atrakcyjnością imienia Rozalia, jednak skrót od tego imienia czyli Rózia kojarzy mi się z niezbyt rozgarniętymi dziewczętami (najczęściej chłopkami, mamkami, niańkami), o których czytało się w lekturach szkolnych.

Podsumowując mam wrażenie, że wszystko jest kwestią skojarzeń i utartych w naszych głowach stereotypach. A czy dane imię się polubi czy nie zależy od tego, jacy ludzie to imię noszą. Jeśli sympatyczni, to i imię będzie się nam dobrze kojarzyło. A jeśli tacy, za którymi nie przepadamy, to i piękno samego imienia nie pomoże w pozbyciu się złego wrażenia.

Róża to przede wszystkim piękny, szlachetny kwiat i tego się trzymajmy.

PS. W miejsce zaproszenia na majówkę z przyjemnością udostępniam bezpłatnie moim Czytelnikom oraz ich Przyjaciołom i Znajomym moje trzy ebooki. Są one do pobrania ze strony http://www.smashwords.com/profile/view/michaeltequila do 10 maja 2012. Skorzystaj z okazji i pobierz gratis dowolną pozycję na swój komputer lub czytnik ebooków. Pozdrawiam. Michael Tequila.

 

Mój ulubiony bohater Cz. 2

Wracam do mego bohatera. Stęskniłem się za nim. Od razu zaskoczę wszystkich stwierdzeniem, że drugą – obok finansów publicznych – silną stroną JK jest ojcostwo.

„Jak sobie radzić, by państwo nie zbankrutowało skoro społeczeństwo się starzeje i coraz więcej emerytów przypada na ludzi pracujących?

To nie było banalne pytanie z gatunku: „Jaka jest dziś pogoda?” Wszyscy członkowie Sejmu zaczęli w zakłopotaniu drapać się po głowie, kiedy Jarosław Kaczyński wstał i udzielił szokująco prostej odpowiedzi. Inaczej mówiąc palnął prosto z mostu: „Kto powiedział, że nie damy sobie rady z rodzeniem dzieci? Ponieważ nie wszyscy uwierzyli w jego słowa, zaczął się rozbierać, aby zademonstrować wigor i muskulaturę (tak bardzo pożądane w czasach drastycznego spadku zaufania do rządu). Zachęciła go do tego obecność kobiet na sali, lecz przed dalszą akcją powstrzymali go najbliżsi współpracownicy.

Daj spokój, Jarek, jeszcze się przeziębisz! I po co nam to? Kraj zostanie bez szans na dobrego premiera. Chcesz, aby nim został Ziobro? Te słowa podziałały otrzeźwiająco na JK. Usiadł i zaczął patrzeć swoimi rozmarzonymi oczami w przyszłość kraju bez Tuska, Unii Europejskiej, Rosji i Niemców.

Wzruszyła mnie odpowiedź i reakcja JK, ponieważ wiem, że wynika ona z jego głębokiego kawalerskiego doświadczenia życiowego.

„Nie będziesz uczyć ojca, jak dzieci robić” – to ulubione powiedzenie JK, które kieruje w swej nadzwyczajnej wyrozumiałości ojcowskiej do każdego niepokornego syna partii. Ostatnio usłyszał je Zbyszek Ziobro, kiedy usiłował wywołać dyskusję na temat rządzenia partią. I słusznie je usłyszał. Po co chciał wywołać ferment w partii, która chwalebnie przegrała w wyborach już sześć razy z rzędu?

W Sejmie zadaje się zbyt mało treściwych pytań. Mnie odpowiadałoby na przykład pytanie: Kto jest twoim ulubionym bohaterem i wzorem do naśladowania?

Jeśli takie pytanie padnie w Sejmie pod moim adresem, wówczas wstanę z krzesła, położę rękę na sercu i odpowiem pełnym zdaniem: Jest nim Jarosław Kaczyński, ponieważ sam, w pojedynkę, gwarantuje niedojście PiS do władzy do końca wieku. Amen!

 

 

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.