Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Myślę więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 4 i na szczęście ostatnia.

Wracam do rzeczy – ciągnął Wiktor. Kategoria druga obejmuje przypadki osób upośledzonych. Lekarze, którzy potrafią być okrutnie rzeczowi, zaliczają tu idiotów, debili i imbecyli. Nie śmiejmy się z nich, gdyż każdy z nas może znaleźć się w tej grupie. To kwestia czasu, losu i intensywności zaniedbań. Myślisz – rozwijasz się, nie myślisz – schodzisz intelektualnie na psy, może nawet i kretyniejesz.

Zgadzasz się z tym? – zapytał Wiktor niby to retorycznie, w istocie jednak chciał sprytnie poznać mój pogląd na złożoną i drastyczną materię.

Zgadzam się – wyszeptałem po chwili namysłu przytłoczony ciężarem tematu. Problem jest także w tym, że niektórzy należą do grupy poszkodowanych na umyśle, ale jakby o tym nie wiedzieli. Zapytaj jednak kogoś z rodziny lub najbliższych przyjaciół, a przetrzesz oczy ze zdumienia – dodałem pragnąc wnieść choćby niewielki wkład do teorii Wiktora.

Moja wypowiedź wyraźnie przyczyniła mi sympatii rozmówcy, gdyż łypnął na mnie życzliwie okiem.

Niemyślenie ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Dziennikarze w Australii ubolewają nad licznymi zwolnieniami z pracy w redakcjach gazet i czasopism oraz stacjach TV. Przewidują oni negatywne konsekwencje rosnącego strumienia informacji cyfrowych w Internecie. Jest tam coraz mniej treści dla ludzi myślących. Człowiek, który przyzwyczai się do treści banalnych i małowartościowych, nie będzie już umiał doceniać treści ważnych, znaczących i bardziej złożonych.

I tak powolutku zakreślamy ogromne koło ewolucji – Wiktor wyraźnie zamierzał dojść do jakieś konkluzji. Wyszliśmy od małpy, która na przestrzeni tysiącleci mądrzała, mądrzała, mądrzała, zanim spadła z drzewa i stała się człowiekiem. Są tacy, co twierdzą, że to Bóg stworzył człowieka. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że wśród stworzonych był także Darwin, który jako twór boży pierwszy zaczął głosić ludziom Ewolucję. Ci, którzy wierzą, że ich to Bóg stworzył, robią to tylko dlatego, ze małpa kojarzy im się źle, a Bóg dobrze. Każdy lubi być na zdjęciu z kimś Wielkim. Oni nie wiedzą, że Bóg wynalazł ewolucję, tworząc najpierw drobną bakteryjkę i pozwalając jej przekształć się w robaczka, potem w żuczka, następnie ptaszka, który stał się pterodaktylem, potem dinozaurem itd. Potem to szło już jak z góry, bo i góry były większe. Małpa, oczywiście nie ta, którą widzimy w ZOO huśtającą się na oponie, ale ta rozwinięta, okazała i ambitna, żyjąca ponad milion lat temu w Afryce zafundowała nam geny. Swoją drogą, czy można dziwić się, że ludzie lubią się huśtać?. Jeszcze jeden dowód na słuszność ewolucji. Cieszę się, że to ja go wynalazłem, mimo iż inni wynaleźli go wcześniej.

Człowiek od Małpy i ten od Boga długo chodził po ziemi, zanim zdecydował się wyruszyć na podbój kosmosu, nie zdając sobie sprawy, że właściwie to nie nauczył się dobrze żyć na ziemi. Szczęśliwie, że nadal się uczy i eksperymentuje: a to wojenkę zafunduje obcym i rodakom, wymyśli obóz koncentracyjny, zagłodzi kilkanaście milionów ludzi jak Stalin lub wymorduje pół własnego narodu jak Pol-Pot, wynajdzie bombę atomową i inne środki masowego rażenia. Lista osiągnięć człowieka jest długa. Wkrótce wejdzie on na Szeroką i Świetlistą Drogę Inżynierii Genetycznej. Nie ma takiej podłości, łajdactwa i zbrodni, której człowiek nie jest zdolny popełnić, ani takiej szlachetności, serdeczności i uczynności, której człowiek nie jest w stanie okazać. To pierwsze jest chyba jednak łatwiejsze.

Teraz mamy człowieka, który będzie stopniowo ulegał intelektualnej internetowej erozji jak gleba wywiewana przez wiatr do dżungli. Może i ludzkość tam wróci? Kocham przyrodę – twarz Wiktora wyrażała tajemnicze uduchowienie, którego nie potrafiłem odgadnąć.

Dry Creek Story. Opowiadanie Część 2.

Zwierzę i człowiek przypatrywali się sobie niby rycerze, którzy z dala oceniają się swoje siły przed śmiertelnym starciem. Byk pierwszy rozpoczął marsz naprzód, bez pośpiechu, ale też nie ociągając się. Być może drażnił go człowiek przypatrujący się z oddali, a może chciało sprawdzić, co to za dziwna istota śmie stać mu na drodze. Lou na początku trwał w bezruchu jak ptak zahipnotyzowany przez węża, lecz wkrótce ruszył w kierunku przeciwnika. Myślał gorączkowo, jak wybrnąć z opresji. Pomysł, który przyszedł mu do głowy miał postać matadora wymachującego czerwoną muletą przed pędzącym bykiem. Lou nie miał niczego przypominającego muletę, zaczął więc ściągać z siebie lekką bluzę w kolorze granatowym, która miała podszewkę zbliżoną kolorem do czerwieni.

Będzie to rozpaczliwa próba walki. Oby tylko byk reagował na moją bluzę i atakował ją a nie mnie. Może zmęczę go w ten sposób? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Może uda mi się ściągnąć go w dół pochyłości i wpadnie do strumienia, który na tym odcinku ma wysoki brzeg? – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę.

Uczestnicy niesamowitego spektaklu coraz bardziej zbliżali się ku sobie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou był jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przekształciła się w pierwotny strach.

Coś zaczęło się zmieniać. Lou nie wierzył własnym oczom patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika.

To jakaś potworność – szepnął Lou czując jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę jak byk zbliżał się ku niemu, kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkadziesiąt sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Proces kurczenia się zwierzęcia sprawiał malarzowi psychiczny ból. Byk malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, które uprawia z nim dziwaczną, niepokojącą i niezrozumiałą grę. Nieprawdopodobna rzeczywistość wprawiła artystę w gniew, który mógł skończyć się tylko gwałtowną reakcją.

Kiedy aktorzy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął: Ty skurczybyku! Kopnął je z całej siły tak mocno, że poczuł gwałtowny ból w prawej nodze. Przestraszony byk ruszył z kopyta i zniknął za zakrętem.

Oprócz bólu w nodze Lou odczuł nagłą twardość pod siedzeniem. Było mu zimno. Był lekko przemoknięty, tylko w koszuli, bez bluzy leżącej na ziemi krok od niego. Wstał z ławki mając wciąż w pamięci przerażające sceny, które dopiero co rozegrały się w tym miejscu. Przetarł oczy, pozbierał się i na zdrętwiałych nogach postąpił kilka kroków. Za chwilę kontynuował drogę wzdłuż strumienia zauważając, że znowu zaczyna pociągać nogami. Drobniutki deszczyk opuszczał zasłonę wilgoci na szlak i malarza wygaszając ostatecznie jego urojenia. Na drodze krople wody rozmywały ślady wielkich racic.