Komiks literacki. Przybudówka i Armia. Odcinek 30.

W kronice okrętu "Całą Naprzód", największego w regionie, zdolnego do operacji żeglugi pełnomorskiej, przybrzeżnej i bagiennej, dyżurny odnotował najważniejsze zdarzenia.

– Płyniemy w kierunku wyznaczonym przez naszego Ukochanego Dowódcę. Chwilę zastanawiał się, czy nie brzmi to zbyt orientalnie. Uznał, że jest OK, ponieważ odpowiada prawdzie i duchowi czasu. Komandor Jaroszka, pierwszy po Bogu, a ostatnio nawet przed Nim, wygłosił dramatyczne przemówienie. Sytuacja jest opanowana. Krzywa Przybudówka została rozmontowana i pod nadzorem znanej już z Homera Kobyły Trojańskiej, przechodzi teraz kurację uzdrawiania, odchudzania i prostowania bolącego kręgosłupa. Kobyła Trojańska to ta, której razem z dwoma końmi trojańskimi udało się przeniknąć niepostrzeżenie do Krzywej Przybudówki. Dzisiaj jest to już zabytek, skansen dawnej kultury; można go spokojnie nazywać Prostą Przybudówką.  

Zbrojmistrz Sęp prawie całkowicie odmłodził już załogę i pasażerów. Nowe mundury, nowi dowódcy i to sami najwybitniejsi, dobrani przez niego ręcznie. Starzy oficerowie sami odstawili się do lamusa.

– Zrobiłem im tylko test charakterów. – Wyjaśnił Zbrojmistrz. – Przeczołgałem ich testując wierność. Nic nie umieli, padali jak kłosy, bąkając coś o umiejętnościach, doświadczeniu i godności żołnierskiej. Jaka godność? Jakie doświadczenie? Jakie umiejętności? To są drobiazgi. Nikt ich nie lubił, tych starych zarozumialców. Nam potrzeba młodych roczników, prężnych i oddanych sprawie, szewców, piekarzy, aptekarzy, kibiców piłkarskich, wiernych ojczyźnie. – Podsumował Zbrojmistrz na zakończenie odprawy. Zjawił się na niej w nowej panterce wojskowej.

– Kiedy zobaczyłem siebie w lustrze, z szacunku zasalutowałem. – Powiedział z dumą. Towarzyszył mu młody, rumiany na twarzy asystent, nad którym trzymal parasol pułkownik zgodnie z nowym regulaminem sił zbrojnych okrętu.

Zbrojmistrz jest niezwykle szarmancki. Potrafi zdobyć serca nawet dziennikarzy, o których wiadomo, że są to chamy i prostacy, niekompetentni, zadający prostackie pytania. Tylko on umie zachować się.

– Serdecznie witam panią dziennikarkę. Cieszę się, że panią widzę, całuję śliczne rączki. Dobrze, że przybyła pani na naszą uroczystość, wojsko będzie zaraz strzelać fajerwerki i rozrzucać konfetti. Nie mogę teraz odpowiedzieć na pani pytanie. To zresztą nie ma znaczenia, gdyż jest pani inteligentną osobą i najlepiej zna odpowiedź. Serdecznie żałuję, ze nie mam więcej czasu, ale mam jeszcze do odstrzału kilkuset wojskowych ze starych roczników, zdeprawowanych i niewierzących w dobro i przyszłość.

– Czy pan ich dlatego wyrzuca, że są niekompetentni?

– Ależ skądże! Sami się zwalniają rozumiejąc, że nie znają się na nowoczesnej armii, na zmyleniu strategicznym, na koniach bojowych, którymi teraz zastępujemy maszyny wykonane z żelaza i innych metali, łatwo wykrywalne przez radar. Czy pani wie, że radar nie wykrywa koni? No widzi pani! Oni tego nie wiedzieli. Co to za dowódcy?!

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Zbiór poezji australijsko-polskich, 2017, drugie wydanie. Od kilku dni w sprzedaży w księgarniach w kraju i za granicą. Opinie czytelników wyżej na stronie pod przyciskiem "Poezje" na pasku menu.  

Komiks literacki. Wywiad z komandorem Jaroszką. Odcinek 26.

Zadałem sobie pytanie: – „Dzieje wodza i narodu”, rzecz pisana w odcinkach. Co to za powieść? Aby odpowiedzieć na nie przeprowadziłem wywiad z komandorem Jaroszką, głównym bohaterem powieści. Jego słowa to wyjaśnienie dla czytelników oraz wskazówki dla autora.

– W co wy się bawicie? Pan i pańska załoga? – Zapytałem Komandora.

Popatrzył na mnie poważnie, wszedł na stołek, poważnie, z dostojeństwem, jak tylko on to potrafi, i przemówił z wysokości. Głos miał jedwabisty i ciepły.

– Prowadzę teatr okrętowy, jeden z najciekawszych na świecie. Bawimy się w Indian, a czasem w Czarnego Luda. Niesamowita sztuka. Gramy ją na żywo, często improwizując. Możemy w niej straszyć pasażerów okrętu, a jest ich niemało, bo audytorium jest wielkie. Bardzo dobrze mi to robi. Mam swobodę działania. Jestem dyrektorem teatru i reżyserem sztuki, obsadziłem także główną rolę.

– A dlaczego wchodzi pan na stołek, panie komandorze? Przecież i tak wszyscy pana znają i słuchają z uwagą.

– Lubię szczyty. Wzrok mi się poprawia, lepiej ogarniam tłumy. Kocham tłumy u mych stóp. Kiedy przemawiam z wysokości mój głos brzmi jakby dochodził z nieba. Rozumie pan moje skojarzenie?

– Jest pan osobą wierzącą?

– Oczywiście. Nawet bardzo. Najbardziej wierzę w teatr.

– Czy czasem to wszystko, co pan robi, nie myli się panu. Czy kieruje się pan jakimiś zasadami?

– Tak. Zostały one ustanowione już wcześniej, lecz my je zmieniamy. Jesteśmy teatrem nowoczesnym, eksperymentalnym. Prowadzę go dla dobra przyszłych pokoleń. Także po to, aby wyciszyć hałasy wewnętrzne, które mnie męczą, zaspokoić nieutuloną tęsknotę za czymś nieogarnionym. Sam tego czasem nie rozumiem. Ale tak właśnie wygląda proces twórczy!

– Dla mnie, odpowiedziałem komandorowi Jaroszce, to co pan robi, to komiks, dramat narodowy w odcinkach. Sztuka mocna, pełna zaskakujących zdarzeń i ostrych zakrętów. Trzyma w napięciu. To mnie kręci, gdyż w przeciwnym wypadku czułbym się jak bezrobotny na przednówku państwowego zasiłku. Wspaniale improwizujecie. Ubóstwiam was za to. Piszę ten komiks, a czasem nawet i czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem cudownie niepoważny, lekki i uduchowiony, tak jak pan, panie komandorze. Cudownie pan gra! Nie boi się pan, że pańska sztuka może przekształcić się w mroczny dramat?

– Zaraz tam dramat. Niech pan nie przesadza. Nawet jak do więzienia trafi pięć tysięcy osób, to nie znaczy, że to już jest dramat. Pięć tysięcy na tle milionów to statystyka. Nie boję się, bo mam to wszystko pod kontrolą, w głowie.

– Ale ma pan przeciwników. Opozycję. Ludzi prostych, nie lubiących teatru.

– Co to za opozycja? Ja mam charyzmę i wewnętrzny imperatyw.

– Co to jest ten „wewnętrzny imperatyw”?

– Ach, co za pytanie! – Dramatycznie wykrzyknął komandor Jaroszka. – To mania, która mnie prześladuje. Jako reżyser i aktor dzielę się nią jak tylko umiem najlepiej.

– Boże dopomóż! – Odkrzyknąłem odruchowo, przypominając sobie, co mówi się w takich wypadkach.

– Bóg zapłać, dobry człowieku!

Ucieszyłem się. Komandor nazwał mnie dobrym człowiekiem.  

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Recenzja: http://zaczytani.pl/ksiazka/sedzia_od_swietego_jerzego,druk: Intrygująca satyra, która w jaskrawy sposób punktuje wszystkie przywary i bolączki polityków oraz życia politycznego kraju. Zabawna i ironiczna, ale przede wszystkim bardzo prawdziwa. 

Komiks literacki. Komandor dostrzega potwora. Odcinek 25.

Kraj i czas, w których opisywane wydarzenie miało miejsce, zwane razem rzeczywistością, stawały się coraz bardziej irracjonalne. Trudno było cokolwiek zrozumieć.

Okręt „Całą naprzód” rwał do przodu kursem wyznaczonym przez Komandora Jaroszkę, docierając ostatecznie do miejsca, gdzie w atmosferze jest dużo mieszanki wybuchowej. Komandor stał na mostku i obserwował rzeczywistość przez lornetę. On pierwszy dostrzegł niebezpieczeństwo i krzyknął ostrzegawczo: widzę Putscha.

Był to potwór niekreślony w formie, ogromnie niebezpieczny. Przewalając się z boku na bok wydawał z siebie ryk. Był wielołapy, jakby przybył prosto z Indii. W jednej łapie trzymał kanapki zawinięte w pergamin, całe ich mnóstwo, może były one nawet na tacy, trudno to było dostrzec. W drugiej łapie dzierżył hasła i obietnice zawinięte w złotą materię. Putsch przyleciał prawdopodobnie od strony Ameryki Południowej, gdzie jest ich największa wylęgarnia. Komandor nie był pewien jak się pisze imię potwora, dlatego wykrzyknął je po niemiecku.

Przybyli na miejsce obserwatorzy przecierali oczy ze zdumienia, że coś tak osobliwego zjawiło się ni stąd ni z owąd, aby rzucić się w oczy Komandorowi. Zaczęli między sobą dyskusję. Niektórzy widzieli potwora, inni nie widzieli, jeszcze inni wprawdzie widzieli, ale znali go pod nazwą Pucz i nie byli pewni, czy jest to to samo, co komandorski Putsch.

Zwał go jak zwał, podział był bardzo wyraźny: wierna załoga, widząca rzeczywistość oczami Komandora, bo ich własne już dawno wysiadły, zresztą tak było im lepiej i bogaciej, widzieli Putscha, i nie mieli żadnych wątpliwości. Pozostali, nieprzychylni Komandorowi, byli przekonani, że Putsch jest chimerą zrodzoną w jego głowie i że Komandor ma tam więcej takich chimer, aby czynić rzeczywistość jeszcze bardziej irracjonalną i szaloną na miarę swoich potrzeb i interesów. 

Komiks literacki. Darowizna Mrs Tania David. Odcinek 23.

Do kabiny Komandora Jaroszki wpadł Skarbnik i krzyknął już w progu: – Gratuluję szefie! Właśnie otrzymał pan email od pani Tani David. Niesamowicie Pana chwali i oferuje Panu darowiznę. To dar serca. Proponuję go przyjąć. Przeczytam panu treść jej emaila.

Mój najdroższa w Chrystusie!

Jestem pani Tania David. Możesz zobaczyć moją wiadomość jako niespodziankę, ponieważ nie ma innych sposobów z Tobą skontaktować z wyjątkiem za pośrednictwem tego medium.

Mam nadzieję, że masz się dobrze po twoja spotkania z Mr Orban z Węgra. On jest taka przyjemna człowiek, choć trochę wodzi ciebie za nosa, ale ty go bardzo kochać. Bardzo tutaj o tobie słychać, że jesteś czwarta wpływowa człowiek w Europa, bo montujesz bardzo udana koalicja i monarchia od morza do morza. Dusisz też bardzo mocno opozycja i brawo za to, bo ja też nie lubię opozycja.

Jestem tutaj, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie mój zmarły mąż ma produkcji przemysłowej przed jego nagłej śmierci. Jest to smutna wiadomość, aby powiedzieć, że mój mąż i mój jedyny syn zginął w wypadku w 2012 roku. Od tamtej pora ja nie być sobą, bo piszę do ciebie ze szpitala, gdzie została przyjęty do leczenia raka. Po mojego złego stanu zdrowia, lekarz powiedział mi, że nie będzie trwał przez następne osiem miesięcy z powodu mojej choroby. Znając mój stan postanowiłam darować pieniądza, mój zmarły mąż ma zdeponowanych w banku tutaj, do organizacji lub jednostki spoza tego kraju ($ 6,500,000 mln USD).

Chcę te pieniądza być wykorzystane przez Ciebie i twoja okręt, która jest bardzo piękna i pływa zygzakami. Wzięłam tę decyzję, bo nie ma żadnego dziecka, które będą dziedziczyć te pieniądza i mogą one dostać skonfiskowane przez bank. Mam nadzieję usłyszeć od ciebie, jak tylko wyrazisz zainteresowanie, aby otrzymać te pieniądza.

My tutaj na Wybrzeżu Kości Słoniowej też mamy dużo morze i chcemy przyłączyć nasz kraj i nasze morze do twoja fantastyczna koalicja i monarchia. Ja bardzo być chciała, aby ty być król nie tylko monarchia od morza do morza, ale i Wybrzeża Kości Słoniowej.

Z poważaniem,

Pani Tania David.

– Na co przeznaczymy te pieniądze, szefie?

Odpowiadając, komandor Jaroszka był rzeczowy. Nie pokazał po sobie wzruszenia wiadomością o jego sławie sięgające czarnego lądu. – Przeznaczymy na wymianę wszystkiego na nowe: nowe technologie, nowe mieszkania, nowe firanki szwajcarskie, nowe emerytury, nowych sędziów i prokuratorów, nowy system edukacji, nową historię, nowych bohaterów, nowe pomniki, nowe drony dla Ogniomistrza Sępa, a także nowe zakazy i ograniczenia.

– Dużo tych nowości! – Zauważył Skarbnik.

– Jak zmiana, to zmiana! – Komandor był entuzjastyczny.

– To co zostanie ze starej tradycji? – Głos Skarbnika drżał z niepewności.

– Jak to, co: My. Ja, Bea, pan, Blaszka, Simpletona, Prokur Oćwicz, Zbrojmistrz Sęp, Brzuchal, cała nasza załoga.

Komiks literacki. Profesor Simpletona i dyscyplina. Odcinek 21.

botero-estatua_de_botero_no_jardim_amalia_rodrigues-zdjecie-portuguese_eyses-creative-commons-2

Redaktor prowadzący wywiad zdawał sobie sprawę, że profesor Simpletona jest bardzo ważnym członkiem załogi okrętu. Komandor Jaroszka powierzał jej najtrudniejsze zadania. Była masywna i miała mocną szczękę, potrafiła przegryźć przewód mikrofonu i rozdeptać kamerę redaktora, gdyby tylko usiłował on zaatakować Komandora, choćby nawet słownie. Zachował więc ostrożność. 

– Jest pani profesorem prawa i to nie byle jakim, bo nadzwyczajnym. Mówią też, że jest pani osobą otwartą i prostolinijną. Lubi pani zjeść i wypić oraz wyrażać się dosadnie, jak to na okręcie, gdzie marynarze nie owijają przekleństw w przezroczystą bibułkę. Nazywają panią bulterierem komandora Jaroszki? Skąd ta nazwa?

– Pozwoli pan, że to ja nazwę pana gówniarzem, chyba, że woli pan być nazwany palantem, tyle się pan zna na zoologii. Jestem bulterierką Komandora, nie bulterierem. To zasadnicza różnica.

– Jaka jest pani rola na okręcie?

– Moją rolą jest utrzymać dyscyplinę na sali konferencyjnej. Komandor zatrudnił mnie do pilnowania, aby ta kretyńska opozycja nie nadużywała jego cierpliwości. Opozycjoniści mają obowiązek przemawiać krótko i zwięźle, w dodatku tak, aby podobało się to przewodniczącemu sali. On tu rządzi w imieniu Komandora. Kto się do tych zasad nie stosuje, to morda w kubeł albo wynocha z sali. Osobiście nie pozwalam mówić tej hołocie dłużej niż dwie minuty. Jeśli ktoś przekracza tę granicę, wtedy interweniuję. Mam sprawdzone chwyty: Skończ już, palancie, nie masz pojęcia, o czym mówisz! Albo: To nie jest na temat. Wyłączam pana, chamie!

– To chyba nie wszystko?

– Moja rolą jest też doskonalenie języka i zasad komunikacji załogi. Bez tego będziemy niczym, a z tym, to rzucimy inne załogi na kolana. Niech też doznają upokorzenia tak, jak my doznaliśmy w przeszłości od poprzedniego dowódcy, tego chama, i jego załogi. To były złe czasy. Nasi poprzednicy kradli i oszukiwali bez umiaru. My robimy to dużo lepiej.

– Mówią, że jest pani osobą bez honoru?

– Tak? Kto tak mówi? Pewnie jakiś burak z opozycji. Może ten cymbał z rudymi włosami zamiast przyzwoitej peruki. To tylko częściowa prawda. – Profesor Simpletona niespodziewanie złagodniała. – Tytuł profesorski przyznano mi jeszcze w czasach, kiedy honor, przyzwoitość i poprawny język były mało znane. Dzięki temu nie jestem obarczona błędami przeszłości, mówię, co chcę i komu chcę. Mamy czasy demokracji, wolności. A że język mam dosadny, to zrozumiałe. Nie wypadłam sroce spod ogona.

– Jakie prawo pani studiowała?

Prawo Kaduka w tradycji chrześcijańskiej. Święty Kaduk, Panie, świeć nad jego duszą, wyzwolił ludzi z uczuć ciągnących ich ku ziemi. Normalnie ludzie myślą, że trzeba mówić prawdę i trzeba być wzajemnie miłym dla siebie. Po co komu prawda? Czy ktoś się tym naje? Daj pan spokój. Wynoś się zresztą, prostaku, bo nie mam już cierpliwości! 

Komiks literacki. Czarna Furia opozycji. Odcinek 19.

Rankiem trzynastego dnia ostatniej tercji jesieni, nie przejmując się feralnością daty, komandor wyszedł na pokład, aby ogarnąć gospodarczym wzrokiem swoje włości. Rozejrzał się, wokół zalegała mgła jasnością przypominająca lica niewinnego dziecięcia. Zaklął:

– Gdzie do cholery jest ta opozycja, o której ciągle mi mówicie? Ja jej nie widzę!

Towarzyszący mu, zawsze czujni zastępcy, oficerowie oraz ochroniarze zaczęli rozglądać się po pokładzie zasnutym oparem. Po dłuższym wpatrywaniu się dostrzegli drobne płomyki. Byli to przywódcy opozycji. Oszołomieni ciosami śmiałych posunięć komandora, szukali drogi wyjścia ze świeczkami w rękach.

Jeden z nich, śmielszy, ze skromnym znaczkiem „Moderna” w klapie zbliżył się do komandorskiej świty. Przyniesiono lampę. Ukazała ona mężczyznę w sile wieku, postawnego, z wyrazistą twarzą, czarno uwłosionego, włos cięty pod staromodny szlachecki baniak. Gładkie słowa okraszał chłopięcym uśmiechem. Był to Czarna Furia, przywódca Modernistów.

– Nie boimy się Was, komandorze. Pasażerowie też nas lubią, dobrze wypadamy w sondażach.

– Może dlatego, że macie u siebie kilka ładnych bab. – Przerwał uszczypliwie członek świty komandora. On sam nie odzywał się, byłoby to poniżej jego godności.

– Fakt. Mamy w naszych szeregach dziewczęta mądre i apetyczne, że palce lizać. – Potwierdził Czarna Furia. Są zgrabne i wykształcone, nie dają się zakrzyczeć, wiedzą, o czym mówią i mówią to głośno, choć staracie się nas kneblować nie dopuszczając do głosu. Zwłaszcza ten wyschły staruszek z epoki kamienia łupanego z twarzą poszatkowaną w drobne trójkąciki.

Pasażerowie, których garstka ukazała się na podkładzie, udzielili mu poparcia oklaskami tak skromnymi, jakby nie jedli śniadania.

– A co pan sądzi, Modernisto, o kolegach z opozycji, jeśli taka jest jeszcze przy życiu? – Komandor zdobył się na drwinę. Był wyluzowany.

– Przywódca większej grupy opozycyjnej, lecz o mniejszym znaczeniu niż moja, to niezły chłop, pseudonim Duży Zając. Więcej mówi, mniej robi, chyba dlatego, że ćwiczy utrzymywanie swoich szeregów w szyku bojowym. Nie ma co na nich strzępić języka. Mają swoje za uszami, bo to oni pomogli wam w objęciu dowództwa okrętu, a co to za opozycja, która pomaga dojść konkurentowi do władzy, w dodatku garbatemu?

– Jaki jest ten przywódca? – Zapytał rzecznik komandora zgrabnie pozorując niewiedzę.

– Jaki jest? Czy ja wiem? Trochę nijaki. Średniego wzrostu, w garniturze, kiedy mówi uśmiecha się jak zając chwytający powietrze przednimi zębami. W sumie nie jest najgorszy, nie mogę powiedzieć. Mówił, że teraz w swoim gabinecie tworzy jakies cienie. Mógłby być mądrzejszy i oddać mi palmę władzy, abym wachlując się poprowadził opozycję do zwycięstwa.

– Niedoczekanie wasze. – Warknął komandor. Nie znosił takich żartów. Władzę otrzymaliśmy od ludu, czyli od Boga i utrzymamy ją w nieskończoność.

– Nie bądźcie tacy hardzi! – Replikował Czarna Furia i wyprostował się złowieszczo. Włos zjeżył mu się na głowie. – Każdy może się mądrzyć.

– Nie każdy. – Odpowiedziała Bea – Komandor na przykład może, ale nie musi, bo jest doskonały w swojej mądrości. Dlatego idziemy za nim jak owce za pasterzem. Z chwilą, kiedy to wyrzekła, odezwały się dzwony kościelne i komandor oraz Modernista zaczęli się modlić, każdy o zwycięstwo dla siebie i klęskę dla przeciwnika. Obydwaj czuli, że niejedna konfrontacja wisi jeszcze w powietrzu.

Komiks pisarski. Niedobry dzień komandora. Odcinek 18.

To był potrójnie zły dzień dla komandora Jaroszki, dowódcy okrętu „Całą Naprzód”.

Najpierw oskarżono jego I-szego Oficera, Zbrojmistrza Sępa, że tworzy oddziały skautów (w tajnym kodzie zwane Defensa Popular), które w maskach gazowych, w hełmach z czarną lunetką i z nowoczesnymi dwururkami na plecach biegają po lasach i straszą grzybiarzy i spacerowiczów, potem najwyższy urzędnik, niejaki Nijaki, przemawiał na zjeździe apologetów niewinności, gdzie oklaskiwano pod niebo przewodniczącego Krzywej Przybudówki, chłopa wielkiego jak góra i jak zawsze nieogolonego, w końcu Zastępca Komandora ds. Kulturalnych pochylił głowę, coś omyłkowo przeczytał i przeprosił trzy białogłowy.

– Nikt niepotrzebnie nie straszy ludzi po lasach, nie bije braw przewodniczącym krzywych konstrukcji ani nie strzępi języka na przeprosiny. – Skomentował sucho około północy komandor Jaroszka wyrażając z niewyspania domniemanie (była głęboka, czarna noc i na dworze hulał wiatr, co potęgowało grozę sytuacji), że pasażerowie jego okrętu mogą wspomniane trzy potknięcia uznać za słabość osobistą załogi, a pośrednio i jego samego.

– Ależ Panie Komandorze, apologeci niewinności nie są pańskimi ludźmi a najwyższy urzędnik Nijaki nie należy do pańskiej załogi. – Wyjaśnił rzecznik Nijakiego zastrzegając się równocześnie, że jego pryncypał jest wprawdzie najwyższy, ale „oczywiście po Panu, Czcigodny Mistrzu”.

– Nie należy do mojej załogi …. – Powtórzył jak echo Komandor Jaroszka. – Może i nie należy, a może i należy, to zależy, jak się na to patrzy. W każdym bądź razie jestem jego ojcem chrzestnym, a on jest moim chrzestnym synem, a ojciec i syn to jedno, jak mówi Święta Księga. Musicie o tym pamiętać i nie powtarzać głupot.

Był zdenerwowany, bo kilka minut wcześniej śniło mu się, że tonął w bagnie własnych iluzji i urojeń na temat okrętu i pasażerów. Komandor był przesądny jak każdy kompleksowo wierzący człowiek.

Komiks literacki. Konie trojańskie w akcji. Odcinek 16.

Szesnastego dnia ostatniej tercji jesieni komandor Jaroszka spał spokojnie, kiedy statek otulała mgła wyciszająca odgłosy. Mimo to ciche rżenie przeniknęło ściany jego kabiny. Nieco zdziwiony, wsłuchał się i rozpoznał głos Gracjeli, klaczy, którą w rozmowach z przyjaciółmi nazywał po prostu kobyłą. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Głos dochodził z Krzywej Przybudówki. Komandor zajrzał do środka przez bulaj.

Gracjela stała między dwoma innymi końmi trojańskimi, wałachami, była nerwowa, spłoszona, rżała szybko i niespokojnie. Konie rozmawiały między sobą, otwarcie i szczerze. Nie musiały już ukrywać, że nie są końmi, tylko ludźmi. W tajemnicy zachowały jednakże to, że są cichymi wielbicielami Leo Jaroszki. Lubiły grę w pozory, udawanie, dojrzałą ciuciubabkę, ulubioną rozrywkę komandora i jego załogi. W Krzywej Przybudówce były jego wysłannikami, skutecznie naśladując pierwowzory trojańskie. Wszyscy się tego domyślali, lecz nikt nie wiedział, jak zachowają się w konkretnych warunkach. Komandor wsłuchał się w ich rozmowę i zrozumiał, że zbuntowały się i odmówiły współpracy recenzentom.

– Wreszcie. – Szepnął, postanawiając nie komentować tego odkrycia publicznie, gdyż dotychczas nie zdarzyło się, aby któryś z recenzentów okazał nieposłuszeństwo przewodniczącemu i odmówił pracy.

– Musieliśmy się zbuntować. Nawet koń trojański ma swoją godność. Liczymy teraz na awans. Może zostanę przewodniczącą recenzentów? – Rozmarzyła się Gracjela, do niedawna zwykła kobyła trojańska. Teraz była już kimś z pespektywami. U jej stóp leżała podeptana uprząż: uzda, chomąto, nagrzbietnik, lejce, podogonie, mały i duży podbrzusznik, pas pociągowy, dzwoneczki i jakieś drobne elementy.

Komandor poczuł ciepło w sercu. Konie trojańskie, jego konie, wykonały dobrą robotę.

Świat różnie oceniał to zdarzenie. Nie wszystkim podobało się zezwierzęcenie komandorskich recenzentów. Niektóre okręty, organizacje i ludzie byli komandorowi niechętni. Posądzano go o manipulację i zapędy autorytarne. On sam miał sumienie czyste jak łza. Dla bezpieczeństwa przechowywał je w ozdobnym, srebrnym puzderku w szafie pancernej. Oglądał je wieczorami, aktualizując i precyzując marzenia. Nikt nie wiedział, o czym dokładnie marzy, nawet on sam. Stała za tym wielka tajemnica.

Komiks polityczny. Nowy dowódca „Imperium I”. Odcinek 12.

zwyciezca-haw-par-villa-by-user-sengkang-public-domain

Na największym pancerniku świata, „Imperium I”, władzę przejmie wkrótce Admirał Brutl (wymawiaj: bratl). Wygrał on wielostopniowe zawody wolnoamerykanki organizowane co cztery lata. Uczestniczyli w nich kandydaci dwóch konkurujących ze sobą obozów.

Na ostatnim odcinku, morderczym triathlonie, walczyło już tylko dwóch zawodników. Wszystko odbyło się zgodnie z ceremoniałem okrętowym.

Brutl okazał się zawodnikiem silniejszym i lepiej przygotowanym. Był to chłop masywny jak niedźwiedź, rudy, z włosami tak gęstymi, że można by go za nie z bagna wyciągać. O wygranej zadecydowało ponad tysiąc sędziów. Przeciwnikiem Brutla była zawodniczka, baba jak tur, równie ambitna, za to bardziej doświadczona, bardziej znana i popierana przez widzów, niestety bez charyzmy.

Walka o fotel dowódcy „Imperium I” nie była całkiem uczciwa; zawodnicy podkładali sobie nogi, popychali się, Brutl kilka razy stosował niedozwolone praktyki i to wobec widzów, starając się powalić ich na ziemię nieuczciwymi chwytami od dołu, poniżej pasa. Poszkodowani złożyli zażalenia, sędziowie wyrzucili je jednak do kosza, podobnie jak i oskarżenia złożone wobec drugiego zawodnika o elektroniczne machlojki. Uzasadnienie brzmiało: „Wolnoamerykanka ma swoje zasady i tradycje”.

Obydwaj zawodnicy pokazywali sobie również gesty obsceniczne, wyzywali się nawzajem i od czasu do czasu nurzali w błocie. Krótko mówiąc, była to brutalna gra, w której wygrywa silniejszy. – Skomentował redaktor naczelny znany imperialnego dziennika „Njusy Waszyngtona”, wyznawca Karola Darwina.

Brutlowi sekundował po cichu znany zawodnik zamorski, dowódca pancernika „Imperator II”, zwanego także „Imperatorem Lokalnym”, niezwykle ambitny, o którym mówiono, że ma atom w pięści. Byli tacy, co twierdzili, że to wariat, inni, że tylko udaje szaleńca, jeszcze inni widzieli w nim zawodnika najwyższej klasy oceanicznej.

I-szy Oficer Komandora Jaroszki, Zbrojmistrz Sęp, skomentował wyniki zawodów wyjątkowo pozytywnie, z oczami płonącymi z zachwytu, jak to on: – Zwycięstwo Brutla rokuje dla nas i dla naszego okrętu jak najlepiej. Nigdy jeszcze nie byliśmy w tak korzystnej sytuacji. Brutl kierujący "Imperium I" to najlepszy sprzymierzeniec, on po prostu uwielbia komandora Jaroszkę, ceni jego styl walki i osiągnięcia, jak również to, że regularnie płacimy wysokie składki członkowskie.

Niektórzy obserwatorzy okrętownictwa uznali entuzjazm Sępa za nieuzasadniony; mimo ich sceptycyzmu na okręcie komandora Jaroszki „Great Crazy” zapanował prawdziwy entuzjazm, choć pod pokładem pojawiły się przypadki zasłabnięć, biegunki, a nawet depresji. Dowództwo okrętu nie przejmuje się tymi drobiazgami i twardo trzyma kurs na Wyspy Szczęścia, gdzie zarezerwowano podobno bajeczne kwatery wypoczynkowe dla wszystkich pasażerów. 

Komiks polityczny. Komandor odkrywa w sobie małość. Odcinek 10.

Po południu, kiedy na pokładzie okrętu załoga oddawała hołd Artyście pisanemu z wielkiej litery, który także był patriotą, komandor Jaroszka wyszedł, aby oddać to, co każdy oddaje od czasu do czasu. Wydało mu się to sensowną wymówką.

Artystę znał bardzo słabo. – Podobno jakiś filmowiec. – Przypomniał sobie raczej niechętnie, ponieważ Artysta nie wyrażał się pochlebnie o nim i jego załodze. Było to ze wszech miar niesprawiedliwe i uzasadniało karę, nawet pośmiertną.

Wracając, komandor poczuł w sobie nieskończoną małość. Nie chciał w nią uwierzyć, rozejrzał się więc wokół i wtedy dostrzegł liczne palce wskazujące w jego kierunku i krzyczące: Małość! Małość! Dla pewności spojrzał w lustro w korytarzu i dostrzegł ją także we własnych oczach, i to bardzo wyraźnie. Starał się przypomnieć sobie, odkąd ona w nim żyje i dlaczego, nie znalazł jednak wytłumaczenia.

Później, kiedy myśl o małości wracała doń jak bumerang, zaczął podejrzewać, bardzo niechętnie, że będąc komandorem, dowódcą wielkiego okrętu, można równocześnie być kimś małym, nawet wielkości atomu, opisanego przez Demokryta z Abdery. Podejrzenia tak go zmęczyły, że postanowił zapomnieć o małości. Nie wiedział jednak jak. Przestraszył się, że będzie ona zawsze mu już towarzyszyć, że od niej nie ucieknie.

Komiks polityczny. Awans kapitana Jaroszki. Odcinek 9.

Jestem narratorem, skrybą z zawodu. Los dziwnym trafem wyznaczył mi zadanie spisywania dziejów kapitana Jaroszki oraz statku, którym kieruje. Kapitan tworzy dzieje, ja je tylko spisuję. Podział obowiązków nie jest równy, lecz prosty jak drut; z jednej strony wielki twórca, z drugiej niemy z podziwu konsument jego twórczości.

Los, jak mniemam, nie jest taki ślepy, skoro mnie wybrał, gdyż mam swoją godność. Jestem w tym podobny do kapitana Jaroszki, naszego niezłomnego bohatera, który nie daje się zwekslować na boczny farwater przeciwnościom ani przeciwnikom. Charakteru powieści nie jestem w stanie określić, ponieważ nie wiem, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Wszystko jest w rękach kapitana Jaroszki, na statku pierwszego po Bogu, a czasem nawet przez Nim.

Od kapitana Jaroszki otrzymałem dzisiaj zawiadomienie; zapukało ono w nocy do mojej głowy pod postaciami trzech mrocznych dżentelmenów w kapeluszach. Cytuję: „Z uwagi na swoje niezwykłe zasługi dla statku, załogi oraz pasażerów, kapitan żeglugi Leo Jaroszka awansuje siebie do stopnia komandora marynarki, a statek do rangi okrętu. Decyzja jest ważna natychmiast i nie przysługuje od niej odwołanie. Podpisał (w imieniu załogi): I-szy Oficer, Zbrojmistrz Sęp (wysoki, szczupły, siwa skołtuniona bródka, oczy o ciepłym patriotycznym wejrzeniu). Kontrasygnował: Nijaki, Najwyższy Urzędnik (możliwe, że nawet i dwa pięćdziesiąt wzrostu).

Decyzję przyjąłem bez szemrania, podobnie jak cała załoga i pasażerowie, bo był to fakt, zdarzenie. Rzeczywistość i historia mają swoje wymagania; nikt nie jest w stanie z nimi dyskutować, najwyżej pokrętnie je interpretować, o czym myślę ze wstrętem, że ktoś mógłby zechcieć to robić.

Mniej spostrzegawczym i słabującym pamięciowo przypomnę, że Leo Jaroszka, ex-kapitan, teraz już komandor marynarki, w przyszłości Bóg wie kto jeszcze, jest bytem samoistnym, który oderwał się od siebie samego (średniego wzrostu i średniej otyłości) i pewną ręką steruje statkiem, od dzisiaj już okrętem, ku nieznanemu przeznaczeniu. Czyni to ku zachwytowi załogi i jednej trzeciej pasażerów kochających pęd i szalone przygody, oraz rozpaczy pozostałych jednostek, preferujących stabilność i przewidywalność.

Mnie ta podróż tylko fascynuje. Drżę cały, czekając na dalsze wydarzenie, aby spisywać je jak mogę najwierniej i najczulej, albowiem major Jaroszka jest także moim bohaterem.

Dziś więcej już nie napiszę, gdyż wzruszyłem się do łez. Nie wstydzę się ich; dojrzały mężczyzna nie boi się spojrzeć w oczy uczuciom autentycznej miłości.

Wybaczcie mi tę chwilę niezamierzonego uniesienia.

Komiks polityczny. Kapitan wygłasza przemówienie. Odcinek 8.

Wódz Narodu, kapitan żeglugi wielkiej, szuwarowej i bagiennej Jaroszka, okolicznościowe przemówienie wygłosił w kaplicy okrętowej, z ambony, miejsca najbliższego niebu podobnie jak gniazdo bocianie. Mówił szczerze i bezpośrednio.

Bracia i Siostry!

Na wstępnie, serdecznie dziękuję mojej zastępczyni za szybkie i sprawne wykonywanie moich poleceń. Beo, podejdź bliżej, abym ucałował twe przedramię!

Zrobię podsumowanie. Zaczęliśmy równo rok temu. Nasz statek, od czasu jak powołaliście mnie do steru, w ramach długofalowego programu „Przebudowa Skrzywionej Mentalności” wpłynął na wyznaczony przeze mnie szlak wiecznej szczęśliwości, tu, na ziemi, a w przyszłości także i w niebie. Jesteśmy już inni i będziemy jeszcze bardziej inni. Nie oszukujmy się, nasz naród może mieć tylko religijno-polityczny charakter. Nie społeczny, nie biologiczny, medyczny czy technologiczny, ale właśnie religijno-polityczny. Co znaczy religijny, nie będę wyjaśniać, bo każdy ma Boga w sercu, choć nie byłbym tego pewien patrząc z obrzydzeniem na moich oponentów z ich zgniłą moralnością i zadufaniem.

– Co znaczy polityczny? – Pytam i odpowiadam. Znaczy: nasz, ojczysty, podlegający ścisłej kontroli. Słowa te mówię na statku, który diametralnie zmienił kurs, podobnie jak Pan Bóg, chętniej przemawiający dzisiaj ustami polityka i męża stanu, niż biskupa, proboszcza czy wikariusza. Nadeszły czasy, abyśmy mówili sobie prawdę, stanowiącą wyznanie wiary i uległości, a nie wartości zrodzonych in vitro z łona Rewolucji Francuskiej, wciąż mieszającej ludziom w głowach fałszywymi hasłami „Równość”, „Wolność”, „Braterstwo”, a ostatnio także „Aborcja” i „Prawa Kobiet”.

Nie oszukujmy się. Jedynie moje przywództwo gwarantuje słuszność idei, nie słów, które są zwodne jak obietnica bogatego człowieka, bo biedacy nigdy nie kłamią, ponieważ nie mają za co. Dlatego daliśmy im pieniądze, aby mogli mówić śmielej, co im leży na sercu, i mieli więcej dzieci, których ojczyzna serdecznie potrzebuje dla sfinansowania wcześniejszych zasiłków starczych. Wprowadziliśmy tu zdrową zasadę: chcesz mieć godziwy zasiłek na starość, zainwestuj w dziecko!

Przyszłość należy do nas, Bracia i Siostry. Jesteśmy tu na stałe i pozostaniemy tak długo, aż cały naród odzyska rozum, tożsamość, historię i patriotyzm. Kieruję te słowa do obywateli zagubionych uczuciowo, skołowanych przez opozycję i własny mały rozum, także do przywódców i członków opozycji, ludzi z pamięcią złych czasów, kobiet z czarnymi parasolkami, genderowców i homoseksualistów, słowem wszystkich tych, którzy stracili przywileje i żłoby, a teraz nas tylko krytykują. Apeluję, abyście się w końcu opamiętali i zrozumieli, co jest słuszne. Tak mi dopomóż Bóg.

Komiks polityczny. Kapitan gotuje przemówienie. Odcinek 7.

Kapitan Jaroszka był w nastroju. Trwało święto „365 Dni”, rocznicowe, wielkie niby okręt wojenny, o jakim zawsze marzył, niepodległy i szlachetny, z którego on miał wkrótce wygłosić przemówienie do załogi i pasażerów, licząc, że wszyscy go wysłuchają.

Był przygotowany. Wyprostował się i uniósł na palcach, aby być lepiej widzianym. Poprawił usta, ustawiając je ukośnie, zwęził tak, aby słowa wypadały ostrzej i lepiej zagłębiały się w grunt oczekiwań załogi i pasażerów. Niektóre słowa same wyrywały mu się z ust, przez moment wydało mu się, że powie nie to, co chciał powiedzieć, ale to, co słuchacze chcieliby usłyszeć. Wzdrygnął się, że coś takiego mogłoby się zdarzyć.

Zaczął od podsumowania osiągnięć 365 dni. Podkreślił znaczenie Dnia Pierwszego, kiedy wyniesiono go do władzy obdarzając tytułem Wodza Narodu. Skromnie nie wspomniał, że sam sobie nadal ten tytuł, gdyż był utalentowanym uzurpatorem. Chwalenie się nie było w jego stylu.

Źródłem natchnienia oratorskiego kapitana nie była literatura, ani przeszłość, ani doświadczenia, ale pewne sny i marzenia głębsze niż studnia artezyjska, a także Pismo Święte, odkrywczy mistycyzm i marzenia Zbrojmistrza, męskość charakteru jego zastępczyni, uroczej Bea, drugiej po Bogu i pierwszej po nim, kapitanie, życzliwa uległość Nijakiego, najwyższego urzędnika państwa, choć nie tak znaczącego jak on sam, oraz wierność bezgranicznie mu oddanego Blaszki, Pierwszego Oficera ds. Porządkowych.

Ważne było to, że 365 dni wcześniej trafnie wyznaczył swoich zastępców oraz I-szych i II-ich oficerów jako wykonawców swojej woli. Teraz zbierał owoce. Odrzucona została niechlubna przeszłość, starzy, niedobrzy bohaterowie zostali zastąpieni nowymi, bardziej udanymi, podjęto też reformy liczniejsze niż ziarnka piasku na mieliźnie, przy której zacumował statek. Najtrudniejszym wyzwaniem okazało się usunięcie Krzywej Przybudówki, w której gromadzili się Recenzenci, przeważnie starcy, aby przy kawie i ciasteczkach knować przeciwko kapitanowi i jego statkowi. Kapitan myślał o ich eksmisji, było to jednak bardzo trudne, bo się okopali i otrzymywali silne wsparcie z zewnątrz. Kapitan podjął też proces zmian prawa morskiego, niezwykle ospałego i niespełniającego oczekiwań, oraz zasad wychowania dzieci potrzebnych krajowi w ilościach większych niż dotychczas. 
 

Ostatnie dni przyniosły owoce słodsze niż belgijskie czekoladki. Zbrojmistrz Sęp odrzucił wadliwe drony, wygarniając w oczy prawdę Żabojadom, zatrudnił pomocnika aptekarza i zwolnił go, jak tylko okazało się, że miał ukrytą wadę konstrukcyjną, oraz uelastycznił przepisy zbrojenia. Dzięki temu niezwykle tanio kupił dwa nowiutkie okręty wojenne, korwety produkcji Żabojady Ltd, ratując w ten sposób świat przed wojną. Kiedy o tym pomyślał, kapitan uszczypnął się, ponieważ zdało mu się, że to wszystko mu się śni.

– Tak, to jest sen. – Doszedł do wniosku. – Nie, to rzeczywistość! – Kapitan sam już nie był pewny, w jakim świecie żyje. Trwał jesienny dzień, a on w myślach przemawiał.

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.

Komiks polityczny. Drony i Żabojady Ltd. Odcinek 5.

Sprawa dużych dronów do obrony przed nieprzyjaciółmi, a może nawet i wrogami wewnętrznymi, kto wie, co mogą oni zechcieć zrobić, zbulwersowała najpierw opozycję kapitana Jaroszki (kto jej nie ma?) a potem rozgrzała wszystkie umysły do takiej czerwoności, że groziło to pożarem statku.

Rzecz nie byłaby warta wzmianki, drony to drony, każdy nowoczesny statek je posiada, gdyby nie Zbrojmistrz Sęp, wysoki, chudy, ostrzyżony na kozią bródkę pierwszy oficer, który po kilkunastu miesiącach analiz podjął błyskawiczną decyzję, że drony nie są warte zachodu. Obraził tym dostawcę „Żabojady Ltd”, firmę znaną i cenioną na rynku, która grzecznie, ale jednak uparcie i podstępnie, bez właściwego uzasadnienia usiłowała mu wcisnąć swoje produkty, w dodatku za grube pieniądze.

Zbrojmistrz Sęp i Żabojady dyskutowali o dronach od wielu miesięcy, prawili sobie nawzajem uprzejmości, różne szarmanckie parle-franse, rysowali schematy wzajemnej pomocy i życzliwości, aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, pada decyzja, że statek dronów nie potrzebuje. Sytuacja była trochę niejasna, bo rezolucję rzekomo podejmował także zastępca kapitana Jaroszki, Główny Skarbnik, osobnik niezwykle przystojny, inteligentny i gładki na twarzy, cieszący się szczególną estymą u kapitana.

– Skąd taka decyzja?

Wyjaśnił to krótko rzecznik Zbrojmistrza: Żabojady nie chciały się zgodzić na to i owo, różne warunki, nagle wstały od stołu i odeszły. Na boku dodał po cichu, że poszli uczyć się jeść nożem i widelcem. Jak się okazało, załoga statku znała tę sztukę jedzenia od dawna, prawdopodobnie od starożytności i Żabojadom zrobiło się zwyczajnie wstyd.

– Jeśli wy tak, to ja tak, czyli jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, postanowił Zbrojmistrz i odwrócił się do nich tyłem. Na to oni też się obrazili i odmówili kurtuazyjnej wizyty swojego naczelnego dowódcy u kapitana Jaroszki, planowanej może nawet i wyżej, na przykład u Nijakiego, najwyższego urzędnika administracji, choć to mało możliwe, bo kapitan Jaroszka był najwyższy ze wszystkich urzędników.

Kapitan Jaroszka od dawna odczuwał wstręt do Żabojadów. Oprócz wynalezienia rewolucji pod hasłem „Wszyscy jesteśmy równi”, o którym kapitan dobrze wiedział, że jest oczywistym kłamstwem, odżywiali się oni produktami obrzydliwie śliskimi, a co gorsze, wynaleźli perwersyjną grę językową „Minetka” oraz sadyzm i masochizm, które służą tylko dyktatorom i zboczeńcom. W zakresie perwersji konkurowali skutecznie z niejaką Kamasutrą z Indii, na wzmiankę o której kapitanowi, człowiekowi niezwykłej przyzwoitości i czystości obyczajów, włos jeżył się na głowie, normalnie prosty, siwy i krótki.

Dodatkowym powodem do zerwania z Żabojadami było odkrycie przez Zbrojmistrza, że są jeszcze inne drony, produkcji lokalnej, chałupniczej, mniejsze, zgrabniejsze i tańsze. Przez to, że wolniej latają, wolniej strzelają i mniej zabierają ładunku są także łatwiejsze w obsłudze.

Dla podtrzymania ducha załogi i ludzi pod pokładem, Zbrojmistrz zręcznie podsumował, jak to tylko on potrafi: Dajmy sobie spokój, harcerze i harcerki, bądźmy patriotami w sprawach bezpieczeństwa. W razie zagrożenia abordażowego obronimy się kuszami. 

 

 

Komiks polityczny. Nijaki i reforma szkół. Odcinek 4.

Początek jesieni przyniósł stęsknionym dzieciom i ich rodzicom ważną uroczystość – zapowiedź uzdatniania systemu szkół morskich. Reformie nadano nazwę „Płyń po morzach i oceanach”. Na prośbę kapitana Jaroszki wzięła ją w kształtne dłonie Oficer Kulturalno-Oświatowa, kobieta z charakterem i ustami pełnymi reformatorskiej pasji i nadziei.

Dotychczasowy system nie był zły, ale załoga bardzo pragnęła go poprawić, uczynić jeszcze lepszym i piękniejszym, pełnym kwiatów i radosnego gwaru młodzieży aspirującej do mądrości i rozwagi. Ludzie, którzy lubią skróty myślowe mówili, że w sumie chodziło o to, żeby przenieść szkołę z jednej komórki drewnianej do drugiej i przestawić dwa klocki, aby było tak, jak dawniej, czyli lepiej.

Na uroczystości przemówił Nijaki, zwany też Człowiekiem Bez Twarzy, postać niezwykle ważna i tajemnicza. Przybył w towarzystwie żony, niestety niemowy; nawet kiedy ją proszono, aby mówiła, to odmawiała, choć podobno bardzo pięknie śpiewa i to w różnych językach. Nijaki to najwyższy urzędnik administracji morza, może mieć nawet dwa i pół metra, tak jest wysoki. Nazywają go różnie i różnie o nim mówią. Że nie jest tym, kim jest, że się ukrywa przed samym sobą, że popełnił grzech, którego nie może sobie wybaczyć, że jest bardzo nieśmiały. To, co o nim wiadome i pewne, to widoczna część jego organizmu, zakończona okrągłą uśmiechniętą twarzą, która obraca się jak ptak na prawo i na lewo, do góry i w dół, bardzo szybko, aby zobaczyć, kto się do niej uśmiecha, a kto nie.

Kapitan Jaroszka zaprasza go regularnie na wszystkie imprezy, prywatne i państwowe, i często prosi, aby przy okazji coś mu podpisał, na przykład laurkę, kartkę imieninową albo manifest statkowy, bo ma ładny charakter pisma i umie kaligrafować. Nijaki lubi bardzo sporty wodne, dlatego chętnie przyjeżdża na statek, aby sobie popływać po oceanie na hulajnodze wodnej. W tym sporcie, jak sam wyznał, jest najlepszy na świecie i lubi robić sobie zdjęcia w kombinezonie sportowym oraz nowym, czerwonym kasku ochronnym, co powiększa mu głowę i dodaje jej dodatkowego splendoru.

Nijaki bardzo lubi i ceni kapitana Jaroszkę, który jest dla niego dobry jak ojciec, uważa go za prawdziwą legendę, nomen-omen i w ogóle geniusza. Ktoś kiedyś powiedział, że widział, jak kapitan przez omyłkę przydepnął Nijakiemu palce u nóg i to dwa razy, w dodatku boleśnie, ale Nijaki zniósł to bardzo męsko i nawet się uśmiechnął. Incydent okazał się plotką, choć nigdy nie wiadomo, co jest plotką, co kłamstwem, a co prawdą. O Człowieku Bez Twarzy mówiono też, że jest strachliwy od dziecka, i dlatego, w obronie własnej godności, lubi się podporządkować, bo – jak mówi kapitan Jaroszka – na statku „Ordnung muss sein”. Nijaki podziela ten pogląd, w dodatku uważa, że bez porządku to on też żyć nie może i dlatego, oprócz samego Pana Boga, tak bardzo czci i szanuje kapitana Jaroszkę.

– Kocham go jak ojca. – Powtarza sobie po cichu, aby nie zapomnieć powinności synowskich w obliczu nieuzasadnionych żądań, że powinien mieć własne zdanie. Kiedy takie niebezpieczeństwo pojawia się na horyzoncie, Nijaki mówi sobie „Nie ze mną takie sztuczki, Bruner”; jest to stare porzekadło ludowe, które pozwala mu odpędzić złe spojrzenia i niebezpieczne pokusy. 

Komiks polityczny. Komisja ds Żeglugi. Odcinek 3.

Kapitan Jaroszka nie zdenerwował się, kiedy przyniesiono mu pismo Komisji ds. Żeglugi zawierające ocenę bezpieczeństwa i zdolności nawigacyjnych jego statku. Wiedział, że ocena będzie negatywna, nie będzie w niej nic życzliwego, ponieważ Komisja go prosiła, aby wysłał choćby posługacza kuchennego na obrady, z którym mogliby sobie pokonwersować, a on, kapitan żeglugi wielkiej, wypiął się na nich. Dlatego, jak się domyślał, oni też się zdenerwowali i mówili między sobą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wystawmy temu odważnikowi taką laurkę, że mu w pięty pójdzie. Napiszemy mu jednak w przystępny sposób, łagodny, żeby wszystko zrozumiał, bo to człowiek ciężki, uparty i skoncentrowany na końcu własnego nosa. Może nawet i wariat. – Dodawali niektórzy i dyskretnie coś pokazywali na czole, prawdopodobnie dezaprobatę. Nie jest to pewne, ponieważ komisja według opinii Kapitana Jaroszki i całej załogi statku była, jest i będzie oszukańcza i niegodna zaufania.

Ocena sytuacji była prosta. Komisja napisała to w opinii: „Pańska łajba coraz gorzej trzyma się na wodzie, naprawy i zmiany, jakie zostały wprowadzone przez pana w ostatnim roku są do duszy a smołowanie uszczelniające kadłub jest niewystarczające, aby łajba nie zatonęła. Komisja podkreśliła też, że mostek orientacji nawigacyjnej, który Kapitanowi przeszkadza i chce go usunąć, bo zbiera się tam hołota przy kawie, alkoholu i nieświeżych ciasteczkach, aby bajdurzyć o niczym, jest nie do usunięcia, bo żagle zwalą się kapitanowi i jego załodze na łeb w czasie byle zawieruchy. Pańscy załoganci chodzą pijani, to pobożne nieuki, na proste pytania nie umieją udzielić odpowiedzi, ciągle się modlą lub leżą krzyżem w kapliczce pokładowej, zamiast wziąć się za pędzel i malować podkłady i burty”. Tak to odczytał i odebrał Kapitan Jaroszka i jego sztab oficerski.

– Oczywiście pismo jest sformułowane w sposób oszukańczy. – Stwierdziła rzecznika załogi, ni to chłop, ni to baba, mocna w pysku jak twierdza z kamienia. Treść opinii – według niej – jest zwodnicza, pozornie uprzejma, coś w rodzaju: „Cacy-cacy, Szanowny Panie Kapitanie, my tylko Panu sugerujemy i to bardzo ostrożnie, co można by naprawić, do niczego się nie wtrącamy, w ogóle to radzi sobie Pan całkiem nieźle, choć można by troszeczkę lepiej. Zalecamy tylko i to bardzo ostrożnie, aby zechciał Pan łaskawie umieścić wszystkie ważne dla załogi wiadomości w widocznym miejscu na pokładzie, aby ludzie wiezieni przez Pana do krainy wiecznej szczęśliwości mogli się z nimi zapoznać i do nich się stosować”.

Zgodnie z przyjętą zasadą Kapitan Jaroszka kazał wyrzucić ocenę komisji za burtę statku określając ją jako nędzną, nieprawdziwą i wredną. – Oni nie mają pojęcia o statku, załodze i nawigacji. – Grzmiał Kapitan, ciesząc się razem z wiernymi załogantami, że są tacy dzielni i niezależni i mogą robić, co im się podoba i nikt im nie naskoczy. Wierzył też niezłomnie, że są całkiem bezpieczni. 

Nie była to prawda, ponieważ meteorolodzy widzieli od dawna zbierające się czarne chmury za horyzontem, które mogą pokrzyżować kapitanowi plany. Kapitan był człowiekiem niezależnym w myśleniu mocno popieranym we własnych szeregach i uważał, że taka prognoza pogody to bajka wyssana ze środkowego palca, który ludzie podnoszą, kiedy ktoś lub coś ich denerwuje.

Komiks polityczny. Obraza uczuć niewieścich. Odcinek 2

Po zwycięstwie czarnych parasoli nad statkiem kapitana Jaroszki, do życia publicznego na krótko wdarła się społeczność opornych niewiast, którym ambicje kapitana wydały się wybujałe, a nawet uzurpatorskie.

Członkom załogi, a konkretnie pierwszemu oficerowi, niejakiemu Brzuchalowi, zarzucono użycie słów obrażających uczucia niewiast z parasolkami. Rzeczony oficer potraktował je z góry, co jak tłumaczył, było naturalne, ponieważ patrzył na nie z wysokości głównego pokładu statku. Dowództwu statku wydało się słusznym, aby dla poprawy obyczajów udzielić mu reprymendy, wyprostować, nauczyć rozsądniejszych manier w obejściu z białogłowymi, nawet kiedy straszą one kapitana i załogę niepotrzebnymi okrzykami, czarnymi strojami i parasolkami jakby to było Halloween. Myśl, aby zganić go dla niepoznaki, dla zmylenia maluczkich, nie przyszła im nawet do głowy.

Sprawę wzięła w rękę niejaka Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, kobieta z wymowną biżuterią na piersi, zwarta w sobie, matkująca Jaroszce i jego statkowi oraz morzu szlachetnych idei, którymi był wypełniony po brzegi. Bea wezwała do siebie Brzuchala, którego największym dorobkiem była znajomość jednego języka obcego i dwóch obcych lądów, mimo że sam kapitan Jaroszka nie znosił tego, co obce. Bea solidnie zmyła głowę wezwanemu, aby uspokoić gniewne jak burzliwa noc kobiety, urażone jego niewyparzoną gębą. Nie przyniosło mu to ujmy ani szkody, gdyż Bea, ideał ludzkiej i boskiej łagodności, użyła znakomitego szamponu marki krajowej „Teraz My” (powszechnie promowanego na statku ze względów patriotycznie-ojczyźnianych) i nie przesadzała w zmywaniu.

Statek kapitana Jaroszki, ku zdumieniu całego świata, wcale nie osiadł na mieliźnie, jak sądzono, tylko odbił się od dna, aby płynąć dalej pod pełnymi żaglami wioząc do krainy wiecznej szczęśliwości naród, przynajmniej jego połowę, ponieważ druga osiągnęła już samodzielność intelektualną i ani myślała poddawać się rygorom kapitana, podejrzewanego o niedające się uleczyć niedobory osobiste i zadęcie. Obydwie populacje, jak to określili socjologowie, potulna i zbuntowana, są więzione i wiezione, miejmy nadzieję, że przejściowo, pod pokładem statku, który jest dla nich wszystkim, całym światem, gdzie mieszkają, bawią się i martwią, jak każdy z obywateli kraju uszczęśliwionego przez los nadzwyczajnym kapitanem Jaroszką.

Komiks polityczny. Czarna demonstracja. Odcinek 1.

ship-oar-frigate-la-rieuse-author-unknown-public-domain

Iwan Iwanowicz Iwanczyn, trybun ludowy, rzecznik nieskrępowanych poglądów politycznych, jak zwykle stał przy krawężniku wygłaszając prywatne orędzie o stanie państwa. Ucieszył się na mój widok. Opowiedział mi epizod z życia kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, entuzjasty, pasjonata i proroka filozofii czystego bytu.

– Kapitan Jaroszka, znam go doskonale z telewizji, gdzie z braku wiatru oceanicznego wietrzy swoją facjatę przed kamerami (Iwan Iwanowicz oprócz siły fizycznej dysponował także szorstkim językiem), najpierw zamarzył sobie, a potem zbudował żaglowiec wielki jak góra lodowa, symbol ochrony życia uniwersalnego, dobrego i złego, bogatego jak Krezus i nędznego jak marny robak, na którym to żaglowcu zamierzał wpłynąć w wiek następny, aby zyskać sławę żeglarza wszechczasów. Musi Pan wiedzieć, że dzielny Jaroszka, zwany też kapitanem ludzkich sumień, otrzymał podobno pełnomocnictwo od samego pana Boga na sterowanie sprawami życia na ziemi. Kapitan jest człowiekiem uniwersalnym, biologiem, lekarzem i uczonym (większym nawet niż słynny Miczurin), jak i niepohamowanym entuzjastą wszystkiego, co lata, pływa i biega, innym słowem życia, także tego najbardziej bolesnego, chromego i wegetującego.

Proszę sobie wyobrazić, że pokonawszy rafy szalonej pogody, o tej porze wyjątkowo niepewnej i niebezpiecznej, kapitan zamierzał bezpiecznie wpłynąć do portu, aby ogłosić światu swoje zwycięstwo, kiedy zjawiła się banda czarno ubranych niewiast, twardych, zapalczywych i przeciwnych pomysłowi kapitana, które w szale sprzeciwu podziobały czarnymi parasolami żagle i kadłub jego statku tak gruntownie, że stracił on orientację, wszedł na mieliznę i zatonął. Zanim to się stało, na pomoc kapitanowi rzucił się oficer statkowy, niejaki Brzuchal, który wyzwał oblegające statek kobiety od niepoważnych, bałamutnych i zwariowanych bab, oraz drugi oficer, administracyjny, równie ważny, a może i ważniejszy, który wysłał kapitanowi na pomoc wielu sprawnych ochroniarzy. W wyniku nieporozumień z uczestniczkami i uczestnikami demonstracji, nad czym można tylko ubolewać, zabrano ich do lazaretu, aby ocalić im resztki zdrowia.

Jednym słowem, wyprawa po złote runo kapitana Jaroszki i jego załogi zakończyła się poważną i smutną kompromitacją, ponieważ także w innych portach kontynentu kobiety demonstrowały determinację niedopuszczenia jakiegokolwiek kapitana, komandora czy nawet admirała do decydowania, jak ma wyglądać życie, o którym one, od czasów raju, Adama i Ewy decydują i opiekują się z uprawnienia Najwyższego.

Razem z Iwanem Iwanowiczem pochyliliśmy się nad losem ambitnego kapitana, jedynego żyjącego filozofa dysponującego pełnią wiedzy, jak myśleć o życiu i jak z nim postępować w wymiarach religijnych i etycznych, ludzkich i boskich, zmysłowych i pozazmysłowych.