Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-39/60.

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej szubienic symbolizujących liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiały go wiatr, świeże powietrze i rozmowy. 

– Kocham otwartą przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek niedostatku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych przez wielu jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz w swojej niechęci do władzy?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły mu kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, raczej nieobecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie głęboko weń wierzymy i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa mogłyby pomieścić dużo mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, niezależnych, żyjących już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki życiu społeczeństwa zagrażał zjadliwy wirus Dracula i i jego matka epidemia. Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania miłej harmonii w relacjach damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź wydawała mu się łatwiejsza niż przewrócenie małym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness w ciągu minuty. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie Zuzanna, osoba rozważna, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci. Łączyły ich podobne przeżycia. Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym – nie wiadomo dlaczego – najczęściej w niedzielę. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc. Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć w jakiejś sprawie. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął, całkiem niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się w pełni, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i wyraziste słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będę kłócić się z tobą. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie niejasne pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, to był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie korzystał z usług banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć prowadzić pojazdu, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni, chętnie wożący go własnym autem. Sprawa usług bankowych była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego swymi poglądami najbardziej radykalnych chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe, doradca prezydenta, wydawał się być zorientowany w całym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy. Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo często się spotykamy. 

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego pałacowym gabinecie wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji – z ramienia prezydenta – profesor Zybe. Był ekspertem chętnie zapraszanym do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisach wiadomości i programach edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Jego zachowanie wydało się widzom pozytywne i budujące; w czasach powszechnego przygnębienia czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której rdzeń stanowi opozycja. Jest to grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. Tylko on broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji ktoś może pozostać neutralny? – padło pytanie.

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości: pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

Odc. 23 Przypowieść

Niektórych dziennikarzy wzywano na policję lub do prokuratury seryjnie, co kilka dni. Czuli się zagubieni, ponieważ policja i prokuratorzy zadawali im wciąż pytania, na które odpowiadali już wcześniej.

– Za wielkimi pieniędzmi i wielką odpowiedzialnością stoją wielkie zbrodnie. One nie znoszą dziennego światła, chcą pozostawać zawsze w ukryciu. Jedno wielkie przestępstwo generuje szereg dalszych, często boleśniejszych – tak w gronie przyjaciół miał powiedzieć generał Rosko, dowódca Składnicy Materiałów Strategicznych, niegdyś wojskowy oficer śledczy zwany przez kolegów Cynikiem. Generał był też namiętnym czytelnikiem kryminałów, o czym wiedziała tylko jego rodzina i osobisty adiutant.

Położenie rządu tłumaczył Grzegorz Koło, kierownik działu „Nowiny” „Gazety Porannej” tytułując swoją alegoryczną przypowieść „Władza i zaufanie”.

Kiedy wybucha afera, o której mówi się w toalecie publicznej, na salonie, na ulicy, w spokojnym parku z aleją rododendronów i na wybiegu dla koni, zaufanie do rządu staje się sprawą krytyczną. Zaufanie to ma wiele wymiarów podobnie jak klocki przedstawiające różne obrazy. Wymiary tego zaufania to prawdomówność, szczerość, zdolność obiektywnej oceny zdarzeń, konsekwencja postępowania, doświadczenie w rządzeniu oraz umiejętność wychodzenia z sytuacji kryzysowych.

Sytuację, z jaką mamy obecnie do czynienia w kraju, można prześledzić na podstawie zapisu lądowania samolotu pasażerskiego na lotnisku na Hawajach, w warunkach idealnej pogody i milczącego od kilku lat wulkanu Kilauea. Lądowanie przypomina czystą idyllę. Stewardessy mają na ustach świeżą szminkę i dumnie podają piersi do przodu, kapitan przekazuje dłonią symboliczne całusy pasażerom, drugi pilot i nawigator z girlandami świeżych kwiatów na szyi czują w sercach odpowiedzialność za losy pasażerów. Lądowanie w takich warunkach zawsze dostarcza wspaniałych przeżyć podróżnym.

Nagle okazuje się, że coś się zmieniło. Nie wiadomo, czy chodzi o silny boczny wiatr, jakiego w tych okolicach nigdy nie było, czy o kable na wieży kontrolnej przegryzione przez wygłodniałe szczury, czy o nieoczekiwane pojawienie się wielkiego stada ptaków nad lotniskiem. Kapitan i drugi pilot błądzą wtedy, nie wiedzą co robić. Szyby w kabinie pocą się jak szalone, pot zalewa pilotom oczy i lądowanie nie dochodzi do skutku, choć dotychczas udawało się bez najmniejszego problemu.

Nie jest to miłe uczucie, gdy spokojnym dotąd jak łagodny baranek samolotem zaczyna miotać jakaś bycza namiętność w prawo i w lewo, w dół i do góry. Po kilku nieudanych podejściach do lądowania samolot wzbija się chmury z kapitanem zdecydowanym na mur beton, że tym razem wyląduje płynnie na płycie lotniska. Pasażerowie są podzieleni. Ci siedzący po lewej stronie samolotu, skąd roztacza się widok na spokojny ocean, podjadają czekoladki i piją szampana. Z drugiej strony samolotu, tej z widokiem na przepaść biegnącą wzdłuż pasu lądowania, pasażerowie drętwieją z przerażenia. Kapitan milczy jak skała, zachowuje się jakby włożył sobie w usta knebel. Tak to jest z rządem stojącym przed aferą przerastającą wyobraźnię, jak wybrnąć ze śmierdzącego szamba. 

Odc. 24 Cywanie

– Społeczeństwo dobiły teorie spiskowe i antyszczepionkowcy – zanotował w swoich prywatnych medycznych notatkach Martin Król.Zdekoncentrowały one uwagę rządu i odebrały ludziom chęć szczepienia się i energię do życia. Społeczeństwo uznało w większości, że stoi na przegranej pozycji. Liczba osób chętnych do szczepienia się spadała na łeb i szyję. Boleję nad tym jako przedstawiciel służby zdrowia. Sami też nie jesteśmy bez winy. Za mało przekonywaliśmy ludzi do szczepienia się. Dla dobra sprawy trzeba było przekazać im więcej prawdy, jak cierpią i umierają ludzie zarażeni wirusem.

Dwunasty miesiąc od wybuchu epidemii skończył się fatalnie. Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Ostatecznie w pełni zaszczepiło się tylko pięćdziesiąt cztery procent ludzi; zdecydowanie za mało, aby społeczeństwo nabyło odporności stadnej. Rząd poddał się i skapitulował. Jedyne na co było go stać to wprowadzenie godziny policyjnej i zakazu poruszania się po ulicach z wyjątkiem określonych sytuacji. Na ulicach pojawiły się policja i wojsko. Kraj wszedł w stan cywania. Tak to określa prasa.

– Jak to jest z tym cywaniem? Nie rozumiem tego określenia – Salomon zapytał mieszkającego na wsi kuzyna.

– Wyjaśnię ci to. Znam dobrze tę przypadłość. To stan wegetacji na granicy życia i śmierci, inaczej mówiąc dogorywania. Typowo występuje u kur. W ich przypadku oznacza śmiertelnie niebezpieczne ponieważ prowadzi do pomoru. Nie wiem, jak jest z cywaniem u ludzi.

– Skąd ty to wiesz?

– Hodowałem kury. Kura przestaje się ruszać, siedzi osowiała. Wygląda tak jakby zasypiała, na zmianę zamyka i otwiera oczy. Jest bez czucia, nie pije ani nie je. Możesz ja potrącić nogą, ale nie reaguje na to. Czasem opada jej na ziemię jedno skrzydło, jakby chciała się nim podeprzeć. Po kilku lub kilkunastu godzinach przewraca się martwa na bok.

Nowe szczepionki zamiast hamować, przyśpieszały mutację wirusa. Miały jedną wadę; zwalczając wirusa wyzwalały w nim reakcję obronną. Wirus mutował dalej, wydając z siebie potomstwo w tempie szybszym niż można było sobie wyobrazić. Im bardziej atakowano go szczepionkami, tym bardziej stawał się zjadliwy.

Dostosowywanie się wirusa do szczepionek okazało się zabójcze dla ludzi. Wirus zmieniał właściwości; w pewnym memencie osiągnął zdolność przylegania do mikrocząsteczek. Był to przełom w jego aktywności; najpierw przylepiał się a potem łączył z mikrocząstkami zanieczyszczeń powietrza. Siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż ludzka inwencja i działania służby zdrowia. Ludzie umierali tysiącami. Wirus stał się czymś w rodzaju perpetuum mobile.

Jedynym skutecznym lekarstwem była izolacja. Korzystano z wszystkich możliwych form izolacji wykorzystując piwnice, samotnie stojące budynki, tunele podziemne, stare bunkry, a nawet okopy, które przykrywano deskami, gałęziami i darnią. W lasach budowano ziemianki. Każdy ratował się jak umiał. 

Rozdz. 25 Nowe niebezpieczeństwa

Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej” umiał pisać. Jego artykuł zatytułowany „Silne koncentracje wirusa – prawda czy fikcja?” rozpalił wyobraźnię jak i wywołał uczucia wrogości wobec – jak to określano – wyssanej z palca sensacji. 

– Wewnątrz budynków, w dużych pomieszczeniach, w salach bankowych, na siłowniach, korytarzach i sklepach ośrodków handlowych pojawiły się jasnoszare chmury wirusów. Unoszą się one na wysokości ludzkich głów i są wyjątkowo zaraźliwe. To nowa generacja wirusa Dracula. Upowszechniają ją osoby nie noszące maseczek na twarzy. To czysta bezmyślność. Zabójcy są wśród nas. 

Kilka dni później eksperci rządowi potwierdzili te doniesienia. Zabrał głos minister zdrowia:

– Musimy znowu myśleć o lokautach, jeśli nie chcemy doprowadzić społeczeństwa do masowego grobu.

Wkrótce większe koncentracje wirusa pojawiły się nad ulicami. Były prawdziwie zabójcze, kiedy nie było wiatru. Kiedy to ustalono, alarmy pogodowe ogłaszano przy każdej większej zmianie siły i kierunku wiatru. Po kilku dniach nikt nie wątpił, nawet przeciwnicy szczepionek, że epidemia przybrała nową niebezpieczną postać.

Rząd wyjątkowo szybko zareagował. Na ulicach miast pojawiły się wielkie dmuchawy, tworzące tunele powietrzne bez wirusa lub ze zniżoną jego koncentracją. Stało się to tak szubko, że wzbudziło podejrzenia. Opozycja i zwolennicy teorii spiskowych wytoczyli armaty sprzeciwu.

– Oni to wiedzieli, tylko taili tak długo, dopóki nie znaleźli rozwiązania. Pozwalać ludziom umierać, dopóki nie zainstaluje się dmuchaw na ulicach! To podłe!

Zmieniło się także osobiste wyposażenie ludzi w środki ochronne. Na ulicach pojawili się ludzie w hełmach na głowie i kombinezonach ochronnych. Sprzęt ochrony osobistej był zróżnicowany. Hełmy z filtrami oczyszczającymi pobierającymi powietrze z zewnątrz, jak i bardziej zaawanasowane, z wewnętrznymi, zasilanymi bateriami, oczyszczaczami powierza.

– Skąd wziął się nagle tak nowoczesny sprzęt na rynku? – zapytał Erazma Salomon Ircha, podejrzewając jakąś nową aferę z udziałem członków władz.

– Podobno Leon Bury, ten multimilioner, kupił sieć nowoczesnych sklepów razem z towarem i zaopatrzeniem. Ten to zawsze spada na cztery łapy – Erazm, zazwyczaj rozważny w ocenach, źle sobie kojarzył tę postać.  

W laboratoriach badawczych podjęto próby wyhodowania pasożyta, który żerowałby na organizmie wirusa lub traktował go jako pożywienie. W laboratorium jednego z państw azjatyckich pasożyt wydostał się na wolność i spowodował pomór bydła domowego. 

– To niebezpieczna technika. Ale obawiam się, że nie da się uciec od takiego ryzyka. Takie dzisiaj mamy czasy. Wóz albo przewóz – od czasu afery zakupu kosztownych rezydencji przez córkę, minister mówił szybciej i skrótami, jakby bał się, że powie coś nieodpowiedniego.

Odc. 26 Wirus i fortuny

Pojawienie się koncentracji wirusa wywołało nieoczekiwane efekty społeczne: niepewności, przerażenia, niewiary i rezygnacji. Ludzie dostrzegali w chmurach wirusa zapowiedź zbliżającego się końca świata, a co najmniej kataklizmu. Niektórzy widzieli wirusy jako poświatę w odcieniu szarobłękitnym, inni czuli nieprzyjemny zapach, jeszcze inni słyszeli szum miliardów delikatnych skrzydełek.

Salomon Ircha, uważający siebie za przytomnego człowieka, przeżył poważny moment zwątpienia w siebie samego. Zdarzyło mu się coś tak dziwnego, że nawet nie przyznał się Zuzannie ani Erazmowi, ludziom, którym ufał. Bał się, że uznają go za niespełna rozumu.

W środku nocy zbudził się w poczuciu niepewności graniczącej z lękiem przed czymś nieokreślonym. Starał się przypomnieć sobie, czy coś mu się śniło, co mogłoby wywołać niepokój. Siedział na łóżku z nogami opuszczonymi na podłogę, kiedy dotarł do niego nieprzyjemny zapach. Pomyślał, że pochodzi z zewnątrz, spoza domu. Wstał z łóżka i boso ruszył w kierunku salonu, gdzie było wyjście na balkon. W korytarzu ogarnął go smród rybich wnętrzności zawiniętych razem z łuskami i odciętym łbem ryby w papier gazetowy. Pamiętał ten zapach z czasów, kiedy wędkował i sam oprawiał ryby przed usmażeniem. Ciepły i lepki odór gnijących wnętrzności narastał w miarę zbliżania się do drzwi balkonowych. Salomon otworzył je, aby sprawdzić jakość powietrza na zewnątrz. Prawie nie czuł wiatru, noc była spokojna; oprócz naturalnej wilgoci płynącej z ziemi i drzew nie czuło się niczego innego. Mężczyzna skojarzył sobie zapach ryby z informacjami przekazywanymi przez media na temat wirusa.

Pierwszą reakcją rządu na nową formę wirusa było ograniczenie kontaktów międzyludzkich i kolejne zamykanie branż gospodarki. Epidemia była zdolna zniszczyć każdy biznes. Najbardziej poszkodowane były firmy usługowe: padały jedna po drugiej, zwalniając pracowników. Państwo było coraz mniej skłonne pomagać finansowo wskutek szybko rosnącego zadłużenia.

Grzegorz Koło, obserwator bieżących zdarzeń, pasjonat tematów wiary, religii i katastrof, kierownik Działu „Nowiny” Gazety Porannej ,opatrzył swój artykuł lakonicznym tytułem: „Nie kijem go to pałką”. Była to zapowiedź wywodu, że gospodarkę położy na łopatki albo wirus albo rząd.

Tylko jedna dziedzina biznesu doskonale prosperowała w dobie wirusa i epidemii – firmy pogrzebowe i ich dostawcy. Fortuny ich właścicieli rosły w zdumiewającym tempie, budząc zawiść. Obok produkcji szczepionek był to jedyny sektor gospodarki przeżywający prosperitę.

Szybkie bogacenie się właścicieli firm pogrzebowych stało się tematem drażliwym, wręcz wybuchowym. Pojawiły się sugestie i oskarżenia, że cały ten sektor ma wyraźny interes w rozpowszechnianiu się wirusa. Mniejsze firmy pogrzebowe łączyły się tworząc kombinaty produkcyjno-usługowe, zdolne dominować na rynku. Pojawiała się też nowa konkurencja, a z nią bezpardonowa walka o udziały w lukratywnym biznesie. Nie przebierano w środkach, posuwając się nawet do zbrodni.

Odc. 27 Branża pogrzebowa

Właściciele największej firmy pogrzebowej kraju „Klepsydra” zginęli w wypadku drogowym. Nie był to zwykły przypadek. Od kilku miesięcy otrzymywali pogróżki i ostrzeżenia. Okazało się, że samochód, którym jechali, miał uszkodzone przewody hamulcowe, wypadł z zakrętu i wyłamując metalową barierę ochronną stoczył się w przepaść. Rozpoczęcie śledztwa przez policję wywołało demonstracje i protesty. Pod domem ofiar pojawili się zamaskowani osobnicy z transparentami: Sprawiedliwości stało się zadość! Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka! Kto wirusem wojuje, ten w przepaści ginie! 

Branża pogrzebowa stała się najbardziej dynamicznym obszarem gospodarki. Kwitł handel, wkrótce pojawiła się spekulacja nagrobkami, miejscami na cmentarzach i usługami pogrzebowymi. Popyt przerastał podaż. Za wszystko trzeba było płacić i na wszystkim można było zarobić. Szybko rosły inwestycje w produkcję trumien, budowę i rozbudowę krematoriów, kostnic i chłodni, transport osób zmarłych; budowano nawet muzea pogrzebowe. Osoby filmujące do niedawna śluby i wesela filmowały teraz pogrzeby i udostępniały je rodzinom w Internecie poprzez streaming.

– „Kto ma owce i pszczoły, ten gospodarz wesoły”. To przysłowie straciło aktualność, ponieważ spadł popyt na miód, mięso i wełnę. Dzisiaj obowiązuje porzekadło: “Działasz w branży pogrzebowej, jesteś panem swego losu, rozwijasz się i prosperujesz” – Grzegorz Koło, kierownik Działu Nowiny „Gazety Porannej”, redefiniował zmiany na rynku.

W miarę ekspansji wirusa do spraw pogrzebów wkradała się niepewność i bałagan. Powstawały wąskie gardła; niektóre firmy pogrzebowe paraliżował nadmiar zleceń i niedobór środków transportu i pracowników. Regulacji i aktualizacji wymagały dziesiątki spraw: przepisy dotyczące rejestracji zgonów i wystawiania certyfikatów, zasiłków pogrzebowych, krajowego i międzynarodowego transportu ciał zmarłych na wirusa Dracula, tworzenia nowych cmentarzy i budowy krematoriów, nadawania uprawnień profesjonalistom.

W ciągu jednego roku pojawiły się nowe specjalności w rodzaju nowoczesny organizator i celebrant pogrzebowy, a w ślad za nimi nowe szkolenia i kierunki studiów. Obejmowały one przedsiębiorczość i marketing pogrzebowy, produkcję innowacyjnych trumien z okienkiem z uwagi na zakaz otwierania zwykłych trumien dla identyfikacji zwłok lub pożegnania się ze zmarłym, tańszych nagrobków cmentarnych z wykorzystaniem materiałów ekologicznych. Dla rodzin dotkniętych śmiercią z powodu wirusa Dracula były to sprawy poważne; nie brakowało jednak i cyników szydzących z eksplozji nowych specjalności i kwalifikacji.

W okresie narastającego zagrożenia wirusowego w telewizji często występował minister szkolnictwa Koper. Łatwo go rozpoznawano; z wyglądu przypominał barczystego zapaśnika o kwadratowych szczękach, lekko nalanej twarzy i mięsistym nosie. Minister był do szaleństwa owładnięty pasją edukacji religijnej i patriotycznej. Krążyły o nim nawet pogłoski, że ma poprzestawiane w głowie. Gęste czarne wąsy i zuchwałe oczy kruka ocalałego z pożogi lasu nadawały mu wygląd osobnika zdolnego realizować wielkie cele edukacyjne. Zuzanna, przyjaciółka Salomona, powiedziała któregoś dnia:

– To prawie niemożliwe, aby Koper był naturalny w stu procentach. Na pewno jest w części sztuczny. Jeśli nie fizycznie, to umysłowo; chodzi mi o sztuczną inteligencję. To człowiek utalentowany i w dodatku nieugięty jak skała, jest przewidujący i ma wizję przyszłości.  Dlatego cieszy się poważaniem i wsparciem Leona Burego. On bardzo go popiera.

Na rynku głównym stolicy spotykały się niewiasty z Fundacji Dobroczynności Hosanna. Wspierały ją, oddając część swoich emerytur i uczestnicząc w zbiórkach pieniędzy. Koper był ulubionym tematem ich rozmów.

– On i pan Bury, ten milioner dobroczyńca … niech Bóg ma go w swojej opiece … utrzymują bliską łączność duchową z panem Bogiem. Na pewno rozmawiają z Nim nocą bardzo szczerze i serdecznie. To z tych rozmów minister Koper czerpie wiarę i pewność, że proponowane przez niego zmiany w edukacji są zgodne z wolą pana Boga i dobrze służą wychowaniu dzieci i młodzieży.  

Minister miał swoje uzasadnienia.

– Człowiek zmarły po zakażeniu się wirusem żyje także po śmierci, ale w innej formie. Młodzież powinna rozumieć i umieć przeżywać tę wzniosłość w sferze pogłębionej psychiki i kultury. Dlatego będę zachęcać dyrektorów szkół i nauczycieli do wprowadzania takich elementów do programu edukacji, literatury obowiązkowej, warsztatów twórczych, nabywania umiejętności godnego uczestnictwa w uroczystościach pogrzebowych.

Ministra popierały aktywnie Towarzystwo Dobroczynne „Hosanna”, którego założycielem był milioner Leon Bury, powszechnie zwany Dobroczyńcą, Stowarzyszenie „Pobożni i Wierni” oraz sprzyjająca rządowi stacja telewizyjna „Rubach i Spółka”.

Odc. 28 Ekscesy pandemiczne

Grzegorz Koło pracował szesnaście godzin na dobę. Stał się pracoholikiem. Wkrótce uznano go publicznie za najlepszego dziennikarza, umiejącego dostrzec ważne sprawy tam, gdzie inni widzieli tylko nieszczęście lub bałagan. To dzięki niemu sprzedaż „Gazety Porannej” wzrosła tak bardzo, że redakcja trzykrotnie czuła się zmuszona podwyższać mu uposażenie.

W rzadkich momentach powrotu do domu Grzegorz dzielił się z rodziną swoimi przeżyciami.

– Wirus Dracula i epidemia to okres rozkwitu mojej kariery dziennikarskiej. Stałem się wyrocznią, autorytetem i celebrytą w tych sprawach. Ludzie chętnie czytają moje artykuły, zaczepiają mnie na ulicy, chwalą i mówią mi, o czym powinienem jeszcze pisać. Brzmi to zbyt pięknie jak na dzisiejsze czasy, ale taka jest prawda. Obywatele lubią czytać o tym, co dzieje się w mieście i w kraju, i ja im to oferuję. Jestem mistrzem serwowania informacji odrywających czytelnika od szarej codzienności. 

Następnego dnia kierownik Działu Nowiny pisał:

– Dynamika zdarzeń jest ogromna. Przemysł pogrzebowy oferuje możliwości tak fantastycznych dochodów, że do gry włączają się po cichu różni oficjele i wysocy funkcjonariusze policji, wojska i administracji państwowej, a nawet gangsterzy. Trwa walka o wpływy, zamówienia i pieniądze.

W ciągu tygodnia Gazeta Poranna zanotowała strzelaninę na cmentarzu, przerzucanie ciał przez ogrodzenie cmentarne i inne sensacyjne wydarzenia.

– Po co ktoś miałby przerzucać ciała zmarłych przez mur cmentarny? Przecież to barbarzyństwo! – doktor Król był zbyt zajęty pracą w szpitalu, aby mieć rozeznanie co dzieje się poza tą instytucją.

– Chodzi o to, drogi Marcinie – cierpliwie tłumaczył Erazm – że strażnicy z braku miejsca na pochówek nie wpuszczali na cmentarz więcej ofiar wirusa Dracula do pochówku. Ludzie potrzebują pochować swoich zmarłych i nie ma takich przeszkód, których by nie przeskoczyli.

Kiedy na cmentarzu Różnogórskim odkryto świeży grób masowy, właściciel cmentarza był tylko zaskoczony. Samobójstwo popełnił dopiero wtedy, kiedy do jego biura zgłosił się prokurator z nakazem przeprowadzenia rewizji.

W środku epidemii dokonano zabójstw dwóch pracowników prosektoriów i chłodni, jednego prawnika reprezentującego firmy pogrzebowe, dyrektora Wydziału Licencji w Ministerstwie Zdrowia oraz właściciela starego cmentarza.

Ilość i ranga spraw w okresie szalejącej pandemii skłonił rząd do powołania Ministerstwa Pochówków i Spraw Pogrzebowych. Celem było uproszczenie procedur komplikujących życie obywatelom. Pracownicy ministerstwa otrzymali do ręki poważne uprawnienia i natychmiast dostrzegli możliwości dodatkowych dochodów wydając zmieniając i cofając zezwolenia, licencje, uprawnienia, zakazy i nakazy. Kluczową postacią stał się inspektor sanitarny. Wybuch korupcji i nepotyzmu był nieunikniony. W otoczenie premiera i nowego ministra wkradły się chciwość, reklama, promocja i lans.

Odc. 29 Degradacja

Niekończąca się epidemia, niski poziom szczepień, blokada gospodarki, niekontrolowany rozwój nowych technologii prowadziły społeczeństwo Pokuty w jednym kierunku: degradacji psychicznej. Opozycja widziała w tym wspólny mianownik: nieudolność rządu.

– To jest najgorsze: trudna do zauważenia, stopniowa ale regularna degradacja społeczeństwa. Coraz więcej ludzi nie radzi sobie w jakimś zakresie: życiu osobistym, rodzinnym, w pracy, w kontaktach towarzyskich – Salomon Ircha dzielił się swoimi obserwacjami z przyjaciółmi Erazmem i Marcinem Królem.

O zmianach społecznych niechętnie rozmawiał z Zuzanną, skłonną bagatelizować jego niepokoje. Uważała je za przesadne.

– Chcę cię chronić przed tobą samym. Masz skłonność widzenia świata bardziej w mroku niż w słońcu, co jest zdrowsze i co by mi mówiąc szczerze bardziej odpowiadało.

Najostrzej widział zmiany Grzegorz Koło. W przekonaniu, że jest głównym kronikarzem miasta, z poświęceniem oddawał się obserwacji zdarzeń. Mimo życzliwego stosunku do władzy i autorytetów moralnych nie wahał się przedstawiać swoich najgorszych obaw. Pisał bardzo osobiście, rzeczowo i zwięźle. Ten styl komunikacji najbardziej przemawiał do czytelników. Wierzono mu. Dla wielu stał się guru wiedzy o tym, co dzieje się, a nawet co się wkrótce wydarzy w kraju. 

– Narasta marazm, coraz powszechniejszy jest strach i niepokój. Depresja obejmuje już dwadzieścia procent społeczeństwa Pokuty, wkrótce będzie to trzydzieści procent i więcej. Szpitale psychiatryczne pękają w szwach. W gronie mojej rodziny, przyjaciół i znajomych zaobserwowałem ostatnio dwa załamania: mój kuzyn wpadł w alkoholizm, wskutek czego wyrzucono go z pracy, żona przyjaciela usiłowała popełnić samobójstwo. Czytelnicy dzwonią do mnie i mówią mi, że w mieście czai się obłęd lub oni mają takie przywidzenia. Co na jedno wychodzi. Na rogu ulicy Długiej i Kamiennej widziano na ślepej ścianie budynku obraz w stylu Edwarda Munka „Strach o rozwartych ustach ociekających krwią i wykoślawionych zębach”.

Epidemia była tak monstrualna, tak bardzo zdeformowała świadomość społeczną, że zaczęto ją personalizować, dostrzegać w niej i nadawać jej cechy ludzkie. Stała się realną postacią, którą widziano, z którą rozmawiano i którą opisywano. Modlono się do prosząc o ułaskawienie dla bliskich porażonych wirusem.

– Co to oznacza? – Zapytał dziennikarz Gazety Porannej i od razu odpowiedział: – To oznacza głębsze zaburzenia psychiki, narastanie uprzedzeń i postaw irracjonalnych.

Poczucie bezsilności i zagubienia było tak wielkie, że wszyscy marzyli o zbawcy, kimś, kto nie tyle wskaże światełko w tunelu, ile rozświetli cały kraj swoim entuzjazmem oraz zagwarantuje zwycięstwo.

– To zrozumiałe, ale naiwne oczekiwanie, że jak na zamówienie pojawi się przywódca, człowiek z charyzmą i szczęśliwą ręką. Tego się nie da tak prosto załatwić. Jesteśmy trudnym narodem, nieużytecznym, często wrednym. Dziś byłem w przychodni lekarskiej. Miałem umówioną wizytę u lekarza. Zapytałem panią w rejestracji, ile osob jest przede mną do tego specjalisty. Odpowiedziała mi:

Proszę nie pytać, tylko siadać przed gabinetem numer dwa i czekać.

– To przykład, jacy jesteśmy. Bezinteresownie wredni. Oczywiście nie wszyscy, ale wielu – Erazm jak zwykle oceniał sprawy chłodnym, prawie naukowym okiem.

Pierwszy zauważył niebezpieczeństwo premier i zaniepokoił się. Udał się na poufne konsultacje z Leonem Burym, którego niezmierzone zasoby finansowe, inwencja, wpływy i poparcie stanowiły jego zaplecze polityczne.

– Ludzie stracili chęć posiadania dzieci. Mnie, ojca czwórki dzieci, marzyciela o szóstce potomstwa, niepokoi to w szczególności. To pierwszy tak wyraźny symptom załamywania się psychiki w naszym ukochanym kraju. Normalnie w warunkach zagrożeń ludzie pragną płodzić i mieć potomstwo. To nasza jedyna szansa przetrwania jako społeczeństwo.

Odc. 30 Oczekiwanie

Leon Bury podzielał niepokoje premiera i niezwłocznie podjął działania. Jako człowiek pobożny, członek kilku stowarzyszeń religijnych i dobroczynnych, założyciel Fundacji Dobroczynności Hosanna, miał poważne wpływy w Kościele Boga Wyrazistego, największej organizacji kościelnej w kraju. Wkrótce rząd otrzymał moralne wsparcie ze strony kościoła i związanych z nim organizacji oraz wiernych.

Premier zaprzągł do pracy swoich doradców. Pomocy udzielał im profesor Zube, doradca osobisty prezydent Jonasza Dygi. Osiągnięcia zespołu relacjonował Grzegorz Koło. Jego sprawozdanie było entuzjastyczne. Wróbel, przywódca opozycji parlamentarnej, twierdził otwarcie, że Gazeta Poranna otrzymała zlecenia reklamowe od rządu. Artykuł zamieszczony na pierwszej stronie ozdobiony był laurką z czerwonych róż.

– Jest to zapewne skuteczne, choć dziecinne i nieco głupawe. Róża jest wprawdzie królową kwiatów, ale nie jest bez kolców. To tak jakby prasować bieliznę rozgrzanym żelazkiem i przypalać sobie przy okazji skórę – Salomon i Erazm nie żałowali drobnych uszczypliwości pod adresem ludzi i mediów z deficytem dobrego gustu lub zbyt zbliżonymi do władzy.

– Zespół doradców premiera wykonał kawał solidnej roboty. Przeprowadził analizę epidemii, jakie miały miejsce od dziesiątego wieku, aby zgłębić ich naturę, przebieg i skutki. Wyciągnięto wnioski. Stało się jasne, że los społeczeństwa nie chronionego powszechnymi szczepieniami, całkowicie zależy od epidemii. Kiedy ona się nasyci swoimi ofiarami, społeczeństwo odzyska naturalny wigor.

Nie była to sytuacja najwygodniejsza dla władz kraju, odpowiedzialnych za zdrowie obywateli, ale nie było innego wyjścia. Rząd uzbroił się w cierpliwość i nastawił na przetrwanie. Premier Chudy, zrelaksowany po dobrze przespanej nocy, przetarł szmatką swoje eleganckie okulary i skwitował cynicznie:

– Odporność społeczna nie przychodzi za darmo. Ktoś musi za to zapłacić. To normalne, że koszt nieudanych przedsięwzięć ponosi społeczeństwo. Zupełnie jak w przysłowiu: Kowal zawinił, Cygana powiesili.

Członkowie gabinetu pokiwali zgodnie głowami tłumiąc resztki niepokoju myślą, że zarabiają zbyt duże pieniądze i mają wielkie wpływy nie po to, aby mieć wyrzuty sumienia. W grupie było łatwiej o jednoznaczność.

– Przegrana rządu w walce z wirusem to dzień pogrzebu resztek przyzwoitości rządzących wobec rządzonych – mruknął pod nosem rzecznik prasowy rządu. Swoje stanowisko objął kilka dni wcześniej i nie zdążył jeszcze w pełni przyzwyczaić się do sprawowania władzy.

Odc. 31 Aberracja

Wczesną wiosną pogoda załamała się, nastąpiły burze, powietrze nasyciła ogromna ilość ozonu. Jego działanie wirusobójcze było tak silne, że w ciągu kilku godzin znikły wielkie koncentracje wirusa obserwowane w sześciu punktach stolicy. Wieść o błogosławionym wpływie zmiany pogody na wirusa pierwsi ogłosili meteorolodzy. Natychmiast zelektryzowała ona mieszkańców stolicy, potem dużych miast, w końcu cały kraj.

– Mnie to poruszyło i uruchomiło zupełnie jak silnik spalinowy, który zaskoczył z opóźnieniem i od razu wszedł na wysokie obroty – powtarzał swoim kolegom mechanik samochodowy w warsztacie Otto Kamienny i Spółka.

Był to początek budzenia się Pokuty z letargu epidemiologicznego.

– W społeczeństwie drgnęła nić życia, jego serce zaczęło bić szybciej i żywiej rozprowadzać krew po organizmie. W końcu pojawiła się głowa i zaczęła myśleć. Tak zaczął się nowy etap naszego życia – napisał Grzegorz Koło.

Dobre wieści powtarzała co pół godziny w specjalnym komunikacie stacja telewizyjna Rubach i Spółka wspierana dotacjami rządowymi.

Wyzwolenie od wirusa nie oznaczało całkowitego powrotu do normalności. Kraj zmienił się duchowo i psychicznie. Pół zabrała ze sobą epidemia; ludzie, którzy szczęśliwie przeżyli, w większości borykali się z rzeczywistością. Szukano diagnoz, potwierdzających lub zaprzeczających ponurym ocenom sytuacji.

Na ulicach miast pojawiało się coraz więcej ludzi zagubionych. Zachowywali się dziwacznie, czasem nienormalnie. Niektórzy mieli na sobie piżamy, jakby dopiero co wstali z łóżka. Coraz wyraźniej ujawniały się postawy ekscentryczne i dziwactwa. Po trzech latach więzienia epidemiologicznego, dominacji wirusa i epidemii, niektóre osoby przeżywały zupełnie nieznane problemy i wyzwania. Wielu nie czuło, że nastała nowa epoka i gubili się w swoich zachowaniach i otoczeniu. Ludzie patrzyli w lustra i widzieli upiory. Wychudli, wycieńczeni, oczy bez blasku, zapadnięte policzki. Ich włosy były rzadsze i matowe.

– Nie poznaję samego siebie. Z trudem zdaję sobie sprawę z wolności od wirusa i epidemii, nie chce mi się wierzyć, że to prawda – Marcin Król skarżył się Erazmowi i Salomonowi na tradycyjnym już spotkaniu na molo. – Kraj zanurzył się w opary absurdu. Jako neurobiolog i lekarz widzę, że problemem jest przymglenie świadomości; ludzie zachowują się jakby poruszali się w gęstej mgle. Obserwuję to w szpitalu. Kontakt z pacjentami jest trudny; moje słowa docierają do nich z trudem, muszę je powtarzać, czasem pacjent w ogóle mi nie odpowiada. W zachowaniu, ruchach i wypowiedziach jest spowolniały jak pijany lemur.

Zuzanna miała własne obserwacje i chętnie dzieliła się nimi z Salomonem. 

– Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z moją sąsiadką. Powiedziała mi wprost, jakby nie rozumiała, że to coś nienormalnego:

– Musiałam ugotować wodę po raz drugi i trzeci, bo piszą, że woda gotowana jeden raz to trucizna. Po pierwszym gotowaniu trzeba gotować od nowa. Pokłóciłam się o to z mężem bo naskoczył na mnie.

– Opowiadasz bzdury – powiedział. – Zajmuj się czym poważniejszym, kobieto, niż słuchaniem kretynów w programach o gotowaniu i praniu na sucho. Świat nam się wali na łeb, bo zużywamy za wiele energii, a ty wodę gotujesz kilka razy! Zdajesz sobie sprawę, ile ty marnujesz energii elektrycznej?

Odc. 32 Nawyki

Zmiany zachowań ludzi wywołane przez wirusa nurtowały Erazma. Miał dużo czasu, aby o tym myśleć i zastanawiać się, dokąd to wszystko zmierza. Swoimi obserwacjami dzielił się chętnie z Salomonem.

– Ludzie się pogubili. Wiele czynności wykonują w sposób przesadny, czasem zupełnie niepotrzebnie. Widzę to każdego dnia na własne oczy. Siostra mego ojca, Nadia, uważnie śledzi zachowanie członków rodziny i wypatruje ich niewłaściwych zachowań. Widzi je wszędzie. Mam wrażenie, że prześladują ją jakieś złe wspomnienia. Wczoraj zdenerwowała się i powiedziała ojcu:

– Popatrz jak nabrudziłeś na podłodze.

Ojciec patrzył ale niczego nie dostrzegł. Dopiero jak się schylił, zauważył ledwo widoczny ślad obuwia i kilka ciemnych okruchów obok. Nie ulegało wątpliwości, że to on był sprawcą, bo wchodząc do mieszkania od razu nie zdjął butów, w których był na dworze. Nie chcąc denerwować siostry ani siebie takimi drobiazgami, wziął do ręki wilgotną szmatkę, aby przetrzeć podłogę w miejscu, gdzie pozostał ślad obuwia. Nadia nie pozwoliła mu na to.

– Tylko jeszcze rozmażesz! – ostrzegła rozeźlonym głosem. – Sama to zrobię, bo ja to zrobię dobrze. Ojciec poczuł, że znowu zawinił.

Wiem, że w innych domach dzieje się podobnie. Ludzie szukają czegokolwiek, czego można by się trzymać, jakichś dawnych nawyków, dobrych czy złych, to nie ma znaczenia.

Erazm obserwował, jak bardzo ludzie się zmienili. Zastanawiał się nad przyczynami i wymyślił sobie teorię. Wyjaśnił ją Salomonowi.

– Ludzie zdziwaczeli, zamknęli się w sobie. Nie zdają sobie sprawy, że nastała nowa epoka, która się rozwija. Tkwią w przeszłości w postawach, nie pasujących do nowej rzeczywistości.

Podjął obserwacje, rozmawiał i czytał doniesienia medyczne i naukowe. Po kilku dniach uznał, że nie były to całkiem nowe zjawiska. Do starych problemów dołączyły nowe.

Odc. 33 Prezydent i premier

Społeczeństwo oczekiwało wystąpienia kogoś ważnego, kto przemówiłby, przedstawił sytuację, wyjaśnił, co się stało i wlał trochę otuchy w serce narodu. Z urzędu wystąpił prezydent Jonasz Dyga zwany powszechnie Lambrekinem, wcześniej mało angażujący się w sprawy państwowe inne niż polityka zagraniczna i sport, jego ulubione hobby, które nazywał konikami. Prezydent przemawiał na Placu Defilad. Hasłem jego przemówienia było „Totalne odrodzenie”. Lubił używać mocnych słów.  Na trybunie obok prezydenta po prawej stronie stał Leon Bury, po lewej premier Chudy i kilku jego ministrów.

– Największy cios zadany nam przez wirusa Dracula i kolejne fale epidemii, to unicestwienie połowy naszego społeczeństwa i zdewastowanie psychiki drugiej jego połowy, której udało się przeżyć. Powiem wam szczerze, najszczerzej jak umiem, nazwę to po imieniu: klęska demograficzna i deformacja psychiczna to prawdziwa masakra. Ja sam czasem czuję się nieswojo, jakbym był w cudzej skórze, a przecież jestem tym samym prezydentem, co poprzednio.

Zaraz po prezydencie zabrał głos profesor Zybe, doradca i rzecznik prezydenta. Prezydent wypchnął go, aby wzmocnił jego słowa.

– Nie ma wśród nas już ludzi normalnych, każdy nosi w sobie jakąś aberrację. My, obecni tutaj na sali, naukowcy, mamy szczęście, że zachowaliśmy samoświadomość i potrafimy to nazwać.

Nie umiejąc odnaleźć się w pełni w nowej rzeczywistości rząd zajął się badaniami, sondażami, ocenami i dyskusjami. Podjęto je na wielką skalę. Najpierw prowadzono sondaże dla ustalenia, jaka jest skala deformacji społeczeństwa, potem określano ich zakres i obszary występowania.

W gabinecie premiera odbyła się narada z rządowym zespołem doradców potocznie zwanym Think-Tankiem Chudego. Rozmawiano w warunkach prawie polowych, ponieważ gabinet premiera był w przebudowie. Brak było mebli, stół był podparty krzesłem z oparciem przyciętym do wysokości blatu.

– To nie tylko wygląda nienormalnie. To jest nienormalne – pomyślał premier, odchrząknął i od razu przemówił, aby nie dać się sprowadzić na manowce złym myślom.

 – Przejrzałem wasz raport wstępny. Jest trochę przydługi i nużący. Ważne jest, jakie wnioski z niego wynikają. Nie mamy czasu, aby dyskutować szczegóły, proszę więc o streszczenie wniosków. Bardzo się spieszę – premier nie ukrywał zdenerwowania. Przypomniał sobie, że jego prywatna psycholożka doradzała mu, aby wyrzucał z siebie wszystkie złe uczucia.

Odc. 34 Think Tank 

Denerwowanie się stało się modne w sferach władzy. Pokazać, że pracuje się pod presją i ma się ambitne cele, było w dobrym stylu.

– Takie zachowanie jest „en vogue” – twierdziła wizażystka, zajmująca się wizerunkiem publicznym premiera. – Proszę koncentrować się na sobie, panie premierze, nie na otoczeniu. Ci, którzy pana otaczają to tylko statyści. Mówiąc prosto z mostu, bez zahamowań, pokazując swoje uczucia, tworzy pan wizerunek człowieka silnego i zdeterminowanego. Nie jest ważne, co pan mówi, ale jak to pan mówi. W czasach, kiedy umysły ludzi błądzą we mgle, społeczeństwo „en masse” ceni wyrazistych przywódców. Najważniejsza jest twarz, żelazna maska, ostry wzrok, sięgający w dal i w przyszłość, ton głosu silny jak dzwon. To co mówię, brzmi niezwykle, ale jest skuteczne w czasach aberracji, kiedy ludzie oczekują i potrzebują silnego przywódcy. Władcy, który nimi wstrząśnie i poprowadzi do szczytnych celów.

Premierowi odpowiedział przewodniczący think-tanku, starszy, nieco zgarbiony mężczyzna, wyglądem i zachowaniem przypominający zmęczoną kobietę z nierównymi brwiami. Miał opadające ramiona i skórę na rękach białą jak śnieg.

– Wygląda jakby je trzymał kilka lat w mydlinach. Przypomina praczkę na przymusowym urlopie po śmierci męża – pomyślał premier z niechęcią. Nie lubił takich postaci.

– Najpierw skala zmian, panie premierze. Według sondaży około połowy naszego społeczeństwa to ludzie z zaburzeniami psychicznymi.

– Powszechnie nazywają ich czubkami lub psycholami – odezwał się spokojny głos z głębi sali.

– Ma pan bogatą wiedzę. Może i ma pan rację, ale to nie są przyzwoite określenia, zwłaszcza w ustach naukowca – żachnął się premier. – Nie ma potrzeby szydzić z ludzkiego nieszczęścia.  

Przewodniczący think-tanku kontynuował.

– Mamy pogłębioną analizę sytuacji. Lista problemów i wyzwań jest długa. Dużo dłuższa niż można by pomyśleć. Na pierwszy plan wysuwają się depresja, nietypowe zachowania, białe plamy pamięci o tym, co zaszło, cukrzyca. Poza tym notuje się, na szczęście rzadziej, różnego rodzaju uczulenia i alergie, zachwiania równowagi. Wysoka jest liczba samobójstw. Seks i erotyka uległy daleko idącej degradacji; prawdopodobnie jest to sprawa osłabienia systemu hormonalnego. Powszechna jest nieruchawość i otyłość. Wynikają one z braku ruchu na świeżym powietrzu oraz objadania się.

– Co pan sugeruje, panie profesorze? Od czego zaczniemy? Pilnie potrzebujemy osiągnięć. Cywilizacja nas zawiodła, nie spełniła się. Musimy się ratować.

– Opracowaliśmy propozycje wstępne, ale nie jestem przygotowany do ich przedstawienia. Sądziłem, chyba słusznie – przewodniczącemu lekko zadrżały ręce i twarz się zaczerwieniała – że zechce pan wraz ze swoimi ministrami zagłębić się w szczegóły raportu, aby w pełni zrozumieć, w jakim miejscu znajdujemy się jako społeczeństwo. To bardzo ważne.

Odc. 35 Odprawa

Premier wydawał się niewzruszony w swoim zamiarze zachowania spokoju. Postanowił zignorować słowa mówiącego, uznając je za nieudany test jego cierpliwości.

– Pozostanę spokojny jak płyta nagrobna wobec pańskiej propozycji – jego własne słowa go zaskoczyły. – Przepraszam, że tak mówię, ale wciąż myślę o milionach ofiar epidemii. Musimy wszyscy wyrwać się z tego nastroju. Obrócił głowę w okienku przewodniczącego Think Tanku:

– Na kiedy będzie pan ostatecznie gotowy z propozycjami? Proszę sformułować je jak najzwięźlej, bardzo krótko. Zdaję sobie sprawę z tego, że macie państwo do wykonania jeszcze masę roboty, ale my, klasa polityczna, ludzie czynu, nie mamy tego luksusu, aby zastanawiać się zbyt długo. Musimy szybko podejmować decyzje. Energiczne działanie to nasz priorytet – premier myślał jeszcze chwilę, szukając w głowie jakiegoś zręcznego sloganu dla podsumowania, nic zgrabnego nie przyszło mu jednak na myśl.

– Będziemy gotowi za trzy dni, w piątek – w głosie profesora słychać było ton obrażonego człowieka. – Na którą godzinę zadysponuje pan spotkanie? I gdzie ono się odbędzie?

Za plecami premiera ukazała się głowa jego sekretarza. Przylizane włosy nadawały mu służalczy wygląd a wąska twarz upodobniała do lisa. Nie był lubiany przez otoczenie; premier Chudy cenił go za jego lojalność, pracowitość i pomysłowość.

– Umówmy się, panie profesorze, Tutaj, w tym samym miejscu, o tej samej godzinie jak dzisiaj, tylko nie za trzy dni, ale jutro. Pański zespół musi pracować przez całą noc, nic na to nie poradzimy.

Sylwetka zmęczonej praczki jeszcze bardziej uwidoczniła się w przewodniczącym think-tanku. Profesor popatrzył niepewnie na swoich współpracowników. Ich twarze pozostały obojętne.

– Czyli jutro, o godzinie dziesiątej rano. Tutaj, w tym samym pokoju? – upewnił się przewodniczący.

– Dziesiąta zero-zero. Punktualnie. Jak nożem uciął – ironicznie dodała kobieta o bujnych włosach i lekko zaczerwienionej twarzy. Była wiceprzewodniczącą zespołu, osobą ustosunkowaną, pozwalającą sobie na drobne szyderstwa wobec premiera i jego współpracowników.

– Punktualnie jak w garnku szwajcarskim. Przepraszam, jak w zegarku szwajcarskim – dodał ktoś jeszcze.

Nikt się nie zaśmiał. Premier uznał zachowanie członków rządowego think-tanku za potwierdzenie prawdziwości teorii o zmianach psychicznych społeczeństwa. Wszyscy naukowcy wydali mu się nagle jednakowi.

– Jajogłowi sceptycy. Błyszczące oczy, przygarbione sylwetki i głowy nabite wiedzą w takiej ilości, że sami się w nich gubią – pomyślał z niechęcią.

Premier powstrzymał ręką swoich ludzi, aby goście mogli wyjść pierwsi. Opuszczając gabinet gęsiego, żegnali się kiwnięciami głowy.

– Musimy dawać innym przykład, jak się zachowywać w nowych warunkach – wyjaśnił współpracownikom, kiedy już goście wyszli. – Myślę o zorganizowaniu szkoleń w zakresie nowego savoir-vivre. Nie mam jeszcze tylko nazwy.

-Savoir-vivre nowych czasów. To tytuł uniwersalny, każdy go zrozumie – zaproponował sekretarz, usłużnie otwierając drzwi przed zwierzchnikiem.

Odc. 36 Szkoła i dzieci

Wiktor Cichy wznowił zarzuconą w okresie letargu praktykę spotkań dyskusyjnych przy krawężniku na osiedlu Aura. Osiedle traktował jak miniaturę kraju. Od północy znajdował się zbiornik wodny, od południa pagórek z ogródkiem zabaw dla dzieci, od wschodu płaskie, porośnięte chaszczami nieużytki, od zachodu uporządkowany i zabudowany teren. Swoją działalność uznawał za powołanie społeczne; mógł je pełnić z powodzeniem będąc na emeryturze i dysponując dużą ilością czasu.

– Trzeba rozruszać społeczność osiedlową. To obowiązek obywatelski, konieczność – mawiał, motywując tym przypomnieniem przede wszystkim siebie.

Na osiedlu Aura nazywano go także Ekscentrykiem i Odmieńcem. Reagował na to spokojnie:

– Nie przeszkadza mi to, bo takie mamy czasy: dywersji słownej, pomylonych pojęć, oszołomienia intelektualnego, zdeformowanej etyki. Wirus i kolejne fale epidemii potężnie namieszały ludziom w głowach. Trzeba ich ratować przed nimi samymi. Niektórzy osobnicy posuwają się tak daleko w swoim zachowaniu fanaberycznym, że oskarżają siebie samych o niegodne postępowanie, zbrodnię czy szaleństwo. Znam takie przypadki.

Kiedy sąsiad go poprosił, aby pokazał choćby jeden przykład, Wiktor powołał się na Józefa N. Nie chciał podać jego nazwiska, co poważnie osłabiło wiarygodność jego argumentu.

Wiktor rozlepił afisze zarządzając pierwsze spotkanie na godzinę jedenastą następnego dnia. Pięć minut przed czasem był już na miejscu. Poczekał do jedenastej pięć.  

– Dziś będziemy dyskutować o dezorientacji współczesnego człowieka. Dokładny temat to: „Czy jesteśmy zagubieni psychicznie w czasie i w przestrzeni?”. Ostatnio słyszę, jak ludzie powtarzają te same słowa:

– „Jesteśmy na samym krańcu przylądka wieków. Wczoraj umarły czas i przestrzeń”. Jest to jawne nadużycie, ponieważ to hasło pochodzi z Manifestu Futuryzmu ogłoszonego w 1909 roku, mającego rozpocząć rewolucję kulturalną. Wierzą w nie tylko ci, co nie znają historii myśli społecznej oraz ci, którym kilka fal epidemii tak utłukło rozum w głowach, że już nie potrafią myśleć inaczej, bardziej twórczo, znaleźć w swojej wyobraźni ziemi uprawnej, bogatej, na której mogliby wyhodować nową rzeczywistość. Ci z ubitymi myślami pozostali zamknięci w ciasnocie swoich kościołów, skostniałej wiary w Boga, pokoju partyjnego czy wypowiedziach ulubionych aktywistów, łżących w telewizji, w gazetach, na portalach internetowych oraz na wiecach partyjnych. Wszystkie te sytuacje przypominają mi zatęchłe klatki schodowe ponurej przeszłości.

– Mówi o ludziach, którzy dali się zaszufladkować – komentowali sąsiedzi z osiedla Aura, otwarci na rzeczywistość. – Niech Bóg będzie z nimi. Oni są już straceni. Musimy poczekać, aż ich czas przeminie.

Wiktor nie komentował tych wypowiedzi, tylko rwał naprzód ze swoim przekazem.  

– Poczucie zagrożenia i obcości pcha się do miast i wsi wszystkimi bramami, furtkami i dziurami w płotach. Widzę je wszędzie. Często zaczyna się ono całkiem niewinnie – podjął Wiktor, korzystając nadal z notatek. Widząc zainteresowanie tematem, po chwili mówił już z głowy.

– Najbardziej zagrożeni aberracją są najmłodsi. Ostatnio przypadkiem widziałem film dla młodzieży zatytułowany „Przysłowia”. Miał prostą fabułę. Chodziło o wiejską szkołę, w której dzieci ćwiczą i rozwijają wyobraźnię przypominając sobie przysłowia i tworząc własne. Przysłowia są notowane w zeszytach, wypisane na ścianach i tablicach, wszędzie można też znaleźć ich ilustracje graficzne. Obejrzałem ten film do końca. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że został on zaakceptowany przez ministra szkolnictwa. Domyślam się, że w grę musiały wejść znajomości lub łapówka, lub jedno i drugie. Producent filmu, reżyser, scenarzysta i ci, którzy go dopuścili do dystrybucji w szkołach, chyba upadli na głowę.

Odc. 37 Walka o dzieci

– To przerażający, szalony film – wyjaśnił Wiktor Cichy.

Po oczach słuchających go mieszkańców osiedla widział, że jego wystąpienie wzbudziło zainteresowanie.

– Film „Przysłowia” jest nie tylko kontrowersyjny, ale wręcz nienormalny; dzieci wcielają się w role katów i oprawców. Wyobrażacie sobie to? Gra z pozoru jest niewinna. Chodzi o przypominanie sobie i wymyślanie przysłów z wyrazami takimi jak kat, oprawca, morderca, dręczyciel, prześladowca i podobne. Są to mocne wyrazy, co według twórców filmu ma stymulować dziecięcą pomysłowość, wyobraźnię i fantazję. Nie wiem, kto zlecił i zapłacił za ten film, ale wiem, kto go reżyserował. Jego stworzenie musiało drogo kosztować, ponieważ w czasie kręcenia nastąpił tragiczny wypadek, potem drugi i trzeci, i do sądu trafiły pozwy o odszkodowania przeciwko producentowi i reżyserowi. Oskarżono ich o przekroczenie uprawnień, niedopatrzenie obowiązków służbowych oraz nieprzestrzeganie przepisów bezpieczeństwa pracy.

Wydarzenie nabrało publicznego rozgłosu za sprawą Grzegorza Koło, kierownika działu „Nowiny”, aktywnie wspieranego przez Pawła Isika, redaktora naczelnego Gazety Porannej.

– Wprawdzie sam nie mam dzieci … chyba że mam, jednakże nic o nich nie wiem … usiłował żartować Grzegorz – ale historię filmu „Przysłowia” wziąłem sobie na kieł. Dotyczy ona sporu między producentami i dystrybutorami filmów sprzedawanych dla osiągnięcia dochodu, a interesami społeczeństwa, w tym przypadku dzieci i ich rodziców. Producenci i dystrybutorzy bronią film „Przysłowia” na zasadzie konstytucyjnego prawa do wolności wypowiedzi i swobody artystycznej. Wyjaśnia to, dlaczego nie możemy zakazać pokazywania tego filmu w szkołach. To wielkie wyzwanie, ponieważ nie jest łatwo udowodnić związek między treścią filmu a jego wpływem na psychikę ludzką. Dlatego dołączam się do walki o szczęśliwe dzieciństwo. Ratujmy dzieci!

Ratowano dzieci czytając im bajki mądre, szlachetne w treści, zawierające w sobie piękno, a nie bajki o smokach, potworach i wypijających krew wampirach. Taka powinna być rzeczywistość – zapisał w prywatnym notatniku Grzegorz Koło, kontestator spraw bezproduktywnych, okrucieństwa, chciwości i zwykłej ludzkiej głupoty.

W obliczu trudnej, aberracyjnej rzeczywistości, tylko jednostki najbardziej niezależne i twórcze wracały do normalności zmieniając swoje sposoby myślenia i postępowania. Rok później Grzegorz Koło pisał już o dwóch nurtach zachowań. Entuzjazmował się tym rozróżnieniem.

– Pierwszy nurt jest realistyczny ale zachowawczy: „Jest tak jak jest, zróbmy tyle, ile można zrobić, działajmy tu i teraz”. Drugi jest bardziej teatralny, przez co skuteczniejszy, ponieważ przemawia do wyobraźni; kieruje się fantazją, ucieczką do przodu, groteską, wyobrażeniami, życiem w chmurach. Jego hasło to: „Obnośmy się ze swoją prywatną radością, entuzjazmem i miłością, przedstawiajmy wirusa jako zjawisko biologiczne o malejącym znaczeniu w przyrodzie”.

Odc. 38 Redaktor i premier

Po kilkunastu miesiącach – tyle czasu zajęło społeczeństwu oswojenie się z aberracyjną rzeczywistością – ludzie zaczęli dostrzegać i uczyć się, jak nie dać się utopić w nienormalności. Nie wiadomo dlaczego nazywano ich słabeuszami. Ich poglądy i opinie przedstawiał Grzegorz Koło. Konsekwentnie umacniał swoją rolę samozwańczego kronikarza miasta i kraju. Czynił to, lawirując między oczekiwaniami czytelników a schlebianiem rządowi wspierającemu media środkami przeznaczonymi na edukację społeczeństwa w czasach aberracji.

– Ci rzekomi słabeusze, to w istocie ludzie dobrze sobie radzący. To oni, a nie kto inny, odnaleźli się w literaturze, malarstwie, gotowaniu fikuśnych potraw, pozytywnych rozmowach o dobroci, rozmyślaniach, spacerach nad wodą lub po lesie, pomaganiu innym, dłubaniu w drewnie czy przy rowerze, opiece nad dziećmi, pisaniu wierszy, a nawet prowadzeniu tramwaju tak, aby się nie wykoleił. W ten sposób unikają jałowych rozmów o niczym, bezmyślnego stukania w klawiaturę smartfonu, alkoholizmu, depresji, cukrzycy i innych chorób cywilizacyjnych.

Premier Chudy widział rzeczywistość z innej perspektywy. Dla niego aberracja okazała się bardziej bolesna i wymagająca. Szukał nie tylko własnej drogi do sukcesu, ale i drogi powodzenia dla całego państwa. Kiedy wracał do domu po znojnym dniu pracy miał jeszcze tyle siły i samozaparcia, aby dzielić się z żoną wiadomościami.

– Na ulicy widziałem członków jakiejś nowej Armii Zbawienia głoszących dobrą nowinę. Mówili, że wirus i epidemia już nam nie grożą, uległy degradacji, stały się kalekami. Ci ludzie używają dziwnych sformułowań i teorii. Twierdząc, że wirus popełnił samobójstwo, przypisują mu cechy ludzkie. To prawdopodobnie antyszczepionkowcy, a na pewno maniacy i dewianci umysłowi. Tylko utrudniają mi życie, mnie i mojemu rządowi. Chyba powinienem kazać do nich strzelać.

Premier uspokoił się dopiero wtedy, kiedy żona zaciągnęła go do łóżka. Nastrój mu się poprawił, rozgadał się ponownie.

– Tylko miłość jest rzeczywista. Ale tylko ta prawdziwa. To znaczy taka, w której pożądanie i zaspokojenie fizyczne idzie w parze z autentycznym uczuciem do drugiej osoby.

– A jaka jest prawda twojej miłości? – zapytała go żona.

Wiedziała, co jej odpowie i nie czekając schwyciła go dłonią za penisa, aby pobaraszkować. Lubiła go prowokować, wzbudzać w nim pożądanie. Nie pozostał jej dłużny.

– W taki oto sposób łączymy piękne z pożytecznym, miłość z seksem, wyuzdanie z delikatnością. Jesteśmy wspaniali! – krzyknął premier.

Nie trwało to długo. Chwilę później przypomniał sobie siermiężną rzeczywistość: w pracy ma mnóstwo nierozwiązanych problemów a opozycja i duża część społeczeństwa uważają go za łgarza i łajdaka. To wypędziło go z łóżka, wywołując grymas niechęci na twarzy żony. Zignorował jej uczucia, miał własne sprawy do przemyślenia.

Jedna myśl męczyła go w szczególności. Wracała regularnie jak oprawca, aby go nękać. Kiedykolwiek pojawiło się coś wrednego do zrobienia, co szło przeciwko zdrowemu rozsądkowi lub przyzwoitości, natychmiast zdawał sobie sprawę, że ustępując Leonowi Buremu, sprzedaje się jak prostytutka.

– Ten właściciel firm, ludzi i idei, narzuca swoją wolę innym, wynagradzając ich sowicie, kupując ich dusze i sumienia zupełnie jak kawałek kurczaka w sklepie mięsnym na rogu. – To despota, ale jest mi z nim dobrze. Muszę tylko postępować wbrew własnemu sumieniu, oszukiwać siebie. Jestem zwykłym łajdakiem – mimowolnie głośno wypowiedział ostatnie zdanie.

Żona natychmiast zareagowała.

– Co ty pleciesz?! Jesteś bardzo atrakcyjnym mężczyzną i porządnym człowiekiem. Dbasz o rodzinę i kraj, choć coraz słabiej jest z twoim libido. To ładny wyraz, nieprawdaż – usiłowała odciągnąć męża od niedobrych myśli, zagadać go, zwracając uwagę na piękno słów i powaby własnego ciała.

– Prawdaż – mruknął, zagłębiając się w swoje nieszczęście.

Znowu czuł się podle. Pomyślał, że dopada go depresja jak tysiące innych ludzi. Bał się jej. Widział, jak potrafi dewastować najsilniejsze jednostki. Najbardziej jednak męczyło go sumienie.

Odc. 39 Przyjaciel Szymon

Szymona Karolaka Salomon znał od lat. Przez długi czas – głównie z uwagi na nadmiar własnych obowiązków – utrzymywał z nim sporadyczne kontakty. Spotkał go przypadkowo po wybudzeniu się społeczeństwa z letargu. Od tego czasu rozmawiał z nim częściej, głównie telefonicznie, bo mieszkali daleko od siebie. Dużo też korespondował z nim pocztą elektroniczną. Było to wygodne. Lubił to oderwanie od rzeczywistości, ponieważ Szymon często przebywał w świecie urojeń i fantazji i co jakiś czas podsyłał mu ciekawe wypowiedzi, obserwacje, klipy video i linki.

– Nic nienormalnego w nim nie widzę. On jest trochę nienormalny, będąc z zasady normalny. To cecha aberracyjnej współczesności. Człowiek nawet nie wie, kiedy wejdzie w bagno dezorientacji – tłumaczył Zuzannie, po kobiecemu krytycznej wobec niepraktyczności człowieka.

– Szymon jest jak duże dziecko – Salomon usiłował tłumaczyć przyjaciela. – Łatwo traci z oczu i pamięci to, o czym mówił przed chwilą, widzi przed sobą ciągle jakąś nową piaskownicę, wiaderko i ciężarówkę do przewozu piasku. Albo samolot odrzutowy kierowany sztuczną inteligencją, albo wielką firmę , którą sam tworzy a potem nią kieruje z wielkim sukcesem. Ostatnio założył farmę rasowych królików, budował drogę w Kongo i pośredniczył na wielką skalę w handlu między Europą i Chinami. To nieszkodliwy marzyciel, bajarz i entuzjasta. Któregoś dnia zapomni się, nadmucha i uleci w przestworza jak balonik nucąc po drodze piosenkę o księżycu.

W istocie Szymon był bardzo inteligentnym człowiekiem, miał szeroką wiedzę, niemało podróżował, dużo czytał. Chyba nie było tematu, który by go nie interesował. Salomon usiłował zwrócić mu uwagę na ten aspekt jego osobowości, aby się trochę bardziej kontrolował.

– Masz zainteresowania encyklopedyczne. Mógłbym wybrać dowolne hasło z Encyklopedia Britannica, chyba najobszerniejszej encyklopedii na świecie, i będziesz od razu mieć coś do powiedzenia na ten temat.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiła się u Szymona nowa cecha. Stał się namiętnym zbieraczem przeróżnych rzeczy, przeważnie niepotrzebnych. Oczywiście sam tak nie uważał. Przyznał się Salomonowi, że reagował szybko i spontanicznie, kiedy widział tanią okazję zaspokojenia potrzeb swoich, najbliższej rodziny lub społeczności, której pomagał.

– Kiedy zobaczyłem ogłoszenie kobiety oferującej bezpłatnie dwie szafy z półkami, wszystko w bardzo dobrym stanie, od razu zdecydowałem się je zabrać. Ponieważ sam nie mam dosyć miejsca, umieściłem jedną szafę w domu córki, drugą w domu ojca. Oboje buntowali się, kiedy zobaczyli nowy mebel, ale im powiedziałem, że wkrótce go zabiorę. To ich uspokoiło.

Tak było ze wszystkim: z książkami, nieużywanym rowerem turystycznym z przerzutką, sprzętem komputerowym, narzędziami stolarskimi. Salomon widział w tym podobieństwo do uznał to za początki kleptomanii.

Szymon miał też inną, ciekawą cechę – niezwykłą skłonność do zmiany tematu rozmowy.

– Rozpoczęcie rozmowy z nim o czymkolwiek prowadzi mnie zawsze na manowce – Salomon dzielił się obserwacją z Zuzanną. – Zaczniemy mówić o zbieraniu grzybów, wspomnę, że pojechałem na grzyby moim nowym samochodem i wymieniam jego markę, on natychmiast podejmuje temat samochodu i opowiada mi, jaki mu się szczególnie podoba oraz opisuje, jaki jest fenomenalny, jakie ma osiągi i gdzie można go kupić.

0Shares

Cień wielkiego sztukmistrza. Opowiadanie.

Wszyscy pragnęli choćby raz z życiu zobaczyć Leona Witusa, zwanego powszechnie Sztukmistrzem, ukazującego się dwa razy w tygodniu w budynku parlamentu Abstrakcji. Od czasu odejścia na emeryturę Witus pojawiał się tam regularnie na ścianie w formie cienia.

– To mój dar dla potomnych – powiedział, zanim po raz ostatni zacisnął usta, jak miał we zwyczaju, kiedy pytano go o coś, o czym nie miał chęci mówić. Był pod tym względem powściągliwy jak i konsekwentny. 

Leon Witus od lat udzielał się w parlamencie. Na życzenie większości parlamentarnej prezentował tam własny program cyrkowy. Był dyrektorem cyrku oraz znakomitym treserem. Tresował głównie konie, psy i małpy oraz ekwilibrystów cyrkowych, pragnących nauczyć się utrzymywania równowagi w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Był to człowiek wyjątkowo utalentowany. Ludzie znający jego metody i osiągnięcia przypisywali mu cechy wręcz demoniczne.

– On potrafi ugnieść człowieka jak plastelinę – Wyznał kiedyś jego bliski współpracownik, zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla branży cyrkowej, z której się wywodzili.  

W dniach obrad parlamentarnych Sztukmistrz siedział spokojnie i przysłuchiwał się dyskusjom. Czasem zagłębiał się w ekran iPada, smartfonu lub czytał książkę. Miał swoje hobby i słabości. Był bezpośredni i uczciwy i nie krył się z nimi. Nikt nie miał mu tego za złe, ponieważ był powszechnie lubiany, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Z czasem stał się  wpływowym działaczem parlamentarnym oraz wzorem uczciwości i dobroczynności dla dużej części społeczeństwa. Z tego względu nazywano go także Prawdziwym Człowiekiem. Kiedy odszedł na emeryturę, przyjęto to jakby odszedł na zawsze.

– Został po nim wspaniały dorobek duchowy i wspomnienia – pocieszali się przewodnicy wycieczek, gromadzący się z rana w małej grupie obok długiej kolejki ludzi pragnących zwiedzić parlament. Ich rolą było oprowadzać wycieczek po parlamencie.

Odejście Wielkiego Sztukmistrza na emeryturę pociągnęło za sobą zmiany w parlamencie. Tę część budynku, gdzie spędził większość swego pracowitego życia służąc narodowi i sprawie, przemieniono na Mauzoleum Wielkiego Sztukmistrza a miejsca na korytarzach, którędy się poruszał, odgrodzono barierkami. Kuratorem mauzoleum został najbliższy współpracownik Sztukmistrza, popularnie zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla pracowników branży cyrkowej.

Na zlecenie minister kultury, ślady w podłodze, gdzie Wielki Sztukmistrz klęczał i wstawał z kolan, odlano w złocie i przekazano do Muzeum Narodowego. Licencję na produkcję podobizn jego twarzy, miniaturek śladów klęczenia oraz na powielanie jego słów otrzymała firma Agara. Już po dwóch miesiącach podobizny i miniaturki trafiły do kiosków z pamiątkami rozsianymi po całym kraju. Produkcja akcesoriów upamiętniających Sztukmistrza dopiero po roku dogoniła popyt.

Rząd Abstrakcji pragnął, aby postać Wielkiego Sztukmistrza znalazła się także w Muzeum Figur Woskowych w Londynie. Premier Cichy wystosował w tej sprawie pismo do muzeum. Nie było to udane przedsięwzięcie. Najpierw odesłano pismo z adnotacją, że adresat jest nieznany. Po zbadaniu sprawy okazało się, że zamiast do Muzeum Figur Woskowych zaadresowano je do Muzeum Figur Wojskowych. List błąkał się przez dwa miesiące po Ministerstwie Obrony Narodowej w Londynie, zanim udzielono odpowiedzi.

Zaadresowany już poprawnie drugi list premiera dotarł we właściwe miejsce. Ku rozczarowaniu obywateli Abstrakcji dyrekcja muzeum odmówiła wystawienia u siebie podobizny Wielkiego Sztukmistrza. Jej dyrektor odpisał, że postać jest im mało znana. W Abstrakcji wywołało to wielkie oburzenie, kiedy dodatkowo ujawniono, że w rozmowie telefonicznej pracownika gabinetu premiera Cichego z Muzeum Figur Woskowych jego urzędnik miał powiedzieć:

– Who the hell is that bloke?! Nobody here has ever heard about him! Do diabła, kim jest ten facet?! Nikt nigdy o nim tutaj nie słyszał!

W odpowiedzi rząd Abstrakcji powołał Fundację Wielkiego Sztukmistrza, aby uwiecznić jego imię i osiągnięcia.

Kiedy na ścianie mauzoleum ukazywał się cień Witusa milkły głosy a oczy zwiedzających zachodziły mgłą wzruszenia. Cień nadchodził z reguły z prawej strony korytarza i posuwał się naprzód spokojnym, równym krokiem, pozostając w środku kolumny ochroniarzy. Przed nim, z przodu, z boku i z tyłu, milcząco osłaniali go solidnie zbudowani mężczyźni. Czasem tylko towarzyszył mu jakiś dygnitarz.

– Wielki Sztukmistrz jest dobrze pilnowany, ponieważ jest skarbem narodowym – zwykła wyjaśniać dziennikarzom minister kultury na konferencjach prasowych.

– Leon Witus jest wielkim człowiekiem mimo nienadzwyczajnej postury – skomentował kiedyś w artykule prasowym znany z nietuzinkowych obserwacji dziennikarz prasy niezależnej.

Wiele osób miało mu to za złe, twierdząc, że taka ocena nie jest uczciwa, ponieważ Wielki Sztukmistrz jest w istocie rzeczy dobrze zbudowanym mężczyzną. Niektórzy porównywali go nawet z Napoleonem. Wkrótce opisujący Witusa dziennikarz odszedł z pracy. Jak się okazało na własne życzenie. Wyjaśnił to:

– Zrozumiałem niestosowność tego sformułowania i przyznaję się do błędu.

Nie uczynił tego od razu. W decyzji pomógł mu prawdopodobnie pożar jego nowego samochodu, gdzie w skrytce mały trzymał laptop i aparat fotograficzny. Miał w związku z tym wyrzuty sumienia, że coś chyba zawinił, skoro los tak podle go potraktował. Pożar samochodu dziennikarz zgłosił na policji, ta zaś przekazała sprawę do prokuratury.

– Nie wiedziałem, że dochodzenie w sprawie, kto wywołał pożar samochodu i w jakim celu, nie miało naprawdę sensu – żalił się dziennikarz przyjacielowi.

Sprawa trafiła do prokuratora, który wezwał poszkodowanego, aby go przesłuchać i w końcu mu zakomunikować:

– Widzimy małą szkodliwość społeczną czynu. Tylko pan został poszkodowany. Jedna osoba to jeszcze nie społeczeństwo. Chyba pan się z tym zgodzi.

– Przy okazji, czy pański samochód był ubezpieczony? – zapytała  siedząca obok prokuratora urzędniczka, oferując gościowi spokojny uśmiech pocieszenia.

– Tak, oczywiście.

– No widzi pan. Czyli nic pan na pożarze nie stracił. To tylko powinno umocnić pana w przekonaniu, że był to czyn o znikomej szkodliwości społecznej.

Dziennikarz opowiedział swoją historię przyjacielowi, żyjącemu wspomnieniami o Wielkim Sztukmistrzu. Ten mu odpowiedział:

– Jesteś okropnym pesymistą. Ja nie mam takich problemów. Prokuratura zawsze mi pomaga, kiedy moja sprawa do nich trafia.

Leon Witus, którego cień pojawiał się regularnie co najmniej dwa razy w tygodniu na ścianie mauzoleum, z każdym dniem był coraz pełniejszy. Widać to było po jego brzuchu.

– Nie jest to zjawisko pozytywne – krytykowali Sztukmistrza przeciwnicy parlamentarni, nie tylko zresztą oni. – Za granicą ludzie na tak wysokich stanowiskach bardziej dbają o siebie, ćwiczą, biegają. Sztukmistrz wyraźnie się zaniedbał. Można by pomyśleć, że jest abnegatem.

Oprócz powiększającego się brzucha, kojarzącego się coraz wyraźniej z chorobliwą opuchlizną, w jego sylwetce niewiele się zmieniało. Nadal dumnie obnosił się swoją dużą głowę, oszronioną na szczycie pogłębiająca się siwizną. Jego sylwetka wywoływała coraz liczniejsze komentarze a nawet okazyjne dyskusje; nikt jednak z niego nie żartował. Pytany o coś przez dziennikarzy, mistrz sztuki cyrkowej rzadko się odzywał..

– Ma zasznurowane usta. I to sznurówkami najlepszej jakości – czasem ktoś rzucił niewybredny żart, kryjąc się za plecami tłumu. Na ogół unikano żartów w jego towarzystwie. Skomentował to kiedyś sekretarz osobisty Witusa.

– Żartowanie w towarzystwie Mistrza ma sensu. I tak wiadomo, że nikt nie dorówna mu humorem. Ma on ogromne poczucie humoru, ale rzadko je okazuje.

– Dlaczego?

– Bo jest to człowiek znacznie poważniejszy od nas wszystkich. Żal mu czasu na żarty. On myśli o wszystkich obywatelach, nie tylko o sobie.

– Całkowicie się z tym zgadzam – poparła sekretarza stojąca niedaleko starsza niewiasta, o siwych, opadających na ramiona włosach.

– On zawsze jest taki sam, poważny i odpowiedzialny. Zupełnie jak pan Bóg. Jest też skromny i nienarzucający się: czarny garnitur i czarne pantofle, ciemny płaszcz i ciemna czapka. Przeważnie jest zamyślony, rzadko się uśmiecha. To dlatego, że nieprzerwanie myśli o nas wszystkich i za nas wszystkich. O ojczyźnie, rodzinie, dobrobycie, bezpieczeństwie. Codziennie dziękuję Bogu za to, bo sama nie udźwignęłabym takiego ciężaru. Wystarczy mi, że go posłucham i już wiem wszystko, i jestem szczęśliwa.

Na zamknięcie letniego sezonu wspomnień o Wielkim Sztukmistrzu, Janina Kokoszka, minister kultury wygłosiła przemówienie okolicznościowe.

– Leon Witus jest nie tylko wspaniałym sztukmistrzem, ale i wielkim człowiekiem. Przeszedł na emeryturę, ale jego dorobek i jego postać pozostały i weszły na zawsze do naszego dziedzictwa narodowego. Dzięki niemu dziś wiemy lepiej, kogo kochać, a kogo nienawidzić, komu ufać, a komu nie. Mamy nowoczesne więzienia i obozy kondycyjne dla młodzieży, służące przygotowaniu ich do wielkich czynów na rzecz ojczyzny. Osobiście wspominam go najlepiej jak tylko można. To wielki patriota. To on mnie mianował na to stanowisko, abym pomnażała i sławiła bogactwa naszej kultury. Nie szczędził też pieniędzy na kulturę, zawsze popierał nasze projekty przedstawiane pod obrady rządu. Dzięki niemu mamy to, co najcenniejsze: kulturę narodową bez naleciałości, oznaczoną setkami pomników i tysiącem ulic z nazwiskami naszych bohaterów.

-Będzie co burzyć, kiedy przyjdzie czas zmian – szeptali między sobą kryjący się w cieniu konspiratorzy, na których nikt nie zwracał uwagi.

Były to czasy tak wielkiej niepewności, że nawet Albert Kozło, znany wróżbiarz i jasnowidz, zachowywał ostrożność snując przepowiednie co do losów ludzi i kraju. W czasie wywiadów telewizyjnych na stoliku obok siebie umieszczał wypchanego lelka kozodoja. Był to rzadki eksponat – nocny ptak o szerokiej paszczy sięgającej aż poza oko, otoczonej wieńcem sztywnej szczeciny, ułatwiającej łapanie owadów w czasie lotu. Oprócz pustułki, był to jedyny ptak, potrafiący zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Z jego kształtu, barwy upierzenia i niezwykłości zachowań, wyciągano wniosek, że los niekoniecznie będzie sprzyjać Wielkiemu Sztukmistrzowi.

 

0Shares

Carajo. Opowiastka.

Dzisiaj stać mnie było tylko na coś nieprzyzwoicie krótkiego.

– Wyobraź sobie, hombre, człowieka młodego, przystojnego, aspirującego do wielkiej kariery i bogactwa, niespotykanej inteligencji, wyobraź go sobie jako własnego dziadka. Jest we mnie taka dojrzałość, że mógłbym zostać moim własnym dziadkiem – rzucił w przestrzeń Alfredo Sombra, powszechnie znany jako Carajo, usiłując podnieść się z kolan. – Kiedy myślę o dziadku, płaczę. Nie mogę inaczej. Jestem nieszczęśliwy, ponieważ miałem tylko pół dziadka i to tylko ze strony mamy. Dlaczego pół, moglibyście zapytać, ale oczywiście nie zapytacie. Wyjaśniam. Widziałem go tak rzadko, że mogę powiedzieć śmiało, że była to tylko połowa.

– A ze strony ojca? Co z dziadkiem ze strony ojca? – nieznany głos brzmiał wpół drwiąco, wpół współczująco.

Carajo nawet nie starał się podnieść głowy, aby dojrzeć mężczyznę. Kontynuował swoją opowieść.

– Wyobrażam sobie siebie w roli mego własnego dziadka: dystyngowany, siwy, prosty jak trzcina, taki do zabawy i do napadu na bank. Chyba tak to się mówi? Taki, co to trzaska z bata sprawniej niż kowboj i patrzy z góry na wszystko i na wszystkich. To jestem ja, kombinacja dziadka i wnuka, zintegrowana dojrzałość i młodość, mądrość i świeżość.

– Co się z tobą stało, Carajo? Nigdy tak nie mówiłeś.

– Ale mówię. Kiedy tchórz wydusił mi wszystkie kury, jastrząb porwał mego najlepszego gołębia, zdradziecko rozmontowano i wyniesiono ceglany piec z mojej piekarni i odeszła ode mnie żona, postanowiłem się zmienić, osiągnąć dojrzałość. Co mi zostało? Ja sam, ale dojrzalszy. Taki jestem i taki zawsze będę, dumny Alfredo Sombra, znany powszechnie jako Carajo! – krzyknął mężczyzna, kiedy strażnicy miejscy wciągali go do samochodu, aby zawieźć na izbę wytrzeźwień.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 grudnia 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”. Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to; jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował, że człowiek, jak ma aak szału, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe, na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata. Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza.

– Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki na wszelki wypadek.

– Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

Odc. 22 Apteka

W miarę rozszerzania się epidemii życie społeczne komplikowało się. Dla niektórych grup obywateli stawało się wprost nie do zniesienia. Ludzie zachowywali się w sposób coraz trudniejszy do przewidzenia, częściej popełniając też samobójstwa. Pojawiły się różne teorie wyjaśniające ten stan rzeczy. Alfred przestał mieć wątpliwości, że sprawa epidemii jest czystym przypadkiem działania natury. Teorie konspiracyjne wyrastały jak grzyby po deszczu, każda następna coraz solidniej uzasadniona. Sam też opracował teorię, do której stworzył wielowariantowy model matematyczny. To dawało mu przewagę nad konkurentami. Pracował nad nią nieprzerwanie, doceniając konieczność skuteczniejszego przewidywania przyszłości.

Już pierwsze próby modelowania przyszłości wskazywały, że pogłębiająca się epidemia będzie przynosić coraz tragiczniejsze skutki. Wniosek mógł być tylko jeden; apteka stała się instytucją społeczną, bez której społeczeństwo nie będzie w stanie przetrwać. Piekarnia i wędliniarnia siłą rzeczy zeszły na plan dalszy. Ich rola społeczna zmalała w jego ocenie.

Alfred skoncentrował się na aptece, z której usług korzystał najczęściej. Była to Apteka Panorama, jego ulubione miejsce zaopatrzenia w leki. O nowej roli apteki, wynikającej przede wszystkim z jego modelowania matematycznego, poinformował od razu kierowniczkę i personel. Uważał, że cała załoga bez wyjątku powinna być świadoma, że reprezentuje coś znacznie więcej niż tylko punkt dystrybucji leków.

– Apteka stała się w dobie gwałtownych zmian i zagrożeń życia centralną instytucją społeczną. Jest rodzajem Sevres pod Paryżem, gdzie znajduje się wzorcowa miara systemu metrycznego, wzór wszystkich miar długości, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. W najbliższej przyszłości apteka będzie łączyć skład i punkt dystrybucji leków z kulturą i edukacją. Ostatecznie stanie się oazą postępu i ostoją równowagi psychicznej i moralności społecznej. Będę z paniami współpracować, aby rola tej apteki rosła i nikt nie miał wątpliwości, że to tutaj decydować się będą losy lokalnej społeczności i obywateli.

Wyobraźnię Alfreda, oprócz wyników modelowania matematycznego, rozpaliło drobne z pozoru wydarzenie. Kilka dni wcześniej, było bardzo gorąco, Alfred poczuł się tak słabo, ze farmaceutka wydająca mu przepisane lekarstwo, wydała mu przez omyłkę opakowanie z trucizną, którą przyjął w przekonaniu, że bierze właściwy lek. Natychmiast poczuł, że zapada się w ciemność jakby zjeżdżał szybkobieżną windą w kopalni węgla kamiennego. Nic się oczywiście nie stało, ponieważ kobiety zauważyły jego stan i od razu podjęły akcję ratunkową podając mu odtrutkę. Obudził się na krześle na środku apteki z buteleczką „Carbo medicinalis” w ręce.

To niezwykłe przeżycie rozpaliło jego wyobraźnię. Od tej pory, ilekroć przychodził do apteki, doznawał niezwykłych przeżyć. Cieszył się nimi. Były mu one potrzebne, gdyż od czasu odejścia ze szkoły jego życie marniało szybciej niż niepodlewana róża. Podkreślił to przy kolejnej wizycie, aby ostatecznie rozwiać niepokój farmaceutek co do minionego zdarzenia.

– Apteka pań stała się dla mnie równie ważna jak zielona oaza dla arabskiego nomady i jego wielbłąda, spragnionych wody, pożywienia, chłodu i wypoczynku. Potrzebuję więcej przestrzeni i szerszego oddechu i to właśnie tutaj znajduję.

Piekarnię i wędliniarnię uznał Alfred za miejsca ważne i niezbędne, aby nie doznać głodu i odprężyć się erotycznie, a nawet przetestować granice wyuzdania w egzotycznych warunkach. Nie sprzyjały one jednak rozwojowi intelektualnemu, duchowemu i moralnemu w warunkach zagrożenia epidemiologicznego.

Następnym razem, kiedy zjawił się w aptece, wydała mu się ona świątynią zadumy i poważnych rozważań. Panowała w niej atmosfera wieczornego słońca. Skąpana w jasności apteka wyglądała tak rewelacyjnie, że nazwał ją filmowym imieniem „Bulwaru Zachodzącego Słońca”. Kiedy zaproponował paniom zmianę jej nazwy na bardziej ambitną i wymowną reklamowo, nic nie odpowiedziały. Zrozumiał, że zaskoczył je swoją propozycją i muszą ją przemyśleć zanim wyrażą opinię. Zgodziły się natomiast bez zastrzeżeń, że apteka jest miejscem powagi, gdzie rozstrzygają się sprawy życia i śmierci.

Alfred dodał do tego: „ a w przyszłości będą także decydować się sprawy rozwoju intelektualnego i duchowego”. Jego słowa nie wywołały pozytywnej reakcji, tak jak oczekiwał.

W piątek, przed długim weekendem wolnym od pracy, pod koniec godzin urzędowania apteki, Alfred przyniósł kilka ciastek z pobliskiej cukierni.

– Proszę się częstować. Ciastka są wyśmienite, szczególnie te tortowe. Wiem to z własnego doświadczenia i opinii znajomych.

Kobiety wahały się. Alfred postanowił przełamać ich niezdecydowanie, przemawiając z ostrożną zachętą, aby nie przesadzić.

– Proszę tylko spróbować. Choćby jeden gryz. To naprawdę niewiele.

Dobierając dalsze słowa zachęty Alfred użył zdrobnień, które zbyt późno uznał za przesadne. Zaproszenie zabrzmiało jak rozmowa z małymi dziećmi. Było w nim pragnienie sprawienia przyjemności także sobie. Chciał ujrzeć uśmiech na twarzach osób obdarowanych wyraz zadowolenia i wdzięczności. Od dłuższego już czasu myślał o aptekarkach z troską i niepokojem.

Odc. 23 Stres

Od kilku miesięcy wirus ulegał niebezpiecznym mutacjom. Towarzyszyły mu pozornie niezbyt groźne przypadłości i choroby, grypa azjatycka, przeziębienia, zapalenia płuc, także dziwne zatrucia pokarmowe. Ograniczenia poruszania się w miejscach publicznych zwiększały ryzyko cukrzycy i otyłości. Szpitale zakaźne wypełniały się pacjentami. W niejednym brakowało maseczek, przyłbic na twarz lub rękawiczek ochronnych.

Alfred uznał, że jego świętym obowiązkiem w tym trudnym czasie jest pomagać personelowi apteki redukować stres. Pomysł jaki przyszedł mu do głowy, to słodycze, poprawiające nastrój. Kiedy zaproponował, że przyniesie ciastka zauważył niepewność oczach kierowniczki apteki, lecz nie rozumiał dlaczego.

– Nikt nam nie oferuje ciastek. To mogłoby wyglądać jak przekupstwo – wyjaśniła, poważnie patrząc mu w oczy.

– Proszę nie żartować! – zaoponował. – Nie można nikogo przekupić ciastkiem. To nierealne, przynajmniej u nas. Może jakiegoś biedaka, który nie jadł od trzech dni. Ale musielibyśmy żyć w Indiach, a nie w … Przecież panie mnie znają i wiedzą, że kieruję się sercem a nie podstępną chęcią zdobycia zaufania w niejasnych celach

Postanowił pracować nad złagodzeniem stosunku personelu apteki do niewinnych propozycji klientów. Zrozumiał, że musi zreformować uczucia i poglądy wszystkich pań pracujących w aptece. Zamierzał w tym celu oferować drobne, gustowne lecz niekosztowne upominki. Mógłby to być pojedynczy kwiat lub bukiecik niezapominajek, które sam uwielbiał, ewentualnie drobny kosmetyk. Wymagało to zbadania gruntu, zrozumienia pragnień i wrażliwości kobiet.

Starał się być uczynny w sposób naturalny, nie narzucający się, gdyż sam nie znosił zachowań, kiedy pod pozorem uprzejmości mężczyzna ukrywa skryte intencje. Mimo ograniczonego doświadczenia z kobietami – był żonaty tylko dwa razy, w dodatku niezbyt udanie – rozumiał znaczenie prostych i szczerych propozycji. Przy pierwszej okazji złożył ofertę:

– Idę zrobić zakupy. Może panie czegoś potrzebują?

Mimo jego starań, aptekarki odmawiały przyjęcia nawet skromnej pomocy, pod jakimkolwiek wymyślonym pozorem. Raz jednak, kiedy ponowił propozycję, starając się zachować takt i umiar, Zuzanna, drobna czarnula z włosami upiętymi w zgrabny kok, zgodziła się. Chodziło o drobiazg, serek homogenizowany „Wiosenny” oraz butelkę wody mineralnej „Duszna Góra”. Alfred uznał to za pierwszy przyczółek do nawiązania bardziej intymnej współpracy.

Odc. 24 Kultura

Nadeszła pełnia lata, gorąca i sucha. Trudno było oddychać. Ludzie przestali poruszać się po mieście. Na wszystkich padł blady strach. Wirus przeszedł kolejną mutację, nabył dodatkowe bardzo przyczepne czułki,  zwane organellami, i stał się naprawdę zjadliwy. Nastąpiły masowe zachorowania, szpitale nie były w stanie przyjmować więcej pacjentów. Alfred, a także nauczyciele – wiedział to, ponieważ często rozmawiał telefonicznie z nauczycielką filozofii i logiki – jeśli gdzieś wychodzili to do najbliższego sklepu oraz do apteki. On sam chodził tam częściej niż zawsze, czasem nawet dwukrotnie w ciągu dnia, aby odebrać zamówione leki. Mało rozmawiał z ludźmi, ale wszyscy mieli te same obawy. Zamykali się w domach jak w warowniach. Świat się skurczył, przede wszystkim rozrywki. 

Dojazdy do pracy traktowano jak rosyjską ruletkę.

– Nigdy nie wiesz, czy nie zarazisz się wirusem. W autobusach i tramwajach aż ciemno jest od niego, tyle ludzi jeździ środkami masowej komunikacji. Wskutek redukcji uposażeń, mało kto ma dziś pieniądze na benzynę – Alfred podsłuchał tn fragment rozmowy stojąc w kolejce przed apteką.

Znikły imprezy kulturalne. Koncerty muzyczne i wokalne, opera, spektakle teatralne, śpiewy chóralne i wystawy przeniosły się do radia, telewizji i Internetu. Elektroniczne media stały się schronieniem dla kultury. Czasem jakiś zespół wystąpił gdzieś na podwórku lub placu, ale i to się skończyło, bo okazało się zbyt niebezpieczne. Alfredowi najbardziej brakowało galerii malarskich. Cierpiał z tego powodu; był fanem malarstwa.

Wracając wieczorem z apteki, Alfred wspominał, jak przyjemne jest to miejsce: klimatyzacja, spokój, dużo przestrzeni, ludzi jak na lekarstwo, uprzejma obsługa. Idealizował aptekę. Oddychał w niej pełną piersią, czując zapach ziół i niezwykłą woń różnych mikstur medycznych. Patrząc na ściany ozdobione wywieszkami i plakatami, wyobraził sobie obrazy olejne w drewnianych ramach przedstawiające trzy farmaceutki pracujące za ladą. 

To nasunęło mu myśl stworzenia w aptece galerii malarstwa. Myślał o Luwrze, jako o wzorze. Luwr zwiedzał dwa razy, kilkanaście lat wcześniej. Zamarzył, aby apteka stała się kultowym miejscem kultury, na co w pełni zasługiwała. W domu Alfred odświeżył sobie pamięć odbywając po Luwrze zdalną wycieczkę z przewodnikiem. To go umocniło w przekonaniu, że idea jest jak najbardziej słuszna. Zapalił się do niej.

Odc. 25 Galeria sztuki 

W domu Alfred stworzył plan kulturowego rozwoju apteki. Przy najbliższej okazji przedstawił go Zuzannie, kierowniczce apteki. Od pierwszego spotkania wiązał z nią poważne nadzieje. Były one tak intymne, że krępował się myśleć o nich z obawy, aby czegoś nie zepsuć. Miał w pamięci dwa nieudane małżeństwa i to rujnowało mu radość myślenia o kobiecie.

Zuzanna obiecała przedstawić plan z personelowi. Następnego dnia zadzwoniła, że plan został przyjęty.

– Koleżanki powiedziały mi, że od dawna o czymś takim myślały. W warunkach poważnych zagrożeń zdrowia publicznego potrzebne jest szersze widzenie zadań apteki. To znaczy, musimy zajmować się nie tylko zdrowiem w sensie fizycznym, ale i rozwijać kondycję intelektualną i psychiczną społeczeństwa. Z tą kondycją jest niestety coraz gorzej. Ludzie cofają się w rozwoju. Rozpaczliwie potrzebują stymulacji duchowej. To ważne pole naszego działania.

Alfred zachwycił się podejściem Zuzanny. Jej rzeczowość i bezpośredniość uprościły sprawę. Od razu podjął odpowiednie kroki. Przy każdej wizycie omawiał z paniami z apteki działania niezbędne dla realizacji planu. Wymieniali się wtedy pomysłami i wzajemnie przekonywali. Sztuka malarska, a w szerszym sensie kultura, stały się jego namiętnością. Tak bardzo go to wciągnęło, że zastanawiał się nawet, czy nie zrodzi to zagrożeń dla zespołu. Bał się zbudować piramidę oczekiwań, która pod wpływem trudniejszych wydarzeń mogłaby rozsypać się, grzebiąc w gruzach nadzieje coraz bardziej zwartego zespołu.

Czekając w aptece na podejście do okienka, Alfred obserwował farmaceutki. Lubił je wszystkie, wpadły mu w oko już przy pierwszej wizycie. Zachwycała go ich świeżość i naturalność zachowań, cechy, które cenił u kobiet oraz łagodność, którą cenił najwyżej. Aptekarki uporządkował sobie według wzrostu. Był to najprostszy zabieg matematyczny, nawyk wynikający z nauczania matematyki.

Z lewej strony stanęła Zuzanna, kierowniczka apteki, najbardziej postawna z całej trójki. Nadał jej ksywę „Zuzi”; w nowym imieniu słyszał dźwięk harfy i czuł dawkę egzotyki. Druga wedle wzrostu była Aldona. Po namyśle nadał jej ksywę Smukła. Przypadło jej miejsce środkowe. Trzecia była Alti, istota o dużych ciemnych oczach. Nazwał ją Drobną Czarnulą. Co do tej ksywy miał najmniej wątpliwości. Była jej przeznaczona. Stojąc na końcu szeregu Alti nie wydała mu się niższa od koleżanek.

Ogarnął je wszystkie wzrokiem i zawstydził się. Było to właściwie zażenowanie, że wcześniej nie nazwał je Aptekareczkami. Poczuł się niezręcznie. Ekspedientki w piekarni nazwał Piekareczkami, a personelowi apteki, osobom o nieprzeciętnej wiedzy o człowieku i zdrowiu, od razu nie przyznał należnego im ciepłego imienia. Była to jego ulubiona forma zdrobnienia.

Kobiety przypominały modelki pozujące artyście-malarzowi. Alfred poczuł szybsze bicie serca i pomyślał, że powinny się rozebrać do naga jak przysłowiowa kura do rosołu. Myśl wydała mu się bezwstydna, szybko ją odrzucił. Nie była też do przyjęcia z uwagi na konserwatyzm klientów apteki. Formułował swoje myśli.

– Niektórzy klienci straciliby chęć przychodzenia tutaj, uznając to za miejsce stworzone na ich utracenie. Tak z pewnością myślałyby kobiety wysyłające do apteki swoich mężów.

Nie przeszkodziło to mimowolnemu, nie wiedział nawet kiedy to nastąpiło, rozebraniu Aptekareczek. Ich nagość zachwyciła jego artystyczną duszę. Wszystkie miały karnację o różnych odcieniach słonecznego aksamitu. Najciemniejszą miała Drobna Czarnula. Przypominała Hiszpankę z południa kraju, gdzie najsilniej operuje słońce. Alfred poczuł się jak rozpieszczany przez los młody malarz portrecista.

Odc. 26 Kompozycje

Wracając do rzeczywistości, Alfred wzrokowo ustawił aptekarki na tle ściany apteki. Za kontuarem widoczne były tylko ich ramiona, piersi i głowy. Wyobrażał sobie różne ich konfiguracje. Poszukiwał najbardziej wymownej, uwzględniając kolor, tło, oświetlenie, zróżnicowanie postaci oraz perspektywę klienta. Postanowił kontynuować te testy przy kolejnych wizytach w aptece.

Zamierzał przekonać Aptekareczki, aby przychodziły do pracy w bardziej atrakcyjnych ubiorach, podkreślających ich niepoślednią urodę.

– Chciałbym, abyście pozowały w nich artyście, który namaluje obrazy olejne dla naszej galerii aptecznej.  

Sugestię tę skierował do Zuzi, kiedy znalazł się naprzeciw niej przy okienku.

– Dlaczego olejnych? – zapytała, unosząc w górę twarz osłoniętą przyłbicą.

Alfred poczuł zapach perfum zmieszany z wonią alkoholu salicylowego, którym odkażała ręce.

– To utrwalona wieloletnią tradycją technika malarska, pozwalająca na wydobycie i utrwalenie całego piękna postaci.

Apteka Panorama w roli promotora kultury w okresie epidemii stała się dla Alfreda wyzwaniem.

– Placówki kultury nie da się zbudować od ręki. To nie jest żadne hula hop ani hip-hop -tłumaczył Erazmowi, z którym konsultował ważniejsze pomysły i przedsięwzięcia. 

Działał systematycznie i konsekwentnie. Galerię można było stworzyć tylko drogą stopniowych zmian w rozumieniu roli apteki w okresie zagrożenia wirusem. Częstsze wizyty Alfreda w aptece stały się koniecznością. Aby wypadło to naturalnie, Alfred wymyślał nowe uzasadnienia swoich wizyt. Na początku przyjął zasadę kupować mało i często. Środki dezynfekujące, maseczki i rękawiczki ochronne kupował nie więcej niż dwie sztuki jednorazowo. Wymawiał się, że nie może kupić więcej, ponieważ zapomina zabierać kartę bankową, a nie nosi przy sobie większej ilości gotówki. Były też inne uzasadnienia. A to zapomniał kupić tabletki na ból głowy, a to przyjaciel skaleczył się i pilnie potrzebował środka dezynfekującego, a to sąsiadka prosiła go o zasypkę dla wnuczka.

Przed każdą wizytą w aptece, robił sobie notatki. Studiował je w drodze do apteki przygotowując się do rozmów z Aptekareczkami. Stało się to jego pasją do tego stopnia, że zastanawiał się, czy przypadkiem swoją gorliwością nie wywoła nadmiernego niepokoju u pań z apteki. Bał się stworzenia piramidy oczekiwań, która pod wpływem jakiegoś niekorzystnego obrotu spraw mogłaby rozsypać się grzebiąc w gruzach jego wielkie nadzieje.

Na jego oczach rodził się zespół osób darzących się zaufaniem. Miało to kapitalne znaczenie dla pracy w warunkach konspiracji, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiele wskazywało, że jest to możliwe. Telewizja od pewnego czasu informowała, że zagrożenie wirusem nie zmalało lecz urosło a kraj ogarnęła pandemia. Rząd stosował coraz silniejsze środki kontroli epidemiologicznej. Media wciąż tworzyły nowe scenariusze rozwoju wydarzeń. Jednym z nich było pojawienie się władzy autorytarnej.

– Dla kontroli zachowań społecznych w warunkach zagrożenia każda władza wykazuje skłonność do autorytaryzmu. Inaczej mówiąc, bierze społeczeństwo za mordę, aby się nie się rozbrykało w niewłaściwym kierunku. Właśnie tak. I to nie jest żart – tę prowokacyjną myśl podsunął Alfredowi kolega dziennikarz.

Alfred liczył się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a nawet przejęcia władzy przez wojsko. Budując zaufanie, zmierzał podświadomie w kierunku konspiracji, gdyby ten scenariusz okazał się prawdziwy. Zdolność konspiracji zamierzał osiągnąć zacieśniając więzy osobiste z Aptekareczkami. Myślał politycznie; od czegoś trzeba było zacząć.

Odc. 27 Ksywa 

Szczepienia ochronne stały się przedmiotem teorii konspiracji. Przypisywano im diaboliczne role. Pojawiły się opinie, że prowadzą do autyzmu, zmniejszają odporność na antybiotyki, powiększają obciążenia genetyczne i wpływ zanieczyszczeń powietrza na organizm. Alfred postanowił to wykorzystać. Zapytał dyżurną farmaceutkę, Serenę, o szczepienia przeciwko grypie i pneumokokom.

– Nie są one obowiązkowe, ale pożądane. Lekarze uważają je wręcz za konieczne.

Farmaceutka, umiarkowana brzydula, czasowo zastępująca Drobną Czarnulę, była krytyczna na temat rodziców, odmawiających szczepienia swoich dzieci.

– Takich ludzi należałoby wytruć. Sama bym to zrobiła, gdybym nie była aptekarką. Moją misją niestety jest nieść pomoc, a nie zabijać.

Alfred nie zareagował na jej nietypowy pogląd. Miał w tym cel; chciał przekonać aptekarkę do swoich planów.

Konspirację budował spokojnie, systematycznie i tak umiejętnie, że pewnego dnia farmaceutki uznały, że to one wystąpiły z tym pomysłem. Było mu to na rękę. Cieszył się, że znalazły się po jego stronie.

Plan rozwoju konspiracji wyłożył, jak zwykle, najpierw Erazmowi, a następnie przedstawił Zuzi.

– W razie zagrożenia kontaktujemy się potajemnie. Wrażliwe informacje i materiały przekazujemy sobie w opakowaniach leków. Wyglądałoby to tak: Przychodzę i coś kupuję, i jeśli panie w aptece mają mi do przekazania jakieś poufne informacje umieszczają je w opakowaniu leku. Z drugiej strony, jeśli to ja miałbym coś do przekazania, wkładam to do opakowania przeterminowanego leku i wrzucam do pojemnika z lekami do utylizacji. Przesyłka byłaby oznaczona. Nie musi to być nic skomplikowanego, na przykład znak „x” w lewym górnym rogu strony głównej opakowania. Nawet w pełnym świetle dnia z kilkoma klientami w aptece, nikt nie będzie w stanie niczego zauważyć. Sygnał, że mam coś do przekazania dawałbym wkładając okulary w złotej oprawce zawieszone na bordowym rzemyku.

Informacje o rozwoju kultury malarskiej w aptece i inne posunięcia powoli tworzyły wokół Alfreda atmosferę niezwykłości, a nawet tajemniczości. Widział siebie coraz wyraźniej w roli celebryty. Wyobrażał sobie, jak różne osoby i instytucje zwracają się do niego z prośbą, aby wypowiedział się publicznie w ważnej sprawie, udzielił wywiadu lub sponsorował akcję dobroczynną. Czuł, jak przechodzi z bezimiennej masy obywateli do kręgu łatwo rozpoznawanych i szanowanych.

W związku z postępującym awansem społecznym, Alfred zdecydował się porzucić pseudonim Świrus. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, skonsultował plan z Erazmem. Czuł się z nim bezpiecznie, był gotów powierzyć mu najskrytszą tajemnicę. Przyjaciel był przewidywalny. Alfred mógł się spodziewać od niego tylko pochwały, jeśli plan był dobry, lub wyrozumiałości i pomocy, jeśli był wadliwy.

– Ksywa Świrus przylgnęła do mnie jak pijawka. Teraz, kiedy sięgam wyższych kręgów społecznych, budzi coraz więcej niedobrych skojarzeń. Zebrałem opinie czterech znanych osobistości: intelektualisty, lekarza, wyższego urzędnika państwowego oraz pewnego arystokraty. Ufam tym ludziom, wiem też, że świat ceni ich opinie. I co się okazało? Świrus kojarzy im się głównie z chorobą psychiczną, przytułkiem dla obłąkanych, szaleństwem, a nawet zboczeniami!

Alfred rozważał jeszcze ksywę Szajbus, bliską Świrusowi. Erazm odrzucił ją bez wahania, rozpoznając w niej przezwisko.

– Ta ksywa brzmi zbyt ciężko. Kojarzy się z żelazną sztabą, jaką rzucają między sobą napakowane sterydami osiłki, w celu jednoczesnego ćwiczenia siły i refleksu. Ta niby zabawka jest niezwykle niebezpieczna. Gdyby upadła takiemu kulturyście na głowę, nawet chronioną kaskiem, natychmiast zrobiłaby z niego kalekę. W przypadku uderzenia w głowę nieuzbrojoną w kask ochronny, zaprowadziłaby nieszczęśnika prosto na cmentarz.

Sytuacja Alfreda była oczywista: potrzebował pseudonimu odpowiadającego jego rosnącej pozycji społecznej. Nowy pseudonim powinien budzić podziw i respekt. Myślał nad tym w nocy. Ksywa „Ekscentryk” przyszła mu do głowy dopiero nad ranem. Od razu mu się spodobała. Alfred od razu usiadł do biurka z czystą kartką w ręku. Spisał na niej, nie bez wahania, czym będzie się kierować będąc już uznanym ekscentrykiem: być w ofensywie, zaskakiwać ludzi, nie bać się ośmieszenia, zachowywać się dojrzale a równocześnie spontanicznie, być człowiekiem niezależnym, kierować się w wyższym stopniu intuicją, w ekstremalnych sytuacjach być nieobliczalnym człowiekiem. Dla nadania pełnej powagi postanowieniu, przypieczętował je krwią. Nakłuł sobie palec i wycisnął z niego kroplę krwi. Zanurzywszy w niej końcówkę naostrzonego ołówka, podpisał się pod dokumentem. Poczuł wzniosłość chwili. Chciał podzielić się tym uczuciem z Erazmem, nie była to jednak stosowna pora. Zbliżała się godzina czwarta rano.

Odc. 28 Przemiany

Buszując po Internecie, Alfred natknął się na nowelę „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Stevensona. Słyszał o niej wcześniej, była przełomem w literaturze kryminalnej. Zafascynowała go niezwykła osobowość głównego bohatera; odpowiadał Alfredowi duchowo. Stał się dla niego symbolem i wzorcem. Myślał o nim przez pół nocy. Była to bardzo pozytywna rozrywka umysłowa. Bardzo mu jej brakowało od czasu, jak przestał uczyć w szkole. Czuł, że ta podwójna osobowość, zachowująca się inaczej w dzień i inaczej w nocy, będzie dobrze służyć jego celom.

Po obiedzie Alfreda męczył niezwykły ból głowy. Jego przyczyną mógł być posiłek zamówiony w pobliskiej restauracji. Było to właściwie jedno danie z dużą ilością duszonych grzybów. Alfred przyjął podwójną dawkę środka przeciwbólowego, potem co cztery godziny brał już normalną, rekomendowana ilość. Niewiele mu to pomogło. Kiedy kładł się spać dwie godziny przed północą, czuł się nadal źle. Była to niespokojna noc; mimo złego samopoczucie nic mu się nie śniło. Trochę tego żałował, ponieważ nie jeden raz czerpał ze snu dobre pomysły.

Rano zadzwonił do Erazma.

– A może po prostu nie zapamiętałeś snu? – Erazm usiłował oderwać przyjaciela od złych myśli.

– Stara się mnie pocieszyć. To jedyny człowiek życzliwie myślący o mnie – skwitował Alfred.

Rozmowa dobrze na niego podziałała, wkrótce uspokoił się. Siedział w fotelu, ciesząc się, że odzyskuje równowagę i dobre samopoczucie.

Październik przyniósł dwa tygodnie dni mrocznych i wilgotnych, bez odrobimy słońca, tych najobrzydliwszych, kiedy wszyscy marzą o mrozie zabijającym zarazę i smutek wiszący w powietrzu. Alfred obudził się rano z wielkim trudem, skołowany i niechętny do jakiegokolwiek działania. Zdjął nogi z łóżka na podłogę, po ciemku wciągnął kapcie na nogi, i poszedł, a raczej powlekł się do kuchni, aby napić się wody. Idąc czuł wyraźnie, że obok idzie ktoś drugi, stawiając kroki tej samej długości, w tym samym co on tempie. Pomyślał, że są tego samego wzrostu, i skojarzył to sobie ze sceną z noweli „Dr Jekyll i pan Hyde”. Po powrocie do sypialni, aby nie zapomnieć dziwnego przeżycia, od razu zapisał w kronice osobistej:

– Odkryłem w sobie drugą osobę. Zachowuje się identycznie jak ja, wygląda jak ja, ale wiem, że jest to ktoś inny. Odezwałem się do niego i ku menu zdumieniu, on mi odpowiedział. Nie musiałem nawet się przedstawiać, znał mnie już. Nazywa się Sobo. Poczułem się raźniej. Jest nas teraz dwóch w świecie rzeczywistym.

Rano sprawy nie ułożyły się dobrze. W kuchni doszło do drugiej rozmowy. Alfred i Sobo poróżnili się. Alfred uznał, że nie było to miłe przeżycie, ale też i nie tragiczne. Zaliczył to do nieporozumień, jakie zdarzają się każdemu i zanotował w pamiętniku.

– W rozmowie z Sobo poprosiłem, aby używał wobec mnie imienia Ekscentryk, ewentualnie Alfred. On jednakże uparł się, aby nazywać mnie Świrusem.

– Przywykłem do tego – odpowiedział – i nie widzę powodu, abym miał to zmieniać. Będę nazywać cię Świrusem.

Alfred przekonywał Sobo, ale odmówił. W końcu musiał zaakceptować jego dziwactwo.

W ciągu dnia z nudów lub z potrzeby chwili prowadzili konwersacje. Dla Alfreda było to dziwne uczucie, rozmawiać z samym sobą. Zastanawiał się, czy jest jakieś pojęcie matematyczne na określenie takiej sytuacji. Byłoby mu wtedy lżej na duchu. W nocy Sobo zaczepiał go kilka razy, zadając mu pytania.

– Jak się czujesz? Chyba nie śpisz. Co robisz, jak nie śpisz?

Alfred odpowiedział:

– Robię to samo co ty, czyli nie śpię. Przecież ja to ty, a ty to ja.

Następnego dnia przyszła burza, wiatr wiał szalenie. Sobo – podobnie jak Alfred – był w zmiennym nastroju. W pewnym momencie nieoczekiwanie burknął: – Odczep się. Innym razem rzucił Alfredowi jak ochłap: – Odwal się kretynie.

To go wzburzyło. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Odpowiedział Sobo:

– Nie przesadzaj! Nie udawaj pacyfisty. Nazwałeś mnie kretynem, a to znaczy, że ty też jesteś kretynem, co wynika z definicji, skoro jesteś mną, choć w innym wydaniu.

Zaczęli się kłócić. Alfred czuł, że nie chodzi o to, kto jest pierwszy a kto drugi, kto dominuje, a kto podporządkowuje się, ale o to, kto ma ostatnie słowo.

– Zupełnie jak w małżeństwie – przypomniał sobie swoje relacje z jedną i drugą żoną.

Częściej jednak Sobo reagował w sposób cywilizowany, po ludzku.

Odc. 29 Galeria 

Alfred czekał przed apteką już kilka minut. Wszedł do środka, jak tylko opuścił ją ostatni klient. Aptekareczki patrzyły się w niego z intensywnością, która na moment go onieśmieliła. Zapadło nieręczne milczenie. Przerwała je kierowniczka apteki, Zizi.

– Przestudiowaliśmy pańskie propozycje pozowania do portretów dla naszej Galerii Aptecznej. Proponujemy nazwę Galeria Tajemniczych Kobiet. Uznałyśmy, że tytuł musi zwracać uwagę. Oczywiście zgadzamy się, aby nas malowano nago ale pod jednym warunkiem. Podczas malowania będziemy miały twarze zakryte woalkami, jakie same sobie wybierzemy. Również na obrazach twarze postaci muszą być zawoalowane. Albo zmienione. My dwie jesteśmy mężatkami, natomiast Drobna Czarnula ma narzeczonego. Nie chcemy, aby mężczyźni rozpoznali nas na obrazach, bo by się wściekli. Stawiamy więc warunek, że to pan będzie nas malować. Nie chcemy innego malarza. Do pana mamy zaufanie.

Alfred nie spodziewał się tak pozytywnej reakcji. Wspomniał kiedyś, że zamierzał zostać malarzem i jeden rok studiował na wydziale malarstwa akademii stuk pięknych. Kobiety musiały to zapamiętać. Poczuł gorąco w piersi a chwilę potem w całym ciele. Starał się opanować wewnętrzne drżenie. Przez jego mózg przebiegały obrazy atelier malarskiego, nagości i pożądania.

– To podnosi na wyższy poziom intymność naszej współpracy – to była jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy. Był tak zaskoczony, że zdołał tylko wydusić z siebie:

– Czuję się zaszczycony tą propozycją.

W domu dokładnie przemyślał słowa Zizi. Aptekareczki dawały mu wyraźny sygnał, aby kontynuował plany malarsko-wystawiennicze uzupełniając je o podtekst erotyczny. To było zachwycające. Przed jego oczami pojawiła się naga kobieta siedząca w swobodnej pozie na podwyższeniu, z udami lekko rozchylonymi i obróconymi w kierunku światła padającego z okna. Jej oczy przesłaniała przezroczysta, błękitna woalka z drobniutkimi węzełkami. Patrzyła w jego kierunku. Było to uczucie ekscytujące, a równocześnie tak pełne napięcia, że musiał natychmiast pójść do łazienki. Szybko rozebrał się, namydlił się, zmył ciało ciepłą wodą, po czym polał się szokująco zimną, aby ochłonąć.

Zapragnął porozmawiać z kimś, podzielić się ciekawymi wiadomościami i rozładować napięcie. Jedyną osobą, której mógł zaufać, był jak zwykle Erazm. Alfred zadzwonił do niego i czekał niecierpliwie dłuższą chwilę, aby usłyszeć komunikat:

– Zostaw wiadomość. Oddzwonię, jak tylko będę mógł najszybciej.

Miał chęć rzucić smartfonem o podłogę. Nagrał się, wyjaśniając jedynie, że chciałby porozmawiać na temat erotyki i perwersji seksualnych.

Telefon odezwał się blisko północy. Alfred czekał i natychmiast odebrał. Erazm bez żadnych wstępów pochwalił się, że przeszedł inicjację seksualną w czternastym roku życia.

– Od tego czasu zebrałem bogate doświadczenia. Chętnie podzielę się nimi z tobą. Perwersja jest dla mnie czymś równie powszednim jak bułka z masłem dla piekarza. Taka duża, pęknięta, o której kiedyś wspominałeś, że to twój ulubiony rodzaj pieczywa, zwłaszcza kiedy pijesz gorące kakao.

Alfred nie czekał dłużej. Nieuprzejmie przerwał przyjacielowi, aby podzielić się niezwykłą wiadomością i zadać kilka pytań.

Rozmawiając, nabrał przekonania, że Erazm jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Nastąpiło to wtedy, kiedy Erazm powiedział coś ciepłego o uczuciach wobec mężczyzn, co zdezorientowało Alfreda. Aby nie pozostawiać wątpliwości, wyjaśnił niecierpliwie:

– Perwersja czy nie perwersja, mnie interesują tylko kobiety.

Erazm odpowiedział pytaniem:

– Czy ty wiesz, że dwadzieścia sześć procent mężczyzn i taki sam odsetek kobiet odczuwa pociąg do obydwu płci?

Po zakończonej rozmowie Alfred zrobił zapis w kronice osobistej. Opatrzył go hasłem „Poufne”. Lubił tajemnice.

Perwersję, jej naturę i uroki, odkrywał dalej, głównie rozmawiając z Erazmem. Przyjaciel miał niesamowicie bogate przeżycia erotyczne. Alfred nie od razu zorientował się, że jego wiedza pochodziła z filmów i literatury erotycznej i pornograficznej. Erazm krył się z tym. Alfred swoim zainteresowaniem otworzył rezerwuar jego wspomnień, wiedzy i wyobrażeń. Pod koniec długiej rozmowy Erazm naprowadził go na nowy trop.

– Zainteresuj się ludźmi władzy. Ci są najbardziej wyuzdani. Ich obserwacja to najłatwiejszy sposób uczenia się o zboczeniach i perwersjach.

– To dlaczego nikt o tym nie mówi?

– Bo to ryzykowna sprawa. Ci ludzie mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im nie może podskoczyć. Mają do dyspozycji ludzi i aparat, pozwalające ukrywać największe przewinienia. Także karać a nawet niszczyć tych, którzy poznali ich tajemnice i byliby skłonni ujawnić je publicznie.

Alfred był zadowolony z rozmowy. Otrzeźwiła go. Niejedno z dotychczas niezrozumiałych zachowań ludzi na piedestale mógł teraz łatwiej sobie wytłumaczyć. Nie miał im specjalnie za złe ich seksualnych zachowań , ponieważ sam miał podobne pragnienia.

Odc. 30 Szalony dzień

W poniedziałek Alfred zastał Panoramę zamkniętą. Na drzwiach była wywieszka „Zamknięte z powodu kwarantanny”. Poczuł się nieszczęśliwy. Od czasu zakończenia pracy w szkole to było jedyne miejsce kontaktów społecznych, rozrywki i rozwoju kulturalnego. Miał żal do Aptekareczek, że go nie uprzedziły o kwarantannie lub choćby o takiej możliwości. Poczuł się zdradzony i samotny. Stracił chęć na cokolwiek, czuł się jak człowiek bezdomny, bez przyjaciół, ciepłej wody, własnego pokoju. Poprzedniego dnia słyszał, że policja zrobiła obławę na bezdomnych. To go umocniło w przekonaniu, że świat staje się nienormalny.

W drodze do domu Alfred postanowił nie poddawać się. Skoncentrował się, aby ze zdwojoną uwagą obserwować otoczenie.

– Zamknięcie apteki nie mogło być było przypadkowe – był o tym przekonany. – To tylko zwiastun głębszych zmian.

Naszły go wątpliwości, czy władze nie oszukują społeczeństwa, czy informacja o kwarantannie w aptece była prawdziwa. Martwił się o Aptekareczki.

Mijając ludzi idących chodnikiem zauważył, że są inni. Inaczej się zachowują. Niby tacy sami, a jednak odmienni. Niektórzy szli powoli głęboko zamyśleni, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami, inni byli nadmiernie ożywieni. Nikt już nie miał na sobie maseczki ani rękawiczek ochronnych. Wiele osób jadło lody.

– To chyba jakaś nowa epidemia. Jakby nie mieli niczego innego do jedzenia. Zachowują się jak na pikniku.

Ekscentryk starał się zapamiętać obserwacje, aby je zapisać w notatniku. Zrobił to natychmiast, jak tylko znalazł się w domu.

– Społeczeństwo wyraźnie odchodzi od normalności. Prawda coraz częściej miesza się z kłamstwem. To niedobrze, bo jest to także mój świat. Przypomina mi to równania liniowe z jedną, dwiema i trzema niewiadomymi.

Myśląc o zmianach, Ekscentryk zastanawiał się, jak daleko mogą one pójść. To go natchnęło, aby przyjrzeć się przypadkowym największych szaleństw w historii świata. Intrygowali go jej bohaterowie. Nazywał ich Szajbusami. Najbardziej niesamowity był cesarz rzymski Kaligula. Był okrutnym, kapryśnym i niepohamowanym władcą; zabijał dla rozrywki. Był seksualnym dewiantem. Upojony władzą, skazywał ludzi na tortury i śmierć. Lubił przyglądać się egzekucjom i torturom podczas posiłków. Otaczał się też szalonym przepychem. Pił ocet z rozpuszczonymi perłami a swoim gościom podawał przysmaki ze złota i zatrute smakołyki, uprawiał miłość kazirodczą z własnymi siostrami; dwie z nich skazał potem na wygnanie. Obwołał siebie żywym bogiem, budował świątynie i ołtarze, gdzie kazał składać sobie wymyślne ofiary. W końcu go zamordowano. Niektórzy historycy tłumaczyli, że postępował niestandardowo, bo takie było jego otoczenie: zagrażające, niespokojne, nienormalne.

– Szaleństwo to czysto ludzka cecha – Ekscentryk przestał mieć co do tego wątpliwości.

Zadzwonił do Erazma. Nawet się nad tym nie zastanawiał, że w jego życiu nie działo się nic ważnego bez udziału Erazma.

– Przestudiował kilka przypadków szaleństwa w historii cywilizacji. Zawsze było obecne. Najbardziej zaimponował mi cesarz rzymski Kaligula, szaleniec i morderca.

Opowiadając o Kaliguli Alfred nie mógł pozbyć się poczucia, że było w nim coś fascynującego, szczególnie w jego niepohamowanym wyrażaniu własnych pragnień i uczuć. Poczuł żądło zazdrości.

Kiedy nadeszła pora obiadu, Ekscentryk nie czuł się na tyle głodny, aby przygotować sobie posiłek. Postanowił poświęcić czas rozważaniom nad upadkiem społeczeństwa. Jedna przyczyna wydała mu się szczególnie ważna: upadek zainteresowania czytaniem książek i czasopism, dyskusją and tym, co się przeczytało, i jakaś ogólna refleksja.

Musiał o tym porozmawiać. Erazm nie odpowiadał na telefon. Nie pozostało mu nic innego, jak podjąć monolog z samym sobą.

– To przyczyna degradacji duchowej i intelektualnej ludzi. Bo co my mamy dzisiaj? Czytelnictwo na poziomie trzydziestu siedmiu procent. Trzydzieści siedem procent czystego alkoholu w wódce to dobry poziom, ale nie w aktywności intelektualnej? I to przy założeniu, że te trzydzieści siedem procent to ludzie, który w ciągu roku przeczytali co najmniej jedną książkę. Co to jest książka każdy rozumie. To może być nawet broszurka słynnego Jonny Krowina „Jak nie płacić podatków i co z tego wyniknie?” Nie wiem, jak sklasyfikować poziom tego autora, bo nie ma takiego szpitala psychiatrycznego, gdzie mógłby bezkarnie głosić swoje tezy, hipotezy i antytezy. On przerasta wszystko, należy mu się w związku z tym osobna salka. Chyba będę musiał napisać w tej sprawie do ministra zdrowia.

Zgłodniawszy, Alfred udał się do kuchni. Przypomniał sobie swoich uczniów, całą klasę, której był wychowawcą. Na koniec roku dostawał od nich kwiaty. Nadal pamiętał ich upojny zapach. Był to pachnący groszek ułożony w wielki bukiet. Potem otrzymał jeszcze jeden bukiet. I jeszcze jeden. Coś mu się nie zgadzało. Wielkie bukiety pachnącego groszku pachnącego? Zaniepokoił się, nie wiedział, co o tym myśleć.

– Z groszku pachnącego nie robi się bukietów, bo to drobna i wiotka roślina – przekonywał siebie.

Coraz częściej zdarzało mu się, że w drodze do któregoś pokoju zapominał, po co tam idzie i co zamierza tam robić.

– Moja myśl skacze jak wyposzczony królik po zagonie kapusty albo małpa po gałęziach drzewa. Muszę o tym napisać w pamiętniku – postanowił i od razu zapomniał. Był świadomy, że ciągle o czymś zapomina ale nie umiał temu zaradzić.

Odc. 31 Wspomnienia

Alfred otrzymał pozew sądowy w sprawie alimentów. Wystąpiły o nie równocześnie jego dwie byłe żony. Nigdy czegoś takiego nie spodziewałby się, ponieważ kobiety nie znosiły się nawzajem. Natychmiast stracił grunt pod nogami. Przez dwa dni nie mógł oderwać się od myślenia o tym, jak źle ułożyło mu się życie z nimi. Teraz domagały się alimentów.

Na początku obydwu małżeństw nic nie zapowiadało niepowodzenia. Z pierwszą żoną, Penelopą, sprawy układały się znakomicie. Lubił rozmawiać i dyskutować na każdy temat; była oczytana i umiała słuchać. Trwało to do czasu podjęcia decyzji zakupu nowego mieszkania. To był punkt przełomowy. Zapadła mu w pamięć rozmowa na ten temat. Było to przed obiadem. Siedzieli przy stole kuchennym i pili kawę, aby rozpędzić senność chmurnego dnia. Dyskutowali sprawy wykończenia nowego mieszkania, jakie kupili zaciągając kredyt w banku, oraz datę wprowadzenia się. Poszło o rzecz nonsensowną: w jakim stopniu mieszkanie było już wykończone. Penelopa uważała, że zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, on natomiast, że większość prac wykończeniowych mieli już za sobą. Miało to znaczenie dla określenia daty wprowadzenia się do mieszkania.

W pewnym momencie Penelopa stwierdziła:

– Ty, Alfredzie, masz w głowie galimatias. W ogóle nie widzisz tego mieszkania, co zostało zrobione, a co nie. Nie ogarniasz proporcji. Nie mogę mieć ci tego za złe, bo wy, mężczyźni jesteście właśnie tacy; gubicie się w szczegółach. Kobietom przychodzi łatwiej zorientowanie się w takich sprawach.

Alfred odebrał to jako oskarżenie o nienormalność. Penelopa dodała jeszcze coś, co go ostatecznie dobiło.

– Kłócisz się ze mną, bo masz słabą pamięć. Nie pamiętasz nazw ani kolorów farb do malowania ścian, ani ustawienia mebli, nie mówiąc o kolorystyce obrazów, jakie będą wisiały na tych ścianach między tymi meblami. Ja to wszystko mam w głowie, tak że lepiej nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz.

Alfred pomyślał wtedy, że sama jest nie bez wad lecz tego nie widzi. Rzadko kiedy miała dla niego czas. Była ciągle czymś zajęta, w firmie, gdzie była księgową, lub w domu. Czasem przypominała mu pracowitą mrówkę targającą nieprzerwanie jakiś wielki liść. Kiedy skończyli rozmawiać, Alfred wolałby, aby rozmowa z Penelopą nigdy nie miała miejsca. Przyszło mu także do głowy, że byłoby lepiej, aby nie był żonaty, bo małżeństwo nie jest instytucją stosowną dla niego, osoby niezależnej w myśleniu i działaniu. Wyznał to kiedyś Erazmowi:

– Nie jestem i nigdy nie byłem odpowiednią partią małżeńską. Kto by ze mną wytrzymał?

Myśl ta przychodziła mu nieprzypadkowo do głowy, ponieważ stały za nią pytania o to, czy w ogóle powinien się żenić. Zadawało mu je wiele osób, jego rodzice, nauczyciele w szkole, z wyjątkiem przyjaciół no i narzeczonych, późniejszych żon, Penelopy i Anabelli.

Trudności porozumienia się z żoną wychodziły na jaw także w trakcie spotkań towarzyskich. Kiedyś wyrwało mu się w rozmowie z koleżanką Penelopy, opowiadającą o obiedzie przygotowywanym na jakieś święto rodzinne:

– Mówi pani jak moja żona. Czy pani też tak rozmawia ze swoim mężem?

Kobieta udzieliła odpowiedzi bez namysłu. Alfred był przekonany, że było to przemyślane i przećwiczone.

– Ja w takich momentach odpowiadam mężowi „wrrrrr” i on przestaje mówić.

Alfred zareagował nietypowo; roześmiał się. Rzadko zdarzało mu się śmiać tak spontanicznie. Nie podobało mu się to, ponieważ nie było mu wcale do śmiechu. Śmiejąc się, zachował się jak mężczyźni nie przywiązujący wagi do tego, co ktoś mówi poważnie. Nie chciał, aby widziano go i oceniano tak samo jak innych mężczyzn uznawanych powszechnie za „normalnych”.

Żeniąc się z Anabellą miał już za sobą doświadczenia jednego małżeństwa. Był ostrożniejszy, wahał się przez pewien czas. W decyzji pewną rolę odegrała historia imienia Anabella. Według niej była to kobieta pełna uroku osobistego, pozytywnie nastawiona do życia, tolerancyjna i romantyczna. Romantyczność wiązała się możliwością niezwykłych pomysłów, wynikających z jej artystycznej duszy. Anabella miała być też uparta, niechętna do zmiany zdania.

Alfred nie brał poważnie historii imienia, dopóki nie odnalazł w niej swoich własnych obserwacji dotyczących rzeczywistej Anabelli. „Anabella sprawdza się w zawodach związanych ze sztuką i jako nauczycielka”. To ostatecznie przeważyło szalę. Sam był nauczycielem i cenił ten zawód. Pod koniec małżeństwa z Anabellą wiedział już, że druga część historii imienia była znacznie bliższa prawdy niż pierwsza.

Porzuciwszy wspomnienia przedślubne, Alfred przypomniał sobie pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem. Był to żart, który można było opowiedzieć każdej osobie dorosłej. Zastanawiał się nad tym chwilę.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Dziś dzieci w szkole podstawowej mają więcej doświadczeń seksualnych niż dawniej niejeden dorosły. Piętnastoletnie dziewczynki zachodzą w ciążę.

Odpowiedź na pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem była prosta: stosunkowo żadna. Alfred uznał żart za banalny i niegodny uwagi. Był zły na siebie, że zajmuje się głupotami.

Odc. 32 (ostatni) Skok

Od kilku dni Alfred przeczuwał, że zdarzy się coś niezwykłego. Zadzwoniła do niego nauczycielka filozofii i etyki ze szkoły i poinformowała, że w nocy będzie widoczny na niebie superksiężyc.

– To pełnia księżyca, kiedy jest on najbliżej ziemi. Znajduje się w punkcie zwanym perigeum. Jest wtedy czternaście procent większy i trzydzieści procent jaśniejszy. Oglądaj, jeśli masz taką możliwość, bo nigdy więcej takiego księżyca nie zobaczysz. To jedyna szansa w życiu, które przecież nie trwa wiecznie.

Najdogodniejszym miejscem obserwacji superksiężyca był hotel Athabaska, mieszczący się w najwyższym budynku w mieście. Alfred pojechał tam swoim samochodem, zaparkował go na podziemnym parkingu i od razu udał się na taras na szczycie budynku. Przyjazd w to miejsce planował już od kilku tygodni. Miał wcześniej ustalony cel niezależny od oglądania superksiężyca.

Na tarasie zebrał się już niemały tłum, wszyscy czekali na niezwykły widok. Kiedy księżyc ukazał się, Alfred skierował się bezpośrednio do barierki ochronnej. Stało przy niej kilkanaście osób. Przeprosił je, aby znaleźć się na samym przodzie.

Był przygotowany. Miał na sobie odpowiednie wyposażenie. Jego zdobycie nie było proste. Takich urządzeń nie było w oficjalnej sprzedaży. Sama informacja, że coś takiego istnieje, była już cenna. Ucieszył się, kiedy na nią trafił. Zdążył jeszcze kupić specjalny spadochron. Miał szczęście, bo stronę wkrótce zlikwidowano. Kilka razy przeczytał instrukcje i sprawdził wszystkie szczegóły i mechanizmy spadochronu.

Po pokonaniu barierki rozłożył ręce, tak jak sobie wyobrażał, że skacze się do wody z wysokiej sterczącej nad oceanem skały. Był szczęśliwy, kiedy leciał w dół. Zanim skoczył, pomyślał, że są to najcenniejsze chwile jego życia. Nie był pewien, czy będzie mógł opowiedzieć tę niesamowitą historię, stanowiącą ukoronowanie wszystkich jego przeżyć, nauczycielce filozofii i logiki.

– Na pewno by się ucieszyła. Zawsze lubiła mnie słuchać.

Przed jego oczami pojawiła się na sekundę jej twarz, poważne siwe oczy i łagodny uśmiech.

– Ten skok to moje największe osiągnięcie – powiedział jej.

Skinęła tylko głową na znak zrozumienia. Tak się zapamiętał w nadzwyczajnym locie, że przestał cokolwiek czuć poza samym faktem istnienia.

Otwieranie spadochronu ustawione było na trzysta metrów nad ziemią, pełne rozwarcie czaszy nastąpiło sto metrów niżej. Alfred ustawił prawdopodobieństwo otwarcia spadochronu w położeniu 50 – 50, dając równą szansę jego otwarcia jak i nieotwarcia. Był to skomplikowany mechanizm losowy pozwalający na różne stopnie prawdopodobieństwa w zależności od ustawienia. Alfred mógł zwiększyć szansę otwarcia spadochronu zaczynając od skali 51 do 49. Nie zrobił tego.

Spadochron otworzył się mocnym szarpnięciem. Pod nim był plac z ławkami i wielkimi donicami z kwiatami. Istniała jeszcze szansa, że wyląduje na jednej z tych przeszkód. W najgorszym wypadku ryzykował złamanie nóg. Nic takiego nie nastąpiło. Odczuł tylko wstrząs lądowania na betonowej powierzchni. Złagodziło go amortyzujące obuwie. W tym momencie Alfred uznał, że wybrał słuszną drogę, ekscentryczności w najwyższym stopniu, jedynej postawy w szalonych czasach, które pierwszy przeczuł i przepowiedział.

Wstał z ziemi, pozbierał się i rozejrzał. Wokół poruszali się ludzie. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł na ławce i podjął decyzję. Postanowił postawić pomnik sobie, ekscentryczności i szaleństwu. Musiał być czarny i oryginalny w formie.

– Będzie to rzeźba symboliczna: upiorne oczy, zdeformowany człowiek żyjący pełnią życia, dominująca nad nim despotyczna władza oraz niosący zagładę wirus – zdecydował.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, wrzesień 2020

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Papier. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

Cezary Brago, student czwartego roku automatyki, biegł spokojnym krokiem wzdłuż ulicy Nowa Bulońska. Była niedziela, godzina piętnasta. Nie był to najlepszy czas na bieganie, ale nigdy nie potrafił zebrać się wcześniej. Uważał, że to kwestia organizmu; nie był skowronkiem tylko sową. Kładł się spać bardzo późno i późno wstawał. Zanim zgromadził dostateczną ilość energii, było już popołudnie. Tego dnia marudził, zresztą nigdy nie był w stanie rozpocząć biegania wcześniej niż o godzinie piętnastej.

Poruszał się swoją nową ulubioną trasą, chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy. Była w rozbudowie, rozbabrana pośrodku, dostępna dla ruchu pieszych i rowerzystów tylko w niedziele, kiedy pod nieobecność ludzi i maszyn brała ją we władanie cisza zakłócana jedynie silniejszymi powiewami wiatru. Cezary biegł i myślał o tym, że w epoce inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji i zaawansowanej automatyki wszystko może być zagrożeniem dla człowieka.

Wierzył, że inżynieria genetyczna i sztuczna inteligencja to dwa nurty cywilizacji, które prędzej lub później ją zniszczą. Nie uważał siebie z fatalistę. Po prostu – opierając się na analizie postępu cywilizacyjnego – był przekonany, że wszystko co na początku dobrze rokuje ludzkości ostatecznie przynosi fatalne skutki.

W dyskusjach posługiwał się najchętniej argumentem broni chemicznej i jądrowej, środków ochrony roślin zabójczych dla przyrody i narzędzi masowej inwigilacji, dzięki którym państwo wiedziało wszystko o każdym obywatelu i z łatwością mogło to wykorzystywać przeciwko niemu. Jeśli to nie robiło, lub robiło w niewielkiej skali, to tylko dlatego, że nie dostrzegło jeszcze takiej potrzeby.

Biegnąc, od pewnego czasu Cezary czuł, że coś porusza się za jego plecami; nie odwracał się jednak, sam nie wiedząc dlaczego. Dopiero kiedy coś zaszeleściło za nim tak wyraźnie, że aż podskoczył, zatrzymał się i obrócił głowę do tylu. Nie było za nim nikogo. Tuż przy krawężniku leżał tylko duży kawałek papieru zwinięty w kłąb. Przypatrzył mu się uważnie. Miał wrażenie, że papier też patrzy na niego. Zastanawiał się,  jak to jest możliwe. Przypatrując się uważniej, dostrzegł zarys twarzy na papierowej kuli. Był trochę nierówny na krawędziach, jednakże miał wyraźnie ukształtowany nos, szerokie usta i parę oczu w postaci ciemniejszych plam. Pod wpływem wiatru papier poruszył się i przesunął wzdłuż krawężnika, po czym podskoczył, jakby ktoś go szturchnął. W tym momencie część twarzowa kuli obróciła się w przeciwnym kierunku, jakby udawała, że jej nie ma.

– Zachowuje się zupełnie jak człowiek unikający spojrzenia innej osoby – pomyślał Cezary.

Nie wiedział jak się zachować. Po chwili zrobił dokładnie to samo: odwrócił się tyłem do papieru, aby kontynuować bieg przed siebie. Myślał intensywnie. Wciąż słyszał za plecami ten sam szurgot, szum, szeleszczenie. Zaczęło go to niepokoić. Postanowił wyjaśnić raz na zawsze, o co chodzi dziwnemu zjawisku. Zatrzymał się gwałtownie i obrócił się do tyłu. Papier znowu był za nim, tym razem przyczajony za stertą piachu przykrywającą krawężnik, część chodnika i fragment jezdni.

– Ukrywa się za nią – pomyślał, zastanawiając się, o co chodzi. Nie podobał mu się przedmiot poruszający się za nim krok w krok. Był przekonany, że papierowa kula to pułapka. Wahał się, czy nie warto jej zaatakować i zniszczyć, wdeptując w ziemię: bał się jednak, że może to wywołać niepożądaną reakcję. Mogła wybuchnąć, bryznąć jakimś płynem lub wydzielić z siebie trujący gaz. Nie wiadomo, co kryło się w jej wnętrzu.

Niepewny co robić, postanowił oddalić się jak najszybciej i zniknąć w widocznym już na horyzoncie zielonym zagajniku. Papier ciągle mu towarzyszył. Cezary nie musiał nawet oglądać się. Słyszał teraz regularne cykanie zegara. Niespokojne myśli cisnęły mu się do głowy.

– To nic innego jak miniaturowy ładunek wybuchowy, wystarczający, aby roznieść mnie na strzępy, a przynajmniej poharatać, Wystarczy tylko kilkadziesiąt drobin metalu, które pod wpływem eksplozji rozsypią się we wszystkich kierunkach, Jedna tak drobina w skroń, tętnicę szyjną, serce lub gdziekolwiek w czaszkę, a od razu znajdę się na cmentarzu.

Cezary wyobraził sobie swój pochówek. Zawsze chciał, aby odbyło się to z orkiestrą, fanfarami i marszem Mendelsohna. Lubił muzykę poważną, często jej słuchał.

Zagłębiając się w porywające duszę takty muzyki wielkiego kompozytora, Cezary zapomniał o papierze. Sam mu się przypomniał. Leżał czekając dwa metry przed nim przy stosie drobnych kamieni zrzuconych przy krawężniku. Obok niego leżała druga identyczna kula papieru. Teraz było ich dwóch, dwa przedmioty zawierające w sobie coś żywego, co je uruchamiało i jakąś namiastkę mózgu, który nimi kierował.

To było najgorsze, ta nieokreśloność. Nic ludzkiego, po prostu przedmiot, ale bynajmniej nie martwy, posiadający napęd i umysł – mechanizm podejmujący decyzje, który myślał i sterował całością.

– Zupełnie jak człowiek – analogia nie wzbudziła w Cezarym zdziwienia. Wręcz przeciwnie, uznał ja za uprawnioną a jednoczenie wciąż przekraczająca jego wyobraźnię mimo stałego karmienia je nowinkami o postępie technicznym, technologicznym, medycznym i wszelkich innych nowych wynalazkach.

Odc. 2 

Cezary nie czekał dłużej. Odwrócił się i zaczął uciekać, pozostawiając za sobą dwa kawałki papieru w formie niekształtnych kul. Były podobne do siebie, szare i groźne, nieokreślone w działaniu i możliwościach. Jego myśl zaprzątało zgadywanie, co może nastąpić. Uściślał to, co widział, szukając w pamięci wiedzy o podobnych obiektach.

– Coś, co jest zdolne poruszać się samodzielnie, dostosowywać się do warunków terenu a nawet je wykorzystywać, kamuflując się i kryjąc za nierównościami. Kule korzystają prawdopodobnie z energii słonecznej lub są zasilane energią promieni laserowych emitowanych przez stację nadawczą w kosmosie. Dobrze, że sobie przypomniałem – laser. A może te dwie kule mają tylko naprowadzić na mnie drona? Czeka gdzieś zawieszony w przestworzu, miniaturowy, sekretny, zdolny śledzić człowieka dzień i noc korzystając z technologii GPS. Wystarczy tylko sygnał od nich, a podleci do mnie i potraktuje dawką kwasu solnego, promieniem laserowym lub czymś podobnym, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie. Nikt się nawet nie domyśli się, kto był wykonawcą wyroku.

Kto mógł być zleceniodawcą takiego zlecenia, Cezary starał się nie myśleć; zaprzątała go jedynie myśl, jak wywinąć się z opresji. Po chwili przypomniał sobie, kto mu kiedyś groził śmiercią, choć on o tym prawie całkiem już zapomniał. Było to na weselu studenta, przyjaciela z roku. Cezary siedział wśród nieznanych gości przy długim stole. Naprzeciwko, po drugiej stronie stołu, widział mężczyznę. Przypominał upiora z horroru; jego skóra na czole i policzkach, koloru i faktury identycznej jak papier, była mocno naciągnięta. Wyglądała, jakby jej właściciel przeszedł kilka operacji po ciężkich oparzeniach. Cezary w duchu nazwał go Pergaminem.

Rozmawiali o możliwościach nowych technologii w zakresie automatyki. Była to dziedzina, w której Cezary czuł się szczególnie dobrze. Jego rozmówca był pracownikiem jakiegoś instytutu. Też znał się na temacie. Wywiązała się kłótnia. Poszło o zastosowania nowych technologii w przemyśle, transporcie i usługach; co jest, a co nie jest możliwe. Wyglądający na naukowca mężczyzna i Cezary mieli zupełnie odmienne poglądy. Starali się przekonać siebie wzajemnie do swoich zapatrywań. Słuchali ich goście weselni. Udowodnienie racji stało się sprawą honoru. Pergamin zarzekł się, że zabije Cezara. Nie powiedział mu tego otwarcie, tylko w toalecie, kiedy znaleźli się tam sami. Cezary zapamiętał jego oczy, błyszczące, zdrowe oczy na tle okropnej, wysuszonej twarzy. Groźba wydała mu się wtedy efektem przejściowej emocji mężczyzny, z którym wszedł w spór na weselu. Myślenie teraz o tym nie miało sensu, ważniejsze było bezpośrednie zagrożenie.

– Nie ma co myśleć o sądzie ferującym wyrok, kiedy kat stoi nad głową.

To go przywróciło na właściwy tor szukania rozwiązania. Po prawej stronie miał przed sobą las, oddzielony od drogi wysokim otwartym nasypem, którego nie sposób było pokonać. Wypatrywał dogodniejszego wejścia do lasu. Po chwili pojawiła się w oddali gęstwa krzaków.

– Tam skręcę w kierunku lasu, trudniej im będzie śledzić mnie i wykończyć.

Podbiegł jeszcze sto metrów i już miał skręcać w kierunku lasu, kiedy usłyszał przed sobą suchy, nienaturalny śmiech, jakby wychodzący z metalowej rury.

– Chcieliśmy cię tylko nastraszyć, głupku! Gdybyśmy chcieli cię wykończyć, już dawno byśmy to zrobili.

Zobaczył ich wtedy: dwie papierowe kule o nierównych krawędziach przypominające ludzkie oblicza. Leżały na ziemi nieruchomo świdrując go niewidzialnymi czarnymi plamami wzroku. Czuł to spojrzenie. W ich słowach dostrzegł nitkę nadziei. Był zdezorientowany, o co może chodzić. Pomyślał, że chcą go powstrzymać przed ucieczką w głąb lasu. Potem, że był to jakiś pomylony, okrutny żart. Niepewność go zmobilizowała.

– Cholerna sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie już chyba dziesiątej generacji! – warknął, aby zrzucić trochę napięcia i dodać sobie otuchy.

Przemógł strach. Podszedł bliżej do kul z wibrującymi na wietrze drobnymi strzępkami papieru. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Chciał im się przyjrzeć i wtedy zdecydować. Podchodził ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Tak było najbezpieczniej. Był w odległości nie mniejszej niż dwa metry, kiedy zobaczył błysk i fala kłującego ognia ogarnęła jego ciało, głowę, tułów, ręce i nogi.

Strużki krwi zalewały mu oczy i usta. Dopiero wtedy Cezary Brago, biegacz, student czwartego roku automatyki, dokładnie przypomniał sobie człowieka, upiora z pergaminową skórą na czole i policzkach, który w trakcie kłótni na weselu zarzekał się solennie, że go zabije.

Kiedy znaleziono człowieka z pokiereszowanym tułowiem, na jego twarzy – pod warstwą krwi i wilgoci – były jeszcze oznaki zaskoczenia i bólu. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, aby przyjrzeć się uważnie denatowi i je dostrzec. Wykonano tylko zdjęcia, wiele zdjęć. Policji nie udało się ustalić niczego oprócz identyfikacji zmarłego, faktu zgonu, czasu, kiedy nastąpił oraz zakresu obrażeń ciała.

Był to rok wielkich niespodzianek, kiedy ludzie ginęli nie wiadomo z czyjej ręki, dlaczego, w jakich okolicznościach, a nawet w jaki sposób. Winiono za to nowoczesne wynalazki, stanowiące zbawienie jak i przekleństwo człowieka, i jego nieposkromioną żądzę poprawiania Boga i przyrody.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 15 05 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie.

Odc. 1

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

„Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

Odc. 2

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

Odc. 3

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował.

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka.

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

Odc.4

Chwilę potem Alfons stał już, mrużąc oczy, w niewielkiej sali bez okien z przyćmionymi światłami u sufitu. Na ścianach wisiały dziesiątki akcesoriów sadomasochistycznych, podzielonych na grupy i zestawy. Oczy gościa prześlizgiwały się po nich szukając w pamięci stosownych określeń: zwykłe policyjne kajdanki, kneble, pejcze, obroże, zaciski, metalowe rozpórki, skórzane opaski na ręce, kajdanki na ręce i na nogi z pasami mocującymi do łóżka, metalowy łańcuch, zestaw do chłosty i krępowania, skórzana obroża na szyję, erotyczna opaska na oczy, w końcu coś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa.

W głębi pomieszczenia arystokrata zauważył zbliżonych do siebie mężczyznę i kobietę. Oboje byli w maskach. Stali w niezwykłej pozie; ona dominacji, on podporządkowania. Kobieta miała na sobie czarny gorset odsłaniający ramiona z białymi wypustkami przypominającymi skrzydła pingwina. Gorset dokładnie opinał jej zgrabne ciało. Jędrne uda zdobiły siatkowe rajstopy z motywami lwa stojącego na tylnych łapach, łącząc się zgrabnie z wysokimi butami z czarnej skóry. Najdziwniejsze wydały się Alfonsowi jej okulary; niewyszukane oprawki ze zwykłymi szkłami przylegające do otworów maski przeznaczonych na oczy.

Partner, ubrany w podobnym guście w czarny obcisły strój, z solidną wybitą gwoździami obrożą na szyi, klęczał u stóp kobiety w pozie wiernego psa z pyskiem obróconym w kierunku twarzy właścicielki. Kobieta bez pośpiechu smagała mężczyznę pejczem po plecach i udach. Alfons słyszał ciche jęki spazmatycznej litanii bólu i rozkoszy, jakby uderzenia pejcza przynosiły ulgę zarówno katowi jak i ofierze.

Zainteresowanie parą sadomasochistów Alfons stracił w momencie, kiedy uświadomił sobie, że w swoim bogatym życiu miał wiele okazji wypróbowania podobnych praktyk. Nigdy go jednak nie ciągnęło w tym kierunku, ponieważ znajdował aż nadto pozytywnych przeżyć w klasycznym obcowaniu z kobietami. Był żonaty dwa razy, miał też przyjaciółki, tak że nie mógł narzekać na brak doświadczeń miłosnych i seksualnych.

Zwrócił wzrok ku akcesoriom. Najbardziej interesowały go pejcze. Wchodząc do sali widział kilka na ścianie. Odszukał je wzrokiem, podszedł i przyglądał im się, oceniając w końcu, że nie ma w nich nic specjalnego. Kiedy zauważył, że para w głębi sali zrobiła sobie przerwę, podszedł do nich i zapytał, czy nie przeszkadza im, że ich obserwuje.

– Wręcz przeciwnie, sprawia nam to przyjemność. Dlatego tu przechodzimy. Miłość to gra zbiorowa, w której uczestnicy stają się jednością, dzielą się sobą, uczestnicząc w akcie wspólnej miłości. Przynajmniej my to tak widzimy. To nas ekscytuje, rozwija i wzbogaca uczuciowo – wyjaśniali jedno przez drugie. – Kiedy mamy chęć, zamieniamy się rolami i wtedy on mnie biczuje – kobieta wskazała ręką partnera, który podniósł się na nogi i wyprostował.

– To mi przypomina ekshibicjonizm … – zaczął Alfons ostrożnie, niepewny reakcji rozmówców.

– Absolutnie ma pan rację! – podchwycił mężczyzna w sposób, który wydał mu się egzaltowany.

Alfons pomyślał o nich „zboczeńcy”, po czym zreflektował się, że sam jest nie inny, ani lepszy ani gorszy.

Był tolerancyjny w stosunku do ludzi tak długo, jak to, co rozbili, opierało się na zgodzie drugiej strony i nikt nie czuł się szukany, eksploatowany czy wykorzystywany. W sadomasochizmie nie znalazł nic atrakcyjnego, może z wyjątkiem działania endorfin, o których wspomniała dwójka sadomasochistów. Uznał to za sprawę wymagającą bliższego rozpoznania. Sam biczował się nie po to, aby osiągnąć przyjemność, ale dla wywołania relaksu mięśni pleców, niezbędnego dla kontynuacji snu.

Odc. 5

Sesja sadomasochizmu w klubie prowadzonym przez sklep Passage du Grand Desir niewiele dała Alfonsowi. Uznał, że nie jest to miejsce dla człowieka, który biczując się poszukuje zmniejszenia fizycznego bólu a nie zaspokojenia seksualnego. To, że używał pejcza podobnie jak sadomasochiści, było przypadkowe; wykorzystywał go do osiągnięcia zupełnie innych celów.

Pejcz pozostał w centrum zainteresowań Alfonsa mimo jego zniechęcenia sadomasochizmem. Arystokrata postanowił pracować nad metodami jego skuteczniejszego wykorzystania nie zaniedbując innych poszukiwań.

Bóle pleców i bezsenność nasilały się i coraz bardziej przytłaczały Alfonsa. Rozpaczliwie potrzebował pomocy, jakiejś nowej deski ratunku. Z doktorem Bienvenue, lekarzem rodzinnym, rozmawiał już wcześniej na te tematy. Jego zalecenia uznał za mało użyteczne. Tym razem za jego poradą zgodził się spędzić kilka dni w klinice zaburzeń snu Centre du Sommeil et de la Vigilance w celu wykonania wszechstronnych badań snu i uzyskania pełnej diagnozy. Klinika mieściła się przy Avenue de Villiers.

Pacjenta zbadano gruntownie w jednej długiej sesji nocnej. Było to męczące, ponieważ w czasie ośmiogodzinnego snu Alfons był podłączony przewodami do dwunastu czujników, co mu ogromnie utrudniało nawet proste przewrócenie się na łóżku.

– Pobyt w klinice nie dał mi nic, o czym bym nie wiedział wcześniej. Zalecono mi zmianę trybu życia na bardziej ruchliwy, dietę z większą ilością warzyw i mniejszą ilością mięsa oraz ćwiczenia jogi dla wyciszenia organizmu. Rozczarowałem się. Znowu utknąłem na bezdrożach bezsenności – skarżył się księciu de Barry, z którym w ostatnim czasie utrzymywał bliższe stosunki towarzyskie.

Badania w poradni zaburzeń snu miały przynajmniej jeden pozytywny skutek; Alfons podjął rezolucję. Wypowiedział ją głośno, aby zapamiętać sobie na zawsze:

– Alfonsie Daudet, daj sobie spokój! Skoro nie jesteś w stanie unicestwić bólu, zmniejszyć bezsenności i skrócić nocnego cierpienia, to skoncentruj się na tym, jak je twórczo wykorzystać.

Nie była to łatwa droga. Na początku Alfons błądził szukając idei, myśli i skojarzeń mogących naprowadzić go na jakieś nowe rozwiązania. Przemyśleniami dzielił się z księciem de Barry.

– To musi być coś twórczego a zarazem praktycznego. Coś, czego jeszcze nie wymyślono. Jak się domyślasz, nie jest mi łatwo. Czasami mam wrażenie, że beznadziejnie błądzę. 

Z marzeń o idealnym świecie Alfons usiłował zbudować własny świat. Nie wiedząc od czego zacząć, odtworzył swoje drzewo genealogiczne, przedstawił je graficznie,  opisał i otoczył niewidzialną zasłoną, za którą ukrył się, aby studiować zawiłości lepszego życia i szczęścia. Wrócił do zgłębiania filozofii i poważnie zainteresował się buddyzmem, licząc na to, że stanie się on – podobnie jak dla innych osób– źródłem twórczego relaksu, koncentracji i witalności. Zaczął medytować, jak postępują ludzie, których los dotknął podobnie lub bardziej niż jego. Znał ze słyszenia i mediów kilka przypadków przemawiających do wyobraźni i serca.

Najbardziej imponował mu mężczyzna skrzywdzony przez los ciężkim inwalidztwem. Nie znał go osobiście, słyszał tylko o nim, wiedział w jakiej dzielnicy Paryża mieszka i czym się zajmuje. Był to człowiek niskiego wzrostu, dosadniej mówiąc karzeł, w dodatku zdeformowany w okropny sposób. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę oraz klocowate ręce i nogi osadzone na słabo rozwiniętym korpusie.

Mimo swego nieszczęścia człowiek ten tryskał energią i zawsze był w dobrym humorze. Imponowało to Alfonsowi tak bardzo, że postanowił go poznać i porozmawiać. Udało mu się to dzięki pomocy znajomych.

Mężczyzna nazywał się Gabriel Boucher. Na początku imał się różnych prac, w końcu trafił do cyrku. Był to jego świadomy wybór. Opowiedział o tym Alfonsowi.

– Stałem się pośmiewiskiem widzów, zwłaszcza dzieci, które nie rozumieją, co to znaczy być osobą niepełnosprawną, kaleką. Z czasem zrozumiałem, że chorobę i kalectwo, jeśli nie można ich pokonać, powinno się traktować jako swego rodzaju darowiznę, która nam ułatwia coś, co byłoby nieosiągalne, gdybyśmy nie mieli tego garbu na plecach. Jak tylko to zrozumiałem, zdobyłem dobrą pracę, dającą mi satysfakcję oraz dochody umożliwiające twórcze i dostatnie życie. Postanowiłem cieszyć się życiem mimo deformacji mego ciała.

– Czym się pan teraz zajmuje? – Alfons nie był w stanie powstrzymać się od pytania, wiedząc, że za chwilę i tak usłyszy wyjaśnienie. Od razu przeprosił rozmówcę za swoje nieopanowanie. Gabriel przyjął to w sposób spokojny, jakby ludzie nic innego nie robili tylko zadawali mu niezręczne pytania.

– Moją pracę określę nietypowo. Użyczam swojej postaci w cyrku i w reklamie. Zarabiam tak dobrze, że stać mnie na podróże i przyjemności, jakich z pewnością nie zaznałbym, gdybym był przeciętnym człowiekiem bez wad fizycznych. Kiedy jest się pozytywnym, to nawet i miłość jest możliwa. Nie mam na myśli wyłącznie seksu, ale prawdziwą miłość, zaangażowanie, radość bycia z drugą osobą. Spotkałem kogoś takiego. Ale nie chcę o tym mówić. To kwestia prywatności.

Odc. 6

Znajomość Gabriela Boucher i Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff okazała się tak sympatyczna dla obydwu, że spotykali się regularnie, aby rozmawiać. Była to dziwna para; arystokrata cieszący się przywilejami życia oraz osoba zdeformowana fizycznie, stojąca na przeciwległym krańcu linii dobrodziejstw losu. Rozmawiali o sprawach poważnych, w szczególności, jak radzić sobie w życiu mimo ograniczeń i obciążeń.

Alfons z satysfakcją uległ wpływom Gabriela Boucher i jego pozytywnego nastawienia. Zmienił się. Twórcze wykorzystanie bezsenności stało się dla niego sensem życia, obsesją, rodzajem szczęśliwego opętania. Cel był nie tylko inspirujący, ale i niezwykle pozytywny; chodziło o pomoc ludziom nękanym bólem i bezsennością.

Swoją nową filozofią dzielił się chętnie w rozmowach z przyjaciółmi, zbierając przy okazji ich uwagi i sugestie.

– Bezsenność, skoro już tkwi we mnie, traktuję teraz jako dobrodziejstwo. Dostrzegłem w niej sens, którego przedtem nie widziałem. Ludzie powszechnie skarżą się na brak czasu. Ja mam go w bród. Teraz wiem, że bezsenna noc może być najbardziej twórczą porą doby. To tylko kwestia decyzji, powiedzenia sobie „tak”. Ten czas jest tym cenniejszy, że panuje kompletna cisza. Nikt nie zawraca mi głowy, nie dzwoni do mnie, o nic nie pyta. Czerpię z tego dobrodziejstwa pełnymi rękami opracowując nowe metody walki z bezsennością. Mam na myśli akcesoria, które sam od długiego czasu używam: szczotka kąpielowa, aplikator igłowy, pejcz, piłeczka tenisowa, wełniane skarpety, niewielka poduszka, drewniany kij do ćwiczeń oraz mata do ćwiczeń jogi. Nie mogę wam więcej powiedzieć, bo zdradziłbym wszystkie tajemnice. 

Kolejne próby wykorzystania nocnego czasu były bardzo udane; Alfons określił zestaw narzędzi i opisał zasady ich wykorzystania. Nazwał to „Pakietem Pomocy w Bezsenności”. Jego użytkownikami mieli być ludzie tacy jak on, niemogący spać z powodu bólu pleców. Myślał głównie o osobach starszych, ale nie wykluczał nikogo.

Kiedy pierwszy etap pracy został zakończony, Alfons postanowił przedstawić wyniki przyjaciołom i poddać ich ocenie. Było to wręcz konieczne. Ustalił z nimi datę, godzinę i miejsce. Prezentacja miała odbyć się w jego rezydencji.

Przygotował się do niej wyjątkowo starannie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, jako innowator, wynalazca jak również dobroczyńca. Nie wahał się używać ostatniego słowa, odkąd dowiedział się, że trzydzieści procent ludzi na świecie cierpi na bezsenność. Była to już choroba cywilizacyjna na niespotykaną skalę. Był oczywiście świadomy, że tylko część z tych osób mogła być beneficjentami jego pomysłu zważywszy na różnorodność przyczyn bezsenności.

W skład Pakietu Pomocy w Bezsenności wchodziły: szczotka z twardego włosia używana zwyczajowo do mycia pleców, aplikator igłowy marki Needles & Needles Ltd o wymiarach dwadzieścia osiem na pięćdziesiąt centymetrów, ośmiorzemienny pejcz z czterdziestoma węzłami, piłeczka tenisowa umieszczona w skarpetce dla łatwiejszej manipulacji w trakcie układania jej pod plecami, ciepłe skarpety, mata do ćwiczeń jogi, drewniany kij długości jednego metra do rozciągania ramion oraz płaska poduszka o rozmiarach trzydzieści na trzydzieści dwa centymetry. Umieszczał ją pod piersiami lub plecami, w zależności od sposobu ułożenia się na macie rozciągniętej na podłodze w salce treningowej.

Każde z tych narzędzi miało swoje przeznaczenie i zastosowanie. Same akcesoria nie budziły wątpliwości, wyzwaniem mogły być tylko ich opisy oraz instrukcje obsługi. Musiały być jednoznaczne, dokładne i użyteczne. Tkwił w tym problem, gdyż ludzie mogli różnie rozumieć i interpretować ten sam tekst. Co do tego Alfons nie miał najmniejszych wątpliwości. Miał doświadczenie. Niejednokrotnie fragment instrukcji dla niego niezrozumiały, jego żona czy córka odbierały jako prosty i jednoznaczny. I odwrotnie.

– Używałem już dziesiątki instrukcji. Niejedna z nich była tak napisana, że zabiłbym tego sukinsyna, co ją stworzył – arystokrata denerwował się nawet wtedy, kiedy ta myśl przychodziła mu do głowy, a przychodziła dosyć często. Lekarz mu wyjaśnił, że był to problem perseweracji, uporczywego powracania tych samych słów i skojarzeń.

Dla opisu narzędzi i sposobu ich wykorzystania Alfons wymyślił którejś nocy specjalny język. Była to forma zabawy, nie tak znowu niepoważnej, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Był w niej ukryty sens, z którego nie w pełni zdawał sobie sprawę – popisać się przed zaproszonymi gośćmi, a w przyszłości użytkownikami pakietu, językiem prawdziwej arystokracji ducha, swobodnym i nonszalanckim nawet w obliczu bólu i cierpienia.

Któregoś wieczoru Alfons wrócił do domu z przyjęcia u przyjaciół w stanie emocjonalnego pobudzenia. Było to bardzo udane spotkanie. Kilka razy znalazł się w centrum uwagi; wypowiadając się wywołał większe niż zazwyczaj zainteresowanie swoim pomysłem i osobą. Częścią dobrego samopoczucia był też alkohol, jaki wypił. Rzadko miał chęć na coś mocniejszego, nie był abstynentem, ale też niezbyt często czy chętnie pił. Tym razem szampan sprawił mu prawdziwą przyjemność. Książę de Barry zgodził się z nim, jak nigdy wcześniej, że szampan Moët & Chandon, jaki pili był doskonały.

– Znam tegoroczny ranking i zasadniczo zgadzam się z nim. Może dlatego, że sam uczestniczyłem w degustacji tych szampanów. Na przyjęcia najlepszy jest właśnie Moët & Chandon, na romantyczne spotkania Veuve Clicquot, Dom Pérignon natomiast nadaje się najlepiej na upominek. Co do szampana na rodzinne spotkania, to czwarta kategoria, jaką rozpatrywaliśmy, to nie mam zdania. To zbyt trudne do określenia. To są oczywiście uproszczenia, bo najlepszy szampan to taki, który najbardziej ci smakuje bez względu na to, co inni o nim sądzą.

Po powrocie do domu i przebraniu się, Alfons wyciągnął z szafy wszystkie akcesoria i ułożył je na biurku wedle rangi ważności podyktowanej częstotliwością ich stosowania. Im częściej narzędzie miało być stosowane, tym większe miało znaczenie. Na pierwszym miejscu znalazł się pejcz, następnie piłka tenisowa w skarpetce, w trzeciej kolejności aplikator igłowy. Przyjrzał im się uważnie i zaczął nadawać im zwariowane nazwy. Wyobraził sobie, że przemawia do ludzi z przeszłości, kiedy w kraju powszechnie pasjonowano się wydarzeniami politycznymi za żelazną kurtyną.

Cel użycia akcesoriów określił jako Korektę Nocnej Deprawacji Ciała, a cały zestaw nazwał Egzekutywą. Własne ciało określił mianem Towarzysza Opornego. Zadowolony ze swojego pomysłu przemówił jak sekretarz organizacji partyjnej, wyobrażając sobie, że uczestniczy w zebraniu partii komunistycznej, niegdyś bardzo popularnej we Francji.

– Wyperswadujcie, drodzy towarzysze, Towarzyszu Pejcz i Towarzyszu Aplikatorze Igłowy, oraz Wy, Towarzyszko Szczotko, Towarzyszowi Opornemu, niestosowność jego zachowań w porze nocnej, którą każdy uczciwy obywatel poświęca na relaks i wypoczynek.

Była to forma zabawy, jak również szyderstwa i głębokiej niechęci wobec radykalnych socjalistów i komunistów, odwiecznych wrogów arystokracji na wszystkich kontynentach.

Odc. 7

Przygotowując się do pokazu akcesoriów walki z bólem i bezsennością Alfons wysłał żonę i córkę wraz z dwiema służącymi w odwiedziny do krewnych. Miał w tym ukryty cel.

Pokaz odbył się w rezydencji letniej arystokraty przy Rue de Grenelle położonej w Siódmej Dzielnicy Paryża. Rezydencja była jego chlubą, czuł się w niej wyjątkowo dobrze i chętnie ją pokazywał. Trzysta czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni zapewniało mu przestrzeń, prywatność i niezależność. Było tam dziesięć większych pokoi; pięć sypialni, cztery toalety, duży salon ze szklanym dachem, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią, sala do ćwiczeń, pralnia. Przed domem znajdował się spory ogród a pod budynkiem miejsca parkingowe oraz piwnica na wina. Rezydencja powstała w roku 1880 i zachowała oryginalną fasadę. Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, miał się czym chwalić.

Pokaz składał się z trzech części. Najpierw odbyła się prezentacja narzędzi, pokaz slajdów z objaśnieniami oraz dyskusja.

Część drugą stanowiło przyjęcie przygotowane przez mało znaną, lecz ekskluzywną, firmę cateringową, starannie wybraną przez Alfonsa wspomaganego przez dwóch innych, wtajemniczonych w plan, członków Stowarzyszenia Marków Nocnych, znanych z wyszukanych gustów kulinarnych.

Trzecia część spotkania stanowiła niespodziankę zorganizowaną przez Alfonsa w całkowitej tajemnicy. W duchu żartował, że aby ją zachować, nie powinien informować o tym nawet samego siebie. Była to część artystyczna, najbardziej prywatna: występ sześcioosobowego zespołu tancerek z Moulin Rouge. Kluczem programu był oczywiście kankan. Występ był tak udany, że tancerki trzykrotnie bisowały.

Kiedy goście opuszczali rezydencję, właściciel z satysfakcją ogarnął ich wzrokiem. W spotkaniu uczestniczyło piętnaście osób, sami mężczyźni. Myślał o nich z satysfakcją, szczycił się ich przyjaźnią i pozycją społeczną. Były to osoby z pierwszych stron gazet: książę, kilku artystów, przedstawiciele klasy rządzącej, dyplomaci, wielki przemysł, właściciele ziemscy. Alfons pomyślał, że los go dobrze wyposażył na całe życie: był majętny podobnie jak jego ojciec i dziadek. Oprócz rezydencji przy Rue de Grenelle miał jeszcze jedną na południu kraju, pałac nad Sekwaną, poza tym domy czynszowe, kosztowne samochody, solidny pakiet papierów wartościowych, oddaną i dyskretną służbę.

Opuszczając rezydencję, książę de Barry pogratulował przyjacielowi udanej imprezy, po czym protekcjonalnie mu przypomniał:

– Pamiętaj, drogi Alfi, że twoim następnym krokiem, wręcz psim obowiązkiem, że tak powiem, wobec nas wszystkich, jest stworzenie doskonałej instrukcji obsługi tych cudownych narzędzi, jakie nam zademonstrowałeś. Dobrze to wszystko obmyśliłeś. Jedyne, co mnie martwi, to instrukcja obsługi pejcza, o której wspominałeś. Dyskusja pokazała, że może to być problemem. To nie jest takie proste, jak sobie myślałem. Pejcz każdy zna, każdy ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać i jak należy go używać. To nie jest jednak to samo co prosta piłeczka tenisowa w skarpetce.

Po przemyśleniu wyników dyskusji, uwag i sugestii, Alfons podsumował je sporządzając listę zmian, jakie musi wprowadzić do pakietu, szczególnie instrukcji. Pejcz był wyjątkiem. Alfons wypróbował kilkanaście modeli, zanim uznał, który jest najbardziej odpowiedni.

Ludzie mieli uprzedzenia co do pejcza, źle im się kojarzył. To dodatkowo komplikowało sprawę. Uważali go za narzędzie sadomasochistów, kojarzące się bardziej z bólem i cierpieniem niż z niesieniem ulgi. Fatalne były także skojarzenia z tresurą zwierząt w cyrku oraz tradycją wymuszonej dyscypliny w systemie sprawiedliwości, w szkołach, więzieniach, w obozach koncentracyjnych oraz wobec pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Alfons uznał, że nie zgłębi do końca wiedzy na temat pejcza i tradycji jego wykorzystania. Był to temat mocno osadzony także w Biblii i w kościele. Ze studiów wynikały różne skojarzenia, najczęściej negatywne. To działało na jego niekorzyść.

Nad instrukcją pejcza Alfons pracował wytrwale przez kilka tygodni. Czas płynął, a mimo to pozostawała ona wciąż w stanie nieukończonym. W żadnym momencie jej opracowania nie był zadowolony z wyników swojej pracy. Zastanawiał się wielokrotnie, co jest w niej nieodpowiedniego. Nie wiedzieć dlaczego, mimo że miał już gotowe instrukcje obsługi pozostałych narzędzi, w żaden sposób nie był w stanie stworzyć tej jednej, jedynej.

Myślał nad tym nieprzerwanie. Instrukcja stała się jego piętą achillesową, Scyllą i Charybdą, między którymi statek jego myśli i inwencji rozbijał się uparcie i jakby złośliwe. Mógł ją pominąć, uznając, że nawet przy nienajlepszej instrukcji jednego narzędzia cały zestaw niewiele traci na wartości. Nie potrafił jednak przekonać siebie do tego. Byłoby by to jak przyznanie się do niezdolności nauczenia się jazdy rowerem, kiedy wszyscy już to umieją, nawet małe dzieci, chromi na jedną nogę, słabowidzący i głupi.

Wbrew pozorom pejcz był skomplikowaną konstrukcją. Rozłożony wyglądał jak drzewo. Wszystko miało znaczenie dla jego skuteczności: jego ciężar, ilość, długość, grubość i twardość pasemek rzemienia, kształt odgałęzień, ilość węzłów i odległość między nimi na każdym pasemku, skóra, z jakiej był wykonany, uchwyt, a nawet kolor.

Odc. 8

Alfons Daudet zastanawiał się, dlaczego opracowanie tej instrukcji idzie mu jak Syzyfowi uparcie lecz bezskutecznie wciągającemu kamień pod górę. W grę wchodziło kilka okoliczności. Instrukcję pisał przy biurku o regulowanej wysokości blatu, zmieniając pozycję ciała z uwagi na ból pleców i ramion. Kiedy zmęczył się stojąc przy biurku, klękał na klękosiadzie, potem siadał na krześle z twardym oparciem ewentualnie na fotelu z miękkim, ergonomicznym oparciem. To mogło mieć znaczenie. Mimo regularnej zmiany pozycji praca nie posuwała się jednak do przodu. Praktycznie stanęła w miejscu. Alfons nabrał wrażenia, że zajmie mu to miesiące i lata.

W końcu zaczął doszukiwać się przyczyn w sobie. Czuł się pod presją opinii księcia de Barry, któremu wysyłał do wglądu kolejne projekty instrukcji. Książę wciąż mu odpowiadał, że to najsłabsza część pakietu pomocy.

– Pejcz to najbardziej uniwersalne narzędzie. Występuje w dziesiątkach odmian, rozmiarów i kształtów. Ludzie mieli z nim do czynienia od zawsze. Również ci zboczeńcy, których wspominałeś. Pejcz to coś zupełnie odmiennego niż taki aplikator igłowy czy piłeczka do tenisa, gdzie trudno sobie wyobrazić odstępstwo od normy, ponieważ wszystko jest proste jak drut. Pejcz ma w sobie finezję, ogromną tradycję i długą historię. Przypomnij sobie te wszystkie towarzystwa biczowników, flagelantów, dobrowolne i wymuszane kary chłosty. Każdy ma inne plecy, inny chwyt pejcza, inną siłę uderzenia, inne też odczucia bólu. Musisz to wszystko uwzględnić w instrukcji. Być może nawet rozszerzyć gamę pejczy, przedstawić kilka modeli i napisać do nich instrukcje, aby każdy mógł znaleźć coś stosownego dla siebie.

Alfons liczył się z tymi opiniami. Książę miał doświadczenie; był kiedyś wydawcą gazety, uważano go człowieka znającego życie, był ponadto wyjątkowo mu życzliwy. Alfons liczył po cichu, że będzie mu pomocny także w promocji pakietu. Negatywne oceny księcia zaczęły się powtarzać. Alfons nabrał podejrzeń, że w grę wchodzić może coś innego niż tylko chęć bezstronnej pomocy. Jeden ze znajomych dziennikarzy pracował kiedyś dla księcia. Alfons spotkał się z nim w kawiarni, aby podpytać o dawnego pryncypała, a przy okazji odświeżyć znajomość.

– Nie ukrywam, że nie przepadałem za nim, kiedy dla niego pracowałem. Na robocie wydawniczej i dziennikarstwie znał się bardzo dobrze, nie powiem, ale był to dziwkarz i rozpustnik. Przynajmniej w tamtym czasie. Miał pieniądze i gest, więc kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu. Fizycznie to na pewno nie był atrakcyjny. Sam go znasz, niski i grubawy. Mówiono wówczas – obracałem się w innych kręgach, więc mówię tylko, co słyszałem – że miał ciągoty sadystyczne. Nie jakieś tam przesadne, ale podobno lubił zadawać cierpienie swoim partnerkom. Kajdanki, przykuwanie do łóżka, kneblowanie, biczowanie, rozpórki nóg, takie tam różne fanaberie. Godziły się na to, bo dobrze je wynagradzał za spotkania. Powiedziała mi to w zaufaniu pewna nauczycielka, znająca go bliżej, właśnie z klubu sadomasochistycznego. Jednego z tych prywatnych, co to organizowały nawet orgie, gdzie można było trafić tylko za podwójną rekomendacją.

– A co sądzisz o dzisiejszych klubach sadomasochistycznych?

– Nic nie sądzę. Dzisiaj istnieją one prawie oficjalnie. Mają swoją rację bytu, bo wiele osób chce po prostu spróbować, co to jest ten sadomasochizm, łączyć się w pary, nawet wymieniać partnerami. Ale to już nie jest to samo, co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wtedy nie istniały żadne zasady. Dzisiaj takie kluby mają już nawet pisane reguły, kodeksy etyczne, zasady, co wolno a czego nie wolno. Ludzie umawiają się, jak daleko mogą posunąć się w zadawaniu sobie cierpienia, w relacjach sadomasochistycznych, opowiadają sobie fantazje erotyczne i chcą ich doświadczyć.

– Widzę, że znasz się na rzeczy. Nigdy o tym nie mówiłeś. A znamy się przecież sporo lat.

– E, tam! Interesowałem się tym kiedyś jako dziennikarz. To wszystko.

Na liście szczegółów do uwzględnienia przy pisaniu instrukcji obsługi pejcza nie było spraw nieważnych. Ich autor zaczął zdawać sobie sprawę z absurdalności sytuacji. Czuł, że goni w piętkę, kręci się wokół jak pies za swoim ogonem.

– Jestem zbyt drobiazgowy. Jestem kretyńskim perfekcjonistą, kunktatorem, stale mam coś innego pilniejszego lub ważniejszego do wykonania; miał dziesiątki argumentów na swoje usprawiedliwienie.

Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś wcześniej nie stworzył instrukcji obsługi pejcza.

– Może dorożkarze cierpiący na senność? – Było to głupie pytanie, sam w nie nie wierzył. Pojawiło się tylko dlatego, że czuł się coraz podlej. Instrukcja obsługi pejcza nie dawała mu spokoju. Stała się jakimś absurdem, obsesją, idee fixe. Nie umiał tego nazwać.

Odc. 9

W czasie pracy nad instrukcją pojawił się nowy problem. Alfons budził się w nocy z przerażającym uczuciem umierania, poczuciem, że po śmierci nie pozostanie mu nawet drobina świadomości, choćby nawet iluzoryczna więź z rzeczywistym światem. Było to doznanie tak bolesne, że mówiąc o nim najchętniej sprowadzał je do żartu, aby tylko złagodzić ból odchodzenia w nicość. Wyrażał w ten sposób swoje arystokratyczne „noblesse oblige” trzymania podniesionej głowy i przekraczania granic nonszalancji.

– Nikt nie jest w stanie określić, czy krzyczy we śnie po to, aby dosłyszeć własny głos niemy jak martwe echo i głuchy jak zmurszały pień, czy też z entuzjazmu z powodu zakończenia życiowej misji, zgodnie z objawieniem Świętego Jana Klimata zwanego też Abbą Janem, patrona ludzi cierpiących na bezsenność.

Alfons Daudet przeżywał kryzys. Brak instrukcji obsługi pejcza był porażką całego projektu. Autor znalazł się w ślepym zaułku. Nie rozumiał ani nie akceptował tej sytuacji. Gnębiło go to tak bardzo, że w końcu popadł w depresję, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. Aby oderwać się od przykrej rzeczywistości wyprowadził się z rezydencji przy Rue de Grenelle i zamieszkał w jednym ze swoich mieszkań, świeżo zwolnionym przez lokatorów. Szukając pomocy, udał się do lekarza rodzinnego. Pomógł mu tyle, co kot napłakał, , skorzystał więc z konsultacji z dwoma specjalistami, o których mówiono, że naprawdę przynoszą ulgę ludziom w depresji. Przyjmował leki, niewiele mu to jednak mu pomogło. Coś się w nim załamało. Myślał o samobójstwie.

Kiedy mówił, że ma już dosyć życia, nikt nie przywiązywał do tego wagi. Ani najbliższa rodzina, ani przyjaciele. Odpowiadali mu: – Nie przejmuj się, każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Masz do tego prawo. Albo pocieszano go. – Zawsze sobie jakoś radziłeś, to i tym razem też wyjdziesz z impasu. Tym bardziej, że masz przed sobą szczytny cel. Wierzymy w ciebie, daj sobie czas. Albo też: -Weź się w garść, chłopie, bo bez tego nie wyjdziesz z zapaści.

Był przekonany, że wszyscy otaczający go ludzie, rodzina, znajomi, przyjaciele i lekarze życzą mu jak najlepiej, z tym, że jemu to nie pomagało. Musiał to solidnie przemyśleć. To zdecydowało o powrocie do rezydencji przy Rue de Grenelle, gdzie zawsze czuł się najlepiej.

Dwa dni po powrocie Alfons wyszedł z domu z samego rana. Jak zwykle udał się po zakupy świeżych croissant. Lubił je jako dodatek do porannej kawy. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego, chciał być sam, aby móc się skoncentrować. Był to jego nowy zwyczaj. Siostra dzwoniła do niego kilkakrotnie, najpierw na telefon komórkowy, a kiedy ten nie odpowiadał, na telefon domowy. Miała osobistą sprawę do omówienia. Alfons zawsze i chętnie służył jej radą. Kiedy nie wrócił do domu po dwóch godzinach, a jego telefon nadal nie odpowiadał, przyjechała do rezydencji. Nie znalazła go tam. Wtedy pobiegła do piekarni, aby sprawdzić, o której godzinie był u nich. Nie było go tam w ogóle tego dnia. Ogarnął ją niepokój. Wyrzucała sobie, że ignorowała jego informacje o złym samopoczuciu i napomknienia o samobójstwie. 

– Wydawały mi się tak bardzo nierealne w ustach człowieka, który mimo wszystko zawsze był pozytywny i dobrze sobie radził – skarżyła się bratanicy oraz przyjaciółce. Uspokajały ją, prosząc aby tak nie myślała. 

Zaginięcie Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff rodzina zgłosiła na policję prosząc o natychmiastowe podjęcie poszukiwań. Sierżant w komisariacie uspokajał ich.

– Pan Alfons Daudet to już niemłody człowiek. Może zatrzymał się u znajomych i zapomniał powiadomić państwa o tym? Dwadzieścia cztery godziny to bardzo niewiele. Zgodnie z prawem policja nie podejmuje poszukiwań wcześniej niż po upływie jednej doby. Większość zagubionych osób odnajduje się sama. Znamy to z praktyki.

Nie wiadomo, czy mówił to, aby pocieszyć rodzinę czy też bardziej z niechęci do podejmowania natychmiastowych działań.

Po dwudziestu czterech godzinach nadal nie było wiadome, co stało się z Alfonsem. Nie pojawił się żaden ślad czy choćby sugestia, dokąd mógłby się udać. Policja rozpoczęła poszukiwania. Były one bardzo angażujące. Sprawdzano szpitale, posterunki policji, ośrodki ratunkowe, ośrodki opieki, noclegownie, schroniska, dworce kolejowe, kostnice, dzwoniono do przyjaciół i znajomych zaginionego. Nie dało to rezultatów. Nikt nic nie wiedział. Rodzinę gnębiły najgorsze myśli i przeczucia.

Dzień później tajemnicę odkrył Luis Charmant, od miesiąca nowy właściciel sąsiedniej rezydencji. W części jego posiadłości przylegającej do posesji Alfonsa, znajdował się dawny sad owocowy. Denat wisiał w dziwnej pozycji na wielkim, odstającym konarze półzdziczałej gruszy. Na wietrze szalejącym tego dnia nad miastem wyglądał jakby frunął. Ręce miał rozłożone na boki podobnie do skrzydeł ciężko szybującego ptaka, twarz wykrzywiał mu nienaturalny, pośmiertny grymas.

– Wygląda okropnie. To nie może być on – krzyknęła siostra Alfonsa, szczupła niewiasta, młodsza od niego o kilka lat.

Obserwujący ją policjant opowiadał później, że patrząc na ciało wisielca nie mogła się uspokoić

– Miałem wrażenie, że bardziej niż śmiercią brata była wstrząśnięta grymasem porażki i żalu zastygłym na twarzy, przypominającej maskę teatralną.

– On nigdy taki nie był! – powtarzała kobieta, zwracając się po kolei do osób obecnych na miejscu tragedii.

Obok denata wisiał zestaw narzędzi do redukcji bezsenności, z wszystkimi instrukcjami, z wyjątkiem instrukcji obsługi pejcza. W rozmowie z dziennikarzami, dyrektor firmy, której Alfons zlecił produkcję próbnej serii narzędzi Pakietu Zwalczania Bezsenności, komentował:

– Po wypuszczeniu na rynek próbnej serii pakietów uzyskaliśmy pierwsze opinie. Pakiet jest doskonałym produktem. Nie ma potrzeby nic w nim poprawiać ani zmieniać. Klienci są bardzo zadowoleni, wręcz zachwyceni.

– A co z instrukcją obsługi pejcza?

Dyrektor popatrzył uważnie na pytającego.

– Ta konkretna instrukcja w ogóle nie wydaje się potrzebna. Ludzie wiedzą jak używać pejcza. Robią to intuicyjnie. Pejcz to jedno z najstarszych narzędzi, jakie człowiek kiedykolwiek używał. Pan Alfons Daudet Carrere de Waldorff widział problem, którego naprawdę nie było. Jego śmierć to kompletny bezsens.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 02 2020

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 6: Spotkanie opłatkowe.

Przełom starego i nowego roku prosił się o uświęcenie. Dyrektor Kukuła starał się o tym pamiętać, lecz wciąż zapominał. Żył w natłoku spraw i obowiązków; czasem mieszało mu się w głowie, co jest pilniejsze, a co mniej pilne. Jego myśli rwały się, przeskakiwały jedna na drugą jak strumień rozbijający się o kamienie, przęsła mostu i korzenie.

– Musi to być coś przełomowego, co wszyscy zapamiętaliby. Przypominał sobie wydarzenia z własnego życia, wielkie chwile, które głęboko przeżywał. Do głowy cisnęły mu się hasła: spowiedź w kościele, mądrość i przyzwoitość, zaufanie do drugiego człowieka. To ostatnie okazało się najważniejsze. Dyrektor marzył o uroczystości oczyszczającej pracowników i publiczność teatru duchowo i emocjonalnie.

Pomysł spotkania opłatkowego od razu przypadł mu do gustu. Rozmawiał ze sobą w duchu: „Spóźnione, bo spóźnione, ale ważne. Spóźnienie da się wytłumaczyć”. W ruch poszła wyobraźnia scenarzysty, reżysera, inspiratora. Dyrektor zobaczył przed oczami aktorów, publiczności, członków zarządu. Wszystkie postacie nabierają życia, mówią od serca o sobie i o teatrze, wyznają grzechy, kajają się, proszą o przebaczenie, obiecują poprawę.

Dyrektor od ręki ustalił termin i podał go sekretarce, aby nadała bieg sprawie. Poprosił ją, aby na ogłoszeniu zacytowano słowa Johanna Wolfganga Goethe: „Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe i nieprawdopodobne”.

*****

Spotkanie odbyło się na scenie nowej sali teatralnej „Nowenna”. Zgromadzili się tam wszyscy pracownicy teatru: zarząd, administracja, aktorzy sceniczni, aktorzy-widzowie. Na złotej mosiądzowanej tacy, zdobionej florystycznymi wzorami, wniesiono opłatek wielki jak bochen chleba i biały jak śnieg. Dyrektor Kukuła ubrany w czerwony królewski płaszcz Ferdynanda VII, zdobny złotym łańcuchem, białoniebieską wstęgą orderu i licznymi odznaczeniami na czarnym kaftanie, wykonał nad opłatkiem znak krzyża.

Głos mu się łamał ze wzruszenia.

– W ostatnim roku nastąpiły wielkie przemiany. Zmieniliśmy się. Ja sam się zmieniłem. Zakończenie starego roku i rozpoczęcie nowego skłania do refleksji, szczerej rozmowy, pojednania i podejmowania zobowiązań. 

Dyrektor oderwał się od stołu, gdzie ustawiono tacę z wielkim opłatkiem, przyciężki, z wystającym brzuchem, i ruszył w kierunku Karola Zajączka, stojącego w pieszym rzędzie oczekujących. Zajączek, przewodniczący związku zawodowego aktorów teatru, najczęściej przeciwstawiał się dyrektorowi, chciał rozmawiać i dyskutować jego pomysły. Wedle słów dyrektora Karol Zajączek był niezniszczalny, uparty jak kozioł, nieprzerwanie składał męczące go propozycje usprawnień, zmian i poprawek. Był aktorem, któremu dyrektor najczęściej kneblował usta. Kukuła nienawidził jego uśmiechu zaczepionego między dwoma zajęczymi zębami.

– Bracie! – dyrektor wyciągnął ręce w kierunku Zajączka. Łzy stanęły mu w oczach. Żółto błyszczące w blasku lampy i złoceń królewskiego płaszcza, zatrzymały się na policzkach dyrektora, rzucając połyskliwy złoty blask na najbliżej stojące osoby.

 – Pojednajmy się! – dokończył dyrektor.

Zajączek zawahał się. Rozejrzał się po osobach stojących obok, czekając na jakiś znak, sugestię, reakcję. W głowie mu szumiało.

– Gest dyrektora, jego oferta – myślał niespokojnie – są niesamowite. On szuka pojednania. To okazja – zdążył pomyśleć aktor, zanim rzucił się w ramiona pryncypała. Po złożeniu sobie życzeń mężczyźni natychmiast wdali się w rozmowę, zapominając o bożym świecie.

*****

Przed zebrany w sali tłum wysunął się plenipotent Dua. W przebraniu pasterza, bez garnituru – nigdy nie widziano go inaczej – wyglądał dostojniej, bardziej naturalnie i przekonująco. Rumiany na twarzy, z okrągłymi oczami zdziwionego wieśniaka, wyprostowany i swobodny, rozejrzał się z ciekawością na prawo i na lewo. Mówił od serca. Jego głos stopniowo stawał się coraz mocniejszy, pewniejszy siebie.

– To jest spotkanie, jakiego oczekiwałem od dawna. Dyrektor Kukuła dał nam przykład. Nadszedł czas, kiedy wszyscy, jak tu jesteśmy, dyrektorzy, pracownicy wyższego i niższego szczebla, aktorzy i widzowie, możemy powiedzieć sobie szczerze to, co leży nam na sercu. Byłem figurantem. Postanowiłem to zmienić. Dziś rano uruchomiłem resztkę mojej dumy.  Od dawna o tym myślałem. Podobnie jak Zajączek, czułem potrzebę zmniejszenia zależności od od dyrektora teatru, który i mnie często każe robić to, na co niekoniecznie mam ochotę. Przez kilka lat współpracy krępowałem się wyrazić głośno moją opinię na temat mojej godności, a przecież wokół dzieje się tyle ciekawego. Dlatego dzisiaj ogłaszam moją zawodową niezależność do dyrektora, co wyznaję w waszej obecności. Tak mi dopomóż Bóg!

Plenipotent uderzył się w pierś, po czym kontynuował.

– Jutro wezwę do siebie tego wysuszonego starca z nowym uzębieniem, łajdaka niezwykle udanie grającego rolę dobroczyńcy , którego ostatnio awansowałem, i powiem mu prosto w oczy:

– Stań tu, nikczemniku, to cię zdegraduję. Wyłudziłeś ode mnie awans, przejście na dobrze płatną emeryturę, oszukałeś mnie. Była noc, byłeś w przebraniu, nie zauważyłem, że to ty. Dlatego teraz musisz odejść. Jesteś symbolem zła dawnych czasów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym pozostawił cię na wysokim stanowisku, na które sam cię nierozważnie wyniosłem za rekomendacją dyrektora Kukuły. Dostaniesz jednak solidną odprawę, ponieważ ja ludzi nie krzywdzę.

Skoczywszy swoją kwestię, Plenipotent odetchnął.

– Tyle miałem do powiedzenia. To jest mój wkład w rozwój naszego ukochanego teatru.

0Shares

Automat. Opowiadanie.

W przestrzennej poczekalni kliniki uniwersyteckiej panował trudny do zdefiniowania zapach, przypominający mieszkankę palonych migdałów, eteru oraz płynu do dezynfekcji podłóg. Przeleciałem wzrokiem po twarzach oczekujących pacjentów, kobiet i mężczyzn; w większości były to starsze osoby. Siedzieli na krzesłach lub stali obok nich patrząc przed siebie; dwie pary rozmawiały ze sobą półgłosem. Byli niezwykle spokojni, niektórzy wręcz apatyczni, jakby przyjęli środki uspokajające. Po chwili przestali zwracać na mnie uwagę, z wyjątkiem jednego mężczyzny. Średniego wzrostu, ubrany w ciemnoszary garnitur z kolorową muszką, ze starannie wyczyszczonymi pantoflami na nogach, wyglądał dystyngowanie. Miał zaokrąglone kształty ciała; jego łagodnie uśmiechnięta twarz sugerowała dodatkowo, że lubi dobrze zjeść.

Na początku spokojny, mężczyzna ożywił się, jak tylko zauważył, że rozglądam się wokół z zamiarem znalezienia sobie miejsca. Usiadłem na krześle między gabinetem numer dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery, kilka kroków od niego. Po chwili wahania czy też zastanawiania się, podszedł do mnie. Domyśliłem się, że pragnie zapytać mnie o coś lub o czymś poinformować. Na serdecznym palcu lewej dłoni miał złoty sygnet z wygrawerowanym, nieokreślonym czarnym symbolem. Kiedy pochylił się w moim kierunku, zauważyłem tik pod lewym okiem a poniżej lekko opuszczony kącik ust. Zapytał mnie, czy może się przysiąść wskazując ręką stojące obok krzesło.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Krzesło wydaje mi się wolne – odpowiedziałem starając się nie nadawać memu głosowi tonu zachęty.

Przedstawił się jako “Człowiek Ex”. Zważywszy jego wygląd i zachowanie nie zdziwiło mnie to specjalnie. Powiedział, że urodził się dosyć dawno, ale jest synem współczesności. Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową potakująco przyjmując oświadczenie do wiadomości. Potem już tylko słuchałem. Mówił raczej szybko i krótkimi zdaniami. Opowiedział mi fragment swojego życia, właściwie to nawet dnia. Zaczął od pogody. Mówił w czasie teraźniejszym, jakby relacjonował to co się dzieje przed jego oczami.

– Jest grudzień dwa tysiące dziewiętnaście. Na dworze jest minus pięć stopni Celsjusza. W skali Fahrenheita to plus 23 stopnie. Nie! Więcej! … Nie! Mniej! Sam już nie wiem – Człowiek Ex przerwał i popatrzył gdzieś w przestrzeń nad moją głową.

– Podsumuję się – zaczął od nowa. – Jestem człowiekiem-automatem. Lub prawie automatem. Nie mam czasu ani własnej woli. Sterują mną budzik, telefon, radio, telewizor i komputer oraz sygnały, wiadomości i polecenia dochodzące z różnych stron. Zrób to! Zrób tamto! Nie rób tego! Lepiej mnie posłuchaj! Zainteresuj się! Zanotuj! Zapamiętaj! To okropne. Oprócz wymienionych urządzeń polecenia najczęściej wydaje mi rodzina. W nocy nie śpię, tylko czuwam, ale co to za czuwanie, skoro w dzień śpię, bo jestem zmęczony. Najgorsze jest to, że muszę robić kilka rzeczy na raz.

Mężczyzna zatrzymał się na moment, zbierając myśli. Przełykał ślinę, stwarzał wrażenie, jakby coś go męczyło. Po chwili zebrał się w sobie.

Czasem myślę, że oszaleję. Zły nastrój szybko mi jednak przechodzi, bo rwą mi się myśli. To dobra rzecz. Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero dzisiaj nad ranem, kiedy się obudziłem. Wołałem o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Wiem, że potrzebuję silnego bodźca, aby przetrwać, idę więc do kuchni i wyjmuję słoik z kawą. Jest prawie pusty, na dnie jest tylko odrobina. To za mało. Stoję i myślę, co robić. Potrzebuję więcej czasu, bo jak wspomniałem, myśli rwą mi się na strzępy. Postanawiam zaparzyć sobie kawę po turecku, czyli zagotować na wolnym ogniu. Łupię ziarna nożem, staram się robić to jak najciszej, aby nie obudzić nikogo z domowników. A tu nagle słyszę głos z ciemności:

– Co ty tam wyprawiasz? Czy musisz hałasować? 

Powstrzymuję się, aby nie wybuchnąć. To ja staram się zachowywać jak najciszej, a tu zwraca mi się głośno, w dodatku obcesowo, uwagę! Tłumię w sobie gniew i nastawiam kalarepę na parze. To na śniadanie, bo dietetyczka zaleciła mi jeść więcej warzyw. Potem wyjmuję garnek do kawy, wsypuję kawę ze słoiczka oraz pogniecione przeze mnie ziarna i włączam płytę elektryczną. Przerywam obserwację garnka po minucie, bo natychmiast muszę iść do toalety. Kiedy wracam, aby dokończyć parzenie kawy, słyszę, jak buzuje woda w garnku z kalarepą. Odrywam się od garnka z kawą, podnoszę pokrywę i żgam kalarepę widelcem, aby sprawdzić, czy nie jest już miękka. Jak widelec trafił do mej ręki, nie wiem. Kalarepa jest jeszcze twarda. Wracam do kawy. W trakcie pilnowania, czy się już nie gotuje, przypominam sobie, że w maselniczce jest mało masła. Idę do lodówki, wyjmuję kostkę masła i odłupuję kawałek nożem. Kilka skrawków pryska na bok. To mnie wkurza. Chciałbym dać sobie w pysk. W garnku dochodzi kalarepa. Odrywam się od masła, aby wyłączyć prąd pod garnkiem do gotowania na parze. Muszę zdążyć przed godziną dziewiątą, bo nie chcę być przy stole, kiedy zjawi się rodzina.

Człowiek Ex patrzy na mnie uważnie, studiuje moją twarz. Widzę, że mnie taksuje wzrokiem i ocenia. Chyba wypadło to korzystnie, bo kontynuuje jakby uspokojony. Kładzie ręce na udach i wyprostowuje palce. Zauważam, że ma zadbane dłonie i długie palce.

– Co do nerwów, to wkurzam się automatycznie. Chyba dlatego, że mam w głowie różne implanty, kostkę pamięci neuronowej, fragment sztucznej pamięci. To wszystko zainstalowano mi tutaj, w klinice. Miałem problemy z padaczką. Czasem ta cała maszyneria rozmagnesowuje mi się lub coś podobnego. Lekarze nazywają to zapaścią zakłóceniowo-energetyczną. Trudno to wszystko spamiętać, a jeszcze trudniej uporządkować w głowie, bo nerwy mam napięte jak postronki. Nie mam do siebie pretensji, bo sam ich sobie nie napiąłem.

Patrzę na Człowieka Ex z uwagą, zastanawiając się kim on jest. Aktorem? Naukowcem? Muzykiem? Jego słowa przywracają mnie do przytomności.

– W międzyczasie przypominam sobie, że wcześniej w nocy chciałem skoczyć z balkonu. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że mieszkam na trzecim piętrze. Spadając, choć ziemia jest twarda jak kamień, tylko bym się połamał, a nie zabił. Jaki jest sens, aby się tylko połamać? – Człowiek Ex zadaje pytanie patrząc mi w oczy.

W nocy nie śpię, bo bolą mnie plecy od długiego siedzenia przy telewizorze lub książce, goni pęcherz, niepokoją myśli. W nocy często dzwoni do mnie kuzyn, to moja najbliższa rodzina. Bardzo cierpi i płacze. Jest niesprawny od czasu, kiedy stracił nogę w wypadku samochodowym. Strasznie się męczy. Jak takiemu nie pomóc? Siedzę przy telefonie i pocieszam go, jak umiem.

– Jak pan sobie radzi, kiedy sam czuje się pan podle? – Pytam ze współczuciem. Pytanie ożywiło mojego rozmówcę.

– Strasznie przeklinam. Rzucam wulgarnymi słowami. Latają po pokoju jak krwawe ochłapy i tylko czekać, jak się psy zbiegną z całej okolicy. Kurwa mać! Gówno! Zimna dupa! Do groma! Podaję panu przykłady w miarę przyzwoitych i obyczajnych przekleństw, jakich używam. To nie jest dno, bo mam w mózgu implant, ogranicznik przekleństw. Działa on na zasadzie słownika sprawdzającego, czy znajduje się w nim przekleństwo, jakie zamierzam użyć. Od czasu do czasu poddają mnie też hipnozie, ale nie wiem w jakim celu. Chyba po to, aby nastroić mnie optymistycznie.

Z gabinetu numer dwadzieścia cztery wychodzi pielęgniarka. Jest młoda, ale niezbyt ładna. Ma na sobie biały fartuch i czerwone lakierki na wysokich obcasach. Nic nie mówi tylko patrzy na mojego towarzysza swoimi sarnimi oczami i on wie, co ma robić. Człowiek Ex mówi:

– Nie mogę więcej z panem rozmawiać. Mam operację. Zaktualizują mi oprzyrządowanie mojej głowy. Profesor powiedział mi, że jest ono jak najnowsze science fiction, połączenie możliwego z niemożliwym. Wierzę mu. Jak wróci pan tutaj w środę, to opowiem resztę mojej historii. A jest czego słuchać.

Człowiek Ex wstaje z krzesła i wchodzi w jasną plamę światła  padającego z okna. Zauważam lekko połyskliwą, prawie przezroczystą skórę twarzy delikatnie porysowaną błękitnymi żyłkami i popstrzoną brązowymi plamkami. Kiedy się odwraca, aby wejść do gabinetu, widzę także dwie podłużne blizny po nacięciach skóry za lewym uchem. To mnie przekonuje, że to człowiek autentyczny, łączący przeszłość z teraźniejszością. 

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 5

Sefardi spróbował rozjaśnić swoje problemy w rozmowie z Wiktorem. Liczył na niego. Znał go od dzieciństwa i miał do niego zaufanie. Mieszkali w sąsiedztwie, razem bawili się, grali w piłkę, chodzili do kina i nad rzekę, do lasu na grzyby i jagody. Byli serdecznymi przyjaciółmi. Wiktor był młodszy od Sefardiego, ale rozumieli się doskonale. Przez kilka lat pracował w policji kryminalnej; wyniósł z tej pracy nietypowe nawyki. Stał się pasjonatem dociekania prawdy, zwłaszcza jeśli w zdarzeniach czy historii, jaką się zajmował, była dwuznaczność lub zagmatwanie. Lubił zagadki i tajemnice. Był dobrym obserwatorem, umiejącym wyłuskać ziarno prawdy z kilograma pozorów, oddzielić rzeczy istotne od nieistotnych.

Zaprosił Wiktora do siebie. Po wypiciu kawy wzmocnionej odrobiną brandy, wyłuszczył swoje niepokoje związane z dziwacznymi snami.

Wypowiedź Wiktora zaskoczyła Sefardiego.

– Ludzie jako gatunek to istoty niedorozwinięte mimo wysokiego poziomu indywidualnej inteligencji. Są mądrzejsi od małp, a równocześnie od nich głupsi. Albo, nie obrażając nikogo, bardziej prymitywni. Małpa nawet we śnie nie robi niczego, co nie ma natychmiastowej i znaczącej wartości.

Opinia wydała mu się czymś na wyrost, dziwacznym uogólnieniem tematu snów. Nie zraził się tym, wiedział, że przyjaciel ma dziwne sposoby dochodzenia do sedna sprawy.

Wywód trwał dłużej.

– Nadążasz za mną? – zapytał Wiktor po jakimś czasie.

Sefardi uznał to za niemiłą formę prowadzenia konwersacji. Kiedy przytaknął, że rozumie, Wiktor kontynuował.

– Księgowa musi szukać dwóch złotych, które nie zgadzają jej się w podsumowaniu kolumn i rzędów liczb. Robi to przez pół godziny, w końcu znajduje błąd. To działanie jest bez sensu, bo koszt jej pracy to osiemdziesiąt złotych dla firmy, a wartość błędu to tylko dwa złote. Która małpa, niby głupsze od nas zwierzę, usiłowałaby coś takiego zrobić?

– Zwykła czy człekokształtna? – spytał Sefardi rozdrażniony dziwacznym porównaniem. Wiktor popatrzył na niego niewidzącym wzrokiem i zignorował pytanie. 

Rozmowa nie kleiła im się. Sefardi nie dostrzegł w niej oczekiwanej pomocy, choćby nawet częściowo użytecznej sugestii, domniemania czy wskazówki. Zdecydował się przejąć inicjatywę. Podszedł do białej tablicy stojącej na sztaludze w rogu gabinetu i napisał dużymi literami „Moje dziwaczne sny pojawiają się jako odpowiedź na” a następnie wypunktował: „Jakąś ważną własną potrzebę, uświadomioną lub nie”. Ta teza najbardziej trzyma się kupy – dodał bez większego przekonania, po czym dopisał drugą sugestię „Cudzą potrzebę, którą mój umysł stara się zaspokoić przez sen”, dodając tytułem wyjaśnienia:

– To może mieć miejsce na przykład wtedy, kiedy ktoś ważny dla mnie ma problem, a ja chciałbym pomóc mu znajdując we śnie rozwiązanie. W tej sytuacji jego potrzeba staje się moją potrzebą.

Myślał jeszcze o innych opcjach, że ktoś manipuluje nim z zewnątrz, stosując hipnozę, że może cierpi na zaburzenia świadomości, w końcu, że ktoś ćwiczy na nim zaawansowaną technikę programowania ludzi, prowadząc niezrozumiały dla niego eksperyment. Nie podzielił się tymi myślami z Wiktorem; uznał to za niepotrzebne.

– Nie będę robić z siebie idioty – to milczące podsumowanie zakończyło jego wahania.

Spotkanie z Wiktorem nie przyniosło rozwiązania ani choćby podpowiedzi, w jakim iść kierunku. Sefardi postanowił zapisywać i analizować wszystkie swoje sny w oczekiwaniu, że w końcu znajdzie jakiś znak, odkryje jakąś prawidłowość, które mu wyjaśnią, co się z nim dzieje.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Niedziela. Wciąż obowiązuje cisza wyborcza. Proponuję poezję.

Kolejne dwa wiersze z niepublikowanego zbioru “Oniemiałość”.

Białe motyle 

Nie pamiętam, kiedy i gdzie pisałem ten wiersz. Mogę się tylko domyślać, że było to na Kamiennej Górze w Gdyni, przy ulicy Korzeniowskiego, gdzie mieszkałem przez kilka lat. Wiersz pisałem oczywiście zimą. Dziś Kamienna Góra jest jedną z najlepszych dzielnic Gdyni; wspaniale miejsce, z uroczym, mało uczęszczanym parkiem na samym szczycie wzgórza dominującego nad portem. W czasie II Wojny Światowej, niedaleko mego domu, chyba nawet tuż obok, właśnie przy ulicy Korzeniowskiego (zwanej wówczas Prinz Eugenstrasse) znajdowała się placówka gdańskiego oddziału Gestapo, miejsce kaźni.

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

To wiersz bardzo filozoficzny, a zarazem bardzo prawdziwy, oddający naturę człowieczeństwa, które nie zna granic. Wiersz powstał co najmniej kilkanaście lat temu; życie ciągle aktualizuje prawdziwość zawartego w nim przesłania. Nie uważam się za moralistę, ani pesymistę, tym niemniej jestem głęboko przekonany, że oprócz najwyższego dobra, jakie człowiek nosi w sobie, nosi w sobie także największe zło. Nie ma takiej podłości, której człowiek nie dokonałby, ani takich granic szaleństwa, których nie przekroczyłby. Przypomnijmy sobie Pol Pota, Stalina, Hitlera, Envera Hodżę i innych satrapów, nie licząc tysięcy mniej znanych okrutników, którzy przewinęli się przez historię. To smutne proroctwo. Wolałbym, aby się nie spełniło.

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Poezje, Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

   
0Shares

Literacki blog wyborczy Nr 2 czyli recenzja kolejnej powieści

Recenzuję powieść, jaka wpadła mi w ręce jakiś czas temu, nie tak długi, aby zapomnieć jej treść. Jest to powieść obyczajowo-kryminalna „Niezapłacone faktury Pana K”.

Fabuła z pozoru zaczyna się prosto. Nikomu nieznany Austriak, niejaki Birgkellner, sąsiad zza miedzy wpływowego Prezesa K, żąda od niego zapłaty faktury za gwoździe i papę do przykrycia dachu biurowca spółki Srebrnozłota. Birgkellner zeznawał już kilka razy w sądzie i w prokuraturze i jest już sprawą zmęczony. Prezes K milczy rzeczowo i konsekwentnie, można by powiedzieć, że nawet tajemniczo. Jest w tym milczeniu duma i pasja, która rozpala czytelnika do czerwoności, co dalej. Prezes nie pozywa Austriaka do sądu za składanie fałszywych zeznań, co mogłoby rozwinąć się w ważny wątek powieści. W swym postępowaniu jest nonszalancki, chodzi elegancko ubrany, patrzy w górę i pogwizduje. Pytany odpowiada na luzie tak wielkim, że aż ciarki chodzą po plecach. Paruje z niego duma.  

– Nie muszę składać zeznań w prokuraturze, bo i po co? Ostatecznie to moja prokuratura, nie jego. Stoję o niebo wyżej w hierarchii społecznej niż jakiś tam adwokacina. Jego słowa to takie austriackie gadanie, że rozpacz człowieka ogarnia.

Zakończenie tej historii jest niezwykłe, nie mogę jednak go podać, abyście zainteresowali się powieścią, zapoznali się z nią i przemyśleli jej przesłanie. Zacytuję jeszcze tylko słowa wieszcza: „Co wolno wojewodzie to nie tobie taki i owaki” oraz porzekadło: „Wszyscy są równi, ale niektórzy mają szersze plecy, a na nich plecak ze złotą buławą i ambicją władzy”. Uważny czytelnik mógłby pomyśleć, że do tego tekstu można dodać jeszcze słowa „Oraz wpływy w małym palcu, na który można nawinąć, co się chce”.

Oczywiście myślenie nie jest obowiązkowe, podobnie jak bezstronność, obiektywność czy uczciwość. Co do mnie, to w mojej zapalczywości recenzenckiej celowo przeginam pałę,

aby uświadomić sobie i czytelnikom, że świat jest inny, niż sobie to wyobraziliśmy jakiś czas temu.

Ocena punktowa powieści to 8 gwiazdek.

0Shares

Psy i ich właściciele. Humoreska.

Z Iwanem Iwanowiczem, człowiekiem wielu narodowości i zbiornicą talentów, zgadaliśmy się na temat psów.

 – Pies to wyższy gatunek człowieka, przyszłościowy. Taki to naturalnego środowiska ci nie zniszczy torbami plastikowymi, najwyżej nieco zapaskudzi trawnik lub podwórko, za co winniśmy karać ich właścicieli, a nie samego producenta zabrudzeń, nie napluje ci do zupy, jak to się zdarza między dziećmi, nie poszczuje na ciebie trolli, jak to się dzieje w niektórych ministerstwach. Ech, nie ma co mówić – westchnął głęboko i zamilkł. Oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Aby go pocieszyć, powiedziałem.

– Od dawna myślę o pisaniu o psach i ich właścicielach na moim blogu.

Rozmówca zareagował pozytywnie.

– Zrób to mój drogi, pies to taki przyjaciel człowieka! Nie to co komornik czy urząd, który wyrwie ci spod głowy ostatnią poduszkę, gdzie trzymałeś pieniądze.

– Waham się jednak, Iwanie Iwanowiczu, czy nie należałoby napisać o innych zwierzętach hodowanych dla przyjemności przez człowieka. Na przykład żółw. Znam osoby, które hodują żółwia w domu i bardzo sobie to chwalą. Taki to nie obudzi cię w nocy głośnym szczekaniem, nie napadnie na gości, których lubisz, nie ściągnie ci kiełbasy ze stołu. Żółw zadowoli się marniutkim listkiem sałaty i naparstkiem wody. W ostateczności można z niego zrobić zupę, podobno jest znakomita.

Mojemu rozmówcy nie podobały się sugestie.

– Równie dobrze mógłbyś pisać o krowie. To w dodatku bardzo użyteczne zwierzę.

Pociągnąłem ten temat.

– Zgadzam się. Krowa leży też w spektrum moich zainteresowań przyrodniczo – pisarskich. Jest łagodna, cicha, daje mleko, nie włazi z brudnymi nogami do domu, jak to się zdarza psom. W dodatku nie ma ona łatwego życia, podobnie jak człowiek. Raz mi się nawet śniła. Zagadała do mnie, kiedy skarżyłem się na ciężkie życie.

C.d.n.

0Shares

Namiestnik wygłasza przemówienie o zmianach i wyzwaniach społecznych. Powieść psychodeliczna. Odc. 19.

Namiestnik Kukuła wszedł na trybunę, ustabilizował się w pionie, po czym jednym ruchem głowy odrzucił siwiznę do tyłu, aby łatwiej przyjrzeć się zgromadzonym. Na sali obecni byli jego najwierniejsi wyznawcy, na czele z rządem i kierownictwem Partii Powszechnego Dobrobytu.

Obecność Namiestnika nagrodzono oklaskami. Ich serdeczność i obfitość zaskoczyła go. Podziękował, poprosił o spokój, po czym zabrał głos. Miał do wygłoszenia ważne przemówienie.

– Kochani! Musimy stanąć oko w oko z opozycją głoszącą bezwstydnie, że jako naród coraz bardziej tumaniejemy, a nawet kretyniejemy. Wiem, tu nas opozycja nie zaskoczy, że zaczęło się to kilka lat temu, kiedy doszliśmy do władzy. Wyzwanie, przed jakim teraz stoimy, to nauczyć się mierzyć zmiany społeczne zachodzące pod naszymi rządami. Niestety tumanienia nie da się dokładnie zmierzyć, a szkoda, bo wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Nie powiem jednak, że jesteśmy bez osiągnięć, ponieważ dorobiliśmy się już testów ciążowych pozwalających nam zrozumieć, jak zmieniają się perspektywy demograficzne kraju po zastosowaniu bodźców prokreacyjnych. Teraz musimy solidniej popracować nad stworzeniem wiarygodnych testów tumanienia. Uważam, że nie jest najgorzej. Pewna życzliwa dla nas osoba powiedziała mi:

– Dzięki obecnym testom przeciążenia umysłowego wiem, że cofnąłem się o trzydzieści procent, ale to za mało, ponieważ chciałbym cofnąć się jeszcze więcej.

Zjawisko cofania się, jeśli się upowszechni, niestety niesie ze sobą poważne zagrożenia, ponieważ w przyszłości możemy mieć za dużo dzieci a za mało emerytów. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Wielu z was poświęca się – co należy pochwalić – ratowaniu społeczeństwa przed zgubną przewagą dzieci nad emerytami. Osobiście poznałem kiedyś obywatela o poważnej pozycji społecznej, który woził bezpłatnie samolotem przyjaciół i znajomych, tam i z powrotem, aby tylko odwrócić ich uwagę od seksu. Wspólne latanie sprawiało im dużą przyjemność. Cieszyło ich przebywanie w świetle dostojnika – tak, nie wahajmy się go tak nazwać, bo to człowiek zasługujący na szacunek – tym bardziej, że przy okazji mogli uzyskać jeszcze jego autograf.

Podejmujemy także inne działania mające chronić nasz naród przed nieszczęśliwym upadkiem – że tak powiem – na pysk demograficzny. Przykładowo, pan Plenipotent spotyka się często z ludnością wiejską, aby całować świeże bochny chleba jako formę błogosławieństwa dla plonów. Kiedyś wygłosił płomienne przemówienie w obronie samotnej żarówki. To skutecznie odwróciło uwagę społeczeństwa od szalonej prokreacji. Zbudowało nam też reputację na Zachodzie, szczególnie w Bractwie Kontynentalnym.

Dla poprawy sytuacji społecznej wymieniliśmy też wielu sędziów z nieudolnych na udolnych, kleptomanów kradnących młotki na sędziów uważnych, czytających wytyczne, rozumiejących, gdzie pies leży pogrzebany. Są to ludzie ustabilizowani, nie lubiący jeździć niepotrzebnie w delegacje służbowe z jednego krańca kraju na drugi, ani wydawać kontrowersyjnych wyroków, niezgodnych z naszą oceną, która – jak wiemy – jest jedyna i miarodajna. Wszystko to, o czym mówię, to imprezy mobilizujące wyobraźnię narodu w ramach naszej wspólnej, wielkiej pielgrzymki do Ziemi Obiecanej, którą wam solennie przyrzekłem kilka lat temu.

Po zakończeniu przemówienia Namiestnika zarządzono przerwę, aby mógł on odetchnąć, wydać kilka poleceń i przygotować się do kolejnej debaty na tematy najbardziej znaczące dla społeczeństwa i państwa.

0Shares

Ptachu ujawnia swoją tożsamość. Powieść psychodeliczna. Odc. 8.

Wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Ptachu udzielił wywiadu telewizyjnego, w jedynej stacji, która filtruje wiadomości i oddziela dobre od złych. Dziennikarz prowadzący wywiad przedstawił go krótko i podał kilka danych biograficznych: Leon Krzepki-Kukuła. Namiestnik. Swoją karierę zawodową zaczynał od stanowiska Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych.

Ptachu był w dobrym nastroju, rozgadał się i nie patrzył na zegarek, wyjaśniając początki swojej kariery.

– Tory kolejowe normalnie należą do kolei, ale akurat pewien ich odcinek razem ze stacją kolejową, budką dróżnika, szlabanem i ubikacją wskutek zmian administracyjnych znalazł się na terenie wioski. To był tak mały fragment majątku kolei, że dyrekcja nawet nie zauważyła, że przeszedł pod naszą administrację. Kiedy się zorientowali, przysłali mi list wyrażając wdzięczność za zaoszczędzenie im kosztów.

Namiestnik mówił dłużej, lecz nie zdołałem wiele zapamiętać z wyjątkiem tego, że wcześniej był dyrektorem cyrku.

– Pasjonowałem się wtedy tresurą, przede wszystkim niedźwiedzi, małp i koni. Niedźwiedzi uczyłem chodzić w wyprostowanej postawie, kiedy palił im się grunt pod nogami, małpy uczyłem wykonywania na komendę nagłych zwrotów w lewo, w prawo i do tyłu, inaczej mówiąc ekwilibrystyki użytkowej, konie zaś przysposabiałem chodzić w równym szeregu i nie wydawać z siebie głosu, kiedy głośno trzaskałem z bata. Jestem wdzięczny losowi, że dał mi okazję nabycia solidnej wiedzy na temat tresury. Teraz wykorzystuję ją do szkolenia kadr kierowniczych.

Prośbę o przedstawienie czegoś więcej na interesujące tematy Ptachu zbył krótkim gestem mówiącym – jak to zinterpretowała tłumaczka wywiadu na język Braille’a – „powiem o tym więcej, ale kiedy indziej, bo teraz już jestem za bardzo zmęczony i nie dam się wciągnąć głupimi pytaniami w niepotrzebną dyskusję”.

Postanowiłem czekać na inną sposobność poznania jego zamysłów, pragnień i planów. Wciągnęło mnie to do głębi. Chciałem też poznać jego hobby, zainteresowania i pasje, podejrzewając, że jest człowiekiem namiętnym. Sugerował to jego rześki sposób poruszania się, mówienia i gestykulacji, zwłaszcza kiedy opowiadał żarty. Był człowiekiem pełnym wylewnego humoru. U ludzi tego pokroju pasja jest równie pewna jak kradzież pieniędzy z tacy zapomnianej w lesie przez roztargnionego kleryka.

Takie zdarzenie miało rzeczywiście miejsce. Duchowny tłumaczył się potem, że zapomniał o tacy, ponieważ szukał ważnego obiektu, który miał poświęcić, nie mógł go znaleźć, w dodatku po drodze zapodziało mu się gdzieś kropidło. Kiedy ze zmartwienia się zachwiał, zaczepił nogą o korzeń, upadł i wtedy zgubił tacę z datkami oraz wylał całą święconą wodę.

Historia ta wydała mi się mało prawdopodobna. W rozmowie z rodziną i przyjaciółmi uznałem jednak, że w kraju zachodzi tyle zmian, że jest to jak najbardziej możliwe. Napisałem o tym tylko dlatego, że Namiestnik Kukuła kojarzy się powszechnie z wiarą, kościołem, hierarchią i pobożnością. Potwierdził to mój siostrzeniec, uważny obserwator życia religijnego.

– Krzepki-Kukuła jest tak pobożny, że dostrzeże bliźniego nawet w chomiku. On by każdemu nieba przychylił, nie tylko kobietom w ciąży i kobietom rokującym nadzieję, że zasilą kraj w nowe pokolenia, ale także matkom karmiącym i rodzinom wielodzietnym, nawet jeśli przewodzą im ojcowie alkoholicy. Do kościoła Namiestnik chodzi tak często, że wydeptuje posadzkę i musi regularnie przydzielać dotacje na remont kościoła. Proboszcz z wdzięczności udostępnia mu ambonę, kiedy on z kolei potrzebuje wygłosić przemówienie patriotyczne.

W wywiadzie z Namiestnikiem wyszło na jaw, że on sam hoduje w domu chomika i uważa go za ósmy cud świata. Określenie „cud świata” w odniesieniu do chomika był to oczywiście żart z jego strony, podobno tak dobry, że wizytująca go grupa aktywistów partyjnych śmiała się serdecznie przez pół godziny.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania

0Shares

Nocą odwiedza Ptacha nieznajomy mężczyzna. Powieść psychodeliczna. Odc. 5.

W nocy Ptacha znowu odwiedził Siwy. Był to już któryś raz z rzędu. Ptachu nie wiedział, jak intruz się nazywa, więc nazwał go Siwy. Potem ktoś zadzwonił do Siwego i Ptachu posłyszał jak ten ktoś mówi do niego „Zyga, sprawdź go dokładnie. To dziwny  człowiek”. 

Mężczyźni rozmawiali po angielsku, w języku obcym, trudnym do określenia. Ich angielski miał jakiś płaski niemiecki akcent, jakby mówiący pochodzili z nizin, z których wyrosły góry, aby wszystko zmienić. Ich słowa były bardziej dźwięczne niż niemieckie. Ptachowi kojarzyły się z ostrymi dźwiękami fanfar przeplatanymi słodkim drżeniem harfy.

Siwy krępował Ptacha. Przychodził nocą, kiedy Ptachu był sam jak oko w głowie cyklopa Polifema, centralnie położone, ale samotne. Nocą był też nagi jak niemowlę, bo spał bez piżamy, przez co czuł się  bezbronny. Krępował go też zbyt duży brzuch, choć wiedział, że Siwego takie rzeczy nie interesują.

Pasjonowało go co innego. Badał Ptacha, ankietował, sprawdzał, mierzył i oceniał jego wnętrze. Interesowało go wszystko, jakby obiekt jego zainteresowań stanowił muzeum, w którym sztukę starożytną pomieszano z nowoczesną. Ten ostatni wyraz źle się kojarzył Ptachowi, brzmiał modernistycznie i jakoś sztucznie. Wolałby wyraz historyczny, tradycyjny, z przeszłości. Uświadomił mu to Siwy, który traktował Ptacha jak pacjenta.

– Chcę panu pomóc. Ma pan problemy. Z niektórych zdaje pan sobie sprawę, z innych nie. To pana męczy. Tym bardziej, że zajmuje pan niezwykle wysoką pozycję społeczną.

Ptachu nie protestował. Nawet ucieszył się, że Siwy mu to powiedział. To tak, jakby upewnił go w czymś, co było dla niego ważne, ale sam nie był tego zbyt świadomy. 

W ostatecznym rozrachunku, Ptachu nie cierpiał Siwego. Był jedynym człowiekiem, który miał nad nim przewagę i chciał wydrzeć jego tajemnicę, dlaczego jest taki, jaki jest sugerując w dodatku swoimi pytaniami, że Ptachu cierpi na jakąś dolegliwość psychiczną. Coś musiało w tym być, czego nie rozumiał. Nie rozumiał choćby tego, dlaczego w rozmowie z Siwym staje się bezwolny jakby rozmawiał z własnym sumieniem. Kiedy Siwy kazał mu coś robić, robił to, kazał mu opowiadać o sobie, opowiadał. Czuł się wtedy zagubiony i bezsilny. Tak, jakby Siwy był nie tylko jego sumieniem, ale matką i ojcem, którzy zadają mu pytania dla jego dobra, sprawdzając jak czuje się ich pociecha i co jej potrzeba.

*****

Tej nocy Siwy przytachał ze sobą kozetkę. Jak to zrobił, nie wiadomo, bo na siłacza nie wyglądał. Kiedy ustawiał mebel, Ptachu przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna miał na sobie kaszkiet, marynarkę, białą koszulę z krawatem i bryczesy. Na nogach miał czarne pantofle. Ptachu zwrócił też uwagę na jego okulary z nietypowo okrągłymi szkłami.

Kozetka była wygodna i zielona jak świeża trawa. Ptachowi wydało się, że pachnie późnym latem i sianokosami. Położył się na niej na brzuchu i wtedy Siwy się zaśmiał.

– Nie będę panu robić lewatywy. Czy to przyszło panu na myśl, kiedy kładł się pan na kozetkę? – Zapytał i kazał przewrócić się na plecy.

Zadawał pytania, niektóre były wręcz bezczelne. 

– Dlaczego lubi pan podejmować decyzje, które wielu ludziom sprawiają przykrość? Jak pan ocenia siebie? Jako osobę społeczną, aspołeczną czy typ mieszany? Robił też testy, na których Ptachu oceniał swoje postępowanie w skali od jednego do dziesięciu lub jednego do pięciu. Notował i zapisywał. Zawsze był uprzejmy i usłużny.

– Może podłożyć panu pod głowę poduszeczkę? Może podać szklaneczkę wody?

Mężczyzna miał już swoje lata. Wyglądał jakby wyjęto go z końca dziewiętnastego lub początku dwudziestego wieku, i używał właśnie takich zdrobnień jak poduszeczka, szklaneczka i podobne. To łagodziło jego wizerunek w oczach Ptacha.

Michael Tequila – publikacje własne:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Pierwszomajowe anatomiczne spojrzenie Iwana Iwanowicza na świat

Iwana Iwanowicza spotkałem jak zwykle przy chodniku. Stał zamyślony i gapił się przed siebie. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział:

– Pierwszy maja zaczął mi się wrednie, choć niesamowicie. O godzinie szóstej piętnaście, jak w pysk strzelił, zrobiłem sobie kawy, cały kubek, i wyszedłem na balkon. Wstawał słoneczny dzień. Najpierw usłyszałem głosy ptaków, potem głośne szuflowanie lub zamiatanie chodnika szczotką wykonaną z żelaznych wiórów, następnie dzwony kościelne, a jak te umilkły, głośne krakanie znad rzeczki. Chwilę potem, jak wielka tęcza ukazała mi się na całej szerokości nieba ogromna, goła dupa.

W tym momencie zdałem sobie sprawę: takie jest życie! Jeśli tego głośno nie powiedziałem, to tylko z obawy, że mi ludzie nie uwierzą. Mogą oglądać gołe pośladki codziennie i to większej ilości, a starszemu, doświadczonemu człowiekowi nie uwierzą!

Dziś tylko mogę wierzyć samemu sobie i nielicznym innym osobnikom, interesującym się wszystkim, co ważne w życiu: astronomią, genetyką, sztuczną inteligencją, Kim Dzong Unem, który jednym naciśnięciem grubego palucha może postawić pod ścianą 10 milionów ludzi w Korei Południowej, literaturą kryminalną, filozofią, psychologią, polityką, sztuką, transhumanizmem, milionami ludzi umierających z głodu w Afryce czy choćby erotycznymi marzeniami I Prezesa.

Jeśli nie masz szerszych zainteresowań i wrażliwego sumienia, to jesteś zakuty łeb. I nawet o tym nie wiesz. To jest smutne!

Iwan Iwanowicz był wyraźnie rozdrażniony. Krytyczny i niedwuznaczny. Patrząc na mnie swymi zmęczonymi od niewyspania oczami, kontynuował tyradę:

– Na przykład czytelnictwo w naszym kraju. Czyta zaledwie 37 czy też 38 procent dorosłych osób. Co to jest za liczba!? To czysta nędza, jeśli weźmie się pod uwagę, że są to osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę w roku! Wyobraża pan sobie!? Jedną książkę w roku! Tych którzy przeczytali ponad dziesięć książek w roku jest tylko zaledwie dwanaście procent. A wie pan, jaka część społeczeństwa czyta w Czechach? Około dziewięćdziesięciu procent Jesteśmy w większości analfabetami i prymitywami a uważamy się za dumny i mądry naród, bo mamy osiągnięcia ekonomiczne, ładne domy i samochody. Okropność. To gorsze niż kret w sypialni, który powyrywał ci wszystkie klepki na podłodze.

Współczesność, drogi panie, parcieje na potęgę. Wokół widzi się ludzi zaślepionych obrazkami, jak nerwowo przebiegają palcami po smartfonie, oglądając zdjęcia swoje, swoich dzieci, przyjaciół i idoli. Narcystyczne samozapatrzenie!

Zupełne PRL tylko w nieco innym kierunku. Demokracja dała nam wszystko, a my co? Zamiast spojrzeć szerzej na świat, patrzymy samym sobie w oczy i zastanawiamy się: czy ja jestem OK, czy jestem ładna, czy jestem zgrabna, czy jestem mądry, dostatecznie bogaty, czy moje dziecko umie pływać, jeździć na koniu, na łyżwach i na rowerze, tańczyć w balecie, grać mistrzowsko w szachy i układać klocki Lego we wzory matematyczne! Orzą w te biedne dzieci, aby tylko zaspokoić swoje niezaspokojone ambicje. Albo czy zrobiłem sobie dostatecznie dużo zdjęć selfie?

– Wie pan co? – Iwan Iwanowicz spojrzał smutno na mnie. Wyglądał jak łotr z krzyża zdjęty.

To chyba dlatego powiedział:

– Czy mogę się dziwić, że w tych warunkach świat jawi mi się dzisiaj jak ogromna biała dupa? Absolutnie nie. I Sekretarza partyjnego zastąpił nam I Prezes, obydwaj uwielbiają władzę niezależną do ludzi, stanie na piedestale i wskazywanie kierunku marszu pod dyktando. Dzisiaj wszystko to kojarzy mi się anatomicznie.

Malkontent splunął na dłoń, uderzył kantem drugiej dłoni, i powiedział:

– Jeśli ślina poleci w prawo, to się powieszę, jeśli w lewo, to się utopię. Tak czy inaczej coś zrobię. Może nawet pójdę na marsz pierwszomajowy, aby przypomnieć sobie jak wyglądają czerwone flagi i lewica.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares