Blog Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 2 i ostatnia.

Dzisiaj nie czuję się na siłach zadeklarować dnia uprzejmości.

Nie łudźmy się, jeśli jeszcze nie jesteśmy to stajemy się (w większości, nie w całości) społeczeństwem prostackim i prymitywnym. Opinie te wciskają mi usilnie i nieprzerwanie m. in. osoby wypowiadające się na licznych blogach Onetu, jak również sami właściciele platformy, którzy tolerują obraźliwą beznadziejność wypasającą się na ich łąkach.

Społeczeństwo garbacieje powoli, stopniowo. Widać to po stronie popytu jak i podaży kultury. Schodzi ona na psy, nie miejmy co do tego złudzeń. Łatwa, tandetna rozrywka krok po kroku, niezauważalnie, zajmuje miejsce rozrywki bardziej wyrafinowanej. Lubiłem kiedyś kabarety, szczególnie „Kabaret ani mru, mru”, „Kabaret Moralnego Niepokoju” oraz „Kabaret Hrabi”. Moje uczucia powoli więdną i umierają. Obserwuję widownię, za co oklaskuje aktorów kabaretowych. Ze scen kabaretowych coraz częściej i gęściej padają grubiańskie słowa i aluzje seksualne na poziomie zaświnionych krzaków, co – o zgrozo – widzowie entuzjastycznie oklaskują, jakby im ktoś w kieszeń narobił. Przepraszam za dosadność.

Są oczywiście twórcy, którym należałoby całować stopy, walczący z przemożnym trendem rosnącej bylejakości. Krystyna Janda wyjaśniała kiedyś, że wystawia niektóre spektakle teatralne bez specjalnych ambicji tylko po to tylko, aby zaspokajając gusta masowej widowni zarobić pieniądze i wystawić bardziej ambitną sztukę, na którą przychodzą nieliczni, bo jest bardziej ambitna, wymagająca i wyszukana.

W świecie komercji, która coraz bardziej osacza społeczeństwo, dostawcy kultury kierują się coraz wyraźniej gustami niższych szeregów konsumentów. Jeśli odbiorca, dostatecznie „masowy” życzy sobie produkt, o którym bohater Krokodyl Dundee mówi „It tastes like shit, but you can live on it” to coraz łatwej znajdują się producenci takiego g…a.

Kultura masowa w telewizji nie ma ambicji ciągnięcia społeczeństwa w górę oferując twórczość bardziej uduchowionych i utalentowanych autorów. Reaguje ona chętniej na ludzi mniej wybrednych, który pragną napchać się raczej niż nasmakować pięknem formy i bogactwem treści konsumując je bardziej w stanie fizycznej niż duchowej satysfakcji.

Powieść źle się sprzedaje, jeśli książka nie jest dostatecznie gruba. Ceny książek są ustalane w proporcji do ich grubości; im więcej stron tym lepiej. Możesz napisać arcydzieło literackie, ale nikt go nie opublikuje, jeśli książka jest zbyt cienka. Są techniki nadmuchiwania grubości książki: mniejszy format, większa czcionka, grubszy papier.

Dzisiejszy czytelnik coraz wyraźniej przepoczwarzający się w konsumenta, chce dużo treści za pieniądze i ją dostaje. To on określa wartość książki, kupując ją, a nie krytycy literaccy, znawcy literatury, nauczyciele-poloniści, ludzie kultury i wyrobieni czytelnicy, umiejący napisać rzeczową, wyważoną i przekonywującą opinię. Duże jest łatwe. Małe jest trudniejsze, ponieważ trudne jest wydobycie esencji. Prezydent de Gaulle zapytany, jak przygotowuje się do przemówień, z których był znany, odpowiedział mniej więcej tak: Jeśli mam mówić kilka godzin, mogę zacząć od razu, bez przygotowania. Przemówienie półgodzinne zajęłoby mi kilka godzin przygotowań. Jeśli miałby mówić trzy minuty, to musiałbym popracować nad tym kilka dni.

Sztuka nie służy zabijaniu czasu, ani leniwemu pochłanianiu treści, ale głębszym przeżyciom, intensywnym i oryginalnym, poszerzającym horyzonty ludzkiej egzystencji. Musi być bliżej Boga, na wzór którego podobno zostaliśmy stworzeni, niż dostawców kultury starających się zaspokoić masowe, czyli nijakie, gusta. Masowość nie jest domeną wielkiej sztuki, ale konsumpcji. Kultura jest elitarna, a masy nie lubią elit.

Dziwimy się politykom, tym na piedestale, premierom i przywódcom opozycji, że nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, aby byli. Oni nie są i nie będą inni; są tacy sami jak większość społeczeństwa. Gdyby byli mądrzejszy, uczciwsi, walczyliby o dobro narodu, społeczeństwo nie udzieliłaby im tyle poparcia, aby przetrwali. – Dlaczego do polityki nie garną się profesorowie, wybitni artyści, najlepsi prawnicy? – Bo my, społeczeństwo, nie pomoglibyśmy im realizować aspiracji wznoszenia się na wyższe poziomy, sięgania poza własne egoistyczne pragnienia i ambicje.

Wyraziłem swój niepokój, lecz nie oferuję rozwiązania. Nie znam go, może dlatego, ze rozwój społeczeństw widzę najwyraźniej w kategorii alienacji rozumianej jako „ proces odrywania się wytworów ludzkiej działalności od swych twórców, urzeczowienia produktów ludzkiej pracy, instytucji społecznych oraz idei, jako niebezpieczeństwo podporządkowania sobie człowieka”.

 

 

Czytajcie książki!

Aby nie być gołosłownym w kaznodziejskiej pasji nawoływania do dobrego czynu, sam dużo czytam. Z przyjemnością poznaję teraz powieści i opowiadania pisarzy południowoamerykańskich, najchętniej utwory z lat 1980-tych i późniejszych, autorów takich, jak Carlos Fuentes (Instynkt pięknej Inez), Mario Vargas Llosa (Rozmowa w „Katedrze”), Julio Cortazar (Opowiadania 1), Gabriel Garcia Marquez (Nie ma kto pisać do pułkownika).

Każdy ma swoje preferencje. Sam cenię szczególnie pisarzy Ameryki Południowej. Nie jest to przypadek. Spędziłem cztery lata na tamtym kontynencie i znam dobrze język hiszpański. Sceny i ludzie z książek wspomnianych autorów są dla mnie zrozumiałe, bliskie, serdeczne i swojskie. Ameryka Południowa i jej kultura ma swoją odrębność. Jest w niej między innymi tajemniczość i nostalgia. Za racji przeżytych tam kilku lat, spotkań, rozmów, podróży i obserwacji, łatwiej jest mi rozumieć, co to znaczy maniana, religijność i sposób postępowania bohaterów oraz widzieć i rozpoznawac kształty budowli, krajobrazy, roślinność i zapachy. Do dziś pamiętam intensywny zapach wielkich plantacji cebuli w okolicach jeziora otoczonego wzgórzami czy widok kolumbijskich wieśniaków czekających na pogrzeb przed masywnym kościołem w zagubionej miejscowości. Większość z nich nosiła kapelusze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, oraz ruany, gdzie indziej zwane poncho. W pierwszym przypadku zapamiętałem ogromne ciężarówki pełne cebuli, w drugim kobiety, ich indiańskie rysy i czarne kapelusze przypominające cylindry.

Książka daje szczególną radość i satysfakcję. W szalonym, coraz bardziej zwariowanym świecie, w jakim żyjemy, dostarcza emocji, rozrywki i wiedzy wielokrotnie przewyższającej telewizję. Książka stymuluje umysł czytelnika wywołując jego własne skojarzenia i myśli, telewizja zaś tłoczy własne obrazy i idee do głowy widza. Książka oznacza delektowanie się, telewizja pochłanianie akcji i wrażeń, często beznadziejnie uproszczonych lub wręcz głupich.

To, czym jesteśmy, jest wynikiem dziedzictwa genetycznego, wychowania i doświadczeń życiowych. Nie wszytko można przeżyć, aby nauczyć się, jak mądrzej żyć. Mądrość można czerpać z książek. Uczymy się z nich myślenia innego niż nasze własne, rozwiązywania problemów, widzenia i rozumienia świata odmiennego od tego, w którym sami żyjemy, prawdziwego lub wyimaginowanego. Czytając, rozwijamy i wzbogacamy własne umiejętności przeżywania tego, co nas spotyka każdego dnia.

Mam przyjaciela, który uważa, że literatura beletrystyczna nie daje satysfakcji, ponieważ nie przedstawia faktów i prawdy o tym, co się naprawdę zdarzyło. Akceptuje on zasadniczo tylko przekazy tekstowe i obrazowe, które pokazują rzeczywistość taką, jaka miała miejsce, fakty i wydarzenia.

Ja odbieram świat inaczej. Uważam, że fikcja literacka, o ile nie jest to czysta fantastyka, też pokazuje rzeczywistość, tylko w inny sposób, może bardziej artystyczny, ale również prawdziwy. Jeśli powieść opisuje romans, jaki miał miejsce w czasie wojny, to przedstawia ona czasy, bieg rzeczy, naturę zdarzeń i uczucia, jakich ludzie wówczas doświadczali. Być może nie dokładnie tak, jak sami kochankowie powieści, ale jak inni ludzie, którzy kochali się w czasie wojny przeżywając strach, niepokój, przerażenie, nadzieję, osamotnienie, biedę, chwile szczęścia, ciepło i zimno, dotyk bliskiej osoby.

Warunkiem sukcesu czytelniczego jest znalezienie dobrej, ciekawej, a idealnie pasjonującej książki. Wybór autora i utworu zależy tylko od nas. Jest to wielkie wyzwanie. Warto poświęcić czas i znaleźć dobrą książkę, niż iść na łatwiznę i czytać potem coś, co nie jest najwyższego lotu i nie przynosi pełnej satysfakcji.

Jak pisać? Mieć coś ważnego do powiedzenia

Od kilku tygodni czytam z uwagą i autentycznym zainteresowaniem książkę autorstwa Giulii Giuffre, dziennikarki, zatytułowaną „A Writing Life”, który to tytuł (znając treść książki) przetłumaczyłbym na polski język jako „Życie pisarki”. Jest to zbiór wywiadów z 16 pisarkami australijskimi starszego pokolenia (książka została wydana w 1990 roku). Jedna z pisarek, Helen Heney, co jest nader ciekawe, spędziła w Polsce pięć lat i to w latach 1950-ych, co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało. Helen Heney mówi o osobie: Po prostu zakochałam się w tym kraju (I simply lost my heart to the place). Moja pierwsza powieść jest osadzona w Polsce (The Proud Lady, 1951).

Wydaje się, że w wywiadach przewijają się wszystkie tematy, jakie mogą interesować pisarza (Posługuję się rodzajem męskim opisu zawodu, aczkolwiek mam na myśli jak najbardziej także kobiety-pisarki. Każdy język ma swoje słabości i niedostatki. W języku polskim brak jest terminu, który obejmowałby zarówno mężczyzn jak i kobiety uprawiające zawód pisarski).

Wywiady dostarczają niezwykłej, „z pierwszej ręki” wiedzy zawierającej zalecenia jak pisać. Z własnego doświadczenia wiem, jak znaczące mogą to być zalecenia.

„Miej coś ważnego do powiedzenia”. Szczerze podzielam tę opinię-imperatyw. Nie sposób jest napisać dobrą powieść, jeśli nie mam czegoś ważnego do przedstawienia. W powieści chcę coś zakomunikować, wyrazić coś, co ma szczególne znaczenie: przeżycie, ostrzeżenie, opinię o czymś lub o kimś ważnym. Może to być konflikt, walka, miłość lub niezdolność do kochania, okropna porażka lub wielkie zwycięstwo, odkrycie, cierpienie lub szczególne przeżycie, tęsknota, cokolwiek, co czytelnik zrozumie i doceni.

„Ważność” tego, co chcemy wyrazić, inspiruje wyobraźnię i wyzwala myśli i sformułowania, których inaczej nie sposób wydobyć. Tak widzę w szczególności twórczość poetycką i towarzyszące jej dwa krańcowe nastroje: wzniosłości, uniesienia, ogromnej radości oraz przygnębienia, smutku i rozpaczy. Poruszanie się między dwoma ekstremami uczuć pozwala dogłębniej widzieć dwie strony rzeczywistości, wzbogaca i stymuluje zdolność pisania.

Aby dobrze pisać, musisz naprawdę pragnąć wyrazić coś doniosłego, niebanalnego.

Za i przeciw umowie ACTA

Najpierw cytat z Wikipedii: „Porozumienie ACTA jest wymierzone przeciwko wszystkim przejawom naruszania cudzej własności intelektualnej. Największe kontrowersje wzbudzają jednak przepisy dotyczące wykroczeń w środowisku cyfrowym, głównie z wykorzystaniem sieci komputerowych”.

W istocie „Porozumienie ACTA” jest nieporównywalnie obszerniejsze. Dotyczy także sprzedaży leków (i to nie tylko przez Internet), towarów fałszowanych (podróbek), naruszania praw autorskich, kontroli granicznych i kilku innych spraw.

Niektóre zastrzeżenia i protesty wobec ACTA rozumiem i popieram. Niektórych nie rozumiem i założyłbym się, że wiele osób protestujących „hurtowo” wobec ACTA też ich nie rozumie. Popieram sprzeciw wobec niejawnej formy negocjacji w sprawie porozumienia ACTA. Nie wiem jednak, w jaki sposób ACTA narusza konstytucyjną wolność słowa. Musiałbym wgryźć się w ten temat, gdyż jak dotychczas sam nie odczułem naruszania mojej wolności słowa w Internecie, choć jestem pisarzem, publikuję książki w formie cyfrowej w Internecie, prowadzę własną stronę internetową, mam stronę na Facebooku, prowadzę obszerną korespondencję elektroniczną, korzystam ze Skypa, uczestniczę w dyskusjach na forach elektronicznych itp.

Zdecydowanie popieram ACTA w jednym konkretnym obszarze. Chodzi o autorskie prawa osobiste i autorskie prawa majątkowe (copyright). Jestem za prawnym zakazem swobodnego dysponowania utworami (książkami publikowanymi i sprzedawanymi w Internecie) sięgającego poza granice zwykłych uprawnień nabywcy utworu i ściganiem tych wykroczeń. Moje publikacje są sprzedawane po bardzo umiarkowanej cenie (US$ 1.99 tomik wierszy i US$ 2.99 powieść) i byłbym bardzo niezadowolony, gdyby ktoś kupił lub otrzymał ode mnie bezpłatnie moją książkę w wersji elektronicznej (ebook) a następnie rozprowadzał ją w sposób nieograniczony wśród przyjaciół i znajomych czy wręcz sprzedawał w Internecie lub poza Internetem (po wydrukowaniu). Ceny książek elektronicznych są znacznie niższe niż książek drukowanych i to dodatkowo uzasadnia zakaz naruszania autorskich praw majątkowych.

Za książką (drukowaną bądź elektroniczną) stoją miesiące a nawet lata pracy autora. Autor książki elektronicznej oprócz wielkiego wkładu czasu, pracy, energii ponosi także ryzyka i koszty. Przez kilka lat jego sytuacja może być taka, że ponosząc koszty nie osiąga żadnych lub osiąga bardzo minimalne wpływy. Pisarze i wydawcy książek ostro konkurują ze sobą; sprzedać książkę jest bardzo trudno. Moje koszty jako autora to przykładowo (w kolejności ich powstawania): korekta/edycja tekstu, formatowanie tekstu zgodnie z wymaganiami platformy wydawniczej (około 50 dolarów), opracowanie okładki elektronicznej (100 – 200 zł). Profesjonalna korekta tekstu jest szczególnie kosztowna: korekta jednej (!) standardowej strony (1800 znaków włącznie ze spacjami) może kosztować od 5 do 11 zł). To są koszty bezpośrednie. Oprócz tego są koszty pośrednie.

Przedstawiam powyższe fakty z nadzieją, że mój głos w dyskusji o ACTA zostanie wysłuchany a moje racje zrozumiane. Wypowiadam się w konkretnej sprawie odnoszącej się do Porozumienia ACTA i nie mam w tej materii wątpliwości. Internet stał się polem do nadużyć dla osób, które przyzwyczaiły się do bezpłatnego pobierania, kopiowania, powielania i dystrybucji materiałów, za którymi stoją ich autorzy oczekujący uznania ich praw autorskich. Rozumiem niechęć wobec autorów, którzy żądają za swoje utwory tak wygórowanych cen, że staje się on praktycznie niedostępny dla wielu osób. Część z nich może to uznać za wygodną wymówkę do nielegalnego „przyswojenia sobie” lub „zdobycia” utworu. Myślę, że autorzy ustalający rozsądne ceny mają szczególne prawo oczekiwać uczciwego postępowania z ich książkami oraz ścigania tych osób, którzy nadużywają praw autorskich.