Życie na Facebooku

Zobaczyłem na Facebooku datę urodzenia mężczyzny, którego dobrze znam. Widuję go nieprzerwanie, nawet kilka razy dziennie. Data urodzin była bardzo odległa. To mnie tak rozeźliło, że postanowiłem ustosunkować się.

Uważam za grubą przesadę urodzić się tak dawno. Bo i po co? Żeby jeszcze wiek był jakąś gwarancją mądrości! Ale nie jest. Z drugiej strony, dzieckiem też nie warto być. Więcej na niego krzyczą, niż pieszczą. Między dzieckiem a osobą starszą jest jednak pozytywna więź. Łączy ich dylemat: Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

– Czy warto być głupim? – Nasuwa się pytanie. Odpowiedź nie jest łatwa. No, bo jakżeż nie warto, skoro jest tylu szajbusów? Coś w tym musi być, bo ludzie przecież nie popełnialiby masowego samobójstwa rzucając się w otchłań otumanienia, gdyby nie mieli w tym przyjemności.

Bardziej ambitną przypadłością jest idiotyzm. Reprezentantów tego nurtu rozwoju osobniczego jest u nas sporo, szczególnie w polityce. Może dlatego, że jesteśmy dumnym narodem, o wysokim poczuciu godności. Pokazują się oni w telewizji, zabierają głos, czasem nawet bełkoczą, cieszą się, coś zmieniają, poprawiają, reformują. Nie dziwię im się, taką mają rolę. Pan każe, sługa musi. W dodatku, jeśli to jest ludzki pan. Mus to mus. Niektórym jest nawet z tym do twarzy. Nie jest to całkowita prawda, ponieważ jeden osobnik produkujący się w TV nosi oblicze buldoga. Wywiady przeprowadzane z czworonogami wyraźnie sugerują, że rasa ta nie cieszy się powszechnym szacunkiem i poważaniem pyska. Dlaczego wspomniany osobnik przybrał taką nieludzką maskę, nie wiadomo. Są sugestie, że jest to najlepsze, co uczynił w życiu.

Czasem budzi się we mnie pytanie, czy to wszystko jest prawdą? Chyba tak, choć miewam wątpliwości. Wiadomo, życie nie jest łatwe, chyba, że ktoś ma forsy jak lodu lub poczucie humoru. Życzyłbym Wam jednego i drugiego, gdybym się nie bał, że się rozpijecie, albo będziecie śmiać się z własnych kawałów. Niestety, nie mam do Was zaufania. Też kiedyś byliście dziećmi i nie wiadomo, co z Was wyrosło. Żegnam.

Wiadomości ze świata i z domowego podwórka

Są krótkie, ale rzeczowe. Telewizja, taka i siaka, jak to telewizja, transmitowała kalejdoskop wiadomości. O demonstracji frankowiczów przeciw kłamstwom polityków i bankokracji, Kamilu Stochu skaczącym ponad 250 metrów (serce mi skoczyło aż do gardła), oponom samochodowym przeciw reformie edukacji, dniu wolności na Białorusi, protestom przeciw korupcji w Rosji (podobno prezydent Putin zdziwił się, że są takie protesty, protestując słowami: „U nas nie ma korupcji!” i dodatkowym zdziwieniem, że ktoś mógł pomyśleć inaczej).

Wiadomość o „Marszu dla Europy” przerwał ptaszek, dokładniej ptak, tęgawy, wyfraczony, uśmiechnięty, cały żółty jak kanarek (tylko od dołu, gdzie nóżki, czarny jak wrona) kroczący po dywanie, chyba pijanym, bo był rubinowy jak wino zamiast być czerwony jak maliny. Zdziwiłem się, kiedy powiedziano, że to pani premier. – Zapytałem się:

– Jaka?, a potem: Czyja? – Tak byłem zdezorientowany.

Rozpoznałem ją dopiero wtedy, kiedy rozłożyła skrzydełka, czyli ramionka (mówiąc bardziej anatomicznie, po ludzku) i uśmiechnęła się słonecznie, jak to ona, niby nic, do wroga, Tuska, szczerząc zęby, czyli dziubek, bo kanarki – jak podaje encyklopedia, choć trudno w to uwierzyć – zębów nie mają.

Bardzo ją lubię, znaczy się, panią premier. W momencie uśmiechu i unoszenia skrzydełek polubiłem ją jeszcze bardziej, ponieważ tylko chwilę zawahała się, podpisać czy nie podpisać. Chodziło o jakiś cyrograf, chyba rzymski, jak zrozumiałem, o Europie idącej w jednym kierunku.

Pani premier przez chwilę szła w przeciwnym kierunku, kiedy zauważyła kierunkowskaz (trzymał go tęgawy, niezbyt wysoki, siwy, poważny pan, nie wiem, jakiej narodowości, bo teraz kierunkowskazy i populizm są wszędzie) i zawróciła, i poszła razem z innymi w tym samym kierunku. Bardzo mnie to ucieszyło, bo sam nie lubię chodzić pod prąd (zwłaszcza, jeśli ma 220 woltów lub więcej).

Tak mi się to napisało, niezbyt składnie, chyba gwoli rozrywki, bo głowa mnie rozbolała od nadmiaru wiadomości.

PS. Te same teksty publikuję także na  http://www.wiadomosci24.pl/moje_trzy_grosze/ 

Zachęcam do zakupu:

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść.
Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Nowe wydanie.
Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania. Zapowiedź: kwiecień 2017.

Recenzje i opinie na górnym pasku menu – kliknij przycisk: Powieści i Poezje.

 

O myśleniu anatomicznym w nastroju zmiany. Odcinek 27.

Piszę do was list otwarty. Nie ma to większego znaczenia, bo wkrótce wszystkie listy będą otwarte, zanim je otrzymacie.

Dzisiaj wstałem z łóżka dwiema prawymi nogami, dzięki czemu przystępuję do pisania w niezwykle pozytywnym nastroju. Nie ukrywam, choć mógłbym to zrobić, że jest to dobra zmiana. Nie wiem jeszcze, o czym chciałbym pisać, ale oto przychodzi mi do głowy idea, dokładniej mówiąc konkret. Jest nim dupa. Dotykam ją i odczuwam chłód. O, myślę, zimna dupa. O, myślę, zaczyna się ciekawie.

– W jakim celu mi się ukazujesz, wystawiasz, że tak powiem, i to w dodatku w telewizji? – Nadaję jej otwartym szyfrem.

Ta bez wahania odpowiada: – Wystawiam się jako potwierdzenie wszystkiego najlepszego, co ciebie i innych obywateli dzisiaj otacza i spotyka. Powiedziała to i zamilkła. O, myślę, dobra zmiana, bo na ogół jak ktoś ważny zaczyna mówić w telewizji, to nie chce skończyć. Tu mi się przypomniała rządowa Beata K, i wiem dlaczego. O, myślę, dobra zmiana, bo często nie wiem, dlaczego wracam myślą do ludzi wybitnych, przeszłych i teraźniejszych: Karola Marksa, Friedricha Engelsa, Włodzimierza Lenina, Feliksa Dzierżyńskiego.

Ten ostatni, tak to czuję, jest również wam bliski, bo to nasz człowiek, patriota, rodak, który realizował zmiany na lepsze. Jego nazwisko jak i wzrost kojarzą mi się z teraźniejszością. O, myślę, to dobra zmiana, bo kiedyś przeszłość kojarzyła mi się źle w porównaniu z teraźniejszością. Teraz jest inaczej, na odwrót. Jestem tego świadomy. O, myślę, dobra zmiana, bo zdaję sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje.

Rozpisałem się i lżej mi się zrobiło na sercu. I tak być może pozostałoby, gdyby w wieczornej telewizji nie ukazał się facet w ciemnym paletku, z mikrofonem przy ustach, na uroczystości odprawianej z dokładnością zegarka szwajcarskiego. O, myślę, a właściwie pytam: – Czy to dobra zmiana? Chyba tak, myślę, skoro nastąpiła. Powiedz to, myślę, tym, którzy jego, tego z mikrofonem i ją, tę zmianę, wybrali w sposób szczery i patriotyczny, i postawili na nogi. Ucieszą się, że jest jeszcze ktoś myślący tak jak oni.

Odczułem chłód. O, myślę, znowu ta zimna dupa. Ale nie, to mróz za oknem. O, myślę, to dobra zmiana, bo w niskich temperaturach najgorsza zaraza wymiera. Oby to się spełniło, myślę, bo byłaby to jeszcze jedna dobra zmiana. 

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Opinia na blogu http://michaeltequila.com/?p=2416#comments Książka pisana jakby obrazami mimo że narracja oparta jest w zasadzie na dialogach, doskonały materiał na scenariusz filmowy. Ciekawa lektura na czasie.

Powieść dostępna w księgarniach Empik, Matras i księgarniach internetowych, w wersji książkowej i ebooka

Dopisek z dnia 20.01.2017: Książkę  w wersji elektronicznej (ebook) można kupić okazyjnie z rabatem 40 %. Zobacz link: http://upolujebooka.pl/oferta,38398,sedzia_od_swietego_jerzego.html

Nowy właściciel, nowa telewizja, nowy teatr czyli sześć w jednym.

Teatr Kabuki, Odori Keiyo Edo e no sakae, autor Toyokuni Utagawa III
Mamy nową telewizję. Nie jest to produkt importowany z Chin, lecz lokalny, bardzo udany, niezwykle oryginalny. Widzowie mają gwarancję, że jest niezależny od wad i błędów w instrukcjach, i nie będzie się psuł. W razie czego wymieni się jeden czy drugi komponent i znowu będzie działać.

Gwarantem niezawodności i jakości nowej telewizji jest znana firma, zajmująca się dotychczas wynalazkami i reklamą. Wynalazła kiedyś zagubionego krewnego, zdaje się wujka, sierotę, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Służył w tej samej formacji wojskowej, co dobry wojak Szwejk, ukrywający się tam razem z Jarosławem Haszkiem. Wujek okazał się prawdziwy i obrósł w legendę. Wynalazcę nie wiadomo dlaczego wyrzucono z wytwórni wynalazków i reklamy, gdzie pracował, potem znowu przyjęto. Okazał się przejściowym synem marnotrawnym.

W teatrze telewizyjnym wszystko się zmieniło na lepsze, zwłaszcza pejzarze. Pejzaż pisze się teraz przez „rz”, bo zmieniły się zasady ortografii. Nowa telewizja wystawia nową sztukę, a właściwie serial, pod tytułem „Groteska nieprzewidywalna”.

Akcja serialu dzieje się w Hollywood, gdzie sny stają się marzeniami, a marzenia rzeczywistością. Być może jest to jednak Bollywood, w Indiach, gdzie produkuje się najwięcej filmów na świecie. Trudno to wszystko rozeznać i zapamiętać. W Bollywood żyje pół miliarda ogłupiałych widzów i kilku bogatych producentów i reżyserów, organizujących społeczeństwu upragnione przez nich igrzyska, a sobie przyjęcia i fajerwerki.

To, co w telewizji było już wcześniej pomieszane, pomieszało się jeszcze bardziej, ale na lepsze, z korzyścią dla widza. Sam sypiam teraz doskonale, choć chodzę po nocach, pocę się intensywnie i niepokoję, czy ktoś kiedyś wynajdzie syrop na szalejącą, niebezpieczną epidemię grypy. Śnią mi się tłumy widzów, których nie ma, na ulicach, które są. Tytuł serialu jest znany, podobnie jak początek. Nieznany jest tylko środek i koniec. Jeśli w ogóle jest zakończenie.

W nowym kalejdoskopie teatralnym życie układa się coraz wyraźniej, dla poważnej części widzów życzliwie i rozwojowo, choć ich widownia trochę kurczy. Jak zapewnia reżyser o nieposkromionej wyobraźni, który jest także producentem, układ szkiełek w kalejdoskopie daje się przesypywać w dowolnym kierunku.

– W ten sposób mogę tworzyć nowe kompozycje i konfiguracje, zimowe, letnie, zabawne, smutne, prawdziwe i oryginalnie zakłamane. Celowo to wszystko przemieszałem, literaturę z teatrem, reportaż z fikcją. – Wyjaśnia z dumą. Nie wszyscy go rozumieją.

Są nowe postacie. Teatr znał je od dawna, ja nie. Może to niezbyt dokładnie powiedziane, że nowe, bo starzejące się. Pierwsza to Król Ubu, postać historyczna, zdecydowana; po scenie chodzi wolno i statecznie. Brzuch mu rośnie, ponieważ ciężko pracuje i ma mało czasu na sport. Nie wiadomo, czy celowo nie wyreżyserował tego wyglądu, aby wzbudzić szacunek.

Spektakl jest pełen cudów. Kobiety grają w nim mężczyzn, a mężczyźni kobiety. Zupełnie jak w japońskim teatrze kabuki, gdzie aktorzy noszą maski.

Spektakl jest frajdą dla widzów, o których słyszałem, że są jedynymi naturalnymi odmieńcami w Europie, choć nie wszyscy z nich o tym wiedzą. A może wiedzą, ale udają, bo to taki jest trend nowoczesnego teatru.

To wszystko śniło mi się oczywiście. Sam nie wymyśliłbym tego.

O prawdach i łgarstwach noworocznych. Bez polityki i na trzeźwo.

W południe przespałem się. Sjesta. Obudziłem się jak osesek po kieliszku ciepłego mleka prosto od piersi. Byłem twórczy. Wymyśliłem powiedzenie: „Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów”. Przyszło mi to z łatwością.Nie męczyłem się jak inni po nocach. Wymysł jednak średnio oryginalny, bo kobieta, którą dobrze znam, nie zachwyciła się.

Kobietom ogrody i kwiaty kojarzą się chyba głównie z kobietami. W każdej grupie społecznej są zboczeńcy. O niektórych ostatnio pisałem, ale zaniechałem. Porzuciłem tę uprawę, bo ziemia jest twarda i trudno pracować. Motyczka się łamie, chyba na kłamstwach.

Nie tylko dzieci lubią piersi. Jest w tym niesprawiedliwość zabawowa. „Pan Bóg stworzył piersi kobiece dla dzieci, ale bawią się nimi dorośli”. To nie moje powiedzenie, ale też ładne. Lubię piękno.

Czasem mówię kobietom: „Proszę nie wierzyć mężczyznom, bo kłamią. Nawet jak mówią prawdę”. To moje. Mało rodzę, ale to akurat urodziłem. Bez pieszczot i interwencji. I bez dotacji NFZ, na zasadzie: „Radź sobie sam”.

Po wypowiedzeniu powyższej sentencji obserwuję kobietę. Jedna uśmiecha się, inna chwilę zastanawia się, jeszcze inna entuzjazmuje, jakie to niezwykle trafne. Wtedy dodaję:, „Ale kobiety robią to lepiej!”. Reakcje bywają różne, przeważnie pozytywne.

Z poczuciem humoru niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. Najgorsze, że nie jest ono zaraźliwe. Epidemia bardzo by się nam przydała. Choć prawdopodobnie ktoś szybko wymyśliłby szczepionkę i reklamy w telewizji.

Reklamy leków to u nas normalność. Chorobliwa, ponieważ reklama sugeruje, że coś ci dolega. Ludzi robią sobie różne uzurpacje. Przypomina mi się napis na grobie hipochondryka. „A nie mówiłem, że jestem chory”.

W Australii reklamy leków są zakazane. Mądre społeczeństwo, nie tylko pod tym względem. Wymyślili i z powodzeniem praktykują uprzejmość. Bezinteresowną, spontaniczną, naturalną. I uproszczone procedury urzędnicze. Bez pieczątek, wystarczy podpis. My też do tego dojdziemy, choć nie jest to łatwe, bo klimat jest u nas surowszy. Wciąż ciągnie zimno z lat 1945 – 1989.
Nawet młodzi ludzie bywają wyziębieni grzecznościowo, mimo, że urodzili się i wychowali już w nowym czasie. Psują ich dziadkowie i rodzice. Tych najstraszniejszych pokazują w telewizji. Pracują nocami, choć nie muszą. Coś szybko uchwalą, a potem długo chwalą. To nowi stachanowcy. Cytuję Wikipedię: „Stachanow w nocy z 30/31 sierpnia 1935 r., podczas jednej zmiany w kopalni Centralnaja-Irmino, wykonał 1475% normy (tj. wydobył 102 tony węgla)”. To bogata i w istocie niesamowita idea. Patrz Wikipedia.

Biegałem dzisiaj pół godziny. Nie jest to prawdą, bo tylko piętnaście minut. Drugie piętnaście to szybki spacer. Łatwo jest mówić prawdę, kiedy nie boli. Z bieganiem nie przesadzam, chcę jeszcze trochę pożyć. Z kłamstwem jest inaczej, noworoczne nie noworoczne. Nie skraca życia. A szkoda.

Na drogach i ścieżkach w pobliżu osiedla mnóstwo wypalonych petard. Całe puszki i pojedyncze sztuki. Jesteśmy ludźmi, bo nawet świnia nie świni. Dlatego lubię zwierzęta.

Na zakończenie, tysięczne życzenia szczęścia i pomyślności w 2016. Obyśmy zdrowi byli i dostatecznie przytomni, aby nie oglądać za dużo telewizji i nie siedzieć w Internecie. Mówię to do siebie. Niemyślenie dobrze mi robi. Innym chyba też.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 10.

W ciągu następnego tygodnia Dział Rozrywki Edukacyjnej nieprzerwanie otrzymywał telefony, e-maile i listy w sprawie nadanego programu. Nikt nie spodziewał się takiej popularności programu.
Nie możecie przedstawiać wywiadu z nikomu nieznaną osobą, która uważa się za Boga, i nie zakwestionować prawdziwości jego wypowiedzi. Redakcja stosuje niedopuszczalną technikę masowej sugestii wobec widzów, z których część uwierzy w prawdziwość wypowiedzi mężczyzny, z którym prowadzono wywiad. To jest po prostu oburzające – ten fragment pochodził z listu osoby, która określiła się anonimowo jako osoba duchowna.
Tomasz Boski zdecydowanie bronił koncepcji i treści programu w trakcie dyskusji publicznej zorganizowanej przez „Telewizję Contigo”.
Program był starannie przemyślany i skonstruowany. Nie ma w nim nic niedopuszczalnego, a tym bardziej nieprzyzwoitego, żadnej manipulacji opinią społeczną. Spektakl nie sugeruje, że osoba, z którą sam prowadziłem wywiad, jest Bogiem. „Jestem Bogiem” jest wyłącznie odpowiedzią na moje pytanie „Kim pan jest?”, nic dodając, nic ujmując. Każdy ma prawo interpretować tę wypowiedź tak, jak mu się żywnie podoba. Telewizja podobnie jak i obywatele ma prawo do wolności wypowiedzi. To nam gwarantuje konstytucja – Tomasz był oburzony zarzutem nieodpowiedzialności stacji telewizyjnej.

*****

W Dziale Rozrywki Edukacyjnej odbywała się narada za naradą. Dyskutowano treść zewnętrznych opinii, interwencji, listów, e-maili i telefonów. Przygotowywano materiały dla dyrekcji. Ataki osób indywidualnych na program „Rozmowy o Bogu” nie były największym problemem.
To są najczęściej wypowiedzi ludzi zamkniętych na odmienność poglądów i ocen innych widzów – skomentował Tomasz.
Najpoważniejsze zarzuty pojawiły się w liście dostarczonym do Działu Rozrywki Edukacyjnej 10 dni po emisji. Pochodziły one od wpływowej grupy duchownych, którzy uznali autorów programu za „niewrażliwych na uczucia społeczeństwa i obrażających osoby wierzące w Boga w duchu tysiącletniej tradycji religijnej kraju”.
Nie podoba mi się ten list. Pochodzi od bardzo wpływowej organizacji kościelnej.
Co o tym sądzicie? – redaktor Boski nie był w stanie ukryć zdenerwowania. Jego twarz zbladła a ręka, w której trzymał list, nieznacznie drżała. Wcześniej udostępnił kopię listu pracownikom; spotkanie, jakie naprędce zorganizował, miało na celu zapoznanie się z opiniami i ustalenie strategii postępowania.
Krzysztof pierwszy zabrał głos.
Mam swoje zdanie na temat listu. Analizowałem jego treść. Niektóre zarzuty są dla mnie absurdalne. Przede wszystkim twierdzenie, iż propagujemy ideę, że osoba, z którą Tomasz prowadził wywiad, jest wcieleniem Boga. Jak oni do tego wniosku doszli, nie mam pojęcia. Do każdego indywidualnego widza należy ocena, czy uważa to za prawdę czy nieprawdę – Krzysztof zakończył swoje wystąpienie z ulgą. Rzadko zabierał głos w dyskusjach. Dopiero, kiedy usiadł, poczuł się zaskoczony swoją odwagą.
Krzysztof ma rację. Nawet zgrabnie to ujął. Zgadzam się z nim – poparła koleżanka. To jest argument do odparcia. O to bym się nie martwiła. Nie chcę krakać, ale możemy mieć inne zmartwienia.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 1.

Redaktor Tomasz Boski, Kierownik Działu Rozrywki Edukacyjnej stacji Baron TV, miał kłopoty. Jego ostatnie programy telewizyjne nie były udane. Sondaże wykazywały spadek oglądalności, do redakcji napłynęło mniej niż zwykle pochwalnych listów, za to w nadmiarze listy krytyczne. Tomasz spodziewał się wezwania „na dywanik” do gabinetu szefa. Męczyło go oczekiwanie na to, co było nieuniknione.
Telefon zadzwonił z samego rana. Dzwoniła sekretarka dyrektora.Tomku, szef życzy sobie widzieć ciebie w swoim gabinecie dzisiaj o godzinie czternastej. Chce porozmawiać na temat ostatnich programów teatru telewizji, które przygotowywałeś. Czy mam potwierdzić, że przyjdziesz, czy też masz jakieś inne ważne obowiązki? – Anna, sekretarka szefa, lubiła go i zawsze była dla niego życzliwa.
Dziękuję ci, Aniu, za wiadomość. Spodziewałem się tego „zaproszenia”. Przylecę jak na skrzydłach, aby ukorzyć się przed władzą. Nie żartuję, wiem, że czeka mnie poważna rozmowa i zapewne reprymenda, bo chyba na nią zasłużyłem.
W gabinecie szefa Tomasz poczuł się przygnębiony. Pokój był słoneczny i przyjemnie umeblowany, ale on sam nie czuł się słonecznie. Czekał na zwierzchnika. Dyrektor przyszedł po kilku minutach. Miał naburmuszoną minę, dowód nienajlepszego nastroju.
Chyba za dużo wczoraj wypił, a teraz łeb go boli – prawie z satysfakcją skonstatował w duchu redaktor. Oczekiwał bury i nie żałował zwierzchnika, który znany był z „pielęgnowania” dawnych tradycji biurowo-towarzyskich.
Słuchaj, Tomaszu – dyrektor zwracał się do podległych pracowników po imieniu. Uważał, że tak jest demokratycznie. Teraz wydawał się być w dobrym nastroju lub robił dobrą minę do złej gry.
Może ty jesteś boski, ale ostatnio ani nie dla mnie ani dla widzów. Powiedz mi, w czym tkwi problem? Chyba znasz oceny swoich programów z ostatnich trzech miesięcy? To niemały szmat czasu.
Znam i nie jestem nimi zachwycony. Nie umiem powiedzieć, dlaczego mamy gorsze notowania. Nigdy przedtem nie były one tak niskie. Staramy się to ustalić. Pan wie, że mnie na tym najbardziej zależy, bo mnie to najbardziej dotyczy. Muszę odwrócić ten fatalny trend.
To dobrze. Widzę, że wziąłeś sobie sprawę do serca. Daję ci tydzień czasu na dokończenie analizy przyczyn spadku notowań twoich programów. To jeden warunek. Drugi jest ważniejszy i trudniejszy. Program Rozrywki Edukacyjnej na koniec następnego miesiąca musi być doskonały. Nie „ma być’, ale „musi być”. Bez tego nie przeżyjesz. Jeśli ja ciebie nie zwolnię, to mnie zwolnią. Albo inaczej, bardziej brutalnie: jeśli mnie zwolnią z pracy, to przed odejściem ja wywalę ciebie. Tak czy inaczej będziesz przegrany. Czy dobrze się rozumiemy?
Bardzo dobrze rozumiem, co mi pan powiedział. Przy okazji, mam jedno pytanie. Czy może ma pan jakieś sugestie co do tematu następnego spektaklu teatru telewizji?
No wiesz! Nie przesadzaj! To ja mógłbym zadać ci to pytanie. Dla mnie jest to obojętne. Może to być wywiad z samym Panem Bogiem! Jak to zrobisz, to twoja sprawa. Żyjemy w kraju chrześcijańskim i na pewno taki wywiad się spodoba. Pamiętaj tylko, że program musi być rewelacyjny!
Tomasz wychodził z gabinetu z ciężkim sercem. Najpierw groźba, a potem „życzenie” wywiadu z Bogiem. Mądrala! Cwaniak! Sam sobie zrób wywiad z Panem Bogiem, jeśliś taki mądry! – Tomasz złorzeczył pod nosem. Nie podobał mu się ton, którego dyrektor użył mówiąc o „wywiadzie z samym Panem Bogiem”. Wiadomo, że jesteś ateistą, ale nie musisz obnosić się z tym – Tomasz zwrócił się w duchu do nieobecnego dyrektora. Nie mógł uspokoić się. Sam był osobą wierzącą, choć jego wiara nie była tak prosta i mocna, jak jego matki oraz żony. Ich głęboka wiara w Boga uspokajała je, dawała im pewność przekonań i łatwość podejmowania trudnych decyzji. Tak, jakby Bóg im mówił, co i kiedy mają zrobić. Czuł to, ale to niczego nie zmieniało. A teraz był zły na zwierzchnika.