Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 120: Propozycja rozwiązania problemu koni

Na kolejnym spotkaniu klubu dyskutowano stosunek rządu do koni i środowiska naturalnego. Brak regulacji prawnych zapewniających koniom ochronę wyczerpał do dna cierpliwość członków klubu; byli zdecydowani podjąć drastyczne kroki. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę Eryka Humusa, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis, rodzaj testamentu, świadczący o jego zagubieniu i rozpaczy. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Zapytany kiedyś, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez noża, odpowiedział:

– Próbowałem skończyć z sobą. Wisiałem już u sufitu z liną zaciskającą się wokół mojej szyi, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Przeciąłem linę. To on mnie uratował. – Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża przy sobie sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny samobójcy.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Proszę was o rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję. Wierzę, że im bardziej będzie ona radykalna, tym skuteczniejsza. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i zbuntowani ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący w wygodnych fotelach sprawy bez znaczenia dla przyszłości kraju i świata.

List przedstawiał dane statystyczne oparte na najnowszych badaniach naukowych; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosi 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,10 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Obliczenia naukowców wskazywały też, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę. Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie dopuścić do unicestwienia przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wyliczenia tylko potwierdzały to, co członkowie Anarchii wiedzieli od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla koni i innych zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcina gałąź, na której siedzi. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która ostatecznie rozwiązałaby problem. Okazała się ona szaleńczo trudna.

W trakcie dyskusji największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy i pseudonimie Anabaptysta, przedstawił zaskakującą propozycję integracji człowieka i konia. Proponował nazwać tę hybrydę Centaurem. Miało to być idealne zwierzę, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślenie, użyteczność, siłę, pracowitość, nieagresywność. Co najważniejsze, Centaur miał konsumować tylko tyle zasobów, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji.

– Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy nawet kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą. – Podsumował Anabaptysta.

Pomysł wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali go za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd uczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad zwierzętami. Było pewne, że napotka zdecydowany opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, regularnie powołującego się na Biblię, źródło mądrości Stwórcy, poddającą zwierzęta panowaniu ludzi.

Zarządzono głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że będą głosować nieformalnie, tylko dla wyrażenia opinii, co sądzą o propozycji.

Wynik głosowania okazał się nierozstrzygający: tyle samo osób było za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak ty, Anabaptysto, widzisz w praktyce stworzenie takiego Centaura w sensie produkcyjnym, medycznym czy technologicznym?

Anabaptysta odpowiedział bez wahania, wyraźnie wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wielu obywateli Nomadii uzna za manipulację genetyczną. Stworzenie Centaura będzie łączyć się z wieloma ryzykami; nie umiem ich ocenić. Jest to projekt piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości.

Szczerość Anabaptysty była przekonywująca. Wyzwań było więcej niż można było sobie wyobrazić. Członkowie Anarchii byli zgodni tylko w jednym: hybryda człowieka i konia była dla ludzkości jedynym rozwiązaniem.

– Nie mamy alternatywy. – Zreasumował Anabaptysta.

Cz. 119: Koniec dyskusji Izabela Sefardi. Klub Anarchia walczy o konie.

– Don Sefardi! – Izabella wykorzystała moment, kiedy adwersarz był zmuszony zaczerpnąć powietrza, aby przerwać nurt jego argumentacji. Była oburzona w najwyższym stopniu. – Wychodzę, bo wyprowadził mnie pan z równowagi. Nie jestem w stanie słuchać słów zabijających we mnie ludzką godność, która też jest częścią przyrody… chciałam powiedzieć, jest czymś naturalnym. Odchodziła z przekonaniem, że Sefardi to skończony wariat opętany niezrozumiałą niechęcią do kobiet.

– To i ja powiem pani też coś równie dosadnego. Wyłączam się całkowicie z tej bezsensownej zabawy w ochronę przyrody, przestaję się interesować ochroną koni, kucyków i pastwisk.

Sefardi był wściekły na siebie, że uczestniczył w rozmowie, która tylko go upewniła, że Isabela to skończona ignorantka, dla której przyroda to kwiatuszek w doniczce, krzewik na klombiku blisko torów tramwajowych i ptaszek na drzewie usychającym z braku wody i nadmiaru smogu. Poczuł się całkowicie zniechęcony do przyrody i koni. Izabela i jej słowa skojarzyły mu się z pierzastym stworem, jaki przeraził go wielkimi skrzydłami i przerażającym skrzekiem, kiedy był jeszcze dzieckiem w wózeczku.

*****

Od czasu napadu na parlament w kraju zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Niezwykłe zdarzenia następowały jedno po drugim, fakty prasowe wyprzedzały fakty społeczne, zaprzeczając sobie nawzajem. Kiedy mgła dwuznaczności i niejasności nieco opadła, okazało się, że w centrum uwagi społeczeństwa stoi rywalizacja człowieka i konia o przetrwanie. Stawka w grze była wysoka; była nią groźba całkowitego zniknięcia z powierzchni ziemi jednego lub drugiego gatunku. Naukowcy nazywali to anihilacją. Nikt nie miał wątpliwości, kto przegra w tym wyścigu, jeśli reguły gry nie ulegną zmianie. Przyroda mogła mieć tylko jednego pana.

Przetrwanie konia rywalizującego z człowiekiem stały się sensem istnienia Anarchii, klubu oryginałów, intelektualistów i buntowników, entuzjastów ekologii radykalnej. Byli miłośnikami tych zwierząt w skali porównywalnej jedynie ze wzburzonym morzem i głębokimi odstępstwami od normy psychicznej – taka była opinia wicegubernatora Matteo Csudo, odpowiedzialnego w rządzie za sprawy ochrony przyrody.

– Jesteśmy zboczeńcami na punkcie koni – członkowie Anarchii żartowali między sobą, poklepując się po plecach, podobnie jak poklepywali ulubionego rumaka dla wyrażenia uczuć sympatii międzygatunkowej. Byli to głównie mężczyźni, choć nie brakowało i kobiet. Z czasem liczebność obu płci w klubie wyrównała się.

Spotkali się przypadkiem. Trzymali konie w tej samej stajni i przyjeżdżali, aby pojeździć dla przyjemności, a czasem z obowiązku, dla zapewnienia zwierzętom minimum ruchu, którego potrzebowały nade wszystko. Na początku były to spotkania nieregularne, głównie w weekendy, z czasem nabrali nawyku regularnych spotkań, aby rozmawiać o końskich sprawach. Znali tylko swoje imiona, a i to nie zawsze prawdziwe. Wkrótce nabrali nawyku używania pseudonimów i niepytania się, gdzie kto pracuje, czym się zajmuje, czy jak mu się powodzi. Jedynym sensownym tematem były konie i ich przyszłość, kiedy okazało się, że są skazane na wymarcie. To wtedy w sercach i duszach anarchistów zbudził się bunt. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że muszą zrobić coś pozytywnego i znaczącego dla zwierząt, od wieków wiernie służących człowiekowi.

Kiedy już zżyli się ze sobą, pozwalali sobie na większą szczerość. Starali się być uczciwi w słowach i czynach. Okazało się, że nie ma wśród nich nikogo, kto nie byłby na jakimś etapie życia związany z końmi, i to na śmierć i życie. Byli wśród nich hodowcy, dżokeje, woźnice rydwanów cyrkowych, członkowie związków jeździeckich, hipnoterapeuci, artyści woltyżerki, producenci sprzętu i ubiorów dla koni, trenerzy koni, weterynarze, a nawet hazardziści i bukmacherzy stawiający i przyjmujący zakłady na wyścigach konnych. Dla tych ostatnich koń był czymś więcej niż przyjemnością, był także formą ruletki i pasją życiową.

Wkrótce zaadaptowali hasło, jakie głosił członek klubu, wieloletni mieszkaniec równin patagońskich: Siempre con el caballo, para la vida o muerte. Zawsze z koniem, na życie lub śmierć. Był to rodzaj zaprzysiężenia, głębszego niż przysięga wojskowa, wyrażającego gotowość obrony konia nawet z poświęceniem własnego życia.

*****

Klub Anarchia nie cieszył się popularnością w społeczeństwie. Nie było to przypadkowe. Wielu obywatelom nie podobały się maniery i górnolotne słowa anarchistów o miłości do koni, przekraczające pojęcie człowieka, który umie kochać tylko swój najnowszy samochód, piękny, szybki i wypasiony sprzętowo. Z czasem okazało się, że złą opinię urabiali anarchistom przedstawiciele rządu głęboko wierzący w prymat technologii nad końmi, traktujący zasłużone zwierzęta jako przeżytki. To oni udzielali wywiadów i potajemnie sponsorowali doniesienia medialne przedstawiające w złym świetle Anarchię i jej członków.

Po bulwersujących opinię społeczną wydarzeniach w parlamencie, klub zaczęto podejrzewać, że jest rozsadnikiem ekoterroryzmu, choć niczego takiego nikt nie dowiódł. Na wszelki wypadek gubernator Blawatsky zlecił zbieranie informacji o tym, co dzieje się w klubie i wokół niego; tajnej policji nie udało się jednak przeniknąć do jego struktur. Organizacja okazała się hermetyczna. Kiedy było już jasne, że rząd jest zdecydowanym choć cichym wrogiem koni, klubowiczów opanowała obsesja konspiracji. Niegdyś otwarty dla wszystkich, od pewnego czasu klub działał potajemnie, mobilizując się radykalnymi hasłami „Precz z nieekologicznym państwem”, „Rozwalmy tę budę sadyzmu ekologicznego”, a nawet „Śmierć wrogom koni”.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 95: Konie, żałobnicy, transparenty i pieśni

Kondukt zbliżał się do cmentarza, kiedy konie po raz drugi poniosło. Było to już poza miastem, gdzie domów było mało, za to więcej zielonych pół, a za nimi w głębi pasmo mieszanego lasu. Spłoszył je brzęczący rój rozwścieczonych pszczół, które nie znosząc końskiego potu zajadle żądliły zwierzęta doprowadzając je do szału. Oślepłe z przerażenia rumaki pędziły przed siebie prawie roznosząc karawan na nierównościach jezdni. Oczy wyszły im na wierzch, oznaka furii pozbawiającej żywą istotę instynktu nieprzekraczania bariery życia i śmierci. W powietrzu zgęstniałym od niesamowitości, wibrowało rzężenie zwierząt wywołane przerażeniem i wysiłkiem. Woźnica przestał panować nad zaprzęgiem, utrzymał się jednak na koźle i nawet – jak twierdzili potem świadkowie – uśmiechał się triumfująco. U końskich grzbietów pojawiły się skrzydła; poruszając się w górę i w dół imitowały głos wyjącego huraganu. Uruchomił je mechanizm elektryczny ukryty pod kolorowym czaprakiem. Urzeczony widokiem Iwan Iwanowicz, wieloletni przyjaciel zmarłego i znawca jego talentu, zatrzymał się, aby krzyknąć z podziwu, że tym pomysłem Sefardi przerósł samego siebie.

Konie nie pędziły długo. Woźnicy z trudem udało się ściągnąć wędzidła tak, że ich łby prawie skryły się pod piersiami, a pióropusze przysłoniły im oczy ograniczając pole widzenia i zmuszając do zwolnienia. Dopiero wtedy okazało się, że rój rozwścieczonych pszczół był niczym innym jak obłokiem pyłu i drobnych kłaczków wyrywanych pędem z huzarskich skrzydeł. 

*****

Przed bramą cmentarną, przypominającą ścianę frontową okazałego mauzoleum, na placu porośniętym sosnami, o tej porze roku pachnącymi kamforą, w grupie młodzieży trwała ożywiona dyskusja. Przerwał ją widok zbliżającego się konduktu. Na czoło grupy wysunął się ciemno ubrany mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy, o fizjonomii łączącej inteligentnego studenta wyższej uczelni z pracowitym sprzedawcą zieleniny w lokalnym warzywniaku. Wszyscy patrzyli w milczeniu najpierw na karawan konny, potem na białego Rolls-Royce’a. Kiedy minął go samochód, mężczyzna ożywił się. Głosem pracownika salonu samochodowego, mającego za sobą sprzedaż setek luksusowych pojazdów, przedstawił towarzystwu parametry limuzyny: silnik 6,75 litra, typ silnika V12, moc 460 koni mechanicznych, cena siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wewnątrz białego Rolls Royce’a, pośrodku bordowego katafalku, stała metalowa urna. Widoczna przez oszklone boki pojazdu, wydawała się kiwać jak wańka-wstańka zastanawiająca się, do czego sprowadza się wielkość człowieka po śmierci.

Dwa karawany w jednym pogrzebie zszokowały starszych uczestników pogrzebu, czekających cierpliwie przed bramą cmentarną. Rażące pogwałcenie tradycji zgorszyło ich do cna. Dwie matrony zemdlały, wywołując poruszenie i nerwową bieganinę. Poszukiwano wody, aby je ocucić. Ludzie szeptali między sobą. Zadawano pytania, w której urnie są prochy zmarłego i czy jest możliwe, aby były w dwóch urnach, a nawet czy je w ogóle przywieziono. Na placu, na chodniku i przy krawędzi ulicy zgadywano, która odpowiedź jest prawdziwa. Zaczęto się kłócić.

Dwa karawany i zwariowany pochód zostały entuzjastycznie przyjęte przez studentów szkoły filmowej czekających z kamerami przed bramą cmentarza. Ich radosny nastrój udzielił się innym osobom. Nikt nie pozostał obojętny. Wśród zgromadzonych przeważała młodzież z uczelni, gdzie Sefardi Baroka kilka tygodni wcześniej wygłosił wykład inauguracyjny. Władze uczelni rozpaczliwie dementowały informację, że taki wykład w ogóle miał miejsce.

Kiedy wydawało się, że nic już nie potrafi zaskoczyć tłumu na wzgórku, stanowiącym najbardziej dogodny punkt obserwacji wszystkich pogrzebów, na scenie pojawił się trzeci, pieszy kondukt. Wyszedł on z bocznej zagubionej w lesie uliczki i szybko zgromadził wokół siebie entuzjastów rozrywki. Na jego czele, w takt marsza pogrzebowego w wykonaniu trzyosobowej pieszej orkiestry, podążali miarowym krokiem ubrani na czarno żałobnicy niosący na ramionach katafalk z urną. Za ich plecami widoczny był transparent „Światowe Stowarzyszenie Wielbicieli Sefardiego Baroki”. Oni sami stwarzali wrażenie podpitych. Śmieli się, potykali, co ich jeszcze bardziej bawiło. Wszyscy mieli kilkudniowy zarost na twarzy i zachowywali się jak zgrana drużyna sportowa na weselu kolegi. Śpiewali po angielsku „When all the saints go marching in”.

Po odłączeniu się od kolumny postępującej za karawanem konnym, Isabela szybkim krokiem dotarła na wzgórek przed bramą cmentarną, skąd miała dogodne pole obserwacji. Nie chciała, aby cokolwiek uszło jej uwagi. Ucieszyła się słysząc w męskim wykonaniu pieśń „When all the saints”. Don Sefardi niejednokrotnie nucił tę pieśń i bardzo jej się podobała. Bezwiednie zaczęła mruczeć ją razem z maszerującymi mężczyznami, kiedy jakaś kobieta zwróciła jej uwagę, że zakłóca uroczystość pogrzebową człowieka, o którym nie ma pojęcia, jak bardzo jest zasłużony dla kraju. Bezpodstawny przytyk nieznajomej tak bardzo wyprowadził Isabelę z równowagi, że ofuknęła ją bez skrępowania dodając, że nikt nie był tak blisko zmarłego jak ona. Rozmówczyni nie pozostała dłużna wyjaśniając z przekonaniem, że bycie prostytutką w starszym wieku nie jest powodem do chwały, nawet jeśli się świadczy usługi znanej osobie, jeśli to w ogóle jest prawdą, co właśnie usłyszała. Oburzona Isabela szykowała wściekłą ripostę, kiedy zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie traci czas i nerwy na rozmowę z wariatką.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 93: Uroczystości pożegnalne

Przysłonięcie stosu z tyłu ciemną materią sugerowało zapadnięcie nocy. Goście zebrali się w kaplicy, z której wcześniej usunięto ławki z oparciami, aby ustawić rzędy plastykowych krzeseł. Z podłogi zabrano materace na okres żałoby. Ubrany na biało szczupły bramin odczytał fragment Bhagavad Gita, świętej księgi hinduizmu, po czym rozpoczął modły. Mówił i śpiewał kierując na północ, wschód, południe i zachód dymiące kadzidło i świece płonące w oryginalnym świeczniku. Kiedy skończył, żałobnicy podnieśli trumnę i ustawili ją na karawanie, aby przewiózł ją w miejsce kremacji. Na stosie ułożono biało ubraną kukłę imitującą ciało zmarłego, po czym przykryto ją grubymi kawałkami drewna posmarowanego pastą z drzewa sandałowego. Stos podpalił najstarszy syn zmarłego, przykładając płonącą pochodnię od strony głowy. Ogień strawił drewno szybciej niż można było się spodziewać. Niektórym obserwatorom ceremonii wydało się to nienaturalne.

– To nie jest możliwe przy takiej ilości i grubości drewna. – Głośno wyraził zastrzeżenie tęgi mężczyzna w okularach z grubymi oprawkami. – Jestem leśniczym i wiem, co mówię. Jego twarz przybrała wyraz powagi i zdecydowania.

– Drewno jest wyjątkowo suche. Jest to gatunek, który pali się szybko i prawie bez dymu. Ponadto tam w dole nad rzeką wiatr wieje mocniej, przyśpieszając palenie. – Wyjaśnił hinduski kelner obsługujący gości. Znalazł się obok leśniczego jakby wiedział, że powstaną wątpliwości, które będzie w stanie wyjaśnić.

Części zaproszonych gości uroczystość pożegnalna i pogrzeb nie przypadły do gustu, wydały im się udziwnione. Nigdy nie uczestniczyli w niczym podobnym.

– Ci aktorzy przy stosie zachowują się w taki sposób, jakby ktoś sterował nimi zza grobu. – Jakiś kobiecy głos wyraził swoją wątpliwość. Nikt nie usiłował dochodzić na czym oparte były jej przypuszczenia.  

*****

Msza pożegnalna odbyła się w Kościele Dziwnego Świętego, wynajmowanym różnym organizacjom i grupom religijnym. Kościół był ufundowany przez milionera, który twierdził, że Bóg jest tylko jeden, jest uniwersalny i jest całkowicie podobny do człowieka, a równocześnie zupełnie inny, jest w połowie mężczyzną, a w połowie kobietą, i w równym stopniu nagradza ludzi, jak i karze. Fundator uważał również, że Bóg może uczynić znacznie więcej, niż się spodziewamy, jeśli tylko serdecznie poprosi się go o to. Zdobycie wielkiego majątku mężczyzna przypisywał swojemu cnotliwemu życiu i nagradzającemu dobro Bogu.

W mszy uczestniczyła tylko najbliższa rodzina, przyjaciele oraz członkowie Światowego Związku Wybitnych Wynalazców i Zrzeszenia Niekonwencjonalnych Pisarzy. Urnę umieszczono na katafalku zdobnym wizerunkami ptasich głów, symboli wieczności. W bocznej nawie płaczki z Kościoła Dziwnego Świętego zawodziły w takt muzyki Mozarta, ulubionego kompozytora Sefardiego. Utwory wielkiego kompozytora przeplatano wiązanką żywych melodii amerykańskich, Boogie Woogie, Nowy Orlean i Kolumbia. Wyboru utworów dokonał wcześniej Sefardi zwięźle przedstawiając swoje oczekiwania Anastazji:

– Musi to być muzyka klasyczna lub poważnie rozrywkowa, grana przez porządną orkiestrę, a nie muzyka z odkurzacza.

*****

Było wczesne popołudnie, kiedy Aleję Jednego Dębu wypełnił kondukt pogrzebowy prowadzony przez karawan konny, do którego zaprzęgnięto cztery ogiery czarne jak noc, powożony przez pięciokrotnego zwycięzcę wyścigów karawanów. Łby końskie zdobiły oszałamiające pióropusze, bogatsze niż oglądane w cyrkach.

– Nasz wspaniały wynalazca z prochu powstał i w proch się obrócił. W ten sposób stał się bohaterem narodowym. To, że milczy, to niewątpliwy ewenement. – Komentowali po cichu wrogowie Sefardiego i pospolici złośliwcy, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie. Wielu z nich sam sobie stworzył bezkompromisowymi wypowiedziami.

W ślad za powozem konnym sunął powoli wielki biały Rolls-Royce, jakiego nikt w życiu nie widział, antyk sprzed dziesiątek lat, cały oszklony, tak dziwny, że przechodnie zatrzymywali się ze zdumienia. Dziwił nie tylko sam pojazd, ale i potrzeba jego użycia, skoro był już jeden karawan. Na ulice wyległy setki ludzi; wszyscy wiedzieli o pogrzebie, informowały o nim tysiące klepsydr na słupach i tablicach ogłoszeniowych oraz anonse w prasie, radiu i telewizji. Wynajęty samochód był tak majestatyczny, jakby chodziło o pogrzeb króla lub cesarza. Była to siedmiometrowa limuzyna Spirit of Extasy, reklamowana jako „najbardziej elegancki, pojemny i dyskretny pojazd”, imponująca kształtem, bielą lakieru i parą wąskich pionowych drzwiczek z przodu nadwozia przypominającego pudło, oraz połyskliwym chromem uchwytów drzwiczek i kołpaków kół. Nieskazitelna biel maszyny agresywnie kontrastowała z czernią karawanu i koni.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 17: Ekoanarchiści oskarżają premiera

Ukrywana wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o szkodliwych działaniach władz uznano za wątpliwe i budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak kontynuować informowanie społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie traw, co doprowadziło do kilkuset niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że niektóre stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Rzeźników, którzy ubiegali się o licencję na otwarcie biznesu, administracja przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to mięso niezwykle zdrowe. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa prorządowa w czasie, kiedy ich eksporterzy ograniczali swoją działalność z braku surowca do przerobu.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, dogorywając potem w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność agresywnych gryzoni nigdy nie wykryto.

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Słusznie, czy niesłusznie, ekoanarchiści odpowiedzialnością za nie obarczali rząd i premiera.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany premier Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien być premierem – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki władzy.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Matteo Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Premier miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu premier był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy znalazł się pierwszy raz na wsi, miał już wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Podobało mu się to tak bardzo, że sam spróbował ją doić, co go wręcz zachwyciło. Szybko mu to przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy premiera mieli o nim zupełnie odmienną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i organizacje z nim współpracujące. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie dotyczącej rządu i partii. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

*****

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania premiera do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk. Jego świat to technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie, wolności i zwierzętach. Nie mówiąc o gnoju, równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę zrównoważonego rozwoju. Jego rząd przypomina mi obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaki widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo otacza się tylko tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania i nosi tylko sztuczne garnitury, bo lżejsze i niemnące się.

Nie wszystko co mówiła, było prawdą, gdyż na obronę Csudo można było powiedzieć, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który wprawdzie zdechł z przejedzenia, ale pozostawił premierowi ciepłe wspomnienia.

Po nieudanych negocjacjach z premierem, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Akt oskarżenia przedstawiał w skrócie to, co w sprawie koni i przyrody rząd Matteo Csudo zrobił, czego nie zrobił i nie robi, co pozoruje, oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli podejrzewać ukrytą partyjną i rządową dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. To tragedia wołająca o pomstę do nieba – Niotse podsumowała akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu Wyzwolenia w społeczeństwie powoli rodził się opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz bardziej zdecydowanie wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na szkolenia ochrony przyrody. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji: kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda były wyraźnie na kursie kolizyjnym. Potrzebne było jakieś radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

Jest wiosna. Zakwitły postawy, opinie, żarty i sklep internetowy.

CatástrofeW windzie mocno zapachniało perfumami damskimi. Prawdopodobnie jakaś pani rozbierała się obficie. Jest przecież wiosna. Na przystanku autobusowym były trzy osoby normalne, z telefonem komórkowym w ręku i cztery nienormalne, bez telefonu. Ustawiłem się pośrodku, miałem telefon w kieszeni, tuż pod ręką.

Minister od Puszcz i Koni, facjata typu „Ochlapus”, ogłosił ukończenie programu samoedukacji („self-education” for English speakers). Uczył się wielu rzeczy, dojenia krów również.

– Karmienie koni niestety w tamtym czasie nie było popularne. Co do padłych kobył, to szukamy dziury w całym. – Oznajmił z przekonaniem.

Prezes Kaczyński zaproponował poważnie pokój i rozejm.

– My nie podpiszemy wyroku Trybunału Konstytucyjnego, Prezydent nie zaprzysięgnie wybranych przez Sejm sędziów trybunału. W zamian za to wy poprzecie nasz projekt nowej, uzdatnionej konstytucji. – Tak im zaproponował. Po spotkaniu śmiał się, że wzięto jego żart poważnie. – Pan Petru, człowiek poniekąd rozsądny, dostrzegł podobno jakieś światełko w moich podłużnych oczach. – Dodał chichocąc.

– Dzisiaj już czuję się dobrze. Jest wielu życzliwych ludzi, poradzili mi jałowcówkę z ginem, bardzo mi to pomogło. – Sumitował się mężczyzna oskarżony o widzenie rzeczy abstrakcyjnych w nieprzeniknionej ciemności.

Ja sam, wiosennie lekki, ośmielony perfumami w windzie, nauką dojenia i przednim żartem Prezesa, podjąłem się sponsorowania nowonarodzonego www.Usum.pl, sklepu internetowego dla osób niepełnosprawnych, starszych i opiekunów. Należy mu się jakaś pomoc, jak każdemu oseskowi. Pani Premier nie pochyla się nad nim ani nad niepełnosprawnymi.

– Byłam zajęta odpowiadaniem na petycje o publikację wyroku trybunału. Nie miałam nawet czasu, aby przyjrzeć się drodze do mego domku na odludziu, którą ktoś w nocy po cichu obsadził kwiatami ku mojej radości.

Sklep sprzedaje akcesoria i urządzenia rzadko spotykane gdzie indziej przeznaczone dla ludzi, o których też rzadko się mówi. Zdecydowałem się więc rzucić im z pomocą w postaci umiejętności pisania. Starsi mężczyźni sponsorsko pochylają się nad przebudzonymi wiosennie młodymi kobietami, potentaci – nad sportowcami, ja zaś, przeciętny zboczeniec usytuowany między społeczną normalnością i nienormalnością (telefon komórkowy w kieszeni), pochyliłem się nad sklepem, który ma szansę zakwitnąć krzaczastym logo.

Konie, dyrektorzy, rządowy plan sanacji stadniny państwowej.

Entrée_de_l_empereur_Charles_IV_à_Saint-Denis by Jean Fouquet
Wobec nieuzasadnionych napaści gorszej części społeczeństwa na nowego dyrektora stadniny koni, rząd opracował plan sanacji stadniny. „Sanacja” znaczy „uzdrowienie”. Jest to określenie zgodne z tradycją narodową oraz dążeniem partii rządzącej (oby żyła wiecznie!) do uszczęśliwienia narodu.

– Poprzedni dyrektor stadniny takiego planu nie miał. Nie miał żadnego planu. Rządził stadniną kierując się węchem i intuicją. – Wyjaśnił rzeczowo nowy dyrektor.

– My kierujemy się zasadami prawa i moralności. Minister Rolnictwa i Minister Sprawiedliwości przygotowują już akt oskarżenia przeciw staremu dyrektorowi oraz koniom, które uczestniczyły w spisku. Okazało się, że w stadninie zorganizowano spisek przeciwko nam, uczciwym obywatelom. Podejrzane są pewne organizacje i grupy społeczne. Nic więcej państwu nie mogę powiedzieć. – Oświadczył nowy dyrektor, po czym zamilkł, aby oddać się wspomnieniom z czasów PRL-u, a konkretnie stosunkowi towarzysza Gomułki do koni, które uważał za darmozjady zżerające owies należny w postaci płatków śniadaniowych dzieciom chłopów i robotników.

– Sam plan sanacji jest prosty, ale skuteczny. – Dyrektor podjął wątek zagubiony w zamyśleniu. – Realizujemy go w trudnych warunkach. Poprzednia ekipa rządząca, Platforma Obywatelska, zostawiła po sobie kupę gnoju rzekomo do produkcji nawozu organicznego pod pieczarki. To jest jawne kłamstwo. Kto by jadł pieczarki wyprodukowane na nawozie końskim!? – Dyrektor zarżał serdecznie.

– Proszę nie dziwić się, że śmiech mi się zmienił. Nie znam się na koniach, ale znam się na ekonomii i psychologii. To dzięki tej wiedzy mianowano mnie na to stanowisko, abym ratował, co się da uratować. Umiem myśleć i wczuwam się w nową rolę. Musimy lepiej rozumieć konie. Było zbyt wiele skarg z ich strony. Wykorzystam moje kwalifikacje, aby ulżyć ich doli. Zamiast batem i ostrogami będę motywować je łagodną perswazją do wyższej źrebaczności. Bez rozwoju demograficznego stadniny koni pozostaniemy w tyle za Europą. Myślimy o programie „600” dla koni, aby zachęcić je do większej rozrodczości. Znaczy się 600 kostek cukru miesięcznie. Francuzi stworzyli taki program dla kóz. Tylko oni dają im kostki soli. Wie pan, ile teraz Francja produkuje koziego sera?

– Dlaczego nie program „500”? Mamy już udany precedens. – Rzucił reporter, jedyny, jakiemu udało się dotrzeć na konferencję prasową. Inni nie zdążyli przyjechać. Dyrektor prawdopodobnie nie dosłyszał pytania, ponieważ nic nie odpowiedział.

– Kto będzie uczestniczyć w planie sanacji stadniny? – Reporter rzucił pytanie.

– Rozpisaliśmy role. – Podjął dyrektor. – Nie znam się na hodowli zwierząt, ale znam się na liczbach i jestem w dobrej kondycji. Będę biegać razem z końmi; by poprawić ich kondycję. Poprzedni dyrektor fatalnie ją zaniedbał. W ogóle nie biegał. Przy okazji policzę wszystkie konie, bo sporo rozkradziono. Zrobię też inwentaryzację, ilu koniom sfałszowano dokumenty.

– Jak to? Czy to możliwe? – Wydusił z siebie reporter.

– Podejrzewaliśmy, że w stadninie są – dyrektor zniżył glos – lewe Araby. Pan wie, co to znaczy!? Nasze organy bezpieczeństwa podjęły natychmiast dochodzenie i założyły podsłuchy. Efekty nie kazały na siebie czekać. Pragnę zapewnic wszystkich Polaków, w kraju i za granicą, że mogą już czuć się bezpiecznie. Odesłałem już do Kataru ogiera przebywającego u nas rzekomo na leczeniu. Jak poinformował mnie pan Prezes, za ta aferą stoją pewni ludzie oraz pewne organizacje usiłujące nas poniżyć i zdezorganizować.

– Co jeszcze planuje pan zrobić?

Razem z Ministrem Środowiska pochylimy nad uciążliwością zapachową, o której pan Minister wspomniał ostatnio w telewizji. To poważne wyzwanie dla stadniny, naszego rządu oraz Sejmu pracujących nocami, aby dotrzymać obietnic wyborczych. Robimy bokami, a mimo to w kraju śmierdzi. Uciążliwość zapachowa to temat tak trudy, że nasz rząd będzie mógł go podjąć dopiero w 2026 roku. Teraz mamy pilniejsze zadania: budowy społeczeństwa naprawdę patriotycznego, nowej historii oraz stworzenia nowej moralności.

– A co z patriotyzmem koni? – Zawołam zachwycony wyjaśnieniami redaktor.

– O patriotyzmie koni nawet nie wspominam. Sam się nimi zajmę, bo doskonale znam się na ekonomii i psychologii. Będę z nimi biegać, liczyć je i motywować. Koń polski nie będzie naszym wrogiem.

Michael Tequila: „SĘDZIA OD ŚWIĘTEGO JERZEGO”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Rzeczpospolita Końska Nr 4. Walka z bezrobociem, ostro z kopyta.

Knights and horses, autor Matthew Paris, public domainCytat: „Nie chcę, lecz muszę (pisać)”.

„Koń doskonale wpisuje się w naszą tradycję i politykę historyczną”. – Legendarny Prezes, dobroczyńca narodu, czciciel przeszłości, władzy i praworządności zakończył przemówienie. Wybuchła burza oklasków, serdeczna, szalona, wielbiąca. Ludzie kochają go. Gdzieś w oddali dało się słyszeć rżenie uszczęśliwionych zwierząt.

Po zejściu z wielkiej mównicy skromnej wielkości mówca podszedł do małego stolika i jednym zamachem ręki podpisał dwie nominacje na stanowiska dyrektorskie w państwowych stadninach koni.

„Co państwowe, to nasze”. – Pomyślał. Towarzyszyła mu Pani Premier. Też tak pomyślała.

Jeśli chodzi o dobrze płatną pracę to najlepszą agencją zatrudnienia jest obecnie PiS. Kusi mnie ta organizacja. Myślę, aby zapisać się do rządu. Zawsze chciałem być szlachetny i bogaty. Żona kiedyś mi wypominała – jakież to bolesne dla ambitnego człowieka – ten milion złotych, jaki obiecałem rzucić jej do stóp. Szeleszczące nowe banknoty i wielkie pudło dźwięcznego bilonu. Tylko setki i dwusetki. Słyszę w nich złote ostrogi, skrzydła i chorągwie, husarskie i szwoleżerskie. Całkowita, patriotyczna jedność: historia, tradycja, rząd, stanowiska, pieniądze.

Nowy dyrektor stadniny koni, dużo, dużo lepszy od poprzednika, przybył do pracy. Nigdy wcześniej tu nie był. Rozejrzał się z ciekawością. Popatrzył na Araby, które źle mu się skojarzyły (z Arabskim), i Arabki, które dobrze mu się skojarzyły (z niewybuchową kobiecością), potem popatrzył na kupę parującego, ciepłego końskiego nawozu, wciągnął w płuca powietrze i głośno wypowiedział przysięgę wyższych partyjnych urzędników państwowych: „To będzie moje nowe hobby”. Chciał jeszcze dodać: „Tak mi dopomóż Bóg!”, ale uznał, że z błogosławieństwem Pana Prezesa też sobie poradzi.

Kilkanaście godzin później, po północy, w porze nadzwyczajnej wydajności pracy zgodnej z najnowszym regulaminem parlamentarnie-rządowym, dyrektor wystosował list dziękczynny z kopią: „Do wiadomości Pani Premier”.

„Wielce Szanowny Pani Prezesie! Stadnina koni, zaniedbywana przez osiem lat przez Platformę Obywatelską, jest w totalnej ruinie. Konie jednak przeżyły. Pragnę Pana zapewnić, że pod moim kierownictwem staną się one większe i jeszcze bardziej szlachetne, będą miały dłuższe nogi, tęższe łby i mocniejsze kopyta, aby przynosić krajowi niekończący się strumień zaszczytów i dewiz”.

Jego serce wypełniło dziękczynne rżenie. Po chwili namysłu, dopisał:

„P.S. Jeśli będzie Pan sobie życzyć, to konika biłgorajskiego i tarpana też doprowadzę do właściwych rozmiarów”.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.