Noc z czwartku na sobotę. Spektakl teatralny „Paranoja”.  

Noc była długa, ciągnęła się od czwartku do soboty. Ziemię Obiecaną nawiedziły niedobre sny. Przedstawił je teatr szekspirowski, pomieszany, ten od tajemnic, mroków, nieudanych misji kosmicznych, hejtów z ogonem hydry oraz psa Baskerville’ów z pyskiem zionącym siarką i fosforem. Słowem teatr niesamowitości, przypominający normalne zdrowe dziecię polityczne z rączkami wyciągniętymi po władzę.

Odsłona pierwsza

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, że wchodzę sobie swobodnie jak roztańczona baletnica, pukałem, o tak, puk, puk, ale pan nie odpowiadał, sam nie wiem dlaczego. Ładnie tu u pana, obszernie, kwiatki w doniczkach, gratuluję, też chciałbym tak mieć. Mam nakaz przeprowadzenia rewizji. Podobno jest u pana fabryczka hejtów. Jeśli jest legalna, to wszystko jest w porządku, ale jeśli nielegalna, to będzie draka.

– Jest legalna, mam na to pozwolenie z góry.

– Czy to znaczy, że od pana Boga? No, niech pan nie żartuje!

– Nie żartuję, proszę pana. Z góry nie znaczy, że od tego pana Boga, którego pan ma na myśli. U góry jest ktoś ważniejszy, ale nie mogę panu powiedzieć, bo mam przykazane – właśnie z tej właściwej góry – aby nie ujawniać żadnych informacji bez konsultacji. My wszystko konsultujemy nawet pokarm dla kota i kanarka, żarcie dla psa i kropkę nad „i”. Krótko mówiąc, muszę trzymać mordę na kłódkę.

– A jeśli tak, to przepraszam, ja też mam kogoś nad sobą, i rozumiem, co to znaczy.

Przybysz salutuje i wychodzi.

Odsłona druga

Przewodnikiem po teatrze jest tajemnicza dziewczyna o oczach czarnych jak węgiel. Wyjaśnia, że w teatrze odsłona druga to w istocie odsłona pierwsza, tylko widziana od tyłu. – Tył może być piękny jak marzenie – rozczula się.

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi Prokurator Generalny i mówi:

– Mam sprawdzić, czy te hejty, których ślady prowadzą do pańskiego gabinetu są oryginalne czy też chińskie podróbki. Pies gończy doprowadził nas tutaj i twierdzi, cytuję:

„Nie ma mowy, abym się mylił, mam węch jak sto diabli i nie odstąpię, dopóki z nim nie porozmawiamy. Chyba żeby mi nogi przydeptał a na mordę nałożył kaganiec”.

Wracając do podróbek, jeśli są to chińskie podróbki, to chcemy sprawdzić, czy są odpowiedniej jakości. Bo wie pan, my nie dopuszczamy na rynek byle czego, zwłaszcza zaś – za przeproszeniem – owego ówna, którego tyle jest na świecie.

– Powinienem obrazić się na Pana za zwątpienie w jakość naszej produkcji, ale tego nie zrobię, bo lubię pana, przypomina mi pan Misia Koalę, on jest taki kochany, ma pan ładny granatowy garniturek z jedwabiu, leży na panu jak marzenie. W ogóle wygląda pan bardzo smukle i ta teczuszka pod paszką też mi się podoba, dlatego powiem panu, że nasze wyroby mają najwyższy znak jakości, każdy je lubi z nielicznymi wyjątkami. A my takich ludzi, co nie lubią dobrej jakości, też nie lubimy. Pozwoli pan, że splunę z obrzydzenia.

Przybysz odpowiada:

– Jeśli tak, to przepraszam, żegnam, pozdrawiam i życzę powodzenia.

Po chwili zatrzymuje się i mówi:

– Przepraszam jeszcze raz, o tutaj, na krawędzi pańskiego biureczka, zachwycający mahoń, cymes, że palce lizać, leży malutki hejcik, chyba do wysłania, bo ze znaczkiem pocztowym. Prześliczny! Tak panu zazdroszczę tego gabinetu.

Odsłona trzecia

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, drzwi były otwarte, więc wszedłem. Pukałem, ale pan nie odpowiadał. Nie był to miły gest z pańskiej strony. Nie jest też tutaj tak ładnie jak myślałem. Nie mam nakazu przeprowadzenia rewizji w sprawie hejtów, bo były to bezpodstawne podejrzenia. Że też ktoś mógł coś takiego zgłosić! Dla mnie same podejrzewanie jest podejrzane. Mam za to dla pana propozycję emerytalną, niezgorszy pakiecik. Negocjujmy. Przyniosłem ze sobą koniaczek, jeśli ma pan coś do zagryzienia, to możemy zaczynać.

– Będę zagryzać palce.

– Swoje czy moje? Wolałbym, aby pańskie. Są takie ładne, że aż palce lizać, wysmukłe, czyściutkie. No to jak z tą emeryturą?

Spada kurtyna, robi hałas i podnosi kurz. Widzowie to zauważają ale nie wstają z miejsc lecz czekają na ciąg dalszy. Wchodzi sprzątaczka i mówi:

– Nie martwcie się widzowie, spoko, nie jest źle. Jestem z firmy Quick Hate Cleaning. Otrzymałam własnie zlecenie. Potrafimy wszystko sprzątnąć. Najlepiej pod dywan, bo wtedy jest najmniej kurzu. Używamy dywany najlepszej jakości, perskie. Pozwólcie państwo, że odwrócę się do was tyłem i wypnę, bo muszę się schylić. Dywan leży tak nisko. Że też człowiek nie wynalazł jeszcze wysokich dywanów!

0Shares

Wiceminister sprawiedliwości Piebiak podaje się do dymisji i żartuje.

– Składam na ręce ministra rezygnację z funkcji podsekretarza stanu – miał oświadczyć Łukasz Piebiak. Wolę pracować w Biedronce przy warzywach. Zawsze lubiłem ogrodnictwo. Ponadto oni tam lepiej płacą i nie zatrudniają trolli. – Żartował. – Będę z determinacją bronić swojego dobrego imienia, na które zapracowałem przez całe życie; wnoszę do sądu pozew przeciwko redakcji Onet, która rozpowszechnia pomówienia na mój temat oparte na relacjach niewiarygodnej osoby – powiedział cytowany przez PAP. Uśmiechał się przy tym. Podobno w stylu gorzko-kwaśnym.

Wczoraj portal Onet ujawnił, że wiceminister sprawiedliwości stoi za hejtem na sędziów, którzy sprzeciwiali się zmianom w sądownictwie. Koordynował akcję, która miała skompromitować szefa Iustitii Krystiana Markiewicza. W swoim oświadczeniu Piebiak zapowiedział podjęcie kroków prawnych wobec redakcji portalu.

– Podejmę kroki. Najpierw pójdę w prawo, potem w lewo, tam spotkam się z przyjaciółmi z Internetu, po czym pójdę na wprost. Może nawet nigdzie nie pójdę, bo drogi u nas są marnej jakości. Mówią, że ta do piekła jest nawet wybrukowana. – Wiceminister był w dobrym humorze, nieprzerwanie żartował. Dobre kawały to ja mogę robić i opowiadać nieprzerwanie. Dlatego, ci którzy mnie znają, bardzo mnie lubią. 

– Czy za panem stał minister Ziobro?

– Nie! Nie stał, lecz siedział. – Odpowiedział.

Minister Ziobro zapytany, dlaczego siedział a nie stał za podwładnym, odpowiedział:

– Lubię siedzieć.

Ludzie wierzący przyjęli to jako proroctwo, niewierzący jako reklamę foteli szczególnie lubianych w ministerstwie. Jest to model skandynawski Trolle, produkowany z wielkim powodzeniem w Polsce.

0Shares

Sprawiedliwość Ministerstwa Sprawiedliwości

NIK opublikował w miniony piątek analizę wykonania budżetu państwa w 2018 r. W części poświęconej Ministerstwu Sprawiedliwości podano wyniki kontroli wydatków Funduszu Sprawiedliwości.

W zeszłym roku miał wydać:

  • 245 mln zł na pomoc dla świadków i ofiar przestępstw oraz
  • 17,5 mln zł na pomoc dla osób opuszczających po odbyciu kary więzienie

W rzeczywistości Fundusz wydał:

  • 107 mln zł na doposażenie ponad 2 tys. jednostek ochotniczej straży pożarnej, część poza konkursem – np. dla OSP w Raciborzu, skąd pochodzi Michał Woś z Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości nadzorujący Fundusz do czerwca zeszłego roku.
  • 100 mln zł na modernizację Służby Więziennej (tyle ile zaplanowano)
  • 25 milionów zł a na pomoc dla ofiar przestępstw
  • Kilka milionów złotych na pomoc dla byłych więźniów

Na początku czerwca br. Woś objął po Beacie Kempie stanowisko ministra ds. pomocy humanitarnej w kancelarii premiera.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 183: Przerażenie i apel gubernatora

Dwa dni później odbyła się narada w gabinecie gubernatora.

– Mamy dodatkową diagnozę przyczyn zaniku prokreacji – oświadczył u progu gabinetu minister zdrowia. Był blady i zmęczony, oczy miał podkrążone z niewyspania, chwiał się na nogach. Opozycja sugerowała potem, nie wiadomo czy słusznie, że czuć było od niego alkoholem. Diagnoza ministra była sucha i lakoniczna, prawie zdawkowa. Nikt nie kwestionował jej treści, proszono tylko o wyjaśnienie niuansów.

– Trauma doprowadziła społeczeństwo Nomadii do głębokiej i powszechnej depresji. To właśnie ta depresja jest odpowiedzialna za zanik popędu seksualnego, tej naturalnej gorliwości mężczyzn i kobiet do rozmnażania się. – Podkreślił z emfazą minister.

W jego wyjaśnieniach pojawił się też inny znaczący wątek. Zanikowi prokreacji towarzyszył niezwykle silny wzrost konsumpcji, co minister uznał za wyraz egoizmu, równoznaczny z zanikiem uczuć patriotycznych.

– Społeczeństwo przyjęło, że powrót do dobrobytu i egoistycznie rozumiane szczęście osobiste są najważniejsze. Kariera zawodowa, dom, samochód, modne meble, eleganckie ubiory i wycieczki zagraniczne – oto ideały ważniejsze niż potomstwo. Minister powtórzył to dwa razy, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ gubernator kupił jego wyjaśnienie na pniu. W trakcie dyskusji ukuto hasło „Rekreacja ważniejsza niż prokreacja”, choć nikomu nie było do śmiechu.

– Zanik prokreacji jest niezaprzeczalny. Jest to nasza druga Apokalipsa, jeszcze bardziej podstępna i niezrozumiała. – Formułując tę bolesną myśl gubernator nie doświadczał negatywnych emocji. Było to proste stwierdzenie faktu.

*****

Od zakończenia Apokalipsy gubernator regularnie znajdował na biurku nowe statystyki. Były one coraz bardziej ponure. Nie dość, że kraj w krótkim czasie stracił miliony mieszkańców, to ich liczba nadal kurczyła się tragicznie. Dane analizowano niezwykle sumiennie i wyliczano na ich podstawie wskaźniki. Spadała liczba narzeczeństw, małżeństw, ciąż i urodzeń. Statystyki potwierdzały bolesną prawdę; naturalny popęd seksualny zanikł nawet wśród ludzi młodych, do niedawna gotowych rozmnażać jak króliki. Rokowało to tragicznie dla przyszłości narodu. Kiedy gubernator zażądał codziennych raportów, wytłumaczono mu, że nie ma to sensu, bo sytuacja nie zmienia się z dnia na dzień i niepotrzebnie będzie tracić czas i wzrok.

Dla wyjaśnienia tajemnicy specjalna komisja podjęła analizę zachowań seksualnych społeczeństwa, nawet tych najbardziej wstydliwych, podejrzewając, że tam kryje się źródło zła. Było to konieczne, gdyż demografowie prześcigali się w ostrzeżeniach przed konsekwencjami rozwoju sytuacji. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, podsumował ją lapidarnie:

– Społeczeństwo straciło żywość seksualną równie łatwo i szybko jak pijak treść żołądka pod wpływem denaturatu, do którego przez omyłkę zamiast soku malinowego dolano kalium hipermanganicum.

Spadek liczby ludności wywołał spiralę niechęci, a wkrótce wrogości, do osób w wieku reprodukcyjnym niepoczuwających się do obowiązków macierzyństwa i ojcostwa.

*****

Od pewnego czasu posiedzenia rządu odbywały się prawie bez przerwy. Nie dyskutowano niczego innego jak prokreacja. Na spotkaniach publicznych gubernator straszył i przekonywał.

– Brak prokreacji to także, a może nawet przede wszystkim, upadek obywatelskiego patriotyzmu. Dziś ludzie interesują się tylko konsumpcją, wszyscy chcą wypasionego dobrobytu, worów pieniędzy, a nie dzieci, bez których żaden kraj nie ma przyszłości. Załamanie demograficzne to śmierć społeczeństwa, również zgon partii i rządu.

Wypowiadając te słowa Blawatsky miał sine usta; zachowywał się tak, jakby coś w nim umierało. Jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, chciał rzucić się na pomoc, ale jakaś niezwykła siła przykuła go do fotela.

*****

Po zapoznaniu się z kolejnym tragicznym raportem demograficznym gubernator wygłosił orędzie telewizyjne. Transmitowały je wszystkie kanały telewizji. Partia rządząca nazwała jego wystąpienie „porywającym wezwaniem do bohaterskiego zrywu”, opozycja – „jałowym, beznadziejnie spóźnionym przemówieniem”. Mówca odwołał się do patriotyzmu obywateli i przeciwstawienia się opresji.

Gubernator zaczął od słów „Nasz ukochany kraj wyludnia się”. W dalszej części przemówienia stwierdził, że „nie może być gorzej” oraz „to jest głęboki dół, a nie dołek wygrzebany w piasku przez niewinne dziecko”. Potem gorąco apelował „o powszechną mobilizację seksualną” oraz „pozostanie w gotowości, a nie na konsumpcyjnym wypasie”. Przemówienie zakończył wezwaniem do „sprężenia się seksualnego”. Po drodze nawiązał do świętego aktu prokreacji, który „zawierał w sobie niezwykły ładunek miłości jak i patriotyzmu”.

Orędzia słuchał wielki tłum zgromadzony na Plaza Central. Kiedy Barras nazwał stosunek małżeński aktem patriotycznego uniesienia, wywołało to oklaski osób prawomyślnych oraz buczenie zwolenników nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Rozpaczliwy apel gubernatora okazał się głosem wołającym w górach do niemego i ślepego starca, który potrafi tylko wzruszyć ramionami. Orędzie nikogo nie przekonało; co gorsze, wywołało odwrotny skutek. W ciągu następnego tygodnia wzrosła dwukrotnie sprzedaż nieruchomości, luksusowych artykułów konsumpcyjnych oraz rezerwacje wycieczek zagranicznych. Winą za to rząd obarczył opozycję oraz agentów obcych mocarstw dążących do rychłego upadku Nomadii.

3Shares

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 181: Gniew gubernatora i debata publiczna nad Apokalipsą

Przyczyny destrukcyjnej pogody długo pozostawały niewyjaśnione. Meteorolodzy sprawdzili historyczne zapisy pogody i nie znaleźli w nich niczego podobnego. Wyjaśnienie anomalii pogodowych stało się koniecznością, wręcz imperatywem, dla meteorologii, zarządzania antykryzysowego, nauki, a także dla zwykłych ludzi pragnących lepiej rozumieć los i przeznaczenie. Było to oczywiste dla wszystkich bez wyjątku.

Na pierwszym posiedzeniu rządu w sprawie Apokalipsy Barras zażądał wyjaśnień.

– Przedstawcie mi choćby najprostsze wyjaśnienie przyczyn. Tyle negatywnych zjawisk w jednym czasie! Musi być jakieś rozsądne wytłumaczenie.

Dyskusja przebiegała rachitycznie. Ministrowie koncentrowali się, starali się znaleźć wyjaśnienie, widać było wysiłek na ich twarzach. Gubernator siedział z boku, patrzył i przysłuchiwał się. Argumenty wydawały mu się naciągane, zbyt proste albo zbyt skomplikowane. W miarę dyskusji jego twarz coraz bardziej czerwieniała, oczy ciemniały, usta zaciskały się w gniewny paseczek. Siedzący obok minister zdrowia przestraszył się, że premier dostanie apopleksji i zapytał go, jak się czuje i czy nie potrzebuje pomocy. Gubernator wybuchł jak petarda.

– Milcz, cholerny konowale! – uciął brutalnie. Kiedy wszyscy zamilkli wpatrując się w niego z niepokojem, wstał i wyrzucił z siebie stek przekleństw.

– Wasze nieporadne wyjaśnienia można o kant dupy rozbić. Nie po to was tutaj zebrałem, abyście pieprzyli trzy po trzy i robili sobie żarty z najpoważniejszej sprawy, z jaką mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Nie krył się ze słowami ani emocjami. Poniosło go całkowicie. Mimo, że zachował się podlej niż pijany furman, któremu zdechł koń wskutek nadmiernego wysiłku, rozumieli go, mieli poczucie, że go zawiedli i że jest to najbardziej kryzysowa sytuacja, w jakiej kiedykolwiek znalazł się kraj. 

– Czy wy zdajecie sobie sprawę, gnojki, że los nas wszystkich zależy od tego, czy w pełni zrozumiemy, co się stało, dlaczego to się stało i czy na tej podstawie podejmiemy odpowiednie środki? Sytuacja jest gorsza niż wojna. Prosiłem was, abyście zastanowili się nad przyczynami i przedstawili jakieś wyjaśnienia. A wy co? – Kiedy mówił dyszał ciężko, twarz miał purpurowo-czerwoną. Siedzący przy stole ministrowie zbledli i skurczyli się. Gubernator patrzył na nich z pogardą. Zawiódł się na nich całkowicie. Było mu wszystko jedno, jak go odbierają. Zwrócił się do nich głosem cichym ze zmęczenia:

– Wynoście się z mojego gabinetu. Wszyscy bez wyjątku. Nie chcę was dzisiaj widzieć na oczy.

Po odejściu ministrów Blawatsky wezwał kierowcę i kazał wieźć się do domu. Zazwyczaj chętny do rozmowy nie odezwał się ani słowem. Kierowca wyczuł jego nastrój i nie otwierał ust. Prawda okazała się dla gubernatora bardziej bolesna i ponura niż myślał. Apokalipsa była karą także za fatalne decyzje gospodarcze i społeczne jego rządu. Rząd i społeczeństwo dopuścili się okropnych czynów i zaniedbań. Kościół nazywał je grzechami. Gubernatorowi wydało się, że nie ma skrawka ziemi, gdzie nie pleniłyby się chwasty błędów i wypaczeń, które wywołały Apokalipsę.

Następnego dnia gubernator wystąpił z propozycją szerokiej debaty publicznej pod egidą rządu. Sprawy potoczyły się szybko, jak tylko wyjaśniono, że „egida” nie oznacza bynajmniej tajnej inicjatywy rządu pod adresem opozycji lub społeczeństwa. Z inicjatywy urzędników państwowych, którzy w zwiększonej aktywności dostrzegli szansę poprawienia swego wizerunku, powołano komitet koordynacyjny. W jego skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Porządku Publicznego, Krajowego Sztabu Antykryzysowego, Głównego Instytutu Meteorologicznego, wojska, uczelni wyższych, związków pracodawców i pracobiorców, Kościoła Hierarchicznego, organizacji pozarządowych oraz Zrzeszenia Meteopatów.

Debata narodowa skończyła się na wielu mniejszych debatach, najpierw regionalnych, następnie okręgowych, miejskich i wiejskich, w końcu lokalnych prowadzonych w domach kultury i remizach strażackich. Dyskutowano również po domach. Skutkiem były najczęściej kłótnie rodzinne, pijaństwo oraz godzenie się małżonków w łóżku.

Niezwykle poważnie sprawę potraktowało Kolegium Naszej Pani Różańcowej, autonomiczna uczelnia wyższa, specjalizująca się w zagadnieniach rozwoju społecznego, religii oraz meteorologii. Uczelnia od lat głosiła pogląd, że klimat ma podstawowe znaczenie dla rozwoju społeczności ludzkich. Inicjatorem dyskusji był rektor, któremu trąba powietrzna zniszczyła dom na wsi oraz rozpędziła na cztery wiatry duże stado owiec.

– Poniesione przez społeczeństwo straty materialne stanowią potężną motywację do odkryć naukowych. – Słowa rektora miały być zachętą dla naukowców do rzetelnej pracy nad zagadnieniem.

Na spotkanie w Kolegium zaproszono przedstawicieli środowisk akademickich, rządu, instytucji kościelnych oraz instytutów meteorologicznych. Po kilku rundach wymiany poglądów, wedle prasy nieco chaotycznej, wykrystalizowało się przekonanie, że u podstaw Apokalipsy musiała leżeć jakaś głębsza przyczyna.

– Zjawiska atmosferyczne o takiej intensywności i różnorodności trwające kilka dni z rzędu to zbyt skomplikowany układ, aby był dziełem przypadku – podsumował matematyk, profesor Tatsche, nawiązując do pojęcia „zwykłej złożoności obliczeniowej”, zależnej od rozmiaru wejścia oraz „pamięciowej złożoności obliczeniowej”, która jest miarą wykorzystanej pamięci maszyny abstrakcyjnej.

Nikt obecny na sali nie zrozumiał jego wywodu, poza samym wnioskiem, że Apokalipsa nie mogła być dziełem przypadku, tylko że ktoś lub coś było jej powodem. Ponieważ mądrość przyrody, jaką częściowo reprezentuje mózg ludzki, nie znosi próżni, intepretowano to jako Bóg lub człowiek. Umysły prostsze nie zadały sobie nawet takiego wysiłku, upraszczając wypowiedź naukowca do stwierdzenia w rodzaju: „Stoi, bo stoi.” Z wystąpienia profesora Tatsche zapamiętano najbardziej jego dużą głowę ozdobioną bujną czupryną oraz chropawy akcent, o tyle niezrozumiały, że był to potomek niemieckich imigrantów, ale już w trzecim pokoleniu. Kraj pochodzenia profesora nie budził wątpliwości; nazwisko było aż nadto wymowne.

Intensywne debaty trwały kilka tygodni, lecz nie przyniosły nowych wyjaśnień. Oprócz mediów, rządu i społeczeństwa rozczarowani byli także sami ich uczestnicy. Dalsze działania mające na celu rozwikłanie zagadki Apokalipsy nie nazywano już debatami, tylko dyskusjami. Pojawiały się one i zanikały podobnie żywiołowo jak pogoda, nad którą dyskutowano. Brało w nich udział całe społeczeństwo, ponieważ skutki klimatycznych zdarzeń dotknęły bezpośrednio lub pośrednio wszystkich obywateli.

Wkrótce gubernator zlecił opracowanie nowego raportu na temat przebiegu zdarzeń i diagnozy przyczyn. Sam wytypował grono naukowców i powierzył im to zadanie.

Michael Tequila w księgarni internetowej: https://tinyurl.com/y7cza5ncKliknij i kup!

3Shares

Przeprosiny i pośpieszne życzenia noworoczne

Przepraszam Państwa. Nie zdążyłem z opowiadaniem. Mam pierwszy fragment ale to za mało. Za dużo czasu ukradło mi spotkanie z Iwanem Iwanowiczem.

Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w momencie pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdki starorocznej. Wykorzystaliśmy ten moment do podzielenia się opłatkiem noworocznym. Wybaczyliśmy sobie urazy, prosiliśmy o wybaczenie i udzieliliśmy sobie wybaczenia. Opracowaliśmy też króciutką laurkę okraszoną życzeniami z związku z ostatnimi informacjami przekazywanymi przez TVP.

Życzymy obecnym Władzom Państwa i Prawa wszystkiego najlepszego, przede wszystkim szczęśliwego przywrócenia amputowanej pamięci oraz przyzwoitości jak również skutecznej pomocy psychologicznej w powrocie do zdrowia. Także otrząśnięcia się z wrażenia, że jesteśmy potrzebni w Unii Europejskiej, że Polexit jest nieszczęściem oraz że konstytucja nie jest przeżytkiem i że w ogóle naród potrzebuje jakiejkolwiek ceny za energię elektryczną.

Przy okazji wznieśliśmy toast za zdrowie Ministra Sprawiedliwości jako męża opatrznościowego, który doprowadzi nas do ziemi obiecanej, gdzie czekać będzie na najbardziej zasłużonych obywateli Trybunał Stanu oprawiony w pozłacane ramy oraz – w charakterze upominku – zgrabna gilotynka do przycinania paznokci u rąk i nóg.

Życzymy Sobie i Wszystkim, obyśmy w Nowym Roku 2019 zdrowi byli na ciele i umyśle!

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 124: Kurs kolizyjny

Wicegubernator Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawach ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody jest równie pospolity jak lis pustynny zdolny odchudzać się w nieskończoność.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – wicegubernator lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczano do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i desperatów nieokreślonej maści gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. Sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleńcy i dewianci. Widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą jakiegoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują. – Powtarzając jego poglądy dodając przy okazji swoje trzy grosze asystentka wicegubernatora bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma on pełną rację.

Miłośników koni w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości i przekonań mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym, lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej; do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie złośliwie jako dwóch narodach: jednym wywodzącym się od człekokształtnej małpy afrykańskiej, która zeszła z drzewa, drugim wywodzącym się od bliskowschodniego dzikiego Adama, który wyszedł z jaskini. Bardziej rozwinięta wersja ewolucji narodu zawierała więcej jadu ideologicznego i mówiła o tym, że Adam tylko tym różnił się od małpy, że miał jaśniejsze oczy, pierwszy zaczął używać noża, aby mordować bliźnich, i pierwszy zaczął łysieć. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło się mieszkańcom Nomadii z przynależnością do tego samego narodu.

Wicegubernator Csudo nie zawracał sobie głowy teoriami pochodzenia społeczeństwa, gdyż koncentrował się na przyszłości, wierząc w inny, lepszy świat, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał jednak eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, kościołowi i sumieniu.  Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, całkowicie przeszklone budynki, wielkie banki z bankomatami na każdym rogu ulicy, wydajność, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia lub łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to praktyczne podejście, zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pozostali zastępcy gubernatora Blawatsky’ego i ministrowie podzielali jego poglądy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o członkach gabinetu gubernatora.

Rząd uznawał konie za przeżytek, rodzaj żywych przedmiotów, kosztownych w utrzymaniu, bezmyślnych i czasem narowistych, wymagających nawet więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i anarchiści surowo oceniali za to gubernatora i jego otoczenie, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione własnymi frazesami. Rząd był im obcy i wrogi; uważali, że niepotrzebnie wdziera się w każdą sferę życia prywatnego i publicznego, stawiając tylko ograniczenia i wymogi.

Wicegubernator Csudo odpowiedzialny za ochronę przyrody i bogactwa naturalne nawet nie starał się wyobrazić sobie, ku czemu to wszystko zmierza. Wiedział, że rząd i obrońcy koni muszą się kiedyś spotkać na kursie kolizyjnym w ciemnym tunelu.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce anarchiści porozumieli się z ekologami zwanymi „końskimi” i stworzyli jedną organizację o nazwie Ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, „une grande fusion”, jak pisała prasa francuska. Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ze swoją niechęcią czy wręcz wrogością wobec władzy, winiąc ją w pełni za coraz podlejszy los koni i degradację środowiska naturalnego.

Partia Konserwatywna natychmiast uznała ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i wypowiedziała im wojnę. Jej komórka propagandowa, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła przedstawiać w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne, na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców, ludzi o zaciśniętych ustach, okrutnych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo prymitywnej propagandy rządowej, część społeczeństwa dała się jej uwieść. Postępowanie rządu zmyliło wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwą postawę wobec koni, zachęcając do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To są miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w budynku mieszkalnym – ostrzegali ekoanarchiści.

Michael Tequila – książki:
https://tinyurl.com/y895884p oraz https://tinyurl.com/y7cza5nc

1Shares

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Bolesny wątek prawdy i kłamstwa.

– Robiąc zakupy korzystam z każdej okazji, aby wzbogacić się i rozwinąć politycznie, zrozumieć złożoną rzeczywistość oraz nasycić wiadomościami krążącymi lotem jastrzębia po kraju, Europie i świecie. – Objawił mi w zaufaniu Iwan Iwanowicz.

– Stałem cierpliwie w kolejce w sklepie „Pod Przecudnym Owadem”, kiedy zaskoczono mnie pytaniem, co myślę o potwornym kłamstwie premiera Chudego, który w palącym słońcu na wiecu bezlitośnie obnażył prawdę liczbową o opozycji. Odpowiedziałem, że jestem średnio zorientowany, na co odezwały się głosy oburzenia, że „brak ci człowieku zaangażowania”, „taki stary a taki niemrawy intelektualnie”, „a gdzie rześkość emeryta postpeerelowskiego” i podobne.

Rozpętała się dyskusja. Jak zwykle głosy w kolejce rozdwoiły się niby język węża, jedni bronili premiera, że nie skłamał tylko się omylił podając fakty sięgające nawet ośmiu lat do tyłu, inni upierali się, że nie tylko on kłamie, ale i opozycja, jeszcze inni mówili o kłamliwych nie tylko ustach premiera, ale i jego okularach, którymi wprowadza w błąd tworząc aurę profesora, kiedy w istocie jest zwykłym sługusem i pomagierem Tego, Który Stoi Nad Nim. Ostatnia głos zabrała niewiasta, która w telewizji szeptała orzeczone przez sąd przeprosiny premiera zsiniałymi z przerażenia ustami, wyjaśniając, że uczyniła to tylko dlatego, że jej obiecał złotą górę i paczkę bezpłatnych voucherów do sklepów „Pod Przecudnym Owadem”. – Muszę dorabiać do emerytury – dodała ze szlochem.

Zrobił się rozgardiasz, który doprowadziłby do awantury, gdyby nie szczęśliwy traf, że w sklepie znalazł się współpracownik premiera Chudego, jego prawa ręka, wyposażony w wiedzę bogatszą niż niejeden gabinet polityczny. Był to osobnik masywny jak zapaśnik mongolski o obfitych ustach wioślarza znad Nigru. Wyjaśnił szczegółowo sytuację premiera.

– Premier swoje rzekome kłamstwo przeżywa bardzo ciężko, wręcz je odchorowuje, leczy się szumem strumieni górskich, szukając ukojenia także w miejscach słonecznych nad jeziorem Garda we Włoszech oraz w muzyce uderzeń siekiery w twardy pień dębu. Przez to oskarżenie o kłamstwo, które w mojej ocenie było czystą prawdą, pan premier mniej jeździ na spotkania z wyborcami, a jak jedzie, to tylko tam, gdzie odbywają się akurat dożynki i gospodarze rozdają chleb do całowania oraz kwiaty do wpięcia w górną kieszonkę marynarki, ponieważ premier kocha jedno, drugie i trzecie, i zatracając się w miłości zapomina o bólu.

– A co robi w domu? – zapytano. Przecież nie jest cały czas w rozjazdach!

– W domu pan premier siedzi najczęściej przed lustrem, kaja się, zadaje sobie pytanie, dlaczego to akurat jego złapali na kłamstwie, powtarza „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, pluje sobie w brodę, co kończy się na lustrze, karci siebie i udziela sobie pokuty, po czym sięga po cieniutki flet i gra na nim tęskne melodie dla uspokojenia skołatanego serca.

– Flet – wyjawiła prawa ręka premiera – wpływa na niego kojąco, przypomina mu ukochaną muzykę harfy, która podobno szczególnie mocno zniechęca do kłamstwa. Pan premier to człowiek nadzwyczajny. Jak zapewne zauważyliście, jest elegancko smukły, jego głos rozchodzi się promieniście po całym kraju, jego okulary o cienkich złotych oprawkach promieniują dobrocią jego osobistej władzy oraz Tego, Który Stoi Nad Nim.

– Jak scharakteryzowałby pan premiera Chudego jako polityka? – Padło dociekliwe pytanie.

– O tym cudownym człowieku mogę mówić tylko w superlatywach, wywyższać go, ale nie bardziej niż Tego, Który Stoi Nad Nim, bo on jest dla nas wszystkich Ojcem Narodu, Słońcem i Kosmosem Nadziei. Premier jest osobą serdeczną, ciepłą, o anielskim usposobieniu, a to, że nie udało mu się skłamać tak, jak by powiedział prawdę, świadczy tylko o nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatycznych, bo powiedzieć dobre kłamstwo nie jest tak łatwo. Ćwiczymy to od kilku lat i sam wiem, jaka to odpowiedzialność wobec pana Boga, który na szczęście jest po naszej stronie, podobnie jak Różowa Pantera, jak nazywamy ministra z różanymi policzkami i sylwetką greckiego efeba, który będzie rozliczać opozycję za oszczerstwa wobec pana premiera Chudego.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Szalejący nepotyzm.

Wobec inwazji Konserwy na stanowiska państwowe, opozycja nie zasypiała gruszek w popiele. Powołała tajną grupę roboczą; pracując intensywnie w krótkim czasie sporządziła listę mianowań Konserwy na najwyższe stanowiska. Przy każdym nazwisku określono kwotę uposażenia miesięcznego, śledzono też jego wzrost. Okazał się on fenomenalny. Opozycja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiono kompletną listę nepotów, często osób bez kwalifikacji. Niektóre awanse były wręcz obraźliwe dla obywateli. Hodowca drobiu, półanalfabeta, reklamujący się w prasie pod hasłem „chodowla kór”, otrzymał stanowisko szefa państwowej straży pożarnej, odpowiedzialnej za gaszenie miliona pożarów rocznie.

– To wyraz najbardziej potwornego nepotyzmu, zjadającego nasz kraj – krzyczał w parlamencie przedstawiciel Libery.

Okazało się, że hodowca drobiu otrzymał uposażenie roczne stanowiące równowartość czterech samochodów straży pożarnej, których deficyt od lat nękał tę służbę. Stanowisko otrzymał za zasługi dla partii, konkretnie za bezpłatne dostawy kurczaków na konferencje i festyny partyjne. W odpowiedzi na krytykę rzecznik rządu stwierdził, że członek opozycji przedstawiający informację nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ponieważ sam jest prostym rolnikiem, w dodatku nie jest bez skazy, gdyż sąsiedzi oskarżali go o znęcanie się nad zwierzętami a nawet o zoofilię.

Ogłoszona publicznie lista uposażeń i wypowiedzi stron rozpętały burzę, porównywaną przez dziennikarzy do tornada wyrywającego z korzeniami drzewa, zmiatającego mosty i przenoszącego budynki na odległość kilkudziesięciu metrów. Była to walka na argumenty i kontrargumenty, twierdzenia i zaprzeczenia, prawdę i kłamstwo. Rząd natychmiast wszczął śledztwo i skierował sprawę do prokuratury oskarżając przywódców opozycji o ujawnienie tajemnicy państwowej oraz naruszenie godności członków partii konserwatywnej. Po uzyskaniu opinii prawników zmienił kwalifikację czynu na „ujawnianie wrażliwych danych państwowych”. Prorządowa prasa i telewizja rozpoczęły nagonkę na przywódców opozycji. Wkrótce otrzymali oni wezwania do prokuratury w celu składania zeznań. Złożenie jednego zeznania nie kończyło sprawy; za pierwszym poszły następne uzasadniane potrzebą uzupełnień i dodatkowych wyjaśnień. Pojawiły się też zakamuflowane groźby więzienia.

Reakcja rządu zaniepokoiła nie na żarty obywateli porażonych skalą nepotyzmu rujnującego skarb państwa. Organizowali się oni w grupy i utajniali swoją działalność, aby móc bezpiecznie śledzić kariery „ludzi z listy”. Stworzono system monitorowania nominacji i awansów. Informacje o uposażeniach były coraz trudniejsze do zdobycia, ponieważ władze mnożyły bariery dostępu do nich uzasadniając je potrzebą ochrony tajemnicy państwowej. W ministerstwach stworzono specjalne komórki do zwalczania wycieków informacji; ich klasyfikacja została rozbudowana do ośmiu poziomów: oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych, poufnych i bardzo poufnych, półtajnych, tajnych i supertajnych. Mimo utrudnień, bazy danych o ludziach z „Listy nepotów” powiększały się. Opozycjoniści posuwali się nawet do przekupstwa, aby zapewnić sobie dopływ informacji. Przy przekazie i odbiorze pieniędzy zachowywano najwyższą ostrożność. Zapłaty dokonywano przeważnie nocą w odosobnionych miejscach po upewnieniu się, że jest to bezpieczne.

Kolejna analiza dała ciekawe wyniki. W ciągu trzech miesięcy uposażenia ludzi z listy wzrosły prawie dwukrotnie. Zwiększyła się też ilość stanowisk. Duże firmy dzielono na mniejsze, tworząc w ten sposób nowe stanowiska dyrektorów rad nadzorczych i prezesów spółek oraz zwiększając liczbę ich zastępców. Okazało się, że prezesi urzędów i przedsiębiorstw państwowych mieli nawet po pięciu zastępców.

– To nie są już nawet oskarżenia, to kalumnie! – Krzyczeli posłowie Partii Konserwatywnej. – Zapłacicie nam za to!

*****

Sefardi był coraz bardziej zbulwersowany zmianami zachodzącymi w aparacie państwowym oraz drastycznie pogarszającym się stanem budżetu. Zagłębiał się w fotel i rozmyślał, dokąd zmierzają zmiany. Biurokraci rośli w siłę i zamożność, stając się klasą uprzywilejowaną. Należały do niej wyłącznie osoby typowane przez gubernatora, działacze Konserwy, członkowie ich rodzin i jego wierni przyjaciele. W swoim gronie nazywali siebie otwarcie nepotami, publicznie byli bardziej wstrzemięźliwi.

Wybrańcy gubernatora otrzymywali luksusowe, doskonale wyposażone, słoneczne gabinety z widokami na zieleń, stawy, jeziora lub rzeki. Budynki odnawiano i modernizowano układając na ścianach marmury sprowadzane z zagranicy, stanowiące same w sobie dzieła sztuki, oraz instalując posadzki zdobne w tak fantazyjne wzory, że wizytującym osobom dech w piersiach zapierało. Między piętrami budynków krążyły wielkie cichobieżne windy ze skórzanymi kanapami do relaksu. Kiedy parking okazywał się za mały, wykupowano sąsiednią posesję razem z budynkami i wyburzano je, aby zrobić miejsce na wielopiętrowy parking podziemny, gdzie samochody rozwoziła zautomatyzowana winda.

Po wprowadzeniu nowych, eleganckich uniformów nepoci chodzili po korytarzach jeszcze bardziej wyprostowani, z wysoko podniesionymi głowami, upierścienionymi palcami, niekiedy nawet ze złotymi łańcuchami na szyi. Najwyżsi urzędnicy nosili garnitury z lejącej się, jedwabistej wełny, latem cienkiej i przewiewnej, zimą ciepłej a mimo to lekkiej. Uniformy szyto na miarę, aby posiadacze prezentowali się w nich dystyngowanie. Opozycja złośliwie twierdziła, że niektórym nepotom z butów wystaje słoma; zaprzeczały temu zatrudnione przez rząd sprzątaczki, twierdząc, że na podłodze znajdowały tylko źdźbła siana, ale nigdy słomy.

W czasie przerw na posiłki nepoci zjeżdżali przeszklonymi windami prosto do restauracji zwanej Cafeteria Classica, gdzie o każdej porze dnia można było znaleźć w menu kawior, bakłażany, ser gorgonzola, świeżą rzodkiewkę normandzką i inne frykasy, łącznie z szerokim wyborem win i szampanów. Sprzedaż wódki ograniczono z uwagi na prostacki charakter i smak tego trunku. Posiłki, choć luksusowe, nie były kosztowne, subwencjonowało je państwo.

W ministerstwach i urzędach państwowych przeprowadzono reformę: kierownicy zostali awansowani na dyrektorów, dyrektorzy na dyrektorów generalnych. Wraz z usprawnieniami i poprawą warunków pracy wzrosło poczucie znaczenia pracy na państwowym stanowisku. Sumienia urzędników wydelikatniały jak puch gęsi, oni sami stali się niezwykle wrażliwi na punkcie swojego statusu i godności. Niektórzy zhardzieli i stali się aroganccy do tego stopnia, że zwierzchnicy a czasem nawet sam gubernator musieli im przypominać zasady savoir vivre urzędnika państwowego.

Wprowadzono również zmiany w obsłudze obywateli. Najpierw zmieniono ich nazwę z klientów na petentów, uznając tę drugą za bardziej stosowną i znaczącą. Na nowo określono prawa, obowiązki i odpowiedzialność petentów. Wkrótce musieli oni załatwiać sprawy urzędowe w białych rękawiczkach, aby nie wywoływać alergii urzędników widokiem zaniedbanych, zniszczonych lub niezbyt wypielęgnowanych dłoni. Zmieniono także procedury, usprawniając proces skarg i zażaleń. Wprowadzono nowe formularze, bardziej dokładne, aby skargi mogły być rozpatrzone z należną im uwagą i szczegółowością. Dyrektorzy urzędów i ich zastępcy zostali zobligowani regulaminami wewnętrznymi do osobistego rozpatrywania skarg nie rzadziej niż raz w miesiącu, co najmniej przez dwie godziny. Uznano to za niezwykłą szczodrość wobec petentów, zważywszy na ilość i złożoność obowiązków wysokich funkcjonariuszy administracji.

Dyskusję na temat pozycji i zachowań urzędników zakłóciła na krótko wiadomość o tajemniczej śmierci ministra finansów, znanego ze szczególnej ekstrawagancji i zamiłowania do ekskluzywnej kuchni. Policja ujawniła, że zginął on w wypadku drogowym. Kiedy rodzina i przyjaciele twierdzili, że było to zabójstwo, rzecznik policji oświadczył, że zbadają także ten motyw zgonu. Następnego dnia rzecznik nie zjawił się w pracy; jego następca podał do wiadomości, że odszedł on z pracy na własną prośbę. Indagowany przez dziennikarzy wyjaśnił tylko, że poprzednik przeszedł operację szczęki i bardzo trudno jest mu mówić.

Mimo, że sytuacja finansowa pogorszyła się wskutek ograniczeń wydatków, rząd uchwalił „Kartę funkcjonariusza państwowego” przyznając klasie urzędniczej nowe przywileje. Za funkcjonariusza uznawano „każdą osobę mianowaną na dowolne stanowisko przez gubernatora, wicegubernatora, ministra, dyrektora departamentu lub jego zastępcę”. Socjologowie określili sytuację mianem rozmytej rzeczywistości. Dokładnie nie było jednak wiadomo, co to znaczy.

Sefardi obudził się, kiedy już ciemniało za oknem. Przypomniał sobie wszystkie obrazy, jakie przewinęły mu się przed oczami. Nie uznał ich za sen, tylko za wizję, projekcję tego, co działo się w kraju. Natychmiast zadzwonił do Iwana Iwanowicza, aby podzielić się niezwykłym przeżyciem. Po wymianie zdań mężczyźni zgodzili się, że jest to jak najbardziej możliwe. Sefardi poczuł dreszcze. Powziął postanowienie, że będzie walczyć z rządem, w szczególności z gubernatorem-premierem Barrasem Blawatsky’m, na miarę wszystkich swoich sił i możliwości, aby nie dopuścić do nieszczęścia.

 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Podejrzenia wobec rządu

Podejrzliwość Sefardiego wobec rządu miała swoje uzasadnienie. Wydatki budżetowe kraju od wielu miesięcy rosły w niebotycznym tempie. Nikt nie umiał przekonująco wytłumaczyć, dlaczego. Indagowany o to na korytarzu parlamentu gubernator odpowiadał lapidarnie:

– Proszę pytać ministra finansów.

Po kolejnym pytaniu, czy on sam nie potrafi tego wytłumaczyć, Blawatsky zatrzymywał się, patrzył wymownie na dziennikarkę i z uśmiechem politowania odpowiadał:

– Ja wiem wszystko, co dzieje się w kraju. Jeśli odsyłam panią do ministra finansów, to tylko dlatego, że jest on w stanie udzielić bardziej szczegółowej odpowiedzi. To jest jego działka. Zna budżet na wylot, z góry na dół i z dołu do góry, z lewej strony na prawą i z prawej na lewą.

Przedstawiciele mediów skarżyli się na utrudniony dostęp do danych statystycznych na stronie internetowej rządu. Informacje pojawiały się z opóźnieniem i były niekompletne. Rzecznicy rządu i ministra finansów dwoili się i troili, starając się wyjaśnić przyczyny trudności, wskazując awarie sieci komputerowej i sprzętu, pożary wywołane przez pracownika pominiętego w awansie, niedobór kwalifikowanych kadr, w końcu ograniczoną przepustowość systemu informatycznego.

– Ministerstwo już dwa razy zmieniało firmę wykonującą konserwację i naprawę systemu informacyjnego. To problem jeszcze z czasów poprzedniego rządu. Nie zrobili tego porządnie i teraz wszyscy cierpimy – tłumaczyła rzeczniczka rządu, postawna, niemłoda już kobieta, o oczach pozbawionych nawet cienia litości.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 7: Dziwne widzenia dowódcy straży

Uwaga: Ten tekst zastępuje poprzedni fragment powieści, który został usunięty.

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Przyćmiło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne, czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga.

Myśląc o tym wieczorem dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen. Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nawet nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety nieprzerwanie od kilku lat. Na korytarzu głównym, na pierwszym piętrze, rzekome sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekał już oddział uzbrojonych ludzi, mężczyzn i kobiet; na teren parlamentu dostali się oni podkopem. Oddział sprawnie opanował korytarz i sąsiednie pomieszczenia, i zabarykadował się. Komandosi byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Po zabarykadowaniu się część jej ukryli, ale tak, by mieć ją pod ręką. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych zauważyli, że twarze porywaczy i zakładników były pokryte wizerunkami drzew i koni.

O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie premierem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

W tym momencie nikt w parlamencie niczego poważnego jeszcze nie podejrzewał. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas twierdzili, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na pewne, niezbyt pozytywne zjawiska w ochronie środowiska. W końcu postawili jasne żądanie: drastyczne ograniczenie wyrębu lasów i niszczenia środowiska naturalnego oraz całkowita ochrona wszystkich gatunków koni przed wyginięciem lub koniec z zakładnikami.  

Do rozmów przystąpiła grupa rządowa na czele z ministrem leśnictwa i środowiska. Hodowcy koni uważali, że nie ma on żadnego zrozumienia dla przyrody, dla nich ani ich zwierząt.

– Traktuje nas nawet nie jak konie, ale jak bydło, a bydło jak śmieci – była to opinia jednego z hodowców, od której odżegnali się inni uznając ją za drastyczną i niewyważoną.

Dla rządu oczekiwania agresorów stanowiły ogromne wyzwanie. Rozmawiano wiele godzin, na początku w tonie wskazującym na możliwość porozumienia. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie.

Nie był poruszony bezwzględnością oczekiwań i gróźb porywaczy. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści, taką też opinię przedstawił premierowi Csudo. Kiedy ten w spokoju swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, również uznał, że są one nieuzasadnione i ekstremalne.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – powiedział tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.  

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w organizacji radykalnego ekologizmu. Podejrzewano, że działały one pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz totalnej ochrony środowiska naturalnego.  

Rozpoczęły się żmudne negocjacje rząd – porywacze. Ich przebieg był transmitowany na cały kraj. Ustępując przed przemocą, której zakończenie siłowe mogłoby przynieść fatalne skutki dla wszystkich stron, rząd złożył propozycję zaostrzenia przepisów i wyłożenia większych środków zgodnie z żądaniami napastników, zdając sobie sprawę, że ich spełnienie będzie niezwykle trudne. Eksperci ministerstwa finansów przez kilka dni i nocy analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sytuacja okazała się beznadziejna, nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to do drastycznego ograniczenia kumulacji kapitału i spadku inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska w postaci interaktywnych ławek dla żołnierzy.

Negocjacje trwały kilka tygodni. Okupanci jak i niektórzy zakładnicy stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ich bez przyczyny, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych gdzieś w parlamencie.

Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się bezwiednie po udach, aby upewnić się, czy to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

Rząd zachęcany przez dużą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania.

Mimo żądań uczestnictwa, w rozmowach nie mógł uczestniczyć Mesjasz, szef i właściciel Partii Konserwatywnej. Miał problemy ze zdrowiem, napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Mężczyzna upadł wcześniej na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej, w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy utrudniającego mówienie. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo tego zdecydował się spotkać z porywaczami, aby ostatecznie zakończyć kryzys, choć spotkanie odradzał mu najbliższy krąg współpracowników oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywiózł mu protezę prawej ręki do domu. Kiedy stan zdrowia Mesjasza pogorszył się, zabrano go do szpitala. Przebywając w separatce był starannie strzeżony przez grupę antyterrorystyczną, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament może być częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Kiedy Mesjasz wychodził ze szpitala, blady i wycieńczony, witały go rzesze zwolenników. Podziwiano go za chęć prowadzenia negocjacji mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią, udzielać wskazówek premierowi i konsultować się ze społeczeństwem.

Jeszcze tego samego dnia problem sam się rozwiązał. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostałe osoby czekały niezdecydowane, co robić. Kiedy na korytarz wkroczyli strażnicy, nikt nie stawiał oporu. Dopiero wtedy okazało się, że napastnicy nie mieli prawdziwej broni ale atrapy. Znikli tylko prawdziwi napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Rozpoczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi policję i wojsko, obiecując wysoką nagrodę za skuteczną pomoc w poszukiwaniach.

Napad na parlament uznano za nieudany test ekoterrorystów, jak daleko rząd jest gotów pójść na ustępstwa.

– To tylko kwestia czasu, że rząd będzie musiał ustąpić – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to jego osobista opinia.

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z koszmarnego ni to snu, ni to czuwania, rzeczywistość okazała się inna. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie. Groził, że się wysadzi w powietrze, gdyby rząd odmówił. Był to bluff i siłą usunięto go z hallu parlamentu.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie tego terroryzmu. Przeminie tak, jak każdy inny ruch radykalny – była to opinia żony.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Nie był jednak o tym całkiem przeświadczony, ponieważ jego przeżycia były zbyt wyraziste. Czuł podświadomie, że były prorocze. Zdarzały mu się wcześniej takie widzenia, ukrywał je jednak skrzętnie. Miał zdolność jasnowidzenia, którym zajmował się z powodzeniem w przeszłości. Raz czy dwa razy zdarzyły mu się jednak potknięcia, jego przewidywania nie sprawdziły się. Wtedy właśnie musiał porzucić swoje ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed przełożonymi. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

4Shares

Kronika narodu wybranego. Przegląd znaczących wydarzeń krajowych

W dniach wcześnowiosennych w Nomadii nie zabrakło wielkich wydarzeń. Prezydent republiki wziął udział w zawodach przeciągania liny z Mężem Świątobliwym o puchar Referendum. Ludzie entuzjazmowali się. Przyjmowano zakłady, kto wygra i komentowano.

– Obydwaj zawodnicy to znane osiłki. Prezio to prawdziwy zakapior, ale Czcigodnemu też niczego nie brakuje. Popatrz, jak mocno stoi na nogach!

Prezydent powiedział ważne słowa: – Ufam. Uczciwość, a nie cynizm i draństwo,  na co Czcigodny odpowiedział, że on nie wierzy w jego zwycięstwo bez względu na słowa.

– To imposybilizm – dodał. – Nie takich zawodników kładłem na łopatki. Prezio jest tylko mocny w pysku, zupełnie jak moja papuga.

Opozycja jak zwykle twierdziła swoje: – Prezydent brnie w pomysły.

Zwolennicy Czcigodnego byli tak pewni jego zwycięstwa, że z uśmiechem lekceważenia leniwie sączyli słowa: – Spoko! Zobaczymy! Nie zastanawiałem się! Nasz zawodnik jest twardy jak żelazna sztaba.

W tym samym czasie Minister Uczciwości, zwany Osobnikiem o Rumianym Obliczu, niezwykle ciekawie mówił o sędziach.

– Kradną, nie są transparentni, widać na wylot, co myślą i co kradną.

– A co myślą i co ukradli – zapytał dziennikarz.

– Myślą tylko o sobie, to egoiści korporacyjni, najgorszy sort. A co do kradzieży to były one bardzo poważne: nożyczki pneumatyczne, kiełbasa oraz para zielonych skarpetek sportowych.

W parlamencie, gdzie wtargnęły kobiety w potrzebie, też nie zabrakło dynamiki. Rząd udostępnił im korytarz na konsultacje w sprawie pięciuset złotych na rehabilitację dorosłych dzieci.

– Pięćset złotych to bym prosto z serca wyjął, nie jadłbym cały tydzień, aby tylko wam pomóc. Ale od lat nie widziałem takiej kupy pieniędzy – oświadczył Czcigodny, który zjawił się prawie natychmiast na miejscu wydarzeń. Obecni byli także minister ds. długich negocjacji, premier i jego cały gabinet. Tylko ex-premier była nieobecna, ponieważ wyjechała służbowo na światowy spływ kajakowy w niezwykle ważnych i nieciepiących zwłoki sprawach państwowych. Kobietom w potrzebie przysłała telegram: „Myślę o was nieprzerwanie. Stop. Spać nie mogę z troski. Stop. Komary tu takie, że jak mnie obsiadły, to pytały siebie nawzajem: Zjemy ją tu na miejscu czy zabierzemy do domu? Stop. Cierpię, a mimo to myślę o was. Stop. Wytrwajcie. Kocham Was! Stop”.

W mieście dwie patriotki i jeden patriota narodowy pobiły Gwinejczyka Diaro, krzycząc, że nie dopuszczą, aby zaśmiecał ulice i w ogóle cały kraj. Jak kobiety zeznały po dojściu do siebie, to on ich pobił a następnie całą trójkę zaciągnął do aresztu.

Rzecznik rządu oświadczył:

– Uczyniliśmy wszystko, aby takie akty brutalności nigdy nie miały miejsca. Nie życzymy też sobie, aby obcy sprawcy zaśmiecali nam ulice i w ogóle cały kraj.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

 

6Shares

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

0Shares

Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

0Shares

Eksperymentu ciąg dalszy tym razem dokończony

Eksperymentując czerpię natchnienie z pobożności, broń Boże własnej, płynącej z samotnego odwiedzania kościoła, choć i tam bywam, i wiem jak wygląd osobnik duchowny, ile z oglądania ważnych osób chodzących do kościoła gromadnie, tych ze świecznika a może nawet i spod kandelabra, różnych prezydentów, premierów, ministrów, prezesów, sekretarzy różnych stanów, senatorów i marszałków, posłów i innych ważniaków

– „Eh, jest tego do groma” – chciałoby się powiedzieć, jak mawiał słynny malarz hiszpański Francisco José de Goya y Lucientes, który też się zachwycał nienormalnością, różnymi inkwizycjami, przekształcając je pędzlem w psy, parasolki, wisielców, chimery oraz czarownice ucztujące na piekielnym sabacie.

Widzę ich często, te osobistości spod świecznika i kandelabra, w kościele, jak patrzą poważnie do przodu, sztywni, w garniturach z kantami, stoją razem, klękają razem, razem otwierają usta, razem wchodzą i razem wychodzą, ocierając się o siebie aż iskrzy. Coś z tego chyba wynika.

Ostatnio gryząc orzechy rozgryzłem, że to coś, to wątpliwe korzyści dla kraju, tego, tutaj, który był znany w Europie i na świecie, a teraz jest jeszcze bardziej znany, tylko w odwrotnym kierunku, kiedy obcy wskazują na nas palcami, a na ich wargach pojawia się wielki znak zapytania, jak to się stało, lub przerażenia, że można zajść tak daleko, tak szybko i tak beznadziejnie głupio.

Pobożne Naczalstwo spod urządzeń oświetleniowych, bo tak można by ich nazwać, jest tematem wielkiego obrazu, większego niż Panorama Racławicka, który maluję zbieranymi każdego dnia fragmentami, do czasu do czasu chlapiąc na płótno złotem orderów, czerwienią wstydu, bielą niepewności oraz lazurem nadziei.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

0Shares

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu. 

0Shares

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Rząd pędzi do przodu, a my razem z nim. Tylko opozycja odstaje. Coś jej się pomyliło z projektami ustaw o aborcji, zdaje się, że zapomnieli o kobietach.

– To letarg zimowy – wyjaśniali. Aby nie dać się zagonić w kozi róg, wymyślili szybko hasło „byle do wiosny” jako środek leczniczy przed kolejnym atakiem zimowej depresji.

Naród wciąż żyje zmianami w rządzie. Nie ma już Antoniego Macierewicza, co mnie zasmuciło, bo znikła szansa Polski na sławę jako oszczędnościowej potęgi militarnej, bez generałów i helikopterów. Sam były minister spoważniał, nosi teraz bardziej zdecydowane oblicze i bardziej zmierzwioną brodę. Chętnie odpowiedział na pytanie reportera TV co do swej przyszłości:

– Jest pan niezwykle uprzejmy. Jestem wdzięczny za pytanie, ale bardzo się spieszę. Niech Bóg pana błogosławi.

Najbardziej odejściem ministra Macierewicza zmartwili się wojskowi; generałowie chodzili ze zwieszonymi głowami, we wszystkich koszarach pojawiło się serdeczne, żołnierskie hasło: „Wojsko bez Macierewicza, to jak baba bez cyca”. Żołnierze umieją wyrazić głębokie uczucia tęsknoty.

Pan premier też nie zasypiał gruszek w popiele. Odwiedził Fabrykę Proszków Mlecznych oraz wzorowe gospodarstwo hodowlane. W oborze premier wyróżnił Krasulę głaskając ją po łbie, po czym wyjawił: „Byłem kiedyś wprawny w fachu dojenia krówek”. Mówił chyba o krówkach mlecznych, bo zaraz potem wzniósł toast mlekiem. Towarzyszący mu minister, mężczyzna o dobrze odżywionej twarzy, która widziała w życiu niejedno morze alkoholu, zapowiedział, że Polska będzie produkować szampan mleczny, unikalny w skali Unii Europejskiej. Oświadczył krótko:

– Jesteśmy bardzo nowocześni, a będziemy jeszcze bardziej. Znowu pozytywnie zaskoczymy Unię Europejską.

W drodze powrotnej premier zastanawiał się, jakby umiejętnie wykorzystać umiejętność dojenia w celu zasilenia gospodarki w fundusze niezbędne do realizacji wielkich celów: lotnisk, kopalń i fabryk, oraz jakie źródła dochodów budżetu można by uznać za dojne krowy. Wprawdzie rozwiązania nie znalazł, cieszył się jednak, że ma w głowie dwa pomysły godne uwagi.

Nic narodu tak nie cieszy jak pomysłowy rząd oraz dobre pomysły na przyszłość – pomyślał premier, wysiadając z samochodu.

Michael Tequila w księgarniach: "Sędzia od Świętego Jerzego", "Klęczy cisza niezmącona", "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco". Recenzje książek na górym pasku menu na tej stronie.

0Shares

Niezwykłe zwycięstwo i strumień życzeń gorących jak lawa

Iwan Iwanowicz opowiedział mi dziwną historię. Przysnął w fotelu i śniło mu się, że ze szpitala psychiatrycznego po zażyciu narkotyków uciekła razem grupa pielęgniarzy i pacjentów, jednostek bardzo różnych, wierzących i niewierzących, wykształconych i po zawodówce, którzy odurzeni narkotykami mieli wizję, że wszyscy ludzie wokół, bez wyjątków, są nieszczęśliwi i oni muszą ich koniecznie uszczęśliwić.

Kiedy się obudził z dziwnego snu podawano w telewizji, że w grach zespołowych reprezentujemy poziom światowy i po dwóch latach ostrej rywalizacji nasza reprezentacja narodowa odniosła niesamowity sukces wygrywając z Wielkim Bratem Ruro, pokazując światu naszą dumę, odwagę i mądrość sportową. W uznaniu tego osiągnięcia Wielki Brat obiecał naszej reprezentacji cenne sankcje oferując dodatkowo trzy miesiące na doprowadzenie się do pełnej formy w rozgrywkach finalnych. Zwycięstwo naszej reprezentacji było tej miary, że rozpisała się o nim cała prasa światowa, a Amerykanie wysłali nawet grupę specjalnych obserwatorów do Warszawy.

Potem Dziennik TV podał, że do najwyższych władz szerokim strumieniem płyną życzenia świąteczne i noworoczne. Są one tak gorące, że strumień nie zamarza mimo ujemnych temperatur. Niektóre życzenia były bardzo egzotyczne:

  • Naszemu Wspaniałemu Premierowi – z okazji inauguracji nowiutkiego gabinetu – wielkiego powodzenia w Kochanej Europie, ocieplenia wizerunku, skutecznej akcji rechrystianizacji oraz wielu serdeczności ze strony Ministra Z i Ministra M;
  • Panu Prezydentowi – długich i udanych szusów narciarskich w dół, w kierunku palm i plaż tropikalnych, gdzie można wspaniale wypocząć, orderu za Prawdę i Niezłomność oraz serdecznych żołnierskich uścisków od Ministra M;
  • Rysiowi C z Brukseli – kolorowej, puchowej poduszki z wyszytymi na niej gorącymi ustami jego Ukochanego Bohatera, aby wygodnie trzymał na niej nocą swoją pracowitą siwą głowę, oraz szybkiego zimowego roweru do lotnego pokonywania dystansów Bruksela – Warszawa – Strasburg;
  • Zwolennikom i adoratorom partii rządzącej – pomyślności w załatwianiu spraw w sądach, coraz szybszych i sprawiedliwszych, w przychodniach lekarskich, coraz wygodniejszych i sprawniejszych, oraz w ZUS-e, nieskończonym źródle szybszych i tańszych emerytur.

Życzeń było tak dużo, że tego dnia telewizja nie mogła przedstawić ich więcej, mimo że była to telewizja publiczna o wielkiej przepustowości i obiektywności.

0Shares