Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 1: Xenon

Na imię miał Xenon. Sam je sobie nadał i zarejestrował we wszystkich państwowych i prywatnych bazach danych. Był szczupły, wysoki, miał trzydzieści siedem lat i wrodzoną wadę genetyczną, która i utrudniała i ułatwiała mu życie. Dowiedział się o niej kilka lat wcześniej. Fizycznie w niczym mu nie przeszkadzała, wiązała się tylko ze sposobem patrzenia na świat i przeżywania. Wszystko zależało od świadomości i programowania się jednostki. Teraz to już wiedział, choć nie na wiele mu się to zdało, bo w międzyczasie nabrał niedobrych nawyków.

Obudził się o godzinie 5.25 i włączył funkcję niższej świadomości. Miał kilka prostych czynności do wykonania: zdjąć piżamę, przebrać się w strój dzienny, pójść do toalety, posłać łóżko, zrobić sobie kawę. Takie sobie podstawowe rzeczy. Hulki, bambulki, jak je określał. Niższa świadomość pozwalała mu skoncentrować się właśnie na nich i nie rozpraszać uwagi i świadomości sprawami wyższego rzędu, myśleniem, fantazjowaniem, czynnościami wymagającymi skupienia, przede wszystkim zaś uczestnictwem w projekcie „No Name”, największym i najbardziej ambitnym projektem cywilizacji ludzkiej, Cywilizacji Śmieci, w którym uczestniczył razem z milionami innych ludzi. Był to projekt o takim zasięgu, złożoności i znaczeniu, że nie potrafiono ustalić dla niego żadnej rozsądnej nazwy. Zostawiono to na później. Za kilka dni miał wziąć udział w prelekcji i dyskusji na ten temat. Nie musiał o tym pamiętać, bo wyższa świadomość, kiedy już ją uruchomi, albo automatycznie uruchomi się sama, przypomni mu o tym na czas.

Mówiąc o czasie, były to lata wielkiej wygody, kiedy wszystko, prawie wszystko, mogło być zrobione przez roboty i automaty, kretynów zaprogramowanych przez człowieka, aby się same uczyły, co uznał za niebezpieczne w najwyższym stopniu. Nie był to zresztą jego pogląd. Zdaje się, że podobny wypowiedział genialny Einstein.

„Cywilizacja Śmieci” była to jego własna nazwa, nie tak znowu odległa od rzeczywistości. Przyszła mu do głowy, kiedy okazało się, że największym zagrożeniem życia są śmieci, a właściwie niezdolność ich bezpiecznego i sensownego zagospodarowania, spaliny samochodowe, dymy przemysłowe, odpady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza plastik rozsypujący się na miliardy drobniutkich kawałeczków, smog magnetyczny, hałas, odpady z produkcji energii nuklearnej. W odróżnieniu od przyrody, człowiek nie tworzył niczego, co po zakończeniu swojej użyteczności ulegało samoistnej przemianie w nieprzerwanym procesie recyklingu wspomagającego życie.

Xenon zatrzymał się na chwilę, aby rozjaśnić sobie to w głowie. Las, łąka, nieużytki, jakikolwiek kawałek żywej przyrody pozostawały zawsze czyste, niezależnie od tego, co w nich się zdarzyło. Martwe drzewa, zużyte przez czas kamienie, nawet gazy w nich zawarte rozpadały się, zamieniały w substancje użyteczne i znikały stopniowo w sposób niezauważalny dla oka, niczego nie psując ani nie naruszając. Dlatego patrzenie na przyrodę nigdy człowieka nie męczyło. Chyba, że ktoś urodził się w mieście i nie doświadczył niczego innego jak mury, metal, szkło, tworzywa sztuczne, zanieczyszczone powietrze i nie umiał rozpoznać nawet krowy, bo jej nigdy nie widział w rzeczywistości. To byli ci ludzie, którzy uczyli się biologii przez kilka lat, lecz nie potrafili odróżnić świerka od sosny. Odczuwał do nich niechęć, choć sam nie był ideałem.

Aby nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeżywał, zapisywał to na komputerze, dyktując treść. Słowo „człowiek” wymówił niewyraźnie, prawdopodobnie „clowiek” bo komputer odczytał to jako „clown”, sugerując drugą wersję „klaun”. Zastanowiło go to.

– Bardzo trafne określenie – pomyślał. – Człowiek, istota rzekomo najwyższego rzędu, jest także klaunem.

Dawno już przestał wierzyć w wyższość człowieka nad innymi gatunkami. To było złudne myślenie. Ludzie nie mogli od niego uciec, ponieważ stanowiło szczególną cechę ich mózgu, tworzącego pojęcia i wyobrażenia przede wszystkim poprawiające jego samopoczucie.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. https://tinyurl.com/yd8rwkh2

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie porażająco-futurystyczne. Cz. 2: Józef konieje

Część 1 opowiadania „Eksperyment genetyczny” została opublikowana 29 kwietnia 2018.

Wieczorem Józef przyglądał się swojej twarzy w lustrze, dostrzegając powoli zachodzące przemiany. Była to jeszcze twarz ludzka, ale już z pierwszymi, niezbyt wyraźnymi, można by powiedzieć nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Jego nos wyraźnie się powiększał jednocząc się z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich wzruszało go, bo kojarzyły mu się z czułością i całowaniem; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył zęby, powoli żółciejące i powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze końskich zębów, takich, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk całą wiązkę siana i żuć ją z rozkoszą.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i ściągał z nich skórę, a potem rozciągał na drewnianą ramkę, aby ją dobrze oczyścić, podsuszyć i zakonserwować na futerko. Oczywiście cały ten proceder znęcania się nad innym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w nim odruch wymiotny. Teraz jednakże chodziło mu tylko o to, czy nie dałoby się poprzyczepiać końcówek warg na malutkich haczykach, czy choćby nawet na gwoździkach, do podobnej drewnianej ramki, aby przyspieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni rozbuchanej pragnieniem.

Gwoździki i haczyki to nie był jego pomysł, tylko filipiński, związany z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia ludzkiej męki. Józef wracał do tej myśli, ponieważ zdawał sobie sprawę, że chodzi o zagadnienie, którym będzie musiał się kiedyś poważnie zająć, a mianowicie o duchowość zwierzęcą.

W miarę jak coraz bardziej koniał (używał teraz częściej wyrazów z końskiego słownika), Józef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył różne ihaha i inne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków i zwyczajów, które wydawały mu się coraz bardzie nienaturalne, wręcz chamskie, i przechodzić na bardziej szlachetne, zwierzęce, w szczególności końskie.

Podobało mu się samo zezwierzęcenie. Dostrzegał w nim tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, prostackiego gatunku. W momentach gniewu nazywał go bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

C.d. w przygotowaniu

Adres strony autorskiej z recenzjami opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie porażająco-futurystyczne. Cz 1: Eksperyment genetyczny

To opowiadanie jest krótsze niż świst bata służącego edukacji zdeformowanych łajdaków rządzących krajami na pograniczu Azji, Unii Kontynentalnej i Pobożności. Napisałem je w chwili upojenia, jakie nawiedza mnie od czasu do czasu, jako zapowiedź proroctw o przyszłym powszechnym zdrowiu umysłowym zwierząt, ludzi i krajów. 

***

Sprawy nie poszły tak, jak trzeba, tylko dużo lepiej, choć bardziej nieprzewidzianie. Eksperyment genetyczny prowadzony w Laboratorium im. Świętej Pamięci, którym rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy popękanej długotrwałą amnezją, miał na celu przyśpieszenie ewolucji zwierząt domowych, zwłaszcza koni.

– My poszliśmy do przodu, a one zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że nawet nie potrafią znaleźć się, jak trzeba. Nie umieją zaśmiecać ulic i oceanów, ani przeklinać, ani donosić, ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub zbudowaniu średniej mocy bomby atomowej – była to wypowiedź pewnego duchownego, osoby uczuciowej, wielodzietnej, nad wyraz rozwiniętej moralnie i sięgającej wzrokiem nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkali Bogowie. Było ich kilku, bo każda religia miała swojego, którego uznawała za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych.

Eksperyment udał się nadzwyczajnie, a nawet jeszcze bardziej; jego efekty przekroczyły zamierzone cele. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji z dodatkiem specjalnego katalizatora importowanego z Chin, produkujących i eksportujących każdy towar w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie, konie w laboratorium wyewoluowały znacznie szybciej niż przewidywano. Podejrzewano, że maczała w tym palce małpa zatrudniona w charakterze pomocnika laboranta do przenoszenia cięższych próbówek i kawy w plastykowych kubeczkach.

Tak czy inaczej stało się. Nowe konie były tak udane, że widmo zawisło nad człowiekiem. Było to widmo obawy, że podobnie jak on przeznacza świnie, indyki, krowy, barany i inne zwierzęta na ubój, tak konie mogą przeznaczyć człowieka na produkty żywnościowe z dodatkiem konserwantów, albumin i substancji smakowych. Wprawdzie dodatki były pewnym pocieszeniem, ponieważ pozwalały oszczędzać podstawowy surowiec, to jednak nie rekompensowały nawet dziesięciu procent obaw, co zwierzęta mogą zrobić z człowiekiem.

Sprawy rozwijały się błyskawicznie. Dwa dni później konie stanowiące własność furmana Józefa Kutwy zaprzęgły go do dorożki, wkładając mu chomąto na szyję i

munsztuk do pyska. 

Potem kierujący dorożką wałach chwycił w jedno kopyto mocne wodze a w drugie siarczysty bat.

– Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, kobyłą Karą, usadowili się na koźle.

Furman Józef nie zrozumiał polecenia, gdyż rzadko kiedy zwierzęta odzywały się do niego i nie miał możliwości nauczyć się szybkiego i sprawnego rozpoznawania ich głosów. Nie było to nadmiernie trudne, bo głos Wałacha brzmiał nieco chrapliwie, w głosie zaś Kobyły było więcej dyszkantu. 

– A dołóż człapakowi batem! – Szepnęła kobyła, tuląc się do wałacha, oboje z grzywami wzburzonymi wichurą sprawiedliwości dziejowej wspomaganej genetyką.

Ten, nie wahając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo furmanowi. Pociągowy poczuł ból i rosnącą pręgę na plecach. Już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w jednej chwili po uderzeniu bata. Pociągnął. Szło mu słabiutko, pocieszył się jednak, że początki są zawsze trudne. Ciągnąc dorożkę prosto przed siebie, jak mu wskazywała świeżo nabyta intuicja (Wałach nie dał mu jeszcze wskazówek), obserwował najbliższe otoczenie.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Martuś rzuca w górę kijek i każe go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie. Ta bez wahania podskoczyła jak sarenka, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka, chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwyciwszy rzucony przedmiot popędziła jak mogła najszybciej do Martusia, aby zasłużyć na słodkie ciasteczko, jakim kiedyś go karmiła dla wyrobienia w nim nawyków pościgowo-myśliwskich.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Józef zauważył koziołka Ozona, męża sarny Tlenowej, jak uderzał rogami mężczyznę celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Znał oboje z imienia, ponieważ kiedyś dla żartu nakarmił ich papierem zawiniętym w pęk trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy, teraz jednego z jej obiektów hodowlanych,

Później przejeżdżali koło cyrku. Józef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, zdając sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed wielkim namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z wielkich umiejętności siłowo -sprawnościowych, o których rozpisywała się imperialna prasa. Uti zawsze wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się nieprzerwanie w roli gieroja imperium, szczycąc się, że jest ono najmocniej osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym gąsienicom i zdalnie sterowanym rurom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie powalił go upokarzająco na matę w trakcie Mistrzostw Świata w Zapasach, i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy rzucił na matę dysząc mu prosto w oczy: – Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Józef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Pomyślał o przywódcy swojego kraju, że i jemu też przyjdzie boleśnie upaść na ziemię, kiedy rzucą się na niego zwierzęta, nad którymi się znęca. Przypomniał mu się Darwin, któremu pokręciło się, że ludzie są także zwierzętami. Józef miał teraz do nich znacznie lepszy stosunek, oparty na duecie bata i marchewki, niż przed eksperymentem laboratoryjnym. 

Jadąc dalej zobaczył chlew a obok świnie podkładające sobie nawzajem ludzi w celach wyrządzenia przykrości. Nie obserwował długo, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, bo znowu dosięgł go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem widma dymu z wędzarni przypominającej dobrze utrzymany barak obozu ciężkiej pracy, Józef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia i dobrobytu, gdyż wewnątrz znalazł tandetne żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Świat Kutwy zawalił się ostatecznie. Nie miał nic na swoją obronę. Ogromnie żałował, że nie zapisał się do żadnej partii politycznej, aby wejść do parlamentu i zyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał. Było to bardzo bolesne przeżycie. Chciał jeszcze pomyśleć o czymś pozytywnym, a może nawet i pomarzyć, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w pysk, że zapomniał, o co mu chodziło.

Następnego dnia Józef trafił na dawny targ koński, na którym teraz handlowano ludźmi. Między budkami z piwem, kioskami z prasą i sklepami z uprzężą, spacerowały konie poszukujące woźniców pociągowych. Józef został przywiązany do słupka niedaleko od bramy wejściowej, do szyi przyczepiono mu tabliczkę z promocyjną ceną i napisem „Sale”. Od samego rana podchodziły do niego konie, sprawdzały jego stan zdrowia, wiek i zadawały pytania. Nie wszystko w ich zachowaniu podobało mu się. Konie zaglądały mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, sprawdzały pęciny i rozpinały koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej, a jedna kobyła nawet ściągnęła mu spodnie, aby sprawdzić zad. Pytano także, czy nie jest narowisty. Potencjalni nabywcy spluwali najczęściej z dezaprobatą, ganiąc Wałacha i Kobyłę, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar.

W miarę upływu czasu, Józef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, żaden koń nie wykazał zainteresowania jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Przed oczami stanęła mu rzeźnia, w której przerabiano takich jak on woźniców pociągowych na konserwy dla psów. Wyobraził sobie nędzę końcówki swego życia bez ostatniego papierosa i ostatniej szklaneczki bimbru. Zanim ostatecznie załamał się, podeszły do niego Wałach i Kobyła. Patrzyły mu długo w oczy, po czym zbadały puls. Po krótkiej wymianie spojrzeń między sobą Kobyła oświadczyła:

– Nie martw się, Józefie! Nie byłeś najlepszym furmanem, ale nas nie głodziłeś. Byłeś zwykłym łajdakiem jak każdy inny woźnica, którego poznałyśmy. Dlatego też postanowiłyśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, abyś nie brykał za dużo. To byłoby niebezpieczne – dodał poważnie Wałach. Od czasu zapisania się na zawodowy kurs powożenia i higieny pracy transportowej na drogach publicznych czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo pojazdu i pasażerów.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – Józef nie mógł powstrzymać się od pytania.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, tam gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że i człowiek potrafi być porządnym zwierzęciem.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

Folwark zwierzęcy modernizuje się

Po objęciu władzy folwarcznej po Wieprzach, wraz z którymi odszedł znienawidzony przez wszystkich Napoleon i jego wielkie i groźne psy, Barany umacniały swoją władzę modernizując się i przemeblowując swoje twarde łby.

W pierwszej kolejności zmieniły nazwę Folwark Zwierzęcy na Folwark Nadziei. Nie używali dat, ale odrzucając nędzę przeszłych rządów zapowiadali cudowną przyszłość, coś w rodzaju nomen-omen dobrobytu dla każdego zwierzęcia łącznie z małą myszką i jeszcze mniejszym żukiem. Wszystkim podobało się użycie tajemniczego terminu „nomen-omen” przez Wielkiego Tryka. Uznali, że jest nadzwyczajne i niezwykle trafnie odzwierciedla także ich uczucia. Sporo pozafolwarcznych zwierząt też łapało się na to, zwłaszcza te, które nie chcąc męczyć własnego rozumu zdawały się na zwierzchnika Folwarku Nadziei. Zgodzić się z nim przychodziło im z łatwością, ponieważ żyli jego myślami, pragnieniami oraz odwagą. Swoją odwagę odrzucili dla dobra wszystkich zwierząt, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych.

Barany nie zdawały sobie sprawy, że mogą myśleć inaczej niż Wielki Tryk, ponieważ były jego klonami, wiernymi do upadłości. Nie analizowały tego, co mówi lub myśli, jego intencji ani efektów jego działań, tylko przyjmowały je na słowo i trwały w natchnionym pędzie ku cudom przyszłości, ponieważ tylko on wiedział w jakim kierunku mają ewoluować. Każdy z nich nosił na szyi, niektórzy nawet w sercu, jego wizerunek; był on dla nich talizmanem. 

Po wielu dyskusjach, czując, że ich światopogląd nie jest jeszcze całkiem jasny, chociażby dlatego, że składali obietnice nie zawsze nadające się do realizacji, Barany doszły do wniosku, że są modernistami. W związku z tym przygotowały wielki transparent o niezwykłe budującej treści: „Człowiek ma wrodzone tendencje do nadużywania swojej wiedzy i autorytetu, do czynienia siebie punktem odniesienia wszelkiej prawdy, do narzucania innym siłą i retoryką swego punktu widzenia”, pod którą dopisały: My, barany, myślimy tak samo.

Była to treść zaczerpnięta od przechodniego kaznodziei nurtu ewangelikalnego chrześcijaństwa, którego siłą były poglądy modernistyczne. Słuchając go Barany uznały, że mówi dokładnie tak, jakby zaglądał do czcigodnego łba ich przywódcy, niezwykle świątobliwego i wpływowego osobnika. Bardzo ich to cieszyło, ponieważ rzadko mogli znaleźć u innych istot potwierdzenie własnej prawdy wypowiedzianej z tak niezwykłą dokładnością.

Twórczość literacka Michaela Tequili: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Najtaniej w księgarni https://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,86648,Niezwykla-decyzja-Abuelo-Caduco . Recenzja książki na górnym pasku menu. 

Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Myślę więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 4 i na szczęście ostatnia.

Wracam do rzeczy – ciągnął Wiktor. Kategoria druga obejmuje przypadki osób upośledzonych. Lekarze, którzy potrafią być okrutnie rzeczowi, zaliczają tu idiotów, debili i imbecyli. Nie śmiejmy się z nich, gdyż każdy z nas może znaleźć się w tej grupie. To kwestia czasu, losu i intensywności zaniedbań. Myślisz – rozwijasz się, nie myślisz – schodzisz intelektualnie na psy, może nawet i kretyniejesz.

Zgadzasz się z tym? – zapytał Wiktor niby to retorycznie, w istocie jednak chciał sprytnie poznać mój pogląd na złożoną i drastyczną materię.

Zgadzam się – wyszeptałem po chwili namysłu przytłoczony ciężarem tematu. Problem jest także w tym, że niektórzy należą do grupy poszkodowanych na umyśle, ale jakby o tym nie wiedzieli. Zapytaj jednak kogoś z rodziny lub najbliższych przyjaciół, a przetrzesz oczy ze zdumienia – dodałem pragnąc wnieść choćby niewielki wkład do teorii Wiktora.

Moja wypowiedź wyraźnie przyczyniła mi sympatii rozmówcy, gdyż łypnął na mnie życzliwie okiem.

Niemyślenie ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Dziennikarze w Australii ubolewają nad licznymi zwolnieniami z pracy w redakcjach gazet i czasopism oraz stacjach TV. Przewidują oni negatywne konsekwencje rosnącego strumienia informacji cyfrowych w Internecie. Jest tam coraz mniej treści dla ludzi myślących. Człowiek, który przyzwyczai się do treści banalnych i małowartościowych, nie będzie już umiał doceniać treści ważnych, znaczących i bardziej złożonych.

I tak powolutku zakreślamy ogromne koło ewolucji – Wiktor wyraźnie zamierzał dojść do jakieś konkluzji. Wyszliśmy od małpy, która na przestrzeni tysiącleci mądrzała, mądrzała, mądrzała, zanim spadła z drzewa i stała się człowiekiem. Są tacy, co twierdzą, że to Bóg stworzył człowieka. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że wśród stworzonych był także Darwin, który jako twór boży pierwszy zaczął głosić ludziom Ewolucję. Ci, którzy wierzą, że ich to Bóg stworzył, robią to tylko dlatego, ze małpa kojarzy im się źle, a Bóg dobrze. Każdy lubi być na zdjęciu z kimś Wielkim. Oni nie wiedzą, że Bóg wynalazł ewolucję, tworząc najpierw drobną bakteryjkę i pozwalając jej przekształć się w robaczka, potem w żuczka, następnie ptaszka, który stał się pterodaktylem, potem dinozaurem itd. Potem to szło już jak z góry, bo i góry były większe. Małpa, oczywiście nie ta, którą widzimy w ZOO huśtającą się na oponie, ale ta rozwinięta, okazała i ambitna, żyjąca ponad milion lat temu w Afryce zafundowała nam geny. Swoją drogą, czy można dziwić się, że ludzie lubią się huśtać?. Jeszcze jeden dowód na słuszność ewolucji. Cieszę się, że to ja go wynalazłem, mimo iż inni wynaleźli go wcześniej.

Człowiek od Małpy i ten od Boga długo chodził po ziemi, zanim zdecydował się wyruszyć na podbój kosmosu, nie zdając sobie sprawy, że właściwie to nie nauczył się dobrze żyć na ziemi. Szczęśliwie, że nadal się uczy i eksperymentuje: a to wojenkę zafunduje obcym i rodakom, wymyśli obóz koncentracyjny, zagłodzi kilkanaście milionów ludzi jak Stalin lub wymorduje pół własnego narodu jak Pol-Pot, wynajdzie bombę atomową i inne środki masowego rażenia. Lista osiągnięć człowieka jest długa. Wkrótce wejdzie on na Szeroką i Świetlistą Drogę Inżynierii Genetycznej. Nie ma takiej podłości, łajdactwa i zbrodni, której człowiek nie jest zdolny popełnić, ani takiej szlachetności, serdeczności i uczynności, której człowiek nie jest w stanie okazać. To pierwsze jest chyba jednak łatwiejsze.

Teraz mamy człowieka, który będzie stopniowo ulegał intelektualnej internetowej erozji jak gleba wywiewana przez wiatr do dżungli. Może i ludzkość tam wróci? Kocham przyrodę – twarz Wiktora wyrażała tajemnicze uduchowienie, którego nie potrafiłem odgadnąć.

Dry Creek Story. Opowiadanie Część 2.

Zwierzę i człowiek przypatrywali się sobie niby rycerze, którzy z dala oceniają się swoje siły przed śmiertelnym starciem. Byk pierwszy rozpoczął marsz naprzód, bez pośpiechu, ale też nie ociągając się. Być może drażnił go człowiek przypatrujący się z oddali, a może chciało sprawdzić, co to za dziwna istota śmie stać mu na drodze. Lou na początku trwał w bezruchu jak ptak zahipnotyzowany przez węża, lecz wkrótce ruszył w kierunku przeciwnika. Myślał gorączkowo, jak wybrnąć z opresji. Pomysł, który przyszedł mu do głowy miał postać matadora wymachującego czerwoną muletą przed pędzącym bykiem. Lou nie miał niczego przypominającego muletę, zaczął więc ściągać z siebie lekką bluzę w kolorze granatowym, która miała podszewkę zbliżoną kolorem do czerwieni.

Będzie to rozpaczliwa próba walki. Oby tylko byk reagował na moją bluzę i atakował ją a nie mnie. Może zmęczę go w ten sposób? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Może uda mi się ściągnąć go w dół pochyłości i wpadnie do strumienia, który na tym odcinku ma wysoki brzeg? – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę.

Uczestnicy niesamowitego spektaklu coraz bardziej zbliżali się ku sobie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou był jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przekształciła się w pierwotny strach.

Coś zaczęło się zmieniać. Lou nie wierzył własnym oczom patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika.

To jakaś potworność – szepnął Lou czując jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę jak byk zbliżał się ku niemu, kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkadziesiąt sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Proces kurczenia się zwierzęcia sprawiał malarzowi psychiczny ból. Byk malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, które uprawia z nim dziwaczną, niepokojącą i niezrozumiałą grę. Nieprawdopodobna rzeczywistość wprawiła artystę w gniew, który mógł skończyć się tylko gwałtowną reakcją.

Kiedy aktorzy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął: Ty skurczybyku! Kopnął je z całej siły tak mocno, że poczuł gwałtowny ból w prawej nodze. Przestraszony byk ruszył z kopyta i zniknął za zakrętem.

Oprócz bólu w nodze Lou odczuł nagłą twardość pod siedzeniem. Było mu zimno. Był lekko przemoknięty, tylko w koszuli, bez bluzy leżącej na ziemi krok od niego. Wstał z ławki mając wciąż w pamięci przerażające sceny, które dopiero co rozegrały się w tym miejscu. Przetarł oczy, pozbierał się i na zdrętwiałych nogach postąpił kilka kroków. Za chwilę kontynuował drogę wzdłuż strumienia zauważając, że znowu zaczyna pociągać nogami. Drobniutki deszczyk opuszczał zasłonę wilgoci na szlak i malarza wygaszając ostatecznie jego urojenia. Na drodze krople wody rozmywały ślady wielkich racic.