Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 214: Zamach bombowy w kawiarni

Zwiedzając japońską kawiarnię Sefardi nie krył zaskoczenia. Nie pytał o szczegóły, domyślając się, że wnuk dzieli się z nim prawdopodobnie także swoimi doświadczeniami. Nie mieściło mu się w głowie, że Sato i jego partnerka preferowali kontakty wirtualne raczej niż bezpośrednie spotkania. Zapytał Enrique o to.

– Im to odpowiada. Oboje zaspokajają swoje pragnienia seksualne, podniecają się, przeżywają akty miłosne, snując marzenia i fantazje erotyczne. Co ważne, nie tracą czasu na dojazdy. Ich spotkania niewiele ich kosztują. To tylko koszt wynajmu sali i użytkowania komputera. Mają tu idealne warunki do intymnych spotkań. Niejednemu mężczyźnie nie przeszkadza nawet to, że za jego plecami stoi jeszcze ktoś inny. To kwestia poczucia bezpieczeństwa. Domyślam się, że ciebie to dziwi, bo jesteś osobą starszej generacji. Tutaj, w kawiarni, panuje współczesność. Sato i jego partnerki zachowują się całkowicie swobodnie, sami określają sobie reguły postępowania. Są wolnymi ludźmi, nie chcą wiązać się ze sobą, chcą żyć bez zobowiązań. Oni nawet uważają, że nie mogą tego zrobić, bo nie mają czasu ani możliwości. Nie mają chęci spotykać się ze sobą bezpośrednio. Mieszkają z dala od siebie, długo pracują, bardzo dobrze zarabiają, są zadowoleni z pracy, prowadzą bogate życie. Każde z nich ma swoich przyjaciół. To jest miłość w nowoczesnym wydaniu. Media nazywają to cyberseks, czyli seks online – wyjaśnił Enrique uprzedzając pytanie dziadka. – W moim środowisku i w moim pokoleniu nie jest to wstydem, ale zaletą. To znak czasu.

Drogę do drzwi wyjściowych z kawiarni mężczyźni przeszli w milczeniu. Sefardi potrzebował czasu na oswojenie się z czymś, czego nie znał ani nie rozumiał, co było jak najbardziej rzeczywistością i zdobywało coraz więcej zwolenników. W końcu pomyślał, że nowa forma relacji damsko-męskich daje ludziom znacznie więcej niezależności i że rząd czeka twardy orzech do zgryzienia, aby przekonać ich do prokreacji.

*****

Kilka dni później w kawiarni wybuchła bomba. Policja natychmiast podjęła śledztwo. Większą część zdarzenia odtworzono z monitoringu. Przy krawężniku na ulicy zatrzymała się furgonetka. Wysiadł z niej mężczyzna z brodą tak gęstą, że nie sposób było rozpoznać rysów twarzy, tym bardziej, że na głowie miał czapkę zasłaniającą uszy i nosił ciemne okulary. W prawej ręce trzymał paczkę. Przybysz rozejrzał się nieufnie na boki, podszedł do okna i przez chwilę przy nim majstrował. Chyba wcześniej coś tam zrobiono, ponieważ w ciągu kilkunastu sekund było już otwarte. W kawiarni zainstalowany był alarm, ale nie włączył się. Zamachowiec wszedł do środka przez okno. Po kilkudziesięciu sekundach wyszedł tą samą drogą, docisnął ramę okna do ściany, wsiadł do furgonetki i odjechał.

W momencie eksplozji bomby w kawiarni znajdowało się niewiele osób. Było krótko po dziesiątej rano. Wybuch rozerwał stojące w pobliżu meble na strzępy; ich szczątki leżały rozrzucone po wszystkich kątach. Widok był nie tyle straszny, ile dewastujący. Pierwsza myśl personelu była taka, że eksplodował kocioł centralnego ogrzewania piętro niżej.

Policjanci długo pracowali na miejscu zdarzenia. Kawiarnię zamknięto, budynek i przynależny do niego parking odgrodzono od ulicy. Przyjechali pirotechnicy, aby sprawdzić, czy nie ma jeszcze innego ładunku. W sobotę, następnego dnia po tragedii, w kawiarni zapanowało prawdziwe szaleństwo; przez cały dzień przychodzili ludzie, aby obejrzeć miejsce zamachu.

Śledztwo doprowadziło policję tylko do okna, przez które wniesiono ładunek wybuchowy. Oprócz sposobu wejścia złoczyńcy do kawiarni i zakresu szkód nic więcej nie udało się ustalić. Sprawca nie pozostawił za sobą śladów. Jego pojazd w momencie parkowania przed kawiarnią miał fałszywą tabliczkę rejestracyjną. Była to zwykła furgonetka, jakich tysiące porusza się po kraju. Sefardi domyślał się, że mogła to być akcja tajnej policji skierowana przeciwko tym, których rząd nazywał „odszczepieńcami”, „zboczeńcami” i „bezpośrednimi wrogami prokreacji”.

*****

Bomba zjednoczyła przeciwników prokreacji konsolidując wszystkie ich nurty, włącznie z homoseksualistami i cyberseksiarzami, oraz uruchomiła falę doniesień o nadużyciach władzy. Wkrótce nastąpiły dwa dalsze zamachy bombowe, ktoś podpalił także klub osób o odmiennych orientacjach seksualnych. Kiedy członkowie klubu w pośpiechu opuszczali budynek nieznani sprawcy napadli na nich i pobili.

Media donosiły o nadzwyczajnej aktywności policji, porwaniach, tajemniczych podpaleniach, akcjach szkalowania i dywersji, manifestacjach i kontrmanifestacjach. Na spotkaniach publicznych pojawili się prowokatorzy. Organizatorzy imprez oskarżali o to policję i rząd. Gubernator ignorował te głosy, szef policji, Babochłop, zaprzeczał oskarżeniom. W Internecie pojawiły się doniesienia, że to patriotycznie nastawieni obywatele i organizacje wrogie zboczeńcom dają znać o sobie.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 211: Sala Spowiedzi i Sala Nieba Czyśćca i Piekła

Kamery w Sali Spowiedzi były miniaturowe i tak zręcznie ukryte, że nawet wprawne oko nie było w stanie ich zauważyć. Uspokajało to Eminencję, gdyż ujawnienie inwigilacji wiernych przez kościół byłoby równoznaczne z kompromitacją i koniecznością jego natychmiastowej rezygnacji ze stanowiska. Samą rezygnację Eminencja potrafiłby przeboleć, ale nie kompromitację, bo ta byłaby obrazą nie osoby, ale Kościoła i Boga. Byłoby to świętokradztwo. Eminencja przypomniał sobie działanie systemu.

Kamera najbliższa wejścia wychwytywała osobę wchodzącą na salę i natychmiast koncentrowała się na jej twarzy. W ułamku sekundy sprawdzała, czy jest to osoba zarejestrowana już w systemie, czy też nowa, wymagająca rejestracji. W drugim przypadku system automatycznie nadawał numer identyfikacyjny i zapisywał dane. Były one przetwarzane w czasie rzeczywistym. Jak tylko na ekranie ściennym wyświetlił się numer osoby czekającej w kolejce na spowiedź, ksiądz w konfesjonale widział już ją na swoim ekranie umieszczonym na wysokości oczu wraz z danymi personalnymi. Informacje o osobie zarejestrowanej już wcześniej obejmowały imię, nazwisko, wiek, wzrost, stan cywilny, wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy, jak również zainteresowania, hobby, a niekiedy także stosunek do macierzyństwa lub ojcostwa, w zależności od płci. Znakomita większość osób odwiedzających Świątynię Wiary i Prokreacji stanowiły kobiety.

Posiadanie wielu informacji o osobie spowiadanej niosło ryzyko dla kościoła. Spowiednik musiał pilnować się, aby przypadkiem nie ujawnić jakiegoś szczegółu biografii osoby, który mógłby wzbudzić w niej podejrzenie. Dzięki szkoleniom, księża nabrali takiej wprawy, że nawet jeśli powiedzieli coś nieodpowiedniego, to umieli to zakamuflować informacją sugerującą, że osoba spowiadająca się nie jest mu znana, a jego obserwacja była zupełnie przypadkowa.

Księża prowadzili spowiedź w taki sposób, aby wyczuwając wrażliwość, zainteresowania i motywację kobiet zachęcić je do macierzyństwa.

Informacje uzyskiwane w czasie spowiedzi były zapisywane w systemie. Eminencji przyszło na myśl, że sam Bóg nie wie więcej o człowieku więcej niż on sam. To go zmieszało tak bardzo, że spędził resztę wieczoru na modlitwie prosząc Najwyższego o wybaczenie.

*****

W Sali Nieba, Czyśćca i Piekła wszystko było pomieszane, panował prawdziwy nieporządek. Na ścianach wisiały obrazy imponujące swoimi rozmiarami i kolorami, nad głowami zwiedzających unosiły się znaki i wyobrażenia cierpienia i radości. Nad wszystkim górowało wielkie oko w trójkącie. Piekło znajdowało się między mglistą oazą czyśćca a świetlistym królestwem nieba. Na pierwszym planie piekła stał ogromny, dymiący gar smoły. Przez jej swąd przebijała się słodka woń kwiatów nasturcji o liściach wielkości trzech ludzkich dłoni.

Zatrwożone niewiasty oglądały niezwykłe widoki i słyszały dziwne głosy: syk węża oferującego jabłko, podszepty szatana zachęcającego do grzechu, śpiew chóru anielskiego i łagodny szum rajskiego drzewa, nad którym brzęczały pszczoły. Była to przemyślna aranżacja. Kobiety miały zdać sobie sprawę z pogmatwania swojego życia i potrzeby odmiany, dokonania lepszego wyboru. W sali nie było istot niewinnych, każda miała coś na sumieniu. Jeśli nic jej nie ciążyło na sercu lub w pamięci, natychmiast ogarniał ją niepokój i budził wątpliwości. Kristinie przypomniało to, że ma sumienie, tylko niepewne siebie, i musi coś z tym zrobić.

Zmierzające ku wyjściu kobiety porządkowały swoje myśli i uczucia; większość z nich dokonywała wyboru z łatwością, decydując się na prokreację, której towarzyszyła nagroda. Odrzucając ten wybór, godziły się na karę. Po drodze wszystko się porządkowało, sceny i akcesoria piekła przesuwały się do tyłu, z przodu pojawiało się coraz więcej obrazów i akcesoriów nieba. U końca drogi stały drzwi wielkości solidnej bramy prowadzące do Sali Pokuty i Rozgrzeszenia, gdzie kobiety, które wybrały prokreację, samoistnie uzyskiwały rozgrzeszenie z popełnionych nieprawości. Ogarniała je wielka ulga, uczucie kamienia spadającego z serca. Przed pozostałymi niewiastami zjawiała się wizja piekła; niektóre z nich akceptowały ją równie łatwo jak propozycję pójścia latem na spacer do cienistego parku.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 208: Czarna Eminencja poświęca się Świątyni Wiary i Prokreacji

Pełną wiedzę o projekcie miał tylko sam arcybiskup. Był tak nim zajęty, że o postępach prac informował tylko gubernatora i to nie za często. Kiedy Blawatsky zauważył na sutannie Eminencji ślady cementu i farby zapytał, czy naprawdę nie potrzebuje pomocy.

– Nie napotykam najmniejszych problemów, bo Bóg jest ze mną. Jestem z nim w kontakcie prawie każdego dni i każdej nocy, bo pracujemy przez całą dobę. – Odparł duchowny.

Jego wychudzona twarz rozpromieniła się, oczy rozbłysły blaskiem misyjnego uniesienia. Gubernator nigdy wcześniej nie widział arcybiskupa w stanie takiego pobudzenia i pomyślał o nim, że jest szczęściarzem. Niekiedy przychodziło mu do głowy, że jest nawet nawiedzony. Odrzucał tę myśl zdecydowanie, kiedy arcybiskup fachowo, ze szczegółami i werwą, opowiadał o supernowoczesnej technologii instalowanej w Centrum Wiary i Prokreacji. Z tego, co gubernator zrozumiał, chodziło o rzeczywistość wirtualną. Miał o niej mgliste pojęcie.

Misja, plan i budowa świątyni stały się pasją Eminencji. Jeśli o niej rozmawiał, to tylko z gubernatorem, spowiednikiem i własnym cieniem. Nawet w Kościele Hierarchicznym niewiele wiedziano o powstającym sanktuarium. W pogodne wieczory widziano Eminencję nad brzegiem Mondegi, samotnie spacerującego i rozmawiającego z samym sobą. Na temat świątyni Eminencja tak rzadko udzielał wywiadów, że bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że w ogóle ich nie udzielał. W okresie ofensywy prokreacyjnej rzędu tylko jeden dziennikarz miał szczęście przeprowadzić z nim wywiad.

Sefardi oglądał to spotkanie w telewizji. Dziennikarzem okazał się jego samozwańczy opiekun z osiedla. Wynalazca był tak zaskoczony, że z wrażenia przewrócił filiżankę rozlewając gorącą kawę na spodnie. Wywiad zaczął się interesująco.

– Ratujemy człowieka przed nim samym, przed jego cywilizacyjnym obłędem. – Czarna Eminencja odpowiadał na pytania stonowanym głosem, patrząc prosto w obiektyw kamery.

O samej Świątyni Wiary i Prokreacji mówił niezwykle oszczędnie, jakby żałował słów. Wyjaśnił, że celem rządu i kościoła jest wykorzystanie symboliki wiary dla sprowadzenia człowieka z drogi grzechu na drogę prawdy. Jego wypowiedzi były tak skąpe i tajemnicze, że nawet dziennikarze specjalizujący się w sprawach wiary i kościoła nie byli w stanie zorientować się, w czym rzecz. Tajemnicę wypowiedzi hierarchy usiłowano rozszyfrować na różne sposoby. O pomoc poproszono jasnowidza i kabalistę, lecz ich wyjaśnienia były tak zawiłe, że tylko powiększyły zamieszanie. 

*****

Na niedzielnej mszy w katedrze Eminencja powrócił do tematu symboliki wiary i prokreacji. Jej potęgę porównał z cudownym ozdrowieniem rzeki Mondegi i leczniczymi własnościami jej wód. Przemawiając, przeszedł sam siebie. W pamięci zapadła wszystkim równie mocno jego pełna pasji homilia i orędzie, jak i biała szata zdobna w różnobarwne symbole prawdy, miłości, dobra i radości, macierzyństwa i ojcostwa. Słuchający go wierni widzieli, jak wzlatują one w powietrze na skrzydłach zachęty do odwiedzenia Świątyni Wiary i Prokreacji i uczestnictwa w misteriach, jakie będą tam mieć miejsce.

– Wiara w Boga i jej symbole są stare jak świat. Tu nie musimy nic zmieniać. Mamy wszystko podane jak na tacy.

Rewolucjonizujemy tylko sposób ich wykorzystania dla zmiany postaw kobiet zapiekłych w chciwości świata, niezdrowych ambicjach i zarozumiałości. – Eminencja używał mocnych słów, aby trafić do serc wiernych. Nieliczni twierdzili potem, że ten fragment jego przemówienia ambonnego był w pełni zrozumiały.

*****

W rozmowie z gubernatorem, arcybiskup wyjaśnił, że Świątynia Wiary i Prokreacji wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie komunikacji międzyludzkiej, interpretacji poglądów oraz kształtowania zachowań jednostki. Gubernator – nie była to w pełni świadoma reakcja – lapidarnie zreasumował, że Eminencji chodzi zapewne o pranie mózgu i indoktrynację, aby zachęcić kobiety do prokreacji.

– To słuszne podejście. W końcu muszą zacząć zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Do diabła! – wyrwało mu się.

Czarna Eminencja zesztywniał, zamilkł na chwilę, na jego twarzy pojawiła się niepewność, a moment później wyraz zniechęcenia. Szybko zakończył rozmowę.

– Barrasie! Modlę się każdego dnia, aby dobry Bóg mi wybaczył, jeśli robię coś niewłaściwego. Nawet wiem, że mi to wybaczy, ponieważ czynię wszystko z głębi serca w przekonaniu, że jest to zbawienne dla wiary i dla społeczeństwa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 207: Eminencja odnajduje ostrze walki o prokreację

Wojna z przeciwnikami prokreacji rozkręcała się powoli, ale systematycznie, zgodnie z zasadą, że młyny boże mielą wolno, ale dokładnie, którą Czarna Eminencja uznawał za fundament wszelkiej sprawiedliwości. Zadowolony z kierunku działań, Eminencja nie był jednak zachwycony tempem ich rozwoju; było ono zbyt wolne. Podnosił to rozmowach gubernatorem, przeglądając statystyki kobiet w ciąży oraz liczby urodzeń.

– W takim tempie to wykaraskamy się z problemu za dwieście lat, a nie za dwa trzy lata, na co bym serdecznie liczył – powiedział gubernator. – Kiedy to mówił, był wyraźnie przygnębiony, Coraz częściej dopadał go niepokój wywołując zawroty głowy i bóle żołądka. Lekarze ostrzegali go przed depresją.

Eminencja pocieszał go jak mógł, zastanawiając się nad przyczyną spowolnienia. Doszedł do wniosku, że rządowi brakuje ostrza, czegoś nośnego, porywającego, idei lub hasła, co uskrzydliłoby jego akcje. Czasem przychodziły mu do głowy skojarzenia ze skrzydłami husarskimi, wynoszącymi na szczyty zwycięstwa ciężkozbrojnych rycerzy i ich rumaki bojowe. Było to skojarzenia tak śmiałe i niestosowne, że je natychmiast odrzucał. W chwilach niepewności wolał myśleć o skrzydłach anielskich.

*****

Przechodząc korytarzem swego pałacu arcybiskup zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym scenę biblijną. Kierował nim impuls. Zupełnie nieoczekiwanie, bo dzień był pochmurny, obraz oświetliła wiązka promieni o kształcie palmy świątecznej. Eminencja poczuł, że jest to znak z nieba, nie wiedział tylko jak go zinterpretować. Zaintrygowany schylił głowę, aby odczytać treść tabliczki tytułowej. Nie pamiętał nazwy obrazu. W pałacu były ich setki. Gromadzone przez kilka wieków, jeden był ciekawszy od drugiego. Stanowiły bezcenny majątek kościoła. Uwagę hierarchy rozproszył niepokój, czy odnowiono umowę ubezpieczenia obrazów. Po chwili wrócił do tabliczki i przeczytał napis: „Grzech”. Była to replika obrazu genialnego malarza brazylijskiego przedstawiająca grzeszników.

Eminencja zdał sobie nagle sprawę, że grzech to przecież ostrze miecza, idealny symbol walki o prokreację, którego brakowało rządowi. Po upewnieniu się, że oprócz niego nie ma nikogo w korytarzu, arcybiskup wypowiedział na głos „grzech to ostrze miecza w walce o prokreację, aby w pełni uświadomić sobie sens i znaczenie tego hasła. Zachwyciła go własna intuicja, gdyż zawsze uważał siebie za mało wrażliwego pod tym względem. Był bardziej intelektualistą niż intuicjonistą.

Nowe idee zaczęły kiełkować mu w głowie jak młode roślinki obficie podlewane wiosną troskliwą ręką ogrodnika. Godzinę później Eminencja rozmawiał z gubernatorem, informując go, że wreszcie odnalazł ostrze, którego im brakowało. Rozmówca nie od razu podchwycił sens wyznania; po chwili, zarażony odkryciem i entuzjazmem arcybiskupa i on dostrzegł światło w tunelu.

Odkrycie wspaniałego symbolu nadało wigoru walce o prokreację. Ministrowie i księża pracowali dniem i nocą, zapominając o świecie bożym, nad nowym planem prokreacji. Nikt wcześniej nie stworzył niczego podobnego. Plan łączył ze sobą wartości religijne i społeczne w jedną całość, rozbijając podział na sacrum i profanum.

Za źródło zła, jedyną przyczynę upadku prokreacji, rząd państwowo-kościelny uznał grzech. Grzechem było odstąpienie Nomadyjczyków od Boga i jego przykazań, ignorowaniu tego, czego od nich oczekiwał i skoncentrowaniu się na tym, co nietrwałe i bałamutne.

– Nasze społeczeństwo zabijają ambicje, pycha i konsumpcja. – Eminencja zakończył niedzielną homilię z trudem powstrzymując się od uderzenia dłonią o pulpit ambony dla wyrażenia słusznego gniewu.

*****

Dla Czarnej Eminencji był to plan życia. Wielkim nakładem środków i fizycznego trudu w tajemnicy przed wiernymi budował ośrodek edukacji i przemiany duchowej – Świątynię Wiary i Prokreacji.

Projekt od początku zapowiadał się nietypowo. Rozpoczynając budowę, Czarna Eminencja posadził na pamiątkę cedr, okazałe drzewo iglaste o wiecznie zielonych liściach, ponieważ właśnie z cedru zbudowano Pierwszą Świątynię Jerozolimską w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Wolał to uczynić niż kłaść kamień węgielny, nie mający w sobie nawet cząstki wspaniałej tradycji historycznej i religijnej.

Po miesiącu budowy zdarzył się poważny wypadek; robotnik spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Kiedy podbiegli do niego ludzie, leżał nieruchomo, wyglądał jak martwy. Po chwili wstał i otrzepał się.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz. Leżałeś na ziemi i nie ruszałeś się.

– Zamyśliłem się. Mam na głowie tyle spraw. Dlatego spadłem z rusztowania. A bo to raz człowiek pada na ziemię?! Jak spaść to z wysokiego konia. – Zaczął żartować, widząc niepewne miny otaczających go ludzi.

W trakcie dalszej budowy świątyni cuda zdarzały się tak często, że sekretariat arcybiskupa z trudem nadążał z ich rejestracją, wymagającą opisania okoliczności. Eminencja irytował się, ponieważ nie miał czasu na weryfikację licznie napływających zgłoszeń. Dwa z nich od razu wydały mu się naciągane. Ludzie oczekiwali, że każde nowe zgłoszenie cudu zostanie natychmiast zaakceptowane. Arcybiskup obawiał się, że ofiary wypadków uznające, że Bóg okazał im cudowną serdeczność, pragnęły w istocie znaleźć się w centrum uwagi publicznej, stać się celebrytami choćby na pięć minut. Pozytywną stroną wydarzeń było narastanie atmosfery nadzwyczajności Świątyni Wiary i Prokreacji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 205: Ruch celebrycki, indywidualizm i Internet

Babochłop, mający za sobą długi epizod kobiecości, szybko wyczuł pismo nosem. Natychmiast po ukonstytuowaniu się pierwszego Klubu Celebrytek wysłał swoją najzdolniejszą agentkę-dziennikarkę do rozeznania sytuacji. Udało jej się umówić z Marią, szefową Ruchu Celebrytek, dzięki wtyczkom, jakie tajna policja miała już niemal wszędzie.

– Jaki jest stosunek Ruchu Celebrytek do prokreacji? – Było to podstawowe pytanie, jakie miała zadać dziennikarka.

– Nie mamy czasu na życie osobiste. Jest to zjawisko nam obce. Prokreacja to tylko popęd krępujący życie każdej niezależnej kobiety. My musimy być wolne, aby rozwinąć skrzydła. Na dowód swoich słów Maria podniosła do góry ramiona, z których wysunęły się niezwykłe skrzydła otoczone falującym muślinem, nadającym oczom i twarzy nadzwyczajny blask.

Nie wszystkie celebrytki potrafiły wyeliminować cielesne pożądanie, przestać myśleć o seksie. Wszystkie starały się stworzyć w sobie odruchy i mechanizmy zastępujące mężczyzn i w sposób naturalny eliminujące macierzyństwo. Wśród młodych członkiń Ruchu Celebrytek wkrótce dała znać o sobie lubieżność. Nie była to forma rozpasania, lecz szczerego okazywania sobie uczuć, od których nie jest w stanie uciec gorące młode ciało. Siostrzana miłość szybko rozwinęła własną symbolikę, język i rytuały. Latem były to ciche spotkania przy świetle lamp imitujących zmienne fazy księżyca, symbolu kobiecości. Kontakty między celebrytkami były spontaniczne, ceniono prostotę, bezpośredniość i jednoznaczność.

– Gdzie i kiedy się spotkamy, kochanie? – Była to typowa zachęta do bliższego poznania się, powiedzenia czegoś o sobie, wymiany uczuć i wspólnego doświadczenia radości.

– Na Alei Indywidualistek, lampa trzeciej fazy księżyca. Klub ma tam piękny domek otoczony akacjami. Cudownie pachną o tej porze roku.

– Co powinnam zabrać ze sobą?

– Nic. Kompletnie nic. Klub o wszystkim pomyślał. Domki są doskonale wyposażone. Możesz nawet przyjść naga, noce są teraz takie ciepłe. Nie musimy martwić się o szampana czy jedzenie. Kocham to miejsce. Mają tam aksamitną pościel w kolorze łagodnego lazuru, który uwielbiam.

*****

Kiedy Babochłop poznał zasady i zwyczaje Ruchu Celebrytek, uznał, że nie ma sensu, aby starać się je zmienić. Przedstawił to jak zwykle w bezpośredni i szczery sposób.

– Tego poziomu zboczenia nie da się pokonać. Te baby są okopane w fortecach swojej wściekłej wiary i nawyków. Nic ich nie zmieni. Zresztą nie ma ich tak dużo, aby martwić się nimi. To elitarny ruch. Lepiej skoncentrujmy się na pozostałych kobietach. 

Gubernator i Czarna Eminencja po zadaniu kilku pytań byli pewni, że jak zwykle ma rację. Jego argumenty wyrastające z korzeni minionej kobiecości i aktualnej męskości były nie do zbicia. Sami nie mieli doświadczeń z kobietami, były dla nich zagadką, tajemnicą, czasem nawet czarną magią. Mieli przekonanie do Babochłopa.

Indywidualizm nie pojawił się nagle. Poprzedziły go symboliczne jaskółki. Na Plaza Central Afary, uważanym przez obywateli kraju za pępek świata, wyrosła w nocy kilkumetrowej wielkości tablica z hasłem „Jednostka naszym najwyższym dobrem”. Powyżej umieszczono symbole drogi do indywidualizmu: złotą koronę, pięć rumaków w zaprzęgu z rydwanem oraz wysoką drabinę.

Była ona tak solidna, że ludzie z doświadczeniem wojskowym twierdzili, że jest tak mocna jakby była pancerna. Mieszkańcy i goście Afary zatrzymywali się tłumnie przed tablicą, czytali i dyskutowali. Hasło i symbole rozpalały ich wyobraźnię, dyskusje rozbudzały aspiracje. Społeczeństwo zmieniało się. Obywatele pragnęli piąć się po drabinie społecznej w górę. Każdy chciał wyróżnić się. W dobrym stylu było szczycić się tym, co w danej jednostce było najsilniejsze. Niektórzy szczycili się nawet swoją niewiedzą, dzięki czemu stawali się bardziej wyraziści, wyróżniali się w szarym tłumie. Indywidualizm wszystkim dawał szansę wybicia się ponad przeciętność.

Ludzie młodsi i słabiej rozwinięci fizycznie, chętnie szczycili się znajomością nowoczesnych technologii, czy było to auto bez kierownicy i kierowcy, smartfon mówiący trzema językami obcymi, czy sztuczna inteligencja służąca błyskawicznej wymianie kół w samochodzie osobowym. Ta ostatnia zyskała niezwykłą popularność. Wielka ilość samochodów w kombinacji z czterema sezonowymi zmianami kół w porze zimnej, gorącej, deszczowej i suchej, wysoko podniosła rangę technologii zwanej skrótowo IWK, czyli Inteligentna Wymiana Kół. Jej znajomość była w cenie.

Rząd podjął energiczną walkę z indywidualizacją przede wszystkim dlatego, że aktywnie uczestniczyły w niej wyzwolone kobiety, stając się jej forpocztą, bazą i motorem dalszego rozwoju. Środowiskiem, sprzyjającym indywidualizmowi, można by powiedzieć jego wylęgarnią, stał się Internet. Ludzie wyróżniali się już poprzez samą aktywność w Internecie.

– Internet otworzył nam bramy do raju – głosili miłośnicy gier komputerowych i uczestnicy forów dyskusyjnych. – Raj polega na tym, że pozostajemy anonimowi, bez względu na gry, w jakie się angażujemy, oraz poglądy, jakie głosimy. Internet to esencja wolności. Możemy wreszcie przeklinać, kłamać do woli, szkalować i wyzywać innych, ile wlezie. W domu, w szkole ani w pracy tego nie da się tego zrobić – entuzjazmowali się aktywiści internetowi, miłośnicy portali i serwisów internetowych. Na Facebooku, Instagramie i Twitterze ich opinie pojawiały się obok wypowiedzi prezydentów, premierów, prezesów firm-gigantów oraz celebrytów. To ich raiło, wprowadzało na najwyższe obroty.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 203: Fenomen i rozwój chamstwa

Apokalipsa uprzytomniła ludziom potęgę siły natury, przypominając potop i Noego. Oczy wszystkich zwróciły się ku Biblii, zajmującej dotychczas skromne miejsce w biblioteczkach domowych.

Czytając Księgę Rodzaju przypominano sobie w szczegółach historię wielkiego potopu oraz patriarchy Noego, dziesiątego potomka Adama, człowieka prawego i sprawiedliwego.

Noe miał trzech synów: Sema, Jafeta i Chama. Poszukując wzorów historycznych, które mogłyby służyć rozwojowi lepszego post-apokaliptycznego społeczeństwa, odkryto Chama, najmłodszego syna Noego, najbardziej wyrazistego i prostolinijnego z wszystkich dzieci patriarchy. To on stał modelem prawdziwego mężczyzny. Cham był człowiekiem szczerym i otwartym, obnażającym nagą prawdę. Miał w sobie witalność na wagę złota czyli dziewięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Był szlachetnym buntownikiem. To on ujawnił nagość swojego ojca, który jak świnia opił się winem z własnej winnicy i rozebrany zasnął w namiocie na pokładzie Arki.

Obywatelom podobał się Cham. Kiedy zaczęli studiować jego charakter i zachowanie, zachwycili się nim do tego stopnia, że masowo zaczęli tworzyć stowarzyszenia i kluby przyjmując go za swojego patrona. Ich celem był powrót do zwyczaju bezwzględnego, nawet brutalnego, obnażania prawdy, jakakolwiek by ona nie była oraz przywrócenie przekleństw i obraźliwych zachowań jako wyrazu nieskrępowanej szczerości. Pierwszy był Klub Chama.

Na polecenie gubernatora opracowano listę synonimów imienia „Cham”, aby ustalić ich pełen zakres semantyczny. Pierwsza lista była skromna, ale użyteczna. Objęła ona w porządku alfabetycznym: Arogant, Burak, Gbur, Grubianin, Impertynent, Prymityw, Prostak, Ordynus, Troglodyta, Warchoł. To początkowe niekompletne zestawienie uświadomiło społeczeństwu bogactwo i pokrewieństwo językowe z Biblią i jej postaciami.

W ślad za Klubem Chama pojawiły się inne: Klub Gbura, Stowarzyszenie Grubianina, Klub Aroganta, Zrzeszenie Motłochu, Fundacja Ordynus. Nazwy pokazywały różnorodność zainteresowań członkowskich. Stowarzyszenie Buraka zrzeszało głównie osoby pochodzenia wiejskiego, Kluby Aroganta miały natomiast wydźwięk bardziej intelektualny, nawet arystokratyczny.

Kolejka do zapisu do pierwszego Klubu Chama w Afarze ustawiła się jeszcze przed świtem. Prawie w połowie były to kobiety. Wkrótce Babochłop otrzymał wiadomość od swego agenta, że większość z nich to kobiety wyzwolone, pragnące dotrzymać kroku mężczyznom również w chamstwie. Babochłop poinformował o tym gubernatora. Ten polecił mu zbadać, czy przynależność kobiet do Klubu Chama może mieć wpływ na prokreację.

*****

Sefardi nie interesował się specjalnie rozwojem chamstwa. Jako wynalazca i pisarz był mu nawet przeciwny, był jednak dobrze w nim zorientowany. O wszystkim informował go Enrique, jego wnuk, przy okazji spotkań rodzinnych. Okazało się, że Enrique został sekretarzem Klubu Chama w Afarze i wiedział wszystko, co dotyczyło chamstwa. Kiedy Enrique zjawił się w niedzielę na proszony obiad, Sefardi prawie go nie poznał, tak bardzo zmienił się on fizycznie i psychicznie. Młody człowiek wyraźnie odnalazł się w nurcie chamstwa; zajmował wysokie stanowisko w co najmniej dwóch klubach, obracał się w awangardowym towarzystwie, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym stolicy. Kiedy wszedł do jadalni, cała rodzina zauważyła zmianę. Był wyprostowany, zmężniał, ubierał się staranniej i bardziej dbał o siebie. Zapytany przez dziadka, co się zmieniło, odpowiedział z promiennym uśmiechem:

– Odnalazłem się dzięki nowoczesności ogarniającej nasz kraj płomieniami postępu.

Czego nie ujawnił to to, że swoje sukcesy zawdzięczał głównie przynależności do tajnej policji. Sefardi nigdy się o tym nie dowiedział, podobnie jak inni członkowie rodziny a nawet przyjaciele Enrique. Był zaufanym człowiekiem Babochłopa, dysponował poważnymi wpływami i dużymi dochodami. Pieniądze, poczucie ważności, wpływy i oparcie w potężnej organizacji stworzyły z niego nowego człowieka. Okazał się jednostką utalentowaną, łatwo nawiązującą kontakty i znajomości.

*****

Analiza fenomenu chamstwa doprowadziła gubernatora do przekonania, że dla rozumienia motywacji i zachowań kobiet konieczne jest poznanie nowych fenomenów społecznych Nomadii. Wszystkie one mogły mieć wpływ na kobiety.

– Sytuacja skomplikowała się. Musimy poświęcić więcej czasu, aby rozgryźć wszystko, co wpływa na zachowanie kobiet, jak i mężczyzn. – Stwierdził na zakończenie kolejnego comiesięcznego spotkania z udziałem Czarnej Eminencji i Babochłopa.

Sekretarka gubernatora, donia Matilde, nazywała ich po cichu Świętą Trójcą. Dotarło to do gubernatora. Zastanawiał się, czy zachowanie sekretarki jest dopuszczalne. W pierwszym odruchu chciał ją skarcić. Po namyśle zmienił zdanie. Nazwa spodobała mu się, nawet bardziej niż Triumwirat, który sam wymyślił dla podkreślenia więzi łączących osoby najbardziej oddane sprawie prokreacji. Była w tym doza przekory. Wiedział, że Czarna Eminencja będzie oburzony i chciał to zobaczyć.

Kiedy Gubernator powiedział duchownemu, jak określają ich trójkę, ten zesztywniał i zaczerwienił się na twarzy. Gubernator zauważył jego zaciskające się wargi oraz dłonie zamykające się w pięść. Eminencja spojrzał na rozmówcę i chyba domyślił się jego niezbyt czystej intencji. Otworzył usta, miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Po chwili podjął zupełnie inny temat. Z czasem i on przyzwyczaił się do Trójcy Świętej, w której miał swój oczywisty udział, zdając sobie sprawę z nieuchronności nazw i nawyków niekoniecznie sprawiających ludziom przyjemność. Koncentrował się na sprawie najważniejszej – na prokreacji. Tak bardzo go to absorbowało, że coraz częściej zaniedbywał sprawy kościoła, jakie powierzał mu Bóg. Przypomnienie sobie tego obowiązku skutkowało zawsze w pośpiesznej ale szczerej modlitwy o wybaczenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 201: Fenomen czasu

Niezwykłość rzeki Mondegi przebił fenomen czasu. Z czasem w Nomadii działo się coś dziwnego. Był nadal obecny; słońce wschodziło i zachodziło jak zawsze, zegary tykały jak zwykle, niektóre głośniej, jak zegar na ratuszu, huczący dzwonami rankiem, w południe i wieczorem, kiedy inne pracowały w coraz większym milczeniu, jakby gasły. Tak czy inaczej, wszystko, co dotyczyło czasu, było jakoś pokręcone.

Ludzie pogubili się doszczętnie, stracili rachubę minut i godzin, i nieprzerwanie spoglądali na zegarki. Mówili, że stracili czas, tak jakby stracili rękę lub nogę, bezpowrotnie i jednoznacznie. Nawet najbogatsi, których dotychczas stać było na kupienie wszystkiego, łącznie z miłością, zdrowiem i pogodą, nie byli w stanie uzyskać czasu. Nie znikł on całkowicie, ale potwornie się skurczył, wyglądało to, jakby zjadał sam siebie.

Obywatele różnie to sobie tłumaczyli, każdy z innej perspektywy. W sumie tłumaczenia powinny dać pełen obraz czasu i społeczeństwa, ale nie dały. Sefardi, powszechnie uznany mistrz czasu i zegara, śledził dziwny fenomen, lecz nie potrafił go wytłumaczyć. Uważany za geniusza, czuł się teraz szczególnie niezręcznie. Któregoś dnia zatrzymano go na ulicy, myślał, że chodzi o autograf, i zapytano go:

– Mistrzu! Co jest z tym czasem? Mam go coraz mniej, a nie wiem, dlaczego. Czy to jakaś nowa Apokalipsa?

Widząc wyraz głębokiego zaniepokojenia na twarzy pytającego, może nawet przerażenia, Sefardi poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany, nie umiejąc powiedzieć coś sensownego nawet na pocieszenie. Czuł się tak głupio, że pomyślał, że Bóg – zmieniając naturę czasu – wystawił go na ciężką próbę a może nawet zrobił z niego idiotę. Aby zyskać uspokojenie, tworzył na potęgę hipotezy i teorie, szukając wytłumaczenia znikającego czasu. Chciał zmierzyć szybkość tego zanikania, upewnić się, że czas nie zniknie całkowicie, nie skurczy się do zera, a jeśli tak, to kiedy. Nic mu jednak nie wychodziło. Nie rozmawiał na ten temat z nikim, nawet z Isabelą. Wiedział, jaka byłaby jej reakcja.

Wobec kurczącego się czasu obywatele Nomadii zapomnieli o prokreacji. Jej przeciwnicy wręcz ją przeklęli i zamknęli gęby na kłódkę, aby na próżno nie strzępić języka. Wydawało się, że pamięć o niej zanikła. Gubernator wciąż jednak pamiętał o problemie i usiłował coś naprawić, wkrótce jednak i on zagubił się w zapomnieniu jak w letargu. Niby żył, ale częściej był bardziej nieprzytomny niż przytomny. Krążyły pogłoski, że z rozpaczy popadł w pijaństwo i nie potrafi bądź nie chce go porzucić. Były to początki śpiączki.

*****

Tej nocy, kiedy Barras pogrążył się w marzeniu o własnym królestwie, czas zniknął całkowicie. Ludzie patrzyli na zegary i nie wiedzieli, która jest godzina. Cyferblaty były puste i bezbarwne. Wywołało to panikę. Wkrótce ustąpiła ona uczuciu wielkiej ulgi, kiedy zauważono, jak na twarzach wygładzają się zmarszczki, a ludzie czując się bardziej zrelaksowani, młodnieją, a przynajmniej mają takie uczucie. Każdy łapał za telefon i dzwonił do najbliższych, aby podzielić się sensacyjną wiadomością, cieszyć się wspólnie lub po prostu porozmawiać. Nikt nie przyjmował za złe nawet budzenia go w nocy wściekłym brzęczeniem dzwonka. Panowało przekonanie, że zniknięcie czasu jest przejawem nieokreślonego dobra.

Na przedraniu gubernatora obudził telefon z centrum kryzysowego. Dzwonił sam dyrektor, którego zaalarmował dyżurny krajowej służby meteorologicznej. W rozmowie nie udało się gubernatorowi ustalić niczego z wyjątkiem uzyskania przyrzeczenia, że rozmówca będzie informować go o rozwoju wydarzeń i ostatecznym powrocie czasu.

– Jeśli to w ogóle nastąpi – dodał gubernator takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że go to smuci i cieszy zarazem.

Zaraz po zniknięciu czasu Penelopa poprosiła męża do siebie. Był tym całkowicie zaskoczony, od lat nie był w jej pokoju. Nie miał pojęcia, że w ogóle jest w domu. Leżała w łóżku.

– Isabeli nie ma u siebie, a ja czuję się nieco osłabiona – wyjaśniła na wstępie i poprosiła Sefardiego o przekręcenie jej tułowia lekko w prawo sygnalizując to mruganiem oka. Nic z tego nie zrozumiał, poprosił więc o słowne wyjaśnienie. W czasie udzielania pomocy dała mu znać, że czas nie jest dla niej ważny. Była wiecznie młoda i wygładzanie się zmarszczek pod nieobecność czasu, co tak zachwyciło masę kobiet, nie miało dla niej znaczenia. Jej twarz pozostawała gładka jakby stale miała dwadzieścia lat. Zachwyt kobiet nad jej niezwykłą urodą przyjmowała ze spokojną godnością. Miała ją zapisaną w genach podobnie jak gładkość cery.

*****

Po telefonicznej wymianie informacji ze swoim zastępcą i dwoma członkami gabinetu, Blawatsky dał się przekonać, aby nawiązać kontakt z Sefardim.

– To najwybitniejszy specjalista od czasu i zegarów w całym kraju, a może nawet i na świecie – przekonywał go minister spraw wewnętrznych. – Powinien pan z nim porozmawiać, gubernatorze. To zbyt ważne, aby nie odłożyć na bok nawet najgłębszej nienawiści. Nie wyobrażam sobie życia bez czasu. Wszystko się nam zawali.

Kiedy zadzwonił gubernator, Sefardi wrócił właśnie od żony. Rozmowa przebiegała spokojnie i poważnie. Sefardi nie był w stanie niczego wyjaśnić ani doradzić gubernatorowi, zobowiązał się jednak pomóc, jak tylko zorientuje się co do natury zniknięcia czasu. Też był zaniepokojony tym zjawiskiem. Myślał o nim intensywnie.

Rano już nikt o niczym nie pamiętał. Czas wrócił, jakby nigdy nic, jakby wyszedł na spacer, tylko zapomniał o tym powiadomić osoby zainteresowane jego obecnością. Fakt zniknięcia czasu pozostał jednak niezbity. Ludzie musieli na nowo regulować zegary, ponieważ wskazywały różne godziny. Zastanawiano się potem wielokrotnie, jak to się stało, lecz nikt nie umiał wyjaśnić fenomenu. Meteorolodzy sugerowali, że mogło to być wynikiem rozmagnesowywania się ziemi, inni specjaliści, że był to efekt woli Boga, który pragnął o czymś ludziom przypomnieć. Gubernator przyjął ostatnie wyjaśnienie za pewnik i oficjalnie zadekretował, że zniknięciem czasu opatrzność przypomniała mieszkańcom Nomadii o obowiązku prokreacji, gdyż nic tak nie uprzytamnia upływu czasu jak pojawienie się dziecka i obserwowanie, jak szybko kończy pierwszy tydzień, miesiąc, rok i lata następne. Czas wracał do normy stopniowo, aż wskazania zegarków wyrównały się w całym kraju.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 200: Fenomeny nawiedzają kraj

Drodzy Czytelnicy!

To już dwusetny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Powoli zbliżamy się do końca. Dziękuję Wam za zainteresowanie, sobie za wytrwałość. Poprawiając nieprzerwanie tekst zgarbaciałem, ale mimo to trzymam się prosto i chodzę z podniesioną głową. Jeśli zauważycie na ulicy tak wyglądającego poważnego faceta, to właśnie ja.  W czasie pobytu w sanatorium w Jeleniej Górze miałem dwa spotkania autorskie i sprzedałem łącznie osiemnaście egzemplarzy moich książek (poezje „Klęczy cisza niezmącona”, powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”). To mnie trzyma przy życiu i nadziei, że kiedyś przestanę dopłacać do mojej twórczości, bo w końcu rodzina się zbuntuje i mnie wydziedziczy, a nie chciałbym mimo wrodzonego optymizmu i szalonej miłości do obecnej władzy mieszkać pod mostem.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

*****

Gubernator intensywnie myślał, jaką strategię przyjąć wobec wyzwolonych kobiet. Czuł się zagubiony podobnie jak Czarna Eminencja. Obydwaj nie mieli pojęcia, co robić.

– Co pan sugeruje? – pytali z nadzieją Babochłopa.

Szef tajnej policji nie odpowiedział od razu. Wyjął z teczki schemat zatytułowany „Ideo” przedstawiający dwa kwadraty. Jeden nosił tytuł „Rząd”, drugi zaś „Kościół”.

– „Ideo” to robocza nazwa naszego planu. Pracujemy nad jego rozwinięciem. Przedstawia on strategię prowadzenia wojny, którą musimy wygrać. Państwo i kościół to dwie siły wywierające presję na społeczeństwo, aby je przekonać do prokreacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy panowie, kobiety są życiowo bardziej odporne i dlatego odgrywają coraz większą rolę. Coraz częściej przejmują rolę mężczyzn. Już dzisiaj mają dużo więcej do powiedzenia, mimo powszechnego przekonania, że jest to głównie świat mężczyzn, że to oni rządzą.

Babochłop powiedział to w taki sposób, że Gubernator nabrał wrażenia, iż jest on dumny z kobiecości, mimo że sam zmienił płeć na męską. Nie zastanawiał się dalej, ile jest w tym prawdy, chciał wysłuchać propozycji do końca. Babochłop kontynuował.

– Nie odniesiemy zwycięstwa stosując twarde metody, prawo, zakazy i nakazy, przymus, choć nie neguję ich znaczenia. Nasza jedyna opcja to metody miękkie, indoktrynacja oparta na propagandzie i pranie mózgów. Będziemy kontynuować też nacisk i perswazję.

Oczy mówiącego zabłysły wilczo, a rysy twarzy stwardniały. Gubernator pomyślał o zastraszaniu i terrorze.

– To nie są żarty. Chodzi o zmuszenie kobiet do powrotu do ich przyrodzonej roli. To jest nasz ostateczny cel – uzupełnił mówca. – Co do zboczeńców, to musimy ich zostawić w spokoju. I tak ich nie zmienimy.

W swoim gronie mężczyźni nie krępowali się nazywać rzeczy po imieniu.

*****

Po ustaniu epidemii chorób i głodu, kiedy już ludzie odetchnęli od nieszczęść, kraj zaczęły nawiedzać fenomeny, zjawiska niekiedy dziwne i trudne do wytłumaczenia. Były one ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką sieć przyczynowo-skutkową, tak skomplikowaną, że nie sposób było nawet zrozumieć wzajemnych powiązań. Wyglądało to tak, jakby różne potworności nawiedziły kraj okazji przynosząc kilka drobnych błogosławieństw dla okrasy. Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne; w miastach ludzie poruszali się po chodnikach, ulicami jeździły samochody, dzieci bawiły się na placach zabaw, ale wszystko odbywało się jakoś inaczej.

Aby opisać fenomenalną rzeczywistość, naukowcy analizowali stare określenia i je modyfikowali albo wykuwali nowe. Najczęściej były one oparte na przeciwieństwach: przestrzeń fizyczna i wirtualna, materia i antymateria, grzech i antygrzech, kobieta i antykobieta, pro i contra. Już same nazwy fenomenalnych zjawisk wprowadzały ludzi w zdumienie powiększając chaos umysłowy. Wydawało się, że kraj stanął na głowie.

– Trzeba stworzyć świat od nowa! – krzyczeli anarchiści i wzywali do czynu nawet Boga oferując mu modły i ofiary.

Nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed skutkami fenomenów.

*****

Po dwóch tygodniach nieprzerwanych opadów deszczu Mondega oczyściła się całkowicie nabierając niezwykłych właściwości. Kąpiący się w rzece, zwłaszcza młodzi chłopcy, twierdzili, że nurkując mogą pozostać pod wodą dwa lub trzy razy dłużej niż dawniej. Kiedy zbadano wodę laboratoryjnie, okazało się, że jest ona lżejsza niż zwykła woda z kranu i woda źródlana, ponieważ zawiera nadzwyczaj wysoką ilość tlenu. Ludzie przyjeżdżali z daleka, aby zanurzać się w rzece i leczyć z trapiących ich schorzeń i dolegliwości, którym lekarze nie byli w stanie zaradzić. Widziano ich nagich, jak stojąc w nurcie połyskliwej wody obmywali ciała i wychodzili oczyszczeni, błyszczący od drobinek srebra, podobnie jak pielgrzymi znad Gangesu.

Mondega zyskiwała nową sławę; coraz częściej zdarzały się przypadki cudownego uzdrowienia. W chłodnej porze roku okazały się one tak liczne, że rzekę uznano za świętą. Kiedy zanotowano dwa przypadki zmartwychwstania, stała się przedmiotem kultu religijnego.

W jednym wypadku chodziło o młodego mężczyznę, Cesara Tujo, na którego w czasie apokaliptycznej burzy zwaliło się drzewo powodując śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei. Cesar żył tylko dzięki wytrwałości rodziny, przekonanej o jego nieuchronnym powrocie do zdrowia. Byli to ludzie prości, wieśniacy, głęboko wierzący w cudowne ocalenie. Pielęgnowali go i karmili, aż pewnego dnia, niespodziewanie, zbudził się z letargu jak z długiego pijaństwa, siadł na łóżku i poirytowanym, chropawym głosem zapytał:

– Gdzie do cholery są moje spodnie? Czy tu zawsze musi być taki bałagan? 

Drugi przypadek dotyczył starszego mężczyzny, który utonął w jeziorze. Kiedy wydobyto ciało, było już lekko napuchnięte. Topielec był dziwnie ubrany, jakby wybierał się na bal; miał twarz przestępcy znużonego długą bezsennością w oczekiwaniu na wykonanie wyroku. Student medycyny, jaki znalazł się na miejscu zdarzenia – lekarza za żadne skarby nie można było znaleźć, byli jak na lekarstwo – nie usiłował go nawet resuscytować. Orzekł, że denat musiał być w wodzie co najmniej kilka godzin. Na gorące prośby rodziny zgodził się tylko wypompować wodę z nieboszczyka.

– To zupełny bezsens – zarzekał się, ale zadanie wykonał.

Kiedy to się stało, topielec zaczął oddychać i mrugać oczami, jakby raziło go światło. Po pewnym czasie wstał i zaczął się rozglądać. Opowiedziano mu, co zaszło, ale nie uwierzył. Nie mógł sobie niczego przypomnieć, nie umiał nawet podać swego imienia ani nazwiska, ani daty urodzenia. Jego tożsamości nie można było ustalić, ponieważ nikt go nie znał, a dokumenty, jakie razem z ubraniem pozostawił rzekomo na brzegu, znikły podobnie jak jego dwaj bracia. W tej sytuacji zawieziono go do przytułku dla bezdomnych, licząc, że kiedyś wróci mu pamięć. 

Obydwa przypadki odbiły się tak głośnym echem w kraju i za granicą, że gubernator polecił je zbadać. Powołano specjalną komisję i rozpoczęto gromadzenie zeznań i dowodów rzeczowych, aby stworzyć pełną dokumentację. Niewiele osób liczyło na pomyślne zakończenie sprawy, ponieważ od samego początku był jej niechętny kościół. Czarna Eminencja był przekonany, że cudowne ocalenie bez wyraźnego udziału jakiegoś świętego nie jest możliwe. Swoją opinię uzasadniał historycznymi opisami podobnych zdarzeń.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 197: Celibat, pokuta i nowe inicjatywy rządu

Nie chcąc uronić nawet kropli energii z decyzji, jaką podjął, Czarna Eminencja wrócił do swojego pokoju, ubrał się cieplej i zszedł na dół do kaplicy dla dopełnienia pokuty. Na podłodze leżał tak długo, aż zasnął ze znużenia. Wcześniej położył sobie poduszeczkę pod głowę, aby nie spoczywała na zakurzonej podłodze. Pomyślał, że zgrzeszył nadmiernym folgowaniem sobie, choć z drugiej strony miał prawo, a nawet powinność dbać o higienę. Ponadto nigdy nie słyszał ani nie czytał, że korzystanie z poduszeczki w trakcie leżenia krzyżem było sprzeczne z zasadami wiary.

W trakcie snu przez głowę arcybiskupa przewinęła się długa historia celibatu. Najpierw pojawił prorok Jeremiasz i esseńczycy ze Starego Testamentu, potem postacie Jezusa, Jana Chrzciciela, Jana Ewangelisty, Pawła, Tytusa i Tymoteusza dających przykłady życia w stanie bezżenności. W końcu ukazały mu się zapisy Synodów w Elwirze w roku 300, Ancyrze w roku 314, Kartaginie w roku 390, po drodze zaś Sobór Nicejski z roku 325. W jedenastym wieku celibat został usankcjonowany przez papieża Grzegorza VII w ramach reformy gregoriańskiej i ostatecznie ugruntowany przez Sobór Trydencki z listopada 1563 roku.

Po dwóch dniach rozmyślań i pokuty Czarna Eminencja uspokoił się; wiedział już, jaką decyzję podejmie dla dobra kościoła, państwa i społeczeństwa. Ostatecznie zadecydowało o tym jedno zdanie podsumowujące sens bycia duchownym: całkowicie poświęcić siebie Bogu i ludziom.

*****

Miała to być zwyczajna narada robocza, jedna z wielu organizowanych każdego miesiąca. Chodziło o pozycję rządu koalicyjnego w oczach społeczeństwa, jak jest odbierany i jakie to stwarza możliwości. Rząd potrzebował niebudzącego wątpliwości autorytetu społecznego. Gubernator i Czarna Eminencja byli zgodni, że rząd powinien plasować się znacznie wyżej w opinii społecznej. Szczególnie mocno nalegał na to arcybiskup.

– Bóg i naród nie są byle kim, aby służyli mu zwyczajni ludzie. Bóg jest królem, władcą, sublimacją arystokracji siły i ducha. Władza pochodzi z nadania boskiego i w Nomadii my ją stanowimy.

Gubernatorowi słowa arcybiskupa wydały się bardzo wzniosłe; przez moment myślał nawet, czy nie za bardzo. Wątpliwość prawie natychmiast go opuściła, kiedy arcybiskup przypomniał, że już Święty Paweł z Tarsu nie miał wątpliwości, że wszelka władza pochodzi od Boga. Powtórzył to po łacinie: Non est potestas nisi a Deo. Bóg to nie jest byle kto! W dyskusji mężczyźni przytaczali i powtarzali argumenty tak długo, że nie pozostawiły one żadnych wątpliwości: władza, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jest uprzywilejowana przez Boga i zasługuje na najwyższy szacunek.

*****

Anemiczna reakcja społeczeństwa na kolejne wezwania rządu do prokreacji dała gubernatorowi i Eminencji wiele do myślenia. Wniknęli głębiej w przyczyny. Okazało się, że w wyniku Apokalipsy wielu obywateli straciło pewność siebie i skapitulowało. Rząd i kościół dostrzegli w tym nową szansę.

– Masy społeczne oczekują, że będziemy za nich myśleć i wskazywać im drogę. Ludzie pragną, aby nimi sterowano, bo tak jest im łatwiej żyć. –  Gubernator i Eminencja postanowili wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

Wśród osób najbardziej potrzebujących przewodnictwa zidentyfikowano analfabetów, ludzi z minimalnym wykształceniem, osoby zagubione w rzeczywistości, bez własnych poglądów i opinii, ignorantów. alkoholików, wyrobników o niskich kwalifikacjach i zarobkach, jednostki o niskim wskaźniku inteligencji, także niektórych bigotów i dewotów, zagubionych w drobiazgowej pobożności. Jak się wkrótce okazało, była to definicja zawężająca, ponieważ wśród potrzebujących przewodnictwa było sporo osób wykształconych. Jedynie artyści i ludzie wolnych zawodów okazali się odporni na wpływy rządzących, egoistycznie preferując własne sumienia i poglądy. Rząd uznał, że w sytuacji masowego zagrożenia, wolność jednostki musi być dawkowana, ponieważ może naruszać interes ogółu.

– Jeśli chodzi o wolność w sprawach prokreacji, to obywatele muszą dopiero nauczyć się z niej korzystać. – Czarna Eminencja zgodził się bez wahania z tym oświadczeniem gubernatora.

Czytaj Michaela Tequilę. Książki https://tinyurl.com/y895884p

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

2Shares