Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 17: Ekoanarchiści oskarżają premiera

Ukrywana wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o szkodliwych działaniach władz uznano za wątpliwe i budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak kontynuować informowanie społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie traw, co doprowadziło do kilkuset niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że niektóre stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Rzeźników, którzy ubiegali się o licencję na otwarcie biznesu, administracja przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to mięso niezwykle zdrowe. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa prorządowa w czasie, kiedy ich eksporterzy ograniczali swoją działalność z braku surowca do przerobu.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, dogorywając potem w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność agresywnych gryzoni nigdy nie wykryto.

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Słusznie, czy niesłusznie, ekoanarchiści odpowiedzialnością za nie obarczali rząd i premiera.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany premier Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien być premierem – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki władzy.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Matteo Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Premier miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu premier był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy znalazł się pierwszy raz na wsi, miał już wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Podobało mu się to tak bardzo, że sam spróbował ją doić, co go wręcz zachwyciło. Szybko mu to przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy premiera mieli o nim zupełnie odmienną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i organizacje z nim współpracujące. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie dotyczącej rządu i partii. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

*****

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania premiera do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk. Jego świat to technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie, wolności i zwierzętach. Nie mówiąc o gnoju, równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę zrównoważonego rozwoju. Jego rząd przypomina mi obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaki widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo otacza się tylko tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania i nosi tylko sztuczne garnitury, bo lżejsze i niemnące się.

Nie wszystko co mówiła, było prawdą, gdyż na obronę Csudo można było powiedzieć, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który wprawdzie zdechł z przejedzenia, ale pozostawił premierowi ciepłe wspomnienia.

Po nieudanych negocjacjach z premierem, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Akt oskarżenia przedstawiał w skrócie to, co w sprawie koni i przyrody rząd Matteo Csudo zrobił, czego nie zrobił i nie robi, co pozoruje, oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli podejrzewać ukrytą partyjną i rządową dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. To tragedia wołająca o pomstę do nieba – Niotse podsumowała akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu Wyzwolenia w społeczeństwie powoli rodził się opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz bardziej zdecydowanie wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na szkolenia ochrony przyrody. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji: kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda były wyraźnie na kursie kolizyjnym. Potrzebne było jakieś radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

Jest wiosna. Zakwitły postawy, opinie, żarty i sklep internetowy.

CatástrofeW windzie mocno zapachniało perfumami damskimi. Prawdopodobnie jakaś pani rozbierała się obficie. Jest przecież wiosna. Na przystanku autobusowym były trzy osoby normalne, z telefonem komórkowym w ręku i cztery nienormalne, bez telefonu. Ustawiłem się pośrodku, miałem telefon w kieszeni, tuż pod ręką.

Minister od Puszcz i Koni, facjata typu „Ochlapus”, ogłosił ukończenie programu samoedukacji („self-education” for English speakers). Uczył się wielu rzeczy, dojenia krów również.

– Karmienie koni niestety w tamtym czasie nie było popularne. Co do padłych kobył, to szukamy dziury w całym. – Oznajmił z przekonaniem.

Prezes Kaczyński zaproponował poważnie pokój i rozejm.

– My nie podpiszemy wyroku Trybunału Konstytucyjnego, Prezydent nie zaprzysięgnie wybranych przez Sejm sędziów trybunału. W zamian za to wy poprzecie nasz projekt nowej, uzdatnionej konstytucji. – Tak im zaproponował. Po spotkaniu śmiał się, że wzięto jego żart poważnie. – Pan Petru, człowiek poniekąd rozsądny, dostrzegł podobno jakieś światełko w moich podłużnych oczach. – Dodał chichocąc.

– Dzisiaj już czuję się dobrze. Jest wielu życzliwych ludzi, poradzili mi jałowcówkę z ginem, bardzo mi to pomogło. – Sumitował się mężczyzna oskarżony o widzenie rzeczy abstrakcyjnych w nieprzeniknionej ciemności.

Ja sam, wiosennie lekki, ośmielony perfumami w windzie, nauką dojenia i przednim żartem Prezesa, podjąłem się sponsorowania nowonarodzonego www.Usum.pl, sklepu internetowego dla osób niepełnosprawnych, starszych i opiekunów. Należy mu się jakaś pomoc, jak każdemu oseskowi. Pani Premier nie pochyla się nad nim ani nad niepełnosprawnymi.

– Byłam zajęta odpowiadaniem na petycje o publikację wyroku trybunału. Nie miałam nawet czasu, aby przyjrzeć się drodze do mego domku na odludziu, którą ktoś w nocy po cichu obsadził kwiatami ku mojej radości.

Sklep sprzedaje akcesoria i urządzenia rzadko spotykane gdzie indziej przeznaczone dla ludzi, o których też rzadko się mówi. Zdecydowałem się więc rzucić im z pomocą w postaci umiejętności pisania. Starsi mężczyźni sponsorsko pochylają się nad przebudzonymi wiosennie młodymi kobietami, potentaci – nad sportowcami, ja zaś, przeciętny zboczeniec usytuowany między społeczną normalnością i nienormalnością (telefon komórkowy w kieszeni), pochyliłem się nad sklepem, który ma szansę zakwitnąć krzaczastym logo.

Konie, dyrektorzy, rządowy plan sanacji stadniny państwowej.

Entrée_de_l_empereur_Charles_IV_à_Saint-Denis by Jean Fouquet
Wobec nieuzasadnionych napaści gorszej części społeczeństwa na nowego dyrektora stadniny koni, rząd opracował plan sanacji stadniny. „Sanacja” znaczy „uzdrowienie”. Jest to określenie zgodne z tradycją narodową oraz dążeniem partii rządzącej (oby żyła wiecznie!) do uszczęśliwienia narodu.

– Poprzedni dyrektor stadniny takiego planu nie miał. Nie miał żadnego planu. Rządził stadniną kierując się węchem i intuicją. – Wyjaśnił rzeczowo nowy dyrektor.

– My kierujemy się zasadami prawa i moralności. Minister Rolnictwa i Minister Sprawiedliwości przygotowują już akt oskarżenia przeciw staremu dyrektorowi oraz koniom, które uczestniczyły w spisku. Okazało się, że w stadninie zorganizowano spisek przeciwko nam, uczciwym obywatelom. Podejrzane są pewne organizacje i grupy społeczne. Nic więcej państwu nie mogę powiedzieć. – Oświadczył nowy dyrektor, po czym zamilkł, aby oddać się wspomnieniom z czasów PRL-u, a konkretnie stosunkowi towarzysza Gomułki do koni, które uważał za darmozjady zżerające owies należny w postaci płatków śniadaniowych dzieciom chłopów i robotników.

– Sam plan sanacji jest prosty, ale skuteczny. – Dyrektor podjął wątek zagubiony w zamyśleniu. – Realizujemy go w trudnych warunkach. Poprzednia ekipa rządząca, Platforma Obywatelska, zostawiła po sobie kupę gnoju rzekomo do produkcji nawozu organicznego pod pieczarki. To jest jawne kłamstwo. Kto by jadł pieczarki wyprodukowane na nawozie końskim!? – Dyrektor zarżał serdecznie.

– Proszę nie dziwić się, że śmiech mi się zmienił. Nie znam się na koniach, ale znam się na ekonomii i psychologii. To dzięki tej wiedzy mianowano mnie na to stanowisko, abym ratował, co się da uratować. Umiem myśleć i wczuwam się w nową rolę. Musimy lepiej rozumieć konie. Było zbyt wiele skarg z ich strony. Wykorzystam moje kwalifikacje, aby ulżyć ich doli. Zamiast batem i ostrogami będę motywować je łagodną perswazją do wyższej źrebaczności. Bez rozwoju demograficznego stadniny koni pozostaniemy w tyle za Europą. Myślimy o programie „600” dla koni, aby zachęcić je do większej rozrodczości. Znaczy się 600 kostek cukru miesięcznie. Francuzi stworzyli taki program dla kóz. Tylko oni dają im kostki soli. Wie pan, ile teraz Francja produkuje koziego sera?

– Dlaczego nie program „500”? Mamy już udany precedens. – Rzucił reporter, jedyny, jakiemu udało się dotrzeć na konferencję prasową. Inni nie zdążyli przyjechać. Dyrektor prawdopodobnie nie dosłyszał pytania, ponieważ nic nie odpowiedział.

– Kto będzie uczestniczyć w planie sanacji stadniny? – Reporter rzucił pytanie.

– Rozpisaliśmy role. – Podjął dyrektor. – Nie znam się na hodowli zwierząt, ale znam się na liczbach i jestem w dobrej kondycji. Będę biegać razem z końmi; by poprawić ich kondycję. Poprzedni dyrektor fatalnie ją zaniedbał. W ogóle nie biegał. Przy okazji policzę wszystkie konie, bo sporo rozkradziono. Zrobię też inwentaryzację, ilu koniom sfałszowano dokumenty.

– Jak to? Czy to możliwe? – Wydusił z siebie reporter.

– Podejrzewaliśmy, że w stadninie są – dyrektor zniżył glos – lewe Araby. Pan wie, co to znaczy!? Nasze organy bezpieczeństwa podjęły natychmiast dochodzenie i założyły podsłuchy. Efekty nie kazały na siebie czekać. Pragnę zapewnic wszystkich Polaków, w kraju i za granicą, że mogą już czuć się bezpiecznie. Odesłałem już do Kataru ogiera przebywającego u nas rzekomo na leczeniu. Jak poinformował mnie pan Prezes, za ta aferą stoją pewni ludzie oraz pewne organizacje usiłujące nas poniżyć i zdezorganizować.

– Co jeszcze planuje pan zrobić?

Razem z Ministrem Środowiska pochylimy nad uciążliwością zapachową, o której pan Minister wspomniał ostatnio w telewizji. To poważne wyzwanie dla stadniny, naszego rządu oraz Sejmu pracujących nocami, aby dotrzymać obietnic wyborczych. Robimy bokami, a mimo to w kraju śmierdzi. Uciążliwość zapachowa to temat tak trudy, że nasz rząd będzie mógł go podjąć dopiero w 2026 roku. Teraz mamy pilniejsze zadania: budowy społeczeństwa naprawdę patriotycznego, nowej historii oraz stworzenia nowej moralności.

– A co z patriotyzmem koni? – Zawołam zachwycony wyjaśnieniami redaktor.

– O patriotyzmie koni nawet nie wspominam. Sam się nimi zajmę, bo doskonale znam się na ekonomii i psychologii. Będę z nimi biegać, liczyć je i motywować. Koń polski nie będzie naszym wrogiem.

Michael Tequila: „SĘDZIA OD ŚWIĘTEGO JERZEGO”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Rzeczpospolita Końska Nr 4. Walka z bezrobociem, ostro z kopyta.

Knights and horses, autor Matthew Paris, public domainCytat: „Nie chcę, lecz muszę (pisać)”.

„Koń doskonale wpisuje się w naszą tradycję i politykę historyczną”. – Legendarny Prezes, dobroczyńca narodu, czciciel przeszłości, władzy i praworządności zakończył przemówienie. Wybuchła burza oklasków, serdeczna, szalona, wielbiąca. Ludzie kochają go. Gdzieś w oddali dało się słyszeć rżenie uszczęśliwionych zwierząt.

Po zejściu z wielkiej mównicy skromnej wielkości mówca podszedł do małego stolika i jednym zamachem ręki podpisał dwie nominacje na stanowiska dyrektorskie w państwowych stadninach koni.

„Co państwowe, to nasze”. – Pomyślał. Towarzyszyła mu Pani Premier. Też tak pomyślała.

Jeśli chodzi o dobrze płatną pracę to najlepszą agencją zatrudnienia jest obecnie PiS. Kusi mnie ta organizacja. Myślę, aby zapisać się do rządu. Zawsze chciałem być szlachetny i bogaty. Żona kiedyś mi wypominała – jakież to bolesne dla ambitnego człowieka – ten milion złotych, jaki obiecałem rzucić jej do stóp. Szeleszczące nowe banknoty i wielkie pudło dźwięcznego bilonu. Tylko setki i dwusetki. Słyszę w nich złote ostrogi, skrzydła i chorągwie, husarskie i szwoleżerskie. Całkowita, patriotyczna jedność: historia, tradycja, rząd, stanowiska, pieniądze.

Nowy dyrektor stadniny koni, dużo, dużo lepszy od poprzednika, przybył do pracy. Nigdy wcześniej tu nie był. Rozejrzał się z ciekawością. Popatrzył na Araby, które źle mu się skojarzyły (z Arabskim), i Arabki, które dobrze mu się skojarzyły (z niewybuchową kobiecością), potem popatrzył na kupę parującego, ciepłego końskiego nawozu, wciągnął w płuca powietrze i głośno wypowiedział przysięgę wyższych partyjnych urzędników państwowych: „To będzie moje nowe hobby”. Chciał jeszcze dodać: „Tak mi dopomóż Bóg!”, ale uznał, że z błogosławieństwem Pana Prezesa też sobie poradzi.

Kilkanaście godzin później, po północy, w porze nadzwyczajnej wydajności pracy zgodnej z najnowszym regulaminem parlamentarnie-rządowym, dyrektor wystosował list dziękczynny z kopią: „Do wiadomości Pani Premier”.

„Wielce Szanowny Pani Prezesie! Stadnina koni, zaniedbywana przez osiem lat przez Platformę Obywatelską, jest w totalnej ruinie. Konie jednak przeżyły. Pragnę Pana zapewnić, że pod moim kierownictwem staną się one większe i jeszcze bardziej szlachetne, będą miały dłuższe nogi, tęższe łby i mocniejsze kopyta, aby przynosić krajowi niekończący się strumień zaszczytów i dewiz”.

Jego serce wypełniło dziękczynne rżenie. Po chwili namysłu, dopisał:

„P.S. Jeśli będzie Pan sobie życzyć, to konika biłgorajskiego i tarpana też doprowadzę do właściwych rozmiarów”.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.