Komiks literacki. Konie trojańskie w akcji. Odcinek 16.

Szesnastego dnia ostatniej tercji jesieni komandor Jaroszka spał spokojnie, kiedy statek otulała mgła wyciszająca odgłosy. Mimo to ciche rżenie przeniknęło ściany jego kabiny. Nieco zdziwiony, wsłuchał się i rozpoznał głos Gracjeli, klaczy, którą w rozmowach z przyjaciółmi nazywał po prostu kobyłą. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Głos dochodził z Krzywej Przybudówki. Komandor zajrzał do środka przez bulaj.

Gracjela stała między dwoma innymi końmi trojańskimi, wałachami, była nerwowa, spłoszona, rżała szybko i niespokojnie. Konie rozmawiały między sobą, otwarcie i szczerze. Nie musiały już ukrywać, że nie są końmi, tylko ludźmi. W tajemnicy zachowały jednakże to, że są cichymi wielbicielami Leo Jaroszki. Lubiły grę w pozory, udawanie, dojrzałą ciuciubabkę, ulubioną rozrywkę komandora i jego załogi. W Krzywej Przybudówce były jego wysłannikami, skutecznie naśladując pierwowzory trojańskie. Wszyscy się tego domyślali, lecz nikt nie wiedział, jak zachowają się w konkretnych warunkach. Komandor wsłuchał się w ich rozmowę i zrozumiał, że zbuntowały się i odmówiły współpracy recenzentom.

– Wreszcie. – Szepnął, postanawiając nie komentować tego odkrycia publicznie, gdyż dotychczas nie zdarzyło się, aby któryś z recenzentów okazał nieposłuszeństwo przewodniczącemu i odmówił pracy.

– Musieliśmy się zbuntować. Nawet koń trojański ma swoją godność. Liczymy teraz na awans. Może zostanę przewodniczącą recenzentów? – Rozmarzyła się Gracjela, do niedawna zwykła kobyła trojańska. Teraz była już kimś z pespektywami. U jej stóp leżała podeptana uprząż: uzda, chomąto, nagrzbietnik, lejce, podogonie, mały i duży podbrzusznik, pas pociągowy, dzwoneczki i jakieś drobne elementy.

Komandor poczuł ciepło w sercu. Konie trojańskie, jego konie, wykonały dobrą robotę.

Świat różnie oceniał to zdarzenie. Nie wszystkim podobało się zezwierzęcenie komandorskich recenzentów. Niektóre okręty, organizacje i ludzie byli komandorowi niechętni. Posądzano go o manipulację i zapędy autorytarne. On sam miał sumienie czyste jak łza. Dla bezpieczeństwa przechowywał je w ozdobnym, srebrnym puzderku w szafie pancernej. Oglądał je wieczorami, aktualizując i precyzując marzenia. Nikt nie wiedział, o czym dokładnie marzy, nawet on sam. Stała za tym wielka tajemnica.

Komiks polityczny. Komandor i sumienie. Odcinek 11.

Rezygnacja z hołdu składanego Wielkiemu Artyście wywołała w Komandorze wyrzuty sumienia, krótkie jak spięcie elektryczne, lecz mniej bolesne. Mówiąc lapidarnie, nie odczuł ich w ogóle, gdyż duszę miał twardą jak niewyprawiona skóra bawola.

Dusza komandorska miała kształt wańki-wstańki. Wstrząśnięta hołdem, którego na szczęście udało się komandorowi uniknąć, drgnęła kilka razy i powróciła do równowagi, aby podnieść swego pryncypała z kolan, na które nie upadł (choć mógłby, a nawet powinien, w obliczu zasług Wielkiego Artysty), wygładzić zmarszczki jego uniformu (przypominającego sztywny garnitur naciągnięty na deskę) oraz usadzić go wygodnie na tronie nieskrępowanej władzy, jaką cieszył się od roku z woli załogi, może nie całej, ale jednak. Zaraz zgromadzili się wokół niego wasale i lennicy, aby go pocieszać, prawić mu komplementy, szeptać do ucha i słuchać jego mądrych rad. Komandor zagłębił się w zakamarki przeszłości, gdzie zazwyczaj odnajdywał skarby.

Tym razem zanurzenie się w przeszłość nie ukoiło jego duszy, gdyż była ona przepełniona winą, nie winem, za zło, jakie czynił od czasu do czasu popędzany żądzą dominacji, motywującą do działania każdego wielkiego władcę począwszy od Hammurabiego. Przykład Hammurabiego tylko częściowo przypadł Komandorowi do gustu. Był to władca typu fifty/fifty, mroczny a zarazem pozytywny. Z jednej strony był on barbarzyńcą, w dodatku niechrzczonym, co wypadało fatalnie w oczach pobożnego komandora, z drugiej strony Hammi (jak czasami komandor go nazywał) opracował kodeks zwany „rzeźniczym”, wedle którego oko odbierano za oko, a rękę za rękę, stosując surowe kary za przewinienia, co było słuszne w przekonaniu Komandora, zwolennika rzetelnej i bezwzględnej sprawiedliwości. Będąc człowiekiem rozważnie skrytym swoje przekonania karania i nagradzania trzymał blisko ciała i niechętnie dzielił się nimi z otoczeniem.

Komiks polityczny. Awans kapitana Jaroszki. Odcinek 9.

Jestem narratorem, skrybą z zawodu. Los dziwnym trafem wyznaczył mi zadanie spisywania dziejów kapitana Jaroszki oraz statku, którym kieruje. Kapitan tworzy dzieje, ja je tylko spisuję. Podział obowiązków nie jest równy, lecz prosty jak drut; z jednej strony wielki twórca, z drugiej niemy z podziwu konsument jego twórczości.

Los, jak mniemam, nie jest taki ślepy, skoro mnie wybrał, gdyż mam swoją godność. Jestem w tym podobny do kapitana Jaroszki, naszego niezłomnego bohatera, który nie daje się zwekslować na boczny farwater przeciwnościom ani przeciwnikom. Charakteru powieści nie jestem w stanie określić, ponieważ nie wiem, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Wszystko jest w rękach kapitana Jaroszki, na statku pierwszego po Bogu, a czasem nawet przez Nim.

Od kapitana Jaroszki otrzymałem dzisiaj zawiadomienie; zapukało ono w nocy do mojej głowy pod postaciami trzech mrocznych dżentelmenów w kapeluszach. Cytuję: „Z uwagi na swoje niezwykłe zasługi dla statku, załogi oraz pasażerów, kapitan żeglugi Leo Jaroszka awansuje siebie do stopnia komandora marynarki, a statek do rangi okrętu. Decyzja jest ważna natychmiast i nie przysługuje od niej odwołanie. Podpisał (w imieniu załogi): I-szy Oficer, Zbrojmistrz Sęp (wysoki, szczupły, siwa skołtuniona bródka, oczy o ciepłym patriotycznym wejrzeniu). Kontrasygnował: Nijaki, Najwyższy Urzędnik (możliwe, że nawet i dwa pięćdziesiąt wzrostu).

Decyzję przyjąłem bez szemrania, podobnie jak cała załoga i pasażerowie, bo był to fakt, zdarzenie. Rzeczywistość i historia mają swoje wymagania; nikt nie jest w stanie z nimi dyskutować, najwyżej pokrętnie je interpretować, o czym myślę ze wstrętem, że ktoś mógłby zechcieć to robić.

Mniej spostrzegawczym i słabującym pamięciowo przypomnę, że Leo Jaroszka, ex-kapitan, teraz już komandor marynarki, w przyszłości Bóg wie kto jeszcze, jest bytem samoistnym, który oderwał się od siebie samego (średniego wzrostu i średniej otyłości) i pewną ręką steruje statkiem, od dzisiaj już okrętem, ku nieznanemu przeznaczeniu. Czyni to ku zachwytowi załogi i jednej trzeciej pasażerów kochających pęd i szalone przygody, oraz rozpaczy pozostałych jednostek, preferujących stabilność i przewidywalność.

Mnie ta podróż tylko fascynuje. Drżę cały, czekając na dalsze wydarzenie, aby spisywać je jak mogę najwierniej i najczulej, albowiem major Jaroszka jest także moim bohaterem.

Dziś więcej już nie napiszę, gdyż wzruszyłem się do łez. Nie wstydzę się ich; dojrzały mężczyzna nie boi się spojrzeć w oczy uczuciom autentycznej miłości.

Wybaczcie mi tę chwilę niezamierzonego uniesienia.

Komiks polityczny. Kapitan wygłasza przemówienie. Odcinek 8.

Wódz Narodu, kapitan żeglugi wielkiej, szuwarowej i bagiennej Jaroszka, okolicznościowe przemówienie wygłosił w kaplicy okrętowej, z ambony, miejsca najbliższego niebu podobnie jak gniazdo bocianie. Mówił szczerze i bezpośrednio.

Bracia i Siostry!

Na wstępnie, serdecznie dziękuję mojej zastępczyni za szybkie i sprawne wykonywanie moich poleceń. Beo, podejdź bliżej, abym ucałował twe przedramię!

Zrobię podsumowanie. Zaczęliśmy równo rok temu. Nasz statek, od czasu jak powołaliście mnie do steru, w ramach długofalowego programu „Przebudowa Skrzywionej Mentalności” wpłynął na wyznaczony przeze mnie szlak wiecznej szczęśliwości, tu, na ziemi, a w przyszłości także i w niebie. Jesteśmy już inni i będziemy jeszcze bardziej inni. Nie oszukujmy się, nasz naród może mieć tylko religijno-polityczny charakter. Nie społeczny, nie biologiczny, medyczny czy technologiczny, ale właśnie religijno-polityczny. Co znaczy religijny, nie będę wyjaśniać, bo każdy ma Boga w sercu, choć nie byłbym tego pewien patrząc z obrzydzeniem na moich oponentów z ich zgniłą moralnością i zadufaniem.

– Co znaczy polityczny? – Pytam i odpowiadam. Znaczy: nasz, ojczysty, podlegający ścisłej kontroli. Słowa te mówię na statku, który diametralnie zmienił kurs, podobnie jak Pan Bóg, chętniej przemawiający dzisiaj ustami polityka i męża stanu, niż biskupa, proboszcza czy wikariusza. Nadeszły czasy, abyśmy mówili sobie prawdę, stanowiącą wyznanie wiary i uległości, a nie wartości zrodzonych in vitro z łona Rewolucji Francuskiej, wciąż mieszającej ludziom w głowach fałszywymi hasłami „Równość”, „Wolność”, „Braterstwo”, a ostatnio także „Aborcja” i „Prawa Kobiet”.

Nie oszukujmy się. Jedynie moje przywództwo gwarantuje słuszność idei, nie słów, które są zwodne jak obietnica bogatego człowieka, bo biedacy nigdy nie kłamią, ponieważ nie mają za co. Dlatego daliśmy im pieniądze, aby mogli mówić śmielej, co im leży na sercu, i mieli więcej dzieci, których ojczyzna serdecznie potrzebuje dla sfinansowania wcześniejszych zasiłków starczych. Wprowadziliśmy tu zdrową zasadę: chcesz mieć godziwy zasiłek na starość, zainwestuj w dziecko!

Przyszłość należy do nas, Bracia i Siostry. Jesteśmy tu na stałe i pozostaniemy tak długo, aż cały naród odzyska rozum, tożsamość, historię i patriotyzm. Kieruję te słowa do obywateli zagubionych uczuciowo, skołowanych przez opozycję i własny mały rozum, także do przywódców i członków opozycji, ludzi z pamięcią złych czasów, kobiet z czarnymi parasolkami, genderowców i homoseksualistów, słowem wszystkich tych, którzy stracili przywileje i żłoby, a teraz nas tylko krytykują. Apeluję, abyście się w końcu opamiętali i zrozumieli, co jest słuszne. Tak mi dopomóż Bóg.

Komiks polityczny. Drony i Żabojady Ltd. Odcinek 5.

Sprawa dużych dronów do obrony przed nieprzyjaciółmi, a może nawet i wrogami wewnętrznymi, kto wie, co mogą oni zechcieć zrobić, zbulwersowała najpierw opozycję kapitana Jaroszki (kto jej nie ma?) a potem rozgrzała wszystkie umysły do takiej czerwoności, że groziło to pożarem statku.

Rzecz nie byłaby warta wzmianki, drony to drony, każdy nowoczesny statek je posiada, gdyby nie Zbrojmistrz Sęp, wysoki, chudy, ostrzyżony na kozią bródkę pierwszy oficer, który po kilkunastu miesiącach analiz podjął błyskawiczną decyzję, że drony nie są warte zachodu. Obraził tym dostawcę „Żabojady Ltd”, firmę znaną i cenioną na rynku, która grzecznie, ale jednak uparcie i podstępnie, bez właściwego uzasadnienia usiłowała mu wcisnąć swoje produkty, w dodatku za grube pieniądze.

Zbrojmistrz Sęp i Żabojady dyskutowali o dronach od wielu miesięcy, prawili sobie nawzajem uprzejmości, różne szarmanckie parle-franse, rysowali schematy wzajemnej pomocy i życzliwości, aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, pada decyzja, że statek dronów nie potrzebuje. Sytuacja była trochę niejasna, bo rezolucję rzekomo podejmował także zastępca kapitana Jaroszki, Główny Skarbnik, osobnik niezwykle przystojny, inteligentny i gładki na twarzy, cieszący się szczególną estymą u kapitana.

– Skąd taka decyzja?

Wyjaśnił to krótko rzecznik Zbrojmistrza: Żabojady nie chciały się zgodzić na to i owo, różne warunki, nagle wstały od stołu i odeszły. Na boku dodał po cichu, że poszli uczyć się jeść nożem i widelcem. Jak się okazało, załoga statku znała tę sztukę jedzenia od dawna, prawdopodobnie od starożytności i Żabojadom zrobiło się zwyczajnie wstyd.

– Jeśli wy tak, to ja tak, czyli jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, postanowił Zbrojmistrz i odwrócił się do nich tyłem. Na to oni też się obrazili i odmówili kurtuazyjnej wizyty swojego naczelnego dowódcy u kapitana Jaroszki, planowanej może nawet i wyżej, na przykład u Nijakiego, najwyższego urzędnika administracji, choć to mało możliwe, bo kapitan Jaroszka był najwyższy ze wszystkich urzędników.

Kapitan Jaroszka od dawna odczuwał wstręt do Żabojadów. Oprócz wynalezienia rewolucji pod hasłem „Wszyscy jesteśmy równi”, o którym kapitan dobrze wiedział, że jest oczywistym kłamstwem, odżywiali się oni produktami obrzydliwie śliskimi, a co gorsze, wynaleźli perwersyjną grę językową „Minetka” oraz sadyzm i masochizm, które służą tylko dyktatorom i zboczeńcom. W zakresie perwersji konkurowali skutecznie z niejaką Kamasutrą z Indii, na wzmiankę o której kapitanowi, człowiekowi niezwykłej przyzwoitości i czystości obyczajów, włos jeżył się na głowie, normalnie prosty, siwy i krótki.

Dodatkowym powodem do zerwania z Żabojadami było odkrycie przez Zbrojmistrza, że są jeszcze inne drony, produkcji lokalnej, chałupniczej, mniejsze, zgrabniejsze i tańsze. Przez to, że wolniej latają, wolniej strzelają i mniej zabierają ładunku są także łatwiejsze w obsłudze.

Dla podtrzymania ducha załogi i ludzi pod pokładem, Zbrojmistrz zręcznie podsumował, jak to tylko on potrafi: Dajmy sobie spokój, harcerze i harcerki, bądźmy patriotami w sprawach bezpieczeństwa. W razie zagrożenia abordażowego obronimy się kuszami. 

 

 

Komiks polityczny. Nijaki i reforma szkół. Odcinek 4.

Początek jesieni przyniósł stęsknionym dzieciom i ich rodzicom ważną uroczystość – zapowiedź uzdatniania systemu szkół morskich. Reformie nadano nazwę „Płyń po morzach i oceanach”. Na prośbę kapitana Jaroszki wzięła ją w kształtne dłonie Oficer Kulturalno-Oświatowa, kobieta z charakterem i ustami pełnymi reformatorskiej pasji i nadziei.

Dotychczasowy system nie był zły, ale załoga bardzo pragnęła go poprawić, uczynić jeszcze lepszym i piękniejszym, pełnym kwiatów i radosnego gwaru młodzieży aspirującej do mądrości i rozwagi. Ludzie, którzy lubią skróty myślowe mówili, że w sumie chodziło o to, żeby przenieść szkołę z jednej komórki drewnianej do drugiej i przestawić dwa klocki, aby było tak, jak dawniej, czyli lepiej.

Na uroczystości przemówił Nijaki, zwany też Człowiekiem Bez Twarzy, postać niezwykle ważna i tajemnicza. Przybył w towarzystwie żony, niestety niemowy; nawet kiedy ją proszono, aby mówiła, to odmawiała, choć podobno bardzo pięknie śpiewa i to w różnych językach. Nijaki to najwyższy urzędnik administracji morza, może mieć nawet dwa i pół metra, tak jest wysoki. Nazywają go różnie i różnie o nim mówią. Że nie jest tym, kim jest, że się ukrywa przed samym sobą, że popełnił grzech, którego nie może sobie wybaczyć, że jest bardzo nieśmiały. To, co o nim wiadome i pewne, to widoczna część jego organizmu, zakończona okrągłą uśmiechniętą twarzą, która obraca się jak ptak na prawo i na lewo, do góry i w dół, bardzo szybko, aby zobaczyć, kto się do niej uśmiecha, a kto nie.

Kapitan Jaroszka zaprasza go regularnie na wszystkie imprezy, prywatne i państwowe, i często prosi, aby przy okazji coś mu podpisał, na przykład laurkę, kartkę imieninową albo manifest statkowy, bo ma ładny charakter pisma i umie kaligrafować. Nijaki lubi bardzo sporty wodne, dlatego chętnie przyjeżdża na statek, aby sobie popływać po oceanie na hulajnodze wodnej. W tym sporcie, jak sam wyznał, jest najlepszy na świecie i lubi robić sobie zdjęcia w kombinezonie sportowym oraz nowym, czerwonym kasku ochronnym, co powiększa mu głowę i dodaje jej dodatkowego splendoru.

Nijaki bardzo lubi i ceni kapitana Jaroszkę, który jest dla niego dobry jak ojciec, uważa go za prawdziwą legendę, nomen-omen i w ogóle geniusza. Ktoś kiedyś powiedział, że widział, jak kapitan przez omyłkę przydepnął Nijakiemu palce u nóg i to dwa razy, w dodatku boleśnie, ale Nijaki zniósł to bardzo męsko i nawet się uśmiechnął. Incydent okazał się plotką, choć nigdy nie wiadomo, co jest plotką, co kłamstwem, a co prawdą. O Człowieku Bez Twarzy mówiono też, że jest strachliwy od dziecka, i dlatego, w obronie własnej godności, lubi się podporządkować, bo – jak mówi kapitan Jaroszka – na statku „Ordnung muss sein”. Nijaki podziela ten pogląd, w dodatku uważa, że bez porządku to on też żyć nie może i dlatego, oprócz samego Pana Boga, tak bardzo czci i szanuje kapitana Jaroszkę.

– Kocham go jak ojca. – Powtarza sobie po cichu, aby nie zapomnieć powinności synowskich w obliczu nieuzasadnionych żądań, że powinien mieć własne zdanie. Kiedy takie niebezpieczeństwo pojawia się na horyzoncie, Nijaki mówi sobie „Nie ze mną takie sztuczki, Bruner”; jest to stare porzekadło ludowe, które pozwala mu odpędzić złe spojrzenia i niebezpieczne pokusy. 

Komiks polityczny. Komisja ds Żeglugi. Odcinek 3.

Kapitan Jaroszka nie zdenerwował się, kiedy przyniesiono mu pismo Komisji ds. Żeglugi zawierające ocenę bezpieczeństwa i zdolności nawigacyjnych jego statku. Wiedział, że ocena będzie negatywna, nie będzie w niej nic życzliwego, ponieważ Komisja go prosiła, aby wysłał choćby posługacza kuchennego na obrady, z którym mogliby sobie pokonwersować, a on, kapitan żeglugi wielkiej, wypiął się na nich. Dlatego, jak się domyślał, oni też się zdenerwowali i mówili między sobą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wystawmy temu odważnikowi taką laurkę, że mu w pięty pójdzie. Napiszemy mu jednak w przystępny sposób, łagodny, żeby wszystko zrozumiał, bo to człowiek ciężki, uparty i skoncentrowany na końcu własnego nosa. Może nawet i wariat. – Dodawali niektórzy i dyskretnie coś pokazywali na czole, prawdopodobnie dezaprobatę. Nie jest to pewne, ponieważ komisja według opinii Kapitana Jaroszki i całej załogi statku była, jest i będzie oszukańcza i niegodna zaufania.

Ocena sytuacji była prosta. Komisja napisała to w opinii: „Pańska łajba coraz gorzej trzyma się na wodzie, naprawy i zmiany, jakie zostały wprowadzone przez pana w ostatnim roku są do duszy a smołowanie uszczelniające kadłub jest niewystarczające, aby łajba nie zatonęła. Komisja podkreśliła też, że mostek orientacji nawigacyjnej, który Kapitanowi przeszkadza i chce go usunąć, bo zbiera się tam hołota przy kawie, alkoholu i nieświeżych ciasteczkach, aby bajdurzyć o niczym, jest nie do usunięcia, bo żagle zwalą się kapitanowi i jego załodze na łeb w czasie byle zawieruchy. Pańscy załoganci chodzą pijani, to pobożne nieuki, na proste pytania nie umieją udzielić odpowiedzi, ciągle się modlą lub leżą krzyżem w kapliczce pokładowej, zamiast wziąć się za pędzel i malować podkłady i burty”. Tak to odczytał i odebrał Kapitan Jaroszka i jego sztab oficerski.

– Oczywiście pismo jest sformułowane w sposób oszukańczy. – Stwierdziła rzecznika załogi, ni to chłop, ni to baba, mocna w pysku jak twierdza z kamienia. Treść opinii – według niej – jest zwodnicza, pozornie uprzejma, coś w rodzaju: „Cacy-cacy, Szanowny Panie Kapitanie, my tylko Panu sugerujemy i to bardzo ostrożnie, co można by naprawić, do niczego się nie wtrącamy, w ogóle to radzi sobie Pan całkiem nieźle, choć można by troszeczkę lepiej. Zalecamy tylko i to bardzo ostrożnie, aby zechciał Pan łaskawie umieścić wszystkie ważne dla załogi wiadomości w widocznym miejscu na pokładzie, aby ludzie wiezieni przez Pana do krainy wiecznej szczęśliwości mogli się z nimi zapoznać i do nich się stosować”.

Zgodnie z przyjętą zasadą Kapitan Jaroszka kazał wyrzucić ocenę komisji za burtę statku określając ją jako nędzną, nieprawdziwą i wredną. – Oni nie mają pojęcia o statku, załodze i nawigacji. – Grzmiał Kapitan, ciesząc się razem z wiernymi załogantami, że są tacy dzielni i niezależni i mogą robić, co im się podoba i nikt im nie naskoczy. Wierzył też niezłomnie, że są całkiem bezpieczni. 

Nie była to prawda, ponieważ meteorolodzy widzieli od dawna zbierające się czarne chmury za horyzontem, które mogą pokrzyżować kapitanowi plany. Kapitan był człowiekiem niezależnym w myśleniu mocno popieranym we własnych szeregach i uważał, że taka prognoza pogody to bajka wyssana ze środkowego palca, który ludzie podnoszą, kiedy ktoś lub coś ich denerwuje.

Komiks polityczny. Obraza uczuć niewieścich. Odcinek 2

Po zwycięstwie czarnych parasoli nad statkiem kapitana Jaroszki, do życia publicznego na krótko wdarła się społeczność opornych niewiast, którym ambicje kapitana wydały się wybujałe, a nawet uzurpatorskie.

Członkom załogi, a konkretnie pierwszemu oficerowi, niejakiemu Brzuchalowi, zarzucono użycie słów obrażających uczucia niewiast z parasolkami. Rzeczony oficer potraktował je z góry, co jak tłumaczył, było naturalne, ponieważ patrzył na nie z wysokości głównego pokładu statku. Dowództwu statku wydało się słusznym, aby dla poprawy obyczajów udzielić mu reprymendy, wyprostować, nauczyć rozsądniejszych manier w obejściu z białogłowymi, nawet kiedy straszą one kapitana i załogę niepotrzebnymi okrzykami, czarnymi strojami i parasolkami jakby to było Halloween. Myśl, aby zganić go dla niepoznaki, dla zmylenia maluczkich, nie przyszła im nawet do głowy.

Sprawę wzięła w rękę niejaka Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, kobieta z wymowną biżuterią na piersi, zwarta w sobie, matkująca Jaroszce i jego statkowi oraz morzu szlachetnych idei, którymi był wypełniony po brzegi. Bea wezwała do siebie Brzuchala, którego największym dorobkiem była znajomość jednego języka obcego i dwóch obcych lądów, mimo że sam kapitan Jaroszka nie znosił tego, co obce. Bea solidnie zmyła głowę wezwanemu, aby uspokoić gniewne jak burzliwa noc kobiety, urażone jego niewyparzoną gębą. Nie przyniosło mu to ujmy ani szkody, gdyż Bea, ideał ludzkiej i boskiej łagodności, użyła znakomitego szamponu marki krajowej „Teraz My” (powszechnie promowanego na statku ze względów patriotycznie-ojczyźnianych) i nie przesadzała w zmywaniu.

Statek kapitana Jaroszki, ku zdumieniu całego świata, wcale nie osiadł na mieliźnie, jak sądzono, tylko odbił się od dna, aby płynąć dalej pod pełnymi żaglami wioząc do krainy wiecznej szczęśliwości naród, przynajmniej jego połowę, ponieważ druga osiągnęła już samodzielność intelektualną i ani myślała poddawać się rygorom kapitana, podejrzewanego o niedające się uleczyć niedobory osobiste i zadęcie. Obydwie populacje, jak to określili socjologowie, potulna i zbuntowana, są więzione i wiezione, miejmy nadzieję, że przejściowo, pod pokładem statku, który jest dla nich wszystkim, całym światem, gdzie mieszkają, bawią się i martwią, jak każdy z obywateli kraju uszczęśliwionego przez los nadzwyczajnym kapitanem Jaroszką.